[M] [T] Niezagaszony płomień

Sequel Ceny skrzydeł

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez NewBroomstick » 13 gru 2012, o 17:50

Tytuł oryginału: A Flame Undamped
Autor: Frayach ni Cuill
Tłumaczenie: NewBroomstick
Beta: Kaczalka
Zgoda: jest
Pairing: Draco/Harry, Albus Severus/Scorpius
Gatunek: sequel do Ceny skrzydeł, więc uwagi te same
Rating: między PG-13 a NC-17


Niezagaszony płomień


Płomyk świecy pełga i gaśnie, pozostawiając po sobie cienkie pasemko dymu i zapach rozgrzanego miodu. To nie symbol. To zwęglony knot i jeziorko złotawego lepkiego płynu. Syk, a po nim ciemność.
     To nie symbol. Zwłaszcza nie ściętego nagle młodego życia.
     Draco Malfoy zdmuchuje niewygasły żar i przykłada opuszkę kciuka do gęstniejącego wosku. Przez chwilę jest ciepły i miękki w dotyku jak skóra.
     Najtrudniejsze jest wyobrażanie sobie. Zdecydowanie najtrudniejsze. Styczeń służy hojnie śniegiem i bezchmurnymi, szklistymi dniami, kiedy wszystko migocze, a oczy łzawią od jasności. Służy czarnymi konarami dębów i śnieżnymi czapami na iglakach. Pachnie zimnem, gałką muszkatołową i spalinami mugolskich samochodów. Noce są długie, lecz coraz krótsze. Wiatr spowija dom jak powiewające prześcieradło.
     To nie symbol.
     To rzeczywistość. Zmarzlina sięga przynajmniej na łokieć w głąb od zlodowaciałej darni. Draco wyobraża sobie, że trzyma jak kleszcze. Nie jest to miłujący uścisk. Jak miałby być? Jest twardy i kurczowy. Błagalna prośba: „Nie odchodź”. Nie żądanie.
     Draco wie, że mógł szukać ułaskawienia. Mógł zamknąć syna w wieży i pozwolić, by zakochał się we własnym cieniu, w gałęziach drzew zaglądających przez łukowate okna. Pokochałby cokolwiek; takie było jego przeznaczenie. Może byłaby to sama idea miłości, twarz nigdy niewidzianego chłopca, ciemnowłosego i prostodusznego. Nawiedzałby sny Scorpiusa, a on i tak by umarł. Dokładnie dwa lata temu. Nie zaznawszy dotyku ust na swojej szyi, nie poszukawszy dłoni drugiego przed wyruszeniem do walki. Nic by tego nie zmieniło — i Draco pogodził się ze swoim wyborem. Tak jak jego ojciec musiał pogodzić się ze swoim. Nie było więzienia — metaforycznego czy nie — o murach tak mocnych, by dało się w nich zamknąć jego dar, i nie było sposobu, by uchronić Scorpiusa przed jego losem. Sowa roztrzaskałaby szybę w oknie, a odłamek szkła… Albo mniej gwałtownie: niczym królewna w bajce, ukłułby się w palec i osunął na kolana, a śmierć otuliłaby go miękko jak pled.
     Skoro trzeba umrzeć — a wszyscy kiedyś musimy — nie ma potrzeby czynić tego przed czasem. Cała sztuka to powitać śmierć z gracją, w progu, jak długo wyczekiwanego przyjaciela, i oddać jej rękę z wdzięczności, nie z konieczności.
     Zrobiłem to z miłości. Zrobiłem to z miłości i się nie bałem.
     Wszystko było jak należy. Ceremonia, muzyka, lilie. Było ciężko, kiedy Albus Potter potknął się w drodze do trumny i upuścił swój wieniec z gałązek ognika*. To był trudny moment, ale nie było tam Harry’ego i Draco mógł płakać, nie narażając się na przyganę w jego wzroku. Jeśli byłaby w nim przygana. Z perspektywy czasu Draco raczej w to wątpił. Ale rzeczywistość nie miałaby znaczenia wobec percepcji. Wszystko było jak należy. Scorpiusowi by się podobało. Wiolonczela, sklepienie zaklęte w styczniowy nieboskłon. I oczywiście świece. Draco zabrał je do domu, zmniejszywszy do rozmiaru wykałaczek i zawinąwszy w chustkę Hagrida (tę, w którą nie szlochał i nie wydmuchiwał nosa). Wziął dokładnie tyle, ile potrzebował. Po jednej na każdy styczeń bez syna, który mu pozostał. Po jednej na każdy rok, który miał spędzić sam.
     Nie były symbolami.
     Powiadają, że zmarli dzierżą świece dla żywych. Dla niektórych to złowieszcza wizja — błędny ognik wiodący niebacznych w śmiertelną głąb bagniska. Dla innych — niespełnialne życzenie, obietnica bycia po raz pierwszy w środku, tam gdzie gęś na stole i buty rzędem przy kominku — już nie jako zjawa u okna, coś postrzeżonego kątem oka, nim zniknie. I są też świece tych, którzy byli kochani tak bardzo, że ziemia nie może ich w sobie utrzymać. Chodzą pośród nas, oświetlając wyboje na naszych ścieżkach i ogrzewając nasze dłonie bezpostaciowym żarem swoich świec. Są dni, kiedy tylko to jedno sprawia, że w żalu nie pada na kolana i nie rozdziera sobie piersi: myśl o Scorpiusie wymykającym się ze swej styczniowej mogiły, choćby tylko na jedną noc.
     Kiedyś, kiedy Scorpius był jeszcze brzdącem żabie do kostek, Draco zabrał go w święto ‘Obby ‘Oss na Jarmark Czarownic w kornwalijskim Padstow. Po tym jak jego syn omal nie pochorował się, z brzuszkiem pełnym kleistych łakoci goniąc po krętych uliczkach za Niebieskim Koniem, Draco przyprowadził go do stoiska jednego z najsławniejszych angielskich świecarzy. Przez całe godziny — gdy cierpliwość Draco dawno już się wyczerpała — patrzyli, jak pulchna czarownica obrywa kotki z gałązek woskownicy i przyrządza z nich zawiesisty, wonny wywar, a potem miesza go z pszczelim woskiem, by otrzymać gęstą, szybko zastygającą masę. Kierując rączkami Scorpiusa, czarownica pomagała mu maczać długie na stopę kawałki sznurka w parującej kadzi, aż wosk uformował się na nich w stożkowate świece grubości kciuka. Wtedy uniosła wzrok i napotkała spojrzenie Draco.
     „Nigdy nie widziałam tyle cierpliwości u takiego malca”, powiedziała. „Pewnego dnia będzie miał wszystko. Jeśli tylko Bogini da, by żył dość długo”.
     Zostawiając Scorpiusa w jej życzliwych i sprawnych rękach, Draco uciekł z jarmarku i biegł przez plątaninę wąskich ulic, po leżących tu i ówdzie na bruku pokruszonych łupkach dachówek, które obluzowały się i zsunęły ze stromych dachów, aż zatrzymał się na skraju miasteczka, dysząc, oparty o bramę jakiegoś gospodarstwa. W gardle ściskało go i paliło od wzbierających łez. Dobry Boże! Jego syn nigdy nie dostanie dość czasu! Scorpius miał go tak mało — a on tak dużo.
     Wieczorem zapalili jedną ze świec w sypialni Scorpiusa. „Opowiedz mi coś, tato”, powiedział Scorpius w chybotliwym świetle, z powiekami ciężkimi już od senności. Draco pokręcił głową. „Nic nie przychodzi mi na myśl”, skłamał. I poczuł ulgę, gdy jego dziecko zapadło w sen, niezakłócany niczym więcej niż wznoszeniem się i opadaniem ojcowskiej piersi pod jego małą główką.
     Świece wypalają się i gasną. Nie są symbolami.
     Wiatr chłoszcze mu twarz jego własnymi włosami i wdziera się pod kołnierz płaszcza. Drzewa nad jego głową skrzypią i trzeszczą. Zapalenie świecy zajęło mu dużo czasu, a kiedy już się udało, Draco osłonił ją dłońmi. Nie była symbolem nieustającej miłości.
     Nagle gdzieś za nim rozlega się nucenie. Mugolska piosnka, łagodna i kołysząca. Twarz Draco obraca się ku niej jak ku słońcu.

* * *

Albus, James i Lily wrócili jesienią do szkoły po prawie dwuletniej przerwie. Harry był dumny z nich i z tego, jak sobie — na różne sposoby — radzili. James rzucał się na przeszkody jakby gnany myślą, że życie jest krótkie; latał wyżej, niż Harry kiedykolwiek się odważył, i wybijał kafel ponad trybuny, aż publiczność wykrzykiwała z przestrachu i zachwytu jednocześnie. Lily otoczyła się przyjaciółmi; Wigilia i ferie świąteczne upłynęły w powodzi listów i prezentów nadlatujących na ciemnych skrzydłach sów jak deszcz meteorów z kolorowego papieru. A Albus? Cóż, Albus zamknął się w sobie, skulił wokół swoich książek, muzyki i dźwięku słów. Harry czuł, że to jest jego sposób, by zatrzymać przy sobie Scorpiusa — żywego i nietkniętego przez śmierć.
     Na peronie para otoczyła ich jak mgła i Harry zastanawiał się, jak musi czuć się każde z jego dzieci, wsiadając do Hogwarckiego Ekspresu po raz pierwszy od tamtej fatalnej nocy sprzed prawie dwóch lat. Czy mogło to oznaczać dla nich to samo, co dla niego i Rona, i Hermiony, i — owszem — nawet dla Draco? Miesiącami prześladowały go krzyki umierających i niestosowność spożywania kolacji w tym samym pomieszczeniu, w którym krew stała w kałużach jak deszczówka, a z rozgwieżdżonego pułapu pozostał raptem sufit z krokwi i kamienia. Patrzył, jak cała trójka wybiera przedział i zajmuje miejsca, z rezerwą, jakby w siedzeniach wciąż tkwiły klątwy ich wrogów. Stojąc koło Rona, uśmiechnął się i pomachał im. Draco nie przyszedł, choć Harry złapał się na tym, że się za nim rozgląda.
     W ciągu dni i miesięcy, które minęły od końca wojny, sporo się wydarzyło i Harry wiedział, że kiedy wróci do domu po tłustym lunchu w pubie, będzie zdolny usiąść przy kominku i nie myśleć o nieobecności Ginny i Hermiony. Czas istotnie leczył wszystkie rany, jakkolwiek Harry przyznawał to z poczuciem winy. Nieopłakiwanie ich dłużej zdawało się w jakiś sposób ubliżać ich pamięci, ale Harry szybko przypominał sobie, że Albus i Draco płakali i za niego, i za Rona. Ginny i Hermiona przeżyły swoje życia — krótkie, jak się okazało, ale wystarczająco długie, by móc trzymać w ramionach dzieci. Wystarczająco długie, by rozleniwić się i nasycić w miłości, gdy stępiło się już ostrze potrzeby posiadania. Było to zaspokojenie, którego nie zaznali on i Draco, zanim Draco odszedł — ani jako przyjaciele, ani jako kochankowie. Zaspokojenie, którego Scorpius i Albus posmakowali jedynie przez chwilę i bez spełnienia w akcie miłosnym. Wyglądało na to, że chłopcy są zdolni żyć tylko połowicznie.
     Harry wzdycha i spogląda na choinkę. Nie miał serca rozbierać jej przed wyjazdem dzieci do szkoły, zresztą już nieodległym — rano zabierze je na King’s Cross. Delikatnie otacza ramieniem barki Albusa, siedzącego obok z nieprzeniknioną twarzą pochyloną nad książką o zaklęciach obronnych. W pierwszej chwili Albus sztywnieje pod dotykiem, lecz w końcu, powoli, rozluźnia się przy boku Harry’ego. Przez krótką, ulotną chwilę jest tak, jakby cofnęli się do czasu, kiedy Albus był małym chłopcem — wtedy, gdy nie dostał jeszcze listu z Hogwartu, ale James wyjechał już na pierwszy rok. Ginny i Lily poszły na długi spacer alejkami mugolskiego osiedla i wróciły do domu różowe i spierzchnięte od śmiechu. Ale czas, który Harry spędził sam z Albusem, był inny: nie rozmawiali, nie mieli takiej potrzeby, a Albus przysypiał z głową na jego kolanach, aż wygasł ogień w palenisku.
     To były jedne z nielicznych godzin, które Harry zapamiętał jako całkowicie wolne od bólu.
     Teraz Albus nie śpi; odkłada książkę, a wzrok z przerażającą determinacją trzyma utkwiony w ogniu za kratą kominka. Jednak jego ciało się poddaje i Harry głaszcze włosy syna, co jakiś czas dotykając palcami rozpalonego policzka. Porozmawiaj ze mną, chce powiedzieć. Zrzuć to z siebie. Ale wie, że nie ma prawa.
     Wie, że nie ma prawa.
     Kiedy Albus w końcu się odsuwa, nagła nieobecność dziecka u boku sprawia, że Harry wzdryga się z chłodu i poczucia straty. Mimo to nie odzywa się, gdy Albus zbiera książki i idzie po schodach do swojego pokoju. Zamiast iść za nim, Harry wstaje i szturcha wyżarzone głownie, by wskrzesić ogień — na próżno.
     To nie symbol, mówi sobie, owijając się płaszczem i zamykając oczy przed szarpnięciem aportacji. Jest tylko jedno miejsce, w którym chce być.

* * *

     — Nie musiałeś przychodzić — mówi Draco, osadzając ogarek świecy w ziemi, mniej więcej tam, gdzie spoczywają stopy jego syna, i wstaje, prostując plecy. Duma, nawet teraz, nie pozwala mu przystać na towarzystwo.
     — Wiem — odpowiada Harry, rozkładając dłonie w geście pokoju, nie tylko prośby.
     — Wiesz — odzywa się Draco — nie jestem nawet pewien, czy się cieszę, że tu jesteś.
     Harry kiwa głową. Kiedy Draco mówi takie rzeczy, Harry widzi w tym upuszczanie krwi — rozkrwawianie i przyżeganie rany, by zasklepić ją na kolejny rok. Coś, czego Albusowi nie wolno zobaczyć.
     — Sprawia ci to przyjemność.
     Jest zwierzęciem w potrzasku bólu.
     Harry kręci głową. Draco nie żywi upodobania do pustych słów, dobrotliwych zapewnień. Zamiast nich mówi więc po prostu:
     — Chodź do domu.
     Wspólna aportacja jest niebezpieczna. Draco po swoim czuwaniu nie jest w formie, by poddać się jakimś zawirowaniom magii — czy to Harry’ego, czy swojej własnej. Harry przyciąga go do piersi i szepcze adres w jego rozwiane włosy. Draco walczy słabo. Szum w uszach i mdłości w końcu wyzwalają szloch. Gdyby Harry mu pozwolił, zostałby tam całą noc. Położyłby się na grobie syna i umarł.
     Odejście zbyt permanentne, by Harry choć przez moment brał je pod uwagę.
     — Jesteś okrutny — syczy Draco, gdy ich stopy dotykają żwiru na podjeździe domu. Chwieje się lekko i na oślep wyciąga rękę do Harry’ego. Ten gest przynosi Harry’emu więcej otuchy niż tysiąc deklaracji nieśmiertelnej miłości.
     Harry spogląda w górę i dostrzega twarz w oknie — w oknie Albusa. Jest zacieniona i nie może dostrzec jej wyrazu.
     — Chciałbym — mówi wbrew głosowi rozsądku — żebyś pozwolił mu sobie towarzyszyć.
     Twarz Draco na sekundę robi się brzydka i zgorzkniała.
     — Ma dość własnego bólu, Harry. Jak możesz chcieć czegoś takiego dla własnego syna?
     — Chciałbym — mówi Harry cierpliwie — żeby wiedział, że nie jest w nim sam.
     Draco potrząsa głową, drwiąco krzywiąc usta.
     — Och, ale jest, Potter. Tak jak i ja.

* * *

Kochają się powoli i cicho, odziani tylko w światło świec i odblask ognia. Obaj nie chcą, by usłyszał ich Albus — szczególnie tej nocy.
     Draco rzuca się w akt, przepraszając w jedyny sposób, na jaki pozwala mu duma. Złączenie się ich ciał, z nogami wplątanymi w prześcieradło, jest tak proste i naturalne jak parzenie się zwierząt pod wpływem sięgającej aż do trzewi wiosennej odwilży. Harry nigdy nie prosi go o nic więcej i Draco czuje, że to ze strachu — ze strachu, że będzie chciał zbyt wiele, naciskał zbyt mocno i Draco zostawi go, co najwyżej z liścikiem na poduszce. Jak, po tych dwóch latach i wszystkim, czego doświadczyli, może myśleć coś podobnego, jest kwestią, którą Draco rzadko ma ochotę rozpamiętywać. A tej nocy jeszcze mniej niż zwykle.
     Harry przygniata go całym ciężarem, jak balast równoważący jego próżnię, dając mu ten ułamek sekundy, w którym statek opiera się bocznemu uderzeniu wiatru i raz jeszcze prostuje na falach.
     — Kocham cię — mówi Harry, ale tonem nie dopraszającym się, a już na pewno nie żądającym odpowiedzi. — Kocham cię — powtarza.
     Z początku, po tym jak usłyszał głos Harry’ego z paleniska, wydawało mu się, że odwzajemnienie jego miłości byłoby w jakiś sposób zdradą wobec syna, tak jakby miłość była czymś nieodnawialnym. Jak gdyby jej studnia mogła wyschnąć, jej rzeka — przestać toczyć wody. Kiedy zdał sobie sprawę, że tak nie jest, jego lęk przed wyczerpaniem przeniósł się na syna Harry’ego, Albusa, którego wzrok niezawodnie patroszył go jak rybę i wyciągał z niego wątlejące, półprzejrzyste kości. Harry twierdził, że Albus jeszcze odnajdzie miłość, ale myśl o tym sprawiała, że serce Draco przestawało bić. On też ponownie znalazł miłość, a przynajmniej jakiś podgatunek miłości — do matki Scorpiusa, ale była zaledwie niczym gwiazda wobec słońca jego nieprzemijającej miłości do Harry’ego. Nie życzył Albusowi takiego losu. A czasami, ku własnemu ogromnemu wstydowi, życzył mu wytchnienia w śmierci.
     — Ach — dyszy Harry, dochodząc, tak jak zawsze, i kiedyś, i teraz, jak gdyby Draco był objawieniem, którego doznaje wciąż od nowa. Szczytowanie Draco jest bezgłośne, tak jak zawsze, i teraz, i kiedyś. „Słowa”, powiedział mu ojciec dawno temu, „to kawałeczki duszy. Używaj ich mądrze, Draco. Używaj ich mądrze i wiedz, kiedy się zamknąć. W ciągu całego twojego życia powinny zawrzeć nie więcej niż garstkę”. W momencie gdy Draco, z Harrym między rozłożonymi udami, osiąga orgazm, jego dusza — wie o tym — jest zbyt blisko powierzchni. Zbyt podatna na wyzionięcie. Nie może ryzykować.
     Potem leżą objęci, stygnąc i uspokajając oddech, a Draco myśli o Albusie, samotnym w swoim pokoju na drugim końcu korytarza. Wstaje, sięga po szatę i idzie odszukać syna Harry’ego.

* * *

Z krzesła przy małym kominku w swoim pokoju Albus obserwuje, jak jego ojciec i ojciec Scorpiusa aportują się na podjeździe, wzbijając śnieżny wir. Poły płaszczy, którymi okrywali się nawzajem, opadają wolno; jeszcze wolniej ojciec cofa ramię, którym opasywał Draco. Nawet z dystansu Albus widzi na twarzy Draco nieustępliwy wyraz — ślad dumy.
     Czasem — szczęśliwie nie zawsze — zastanawia się, czy ten człowiek kiedykolwiek kochał Scorpiusa tak jak on.
     To pierwszy raz, kiedy spędzili rocznicę śmierci Scorpiusa wszyscy razem. Ojciec Albusa był tak dobry, że pozwolił mu — a tym samym Jamesowi i Lily — zostać aż do następnego dnia. Na północ miał ich zabrać specjalnie podstawiony pociąg — przywilej z racji poświęceń jego ojca, ale i poświęcenia Scorpiusa. Zginął, osłaniając Albusa i Lily, podczas gdy oni desperacko starali się nie dopuścić, by James wykrwawił się na śmierć. W najmroczniejszych momentach Albus zastanawia się, czy nie żałuje, że nie postąpił wtedy inaczej. Mógł zostawić brata, pozwalając, by umarł, i bezróżdżkowo deportować się stamtąd ze Scorpiusem. Wie, że mógł to zrobić. Pragnienie, by znaleźć się blisko Scorpiusa, wiele razy sprawiło, że aportował się spontanicznie, zanim jeszcze ojciec nauczył go zasad. Był pewien, że mógł zrobić to samo tamtej nocy. I zrobił, tylko że za późno.
     Jak zawsze gdy przypomina sobie, jak Scorpius, umierając, ścisnął jego rękę, łzy stają mu w oczach. Ściekają po twarzy niepowstrzymanie, bez względu na czas i odległość. Scorpius miałby dzisiaj, tak jak on, dziewiętnaście lat i podróżowaliby razem po świecie jako aurorzy albo zawodowi gracze quidditcha, albo — jeszcze lepiej — poskramiacze smoków. Albo, co bardziej prawdopodobne, biorąc pod uwagę zamiłowanie Scorpiusa do książek, studiowaliby w murach jakiegoś irlandzkiego uniwersytetu na wysokim nadmorskim klifie. Po miesiącu spędzonym w Irlandii z rodziną Albusa Scorpius zarzekał się, że tam wróci. „Kraina świętych i uczonych”, wzdychał. „Kraina wikingów i pubów”, drażnił się Albus.
     Jak się okazało, nic nie mogło wyrównać jego straty. Nic nie mogło zatamować krwawienia. Ból, jak wiadro wody chluśnięte w ogień, gasił każdą radość, każdą nadzieję. Słaniał się przez życie, złamany w sposób nie do naprawienia. Nie chodziło o użalanie się nad sobą, jak czasem sugerował James. Taka po prostu była prawda — fakt jak to, że słońce wschodzi i zachodzi, układ gwiazd w konstelacji żalu.
     Jego ojciec i ojciec Scorpiusa idą prosto do sypialni, nie zdjąwszy nawet okryć, i Albus słyszy, że Draco potyka się na schodach, zapewne pijany. Ucieczka w whisky — jakie to samolubne. Na zewnątrz znów zaczyna padać śnieg i w ciemnym oknie nie widać nic prócz odbicia ognia w kominku i płomyka świecy na biurku. Wiatr wyje pod okapami. Jest zimno, jak to w styczniową noc, i Albus nie może przestać myśleć o lodowatym grobie pod wierzbą. Scorpius, taki ciepły w jego ramionach tamtej nocy w grocie — jedynej nocy, którą dane im było spędzić jak kochankowie — leży teraz w prochu, w objęciach mrozu. Ta wizja to chwilami więcej, niż Albus potrafi wytrzymać.
     Kiedy rozlega się pukanie do drzwi, Albus omal nie puszcza go mimo uszu. Nie jest w nastroju, by słuchać słodkich, ale kompletnie chybionych komunałów Lily ani tym bardziej krzepiących odzywek Jamesa w stylu „uszy do góry, chłopie!”. Zniósłby może ojca, ale on prawdopodobnie wniesie ze sobą zapach pościeli, ognistej i tę odstręczającą, charakterystyczną woń seksu. Ma swojego Malfoya. I bardzo, kurwa, dobrze, ale jego skrępowane milczenie nie jest tu dziś, akurat dziś, mile widziane. Jednak w ostatniej chwili, wbrew sobie, Albus odzywa się: „Proszę”.

* * *

Pokój pachnie chłopcem. Bez wątpienia pokój jego i Harry’ego — też. Draco usilnie stara się nie zmarszczyć nosa, a kiedy zdaje sobie z tego sprawę, usilnie stara się nie rozpłakać. Pokój Scorpiusa też zawsze było czuć chłopcem. I niepranymi skarpetkami. Woń chłopca unosi się w pokojach jedynaków jak zapach heliotropu w czerwcowym powietrzu. Draco wiedział, że tylko jedna osoba odwiedziła kiedykolwiek pokój jego syna w Manor — i teraz ta osoba siedzi przed nim na parapecie okiennym, gapiąc się w szoku.
     Draco kieruje się wolno ku drewnianemu krzesłu koło niewielkiego biurka, z determinacją ignorując milczenie, które go powitało. Ruch powietrza wywołany jego wejściem sprawia, że świeca na chwilę przygasa i kopci oskarżycielsko. Owijając się ciaśniej szatą i zaciskając palce na jej kołnierzu przy nagiej szyi, Draco siada i podnosi wzrok na syna Harry’ego.
     — Jesteś pijany?
     Draco mógłby poczuć się urażony aroganckim tonem Albusa, ale drżenie jego podbródka zadaje kłam pozorom dufności.
     — Nie — odpowiada mu prosto.
     — W takim razie… — wypala Albus — w takim razie gdzie byłeś?
     Draco przygląda mu się przez dłuższą chwilę, rozważając wszystkie za i przeciw, jeśli chodzi o powiedzenie prawdy. W ciszy broda Albusa trzęsie się jeszcze bardziej i pojedyncza łza spływa po jego policzku. Draco decyduje się odsunąć na bok dumę i poddaje się.
     — Na grobie syna — odpowiada.
     Druga łza wymyka się z oka Albusa.
     — Cho… — Draco odchrząkuje, by pozbyć się chrypki — chodzę tam co roku, w jego urodziny i w rocznicę śmierci. Przychodzę w nocy, bo nienawidzę współczujących spojrzeń obcych, i przychodzę w nocy, bo wtedy świece palą się jaśniej.
     Albus wydaje z siebie krótki, niemal niedosłyszalny szloch.
     — To nie to, co myślisz — mówi Draco. — To nie jest symbol.

* * *

Albus nie wie, dlaczego Draco postanowił przyjść do niego, po całym tym czasie, jednak stwierdza, że nie potrafi czuć gniewu. „Mój ojciec”, powiedział kiedyś Scorpius, dawno temu, „mój ojciec jest dobrym człowiekiem. Ale jest tak zapętlony w sobie i te jego więzy wżarły się tak głęboko…”. Nie rozwinął myśli, lecz obraz utkwił w głowie Albusa. I jeszcze tamte słowa, wyszeptane w jego usta trochę ponad dwa lata temu: „Powiedz mojemu ojcu… Spraw, żeby wiedział, że zrobiłem to z miłości. Że zrobiłem to z miłości i że się nie bałem”. Jeśli Draco jest kimś, kogo Scorpius kochał — nieważne jak zimny i wyniosły się wydaje — Albus znajdzie sposób, by również go pokochać.
     — Nic nie myślę — mówi. — Jestem za bardzo odrętwiały, żeby myśleć.
     Rozpoznając ustępstwo, Draco przechyla głowę i mierzy go spokojnym spojrzeniem.
     — Owszem, myślisz — mówi. — Może nawet za dużo.
     Albus wstaje nagle i przez kilka minut przestępuje z nogi na nogę przed kominkiem, wkopując zabłąkane węgielki, które wypadły z paleniska, z powrotem za kratę. To też nie jest, myśli, żaden pieprzony symbol.
     — Nie chcę twoich frazesów — parska. — Moja siostra jest ich pełna i słyszałem tego tyle, że starczy mi na całe życie…
     Krztusi się ostatnimi słowami, poniewczasie uświadamiając sobie, co powiedział. Instynktownie zerka na Draco, który siedzi teraz ze spuszczoną głową, a jego rozdzielone pośrodku włosy, tak podobne do włosów Scorpiusa, opadają na twarz, zasłaniając ją przed jego wzrokiem. Przez długą, nieprzyjemną, straszną chwilę Albus sądzi, że Draco zasnął, ale potem dostrzega trzęsące się ramiona. Pozwala mu płakać bardzo długo, po czym, z czystego dyskomfortu, podchodzi do drzwi, żeby pójść po ojca.
     Draco łka, nie unosząc głowy — najwyraźniej duma mu nie pozwala.
     — Nie odchodź — mówi łamiącym się głosem. — Zostań ze mną.
     Przez ponad godzinę żaden z nich się nie odzywa ani nie porusza. W końcu, zrozumiawszy, że ktoś musi to zrobić, Albus przechodzi przez pokój, klęka na podłodze koło ojca Scorpiusa, a kiedy ten, inaczej niż Albus sobie wyobrażał, nie wykonuje żadnego uniku, obejmuje go i delikatnie trzymając za kark, przyciąga jego głowę do swojego barku. Ten prosty gest sprawia, że Draco płacze jeszcze bardziej i Albus odnosi silne wrażenie, że mimo wszystkich gestów miłości, które Draco otrzymuje od jego ojca, tylko on może pocieszyć go w tym żalu.
     Po raz pierwszy od dwóch lat Albus nie czuje się sam.

* * *

Kiedy Harry budzi się z płytkiej drzemki i orientuje, że Draco nie wrócił, siada i zwiesza nogi z łóżka. Najpierw schodzi do pokoiku, w którym trzymają mugolski telewizor — ukłon w stronę jego gustów — ale Draco nigdzie nie widać. Harry’ego ogarnia nagle okropne przeświadczenie, że Draco, ledwo okrywszy nagość szatą, powrócił na grób syna. Ni stąd, ni zowąd przychodzi mu na myśl jedna z wielu opowiastek Molly: o dziewczynce (hm, w tej scenerii byłby to chłopiec), która w Wigilię Bożego Narodzenia sprzedaje świece, by móc przynieść chorej babci parę miedziaków. Jednak noc jest dojmująco zimna, a przechodnie przemykają ulicami, pragnąc znaleźć się czym prędzej w swych salonach z ogniem trzaskającym w kominku i nie chcąc patrzeć w twarz skrzeczącej nędzy. Dziewczynka zapala jedną ze świec, by ogrzać sobie dłonie — tylko jedną, myśli. Tylko jedną. Ale wiatr jest coraz zimniejszy, noc coraz późniejsza, a ulice pustoszeją. Nikt nie kupił świeczki, a ona nie może wrócić do domu z pustymi kieszeniami. Zdecydowana zostać na ulicy tak długo, jak będzie musiała, dziewczynka zapala następną świecę… i następną, i następną. Nazajutrz ludzie spieszący na świąteczne zakupy, po gęś i pudding, znajdują małą dziewczynkę skuloną w bramie, z wypalonymi zapałkami i ogarkami świec u bosych stóp. Oczywiście jest martwa i oczywiście narrator historii pociesza się, że na pewno poszła do nieba — ale zobaczywszy co nieco świata, Harry w to nie wierzy.
     Łapie buty i płaszcz, otwiera z rozmachem drzwi i deportuje się w noc.

* * *

Wyczerpany tym wezbraniem trzymanego dotąd w ryzach żalu Draco zwisa bezwładnie w ramionach syna Harry’ego i nie opiera się, kiedy Albus delikatnie prowadzi go do swojego łóżka i przykrywa kołdrą po samą brodę. Potem wstaje i cofnąwszy się, przygląda mu się przez długą chwilę, a w jego oczach, łagodnych i życzliwych, nie widać automatycznego potterowskiego wyrazu zranienia. Draco wie, że z zapuchniętymi powiekami i nogami podkurczonymi w wąskim dziecinnym łóżku nie wygląda na czterdziestosześcioletniego mężczyznę, ale nic go to nie obchodzi. Gdy Albus z kłębu ubrań na dnie szafy wydobywa piżamę, a z górnej szufladki sekretarzyka — szczoteczkę do zębów, Draco nawet nie usiłuje pozbierać się i wyjść. W kończynach czuje taką słabość, jakby kości miał z gliny. Jest wyczerpany i wreszcie pusty. Kiedy Albus przymyka szyber kominka, zdmuchuje świecę i wyślizguje się z pokoju, Draco nie próbuje go zatrzymać. Słyszy jękliwe: „Co jest, kurde, grane?” Jamesa i odpowiedź Albusa: „Posuń się, chamie”, i uśmiecha się. Durni, durni chłopcy.
     W ciemności nadal pachnącej żarem, woskiem i płonącym drewnem osuwa się w pozbawiony wizji sen.

* * *

Ku swojej uldze Harry nie znajduje oznak niedawnej aportacji ani śladów w pogłębiającym się śniegu. Draco musiał stwierdzić, że potrzebuje pobyć sam — nic zaskakującego tej nocy — i położyć się na kanapie w bibliotece. To jedyna rzecz, którą zabrał z Manor; to i jeszcze dwa niczym się niewyróżniające drewniane puzderka, których zawartości Harry nigdy nie widział i czuje, że nie chce oglądać, nawet gdyby Draco go zachęcał.
     Harry wyciąga różdżkę i zaczyna wypowiadać zaklęcie, by deportować się do domu, gdy nagle kątem oka dostrzega coś, co przykuwa jego uwagę. Odwraca się w zamieć, mrużąc oczy. Z odległości wygląda to jak miniaturowe jasne okienko miniaturowego oświetlonego ogniem paleniska domku, ale kiedy Harry podchodzi bliżej do grobu Scorpiusa, widzi, że to świeca. Ta sama świeca, którą Draco przy nim zdmuchnął i wcisnął w ziemię. Jakimś cudem zapłonęła ponownie, nie poddając się wiatrowi. Jaśniej i mocniej niż gorzejąca pochodnia.
     Przełykając łzy wdzięczności, które zebrały mu się w gardle, Harry posyła Scorpiusowi pocałunek, kreśli różdżką koło na śniegu i deportuje się do domu. Do domu — do swojego ogniska. Do domu — do swoich dzieci. I wreszcie do domu — do Draco.

KONIEC


* W oryginale bittersweet (celastrus scandens), czyli pnącze o przyziemnej polskiej nazwie dławisz amerykański. Zimą nagie pędy okryte są bardzo dekoracyjnymi pomarańczowo-czerwonymi owockami. W czasach wiktoriańskich wiązanka z jego gałązek symbolizowała miłość i wierność.

---
Ebook (mobi) do ściągnięcia

Obrazek
Ostatnio edytowano 9 lis 2014, o 22:04 przez NewBroomstick, łącznie edytowano 1 raz
This owl will self-destruct in five seconds
NewBroomstick Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 266
Dołączył(a): 6 sie 2011, o 16:33

Postprzez Bazyliszkowa » 13 gru 2012, o 20:44

Nie wiem jak dziękować Ci, za to tłumaczenie...
Po przeczytaniu "Ceny skrzydeł" (które zaraz podreptam grzecznie skomentować) próbowałam zabrać się za lekturę "Niezgaszonego płomienia" w oryginale, ale będę szczera, mój angielski okazał się nie być aż tak dobry jak myślałam.
Może po prostu konieczność sięgania po słownik zabijała mój nastrój, nie wiem, w każdym razie ostatecznie nigdy nie dobrnęłam do końca i kiedy dziś zobaczyłam tłumaczenie na drarry, rzuciłam książki w kąt i natychmiast zasiadłam do lektury.
Zanim skomentuję samą treść, która wycisnęła ze mnie kilka łez i wryła się w mój mózg jeszcze bardziej niż pierwsza część, chciałabym pochwalić doskonały styl tłumaczki. Broomstick, jesteś niesamowita. Test jest nieziemsko poetycki, jego piękno i smutek są perfekcyjnie wydobyte i nic bym w nim nie zmieniła.
Ok, jest coś co mi troszkę nie zagrało, jeśli taki był zamysł - z góry najmocniej przepraszam, a jeśli nie, to i tak przepraszam za czepiactwo, ale w tym fragmencie:

— Ach — dyszy Harry, dochodząc, tak jak zawsze, i kiedyś, i teraz, jak gdyby Draco był objawieniem, którego doznaje wciąż od nowa. Szczytowanie Draco jest bezgłośne, tak jak zawsze, i teraz, i kiedyś.


najpierw jest "tak jak zawsze, i kiedyś, i teraz", a zaraz w następnym zdaniu "tak jak zawsze, i teraz, i kiedyś"...
zdaje mi się, że lepiej by się kleiło, gdyby było tak samo, w tej samej kolejności w obu zdaniach, ale to oczywiście tylko moje zdanie ;)

Ogólnie rzecz ujmując ten tekst jest tak niesamowicie i przytłaczająco smutny, a jednocześnie pełen jakiejś takiej trudnej to nazwania nadziei i w pewnym sensie optymizmu, że wyciskał mi z oczu łzy i zmuszał do lekkiego uśmiechu w tym samym momencie.
O ile po lekturze pierwszej części całą swoją rozpacz skupiłam na Albusie, tutaj po raz pierwszy w pełnym wymiarze uderzył we mnie dramat Draco, dramat tak prawdziwy, tak straszny, że ściska za serce.
Uwielbiam sposób, w jaki zachowuje się on do Harry'ego i uwielbiam jego rozmowę (tudzież całą relację) z Albusem.
A także to, jak Harry kocha Draco.
Cała scena erotyczna jest jedną z lepszych, jakie ostatnio czytałam, a czytałam ich sporo.

Jest zimno, jak to w styczniową noc, i Albus nie może przestać myśleć o lodowatym grobie pod wierzbą. Scorpius, taki ciepły w jego ramionach tamtej nocy w grocie — jedynej nocy, którą dane im było spędzić jak kochankowie — leży teraz w prochu, w objęciach mrozu. Ta wizja to chwilami więcej, niż Albus potrafi wytrzymać.


Ten fragment dosłownie mnie zniszczył. Złamał, skruszył, zmiażdżył. To takie prawdziwe i takie znajome uczucie.

— Cho… — Draco odchrząkuje, by pozbyć się chrypki — chodzę tam co roku, w jego urodziny i w rocznicę śmierci. Przychodzę w nocy, bo nienawidzę współczujących spojrzeń obcych, i przychodzę w nocy, bo wtedy świece palą się jaśniej.


Z tym miałam podobnie, choć nie był już aż tak znajomy, a jednak absolutnie powalił mnie na kolana.

Przepraszam, że mój komentarz jest taki zabałaganiony, mogę usprawiedliwiać się choróbskiem albo tym, że wciąż jestem jeszcze trochę "na gorąco" po tym tekście i mentalnie się trzęsę, nie mogąc zapanować nad emocjami.
Ale wprowadzenie czytelnika w taki stan to zdecydowanie komplement, dlatego jeszcze raz dziękuję za to niesamowicie piękne opowiadanie i tłumaczenie.

Ukłony!

Bazyliszkowa
___________________________________________________________________________________________________________________

"I need to have a bit more time to get over this stupid crush before I go up against Potter. Oooh... going up against Potter... There's a phrase which conjures up a thousand dirty images."
Bazyliszkowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 21
Dołączył(a): 3 mar 2012, o 23:27

Postprzez Veldrin » 14 gru 2012, o 00:06

Chyba nie wiem co mam napisać. Myślę, że raczej teraz powinnam posiedzieć i pogapić się jeszcze trochę w ścianę, jak robię od dobrych pięciu minut. Nie wiem czy ktokolwiek potrafi znaleźć słowa, aby skomentować ten sequel. Przynajmniej mi wydaje się to nierealne, więc nie rozumiem dlaczego to robię. Nie wiem dlaczego zaczynam komentowanie od tego, a nie od "Ceny skrzydeł". Wydaję mi się, że teraz po prostu nic nie wiem. Jedyne wytłumaczenie to takie, że nie myślę o tym co piszę. Piszę prosto z serca, które mam wrażenie, buntuję się przed miarowym, spokojnym biciem, zamiast tego zmuszając mój organizm do wylewania łez, przez które ledwo co widzę. To opowiadanie... to po prostu było niesamowite. Każde słowo które przeczytałam, każde zdanie, bolało mnie tak niemiłosiernie, że dziwię się, że ten ból jeszcze nie zamienił się w ból fizyczny. Nic chyba nie wyrazi mojego uznania i podziwu dla autorki i tłumaczki za ten tekst. Żaden komentarz, choć nie wiadomo jak długi by był. Jeżeli nawet skomentowałabym każde zdanie z osobna, to ciągle byłoby mało. Więc nie wiem, czy powinnam to robić.
Boże, jak ja cholernie nie wiem co mam napisać. Jak mi cholernie szkoda wszystkich w tym opowiadaniu. Harr'ego, Draco, Hermiony, Rona, Lilly, Hugo, Albusa... Scorpiusa. Po prostu każdego. Wszyscy musieli zmierzyć się z niewyobrażalnym cierpieniem, ze śmiercią, z utratą osób, które kochali i kochać za pewne będą. To takie niesprawiedliwe, że oni muszą żyć, kiedy pochowali najbliższych. To wręcz okrutne i teraz już nie wiem sama za kim tak naprawdę płaczę. Czy za miłością dwóch dorosłych mężczyzn, którzy rozstali się na całe lata nigdy o sobie nie zapominając i na każdym kroku cierpiąc przez swoje decyzje. Czy za dwójką chłopców, dla których takie rozstanie i powrót nigdy nie będą możliwe. Czy za matkami, które umarły, nie wiedząc jaka przyszłość szykuję się dla ich dzieci i mężów. Z racji tego, że znowu się popłakałam, komentarz kończę na tym zdaniu.
Dziękuję, bardzo dziękuję, za tekst, który na dobre wrył się w moje myśli. Dziękuję.
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Evey » 30 gru 2012, o 17:29

Gdybym wiedziała, że ta część okaże się jeszcze bardziej przygnębiająca, że uda się jej wycisnąć ze mnie kilka łez (nic nie poradzę na to, że się wzruszam), poczekałabym z czytaniem tego do jutra. Ale cóż, krótka przerwa była na prawdę krótką.
Wstrząsnął mną fakt, że Draco od początku wiedział, ile lat przeżyje jego syn. Na razie jestem tylko córką, ale i tak nie potrafię wyobrazić sobie uczucia, że wiesz, kiedy Twoje dziecko umrze, nawet jeśli będzie to piękna śmierć wypełniona miłością. To jak patrzenie na śmiertelnie chorego bliskiego przez kilkanaście lat. Przykro mi też z powodu Draco, który tyle lat musi spędzić samotny po śmierci Scorpiusa. Zaskoczyła mnie śmierć Hermiony. Było tego tyle, że nie dziwie się, że się nie powstrzymałam przed płakaniem przy tym tekście. A mimo wszystko nie wzruszam się byle czym, wszystko to jest piękne. Pięknie opisane choć przedstawione tak na prawdę dość dosadnie. Bezwzględnie dla osamotnionych, trochę mniej bezwzględnie dla czytelnika. Scena, w której Draco wkracza do pokoju Albusa, jest szczególna w całej tej historii. Wspólne cierpienie, które tylko oni nawzajem mogą złagodzić. Kiedyś trzeba odpocząć od tego bólu. Realistyczny jest fakt, że Harry, który budzi się sam, spodziewa się, że Draco wyszedł, i cudowne jest to, że bez wahania go szuka. A świeczka, cóż... przecież nie jest symbolem.
I choć zwykle cieszę się ze "szczęśliwych zakończeń", gdy np. właśnie Harry woła Draco przez kominek, a potem są razem, jak w prequelu, tutaj dotarło do mnie wybitnie, że szczęśliwe zakończenie niekoniecznie musi być szczęśliwe. Nie czytałam ostatnio niczego z tak nieszczęśliwym szczęśliwym zakończeniem. I to w tym jest najpiękniejsze.
Dziękuję za ten tekst i przepraszam, że tyle czasu zajęło mi przeczytanie go i skomentowanie. Jestem zaskoczona tak małą liczbą odpowiedzi, choć myślę, że z tej okazji pomyślę o jakimś postanowieniu noworocznym, związanym z aktywniejszym czytaniem wklejonych wcześniej i w przyszłości tekstów nie całkiem rozrywkowych.
Także hm, dziękuję również za to otrzeźwienie. Przy okazji więc życzę Ci, droga tłumaczko, w nowym roku więcej dobrych tłumaczeń i więcej zachwyconych czytelników.
Nasza miłość na pewno wciąż trwała, ale po prostu była bezużyteczna, [...] bezwładna w nas, jałowa jak zbrodnia lub potępienie. Była tylko cierpliwością bez przyszłości i upartym czekaniem.
A. Camus, Dżuma
Evey Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 327
Dołączył(a): 2 lip 2011, o 11:39
Lokalizacja: Kraków

Postprzez Maniac » 1 mar 2014, o 20:15

No i siedzę i myślę, co napisać i złapałam już zawiechę a pojęcia nie mam.
Nic prócz "W ostatnim rozdziale Ceny skrzydel byłam bliska łez a to naprawdę osiągnięcie i komplement."
lub "czuję się emocjonalnie rozsmarowana po ścianach, nienawidzę slowa koniec i po co w ogóle czytam drarry, powiedzcie mi?"
czy co gorsza "nie podobało mi się."

Nie wiem, co napisać, genialny genialny tekst, fragmenty o Pisarzu odbierałam jakby był on uduchowionym bytem przez co czytałam to w większej ilości wymiarów. Fragmenty o pisarzu zasługują na oddzielne czytanie, mają inną atmosferę od reszty (dla mnie lekko wpadają w Krysztalowego Księcia nastrojem i konwencją. Czy da się pochwalić bardziej? :D To jeszcze: bardzo, bardzo podobały mi się te fragmenty o pisarzu, ale nie chce mi się rozkladać tego na czynniki, np. jak to te fragmenty są paralelne i każą czytelnikowi myśleć o schematach, które sobie potem gładko przenosi na wiadome parringi i wydaje mu się, że jest taki genialny, przywiązuje się do bohaterów i zalamuje dwa razy bardziej, po jego (druzgocącej, niewiarygodnie napisanej) śmierci. Ale nie będe robiła takich rzeczy, bo mi tekst smutnieje. Postaram się zatrzymać na tym, że fragmnety o pisarzu mają niepowtarzalną atmosferę i mistrzowski popis pióra, umiejętność przerzucenia się na inny typ narracji, wspaniałe to).

Pozostała część opowiadania posiada fabułę, romans, wojnę, angst i też zachwyca. Fragmentami.

Np tu. Fragment ktory sobie na ścianie, albo chociaż w pamiętniczku wyryję. Tak wielki ładunek emocjonalny!!
Z początku, po tym jak usłyszał głos Harry’ego z paleniska, wydawało mu się, że odwzajemnienie jego miłości byłoby w jakiś sposób zdradą wobec syna, tak jakby miłość była czymś nieodnawialnym. Jak gdyby jej studnia mogła wyschnąć, jej rzeka — przestać toczyć wody. Kiedy zdał sobie sprawę, że tak nie jest, jego lęk przed wyczerpaniem przeniósł się na syna Harry’ego, Albusa, którego wzrok niezawodnie patroszył go jak rybę i wyciągał z niego wątlejące, półprzejrzyste kości. Harry twierdził, że Albus jeszcze odnajdzie miłość, ale myśl o tym sprawiała, że serce Draco przestawało bić. On też ponownie znalazł miłość, a przynajmniej jakiś podgatunek miłości — do matki Scorpiusa, ale była zaledwie niczym gwiazda wobec słońca jego nieprzemijającej miłości do Harry’ego. Nie życzył Albusowi takiego losu. A czasami, ku własnemu ogromnemu wstydowi, życzył mu wytchnienia w śmierci.
ambiwalencja moralna, uczucia zakazane życzenie śmierci, przy takiej stracie wszystko jest skomplikowane, poświęcenie brata, niepowiedzenie synowi, że ma tylko siedemnaście lat życia, cholera, jak Draco musial być obciążony. Ja jeszcze tego nie ogarniam, coś czuję ze do przyszłego weekendu jeszcze dwa trzy razy to przeczytam.

Spoiler: pokaż
— Rusz tyłek — powiedział czule.
Albus odłożył książkę i przesunął się na brzeg wąskiego łóżka.
— I co, bierzemy się w objęcia jak Alford i Raph? — spytał, kiedy Scorpius położył się obok i wypowiedział ciche Nox.
— Nie wiem — odparł Scorpius. — Ale myślę, że jeśli mamy to zrobić, to teraz albo nigdy.
Albus zwrócił na niego szeroko otwarte zielone oczy, z krótkim nerwowym śmiechem, który zamarł, gdy ich spojrzenia się spotkały.
— Kurwa — sapnął Albus. — Jest po prostu
I — od lat umierał z chęci zrobienia tego, co zrobił teraz — ot tak, bez dalszych wstępów, pocałował Albusa Pottera prosto w usta.
I wyszeptał w kruczoczarne włosy Albusa modlitwę do boga — jakiekolwiek boga, którego rzeczą jest wysłuchiwać modlitw chłopców za ich ojców. Spraw, żeby wiedział, szepnął. Spraw, żeby wiedział, że zrobiłem to z miłości.
Że zrobiłem to z miłości i że się nie bałem.
I jeszcze tamte słowa, wyszeptane w jego usta trochę ponad dwa lata temu: „Powiedz mojemu ojcu… Spraw, żeby wiedział, że zrobiłem to z miłości. Że zrobiłem to z miłości i że się nie bałem”.

A ja dopiero w sequelu zrozumiałam sens słów Scorpiusa TO czyli śmierć w poświęceniu
(i tak, to był drugi moment kryzysu, zrobiło mi się niedobrze i tak w ogóle pierwszy raz w życiu czytam S/A i... brak mi słów.)
W końcu Scorps chciał tego wcześniej, gdyby wiedział, wziąłby Albusa wcześniej.

I słowa mnicha, które nie oznaczały, że S nie będzie mial potomstwa, bo jest gejem, tylko właśnie ta odwrotna strona tabliczki. Mózg mi krzyczy, w sprzeciwie o tym świecie magii, w którym z góry ustala się liczbę lat i zakres szczęścia, i to w dodatku tylko dla rodziny Malfoyów, pewnie po to żeby dodać dramatyzmu opowiadaniu, bo wbrew logice. Jak Pisarz mógl sie zastanawiać, czy życie jest kierowane przez przeznaczenie czy przypadek?


Nie żebym skonczyła swoje wynurzenia o moich z pewnością nieoryginalnych wrażeniach, ale to już i tak jest przydługie, a chciałam jeszcze się wytłumaczyć z "nie podobało mi się", co tez trochę zajmie.

Otóż jestem bardzo chorym człowiekiem i mam śmiertelne drarry skrzywienie. A mało tu było drarry wiecie? I to mój jedyny zarzut, bo opowiadanie jest niesamowite, fantastyczne i wybitne. Ale fabuła kręci się wokół drugiego parringu, punkt kulminacyjny też należy do nich i nawet jesli dostałam retrospekcje to mało i suche.
Gdy zaczęłam zastanawiać się głebiej, doszłam do wniosku, że nie chcę prequela. Bo mi już wszystko zostało opowiedziane, jak zaczęli, jak wielka ich miłość była (patrz zacytowany fragment)(pewnie dlatego tak mi się ten fragment podoba i wybrałam akurat jego), jak skończyli i jak do siebie wrócili. Moim zdaniem nie ma tu nic do dodania, bo gdyby chcieć, to trzeba by opisać DURNĄ dumę Draco Malfoya ktory odszedł i nie uwierzył Harry'emu, nie poddał się miłosci i to musiałby być bardzo smutny fick.
Ale (jeśli mogę mieć chciejki) to chciałabym sequel. W którym Draco się przełamuje i wyznaje miłość Harry'emu żeby ten więcej nie musiał się bać. W którym Albus się zabija, znajduje pocieszenie, wskrzesza, cokolwiek, bylebym dostała drarry ;D (gdzieś czytałam, że drarrystki nie lubią, gdy oni wyznają swoją miłość wprost, nie rozumiem tego. To jest genialne. Jest taki fragment The Last Voice, który opisuje jak Draco potrzebuje do życia Harry'ego, o takie rzeczy mi chodzi. ah <3). Bo ja najbardziej tęsknię do ficków, w których opisana jest ich normalność, zwykłe wspólne życie z happyendem, bez jakiejś weltschmerzowej tęsknoty albo Ginny. Tu taki sequel pięknie by wypalił, ich zycie w czasie roku szkolnego, wakacje, niechęć Jamesa, kłotnie, śmierć ze starości. Dobrze ze mam wyobraźnię ;D

Zakończmy już nadużywania słowa genialne, OGROMNIE pogratulujmy tłumaczce - to jeden z najlepiej przetłumaczonych ficków, jakie czytałam, serio. Stosowanie polskich idiomów, czyli tłumaczenie niedosłowne to coś, co zawsze mnie zachwyca (dlatego NM zawsze mnie lekko denerwowala, mimo że światełko znam na pamięc) i - kończmy komentarz.

Gratuluję, wrócę tu (prawdopodobne jest też, że zedytuję komentarz, żeby napisać drugie tyle nowych wynurzeń :D), kocham,
Maniac
Crazy little thing called love
Maniac Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 13
Dołączył(a): 14 lut 2014, o 14:55

Postprzez Barba » 2 kwi 2014, o 18:46

Czuję się w obowiązku napisać coś o sequelu, o tak. Ale nie będzie to proste zadanie zważając na doskonałość tłumaczenia jak i samej fabuły.

Przede wszystkim angst wylewa się z każdego akapitu tej miniaturki. Jednak zawsze lubiłam taki prawdziwy angst, jaki tu występuje. I nie uważam, że jest to wada, o nie. Po prostu aby przeczytać trzeba mieć odpowiedni nastrój i brak jakichś ambitnych planów, czyli np spokojny wieczór przed sobą. A ten wolny czas należy wykorzystać na uspokojenie się i przetrawienie tego wszystkiego... Nie sądziłam, że czytając ten sequel drugi raz po prawie czterech miesiącach będę ponownie płakać! Aż mnie ściskało w gardle od tego smutku.

Draco, cierpiący Draco. Jednak zdołał choć raz porzucić swoją dumę! Ciągłe usprawiedliwianie się "To nie jest symbol". Współczuję mu tej świadomości, że to właśnie on poniekąd wybrał taki los dla swojego syna. I cieszę się, że wreszcie jakoś się pojednał z Harrym.

Albus - bardzo mi się podoba i jednocześnie nie podoba to, że pocieszenie może szukać jedynie u ojca Scorpiusa. Do końca nie wiem dlaczego miał do niego taki a nie inny stosunek, mało jest napisane o ich relacjach, Jednak fakt, iż cierpią z powodu utraty tej najważniejszej dla nich osoby jest pokrzepiający. W końcu odnaleźli pewnego rodzaju spokój. Mam ochotę napisać, że to takie poetyckie... Szkoda mi tylko Harry'ego, wydaje się, jakby miał zły kontakt z synem. Być może to tylko moje urojenie. Jak było napisane, Albus nie potrzebuje jego niepewnego bycia czy coś w tym stylu. Szkoda, że tak czuje. Harry pozostaje trochę z dala od relacji Albus - Draco i to nie jest zbyt dobre dla ich przyszłościowych stosunków.

Dla mnie najgorszym rodzajem angstu jest śmierć lub podobnie jak w wypadku "Ceny skrzydeł" motyw mocno "dojrzałego" wieku. Bądźmy szczerzy, Harry i Draco świata już nie zawojują. Są przed 50, mają dorosłe dzieci, mimo, iż znaleźli kochające żony to jednak siebie kochali najbardziej i to uczucie zmarnowali. Nie wyobrażam sobie przez ponad 20 lat mieć poczucie straty. Wściekam się, bo nie mam pojęcia jak ta historia mogłaby się zakończyć, ale jednocześnie wielbię autorkę za taki a nie inny pomysł.

I na koniec zapalone światełko na grobie Scorpiusa. Tak jakby przyzwolenie dla Harry'ego. Tak jakby życzenie im powodzenia w dalszym, już wspólnym życiu. Nie wiem, czy mogę to właśnie w ten sposób interpretować. Chyba już niczego nie wiem. Muszę się zebrać do kupy.

Chcę ponownie podziękować za wspaniale spędzony czas nad czytaniem tych miniaturek. Mam nadzieję, że nie zostaną one zapomniane.

B.
Barba Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 6
Dołączył(a): 5 cze 2013, o 10:32

Postprzez Izzie » 9 lis 2014, o 21:56

"Niezagaszony płomień" to godny następca "Ceny skrzydeł", chociaż mimo ogromnego ładunku emocjonalnego, jaki w sobie zawiera, o dziwo nie rozstroił mnie tak mocno, jak prequel. Nieco ustępuje mu klimatem, nie bije już od niego taka metaforyka i enigmatyczność, która emanowała z pierwszej części, zwłaszcza z fragmentów traktujących o Pisarzu; być może to kwestia tego, iż w porównaniu do "Ceny", tu Frayach nie rozwodzi się już tak nad samym życiem, młodością z widmem wojny w tle, a skupia się stricte na aspekcie żałoby i radzeniu sobie wtedy, gdy wojna zbierze już swoje krwawe żniwo.
Mimo że mało (by nie powiedzieć wcale) czytam opowiadań traktujących o tzw. "nowym pokoleniu", Frayach sprawiła, że naprawdę związałam się emocjonalnie z Alem i Scorpiusem i w tym ff'ie ich historia była mi dużo bliższa niż ich ojców. Być może dlatego, iż - mimo że bardzo fragmentarycznie - mogłam jako czytelnik doświadczyć ich rodzącego się, bardzo nieśmiałego jeszcze uczucia i tym bardziej strasznie mi smutno, że zostało im odebrane, nim tak naprawdę mogli się nim nacieszyć, ale i tak mam wrażenie, że doświadczyli więcej niż Harry i Draco kiedykolwiek w tej historii. Szczerze mówiąc dla tej dwójki nie potrafię wyobrazić sobie tu wspólnej przyszłości, tyle lat minęło, Harry chcąc nie chcąc na pewno wciąż nosi w sobie ranę po odrzuceniu przez Dracona i po prostu nie jestem w stanie sobie wyobrazić, by po takim czasie, takich doświadczeniach byli w stanie rozpalić ten płomień na tyle, by to uczucie odratować. W każdym razie na pewno zajmie to lata.
Dlatego samo zakończenie tej historii uważam za słodko-gorzkie, bo być może jakaś wspólna przyszłość na nich czeka, może i Al kiedyś pogodzi się ostatecznie ze śmiercią Scorpiusa, w jego życiu pojawi się ktoś inny, ale to już nie będzie to uczucie, ono przepadło razem z młodym Malfoyem.
To zresztą widać już po historii Harry'ego i Draco, że nie potrafili poza sobą odnaleźć szczęścia, a i teraz czeka ich walka, by je ponownie odzyskać i my jako czytelnicy możemy jedynie spekulować, czy ma to jakąkolwiek przyszłość.
Smutna jest też mimo wszystko relacja Albusa ze swoim ojcem - są razem, a jednak osobno, dzieli ich jakaś gruba ściana, przez którą nie potrafią się przebić, by zbudować zdrową relację, szkoda mi młodego Pottera ogromnie, że w tak trudnym dla niego okresie zdecydował się zostać sam ze sobą; Harry niejako też swojego syna w tym sensie utracił.
Twoje tłumaczenie jak zawsze mnie nie zawiodło, używasz pięknego języka, o czym już na pewno mówiłam przy okazji innych komentarzy i bardzo się cieszę, że oprócz "Ceny" zdecydowałaś się przetłumaczyć sequel, bo dzięki temu cała historia jest spisana jednolicie, z zachowanym klimatem oryginału. Czytając, zauważyłam tylko literówkę w zdaniu "nie widać nic prócz odbicie ognia w kominku", a przy "błędny ognik wiodący niebacznych w śmiertelną głąb bagniska" nie jestem pewna czy to tylko moje wrażenie, ale nie powinno być "śmiertelną głębię" lub "śmiertelny głąb"? Głupio mi było o takie drobnostki pisać PW. Obrazek
Niezmiernie Ci dziękuję za przełożenie tego ff'a Frayach na polski, bo naprawdę, naprawdę, naprawdę był tego wart i cieszę się, że ktoś jeszcze go odnalazł w całej tej kopalni obcojęzycznych fików i dokonał tak pięknej - bo lepszego słowa nie znajdę - translacji. :kwiatek:
Perfect combinations are rare in an imperfect world.
ObrazekObrazekObrazek
Sometimes there are things you wouldn't think would be a good combination that turn out to be the perfect combination.

Obrazek
Izzie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 275
Dołączył(a): 1 lis 2014, o 03:18


Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 7 gości