[T][NZ] Podzieleni [1/29]

Ceremonia Kojarzenia. Część I || Teen Wolf || sterek

Postprzez Amanda » 26 gru 2014, o 16:35

Swoją premierę tekst tekst ten miał na Gospodzie, mam nadzieję, że i tu przyjęty zostanie ciepło. Wszelkie błędy jakie nadal przewijają się przez owo tłumaczenia są absolutnie moją winą i niestety nie jestem w stanie zagwarantować a jakim tempie pojawiać się będą aktualizacje tekstów. Nie mniej mam nadzieję, że wszystkie fanki stereka odnajdą w nim kupę radochy z czytania.

Miłej lektury :)

Tytuł: Podzieleni
Tytuł oryginału: Divided We Stand
Autor KouriArashi
Tłumacz: Amanda
Beta Caramelo :*
Zgoda: jest
Link do oryginału: http://archiveofourown.org/works/877251 ... rs/1686486

Ceremonia Kojarzenia

Część I

Podzieleni


Rozdział I

Derek Hale nie lubi pierwszego lutego. Nie tyle data stanowi w zasadzie problem, ile festiwal, który odbywa się tego dnia. Ceremonia Kojarzenia - czas w którym mężczyzna zmuszony jest poznać wielu ludzi, z którymi i tak nie będzie chciał spędzić reszty swojego życia, tolerować ich uśmiechy i przymilanie się, wiedząc, że już wyobrażają sobie spokojne życie jako nowi członkowie watahy Hale'ów.
Kiedy był młodszy, nie przeszkadzało mu to tak bardzo. Ludzie musieli ukończyć piętnaście lat, by móc zasilić listę potencjalnych kandydatów, stąd też większość wilkołaków rozpoczyna uczestnictwo w ceremonii w tym samym wieku. Traktują to wtedy jak dobrą zabawę i nie narzuca się na nich tak dużej presji. To po prostu czas kiedy poznajesz rzeszę nowych ludzi, spotykasz nowych przyjaciół i po prostu liczysz na to, że znajdziesz kogoś kto ma w sobie to coś. Dla nastolatka to coś romantycznego.
Derek nie jest już jednak nastolatkiem, ma dwadzieścia cztery lata. Wyczuwalna w ludziach desperacja rośnie z roku na rok. Wszyscy wiedzą, że jeśli wilk nie spotka właściwej osoby do ukończenia dwudziestego piątego roku życia, zmuszony jest zaakceptować fakt, że nie jest mu to pisane i zaprzestać uczestnictwa w festiwalu. Mężczyzna wie, że to nieprawda - Peter poznał swoją partnerkę dopiero kiedy skończył dwadzieścia osiem lat i to nie podczas ceremonii a w kawiarni. Prawda jednak niespecjalnie interesowała uczestników imprezy.
Derek potrafi sobie z tym poradzić. Jedną z jego ulubionych metod jest po prostu nie branie w niej udziału, lub też znikanie z niej po piętnastu minutach od przybycia. Mija wszystkich ludzi i wychodzi najszybciej jak to możliwe. Od sześciu miesięcy jednak jego matka, jego alfa, zaczęła nakładać na niego większą presję by sobie kogoś znalazł. Kogokolwiek.
Nie może jednak winić jej za to do końca. Połowa ich watahy zginęła w pożarze - to, że uratowało się tak wielu można rozpatrywać w granicach cudu. Umarł ojciec Tali, wraz z jej młodszym bratem, jego partnerką i ich córeczką, jak również partnerka Petera wraz z ich nienarodzonym dzieckiem, oraz dwóch braci Dereka. Od tamtego wydarzenia, nawet jeśli Talia nieco zbyt mocno naciskała na resztę swoich dzieci w sprawie znalezienia sobie towarzyszy i posiadania dzieci, wszyscy starali się być wobec niej wyrozumiali.
Derek spodziewał się, że po tym jak Laura, mając dwadzieścia dwa lata znalazła swojego partnera i zaszła w ciążę trzy miesiące później, matka trochę mu odpuści. Stało się jednak odwrotnie i kobieta nalegała jeszcze bardziej. Każda rozmowa na ten temat kończy się zawsze zdaniem "skoro Laura może, dlaczego ty nie?"
Zgadza się więc by iść tam, naprawdę rozmawiać z tymi ludźmi i obserwować ich, chociaż nie jest to sposób w jaki chciałby spędzić swój dzień. To jednak łatwiejsze niż ciągłe kłótnie.
To w zasadzie niesamowite, że nastawienie zebranych tu ludzi potrafi sprawić, iż to on czuje się jak ofiara wśród oprawców, a nie odwrotnie. Patrzą na niego, rozbierając go przy tym wzrokiem, wydają się nie zdawać sobie sprawy z tego, że potrafi wyczuć ich podniecenie, usłyszeć ich szepty i komentarze, mówiące o tym, że jest potomkiem watahy Hale'ów, najstarszej i najznamienitszej w okolicy czy też o tym, że zostanie wybranym otwiera im drzwi do lepszego życia. Będą mogli leniuchować do woli, przechwalać się tym przed tymi, którzy nie zostali wybrani, a w końcu zostać ugryzionym i osiągnąć wysoką pozycję w strukturze watahy.
Derek ich nienawidzi. Nie potrafi znieść ich uśmiechniętych twarzy, czuje wstręt do koordynatora - Harrisa, którego nos jest zadarty tak wysoko, że mógłby nim wywąchać niebo. To samo tyczy się ubrań, bicia ich serc, głosów, które ociekają pragnieniem w każdym wypowiadanym słowie.
W opinii Dereka, tu nie chodzi tylko o całe to gówno związane z poszukiwaniem partnera ale też o to, że trwa to wiele bezsensownych godzin. Najpierw musiał przeczytać akta wszystkich potencjalnych kandydatów, a potem dodatkowo spotkać się z nimi osobiście. Ma ochotę warczeć, przewracać na nich oczami, lub uderzać ich głowami o biurko. Jest ciekaw, czy ci ludzie wiedzą, czego wilkołak oczekuje od swojego partnera, ponieważ mizdrzenie się i chichoty działają mu na nerwy.
Jest gotów poszukać Harrisa i poinformować go, że już skończył, nie znalazł nikogo odpowiedniego i resztą zajmą się jego rodzice, kiedy do pomieszczenia wpada jakiś nastolatek. Jest tego samego wzrostu co Derek ale gorszej postury, ubrany z zwykłą koszulę i idiotyczną koszulkę, która informuje go, że jest ogierem. Jego brązowe włosy są krótko przycięte, ale to oczy przyciągają szczególną uwagę mężczyzny. Są jasnobrązowe, wręcz bursztynowe. Jego oczy i dłonie, ze zwinnymi palcami, którymi chwyta framugę drzwi by powstrzymać się przed upadkiem.
- Hej, Scott, przyniosłem ci.... Ty nie jesteś Scott. - Mruga, patrząc na Dereka. Jest dość jasnym, że mężczyzna właśnie coś mówił, a teraz zgromadzeni w pomieszczeniu ludzie będą musieli czekać, aż będzie mógł kontynuować. - Wow, przepraszam, ja... kurwa, sporo was tu? To mnie czeka w przyszłości?
Nie namyślając się wiele, Derek celuje palcem w kierunku Stilesa.
- Chcę go.
Chłopa z szeroko otwartymi oczami wskazuje na siebie.
- Mnie?
- Uch, panie Hale, nie ma go na liście - jąkając się mówi Harris.
- Nic mnie to nie obchodzi. Chcę go.
- Cóż... emm... w porządku - wzdycha koordynator, wyraźnie nie wiedząc jak poradzić sobie z zaistniałą sytuacją. Stiles stoi tam po prostu jak wrośnięty w ziemię, z lekko otwartymi ustami, co jest dość rozpraszające. - Panie Stilinski, proszę robić co mówi - rzuca mężczyzna, wskazując w kierunku chłopaka kiedy ten nie rusza się z miejsca.
- Och, tak - mówi Stiles. Derek wzdryga się pod wpływem tonu w jakim Harris wypowiada te słowa. Ma ochotę coś powiedzieć.
Stiles rozgląda się po pokoju, jakby w poszukiwaniu pomocy, ale spotyka się tylko z chłodnymi i zaskoczonymi spojrzeniami, które posyła mu tłum.
- Tak. Jasne. To zaszczyt i przywilej - dodaje, sztucznie. Wyraźnie szuka w pamięci właściwych słów.
- Nie, to zaszczyt dla mnie - mówi bez zastanowienia Derek i słowa te są szczere. To jest zaszczyt, mieć to szczęście i znaleźć tego właściwego. Nikt do końca nie wie, skąd wiadomo, że to właśnie ta a nie inna osoba. Zapach, sposób poruszania czy może jakiś dodatkowy zmysł posiadany tylko przez wilkołaki. Nie znaczy to jednak, że nie zakochują one w normalny sposób, czy, że u każdego z nich objawia się to w ten sam sposób. Czasem jednak, w jednym na sto przypadków, spotykają kogoś i czują to momentalne przyciąganie, które mówi im, że to właśnie ta przeznaczona im osoba na którą czekali. On miał już zamiar się poddać, kiedy chłopak wpadł do pokoju, praktycznie przewracając się na kolana. Nie chce nawet myśleć o statystycznych szansach zaistnienia takiego zdarzenia.
Lista potencjalnych kandydatów została stworzona dlatego, że ludzie nie potrafią odczuwać więzi w podobny sposób. Włączenie do niej, wiąże się z podpisaniem kontraktu, na mocy którego człowiek podpisująca go ufa zmysłom wilkołaka, i bez słowa sprzeciwu akceptuje wybór swojej osoby, jeśli taki nastąpi. Tego chłopaka najwidoczniej nie było na liście, co nie zmienia faktu, że świat Dereka już zaczyna się reorganizować i zmieniać tak by znaleźć w nim dla niego miejsce.
Podchodzi bliżej i wyciąga do niego rękę. Potrzeba by go dotknąć, uchwycić specyfikę jego zapachu, być bliżej niego jest obezwładniająca. Stiles cofa się, potyka o krzesło i jest na dobrej drodze by zaliczyć bolesne spotkanie z podłożem.
- Jezu - mówi Derek, skracając dystans między nimi i łapiąc chłopaka za koszulkę, która jest najłatwiejsza do uchwycenia, ratując go przed upadkiem i podnosząc go z powrotem do pionu. Musi zapamiętać, że jego partner jest trochę ofermowaty. - W porządku? - pyta przed puszczeniem go, chcąc się upewnić, że Stiles złapał równowagę.
- Tak, jasne, zdecydowanie - odpowiada chłopak, rumieniąc się intensywnie. - Powinniśmy, emm, powinniśmy chyba wyjść - dodaje, zerkając nerwowo na tłum, który zmienia się powoli z zaskoczonego we wkurzony.
Derek kiwa głową w kierunku zgromadzonych w pomieszczeniu ludzi i wyprowadza go na korytarz, zwracając szczególną uwagę na wszystkie wystające kanty mebli. Dopiero wtedy przypomina sobie, po co chłopak zajrzał do tamtego pokoju.
- Nadal chcesz go znaleźć? Tego Scotta? - Mężczyzna czuje się w obowiązku zapytać nawet jeśli nie wie kim ten cały Scott jest.
- Och, nie, wyślę mu sms'a. - Stiles wyciąga komórkę i szybko wystukuje wiadomość. - Planowałem przynieść mu lunch, czeka na Corę... twoją siostrę, prawda? On jest... rozumiesz, na liście potencjalnych kandydatów. Ma spotkać się z wieloma ludźmi, nie tylko Corą. Jestem tu by go wspierać, ale... złapię go później. Ta sprawa jest zdecydowanie ważniejsza.
Derek czuje się niepewnie. Jak postępujesz z najważniejszą osobą, jaka pojawia się w twoim życiu? Na pewno nie rujnujesz jej spotkania z kimś na kim jej zależy.
- Możemy zaczekać jeśli chcesz.
- Nie trzeba. - Stiles chowa telefon. - Wszystko dobrze, już to załatwiłem.
Derek przytakuje.
- Mógłbyś... - Zatrzymuje się gwałtownie. - Znam tylko twoje nazwisko.
Chłopak mruga. Przez chwilę wygląda tak jakby chciał skomentować fakt, że Derek właśnie dosłownie zapytał go by spędził z nim resztę życia nie znając nawet jego imienia. Kręci jednak tylko głową i mówi:
- Stiles, mów do mnie Stiles, bo ty to.... Derek Hale. - Mówi to, chociaż to nawet nie jest pytanie. - Wiesz, że nie było mnie na liście, prawda? Mam na myśli.... nie zapisywałem się.
Mężczyzna ponownie kiwa w odpowiedzi głową. Jest w stanie wyobrazić sobie, że ktoś tak pobudzony ruchowo i mówiący z równym zdenerwowaniem co on, zdecydowanie może się tak nazywać.
- Co więcej, wiesz, że mam penisa, prawda? - pyta Stiles, opanowując się wystarczająco by poruszyć ten temat. Uznaje, że to ważne.
Na te słowa, stojący obok niego Derek odwraca się w jego stronę i unosi brwi.
- Tak, zauważyłem.
- Czy to trochę nie kłóci się z całą koncepcją? - Chłopak brzmi teraz nieco sceptycznie. - Mam na myśli, że przecież cała idea tego polegała na tym, że potrzebujecie nas, by nie płodzić genetycznie obciążonych krewniactwem dzieci między sobą, jak w przypadku rybiej ikry, co równa cię trochę z łososiem, wybacz....
Derek prycha rozbawiony, a później śmieje się głośno.
- Łosoś. Mój Boże. Jesteś niesamowity.
- Co? Koleś, ty nawet nie wiesz... Nie ważne. Co, emm.... teraz? Wiesz, nie mówią nam zbyt wiele o tym co dzieje się po tym jak już zostanie się wybranym. Nawijają tylko jak uatrakcyjnić siebie by tak się stało, a wszystko co dzieje się teraz jest nieco przerażające.
Mężczyzna kręci głową i poważnieje. Zapach Stilesa go odurza, przyprawiając o lekkie zawroty głowy.
- Nie ma potrzeby żebyś się uatrakcyjniał. Masz być sobą. - Ponownie potrząsa głową. - Teraz poznasz moją rodzinę i być może część watahy, a następnie mam nadzieję ja poznam twoją. Chyba, że wolisz by odbyło się to w inny sposób?
- Nie, tak będzie dobrze koleś - zapewnia chłopak. - Wiesz, inni są do tego bardziej przygotowani, bo pragną znaleźć się w takiej sytuacji, i ciągle obracają się blisko was... - urywa zdając sobie sprawę, jak brzmią jego słowa - ... Ale, jasne, spotkanie z twoją rodziną. Dam radę - dodaje więc szybko.
- W zasadzie to nie mam pojęcia. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. Nie wybrałem nikogo. - Przerywa na moment. - Ewidentnie.
Wpatruje się w Stilesa kolejną długą minutę. Właściwie nie jest w stanie oderwać od niego wzroku. Przyciągają go jego bursztynowe oczy, kilka pieprzyków, których wcześniej nie zauważył i to, że ciało chłopaka wykonuje różnego rodzaju przyruchy nawet kiedy wydaje się stać spokojnie. Ma świadomość, jak rzadkim nawet dla wilków jest znalezienie kogoś z kim już po pierwszym spotkaniu potrafią stworzyć tak silną więź. Dodając do tego jego wiek, szanse są nikłe.
- Chcesz... chcesz odmówić? Nie było cię na liście. Masz takie prawo - pyta z niemałym trudem.
- Żartujesz? Zostałbym zlinczowany - mówi chłopak, świetnie unikając prawdziwego znaczenia pytania mężczyzny. - Będziesz po prostu musiał chronić mnie przed wszystkimi swoimi fankami. Mam nadzieję, że jesteś na to przygotowany.
- Rozumiem - mówi powstrzymując warknięcie. Sam pomysł, że ktoś podjąłby próbę skrzywdzenia Stilesa wprawia go w gniew.
- I.. cóż, spotkanie z moją rodziną będzie musiało poczekać. Mój tato jest dziś na służbie. Wiesz.... wiesz kim on jest, prawda?
Derek przytakuje.
- Szeryfem - odpowiada, głównie po to by upewnić chłopaka w tym, że rzeczywiście to wie.
- Dokładnie. A to jakby nie patrzeć wielki dzień. Czasami zdarzają się bójki, a nawet zamieszki... Nie sądzę więc, że będzie miał tak naprawdę na to czas.
- Dlaczego ktoś miałby wszczynać.... - Mężczyzna odpuszcza sobie dokończenie pytania. Ludzie są pokręceni. - Nie chcę mu przeszkadzać w wykonywaniu jego obowiązków. Poczekam jeśli uważasz, że to konieczne.
- Tak, myślę, że... trzeba go najpierw jakoś na to przygotować, a nie od tak pokazać się tam z tobą. Będzie trochę zaskoczony, mam w końcu tylko szesnaście lat. - Stiles orientuje się, że za dużo mówi i urywa.
- To wyjaśniałby dlaczego czekałeś na kogoś, kto spotyka się z Corą. - Ku swojemu zaskoczeniu Derek nie ma nic przeciwko nerwowej paplaninie chłopaka, chociaż powinien się raczej spodziewać, że doprowadzi go ona do szału. - Sądziłem, że jesteś nieco starszy, siedemnaście, może osiemnaście.
- Cóż, niestety, nie - odpowiada i zatrzymuje się. - Koleś, jesteś pewny? Wiesz, że chcesz właśnie mnie? Zawsze możemy zawrócić. Powiesz Harrisowi, że kiedy dowiedziałeś się ile mam lat, że jestem chłopcem, czy cokolwiek, po prostu zmieniłeś zdanie.
Derek również przystaje i spogląda wprost w oczy Stilesa.
- Nigdy w życiu nie byłem niczego tak pewien, jak jestem tego.
Chłopak momentalnie ucieka wzrokiem i robi się cały czerwony.
- Cóż.... Niech tak będzie.
Nie ma w tym zbyt wiele entuzjazmu. Derek ma ochotę zaoferować mu dłoń, do tej pory nie miał okazji go dotknąć, pamięta jednak jak Stiles odsunął się poprzednim razem. Nie chce więc kusić niepotrzebnie losu i rusza w dalszą drogę. Kiedy wychodzą na parking, widzi na twarzy Stilesa pierwsze szczere emocje inne niż zakłopotanie i zdenerwowanie, a wszystko to na widok Camaro.
- W porządku, to mi się podoba - mówi obchodząc je, kierując się w stronę drzwi pasażera i przesuwając dłonią po dachu samochodu.
Mężczyzna nie potrafi powstrzymać wpływającego mu na usta zadowolonego uśmiechu.
- Cora często żartuje sobie ze mnie, że tak bardzo kocham to auto. Ale ona jeździ Priusem, więc co tak naprawdę może wiedzieć.
- W sumie nie wiem w ogóle po co wam samochód - zauważa Stiles. - Nie powinniście, ja wiem, wszędzie sobie dobiegać?
- Moglibyśmy, gdybyśmy chcieli docierać do celu nadzy i z pustymi rękami. - Derek otwiera drzwi od strony kierowcy, wsiada i przekręca kluczyk w stacyjce. Nim wyjaśnia coś więcej, czeka aż chłopak wsiądzie. - Naprawdę, w codziennym życiu, samochód jest po prostu praktyczniejszy tak dla nas jak i dla ludzi.
- Och - mówi Stiles. - Jasne.
Nie wie, co może powiedzieć więcej, a nastająca cisza staje się strasznie niezręczna. Derekowi się ona jednak podoba - docenia brak przyspieszonych bić wielu serc, pogaduszek i zdecydowanie zbyt intensywnej woni perfum. W końcu może odetchnąć świeżym powietrzem i skupić się w pełni na towarzyszu. Na specyficznym rytmie jego serca i zapachu.
Działa to na niego tak rozpraszająco, że przez chwilę zapomina jak się prowadzi. Kiedy wyjeżdża z parkingu, zdenerwowany Stiles uderza palcami w swoje uda.
- Hej, co powiesz na... - mówi, niezgrabnie i bez pytania przekręcając kontrolki radia.
Derek już ma powiedzieć swojemu pasażerowi by cofnął ręce, jak zwykł to czynić wcześniej, ale powstrzymuje się. Dowie się w ten sposób jakiego gatunku muzyki słucha chłopak i jak szybko poradzi sobie z obsługą pokręteł. Dochodzi również do wniosku, że Stiles po prostu nie potrafi siedzieć bez ruchu. Obserwuje więc i stara się sprawiać wrażenie skupionego na prowadzeniu.
- Cudownie - mruczy chłopak, wyłapując stację grającą Rolling Stonesów. Posyła Derekowi spojrzenie, ewidentnie sprawdzając jego reakcję.
Mężczyzna kiwa głową z zadowoleniem.
- Obawiałem się, że wybierzesz country... - Urywa. - Obraziłem cię?
- Nie, nie jestem fanem country - zapewnia. - Mój ojciec czasami słucha, mimo moich usilnych prób powstrzymania go przed tym.
- Jak mi przykro. - Derek kręci z rozbawieniem głową. - Niektórzy członkowie watahy lubią ten gatunek muzyki, więc przewija się ona czasem przy większych wydarzeń.
- Tak? - Stiles ponownie uderza zdenerwowany w kolano. - Więc... dużo jest tych większych spotkań? Czy to jest jednym z nich?
- I tak i nie. - Derek zerka na niego przelotnie, słysząc zmianę w rytmie uderzeń jego serca. - Nie będą cię nagabywać. Obiecuję. - Mógłby powiedzieć więcej, ale chce by Stiles wziął najpierw głęboki wdech.
Jest zadowolony, że chłopak rzeczywiście bierze kilka głębokich wdechów.
- W porządku. Ja... Cholera. To nie zdarza mi się zbyt często. Wiesz, zapomnieć języka w gębie.
- Tak, to spore wydarzenie - mówi mężczyzna. - W gronie bliskich. Nikt nie będzie nam narzucał swojego towarzystwa. W późniejszym czasie, kiedy poczujesz się swobodniej i poznamy się lepiej, dojdzie do spotkania z resztą watahy. Nie ma jednak pośpiechu, to może poczekać kilka miesięcy.
- Och, fajne. - Stiles wierci się ponownie.
- Masz coś przeciwko temu, że jestem mężczyzną? - pyta nagle Derek, przerywając przedłużającą się ciszę, wypełnioną jedynie płynącą z radia muzyką.
Chłopak zerka na niego ponownie.
- Nie, nie mam nic przeciwko temu - mówi.
Mężczyzna oddycha z ulgą.
- Dzięki Bogu.
- Wciąż jednak uważam, że to wyklucza cel całego przedsięwzięcia.
- Łosoś - mówi z rozbawieniem Derek. - Nie zależy mi na tym jakoś szczególnie, bo Laura ma już dwójkę dzieci. Jej partner był kiedyś człowiekiem.
- Tak, ale, nie chcę poruszać tego trudnego tematu, ale wydawało mu się, że chcecie... odbudować swoją watahę. Wiesz, po pożarze.
Derek wzrusza ramionami, starając się nie być zbyt przewrażliwionym na punkcie tego tematu. Nie przy Stilesie. Chłopak ma prawo pytać.
- Jesteś tym właściwym. Niezależnie od pewnych oczywistych atrybutów. Możemy adoptować, a może jesteśmy jeszcze za młodzi by myśleć o dzieciach.
- Możliwe - odpowiada oschle. - Tak, planowałem zaczekać z tym przynajmniej do swoich siedemnastych urodzin.
- Jesteś zabawny - mówi Derek, jakimś cudem ukrywając fakt, że podoba mu się sarkazm Stilesa.
- Więc... - Chłopak zaciera energicznie ręce. - Co powinienem mówić? Są jakieś zasady? Prawa i obowiązki, to wszystko co znam.
- Bądź sobą, po prostu sobą. - Derek zastanawia się nad tym przez chwilę, naprawdę próbując się skupić. Ludzie i wilkołaki mają jednak nieco odmienną kulturę. - Nie podawaj nikomu ręki. Nie będą chcieli cię dotknąć, i to nie dlatego by ci ubliżyć. Potrafimy po prostu rozróżnić naszych najbliższych po zapachu. I przez jakiś czas nikt nie będzie chciał stawać między nami.
To powinno wystarczyć by Stiles poradził sobie z pierwszym spotkaniem. Ma wyczucie czasu, bo akurat podjeżdżają pod dom. Nikt nie chciał budować na ruinach poprzedniego; został on więc zrównany z ziemią a ku pamięci ludzi, którzy w nim zginęli posadzono drzewo. Posesja była jednak wystarczająco duża, by postawić na niej jeszcze jeden, niecałe pól mili dalej. Rozpoznaje wszystkie trzy samochody zaparkowane pod głównymi drzwiami. Wszyscy, z wyjątkiem Cory, która prawdopodobnie nadal jest w szkole, są w środku.
Derek zatrzymuje Camaro i wysiada. Czeka w pobliżu drzwi pasażera, i kiedy Stiles wydostaje się na zewnątrz i zamyka drzwi, ponownie podaje mu rękę. Chłopak patrzy na nią, przełyka ciężko ślinę, i w końcu ujmuje ją w swoją. Jest spocona i drży; serce wali mu w piersi, próbuje jednak zachować pozory bycia spokojnym. Rytm serca Dereka przyspiesza nieco, kiedy owija swoje palce wokół szczuplejszej dłoni Stilesa.
Nie można wejść niepostrzeżenie do domu pełnego wilkołaków. Mogli zignorować fakt, że słyszeli jego samochód, ale nie bicie drugiego serca i drugą parę kroków. Wiedzą, że nie jest sam. I dzieje się tak tylko z jednego powodu. Zgromadzona za drzwiami rodzina nie jest więc dla niego zaskoczeniem.
Dom ma przepastny hol, ze schodami, które szerokim łukiem prowadzą wprost do salonu oraz dwie pary innych drzwi: jedne prowadzą do kuchni a drugie do gabinetu. Wchodząc rozgląda się sprawdzając gdzie są wszyscy. Jego rodzice stoją u stóp schodów; Talia dumna i wyprostowana jak zwykle, a jego ojciec, Aaron, stoi za nią, obejmując ją w tali. Derek jest podobny do ojca, dobrze zbudowany, nieźle wyglądający z zarostem, podczas gdy jego siostry odziedziczyły po Tali elegancję i styl. Laura również tam jest, stoi w wejściu do salonu, buja się z podniecenia na piętach, jej córeczka jak zwykle przytulona jest do jej pleców. Jest też Peter. Nieco z boku, jak to ma w zwyczaju. Stoi na drugim piętrze i opiera się o barierkę, skąd może obserwować wszystkich nie biorąc jednocześnie czynnego udziału w spotkaniu.
Derek oddycha głębiej, widząc ich wszystkich czekających na niego i kiwa głową w stronę rodziców.
- Mamo, tato - mówi. - To Stiles.
Chłopak przełyka ciężko ślinę, jego jabłko Adama podskakuje nerwowo, kiedy przestępuje próg.
- Emm - zaczyna. - Bardzo miło.... mi państwa poznać?
To ma być stwierdzenie, ale pod wpływem wyrazu twarzy Tali, zamienia się w pytanie. Kobieta jest zirytowana, wręcz zła, co na pięćset procent znaczy, że nie będzie łatwo.
- Derek - mówi. - Naprawdę? Naprawdę?
Derek nie spodziewał się, że wybór którego dokonał uszczęśliwi jego matkę, ale taka reakcja jest nieco przesadzona. Zdecydowanie. Wychodzi przed Stilesa i zasłania go nieco własnym ciałem. To instynktowna reakcja by chronić chłopaka, która stawia mężczyznę między nim a jego rodzicami.
- Tak - mówi matowym głosem. - Naprawdę.
Talia warczy i odsuwa włosy z twarzy.
- W porządku, rozumiem, wkurzałeś się zmuszany do szukania sobie partnera, nie możesz jednak oczekiwać, że uda ci się wykpić, kimś kto jest całkowicie chybionym wyborem. Na miłość Boską, Derek...
Wilkołak marszczy brwi i zaciska szczękę.
- Sądziłem, że mam wybrać sobie partner a reproduktora.
- Sądzę, że twoja matka ma myśli... - wtrąca się Aaron, próbując przynajmniej do pewnego stopnia być dyplomatycznym. - ... Że, nie ma sensu uciekać się do wybierania kogoś z kim na pewno nie podpiszesz kontraktu.
- Wybrałem Stilesa. Gdybym nikogo w tym roku nie znalazł po prostu bym wam to powiedział. Tak jak rok, czy dwa lata temu.
- Derek, masz nas za głupców? - pyta z rozdrażnieniem Talia. - Od trzech tygodni narzekałeś, że nie chcesz iść. Nie mogłeś przekazać nam tego bardziej wyraźnie niż w ten sposób.
Stiles odchrząka.
- Pójdę już - mówi z wyraźnie słyszalnym napięciem w głosie.
Derek odwraca się do niego i zdaje sobie sprawę, że nie ma pojęcia jak to wyjaśnić. "Przepraszam" to zdecydowanie za mało.
- Och, a zaczęło się robić ciekawie - rzuca Peter ze swojego punktu obserwacyjnego na drugim piętrze.
- Zamknij się - mówi ostro Talia. Bierze kilka wdechów i z wymuszoną uprzejmością zwraca się do Stilesa. - Przykro mi, że mój syn zakpił z ciebie w ten sposób. To było okrutne z jego strony, by dać ci nadzieję...
- To nie jest żart - mówi chłopakowi, szukając jakiegokolwiek znaku, że ten mu wierzy. - Przysięgam.
- Tak, cóż... - Stiles cofa się o krok. - Wiesz co, to i tak jest bardzo dziwne, i pewnie nie miałoby żadnych szans, więc tak, pójdę już - wyswabadza rękę z uścisku mężczyzny i nie kontynuując wychodzi z domu.
Dłoń Dereka przez dłuższą chwilę wisi pusta, a on sam czuje się miażdżąco samotny. I nagle uderza w niego gniew, a później coś czego nie potrafi powstrzymać. Obnaża kły w stronę swoich rodziców, głównie matki, i warczy.
- Spójrz co narobiłaś. - wyrzuca z siebie, kiedy jego wilcza natura nieco się uspokaja. Odwraca się do nich plecami i wychodzi by znaleźć Stilesa. Nie może od niego oczekiwać, że będzie chciał tu zostać.
- Derek zastanów się nad tym... - warczy kobieta, kiedy wychodzi gwałtownie. Słyszy ją, ale nie zwalnia a już tym bardziej nie ma zamiaru się zatrzymywać.
- Cholera, on mówi poważnie - dorzuca Peter, choć znacznie łagodniejszym tonem, a potem drzwi zamykają się za Derekiem z hukiem. Rozgląda się w poszukiwaniu chłopaka. Przez chwilę nigdzie go nie widzi, a potem zauważa, że wsiadł z powrotem do Camaro. Zajmuje miejsce pasażera, cały czerwony z zażenowania i upokorzenia, z rękami zaciśniętymi i ułożonymi na kolanach.
- Zabierz mnie do domu - mówi do podchodzącego Dereka nie dając mu w ten sposób dojść do słowa.
Mężczyzna wsiada i zamyka za sobą drzwi. Zgina się i przez dłuższą chwilę opiera głowę o kierownicę.
- Dobrze - przytakuje, prostuje się i odpala samochód.
Kiedy ruszają, Stiles wygląda przez okno. Ma zaciśniętą szczękę i drży lekko. Nie mówi jednak słowa.
- Przepraszam, naprawdę przepraszam. Ona... - mówi cichym głosem Derek, przerywając przygniatającą ciszę. Nie potrafi żadnymi słowami przeprosić za to, co zrobiła jego rodzina.
- Derek - mówi Stiles, nie patrząc na niego. Używa jego imienia po raz pierwszy, co automatycznie sprawia, że mężczyzna skupia na nim całą swoją uwagę. - Jestem w tej chwili tak wściekły, że wszystko co mówisz sprawia, że mam ochotę kopnąć cię w jaja. Zamknij się i po prostu zabierz mnie do domu.
Derek kiwa po chwili głową. Czuje dokładnie to samo wobec swoich rodziców, a dokładniej rzecz biorąc matki. Cała sytuacja umocniła jedynie jego pewność, że Stiles to ten właściwy. Nikt z ludzi, których poznał dziś w puli, nie odważyłby się powiedzieć mu czegoś takiego, nawet by o tym nie pomyśleli. Jadą więc w ciszy, jeśli nie liczyć zwięzłych instrukcji Stilesa gdzie ma jechać, kiedy wrócili do miasta. Po podjechaniu pod jego dom, chłopak wysiada bez słowa i zatrzaskuje za sobą drzwi tak mocno, że Derek aż się wzdryga. Stiles pozostawia po sobie jedynie przytłaczającą ciszę oraz zapach złości i wstydu. To jednak więcej niż nic.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Aevenien » 26 gru 2014, o 17:00

Ohhhhhhhhhh, uwielbiam ten tekst! Czytałam go po angielsku chyba trzy razy! Za pierwszym razem uznałam, że straszne OOC, ale i tak nie mogłam się oderwać, a potem już machnęłam ręką na OOC i polubiłam strasznie tego fika. Nie wiem natomiast czy zdołam przeczytać to po polsku jeszcze raz, fandom TW istnieje dla mnie tylko po angielsku i mój mózg ma duże problemy z przetrawieniem polskiego słownictwa ;)
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa


Powrót do Twórczość wszelaka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości

cron