[Z] All i want for Christmas is You [12/12]

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Anonimowa » 18 gru 2018, o 18:35

Nie wiem, czy mogę tak z marszu wrzucić swojego fanficka - najwyżej mnie poprawcie :D

Ekhm, ekhm.

Zacznę może od przedmowy autorki - czyli mojej.

Przedmowa autorki
"All I want..." to fanfic, który zaczęłam pisać dawno temu przed Świętami Bożego Narodzenia, a skończyłam gdzieś w okolicach Wielkanocy. Od tamtej pory leżał sobie nietknięty na dysku. Znalazłam go w tym roku i stwierdziłam - hej, nie jest aż taki tragiczny! Trochę poprawiłam, trochę wykasowałam, trochę dodałam i cóż... Doszłam do wniosku, że bez sensu, żeby się kurzył w odmętach mojego laptopa ;)
Jestem świadoma mankamentów i braków tego tekstu. Fabuła odkrywcza nie jest, a i język może nie najwyższych lotów. Klisza kliszę kliszą pogania (powinnam pracować w marketingu, nie?) - ale w sumie, co mi szkodzi. Na pewno niczego się nie nauczę, ani nie dowiem, jeśli tego nie opublikuję; a kto wie - może komuś przypadnie do gustu? :)
Tekst jest skończony, poprawiam ostatnie błędy, literówki itd - będę sukcesywnie dodawać rozdziały, do świąt na pewno się wyrobię :)

Acha i ostrożnie - tekst jest niezbetowany :(
Ps. Jakby ktoś chciał go wziąć pod swoje betowe skrzydła to proszę o PW (plis plis);

okey, to teraz do meritum:

***

Tytuł: All I want for Christmas is You
Autor: Anonimowa (czyli ja)
Beta: Brak! Nie bijcie!
Paring: HP/DM
Rozdziały: 11 + zakończenie
Gatunek: Obyczajówka z elementami komedii
Ostrzeżenia: trochę pluszu, mało alkoholu, dużo imiesłowów
Klasyfikacja: PG-13
Zakończone: Tak
Opis: To Święta czy Walentynki? Hogwart opanowuje plaga eliksirów miłosnych. Jednak nie wszystko idzie tak, jak niektórzy by chcieli. Co z tym wspólnego mają dropsy cytrynowe i hodowla niuchaczy?
AU do szóstego i siódmego tomu



All I want for Christmas is You


Rozdział Pierwszy
W którym Harry pije piwo.


*** *** ***

Całe szczęście, że w lochach nie było świątecznych dekoracji. Widok Snape’a wśród roziskrzonych choinek i latających skarpet z prezentami nie ułatwiłby koncentrowania się na lekcjach. Gryffindor i tak stracił już w sumie siedemdziesiąt punktów za niekontrolowane wybuchy śmiechu. Wszystko przez zaczarowane cyprysiki, które śpiewały świąteczne piosenki, gdy ktoś przy nich stanął. Seamus zarzekał się, że Snape specjalnie odwrócił się do niego w momencie, gdy cyprys zanucił „Frosty the Snowman was a jolly happy soul”. Seamus po prostu nie mógł powstrzymać się przed parsknięciem. A dalej potoczyło się jak zawsze.

Sala eliksirów wygląda jednak zwyczajnie, żaden element nie zdradzał skradających się Świąt Bożego Narodzenia. Może tylko uczniowie wydawali się nieco nieobecni. Ich myśli krążyły wokół prezentów i domowych potraw. Och, z chęcią wyrwaliby się choć na chwilę ze szkolnych murów.

Harry rozkładał podręczniki i przyrządy, gdy czarna szata Mistrza Eliksirów zafalowała tuż przy jego ramieniu. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jest jeszcze ciemniejsza niż zwykle. Naładowana mrokiem, gotowa porazić każdego, kto choć wspomni o zbliżających się świętach. Najwyraźniej była to reakcja obronna Snape’a – w obliczu radosnej atmosfery epatował zgorzkniałością jeszcze bardziej niż zwykle. O ile to w ogóle możliwe.

– Dziś zajmiemy się Eliksirem Nieumiłowanym. – Niski, wibrujący głos poniósł się po sali. Snape zajął miejsce na szczycie katedry. – Czy ktoś wie, co to za eliksir? – Spojrzał z niechęcią na wystrzeloną w górę dłoń Hermiony – Ktoś oprócz Granger?
Zapadła cisza. Uczniowie wstrzymali na chwilę oddech i starali się nie patrzeć w stronę nauczyciela. Harry zerknął na Rona i obaj wzruszyli ramionami. Snape machnął dłonią w kierunku tylnych ławek.
– Tak, panie Malfoy?
– Eliksir Nieumiłowany jest podstawowym antidotum na większość krótko działających eliksirów miłosnych, sir.
– Dokładnie, pięć punktów dla Slytherinu.

Harry odwrócił się przez ramię. Malfoy stał i opierał się dłońmi o blat ławki. Wyglądał, jakby wybierał się na spotkanie biznesowe. Mankiety jego koszuli były śnieżnobiałe, spięte fantazyjnymi spinkami z jakimś zielonym kamieniem. Krawat, nieco poluzowany pod kołnierzykiem, zwisał nad kałamarzem. Harry miał nadzieję, że za chwilę ciemnozielony trójkąt wpadnie wprost do atramentu.
– Buc – mruknął Ron pod nosem i Harry uśmiechnął się, nie odrywając wzroku od siadającego Malfoya.

Nagle ich spojrzenia się skrzyżowały. Twarz Malfoya wykrzywiła się w grymasie – zamiast zwyczajowego zblazowania pojawiła się na niej zaciętość. Patrzył na Harry’ego, jakby próbował telepatycznie wtłoczyć mu do głowy swoje myśli.
Harry odwrócił się, ale dziwne wrażenie bycia obserwowanym pozostało.

Snape machnął różdżką i na tablicy pojawiły się wykresy i schematy.
– Wyjaśnijmy sobie podstawową kwestię. Klasyczne, dobrze uwarzone eliksiry miłosne mają działanie długotrwałe i nieodwracalne. Na prawdziwy eliksir miłosny, jak na przykład Eliksir Piżmowy, nie ma odtrutki ani antidotum. Przygotowanie go trwa wiele tygodni, a podanie komukolwiek jest surowo karane, ponieważ działanie jest niemal identyczne z Imperiusem. Osoba pod jego wpływem nie jest w stanie kontrolować swojego zachowania. Ostatnio jednak pojawiły się mikstury o krótkim, zaledwie kilkugodzinnym działaniu. Panowie Fred i George Weasley uznali za fantastyczny żart i świetne źródło dochodów żerowanie na ludzkich uczuciach. – Snape rzucił pogardliwe spojrzenie Ronowi, który spłonął rumieńcem wściekłości.
– Snape, który mówi o uczuciach. Nie sądziłem, że dożyję takiej chwili – warknął Ron.
Harry uśmiechnął się. Kątem oka pochwycił spojrzenie Malfoya. Natychmiast odwrócił się do tablicy.

– Hogwart zalała ostatnio plaga rozrzedzonych i złagodzonych mikstur, które niemal nie mają smaku i zapachu, przez co są trudne do wykrycia, jeśli dodać je do potraw czy napojów – kontynuował Snape pogardliwym tonem. – Pani Pomfrey poinformowała mnie o kurczących się zapasach antidotum. Te Eliksiry Nieumiłowane, które uznam za godne zaufania i spożycia, zasilą magazyny Skrzydła Szpitalnego. Przepis znajduje się na tablicy, macie dwie godziny.

Pracowali w ciszy, na którą składały się odgłosy krojenia, miażdżenia i bulgotania. Harry spojrzał na listę ingrediencji. Eliksir Nieumiłowany wydał mu się dość prosty. Pewnie gdyby nie braki w Skrzydle Szpitalnym, Snape nie dałby im do zrobienia tak banalnej mikstury. Za duże ryzyko, że naprawdę się uda.
Zerknął na Mistrza Eliksirów – siedział odchylony na krześle, opierając brodę na lewej dłoni. Jego oczy były zmrużone, jakby intensywnie nad czymś myślał. Harry podążył za jego wzrokiem.
Malfoy najwyraźniej skończył już siekać i mieszać składniki, bo stał przy kociołku z rękami w kieszeniach szaty. Patrzył wprost na Harry’ego.

Ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały i Malfoy natychmiast odwrócił wzrok. Harry otworzył usta ze zdziwienia i zerknął na Snape’a. Mistrz Eliksirów przechylił głowę i wpatrywał się teraz w niego, a kąciki jego ust drgnęły, jakby coś go rozbawiło.
Nic, co śmieszy Snape’a nie może być zabawne.

Harry zgrzytnął zębami ze złości i wrócił do pracy. Co to w ogóle za jakiś głupi festiwal spojrzeń? Z irytacją złapał korzeń imbiru i zaczął ścierać go na tarce.

O co chodziło Malfoyowi? Głupi Ślizgon obserwował go od tygodni. Harry widział te pojedyncze, ukradkowe spojrzenia. Sam przecież przyglądał mu się nie mniej czujnie. Czyżby Malfoy coś planował? Ostatnio był wyjątkowo spokojny. Podejrzanie wycofany. Gdyby nie szare oczy, śledzące go za każdym razem, gdy wchodził do Wielkiej Sali, Harry pomyślałby nawet, że Malfoy zaczął go ignorować.
O nie, to było dalekie od ignorancji, to było jej zupełne przeciwieństwo. Malfoy ukryty w cieniu korytarzy, obserwujący ich – obserwujący jego – cichy i skupiony. To było podejrzane. Niewłaściwe. Irytujące.
– O, Harry, mogę trochę imbiru? – Głos Hermiony wyrwał go z rozmyślań.
Harry zerknął na blat. Tak bardzo oderwał się od rzeczywistości, że starł cały korzeń, zamiast wymaganych dwóch cali.

Hermiona zebrała grudkę ścinek i dorzuciła do kociołka. Harry zrobił to samo. Jego eliksir zabulgotał i zmienił barwę na opalizujący błękit. Pozostało tylko czekać, aż się zagotuje. Miał odpowiednią konsystencję i barwę, zapach też był podobny do opisywanego w podręczniku. Harry po raz pierwszy był zadowolony z efektu swojej pracy na Eliksirach.

Zerknął jeszcze w stronę Malfoya, ale ten odwrócił się do niego plecami i kartkował podręcznik. W Harrym coś zawrzało i warknął cicho.

Snape przechadzał się po klasie i zaglądał do kociołków. Na widok efektu pracy Gryfonów nie powiedział nic. Za to każdy poprawny eliksir przygotowany przez Ślizgona obdarzył punktami. W wyniku tej jawnej dyskryminacji uczniowie domu Gryffindora opuścili klasę wściekli jak osy. Harry był wyjątkowo rozjuszony.

Gdy wychodził, znów poczuł się obserwowany. Zwolnił kroku i odwrócił się gwałtownie. Wpadł na Malfoya i obaj upuścili swoje podręczniki i kociołki.
– Posprzątać i wyjść. Szybciej Potter, bo odejmę ci punkty za opóźnianie mojej przerwy – warknął Snape, mijając ich.
Harry schylił się, żeby pozbierać rzeczy. Malfoy zrobił to samo. Ich dłonie zetknęły się na podręczniku.
– To mój – powiedział Harry, odtrącając rękę Malfoya.
– Nie wydaje mi się, Potter, ma moje nazwisko na okładce. – Ślizgon zbierał pióra z podłogi i wydawał się bez reszty oddany temu zajęciu.
Harry wyprostował się i popatrzył na niego z góry.
– Nie wiem, co kombinujesz – powiedział cicho – ale dowiem się i pokrzyżuję ci plany.
– O czym ty mówisz, Potter? Masz jakąś manię prześladowczą? Może napisz do Świętego Munga, na pewno będą zaszczyceni goszczeniem tak znakomitej persony, jak Chłopiec Który Przeżył. – Malfoy wstał i popatrzył w sufit. Ręce schował do kieszeni, lewą stopą stukał ze zniecierpliwieniem. – No, Potter, co jest? Co takiego kombinuję? Planuję zabić cię framugą?
Harry przysunął się o cal i zmusił Malfoya do spojrzenia mu w oczy.
– Wiesz o czym mówię i obiecuję, że nie pozwolę... – zaczął stanowczo, ale jego wywód został przerwany przez Snape’a.
Mistrz Eliksirów podszedł do nich szybkim krokiem, złapał za kołnierze szat i wypchnął obu za drzwi klasy. Następnie rzucił im zagadkowe spojrzenie i zatrzasnął drzwi z głośnym hukiem.

Malfoy odwrócił się na pięcie i podążył w dół korytarza, nie zaszczycając Harry’ego nawet słowem. Harry spojrzał na trzymany w dłoniach podręcznik eliksirów. Na wyblakłej i przetartej okładce widniało napisane zielonym atramentem nazwisko Malfoya.

Nie wiedział czemu, ale dziwny głosik w jego głowie wciąż powtarzał, że coś wisi w powietrzu.
Bardzo mu się to nie podobało.

*** *** ***

Było już po kolacji, więc biblioteka opustoszała. Tylko ich trójka zajmowała dębowy stół w kąciku przy książkach o hodowli Magicznych Roślin Niebieskolistnych. Znaleźli to miejsce na początku roku i odtąd właśnie tam spędzali wieczory. Hermionie odpowiadał duży żyrandol zawieszony nad stołem, który dawał dobre światło do nauki, mimo zapadającego coraz wcześniej zmierzchu. Ron był zadowolony, że może spokojnie chrapać podczas drzemek – z tej odległości pani Pince nie mogła ich usłyszeć. Harry za to czuł się tu bardzo komfortowo. Nikt nie zaglądał do tej części biblioteki – oprócz Nevilla i pani Sprout – mógł więc uciec przed ciekawskimi spojrzeniami.

W zasadzie to uciekał przed jednym konkretnym spojrzeniem.

Tego wieczoru pracowali bardzo intensywnie. Nauczyciele, jakby na przekór uczniom, zamiast zwalniać z materiałem przed świętami, zarzucali ich esejami i testami. Harry zastanawiał się, czy Snape maczał palce w tym niehumanitarnym planie. Namówić innych, by dowalili uczniom przed świętami, tak dla równowagi – to by było w jego stylu.

– Ciekawe, co Frost wymyśli na kolejne zajęcia – szepnął Ron, odrywając się z ziewnięciem od drobnego druku podręcznika do Transmutacji. – Ta cała Kultura Mugolska to jakieś żarty.

Kultura Mugolska była nowym przedmiotem, wprowadzonym przez Dumbledore’a. Miał on w tych „czasach terroru i nienawiści” uczyć szacunku wobec mugoli i pokazać sposoby na życie bez magii. W przeciwieństwie do Mugoloznawstawa, Kultura Mugolska miała praktyczny charakter. Uczniowie sprzątali bez użycia zaklęć, gotowali na palnikach gazowych, a notatki robili zwykłymi długopisami.
I choć część uczniów – Ron na przykład – uważała te zajęcia za stratę czasu, to zdecydowana większość bardzo je polubiła. Szczególnie, że nie trzeba się było do nich przygotowywać. Niektórzy traktowali je nawet jak rozrywkę. Jak Harry, który teraz zareagował na marudzenie Rona wzruszeniem ramion.

– Czy ja wiem, mi nie przeszkadzają te zajęcia – powiedział, nie odrywając wzroku od eseju. – Lubię czasem popracować fizycznie albo coś ugotować. To odpręża.
– Chyba ciebie – prychnął Ron.
Nagle klepnął Harry’ego w plecy i wskazał jeden z regałów. Harry spojrzał w tamtym kierunku. Zauważył skraj czarnej szaty obszytej zieloną lamówką. Zdawało mu się, że pomiędzy książkami widział blond włosy i bladą twarz.
A więc Ślizgon znalazł go nawet tutaj!

Harry przez chwilę zastanawiał się, czy to mógł być przypadek. Czy Malfoy interesował się hodowlą niebieskolistnych roślin magicznych? Bardzo wątpliwe. Na pewno ich podglądał i podsłuchiwał. Ale w jakim celu? Przez ostatnie kilkadziesiąt minut nikt nie wydał z siebie żadnego dźwięku – oprócz westchnień zmęczenia. Jak długo Malfoy mógł siedzieć za regałami?
Harry odchylił się na krześle, obserwując półki. Ale Malfoy nie pojawił się już więcej.

– On coś kombinuje – powiedział po chwili Ron.
Harry aż się wzdrygnął, słysząc swoje myśli wypowiedziane na głos. Hermiona nawet na minutę nie podniosła wzroku znad pergaminu. Bezlitośnie przekreśliła cały akapit w wypracowaniu Rona i powiedziała:
– Daj spokój, zajmij się czymś pożytecznym. Na przykład nauką. Naprawdę ci się przyda.
– Ale on się ciągle na nas gapi!
– Dopóki nie transmutuje się w wielkiego Bazyliszka, to nic nam nie grozi.
– Ron ma rację – powiedział Harry. Odsunął od siebie wypracowanie. I tak nie mógł się na nim skupić. – Coś jest z nim ostatnio nie tak. Nie zadziera już nosa, nie gada głupot… Zachowuje się prawie jak człowiek.
– I to jest złe? – Hermiona zmarszczyła nos.
– Na pewno niecodzienne. I podejrzane. Nic dobrego nam nie przyjdzie z kręcącego się obok Malfoya. Pamiętacie, jak łaził za nami w pierwszej klasie? Doniósł na Hagrida…
– No dobrze, ale aktualnie nie mamy w planach transportowania żadnego smoka do Rumuni, prawda?
– Nie o to chodzi. Mam złe przeczucia co do Malfoya.
– Miałeś ostatnio jakieś wizje? – Hermiona spoważniała.
Harry machnął ręką. Naprawdę, jej nadopiekuńczość bywała wkurzająca.
– Nie, to nie to. Po prostu... Wiem, że on coś kombinuje, okey?
– Wytłumacz mi coś, Harry. – Hermiona nachyliła się w jego stronę. – Nie podoba ci się jego zwykłe zachowanie, a kiedy w końcu poszedł po rozum do głowy i dał nam święty spokój, też nie jesteś zadowolony. To czego ty właściwie od niego chcesz?
– Żeby zniknął – odparł Harry bez zastanowienia.

Nagle rozległ się jakiś hałas. Odwrócili się w tym kierunku – kilka książek spadło z regału za ich stołem i narobiło niezłego rabanu. Harry mógłby przysiąc, że znów widział łopoczącą szatę z zieloną lamówką Otwierał już usta, by powiadomić o tym przyjaciół, ale w tym momencie pojawiła się przy nich pani Pince. Oburzona brakiem szacunku do starych, wysłużonych woluminów wygoniła ich z biblioteki. Tłumaczenia, że nie mają z tym nic wspólnego, nie pomogły.

Nie mając innego wyjścia, postanowili przenieść swoje kółko naukowe do Pokoju Wspólnego. Hermiona całą drogę narzekała, że nie skończyła poprawiać ich esejów. Za to Harry i Ron byli zachwyceni, że w końcu udało im się wyrwać z biblioteki.

Przekroczyli próg za obrazem Grubej Damy i usłyszeli przeraźliwy hałas. Pokój Wspólny pełen był Gryfonów w błyszczących czapeczkach urodzinowych na głowach. Ściany salonu obwieszono girlandami i balonami. Z zaczarowanego gramofonu leciała skoczna, irlandzka muzyka.

Harry dojrzał Neville’a, trzymającego w rękach ciemną butelkę.
– Co się dzieje?
– Seamus ma dzisiaj urodziny! Przeszmuglował trochę kremowego piwa z Hogsmeade – poinformował go radośnie Neville. Jego rozczochrane włosy i rumieniec wyraźnie wskazywały, że kremowego piwa było aż nadto dla wszystkich.

Hermiona, nie mogąc znieść hałasu, skierowała się do dziewczęcego dormitorium. Ron odprowadził ją wzrokiem i odetchnął z ulgą. Natychmiast przysiadł się do partyjki Eksplodującego Durnia.

Harry usiadł w fotelu. Przez chwilę przysłuchiwał się zawodzącemu Deanowi, który próbował zaśpiewać „Sto lat”. W końcu Ginny nie wytrzymała i rzuciła na niego Silencio. Harry zachichotał i sięgnął po jedną z butelek ze stołu.
– Och, poczekaj, to moje – powiedziała dziewczyna obok.
O ile dobrze pamiętał, miała na imię Lisa i była z rocznika Ginny. Podała mu inną, już otwartą butelkę. Harry uśmiechnął się z wdzięcznością i pociągnął łyk korzennego napoju. Zapadł się głębiej w fotelu i obserwował przyjaciół.

Jak dobrze było oderwać się choć na chwilę od nauki. Harry uwielbiał klimat Wieży Gryffindoru. Pamiętał, jak w drugiej klasie przekradli się z Ronem do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Wilgotne i zimne ściany lochów nie kojarzyły mu się najlepiej. O ile przyjemniej było spędzać wolny czas w czerwono-złotym salonie Gryfonów.
Zerknął na ogromne okna, otoczone miękkimi, czerwonymi zasłonami. Na dworze padał śnieg – grube, ciężkie płatki wirowały w powietrzu. Harry przechylił butelkę. Korzenny zapach piwa uderzył mu do głowy. Jak przyjemnie...

Odwrócił się do Lisy, chcąc jej podziękować za przyniesienie piwa. Dziewczyna wpatrywała się w niego uporczywie, jakby na coś czekała. Nie była zbyt ładna. Ciemne, krótkie włosy otaczały kanciastą twarz o grubych rysach i ziemistej cerze. Kremowa sukienka była poplamiona w kilku miejscach atramentem.

Harry nagle przypomniał sobie nieskazitelnie białe mankiety pewnej koszuli.
Zamrugał. Obraz zniknął tak szybko, jak się pojawił.

– Dobrze się czujesz, Harry? – zapytała Lisa przymilnie, przysuwając swoje krzesło do fotela.

Harry zamrugał ponownie.
Czuł się wspaniale. Po raz pierwszy od dawna zapomniał na moment o swoich problemach. Rozkoszował się chwilą wśród znajomych i ciepłem kominka.

Lisa nachyliła się i zamknęła oczy.
– Idę pooglądać dekoracje w zamku. – Harry wstał gwałtownie. Nie zwrócił uwagi na zduszony okrzyk Lisy, gdy wychodził z Pokoju Wspólnego.

Sunął pustymi korytarzami. Nie była to jednak nieprzyjemna pustka, o nie. Pachniało żywicą, od okien powiewało mrozem. Harry przyglądał się świerkowym wieńcom, na których wisiały brokatowe bombki i anielskie włosy. W powietrzu unosiły się zaczarowane kolorowe świece. W ich poblasku mury zamku nabrały ciepłych, przytulnych barw. Płomienie odbijały się w witrażowych oknach, przez co podłoga przypominała falującą tęczę.

Zamek wyglądał przepięknie.

Harry przystanął przy cyprysie na parapecie. Za oknem prószył śnieg. Błonia i dziedziniec pokryły się lekkim jak chmurka białym puchem. W korytarzu rozległa się jedna z mugolskich piosenek, śpiewana czystym, wysokim głosem piosenkarki:

I don't want a lot for Christmas, there is just one thing I need.
I don't care about the presents underneath the Christmas tree.
I just want you for my own, more than you could ever know.
Make my wish come true, oh, all I want for Christmas is you.


Harry zamknął oczy. Och, czuł się tak...

Cudem zdążył dobiec do łazienki, zanim zgiął się wpół i zwymiotował. Miał wrażenie, że jego żołądek wywrócił się na lewą stronę. Ciałem wstrząsały fale torsji, nogi drżały w kolanach. Po czole spływał zimny pot, przełyk palił żywym ogniem. Harry czuł w ustach kwaśny smak niestrawionego alkoholu.

Po kilku minutach był tak wyczerpany, że osunął się na ziemię. Uderzył czołem o porcelanową misę. Ból przeszył mu czaszkę, a oczy zasnuły się mgłą.

Działo się z nim coś dziwnego. Był słaby, zaczynał tracić przytomność. Resztami sił wyszarpał z kieszeni spodni różdżkę. Machnął nią, po czym wypuścił z dłoni.

Czuł, że zapada w sen. Lepka ciemność wspinała się po jego skórze. Nie chciał tego. Nie chciał umrzeć. Och, no może nie umrze, ale było mu tak źle, był taki zmęczony... Leżał skulony, błagając w myślach, żeby ktoś zobaczył jego Patronusa.

W końcu usłyszał stukot kroków. Nie był w stanie otworzyć oczu. Ktoś zawołał: „Poo-o-t-ee-r”; przeciągając samogłoski w bardzo zmanierowany sposób.
Gdzieś już to słyszał. Gdzie? Och, nieważne.
Chciał poprosić o pomoc, ale nie mógł otworzyć ust. Podłoga zniknęła. Ciemność ogarnęła jego umysł. Harry zapadał się w nią, jakby tonął. Nie było to niemiłe uczucie, przypominało pachnącą kąpiel z bąbelkami. A jednak Harry resztkami świadomości wiedział, że nie powinien się w niej zanurzać.

Poczuł zapach imbiru i coś ciepłego na wargach.

– Pij. – Głos docierał do niego zza grubej zasłony. Kilka ruchów na jego szyi sprawiło, że przełknął słodki płyn.

Ciemność zaczęła się wycofywać. Czucie w kończynach wracało. Harry odetchnął głęboko. Po jego ciele rozlała się fala ulgi. Najwyraźniej został uratowany.

– Dzięki – powiedział słabo i uniósł kciuk w górę.
Odpowiedziała mu głucha cisza. Otworzył oczy.

Najpierw poraziły go biel kafelek i światło świec. Dopiero po chwili zobaczył jakąś sylwetkę. Wszystko było rozmyte i Harry miał wrażenie, że nachyla się nad nim duch. Wymacał na podłodze okulary i założył je na nos.
Dopiero wtedy rozpoznał swojego wybawcę.

Malfoy wpatrywał się w niego badawczo. Na jego twarzy brakowało zwykłego, szyderczego grymasu. Wyglądał zupełnie jak wtedy na eliksirach – w szarych oczach czaiła się jakaś zaciętość, a ciało było spięte. W dłoni trzymał fiolkę z eliksirem.

Harry wstał gwałtownie. Instynktownie odsunął się od Malfoya. Otępiały umysł zaczął podsuwać mu dziwne myśli.
Malfoy go otruł. Nie, czekaj, Malfoy go uratował. Ale dlaczego? Co on knuje?

Zakręciło mu się w głowie i zachwiał się. Malfoy złapał go za ramiona i posadził na podłodze.
– Poczekaj chociaż, aż eliksir zacznie działać – warknął głucho.
Ale Harry nie miał zamiaru słuchać. Złapał leżącą na ziemi różdżkę. Wstał i – walcząc z powracającymi mdłościami – wyciągnął ją przed siebie.
– Co tu robisz?
– Zobaczyłem Patronusa i przyszedłem sprawdzić, co się stało.

Harry czekał na jakąś drwinę. Przecież Malfoy nie odpuści sobie takiej okazji. Na pewno za chwilę powie coś, co rozjuszy Harry’ego. Zaczną do siebie pyskować. Skończy się na rękoczynach.
Jednak Malfoy zacisnął usta w cienką linię i wpatrywał się w niego tym irytującym spojrzeniem. Harry nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Ślizgon na coś czeka.
Zapadła napięta cisza, przerywana tylko odgłosami wody kapiącej z kranów. W końcu Harry opuścił różdżkę i – sam nie wierząc, że to robi – powiedział krótkie „dzięki”. Przeczesał dłonią spocone włosy i otrzepał szatę.

Zmierzał w kierunku wyjścia, gdy usłyszał głos Malfoya:
– Ten Patronus… To jeleń, prawda?
Harry przystanął i odwrócił się, marszcząc brwi.

Malfoy stał oparty się o ścianę łazienki. W dłoni trzymał butelkę z eliksirem. Jego głos, pozbawiony zwykłej kpiny, brzmiał niemal przyjacielsko.
Harry chciał mu powiedzieć, żeby się odpieprzył.
– Tak – odparł zamiast tego.
– Ładny. Podobają mi się duże Patronusy. Są bardziej widowiskowe.
– To chyba nie jest kwestia wyboru?
– Nie, oczywiście, że nie – powiedział Malfoy z uśmiechem.

Harry skrzyżował dłonie na piersi Cała ta sytuacja zaczynała być interesująca. Stoi sobie w łazience i rozmawia z Malfoyem. I nie jest to rozmowa z rodzaju tych, po których jeden z nich dostanie szlaban albo trafi do Skrzydła Szpitalnego. Malfoy… Czy on próbuje być miły? Albo przynajmniej neutralny. Przechodzi jakiś kryzys tożsamości?

Malfoy wciąż opierał się o ścianę. Nie miał na sobie szkolnej szaty, tylko białą koszulę i ciemne, materiałowe spodnie. Harry zaczął się zastanawiać, czy Ślizgon ma w szafie jakieś ubrania, których nie trzeba krochmalić. Wyobraził go sobie w zwykłym swetrze. Albo dresie. Czy Malfoy kiedykolwiek miał na sobie krótkie spodenki?
Na Merlina, o czym on myślał?!

– Mam wrażenie, że już go widziałem – powiedział Malfoy. – Twojego Patronusa – dodał, gdy Harry zamrugał zmieszany.
Harry zastanawiał się, w jakich okolicznościach mogło się to wydarzyć. Gdy już sobie przypomniał, poczuł gniew.
– Tak. Mecz Quidditcha na trzecim roku.
Malfoy zagryzł wargę, a jego twarz pokryła się rumieńcem.
– No tak, pamiętam – powiedział bezbarwnie, a potem dodał bardzo cicho: – To był słaby pomysł.

Jeżeli Harry miał wcześniej jakieś wątpliwości – teraz wyzbył się ich ostatecznie.
To była dalsza część halucynacji. Śniło mu się, że stoi w łazience z Malfoyem i ucinają sobie pogawędkę o starych czasach. Co więcej – Ślizgon właśnie przyznał się do błędu. Irracjonalność snu nasunęła Harry’emu podejrzenie, że będzie to jeden z najgorszych koszmarów.
I na dodatek w tym śnie Malfoy go uratował… Zaraz, zaraz. Czy on nie podał mu jakiegoś eliksiru?

Harry poczuł, jak krew odpłynęła mu z twarzy. Zaschło mu w ustach. Przypomniał sobie wszystkie wątpliwości, dotyczące zachowania Malfoya. Od początku wiedział, że Ślizgon coś knuje. Za dużo było w tym wszystkim przypadku. Dlaczego właśnie on go znalazł? To było ukartowane? Szlag, czemu wcześniej o tym nie pomyślał? Może Malfoy podał mu Veritaserum? Jakiś środek odurzający?

Ale Harry nie czuł się senny ani otumaniony. Wszystko było z nim w porządku.
Poza tym, że stał i gawędził z Malfoyem.

– Co ty mi w zasadzie podałeś? Chciałeś mnie otruć?
Malfoy parsknął i podał mu fiolkę. Harry odkorkował buteleczkę i rozpoznał intensywny, nieco gryzący zapach Eliksiru Nieumiłowanego.
– Brawo, Potter – powiedział Malfoy, przeciągając głoski w nazwisku Harry’ego. – Właśnie uratowałem ci tyłek, a ty dalej ciągniesz tę bezsensowną grę: „cokolwiek kombinujesz, pokrzyżuję ci plany”. Masz szczęście, że to ja cię znalazłem. Zabini cyknąłby pewnie kilka fotek, które jutro obejrzałbyś na pierwszej stronie Proroka. O ile nie wydaliby specjalnego dodatku wieczornego: „Harry Potter - Chłopiec Który Przeżył, By Zarzygać Łazienkę”.
– Mam uwierzyć, że ktoś spoił mnie eliksirem miłosnym, a ty zupełnie przypadkiem przechodziłeś obok z antidotum w kieszeni?
– Byłoby miło. Nie musisz dziękować.
– Nie zamierzałem. A nie, czekaj, przecież już to zrobiłem.
– Zaraz przed tym, jak oskarżyłeś mnie o skrytobójstwo.
– Wybacz, jeśli cię uraziłem, Malfoy. Przecież wszyscy wiemy, że jesteś niewinny jak baranek. Coś kombinujesz…
– Tak, masz rację. Zdradzę ci swoje szatańskie zamiary. Szedłem właśnie na kolację. Mam nadzieję, że nie zawiodłem twoich oczekiwań i uznasz plan zapchania się kilkoma kiełbaskami za wystarczająco mroczny i niebezpieczny. Jesteś nudny Potter, wiedziałeś o tym?

Stali naprzeciwko siebie i mierzyli niechętnymi spojrzeniami. Malfoy schował butelkę z eliksirem do kieszeni. Harry zacisnął dłoń na różdżce.
– Skąd wiedziałeś, że jestem pod wpływem eliksiru miłosnego?
– Objawy zatrucia źle przyrządzonym eliksirem są w podręczniku. – Malfoy wzruszył ramionami. Gdy zorientował się, że Harry nie wierzy w ani jedno jego słowo, westchnął z rezygnacją. – Okey, Goyle próbował kiedyś uwieść Pansy i sam uwarzył eliksir. Nie pytaj o szczegóły, wyparłem to. W każdym razie, Pansy miała identyczne objawy jak ty teraz. I ten wyraz twarzy…
– Jaki wyraz twarzy?
– Błogość i nudności jednocześnie. To okropny widok. Zapada w pamięć, uwierz.
– I od tamtej pory nosisz ze sobą Eliksir Nieumiłowany? Zamiast popijać piwo kremowe, ćpasz… – Harry urwał.

Piwo kremowe. To po nim poczuł się dziwnie… Snape mówił, że w Hogwarcie panuje plaga dolewania eliksirów miłosnych. Czyżby padł ofiarą jednego z nich? Ale…

– No, kto ci to podał, Potter? – Malfoy zdawał się czytać w jego myślach. – Czarodziejski świat nie może dłużej żyć w niepewności. Kim jest niewiasta, gotowa posunąć się do tak desperackich działań? Nudna-Jak-Wata-Weasley?

Najwyraźniej kryzys tożsamości Malfoya był tylko chwilowy. Powrócił szyderczy uśmiech i opryskliwy ton. Harry nawet go nie słuchał. Myślał intensywnie nad tym, kto mógłby podać mu eliksir. Ktoś w Pokoju Wspólnym…
Lisa.
No tak, dziewczyna wyraźnie się do niego kleiła. Najwyraźniej nie dotarła do niej wiadomość, że Harry gra do innej bramki.

Malfoy nadal wyrzucał z siebie potok słów:
– ... no i ta Chang, Potter, naprawdę. Wiem, że gra w quidditcha i to kręci facetów. W końcu niewiele dziewczyn jest w stanie docenić mocny chwyt miotły. Ale spodziewałem się po tobie...
– Zamkniesz się wreszcie? – przerwał mu Harry. Nie miał ochoty dłużej przebywać w jego towarzystwie. Stracił zdecydowanie zbyt dużo czasu z tym obślizgłym Ślizgonem.

Obrócił się i bez słowa wyszedł z łazienki.
– Idziesz do McGonagall? – Malfoy, ku jego zdumieniu, szedł o krok za nim.
Harry pokręcił głową.
– Nie, za dużo problemów, w końcu... – przerwał i przeklął się w myślach. Prawie wygadał, że w Pokoju Wspólnym Gryffindoru trwa zakrapiana feta. Cholera, co się z nim działo?! Może powinien iść do Skrzydła Szpitalnego? Może eliksir jednak mu zaszkodził?
Harry zatrzymał się nagle. Malfoy nie zdążył wyhamować i wpadł na niego. Obaj odsunęli się od siebie pośpiesznie.
– Powiedziałeś, że to był źle uwarzony eliksir? – zapytał Harry, a Malfoy kiwnął głową.
– Tak. Zaufaj mi – powiedział.

W jego głosie zabrzmiała jakaś odległa nuta. Harry spojrzał na niego zaskoczony. Wydawało mu się, że Malfoy nie mówi tylko o sprawie z eliksirem.

Teraz miał jednak ważniejsze zmartwienia niż dziwnie zachowujący się Ślizgon.

Gdyby eliksir był wynalazkiem Freda i Georga, napisałby do nich sowę. Ale jeśli istniał choć cień szansy, że Lisa uwarzyła go sama... Harry nie chciał obudzić się przemieniony w sklątkę tylnowybuchową.
Mrucząc pod nosem przekleństwa, skierował się do Skrzydła Szpitalnego. Malfoy szedł za nim aż do rozwidlenia, gdzie skręcił w kierunku lochów.

Dopiero przed drzwiami Skrzydła Szpitalnego Harry uświadomił sobie, że Ślizgon nie wyjaśnił, dlaczego nosi przy sobie Eliksir Nieumiłowany.
Oczywiście nie, żeby kogoś to obchodziło.
Ostatnio edytowano 26 gru 2018, o 19:59 przez Anonimowa, łącznie edytowano 8 razy
Live until we die

"- Potter, ty mała kupko gryfońskiej odwagi i ani krzty rozumu."
Anonimowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 8 gru 2017, o 11:38
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Anonimowa » 18 gru 2018, o 18:37

Rozdział Drugi
W którym Harry zaczyna myśleć.

*** *** ***

Powiedział pani Pomfrey, że źle się poczuł po wypiciu soku dyniowego. Opisał objawy, ale nie wspomniał, że Malfoy podał mu odtrutkę. Wciąż nie do końca wierzył, że Ślizgon mówi prawdę. Siedział na łóżku, a pielęgniarka przykładała mu różdżkę do nosa, uszu, barków i czubka głowy. Mruczała coś niezrozumiałego i co chwila prychała z oburzeniem. Harry rozglądał się po ambulatorium. Obecnie nie był jednak w stanie docenić dyskretnych dekoracji świątecznych. Zauważył za to całą szafę wypełnioną fiolkami z Eliksirem Nieumiłowanym.

– Ktoś ci podał źle uwarzony eliksir miłosny! – zawołała w końcu Pomfrey.
Harry nalegał, by sprawdziła jeszcze pod kątem innym eliksirów – zwłaszcza trucizn – ale pokręciła głową.
– To pierwsze, co sprawdziłam, kochaneczku. Ale skanowanie wykazało tylko tę przeklętą miksturę i Eliksir Nieumiłowany. Ktoś ci podał antidotum?
– Tak, Hermiona – skłamał gładko.
– To jej podziękuj. Inaczej miałbyś okropną noc. Rano na pewno musiałbyś przyjść do mnie po Eliksir Wzmacniający. Mądra dziewczyna z tej Granger.

No dobra, punkt dla Malfoya.

Gdy Harry wracał do Wieży, było już bardzo późno. Szedł, powłócząc nogami. Był wyczerpany. Cholera, a wieczór zapowiadał się tak miło i co? Nawet samo stanie przy Malfoyu wysyłało go do Skrzydła Szpitalnego!
Choć musiał przyznać, że to była niesprawiedliwa myśl. Malfoy mu pomógł. Z jakichś nieznanych nikomu powodów – na pewno podstępnych – podał mu antidotum. I zachowywał się przyzwoicie. To znaczy, owszem, rzucił kilka zgryźliwych uwag, ale nic poza tym.

To było ponad siły Harry’ego.

Przystanął przy oknie i obserwował padający śnieg. Może Malfoy naprawdę się zmienił? Ich wzajemne animozje straciły tego roku na sile. Odkąd Harry wrócił z wakacji, Malfoy ani razu go nie sprowokował. Wciąż był sarkastyczny i wkurzający, ale nie dręczył Harry’ego i jego przyjaciół. Czy to mogła być próba zakopania topora wojennego?

Harry roześmiał się głośno.

W Pokoju Wspólnym Gryffindoru panował straszliwy bałagan. Na podłodze walały się puste butelki, przekłute balony i resztki konfetti. Ogień trzaskał wesoło w kominku, z gzymsu zwisał zerwany napis „SO AT SMUS”. Reszta literek zniknęła.
Wszyscy najwyraźniej już spali. Tylko Hermiona sprzątała po balandze. Zapewne nie mogła znieść myśli, ile roboty czeka rano skrzaty domowe.
– Gdzieś ty był!? – zawołała, gdy wszedł do Pokoju Wspólnego.
– W Skrzydle Szpitalnym. – Harry bez sił opadł na fotel przy kominku. Coś strzyknęło mu w kręgosłupie. Jęknął i spojrzał na pobladłą Hermionę. – Nic poważnego, nie martw się.
– Skoro to nic poważnego, to po co byłeś w Skrzydle Szpitalnym?
Harry potarł skronie. Zaczynała boleć go głowa. Szkoda, że Pomfrey nie dała mu jednak Eliksiru Wzmacniającego. Wstał z fotela i zaczął krążyć po Pokoju Wspólnym. W końcu znalazł tę nieszczęsną butelkę piwa.
– Czy możesz przynieść swój Indykator?
Hermiona zmarszczyła brwi, ale bez słowa skierowała się do dormitorium. Wróciła po chwili i położyła Indykator na stole. Dostała go od Lupina na urodziny. Był to kuferek wielkości pudełka zapałek i służył do szybkiego wykrywania składników eliksirów. Po dotknięciu wieka rozrastał się do rozmiarów małej szafy, a w jego wnętrzu pojawiały się szuflady i przegródki, wypełnione kasetkami z odczynnikami. Wystarczyło nakropić odrobinę płynu do pierwszej przegródki – skomplikowany system rurek rozprowadzał go po polach testowych. Harry nalał trochę piwa, a Hermiona nachyliła się, by odczytać wynik.
– Słód, karmel, chmiel… Ale! – zawołała i zbliżyła twarz do Indykatora. – Ekstrakt winny, piżmo, drzewo sandałowe… To piwo czy perfumy?
– Eliksir miłosny.
– Raczej nie. Chmiel i ekstrakt winny w połączeniu z drzewem sandałowym dadzą raczej efekt podobny do zatrucia… Ooo! – zawołała, gdy dotarł do niej sens jej słów. Wyprostowała się, odgarnęła włosy i spojrzała na Harry’ego ze współczuciem. – Biedaku…

Usiedli na kanapie. Hermiona przykryła kolana kocem, a Harry streścił jej w kilku słowach swoją przygodę. Słuchała cierpliwie, gładząc delikatnie jego ramię. Zmarszczyła brwi, gdy wspomniał o Malfoyu. Darował jej szczegóły tej rozmowy, ale kilkukrotnie zapewnił, że Malfoy zwariował i zachowywał się dziwnie.

– Powiesz McGonagall? – spytała, gdy skończył.
– Musiałbym jej powiedzieć, że Seamus przeszmuglował piwo kremowe. Nie, znajdę jutro Lisę i sam z nią porozmawiam. Zresztą, nie mam żadnych dowodów, że to ona.
– Te eliksiry to jakaś plaga – westchnęła Hermiona. – Ludzie po prostu oszaleli przez Bal Bożonarodzeniowy.
– Wszystko mi jedno. Nie pójdę na ten bal, nawet jeśli ktoś poda mi eliksir miłosny dożylnie.
– Wiesz, że to możliwe? Nie patrz tak na mnie. Chyba zauważyłeś, że w tym roku stałeś się bardzo popularny?

Harry zasępił się – rzeczywiście, od początku roku dostawał dziwne przesyłki. Od czasu, kiedy Syriusz... W każdym razie nie przywykł do częstej poczty, a ostatnio wciąż przychodziły do niego liściki miłosne i paczuszki z czekoladkami.
– Mam chodzić z własną piersiówką, jak Fałszywy Moody? – spytał gorzko.
– Możemy uwarzyć Eliksir Nieumiłowany w Pokoju Życzeń. Piłbyś go codziennie, tak na wszelki wypadek. To głównie ziołowe składniki, nie zaszkodzą ci nawet przy regularnym stosowaniu. Stężenie długo utrzymuje się we krwi, więc jeden łyk przed śniadaniem powinien załatwić sprawę. Myślę, że po balu cały ten szał na eliksiry miłosne ucichnie i będziesz miał spokój. Rano pójdziemy do Pokoju Życzeń, co ty na to?

Harry uśmiechnął się z wdzięcznością. Wstał, pocałował Hermionę w czoło i skierował się do sypialni. Padł wyczerpany na łóżko. Zamknął oczy i natychmiast zasnął.

Śniła mu się Lisa. Była ubrana w długą, różową sukienkę, a w rękach trzymała bukiet kwiatów. Nagle pojawił się Malfoy i zdzielił ją w głowę Nimbusem 2001. Uśmiechnął się do Harry’ego.
– To co, Potter, idziemy zjeść kiełbaski?

*** *** ***

W sobotę z samego rana Harry i Hermiona udali się do Pokoju Życzeń, by przygotować Eliksir Nieumiłowany. Ron jeszcze smacznie chrapał w Wieży Gryffindoru, gdy oni kończyli już pracę i rozlewali miksturę do szklanych fiolek. Harry od razu wziął łyk antidotum. Smakował tak samo jak ten, podany mu przez Malfoya: cierpka nuta cytryn mieszała się na języku z ostrością imbiru. Harry odetchnął głęboko.

– No, teraz jesteś bezpieczny. – Hermiona uśmiechnęła się do niego. Opadła na stos miękkich pluszowych poduszek i przeciągnęła się jak kot. – Nie ma to jak ciężka praca od rana. To będzie dobry dzień.

Harry pokręcił głową. Hermiona była niemożliwa. Ale musiał przyznać, że sam też czuł się fantastycznie. W nocy spał niedługo, za to mocno. Nawet nie pamiętał, czy coś mu się śniło. Gdy szli rano przez głuchy zamek, Harry po raz pierwszy od dawna czuł się odprężony. Lubił gwar korytarza na przerwach i radosny hałas Wieży Gryffindoru. Jednak spokojna cisza i świadomość, że nikt go nie obserwuje przynosiła mu prawdziwą ulgę.

Posprzątali i ruszyli na śniadanie.

Ron, wciąż zaspany, już na nich czekał.
– Gdzie byliście? – zapytał, gdy usiedli obok.

Harry postanowił nie mówić mu na razie o dziwnej sytuacji z eliksirem i Malfoyem. Wymyślił na poczekaniu, że Hermiona udzielała mu korepetycji z Eliksirów.
– Jest sobota ósma rano – powiedział zszokowany Ron. – Sobota. Ósma rano. A wy już zdążyliście uwarzyć jakiś eliksir. I po co? O Hermionę się nie martwię, ale Harry, ty nie jesteś taki. Nie masz odpowiedniej odporności. Zakujesz się na śmierć, mówię ci.

Harry uśmiechnął się i sięgnął po Proroka Codziennego. Musiał coś sprawdzić. Przekartkował całą gazetę, ale nigdzie nie znalazł swoich zdjęć. Ani razu w żadnym artykule nie padło jego nazwisko. Rozejrzał się po Wielkiej Sali. Malfoya nigdzie nie było. Nie, żeby to miało jakieś znaczenie. Przecież Harry nie podszedłby do niego i nie podziękował za dyskrecję.

Zadowolony nałożył sobie na talerz kilka kiełbasek. Miał na nie dziwną ochotę.

Chwilę później podszedł Collin Creevey i powiedział, że Dumbledore chce z nim porozmawiać.
– O co może chodzić? – zastanawiał się Ron, gdy Harry pospiesznie kończył śniadanie.
– Chyba nie o wczorajszy incydent? – zapytała cicho Hermiona.
Ron zmarszczył brwi.
– A co się wczoraj wydarzyło?
– Jakbyś nie wypił sześciu butelek piwa kremowego, to byś wiedział…
– Nie sześć, tylko pięć, a w zasadzie cztery i pół, bo jedną wypiłem wspólnie z tobą.
– I na tym powinieneś skończyć! Może wtedy nie wpadłbyś na genialny pomysł konkursu na najbardziej obsceniczną kolędę…

Harry bez słowa wstał od stołu i opuścił sprzeczających się przyjaciół. Podejrzewał, o co chodziło Dumbledore’owi. Ciężki, zimny kamień wpadł mu do żołądka.

Gdy szedł korytarzem w stronę gabinetu dyrektora, zza zakrętu wyszedł Malfoy. Harry zwolnił kroku. Ślizgon miał na sobie ciemnoszarą koszulę i czarne dżinsy. Czyli jego szafa skrywała coś poza garniturami. Nie, żeby kogoś to obchodziło oczywiście.
Minęli się na wysokości portretu Fryderyka Mściwego. Malfoy skinął głową.
– Dzień dobry, Potter – powiedział bezbarwnie i poszedł dalej.
Harry zatrzymał się w pół kroku i odwrócił za odchodzącym Malfoyem. Wiedział, że stoi i gapi się z rozdziawionymi ustami, ale nie mógł na to nic poradzić.
Żadnej złośliwości à propos wczorajszego wieczoru? Żadnych przytyków?
– Powiedział to nieszczerze! – zawołał Fryderyk Mściwy z obrazu. – Nie włożył w to serca. Zabij go, zabij za tę zniewagę!
Harry pokręcił głową i ruszył do gabinetu dyrektora. To, co się ostatnio wyprawiało z Malfoyem, przechodziło ludzkie pojęcie.

Nie musiał podawać hasła kamiennemu gargulcowi. Najwyraźniej Dumbledore na niego czekał. Harry z ociąganiem zaczął się wspinać po schodach.

Dumbledore siedział w wielkim fotelu przy biurku. Za jego plecami fruwały różne przedmioty – książki, fiolki, pióra – a także całe mile kolorowego papieru i wstążek. Harry mógłby przysiąc, że widział nawet skarpetki w reniferki. Dumbledore uśmiechnął się i gestem zaprosił go, by usiadł.

– Witaj Harry. Mam nadzieję, że podoba ci się Autonomiczny System Poczty Świątecznej. Mój wynalazek, muszę się pochwalić. Dropsa cytrynowego?

Harry, wciąż zamyślony po spotkaniu w korytarzu, bezwiednie sięgnął po cukierka. Poczuł kwaśny, orzeźwiający smak. Jego ciało się rozluźniło. Od dawna podejrzewał, że to nie były zwykłe dropsy.

– Jak mija ci ostatni rok nauki, Harry? – zagadnął Dumbledore. Nachylił się i oparł brodę o splecione dłonie.
– Dobrze, panie profesorze. Dużo nauki, ale z Hermioną u boku to nie problem.
– To wielkie szczęście, mieć przyjaciół, Harry. Ale, niestety, nie zaprosiłem cię tu na pogawędkę. Choć szkoda, ostatnio brakuje mi czasu na zwykłe, ludzkie paplanie. – Dumbledore uśmiechnął się smutno. – Harry, bardzo mi przykro, że zniszczę twoje plany świąteczne, ale muszę cię prosić, byś został w Hogwarcie.
– Nic nie szkodzi, panie profesorze – powiedział Harry. – Rozumiem, że to zbyt niebezpieczne.

Od początku podejrzewał, się, że o to chodziło. Zdążył przemyśleć wszystko po drodze, więc łatwiej było mu zachować spokój. A może to zasługa dropsów? W każdym razie jego głos był opanowany i bez cienia goryczy.

– Jeśli sądzi pan, że mój przyjazd może zagrozić Weasleyom, to w porządku. Nie chcę ich narażać.
– Cieszę się, że nie muszę ci tego tłumaczyć. Żałuję, że tak to się potoczyło. Niestety, wszyscy z Gryffindoru jadą w tym roku do domu. Niewielu uczniów postanowiło zostać w zamku. Tylko jeden z własnej woli. Pozostali nie mieli wielkiego wyboru. Z drugiej strony będziesz miał całą Wieżę dla siebie.

Harry zastanowił się nad słowami Dumbledore’a. Było mu przykro, że nie zobaczy Weasleyów. Jednak nie było źle - spędzi święta w ukochanym Hogwarcie. Polata, odwiedzi Hagrida. Wolał to, niż wracać do Dursleyów. Poza tym – mógłby spędzić je gdzie indziej, gdyby nie okoliczności. Weasleyowie, Lupin, Tonks – wszyscy zasypywali go zaproszeniami. Pomyślał o tych, którzy nie mieli dokąd pojechać na święta. W zasadzie miał nawet szczęście.

– Myślę, że dobrze wykorzystasz ten czas – ciągnął Dumbledore. – Egzaminy już niedługo. Na Kurs Aurorski zapisało się wielu chętnych, ale wierzę, że to nie będzie dla ciebie problemem. Przekażę pani Pince, by przygotowała kilka przydatnych pozycji dla ciebie i pana Malfoya. – Dyrektor mrugnął do niego zza okularów-połówek.

Harry uśmiechnął się z zakłopotaniem. Hermiona pewnie dałaby się zabić za możliwość spędzania całych dni w opustoszałej bibliotece. Harry miał bardziej praktyczne podejście.
Zaraz, zaraz…

– Malfoya? – Harry zmarszczył brwi. – Malfoy zostaje na święta w zamku? Dlaczego?
Dumbledore przeczesał długą, białą brodę.
– Myślę, że powinieneś sam go o to zapytać.
– Nie rozmawiamy ze sobą! – zawołał oburzony Harry. – Jesteśmy wrogami.
W chwili, gdy wypowiedział te słowa, zrozumiał, jak dziecinnie zabrzmiały. Drops cytrynowy chyba przestał działać, bo Harry poczuł zażenowanie i złość.
– Ach, wrogami – powiedział Dumbledore z udawaną powagą. Odchylił się i splótł ręce na piersi. – Niestety, liczne obowiązki nie pozwalają mi z należytą uwagą śledzić skomplikowanych relacji między uczniami. W każdym razie, nie czuję się upoważniony by wypowiadać się w imieniu Draco. Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej, musisz z nim porozmawiać. A teraz, Harry, przepraszam cię, ale muszę jeszcze odwiedzić Ministerstwo Magii. Gdybyś był łaskaw…

Harry wstał i pożegnał się z dyrektorem niemrawym burknięciem. Zignorował jego troskliwy wzrok. Wiedział, że się wygłupił – nie musiał szukać potwierdzenia w niebieskich oczach.

Wyszedł z gabinetu i pobiegł do Wieży. Całą drogę myślał o Malfoyu.

Dlaczego zostaje na święta w zamku? Nie chciał wracać do wspaniałego Malfoy Manor? A może nie mógł? Czy to możliwe, że… Nie… Harry potrząsnął głową. Malfoy nie sprzeciwiłby się ojcu, Harry znał go na tyle dobrze, że…

Zatrzymał się przy obrazie Grubej Damy.

Czy naprawdę znał Malfoya tak dobrze? Teraz, gdy się nad tym zastanowił, musiał przyznać, że w rzeczywistości nie zna go w ogóle. Malfoy zawsze był tylko rozpieszczonym synalkiem swojego ojca. Taki był, gdy pierwszy raz spotkali się u Madame Malkin – rozpuszczony i arogancki. Mściwy, gdy doprowadził do skazania Hardodzioba. Wstrętny podczas Turnieju Trójmagicznego. Absolutny dupek i pupilek Umbridge na piątym roku. A na szóstym…

Harry nagle uświadomił sobie, że Malfoy nie zrobił nic wstrętnego w zeszłym roku. Co więcej, tak naprawdę nie zmienił się po tegorocznych wakacjach. Już w szóstej klasie zaczął zachowywać się inaczej, tylko nie zwrócili na to uwagi. Harry był zbyt przybity po śmierci Syriusza, by zawracać sobie głowę Ślizgonem.

Nadal jednak nie mógł uwierzyć, by Malfoy tak po prostu sprzeciwił się ojcu. W końcu Malfoyowie to rodzina z długoletnią tradycją czarnoksięstwa. Zawsze służyli Czarnym Panom, chyba jako jedyni. No, jeszcze Blackowie…

Znów pomyślał o Syriuszu. Wniosek, który pojawił się w jego głowie był tak niedorzeczny, że Harry się roześmiał.

Wszedł do Pokoju Wspólnego. Hermiona siedziała przy kominku i poprawiała wczorajsze eseje. Harry usiadł obok i opowiedział jej o swojej wizycie u dyrektora.
– Och, tak mi przykro. Beznadzieja. – Przytuliła go mocno.
Wzruszył ramionami.
– Byłem na to przygotowany, w końcu bezpieczeństwo Weasleyów jest najważniejsze. Nie martw się, nie będę się nudzić. Pokręcę się po zamku, polatam, pójdę odwiedzić Malfoya...
Hermiona wybałuszyła oczy.
– Kogo?
– Co kogo?
– Kogo pójdziesz odwiedzić?
– No Hagrida przecież...
– Ach, tak, nie zrozumiałam cię. Chyba potrzebuję kawy.
Harry’emu jej uśmieszek wydawał się trochę dziwny.

Przez cały dzień nie spotkał Lisy. Miał nadzieję, że dorwie ją na obiedzie. Skubał niechętnie udko z indyka i rozglądał się po Wielkiej Sali. Podskakiwał za każdym razem, gdy ktoś wchodził do środka. Ale Lisy nie było. Sprawdził więc Mapę Huncwotów i znalazł swoją trucicielkę na błoniach przy jeziorze.

Mimo zapewnień Harry’ego, że złość dawno mu przeszła, Hermiona uparła się, żeby iść z nim.
– W razie czego lepiej mieć świadka.
– Czy ty myślisz, że zamierzam ją zabić? Masz mnie za Malfoya?
– W zasadzie chodziło mi o to, że lepiej mieć świadka jej zachowania – stwierdziła oschle. – Swoją drogą, co ma do tego Malfoy?
– Co?
– Zapytałeś, czy mam cię za Malfoya.
– Nieprawda, zapytałem, czy masz mnie za wariata.
– Och… No tak. Możliwe, że się przesłyszałam. – Hermiona założyła kurtkę.
Harry nie mógł zrozumieć, dlaczego tak przy tym chichotała.

Mróz szczypał ich w nosy, gdy przedzierali się przez błonia. Zima tego roku zapowiadała się bardzo ostra. Od połowy listopada nieprzerwanie prószył śnieg, a huraganowe wiatry rozdzierały nocną ciszę. Harry spędził wiele bezsennych godzin, wsłuchując się w ich wycie.

Teraz jednak był wczesny wieczór. Słońce niedawno zniknęło za horyzontem i na niebie wciąż widniał ślad jego wędrówki. Różowy poblask kładł się nad ziemią, a gwiazdy dopiero zaczynały nieśmiało błyszczeć.

Harry żałował, że z tej szerokości geograficznej nie widać gwiazdozbioru Wielkiego Psa.

Dziewczyny z szóstego roku biegały po zaśnieżonej polanie, próbując zbudować bałwana bez użycia magii. Zdecydowanie najlepiej radziła sobie Ginny – widać fascynacja pana Weasleya mugolami miała swoje dobre strony.

– Hej! – zawołała Hermiona w jej stronę. Ginny podbiegła do nich. Zwolniła nieco, gdy poznała Harry’ego.

Ich przyjaźń przeszła ciężką próbę w te wakacje.
Zaczęli spotykać się w połowie zeszłego roku. Teraz Harry wiedział, że nigdy nie powinni nawet próbować. Ale wtedy był przekonany, że to chwilowe. Że Ginny go z tego wyleczy.
Nie wyleczyła. Gdy w te wakacje wyznał jej prawdę, niemal przestała się do niego odzywać.
– Ona myśli, że to jej wina – powiedziała mu wtedy Hermiona.
– Przecież to nie ma z nią nic wspólnego!
– To nie takie proste. Ona… Powiedzmy, że straciła wiarę w swoją kobiecość.
– Co za bzdury! Przecież Ginny jest stuprocentowo kobieca. Na tym polega problem.
– Ona widzi to inaczej, zrozum.
Ale Harry nie rozumiał. Był to prawdopodobnie jedyny plus jego sytuacji – już nigdy nie będzie musiał próbować zrozumieć kobiecej logiki.

Harry nie chciał się naprzykrzać Ginny, więc zostawił ją z Hermioną. Podszedł do Lisy i pociągnął za rękaw jej kurtki.
– Musimy porozmawiać – powiedział stanowczo.
Lisa nie oponowała. Harry’emu przeszło przez myśl, że dziewczyna wygląda dużo gorzej, niż tamtego wieczoru w Pokoju Wspólnym. Być może była to kwestia jej wystraszonej miny, a może złość Harry’ego wyostrzyła brzydkie rysy.
Starał się nie krzyczeć, ale stanowczym głosem oznajmił, co sądzi o jej zachowaniu. Bardzo uważał, żeby jej nie zranić, jednak nie mógł odmówić sobie kilku zgryźliwych uwag.

Uważał, że zachował się wobec niej bardzo w porządku i z klasą, ale Lisę najwyraźniej łatwo było zranić, bo zaczęła przeraźliwie płakać. Hermiona i Ginny podbiegły do nich. Ginny próbowała przytulić Lisę, ale ta wczepiła się w Harry’ego i łkała w rękaw jego kurtki:
– To-to-to wszystko przez D-D-Deana Mieliśmy iść razem na ba-ba-bal, a on… On... Zerwał ze mną w-w-w tym tygodniu!
– Przykro mi – powiedział Harry. Próbował odsunąć ją od siebie, ale okazała się zaskakująco silna. – Nie wiem tylko, co chciałaś osiągnąć. Powinnaś raczej podać eliksir Deanowi.
– Najlepiej, jakbyś nie podawała go nikomu – wtrąciła Hermiona.
Lisa otarła łzy. Wyglądała okropnie – oczy spuchły jej od płaczu, dolna warga drżała. Na twarzy pojawił się ognisty rumieniec wstydu.
– To przez Ginny… – powiedziała słabym głosem.
– Co? – Ginny złapała Lisę za rękę i odciągnęła do Harry’ego. – Ja nic nie zrobiłam! Harry, naprawdę! Nawet nie wiedziałam, że planowała coś takiego!
– Ginny powiedziała...
– Nic nie powiedziałam!
– ...że ty byś się tak nie zachował, bo jesteś dżentelmenem. Że gdybyś obiecał komuś, że pójdziesz z nim na bal, to choćby nie wiem co, poczekałbyś i poszedł...
– Ach, no tak. Mogłam coś takiego powiedzieć. – Ginny skrzywiła się i schowała twarz w dłoniach.
Za to Harry się uśmiechnął. Świadomość, że Ginny ma o nim dobre zdanie – nawet po tym wszystkim – podniosła go na duchu.

Lisa wciąż chlipała:
– ... i myślałam, że jak mnie pocałujesz po tym eliksirze i zgodzisz się pójść ze mną na bal, to będzie ci głupio to odwołać. No i iść z Harrym Potterem… Och, Amanda przestałaby się nareszcie ze mnie wyśmiewać.

Harry nie znosił, gdy ludzie mówili o nim w ten sposób. Jakby sam fakt, że stał obok, czynił ich kimś lepszym. Nie uważał, by zrobił w życiu cokolwiek, co podniosłoby go do rangi bożyszcza. Najwyraźniej był osamotniony w tej opinii.
Zastanawiał się, czy ktokolwiek będzie chciał mieć z nim do czynienia, jeśli zmieni nazwisko na Gary Albert, zapuści długą brodę i będzie hodował niuchacze.

– Dolewanie eliksirów miłosnych nie rozwiąże twoich problemów – mówiła tymczasem Hermiona. – Zwłaszcza tych źle uwarzonych! Komuś mogło się coś stać! W każdym razie wylej cały ten eliksir, jeśli jeszcze go masz i nie używaj więcej. Inaczej będziemy musieli powiedzieć McGonagall.
– To nie powiedzieliście jej? – Lisa była zaskoczona.
– Nie, nie chciałem robić jeszcze większej afery – westchnął Harry.
– Naprawdę jesteś dżentelmenem. – Lisa uśmiechnęła się i otarła łzy z policzków. Harry pomyślał, że teraz wyglądała dużo lepiej. Uśmiech wygładził jej grube rysy i nadał twarzy jakiejś świeżości.
– Na pewno jak poprosisz kogoś innego, to się zgodzi – powiedział ostrożnie. – Powinnaś spróbować.

Oczy Lisy rozbłysły. Zagryzła wargi.
– Masz rację – powiedziała jak natchniona. – Zaproszę Draco Malfoya.

– Czy ona powiedziała, że zaprosi Malfoya? – spytał osłupiały Harry, gdy Lisa pobiegła dalej budować bałwana. – Na Merlina… Skąd ona to wytrzasnęła?
Ginny zaczęła się trząść ze śmiechu.
– Chciałabym zobaczyć, jak biedna Lisa przebija się przez stado fanek Obślizgłego Króla Slytherinu – powiedziała Ginny. Pomachała im na pożegnanie (Harry’ego obdarzyła prawie serdecznym uśmiechem) i pobiegła do koleżanek.

– Co? – sapnął Harry, rozdziawiając usta ze zdziwienia. – Jakie stado fanek?
– Malfoy ma duże powodzenie. Nie tylko wśród Ślizgonek – poinformowała go Hermiona, gdy zaczęli spacer w kierunku zamku. – Jesteś bardzo niezorientowany w sytuacji matrymonialnej swoich ewentualnych obiektów zainteresowania.
– Malfoy nie jest obiektem mojego zainteresowania. Jest wstrętnym, głupim blondasem.
– Dziewczyny określają go raczej mianem „przystojny”. Przyznasz, że jest coś w tych szarych oczach...
– Chyba żądza mordu.
– Naprawdę nie podoba ci się Malfoy? Ani trochę?
– Ani trochę! Jest sarkastycznym, aroganckim dupkiem, który nie widzi niczego, poza czubkiem własnego nosa. Wtrąca się w nieswoje sprawy, mąci, obraża ludzi. Kręci się tam, gdzie nikt go nie chce. A do tego nigdy nie nosi swetrów!
Hermiona spojrzała na niego zaskoczona.
– Co to ma do rzeczy?
– Nic! – zawołał Harry, czując przypływ paniki. Co on plecie?! – Malfoy nie jest w moim guście, okey? Nie spodobałby mi się, nawet jeśli byłby ostatnim facetem na świecie!
Ostatnie słowa niemal wykrzyczał.

W jakiś sposób stało się dla nich jasne, że Harry próbuje przekonać przede wszystkim siebie.

Szli dalej w milczeniu. Widzieli z daleka rozświetlone reflektorami boisko do quidditcha. Najwyraźniej któraś z drużyn miała trening. Harry starał się dojrzeć sylwetki zawodników, ale byli za daleko.

– Jednak musisz przyznać, że Malfoy się zmienił – powiedziała nagle Hermiona.
Chciał jej odpowiedzieć, że prawdopodobnie ewoluował na wyższy poziom ślizgoństwa, ale ugryzł się w język. Przecież sam cały czas o tym myślał.
– W tym roku ani razu nie nazwał mnie szlamą – ciągnęła Hermiona. – To dużo, jak na niego.
Ale Harry nie miał ochoty rozmawiać o Malfoyu. Uśmiechnął się kwaśno i powiedział z przekąsem:
– Zaproś go na bal. O ile zdążysz przed Lisą.
Hermiona walnęła go w ramię.

Szli dalej. Niebo powlekło się ciężkimi, szarymi chmurami. Nie było gwiazd. Tylko reflektory boiska rozświetlały błonia ostrym światłem. A gdy one zgasły, uczniowie zaczęli wracać do zamku.

Hermiona mówiła coś o eseju na Transmutację, ale Harry jej nie słuchał.

Myślał o wydarzeniach ostatnich miesięcy. A przede wszystkim myślał o Malfoyu i o tym, co powiedział Dumbledore.
Oczywiście, mogło to nie mieć żadnego znaczenia. Mogło być milion powodów, dla których Malfoy zostawał na święta w Hogwarcie.

Być może jego rodzina wyjeżdża, a on nie chce jechać z nimi? Albo Lucjusz i Narcyza nie obchodzą świąt w tym roku, zajęci ciekawszymi obowiązkami? A jeśli nigdy ich nie obchodzili? Harry wyobraził sobie Malfoyów jako buddystów w żółto-czerwonych habitach z okrągłymi bębenkami w rękach. Boso. Narcyza Malfoy siodłająca lamę.
Zachichotał w duchu.

Może Malfoy dostał jakąś misję – na przykład szpiegowanie Harry’ego w Hogwarcie? Albo Dumbledore’a?
Albo profesor Sprout – pomyślał Harry z kpiną. Naprawdę, zaczynał mieć paranoję.

Istniał jednak (wątły, blady, niemal niewidoczny) cień szansy, że to Harry nie docenił Malfoya, podczas gdy Ślizgon podjął prawdopodobnie najtrudniejszą decyzję w swoim życiu. Ta możliwość wydała się Harry’emu w pewien sposób smutna. Było w niej coś ostatecznego, czego nie mogliby zrozumieć ani Ron, ani Hermiona.

Nawet Harry’emu trudno było to sobie wyobrazić.
On nigdy nie musiał wybierać – niczego i nikogo.
I po raz pierwszy w życiu docenił ten wątpliwy luksus.
Live until we die

"- Potter, ty mała kupko gryfońskiej odwagi i ani krzty rozumu."
Anonimowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 8 gru 2017, o 11:38
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Anonimowa » 18 gru 2018, o 18:40

Rozdział Trzeci
W którym Ron gotuje barszcz.

*** *** ***

Poniedziałek zaczynał się od zajęć z Kultury Mugolskiej. Odbywały się one w dużej sali, powstałej po połączeniu dwóch sąsiadujących klas. Zamiast zwykłych ławek były tam blaty, przypominające stoły laboratoryjne. Na każdych zajęciach stały na nich różne przyrządy – maszyny do szycia, szlifierki albo kuchenki gazowe. Krzesła zastąpiono wysokimi stołkami barowymi z oparciem. Podczas lekcji często w tle leciała któraś z mugolskich stacji radiowych. Przy dużych oknach stały kanapy i stoliki, na których leżała prasa i literatura. Gdy profesor Frost pozwalała im na chwilę przerwy w trakcie zajęć, siadali tam i zagłębiali się w lekturze.

Podczas pierwszych zajęć Zabini wziął gazetę w dwa palce i pomachał nią.
– Pani profesor, te gazety są popsute – powiedział donośnym głosem. – Zdjęcia się nie ruszają.
– Och nie, mały ignorancie, nie są popsute. To mugolskie gazety!
W ten sposób pierwsza lekcja traktowała o fotografii. W ramach ćwiczeń robili zdjęcia, a jedną z prac zaliczeniowych miał być właśnie album z czarno-białymi fotografiami.

Zajęcia te bywały wyczerpujące, nawet dla osób urodzonych w mugolskich rodzinach. W końcu opuścili niemagiczny świat w wieku jedenastu lat. Harry prawie udławił się ze śmiechu, gdy Seamus próbował przyszyć guzik do szaty, w efekcie zszywając rękaw z kołnierzem i lewą kieszenią.

W ten poniedziałek na blatach leżały garnki, sztućce i warzywa.
– Dziś nauczymy się gotować zupy! – zawołała na ich widok Profesor Frost.

Była niską, przysadzistą kobietą o rumianych policzkach. Jej niebieskie oczy przypominały nieco oczy Dumbledore’a, gdy patrzyła z zachwytem na ich nieporadne próby radzenia sobie bez magii. Ubierała się po mugolsku, a kolory dobierała według jakiegoś szokującego klucza. Tego dnia miała na sobie pomarańczową, dzianinową sukienkę za kolano, fioletową marynarkę i zielone kozaki.

Harry zajął miejsce obok Rona. Ziewnął przeciągle i potarł oczy. Był zmęczony, w nocy kiepsko spał. Leżał na łóżku, wsłuchując się w wyjący wiatr i pozwalał myślom w głowie krążyć. Niestety, orbitowały wciąż wokół jednego tematu. Tak samo zresztą, jak teraz. Choć bardzo chciał, nie mógł przestać myśleć o...

Nagle jego ciało przeszył dreszcz. Podniósł głowę i się rozejrzał.
Malfoy stał przy kanapach i przerzucał gazety. Harry widział jego twarz z profilu – prosty nos, wysokie kości policzkowe i wąską szczękę. Blada szyja ginęła w fałdach szaty. Szkolny mundurek był na Ślizgona za duży i wisiał mu ramionach.
Harry zagryzł wargę i odwrócił wzrok.

– Te zajęcia to kompletna strata czasu – westchnął Ron. – Niby po co mam się uczyć gotować zupę?
Hermiona pokręciła głową.
– A jeśli będziesz się musiał ukrywać w czasie wojny, co będziesz jadł?
– Rozumiem, że mugolska kuchnia plażowa to podstawowe wyposażenie ukrywającego się Aurora?
– Kuchenka gazowa – poprawiła go Hermiona. Związała włosy w nieskładny kok na czubku głowy. – Jak się zakochasz w mugolce, to możesz jej zaimponować, przygotowując romantyczną kolację. To cię przekonuje?
– Myślę, że inne rzeczy bardziej jej zaimponują. Latanie na miotle, wyczarowane skowronki, takie rzeczy. Gotowaniem to może ją oczarować jakiś mugol, który nie wie, jak się posługiwać różdżką...
Hermiona parsknęła i przeszła na drugi koniec stołu. Na Kulturze Mugolskiej często siadała z dala od Harry’ego. Chyba nie mogła znieść, że był od niej lepszy i zręczniejszy w takiej pracy. No cóż, jej nikt nie zmuszał do usługiwania trzyosobowej rodzinie. A w zasadzie – patrząc na Dudleya i wuja Vernona – pięcioosobowej.

– Pozostajemy w klimacie świątecznym. – Profesor Frost rozpoczęła zajęcia. – Dziś ugotujemy bazę pod zupę, którą dokończycie według własnej fantazji. Niech to będzie potrawa, która kojarzy się wam ze świętami w domu, przy kominku, z rodziną. Gotowanie wymaga serca i miłości. Jego celem jest sprawienie radości najbliższym. Nie bez powodu się mówi: „przez żołądek do serca”.
Zaczęła rozdawać przepisy i tłumaczyła, co należy zrobić. Każdemu wręczyła też mugolską książkę kucharską, w której mieli znaleźć pomysł na dokończenie zupy.

Harry w ciszy obierał warzywa na bulion i wrzucał je do dużego garnka. Nie musiał patrzeć na przepis. Sprawnymi ruchami oczyszczał kolejne marchewki i pietruszki. Ron starał się naśladować jego ruchy. Najpierw próbował z obieraczką, ale prawie zdarł sobie skórę z palców. Przerzucił się więc na nóż – szło mu lepiej, ale i tak daleko było mu do wprawy Harry’ego.
– Jak ci się udaje robić to tak szybko? – zapytał rozdrażniony.
– Szkoła życia autorstwa Dursleyów – odparł Harry. Wrzucił ostatnie warzywa do garnka. Zalał je wodą, dodał kilka przypraw i wstawił na gaz.
Ron wciąż mocował się z przerośniętym selerem. Warknął:
– Co za...
– …beznadziejna strata czasu! – krzyknął ktoś z drugiego końca sali.

Obrócili się w tamtą stronę. Malfoy najwyraźniej się skaleczył, bo ssał palec lewej ręki. Parkinson podeszła do niego, by zasklepić ranę zaklęciem, ale profesor Frost ją powstrzymała.
– Żadnych zaklęć na tych zajęciach! – Wepchnęła plaster i wodę utlenioną do rąk Pansy. – Opatrunki mieliśmy przerabiać dopiero po Nowym Roku, ale taka okazja... Chodźcie tu wszyscy!

Uczniowie przysunęli się do stanowiska Ślizgonów. Zrobiło się ciasno, gdyż wszyscy chcieli podejść jak najbliżej. Neville przypadkowo potrącił Harry’ego i ten stanął zaledwie kilka centymetrów od Malfoya. Próbował się wycofać, ale nie było miejsca.

Malfoy stał wyprostowany i sztywny jak kłoda, pozwalając nauczycielce złapać swoje ramię i wyciągnąć je w kierunku uczniów. Podchwycił spojrzenie Harry’ego. Kąciki jego ust drgnęły.
– To się nazywa plaster samoprzylepny. – Profesor Frost wyciągnęła przed siebie biały plaster z metra. – Tu są takie plastikowe motylki, a pod spodem jest klej, który przytwierdza materiał do skóry.
Hermiona wywróciła oczami, a Harry się roześmiał.
– Och, panie Potter, skoro jest pan tak dobrze zaznajomiony z arkanami mugolskich środków opatrunkowych, może pokaże pan, jak to działa?
Harry cofnął się o krok i wpadł na Rona.
– Może jednak pani to zrobi?
– Zajęcia są dla was, nie dla mnie.
– Ale ja już umiem to robić, może ktoś inny spróbuje?
– Chciałabym, żebyś pokazał jak to działa. Niech to będzie naturalny odruch.
– Może ktoś mnie zapyta o zdanie? – warknął nagle Malfoy. – Może wcale sobie nie życzę, by robić z tego widowisko i żeby, o zgrozo, Potter mnie dotykał?

Gdy to mówił, uśmiechnął się szyderczo. Spojrzał na Harry’ego. Ale w tym spojrzeniu nie było wcześniejszej głębi, tego dziwnego migotania. To był kpiący, wyzywający wzrok. Harry znał go dobrze z poprzednich lat - jakby jedenastoletni Malfoy teleportował się i stał teraz przed nim, wydymając wargi ze znudzenia.

Harry poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Złapał plaster i uciął kawałek. Chciał zetrzeć Malfoyowi z twarzy ten okropny uśmiech. Czy Ślizgon myśli, że robią na nim wrażenie te półuśmieszki i drwiące uwagi?

Sięgnął w kierunku bladej dłoni. Malfoy z ociąganiem wyprostował palec wskazujący. Przecięcie nie było głębokie, ale pod paznokciem zebrała się krew. Harry wziął gazę i wodę utlenioną.
– Będzie piekło – ostrzegł, zanim wylał kilka kropel na ranę.
Ślizgon syknął, ale nie zabrał ręki.
– To już jest piekło, Potter.
Harry starł krew z palca i założył plaster. Uczniowie z magicznych rodzin wychylili się w ich stronę, obserwując, jak to wszystko działa. Harry zalepił ranę i uśmiechnął się kwaśno.
– No, gotowe.

Nie podnosił jednak głowy.

Trzymał dłoń Malfoya w swojej. Czuł, jak mięśnie Ślizgona napinają się cal po calu. Powietrze stało się ciemne i lepkie, pachnące miętą i cytryną. Harry wstrzymał oddech, gdy włoski na jego karku i ramionach się podniosły.

Ciekawe, jak wygląda teraz twarz Malfoya. Którą z masek przywdział Ślizgon?

Mimowolnie zatoczył kciukiem kółko na jego dłoni. Poczuł gorącą falę, spływającą mu w dół kręgosłupa. Miał wrażenie, że wokół powstała bańka, oddzielająca ich od reszty uczniów. Jedynym, co docierało z zewnątrz, był niski głos, który śpiewał: “have yourself a merry little Christmas, let your heart be light”. Nagranie musiało być stare, bo słychać było trzaski i szumy, a głos wokalisty nieco się załamywał.
Malfoy nachylił się – był wyższy o dwa, może trzy cale – i szepnął coś. Dopiero po chwili Harry zrozumiał sens słów:
– Ekhm... Potter? Możesz mnie już puścić?

Bańka pękła. Harry z zażenowaniem uświadomił sobie, że trzyma Malfoya za rękę.

Na. Merlina.

Odtrącił dłoń Ślizgona nieco gwałtowniej niż zamierzał. Nie oglądając się za siebie, wrócił na stanowisko.

To było najgorsze piętnaście sekund jego życia. Co się z nim działo?! Czuł, że policzki płoną mu żywym ogniem, a ręce drżą.

Nie był w stanie podnieść głowy i spojrzeć na Malfoya. Wiedział, co tam zobaczy. Kpinę i szyderstwo. Albo gorzej – obrzydzenie! I wcale by go to nie zdziwiło – sam czuł do siebie dokładnie to samo.
Zdobył się tylko na krótkie spojrzenie na innych uczniów. Całe szczęście chyba nikt nie zwrócił uwagi na tę dziwną scenę. Wszyscy byli zajęci przyklejaniem sobie nawzajem plastrów.

Harry do końca lekcji nie patrzył już w kierunku stołu Ślizgonów. Uparcie wgapiał się w bulgoczącą zupę, jakby chciał ją zagotować samym spojrzeniem. Udawał obojętnego, jednak w jego głowie wrzało nie mniej niż w garnku.

Gdy bulion był gotowy, Harry zaczął kartkować książkę kucharską w poszukiwaniu inspiracji. Żadna zupa nie kojarzyła mu się ze świętami. Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, jak spędzał je przez jedenaście lat.
W końcu trafił na dość prosty przepis.

Ron przysunął się bliżej. Gotowanie nie było jego mocną stroną. Miał denerwujący zwyczaj dosypywania przypraw na oślep, przez co jego eksperymenty były często niejadalne. Większość potraw przygotowywali więc wspólnie z Harrym.
– Zrobimy barszcz z buraków.
– Co? Nigdy nie słyszałem o czymś takim.
– To jakaś słowiańska zupa świąteczna. – Harry spojrzał w przepis i pokazał Ronowi zdjęcia. – Wygląda nieźle, spróbujmy.

Ron czytał przepis, a Harry poszedł do magazynku i zabrał wszystkie potrzebne składniki. Już po chwili klasa wypełniła się ziemistym zapachem gotowanych buraków. Aromat był głęboki i słodki. Przywodził na myśl jesienną słotę na błoniach.
Kilka osób przeszło obok ich stanowiska, mlaszcząc z zadowoleniem. Harry dolał trochę zakwasu, przez co zupa zmieniła kolor. Była teraz ciemnobordowa, niemal czarna.
Harry spróbował odrobinę, po czym dosypał pieprzu i dolał zakwasu. Powinno być idealnie.
Obok Ron papugował wszystkie jego ruchy. Niestety, zagotował swój barszcz, przez co stracił on kolor i wydawał się nieco mętny.
– Ale w smaku jest okey – pocieszył go Harry.
– Twój lepszy. Pójdę pierwszy, to nie będzie miała z kim porównywać – zadecydował Ron. Nalał zupy do miski i zaniósł profesor Frost do degustacji.

Harry zaczął sprzątać. Kątem oka widział, jak Malfoy opuszcza klasę. Odwrócił wzrok.
Bardzo dobrze. Niech sobie idzie. Niech nie pojawia się w pobliżu, dopóki Harry nie dojdzie do ładu z myślami.

Ron zarobił pięć punktów. Wrócił na stanowisko i zaczął sprzątać, podczas gdy Harry oddawał zupę do oceny. W sumie Gryfoni zarobili okrągłe pięćdziesiąt punktów, Ślizgoni – zaledwie dziesięć. Zabini stwierdził, że mugolaki mają łatwiej i to niesprawiedliwe, ale wszyscy go zignorowali.

Gdy wyszli z klasy mieli jeszcze chwilę do następnych zajęć. Znaleźli więc niski parapet, wyczarowali kilka puchatych poduch i usiedli na nich. Z okna rozpościerał się widok na góry, wyrastające w sercu Zakazanego Lasu. Ich ciemne, poszarpane szczyty odcinały się na tle poszarzałego nieba. Przysłaniające je chmury wyglądały jak rozdarte poduszki, z których padało pierze. Harry się wzdrygnął. Było coś posępnego w tym krajobrazie, jakby świat nurzał się w popiele.

– Jestem okropnie głodna przez te zajęcia. A do obiadu jeszcze tyle czasu – westchnęła Hermiona.
Ron sięgnął do torby i wyciągnął słoik z barszczem. Podał go Hermionie, która parsknęła śmiechem.
– Zabrałeś zupę z zajęć?
– No co? – Ron wzruszył ramionami. – Wyszła całkiem nieźle. Rzuciłem na słoik zaklęcie konserwujące. Miałem nadzieję, że dotrwa do świąt i pochwalę się mamie, ale skoro jesteś głodna…
– Zjem tylko trochę i zostawię coś dla twojej mamy. – Hermiona uśmiechnęła się i wzięła słoik od Rona. Wypiła kilka łyków.
– I jak, smakuje?
Hermiona zamknęła oczy. Miała dziwną minę. Czubki jej uszu zrobiły się czerwone, podobnie jak policzki i czoło. Ron pochylił się nad nią i potrząsnął nią lekko.
– Hermiona, wszystko ok?
– Czyżby Złota Trójca Gryffindoru miała dziś wolne?

Snape pojawił się w korytarzu dokładnie w momencie, gdy cyprys zaśpiewał:
Oh! You better watch out, you better not cry, you better not pout, I'm telling you why.
Santa Claus is coming to town!

Harry zakrył usta dłonią i całą siłą woli próbował się nie roześmiać.
Starał się pomyśleć o czymś nieśmiesznym. Jak sklątki tylnowybuchowe. Ale to nie pomogło. W jego głowie pojawił się obraz Snape’a w stroju Mikołaja, otoczonego przez hordę sklątek-elfów w zielonych czapeczkach na licznych odnóżach.
Pomyśl o czymś nieśmiesznym - przeklinał się w myślach - no, dalej, potrafisz.
Nagle w jego pamięci pojawił się pewien szczególny obraz. Szare oczy, szydercza mina, białe mankiety koszuli.
No cóż, pomogło. Zdecydowanie nie było mu już do śmiechu.

Ron odsunął się od Hermiony, która patrzyła na Snape’a szeroko otwartymi oczami.
– Już idziemy, profesorze...
– Och, Profesorze Snape... – szepnęła Hermiona miękkim, rozmarzonym głosem.
Harry zerknął na przyjaciółkę zaskoczony. Snape zesztywniał. Poły jego szaty jakby zatrzymały się w powietrzu.
– Profesorze Snape… – Hermiona wstała z parapetu i podeszła bliżej Mistrza Eliksirów. Wyciągnęła rękę w jego stronę. – Profesorze, ma pan najseksowniejszy głos na świecie.

Snape wybałuszył oczy i otworzył usta ze zdziwienia. Harry mógłby przysiąc, że ten stary Nietoperz się zarumienił. Hermiona złapała brzeg czarnej szaty i zaczęła przesuwać go między palcami.

W końcu Ron otrzeźwiał, złapał ją w pasie i odciągnął od Snape’a.
– Hermiona, co ty wyprawiasz?!
– Puszczaj Ron, chcę porozmawiać z profesorem Snape’em. Nie, ja muszę z nim porozmawiać! Powiedzieć, że chcę mu oddać serce, życie i ciał...
– Granger! – krzyknął Snape, zagłuszając jej słowa.
Zszokowany Ron wypuścił Hermionę, która podbiegła do Snape’a. Ten próbował ją odepchnąć, ale wczepiła się w niego i gładziła jego zesztywniałe plecy.
– Trzydzieści punktów od Gryffindoru! – wrzasnął Mistrz Eliksirów.
Hermiona w ogóle się nie przejęła. Wciąż przytulała się do Snape’a z błogim wyrazem twarzy.
Harry’ego oświeciło.
– Ktoś musiał jej podać eliksir miłosny. Ron, ona ma w torbie Indykator.

Harry próbował odciągnąć Hermionę od Snape’a, podczas gdy Ron wyciągnął przyrząd i nalał do niego kilka kropli barszczu. Próbował odczytać wynik, ale szło mu kiepsko. W końcu Snape parsknął ze zniecierpliwieniem. Z całej siły odepchnął Hermionę, która wpadła w objęcia Harry’ego.
– To jest jakaś przeklęta plaga – warknął wściekle, gdy odczytał wynik. – Standardowy skład mikstur Weasleyów. Piżmo, wino, dodatek bergamotki.
Hermiona westchnęła.
– Boże, tak inteligentny i pociągający...
– Silencio – rzucił szybko Harry.
Hermiona zaczęła bezgłośnie poruszać wargami. Snape posłał Harry’emu spojrzenie, w którym czaiło się coś na kształt wdzięczności.
– Zaprowadźcie ją do profesor McGonagall – powiedział stanowczo. Wyciągnął szklany flakonik z Eliksirem Nieumiłowanym. – Podajcie jej antidotum w gabinecie.
– Nie możemy podać jej teraz? – Ron zerknął na wyrywającą się Hermionę.
Włosy wypadły jej z koka i rozsypały dookoła zaczerwienionej twarzy, po której spływały łzy. Ron starał się wyczytać coś z ruchu jej warg.
– Chyba mówi, że nie przeżyje pięciu minut bez Sevcia. Kto to Sev... Aaa... – chrząknął z zażenowaniem.
W czarnych oczach Snape’a paliła się żądza mordu.
– Lepiej jak się obudzi z dala ode mnie – warknął i odwrócił się na pięcie. Czarna szata załopotała za nim. Hermiona drgnęła i próbowała się wyrwać z uścisku.
– Ron, weź ją unieruchom, czy coś, bo mi oczy wydrapie! – krzyknął zduszonym głosem Harry.
Ron machnął różdżką i po chwili lewitowali unieruchomioną Hermionę przez korytarze Hogwartu.

McGonagall prawie dostała zawału na ich widok: Harry, cały podrapany na twarzy i Ron, lewitujący płaczącą Hermionę. To było dla niej zdecydowanie za dużo, jak na poniedziałkowe przedpołudnie.

Harry szybko wyjaśnił, co się wydarzyło i podał McGonagall fiolkę z antidotum. Profesor podała eliksir Hermionie, gładząc delikatnie jej grdykę, by przełknęła. Harry przypomniał sobie, że Malfoy zastosował na nim podobną sztuczkę.
Ściągnęli z Hermiony zaklęcia, posadzili ją w fotelu i czekali.

Przemiana na jej obliczu była… No cóż. Po czasie Harry wspominał ją nawet z rozbawieniem. Wtedy jednak serce ścisnęło mu się na ten widok.
Najpierw siedziała naburmuszona, mrucząc coś pod nosem. Potem drgnęła. Gdy odzyskała świadomość, zbladła tak, że Ron chciał wołać panią Pomfrey.
– O – wykrztusiła. Wstała z fotela i zaczęła krążyć po gabinecie. – Nie, to niemożliwe... Nie, nie. Harry! – Dopadła go i złapała za poły szaty. – Powiedz, że to się nie wydarzyło! Nie wyznałam miłości profesorowi Snape’owi, prawda?
– W zasadzie to nie – stwierdził Ron. – Powiedziałaś tylko, że chciałabyś oddać mu duszę i ciało.
Hermiona jęknęła i zachwiała się. Harry wstał szybko i posadził ją na swoim miejscu. Gładził jej włosy, gdy ukryła twarz w dłoniach i kiwała się w przód i w tył. Co chwila mamrotała, że to niemożliwe.

– Jeśli cię to pocieszy, Granger, nie pierwszy raz uczeń pod wpływem eliksiru wyznaje swoje uczucia nauczycielowi – powiedziała McGonagall łagodnie. – Colin w zeszłym tygodniu... Och, mniejsza o to. Profesor Snape na pewno nie będzie robił nikomu nieprzyjemności z tego powodu.
Harry szczerze w to wątpił.
– W każdym razie musimy coś zrobić z tymi eliksirami. To zakrawa o jakiś szkolny terror – ciągnęła McGonagall.
– Proszę się nie martwić, pani profesor – wybełkotała Hermiona. – Mogę przysiąc, że gdy wrócę do Wieży, w Gryffindorze nie zostanie ani jedna kropla tych przeklętych wynalazków.
McGonagall uśmiechnęła się i spojrzała na Rona.
– Panie Weasley, proszę zabrać pannę Granger do Skrzydła Szpitalnego. Przyda jej się kilka łyków eliksiru uspokajającego. Panie Potter – zwróciła się do Harry’ego, gdy Ron wyprowadził roztrzęsioną Hermionę z gabinetu – jakieś podejrzenia co do sprawcy tego zamieszania?

Harry się zamyślił.

– Nie wiem, pani profesor – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Na zajęciach z Kultury Mugolskiej zawsze jest duże zamieszanie.
– Czy profesor Frost próbowała tego barszczu?
– Tak, ale nic jej nie było. Ktoś musiał dolać eliksiru już po degustacji, gdy sprzątaliśmy. Nikogo nie widziałem, naprawdę. Większość uczniów już wyszła.
– A przychodzi ci do głowy ktoś, kto mógłby to zrobić? To bardzo ważne, musimy eliminować te żarty. Niektóre z nich bywają niebezpieczne.
Harry pomyślał o swojej własnej przygodzie.
– Wiem, kto tego nie zrobił. W klasie nie było już Malfoya, Neville’a i Deana. Więc to na pewno nie oni.
McGonagall spojrzała na niego badawczo. W dłoniach obracała wieczne pióro.
– Miła odmiana, słyszeć z twoich ust, że Draco Malfoy czegoś nie zrobił – powiedziała z dziwnym uśmiechem. – No cóż… Wiesz, gdzie mnie szukać, jeśli wpadniesz na jakiś pomysł. Chciałabym, żeby dla każdego było jasne, że nie tolerujemy tego rodzaju żartów w Hogwarcie. No już, uciekaj na lekcje.

*** *** ***

Hermiona spędziła w Skrzydle Szpitalnym cały dzień. Dopiero wieczorem pojawiła się w Pokoju Wspólnym Gryfonów. Harry zastanawiał się, ile eliksirów uspokajających wlała w nią Pomfrey. Miał wrażenie, że i tak za mało.

Bez słowa weszła po schodach do dziewczęcych dormitoriów. Po chwili rozległy się stamtąd dzikie wrzaski. Wszyscy w salonie spojrzeli w tym kierunku. W końcu na schodach stanęła Hermiona. Taszczyła ze sobą wielkie worki, w których brzęczało szkło.
– W tej wieży nie będzie ani jednego eliksiru miłosnego! – krzyknęła.
Lisa dopadła do niej i próbowała wyrwać jeden worek. Hermiona zmierzyła ją wściekłym wzrokiem.
– Mówiłam ci, że masz się tego pozbyć. Możesz się zgłosić do profesor McGonagall po szlaban. Trafisz sama, czy potrzebujesz przewodnika?
Lisa wybuchnęła płaczem. Harry uznał to za wyjątkowo irytujące.

Hermiona rzuciła na worki zaklęcie zmniejszające i przelewitowała je do stołu, przy którym siedzieli Harry i Ron. Podeszła do nich szybkim krokiem i bez słowa opadła na kanapę.
– Braciszkom nieźle idzie ten interes, jak widzę – powiedział Ron. Zajrzał do worka i gwizdnął.
– Dobrze, że mi przypomniałeś. – Hermiona wyciągnęła z torby pergamin i zaczęła coś zawzięcie skrobać.
– Co robisz? – Harry zerknął jej przez ramię.
– Piszę list do Freda i Georga, żeby wstrzymali dostawy do Hogwartu. Czy oni są niepoważni? Przecież wiedzą, jak wygląda życie w zamku. Dolanie komuś eliksiru jest tu dziecinnie proste.
– Technicznie rzecz biorąc – powiedział powoli Ron – to, co robią, nie jest nielegalne.
– Technicznie rzecz biorąc, to, co robią, jest głupie.
– Hej, mówisz o moich braciach... – żachnął się Ron, ale spojrzenie Hermiony natychmiast go uciszyło.
Nakreśliła jeszcze kilka zdań i złapała worek z eliksirami.
– Idę wysłać sowę i dać to Filchowi do zniszczenia.
– Tylko się w nim nie zakochaj – rzucił naburmuszony Ron.
Zanim zdał sobie sprawę z tego, co powiedział, Hermiona już się nad nim pochylała.
– Nie. Odzywaj. Się. Do. Mnie. Nigdy!

– Przejdzie jej – pocieszył Rona Harry, gdy wściekła jak osa Hermiona wybiegła z Pokoju Wspólnego. – Ugotuj jej coś. Słyszałeś Frost: „przez żołądek do serca”.
– Ha-ha-ha, bardzo śmieszne. Mam dość gotowania na jakiś czas, a Hermiona na pewno już nigdy nie zje niczego, co zrobiłem. – Zasępił się Ron. W końcu machnął ręką. – Coś wymyślę. Ciekawe, kto mi dolał tego eliksiru…

Harry też się nad tym zastanawiał. Dobrze, że Malfoy wyszedł wcześniej. Choć raz Harry wiedział, że to nie jego sprawka. Z zaskoczeniem stwierdził, że trochę mu ulżyło.
Coś dziwnego działo się z nim od rozmowy z Dumbledore’em. Wciąż nie mógł przestać myśleć, że pomylił się w wielu kwestiach. Zawsze z niechęcią patrzył na ludzi, którzy kierowali się w życiu uprzedzeniami. Tymczasem mogło się okazać, że sam się do nich zaliczał.

Poza tym czuł dziwny dyskomfort, jakby całe ciało go mrowiło. A powodem tego wrażenia był...
– Malfoy – rzucił nagle Ron.
Harry się zmieszał. Czy ostatnie myśli wypowiedział na głos? Nie, chyba nie, bo Ron kontynuował:
– To musiał być Malfoy. Och, to zupełnie w jego stylu.
– No nie wiem, Ron. Mówiłem to już McGonagall, było tam dużo ludzi, to mógł być każdy. A poza tym, musiałby to zrobić po tym, jak Frost próbowała barszczu, a przecież wyszedł wcześniej. Nie, Ron, to nie był Malfoy, słowo.
Ale Ron wyraźnie się zawziął. Ciągle wymyślał powody, dla których Malfoy mógłby zrobić im taki psikus.

W końcu Harry nie wytrzymał, ubrał kurtkę i poszedł na spacer. Chciał pomyśleć w spokoju i potrzebował samotności. Nie poszedł na błonia – było tam za dużo ludzi. Zamiast tego wybrał ścieżkę, wiodącą do niewielkiego zagajnika na tyłach zamku.

Jakaś uparta myśl zakiełkowała mu w głowie i nie chciała zniknąć. Im bardziej starał się ją odgonić, tym ona stawała się bardziej natrętna.

Obejrzał się za siebie. Zamek tonął w powodzi światła. Złoty poblask świec w Wielkiej Sali i oknach dormitoriów zacierał ostre krawędzie murów.
Harry westchnął. Kochał Hogwart - pierwsze miejsce, w którym czuł się jak w domu. Jednak wizja samotnych świąt w Wieży Gryffindoru była przytłaczająca.
Odwrócił się i ruszył dalej. Myślał o Weasleyach. Wyobraził ich sobie przy świątecznym stole. Fred i George jak zwykle uśmiechnięci - pewnie podmienią karmelki na te z Bombonierki Lesera. Bill i Fleur będą pochylać się nad kołyską z maleńką Victoire. Pani Weasley będzie uwijać się w kuchni, wyczarowując góry pysznych ciast i swoją słynną pieczeń miodową.

Nagle zapragnął się dowiedzieć, czy jego mama też robiła pieczeń. A może wolała zupę rybną? Kto ubierał choinkę? Czy rodzice śpiewali kolędy? Czy to w ogóle możliwe, że w jego umyśle pozostały wspomnienia tych jednych, jedynych świąt, które spędzili wspólnie, gdy był niemowlęciem? Harry oddałby wiele, by poznać zaklęcie, pozwalające zajrzeć tak głęboko w czeluście pamięci.

Ale gdyby dowiedział się tego wszystkiego - naprawdę poczuł ich miłość, przypomniał sobie ich twarze i uśmiechy - czy samotne święta nie byłyby jeszcze trudniejsze? Przepełnione tęsknotą za tym, czego nie mógł już odzyskać. Harry wiedział, że wracałby do tego wspomnienia jak opętany, wciąż i wciąż, aż zapomniałby o rzeczywistości.
Bo kto, mając wybór, zdecydowałby się na samotność?
Harry znał taką osobę. I znów pewna myśl - natrętna jak brzęcząca mucha - powróciła do niego.

Chmury się rozstąpiły. Niebo było ciemne, niemal atłasowe. Światło księżyca odbijało się od śnieżnej pokrywy, nadając wszystkiemu niesamowitego, niebieskiego blasku. Drzewa trzeszczały i wyciągały przed siebie poskręcane, bezlistne gałęzie. Przywodziły na myśl starych, wychudzonych ludzi. Albo dementorów. Harry zadrżał. Już jego myśli były niewesołe, a krajobraz dopełniał wrażenia.

Brodził w wysokim śniegu, a atmosfera wokół stawała się coraz mroczniejsza. Podskoczył wystraszony, gdy usłyszał hałas za spróchniałym dębem. Rozejrzał się dookoła. Może samotny spacer nie był jednak najlepszym pomysłem?
Postanowił wrócić, gdy nagle obok niego pojawił się Malfoy.
– Na Merlina, wystraszyłeś mnie! – zawołał Harry. Zaraz też przeklął się w myślach za te słowa.

Czekał na jakiś uszczypliwy komentarz na temat swoich zszarganych nerwów. Coś w stylu nagłówka z Proroka: “Złoty Chłopiec na granicy obłędu” albo “Samotny nawet wśród lojalnych Gryfonów”.
Ale Malfoy tylko spojrzał na niego zaskoczony. Miał na sobie czarny płaszcz do kolan, szyję opatulił srebrno-zielonym szalikiem Slytherinu. Nie miał czapki – śnieg padał mu na głowę i znikał w niemal białych włosach.
– Dobry wieczór, Potter – powiedział, wkładając ręce do kieszeni.
Żaden z nich nie zrobił nawet kroku. Stali w wysokim śniegu i patrzyli na siebie w milczeniu. Harry zauważył pod szalikiem Malfoya golf. Czyli Ślizgon jednak nosił swetry!
Dlaczego on właściwie o tym myśli?
– Raczej niezbyt spacerowa pogoda – powiedział Malfoy. Harry drgnął. Uświadomił sobie, że do tej pory wstrzymywał oddech, więc westchnął przeciągle.
– Mmm – zamruczał bez sensu.
Malfoy chyba wyczuł, że z tej pogawędki nic nie będzie, bo skinął głową i ruszył w stronę zagajnika.
– Malfoy, poczekaj! – zawołał Harry.

Ślizgon przystanął w miejscu. Harry podszedł do niego. Za blisko – pomyślał niemal histerycznie, ale wziął się w garść. Spojrzał na Malfoya – jego twarz była zaczerwieniona od mrozu. Wyglądał nawet ładnie.

Harry Potterze, błagam cię, przestań myśleć.

– Mam pytanie.
Ślizgon skrzyżował ręce na piersi.
– No, słucham.
– Czy… Chodzi o to… – Och, ile by dał za cytrynowego dropsa Dumbledore’a. – Słyszałem, że zostajesz w zamku na święta.
Malfoy zmarszczył brwi.
– Ty mnie o to pytasz, czy stwierdzasz fakt?
– Chciałem zapytać... Dlaczego?
Malfoy spojrzał w niebo i zaśmiał się. Z jego ust buchnęła para. Harry pomyślał, że imię Draco nigdy tak do niego nie pasowało.
– A niby czemu cię to obchodzi? – zapytał Ślizgon z przekąsem. Coś na jego twarzy zaczęło się zmieniać.
– Po prostu chcę wiedzieć.
– Od kiedy interesuje cię moje życie, Potter?
– Od jakiegoś czasu – powiedział Harry, zanim zdążył się ugryźć w język. Ale chyba podziałało, bo Ślizgon drgnął i spojrzał na niego zaciekawiony.

Harry zaczął się mu przyglądać. Miał wrażenie, że Malfoy się sklonował. Bo niemożliwe, żeby był jedną osobą, mając tyle obliczy.
Był ten okropny, wstrętny Malfoy z kpiącym uśmieszkiem i zawziętymi oczami. Tego Harry nie znosił – jego głupich żartów i ciągłego wtrącania się we wszystko.
Ale był też Malfoy, który stał teraz przed nim – o szarym, smutnym spojrzeniu i nieco zbyt szczupłej twarzy, na której czaił się cień uśmiechu. Ten Malfoy wydawał się prawdziwy. Nie był płaską kopią swojego ojca. Harry go nie znał, nie wiedział, czego się po nim spodziewać.

– Okey, powiem ci. Jeśli ty odpowiesz na moje pytanie.
W tej krótkiej chwili zamroczenia Harry uznał, że to sprawiedliwa wymiana. Malfoy westchnął.
– Powiedzmy, że nie jestem mile widziany w domu.

Harry wstrzymał oddech. Więc jednak! Odczuł coś na kształt ulgi. Wszystko w końcu nabrało sensu. Teraz zachowanie Malfoya nie wydawało się już dziwne. Byli w końcu po jednej stronie. To oczywiste, że chciał zatrzeć wcześniejsze wrażenie. Potrzebował przyjaciół albo chociaż sprzymierzeńców.

Ale początkowa ulga została zastąpiona przez… Smutek? Harry nie umiał nazwać tego uczucia. Wiedział tylko, że patrzył na spiętego Malfoya i było mu go żal.
– Przykro mi – powiedział. Był zaskoczony, jak szczerze to zabrzmiało. – Ale dobrze mieć cię po swojej stronie.
– Nie jestem po twojej stronie, Potter – odparł ostro Malfoy. – Nie jestem po niczyjej stronie.
Harry zmarszczył brwi. Cofnął się o krok. Przestawał rozumieć cokolwiek z tej rozmowy.

Wydawało mu się, że Malfoy znowu się sklonował. Oprócz wcześniejszych wersji – jednej aroganckiej, drugiej zamyślonej – pojawiła się ta trzecia. Patrzyła na niego badawczo i górowała nad nim nie tylko wzrostem. Malfoy postarzał się nagle i nie był już jego rówieśnikiem, kolegą ze szkoły. Był młodym mężczyzną, który miał w sobie tak wiele pytań i tak niewiele odpowiedzi.

Wrażenie zniknęło tak szybko, jak się pojawiło, ale miało zostać w pamięci Harry’ego już na zawsze.

– No dobra, czas na moje pytanie. – Malfoy przechylił głowę i uśmiechnął się. – Powiedz mi Potter, dlaczego rozstałeś się z Ginny Weasley?
Harry uniósł brwi.
– Co?
– Słyszałeś. Dlaczego rozstałeś się z Ginny Weasley?
– Skąd pomysł, że ci powiem?
– Obiecałeś. Gryfoni dotrzymują obietnic, czyż nie? – Malfoy zbliżył się do niego. Nie odrywał swoich oczu od oczu Harry’ego. – No, dalej, mów.
Harry był wściekły. Nie miał zamiaru odpowiadać na to pytanie. Było zbyt osobiste. Chciał się wycofać, ale spojrzenie Malfoya przyszpiliło go w miejscu.
– Nie była w moim guście – powiedział w końcu.
– Więc kto jest? – Malfoy stanął tak blisko, że Harry poczuł zapach mięty i cytryny.

Wszystko dookoła pociemniało. Widział tylko bladą twarz, zaledwie dwa cale od swojej. Jego serce biło jak oszalałe. Mimo przeraźliwego mrozu Harry’emu było dziwnie gorąco.
– Kto jest w twoim guście? – Malfoy ponowił pytanie.
Harry poczuł na twarzy jego oddech. Coś w nim zawrzało. Nie chciał, by Malfoy poznał prawdę. To był jego sekret. Nie zdradził go nikomu, oprócz Hermiony i Ginny. Nie pozwoli, by teraz poznał go jakiś Ślizgon. Zwłaszcza ten szczególny Ślizgon.
Mógł powiedzieć cokolwiek. Cho Chang. Lavender Brown. Krukonki w spódnicach.
Ale nie powiedział nic. Zamiast tego spojrzał wyzywająco na Ślizgona.

Czasem zdarzają się sytuacje, w których nie potrzeba słów. Wszystko dookoła ustawia się w pewien specyficzny sposób, jakby było zaplanowane z góry. Powietrze gęstnieje, zapada cisza. Dwie osoby patrzą na siebie i po prostu wiedzą, co siedzi drugiej w głowie.
To właśnie zdarzyło się Harry’emu tego wieczoru.

Malfoy pobladł nagle – o ile to w ogóle możliwe – i odsunął się. Na jego twarzy malował się wyraz absolutnego zdumienia.
– Merlinie… – szepnął. – Nie wierzę...
Złapał Harry’ego za ramiona.
– Potter, jesteś gejem?

Wyraz jego twarzy był tak głupkowaty, że Harry nie mógł się powstrzymać.
Po prostu mu przywalił.

To nie było w jego stylu – zazwyczaj nie reagował agresją. To Ron był tym porywczym. Ale Malfoy poruszył w nim takie struny, z których Harry nie zdawał sobie sprawy.

Ślizgon zatoczył się i przyłożył dłoń do nosa.
– Cholera, co ty…
– Odwal się ode mnie! – krzyknął Harry. Buzowała w nim mieszanka gniewu i upokorzenia. Jak mógł być taki głupi?!
Malfoy stał pochylony. Krew z jego nosa kapała na śnieg.
– Na Merlina, Potter, czy ty umiesz nad sobą panować?
– Zamknij się, Malfoy! Nic nie wiesz i nie wyobrażaj sobie, że jest inaczej. Nie zbliżaj się do mnie. Zrób przysługę wszystkim i po prostu zniknij!
Malfoy się wyprostował. Nos miał spuchnięty, a na twarzy widniały rozmazane ślady krwi.
– Kiedyś już powiedziałeś coś takiego. Że chciałbyś, żebym zniknął.
Harry się roześmiał.
– Więc jednak nas podsłuchiwałeś. Wtedy w bibliotece. Wiedziałem. Od początku wiedziałem, że nie powinienem ci ufać. Nic a nic się nie zmieniłeś. Wciąż jesteś obślizgłym...
– Uważaj, Potter…
– … aroganckim dupkiem, który potrafi tylko węszyć i knuć. Żałuję, że kiedykolwiek pomyślałem, że może być inaczej.
Malfoy wpatrywał się w niego. Wyglądał na rozczarowanego, co zbiło Harry’ego z tropu.
– Dobrze wiedzieć, co o mnie myślisz. A teraz wybacz, muszę iść do Skrzydła Szpitalnego. Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z obłąkanym Gryfonem, sam rozumiesz. Oni zawsze znajdą jakiś powód, żeby pieprznąć cię w twarz.
Malfoy minął go i ruszył do zamku. Po chwili odwrócił się jeszcze i rzucił:
– Ach, co się tyczy niezbliżania do ciebie, możesz być spokojny. Lubię swój nos i nie chciałbym, żeby był zbyt często łamany.
– To świetnie!
– Tak, świetnie! – odkrzyknął Malfoy i po chwili zniknął za murami zamku.

Harry jeszcze długo stał w miejscu, próbując zrozumieć, co się u licha wydarzyło. A im więcej o tym myślał, tym gorzej się czuł. Zastanawiał się, czy Malfoyowi mogło od początku chodzić o poznanie jego sekretu. Czy to dlatego szpiegował go i podsłuchiwał – myślał, że przyłapie go na jakimś spotkaniu, albo usłyszy przypadkowe wyznanie?
Nie mógł uwierzyć, że dał się podejść tak łatwo! Gdzie jego ostrożność, gdzie spryt i instynkt? Przeczesał włosy. Wiedział już, jak będzie wyglądać jutro pierwsza strona Proroka. Och, Rita Skeeter będzie wniebowzięta.

Zrobiło mu się niedobrze. Szkoda, że nie miał przy sobie dropsów cytrynowych.

Chociaż – myślał, wracając do zamku – w jego stanie nie pomogłaby nawet cała fabryka dropsów.
Live until we die

"- Potter, ty mała kupko gryfońskiej odwagi i ani krzty rozumu."
Anonimowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 8 gru 2017, o 11:38
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Anonimowa » 18 gru 2018, o 18:42

Rozdział Czwarty
W którym Draco trochę oszukuje.

*** *** ***

Następnego dnia Harry szedł na śniadanie z duszą na ramieniu. Nie był w stanie nic przełknąć, póki sowy nie dostarczyły porannego wydania Proroka. Dopiero gdy upewnił się, że żaden artykuł nie traktuje o jego orientacji seksualnej, odetchnął z ulgą, ale apetyt i tak mu nie wrócił.

Na początku Harry unikał Malfoya jak ognia i po prostu udawał, że Ślizgon nie istnieje. Gdy widział go w korytarzu – skręcał albo przysuwał się do przeciwległej ściany. Podczas posiłków siadał plecami do stołu Slytherinu.

Tymczasem Malfoy jakby zapomniał o rzuconej w gniewie obietnicy. Jeśli wcześniej obserwował Harry’ego, to teraz zdawał się mieć obsesję na jego punkcie. Pojawiał się dosłownie znikąd w najmniej oczekiwanych miejscach. Harry wciąż spotykał go na korytarzach i schodach, na błoniach, gdy wracał z treningu, pod szklarnią – mimo że Ślizgoni nie mieli tego dnia Zielarstwa. Harry poważnie bał się, że któregoś dnia spotka go pod prysznicem.

Do tego Malfoy zaczął zachowywać się jeszcze dziwniej, niż wcześniej – choć Harry nie wierzył, że to możliwe. Ilekroć jakimś okrutnym zrządzeniem losu znaleźli się obok siebie, Malfoy gapił się na niego uporczywie, jakby próbował wejść mu do głowy.
Harry zaczynał popadać w obłęd. Podejrzewał, że Malfoy szuka potwierdzenia swojego odkrycia, czeka na jakiś jego błąd. Był pewien, że Ślizgon kpi z niego w duchu i świetnie się bawi, obserwując przeżywającego katusze Harry’ego.

Ale – o dziwo – żaden uczeń nie powiedział nic niesmacznego na jego temat. Nie było rzucanych z ukosa spojrzeń. Wszystko wydawało się takie, jak wcześniej. Wyglądało na to, że Malfoy nie podzielił się z nikim zdobytą podstępem informacją. To jednak nie uspokoiło Harry’ego – teraz już zupełnie nie wiedział, o co chodziło Ślizgonowi. Bo jeśli nie chciał wykorzystać jego sekretu, to po co zadał to pytanie?

I po co te wszystkie gierki?

Więc Harry przestał unikać Malfoya i zaczął grać w jego grę. Wykorzystywał każdą okazję, by znaleźć się obok Ślizgona. Próbował go sprowokować – spojrzeniem, gestem, uśmieszkiem. Wszystko po to, by Malfoy w końcu się zdemaskował i odkrył karty. Teraz to Harry popadał w obsesję. Ilekroć skręcał w jakiś korytarz, zastanawiał się, czy spotka tam Malfoya. A gdy go tam nie było, Harry nie mógł nic poradzić na krótki ucisk żalu w gardle.

Pewnej nocy leżał w łóżku, wsłuchując się w miarowe oddechy współlokatorów i hulający na dworze wiatr. Szyby w oknach dormitorium drżały, okiennice uderzały o siebie z trzaskiem. Harry zamknął oczy i zaczął liczyć swoje oddechy – tej metody medytacji nauczył go Lupin. Próbował nie myśleć o niczym, by zmęczony umysł oczyścił się i zapadł w sen.
Ale Harry nie umiał myśleć o niczym.
Zasnął, myśląc o Malfoyu.

*** *** ***

Co kilka tygodni w Wielkiej Sali odbywał się kurs aportacji. Chętnych było dużo, bo rok wcześniej zawieszono program po tym, jak okazało się, że jeden z nauczycieli był Śmierciożercą, a pozostali znajdowali się pod działaniem Imperiusa. Całe szczęście udało się to wykryć, zanim komuś stała się krzywda.

W tym roku uczył ich Wilkie Twyross, wybrany na to stanowisko przez Dumbledore’a.
Sama aportacja okazała się piekielnie trudna. Przez pierwsze kilka zajęć Harry’emu ani razu nie udało się przenieść ze swojego miejsca w środek drewnianego koła. Nie był jednak jedyny. Instruktor zapewniał ich żarliwie, że to normalne. W kocu im się uda, gdy zastosują metodę Ce-Wu-En: cel, wola, namysł.

W czwartkowy wieczór stoły w Wielkiej Sali odsunięto pod ściany, dzięki czemu zyskano dużą, przestronną salę ćwiczeń. Ale uczniów było tak wielu, że ledwo udawało się zachować bezpieczny dystans. Hermiona, wciąż obrażona na Rona, zajęła stanowisko między Neville’em a Parvati. Ron wzruszył ramionami i stanął za nią. Harry’emu pozostało miejsce dalej od Gryfonów – obok Malfoya.

Twycross przyłożył różdżkę do gardła i po sali poniósł się jego zwielokrotniony głos:
– Witam wszystkich ponownie. Przypominam: co najmniej pięć stóp wolnego miejsca w każdym kierunku. Teraz: cel! Skupiamy się wszyscy na celu, czyli środku drewnianej obręczy. Następnie wola! Musicie bardzo chcieć się znaleźć w tamtym miejscu. I ostatni, ale nie najmniej ważny, czyli namysł. Zastanówcie się dobrze, okręcajcie w miejscu z pełną świadomością tego, co robicie. Pamiętajcie, jeśli dojdzie do rozszczepienia, krzyczymy “alarm”! No, to do dzieła!

Harry spojrzał na obręcz przed sobą.
Cel, wola, namysł.
Chciał właśnie spróbować, gdy obok niego rozległ się głośny trzask. Ktoś aportował się w sam środek obręczy. Harry spojrzał z zazdrością, jak szczupła postać znika i pojawia się kilka metrów dalej. Malfoy uśmiechnął się z tryumfem, okręcił – czarna szata zawirowała – i znów wylądował w wyznaczonym miejscu.
Harry zgrzytnął zębami z wściekłością. Zacisnął pięści.
Dobra, skup się. Cel. Wola. Namysł. Cel. Wola. Namysł.

Gdy wylądował, zaplątał się w czarną szatę z zieloną lamówką i usłyszał zduszony okrzyk:
– Złaź ze mnie, Potter!
Harry’emu wciąż kręciło się w głowie po aportacji. Zachwiał się i poleciał do przodu. Malfoy odruchowo rozpostarł ramiona i złapał go w silnym uścisku.
Być może mu się zdawało – na pewno mu się zdawało! – że Ślizgon zrobił ruch, jakby chciał przygarnąć go do siebie.
Harry strącił jego dłonie z ramion.
– Spieprzaj, Malfoy.

Zignorował prąd, który przeszedł jego ciało, gdy ich ręce się zetknęły. Wrócił na stanowisko. Czuł, że jego twarz oblała się rumieńcem. Odetchnął głęboko. Malfoy odszedł kilka kroków dalej, aż znalazł wolne miejsce między Pansy i Seamusem.

Harry starał się oczyścić umysł, jak przed lekcjami okulmencji. Ulżyło mu, że Malfoy sobie poszedł. Och, on mu jeszcze pokaże...
Okręcił się w miejscu. A następnie wrzasnął z bólu.

– Alarm! – Rozległ się krzyk.

Harry znów wylądował na Ślizgonie. Nie w całości jednak – jego lewe ramię wisiało samotnie w powietrzu kilka metrów dalej. Harry osunął się na ziemię. Zobaczył Rona i Hermionę, pochylających się nad nim. Poczuł mdłości, gdy Snape podszedł do jego ramienia, złapał je i zaczął nieść przez salę.
– Panie Malfoy, proszę się nie ruszać, póki go nie scalimy – powiedziała McGonagall.
Ślizgon nie przesunął się więc nawet o cal – Harry leżał z głową na jego kolanach.
– Potter, żyjesz? Tylko na mnie nie zwymiotuj, błagam. To moja ulubiona szata.
– Zamknij się, Malfoy – warknął Ron.

Już po chwili McGonagall polewała ranę dyptamem. Wraz ze Snape’em doprowadzili Harry’ego do stanu względnej używalności. Wyglądało na to, że nic poważnego się nie stało – ot, trochę bólu i strachu. Harry jednak miał dość. Nie chciał więcej ćwiczyć, wiedział, jak to się skończy. Był tak pochłonięty myślami o Malfoyu, że za trzecim razem pewnie też wylądowałby blisko niego. Albo – o zgrozo – na nim.

Wykręcił się złym samopoczuciem i opuścił Wielką Salę. Nie wiedział, że gdy wychodził, Hermiona patrzyła na niego zatroskana. A potem spojrzała na Malfoya i parsknęła ze śmiechu na widok jego miny.

*** *** ***

Harry kiepsko spał tej nocy. W piątek zwlókł się z łóżka przed świtem i wziął długi prysznic. Zszedł na śniadanie, nie czekając na przyjaciół. Wielka Sala wyglądała już normalnie, ale Harry i tak nie mógł przestać myśleć o wczorajszym dniu.

Do diabła, co się z nim działo?! Czy do końca już zwariował?

Najgorsze w tym wszystkim było to, że pamiętał wyraz twarzy Malfoya. Ślizgon wydawał się przerażony. Jakby naprawdę go obchodziło, czy Harry się rozszczepił.
Pamiętał też delikatny dotyk Ślizgona na zdrowym ramieniu. Pierwszy raz od tamtej nieszczęsnej rozmowy byli tak blisko siebie. Z powodów, o których Harry starał się nie myśleć, czuł dziwne ciepło w żołądku na to wspomnienie.
Przestawał już rozumieć cokolwiek.

Niemrawo grzebał łyżką w owsiance, gdy Ron i Hermiona usiedli obok – on z lewej strony Harry’ego, ona z prawej, tak że mogli nadal udawać, że nie istnieją dla siebie nawzajem.

Harry spojrzał na wyładowaną podręcznikami torbę Hermiony.
– Idziesz na eliksiry? – zapytał zaskoczony.
– Oczywiście. Mam opuścić lekcję, ponieważ jakiś idiota...
– … Malfoy – wpadł jej w słowo Ron.
Hermiona udała, że go nie słyszy.
– Będziemy robić Eliksir Oddechu. Nie mogę tego przegapić, to zakres egzaminu.
– To był Malfoy – powtórzył Ron i zerknął w stronę stołu Slytherinu.
– Przestań, to nie on – powiedział Harry. – Mówiłem ci, że wyszedł wcześniej. Poza tym, to nie w jego stylu.
– A skąd możesz wiedzieć, co jest w jego stylu?

Harry nie wiedział. I chyba na tym polegał problem.

– Zobaczcie, jaki jest zadowolony z siebie. – Ron patrzył wyzywająco na stół Slytherinu.

Harry zbladł. Malfoy zadowolony? Czy to może mieć związek z incydentem w zagajniku? Malfoy obmyśla teraz plan, jak wykorzystać swoją wiedzę?
Pomyślał, że naprawdę popada w paranoję. Skoro Ślizgon nie zdemaskował go do tej pory, to być może wcale nie zamierzał tego robić?
Odważył się na niego spojrzeć. Wcale nie wyglądał na zadowolonego. Wręcz przeciwnie – wydawał się niewyspany i zły. Pansy szczebiotała mu nad uchem, ale on jej nie słuchał. Wyraz twarzy miał pochmurny i nieobecny. Popijał kawę, a na palcu lewej ręki wciąż miał plaster, który Harry przykleił mu w poniedziałkowy poranek.

Harry odwrócił się i wbił wzrok w ostygłą owsiankę.
Starał się zepchnąć swoje myśli głęboko w czeluści niepamięci.

Snape na Eliksirach był tak złośliwy, jak zawsze. Nie nawiązał w żaden sposób do sytuacji na korytarzu. Omijał Hermionę, jakby była co najmniej sklątką tylnowybuchową i udawał, że jej nie widzi. Poza tym zachowywał się jednak porządnie. Jak na niego, oczywiście.
Harry poczuł nawet coś na kształt wdzięczności.

Lekcja była jednak bardzo wyczerpująca. Ledwo rozległ się dzwonek, a wszyscy poderwali się z miejsc, by czym prędzej uciec z klasy. W drzwiach utworzył się korek, gdy uczniowie pchali się do wyjścia. Hermiona i Ron wyszli jako jedni z pierwszych. Zawdzięczali to jej determinacji, by jak najszybciej znaleźć się z dala od Snape’a. Nie, żeby ktoś miał jej to za złe.

Harry stał z boku i czekał. Nie miał ochoty się przeciskać.
Gdy miał już wychodzić, ktoś dotknął jego ramienia. Harry poczuł zapach mięty i cytryny. Kątem oka zobaczył szczupłe palce, zaciskające się na jego barku. Poznał białe mankiety i jasnozieloną spinkę.
Malfoy minął go bez słowa i wyszedł z klasy.
Harry odczekał chwilę – aż jego tętno wróciło do normalnego stanu – i zaczął powoli iść przez korytarz.

Zwariował. Nie było innego wyjaśnienia. Eliksir Lisy musiał uszkodzić mu mózg.
Bo jak inaczej mógł wytłumaczyć to, co czuł?

A w dodatku – chodziło przecież o Malfoya, który…

Harry wciągnął powietrze ze świstem. Na Merlina, był taki głupi! Skupił się na ochronie swojego sekretu i własnych problemach, a zupełnie zignorował to, co Malfoy powiedział o sobie. Przecież Ślizgon zdradził mu swój sekret – i to sekret o wiele cięższy, niż Harry mógłby przypuszczać. A co on zrobił w zamian? Walnął go w nos, oczywiście. Sklątka tylnowybuchowa miała więcej wyczucia.

Czy naprawdę wyobrażał sobie, że Malfoy tak bardzo przejmie się jego skrywaną orientacją, że porzuci wszystkie swoje zajęcia i nada tej sprawie absolutny priorytet? Że nie ma nic lepszego do roboty? Oczywiście – przecież informacja o tym, że jakiś Gryfon lubi chłopców, jest o wiele ciekawsza od faktu bycia wydziedziczonym.

Harry poczuł się jak głupek. Powiedział kiedyś Hermionie, że Malfoy nie widzi niczego, poza czubkiem własnego nosa. Dobre sobie! Wcale nie był lepszy!

Poczuł na plecach ciężar. Po chwili zrozumiał, że to ciężar zaufania, którym obdarzył go Ślizgon. Zagryzł wargę. Powinien przeprosić Malfoya… No dobra, bez przesady. Ale powinien chociaż zaproponować zawieszenie broni. W końcu byli po jednej stronie, prawda? Może i Malfoy powiedział, że nie jest po niczyjej stronie, ale dla Harry’ego sprawa była prosta – kto odwrócił się od Voldemorta, był jego sprzymierzeńcem i tyle.

Pogada z nim. Tak, zrobi to. A może przy okazji – jeśli będzie miał trochę szczęścia – dowie się, dlaczego wszystko było ostatnio takie skomplikowane.

*** *** ***

Był piątkowy wieczór. Harry czekał na trening quidditcha, grzejąc się przy kominku w Pokoju Wspólnym i polerując Błyskawicę.
– Nie uwierzysz, co znalazłam dzisiaj w dziewczęcym dormitorium.
Hermiona opadła na kanapę obok. Potarła twarz w geście zmęczenia i przeczesała włosy. Ostatnio nie spinała ich w kucyk. Harry musiał przyznać, że było jej do twarzy w bujnych lokach.
– Niech zgadnę. Kolejny eliksir miłosny?
– Tak. Zwariuję z tymi idiotkami. Naprawdę, to zaczyna być niebezpieczne. Nauczyciele zastanawiają się nawet nad odwołaniem balu.
Harry’emu nie przeszkadzała ta perspektywa. I tak nie wybierał się na bal. Już obiecał Ronowi, że pożyczy mu swoją szatę wyjściową.
– Mówili o tym dzisiaj na spotkaniu prefektów – ciągnęła Hermiona. – Ale większość uczniów była przeciw. No dobra, wszyscy, oprócz mnie i Malfoya. Więc bal się odbędzie. Swoją drogą, ciekawe, czemu Malfoy chciał go odwołać. Myślałam, że to jego świat. Wiesz, wieczorowe stroje, nadęte miny i sztywne tańce.

Harry’ego ścisnęło w żołądku na wspomnienie Ślizgona.

– Fred i George coś odpisali? – zapytał, próbując wrócić do tematu eliksirów. Nie chciał teraz gadać o Malfoyu. Nadal nie wymyślił, jak wyciągnąć do niego dłoń na zgodę. Poza tym, bał się, że Ślizgon ją odtrąci. Harry nie dał mu ostatnio wielu powodów do sympatii.
Hermiona westchnęła i rozłożyła się na kanapie.
– Wstrzymali dostawy do Hogwartu, ale to nic nie zmieniło. Uczniowie używają skrytek pocztowych w Hogsmeade albo proszą członków rodziny o przesyłki. Lisa dostała eliksir od swojej siostry.
– Lisa? Czy ona kiedyś przestanie zachowywać się jak wariatka?
– Wątpię. Ginny wspominała, że nadal planuje zaprosić Malfoya na bal. Pewnie chce go przedtem spoić eliksirem. To bez sensu. Kiedy Malfoy się zorientuje i tak ją rzuci. Nie jest w końcu dżentelmenem. – Hermiona zachichotała.

Harry’ego rozdrażnił fakt, że temat Malfoya był najwyraźniej nieusuwalny. A myślał, że dotyczy to tylko jego głowy.
– Jej problem – odparł nieco ostrzej niż zamierzał.
– Nadal masz do niej żal?
– To nic przyjemnego, gdy ktoś próbuje cię tak wykorzystać. Gdyby coś do mnie czuła, to mógłbym chociaż spróbować zrozumieć. Ale ona chciała mnie wykorzystać, by odegrać się na jakiejś Amandzie!
– Ty przynajmniej nie rzuciłeś się na przedstawiciela grona pedagogicznego. Miałeś szczęście.
Zakryła twarz kocem. Harry odłożył Błyskawicę i usiadł na kanapie. Pogłaskał wystający czubek głowy Hermiony.
– Szczęście? Zarzygałem całą łazienkę i uratował mnie Malfoy.
– No właśnie.

Harry’ego zdziwiły te słowa. Chciał zapytać, co miała na myśli, ale w tym momencie do Pokoju Wspólnego wszedł Ron. Hermiona zacisnęła zęby, wstała z kanapy i skierowała się w stronę dormitorium.

Ron odprowadził ją wzrokiem. Podszedł do Harry’ego. Miał na sobie strój do quidditcha i skórzane rękawiczki, które Harry kupił mu na ostatnie urodziny.
– Nadal obrażona, hę? Trudno, baby są uparte. Dawaj, idziemy na trening.

Harry się uśmiechnął. Tak, tego mu było trzeba – oderwać się na chwilę od natrętnych myśli, poszybować w przestworzach. Złapał Błyskawicę i wyszedł z Ronem z Pokoju Wspólnego.

*** *** ***

W sobotę rano czuł się o wiele lepiej. Mięśnie były przyjemnie obolałe po treningu, który rozruszał nie tylko ciało, ale też umysł. Harry zaczynał widzieć wszystko w jaśniejszych barwach. Miał świetny humor i nie zmieniła tego nawet popołudniowa sesja w bibliotece.

Byli sami z Hermioną – wyraźnie zaznaczyła, że nie chce widzieć Rona, a on nieszczególnie rozpaczał z tego powodu. Ostatnio często gdzieś znikał. Harry podejrzewał, że Lavender w końcu odważyła się do niego zagadać i teraz pewnie wymykali się na randki do Wieży Astronomicznej. Było to popularne miejsce na wieczorne schadzki. Harry’ego to trochę bawiło. Nie bardzo umiał sobie wyobrazić, jak można czuć się swobodnie w miejscu, gdzie tłoczyło się tyle par.

W końcu zapadł zmierzch i Harry przeciągnął się, ziewając.
– Starczy na dziś – burknął.
Hermiona sięgnęła po podręcznik z Eliksirów. Drgnął, gdy zauważył okładkę.
– Hej, to mój!
– Czyżby?
Hermiona podniosła książkę i zamachała nią przed Harrym. Na okładce błyszczał wykaligrafowany zielonymi literami napis: “Draco Malfoy”. Harry wyszczerzył się i złapał podręcznik. Schował go ostrożnie do torby.
– To łup wojenny.
– Boję się pomyśleć, co musiałeś zrobić, by go zdobyć. Ale masz rację, dość na dziś. Poza tym, muszę znaleźć Lisę i zabrać jej ten eliksir. Nie widziałam jej od wczoraj, chyba się ukrywa.
– Poczekaj. Sprawdzę na mapie.


Wyciągnął Mapę Huncwotów z torby. Przez ostatnie dni nosił ją ze sobą – najpierw by unikać Malfoya, potem, by go spotykać.

Stuknął różdżką i wymówił przysięgę, a pergamin pokrył się rysunkami szkolnych korytarzy i kropkami z nazwiskami uczniów. Harry przebiegł wzrokiem po mapie i odnalazł Lisę. Hermiona zerknęła mu przez ramię.
– Cholera! – zawołali jednocześnie i wybiegli z biblioteki.

*** *** ***

Draco brodził w głębokim śniegu, wyraźnie zirytowany. Dzisiejszy trening to była kompletna klapa. Nie mógł się skupić nawet na minutę. Przed oczami wciąż pojawiały mu się wirujące obrazy ostatnich tygodni. Wszystkie miały wspólny mianownik – Pottera.

Potter głaszczący jego dłoń na Kulturze Mugolskiej. Potter leżący z głową na jego kolanach. Potter mówiący, że interesuje go życie Draco. A zaraz potem – że chciałby, by zniknął.
Setki migotliwych, urwanych słów i zdań, mieszających się w melodię głosu Pottera.

Na początku myślał, że mu przejdzie. Obserwował go przez cały szósty rok i tłumaczył sobie, że to szaleństwo. Miał nadzieję, że w wakacje pojedzie do Francji, pozna jakiegoś przystojnego Andre albo Pierra, zapomni o zielonych, iskrzących oczach i wszystko wróci do normy.

A potem przyszedł ten list i już nigdy nic nie wróciło do normy.

Pamiętał dokładnie ostatni dzień szóstego roku, gdy słońce wisiało wysoko na niebie. Od tygodni panowała przeraźliwa susza i czubki drzew w Zakazanym Lesie wyglądały jak oskubane nóżki kurcząt. Sprout i Hagrid robili co mogli, by utrzymać rośliny szklarniowe, które zdychały z upału – niektóre dosłownie, wydając przeraźliwe skowyty i jęki, od których cierpła skóra.

Tego dnia niebo było nieskazitelnie czyste. Draco siedział na parapecie w sowiarni i patrzył na rozciągający się przed nim krajobraz. A im dłużej na niego patrzył – nie mrużąc oczu, mimo rażącego słońca – tym stawał się on jaśniejszy i bardziej rozmyty, aż w końcu zamienił się w zupełną pustkę.

Draco trzymał w dłoni list od ojca. Do końca życia był w stanie wyrecytować każde napisane w nim słowo. Pamiętał nawet, że w jednym zdaniu Lucjusz zrobił błąd. Zawsze go to bawiło.

Potem spojrzał w dół na spłowiałe od upału błonia i obserwował spacerujących uczniów. Miał wrażenie, że list w jego dłoni zaczął się rozrastać. Litery spuchły i zaczęły rosnąć, aż zmieniły się w grubą szybę między Draco i resztą świata.

Tak naprawdę ojciec nie pozostawił mu wyboru. Dlaczego miałby to robić? Gdy Draco się nad tym zastanowił, zrozumiał, że wszyscy wiedzieli, że tak właśnie będzie. Wszyscy wiedzieli, co zrobi. Rodzice, Snape, Dumbledore. Nawet Potter od dawna wieszczył mu taką przyszłość.
Był w końcu Malfoyem, a to do czegoś zobowiązywało. Malfoyowie od wieków postępowali w ten sposób i nikt nie oczekiwał od niego, że pójdzie inną drogą. On sam nigdy tego nie oczekiwał.

Ale czy naprawdę tego chciał?

Usłyszał skowyt – przejmujący dźwięk niósł się po okolicy. To Sprout wynosiła ze szklarni zdychające rośliny i podpalała je zaklęciem, a one wrzeszczały i jęczały, aż w końcu cichły i zmieniały się w popiół.

Draco wziął list i poszedł z nim do Snape’a. Nie wiedział, co powiedzieć. Nie umiał logicznie wyjaśnić swojej decyzji. Ale Snape nie potrzebował długich wywodów i po prostu zabrał go do Dumbledore’a.

Szli przez puste korytarze zamku. Kamienne ściany dawały przyjemne uczucie chłodu. Draco patrzył na mijane po drodze obrazy. Czuł, jakby sam był portretem – niewprawnym szkicem nakreślonym na brudnym płótnie – a teraz wyszedł z ram swojego obrazu i gdziekolwiek by nie poszedł, nigdy nie będzie tam pasował.

Gdy stanęli przy gargulcu, strzegącym wejścia do gabinetu dyrektora, Draco oparł się o wilgotną ścianę. Dotarło do niego, co zamierzał zrobić.

O ile treść listu od ojca pamiętał doskonale, tak z rozmowy z Dumbledore’em zapamiętał tylko smak cytrynowych dropsów, którymi faszerował go dyrektor i wiszące w powietrzu pytanie, czy Draco jest pewien.

Nie wiedział. Ale nie zmienił zdania.

Od tej pory już nic nigdy nie było normalne.

Wakacje się skończyły i Potter wrócił do Hogwartu. Draco obserwował go z okien zamku, gdy uczniowie sunęli grupkami od strony Hogsmeade. Potter szedł z przyjaciółmi, opalony i uśmiechnięty. Nawet wydarzenia ostatnich miesięcy nie były w stanie stłumić w nim dziwnej energii, która sprawiała, że ludzie wciąż do niego lgnęli.

Nagle zatrzymał się, spojrzał na zamek i jego twarz spoważniała.

Draco zadrżał i zrozumiał, że wszystko inne mogło się zmienić, ale uczucie w nim pozostało niezmienne.

Gdy wtedy w zagajniku poznał mały sekret Pottera, niemal wybuchł z radości. Choć skończyło się jak zawsze – rozkwaszonym nosem i obelgami. Ale Draco miał teraz coś, co trzymało go przy zdrowych zmysłach. Coś tak kruchego, że bał się nawet o tym myśleć.

Dlatego próbował dać jakiś znak, że to nie tak, że Potter wszystko pokręcił.

Nie było to łatwe zadanie. Głupi Gryfon, był taki zaślepiony! Pewnie nawet przez myśl mu nie przeszło, że Draco może mieć niewinne zamiary.
No dobrze, może nie aż tak niewinne.

A do tego Draco chyba pogorszył swoją sytuację. Najpierw Potter go unikał – zupełnie nie po jego myśli, gdyż chciał wszystko wyjaśnić. Próbował go kilka razy zaczepić, a nawet sprowokować – byle Potter na niego spojrzał – i stworzyć jakąś okazję do rozmowy. Ale wyglądało na to, że raczej go wystraszył. Jeśli Gryfon nie pozwie go za nagabywanie, to będzie prawdziwy cud!

A potem sytuacja się odwróciła i to Draco musiał wytrzymywać prowokacyjne spojrzenia i rzucane mimochodem uwagi. Myślał o Potterze cały tydzień (nic nowego) i wydawało mu się, że on też nie mógł wyrzucić go z głowy. Dał tego pokaz na ostatnim kursie aportacji.
Wątpliwym było jednak, że ich myśli są podobnej natury.

Draco nigdy by się do tego nie przyznał, ale był rozczarowany. W końcu, zdradził Potterowi swój sekret. Otworzył się przed nim. I co dostał w zamian? Najwyraźniej Potter nienawidził go jeszcze bardziej, niż wcześniej. Aż się gotował od buzujących w nim emocji.

No tak, choć to w zasadzie jego wina. Nie powinien pytać Pottera o Weasley. Mógł zapytać o coś innego. Czy Potter mógłby rozważyć ewentualną możliwość traktowania Draco nieco mniej jak parszywego robaka, a odrobinę bardziej jak prawie-sojusznika? Tak, to było dobre pytanie. O to powinien zapytać.
Spróbuje przy następnej okazji. Czyli nigdy.

Teraz jednak brodził w wysokim śniegu i marzł okrutnie. Ktoś uznał za bardzo zabawny pomysł zabranie mu kurtki i torby po treningu. To na pewno ten idiota Zabini. Draco przedzierał się przez zaspy w kierunku zamku, rękami osłaniając twarz przed śniegiem.

Gdy wiatr nieco ucichł, Draco zatrzymał się i spojrzał na Hogwart.

Nie przejmował się tym, że spędzi święta w zamku. W zasadzie nigdy nie lubił atmosfery, panującej w domu w tym okresie. Malfoy Manor kojarzyła się Draco z kryształem – przez ogromne okna w oranżeriach i holach – ale w święta wydawała się przykurzona i spłowiała. Ciemne, gobelinowe zasłony w oknach ograniczały dopływ marnego, grudniowego słońca. Na stołach stały ciężkie, złote lichtarze, ale palące się w nich świece dawały zimne, nieprzyjemne światło. Draco pamiętał, że w ich blasku twarze z rodzinnych obrazów wydawały się wykrzywione. Przypomniał sobie też gości, odwiedzających rodziców przez ostatnie dwa tygodnie roku – ciotki i wujków, ubranych w futra, zalatujących zapachem wina i brandy. Godziny nadętych rozmów o pieniądzach, biznesach i przyszłości.

Lucjusz zawsze dużo mówił o przyszłości.
– Za każdym razem, gdy podejmujesz jakąś decyzję – pouczał syna – myśl, jakie będzie miała konsekwencje w przyszłości.

Szkoda, że ojciec nie powiedział mu, że przyszłość Draco została określona już dawno temu. Bez udziału samego zainteresowanego.

A teraz Draco pierwszy raz miał spędzić święta w zamku. Bez rozmów o korzystnych biznesach i mariażach. Bez myślenia o konsekwencjach w przyszłości – na to było już za późno.
Draco zastanawiał się, czy nie jest już za późno na przyszłość w ogóle.

Stał pogrążony w tych rozmyślaniach i nie zauważył zbliżającej się do niego postaci.
– To chyba twoje. – Usłyszał piskliwy głos. Podniósł głowę i zobaczył jakąś dziewczynę, trzymającą jego rzeczy. Na szyi miała szalik Gryffindoru.

Pomyślał o kimś innym, kto miał taki szalik.
Tak – powiedział do siebie w myślach – wiesz, kto jeszcze ma taki szalik? Jedna czwarta szkoły, idioto!

– Skąd to masz? – Zabrał od Gryfonki swój płaszcz i zarzucił na zmarznięte ramiona. Chwycił torbę i zaczął ją przetrząsać w poszukiwaniu termosu z kawą.
– Leżało w śniegu, przy wejściu do zamku.
– Nie dość, że złodzieje, to jeszcze niekompetentni. – Draco przewrócił oczami i wypił łyk gorącego napoju. Od razu poczuł się lepiej. Zerknął na dziewczynę, która wpatrywała się w niego wyczekująco. Miała wyjątkowo wyłupiaste oczy i była bardzo brzydka.
Zaczął iść w kierunku zamku, popijając ciepłą kawę. Dziewczyna ruszyła za nim. Odwrócił się, a ona przystanęła. Ci Gryfoni… Oni są naprawdę jacyś dziwni.
– Chcesz czegoś?
Dziewczyna nachyliła się w jego stronę i uśmiechnęła. Draco odsunął się instynktownie. Zaczynał się bać – było w niej coś szalonego.
– Pójdziesz ze mną na Bal Bożonarodzeniowy? – zapytała nagle. W jej głosie czaiła się nuta pewności, jakby pytanie było retoryczne.
Draco zmierzył ją wzrokiem. Pochylił się tak, że ich twarze znalazły się na jednym poziomie. Dziewczyna drgnęła, zadowolona.
– Nie, nawet jeśli dostałbym w zamian pół Gringotta – powiedział obojętnie.
Usta dziewczyny otworzyły się ze zdziwienia. Jej twarz spłonęła rumieńcem. W oczach zaszkliły się łzy. Chciała coś powiedzieć, ale przerwał jej hałas, dochodzący od strony zamku. Draco wyprostował się i spojrzał w tamtym kierunku.
– Nie, Malfoy, nie! – ktoś wrzasnął.

Draco drgnął na dźwięk tego głosu. Zamknął oczy i odetchnął głęboko, ignorując płaczącą idiotkę obok. Musi przybrać najbardziej obojętny wyraz twarzy, na jaki go stać.

Na Merlina, nie powinien był pić tej kawy. Serce w jego piersi tłukło się, jakby było o krok od migotania komór. Draco postanowił, że następnym razem podwędzi Dumbledore’owi kilka uspokajających dropsów.

Potter podbiegł do niego, dysząc jak ekspres Londyn-Hogwart i wyrwał mu termos z ręki. Draco krzyknął z oburzeniem. Brzydka dziewczyna obróciła się na pięcie. Próbowała chyba uciec, ale Granger zagrodziła jej drogę i złapała ją za kaptur płaszcza.
– No to się doigrałaś – warknęła. Odwróciła się do Pottera – Szybko, daj mu...
– Nie teraz. Dam mu jak pójdziecie – powiedział Potter. Wręczył jej termos i torbę Draco.
– Hej, tam są moje rzeczy! Tam jest moja kawa! – zawołał Draco.

Ale Granger już szła w kierunku zamku. W jednej ręce trzymała jego torbę i termos z kawą, drugą ciągnęła za sobą płaczącą Gryfonkę. Całą drogę wykrzykiwała jakąś litanię umoralniającą pod jej adresem.

Draco nie próbował już udawać obojętnego. Był całkowicie zbity z tropu. O co tu chodziło? Zwrócił się do Pottera, starając się zapanować nad głosem:
– Czy możesz mi łaskawie powiedzieć, co tu się, na Merlina, wyprawia? W imię czego zabraliście mi bezcenny napój bogów?! I co niby masz mi dać, Potter? Jeśli ma to być rekompensata, oczekuję przynajmniej potrójnego espresso!

Potter nie patrzył na niego. Szukał czegoś w kieszeni szaty, trzęsąc się z zimna. Nie miał na sobie kurtki, tylko dżinsy i szarą bluzę, która wydawała się bardzo zniszczona – co oczywiście nie miało znaczenia. Potter mógłby mieć na sobie worek po ziemniakach, a Draco nie zrobiłoby to różnicy.
Nagle wyciągnął w jego kierunku fiolkę z połyskującym eliksirem.
– Wypij to. – Potter wcisnął mu butelkę w dłoń.
Draco drgnął, gdy ich palce się zetknęły.
– Najpierw żądam wyjaśnień. Czy to zbyt skomplikowane dla twojego skurczonego, gryfońskiego móżdżku, by wykrzesać z siebie kilka logicznych i składnych zdań? Może mi wytłumaczysz, dlaczego chcesz, żebym wypił… Eliksir Nieumiłowany?
– Na Merlina, Malfoy, po prostu to wypij! Potem możesz gadać, ile chcesz – warknął Potter. – Bo jak nie, to sam ci to wleję do gardła.

Draco zerknął na butelkę w swojej dłoni. Wtedy go olśniło.
Na Merlina. To było takie proste.

Potter stał i patrzył na niego wyczekująco. Drżał z zimna a jego usta były lekko sine.
Draco usiłował przywołać na twarz głupkowaty wyraz błogości. Chyba się udało, bo Potter wciągnął gwałtownie powietrze. Draco zmrużył oczy i podszedł bliżej.

Potter był kilka cali niższy od niego. Idealny Szukający – pomyślał, gdy nachylił się i złapał w dłonie jego twarz. Spojrzał w zielone oczy, które patrzyły na niego z zaskoczeniem. Pogładził kciukiem skórę na policzku. Była chłodna i wilgotna od padającego śniegu. Zamknął oczy, przyciągnął Pottera do siebie i złożył na jego ustach pocałunek.

Wysunął język i przejechał nim po dolnej wardze Pottera. Poczuł smak soku dyniowego i jęknął. Coś w jego wnętrzu drgnęło i Draco poczuł, jak krew odpływa mu z głowy. Potter pachniał jak las – żywicznym, głębokim zapachem świerków i mrozu. Draco zawsze lubił spacerować w lesie. Teraz czuł, że mógłby w nim zamieszkać.

I wtedy, ku jego bezkresnemu zdziwieniu, Potter rozchylił usta i oddał pocałunek.

Stali na szkolnych błoniach, po kolana w padającym śniegu. Ich włosy i ramiona pokrywał lekki, biały puch. Potter złapał Draco w pasie i przyciągnął do siebie, całując coraz zachłanniej. Ich języki badały strukturę warg, skóry, zębów. Draco przesunął dłoń i wplótł palce we włosy Pottera. Czuł przez materiał płaszcza szalone bicie serca Gryfona. A może to jego serce tak wariowało?

Pocałunek z każdą chwilą stawał się mniej nieśmiały – pełen ugryzień, westchnień i jęków. Dłoń Pottera mocniej zacisnęła się na biodrze Draco, a ich nosy się trącały, usta miażdżyły, oddechy mieszały.

Minutę później oderwali się od siebie, dysząc ciężko. Draco miał mroczki przed oczami. Wciąż trzymał dłoń we włosach Pottera, drugą opierając na jego ramieniu. Głos w jego głowie wrzeszczał, że to absolutne szaleństwo! Draco go zignorował, wciąż rozkoszując się uczuciem błogości po pocałunku. Westchnął i oparł czoło o włosy Pottera.

Ten drgnął i odsunął się na długość ramion.

Następna sekunda była chyba najdłuższą w historii ludzkości.
Draco nie chciał otwierać oczu. Wiedział, co zobaczy. Obrzydzenie. Przerażenie. Może złość. Wolał sobie tego oszczędzić.
Chociaż, odwlekanie tego wcale nie sprawi, że będzie łatwiej.
W końcu rozchylił powieki.

– O cholera, Malfoy... Merlinie… Przepraszam, nie powinienem, matko... – Potter zakrył usta drżącą dłonią.
O czym on mówi, przecież to było idealne.
– Malfoy, proszę cię, wypij to. – Potter sięgnął po fiolkę, która upadła w śnieg i wepchnął mu w dłoń.

Draco, wciąż otępiały, przyjął butelkę i odkorkował ją. Wypił słodki, ciepły płyn. Och, jak on nienawidził imbiru!
No i co teraz? Jak z tego wybrniesz, mądralo?

– Lepiej? – Głos Pottera brzmiał na zatroskany.

Draco drgnął. Wykrzywił usta – starał się wyglądać na najbardziej oburzonego człowieka w tym zamku.
– To było... – najlepsze co mi się przytrafiło w tym życiu, dzięki – żenujące. Gryfoni... Za grosz klasy. Dolać mi eliksir miłosny do kawy, naprawdę. Jakim – geniuszem – idiotą trzeba być, żeby wpaść na tak – cudowny – debilny pomysł?
– Musisz spytać Lisę, ona jest specjalistką od debilnych pomysłów – powiedział Potter nerwowo. – Wszystko w porządku? Chcesz iść do Skrzydła Szpitalnego?
Tylko jeśli mają tam eliksir wymazujący uczucia – pomyślał Draco.
– Przykro mi, że padłeś jej ofiarą. Ona jest nieobliczalna – dodał Potter.

Draco zmarszczył brwi. Czy Potter właśnie powiedział, że mu przykro? I wcale nie wyglądał, jakby miał zwymiotować. Wręcz przeciwnie, jego twarz była zaczerwieniona, a oczy iskrzyły niesamowitym blaskiem.
Na Merlina, świat stanął na głowie. Jeśli Draco zobaczy Snape’a w stroju Świętego Mikołaja, nie zrobi to na nim większego wrażenia.

Potter zdawał się być zakłopotany. Unikał wzroku Draco.
– Nie powiem nikomu – powiedział po chwili. – O tym, że mnie... Mhm, no nie powiem w każdym razie.
– Nie powiesz nikomu, że twoja gryfońska koleżanka spoiła mnie eliksirem miłosnym, a ty wykorzystałeś moje chwilowe zamroczenie i rzuciłeś się na mnie? To niezwykle szlachetnie z twojej strony, Potter – odparł Draco kpiąco. Poczuł się trochę lepiej, zyskując jakąś przewagę w tej rozmowie.
– Hej! Nie rzuciłem się na ciebie! – zawołał oburzony Potter. – A o wybryku Lisy na pewno dowie się McGonagall. Hermiona nie odpuści. To Lisa podała mi tę lewą miksturę, gdy… No wiesz, jak mnie znalazłeś. A Hermiona też miała małą przygodę z eliksirem miłosnym, więc jest wyjątkowo cięta na te wszystkie akcje…

Draco chciał mu powiedzieć, żeby kupił sobie pamiętnik, zamiast zadręczać go opisami przygód Złotej Trójcy Gryffindoru. Zdusił to jednak w sobie. W zasadzie – wcale nie miał ochoty tego mówić. Miał ochotę słuchać Pottera. Chociaż nie. Miał ochotę zamknąć mu usta pocałunkiem.

Ale na to nie było już wielkich szans.

Z drugiej strony – nie było tak źle. W końcu stali tutaj i rozmawiali, chwilowo nie obrażając siebie nawzajem. Żaden nie wyglądał, jakby miał się rzucić na drugiego z pięściami. W końcu, czy nie tego chciał przez ostatnie dni? Albo miesiące.

Pomyślał, że Potter musiał się bardzo starać, żeby go nie walnąć. To chyba znaczyło, że trochę mu zależało. A przynajmniej Draco miał taką nadzieję.

Udawana złość wyparowała. Wszystkie uczucia, skrywane i negowane od tylu tygodni, nagle zaczęły buzować w jego kręgosłupie. Może to odpowiedni moment, by spróbować?
– Widzę to tak – powiedział w końcu, otrzepując płaszcz ze śniegu. – Znam twój sekret. Nie miałem zamiaru użyć go przeciwko tobie, choć pewnie w to nie wierzysz. Teraz ty masz coś na mnie. Umówmy się tak: milczenie za milczenie. Zgoda?

Wyciągnął przed siebie dłoń. W myślach błagał, by Potter nie kazał czekać mu zbyt długo.
Nie kazał. Uścisnął wyciągniętą dłoń.

Potem przeczesał mokre od śniegu włosy i uśmiechnął się szeroko. Draco poczuł, że nogi miękną mu w kolanach. Zdecydowanie zachowywał się jak sfiksowana, zakochana nastolatka. Chwilowo mu to nie przeszkadzało.

Ruszyli w kierunku zamku.
– Mmm, ta Lisa… – zaczął Draco niezobowiązująco. – Często dolewa ludziom eliksiry miłosne?
– Cały czas. Jej głównym celem w życiu jest chyba znalezienie partnera na bal. Przysięgam, tylko czekam, aż poprosi Snape’a.
Draco nie mógł powstrzymać wybuchu śmiechu.

To wszystko było tak niezwykłe i naturalne jednocześnie. Draco był pewien, że po prostu zapadł w śpiączkę po tym eliksirze i teraz śni.

Zauważył, że Potter nadal drżał z zimna. Ściągnął swój szalik, transmutował go w kurtkę i podał mu ją bez słowa. Gryfon wydawał się zaskoczony, ale założył ją na ramiona.

Po chwili zatrzymał się i zmierzył go spojrzeniem.
– Chcę renegocjować naszą umowę – powiedział stanowczo.
Draco wywrócił oczami. No tak, mógł się tego spodziewać. Ale chociaż przez pięć minut było w miarę w porządku. Będzie to wspominał z uśmiechem do końca swojego marnego życia,
– Mam lepszy pomysł – kontynuował Potter. Wyciągnął dłoń w jego kierunku. – Darujmy sobie tę wojnę między nami. Przecież to bez sensu. Zacznijmy od nowa. Cześć, jestem Harry.
Draco zmarszczył brwi.
– Chyba źle się czuję – powiedział słabo. – Bo mam halucynacje.
Potter się roześmiał.
– Wiesz, dokładnie to samo pomyślałem, gdy uratowałeś mnie w łazience. Byłeś wtedy niemal znośny. Ale szczerze, nie jesteś już zmęczony całą tą dziecinadą?

Draco był zmęczony – śmiertelnie zmęczony – ciągłym udawaniem, no cóż, wszystkiego. Musiałby być masochistą, żeby nie uścisnąć dłoni Pottera.
– Draco. Draco Malfoy.
Na Merlina, to naprawdę takie proste?

Dalej szli już w milczeniu. Żaden z nich nie wiedział, co jeszcze mógłby powiedzieć, ale nie było w tym niezręczności. Draco miał wrażenie, że sunie dziesięć centymetrów nad ziemią.
Mimo wszystko – pomyślał – to był dobry dzień. Jeden z lepszych ostatnio.

Gdy dotarli do wrót zamku, pojawił się przed nimi żółty kanarek z wiadomością:
– Profesor McGonagall wzywa Draco Malfoya do gabinetu.
Draco spojrzał na Pottera. Niezdrowe rumieńce zniknęły mu już z twarzy, a usta odzyskały swój kolor. Draco starał się nie patrzeć zbyt długo.
– Do zobaczenia… Harry.
– Mhm, cześć Draco.

Draco odwrócił się na pięcie i skierował do gabinetu McGonagall.
Przez całą drogę nie mógł przestać się uśmiechać.
Live until we die

"- Potter, ty mała kupko gryfońskiej odwagi i ani krzty rozumu."
Anonimowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 8 gru 2017, o 11:38
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Glenka » 19 gru 2018, o 20:19

Och, och! Mnie ucieszy cosik nowego! Zwłaszcza na tym forum! Pochłonę WSZYSTKO. Niestety nie na raz, więc póki co skopiuję sobie linka do notatnika, żebym przypadkiem nigdzie nie zgubiła, i przeczytam sobie to w innym terminie. Co jak co, ale przedświąteczne porządki absorbują troszkę czasu : (
Niemniej jednak: wiedz, że jak już do tego siądę, to tak na porządnie. Wytknę wszystkie błędy gramatyczne, jakie tylko mega rzucą mi się w oczy, ale nie ze złośliwości - z doświadczenia wiem, że takie uwagi (pomimo tego, że są ciężkie do przełknięcia) pomogą Ci w dalszym pisaniu :D
Do komentarza pod którymś w kolejce rozdziałem! Weny!
Glenka Offline


 
Posty: 27
Dołączył(a): 29 sty 2018, o 20:29

Postprzez Anonimowa » 20 gru 2018, o 15:21

Hej, Glenka! Wielkie dzięki za odzew! :) Cieszę się, że ktoś tu zajrzał :)
A na komentarz z uwagami czekam niecierpliwie! Uwielbiam krytykę, bo to jedyne, co pozwala się rozwijać :) I jestem bardzo ciekawa, czy inni odbierają ten tekst podobnie do mnie - w końcu minęło sporo czasu, odkąd go napisałam i mam trochę dystansu ;)

A teraz czas na kolejny rozdział :)



Rozdział Piąty
W którym Harry idzie do Hogsmeade.

*** *** ***

Gdy Harry wrócił do Pokoju Wspólnego Gryffindoru, Hermiony jeszcze nie było. Postanowił na nią zaczekać. Ale najpierw musiał wziąć prysznic. Gorący – był strasznie zziębnięty.
Dopiero gdy zaczął się rozbierać zauważył, że wciąż ma na sobie kurtkę transmutowaną z szalika Malfoya – stój, Draco.
Wydawało mu się, czy wciąż pachniała miętą?
Po prysznicu poczuł się tak zmęczony, że postanowił porozmawiać z Hermioną rano. To był długi dzień. Chciał przez chwilę pobyć sam ze swoimi myślami.
A miał o czym myśleć.

Wyciągnął z kufra skradziony podręcznik do eliksirów i przyjrzał się zielonym literom na okładce. Usiadł na łóżku i otworzył książkę na przypadkowej stronie. Marginesy zapełniały gęste notatki, napisane równym, nieco zawijanym pismem. Ważne informacje podkreślone były podwójną linią, a niektóre nazwy otoczone czerwonym kółkiem.
Zerknął w dolny róg książki. Były tam jakieś bazgroły, jakby Malfoy pisał w dużym pośpiechu albo złości.
“Czy Pansy się kiedyś zamknie?!”

Harry zachichotał. Zatrzasnął książkę i wepchnął ją pod poduszkę. Zasunął kotary dookoła łóżka, na wszelki wypadek rzucił też zaklęcie wyciszające. Rozłożył się na pościeli i gapił w bordowy baldachim.

Pocałował Draco Malfoya.
Pocałował.
Draco Malfoya.

Jęknął i przewrócił się na brzuch. Ale to nie sprawiło, że ta myśl stała się mniej szokująca. Zacisnął powieki i podciągnął kolana do brody.
Pocałował Draco. I – niech skona – to był najlepszy pocałunek w jego życiu.
Wierzgnął nogami, chcąc odpędzić od siebie to wspomnienie. Ale ono wciąż wracało. Blada twarz pojawiała się przed jego oczami – najpierw oburzona i ściągnięta, by po chwili wygładzić się pod wpływem eliksiru.
To go otrzeźwiło.
Usiadł gwałtownie i zacisnął pięści na kołdrze. No tak, niemal zapomniał, że Malfoy – Draco – nie pocałował go z własnej woli. Zrobił to pod wpływem eliksiru. Harry poczuł złość. Przez jedną magiczną chwilę myślał, że miał szczęście, a przecież to wszystko było kłamstwem. Malfoy nigdy nie pocałowałby go z własnej woli.
Opadł na łóżko z jękiem.

Ale przecież – myślał gorączkowo – nie było źle, naprawdę. W końcu uścisnęli sobie dłonie. Malfoy – Draco – powiedział, że nie zamierzał wykorzystać jego sekretu. Dziwne zachowanie Ślizgona nabrało wreszcie sensu.

Harry widział ulgę w oczach Malfoya – Draco – gdy wyciągnął dłoń w jego kierunku. Być może wydawało się to śmieszne i nieznaczące.
A jednak był pewien, że to ważne. Coś się zmieniło – nie tylko w nim, ale również w otaczającym go świecie. Jakby otworzyły się nowe drzwi, prowadzące do zupełnie innej rzeczywistości.

Nie wiedział, dlaczego Malfoy – Draco – tak chętnie przyjął jego dłoń. Ale miał zamiar się tego dowiedzieć.

Przypomniał sobie tę bladą twarz. Szare oczy, błyszczące jak sople lodu zawieszone na murach Hogwartu. Cienkie, chłodne usta, które całował.
Zadrżał i nakrył się kołdrą.

*** *** ***

W niedzielny poranek obudził się jakiś nieswój. Bolała go głowa i miał dreszcze. Pewnie przeziębił się wczoraj na błoniach. Nie chciał wychodzić spod przyjemnie nagrzanej kołdry, ale musiał w końcu porozmawiać z Hermioną. Miał nadzieję, że dowie się czegoś miłego – na przykład, że Lisa spaliła się ze wstydu i nie będzie z nią więcej problemów.

Zszedł do Pokoju Wspólnego. Kręciło się tam kilku zaspanych uczniów w pidżamach. W tle grała muzyka z radia – ktoś dał głośniej i po salonie poniósł się jakiś świąteczny hit.

Harry zauważył dzbanek z herbatą i nalał sobie duży kubek. Hermiona siedziała przy stole i notowała coś zawzięcie.
Przysiadł się do niej i ziewnął.
– Jak poszło wczoraj? – zapytał, przeciągając się.
Hermiona nie odrywała wzroku od tekstu.
– Profesor McGonagall odjęła sto punktów...
– Ile?!
– Przestań się drzeć. – Hermiona pacnęła go książką w głowę. – Odjęła sto punktów Lisie, ale potem dała po pięćdziesiąt nam za szybką interwencję. Mówiła coś o stawaniu ponad uprzedzeniami między domami. Lisa do końca roku szkolnego ma szlaban z Filchem, w każdą sobotę po dwie godziny. I nie wolno jej iść na bal. Może to ją w końcu powstrzyma.

Harry odetchnął z ulgą. Słuchał jednym uchem opowieści Hermiony. Czuł się źle, łupało go w kościach. Chyba powinien iść do Skrzydła Szpitalnego. A może mu przejdzie? Średnio miał ochotę wychodzić z Wieży. Wolałby spędzić cały dzień w łóżku. Choć wtedy będzie pewnie ciągle rozmyślał o Draco…

Dopiero po chwili dotarł do niego sens słów Hermiony. Natychmiast zapomniał o swoim samopoczuciu. Zbladł i złapał ją za ramiona.
– Jak to eliksir nie zadziałał? – zapytał słabym głosem.
– Nie wiem. Lisa powiedziała, że Malfoy odmówił pójścia z nią na bal. Nie byłby w stanie tego zrobić, gdyby mikstura zadziałała. Choć muszę przyznać, że miałam takie podejrzenia. Wyglądał zbyt ślizgońsko po tym eliksirze.
Harry wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami.

Nie. Nie. Nie. To niemożliwe.

– Oczywiście Lisa dostała szlaban i tak dalej. Sam fakt, że próbowała podać coś Malfoyowi, wystarczył. Mam nadzieję, że da jej to do myślenia.
– Ale jesteś pewna? Może zadziałał z opóźnieniem?
Hermiona pokręciła głową.
– Profesor McGonagall powiedziała, że Malfoy był bezpieczny. Wtedy w łazience miał przy sobie fiolkę z Eliksirem Nieumiłowanym, prawda? Pewnie stosuje go prewencyjnie, tak jak ty. Pamiętasz, co mówiła Ginny? Myślę, że Malfoy też musiał mieć jakąś nieprzyjemną przygodę. To by wyjaśniało, dlaczego był za odwołaniem balu.

Harry gapił się w blat stołu.
Jeśli to prawda... Jeśli Draco był odporny na działanie eliksirów…

Co, do cholery, wydarzyło się wczoraj na błoniach?!

– Coś wydarzyło się między tobą a Malfoyem na błoniach? – zapytała Hermiona.
Harry aż podskoczył, przekonany, że wymówił swoje myśli na głos. Potrząsnął głową i próbował przybrać najbardziej obojętny wyraz twarzy, na jaki było go stać. Nie chciał jeszcze mówić przyjaciołom o swoim sojuszu z Draco. Musiał się z tym oswoić.
Wzruszył ramionami.
– To co zwykle, głupie komentarze i codzienne porcje złośliwości.
– Obraził cię?
– Wspomniał coś o skurczonym mózgu.
– W takim razie eliksir na pewno nie zadziałał. Jeśli zadziałałby z opóźnieniem, gdy już poszłyśmy, Malfoy nie mógłby cię obrazić. Byłeś jedyną osobą w pobliżu, więc stałbyś się obiektem jego fascynacji. Ale to i tak bez sensu. Te eliksiry mają natychmiastowy skutek. Jeśli nie zadziałał od razu, nie miał prawa zadziałać potem. Zwłaszcza, że stężenie było za niskie, bo Lisa źle wyliczyła rozcieńczenia. Chociaż tyle pożytku z jej głupoty. A kawa, którą pije Malfoy, jest piekielnie mocna. Kofeina osłabia działanie eliksirów, bo przyspiesza ich metabolizm.

Harry jej nie słuchał. Odpłynął do innego świata, w którym Draco całował go, nie będąc pod wpływem eliksiru – robił to z własnej, nieprzymuszonej woli. Udając, że jest omamiony miłosną miksturą. Jakie to… ślizgońskie!

Harry chyba nigdy nie był tak szczęśliwy z faktu, że Draco jest Ślizgonem.

Uśmiechnął się do siebie. Nagle tamto nieszczęsne pytanie, zadane na pozór z czystej ciekawości, nabrało zupełnie innego sensu. Nawet głupkowaty wyraz twarzy Draco pasował.
Te tygodnie spojrzeń, napięcia i wybuchów między nimi, rwące się zdania, gęstniejące powietrze – to wszystko składało się na tak niesamowicie piękny obraz, że Harry miał ochotę uściskać Hermionę i oddać jej swój kluczyk do Gringotta.
Czy to możliwe, żeby miał aż takie szczęście?

Hermiona przypatrywała mu się badawczo.
– Jesteś pewien, że nic dziwnego się nie wydarzyło?
– Mmm... – Harry na chwilę zapomniał, jak się mówi.
– Zabawne. Malfoy miał wczoraj dokładnie taką samą minę, jak ty teraz.
Harry podskoczył na krześle. Przewrócił przy tym kubek. Hermiona pisnęła, gdy herbata zalała jej notatki.
– Szlag, przepraszam! – zawołał Harry i szybko osuszył pergamin zaklęciem. – Wiesz co, pójdę się położyć. Nie czuję się najlepiej, chyba przewiało mnie wczoraj na błoniach.
– Fakt, wybiegłeś bez kurtki. Swoją drogą… Wczoraj Malfoy długo się nie pojawiał. McGonagall musiała wysłać po niego kanarka. Byliście razem cały ten czas?
– No co ty, Hermiona – zaśmiał się nerwowo. – Ja i Draco tyle czasu sam na sam? Chyba byśmy się pozabijali. Może gdzieś się szlajał? Znasz Ślizgonów, mają swoje ścieżki.
– Ach tak. – Hermiona uśmiechnęła się dziwnie. Wstała i wzięła książki. – No dobra, idę do biblioteki. Zaraz zaroi się tu od uczniów, a ja muszę jeszcze skończyć kilka rzeczy.

Pocałowała go w policzek i poszła w stronę wyjścia. Harry przeczesał włosy i ruszył do dormitorium.

Dopiero gdy leżał w łóżku, dotarło do niego, że użył imienia Draco.

Szlag!

*** *** ***

Wyszedł z dormitorium dopiero w poniedziałkowy poranek. Przespał całą niedzielę, ale czuł się lepiej, przynajmniej fizycznie. Na śniadanie zszedł trochę zdenerwowany. I choć burczało mu w brzuchu – nie był w stanie nic przełknąć.
Wielka Sala była prawie pusta – wciąż było dość wcześnie. Harry usiadł przy stole Gryfonów, rozejrzał się dookoła i zobaczył Malfoya. Coś ścisnęło go w gardle.

Ciągle zastanawiał się, jak będzie wyglądać codzienność. Właśnie to było powodem jego zdenerwowania. Czy Malfoy będzie go jednak ignorować? Przecież nie zaczną spędzać ze sobą przerw – ta myśl wydawała się Harry’emu niemal śmieszna.
Wyobraził sobie, że siedzą w piątkę – on, Ron i Hermiona, a z drugiej strony Draco i Pansy – i wymieniają się notatkami, czekoladowymi żabami, obgadują nauczycieli i narzekają na ilość nauki. Ten obrazek był tak absurdalny, że Harry parsknął pod nosem.

Jednak ta sama wizja z mniejszą ilością bohaterów – tylko on i Draco – nie wydawała mu się niemożliwa. Harry mógłby spędzać tak czas. Chciałby spędzać tak czas.

Spojrzał na Draco. Ślizgon wpatrywał się zamyślonym wzrokiem w stojącą obok choinkę. Dziobał bez przekonania w swojej owsiance.
– Draco, nalać ci kawy? – spytała Parkinson. Jej jazgotliwy głos poniósł się echem po sali.
Malfoy nie zwrócił na nią uwagi, więc przysunęła się bliżej i oparła brodę o jego ramię. Harry zmrużył oczy.
– Draco, chcesz kawy?
– Wolę sok dyniowy.
– Od kiedy pijesz sok dyniowy? Myślałam, że go nie znosisz.
– Gusta się zmieniają, nie wiesz o tym?

Draco wstał nagle. Oparta o niego Pansy prawie spadła z ławki. Nie wydawał się tym przejmować. Za to ona posłała za nim długie, naburmuszone spojrzenie.

Harry wstał od stołu i ruszył w kierunku wyjścia. Musiał coś sprawdzić. Przy drzwiach Wielkiej Sali zrównał swoje kroki z Malfoyem.
– Cześć, Draco – powiedział swobodnie.
– Mmm, dzień dobry, Harry – odpowiedział Ślizgon, po czym skręcił w kierunku lochów.
Harry odprowadził go zamyślonym spojrzeniem.
Okey, na razie musi mu to wystarczyć.

– To co, idziemy na śniadanie?
Harry aż podskoczył, gdy obok pojawiła się Hermiona.
– Tak, chodźmy. – Teraz, gdy zdenerwowanie już go opuściło, poczuł przeraźliwy głód. W końcu nie jadł od ponad doby! – Gdzie Ron? Pogodziliście się?
– Dopóki nie usłyszę słowa “przepraszam”, uważam sprawę za beznadziejną.
– Chcesz mi powiedzieć, że on cię nawet nie przeprosił?
– Faceci są bardzo niedomyślni, wiesz?
Mówiąc to, spojrzała w kierunku, gdzie zniknął Draco.

Harry miał wrażenie, że te słowa nie dotyczyły jej i Rona.

*** *** ***

Ten tydzień był dziwny. Nie zły – po prostu niezwykły.

Harry miał wrażenie, że znalazł się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Świat, w którym teraz przebywał, był zawieszony pomiędzy jego dawnym życiem a marzeniami.

Trochę go to jednak frustrowało.

Nie oczekiwał niczego wielkiego – już dawno nauczył się, że oczekiwania to pierwszy krok do rozczarowania. A jednak nie tak wyobrażał sobie to wszystko.
Draco był… No cóż. Był w porządku. Gdy mijał Harry’ego na korytarzu, kiwał głową, mówił “dzień dobry, Harry”, po czym odchodził do swoich spraw. W zasadzie od tamtego wieczoru na błoniach nie rozmawiali ze sobą ani razu.

Harry nigdy nie sądził, że taka rzecz, jak nierozmawianie z Malfoyem, stanie się źródłem frustracji. To naprawdę była jakaś popieprzona rzeczywistość!
A jednak – nie wystarczały mu te skinienia głową. Nie chciał chłodnej obojętności. Choć przychodziło mu to z trudem, musiał przyznać, że wolał już wredną wersję Malfoya. Wtedy wiedział, że choć na moment Ślizgon koncentrował się tylko na nim. Harry nigdy nie zabiegał o uwagę, ale w tym przypadku pragnął jej ponad wszystko.

Wiedział, że to małostkowe i głupie, a jednak nie mógł nic na to poradzić.

Na Merlina! W końcu byli Malfoyem i Potterem! Nie mogli chodzić po korytarzach i po prostu mówić sobie “dzień dobry”! Harry był pewien, że narusza to jakieś prawa wszechświata i w końcu w podziemiach Hogwartu powstanie ogromna dziura, która pochłonie cały zamek.

Oczywiście wszystkie te myśli istniały tylko w jego podświadomości. Bo gdyby Harry naprawdę się nad nimi zastanowił, musiałby uznać fakt, że Draco coś dla niego znaczył. A wtedy prawdopodobnie zapadłby się pod ziemię.
Z drugiej strony pozostawała wciąż nierozstrzygnięta kwestia pocałunku na błoniach. Harry myślał o tym przed snem, skulony pod bordową pościelą w dormitorium. I wtedy – na jedną, krótką chwilę – pozwalał sobie myśleć, że to wszystko jednak jest możliwe.

*** *** ***

W środę odwołano zajęcia z Obrony Przed Czarną Magią. Profesor Trocker, która prowadziła zajęcia w tym roku, nie czuła się najlepiej, a nikt nie mógł wziąć zastępstwa.
Jeśli przyjaźni się z Hermioną Granger to jasne, że odwołane zajęcia oznaczają ekstra godziny w bibliotece. Hej, przecież nie można zmarnować żadnej okazji!

Siedzieli w swoim kąciku od dobrej godziny. Harry pisał esej z Transmutacji, a Hermiona próbowała rozszyfrować długie linijki niezrozumiałych symboli i liczb.
– To łączone zadanie z Numerologii i Starożytnych Runów jest naprawdę skomplikowane. Będę musiała poświęcić mu kilka godzin – westchnęła, zaczesując włosy za ucho.
– Ale poprawisz moje wypracowanie? Jest całkiem niezłe i po twoich poprawkach może dostanę Wybitny.
– Jasne, że tak. Tylko najpierw muszę znaleźć błąd... Coś mi się tu nie zgadza.
Harry zerknął na ciąg zawijasów.
– Mnie nie pytaj, ja nie mam zielonego pojęcia, o co... – przerwał. Miał wrażenie, że ktoś za nim stoi. Poczuł znajomy zapach. Mięta i cytryna. Tym razem z ledwo wyczuwalnym dodatkiem kawy.
– Masz błąd w pierwszej runie. – Malfoy pochylił się nad stołem i wyciągnął dłoń w stronę leżącego na blacie pergaminu. Jego klatka piersiowa oparła się o głowę Harry’ego. – Jeśli źle zdefiniujesz początek odczytu, to pozostałe runy nie ustawią się odpowiednio.
Harry’ego przeszedł dreszcz na dźwięk tego głosu. Czuł na sobie ciężar Draco. Och, to było zupełnie inne od tamtej chwili na błoniach. Było ciepło, przytulnie, a Draco pachniał… Pachniał najlepiej, jak to tylko możliwe. I stał tak blisko – Harry mógłby odwrócić się, złapać go za ramiona i przyciągnąć do siebie.
Podniósł głowę i spojrzał na Draco, a ten uśmiechnął się i mrugnął do niego.

Świat naprawdę stanął na głowie.

– Faktycznie, jak mogłam to przeoczyć?! – zawołała Hermiona i pochyliła się nad pergaminem. – Dzięki, Malfoy. Teraz to wszystko ma sens.
– Nie ma za co, Granger. – Draco odsunął się i Harry poczuł dziwną pustkę.
Malfoy poprawił torbę na ramieniu. W rękach trzymał wypożyczony podręcznik do Eliksirów.
Harry pomyślał o skradzionym egzemplarzu, schowanym pod poduszką w dormitorium. Dlaczego nie oddał go Draco?
Cóż, prawdopodobnie z tego samego powodu, dla którego nie powiedział mu jeszcze, że wie o tym, że eliksir na błoniach nie zadziałał.
Harry powoli stawał się mistrzem w oszukiwaniu samego siebie i wszystkich wokół.
Draco przeczesał włosy. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.
– Powodzenia, Granger. Do zobaczenia, Harry.
– Cześć, Draco.

Malfoy odszedł, zostawiając ich samych.
Harry czuł na sobie wzrok Hermiony. Dookoła aż iskrzyło od wiszących w powietrzu pytań. No cóż, to tyle, jeśli chodziło o znalezienie odpowiedniego momentu, by powiedzieć przyjaciołom.
Ale co miał zrobić? Draco zaskoczył go tą swobodną rozmową. Nie mógł przecież teraz udawać, że nadal sobą pomiatają. Nie, jeśli Ślizgon wyszedł z inicjatywą. To byłby koniec całego sojuszu.
Poza tym, na Merlina, przecież nie robili nic złego!
W dodatku Harry czuł dziwne ciepło w brzuchu na myśl o tej niespodziewanej manifestacji ich… Przyjaźni? Koleżeństwa?
Och, nieważne. Liczyło się tylko to, że Draco do nich podszedł.

Harry odważył się w końcu spojrzeć na Hermionę. Siedziała z rękami skrzyżowanymi na piersi i wydawała się rozbawiona. No cóż, chociaż ona.
– Mogę to wyjaśnić – powiedział Harry.
– Oświeć mnie, proszę. Bo jestem naprawdę bliska samodzielnego zgłoszenia się do Świętego Munga. Zdaje mi się, że mam halucynacje.
– Powiedzmy, że Malfoy... Draco. Draco i ja. Postanowiliśmy być dla siebie mili. No w każdym razie milsi niż do tej pory. Połączyła nas wspólna niechęć do Lisy. Wiem, że to dziwne...
– Raczej intrygujące. Ciekawa odmiana. A co się stało z “on na pewno coś kombinuje”?
– Pewnie kombinuje, ale to raczej nic złego. – Uśmiechnął się do swoich myśli. – Poza tym… Pamiętasz, jak powiedziałaś, że on się zmienił? Myślę, że masz rację. Więc postanowiłem dać mu szansę. Oczywiście, jeśli ci to przeszkadza...
– Harry, to twoja sprawa – przerwała mu Hermiona. – A jeśli to oznacza, że Malfoy nagle jest znośny, to mogę z tym żyć.
Harry uśmiechnął się do niej z wdzięcznością.
– Ale wiesz co… – Hermiona sięgnęła po pergamin i zaczęła swoje zadanie od nowa. – Może na razie nie mów Ronowi. Mógłby nie przyjąć tego zbyt dobrze.
Harry się zasępił.
No tak, o tym nie pomyślał.

*** *** ***

Weekend zbliżał się o wiele za wolno. Gdy w końcu nadszedł, Harry czuł się wyczerpany. Stanowczo odmówił kolejnej sesji z Hermioną w bibliotece. Zaczynało brakować mu Rona. Zawsze wprowadzał element komizmu do ich paczki.

Kochał Hermionę. I uwielbiał ją za wyrozumiałość w sprawie Draco. Jednak jej zapał do nauki stanowczo go wykańczał.

Całe szczęście w sobotę wypadało ostatnie przed świętami wyjście do Hogsmeade. Była to szansa na kupienie prezentów albo po prostu poszlajanie się ze znajomymi po wiosce. Niestety, Ron szedł z Lavender. To miała być ich pierwsza oficjalna randka. Jakby cały Gryffindor nie wiedział, że się spotykają. Hermiona odmówiła pójścia do wioski – chciała zrobić jakiś dodatkowy projekt na Starożytne Runy. Najwyraźniej fakt, że Draco wiedział więcej od niej, mimo wszystko ją zabolał.

Harry poszedł więc sam. Trochę było mu przykro z tego powodu, ale i tak wolał to od kiszenia się w zamku. Przy okazji postanowił zrobić świąteczne zakupy. Przez to wszystko, co wydarzyło się w ostatnim czasie, Harry niemal zapomniał o zbliżających się świętach.

Hogsmeade wyglądało jak z pocztówki. Niskie domki z ciemnego kamienia niemal uginały się od ciężaru śniegowej czapy na dachach. W całej wiosce pachniało świerkowymi wieńcami i ciastkami korzennymi. Sklepy nęciły klientów witrynami, w których piętrzyły się magiczne słodycze, rękawice ze smoczej skóry i wełniane swetry.
Uliczki wioski przypominały labirynt wyrzeźbiony w śniegu i lodzie. Zaplecza i boczne ścieżki były niewidoczne pod białym puchem. Dlatego w Hogsmeade panował jeszcze większy ścisk niż zwykle – powódź ludzi tłoczyła się na wąskich, odśnieżonych alejach. Wszyscy wydawali się poddać świątecznemu nastrojowi, a ich uśmiechnięte twarze nabierały w blasku świec miękkich rysów, jakby ktoś zrobił zdjęcie i wywołał je w sepii.
Hogsmeade tonęło w powodzi światła – Harry miał wrażenie, że wszystkie świece z tej części Szkocji zostały przywiezione właśnie tu. Grube, pękate pochodnie wisiały nad szyldami sklepów; wąskie, długie świeczki unosiły się kilkanaście stóp nad alejami. Cienie były wydłużone i chybotliwe. Sprawiały wrażenie, że ludzi jest jeszcze więcej.

Harry czuł się niekomfortowo w tym tłumie. Przedzierał się więc bocznymi uliczkami, a prawdziwą ulgę poczuł, gdy wszedł do jedynego ciemnego miejsca w wiosce – księgarni. Choć zwykle tam również pełno było uczniów – a właściwie uczennic, polujących na najnowszą świąteczną powieść jakieś autorki magicznych romansów – to dzisiejszego dnia panowała tam pustka. Harry odetchnął. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo był spięty podczas spaceru przez wioskę.

Gdy był w już w środku, zauważył podręczniki do Eliksirów. Wiedziony impulsem kupił jeden. Planował oddać Draco jego egzemplarz, ale doszedł do wniosku, że jednak go sobie zachowa. Dziwna sprawa, ale oglądanie pisma Draco bardzo go uspokajało. Ślizgon chyba się nie obrazi? Harry powie mu, że zniszczył jego podręcznik, albo wymyśli jakąś wymówkę.
Na wszelki wypadek dokupił jeszcze szalik. Ten od Draco wciąż leżał w jego kufrze pod postacią kurtki.
Na Merlina – pomyślał Harry – mam całkiem sporo jego rzeczy.
Nie mógł się jednak przełamać, by kupić taki w barwach Slytherinu. Zdecydował się na czarny, wyszywany złoto-zieloną nicią. Wydawał się odpowiednim kompromisem.

Kupił też prezenty dla Rona, Hermiony, Hagrida, Lupina, Tonks i całej zgrai Weasleyów. Było tego sporo – ale Harry’ego cieszył każdy wydany galeon. Zawsze doceniał fakt, jak wielu przyjaciół go otacza. Pamiętał czasy, gdy jego jedynymi towarzyszami były pająki w komórce pod schodami.

Gdy skończył, był trochę wyzuty z energii. Całe szczęście, że sklepy oferowały wysyłkę prosto do zamku, inaczej musiałby resztę dnia chodzić obładowany paczkami.

Postanowił wstąpić do Trzech Mioteł, ale tłum uczniów go odstraszył. Dojrzał w środku Rona i Lavender. Najwyraźniej świetnie się bawili. Ron pochylał się właśnie do dziewczyny i szeptał jej coś na ucho. Ona zaśmiała się i zarumieniła. A potem go pocałowała.
Harry nie wiedział, dlaczego, ale na ten widok poczuł gulę w gardle. Odwrócił wzrok.

Postanowił przejść się po wiosce. Nie chciał jeszcze wracać do zamku. Wpadł w melancholijny nastrój. Cieszył się szczęściem Rona – choć nie miał pojęcia, co mogło podobać mu się w Lavender – a jednak poczuł coś na kształt zazdrości.
Znalazł odśnieżoną boczną uliczkę za sklepem odzieżowym Gladraga. Było tam cicho i pusto.
Harry znalazł zasypaną śniegiem ławkę. Machnął różdżką, roztapiając biały puch – woda rozlała się na uliczkę i momentalnie zamarzła.
Usiadł na ławce i odchylił głowę. Spojrzał w jasne, niemal białe niebo.

Harry nie wiedział, jak czarodziejska społeczność patrzy na homoseksualistów, a nie bardzo miał kogo zapytać. Wątpił, by Hermiona miała o tym jakieś pojęcie – tego tematu raczej nie poruszono w Historii Hogwartu. A Ginny… Nie, nie był tak okrutny. Mógłby zapytać Rona, ale to sprowokowałoby mnóstwo pytań, na które Harry nie chciałby odpowiadać.
Był zatem przekonany, że tak prosta rzecz, jak randka w Trzech Miotłach, jest zdecydowanie poza jego zasięgiem.
Nie mówiąc o tym, że najpierw musiałby znaleźć kogoś, by z nim pójść...

Usłyszał kroki. Spojrzał w tamtym kierunku. Zza zakrętu wyszedł Draco. Gdy go rozpoznał, przystanął i się uśmiechnął.
Harry nagle poczuł się lepiej. Gula w gardle chyba zniknęła.
– Dzień dobry, Harry.
– Cześć, Draco.

Patrzyli na siebie w milczeniu. Nie mieli okazji porozmawiać ze sobą, odkąd… No cóż. Odkąd Draco pocałował Harry’ego, udając, że jest pod wpływem eliksiru miłosnego, o czym Harry wiedział, że było kłamstwem.

Bardzo to wszystko skomplikowane.

Harry wstał z ławki. Zaczął ślizgać się na zamarzniętej kałuży. Poczuł się jak idiota.
Draco zerknął na jego buty i parsknął. Wyciągnął różdżkę i wypowiedział zaklęcie:
– Hirsutae.
Na podeszwach butów Harry’ego wyrosły mikroskopijne kolce. Zrobił kilka kroków – już się tak nie ślizgał. Uśmiechnął się z wdzięcznością.
– Hej, dzięki. Musisz mnie nauczyć tego zaklęcia.
– Myślałem, że wszyscy je znają.
Harry chciał powiedzieć, że ma jedenaście lat zaległości, ale się powstrzymał. Nie wiedział dlaczego, ale atmosfera między nim i Draco wydawała się napięta. Stali sami, w ciemnej uliczce, dookoła nie kręciło się dziesiątki uczniów i nauczycieli. Było… Inaczej.

Draco podszedł bliżej. Miał na sobie czarny płaszcz za kolana i biały szalik pod szyją. Wyglądał bardzo elegancko.
Może wraca z randki? – pomyślał Harry i poczuł, jakby ktoś go walnął kociołkiem w brzuch.
Przecież nie mógł rościć sobie żadnych praw. Na jakiej podstawie? Jednego pocałunku? Był głupi, jeśli myślał, że Draco prowadzi równie ascetyczne życie, jak on. Nie powinien czuć żalu. Albo zazdrości. Albo wściekłości.
Z tym, że czuł. Wierciły mu dziurę w brzuchu i piekły od środka.

Nagle zorientował się, że od dłuższej chwili stoją w dość niezręcznej ciszy. Draco przekrzywił głowę i patrzył na niego spod zmrużonych powiek.

Harry chciał coś powiedzieć. Przecież nie mogą tak po prostu się minąć i dalej udawać, że wszystko jest okey, podczas gdy nie było. No cóż, może było dla Draco, ale nie dla niego – ta niezdrowa sytuacja doprowadzała go do szału.
Ale co miał powiedzieć?

Całe szczęście Draco wydawał się mniej spięty.
– Może kufelek korzennego? – zaproponował. – Chociaż pewnie masz awersję po ostatnim.
– Nie, w sumie nie. Tylko Trzy Miotły są całe zawalone ludźmi. Ciężko się nawet dopchać do baru.
– Znam lepsze miejsce. – Draco mrugnął do niego. Zaczął iść w kierunku lasu za Hogsmeade.

Harry ruszył za nim. Przez całą drogę zastanawiał się, co będzie dalej.
Weszli do sklepu, gdzie Draco kupił kilka butelek piwa, a po chwili wyszli z wioski i skręcili za wzgórzem.

Oczom Harry’ego ukazał się przepiękny zagajnik, porośnięty starymi, rozłożystymi dębami. Najwyraźniej nikt tu nie chodził, bo śnieg nie był podeptany. Biała pokrywa lśniła w promieniach popołudniowego słońca. Przez środek tego zakątka przepływał strumień. Latem zapewne szemrał radośnie, teraz jednak był ścięty mrozem. Dookoła panowała przyjemna cisza, przerywana tylko głuchym trzaskiem lodu i dolatujących tu od czasu do czasu okrzyków z wioski.

Draco poprowadził Harry’ego do drewnianej altanki przy strumieniu. Zaklęciem usunął śnieg, usiadł na ławce i otworzył piwo.
– Nie wiedziałem, że można je kupić w sklepie – powiedział Harry. Usiadł obok Draco i wziął od niego butelkę.
– Niewiele osób o tym wie. Zresztą, w obrębie wioski nie wolno pić poza lokalami.
– Czyli łamiemy prawo? Świetnie, spędzam pięć minut w obecności Ślizgona i już jestem kryminalistą.
Harry miał ochotę udusić się za tę uwagę. No świetnie. Nie mógł się powstrzymać, prawda? Nie mógł po prostu normalnie siedzieć i się nie odzywać. Musiał powiedzieć coś takiego.
Ale Harry powiedziałby cokolwiek, byle sprowokować Draco. Wszystko było lepsze niż niezręczna cisza między nimi.
A Draco wcale nie wydawał się dotknięty.
– Znasz nas. Lubimy życie na krawędzi. To co – Draco podniósł butelkę – za zgodę?
– Za zgodę – odpowiedział Harry. Stuknęli się butelkami i pociągnęli długie łyki piwa.

Znów zapadła cisza. Harry bał się własnych myśli. A Draco… Merlin wiedział, o czym myślał Ślizgon.

Spojrzał na niego. Wcześniej wydawało mu się, że Draco był rozluźniony, ale teraz zauważył napięcie w jego wyprostowanej sylwetce. Ślizgon niby rozsiadł się wygodnie na ławce, przyjmując trochę nonszalancką pozę – tak właśnie pomyślał Harry: pozę. Brakowało w tym pewności siebie, typowej dla Malfoya.
Najwyraźniej siedzenie tutaj nie było dla niego przyjemnością. Więc prawdopodobnie będzie właśnie tak, jak myślał Harry. Nic nie wyjdzie z ich przyjaznych stosunków. Będą dla siebie mili, a w zasadzie poprawnie oschli, na tyle, ile wymagały tego konwenanse. Nigdy nie zbliżą się do siebie i nie zaprzyjaźnią.

Teraz, gdy Harry zrozumiał, że to niemożliwe, dotarło do niego, jak bardzo tego pragnął.
Przeklęte objawienia!

No cóż, to prawdopodobnie ostatni raz, gdy siedzą sobie razem przy piwku. Dlatego Harry postanowił wykorzystać okazję.
– Jak tam twój esej na Transmutację? – zapytał Draco.
– Dlaczego zapytałeś mnie o Ginny? – bąknął Harry w tym samym momencie i natychmiast zagryzł wargę. Krew uderzyła mu do głowy. Na Merlina, czy naprawdę musi robić z siebie idiotę na każdym kroku?! – Zapomnij, nieważne – dodał szybko.
– Nie, dlaczego? To dobry temat, podoba mi się. – Draco wyraźnie się ożywił i pierwszy raz, odkąd usiedli, spojrzał na Harry’ego. – Słyszałem plotki. A lubię wiedzieć, jak jest naprawdę.
– Plotki? Jakie plotki? – Harry zmarszczył brwi. Czy to możliwe, że jego sekret dotarł aż do lochów Slytherinu? Jakim cudem?
– Tak. Chodziły słuchy, że Ginny Weasley stosowała wobec ciebie przemoc.

Harry otworzył szeroko oczy. Że niby co?

– Jest w końcu jedyną dziewczyną w zgrai Weasleyów – ciągnął Draco. – Wiadomo, musiała sobie jakoś radzić z hordą starszych braci. Słyszałem paskudną historię o tym, jak cię potraktowała, kiedy zapomniałeś kupić jej kwiaty na urodziny.
– Chcesz powiedzieć, że po zamku krąży plotka, że… Ginny mnie biła? Chyba żartujesz.
Draco zerknął na niego z ukosa, a potem wybuchnął śmiechem.
– Oczywiście, że żartuję. Chociaż, patrząc na twoją minę, zaczynam mieć wątpliwości.
Harry powinien być oburzony. Powinien walnąć Malfoya, wstać, pójść sobie i zapomnieć, że kiedykolwiek wpadł na pomysł sojuszu z nim.
Tylko, że wcale nie chciał.
– Więc dlaczego? – drążył.
– Z ciekawości. Ślizgoni to ciekawskie bestie.
– Teraz już wiesz – odparł Harry i skrzywił się, słysząc, jak to zabrzmiało.
– Tak, wiem. – Draco odwrócił wzrok na moment. – Swoją drogą, wydaje mi się, że trochę histeryzujesz. Czarodzieje nie przywiązują do tego wielkiej wagi. Wiekowa tradycja aranżowanych małżeństw nauczyła nas przymykać oko na to, co się dzieje za drzwiami cudzych sypialni. Nie musisz tego ukrywać. I czuję się w obowiązku poinformowania cię, że takie wyznania nie wymagają walenia rozmówcy w nos, dziękuję bardzo.

No proszę, kto by pomyślał, że to Draco Malfoy będzie udzielał mu korepetycji z życia seksualnego czarodziejów.
Harry nagle poczuł się o wiele lepiej. Jakby ktoś rozgonił chmury nad jego głową. Cokolwiek by się nie wydarzyło, Draco na zawsze pozostanie osobą, która ściągnęła ogromny ciężar z jego pleców.

– Wybacz, nie wiedziałem – powiedział w końcu. – Wychowali mnie mugole.
– Naprawdę? Myślałem, że twoja ciotka była czarownicą.
Harry się roześmiał. Petunia Dursley czarownicą. No cóż, była nią w pewnym tego słowa znaczeniu. Wyobraził sobie ciotkę w Hogwarcie, otoczoną przez latające kociołki i pióra. Snape doprowadziłby ją do zawału na pierwszych zajęciach. Nie, żeby Harry miał coś przeciwko.

Nagle Draco wybuchnął:
– Na Merlina! Siedzimy tu, jakbyśmy się mieli zaraz pozabijać.
Przeczesał włosy, które opadły mu na czoło w nieładzie. Harry spojrzał na niego zaskoczony. Ślizgon wydawał się zdenerwowany – pochylił się do przodu i zaciskał szczękę.

Harry poczuł irracjonalną radość. Więc Draco czuł się niekomfortowo nie z powodu jego obecności, tylko napięcia między nimi. Najwyraźniej też mu to przeszkadzało.

– Tak. Może spróbujmy być sobą, bo sztuczna grzeczność nam nie wychodzi.
– Nie wiem, czy to dobry pomysł. W naszym przypadku bycie sobą zazwyczaj kończy się bójką.
– Och, nie martw się. Nie byłem w Skrzydle Szpitalnym od jakichś dwóch tygodni. Pani Pomfrey pewnie już się za mną stęskniła. Ucieszy się na mój widok.
Draco zaśmiał się i otworzył kolejne piwo.
– Wątpię, byśmy się polubili.

Draco nie wiedział o Harrym jednej ważnej rzeczy – Gryfon był przekorny. To była jedna z cech, którą ujrzała Tiara, gdy chciała przydzielić go do Slytherinu.
I gdy ktoś mówił, że coś jest niemożliwe, Harry stawiał sobie za punkt honoru udowodnienie, że jest inaczej. Całe życie tak działał: gdy łamał szkolne przepisy, ratował zamek, walczył z bazyliszkiem, wygrywał Turniej Trójmagiczny, tworzył Gwardię Dumbledore’a.
Nie robił tego dla poklasku, uczucie dumy było mu obce. Wynikało to z czystej, ślizgońskiej zaciętości, do której nigdy by się nie przyznał.

A poza tym, Draco go pocałował. Harry nadal nie wiedział, co skłoniło do tego Ślizgona, ale był pewien, że istnieje jakaś nic porozumienia między nimi. Trzeba ją tylko znaleźć i mocno pociągnąć. I mimo, że słowa Draco go zabolały, uśmiechnął się półgębkiem i powiedział zaczepnie:
– Chyba masz rację. Nie jestem w stanie rozmawiać normalnie z kimś, kto wygląda, jakby miał zamiar iść kupić Gringotta. Serio, nie wiesz, co to dżinsy?
– Za to ty znasz chyba tylko to jedno słowo z całego słownika. A przepraszam, jeszcze dres. Biała koszula nie gryzie, wiesz? No, chyba że przeklęta.
– Masz przeklętą koszulę?
– Mmm, jedną. Dostałem ją od ciotki Vanessy na urodziny. Jest z czystego jedwabiu. Uwielbiam ją. Gryzie, gdy się garbisz. Mogę ci ją pożyczyć na bal, chociaż raz wyglądałbyś jak człowiek.
– Nie idę na bal – powiedział Harry, odchylając się na ławce. – To totalna bzdura.
– Tu się z tobą zgodzę. Czemu to ma służyć? Przyjaźni między domami? Jakby to było komuś potrzebne. Poza tym, nie słyszałem o żadnej mieszanej parze Ślizgon-Gryfon, więc chyba się nie udało.
– Może dlatego, że Gryfoni walą w nos bez ostrzeżenia.
Draco dotknął swojej twarzy.
– Tak. To prawda. Nie wiem, jakim cudem udało ci się przetrwać z nimi tyle lat bez urazów wewnętrznych.
– Daj spokój, jestem Złotym Chłopcem Gryffindoru. Ubóstwiają mnie.

Przekomarzali się tak jeszcze chwilę, pozwalając sobie na odrobinę wzajemnej uszczypliwości. Napięcie między nimi zniknęło. Po prostu chwilowo obaj zawarli milczący pakt, ignorując zasady wszechświata. Nawet jeśli miałoby to przyspieszyć powstanie dziury w podziemiach Hogwartu.

Usiedli bliżej siebie, stykając się ramionami. Draco wyczarował małe płomyczki, które dawały przyjemne ciepło.

Zaczęli rozmawiać o kompletnych bzdurach. Obgadali Lisę, dzieląc się wspólną niechęcią do dziewczyny. Kpiące uwagi Draco na jej temat wyjątkowo bawiły Harry’ego. Być może dlatego, że tym razem dotyczyły kogoś, kogo nie darzył szczególną sympatią. Potem zeszło na lekcje – Harry był zaskoczony, jak ogromną wiedzę miał Draco. Postanowił nie mówić tego Hermionie.
Rozmawiali też - jakżeby inaczej - o quidditchu.
– Zielona Zatoka to patałachy – stwierdził Draco. Otworzył kolejne piwo i podał Harry’emu.
– Nie mają dobrego sezonu, odkąd odszedł Grimms. Muszą się zgrać. Jeszcze pokażą, na co ich stać.
– Czekaj, to nie tam gra Oliver Wood? Wasz poprzedni kapitan?
– Grał, ale na razie jest wyautowany. Paskudna kontuzja więzadła. Szkoda, był naprawdę dobry.
– Cóż, ale tytuł najlepszego gracza w Hogwarcie jest już zarezerwowany. – Draco spojrzał na niego z ukosa. – Cholera, że też musiałem się urodzić w tym samym czasie, co ty! Gdyby nie to, na pewno byłbym najlepszy.
Harry nie wiedział, co odpowiedzieć. Zazwyczaj ich rywalizacja była powodem do kłótni. Teraz Ślizgon niemal z niej żartował. To było… Inne. Dobre.
– Tak. Pewnie byłbyś najlepszy. Przykro mi, że pokrzyżowałem ci plany.
– Kłamiesz.
– Masz mnie.

Draco roześmiał się i trącił go w ramię. A potem przytrzymał na chwilę dłoń na jego barku i zacisnął palce. Harry poczuł, że w brzuchu rośnie mu ciężki głaz. Spojrzał na zwisające z dachu sople lodu. Lśniły w ostrych promieniach słońca. Harry odwrócił głowę i napotkał nie mniej skrzące spojrzenie, w którym igrały niewypowiedziane słowa.

Pomyślał, że powinien powiedzieć Draco, że wie o eliksirze. Harry nienawidził kłamać. Jedenaście lat życia w kłamstwie, a potem krętactwa na temat Syriusza i przepowiedni skutecznie zniechęciły go do mijania się z prawdą.

Jednak nie mógł się na to zdobyć. Nie teraz. Teraz było za dobrze, by to psuć.

Bo było wspaniale. Harry dawno nie czuł się tak odprężony. Wcześniejsze obawy rozwiały się jak dym. On i Draco mieli więcej wspólnego, niż byli gotowi przyznać. Choć wydawało się to niemożliwe, dogadywali się świetnie. Harry pomyślał nawet, że jego marzenia nie są tak niemożliwe, jak do tej pory sądził.

Wracali w całkowitych ciemnościach. Opierali się o siebie i potykali na zaśnieżonej ścieżce. Byli upojeni.
Ale to nie alkohol uderzył im do głowy.

Pożegnali się w korytarzu przy schodach do lochów. Zamek był opustoszały i głuchy – ich szepty niosły się długo po tym, jak się rozstali.
– Dobranoc, Draco.
– Dobranoc, Harry.

Każdy poszedł w swoją stronę. Trudno stwierdzić, który miał lżejsze serce.
Live until we die

"- Potter, ty mała kupko gryfońskiej odwagi i ani krzty rozumu."
Anonimowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 8 gru 2017, o 11:38
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Anonimowa » 20 gru 2018, o 16:02

Rozdział Szósty
W którym Harry i Draco dekorują pierniczki

*** *** ***

Weekend znów skończył się o wiele za szybko i w poniedziałkowy poranek Harry wstał nieco rozkojarzony. Wziął prysznic i zszedł na śniadanie. Zdawało mu się, że jego życie ostatnio skondensowało się jedynie do jedzenia, picia i nauki. Ale w zasadzie robił to wszystko automatycznie. Myślami był wciąż gdzie indziej. Z kimś innym.

Nieco później wszedł zaspany do klasy Kultury Mugolskiej. Na stołach czekały na nich cukrowe pisaki i bakalie. Przy blatach stały też piekarniki gazowe.
– A to co za ustrojstwo? – Ron wziął do ręki wałek do ciasta.
– Dziś, moi drodzy, upieczemy pierniki, a następnie udekorujemy je mugolskimi przyrządami! – zawołała profesor Frost, gdy wszyscy zajęli miejsca. Przeszła po klasie i rozdała im książki kucharskie. Tłumaczyła też zastosowanie poszczególnych rzeczy nielicznym zainteresowanym.
– Hermiona nadal się wścieka – szepnął Ron, sięgając po czerwony pisak i obracając go w dłoni.
– Może byś ją przeprosił, co? Między nami mówiąc, zachowałeś się jak dupek.
– Przecież przeprosiłem.
– Jesteś pewien?
– No dobra, może zapomniałem. Przeproszę ją, obiecuję.
Harry wzruszył ramionami i zaczął przygotowywać składniki.

W połowie zajęć zapanowała dosyć luźna atmosfera. Uczniowie czekali, aż ich wypieki ostygną przed dekoracją. Chodzili więc po klasie, czytali gazety i rozmawiali półszeptem. Ron flirtował z Lavender. Hermiona siedziała i czytała książkę. Nikt nie siedział w fotelach pod oknami, które były otwarte na oścież. Goyle bowiem spalił swoje pierniki i zadymił całą klasę. Profesor Frost zabroniła używania Zaklęcia Rozpraszającego, więc musieli po prostu wywietrzyć pomieszczenie.
Mimo to w klasie unosił się zapach korzennych przypraw. Aromat świeżych wypieków wprawił wszystkich w prawdziwie świąteczny nastrój. Ktoś włączył stację radiową z kolędami.

Harry drgnął, gdy poczuł, że coś wspina mu się po nogawce spodni. Zerknął w dół i zobaczył złożony liścik, który dreptał na czterech rogach. Sięgnął po niego. Sprawdził, czy nikt nie patrzy w jego stronę i rozwinął pergamin.
Chwilę wpatrywał się w zielone litery, niedowierzając temu, co widzi.

Jak przygotowałeś swoje pierniki?
D.

Harry zerknął na stanowisko Ślizgonów. Draco stał plecami do niego. Wpatrywał się w boisko do quidditcha. Drżał z zimna, wpadającego przez otwarte okno.
Harry sięgnął po pióro i nakreślił szybko na odwrocie kartki:

Przepis ze strony 54.
H.


Odesłał kartkę zaklęciem. Splótł dłonie i oparł o nie brodę.
Jego życie ostatnio było naprawdę dziwaczne.
Kartka wróciła po chwili, nieco pomięta i zmęczona.

Nie pytam o przepis, tylko jak je zrobiłeś, cymbale. Trzeba to wszystko razem wymieszać i wrzucić do tej kuwety lodowej?
D.


Harry zachichotał. Złapał nową, większą kartkę. Zagryzł wargę i rozpisał przepis tak, by nawet Draco mu podołał. Na końcu dopisał z satysfakcją:

To jest KUCHENKA GAZOWA. Mógłbyś pojąć niektóre rzeczy, ignorancie. To się naprawdę niewiele różni od Eliksirów. Na Merlina, co byś zrobił, gdybyś miał do czynienia z elektrycznością? Chyba uciekłbyś z wrzaskiem.
H.


– Co ty tam kombinujesz? – Ron przystanął przy nim.
Całe szczęście Harry zdążył już odesłać kartkę. Przemknęła niezauważona między stołami i zniknęła przy stanowisku Draco. Harry odwrócił się do Rona z niewinną miną.
– To co, dekorujemy? – klasnął w dłonie i dotknął pierników.
Były już chłodne, nadawały się do pokrycia lukrem i udekorowania.

Tymczasem Frost chodziła po klasie i świergotała radośnie:
– Kochani, przemyślcie dokładnie sposób dekorowania swoich pierników. Mogą być doskonałym prezentem dla ukochanej osoby. Tak jak mówiłam, przez żołądek do serca. Zrobione własnoręcznie ciastka to najlepsze, co można podarować bliskim! Symbolizują ciepło, zaufanie i bezgraniczną miłość.
Harry pomyślał, że Frost mogłaby być jego babcią.

– Okey, jak to się obsługuje? – Ron sięgnął po mazaki, gdy nałożyli już lukier na pierniczki w kształcie serca.
Harry odkręcił tubkę i pokazał mu, jak rysować cukrowe szlaczki. Ron z zapałem zabrał się do pracy. Po chwili uśmiechał się zadowolony. Pokazał Harry’emu efekt swoich starań.
– Tu jest coś napisane? – Harry zerknął, próbując rozszyfrować kolorowe zawijasy na białym lukrze. – Eee… “Ppreprasam”?
– Zapomniałem zrobić “z”. – Ron klepnął się w czoło. – A to drugie “P” jest dla Frost. Dam jej do spróbowania jedno ciastko. Reszta jest mi potrzebna.

Zaniósł tacę do oceny, po czym podszedł do Hermiony. Harry zaśmiał się, widząc jej zmieszaną minę. W tym samym momencie poczuł łaskotanie w stopę. Schylił się i sięgnął po pergamin. Uśmiechając się jeszcze szerzej, rozprostował zmiętą kartkę.

Słyszałem o eklektyczności, nie jestem głupi. Wiem, że ma to jakiś związek z telawizją. To chyba jakiś rodzaj mugolskich omnikularów?
D.

Harry nakreślił odpowiedź i odesłał kartkę. Sięgnął po pierniczki i zaczął dekorować swoją partię.

Przeszło mu przez myśl, że być może ta sprawa z Draco rozwija się za szybko. Ale, na Merlina, nigdy w życiu nie czuł się tak dobrze!

No, oprócz świadomości, że Ron prawdopodobnie go zabije. Nie. Najpierw wyzionie ducha, a potem go zabije. Albo najpierw zabije Draco. W każdym razie na pewno ktoś zginie.

Harry wciąż też nie wiedział, dlaczego Draco pocałował go wtedy na błoniach.

Wspomnienie pocałunku sprawiało, że czuł dziwne pulsujące ciepło w klatce piersiowej. Uchwycił się tego jak spragniony wody.

– No, przeprosiny przyjęte. – Hermiona usiadła obok niego.
– W końcu – stwierdził z ulgą.
Ron wyszczerzył się w radosnym uśmiechu. Uchwycił spojrzenie Lavender i podbiegł do niej, a ona zaczęła karmić go swoimi piernikami. Harry jęknął.
– Straciliśmy go – powiedział pół żartem.
Hermiona spojrzała na podłogę.
– Coś wspina ci się po nodze.
Harry zerknął w dół spanikowany. Złapał papier, zgniótł go w dłoni i schował do kieszeni. Miał nadzieję, że się nie zarumienił. Hermiona coś zauważyła? Nie, wpatrywała się w jego pierniki. Jej twarz wyrażała coś na kształt zdziwienia i rozbawienia jednocześnie.
– Harry… Dlaczego wszystkie twoje pierniki są udekorowane zieloną literą D?

Spojrzał w kierunku swoich ciastek. Przerażony uświadomił sobie, że Hermiona nie żartuje. Jak… Jak to się stało?!

Złapał ciastka i pokruszył je, niszcząc dowody swojej zbrodni. Wyrzucił okruchy do kosza. Sięgnął po kolejną partię i zaczął dekorację od nowa. Zacisnął zęby tak mocno, że miał wrażenie, że połamie sobie szczękę.

W tym momencie z drugiego końca sali usłyszał jazgotliwy głos Parkinson:
– Draco, co to za dekoracja? Dlaczego twoje pierniki są złote i jest na nich napisane…
– Zamkniesz się kiedyś, idiotko? – warknął Draco.
Na jego blade policzki wypłynął rumieniec. Sięgnął po pierniki i przesunął je w stronę Goyla. – Masz, możesz je zjeść.
– Mogę? Wszystkie? – Goyle wydawał się nie dowierzać we własne szczęście.
Draco odburknął, że tak, wszystkie. Nachmurzony zabrał się do robienia kolejnej dekoracji.

Hermiona wybuchnęła śmiechem.
– Co cię tak rozbawiło? – spytał Ron, wracając od Lavender.
– Hermiona ma specyficzne poczucie humoru – odparł Harry kwaśno.
– Och, Harry. – Hermiona spojrzała na stół Ślizgonów.
Goyle z zadowoleniem pożerał pierniki. Draco z zaciśniętymi ustami kończył pracę. Parkinson patrzyła na niego obrażona.
– Jestem po prostu pod wrażeniem, jak bardzo dokładnie przemyślałeś swoją dekorację.
– Hę? Przecież to tylko lukier i bakalie. – Ron zerknął na tacę z piernikami Harry’ego.
– Faceci. Jak dzieci – skwitowała Hermiona.

*** *** ***

W lochach panował przenikliwy chłód. Draco przysunął się bliżej kominka.
Czytał właśnie Kodeks Dziedziczenia. Był nudny jak flaki z olejem, ale Draco postanowił znaleźć jakieś wyjście ze swojej sytuacji. Spotkanie z prawnikiem w ostatni weekend w Hogsmeade dało mu pewne nadzieje.

Obok niego pojawiła się Pansy. Opadła na czarną, skórzaną sofę. Bawiła się włosami i patrzyła na Draco wyczekująco.
– Chcesz czegoś? – zapytał rozdrażniony.
– Widziałam, co robiłeś dzisiaj na lekcjach.
– Masz na myśli słuchanie profesorów, notowanie ich słów i skupianie się na nauce?
Draco podniósł wzrok znad tekstu. Chował prawnicze pismo w wypożyczonym z biblioteki podręczniku do Eliksirów. Harry wciąż nie oddał mu jego egzemplarza, a nowy miał dotrzeć dopiero po Nowym Roku.

Pansy przysunęła się bliżej. Skrzywił się, gdy poczuł mdły zapach jej perfum.
– Mam na myśli twoje żenujące zachowanie w stosunku do Harry’ego-Pieprzonego-Pottera, jak zwykłeś o nim mawiać. Czy to przezwisko jest już może nieaktualne? Powinnam raczej powiedzieć Harry-Marzysz-By-Go-Pieprzyć-Potter?

Draco zacisnął ręce na okładce podręcznika. Starał się zapanować nad przemożną chęcią, bo walnąć nim z całej siły w twarz Pansy. Spojrzał na lampy, zawieszone pod niskim sufitem. Pomiędzy żyrandolami rozpięte były zielone girlandy, z których zwisały srebrne bombki.
– Czego ty właściwie od niego chcesz?
Draco wzruszył ramionami, wciąż uparcie wpatrując się w podręcznik.
– Niczego.
– Coś dziwnego się z tobą dzieje, odkąd wróciłeś z domu. Na Merlina! – Wstała i spojrzała na niego z góry. – Rozumiem, że ci się podoba. Prawie każdy marzy o małym randez-vous z Pozłacanym Chłopcem Gryfiaków. Ale to co robisz, to już przesada. Ty jesteś dla niego… miły!
Zaśmiał się sztucznie.
– Na Merlina, słyszysz się Pansy? Jestem Malfoyem. My nie bywamy mili.
– Ale jesteś dla niego! Dlaczego?
Draco westchnął i zatrzasnął podręcznik. Zmarszczył nos, szukając odpowiednich słów.

Chciał jej powiedzieć, że nie widzi już potrzeby bycia dupkiem wobec Harry’ego. Nie potrafił już tego robić. Tak, jak było teraz – tego właśnie chciał. No, może chciał odrobinę więcej.
Mógł jej powiedzieć, że czasy i sytuacja się zmieniły. Nie chodzi o to, kto zdobędzie Puchar Domów, złapie znicz albo kogo Snape wywali z eliksirów.
Pragnął jej opowiedzieć o swoich wakacjach w Hogwarcie. Wyjaśnić, dlaczego nie pojedzie do domu na święta. Prawdopodobnie nieprędko zobaczy Malfoy Manor ustrojone w świąteczne ozdoby. Może nie zobaczy go już nigdy.
Marzył by przyznać, jak bardzo ucieszył się, widząc żywego Harry’ego we wrześniu. I że to wszystko ma też drugie dno. Że Draco nigdy nie czuł się tak dobrze. Nigdy nie był tak bardzo sobą.

– Poprawiam swoją karmę – odparł zamiast tego. Odłożył podręcznik i wstał.
Pansy patrzyła na niego niezadowolona.
– Trzymając się z Potterem? W jak bardzo popieprzonej rzeczywistości miałoby to sens?
Draco wzruszył ramionami.
– Myślę, że obecna jest w sam raz – odparł i wyszedł z Pokoju Wspólnego.

Chciał jak najszybciej uciec z lochów. Potrzebował powietrza. Wbiegł po schodach na drugie piętro i usiadł na parapecie.

Pansy drażniła go w tym roku. Pomiędzy nimi wyrósł mur – jego priorytety się zmieniły, jej niekoniecznie. Była wyraźnie zazdrosna o uwagę, której nie mógł jej już poświęcać. Wykorzystywała każdą okazję, by go dotknąć albo skomentować jego słowa. Draco przeszkadzał sposób, w jaki się do niego łasiła. Naiwny i przesiąknięty tym okropnym damsko-męskim napięciem, którego nie rozumiał.

Tak naprawdę Draco nie miał przyjaciół. Malfoyowie nie mieli przyjaciół. Liczyły się sojusze. Zyski, straty, układy. Drobne i fałszywe grzeczności. Tak zawsze mawiał ojciec.
Ale mówił też inne rzeczy, o których Draco już wiedział, że miały niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Obserwował szkolny dziedziniec. Grupa pierwszorocznych Krukonów urządziła sobie bitwę na śnieżki. Przyglądał się im i zazdrościł tej dziecięcej beztroski. Rozmasował skronie. Zaczynała go boleć głowa.
Może rzeczywiście niepotrzebnie pisał do Harry’ego? Nie powinien tego robić. Nie powinien mieć nadziei.

To było głupie i dziecinne. Beztroskie. Zupełnie jak bitwa na śnieżki. I – o ile dobrze pamiętał – sprawiło mu tyle samo frajdy.

Nie umiał tego racjonalnie wyjaśnić. Jego umysł żądał argumentów, logicznych dowodów, długich i drobiazgowych wywodów. Przecież nie mogli długo udawać, że nic się nie wydarzyło. Harry w końcu się dowie, że Draco nie był pod wpływem eliksiru. Bo wydawało się, że jeszcze nie wie. Zastanawiające. Granger mu nie powiedziała? Dlaczego?

A może…

Nie, to niemożliwe. Wtedy na pewno znalazłby go i rozszarpał na strzępy. Gryfoni i to ich pojęcie lojalności. Harry by mu tego nie wybaczył. Żądałby wyjaśnień. A wtedy Draco musiałby się przyznać. I to byłby koniec wszystkiego.

Zamyślony ruszył przed siebie, wciąż obserwując przez mijane okna grupkę dzieciaków na dziedzińcu.
A może przesadzał? Może jest jakieś inne wyjście?
W końcu Harry nie wydawał się wcale tak obrzydzony pocałunkiem. Draco miał nawet wrażenie, że… Że mu się podobało.

Zamknął oczy i bezwiednie dotknął dłonią ust.

Nagle z kimś się zderzył. Rozczochrane brązowe loki musnęły jego podbródek. Huk spadających książek poniósł się po pustym korytarzu.
– Co jest? Uważaj jak… – burknął, ale zamilkł w połowie zdania.
Granger patrzyła na niego zaskoczona. Draco rozejrzał się dookoła.
– Harry’ego tu nie ma – odparła spokojnie.
Draco poczuł, jak czerwieni się ze wstydu. Cholera! Dał się przyłapać na tak oczywistym odruchu. Zaczął zbierać podręczniki, starając się ukryć twarz przed Granger. Ułożył książki w stos i wcisnął jej do rąk.
Otworzyła szeroko usta i gapiła się na niego. Poczuł zniecierpliwienie.
– Co znowu?
– Malfoy, czy ty właśnie pozbierałeś moje książki? – spytała powoli, jakby bała się dźwięku tych słów. – I ani razu mnie nie przekląłeś?
– No i?
– Po prostu przez chwilę pomyślałam, że ktoś się w ciebie wielosokował. Nie wiedziałam, że postanowiłeś być miły, nawet jeśli Harry’ego nie ma w pobliżu.
– Chcesz o tym napisać do Proroka Codziennego?
– Och, tak lepiej. Już myślałam, że straciłeś swój cięty charakter i stałeś się… Puchonem.
– Jak śmiesz?! – krzyknął.
Granger roześmiała się i ruszyła w stronę Wieży Gryffindoru.

Absurdalność jego życia zaczynała działać mu na nerwy. Rozmasował skronie i przymknął oczy. Miał nadzieję, że gdy je otworzy obudzi się w swoim łóżku i świat znowu będzie taki jak kiedyś.

Chociaż nie, to było kłamstwo.
Live until we die

"- Potter, ty mała kupko gryfońskiej odwagi i ani krzty rozumu."
Anonimowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 8 gru 2017, o 11:38
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Anonimowa » 21 gru 2018, o 20:48

Rozdział Siódmy
W którym wszystko kręci się wokół Malfoya.

*** *** ***

Środa była bardzo dziwnym dniem.

– Czy mnie się wydaje, czy całe nasze życie kręci się ostatnio wokół Malfoya? – wybuchnęła Hermiona przy śniadaniu.
Ron właśnie po raz kolejny tłumaczył, że to Ślizgon dolał eliksiru miłosnego do jego barszczu. I nie zamierzał odpuścić.
– Nie chcesz, żeby go ukarano? Przecież to ty oberwałaś rykoszetem.
– Jakie to ma teraz znaczenie? Nie udowodnimy nikomu winy, chyba że przesłuchamy pół Hogwartu pod Veritaserum – odparła spokojnie Hermiona. Sięgnęła po dżem pomarańczowy. – Poza tym twoje teorie są wyssane z palca.
– Nieprawda! – żachnął się Ron, ale Hermiona kontynuowała:
– Po prostu nie możesz znieść myśli, że Malfoy przestał zachowywać się jak dupek i nie masz już z kim się droczyć na korytarzu. Za wszelką cenę starasz się udowodnić, że on coś kombinuje, bo ci się nudzi, Ronaldzie Weasley. Zamiast tworzyć knuta niewarte teorie, mógłbyś spędzić czas produktywnie.
– Masz na myśli zakuć się na śmierć?
– Nie można zakuć się na śmierć, Ron. Za to można się przejeść i dostać skrętu kiszek. – Hermiona zerknęła na jego talerz, wyładowany jajecznicą i kiełbaskami.
– Harry też podejrzewał Malfoya.
– Nieprawda – zawołał Harry.
– Mhm, Jach to błepłafda? – wybełkotał Ron z pełnymi ustami, za co zarobił pełne obrzydzenia spojrzenie Hermiony. – Sam mówiłeś, że Malfoy coś kombinuje.
Harry cmoknął zniecierpliwiony i przeczesał włosy. Zerknął przelotnie na stół Ślizgonów. Draco siedział samotnie, przeglądając poranne wydanie Proroka i sącząc powoli kawę. Musiał ją naprawdę lubić. Nie rozstawał się z nią ani na minutę.
– Ale na pewno nie dolał nam niczego do garnka. Ron, mówiłem ci tyle razy. Malfoya – musiał się pilnować, by użyć nazwiska; nie sądził, że będzie to tak trudne – tam nie było! Wyszedł wcześniej, jeszcze zanim Frost spróbowała twojego barszczu.
– Może wrócił? Może ma pelerynę niewidkę...
– Na Merlina! Skończmy to raz na zawsze! – krzyknęła Hermiona.

Złapała Rona za rękawy szat i pociągnęła przez Wielką Salę. Harry niechętnie poszedł za nimi. Nie chciał się w to mieszać. Lepiej, żeby unikał stawania między Ronem i Draco.
– Malfoy, mamy do ciebie pytanie – powiedziała Hermiona.
Ron patrzył na nią szeroko otwartymi oczami i gderał pod nosem:
– Zawsze wiedziałem, że w końcu zwariujesz od tej ilości nauki...
Draco zerknął na nich znad gazety. Zatrzymał spojrzenie na wijącym się jak w gorączce Ronie. Wykrzywił usta w wyrazie dezaprobaty dla podobnych widoków z rana.
– Słucham, Granger – odparł. Przysunął do ust kubek z kawą.
Harry zanotował w myślach, że była bez mleka.
– Czy dolałeś któremuś z nas eliksiru miłosnego do zupy na Kulturze Mugolskiej w poniedziałek?
Ron wybałuszył oczy jeszcze bardziej, choć Harry nie sądził, że mu się to uda. Draco przechylił głowę, jakby się nad czymś zastanawiał.
– Który poniedziałek masz na myśli? Ten teraz, czy jeszcze wcześniejszy?
– Ten tydzień temu. Mam ci to rozrysować?
– Ach, tamten poniedziałek. Przykro mi, Granger, ale właśnie wtedy byłem całkowicie spłukany, jeśli chodzi o eliksiry miłosne. Choćbym chciał, to nie miałbym wam czego dolać. Pomijam fakt, że uważam tego rodzaju żarty za godne pożałowania i całkowicie pozbawione polotu.
– Słyszałeś? – Hermiona zwróciła się do Rona, ale ten prychnął lekceważąco:
– Nie mów, że mu wierzysz!
– Mi to wystarczy. –Hermiona oparła ręce na biodrach.
Parkinson przysunęła się do nich zaciekawiona.
– No nie żartuj! Ty… Zakułaś się na śmierć, mówiłem ci! Śmierć zdrowego rozsądku! Harry, powiedz jej coś. – Ron szturchnął Harry’ego w bok.
– Co? Przecież od początku ci mówiłem, że to nie on.
Draco parsknął
– Na Merlina, ty też?! – wrzasnął Ron.

Teraz już wszyscy w Wielkiej Sali się na nich gapili. Ron nadal krzyczał:
– Tobie też nauka uszkodziła mózg? A mówiłem, nie chodź z nią do biblioteki, zaszkodzi ci…
– Weasley, czy mógłbyś drzeć się odrobinę ciszej? – Draco odłożył gazetę i rozmasował skronie. – Niekoniecznie lubię wrzaski i uwagę całego Hogwartu przed drugą kawą. Jeśli zamierzasz dostać ataku histerii i wyląduję na pierwszej stronie Proroka w stanie niecałkowicie-fotogenicznym, mój prawnik się z tobą skontaktuje.
– Idziemy. – Hermiona złapała Rona za rękaw i pociągnęła go w kierunku wyjścia z Wielkiej Sali. Za to on wciąż wykrzykiwał coś o Moodym, Eliksirze Wielosokowym i książkach, zjadających mózgi czytelników.
– Do widzenia. – Malfoy dał do zrozumienia, że uważa dyskusję za zakończoną.
– Mhm, do zobaczenia – rzucił Harry i podążył za przyjaciółmi.
– Muszę oddać ci honor – powiedziała Pansy, klaszcząc. – Nie doceniłam cię. Nie pomyślałam, że twoje dobre stosunki z Potterem to najprostsza droga do przyprawienia Wiewióra o zawał. Bravissimo, iście Malfoyowskie.

Ron był śmiertelnie obrażony. Całą drogę na Zaklęcia nie odezwał się ani słowem do Hermiony, kierując wszystkie pretensje w stronę Harry’ego.
– Nie wierzę, że dałeś się nabrać temu oślizgłemu dupkowi! Przecież to oczywiste, że kłamie!
Harry zastanawiał się, czy powinien powiedzieć Ronowi, co wydarzyło się między nim a Draco w ostatnich dniach. Z pominięciem pewnych szczegółów oczywiście. Ale Ron był tak wzburzony na samą myśl, że przyjaciele wzięli stronę Ślizgona, że Harry szybko porzucił ten pomysł.

Weszli do klasy i zajęli miejsca. Ron usiadł z dala od Harry’ego. Wciąż zaciskał pięści i zgrzytał zębami.
– Witajcie, witajcie! – zawołał profesor Flitwick. Uniósł różdżkę i rozesłał między uczniami świąteczne skarpety, w których coś brzęczało.
– Prezenty od profesorów, super sprawa! – zawołał Crabbe.
Wszyscy spojrzeli na niego z politowaniem. Flitwick zachichotał.
– Nie do końca, panie Crabbe. To tylko taki akcent, święta w końcu coraz bliżej. W każdym razie... – klasnął w dłonie – … jak zapewne wiecie, Hogwart opanowała prawdziwa plaga różnych mikstur miłosnych. Całe szczęście nie są to eliksiry o pełnej mocy, bo mielibyśmy tutaj nowy oddział Świętego Mungo – profesor zachichotał, a uczniowie spojrzeli na siebie zażenowani. – Czy wiecie, jak można obronić się przed działaniem tych mikstur?
Większość osób podniosła ręce. Flitwick wskazał Parkinson.
– Można użyć Eliksiru Nieumiłowanego, sir.
– Bardzo dobrze, pięć punktów dla Slytherinu. Czy znacie jeszcze jakiś inny sposób? Panna Granger?
– Można również zastosować klasyczną Mieszankę Odtruwającą Alice Brook. Jest to jednak bardzo nieprzyjemne i zajmuje dużo czasu. Przypomina nieco mugolskie płukanie żołądka.
– Brawo! Dziesięć punktów dla Gryffindoru. – Flitwick pokiwał głową z uznaniem. – Jest to jednak formuła lecznicza, stosowana w szpitalach. Wymaga dostępu do leków i wiedzy o stanie ogólnym pacjenta, więc nie będziemy się nią zajmować. A zatem zostaje Eliksir Nieumiłowany. Jakie są wady takiego rozwiązania? Pan Potter?
– Trzeba by go zawsze nosić przy sobie – powiedział Harry. Coś o tym wiedział.

Nagle poczuł, jak włoski na karku stają mu dęba. Zerknął krótko przez ramię i zauważył platynową czuprynę Malfoya. Odwrócił się i pochylił nad podręcznikiem. Nie mógł powstrzymać uśmiechu.

– Ach, to ogromna niedogodność… Jednak mamy na to radę! – Flitwick machnął różdżką i wszystkie podręczniki otworzyły się na stronie dwieście szóstej. – Zaklęcie Veritasenti! Pozwala oddzielić prawdziwe uczucia od tych, wywołanych działaniem eliksiru. Nie znosi całkowicie jego efektu, jednak niech was to nie zniechęci! Poprawnie rzucone, pozwala uświadomić ubezwłasnowolnionej osobie, że działa wbrew swojej woli i naturalnie przezwyciężyć ten stan. Podobnie jest z Imperiusem, gdy silna wola walki pomaga wyrwać się z więzów klątwy. Zaklęcie Veritasenti jest bardzo pomocne, gdy eliksir miłosny zadziała...
– Sir. – Hermiona podniosła rękę. – Czy to znaczy, że eliksir miłosny może w ogóle nie zadziałać?
Wydawała się wstrząśnięta, że mogła jeszcze czegoś nie wiedzieć w tym temacie.
– Och tak, kiedy ktoś jest szczerze i prawdziwie zakochany. Wtedy żaden eliksir miłosny na niego nie zadziała. Nic nie jest silniejsze od prawdziwej miłości. Pozwala ona w mgnieniu oka rozróżnić prawdziwe uczucie od złudzenia. Jednak dość trudno nosić przy sobie odpowiedni zapas miłości, prawda? – Flitwick mrugnął do nich, ale odpowiedziała mu pełna konsternacji cisza. – Wróćmy do zaklęcia Veritasenti… Poćwiczymy je na sobie wzajemnie. W skarpetkach są butelki ze zmodyfikowaną miksturą, która działa jedynie przez minutę. Nie bójcie się – dodał szybko, widząc ich przerażone spojrzenia. – Ten eliksir został specjalnie przygotowany w ten sposób, że będziecie całkowicie świadomi jego działania, natomiast odczujecie niewielki niepokój, który zniknie po rzuceniu zaklęcia. Podzielcie się w pary…

Zapanowało ogólne zamieszanie, gdy uczniowie zaczęli się rozdzielać. Ron podszedł do Lavender. Parvati wydawała się zirytowana faktem, że straciła partnerkę. Spojrzała na Harry’ego, ale wtedy Hermiona pociągnęła go za rękaw.
– Pomyślałam, że lepiej, jeśli twój partner będzie świadomy, że eliksiry miłosne nie robią na tobie wrażenia. Nikt nie będzie zaskoczony, jeśli moje zaklęcie zadziała za każdym razem.
Harry uśmiechnął się do niej z wdzięcznością.

Rozpoczęli ćwiczenia. Hermiona wypiła eliksir i Harry próbował odczarować ją zaklęciem. Udało mu się za drugim razem. Dziewczyna szybko wyjaśniła, co czuła po zażyciu eliksiru, żeby Harry mógł przekonująco udawać. Było to jednak zbędne. Pozostałe pary narobiły takiego zamieszania, że Flitwick w ogóle nie zwracał na nich uwagi.
– Panie Thomas, miał pan wziąć łyk eliksiru, a nie całą fiolkę – pouczał Deana, który zażenowany schował twarz w dłoniach, po tym jak wyznał Seamusowi, że lubi jego uszy.

Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy zajęcia się skończyły. To była jedna z najdziwniejszych i najbardziej żenujących lekcji w historii Hogwartu. Uczniowie opuszczali salę w większym niż zwykle pośpiechu. Nikt nie patrzył sobie w oczy.

Gdy wychodzili, Neville potknął się o skraj szaty i wpadł wprost na Rona. Ten poleciał do przodu i trącił Parkinson.
– ... przez to, że eliksiry na ciebie nie działają, będę musiała poćwiczyć sama... Uważaj, jak leziesz, Weasley!
Ron zmarszczył brwi. Zmierzył Malfoya i Parkinson podejrzliwym spojrzeniem.
– Niby czemu eliksiry na ciebie nie działają?
– Nie twoja sprawa, Weasley – warknął Malfoy. Nagle zauważył Harry’ego. Pobladł i zagryzł wargę.
– Jesteś pewnie tak gruboskórny, że nawet eliksir miłosny na ciebie nie działa – odciął się Ron.

Malfoy nie odpowiedział. Zacisnął ręce na torbie. Harry zastanawiał się, dlaczego Malfoy był taki spięty. Przecież nic się nie stało. Skąd ta wielka afera? I co z tego, że eliksiry na niego nie działają?

Aaa… No tak.

Hermiona podeszła do nich i położyła rękę na ramieniu Harry’ego.
– O co chodzi?
– Malfoy jest odporny na działanie eliksirów miłosnych – poinformował ją Ron. – Czy to nie oczywiste? Sam bierze Eliksir Nieumiłowany i dolewa…
– Na Merlina, Ron! – Harry w końcu nie wytrzymał. – Przecież przerabialiśmy to setki razy. Malfoy nikomu nic nie dolewa! Ja też noszę przy sobie eliksir.
– Co? Od kiedy?
– To długa historia...
– I nie pomyślałeś, żeby mi o tym powiedzieć? Świetnie. Widzę, że ostatnio bardziej ufasz Ślizgonom, niż przyjaciołom. W takim razie bawcie się dobrze! – Ron odwrócił się na pięcie i ruszył w dół korytarza.

Hermiona rzuciła pytające spojrzenie Harry’emu, ale ten tylko potrząsnął głową.
– Nie mam zamiaru się z nim droczyć – powiedział. Zerknął za siebie.

Draco zniknął. Harry zarzucił torbę na ramię i ruszył w kierunku, w którym odszedł. Hermiona i Parkinson spojrzały na siebie bezradnie.
– Faceci – rzuciła Ślizgonka.
– Jak dzieci – dodała Hermiona i podążyła za Ronem.

*** *** ***

Draco szedł do dormitorium. Nie miał już dzisiaj ochoty na lekcje, chciał po prostu pobyć sam. Zacisnął pięści w kieszeni.

Świetnie. Wszystko jest po prostu świetnie! Teraz Harry na pewno nie będzie chciał mieć z nim nic wspólnego. Głupi, durnowaty Weasley. Dlaczego wszystko popsuł? Draco już zdążył polubić swoją marną egzystencję, a teraz...

– Poczekaj!

Draco odwrócił się i zobaczył pędzącego w jego stronę Harry’ego. Miał dziwne déjà vu, gdy ten stanął przy nim zdyszany.

Tak, to była jego ulubiona część dnia. Harry Potter wylewający swoje żale, jak to został oszukany i w ogóle. Całe szczęście, że byli sami. Przynajmniej nie będzie żadnych świadków morderstwa, które na pewno zaraz się dokona.
– Mów co masz do powiedzenia, tylko szybko – warknął i oparł się plecami o kamienną ścianę. – Mam jeszcze trochę planów na dzisiejsze popołudnie i nie chcę, żeby czekały, bo Złoty Chłopiec Gryffindoru postanowił przeżyć załamanie nerwowe w mojej obecności. Od razu uprzedzam, że tyradę „wy przebrzydli, kłamliwi Ślizgoni” znam na pamięć, więc nie kłopocz się jej wygłaszaniem...
– Draco, ja wiedziałem, że tamten eliksir nie zadziałał.

Draco poruszył bezgłośnie ustami.
Tego się nie spodziewał.
Jego myśli zaczęły błądzić w nieznane, całkowicie urojone rejony. Był jednocześnie przerażony i zachwycony ich kierunkiem.

– Jak to wiedziałeś?
– Hermiona powiedziała mi następnego dnia.
– Chcesz powiedzieć, że wiedziałeś... Cały czas?!
– Tak.

Harry nie wydawał się zmieszany. Jakby nie robiło na nim wrażenia to, co właśnie powiedział. Jakby to nie zmieniało... no cóż, wszystkiego.

Draco spojrzał na niego z wyrazem absolutnego zdziwienia.

Skoro Harry wiedział, że Draco pocałował go świadom każdego swojego ruchu, to… Dlaczego? Na Merlina, dlaczego zachowywał się… tak?! Przez cały czas! Dlaczego nie rozszarpał Draco? Dlaczego nie przeklął go przy pierwszej okazji?

Od tych wszystkich pytań zakręciło mu się w głowie.

Harry podszedł bliżej. Tak blisko, że Draco poczuł jego zapach – orzeźwiający i żywiczny. Starał się patrzeć wszędzie, tylko nie w te błyszczące zielone oczy. Zrobiło mu się gorąco. Jakoś ciężko mu się oddychało.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś?! – spytał w końcu.
– No wiesz, akurat ty nie powinieneś mi robić takich wyrzutów.
– Wytłumacz mi coś. – Draco starał się grać na zwłokę. Potrzebował czasu, by zacząć myśleć. Harry stał za blisko. Może powinien go odsunąć? Nie, tak naprawdę tego nie chciał. O czym to on mówił? – Wiedziałeś, że cię oszukałem, a mimo to mi zaufałeś?
– No... Tak.
– Dlaczego?
– A dlaczego nie?
To była tak głupia odpowiedź, że Draco się roześmiał.
– Gryfoni, wy naprawdę nie macie ani krzty rozumu.
– Być może. – Harry kiwnął głową. – Ale za to robimy to, co uważamy za słuszne.
– Więc uznałeś za słuszne udawać, że nie wiesz? Dlaczego?
Teraz była kolej Harry’ego, by się zmieszać. Odsunął się o kilka cali – Draco resztkami sił powstrzymał się, by nie przyciągnąć go z powrotem.
– Po prostu tego chciałem, okey? Bałem się, że… Że to wszystko skomplikuje. To znaczy, skomplikuje jeszcze bardziej. A przecież… Chyba nie było źle. Prawda?
Draco westchnął w duchu. Na Merlina, oczywiście, że nie.
– Ale teraz ja wiem, że ty wiesz. To… zmienia niektóre rzeczy.
– Nie dla mnie – powiedział szybko Harry.

Draco był bliski szaleństwa. Słowa Harry’ego nie oznaczały nic, a tak naprawdę oznaczały dla niego wszystko. Trudno było mu uwierzyć we własne szczęście. Takie rzeczy przydarzały się innym ludziom, nie jemu.
Jakie było prawdopodobieństwo, że Harry nie żartuje? Prawdopodobnie takie, jak to, że Draco rano obudzi się jako Puchon.
Chciałby, żeby mu to wystarczyło - ale tak nie było. Przepadł w momencie, gdy myśl, że Harry może czuć to samo, pojawiła się w jego głowie. Teraz pragnął tylko tego. Zawsze pragnął tylko tego.

Stali naprzeciw siebie i oddychali ciężko. Powietrze było gęste i raziło prądem. Draco przeczesał nerwowo włosy, próbując ukryć zmieszanie. Był pewien, że gdyby spojrzał teraz w oczy Harry’ego, zobaczyłby to samo pragnienie, które czuł we własnych żyłach.
– Co... Czego ty właściwie ode mnie chcesz? – zapytał drżącym głosem.
Harry wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Chcę spróbować... tego.

Na Merlina, byli beznadziejni w takich rozmowach.

– To znaczy?
– Chcę cię poznać – powiedział cicho Harry. Podszedł bliżej i oparł dłonie o ścianę. – Chcę, żebyś ty poznał mnie. A potem… Nie wiem. Niech będzie, co ma być. Ale nie chcę myśleć, że nie spróbowałem.

Jego ręka ześlizgnęła się ze ściany. Na chwilę zatrzymała się na ramieniu Draco, a potem opadła niżej. Koniuszki ich palców się zetknęły. Draco usilnie starał się nie myśleć o tym, że stoi na korytarzu i trzyma za ręce z Harrym Potterem.

– Słuchaj, nie jestem dobry w gierki. – Harry złapał mocno jego dłoń. - Nigdy nie byłem. Zrobiłem to wszystko, bo chciałem. Poprosiłeś, bym ci zaufał.
– Wydaje mi się, że miałem na myśli coś innego. Wyraźnie nadinterpretujesz moje słowa.
– A ja sądzę, że miałeś na myśli dokładnie to. Żebym ci zaufał. Więc to zrobiłem. Czy tobie to przeszkadza? Draco, jeśli nie chcesz tego robić, to powiedz. Po prostu mi powiedz i zapomnijmy o sprawie.

Ale Draco nic nie powiedział.
Pomyślał, jakby to było, gdyby pocałował teraz Harry’ego.
Wyobraził sobie, że Harry smakuje dokładnie tak, jak zapamiętał. Jego ciało jest ciepłe i pachnie lasem.
Senne marzenia przerwał dźwięk dzwonka.

Draco z trudem odsunął się od Harry’ego. Stracił poczucie czasu - to dzwonek na lekcje czy przerwę?
Harry zerknął na zegarek.
– Cholera, spóźnię się na zajęcia. – Poprawił torbę na ramieniu i obdarzył Draco nieodgadnionym spojrzeniem. – Pogadamy później? Wyjaśnijmy sobie wszystko.
– Czy ja wyglądam jak nastolatka, która marzy o tym, by spędzić noc na rozkosznych pogaduchach? – prychnął Draco. Poprawił mankiety koszuli. Był nieco rozkojarzony. Wciąż nie otrząsnął się ze swoich marzeń.
Harry zmierzył go spojrzeniem.
– Jeśli mam być szczery...
– Nie kończ, jeśli ci życie miłe.
– Okey, tylko bez gróźb i rękoczynów. Dzisiaj nie mogę, ale… Może jutro wieczorem?
– Jutro jest bal – przypomniał mu Draco.
– Och. Zapomniałem. – Harry wydawał się rozczarowany. – Z kim idziesz?
Draco spojrzał na niego i uśmiechnął się półgębkiem - choć miał ochotę krzyczeć z radości. Był pewien, że to, co zobaczył na twarzy Harry’ego było czystą, wściekłą zazdrością.
– Nie idę – powiedział z udawaną nonszalancją.
– Och. Ja też nie. To może spotkamy się przy portrecie Fryderyka Mściwego. Wiesz, gdzie? Powiedzmy... O dwudziestej?
– Wątpię, by szlajanie się po zamku w trakcie balu było dozwolone.
Harry uśmiechnął się krzywo.
– Od kiedy Ślizgoni przestrzegają zasad?

Draco prychnął z rozbawienia. Harry podszedł do niego i złapał za rękę. Ścisnął mocno jego dłoń. Jakby dawał mu znak. Czy dawał mu znak? Draco miał nadzieję, że tak.
To byłoby o wiele więcej, niż w ogóle miał czelność prosić.
– To do zobaczenia jutro?
– Tak. Do zobaczenia.

Harry odwrócił się na pięcie i pobiegł w górę korytarza. Zniknął dokładnie w momencie, gdy zza zakrętu do lochów wyszła Pansy.
– Och, tu jesteś! – zawołała na widok Draco. – Dlaczego masz minę, jakbyś właśnie odziedziczył Hogwart?
Live until we die

"- Potter, ty mała kupko gryfońskiej odwagi i ani krzty rozumu."
Anonimowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 8 gru 2017, o 11:38
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Anonimowa » 22 gru 2018, o 14:49

Rozdział Ósmy
W którym widać morze.

*** *** ***

Według Harry’ego, jedyną dobrą stroną Balu Bożonarodzeniowego był przedłużony weekend. W czwartek zajęcia kończyły się w południe, by uczniowie mieli czas się przygotować. W piątek po balu lekcje były odwołane, więc czekały ich trzy dni laby. Hermiona była oburzona. Zapowiedziała, że cały weekend spędzą w bibliotece, nadrabiając materiał. Harry wiedział, że mówiąc “my”, miała na myśli też jego.

Po wcześniejszym obiedzie w Wieży Gryffindoru zapanował prawdziwy szał. Dziewczyny biegały po Pokoju Wspólnym, szukając rajstop, butów, wsuwek i kolczyków. Co chwila wybuchały kłótnie o łazienki. W końcu Hermiona przetransmutowała kilka kanap w toaletki z lustrami. Nawet jej zaczynał udzielać się nerwowy nastrój. Ciągle poprawiała kok i przeglądała się w każdym oknie.

Harry stwierdził, że to miła odmiana. W końcu wszyscy inni zwariowali, a on był tym normalnym.

Siedział w dormitorium, zmęczony zamieszaniem w salonie. Ale nawet tu nie miał spokoju – współlokatorzy co chwila pytali go, czy widział ich muszki, spinki do mankietów albo bukieciki kwiatów dla partnerek.
– Gdzie jest pasta do butów? – zawołał spanikowany Dean.
– Na Merlina, Dean, jesteś czarodziejem. – Harry machnął różdżką i wypowiedział zaklęcie pastujące. – Hej, a ty co robisz? – zapytał, widząc Rona w jego starej, paskudnej szacie wyjściowej. – Przecież mówiłem ci, żebyś wziął moją.
– Słyszałeś coś, Dean? Bo ja nie.
– Harry ma rację. Ron, nie rób tego Lavender. – Seamus popatrzył z rozbawieniem na Rona.

Harry wstał z łóżka i otworzył kufer. Wyciągnął swoją szatę, wyczyścił zaklęciem i rzucił ją w stronę Rona.
– Ja zrobiłem swoje. Reszta zależy od ciebie.

Zaciągnął kotary dookoła łóżka i rzucił zaklęcie wyciszające. Sięgnął pod poduszkę i wyciągnął podręcznik do Eliksirów. Leżał chwilę, czytając notatki Draco. Zabawne, dzięki jego uwagom Eliksiry wydawały się nawet w porządku.
W końcu stwierdził, że minęło wystarczająco dużo czasu i Wieża powinna być już pusta. Rozsunął kotary. Zauważył starą szatę Rona na podłodze. Uśmiechnął się pod nosem. Miał nadzieję, że Lavender poprawi Ronowi nastrój na balu. Miał już dość jego naburmuszonej miny.

Ale gdy zszedł do pokoju Wspólnego, Ron na niego czekał.
– Gdzie Lavender? – zapytał Harry, rozglądając się.
Byli sami. Pokój Wspólny tonął w bałaganie po przygotowaniach. Wszędzie walały się wstążki, buty nie do pary, wałki i grzebienie. W powietrzu unosiła się mdląca mieszanka lakieru do włosów i perfum. Harry zakaszlał i spróbował Zaklęcia Rozpraszającego. Nie pomogło.
– Zaraz do niej pójdę. Chciałem najpierw z tobą porozmawiać. Chyba musisz mi coś wyjaśnić. Dlaczego nosisz przy sobie Eliksir Nieumiłowany?
Harry usiadł przy stole. W końcu westchnął i opowiedział, co wydarzyło się w ciągu ostatnich tygodni. Pominął sprawy między nim a Draco. Wiedział, że Ron tego nie zrozumie. Z jednej strony było mu przykro. Ale gdy tylko przypomniał sobie pocałunek Lavender i Rona w Trzech Miotłach… Cholera. Chciał mieć coś dla siebie. Swój mały, prywatny sekret.

Ron słuchał go uważnie i starał się nie przerywać. Wyraz jego twarzy zmieniał się na przestrzeni tej opowieści – od niedowierzania, przez obrzydzenie, po całkowicie poważną minę. Harry’emu chciało się śmiać. Ron wyglądał, jakby próbował rozwikłać jakiś dylemat moralny.
Gdy skończył, Ron siedział i w milczeniu kiwał głową.
– Okey. Teraz rozumiem.
Harry odetchnął z ulgą. Nie było tak źle. Czego się bał? Doszedł do wniosku, że niepotrzebnie wyolbrzymiał swoje obawy. W końcu Ron był jego przyjacielem. Dlaczego miałby robić jakieś problemy w związku z tą sytuacją?
– Teraz rozumiem, jak udało mu się ciebie omotać. Przebiegła glista. Wiedział, że musi uderzyć w twoje czułe punkty. No, ale już niedługo będzie po wszystkim, nie martw się.
– Na Merlina, Ron, o czym ty pleciesz?

Harry poczuł przypływ strachu. Czy powiedział coś, co Ron mógłby opacznie zrozumieć? Przecież opowiedział wszystko dokładnie: Lisa otruła Harry’ego, a Malfoy go uratował; potem próbowała otruć Malfoya i Harry uratował jego; do tego Ślizgon był po ich stronie, więc Harry postanowił odpuścić sobie lata wrogości.
Proste i logiczne.
Najwyraźniej jednak było takie tylko w głowie Harry’ego.

– Malfoy niedługo się odczepi. Już ja o to zadbam.
– Co ty kombinujesz? Błagam cię, powiedz, że nic nie kombinujesz.
– Nie martw się, Harry. Od czego się ma przyjaciół, nie? A teraz spadam, Lavender pewnie jest wściekła, że tak długo mnie nie ma. Cześć!
Ron wyszedł z Pokoju Wspólnego. Harry siedział na kanapie i próbował zrozumieć, jakim cudem przyjaciel może być tak ślepy. I co on wymyślił? Powiedział mu, żeby się nie martwił. Cóż, marny trud. Harry jeszcze nigdy nie martwił się tak bardzo.

Zegar nad kominkiem wybił dziewiętnastą. Harry podskoczył. Rozmowa z Ronem trochę się przeciągnęła, a musiał przecież przygotować się przed randką.
Zarumienił się do własnych myśli. Przecież to nie była randka. Po prostu spotka się z Draco i wyjaśnią sobie wszystko. Ale nie zaszkodzi przy tym dobrze wyglądać, prawda?

Wziął długi prysznic, podczas którego zaparował całą łazienkę. Gdy wychodził, niemal poślizgnął się na mydle.
– Szelmowskie plany na wieczór, seksowna bestio? – spytało lustro, gdy próbował ułożyć swoje rozczochrane włosy. Harry tak się zawstydził własnego odbicia, że wybiegł z łazienki. Trudno, pójdzie z szopą na głowie. Zresztą, dlaczego tak się tym przejmuje?!
Zaczął grzebać w kufrze, tylko po to, by z przerażeniem stwierdzić, że oprócz dżinsów i kilku swetrów nic tam nie ma. Draco miał rację – Harry powinien zaopatrzyć się w kilka koszul przy następnej wizycie w Londynie.

Wyprostował się i zagryzł wargi.
– Zachowuję się jak zbzikowana nastolatka – powiedział głośno.
– Wyuzdana, zbzikowana nastolatka! – odkrzyknęło lustro z łazienki. Harry zatrzasnął drzwi do sypialni.
Sapnął z rezygnacją. Zresztą - od kiedy obchodzi go, jak wygląda? Jakoś nie miało to znaczenia przez ostatnie siedemnaście lat jego życia.
W końcu założył po prostu czarne dżinsy, zwykłą, białą koszulę szkolną i bordowy sweter. Zapiął pasek zegarka na nadgarstku. Jeszcze raz przeczesał włosy – odruch pozbawiony sensu.

Szedł w stronę portretu Fryderyka Mściwego z duszą na ramieniu. A jeśli Draco nie przyjdzie? Nie odpowiedział mu wtedy, czy chce to kontynuować. Może nie chciał? Była taka możliwość…

Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył Ślizgona w korytarzu.

– Cześć – rzucił, podchodząc do niego.
Draco uśmiechnął się i przeczesał włosy.
– Cześć, Harry. Gdzie twój dres? – spytał, taksując go wzrokiem.
– Gdzie twój strój prawnika? – odciął się Harry.
Draco też miał na sobie dżinsy, ale zamiast koszuli założył zwykły, czarny sweter. Harry patrzył na jego długą szyję i wyraźnie zarysowaną grdykę. Pomyślał, że Draco jest zdecydowanie za chudy – kości obojczyków odznaczały się mocno pod bladą skórą.
– On cię obraził! – wrzasnął Fryderyk Mściwy, wymachując mieczem. – Zabij go, zabij!
– Chodźmy stąd, ten facet mnie przeraża – powiedział Draco i ruszył przed siebie. – Co ci wpadło do głowy, żeby się tu spotkać?
– Nie wiem… Wcześniej to miejsce kojarzyło mi się raczej dobrze.
– Wracaj tu, przebrzydły tchórzu! Zmierz się ze mną, jeśli masz odwagę! – Portret wrzeszczał tak głośno, że słyszeli go nawet po przejściu na wyższe piętro.
– Idziemy do Pokoju Życzeń? – zapytał Harry.
– Nie, znam dużo lepsze miejsce.

Szli przez pusty zamek w milczeniu. Echo ich kroków wypełniało głuchą ciszę. Mijali kolejne korytarze i zaułki. Kilka razy musieli skorzystać z ruchomych schodów. Postacie z mijanych obrazów patrzyły na nich znudzone. Tylko jedna pastereczka zachichotała i zarumieniła się na widok Draco.
Harry wcale się jej nie dziwił.

Nigdy wcześniej nie zwrócił uwagi, jak pewnym krokiem chodzi Ślizgon. Zauważył to dopiero teraz, gdy szedł za nim w milczeniu. Ponieważ Draco był wysoki – a przynajmniej wyższy od Harry’ego – i zawsze wyprostowany, roztaczał wokół siebie szczególną aurę. Trudno było nie podziwiać jego szczupłej sylwetki.
Harry potrząsnął głową. Nie powinien o tym myśleć. To niczego nie ułatwia.

Zatrzymał się, gdy zobaczył, dokąd zmierzają.
– Nie chcę iść na Wieżę Astronomiczną – powiedział stanowczo. Tłum gruchających par, podchmielonych ponczem z balu to ostatnie, na co miał ochotę.
Draco odwrócił się i uśmiechnął uspokajająco.
– Myślisz, że poszedłbym z tobą w takie miejsce? Miej we mnie trochę wiary.
Harry drgnął zaskoczony. Słowa Draco wydały mu się dziwne.

Mimo to ruszył za nim i zaczął wspinać się po krętych schodach w wąskiej wieży. Drogę oświetlał sobie różdżką.
– Z Wieży Astronomicznej najlepiej widać gwiazdy – powiedział Draco, nie oglądając się na Harry’ego. – To najwyższa wieża Hogwartu i jest skierowana na północny wschód, gdzie nie ma gór, które mogłyby zasłonić konstelacje. Wiedziałeś, że jest źle skonstruowana? Naprężenia pomiędzy kamieniami są za duże i całość musi być wzmacniana zaklęciami. Nie pomagają też tłumy zakochanych, przewalające się tam prawie codziennie. W każde wakacje nauczyciele odnawiają więc podpory, by wieża nie osiadła za głęboko w ziemię i nie przechyliła się na bok.
– Skąd wiesz to wszystko?
– Snape mi powiedział. I widziałem wzmacnianie w te wakacje.
Harry odetchnął z ulgą. Już się bał, że nieświadomie znów zaprzyjaźnia się z fanatykiem “Historii Hogwartu”. Swoją drogą – Hermiona i Draco mieliby o czym rozmawiać. Musi ich kiedyś do tego namówić.
Zaraz jednak zrozumiał sens słów Ślizgona.
– Spędziłeś wakacje w Hogwarcie?
Ale Draco nie odpowiedział. Zamiast tego zatrzymał się przy małych drzwiach. Światło z różdżki rozświetlało mu twarz – wydawała się niemal biała.
– Oprócz Wieży Astronomicznej jest jeszcze jedna wysoka wieża. To Południowa Strażnica. Kiedyś służyła za punkt obserwacyjny. Zaraz sam zobaczysz, dlaczego.
Popchnął drzwiczki i przepuścił go przodem.

Harry wyszedł na taras widokowy wieży. To, co zobaczył, zaparło mu dech w piersiach. Draco wszedł za nim i machnął różdżką, tworząc dookoła tarasu bańkę. Dzięki temu nie marzli od porywistego wiatru, a na głowy nie padał im śnieg, prószący z szarych chmur.

Za plecami mieli mury Hogwartu – Południowa Strażnica wznosiła się nieco z boku zamku, więc było z niej widać dziedziniec i rozświetlone świecami korytarze. Szkoła była skąpana w miękkim, pomarańczowym świetle, a efektu dopełniały setki świetlnych girland, zawieszonych na murach i w oknach. Wyglądało to, jakby Hogwart był miejscem narodzin światła i Harry pomyślał, że dokładnie tak mogło być.

W Wielkiej Sali bal trwał w najlepsze – słychać było muzykę, a za oknami przesuwały się cienie tańczących ludzi. Ale Harry nie zwrócił na to uwagi. Zapomniał o balu, rozmowie z Ronem, zapomniał o wszystkim. Spojrzał przed siebie i zobaczył pokryte śniegiem, rozdzierające niebo góry i popędzane wiatrem gęste, nisko zawieszone kłęby chmur. A daleko, za kilkoma blado rozświetlonymi wioskami, zobaczył morze.

Harry nigdy nie był nad morzem. Nie wiedział, że Hogwart leży tak blisko brzegu – inaczej już dawno wybrałby się tam, by podziwiać bezkresną przestrzeń wody. Teraz więc oparł się o barierkę i wpatrywał zachłannie w migoczącą na horyzoncie wstęgę. Księżyc był w pełni i rozświetlał ciemny krajobraz. Harry nawet stąd widział wielkie, białe bałwany piany, gdy woda uderzała gwałtownie w skaliste wybrzeże. Zaciągnął się głęboko – miał wrażenie, że dociera do niego słony posmak morza, zapach lodowatej wody i wilgotnego piasku.

Poczuł też inny zapach. Ten, który tak dobrze znał i który doprowadzał go na skraj szaleństwa.

Draco stanął obok i nakrył jego dłoń swoją.

Stali tak w milczeniu, zachwycając się surowym krajobrazem. Z Wielkiej Sali dobiegała ich muzyka, powolna i nastrojowa.
– To walc świąteczny – powiedział Draco. – Tańczy się go przed głównym daniem.
Jego głos zabrzmiał tak głęboko w przejmującej ciszy, że Harry zadrżał.

Draco wyciągnął z kieszeni małe zawiniątko i Harry rozpoznał Bezdenny Woreczek. Przeklął się w myślach, gdy na kamiennej podłodze pojawiło się kilka koców i poduszek, a także cała góra ciastek i kilka butelek piwa. Mógł coś przygotować… Ale skąd miał wiedzieć, że tak to będzie wyglądać?
Pomijając fakt, że cały czas miał nadzieję, że to będzie wyglądać właśnie tak.

– Czemu nie chciałeś iść na bal? – zapytał, siadając obok Draco. Starał się nie zwracać uwagi na to, że stykali się ramionami. Wziął butelkę z piwem kremowym i pociągnął długi łyk.
– Mam dość bali na jakiś czas.
– Mmm, ja też nie lubię tańczyć.
– Źle mnie zrozumiałeś. Uwielbiam tańczyć. Co więcej, w przeciwieństwie do większości ludzi, umiem to robić. Po prostu… Bywałem na balach tu i tam. Nic ciekawego.

Harry nagle się speszył. Dotarło do niego, jak niewiele wiedział o Draco. Czego jeszcze nie lubił? Co sprawiało mu przyjemność? Jak wyglądało jego dzieciństwo?
Zaczął trochę panikować. Powinien o to zapytać? Ale czy wtedy nie wyjdzie na ciekawskiego i nachalnego?
Draco stuknął butelką w jego butelkę. Harry spojrzał na niego i odetchnął.

Spokojnie. Miał całe życie na poznanie Draco.

O ile Draco tego chciał. No właśnie. O tym mieli rozmawiać. Harry chrząknął i przeczesał włosy.
– Draco? Nie odpowiedziałeś mi wtedy na pytanie. Czy…
– Przykładasz dużą wagę do tradycji świątecznych?
Harry zmarszczył brwi zaskoczony. Wyglądało na to, że Draco próbuje uniknąć rozmowy na ten temat. Ale dlaczego?
Zrobiło mu się zimno, mimo ogrzewającej ich bańki.
Nie powinni tego odwlekać, mogli od razu porozmawiać. Byłoby po sprawie. A teraz... Harry nie wiedział, jak zareaguje, jeśli Draco powie, że to był błąd i pora odwołać całą tą maskaradę. Zdążył już przyzwyczaić się do myśli, że obaj chcieli tego samego. Niepotrzebnie robił sobie nadzieję. Niepotrzebnie pozwalał sobie na to uczucie.
– Nie za dobrze znam tradycje świąteczne – powiedział z ociąganiem. – Nie obchodziłem świąt przed trafieniem do Hogwartu.
– Och. – Draco wydawał się wstrząśnięty. Mimo wszystko kontynuował: – Ale jakieś zwyczaje chyba znasz?
– No tak. Prezenty, choinki, kolędy, jemioła, skarpety...
– Jemioła... To bardzo głupi zwyczaj, nie uważasz?
Harry wzruszył ramionami. Zaczynało mu się robić niedobrze z nerwów. Czy Draco próbuje uśpić jego czujność? Pogawędzi z nim chwilę dla rozluźnienia, a potem każe mu spadać?
– Czy ja wiem. To tylko zwyczaj. Nie można nikogo do niczego zmusić. Przecież nic się nie stanie, jak odmówisz, więc jeśli nie chcesz tego robić, to po prostu powiedz.
Spojrzał wyzywająco na Draco i drgnął zaskoczony. Ślizgon się uśmiechał – a był to jeden z jego najbardziej szelmowskich uśmiechów, jakie Harry znał – i patrzył w górę.
Harry zerknął w tym kierunku.

Nad ich głowami wisiała niewielka jemioła.

I zanim zdążył powiedzieć chociaż słowo, Draco odstawił na bok butelki, nachylił się nad nim, złapał jego brodę w dłoń, uniósł ją lekko i pocałował go.
Harry zamknął oczy. Czuł ciepłe usta Draco na swoich. Dłoń głaszczącą jego policzek. Znajomy, odurzający zapach mięty i cytryny. Trwał nieruchomo, bojąc się, że jeśli poruszy choćby koniuszkiem palca, to wszystko okaże się snem.

Ale pocałunek wciąż trwał i Harry nie mógł się już dłużej opierać. Poczuł nagłe szarpnięcie w środku, jakby zerwały się niewidzialne więzy jego rozsądku i strachu. Jęknął i naparł na Draco, przewracając go na ziemię. Nachylił się nad nim i zaczął całować – dziko i zachłannie, jakby każda sekunda była na wagę złota. Miał wrażenie, że oszaleje, jeśli nie pozna każdego cala bladej skóry, nie dotknie każdej krzywizny tego ciała.
Draco wzdychał głośno, głaskał plecy Harry’ego, wplatał dłonie w jego włosy, oddawał pocałunki i to było najlepsze, co Harry’emu się w życiu przytrafiło.

Był świadomy każdego swojego ruchu, każdego dotyku, pocałunku. A jednocześnie wydawało mu się, że odpłynął daleko od tego miejsca. Pojedyncze wrażenia zlały się ze sobą, tworząc długą wstęgę westchnień. Czas skurczył się i wydłużył jednocześnie, stając się jasną plamą, która żarzyła się w umyśle Harry’ego jedną myślą:
To się dzieje naprawdę.

– Mam nadzieję, że to cię ostatecznie przekonało – powiedział Draco, gdy leżeli potem na rozłożonym kocu, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo i popijali piwo. Ślizgon wyczarował małe płomyczki, które dawały przyjemne światło.
– Muszę przyznać, że masz dar przekonywania.
– Uważaj, bo następnym razem mogę namówić cię do czegoś bardziej skandalicznego. Moglibyśmy na przykład poprzestawiać książki w bibliotece. Pince dostałaby zawału.
– Jesteś wcieleniem zła.

Harry leżał z głową na kolanach Draco. Zupełnie jak wtedy na kursie aportacji. Z tym, że chwilowo nic go nie bolało i nie był rozszczepiony. A przynajmniej nie w fizycznym sensie, bo tak naprawdę czuł, jakby opuścił swoje ciało i dryfował w przestworzach.

Jak to się stało? Jakim cudem znalazł się na tej wieży i może cieszyć się widokiem Draco na tle migoczących gwiazd?
Harry nie wierzył, że może czuć się tak po prostu szczęśliwy.

Obserwował szczupłą twarz Draco. Starał się zapamiętać każdy szczegół - niemal niewidoczne piegi dookoła prostego nosa; szare oczy, otoczone jasnymi, rzadkimi rzęsami; brwi, zazwyczaj wygięte w szyderczy łuk, teraz proste i gładkie, gdy Draco siedział i pokazywał mu różne konstelacje na niebie.
A przede wszystkim starał się zapamiętać to uczucie, rozpierające go od środka. Wrażenie, że wszystko jest tak, jak być powinno.

Z Wielkiej Sali dobiegł ich zwielokrotniony głos Dumbledore’a:
– A teraz panie proszą panów.
– Co się stało? – zapytał Harry, gdy Draco wybuchnął śmiechem i sięgnął po piwo.
– Pomyślałem o tej wariatce, Lisie. Chciałbym zobaczyć jej minę, gdyby się dowiedziała, że obiekty jej westchnień spędzają ten wieczór razem. W zasadzie wyświadczyła nam przysługę. Chyba wyślę jej czekoladki.
– Nie zapomnij o kropli arszeniku dla podkreślenia smaku.
– No proszę, spędziłeś ze mną jeden wieczór i już myślisz jak Ślizgon.
– Nie schlebiaj sobie, zawsze miałem te cechy. Na początku Tiara chciała przydzielić mnie do Slytherinu.
Draco zakrztusił się piwem.
– Raczysz żartować.
– Nie. Poprosiłem, by tego nie robiła, dlatego trafiłem do Gryffindoru. Nigdy nikomu o tym nie mówiłem.
– Nie dziwię się! Odrzucić możliwość trafienia do Slytherinu… Chociaż może to i lepiej, nie poradziłbyś sobie w lochach. Za bardzo ufasz ludziom.
– Mówisz tak, bo wtedy nie miałbyś szans być Szukającym w drużynie. I straciłbyś pozycję najważniejszego Ślizgona w zamku.
– Polemizowałbym. Wybacz, ale nazwisko Potter nie jest zbyt popularne w lochach. Za to Malfoy to synonim władzy.
– Czy to nie jest odrobinę cyniczne? Skąd wiesz, że ludzie trzymają się blisko dla ciebie, a nie twojego nazwiska?

Draco zaśmiał się, ale w jego śmiechu nie było ani odrobiny radości. Harry podniósł się i usiadł naprzeciw niego. Od razu pożałował swojego pytania. W oczach Draco była gorycz i ten dziwny wyraz, którego Harry nie umiał rozszyfrować. Znów mu się wydawało, że choć Ślizgon wygląda jak on – nieco za chudy, zmęczony nauką siedemnastolatek – tak naprawdę był kimś zupełnie innym. Podobne wrażenie wywoływał w Harrym tylko Syriusz.
Draco zacisnął dłoń na butelce tak mocno, że zbielały mu kłykcie.
– Harry, to oczywiste, że trzymają się mnie tylko ze względu na nazwisko. Większość nie wie jeszcze, że ojciec mnie wydziedziczył. Lucjusz nie pierze brudów rodzinnych publicznie. Nawet jeśli słyszeli plotki, to pewnie im nie wierzą. Poza tym, moi współlokatorzy o wiele bardziej boją się mnie niż Lucjusza. Zwłaszcza, że jego nie zdążyli jeszcze poznać tak dobrze. I nie zapomnij, że mowa o Ślizgonach. Myślimy w innych kategoriach. My nie zawieramy przyjaźni tylko sojusze. Nikt nie oczekuje więcej. Przekonasz się o tym, gdy wszyscy się ode mnie odwrócą.

Harry zadrżał. To wszystko wydało mu się okropnie wyrachowane. A w słowach Draco czuł samotność, choć ten pewnie nigdy by się do tego nie przyznał.

Pomyślał, jak wiele Draco poświęcił. Zastanawiał się nad tym wcześniej, ale nie widział całego obrazu. Myślał wyrywkowo, schematycznie.

Teraz wiedział, skąd to wrażenie, że Draco jest kimś innym – naprawdę tak było. Gdy odwrócił się od rodziny, przekreślił swoją przeszłość i przyszłość. Nie był już Draco Malfoyem, dziedzicem ogromnej fortuny, Królem Slytherinu. Stał się kimś pustym i czystym, jakby stworzonym na nowo w wieku siedemnastu lat. Nie miał nikogo i niczego.
Nawet Harry nie był tak samotny.
Znów pomyślał o Syriuszu i poczuł przemożny smutek.

– Dlaczego to zrobiłeś?
Draco drgnął. Zmrużył oczy i upił kilka łyków piwa. Nie śpieszył się z odpowiedzią. Ale Harry musiał wiedzieć.
– Dlaczego?
– Po prostu musiałem podjąć jakąś decyzję. Wybrałem to, co pozwoliło mi zachować resztki godności. Nie dorabiaj do tego żadnej teorii. Zrobiłem to z egoistycznych powodów.
– Opuszczenie rodziców i domu, by postąpić słusznie, nazywasz egoizmem?
– By postąpić słusznie… Zabawne. Dokładnie tak powiedziałby każdy Gryfon. Rozczaruję cię, Harry. Nie ma żadnego słusznie. Jest tylko gorsza i lepsza droga. Cel jest ten sam. Władza. Ale ja nie jestem taki, jak mój ojciec. Nie byłbym w stanie...
Harry zauważył, że ciałem Draco wstrząsnął dreszcz. Ostrożnie objął go ramieniem i przysunął do siebie.
– Nie rozmawiajmy o tym – powiedział łagodnie.
– Nie! – zawołał nagle Draco i podniósł głowę. Wbił szare oczy w Harry’ego. – Chcę, żebyś wiedział. Zrobiłem to, by uratować siebie. By mieć o sobie dobre zdanie. Wierzę w pewne rzeczy, które mówił mój ojciec. Nie krzyw się, Harry, taka jest prawda. Dlatego powiedziałem, że nie jestem po niczyjej stronie. Żadna z nich nie wydaje mi się, jak to ująłeś, słuszna. Ale nie mógłbym… Nie w ten sposób. To chore. Chore i okrutne. A ja nie jestem okrutny.
– Nie jesteś.
– Czasem po prostu chciałbym nazywać się David Cook, mieć długą brodę i hodować niuchacze. Wtedy nikt by nie pytał, dlaczego to, dlaczego tamto. Mógłbym po prostu robić, co miałbym do zrobienia i nikogo by to nie obchodziło.

Harry uwielbiał teraz Draco najbardziej na świecie.

Chciał zobaczyć jego prawdziwą twarz. I oto był przed nim – Draco Malfoy bez cenzury. Dumny, arogancki, może nawet małostkowy – na pewno zapalczywy w swoich przekonaniach. Szyderczy, ironiczny, piekielnie inteligentny. Uśmiechnięty, gdy żartował. Odrobinę przerażający, gdy się wściekał. Zagubiony, samotny, dryfujący w sobie tylko znanym kierunku.

I Harry chciał go właśnie takiego – z każdą wadą i zaletą.

– Nie wydajesz się wielkim fanem magicznych zwierząt – powiedział w końcu, chcąc zmienić temat.
Draco prychnął.
– Nic o mnie nie wiesz, naprawdę. Uwielbiam magiczne zwierzęta. W domu mieliśmy ich mnóstwo. Hodowaliśmy nawet pufki. Miałem swojego ulubionego, nazywał się Cesarz Amadeusz Siódmy. Potem zdechł i wziąłem kolejnego. Nazwałem go Imperatorem Amadeuszem Ósmym. Ale nie był już taki uroczy. Miał zeza.
Harry się roześmiał.
Tak, Draco był idealny.

*** *** ***

Choć wrócił grubo po północy, to Wieża wciąż była pusta. Najwyraźniej wszyscy nadal bawili się na balu – musiało być całkiem przyjemnie, skoro do tej pory nikt nie wrócił. Harry podejrzewał, że jutro będzie musiał wysłuchać długiego marudzenia skacowanego Rona. Ciekawe, czy Hermiona odpuści rundkę w bibliotece? Harry szczerze w to wątpił.

Ale może tym razem dołączyłby do nich Draco? Mogliby połączyć przyjemne z pożytecznym. Oni rozmawialiby o jakichś trudnych i bardzo ważnych rzeczach z kompletnie nieprzydatnych przedmiotów, a Harry mógłby spędzić cały dzień w towarzystwie Ślizgona.
Tak, to brzmiało całkiem nieźle.

Przemknął na palcach przez Pokój Wspólny. Trochę się bał, że wpadnie na Lisę, ale całe szczęście udało mu się tego uniknąć. Zachichotał, gdy przypomniał sobie pomysł Draco z wysłaniem jej czekoladek. W sumie nie było to głupie. Harry naprawdę wiele zawdzięczał tej zbzikowanej dziewczynie.

Ściągnął z siebie ubranie i zadowolony stwierdził, że jego sweter jest przesiąknięty zapachem Draco. Nieco zawstydzony zwinął go w kłębek i wcisnął pod poduszkę, zaraz obok podręcznika do Eliksirów. Padł na łóżko i zaciągnął kotary. A potem uśmiechnął się szeroko. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz był tak szczęśliwy. A gdy pomyślał, dzięki komu tak się czuje, zakręciło mu się w głowie.

Gdyby ktoś miesiąc temu powiedział mu, że Harry będzie całował Draco Malfoya, wpatrywał się jak urzeczony w niemal niewidoczne piegi na bladych policzkach i chłonął każde słowo, wypowiedziane przez Ślizgona - wysłałby go do Świętego Mungo.
A teraz Harry robił te wszystkie rzeczy i nigdy nie czuł się lepiej.
Zasnął z błogim wyrazem twarzy.

Śniło mu się bezkresne, szare morze, sięgające nieba. Dryfował w dużej, drewnianej łodzi, rzucany na boki przez rozszalały sztorm. Piętrzące się fale uderzały w burtę i rozbryzgiwały płaty piany na pokładzie.
Ale Harry się nie bał.
Nie był sam.
Live until we die

"- Potter, ty mała kupko gryfońskiej odwagi i ani krzty rozumu."
Anonimowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 8 gru 2017, o 11:38
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Anonimowa » 23 gru 2018, o 01:45

Rozdział Dziewiąty
W którym trochę dziwnie pachnie.

*** *** ***

Jak się potem okazało, Bal Bożonarodzeniowy był najlepszym, co się mogło wydarzyć w Hogwarcie. Mówił tak każdy - mimo że Harry nie pytał. Wydawało się, że wszystkie eliksiry miłosne z zamku wylądowały jakimś cudem w misie z ponczem, bo wszyscy zachowywali się jak opętani.

Następnego dnia Harry obudził się w świecie, gdzie jedynym tematem były podboje podczas balu. Ron i Lavender przypieczętowali swój związek – Harry został zmuszony do wysłuchania całej historii ze szczegółami. Był pewien, że regulamin szkoły zabraniał kilku wspomnianych przez Rona sytuacji. Kiwał jednak głową i poklepywał go po ramieniu. Uważał, że jest mu to winien. Wciąż miał wyrzuty sumienia, że okłamywał go w sprawie Draco. Ale nie był w stanie powiedzieć Ronowi. Jeszcze nie teraz.
Seamus zachwycał się ciemnymi oczami Parvati - choć napomknął, że nie mogą się równać z oczami Lavender, co ucieszyło Rona, a Harry’ego zdziwiło. Neville przebąkiwał nieśmiało o pocałunku z jakąś Amandą – Harry bał się zapytać, o którą Amandę chodziło.
Nie mógł jednak odmówić sobie obserwowania Lisy, gdy ta słuchała opowiadań rozanielonych koleżanek. Poczuł dziką satysfakcję, widząc jej minę.

Na Merlina, naprawdę zamieniał się w Ślizgona na pół etatu.

Nawet Hermiona odmówiła pójścia do biblioteki. Harry był wstrząśnięty.
– Dobrze się czujesz? Chcesz iść do Skrzydła Szpitalnego? – pytał, przykładając dłoń do jej czoła, by sprawdzić, czy nie jest rozpalone. – Może coś ci zaszkodziło? Ron mówił, że krewetki wyglądały podejrzanie.
– Bardzo śmieszne, Harry, naprawdę. Po prostu mam inne plany. Umówiłam się na spacer z Jackiem.
– Jackiem? Jackiem Freyem? Tym Krukonem?
– Tak.
– I nie zaproponował ci randki w bibliotece?
Uchylił się, gdy Hermiona rzuciła w niego książką.
Trochę pokrzyżowało to jego plany. Trudno, spotka się z Draco kiedy indziej. Przecież nigdzie im się nie śpieszy – na horyzoncie był cały tydzień, który spędzą razem w Hogwarcie.

*** *** ***

Harry był wściekły. Ron nie pojawił się na sobotnim treningu. Co prawda niewiele stracił – Gryfoni tego wieczoru grali beznadziejnie. Wszyscy zawodnicy wciąż byli oszołomieni po balu, a Harry przez półtorej godziny nie mógł utrzymać się na miotle. Z boiska widział Południową Strażnicę - błądził więc myślami, co skończyło się bolesnym spotkaniem z tłuczkiem.

Ale to i tak było nic w porównaniu z wybrykiem Rona. Harry przysiągł sobie, że jeśli przyjaciel migdalił się w tym czasie z Lavender, to wyleci z drużyny zanim zdąży powiedzieć “Brown to moja niunia”.

Wszedł do Wieży Gryffindoru, ale nigdzie nie było Rona. Znalazł za to Lavender, siedzącą samotnie przy kominku. Teraz to ona musiała patrzeć, jak Seamus i Parvati tulą się do siebie na kanapie. Nie wydawała się zachwycona,
– Mówił, że ma coś do załatwienia na piątym piętrze – rzuciła ponuro, gdy Harry zapytał o Rona.
– Oby to była sprawa co najmniej wagi państwowej – warknął Harry.
Zastanawiał się, co mogło być tak ważne, że Ron olał trening. Wspominał ostatnio o czymś takim? Harry sobie nie przypominał.
– Och! – Lavender złapała go za rękę. – Jeśli on jest z jakąś dziewczyną… Powiedz mi, dobrze? Nie chcę mieć złudzeń.
Siedząca nieopodal Hermiona prychnęła i powiedziała:
– Daj spokój, Ron nie ma aż takiego powodzenia. Pewnie zatrzasnął się w łazience Prefektów, jak zwykle.
– Ty go nigdy nie doceniasz! Cały czas mi to powtarza.
– Nie macie ciekawszych tematów do rozmów?

Harry zaczął się wycofywać. Starał się unikać kłótni, a kobiecych w szczególności. Raz był świadkiem, jak dziewczyny z szóstego roku kłóciły się w salonie. Nigdy nie zapomni tego widoku. Do tej pory wzdrygał się za każdym razem, gdy widział wsuwkę w kobiecych dłoniach.

Poszedł do dormitorium, wyciągnął z kufra Mapę Huncwotów i przebiegł ją wzrokiem. Poczuł dziwne łaskotanie w żołądku, gdy zobaczył kropkę z nazwiskiem Draco, ale twardo to zignorował. Teraz musiał załatwić coś innego. W końcu zlokalizował Rona – faktycznie siedział na piątym piętrze, całkiem sam. Harry westchnął.

Gdy wychodził z Wieży, poczuł ciężki, mdlący zapach kobiecych perfum. Zobaczył osobliwy widok – zapłakana Lavender siedziała na kanapie, otoczona przez pocieszającą ją męską część Gryffindoru. Nawet Seamus oderwał się od Parvati, ale jej to najwyraźniej nie przeszkadzało – również przysunęła się do Lavender i patrzyła na nią ze współczuciem.
Hermiona gdzieś zniknęła.

Harry ruszył w stronę piątego piętra. Jak on nie ogarniał tych babskich kłótni!

Czuł się dziwnie, gdy szedł pustymi korytarzami. Coś się zmieniło. Wcześniej nie przeszkadzała mu cisza i samotność. Teraz jednak wolałby mieć towarzystwo. Najlepiej wysokiego blondyna, który chodził tak szybko i zdecydowanie, że Harry ledwo za nim nadążał.

Kiedy to się zmieniło – myślał, wspinając się po schodach – od kiedy nie mogę nawet na sekundę przestać myśleć o…

– Draco! – krzyknął, gdy wszedł na piąte piętro.

Ślizgon siedział na parapecie i znudzony obserwował uczniów na dziedzińcu. Wydawał się czymś rozdrażniony. Spojrzał na niego z ukosa i zeskoczył z parapetu.

Harry zignorował ciepłe uczucie, które rozlało mu się w ciele, gdy zauważył, że Draco ma pod szatą ten sam sweter, co na wieży. Chciał podejść do niego, ale zatrzymał się w pół kroku.

Jego instynkt działał bez udziału świadomości, rejestrując niewielkie odchylenia od normy. To wszystko wydawało się dziwne. Na przykład fakt, że w korytarzu unosił się słodki zapach, który Harry czuł wcześniej w Pokoju Wspólnym Gryffindoru.
Draco wyglądał, jakby na kogoś czekał. Na piątym piętrze.
Harry’emu bardzo się to wszystko nie podobało.
Rozejrzał się, ale nigdzie nie dostrzegł Rona. Przeklął się w duchu za pozostawienie Mapy Huncwotów w dormitorium.

Tymczasem Draco podszedł do niego i wepchnął mu w dłoń kawałek zmiętego pergaminu.
– To najbardziej żenująca rzecz, jaką widziałem. Nie rób tego więcej, błagam.

Harry zaskoczony rozwinął pergamin. Wiadomość była napisana na maszynie, a brzmiała tak:

Porozmawiajmy o uczuciach.
Dzisiaj na piątym piętrze o osiemnastej.
<3


Harry gapił się na pergamin. Coś nieprzyjemnego zaczęło kiełkować mu w umyśle. Jeszcze raz rozejrzał się dookoła. Usłyszał dźwięk za plecami Draco. Wbił spojrzenie w tamtym kierunku. Zdawało mu się, że widział podeszwę buta. Pacnął się w czoło.
– Peleryna niewidka – powiedział słabo sam do siebie.

Draco patrzył na niego skonsternowany,
– Na Merlina, Harry, ktoś rzucił na ciebie urok? Jesteś jakiś nieprzytomny. Zresztą, nieważne. Nawet dobrze, że napisałeś ten pseudo miłosny liścik. Wiesz, jeszcze nigdy weekend mi się tak nie dłużył…

Nachylił się, jakby chciał go pocałować. Harry spojrzał w błyszczące, szare oczy. Zmarszczył brwi. Usłyszał głuchy odgłos zza pleców Ślizgona.
– Ron, wyłaź stamtąd natychmiast! – krzyknął. – Dość tego, wystarczy! To obrzydliwe!
– Ron?... – Draco zesztywniał i zmarszczył brwi.
Harry odepchnął go i zaczął biegać po korytarzu, machając rękami. W końcu natrafił na materiał, złapał go i pociągnął.

Jego oczom ukazał się Ron. Siedział na podłodze i chichotał.
– Harry, widziałeś to? Widziałeś? Malfoy prawie cię pocałował! Na Merlina, to najlepszy dzień mojego życia! Żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia...
– Zamknij się – wysyczał Harry. – Co ty wyprawiasz?

Nagle poczuł, jak zmieniło się powietrze wokół. Przypominało złowrogi moment ciszy przed nadejściem huraganu. Harry zerknął przez ramię i przełknął głośno ślinę. Wszystko wokół stanęło. Nawet płomienie świec w kinkietach wydawały się zamrożone
Draco stał na środku korytarza z rękami skrzyżowanymi na piersi. Usta zacisnął w cienką linię, jakby mielił w nich klątwy. Najgorsze były jednak jego oczy.

I wtedy Harry zdał sobie sprawę, jak to musi wyglądać z punktu widzenia Ślizgona. Przypomniał sobie własne myśli z czasów, gdy sądził, że Draco chce go upokorzyć.

Harry często śmiał się z zakochanych, którzy mówili o wzajemnym czytaniu w myślach. Teraz jednak wiedział, że to prawda. Po prostu widział pojawiające się w głowie Draco słowa: “podstęp; intryga; Prorok Codzienny; jak mogłem zaufać; dlaczego”.

– A więc to tak – powiedział Draco bardzo powoli.
Harry miał wrażenie, że te słowa przepłynęły przez korytarz i ścisnęły go boleśnie za gardło.
– Nie, czekaj... – wychrypiał.
– Więc to było wszystko zaplanowane. Tak, Potter?
Harry nigdy nie sądził, że dźwięk własnego nazwiska tak go zaboli.
– Poczekaj, to nie tak...

Draco zaczął klaskać w miarowym, powolnym tempie. Harry miał wrażenie, że to rytm marsza pogrzebowego.
– Brawo, moje gratulacje. To musiało wymagać wielu przygotowań. Zaaranżowanie tego wszystkiego… Potter, ty naprawdę masz w sobie coś ze Ślizgona. Dałem się wam podejść jak dziecko – powiedział Draco drżącym głosem, a jego twarz nadal była jak wykuta z kamienia. Mimo że szeptał, każde słowo rozbrzmiewało w głowie Harry’ego jak huk tłuczonego szkła. – Przykro mi Potter, że to było dla ciebie takie obrzydliwe. Wierzę jednak, że szybko otrząśniesz się z tej traumy. Wybacz, że zająłem ci twój cenny czas, który mogłeś spędzić brylując wśród tłumu fanów, jak na Złote Dziecko Gryffindoru przystało.

Harry chciał, żeby Draco zaczął krzyczeć. Miał nadzieję, że jego opanowanie zaraz pryśnie. Ślizgon po prostu wścieknie się, rzuci na nich z pięściami – jak zawsze – a wtedy wszystko się jakoś wyprostuje. Harry dałby sobie połamać za to dwie, trzy kończyny. Nie był też szczególnie przywiązany do kształtu swojego nosa. Przeżyłby niewielki krwotok wewnętrzny.
Wszystko byłoby lepsze niż ten wzrok – pełen poczucia zdrady.

Draco skinął im na pożegnanie i odszedł, zostawiając za sobą oniemiałego Rona i zesztywniałego Harry’ego.

– Nie, Draco, czekaj! – krzyknął Harry, gdy czarna szata z zieloną lamówką zniknęła na końcu korytarza.
Krew uderzyła mu do głowy i poczuł mdłości. Na Merlina, przecież to nie tak, musi mu wytłumaczyć…
Chciał pobiec za Draco, ale Ron złapał go za kostkę. Harry runął jak długi na kamienną posadzkę.
– Co ty wyprawiasz?! – wrzasnął, wstając. – Dlaczego siedzisz tutaj w pelerynie niewidce?!
Ron cofnął się, zaskoczony tym wybuchem. Zmarszczył brwi i uśmiechnął się niepewnie.
– Hej, spokojnie. Przecież mówiłem, że załatwię sprawę z Malfoyem. Co prawda trochę inaczej to zaplanowałem, ale wyszło super. Teraz już na pewno się od ciebie odczepi.
– Co? Co ty wygadujesz?

Ron się wyszczerzył. Harry z przerażeniem stwierdził, że przyjaciel jest z siebie dumny.
– Wysłałem Malfoyowi wiadomość, żeby tu przyszedł. Taką samą wysłałem Lisie. Schowałem się tutaj, by ich obserwować. Spryskałem cały korytarz eliksirem miłosnym. One wchłaniają się też przez drogi oddechowe, wiedziałeś? Nie mów Hermionie, ale dostałem od bliźniaków nową partię eliksirów o bardzo długim działaniu. Malfoy i Lisa chodziliby ze sobą przez co najmniej dwa tygodnie. No wiesz, dwie pieczenie przy jednym ogniu, nieźle to wymyśliłem, co?
– Nie pomyślałeś o dwóch rzeczach – warknął Harry – Po pierwsze, Lisa ma szlaban, więc marne szanse, że się tutaj pojawi. Po drugie, Draco jest odporny na działanie eliksirów.
– No co ty, Harry, przecież widziałeś jego minę. Na pewno zadziałało. Cholera, on chciał cię pocałować! To nawet dobrze, że padło na ciebie, a nie Lisę, bo...
– Chcesz mi powiedzieć, że olałeś trening quidditcha, żeby bawić się w swatkę? Tak poważnie traktujesz drużynę?
– Trening… Na śmierć zapomniałem, przepraszam. Chyba za bardzo wkręciłem się w ten żart.
– Żart to zdecydowanie za duże słowo. – Harry zgrzytnął zębami. Poczuł, jak złość rozpiera mu żyły.
– Cholera, naprawdę przepraszam. Ale przynajmniej sprawa z Malfoyem jest załatwiona, nie? Może to go oduczy dolewania ludziom eliksirów…
– Draco nie dolał ci żadnego eliksiru! – krzyknął Harry. Złapał Rona za szatę, przyciągnął do siebie i wysyczał mu w twarz: – Za to ty zrobiłeś mu największe świństwo, jakie mogę sobie wyobrazić!
Ron wyszarpał się z jego uścisku i pobladł.
– Ty mu naprawdę wierzysz… Harry, To Malfoy! Zwariowałeś? Dlaczego go bronisz? Odkąd nazywasz go po imieniu?!
– Nadal nie rozumiesz? Przecież powiedziałem ci wczoraj wszystko.
– Nie, nie rozumiem. Nie rozumiem, jak możesz tak po prostu zapomnieć o wszystkim, co ten obślizgły Ślizgon robił przez lata. Przecież jest naszym wrogiem!
– Nie jest moim wrogiem, tylko przyjacielem.

Ron nagle złapał go za ramiona i zaczął nim potrząsać.
– Przyjacielem? Malfoy? Oszalałeś. Ja jestem twoim przyjacielem! Hermiona! Jak możesz tak mówić o… O nim!? Przecież to świnia i kanalia!

Harry odepchnął go i Ron uderzył plecami o kamienną ścianę.
– Nic nie wiesz! Nic nie rozumiesz!
– Masz rację, nie rozumiem! Może jestem za głupi, by być twoim przyjacielem?
– Może jesteś!

Harry szybko pożałował swoich słów, ale nie mógł już ich cofnąć. Poczuł się bardzo zmęczony. Cholera, wszystko szło beznadziejnie. Złość wciąż w nim buzowała, nozdrza drgały, ale pojawiło się też uczucie znużenia.
– Posłuchaj, Ron – powiedział łagodnie – porozmawiajmy na spokojnie. Na pewno…
– Nie. Nie będę tego słuchać – przerwał mu Ron. – Rób co chcesz. Mnie to nie obchodzi. Ale nie przychodź do mnie, gdy Malfoy okaże się dupkiem.
Ron odwrócił się na pięcie i zostawił go samego. Harry wahał się chwilę, czy za nim nie pobiec, ale w końcu stwierdził, że to może poczekać.
Miał przed sobą dużo trudniejsze zadanie.

W Hogwarcie panują pewne odgórne zasady. Jak ta, by nigdy nie odwracać się plecami do Ślizgona. Albo ta, żeby nie pytać o nic Krukona, jeśli ma się mniej czasu niż godzinę.
Tego wieczoru powstała nowa, niepisana zasada. Jej autorem był Colin Creevey który próbował zaczepić Harry’ego na korytarzu. Brzmiała tak:
“Nigdy nie stawaj na drodze rozwścieczonego Gryfona, zwłaszcza, jeśli jest nim Chłopiec Który Przeżył, który ma minę, jakby Przeżył By Kogoś Zamordować”.
Biedny Colin - zdarzało się, że ludzie na niego krzyczeli - ale, na Merlina, nie tak. Nawet Snape bywał łagodniejszy.

Harry szedł szybkim krokiem przez zamek. Przed oczami miał ciemne plamy złości. Zaciskał pięści tak mocno, że wbijał paznokcie w skórę. Być może nawet nimi wymachiwał - nie był pewien. Jedyne, co pamiętał, to buzującą w nim mieszankę wściekłości i strachu. Nie wiedział, co było gorsze - kłótnia z Ronem, czy spojrzenie Draco.
Też mi wybór - pomyślał, zgrzytając zębami - jak między powodzią a pożarem.

W końcu stanął przed kamienną ścianą w lochach i zaczął walić w grube mury. Miał nadzieję, że Draco był w Pokoju Wspólnym Slytherinu. Jeśli nie, Harry weźmie Mapę Huncwotów i będzie go szukał całą noc.

Po chwili kamienie rozstąpiły się z głuchym, ciężkim zgrzytem, od którego Harry’ego rozbolały zęby. Nic dziwnego, że Ślizgoni chodzą tacy znerwicowani. On po tygodniu słuchania tego dźwięku wylądowałby w Świętym Mungo.
Zza przejścia wychylił się Zabini. Zmarszczył brwi, gdy rozpoznał Harry’ego.
– Czego chcesz?
– Szukam Malfoya.
– Po co?
– To chyba nie twoja sprawa, Zabini.
– No to zapomnij, że ci pow…
– Co tu się dzieje? – Pod ramieniem Ślizgona pojawiła się rozczochrana Parkinson. – Blaise, opuściłeś już dwie kolejki rzutów, zaraz przegrasz nawet z Goyle’em.
Zabini obrzucił Harry’ego pogardliwym spojrzeniem i zniknął w Pokoju Wspólnym. Harry usłyszał stamtąd krzyki i gwizdy. Najwyraźniej Ślizgoni postanowili kontynuować bal na własnym terenie. Parkinson wyszła na korytarz.
– No, Potter, o co chodzi?
– Szukam Malfoya.
Drgnęła nieco zaskoczona. Zmierzyła Harry’ego wzrokiem.
– Nie ma go tu. Myślałam, że jest z tobą.
– Był. Bo widzisz, jest… Wydarzyło się…
– Potter, czy ty wiesz, jak składać zdania? Bo wydaje mi się, że chodziłeś tylko na zajęcia z dukania początków, a resztę olałeś.

Harry pomyślał, że sarkazm to język ojczysty Ślizgonów. Ani razu nie słyszał, żeby któryś z nich powiedział coś normalnie. No, może Draco zdarzyło się raz, czy dwa, gdy byli sami.

– Chodzi o to, że doszło do ogromnego nieporozumienia. Jak Malfoy wróci, to mu powiedz, że konieczne muszę z nim porozmawiać. To zupełnie nie tak, jak on myśli!
Parkinson spoważniała. Zrobiła krok w jego stronę
– Coś ty mu zrobił?
– Nic, po prostu... Och, powiedz mu, że ja nie miałem pojęcia o tym wszystkim.
Nadęła policzki, jakby się nad czymś zastanawiała.
– Przekażę mu.
Harry odetchnął z ulgą. Chciał odejść, ale zatrzymał się i przeczesał nerwowo włosy.
– Parkinson… – Musiał być ostrożny i przebiegły. Czas odwołać się do ślizgońskiej części jego natury. – Słuchaj, jeszcze jedna ważna sprawa. Słyszałaś, że po szkole krążą nowe eliksiry miłosne? Ponoć Eliksir Nieumiłowany jest nieskuteczny w ich przypadku. Powiedz Malfoyowi, gdy go zobaczysz, może być tym zainteresowany.
Zmarszczyła czoło i spojrzała na niego z politowaniem.
– Nie powiedział ci, dlaczego eliksiry miłosne na niego nie działają? – zapytała, zbijając Harry’ego z tropu.
– No tak jakoś wyszło, że... Nie, nie powiedział.
– To skąd pomysł, że ja ci powiem? – Uśmiechnęła się i zniknęła za kamienną ścianą, która zatrzasnęła się z tym samym upiornym zgrzytem.

Cholerni Ślizgoni!

Harry wrócił do Pokoju Wspólnego w jeszcze gorszym nastroju niż wcześniej. Myślał, że trochę się uspokoił, ale gdy tylko zobaczył Rona, natychmiast poczuł złość. Zacisnął pięści i poszedł prosto do dormitorium. Sięgnął po Mapę Huncwotów. Draco był już w Pokoju Wspólnym Slytherinu. Harry schował pergamin do kieszeni i wybiegł z wieży.

Niestety, w połowie drogi natknął się na Snape’a. Było już po ciszy nocnej i Harry’emu ledwo udało się uniknąć szlabanu, ale musiał wrócić do Pokoju Wspólnego. Za drugim razem wziął ze sobą pelerynę niewidkę.

Długo stał przed kamienną ścianą, ale ta nie ruszyła się nawet o cal.

Gdy wrócił do dormitorium, Ron już spał. Harry’emu ulżyło. Był w takim stanie, że nie miał pewności, czy ich spotkanie nie skończyłoby się rękoczynami.

Padł na łóżko i całą noc wgapiał się w kropkę z imieniem Draco w sypialni Slytherinu.

*** *** ***

Rano był wściekły i niewyspany. Zszedł do Pokoju Wspólnego i zastał tam leżącego na kanapie Rona. Nalał sobie kubek herbaty z imbirem i usiadł obok.
– Pogadajmy – powiedział spokojnie.

W nocy przemyślał sobie wszystko dokładnie. Był gotów wziąć część winy na siebie. Nawet dla niego sytuacja z Draco wydawała się momentami nieprawdopodobna. Nic dziwnego, że Ron zareagował tak gwałtownie.
Ale Harry nie miał zamiaru rezygnować z przyjaźni ze Ślizgonem. Zwłaszcza, że przyjęła bardzo ciekawy obrót, czego oczywiście nie zamierzał mówić Ronowi. Mógł przyznać mu rację w kilku kwestiach - jak to, że Malfoy (ten dawny, o którym Harry zdążył już zapomnieć) był dla nich wredny przez wiele lat. A Rona traktował ze szczególnym okrucieństwem. Harry nie dziwił się niechęci między nimi. Wiedział, że Draco nie raz i nie dwa chciał powiedzieć coś w stylu “ten idiota, Weasley”. A jednak się wstrzymywał - Harry nie musiał go o to nawet prosić.
Rona stać chyba było na podobny gest?

Niestety, rozmowa potoczyła się tym samym torem, co wieczorem. Harry próbował wyjaśnić wszystko, ale Ron tylko prychał i powtarzał ciągle ‘to Malfoy, obślizgły Ślizgon”. W końcu Harry’ego zirytowała ta mantra i podniósł głos, na co Ron zaczął krzyczeć. Pod koniec powiedzieli sobie kilka naprawdę przykrych słów.
W końcu Harry skapitulował. Miał dość. Żadne argumenty nie docierały do tego rudego, zakutego łba. Na Merlina! Jego uprzedzenia były po prostu głupie i wkurzające.
– Poczekaj kilka dni, aż się uspokoi – poradziła mu Hermiona, gdy Ron wyszedł z Pokoju Wspólnego, wrzeszcząc coś o zdrajcach wartości Gryffindoru. – A tak właściwie, co się stało?
Harry zawahał się. Nie mógł opowiedzieć jej pełnej wersji historii, jeśli nie chciał wkopać Rona. A mimo wszystko – nie chciał. Odczuwał coraz silniejsze wyrzuty sumienia. Niepotrzebnie ukrywał przed nim sytuację z Draco. Może gdyby dowiadywał się o wszystkim stopniowo, nie przeżyłby takiego szoku?
Ale czy to naprawdę był problem Harry’ego, że Ron nie radził sobie z pewnymi rzeczami? Nie, Harry miał dość własnych kłopotów.

W końcu powiedział Hermionie tylko tyle, że Ron nie zaakceptował jego przyjaźni z Draco.
– Tyle hałasu o taką bzdurę? To naprawdę wszystko? – zdziwiła się Hermiona, ale Harry nie powiedział jej nic więcej.

Na śniadaniu skubnął tylko trochę tostów z dżemem. Nie mógł jeść. Żołądek skręcał mu się z głodu, ale wszystko stawało mu w gardle. Wciąż rozglądał się dookoła i podskakiwał, ilekroć drzwi do Wielkiej Sali uchylały się ze zgrzytem.
Draco jednak nie pojawił się na śniadaniu.

Harry spędził całe przedpołudnie gapiąc się na Mapę Huncwotów, ale kropka z imieniem Draco nie ruszyła się z Pokoju Wspólnego Slytherinu. W końcu Hermiona wyciągnęła go do biblioteki. Harry’emu było wszystko jedno, gdzie siedział - i tak czuł się jak w dziewiątym kręgu piekielnym.

Próbował skupić się na pytaniach z zeszłorocznych Owutemów, ale nie był w stanie. Marszczył czoło za każdym razem, gdy jego myśli powracały wczorajszego wieczoru.
Po niecałym kwadransie Hermiona usiadła do niego plecami – nie mogła znieść tego, jak co minutę sprawdzał Mapę Huncwotów.
– Harry, ale dlaczego niby Malfoy miałby się tak na ciebie wściec? – zapytała, odkładając w zadanie z Numerologii. Najwyraźniej i jej udzielił się nerwowy nastrój. – Szczerze wątpię, żeby obchodziło go, co Ron o tym wszystkim myśli.

Harry zastanawiał się nad jakimś kłamstwem, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Być może Hermionie wystarczą półprawdy?
– Ron zrobił coś, przez co Draco myśli, że tylko udawałem jego przyjaciela, żeby go wykorzystać. Albo raczej ośmieszyć.
Hermiona odchyliła się na krześle i zaczesała włosy za ucho. Dopytywała i drążyła, a Harry wił się jak węgorz, by nie zdradzić prawdziwej wersji historii i nie pogrążyć Rona.
W końcu nie wytrzymała i syknęła:
– Harry Potterze, jeśli chcesz, żeby choć jedna osoba w zamku nadal z tobą rozmawiała, to natychmiast wytłumacz mi, co takiego się stało!

Więc Harry opowiedział jej okrojoną wersję wydarzeń z piątego piętra. Mówił i mówił, chrząkając co chwila, a z każdym wypowiedzianym słowem był coraz bardziej zmęczony. Wciąż na nowo przywoływał obrazy z tamtego wieczoru. Wspomnienie twarzy Draco towarzyszyło mu przez całą opowieść, przez co jego głos brzmiał na zgorzkniały. Lecz to nie tamten wieczór tak mu ciążył. Gdy opowiadał Hermionie tę historię, wciąż tasował w myślach słowa i zdarzenia, by nie zdradzić swoich uczuć. A to spowodowało, że nagle stał się boleśnie świadomy, jak wiele znaczył dla niego Draco.
Do tej pory zastanawiał się, dlaczego tak łatwo przyszło im pogodzenie się, a wraz z nim wszystkie te rozmowy, wspólne chwile i uśmiechy. Teraz zdał sobie sprawę, że od początku obaj tego chcieli. Nawet on, choć początkowo się wzbraniał, od dawna pragnął zbliżyć się do Draco.

Gdy dotarł do końca, poczuł, jakby ktoś założył mu na plecy dwustufuntowy plecak.

Hermiona siedziała z rękami splecionymi na piersiach i kiwała głową. Wydawała się zamyślona.
– Harry. Tak mi przykro – powiedziała w końcu. – Ron to idiota! Musisz porozmawiać z Malfoyem.
I choć Harry starał się unikać w swojej opowieści kwestii swojego uczucia między nim i Draco, stało się dla niego jasne, że Hermiona po części się domyśliła.

Wiedział, że miała rację - musiał porozmawiać z Draco osobiście. Problem polegał na tym, że obaj byli beznadziejni w takich rozmowach.

– Jedno mnie zastanawia – powiedziała Hermiona, gdy wychodzili wieczorem z biblioteki. – Dlaczego ten rozpylony w powietrzu eliksir nie zadziałał na Rona? Przecież on też go wdychał…
– Może wziął Eliksir Nieumiłowany?
– Tak, może…

Pokój Wspólny był pełen ludzi. Za oknami szalała śnieżyca i mimo dnia wolnego, większość uczniów nie wytknęła nosa zza portretu Grubej Damy. Harry i Hermiona usiedli przy magicznym gramofonie – ona z książką, on z Mapą Huncwotów. Śledził kropkę z nazwiskiem Draco i nieco ulżyło mu, gdy zobaczył, że Draco i Pansy byli sami w jednym z dormitoriów. Miał nadzieję, że Parkinson przekaże jego wiadomość. Może nieco ułagodzi Ślizgona i Harry będzie miał szansę porozmawiać z nim spokojnie.

Mimo tłumu, w salonie panowała błoga cisza. Grupki przyjaciół szeptały między sobą, uczniowie powoli przygotowywali się do wyjazdu na święta.
Nagle po Pokoju Wspólnym poniósł się perlisty śmiech Lavender. Hermiona zacisnęła zęby.
– Na Merlina… Co on w niej widzi?
Harry drgnął i uniósł głowę. Znów poczuł w powietrzu ten specyficzny, duszący zapach. Spojrzał na kanapę, gdzie Lavender siedziała otoczona przez wianuszek adoratorów. Ron wlepiał w nią bezrozumne spojrzenie.

Harry zamrugał.
Wszystko wskoczyło na swoje miejsce.

Nachylił się do Hermiony i szepnął:
– Nie zadawaj pytań i odpowiadaj na moje, okey?
– Co? Co ty...
– Hermiono – powiedział głośno, mimo, że siedziała obok niego. – Mam taki problem. Chciałbym kogoś uwieść. Próbowałem podać mu eliksir miłosny, ale nie wyszło. Czy to prawda, że eliksiry wchłaniają się też przez drogi oddechowe?
Hermiona patrzyła na niego zaskoczona. Podobnie jak Ron, który powiedział coś pod nosem. Harry wyczytał z jego ust słowo “zdrajca”. Nie, żeby się tym przejął. Machnął ponaglająco na Hermionę. Chrząknęła i odpowiedziała z lekkim wahaniem:
– Tak, wchłaniają. Tylko stężenie musi być wyższe, bo droga podania jest mniej skuteczna.
– Ale tak sobie myślę – kontynuował Harry tak głośno, że większość osób w Pokoju Wspólnym odwróciła się w jego stronę. – To wciąż byłoby trudne, gdybym chciał spryskać taką osobę, prawda? Musiałbym ją jakoś podejść, zaaranżować spotkanie sam na sam. A poza tym, szybko by się zorientowała, że coś jest nie tak. Czy nie lepiej byłoby, gdyby eliksir tylko subtelnie zmusił ją do zainteresowania się mną? Resztę mógłbym zrobić już sam. Jest coś takiego? Do stosowania na sobie?
– Są eliksiry, które zwiększają atrakcyjność. Dzięki nim można zwrócić na siebie czyjąś uwagę.
– Trudno je dostać?
– Nie, są traktowane raczej jak magiczne perfumy. Ale, Harry…

Nie słuchał dalej. Nie musiał. Wstał i podszedł do kanapy, a w Pokoju Wspólnym zapadła napięta cisza. Ron gapił się na niego z wściekłością. Za to Lavender wyraźnie unikała jego wzroku. Siedziała blada i zesztywniała, a na twarzy miała przyklejony cień wcześniejszego uśmiechu.
Harry stanął przed nią i przekrzywił głowę.
– Sama mu powiesz, czy ja mam to zrobić?
A gdy Lavender nie odpowiedziała, odwrócił się do Rona.
– Chciałeś wiedzieć, kto dolał ci eliksiru do zupy. Zapytaj swoją dziewczynę.

To, co wydarzyło się później, mogłoby znaleźć się w Historii Hogwartu jako Wielki Kryzys Gryfoński, ale całe szczęście nigdy nie opuściło progów Pokoju Wspólnego.

Ron zaczął wrzeszczeć, że Harry na dobre postradał rozum. Oskarżył o to oczywiście Malfoya – całe szczęście z jego spazmatycznych krzyków niewiele dało się zrozumieć, więc Gryfoni pozostali nieświadomi przyjaźni Harry’ego i Draco. Potem stwierdził, że Hermiona również jest po części winna, bo nastawiła Harry’ego przeciwko Lavender z zazdrości – nikt do końca nie wiedział, czego Hermiona mogła zazdrościć Lavender – a poza tym sprała mu mózg zbyt dużą ilością nauki, co Ron wieszczył od dłuższego czasu.

Hermiona nie broniła się przed jego zarzutami, bo po prostu wyszła z salonu. W czasie, gdy Ron zapewniał Lavender, że naprawdę ją kocha, a słowa Harry’ego są oszczerstwem, Hermiona przeszukała dziewczęce dormitorium, znalazła perfumy Lavender, nakropiła do Indykatora i wróciła do salonu. Nawet gdy pokazała wynik Ronowi, ten wciąż zarzekał się, że to musi być jakaś pomyłka, aż Neville z czystej ciekawości rzucił na niego Veritasenti.

Trudno powiedzieć, kto był bardziej zdziwiony – Ron, gdy moc perfum opadła, czy Neville, gdy jego zaklęcie zadziałało.

Przyparta do muru Lavender przyznała w końcu, że to ona dolała Ronowi eliksir do zupy, a kiedy ten fortel się nie udał, zaczęła stosować Urokuczar – magiczne perfumy o mdlącym smrodku. To one były odpowiedzialne za natrętne zachowanie chłopaków w wieży. Rona dodatkowo poiła od czasu do czasu eliksirem, dolewanym do soku.

Jak później wyjaśniła Harry’emu Hermiona, ustrzegło to Rona przed rzuceniem się na Draco na piątym piętrze.
– To takie w jego stylu – powiedziała z przekąsem. – Spryskał cały korytarz perfumami, ale nie pomyślał, że sam będzie je wdychał. Idiota!

Wspomniany idiota siedział teraz pochylony na kanapie, ukrywając twarz w dłoniach. Było mu nieco niedobrze. Nie tylko dlatego, że pod wpływem działania Veritasentis poczuł prawdziwy zapach perfum, który był raczej ciężkostrawny. Przede wszystkim dotarło do niego, że Lavender cały czas go okłamywała i wykorzystywała.

Cóż, karma wraca – pomyślał Harry.

Na tym cała afera mogłaby się zakończyć, gdyby nie urażona kobieca duma. Lavender nie mogła się pogodzić z nagłą niechęcią, którą zapałała wobec niej większość uczniów w Pokoju Wspólnym. Postanowiła nie dać za wygraną.
– Ty… – Wskazała drżącym palcem Hermionę. – Zawsze mi zazdrościłaś. Ciekawa jestem, dlaczego perfumy nie działały na ciebie. Bierzesz Eliksir Nieumiłowany po tej akcji ze Snape’em?
Twarz Hermiony zrobiła się kredowobiała. Harry gwałtownie wstał z kanapy, ale zanim zdążył powstrzymać Lavender, ta powiedziała:
– Wiecie, że Hermiona podkochuje się w profesorze Snapie? Widziałam na własne oczy.
O dziwo, to Parvati uratowała sytuację, gdy powiedziała z wściekłością:
– Lavender, chyba zwariowałaś, jeśli myślisz, że ktokolwiek jeszcze wierzy w to, co mówisz.

Ale Hermiona była tak zbulwersowana że poszła po McGonagall. Gdy opiekunka dowiedziała się, co przez ostatnie tygodnie działo się w Wieży Gryffindoru, zawołała:
– Na Merlina, ktoś podmienił mi cały dom na Ślizgonów!
Nie było to może zbyt pedagogiczne, ale Harry nie mógł nie przyznać jej racji.

Bilans wieczoru wypadł kiepsko. McGonagall odebrała Lavender sto punktów i wlepiła jej bardzo paskudny maraton szlabanów ze Snape’em. Osobiście przeszukała całą Wieżę w poszukiwaniu eliksirów miłosnych. Całe szczęście nie znalazła ich zbyt wiele, ale odjęła im tyle punktów, że Gryffindor spadł na ostatnie miejsce w Pucharze Domów.

W związku z tym dom podzielił się na obozy. Pierwszy uważał, że to wszystko wina Lavender. Drugi, że Hermiony, bo niepotrzebnie mieszała w to opiekunkę domu.
Dodatkowo Ron stwierdził, że to wszystko było zemstą Harry’ego. W ten sposób ostatni promień nadziei na zgodę między nimi zgasł w oparach wylewanych do zlewu eliksirów miłosnych i perfum.

W tej grobowej, napiętej atmosferze wybiła północ i nadszedł ostatni tydzień przed świętami.
Live until we die

"- Potter, ty mała kupko gryfońskiej odwagi i ani krzty rozumu."
Anonimowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 8 gru 2017, o 11:38
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Anonimowa » 24 gru 2018, o 11:54

Wesołych Świąt kochani :)
Wrzucam kolejny rozdział, a przy okazji nastąpiła mała zmiana - podzieliłam jeden rozdział na dwa, więc w sumie będzie ich dwanaście, plus zakończenie :)



Rozdział Dziesiąty
W którym Harry robi sobie kuku.

*** *** ***

Przygotowania do świąt wskoczyły na jeszcze wyższe obroty. Hagrid całymi dniami rozstawiał w zamku wysokie, kłujące świerki i sosny. Flitwick biegał po korytarzach na swoich krótkich nóżkach i wszędzie wyczarowywał bombki, łańcuchy i kolorowe świece.

Ktoś wpadł na przewrotny pomysł i ustawił wszystkie cyprysy ze szkoły w Wielkiej Sali. Gdy w poniedziałkowy poranek uczniowie zeszli na śniadanie, powitał ich nieskoordynowany ryk wszystkich świątecznych piosenek świata.
– Na Merlina, to jakiś koszmar! – zawołał Seamus, zatykając uszy.
– Wyjątkowo się zgadzam, panie Finnigan. – Snape machnął różdżką i cyprysy zniknęły. Niestety, brzęczenia w uszu nie mogli pozbyć się tak łatwo.

W dodatku przy stole Gryffindoru panowała niezmącona, grobowa cisza. Harry pomyślał, że lepszy był już ryk cyprysów.
Ron nie rozmawiał z nim, Hermioną i Lavender. Połowa domu nie rozmawiała z Hermioną, druga z Lavender. Lavender w ogóle nie rozmawiała z nikim. I choć afera z eliksirami dotyczyła tylko siódmego roku, to sytuacja z punktami dotknęła każdego Gryfona - w związku z czym cały dom wyglądał jak na stypie.
Harry obserwował swoich kolegów i zastanawiał się z przekąsem, co Dumbledore powiedziałby na ten poziom skomplikowania relacji.
W końcu postanowił się tym nie przejmować. Akurat on najmniej zawinił w całym tym zamieszaniu, a wydawało mu się, że zapłacił najwyższą cenę.

Draco nie pojawił się na śniadaniu. Harry zaczynał się martwić – czy Ślizgon opuszczał posiłki ze względu na niego? Miał nadzieję, że w końcu uda mu się dorwać Draco i wyjaśnić całe to koszmarne nieporozumienie.

Okazało się to jednak niemożliwe. Harry zastanawiał się, czy ciąży na nim jakaś klątwa – każda próba zbliżenia się do Draco kończyła się fiaskiem. W poniedziałek na Kulturze Mugolskiej zauważył go dopiero, gdy lekcja się zaczęła. chociaż przyszedł pierwszy i czatował na Ślizgona. Podczas przerwy na zajęciach Draco dosłownie rozpłynął się w powietrzu – najpierw stał obok Parkinson, a potem po prostu zniknął. Gdy wychodzili z klasy, Harry stał przy drzwiach przez cały czas. Obserwował Ślizgonów, ale Draco nie było wśród nich. Wyglądało na to, że został w środku. Ale kiedy Harry wszedł z powrotem do klasy, zastał tam tylko profesor Frost Sprawdził na mapie - kropka z nazwiskiem Draco znajdowała się w klasie Numerologii.
Dumbledore powiedział mu kiedyś, że w zamku nie można się teleportować. Harry zaczynał myśleć, że w tej jednej kwestii dyrektor mógł się pomylić.

Hermiona zaoferowała, że spróbuje porozmawiać ze Ślizgonem, ale Harry pokręcił głową.
– Muszę mu to wyjaśnić sam. A poza tym, jeśli nie posłuchał Parkinson, nie posłucha ciebie.
– Auć, zabolało. – Hermiona z udawanym oburzeniem złapała się za serce. Nie rozbawiła Harry’ego, ale był jej wdzięczny, że próbuje.

I tak było codziennie. Harry przed każdą lekcją ze Ślizgonami wystawał przed salą, a po zajęciach zostawał aż do dzwonka kończącego przerwę. Nie spotkał Draco ani razu.
A przecież nie mógł tak tego zostawić. Nie, to w ogóle nie wchodziło w rachubę.

W końcu nie wytrzymał i postanowił przestać przejmować się konwenansami. Na Transmutacji po prostu podszedł do niego, złapał za ramię i pociągnął na bok.
– Draco, porozmawiajmy.
– Spieprzaj, Potter – syknął Ślizgon i popchnął go.
Harry wpadł na stół ze szklanymi dzbanami, które mieli zamienić w witraże. Rozległ się huk tłuczonych naczyń.
– Brawo, panie Potter, ma pan szansę poćwiczyć zaklęcia hutnicze. Może zaczniemy od Glacciovinculum? – powiedziała McGonagall oschle. Wciąż nie doszła do siebie po rozczarowaniu, jakie zafundował jej własny dom.
Draco wrócił do Parkinson. Gdy Harry skończył naprawiać rozbite dzbany, chciał znów podejść do Ślizgona. Ten zmierzył go jednak takim spojrzeniem, że Harry’emu zrobiło się słabo.

Było zupełnie tak, jak przez ostatnie sześć lat. Z tym, że Harry wiedział już, że mogło być inaczej. Świadomość, że miałby znów znosić Malfoya – Malfoya, nie Draco – sprawiała, że chciało mu się płakać.

Wkrótce odkrył też, jak Draco udawało się unikać go przez cały czas.
Szedł korytarzem na Zaklęcia, gdy poczuł znajomy aromat mięty i cytryny. Obrócił się, ale nikogo nie zobaczył. Wyciągnął mapę z kieszeni i krzyknął głośno, gdy zobaczył Draco na końcu piętra. Więc Ślizgon przeszedł obok niego!
– Peleryna Niewidka… – Harry ukrył twarz w dłoniach.
Zapomniał ją wtedy zabrać z piątego piętra! Cholera!

I tak mijały kolejne dni jego udręki. Bezsenne noce spędzał na czytaniu podręcznika do Eliksirów, a raczej wpatrywaniu się w zamaszyste pismo Draco. Leżał w łóżku, wsłuchując się w równomierne oddechy współlokatorów i przywoływał w myślach momenty, w których był szczęśliwy. Wydawały się tak odległe, że aż nierzeczywiste.
Czy naprawdę całował kiedyś Draco? Nie, to niemożliwe. W nieprzeniknionej, nocnej ciemności Harry był bliski stwierdzeniu, że ostatnie tygodnie były tylko snem, z którego wciąż się nie otrząsnął. To tłumaczyłoby jego zagubienie i kłujące uczucie w klatce piersiowej. Harry znał je dobrze - było jego cieniem przez jedenaście długich lat.

W ciągu dnia był nieprzytomny i otępiały. Po odkryciu, że Draco ma pelerynę, przestał na niego czatować. Przypomniał sobie, jak sam niemal zwariował, gdy myślał, że Ślizgon go szpieguje. Chciał mu tego oszczędzić. Wiedział, że Draco ma dużo problemów i nie chciał być jednym z nich.
Musiał po prostu uzbroić się w cierpliwość. Wszystko w końcu się wyjaśni. Bo jeśli nie, to Harry po prostu utopi się w jeziorze.

Gdy przyszedł czas na czwartkową lekcję Teleportacji, Harry był strzępkiem nerwów.
– Nie idę – stwierdził przed drzwiami Wielkiej Sali.
Hermiona poklepała go pocieszająco po ramieniu.
– Daj spokój, może będziesz miał szansę z nim porozmawiać?
Harry westchnął i wszedł do sali. Tłum uczniów ustawiał się przy swoich obręczach. Nigdzie nie było Draco. Harry’emu udało się znaleźć Parkinson i szepnął do niej konspiracyjnie:
– Hej. Rozmawiałaś z Malfoyem?
– Tak. Nie skontaktował się z tobą?
– Nie.
– W takim razie pewnie nie ma ci nic do powiedzenia – odparła kpiąco i odwróciła się do niego plecami.

Harry chciał coś dodać, ale przerwał mu Instruktor, wygłaszający standardową formułkę powitalną i przypominając o zasadzie Ce-Wu-En. Gdy skończył, drzwi Wielkiej Sali uchyliły się i pojawił się w nich Draco. Serce Harry’ego drgnęło. Ślizgon podszedł do McGonagall i przeprosił za spóźnienie. Zajął miejsce na drugim końcu sali. Najdalej jak to możliwe od Harry’ego.

Część praktyczna jak zwykle była dość chaotyczna. Zwłaszcza, że coraz więcej uczniów potrafiło przenieść się w środek obręczy. Co chwila ktoś pojawiał się i znikał, a cała sala wypełniła się głuchymi trzaskami aportacji. Można było dostać oczopląsu od migoczących szat i twarzy.

Harry starał się skupić na zadaniu, ale z góry wiedział, że jest na przegranej pozycji. Jedyne o czym myślał, to że musi porozmawiać z Draco. Chciał mu wszystko wyjaśnić i wytłumaczyć, że nie miał nic wspólnego z całą tą debilną akcją Rona. Przecież to bez sensu, Draco stoi zaledwie kilka metrów od niego...
Cel. Wola. Namysł.

Harry obrócił się w miejscu i wylądował kilka metrów dalej.
– Cholera, rozproszyłeś mnie! Pieprzony Potter, zawsze musi być w centrum uwagi! – zawołał wściekły Draco, wyszarpując szatę spod butów Harry’ego.
Harry czuł się nieco rozkojarzony. Po raz pierwszy udało mu się aportować dokładnie w miejsce, w którym chciał się znaleźć. Spojrzał na Draco. Ślizgon miał paskudną minę. Harry znał ją bardzo dobrze, oglądał ją niemal codziennie przez ostatnie kilka lat.
Wiedział jednak, że to pozór. Nie dał się nabrać na pełen dezaprobaty wzrok, szyderczy półuśmieszek i pogardliwy ton. Wiedział, że to tylko skorupa – już raz widział, jak pęka.
– Musimy porozmawiać – powiedział stanowczo.
– O czym, Potter? Nie mam ci nic do powiedzenia. Trzeba było wybrać kogoś bardziej wylewnego jako obiekt swoich żartów.
Draco obrócił się w miejscu i aportował na drugi koniec sali. Harry dojrzał jego czuprynę gdzieś w okolicach stołu nauczycielskiego. Przeklął w duchu i zacisnął pięści.
– Nie miałem z tym nic wspólnego – warknął, wpadając na Malfoya, gdy aportował się zaraz za nim w to samo miejsce. – Słuchaj, nie miałem pojęcia, że Ron coś takiego wymyślił. Słowo!
– Twoje słowo nie jest warte złamanego sykla!
Draco okręcił się w miejscu. Harry złapał go za ramię, chcąc zatrzymać go w miejscu.

Poczuł przeszywający ból. Wrzasnął i upadł na ziemię. Przed oczami widział ciemność. Całe jego ciało paliło żywym ogniem. Miał wrażenie, że ktoś rozrywa mu wnętrzności.
Nie pomylił się wiele – jego ręka aportowała się wraz z Draco na drugi koniec sali, podczas gdy reszta ciała leżała przy stole nauczycielskim.
– Alarm! Alarm! – krzyknął Ślizgon, gdy zorientował się w sytuacji. – Na Merlina, nie ja, Potter! – warknął w stronę McGonagall, gdy ruszyła w jego kierunku.

Harry został wpakowany na nosze i przelewitowany w pobliże Draco. Pojękiwał głośno, gdy Snape szeptał skomplikowane inkantacje, a McGonagall polewała ranę dyptamem. W końcu zwymiotował z bólu prosto na szatę Draco i zemdlał.
Hermiona stanęła obok Ślizgona, który rzucił jej przerażone spojrzenie.
– Nie zrobiłem tego specjalnie.
– Przecież wiem – odpowiedziała mu zniecierpliwiona, ale nie mogła zignorować drżenia w jego głosie.

Harry został odesłany do Skrzydła Szpitalnego. Całe szczęście pani Pomfrey dość szybko postawiła go na nogi i wieczorem wrócił już do Pokoju Wspólnego Gryffindoru.
– Wow, to wyglądało groźnie – przyznał Dean, gdy Harry rozłożył się zmęczony na kanapie przed kominkiem.
– I wszędzie była krew – szepnął blady Neville, wzdrygając się lekko.

– Nie rozumiem, przecież już raz się rozszczepiłem i nie było aż tak źle – powiedział Harry do Hermiony, gdy zostali sami.
– Tak, ale wtedy aportowałeś się samodzielnie. Teraz tak naprawdę rozszczepił cię Malfoy.
Harry zamknął oczy. Był bardzo zmęczony. Najchętniej położyłby się na szczycie Południowej Strażnicy i leżał tam całą noc.
– Draco się pewnie wściekł, gdy zarzygałem mu szatę. To jego ulubiona. Kolejny powód, dla którego może mnie nienawidzić.
Jego głos brzmiał zbyt poważnie, by uznać te słowa za żart.

Hermiona siedziała zamyślona, jakby próbowała rozwiązać bardzo trudną zagadkę.
– Co do Malfoya... – powiedziała powoli, ale Harry jej przerwał:
– Nie zrobił tego z zemsty za ten żałosny żart Rona. To moja wina, złapałem go, gdy się aportował.
– Bronisz go? Mimo że wasz sojusz się wygląda na skończony?
– Dla mnie nic się nie zmieniło. Nawet jeśli Draco nigdy mi nie wybaczy, nie mam zamiaru wracać do wcześniejszej wrogości. Nie mam ochoty udawać, a to właśnie musiałbym robić.
– Nadal nie rozumiem, dlaczego Malfoy reaguje na to tak nerwowo, przecież… – Nagle drgnęła. Nachyliła się do niego, a w jej oczach igrało rozbawienie, co zupełnie zbiło go z tropu. A potem zadała pytanie, którego tak się obawiał: – Harry… Co dokładnie zaszło między wami tamtego wieczoru na błoniach?

Najpierw chciał coś wymyślić, ale doszedł do wniosku, że nie ma sensu dłużej ukrywać prawdy. Na kłamstwach nie wyszedł do tej pory najlepiej.

Przypominało to werbalną wiwisekcję – każde słowo wyciągało z Harry’ego emocje, o których wolał zapomnieć. Im dłużej mówił, tym większy ogarniał go smutek. Nie patrzył na Hermionę, wydawało się, że mówi sam do siebie, jakby próbował się upewnić, że nie wymyślił tego wszystkiego, że to się zdarzyło naprawdę.
Słowa wypływały z niego automatycznie, podczas gdy Harry myślał o czymś zupełnie innym.

Przypomniał sobie ich wieczór na wieży, gdy Draco powiedział, że odwrócił się od Voldemorta dla własnego bezpieczeństwa. Że nie wierzy w misję jego i Dumbledore’a.
A potem stanęła mu przed oczami noc, kiedy zginął Syriusz. Widział siebie, jak robi zamach i rzuca Cruciatusa na czołgającą się Bellatrix. To wspomnienie zawsze przyprawiało go o dreszcze. Czasami udawał, że to nie miało miejsca.
Draco bał się przyznać, że może mieć jasną stronę, Harry – ciemną. Obaj byli w zasadzie dwiema stronami tej samej monety. I dzięki temu rozumieli się doskonale, mimo że przez lata pałali do siebie niechęcią. To właśnie ich przeszłość sprawiała, że ta przyjaźń była bezcenna.

Miał wielkie szczęście, że opowiadał to właśnie Hermionie, która rozumiała wszystko bez zbędnych tłumaczeń. Kiwała głową i głaskała go delikatnie po zranionym ramieniu. Odgadywała niewypowiedziane słowa i myśli, czytała między wierszami.
Ktoś inny może by go wyśmiał - ot, sercowe rozterki, kłótnie, proza życia. Ale Hermiona wiedziała, że są sprawy, w których Harry był do tej pory jak samotny wędrowiec, a Draco szedł równoległym szlakiem w tym samym kierunku. Tylko oni mogli to zrozumieć.

Nie zadawała pytań, gdy skończył. Była na tyle delikatna, że nie chciała drążyć rozdrapanych ran. Odchyliła tylko głowę i przeczesała włosy.
– Wiesz co byłoby naprawdę dobrym pomysłem? – powiedziała zamyślona. – Gdybyś zrobił trochę tych swoich pierniczków. Są naprawdę pyszne.
Harry’ego trochę zdziwiła ta zmiana tematu.
– Acha i co niby mam z nimi zrobić?
– Dasz Malfoyowi i powiesz, co do niego czujesz. W końcu Frost mówiła, że przez żołądek do serca.
– No pewnie, a potem go pocałuję i odjedziemy razem w kierunku zachodzącego słońca. Hermiono, błagam. Draco się zmienił, ale nie aż tak. Wyśmieje mnie.
– To wtedy rzucisz na niego Oblivate.
Harry spojrzał zszokowany na Hermionę. Czy ona właśnie zasugerowała mu złamanie regulaminu szkoły? McGonagall miała rację. Ktoś podmienił Gryfonów na Ślizgonów.
– Przemyślę to – powiedział rozbawiony.
Pocałował ją w policzek i poszedł do dormitorium. Był wyczerpany.

Eliksiry, które wlała w niego Pomfrey pozwoliły mu zapaść w płytki, przerywany sen. Śniło mu się, że Draco zjadł jego pierniczki, zwymiotował, a potem rozszczepił się z krzykiem:
– Nienawidzę cię, Potter!

*** *** ***

Piątkowy poranek zastał Harry’ego w Pokoju Życzeń. Zgodnie z radą Hermiony, Harry postanowił upiec kilka ciastek i wręczyć je Draco. Może to na chwilę odwróci uwagę Ślizgona i Harry zyska kilka sekund na wyjaśnienie sprawy.
W końcu święta to czas cudów – myślał nie bez ironii.
Długo zastanawiał się nad dekoracją pierników i w końcu zdecydował się na nieco przewrotny wzór. Transmutował migdały w węże i lwy. Zwierzęta pożerały się nawzajem.
Miał nadzieję, że to wystarczająco Ślizgońskie.

Gdy wrócił do Pokoju Wspólnego z paczuszką zapakowaną w przezroczysty celofan, wpadł w sam środek wielkiego zamieszania. Uczniowie biegali po salonie, szukając piór, skarpetek i żegnając się w pośpiechu. W tle grały kolędy, a pod sufitem podskakiwały wypełnione brokatem bombki. Co chwilę któraś z nich wybuchała, obsypując wszystkich błyszczącym proszkiem o zapachu cynamonu.

Harry znalazł Hermionę przy stole w głębi pokoju. Zbierała właśnie porozrzucane skrawki pergaminu.
– Tu jesteś! – zawołała na jego widok i pocałowała go w policzek. – Gdzie byłeś cały poranek?
Uchylił nieco klapę szaty, pokazując jej paczuszkę. Hermiona uśmiechnęła się promiennie.
– Są idealne – powiedziała, gdy zauważyła wzór na lukrze.
– Słuchaj, widziałaś Rona? Chciałbym się z nim pożegnać mimo wszystko.
– Ron i Ginny są już w domu. Rano McGonagall wysłała ich przez Fiuu. Przykro mi. – Poklepała go po ramieniu, widząc jego zawiedzioną minę. – Ale nie martw się, rozmawiałam z Ronem. Chyba parę rzeczy zaczęło mu się układać pod tą rudą czupryną. Jednak eliksiry uspokajające to wspaniały wynalazek.
– Podałaś mu eliksir uspokajający?
– Wzięłam przykład z Lavender. Miała trochę racji w tym, że bez eliksiru do Rona nic nie dociera.
Przytuliła go i zatrzasnęła teczkę z notatkami. Jej kufer czekał już przy wejściu.
– Wszystko będzie dobrze – powiedziała, gdy żegnała go przed portretem Grubej Damy. – No, a teraz idź szukać swojego smoka.
– Hermiona, to było... – powiedział Harry słabo, krzywiąc się z niesmakiem. – Jestem facetem, my nie gadamy takich rzeczy.
– Tak, to prawda. – Zaśmiała się i ruszyła schodami w dół. – A byłoby o wiele prościej!

Harry pomachał jej i wyciągnął z kieszeni Mapę Huncwotów. Znalazł kropkę z imieniem Draco i ruszył w stronę ślizgońskiej części szkoły.

Lochy były przystrojone w żywe odcienie zieleni i zimne srebro. Ustawione po obu stronach korytarza niskie, gęste drzewka pachniały intensywnie żywicą. Srebrne świece rzucały blade światło na kamienne mury. Harry jednak nie czuł się nieswojo, otoczony przez kolory Slytherinu. Z jakiegoś powodu zdawały się przyjemną odskocznią od przytłaczającego ostatnio przepychu złota i czerwieni Gryffindoru.
Być może dlatego na ostatniej lekcji Kultury Mugolskiej zrobił na drutach skarpetki w zielono-szare pasy?
Nie, to nie miało nic wspólnego ze Slytherinem. Za to całkiem sporo z pewnym Ślizgonem.
Zaśmiał się pod nosem i skręcił w prawo. Zatrzymał się jednak w pół kroku.

Draco stał na środku korytarza i rozmawiał z Parkinson. Obok nich w powietrzu unosiły się dwa potężne kufry. Jeden pokryty był rzeźbionymi wężami z oczami wysadzanymi kamieniami. Harry poznał te kamienie – takie same Draco miał w spinkach do mankietów.
Węże wiły się między sobą, aż na chwilę ułożyły się w jakiś napis. Harry zmrużył oczy i przeczytał: “Malfoy”.
Ale przecież Draco miał zostać w zamku na święta...

Harry próbował podejść bliżej, by usłyszeć głos Draco. Dotarły do niego strzępki rozmowy:
– … zawsze jest indyk…
– … dzięki za zaproszenie…
– … świetna zabawa...
Harry zrobił jeszcze kilka kroków. Żałował, że nie ma przy sobie peleryny niewidki.

W końcu podszedł tak blisko, że poczuł zapach mięty i cytryny.
– Zawsze chciałam spędzić z tobą święta. – Głos Pansy poniósł się głucho po korytarzu.
Harry wychylił się zza ściany. Widział, jak Draco kiwnął powoli głową. Kilka kosmyków z jego idealnej fryzury wpadło mu do oczu, a on bezwiednie odgarnął je palcami. Harry zerknął na Pansy i nagle zapragnął znaleźć się z dala od tego miejsca, ale nogi wrosły mu w kamienną posadzkę. Parkinson głaskała Draco po ramieniu, drugą rękę trzymając na jego biodrze. Wspięła się na palce i go pocałowała.

Harry wciągnął powietrze ze świstem. Ten obraz na zawsze utkwił w jego głowie. Pansy i Draco pasowali do siebie jak dwie połówki jabłka. Czerń i biel. Chłopak i dziewczyna. Ślizgoni. Zagryzł dolną wargę, odwrócił się na pięcie i zaczął biec. Miał nadzieję, że jeśli pobiegnie wystarczająco szybko i daleko, ta scena rozmyje mu się przed oczami.
Gdy wpadł do Wieży, salon był pusty. Skrzaty posprzątały bałagan po pakowaniu i wszędzie panował nieskazitelny porządek. Było to aż nienaturalne – Harry nigdy nie widział tak spokojnego i opustoszałego Pokoju Wspólnego.
Był jedyną osobą w całym Gryffindorze. I nagle, gdy uświadomił sobie, że Draco jedzie na święta do Pansy – najwyraźniej swojej dziewczyny – poczuł się bardzo samotny.
Przynajmniej Draco nie musiał spędzać świąt w Hogwarcie. Harry uśmiechnął się słabo. Mimo wszystko cieszył się z tego powodu. Pomyślał, że Ślizgon naprawdę zasłużył na normalne święta z kimś bliskim.

Opadł na fotel przed kominkiem i ukrył twarz w dłoniach.
Jego cień - o którym niemal zapomniał przez te lata w Hogwarcie - zaczął rosnąć i rosnąć, aż opuścił jego klatkę piersiową i pochłonął Harry’ego, oddzielając go od reszty świata.

*** *** ***

Draco odepchnął Pansy, wycierając usta rękawem szaty.
– Co to niby było? – syknął wściekle, poprawiając rozczochrane włosy.
Roześmiała się i oparła rękę na biodrze.
– Nadal jesteś pewien, że nie chcesz?
Draco spojrzał na nią z politowaniem.
– Przecież ci mówiłem. Ani teraz, ani nigdy. Pogódź się z tym Pansy i znajdź sobie jakiegoś porządnego Ślizgona.
– Nie mogę, bo jedyny wart uwagi jest już zajęty. I to przez Złote Dziecko Gryffindoru! Draco, ty przeklęty głupku. – Uśmiechnęła się krzywo. – Nie wiem, co ci się roi pod tą zniewalającą blond fryzurą, ale niech ci będzie. Masz moje błogosławieństwo, o ile tylko znajdziesz czas, żeby pograć ze mną w Mordercze Rzutki.
– Zmienisz zdanie, gdy wrócisz do domu. Uwierz.
– Draco, idioto! – krzyknęła Pansy i walnęła go w ramię. – Myślisz, że nie wiem? Za kogo ty mnie masz, jakąś puchońską ciapę? Tak się składa, że nie tylko ty na świecie masz rozum i wolną wolę, wiesz? A moja rodzina nie jest tak popieprzona, jak twoja.
Draco zmierzył ją wzrokiem.

Ślizgoni nie mają przyjaciół – zadźwięczały mu w głowie słowa Lucjusza.

Ale przecież postanowił mieć własne zasady, prawda? Kodeks Draco Malfoya. Czy nie to trzymało go przy zdrowych zmysłach?
“Pieprz się ojcze, nie pozdrawiam” – tak odpisał na tamten pamiętny list. Teraz pomyślał to samo.

– Dobrze. Możesz na mnie liczyć w kwestii rzutków. Tylko nie całuj mnie już, proszę. To obrzydliwe – powiedział kwaśno, a Pansy się roześmiała.
– Przykro mi, że zostajesz w Zamku na święta. Na pewno nie chcesz jechać ze mną? Mówię serio, mojej matce jest wszystko jedno, jakie masz poglądy, o ile nie dotykasz jej antyków.
– Nie, o ile chcę uniknąć morderstwa z rąk Malfoya Seniora.
– Opowiesz mi wszystko jak wrócę, dobrze? – zapytała poważnie. – Chcę to usłyszeć od ciebie.
Kiwnął głową. Pansy uśmiechnęła się i przytuliła go krótko. Podziękowała za pożyczenie jej kufra, po czym poszła w kierunku wyjścia z Zamku, a dwa ciężkie pakunki, wyładowane prezentami, słodyczami i futrzanymi ubraniami pofrunęły za nią.
Draco został sam.

Nie pierwszy i nie ostatni raz – pomyślał kwaśno.
Najwyraźniej taka była cena trzymania się zasad.
Live until we die

"- Potter, ty mała kupko gryfońskiej odwagi i ani krzty rozumu."
Anonimowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 8 gru 2017, o 11:38
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Anonimowa » 25 gru 2018, o 11:47

Rozdział Jedenasty
W którym są Święta.

*** *** ***

Harry próbował znaleźć sobie jakieś zajęcie. Wypolerował Błyskawicę. Pościelił łóżko. Zrobił porządek w kufrze - posegregował notatki, wyrzucił stare pióra, uzupełnił atrament w kałamarzach. Poskładał ubrania w kostkę i poukładał je według kolorów.
A potem złapał wszystko w ręce i rzucił ze złością na podłogę.

Dlaczego Draco pocałował Parkinson? Byli razem? Harry nieraz widział, jak Pansy kleiła się do Draco, ale nigdy nie przypuszczał, że on odwzajemnia jej zainteresowania.
W zasadzie miało to sens – dwójka Ślizgonów, podobne poglądy, zapatrywania.
Z tym, że Draco chwilowo miał inne zapatrywania. A tak przynajmniej wydawało się Harry’emu. Bo jeśli nie, to dlaczego Ślizgon pocałował go na błoniach? A potem na wieży? Dlaczego mówił mu te różne rzeczy?
Jeśli to wszystko miało okazać się kłamstwem, albo kaprysem…

Usiadł na łóżku, a z jego szaty wypadł kawałek zmiętego pergaminu. Harry sięgnął i rozprostował zagięcia.

Chciałbym, żebyś mi pokazał, jak działa ta telawizja.
D.


Odpowiedź, którą Draco wysłał mu na zajęciach z Kultury Mugolskiej. Harry opadł bezsilnie na łóżko, zaciskając pergamin w pięści. Miał wrażenie, że to wydarzyło się lata temu. Wieki.
Albo że to wszystko było snem. Harry był bardzo blisko stwierdzenia, że nadal znajduje się pod wpływem działania nieudanego eliksiru Lisy i po prostu ma niekończące się halucynacje.

Próbował odnaleźć we wspomnieniach jakiś znak, który potwierdzałby jego obawy. Słowo, minę, gest, które zdradzałyby, że Draco tylko żartował. I choć odtwarzał wszystko wciąż i wciąż na nowo, nie znalazł nic takiego.
Wręcz przeciwnie - coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że obaj z Draco byli aż śmiesznie poważni. Gdy wspominał ich spotkanie w Hogsmeade, a później wspólny wieczór na Południowej Strażnicy, myślał, że są rzeczy, których po prostu nie można udawać.

I to było chyba najgorsze - świadomość, że miał Draco na wyciągnięcie ręki i stracił jego zaufanie.

*** *** ***

Wielka Sala wyglądała wspaniale. Na środku stał długi stół, wspólny dla nauczycieli i uczniów, przystrojony ostrokrzewem i pomalowanymi na biało cisowymi gałązkami. By zatuszować pustkę, dookoła ustawiono prawdziwy las drzew iglastych. Nad nimi unosiły się gęste wyczarowane obłoki, z których padał śnieg. Ściany Wielkiej Sali skuł lód, przez co miało się wrażenie przebywania na dworze w prawdziwie zimowej aurze. Sklepienie nad stołem było rozgwieżdżone, niebo bezchmurne. Ogromny sierp księżyca rzucał niesamowite, niebieskie światło na twarze przy stole.

Harry usiadł obok Hagrida, życząc mu wesołych świąt i obiecując, że wpadnie jutro na herbatkę. Na przeciwko nich usiadł Snape, co tylko pogorszyło i tak zszargane nerwy Harry’ego. Zaledwie dwójka uczniów oprócz niego pozostała w szkole na święta, ale oni zajęli miejsce z dala od nauczycieli. Krzesło obok Harry’ego było puste.
– Jak ci mija siódmy rok? Dużo nauki, co? – zapytał Hagrid, sięgając ogromną dłonią po cynamonowe ciasteczko. Niemal zmiażdżył je swoim silnym uściskiem. Okruszki rozsypały się po gęstej, miejscami siwej brodzie.
– To prawda, ale z Hermioną u boku jakoś nieszczególnie się martwię. – Uśmiechnął się Harry.
– No tak, ta dziewczyna to prawdziwa spryciara. – Hagrid mrugnął do niego. – Pewnie całe dnie siedzicie w bibliotece zakopani w tomiskach, co?
– Tak, ale nie jest źle. Materiał w tym roku jest naprawdę interesujący. Dumbledore dał mi wyraźnie do zrozumienia, że muszę się przyłożyć, jeśli chcę startować na Kurs Aurorski.
Hagrid gwizdnął cicho i klepnął go w plecy. Harry wpadł nosem w miskę z puddingiem.
– O cholibka, przepraszam Harry, trochę za mocno…
Hagrid złapał go za ramiona i usadził prosto. Sięgnął po chustę wielkości obrusu i zaczął wycierać jego twarz. Harry wydłubywał resztki jedzenia z włosów. Snape spojrzał na niego z obrzydzeniem.
Tiszta. – Mistrz Eliksirów machnął różdżką i brud z twarzy i ubrania Harry’ego zniknął. – Postaraj się nie obrzydzać innym kolacji, Potter. Niektórzy chcą ją spędzić w miłej atmosferze, jeśli to w ogóle możliwe w twoim towarzystwie – powiedział kwaśno.
Idealnie świąteczna atmosfera. Brakuje tylko marsza pogrzebowego – pomyślał Harry.
– Hermiona w tym roku zgarnia wszystkie punkty, nie? – wrócił do rozmowy Hagrid. – Ale ty też nie zostajesz w tyle, co?
– Jakoś daję radę. No, może oprócz eliks... – w ostatniej chwili ugryzł się w język.
Snape odwrócił się w jego kierunku i zmrużył oczy. Harry przełknął ślinę.
– Jak bydziesz dalej tak harować Harry, to na bank zostaniesz Aurorem, jak twoi starzy. – Głos Hagrida załamał się niezauważalnie przy ostatnich słowach. Westchnął głośno, a cały stół zatrząsł się od jego oddechu. – Ale chyba jest dużo chętnych w tym roku, co?
– Tak. Od nas z Gryffindoru prawie wszyscy. Sporo jest też Krukonów i Puchonów. Ze Slytherinu…
– Ślizgoni na aurorów? Cholibka! Kto to taki?
– Draco Malfoy – powiedział Harry i nie mógł powstrzymać uśmiechu, gdy zobaczył minę Snape’a.

Jak na zawołanie drzwi Wielkiej Sali otworzyły się ze zgrzytem i pojawił się w nich Draco. Miał na sobie długą szatę w ciemnym odcieniu zieleni, połyskującą w świetle świec niczym tafla jeziora. Rozejrzał się po sali i zagryzł dolną wargę, gdy okazało się, że jedyne wolne miejsce znajduje się obok Harry’ego.
Zaraz jednak odzyskał rezon i usiadł, kiwając uprzejmie głową w kierunku Snape’a.
– Co ty tu robisz?! – zawołał zduszonym głosem Harry.
Draco zmierzył go zniesmaczonym spojrzeniem i odwrócił głowę, tak że Harry idealnie widział profil jego prostego nosa.
– Przyszedłem zjeść kolację, Potter. To taka czynność, którą ludzie wykonują, kiedy są głodni. Ach, a może jesteś tak zajęty swoim żałosnym knuciem, że nawet nie myślisz o czymś tak przyziemnym jak jedzenie? My jednak, zwykli śmiertelnicy, w odróżnieniu od Chłopca Który Przeżył, musimy czasem...
– Nie pojechałeś do Pansy? – zapytał bez ogródek Harry.
Draco drgnął, nieco wytrącony z równowagi faktem, że mu przerwano. Sięgnął po sok dyniowy, wciąż nie patrząc w kierunku Harry’ego.
– Jak widzisz jestem tutaj. Co oczywiście oznacza, że nie ma mnie w innym miejscu. Być może jest to za trudne do ogarnięcia dla osoby z mózgiem gabarytów rodzynki...
Ale Harry nie zamierzał tracić idealnej okazji. Przecież Ślizgon nie przeklnie go przy nauczycielach.
– Słuchaj, Draco...
– Witajcie wszyscy – rozległ się głos Dumbledore’a.

Harry przeklął w duchu. Czy kiedykolwiek będzie mu dane wytłumaczyć Draco, co się w zasadzie wydarzyło na korytarzu na piątym piętrze?

Dyrektor kontynuował:
– Miło mi spędzać wigilijny wieczór w tak doborowym towarzystwie. Mam nadzieję, że te święta będą dla was czasem odpoczynku od nauki i chwilą wytchnienia. Spędźcie je w gronie przyjaciół. A tym, którzy mają nieco kwaśne miny – Harry’emu wydawało się, że Dumbledore do niego mrugnął – przypominam, że święta to magiczny czas cudów. Nie traćcie nadziei i uśmiechów. To co, wcinamy?

Dyrektor usiadł i na stole pojawiły się przepyszne dania. Żołądek Harry’ego był jednak jak ściśnięty gumką. Nałożył sobie kilka potraw, ale był pewien, że nie będzie w stanie nic przełknąć, zanim nie porozmawia z Draco.
– Posłuchaj... – zaczął, odwracając się do Ślizgona, ale ten uderzył go łokciem pod żebra. Harry jęknął, pozbawiony tchu.
– Profesorze Snape. – Draco odwrócił głowę w kierunku Mistrza Eliksirów. – Czy w trakcie przerwy świątecznej uczniom wolno korzystać z boiska do quidditcha?
– Oczywiście.
– Draco, posłuchaj... – Harry spróbował ponownie, ale został uciszony ruchem dłoni.
– Rozmawiam, Potter – syknął Draco, wyraźnie przeciągając głoski w jego nazwisku. – Niegrzecznie jest przerywać, nie nauczyli cię tego w domu?
– Pan Potter nie wyniósł z domu niczego, poza umiejętnością wścibiania nosa we wszystkie sprawy, które go nie dotyczą – powiedział Snape, bawiąc się lampką wina.
Hagrid burknął coś niewyraźnie. Zażenowany Harry wstał i sięgnął po dzban z sokiem, gdy nagle poczuł pchnięcie w plecy. Stracił równowagę i potrącił naczynie, rozlewając napój po całym stole. Snape przeklął cicho, gdy płyn rozlał się na jego szaty. Wstał, odsuwając z trzaskiem krzesło.
– Potter, ty...
W całym tym zamieszaniu nikt nie zauważył, jak blada dłoń sprawnie przechyliła fiolkę z błyszczącym płynem nad talerzem Harry’ego.
– Och, nic się nie stało – zawołał Dumbledore i machnął różdżkę, sprzątając bałagan.
Harry usiadł, czując jak jego policzki pokrywają się purpurą.
– Potter, nawet pięciu minut nie możesz wytrzymać, bez zwracania na siebie uwagi całego zamku? – warknął Snape.
– Profesorze Snape, są święta. – McGonagall wychyliła się z drugiego końca stołu. – Bardzo cię proszę, czy mógłbyś nie dręczyć uczniów mojego domu chociaż przez te kilkanaście godzin?
– Jeśli tylko Potter przysięgnie, że nie pojawi się w zasięgu mojego wzroku. Wtedy być może będzie to wykonalne.
– Cudowny wieczór, nieprawdaż? – przerwał im Dumbledore. – Indyka, Severusie?

Harry siedział jak na szpilkach. Przecież Draco nie może wiecznie udawać, że go nie słyszy! Och, no tak – może. Jest w końcu upartym, zawziętym Ślizgonem,

Harry zaczął jeść indyka, zerkając na Draco, ale ten wydawał się go nie dostrzegać. W końcu nie wytrzymał i nachylił się nad Ślizgonem, niemal dotykając ustami jego ucha. Draco drgnął i spojrzał Harry’emu głęboko w oczy.
– Nie miałem z tym nic wspólnego. Nie wiedziałem, że Ron...
– Wychodzę.

Draco odsunął krzesło i wstał. Ciemnozielona szata załopotała, gdy przemierzał Wielką Salę. Harry przeklął w duchu.
– Jak widzę pan Malfoy nie wytrzymał twojego towarzystwa Potter, nie żebym był zdziwiony – powiedział kpiąco Snape, ale Harry go nie słuchał.

Wstał natychmiast od stołu i pobiegł za Ślizgonem. W międzyczasie przywołał zaklęciem swoje pierniczki, leżące na łóżku w dormitorium.
Miał już dość tych gierek. Teraz albo nigdy.

Złapał lecącą w powietrzu paczkę i ruszył pędem korytarzami zamku.
– Poczekaj! – zawołał, widząc błyszczący materiał szaty, znikający za zakrętem. Przyspieszył, żeby dopaść Draco, zanim dotrze do lochów.
– Och! – krzyknął, gdy wpadł na Ślizgona w pełnym biegu.
Runął jak długi na podłogę. Paczka z pierniczkami wypadła mu z rąk.
– Widzę, Potter, że nie dasz mi żyć, dopóki nie wygłosisz swojego żałosnego monologu – powiedział Draco znudzonym tonem, patrząc na niego z góry. – W takim razie słucham.
– Nic nie wiedziałem o tej głupiej akcji Rona! – krzyknął Harry, wstając i otrzepując koszulę. – Przysięgam Draco, nie miałem z tym nic wspólnego.
– A ja mam ci wierzyć, bo?
– Słuchaj, on chciał się zemścić, bo wciąż myślał, że dolałeś mu eliksiru do barszczu. To żenujące, wiem. Ale w ogóle nie chodziło mu o nas. – Harry poczuł dziwne ciepło w gardle, gdy wypowiedział te słowa. – Chciał spryskać ciebie i Lisę eliksirem miłosnym i się z was nabijać. Tak, to jeszcze bardziej żenujące, wiem! – uprzedził Draco, który już otwierał usta. – Nie przyszedł na trening, a ja poszedłem go za to zrugać, dlatego znalazłem się na piątym piętrze. Przysięgam, na Merlina!

Draco wpatrywał się w niego badawczo. Oparł się o ścianę i bawił zielonymi spinkami mankietów. Jego oczy błyszczały w nikłym świetle świec, a na ustach pojawił się szyderczy uśmiech. Harry powoli zaczynał rozumieć, dlaczego dziewczyny nazywały go Szarookim Demonem Slytherinu.

Stojący w rogu cyprysik zaczął nucić:
On the first day of Christmas, my true love gave to me a partridge in a pear tree.

Harry wiedział, że może mówić i mówić, a to i tak nic nie zmieni.
Był tylko jeden sposób.

W kilku krokach pokonał dzielącą ich odległość i złapał Draco za poły szaty. Zacisnął pięści na gładkim, delikatnym materiale. Zakręciło mu się w głowie, gdy poczuł znajomy zapach. Tęsknił za nim. Pragnął go.

Podniósł głowę, przeklinając w myślach swój wzrost i pocałował Draco.

Jego usta były dokładnie takie, jak zapamiętał – miękkie i wilgotne. Harry złożył delikatny pocałunek w kąciku, muskając bladą i zaskakująco chłodną skórę. Ugryzł dolną wargę Draco i usłyszał syk. Zakręciło mu się od tego w głowie.
Wypuścił szatę z lewej dłoni. Otworzył oczy.
Ich nosy trącały się koniuszkami. Zmarszczka między jasnymi brwiami wygładziła się, gdy Harry zaczesał kosmyk platynowych włosów za ucho Draco.

Spojrzał w górę.
Napotkał kpiące spojrzenie.

Cofnął się gwałtownie, rozdeptując przy okazji swoje ciastka. Draco spojrzał na zniszczoną paczkę i podniósł ją z ziemi.
– Co to jest, Potter?

Harry nie był jednak w stanie wykrztusić słowa, porażony tym, co zobaczył. A więc jednak. Jak Harry mógł pomylić się tak bardzo?
Ślizgon obracał paczkę w dłoniach. Otworzył ją i wziął jednego pierniczka do ręki. Na jego twarzy pojawiła się konsternacja, gdy zauważył lwa i węża.
– Muszę przyznać, że wyszło zdecydowanie mniej zabawnie, niż sądziłem. Mogłem się tego spodziewać, od początku wiedziałem, że to poniżej mojej godności – powiedział Draco. Wyciągnął różdżkę i skierował ją na Harry’ego. – Veritasentis.

Harry drgnął zaskoczony.
– Draco, co ty robisz? – zapytał, marszcząc brwi.
– Odczarowuje cię, oczywiście.
– To zauważyłem. Ale po co?
– Och, skoro nie przeszkadza ci chodzenie po zamku pod wpływem eliksiru miłosnego to wybacz, że skróciłem twoją zabawę.
– Co? O czym ty…
– Dolałem ci eliksiru miłosnego do jedzenia. W ramach zemsty. Pomyślałem, że będzie zabawnie, jeśli rzucisz się na McGonagall na przykład. Ale oczywiście musiało paść na mnie. Mam beznadziejną karmę.
– Dolałeś mi eliksiru miłosnego do jedzenia?
– Tak, dokładnie to powiedziałem, Potter. Słuch ci szwankuje? Nie możesz słuchać i oddychać jednocześnie? To za dużo na twoje możliwości, prawda? Lepiej mi powiedz, co to za pierniczki.
– Eliksiry miłosne na mnie nie działają – powiedział Harry. Z satysfakcją obserwował, jak źrenice oczu Draco się rozszerzają.
– Nie dzia...
– Nie, Draco, eliksiry miłosne na mnie nie działają. – Harry podszedł i złapał go za rękę. – A te pierniczki są dla ciebie, taki prezent. Na zgodę. Wesołych Świąt, Draco.

Ślizgon przeniósł wzrok z pierników na ich splecione dłonie, potem znów na pierniczki, a następnie spojrzał w oczy Harry’emu. Jego usta drgnęły.
– Tylko mi nie mów, że to jest to, co ja myślę – powiedział cicho, a jego oczy zwęziły się niebezpiecznie. Harry ścisnął jego dłoń.
Raz się żyje.
– Draco, ja...
– Nie kończ! – zawołał piskliwym głosem Draco. Spanikowany odtrącił dłoń Harry’ego. Cofnął się o krok. – Veritasenti! Veritasenti!

Harry wpatrywał się w niego ze smutkiem.

Och.

W zasadzie powinien się tego spodziewać – myślał, gdy jego serce przestało bić. W końcu brał pod uwagę taką możliwość. Ostatecznie nic się nie stało, prawda? – pocieszał się, ignorując rozkojarzoną minę Draco. Po prostu będzie udawał, że nic się nie wydarzyło.
Skierował różdżkę na Draco i uśmiechnął się przepraszająco.
Nic. Nigdy.
Obli...
Expelliarmus!

Ślizgon trzymał w ręku różdżkę Harry’ego. Ten krzyknął wściekle i ruszył do przodu, chcąc wyrwać swoją własność, ale Draco podciął mu nogi. Harry runął jak długi na kamienną posadzkę. Usłyszał pospieszne kroki Ślizgona.
– Nie! – krzyknął Harry, gramoląc się z podłogi.

Zaczął biec w kierunku lochów. Ale Draco zdążył zniknąć za kamienną ścianą w akompaniamencie okropnego zgrzytu. Harry dopadł muru i zaczął walić w niego pięściami.
– Kiedyś w końcu będziesz musiał stamtąd wyjść! – wrzasnął wściekle. Odpowiedziała mu głucha cisza. – Co za bzdury! – sapnął, rozcierając poranioną rękę i ruszył w kierunku Wieży.

Był taki zły! Sam w zasadzie nie wiedział, na kogo. Na siebie – bo się ośmieszył, a do tego dał rozbroić jak pierwszoroczny? Czy na Draco, za to, jak go potraktował? A może na Rona, bo w końcu to wszystko jego wina!

Wpadł do dormitorium, dysząc z wściekłości. Jego wzrok padł na leżącą przy kufrze Błyskawicę.
Tak, to był dobry pomysł. Musi ochłonąć. Musi zrobić cokolwiek, by w końcu przestać kręcić się w kółko!
Przebrał się szybko w szaty Szukającego, złapał miotłę. Zastanawiał się, czy udałoby mu się dolecieć nad morze. Stwierdził jednak, że mógłby włączyć alarm, przekraczając bariery szkoły. Miał już dość kłopotów.

Wciąż przeklinając pod nosem swoją lekkomyślność i złudne nadzieje, doczłapał na boisko Quidditcha. Wsiadł na miotłę. Odepchnął się od ziemi i gładko przeciął mroźne powietrze.

Głupi, głupi, głupi.

Zatoczył kilka kółek dookoła boiska, ale wciąż czuł wściekłość. Zgrzytnął zębami – na górze było jeszcze zimniej, a silne porywy powietrza utrudniały latanie. Zanurkował w dół i poczuł pęd powietrza we włosach. Jego zęby dzwoniły, a ręce zdrętwiały, zaciśnięte niemal do bólu na trzonku miotły.
Musnął ziemię końcówkami witek. Zawisł kilka centymetrów nad płytą boiska i spojrzał w niebo. Gwiazdy świeciły w bezchmurnej, głębokiej czerni, a śnieg odbijał sztuczne światło reflektorów, barwiąc krańce horyzontu na stalowoszary kolor.
Który przypomniał mu oczywiście o Draco.

Wrzasnął dziko. Jego głos zabrzmiał niczym lawina, pędząca w dół zbocza. Harry odepchnął się od ziemi i skierował niemal pionowo wprost w gwiazdy. Wciąż krzyczał i czuł chrobotanie w gardle – fizyczny ból frustracji i złości.

Głupi, głupi, głupi.

Nie wiedział jak wysoko był, gdy Błyskawica zaczęła się trząść. Chwycił miotłę mocniej, położył się całym ciałem na trzonku i wykonał zwrot. Ciemne plamy zatańczyły mu przed oczami, gdy zobaczył płytę boiska wiele metrów pod sobą. Zaczął pikować w dół, skupiony na śnieżnobiałej powierzchni. Chciał zanurkować w ten śnieg i obudzić się z tego koszmaru.

Silny podmuch wiatru targnął Błyskawicą i Harry poczuł, że traci nad nią kontrolę. Tył miotły obrócił się w prawo. Harry próbował kontrować, ale kolejny podmuch zrzucił go z trzonka.

Krzyknął w panice, ale mroźne powietrze natychmiast odebrało mu głos. Leciał więc w ciszy, coraz niżej, coraz szybciej, zastanawiając się histerycznie, czy warstwa śniegu była dość gruba, by zamortyzować upadek.

Na sekundę przed tym, gdy jego ciało uderzyło w ziemię, pomyślał, że mógł jednak powiedzieć Draco.
Głupi.
Live until we die

"- Potter, ty mała kupko gryfońskiej odwagi i ani krzty rozumu."
Anonimowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 8 gru 2017, o 11:38
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Anonimowa » 26 gru 2018, o 20:07

Rozdział Dwunasty
W którym Harry je naprawdę obrzydliwe ciastka.

*** *** ***

Gdy otworzył oczy, poraził go oślepiający blask. Zamrugał kilka razy i przechylił głowę. Przeszył go tępy ból. Zamrugał jeszcze raz. Próbował rozejrzeć się dookoła. Rozpoznał okna skrzydła szpitalnego. Jak się tu znalazł?
Zerknął w dół. Zdawało się, że ma wszystkie kończyny.
Odetchnął z ulgą.

Zaczął powoli poruszać dłońmi i kręcić głową. Ból stawał się coraz słabszy, aż w końcu zniknął zupełnie.
– Dzień dobry, kochaneczku – rozległ się wesoły głos pani Pomfrey. Mrugnęła do niego, niosąc tacę z eliksirami. – Widzę, że nie dasz mi od siebie odpocząć nawet w święta. Nic się nie martw, zaliczyłeś tylko paskudne złamanie kości śródręcza, ale udało mi się to naprawić przez noc.
Harry uśmiechnął się do niej i usiadł, stękając z bólu. Kątem oka zauważył górę prezentów przy jego łóżku. Najwyraźniej ktoś przyniósł je tutaj z Wieży Gryffindoru. Może Zgredek?
Próbował przypomnieć sobie, co się właściwie wydarzyło. W głowie migały mu pojedyncze obrazy - kolacja, ciemny korytarz, rozbłysk zaklęcia. Ktoś go przeklął? Nie, przecież Pomfrey mówiła coś o złamaniu…
Grzecznie wypił wszystkie lecznicze mikstury, które mu serwowała.
– Jak się tu znalazłem? – zapytał, gdy przełknął łyk ostatniego, najbardziej gorzkiego eliksiru. Dlaczego nikt nie wpadł na to, żeby dodawać do nich syropu malinowego?
– Spadłeś z miotły na boisku. Profesor McGonagall cię znalazła.
– McGonagall? Ale skąd...?
– Jakiś uczeń widział twój upadek i ją zawiadomił. No, kochaniutki, wesołych świąt, odpakuj prezenty! – zawołała, wskazując stos pudełek.

Harry zmarszczył czoło, a potem westchnął ciężko. No tak, teraz pamiętał… Poszedł polatać po kłótni z Draco i stracił kontrolę nad Błyskawicą.
Zresztą, miotła nie była jedynym, nad czym stracił ostatnio kontrolę.

Zszedł z łóżka, ignorując lekkie zawroty głowy i zaczął szperać w pakunkach. Postanowił choć na chwilę zignorować dziwne kłucie w klatce piersiowej, które pojawiało się na myśl o Draco.

Od razu założył na siebie sweter pani Weasley. Nie mógł tylko zrozumieć, dlaczego w tym roku dostał popielaty, ze złotym „H” wyszytym na środku. Hermiona podarowała mu oczywiście książkę: „Kurs Aurorski w dziesięciu krokach”. Hagrid przysłał kurtkę z prawdziwej smoczej skóry. Harry zafascynowany przebiegł palcami po ostrych, mieniących się łuskach. Ron również kupił mu prezent – zestaw magicznych gier. Dołączył do niego krótką i lakoniczną notatkę. Zawsze coś. Dobrze było wiedzieć, że przyjaciel zostawia mu otwartą furtkę. Być może, gdy wróci, będą mogli wyprostować kilka spraw.

Resztę prezentów postanowił odpakować później. Złapał książkę od Hermiony i jakąś paczkę ciastek, która leżała obok. Zerknął na nie zamyślony. Były w kształcie złotych gwiazdek z malutkimi śnieżynkami na lukrze. Zagryzł wargę, zastanawiając się, czy były bezpieczne do spożycia.
Och, w obecnej sytuacji żaden eliksir miłosny nie zrobi na mnie wrażenia – pomyślał.
Otworzył książkę i przeleciał wzrokiem spis treści. Sięgnął po ciastko i włożył je do ust. Skrzywił się i z trudem przełknął bezsmakową masę mąki.
– Na Merlina, to jest obrzydliwe – powiedział sam do siebie, zniesmaczony.
Usłyszał hałas po swojej lewej stronie. Zerknął tam, ale nikogo nie zobaczył. Wzruszył ramionami, rozłożył się wygodnie na łóżku i zaczął czytać.

Po kilku stronach uświadomił sobie, że nie jest w stanie skupić się na tekście. Jego myśli wciąż błądziły w okolice lochów, gdzie zrobił z siebie kompletnego idiotę. Z przerażeniem pomyślał, że będzie musiał kiedyś wyjść ze Skrzydła Szpitalnego i stanąć przed Draco.
A może nie? Może uda mu się przekonać Pomfrey, żeby trzymała go tu do końca roku? Cholera, byłoby łatwiej, gdyby miał pelerynę niewidkę. Ale jak ją odzyskać?

Zamknął książkę – i tak nic nie pamiętał z tego, co przeczytał – i rozciągnął się na miękkiej pościeli.

Draco musiał mieć wczoraj niezły ubaw, gdy Harry robił z siebie kompletnego idiotę. Co też go podkusiło? W jakim pokręconym wszechświecie to mogło się udać?
Cóż, w tym, który Harry wymyślił sobie w marzeniach, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Tam Draco odwzajemniał jego uczucia, a nie wyśmiewał je z kpiącym uśmieszkiem.
Przeklął się w myślach za zignorowanie swojej najważniejszej zasady. Oczekiwania zawsze prowadziły do rozczarowania.
Zwłaszcza, jeśli oczekuje się niemożliwego.

Przewrócił się na bok i zapatrzył na górę prezentów. Nie miał ochoty ich przeglądać. Oddałby każdy z nich za możliwość cofnięcia czasu. Wtedy nigdy nie zaprzyjaźniłby się z Draco - oszczędziłby sobie tym samym sporo bólu.
Choć nie, nie w tym tkwił problem.
Bo przebywanie z Draco nie było bolesne - wręcz przeciwnie. Było łatwe, przyjemne i uzależniające. Jedyne, czego Harry żałował, to że tak łatwo dał się ponieść uczuciom. Powinien być ostrożniejszy. Instynkt zachowawczy - tego mu brakowało.
Gdyby mógł cofnąć czas, nie zakochałby się w Draco.
Nie, to też nieprawda. Harry zmrużył oczy. Nie ma takiej możliwości - pomyślał, przypominając sobie chwile, spędzone ze Ślizgonem. Próbował wyobrazić sobie inne wersje ich przyjaźni. Inne okoliczności. Ale każda alternatywna wersja tej historii kończyła się tym, że Harry zakochiwał w Draco. Po prostu nie dało się inaczej.
On nie mógł inaczej.
Westchnął.
Nie potrafił się już dłużej oszukiwać.
Jedyne, czego chciał, to by Draco odwzajemnił jego uczucia.

Bezwiednie sięgnął po kolejne ciastko i odgryzł złote ramię gwiazdy. Zakrztusił się.
– Co to za ciastka? W życiu nie jadłem czegoś gorszego! – zawołał z obrzydzeniem.
– Ktoś ci każe je jeść? – Usłyszał obrażony głos z lewej strony.
Spojrzał w tym kierunku, ale nikogo nie zobaczył. Przeczesał włosy.
– Straciłem zmysły – powiedział sam do siebie.
– To było do przewidzenia. Najpierw chodzisz po zamku jak obłąkany, a teraz słyszysz głosy. Od początku mówiłem, że powinieneś się zgłosić do Świętego Mungo, ale nie chciałeś słuchać. Twoja strata.

Harry przyjrzał się pościeli na sąsiednim łóżku. Zauważył, że była dziwnie wymięta.
– Draco?
– Nie, to tylko twój mózg w końcu doszedł do głosu. Po tej desperackiej próbie samobójczej postanowił jednak zacząć działać. Jakby twoja historia była niedostatecznie dramatyczna. Musiałeś ją wzbogacić o element autodestrukcji. Nawet ładnie by to wyglądało w Proroku: „Chłopiec Który Jednak Nie Przeżył”. Tylko zdjęcie miałbyś kiepskie. Te porozrzucane w nieładzie, połamane kończyny... Do tego biały to nie twój kolor, każdy ci to powie.
Harry wstał, ignorując ból i podszedł do sąsiedniego łóżka. Wymacał obły kształt w przestrzeni. Złapał poły peleryny niewidki i pociągnął.

Draco siedział na łóżku nieco rozczochrany, a pod szarymi oczami widoczne były sińce zmęczenia. Miał na sobie tę samą szatę, co poprzedniego wieczoru, a z kieszeni wystawał termos.
Pewnie z kawą, nie dałby rady siedzieć tu bez kofeiny – pomyślał mętnie Harry,

– Dzień dobry. Jak miło, że jednak żyjesz.
– Co ty tu robisz? I skąd wiesz, co się stało… Zaraz. Ty mnie znalazłeś?
Harry usiadł na łóżku obok Draco. Z zadowoleniem stwierdził, że Ślizgon się nie odsunął, ani nie próbował zrzucić go na ziemię.
– Widziałem cię z okna szkoły. Zanim zdążyłem dobiec na boisko, leżałeś już półżywy w śniegu. Swoją drogą, świetnie udał ci się ten pionowy zwrot. Tylko niepotrzebnie potem spadłeś z miotły. Co prawda dzięki temu próba samobójcza wyszła ci niezwykle efektownie, ale na przyszłość pamiętaj, że to nie ma znaczenia, jeśli nie masz widowni.
– To był wypadek.
– Całe twoje życie to jeden wielki wypadek. Tak jak... – nagle Draco się zawahał, a Harry drgnął, czując dziwne mrowienie w plecach. – Tak jak ta sytuacja na piątym piętrze...
Harry zmarszczył brwi.
- Jeszcze wczoraj się zarzekałeś, że mi nie wierzysz. Skąd ta zmiana?
Draco zagryzł wargę i spuścił wzrok. Przez chwilę bawił się rękawem szaty, aż w końcu westchnął i wręczył Harry’emu pomięty zwitek pergaminu.
- Znalazłem to wśród moich prezentów świątecznych - dodał, widząc jego zaskoczoną minę.

Harry rozwinął pergamin. Od razu rozpoznał pismo Ginny.

Malfoy.
Usłyszałam od Rona bardzo ciekawą historię.
Jeśli choć przez chwilę pomyślałeś, że Harry wpadłby na tak bezsensowny i okrutny żart - nie jesteś godzien nawet jednej piątej zaufania, jakim Cię obdarzył.
Mój brat to idiota. Oboje wiemy, że Harry nim nie jest.

Nie pozdrawiam,
Ginny Weasley.

Ps. Mam nadzieję, że zignorujesz ten list, nie wybaczysz Harry’emu i zgnijesz w samotności. Potraktuj to jako moje świąteczne marzenie.


Harry wpatrywał się w pergamin. Jego ręka drżała, przez co słowa rozmazały się w długie, ciemne plamy.
- Dosyć interesujący sposób składania świątecznych życzeń - powiedział w końcu Draco, przerywając napiętą ciszę między nimi. - Domyślam się, że nic o tym nie wiedziałeś.
- Nigdy nie zniżyłbym się do proszenia Ginny o coś takiego.
- Tak właśnie myślałem. Cóż… - Draco odwrócił twarz w stronę oszronionych okien. - Wygląda na to, że to, co się zdarzyło na piątym piętrze… - Zagryzł wargi i zmrużył oczy. Harry miał wrażenie, że Ślizgon się dławi. - Bardzo, hm... Bardzo niekorzystny zbieg okoliczności. Ja... No cóż. Mogłem zareagować nieco zbyt gwałtownie.
– Czy ty próbujesz mnie przeprosić?
– Malfoyowie nie przepraszają – zaprzeczył natychmiast Draco.
- Chyba będziesz musiał zrobić wyjątek.
Ślizgon nie odpowiedział. Sięgnął po złote gwiazdki i ugryzł kawałek. Zakrztusił się i splunął z obrzydzeniem.
– Na Merlina, są naprawdę obrzydliwe. Jakim cudem twoje były takie dobre?
– Skąd wiesz, jak smakowały moje ciastka? Wróciłeś po nie?
– Szkoda, żeby się zmarnowały. Jakbyś pożył chwilę w jednym dormitorium z Crabbe’em i Goyle’em, to byś wiedział, że zawsze warto mieć pod ręką coś słodkiego. Są bezużyteczni, gdy spadnie im cukier.
– A te ciastka – Harry wskazał palcem niejadalne gwiazdki – ty je zrobiłeś?
Draco chrząknął i odwrócił się do niego plecami do niego.
- Tak. Przepraszam, że naraziłem cię na zjedzenie ich.

Harry prychnął pod nosem. To było iście ślizgońskie zagranie. Dziwnym trafem Harry’emu to wystarczało. Był zaskoczony, że Draco w ogóle zmusił się do wypowiedzenia słowa “przepraszam” w jakimkolwiek kontekście.
Poza tym - widział, jak zmieszany jest Ślizgon. Mógłby przysiąc na Błyskawicę, że widział cień rumieńca na bladej twarzy.
Błyskawica...
– Co z moją miotłą? – zapytał słabo.
– Spokojnie. Jest u mnie w dormitorium, możesz wpaść po nią wieczorem.

Harry zamrugał zaskoczony i zmarszczył brwi. Draco chyba zauważył jego wahanie, bo wstał i spojrzał na niego przeciągle.
– Słuchaj, ja… – zaczął, a jego głos zabrzmiał niepewnie.

Zagryzał wargi, jaki próbował podjąć jakąś decyzję. W końcu nachylił się i złapał twarz Harry’ego w dłonie. Złożył na jego ustach krótki, miękki pocałunek.

Draco smakował jak kawa. Harry’emu wydało się to absolutnie logiczne. I wspaniałe. Tak samo jak zapach mięty i cytryn. Albo fakt, że mógł wyciągnąć dłoń i dotknąć ciepłego policzka Draco.
Przecież tylko tego chciał.

Ale Harry powiedział kiedyś, że nie lubi gierek i nie kłamał. Dlatego odepchnął Draco – żołądek skręcił mu się nieprzyjemnie, gdy zobaczył cień zawodu na bladej twarzy.
– Po co tu przyszedłeś? Wczoraj wyraźnie dałeś mi do zrozumienia, co o tym myślisz. Serio, Draco, mam już tego dość.
- Posłuchaj…
- Dlaczego miałbym cię słuchać? Do tej pory nie byłeś zainteresowany dalszą znajomością ze mną. Skąd ta nagła zmiana?
- Ten list...
- Ach, więc gdyby nie on, nie uwierzyłbyś w moją wersję zdarzeń? Której nawet nie chciałeś wysłuchać, o ile dobrze pamiętam. Powiedziałeś mi kiedyś, żebym miał więcej wiary w ciebie. Szkoda, że sam nie stosujesz własnych rad.
– Przestań mi przerywać! - krzyknął Draco.
Spojrzeli oboje w kierunku gabinetu Pomfrey. Harry był pewien, że pielęgniarka zaraz wpadnie do ambulatorium i wygoni stąd Ślizgona.
Wsłuchiwali się w drżącą ciszę, oczekując jej kroków. Zamiast tego usłyszeli jednak zawodzący głos - Pomfrey próbowała śpiewać jedną z mugolskich piosenek.
Harry znał skądś tę melodię, ale nie umiał sobie przypomnieć, gdzie ją słyszał. Skrzywił się, gdy Pomfrey zaśpiewała piskliwym głosem:
Make my wish come true, baby, all I want for Christmas is you.

Zamknął oczy i próbował zakryć uszy, ale Draco złapał go za dłonie i ścisnął je mocno. Kucnął przy nim i spojrzał mu głęboko w oczy. Cokolwiek chciał powiedzieć, najwyraźniej nie znajdował na to słów. Za to jego oczy mówiły wszystko, co Harry chciał usłyszeć.

Ślizgońska część Harry’ego chciała doprowadzić Draco do granic cierpliwości – dać mu nauczkę, by nigdy więcej nie popełnił podobnego błędu.
Ale wiedział, że ryzykuje zbyt dużo, a chwilowa satysfakcja nie jest tego warta. Znów zobaczył niewielkie światełko w tunelu. I choć bał się uwierzyć, że może być prawdziwe, to nie mógł się oprzeć tej chwilowej słabości.
- Co powie Parkinson? - zapytał, udając oschłość. - Nie mam zamiaru brać udziału w jakichś miłosnych melodramatach, to śmieszne.
- A co ma do tego Pansy? - Draco wydawał się zmieszany.
– Przecież jesteście razem, tak?
Draco wybałuszył oczy.
– Skąd ci przyszedł do głowy taki pomysł?
– Widziałem was w lochach. Razem.
– To dosyć częsty widok, ja i Pansy razem w lochach. W końcu tam jest nasz Pokój Wspólny.
– Widziałem, jak się całowaliście! – zawołał zirytowany Harry.
Naprawdę, czy Draco mógłby choć przez minutę być poważny?
Ślizgon zmarszczył nos, a po chwili na jego twarz wypłynęło zrozumienie.
– Och. No tak, ale to nic nie znaczyło.
– Często tak chodzisz po zamku i całujesz przypadkowych ludzi? Ze mną było to samo, tak? I z twoją randką w Hogsmeade? To rodzaj sportu ekstremalnego?
– Randka w Hogsmeade? Harry, o czym ty mówisz? Pomfrey dała ci jakieś eliksiry halucynogenne?
– Mówię o twoim spotkaniu w Hogsmeade. Nawet nie pamiętasz? Byłeś wystrojony jakby ci mieli wręczyć Order Merlina.
Draco patrzył na niego, jakby Harry opowiadał właśnie, że nosi skarpetki na uszach.
– Masz zbyt bogatą wyobraźnię. O cechach paranoicznych w dodatku. Jedyna randka, na której byłem tego dnia, to ta z tobą. A wcześniej spotkałem się z prawnikiem. Tak się składa, że w mojej sytuacji potrzebuję pomocy.

Harry wstrzymał oddech. No tak, o tym nie pomyślał. Był tak zaślepiony zazdrością, że inne wyjaśnienie nawet nie przyszło mu do głowy.

Draco usiadł z powrotem na łóżku i kontynuował:
– A co do Pansy… To długa historia. Ale mogę cię zapewnić, że nic nas nie łączy, a przynajmniej nie w sposób, który wymyślił twój obsceniczny umysł. Myślę, że powinniśmy wyjaśnić sobie pewne nieścisłości.
Harry przestawał już rozumieć cokolwiek.
– Właśnie dlatego postanowiłeś wczoraj uciec? – zapytał zirytowany.
– Zrobiłem to, bo chciałeś mnie przekląć! Właśnie, Potter, ty dupku, prawie zapomniałem, że chciałeś mi wymazać pamięć! To absolutnie niedopuszczalne i nigdy więcej nie waż się nawet o tym pomyśleć!
– Wyśmiałeś mnie!
– Nie wyśmiałem! Na Merlina, Harry, myślałem, że jesteś pod wpływem eliksiru. To był szyderczy śmiech, ale nie z twoich... – Draco urwał i westchnął. – Nie z ciebie. No dobrze, z ciebie. Ale pod wpływem eliksiru, więc tak jakby... Przestań się tak na mnie gapić, bo nie mogę złożyć zdania!

Harry patrzył na niego coraz bardziej zdziwiony. Jeszcze nigdy nie widział, żeby Draco się tak zachowywał. A to oznaczało…

Nagle nikłe światełko w tunelu wybuchło niczym fajerwerki w Sylwestra. Harry ze wszystkich sił starał się nie roześmiać, gdy Draco kontynuował:
– Myślałem, że źle rzuciłem Veritasentis. Dlatego uciekłem. Nie chciałem, żebyś mówił mi coś takiego pod wpływem eliksiru. To by było… W każdym razie, dopiero w Pokoju Wspólnym oprzytomniałem i zacząłem cię szukać. Wtedy zobaczyłem z okna twój upadek i pobiegłem na boisko. Resztę historii znasz. A teraz najważniejsze – Draco złapał go za rękę i spojrzał mu głęboko w oczy – dlaczego eliksiry miłosne na ciebie nie działają, Harry?
– Piję codziennie Eliksir Nieumiłowany.
Cień przebiegł przez twarz Ślizgona.
– Och. Pijesz Eliksir Nieumiłowany?
– Tak, codziennie, od tej akcji w łazience. Na wszelki wypadek. Myślałeś, że eliksiry na mnie nie działają, bo jestem zakochany? Tak, jak nie działają na ciebie, bo jesteś zakochany we mnie?
– Tak, ja... Cholera, ty przebiegła gnido! – zawołał Draco, uświadamiając sobie, co właśnie wyznał.

Harry uśmiechnął się szeroko. Ślizgoni. Wcale nie tak trudno ich podejść.
Cóż, najgorsze mieli chyba za sobą.

- Jednego tylko nie rozumiem - powiedział Harry, przysuwając się bliżej Draco. Obu przeszedł prąd, gdy ich ramiona się zetknęły. - Dlaczego miałeś przy sobie antidotum? Wtedy, w łazience.
Jeśli Harry kiedykolwiek myślał, że widział zarumienionego Draco, to bardzo się mylił.
Twarz Ślizgona przybrała kolor intensywnej czerwieni - przypominała trochę zasłony w dormitorium Gryffindoru. Harry poklepał go po ramieniu.
- Jeśli mi powiesz, to pozwolę Ślizgonom wygrać mecz.
- Nie potrzebuję twojej litości - wycedził Draco. - Ale dobrze, powiem ci, skoro jesteś aż tak zdesperowany. Tego wieczoru sprawdzałem, czy działają na mnie eliksiry miłosne. Testowałem różne wynalazki Weasleyów. Dlatego miałem przy sobie antidotum, na wszelki wypadek.
- Musiałeś go użyć?
- Nie - przyznał Draco tak cicho, że Harry musiał się nachylić, by usłyszeć jego słowa. Zaraz jednak dodał głośniej: - Właśnie stałeś się zakałą swojego domu. Sprzedałeś drużynę, żeby poznać mój sekret.
Harry się roześmiał.
- Nigdy z nami nie wygracie.
- Obiecałeś! Gryfoni ponoć dotrzymują obietnic.
- Zapomniałeś, że jestem po części Ślizgonem. Dotrzymuję tylko tych obietnic, które są dla mnie korzystne.

Zaśmiali się obaj. Harry złapał brzeg szaty Draco i zaczął delikatnie ją zsuwać, aż opadła z szelestem na łóżko.
– Wiesz, ja też chyba nie potrzebuję już Eliksiru Nieumiłowanego. Tak sądzę.
– Tak sądzisz?
– Mmm. Jestem pewien.

Harry dotknął bladych policzków. Przesunął opuszkami po ledwie widocznych piegach. Schylił się i pocałował Draco, a ten przechylił głowę i rozchylił usta, pozwalając mu pogłębić pocałunek.
Merlinie, to jest takie...
Dłonie Draco zaczęły błądzić po jego plecach, wkradając się pod cienki i szorstki materiał pidżamy. Harry’ego przeszył dreszcz przyjemności, gdy drżące palce zaczęły znaczyć ścieżkę na jego skórze.
Opadli na łóżko i spletli w uścisku. Draco nakrył ich peleryną niewidką, a Harry schował twarz w zagłębieniu jego szyi i składał tam krótkie, miękkie pocałunki.
– Nigdy więcej tego nie rób – powiedział cicho. – Nigdy więcej nie odwracaj się ode mnie.
– I vice versa.

Kiedyś mieli się przekonać, jak wiele kosztuje składanie takich obietnic.
Żaden z nich nie miał daru jasnowidzenia. W przeciwieństwie do Lavender i Parvati, nie wierzyli w jasno określoną przyszłość. Z tym, że wróżbiarstwo opiera się na znakach i delikatnych poruszeniach rzeczywistości, które nie każdy jest w stanie dostrzec.
Gdyby zatrzymali się teraz i spojrzeli na siebie z boku, może zobaczyliby złowrogą poświatę dookoła ich oczu. Zauważyliby błysk światła, który obaj znali z koszmarów.
Ale nie mogli o tym wiedzieć.

Więc wciąż odchodzili od siebie, zawodzili swoje zaufanie, kłócili się, walczyli.
Ale też trwali razem – ramię w ramię - pokonując przeciwności losu. Dokonywali rzeczy, o których inni mogli tylko pomarzyć. Lub śnić w najgorszych koszmarach.

Byli jak wahadło, które wychyla się raz w jedną, raz w drugą stronę, szukając swojego środka ciężkości.

Harry wiedział, że tak będzie zawsze. Znosił każdy ból bez mrugnięcia okiem. Bo wierzył, że Draco zawsze do niego wróci.
Dopiero, gdy zrozumiał, że nic - absolutnie nic - nie jest w życiu dane na wieczność, żałował, że nie poprosił Draco o coś innego.
W wigilijny wieczór wiele lat później stał w Dolinie Godryka, drżącymi rękami podnosił z ziemi różdżkę i błagał w myślach, by cofnąć się w czasie i powiedzieć:
- Zawsze, zawsze do mnie wracaj, Draco.

Teraz jednak uśmiechał się leniwie, splatając swoją dłoń z dłonią Ślizgona. Myślał o wielu rzeczach.
Ron... Co on powie? I reszta zamku… Czy to sen? Czy to w ogóle ma jakikolwiek sens?
Czy Draco naprawdę… A może...
Och, zamknij się w końcu, Harry Potterze.

Później. Później się tym zajmie. Teraz ma o wiele ciekawsze rzeczy do roboty. Takie, które zawierają w sobie bladą i niesamowicie miękką skórę. Czerwone spierzchnięte wargi…

– Harry, wiesz, że ta pidżama jest bardzo, bardzo cienka?

Koniec


No cóż, to był ostatni rozdział :) Jest wysoce prawdopodobne, że w przyszłości ten tekst trafi pod skrzydła bety - a wtedy wkleję poprawione rozdziały. Póki co - żegnam się z "All I want" po kilku miesiącach pisania, kilku miesiącach błogiego zapomnienia i w końcu po kilku bardzo intensywnych tygodniach poprawiania.
Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili swój czas na przeczytanie tego potworka ;) Jeśli macie jakieś uwagi - piszcie śmiało. Zwłaszcza te krytyczne - jestem akurat z tych, co są bardziej łasi na uwagi i sugestie niż pochwały ;)

A dla tych, którzy dotarli aż tutaj, mam...

Zakończenie alternatywne

Harry stał zdenerwowany u progu Zamku. Już z daleka widział rudą, rozczochraną czuprynę Rona. Musiał z nim porozmawiać, zanim cokolwiek wyszłoby na jaw lub wymsknęło mu się przypadkiem. Musiał mu to powiedzieć osobiście.
Przywitał się krótko z resztą kolegów z dormitorium. Skinął nieśmiało w kierunku Ginny, ale ta minęła go bez słowa. Harry nie miał jej tego za złe - i tak zrobiła więcej, niż miał czelność prosić.

W końcu dopadł Rona i odciągnął go na bok, ignorując głośny okrzyk zaskoczenia. Hermiona, wyraźnie zmieszana, podążyła za nimi.
– Słuchaj... – zaczął niezgrabnie Ron, ale zanim zdążył coś dodać, Harry mu przerwał:
– W kwestii Malfoya to i owo się zmieniło. Myślę, że powinienem ci powiedzieć od razu.
– W końcu poszedłeś po rozum do głowy i walnąłeś go w ten głupi, blady pysk?
Hermiona wywróciła oczami. Harry jęknął w duchu.
– No, nie do końca... Widzisz, Ron, chodzi o to, że... Ale nie wściekaj się i daj mi skończyć, po prostu...

Jednak nie dane było mu skończyć. Trzeba oddać Ronowi, że tym razem to nie była jego wina.

Szarooki Demon Slytherinu przeciął tłum uczniów i skierował się w ich kierunku. Kiwnął głową na przywitanie Hermionie, rzucił przelotne spojrzenie pogardy Ronowi, po czym podszedł do Harry’ego, złapał go w pasie, przyciągnął do siebie i wpił swoje usta w jego wargi.

Hermiona pokiwała głową, mrucząc coś, co brzmiało jak „nareszcie”. Harry próbował odepchnąć od siebie Draco, ale po sekundzie skapitulował i zatopił się w pocałunku, a Ron...

Ron zbladł jak ściana, przypominając nieco duchy, przelatujące korytarzami Hogwartu. Złapał się za serce. Jego twarz wykrzywia się z bólu. Runął jak kłoda na zaśnieżoną ścieżkę.
– Jezu, on chyba dostał zawału! – krzyknęła przerażona Hermiona, klękając i odwracając sztywne ciało Rona.

Harry z największym trudem odsunął się od Draco.
– Nie żartuj, Hermiona, przecież...
– Ha! – Malfoy odskoczył od Harry’ego i wpatrywał się z dziką satysfakcją w martwego Rona. – Udało się!
– Draco, co ty wygadujesz?
– Wyraźnie nie doceniłeś moich możliwości, Harry – odparł szyderczo Draco, zaczesując kosmyk włosów i uśmiechając się paskudnie. – Od początku o to chodziło.
– O... O co chodziło?
– O to, żeby Weasley zszedł na zawał, oczywiście. Miesiące przygotowań nareszcie się opłaciły, a ja mogę opływać w chwale Slytherinu. Taki mały, spóźniony prezent świąteczny. A ile pobocznych korzyści. – Mrugnął do Harry’ego zaczepnie. Uniósł dłonie w górę. – Żeby było jasne, ja go nawet nie dotknąłem.
– To żart? – Hermiona spojrzała zszokowana na Ślizgona, a Harry pokręcił głową.
– Obawiam się, że nie.

Duch Rona wypłynął z jego nieruchomego ciała i spojrzał na przyjaciół z politowaniem.
– Od początku wam mówiłem, że ta fretka coś kombinuje.

Draco objął Harry’ego w pasie i uśmiechnął się szeroko.
– Poczekaj, aż zobaczysz, co przygotowałem na Walentynki. Padniesz z wrażenia.

Teraz już naprawdę: KONIEC
Live until we die

"- Potter, ty mała kupko gryfońskiej odwagi i ani krzty rozumu."
Anonimowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 8 gru 2017, o 11:38
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Unda » 7 sty 2019, o 23:54

Wyłapałam trochę zgrzytów w opowiadaniu (głównie zjedzone słówka; od kiedy przestałam betować opowiadania, pozostałe błędy nie wybijają mnie już tak z rytmu przy czytaniu).
I jedną "nieścisłość". Po wydarzeniach na 5 piętrze:

Niestety, w połowie drogi natknął się na Snape’a. Było już po ciszy nocnej i Harry’emu ledwo udało się uniknąć szlabanu, ale musiał wrócić do Pokoju Wspólnego. Za drugim razem wziął ze sobą pelerynę niewidkę.

Czyli Harry zabrał z 5 piętra pelerynę ze sobą, skoro tutaj ja miał.
A w dalszej części opowiadania peleryna jest w posiadaniu Draco, bo ten dzięki używaniu jej, może skutecznie unikać Harry'ego.

Strasznie lubię takie opowiadania. Eliksir miłosny to absolutnie najniebezpieczniejsza rzecz, jaka istnieje w świecie czarodziejów ;> No bo wyobraźcie sobie, co by było, gdyby ktoś podał taki eliksir Voldemortowi :D :devil: (Dobra, po chwili stwierdziłam, że skoro Harry był w stanie przełamać zaklęcie Imperiusa, to Voldemort pewnie też. A działanie eliksiru miłosnego pewnie niewiele się od tego różni, więc Voldemort szybko by sobie poradził z nim.)

Hermiona przez większość czasu bardzo hermioniasta, ale w niektórych miejscach relacja Harry-Hermiona jakaś za bardzo zażyła. Za dużo głaskania i dotykania. Nie jest to błąd, w żadnym razie. Po prostu w książkach jednak ta relacja wydaje mi się trochę inna.
Ron był wybitnie wkurzający. Nawet sobie nie wyobrażasz, ile satysfakcji przyniosło mi alternatywne zakończenie :D I jestem bardzo ciekawa, co Malfoy uknuje na Walentynki :lol2: Nie rozważasz opisania tego może? :hahaha:
Pensy... Uwielbiam Pensy-prawdziwą-przyjaciółkę-Dracona. Chociaż całowanie Draco było wredne. No ale wybaczam, bo nie mogła wiedzieć, że Harry patrzy.

Próba rzucenia przez Harry'ego Obliviate na Malfoya niemal złamała mi serce. I to właściwie nie dlatego, że Harry czuł się taki skrzywdzony. Raczej dlatego, że w swoim smutku i rozżaleniu chciał odebrać Draco tak piękne wspomnienia, które ze sobą dzielili. Choć jak tak teraz myślę, to może chciał wymazać tylko ostatnią sytuację?

No i zostawiłam sobie na koniec:

Kiedyś mieli się przekonać, jak wiele kosztuje składanie takich obietnic.
Żaden z nich nie miał daru jasnowidzenia. W przeciwieństwie do Lavender i Parvati, nie wierzyli w jasno określoną przyszłość. Z tym, że wróżbiarstwo opiera się na znakach i delikatnych poruszeniach rzeczywistości, które nie każdy jest w stanie dostrzec.
Gdyby zatrzymali się teraz i spojrzeli na siebie z boku, może zobaczyliby złowrogą poświatę dookoła ich oczu. Zauważyliby błysk światła, który obaj znali z koszmarów.
Ale nie mogli o tym wiedzieć.

Więc wciąż odchodzili od siebie, zawodzili swoje zaufanie, kłócili się, walczyli.
Ale też trwali razem – ramię w ramię - pokonując przeciwności losu. Dokonywali rzeczy, o których inni mogli tylko pomarzyć. Lub śnić w najgorszych koszmarach.

Byli jak wahadło, które wychyla się raz w jedną, raz w drugą stronę, szukając swojego środka ciężkości.

Harry wiedział, że tak będzie zawsze. Znosił każdy ból bez mrugnięcia okiem. Bo wierzył, że Draco zawsze do niego wróci.
Dopiero, gdy zrozumiał, że nic - absolutnie nic - nie jest w życiu dane na wieczność, żałował, że nie poprosił Draco o coś innego.
W wigilijny wieczór wiele lat później stał w Dolinie Godryka, drżącymi rękami podnosił z ziemi różdżkę i błagał w myślach, by cofnąć się w czasie i powiedzieć:
- Zawsze, zawsze do mnie wracaj, Draco.


Chcę poznać tę historię. Wszystko już było tak dobrze, a tu takie coś. Zupełnie się tego nie spodziewałam. I tak jak o tych Walentynkach, mam nadzieję, że i ona kiedyś powstanie.

A! Ostatnie: lubię taki opisowy sposób tytułowania rozdziałów. :)

Będę co parę tygodni wpadać teraz na forum (do tej pory, po tym jak forum zamarło, wpadałam ze dwa razy do roku albo rzadziej) i sprawdzać, czy nie opublikujesz czegoś jeszcze. Nie liczę, że forum wróci do życia (dawno temu próbowałam reanimować inne forum, do którego miałam wielki sentyment, ale nic z tego nie wyszło, wiec mam świadomość jakie to trudne), ale liczę, że choć od czasu do czasu będą się tutaj pojawiały pojedyncze nowe teksty.
Unda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 33
Dołączył(a): 6 lis 2010, o 18:52

Postprzez Anonimowa » 25 sty 2019, o 10:29

Cześć, Unda! Wielkie dzięki za komentarz :)

Przepraszam za wszystkie błędy, mam nadzieję, że nie biły po oczach - ja po którymś tam czytaniu tego tekstu widziałam tylko wielkie, czarne plamy :D
A sprawę z peleryną niewidką muszę zaraz skorygować - nawet nie zwróciłam na to uwagi! Dzięki za wskazanie tego błędu ;)

Co do relacji Harry-Hermiona, to przyznam, że jest to spory OOC, ale zdecydowałam się na to, bo brakowało mi jakiegoś ciepła w tym opowiadaniu. Chciałam, żeby miało w sobie trochę rodzinnej, świątecznej atmosfery. Do tego wydawało mi się, że taki kontrast wyostrzy chamskie zachowanie Rona, nad którym absolutnie uwielbiam się znęcać w każdym fanfiction :D

Zakończenie jest zupełnie z innej bajki i parę razy biłam się z myślami, czy dołączać do tego tekstu takiego smuta, ale jednak moja melancholijna natura zwyciężyła - inaczej chyba sama nie przeżyłabym ilości cukru w tym ff.

Cieszę się, że się podobało :)
Pozdrawiam :)
Live until we die

"- Potter, ty mała kupko gryfońskiej odwagi i ani krzty rozumu."
Anonimowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 8 gru 2017, o 11:38
Lokalizacja: Wrocław

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

cron