[M] Zbrodnia w zajęczym raju

FF Sherlock BBC, absurd, parodia

Postprzez Zoe » 3 maja 2012, o 15:56

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, żyły sobie zające puchate. Żyły spokojnie nie wadząc nikomu, w szczęściu i harmonii, w małej wsi o nazwie Trusiowo. I tak sobie radośnie egzystowały do dnia, w którym ktoś ukatrupił burmistrza.
Zwłoki nieboraka znalazła sprzątaczka. Jak każdej soboty pojawiła się w gabinecie by posprzątać. Niestety, okazało się, że ktoś był przed nią i już posprzątał — bynajmniej nie gabinet. Za to skutecznie sprzątnął burmistrza.
Wiadomość była nie do uwierzenia dla mieszkańców Trusiowa, więc jak było do przewidzenia, cała wieś wepchnęła się do gabinetu, aby zobaczyć wszystko na własne oczy i uwierzyć. Jakieś sto pięćdziesiąt puchatych zajączków przewinęło się przez miejsce zbrodni, zakicując na amen pozostawione przez złoczyńcę ślady.
Gdy wreszcie jako ostatni przyjechał komendant policji, mógł jedynie załamać łapy. Opieprzył wszystkich gremialnie za beztroskę, wyrzucił stu pięćdziesięciu gapiów na korytarz, a następnie podjął jedyną rozsądną w tym momencie decyzję.
Kupił bilet na samolot do Londynu.


— Pan jest zającem! — stwierdził Sherlock Holmes.
— Zającem? Zającem?! Jeśli ja jestem zając, to pan jesteś baran! — oburzył się komendant, myśląc z rozgoryczeniem, że pan Holmes sprawiał wrażenie takiego dżentelmena, a tu proszę, słoma mu z kapci wyłazi. Zając, dobre sobie. — Bardzo proszę mnie nie obrażać. Skąd w ogóle pomysł, że mógłbym być zającem?
— No cóż… — westchnął detektyw. — Pyszczek jak u zająca, zajęczy nos, zajęcze uszy, zajęcze łapki, zajęcza warga, a do gabinetu pan wkicał…
— A co to ma do rzeczy? — wzruszył ramionami komendant. — Bądźże pan poważny, człowieku. Zabito nam burmistrza, takiej zbrodni nigdy u siebie nie mieliśmy. Nie rozumiem, jak ktoś mógł dokonać tak brutalnego mordu na niewinnym, cichym, spokojnym człowieku. Zdekapitowali biedaka… — tu oczy komendanta napełniły się łzami.
Sherlock Holmes przyglądał mu się przez moment, a na jego twarzy pojawiło się coś w rodzaju poirytowania.
— Nie kop mnie pod stołem, Watsonie — zwrócił się do siedzącego obok mężczyzny, który natychmiast się zaczerwienił i zmieszany zaczął bawić się ustawionymi w wazonie baziami. — No dobrze. Przyjmuję, że kiepsko zaczęliśmy, zacznijmy więc od nowa, tak jakbyśmy nigdy wcześniej się nie poznali i nie było tej rozmowy. Jestem Sherlock Holmes.
Komendant podał mu łapkę.
— Eustachy Zając.
— A nie mówiłem? — mruknął Holmes.
— Sherlocku! — syknął jego towarzysz.
— Co pan powiedział? — zapytał komendant.
— Nic takiego — pospiesznie wyjaśnił doktor Watson. — Kolega pytał, czy nie napiłby się pan czegoś. I może jakaś mała przekąska…
— Może trochę puddingu z marchewki? — zaproponował zabójczo uprzejmym tonem Holmes.
— A bardzo chętnie, marchewkę jem w ogromnych ilościach. Skąd pan to wiedział, panie Holmes?
— Znikąd! — W głosie Watsona zabrzmiały rozpaczliwe nuty. — Po prostu mieliśmy dziś na obiad pudding z marchewki. Zaraz poproszę panią Hudson, aby nam trochę przyniosła. Myślę też, że filiżanka dobrej herbaty w filiżance Royal Doulton z ręcznie malowanymi barwinkami dobrze panu zrobi.
Gdy po kwadransie do gabinetu weszła pani Hudson, uginając się pod ciężarem tacy z porządną porcją puddingu, imbrykiem, filiżankami, mlecznikiem oraz cukiernicą, Watson z Zającem pogrążeni byli w rozmowie, natomiast Holmes wydawał krótkie polecenia przez telefon. Pani Hudson postawiła na biurku tacę i niespodziewanie zaczęła kichać.
— Cóż to, wiosenna alergia? — spytał doktor.
— Alergia bez wątpienia. — Gospodyni wytarła nos i spojrzała surowo na kończącego właśnie rozmowę Sherlocka. — Ale nie na wiosnę, a na sierść. Panie Holmes, czy znowu oprawiał pan w pokoju zajęcze skórki?


Rozpromieniona jak słoneczko Molly szła u boku Holmesa i Watsona główną ulicą Trusiowa. Towarzyszył im komendant, a za przechodzącymi odwracały się wszystkie głowy. Być może uwagę zwracał strój młodej kobiety — ogromny różowy kapelusz z kokardkami i różowa sukienka z wzorkiem w palmy.
— Nie rozumiem, czemu zabrałeś z nami Molly — szepnął Watson do ucha Holmesa. — Myślałem, że obejrzysz ciało, przesłuchasz podejrzanych, obejrzysz dowody i wskażesz kto jest zabójcą.
— Molly zajmie się ciałem i obejrzy zwłoki — odparł Sherlock. — Ja zajmę się dowodami rzeczowymi. A ty, mój drogi, porozmawiasz z mieszkańcami.
— Ale Sherlocku… — Watson rzucił skrępowane spojrzenie na Molly. — Czy ona przypadkiem nie miała być teraz na urlopie? Przecież ciągnie za sobą dwie olbrzymie walizki…
— Miała, ale stwierdziła, że perspektywa wyjazdu na Bahamy ją strasznie nudzi i w zasadzie bardzo jest wdzięczna, że mój telefon zawrócił ją prosto z lotniska.
— I uwierzyłeś?!
— A czemu miałbym nie wierzyć? Spójrz na nią, jest uśmiechnięta i rozradowana. Mowy ciała nie da się oszukać. Nie chciała jechać na Bahamy. No dobra, Watsonie, tu się rozdzielamy. My z Molly idziemy na miejsce zbrodni, a ty rozejrzyj się dokoła.


Sherlock chodził niespiesznie po budynku urzędu, zaglądając do wszystkich pomieszczeń oprócz tego, w którym leżały zwłoki. Wyglądało na to, że prywatne mieszkanie burmistrza mieściło się w budynku urzędu. Świadczyło o tym niestarannie pościelone łóżko, niedopałki w popielniczce, wiszący na oparciu krzesła szlafrok. W kącie pokoju stała klatka z białymi myszkami, na ścianach wisiały przyjemne dla oka akwarele.
Nagle coś przykuło uwagę Sherlocka. Detektyw z dziwnym wyrazem twarzy sięgnął między liście fikusa i wydobył z nich mały pejczyk. Pokręcił głową, a w jego oczach pojawiło się coś na kształt chłodnego uznania.
— Irenko! — zawołał.
Drzwi szafy uchyliły się z cichym skrzypnięciem.
— Tak? — odparła Irena Adler.
— Domyśliłem się, że to ty. Co u licha robisz w tej szafie? Znowu jakaś tajna szpiegowska akcja połączona z kradzieżą klejnotów koronnych, pościgiem za terrorystami i kolacją z moim bratem?
— Ach, skądże znowu. Właśnie czekam na autobus.
— A to w porządku — odetchnął Holmes.
— I nie wiem czemu tak się czepiasz rzekomej kolacji z twoim bratem. Wiesz dobrze, że nie widuję się z nim na osobności.
— To dziwne — zmarszczył czoło Holmes. — Mam przeczucie, że coś was łączy. Coś mi podpowiada, że jesteście ze sobą bardzo blisko.
— Nieprawda! — odezwał się z głębi szafy Mycroft. — Jesteś stanowczo zbyt podejrzliwy.
— No i sam widzisz! — uśmiechnęła się czarująco Irena. — Skoro sam Mycroft ci to mówi, nie masz chyba powodów do podejrzeń.
W tym momencie ktoś zastukał do drzwi.
— Jesteś tam? — To był głos Molly.
— To ja znikam — uśmiechnęła się czarująco Irena. — Właśnie nadjeżdża mój autobus.
Ledwo zamknęła za sobą drzwi szafy, do pokoju weszła Molly z dziwną miną.
— I jak? — zapytał Sherlock. — Jakie wnioski z oględzin zwłok?
— Cóż — westchnęła Molly. — Obawiam się, że nic tu po nas. Obejrzałam zwłoki bardzo dokładnie. Burmistrzowi odgryziono głowę. Myślę, że nie warto nawet trudzić się zawiadamianiem władz.
— Jak to? — zdziwił się Sherlock. — Mamy denata z odgryzioną głową? Molly, ależ to wspaniałe! Mamy do wyboru mnóstwo możliwości: Yeti, wróżkę—zębuszkę, szalonego dentystę z Yorkshire…
— Albo zwykłego łakomczucha.
— … łakomczucha… Co?
Molly posłała Sherlockowi wyjątkowo ciężkie spojrzenie.
— Ten burmistrz był zającem, wiesz o tym?
— Wiem. Był zającem jak wszyscy tutaj, łącznie z Eustachym Zającem, który wygląda jak zając, kica jak zając, żre marchewkę, a na sugestię, iż jest zającem, odpowiada mi, że jestem baranem.
— Cóż, może ktoś ci przyprawia rogi i to bynajmniej nie baranie… — rzuciła zjadliwie Molly.
— Co takiego?
— Nic. Tyle, że burmistrz to zając czekoladowy.
Sherlock zamrugał.
— Nie rozumiem. Czekoladowy? Pokryty czekoladą? Jakieś seksualne perwersje? Nu pagadi, Ireno, ja ci jeszcze pokażę…
— Nie! — podniosła głos Molly. — To był zwyczajny wielkanocny zając z czekolady! Jakiś łasuch odgryzł mu głowę, a idiota komendant zrobił z tego wielkie halo! Sherlock, wracamy na Ziemię, dobrze? Zostałeś wezwany, bo ktoś zeżarł zajączka z czekolady! Dla tego zajączka przylecieliśmy z Londynu, ja zrezygnowałam z urlopu na Bahamach, i wiesz co? Mam nadzieję, że uda mi się przebukować bilet! Bo w tym momencie wolę się wygrzewać pod palmami niż łazić po pokoju pokrytym rozdeptaną czekoladą! A tak w ogóle mamy sezon na odstrzał zajączków! I oczywiście nie przyjdzie ci na myśl zaprosić mnie na kolację w podziękowaniu za pomoc, ale nie mam o to pretensji, przecież się nie napraszam!
— Bardzo mnie cieszy, że nie masz pretensji — odparł Sherlock — ponieważ nie zamierzam nigdzie cię zapraszać.
Wychodząc, Molly trzasnęła drzwiami tak, że szkło omal nie posypało się z okien.
— Hmm… — zadumał się Sherlock. — PMS czy jakieś inne licho?


W międzyczasie Watson rozmawiał z mieszkańcami Trusiowa.
— Ten z bloku obok to jakiś dziwny jest — zwierzyła mu się pewna zajęczyca. — Pali światło aż do rana, a z jego mieszkania dochodzą dziwne odgłosy. Jakieś jęki. To na pewno on zamordował burmistrza.
— Droga pani — westchnął Watson. — A skąd pani wie, że pali światło i coś mu w mieszkaniu jęczy, skoro mieszka blok dalej?
Zajęczyca spojrzała na niego ze wzgardą.
— Od razu widać, że pan z wielkiego miasta. Na wsi to wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą.
Zdegustowany podobnymi rozmowami Watson zwiedził całą wieś, mając wrażenie, że wokół zabójstwa burmistrza panuje zmowa milczenia. Ożywił się dopiero, gdy na samym krańcu Trusiowa napotkał duży dom otoczony wysokim murem ozdobionym trupimi czaszkami. W tym momencie obudził się w nim instynkt detektywa. Coś mu podpowiedziało, że właśnie w tym tajemniczym domu znajdzie rozwiązanie zagadki morderstwa. Podszedł do frontowej bramy i nacisnął dzwonek. Przy okazji przeczytał napis na tabliczce, głoszący: „Towarzystwo na Rzecz Ochrony Zajęcy”. Po chwili brama uchyliła się, a oczom Watsona ukazał się jasnowłosy szczupły mężczyzna.
— Bardzo przepraszam — powiedział Watson. — Jak rozumiem, trafiłem do stowarzyszenia zajmującego się losem zajęcy. Czy mógłbym uzyskać tu kilka informacji?
— Przykro mi — odpowiedział mężczyzna. — To tajna kwatera rosyjskich służb specjalnych. Tabliczka jest tylko dla picu. W chwili obecnej odbywa się tu sekretne spotkanie dotyczące najazdu na Wielką Brytanię, o czym nie wolno mi wspominać nawet słowem.
— A to raz jeszcze przepraszam — powiedział Watson i się wycofał.


— To jest skandal! — pienił się Sherlock przed nic nie rozumiejącym komendantem policji. — To mistyfikacja! Zajmuję się tylko i wyłącznie poważnymi sprawami, przybywam do tego dzikiego kraju, a co otrzymuję w zamian?
— Nie rozumiem — wybąkał Eustachy Zając.
— Liczyłem na zajmującą i pasjonującą zagadkę kryminalną, a co mi się dostało? Sprawa odgryzienia głowy czekoladowemu zajączkowi wielkanocnemu!
— Czekoladowemu…?
Na pyszczku komendanta Zająca odmalowała się cała gama uczuć. Sherlock, Molly i Watson z niepokojem obserwowali, jak nieszczęsny przedstawiciel prawa kica niespokojnie po pokoju, ewidentnie miotany uczuciami. W pewnym momencie zatrzymał się, a w ślepkach pojawił mu się wyraz zrozumienia.
— Wreszcie pojmuję — wymamrotał.
— Ale co takiego? — spytała ze współczuciem Molly.
Eustachy Zając wyjąkał:
— Bo ludzie na niego trochę narzekali, że taki jakiś nieruchawy i małomówny był, żadnego wniosku nigdy nawet nie złożył… I teraz wiem dlaczego.


Powrót do Londynu odbywał się w ciężkiej atmosferze. Molly była w wyjątkowo marnym humorze. Rozpogodziła się nieco, gdy Watson zamówił jej drinka z palemką. A ponieważ Sherlock miał już dosyć złego nastroju Molly, przez który nie mógł się skupić na własnych myślach, postanowił pójść w ślady Watsona, posiadającego fenomenalną zdolność dogadywania się z kobietami. Niestety genialny detektyw nie posiadał za grosz taktu i wyczucia, w związku z czym zamówił Molly solidną porcję pasztetu z zająca.
— Doprawdy nie rozumiem — oświadczył urażonym tonem, gdy zapłakana Molly zamknęła się w toalecie.
— Sherlocku, toż to elementarne — zwrócił mu uwagę Watson. — Molly jest kobietą, rozumiesz? KOBIETĄ!
— Zdaję sobie z tego sprawę — odpowiedział Sherlock.
— O, naprawdę? — zdziwił się mile Watson.
— W istocie odkryłem to dopiero niedawno — kontynuował Sherlock. — Dostrzegłem w niej stuprocentową kobietę.
Molly, która wyszła właśnie z toalety, zbliżyła się do jego siedzenia, słuchając uważnie każdego słowa. Na jej twarzy pojawił się uśmiech szczęścia.
— Bo do tej pory podejrzewałem, że Molly to w istocie przebrany facet — kontynuował detektyw. — Sądziłem nawet, że to nieźle ucharakteryzowany Moriarty. Sam rozumiesz, Watsonie. Toporne rysy twarzy, ewidentnie podwyższony poziom męskich hormonów, ślady po usuwaniu wąsika znad górnej wargi, znaczna asymetria piersi — zbyt znaczna aby mogła być naturalna, co sugerowało źle dopasowany sztuczny biust… Co tam się dzieje w tej toalecie? Czy mnie uszy nie mylą, czy ktoś tam cały czas ryczy?
Watson ukrył twarz w dłoniach, przez dłuższą chwilę nie będąc w stanie wymówić nawet słowa.
— A wszystko przez te cholerne zajączki — wymamrotał. — Co za dzień. Co za dzień…
— A czemu winne są zajączki? — zdziwił się Sherlock. — Zające były niewinne, w ogóle nie było żadnej zbrodni.
— Skoro denatem był czekoladowy przysmak, to faktycznie, trudno mówić o zbrodni. — Watson nie mógł się nie zgodzić. — Ale ciekawi mnie, kto mu odgryzł łeb. O ile mi wiadomo, zające nie jadają czekolady.
— I dobrze ci wiadomo. Rozwiązanie zagadki jest proste — nikt burmistrzowi nie odgryzł głowy.
— Jak to? — Watson niemal uniósł się z fotela. — To gdzie zniknął łeb?
Sherlock spojrzał na niego z politowaniem.
— Są takie sytuacje, w których każdemu zdarza się stracić głowę. Ot i rozwiązanie.
Zoe Offline

Avatar użytkownika
Zua Kobieta
 
Posty: 282
Dołączył(a): 11 lis 2010, o 23:51

Powrót do Twórczość wszelaka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości