[M] [T] Niedokończone wyznania

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Kaczalka » 24 gru 2012, o 20:42

Nie lubię miniaturek, ale że to Femme, do tego mamy z Lasair wyłączność na tłumaczenie jej opowiadań, a ja traktuję to trochę jako obowiązek, więc jest. Tekst nie do końca w moich klimatach, uznałam jednak, że jeśli nie teraz, z okazji świąt, to pewnie nie przetłumaczę go nigdy. Nie jest świąteczny, ale ciepły i pełen nadziei, więc dobrze wpasowuje się w nastrój. I jakoś tak, nie wiedzieć czemu, zawsze przy nim płaczę ;)



Tytuł i link do oryginału: Unkissed Kisses and Songs Never Sung*
Autor: Femmequixotic
Beta: Donnie
Rating: NC-17
Para: Harry Potter/Draco Malfoy
Gatunek: romans
Zgoda: jest
Ostrzeżenia: dosyć puchato


Za pomoc bardzo dziękuję także Lasair i szyszce.

*Oryginalny tytuł opowiadania zaczerpnięty został z wiersza Oscara Wilde’a Silentium Amoris.




NIEDOKOŃCZONE WYZNANIA



1.

Pamiętam...
Trochę cierpki oddech Harry’ego, gdy wtula twarz w moją szyję. Moje rozespane ciało tuż przy nim i muśnięcia jego silnych palców, kiedy odgarnia mi z czoła zmierzwione włosy. Ciche „dzień dobry”, gdy wreszcie otwieram oczy. Ból tyłka. Ciężkie ciepło jego penisa, wbijającego się w moje biodro, kiedy przygniata mnie do materaca.
— Dyżur — mówię. Ale jego skóra jest taka gładka pod moimi rękami. — Dwunastogodzinny.
Gdy gryzie mnie w szczękę, wiem, że się spóźnię.


***

Pamiętam...
Śpiew skowronka, chłód wiosennego wiatru i zapach bzów, które właśnie zakwitły. I ziemi wciąż wilgotnej po nocnym deszczu. Łagodny ciężar dłoni Harry’ego na moim policzku. Miękkość jego warg. Zielone oczy za przybrudzonymi szkłami okularów, kiedy się odsuwa. Moje palce zaciśnięte na szorstkiej szarej wełnie jego aurorskiej szaty. Wyszeptane „kocham cię”, czego, o czym on dobrze wie, ze strachu nie jestem w stanie odwzajemnić nawet po dwóch spędzonych razem latach.
Mówi to zawsze, każdego ranka, kiedy budzi się obok mnie. I z doprowadzającą do szału gryfońską pewnością powtarza, że kiedyś odpowiem mu takimi samymi słowami.
— Uważaj na siebie, idioto — rzucam w zamian. Bardziej dosłownie nie jestem w stanie wyrazić swoich uczuć.
Kiedy szykuję się do deportacji do Świętego Munga, on tylko patrzy na mnie z uśmiechem.


***

Pamiętam...
Piski i brzęczenie zaklęć monitorujących w izbie przyjęć, i gorzki smak zbyt długo parzonej herbaty, którą podaje mi Marietta. I radosny głos Hanny:
— Ktoś wygląda na szczęśliwego w ten poniedziałkowy poranek. Czyżby Harry znowu nie pozwolił ci się wyspać?
— Odwal się, Abbott — mówię i sięgam po pierwszą tego dnia kartę.
Czas do południa upływa powoli. Sprawdzam pacjentów z ostatniej nocy, po czym siadam w dyżurce, kręcę się na krześle i słucham, jak Marietta opowiada Hannie o swoich ślubnych planach. Nie ma nic nudniejszego niż dyskusja na temat, które kwiaty bardziej nadają się do bukietu: orchidee czy kalie. Przecież każdy wie, że jedyny właściwy wybór to białe róże. Oczywiście będę na weselu, bo Longbottom jest przyjacielem Harry’ego, a Hanna jedynym uzdrowicielem w szpitalu, którego toleruję dłużej niż pięć minut.
Znudzony przypominam sobie, jak wyglądała twarz Harry’ego pode mną, gdy kochaliśmy się rano. Uśmiecham się, nie mogąc doczekać końca zmiany. Już zaplanowałem wieczór z udziałem starego szkolnego krawata.
Kiedy przybywa lśniący srebrzyście patronus, informując nas, że zaraz dostarczą rannych aurorów, zrywamy się na równe nogi. Mamy coś do zrobienia.


***

Pamiętam...
Powiew powietrza, gdy otwierają się drzwi, i głuchy stukot aurorskich butów o posadzkę. Rude włosy Weasleya i jego blada twarz, gdy biegnie, patrząc na mnie. Marietta, która głośno żąda, żeby przygotowano czyste łóżko.
Weasley porusza ustami, na pewno coś mówi, ale niczego nie rozumiem, bo Harry jest tutaj, leży na noszach, a białe prześcieradło wokół jego głowy wręcz pływa we krwi.

Harry.
Nie ma okularów, jego twarz pokrywa brud i jeszcze więcej krwi. Nie mogę nabrać powietrza, ale kiedy Hanna kładzie dłoń na moim ramieniu i próbuje mnie odciągnąć, wrzeszczę, żeby mnie zostawiła, zostawiła,zostawiła.
Nawet nie zauważam, że odsuwa się o kilka kroków. Delikatnie unoszę Harry’emu głowę, na szczęście oddycha, ale z tyłu czaszki ma ranę wielkości pięści. Przez rękawiczkę czuję pod palcami odłamki kości i śliską krew oraz tkankę mózgową.
— Weasley! — krzyczę.
Momentalnie jest przy mnie. Całą jego szatę pokrywają plamki krwi. Dobrze wiem, czyjej. Weasley patrzy na mnie i przysięgam, że mogę policzyć piegi na jego bladej twarzy.
— Zaklęcie?
— Diffindo. — Spuszcza wzrok na Harry’ego, na moje czerwone dłonie przytrzymujące mózg na miejscu. — Nadleciało od przodu i... — Głos mu się łamie. Przełyka ślinę i patrzy mi w oczy. — Nie możesz tego zrobić, Malfoy. On jest...
Ale ja już go ignoruję. Dzięki bogu z przodu głowy nie ma żadnych uszkodzeń, tylko z niewielkiej rany wejściowej na czole sączy się krew.
— Marietto, bierzemy go na salę operacyjną.
— Draco, nie powinieneś... To twój partner. Hanna...
— Słyszałaś, co powiedziałem — mówię cicho, nie spuszczając wzroku z jej twarzy. Nie obchodzi mnie, że łamię szpitalne zasady. Nie dotknie go nikt poza mną.
Nikt. — I chcę, żebyś przygotowała się do asystowania.
Marietta waha się, ale zaraz kiwa głową. Lewituje nosze z Harrym. Łapię za nie, zanim odpłyną dalej. Dotykam policzka Harry’ego. Moja ręka nie drży. Nie pozwalam jej na to.
— On nie umrze, Weasley — zapewniam. Nie patrzę mu w oczy.
Przez chwilę nic nie mówi, a potem przytakuje.
— Wiem.
Kiedy odchodzę, czuję na sobie jego wzrok.


2.

Siostra oddziałowa kiwa na mnie, gdy wchodzę. Jest późno, moja zmiana już się skończyła, powinienem pójść do domu i się przespać. Za siedem godzin znowu mam dyżur, a dzień nie należał do łatwych. Mimo to, kiedy przechodzę przez salę, cicho stukając butami po gładkiej, wypolerowanej podłodze, nie zatrzymuje mnie, tylko obraca się w stronę stosu kart pacjentów.
Jest ciemno. Jedyne światło w pomieszczeniu to delikatna poświata zaklęć monitorujących unoszących się nad każdym łóżkiem, mieniąca się od bladego złota do jasnego błękitu w zależności od cyklu procesów życiowych. Chorzy leżą w ciszy, ich umysły są łagodnie wciągane w ciemną pustkę przez dawki Eliksiru Bezsennego Snu, które kroplówka powoli dozuje przez przezroczyste rurki do żył w nadziei, że brak świadomości skłoni ich ciała i magię do szybszego uzdrowienia.
I czasami to się udaje.
Harry śpi w kącie, z dala od innych. Nietypowa prywatność to ustępstwo z powodu jego pozycji, coś, na co będzie się wściekał, jeśli odzyska przytomność. A co do tego nie mam wątpliwości.
Podnoszę diagram wiszący w nogach łóżka i bezmyślnie przerzucam kartki. Nie ma w nim nic, czego już nie wiem. Mój własny nabazgrany podpis widnieje na dole kilku stron, na których wyszczególniono lecznicze zaklęcia, jakich użyto tego popołudnia. Ledwie je pamiętam.
Pod bandażami owiniętymi wokół głowy Harry jest blady. Jego zwykle złotawa skóra wydaje się ziemista na tle białych prześcieradeł. Czarnych, zmierzwionych włosów już nie ma, Marietta usunęła je precyzyjnym zaklęciem strzygącym. Wizja, jak jeszcze dziś rano przebiegałem palcami przez gęste pasma, leżąc pod Harrym wygięty w łuk i zadyszany, sprawia, że wywraca mi się żołądek. Szybko siadam na wąskim krześle przy łóżku, przyciskając podkładkę z diagramem do piersi.
Nakazałem zastosowanie eliksiru po tym, jak spędziłem godziny na wyciąganiu fragmentów kości z otaczających je tkanek.
Brzmi to tak bezdusznie. Nie ma nic wspólnego z rzeczywistym horrorem, jaki odczuwałem, wyrywają kawałki czaszki Harry’ego z jego mózgu, i modląc się, żeby moja różdżka nie zadrżała. Hanna przybyła w połowie operacji i próbowała zająć moje miejsce. Nie mam pojęcia, co jej powiedziałem, ale bez wątpienia nie było to nic przyjemnego. Pamiętam, jak Marietta odciągnęła ją i jak kłóciły się niespełna metr ode mnie, a zaklęcia monitorujące popiskiwały cicho nad zbyt nieruchomym ciałem Harry’ego.
Wiem, że gdy zasnę, wszystko mi się przyśni. Krew na rękach, miękka tkanka mózgu pod palcami, przerażenie na myśl, że jednym źle obliczonym ruchem pozbawię go życia.
I siebie także.
Blask nad jego głową zmienia się ze złotego na niebieski. Harry jest stabilny, mimo że w stanie krytycznym, i tutaj moja rola się kończy, teraz odpowiada za niego uzdrowiciel Wibberley. Giles to najlepszy neuromagik wśród pracowników szpitala, ale i tak mu nie ufam. Już mu powiedziałem, jak bardzo, gdy obolały i napięty po wielu godzinach schylania się nad stołem operacyjnym spotkałem go na korytarzu.
Kładę rękę na dłoni Harry’ego. Skóra jest ciepła. Gładzę kciukiem jego kostki. Czuję, jak gorące łzy parzą mi oczy i mrugam zawzięcie. Nie będę płakał. Nie mogę.
Wmawiam sobie, że on wie, że tu jestem, mimo że mój wewnętrzny magomedyk w pełni sobie uświadamia, iż to niemożliwe. Istnieją niezbędne kłamstwa, które rodziny poszkodowanych wmawiają sobie, gdy przychodzą na ten oddział. On wie, że tu jestem. Słyszy mój głos. Nie mogę odejść, przecież mnie potrzebuje. Ona się obudzi.
Aż do dzisiaj tego nie rozumiałem.
Zwykle przebywają tu, czekając na śmierć, ich ciała lub ich magia przeważnie są zbyt uszkodzone, żeby dało się je naprawić. Thomas Linnett leżący przy drzwiach, jego organizm ulega atrofii z powodu nieznanej klątwy, którą rzucił na niego własny syn. Amelia Watson, zaledwie dwudziestodwuletnia, chuda dziewczyna, jest tutaj już od ponad roku, żyjąc tylko dzięki eliksirom i wzmocnionym płynom odżywczym pompowanym w nią przez rurki oplatające jej wątłe ramiona. Eksperymentalne zaklęcie obróciło się przeciwko niej, przecinając lewe płuco i rdzeń kręgowy. W trzech miejscach. Ekspertom od magicznych urazów wciąż nie udało się znaleźć przeciwzaklęcia. Dickie Hades, oddalony od Harry’ego o dwa łóżka. Rozszczepił się i nigdy nie odnaleziono jego lewej nogi, wątroby i połowy jelit. Żadna z tych osób stąd nie wyjdzie.
I teraz jest tu też Harry.
Przyzwyczaiłem się już do zapachu leczniczych eliksirów i antyseptyków. Albo tak mi się wydawało. Na izbie przyjęć tłumi je odór krwi i strachu, ale tutaj wciąż się utrzymuje, ciężki i intensywny, zmieszany z pierwotną, pełną smutku wonią ciał, które zawiodły. Woń ta zalega mi w gardle. Odchrząkuję z trudem.
Z odrętwieniem uzmysławiam sobie, że kończy się wszystko co dobre. Nie wiem, czemu mnie to dziwi. Już dawno temu przestałem uważać, że świat wokół powinien sprzyjać mojemu szczęściu. Zmagania z wojennymi następstwami dużo mnie nauczyły. Walczyłem o stanowisko w Świętym Mungu, pokonałem innych stażystów i udowodniłem, że przyjęcie do pracy byłego śmierciożercy warte było ogólnospołecznego oburzenia. Harry był zaskoczony. A ja przez moment wierzyłem, że szczęście naprawdę istnieje.
Słyszę, jak pielęgniarka oddziałowa porusza się za mną, sprawdzając innych chorych.
Czuję za plecami jej wahanie i zaciskam palce wokół dłoni Harry’ego.
— Uzdrowicielu Malfoy?
Jej głos jest łagodny, cichy. Chyba ma na imię Rachel. Siostra Anthony’ego Goldsteina. Nie odwracam się w jej stronę, ale i nie odsuwam, kiedy dotyka mojej ręki.
— Napije się pan herbaty? — szepcze, a ja przytakuję.
Wraca po kilku minutach z kubkiem przyzwoicie zaparzonej Earl Grey. Zwykle takiej nie uświadczysz na oddziałach, ale teraz jest późno i ucichł już typowy zgiełk. Rachel posyła mi krótki, smutny uśmiech i przebiega ręką po ramieniu.
Moje gardło kurczy się i zaciska całkowicie. Siedzę bez słowa w cieniu, patrząc na maleńką, pulsującą kropkę, która mówi mi, że Harry wciąż żyje.

***

Pamiętam...
Grzechotanie i pobrzękiwanie sztućców o talerze, i cichy szmer głosów wokół mnie. Ukośne spojrzenia rzucane w moją stronę. Nudną przemowę ministra. Blaise’a siedzącego obok, jak gdyby od niechcenia odpierającego subtelne, uszczypliwe uwagi kierowane pod moim adresem przez towarzyszące nam przy posiłku osoby. Harry — wtedy wciąż jeszcze
Potter — patrzący na mnie znad kieliszka z winem.
Wykręcam się i wstaję, zanim przybywa deser. Blaise nic nie mówi, ale wiem, że tak samo jak ja jest świadomy czujnego spojrzenia Pottera.
Toaleta jest pusta, a dźwięk strumienia moczu uderzającego o porcelanę brzmi przyjemniej niż sztuczna rozmowa przy kolacji. Przyszedłem tylko dlatego, że Blaise przekonał mnie, że to będzie dobre dla mnie i rodziców. Nawet wiele lat po wojnie ludzie wciąż traktują nas jak społecznych pariasów. Zdaje się, że rodzina Zabinich jest jedyną wśród Ślizgonów, której czarodziejski świat nie osądził, i myślę, że stało się tak, gdyż wszyscy boją się Antygony. Za co wcale ich nie winię. Matka Blaise’a na swój sposób może być groźna. Z drugiej strony, jej babka pochodzi z drugorzędnej linii rodu Blacków. Krew pokaże.
Nie że ja sam kiedykolwiek będę mógł potwierdzić tę tezę.
Właśnie kończę myć ręce, gdy drzwi się otwierają. Biały ręcznik wiszący obok umywalki jest miękki i ciepły dzięki zaklęciu ogrzewającemu. Po czarnej, marmurowej posadzce rozlegają się czyjeś kroki, a kiedy unoszę wzrok na lustro, widzę w nim przyglądającego mi się Pottera.
Żaden z nas nic nie mówi. Przebiegam dłońmi po grubej wełnianej szacie, żeby ją wygładzić. Jest zapięta wysoko pod szyją, z przodu ma dziesiątki maleńkich ozdobnych guziczków. Jedynie końcówka nieskazitelnie białego kołnierzyka koszuli łamie okrywającą mnie czerń. Wiem, że ubieram się jak Severus. W prostocie stroju odnajduję coś podnoszącego na duchu.
Potter szybkim krokiem podchodzi do pisuaru. Słyszę szelest tkaniny, a potem świst rozpinanego zamka.
Gdy obracam się w stronę drzwi, zatrzymuje mnie cichym „Malfoy”. Wciąż trzyma dłoń na członku. Staram się nie zwracać na to uwagi, ale czuję, jak zaczynają palić mnie policzki.
Patrzę na niego, trzymając za klamkę.
Uśmiecha się lekko. Potrząsa penisem, wkłada go z powrotem do spodni i zasuwa zamek. Nie mam pojęcia, czy powinienem się dziwić, czy bać. Decyduję się na irytację.
— Co? — warczę, wkładając w to słowo całe rozdrażnienie, jakie narosło we mnie podczas wieczoru.
Idąc do umywalki, tylko mi się przygląda. Nie wiem, kto wybrał mu ubranie, ale szata ma idealny krój. Jest dopasowana do jego szerokich ramion i wąskiego pasa, i tylko odrobinę poszerzona w biodrach, żeby ukryć jego zamiłowanie do mugolskich spodni.
Nawet teraz mogę wyczuć od niego delikatny zapach sandałowego mydła.
— Powinniśmy umówić się kiedyś na kawę — mówi w końcu.
Nasze spojrzenia spotykają się w lustrze. To, co widzę w jego oczach, jest jednoznaczne. Byłem ze zbyt wieloma mężczyznami, by się mylić.
— Nie sądzisz?
Takiego pytania się nie spodziewałem i nie wiem, co odpowiedzieć. Zanim udaje mi się wymyślić odpowiednio złośliwą odmowę, mija mnie i otwiera drzwi. Uśmiecha się na tyle szeroko, że przy oczach robią mu się zmarszczki.
— Skontaktuję się z tobą przez kominek — rzuca i odchodzi, zostawiając mnie niepewnego, zdenerwowanego i niewątpliwie pobudzonego.
Zawsze był w tym niezły.


***

Budzi mnie dłoń na ramieniu. Drżę i mrugam, zanim dociera do mnie, że nadal jestem w szpitalu. Przespałem całą noc na krześle — a raczej głównie na krześle. Podnoszę głowę z łóżka Harry’ego i podkładki z diagramem. Papier przylepił mi się do policzka, a metalowy zacisk z pewnością odbił się na skórze.
Weasley stoi obok i patrzy na mnie. Ma na sobie aurorską szatę, tym razem czystą, a przynajmniej bez śladów krwi Harry’ego. To więcej niż mogę powiedzieć o moim własnym ubraniu. Podnoszę się powoli i zakładam kosmyk włosów za ucho. Na szczęście w pokoju dla personelu mam świeżą szatę na zmianę. Prysznic i kubek lub dwa gorącej czarnej herbaty powinny pozwolić mi przetrwać przynajmniej poranek.
— Spałeś tu — mówi Weasley.
Ziewam, nie zadając sobie nawet trudu, żeby zakryć usta.
— Jestem dosłownie powalony mocą twojej dedukcji.
Mój wzrok automatycznie kieruje się na zaklęcia monitorujące. Kula świeci jasnoniebiesko, więc Harry wciąż jest stabilny. Czuję ulgę.
— Nie było sensu wracać do domu.
Weasley się nie sprzecza.
— Co z nim?
— Bez zmian.
Odwieszam diagram na ramę łóżka. Trudno jest patrzeć na Harry’ego w świetle nowego dnia, sączącym się przez pobliskie okna. Jego twarz wygląda na bledszą. Gdy oddycha, pierś unosi się niemal niezauważalnie. Ten szczególny efekt działania Eliksiru Bezsennego Snu nigdy wcześniej mi nie przeszkadzał.
— Dowiemy się więcej, kiedy nadejdzie czas wybudzenia go ze śpiączki.
Weasley dotyka policzka Harry’ego, a ja muszę użyć całej siły woli, by nie warknąć, żeby zostawił go w spokoju. Nigdy go nie lubiłem, on mnie również, ale przez ostatnie miesiące przynajmniej się tolerowaliśmy, czego absolutnie nie mogę powiedzieć o jego żonie. Granger wciąż pała do mnie nienawiścią i uczucie to, muszę przyznać, jest w pełni odwzajemnione. I jeśli mam być całkiem szczery, wina w całości leży po mojej stronie.
— Ile to potrwa?
Wzruszam ramionami i spuszczam wzrok.
— Decyzja należy do Wibberleya.
Weasley siada na krześle, które niedawno zwolniłem. Pociera twarz dłońmi, a ja niemal czuję sympatię do tego prostaka.
— Wyjdzie z tego? — pyta wreszcie łamiącym się głosem.
Muskam dłoń Harry’ego, przesuwając palcami po knykciach. Na dwóch są strupy, grube, czarne i szorstkie. Nie wiem, co odpowiedzieć. Weasley tylko na mnie patrzy.
— Nie jest ci łatwo — dodaje.
— Znowu zadziwiasz mnie swoimi zdolnościami dedukcji.
Nie odrywam oczu od Harry’ego. Na jego szczęce widać ślad zarostu, delikatniejszy niż zwykle o tej porze, ale eliksir zwalnia większość funkcji organizmu.
— Świetny auror z ciebie.
Nie reaguje na zaczepkę, co uświadamia mi, jak bardzo się martwi. Irytuje mnie to, ponieważ teraz potrzebuję ostrej sprzeczki. Pragnę w jakiś sposób oczyścić się z emocji, które mnie dręczą.
— Powinieneś się przespać — mówi. — W porządnym łóżku.
Nic takiego się nie wydarzy, wie o tym tak samo dobrze jak ja. Nie jestem w stanie znieść myśli, że wracam do domu i kładę się w pościeli, która wciąż jeszcze pachnie Harrym. I seksem.
Nie potrafię przypomnieć sobie jego dotyku. Pocałunków. Cichych zapewnień wyszeptanych tuż przy mojej szyi, jak bardzo mnie potrzebuje.
Oczy zaczynają mnie piec, więc wbijam wzrok w podłogę.
— Powiedz mi — odzywam się z okrucieństwem w głosie — że ten, kto to zrobił, nie zdołał uciec.
Weasley milczy, zaciskając usta.
— Nie żyje.
Mierzę go długim, oceniającym spojrzeniem. Nawet nie drgnie.
— Świetnie.
Wychodząc, zatrzymuję się przy biurku Rachel. Wygląda na wyczerpaną.
— Dołącz notatkę do karty Harry’ego — mówię cicho i patrzę na Weasleya. Siedzi pochylony z twarzą w dłoniach. — Weasley ma pełne prawo do odwiedzin. O każdej porze.
Tyle przynajmniej mogę zrobić.

***

Pamiętam...
Zapach kawy, ciężki, bogaty i ciepły, i słodkie cynamonowe ciastka z lukrem. Brzęk filiżanek za ladą. Szum opon na mokrej mugolskiej ulicy. Dźwięk dzwonka, gdy Potter wchodzi do kawiarni, otrzepując parasolkę z kropel deszczu.
Obserwuję go, jak rozgląda się wokół, sprawdzając, czy dotrzymałem obietnicy i przyszedłem. Szczerze mówiąc, nie wiem, czemu tu jestem. Zganiam winę na wyczerpanie nocnym dyżurem i niszczącą duszę pustkę, którą odczuwam zawsze, gdy stracę pacjenta. Cokolwiek ktoś o mnie myśli, wybrałem swoją specjalizację dlatego, bo w ciągu ostatniego roku wojny byłem zmuszony oglądać zbyt wiele umierających osób i nic nie mogłem na to poradzić.
Być może ratowanie ludzi teraz to moja pokuta.
Potter jest wysoki, wyższy niż pamiętam ze szkoły, choć muszę przyznać, że po dwunastu latach moje wspomnienia z tamtego okresu zdążyły wygodnie zblednąć. Chudy i niemal kościsty w swoich mugolskich ubraniach: dżinsach wiszących nisko na biodrach i opiętej w ramionach czarnej, skórzanej kurtce. Jest opalony — na ile mężczyzna w naszym angielskim klimacie może być opalony — a jego ciemne włosy wyglądają jak coś, co Blaise nazwałby artystycznym nieładem. Ja osobiście jakoś wątpię, że śmiesznie pociągająca, ale i tak nieporządna fryzura jest efektem celowego działania. To nie w stylu Pottera.
Odwraca się po złożeniu zamówienia i wreszcie dostrzega mnie w rogu. Powolny, niewielki uśmiech wykrzywia mu wargi, a mnie oddech zamiera w piersi. Ukrywam reakcję, unosząc kubek do ust, gdy Potter zmierza w moim kierunku, zręcznie lawirując między stolikami.
Kiedy siada, dziwnie nerwowy prostuję ramiona. Co strasznie mnie irytuje. Nie wiem, czemu przejmuję się, co o mnie myśli, widzą mnie tu w niewygodnych mugolskich ubraniach. Czuję się wyjątkowo nie na miejscu.
— Cześć — mówi i wyciąga rękę. — Jestem Harry Potter.
Jego oczy błyszczą perfekcyjną zielenią za szkłami okularów w drucianych oprawkach. Patrzę na niego z zakłopotaniem.
— Racja. — Odstawiam kubek i przyglądam mu się podejrzliwie, nie do końca pewien, czy nie stroi sobie ze mnie żartów. — Oszalałeś, tak?
Uśmiecha się szerzej.
— Pomyślałem, że zaczniemy od nowa — wyjaśnia.
Spuszczam wzrok na jego wyciągniętą rękę. Przepływa przeze mnie fala gniewu i żalu i znowu jestem obrażonym jedenastolatkiem, a moje policzki płoną ze wstydu i upokorzenia.
— Nie potrzebuję twojej litości...
— Wiem — przerywa mi.
Nie cofa ręki. Wciąż trzyma ją między nami jak obietnicę czegoś, co wywołuje we mnie niepokój. Jego spojrzenie jest spokojne. Szczere.
— Nie to ci oferuję.
Gruby ceramiczny kubek grzeje mi dłoń. Obracam go powoli, starając się zatuszować zmieszanie.
— No to co? — pytam w końcu.
Potter wygina brew, a raczej próbuje, ale mu się nie udaje.
— Sądzę, że dopiero się o tym przekonam.
— To bez sensu — prycham w proteście. — Nie powinieneś wiedzieć, co oferujesz?
— Myślę... że to zależy, co jesteś gotów przyjąć. — Przesuwa rękę w moją stronę. — No więc cześć, jestem Harry Potter.
Zaciskam palce wokół jego dłoni, a moje serce wręcz podskakuje w reakcji na dotyk.
— Draco Malfoy — mówię cicho. Waham się tylko sekundę. — Miło mi cię poznać, Harry.
Jego uśmiech staje się oślepiający.


***

Każdej nocy śpię obok Harry’ego. Rachel nie mówi nic, gdy transmutuję krzesło w kanapę, mimo że w ten sposób uzdrowiciele mają dużo mniej miejsca. Co mnie zaskakuje, nie usuwają jej też w ciągu dnia.
Dopiero po tygodniu uświadamiam sobie, że Wibberley zmienił harmonogram obchodów tak, iż przy Harrym zatrzymuje się wtedy, gdy moja zmiana już się kończy, a ja jestem już na oddziale. Przynosi ze stołówki grube kanapki z rostbefem i butelki z sokiem dyniowym i przy jedzeniu omawiamy stan Harry’ego. Wieczorami, przed wyjściem do domu, Rachel zostawia dla mnie talerz z maślanymi rogalami z herbaciarni i kubek Earl Grey. Każdego popołudnia Hanna, Marietta, inny uzdrowiciel z izby przyjęć lub ktoś ze znajomych wyciąga mnie na obiad i zmusza do zjedzenia zupy albo zapiekanki. Przypuszczam, że jestem im wdzięczny. Mimo że wcale nie mam apetytu, wiem, że muszę jeść.
Blaise, Pansy i Greg również czasem wpadają. Razem lub pojedynczo. Nigdy nie pozostają długo, ale zabierają mnie do kafejki na piątym piętrze, twierdząc, że skoro nie opuszczam szpitala, powinienem przynajmniej wyjrzeć przez różne okna. Gdy przychodzą przyjaciele Harry’ego, znikam. Nie wszystkich nienawidzę — tylko większości — ale bez niego jako bufora między nami czujemy się w swoim towarzystwie niezręcznie i niewygodnie. Raz wydaje mi się, że Granger chce się do mnie odezwać. Wychodzę, zanim to robi.
Gdy jestem z dala od Harry’ego, skupiam się na pracy. Na moją prośbę Hanna upewnia się, że przydzielają mi dyżury dzienne, a nie nocne. Wolę siedzieć przy Harrym sam lub okazjonalnie z Weasleyem, gdy wpada po późnym patrolu. Przynosi ze sobą szachy, siadamy po obu stronach łóżka, a plansza wisi między nami, gdy zbijamy nawzajem swoich gońców, skoczki i pionki.
Weasley rzadko się odzywa, co uważam za dziwnie pocieszające. Jestem zmęczony współczuciem i pytaniami o stan Harry’ego, a także pełnymi troski uwagami na temat mojej kondycji psychicznej.
Dni mijają. Liczę je, ale potem tracę rachubę. Moje życie ogranicza się do pracy, siedzeniu przy Harrym, snu. I pryszniców w szpitalnej łazience. Pansy przynosi mi ubrania za każdym razem, gdy udaje się do mojej kamienicy, żeby nakarmić sowę i pozwolić jej polatać po ogrodzie. Nie mam pojęcia, co się dzieje na świecie. Nie interesują mnie bieżące informacje na temat polityki, towarzyskie plotki czy cokolwiek, co nie wiąże się z Harrym i szpitalem. Wiem, że w „Proroku” pojawiają się artykuły ze spekulacjami na temat jego zdrowia. Nikt mi ich nie pokazuje, a ja o to nie proszę.
Jest niedziela — która z kolei, nie mam cholernego pojęcia. Leżę na kanapie i czytam Harry’emu na głos nowy numer „Rocznika Quidditcha”, kiedy słyszę ciche kaszlnięcie.
Siadam.
W drzwiach stoi matka, idealnie ubrana i uczesana. Bez wątpienia dopiero co była w kościele. Dziwi mnie jednak, że tuż za nią widzę ojca. Patrzy to na mnie, to na Harry’ego z wyraźnym zakłopotaniem.
Nie interesował się naszym związkiem. Wystarczająco trudno było mu zaakceptować, że jego jedyny syn miał czelność okazać się pedałem i nie zapałał zainteresowaniem do żadnej dziewczyny, którą wpychał mu w ramiona. Gdy odkrył, że spotykam się akurat z Harrym Potterem, dostał szału. Do dnia dzisiejszego przestał jedynie krytykować mnie za głupotę.
Patrzymy na siebie nieufnie.
— Kochanie... — odzywa się matka, ale ojciec nie pozwala jej skończyć.
— Pansy powiedziała, że nie byłeś w domu od tygodni.
Prowadzi matkę do kanapy, bierze krzesło i siada po drugiej stronie łóżka Harry’ego.
Wzruszam ramionami i odkładam gazetę na bok.
Ojciec przez chwilę nic nie mówi, po czym wzdycha.
— Jesteś przekonany, że z tego wyjdzie.
Obraca laskę między dłońmi. Teraz jest mu naprawdę potrzebna, nie służy jedynie jako pompatyczny gadżet. Zerka na Harry’ego, a potem kieruje wzrok na mnie.
— Po przebudzeniu może okazać się przykutym do łóżka kaleką. Albo nie obudzi się wcale. Jesteś na to przygotowany?
— Lucjuszu. — Matka marszczy brwi z dezaprobatą, ale ja nie mam nic przeciwko jego szczerości. Stanowi ulgę po banałach, którymi w dobrej wierze karmią mnie przyjaciele.
Spokojnie patrzę mu w oczy.
— Tak.
Wzdycha ponownie.
— Obserwowałem babcię, jak opiekowała się dziadkiem, gdy chorował na smoczą ospę. Draco, to nie jest łatwe, gdy ktoś... — waha się. Zerka szybko na Harry’ego i wygina kącik ust. — Cierpi ktoś, na kim nam zależy.
— Wiem.
Spuszczam wzrok na Harry’ego, tak cichego w swoim łóżku. Robię, co mogę, żeby dobrze wyglądał. Codziennie myję go i golę przy pomocy zaklęcia, ostrożnie szczotkuję krótkie kosmyki odrastających włosów. Nie mam pojęcia, co będzie, gdy się obudzi — a obudzi się na pewno. Nie przyjmuję do wiadomości innej alternatywy. Wiem tylko, że tutaj będę. Teraz i później.
Biorę głęboki oddech.
— Nie mam wyboru, bo... — teraz ja się waham. Słowa stają mi w gardle. — Bo mi na nim zależy.
Matka wydaje z siebie cichy szloch, a jej palce zaciskają się wokół moich.
Ojciec przygląda mi się uważnie przez dłuższą chwilę. Kiwa głową.
— Jak możemy ci pomóc? — pyta wreszcie. Prostuje ramiona.
Mrugam, żeby powstrzymać łzy.

***

Pamiętam...
Delikatne ciepło słońca na moich policzkach, mimo że późnowiosenne powietrze wciąż jest chłodne. Błyszczącą powierzchnię Tamizy. Wieże Westminster na tle jasnobłękitnego nieba i srebrzystą metalową krzywiznę Londyńskiego Oka. Waniliową słodycz lodów, które kupił mi po moich naleganiach z mugolskiego wózka niedaleko Mostu Westminsterskiego. Ziębę śpiewająca na murze Albert Embankment. Delikatny szelest wiatru w zielonych liściach drzew nad naszymi głowami.
Zatrzymuję się i siadam na jednej z drewniano-metalowych ławek ustawionych wzdłuż szerokiego nasypu na niewielkich betonowych platformach, żeby spacerowicze mieli lepszy widok na rzekę ponad wałem. Jest późne, sobotnie popołudnie. Jakiś nieco starszy od nas mugol biega w pobliżu. Jest zbyt skąpo ubrany, a z cienkich białych linek przymocowanych do jego uszu wydobywają się dźwięki muzyki.
Harry uśmiecha się, patrząc, jak jem lody, wyciąga rękę i kciukiem wyciera kącik moich ust. To nasza czwarta randka, jeśli można tak nazwać spotkania przy kawie, spacery, oglądanie mugolskich filmów czy inne śmieszne rzeczy, jakie uważa za odpowiednie na romantyczne schadzki. Nie jestem do tego przyzwyczajony, większość moich miłosnych przygód miała miejsce w toaletach klubów, do których ostatnio zaciągali mnie Blaise lub Teo. Nikt nigdy o mnie nie zabiega, jak określiłaby to matka. Jestem Malfoyem. Czemu mieliby to robić?
Mimo to, sam fakt, że Harry nawet nie starał się mnie pocałować, nie wspominając nawet o pieprzeniu, jest niepokojący.
Obserwuję go, zlizując lody z plastikowej łyżki. Wiatr rozwiewa mu włosy.
— Czego ode mnie chcesz? — pytam wreszcie.
Pochyla się do przodu i opiera łokcie na kolanach.
— Niczego.
Prycham i z irytacją wbijam łyżkę głęboko w topniejącą masę.
— Minęły cztery tygodnie, a ty nawet nie próbowałeś mnie przelecieć...
— A chciałbyś?
Patrzę na niego ze złością.
— Nie.
Cóż. To kompletne kłamstwo. Tylko Merlin jeden wie, że każdej nocy w łóżku zastanawiam się, jakby to było, gdybym leżał pod nim. Cholerne skrzaty już krzywo na mnie patrzą, zmuszone zmieniać pościel każdego ranka.
Śmiech Harry’ego jeszcze bardziej wyprowadza mnie z równowagi.
— Serio.
Lody są zimne i słodkie na moim języku. Patrzę na rzekę i zadaję sobie pytanie, czemu w ogóle wytrzymuję z tym idiotą. Skrobię łyżeczką o papierowe ścianki kubka. Nie jestem do końca pewien, czy to randki. Trzymamy się mugolskiej części Londynu i nawet Pansy nie powiedziałem, z kim się spotykam. Czuję ukłucie strachu. Być może mylę się w kwestii tego, co ode mnie chce. Nie mam ochoty analizować, czemu ta myśl tak mnie niepokoi.
— Naprawdę nie rozumiem. — Odstawiam pusty kubek obok i zaciskam palce na zniszczonych deskach ławki.
Harry przez długą chwilę nic nie mówi, w końcu patrzy na mnie.
— Nie należysz do cierpliwych, co?
Kątem oka widzę, że mnie obserwuje, ale wiatr mierzwi mi włosy, które zasłaniają widok jego twarzy.
— Nigdy nie widziałem sensu w czekaniu — mówię. — To tylko seks. — Usilnie staram się przybrać znudzoną minę. — Wiesz, to co dwie dorosłe osoby robią ze swoimi nagimi ciałami za obopólną zgodą. Naprawdę nie ma w tym nic dramatycznego, Potter.
— Harry — poprawia mnie..
Jego oczy są takie piękne, że nie mogę oderwać od nich wzroku.
— Może mam ochotę nie tylko na seks.
— Nie tylko — powtarzam triumfalnie. — Czyli
chcesz mnie przelecieć. — Wmawiam sobie, że czuję ulgę tylko dlatego, że odrzucenie przez Pottera byłoby nieznośnie upokarzające.
— Chryste, ale z ciebie idiota.
Muska palcami mój policzek. Drżę.
— Chciałem cię pieprzyć już w toalecie w ministerstwie.
Całe moje ciało sztywnieje, gdy wyobrażam sobie, jak przyciska mnie do marmurowej ściany, wsuwa dłonie pod szatę...
— Więc czemu tego nie zrobiłeś? — szepczę.
Zakłada mi włosy za ucho.
— Ponieważ mam ochotę
nie tylko na seks, ty durny palancie. — Jego głos jest łagodny i ciepły, a uśmiech sprawia, że nie mogę oddychać.
Całuje mnie, a ja łapię za klapy jego wełnianego płaszcza. Trzymam się ich jak tonący głupiec.


***

Kiedy Wibberley mnie wzywa, mam dłonie aż po nadgarstki zanurzone w jamie brzusznej pacjenta, próbując wyjąć rozszczepioną stopę z jego żołądka.
— Idź — mówi Hanna, już wciągając gumowe rękawiczki, i odpycha mnie od stołu.
Stoję, bezmyślne gapiąc się na swoje zakrwawione ręce. Hanna patrzy na mnie z irytacją.
— Draco, idź.
Idę.
W ciągu ostatnich czterech i pół tygodnia Wibberley nigdy nie posłał po mnie w godzinach pracy, może to więc oznaczać tylko dwie rzeczy: albo Harry obudził się ze śpiączki, albo jego stan się pogorszył.
Marietta zatrzymuje mnie w drzwiach sali operacyjnej, trzymając świeżą szatę.
— Umyj się.
Oczyszczam się najlepiej, jak potrafię, a ona usuwa resztki brudu zaklęciem, które posyła iskry wzdłuż mojej skóry.
Biegnę do najbliższej windy.
Wibberley stoi przy łóżku i pochyla się nad Harrym. Piaskowo-brązowe włosy opadają mu na twarz. Patrzy w moją stronę.
— Malfoy.
— Czy on?...
Nic więcej nie potrafię wykrztusić. Wibberley odsuwa się do tyłu.
Harry obraca głowę i nasze oczy się spotykają.
Nogi uginają się pode mną, więc łapię za krawędź łóżka, żeby nie upaść. Obudził się. Żyje.
— Harry — szepczę.
Nic mnie nie obchodzi, że Wibberley obserwuje nas z kliniczną uwagą. Kiedy Harry wyciąga rękę, chwytam ją i ściskam. Mocno.
Harry. Mój Harry. Zawsze mój Harry.
Żaden z nas nie odwraca spojrzenia.
— Ty głupi palancie — mówię cicho i mrugam, żeby odpędzić gorące łzy. — Coś ty sobie myślał? A może powinienem zapytać, czy wtedy w ogóle...
Otwiera usta. I wydaje z siebie jakiś niezrozumiały, zniekształcony bełkot. Marszczy czoło i próbuje usiąść, ale Wibberley delikatnie popycha go z powrotem.
— Musimy porozmawiać — mówi do mnie, a ja nagle zdaję sobie sprawę, że trzymam lewą dłoń Harry’ego. Nie prawą.
Mój świat rozpada się na kawałki.

***

Pamiętam...
Dźwięk mojego imienia na ustach Harry’ego. Jego chrapliwy oddech i jęki. Nasze śliskie ciała ocierające się o siebie. Łuk moich pleców, gdy wyginam się w jego stronę. Jego zęby na moim gardle. Moje błagalne okrzyki, żeby pieprzył mnie mocniej, szybciej. Blask świec na jego szerokich ramionach. Smak jego skóry na moim języku. Zapach nasienia i potu. Splątane prześcieradła wokół nas i pod nami.
Po wszystkim leżę bezwładny, nasycony i oniemiały.
Harry obejmuje mnie i kładzie mi głowę na piersi. Dłonią przesuwa po moim boku, brzuchu, zaciska palce wokół nadgarstka. Gdy unosi moją rękę, wychyla się i dociska usta do słabego zarysu Mrocznego Znaku, obracam się i patrzę mu w prosto w oczy. Dotykam jego czoła, dociskam opuszki mocniej do blizny i powoli śledzę jej kształt.
— Wiesz, że to się nie uda — mruczę cicho.
— Nie wiem — odpowiada.
Zastanawiam się, jak wielu ludzi widziało go w takim stanie. Jego oczy nie są już ukryte za okularami, włosy zmierzwione, a wyraz twarzy łagodny i szczery.
Głaszcze mnie po policzku. Przekręcam głowę i całuję go w knykcie.
— Jesteś Wybrańcem — mówię. — A ja śmierciożercą...
— Byłym — poprawia.
Wzruszam ramionami.
— O tym ludzie wolą nie pamiętać. — Wtulam twarz w jego szyję. — Jeśli to naprawdę coś więcej niż seks...
Odgarnia włosy z mojego czoła.
— To coś więcej niż seks.
Jeśli tak — mówię ze słyszalnym sceptycyzmem — nie będzie nam łatwo. Nikomu się to nie spodoba... Ani twoim przyjaciołom, ani moim, a już na pewno nie ogółowi społeczeństwa. — Wbijam wzrok w sufit. — Nie wspominając nawet o szale, w jaki wpadnie ojciec.
— Twój ojciec to kutas.
Całuje kącik moich ust, przez co nie mogę przestać się uśmiechać.
— Cóż, to fakt. Ale ja nie radzę sobie w takich sytuacjach. Pracuję za dużo, jestem kompletnie egocentryczny, wściekam się tylko dlatego, bo mam na to ochotę...
— I potrafisz być kompletnym gnojkiem — przerywa. Unosi się na łokciu i obserwuje mnie. — Znam cię od jedenastego roku życia i sądzę, że raczej jestem świadom twoich wad.
Przez chwilę przyglądam mu się bez słowa.
— Mieszasz mi w głowie — przyznaję w końcu. — Kompletnie.
Przeciąga kciukiem po mojej dolnej wardze.
— To samo mogę powiedzieć o tobie.
— Więc dlaczego my...
— Ponieważ przez całe lata doprowadzaliśmy się nawzajem do szału — mówi cicho. — Ponieważ się pragniemy. Ponieważ nie możemy przestać o sobie myśleć. Ponieważ dzięki tobie czuję, że żyję, Draco, nieważne, czy się pieprzymy, kłócimy czy idziemy razem pieprzoną ulicą. I nie mów mi, że ja tak samo nie działam na ciebie.
Działa i dobrze o tym wie. Odwracam wzrok i przyglądam się migoczącym cieniom, jakie światło świec rzuca na ściany jego sypialni.
— Znudzisz się mną — mówię. — Każdy się nudzi. Odejdziesz, a ja zostanę sam jak głupi...
Przerywa mi powolnym pocałunkiem. Podnosi głowę i z trudem łapie oddech.
— Obiecuję ci — odzywa się takim tonem, że serce zamiera mi w piersi — że nie zrezygnuję, dopóki to coś między nami istnieje.
— Nawet jeśli sytuacja wyda się beznadziejna?
— Co mogę powiedzieć? — Uśmiecha się promiennie. — Jestem cholernym zbawicielem czarodziejskiego świata. Wszyscy wiedzą, że sytuacje beznadziejne mnie podniecają.
— Obłąkany Gryfon.
Nie mogę przestać się śmiać, gdy przygniata mnie do materaca i odnajduje wargami moje usta.


***

— Afazja — mówi Weasley, pochylając się do przodu.
Wibberley przytakuje. Zebraliśmy się w jego gabinecie dwa piętra nad oddziałem imienia Agnes Fletcher. Również zostałem zaproszony. Wolałbym zostać w izbie przyjęć, ale mimo to stoję tu oparty o parapet z rękami skrzyżowanymi na piersi i obserwuję, jak Gryfoni starają się pojąć, co się do nich mówi.
Molly Weasley wykręca dłonie i patrzy na swojego męża, a potem na Wibberleya.
— Co to dokładnie oznacza?
Wibberley zerka na mnie, ale kiedy potrząsam głową, przez chwilę wierci się za swoim biurkiem.
— Uraz mózgu, jakiego doznał pan Potter, spowodował uszkodzenie lewego tylnego zakrętu czołowego dolnego...
Widząc ich tępe spojrzenia, wywracam oczami i odpycham się od parapetu, zanim Granger otwiera usta.
— To znaczy, że Diffindo pocięło tę część jego mózgu, która odpowiada za zrozumienie i formułowanie słów. Pozbawiło go zdolności motorycznych niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania prawej ręki, osłabiło też prawą nogę.
Granger mierzy mnie wzrokiem.
— Jak długo to potrwa? — Ma przynajmniej tyle przyzwoitości, by nie okazywać mi swojej niechęci otwarcie.
— Tego właśnie nie wiemy — odpowiada Wibberley. Pociera kciukiem po zewnętrznej stronie dłoni. — Wiele podobnych urazów mija całkowicie lub w znacznej części w ciągu sześciu miesięcy.
Jego oczy spotykają moje. Przełykam ślinę i zaciskam ramiona wokół piersi.
— Jeśli nie miną, cóż...
— Wtedy nie miną już nigdy — kończę bez ogródek.
Granger zagryza wargę. Gdy Ginevra Weasley wydaje z siebie cichy szloch, chwyta ją za rękę i ściska mocno. Dzisiaj nie mam nawet sił, żeby nienawidzić byłą dziewczynę Harry’ego.
Obracam się przodem do okna i patrzę na dziedziniec. Za sobą słyszę ich rozmowy, narastające głosy.
— On nie może tu zostać — oświadcza Granger.
Dopiero teraz się poruszam. Zgadzam się z nią po raz pierwszy w życiu.
— Będzie potrzebował rehabilitacji — mówi Wibberley. — Pracownicy Świętego Munga...
— Są wspaniali. — Granger zakłada nogę na nogę i prostuje ramiona. Widzę, jak wciela się w rolę adwokata; nic dziwnego, że wygrywa większość rozpraw przed Wizengamotem. — Jednak Harry potrzebuje też ludzi, którym na nim zależy...
— To prawda. — Nie potrafię się powstrzymać. Wiem, co muszę zrobić. Wiem od chwili, gdy rano uścisnął mi dłoń.
Wszyscy obracają się w moją stronę. Granger wygląda na zdenerwowaną, Ginevra i jej rodzice na zakłopotanych. Wibberley uśmiecha się lekko i odchyla na krześle.
— Równie dobrze jak ja zdajesz sobie sprawę, że Harry szybciej wróci do zdrowia przy kimś, kto go kocha — mówię do Wibberleya.
Granger przytakuje.
— Miło mi, że zgadzasz się...
Ignoruję ją i mocno zaciskam pięści. Moje serce bije przyspieszonym rytmem.
— A ja... — słowa niemal zatykają mi gardło, ale wypycham je z siebie na siłę — ja go kocham.
Słyszę gwałtowny wdech któregoś z Weasleyów, ale nie mam pojęcia którego. Nie mogę uwierzyć, że to mówię. Nie mogę tego mówić. Żołądek zaciska mi się w supeł.
To dla Harry’ego. Unoszę brodę.
— Obiecał mi, że nie zrezygnuje, nieważne jak bardzo sytuacja będzie beznadziejna. A ja nie zrezygnuję z niego.
Wibberley podnosi pióro i przesuwa między palcami.
— Nie masz czasu, żeby opiekować się...
— Będę miał... — przerywam mu ostro. Opieram dłonie o biurko i pochylam się. — Wiesz, że będę.
— Nie bądź śmieszny — prycha Granger. — Ja i Ron możemy umieścić Harry’ego w wolnym pokoju. Jest naszym przyjacielem...
— Hermiono — odzywa się Weasley.
— Chyba nie myślisz poważnie, że to dobry pomysł, by Draco Malfoy zajmował się Harrym w takim stanie.
Weasley bawi się rękawem swojej szaty.
— Tak — mówi w końcu. — Tak uważam. Harry go kocha, czy ci się to podoba, czy nie. A Malfoy zajmował się nim tutaj przez całe tygodnie. — Patrzy na mnie. — Wychodziłeś stąd w ogóle?
— Raz — odpowiadam. Pansy uparła się, żebym spędził noc w domu. Wytrzymałem cztery godziny, po czym wytoczyłem się z łóżka i wróciłem do szpitala, by spać przy Harrym.
— No tak. — Weasley patrzy na żonę. — To samo zrobiłbym dla ciebie.
— On ma rację, kochanie — odzywa się Artur Weasley ochrypłym głosem.
Granger patrzy na mnie z zaciśniętymi ustami.
— Krzywdzisz go... — przerywa i mruga mocno.
— Decyzja nie należy do ciebie — mówię spokojnie i spoglądam na Wibberleya. Odchyla krzesło do tyłu, końcem pióra kreśląc okręgi nad podkładką na biurko.
Wreszcie kiwa głową i opuszcza rękę.
— Pod koniec tygodnia ponownie ocenimy jego stan i jeśli ulegnie poprawie, oddamy pana Pottera pod opiekę uzdrowiciela Malfoya.
Zalewa mnie fala ulgi.
Nie mam cholernego pojęcia, w co się wpakowałem, ale nic mnie to nie obchodzi. Wiem, że Harry zrobiłby dla mnie to samo.
Gdy Molly Weasley podchodzi i obejmuje mnie, nie odpycham jej.
— Jeśli będziesz potrzebował pomocy, kochanie — szepcze mi do ucha — zawsze możesz na nas liczyć.
Z zaskoczeniem zdaję sobie sprawę, że jestem wdzięczny za ofertę.
Ojciec będzie przerażony.

3.

Biorę urlop.
Hanna pyta, czy naprawdę tego chcę. Nie mam wyboru. Praca jest dla mnie ważna, ale Harry ważniejszy.
Smethwyk właśnie został dyrektorem medycznym. Nie chce dać mi wolnego na czas nieokreślony, argumentując, że to samobójstwo kariery. Wrzeszczymy na siebie, przycisk do papieru rozbija szybę i wylatuje przez okno. Wszyscy w szpitalu wiedzą o tym już przed obiadem.
Mój urlop zostaje zatwierdzony.
— Sześć miesięcy — warczy Smethwyk, podpisując dokumenty. — I wracasz.
Na razie uważam to za zadowalający kompromis.
— Ani słowa — mówię do Hanny po powrocie na oddział. Milcząc, uśmiecha się lekko i wskazuje na pacjenta, któremu z czoła wystaje czułek karalucha.
— Zaklęcie Entomorphis. Wygląda na to, że samo nie minie. — Podaje mi diagram. — Powodzenia.

Praca trzyma mnie przy zdrowych zmysłach w ciągu dnia, a wieczorami wracam do łóżka Harry’ego. Wibberley przeniósł go z oddziału intensywnej terapii do jednej z sal dla ofiar zaklęć. Harry trzyma mnie za rękę zimnymi palcami, a ja opowiadam mu szpitalne plotki i o tym, jakie przykre niespodzianki przygotowali pacjentom i personelowi ci kompletnie skretyniali idioci w administracji. Zawsze śmiał się z moich historyjek, teraz jednak tylko na mnie patrzy, przygryzając dolną wargę i usilnie starając się mnie zrozumieć.
Zbyt często milknę, wyczerpany pracą i próbami komunikacji. Harry ściska moją dłoń, patrząc na mnie oczami chmurnymi i smutnymi, a ja uśmiecham się słabo, starając się mu przekazać, że to nie jego wina. Wiem, że to nie ma znaczenia, bo on i tak zawsze będzie obwiniał siebie. Siedzimy w ciszy, póki nie zapada w sen.
Spędzam przy nim całe godziny, słuchając otaczających mnie cichych, szpitalnych dźwięków, i zastanawiam się, czy dam radę.

***

Pamiętam...
Gryzący dym z papierosa Pansy i korzenno-słodki zapach jej perfum. Oszołomiony wyraz twarzy. Szkarłatne paznokcie kontrastujące z brązową, skórzaną tapicerką mojej kanapy i ciemną zawartość jej kieliszka, wirującą, gdy przechyla go na bok.
— Potter? — pyta Pansy, wkładając w to nazwisko wręcz imponującą ilość pogardy.
Biorę łyk wina. Nie jest wybitne, ale zdatne do picia, a ja w tej chwili niczego więcej nie potrzebuję.
— Potter — odpowiadam w końcu.
Pansy nie odrywa oczu od swojego kieliszka.
— Przerażasz mnie.
— Jest świetny w łóżku. — Obserwuję ją uważnie. Jest moją najlepszą przyjaciółką i była nią od czasu, kiedy w Hogwarcie po kilku szybkich numerkach w szklarni uznaliśmy, że nie tego od siebie chcemy. Nasi rodzice mieli nadzieję, że wróci nam rozum i weźmiemy ślub, ale mnie bardziej interesowały penisy, a Pansy wszystko, byleby tylko doprowadziło ją do orgazmu. Jej najnowszy podbój to Astoria Greengrass, młodsza siostra Daphne.
Liczę się z tym, co Pansy myśli.
— Kochanie — mówi. — Nawet najbardziej fenomenalny seks tego nie usprawiedliwia. Nienawidziłeś Pottera. Całym sensem twojego istnienia w szkole była nienawiść do niego. Jesteś zbyt inteligentny, żeby zgłupieć przez jedną noc z Gryfonem, który dobrze opanował łóżkowe wygibasy.
— Oczywiście.
Pochylam się do przodu. Ogień z kominka ogrzewa mi ręce i rzuca długie cienie na niebiesko-biały Axminster*, który podkradłem z jednego z pokoi gościnnych dworu. Biorę głęboki oddech i patrzę na Pansy przez opadające mi na twarz włosy.
— To dlatego, że między nami nie chodzi tylko o seks. I nie chodziło przez ostatnie pięć miesięcy.
Pansy udaje się złapać kieliszek, zanim wysuwa jej się z palców.
— Och — odzywa się wreszcie i wypija wino jednym haustem.
Pociesza mnie jedynie fakt, że Harry, który właśnie przyznaje się przed Granger i jej Wiewiórem, że pieprzy mnie do nieprzytomności od kwietnia, ma dużo gorzej.
— Rozmawiałeś już z Blaise’em? — pyta Pansy przez zaciśnięte usta.
Potrząsam głową.
— Chciałem, żebyś dowiedziała się pierwsza.
— To dobrze. — Patrzy na mnie wzrokiem zimnym i pełnym bólu. — Gdyby mi nie powiedział, musiałabym wyrwać mu jaja i przykleić je do czoła. On naprawdę potrafi być strasznym gnojkiem.
Odstawiam kieliszek, siadam na kanapie obok Pansy i sięgam po jej rękę. Pozwala się przyciągnąć.
— Pięć miesięcy — mówi i wzdycha. — Twój rekord.
— Wiem.
Przysuwa się bliżej.
— Myślałam, że woli kobiety. Był przecież z Ginny Weasley.
Unoszę brew.
— Uwierz mi, kiedy mówię, że docenia coś więcej niż cipkę.
— Nie bądź wulgarny — parska i marszczy nos.
Śmieję się.
Obraca głowę i przygląda mi się z uwagą.
— Lubisz go.
— Tak — odpowiadam i to jest pierwszy raz, kiedy naprawdę to przyznaję. Przygryzam wargę. — Merlinie, pomóż mi, ale myślę, że tak.
Pansy dotyka mojego policzka.
— Nie pozwól, żeby złamał ci serce — szepcze.
Nie mam pewności, czy na to nie jest już za późno.


***

Ostatniego dnia przed urlopem pracownicy oddziału urządzają dla mnie przyjęcie — albo raczej kupują w herbaciarni kilka babeczek i dzbanek herbaty i przynoszą wszystko na godzinę przed końcem mojej zmiany.
Marietta zaplata ręce wokół mojej szyi i przytula mnie mocno.
— Szczęściarz z niego, że ma ciebie — szepcze mi do ucha. Nie wiem, czy mogę się z nią zgodzić.
Wibberley odciąga mnie na bok i uprzedza, czego mam się spodziewać: dni przepełnionych frustracją, gdy będę próbował nakłonić Harry’ego do sensownej rozmowy. Jest szczery.
— Będzie ciężko — mówi. — Tak samo boleśnie dla ciebie, jak i dla niego. Jesteś pewien, że nie lepiej byłoby poddać go fachowej rehabilitacji?
Potrząsam głową. Nawet jeśli Harry zrozumie, ja nigdy sobie tego nie wybaczę. Zastanawiam się, kiedy te śmieszne gryfońskie poglądy wzięły górę nad moim zdrowym rozsądkiem.
Hanna prosi, żebym się z nią kontaktował w razie konieczności.
— Trudno leczyć własną rodzinę — mówi cicho, ściskając mi ramię.
Dezorientuje mnie jej spostrzeżenie. Tak, Harry jest teraz moją rodziną, a widok matki lub ojca, siedzących przy jego łóżku i czytających mu, z dziwacznego stał się niemal naturalny.
Kiedy zdejmuję szpitalną szatę, czuję ukłucie żalu. Tak strasznie ciężko walczyłem, żeby zostać dobrym uzdrowicielem i nie mogę sobie wyobrazić sześciu miesięcy bez pracy.
Jednak niewielki uśmiech, jaki pojawia się na ustach Harry’ego, kiedy wchodzę na salę, utwierdza mnie, że podjąłem słuszną decyzję.

***

Greg i Weasley pomagają mi zabrać Harry’ego do domu.
Matka jest już w kamienicy z całą armią dworskich skrzatów. Mieszkanie prezentuje się bez skazy i pachnie cytrynowym olejkiem i pszczelim woskiem. Nasza sypialnia mieści się teraz na dole, w pomieszczeniu, które wcześniej zajmowała biblioteka. Lepiej dla Harry’ego, żeby najbardziej użytkowe pokoje znajdowały się na jednym piętrze. Co prawda może chodzić, ale robi to powoli i przy pomocy laski, ciągnąc lekko prawą nogę za sobą. Niezdarnie uczy się też posługiwać lewą ręką.
Rozgląda się wokół i podąża za Gregiem do sypialni. Matka zdziałała cuda. Część wypoczynkowa salonu znajduje się w wykuszowym oknie, z którego rozciąga się widok na niewielki frontowy ogród pełen letnich róż, lawendy i rozmarynu. Rząd drzew oddziela go od mugolskiej ulicy, samochodów i zmęczonych, spieszących z pracy do domu ludzi. Czyste, białe zasłony trzepoczą na wietrze w otwartym oknie, a z kawiarni na rogu po drugiej stronie dobiega dźwięk saksofonu.
Harry odwraca głowę w tym kierunku. Zawsze kochał muzykę, więc teraz przymyka oczy i opiera się na lasce.
Gdy Weasley kładzie na podłodze torbę Harry’ego, patrzę na Grega i bezgłośnie szepczę: „idźcie”. Obaj przytakują.
— Zafiukaj — odzywa się Greg cicho, mocno ściska moje ramię i wychodzi.
Weasley przygląda się Harry’emu, wciąż zagubionemu w muzyce. Doskonale rozumiem smutek w jego oczach.
— Przyjdź jutro — mówię powściągliwie.
Zatrzymuje się w drzwiach.
— Dzięki — odpowiada.
Harry otwiera oczy i wbija je we mnie.
— Źle. Tutaj. — Krzywi twarz z frustracji, gdy uświadamia sobie swoją pomyłkę. — Tutaj — mówi głośno. — Tutaj.
Weasley przełyka ślinę.
— Wszystko w porządku, stary — mówi, zaciskając palce na framudze. — Będę jutro. Wpadnę przed śniadaniem i sprawdzę, czy Fretce nic się nie stało. — Uśmiecha się do mnie z przymusem.
Kiwam głową.
Harry obraca się i stuka laską o podłogę.
— Idź już — mówię do Weasleya.
Patrzy na nas obu i wiem, że ma ochotę podejść do Harry’ego. Uspokoić go. W zamian bierze głęboki oddech.
— Jasne. Jeśli będziesz czegoś potrzebował...
— Wyślę sowę.
Drzwi zamykają się za nim i zostaję sam na sam z Harrym.
Jestem przerażony.
Harry kuli ramiona, opiera się na lasce i wpatruje w okno.
— Tutaj — szepcze, a ja nie mogę się opanować, więc podchodzę do niego, obejmuję w pasie i przyciągam do siebie.
Kiedy obraca się w moich ramionach, pod oczami ma łzy. Wycieram je opuszkami kciuków. Nigdy nie widziałem go w takim stanie. Nigdy nie widziałem, jak płacze. Zawsze był silny. Jak skała, o którą mogę się oprzeć. Nie wiem, czy mogę być tym samym dla niego.
Nie wiem nawet, jak zacząć.
— Tutaj — powtarza znowu cicho, a potem wciska twarz w moją szyję. — Mój.
Czuję, jak się trzęsie. Stoimy w milczeniu, on zaciska ręce na mojej szacie, a ja palcami gładzę jego krótkie włosy. Zasłony falują wokół nas bielą na letnim wietrze.
Nigdy nie czułem się taki samotny.

***

Pamiętam...
Pulsujący rytm klubowej muzyki i taksujące spojrzenia młodego mężczyzny, który ma ciało prawie tak piękne jak Blaise. Kwaśny smak whisky na języku. Moje niewyraźne słowa, gdy na niego wskazuję. Potwierdzenie Blaise’a, że taniec w niczym Potterowi nie zaszkodzi. Nacisk jego bioder, kiedy wije się przede mną w rytm muzyki. Ciepłe usta na szyi, ostrość zębów. Chropowaty mur za moimi nagimi ramionami, gnijący smród zaułka. Wilgotne, ślizgające się kartony pod stopami i moje westchnienie, gdy mężczyzna pociera o siebie nasze penisy. Ciche sapnięcia i jęki rozkoszy. Zimne powietrze na mojej skórze.
Poczucie winy, które zalewa mnie, kiedy osuwam się po ścianie, a sperma pryska na moje rozpięte spodnie, gdy mężczyzna doprowadza się do porządku.
Wracając do domu tej nocy, mocno blokuję swój umysł. Nic nie mówię Blaise’owi, ale mam pewność, że coś podejrzewa. Nie mam wymówki, tyle wiem. Tłumaczę sobie, że to dlatego, że nie jestem pewien tego związku, pomijając fakt, że Harry większość nocy spędza w mojej kamienicy, mówi, że zrezygnuje ze swojego mieszkania, gdy umowa najmu skończy się w maju, że jego ubrania zaczęły wypełniać moje szafy, że jego szczoteczka do zębów leży na umywalce obok mojej.
Nie angażuję się w związki. Nie toleruję monogamii. Szczęście nie jest dla mnie.

W końcu każdy mnie zostawia, myślę. Najlepiej, jeśli zrobi to teraz. Zanim zaboli zbyt mocno.
Kiedy wsuwam się do łóżka, Harry obraca się do mnie i ziewa.
— Dobrze się bawiłeś? — pyta zaspanym głosem. Obejmuje mnie, kładzie głowę na moim ramieniu i całuje w gardło.
Drżę.
— Lepiej byłoby, gdybym został w domu — mamroczę i zaraz uświadamiam sobie, że naprawdę tak myślę. Opuszkami palców kreślę kółka na jego ramieniu. Skóra pod tkaniną koszulki jest ciepła i gładka.
Uśmiecha się do mnie i moment później już śpi, pochrapując cicho, a jego miękkie włosy łaskoczą mnie w szczękę.
Długo jeszcze leżę bezsennie i nienawidzę sam siebie.


***

Tygodnie mijają powoli.
Jestem wyczerpany. Nie śpię. Dni spędzam z Harrym, pracując nad wzmocnieniem jego uszkodzonej ręki i nogi oraz czytaniem mu książek i gazet, czekając na jakąkolwiek oznakę zrozumienia. Momenty, w których zdaje się, że rozpoznaje słowa lub zdania, są jak skarby. Nie obchodzi mnie, czy się oszukuję, chwile te podnoszą mnie na duchu i dają nadzieję.
Nie zawsze jesteśmy sami. Klan Weasleyów odwiedza nas regularnie, podobnie jak Pansy, Greg i Blaise oraz, co zaskakujące — a przynajmniej ja się tego nie spodziewałem — moi rodzice.
Matka nalewa nam herbaty, nie wahając się pomagać Harry’emu, gdy sobie nie radzi. Przytrzymuje filiżankę, gdy Harry podnosi ją do ust trzęsącą się ręką, i zachowuje się tak, jakby to było najnormalniejszą rzeczą na świecie. Harry uśmiecha się do niej z wdzięcznością, a ona pyta, czy dobrze spał i z powagą słucha słów odpowiedzi, które nic nie znaczą.
Uświadamiam sobie, jak bardzo kocham matkę i kiedy później Harry kładzie się zmęczony popołudniowym spotkaniem, a ja odprowadzam rodziców do drzwi, dziękuję jej szeptem.
Matka całuje mnie tylko w policzek i wyciąga rękawiczki, gdy ojciec podaje jej płaszcz.
— Naprawdę, kochanie — mówi, nie spuszczając ze mnie wzroku. — Wiesz, jak Malfoyowie traktują rodzinę.
Wiem.
Gdy wracam do salonu, Harry leży na kanapie zwinięty w kłębek. Klękam przy nim i odgarniam mu włosy z czoła.
Unosi powieki, a ja uśmiecham się lekko. Śledzi krzywiznę moich ust drżącym palcem. Całuję go.
— Przykro mi — szepczę. Łzy kłują mnie w oczy.
Harry marszczy brwi i dotyka moich wilgotnych rzęs.
— Nie. Pić — Zaciska zęby. Widzę, że znowu denerwuje się sam na siebie. — Pi... — urywa, wzdycha głęboko i odwraca wzrok.
Pochylam się nad nim i wtulam twarz w ciepłą skórzaną poduszkę kanapy. Harry kładzie dłoń na mojej głowie i głaszcze mnie po włosach.
Jakoś udaje mi się zasnąć.

***

Pamiętam...
Przytłaczające poczucie winy. Harry’ego przyglądającego mi się przez stół podczas śniadania. Jego zmarszczone w konsternacji czoło, podczas gdy ja jem szybko, desperacko pragnąc wyjść do pracy jak najszybciej.
W ciągu miesiąca dzieląca nas szczelina urasta do prawdziwej przepaści. On próbuje rozmawiać. Ja go ignoruję. W końcu daje sobie spokój.
Cisza między nami staje się ogłuszająca.
W końcu przestaje u mnie nocować. Jego szczoteczka do zębów znika. Ubrań w szafie ubywa. Spotykamy się raz lub dwa razy w tygodniu na kolację i szybki seks.
Nie mogę tego znieść.
Kiedy przyznaję się Pansy, mówi, że jestem idiotą. Ma rację.
Idę do jego mieszkania. Nie ma go, więc otwieram Ognistą Whisky i czekam na niego, siedząc w ciemnościach.
Gdy wychodzi z kominka, jest krótko po północy, a w butelce widać dno. Towarzyszy mu Weasley. Śmieją się. Coś kłuje mnie w piersi. Nienawidzę myśli, że może być szczęśliwy beze mnie.
Włącza się światło, jasne i oślepiające. Harry widzi mnie i zamiera. Podnoszę się z kanapy, chwiejąc się mniej, niż się spodziewałem.
— Musimy porozmawiać — mówię.
Weasley mierzy Harry’ego długim spojrzeniem.
— Powinienem wrócić do Hermiony.
Harry nie patrzy na niego, ale kiwa głową. Nie odrywa ode mnie oczu. Dłonie ma wsunięte do kieszeni.
Milczymy, póki nie cichnie świst sieci Fiuu i nie znika zielony blask bijący od kominka.
— Jesteś pijany — odzywa się w końcu.
Podnoszę butelkę.
— Muszę ci odkupić whisky.
Opiera się o framugę drzwi.
— No i? Powiesz mi wreszcie, co się, do cholery, dzieje?
Biorę głęboki oddech. Wiem, co powinienem zrobić i albo zakończy to mój związek, albo... cóż. Żadna inna opcja nie przychodzi mi do głowy. Jestem jednak pewien, że coś się między nami zmieniło. Wszystko mi jedno.
Mimo to każdy gram mojego wewnętrznego Ślizgona krzyczy w proteście, że jestem głupcem, skoro zamierzam się przyznać.
Stawiam butelkę na stoliku, obracając się do Harry’ego plecami. Tak jest łatwiej.
— Pieprzyłem kogoś.
Nie mówi nic. Nie jestem w stanie na niego spojrzeć. Opróżniam kieliszek i odstawiam go obok butelki. Alkohol pali mnie w gardło, więc odchrząkuję.
— Kiedy? — Harry odzywa się nareszcie. Jego głos jest śmiertelnie poważny.
Patrzę na zdjęcie jego młodszej wersji z Granger i Weasleyem.
— W klubie. Gdy wyszedłem z Blaise’em.
— Pieprzyłeś Zabiniego?
— Nie.
Zerkam na niego przez ramię. Stoi nieruchomo, napięty, z pięściami zaciśniętymi po bokach i ustami tworzącymi wąską linię.
— Jakiegoś chłopaka. — Czuję ciepło na policzkach. — Nie wiem nawet, jak miał na imię.
Nie mówi nic. Boję się drgnąć. Wyraz jego twarzy jest przerażający.
Gdy drzwi zatrzaskują się za nim, opadam na podłogę cały roztrzęsiony.
Nie mam pojęcia, co narobiłem.


***

Wręczam Harry’emu widelec.
— Widelec — mówię, a on patrzy z uwagą. — Widelec.
Widzę, jak tężeją mięśnie jego policzków.
— Twój.
Rzuca widelcem przez pokój. Skrzat pojawia się natychmiast, żeby go podnieść.
— Twój!
Spoglądamy na siebie, obaj zmęczeni i sfrustrowani. Całe długie popołudnie powtarzaliśmy kilka słów, tych samych, które określają każdy nasz wspólny dzień. Jeść. Pić. Prysznic. Łóżko. Sen.
Odbieram od skrzata widelec. Ani ja, ani Harry nie spaliśmy dobrze ostatniej nocy. On kopał i rzucał się, walcząc z koszmarami. Wibberley powiedział mi przy ostatniej wizycie, że to nic niezwykłego, prawdopodobnie pozostałości po pourazowej traumie. Wibberley zapewne nigdy nie miał okazji obudzić się obok wrzeszczącego w udręce człowieka, którego kocha, nigdy nie musiał chwytać jego wymachujących rąk i otaczać go własnym ciałem, uspokajać i kołysać delikatnie, szepcząc: Ja, Draco. Ty, Harry. Bezpieczny. Jesteś bezpieczny. Bezpieczny.
Spoglądam w lustro. Zaklęcie maskujące wciąż działa, ukrywając siniaka pod okiem, którego Harry nabił mi przez przypadek. Nie chcę, żeby go zobaczył. Użyłem leczniczego balsamu i do wieczora powinien zniknąć. Stałem się biegły w kamuflowaniu zadrapań i krwiaków, jakie pojawiają się po jego atakach przerażenia każdej nocy.
— Widelec — powtarzam znów i koncentruję na zachowaniu spokoju.
Nabiera powietrza. Jego wargi drżą.
— Twój — szepcze i spuszcza wzrok.
Wszystkie siły kosztuje mnie, żeby się nie załamać. Nie mogę. Zaciskam zęby.
— Widelec.
Harry wpatruje się w okno i milczy. Zamknął się w sobie.
Wyciągam do niego rękę, ale ją odpycha. Wstaje z trudem, podpierając się na lasce. Nie patrzy na mnie i utykając wychodzi z pokoju. Drzwi zamykają się za nim z trzaskiem.
Chowam twarz w dłoniach i oddycham głęboko.

***

Pamiętam...
Ciszę mojej kamienicy, pustkę pokoi. Echo kroków, gdy nocą zawinięty w szlafrok chodzę po korytarzach, nie mogąc zasnąć. Samotne kolacje bez Harry’ego. Jedną z jego koszulek znalezioną w stercie moich ubrań do prania.
Wyciągam ją i owijam wokół rąk, siedząc na łóżku. Wciąż nim pachnie. Zamykam oczy i przełykam bolesną grudkę w gardle.
Tęsknię za nim. Nie przyszedł, nie wysłał sowy, nie odezwał się. To już prawie tydzień, odkąd nie mam z nim żadnego kontaktu. Wysłałem list, zostawiłem wiadomość w pamięci jego kominka. Nie jem. Nie śpię. Pracuję, ile tylko mogę, byle unikać mojego mieszkania, ale dziś wieczorem Hanna zmusiła mnie do powrotu.
Słyszę hałas w holu, więc wstaję, mając nadzieję, że to nie Blaise z kolejną butelką wina. Nie chcę, żeby ktoś mnie rozpieszczał i pocieszał. Greg, Blaise, Pansy — żadne z nich nie rozumie. Według nich powinienem być wdzięczny, że się go pozbyłem i wreszcie mamy za sobą tę fazę gryfońskiego szaleństwa i możemy wrócić do normalności.
To nie jest takie łatwe. Nie może być. Nie z Harrym. Między nami nigdy tak nie było.
Stoi obok kominka, niepewny.
Zatrzymuję się, wciąż ściskając w ręce jego koszulkę. Nie mogę oddychać.
— Cześć — mówi.
Nie jestem w stanie się odezwać, gardło mam zaciśnięte. Podchodzi bliżej, patrząc mi prosto w oczy.
— Jesteś pieprzonym gnojkiem.
Jest już przy mnie, dotyka mojej dłoni. Gwałtownie wciągam powietrze.
— Ale nie potrafię przestać o tobie myśleć.
Pozwalam, by mnie do siebie przyciągnął.
— Wróciłeś.
Nie wiem, czy nie śnię.
Odgarnia włosy z mojego policzka.
— Tak.
Obracam twarz do jego dotyku.
— Czemu?
Koszulka upada na podłogę.
— Nie mam pojęcia.
Napiera na mnie całym ciałem. Nie zwróciłem uwagi, który z nas pokonał resztę dzielącego nas dystansu. Nic mnie to nie obchodzi.
— Ron sądzi, że jestem idiotą. Hermiona chce cię przekląć.
Łapię go za biodra. Jest ciepły i pewny w moim uścisku.
— Przepraszam — szepczę. Słowo smakuje dziwnie w moich ustach. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej kogoś przepraszał, czy nawet o tym pomyślał. Powiedziałbym to jeszcze raz, byle tylko go zatrzymać.
— Wyglądasz okropnie — mówi.
W tym tygodniu zauważalnie straciłem na wadze. Nie wspominając o cieniach pod oczami.
Patrzę na niego.
— Nie odchodź.
Wplata palce w moje włosy.
— Dlaczego?
Napieram na niego mocniej.
— Bo cię potrzebuję, idioto — mówię ochryple. Nie potrafię opanować drżenia w swoim głosie.
Kiedy całuje mnie gwałtownie i ze złością, poddaję mu się całkowicie. Gryzie mnie, przyciąga do siebie, uderza mną o ścianę. Nasze ciała ocierają się o siebie. Wbija we mnie palce, jego zęby są ostre. To boli.
Bólu też potrzebuję.
Odsuwa się, ma spuchnięte, mokre i zaczerwienione wargi. Oddycha ciężko. Czuję na biodrze jego erekcję.
— Nikt inny — odzywa się. — Nigdy.
— Nigdy — powtarzam.
Zalany falą ulgi przyciągam go do kolejnego pocałunku.
Właśnie złożyłem obietnicę, której zamierzam dotrzymać.


***

Pansy przynosi wino i czekoladki z mojej ulubionej paryskiej cukierni. Głośno informuje mnie, że to forma wsparcia, dzięki której zachowam siły.
— Jak on się czuje? — pyta po raz trzeci, gdy butelka oraz bombonierka są już w połowie opróżnione.
Hermiona niedawno zabrała Harry’ego do Świętego Munga na rehabilitację. W ciągu ostatnich kilku miesięcy jej stosunek do mnie wyraźnie złagodniał. Naprawdę potrafimy rozmawiać ze sobą w sposób kulturalny. Weasley jest zachwycony i podejrzewam, że Harry również by się cieszył, gdyby dokładnie rozumiał, co do siebie mówimy. Mimo to całuje mnie za każdym razem, gdy Hermiona wychodzi, i uśmiecha się, by dać mi znać, że moja cierpliwość została zauważona.
Napełniam nasze kieliszki.
— Dobrze — mówię.
— Draco. — Pansy pochyla się i opiera łokieć na skrzyżowanych kolanach. Jej spódnica jest wręcz nieprzyzwoicie krótka. Znów przycięła włosy i teraz elegancko ułożone sięgają ledwie szczęki. — Obaj wyglądacie na wyczerpanych.
Przez chwilę nic nie mówię. Biorę łyk wina i wzdycham.
— Fizycznie wszystko z nim w porządku, jest silniejszy. Świetnie sobie radzi z ubieraniem i czynnościami manualnymi. Nadal utyka, ale porusza się coraz sprawniej...
— Nie o to pytam. — Pansy odstawia swój kieliszek. — Jego wymowa...
— Afazja nie mija. — Mój głos jest spokojny. Bezduszny.
Pansy przypatruje mi się z uwagą.
— Za miesiąc musisz wrócić do pracy.
— Być może.
Odwracam wzrok i ponownie unoszę kieliszek do ust. Smethwyk już przysłał mi notkę z datą końca mojego urlopu. Jestem przekonany, że nie zamierza go przedłużyć. Wiem od Hanny, że na oddziale jest wyjątkowo dużo pracy. Waham się.
— Jeszcze nie podjąłem decyzji.
Pansy odchyla się do tyłu i opiera o kanapę.
— Naprawdę. To kwestia wciąż otwarta.
— Kochasz tę śmieszną pracę — mówi.
Patrzę na nią z rezygnacją.
— Harry’ego kocham bardziej.
Jej oczy są pełne współczucia, gdy sięga po moją rękę.
— Och, Draco — wzdycha. — Kiedy stałeś się takim Gryfonem?
Niech mnie szlag trafi, jeśli wiem.

***

Pamiętam...
Ukłucia mrozu i pierwszy tego roku śnieg chrupiący pod naszymi stopami. Różowe policzki Harry’ego nad grubym, czerwonym szalikiem, końce włosów wystające spod czarnej wełnianej czapki. Jego uśmiech, ciepły i jasny jak styczniowy poranek. Parę unoszącą się z papierowego kubka z herbatą i zapach bergamotki w ostrym zimowym powietrzu.
— Co nucisz? — pyta.
Odwraca się do mnie i idzie tyłem. Park Hampstead Heath jest pusty za wyjątkiem kilkorga dzieci, które wstały wcześniej, żeby przetestować sanki na stromym zboczu wzgórza. Londyn rozciąga się poniżej, senny i szary.
Spoglądam na Harry’ego ze zdziwieniem, zanim zdaję sobie sprawę, że rzeczywiście podśpiewywałem pod nosem ostatni przebój Fatalnych Jędz. Czuję ciepło na policzkach.
— Nic — prycham i patrzę na niego krzywo znad mojej herbaty.
Śmieje się i przystaje, blokując mi drogę.
— Bzdura.
Upłynęły już prawie trzy miesiące od nocy, gdy wrócił. Trudne miesiące. Kłóciliśmy się. Walczyliśmy. Wrzeszczeliśmy na siebie. Radzenie sobie z moją niewiernością dla żadnego z nas nie było proste. Zdarzały się chwile, że chciałem trzasnąć drzwiami. Ale Harry trzymał mnie na miejscu.
Gdy Pansy się o mnie martwi, mówię, że nic wartościowego nigdy nie przychodzi łatwo. I autentycznie w to wierzę. A Harry, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, jest wart wysiłku. Rodzice uważają, że oszalałem. Ojciec nie chce ze mną rozmawiać, dopóki nie wróci mi rozum. Bez przerwy muszę radzić sobie z durnymi rudzielcami.
Robię to dla Harry’ego.
To on nauczył mnie wybaczać. Myśl, przez którą wcale nie czuję się wygodnie. Nie jestem dobry w takich sprawach. Ale Harry wybacza. Powoli. Niechętnie. Z trudem.
Śnieg znowu zaczyna padać. Grube, puszyste płatki czepiają się naszych płaszczy i włosów.
— Zwariowałeś — mówię i próbuję go wyminąć.
Łapie mnie za rękę i przyciąga do siebie, niemal rozlewając moją herbatę.
— Nuciłeś. — Uśmiecha się szeroko. — Uważam, że to urocze.
— Malfoyowie nigdy nie są uroczy — prycham.
— Akurat ja coś o tym wiem.
Pochyla się i całuje mnie delikatnie. Kiedy się odsuwa, jego twarz ma osobliwy wyraz. Strzepuje śnieg z moich włosów i przygląda mi się uważnie.
— Co? — Marszczę nos. — Mam plamę na...
— Kocham cię — mówi pospiesznie.
Zamieram. Żaden z nas się nie porusza. Żaden nie oddycha.
Moje serce łomocze. Oblizuję dolną wargę.
Jego rękawiczki są miękkie na moich policzkach.
— Wiem, że to szaleństwo, ale kocham cię — powtarza. — Kocham już od dłuższego czasu.
— Och. — Jestem jak sparaliżowany. Nie potrafię wydusić z siebie sensownego słowa.
Bierze mnie za rękę.
— Nie zmuszam cię do wyznań — mówi cicho. — Pomyślałem tylko, że powinieneś wiedzieć.
Kiwam głową.
Idziemy w milczeniu.
Jestem kompletnie przerażony.


***

Rezygnuję z pracy.
Smethwyk jest wściekły. Wibberley uważa, że postradałem zmysły. Ojciec twierdzi, że dokonałem właściwego wyboru.
— Jeśli postanowiłeś być z Potterem — mówi spokojnie, obserwując, jak matka spaceruje z Harrym po pokrytej liśćmi ogrodowej ścieżce — nie ma sensu, żebyś robił to połowicznie. — Kieruje wzrok na mnie. — Nie mylę się, zakładając, że równie dobrze moglibyście zostać małżeństwem, prawda?
Jestem tak zaskoczony, że odpowiedź zabiera mi chwilę.
— Tak — odzywam się w końcu. — Tak przypuszczam...
— Nie, żadnego przypuszczania — przerywa mi. — Albo kochasz go wystarczająco, żeby podjąć taką decyzję, albo nie.
Jesień udekorowała drzewa w ogrodzie czerwienią i złotem. Patrzę, jak matka pomaga Harry’emu usiąść na ławce.
— Kocham.
Ojciec kiwa głową.
— Więc wiesz, czego się od ciebie oczekuje.
Ma absolutną rację.

***

Słowa wciąż utrudniają nam życie.
Ćwiczymy codziennie. Niektóre dni są lepsze od innych. Czasami jestem prawie pewien, że rozumie. Ale nie dzisiaj.
Ogień trzeszczy w kominku w sypialni, przeganiając chłód późnego listopada. Harry ignoruje mnie przez większość wieczoru, uciekając tutaj, by zwinąć się w kłębek w swoim ulubionym fotelu.
Klękam przy nim i chwytam jego dłonie. Są zimne, jak zawsze. Patrzy na mnie z twarzą wykrzywioną z bólu. Całuję jego palce.
Przeżyliśmy razem już tak wiele. Nienawiść. Złość. Gorycz. Pożądanie. Potrzebę.
Miłość.
Szkoda, że nie powiedziałem mu tego wcześniej.
Nic mnie nie obchodzi, że nie rozumie słów. Wie, co znaczą.
— Kocham.
Tym razem mówię to głośno. Obserwuje mnie. Obracam jego dłoń i całuję jej wewnętrzną stronę.
— Kocham cię — powtarzam szeptem tuż przy jego skórze. Patrzę mu w oczy. Kładę rękę na piersi, na sercu. — Kocham Harry’ego.
Nie spuszcza ze mnie wzroku, a ja nie pozwalam sobie uciec spojrzeniem. Dotyka moich ust, szczęki.
Jestem zmęczony. Wyczerpany. Kompletnie pozbawiony sił. Każdy dzień wysysa ze mnie kawałek duszy i wpędza w rozpacz, której nie potrafię wyjaśnić. Przegrywam tę bitwę. Tracę Harry’ego.
To łamie mi serce.
Zrozpaczony sięgam po niego i ściągam go obok siebie na podłogę. Całuję. Jęczy mi w usta. Przygniatam go do dywanu swoim ciałem. Pragnę go. Tak strasznie tęsknię za jego dotykiem.
Rozbieramy się nawzajem. Bez wątpienia jest tak samo spragniony jak ja. Przywołuję fiolkę z nocnego stolika i wciskam mu ją do ręki.
— Proszę — mówię, a on, mimo że nie rozumie słowa, wie, czego chcę.
Pieprzy mnie mocno, niezdarnie, ale z zapałem. Nasze usta ślizgają się po rozgrzanej skórze; łapię go za ramiona, wyginając się pod nim w łuk. „Harry”, powtarzam jak mantrę w jego szyję, bark, szczękę.
Gdy dochodzę, oplatam wokół niego kurczowo ręce i nogi.
— Kocham cię — mówię, a on drży nade mną i krzyczy.
Leżymy na podłodze spleceni ze sobą.
Po raz pierwszy od miesięcy przesypiam całą noc.

***

Pamiętam...
Łóżko, nasz śmiech, delikatne stukanie kropel deszczu o szybę. Wilgotną skórę, mokre włosy, delikatne pocałunki. Jego „kocham cię” i ciepło oddechu na moich ustach.
Uśmiecha się do mnie.
— Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, wiesz? — mówi.
— Jesteś głupkiem, Potter — odpowiadam, ale sam nie potrafię przestać się śmiać, kiedy przyciągam go do kolejnego pocałunku.
Obraca nas, kładzie się na mnie i rozsuwa mi nogi.
— Pewnego dnia sam to przyznasz.
— Nigdy — zapieram się i całuję go beztrosko.
Jutro zawali się cały mój świat, ale tej nocy nigdy nie zapomnę.


***

To dzieje się następnego dnia przy śniadaniu.
Harry siedzi przy stole i pije herbatę, resztki jajek i tostów z marmoladą leżą na jego talerzu.
Stoję przy oknie z filiżanką w dłoni i patrzę na ogród. Jest prawie połowa grudnia i szare chmury straszą śniegiem.
— Musimy zacząć myśleć o świątecznych prezentach — mówię.
W ostatnich miesiącach nabrałem zwyczaju rozmawiania sam ze sobą. Częściowo z powodu nadziei, że być może jakieś przypadkowe słowo przeniknie przez zraniony mózg Harry’ego, a częściowo dlatego, że nie potrafię żyć w kompletnej ciszy.
Biorę łyk herbaty.
— Jeśli czujesz się dobrze, może powinniśmy udać się w ten weekend do Paryża. W Dzielnicy Łacińskiej Pansy widziała zapinkę do płaszcza, która według niej będzie idealna dla matki.
Słyszę, jak Harry odstawia filiżankę. Wierci się na krześle. Wzdycha.
— Ro... — mówi.
Moje serce skręca się z bólu. Kiedy próbuje powiedzieć coś samodzielnie, jest jeszcze gorzej. Biorę się w garść.
— Znalezienie prezentu dla ojca będzie koszmarem, jak zwykle...
— Ro... — powtarza i uderza ręką w stół tak mocno, że brzęczą sztućce.
Milczy przez chwilę. Kątem oka widzę, jak nabiera powietrza i patrzy ze złością na swój talerz, próbując się uspokoić. Podnosi wzrok i zaciska zęby.
— Kocham.
Nieruchomieję, filiżanka trzęsie się w moich dłoniach.
— Co?
Obracam się twarzą do niego, a on nie ucieka spojrzeniem. Jego dolna warga drży.
— Kocham — mówi znowu, bardziej wyraźnie.
Unosi rękę, a ja podchodzę, kompletnie oszołomiony. Nasze palce splatają się ze sobą. Przyciąga mnie bliżej i wtula twarz w moje biodro.
Odstawiam filiżankę i głaszczę go po włosach z tyłu głowy.
— Harry.
Boli mnie gardło. Nie sądziłem, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Byłem przygotowany, że czekam na próżno.
Jego oczy są błyszczące i zielone.
— Kocham. — Bierze głęboki oddech. — Draco. Ciebie.
Płaczę.

***

*Axminster to rodzaju dywanu wysokiej jakości.


KONIEC
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Morrigan » 24 gru 2012, o 23:40

Dawno mnie tu nie było więc do roboty. Tekst jest dobry, nawet bardzo dobry ale łez ze mnie nie wycisnął. Miałaś rację puchate, słodkie, ale też dające nadzieję i to doceniam. Rating według mnie jest trochę za duży, ale nie mnie to oceniać. Postawą rodziców Draco byłam nieco zszokowana a rady Lucjusza mnie rozwaliły. Opiekuńczy Dracon jest tym co lubię najbardziej :D . Wstawki z wspomnieniami Draco są urocze. Tekst z pewnością zasługuje na uznanie ale i pozostawia pewien niedosyt z przyjemnością przeczytałabym ciąg dalszy. Co do tłumaczenia nie zauważyłam żadnych błędów. Zresztą wszystkie twoje przekłady są doskonałe. :)


"Poszedłem do lasu, wybrałem bowiem życie z umiarem. Chcę żyć pełnią życia, chcę wyssać wszystkie soki życia. Żeby zgromić wszystko to, co życiem nie jest. Żeby nie odkryć tuż przed śmiercią, że nie umiałem żyć."

Stowarzyszenie umarłych poetów
Morrigan Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 192
Dołączył(a): 7 maja 2012, o 21:46

Postprzez Elizabeth_Bathory » 24 gru 2012, o 23:53

Piękne. Do diabła z wymaganiami co do długości komentarza. Więcej nie jestem w stanie napisać. Bo nie ma potrzeby. To opowiadanie jest piękne.

pozdrawiam mocno wzruszona
Well I was there on the day
They sold the cause for the queen,
And when the lights all went out
We watched our lives on the screen.
I hate the ending myself,
But it started with an alright scene.
Elizabeth_Bathory Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 841
Dołączył(a): 26 lip 2011, o 13:32
Lokalizacja: Toruń

Postprzez Veldrin » 25 gru 2012, o 20:50

Wzruszające jak cholera :) Nie wycisnęło ze mnie łez, ale to ten gatunek, który czytam z zapartym tchem i zaciśniętymi ustami. To było naprawdę dobre i szybko się czytało. Zawsze kiedy komentuję jakieś opowiadanie mam pustkę w głowie. Może dlatego, że moje słownictwo nie jest w stanie oddać tego co myślę? Z tym opowiadaniem jest tak samo i gorączkowo zastanawiam się co by tu napisać żeby wyszło mądrze... To, że mi się podobało to oczywiste. Wzruszyło. To było po prostu ładne i życiowe. Cieszę się, że Draco się nie poddał i sam zajął się Harrym gdy ten odzyskał przytomność. Zaskoczyła mnie zdrada Malfoya. Musiałam przeczytać ten fragment z dwa razy żeby upewnić się, że nie robi tego z Harrym. I ten moment kiedy wraca do łóżka, do Harry'ego, który pyta jak minął mu wieczór, był przykry. To zawsze jest przykre, gdy ktoś kogoś zdradza. Nie sądziłam, że Draco się przyzna, a jednak to zrobił. Co prawda potrzebował prawie całej butelki ognistej, ale to zrobił.
Podejście rodziców Malfoya totalnie mnie rozczuliło. W każdym opowiadaniu mogliby mieć takie podejście i charaktery jak tutaj. Ten Lucjusz zaimponował mi jak w żadnym innym opowiadaniu, a Narcyza była chyba największą podporą Draco.

Rezygnuję z pracy.
Smethwyk jest wściekły. Wibberley uważa, że postradałem zmysły. Ojciec twierdzi, że dokonałem właściwego wyboru.
— Jeśli postanowiłeś być z Potterem — mówi spokojnie, obserwując, jak matka spaceruje z Harrym po pokrytej liśćmi ogrodowej ścieżce — nie ma sensu, żebyś robił to połowicznie. — Kieruje wzrok na mnie. — Nie mylę się, zakładając, że równie dobrze moglibyście zostać małżeństwem, prawda?
Jestem tak zaskoczony, że odpowiedź zabiera mi chwilę.
— Tak — odzywam się w końcu. — Tak przypuszczam...
— Nie, żadnego przypuszczania — przerywa mi. — Albo kochasz go wystarczająco, żeby podjąć taką decyzję, albo nie.
Jesień udekorowała drzewa w ogrodzie czerwienią i złotem. Patrzę, jak matka pomaga Harry’emu usiąść na ławce.
— Kocham.
Ojciec kiwa głową.
— Więc wiesz, czego się od ciebie oczekuje.
Ma absolutną rację.


We wszystkich opowiadaniach jakie przeczytałam, chyba nie było równie zaskakującego mnie fragmentu jak ten. Kiedy doczytałam, że Lucjusz zgadza się z decyzją Draco co do porzucenia posady, byłam w poważnym szoku. No i ogólnie cały jakoś był magiczny i niepowtarzalny. To, że ojciec sugeruje Draco ślub z Potterem też mnie powaliło. Gdybym teraz na spokojnie zastanowiła się nad najbardziej szokującym mnie fragmentem jakiegoś opowiadania, myślę, że trudno byłoby znaleźć mi coś innego niż właśnie to.
Cieszę się, że to skończyło się tak a nie inaczej. Nadzieja zakwitła w moim sercu, gdy Harry'emu udało się wypowiedzieć tak ważne słowa. Teraz już będzie dobrze :)

Dziękuję ślicznie za przetłumaczenie tego tekstu, naprawdę świetna robota :)
Pozdrawiam :)
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Evey » 25 gru 2012, o 20:56

Do miniaturek pochodzę z umiarkowanym entuzjazmem, ale że to Twoje tłumaczenie, Kaczalko, to nie mogłam sobie odpuścić (wiem, że zazwyczaj to powtarzam, ale ostatnio jestem wybredna, a jednak zawsze Twoim tłumaczeniom ostatecznie ulegam). Tak jak El, chciałabym stwierdzić po prostu, że tekst jest piękny. Bo jest tak bardzo bardzo urzekający, prawdziwy emocjonalnie, wzruszający wręcz.
Scena w łazience była świetna, rozbroił mnie uśmiechający się Potter i podrywający Malfoya w toalecie (że też nie przygwoździł go do tej ściany). Ale sam fakt, że chciał czegoś więcej jest jeszcze lepszy. To, że Malfoy go zdradza, jest niesamowicie realne, tak samo jak wiarygodny jest motyw wybaczenia. Tak strasznie "współczuję" choremu Harry'emu i Draco. Bo to jest na prawdę piękne, że postanawia się nim opiekować i zrezygnować z pracy. Nawet Narcyza i Lucjusz. Po prostu dobre.
Dziękuję za takie tłumaczenie na święta, bo to wspaniały prezent, zapakowany w dobrą treść i jeszcze lepszą formę. Wszystkiego dobrego! :)
Nasza miłość na pewno wciąż trwała, ale po prostu była bezużyteczna, [...] bezwładna w nas, jałowa jak zbrodnia lub potępienie. Była tylko cierpliwością bez przyszłości i upartym czekaniem.
A. Camus, Dżuma
Evey Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 327
Dołączył(a): 2 lip 2011, o 11:39
Lokalizacja: Kraków

Postprzez Evolution » 26 gru 2012, o 14:43

Taka pełna ciepła miniaturka przetłumaczona przez Ciebie to właśnie to, czego potrzebowałam na Święta. Szczególnie spodobała mi się forma, w jakiej autorka przekazuje nam wydarzenia - wspomnienia poprzeplatane z teraźniejszością, tak abyśmy mogli powoli i stopniowo zrozumieć tragedię Draco. Te wszystkie wyszeptane "kocham Cię" Harry'ego i strach Malfoya przed odwzajemnieniem się tymi samymi słowami, następnie jego ból, zobojętnienie na wszystko poza Harrym i pracą, nie życie a bardziej egzystencja. Podobają mi się takie klimaty, tak samo jak niezwykle spodobało mi się to opowiadanie.

Nie wiem czy wcześniej spotkałam się już z takimi relacjami Malfoy - przyjaciele Harry'ego, aby to z Ronem ten miał lepszy kontakt, a właśnie Hermiona pozostała przy ślepej nienawiści. Również nie wiem do końca czy ta wizja do mnie przemawia, szczerze mówiąc to Ron kojarzy mi się raczej z kimś kierującym się emocjami i rozpamiętującym krzywdy z dzieciństwa, ale możliwe, że na moją ocenę wpływ mają kreacje tego bohatera w innych fanfickach.

Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie wsparcie, jakie Draco uzyskał po wypadku Harry'ego ze strony swoich rodziców. Zazwyczaj któreś z nich jest przedstawiane jako bezduszne, całkowicie nie interesujące się synem, ale tutaj ta zmiana wyszła tak naturalnie. Rozczuliło mnie, gdy w którymś momencie Narcyza wspomniała coś o Harrym jako członku rodziny i faktycznie tak go traktowała, nie jako coś co jest tylko jednym wielkim problemem, który zwalił się na głowę jej synowi, ale jako coś więcej. Własnie tak jak powiedziała - rodzinę.

Nieprzynoszące efektów próby sprawienia, aby Harry na nowo zaczął mówić czy chociaż rozumieć, frustracja ich obu. I na koniec to z trudem wyduszone wyznanie Harry'ego, właśnie te trzy magiczne słowa, których teraz Draco nie boi mu się już powtarzać.

— Kocham.
Nieruchomieję, filiżanka trzęsie się w moich dłoniach.
— Co?
Obracam się twarzą do niego, a on nie ucieka spojrzeniem. Jego dolna warga drży.
— Kocham — mówi znowu, bardziej wyraźnie.
Unosi rękę, a ja podchodzę, kompletnie oszołomiony. Nasze palce splatają się ze sobą. Przyciąga mnie bliżej i wtula twarz w moje biodro.
Odstawiam filiżankę i głaszczę go po włosach z tyłu głowy.
— Harry.
Boli mnie gardło. Nie sądziłem, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Byłem przygotowany, że czekam na próżno.
Jego oczy są błyszczące i zielone.
— Kocham. — Bierze głęboki oddech. — Draco. Ciebie.
Płaczę.


Idealne zakończenie dla tego opowiadania. ;)
Dziękuję Ci Kaczalko za tak magiczne tłumaczenie właśnie teraz, w tym czasie Świąt, w tej niepowtarzalnej atmosferze. Myślę, że dzięki temu również inaczej odebraliśmy to opowiadanie.
Przesyłam świąteczne pozdrowienia. :D
.
Evolution Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 lut 2012, o 17:00
Lokalizacja: Gdańsk

Postprzez szary sweter » 26 gru 2012, o 18:23

A ja za miniaturkami wręcz przepadam, bo charakteryzują się, że się tak wyrażę, większym stopniem skondensowania uczuć. I czytam je od dechy do dechy, czego o dłuższych opowiadaniach powiedzieć nie mogę.
Wspomnienia, fragmenty w kursywie, czy jakby tam tego nie nazwać podobały mi się mniej. Owszem były urocze, ale stężenie puchu w puchu zaczynało się robić trochę niezdrowe. Pozostałe fragmenty były jakby prostsze, a przez to bardziej poruszające. To dokładnie mój klimat, mój typ opowiadań i prawie nic mnie nie zawiodło. Wzruszyłam się więcej niż raz.
Chylę czoła, bo mimo iż do oryginału nie zajrzałam i pewnie nie zajrzę, to tłumaczenie świetne. Nie zwracałam szczególnej uwagi na błędy, ale znalazłam rozmnożoną kropkę w jednym miejscu:

"— Harry — poprawia mnie.. "
"I said there were lessons." Harry gave a wry, bitter smile. "But I never said I learned any of them."
szary sweter Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 31
Dołączył(a): 18 cze 2012, o 17:00

Postprzez Okey » 26 gru 2012, o 20:12

Spragniona nowości zajrzałam na forum i widzę, piękny prezent pod choinkę! Jesteś cudowna ^^

Uwielbiam takie puchate miniaturki, z nutką dramatyzmu. Draco jest tutaj taki prawdziwy, ludzki, tak samo, Harry... Scenariusz przedstawiony w tej miniaturce, jest rzadki, dlatego też czytało się to i doznawało coś w stylu objawienia. Niesamowite ile emocji gdzieś tam się przeplotło. Harry kompletnie mnie rozwalił, końcówka sprawiła, że gdzieś ta łezka się zakręciła. Jestem pod wrażeniem. Wciąż przeżywam "Niedokończone wyznania".
Poproszę o więcej nowości :) Tym samym, życzę dużo weny!

Oczarowana tekstem,
Okey
Gdy podróż przekroczy czas i smutek,
na gąbkach lagun zadymi różowym deszczem,
w ten dzień ukryty za brzegiem spojrzenia
znajdę cię na polanie nie przewidzianej przez przestrzeń.

Okey Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 26 sty 2011, o 18:26
Lokalizacja: Chatka Wiedźmy

Postprzez MargotX » 27 gru 2012, o 17:03

Czytałam tę miniaturkę około trzeciej w nocy w drugi dzień <a raczej noc> świąt i, oczywiście, zmoczyłam poduszkę, bo mi jednak łzy popłynęły. Jak zresztą mogło być inaczej, w końcu mam gdzieś ukryte podobno pokłady puchońskiej duszy i zawsze w takich przypadkach dają o sobie znać. Udało mi się złapać wifi na czytnik i zdążyłam przeczytać, zanim znów straciłam łączność. :P

Kurczę, tu jest esencja tego, co kocham w drarry. Emocje, trochę smutku, trochę najbardziej zwyczajnej obyczajowej opowieści, dużo ciepła, nadzieja i owszem, jest puchato, ale w ten subtelny, nieprzesłodzony sposób, jak dla mnie, idealnie. Jestem niepoprawna, ale ja naprawdę kocham, kiedy Harry'ego i Draco łączy prawdziwe, silne uczucie, choćby nawet niewypowiedziane, ale takie, które jest w stanie przetrwać niejedno. Nawet ta głupia zdrada, która wzięła się z? niepewności, tchórzostwa, próby udowodnienia czegoś sobie samemu przez Draco, okazała się w ostatecznym rozrachunku czymś nie do końca złym, postawiła bowiem kropkę nad i. Femme to jednak Femme i uwielbiam niemal wszystkie jej teksty. Lubię też taki sposób narracji, kiedy w krótkiej odsłonie przewijają się migawki wspomnień, bo wtedy, nawet w jednorozdziałowcu, możemy odrobinę poznać naszych bohaterów i to, co ich doprowadziło do miejsca, w którym są tu i teraz.

Kaczalko, jak cudownie, że takie osoby jak Ty i kilka jeszcze innych, wspaniałych tłumaczek i autorek, mają nadal ochotę i siły na przygotowanie i udostępnienie nam tych tekstów. Wiem, powtarzam się, ale chcę w ten sposób podziękować także od tych bezimiennych i cichych czytelników, bo kiedyś, dawno temu, ja też przez krótki czas zaliczałam się do ich grona. I wiem, że mam jeszcze zaległość do odrobienia, obiecałam i dotrzymam. Na zbliżający się Nowy Rok życzę więc weny, cierpliwości i dalszej pasji w wyszukiwaniu takich perełek. Pozdrawiam. :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez oloska » 1 cze 2013, o 21:21

Zacznę od końca. Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie zakończenie. Ostrzeżenie o puchatości trzymało mnie w przekonaniu, że skończy się jednym wielkim happy endem. A tu jednak nie do końca jest to szczęśliwe zakończenie. Ale inne byłoby zupełnie niewiarygodne.

Bardzo podoba mi się w tym tekście przedstawienie choroby, oraz długi i żmudny proces leczenia. Co prawda nie do końca wierzę w to, żeby w magicznym świecie takie schorzenie miało rację bytu, ale pomińmy to. W opowiadaniu jest to przedstawione tak bardzo ludzko, tak rzeczywiście, że nie sposób w to nie uwierzyć, nie zastanowić się nad tym. Świetnie ukazane zmagania się Draco z chorobą, jego ogromna siła i odwaga, z którą podjął się próby leczenia partnera. Rezygnacja z ukochanej pracy. Mnóstwo poświęceń. Samo życie.

Co mnie zaskoczyło? Odwrócenie zwyczajowej nienawiści do Draco ze strony Rona na Hermionę. Zazwyczaj czytamy, jak to przyjaciel Harrego nie może zaakceptować jego partnera, za to Hermiona jest swego rodzaju łącznikiem, a może raczej wyciszaczem. A tutaj chłopcy akceptują się. Miła odmiana. (Swoją drogą, Hermiona wspominająca, że umieściliby Harrego w wolnym pokoju? Naprawdę? Szczyt przyjaźni.) I oczywiście rodzice Draco. Narcyza, jako kochająca matka właściwie nie wzbudza aż takiego zdziwienia, ale Lucjusz? Lucjusz siadający przy łóżku Harrego, pytający o jego stan zdrowia, wykazujący swego rodzaju troskę? Ciekawie.

Bardzo podoba mi się studium znajomości chłopców. Ich początki, randki. A już absolutnym strzałem w dziesiątkę jest zdrada Draco. O tak, właśnie tego się po nim spodziewałam. Bezsensownej zdrady, powrotu do wspólnego łóżka, powolnego rozsypywania się ich relacji i przyznania się do winy dopiero po jakimś czasie. Jakie to typowe.
Podsumowując, uważam tę miniaturkę za fajną, słodko gorzką historię, której finałem jest nie sam wypadek Harrego, ale opieka jaką poświęca mu Draco. Nie każda kochająca osoba by się na to zdecydowała.

Kaczalko, gratuluję wyboru tekstu i tłumaczenia. Właściwie, niczego innego bym się po Tobie nie spodziewała :)
oloska Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 7
Dołączył(a): 15 maja 2012, o 11:19
Lokalizacja: Będzin

Postprzez CrazyCry » 9 lis 2013, o 00:58

"przejmuję się, co o mnie myśli, widzą mnie"
Zjadłaś c.
"— Harry — poprawia mnie.."
Nadprogramowa kropka.
Molly przytulająca Draco! Zdumiewające i kochane <3
Hermiona nienawidząca Malfoya bardziej niż Ron to nowość.
Pansy i Astoria? Brzmi ciekawie, ma ktoś może linka do jakiś fików o tej parze? xD
Szybkie numerki w szklarni o.O
Narcyza pomagająca Harry'emu - ujmujące.
Naprawdę ładna miniaturka. Dziękuję za przekład i chylę tiary.
Aerobic -> aerobik
Fanfic -> fanfik
Nie fanfick x.x
Fanpage "Effeminate boys"
CrazyCry Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 361
Dołączył(a): 8 lis 2011, o 09:12
Lokalizacja: Wawa


Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 5 gości