[M] Severus Snape i Klątwa Rudej Czaszki

Czasy przed Harrym, bardzo (nie) na poważnie

Postprzez temperance » 28 lut 2015, o 18:59

Hej hop xD Nie mam ochoty pisać drarry, jakoś jestem wyciśnięta z motywacji, więc postanowiłam odświeżyć pewnego starocia, popoprawiać parę reczy... No i jest. Może komuś akurat poprawi humor xD

Klasyfikacja wiekowa: G
Kanon: Jest, jak ma być ;D
Ostrzeżenia: Żadnych związków, całusów, rzeczy- nic tam nie ma xD Narracja prowadzona jest BARDZO nie na poważnie.



Severus Snape i Klątwa Rudej Czaszki



     Severus Snape, osobnik znany ze swojej cierpliwości, anielskiej dobroci i jakże przyjaznego charakteru, pruł przez korytarz z miną demona podczas leczenia kanałowego. Obrazy, które mijał, prychały z niesmakiem. Ciekawiło mnie zawsze, dlaczego. Może to z powodu jego wiecznej, cierpiętniczej miny nadepniętego padalca? A może winę za to ponosiły jego piękne, pokryte łojem kłaczki? Do teraz nie wiem, ale nawet Irytek omijał profesora z daleka, co samo w sobie było niemałym wyczynem.

     — Przeklęty Weasley! Znowu przegrani? Znowu? To nie do przyjęcia! — syczał, zaciskając pięści — Drużyna Slyterinu nie może przegrywać!

     W jego głowie powoli krystalizował się szatański plan. Plan, którego realizacja mogła nareszcie wykluczyć Billa Weasley’a z gry… możliwe, że raz na zawsze.

     Zanim jednak pomysł zbrodni doskonałej w pełni wykiełkuje, wprowadzę was nieco w sytuację. Otóż drużyna Quidditcha Slytherinu, niepokonana przez pięć lat z rzędu, od dwóch lat przegrywała. I to z kim? Z przeklętym, śmierdzącym Gryffindorem! (Widzicie? Widzicie? Snape nawet do MOJEJ narracji musi wetknąć ten swój haczykowaty nochal! Poszedł won!) Powód był prosty, rudy i tylko jeden – do drużyny dołączył Bill Weasley, szukający. Severus Snape dostawał bólu brzucha na samą myśl o nim.

     — Jakim cudem jeden… jeden przeklęty chłopak… roznosi całą moją drużynę w pył?!

     Dla Severusa Snape’a nie byłoby to może aż takim przeżyciem, gdyby nie zadowolona mina profesor McGonagall. Z dumą mówiła, że w tym roku jej zespół ma jeszcze większą szansę na zdobycie Pucharu Quidditcha.

     — Niedoczekanie twoje!

     Tajemne przejście z ulgą wypluło zdenerwowanego profesora ze swoich czeluści. Snape wparował do swojego gabinetu, rąbkiem szaty przewracając pudełeczko ze ślimakami. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że owe mięczaki w zastraszającym tempie zaczęły rozłazić się po całym pomieszczeniu. Uwaga Profesora Samo Zło skupiona była na „magicznej torbie”, z której wyzierały flakoniki, flaszki i buteleczki różnej maści. Snape chwycił cztery, żółtą, czerwoną, czarną i zieloną, wszystkie w kulistym kształcie. Postawił je na stole.

     Nie zastanawiał się zbyt dokładnie nad tym, co robi – bo i po co? Przecież on wszystko wie najlepiej, bla, bla, bla. Gdyby użył tej swojej mózgownicy wiedziałby, że to, co zamierza zrobić, nie jest najlepszym pomysłem. Nawet ja, myśląc o krystalizacji szatańskiego planu, miałam na myśli ten pierwszy– nasłanie na Weasley’a Bartemiusza Croucha Juniora. O, tamten miał jakieś szanse powodzenia. Ale cóż. Wracając do naszego Demonicznego Profesorka – wlał do kotła trochę wody, podpalił pod nią palenisko, a potem zaczął wlewać świństwa z flakoników po kolei. Ciecz przeszła przez różne stadia kolorystyczne – od sraczkowatego, przez krwisty, aż do przypaćkanej sraczkowatym bieli.

     Severus odwrócił się, zamiatając szatą i przeszedł na drugi koniec gabinetu, gdzie trzymał puste flakony. W tym czasie mikstura zabulgotała… i wybuchła. Nie wiem, może gdyby nie wpadł do tego ślimak, historia cieczy skończyłaby się inaczej. A tak? Snape zyskał dziurę w suficie, trochę dymu i stracił ślimaka (miał na imię Edward. Pokój jego duszy [*]).

     — Co się tu dzieje, Severusie? — w ubytek sufitu wetknęła głowę Profesor McGonagall —Wkopałeś się do mojej klasy! Żądam wyjaśnień — z dziury dobiegały także stłumione śmiechy i chichoty, zapewne zachwyconych uczniów.

     — Chcę zamordować twojego szukającego — syknął przymilnie nasz Profesor, pocierając czoło.

     Minerwa prychnęła i jej głowa zniknęła z dziury. Chwilę potem na dziurę w hukiem spadła doniczka, zakrywając ubytek. Snape skrzywił się, słysząc hałas. Machnął różdżką, usuwając dym.

     — Musi być jakiś sposób…

     Tak. Severus Snape wrócił do punktu wyjścia.


***


     Wieczorem tego samego dnia dzielny Bill Weasley był poklepywany przez dziesiątki rąk rozemocjonowanych gryfonów. Każdy zdawał sobie sprawę, że wygrywali tylko dzięki niemu– nie ma co się oszukiwać. Obrońca miał lekkiego zeza, pałkarze niejednokrotnie z ledwością podnosili kije, by wsiąść na miotły (pewnie, pijcie więcej w wieczór przed meczem!), a jeśli chodzi o ścigających… szkoda w ogóle wspominać.

     — Za Billa! — z tłumu wyłoniła się ręka z butelką ognistej whisky. No i co z tego, że dający był prefektem? Gwiazdę trzeba uczcić!

     Trzy godziny później cały dom kładł się do łóżek pijany w sztok
.

***


     Czy nietoperze sypiają…?

     Przepraszam, nawet narratora spotykają sytuacje, kiedy nie może się powstrzymać. Profesor Severus Snape, mimo późnej pory (tak, była trzecia nad ranem) krążył po swoim gabinecie. Gdyby miał brodę, szarpałby ją zawzięcie. Co jakiś czas syczał coś do siebie, jednak najwyraźniej nie pomagało mu to w obmyśleniu „morderstwa idealnego”. Patrząc na niego miało się wrażenie, że jeszcze chwila, a zacznie dygotać z frustracji– od stóp aż po haczykowaty nos…

     — Czy możesz narratorzyć ciszej i bez obrażających mnie tekstów? Bo przysięgam, że cię dorwę i wypatroszę!

     Za karę wystarczy mi to, że muszę przebywać w twoim otoczeniu i „narratorzyć” właśnie tobie…

     — To sobie idź! Mało to jest niewinnych ofiar, którym możesz pozatruwać życie?

     Prawdę mówiąc to żadnej, a akurat Ciebie przegrałam w karty.

     Wracając do sedna – Profesor Samo Zło nadal nie znalazł „złotego środka” na wykluczenie Billa Weasley’a z gry. Może źle się do tego zabierał, może po prostu nie dane mu było wygrać w tym pojedynku. Co jakiś czas przystawał, drepcząc w miejscu i poruszając swoim nochalkiem, jakby wpadał na jakiś trop…

     — Wiesz co? Wykorzystałaś już całą moją cierpliwość przeznaczoną na dziś!

     O, proszę. A ten dzionek trwa dopiero trzy godziny…

     Severus Snape pomyślał: „Och, zamknij się! Będę cię ignorować.” I dalej krążył po swoim gabinecie tempem średnio rozpędzonego ślimaka klasy, hmm… długodystansowiec. Mimo tego do jego głowy z uporem nie przychodziły nowe pomysły inne niż taki, żeby wysadzić doniczkę profesor McGonagall.

     — Wszystko przez niego. Przez jednego chłopaka! — mruczał do siebie.

     Wiedział, że nie może go otruć. Starucha od razu domyśliłaby się, co się święci… i kto poświęcił. Było już za późno, żeby na Weasley’a nasyłać któregoś z jego chłopaków. Sam też nie może podnieść na niego różdżki, bo Dumbledore od razy domyśliłby się, że to on. „Cóż. Nic nie zrobię. Mogę go załatwić przed meczem z Ravenclawem, wtedy nie wygrają pucharu.”

     Z nieco czystszym diabelnym sumieniem Profesor Samo Zło ściągnął z siebie szatę, łyknął kilka łyków eliksiru usypiającego i padł na łóżko.


***


     Severus Snape obudził się grubo po południu, błogo zaspany i nieświadomy trosk poprzedniego wieczora. Przeciągnął się, strzykając stawami. Zastygł, nieco zdezorientowany.

     Coś po nim łaziło!

     Zamiast sprawdzić, co to takiego, Opiekun Slytherinu po prostu wyskoczył z łóżka i zaczął strzepywać z siebie niewidzialnych przeciwników. Po kilku sekundach chaotycznych ruchów dźgniętego igłą leniwca Snape otworzył oczy.

     — Przeklęte ślimaki!– warknął, strząsając z siebie ostatniego mięczaka.

     Profesor założył szybko swoją szatę. Cóż, zaczynała trochę śmierdzieć. Może byś ją tak wymienił…?

     —Phi!

     A jednak nie taki diabeł asertywny, czasem słucha dobrych rad. Dwadzieścia minut później wychodził z gabinetu, w czystym ubraniu i ze świeżo uczesanymi włosami, tylko po to, żeby dowiedzieć się o porażce drużyny. Nie ma się co oszukiwać – Bill Weasley był nie do pokonania. Tylko jego brak mógłby doprowadzić Slytherin do zwycięstwa. Ale niestety – Severusowi od dziecka wpajano zasadę „Jeśli cos ma być zrobione dobrze, zrób to sam”. A on nie zrobił nic, tak więc Slytherin na pewno przegrał.

     Profesor Samo Zło bez przeszkód dotarł do pokoju nauczycielskiego. Napotkawszy zwycięską minę Minerwy McGonagall westchnął ze zrezygnowaniem.

     — Jednak przegraliśmy, prawda?

     — A łudziłeś się choć przez chwilę?

     No właśnie, mój drogi? Przecież mówiłam, ostrzegałam… Ale nie! Wolałeś włóczyć się po tym swoim gabineciku po nocach! Profesor był bliski wściekłego syknięcia, jednak powstrzymał się. Tak, przy świadkach musisz być dla mnie miły. Bo jeszcze się dowiedzą, że zwariowałeś…!

     — Tak, Severusie. Twój dom przegrał — odpowiedziała spokojnie profesor Sprout, z uwagą wlepiając oczy w jakąś roślinkę i nie zwracając większej uwagi na nauczycielkę transmutacji — Pomfrey cię szukała. Chodzi o jakiś eliksir na zatrucie. Alkoholem — kobieta zachichotała lekko, a roślinka wypuściła kolejny listek.

     Snape zamaszyście zamiótł szatą i szybkim krokiem ruszył do Skrzydła Szpitalnego, klnąc pod nosem. „Znowu jakiś dzieciak się nachlał, a teraz jęczy! Dlaczego JA muszę robić te przeklęte eliksiry?!”. Mimo tego po raz kolejny szedł do Pomfrey, żeby poratować delikwenta. Czyż to nie cudowny objaw tego, że w jego kamiennej, wężowej piersi tliło się czerwone (!) i ciepłe (!!!) serduszko?

     — Tak, jestem najcudowniejszym, najlepszym i najbardziej uczynnym człowiekiem na świecie! Możesz się już przymknąć?

     Chętnie wykonałabym twoją prośbę, ale NIE mogę się przymknąć. Rozumiesz, szef nie pozwala na przerwy w pracy
.
     Tak więc Profesor Snape znów pruł przez tajemne przejście, jak na początku mojej opowieści. Ten korytarz nie prowadził jednak do lochów. Miał za to w swoich czeluściach małą szafkę, z której to Facet W Czerni wyciągnął flakonik „mikstury na kaca”, jak nazywano ją pośród uczniów. O, tak. Severus Snape znał bardzo dużo tajemnych przejść. Żadne go jednak nie lubiło – to także wypluło go z siebie z wyraźnym zadowoleniem. Profesor z godnością otrzepał szatę, przeczesał ręką włosy i z rozmachem otworzył drzwi Skrzydła Szpitalnego.

     — Poppy, proszę, oto eliksir, o który prosiłaś — powiedział, wręczając falkon pielęgniarce, która przybiegła natychmiast, by wygonić intruza — Kto znowu się uchlał?

     — Bill Weasley i kilku gryfonów.

     — Idioci. Wygrali mecz i czują się bogami — mruknął Profesor Samo Zło, a w jego głowie krystalizował się kolejny szatański plan — Poppy, a może zrobię naszemu… championowi… nowy eliksir? — może nieco podrasowany…

     — Ależ! Jaki tam champion. Schlali się wieczorem, siedzą u mnie od siódmej! Nawet meczu nie widzieli, tylko do dziesiątej zawodzili jak stare babcie na pogrzebie. A mówiłam im już, że…

     Ale profesor Snape nie słuchał. Padł jak długi na swój haczykowaty nos. Pewnie z wrażenia.

     Kiedy otworzył oczy, leżał na łóżku. Pielęgniarka pochylała się nad nim z troską.

     — Zemdlałeś, Severusie! Myślałam, że dostanę zawału. No, ale szybko się obu…

     — Weasley nie grał? I Slytherin przegrał? — wychrypiał tylko.

     — No… tak. Dwieście czterdzieści punktów do dwudziestu.

     — MÓJ SLYTHERIN PRZEGRAŁ Z JAKIMIŚ CIAMAJDAMI?!

     — Cóż, tak. Przegrał. Powiedziałabym nawet, że dość sromotnie. Ach, połóż się! Gdzie idziesz, Severusie?! Musisz…

     Tak oto nasz profesor po raz kolejny pruł przez tajemne przejście z miną demona, który ponownie musi iść na leczenie kanałowe. Tym razem tempo jego marszu podskoczyło do ślimaka klasy sprinter, w dodatku w stumilowych butach. Uczniowie umykali mu z drogi, kiedy kroczył przed siebie, niemal trzęsąc się ze złości.

     — Nie było go. Nie było. Nie było! A oni przegrali! Moja drużyna to patafiany. Leniwe krowy! Przeklęte, małe robale! Już ja im dam popalić! — syczał wściekle pod swoim haczykowatym nosem.

     Błyskawicznie znalazł się za murami zamku i teleportował wprost pod drzwi „Pubu pod trzema miotłami”. Z przyzwyczajenia otrzepał szatę i wszedł do budynku, od razu kierując się w stronę najciemniejszego kąta baru. Madame Rosmerta, kręcąc biodrami, znalazła się obok niego.

     — Co podać?

     — Kieliszek ognistej whisky. Butelkę postaw na stole.


***


     Zakończenie jest chyba do przewidzenia. Snape, zamiast wymyślić coś konstruktywnego, dobrać sobie lepszych zawodników, powrócić do planów zniszczenia Billa Weasley’a… po prostu się schlał. Uczniowie, widząc profesora w takim stanie, omijali go szerokim łukiem, a do zamku sprowadził go Dumbledore, w stanie gorszym niż nieużywalny.

     Morał. Cóż, w każdej dobrej opowieści musi być morał, a przynajmniej powinien. Więc słuchajcie, dzieci małe, większe i te już duże. Kiedy wiecie, że przegracie, nie rwijcie sobie włosów z głowy, nie róbcie dziur w sufitach i nie zabijajcie ślimaków (Edwardzie…[*] Pamiętamy o tobie.), tylko konstruktywnie uznajcie, że nie macie szans i połóżcie się spać o przyzwoitej porze. Zawsze można zaczarować miotłę podczas meczu albo dać delikwentowi szlaban…

     — NIE MOGŁAŚ BYĆ TAK PRZYDATNA WCZEŚNIEJ?! Nie, po prostu szkoda mi na ciebie słów! Czy to było dla Ciebie takie trudne?! Pomyśleć, choć raz: daj mu szlaban?! Uhh, ty wstrętna, mała…

     Reasumując – nie grajcie, dzieci, w karty, bo najczęściej przegrana kończy się niezbyt udaną współpracą do końca życia…

     Ave!
Jarvis, sometimes you gotta run, before you can walk
temperance Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 36
Dołączył(a): 13 gru 2014, o 13:44
Lokalizacja: Poznań

Powrót do Twórczość wszelaka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości

cron