[M] W Tomaszowie

onirycznie, poetycko, i slashowo, a jakże :D

Postprzez SzmaragDrac » 23 cze 2015, o 17:10

Miniaturka została napisana na podstawie wiersza Juliana Tuwima pt. "Przy okrągłym stole". Zamieszczam utwór w spoilerze, coby ci, którzy go nie znają, mogli się z nim zapoznać ;)
Spoiler: pokaż
A może byśmy tak, jedyna,
Wpadli na dzień do Tomaszowa?
Może tam jeszcze zmierzchem złotym
Ta sama cisza trwa wrześniowa...
W tym białym domu, w tym pokoju,
Gdzie cudze meble postawiono,
Musimy skończyć naszą dawną
Rozmowę smutnie nie skończoną.

Do dzisiaj przy okrągłym stole
Siedzimy martwo jak zaklęci!
Kto odczaruje nas? Kto wyrwie
Z niebłaganej niepamięci?

Jeszcze mi ciągle z jasnych oczu
Spływa do warg kropelka słona,
A ty mi nic nie odpowiadasz
I jesz zielone winogrona.

Jeszcze ci wciąż spojrzeniem śpiewam:
"Du holde Kunst"... i serce pęka!
I muszę jechać... więc mnie żegnasz,
Lecz nie drży w dłoni mej twa ręka.

I wyjechałem, zostawiłem,
Jek sen urwała się rozmowa,
Błogosławiłem, przeklinałem:
"Du holde Kunst! Więc tak? Bez słowa?"

Ten biały dom, ten pokój martwy
Do dziś się dziwi, nie rozumie...
Wstawili ludzie cudze meble
I wychodzili stąd w zadumie...

A przecież wszystko - tam zostało!
Nawet ta cisza trwa wrześniowa...
Więc może byśmy tak najmilsza,
Wpadli na dzień do Tomaszowa?...


W TOMASZOWIE



— Należał do mojej babci.

Odkładam szybko przedmiot na półkę i odwracam się gwałtownie, słysząc cichy głos. W drzwiach stoi Julianna. Podchodzi do mnie wolno.

— Podobno uwielbiała czesać nim włosy. Wiesz, moja matka mówiła mi, że babcia dostała go od Juliana.

— A ty otrzymałaś po nim imię, prawda?

Julianna otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Odwraca się gwałtownie i rusza ku drzwiom. Zatrzymuje się jednak przy nich i nie odwracając się, szepcze cicho:

— Tak, to prawda.

Kiedy wychodzi, czuję się podle. Wiem, że powiedziała mi to tylko dlatego, iż lubi mnie bardziej niż ja ją. Nie umiem się jednak powstrzymać przed zadawaniem pytań na temat jej babci, którą tak mocno kochał Tuwim. Nie, kiedy mam już tyle informacji. Brakuje mi tylko kilku opowieści najbliższych krewnych, jakichś pamiątek, starych listów i prezentów albo...

Spoglądam na srebrny grzebień leżący na półce. W popołudniowym słońcu, wpadającym przez okno, lśni delikatnie.

*

Pierwszy raz usłyszałem u Tuwimie w szkole podstawowej. Nie mogę powiedzieć, że zafascynował mnie od razu. Szczerze mówiąc, zapomniałem o nim szybko, bo jego wiersz „Lokomotywa”, jaki omawialiśmy, nie zachwycił mnie kompletnie. Wydawał mi się taki bezpłciowy, niewywołujący emocji i chociaż wielu twierdzi dziś i twierdziło przede mną, że to niezwykły utwór, ja nie potrafiłem ujrzeć w nim tego, czym oni tak bardzo się zachwycali.

W szkole średniej odkryłem jednak, że Tuwim nie pisał jedynie pozbawionych sensu wierszyków dla dzieci, ale był niesamowitym poetą. Do tego stopnia upodobałem sobie jego utwór „Do krytyków”, że umieściłem go na początku mojej pierwszej powieści. Nie spodziewałem się, że maszynopis zostanie odesłany z wydawnictwa, bo wtedy sądziłem, że napisałem arcydzieło, ale tym, co zszokowało mnie mocniej, była dołączona do niego notatka. Selekcjoner, który odrzucił moją powieść, odpowiedział mi wierszem. Pamiętam doskonale, że wtedy byłem na etapie kompletnego i niezaprzeczalnego zafascynowania Tuwimem, wielbiłem jego twórczość i sądziłem, że żaden inny poeta nigdy nie zdoła go przebić, ale tych kilka linijek, nabazgranych czarnym długopisem na pierwszej stronie maszynopisu, zaraz pod tytułem, sprawiło, że nie wychodziłem z domu przez tydzień, czytając je raz po raz. W końcu doszło do tego, że mogłem recytować je przez sen.

*

— Julianno... — szepczę, ale milknę natychmiast. Co mogę powiedzieć komuś, kto...

— Hubercie? O co chodzi?

Julianna spogląda na moje odbicie w jej lustrze. Widzę, jak czesze się grzebieniem swojej babci. Przeciąga wolno po rudych włosach, w których odbijają się refleksy płomienia świecy. Światło oświetla szczupłą twarz, a kiedy przymyka oczy, mogę zobaczyć, jak cień długich rzęs przesuwa się po jej policzku. Przychodzi mi na myśl, że Julianna jest jedną z najpiękniejszych kobiet pod słońcem i gdyby nie...

— Hubercie? Chciałeś czegoś ode mnie?

Wiem, że pytanie jest dwuznaczne, ale chcę udawać, że nie wyłapałem drugiego sensu.

— Tak. Chciałem zapytać...

Na dźwięk słowa „zapytać” Julianna wzdycha lekko. Płomień świecy uchyla się pod wpływem strumienia powietrza, a cień kobiety kołysze się na ścianie.

— Przepraszam. Wiem, że nie powinienem pytać cię o takie rzeczy, po prostu...

— Nie — przerywa mi. — Zapytaj. Chcesz wiedzieć coś o mojej babci, prawda?

Nie wypowiada słowa „znów”, ale wisi ono gdzieś w powietrzu między nami. Podchodzę do niej i siadam na drugim krześle. Patrzę na jej odbicie w lustrze, a ona spogląda na moje. Czuję się dziwnie z myślą, że wpatruję się w oczy Julianny, a jednocześnie wcale nie widzę prawdziwej jej, a jedynie odzwierciedlenie widoczne na zimnej tafli szkła.

— Tak — mówię. — Chciałem zapytać o to, dlaczego twoja babcia wtedy nic nie powiedziała.

Julianna nieruchomieje.

— Kiedy?

Jestem pewien, że doskonale wie, o co mi chodzi. Nie mogę więc się powstrzymać przed zacytowaniem fragmentu wiersza.

— „A ty mi nic nie odpowiadasz i jesz zielone winogrona”.

Julianna wraca do powolnego rozczesywania włosów. Kiedy kończy, odkłada grzebień na toaletkę i wstaje.

— Było lato. Moja babcia... Moja babcia była... A wtedy było lato i... Teraz też jest lato. — Unosi wzrok i patrzy na mnie. W jej oczach widzę nadzieję i tym razem nie mogę już udawać, że nie wychwyciłem drugiego dna.

— Nie cierpię winogron — mówię i wychodzę z pokoju.

*

Uwielbiam spacery. W szkole nigdy nie lubiłem lekcji wychowania fizycznego, ale moje wędrówki nie mają nic wspólnego z ćwiczeniami. Wręcz przeciwnie — szukam pomysłów do moich książek. Zadziwiające jest to, jak bardzo inspirująca może być rozmowa matki i córki o zakupach, bo kiedy człowiek pozwoli dryfować swojemu umysłowi wokół zasłyszanych słów, nagle umysł ten odnajduje drogi, o których nie miało się pojęcia, że istnieją. Wspomniana rozmowa do tego stopnia mnie zaintrygowała, że napisałem kilkusetstronicową powieść, opowiadającą historię nastolatki, która musiała nauczyć się przetrwać na bezludnej wyspie, kiedy samolot, jakim leciała, rozbił się gdzieś na Atlantyku i tylko ona przeżyła. Powieść rozpocząłem od słów, które wtedy usłyszałem. Czasami marzę o tym, że któraś z tych kobiet przeczyta tę książkę i rozpozna własną rozmowę sprzed lat.

*

— Hubercie, pójdźmy na spacer, proszę.

Czarne pióro ze srebrną stalówką, jakim właśnie piszę, wypada mi z ręki i toczy się po stole przez chwilę, zanim nie łapię go szybkim ruchem.

— Przepraszam, piszę — odpowiadam.

Julianna nie wydaje się urażona, lecz wygląda tak, jakby spodziewała się odmowy. Dlaczego zatem nie zrezygnuje, dlaczego wciąż zadaje mi pytania?

— No właśnie, dlaczego? — mówi cicho, a ja orientuję się, że swoje ostatnie myśli musiałem wypowiedzieć na głos. Powinienem się tego oduczyć, choć, z drugiej strony, takie zachowanie kiedyś sprawiło, że poznałem najważniejszą osobę w moim życiu.

— Przepraszam, piszę — powtarzam się, bo nie umiem znaleźć innych słów, które mogłyby być odpowiedzią na jej pytanie.

— Piszesz — szepcze Julianna. — Piszesz akurat o mojej babci.

— Była ukochaną Tuwima. Piszę o nim książkę i potrzebuję informacji.

Julianna patrzy na mnie i zakłada za ucho kosmyk rudych włosów.

— Pójdę sama — mówi w końcu i wychodzi.

Kiedy opuszcza pomieszczenie i zamyka drzwi, chcę wrócić do pisania, ale nie umiem się skupić. Brakuje mi tylko jednego fragmentu układanki, w którego posiadaniu jest właśnie Julianna. Tylko ona wie, dlaczego jej babcia wtedy milczała.

*

Tamtego dnia też miałem zamiar spacerować, ale tym razem ruszyłem w przeciwną stronę niż zwykle. Minąłem plac zabaw, parking, market, salon fryzjerski i sklep motoryzacyjny, kiedy dotarłem do parku, o którego istnieniu nawet nie miałem pojęcia. Ściskając mocniej czarną parasolkę w dłoni, ruszyłem ku mokrym ławkom. Tego dżdżystego dnia, przechadzając się między drzewami o nagich, pokrytych kroplami deszczu konarach, czułem się idealnie. Nikt chyba nie wie, że moją ulubioną porą roku jest późna jesień, pełna pluchy, chlupoczących butów, śliskich rączek parasolek i rześkiego powietrza przesyconego zapachem butwienia. Któremuś z moich bohaterów książkowych rozkazałem uwielbiać nagie drzewa podczas deszczu, ale chyba żaden z czytelników nie połączył tej cechy z moją osobą.

Nie wiem jak i dlaczego, ale kiedy szedłem przez ten park i czułem się tak doskonale, zacząłem recytować na głos wiersz, który dostałem z wydawnictwa. Powtarzałem go wciąż i wciąż, aż w końcu słowa zlały się w niezrozumiały dla nikogo bełkot, jak to często bywa w takich przypadkach. Kiedy podszedł do mnie jasnowłosy mężczyzna o szarych oczach, pomyślałem, że każe mi zamilknąć, ale on tylko uśmiechnął się i zapytał, czy nie uważam, iż pierwsze słowo wiersza nie jest zbyt infantylne, bo pisał utwór na szybko i nie umiał znaleźć odpowiedniego synonimu.

Tak poznałem Dominika. Już wkrótce stał się najbliższą mi osobą.

*

— Moja babcia... Ona też nie cierpiała winogron.

Cichy głos Julianny rozbrzmiewa wśród popołudniowej ciszy. Słońce, wlewające się przez otwarte okno, rozświetla jej rude fale, sprawiając, że stają się nienaturalnie jasne. Przypominałyby włosy Dominika, gdyby promienie oświetlały je silniej.

Podchodzi wolno do stołu i kontynuuje, wpatrując się we mnie:

— Nie znosiła winogron. Przez całe życie ich nie lubiła, ale w tamtym momencie... — Urywa.

Kiedy cisza się przedłuża, szybkim ruchem zamykam mój notatnik, w którym powstaje właśnie szkic prologu powieści o Tuwimie. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Julianna powiedziała mi te słowa tylko dlatego, że nie rozmawiała ze mną od dwóch dni.

Jej twarz powoli wygładza się i nie mogę już odczytać z niej niczego, jakby przywdziała maskę, a ja nic nie mówię.

— Nie rozumiesz — mówi bezbarwnie. — Właśnie odpowiedziałam ci na pytanie, którym męczysz mnie od samego początku twojego pobytu tutaj, wiedząc, że kiedy tylko poznasz odpowiedź, wyjedziesz stąd i nigdy cię już nie zobaczę, a ty... Ty nie rozumiesz.

Odwraca się i wychodzi, a ja zaczynam się zastanawiać, jakim cudem jej słowa mają być odpowiedzią na moje pytania. Czemu babcia Julianny nic nie odpowiadała, a za to jadła winogrona, skoro ich nie cierpiała?

*

Dominik jest poetą. Pracuje, oczywiście, jako selekcjoner w wydawnictwie, ale tak naprawdę jest poetą. Często widzę, jak pisze przy stole w kuchni, co jakiś czas poprawiając kosmyki jasnych włosów, które niemalże zawsze są za długie, choć przycina je regularnie. Niekiedy powtarza mi, że inspirują go zapachy i kolory, dlatego jego wiersze są nimi przesycone. Swój pierwszy tomik zatytułował nawet „Synestezja”. Jednak odkąd dowiedział się, że istnieje także zjawisko psychologiczne o tej samej nazwie, żałuje, iż nie doświadcza go na własnej skórze. Ludzie obdarzeni tą zdolnością kojarzą ze sobą wrażenia pochodzące z rożnych zmysłów — i tak niektórzy widzą muzykę jako grę kolorów, a inni dopasowują barwy do smaków. Dominik zawsze powtarza, że gdyby miał ten dar, mógłby tworzyć o wiele lepszą poezję.

Nigdy mu nie powiedziałem, że ja go posiadam. Nie wiedziałem nawet, że jestem obdarzony jakąś niezwykłą umiejętnością. Dopóki mi nie powiedział, że synestezję ma jedna na dwadzieścia tysięcy osób, sądziłem, że wszyscy kojarzą sobie litery oraz cyfry z kolorami i potrafią powiedzieć, jaką barwę ma dana piosenka albo czyjś głos. Dźwięk słów Dominika, przykładowo, jest czarny, ale poprzetykany szarymi i srebrnymi niteczkami, bardzo delikatnymi i cienkimi. Kiedy piszę książki, czuję się, jakbym malował słowem, jakbym stawiał przed czytelnikiem most z tęczy złożonej z tysiąca barw, który prowadzi wprost do świata powieści.

Tuwim jest niejednoznaczny kolorystycznie. Wszyscy inni ludzie mają swoje własne barwy, z którymi ich kojarzę, ale nie umiem przypasować żadnego koloru mojemu mistrzowi poezji. Być może właśnie dlatego tak bardzo mnie on fascynuje.

*

— Kiedy tu przyjechałeś, moją pierwsza myślą było to, jak okropne masz okulary, Hubercie.

Podskakuję na krześle. Przeraża mnie to, jak cicho i bezszelestnie potrafi poruszać się Julianna, dlatego cały czas mnie zaskakuje.

— Zakrywają twoje piękne zielone oczy. Dlaczego nie chcesz nosić soczewek?

— Ja... Jest ktoś bardzo dla mnie ważny, kto lubi moje okulary — odpowiadam i odchrząkuję.

— O — rzuca Julianna i przeczesuje palcami włosy. — A więc nosisz je, bo twoja dziewczyna uważa, że dobrze w nich wyglądasz.

Jej głos jest przytłumiony, jakby mówiła przez ściśnięte gardło.

— Nie — odpowiadam. — Nie uważa tak moja dziewczyna, tylko... ktoś inny.

— Twoja matka?

— Nie. To nie jest żadna kobieta. To... Dominik.

— Kim jest Dominik? — pyta Julianna i siada obok mnie, wyglądając na nieco bardziej rozluźnioną.

— Dominik... to po prostu Dominik — dokańczam szybko, bojąc się powiedzieć jej prawdę.

Julianna patrzy na mnie uważnie i przekrzywia lekko głowę w lewo. Nagle zaczyna mówić:

— Moja babcia nic wtedy nie odpowiedziała Tuwimowi, bo była w ciąży z moim dziadkiem. W tamtej chwili nosiła w sobie moją matkę. Chciała ją nazwać Julianna, co miało być ukłonem w stronę jej prawdziwego ukochanego, ale dziadek jej nie pozwolił, bo domyślał się prawdy. Jednak kiedy moja mama była w zaawansowanej ciąży i lada dzień miała urodzić mnie, babcia powiedziała, że chciałaby, by jej wnuczka nosiła to imię. Zmarła, kiedy miałam dziesięć lat.

Nie wiem, co powiedzieć. Tygodniami próbowałem wyciągnąć z Julianny powód, dla którego jej babcia nie odpowiadała wtedy Tuwimowi. W miarę upływu czasu traciłem nadzieję na pozyskanie tej informacji, za to Julianna chyba zaczynała mieć na coś nadzieję. Nie umiem jej tego dać i nigdy nie będę umiał, dlatego starałem się zachowywać na tyle oschle, by zrozumiała, że nic do niej nie czuję, ale też na tyle uprzejmie, by powiedziała cokolwiek na temat, który mnie interesuje, choćby małą wzmiankę, trzy słowa. I teraz, kiedy już zastanawiałem się, czy nie pominąć jakoś tej kwestii w mojej książce i nie wyjechać stąd już niedługo, ona nagle mówi mi wszystko, co chciałbym wiedzieć.

— A... a winogrona? — pytam cicho, czując się skonfundowany.

— Moja babcia opowiadała mi, że choć nienawidzi winogron, to w czasie ciąży z moją mamą jadła je kilogramami. To dziwne, bo nawet kiedy nosiła w sobie moją ciocię, nie mogła na nie patrzeć.

— Julianno — zaczynam cicho i odchrząkuję. — Dlaczego mi to mówisz?

Ona tylko uśmiecha się lekko i patrzy mi w oczy.

— Skoro Dominik uważa, że dobrze ci w tych okularach, to nie zmieniaj ich — mówi nagle, a ja nieruchomieję.

— Ja... Dominik jest... — szepczę, ale Julianna mi przerywa:

— Widzę, kim jest dla ciebie Dominik. Nie musisz mi się tłumaczyć.

Wstaje i kieruje się ku drzwiom. Nagle zatrzymuje się jednak i mówi delikatnie, nie odwracając się do mnie:

— Kiedy wracasz do Krakowa?

— Nie wiem. Chciałbym jeszcze zostać tu przez kilka dni, by zobaczyć miejsce, o którym mam pisać, ale niedługo chciałbym wyjechać, bo...

— Dominik na ciebie czeka, wiem — przerywa mi i wychodzi, cicho zamykając drzwi.

*

Dzień, w którym przekroczyłem próg dawnego domu Tuwima w Tomaszowie Mazowieckim, jest jednym z tych najciekawszych w moim życiu. Pamiętam, jak zachwyciłem się ciemną podłogą, kredensem z zastawą, kominkiem i stołem z czterema krzesłami. Nie mogę powiedzieć, że opuszczenie tego miejsca jest trudne, bo nie jest. Mam zdjęcia, więc będę mógł realistycznie opisać dom, mam notatki z opowieści Julianny, więc jestem pewien, że nie pomylę żadnych faktów. W końcu też wiem, czemu ukochana poety nic mu nie odpowiadała tamtego dnia. Napiszę książkę tak samo dobrze w Krakowie, jakbym miał pisać ją tutaj.

Kiedy stoję na peronie i już mam zamiar zadzwonić do Dominika, by mu powiedzieć, że wracam niedługo, podchodzi do mnie Julianna.

— Zadedykuj książkę mojej babci — mówi cicho, nie patrząc na mnie. — Ona naprawdę go kochała.

Odwraca się i odchodzi wolnym krokiem, a ja wsiadam do pociągu, który nadjechał chwilę temu.
Zaglądam tu rzadko, częściej można mnie złapać na Forum Mirriel pod tym samym nickiem.
Moje ao3.
SzmaragDrac Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 723
Dołączył(a): 26 mar 2014, o 16:10

Powrót do Twórczość wszelaka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości

cron