[T][Z] SKARB

Incepcja, Arthur/Eames, HighSchool!AU

Postprzez Ka » 17 lut 2013, o 14:01

Przepraszam, przeczytałam to z tydzień temu i nie skomentowałam, a przecież ten rozdział jest jednym z moich ulubionych, kiedy napięcie między Arthurem i Eamesem jest aż namacalne, ale wszystko jest jeszcze dobrze. Arthur wczuwający się w Hamleta (kocham moment, kiedy Arthur jest przerażony, że Eames odbierze mu rolę), kawa, śpiewanie w samochodzie - dodatkowy bonus jest taki, że znam tę piosenkę w wersji, gdzie Obi Wan śpiewa skróconą historię Gwiezdnych Wojen, więc uśmiecham się na samą myśl o niej. Ach, no i relacja między Arthurem i jego mamą: "Oboje darzyli się wzajemnym uwielbieniem, choć okazywali je sobie z daleka lub tylko przy specjalnych okazjach." To może nie jest wzorowa relacja, ale jest w niej dużo uroku.

Jeżeli chodzi o tłumaczenie, jak zwykle jestem pod wrażeniem. Momentami miałam mieszane uczucia, na przykład tutaj: "kazałbym ci pocałować mnie w tyłek, i to długo i namiętnie" - po polsku zdecydowanie trudniej jest mi przełknąć pewne rzeczy. Ale myślę, że to nie jest kwestia samego tłumaczenia słów, tylko tego, że w Polsce uczeń nie mógłby powiedzieć czegoś takiego do nauczyciela. Czytając po polsku, czasami zapominam, że akcja nadal dzieje się w Ameryce i że tam są jednak inne relacje.
Z kolei w innych momentach uśmiechnęłam się, widząc, jak przetłumaczyłaś pewne zdania. Chociażby końcówkę: "Oh, do piss off" i po polsku: "Ja chyba z tobą zwariuję". Znaczenie może nie dokładnie to samo, ale oddaje atmosferę i dopóki nie sprawdziłam, byłam przekonana, że Eames w oryginale powiedział dokładnie to, tak dobrze te słowa pasowały mi do niego i do sytuacji.

Jeszcze raz, dziękuję. Naprawdę powinnyśmy postawić Ci pomnik. ;)
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Donnie » 21 lut 2013, o 17:50

Ślicznie dziękuję za komentarze, a Mackom za betę.


Rozdział czwarty


Tydzień później, w poniedziałek, Arthur jak zwykle zataczał swoje kółka, spocony i w podniosłym nastroju. Zauważył Eamesa, który z zamyślonym wyrazem twarzy opierał się o barierkę i najwyraźniej na niego czekał.
— Wszystko w porządku, widzisz? — zaśmiał się Arthur, zbaczając z trasy, po czym pokonał dzielący ich dystans kilkoma przerzutami ciała w przód i w bok. — Zadowolony, psorze?
Eames wzniósł oczy ku niebu.
— Za minutę ruszam do domu. Jeśli chcesz dostać swoją kawę jawajską i skorzystać z podwiezienia, radzę ci pospieszyć się pod prysznicem.
Arthur odpowiedział promiennym uśmiechem, zasalutował i tak oto, niepostrzeżenie, pewne sprawy nabrały cech rutyny.
Eames nie zabierał go ze sobą codziennie, ale z drugiej strony Arthur przykładał wielką wagę do zachowywania się tak, jakby wcale tego nie oczekiwał, nawet jeśli przez dwa kolejne tygodnie był odwożony do domu co najmniej po każdej próbie. Wmawiał sobie, że nie znaczyło to nic poza sympatią samotnego nauczyciela do ulubionego ucznia. Oczywiście na czysto mentorskiej płaszczyźnie.
Trudno było trzymać się tego przekonania, kiedy Eames żartował i flirtował z nim w swój nietypowy, szorstki sposób, a jeszcze trudniej, gdy nazywał go skarbem i z jawnym entuzjazmem burzył jego starannie wzniesioną fasadę opanowania. Arthur od lat nie śmiał się i nie gadał tyle co teraz.
Albo masturbował, co jednak stanowiło zupełnie odrębny temat.
Niełatwo przyszło mu zrezygnować z powtórzenia swojego dwuznacznego zachowania podczas ich pierwszego wypadu po kawę. Za każdym razem, kiedy znajdował się z Eamesem sam na sam, dręczyło go desperackie pragnienie, żeby powiedzieć coś bulwersującego, zrobić jakąś seksualną aluzję albo zachować się prowokująco. Chciał przysunąć się do Eamesa i polizać każdą kostkę spoczywających na kierownicy rąk, wbić zęby w solidną, szeroką szyję, ale jednocześnie dobrze zdawał sobie sprawę, że najmniejsza oznaka jego obsesji na zawsze zakończyłaby ich wątłą przyjaźń. Tak więc splatał palce obu dłoni na swoich kolanach tak mocno, że aż drętwiały, i zagryzał wargi do krwi, kiedy nieświadomy niczego Eames podśpiewywał łagodnie w takt płynących z radia miłosnych piosenek.
— Sade? Serio? — pokpiwał, kiedy rozległy się gęste jak miód tony No Ordinary Love. — Czy ty aby na pewno nie jesteś kobietą pod czterdziestkę?
— Odwal się — skontrował radosnym i zarazem spokojnym tonem Eames. — Właśnie ogłosiła swój wielki powrót.
Arthur westchnął i powiercił się na fotelu, próbując nie zerkać we wsteczne lusterko, w którym widać było odbicie tylnego siedzenia, scenerii jego snu z ostatniej nocy: śliskie od potu, złączone brzuchy, nadgarstki dociśnięte do skórzanego obicia (czy te siedzenia są tak naprawdę ze skóry?), biodra napierające na siebie w obłędnie powolnym tempie.
— Chyba potrzebny nam jakiś system zgłaszania protestów.
— Jasne, w porządku — zgodził się Eames życzliwie. — A ponieważ to mój samochód, zgłaszam protest przeciwko twojemu protestowi odnośnie mojego wyboru piosenek.
Arthur przewrócił oczami i rzucił Eamesowi pełen wyższości uśmiech.
— Zobaczymy — powiedział, szczerząc zęby, co skłoniło Eamesa do chichotu, Arthura zaś do zastanowienia się, czy ugryzienie nauczyciela w ramach zemsty mogłoby być uznane za przekroczenie pewnych granic, czy też nie.

+++

— Boże drogi, nie. Nie Phil Collins. Czy on sprzedał duszę Disneyowi, czy po prostu ogłuchł i nie słyszy, jaką muzykę robi?

+++

— Eames, jeżeli spróbujesz mnie wmanewrować w słuchanie Celine Dion, nie tylko zrezygnuję z udziału w przedstawieniu, ale spalę teatr.

+++

— THE BEE GEES? Ty chyba żartujesz? Wielkie nieba, ja chyba siedzę tu z tobą zamknięty w jakimś wehikule czasu.

+++

— Przysięgam, Eames, że gdy tylko zaczniesz śpiewać o tym, że dzieci są naszą przyszłością, nikt nigdy nie znajdzie twojego ciała.

+++

— Czy to…? Tak, to TO. Chyba przerabialiśmy już cholerną Celine Dion, Eames? Bo ja najchętniej…
— Już dobrze, PRZESTAŃ! — ryknął Eames, pospiesznie zmieniając stację. — Rozumiem, zgłaszałeś protest, dobra? Zbanowałeś Celine Dion dwa dni temu, ale czy teraz, na wszystkie świętości, możesz się nareszcie zamknąć?
— Owszem — mruknął Arthur i przygryzł policzek od środka, żeby zachować poważną minę. Wnętrze sedana wypełniła trochę nowsza, chociaż trzeba przyznać, że płytka muzyka. Przez parę minut jechali w milczeniu. W końcu Eames westchnął przeraźliwie i zerknął na drgające z rozbawienia wargi Arthura.
— Wiesz co? — zapytał powoli złowróżbnym tonem, przeczącym blaskowi jego oczu. — Straszny z ciebie dupek, Arthur.
Arthur zamknął oczy i pozwolił dać się zanieść myślom (tylko na jeden krótki momencik) na tylne siedzenie samochodu, gdzie Eames przyciskał do jego szyi swoje widmowe, niebezpiecznie wygięte usta.
— Miałem świetnego nauczyciela — odparł zachrypniętym głosem, a Eames przez całą drogę do domu nie przestawał się uśmiechać.

+++

Dni mijały jeden za drugim, na horyzoncie migotał już jaskrawo blask Bożego Narodzenia, a cała szkoła sprawiała wrażenie porozbijanej na małe, skulone z zimna gromadki, spieszące z lekcji na lekcję. Chłód przenikał na wskroś zarówno młodsze, jak i starsze ciała, niebo nie jaśniało prawie przez cały dzień i Arthur stwierdził, że lodowate podmuchy wiatru nie pozwalają mu na przebiegnięcie więcej niż paru niezbędnych do szczęścia okrążeń.
Poza tym zawsze gdzieś w pobliżu czaił się niebieski sedan i nie wypadało kazać na siebie czekać swojemu zaimprowizowanemu szoferowi.
Ariadne od tygodnia rzucała Arthurowi ukradkowe spojrzenia, przygotowywał się więc powoli na nieuniknione pytania. Rozważał, ile prawdy może nie wyjawiać, nie brudząc sobie przy tym sumienia — nie mógł przecież bezczelnie okłamywać swojej najlepszej przyjaciółki (i de facto rodziny), z drugiej strony nie chciał być potępiony za swoje głupie zakochanie, podobnie jak nie był jeszcze gotów o nim mówić.
Sytuacja osiągnęła punkt kulminacyjny pewnego dnia, kiedy chmury już wczesnym popołudniem postanowiły zalać świat deszczem, a Arthur, podekscytowany wizją podyktowanego aurą miłego sam-na-sam w samochodzie Eamesa, popędził na próbę niemal w podskokach. Wzrok Ari przykleił się do niego w momencie, gdy tylko przekroczył próg sali, i przewiercał się przez skórę podczas powtarzania scen (wielkie nieba, Arthur zdążył już pokochać fizyczne wcielanie się w Hamleta, i nie, nie ćwiczył swojej roli, ale stawał się nią, zatracał się w szczegółach definiujących jego postać, nakładał starannie jedną ich warstwę na drugą, dopóki z niewzruszoną pewnością nie wiedział, że jest księciem), a kiedy Eames zatrzymał się nagle przed Arthurem, przeszywające spojrzenie Ari sprowadziło na niego ostry dreszcz.
— Proszę, powiedz mi, że nie zamierzasz biegać przy tej pogodzie — zażądał Eames, wskazując na zalane deszczem okno. Wyraz jego oczu kłócił się z tonem głosu i Arthur uśmiechnął się lekko, świadomy bliskości Ariadne, która hamowała właśnie u jego boku.
— Ehm… — zaczął i zaraz urwał, bo zbyt rozpędzona Ariadne omal na niego nie wpadła.
Pomodlił się szybko do wszystkich bogów, prawdziwych czy wyimaginowanych, żeby nie odkryła ogromu jego zauroczenia teraz, gdy nie mógł złożyć żadnego uspokajającego wyjaśnienia. Ledwo zdążył się do niej odwrócić, a już złapała go swoimi małymi dłońmi za łokcie i pociągnęła ku sobie.
— Przepraszam — wypaliła, blada jak papier. — Ale muszę to zrobić, zanim… — urwała, pochwyciła go oburącz za kołnierz, szarpnęła w dół i gwałtownie przywarła ustami do jego warg, boleśnie i niezdarnie.
Skończyła niemal tak szybko, jak zaczęła, co jednak nie powstrzymało go przed okrzykiem przestrachu i zatoczeniem się w tył. Uderzył barkami o pierś Eamesa i chwilę później poczuł, jak ten podtrzymuje go za boki. Ariadne stała bez ruchu i wlepiała spojrzenie w Arthura, który gapił się na nią w zdumieniu.
— No nie, Arthur, bardzo profesjonalnie z twojej strony. Jesteś pewien, że wszystko w porządku, czy wolisz sprawdzić, czy się czymś nie zaraziłeś? Jezu drogi! Przecież i tak będziesz musiał ją pocałować na scenie. Chyba że miała to być specjalna prezentacja tylko dla mnie? — Arthur oniemiał z rozdziawionymi ustami, podczas gdy Eames (ten drań) wypuścił go z uchwytu, śmiejąc się głośno. — Doskonała robota, Ariadne. Nie ma to jak złapać byka za rogi! Jestem pełen podziwu dla twojego zaangażowania w rolę, niemniej moim zdaniem Hamlet to nie do końca pole do romantycznych popisów, zwłaszcza w kontekście tragicznej śmierci Ofelii. Ale trzeba przyznać, że twój desperacki atak przyćmiłby wyczyny samego Romea.
Arthur przełknął ślinę.
— To dlatego… byłaś dziś taka dziwna? Bo zamierzałaś mnie pocałować? Ale… ale mogłaś mi przecież powiedzieć.
Spojrzała na niego jeszcze bardziej ponuro.
— Jasne, że mogłabym, gdybyś nie unikał mnie przez cały czas, dupku jeden! A zresztą wszystko jedno, teraz, gdy mamy już za sobą tę paskudną rzecz, możemy zacząć grać porządnie, a nie zachowywać się jak dwa rozkapryszone sześciolatki!
Eames przygryzł wargi i wbił wzrok w podłogę. Ari odwróciła się powoli, a Arthur czuł, jak rumieniec zalewa mu policzki. Przecież starał się trzymać od niej na dystans, żeby przypadkiem nie odkryła jego idiotycznej obsesji na punkcie Eamesa, nie zdawał sobie jednak sprawy, na jakiego durnia wyszedł dzięki tej strategii.
Wyciągnął rękę i złapał ją delikatnie za łokieć. Fuknęła gniewnie, kiedy przyciągnął ją do siebie, skoncentrowany tylko i wyłącznie na jej twarzy, a nie na wzroku Eamesa, który obserwował ich z ciekawością.
Kochałem dawniej waćpannę1 — powiedział miękkim, afektowanym głosem.
Ariadne przez sekundę patrzyła na niego wielkimi oczami, zaraz jednak spuściła rzęsy, bez fałszywej skromności, za to z odrobiną nieśmiałości i smutku, choć w jej tonie pobrzmiewał cień słodkiej nadziei.
W rzeczy samej, dawałeś mi to książę do zrozumienia — wyszeptała, a on ujął jej twarz w obie dłonie. Delikatnie zakreślał kciukami kręgi na jej policzkach nawet wtedy, gdy w jego wzroku nie pozostało już innego poza zmartwieniem i pogardą do samego siebie.
Nie trzeba ci było tak rozumieć; bo cnota nie daje się w stary nasz pień wszczepić tak, żebyśmy trącić nim przestali… — Pochylił głowę i złożył na jej wargach szorstki, rozpaczliwy pocałunek, jakby chciał w ten sposób przekazać jej na pożegnanie resztkę tego, co kiedyś czyniło jego życie pięknym i dobrym. Oderwał się od niej z zaciśniętymi powiekami i szczękami zwartymi tak mocno, że słowa, które wypowiedział, zabrzmiały jak rebelia przeciwko pozostałościom jego dawnej osobowości. — …Nie kochałem cię wcale.
Ariadne szarpnęła się do tyłu z lekkim okrzykiem i zaczerpnęła tchu, by wyrecytować kolejny wers. Arthur popatrzył na nią z uśmiechem, nie potrafiąc dłużej pozostać w swojej roli, gdy tylko rozpromieniony Eames zaczął bić im brawo. Jego oczy błyszczały i Arthur znów się zaczerwienił, bo całe jego wnętrze wibrowało z pragnienia, by powiedzieć nauczycielowi, że wcale nie chce żadnej dziewczyny. Przygryzł wykrzywioną przepraszająco wargę.
— To… to było niesamowite, prawda? — Ariadne z zachwytu straciła dech, cała w rumieńcach i ze szczęściem wypisanym na twarzy. Jej złość ulotniła się bezpowrotnie, jak zwykle w momentach, kiedy przeżyła coś pozytywnego. Arthur poczuł falę gorącej dumy.
— Nigdy nie wątpiłem, że będzie inaczej — uśmiechnął się Eames, kładąc im ręce na ramionach. — A co ważniejsze, nie boczyliście się na siebie i dzięki temu zagraliście lepiej, niż sami się spodziewaliście. — Roześmiali się. Eames puścił najpierw bark Ari, a potem Arthura, który odruchowo spiął ramię, jakby już w tej samej sekundzie żałował utraty kontaktu. — Ale powróćmy do tematu, przerwanego przez jakże czarujący dowód mojego wspaniałego talentu do wybierania właściwej obsady. Zastanawialiśmy się, czy Arthur planuje przemoczyć się do suchej nitki na bieżni, czy też woli wykorzystać fakt, że wybieram się w jego kierunku, i pojechać do domu. Mógłbym podwieźć również ciebie, Ariadne. Co ty na to?
Skamieniały Arthur patrzył, jak Ari wodzi oczami między nim a nauczycielem.
— Podwieźć mnie do domu? Ale ja, hmm, mam przecież własny samochód, więc… dam sobie radę. Dziękuję, panie profesorze.
Eames przewrócił oczami.
— Jeszcze i ty. Błagam, widujemy się za często poza lekcjami, żeby bawić się w te formalne ceregiele. Kiedy jesteśmy bez świadków, możesz nazywać mnie Eames.
— Każdy tak do niego mówi, nawet jego mama — dodał Arthur, zanim zdążył się zastanowić nad swoimi słowami. Ariadne obdarzyła go spojrzeniem wyraźnie mówiącym, że tak, owszem, blisko mu już do piszczącego psychofana.
— Dzięki… Eames — powiedziała i uśmiechnęła się sztywno, przyglądając się obu argusowym okiem. Arthur poczuł, jak przerażenie ściska go za krtań. — A tak w ogóle to powinnam się już zbierać. Arthur, zadzwonię do ciebie później, dobra? — Uśmiechnęła się, intonując ostatnie słowa jak pytanie, ale Arthur dobrze znał to spojrzenie i choć też uśmiechnął się w odpowiedzi, wiedział, że już po nim.
W samochodzie nie opuszczało go napięcie. Knykcie zaciśniętych rąk nie przestawały mu bieleć nawet wtedy, kiedy Eames zaczął cicho nucić serwowane coraz częściej przez radio świąteczne piosenki. Arthur kłócił się z nim bez przekonania, czy kojarzone z Bożym Narodzeniem utwory aby na pewno powinny zawierać aluzje do wampirów lub innych szponiastych postaci w kapturach, niezależnie od tego, jak bardzo rozpalało mu duszę słodko wyśpiewywane Płonę żarem ognia z miłości do ciebie2. W głowie bez przerwy dudniło mu echo walącej o dach sedana ulewy.
Otworzył drzwi mieszkania dopiero po dobrych dziesięciu minutach stania w deszczu i patrzenia w miejsce, gdzie dawno już zniknął wszelki ślad po samochodzie. Miał wrażenie, że wnętrzności skręcają mu się od nagłego poczucia straty, tak jakby świeżo powstały problem wiedzącej o wszystkim Ariadne pozbawił go cennego czasu spędzonego z Eamesem sam na sam poza szkołą.
Kiedy wreszcie przekroczył próg domu, niemiłe emocje wzbogaciły się o ściskający mu żołądek węzeł strachu i gniewu. Zastanawiał się, ile z jego uczuć Ari odgadła tylko na podstawie przyjaznej propozycji Eamesa oraz ślepej adoracji, która niewątpliwie zagościła się na stałe w oczach Arthura.
Usiadł, zziębnięty i przemoczony, łamiąc sobie głowę, czy nie lepiej będzie po prostu zadzwonić do niej i mieć to już za sobą, gdy jego komórka nagle zawibrowała. Wyjął ją z plecaka, otworzył klapkę i przez chwilę wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w słowa Ariadne, niosące otuchę lub śmiertelny cios. Wreszcie wyostrzył wzrok na tekście smsa i przeczytał go naprawdę.

sluchaj — tylko badz rozsadny dobra? jestes niesamowity ale to NAUCZYCIEL. nie chce patrzec jak ktos cie krzywdzi

Zaczął odpisywać bez zastanowienia, czując w gardle skurcz absurdalnej ulgi dzięki nieoczekiwanej, choć zapewne koniecznej, spowiedzi.

Spoko, to tylko zauroczenie i w dodatku jednostronne. Wiem, że to głupie, ale na serio nie musisz się o nic martwić.

Zadziwiające, jak bardzo zabolało go odkrycie, że znalazł się w absolutnie stereotypowej sytuacji: uczeń zakochany bez wzajemności w przystojnym, młodym nauczycielu. Zadygotał. Możliwe, że tak naprawdę unikał Ariadne właśnie z tego powodu — rzeczywistość nie mogła konkurować z szalonymi mrzonkami pod tytułem „co, jeśli…?”, które rodziły się w nim pod wpływem ciepłego uśmiechu Eamesa i jego ach jakże niezbędnej mu do życia uwagi.
Komórka zabrzęczała ponownie.

nie nabieraj sam siebie — i uwazaj ok?

Arthur uśmiechnął się ponuro.

Zawsze uważam, odpisał pospiesznie, pragnąc przy tym nie czuć się tak, jakby porzucał swoje marzenie.

+++

Kiedy Arthur był mały, czas od początku grudnia do Bożego Narodzenia trwał całą wieczność. Na tej ostatniej prostej do celu każdy dzień wydawał się dłuższy od poprzedniego, a gdy wreszcie nadchodziła Wigilia, Arthur nie przestawał szukać wykrętów, by położyć się jak najwcześniej i zasnąć, tak by bożonarodzeniowy ranek nadszedł jeszcze szybciej.
Teraz czas ten mijał w mgnieniu oka i gdy do Arthura dotarło wreszcie, że ferie świąteczne odbiorą mu Eamesa na kolejny paskudny tydzień, było już niemal po wszystkim.
Tego ranka siedział w ławce z brodą opartą na pięści, zapatrzony w bezkresną szarość za oknem i zwisające nisko nad budynkami chmury, oblane tym rodzajem mdłego, stłumionego światła, które zwykle towarzyszy zapowiedzi śniegu. Wokół niego klasa paplała o szansach na białe święta, o tym, że byłaby to całkiem przyjemna sprawa — wszystko, co stanowiło odmianę od deszczu, było przyjemną sprawą — nawet jeśli pociągnęłaby za sobą jeszcze większe zimno i…
Na zewnątrz nie było samochodu Eamesa.
Arthur wypatrywał za nim przez resztę lekcji. Bez ustanku zerkał przez okno, desperacko poszukując znajomego zarysu i niebieskiego odcienia lakieru między innymi pojazdami na odległym parkingu, ale że auto nauczyciela stało się dla niego tak samo charakterystyczne jak dla dziecka widok furgonetki z lodami, Arthur rozpoznałby je wszędzie na pierwszy rzut oka. I nieważne, jak wytężał wzrok — sedana jak nie było, tak nie było.
Zajęć w ostatnim dniu nauki nikt nigdy nie traktował serio. Nauczyciele chcieli pozbyć się uczniów równie szybko co oni ich, tak więc Arthur bez przeszkód dryfował przez kolejne zajęcia na falach swojej melancholii, pozwalając jej osiąść na skórze niczym cieniutka warstewka lodu, która pękała za każdym razem, gdy ktoś się do niego odezwał lub go dotknął. Przełknął dławiącą go powódź dotkliwego rozczarowania i pod koniec dnia, kiedy lód skruszył się prawie do końca, z uśmiechem odpowiadał na życzenia wesołych świąt każdemu, kto mówił mu to samo.
Możliwe, że dręczyła go zupełnie dziecinna potrzeba, ale z ręką na sercu: gdyby Arthur mógł sobie zażyczyć pięknie opakowanego prezentu za dobre sprawowanie przez cały rok, wiedziałby dokładnie, kogo chce dostać, przewiązanego wielką czerwoną wstążką. Świadomość, że to niemożliwe, była sama w sobie wystarczająco okropna, ale brak szansy na to, by go ujrzeć, by go usłyszeć, by znaleźć się blisko niego, zanim porwą go dni pełne obligatoryjnej świątecznej radości, czynił całość po prostu nie do wytrzymania.
Ktoś z ciała pedagogicznego, zainspirowany wydaniem najnowszej wersji Opowieści wigilijnej Dickensa na DVD, wpadł na genialny pomysł, by zwołać tych kilku pozostałych uczniów, którzy nie zwiali do domu po przerwie obiadowej, i wyświetlić im film na dużym ekranie w jednej z bardziej pojemnych klas pod nadzorem biedaka, który wylosował najkrótszą zapałkę. A podczas gdy młodzież będzie po cichu wariować z nudów, reszta grona wymknie się do pokoju nauczycielskiego na wymianę prezentów.
Przez lwią część filmu Arthur rysował coś bezmyślnie na skrawku papieru, od czasu do czasu rejestrując kątem oka, że przynajmniej ta ekranizacja nie próbowała ani ociekać sacharyną, ani wykazywać zapędów musicalowych. W pewnej chwili drzwi klasy otworzyły się niespodziewanie.
Nie uniósł wzroku, zakładając, że przemykająca bezszelestnie na tył klasy postać to jeden z pedagogów, który wpadł tu na chwilę, by przedyskutować z panią Liebowitz ważki temat dozwolonych w pokoju nauczycielskim alkoholi. Blask z korytarza, widoczny przez chwilę w uchylonych drzwiach, oświetlił na moment ciemne pomieszczenie i Arthur stwierdził, że część jego bazgraniny przypomina kształtem błyskawicę. Zaczął więc cieniować ją odpowiednio, gdy nagły podszept przeczucia kazał mu porzucić rysowanie i odwrócić głowę.
Eames.
Niemożliwie piękny jak zawsze, wędrował powoli wzdłuż jednej z tylnych ławek z rękoma wsuniętymi głęboko w kieszenie bezbłędnie (tym razem) skrojonych spodni, których materiał opinał się cudownie na jego pośladkach. Czarna koszula przylegała ściśle do szerokiego, pięknie wyrzeźbionego torsu, a kiedy zatrzymał się, by zrobić w tył zwrot, tkanina rozchyliła się lekko między kilkoma górnymi guzikami. Jego twarz nie wyrażała niczego, dopóki jakimś trafem nie złapał w półmroku spojrzenia Arthura.
I wtedy uśmiechnął się, szeroko i przyjaźnie, ale zanim Arthur zdołał zrobić coś więcej niż wyprostować się na krześle, Eames zniknął.
W krtani Arthura zakotłowało się coś w rodzaju bolesnego krzyku. Zdusił go natychmiast i wbił wzrok w swoje ułożone na ławce, roztrzęsione nagle ręce, na wpół świadomie zastanawiając się, kiedy jego własne uczucia tak skandalicznie wymknęły mu się spod kontroli.
Obejrzał resztę filmu szeroko otwartymi, nieruchomymi oczami. Wytłumił najdrobniejszy skrawek emocji, które mogłyby zagrozić jego opanowaniu, gdy tylko rozlegnie się dzwonek, sygnalizujący, że nadszedł czas na finalną szaloną rundę po mieście z Ariadne i kilkoma innymi osobami w poszukiwaniu prezentów gwiazdkowych.
Kiedy tylko przebrzmiał ostatni brzęk, Arthur opuścił klasę spokojnym, równym krokiem. Potrzebował jeszcze paru minut, żeby z zimną krwią stawić czoła temu, co go czekało. Wybierali się wprawdzie na zakupy grupą, ale to wcale nie dawało gwarancji, że Ari nie zacznie przypierać go bezlitośnie do muru, jeśli krótka obecność Eamesa nie umknęła również i jej uwadze.
Z westchnieniem pchnął zewnętrzne drzwi, chcąc czym prędzej znaleźć się przy jej samochodzie, zanim wyśle za nim ekipę poszukiwawczą, i nagle stanął jak wryty.
Padał śnieg.
Arthur podniósł oczy na pociemniałe niebo i przyglądał się płatkom szybującym majestatycznie w bladym jeszcze świetle latarni. Gdzieś od strony szkoły dobiegły dźwięki świątecznej muzyki. Świeży podmuch wiatru porwał ze sobą gasnące, przesłodzone nuty White Christmas i posłał wirujące chmary śnieżnych gwiazdek prosto na rzęsy Arthura.
Ludzie ciągnęli w kierunku parkingu, niektórzy z zapałem rzucali w siebie ulepionymi ze śniegu kulami, niemniej górowała tu cisza, jak gdyby śnieg wydał wszystkim łagodny, choć stanowczy nakaz opuszczenia terenu szkoły i powiększenia nieuniknionego korku na ulicach, odwiecznego towarzysza niewinnej zimowej bieli.
Arthur poruszył przyprószoną brwią. Niewiele pomogło, żeby wyklarować wizję, ale wątpił, że coś tak mało dramatycznego jak sypiący śnieg powstrzyma Ariadne przed jej awaryjnymi zakupami. Mimo tego nie mógł ruszyć się z miejsca, niemal zahipnotyzowany dźwiękami pianina i zawadiackiej irlandzkiej melodii, które wylewały się teraz z głośników w oddali. Stał więc z odprężonym uśmiechem na twarzy i nie przestawał wpatrywać się w opadające płatki.
— Przepięknie — wyszeptał i zamknął oczy. Śnieg osiadał i topił się na jego powiekach, pozostawiając dziwnie zmysłowe wrażenie.
— O, z całą pewnością — potwierdził Eames cichym mruknięciem gdzieś u jego boku. Arthur stwierdził, że nie jest nawet w stanie drgnąć z zaskoczenia: nagła obecność nauczyciela była aż nazbyt perfekcyjna, tu i teraz, w tym czystym zimowym powietrzu, pieszczącym jego skórę lodowatymi pocałunkami, więc gdy otworzył oczy — powoli i z kocim zadowoleniem — część jego umysłu dziwiła się, czy czasem nie śni.
Eames przyglądał mu się z półuśmiechem. Jego ręce wciąż tkwiły w kieszeniach spodni, choć teraz miał na sobie krótki, dwurzędowy płaszcz, w którym wyglądał jak wycięty żywcem ze stron jakiegoś romansu. Arthur nie potrafił odpowiedzieć inaczej niż tylko uśmiechem.
— Podwieźć cię do domu? — zapytał Eames, zlizując płatek śniegu z dolnej wargi. Arthur zdusił jęk, który miał wyrażać zachwyt i jednocześnie żal, uświadomił sobie bowiem w tej samej chwili, że Ariadne przypuszczalnie zgrzyta już zębami z niecierpliwości.
Otworzył usta, by odmówić z podziękowaniem, udając, że nie oddałby wszystkich prezentów swojego życia, łącznie z przyszłymi, za szansę spędzenia paru dodatkowych minut w śnieżnej zadymce, ale zanim zdążył wypowiedzieć słowo, usłyszał, jak ktoś woła jego imię.
Odwrócił się jednocześnie z Eamesem i zmarszczył czoło na widok cholernego Roberta Fischera, wyróżniającego się niemożliwie błękitnymi oczami oraz (według skrytych podejrzeń Arthura) rosnącym uwielbieniem swojego Laertesa do arthurowego Hamleta. Fischer stał w połowie drogi między parkingiem a szkołą i machał do niego, wyraźnie dygocząc z zimna.
— Arthur! Ariadne kazała cię zawołać, inaczej nie damy rady zaliczyć dziś wszystkich sklepów!
Arthur uniósł rękę i dał mu znak, który w jego nadziei zostanie odczytany jako „dobra, zaraz tam będę”, a nie „siądź koło mnie na tylnym siedzeniu tak blisko jak na próbach”, po czym odwrócił się do Eamesa. Uśmiech nauczyciela nie obejmował już całkowicie jego oczu — a może było to tylko pobożne życzenie Arthura.
— Ehm, my… wybieramy się po prezenty — szepnął i wargi Eamesa wygięły się z dokładnie taką samą życzliwością jak przedtem, co napełniło Arthura czymś na kształt pogardliwego rozczarowania. Patrzył, jak Eames ruchem głowy wskazuje Fischera.
— W takim razie cię nie zatrzymuję — powiedział szorstko, niemniej przyjaźnie, dokładnie tak, jak powinien brzmieć nauczyciel w ostatni dzień przed feriami, i Arthur poczuł, że kruszy się w nim resztka poprzedniego zadowolenia. Skinął głową i odszedł z wrażeniem idiotycznego ciężaru w sercu.
— Wesołych świąt, Arthur! — zawołał za nim Eames głosem wytłumionym przez muzykę i gęste od śniegu powietrze. Arthur pomachał mu na odchodnym.
— Nawzajem, panie profesorze! — odkrzyknął, ale bez oglądania się za siebie, bo nie dowierzał, że uda mu się to zrobić naturalnie i bez żalu. Szedł więc z zaciśniętymi szczękami, zalewany potokiem wesołej paplaniny Fischera wśród słabnących dźwięków muzyki, która gasła wraz z echem — niechętnego? — pożegnania Eamesa.
… sam temu nie poradzę, wszystkie swoje marzenia oparłem na tobie3.

+++

Boże Narodzenie jak zwykle było jednym wielkim pasmem nieprzerwanych wizyt rodzinnych, połączonych z wymianą prezentów, nad którymi wszyscy łamali sobie głowy przez długi czas i o których w całym zamieszaniu natychmiast zapominano. Arthur szczerze uwielbiał swoją wielką rodzinę i z przyjemnością odwiedził ją w towarzystwie matki i Ricka. Przejedzony i rozleniwiony, uśmiechał się nad cudownie zwariowanymi dziwactwami krewnych, ale między kęsami świątecznego indyka i przekomarzaniem z kuzynami zagapiał się od czasu do czasu w ciemność za oknem, gdzie śnieg już dawno zdążył stopnieć, i czuł, jak żołądek ściska mu coś podobnego do tęsknoty.
A potem, nie wiadomo kiedy, święta minęły i Arthur kolejny raz znalazł się w swoim jaskrawo oświetlonym supermarkecie, wybierając składniki na tradycyjną poświąteczną „wyżerkę” z sąsiadką, panią Moore.
Pani Moore uwielbiała go od chwili, kiedy wprowadził się wraz z matką kilka domów dalej i, co wyszło na jaw całkowicie przypadkowo, znała jego ojca z czasów, gdy był chłopakiem w wieku Arthura.
Arthur zaadoptował ją jako kogoś w rodzaju honorowej babci, choć nie od razu. Prawdę mówiąc, początkowo jej uporczywy wzrok i litanie na temat cudownego charakteru ojca wydawały mu się co najmniej osobliwe — do pewnego dnia, w którym spóźnił się na autobus. Stało się to nie do końca niezamierzenie: Arthur, wówczas niespełna szesnastoletni, był aż nazbyt chętny, by pozwolić szkolnej gwieździe futbolu (biegacz o niemal anielskiej urodzie, niezupełnie w typie Arthura, ale kto w tym wieku przejmowałby się podobnymi drobiazgami?) pokierować swoją świeżo rozbudzoną seksualnością przy pomocy paru niezobowiązujących schadzek po treningu. Gdyby tylko pozostali członkowie drużyny futbolowej mieli równie nieskrępowany stosunek do ich niewinnych eksperymentów…
Tamtego wieczoru Arthur zdecydował się wrócić do domu pieszo, zwłaszcza że ból rozciętej wargi i rozbitego, uparcie krwawiącego nosa był wystarczającym argumentem za trzymaniem się z dala od tapicerki siedzeń w autobusie. Krew spływała mu za kołnierz i lepiła się nieprzyjemnie do skóry. Mijał właśnie dom pani Moore i nie zdążył ujść dalej niż parę kroków, gdy zaniepokojona sąsiadka wypadła na ulicę jak burza, zasypała go gradem pytań i zaciągnęła do siebie. Arthur zazwyczaj był dumny ze swojej niezależności i daleko posuniętej samodzielności, ale w sytuacji, gdy pięciu nieźle wyrośniętych młodzieńców poświęciło sporo ze swego cennego czasu, by stłuc go na kwaśne jabłko, z wdzięcznością przyjął oferowaną przez starszą panią pomoc.
Opowiadała mu o swoich synach i wnukach, ale dopiero po kilku odwiedzinach w jej mieszkaniu (z okazji zakupów, dostarczenia paczuszki od matki, załatwienia specjalnego gatunku sosu vinagraitte, którego sąsiadka nigdzie nie potrafiła znaleźć) Arthur zorientował się, że ludzie tak bezgranicznie kochani przez panią Moore dziwnym zrządzeniem losu zapominają odwzajemnić się jej zbliżonym uczuciem.
Od tamtej chwili minęły już dwa lata i Arthur nie miał pojęcia, co stanie się z nią, gdy wyjedzie na studia. Jak ona poradzi sobie bez wspólnych kolacji, które urządzali sobie parę razy w miesiącu? Na pewno będę do niej pisał, myślał, starannie wybierając i wkładając do koszyka rzeczy, które lubiła (a które jednocześnie nie szkodziły jej kapryśnemu żołądkowi), ona zaś będzie pokazywać jego listy swoim równie przerażająco troskliwym przyjaciółkom. Mógłby też przysyłać jej prezenty, ale w taki sposób, by nie wyglądało, że zawraca sobie nimi głowę — cecha, której pani Moore pozornie w nim nie lubiła.
Przeszedł do działu z artykułami do pieczenia i zapakował do koszyka składniki na deser. Postanowił, że zrobi ciasto z ananasem. Pani Moore uczyła go kiedyś gotowania (mizernie jej to wychodziło), a potem nie mogła wyjść z zachwytu nad rozkwitem jego talentów kulinarnych, wysoce przewyższających jej własne. Odtąd za każdym razem, gdy ją odwiedzał, przygotowywał do jedzenia coś, czym napychali się potem po uszy. Był zwolennikiem tradycyjnego, powolnego gotowania od podstaw, bez półproduktów, i lubił, kiedy dom napełniał się kuszącym aromatem, podczas gdy oboje oglądali stare filmy. Wspólne wieczory sprawiały im obupólną przyjemność — pani Moore trzymała go pieszczotliwie pod pantoflem, a on z rozkoszą odsłaniał przed nią wciąż ukryte szczątkowo w jego wnętrzu dziecko. Było to na swój sposób kojące i Arthur ubóstwiał te chwile. Jak i samą panią Moore.
— Panie i panowie, to niesamowite. On nawet piecze. Coś nieprawdopodobnego.
Arthur znieruchomiał i na sekundę przymknął oczy, z palcami wciąż opartymi o półkę z cukrem waniliowym. Jego umysł dokonał błyskawicznej analizy, czy nie najwyższy czas udać się ze swoją obsesją do specjalisty, skoro pod jej wpływem zaczyna cierpieć na omamy słuchowe. Odwrócił się powoli i spojrzał na mężczyznę opartego o regał po przeciwnej stronie przejścia.
— Eames — wyszeptał z czymś niepokojąco zbliżonym do czci.
Mężczyzna uśmiechnął się kącikiem ust.
— Witaj, skarbie — powiedział melodyjnie — Miałeś przyjemne święta? — Wyprostował się i zbliżył do Arthura, chwiejąc się przy tym odrobinę. Arthur zerknął szybko na jego zaczerwienione policzki, lekko opadnięte powieki i leniwy, seksowny jak sama cholera uśmiech, po czym sam wyszczerzył się w duchu od ucha do ucha.
— Jesteś pijany — powiedział z miękką naganą i zaraz urwał, bo Eames podszedł jeszcze bliżej, przyłożył sobie palec do warg i rozejrzał się czujnie dokoła, jak gdyby podejrzewał, że cała dyrekcja szkoły ukrywa się za stosem paczek z mąką.
— Ciii. Jestem tylko podchmielony. To coś zupełnie innego, zapewniam cię. — Spróbował przybrać minę pełną powagi, zniweczył jednak cały efekt, zataczając się ponownie. — Ale spójrz na siebie, skarbie, wzorze domatora zachwyconego widokiem półek z dodatkami do ciasta! Założysz sobie fartuszek? Absolutnie domagam się zdjęć, nie mówiąc już o przynajmniej jednym kawałku tego, co zrobisz. Cokolwiek by to nie było. Nikt mnie nie przekona, że nie jesteś potajemnym smakoszem, więc w ciemno żądam porcji… tego czegoś. A co to będzie, swoją drogą? To, co chcesz upiec? Czy zapiec? Nie, upiec.
Arthur gapił się bez słowa, a bulgoczący w gardle śmiech wyrwał się z jego ust, zanim zdążył nad sobą zapanować. Eames spojrzał na niego spod ściągniętych z udawanym wyrzutem brwi. Rumieniec na jego twarzy pogłębił się odrobinę.
— Boże, jesteś po prostu nawalony — wychichotał Arthur z niedowierzaniem i jednoczesnym zachwytem. — I co ty tu w ogóle robisz?
Eames westchnął i oparł się o regał tuż obok Arthura. Pochylił się ku niemu i konspiracyjnie obniżył głos do tego stopnia, że Arthur również musiał przysunąć się bliżej, by dosłyszeć to, co miało mu zaraz zostać zdradzone w tak wielkiej tajemnicy.
— Ajerkoniak — mruknął Eames cicho. — Już po tamtej stronie oceanu nie przepadałem za tym specjałem, ale Cobb nalegał, żebyśmy wypróbowali przepis jego matki. Cóż, wciąż nie zmieniłem zdania, ale trzeba przyznać, że nieźle uderza do głowy. A chociaż wy nie obchodzicie tutaj drugiego dnia świąt, nie widziałem powodu, dlaczego też miałbym zrezygnować ze starej, dobrej tradycji. Zostało tego trochę w lodówce i pomyślałam sobie, czemu nie? Tylko że akurat dzisiaj nie miałem żołądka wypchanego jakąś cholerną pieczenią, no i… — Wzruszył ramionami, niedbale i nieskoordynowanie, i Arthur aż się zatrząsł, rozumiejąc nagle, że oto ma przed sobą Eamesa-faceta, a nie Eamesa-nauczyciela. Zanim jednak gwałtowny poryw ciepłych uczuć zamienił mu kolana w galaretę, kilka z usłyszanych właśnie słów doczekało się bolesnej interpretacji. Wnętrzności Arthura zawiązały się nagle na supeł.
— Cobb? — powtórzył swobodnie, nie mając pojęcia jak, na wszystkie świętości, ma zachować kontrolę nad sobą, jeśli Eames potwierdzi, że owszem, spędził święta ze swoim ukochanym i głupim przepisem na ajerkoniak matki wspomnianego ukochanego, a w przerwach między wzajemnym podkarmianiem się kawałkami indyka leżał najedzony w jego objęciach i czekał, aż obaj nabiorą nowych sił, by znów spojrzeć sobie w oczy w subtelnym blasku choinkowych lampek, a potem…
— Tak, Cobb. On i Mal, czyli twoja była pani Girard-Hughes, Arthur, uparli się, żebym spędził święta u nich. Co było cholernie przyzwoitą propozycją, jeśli uwzględnić, że to ich ostatnia szansa na Boże Narodzenie tylko we dwoje, zanim urodzi się szkrab. W dodatku, możesz mi uwierzyć, nie ma człowieka na tym świecie, który dobrowolnie odrzuciłby możliwość skosztowania kuchni Mal. Och, och, Arthurze, czy ty słyszysz to co ja? — Uniósł głowę i ponownie oparł ją o sklepową półkę. Na jego twarzy zagościł wyraz nagłego uwielbienia, czyniąc ją niemal piękną.
Arthurowi zaparło dech w piersi zarówno na ten niemożliwie oszałamiający widok, jak i pod wpływem tego, co właśnie powiedział Eames.
Nie spędził świąt ze swoim chłopakiem.
Uśmiechnął się — radośnie, triumfalnie i otwarcie. Mógł to zrobić bez obaw, ponieważ oczy Eamesa wciąż były rozkosznie przymknięte.
— Słyszę co? — zapytał odrobinę za wesoło. Nie miał pojęcia, o co chodzi Eamesowi, bo docierały do niego jedynie typowe dźwięki sklepu: przytłumione głosy innych klientów nałożone na przezroczystą marketową muzykę pod zakupy.
Some Enchanted Evening4 — wybełkotał Eames z miną wyrażającą czysty zachwyt. Arthur wsłuchał się w wygrywaną przez kiepskie głośniki saksofonową melodię i stwierdził, że to rzeczywiście ta piosenka. — Pewnego zaczarowanego wieczoru… — zaśpiewał Eames cicho, podchodząc z uśmiechem do Arthura i biorąc go za dłoń. Jednocześnie otoczył go wolnym ramieniem i złapał za łokieć ręki, którą Arthur popychał koszyk na zakupy. — … ujrzysz nieznajomego na drugim końcu zatłoczonej sali, i w tej samej chwili coś ci podszepnie, że będziesz go odtąd widywać, wciąż od nowa, potem, gdzieś indziej… Co? Nie przyłączysz się do mnie tym razem, skarbie?
Arthur zamrugał i powstrzymał się, żeby nie wtulić się mocniej w ramiona Eamesa, który autentycznie próbował pociągnąć go do powolnego tańca. Potrząsnął głową i uśmiechnął się szeroko, gdy Eames nie zrezygnował z podejmowanych wysiłków.
— No to przynajmniej zatańcz ze mną. Jeśli będziesz nadal tkwił tak bez ruchu, ludzie pomyślą, że chcę ukraść ci zakupy, a nie zaszaleć z tobą na parkiecie.
Arthur poruszył brwiami i pozwolił Eamesowi kołysać się wolno w miejscu, ledwo przestępując z nogi na nogę w narzuconym przez niego rytmie.
— Nie chcę burzyć pana iluzji, Eames — powiedział ze sztuczną powagą — ale to ani nie parkiet, ani nie muzyka, przy której można szaleć. — Poczuł, jak palce nauczyciela zaciskają się na nim w odpowiedzi.
— Ciii, najdroższy, rujnujesz magię chwili. — Eames nucił cicho, idealnie podkreślając gasnące, ochrypłe tony saksofonu. — Zostaw tego pana i zdradź mi lepiej, jak minęły ci święta.
— Dobrze. Nawet świetnie. Widziałem się z rodziną. Przejadłem się. Czyli to, co zwykle. — Uśmiechnięty Eames nie przestawał nucić, jego cichy i głęboki głos otulał Arthura jak dym, a wygięte wargi emanowały czymś zapraszającym i intymnym. Przełknął ślinę i spróbował przemówić sobie do rozsądku (Nie, nie przytulę się do niego i nie oprę głowy na jego ramieniu. Boże, on naprawdę jest wyższy ode mnie, czemu zawsze o tym zapominam?). — A dzisiaj jestem, hmm, w pewnym sensie umówiony ze swoją sąsiadką. Mamy taki zwyczaj, że robimy sobie długie wieczory, jemy coś, oglądamy filmy i po prostu gadamy. To… to naprawdę świetna sprawa, lubię się z nią spotykać i dziś chcę upiec dla niej ciasto, a potem obejrzymy sobie Koło Fortuny i jakiś film, i…
Urwał, widząc szeroki uśmiech Eamesa i jego rozpromieniony, niemal dumny wzrok.
— To brzmi jak idealny scenariusz na drugi dzień świąt — oświadczył Arthurowi z zadowoleniem. — Doskonale to sobie zaplanowałeś.
Arthur bez powodzenia spróbował powstrzymać rumieniec. Szybko oblizał wargi i zignorował dziwne spojrzenie, które rzuciła im stojąca przy końcu regału kobieta.
— Jaki drugi dzień świąt5? Znów pan… znów o nim wspominasz, a Boże Narodzenie już przecież minęło.
Eames odpowiedział szerokim uśmiechem. Arthur poczuł, jak koszyk wbija mu się w biodro, gdy obaj, wziąwszy lekki półobrót, przysunęli się do siebie odrobinę bliżej, nieznacznie i niewinnie. Serce Arthura aż zakłuło ze szczęścia.
— To stara angielska tradycja, zwana Boxing Day. Chodziło w niej o rozdawanie jałmużny ubogim na Świętego Stefana, czyli w dzień po Bożym Narodzeniu. Oczywiście dziś większym powodzeniem niż datki cieszą się wielkie wyprzedaże, moim zdaniem tragiczne zjawisko, bo czy zamiast biegać po sklepach nie lepiej byłoby podrzemać sobie przed telewizorem i wreszcie strawić to, czym wypchało się brzuch podczas świąt? Najlepiej w towarzystwie kogoś, kogo się bardzo lubi. A potem najeść się po uszy od nowa. Arthur, skarbie, co powiesz na zgrabne wygięcie w tył?
Zanucił melodyjnie, tym razem głośniej, akcentując punkt kulminacyjny piosenki. Arthur roześmiał się i porzucił próby wyłowienia prawdy z tego, co powiedział mu Eames. Napiął mięśnie nóg i zatrzymał się w miejscu, patrząc na nauczyciela z najsurowszą miną, na jaką mógł się zdobyć.
— Eames, spróbuj tylko przegiąć mnie do tyłu, a obiecuję, że nie dożyjesz wieczoru.
Eames wsunął sobie język między zęby i zachichotał. Ścisnął rękę Arthura i przymierzył się do odpowiedzi, kiedy nagle przypadł do nich jasnowłosy, zaaferowany mężczyzna.
— O nie, nie, Eames, spokojnie, nie zaczynaj. Puść tego chłopaka. Boże, strasznie przepraszam. Mój znajomy jest Anglikiem i trochę wypił, ale ogólnie jest niegroźny i… Rany boskie, zostaw wreszcie tego miłego chłopca w spokoju, Eames!
Arthur ze zdumieniem patrzył, jak Eames kwituje nerwowe słowa nieznajomego zniecierpliwionym wywróceniem oczu.
— W porządku, Dom, Arthur doskonale wie, jak bardzo jestem podpity i jak bardzo angielski. Prawda, skarbie?
Arthur rzucił bliskiemu rozpaczy mężczyźnie uspokajający uśmiech. Przez krótką chwilę zastanawiał się, czy życie nie byłoby lepsze, gdyby mieć do Eamesa czysto przyjacielski stosunek, zamiast doszukiwać się w każdym wypowiedzianym przez niego słowie choćby miniaturowej cząsteczki pragnienia.
— Naprawdę wszystko w porządku — odezwał się, obserwując, jak promieniujący z niego spokój przenosi się na nieznajomego. — Jestem przyzwyczajony do jego wygłupów, chociaż pierwszy raz widzę go pijanego. Reszta mnie już nie dziwi. — Wyswobodził się z delikatnie z trzymających go ramion. Piosenka dobiegła końca i chciał jako pierwszy przerwać kontakt, zanim zrobi to Eames. Wyciągnął rękę do przybysza.
— Jestem Arthur. A pan ma na imię Dom, dobrze usłyszałem?
Dom skinął głową i już uspokojony potrząsnął jego dłonią.
— Dom Cobb, przyjaciel i nieszczęsna eskorta wstawionych Anglików. Miło mi cię poznać.
Uśmiechnęli się do siebie, na co Eames prychnął pod nosem.
— No świetnie, teraz obaj możecie połączyć siły i zacząć roztrząsać, jaki jestem nieznośny. Szkoda, że nie dałem nogi, zanim mieliście szansę się spotkać.
— Bez obaw, Eames, na pewno spotkalibyśmy się później na jakiejś poświęconej tobie terapii grupowej — pocieszył go Dom kpiącym tonem. Arthura ogarnęło nagłe poczucie niedosytu, teraz, gdy był świadkiem przyjaźni, do której sam nigdy nie będzie miał prawa, niezależnie od tego, jak radośnie Eames zareagował na jego widok.
— Muszę już iść — powiedział, wypierając ze świadomości dotkliwy brak czegoś ważnego w swoim życiu. Uśmiech Eamesa zbladł. Dom przyglądał się im z wręcz groteskowo nic niemówiącą miną.
— Bo ciasto czeka, aż je upieczesz?
Arthur uniósł leciutko kąciki ust i skierował wzrok w dół, bo w ten sposób przyszło mu łatwiej nakazać sobie, by nie łapał się tej chwili niczym zdesperowany idiota.
— Dokładnie — potwierdził z tym samym grzecznym półuśmiechem skierowanym do Doma. — Cieszę się, że pana poznałem, Dom. Wszystkiego dobrego na nadchodzący rok.
— Nawzajem — odpowiedział Dom, wpatrując się w niego ze zmarszczonymi lekko brwiami. Arthur w ostatniej chwili zapanował nad twarzą, kiedy zrozumiał, że Cobb powoli kończy składanie pojedynczych faktów w całość.
— Przyjemnej reszty świąt, Eames — zwrócił się do nauczyciela i cofnął o krok, jakby chciał uciec przed tym, czego się zaraz spodziewał. — Zobaczymy się w nowym roku.
Już niemal odchodził, gdy usłyszał głos Eamesa, ciepły, niewymuszony, miękki od okrągłych samogłosek.
— Do przyszłego tygodnia, Arthur. Próba już w pierwszy dzień po feriach, pamiętaj.
Dom zerknął na niego tak błyskawicznie, że Arthur nie miał nawet czasu ukryć drobnego skrzywienia.
— Próba? — powtórzył z pozorną swobodą, której zaprzeczył nagły podejrzliwy błysk w jego oczach.
— Arthur to mój Hamlet. — Eames uśmiechnął się błogo. Arthur przełknął ślinę i pożałował, że sam nie ma na podorędziu wymówki z nadużyciem alkoholu, która usprawiedliwiłaby stan, w jakim znalazł go Dom: rozanielonego, z cielęcym zakochaniem wypisanym na twarzy i nie próbującego nawet uwolnić się z ramion Eamesa.
— Chodzisz do Dysona? — pytał dalej Cobb, mrużąc oczy. — Kto uczył cię wcześniej angielskiego? Pani Girard-Hughes?
Arthur przytaknął powoli i zaczerwienił się, wyobrażając sobie, jak Dom opowiada żonie o żenującym zachowaniu jednego z jej ulubionych uczniów. Cobb rzucił mu skąpy uśmiech.
— Zabawne. Wcale nie wziąłbym cię za kogoś, kto jeszcze chodzi do szkoły — skomentował ostrożnie. Arthur o mało nie wykrzyczał mu prosto w twarz swojego wieku, powstrzymał się jednak, bo takie zachowanie zdyskredytowałoby go całkowicie jako osobę zachowującą się dorośle.
— Naprawdę muszę już iść — powiedział przepraszającym tonem, pomijając ostatnie słowa Doma. — Moje ciasto nie upiecze się samo. Szczęśliwego nowego roku. Proszę pozdrowić panią Cobb.
Wyminął obu i skręcił w najbliższe przejście między regałami w stronę oszklonych zamrażarek. Widział na ich powierzchni odbicie Eamesa i Doma, którzy patrzyli w ślad za nim. Potem Cobb pochylił się i szepnął coś, co sprawiło, że mina Eamesa stwardniała, w jednej chwili gubiąc wszelkie ślady ciepła. Arthur popędził ile sił w nogach do kasy, żeby uciec przed tym widokiem.
Kilka godzin później, objedzony ananasowym ciastem i makaronem vermicelli6, wciąż miał przed oczami ten jeden obraz: twarz Eamesa zastygłą w reakcji na bezlitośnie zdradzoną przez Cobba prawdę o uczuciu Arthura.
— Drań — szepnął do siebie. Miał nadzieję, że wieczór przed telewizorem pani Moore opóźni nieunikniony ból — i że Eames był dziś wystarczająco pijany, by zapomnieć, co powiedział mu przyjaciel. A najlepiej zapomnieć, że w ogóle spotkał Arthura.

+++

W życiu Arthura, podobnie jak i dla reszty świata, nastał nowy rok.
Leżał w łóżku i wsłuchiwał się w dobiegające z zewnątrz wiwaty, towarzyszące wybiciu dwunastej. Poprzedzające północ cztery godziny spędził na imprezie w domu Ariadne — odpowiednio wielkiej imprezie, jako że oprócz Sylwestra obchodziła ona również swoje urodziny, które przypadały na pierwszego stycznia. Ari od lat świętowała obie okazje naraz, dzięki czemu tylko raz musiała łamać sobie głowę nad odpowiednio zabójczym strojem. Arthur za to łamał teraz własną: szacował prawdopodobieństwo, że Ariadne nie wykasowała nagranego telefonem filmiku z nim w roli głównej (śpiewającym po pijanemu Lady Gagę) w odwecie za jego przedwczesne wyjście z przyjęcia. Chciał zostać dłużej, ale nadużycie alkoholu wywołało atak melancholii i wolał zejść ludziom z oczu, zanim zauważą jego godny pożałowania stan.
Patrzył na sufit, na którym tańczyły odblaski ekranu wyciszonego telewizora. Czuł przenikające go na wskroś zmęczenie i wciąż utrzymujące się lekkie odurzenie wypitymi drinkami. Spacer do domu złagodził nieco alkoholową chandrę, wprawił go za to w nastrój przytępionej refleksji i skłonił do retrospekcji. Arthur miał wrażenie, że widzi minione wydarzenia nieostro, jak przez mgłę.
Jego myśli splątały się i zawirowały, a oczy przymknęły powoli wśród odległych (i okropnych) dźwięków Auld Lang Syne7, podczas gdy resztka świadomości szeptała mu, że z chwilą nadejścia nowego roku powinien kogoś pocałować na dobrą wróżbę wielu pocałunków przez kolejne trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Zanim zasnął na dobre, przytulił do swojej piersi wspomnienie Eamesa, a potem, już we śnie, wdychał go, smakował i całował tak mocno i czule, że gdy się obudził, jego nabrzmiałe wargi pulsowały bólem.

+++

Tydzień później Arthur i Ariadne przedzierali się przez wlewające się do szkoły masy uczniów, którzy mieli sobie do opowiedzenia rzeczy nie cierpiące zwłoki nawet tak niewielkiej jak zrobienie kilku kroków w głąb budynku. Wymieniano plotki decydujące o życiu lub śmierci i odświeżano przyjacielskie więzi po dwóch tygodniach bolesnej rozłąki.
Brnęli przez tłum w kierunku swoich szafek. Arthur udawał, że wcale nie jest zaniepokojony tym, co Dom Cobb mógł powiedzieć Eamesowi o jego widocznym jak na dłoni zauroczeniu. Ariadne udawała, że wcale nie nadciąga sobie mięśni szyi rozglądając się za najmniejszym śladem obiektu swojego pożądania.
— Chyba zauważyłeś już — powiedziała, skanując wzrokiem korytarz i nie patrząc nawet przy tym na wyjmowane z szafki i wkładane do torby książki — że oboje jesteśmy niemożliwie żałośni. Jakby ktoś wyciął nas z banalnego serialu dla nastolatków, nie uważasz?
Arthur spojrzał na nią i uniósł z politowaniem brew.
— Nie mam pojęcia, o czym mówisz — odparł wyniośle. Ariadne wybuchnęła śmiechem, który nagle uwiązł jej w gardle. Odwróciła się gwałtownie do Arthura, czerwona po uszy, a on zrobił krok w bok, robiąc przejście maturzyście o gęstych, czarnych włosach i szerokim, przyjaznym uśmiechu na twarzy.
— Co za chaos, prawda? — zaśmiał się chłopak i ruszył dalej. Arthur zagryzł wargi na widok Ari, która o mało nie zadławiła się swoim językiem, usiłując sklecić naprędce jakąś błyskotliwą odpowiedź, zanim jej miłość oddali się na dobre.
— Tak — powiedziała, na co Yusuf (Arthur znał jego imię, nasłuchał się wystarczająco, jak Ari wzdycha) uśmiechnął się lekko i znikł w kłębiącym się mrowiu uczniów. — Chaos… — powtórzyła Ari smutno i popatrzyła za nim, po czym obróciła się wolno, by rzucić Arthurowi mordercze spojrzenie. Arthur, którego rozbawienie osiągnęło w międzyczasie niemożliwy do ukrycia poziom, obawiał się, że na spojrzeniu się nie skończy, zanim jednak Ari zdążyła rozprawić się z nim głośno, poleciał w przód, potrącony przez kogoś, kto właśnie przechodził obok w pośpiechu. Obejrzał się i wytrzeszczył oczy.
— Chryste, przepraszam, Arthur. Chyba wszyscy tu dziś powariowali. — Eames rzucił Ariadne i sparaliżowanemu z wrażenia Arthurowi przelotny uśmiech i podjął przecieranie sobie ścieżki przez tłum, pokrzykując na stojących mu w drodze uczniów.
— Yhm — wydusił Arthur słabo. Popatrzył na swoje roztrzęsione ręce, a potem poczęstował Ari swoją wersją zabójczego wzroku. Tym razem nadeszła jej kolej, by zapiszczeć ze śmiechu. — Ani słowa — zawarczał. Ari pantomimicznie zamknęła usta na kłódkę i wyrzuciła kluczyk.
Arthur przewrócił oczami i zaczął szybko sortować swoje książki, żeby nie spóźnić się na pierwszą lekcję.
— Zobaczymy się na obiedzie — powiedział miłym, uprzejmym tonem, uśmiechając się do Ariadne.
Ari zarzuciła torbę na ramię i zrewanżowała się podobnym uśmiechem.
— Naturalnie. No to na razie. — Mrugnęła mu na pożegnanie i rozstali się, każde zwrócone w swoją stronę.
Przy schodach Arthur przystanął na moment.
— ZAKOCHANA W CHEMIKU! — wrzasnął i dał błyskawicznego nura naprzód, pędząc jak strzała po stopniach w górę. Wyszczerzył się jak głupi i roześmiał z zachwytem, gdy chwilę później poczuł wibrację telefonu. Wyjął go u szczytu schodów.

sam wpadles po uszy— zabujany bez pojecia w nauczycielu!!!!!

Skasował wiadomość (na wszelki wypadek), ale uśmiech nie schodził mu z ust przez całą drogę do klasy.

+++

Dzień wlókł się niemiłosiernie, jak zawsze, gdy po południu czekały ich próby, i Arthur miał aż nadto czasu, by przeanalizować od każdej strony, czy Eames mógł pamiętać ich rozmowę oraz zaimprowizowany powolny taniec w „drugi dzień świąt”. I gdy już był bliski podsumowania, że w zasadzie zachował się w sklepie całkiem przyzwoicie, przypomniał sobie zmrużone, wszystkowidzące oczy Cobba, starannie notujące każde jego drżenie i rumieniec, nawet wtedy, gdy wyślizgnął się już z ramiona Eamesa. Arthur po prostu wiedział, że Dom musiał ostrzec swojego przyjaciela o ewidentnym, głupim uczuciu równie głupiego smarkacza.
W trakcie ferii, podczas długich, samotnych dni bez Eamesa, Arthur przygotował sobie pewien plan, niezbyt pociągający co prawda, ale teraz wydało mu się najważniejsze, żeby stworzyć między nimi dystans. Oczywiście nie ostentacyjnie, ale tak, by nauczyciel nie podejrzewał, że spragniony jego bliskości Arthur chłonie każde wypowiedziane przez niego słowo.
Oczywiście samo posiadanie planu nie gwarantowało jeszcze jego powodzenia.
Maurice nie zjawił się w szkole z powodu zapalenia migdałków, i choć jego nieobecność była dużym plusem dla każdego, kto był skazany na jego towarzystwo, nikt nie spodziewał się cieszyć długo tym faktem. Eames nie zdołał bowiem dopracować do końca zasad zastępstwa, jako że a) planowano tylko jedno przedstawienie oraz b) każda nieobecność, która nie była usprawiedliwiona „cholernie zrozumiałym powodem” miała prowadzić do trwałego oddania roli dublerowi.
Zapalenie migdałków, podobnie jak ospa wietrzna, spełniało (niestety) warunki cholernie zrozumiałego powodu.
W każdym razie Maurice siedział chory w domu — Arthur miał nadzieję, że z podgardlem obrzmiałym jak u paskudnej ropuchy, którą był — jeszcze co najmniej przez kilka najbliższych dni, a że Eames dawał im ostro w kość i przerabiał całą sztukę minimum raz w tygodniu, po prostu nie mogli sobie pozwolić na zredukowaną obsadę.
Mieli już za sobą ponad połowę pierwszego aktu z Fischerem w podwójnej roli Laertesa i Poloniusza, kiedy stało się boleśnie jasne, jak bardzo zaistniała sytuacja spowalnia ich tempo. Fischer, zaskakująco dobry i przekonujący we własnej, przypisanej mu postaci, wyraźnie tracił formę, kiedy przychodziło mu odczytywać ze skryptu słowa Poloniusza.
— Stop, stop. — Eames wszedł na scenę i położył Fischerowi rękę na ramieniu. Arthur zagryzł wargi, żeby nie zawyć z zazdrosnej furii. — Robert, świetnie sobie radzisz i dajesz z siebie wszystko, dziękuję ci za to z głębi serca, ale cała rzecz powoli robi się śmieszna. Nikt nie oczekuje od ciebie, żebyś był własnym ojcem. To nie tylko koszmar rodem z Freuda, ale i dotkliwy cios dla mojego skądinąd precyzyjnie skoordynowanego planu prób. Uwzględniwszy powyższe — przechwycił kartkę z ręki Fischera i ku ogólnej radości zebranych cisnął ją na ziemię — wezmę na siebie rolę Poloniusza. A uściślając, będę podrzucał jego kwestie, zaś pan Maurice, gdy już wyzdrowieje, zajmie się doprowadzaniem swojej postaci do perfekcji. Reszta z was będzie zachowywać się tak, jakby nic nie uległo zmianie. Zrozumiano?
Zespół odpowiedział podekscytowanym pomrukiem zgody. Serce Arthura przyspieszyło, a po skórze przebiegł dreszczyk emocji na myśl o prawdziwym graniu z nauczycielem.
Zaczęli drugi akt i Arthur robił wszystko, co mógł, żeby nie zacząć skakać z zachwytu. Eames nie czynił żadnych starań, by zlać się z Poloniuszem w jedno, zamiast tego krążył wokół swoich aktorów i obserwował ich poczynania z uwagą drapieżnika czyhającego na ofiarę, sprawdzał i korygował każdy szczegół gry wymagający jego interwencji, po czym niezauważalnie powracał do dyskretnego odgrywania roli… och.
Arthur zakrył usta dłonią, by zatuszować uśmiech, którego zatuszować się nie dało.
Eames naśladował Maurice’a — jego opadające ramiona, sposób, w jaki lekko zwieszał głowę i wyciągał szyję, sugerując grzeczne zainteresowanie, co wypadałoby nawet przekonująco, gdyby Maurice nie był tak cholernym sukinsynem. Arthur przesunął się na swoją pozycję, z której miał ruszyć w drugiej scenie, i z przygryzionymi wargami przyglądał się Eamesowi.
Nauczyciel prezentował im Maurice’a w wersji uszczuplonej, mniej złośliwego, jednak na tyle autentycznego, żeby inni odtwarzali swoje postacie dokładnie tak, jak robili to z jego udziałem. Eames postępował przy tym tak subtelnie, że trudno było cokolwiek zauważyć, tak jakby tylko tłumił głos, dopasowując go do podstępnej natury Poloniusza, podczas gdy w rzeczywistości imitował ironiczny, cichy sposób mówienia Maurice’a, ułożenie wbitych w kieszenie rąk, nieznacznie przechyloną głowę…
Arthur zadrżał, by strząsnąć z siebie obezwładniający zachwyt i postąpić naprzód, już w skórze zagubionego, złamanego, pałającego żądzą zemsty księcia.
Eames idealnie podsuwał mu swój tekst, płynnie manewrował między zwracaniem się do niego a przemawianiem do Hamleta, gładko wymijał wędrującego po scenie księcia, tylko znikomo dając się porwać jego szaleństwu i wycofując się z powrotem, i przez cały, calutki czas wpatrywał się w Arthura wzrokiem gorącym jak rozpalone żelazo.
Przebrnęli przez drugi akt i zatrzymali się w trzecim ze względu na późną godzinę — przerwane starania biednego Roberta, by podołać roli Poloniusza, pochłonęły zbyt wiele czasu. Arthura rozpierała dziwna duma, że udało mu się bez kompromitacji przeżyć torturę grania u boku niewątpliwie utalentowanego obiektu swych jakże niefortunnie ulokowanych uczuć. Robiło mu się ciasno w spodniach od samego patrzenia na jego aktorstwo, nie wspominając już o legendarnych słowach, w których się do siebie zwracali.
Ariadne przyskoczyła do Arthura, również rozpromieniona swoją grą z Eamesem. Mrugnęła zuchwale, gdy podawał jej torbę, powiedziała bezgłośnie „Miłej zabawy”, roześmiała się pod adresem jego wystawionego w odpowiedzi środkowego palca i tanecznym krokiem wybiegła z sali.
Arthur westchnął. Dobrze było mieć przyjaciółkę, która respektowała go na tyle, by pozwolić mu na popełnianie własnych błędów, ale czasami pragnął móc bardziej się przed nią otworzyć. Zaczynał mieć wrażenie, że głowa pęka mu powoli od tłumionych, ukrywanych przed nią (i resztą otoczenia) emocji, jednak zdawał sobie sprawę, że jeśli zdradzi jej, jak dużo czuje do Eamesa, Ariadne uzna przemawianie mu do rozumu za swoją życiową misję i będzie ją wypełniać tak długo, dopóki Eames nie stanie się dla niego po prostu zwykłym nauczycielem. Arthur nie był jeszcze gotowy na tak drastyczne posunięcie.
Przynajmniej na razie.
Odczekał, aż uczestnicy próby wyjdą i dopiero wtedy zarzucił torbę na ramię. Zbliżył się do Eamesa z rękami w kieszeniach, próbując ukryć swój szczery podziw pod maską swobodnej wesołości.
— Taaak — zaczął i poczuł chwilowe zimno, bo zdawało mu się, że Eames zamarł na krótko. — Nie próbowałeś nawet wejść w rolę, bo wtedy zaczęlibyśmy reagować inaczej na nowe bodźce. Chciałeś, żebyśmy pozostali tacy jak zwykle i widzieli tylko Poloniusza, a nie osobę, która go gra?
Eames uniósł brwi.
— Dokładnie — odparł gładko, a Arthur wyszczerzył się w uśmiechu.
— Z drugiej strony nie chciałeś ograniczyć się do samego czytania roli, tak samo jak nie chciałeś pokazać nam swojego Poloniusza. — Uśmiechnął się jeszcze szerzej na widok wyraźnego zainteresowania jego obserwacją. — Więc postanowiłeś zagrać nam Maurice’a.
Eames zamrugał raz, drugi, i odwrócił się tak, by spojrzeć Arthurowi prosto w twarz, po czym skrzyżował ręce na piersi i oparł się tyłem o brzeg biurka.
— Mów dalej — zachęcił go cicho. Arthur poczuł przyjemny dreszcz. Wychodziło na to, że zdołał zaskoczyć nauczyciela.
— Nie naśladowałeś go kompletnie, dałeś nam tylko tyle, żebyśmy nie skupiali się na tobie, nie licząc momentów, w których udzielałeś wskazówek reżyserskich. W pozostałym czasie byłeś nim, no, może nie tyle nim, co jego subtelniejszą, a już na pewno mniej wkurzającą wersją. — Eames skrzywił się i Arthur przygryzł wargę, śmiejąc się miękko. — Maurice ma specyficzny sposób mówienia i poruszania się nawet wtedy, kiedy gra, a ty to odtworzyłeś, tyle że dyskretniej. Ale wciąż na tyle wiernie, że mogliśmy regować jedynie tak, jakby tu z nami był. — Zauważył dziwny blask w oczach Eamesa i przełknął ślinę, wzruszając ramionami. — Mówiąc krótko, to było zdumiewające — podsumował. — Eames, jestem pod wrażeniem.
Eames wykrzywił ironicznie usta i lekko pochylił głowę.
— Twoje uznanie jest jak zwykle bardzo cenne, Arthurze. Dziękuję.
Arthur przewrócił oczami i parsknął. Odwrócił się do wyjścia, ale zaraz przystanął na dźwięk głosu nauczyciela.
— Jak? — zapytał Eames przeciągle. Arthur obejrzał się i napotkał ten sam intensywny wzrok, jakim Eames wpatrywał się w niego, gdy recytował swoje monologi: przenikliwy, zaciekawiony i podszyty nutą ciepła.
Przełknął ślinę.
— Jak co? — powtórzył lekko sztucznym głosem.
— Jak wpadłeś na to, że… Co dokładnie pozwoliło ci stwierdzić, że imituję Maurice’a?
Arthur zawahał się i zaczerwienił mimo niewinności całej sytuacji.
— Ty zwykle… ehm, trzymasz się inaczej. Tak jakoś bardziej… wyluzowanie, powiedziałbym.
Kąciki rozpraszająco pięknych ust Eamesa uniosły się nieco, zaraz jednak wróciły do poprzedniego, poważniejszego wyrazu.
— A może po prostu byłem dziś spięty? W końcu sztywny układ ramion nie oznacza automatycznie wcielenia się w pana Maurice’a.
Arthur uniósł brwi na widok wyzwania w jego oczach. Uśmiechnął się i przyjął identyczną postawę jak Eames, krzyżując ramiona na piersi.
— Maurice to ważniak. Pcha się na pierwszy plan, żeby go zauważono, nawet jeśli nikt się do niego nie zwraca ani gdy sam nic nie mówi. W efekcie dorobił się już karykaturalnie żółwiej szyi. Ma przesadnie wysokie mniemanie o sobie, co sprawia, że traktuje innych z góry, zanim zdążą się w ogóle odezwać. Więc zawsze odchyla trochę głowę w tył, jakby z pogardą. Trzyma ręce w kieszeniach, moim zdaniem dlatego, bo uważa, że nadaje mu to wygląd albo głęboko zainteresowanego, albo głęboko znudzonego, zależnie od tego, co najbardziej opłaca mu się w danej sytuacji lub od stopnia sympatii do osoby, z którą rozmawia.
Eames stał nieruchomo i bardzo, bardzo cicho. Czekał. Arthur zadygotał lekko (miał nadzieję, że niedostrzegalnie), a potem ciągnął dalej.
— Ty z kolei jesteś bardziej… otwarty. — Skulił się w duchu, widząc drgnięcie ust Eamesa, i zaczął mówić szybciej, żeby uciec przed falą poetyckich porównań. — To znaczy… ty też często trzymasz ręce w kieszeniach, ale wyglądasz wtedy tak solidnie, jakbyś chciał dodać odwagi rozmówcy. Wszystkie twoje pozy, choćby teraz, z założonymi ramionami, są po to, żeby przytrzymać cię w miejscu na czas, kiedy robisz coś, co akurat uważasz za warte zatrzymania się. — Przełknął ślinę, opuścił ramiona i wskazał nimi nieskładnie w kierunku Eamesa, desperacko wkładając w ten gest tyle nonszalancji, by nikt, ale to nikt nie mógł się domyśleć, ile godzin spędził na śledzeniu wzrokiem każdego ruchu nauczyciela. — W tej chwili odchylasz się trochę do tyłu, ale ramiona i głowę trzymasz prosto, jakbyś był zainteresowany naszą rozmową. Maurice robi to inaczej. Jeśli coś go ciekawi, jest sztywny aż do przesady i skłania się trochę naprzód, a gdy nie, stoi przygarbiony i kręci się na boki, żeby pokazać, że coś nie jest godne jego uwagi. Ale to tylko szczegóły, naprawdę.
Eames odepchnął się od biurka i wyprostował, a potem ruszył w stronę Arthura.
— Szczegóły, Arthurze, są jedyną rzeczą, która się liczy. Słowa już napisano, czekają na was gotowe. Reżyser wprowadzi was w role zgodne z jego wizją sztuki, ale postaci, czyli sama dusza przedstawienia, sprawiają, że całość zdecydowanie różni się od zwykłego czytania tekstu w świetle jupiterów. Arthur. — Eames położył mu rękę na ramieniu i spojrzał prosto w oczy, a w jego tonie pojawiła się niemal surowa powaga. — Wyłapałeś dziś wszystkie detale, przy czym ja ledwo je zaznaczyłem, żeby nic nie wypadło z ustalonych ram. Bardzo dobrze. Wręcz świetnie, bo jeśli jesteś w stanie zauważyć szczegóły, możesz też nad nimi pracować, urabiać je, przekształcać…
Arthur o mało nie zapadł się pod ciężarem tak wielkiej pochwały.
— Nie wydaje mi się, żebym umiał zrobić to, co ty pokazałeś dzisiaj — zaczął i zaraz ucichł, czując na barku drugą dłoń Eamesa. Ręce nauczyciela spoczywały teraz po obu stronach jego kołnierzyka, obejmowały go niczym rama obraz i Arthur wiedział, że nie wolno mu zadrżeć, bo Eames na pewno to wyczuje.
— Zawsze byłem dobry w naśladowaniu ludzi, wychwytywaniu ich tików, ale umiejętność obserwacji, którą mi właśnie zaprezentowałeś, kosztowała mnie lata szkoły i gry aktorskiej. Nie dyskredytuj swoich zdolności, skarbie, ponieważ są naprawdę imponujące. — Eames uśmiechnął się i Arthur mógł mu tylko odpowiedzieć tym samym.
— Czyli uważasz, że jestem lepszy, niż ty byłeś wtedy?
Eames udał, że chce spiorunować go wzrokiem. Opuścił ręce i zaczął porządkować swoje papiery.
— Zaskakujący? Owszem. Inny? Jak najbardzej. Ale czy lepszy? — Spojrzał na Arthura przez ramię i puścił do niego oko. — Cóż, poczekamy i zobaczymy, prawda?
Arthur poczuł przebiegający go dreszcz, wywołany zbliżoną do pewności wizją, że za kilka lat wciąż nie straci kontaktu z Eamesem. Wszystko jedno, co wybierze za swoje życiowe zadanie — będzie w tym genialnie dobry i nie zaniecha wysiłków, by tak jak teraz zasłużyć sobie na nieustanny podziw i pochwałę nauczyciela. Na chwilę zatracił się w tym marzeniu, ale już moment później rzeczywistość wdarła się w nie jak lodowate krople deszczu.
Poczerwieniał.
— Nie chciałbym cię rozczarować, Eames — uśmiechnął się i ruszył za nim do wyjścia. — Bo oczywiście jako odpowiedzialny za obsadę i reżyserię dostaniesz w kość w pierwszej kolejności, jeżeli dam ciała na całej linii.
Eames spojrzał na niego surowo.
— Arthur, wybrałem cię do głównej roli, więc zdecydowanie nie dasz ciała, bo kategorycznie ci tego zabraniam, jasne?
Arthur wciągnął szyję w ramiona i skinął głową z udawaną skruchą.
— Tak jest, proszę pana! — zawołał z zapałem i zagryzł wargi, żeby się nie roześmiać. Jego wysiłki spełzły na niczym, kiedy Eames parsknął i pacnął go lekko w głowę.
— W tej chwili przestań, bo dam ci szlaban za bezczelne podpuszczanie nauczyciela.
Arthur zasalutował mu i, wciąż ze śmiechem, zwrócił się w stronę przystanku. Starał się ignorować swój wewnętrzny głos, uporczywie nadający komunikat nie idź zbyt szybko, on może cię jeszcze zawołać, powiedz, że zanosi się na deszcz, zadrżyj z zimna, udaj, że masz ciężką torbę, ale zatrzymał się w jednej chwili, gdy tylko Eames zawołał jego imię.
Odwrócił się i zdziwiony stwierdził, że Eames go dogania.
— Arthur — powiedział z miną, na widok której żołądek Arthura zawinął się w ósemkę.
Boże, więc jednak, on mi zaraz powie, że moje zauroczenie powoli staje się dla niego żenujące, z wyjątkiem chwil, kiedy śmieje się ze mnie przy kolacji ze swoją dziewczyną… chłopakiem… partnerem… mężem…
Eames westchnął i zerknął na niebo, po czym powrócił wzrokiem do Arthura.
— Arthur — powtórzył. — Słuchaj, ostatnio podwoziłem cię często do domu. Wiem, że nie traktujesz tego jako cichej umowy, nie chcę jednak, żebyś sobie pomyślał, że o tobie zapomniałem albo czymś mi się naraziłeś. Ale sytuacja wygląda tak, że muszę pomóc mojej przyjaciółce i zajmie mi to większość wieczorów, nie będę więc jechał w najbliższym czasie w twoją stronę ani nie znajdę się w pobliżu, jeśli się nagle rozpada, nadciągnie śnieżyca albo inny przeklęty grad. Rozumiesz?
Arthur przez chwilę oddychał głęboko i nie odrywał wzroku od zakłopotanej, przepraszającej miny Eamesa. Starał się trzymać na wodzy narastającą gdzieś na skraju świadomości histerię.
Koniec z rozmowami z nim sam na sam, koniec z mówieniem sobie na „ty”, koniec ze śpiewaniem, koniec z kawą, koniec ze „skarbem”, koniec…
Uśmiechnął się z przymusem. Na twarzy Eamesa pojawiło się lekkie niedowierzanie, które Arthur postanowił zinterpretować jako efekt złudzenia, wywołanego wariującymi z napięcia nerwami.
— W porządku, nie ma sprawy. Tak jak pan powiedział, nie mieliśmy ze sobą żadnej umowy, chociaż wspólne jazdy do domu były naprawdę fajne. Jeszcze raz dziękuję. Ale że jestem bardziej niż przyzwyczajony do autobusu, więc nie ma w ogóle o czym mówić.
Eames wydął lekko wargi i skinął krótko głową.
— W takim razie dobrze. Do jutra, Arthur.
— Do jutra, panie profesorze.
Stał już na przystanku, kiedy uświadomił sobie, że Eames nie obruszył się za oficjalne zwrócenie się do niego per pan. Poczuł niemiły ciężar osiadający mu na wnętrznościach, który utrzymywał się jeszcze długo po powrocie do domu.
— Przestań — zrugał się szeptem. Leżał w łóżku i walczył z bezsennością oraz wpełzającym mu w duszę, potężniejącym z godziny na godzinę poczuciem, że coś bezpowrotnie minęło. — Nie straciłem go, bo nie był mój.
W jakiś sposób ta myśl przyniosła mu niewielką ulgę.


Koniec rozdziału czwartego


1 Fragment tekstu Hamleta z trzeciego aktu, sceny pierwszej, w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego.
2 Fragment piosenki The Power of Love Frankie Goes To Hollywood, tłumaczenie własne.
3 Fragment piosenki Fairytale of New York The Pogues, tłumaczenie własne.
4 Some Enchanted Evening to piosenka z musicalu South Pacific. Fragmenty tekstu w tłumaczeniu własnym.
5 Zdziwienie Arthura opiera się na tym, że Amerykanie, których Boże Narodzenie ogranicza się do Wigilii i 25 grudnia, nie obchodzą brytyjskiego Boxing Day przypadającego na 26 grudnia — u nas jest to po prostu drugi dzień świąt.
6 Gatunek włoskiego makaronu, odrobinę grubszy od spaghetti.
7 Auld Lang Syne śpiewa się tradycyjnie na pożegnanie starego roku w większości krajów angielskojęzycznych. Na pewno znacie ten kawałek, a jeśli tytuł nic Wam nie mówi, zajrzyjcie na YT.
Ostatnio edytowano 21 lut 2013, o 22:54 przez Donnie, łącznie edytowano 2 razy
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Havoc » 21 lut 2013, o 22:15

Od połowy tej części tak się wciągnęłam, że nawet nie zauważyłam, że zbliżam się do końca. Dopiero pogrubiony napis na horyzoncie sprowadził mnie na ziemię. A potem to zdanie:
Nie straciłem go, bo nie był mój.

:zal:
Boże, jak mi się smutno zrobiło. To jest piękne i straszne zarazem.

Bardzo dziękuję za tłumaczenie, jesteś wielka.
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez Ka » 22 lut 2013, o 00:32

Nie pamiętam drugiego fika, w którym emocje byłyby oddane tak zgrabnie, realistycznie, przejmująco i po prostu bardzo, bardzo ładnie.

Dziękuję, Donnie.
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Nadia vel Ariana » 22 lut 2013, o 23:09

Hmmm. Raczej rzadko wchodzę na to forum - widzę, ze tutaj jest stała grupa aktywnych użytkowniczek, które siędzą jakiś czas "w temacie", a ja nie za bardzo... chociaż różne slashe bardzo lubię ;) - ale akurat to tłumaczenie czytam na bieżąco i bardzo mu kibicuję, żeby zostało zakończone (nawet jeśli wtedy pozostanie mi tylko męczyć je setki razy na okrągło, bo ficków Arthur/Eames jest niewiele w naszym ojczystym języku). A że nie ma powalającej ilości komentarzy - oburzające - to postanowiłam, że dodam kilka od siebie.
Co jest chyba oczywiste, przede wszystkim zachywyciło mnie to ff przez postać Arthura (dziwne, że nie przeszkadza mi to nowe uniwersum zupełnie, chyba własnie z powodu tych postaci), który jest tak żywy i jednocześnie tak wyidealizowany, że mózg mi staje od tej sprzeczności. Jego relacja z Eamesem - na razie - jest cudowna i poprowadzona w uroczy, płynny sposób, ale nie tylko z nim, wszyscy sa tutaj przedstawieni tak bardzo na miejscu - jego rodzice, Ariadne, nawet Maurice, czy Cobb :oczy:
Czytałam już Peta po angielsku, ale rozumiałam pewnie co czwarte zdanie i to jak dobrze poszło, więć zupełnie nowym doświadczeniem jest dla mnie czytanie tego przekładu, bo tutaj moge uchycić tę specyficzną atmosferę, którą po angielsku niezbyt łapałam. Jestem więc za to bardzo, bardzo wdzięczna - zdażyłam już zauważyć, ze wybierasz naprawdę strasznie fajne teksty do tłumaczenia, Donnie, i piszesz je bardzo subtelnie i wiernie, ale bez kalek, ja jako słabeusz pod tym względem jestem pod ogromnym wrażeniem. W dodatku rozdziały są naprawde długie i pojawiają się dosyć często, więc proszę: oooby tak dalej! Ja może się tutaj niezbyt często udzielam, ale musisz wiedzieć, że też będę cierpliwie czekać i trzymać kciuki, na pewno :D
Nadia vel Ariana Offline


 
Posty: 16
Dołączył(a): 29 maja 2012, o 16:33

Postprzez Veldrin » 23 lut 2013, o 18:42

Może na początku się pożalę, że jestem odłączona od świata internetowego już dwadzieścia dwa dni! Toż to po prostu skandal i powoli zaczynałam usychać bez czytania jakichkolwiek opowiadań. No ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jakoś udało mi się na kilka godzin wyrwać do domu z błogosławionym łączem, więc od razu musiałam wejść i patrzę a tu nowy „Skarb” :D No to uradowana skopiowałam sobie, bo warunki za bardzo nie pozwalały mi przeczytać tego na miejscu, po czym po pół godzinie wchodzę, a tu następny rozdział! Moja radość sięgnęła zenitu, choć to dość dziwne biorąc pod uwagę, że „Skarb” w gruncie rzeczy nie jest moim ulubionym opowiadaniem. Lubię je, ale jakoś bez rewelacji. Jednak ucieszyłam się i po przeczytaniu w domowym zaciszu postanowiłam coś nabazgrać (Donnie, weź pod uwagę fakt, że tyle dni byłam pozbawiona komentowania czegokolwiek, więc mój komentarz może być z leksza nie ten tego).
Wkleję to i tak dopiero pewnie w marcu, ale co tam. (Łiiii, udało mi się wkleić teraz :D) Ważne, że teraz to napiszę i będę miała z głowy.
Pierwszym co mi się teraz rzuciło w oczy, to bardzo powoli rozwijająca się akcja między bohaterami. Co z jednej strony jest plusem, no bo wychodzi naturalnie, nie na siłę i chama i można się skupić na kreacji bohaterów tak jak należy, a z drugiej minusem, bo nie mogę się doczekać choćby najmniejszego romantycznego/fizycznego/erotycznego zdarzenia. Po prostu cierpię katuszę i nie, nie żartuję! Jestem tak sfrustrowana, że na siłę doszukuję się w tekście najdrobniejszej wzmianki o odwzajemnieniu uczuć Arthura przez Eamesa.
Kiedy Eames przed domem Arthura spojrzał na jego usta, już zrobiło mi się gorąco, słabo i duszno. A tu nagle mamuśka przyjeżdża! Myślę sobie „szlag by ją wziął”, ale słowo „wziął” kojarzy mi się bardzo jednoznacznie, więc czytam dalej. Te „Skarby”, którymi uracza Arthura Eames zwalają mnie z nóg i sprawiają, że mam ochotę czytać je w każdej linijce. Niestety tak dobrze nie ma.
Byłam zachwycona częstym odwożeniem Arthura przez swojego „ukochanego”, no bo jednak takie podwózki i pogawędki zbliżają ludzi. Śpiewanie było bombowe, uwielbiam ten fragment. To chyba mogę zaliczyć do dość intymnej chwili. Kiedy jeden przed drugim porzuca całkowicie swoją samokontrolę i daje się ponieść chwili.

— Nie ma za co, skarbie — wymruczał Eames, a zaraz potem podjął zaczętą przez Arthura zwrotkę przyjemnym, choć niezbyt czystym głosem.


Ohhhhhhhh... no i ten Skarb xD Po prostu kocham ten zwrot skierowany do Arthura.

— Ale pan ma zimną rękę… — wymamrotał niewyraźnie. — Może pan tak potrzymać?…
— Pedał — kaszlnął w dłoń Nash z jednej z przednich ławek i Arthur zanotował w myślach, żeby przypomnieć mu, jak próbował wcisnąć Arthurowi język do gardła (i łapę w spodnie), gdy zostali kiedyś razem sami w szatni po wuefie.


Kwiczałąm przy tym fragmencie jak świnka chora na świńską grypę. Po prostu jest cudowny. Cały Arthur jest zresztą cudowny. Nie wiem co, ale coś w nim mnie fascynuje. Coraz bardziej zaczynam się przekonywać do jego postaci. Zastanawiam się nawet, czy nie zacząć biegać, bo dzięki niemu wydało mi się to takie cool. Oczywiście jestem świadoma, że przez to nie poznam żadnego zwalającego z nóg przystojniaka, no ale cóż. Wszystkiego mieć nie można, nieprawdaż?
Jestem ciekawa, co też tak naprawdę Cobb sobie pomyślał w tym supermarkecie. Moim zdaniem Arthur ma urojenia, no ale kto wie. No i to trochę śmieszne, że jest rozgoryczony tym, że Eames na razie nie może go podwozić do domu. Taka trochę zbzikowana nastolatka z niego :D No i zauważył, że Eames nie kazał mu sobie mówić na ty... hmm... czy to faktycznie ma aż takie znaczenie? Podejrzewam, że dla niego tak i zastanawiam się, czy faktycznie Eames będzie teraz trzymał go na dystans. Oh, tyle niewiadomych a tu trzeba czekać cierpliwie na kolejny rozdział :(
Nie wiem co te opowiadanie ma w sobie. Naprawdę, nie jestem jakoś szaleńczo mu oddana, ani jakoś specjalnie mnie nie porywa, ale jednak kiedy widzę nowy rozdział serce zaczyna mi szybciej bić i staram się przeczytać go najszybciej, starając się przy okazji wszystko zrozumieć, co czasem mi nie wychodzi, bo nie ukrywam, że dla mnie ta treść w niektórych miejscach jest ciut za ciężka. Ah, no i chciałam jeszcze podkreślić, że czyta mi się to fenomenalnie i lekko, co jest już tylko zasługą tłumacza :D Wczoraj akurat zachwycałam się nad stylem twojego tłumaczenia, bo jak dla mnie jest perfekcyjne.
Zaczynam bredzić, więc kończę komenatarz na tym miejscu :D

Pozdrawiam :)
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Ka » 23 lut 2013, o 20:08

Nadia vel Ariana napisał(a):Co jest chyba oczywiste, przede wszystkim zachywyciło mnie to ff przez postać Arthura, który jest tak żywy i jednocześnie tak wyidealizowany, że mózg mi staje od tej sprzeczności.

Tak. To jest chyba najbardziej adekwatne określenie tego Arthura, z jakim się spotkałam. Naprawdę jest bardzo wyidealizowany, ale przy tym ma też tyle głupich wad (które oczywiście tylko czynią go jeszcze bardziej idealnym) i tak silne, ludzkie emocje, że aż wychodzi z monitora. Zakochałam się w nim od pierwszego rozdziału i przy każdym kolejnym byłam nim jeszcze bardziej zachwycona, aż do samego końca. I nawet po przeczytaniu setek innych eamurów ten Arthur pozostaje moim ulubionym, bardziej nawet niż Arthur gyzym czy linckii_blue.

Poza tym chcę powiedzieć, że bardzo ciekawie czyta się komentarze kogoś, kto poznaje to opowiadanie na bieżąco i jeszcze nie zna zakończenia. :D

I tak! Bieganie! Bieganie to dobro. ;) Ja zaczęłam biegać jakoś we wrześniu 2011, a w lutym przeczytałam Pet i później za każdym razem myślałam sobie: Jestem jak Arthur, jestem jak Arthur!
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Aevenien » 23 lut 2013, o 20:13

Ka napisał(a):I tak! Bieganie! Bieganie to dobro. ;) Ja zaczęłam biegać jakoś we wrześniu 2011, a w lutym przeczytałam Pet i później za każdym razem myślałam sobie: Jestem jak Arthur, jestem jak Arthur!


Haha, uwaga, to mówię ja, która spędziła 21 lat swojego życia szczerze nienawidząc biegania.
Bieganie jest fajne i ja mam dokładnie tak samo. A że moje myśli są nieco bardziej chaotyczne, mój ciąg myślowy wygląda mniej więcej tak:
Jestem jak Arthur! Hm, czemu nigdzie nie ma Eamesa? Albo chociaż blondyna? Nogi mnie już bolą. Biegnę dalej, jestem jak Arthur. Łydki, gińcie! ArthurArthurArthur.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Donnie » 11 mar 2013, o 12:57

Serdecznie dziękuję za komentarze, a Aev za punktualną betę :)
Wszystkich zainteresowanych parodią Lady Gagi w wykonaniu Arthura odsyłam do TEGO klipa — minus wizja, bo petowy Arthur, po konsultacji z ladyvader, wygląda raczej TAK ;)



Rozdział piąty


Tydzień później Maurice wrócił do szkoły, pewny siebie i nadęty jak zwykle. Świat w oczach Arthura nabrał nagle ciemniejszych barw.
Starał się znieść brak prywatnych momentów z Eamesem najlepiej jak potrafił. Drwił z własnego użalania się nad sobą, które podstępnie chwytało go za żołądek każdego popołudnia, gdy szedł w stronę przystanku.
Dopóki Maurice chorował, próby bez jego udziału w pewien sposób dodawały Arthurowi sił. Wodził za Eamesem czujnym wzrokiem, patrzył, jak nauczyciel sarkastycznie cedzi słowa, pochyla się i głupawo uśmiecha, naśladując zachowanie Maurice’a, jak nadaje głosowi inne, pozbawione ciepła brzmienie. Jedynie jego oczy pozostały takie jak zawsze i Arthur musiał się pilnować, by nie szukać bez przerwy kontaktu wzrokowego ze stalową, błękitnoszarą, hipnotyzującą go bezlitośnie głębią, kiedy recytował z pamięci swój tekst.
W trzecim akcie, po zabiciu Poloniusza przez Hamleta, Arthur, cały zadyszany, stał nad Eamesem (który półleżał pod ścianą i obserwował z tej pozycji aktorów, jako że jego Poloniusz właśnie stracił życie) i po prostu nie mógł się ruszyć z miejsca. Ich spojrzenia spotkały się na moment i Arthur był pewien, że Eames zdążył odczytać ból i pożądanie w jego oczach, zanim magiczna chwila minęła, a niezadowolony reżyser wstał i zaczął wyżywać się na Pameli, grającej znękaną matkę nie mniej udręczonego głównego bohatera.
Powtórzyli tę scenę kilkakrotnie i Arthur za każdym razem z premedytacją spuszczał wzrok, jak przystało na przepełnionego pogardą do świata Hamleta, ale wciąż czuł na sobie przytłaczający ciężar intensywnego spojrzenia Eamesa. Ale już w następnym tygodniu ów balast zniknął i Arthur, lekko oszołomiony blaskiem świeżo zainstalowanych reflektorów, stał na oświetlonej scenie, mrugał i zezował w stronę cieni, skąd Eames kierował teraz ich grą. Ukryty w ciemności. Nieobecny.

+++

— Coś nie tak? — zapytała Ariadne między jednym a drugim kęsem swojego tradycyjnego jabłka.
Na dźwięk jej głosu Arthur otrząsnął się ze smętnych rozważań o czekających go ponurych, pustych tygodniach bez wspólnych powrotów do domu.
— Nie, myślałem tylko, jak ten czas leci — powiedział cicho i spojrzał na scenę, opierając się o krzesła w pierwszym rzędzie. Ekipa dwoiła się i troiła przy montowaniu nowego, skomplikowanego oświetlenia, które miało skąpać Ofelię-topielicę w odpowiednio makabrycznym, choć pięknym blasku.
— I co z tego? Niech sobie leci, skoro ty się dobrze bawisz — podsumowała Ari optymistycznie.
Arthur wzruszył ramionami, wciąż uparcie patrząc przed siebie.
— Po prostu mam wrażenie, że dopiero co mieliśmy próby czytane, a tu nagle pełno rekwizytów i gadżetów, przymiarek kostiumów, tak jakby już wszystko było gotowe do występu.
Ari roześmiała się i zakryła usta dłonią, żeby powstrzymać kawałek jabłka przed wypadnięciem.
— Arthur — parsknęła. — Przecież przed maturą nie będzie nawet próby generalnej!
— Tak, dlatego właśnie dokręcamy całość teraz, żeby mieć wszystko w małym palcu, gdy zejdziemy do jednej próby tygodniowo. A potem, przed samymi egzaminami i zaraz po nich, wrócimy do dwóch spotkań w tygodniu, żeby nic nie straciło ze swojej wyszlifowanej perfekcji. Tak, Ari, wiem, co mówi Eames, wiem, że mamy jeszcze całe miesiące czasu. Wydaje mi się po prostu, że wszystko mija jakoś za szybko.
— Melancholia maturzysty? — odezwał się lekko ochrypły głos za ich plecami. Arthur mimowolnie drgnął z przestrachu, a Ariadne zakrztusiła się resztką tego, co miała w ustach.
— Coś w tym stylu — odpowiedział, siląc się na nonszalancję, choć jego umysł głośno krzyczał, Nie, nie próbuję chwytać się desperacko tych krótkich momentów, bo i tak przeciekają mi przez palce szybciej, niż mogę je złapać. Odwrócił się i zobaczył Eamesa, który niepostrzeżenie zbliżył się do nich środkowym przejściem między rzędami.
Z rękami w kieszeniach, uśmiechnięty, opierał się o jedno ze złożonych krzeseł w swojej standardowej reżyserskiej pozie.
— Teraz wydaje ci się, że dni pędzą jak szalone jeden za drugim, ale kiedy będziesz musiał, pozornie bez sensu, grać idealnie dopracowaną całość co tydzień, obrzydnie ci to do tego stopnia, że czas zacznie się wlec wolno, a koniec prób wyda się oddalony o milion lat. — Eames klepnął Arthura w ramię. — Dobrze wiedzieć, że nie osiągnąłeś jeszcze tego stadium, Arthurze. Cholernie nieprzyjemna sytuacja, kiedy twój odtwórca głównej roli nie może doczekać się, by się jej wreszcie pozbyć.
Ariadne zrobiła głupią minę i spuściła głowę, zerknąwszy na rękę Eamesa, która wciąż spoczywała na ramieniu uśmiechniętego Arthura.
— Dzięki — odpowiedział Arthur burkliwie. — Spróbuję cieszyć się tym, póki jeszcze mogę.
Eames wyszczerzył się do niego, a potem odwrócił twarzą do sceny.
— Oto niezłomny duch!
Ariadne zdzieliła Arthura łokciem prosto w żebra i ruszyła ku podium, rzucając mu na odchodnym znaczące spojrzenie. Eames stanął obok niego i wskazał na dziką plątaninę kabli i zwisających z nich żarówek, które mocowano właśnie nad sceną.
— Wreszcie coś się dzieje! — Zatarł ręce, cały rozpromieniony. — Wiem, Arthur, myślisz, że wszystko się zmienia, ale to dopiero początek. Nie mogę przemaglować was porządnie bez przyzwoitej scenografii. Najchętniej zwoływałbym was codziennie na próbę kostiumową, gdyby mi tylko było wolno, ale w tej chwili nie mamy na to ani czasu, ani gotowych strojów.
Arthur przysunął się do niego nieznacznie, a żeby zamaskować ruch, wsunął ręce do kieszeni i pławił się w cieple bijącym od skóry nauczyciela. Odsłonięte przedramiona Eamesa, wyglądające spod podwiniętych rękawów koszuli, hipnotyzowały go niczym numer „Playboya” nabuzowanego hormonami nastolatka.
— Zmiany mi nie przeszkadzają — powiedział z ociąganiem i przewrócił oczami na widok wygłupów Browninga, który zaczął małpować chód Quasimodo wśród dyndających na scenie kabli. — Nie mogę się doczekać, żeby grać w pełnej scenografii. Na pewno będzie świetnie, tylko… wydaje mi się, że dopiero co wczoraj był wrzesień, to wszystko.
Eames uśmiechnął się ciepło. W jego błyszczących w ciemności oczach odbijały się światła sceny.
— A dopiero co przedwczoraj zaczynałeś szkołę średnią. Nie łam sobie nad tym głowy, Arthurze. Doskonale znam to uczucie i uwierz mi, że zanim osiągniesz mój podeszły wiek, będzie ci się zdawało, że to, co czujesz w tej chwili, działo się zaledwie dzień temu.
Jakby miał cień pojęcia, co Arthur czuł w tej chwili.
— Czyli zgodnie z tą logiką jest pan starszy ode mnie tylko o dzień? — zadrwił, zanim zdążył ugryźć się w język. — Niezbyt korzystny punkt wyjściowy do zachowania autorytetu. Gdybym był panem, nie chwaliłbym się tym za bardzo.
Eames zachichotał.
— Gdybyś był mną… — powtórzył miękko. Arthur zesztywniał, słysząc dziwny ton w jego głosie.
Zduszony okrzyk na scenie gwałtownie odwrócił ich uwagę.
— UWAŻAJ!
Peters, podręczny technik, wrzasnął głośno, gdy Browning wyskoczył nagle ze splątanej masy przewodów i kabli. Kilka elementów dekoracji zachybotało się niebezpiecznie w ramach i uchwytach, a ustawiona w tle sceny ściana z luster z ogłuszającym trzaskiem zwaliła się prosto na Ariadne.
Arthur już biegł, zanim zdążył zarejestrować przerażenie malujące się na jej twarzy, gdy w ostatniej chwili odskakiwała w bok. Eames wyprzedził go zaledwie o ułamek sekundy — jednym skokiem znalazł się na scenie i pomknął jak strzała w kierunku roztrzaskanych na kawałki luster.
— Nic ci nie jest? Ari! Ariadne, spójrz na mnie! Wszystko w porządku?
Arthur zatrzymał się w pół kroku, sparaliżowany nadzieją, i patrzył, jak Eames pomaga jej wstać z miejsca, gdzie upadła tuż obok stosu rozbitego szkła, po czym poddaje ją dokładnej inspekcji w blasku reflektorów.
— Nic… nic mi się nie stało — wyjąkała. Eames oglądał ją z każdej strony, zwracając jej twarz w stronę światła. — Nawet mnie nie drasnęło. Wystraszyłam się tylko, nic więcej.
— Bardzo dobrze. Ale popatrz na mnie jeszcze przez sekundę…
Arthur zachwiał się w miejscu, obserwując, jak Eames upewnia się powtórnie, czy rzeczywiście wszystko w porządku, i czuł, jak coś zaczyna się w nim ściskać, gotować, wrzeć i eksplodować na widok drżącego, niepewnego, uspokajającego uśmiechu Ari.
— TY CHOLERNY DUPKU! — ryknął i obrócił się na pięcie. Przypadł do Browninga, złapał go za przód koszuli i potrząsnął jak szmacianą lalką. Wściekłość prawie go oślepiła, gdy przypomniał sobie, jak Browning rzucał się na zwisające kable niczym tania namiastka Tarzana. — Mogłeś ją zabić, ty PIERDOLONY KRETYNIE!
Głowa Browninga podskakiwała mu na szyi niczym marionetka na sznurku. Arthur zacisnął pięści i potrząsnął nim mocniej, już przymierzając się, żeby rąbnąć debila prosto w gębę, gdy nagle czyjeś silne ręce złapały go za ramię i odciągnęły w tył.
— Wystarczy, Arthur! — krzyknął Eames, na co Arthur, ku własnemu zdumieniu, natychmiast zwolnił uchwyt i zatoczył się w bok.
Eames przesunął dłonią po jego barku, jakby chciał się upewnić, że Arthur nie rzuci się znów na winowajcę, a potem sam stanął przed Browningiem. Powietrze wypełniło się dźwiękiem nowych ostrych słów, których sens ledwo docierał do Arthura przez nagłe brzęczenie w uszach.
Coś zakłuło go dziwnie pod powiekami. Rozejrzał się bezskutecznie za Ariadne. Gdzieś z boku dobiegł go głos Fischera, wyjaśniający, że Eames wysłał ją na wszelki wypadek do pielęgniarki (Jak długo szarpałem się z Browningiem?), a zaraz potem poczuł dłoń kolegi, poklepującą go delikatnie po plecach. Uchylił się przed dotykiem i skierował chwiejnym krokiem za kulisy.
Oczy, policzki i płuca paliły go żywym ogniem, a wnętrzności skręcały się w bolesnych skurczach. Przystanął i zaszył się w ciemnym kącie z dala od zasuniętej częściowo kurtyny.
UWAŻAJ!, usłyszał znów w swojej głowie i zobaczył ogromne z przerażenia oczy Ari, jej drżący uśmiech, walące się szklane tafle i nagle zabrakło mu powietrza — nie mógł zaczerpnąć tchu — nie mógł oddychać…
Dotknął otwartymi dłońmi chłodnej powierzchni ściany, zwiesił głowę i oparł się czołem o zgięty łokieć, usiłując wciągnąć powietrze do płuc, ale nie mógł, nie mógł, nie…
— Arthur?
— Przepraszam — wycharczał. Świst płytkiego oddechu w krtani napełnił go grozą i lękiem. Wyczuł, że Eames przysuwa się bliżej. — Przepraszam… nie powinienem… sam nie wiem… czemu… czemu byłem… tak wściekły. Przepraszam… nie mogę… nie mogę oddychać. — Ostatnie słowo niemal wyszlochał. W głowie mu dudniło, oczy łzawiły, w płucach pulsował przeszywający ból, twarz płonęła z upokorzenia i wysiłku.
Silne dłonie objęły go za kark i ramię, próbując odciągnąć go od ściany.
— Arthur. Arthur, ciii, skarbie. Wszystko w porządku, spójrz na mnie.
Arthur zachwiał się i pozwolił obrócić twarzą do Eamesa, nie był jednak w stanie unieść głowy. Stał z zaciśniętymi powiekami i dyszał ciężko.
— Nie mogę. Nie mogę — zajęczał niewyraźnie. Ze zdumieniem stwierdził, że jego słowa tłumiło coś, co mogło być tylko przodem koszuli Eamesa.
— Już dobrze. — Głos Eamesa był miękki i bardzo bliski, jakby szeptał Arthurowi prosto do ucha. — To atak paniki. Widywałem już całe szeregi facetów, którzy przez to przechodzili. Przeważnie z tremy. Żaden z nich nie miał tak poważnego powodu jak ty.
— Nic jej… nie jest?… Ale mi… głupio — wychrypiał Arthur. Płuca wciąż kłuły go niemiłosiernie, a walka o oddech zmuszała do wydawania przeraźliwie żenujących dźwięków. — Nie mogę… nabrać… powietrza… Eames.
Nauczyciel ujął pewną dłonią jego rękę i przyłożył ją mocno do swojej piersi, tuż poniżej rozpiętych pod kołnierzykiem guzików. Opuszki palców Arthura dotknęły skrawka nagiej skóry.
— Arthur, spójrz na mnie. — Głos Eamesa był łagodny, ale pobrzmiewający w nim nakaz aż nazbyt wyraźny. Arthur uniósł twarz, niewątpliwie czerwoną i pokrytą plamami, i spojrzał mu prosto w oczy. — Skup się na tym — powiedział Eames, nie odwracając wzroku nawet wtedy, gdy Arthur próbował się wyrwać. Przycisnął silniej jego rękę do piersi i oddychał głęboko. Arthur wciąż czuł pieczenie pod powiekami i ból w walczących o tlen płucach, ale powoli zaczął koncentrować się na ruchu swojej dłoni, wznoszącej się i opadającej wraz z oddechem Eamesa. — Wciągaj powietrze przez nos… — Arthur uspokajał się stopniowo, z jedną ręką przyłożoną do mostka nauczyciela, a drugą, nadal rozdygotaną, wspartą czubkami palców o ścianę. — …i wydychaj przez usta. — Spomiędzy wydętych lekko warg Eamesa wypłynął pachnący owocową gumą do żucia strumień powietrza.
Arthur zadrżał i postarał się możliwie najwierniej pójść jego śladem, oddychając w tym samym rytmie co on, dopóki jego ciało nie odprężyło się i zaczęło słuchać go od nowa.
— No i widzisz. — Eames uśmiechnął się między jednym oddechem a drugim, patrząc na odzyskującego panowanie nad sobą Arthura. — Wiem, skarbie, że atak jest straszny, gdy trwa, ale łatwo go zatrzymać, jeśli zna się pewne triki.
Arthur spróbował odsunąć się od niego. Zdał sobie nagle sprawę z obecności Maurice’a i Browninga, przyczajonych w cieniu po drugiej stronie kulis i uśmiechających się złośliwie. Obaj zniknęli w jednej chwili, gdy tylko zauważyli jego spojrzenie.
— Prze… przepraszam — wyjąkał. Wyprostował się i oderwał dłoń od koszuli i ciepłej skóry Eamesa. — Nie… nie wiem, co mnie napadło.
— Spokojnie, kochany. Mówiąc jasno i krótko, straciłeś panowanie nad sobą. — Eames cofnął się o krok, również zarumieniony, niewątpliwie po wpływem ich wymuszonej bliskości. — Kiedy ktoś, kto przykłada taką wagę do kontroli jak ty, nagle ją traci, zazwyczaj dzieje się to w bardzo spektakularny sposób. Oczywiście Browning zachował się jak kompletny dureń, ale musimy się upewnić, że już się na nikogo nie rzucisz, zgoda?
Arthur objął się ramionami i zamknął oczy.
— Przepraszam — wyszeptał.
— Już dobrze, Arthur. Byłeś świadkiem czegoś, co przeraziło cię do głębi i zareagowałeś w równie mocny sposób. To absolutnie zrozumiałe. — Eames westchnął. — Przynajmniej w tych okolicznościach, mam nadzieję. Arthurze, muszę wysłać cię do pielęgniarki. Miałeś prawie podręcznikowy atak paniki, połączony z nietypowym dla ciebie aktem agresji, więc chcę, żeby ktoś cię zbadał. — Arthur zamrugał, przerażony, a Eames aż się skrzywił. — Ariadne tam jest — dodał pocieszająco.
Arthur westchnął.
— W porządku. I tak muszę ją przeprosić, że zacząłem szaleć, zanim sprawdziłem, czy nic jej nie jest. Więc pielęgniarka może mnie obejrzeć, skoro już tam będę.
— Grzeczny chłopiec — skomentował Eames łagodnie.
Arthur poczerwieniał.
— Naprawdę mi głupio. Jeszcze raz przepraszam. — Przełknął ślinę, a Eames wyciągnął rękę i delikatnie odsunął mu z czoła wilgotny od potu kosmyk.
— Już dobrze — powtórzył dobitnie i Arthur zadrżał. — A teraz hop, zmykaj, nie mam więcej czasu. Muszę rozmówić się z pewnym półgłówkiem.
Mrugnąwszy do niego wesoło, Eames zniknął za kurtyną. Arthur położył sobie na sercu wciąż rozgrzaną ciepłem jego skóry dłoń, wciągnął głęboko powietrze i ruszył za nim z powrotem w blask scenicznych świateł.

+++

Arthur wolnym krokiem opuszczał teren szkoły.
Zdołał zrobić tylko dwa okrążenia i już miał dosyć. Jego ciało wciąż dygotało od resztek adrenaliny po spustoszeniu, które poczynił w nim niedawny atak paniki.
Po wszystkim Ariadne czekała na niego w pokoju pielęgniarki. Ściskała w dłoniach szklankę wody i dochodziła do równowagi pod czujnym wzrokiem siostry Thorpe.
— Powiedziała, że mogę wyjść, gdy ręce przestaną mi się trząść — poinformowała Arthura zdławionym z zażenowania głosem, kiedy usiadł obok niej. Złapała go za dłoń i przyjrzała się jego drżącym palcom, po czym opuściła ją z powrotem na jego kolano. — Wygląda na to, że ty też tu trochę posiedzisz — podsumowała z uśmiechem.
Przełknął ślinę, patrząc na jej małą rękę, która nadal spoczywała na jego dłoni.
— Chyba nieźle się wystraszyłem — powiedział cicho. — A potem, gdy okazało się, że nic ci nie jest… — Odwrócił rękę wnętrzem do góry i ścisnął gorączkowo palce Ari. — Nie miałem pojęcia, co zrobić z tym… przerażeniem. Więc zamiast tego wpadłem we wściekłość. — Zdobył się wreszcie, by spojrzeć jej w oczy, i zarumienił się na widok jej miny. — Przepraszam, że nawet się nie zatrzymałem, żeby zobaczyć, czy nic ci się nie stało — szepnął zawstydzony.
Ari ścisnęła mocno jego dłoń.
— Nie ma sprawy — pocieszyła go. — Eames się o mnie zatroszczył.
O mnie też, zawisło mu na czubku języka.
Teraz, gdy powoli wychodził przez szkolną bramę, wyczuwane niedawno pod opuszkami palców bicie serca Eamesa wydało mu się czymś tak porywającym i upokarzającym zarazem, że zakręciło mu się w głowie.
Było mu tak potwornie głupio, że zachował się jak słaby, głupi chłopiec ze skłonnościami do dramatyzowania, który wolał rzucić się na kogoś z pięściami zamiast pomóc przyjaciółce, a w dodatku znalazł jeszcze czas na popisowy atak histerii w miejscu, gdzie każdy mógł swobodnie zobaczyć, jak szlocha w kołnierz swojemu cudownemu, przepięknemu nauczycielowi i każe głaskać się po główce niczym małe, rozkapryszone dziecko.
Wcisnął ręce do kieszeni kurtki tak głęboko, że poczuł napinający się na barkach materiał, jakby siła grawitacji zaczęła ściągać go w dół. Chęć, by poddać się załamaniu, urosła do przygniatających rozmiarów. Miał ochotę położyć się na podłodze, zwinąć w kłębek, zasnąć i po prostu wyprzeć ze świadomości ten paskudny dzień.
Uniósł wreszcie głowę, zamiast wlec się z nosem zwieszonym ku ziemi i wzrokiem ogarniającym zaledwie metr czy dwa przed sobą. Dobrnął do skraju jezdni i rozejrzał się w obie strony, czy nic nie jedzie, i już miał zamiar przejść przez nią do przystanku po drugiej stronie, gdy nagle mignął mu przed oczami znajomy kolor.
Niebieski.
Parkujący kilka dobrych metrów przed przystankiem samochód był niebieski, i to nie zwyczajnie niebieski, ale niebieski w ten nachalny, niezapomniany sposób, który niezacieralnie wrył się w umysł Arthura. Widział ten niebieski samochód wszędzie, w swoich snach i najwyraźniej również w swoich halucynacjach, ponieważ to nie mógł być przecież niebieski samochód Eamesa, bo gdyby był, oznaczałoby to, że mężczyzna, który właśnie z niego wysiadł, obszedł dokoła i oparł się o drzwi pasażera, podczas gdy Arthur przecinał ulicę krokiem lunatyka, ten wyraźnie czekający na niego mężczyzna naprawdę musiał być Eamesem.
— Hej — uśmiechnął się Eames olśniewająco, gdy Arthur wreszcie przed nim stanął (a raczej przed jego zjawą). — Wyglądasz, jakbyś właśnie zobaczył ducha.
Arthur zamrugał.
— Jesteś tu — powiedział inteligentnie, drżąc z szoku i nagłego mętliku w głowie. — Jesteś tu, to znaczy, dlaczego tu jesteś?
O mało nie ugryzł się w język, słysząc oskarżycielski ton swoich słów. Brwi Eamesa podjechały do góry, choć jego spojrzenie świadczyło o tym, że nieźle bawi go zakłopotanie i rumieniec Arthura.
— Pomyślałem sobie, że mógłbym cię w zasadzie dziś podwieźć. Widziałem, jak zwlokłeś się z bieżni, niezupełnie w tej samej formie co zwykle, więc postanowiłem się pospieszyć i nie dać szansy autobusowi.
Słowa brzmiały lekko, nawet niepoważnie, ale zdecydowane spojrzenie Eamesa sprawiło, że Arthur chciał podejść bliżej, przytulić twarz do jego piersi i po prostu słuchać, pławiąc się w uczuciu pewności, że wolno mu okazać przed nim słabość.
Spuścił wzrok i ze zdumionym przestrachem stwierdził, że znów drżą mu palce.
— Ale myślałem, że wieczorami jesteś zajęty swoją… że musisz być u swojej… przyjaciółki?
Eames przesunął się w bok i otworzył szeroko drzwi sedana. Pochylił głowę, a po jego twarzy przemknął wyraz dziwnego gniewu. Zaraz jednak uśmiechnął się krótko do Arthura i położył mu rękę na ramieniu, kierując go w stronę samochodu.
— Wiesz, sprawa jest taka — zaczął i odczekał, aż Arthur wgramoli się do auta na roztrzęsionych jak galareta nogach, po czym przykucnął przed nim, żeby znaleźć się na wysokości jego wzroku. — Obiecałem przyjaciółce, że spróbuję dla niej tej rzeczy z wieczorami. Robiłem to przez parę tygodni i doszedłem do nieco przerażającego wniosku, że tak naprawdę ona niekoniecznie zawsze musi mieć rację. I z tą oto konkluzją postanowiłem powrócić do rozporządzania czasem według swojego uznania, co właśnie czynię.
Wykrzywił zawadiacko usta, wstał i zatrzasnął drzwi. Ołowiany ciężar w sercu Arthura stoczył się z głuchym łomotem do żołądka, kiedy wyobraźnia podsunęła mu obraz pięknej, dominującej kobiety, ogarniętej obsesyjną myślą sterowania wieczorami Eamesa tak, by zaspokajały jej potrzeby oraz zachcianki. Ta odrażająca myśl wywołała ostry skurcz i tak już napiętych do bólu mięśni.
Eames usiadł obok niego na fotelu kierowcy i Arthur zamarł na widok ciepła — niemal czułości — w jego uśmiechu.
— A poza tym — dokończył i na sekundę znów położył dłoń na ramieniu Arthura, po czym uruchomił silnik — wydało mi się ważniejsze, żeby sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku.
Całe ciało Arthura zadrżało w wariackim rytmie jego serca, raz i drugi. Dopiero po chwili zdołał wykrztusić coś w odpowiedzi.
— Dziękuję. Nic… nic mi nie jest.
Brwi Eamesa uniosły się niedowierzająco.
Serio — Arthur podkreślił to słowo suchym uśmiechem i Eames wyraźnie odprężył się w swoim fotelu, co natychmiast wywołało tę samą reakcję u Arthura.
— Tak — powiedział Eames spokojnie. — Cieszy mnie to. Więc kierunek dom, co nie?
Arthur pokonał skurcz w gardle i potwierdził nieartykułowanym pomrukiem. Nagle uśmiechnął się szeroko, gdy zobaczył, jak Eames wyciąga rękę w kierunku przełącznika radia.
— Veto — zarządził i zamknął oczy, a śmiech nauczyciela zalał mu uszy — i zmysły — falą radosnej ulgi.

+++

Arthur stał na środku sceny. Od czasu do czasu obciągał mankiety i natychmiast dostawał za to po łapach.
— Przestań! — warknęła odpowiedzialna za kostiumy (i nieco jędzowata) Patsy i Arthur nie mógł się powstrzymać przed ostatnim błyskawicznym szarpnięciem za rękaw, żeby pokazać, że wcale się jej nie boi. Wykrzywiła się i rzuciła mu groźne spojrzenie znad okularów. Krawieckie szpilki zalśniły złowrogo, kiedy złapała go za klapy marynarki i pociągnęła do siebie. — Posłuchaj, Wasza Wysokość — wysyczała. — Twój kostium jest jednym z najbardziej pracochłonnych, i to nie tylko dlatego, że ma wyglądać jak najbardziej królewsko. Oprócz tego muszę wyposażyć go w piekielnie skomplikowane detale, żebyś wyglądał na coraz większego szaleńca, gdy będziesz pozbywał się kolejnych warstw, co jest naprawdę, ale to naprawdę cholernie trudne, więc PRZESTAŃ SIĘ WIERCIĆ, dobra?!
— Dobrze, Patsy. Przepraszam. — Przybrał odpowiednio skruszoną minę i ledwo się opanował, żeby nie pokazać języka Ariadne, która po drugiej stronie sceny skręcała się ze śmiechu nad wypluwanym przez Patsy jadem.
Przerażająca twórczyni kostiumu cofnęła się o krok, by ocenić swoje dzieło udrapowane na zastygłym bez ruchu Arthurze.
— Jak pan myśli, panie profesorze?
No oczywiście, zadrwił Arthur w duchu i przewrócił oczami w stronę Ari. Naturalnie musiała zwrócić się do Eamesa tym słodkim, zadowolonym z siebie głosikiem.
Eames podciągnął się na rękach, wskoczył na scenę (nabawił się tej odrobinę rozpraszającej maniery po wypadku z Ariadne i lustrami) i zbliżył się do Arthura z rozbawieniem w oczach. Najwyraźniej musiał zauważyć jego cierpiętniczą minę.
— Proszę, proszę, co my tu mamy. Hmm. — Okrążył Arthura powoli, na tyle blisko, by wywołać skojarzenie z drapieżnikiem. Arthur poczuł lekki skurcz w podbrzuszu i pospiesznie przywołał wizję ćwiczonych dwa razy w tygodniu scenicznych pocałunków z Ariadne, żeby jak najszybciej ochłonąć.
Ari ruszyła ku nim z cichym, podobnym do żałosnego szeptu szelestem materiału, który sunął za nią po deskach sceny. Jej suknia Ofelii-topielicy zapierała dech w piersi nawet z widocznym szlaczkiem fastrygi i błyskiem szpilek przytrzymujących fałdy i marszczenia w miejscu. Arthur nie zdołał powstrzymać uśmiechu.
Gdyby tylko mógł zwabić jej ukochanego Yusufa na próbę kostiumową, ten z całą pewnością straciłby głowę w przeciągu kilku minut.
— Moim zdaniem — zaczęła, zerkając na Patsy i Eamesa, którzy ustawiali i obracali Arthura niczym naturalnych rozmiarów lalkę Kena — wyglądasz po prostu boooskooo. — Ostatnie słowo przeciągnęła tak, że stało się niemal czterosylabowe, i mrugnęła porozumiewawczo. — Jakbyś miał za chwilę wyjść na wybieg!
Arthur znów wywrócił oczami.
— Teraz wszystko jasne — zażartował. — Już wiem, skąd to wrażenie, jakbym stracił właśnie połowę swojego IQ.
— Oj, uważaj. — Ręka Eamesa pacnęła go w potylicę tak niespodziewanie, że aż podskoczył. Patsy parsknęła śmiechem. — Niektórzy z tu obecnych parali się pracą na wybiegu, by móc sfinansować zdobywanie swoich wspaniałych kwalifikacji, i wiedz, że wciąż mogą poszczycić się imponującym ilorazem inteligencji.
Wizja makijaży, oświetlonego podium i niemożliwie atrakcyjnych, półnagich ludzi zatańczyła oniemiałemu Arthurowi przed oczami. Dopiero zduszony okrzyk zdziwienia wydany przez Ari wyrwał go ze stuporu.
— Był pan modelem? — zapiszczała. Eames wyszczerzył zęby i stanął obok niej, rzucając jeszcze jedno spojrzenie na garnitur Arthura.
— Zwykłym, skromnym modelem, Ariadne. Nikt nie zapraszał mnie na sesje zdjęciowe reklamujące bieliznę. Poza tym nieprzypadkowo użyłem takiego, a nie innego sformułowania: parałem się tym nie dłużej niż przez rok, a i to jedynie od czasu do czasu. Najwyraźniej w tamtym sezonie mój typ fizjonomii był akurat na fali. Nie powiem, sprawa okazała się bardzo pomocna i pchnęła mnie na tory prawdziwej pracy aktorskiej, co oderwało mnie wreszcie od amatorszczyzny, którą zajmowałem się przedtem.
— Został pan aktorem dzięki wybiegowi? — zapytał Arthur. Ogarnął go żar na myśl o młodym Eamesie, przed którym otwierało się tysiąc możliwości, i zapragnął przenieść się w czasie do tamtej chwili i po prostu paść mu do stóp.
— Cóż, sprawiało mi to przyjemność, ale moi rodzice są nauczycielami — mruknął Eames, kartkując projekty kostiumów Patsy przypięte do jej Najważniejszej Na Świecie Podkładki. — Chcieli, żebym wybrał solidny zawód, który zapewni mi stabilizację, a ja zawsze dostosowywałem się do ich życzeń. Pracowałem jako model dla pieniędzy i nie traktowałem tego zajęcia zbyt poważnie, chociaż potrafiło być ciekawe. Dzięki niemu lądowałem czasami w interesujących miejscach i tak oto pewnego dnia znalazłem się w Paryżu. — Nabazgrał coś na jednym z arkuszy, co szczęśliwie odwróciło jego uwagę od niemal orgazmicznego westchnienia Arthura.
Paryż — powtórzył, a Eames spojrzał na niego z uśmiechem.
— Tak, to było moje ostatnie zlecenie. Po wszystkim wyszedłem na zewnątrz i pomyślałem „to miasto jest dla mnie stworzone”, więc zostałem w nim tak długo, jak się dało. Moi drodzy rodzice nie szczędzili wysiłków, by przypominać mi nieustannie o konieczności zdobycia kwalifikacji, dlatego postarałem się o dyplom nauczyciela angielskiego dla obcokrajowców i przyjmowałem każdą pracę, która wydała mi się interesująca.
— Czyli co robił pan w Paryżu, uczył czy grał? — spytała Ariadne, zezując na rysunki kostiumów Arthura z równie zdumioną miną co Eames.
— I to, i to. — Nauczyciel nie przestawał przerzucać kartek z projektami. Patsy i Arthur westchnęli, przeczuwając kolejne poprawki, a może nawet gruntowną zmianę pomysłu na stroje.
— A tutaj? To znaczy, w Stanach?
— To samo — powtórzył Eames, ale tym razem uśmiechnął się zarówno do niej, jak i do zaniepokojonych kwestią kostiumów, choć żywo zainteresowanych tematem Patsy i Arthura. — Jestem tu z wami, bo robię szkole uprzejmość, naturalnie doskonale płatną, zastępując panią Cobb i pomagając zorganizować pierwszorzędny spektakl. Latem najprawdopodobniej stąd zniknę i przepadnę za horyzontem, żeby sprawdzić, co mają mi do zaoferowania teatry w Waszyngtonie.
Arthur naprawdę chciał zrozumieć, czemu słowa nauczyciela dotknęły go tak boleśnie, ale nie miał czasu się nad tym zastanowić, zajęty ucieczką przed natarczywym wzrokiem Ari. Ostrożnie wciągnął powietrze przez nos i postarał się o możliwie neutralny ton głosu.
— Planuje pan wyjechać?
Eames patrzył pochmurnie na rysunki, Patsy patrzyła pochmurnie na niego, Ariadne patrzyła pochmurnie na Arthura. Arthur stał i czekał, pozornie niewzruszony.
— Tak, i chociaż bardzo mi się tutaj podoba, nie pozostanę długo przy tym zajęciu. Zazwyczaj sam stoję na scenie, zamiast dyrygować aktorami. Rok takiego doświadczenia wystarczy mi w zupełności. Przywiązałem się do was, kochani smarkacze, więc gdy już wyfruniecie na swoje uniwersytety i porozjeżdżacie się po świecie, nie chcę zostać tu sam i usychać z tęsknoty za wami. — Arthur zaczerwienił się ostro, ale Eames skierował właśnie pełen wesołych iskierek wzrok na natchnioną twórczynię kostiumów. — Oczywiście nie uniknę wielkiej tęsknoty za tobą, Patsy. — Puścił do niej oko, na co westchnęła i odebrała mu podkładkę.
— Niech pan się nie martwi, panie profesorze, obiecuję, że po pana wyjeździe będę nosić żałobę, chociaż jeszcze nikt w życiu nie wybrzydzał nad moimi projektami tak jak pan.
Ari bez powodzenia spróbowała stłumić parsknięcie. Arthurowi wyszło to nieco lepiej. Jeśli się nie przypilnuje, skończy jako wielbiciel Patsy jeszcze przed premierą.
— A, skoro już o tym wspomniałaś… — Eames z powrotem wyrwał projekty z kurczowo zaciśniętych dłoni Patsy i zaczął wodzić wzrokiem między Arthurem a rozłożonymi przed sobą szkicami. — Skarbie, możesz troszeczkę wyciągnąć ramiona? Chcę zobaczyć, czy masz wystarczającą swobodę ruchów, żeby nie uszkodzić tych wszystkich królewskich warstw.
Arthur posłusznie uniósł ręce i nie od razu zorientował się, że coś jest nie tak. Dopiero widok szeroko otwartych oczu Ari i zbiorowa cisza ze strony Patsy oraz stojących w pobliżu członków zespołu uświadomiły mu, że Eames jeszcze nigdy nie nazwał go publicznie skarbem.
Mała część jego umysłu zachłysnęła się radosnym triumfem, choć jednocześnie musiał przełknąć ślinę i zerknąć z niepokojem na Eamesa, który wciąż wpatrywał się w rysunki z cieniem rumieńca na szczytach kości policzkowych.
To albo nie znaczy nic, albo wręcz przeciwnie, pomyślał Arthur gorączkowo, nie wiedząc, co odpowiadałoby mu w tej chwili najlepiej. Zrobiło mu się głupio na myśl, że to jedno słowo, tak często używane przez Eamesa w charakterze swobodnego zwrotu, mogło zostać odebrane inaczej niż w zamierzeniu.
— Ariadne, mógłbym cię prosić o małą pomoc? Stań za Arthurem i ściągnij marynarkę tak, żeby przylegała mu ściślej do ciała, dobrze? Arthur, możesz już opuścić ręce. Taak, hmm.
Ariadne podeszła i zebrała nadmiar materiału na plecach Arthura. Patrzyli na dziwnie zdeformowaną marynarkę, niepewni, do czego zmierza Eames.
— W porządku, chyba już wiem — mruknął nauczyciel ze wzrokiem wbitym na powrót w podkładkę, po czym rzucił Ari roztargniony uśmiech. — Dzięki, słoneczko, możesz już puścić. Dobrze, Patricia, wychodzi na to, że będziemy potrzebować kamizelki. Dzięki temu zaczniemy od pełnego garnituru i w trakcie przedstawienia pozbędziemy się najpierw marynarki, potem wspomnianej kamizelki i dojdziemy do koszuli, szelek, krawata i tak dalej. Co ty na to?
Oddalił się, pogrążony w rozmowie z Patsy, i oboje zajęli się szybkim nanoszeniem zmian w szkicach (które, sądząc po rozpromienionej twarzy projektantki, powinny znacznie ułatwić jej pracę). Ariadne przysunęła się bliżej Arthura.
— Nazwał cię skarbem — powiedziała cicho poważnym głosem i uśmiechnęła się, żeby zmylić każdego, kto akurat patrzył w ich stronę.
Arthur poszedł jej śladem, przyjmując jej ton i mimikę.
— A ciebie słoneczkiem — odparł. — Nie przywiązywałbym do tego żadnej wagi.
— Mówił już tak do ciebie wcześniej? — zapytała z pozorną obojętnością, ale doskonale odczytał ukryty w jej słowach podtekst. Zawahał się lekko, jednak nie widział powodu, by ją okłamywać.
— Tak. Wielokrotnie.
Ari zesztywniała i Arthur mógłby przysiąc, że słyszy obracające się w jej głowie trybiki, kiedy analizowała sympatię Eamesa do niego i wyciągała absolutnie błędne wnioski. Poczuł do niej częściową złość za to, że będzie musiał pierwszy wypowiedzieć na głos przykrą prawdę, zanim sama o nią zapyta.
— On nie jest mną zainteresowany. Nigdy nie robił żadnych aluzji, a gdy zwraca się do mnie w ten sposób, nie znaczy to absolutnie nic więcej niż luźny zwrot w nieformalnej sytuacji. Na tej samej zasadzie ty zostałaś słoneczkiem, jasne? Możemy zostawić ten temat?
— Och, Arthur — szepnęła, a w jej tonie pobrzmiewało tyle współczucia i zmęczenia, że nie mógł się przemóc i kazać jej się zamknąć.
— Arthurze — odezwał się Eames wesoło, wracając do nich. — Jak czułbyś się w samej kamizelce zamiast marynarki?
— Jak młody bóg — odpowiedział Arthur lekko. Eames roześmiał się i klepnął go w ramię, a potem znów wdał się w dyskusję na temat słabostek kostiumu Ducha ze stawiającą coraz mniejszy opór Patsy.
— To tylko facet, Arthur — mruknęła Ariadne.
Arthur spojrzał na nią ciepło.
— Wiem — przyznał zgodnie z prawdą i aż się skrzywił na widok rozczarowania w jej oczach.
— Dobra, w takim razie idę się przebrać — oświadczyła zrezygnowanym tonem. Kiwnął głową i nagle ze zdumieniem poczuł na swojej dłoni mocny uścisk jej palców. — Wiesz, że zawsze możesz się do mnie zwrócić, co nie? Opowiedzieć mi wszystko?
Jeszcze raz ścisnęła jego rękę i Arthur uśmiechnął się do niej z odrobiną podziwu.
— Dzięki — szepnął, starając się, żeby do jego tonu przeniknął zaledwie ułamek tego, co czuł naprawdę. Kąciki ust Ari wygięły się łagodnie ze współczucia. — Ale tu nie ma nic do opowiadania.
Po tym, jak zdjęli z siebie kostiumy, Ariadne wsunęła swoją małą dłoń do jego ręki i oboje opuścili razem salę, odprowadzani ponurym spojrzeniem Nasha. Tym razem Arthur nie mógł zdobyć się nawet na cień żalu, że nie ociągał się z wyjściem na wypadek, gdyby Eames znów zechciał go podwieźć. Przyjemnie było odprężyć się u boku przyjaciółki i ignorować słowo, świecące jak neon w jego głowie.
Skarbie.
Przepędzony, niespokojny cień podświadomości Arthura rozpalił się żarem, gdy echo tego słowa przeszyło go dreszczem, docierając do najgłębszych zakamarków jego osobowości.
Skarbie.

+++

Deszcz lał niemiłosiernie i spływał po plecach. Arthur roześmiał się tylko i przyspieszył, zdecydowany dokończyć szóste okrążenie i dopiero potem pomyśleć, czy warto szukać schronienia przed ulewą.
Poddawanie się działaniu siły wyższej, na którą nie miał wpływu, napełniało go dziwnym zadowoleniem. Nie mógł jej zwalczyć, co najwyżej stawić czoła, próbować się trzymać — jeszcze tylko to jedno kółko, sześć mi wystarczy — słuchać szumu tętniącej w żyłach krwi i nie dać się pokonać zimnu.
Było za mokro na bieganie ze słuchawkami w uszach. Padało już w momencie, kiedy wychodził na zewnątrz, więc po prostu popędził przed siebie w deszcz, dysząc i cudem unikając wywrotki na pokrytej kałużami bieżni. Woda zalewała mu oczy, serce waliło w gardle. Było cudownie.
Dokończył ostatnią rundę i wyhamował z poślizgiem. Zaśmiał się jeszcze raz z satysfakcją i odrzucił głowę do tyłu, wystawiając się na pastwę pogody. Strumienie deszczu ściekały mu po twarzy. Drżąc z rozkoszy, odgarnął przemoczone kosmyki, żeby lepiej czuć bezlitosne siekanie gęstych kropel.
Serce biło mu jak oszalałe, po skórze przebiegały błogie dreszcze. Oblizał wargi i poddał się fali nagłego podniecenia. Jego ciało reagowało radośnie na odurzającą dawkę endorfin i blokadę wszelkich nieprzyjemnych doznań. Ogarnęła go potrzeba, by zrzucić z siebie ubranie i pozwolić, by deszcz dotarł absolutnie wszędzie. Zachichotał, wyobrażając sobie, jak stoi nago w samym środku ulewy i szepcze rozpadanemu niebu nazwisko Eamesa, a jego ręce same zmierzają do…
Wyprostował się, zakaszlał i ponownie odgarnął włosy z twarzy, tym razem z zamiarem zakończenia tej nonsensownej zabawy z deszczem i doprowadzenia się do porządku. Skierował się do wyjścia z boiska, chcąc wziąć szybki prysznic, zanim ciało (umysł zresztą też) zdąży skompromitować go w przemoczonym, obcisłym jak druga skóra sportowym stroju i… O cholera.
Arthur poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa spływa mu odmienny rodzaj dreszczu. Na szczycie trybun, pod wysoce skuteczną osłoną dachu, stał Eames z rękami założonymi na piersi i wbitym w niego wzrokiem. Arthur znów zapragnął wyszeptać jego nazwisko, tylko po to, by połaskotało go w usta.
Miękko przesadził barierkę i nie spuszczając Eamesa z oczu, jak zahipnotyzowany ruszył schodkami w górę. Mięśnie niosły go ochoczo, wibrowały energią i niespełnionymi potrzebami, których echo wciąż odzywało się pod skórą.
— Wiesz co, Arthur — zawołał Eames ze swojego bezpiecznego schronienia pod dachem. — Zaczynam się zastanawiać, kim ty tak naprawdę jesteś. Masochistą czy ofiarą uzależnienia od endorfin?
— Najwyraźniej i tym, i tym — uśmiechnął się Arthur i przystanął kilka kroków przed Eamesem, zaczerwieniony od przebytego niedawno wysiłku i ekscytująco świadomy, że mokre ubranie dosłownie lepi mu się do skóry. Jego rumieniec pogłębił się, gdy Eames przesunął po nim rozbawionym spojrzeniem.
— Powinieneś być Anglikiem, Arthurze. Twój ewidentny i trwały romans z deszczem zdecydowanie bardziej pasuje do miejsca po drugiej stronie oceanu.
Arthur uniósł brew i schował ręce za plecami, szczerząc się wesoło.
— A czy w takim razie ty nie powinieneś stać tu ze mną, zamiast pod dachem? W końcu twoja autentyczna brytyjskość do czegoś zobowiązuje, nie?
— Och, jesteś wystarczająco mokry za nas dwóch, skarbie.
Serce Arthura zakołatało gwałtownie. Roześmiał się, odrobinę zbyt entuzjastycznie. Eames przymknął oczy i również zachichotał, po czym wskazał gestem w kierunku parkingu.
— To co, idziesz?
Arthur przełknął ślinę i kiwnął głową.
— Dasz mi dziesięć minut? — wykrztusił przez znajomy skurcz w krtani, rozpoznając dawną swobodę ich układu, i już gnał schodami w dół.
— Nie spiesz się, skarbie — zawołał za nim Eames z gęstniejącej ciemności. — Mogę zaczekać.
Arthur zastygł na chwilę i rzucił mu przez ramię krótki uśmiech, a potem popędził do szatni, gdzie cały czas wmawiał sobie stanowczo, że trzęsie się tylko i wyłącznie z zimna.
Kiedy wysiadał z samochodu Eamesa na podjeździe pod domem, rozgrzany i szczęśliwy, prawie w to wierzył.

+++

— Mowy nie ma.
Arthur drgnął zaskoczony, czując, jak czyjaś silna dłoń łapie go za kołnierz. Cichy okrzyk przestrachu zamarł mu na wargach, które niemal natychmiast rozciągnęły się w uśmiechu. Eames. Nauczyciel zdecydowanym ruchem obrócił go w stronę parkingu, znajdującego się w przeciwnym kierunku niż pierwotny cel Arthura.
— Czyżby? — Arthur w okropny sposób i z pełną premedytacją zmałpował akcent Eamesa, unosząc przy tym ironicznie brew.
Eames jęknął.
— Wiesz równie dobrze co ja, że zawiozę cię do domu. Jest potwornie zimno, a w dodatku zapowiadali, że spadnie więcej cholernego śniegu, więc nawet nie myśl o tym, że wyjdziesz dziś na bieżnię. Z całą pewnością nie mam zamiaru stać, marznąć i czekać, aż się nabiegasz do woli. Dlatego…
Arthur wydał z siebie cierpiętnicze westchnienie, nie do końca autentyczne.
— …dlatego zaraz mi powiesz „Wsiadaj do samochodu, Arthur?”
— Dokładnie, skarbie — wyszczerzył się Eames. — Pięknie odczytujesz moje intencje. Nie muszę nawet otwierać ust.
Arthur zaczerwienił się, gdy zauważył, że jego wzrok bezwiednie powędrował do wspomnianych ust. Oderwał go od nich gwałtownie i zmarszczył brwi, dostrzegając po drugiej stronie trawnika przed szkołą paskudnie wykrzywionego Nasha, który mówił właśnie coś do stojącego obok Browninga. Jego usta układały się w słowa pieprzony pedał. Arthur odwrócił głowę z obrzydzeniem.
Wypchnął ze świadomości gorzki posmak bigoterii i hipokryzji kolegów, zrównując krok z Eamesem. Z nieco wymuszoną wesołością reagował na jego nieustające — i przeważnie niezbyt poważne — konwersacyjne zaczepki, specjalnie zmniejszył też dzielący ich dystans, bo niech się, kurwa, gapią. A gdy siedział już w sedanie obok Eamesa z ryczącym w tle radiem, jego śmiech i dobry humor były jak najbardziej autentyczne.
— Boże drogi — zachichotał na pierwsze dźwięki tego, co podejrzanie przypominało chórek jakiegoś boysbandu, zachęcający do bliższego kontaktu z ich obciągniętymi ciasnym ubraniem ciałami. — Wiem, że zawsze prosiłem cię o coś bardziej współczesnego, ale czy to od razu musi być Glee do kwadratu?
Eames wygiął brew, zapiął pas i uśmiechnął się z samozadowoleniem.
— Niebezpiecznie zbliżasz się do biblijnej sytuacji z grzesznikiem i kamieniem, Arthurze. Chyba nie jesteś tak słodko naiwny, by sądzić, że Ariadne nie podzieliła się ze mną twoją zaimprowizowaną parodią Lady Gagi?
Arthur zamknął oczy i przez chwilę analizował w myślach swoje opcje, po czym uniósł jedną powiekę, zerknął na rozbawionego Eamesa i odezwał się cichym, bardzo trzeźwym tonem:
— Jeśli obiecam ci, że nie skomentuję ani jednej wybranej przez ciebie piosenki do, powiedzmy, marca, to czy w zamian będziesz udawał, że Ari nie pokazała ci tego cholernego nagrania?
Eames zmrużył oczy i wydął z namysłem usta, po czym wyciągnął do niego rękę.
— Dołącz do tego kiczowatego chórku i już masz moją pełną zgodę.
Arthur wyszczerzył się radośnie i zarumienił, przyłapując się znów na przydługim wpatrywaniu w idealnie wycięte, pełne wargi. Przeniósł wzrok wyżej i skrzyżował spojrzenie z nauczycielem, a potem mocno potrząsnął jego dłonią.
— Zgoda. — Opadł na swój fotel i rzucił Eamesowi krzywy uśmieszek. — Zdajesz sobie sprawę, że mogłeś wytargować moje milczenie odnośnie wyboru stacji radiowej nie tylko do marca, ale do samej matury?
Eames przybrał anielską minę.
— Ależ oczywiście, skarbie. Z kolei ja zakładam, że ty też zdajesz sobie sprawę z faktu, iż żaden nauczyciel godny tego miana nie pozwoliłby puścić tak świetnego przedstawienia w niepamięć. Z tego właśnie powodu poprosiłem Ariadne o przesłanie mi filmiku, żebym mógł pokazać go reszcie grona pedagogicznego i oczywiście zachować własną kopię dla potomności.
Arthur z trudem opanował chęć zazgrzytania zębami i ukrycia twarzy w dłoniach. Zamiast tego dyplomatycznie zmienił temat.
— Cieszysz się już na piątkowy wyjazd?
Eames roześmiał się miękko i dopiero po chwili powrócił do bardziej rzeczowego tonu.
— Tak, Arthurze, bardzo się cieszę, że jedziemy na tę wycieczkę. To miło, że zapytałeś.
— Cała przyjemność po mojej stronie — odparł Arthur kwaśno i jakby z przymusem, na co Eames parsknął wesoło i przełączył radio na coś afektowanie-pretensjonalnego, pochodzącego, sądząc po brzmieniu, z końca lat dziewięćdziesiątych.
— Proszę bardzo, mamy idealną sytuację. Moja muzyka bez twoich protestów, niebezpieczeństwo rozpowszechnienia twojego talentu parodystycznego zażegnane, choć dałbym wiele, by móc pokazać go światu. A teraz skończ z próbami grzecznej konwersacji, bo ciarki mi od tego przechodzą po plecach.
Arthur rozpromienił się na chwilę, zaraz jednak przywołał na twarz bardziej odpowiednią do położenia, skrzywioną minę.
— Tak na serio, naprawdę cieszę się na piątek, ale jeśli jeszcze raz usłyszę, jak romantycznie będzie obejrzeć tę sztukę akurat w walentynkowy tydzień, to chyba kogoś uduszę.
Opuścili parking i przy akompaniamencie ciepłego chichotu Eamesa i ryku klaksonów włączyli się do ruchu, a raczej potwornego korka.
— Co, czyżbyś nie był fanem miłościwie nam panującego Świętego Walentego, Arthurze? Doprawdy mnie zadziwiasz.
Arthur pokazał mu środkowy palec. Eames parsknął i gwałtownie szarpnął kierownicą, skręcając w zapraszająco pustą boczną ulicę.
— Nie będziemy tkwić tu cały dzień — mruknął i spojrzał wesoło na Arthura. — Jest pan gotów na podróż bardziej malowniczą trasą niż zazwyczaj, panie Wright?
— Tak jest, panie profesorze — odpowiedział Arthur swobodnie i wybuchnął krótkim śmiechem, kiedy Eames wymamrotał pod nosem „mam za swoje”.
— Powiedz mi więc, wrogu burzliwej erupcji hormonów, która zwykle towarzyszy obchodom Walentynek przez osoby w twoim wieku, jak wyglądał twój absolutnie normalny poniedziałek?
Arthur wydał z siebie cichy chichot.
— Prawdę mówiąc spędziłem wieczór przypuszczalnie w ten sam sposób co, jak raczyłeś to ująć, osoby dotknięte erupcją hormonów. Spotkałem się z Ari, napchaliśmy się zbyt dużą ilością czekolady i oglądaliśmy babskie filmy.
— Co? Babskie w sensie „Bridget Jones ma wiadomość”? Albo „Kiedy Harry poznał seks w wielkim mieście”?
Arthur trzepnął go lekko i zaśmiał się, słysząc syk udawanego bólu i widząc jego sztucznie nadąsaną minę.
— Cicho bądź. Nic z tych rzeczy, broń boże! Miałem na myśli takie filmy jak Śniadanie u Tiffany’ego, Casablancę albo Tę noc. Wiesz, dobre filmy.
— Chciałeś powiedzieć, stare filmy — wyszczerzył zęby Eames. — Choć tak się przypadkiem składa, że lubię i Śniadanie u Tiffany’ego i Casablancę. To z oczywistych powodów klasyki. Ale tego ostatniego jeszcze nie widziałem.
Arthur nie zdążył stłumić ogarniającej go fali entuzjazmu. Obrócił się na siedzeniu twarzą do Eamesa.
— Och, jest świetny. Fakt, że przy tym niezbyt znany. Ariadne i ja odkryliśmy go przypadkiem któregoś wieczoru parę lat temu i tak mi się spodobał, że nagrałem go, gdy leciał znów na jakimś kanale kilka dni później. Nie pamiętam, żebym widział go potem w telewizji. Nie można go nigdzie kupić, nie mają go w wideotekach, więc zachowaliśmy go z Ari i urządzamy sobie czasem uroczysty seans. Naprawdę dobry film. Jeśli będziesz miał okazję, to koniecznie go obejrzyj.
Eames zamrugał powoli.
— To pierwszy raz — powiedział ostrożnie — kiedy widzę, że mówisz o czymś z takim przejęciem. Na pewno zobaczę ten film, gdy tylko będę mógł, obiecuję ci, Arthurze.
Arthur przełknął ślinę i zaczerwienił się.
— Jeśli spróbujesz, nie pożałujesz — mruknął i przewrócił oczami, widząc uśmieszek Eamesa. — Tak, wiem, że się zrymowało. Wiesz, jak na kogoś, kto ma roztaczać autorytet, jesteś niesamowicie dziecinny.
— Dziękuję ci, skarbie. Nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy.
Arthur westchnął cicho. Mięśnie policzków bolały go już od utrzymywania poważnej miny, mającej zapobiec zdradzieckim dołeczkom.
— A wracając do wycieczki, to z jakiego innego powodu jedziemy właśnie na Romea i Julię, jeśli nie dla wątpliwej przyjemności oglądania zapłakanych nastolatek? Przecież sam mówiłeś, że nie znosisz tej sztuki?
Eames wzruszył ramionami. Wciągnął z sykiem powietrze, kiedy wyhamowali na końcu kolejnego korka.
— W programie był tylko Hamlet albo Romeo i Julia. Nie ma mowy, żebym pozwolił wam teraz obejrzeć czyjegoś Hamleta. Wypaczyłoby to wasze spojrzenie na własną interpretację, nie wspominając o tym, że całość przypominałaby wtedy raczej wyjazd na zajęcia, a nie coś, co dostajecie w nagrodę, stąd decyzja mogła być tylko jedna.
Zerknął na Arthura, najwyraźniej błędnie odczytując lekkie zmarszczenie jego brwi (myśl o kimś innym w roli Hamleta okazała się dziwnie nieprzyjemna), bo wyciągnął rękę i klepnął go w ramię z pokrzepiającym uśmiechem.
— Hej, na pewno będzie świetnie — dodał. — To, że mam dość widoku ludzi słaniających się z zachwytu nad sceną z akwarium1, nie znaczy jeszcze, że rzecz nie nadaje się do oglądania. Tekst jest świetny, bo jakby inaczej. Grałem kiedyś przez jeden sezon Merkucja i uwielbiałem tę rolę, zrobiłem z niego kogoś sprośnego i pozbawionego respektu dla innych, mrocznego i pełnego głębi, lekkoducha, a zarazem zagubionego. To jedna z tych fantastycznych postaci, którą można idealnie wpasować w taki nastrój, jaki chcesz akurat stworzyć na scenie. Genialne doświadczenie.
Arthur musiał się naprawdę postarać, żeby nie spojrzeć na niego niczym zafascynowana lalką Barbie ośmiolatka z kucykami. Przygryzł wewnętrzną stronę policzków, by opanować cisnący się na usta uśmiech.
— W takim razie na pewno nie będzie źle. Obejrzę to pod kątem porównania z twoim Merkucjem. Opowiedz mi jeszcze raz dokładnie, jak go zagrałeś?
Ostatnie słowa wyrzucił z gorliwym pośpiechem, ale na szczęście Eames skupił się właśnie na wolno sunącej przed nimi kolejce pojazdów, tęsknie spoglądając w kierunku równoległej, niemal pustej uliczki.
— Kogo, Merkucja? Różnie. Kiedy wiedziałem, że na spektaklu będzie młodzież szkolna, kreowałem go na rozpustnego, beztroskiego faceta. Umiera jako pierwszy, co zawsze szokowało widzów gwałtownym skrętem w stronę tragedii. Osobiście najchętniej grałem go jako zazdrośnika.
Arthur uniósł brwi.
— Zazdrośnika? — powtórzył.
— No cóż, jak ci zapewne wiadomo, Romeo i Merkucjo byli najlepszymi przyjaciółmi. Romeo zawsze uganiał się za przypadkowymi dziewczętami, ale jego związek z Julią okazał się inny. Wpłynął na ich układ, zniszczył go i w efekcie zabił Merkucja. Uwielbiałem rozegrać to właśnie w ten słodko-gorzki sposób, który po prostu miał moim zdaniem najwięcej sensu. Bo posłuchaj, gość wydaje ostatnie tchnienie, przeklinając swojego najlepszego przyjaciela, co raczej nie nastraja do bardziej humorystycznej interpretacji postaci, więc po prostu wolałem… — Eames zerknął na zasłuchaną minę Arthura i roześmiał się, czerwieniejąc lekko. — Ale się rozgadałem, co? Przepraszam, skarbie.
Arthur powiercił się na fotelu z nadzieją, że nie wygląda, jakby miał zaraz zemdleć z zachwytu (i że nikt poza nim samym nie zauważył wyraźnego przepływu krwi do dolnych partii ciała).
— Nie, nie, to było bardzo ciekawe. Naprawdę dobrze posłuchać o tym, jak podchodzisz do swoich ról. Tak samo było na ostatniej próbie, kiedy opowiadałeś nam o warstwowym wcielaniu się w postać. Czułem się zainspirowany twoją analizą tego, jak sam widzisz Hamleta, jak widzą go inni, jak on widziałby siebie. Jako postać, mężczyznę, brata, syna, kochanka, ojca, i tak dalej. Wiesz… to było niesamowite. I zastraszające. — Roześmiał się. — Totalnie zastraszające, prawdę mówiąc. Próbowałem zrobić to w ten sposób, o którym mówiłeś i osiągnąłem tylko tyle, że kompletnie straciłem koncentrację i…
— Arthur — przerwał Eames z nagłą powagą, patrząc mu intensywnie w oczy. — Uwielbiam twoje podejście do postaci. Gdybym tylko wiedział, że próbujesz je zmienić po to, by naśladować mój styl pracy, trzepnąłbym cię po łbie twoim własnym skryptem. Zrozumiałeś, że chcę cię takim, jaki jesteś?
Arthur przełknął ślinę.
— Zrozumiałem — odpowiedział cicho, pragnąc, by ostatnie słowa Eamesa miały również inne znaczenie.
— A teraz mam wielką nadzieję, że nie zaplanowałeś niczego na dzisiejszy wieczór, bo zanim wydostaniemy się z tego przeklętego korka, zdążymy zamienić się w starych, zgrzybiałych dziadów — warknął Eames, a Arthur z ulgą przyjął powrót do swobodniejszych tematów.
— W zasadzie — zaczął z szerokim uśmiechem, pewny reakcji na to, co Eames zaraz usłyszy z jego ust — miałem zamiar popatrzeć, jak robotnicy kończą nasz nowiusieńki podgrzewany basen w ogrodzie, ale trudno, w porządku.
Zdawał sobie sprawę, że brzmi, jakby się przechwalał (Ariadne wytknęła mu to już kilkakrotnie), ale było to warte widoku opadającej powoli szczęki Eamesa.
— Masz basen? — zapytał tonem niedowierzania.
Arthur spojrzał na niego z taką dozą obojętnego luzu, na jaką mógł się zdobyć.
— Tak dokładnie to moja matka. Kiedyś miała dostęp do basenu w dawnej pracy, ale odkąd zwerbowano ją do nowej kancelarii, zaczęło jej brakować pływania. Więc Rick podarował jej basen na Gwiazdkę. Niestety ma czas korzystać z niego tylko rano, przed pracą, co znaczy, że wieczorami mam go tylko dla siebie. — Spróbował zrobić żałosną minę. — Wydaje mi się, że moje życie niedługo stanie się bardzo trudne.
— Niewątpliwie — odparł Eames ironicznie i przewrócił oczami. — Jak ty dasz sobie ze wszystkim radę, biedaku?
Arthur westchnął i oparł wierzch dłoni o czoło, czując, jak wyraz sztucznej troski na jego twarzy kruszy się w reakcji na rozbawione parsknięcie nauczyciela. Przez chwilę obaj pogrążyli się w niekrępującym milczeniu. Bębnienie ciężkich kropel deszczu o przednią szybę sedana nałożyło się na dźwięki płynącej z radia muzyki.
— Hm — mruknął Eames cicho po pewnym czasie, kiedy Arthur, ukołysany jego obecnością, łagodnymi odgłosami i ciemniejącym wieczornym niebem, zdążył osiągnąć poziom odprężenia zbliżony do medytacji zen.
— Hm? — powtórzył sennie.
Eames wyprostował się i zmarszczył czoło w zamyśleniu, krzyżując przedramiona na kierownicy.
— Słuchaj, Arthur, czemu tutaj wszyscy z taką niechęcią patrzą na myszkowanie w kontenerach? To znaczy, w tych ze śmieciami? Czy to coś wysoce niestosownego? Nielegalnego? Karanego śmiercią?
Brwi Arthura powędrowały aż po nasadę włosów.
— Że… co?
Był tak skołowany pytaniem, że zapomniał o samokontroli, więc kiedy Eames przysunął się bliżej, naruszając jego przestrzeń osobistą, ledwo udało mu się zdławić jęk. Kosmyk włosów nauczyciela musnął go w ucho. Ciałem Arthura wstrząsnął krótki dreszcz.
— Spójrz. — Eames wyciągnął ramię na wysokość jego oczu, wskazując na coś za oknem. — Widzisz tamten kontener na śmieci?
— Śmietnik? Widzę — potwierdził Arthur półprzytomnie i oderwał wzrok od niebezpiecznie bliskiego miejsca na szyi Eamesa, tam, gdzie łukiem przechodziła w szczękę. Z roztargnieniem spojrzał na wspomniany kontener. — O co chodzi?
— Widzisz, co z niego wystaje? Tam z boku?
Arthur wykrzywił twarz.
— Co, dywan? Jasne, że widzę.
Eames obrócił głowę i popatrzył na niego. Był tak blisko, że po prostu musiał usłyszeć dudnienie krwi tuż pod skórą Arthura, który właśnie zmagał się z przemożnym pragnieniem skubnięcia ustami jego wygiętej w uśmiechu dolnej wargi. Spojrzeli sobie w oczy. We wzroku Eamesa migotały psotne ogniki.
— Nie wydaje ci się, że byłby idealnym miejscem ukrycia dla Poloniusza na moment przed tym, jak przebijesz go mieczem?
Arthur zamrugał i przyjrzał się krytycznie przybrudzonym fałdom niewątpliwie przemoczonego dywanu, górującego nad krawędzią kontenera. Skrzywił się jeszcze mocniej.
— Hmm — mruknął dyplomatycznie.
Eames prychnął w mało elegancki sposób i rzucił Arthurowi spojrzenie zdecydowanie dalekie od zachwytu.
— Serio, Arthur, czasami robisz na mnie wrażenie, jakbyś nie miał za grosz wyobraźni. Co akurat w tym szczęśliwym przypadku nie okaże się żadną tragedią, ponieważ to ja jestem wielkim reżyserem, a moje słowo — prawem. Więc oto mówię: chcę mieć ten dywan. A teraz powiedz, w jaki sposób najlepiej go zorganizować, hmm? Dokopać się byłego właściciela i złożyć mu ofertę kupna, czy też, i ku temu rozwiązaniu się skłaniam, po prostu ukraść to cholerstwo?
Arthur patrzył na niego bez słowa i chłonął widok jego szelmowskiej miny, którą zamierzał rozpamiętać później ze szczegółami. Jednocześnie najeżył się lekko, dotknięty faktem, że Eames zwraca się do niego jak do podwładnego.
— Chyba możemy go sobie zabrać — powiedział i drgnął, kiedy Eames podskoczył radośnie na fotelu.
— Fantastycznie! Zobaczysz, będą z nas jeszcze kryminaliści, Arthurze. Do roboty!
Nacisnął klamkę, gotowy wyjść prosto w coraz silniejsze strumienie lodowatej ulewy. Arthur niemal bezwiednie wyciągnął rękę i złapał go za ramię. Zaczerwienił się, czując pod palcami węzły twardych mięśni.
— Nie, ja… ja chciałem tylko powiedzieć, że możemy go wziąć — usprawiedliwił się nieco zachrypniętym głosem. — Skoro ktoś wyrzucił go do śmieci, oddał go w pewien sposób do cudzej dyspozycji. Jest niczyj, więc równie dobrze możesz sobie podejść i go zabrać, i po sprawie, masz dywan. Nie musisz się niczym przejmować, oprócz tego, że na mur będzie zalatywał stęchlizną.
Eames opadł z powrotem na siedzenie.
— Cóż, taki obrót rzeczy od razu odbiera całości połowę uroku — westchnął ze wzrokiem wciąż skierowanym na kontener. — Ale i tak chętnie przyjrzałbym mu się z bliska.
Jego ton stracił sporo ze swoich emocji i zatrzymał się na poziomie gdzieś między rezygnacją a bolesnym rozczarowaniem dziecka, którego obawy co do autentyczności Świętego Mikołaja zostały właśnie potwierdzone.
Arthur zamierzał przewrócić oczami, zdecydował jednak, że zamiast uśmiechnąć się z pobłażaniem, lepiej będzie przywołać na twarz wyraz powagi i zainteresowania niewątpliwie nadgniłym obiektem eamesowego pożądania.
— Eames — warknął swoim najlepszym głosem przestępcy (później może załamywać dłonie nad jego brzmieniem). — Powinniśmy się z tego wycofać, póki jeszcze możemy.
Przełknął potok słów, które cisnęły mu się na język w tej pospiesznej improwizacji. Ostry skurcz w żołądku był jednak wart swej ceny, bo Eames obrócił się ku niemu i spojrzał na niego wzrokiem, w którym zachwyt i zaskoczenie biły się o pierwszeństwo. Obdarzył Arthura olśniewająco promiennym uśmiechem, po czym szybko spochmurniał, dopasowując swoją minę do ponurej powagi na jego twarzy.
— Jeśli nie zdecydujemy się na ten skok teraz, możliwe, że już nigdy nie doczekamy się podobnej okazji.
Wygiął brew i Arthur powoli skinął głową. Tłumił śmiech z taką samą determinacją, z jaką na próbach wypychał ze świadomości Arthura, kiedy potrzebny był Hamlet.
— Więc nie mamy innego wyjścia — odparł z namaszczeniem, nie wypadając z roli nawet wtedy, gdy Eames, rzuciwszy mu spojrzenie pełne czystego zła, wyskoczył z sedana w deszcz.
Arthur pozwolił sobie zaledwie na maleńki uśmiech, zanim poszedł w jego ślady.
Pobiegli błotnistą ścieżką do pękającego w szwach śmietnika, sterczącego samotnie na skraju parku.
Dywan okazał się jeszcze bardziej przesiąknięty deszczem i brudem, niż Arthur się obawiał, ale Eames nie mógł nazachwycać się nim do syta, jak gdyby przez większość życia szukał takiego właśnie skarbu.
Marszcząc nos, Arthur chwycił koniec zwiniętej w nędzny rulon zdobyczy i próbował wyszarpnąć ją spod stosu odpadków.
— Co za niesamowitą woń odkryłeś — powiedział i w ostatniej chwili powstrzymał się od otarcia kropel deszczu z podbródka i nosa. Jego ręce już teraz pokrywała cienka warstwa obrzydliwego, typowo śmietnikowego osadu. Nagle zastygł i ze zmarszczonymi brwiami spojrzał na Eamesa, który przestał ciągnąć za dywan i wpatrywał się w Arthura z (mocno skropioną deszczówką) mieszaniną rozbawienia oraz… czy to możliwe, że uwielbienia?
— Biega, gra, piecze, gotuje. I cytuje Hana Solo2 — wymruczał Eames i zlizał krople deszczu z dolnej wargi, a kąciki jego ust powędrowały do góry. — Spokojnie, serce moje, nie szalej.
— Ucisz się lepiej i pomóż mi wyciągnąć tę przeklętą szmatę — wydyszał Arthur, walcząc z zawrotem głowy. Jeśli już, to szaleć powinno przestać jego serce.
— PRZEKLĘTĄ SZMATĘ? Arthurze, przy odrobinie dobrej woli, a nawet i bez niej, ten dywan po wyczyszczeniu mógłby ujść za klasyczny arras w stylu Aubussona. Pies drapał ten nędzny kawałek kurtyny, za którym planowaliśmy ukryć starego, dobrego Maurice’a, zanim zadasz mu śmiertelny cios. Zaufaj mi, gra jest warta świeczki!
Nozdrza Arthura jeszcze raz zaciągnęły się odurzającą wonią perfum „Gnijący Dywan”. Bijące od Eamesa fale entuzjazmu rozgrzewały go niczym płomień z kominka. Zmrużył oczy i zacisnął szczęki, wcielając się na powrót w postać Rozpruwacza Kontenerów.
— Warta tego, by wylądować za kratkami? Bo chcę ci powiedzieć, Eames, że się nie wycofam. Ani dla ciebie, ani dla nikogo.
Oczy Eamesa lśniły blaskiem. Zdecydowanym szarpnięciem uwolnił dywan spod stosu śmieci i obaj zatoczyli się w tył, obciążeni śmierdzącym, przesiąkniętym wodą łupem.
— Nigdy nie wezmą nas żywcem — obiecał Arthurowi. — Znikamy!
Gdyby nie zwinięty w rulon „arras” pomiędzy nimi, pomyślał Arthur, skręcając się wewnętrznie ze śmiechu, z pewnością pognaliby do sedana sprintem, przybierając pozy rodem z filmów sensacyjnych i turlając się po ziemi w unikach przed gradem kul wyimaginowanego wroga. W rzeczywistości ich ucieczka z miejsca zbrodni przypominała mało bohaterski, chwiejny truchcik, którym dotarli na miejsce, gdzie stwierdzili, że korek zdążył rozładować się bez ich udziału.
Eames zanurzył się na chwilę we wnętrzu pojazdu, by otworzyć bagażnik, po czym złożył jedno z tylnych siedzeń. Wspólnymi siłami wciągnęli do środka gruby rulon, pchając i manewrując nim tak, że jeden z końców znalazł się wreszcie nad podgłówkiem siedzenia pasażera. Arthur zrozumiał, że będzie musiał usiąść gdzie indziej i w tym samym momencie podstępny uśmiech rozciągnął mu usta. Tak, to całkiem niezły pomysł.
Jednym skokiem znalazł się na fotelu kierowcy i wyszczerzył jeszcze bardziej, wymacawszy tkwiące w stacyjce kluczyki. Zapalił i zaraz zgasił silnik. Eames, który właśnie zatrzasnął bagażnik, skwitował jego nowe miejsce niebezpiecznym zmrużeniem oczu. Zbliżył się do wciąż otwartych drzwi przy cichym, elektrycznym brzęku opuszczanych przez Arthura szyb. Wnętrze samochodu aż wibrowało od wydzielanego przez dywan smrodu.
— Wsiadaj, szefie — mruknął Arthur niskim, gardłowym głosem, jak na gangstera przystało. — Gliniarze zaraz tu będą.
Eames wydął wargi. Mięśnie jego policzków drgały, jakby walczyły z cisnącym się na usta uśmiechem. Wsunął ręce do kieszeni i spojrzał na Arthura z namysłem.
Arthur ponownie uruchomił silnik. Eames nie spuszczał z niego wzroku.
— Będą nas ścigać.
Arthur wykrzywił usta.
— A ja z radością wyprowadzę ich w pole. Wsiadaj, Eames.
Eames uniósł oczy do nieba, ale bez słowa wśliznął się na siedzenie za miejscem kierowcy i w dość alarmujący sposób ścisnął kurczowo jego oparcie tuż ponad barkiem Arthura.
— Gaz do dechy, Chewie — warknął i Arthur wystrzelił naprzód z piskiem opon. Skręcił w cudownie odkorkowaną ulicę i dopiero tu zwolnił do nieco przyzwoitszego tempa. Uśmiechnął się drapieżnie, czując na karku wzrok Eamesa i uniósł głowę, by napotkać jego spojrzenie w lusterku wstecznym.
— Co teraz? — Uniósł nonszalancko brew i zerknął na wciąż podminowaną twarz Eamesa. — Wstąpiliśmy właśnie na ścieżkę zbrodni i przestępstwa. Chyba powinniśmy rozejrzeć się za jakimś podupadłym motelem? Wiesz, zadekować się gdzieś i czekać, a gdy wytropią nas gliny, wiać od stanu do stanu, dopóki nie zaczną nas ścigać jak psy, a na koniec ukazać się światu w blasku chwały, jak Butch i Sundance?3
Eames pochylił się do przodu, napinając pas, i z naciskiem spojrzał w oczy lustrzanemu odbiciu Arthura.
— Motele i strzelaniny? Doprawdy, Arthurze, rozczarowujesz mnie. Myślałem raczej o czymś w rodzaju stylowych pościgów samochodowych w Monte Carlo4. Kasyna, luksusowe suity, znaczone karty, oszukane kostki do gry, szampan, stół zasypany żetonami do pokera… Ale oczywiście, jeśli wolisz, możemy trzymać się twojej wizji.
Arthur wyszczerzył zęby, skręcając w swoją ulicę.
— Raczej Bond niż Butch Cassidy?
Nie waż się myśleć o szampanie, stołach, rozlatujących się motelowych łóżkach, żetonach przyciśniętych do pełnych warg…
Eames ścisnął go za ramię.
— Nie bój się marzyć z rozmachem, skarbie.
Arthur przywołał na twarz minę słodkiej niewinności tak gorliwie, że aż zabolały go szczęki.
— Wygląda na to, że muszę się jeszcze wiele nauczyć — mruknął i szarpnął hamulec ręczny, zmuszając sedana do gwałtownego półobrotu i zatrzymania idealnie naprzeciwko podjazdu pod domem.
Odważył się rzucić szybkie spojrzenie do tyłu, by sprawdzić reakcję Eamesa na popisowe hamowanie — trzymał wyciągnięte w pogotowiu ramię, jakby chciał się podeprzeć w razie potrzeby. Arthur napotkał jego spokojny, choć rozbawiony wzrok i nagle wiedział, że nie wytrzyma. Zgiął się w pół i ryknął śmiechem, uderzając czołem o spoczywające wciąż na kierownicy przedramiona, i nie przestawał się zanosić, dopóki mięśnie policzków nie odmówiły współpracy, a oczy nie zaczęły łzawić.
— Skończyłeś już? — zadrwił Eames, ale ze zbyt dużą dozą humoru w głosie, by wypadło to jadowicie. Pochylił się w stronę Arthura, który, wydawszy ostatni, pożegnalny chichot, wyprostował się znów w fotelu i dyszał ciężko, uspokajając się powoli. Kolejny raz skrzyżowali spojrzenia w lusterku.
— Tak — odparł z szerokim uśmiechem. — Wszystko w porządku.
Usta Eamesa drgnęły.
— O, z pewnością, skarbie. Gdybym kiedykolwiek desperacko potrzebował dobrego zwiadowcy i mistrza kierownicy w jednym, będziesz pierwszą osobą, do której się zwrócę.
Arthur zaczerwienił się i spuścił wzrok.
— A teraz posłuchaj — zawarczał Eames (który nagle znalazł się tuż za nim, blisko, o wiele za blisko, i patrząc w oczy jego odbiciu przyłożył dwa złożone razem palce niczym namiastkę pistoletu do czułego punktu pod jego szczęką, i Arthur stracił dech, bo opuszki wbiły mu się w szyję z obietnicą pozostawienia na niej siniaków, gdyby tylko odważył się wyjść im naprzeciw lekkim wygięciem ciała) — jeśli kiedykolwiek znów przyjdzie ci do głowy ukraść mi samochód albo jeździć w podobnym stylu bez wyraźnej potrzeby, będziesz musiał liczyć się z poważnymi konsekwencjami. Czy wyraziłem się jasno?
Z krtani Arthura wyrwał się cichy, mimowolny dźwięk. Zwilżył wargi językiem i uderzył twardo potylicą o podgłówek, ulegając pokusie naparcia na przytknięte do tętnicy palce. Opuścił powieki, zadrżał i pospiesznie zaimprowizował ton szeregowego członka mafii.
— Tak jest, szefie.
Eames odbiegł spojrzeniem w bok, zaśmiał się krótko i oderwał rękę od szyi Arthura, po drodze ściskając go przelotnie za ramię, po czym wysiadł z samochodu. Arthur wygramolił się na zewnątrz chwilę później. Rozdygotane kolana uginały się pod ciężarem jego ciała, a umieszczona przed sobą torba zasłaniała strategiczne miejsce.
Zasalutował Eamesowi i oddalił się nonszalancko w stronę domu, cały czas przygryzając wargę, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Uszedł zaledwie dwa kroki. Silny uchwyt dłoni na ramieniu zmusił go do obrotu, a kiedy spuścił wzrok, zauważył drugą rękę nauczyciela, wyciągniętą w jego kierunku.
— Kluczyki, ty bezczelny gnojku. — Eames patrzył na niego groźnie, ale błysk w jego oczach i wyrywające się ku górze kąciki ust psuły cały efekt.
Wzdychając ze sztuczną irytacją, Arthur zdeponował je z głośnym klaśnięciem w otwartej dłoni nauczyciela. Zakręciło mu się w głowie, kiedy poczuł palce zaciskające się nie tylko na cennych kluczykach, ale i na jego ręce. Uchwyt zelżał niemal natychmiast, a Eames prychnął i prawie popchnął go w kierunku schodów.
— No, idź już. Zobaczymy się jutro w szkole.
Arthur jeszcze raz przyłożył palec do skroni w pożegnalnym salucie.
— Do jutra — odpowiedział i puścił się sprintem do domu, odwracając się tylko na chwilę, żeby popatrzeć, jak Eames odjeżdża.
Wszedł do środka i zasunął zamek od wewnątrz, a potem popędził na drugi koniec mieszkania i przekręcił klucz w drzwiach łączących jego pokoje z apartamentem matki. Dwoma niecierpliwymi kopnięciami pozbył się butów, na oślep cisnął torbę w kąt i omal nie połamał sobie nóg, pędząc do łazienki, gdzie zaczął energicznie szorować śmierdzące ręce mydłem w płynie. Z sykiem bólu wsadził je pod strumień parzącej wody, by spłukać warstwę brudu, i bezlitośnie tarł dalej, dopóki różowa, podrażniona skóra nie zalśniła czystością.
Złapał pilota do wieży i włączył pulsującą głębokimi basami muzykę tak głośno, że jej echo zatętniło mu w żyłach i wstrząsnęło całym ciałem. Rozlatanymi dłońmi walczył z rozporkiem, a kiedy wreszcie sobie z nim poradził, w dzikim pośpiechu obmacał szafkę nocną w poszukiwaniu tubki nawilżacza i wreszcie padł z jękiem twarzą na łóżko.
Dysząc, opuścił spodnie i bokserki do połowy ud i rozłożył je tak szeroko, na ile pozwalała mu pozycja. Skopał kołdrę pod kolana, przeniósł część ciężaru ciała na wsparte o materac czoło i trzęsącą się ręką rozprowadził gęsty, zimny żel na palcach prawej dłoni. Lewą szarpnął jeszcze raz za bieliznę i jeansy, uwalniając kolejny cal nagiej skóry, obnażanej przed czyimś wyimaginowanym, rozpalonym wzrokiem.
— Eames… — wykrztusił jękliwie.
Penis, sztywny, ciężki i drżący, przylegał mu do brzucha i nie odrywał się od niego nawet za sprawą grawitacji. Sięgnął w tył i naparł na własne ciało śliskimi, rozdygotanymi palcami. Ułożył wolne przedramię na łóżku dla wzmocnienia równowagi i przygotował się na własny dotyk. Splótł mocno dwa palce, nabił się na nie i boże, boże, boże, wciąż czuł je na swojej szyi. Z jękiem obrócił twarz i wcisnął ją w zgięcie łokcia, a potem wolno, wolniusieńko zanurzył palce głębiej.
— EAMES — dyszał raz za razem prosto w gorącą wilgoć swojej skóry. Z podobnym do szlochu odgłosem coraz brutalniej wpychał palce do środka, bo wreszcie — wreszcie — pozwolił sobie na luksus wyobrażenia tej twarzy, tego palącego, na wpół rozbawionego, na wpół zirytowanego wzroku, którym Eames mierzył go z tylnego siedzenia sedana, podczas gdy on skręcał się z żądzy i pragnienia, by zobaczyć siniaki na swojej szyi, żywy znak bolesnej potrzeby dotyku nauczyciela. — O boże, Eames, błagam… błagam…
Wciąż było mu za mało.
Gwałtownie przekręcił nadgarstek i krzyknął cicho, gdy skóra odpowiedziała ostrym pieczeniem. Wyrwał palce na zewnątrz, tylko po to, by dołożyć trzeci i wcisnąć je na powrót tam, gdzie dwa były już zbyt wielkim wyzwaniem. Czuł, jak okrutnie traktowane mięśnie zaciskają się i drżą w kompletnie lekceważonym proteście. Pieprzył się bez opamiętania, jęczał i skomlał, drgając rytmicznie między materacem a pochylonym nad nim widmem Eamesa.
— Kurwa… kurwa… Eames… — wystękał żałośnie. W głowie wirowało mu od obrazów splątanych ze sobą fantazji jego i Eamesa.
Arthur, zgięty w pół na tanim motelowym łóżku, rżnięty bezlitośnie; Arthur na kolanach, ssący kutasa Eamesa w suicie luksusowego hotelu; Arthur wijący się bezsilnie na tylnym siedzeniu sedana, nabity na tyle palców Eamesa, że mógł jedynie jęczeć; Arthur rozciągnięty na stosie żetonów do pokera, zadyszany i wykończony, ze skórą poznaczoną strugami spermy Eamesa; Eames nad nim, pod nim, w nim, pieprzący go coraz mocniej i mocniej…
— Eames!
Doszedł z krzykiem tak głośnym, że nawet przez oślepiającą eksplozję rozkoszy uprzytomił sobie, że musi go stłumić. Gwałtownie wbił zęby w delikatną skórę po wewnętrznej stronie ramienia. Skulony, wydał z siebie ostatni szloch i opadł na materac, czując wilgoć nasienia na brzuchu i pościeli.
Kiedy wreszcie odzyskał na tyle sił, by wstać i pokuśtykać pod prysznic, z przyjemnością stwierdził nie tylko bolesne pieczenie w swoim tyłku, absolutnie warte wstrząsającego posadami ziemi orgazmu, ale odkrył też, że sądząc po ciemnofioletowym zabarwieniu i narastającym pulsowaniu pod skórą, ślad po ugryzieniu w ramię przypuszczalnie nie zniknie przez dłuższy czas. Wbrew temu, co dyktował mu zdrowy rozsądek, obecność znamienia napełniła go jedynie zachwytem.


Koniec rozdziału piątego


1 Nawiązanie do słynnej sceny z ekranizacji Romea i Julii z 1996 roku z Leonardo DiCaprio i Claire Danes w rolach głównych.
2 Wypowiedziane przez Arthura zdanie z wonią śmietnika nawiązuje do czwartej części (albo pierwszej, jeśli chodzi o chronologię zdjęć filmowych) Gwiezdnych Wojen, a konkretnie do kultowej sceny z zsypem na śmieci.
3 Nawiązanie do westernu Butch Cassidy i Sundance Kid z Paulem Newmanem i Robertem Redfordem w rolach głównych.
4 Nawiązanie do filmu Monte Carlo or Bust, noszącego po polsku genialny tytuł Ci wspaniali młodzieńcy w swych szalejących gruchotach (serio!), z którego wolałam zrezygnować w tłumaczeniu.
Ostatnio edytowano 11 mar 2013, o 16:56 przez Donnie, łącznie edytowano 2 razy
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Postprzez Havoc » 11 mar 2013, o 16:20

Uff, to jeszcze nie ta część, po której
Spoiler: pokaż
będę miała zepsuty humor do końca dnia
.
Żałuję, że nie zajrzałam do tego działu jakieś pół roku później, kiedy być może Skarb byłby już w całości. Teraz wprost nie mogę się doczekać następnych części...
Widzę, że autorka wplotła kolejne wątki autobiograficzne odtwórców ról - specjalnie sprawdziłam, czy Hardy był modelem. Że nie wspomnę o Lady Gadze. :D
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez Nadia vel Ariana » 13 mar 2013, o 15:09

Obiecałam sobie, że nie przeczytam rozdziału w dniu dodania, bo to za szybko, ale dotrwałam tylko do dzisiaj.
I cóż... moja reakcja jest taka jak zwykle. Ojeeeeej. Chyba nic co do tej pory Arthur i Eames robili wspólne nie podobało mi się tak, jak zabieranie gnijącego dywanu z kosza na śmieci :D (boże, ależ to idiotyczne brzmi ^^) Ta scena była naprawdę urocza, fajniejsza nawet niż śpiewanie w samochodzie i to "skarbie", które się wymsknęło.
Mam też wrażenie, że to pierwszy rozdział, w którym jest tak na serio zasugerowane, że Eames też jest trochę zapatrzony w Arthura - łamie umowę z samochodem, uspakaja go, obserwuje jak biega, nazywa jak nazywa, gdy przymierza strój, etc., ciągle kręci nad nim głową (zresztą ja jak mu się wcale nie dziwię, bo Arthur jest taaaaki, że dobrze, że wszystko jest napisane z jego strony, bo chociaż na odwrót byłoby ciekawie, to jednak nie znając tych jego słabości od wewnątrz chyba zrobiłby się polukrowaną Marią Zuzanną dla czytelnika, a tak jest dokładnie taki, jak trzeba).
Trochę się boję, że im dalej w las... z jednej strony mam wrażenie, że te rozdziały są już o wiele lepsze od początkowych (a i tamte były w dobrym stylu), ale te szepty kolegów ze szkoły Arthura się nasilają i wróżą, że chłopcy wepchnął się na pierwszy plan za jakiś czas (?) i nie będzie można już sobie tak beztrosko marzyć o innym facecie?
No cóż, ja śledzę dalej, chyba żeby nie czytać tego cały czas w kółko będę musiała wziąść się chwilowo za coś z działu HP. Bardzo mi się podobały te cytaty z Incepcji btw. Do następnego? i dziękuję bardzo za tą część ;)


ja też, ja też biegam! jak tylko przeczytałam na początku, że Arthur biega, to poczułam, że Pet będzie fajny
Nadia vel Ariana Offline


 
Posty: 16
Dołączył(a): 29 maja 2012, o 16:33

Postprzez Ka » 13 mar 2013, o 21:35

Spoiler: pokaż
Boję się kolejnego rozdziału. Znam go, wiem, co się wydarzy - i nadal się boję. Mimo że też go uwielbiam, nie mniej niż te wcześniejsze.

Zastanowił mnie komentarz Nadii, że to pierwszy raz, kiedy widać, że Eames też jest zainteresowany Arthurem. Wiedząc, jak to się skończy, widzę Eamesowe zainteresowanie na każdym kroku... i nie mogę sobie przypomnieć, co o tym myślałam za pierwszym razem. Bo przecież nawet nie znając fabuły było oczywiste, że to eamur i Eames też musi zakochać się w Arthurze, prawda? Nie wiedziałam tylko, kiedy i jak się to potoczy. A teraz już od samego początku dostrzegam te wszystkie drobne gesty, spojrzenia, słówka, i bardzo mi się to podoba - uwielbiam, kiedy opowiadanie pokazuje kolejną warstwę, kiedy do niego wracam.

W tym rozdziale szczególnie podobał mi się ten moment:
Mała część jego umysłu zachłysnęła się radosnym triumfem, choć jednocześnie musiał przełknąć ślinę i zerknąć z niepokojem na Eamesa, który wciąż wpatrywał się w rysunki z cieniem rumieńca na szczytach kości policzkowych.

Może to dlatego, że znam Toma na pamięć, ale to dla mnie tak barwny, wyrazisty i wymowny obraz, że nie mogę się mu oprzeć. I to "słoneczko" chwilę później, żeby pokryć oczywistą pomyłkę. Jak to dużo mówi. Gdyby "skarb" nic nie znaczył, Eames nie silił by się, żeby go zamaskować.

Chociaż kradzież dywanu oczywiście nie ma sobie równych. I już to kiedyś gdzieś pisałam, ale uwielbiam, kiedy bohaterowie razem duszą się ze śmiechu nad absurdem sytuacji.


Donnie, jak zawsze, dziękuję. Jesteś czarodziejką.

(I jeszcze przypomniało mi się - za pierwszym razem, kiedy czytałam, nie miałam pojęcia, że Joe śpiewa. Wyobraźcie sobie moją radość parę miesięcy później, kiedy natknęłam się na jego wykonanie Bad Romance na youtubie. :D )
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez AnQa » 17 mar 2013, o 19:21

Czytałam w oryginale, ale bardzo się cieszę, że ta historia doczekała się tłumaczenia :) Po zastanowieniu się, dochodzę do wniosku, że postaci tego ficka z bohaterami filmu łączą jedynie imiona. No, może ogólne cechy charakteru i pierwsze wrażenie. Poza tym autorka zbudowała swój świat od nowa i zrobiła to bardzo dobrze. Naprawdę świetne AU. Przypuszczam, że równie dobrze czytałoby się, gdyby imiona zostały zmienione :P (Tak tylko sobie gdybam...)
Swoją drogą, jako polski tytuł obstawiałabym raczej "Pupil" albo coś w ten deseń. "Skarb" trochę mnie zaskoczył ;)

Powodzenia życzę i weny. Trzymam kciuki!
'Everyone, no matter how refined, had a stash of porn.' - Mark Vincent
"No One Should Be Alone" by Tinnean
AnQa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 126
Dołączył(a): 10 paź 2012, o 18:48

Postprzez Veldrin » 26 mar 2013, o 21:30

Zaklepuję miejsce na komentarz :D Dziś nie mam za bardzo weny, ale mam sporo do powiedzenia na temat tego rozdziału ;)

Edit: Ok, jestem. Miałam się kłaść, bo dopiero przed chwilą dotarłam do domu, chociaż pracę skończyłam o 20.30, ale patrzę, a tu nowy rozdział. Postanowiłam, że nie przeczytam, póki nie skomentuję tego, no i jestem :D
Przeklinam moją cholerną ciekawość, która za każdym razem każe mi przed przeczytaniem tekstu zerknąć na całość. Potem wyłapuje jakieś poszczególne słówka i napalam się jak nosorożec w rui (czy nosorożce mają ruje? Chyba raczej gody, chociaż cholera wie) Ten rozdział czytałam z wypiekami na twarzy, bo przeczytałam samą końcówkę i miałam nadzieję na coś pikantnego no i trochę się zawiodłam. Ale tylko trochę! Bo już sama atmosfera pomiędzy Arthurem i Eamesem jest elektryzująca i intymna i to mi w sumie wystarczy. Haaaaaaaaaa, żartowałam :D Czekam i czekam, aż w końcu wydarzy się między nimi coś... super xD i doczekać się nie mogę. Ale ok, autorka świetnie buduje napięcie i oczekuję tego momentu z przyjemnością, a nie niecierpliwością. Chyba.
Kiedy Eames nazwał Arthura "Skarbem" przy innych ludziach, omal nie spadłam z krzesła. No po prostu to było lepsze niż mój prezent na święta, który dostałam. Czułam się tak zszokowana jak ci ludzie, którą wcale się zresztą nie dziwie. No helołłłłłł! Nauczyciel nazywający ucznia "skarbem"? Jak bym coś takiego usłyszała w szkole, prawdopodobnie doznałabym trwałego urazu mózgu. Ha! I Eamesowi nic to nie dało, że później nazwał Ari "Słoneczkiem", nie tak łatwo mnie zmylić. Chciał tylko odwrócić uwagę uczniów od tego, jak nazwał Arthura. Uwielbiam ten fragment i już! Powala mnie jeszcze na kolana ten z dywanem. To jak z czegoś tak prozaicznego jak wyciąganie starego materiału z śmietnika, zrobili niemal film obyczajowy :D To było boskie, i uśmiech nie schodził mi z twarzy ani na sekundę.
A to co wyprawiał Arthur kiedy został w domu sam... nie wiem czy to komentować, czy nie. Zrobiło na mnie wrażenie i to ogromne. Swoją drogą, nie wiedziałam, że Arthur zabawia się ze sobą w TAKI sposób. Toż to lubieżne i takie... pornograficzne xD
Rozdział mi się podobał, choć myślałam, że już w tym rozdziale coś się między nimi wydarzy. Nie szkodzi. Oczekiwanie potęguje przyjemność czytania :)

Dziękuję ślicznie za to tłumaczenie i pozdrawiam ;*
Ostatnio edytowano 27 mar 2013, o 23:44 przez Veldrin, łącznie edytowano 1 raz
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Donnie » 27 mar 2013, o 20:39

Wiernym fanom Peta dziękuję za komentarze, Aev za betę w niesprzyjających warunkach, a Kaczalce za krytyczne spojrzenie na co niektóre zawiłości gramatyczne ;)
Kiedy autorka publikowała ten rozdział pod koniec października 2011, przeprosiła zarówno swoich czytelników, jak i bohaterów. Nie bez powodu.




Rozdział szósty


Środa — dzień, który zazwyczaj nie obfitował w ekscytujące wydarzenia w związku z brakiem zarówno lekcji angielskiego, jak i prób — nieoczekiwanie stała się jednym wielkim, męczącym stanem podwyższonej gotowości.
Arthur miał na sobie swój standardowy strój: koszulę i nałożony na nią sweter z rękawami podwiniętymi tuż przed łokieć, ledwo zakrywającymi znamię. Przez cały dzień nie potrafił opanować ciągłej chęci muskania opuszkami palców zranionego miejsca. Niby przypadkiem wodził po nim kciukiem, kiedy splatał przedramiona, by oprzeć się o ławkę albo gdy przystawał na pogawędkę z przyjaciółmi. Uszczęśliwiony nowym doznaniem poddania się własnym uczuciom, miał wrażenie, że końcówki nerwów płoną mu żywym ogniem. Dosłownie dygotał na widok Eamesa, przemykającego gdzieś w tle podczas przerw. Ostatkiem woli powstrzymywał się, by nie paść na kolana i nie zacząć z zapamiętaniem ssać palców, które poprzedniego wieczoru doprowadziły go do takiej rozkoszy.
Rano z odrobiną rozczarowania stwierdził brak najmniejszego siniaka na szyi, później jednak doszedł do wniosku, że tym lepiej. Pasjami nie znosił tych przerażająco wylewnych parek, które zostawiały dowody swojej namiętności na doskonale widocznych częściach ciała (choć jednocześnie targało nim równie sprzeczne, co rozpaczliwe pragnienie, by być z Eamesem dokładnie tak zachowującą się parą), a znikome prawdopodobieństwo, że Ariadne nie zauważy podobnego śladu i nie skomentuje go w wiadomy sposób, czyniły całość zdecydowanie mniej seksowną niż w pierwotnym zamyśle.
Ogólnie był tego dnia tak rozkojarzony, że postanowił nie narażać swoich świeżo odkrytych, oszałamiających emocji próbą zbliżenia się do ich zasadniczego źródła. Zamiast tego poprosił Ariadne, by podwiozła go do domu, gdzie planował pozbyć się nadmiaru energii w nowiutkim, czekającym już na niego basenie.
I tak więc, rzuciwszy Eamesowi z daleka zawadiacki uśmiech, wybiegł razem z Ari ze szkoły, gdy tylko ucichł ostatni brzęk dzwonka. A potem, już w domu, odczekał, aż mama i Rick pójdą do siebie, po czym zanurzył się w ciepłej, aromatycznej wodzie i pływał bez obawy, że ktoś zauważy jego posiniaczoną skórę. Na koniec przez dobre pół godziny unosił się bez celu na powierzchni i uśmiechał do nocnego nieba, pełen endorfin i życzliwości do całego świata. Teraz, już bez ograniczeń, które wcześniej sam na siebie nakładał, pozwalał sobie naprawdę czuć, jak bardzo pragnął Eamesa.
Oczywiście taki stan rzeczy nie mógł trwać długo.
Czwartek wstał szary i ponury, podobnie jak większość dni w tym miesiącu. Wiatr, wciąż podszyty obietnicą — lub groźbą — śniegu, szczypał w oczy i policzki tych, którzy bezmyślnie wystawili się na jego podmuchy.
Arthura czekała dzisiaj lekcja angielskiego oraz próba, był więc tak jawnie podekscytowany swoim przyjaznym nastawieniem do świata i ludzkości (a zwłaszcza jej jednego przedstawiciela), że Ari straciła w końcu wszelką cierpliwość i przebadała w stołówce jego torbę pod kątem obecności narkotyków albo przynajmniej magazynów ze zdjęciami przystojnych i roznegliżowanych mężczyzn.
Nie odkrywszy niczego podobnego, stwierdziła, że umywa ręce od przypadku Arthura — mimo najgorętszych zapewnień z jego strony, że następnym razem przemyci dla niej choć jedno z takich czasopism. Niestety, zły humor Ari nie mijał, głównie ze względu na świeżo nabytą „blokadę twórczą” dotyczącą projektów, które zamierzała wystawić na odświętnej gali. Zadręczała się nieustannymi analizami swego stanu do tego stopnia, że zredukowała komunikację ze światem zewnętrznym do smętnych pomruków i zgrzytania zębami. Arthur nie był szczególnie zaalarmowany tą sytuacją. Ari często miewała podobne napady tuż przed nagłym wybuchem natchnienia o epickich rozmiarach, co zwykło wprawiać ją w nastrój podniecenia o natężeniu podobnym do obecnej ponurości. Nie pozwolił więc, by przyćmiło to słoneczny blask w jego sercu.
Na angielskim było bosko. Eames stał na korytarzu i wrzeszczał na jednego z uczniów, którego przyłapał podczas przerwy na jakimś poważniejszym przestępstwie, podczas gdy klasa Arthura siedziała z jednym wielkim wilczym uśmiechem na twarzy, z rozkoszą słuchając, jak nauczyciel rozrywa werbalnie winowajcę na strzępy za kompletnie nieznane im wykroczenie. Było im zresztą wszystko jedno, czego ten ktoś się dopuścił — grunt, że doprowadził Eamesa do pasji. Nikt inny nie potrafił dostarczyć im podobnej rozrywki: gryząca ironia nauczyciela, jego sarkazm i erupcja elokwencji sprawiły, że czuli się jak w samym środku Poskromienia złośnicy. Było wspaniale.
Próba wypadła już mniej wesoło. Eames, któremu wciąż przychodziły do głowy coraz to inne koncepcje wystroju sceny, kilkakrotnie zarządził zmiany w scenografii, tylko po to, by chwilę później wprowadzić kolejną poprawkę. Odpowiedzialni za stronę techniczną członkowie zespołu niezdarnie wykonywali jego polecenia, potykając się o elementy dekoracji, podczas gdy pozostali szydzili z ich żałosnego braku profesjonalizmu z taką wyższością, jakby sami byli mistrzami w tej dziedzinie i dokładnie wiedzieli, co i jak należy zrobić. W efekcie drobne wpadki nabrały prawdziwie dramatycznych rozmiarów w oczach totalnie zażenowanych i rozdrażnionych techników oraz asystujących im scenografów.
Arthur w każdym momencie dobrze wiedział, gdzie ma stać i co powiedzieć. Doskonale zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie zostanie za to powszechnie znienawidzony, ale kiedy pod koniec swojej ostatniej sceny poczuł pod skórą dudnienie pulsu Hamleta — nie własnego — i ciepłe, pełne aprobaty spojrzenie Eamesa, mógł tylko rozpłynąć się z zadowolenia.
— Jesteś dziś w przerażająco dobrym nastroju — zauważył nauczyciel, kiedy zespół zaczął rozchodzić się po próbie.
Arthur przystanął, bez pośpiechu zbierając kurtkę i torbę, ponieważ naprawdę, ale to naprawdę chciał dziś znów wrócić do domu samochodem Eamesa. Pragnął jego bliskości, jego głosu, jego zapachu, jego żaru…
— Serio? — zażartował swobodnie, czując na sobie cudowny balast jego uwagi. Z ustami drżącymi od czającego się w ich kącikach uśmiechu patrzył, jak rozchichotany Eames zbiera swoje papiery.
— Tak, wręcz nieprzyzwoicie dobrym, skarbie. Chyba zacznę nalegać, żebyś na powrót stał się tym samym zgryźliwym, sarkastycznym stworzeniem, które siłą przywlokłem tu kiedyś za kołnierz. Twój obecny wyśmienity humor działa naprawdę dezorientująco.
Arthur już miał rzucić mu mordercze spojrzenie, ale Eames mrugnął i wyszczerzył się szeroko, co okazało się wysoce zaraźliwe. Rozciągnął więc wargi od ucha do ucha, ale znacznie zuchwalej niż nauczyciel.
— Jak ci to wytłumaczyć? — westchnął z irytująco jawną dozą samozadowolenia. — Możliwe, że godziny pławienia się w moim prywatnym, zachwycająco luksusowym basenie przyczyniają się co nieco do złagodzenia niedostatków mojego charakteru.
Eames opadł na biurko i zdobył się na żałosny jęk.
— Umieram z zawiści — stęknął boleśnie, jakby zazdrość dosłownie ukłuła go w bok, choć jego szeroki uśmiech niweczył cały melodramatyzm występu.
Arthur podszedł bliżej, czując pod nogami coraz pewniejszy grunt. Skrzyżował ramiona na piersi i przysiadł na biurku obok Eamesa, wcielając się głębiej w osobę bezsilną wobec swojego zadowolenia z życia.
— To takie wrażenie, jakbyś pływał w ogromnej wannie. A nad głową masz kopułę ze szkła akrylowego, tak że nie marzniesz, kiedy wychodzisz z wody, za to widzisz gwiaździste niebo i tych wszystkich biedaków na zewnątrz, dygoczących z zimna i wiodących swój nędzny żywot bez własnych basenów, którym nawet na myśl nie przychodzi, jakich wspaniałych rzeczy nigdy nie zaznają…
Eames ułożył wargi w grymas uderzająco podobny do dąsu, a Arthur o mało nie wypadł z roli.
— Arthurze, czy ty próbujesz doprowadzić mnie do łez? Bo przysięgam, że to zaraz nastąpi. Rozpłaczę się z czystej, zżerającej mnie zawiści, a ty najwyraźniej dopniesz swego. Tak czy nie? Naprawdę chcesz zobaczyć dorosłego faceta, który pogrąża się w rozpaczy?
Arthur stwierdził, że może sobie pozwolić na bezczelny uśmiech.
— Nie, nie musimy posuwać się aż tak daleko. Jeśli nie masz żadnych zastrzeżeń, to całkowicie wystarczy mi do szczęścia widok, jak porywa cię zazdrosna melancholia.
Eames wyszczerzył zęby tak samo jak Arthur i odszedł w stronę sceny, żeby zebrać porozkładane na jej brzegu notatki.
— Nie mam najmniejszych zastrzeżeń, skarbie, bo trzeba ci wiedzieć, że nie znoszę płakać na zawołanie. Zmuszam się w takich przypadkach do myślenia o martwych kociakach albo innych mało przyjemnych sprawach, a dziś po południu naprawdę nie mam do tego nastroju.
Arthur prychnął i Eames rzucił mu przez ramię wesołe spojrzenie, po czym powrócił do ładowania swoich niewątpliwie drogocennych papierzysk do i tak już wypchanej torby.
— Ale jeśli poprawi ci to dodatkowo humor: owszem, bardzo ci zazdroszczę, Arthur. Twoja relacja brzmi wspaniale.
— Więc czemu do mnie nie wpadniesz?
Nie, sekundę — nie to miał przecież na myśli.
— To znaczy, mógłbyś przyjść, żeby popływać. To żaden problem, mama korzysta z basenu tylko rano, zanim pójdzie do pracy. To naprawdę super sprawa, zwłaszcza przy takiej pogodzie i w ogóle… i och, no jasne, mój boże, mógłbym pokazać ci ten film, no wiesz, Ta noc, rozmawialiśmy o nim niedawno i… ehm…
Eames stał bardzo, bardzo cicho, a każda komórka w ciele Arthura wrzeszczała, żeby natychmiast się zamknął, bo przecież sam chyba widzi, że ramiona nauczyciela nagle zesztywniały, ale nie mógł powstrzymać potoku mowy, pogrążając się coraz bardziej z każdym zdesperowanym słowem, które w zamierzeniu miało wybawić go z tej okropnej, zastawionej na siebie samego pułapki.
— To znaczy, nie dzisiaj ani nic w tym stylu, więc nie myśl, że na ciebie naciskam. Wiesz, ja tylko chciałem powiedzieć, że gdybyś miał ochotę skorzystać z basenu, to nie ma sprawy, bo… bo…
— Arthur. — Eames wymówił jego imię takim tonem, jakby nie spał albo nie uśmiechał się od bardzo długiego czasu. Ściskał brzeg ławki pobielałymi na knykciach dłońmi, cały czas odwracając od niego głowę. — Arthur, naprawdę… naprawdę bardzo mi to schlebia, ale zakładam, że uświadamiasz sobie, jak wysoce niestosowne
— Nie, nie, nie to chciałem… Nie miałem na myśli nic podobnego! — wybuchnął Arthur i poczuł, jak powstrzymywane przerażenie rozsadza mu płuca. Drgnął ze strachu, kiedy Eames obrócił się ku niemu na pięcie z dziwnie wściekłą miną, choć widać było, że walczy o władzę zarówno nad mimiką, jak i głosem.
— Tak, miałeś, Arthur. Miałeś na myśli dokładnie to. Powtarzam, bardzo mi to pochlebia, naprawdę, ale to wyłącznie moja wina, ostrzegano mnie już, że ty…
Arthur nie czekał na resztę słów potępiających jego tak oczywiste dla całego świata, żałosne zauroczenie. Sądząc po zamkniętym, odpychająco nieobecnym wyrazie twarzy Eamesa, reszta tego, co miał do powiedzenia, niewątpliwie rozerwałaby serce Arthura na kawałki.
Pozostawało jedyne wyjście: ucieczka.
Popędził przed siebie z ogłuszającym pulsowaniem w uszach, przez które przedarł się jednak wołający za nim głos nauczyciela. Zwisająca z ręki torba — nie miał nawet czasu zarzucić jej na ramię — kołysała się jak oszalałe wahadło, obijając o nogi i boki, gdy gnał na oślep w stronę przystanku. Dotarł tam w sam raz na czas, by wskoczyć do odjeżdżającego autobusu. Przez całą drogę do domu siedział z głową zwieszoną nisko między kolanami.
Wysiadł na rogu swojej ulicy i stał na chłodzie, wpatrzony w ciemne okna obu apartamentów, własnego i matki. Wreszcie odwrócił się i pomaszerował prosto do drzwi pani Moore. Drżącą ręką nacisnął guzik dzwonka.
Otworzyła mu z uśmiechem, zaraz jednak wydała przestraszony okrzyk, zapewne na widok jego pobladłej twarzy. Zaprowadziła go do środka, poczęstowała przesłodzoną lemoniadą truskawkową i przez dobre pół godziny zalewała go beztroską paplaniną, podczas gdy Arthur obracał w dłoniach zimną szklankę i czekał na moment, w którym zdoła w końcu spojrzeć jej w oczy i przestanie odpowiadać monosylabami lub samymi pomrukami.
— Miałem… — Zwilżył zaschnięte wargi, stwierdzając z przestrachem, że nadal się trzęsie. — Miałem naprawdę bardzo zły dzień. Mogę… mogę zostać dziś u pani na kolacji?
Nigdy nie mógłby powiedzieć czegoś podobnego matce. Od razu zaczęłaby drążyć i podpytywać, i choć przypuszczalnie poczułby się odrobinę lepiej w obliczu burzliwych (i zapewne przytłaczających) objawów jej matczynej troski, to teraz potrzebował możliwości, by odciąć się od tego, co zaszło, wyciszyć myśli w sposób, jaki zwykle fundowała mu bieżnia, i zamknąć je gdzieś głęboko na cztery spusty do chwili, w której będzie w stanie zmierzyć się z popełnionym błędem bez załamania nerwowego.
Pani Moore uśmiechnęła się i podsunęła mu pod nos ciasteczko.
— Oczywiście, że możesz, kochany. Zobaczymy, jaki cud uda ci się wyczarować z resztek tego, co mam w lodówce, a potem obejrzymy może razem jakiś film, co ty na to?
Poklepała go po kolanie i Arthur ostatkiem sił powstrzymał się, by nie paść jej do stóp w postaci rozszlochanej z wdzięczności kupki nieszczęścia.
— Dziękuję — wyszeptał.
I jeśli później, podczas niezbyt fortunnie dobranego seansu South Pacific1, pani Moore zauważyła, jak Arthur zaciska powieki i siedzi na jej sofie sztywny jak kołek, to cóż, wyglądało na to, że nie zamierzała o nic wypytywać. Wyjaśni jej wszystko, gdy będzie na to gotowy.
Jeszcze nigdy w całym swoim życiu nie kochał jej tak bardzo, a kiedy wreszcie znalazł się w domu, z uczuciem, że więcej w nim jedzenia niż zmartwienia, wbrew własnym obawom udało mu się zapaść w głęboki, przynoszący błogą nieświadomość sen.

+++

Następnego ranka, wykończony męczącą, zbyt długą nocą, leżał w łóżku z otwartymi oczami jeszcze zanim rozdzwonił się budzik. Piątek nadszedł, nieubłaganie jak każdy dzień, mimo modłów Arthura, by czas się zatrzymał — a jeszcze lepiej, by się cofnął, zwracając mu niedawne szczęście i dziwną, niemożliwą przyjaźń z człowiekiem, który najwyraźniej przestraszył się ogromu jego dziecinnej fascynacji.
To bolało, szczerze i prawdziwie, i Arthur z chęcią oddałby duszę, by móc czuć autentyczny, usprawiedliwiony sytuacją gniew. Niestety, był przerażająco świadomy faktu, że sam wszystko zepsuł, posuwając się za daleko, i że teraz nie pozostało mu nic innego niż zwlec się z łóżka i przecierpieć podróż autokarem oraz tak wyczekiwane jeszcze do wczoraj przedstawienie, a wszystko po to, by spędzić trochę więcej cennych chwil w pobliżu tego mężczyzny.
Wygrzebał się wreszcie z pościeli i niechętnie ruszył do łazienki. Pod prysznicem oparł się bezsilnie o jedną ze ścian kabiny, uprzytomniwszy sobie z nagłą grozą, że nie będzie mu dane zaznać nawet cienia otuchy w postaci towarzystwa Ariadne: lekcje plus kilka dodatkowych godzin w ciemni fotograficznej okazały się dla niej ważniejsze niż, jak to elokwentnie ujęła, „niewarta jej czasu wersja Romea i Julii, która nie jest nawet na tyle przyzwoita, by prezentować bez przerwy gołą klatkę piersiową Leonardo DiCaprio”. Nie wspominając o fakcie, że nigdy nie okazywała większego zainteresowania tragediami oprócz tych, w których jej aktywny udział zrobiłby dobre wrażenie w podaniu na studia.
Stwierdził, że powinien mieć w zanadrzu jakiś plan, być gotowy na wszystko, co mogło się stać — na próbę porozmawiania z Eamesem o tym, co zaszło, na zignorowanie tego, na zignorowanie jego samego (coś, co Arthur uważał za najmniej prawdopodobne), ale szczerze mówiąc nie był nawet w stanie zacząć myśleć na ten temat bez obawy, że w ogóle nie opuści dziś domu. I tak więc, zepchnąwszy skłębione emocje gdzieś na dno świadomości, ubrał się, zjadł śniadanie i zmusił się do wyjścia do szkoły, by zmierzyć się z obezwładniającym, sprowadzonym na siebie samego lękiem.
Eamesa nie było.
Arthur wsiadł do autokaru ze skąpym, grzecznym uśmiechem dla reszty teatralnej trupy i wybrał miejsce mniej więcej po środku, żeby nie sprawiać wrażenia, że się ukrywa lub wręcz przeciwnie, chce wysunąć się gorliwie na pierwszy plan albo zrobić jeszcze coś innego, co tylko pogorszyłoby i tak już fatalną sytuację. Oddech uwiązł mu w krtani, gdy zamiast Eamesa za ostatnimi wsiadającymi maruderami pojawiła się wyraźnie spięta pani Liebowitz.
Uniosła ręce, żeby przyciągnąć uwagę uczniów. Kierowca zamknął drzwi i uruchomił silnik. Autokar zadygotał, szykując się do odjazdu, a Eamesa wciąż nie było.
— Halo, uwaga! W porządku, wszyscy już chyba zauważyli po braku brytyjskiego akcentu i raptownej zmianie płci, że pan Eames nie może wam dzisiaj towarzyszyć. — Każdy, z wyjątkiem Arthura, jęknął z rozczarowaniem. — Bardzo mu przykro, że musi zrezygnować z wycieczki, ale niestety zachorował. Czuje się na tyle źle, że nie da rady opuścić domu. A że dobrze wiedział, jak bardzo zależało wam na wyjeździe, zrobił wszystko, żeby namówić mnie na zastępstwo, i oto jestem!
Rozległy się śmiechy i gwizdy — te ostatnie nie do końca szczere, jako że pani Liebowitz należała do najbardziej lubianych nauczycieli w szkole. Arthur odprężył się nieco, choć czuł, jak jego serce przygniata wielki ciężar.
Nawet jeśli zdawał sobie sprawę, że będzie bolało, chciał zobaczyć Eamesa.
Przewrócił oczami, zirytowany na samego siebie, i z bladym uśmiechem oczyścił myśli ze wszystkiego, tak że jedyną rzeczą, którą na koniec czuł, były lekkie mdłości wywołane długą jazdą autobusem i nędzne resztki pierwotnego podekscytowania dniem spędzonym w teatrze.

+++

Przedstawienie było pierwszorzędne, dużo lepsze, niż Arthur się spodziewał, zważywszy na patologiczne wręcz rozpowszechnienie i ubanalnienie treści Romea i Julii w formie baletu, ekranizacji i musicalu aż po parodię. Kiedyś nawet, jako dwunastolatek, obejrzał razem z matką wersję wystawioną przez kiepski teatr amatorski i pamiętał, jak skręcało go na dźwięk każdego wykrzykiwanego z przesadną emfazą zapewnienia o dozgonnym oddaniu, i jak odetchnął z ulgą, kiedy główne postacie zaczęły w końcu jedna po drugiej padać jak muchy.
Ten spektakl był inny. Obsada aż wibrowała ledwo skrywaną agresją w scenach konfliktu obu rodów i niemal rozpływała się z namiętności w miarę zbliżania się do finału nieuniknionej tragedii kochanków. Grali subtelnie i z wyczuciem i Arthur powinien doceniać klasę tego, co prezentowali publiczności.
A jednak nie mógł, nie potrafił, nie z Merkucjem interpretowanym z taką tkliwością, tak dogłębnie wstrząśniętym, przeklinającym wszystkich w scenie swojej śmierci. Do Arthura nie docierało nic poza głosem Eamesa, szepczącym wypowiadane przez aktora słowa, opadającym i cichnącym w chwilach, kiedy ogarniała go zazdrość, śpiewnie wesołym, kiedy chciał być zabawny, rwącym się, kiedy najlepszy przyjaciel złamał mu serce. Arthur pozwolił, by i jego serce pękło na kawałki, i czuł w oczach pieczenie, za którym tak tęsknił dzień wcześniej. Przełknął łzy, podczas gdy na scenie żal po utraconych osobach powoli zamieniał się w otwartą przemoc. Stłumił myśli o własnym nieszczęściu na rzecz przyglądania się cudzemu.
Kiedy opadła kurtyna, uśmiechał się wraz z pozostałą publicznością i bił brawo, dopóki nie rozbolało go wnętrze dłoni, a twarz nie zaczęła cierpnąć z wysiłku utrzymywania pozorów normalności. W końcu powrócił ze swoją grupą do autokaru, by poddać się kolejnej męczarni długiej, nudnej jazdy do domu.
Która, jak się okazało, byłaby nudna, gdyby Helen Mitchell nie postanowiła dostać dramatycznego krwotoku z nosa na dziesięć minut przed dotarciem pod szkołę.
To, co początkowo wzbudziło w reszcie grupy współczucie i lekką odrazę, już niebawem zamieniło się w trwogę, kiedy krew nie przestawała spływać obfitymi potokami po twarzy dziewczyny. Jej wargi robiły się coraz bledsze, podczas gdy siedzące w pobliżu osoby wtykały jej do rąk każdy zbędny fragment garderoby, którym mogłaby zatamować przerażającą fontannę.
Wreszcie dojechali pod opustoszałą szkołę. Pani Liebowitz wyskoczyła z autokaru i pobiegła na parking po swój samochód, by czym prędzej zawieźć biedną Helen na pogotowie. Trupio blade policzki koleżanki i jej rosnąca słabość wprawiły wszystkich w popłoch, choć starała się ich uspokoić powtarzając, że często jej się to zdarza i że zwykle krwotok przechodzi za jakiś czas sam z siebie.
Większość uczniów wysiadła i stała wokół autokaru, zdenerwowana, zmartwiona i nieludzko ciekawa jednocześnie. Arthur jako jeden z niewielu został w środku, pocieszając na przemian Helen i przestraszonego kierowcę, dopóki nie zjawiła się zdyszana pani Liebowitz.
Nauczycielka wdrapała się pospiesznie po schodkach do wnętrza autobusu. Po drodze wykrzykiwała polecenia do przyjaciółek Helen — jedna miała zawiadomić jej rodziców, druga towarzyszyć im w drodze na pogotowie — a potem niczym roztańczony derwisz obróciła się energicznie do pozostałych w autokarze niedobitków, mierząc ich czujnym spojrzeniem.
— Dobrze, kto z was mieszka w pobliżu Emerson Street?
Arthur i dwie osoby z zespołu scenografów (Matt i Ayesha) podniosły ręce. Wzrok pani Liebowitz prześliznął się po nich i zatrzymał zdecydowanie na Arthurze.
— Wright, świetnie.
Arthur westchnął w duchu i z lekkim poczuciem bycia wykorzystanym patrzył, jak pozostała dwójka wycofuje się, zanim nauczycielka ich o cokolwiek poprosi. Zapragnął chociaż raz nie być tak sumiennym, wzorowym uczniem.
— Miałam zawieźć bardzo ważne dokumenty do domu pana Eamesa. W normalnej sytuacji nigdy nie obarczyłabym podobnym zadaniem kogoś spoza grona pedagogicznego, a już na pewno nie ucznia, zwłaszcza o tak późnej porze, ale sprawa jest naprawdę pilna. Pan Eames powinien przejrzeć te papiery jak najszybciej, ponieważ już w poniedziałek rano muszą zostać wysłane do zarządu, w innym razie nie otrzyma na czas formularzy ubezpieczeniowych i zgody na plan powiększenia sceny, tak by zdążyć z rozbudową jeszcze przed galą.
Arthur zamrugał.
— Chce pani, żebym zaniósł te papiery… panu Eamesowi? — powiedział ochryple zaschniętymi z przerażenia wargami, czując na skórze igiełki zimnego potu.
Nauczycielka skinęła stanowczo głową i uśmiechnęła się, jakby to, co zlecała Arthurowi, było wielkim zaszczytem.
— Tak, i to możliwie najszybciej. Przepraszam, że zwracam się z tym do ciebie akurat w piątkowy wieczór, Wright, ale jestem pewna, że jako gwiazda wypieszczonego projektu pana Eamesa dobrze rozumiesz, ile złego mogłaby wyrządzić waszej wspaniałej scenografii mocno okrojona przestrzeń. Powiedziałeś, że mieszkasz niedaleko Emerson Street?
Odrętwiały Arthur kiwnął głową.
— Tak. Mieszkam przy sąsiedniej ulicy, ale… Pani profesor, ja nie mogę mu tego zanieść, bo… To znaczy, on jest chory. Na pewno nie chce, żeby ktoś z uczniów go nachodził i przeszkadzał. Nie mówiąc już o tym, że nie chce, żeby ktoś z nas wiedział, gdzie mieszka!
Pani Liebowitz przewróciła oczami.
— Tak, przypuszczam, że nie byłby zachwycony, gdyby jego adres stał się ogólnie znaną tajemnicą. Ale zważywszy, że zdaje się należeć do najbardziej ulubionych nauczycieli, ty zaś do najbardziej odpowiedzialnych uczniów, jakich miałam przyjemność znać, wątpię, by miejsce jego zamieszkania stało się w przyszłym tygodniu głównym źródłem plotek, czyż nie, panie Wright?
Arthur przełknął ślinę. Wiedział, że nauczycielka ma rację, wiedział też, że brakuje mu rozsądnych argumentów, by wywinąć się z opresji, tak samo jak wiedział, że nie da rady stanąć w cholernych drzwiach Eamesa ledwo dzień po tym, jak ten potępił jego głupie, infantylne zakochanie…
— Może to ja zawiozę Helen do szpitala, a pani pojedzie do niego? — zaproponował słabo, kurcząc się pod coraz bardziej zirytowanym spojrzeniem swojej tak wysoko cenionej nauczycielki. Oblizał wargi i poczuł, jak nagła fala lęku uderza go w brzuch niczym cios pięści. — Gdzie on mieszka? — zapytał ledwo słyszalnym szeptem.
Pani Liebowitz uśmiechnęła się i błyskawicznie wydobyła z torby brązową kopertę, którą wcisnęła w roztrzęsione dłonie Arthura. Już w drzwiach autokaru krzyknęła, że wszystkie potrzebne Eamesowi informacje są w środku, a potem jednym skokiem znalazła się w swoim samochodzie i ruszyła z tak przeraźliwym piskiem opon, że Arthur poczuł w powietrzu smród spalonej na asfalcie gumy.
Powolutku odwrócił kopertę i odczytał adres. Drgnął, gdy dotarło do niego, że chodziło o miejsce oddalone od jego apartamentu o zaledwie dziesięć minut spaceru, a może i mniej, jeżeli wysiądzie na innym przystanku. Jeszcze dwa dni temu wiedza, że mógłby przejść obok domu, gdzie Eames był osobą prywatną, a nie jego nauczycielem, napełniłaby go zakazaną, sekretną radością. Teraz dręczyło go jedynie poczucie dotkliwej straty i niemiłego obowiązku.
Powlókł się w stronę przystanku, na serio zastanawiając nad tym, czy nie zadzwonić do Ariadne. Niech ona to zrobi, NIECH ONA TO ZROBI, krążyło mu w myślach, ale zaraz ogarniał go wstyd tak wielki, że samo dotknięcie telefonu parzyło go w palce.
Autobus zatrzymał się na właściwym przystanku i Arthur wysiadł ostrożnie, jakby jego ciało było jedną wielką nadpękniętą skorupą, a każdy krok zrobiony w kierunku domu Eamesa mógłby sprawić, że rozpadnie się na dobre i dotrze do jego progu w postaci roztrzaskanych kawałków. I leżącej wśród nich koperty.
Koperty.
Miał ochotę kopnąć się w tyłek. Z głębi jego ponurych rozważań wypłynęła myśl tak promienna, że Arthur rozjaśnił się w jednej chwili, a nieliczni mijający go przechodnie mogli tylko uśmiechnąć się w odpowiedzi.
Koperta oznaczała, że będzie mógł wywiązać się z zadania za pośrednictwem kusząco obojętnej, niewzruszonej skrzynki na listy Eamesa.
Arthur przeleciał przez ulicę jak na skrzydłach.
To prawda, że Eames nie chciał go oglądać — a teraz nie będzie nawet musiał. Arthur spokojnie wróci do domu, by lizać dalej swoje rany aż do przyszłego wtorku. Bogu niech będą dzięki za Dzień Prezydenta2.
Jego roztańczone stopy straciły sporo ze swego entuzjazmu, gdy zorientował się, w którym domu mieszka Eames.
Nie powinienem tu być, szepnęło coś w jego umyśle i Arthur poczuł bolesne ukłucie, wiedząc, że nawet gdyby znał ten adres wcześniej, to i tak nigdy by się tu nie pojawił, ponieważ marzenie o tym, że mógłby zrobić to zupełnie jawnie i na życzenie Eamesa, było zbyt cudowne, by narażać je na szwank zachowaniem godnym psychotycznego fana-prześladowcy. Zrujnowałoby to wszystko, co było między nimi.
Jak gdyby Arthur sam już tego nie zrujnował.
Coś w jego wnętrzu nagle oklapło. Uporczywie ignorował ból, który eksplodował i pożerał mu wnętrzności na widok domu oznaczonego numerem sześćdziesiąt osiem, gdzie mieszkał Eames.
Sedan stał na podjeździe, ale wszystkie okna były ciemne. To raczej mało prawdopodobne, żeby Eames położył się do łóżka jeszcze przed siódmą wieczorem, i to w piątek, ale z drugiej strony chorował, więc być może po prostu w ogóle dziś nie wstawał?
Arthur poczuł, jak przeszywa go coś na kształt troski. Potrzeba, by sprawdzić, czy z Eamesem rzeczywiście wszystko w porządku, na chwilę przewyższyła chęć przemknięcia się cichcem obok samochodu i wrzucenia koperty do skrzynki na listy, zanim nauczyciel w ogóle zauważy, że ktoś kręci się wokół jego domu. W końcu instynkt samozachowawczy wziął górę nad wszystkim innym i Arthur zebrał całą odwagę, oderwał barani wzrok od tego przeklętego budynku i podszedł (dyskretnie) do wejścia, by wsunąć kopertę przez przeznaczoną dla poczty szczelinę w drzwiach.
Postał przed nimi jeszcze przez moment, walcząc ze skurczem w gardle i nową falą przejmującego żalu za utraconą przyjaźnią i towarzyszącym jej poczuciem szczęścia. Wyciągnął rękę, chcąc wrzucić wreszcie to cholerstwo do środka, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie na oścież.
— Arthur — wycedził Eames, a potem złapał go za sweter, wciągnął do środka i kopnięciem zatrzasnął drzwi. Arthur zatoczył się na ścianę z sercem walącym w dzikim rytmie o żebra. Eames obrócił się do niego z piorunami w oczach. — Co ty tu, kurwa, robisz? Czy ty, do jasnej cholery, nie masz pojęcia, że nie wypada ci nawet znać mojego adresu, nie mówiąc już o pokazywaniu mi się tu na oczy?!
— Ja… nie chciałem — wykrztusił Arthur, prawie oniemiały z przerażenia. Zaczął snuć już paniczne plany natychmiastowego zaciągnięcia się do Legii Cudzoziemskiej, bezsilnym, wygłodniałym wzrokiem pożerając buchającego furią Eamesa, który stał przed nim w wytartych jeansach, rozpiętym wełnianym swetrze i białym podkoszulku bez rękawów pod spodem, i, o wielki boże, ile on ma tych tatuaży, i nie gap się tak, kurwa, BO TYLKO POGARSZASZ SPRAWĘ.
Arthur powędrował spojrzeniem w bok, w ciemność sąsiadującego z korytarzem pokoju, rozjaśnianą jedynie przez blask padający od telewizora. Odbicie ekranu tańczyło milionem bladych refleksów w szkle pustych butelek na stoliku przed kompletnie rozgrzebaną kanapą.
— Nie chciałeś?! — warknął Eames, cofnął się o krok i przejechał dłonią przez i tak już rozczochrane włosy. Zaśmiał się, krótko i brzydko, po czym sięgnął po odstawioną na szafkę przy drzwiach szklankę i pociągnął z niej spory łyk.
Arthur przypomniał sobie nagle, że wcale nie przyszedł tutaj, by potajemnie podglądać tego dupka.
— Tak, nie chciałem, i przepraszam, dobra?
Eames odwrócił się z powrotem i zmierzył go wciąż wściekłym spojrzeniem, pozbawionym jednak skupienia, które powinno iść w parze z tak wielką złością, i w tym właśnie momencie Arthur zrozumiał, co tu się właściwie dzieje.
— Ty cholerny draniu… — wyszeptał.
Brwi Eamesa wystrzeliły ze zdziwieniem w górę, choć jednocześnie zacisnął groźnie usta i postąpił krok w stronę Arthura.
— Słucham? — syknął, na co Arthur zamachał kopertą.
— Nie chciałem tu przychodzić. Do diabła, miałem cię właśnie przeprosić, że przeszkadzam, zwłaszcza że jesteś chory. Nawet jeśli przysłano mnie tutaj ze szkoły, zgodziłem się bardzo niechętnie, bo przecież ty poczułeś się dziś źle. — Wskazał ręką w kierunku co najmniej dwóch pustych butelek po whisky, królujących na ławie przed telewizorem. — Ale widzisz, sprawa jest taka, że teraz wiem, że wcale nie jesteś chory, tylko, kurwa, pijany. I dlatego — zdobył się na krzywy uśmiech i ironiczny gest wiwatu, podczas gdy Eames zaciskał powieki w gniewnym zażenowaniu, z twarzą spiętą ze złości i czymś w rodzaju pogardy — bardzo, ale to bardzo mi przykro, że czuje się pan źle, panie profesorze, ale pani Liebowitz, kurwa mać, kazała mi to panu przynieść. Nie chciałem tutaj przychodzić, ale, niestety, zostałem do tego zmuszony, bo to bardzo ważne, żeby dostał pan te papiery, nawet jeżeli jest pan chory. Więc proszę, oto one. Trzeba je przejrzeć i odesłać w poniedziałek. Spełniłem swój pieprzony obowiązek i już mnie tu, kurwa, nie ma.
Cisnął kopertę na blat szafki i już przekręcał klamkę, kiedy niespodziewanie zagotowało się w nim coś gorszego od gniewu, coś, co kipiąc wylało mu się z ust cichymi słowami.
— To nie było to samo z panią Liebowitz. Byliśmy tacy rozczarowani, że nie mogłeś jechać z nami, bo przecież my tak naprawdę robimy to wszystko dla ciebie. A ty po prostu zdezerterowałeś. To żenujące. — Głos mu zadrżał, więc zagryzł zęby, żeby przejąć kontrolę nad sobą i swoim nieszczęsnym położeniem. — Cenimy cię tak bardzo, że ani przez sekundę nie wątpiliśmy, czy rzeczywiście jesteś chory. A ty w tym czasie siedzisz sobie tutaj, upijasz się z żalu nad sobą i wykręcasz od wyjazdu z klasą, żeby tylko uniknąć powiedzenia biednemu dzieciakowi, że go nie chcesz…
Częściowo otwarte drzwi trzepnęły we framugę z tak ogłuszającym trzaskiem, że Arthur zadrżał. Zaraz potem uderzył twardo plecami o ścianę, przyparty ciałem nauczyciela do muru. Rozwścieczona twarz wypełniła mu pole widzenia.
— Nigdy tak nie twierdziłem! — ryknął mu Eames prosto w nos i Arthur podskoczył z zaskoczenia, czując jego palce w swoich włosach. — Nigdy nie mówiłem, że cię nie chcę… — wysyczał i zmiażdżył wargi Arthura swoimi.
Arthur półprzytomnie zarejestrował głuchy łomot, z jakim jego torba opadła na podłogę, wysunąwszy się z odrętwiałych palców. Gorące – suche – twarde – mokre – miękkie – cierpkie od whisky usta Eamesa przywarły do jego własnych, sparaliżowanych, zanim ułamek sekundy później instynkty przejęły nad nim kontrolę i zaczął całować tak intensywnie, jak sam był całowany, rozwartymi wargami, ssać i kąsać. Eames cofnął się lekko, cały zdyszany, i zasypał jego szczękę i podbródek drobnymi, gorączkowymi pocałunkami, a potem pospiesznie wrócił do ust i zaplątaną we włosach Arthura dłonią naprowadzał jego głowę tak, by mogli zewrzeć się ze sobą jeszcze mocniej. Z podobnym do szlochu jękiem wcisnął wolną rękę między Arthura a ścianę, przyciągnął go szarpnięciem do siebie i głaskał na przemian napięte mięśnie jego pleców i wybrzuszenia kręgów, by na koniec położyć mu swoją dużą, gorącą dłoń na szyi, a palcami drugiej objąć delikatnie jego twarz i spojrzeć na nią z bolesnym niedowierzaniem.
Złożył dwa szybkie, pełne czci pocałunki, pierwszy tam, gdzie łuk szczęki stykał się z nasadą kości policzkowej, drugi bezpośrednio na rzęsach, drżących na zamkniętej powiece, cały czas powtarzając ze zdumieniem Arthur, Arthur…, jak gdyby cudem odzyskał go po tych wszystkich koszmarnych godzinach, jak gdyby podobnie jak Arthur uważał ich za bezpowrotnie utraconych dla siebie. Sam cień tej myśli wystarczył, by Arthur zrugał się za nią ostatnim trzeźwym jeszcze skrawkiem świadomości i czym prędzej przylgnął ustami do ust Eamesa, śliskich i słodkich, wracając do przesuwania językiem po jego języku między jednym a drugim urwanym oddechem. Wodził na oślep rękami po jego piersi i barkach, aż wreszcie natrafił dłonią na kark i zaczepił się o niego jak kotwica o dno, żeby być jeszcze bliżej, i całować całować całować bez końca, podczas gdy jego druga ręka krążyła tam i z powrotem po gorącej, naznaczonej tatuażami skórze, opinającej silne ramiona pod grubą wełną swetra. Przejechał tępymi paznokciami w dół klatki piersiowej Eamesa, wrócił na górę i powtórzył wszystko od nowa, ugniatając, głaszcząc i badając wszystko, co nasunęło mu się pod palce, jakby chciał stworzyć nierozerwalny kontakt z jego ciałem jedynie przy pomocy swoich opuszków. Ich pocałunek zawibrował zażenowanym jękiem, kiedy Eames wsunął rękę pod własną podkoszulkę i łapczywie docisnął dłoń Arthura do swojej skóry.
— Arthur, skarbie… — wyszeptał ochryple, odrywając usta od jego warg, by skubnąć podskakującą dziko tętnicę na jego szyi.
Arthur wydał zdławiony okrzyk, zaskoczony siłą własnego podniecenia. Jego biodra wyrwały się do przodu, na co Eames wmanewrował swoją nogę między jego kolana i naparł nią mocno w górę, a zupełnie pozbawiony woli Arthur mógł tylko wygiąć plecy w łuk i zacząć ocierać się rytmicznie o powierzchnię jego uda, podczas gdy Eames miażdżył go w uścisku. Urywane jęki Arthura zlały się w dziwny duet z rozbrzmiewającym w tle stłumionym sygnałem telewizyjnych wiadomości.
Sekundy trwały tyle co lata. Arthur ssał i lizał język splątany z jego własnym, przygryzał wargi atakujące jego usta i skórę, aż wszystko stało się oddechem, drżeniem, szeptanym bez przerwy nazwiskiem Eamesa i jednym wielkim wstrząsem, kiedy jego palce zatańczyły na plecach Arthura, zakradły się w dół i wsunęły małą, mikroskopijną odrobinę pod pasek jeansów.
Arthur wygiął się mocniej i zajęczał. Jego ciało pulsowało w rytmie wewnętrznej, błagalnej mantry pieprz mnie pieprz mnie pieprz mnie, ale Eames znieruchomiał nagle z twarzą wtuloną w jego szyję, wciągnął gwałtownie powietrze i zadygotał w sposób, który nie miał nic wspólnego z poprzednim uniesieniem.
— Kurwa — wyszeptał przez zaciśnięte zęby i opuścił nisko głowę, trzęsąc się na całym ciele. Jego podkurczone raptownie palce oderwały się od skóry i włosów Arthura jak oparzone. Oparł się o ścianę, oddychając z trudem. — O KURWA — powtórzył i na sekundę uniósł ciężki od poczucia winy wzrok na twarz Arthura, i Arthur chciał pomyśleć Błagam, tylko nie to, ale zanim jego mózg zdążył ubrać to przeczucie w słowa, Eames wycofał się całkowicie, zrobił parę chwiejnych kroków do tyłu, wbił rozcapierzone palce obu rąk we włosy i zaczął spazmatycznie łapać powietrze.
Arthur ruszył się ze swojego kąta i już otwierał usta, żeby powiedzieć mu coś prostego, uspokajającego, może samo jego nazwisko, kiedy Eames zasyczał, porwał z półki na książki coś, co wyglądało jak ceramiczna figurka, i rąbnął nią o ścianę, trzeci raz wrzeszcząc „Kurwa!”, co skutecznie osadziło Arthura w miejscu.
Eames na chwilę zgiął się w pół, plecami do niego, z łokciami wspartymi na udach i twarzą ukrytą w dłoniach, wciąż mamrocząc kurwa-kurwa-kurwa. Arthur postąpił naprzód, niepewny, jak ma się zachować w obliczu autentycznego wybuchu osoby tak skłonnej do udawania dramatycznych ataków gniewu.
Eames wyprostował się lekko i w tym momencie Arthur dostrzegł odbicie jego twarzy w oszklonych drzwiach stojącej naprzeciwko szafki i… wielkie nieba, wolałby tego nie zobaczyć.
— Kurwa — powtórzył Eames i tym razem Arthur miał przed oczami wyraźny obraz emocji zniekształcających jego rysy: lęk, wstręt, żal. I jednoczesny wysiłek, żeby pozbierać się na tyle, by móc zwrócić się do Arthura. Odrzucić go. Uspokoić. Wytłumaczyć się przed nim.
Patrzył na Eamesa, przerażonego samym sobą, i przez krótką chwilę bawił się myślą, żeby podejść do niego, objąć go od tyłu, wtulić twarz w jego kark i wyszeptać, że wszystko będzie dobrze, a potem zwymyślać, że zachowywał się przez minione miesiące, jakby byli tylko zwykłym uczniem i nauczycielem, pocałować i powiedzieć, jak bardzo uszczęśliwią się nawzajem.
— Arthur, tak strasznie cię przepraszam. Nigdy nie powinienem był… — wydusił Eames z trudem i spróbował ukradkiem wytrzeć z wykrzywionej gwałtownymi emocjami twarzy coś, co mogło być tylko zbłąkaną łzą.
Arthur podniósł torbę i podszedł cicho do drzwi.
Zwilżył wargi językiem i zepchnął swoje serce na samo dno.
— Przykro nam, że pan zachorował, panie profesorze — powiedział tonem tak zrównoważonym, że mógłby dostać za swój występ pieprzonego Oscara, gdyby tylko zechciał. A kiedy zszokowany Eames obrócił się błyskawicznie na pięcie, wlepiając w niego wilgotne, wielkie ze zdziwienia oczy, Arthur czekał już na niego z neutralnie grzeczną miną. — Wyjazd bez pana nie był tym, czym mógłby być. Pani Liebowitz poprosiła mnie, żebym przyniósł panu te dokumenty. — Przełknął ślinę i wskazał na leżącą wciąż na szafce kopertę. — Podobno są bardzo ważne.
Uśmiechnął się uprzejmie i otworzył drzwi, niezdolny oderwać wzroku od słaniającego się lekko na nogach Eamesa, od zawijasów tatuaży na obnażonym ramieniu, z którego sweter zsunął się całkowicie, jeszcze chwilę wcześniej szarpany wczepionymi w ciężką wełnę palcami Arthura, od czerwonych i nabrzmiałych od pocałunków ust, od kompletnie zagubionego wyrazu oczu. Odchrząknął.
— Mam nadzieję, że do wtorku poczuje się pan lepiej — powiedział cicho i spokojnie. — Nie jesteśmy tacy sami bez naszego reżysera.
A potem wyszedł na zewnątrz i odwrócił się w progu, sięgając do klamki.
— Dobranoc, panie profesorze. Niech pan wraca do zdrowia — wyszeptał i zamknął za sobą drzwi, żeby odciąć się od widoku warg Eamesa, układających się w słowa, na usłyszenie których nie mógł sobie pozwolić.
Osunął się bezwładnie na futrynę, ale niemal w tej samej sekundzie odzyskał panowanie nad sobą, bo gdyby Eames wyjrzał przez okno i zobaczył go tutaj, skulonego niczym kopnięte szczenię, wszystko poszłoby na marne.
Więc odszedł podjazdem w stronę ulicy, wyprostowany jak struna, zamiast uciekać w popłochu. Jeśli Eames otworzy drzwi i wybiegnie za nim, nie będzie wyglądał jak marionetka z odciętymi sznurkami. Tuż przy samej ulicy zawahał się i zwolnił, zanim wyszedł na chodnik, bo przecież Eames nie miał na nogach butów, a było zimno, i jeżeli naprawdę miałby za nim pobiec…
Arthur przełknął ślinę i nakazał sobie oddalić się swobodny krokiem, bez nasłuchiwania, czy drzwi się otworzą, czy rozlegnie się warkot silnika samochodu, czy ktoś wykrzyknie jego imię, ponieważ zrobił, co zrobić należało i Eames zdawał się respektować jego decyzję.
Zatrzymał się pod neonowym zegarem na wystawie całodobowego sklepiku przy końcu ulicy, gapiąc się bez zrozumienia na elektroniczne cyferki, dopóki jego mózg nie przetrawił wreszcie informacji wywrzaskiwanej przez oszalałe emocje.
Była dziewiętnasta siedem.
Arthur zjawił się u Eamesa parę minut przed siódmą, mniej więcej pięć, i najpierw uchylał się przed jego złością, zanim sam zaczął na niego krzyczeć, a potem… potem został pocałowany. Pamiętał sygnał wiadomości oznaczający pełną godzinę, a potem całowanie… ustało. Odliczył szybko, ile czasu mogło zająć mu dotarcie do tego miejsca i prychnął.
Trzy minuty.
Tylko trzy niecałe minuty w ramionach Eamesa.
Coś szarpnęło się w jego wnętrzu. Przyłożył sobie ręce do policzków, powiódł palcami po podrażnionej od zarostu Eamesa skórze — czego do tej pory nawet nie zauważył — i parsknął histerycznym śmiechem.
Prawie pół roku uczuć, tęsknoty, pragnień i… po wszystkim. Koniec.
Trzy minuty i nigdy więcej.
Ból, poczucie straty i pożądanie, które tak desperacko wypychał ze świadomości, wybuchły w nim gwałtownie, parząc niczym płynna lawa. Ukrył twarz w dłoniach i krzyknął, roztrzęsiony palącą potrzebą, by wrzeszczeć, szaleć, wariować z furii i… i…
Rozdygotaną ręką wyciągnął telefon i wybrał znajomy numer. Pokonał skurcz i dzikie pulsowanie w gardle.
Ariadne odebrała po dwóch sygnałach. Ulga Arthura była tak wielka, że musiał ostro zamrugać, aby pozbyć się nagłej wilgoci w oczach.
— Hej, Arthur, co się dzieje? Jak było na przedstawieniu?
— Dzięki, nic takiego. Było fajnie. Mogę do ciebie wpaść?
— Jasne, że możesz — odparła z lekkim wahaniem, po czym dodała: — Wszystko w porządku?
— Tak, świetnie — powiedział i znów przełknął ślinę. — Jestem już w drodze. Będę za parę minut.
Przerwał połączenie i przestawił telefon na cichy tryb. Od domu Ari dzielił go jeszcze spory kawałek, ale miał czas. Szedł, próbując nie myśleć o niczym innym niż o tym, jak wykonać następny krok.
Ariadne czekała na niego na schodach frontowych. Zazwyczaj naprawiali swój wykolejony świat właśnie tutaj, na werandzie przed jej domem, ale Arthur nie był pewien, czy tym razem potrafi się przejąć lekką paniką wypisaną na twarzy Ari.
— Arthur, Arthur, hej, nic ci nie jest?
Uśmiechnął się, zaskoczony, z jaką łatwością mu to przyszło, gdy tylko udało mu się na chwilę wyłączyć ból w swoim wnętrzu.
— Nic, wszystko dobrze. Chciałem tylko z tobą porozmawiać.
Spojrzała na niego badawczo, ale podejrzliwość w jej wzroku szybko ustąpiła uldze tak wyraźnej, że Arthur zadrżał na nowo pod cienką powierzchnią opanowania.
— W takim razie w porządku — powiedziała z nie do końca szczerą beztroską. — Gdy zadzwoniłeś, wydawało mi się, że zaraz się rozpłaczesz, a przecież już całe lata temu stwierdziliśmy zgodnie, że twoje łzy to jeden ze znaków apokalipsy. — Dała mu żartobliwego kuksańca w nogę i Arthur uśmiechnął się blado, siadając powoli na schodach obok niej.
Powinien zacząć spokojnie, od początku, pomyślał. Najlepiej od przedstawienia, potem opowiedzieć o Helen i wytyczyć sobie ostrożnie ścieżkę do sedna, ale prawie nieruchome oczy Ari wwiercały się w niego i kruszyły wszelkie postanowienia.
— Arthur? — zapytała delikatnie i ścisnęła jego dłoń.
Zamknął oczy, czując, jak przygniata go ołowiane zmęczenie.
— Mówiłaś kiedyś, że zawsze mnie wysłuchasz w razie potrzeby — powiedział po prostu.
Ari zesztywniała lekko.
— Oczywiście — potwierdziła, ale w jej głosie pobrzmiewało bardzo wyraźne Och, Arthur, coś ty mógł zrobić najlepszego.
Zaczerpnął głęboko tchu.
— Wczoraj, po próbie… wygłupiałem się trochę z Eamesem i przypadkowo… zaprosiłem go na coś w rodzaju randki.
Uniósł powieki i ujrzał oczy Ari, wielkie jak spodki. Ile dałby za to, by móc się roześmiać na ten widok.
— Och, Arthur… — Smutek, współczucie i nagana splotły się w dziwną całość w tych trzech wyszeptanych sylabach i Arthur kiwnął głową, przyznając jej rację co do swojej głupoty. Miał wrażenie, że to, o czym opowiada, działo się całe wieki temu.
— Wiem, ja… wiem. Naprawdę nie zamierzałem mu niczego proponować. Tylko… bardzo dobrze mi się z nim gadało i tak jakoś wyszło, że zaprosiłem go do siebie na basen. I na film.
Ucichł, kiedy przez jego myśli przepłynęło wspomnienie Eamesa mówiącego, jak mu to schlebia. Poczuł, jak budzi się w nim zupełnie nowy ból.
Ari zacisnęła rękę na jego ramieniu.
— Zakładam, że nie skończyło się to dobrze?
Przełknął ślinę.
— Powiedział mi, że mu to schlebia, ale jest kompletnie nieodpowiednie.
Skinęła łagodnie głową. Arthur znów zamknął oczy.
— A dziś nie zjawił się w szkole i nie pojechał z nami do teatru. Zadzwonił i powiedział, że jest chory.
Ariadne wydała z siebie rozczarowany, lekko pogardliwy dźwięk.
— Ale potem, gdy już wróciliśmy… Liebowitz wysłała mnie do niego. Do domu. — Ari głośno wciągnęła powietrze i Arthur zdał sobie sprawę, że zaczyna drżeć. — Próbowałem się wykręcić, serio, ale ona powtarzała, jakie to ważne, i… Wściekł się na poważnie, kiedy zobaczył mnie pod swoimi drzwiami. Był pijany i naprawdę, naprawdę rozgniewany. Wcale nie chory, tylko zawstydzony, narąbany i zły.
Ponownie otworzył powieki i spojrzał w ogromne, znieruchomiałe ze zdumienia oczy Ariadne.
— Krzyczał na mnie, że do niego przyszedłem. Ja krzyczałem na niego, bo schował się w domu i upił tylko dlatego, że… — Stracił oddech na żywe wspomnienie tamtej chwili. — Dlatego, że mnie nie chce.
Trząsł się już wyraźnie. Wsunął palce obu rąk we włosy i podciągnął kolana pod brodę, a Ariadne przytuliła się do niego i objęła go za ramiona.
— A wtedy on powiedział, że nigdy tego nie mówił.
Ari popatrzyła na niego z niezrozumieniem.
— Nie mówił czego? — zapytała cicho i pogłaskała jego zaciśnięte we włosach ręce.
— Nigdy nie mówił, że mnie nie chce… — szepnął Arthur i spojrzał na jej opadającą szczękę. — A potem mnie pocałował.
Cofnęła się gwałtownie, wstrząśnięta, i zakryła usta dłonią.
— Całował mnie i powtarzał moje imię tak, jakby było modlitwą, i ściskał mnie naprawdę mocno, a potem nagle przestał. I wtedy… — Arthur oblizał wargi, tak bardzo chcąc znaleźć na nich cień smaku gorących słodkich spragnionych pocałunków zamiast spierzchniętej skóry. — Wtedy dostał szału i… ledwo powstrzymywał się od płaczu, więc… więc zostawiłem go w spokoju. — Objął się za kolana i zająknął lekko na widok łez spływających po twarzy Ari. — Udałem, że nic się nie stało. Powiedziałem mu, że życzymy mu szybkiego powrotu do zdrowia i pożegnałem się. Zadzwoniłem do ciebie i przyszedłem… prosto tutaj — wykrztusił, a Ariadne patrzyła na niego, jakby nie wiedziała, co ma powiedzieć ani nawet pomyśleć.
Doskonale rozumiał jej stan.
— Chodzi o to — zaczął, siląc się na swobodny ton — że on… on trzymał mnie naprawdę mocno, Ari.
Poczuł ostre pieczenie pod powiekami i schował twarz w dłoniach. Spomiędzy palców wyciekły mu łzy.
— Trzymał mnie naprawdę mocno — powtórzył i zaszlochał, zwijając się w kłębek. Ari przytuliła się do niego i szeptała mu we włosy głupie, pocieszające i zupełnie nieprawdziwe rzeczy.
Jakiś bardzo odległy fragment jego świadomości przypomniał mu ze spokojem, że słowa Ari były prawdą. Kiedy się rozpłakał, miał wrażenie, jakby świat się kończył.


Koniec rozdziału szóstego


1 Musical, z którego pochodzi między innymi piosenka Some Enchanted Evening. W rozdziale czwartym podpity Eamesa tańczył do niej z Arthurem w supermarkecie.
2 Święto państwowe w USA, przypadające co rok na trzeci poniedziałek lutego.
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Twórczość wszelaka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron