[T][Z] Upadły anioł

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Kaczalka » 4 sty 2017, o 16:50

Skoro forum nam nieco odżyło, to zachciało mi się sięgnąć do mojego komputerowego lamusa i wyciągnąć bardzo starego fika femme, którego zaklepałam i zaczęłam tłumaczyć dawno temu, ale potem znajdowałam lepsze i jakoś chęć mi na niego odeszła.
Opowiadanie nieszczególnie ambitne, jednak mam nadzieję, że komuś zapełni nudny zimowy wieczór ;)

Tytuł i link do oryginału: Gone Down The Angel On A Lonely Night
Autor: femmequixotic
Beta: Lasair
Rating: NC-17
Gatunek: kryminał, romans
Zgoda: jest
Ostrzeżenie: sceny erotyczne, śmierć bohaterów drugoplanowych, tematyka lekkoobyczajowa
Kanon: hmm…


Upadły anioł (spotkaj go w samotną noc)



Harry nienawidził metra.
Northern Line była zatłoczona i mimo grudnia panował w niej zaduch. Gdyby tylko zdołał samotnie opuścić komisariat policji w Hampstead — och, jak bardzo przerażały go spotkania z tamtejszymi detektywami; oddziały w Islington były dużo lepiej zorganizowane, a poza tym nigdy nie czuł się wygodnie podczas dyskusji na temat jurysdykcji — po prostu aportowałby się do swojego biura na Tolpuddle Street. Ethan złapał go jednak w windzie i rozpoczął swoje niekończące się żale na temat Julianny z dyspozytorni, która po raz kolejny odrzuciła jego propozycję randki. No cóż, pomyślał Harry, opierając się o lustrzane drzwi, któż mógłby ją za to winić?
Stojąc przy kasie po papierowy bilet i studiując mapę metra, jak zwykle tłumaczył się, że zapodział gdzieś swoją kartę Oyster. Ku jego rozdrażnieniu, Ethan cierpliwie czekał i nie zamierzał odejść.
Nie chodziło o to, że go nie lubił. Teraz lubił wszystkich. Uważał, że na antypatię jest zbyt zmęczony. Zmęczony, znużony i przygnębiony, jak powiedziała Hermiona z tym swoim zatroskanym westchnieniem, które, gdyby był przyzwoitym facetem, sprawiłoby, że choćby ze względu na nią poczułby się lepiej. Niestety, nie poczuł się.
Umawiali się przez jakiś czas dwa lata temu. Właściwie to Ron ich w to wrobił, co było nieco dziwne, bo sam długo z nią sypiał, ale teraz wiódł szczęśliwe życie z Luną, a z doświadczenia Harry wiedział, że wszyscy zakochani automatycznie zakładają, że ich przyjaciele również pragną miłości.
Ich związek należał do całkiem udanych. Harry nie musiał uczyć się, jak doprowadzić ją do szału, a w łóżku było im dobrze. Więcej niż dobrze, więc po zerwaniu zdarzało się, że budzili się obok siebie w niedzielne poranki i żadne z nich niezbyt się na to nie skarżyło. Tak naprawdę Harry był z tego faktu raczej zadowolony. Wychodził kupić świeże pieczywo i The Guardian, pili razem herbatę, a potem kochali się w pośpiechu raz jeszcze — dwa razy, jeśli Harry miał szczęście — i Hermiona w końcu wracała do swojego mieszkania. Poranki takie należały do dużo przyjemniejszych od tych, gdy po randce widział po przebudzeniu w łóżku jakąś dziewczynę, której imię ledwie pamiętał.
Przełożył torbę z jednego ramienia na drugie i szepnął zaklęcie stabilizujące, żeby nie musiał łapać za drążek za każdym razem, kiedy pociąg przechylał się na łukach. Masz nogi stworzone do metra, drażnili się z nim współpracownicy, a Harry jedynie uśmiechał się i wzruszał ramionami, kiedy pytali, jak utrzymywał równowagę.
W policji miał stałą pracę, a w tym roku pojawiła się szansa, że zostanie detektywem inspektorem. Lubił tę robotę, nawet bardzo, i był w niej dobry, czym zaskoczył swoich przełożonych. Wolał też trzymać się z daleka od czarodziejskiego świata. Po wojnie jego cierpliwość się wyczerpała, a do tego ministerstwo już zaplanowało mu życie — nie takie, jakie sam sobie wymarzył — i wszędzie, gdzie się pojawił, musiał stawiać czoła widmu Chłopca, Który Przeżył.
Szczerze tego nienawidził, więc rok po rozpoczęciu aurorskiego treningu uciekł do mugolskiego Londynu i względnie stabilnej pracy w Metropolitalnej Służbie Policyjnej.
Gdy drzwi wagonu otworzyły się na stacji King's Cross St. Pancras, Ethan wciąż burczał mu do ucha, a modulowany kobiecy głos uprzejmie przypomniał, aby podróżni zachowali ostrożność i nie zbliżali się do krawędzi peronu. Harry zrobił krok w bok, żeby przepuścić na miejsce z tyłu staruszkę ubraną w jaskrawe sari. Gdy tłum się przesunął, obrócił głowę.
Nie może być.
Rzucił tylko przelotne spojrzenie, ale to mu wystarczyło. Jasne włosy, niemal srebrne we fluorescencyjnym oświetleniu metra, blada skóra. Był pewien, że przez ten ułamek sekundy, kiedy ich spojrzenia się spotkały, w szarych oczach ujrzał rozpoznanie.
Zaczął przepychać się do drzwi, nie zwracając uwagi na wołającego go po nazwisku Ethana i gniewne pomruki współpasażerów.
— Policja! — warknął, pokazując odznakę.
Ludzie zeszli mu z drogi, ale było już za późno. Drzwi zamknęły się i Harry z frustracją uderzył w szybę. Draco Malfoy posłał mu z peronu drwiący uśmiech, jego przydługie włosy zakołysały się wokół podbródka. Uniósł rękę i ciaśniej otoczył się czarnym płaszczem. Kiedy pociąg rozpędzał się, zmierzając ku Angel Station w Islington, sylwetka Malfoya zdawała się tylko czarno-srebrnym duchem.
— Niech to szlag! — szepnął Harry. — Niech to jasny szlag trafi.

***


— Jesteś pewien, że to był on?
Kropla sosu z kaczki niemal skapnęła z sajgonki na pościel, ale Hermiona zdążyła zebrać ją językiem. Oblizała palec i spojrzała na Harry’ego przez zmierzwione brązowe loki.
Harry wetknął pałeczki do pudełka z lo mein i nabił na nie kawałek papryki. Przeżuwał ją powoli, opierając się o wezgłowie łóżka.
— Tak, zdecydowanie.
— I co zamierzasz zrobić? — Hermiona napiła się wody z butelki, którą wzięła ze stolika. — Wizengamot już go osądził. Zabrali mu różdżkę. Wiesz, że dla czystokrwistych to najgorsza kara. — Zadrżała i założyła włosy za ucho. — Dla innych czarodziejów również.
Harry wzruszył ramionami.
— Nie, nie wiem.
Przez moment dłubał w pudełku z jedzeniem. Mówił prawdę, nie miał zielonego pojęcia. Przeżył szok, widząc Malfoya akurat w metrze. Nigdy by się czegoś takiego nie spodziewał. Miejsce było zbyt prozaiczne jak na tego gnojka.
Westchnął i podciągnął kolana do piersi.
— Może tylko chciałbym z nim porozmawiać.
— O czym? — Hermiona patrzyła na niego, jakby oszalał, i Harry nie był pewien, czy nie ma racji.
— Nie wiem — zapewnił. — Może zapytałbym, czemu to zrobił? I czy było warto.
Hermiona przekręciła się na plecy.
— Ty… — szturchnęła go pałeczkami — …zawsze miałeś na jego punkcie obsesję. — Przechyliła głowę na bok i przyglądała mu się przez chwilę. — W szóstej klasie podejrzewałam, że trochę na niego lecisz. Ciągle go śledziłeś.
— Co? — Harry ledwie złapał pudełko z lo mein, które wysunęło mu się z ręki. — Głupoty gadasz, wcale tak nie myślałaś. Chodziło tylko o… Merlinie, to idiotyczne.
— A co innego miałam pomyśleć? — Hermiona uśmiechnęła się szeroko. — W nic się nie angażowałeś, zanim nie zacząłeś spotykać się z Ginny… — przerwała i zagryzła dolną wargę. Spuściła wzrok.
Teraz jest już łatwiej, pomyślał Harry. Nie trząsł się za każdym razem, gdy ktoś wypowiadał jej imię.
Voldemort porwał Ginny w lutym i do czasu, gdy Harry znalazł ją w czerwcu, została zraniona na wszelkie możliwe sposoby. Kiedy na niego patrzyła, w jej oczach nie było nic, śladu życia, rozpoznania, iskierki czegokolwiek, jedynie mroczna pustka, której nikt nie potrafił zapełnić.
Harry próbował. Chryste. Próbował przez dwa lata, ale nic nie pomogło. W końcu Molly przyszła do niego, objęła go i poprosiła, by pozwolił jej odejść.
Zrobienie tego niemal go zabiło.
Obecnie przebywała w Świętym Mungu i Harry razem z Ronem odwiedzał ją raz w miesiącu. Wciąż go nie rozpoznawała.
To Snape, jąkając się i bełkocząc, urywanymi zdaniami i niewyraźnymi słowami opowiedział im, co się wydarzyło, jak potraktowały ją te potwory. Gdyby w celi nie było z nim McGonagall, która złapała go za rękę, gdy sięgał po różdżkę, bez wątpienia zamordowałby Snape’a tylko za to, co mówił. Tylko za gniewne, pełne gorzkiej litości spojrzenie, jakim na niego patrzył.
Odłożył pudełko z jedzeniem i przyciągnął Hermionę bliżej.
— Nigdy nie leciałem na Malfoya — odezwał się z ustami przy jej szyi.
Poczuł jej cichy śmiech i niemal sam sobie uwierzył.

***


Harry wpatrywał się w monitor komputera i mrugający do niego niecierpliwie kursor. Kubek z kawą ze Starbucksa parował tuż przy jego ręce. Nienawidził tego gówna, ale po napadzie we wschodnim Londynie wrócił do domu o czwartej nad ranem, a w pół do siódmej, stojąc ledwie żywy nad umywalką, odkrył, że skończył mu się eliksir pieprzowy.
Znowu.
Z wahaniem zawiesił palce nad klawiaturą.
Nie miał na to czasu. Na jego biurku leżał kilkucentymetrowy stos dokumentów, które musiał przejrzeć przed obiadem, do tego Timmons oczekiwał, że po południu spotkają się w sprawie śledztwa Bryce’a. A poza tym, jakie było prawdopodobieństwo, że Malfoy został wciągnięty do bazy danych Scotland Yardu?
Klawisze zastukały cicho. Nazwisko: Malfoy. Imię: Draco.
Harry wcisnął Enter i korzystając z odsyłacza systemu HOLMES, wysłał polecenie przeszukania listy z nazwiskami wszystkich osób na Wyspach Brytyjskich — i sporej ilości miejsc poza nimi, przez dane Interpolu i zasoby informacyjne FBI — które zostały zarejestrowane za popełnienie jakiegoś przestępstwa.
Nic. Oczywiście. Szaleństwem było oczekiwać… Harry zamarł. Ależ z niego idiota.
Jego palce zatańczyły na klawiaturze.
Nazwisko: Black. Imię: Lucjusz.
Ekran rozbłysnął. Jest! Wbrew wszelkiemu rozsądkowi.
Zdjęcie dodano niedawno, podobnie odciski palców. Włosy Malfoya sięgały do brody, okalając jego lekki, wyniosły uśmieszek. To była twarz, która znała procedury; nie wyrażała żadnego lęku czy wstydu, a zaledwie ślad rozdrażnienia z powodu przerwanego wieczoru. Szare oczy były zimne, jedna brew uniesiona.
Zróbcie już to cholerne zdjęcie, Harry niemal usłyszał myśli Malfoya.
— Chryste — odetchnął, pochylając się bliżej monitora.
Wykaz przestępstw. Przynajmniej czternaście z nich w ciągu ostatnich sześciu lat. I czyżbyś nie wiedział, że Malfoy jest gejem?
Pierwsze notowanie z roku 2000: dwa lata po wojnie Malfoy został zatrzymany za nagabywanie na jednej z uliczek Soho.
Harry pracował w policji wystarczająco długo, by wiedzieć dokładnie, co niektórzy konstable myśleli o męskich prostytutkach i jak potrafili potraktować ich po aresztowaniu. Widział już sporo osób opuszczających posterunek z siniakami liczniejszymi niż miały, kiedy tam wchodziły. Wcale mu się to nie podobało i raz, sam będąc konstablem, wyraził swoją opinię na głos, osiągnął jednak tylko tyle, że Blake zapytał go, czy jest jednym z nich. I gdyby chciał, żeby któryś z tych chłopców zafundował mu nieco przyjemności, to przecież, stary, coś dałoby się zorganizować, co nie? Zapewniliby detektywowi Potterowi trochę emocji, prawda?
Czerwony jak burak Harry odwrócił się, a Oliver, jego ówczesny partner i weteran z dwudziestoletnim stażem, tylko potrząsnął głową i ostrzegł go, żeby się nie wtrącał. Chłopcy wiedzieli, czego oczekiwać, kiedy się tu zjawiali.
— Jesteś idealistą, Potter — powiedział Oliver z westchnieniem. — Jeszcze kilka lat obserwowania, do jakich okropności zdolni są ludzie wobec siebie i zmienisz śpiewkę. Skup się na swojej robocie. Zaufaj mi, młody. Wyjdzie ci to na dobre.
Upłynęły dwa lata, aż wreszcie Harry przyznał, że pojął lekcję.
— Potter — warknął od progu Timmons. — Holland Walk, bloki komunalne. Oliver mówił, żeby cię przysłać.
Harry już sięgał po marynarkę.
— Oczywiście. — Zawahał się, ponownie patrząc na ekran. — Och, do diabła. — Tylko kilka sekund zabrało mu nabazgranie na kartce adresu, po czym wyłączył komputer.
Najwidoczniej postradał zdrowe zmysły.

***


Edward Olliver był mężczyzną tęgim, szerokim i wysokim. Mówił z ledwie słyszalnym karaibskim akcentem, odziedziczonym po matce, i zachowywał się w sposób praktyczny, obcesowy i bezpośredni. Harry polubił go od pierwszego spotkania; on jako zwykły konstabl, który przypadkiem natknął się w magazynie w Camden Town na mężczyznę pobitego na śmierć, a Olliver, wtedy sierżant, jako oficer przydzielony do prowadzenia śledztwa.
To właśnie Olliver wyciągnął go z patrolówki i wprowadził do wydziału kryminalnego. Pracowali razem niemal przez cztery lata, do czasu aż siedem miesięcy temu Ollivera awansowano na nadkomisarza i przeniesiono do wydziału zabójstw w służbach specjalnych.
Był jedną z niewielu osób, którym Harry ufał bezgranicznie. We wszystkim.
I ciągle za gnojkiem tęsknił. Tylko jemu ze wszystkich mugoli opowiedział o czarodziejskim świecie, gdy pewnego wieczoru siedzieli nad kuflami piwa w pubie niedaleko komisariatu. Tego dnia trafił im się paskudny przypadek gwałtu i Harry umiał myśleć wyłącznie o Ginny i tym, że w taki sposób skrzywdzono ją wiele razy. Upił się niemal do nieprzytomności, rozlewając piwo na sprawozdania, które miał włączyć do dokumentacji. Olliver odnalazł go w barze, usiadł naprzeciwko i zapytał o co, do jasnej cholery, tu chodzi. A Harry mu wyjaśnił.
Jego partner nie okazał zdziwienia, zaledwie odchrząknął i mruknął: „Zawsze wiedziałem, że z tobą jest coś nie tak”, po czym kazał Harry’emu oddać raporty, żeby mógł zamknąć tę parszywą sprawę.
Kilka miesięcy później, kiedy Olliver leżał w szpitalu z raną postrzałową klatki piersiowej, Harry miał okazję się odwdzięczyć. Olliver załamał się wtedy i powiedział mu o kobiecie, którą kochał i stracił prawie przed ćwierćwieczem, i synu zamordowanym kilka lat temu. Harry ścisnął mu ramię i złożył te same gołosłowne obietnice, jakimi Olliver pocieszał wcześniej jego, choć obaj wiedzieli, że to tylko bezużyteczne gadanie. Mieli w tym wprawę, w końcu obaj praktykowali to każdego dnia, rozmawiając z rodzinami w Islington. A kiedy Olliver wreszcie zasnął, Harry został z nim, zwijając się w fotelu w kącie pokoju.
Bo tak właśnie postępowali partnerzy.
Gdy Harry przeszedł pod policyjną taśmą otaczającą miejsce zbrodni, Olliver kucał przy zwłokach. Nie zadał sobie nawet trudu, żeby unieść głowę, machnął tylko ręką.
— Co słychać w Yardzie? — zapytał Harry cicho, przykucając obok.
Zwłoki leżały na wybrukowanej kocimi łbami uliczce. Szyję przecinała głęboka rana, ramię zostało zarzucone na twarz jak gdyby w obronnym geście. Krew pokrywała gardło, zakrzepła na bladej skórze i zlepiła ciemne włosy. Denat miał zniszczone ubranie, rozpruty sweter i podarte dżinsy, a plamy czarnej krwi były rozmazane na biodrach.
Zwłoki. Harry’ego zawsze zaskakiwało, w jakim stopniu potrafił odseparować się od widoku przed swoimi oczami. To nie człowiek. Nie mógł pozwolić sobie na traktowanie denata jak istoty ludzkiej, nie w takiej scenerii.
Olliver parsknął i potarł wierzchem obciągniętej rękawiczką dłoni po krótko przyciętych, brązowych włosach. Na jego skroniach pojawiły się już pasemka siwizny.
— Nigdy nie widziałem większego bajzlu. Timmons niemal się zawstydził. — Spojrzał na Harry’ego. — Spróbują cię przenieść od czerwca.
— Nie jestem zainteresowany. — Harry uśmiechnął się lekko.
— Litości. Mógłbyś użyć swojego hokuspokus. Trzeci taki przypadek w ciągu miesiąca. — Olliver wręczył Harry’emu lateksowe rękawiczki. — Jakieś pomysły?
Harry zmarszczył brwi, patrząc na ciało.
— Geoff Anders. Mężczyzna rasy kaukaskiej, przed trzydziestką, nazwisko prawdopodobnie jest pseudonimem, skoro został znaleziony w tej części Islington. Gardło rozcięte od lewej do prawej, dokonano na nim wiwisekcji, usunięto genitalia.
— Dowiedziałeś się tego dzięki… — Olliver pokręcił palcem nakierowanym na Harry’ego. — No wiesz.
— Nie. — Harry zaśmiał się. — Właśnie otrzymałem raport od twojego konstabla.
— Kutas. — Olliver delikatnie pociągnął za spodnie Andersa. Tkanina rozsunęła się, ukazując pokryte zakrzepłą krwią resztki penisa. — Postarali się.
Harry zadrżał.
— Jezu. — Wyciągnął różdżkę z kieszeni, zerkając wokół, by upewnić się, że nikt ich nie widzi. Lekko wykręcił rękę w nadgarstku. — Legilimens — mruknął i mentalnie naparł lekko na umysł martwego mężczyzny, szukając śladów dostępu. Bezskutecznie. — Minęło zbyt dużo czasu — westchnął z rezygnacją.
— Kurwa mać. — Olliver przetarł dłonią twarz i szarpnął za szczękę. — Czyli nic?
— Od niego nic. — Harry zawahał się. — Prześlij mi pełne sprawozdanie. Może jakiś świadek?
— Dostaniesz je dziś wieczorem. Ale myślę, że powinieneś coś zobaczyć. Z tego powodu cię tu wezwałem.
Olliver zsunął rękę trupa z twarzy. Puszczona luzem klapnęła o kocie łby i z pluskiem wylądowała w kałuży.
Harry wstrzymał oddech. Olliver spojrzał mu w oczy.
— Biedny skubaniec wygląda całkiem jak ty, co?

***


Idąc wolnym krokiem wzdłuż rzędu ponurych budynków komunalnych na Lyon Street, Harry otulił się ciaśniej płaszczem, żeby jak najlepiej wykorzystać ciepło zaklęcia. Pociągnął łyka letniej herbaty z tekturowego kubka, kupionej u kioskarza na rogu, i przeklął londyński deszcz.
Eliksir wielosokowy. Sekundę zajęło mu rzucenie zaklęcia wykrywającego, a Olliver natychmiast zażądał wyjaśnień. Harry nie miał pojęcia, co mu odpowiedzieć. Anders — lub ktokolwiek, kto krył się pod tym nazwiskiem — był czarodziejem, a to oznaczało, że powinien poinformować aurorów. Harry doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Wiedział też, że jeszcze nie jest gotów, by wysłać sowę do Rona, Tonks albo Kingsleya. Nie chciał tego robić i nie umiał wyjaśnić dlaczego.
Nie umiał też wyjaśnić, czemu stoi w tym cholernym deszczu i obserwuje mieszkanie Draco Malfoya.
Już z tym przecież skończył.
Przeszedł na drugą stronę ulicy.
Wyrzucił kubek do kosza stojącego w kącie, zirytowany sam na siebie. To szaleństwo. Całkowite. Chryste. Powinien wrócić do pracy, na biurku już czekały na niego raporty z trzech nowych spraw…
Okno w mieszkaniu Malfoya otwarło się i na ramieniu Harry’ego wylądował ręcznik. Harry złapał go, zanim upadł na mokry chodnik.
— Wytrzyj buty, zanim wejdziesz — rozbrzmiały mu nad głową słowa wypowiedziane ze znajomym akcentem. — Dopiero co umyłem podłogę.

***


Malfoy otworzył drzwi jedynie w spodniach — czarnych, wełnianych, co Harry zarejestrował czujnym okiem detektywa. Odsłonięte, ostro zarysowane kości biodrowe nad cienkim paskiem zignorował, podobnie jak sposób, w jaki tkanina układała się na jego pośladkach, kiedy odwrócił się, by wrócić do sypialni, zostawiając Harry’emu sporo czasu na zlustrowanie wnętrza.
W przedpokoju unosiły się dźwięki muzyki — chyba francuskiego popu, pogodne i rześkie. Harry nie oczekiwał, że Malfoy słucha czegoś takiego.
Mieszkanie było małe, ale wyjątkowo schludne. W niewielkim salonie nie znajdowało się nic, co świadczyłoby, że żył tu czarodziej. Trzy kroki po skrzypiącej drewnianej podłodze zaprowadziły go do wnęki kuchennej: kuchenka gazowa, lodówka, niewielki zlew. Naczynia równo ułożone w szafkach o przeszklonych drzwiczkach, farba odpryśnięta na rogach.
Żadnego Fiuu.
W kącie pokoju telewizor i cyfrowy dekoder, mugolskie książki na regałach po obu tronach zniszczonej skórzanej kanapy — Harry zobaczył Joyce'a, Doyle'a, Hornsby'ego, a na dolnej półce nieco chyba schowane powieści Stephena Kinga.
— Wyobraź sobie, że czytam.
Malfoy założył białą koszulę, pozostawiając ją rozpiętą, kiedy mocował spinki do mankietów i starannie wygładzał wilgotne włosy.
— Ciekawe książki. — Harry odchylił połę płaszcza, odsunął ją na biodro i wcisnął rękę do kieszeni, tak żeby pokazać przypiętą do paska odznakę.
Malfoy zamrugał powoli.
— Naprawdę ciekawe rzeczy znajdziesz w sypialni. — Wsadził stopy w czarne mokasyny stojące obok kanapy. — Co tu robisz, Potter? Jak się domyślam, nie interesuje cię seks? — Zmierzył Harry'ego z góry na dół. — Jesteś teraz psem? Chyba nie powinienem być zaskoczony. Raz auror, zawsze auror, nieważne czy czarodziejski, czy mugolski.
— Podobnie jak raz kurwa, zawsze kurwa? — Harry nie mógł się powstrzymać.
Malfoy zamarł, zaciskając palce na guzikach koszuli.
— Jeśli musisz być taki wulgarny.
— A jak inaczej mam cię nazywać? — Harry przeczesał dłonią włosy. — Czternaście naruszeń prawa od dwutysięcznego roku. Co sobie, do cholery, myślisz…
— Myślę, że lubię jeść — odwarknął Malfoy. — I mieć dach nad głową.
— Dzięki pieprzeniu facetów, którzy mają słabość do klapsów i łaskotek… — Harry nie potrafił pojąć, czemu jest taki zły. To było marnotrawstwo. Nawet Malfoy zasłużył na coś lepszego.
Szare oczy Malfoya zapłonęły.
— A co mam robić, Potter? Wizengamot nigdy nie przestał o tym myśleć, co? Odebrali mi różdżkę i skazali na los charłaka w każdym aspekcie życia. Zarekwirowali dwór, konta bankowe ojca i zrobili wszystko, by mieć pewność, że wylecę z czarodziejskiego świata na zbity pysk...
— Mogłeś poszukać pomocy — zasugerował Harry.
— U kogo? — Malfoy spojrzał na niego zjadliwym wzrokiem. — Raczej nie u ciebie. O ile pamiętam, chciałeś mnie wysłać do Azkabanu.
— U Snape'a — warknął Harry i choć cholernie dobrze wiedział, że użycia takiego argumentu nie usprawiedliwiał żaden powód, i tak zaskoczyło go, gdy na twarzy Malfoya, zanim na powrót pokryła ją nieczytelna maska, na ułamek sekundy pojawił się wyraz bólu.
— Co z nim? — zapytał Malfoy, wydawałoby się, spokojnym głosem.
Harry zawahał się. Gdy Voldemort odkrył zdradę Snape'a, rzucił na niego klątwę, która złamała mu kręgosłup, a czarna magia przesączyła się do układu nerwowego. Uzdrowiciele naprawili kości, jednak z umysłem sprawa nie była już taka prosta. Snape nie opuścił szpitala od trzech lat i nie zapowiadało się, aby kiedykolwiek z niego wyszedł.
Odwiedzając kilka dni temu Ginny, Harry miał okazję go zobaczyć. Snape siedział zwinięty w kącie na oddziale zamkniętym, bredząc coś do magomedyka, który cierpliwie go słuchał. Krzyczał o śmierciożercach, Dumbledorze i złamanych obietnicach, a zniekształcone słowa wydobywające się z jego ust trudno było zrozumieć. Gdy Harry go mijał, złapał go za ramię, boleśnie wbijając palce w ciało, i z upokorzeniem widocznym w ciemnych oczach wykrztusił: „Potter… jesteś mi to winien… zabierz mnie stąd”. Żołądek Harry'ego zdążył skręcić się z przerażenia, zanim uzdrowiciel oszołomił Snape'a i Harry mógł odejść.
To był powolny, okrutny koniec dla dumnego człowieka. Szczególnie takiego, dzięki któremu Harry mógł wreszcie pokonać Voldemorta.
— Nie jest dobrze — powiedział powoli. — To tylko kwestia czasu.
— Rozumiem. — Malfoy odwrócił wzrok. — Wiesz, ostatni raz widziałem go po moim procesie.
Zapadła niezręczna cisza. Rozprawa była prawdziwą farsą. Teraz Harry to wiedział, ale wtedy chciał, żeby ktoś — najlepiej każdy — za to zapłacił. Tylko wściekłe, wyjąkane zeznania Snape'a uchroniły Malfoya od Azkabanu, a jego rodziców od Pocałunku Dementora.
— Mogę cię do niego zabrać — zaproponował. Wydawało się to niewielką pokutą za jego młodzieńczą ignorancję.
— Nie — odparł Malfoy ostro.
Harry skinął głową z ulgą. Nie uśmiechała mu się powtórka tego doświadczenia.
Rozejrzał się po mieszkaniu.
— Nie sądzę, żebyś chciał żyć jak mugol.
— Nie, ty idioto. — Malfoy odwrócił się do Harry'ego plecami i zapatrzył na strugi deszczu lejące się za oknem. — Ale wolę je jako alternatywę. Szczególnie biorąc pod uwagę, jak długo byli śmierciożercy są w stanie przetrwać w czarodziejskim świecie.
Harry nie mógł się nie zgodzić. Chodziły słuchy, że zwolenników Voldemorta często odnajdywano martwych w rowach i alejkach, nieważne czy zostali przesłuchani przez Wizengamot, czy nie. Czasem wystarczyła tylko plotka, że ten czy inny czarodziej kolaborował z Voldemortem, żeby splamić jego honor i zniszczyć życie jego, a nawet całej rodziny.
— Czemu to zrobiłeś, Draco? — zapytał Harry cicho. — Nie musiałeś przyjmować Mrocznego Znaku. Nie musiałeś robić tego, o co cię poprosił.
Malfoy roześmiał się, ostro i urywanie, a dźwięk jego głosu odbił się echem po pokoju.
— Zawsze byłeś tępy, co? — Spojrzał na Harry'ego wzrokiem zimnym i pustym. — Nie miałem żadnego wyboru, Potter. Tak samo jak ty nie miałeś wyboru i musiałeś go zabić.
— Zawsze jest jakiś wybór — odparł Harry, ale nie wierzył w te puste słowa bardziej niż Malfoy.
— Prawdziwą ironią jest — odezwał się Malfoy, patrząc na mokrą ulicę — że wszystko to robiłem, żeby ocalić rodziców. I po co? Zawsze chodziło tylko o jego lordowską mość albo ministerstwo. — Spojrzał na Harry'ego. — Oni nie mieli szans — dodał z goryczą, podszedł do drzwi, otworzył je i czekał. — Wyjdź.
Harry posłuchał bez słowa, ale na korytarzu odwrócił się i popatrzył na Malfoya.
— Sześć lat. Nie mogłeś znaleźć innego sposobu?
Malfoy zatrzasnął mu drzwi przed nosem.

***


Ron złapał butelkę Boddingtonsa, zanim jej zawartość rozlała się na stertę sprawozdań ze spraw o morderstwa.
— Uważaj, stary.
— Przepraszam. — Harry potarł dłonią piekące oczy i przeciągnął się, z przyjemnością słuchając chrupnięcia w kręgach szyjnych.
Już od pięciu godzin analizowali dokumenty przesłane przez Ollivera i jedyną rzeczą, którą odkryli poza faktem, że wszystkich trzech zabójstw dokonano w ten sam sposób, było to, że każda z ofiar przypominała któregoś z bohaterów wojennych. Victor Whitman — Remusa Lupina, Timothy Griffin — Severusa Snape'a, Geoff Anders — Harry'ego Pottera.
— Snape'a to mi żal — mruknął Ron, biorąc kolejny łyk piwa. — Ma pecha, że umiera w taki sposób.
— Nie potrafię zrozumieć — zaczął Harry, spoglądając na zdjęcia z miejsca zbrodni — jakim cudem udało im się wydłużyć działanie eliksiru wielosokowego. — Podrzucił fotografię z sekcji Timothy'ego Griffina. — Czternaście godzin po śmierci i wciąż wygląda jak Snape.
Ron wzdrygnął się i odsunął od siebie zdjęcie.
— Chryste, mugole traktują swoich zmarłych w nieludzki sposób. Nie mogą chociaż naprawić im skóry?
— A jak? — Harry skrzywił się, patrząc na raport sekcyjny doktora Whitmana. Z nieznanych powodów denatowi usunięto nerkę. — Nie znają magii. Robią, co mogą. — Zagryzł wargę. — Kim oni są?
— Nie pasują do opisu żadnego z zaginionych czarodziejów. — Ron położył na stole jasnopomarańczową teczkę. Papiery w środku zaszeleściły krótko na znak irytacji. — Z drugiej strony opis nie na wiele by się zdał, gdybyś to ty zaginął. — Spojrzał na Harry'ego znad szyjki swojej butelki. — Nie rób tego, dobra? Wystarczająco nabroiłeś, gdy w zeszłe Boże Narodzenie bez słowa zniknąłeś z tą Francuzeczką. Mama prawie dostała ataku serca.
Harry parsknął i odchylił się do tyłu.
— Cholernie śmieszne.
— Cholernie śmieszne jest, że wciąż tu siedzę. — Ron dopił piwo i z grymasem otarł usta wierzchem dłoni. — Okropne gówno. Następnym razem ja kupuję, co?
— Mnie smakuje. — Harry uśmiechnął się i zakołysał na krześle. Drewniane nogi zatrzeszczały pod jego wagą, więc ponownie usiadł prosto.
— Jesteś szalony. I nie masz gustu do piwa. — Ron wstał i poruszył ramionami odzianymi w aurorską szatę. W świetle lampy zalśniły nowe insygnia dowódcy drużyny. — Zostawię ci te dokumenty, tylko ich nie zgub, bo Kingsley skopie mi dupę. — Spojrzał na Harry'ego z powagą. — Wiesz, że możesz wrócić, kiedy tylko zechcesz. Tonks powtarza mi to przy każdym spotkaniu.
— Wiem. — Harry sięgnął po piwo. Było już ciepłe i gorzkie. — A ty wiesz, czemu nie chcę.
Ron westchnął.
— To się w końcu uspokoi.
— Osiem lat, Ron. — Harry potrząsnął głową. — Tak samo jak ja zdajesz sobie sprawę, że tak się nigdy nie stanie. Nigdy nie będę nikim więcej niż Chłopcem, Który Przeżył, a jestem tym już taki zmęczony. A poza tym, podoba mi się krążenie między dwoma światami.
— Jasne. — Ron wywrócił oczami i złapał ze stołu kolejne piwo. — Pozdrów ode mnie Hermionę, jeśli zobaczysz ją do niedzieli. Zabiera Lunę na zakupy, ale myślę, że to tylko wymówka, żeby Luna nie musiała iść ze mną na kolację do Nory. Mama pewnie znowu będzie nas męczyć, czemu jeszcze nie jesteśmy małżeństwem.
— Zrób tak, żeby zaszła w ciążę — zaproponował Harry ze śmiechem. — Już najwyższa pora.
— Jej to powiedz. — Ron zapiął ozdobne żaby na płaszczu. Rechotały cicho przy każdym zatrzasku. — Nie żebym nie prosił.
Kiedy huk sieci Fiuu zamilkł, w mieszkaniu zapadła cisza i Harry ponownie spuścił wzrok na zdjęcie z autopsji Geoffa Andersa. Dziwnie było patrzeć na swoją własną twarz, nieruchomą i szarą, i nacięcie w kształcie litery Y ledwie mijające pieprzyk na prawym obojczyku.
Coś musiał przeoczyć.
Z westchnieniem sięgnął po płaszcz. Nie wyglądało na to, żeby dzisiaj szybko zasnął. Koniecznie powinien zamówić więcej eliksiru pieprzowego.

***


Aportowanie się do mieszkania Geoffa Andersa nie sprawiło mu większych problemów. Zaklęcia zabezpieczające były silne, ale Harry przywykł do łamania takich barier podczas wojny i po trzech minutach znalazł się w środku, naciągając na ręce lateksowe rękawiczki.
Mugolskich nawyków trudno było się pozbyć.
Mieszkanie było brudne, stosy naczyń walały się po podłodze, ubrania wisiały na telewizorze. Żadnego Fiuu, żadnych śladów obecności czarodzieja, nawet żadnych zdjęć. Bardzo przypominało nieposprzątane mieszkanie Malfoya.
Pierwsze ślady magii odnalazł w łazience — skrzynię pełną eliksirów. Małe niebieskie buteleczki z apteki oznakowano tak, żeby imitowały mugolskie wywary ziołowe. Sporo eliksiru wielosokowego — Harry niemal zakrztusił się z powodu zapachu — i kilka innych mikstur leczniczych, zakupionych w niewielkim sklepie na Nokturnie.
Wyjął ze skrzynki i wsunął do kieszeni eliksir pieprzowy.
Na niewielkim stoliku w sypialni leżał telefon. Harry uniósł klapkę. Jedna nowa wiadomość głosowa. Wcisnął przycisk połączenia i niemal upuścił komórkę, słysząc głos Malfoya: Gdzie jesteś? Ty idioto, próbuję się do ciebie dodzwonić od dwóch pieprzonych dni i teraz muszę mówić do tej cholernej mugolskiej rzeczy, a wiesz, że nimi gardzę. Oddzwoń jak najszybciej. Zapiszczał dźwięk poczty głosowej.
Harry opuścił klapkę i wsadził telefon do kieszeni.
Draco Malfoy będzie musiał mu co nieco wyjaśnić.

***


Harry usłyszał z korytarza znajome narzekanie Malfoya. Miał dwadzieścia sześć lat, a wciąż zachowywał się jak rozkapryszony dzieciak.
Zsunął z ramion marynarkę i powiesił ją na oparciu jednego z krzeseł w pokoju przesłuchań. Kupiła mu ją Hermiona, kiedy został mianowany na detektywa, i stała się jedną z jego ulubionych: model od Harrisa z brązowego tweedu, z zamszowymi łatami na łokciach. W połączeniu z mundurowymi dżinsami, białą koszulą, luźno zawiązanym krawatem, okularami w drucianych oprawkach i potarganymi włosami wyglądał w niej na intelektualistę, dzięki czemu w piątkowe wieczory dosyć często nie musiał wracać z pubu samotnie.
Nie chciał się zastanawiać, czemu akurat dzisiaj wyjął z szafy właśnie tę marynarkę.
— Black przyszedł. — Gemma Ansari, konstabl, którą Timmons zatrudnił kilka tygodni temu, zapukała do drzwi. — Mały gnojek, co? — mruknęła.
— Słyszałem to.
Malfoy wkroczył do pokoju tak samo opanowany i zarozumiały, jak poruszał się po Hogwarcie. Szedł tak, jakby był właścicielem nawet mugolskiego świata i Harry pozazdrościł mu tej pewności siebie, podobnie jak zazdrościł elegancji, z jaką usiadł na krześle, ze znudzonym westchnieniem zakładając nogę na nogę.
— Głupia cipa.
Gdy Harry kiwnął głową, Gemma wycofała się z pokoju, na odchodnym rzucając Malfoyowi wściekłe spojrzenie. Za co trudno było ją obwiniać.
— O co chodzi, Potter? — Draco zlustrował swoje starannie przycięte paznokcie. — Mam nadzieję, że istnieje jakiś przyzwoity powód ściągnięcia mnie do tej dziury o tak bezbożnej porze. — Uniósł wzrok. — Cóż, nie zamierzasz zaoferować mi herbaty?
Harry położył teczkę na stole.
— Nie. A ta bezbożna pora to druga po południu.
— Pracuję do późna.
Malfoy uśmiechnął się i Harry z trudem opanował pokusę, żeby zrzucić go z tego przeklętego krzesła. W zamian otworzył teczkę, wyjął zdjęcie i popchnął je na drugą stronę stołu.
— Anders. Griffin. Whitman. Dziwne, że wszyscy mają znajome twarze.
Malfoy pobladł i drżącą ręką sięgnął po zdjęcie Andersa.
— Kiedy? — wymamrotał i Harry poczuł ulgę, że nie będzie musiał zmuszać go do współpracy.
— Znaleziono go wczoraj rano.
— Dzwoniłem do niego — powiedział Malfoy cicho, jakby do siebie. — Ale nie odbierał.
Harry usiadł na skraju biurka.
— Kim on był, Draco?
Malfoy spojrzał na niego ze złością i rzucił fotografię na stół.
— Nie jestem twoim Watsonem.
— Chryste. — Harry przeczesał dłonią włosy, strosząc je jeszcze bardziej. Nawet po ośmiu latach Malfoy wciąż był małym irytującym kutasem. — Znasz go. Odsłuchałem wiadomość, którą zostawiłeś na jego komórce…
Malfoy ponownie popatrzył na niego ze złością i Harry westchnął.
— Nie chcesz się dowiedzieć, kto to zrobił?
— Ty się nie dowiesz. — Malfoy odwrócił wzrok. — Mogę ci to zagwarantować.
Harry zmiął krawat palcami, puścił go, zmiął ponownie.
— Czemu? — zapytał w końcu.
Malfoy nie odpowiedział.
— Słuchaj, potrzebuję twojej po…
— A jak nie, to co? — Malfoy wstał. — Nie możesz mnie tu trzymać. Nic na mnie nie masz. Nie w związku z tym… — wskazał na zdjęcia — …albo sposobem, w jaki opłacam moje mieszkanie. Więc jeśli nie masz nic przeciwko…
— Draco — powiedział Harry cicho.
Malfoy zesztywniał, zatrzymując się w drodze do drzwi, a w spojrzeniu, jakim zmierzył Harry'ego, pojawił się strach. Wiedział, co się dzieje, tego Harry był pewien.
— Jesteś przerażony.
— Zwariowałeś, Potter. — Malfoy potrząsnął głową. — A teraz albo mnie za coś aresztuj, albo pozwól odejść.
Przez chwilę panowała cisza, po czym Malfoy westchnął z rezygnacją.
— Zostaw mnie w spokoju. Proszę. Na Merlina, po prostu zostaw mnie i to wszystko w spokoju.
Po jego wyjściu pomieszczenie stało się dziwnie puste.

***


Zielone płomienie zamigotały wokół głowy Rona.
— Lepiej zrobić to szybko. Kingsley jest dzisiaj w kiepskiej formie. Wszyscy postawiliśmy galeona na to, czy Tonks znowu kazała mu spać w bibliotece.
Harry prychnął.
— Czy oni kiedykolwiek przestaną się kłócić?
— Tylko na jeden albo dwa szybkie numerki — odparł wyszczerzony Ron. — A więc, jak sądzę, chciałbyś wiedzieć, czy coś znalazłem?
— Jasne. — Harry wziął kęs odgrzanego pasztecika i przełknął. Była już czwarta, a on dopiero dotarł do domu, żeby zjeść szybki obiad i połączyć się przez kominek z biurem aurorów. Pieprzony Malfoy. — Co masz?
— Nic. — Ron potrząsnął głową. — Przeszukałem wszystkie akta ministerstwa, do jakich mam dostęp, i pewnie złamałem przy tym kilka kodów dostępu. Lepiej się ciesz, stary, że mam dosyć wysoką pozycję.
— Nie ma śladu żadnego z tych nazwisk? — Harry otarł usta. Nie był zaskoczony, spodziewał się, że to pseudonimy.
— W tych kombinacjach? Nie. Według ministerstwa oni nie istnieją. — Ron milczał przez chwilę. — Choć niektóre pojedyncze nazwiska znalazłem.
Harry uniósł brew.
— Tak?
— Tak. — Ron przepchnął przez Fiuu spory stos pergaminów. Świeże kopie dokumentów wystawały z niego z lekko podwiniętymi rogami. — Pomyślałem, że ci się przydadzą. Może coś jeszcze znajdziesz, z Kingsleyem na karku nie przejrzałem ich zbyt dokładnie. Sporo tam interesujących rzeczy, choć nie wiem, czy będą użyteczne. Jest trochę ciekawych plotek. Wiedziałeś, że stary Ollivander miał trzech braci? Dziwne. Znalazłem to, bo matka jego matki była z Andersów. Jeden z nich miał też w rodzinie charłaka, robili z tego wielką tajemnicę. A Padma Patil poślubiła któregoś z nich cztery lata temu… Andersa, nie charłaka. Chyba pamiętam, jak Hermiona namawiała mnie, żeby iść na ich ślub, kiedy jeszcze byliśmy razem.
— Taa — potwierdził Harry oschle. — W ostatniej chwili uratowałem ci tyłek, kłamiąc, że jestem chory.
— No, racja. Potem nas nakryła. Och, i Crabbe… Przypominasz sobie tego palanta? Miał ciotkę o nazwisku Whitman. — Ron podrapał się po brodzie. — Nie wsadzili go czasem do Azkabanu?
— Większość z nich tam skończyła. — Harry pospiesznie przejrzał dokumenty: akty urodzenia, nekrologi, potwierdzenia zawarcia małżeństw, raporty aurorów, ministerialne rejestry… — Ron, gdybyś nie był facetem, to bym cię wycałował.
Ron rzucił mu dziwne spojrzenie.
— Racja. No cóż, w zamian możesz kupić mi piwo.
— Nie ma sprawy.
Zanim płomienie w kominku przestały migotać, Harry przebrnął już przez kilka stron dokumentów.

***


— Zdajesz sobie sprawę, że od dawna nie miałeś nowego partnera? — Olliver odstawił na bar szklaneczkę z whisky. — Według papierów ta Ansami to bystra dziewczyna.
— Przestań włamywać się do akt personalnych. Chyba nie zapomniałeś, jacy byli wkurzeni, gdy złapali cię ostatnim razem. — Harry pomachał Andy'emu, unosząc swoją pustą szklankę. „Anioł” znajdował się tylko kilka przecznic od dworca, w pobliżu rogu Pentonville i High Street, i był miejscem, gdzie od czasu do czasu policjanci i detektywi spotykali się po służbie. Wetherspoon nigdy nie narzekał; twierdził, że cały ten burdel trzyma jakoś cały interes, tak samo jak za czasów jego ojca, dziadka i pradziadka.
— Mam na ciebie oko, Potter. — Wetherspoon wyciągnął rękę z kolejnym Guinnessem. — Pozwolę ci się dzisiaj upić.
— Odwal się — odparł Harry ugodowo. — Jeszcze nie piątek.
Wetherspoon postawił przed nim kufel. Piana przelała się przez brzeg, opryskując Harry'emu rękę. Zlizał ją językiem.
— Nieważne, nie potrzebuję partnera — oznajmił Olliverowi. — To nie tak, że Timmons nie próbował.
— Słyszałem. Uciekali od ciebie po tygodniu. — Olliver dopił whisky. — Przestań być kutasem, Potter. Albo rusz swój leniwy tyłek i przejdź do służb specjalnych.
Harry nie odpowiedział. Nie chciał innego partnera. Chciał Ollivera. Współpracowało im się dobrze do tego stopnia, że zaczęli kończyć za siebie zdania. Rozumieli się bez słów i Harry wiedział, że powtórzenie tego było raczej niemożliwe. Znalezienie partnera, który mógłby poznać jego specyficzną tajemnicę, w ogóle nie wchodziło w grę. Olliver po prostu ją zaakceptował, bez zaskoczenia, bez pytań, bez sceptycyzmu. Harry'ego to zdziwiło, ale poczuł wdzięczność. Nie zamierzał przeżywać tego po raz kolejny.
Ale przejść do Yardu? Nie ma mowy. Gdyby tego chciał, równie dobrze mógłby zostać w Ministerstwie Magii.
Harry lubił Islington, tutejsze ulice i ludzi. Czuł się tu na miejscu. Praca w policji mu odpowiadała i czuł się tak, jakby robił coś wartościowego. Nie musiał użerać się z biurokracją wydziału specjalnego, podobnie jak nie musiał borykać się z oczekiwaniami ministerstwa.
Nie musiał być nikim innym niż Harrym. Żadnym Chłopcem, Który Przeżył, żadnym Zbawicielem Czarodziejskiego Świata. Był po prostu dziwacznym mało ważnym detektywem ze swoimi dziwacznymi mało ważnymi przeczuciami.
Piwo prawie się skończyło. Przechylił kufel i przyglądał się, jak resztki pianki przesuwają się po ściankach.
Wcale nie unikał czarodziejskiego świata. Zdecydowana większość jego przyjaciół była czarodziejami i czarownicami, często robił zakupy na Pokątnej i każdego dnia używał magii. Przypuszczał, że po prostu nie chciał zrezygnować z bezpiecznej anonimowości wśród mugoli.
Podobnie jak Malfoy.
— Guinnessa za twoje myśli — powiedział Olliver, gdy Wetherspoon ustawił przed nim kolejną szklaneczkę z whisky.
Harry wziął łyk piwa i oblizał dolną wargę.
— Wierzysz w zbiegi okoliczności?
— Nie za bardzo.
— Ja też nie. — Harry pokręcił kuflem w dłoniach. Od grupy policjantów skupionych wokół tarczy do darta dobiegły wesołe krzyki. — Uważam tylko za dziwne, że tak nieoczekiwanie spotkałem dawnego szkolnego kolegę, który akurat ma związek z prowadzonym przez nas śledztwem.
— Tę dziwkę? — Olliver podrapał się po brodzie. — Podejrzany typ. Myślisz, że to ma z tym jakiś związek?
— Nie wiem. — Harry dopił piwo i otarł usta wierzchem dłoni. — Ale chyba powinienem się dowiedzieć.
Olliver kiwnął głową i uniósł swoją szklankę.
— Tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak przypadek. Szczególnie jeśli chodzi o dziwki. Są zdolne do wielu rzeczy, jeśli potrzebują gotówki.
— Dokładnie.
— No to pójdę z tobą. — Olliver sięgnął po płaszcz.
— Nie ma potrzeby. Dopij drinka, stary. — Harry podniósł się z krzesła. — Powiem ci, jeśli czegoś się dowiem.

***


Harry zapukał do mieszkania pod numerem 4B.
— Otwieraj, Malfoy. Wiem, że tam jesteś.
Drzwi otworzyły się i stanął w nich Malfoy, ubrany w czarny jedwabny szlafrok, ze zmierzwionymi włosami i zaczerwienionymi policzkami. Na szyi miał długie różowe zadrapanie.
— Spadaj, Potter — warknął i zaczął zamykać drzwi.
Jednak Harry zdążył wsunąć stopę i je zablokować.
— Wpuść mnie albo zabiorę ciebie i kogo tam gościsz na posterunek. — Skrzyżował ramiona na piersi. — Nie zmuszaj mnie, żebym to zrobił.
Z sypialni wyszedł mężczyzna niewiele starszy od Harry'ego, przeczesując palcami ciemne włosy. Był nagi i Harry szybko odwrócił wzrok od jego szczupłego, tyczkowatego ciała i uniesionego penisa.
— Coś się stało?
— Nie. — Malfoy spojrzał Harry'emu w twarz. — Potter już wychodzi.
— Chcesz, żebym cię aresztował? — Harry zaczynał tracić nerwy. Chryste. Zastanawiał się, czy mógłby uniknąć kary, gdyby udusił drania. Przypadkowa śmierć w trakcie dochodzenia, czasem się to zdarzało.
— Stephen nie jest tu w interesach — wysyczał.
Harry poczuł, że się rumieni.
— Och — wyjąkał, starając się nie patrzeć ani na faceta, który stał oparty o ścianę, ani na ślady ugryzień na szczęce Malfoya.
— Mógłbyś puścić moje drzwi? — Malfoy wywrócił oczami.
Harry cofnął się pospiesznie.
— Jasne. Przepraszam.
Malfoy zatrzasnął mu drzwi przed nosem. Znowu.

***


Harry siedział na schodach budynku, nie mając pojęcia, czemu czeka. Minęło już półtorej godziny, a kto wie, jak długo to jeszcze potrwa? Może Malfoy był typem, który lubi się po wszystkim przytulać?
Łyknął piwa z butelki. Merlinowi dziękować za sklepy monopolowe i palić licho zakaz picia na służbie. Zdarzały się chwile, gdy facet potrzebował odrobiny alkoholu, żeby zapomnieć o tym, co właśnie widział.
Problem w tym, że on nie potrafił.
To nie tak, że kobiety nie były dla niego atrakcyjne. Bóg wie, jak bardzo lubił ich miękkość, ciepło, słodki smak pomadki na ustach. Uważał kobiety za piękne i uwielbiał czuć ich ciała owinięte wokół siebie.
Ale mężczyzn też zauważał. I to od zawsze. Dobrze wiedział, że większość chłopców nie zwracała uwagi, w jaki sposób męskie plecy płynnie przechodzą w pośladki albo jak układa się krzywizna ich ramion czy że ich biodra są węższe i dużo bardziej kościste niż kobiece.
Starał się nie przyglądać. Chryste, tak usilnie próbował. I stał się całkiem dobry w tej swojej wymuszonej ślepocie.
Wcale nie twierdził, że bycie gejem jest czymś złym, nie obchodziło go, co inni wyprawiają w swoich sypialniach. Po prostu… on taki nie był.
Nie chciał taki być. Nie mógł.
Nie był.
Jego uwagę przykuł ruch na końcu ulicy. Naszło go dziwne wrażenie, że jest obserwowany — umiejętność tę nabył w czasie wojny i rozwinął podczas pracy w policji.
— Jest tam ktoś? — zawołał, kierując rękę ku różdżce.
Zapadła cisza, a potem zaszumiały liście. Z zarośli wybiegł lis i zniknął za kubłami na śmieci stojącymi w poprzek chodnika.
Harry parsknął. Strasznie był dzisiaj nerwowy.
Wypił kolejny łyk piwa i oparł się o metalową balustradę schodów. To musiało boleć, naprawdę. Mimo wszystko nie chodziło o zwyczajny seks. Zadrżał i szyjka butelki zadzwoniła o jego zęby. Coś podobnego nigdy w życiu nie przyszłoby mu do głowy.
A potem przypomniał sobie ślad na szczęce Malfoya i zastanowił się, jak smakowałaby jego skóra, a lekki zarost drapał wargi. Pewnie uczucie byłoby zupełnie inne niż podczas całowania kobiety, więcej ostrych kątów, mniej krągłości.
Mniej delikatności.
Oddech zamarł mu w piersi.
Drzwi trzasnęły i pojawił się w nich Stephen, tym razem ubrany w dżinsy i sweter. Uśmiechnął się i Harry momentalnie go znienawidził.
— Powiedział, żebyś przyszedł na górę, zanim upijesz się tak, że nie wejdziesz po schodach.
Harry spojrzał w okno. Między przesuniętymi zasłonami dostrzegł bladą twarz Malfoya.
— Gnojek — mruknął.
Wstając, kopnął leżące na ziemi dwie butelki. Zabrzęczały głośno o płyty chodnika.
— Przez jakiś czas nie będzie z niego pożytku — powiedział Stephen.
Uśmiechał się tak radośnie, że Harry zapragnął mu przywalić. Na jego obojczyku zobaczył malinki.
— Świetny z niego kochanek, wiesz? — zapytał Stephen.
— Spieprzaj, dupku — odparł Harry i zatrzasnął za sobą drzwi.

***


Malfoy miał przynajmniej tyle przyzwoitości, by coś na siebie ubrać. Niewiele pomagało, że na jego strój składały się jedynie szare, bawełniane spodnie od piżamy, nisko opuszczone na biodrach, oraz biały prążkowany podkoszulek.
Harry osunął się na kanapę, nagle boleśnie świadomy, że nie jest za bardzo trzeźwy. Malfoy z westchnieniem usiadł obok niego. Założył jedną nogę na drugą i zakołysał bosą stopą w powietrzu.
— No i?
— Co? — Harry oderwał oczy od łuku stopy Malfoya i zamrugał.
Z drugiego końca kanapy dobiegło go poirytowane prychnięcie.
— Jest północ, Potter, a ty siedzisz w moim salonie. Wybacz mi, że zastanawiam się, czego do diabła ode mnie chcesz.
— Och. — Harry potarł dłonią zakrzywiony bok kanapy. Wytarta skóra wydawała się ciepła.
— No tak. — Wolał się raczej nie zastanawiać, czego mógł chcieć albo nie chcieć. — Chodzi o to, że pojawiłeś się w tak dogodnym momencie.
Malfoy popatrzył na niego ze zdziwieniem.
— To znaczy?
— Ostatnim razem widziałem cię siedem lat temu na rozprawie, a teraz zjawiasz się akurat wtedy, gdy zajmujemy się sprawą morderstwa, o której… — Harry przerwał i pokręcił głową, skrobiąc paznokciem kciuka o skórę kanapy. — Coś się dzieje, czuję to.
Zapadła cisza. Zza okna dobiegły ich ciche odgłosy ulicznego ruchu i kropel deszczu uderzających o szyby.
Malfoy odwrócił wzrok i podciągnął kolana do klatki piersiowej. Oparł stopy o brzeg poduchy i zacisnął palce na skórzanej tapicerce. Westchnął.
— Śledziłem cię tamtego wieczoru. Nie chciałem, żebyś mnie zobaczył. I nie miałem pewności, czy będziesz potrzebny, ale wolałem wiedzieć, jak cię znaleźć, gdybyś jednak był.
— Potrzebny do czego?
Harry patrzył na niego uważnie, ale Malfoy tylko wzruszył ramionami i obciągnął nogawki piżamy, naciągając je na łydkach.
— Czegoś. Czegokolwiek. Jesteś w końcu Chłopcem, Który Przeżył. Wydawało się, że to dobry pomysł, żeby cię odszukać. Na wszelki wypadek. — Malfoy spojrzał na Harry'ego. Kosmyki jasnych włosów zakołysały się wokół jego twarzy, muskając znaki na szyi.
Harry polizał dolną wargę i obrócił głowę.
To był cholernie zły pomysł.
— Kim jest Anders? — Spróbował wrócić do właściwego wątku rozmowy, ale Malfoy położył mu dłoń na szczęce i zmusił, żeby znów na niego spojrzał.
— Czemu czekałeś, Harry? — zapytał, owiewając mu policzek ciepłym, delikatnym oddechem. — Siedziałeś tam dwie godziny tylko po to, żeby ze mną porozmawiać?
Przeciągnął kciukiem po jego wargach i Harry zamarł, wbijając palce w tapicerkę kanapy.
— Malfoy… — zaczął, ale Malfoy już dotykał jego warg ustami, wilgotnymi i rozchylonymi, i siadał na nim okrakiem, dociskając jego biodra do poduchy.
Harry nie potrafił się powstrzymać i objął jego barki, mimo że dobrze wiedział, że powinien go odepchnąć. To było szaleństwo. Kompletne szaleństwo.
A potem Malfoy poruszył się, przesunął do przodu, wsunął Harry'emu język do ust. Harry poczuł na brzuchu jego penisa i… Chryste, tak właśnie smakował mężczyzna, taki był w dotyku… a Harry był tak cholernie pijany…
Wargi Malfoya powędrowały po jego szyi i delikatnie poskubały skórę, co było zupełnie inne niż pieszczoty Hermiony. Malfoy był twardy i szorstki, jego policzki pokrywał niewielki zarost.
Harry był tak podniecony, że nie mógł oddychać, a Malfoy zakołysał się na jego kolanach, więc jęknął, bo nie mógł znieść tego naporu penisa na penisa. Odepchnął go, a Malfoy najpierw zsunął się na kolana, by potem opaść na podłogę.
— Nie — wystękał, patrząc na leżącego Malfoya, na jego uniesione w pachwinie spodnie od piżamy, roziskrzone oczy, rozchylone usta i zaczerwienione policzki.
Wyglądał niesamowicie.
Cały roztrzęsiony, Harry wstał z kanapy.
— Muszę… — Przełknął ślinę i zacisnął dłonie w pięści. — Muszę iść.
Uciekł z mieszkania, odprowadzony oszołomionym spojrzeniem Malfoya.


***


Hermiona nie powiedziała nic, gdy Harry, śmierdząc piwem, przyszedł do niej w środku nocy. Bez słowa popchnął ją do sypialni, szarpnięciem zdjął bieliznę, po czym oboje zatoczyli się do tyłu. Całując ją gwałtownie, wszedł w nią, zanim w ogóle dotarli do łóżka.
Pieprzyli się na podłodze, szybko i mocno. Hermiona owinęła nogi wokół jego bioder, wbiła palce w ramiona i to wystarczyło, żeby zapomniał o Malfoyu.
Przynajmniej na kilka godzin.
Praca okazała się dużo mniej rozpraszająca.
Harry odchylił się na oparcie krzesła i potarł palcami skronie. Wciąż czuł dotyk ust Malfoya i ciepło jego penisa. Jęknął, podsunął bliżej do biurka i ukrył twarz w dłoniach.
Chryste. Podniecał się na samą tę myśl.
— Już nigdy więcej się nie napiję — wymamrotał do siebie.
— Szkoda — odpowiedział mu kobiecy, lekko rozbawiony głos.
Czując, jak się czerwieni, Harry opuścił ręce i obrócił się, próbując ukryć wybrzuszenie w spodniach.
Gemma położyła przed nim stos papierów.
— To przyszło z Yardu.
Zadzwonił telefon.
— A to — dodała Gemma — zapewne również z Yardu.
— Dzięki. — Harry sięgnął po słuchawkę, gdy tylko Gemma wyszła z pokoju. — Potter, słucham.
— Przejrzałeś faksy? — zapytał Olliver szorstko, pospiesznie. W tle słychać było hałas ruchu ulicznego.
Harry przebiegł wzrokiem pierwszą kartkę.
— Dopiero je dostałem… — przerwał, przeskakując wzrokiem na drugą stronę. — Jasna cholera.
— Wszyscy byli prostytutkami — powiedział Olliver. — Potrafisz wyjaśnić, jak czterech z was skończyło, wypinając tyłki za kilka funtów?
— Nie, ale wiem, kto może. — Harry wsunął faksy do teczki. — Zadzwonię do ciebie z komórki, kiedy tylko czegoś się dowiem. Wcześniej muszę coś sprawdzić.
Odłożył słuchawkę i złapał za kurtkę. Tym razem Malfoy niech lepiej trzyma łapy z daleka od niego. Ale najpierw zamierzał zafiukać do Hermiony.

***


W kostnicy panował chłód.
Harry miał świadomość, że to konieczne — przecież ciała nie mogły się rozkładać, to byłoby barbarzyństwem — jednak przez to było zimno, wręcz mroźno, że aż zamarzały jaja.
Pracownik kostnicy wyciągnął szufladę.
— Masz pięć minut, Potter. I jesteś mi winien przysługę.
— Bilety na mecz Arsenalu i Man United, obiecuję. Arsenal górą, co, Patrick?
Harry wzdrygnął się i mocniej otulił kurtką. Wciąż nieco szokował go widok własnej twarzy w takim stanie. Stojąca obok Hermiona zadrżała, niemal czuł promieniujący od niej niepokój. Lekko dotknął jej ramienia. Spojrzała na niego, zagryzła wargę i założyła za ucho niesforny kosmyk włosów.
Patrick parsknął.
— Tym razem lepiej coś z tym zróbcie albo poskarżę się Timmonsowi.
Harry poczekał, aż Patrick wyjdzie.
— I co myślisz? — zapytał.
Hermiona popatrzyła na ciało z uwagą.
— To dziwne. Twarz na pewno twoja. — Jej wzrok powędrował dalej. — I penis też.
— Mam większego — zaprotestował Harry, na co Hermiona wywróciła oczami i wyciągnęła różdżkę.
— Skurczył się. Tu jest zimno, a w jego żyłach nie płynie krew. — Przeszła na drugą stronę łóżka i zacisnęła usta. Skierowała na trupa różdżkę i wymruczała pod nosem zaklęcie, w wyniku czego po szarej skórze rozlały się czarne iskry. — Ciekawe.
— Co? — Harry pochylił się i przyjrzał wzorowi na ciele denata.
Zmarszczyła brwi.
— To nie tylko eliksir wielosokowy. Oczywiście. Są ślady jeszcze innej mikstury. Prawdopodobnie transmutującej, co jak najbardziej ma sens. — Uniosła wzrok na Harry'ego. — Żeby utrzymać obcą formę po śmierci. Bardzo trudna do przełamania. Takie eliksiry zwykle uważane są za wyjątkowo eksperymentalne, bo działają prawie jak trucizny. Aby je uwarzyć, trzeba być bardzo doświadczonym. Łatwo je pomylić i przyrządzić truciznę zamiast eliksiru albo eliksir zamiast trucizny. Albo jedno i drugie. — Ponownie zmarszczyła brwi. — Pracowaliśmy nad nimi trochę w ministerstwie, bazując głównie na badaniach śmierciożerców.
— Czyli co to jest? — Harry popatrzył jej w oczy.
— Nie wiem. Musiałabym przeanalizować strukturę molekularną i sygnaturę magiczną resztek mikstury, a to wymaga czasu.
— W porządku. — Harry wsunął dłonie do kieszeni i zakołysał się na piętach. — Wiemy jednak, że przed śmiercią zmuszono ich, żeby coś wypili.
Hermiona pokręciła głową.
— Niekoniecznie. Niektóre eliksiry można dozować dożylnie. W Świętym Mungu ciągle to robią pacjentom pozbawionym przytomności. Są też czarnomagiczne substancje, które najlepiej aplikuje się przez nacięcie skóry.
— Skaleczenia?
— Tak, choć nie potrafię jednoznacznie zinterpretować ran na tym ciele. Przejrzyj jeszcze raz raporty. — Hermiona przesunęła różdżką nad zwłokami i czarne iskry znikły. — Może coś pominąłeś. Ślady po nakłuciu? Mogli użyć igieł. W ten sposób łatwiej jest przewozić mikstury do tak paskudnego użycia. Śmierciożercy robili to czasem w trakcie wojny.
Harry spojrzał na denata i potarł dłonią kark. Kurwa.
— Jak to będzie wyglądać?
— Małe okrągłe ranki, zapewne otoczone słabym zasinieniem.
Przykucając lekko, Harry przyjrzał się szyi Andersa.
— Coś takiego? — Wskazał na niewielki siniak wokół czegoś, co wyglądało jak purpurowo-czarne ukłucie tuż za uchem. Przypomniał sobie, że w raporcie z sekcji zwłok określono je jako prawdopodobne ukąszenie insekta.
— Tak, zgadza się — potwierdziła Hermiona.
— Świetnie. — Harry westchnął i wyciągnął telefon.
Hermiona przyłożyła do siniaka czubek różdżki i czarne iskry eksplodowały wszędzie wokół.
— Jakiś pomysł, kto to zrobił?
— Nie. — Harry wybrał numer. — Ale już wiem, kto jest na szczycie mojej listy.
— Malfoy? — zapytała Hermiona z ciekawością, ale Harry uniósł rękę.
— Olliver? — powiedział. — Chyba powinieneś przyjechać do kostnicy.

***


— Musi istnieć jakiś motyw. — Olliver pochylił się nad ciałem i lekko nacisnął małą rankę palcem w rękawiczce.
Hermiona skrzywiła się i machnięciem ręki przegoniła go, by móc prześledzić różdżką posekcyjne nacięcie na piersi Andersa.
— Nie wyciągaj pochopnych wniosków tylko dlatego, że nie lubisz takich prostytutek jak ten twój.
— On nie jest mój — zaprotestował Harry. Oparł się o ścianę z płytek i skrzyżował ramiona na piersi. — I jaki to ma sens? Chodzi o to, że nie powiedział mi ani jednej cholernej rzeczy…
— Ale jest przerażony. — Olliver wyprostował się. — Co się z tobą dzieje, Potter? Zachowujesz się jak pizda. Na litość boską, pomyśl. Masz faceta, który jest powiązany z tymi morderstwami. Ta sama profesja, to samo pochodzenie, przynajmniej jednego z denatów znał na tyle dobrze, żeby zostawić wiadomość na jego komórce i nie powiedział ci nic poza niejasnymi implikacjami, że jest cholernie przestraszony. Czyli to twój podejrzany czy następna ofiara?
Sfrustrowany Harry przeczesał palcami włosy, strosząc je jeszcze bardziej.
— Unikał odpowiedzi…
— A ile razy miałeś już z czymś takim do czynienia w naszej robocie? — Olliver potrząsnął głową. — Tracisz formę, Potter. To dziwka. Nawet w przyjemnych okolicznościach, ktoś taki nie jest człowiekiem, któremu można ufać, prawda? I jeśli między wami coś było...
Harry poczuł gorąco na policzkach. To brzmiało tak cholernie tandetnie.
— Po prostu stare szkolne urazy.
— Dosyć. — Olliver spojrzał na Hermionę. — Powiedz mu, że jest kutasem.
Hermiona nawet nie uniosła wzroku. Delikatnie strzepnęła koniec różdżki nad czystą fiolką, na której dno opadły zielone iskierki.
— Jesteś kutasem, Harry — powtórzyła.
— No to kto jest naszym głównym podejrzanym? Nic nie mamy. — Harry popatrzył na nich ze złością.
Hermiona szczelnie zamknęła próbkę.
— Wkrótce czegoś się dowiemy. Przynajmniej nazwiska tego biedaka. Myślę, że tyle wystarczy, aby aurorzy wyśledzili jego magiczną sygnaturę. — Zerknęła niepewnie na Ollivera. — Zdajesz sobie sprawę, że chcą przejąć śledztwo? To nie jest już sprawa mugoli.
— Do kurwy nędzy, absolutnie nie! To moja jurysdykcja.
Zignorowała jego słowa.
— Jeśli Malfoy jest w to zaangażowany, Harry — ciągnęła — musimy powiadomić Wizengamot. Gdy włączę ten dowód…
Harry westchnął. Chryste. Akurat teraz nie chciał spierać się na ten temat.
— Istnieje sposób, żeby na razie utrzymać to w tajemnicy?
— Chyba mogłabym pogadać z Ronem. — Hermiona zagryzła wargę. — Ma na tyle wysokie stanowisko, żeby udostępnić mi aurorskie laboratorium bez składania raportu. I znam tam człowieka, który pomoże, o ile Ron podpisze się na zleceniu.
— Poproś go — powiedział Harry. — Powiedz mu, że jest mi coś winien, jeszcze z zeszłego roku. Będzie wiedział, o co chodzi.
— Kiedy się czegoś dowiesz? — zapytał Olliver.
— Za godzinę, może dwie. — Hermiona wsunęła różdżkę do kieszeni. — Od razu poinformuję Harry'ego.
Deportowała się i dopiero wtedy Harry spojrzał Olliverowi w oczy.
— Ma rację, wiesz? W końcu aurorzy przejmą śledztwo. Nie mają innego wyjścia.
— Liczę więc, że dorwiemy drania pierwsi — odparł spokojnie Olliver.
— Mam taką nadzieję — zgodził się Harry z uśmiechem.

***


Na biurku Harry'ego leżały porozrzucane dokumenty.
Coś przeoczył, nie miał wątpliwości; coś rażąco oczywistego. Potarł palcami skronie, przyglądając się swoim notatkom.
Gdzie trzech czarodziejów zdobyło eliksir wielosokowy? Podejrzewał, że mogli uwarzyć go sami, ale skoro zarabiali na życie jako mugolskie prostytutki, istniała szansa, że widnieją na długiej liście śmierciożerców, którym udało się uciec z Azkabanu, bez różdżek i z ograniczoną możliwością korzystania z magii. A Urząd Niewłaściwego Użycia Czarów trzymał tę listę w ścisłej tajemnicy.
W takim przypadku ktoś musiał im dać eliksir. Ale kto i po co? I jak, do diabła, ta osoba zdobyła włosy Remusa, Snape'a i jego własne?
To nie miało sensu.
Zdjął okulary i rzucił je na stos papierów. Uszczypnął nasadę nosa. Koniecznie powinien zrobić sobie przerwę.
Nagle rozległ się głośny trzask, przez co Harry z zaskoczenia niemal spadł z krzesła. W zacienionym kącie pokoju pojawił się Ron ze zwiniętym pergaminem w ręce.
— Jezu. — Harry ponownie nałożył okulary. — Do cholery, nie rób tego tutaj. Mogliśmy mieć spotkanie…
Ron wzruszył ramionami.
— Obliviate, stary. Najlepszy przyjaciel aurora.
— Spodziewałem się sowy. — Harry pochylił się nad biurkiem. — Co masz?
Przyjaciel podał mu pergamin bez słowa. Harry przejrzał go szybko. Szlag. Niech to jasny szlag trafi.
— Przynajmniej co nieco się wyjaśniło.
— Tak — przyznał Ron. — Ale niewiele.
Harry zadrżał. Coś było nie tak, czuł to w kościach, ale nie miał pojęcia, co dokładnie.
Wiedział tylko, że musi zobaczyć się z Malfoyem. I to jak najszybciej.
Wstał, nie zadając sobie trudu, żeby pochować dokumenty. Sięgnął po kurtkę, upewniwszy się, że różdżkę ma w kieszeni.
— Idziemy.
Ron spojrzał na niego z zaciekawieniem.
— Gdzie?
— Mam dziwne przeczucie. Nie zaszkodzi to sprawdzić.
Taką miał nadzieję.

***
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Kaczalka » 4 sty 2017, o 16:54

***


— Malfoy, otwieraj! — Harry głośno zapukał do mieszkania.
— Może go nie ma — zasugerował Ron, opierając się o framugę.
— Jest środek dnia. Zaufaj mi, pewnie odsypia ostatnią noc. — Harry walnął w drzwi pięścią. — Malfoy!
Rozległ się stłumiony dźwięk tłuczonego szkła i Harry zadziałał instynktownie. Wyszarpnął różdżkę i wysadził drzwi z futryny w samą porę, by zobaczyć, jak dwie osoby w znajomych czarno-białych maskach deportują się z pokoju.
— Cholera — mruknął Ron.
Harry odwrócił się gwałtownie i jego serce zamarło. Malfoy leżał na kuchennej podłodze w kałuży krwi i szklanych odłamkach. Miał rozpiętą koszulę, rozdarte spodnie i ranę ciętą biegnącą od mostka do biodra. Na widok czarno-czerwonych wnętrzności i bieli kości klatki piersiowej Harry osunął się na kolana, mając gdzieś, że się pobrudzi.
Malfoy z trudem uniósł powieki i spojrzał na Harry'ego mętnym wzrokiem., w którym jednak zaraz błysnęło rozpoznanie.
— Wiedziałem, że przyjdziesz — szepnął i z kącika jego ust wypłynęła czerwona strużka. Zaśmiał się i sekundę później skrzywił z bólu. — Wezwałem cię.
— Tak. — Harry odgarnął mu włosy z czoła. — Wezwałeś. A teraz nic nie mów, dobrze? — Spojrzał na Rona. — Musimy coś zrobić. Lepiej ode mnie znasz się na takich zaklęciach.
Ron przyklęknął po drugiej stronie Malfoya.
— Nie wierzę, że ratuję akurat tego gnojka. — Z grymasem na twarzy odsunął na boki podartą koszulę Malfoya. — Mogę podleczyć go na tyle, żeby nadawał się do przeniesienia, ale będzie potrzebował uzdrowiciela. I to szybko.
— Po prostu weź się do roboty — powiedział Harry stanowczo.
— Jasne. — Ron ułożył obie dłonie Harry'ego na klatce piersiowej Malfoya. — Postaraj się go przytrzymać. Zaklęcie będzie bolało, więc na pewno się poruszy. W czasie walki nigdy nie widziałem, żeby jakikolwiek czarodziej zdołał to znieść ze spokojem.
Harry kiwnął głową. Malfoy oddychał płytko, ledwie dostrzegalnie, i zajęczał, gdy Harry nacisnął na jego pierś.
— Wszystko będzie dobrze — zapewnił Harry delikatnie, nie mając pojęcia, czemu tak się trzęsie. Podobne rzeczy widział już na wojnie, może nawet gorsze. Ale to przecież Malfoy, jego skóra była ciepła i lepka, a krew przesączała się Harry'emu między palcami.
— Nie spieprz tego, Weasley — wycharczał Malfoy, dociskając pięści do podłogi, i wygiął się tak, że Harry musiał na powrót docisnąć do siebie płaty jego skóry. — Merlinie
Ron przesunął czubkiem różdżki po ranie i cicho wyśpiewał pod nosem inkantację zaklęcia leczniczego. Melodyjny dźwięk to wznosił się, to opadał przy każdym pociągnięciu jego ręki.
Malfoy wrzasnął i skręcił się pod uchwytem Harry'ego. Mocno zagryzł zęby.
Harry pogładził delikatnie kciukami jego skórę wzdłuż klatki piersiowej.
— Trzymaj się, jeszcze tylko chwila. Zaraz skończymy.
Rozcięcie powoli się zasklepiło, tworząc czerwoną, brzydką bliznę.
Oddychając ciężko, Malfoy opadł na podłogę z zamkniętymi oczami. Jego rzęsy były wilgotne.
Ron oparł się na piętach. Nad jego górną wargą perlił się pot.
— Tyle powinno wystarczyć. Na razie.
— Nie możemy zabrać go do Świętego Munga — powiedział Harry, powoli przeczesując pokrwawionymi palcami włosy Malfoya. — Musiałbym długo ich przekonywać, żeby zechcieli go leczyć.
Malfoy uniósł powieki. Wyciągnął rękę, złapał dłoń Harry'ego i splótł razem ich palce. Harry zaczerwienił się, widząc uniesioną brew Rona, ale nie próbował się uwolnić. Przypuszczał, że gdyby sam został niemal zamordowany, także potrzebowałby odrobiny pocieszenia.
— Mamy jeszcze Cho — odezwał się Ron. — To znaczy, ona zajmuje się głównie dziećmi, ale jest uzdrowicielką, a Malfoy niewiele się różni od dzieciaka, naprawdę…
— Odpieprz się, Wiewiór — powiedział Malfoy słabo i wygiął ironicznie wargi.
Harry ścisnął mocniej jego dłoń.
— Przestańcie. Obaj — rzucił i zastanawiał się przez chwilę, zagryzając dolną wargę. Podjęcie decyzji zabrało mu trochę czasu. — Dobra. Teraz weźmiemy go do mojego mieszkania, tam będzie bezpieczniej. A potem pogadamy z Cho. Istnieje spora szansa, że się zgodzi, jeśli ją ładnie poprosimy.
Ron kiwnął głową.
— Jasne.
Harry delikatnie uniósł Malfoya, odrzucając ofertę Rona, by wspomogli się zaklęciem lewitacji. Uznał, że w użyciu w tym celu magii jest coś bezuczuciowego, mimo iż zdawał sobie sprawę, że bardzo ułatwiłoby mu to zadanie. Malfoy wcale nie był taki lekki, a poza tym śmierdział krwią i potem. Ale otoczył jego szyję ramionami i owionął ciepłym oddechem skórę i Harry przytulił go mocno. Podczas aportacji pomyślał, że chyba mu się to podoba.

***


— Będzie dobrze — oznajmiła Cho, sięgając do stojącej na kominku puszki z proszkiem Fiuu. — Przestań się martwić, Harry.
— Wcale się nie martwię. — Harry szarpał za włosy nad czołem, ignorując parsknięcie Rona. — Malfoy to tylko główny świadek w mojej sprawie, dobra?
Cho obdarzyła go swoim jakże znajomym poirytowanym spojrzeniem.
— Podaj mu eliksiry i potrzymaj w łóżku przynajmniej przez dzień lub dwa. Lepiej byłoby dłużej, ale biorąc pod uwagę, że nie pozwalasz mi zabrać go do Munga, więcej niż dwa dni bez pozabijania się nawzajem.
Policzki Harry'ego pokryły się rumieńcem. Miała rację. Bez pozabijania albo pieprzenia, dodał jego pokręcony umysł. Chryste, nie.
— Nie ma potrzeby, żeby zgłaszać ten przypadek w Departamencie Przestrzegania Prawa — powiedział Ron, podchodząc bliżej. — Sam się tym zajmę.
Cho skinęła głową. Jej krótkie czarne włosy otarły się o policzek.
— Dobrze. Zaciukajcie do mnie, jeśli zajdzie taka potrzeba. — Cmoknęła Rona i wręczyła mu niewielki słoik. — Powiedz Lunie, że zobaczę się z nią i przyszłym maluchem we wtorek rano — dodała i znikła w zielonych płomieniach.
— Wiesz, że będę musiał poinformować Kingsleya — odezwał się Ron i z westchnieniem również nabrał garść proszku Fiuu. — W porządku?
Harry podrapał się po szyi.
— Tak.
— Przykro mi, stary. — Ron odstawił puszkę z powrotem na kominek. — Sprawa dotyczy śmierciożerców, Malfoy jest w nią zamieszany i teraz ty…
— Oczywiście. — Harry zakołysał się na stopach. — Rozumiem. Naprawdę.
Ron popatrzył na niego z powątpiewaniem.
— Idź — ponaglił go Harry. — Muszę zajrzeć do Malfoya. Kiedy się obudzi, będę miał do niego kilka pytań.
— Nie wątpię. — Ron wrzucił w palenisko proszek, ale zawahał się. Zielone płomienie wystrzeliły w górę. — Po prostu uważaj. I nie mówię tylko o tym, w co już zdołałeś się wplątać. — Przyjrzał się Harry'emu uważnie. — Nie zapominaj, że to Malfoy.
— Nie mam bladego pojęcia, o co ci chodzi.
— Oczywiście że masz. — Ron uśmiechnął się słabo. — Nie traktuj mnie jak idiotę, stary — dodał i zniknął w wirze płomieni.

***


Malfoy spał jeszcze długo po porze kolacji, a zaraz po przebudzeniu spróbował usiąść, odpychając się od poduszek. Zaraz jednak głośno jęknął z bólu.
— Co ty wprawiasz? — warknął Harry, stawiając tacę z kanapkami i herbatą w nogach łóżka. — Chryste…
— Wiesz, mógłbyś rzucić na ten cholerny materac zaklęcie amortyzujące — wymamrotał Malfoy. Był blady, a zmierzwione włosy wpadały mu do oczu.
Harry nie mógł się powstrzymać i pchnął go z powrotem.
Malfoy spojrzał na niego ze zdziwieniem i odsunął się, a Harry opuścił rękę. Kurwa, co on wyprawiał? Zażenowany, w milczeniu uniósł talerz. Malfoy z podejrzliwą miną obejrzał kanapkę.
— Jedz. — Harry był poirytowany, nawet bardziej niż powinien być w takiej sytuacji, ale przecież tu chodziło o Malfoya. Nalał do kupka herbaty, dodał kolejną fiolkę eliksiru zostawionego przez Cho i przelewitował wszystko Malfoyowi pod rękę. — Tylko nie wylej lekarstwa.
Malfoy bardzo szybko zjadł połowę kanapki.
— Patrząc na ten chlew dookoła, bardzo wątpię, by zrobiłoby to jakąś różnicę.
— Przecież nie jest tak źle. — Harry rozejrzał się po pokoju. No dobra, może po ostatnim praniu nie poukładał ubrań do półek, ale przynajmniej poskładał je starannie na krześle. Większość.
Parę spodni chyłkiem kopnął pod łóżko.
— Wiesz, że musimy porozmawiać?
Malfoy przełknął łyk herbaty.
— Jestem zmęczony. Dopiero co ktoś rozkroił mi klatkę piersiową…
— I właśnie dlatego musimy porozmawiać. — Harry usiadł na skraju łóżka, uginając pod sobą materac.
Malfoy sięgnął po kolejną kanapkę, zmarszczył nos i po chwili przestał wyskubywać z niej kawałki sera.
— Jak przypuszczam, nie ma sposobu, żeby cię zniechęcić? Zawsze potrafiłeś skupić się tylko na jednej rzeczy.
— A ty wiesz dużo więcej, niż mówisz.
Wzruszając ramionami, Malfoy znowu napił się herbaty.
— Darjeeling? Wolę Earl Grey.
— A ja wolałbym, żeby Gregory Goyle nie wyglądał jak ja — odparł Harry spokojnie, co było warte wysiłku, gdyż Malfoy zakaszlał, udławił się herbatą i popluł nią okrywający go koc. Otarł usta i wbił wzrok w szklankę z wodą.
— Nie mam pojęcia…
— Nie — przerwał mu Harry ostro. — Nawet nie zaczynaj. A przynajmniej póki nie powiesz mi, kim są pozostali dwaj, i po jakiego diabła zdecydowali się użyć eliksiru wielosokowego.
Malfoy długo milczał, po czym westchnął.
— Teodor Nott i Vincent Crabbe — rzucił w końcu. — Wszyscy używali eliksiru podczas pracy… i zawsze kiedy udawaliśmy mugoli. Ty nie rozumiesz, co to znaczy, Potter. Na ulicach nie jest bezpiecznie pokazywać się we własnej postaci, więc robisz wszystko, żeby siebie chronić. Kiedyś wyśledzili Grega, gdy szedł do domu, i pobili go do nieprzytomności. Wtedy postanowiłem, że musimy coś wymyślić, a eliksir wielosokowy wydawał się najprostszym rozwiązaniem
— A co z tobą? — zapytał Harry. — Ty się nie zmieniałeś.
Malfoy wzruszył ramionami i uciekł spojrzeniem w bok, z grymasem bólu podciągając kolana do piersi.
— Może miałem to gdzieś. Może nie obchodziło mnie, czy zostanę pobity. Albo cokolwiek, co mogło mi się przydarzyć. — Wpatrzył się w przestrzeń przed sobą. — Przecież na mnie nikomu nie zależało. Oni przynajmniej mieli matki, które się o nich martwiły. Ja nie. No i ktoś musiał opiekować się tymi idiotami, inaczej zginęliby… — Głos załamał mu się na ostatnim słowie.
Harry milczał, niemal bojąc się odezwać.
— Postąpiliśmy tak, jak uznaliśmy za najlepsze — kontynuował Malfoy. — W taki sposób radziliśmy sobie z życiem, do jakiego zmusił nas Wizengamot. — Spojrzał na Harry'ego i zagryzł dolną wargę. — Przypuszczam, że powinniśmy być szczęśliwi, że udało nam się uniknąć Azkabanu.
Harry przez moment zastanawiał się nad taką ewentualnością.
— Może.
— Spróbuj żyć bez magii, Potter.
Harry absolutnie nie zamierzał próbować.
— Skąd wziąłeś eliksir, skoro nie mogłeś go sam uwarzyć? — spytał.
— A jak myślisz? — Malfoy z rozbawieniem uniósł brew. — Snape może i był w połowie obłąkany, ale wciąż potrafił pracować. Przynajmniej do niedawna. Przysyłał nam eliksir sową. Nie mogłem się z nim spotkać… Aurorzy monitorowali nasze rozmowy, ale uważali, że Vincent jest zbyt głupi, żeby się nim przejmować. To on poprosił Snape'a, a Snape się zgodził. — Ponownie odwrócił wzrok. — Zawsze się o nas troszczył. Nawet jeśli na to nie zasługiwaliśmy.
— Więc sprawił, że tych trzech mogło się zamienić we mnie, Remusa i jego samego? Jak… — zaczął zaskoczony Harry.
— Ty naprawdę jesteś tępy, Potter. Wciąż miał włosy Lupina, odkąd warzył dla niego eliksir tojadowy, do niego też są używane. — Malfoy westchnął. — Twoje bez problemu znalazł w pokoju Weasleyówny. Często ją odwiedzałeś.
— Ona mnie nawet nie pamięta — wtrącił Harry cicho.
— Jest szalona — skwitował Malfoy i mówił dalej, nie dając Harry'emu czasu, by zaprotestował. — I nie zaprzeczaj. Nie jesteś teraz jedyną osobą, którą obchodzi ktoś, kto postradał zmysły.— Zbladł i zaczął zaciskać kawałek kołdry w pięściach.
Harry wiedział. Nie miał pojęcia, jak i dlaczego, ale wiedział.
— Ty i…
— Niezbyt długo. Czarny Pan już o to zadbał, co? — Malfoy wyzywająco uniósł podbródek. — I do niczego mnie nie zmuszał, więc nawet nie sugeruj, że było inaczej, bo pokiereszuję ci tę paskudną gębę.
Harry uniósł ręce.
— Nie zamierzam. — Podniósł się i przesiadł bliżej Malfoya. — Posuń się.
Malfoy popatrzył na niego ze złością, ale zrobił mu miejsce. Harry oparł głowę o ścianę.
— Kochasz go?
— Nie rozumiem, co cię to obchodzi. Ty kochasz małą Weasleyównę?
— Kochałem — odparł Harry powoli, wpatrując się w sufit. — Przez długi, długi czas. Teraz również, w pewien sposób. To się zmienia, wydaje mi się, że musi. Nie możemy… — przerwał i oblizał usta. Usłyszał w głowie słowa Molly sprzed wielu lat. — Nie możemy sami pogrążać się w obłędzie. Nieważne jakbyśmy chcieli. Nie powinniśmy marnować własnego życia.
— A może dla ciebie tak byłoby najlepiej — powiedział Malfoy po chwili milczenia.
Harry obrócił głowę. Malfoy siedział przy nim, blady i srebrzysty w świetle lampy, i Harry wiedział, że był szalony, kompletnie szalony, ale nie mógł się powstrzymać, by go nie dotknąć. Delikatnie przesunął palcami po jego ciepłym, pokrytym niewielkim zarostem policzku.
A kiedy Malfoy spojrzał na niego ze zdziwieniem, z lekko rozchylonymi ustami, Harry go pocałował.
Pocałunek był łagodny, na początku niemal niezdecydowany, jednak po chwili Harry wplótł dłoń w jasne włosy, owinął wokół palców miękkie pasma, przyciągnął Malfoya bliżej i wsunął język w jego usta. Poczuł słodycz herbaty i lekką gorycz eliksiru.
— Gardzę tobą — szepnął Malfoy, a Harry popchnął go z powrotem na poduszkę, całując teraz mocniej i przygryzając usta.
— Oczywiście — odszepnął i przeciągnął językiem po poczerwieniałej wardze.
Malfoy wygiął się do pocałunku z cichym westchnieniem i położył mu rękę na szyi. Harry nie mógł uwierzyć, że znowu to robi, nie mógł uwierzyć, że sam to rozpoczął, ale usta Malfoya były takie miękkie, mokre i otwarte, więc jak miał się powstrzymać, aby ich nie posmakować?
To szaleństwo. Malfoy był facetem, na rany Chrystusa…
Harry pocałował go ponownie, wciskając mu oprawki okularów w policzek. Stęknął cicho, gdy Malfoy przeturlał się na niego, przewrócił na plecy i pochylił nad nim, znacząc szczękę lekkimi, wilgotnymi ugryzieniami.
— Merlinie, smakujesz… — Malfoy przerwał, kąsając zębami jego gardło.
Harry jęknął, wiercąc się i wypychając biodra.
— Zabijasz mnie — szepnął z ustami tuż przy skórze Malfoya i przeczesując palcami jego miękkie, jedwabiste włosy. — Od tamtego wieczoru… nie mogę przestać o tobie myśleć…
— To właśnie twój problem, Potter. — Malfoy ugryzł go w obojczyk, zsunął rękę w dół i szarpnął za guziki spodni. — Cholernie dużo myślisz.
A potem jego dłoń zacisnęła się wokół penisa Harry'ego, ciepła i mocna, i Harry jęknął, nie mogąc opanować własnych bioder, które same wyrywały się do góry. Ta dłoń, taka twarda i jednocześnie gładka, zmusiła go do zastanowienia, jak by to było, gdyby inny mężczyzna doprowadził go do spełnienia. I dlatego wbijał się w uścisk Malfoya, pragnąc więcej, potrzebując więcej…
— No dalej, Harry — szepnął mu Malfoy do ucha, owiewając szyję ciepłym oddechem, na co Harry niemal wybuchnął. — Chcę cię widzieć… twojego pięknego kutasa… kiedy dochodzisz…
— Chryste...
Harry wygiął ciało w łuk, zadrżał i zacisnął palce jednej z dłoni na prześcieradle. Ostatnim, zdecydowanym ruchem Malfoy wykręcił palcami i Harry eksplodował z krzykiem, ponownie opadając na materac.
Przez chwilę wpatrywał się w Malfoya, powoli oddychając coraz spokojniej, aż w końcu przesunął ręką po jego boku i biodrze, aż napotkał na wypukłość w spodniach.
A potem twarz Malfoya wykrzywiła się z bólu.
— Co… — Harry popchnął go z powrotem na poduszkę.
— Nic mi nie jest — zaprotestował Malfoy i odepchnął od siebie ręce Harry'ego. — Wszystko w porządku. — Przymknął oczy, oddychając płytko. — Nic mi nie jest — powtórzył.
— Głupoty gadasz. — Harry odgarnął mu włosy z czoła. — Dam ci eliksir…
— Nie. — Malfoy złapał go za nadgarstek. — Po prostu daj mi odpocząć. Jestem bardzo zmęczony.
Harry przytaknął i skulił się obok niego. Podciągnął spodnie na biodra, na co Malfoy prychnął.
— Jesteś palantem, Potter — mruknął Malfoy, wtulając mu się w ramię.
— Dupek — burknął Harry w jego włosy.
Między nimi zaległa dziwnie wygodna, ciężka cisza. Harry zamknął oczy i zasnął.

***


Malfoy obudził go pocałunkiem.
— Dzień dobry — wymruczał i wtulił się w niego, dociskając mu do biodra twardego penisa, a potem usiadł na nim okrakiem.
Harry jęknął. W szarym świetle wczesnego ranka Malfoy był taki blady. Nagi. I piękny.
— Czuję się lepiej — powiedział, a Harry momentalnie położył dłonie na jego udach, głaszcząc kciukami gładką skórę i napięte mięśnie. — Dużo lepiej.
Oddychając spazmatycznie, Harry zagryzł dolną wargę.
— Widzę — powiedział.
Skierował wzrok w dół. Omiótł spojrzeniem czerwono-różowe blizny na płaski brzuchu Malfoya i zatrzymał się na jego lekko wygiętym w stronę biodra, twardym penisie. Przesunął po nim palcem i obserwował, jak Malfoy z sykiem wygina się do tyłu.
Nigdy wcześnie nie dotykał kutasa innego mężczyzny, ale gładka skóra pod palcami wydała mu się dziwnie znajoma… a jednocześnie dziwnie obca. Zacisnął dłoń na główce i rozmazał wilgoć w dół trzonka.
— Całkiem przyjemnie — mruknął.
Malfoy pochylił się i go pocałował.
— Zamknij się, Potter — powiedział i musnął językiem jego wargę.
Rozpiął mu spodnie, zsunął je i położył ciepłe dłonie na udach. Rozwarł je powoli, jednocześnie składając pocałunki w dół klatki piersiowej, drapiąc ostrymi zębami żebra, a potem kość biodrową.
— O boże — jęknął Harry, wyginając się ku ustom Malfoya.
To było niesamowite, niewiarygodne, i nie miał pojęcia, dlaczego czekał tak długo, aż pozwolił, by inny mężczyzna dotykał go w taki sposób. Wplótł dłonie we włosy Malfoya.
A wtedy Malfoy przesunął językiem wzdłuż całej długości jego penisa i possał czubek. Biodra Harry'ego wystrzeliły do góry.
— Kurwa, o kurwa — wyszeptał i zacisnął palce, ciągnąc Malfoya za włosy.
Czuł ciepło i wilgoć, podobnie jak w ustach dziewczyny, ale Malfoy ssał go jakoś inaczej, wirował językiem wokół główki i wsuwał jego koniuszek w szczelinę w sposób, w jaki Harry uwielbiał, a co niewiele kobiet potrafiło. Ręka Malfoya odciągała napletek dokładnie na tyle, na ile trzeba, a kciuk kreślił niewielkie okręgi. Harry pragnął, żeby nie kończył.
Nigdy.
Aż Malfoy zsunął się niżej i zacisnął usta na jego jądrach.
Harry zaklął ponownie i szerzej rozsunął uda, potrzebując nacisku dłoni Malfoya na rozgrzanej skórze. Sięgnął do swojego penisa, kierowany przymusem, żeby się dotknąć i przyspieszyć zakończenie, bo nie mógł znieść więcej, jednak Malfoy odepchnął jego ręce.
— Jeszcze nie — powiedział z ustami tuż przy udzie Harry'ego, po czym przesunął się jeszcze niżej i docisnął tam język.
— Boże — wystękał Harry, wbijając stopy w materac i wykręcając prześcieradło w palcach. Chryste, czemu nigdy dotąd nie pomyślał, że można czuć się tak cudownie?
Język Malfoya krążył wokół jego wejścia i napierał lekko, a oszołomiony Harry nie mógł uwierzyć, że to robi, że jego usta są tam… kurwa, i opuszka palca pocierająca delikatnie…
Malfoy odsunął się i sięgnął po coś na nocnym stoliku.
— Co ty… — zaczął, ale palec Malfoya zaraz wrócił na poprzednie miejsce i wsunął się do środka.
Harry otworzył szeroko oczy. Poczuł pieczenie i przez chwilę bolało go tak mocno, że niemal krzyknął i kazał Malfoyowi przestać, ale palec zaraz wtargnął dalej w jego wnętrze i dotknął czegoś głęboko w środku, w efekcie czego Harry niemal wyskoczył z łóżka.
— Boże… — sapnął, wyginając kręgosłup.
Malfoy zaśmiał się, głośno i dźwięcznie, w sposób, jakiego Harry nigdy wcześniej u niego nie słyszał.
— Przyjemnie, prawda? — wymruczał.
Harry mógł tylko przytaknąć, bo faktycznie było to niesamowite. Intensywne wybuchy przyjemności rozchodziły się od bioder do penisa, i nie pragnął niczego więcej, niż poczuć się jeszcze lepiej.
— Proszę… — wystękał i Malfoy wsunął w niego drugi palec.
Zabolało, na tyle mocno, że zadrżały mu nogi i musiał zacisnąć szczękę, ale Malfoy delikatnie głaskał jego penisa i mówił, żeby się zrelaksował.
Harry próbował, naprawdę się starał, jednak tyłek okropnie bolał i piekł, więc zaciskał mięśnie jak najmocniej aż do chwili, gdy Malfoy pocałował go brutalnie.
— Spójrz na mnie — szepnął, a gdy Harry posłuchał, dodał: — Zaufaj mi.
Rozluźniając mięśnie, Harry rozwarł szerzej uda. Malfoy uśmiechnął się i pochylił głowę, łaskocząc go włosami po policzku.
— Ufam — powiedział Harry cicho i było to prawdą.
Dziwne. Nigdy by sobie czegoś takiego nie wyobraził, ale zaufał Malfoyowi… Draco, poprawił się w myślach. Niemal roześmiał się z powodu absurdalności całej sytuacji, lecz palce Draco poruszały się powoli, rozciągały go i pieczenie przerodziło się w coś więcej, w coś bardziej pierwotnego.
Draco oddychał chrapliwie, jego penis ocierał o udo Harry'ego, ciężki i twardy. Harry potrzebował go w głębi siebie, niespodziewanie zapragnął w taki sposób, że nie potrafił tego wyjaśnić, nie chciał wyjaśniać. Zaczerwienił się na samą myśl.
Mężczyzn nie powinno się pieprzyć, prawda? To oni powinni pieprzyć, więc co to mówiło o nim, skoro pragnął Malfoya… nie, Draco, w swoim wnętrzu? Nie był kobietą i nigdy nie będzie… i nagle przestał się zastanawiać, bo palce Draco wygięły się i wszystko inne przestało mieć znaczenie, póki tylko tak robił.
Chryste.
Wreszcie Draco wyjął palce, przez co Harry poczuł się nieprzyjemnie pusty.
— Draco… — wyjąkał i zawstydził się błagalnym tonem swojego głosu.
Draco pocałował go lekko.
— Poczekaj.
No to Harry czekał niecierpliwie, a gdy spojrzał w dół, zobaczył, jak Draco smaruje penisa czymś tłustym.
— Zabijasz mnie — wychrypiał.
Draco zsunął się nieco i Harry poczuł wilgotną główkę jego penisa na swoim wejściu.
— Oddychaj — polecił z miękkim uśmiechem, więc Harry z drżeniem nabrał powietrza do płuc, nie spuszczając z niego wzroku.
A potem Draco był już w nim. Pierwsze pchnięcie sprawiło, że Harry wygiął się w łuk i zasyczał z bólu. Draco odgarnął mu włosy z czoła.
— Zrelaksuj się — poprosił.
Harry przytaknął i głęboko odetchnął.
— Czy ciebie też to boli?
— Zdecydowanie nie — zaśmiał się Draco. — Przestań się zamartwiać. — Poruszał się powoli, wciąż nie spuszczając z Harry'ego oczu. — Popatrz na mnie.
Pieczenie złagodniało, więc Harry wysunął biodra lekko do przodu, na co Draco zareagował, gwałtownie wciągając powietrze. Uśmiechnął się.
— Podoba mi się ten dźwięk.
— I dobrze. — Draco ugryzł go lekko w szczękę. — Poproś, żebym cię pieprzył.
Harry przesunął dłonie w dół jego pleców, zadowolony ze sposobu, w jaki mięśnie Malfoya napięły się pod jego dotykiem.
— Pieprz mnie — szepnął z ustami przy jego gardle.
Draco jęknął. Pchnął mocno, unosząc biodra, a Harry zacisnął kurczowo dłonie na jego ramionach. O boże. Właśnie o to chodziło, gdy ktoś cię pieprzył, gorąco i ślisko, i Chryste, chciał mocniej…
— Tak — westchnął Draco, a Harry zrozumiał, że powiedział to na głos.
Draco zaczął poruszać się energicznie, jego włosy łaskotały kącik ust Harry'ego przy każdym pospiesznym pchnięciu bioder wgniatającym go w materac. Bolało w taki sposób, że Harry pragnął, aby to się nigdy nie skończyło.
Potrzebował tego i potrzebował Draco. Przyszło mu do głowy, że może zawsze potrzebował Draco i może Hermiona miała rację, może pragnął go od lat, ale czy to miało jakieś znaczenie? Czy cokolwiek miało znaczenie, kiedy Draco był w jego ciele i pieprzył go, i och Boże, czuł się tak cholernie dobrze?
Objął Draco nogą w pasie i przyciągnął go bliżej do siebie, pocałował mocno i ugryzł w wargę, ponaglając cichymi prośbami i przekleństwami.
— Blisko, jestem tak blisko — wyjęczał.
Draco wsunął między nich rękę i potarł obolałą erekcję Harry'ego. To plus jedno mocne pchnięcie, które wgniotło go bardziej w łóżko, i Harry już dochodził, szarpiąc biodrami i wykrzykując imię Malfoya. Draco uderzył w niego, nawet nie próbując być delikatny, ale nie miało to znaczenia, Harry chciał patrzeć na niego w takim stanie, chciał widzieć jego oczy, błyszczące i zamglone, jego zaczerwienione policzki, kiedy jęczy i składa biodra między jego udami, gdy wygina plecy i odchyla głowę do tyłu, eksponując gardło, tak blade w szarych cieniach pokoju.
Bez tchu opadł na materac.
Leżeli przez jakiś czas w milczeniu, wciąż przylegając do siebie ciałami. Harry miał wrażenie, że niemal czuje na swojej piersi bicie serca Draco.
— To było… — przerwał, bo nie potrafił znaleźć odpowiedniego słowa na to, co przed chwilą przeżył.
Draco skinął głową, pocierając włosami o klatkę Harry'ego.
— Tak.
Harry na moment zamknął oczy. Palcami leniwie muskał wilgotną skórę na plecach Draco. Nigdy dotąd nie doświadczył takiego seksu. I już się zastanawiał, ile czasu upłynie, zanim zrobi to znowu.
Kiedy Draco zsunął się z niego, poczuł się dziwnie osamotniony, zaraz jednak Draco skulił się obok i przyciągnął jego głowę na swoje ramię.
— Jesteś przerażony — powiedział Harry po chwili.— Tym wszystkim. Dlatego przyszedłeś do mnie.
— Może. — Draco westchnął. — I co z tym zrobisz?
— Nie pozwolę, żeby coś ci się stało — powiedział Harry i pocałował go delikatnie w szyję
— To samo obiecałem Gregowi, Vince'owi i Theo.
Harry przebiegł palcami po szczęce Draco. Ostry, krótki zarost podrapał jego opuszki i wywołał dreszcze wzdłuż kręgosłupa.
— Czemu akurat wasza czwórka? — Obrócił się na bok i oparł na łokciu. — Jest coś, czego mi nie mówisz.
Draco prychnął.
— O wielu rzeczach ci nie mówię, Potter.
— Harry.
Draco spojrzał za niego ze zdziwieniem w oczach.
— Skoro mnie pieprzyłeś, równie dobrze możesz mówić mi po imieniu nawet wtedy, kiedy nie jesteś we mnie.
— Głupek z ciebie… — Draco uśmiechnął się lekko — …Harry.
Harry za to uśmiechnął się szeroko.
— Tak lepiej. — Przesunął palcem wokół sutka Draco. — No więc?
Zapadła długa cisza, po czym Draco westchnął.
— Czy kiedykolwiek zrobiłeś coś, czego potem żałowałeś? Chodzi mi o prawdziwy, szczery żal.
— Żałuję przez cały czas. — Harry położył dłoń na piersi Draco. Jego skóra była miękka i ciepła, a zakrzywione płaszczyzny klatki działały na Harry'ego jak afrodyzjak.
Draco przełknął ślinę i potrząsnął głową.
— Myślę, że teraz jest inaczej. Nigdy nie sądziliśmy, że to się wydarzy. To był wypadek. Próbowaliśmy pomóc… — Odwrócił wzrok. — Ślizgoni nie bardzo sobie radzą z pomaganiem. Takie rzeczy pasują raczej do Gryfonów.
Harry nic nie powiedział, patrzył tylko na Draco wyczekująco.
— To był Zabini. — Draco wbił spojrzenie w sufit. — Dopiero kilka miesięcy wcześniej został oznaczony i po raz pierwszy wyszedł na misję z Greybackiem. — Spojrzał Harry'emu w oczy. — Nie chciałbyś popsuć mu planów, on… reagował bardzo źle. Odnaleźliśmy go, byliśmy częścią drugiej grupy. Ojciec zadbał, żebyśmy nie trafili do pierwszej tury nalotów. Tylko tyle mógł zrobić, żeby nas chronić… Zabini był młody, za mało doświadczony, żeby go powstrzymać. Staraliśmy się mu pomóc, naprawdę, ale… — Draco przerwał i zamknął oczy.
— Ale co? — zapytał Harry cicho, dotykając jego ust.
— Musisz zrozumieć — powiedział Draco spokojnym głosem — że czasami jedynym sposobem na poradzenie sobie z zadaniem, do jakiego nas wyznaczono, było upić się do nieprzytomności. Wtedy nie myśleliśmy o tym, co trzeba zrobić, o krwi, gównie czy czymkolwiek innym. — Wziął głęboki oddech. — Wszyscy byliśmy pijani i staraliśmy się go opanować, ale nic nie działało, jedynie pogorszyliśmy sytuację. A potem mogłem tylko… Błagał mnie… Wiedział, że umrze.
Harry wziął głęboki oddech.
— Użyłeś klątwy.
— Nie miałem wyboru. — Draco zwinął się w ciaśniejszy kłębek u jego boku. — A przynajmniej tak wtedy sądziłem. Teraz wymyśliłbym sto innych sposobów. Myślę o nich co noc. — Jeszcze raz spojrzał Harry'emu w oczy. — Wszyscy myśleliśmy.
— To była wojna.
Draco potrząsnął głową.
— Był jednym z moich najlepszych przyjaciół, a ja go zabiłem.
Prze moment Harry nie miał pojęcia, co powiedzieć.
— Kto o tym wie?
— Nasza czwórka. — Draco westchnął. — Ojciec, oczywiście. I Snape. Pomógł nam ukryć ciało Zabiniego wśród innych zabitych tego dnia. Zrobił to dla mnie, inaczej Czarny Pan by mnie wykończył. — Docisnął twarz do piersi Harry'ego, owiewając ciepłym oddechem jego sutek. — W tych sprawach mieliśmy rygorystyczne przepisy. Nasz Pan nie życzył sobie, byśmy zubożali jego armię.
Harry przeczesał palcami włosy Draco.
— Całkowicie zrozumiałe. I pewnie wy też to docenialiście.
Draco parsknął cicho w skórę Harry'ego i uniósł głowę.
— To musiał być Snape. Tego dnia był na nas taki wściekły… Tej nocy przyszedł do mnie ostatni raz i nie mógł spojrzeć mi w twarz. Powiedział, że na mój widok robi mu się niedobrze, że aż za bardzo poszedłem w ślady ojca.
— On jest szalony.
W oczach Draco pojawił się wyraz bólu.
— Wiem.
Harry przyciągnął go do siebie i mocno przytulił.

***


Rozległo się szybkie i mocne pukanie do drzwi.
Gdy tylko Harry je otworzył, wpół do jedenastej rano wciąż ubrany w piżamę, Hermiona przecisnęła się obok niego.
— Masz u mnie za to wielki dług — oznajmiła, kładąc na kontuarze torbę z zakupami i zdejmując płaszcz. — I pomyślałam, że w spiżarce zostało ci tylko piwo i chipsy.
— Jak dobrze mnie znasz — skomentował Harry oschle.
Hermiona mruknęła coś pod nosem i wyjęła z torby butelkę soku i puszkę z ciętymi ziarnami owsa.
— Czyli — zaczęła mówić, zerkając w stronę sypialni — jednak masz na jego punkcie obsesję?
Harry spiorunował ją wzrokiem, na co zaśmiała się, pochyliła nad ladą i pocałowała go w policzek.
— Wcale mnie to nie zaskoczyło, mój drogi. Zerwałam z tobą, bo zmęczyło mnie już, że bardziej podobają ci się męskie tyłki niż mój.
— To nieprawda. — Harry zarumienił się, gdy Hermiona uniosła ironicznie brwi. — No może nie całkiem prawda.
— I tylko to się liczy. — Postawiła czajnik z wodą na kuchence. — A teraz do rzeczy. Gdzie jest pacjent? Chyba powinnam do niego pójść i zaliczyć nieuniknioną awanturę, żeby potem spokojnie go nakarmić.
Harry roześmiał się na głos i poprowadził ją korytarzem.

***


— Nie sądzisz, że to może być sprawka twojego profesora? — zapytał Olliver, przemierzając korytarz wydziału zabójstw szybkim krokiem.
Zbyt szybkim jak dla Harry'ego, który wciąż był obolały po porannej „gimnastyce”. Wyminął wózek pełen dokumentów.
— No nie wiem. Draco uważa, że… — Harry przerwał i zaczerwienił się, widząc spojrzenie, jakim Olliver zareagował na imię Malfoya. — W każdym razie, jeśli sądzisz, że to prawdopodobne, potraktuję twoje podejrzenia poważnie. Oskarżenie go nie mieści mi się w głowie, wierz mi. Chodzi o to… — Harry westchnął i przesunął dłonią po włosach. — To do niego niepodobne, nieważne czy jest szalony, czy nie. I nie mam pojęcia, jak mógłby wydostać się ze Świętego Munga.
— Może się zwyczajnie deportował? — Olliver zatrzymał się w niewielkim aneksie kuchennym, żeby nalać sobie kawy do kartonowego kubka. Wsypał do niego łyżeczkę cukru i podał Harry'emu, po czym napełnił drugi kubek. — No wiesz, to wasze znikanie z dziwnym dźwiękiem.
— Szpital jest przed tym zabezpieczony. — Harry wziął łyk kawy i skrzywił się. Chryste, gdyby nie kofeina… — Coś takiego byłoby niezwykle trudne.
— Mimo to… — Olliver spojrzał na niego w ten szczególny sposób, który Harry znał aż za dobrze.
Podniósł rękę.
— Dobra, dobra, sprawdzę to.
— Gdzie jest teraz ta dziwka? — zapytał Olliver z ustami nad brzegiem swojego kubka.
Ponownie ruszyli korytarzem i Harry musiał się spieszyć, żeby za nim nadążyć. Dyskretnie potarł biodro.
— W moim mieszkaniu. Hermiona go pilnuje. — Harry spojrzał na zegarek. — Chryste, muszę do niech zajrzeć.
Olliver kiwnął głową.
— Ty dowiedz się, czego trzeba o profesorze, a ja do nich wpadnę i sprawdzę, czy wszystko w porządku.
— Dzięki. — Harry podał Olliverowi swoją kawę. — Jakby co, dzwoń na komórkę.
Odwrócił się w niemal pustym korytarzu i deportował z głośnym trzaskiem.

***


— To absolutnie niemożliwe, aby ktokolwiek opuścił szpital bez naszej wiedzy — oświadczyła Augusta Pyewackett, prowadząc Harry'ego jasno oświetlonym holem. Jej obcasy stukały o marmurową posadzkę. — A ministerstwo nalega, żeby pokój profesora Snape'a był zabezpieczony dodatkowymi zaklęciami.
— W to nie wątpię — mruknął Harry.
Zatrzymali się przed zamkniętymi drzwiami. Pyewackett spojrzała na niego zza swoich okularów.
— Zdaje pan sobie sprawę, że on nie jest przy zdrowych zmysłach? Klątwa zagnieździła się w pniu jego mózgu i teraz zaczyna wpływać na funkcje móżdżku…
— Po prostu proszę dać mi chwilę, żebym z nim porozmawiał — powiedział Harry ponuro, na co Pyewackett westchnęła i otworzyła drzwi.
— Ale tylko pięć minut, panie Potter. Będę na korytarzu, gdyby mnie pan potrzebował.
Snape leżał skulony na łóżku i Harry'ego zaskoczyło, jak bardzo mizernie wygląda. Włosy opadły mu na twarz, tak długie, że sięgały łopatek, czarne i skupione w strąkach, a jego chude ręce pokrywały strupy.
— Dzień dobry, profesorze — powiedział Harry, na co Snape obrócił głowę i skupił na nim ciemne, puste oczy.
— Potter — powiedział.
Harry kiwnął głową.
— Muszę z panem porozmawiać. O Zabinim, Crabbie, Goyle'u i Nottcie. — Zawahał się. — Wszyscy zostali zamordowani, a Draco…
— Nie. — Snape spróbował usiąść, jego długa nocna koszula napięła się wokół chudych bioder. — Nie. Draco nie…
— On wciąż żyje — powiedział Harry, kładąc ręce na ramionach Snape'a i delikatnie zmuszając go, by się znowu położył.
Na twarzy Snape'a dostrzegł ulgę i już wiedział, że ten człowiek, szalony czy nie, nie miał nic wspólnego z zabójstwami. Nie zaszkodziłby Draco bardziej niż mógł on sam.
Harry usiadł na skraju łóżka. Snape cały czas obserwował go czujnie.
— Ktoś na niego poluje. Już raz próbował go zabić, a ja nie mam pojęcia, kto to jest. — Harry potarł dłonią twarz. — Chodzi o tę sprawę z Zabinim. Nic innego…
— Tak. — Snape głośno odetchnął. — Ukryj. Dopadną go. — Zazgrzytał zębami, mocno zaciskając szczękę. — Wypadek — wywarczał, a jego oczy zapłonęły. — Chłopcy. Idioci… — Rozkaszlał się tak mocno, że zadrżały jego chude barki.
Harry przygryzł dolną wargę.
— O tym wiem. Ale kto…
— Zemsta. — Snape wywrócił oczami. — Gryfońska głupota. Kto?
Chryste, ten człowiek był tak irytująco popieprzony, jak u szczytu swojej władzy.
— Tajemnica — wykrztusił Snape. — Nie Zabini. — Zamilkł, jakby potknął się o własne słowa. Jego szczęka drgnęła. — Różdżki.
— Jezu. — Harry szarpnął za włosy zwisające mu nad czołem. Rozmowa ze Snape'em przypominała spacer nad przepaścią. — Różdżki?
— Różdżki — powtórzył Snape ochryple i tak mocno wygiął obie brwi, że połączyły się w jedną. — RÓŻDŻKI.
— Nie mam pojęcia, co próbujesz mi powiedzieć! — wykrzyknął Harry, na co Snape walnął pięścią w łóżko.
— Różdżki! — wrzasnął. — CHARŁAK! RÓŻDŻKI!
Pyewackett wpadła do pokoju razem z dwoma innymi uzdrowicielami.
— Panie Potter, chyba już wystarczy…
Wypchnęły Harry'ego z pokoju, a Snape wciąż za nim krzyczał.
Cały roztrzęsiony przez długą chwilę stał na korytarzu.

***


— Timmons cię szukał — oznajmiła Gemma, gdy tylko Harry wszedł do swojego biura. — Powiedziałam mu, że zatrzymali cię w Scotland Yardzie. Musiałam wysłuchać pięciominutowego gderania.
Harry przytaknął, czując, jak kręci mu się w głowie. Różdżki, różdżki. Co, do jasnej cholery, różdżki mają wspólnego z Zabinim?
— I kilka minut temu odebrałam twój telefon — kontynuowała Gemma. — Rano zostawiłeś komórkę. — Podała mu notatkę, nabazgraną swoim niemal nieczytelnym pismem.
Nic się nie dzieje. Wysłałem Granger do domu. Olliver.
A potem wszystko zaczęło się układać.
— Różdżki — powiedział, szeroko otwierając oczy. — Różdżki. Ollivander. Charłak.
W myślach błyskawicznie przebiegł po niezliczonych zapiskach, które przejrzeli z Ronem. Bękart charłak. Tajemnica. Ollivander. Olliver. Syn zamordowany osiem lat temu. Plotki wokół szkoły matki Zabiniego i jego ojca… Medyceusze, mówili, trucizna, a Zabini tylko się śmiał…
— Kurwa.
To nie był eliksir transmutujący. Nie do końca, choć miał takie same właściwości, co przecież powiedziała Hermiona. Najpierw ich ciął, a potem truł, gdy wciąż jeszcze żyli.
Gemma wbiła w niego zaniepokojone spojrzenie.
— Co?
Harry przez chwilę patrzył na nią nieprzytomnie, po czym podjął decyzję. Złapał ją za ramię.
— Potem ci to wytłumaczę, ale teraz nie mam czasu. Po prostu zrób, o co proszę, i nie panikuj, dobrze?
I z trzaskiem deportował ich oboje.

***


— Co się tu dzieje, do jasnej cholery? — wyszeptała Gemma, nie przestając się trząść.
Harry zmarszczył brwi.
— Prosiłem, nie teraz.
— Przenieśliśmy się ze środka posterunku prosto pod twoje mieszkanie, a ty mówisz „nie teraz”?
— Zamknij się.
Wyciągając różdżkę, Harry podszedł do drzwi.
— Co to…
Harry położył jej dłoń na ustach.
— Jestem czarodziejem, a to magia. Musisz mi pomóc, bo jeśli on skrzywdzi Draco, to za siebie nie ręczę, a wolałbym nie spędzić reszty życia w mugolskim więzieniu albo Azkabanie.
Gemma popatrzyła na niego już spokojnie.
— Lepiej wymyśl jakieś lepsze wytłumaczenie, jak już z tym skończymy.
— Po prostu rób, co masz robić. — Harry nakierował różdżkę na drzwi i otworzył je zaklęciem.
— Olliver?! — zawołał.
Z sypialni dobiegł go krzyk Draco. Pognali tam czym prędzej, Harry pierwszy, Gemma tuż za nim. Napastnicy stali pochyleni nad swoją ofiarą, Olliver z zakrwawionym nożem w ręce.
Draco leżał w poprzek łóżka, jego klatka piersiowa była głęboko rozcięta, boki spływały krwią. Jedną pięść zaciskał na prześcieradle.
Harry poczuł, jak zaciska mu się gardło.
— Odpierdol się od niego — wywarczał.
— Nie, Harry — odparł Olliver spokojnie, a stojąca obok wysoka i piękna kobieta wycelowała w Harry'ego różdżkę. — On musi zapłacić. Wszyscy muszą.
— Nie. — Harry podszedł o krok bliżej. — Nie mogę ci na to pozwolić. I nie chcę.
— Harry — wyszeptał Draco. — Idź stąd.
— Muszę. — Olliver uniósł wzrok na Harry'ego. — Był moim dzieckiem, moim i Anatolii. — Wskazał na matkę Zabiniego. Jej ciemne oczy wypełniał chłód i gorycz. — I obiecałeś, Potter. Obiecałeś, że pewnego dnia złapiemy drania. A teraz chcę tego, co moje. — Zamilkł na chwilę. — Możesz mi pomóc, Harry. Powiedziałeś, że zapłacą.
— Ale nie w ten sposób — odparł Harry stanowczo. — Jak ich odnalazłeś?
Anatola roześmiała się, ostro i gniewnie.
— Z rozmów z szaleńcem. Wystarczyło tylko posłuchać. — Uniosła brodę. — Nic więcej.
— A co ze mną? — Harry spojrzał Olliverowi w oczy. — Byliśmy partnerami. Ufałem ci. — Zacisnął usta. — Dlatego przeniosłeś mnie do wydziału zabójstw?
Nagle zawstydzony, Olliver odwrócił wzrok.
— Nie bądź śmieszny.
— No to o co chodziło? Chciałeś mnie wykorzystać? Kłamałeś na temat tego, co wiedziałeś? Pozwoliłeś myśleć, że nie masz pojęcia o magii i istnieniu ministerstwa. — Harry przebiegł palcami po włosach i mocniej złapał za różdżkę. — Chryste, ale byłem idiotą.
— Nigdy nie chciałbyś mieć do czynienia z charłakiem, do tego bękartem…
— Nic by mnie to nie obeszło! — warknął Harry. — Myślałem, że jesteś mugolem, i nie miało to dla mnie znaczenia. Ja… kurwa, Olliver, zabiłeś trzech ludzi!
— A oni zabili mojego syna! — wrzasnął Olliver tak głośno, że Harry cofnął się o krok. — Moje dziecko. — Głos mu się załamał. — Masz choćby pojęcie…
— Tak — odparł Harry cicho. — Mam.
Olliver mocniej zacisnął palce wokół rączki noża.
— I na tym powinniśmy zakończyć — powiedział Harry i dotknął ramienia swojego partnera. — Nie mogę ci na to pozwolić — dodał stanowczo z ciężkim sercem. — Przykro mi, Olliver. Ja…
— Zawsze byłeś głupcem, Edwardzie — powiedziała Anatola, robiąc krok do przodu. — Ta farsa trwa już wystarczająco długo. — Wyciągnęła z kieszeni bursztynową fiolkę, odkorkowała ją, odsłaniając igłę pod zatyczką. Rzuciła się w stronę Harry'ego i złapała go za ramię.
— Harry! — Draco gwałtownie obrócił się na łóżku na bok, nadaremnie próbując odepchnąć Harry'ego. Jego krew rozmazała się po prześcieradle.
I nagle nóż wbił się w talię Anatolii, rozcinając jej ciało aż do klatki piersiowej. Zupełnie zaskoczona spojrzała na Ollivera, fiolka wysunęła się z jej bezwładnej dłoni.
— Ty idioto — szepnęła, patrząc na niego w szoku.
— Jesteś moim partnerem — wykrztusił. — Nie mogłem jej pozwolić… Nie tobie… — urwał i zamknął oczy. Upuścił nóż. — Kurwa…
Gemma doskoczyła do niego, wykręciła mu rękę za plecy i skuła kajdankami. Olliver opadł na kolana.
— Nikogo nie obchodzili — wymruczał Olliver, wpatrując się w dywan. — Byli tylko kurwami.
Nagle rozległ się łomot o drzwi szafy i Harry pospiesznie je otworzył. Wypadła z nich Hermiona, cała skrępowana zaklęciem Incarcerous. Coś do niego wrzeszczała z dzikim wyrazem oczu, ale żadnych słów nie dało się zrozumieć.
Finie incantatem — powiedział Harry i złapał ją, zanim upadła na podłogę.
— To, Harry Jamesie Potterze… — sapnęła Hermiona i znacząco spojrzała mu w oczy — jest ostatnią przysługą, jaką wyświadczam ci przez bardzo, bardzo długi czas.
— Czy ktoś z tu obecnych zauważył, że ja właśnie wykrwawiam się na śmierć? — wywarczał Draco.
Harry momentalnie znalazł się obok niego, opierając ręce na zabrudzonej czerwienią pościeli. Cięcie na piersi było głębokie, ale nie aż tak straszne jak dzień wcześniej. Ale i tak groźne.
— Wezwij Rona przez kominek — polecił przyjaciółce.
Mimo wypisanych na twarzy wątpliwości Hermiona wykonała jego polecenie.
Harry delikatnie dotknął twarzy Draco.
— Wygrzebiesz się z tego.
— Wiem. — Draco złapał Harry'ego za rękę i zacisnął lepkie palce na jego nadgarstku.
Gemma odwróciła wzrok.
— Nie wolno ci umrzeć — powiedział Harry cicho, na co Draco roześmiał się, ale zaraz skrzyli w grymasie bólu.
— Tobie też nie, ty głupi gnojku. Wiesz, że tobą pogardzam. — Bardziej stwierdził Draco, niż zapytał.
Harry odwzajemnił jego uśmiech.
— Nie czuję do ciebie niczego innego.
Nie zaprotestował, kiedy Draco go pocałował.

***


Harry położył pudełko na stole, tuż obok talerza Draco, pełnego tostów i jajek.
— Co to? — zapytał Draco, składając „Proroka” stroną z wynikami rozgrywek quidditcha na zewnątrz, dokładnie tak jak Harry lubił, i podał mu gazetę.
— Prezent — odparł Harry, jednocześnie gryząc kiełbaskę, na co Draco wywrócił oczami.
— To oczywiste. — Draco przesunął dłonią po gładkim drewnianym wieczku. — Z jakiej to okazji?
— Po prostu go otwórz, ty idioto — powiedział Harry, starając się wesołym tonem zatuszować zdenerwowanie, które wiązało mu żołądek w supeł.
Może to nie najlepszy sposób na wyznania, może Draco się wkurzy — mieszkali razem od dwóch lat, a Harry wciąż nie do końca pojmował swojego pociągu do penisa. Na szczęście Draco łatwo było ułagodzić — a często nawet zdekoncentrować — w trakcie seksu. Czasami Harry denerwował go celowo, tylko po to, żeby poczuć jego kutasa w swoim tyłku.
Draco uniósł wieczko pudełka i znieruchomiał.
Różdżka leżała na czarnej jedwabnej podszewce. Była taka bliska pierwszej różdżce Draco, jaką tylko udało się Harry'emu zdobyć, bez uciekania się do pomocy Ollivandera. Sam uważał, że nie byłoby to zbyt mądre. No cóż. Hermiona to potwierdziła i tym razem jej posłuchał.
— Przywiozłem ją z Paryża — powiedział, na co Draco szybko na niego spojrzał.
— Ty głupku — wymruczał. — Nawet nie mogę jej używać…
Harry zakaszlał.
— No tak. W tej kwestii…
Draco zmrużył oczy.
— Potter, coś ty zrobił?
— Trochę mi to zajęło — wyznał Harry, kręcąc się na krześle. — Musiałem pociągnąć za kilka sznurków, podobnie Ron, ale Wizengamot wreszcie złagodził warunki twojego zwolnienia. — Uśmiechnął się lekko. — Walczyliśmy o to od sześciu miesięcy i dopiero teraz zarządzeni nabrało mocy prawnej.
— Koniec z moim nadzorem?
Harry kiwnął głową.
— Tak.
Draco głęboko odetchnął i odwrócił wzrok.
— Severus by się ucieszył.
— Wiem.
— Powinienem mu powiedzieć — odparł Draco cicho, głaszcząc różdżkę palcami, co wywołało strumyk iskierek ponad czarnym jedwabiem.
Harry dotknął jego ramienia.
— Tak, powinieneś.
Zaległa cisza. Snape zmarł rok temu; Draco wciąż raz w tygodniu odwiedzał jego grób. Harry całkowicie to rozumiał. Przeszłość nigdy do końca nas nie opuszcza.
Draco uśmiechnął się, a jego oczy rozbłysły. Zacisnął palce wokół różdżki.
— Jesteś takim cholernym gnojkiem.
A potem Harry nagle leżał na stole na plecach, z ustami Draco przyciśniętymi do warg.
— Nienawidzę cię, nienawidzę kompletnie i absolutnie, wiesz o tym? — oświadczył, przesuwając dłonią w dół piersi Harry'ego. — I to się nigdy nie zmieni.
— Oczywiście — odparł Harry z uśmiechem.
Draco uniósł głowę i zatrzymał dłoń tuż nad paskiem spodni Harry'ego.
— Zdajesz sobie sprawę, do czego możemy jej użyć?
Harry uśmiechnął się szeroko.
— Draconie Malfoyu, jesteś straszliwie zepsutym zboczeńcem.
— A ty na to narzekasz? — Draco uśmiechnął się uroczo, więc Harry objął go mocno.
I wtedy zadzwonił telefon.
— Niech to szlag. — Harry sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął komórkę.
Draco szybko wyjął mu ją z ręki i zmarszczył brwi na widok numeru.
— Gemmo, detektyw inspektor nieco się spóźni — powiedział do mikrofonu.
Harry zaklął cicho.
— Bardzo, bardzo się spóźni — dodał Draco — więc jeśli ktoś umarł, sugeruję wysłanie biedaka do kostnicy, bo to raczej mało prawdopodobne, żebym dzisiaj wypuścił Harry'ego z łóżka. To tyle, bajbaj i co tam jeszcze gadają mugole.
Zanim Draco się rozłączył i odrzucił telefon tak mocno, że potoczył się po podłodze, Harry usłyszał jeszcze śmiech swojej partnerki.
— Przez ciebie niedługo wyrzucą mnie z pracy.
— To ty mnie prosiłeś, żebym pieprzył cię w twoim biurze. Ale do rzeczy. — Draco uniósł brew. — Na czym skończyłem?
— Zamierzałeś zdjąć mi spodnie i doprowadzić mnie do szaleństwa swoją różdżką? — Harry otoczył nogą biodro Draco i przyciągnął go bliżej.
— Myślę, że to całkiem możliwe — odparł Draco prosto w jego usta.
Harry zaśmiał się i pomyślał, że życie to cudowna sprawa.

KONIEC
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez MargotX » 4 sty 2017, o 21:01

Kaczalko, takie osoby jak Ty i nieliczne grono Tobie podobnych, powinno się nosić w złotej lektyce. :poklon: Ledwo co zakończyłaś prawie samodzielną, katorżniczą pracę nad kolosem snarry, wspomagasz tłumaczenie Tajemnic i betujesz, a teraz jeszcze wrzucasz kolejny tekst. Szacun ogromny!

Co do opowiadania... Nie powiem, że czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, bo w moim przypadku raczej tak nie było. Choć to zupełnie różne opowieści, jakoś mocno mi się kojarzy z Twoimi wczesnymi tłumaczeniami: Czego chcę i Dlaczego właśnie ty. Nie powiem, że o temat Draco - dziwki jedynie tu chodzi, bo przecież u Femme też się już z nim spotkaliśmy, w Londyńskim pocałunku. Może bardziej o ciężki, mało przyjemny klimat, o przyczyny takiego a nie innego sposobu życia Malfoya i innych, tych, którym nie udało się przeżyć, sama do końca nie wiem. Nie jestem w stanie sprecyzować, ale takie mam odczucia. Dobrze, że przynajmniej Harry nie stosuje przemocy...
A może, i to chyba głównie z tego powodu, że Harry uprawia tam seks z Hermioną i nawet miał z nią związek. To jest dla mnie jeden z tematów tabu, nie do przyjęcia i już. Od początku w moim rozumieniu i przyswajaniu, Harry i Hermiona istnieją jedynie jako przyjaciele. Najlepsi, najbliżsi sobie, niemal rodzeństwo; wierni i lojalni, ale TYLKO i WYŁĄCZNIE przyjaciele. Tworzenie z nich pary czy jakiegokolwiek układu seksualnego, to profanacja tak naprawdę i mimo, że znajoma osoba od jakiegoś czasu usiłuje mi podtykać jakieś króciutkie "harmione", to ja naprawdę nie kupuję tego w ogólności i nie chcę tego robić. Zatem i w tym opowiadaniu jest to dla mnie ogromny zgrzyt. I obrzydliwa jest scena, w której Harry, pijany, wpada do Hermiony na dziki seks, który ma pomóc mu wymazać z umysłu wcześniejsze "starcie" z Draco Malfoyem. Merlinie, chyba już odwykłam od czytania takich rzeczy. Chodzi mi o wyparcie. Wiadomo, że od dłuższego czasu można sobie jedynie fundować powtórki ulubionych drarry (wczoraj podczytywałam Związanych) lub czytać te nieliczne aktualizowane, w których już nie ma takich ambiwalentnych odczuć.

Ale za to wzmianka o biletach na mecz Arsenalu - maleńka wisienka na torcie ;)

Bałam się jak cholera przez tę chwilę, kiedy Draco został po raz drugi zraniony, a Olliver i matka Zabiniego wydawali się mieć przewagę. Ogromnie mi żal Snape'a w tym wszystkim i chwała mu wielka za to, że, choć szalony, potrafił nakierować Harry'ego na właściwy trop. Raczej dość mocno nietypowy dla Femme wydaje mi się ten tekst, ale w żadnym razie nie zamierzam narzekać, bo pojawienie się czegoś nowego w doskonałym tłumaczeniu jest zawsze mile widziane i cenione.

Dziękuję ślicznie i pozdrawiam serdecznie.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez werro-lee » 6 sty 2017, o 00:44

Dużo czasu minęło od kiedy ostatni raz czytałam jakieś drarry po polsku. To od Twoich, Kaczalko, tłumaczeń zaczęła się moja przygoda z drarry na większą skalę, więc miło, że mój pierwszy post tutaj jest akurat skierowany do Ciebie.
Opowiadanie wydawało mi się krótkie, chyba za krótkie. Rozwój historii, a właściwie związku Harry'ego z Draco, był za szybki i, moim zdaniem, niedopracowany. Jasne, rozumiem, że jakieś uczucie między nimi było już od dawna i w ogóle, ale ja jednak wolę powolne budowanie emocji. Wszystko tu gnało do przodu na łeb, na szyję. Jakkolwiek, historia była dosyć ciekawa. I tak, szkoda mi Snape'a. Nie lubię dupka, ale nie życzę mu takiego końca.
Co do samego przekładu, to nie powiem za dużo, bo jak już wspominałam odzwyczaiłam się od czytania w ojczystym języku i nie wiem, czy te zgrzyty, które wyłapałam to jakieś niedociągnięcia czy po prostu moje przyzwyczajenie do angielskiego. Podsumowując, czytało się przyjemnie (z wyjątkiem tych momentów, gdzie Draco miał rozciętą pierś. Proszę nie krzywdzić mojego Draco!)
something wicked this way comes
werro-lee Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2
Dołączył(a): 31 gru 2016, o 17:27

Postprzez Bazyliszkowa » 26 sty 2017, o 21:07

Zawsze mnie smucą teksty, w których Draco zmuszony jest do zarabiania w najstarszej profesji świata. Niby zdołałam się już do nich przyzwyczaić, a femme jak nikt potrafi zrobić z nich coś pięknego, ale jednak... zawsze coś mnie tam pobolewa przy nich.
Ale ten ma w sobie mimo wszystko coś autentycznego, nawet jeśli rzeczywiście nie był najbardziej poruszającym i ambitnym Drarry jakie czytałam.
Po pierwsze, Londyn. Taki nieoczywisty a przy tym banalny i przez to prawdziwy - aż mi się zatęskniło i słowo daję, że słyszałam to "mind the gap" w głowie jak czytałam o modulowanym kobiecym głosie. Wydaje mi się dość naturalnym, że zarówno Harry jak i paradoksalnie Draco będą chcieli uciec do mugolskiego świata, chociaż częściowo i Harry jako policjant, wykorzystujący swoją magię żeby ratować świat wydaje mi się zdecydowanie wiarygodny :D
No i przyznaję, zawsze troszkę shipowałam Hermionie i Harry'emu, jakoś nie umiem sobie wyobrazić, że żadne z nich nigdy o tym nie pomyślało. Ich związek był taki... na miejscu. Bez wielkiej narracji i chyba właśnie dlatego taki urzekający.
Może chwilami akcja rozwijała się dla mnie nieco zbyt szybko, a cały wątek z matką Zabiniego był odrobinkę nieco zbyt melodramatyczny, ale mimo wszystko bardzo mi się podobało - Kaczalko, jak zawsze chylę czoła.
Niezbyt konstruktywny komentarz mi wyszedł, przepraszam - ale dziękuję Ci za to tłumaczenie, które zdecydowanie uprzyjemniło mi sesję i wyjątkowo cieszy mnie to, że forum zaczęło odżywać - zwłaszcza teraz, kiedy mam tyle nauki więc muszę znaleźć sobie jakieś konstruktywne zajęcie, żeby móc udawać, że jestem taaaaaka zapracowana - a co może być lepsze, od radosnego drarrowania? :D
___________________________________________________________________________________________________________________

"I need to have a bit more time to get over this stupid crush before I go up against Potter. Oooh... going up against Potter... There's a phrase which conjures up a thousand dirty images."
Bazyliszkowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 21
Dołączył(a): 3 mar 2012, o 23:27

Postprzez daimon » 2 lut 2017, o 12:19

Chciałam Ci Kaczalko podziękować za ten tekst. W moim pełnym od jakiegoś czasu chaosu i pośpiechu życiu, wciąż czasem zaglądam tutaj na drarry z maleńką nadzieją, że znajdę coś dla siebie. Wiem, że czasy świetności drarry przeminęły, ale nadzieja zawsze pozostaje. A ja wciąż mimo upływu czasu jestem wierna jedynemu fandomowi, który przyciągnął mnie na dłużej. I właściwie jedynemu pairringowi. No a Twój nick, jest gwarancją jakości, więc nawet nie wiesz, jak się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam Upadłego anioła. A ponieważ zawsze mi wstyd, że podczytuję to i owo, a nie znajduję czasu na komentarze i obiecałam sobie, że tym razem będzie inaczej. Przeczytałam już co prawda jakiś czas temu, ale w końcu znalazłam okruch chwilki, więc jestem.
Nie jest to najlepsza femme, jaką znamy, ale i tak przeczytałam z ogromną przyjemnością. Rzeczywiście odnosi się wrażenie, że autorka się gdzieś śpieszyła. Chciała napisać pomysł, ale zabrakło jej czasu, bo naprawdę można go było rozwinąć. Ale! To nowe drarry, to femme, i to jeszcze po polsku! I w Twoim tłumaczeniu, Kaczalko!
Mnie związek Hermiony i Harry'ego jakoś bardzo nie razi. Nie znając jeszcze świata ff szipowałam ich razem, potem, w sumie przez drarry, moje podejście się zmieniło. Ale nie widzę za to, żeby Harry traktował ją jako dziewczynę do łóżka. Pomysł z ucieczką Harry'ego w mugolski świat kupuję, też mam wizję, że Potter ma już dość czarodziejów i męczącej sławy. Za to pomysł z policją ciekawy. Szkoda że wątki tak zostały spłycone i opisane pośpiesznie, byle dalej do przodu. No ale jest Draco i Harry. Przyciąganie. Fascynacja. Choć ja wolę jak wszystko się toczy powoli. Nie zamierzam jednak narzekać. Przeczytałam nowe drarry! I chwała Ci za to. Był to czas zaiste przyjemny;)

Dziękuję za poświęcony czas i chęć podzielenia się z nami. Przesyłam gorące pozdrowienia i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś coś Twojego przeczytam. (Cały czas mam na uwadze Tajemnice, muszę je w końcu przeczytać i skomentować).
[Emmet,Micky&Ben watching Brian&Justin dancing]
Em:Am I seeing,what I think I'm seeing?
Ben:Yes you are seeing it.It's the most historic reunification since Germany.
Em:What happened to the fiddler?
Micky:He fell off the roof!
daimon Offline

Avatar użytkownika
Sunshine
 
Posty: 1162
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 17:35
Lokalizacja: Miasto Smoka


Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości