[NZ] Krwawy Szlak Uczuć (2,5/?)

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Mee Lord » 10 sie 2016, o 09:57

Autor: Mee Lord
Raiting: NC17, tak myślę
Beta: tylko i wyłącznie ja
Kanon: zachowany w pewnym stopniu, wydarzenia przed Księciem Półkrwi pozostają niezmienione
Uwagi: przemoc, gwałt, wulgaryzmy (od czasu do czasu)
Opis: Jest to mój eksperyment, powstały w wyniku mojego niedoboru drarry tego typu. Akcja zaczyna się w wakacje przed szóstym rokiem nauki, gdzie Harry spotyka Malfoya w mugolskim Londynie.
Chcę, żeby to była prosta opowiastka o zauroczeniu i młodzieńczych wybrykach, ale mój Harry jest niekanoniczy. Taki masochista.
I uprzedzam, jestem zielona w pisaniu, szczególnie drarry, ale staram się i wkładam w ten tekst całe serducho.

♦pierwsza kropla♦


     
Parapet nieprzyjemnie wbija się w ciało, ale widok jest warty tego niewielkiego cierpienia. Sierp księżyca błyszczy jak wypolerowany, a ja myślę sobie, że takie życie musi być piękne. Mieć własną wolę. Marzenie Harry’ego Pottera. Zrobić kiedyś cokolwiek z własnej woli. Bez nakazów, zakazów, pragnień innych i troszczenia się o ich potrzeby. Zacząć egoistyczne życie, nie musząc się przejmować zdaniem całego czarodziejskiego świata.
Krew delikatnie obmywa mój nadgarstek z ich brudnego dotyku, który pali skórę żywym ogniem. Dzisiaj dostałem tylko dwie kary – za mało. Moje życie nie jest warte, nie jest godne pobłażania. Muszę cierpieć, wtedy odpokutuję grzech istnienia.
Muszę pokutować za cierpienia, które powoduję. Wujostwo dokładnie mi to wytłumaczyło. Jedynie oni postrzegają mnie jako zwykłego człowieka, a nie jako niezwykle kruchy talizman chroniący przed złem, który trzeba schować i chronić, by mógł spełnić swoje zadanie. Dursleyowie są okropni, sprawiają ból. Chyba o to mi chodzi – by zapomnieć o wszystkich niepowodzeniach, zagłuszyć je bólem.
Na początku uważałem to za kłamstwo wmawiane przez wujostwo. Przekonanie to utwierdziło się, gdy odkryłem magię, Hogwart, przyjaciół… Potem zginął Cedrik; pierwsza porażka. Przez moją nieudolność powrócił Voldemort. Chłopiec Który Miał Uratować Świat, dołożył starań, by go zniszczyć. Śmierć Syriusza była zapalnikiem. Wtedy zrozumiałem, że jedynie ranię ludzi wokół siebie, sprowadzam katastrofę za katastrofą.
Wzdycham i sięgam po chusteczkę higieniczną. Kładę ją delikatnie na krwawiący nadgarstek i przykładam do rany. Każdy skrawek skóry na rękach pokrywają nieregularne, poszarpane sznyty. Najbardziej lubię tę pierwszą – ciągnięta maszynką do golenia z poszarpanymi brzegami. Robiłem ją niepewnie, więc wyszła trochę krzywo. Jest niedoskonała, nieudana – zupełnie jak ja.
W pewnym momencie wuj trochę przesadził, w te wakacje spędziłem dwa tygodnie w szpitalu. Odkryłem, czym jest prawdziwy ból. Chyba za bardzo się z nim zaprzyjaźniłem. Ale już nic nie mogę na to poradzić, on ratuje przed tym innym cierpieniem, którego bym nie zniósł. Mój umysł jest słaby, więc muszę go zajmować martwieniem się. Żeby zakrywać rękawy, nie krzywić się niepotrzebnie, uważać na plecy. Lista jest sporej długości.
Odkrywam chusteczkę i sprawdzam czy krew już zakrzepła wystarczająco. Usatysfakcjonowany wrzucam ją do małego śmietnika pod biurkiem i kładę się spać.
Budzi mnie skrzypienie drzwi. Słyszę sapanie. Ciężkie kroki wuja. Alkoholowy oddech owiewa moją szyję, gdy się zbliża. Zaciskam palce na białej pościeli, modląc się, by sobie poszedł. Proszę…
Tylko go to jeszcze bardziej podjudza. Może myśli, że się podnieciłem? Jęczę z rozkoszy? Ha.
Ból jest mi potrzebny, dobrze to wiem. Ale gdy wuj Vernon z jakiegoś powodu sięga po piwo, a najczęściej jest to odrzucony kontrakt w firmie czy inne niepowodzenia, zmienia się w innego człowieka, napędzanego pożądaniem.
Zaciskam powieki. Boję się. A jeśli dzisiaj pójdzie dalej? To mój największy lęk, że dzisiaj nie skończy się na tym, co zwykle.
Zrywa ze mnie pościel, a ja czuję powiew zimnego powietrza na odkrytej skórze. Mam na sobie jakieś granatowe bokserki większe o kilka rozmiarów, które spadają, gdy tylko nie są trzymane przez pasek od spodni. Teraz mam na sobie tylko je, więc gdy wuj podrywa mnie do góry, ciągnąc za nadgarstek noszący pamiątkę po dzisiejszej słabości, zsuwają się z kościstych bioder, a ja stękam cicho.
Wiem, co powinienem zrobić, ale i tak mam opory. Wielką dłonią łapie mnie za włosy i przyciska do krocza.
Po wszystkim prostuję się i pluję mu spermą w twarz, która niebezpiecznie czerwienieje. Usta wydymają się w prześmiesznym grymasie i dostaję w twarz. Raz, drugi, trzeci. W końcu muszę wytrzeć kapiącą krew z nosa. Wpatruję się w rozmazaną na skórze czerwoną smugę, więc nie zauważam wuja, który łapie mnie z tyłu i robi to, czego zawsze się obawiałem. Bez przygotowania, na sucho.
Łzy bezsilności i upokorzenia mieszają się z krwią. Chciałem bólu, naprawdę, ale to jest ponad moje siły. To dziwne piekące uczucie w niczym nie przypomina tego, do czego przywykłem. W niczym.
Chowam twarz w poduszce, łkając cichutko.

Rano nie mam siły wstać. Wuj wyszedł późno, naprawdę późno. Nie skończyło się na jednym razie. Nie wiem, co mam czuć. Obrzydzenie? Nienawiść? Chyba jest wszystkiego po trochę. Dziwne uczucia, których nie potrafię nazwać, przepełniają mnie całego. Jednocześnie mam ochotę płakać i krzyczeć ze złości.
Powoli wstaję z łóżka. Boli. Cały tyłek, jakby rozrywany. Jeju, on naprawdę był rozrywany dzisiejszej nocy. Pościel zmieniła barwę z bieli na czerwień; muszę to wyprać tak, by ciocia nie zauważyła.
Wracam do pokoju i siadam na podłodze, podkurczając nogi. Uwielbiam ból. On mnie ratuje, jedyny rozumie, ale to, co stało się w nocy… Jestem brudny. Zbawca czarodziejskiego świata jest zwykłą dziwką.
Wyciągam ręce przed siebie, eksponując nadgarstki. Zerkam na świeży bandaż i cienkie białe kreski. Pamiętam jak błagałem ciocię o jakikolwiek bandaż, gdy wuj w te wakacje zaczął bić mocniej, bez umiaru czy zastanowienia. Nie było za mną Syriusza, więc nie musiał obawiać się zaklęcia w akcie zemsty. Petunia najpierw popatrzyła na mnie jak na trędowatego, ale drugiego dnia, gdy podłoga w pokoju była pobrudzona krwią, bez słowa wręczyła mi gazy i bandaże. Co tydzień dostaję nowy zapas, wszystko, by dorośli czarodzieje się nie dowiedzieli. Zresztą nie chcę, by ktokolwiek wiedział. Litość wzbudza we mnie obrzydzenie. Ojej, umarli ci rodzice? Biedna sierota, musisz mieć ciężko w życiu. Ażebyście wiedzieli jak kurewsko ciężko.
Rzucam się w stronę szafki nocnej, przeszukuję obłąkanie szuflady w poszukiwaniu żyletki. Wyciągam ją, błyszczy w czerwonym świetle wschodzącego słońca. Od dawna nie trzęsły mi się tak ręce. Na początku, gdy miałem około czternastu lat, ból przeszywał całe ciało i palce trzymające zimny metal drżały niekontrolowanie.
Przygryzam wargę zdenerwowany; trochę za mocno i po podbródku spływa kropla krwi.
Jedno nacięcie. Uważnie obserwuję, jak z na skórze pojawia się cienka, czerwona kreska. Krople pęcznieją, powiększają objętość, przez chwilę mam wrażenie, jakby krew miała wybuchnąć, jakby to był już jej limit, ale nie, spływa strużką w dół. Powoli, nigdzie jej się nie śpieszy.
Dochodzę do wniosku, że ciąłem za płytko, za mało boli. Chcę poczuć ten ból, zapomnieć o brudnym z krwi ciele, o dzisiejszej nocy. Zapomnij, cholera!
Ostrze przejeżdża szybko po skórze. Raz, dwa, trzy... Wbija się głęboko, pijąc czerwień. Więcej, więcej, WIĘCEJ!
Rozmazałem krew na ręce. Kiedy? Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem. Wiem, że jest cała czerwona. Pokryła się tym kolorem, nie ma wolnego skrawka skóry.
Dlaczego palce również są pokryte krwawymi kreskami? Dlaczego?!
Przybywa jej dużo, bardzo dużo...
Chcę wstać, ale ślizgam się na powstałej niedawno kałuży i padam na ziemię, kolorując ciało na czerwono. Palce ślizgają się po deskach, szukając oparcia. Nie potrafią go znaleźć. Czołgam się na czworaka, dyszę ciężko. Nie mam siły oddychać, jestem zmęczony.
Ręce nie wytrzymują mojego ciężaru i padam na podłogę z głuchym łoskotem, uderzając policzkiem o twarde podłoże.
Czuję się zmęczony i senny. Zamknij oczy, szepcze głosik w głowie. Zamknij oczy, a wtedy cierpienie się skończy... Mówi dość racjonalnie, więc przymykam powieki. Przez chwilę rozkoszuję się wygodą i wytchnieniem, zanim nadchodzi nicość.

Budzi mnie ból. Ręka pali żywym ogniem, jakby pies szarpał ją krzywymi kłami. Przed oczami staje mi porzucony kundel, który warczy i tarmosi mięso. Jego przysmak przeistacza się w moją rękę. Widzę, jak wbija zęby w mięśnie i tłuszcz, jak odrywa je, roniąc krople krwi. Słyszę dźwięki. Mlaskanie, sapanie. to jak ostre kły rysują odsłonięte kości, miażdżą stawy.
– ... na szczęście znaleźli go państwo zaraz po incydencie, więc życiu chłopca zupełnie nic nie zagraża. Poza nim samym, oczywiście. Widuje się z psychologiem?
– Regularnie – żarliwie odpowiada głos brzmiący jak ten ciotki Petunii. – Ale niestety nie przynosi to oczekiwanych rezultatów. Myśleliśmy z mężem, że już wszystko w porządku, ale to, co się wydarzyło... Przerażające. Harry zawsze był dziwny, ale nie sądziłam, że posunie się do próby samobójczej.
– Młodzież w tych czasach ma za dobrze i wariuje – mówi wuj.
– I tu się z panem całkowicie zgodzę, panie Dursley. Sugerowałbym jednak zmianę lekarza prowadzącego jego chorobę, aktualny psycholog widocznie nie radzi sobie z panem Potterem.
– Gdzie...? – pytam charczącym głosem.
– W szpitalu, Harry – przerywa mi ciocia Petunia. Ale mi nie o to chodziło! Gdzie podział się pies? Przecież jadł... Przerażenie petryfikuje mnie na sekundę, a potem z prędkością światła odkrywam kołdrę. Na ręce widnieje bandaż, ale jest cała. Opadam na poduszki z ulgą.
Leżę na miękkim łóżku z białą pościelą, a przy nim stoją trzy osoby: wujostwo i mężczyzna, który prawdopodobnie jest lekarzem. Ubrał się w biały kitel, a z szyi zwisa stetoskop. Jestem w szpitalu. Zapędziłem się.
– Jak się pan czuje, panie Potter? – Panie Potter, jak to cholernie irytująco brzmi. – Ma pan zawroty głowy? Nudności? Uderzył się pan w głowę, dosyć mocno, jak sadzę.
– Tylko ręka – charczę i nakrywam kołdrę na nos, dając im znak, by wyszli, co robią. Drzwi trzaskają cicho, a ja rozglądam się po sali. Obok mnie leży blondyn z nogą w gipsie, na przeciwko śpi dziewczynka, obok niej nastolatka z długą szramą na policzku.
Obracam się na bok i przymykam senne powieki. Drugi raz w szpitalu, oby nikt z czarodziejskiego świata się nie dowiedział.
♦♦♦

Wychodzę następnego dnia zaopatrzony w świeże bandaże. Lekarz przemilczał sprawę z bliznami, więc zapewne odbył odpowiednią rozmowę z wujostwem. Może dlatego zostawili mi zwitek funtów i wrócili czym prędzej do Little Whinging? Zresztą nieważne. Sam pójdę na dworzec i wrócę, muszę wrócić. Jestem winny czarodziejom posłuszeństwo, tyle im zawdzięczam, powinienem zabić Voldemorta dla nich.
Przez moją nieudolność magiczny świat wycierpiał zbyt wiele, gdybym był prawdziwym Wybrańcem, już dawno skończyłaby się wojna. Zaciskam palce na zielonej bluzie z zamkiem – zrobię to, zacznę ćwiczyć czarną magię, uroki, zabiję Riddle'a.
Idę zatłoczoną ulicą w stronę dworca, pociągiem powinienem szybko dostać się do hrabstwa, a potem miasteczka. Przeciskam się pomiędzy twardymi ciałami, nieustannie mrucząc „przepraszam” i kulę się, próbując przedostać dalej, ściskany przez ludzi.
Niechcący wpadam na kogoś i upadam wraz z nim na ziemię z głuchym łoskotem. Paru przechodniów patrzy się na nas w osłupieniu, ale potem idą w swoją stronę; większość nawet nie marnuje czasu, by popatrzeć, po prostu mijają, usilnie udając, że nic się nie stało.
– Ała! – krzyczy chłopak, na którego wpadłem, gdy próbuję wstać. Chyba za mocno zacisnąłem palce na jego ramieniu, gdy próbowałem się podnieść. Zaraz, ja znam ten głos.
– Malfoy?!
Ta wykrzywiona obrzydzeniem twarz tylko mnie utwierdza w odkryciu. No to pięknie, Potter.
– Potter? Dlaczego on, Salazarze? Ze wszystkich...
– Było na mnie nie wpadać – burczę i podciągam się na nogi. Malfoy wykrzywia wargi i również się podnosi. Mierzy mnie zimnym spojrzeniem lodowych oczu i mówi:
– Jesteś tak upośledzony, że nie zauważyłeś, że to ty na mnie wpadłeś?
Spokojnie, Harry, tylko spokojnie, nie daj się sprowokować.
– Co robisz w mugolskiej części miasta? – pytam. Kłótnie do niczego nas nie doprowadzą, chyba że do kilku urazów na ciele.
– Stęskniłem się za moim Gryfonem – mówi. I postanowienia o spokoju szlag bierze. Wielkie dzięki, Malfoy. – Naprawdę sądzisz, że ci powiem, Potter?
– Nie. Po prostu przez chwilę... nieważne. – Przez chwilę wydawało mi się, jakby był zagubionym dzieckiem, rozpaczliwie wołającym o pomoc w odszukaniu mamy.
– Rodzice nie uczyli, że raz rozpoczęte zdania się kończy? – Nie umyka mojej uwadze, że praktycznie cały czas rozgląda się wokoło z niepokojem. – Ach, zapomniałem, nie żyją, a biednej sierotki nie miał kto nauczyć kultury.
– I mówi to syn śmierciożercy – warczę, zaciskając pięści. Mam nadzieję, że napięte mięśnie nie nadwyrężą świeżych szwów na ręce. Jeszcze chwila i dostanie w mordę, jak tylko jeszcze raz obrazi rodziców, to nie ręczę za czyny swoich pięści.
– Uważaj, Potter – syczy i podchodzi do mnie, zaciskając palce na szarej koszulce. Łapię go za nadgarstek i patrzę wyzywająco w zimne oczy. – Ja przynajmniej go mam, nie zostawił mnie.
– Och, ale za to oddał cię Voldemortowi. – Uśmiecham się szeroko, gdy krzywi się na prawdziwe imię Sam-Wiesz-Kogo. – Co, masz już Mroczny Znak na przedramieniu? Jesteś jego pachołkiem? W ilu niewinnych ludzi rzuciłeś Avadę?
Jego źrenice rozszerzają się na chwilkę, a potem zaciska usta w wąską linię i wyrywa ręce z uścisku. Rozgląda się po śpieszących ludziach, a oni nie pozostają mu dłużni w sprawie spojrzeń. Ale czemu tu się dziwić, Malfoy nie ma zielonego pojęcia o mugolach i jest w czarodziejskich szatach. Wzbudza więc niemałą sensację.
– Kurwa, Potter. Nie jesteśmy sami – warczy, a ja mam przedziwne wrażenie, że czegoś panicznie się boi. – Chodź. – Łapie mnie za rękę i ciągnie.
– Hej! – Szarpię i próbuję się wyrwać. – Co ty sobie wyobrażasz, Malfoy?!
– Po prostu chodź.
Przez chwilę stoję w miejscu. O co mu chodzi? Dlaczego nie jest w swojej rezydencji, tylko włóczy się po Londynie? Zaraz, jest śmierciożercą, pewny fakt. A więc chce mnie zaciągnąć do Toma? Z imieniem Tom Riddle niezaprzeczalnie wiążą się tortury, w pewien sposób kusząca propozycja, ale umrzeć nie chcę, co to to nie.
– Gdzie? Do Voldemorta?
– Czy musisz mieć olśnienia intelektu wtedy, kiedy nie trzeba, Potter?
– Zamknij się, Malfoy!
– Cięta riposta Pottera, czyli wracamy do tej głupszej wersji, bez intelektu.
– Malfoy... Możesz mi łaskawie wyjaśnić, o co ci, do choler jasnej, chodzi?
– Mi o nic nie chodzi, oprócz jednego: rusz tę dupę i chodźże!
Mam wielką ochotę go uderzyć. Z całej siły. A potem obserwować jak na policzku wykwita fioletowy siniak niczym kwiatek. Zamiast tego wzdycham i idę, ciągnięty przez blondyna w tylko jemu znaną stronę.
W końcu docieramy do jakiejś kafejki. Malfoy otwiera drzwi, rozbrzmiewa dzwoneczek informujący o przybyciu gości. Sadowimy się na brązowych kanapach na przeciwko siebie. Podchodzi kelnerka, więc zamawiam mrożoną kawę, uprzednio przeliczywszy funty, które dostałem od wujostwa. Powinno zostać wystarczająco na bilet powrotny.
– Zamawiasz coś?
Marszczy brwi i wpatruje się w menu, jakby chciał je siłą woli zmusić do tańczenia czy czegoś równie głupiego.
– Dlaczego mugole mrożą kawę? – pyta, przechylając głowę na bok. Kosmyki jasnej grzywki opadają na niebiesko-szare oczy.
– Jest lato, upały są nie do zniesienia. A więc dla ochłody zimna kawa.
Usilnie staram się ignorować kelnerkę w czarnym fartuchu, która przysłuchuje się naszej rozmowie z otwartymi ustami.
– Dwie mrożone kawy – mówię do niej, nie czekając na odpowiedź mojego towarzysza. Dziewczyna kiwa głową i dopisuje coś do notatnika.
– Za chwilę przyniosę – mówi i zostawia nas samych.
– Mugole są dziwni – podsumowuje Malfoy.
– To dlaczego nie poszliśmy na Pokątną?
– Mieszkasz w pobliżu?
Przez chwilę nie jestem w stanie wydobyć słowa, ale odpowiadam:
– Nie mieszkam w Londynie. Dlaczego cię to tak interesuje?
– Potrzebuję przewodnika.
Kelnerka właśnie przynosi zamówienie, więc siłą woli powstrzymuję się przed głośną reakcją na te słowa.
Biorę szklankę i przykładam usta do słomki. Biorę dwa łyki i wzdycham.
– I przychodzisz z tym do mnie? Do wroga?
– Nie rozumiesz – warczy sfrustrowany.
– Oczywiście, że nie rozumiem. Nic mi nie wyjaśniłeś przecież!
– Po prostu... Mogę zamieszkać z tobą?
Krztuszę się kawą. Kaszlę i prycham, trawiąc jego słowa. Jak to? Co mu na mózg strzeliło? Wstaję i podchodzę do niego. Kładę rękę na ciepłym czole Malfoya, który mruży oczy i odsuwa głowę jak najdalej mojej ręki.
– Co ty wyprawiasz? – pyta.
– Sprawdzam, czy nie masz gorączki. A może uderzyłeś się w głowę?
– Jestem w pełni zdrów, Potter. Dziękuję za troskę – mówi z sarkazmem.
Siadam na swoje miejsce i cicho sączę kawę, czekając aż odezwie się pierwszy i wszystko mi wyjaśni.
Zupełnie nie rozumiem jego pobudek, do czego dąży, co chce osiągnąć. I nie rozumiem, co tutaj robię. Dlaczego nie wyjdę z tej pieprzonej kawiarenki i nie oleję Fretki?
– Potter, zamów mi jeszcze.
– Już skończyłeś? – pytam zdziwiony, patrząc na pustą szklankę.
– Zadziwiająco smaczne. I ma kofeinę.
– Więc?
Malofy wzdycha i pociera skronie palcami.
– Powiedzmy, że na chwilę obecną mam dość czarodziejskiego świata. Chcę się od niego odciąć.
– Nie ty jeden. Ale to niemożliwe.
– Przynajmniej na chwilę, muszę odpocząć i... przemyśleć parę spraw.
Czyli nie tylko ja mam takie nierealne marzenia. Malfoy wydaje się być szczery, co jest u niego rzadkością. Ciekawe, co się wydarzyło, że aż tak się zmienił. jest spokojniejszy i nie przeszkadza mu, że ośmielam się oddychać.
Świat naprawdę oszalał.
– Malofy nie ma bata, nie będziesz u mnie mieszkał. – Już widzę minę Dursleyów, gdybym przyprowadził na Privet Drive kolejnego czarodzieja. Wuj Vernon byłby zły, co ja mówię – wkurwiony. Cała twarz oblałaby się szkarłatem, a moje ciało boleśnie doświadczyłoby jego gniewu. Mimowolnie robi mi się zimno, gdy tylko pomyślę o tamtej nocy. Chyba nigdy nie pozbędę się złych wspomnień. O tym bólu i obrzydzeniu do samego siebie... Cholera, miałeś o tym nie myśleć!
– Potter, zbladłeś. Zobaczyłeś gdzieś Czarnego Pana?
– Widzę, że humor wrócił.
– Powiedzmy. – Wygina wargi w nikłym uśmiechu. – Czy mugole mają coś... Wiesz, pokoje do wynajęcia.
– Hotele. Jasne. Ale galeonów ci nie przyjmą.
– Spokojnie, Potty. Nie przegrzej główki nadmiernym myśleniem – mam te dziwne papierki.
– Funty – poprawiam automatycznie.
Malfoy wstaje, a ja upijam łyk kawy. Patrzy się na mnie dziwnie, ale go ignoruję.
– No chodź już... no, tam gdzie mieszkasz!
Wzdycham ciężko i podnoszę się, zostawiając na blacie monety. Potem upomnę się o moją część u Malfoya.
Naciągam rękawy zielonej bluzy mocniej na ręce i idę do wyjścia, a Ślizgon drepcze za mną.
– W ogóle, Potter, dlaczego jesteś ubrany jak Ślizgon? – Wymownie patrzy na szarą koszulkę i bluzę z kapturem. To będzie ciężka podróż. W co ty się wpakowałeś, Harry?
Ostatnio edytowano 14 lip 2017, o 16:58 przez Mee Lord, łącznie edytowano 5 razy
Mee Lord Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 9 sie 2016, o 10:44

Postprzez Mee Lord » 10 sie 2016, o 10:01

♦druga kropla♦


Koleje mają w sobie coś magicznego. Dźwięk jaki wydają wagony, sunąc po wygładzonych szynach, obłoki pary wypełzające z komina i ten niesamowity pęd. I w dodatku pociągi zawsze będą kojarzyć mi się z Hogwartem, widocznie Malfoyowi też, bo burczy pod nosem, odkąd zaprowadziłem go na dworzec. Dla mnie pociągi są miłością, dla niego chyba przekleństwem, ale zupełnie nie rozumiem dlaczego.
Ślizgon w dalszym ciągu stanowi niewiadomą. Wpadł na mnie, próbując jeszcze wmówić, że to moja wina, a potem oświadczył, że chce ze mną mieszkać. Może Voldemort kazał mu się ze mną zaprzyjaźnić, a potem wykorzystać, przyprowadzając do niego? Nie, aż tak głupi nie jest... chyba.
Malfoy siedzi naprzeciwko mnie, wpatrując się w mijające łąki. Podpiera spiczasty podbródek na prawej ręce i wykrzywia usta w grymasie, czasami mruknie coś pod nosem, co brzmi, jakby przeklinał cały świat i wszystkich. Błękitne oczy dziwnie iskrzą, jakby Malfoy się cieszył albo ekscytował. Chyba powinienem kupić grubsze szkiełka do okularów, bo mam zwidy.
– Potter, cholero jedna, mógłbyś przestać wlepiać we mnie te zielone ślepia? – warczy, nawet nie spoglądając w moją stronę. Jego blade wargi są tuż przy szybie. Mógłbym przysiąc, że ocierają się o nią, bo na niewielkim obszarze powstaje zamglenie.
– O, pamiętasz, jaki kolor mają moje oczy. Punkt dla ciebie, bystrzaku.
– Przynajmniej mam cokolwiek w głowie, Potty. – Wreszcie spogląda na mnie lodowymi oczami, marszcząc zabawnie brwi. Jejku, jak one mogą być tak jasne? Nawet rzęsy. Ciekawe czy na dole też jest blondynem. Nie, na pewno jest.
Harry, potrzebujesz wizyty u najlepszego psychiatry w mieście. Natychmiast. Zastanawianie się nad kolorem włosów łonowych Malfoya? Może jeszcze zgadywanka o bokserkach? To może być podchwytliwe, a jeśli nosi slipy?
– Malfoy – mówię, mając go serdecznie dość. – Albo mówisz, czego chcesz, albo rozstajemy się zaraz po tym, jak dotrzemy do Little Whinging.
Przez chwilę mierzymy się w walce na spojrzenia. Zieleń vs. błękit. To dziwne, ale jakimś cudem nie myślę o swoim pytaniu, ale rozkoszuję się widokiem tego niesamowitego koloru – coś na pograniczu zachmurzonego nieba z przebłyskami słońca oraz lodu pośród śnieżnej zawieruchy.
W końcu Malfoy wzdycha i ciężko opada na siedzenie, opierając głowę o zielony podgłówek. Jasne kosmyki rozsypują się po tkaninie. W świetle promieni wpadających przez okno wydają się wręcz białe.
– Chcę się odciąć od czarodziejskiego świata. Powiedzmy, że zaszedłem za skórę paru osobom, one zresztą mi też. Potrzebuję odpoczynku, muszę przemyśleć naprawdę ważne kwestie, o czym już ci wspomniałem.
– Znając życie nie podasz mi powodów, dlaczego chcesz to zrobić? – Szukam jakiejś luki na jego masce obojętności, ale drań perfekcyjnie ukrywa nawet najmniejsze emocje.
– Nie.
– I tyle? Żadnego dogryzania? – Obserwuję jak na idealnie gładkiej twarzy pojawia się zmarszczka zirytowania.
– A co? Tęsknisz, Potty? Lubisz być poniżany, stałeś się pierdolonym masochistą?
– Specjalnie dla ciebie, Malfoy. Sadysta zawsze potrzebuje swojego masochisty.
– Zapamiętam to, Potter. – Nie potrafię powstrzymać uśmiechu, który wpełza na moje usta. Szczerzę się jak głupi, a Malfoy wygina delikatnie kąciki ust. Zawsze jakiś progres – nie pozabijać się z Draconem będąc w tak bliskiej odległości, a w dodatku żartować.
– Więc co chcesz robić? – pytam po dłuższej chwili, chcąc się zorientować. – Powiedz, specjalnie na mnie wpadłeś, bo nikogo tu nie znałeś? Albo się zgubiłeś? Albo...
– Skończ.
– Już. Skończyłem!
– Jakoś nie zauważyłem – odpowiada. Mam wrażenie, że jest rozbawiony. Robi mi się cieplej i ponownie się uśmiecham.
– No to jak?
– To ty na mnie wpadłeś, Potter. Tak słabą masz pamięć?
– A to dziwne... Dokładnie pamiętam, kiedy się na mnie brutalnie rzuciłeś, powalając na chodnik.
– Ty na mnie wpadłeś.
– Wcale, że nie!
– A właśnie, że tak!
– Nie!
– Wpadłeś, Potter, wpadłeś.
– Nie jestem dziewczyną, nie mogę zaliczyć wpadki.
– Ty naprawdę masz tak idiotyczne poczucie humoru? – Malfoy spogląda na mnie z zrezygnowaniem.
– Specjalnie dla ciebie – mówię. – Czyli co chcesz robić, jak już dojedziemy? Zostało nam niecałe dziesięć minut.
– Muszę mieć jakiś pokój. A potem będziesz pełnił funkcję przewodnika.
– Wzruszyłem się. – Udaję, że ścieram łzę z policzka. – Aż tak bardzo chcesz spędzać ze mną czas? Jakoś ci nie wierzę – warczę.
– Nie odpuścisz, dopóki nie powiem prawdy? – pyta, wzdychając. Przygryza dolną wargę i wpatruje się w swoje splecione na kolanach dłonie.
– W życiu – odpowiadam z uśmiechem. Dotykam lewego nadgarstka i ściskam lekko, chcąc poczuć trochę bólu. Wypuszczam powietrze powoli z ust i przenoszę wzrok na Malfoya.
– W te wakacje... wydarzyło się wiele dziwnych i niezrozumiałych rzeczy. Wiesz, Voldemort oficjalnie powrócił, a ojciec jest czynnym śmierciożercą... Uznali, że to czas, bym do nich dołączył, ale to, co zobaczyłem... Nie wyobrażasz sobie, co oni tam wyprawiają z mugolami – mówi, a głos mu lekko drży. – Cruciatus to chyba najłagodniejsze i najbardziej humanitarne wyjście, gdy zabijają. Jeśli można nazwać zabijanie humanitarnym.
– Powiedzieli, że będę idealny jako szpieg w Hogwarcie, bo Snape'a podejrzewają. W dodatku to swego rodzaju kara za niepowodzenie ojca. Od jego zamknięcia w Azkabanie zostałem dopuszczony do kręgu Śmierciożerców, na szczęście nieoficjalnie. Po tym, co zobaczyłem... To jak traktuje podwładnych, którzy zawinili lub zrobili cokolwiek nie po jego myśli... Jasna strona wydała się lepszą perspektywą, ale nie mogę do niej przejść. Za daleko zabrnąłem w to gówno. – Śmieje się gorzko. – Chcę zapomnieć o świecie czarodziejów, dlatego wybrałem się do świata mugoli. Tutaj mogę odpocząć, przynajmniej do końca wakacji.
– I pozwolili ci tak po prostu odejść? – pytam zaintrygowany jego historią. Zawsze uważałem Malfoya za nieczułego dupka troszczącego się jedynie o czystą krew i uznanie ojca, a teraz ukazuje mi zupełnie nowe oblicze. Czyżby wydoroślał? A może życie doświadczyło go tak samo jak mnie, a oczekiwania innych zabiły dawnego Draco?
– Durnyś. Myślą, że... dopracowuję swoje zadanie, a do tego potrzebuję spokoju. Żadnych śmierciożerców w domu, krzyków i tym podobnych.
– Czyli przeciwnik szlam, mugoli i charłaków został zmuszony, by żyć jak one – mówię z uśmiechem na ustach. Los chyba naprawdę uwielbia ironię. Dwaj zagorzali wrogowie rozmawiają bez nawet jednej próby morderstwa i pomagają sobie wzajemnie. Odkryłem, że dobrze mi się rozmawia z Fretką, a w dodatku w jakiś sposób moje zapotrzebowanie na ból się zmniejszyło, od kiedy go spotkałem. Rozmowa z nim sprawia, że prawie zapomniałem o wuju, o krwi. Można powiedzieć, że ten dziwny i wyniosły blondyn staje się powoli moim lekarstwem. Nie muszę mu nic mówić, bo nie jestem nic winien, a on mi. Po prostu nasze rozmowy mogą dotyczyć błahostek, nie wplątując w to spraw czarodziejskich. I wydaje mi się, że on też tak czuje. Dlatego nie uciekł, tylko został i prosi o pomoc.
– Staczam się – mówi lekko załamanym tonem, udając, że boli go serce i przykładając rękę do piersi. – To twoja wina, Potter! – Na jego twarzy malują się wyrzuty. Uśmiecham się, chcąc mu odpowiedzieć, ale pociąg zwalnia, wiec mówię tylko:
– Dojechaliśmy. Czas na poszukiwania mieszkania, Malfoy!
Energicznie wstajemy i opuszczamy pociąg. Fretka co chwila rozgląda się i rozdziawia paszczę lub dla odmiany wskazuje palcem. Ludzie nie są mu dłużni, jego strój w dalszym ciągu wzbudza niemałą sensację, więc jest obiektem wielu szeptów i zdziwionych spojrzeń. Ron z Hermioną mieliby niezły ubaw, widząc takiego Malfoya.
– Czym są te... – Przez chwilę szuka odpowiedniego słowa, a potem mówi: – Dziwne tablice z kolorowymi literkami?
– Ekrany – mówię, tłumacząc spokojnie jak dziecku. – Możesz na nich zobaczyć, kiedy odjeżdża twój pociąg.
– Aha. A ten głos skąd się bierze?
– Przez mikrofon... To coś w rodzaju zaklęcia Sonorus, tylko ani grama magii.
– Aha. A te kolorowe kółka o tam? – Wskazuje ręką na światła.
– Światła, które pokazują, że można jechać.
Wyszliśmy już na ulicę i idziemy w stronę centrum, gdzie zapewne znajdzie się pokój dla Malofya.
– Ile masz funtów?
– Tych papierków? – upewnia się, a ja kiwam głową. – Zamieniłem na to dwieście galeonów, ale potem jeszcze mi przyślą pieniądze.
– Spokojnie powinno ci wystarczyć to, co zabrałeś. Został tylko miesiąc wakacji.
– Może ty być przetrwał, ale ja potrzebują ludzkich warunków.
I wracamy do starego Malfoya.
– O, przepraszam – mówię chłodno. – Paniczowi stanie się krzywda, gdy będzie spał w zwykłym motelu oraz umrze od jedzenia, które nie zawiera w sobie łososia czy kawioru.
– Jak ty mnie doskonale znasz, Potter. Aż w ogóle.
– Wzajemnie, Fretko.
Słysząc te słowa, obraca się w moją stronę i przyciska do ściany. Jego blade palce zaciskają się na szyi. Żegnaj nici porozumienia. Znowu chcemy się pozabijać.
Na szczęście jesteśmy na bocznej uliczce, gdzie nie ma ludzi, więc nie wzbudzamy zbędnej sensacji swoim zachowaniem.
– Co ty sobie wyobrażasz, Bliznowaty? – warczy Malfoy. – Wielki Wybraniec musi pokazać na każdym kroku, że jest lepszy od innych?
– O, mówisz o sobie? O Panu Jestem Zajebisty Możesz Mi Się Pokłonić?
Boże, dlaczego pokarałeś mnie nim? Dlaczego moim ratunkiem od szaleństwa ma być ten zadufany w sobie idiota?
– Potter...
– Wyobraź sobie, że wiem, jak się nazywam. – Łapię go za nadgarstek i odciągam rękę od szyi. Poprawiam koszulę, spoglądam jeszcze raz na debila i mam zamiar odejść, ale zatrzymuje mnie jego głos.
– Potter, nie dam rady sam.
Cichy szept przecina suche powietrze niczym pędzące ostrze; niemal słyszę ten metaliczny świst. Głos Malfoya lekko drży pod koniec wypowiedzi, jakby niewidzialna ręka wzięła dźwięki w garść i ścisnęła, sprawiając, że umarły, konając wolno i boleśnie. To jedno zdanie wypowiedziane niemożliwie wręcz cichym głosem sprawia, że zatrzymuję się i mimowolnie spoglądam na twarz Draco. Nie wiem, czego się spodziewać. Wzgardy? Prośby? Bezradności? Jego twarz nie wyraża nic. Maska. Przechodzi mi przez myśl, że chciałbym, by kiedyś zdjął ją dla mnie, tylko dla mnie, by otworzył się przede mną i zaufał. Dlaczego Malfoy wywołuje u mnie tak subtelne i delikatne uczucia przeznaczone dla kogoś specjalnego?
– Jeden warunek, Malfoy – koniec z czarodziejskim światem. Od dziś jesteśmy dwoma mugolami, którzy starają się przetrwać do dorosłości.
– Czar pryśnie pierwszego września? – Śmieje się gorzko, ale nie protestuje. W co ty pogrywasz, Malfoy? Co takiego zobaczyłeś u Voldemorta, że tak kurczowo trzymasz się szkolnego wroga? Ponownie nachodzi mnie myśl o tym, jak wyjawia mi swoje sekrety, mówiąc szczerze, bez cienia fałszu.
– Może nawet wcześniej – mówię cicho do siebie, przypominając sobie Rona i Hermionę, którzy obiecali, że zabiorą mnie w ostatnim tygodniu wakacji. Na początku byłem wściekły, że muszę spędzić u Dursleyów prawie dwa miesiące, ale teraz chyba nie mam im za złe tej decyzji. Przynajmniej będzie ciekawie.
Nie wiem czy dosłyszał moje słowa, mam nadzieję, że jednak nie. Ale boję się odwrócić, by to sprawdzić. Co za irracjonalny strach.
– Chodź, Malfoy. Musimy znaleźć ci mieszkanie, nie? – Odwracam się do niego z szerokim uśmiechem kończącym kłótnię. Kiwa głową w odpowiedzi, a ja mam dziwne wrażenie, jakby usta wykrzywiły się w nieznacznym uśmiechu.
♦♦♦

Docieramy do drzwi od Malfoyowego pokoju. Właściciel nie wie, do czego służy klucz, więc wyręczam go i przekręcam metal, otwierając drzwi.
Pomieszczenie jest schludne i przyjemnie urządzone: łóżko z białą pościelą, na którym się sadowię, mała kuchnia z niezbędnymi sprzętami, drzwi do łazienki, stół i dwa krzesła, jakieś szafy, czarny dywan pośrodku. Podsumowując, zwyczajny hotelowy pokój, co tłumaczy skrzywioną twarz Malfoya.
– Łóżko masz genialne – mówię, klepiąc miejsce obok siebie. Chcę trochę poprawić mu nastrój. Zły Malfoy oznacza wyżywanie się na biednym Harrym w postaci niezbyt miłych epitetów.
– To propozycja, Potter? – pyta z ironicznym uśmiechem. Wzdycham, czerwieniąc się trochę. Co siedzi w głowie tego zboczeńca? Ech,..
– O-oczywiście, że nie!
– Rumienisz się, Potty, więc może jednak? – To ja mu chcę poprawić humor, ale nie, Pan Malfoy Wielki nie potrafi powstrzymać się od drwin.
– Skończ z tymi głupimi insynuacjami!
– Jesteś nawet znośny, gdy masz takie czerwone policzki – mówi i siada obok mnie. Czuję, jak moje policzki robią się jeszcze bardziej czerwone. Potter, weź się w garść! Patrzę na jego bladą twarz, na iskierki w zazwyczaj martwych oczach i myślę, że rozbawianie Malfoya jednak się udało.
– Malfoy!
– Więc co teraz? – pyta mnie, wpatrując się w sufit. Może pyta o te poważne sprawy, ale nie potrafię o nich rozmawiać, po prostu nie.
– Potrzebujesz jedzenia. Czyli idziemy na zakupy!
Może mam halucynacje z powodu utraty krwi, ale czy na wspomnienie o zakupach nie zaświeciły mu się oczy? Jak dziecku, któremu obiecano dodatkowy prezent pod choinkę.
– No chodź! – mówi i ciągnie mnie za rękę. Mocny uścisk jest przyjemnie ciepły.
Zostaję wyciągnięty przez drzwi, oczywiście potykam się po próg, ale to mi przypomina, że powinniśmy je zamknąć.
– Czekaj – mamroczę i przekręcam klucz. Chowam go w kieszeni i spoglądam na zniecierpliwionego chłopaka. – To przeciw włamaniu, żeby cię nie okradli – tłumaczę.
Malfoy mnie nie słucha, tylko zbiega po schodach. Patrzę na niego i uderza we mnie myśl, że nadal jest w czarodziejskich szatach.
– Czekaj! – krzyczę i biegnę za nim. Słyszę jego śmiech lekko przytłumiony przez zadyszkę. Doganiam go po kilkunastu stopniach. Zbiegam na jedną z klatek schodowych i obracam się twarzą w jego stronę.
– Wiesz przynajmniej, gdzie masz iść? – pytam, szczerząc zęby. Zatrzymuje się w półkroku i mówi:
– Szczegóły. Ważne, że ty wiesz.
Policzki ma lekko zaróżowione, jakby przyprószone pudrem, oczy wyglądają na zaczarowane z tymi świecącymi iskierkami. Jednym słowem, wygląda jakby dobrze się bawił. Uciekając przede mną. Super, Malfoy. W tym momencie dociera do mnie, jak bardzo się zmienił. Albo tak naprawdę go nie znałem, bo prawdziwą osobowość skrywał za maską śmierciożercy.
– Jednak najpierw powinniśmy się udać po ubrania dla ciebie.
– Z tymi jest coś nie tak? – pyta i spogląda na swoje szaty.
– Zupełnie w porządku – zapewniam go – ale nie dla mugoli.
Po przymierzeniu dosłownie milionów par T-shirtów, bluz i jeansów w końcu wychodzimy obładowani torbami. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że było nawet zabawnie. Malfoy co rusz znikał w przebieralni, widząc chodź jedno skrzywienie na mojej twarzy, by pojawiać się w koszuli o innym odcieniu zieleni.
Nie odbyło się bez dziwnych spojrzeń i drwin z mugolskiego stylu i zupełnego braku gustu, jak to ujął Malfoy.
Zabawnie było, gdy przymierzał różowe koszulki z jednorożcami, to cud, że zdołałem go przekonać do zakupu paru. Nie mogłem przestać się chichotać na myśl, co powiedziałby Lucjusz Malfoy, widząc syna w koszulce z napisem: I'm a unicorn. Ale Draco stwierdził, że nie ma nic złego w byciu jednorożcem. Nie miałem serca wyprowadzać go z błędu.
– W którą stronę sklep ze słodyczami? – pyta Malfoy po odniesieniu toreb z cuchami do pokoju i przebraniu się w coś stosownego dla mugoli. Jak dla mnie kupił ich stanowczo za wiele, ale gdy to powiedziałem, nakrzyczał na mnie, że niby się nie znam. Jaasne...
– Za rogiem – mówię i kieruję się do marketu, nie czekając aż Pan Arystokrata za mną ruszy. Za chwilę mnie dogania z oburzeniem na twarzy, że go zostawiłem.
Nie mogę się oprzeć, by nie spojrzeć na jego minę, gdy drzwi otwierają się automatycznie. Mało brakuje, by nie rozdziawił ust ze zdziwienia.
– Mugolska magia – mówię ze śmiechem i wchodzimy do sklepu.
Słodycze zajmują prawie trzy długie regały. Regały pełne czekolady, słonych przekąsek i zbyt słodkich ciasteczek.
– Gotowy? – pytam z przekornym uśmiechem i pcham wózek do przodu. Malfoy wrzuca do środka wszystko, co mu się napatoczy. Patrzę na zapełniający się pakunkami wózek i wpadam na pomysł. Obecność Malfoya źle wpływa na moją psychikę. Bardzo źle.
– Wskakuj, Malfoy. – Wskazuję podbródkiem na sklepowy wózek. – Czas na przejażdżkę!
Na początku jedynie marszczy brwi, ale potem uśmiecha się diabolicznie i przekłada nogę, wchodząc do środka.
Nie mogę powstrzymać wzbierającego się w piersi okropnego chichotu, gdy widzę dumnie wyprostowaną Fretkę, która władczo rozkazuje pakować słodycze. Boże, dziękuję ci za te błahostki, które są niczym ładowarka dla człowieka; niezbędne baterie.
Po kilkunastu paczkach chipsów o wszystkich możliwych smakach stwierdzam, że zrobiło się nudno, więc przyspieszam napędzany malfoyowymi okrzykami oburzenia. Podeszwy zniszczonych trampek głucho uderzają o wypolerowane kafelki, by po chwili oderwać się i stanąć na barierce.
– Yahooo! – drę się na całe gardło, ściągając spojrzenia klientów i personelu. A idźcie się wszyscy pierdolić.
– Imbecylu! – wrzeszczy Fretka. – Pozabijasz nas, idioto!
Odpowiadam mu jedynie głośnym rechotem i zeskakuję z wózka, co sprawia, że Malfoy wzdycha z ulgą i chce się ponownie zabrać za pakowanie słodyczy. Oj, nie. Chwytam mocniej plastikową rączkę i zakręcam wózkiem z całej siły tak, że toczy ładne półkole. Krzyki Fretki są błogosławieństwem dla moich uszu.
Zdyszany uśmiecham się szeroko i podaję mu rękę, by mógł wstać. Jest to też pewien sposób wyrażenia uczuć – nie chciałem cię zabić.
Po tym wydarzeniu Malfoy już nie wchodzi do wózka, ale za to przekonuje mnie, żebym teraz ja spróbował. Patrząc na ten diabelski uśmiech, boję się o swoje marne życie, więc odmawiam za każdym razem, co wcale go nie zniechęca. Uparty osioł.
Kupujemy pełno pudełek ciastek od czekoladowych z orzechami po te z malinową marmoladą, kilka paczek kakao i batoników, ogrom cukierków i żelek oraz rzeczy, które nie za bardzo wiem, jak nazwać, ale na opakowaniu prezentują się nad wyraz smakowicie.
Kolejka jest długa aż do końca świata, a my jesteśmy zmuszeni ustawić się na samym końcu,
– Nie ma czegoś dla VIP'ów? – pyta Malfoy ze zbolałą miną.. Rozgląda się wokoło szukając kolejki, gdzie jest mniej ludzi. Bezskutecznie.
– W zwykłym markecie coś takiego nie obowiązuje. – Popycham pełen wózek trochę do przodu.
– Zaprowadziłeś mnie do zwykłego sklepu?! – Charakter tego człowieka jest zmienny jak kobieta podczas okresu. No naprawdę!
– Nie – warczę zirytowany – do luksusowego w samym sercu Londynu.
– Czyli to co kupiliśmy... jest dla plebsu?
– Jest pyszne. I to ci powinno wystarczyć.
– Mugolski Minister Magii zjadłby to?
– Premier – poprawiam, wzdychając w myślach nad jego ewidentną głupotą. Dlaczego wcześniej nie zauważyłem, że aż tak nie rozumie niemagicznego świata? Mielibyśmy z Ronem ubaw po pachy. – I tak. Jeśli lubi słodycze, to z pewnością jada takie.
– To nie musimy tego zwracać – decyduje w końcu i uspokaja się, pogrążając w myślach. Boże dzięki!
– Szybciej tam! – krzyczy Malfoy po dziesięciu minutach stania w kolejce. Właśnie zbliżamy się do taśmy i szykuję się do rozkładania licznych opakowań.
Ludzie wkoło patrzą na niego jak na wariata, niektórzy mruczą pod nosem (niektórzy, czyli pewna staruszka za nami), że powinniśmy przepuścić starszych, a nie narzekać.
Łapię Fretkę za rękę i ciągnę w swoją stronę. Przyciskam palec wolnej ręki do jego ciepłych warg i warczę:
– Zachowuj się. Nie jesteś w swoim świecie, gdzie za plecami masz goryli albo ojczulka. Tutaj obowiązuje kultura, której widocznie nie przyswoiłeś.
Zabieram palec i czuję przejmujący chłód. Jakby zostało mi zabrane coś ważnego, niezbędnego do życia. Nie mogę wyzbyć się uczucia, że jego wargi są niesamowicie miękkie i delikatne. Ogarnij się, Potter!
Malfoy zamiera na chwilę, już otwiera te miękkie usta w nieprzyzwoitym różowym kolorze, ale kolejka się posuwa do przodu i krzyczę:
– O, wolne! Pakuj, pakuj, Fretko!
Dostaję w głowę za Fretkę, ale było warto. Ten wykrzywiony wyraz twarzy i zabójczy błysk w oku jest warty wszystkiego. Śmieję się głośno i wykładam zakupy.
Przy płaceniu jest dużo zabawy i naśmiewania się z nieudolności pewnego blondyna oraz jego grymasów gniewu. Oj, dostanie mi się. Drażnienie lwa za kratami (czy ewentualnie węża w terrarium) zawsze było moim zamiłowaniem.
Na zewnątrz jest tyrada o mojej głupocie. Już pilnuję się, by nie nazwać go pewnym milusim zwierzątkiem, jest w dość podłym nastroju. Cofam te słowa, gdy zaczyna narzekać i wydzierać się, jakie to torby są ciężkie. Wyklina na głupotę mugoli, a ja myślę, że on już jest raczej mocno wkurwiony.
W pokoju torby pełne łakoci zostają rzucone na sam środek, a ja kładę się na najwygodniejsze łóżko świata. Co za pech, że należy akurat do Malfoya, mógłbym spędzić na nim całe dnie.
Fretka patrzy na mnie krzywo. Chyba nie podoba mu się moja samowolka.
– Moja pomoc ma swoją cenę, Malfoy – mówię i wtulam się w miękką poduchę.
– Przypadkiem Gryfoni nie mieli być tacy szlachetni, bezinteresowni? – pyta głosem przesiąkniętym ironią.
– Mili Gryfioni zostali zatruci jadem wstrętnego węża – burczę niewyraźnie z racji swojej pozycji. Po prostu poduszka jest przyjemna w dotyku i nie mam zamiaru zabierać z niej głowy, by odpowiedzieć głupiemu Malfoyowi na jego głupie pytanie.
Draco nie odpowiada, tylko kładzie się obok mnie. Być może trochę przesadziłem, robiąc aluzję do Voldemorta, ale co się będę przejmować tym, że uraziłem Pana Arystokratę. Jego ciotka zabiła Syriusza. Cała ich rodzina powinna sczeznąć w ogniach piekielnych... Nie myśl jak Tom! Nie myśl jak Tom!
Nie mogę pozwolić zemście, by odebrała mi wolną wolę. Mam misję, najpierw ratowanie świata, potem sprawy osobiste...
Budzą mnie promienie zachodzącego słońca. Poprawiam się na dziwnie wygodnym łóżku i czuję czyjąś nogę obok mojej.
Zrywam się szybciej niż Struś Pędziwiatr. Naprawdę spałem w jednym łóżku z Fretką?! Gdyby Ron o tym wiedział, wypominałby mi to do końca życia.
Wzdycham cicho i piszę na karteczce, że wrócę jutro po południu. Wiadomość zostawiam na łóżku, na miejscu, gdzie przed chwilą leżałem. Ciekawe, czy Malfoy jest świadomy tego faktu...
Pędem biegnę na Privet Drive, łudząc się, że nie dostanę za późne wracanie do domu i włóczenie się po nocach. Jak ja nienawidzę u siebie tej cholernej iskierki nadziei. Powoduje tylko rozczarowanie i większy ból.
Cicho przymykam drzwi i na palcach wspinam się na schody. Jeszcze tylko pięć stopni. Cztery... trzy... dwa... i...
– Chłopcze! – Noż kurwa! Tak mało brakowało. Dzisiaj dziwnie nie mam ochoty na pogawędkę z wujem. Najchętniej po prostu poszedłbym spać, nawet nie chcę żyletki. A to nowość – Harry Potter nie chce widzieć krwi. Tak jej łaknąłem przez te wakacje, sprawiała, że czułem się człowiekiem. Skoro boli, to znaczy, że żyję. A teraz marzę jedynie o ciepłej kołdrze i tym niezwykłym uczuciu, gdy zamykasz powieki, rozkoszując się wygodą.
– Tak, wuju? – Wzdycham ciężko i schodzę do salonu.
Vernon czeka już na środku pokoju czerwony na twarzy.
– Gdzie się włóczysz po nocach?!
– Ale wuju, jest dopiero wczesny wieczór...
– Dudley wrócił pół godziny temu! – przerywa mi. – Zobacz, Petunio – zwraca się do stojącej obok żony, która patrzy na mnie spod przymrużonych powiek – gówniarz będzie się jeszcze stawiał! Bezczelność! We własnym domu będzie mnie pouczał... Wypominał! Myślisz, że nie wiem, jaką porę dnia mamy?! – Podchodzi do mnie i łapie za górę bluzy. – Masz mnie za głupca, dziwaku?!
– Nie – mówię stanowczo. Zazwyczaj przedrzeźniam się z nim, staram rozzłościć, a teraz modlę się, by już się znudził.
– Co sobie ludzie o nas pomyślą? Jesteś hańbą, skazą tej rodziny! – warczy rozeźlony.
– Jestem tego świadom.
– Jest tego świadom! Świadom, Petunio! Bezczelny gówniarz! – Uderza mnie pięścią w nos i czuję jak krew skapuje na zielony materiał bluzy. Krzywię się nieznacznie, mając nadzieję, że jak zobaczy, że mnie boli, to da spokój.
– Tato, tato! Zaczyna się! – Dochodzi nas głos Dudleya z kuchni. Ogląda pewnie jakiś program na maleńkim telewizorze. – TAAATO!
– Już idziemy, Dudziaczku! – odkrzykuje ciotka, zerka na Vernona i wychodzi z salonu.
Zostaję rzucony na ziemię, uderzając ramieniem o kant sofy, a wuj podąża za żoną.
Dzięki ci, Dudley. Wycieram rękawem krew kapiącą z nosa i idę na górę z zamiarem położenia się na łóżku, jednak zauważam sowę z listem w dziobie. Świstoświnka Rona wierci się niesamowicie, skacząc wkoło Hedwigi. Zabieram list od przyjaciół i daję małemu listonoszowi kilka smakołyków.
Po przeczytaniu wyjmuję czystą kartkę i piszę odpowiedź.

02.08. 1995r.

Drodzy Ronie i Hermiono

Dziękuję za troskę, u mnie wszystko w jak najlepszym porządku. Może pomijając Dudleya i nieznośne diety ciotki Petunii. Nie myślałem, że kiedykolwiek będę aż tak tęsknić za kuchnią Twojej mamy, Ron. Pozdrów ją ode mnie.
Zazdroszczę Wam, że jesteście już w Norze i odpowiadając na Wasze pytanie: nie, chyba nie będę mógł przyjechać szybciej. Dumbledore mówił, ze to konieczne, bym jak najwięcej czasu spędził u Dursleyów. Czasami zastanawiam się, czy on aby na pewno nie ześwirował... Wiem, Hermiono, że powiesz, że jest potężnym i mądrym czarodziejem, ale nigdy nie przekonam się do jego decyzji o umieszczeniu mnie u Dursleyów.
Odżywiam się zdrowo dzięki Waszym datkom, za które jeszcze raz wielkie dzięki. Życie mi ratujecie, w tym dosłownym znaczeniu.
Nie zgadniecie kogo dzisiaj spotkałem! Malfoya! W mugolskim świecie! Wpadł na mnie i jeszcze próbował wmówić, że to moja wina. Niektórzy ludzie chyba nigdy się nie zmienią...
Też nie mogę się doczekać wyników SUM-ów, trochę się denerwuję. I uspokój się Hermiono, na pewno będą same Wybitne.
Jak spędziliście wakacje? U mnie żadnych rewelacji, poza obserwowaniem zmagań ciotki z dietą Dudleya. To naprawdę zabawne, gdy człowiekowi brak jakiejkolwiek rozrywki.
Nie mogę się już doczekać naszego spotkania!

Harry


Odkładam długopis i podaję list sowie Rona, która po chwili odlatuje w stronę zachodzącego słońca. Patrząc na nią, znowu myślę o wolności. O tym jak bardzo chciałbym jej doświadczyć.
Kładę się na wznak i zamykam oczy. Zwykły list od przyjaciół aż tak bardzo potrafi podnieść mnie na duchu. Świadomość, że jest się w jakiś sposób ważnym dla drugiej osoby, nadaje chęć życia. Czasami się zastanawiam, czy nie żyję tylko dla nich. Przecież nie musiałbym się martwić Voldeortem jako martwy człowiek. Ale gdy tylko myślę o swojej śmierci przed oczami stają mi ich załamane twarze i wtedy wiem, że chcę widzieć je radosne i dlatego pokonam Toma. Nie dla Dumledore'a, tylko dla nich, by ten cudowny uśmiech nigdy nie spełzał z piegowatej twarzy Rona i żeby Hermiona zawsze miała te iskierki podniecenia w oczach, gdy dowiadywała się czegoś nowego.
Układam się wygodniej i przekręcam na bok. Ciekawe co wymyśli jutro Malfoy... I ile słodyczy już zjadł beze mnie?
Ostatnio edytowano 7 lip 2017, o 14:10 przez Mee Lord, łącznie edytowano 1 raz
Mee Lord Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 9 sie 2016, o 10:44

Postprzez Elisheva » 17 sie 2016, o 08:19

W sumie przez przypadek zaczęłam czytać i postanowiłam napisać cokolwiek, co by zachęcić cię choć trochę do dalszego pisania.

Na wstępie powiem, że twój Harry właściwie mnie nie odrzucił, co jest dosyć osobliwe. Mimo że się okalecza, co świadczy o słabym charakterze, nie jest tutaj jakimś żałosnym nie do zniesienia emo chłoptasiem jak z blogaskowych opowiadań. Właściwie to całkiem miło było przeczytać nie tak źle napisane opowiadanie na taki temat, gdyż głównie są to te blogaskowe pisane przez czternastoletnie dziewczynki.
Relacja z Malfoyem nie rozwija się w prawdopodobny sposób. Powinna zostać poprowadzona inaczej, w sposób bardziej dojrzały, nawet mimo to, że obaj są młodymi chłopcami. Wszystko dzieje się zbyt szybko, Malfoy jest zbyt przystępny by był kanoniczny. Do tego dochodzi jednak zbyt duża dawka infantylizmu. I proszę, nie zbliżaj się do blogaskowego stylu pisząc o blondynach i walce na spojrzenia. Zieleń vs. błękit, to mnie zabiło i naprawdę się skrzywiłam. To jest pierwsza zasada pisania drarry.

Podsumowując, właściwie chętnie dowiem się, co będzie dalej. Mam tylko nadzieję, że nie zagalopujesz się za bardzo z tą ich relacją. I wystrzegaj się blogaskowego stylu, do którego niebezpiecznie się zbliżasz. Widać, że brak ci warsztatu, jednak wszystko da się wypracować, poza tym nie bez powodu przeczytałam w całości - niektóre zdania są naprawdę zgrabne.

Pozdrawiam
Obrazek
Elisheva Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 497
Dołączył(a): 10 lut 2012, o 11:34

Postprzez Mee Lord » 17 wrz 2016, o 08:44

trzecia kropla

Puchate chmury skaczą wokół mnie, manewrując pomiędzy cukrowymi lizakami. Otaczają mnie pastelowe barwy; stanowczo za wiele różu.
Bose stopy dotykają miękkiej waty, a nozdrza wdychają zapach lukru i truskawek. Wata, po której chodzę, jest dziwne sprężysta, wręcz mam wrażenie, że gdybym skoczył, mógłbym dotknąć kolorowej tęczy. Pierwszy raz w życiu widzę cały łuk i wszystkie siedem kolorów!
Uginam nogi w kolanach i wybijam się w powietrze. Wiatr łopocze i bawi się włosami oraz ubraniami. Krzyczę z radości głosem, w którym lekka panika miesza się z szaleńczym śmiechem. Oczy pieką od silnych, cukrowych podmuchów; aż ronią łzy. Ciekawe czy szczęścia, czy rozpaczy...
Okręcam się wokół własnej osi i wyciągam dłoń, rozprostowując palce, by sięgnąć błyszczącej tęczy, ale ona oddala się. Panika wzbiera się w mojej piersi. Nie! Zaczynam oddychać spazmatycznie, a wyciągnięta ręka drętwieje. Paznokcie pokrywają się białym szronem, a z ust zaczynają wydobywać się obłoczki wyglądające prawie jak wata.
Chcę wyciągnąć rękę dalej, ale nie potrafię. Unoszę się w jednym miejscu, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu; nie mogę nawet poruszyć palcami, które teraz są już sine i pokryte warstewką lodu.
Teraz mój krzyk rozbrzmiewa panicznie wśród kolorowych drzew. Jest ochrypły i wysoki, wyraża czyste szaleństwo i strach.
Wiatr wzmaga na sile, wlewa się do płuc wbrew woli, zabierając potrzebny oddech. Tęcza migocze w oddali. Na jej łuku siedzi postać machająca nogami.
Pomóż! krzyczę, ale jedynie w głowie; cukrowy świat nakazuje milczeć.
Tęczowy mężczyzna unosi wzrok w moją stronę. Nie potrafię dostrzec twarzy, ale za to widzę oczy – zimne jak lód pokrywający moją rękę. Postać wygląda na smutną, niebieskie tęczówki są pełne kryształowych łez. Płacze nade mną? Płacze...
Chcę podbiec i przytulić to zranione dziecko, powiedzieć, że nie musi płakać nade mną. Jestem przyzwyczajony do cierpienia, tylko żeby jemu nic się nie stało...

♦3 sierpnia

Otwieram oczy i przekręcam się na drugi bok, myśląc, że sny nie mogą być chyba bardziej popieprzone. Układam się wygodniej na poduszce i naciągam kołdrę, chcąc powrócić do krainy snów. Ale że wata cukrowa i tęcza? Serio? Dziadku piasku, wysil się trochę! Tylko jeszcze jednorożców brakuje...
Dzwoni budzik, powodując, że boleśnie upadam na podłogę. Wstaję powoli, pocierając bolący łokieć. To zadziwiające, że człowiek nigdy się nie odporni na ból, nie wiadomo ile by nie wycierpiał, zawsze będzie coś czuć. Tak samo z uczuciami. Nie ma człowieka wypranego z emocji, w końcu obojętność też nią jest.
Stękam z bólu, niechcący spadłem na bark, który uderzył wczoraj wuj. Sprawdzam jeszcze bandaże na nadgarstku, czy przypadkiem rany się nie otworzyły. To chyba staje się moją paranoją...
Po ubraniu się schodzę na dół. Ziewam głośno przez wejściem do kuchni za co zostaję zgromiony wzrokiem przez ciotkę Petunię. Właśnie zawiązuje fartuszek w kolorowe kwiatki. Paradoksy już z samego rana. Będzie udawać idealną gospodynię domową, a haruje Harry.
– Ile można się wylegiwać w łóżku?! Widziałeś, która już jest?! – Dudley będzie spał jeszcze minimum dwie godziny, ciociu.
– Jest – mamroczę i zerkam na zegarek – szósta trzydzieści.
– Właśnie! – krzyczy, nawet na mnie nie patrząc, tylko szuka czegoś po kieszeniach. – Zadania na dzisiaj. – Podaje mi pomiętą karteczkę zapisaną po brzegi drobnym maczkiem. Mam ochotę wrzeszczeć z frustracji. Fretko, mogę się poważnie spóźnić. A co ja się nim przejmuję!
Wzdycham ciężko i zabieram się za przygotowywanie tostów na dzisiejsze śniadanie.
Po pozmywaniu wszystkich naczyń, muszę umyć podłogi łącznie ze schodami, co zajmuje mi bite dwie godziny. Jeszcze przygotowanie warzyw na obiad, koszenie trawnika i sprzątanie garażu, wliczając w to zamiatanie, mycie i układanie pudeł.
Ocieram pot z czoła i zamykam drzwi od garażu. Jest sporo po południu, a muszę się jeszcze umyć. Już lepiej się spóźnić, niż być narażonym na uwagi Malfoya odnośnie mojego zapachu.
Pół godziny później wychodzę z domu w czarnej bluzie Dudleya ze smokiem na rękawie oraz w tego samego koloru spodniach, które jako jedne z nielicznych nie spadają z moich wąskich bioder. Trochę burczy mi w brzuchu, zdążyłem dzisiaj zjeść jedynie śniadanie. Może Malfoy mnie wspomoże? Nie będzie miał wyjścia, jestem głodny, więc mnie nakarmi, proste.
Do pokoju Fretki docieram po piętnastej. Nie wiem czemu, ale z jakiegoś powodu, stawiam na coś głupiego, serce głucho uderza w klatce piersiowej i jakoś tak trudniej oddychać. Unoszę rękę i pukam. Raz, bo Malfoy za chwilę otwiera mi drzwi. Już mam go pochwalić za niesamowite tempo i rzucić coś w stylu, że pewnie nie mógł się mnie doczekać i tęsknił, ale zatrzymuje mnie wyraz jego twarzy. Zaciśnięte usta i oczy posyłające mordercze błyskawice. Z jednej strony robi mi się cieplej, że zdjął dla mnie tę głupią maskę obojętności, ale z drugiej oblewa mnie zimny pot. W głowie kłębią mi się pytania, czy on wziął różdżkę? Albo ma jakieś paskudne eliksiry od Nietoperzego Świra? Takie, które wyżerają skórę?
Przełykam ślinę i biorę głęboki wdech. Jestem Gryfonem, zabiłem bazyliszka, pokonałem hordę dementorów... Malfoy to pestka. Tak, dokładnie. Nie rzuci żadnym Cruciatusem czy klątwą tnącą.
Wreszcie unoszę głowę i spoglądam w burzowe oczy. I znów uderza mnie ta głębia. Chyba dzieje się ze mną coś niedobrego.
– Potter! Czy ty wiesz, która jest?! – Zostaję wciągnięty do środka, a Malfoy zamyka drzwi. Przekręca nawet zamek. Oj, źle z tobą, Harry. Dla własnego bezpieczeństwa wybieram opcję siedzenia cicho i przeczekania huraganu.
– Jesteś takim idiotą, że zapominasz, na którą obiecałeś, ze przyjedziesz? Potter i jego popierdolone obietnice! Nie masz zegarka?! Mówisz, że będziesz, a robisz zupełnie co innego! Jesteś jak wszyscy, wiesz?! Niczym się nie różnisz od nich! – Bierze wdech i ciągnie dalej: – To było do przewidzenia... Znowu wyszedłem na idiotę, co?
Jego wylewność uderza we mnie ze zdwojoną siłą. Nigdy bym go nie podejrzewał, że mogą się kłębić w nim tyle sprzecznych emocji. Naprawdę tak na mnie liczył? A ja... Nawet jeśli nie ze swojej winy, to i tak go po prostu olałem.
Teraz, gdy mam przed sobą tę zaróżowioną od złości twarz z błyszczącymi oczami, przypomina mi się postać ze snu. Jak chciałem podbiec i ją przytulić, zapewnić, że już wszystko będzie dobrze, otrzeć tęczowe łzy i zobaczyć promienny uśmiech niczym słońce po deszczu.
Wydaje mi się, że Malfoy też potrzebuje dotyku, zupełnie jak tamto tęczowe stworzonko. Został wychowany na arystokratę, mogę sobie tylko wyobrażać jak to wygląda, ale z pewnością nie ma w jego domu ciepła rodzinnego. Nie mogę sobie wyobrazić Lucjusz Malfoya jako troskliwego ojca, przytulającego syna, gdy ten upadnie i zrani kolano. Zamiast tego mam w głowie własną sytuację. Jak stałem na chodniku z cieknącą krwią, obserwując czyjąś mamę ocierającą łzy córeczce i mówiącą, że nic się nie stało i kupi jej cukierka na pocieszenie.
Podchodzę do tego idioty i przytulam. W pierwszym odruchu chce się wyrwać, ale wtedy po prostu ściskam mocniej, by nie mógł uciec, więc stoi jak idiota, którym zresztą jest. Po chwili czuję jak jego włosy łaskoczą mój kark, gdy kładzie mi na ramieniu głowę.
– Nigdy nie łamię obietnic. Mogę się spóźnić, ale zawsze będę.
Ostatnio edytowano 14 lip 2017, o 16:45 przez Mee Lord, łącznie edytowano 2 razy
Mee Lord Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 9 sie 2016, o 10:44

Postprzez Mee Lord » 14 lip 2017, o 16:36

Jego ciepłe ciało otaczają moje ramiona i stwierdzam, że to całkiem miłe uczucie, a zarazem dziwne. Przez pięć lat ten człowiek był moim zagorzałym wrogiem, każde nasze spotkanie kończyło się obrzucaniem obelgami albo pojedynkiem, a teraz zwyczajnie go przytulam. Z własnej, nieprzymuszonej woli, bo nie chcę, by myślał, że nie dotrzymuję obietnic, że nie jest sam i musi uporać się w problemem w pojedynkę. Chcę mu pomóc.
Po chwili Malfoy wyplątuje się z moich objęć, więc uśmiecham tak entuzjastycznie jak tylko mnie stać. Patrzy przez moment w pustkę, jakby zmagał się z wielkim dylematem, ale w końcu przymyka delikatnie powieki i mówi:
– Dlaczego się spóźniłeś?
– Jakby to – zaczynam mówić i myślę gorączkowo, jak tu zgrabnie wybrnąć, nie kłamiąc zbyt wiele – ująć... Sprawy rodzinne.
– Masz tutaj rodzinę? – pyta, unosząc lekko brwi. Kieruje się w stronę łóżka, więc podążam za nim i siadam na podłodze, opierając się o mebel. Na środku pokoju walają się rozwalone reklamówki z wczoraj. Są w takim stanie, w jakim je zostawiliśmy.
– Coś taki zdziwiony? – Może nie powinienem na niego warczeć, ale niech nie zadaje głupich pytań. Myślał, że gdzie mieszkam? – Myślałeś, że mieszkam w sierocińcu? Albo na ulicy?
– Nie, nawet mi się chyba obiło o uszy, że mieszkasz z mugolską rodziną. Zmyliło mnie to, że jesteś sierotą. – Wydaje się zakłopotany swoją pomyłką, więc stwierdzam, że nie ma po co drążyć tematu.
– Zresztą nieważne – mówię. – Dlaczego w ogóle nie ruszyłeś słodyczy? Miałeś jedzenie od rodziców?
– Rodzice wysłali mi jedynie kolejne pieniądze. – Patrzy się na okno, jakby widok za nim był przepiękny, a to przecież zwykły zaułek ze śmietnikami i śmierdzącymi kotami. – I myślałem, że przyjdziesz wcześniej i pokażesz mi, gdzie i jak jedzą mugole...
To dlatego się tak wściekał? Bo był głodny? Nie, za tym raczej kryje się coś więcej.
– To chodź – mówię i zbieram się z podłogi. – Czas na mugolskie żarcie! Tylko weź pieniędzy na dwie porcje, nie mam zamiaru być przewodnikiem za darmo.
W duchu cieszę się jak idiota. Diabelski plan zabrania Malfoya na fast foody i napełnienie swojego brzucha, odzwyczajonego od tego cudownego kurczaka zaraz się ziści.
Malfoy posłusznie wstaje, ale zamiast do drzwi kieruje się do łazienki.
– Ileż można?! – krzyczę po całej wieczności sterczenia przed drzwiami, za którymi dziesięć minut temu zniknął Malfoy. – Nie spotkamy nikogo znajomego, więc układanie włosów jest zbędne! – jęczę, myśląc, że zachowuje się gorzej niż kobieta przed randką.
Po chwili drzwi się otwierają, a Malfoy kieruje wzrok w moją stronę. Wydaje się być szczęśliwszy i jakby pełniejszy energii. Ja nie chcę wiedzieć, co on tam dokładnie wyczyniał.
– Musisz się jeszcze wiele nauczyć, Potty. – Nazywa mnie tym śmiesznym przezwiskiem, naprawdę jest w lepszym nastroju. – Młody człowiek zawsze, ale to zawsze, niezależnie od okoliczności, musi wyglądać atrakcyjnie. Ale, oczywiście, taki ignorant jak ty nigdy tego nie zrozumie.
– Tak, tak – mamroczę. – To idziemy?
– Chodźmy, chodźmy! – Uśmiecha się lekko, więc odwzajemniam ten gest. I żeby taki nastrój utrzymał się przez cały dzień.
Raczej niemożliwe, myślę po kilku minutach spaceru, gdy Fretka zaczyna narzekać to na upał, to na bolące nogi. W końcu kończymy na tym, że nagle staję się bezdusznym tyranem, który zmusza go do niewolniczej pracy. Tak, idziemy na zwykły posiłek.
Zaciskam pięści w kieszeniach obszernej bluzy, żeby się na niego nie rzucić i nie nawrzeszczeć jakim to ignorantem jest. Oddychaj, Harry, oddychaj.
Otwieram szklane drzwi od restauracji, jeśli bar z fast foodami można tak nazwać, i zapraszam Malfoya do środka. Siada na czerwonej kanapie i uważnie wpatruje się w spis napoi, a ja idę zamówić frytki i hamburgery dla nas.
Kładę tacę z zamówieniem na jasnym stoliku i siadam na przeciwko Fretki. Blondyn w dalszym ciągu przygląda się namalowanym butelkom z gazowanymi napojami. Co jakiś czas pyka obrazek paznokciem.
Przyglądam się z rozbawieniem, jak marszczy brwi i uderza palcem kilkanaście razy, wyglądając na coraz bardziej sfrustrowanego.
– Jakbyś nie zauważył, przyniosłem jedzenie – informuję go i wypakowuję swoją kanapkę, by po chwili wgryźć się w nią zachłannie.
– Potty! – skarży się niczym płaczliwe dziecko. – Ten obrazek stworka nie chce się ruszać!
– A zauważyłeś, że to mugolski obrazek? – On naprawdę zginąłby sam, dosłownie. – Masz, jedz. – Podaję mu jego hamburgera.
Malfoy przez chwilę obraca kanapkę w dłoniach, w końcu postanawia ją rozplątać z papieru albo po prostu odkrył jak to zrobić (pozostaję przy drugiej wersji).
– Smaczne – mówi, bezskutecznie próbując wytrzeć sos z kącików ust. Wzdycham i ścieram czerwoną maź swoim palcem. Jego skóra wydaje się być z porcelany przy moim dotyku. Gdy dotykam jego twarzy, zamiera na chwilę. Zabieram palec umazany sosem i oblizuję, by potem udać nadmierne zainteresowanie pokrytą octem frytką.
Usilnie staram się na niego nie patrzeć i nie myśleć o tym, co zrobiłem. Boże, czy ja naprawdę otarłem sos z twarzy Malfoya? Tego Malfoya?! A... a potem go oblizałem? Można powiedzieć, że to ten słynny japoński pośredni pocałunek? Nie, on jest gdy pije się z tej samej butelki.
Przysuwam kubek z colą bliżej siebie. Wzdycham cicho i zjadam kilka frytek, które zostały w papierowym opakowaniu.
– Tak w ogóle, Potter – mówi, a ja wzdrygam się mimowolnie. Nie wspominaj o tym, co zrobiłem przed chwilą. Nie wspominaj, Malfoy. Niech cię piekło boskie broni! – Co my jemy?


*na razie tylko tyle – forum odrzuca moje kolejne posty*
Mee Lord Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 9 sie 2016, o 10:44

Postprzez Mee Lord » 14 lip 2017, o 17:55

Elisheva napisał(a):W sumie przez przypadek zaczęłam czytać i postanowiłam napisać cokolwiek, co by zachęcić cię choć trochę do dalszego pisania.

Na wstępie powiem, że twój Harry właściwie mnie nie odrzucił, co jest dosyć osobliwe. Mimo że się okalecza, co świadczy o słabym charakterze, nie jest tutaj jakimś żałosnym nie do zniesienia emo chłoptasiem jak z blogaskowych opowiadań. Właściwie to całkiem miło było przeczytać nie tak źle napisane opowiadanie na taki temat, gdyż głównie są to te blogaskowe pisane przez czternastoletnie dziewczynki.
Relacja z Malfoyem nie rozwija się w prawdopodobny sposób. Powinna zostać poprowadzona inaczej, w sposób bardziej dojrzały, nawet mimo to, że obaj są młodymi chłopcami. Wszystko dzieje się zbyt szybko, Malfoy jest zbyt przystępny by był kanoniczny. Do tego dochodzi jednak zbyt duża dawka infantylizmu. I proszę, nie zbliżaj się do blogaskowego stylu pisząc o blondynach i walce na spojrzenia. Zieleń vs. błękit, to mnie zabiło i naprawdę się skrzywiłam. To jest pierwsza zasada pisania drarry.

Podsumowując, właściwie chętnie dowiem się, co będzie dalej. Mam tylko nadzieję, że nie zagalopujesz się za bardzo z tą ich relacją. I wystrzegaj się blogaskowego stylu, do którego niebezpiecznie się zbliżasz. Widać, że brak ci warsztatu, jednak wszystko da się wypracować, poza tym nie bez powodu przeczytałam w całości - niektóre zdania są naprawdę zgrabne.

Pozdrawiam


Dziękuję za ten motywujący komentarz. Odpowiadam po latach świetlnych, wiem. I to, że nie publikuję tutaj, nie oznacza, że nie piszę – wręcz przeciwnie. Po prostu to forum mnie nie lubi i uprzykrza życie jak się da.
Jestem leniem i dlatego relacja rozwija się tak szybko – po prostu główna fabuła dzieje się potem, teraz potrzebuję przyspieszyć akcję (i tak rozrósł się z tego niezły tasiemiec, który liczy już siedemnaście rozdziałów). Trudno jest wykreować dobrego Malfoya, przynajmniej dla mnie. Staram się unikać niedojrzałości i blogowego stylu, tylko to nie zawsze wychodzi. Myślę, że późniejsze rozdziały są lepsze od czterech pierwszych.
Mee Lord Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 9 sie 2016, o 10:44


Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości