[T] [Z] Danse Russe

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Kaczalka » 7 kwi 2012, o 20:12

Kolejny wytwór moich entuzjastycznych translatorskich zapędów :)
Jeszcze niczego do tej pory nie tłumaczyło mi się tak przyjemnie, mimo że tekst jest ciężki i nieco nie z tej ziemi. Wiem, że spodoba się nielicznym, ponieważ łączy w sobie skrajny romantyzm (by nie powiedzieć puchatość) z wręcz odpychającym momentami naturalizmem, czego pewnie wiele osób nie strawi. Dla mnie jednak to po prostu przepiękna bajka o ogromnej miłości osadzona w wyjątkowo baśniowej scenerii i przeznaczona dla czytelników naprawdę dojrzałych.


Tutaj dla chętnych garść wyjaśnień Opowiadanie, mimo że napisane przez inną autorkę, można nazwać sequelem do trylogii Calanthe Mudhoney. Opisane są w nim losy Harry’ego i Draco około dziesięciu lat po akcji trylogii. Na szczęście (wątpię, by osoby znające trylogię ją lubiły) tematycznie fik ten jest czymś zupełnie innym. Sama Frayach nie nazywa go sequelem, woli, żeby był traktowany jako hołd dla twórczości Calanthe. Niemniej, znając trylogię, niektóre wątki czytelnik odebrałby bardziej „świadomie”.
Tytułu nie tłumaczę, nie mam takiego obowiązku, skoro nie jest po angielsku, a kaleczenie go na siłę uznałam za bezsensowne.
Bez bicia przyznaję się też, że są miejsca, gdzie pozwoliłam sobie na poprawianie błędów autorki oraz lekkie odstępstwa od oryginału.
Podział na części nie jest identyczny z oryginalnym, kilka razy pocięłam po swojemu. Rozdziały nie są zbyt długie, średnio 10-12 stron, ale tekst jest na tyle „gęsty”, że na jeden raz w zupełności wystarczy.


Bardzo dziękuję wszystkim, których męczyłam pytaniami, a w szczególności moim betom: Donnie i Szyszce, a także Akame za konsultacje z języka, którego tak żałośnie nie znam mimo wielu lat nauki :*

Życzę przyjemnego czytania — na ile to możliwe :)
I oczywiście wszystkiego dobrego z okazji świąt.



Tytuł i link do oryginału: Danse Russe
Autor: Frayach ni Cuill
Beta: Donnie i Szyszka
Zgoda: jest (autorka bardzo się cieszy, jeśli zyska nowych czytelników)
Rating: NC-17
Ostrzeżenia: wyjątkowo graficzne opisy scen erotycznych, wzmiankowane wiele seksualnych perwersji, śmierć bohaterów drugoplanowych, ogólnie klimat bardzo angstowy mimo happy endu
Kanon: zgodność do tomu szóstego, charakterystyka postaci dość daleka od kanonicznej, ale pewne jego elementy zawiera




Danse Russe




Część I


Dziedziniec właśnie pogrąża się w ciemnościach, gdy słyszę dyskretne stuk, stuk dziobem o szybę. Podnoszę wzrok i widzę, że zza okna błagalnie wpatruje się we mnie Hedwiga. A może tylko wyobrażam sobie błaganie w miejscu zwykłego zniecierpliwienia? Sowa stuka jeszcze raz, wstaję więc i przeciągam się, jednocześnie zerkając na zegarek. Jest tuż po siedemnastej. Biorąc pod uwagę różnicę czasu, to może być zaproszenie na kolację... Chyba że on nadal przebywa w Irkucku, wtedy mogłoby to być zaproszenie na śniadanie. Bez zdziwienia odkrywam, że wcale mnie to nie obchodzi, jeśli tylko podróż do Irkucka oznacza, że będę mógł scałować syberyjski śnieg z jego warg.
Otwieram wąskie okno, a sowa wskakuje na ramę i wyciąga do mnie nóżkę. Rozwijam pergamin i czytam schludnie napisaną notatkę:

Draco, teraz jest szesnasta. Harry właśnie poinformował mnie przez kominek, że wrócił do Petersburga dziś po południu. Prosił, żebym wysłała do Ciebie Hedwigę i zapytała, czy możesz wziąć jeden lub dwa dni wolnego i go odwiedzić. Dzwoniłam na Twoją komórkę, ale odezwała się poczta głosowa. Musiałeś przebywać w archiwach Biblioteki Bodlejańskiej lub w innym miejscu równie nieprzyjaznym dla mugolskiej elektroniki. Nie kłopocz się odpisywaniem. Harry powiedział, że będzie czekał na wiadomość od Ciebie w swoim mieszkaniu.
Hermiona


Przepływa przeze mnie znajoma fala radości. Podpalam liścik i wyciągam rękę za okno, przyglądając się, jak płomienie najpierw pieszczą brzegi pergaminu, a potem pochłaniają go w całości. Strzepuję z palców resztki popiołu i wracam do stolika pokrytego książkami i zwojami. Trzy miesiące. Upłynęły trzy niewymownie długie i pełne udręki miesiące od chwili, gdy staliśmy pod brudnym, kamiennym przejściem przy nabrzeżu Newy, słońce wschodziło za naszymi plecami, a my całowaliśmy się, całowaliśmy i całowaliśmy. Chłonęliśmy siebie nawzajem. Nasze podbródki błyszczały od śliny niczym u nastolatków z rozszalałymi hormonami, którymi kiedyś mogliśmy być, a nie jak u mężczyzn w średnim wieku, jakimi tak gwałtownie się stawaliśmy...
Czarownicy, siedzącej przy biurku w sekcji specjalnej, mówię, że nie będzie mnie przez dwa dni i proszę, aby nie ruszano książek, które zostawiłem. Zwoje zabieram ze sobą. Znają mnie tu dobrze i mam pewność, że nikt by do nich nie zajrzał. I, oczywiście, nikt nie potrafiłby ich przeczytać, gdyby jednak spróbował. Ale starych przyzwyczajeń trudno się wyzbyć i czuję się lepiej, gdy pergaminy leżą schowane na piątym poziomie kufra w moim gabinecie. Spokój ducha to teraz stan zbyt rzadki i cenny, więc korzystam z niego, kiedy tylko mogę.
Chcąc zapobiec nieuniknionym przerwom i opóźnieniom, z którymi wiązałaby się wizyta we dworze, decyduję się na powrót do mieszkania w Kensington, gdzie zaczynam się pakować, nie zawracając sobie nawet głowy zdejmowaniem płaszcza i rękawiczek. Gdy wszystko jest już pomniejszone i schowane, biorę głęboki oddech i wywołuję Harry’ego przez kominek. Całe lata upłynęły od owej nocy, kiedy pocałowaliśmy się po raz pierwszy, a ja w ułamku sekundy postanowiłem, że opuszczę żonę. Zawsze jednak reaguję tak samo. Gdy słyszę jego głos, gdy tylko dostrzegam te szokująco czarne włosy, moje tętno przyspiesza gwałtownie, ja sam z trudem utrzymuję się na nogach…
Rozmawiamy krótko i na temat, i w ciągu dziesięciu minut jestem gotów do aportacji pod adres, jaki mi podał.

Miejsce spotkania okazuje się niechlujne i ordynarne, nie zniechęca to jednak turystów przed staniem w kolejce w smagającym, listopadowym deszczu. Czekam, aż przejadą zaprzężone w konie dorożki, po czym przechodzę przez plac Świętego Izaaka, omijając wszechobecne stosy odchodów, wpadające w głębokie rowki pomiędzy kocimi łbami. Harry zapewnił mnie, że bilety są już zamówione i zapłacone, kieruję się więc prosto do kasy, aby je odebrać.
Anglijskij? — pyta dziewczyna z wymalowanymi na czarno ustami, a ja przytakuję.
Mój rosyjski w najlepszym wypadku można uznać za znośny. Odzywają się lata zajęć z transmutacji i uderzenia linijki McGonagall, rytmicznie wtórujące słowom, że lepiej w ogóle nie próbować mówić, niż zniekształcać język nie do rozpoznania.
— Dwa — odzywam się i unoszę odpowiednią ilość palców. — Na nazwisko Potter.
Dziewczyna wyciąga na ladę tekturowe pudełko, kartkuje jego zawartość i wreszcie wyjmuje zwykłą brązową kopertę.
— Pięćset dwadzieścia rubli — mówi, trzymając kopertę uniesioną nad ramieniem, jak gdybym właśnie zamierzał sięgnąć przez nieoszklone okno i wyrwać ją z jej ręki. Co faktycznie mógłbym zrobić, gdybym nie był w aż tak pobłażliwym nastroju.
Jakie to przewidywalne. Mam za swoje, skoro przybyłem do tej cholernej mekki dla turystów. Potrząsam głową i przesadnie marszczę brwi.
— Już zapłacone — oświadczam.
— Pięćset dwadzieścia rubli — powtarza dziewczyna. Jej angielski akcent brzmi ciężko na języku przebitym kolczykiem.
— Dwieście sześćdziesiąt.
— Trzysta siedemdziesiąt.
— Zgoda — wzdycham i wyjmuję portfel.
Przez chwilę nasze dłonie poruszają się w drażniącym tańcu: moja prawie puszczająca banknoty, a jej prawie puszczająca bilety. W końcu dziewczyna parska z urazą i rzuca bilety na ladę. Podaję jej pieniądze z uprzejmym uśmiechem, o którym wiem, że nie sięga moich oczu, i odwracam się. Jestem biedniejszy o dwieście sześćdziesiąt rubli.
Obskurny hol wypełnia się ludźmi, ich włosy i ubrania ociekają wodą. Ktoś obok otrzepuje parasol, ochlapując mnie kropelkami deszczu. Stanowczo nie powinienem był usuwać zaklęcia Impervius, zanim tu przybyłem...
— Draco.
Obracam się i widzę, że stoi tuż za mną. Jak zdołał podejść tak blisko, a ja niczego nie zauważyłem? No cóż. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają i podejrzewam, że on za bardzo to lubi, by trudzić się ostrzeżeniami. Cieszy go, gdy mnie zaskakuje. Nawet po tak długim czasie.
— Harry.
Oczy błyszczą mu za szkłami okularów i jestem pewien, że pił. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, pochylam się i wącham jego wargi, jakby były butelką Château d’Yquem Sauternes.
— Kilka kieliszków Diaki po pracy?
Parska z rozbawieniem.
— Nie potrafisz wyczuć gatunku wódki.
Śmieję się, bo zostałem złapany, ale wcale się tym nie przejmuję. On wie, że kocham zapach jego ust. I wszystkich innych otworów ciała także, żeby być dokładnym.
— Co tu robimy? — pytam.
— Pomyślałem, że obejrzymy balet. — Oczy lśnią mu bardziej od psoty niż z powodu alkoholu. — Czyżbyś nie miał biletów? Na „Dziadka do orzechów”?
— Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Dlaczego jesteśmy tutaj? Czemu nie w Teatrze Maryjskim albo w Ermitażu?
Uśmiecha się tajemniczo.
— Do Teatru Maryjskiego możesz iść w każdej chwili.
— A to miejsce jest w jakiś niepojęty sposób bardziej ekskluzywne? — Wyginam brew, bo zawsze robię tak w jego obecności.
— Nie — odpowiada. — Nie ekskluzywne. Zwyczajnie obskurne. Wiesz, że bardzo lubię patrzeć, jak radzisz sobie w takim otoczeniu.
Wchodzimy po wąskich, chwiejnych schodach na boczne balkony na drugim piętrze. Dywan pod naszymi stopami jest zniszczony i przetarty, miejscami prześwituje przez niego lite drewno.
— Jeśli miałeś ochotę na podobne klimaty, znam co najmniej kilka klubów, do których moglibyśmy pójść właśnie teraz i w których rozrywka nie wiązałaby się z towarzystwem baletu pięciorzędnej kategorii ani gdzie... widownia... nie składałaby się z setek turystów uzbrojonych w matrioszki.
— Wiem — mówi. — Ja pewnie znam takich klubów jeszcze więcej. Przecież mieszkam tu od dziewięciu miesięcy. Jednak nie to miałem na myśli, mówiąc „obskurne”. A ponadto... — Tkwimy w kolejce, gdy ludzie przed nami usiłują przecisnąć się przez niskie drzwi prowadzące na zatłoczone balkony. Harry pochyla się, a jego wargi muskają moje ucho, kiedy kontynuuje: — Nie chcę ryzykować, że dziś wieczorem będzie cię pieprzył ktokolwiek jeszcze poza mną. — Słowo „pieprzył” wymawia tak, że dźwięk ten wywołuje u mnie odczucie, jak gdyby pomiędzy jego ustami a płatkiem mojego ucha rozciągała się nitka śliny, gruba i ciężka od obietnicy.
— Hmm — mruczę, starając się brzmieć tak samo tajemniczo jak on wcześniej. — Naprawdę to zrobimy? — Tłum rzednie, więc wskazuję na wejście do naszej loży. — Powiedz, że zarezerwowałeś całą tylko dla nas.
Znowu parska śmiechem.
— W twoich marzeniach, Malfoy.
Wywracam oczami.
— Tylko mi dokuczasz, prawda? No powiedz, że to zrobiłeś — proszę, zataczając ręką koło i obejmując gestem teatr w całej jego nędzy. — Żebyś mógł pieprzyć mnie do upadłego w rytm melodii „Tańca Wieszczki Cukrowej”.
Teraz śmieje się już otwarcie. A nawet zanosi śmiechem, co czasem mu się zdarza.
— Cholera — mówi, z trudem łapiąc oddech. — Kiedy przedstawiasz to w ten sposób, naprawdę chciałbym zarezerwować całą lożę.
— Ale nie zarezerwowałeś — wzdycham. Nie jestem pewien, które emocje biorą we mnie górę: irytacja czy radość, że znowu widzę, jak się śmieje.
— Nie. Wybacz — chichocze, wciąż starając się ochłonąć.
Ponownie wywracam oczami, wiem jednak, iż doskonale zdaje sobie sprawę, że także jestem rozbawiony, bo nagle uspokaja się i odciąga mnie do zacienionej niszy z dala od tłoczących się turystów i ich mokrych gabardynowych płaszczy.
— Draco. — Trąca nosem skórę pod rozpiętym kołnierzykiem mojej koszuli i głęboko nabiera powietrza. Czuję pieszczotę jego oddechu i jednocześnie słyszę, jak powtarza moje imię: — Draco. — Wnętrzności zamieniają mi się w papkę, gdy krew gwałtownie spływa do pachwiny. Pragnę go. To już tak długo... zbyt długo.
— Moglibyśmy odpuścić sobie balet — proponuję z nadzieją.
Mocno całuje mnie w szyję otwartymi ustami i odsuwa się. Stoi z głową przechyloną na bok, analizując ofertę.
— Nie — odpowiada w końcu.
— Czyli „niet” — mówię, maskując rozczarowanie i lekką irytację z powodu jego gierek. Z drugiej strony zawsze były one znaczącą częścią naszego związku. Gierki. To jedna z rzeczy, dzięki którym wiemy, że nie zapominamy o sobie przez te dni, tygodnie i miesiące, jakie spędzamy osobno. Im gra bardziej skomplikowana, tym bardziej interesujące planowanie i tym większa pewność, że ten drugi myśli...
Niet — szepcze mi do ucha, a ja drżę.
Lożę dzielimy z parą starszych Niemców i czterema Jankesami, z których jeden mówi po rosyjsku. Prosi najwyraźniej jedynego tutaj biletera o lornetki teatralne i pyta, czy my też chcemy. Dziękuję mu i wyciągam pięćdziesiąt rubli, ale macha przecząco ręką i płaci z własnego portfela. Harry wygląda na zawiedzionego.
— Cholera — mówi do mnie cicho. — Miałem nadzieję na jakieś okropne towarzystwo, które bez trudu zgorszymy.
Kiwam głową w stronę niemieckiej pary.
— Sądzę, że pozostali ci tyko oni.
Mówiący po rosyjsku Jankes wręcza nam parę lornetek w chwili, gdy orkiestra zaczyna grać uwerturę. Jak się spodziewałem, zdolności muzyków są straszne. Wręcz upiorne. Zaciskam zęby, ale nie mogę powstrzymać się od kręcenia w fotelu przy każdym wymuszonym dźwięku. Harry wyciera szkła lornetki brzegiem koszuli.
— Odciski palców — szepcze i uśmiecha się, gdy widzi, jak przebiega mnie dreszcz.
— Jesteś wcielonym diabłem — odpowiadam również szeptem, a jego uśmiech staje się szeroki i złośliwy.
— Staram się specjalnie dla ciebie. Ale, Malfoy... — dodaje i przysuwa się bliżej. — Wytłumacz mi, jak to jest, że pozwoliłeś, nie zastanawiając się dwa razy, tuzinowi facetów pieprzyć ten twój śliczny otwór... — spuszcza wzrok na moje usta i łagodnie przesuwa opuszkiem po dolnej wardze — ... ale coś takiego jak odprysk na talerzu czy brudna lornetka kompletnie wyprowadzają cię z równowagi?
Pyta poważne, więc zasługuje na uczciwą odpowiedź. Koniuszek jego palca pozostaje na mojej wardze, a ja całuję go delikatnie. Gdybyśmy nie zostali tu upchnięci z sześcioma innymi ludźmi, praktycznie siedząc jeden drugiemu na kolanach, wciągnąłbym ten palec do mojego otworu. Niech będą przeklęte brudne lornetki i niehigieniczne balustrady.
— Ponieważ — mówię — kiedy kogoś pieprzę albo ktoś pieprzy mnie, świadomie i celowo igram ze śmiercią. Jednak gdy próbuję jedynie zjeść kolację w jakimś brudnym małym barze curry na Gallowgate, staram się zrobić dokładnie to: zjeść kolację.
Chichocze pod nosem.
— Ciągle jesteś zły z powodu wieczoru w Barras, co? Daj spokój, Malfoy. To było trzy lata temu.
— Tak, no cóż, a ty nadal wściekasz się, że zabrałem cię na otwarcie wystawy Kooninga, pamiętasz?
— Nie miałem problemu ze sztuką — prycha obrażonym tonem. — Nawet lubię abstrakcyjny realizm...
— Abstrakcyjny ekspresjonizm.
— Wszystko jedno. Jak powiedziałem, nie miałem problemu ze sztuką. Wkurzyła mnie niekończąca się parada napuszonych gnojków, z którymi musieliśmy spędzić wieczór, próbując im dorównać. — Przy słowie „dorównać” palcami w powietrzu kreśli wokół swojej głowy kształt cudzysłowu. — Dodatkowo konałem z głodu, a główki szparagów czy moszny krewetek raczej nie są pożywnym posiłkiem.
Śmieję się i czuję, jak nagle zalewa mnie ciepło, wyrozumiałość i tkliwość, które on i tylko on potrafi wywołać.
— Nie próbuj wciskać mi tych tanich bzdur. Wiem, gdzie mieszkasz. Kensington — rzucam, markując kaszlnięcie. — I wiem także, że posiadasz pościel Sferra, skrzynkę Château Montrose z dziewięćdziesiątego piątego, przynajmniej jedną płytę Briana Ferneyhougha i więcej niż kilka koszul od Ascota Changa.
— To ty kupiłeś mi tę płytę. Jest okropna. — Wydyma wargi, co wygląda naprawdę uroczo.
— No tak, może i jest — przyznaję. — Niemniej jednak, według mnie stanęło na...
— Rzeczywiście stanęło — warczy cicho i wciska mi rękę między uda.
— Och, jesteś... — szepczę. — Jesteś zepsuty, zepsuty, zepsuty.
— Jak już mówiłem — mruczy — jeśli chodzi o ciebie, staram się specjalnie. — Przy słowie „ciebie” przerywa na chwilę, wsuwa czubki palców pod moje nabrzmiałe jądra, obejmuje je i ugniata delikatnie, ale stanowczo.
Kątem oka dostrzegam, że jeden z Jankesów nas obserwuje. Ma słodką, dziecinną buzię, jest młody, pulchny i homoseksualny w sposób tak jasny jak słońce. Wzrokiem wodzi po mojej pachwinie i ręce Harry’ego. Rozsuwam nogi, aby jednemu i drugiemu dać lepszy dostęp. Harry w końcu naciska jedną z opuszek na mój odbyt. Nawet przez kilka warstw tkaniny mogę poczuć ciepło i sondującą intensywność. Zerkam na jego twarz i widzę kropelki potu, zbierające się nad górną wargą. Jakimś cudem udaje mi się opanować i nie wychylić, aby je zlizać.
Dzięki temu, co Harry robi mojemu pulsującemu penisowi, udaje mi się wyrzucić z umysłu horror, jakim jest wykonywana przez orkiestrę uwertura. Teraz jednak rozpoczyna się „Marsz” i tancerze wyłaniają się zza kulis. Nawet bez teatralnej lornetki żółte plamy pod pachami na ich kostiumach widać jak na dłoni.
— Hmm — mruczy Harry w zadumie. — Klara wydaje się nieco blada, prawda?
— Zgadzam się. I nawet wiem, czemu tak jest — szepczę. — Mimo wszystko nie zarabia fortuny, pracując na boku jako kelnerka, pokojówka oraz portowa kurwa, żeby opłacić dwupokojowe mieszkanie, które dzieli z babcią, rodzicami, bratem, bratową, kuzynami...
— Boże drogi! — przerywa mi i wygina brew. — Brzmisz na odrobinę rozdrażnionego. Co się dzieje, mon cher? Czyżby nie podobał ci się balet? — Jego palec bada mnie teraz na poważnie, krąży i głaska, aż cały mój odbyt pulsuje dokładnie w rytm bicia serca. Wiercę się, przenosząc ciężar ciała i próbując złagodzić narastające napięcie w jądrach. — Po prostu spójrz na te wszystkie urocze dzieci z ich bożonarodzeniowymi podarkami. — Wolną ręką podaje mi lornetkę.
— Żadne z tych, jak ich nazywasz, „dzieci”, nie ma poniżej trzydziestki — syczę. — To niewątpliwie zespół, w którym zatrudnia się tancerzy stojących nad trumną. — Śmieje się, a ja kątem oka widzę, że jeden z Jankesów nerwowo przełyka ślinę. Obserwuję, jak otula kolana połami płaszcza, pod które potem wsuwa rękę. Obracam się do Harry’ego i opieram głowę o jego ramię. — Mamy publiczność — mówię.
— Tak? — Jak zawsze nie jest w stanie powstrzymać radości. Ruchem brody wskazuję mu Jankesa. — Och — mruczy. — Damy mu pokaz?
— Czemu nie? Wyświadczymy mu przysługę, jeśli oderwiemy go od przedstawienia i dzięki nam zapomni każdą jego sekundę.
— Chcesz, żebym doprowadził cię do orgazmu?
Pytanie jest tak otwarte, tak szczere, tak bardzo w stylu Harry’ego. Z trudem powstrzymuję jęk, gdy mój penis wręcz wyrywa się do jego ręki.
— A może to ja doprowadzę do orgazmu ciebie? — odpowiadam.
Patrzy na mnie z zaciekawieniem.
— Na pewno tego chcesz? — Spuszcza wzrok na moją pachwinę, gdzie ciemnoszara wełna spodni zabarwiła się na ciemno od wilgoci. — Wiem, że jesteś blisko — szepcze mi do ucha z cichym westchnieniem. — Mogę poczuć każdy jeden drobny skurcz w twoim wnętrzu, sposób, w jaki drży twój penis. Draco. Pozwól mi... — Brzmienie jego głosu, zawarte w nim oszałamiające pragnienie i obietnica spełnienia... Prawie daję się skusić i tak, ma rację, jestem blisko.
Upłynęło zbyt wiele czasu, odkąd mnie dotykał.
Biorę głęboki oddech i odpycham jego rękę.
— Jeszcze nie teraz — szepczę. — Nie tutaj. — Jest rozczarowany, ale nie protestuje. — Ty jednak... — mruczę i, rezygnując z dalszej słownej zachęty, otwieram swój umysł tak, jak kwiat lotosu otwiera się do słońca, jak wcześniej otwarłem dla niego uda. Czuje to i wydaje z siebie jęk, zanurza się we mnie i smakuje, i nagle duszna loża wraz z zapachem mokrej wełny i stęchłej tapicerki znika, zabierając ze sobą łuszczące się złocenia i tani, postrzępiony na brzegach i poprzecierany aksamit. Odpływa gdzieś nawet metaliczny dźwięk orkiestry, a ja czuję, jak Harry pije ze mnie niczym człowiek umierający z pragnienia. Obrazy migoczą mi w głowie: wspomnienia, fantazje. Patrzę, jak odrzuca głowę do tyłu i rozsuwa nogi. Nie dotykam go, ale widzę, że jego erekcja mocno napiera na delikatną tkaninę spodni.
Sięgam do początków. Dlaczego nie? Przecież to nie tak, że zakończenie „Dziadka do orzechów” jest dla mnie jakąś nowością. Berlin. Młodszy Harry, bez śladu siwizny na skroniach, ręką w dżinsach układający wygodnie penisa, patrzący w dół i uśmiechający się okrutnie. Jego usta poruszają się w cichym: Och, nie ma za co. Pierwszy raz w moim lochu, ja z dłonią w ciele Harry’ego aż po nadgarstek, napięte ścięgna mojego przedramienia odznaczają się wyraźnie w migotliwym świetle i, o, Boże!... twarz Harry’ego... Drugie spotkanie. Nasze usta rozchyliły się wtedy dla siebie po raz pierwszy. Przerywam i koncentruję się na tym momencie, na tym pocałunku, przedłużając go, aż ciągnie się wolniej niż czas rzeczywisty. Słyszę swój głos, szepczący jego imię, rozciągający sylaby tak, jak rozciąga się miód spływający z łyżki.
Harry przy mnie porusza płytko biodrami w rytmie identycznym jak Harry we wspomnieniach. Wyłożona mahoniem męska toaleta hotelu Claridges, wymknęliśmy się tu z kolejnej uroczystości charytatywnej i niekończących się nudnych przemówień. Moje dłonie z pobielałymi knykciami opierają się o brzeg muszli, spodnie od Armaniego plączą się wokół kostek, a szaty owijają talię nad nagim, wypchniętym do góry tyłkiem. Jądra Harry’ego z plaszczącym odgłosem uderzają o moje uda, mokre od śliny i nawilżacza. Ostatnie dziesięć minut spędził liżąc mój odbyt, jakby chciał mnie pożreć.
Pochyla się na bok i opiera głowę o moje ramię, nadal wypychając biodra subtelnie, ale teraz zdecydowanie szybciej.
— Zaraz dojdę we własne majtki — szepcze. — Tego właśnie chciałeś, prawda?
— O tak — odszeptuję. — Dokładnie tego.
W tym momencie światła reflektorów punktowych ciemnieją i na scenę wbiega Król Myszy. Rozpycha tancerzy i zaciąga Księcia — Klara zniknęła za kulisami — w jeden wielki wir wzajemnej nienawiści. Przykucają i krążą wokół siebie, podczas gdy muzyka mrocznieje i przybiera na intensywności. Ich ciała napinają się mocno, zapowiadając coś groźnego. Cały świat zamknął się na skurczonych do rozmiaru łebka od szpilki źrenicach i są oni wszystkim, co pozostało, lub, być może, wszystkim, co kiedykolwiek było...
— Pokaż mi — szepcze.
Nie musi mówić nic więcej. Wiem, o co mu chodzi.
Zamykam oczy i otwieram umysł szerzej.
Niemal siedemnastoletni chłopiec stoi samotnie pod prysznicem. Bladość jego nagiego ciała absorbuje ziemistą barwę ceramicznych kafelków. Rany, które ozdabiają jego skórę, są już niemal wyleczone, ale chłopiec zrywa strupy i woda, wirująca przy odpływie, barwi się na różowo. Kosmyki jego jasnych włosów lepią się grubymi strąkami do szyi, a powieki są mocno zaciśnięte, gdy pieści swojego penisa, wysuwając do przodu chude biodra znowu i znowu. I z każdym pchnięciem wyciska przez zęby nazwisko: Potter, Potter, Potter...
...Harry!.
Jak zawsze czuję dwie łzy spływające w dół moich policzków. Tylko dwie. Jedna dla chłopca pod prysznicem, a druga dla zranionego mężczyzny, jakim się stał. Tuż obok mnie Harry właśnie dochodzi. Mokra plama na spodniach rozprzestrzenia się tak jak rumieniec na jego pięknej twarzy.
Pochyla się i zlizuje łzę z mojej skóry.
— Chodźmy stąd — szepcze chrapliwym głosem.
Na scenie Król Myszy i jego ubrani w czerń sługusi otaczają Księcia wijącym się kręgiem wąsów, pazurów i ogonów tak krętych jak końcówka świszczącego bicza. Książę znalazł się w potrzasku i dobrze o tym wie, ale ciągle się broni. Butny do samego końca. Wreszcie jednak pada u stóp Króla, ponownie będąc niczym więcej niż zepsutą lalką.
Kurtyna opada, światła zapalają się przy akompaniamencie mizernych oklasków. Stoimy i obaj szybko zapinamy guziki płaszczy. Zabieramy lornetki, rękawiczki i parasol Harry’ego, zerkając na siebie ze znaczącymi uśmiechami.
— Więc to był koniec pierwszego aktu? — pytam, gdy czekamy na naszą kolej, by wyjść z loży. — Gdzie się podziała druga scena? I co się, do diabła, stało z walcem przeklętych płatków śniegu?
— Nie zdawałem sobie sprawy, że Czajkowski napisał symfonię, której jedna z części miała coś wspólnego z opadami atmosferycznymi dotkniętymi klątwą — odpowiada.
— Potter — syczę pod nosem. — Wspominałem już dziś, jaki z ciebie niepoprawny mądrala?
Śmieje się, otacza mnie ręką w tali, przyciąga do siebie na moment i całuje w skroń.
— A czy ja wspominałem, jaki jesteś niepoprawnie cudowny? — mruczy. Parskam z udawaną irytacją i odwzajemniam pocałunek.
Z trudem torujemy sobie drogę, małymi kroczkami przeciskając się przez tłum do czasu, aż wreszcie docieramy do otwartych bocznych drzwi prowadzących na mokrą i zaśmieconą aleję. Deszcz wciąż pada, a w kałużach odbijają się pomarańczowe światła ulicznych latarni, gdy idziemy wzdłuż ulicy Morskiej Wielkiej ze spuszczonymi głowami i kołnierzami uniesionymi aż do uszu.
— Masz ochotę na spacer? — pytam. W porównaniu z niemal stęchłym wnętrzem teatru powietrze tutaj jest orzeźwiające, mimo że przesiąknięte spalinami i dymem z węglowych pieców.
— Brzmi świetnie — mówi. — Poza tym raczej nie jestem zdolny do aportacji po orgazmie, jakiego niedawno doświadczyłem.
— Nie sądzę, żeby zabrudzona nasieniem jedwabna podszewka twoich spodni od Brioniego w znacznym stopniu zwiększyła prawdopodobieństwo rozszczepienia — odpowiadam.
— Nigdy nic nie wiadomo.
Przez chwilę idziemy w milczeniu. Dźwięk dzwonów z soboru Świętego Izaaka zdaje się wtórować naszym krokom. Na skrzyżowaniu Morskiej Wielkiej i Wozniesieńskiego Prospektu zerkam tęsknie na ciepłe światło emanujące z wnętrza hotelu Astoria. Spędziliśmy tam około tygodnia, kiedy Harry przeprowadził się do Petersburga i nie miał jeszcze własnego mieszkania. Przynajmniej trzy razy pieprzyliśmy się na ławach w eleganckiej hotelowej łaźni tak gorących, iż bałem się, że moja skóra pozostanie żenująco różowa do końca życia. A jednak tam wracaliśmy. Skoro on lubił to tak bardzo, jak mogłem odmówić? Mimo że rzuciliśmy potężne Muffliato, wiedziałem, że drży, wyobrażając sobie, iż w każdej chwili ktoś może wejść...
— Sykl za twoje myśli — mówi z szelmowskim uśmiechem, bez wątpienia śledząc mój wygłodniały wzrok wbity w drugi koniec placu.
— Wspominałem tylko nasz pobyt w Astorii.
— Mmm — mruczy z zachwytem. — Tęsknię za rosyjska łaźnią. — W odpowiedzi mamroczę coś niezobowiązująco. — Daj spokój. Uwielbiałeś to. A szczególnie chłostę brzozowymi gałęziami. Jestem zaskoczony, biorąc pod uwagę twoje erotyczne preferencje, że nigdy wcześniej nie natknąłeś się na wienik*. — Jego uśmiech staje się zdecydowanie drapieżny. — A ja wręcz kochałem sposób, w jaki gorąca para zabarwiała dziewiczym rumieńcem twój blady tyłek.
— Och, na miłość boską, Potter.
— No co? — pyta, udając niewinnego. — Jestem mężczyzną o wyrafinowanych upodobaniach estetycznych.
— Jesteś mężczyzną wyrafinowanym we wszystkim.
— Po więcej niż trzech miesiącach mogę się zgodzić — odpowiada.
Przechodzimy przez plac i kontynuujemy spacer północną częścią Wozniesieńskiego Prospektu. Obaj tęsknie wpatrujemy się w okna mijanego hotelu.
— Opowiadałem ci kiedyś o pokoju numer jedenaście?
Patrzę na niego przez moment, marszcząc brwi w zastanowieniu.
— Nie, nie sądzę. Co w nim takiego ciekawego?
— Mówił mi o tym barman z Kandinskiego. A ja, oczywiście, musiałem obejrzeć pokój, zanim przeprowadziłem się do swojego mieszkania, żeby... no cóż, wiesz, sprawdzić, czy coś poczuję.
— Który barman? — pytam. — Ten przystojny?
— Nie, ten drugi. — Jego głos brzmi z tego powodu nieproporcjonalnie smutno.
— Och, daj już spokój — prycham. — Facet był tak heteroseksualny, że bardziej się nie da.
— Wiem — wzdycha. — Ale pomyślałem, że kiedy zobaczy ciebie, z pewnością zdołamy namówić go na trójkąt. Albo na was dwóch ze mną jako widzem. Nie pogniewałbym się. — Wzdycha po raz kolejny. Trącam go żartobliwie łokciem w żebro.
— Nieważne — mówię. — Więc co to za historia z pokojem numer jedenaście?
— Najwyraźniej to właśnie tam powiesił się Siergiej Jesienin.
— Masz na myśli tego poetę?
— Tak. Przez jakiś czas był mężem tancerki Isadory Duncan. Wychodzi na to, że kompletnie oszalał...
— Niesamowite — drwię. — Kompletnie szalony rosyjski poeta.
— No właśnie. I mieszkając tutaj tyle czasu, wysnułem hipotezę, że zjawisko to wcale nie należy do rzadkości.
— Czy to może mieć coś wspólnego z faktem, że w zimie praktycznie nie świeci tu słońce? — pytam.
— Jeszcze nie spędziłem tu zimy, więc nie wiem. Aktualnie moja teoria potwierdza coś wręcz przeciwnego. Prawie całodobowy dzień niemal doprowadził do obłędu mnie, a jak dobrze wiesz, nie jestem ani Rosjaninem, ani poetą. — Chichoczę, przypominając sobie głupi wierszyk, jaki napisał mi na serwetce w czasie którejś z ministerialnych uroczystości rok temu. Nie wie, że go zachowałem. — Tak czy owak — kontynuuje — Siergiej Jesienin, zanim powiesił się na rurze wodociągowej, przeciął sobie żyły i napisał coś na ścianie swoją krwią.
Drżę, wspominając nasz własny pokój w hotelu Astoria i rozciągający się z jego okien cudowny, ale nieco osamotniony widok na wieżę Admiralicji i Plac Senacki.
— Co napisał? — pytam.
W życiu ludzkim śmierć to rzecz nie nowa, a i życie samo nic nowego.
Marszczę nos z odrazą.
— A cóż to, u diabła, miało znaczyć?
— Złapałeś mnie — odpowiada. — Jak mówiłem, nie jestem szalonym rosyjskim poetą.
Jak można się było spodziewać, słowa te, biorąc pod uwagę obecne okoliczności, wywołują we mnie strach. A strach zawsze sprawia, że się złoszczę.
— Jakie to typowe — kwituję. — Cholerni poeci i ich cholerne tajemnicze wypowiedzi. Może gdyby wyszli na chwilę z domów w ciągu dnia i zrezygnowali z absyntu...
— Co? Uważasz, że ci twoi przeklęci kompozytorzy to wzory emocjonalnej stabilności? — Zatrzymuje się i pokazuje palcem na okno na trzecim piętrze stojącego w pobliżu budynku z czerwonobrunatnego piaskowca. — Ha! Cóż za zbieg okoliczności. Oto mieszkanie, w którym otruł się Czajkowski.
Patrzę we wskazanym kierunku, mrużąc oczy z powodu deszczu, pomarańczowych świateł i grubych czarnych kabli telefonicznych. Kartuszowo-zwijany ornament zdobiący okno jest pokruszony i pokryty brudem.
— Czajkowski mieszkał tutaj?
— Tak mi się wydaje — odpowiada. — A przynajmniej tutaj umarł.
Czuję nagły smutek zupełnie niewspółmierny do nowiny, że dziewiętnastowieczny mugolski kompozytor zakończył żywot w tej rozpadającej się kamienicy. Jednak nie chcę zastanawiać się nad tym głębiej ze strachu, co może czaić się pod powierzchnią...
— Czajkowski wcale się nie otruł — oświadczam. — Umarł na cholerę.
— W książce, którą czytałem przez całe lato, Aleksandra Orłowa pisze coś innego. Twierdzi, że Czajkowski truł się przez wiele tygodni, dodając do szklanki z wodą odrobinę arszeniku. Chcesz wiedzieć, dlaczego to robił?
— Nieszczególnie — odpowiadam zgodnie z prawdą. — Ale przypuszczam, że i tak mi powiesz.
Nie słyszy napięcia w moim głosie, a nawet jeśli słyszy, przypisuje je typowej dla mnie drażliwości.
— Zarząd konserwatorium, które ufundował, naciskał na niego, żeby zakończył romans. Z mężczyzną.
— Ach — wzdycham ponuro. — Czyli „Taniec Wieszczki Cukrowej” to utwór autobiograficzny.
— Malfoy — odzywa się lekko zirytowanym tonem. — Czasami naprawdę potrafisz być gnojkiem.
— Już mi to mówiono — odpowiadam.
Stajemy na krawężniku przy skrzyżowaniu ulicy Morskiej Małej i Newskiego Prospektu, czekając, aż przejedzie tramwaj. Patrzę, jak mijają nas rozświetlone, zaparowane okna obramowujące twarze dziesiątek nieznajomych ludzi, i zastanawiam się, gdzie oni wszyscy zmierzają. Czy mają ojców, matki, współmałżonków i kochanków? Czy jedzą, piją, śmieją się i wydalają, przeklinają, pieprzą się, płaczą i tańczą? A może wracają samotni do pustych domów i zimnych łóżek?
— Jadłeś kolację? — pyta Harry.
Biorę głęboki wdech. Uczucie zbliżającego się nieuchronnie fatum trzymałem na dystans od tygodni i teraz nie zamierzam przestać tego robić z żadnego cholernego powodu. Ponieważ mam go przy sobie. Ponieważ mogę wyciągnąć rękę i dotknąć najbledszego paska jego skóry pomiędzy brzegiem rękawiczki a mankietem koszuli.
— Nie, ale nie mam ochoty nigdzie iść — odpowiadam. — Zrobiłeś zakupy? A może nie starczyło ci czasu?
— Kupiłem kilka rzeczy — mówi z uśmiechem. — Przewidziałem, że dzisiaj nie pójdziemy do restauracji. Ale jutro wieczorem... — Ukradkiem wsuwa dłoń pod moje ramię. — Zarezerwowałem stolik w Dworjanskoim Gnieździe... — przerywa nagle. — To znaczy, jeśli możesz zostać przez dwa dni. — Ton jego głosu jest niedbały, ale w oczach widzę napięcie i źle ukryte błaganie. — Wiem, że jesteś teraz bardzo zajęty... — ciągnie, gdy nie udzielam natychmiastowej odpowiedzi.
Parskam gorzkim, ironicznym śmiechem.
— Och, nie, wcale nie jestem zajęty. Jedynie ścigam się z czasem, wbrew wszelkim nadziejom próbując znaleźć coś, cokolwiek, co będzie w stanie odeprzeć klątwę, zaklęcie lub cholera jedna wie co jeszcze, czym może oberwać mój kochanek, kiedy w końcu zlokalizuje najnowszego naśladowcę Voldemorta w jego najtajniejszej kryjówce w najmroczniejszej części Syberii.
Staram się utrzymać tak samo swobodny ton jak i Harry, ale dobrze wiem, że słyszy zawarte w moim głosie napięcie. Zatrzymuje się nagle i przyciąga mnie do siebie, obejmuje ramionami i opiera swój policzek o mój. Jego skóra jest chłodna i wilgotna od deszczu.
— Byliśmy tu już wcześniej — mówi łagodnie. — Robiliśmy to już wcześniej i przeżyłem.
— Chcesz powiedzieć, że ty to robiłeś — odpowiadam. — Ja nigdy nie stanowiłem części twojej grupy do ścigania czarnych panów.
— Nie. Mówiąc o nas, miałem na myśli, że już kiedyś stanęliśmy razem wobec perspektywy, a nawet sporego prawdopodobieństwa mojej przedwczesnej śmierci. Co najmniej dwa razy tylko w ciągu ostatnich pięciu lat.
Odchyla się do tyłu, żeby spojrzeć mi w oczy, i wplata palce w moje włosy tuż nad karkiem. Przełykam ślinę, czując w gardle nagłą suchość.
— Tym razem jest inaczej, Harry. Gorzej. To nigdy nie było tak niebezpieczne, tak ryzykowne. I jeszcze nigdy inni nie liczyli, że to akurat ja sprawię, że wszystko skończy się dobrze.
— Wiem — wzdycha. Całuje mnie delikatnie i robi krok do tyłu.
Kontynuujemy spacer, idąc wzdłuż jaskrawo oświetlonych sklepowych wystaw i wyjątkowo ponurych w porównaniu z nimi fasad urzędów z czasów sowieckich.

***

*wienik — rózga


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez yamna » 8 kwi 2012, o 00:09

Sama nie wiem co myśleć. Waham się pomiędzy łał, a narzekaniem na poziom mojego zdepresjowania. Ten rozdział jest naprawdę smutny, nie z powodu samej fabuły, ale z powodu Draco. Bardzo mi go żal. Gdzieś pomiędzy słowami ukryta jest jego samotność i smutek, desperackie wręcz pragnienie, tęsknota. Harry wydaję sobie z tym wszystkim dużo lepiej radzić, być może w całym swoim pościgu zapomina o uczuciach. Nie ma czasu o niech myśleć. Czas Draco istnieje tylko dla Harry'ego.

Początek tego opowiadania bardzo mi się spodobał, właśnie z powodu jego emocjonalności i niesamowitej szczerości. Nie miałabym żadnego problemu w uwierzenie, że poznaję prawdziwą historię, prawdziwych ludzi. Takich nieidealnych po prostu, a to jest zwykle miła odskocznia po Gryfońskim do bólu Harrym, którego wszystkie wady wynikają z idealizmu. Ten Harry jest trochę brudny - w ten pozytywny sposób.

Bardzo jestem ciekawa tej puchatości, bo jakoś sobie tego nie wyobrażam. Właściwie to gdyby nie obiecany happy end, mimo tego jak bardzo mi się podobało, darowałabym sobie. Nie lubię smutnych zakończeń, a pierwszy rozdział tak jak mówiłam wywarł na mnie dość ciężkie wrażenie. Bałabym się czytać dalej.

Pozdrawiam serdecznie i zapału życzę
Yam
Z mackami się nie zadziera.
Mózg w trakcie rehabilitacji, przepraszam bardzo!
yamna Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 58
Dołączył(a): 16 mar 2011, o 00:55

Postprzez moaner » 8 kwi 2012, o 05:49

Czytałam to już wczoraj, ale bardzo trudno było mi się zebrać w sobie i zacząć pisać komentarz, bo po lekturze było mi jakoś.. Ciężko. Zachęciłaś mnie, Kaczalko opisem tego opowiadania, nie ukrywam. Z rozkoszą zaczęłam je czytać. Muszę przyznać, że najbardziej imponuje mi w tym tekście język, sposób budowania zdań. Jestem pod ogromny wrażeniem. Tym bardziej podoba mi się tekst, bo jest pisany z perspektywy Dracona. Raczej spotykam na swojej drodze ficki, które mimo wszystko bardziej skupiają się na Harrym. A co do Pottera.. Zgodzę się z Yam, że jest tutaj jakiś taki brudny. Nie chcę określać go mianem ,,zły", za krótki fragment, aby to osądzać. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tutaj Draco jest tym bardziej zależnym od drugiego. To przedstawienie, które odegrali w trakcie baletu było WYBORNE. Najbardziej właśnie to mi się spodobało, gdy Draco wszedł w swoją rolę, ułatwiając dostęp i Harry'emu i mężczyźnie, który ich obserwował.
I mimo, że wolę, gdy Draco jest tym ,,brudniejszym", to cholernie spodobał mi się ten fragment:
— Nie — odpowiada. — Nie ekskluzywne. Zwyczajnie obskurne. Wiesz, że bardzo lubię patrzeć, jak radzisz sobie w takim otoczeniu.

Czekam na kolejną część. Pozdrawiam serdecznie i życzę wena translatorskiego. :)
moaner Offline


 
Posty: 27
Dołączył(a): 3 lut 2012, o 15:26

Postprzez Ferris » 9 kwi 2012, o 07:58

Kiedyś rozmawiałyśmy o tym tekście, ale jakoś nigdy nie zmusiłam się żeby czytac w oryginale. Ja naprawdę unikam fików pisanych w pierwszej osobie, bo nie znoszę tej formy - jest strasznie męcząca. I w zasadzie po przeczytaniu tego rozdziału, nie zmieniam zdania. Jestem zmęczona. Jednak nie chodzi tu tylko o narrację. Ten rozdział, pomimo pewnej lekkości w zachowaniu bohaterów, igraszek podczas przedstawienia i insynuacji, jest po prostu ciężki i ściąga na dół. Tak jak pisały poprzedniczki, jest smutny. Nie da się tego nie odczuc. Cały ten rozdział jest tak realistyczny, że to aż boli. Wspomnienia i rzeczywistośc, teraźniejszośc i przeszłośc, radośc i smutek, przeplatane tak, że tworzą realny, przytłaczający obraz, wdzierający się w umysł.
Podoba mi się ten 'brudny' Harry. Nie odbiega on daleko od tego jak ja sama go widzę. To już nie jest chłopiec, to mężczyzna, który ma prawo zachowywac się jak mężczyzna - trochę niepoprawnie i niegrzecznie. Podoba mi się to, że nie jest niewinnie uroczy (jeśli wiecie co mam na myśli).
Draco za to jest smutny. On jest tak cholernie smutny i jakby samotny, przestraszony. Przez cały rozdział nie mogłam się oprzec wrażeniu, że albo ktoś mu umarł, albo zaraz umrze i jest tą stratą tak przygnębiony, że to wypływa z każdej komórki jego ciała, ukazuje się w każdym słowie, nawet jeśli mówi coś perwersyjnego i zdecydowanie nie smutnego. I miałam rację, jak się okazało przy ostatnich zdaniach.
Huh, naprawdę jest mi ciężko napisac coś bardziej konstruktywnego, jakoś ciężko mi zebrac myśli. Miałaś rację, to będzie ciężki tekst do przeczytania, więc chyba nie znajdzię się tutaj zbyt wielu wytrwałych czytelników, albo chociaż tych komentujących, bo taki tekst jest ciężko skomentowac.
Jednak spodziewaj się mnie, po kolejną dawkę nostalgiczności, smutku, dobrego sexu i obiecanej puchatości :)
"And if you go, I wanna go with you
and if you die, I wanna die with you
take your hand and walk away..."

Lonely day by System of a Down
Ferris Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 90
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 20:08

Postprzez MargotX » 9 kwi 2012, o 20:59

naprawdę jest mi ciężko napisac coś bardziej konstruktywnego, jakoś ciężko mi zebrac myśli. Miałaś rację, to będzie ciężki tekst do przeczytania, więc chyba nie znajdzię się tutaj zbyt wielu wytrwałych czytelników, albo chociaż tych komentujących, bo taki tekst jest ciężko skomentowac.

Mało oryginalne z mojej strony, ale to zdanie poprzedniczki może służyć jako moje motto do tego pierwszego rozdziału. Też zachęcił mnie Twój opis Kaczalko i obietnica dobrego zakończenia, ale przyznam, że niełatwo będzie mi zmierzyć się z tym tekstem. I znów, zabraknie tu całkowicie oryginalności, bo mogę podpisać się pod wieloma stwierdzeniami z poprzednich komentarzy.
Po pierwsze, ja też nie znoszę pierwszoosobowej narracji, przyznam, że bardzo często z tego powodu odrzucałam książki i zwyczajnie ich nie czytałam.

Po drugie, mam dokładnie to samo odczucie co poprzedniczki, że to naprawdę "gęsty" i ciężki tekst. "Brudny" jest tu dla mnie nie tylko Harry, "brudna" wydaje mi się całość, może dodatkowo dlatego, że osadzona jest w realiach rosyjskich, że pokazane są one bez upiększeń i nie osadzone w złotych ramkach.
Na dodatek, mimo tej pewnej frywolności zachowań, tu naprawdę powiało smutkiem, samotnością, niemal depresją.
Trzy miesiące. Upłynęły trzy niewymownie długie i pełne udręki miesiące od chwili, gdy staliśmy pod brudnym, kamiennym przejściem przy nabrzeżu Newy, słońce wschodziło za naszymi plecami, a my całowaliśmy się, całowaliśmy i całowaliśmy.
Już to pierwsze wspomnienie Draco, będące reakcją na wiadomość Hermiony, ale pochodzącą od Harry'ego, daje przedsmak tej nostalgii i smutku.
Na taki a nie inny odbiór pewnie ma wpływ i sama forma przekazu, budowa zdań, klimat miejsc i zdarzeń, wspomnień i teraźniejszości.

Będzie mi pewnie naprawdę ciężko wycisnąć jakiś sensowny komentarz, bo przypuszczam, że tekst nieźle po mnie pojedzie, jeśli dam radę go czytać, ale podtrzymuje mnie nieco na duchu ten romantyzm i miłość, no i osoba tłumaczki.

Dziękuję i pozdrawiam.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez karmelowa » 16 kwi 2012, o 14:06

Na mnie też to wywarło smutne wrażenie. I rzeczywiście, gdyby nie obietnica happy endu, dałabym sobie spokój.

Zaczyna się dość ponuro. Mimo, że bohaterowie są razem, idą do teatru, przeżywają kilka radosnych sekund... Mimo wszystko, to jest naprawdę ponure. Również żal mi Draco, a Harry niby mi się podoba, jednak nie do końca. To, że jest bardziej dojrzały i "brudny" jest całkiem w porządku. Brakuje mi jednak tych uczuć, którymi zwykle Potter buzuje. Brakuje mi trochę tego pierdołowatego Harry'ego (który spokojnie mógłby pogodzić się z dorosłością i brutalnością).

Mimo wszystko, poczekam i zobaczę, co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że obiecany happy end nim będzie.

Pozdrawiam :)
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez hedonistka » 16 kwi 2012, o 18:58

popieram dziewczyny, zapowiada się okropnie smutno. mi to jednak nie przeszkadza, bo angsty uwielbiam, pewnie przez ich brak w realnym życiu ;)
tonacja, klimat, zaczarowuje. ogromny plus za uwagę o Czajkowskim, bo to niesamowicie dramatyczna, ale też ciekawa postać. idealnie pasuje do 'krajobrazu'- zimnej rosji, samotności bohaterów, ich gier, wzajemnej niepewności... dla tego wszystkiego jestem w stanie przeboleć nawet te biologiczne sceny intymne (włączając w to powtarzające się słowo 'otwór' :D)
z pewnością przeczytam kolejne odcinki ;) boli mnie tylko to, że kompletnie nie kumam, o co chodzi w fabule, nie czytałam "Mudhoney". Jestem noga z angielskiego, rozumiem, że nie ma tłumaczenia na niemiecki ani rosyjski? ;) Ktoś mi może podszepnąć jakieś słówka wytłumaczenia? Albo myślałaś Kaczalko o przetłumaczeniu? Zawsze wychodzi ci to rewelacyjnie :)
hedonistka Offline


 
Posty: 5
Dołączył(a): 4 gru 2011, o 19:29

Postprzez Kaczalka » 19 kwi 2012, o 09:51

Część II


Wreszcie docieramy do budynku, w którym mieści się jego mieszkanie. Wejście otoczone jest typową dla tego miasta palladiańską futryną i opasłymi doryckimi kolumnami. Tęgi odźwierny przytrzymuje drzwi, kiedy wchodzimy do holu. Tupiemy i niczym dwa kudłate psy strząsamy z siebie wodę na posadzkę z różowego marmuru z inkrustowanym wzorem w stylu carreaux d’octagones. Jak to się często zdarza w towarzystwie Harry’ego, zapomniałem o użyciu magii, a o zaklęciu Impervius przypominam sobie dopiero wtedy, gdy jesteśmy już w środku.
Podobnie jak wiele nowych budynków mieszkalnych w centrum Petersburga, ten również jest odremontowanym pałacem. Co tłumaczy obecność marmuru i ścian pokrytych jedwabnym brokatem.
Wjeżdżamy windą na trzecie piętro, idziemy po wyłożonym chodnikiem korytarzu, po czym przez pięć minut czekamy, aż Harry skoryguje zabezpieczenia tak, aby nas przepuściły. Wreszcie brzęczenie wyjątkowo nieprzyjemnego zaklęcia Interdico cichnie i Harry przekręca klucz w zamku.
— Przynajmniej wiem, że prawdopodobnie nikogo tutaj nie zapraszasz — mówię. — Tylko najtwardsi wytrzymaliby tak długie i niewygodnie oczekiwanie.
Śmieje się i ze straszliwą powolnością spuszcza wzrok na moją pachwinę.
— Czyżbyś sugerował, że będę musiał ciężko popracować, aby znowu wprowadzić cię w odpowiedni nastrój?
— Nie wiem, jak ciężko będziesz musiał pracować — odpowiadam. On i ja skończyliśmy razem z wieloma rzeczami. Dawno temu przestałem odczuwać potrzebę manipulowania emocjami. To znaczy, gdybym kiedykolwiek zamierzał coś takiego zaczynać. Patrząc wstecz, nie jestem pewien, czy w ogóle chciałem zrobić z tym cokolwiek. Co nie oznacza, że nigdy nie miałem ochoty pieprzyć jego umysłu. Miałem i czasami nadal mam. Ale pieprzenie umysłu i manipulowanie emocjami to dwie zupełnie inne sprawy... — Jeśli dobrze mi się przyjrzysz, to zauważysz, że jestem bliski orgazmu — mówię. — Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bliski, Harry. Nie masz pieprzonego pojęcia...
— Och, a ja sądzę, że mam...
Jego słowa to niewiele więcej niż tchnienie. Oczy płoną mu mrocznym ogniem, gdy podchodzi do mnie powoli, aż nie dzieli nas więcej niż kilkanaście centymetrów. Bliskość jego ciała sprawia, że przez każdy mój nerw przebiega gwałtowna iskra pożądania. Wyciąga ręce i przesuwa dłońmi po mojej koszuli wyglądającej spod rozpiętego płaszcza. Ciągle ma na sobie rękawiczki i mogę poczuć, jak szwy miękkiej skóry zaczepiają o moje sutki. Oddech zamiera mi w piersi, gdy doznanie kieruje się prosto do krocza. Harry nie przerywa powolnej podróży dłońmi po obojczykach, a potem po barkach i rękach okrytych kilkoma warstwami tkaniny. Wiem, że nawet przez materiał czuje ciepło mojej skóry, bo z jego gardła wydobywa się niski pomruk. Jednym płynnym ruchem zdziera ze mnie płaszcz i koszulę, chwyta i ściska boleśnie za ramiona, po czym przyciąga mnie do siebie tak kurczowo, że nasze usta prawie się dotykają.
— Mogę cię pocałować? — pyta jak zawsze.
— Tak — odpowiadam również jak zawsze i zwilżam wargi niespiesznym ruchem języka.
Patrzy na mnie, pojękuje i zaciska palce jeszcze mocniej, ale kiedy mnie wreszcie całuje, robi to niewinnie i lekko. Niepewnie jak dziecko. Jego usta jedynie muskają moje, drżąc delikatnie.
— To... — szepcze. — To...
Głos łamie mu się jak gdyby od wstrzymywanych łez. Z trudem przełykam ślinę, ale nie poruszam się, nawet nie oddycham. Zawarliśmy między sobą niepisaną umowę, że czegokolwiek potrzebujemy, bierzemy od siebie, i dajemy drugiemu wszystko, nieważne, czego chce. Czekam na sygnał.
— To... — powtarza. — To powinienem wtedy zrobić. — Ponownie dociska swoje wargi do moich. Tym razem mocniej, ale nie mniej łagodnie. — To. Właśnie to. Bez krwi, bez pierdolonego zaklęcia, którego nawet nie rozumiałem...
— Harry — szepczę tuż przy jego ustach. — To się stało wieki temu.
Obejmuje dłońmi moją twarz i kołysze nią, jakby była najbardziej kruchą i najcenniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek trzymał w rękach. Muska moje usta znowu i znowu, naciskając, ale nie napierając, w zasadzie nie całując nawet, jak gdyby całowanie było zbyt wielką profanacją w konfrontacji z tym, co czuje...
— A jednak się wydarzyło — mówi. — I wciąż tu jest. — Przez moment pieści moją twarz, po czym przesuwa dłonie w górę, na włosy, i obejmuje od tyłu moją głowę.
— Podobnie jak wiele innych wspomnień. Wiesz o tym.
— Wtedy chciałem cię skrzywdzić. Tak samo jak teraz chcę skrzywdzić Mefodija.
Drżę na sam dźwięk tego imienia. Nie tylko dlatego, że przyprawiało mnie o koszmary przez ostatnie dziewięć miesięcy, ale też przez to, że jest tak bardzo podobne do mojego nazwiska. Wystarczy tylko zmienić jedną literę tu, drugą tam...
— Nie wierzę w to — szepczę. — Nie w ten sam sposób. A poza tym ja rzuciłem na ciebie Cruciatusa...
— Tak, ale ja sprawiłem, że krwawiłeś... Krwawiłeś, Draco, na litość boską!
— Tak, sprawiłeś — zgadzam się. — I później zrobiłeś to znowu.
Nadal kołysze moją głową i przyciąga ją do siebie, aż nasze czoła się stykają.
— To co innego — mówi. — Wiesz o tym, prawda?
Marszczę brwi. Coś jest w jego tonie. Coś w wydźwięku słów, co bardzo mnie niepokoi. Rzadko rozmawiamy na temat naszych seksualnych gierek. Łatwo zrozumieć, że to przewyższało wszystko, co się kiedykolwiek wydarzyło i wszystko, co jeszcze nas czeka...
— Tak — odpowiadam i odsuwam się na tyle, bym mógł spojrzeć mu w oczy. — Harry. Dlaczego mnie o to pytasz? Czemu mówisz w ten sposób?
Potrząsa głową i wbija we mnie wilgotne od łez oczy.
— To nic — mamrocze. — Po prostu zapomnij...
— Czy to dlatego, że miałeś orgazm, widząc jak onanizuję się po tym? To cię trapi? — Przytakuje bez słowa. — Boże. Przecież nie po raz pierwszy oglądałeś to wspomnienie, a ja dobrze wiem, jak ono na ciebie działa. Gdyby mi to naprawdę przeszkadzało, nie pokazałbym ci go.
Stoimy w milczeniu przez długi czas. W końcu Harry otrząsa się i spuszcza ręce na moje ramiona. Już ich nie ściska, opiera się tylko o mnie mocno, jak gdyby przytłoczony niewidzialnym ciężarem.
— Przytul mnie. Tylko na chwilkę.
Ujmuję go pod brodę i przechylam jego twarz w stronę mojej. Ja powinienem jeszcze raz spojrzeć mu w oczy, a on musi mi powiedzieć, co złego się dzieje. Jednak w zamian jedynie kiwam głową.
— Oczywiście — mówię cicho. — Będę cię tulił tak długo, jak potrzebujesz.
Zdejmujemy rękawiczki, płaszcze, szaliki, marynarki, koszule, buty i skarpetki. Obaj zostajemy tylko w spodniach. Nie włączył lamp, więc jedyne światło, przesączające się do środka przez trzy wysokie od podłogi do sufitu okna, pochodzi z zamglonych ulicznych latarni. Jak zwykle nie nabył do mieszkania niczego poza ogromnym materacem i najdroższą pościelą, jaką mógł znaleźć (która, biorąc pod uwagę gusty nowej klasy rządzącej w Rosji, musiała kosztować naprawdę sporo). To jeden ze sposobów, dzięki którym pozostaje przy zdrowych zmysłach, wykonując swoją pracę. Dom — jedyny prawdziwy — to mieszkanie przy skrzyżowaniu Kensington Court i Thackery Street. Wszystkie inne, w których czasem bywa: w Pradze, Helsinkach, Belfaście, Kluż-Napoce, Sienie, są tylko miejscami pracy i odpoczynku. Nawet mieszkań w Toronto czy Reykjaviku, gdzie przebywał dłużej niż rok, nie umeblował niczym więcej niż materacem, stołem, dwoma krzesłami oraz zastawą i naczyniami dla dwóch osób. Już od dawna podejrzewałem, że to jego niemy sposób mówienia mi, że w jego życiu nie ma nikogo poza mną. Że chociaż inni mogą pieprzyć go lub obciągać mu w ciemnych alejkach od Dublina po Kijów i wszędzie pomiędzy, nikt nie ma prawa jeść z nim rano płatków z jednej z dwóch misek. I nikt oprócz mnie nie śpi obok niego, tak blisko, że nasze włosy splatają się ze sobą i wchłaniamy nawzajem swoje sny z każdym oddechem.
Kładę się na plecach z głową na poduszce, a on przesuwa się wzdłuż mojego ciała, dopóki nie przylega do niego ściśle. Otaczam go ramionami i przyciągam do siebie, czując jego oddech na szyi i dudnienie serca przy swojej piersi. Jego skóra jest ciepła i taka żywa. Przesuwam ręce wzdłuż łopatek, opuszkami palców tropiąc płaszczyznę kości. Nad nami rokokowe cherubiny namalowane na suficie baraszkują, wypinając swoje grube penisy i różowe pośladki. Próbuję wyobrazić sobie ludzi, mieszkających w tym budynku w czasach carów, gdy tutaj znajdował się salon, pokój dzienny lub buduar zamiast jednego pomieszczenia mieszkalnego. Ludzi, którzy umarli dawno temu i obrócili się w proch w swoich marmurowych kryptach lub żebraczych trumnach, zagubionych pod niekończącym się przestworzem błyszczącego syberyjskiego śniegu.
— Znowu pożerasz wzrokiem te przeklęte aniołki? — Czuję, jak się uśmiecha.
— To nie aniołki, tylko cherubiny. I nie, nie pożeram ich wzrokiem, jak to grubiańsko ująłeś. Podziwiam pędzel artysty.
Prycha i opryskuje kropelkami śliny moją szyję.
— Jesteś takim oszustem, Malfoy. — Przekręcam głowę, więc teraz mogę patrzeć na jego twarz. Czuję niewypowiedzianą ulgę, widząc, że ponury wyraz opuścił jego oczy. — Masz ochotę usiąść na moich kolanach i ujeżdżać mnie, póki nie zmienię się w trzęsącą się galaretę? — pyta, na co mój penis w spodniach aż drży z potrzeby.
— Jeśli się zgodzę, to dasz mi coś zjeść? — odpowiadam.
— Jasna cholera! — Unosi się na łokciu i marszczy czoło w sposób, który zawsze wydaje mi się niemożliwy. — Zupełnie zapomniałem, że jesteś głodny. Przepraszam. Zaraz...
Chce się podnieść, ale przyciągam go z powrotem. Nasze palce splatają się ze sobą.
— Jedzenie nie ucieknie przez następną godzinę lub dwie — mówię. — O ile, oczywiście, przez kilka kieliszków Diaki po pracy razem z Longbottomem i Higglebeem, i Nottem, i O’Malley, i cholera wie kim jeszcze znowu nie zapomniałeś włożyć zakupów do lodówki.
— Nie poszedłem na drinka z Higglebeem — odpowiada z udawanym przerażeniem. — Dobrze wiesz, że ledwie toleruję tego gnojka od dziewiątej do siedemnastej, a co dopiero znosić jego obecność w wolnym czasie.
Śmieję się cicho. Nigdy nie przestaje bawić mnie, gdy Harry odnosi się do swojej pracy takimi określeniami jak prozaiczne „od dziewiątej do piątej”, kiedy, oczywiście, pracuje bez przerwy. Krótko po tym, jak zeszliśmy się ze sobą (lub jakkolwiek można nazwać początek naszego wymykającego się wszelkim kategoriom związku), porzucił nudną pracę w dziale finansowym ministerstwa i do spółki z Longbottomem przekonał Międzynarodową Konfederację Czarodziejów do pomysłu utworzenia elitarnego oddziału specjalnego. Reszta jest już historią i dziesięć odradzających się czarnych panów i pań później on i Longbottom zdążyli zebrać i wyszkolić wyśmienitą grupę najlepszych czarodziejów i czarownic, jakich można opłacić za lichą państwową pensję. Co tłumaczy te ich wysokie rachunki z restauracji i barów. I ogromne kosze z owocami na święta Bożego Narodzenia. Nie można zapominać o koszach z owocami.
Spycham go na materac i przekręcam tak, że teraz leży pode mną na plecach, a moje udo więźnie między jego nogami. Jestem twardy i on dobrze o tym wie. Mruczy nisko, spuszcza ręce, łapie mnie za biodra i przyciąga do siebie.
— Jak dobrze — mamrocze, trącając nosem moją szyję i całując ją delikatnie. — Boże, tak za tobą tęskniłem.
— Chciałbym odwiedzić cię w Irkucku — mówię między pocałunkami, które składam na jego szyi i obojczyku.
Wzdycha, choć nie jest to westchnienie tylko z pożądania.
— Rozumiem. Naprawdę rozumiem. I nie chodzi o to, że nie chcę, żebyś tam był. Bo chcę. Ale to zbyt niebezpieczne...
Z rezygnacją wciągam powietrze. Przerabialiśmy to już wiele razy. Zbyt wiele razy.
— Nie jestem bezbronny...
— Draco. — Przestaje mnie całować i kładzie palec na moich ustach. — Dobrze wiesz, że zdaję sobie z tego sprawę. I wiesz także, że nie mógłbym żyć...
— ...gdyby cokolwiek mi się stało. Tak, tak, jasne.
— Właśnie. Nie potrafiłbym. To by mnie zabiło.
— A jak myślisz, co będziesz czuł, nie widząc mnie dwa, trzy, cztery miesiące i dowiadując się, że przy śniadaniu zadławiłem się Weetabixami i skonałem z twarzą w jajecznicy, a ty nawet nie wypieprzyłeś na pożegnanie mojego tyłka? Przynajmniej gdybym odwiedził cię w Irkucku, a następnego dnia został zamordowany przez Mięczakowa czy jak on tam się nazywa, wiedziałbyś, że końcówkę swego życia spędziłem z twoim kutasem w jelitach i błogim uśmiechem na ustach. W obecnej sytuacji istnieje spora szansa, że wieczór przed swoim ostatnim tchnieniem zmarnuję, upijając się z matką sherry lub grając w szachy z Blaise’em. I przegrywając spektakularnie, muszę dodać.
— Malfoy?
— Co? — Dobrze wiem, że gadam jak nakręcony.
— Przymknij się i zajmij moim penisem.
Podnoszę się, siadam na piętach i niezdarnie gmeram przy pasku.
— Potter, ależ z ciebie pierdolony romantyk.
Śmieje się i zręcznie rozpina spodnie. Ślina napływa mi do ust, gdy patrzę, jak unosi biodra i zsuwa ubrania, a potem opada z powrotem na materac. Podwajam wysiłki i wreszcie mi się udaje. Bezceremonialnie skopuję własne spodnie do kąta.
Przesuwa się i opiera plecami o poduszkę, nie przerywając pieszczenia swojego pięknego penisa leniwymi ruchami.
— Nawilżacz jest w łazience na półce nad toaletą — mówi.
Idę przez kwadratowe plamy światła padającego przez wysokie okna i czuję, jak oczy Harry’ego śledzą każdy mój krok.
— Masz zamiar się wysikać? — pyta.
— Myślałem o tym.
— Świetnie. Zostaw otwarte drzwi, żebym mógł popatrzeć.
Śmieję się i zapalam lampę.
Mocz początkowo wypływa powoli, bo jestem bardziej niż trochę pobudzony, ale po minucie poruszania dłonią po penisie i skupiania myśli na wykonywanej czynności cienki strumyk wreszcie tryska.
— Tylko na to cię stać, Malfoy? — woła. Patrzę na niego przez otwarte drzwi i widzę, że teraz masturbuje się na poważnie. Lubieżnie rozsuwa kolana, bym miał dobry widok na całe jego cudowne krocze, od wilgotnej końcówki członka po idealnie okrągłe jądra.
— Sam możesz spróbować po trzech godzinach ciągłej erekcji i wtedy zobaczysz, jaki strumień wyprodukujesz.
— Nie, raczej podziękuję — odpowiada ze śmiechem.
Po kilku kolejnych żmudnych minutach mój pęcherz wreszcie jest tak pusty jak to w tych okolicznościach możliwe. Osuszam penisa kilkoma chusteczkami, spuszczam wodę w toalecie i sięgam po nawilżacz.
— Jeśli będziesz szedł tak powoli, skończę jedynie na ciebie patrząc — mówi, kiedy wracam do pokoju. — Boże drogi, ależ jesteś wspaniały — mruczy i wyciąga rękę, kiwając na mnie palcami. — Chodź tu.
Gdy siadam okrakiem na jego udach, nabożnie przesuwa dłońmi w górę i dół po moich bokach.
— Podobają ci się nowe fałdy na moim brzuchu? — pytam.
— Co? To mizerne sadełko? — Szczypie grubą na jakiś centymetr skórę po obu stronach mojej talii. — Jak możesz takie coś nazywać fałdami. To raczej fałdeczki. Higglebee z kolei...
— Och, Potter, przestań. To ohydne! Myślałem, że poza pracą nie angażujesz się z nim w żadne kontakty.
Teraz z kolei on wygląda na przerażonego.
— Nie o to mi chodziło! Chciałem tylko zwrócić uwagę na jego rozmiary! Z własnej woli nigdy nie chcę nawet widzieć tego człowieka bez koszuli.
Opieram się na kolanach, żebym mógł swobodnie objąć jego penisa. Harry wydaje z siebie jęk, gdy moje palce zaciskają się wokół niego i odciągają napletek z główki, drażniąc gładką, bogato unerwioną skórę.
— Cicho — mruczę. — Koniec tego pokrętnego gadania.
— Tak jakby — śmieje się.
— Cicho.
Pochylam się, żeby polizać jego wargi, język, podbródek i każde miejsce, do którego mogę dotrzeć. Niespodziewanie staję się strasznie zachłanny. Pragnę kawałków jego ciała we wszystkich otworach mojego, pieprzących, ssących i chłepczących każdą wydzielinę, jaką potrafię z siebie wycisnąć.
Wyciąga ręce i rozsuwa moje pośladki.
— Pozwól mi cię wylizać — błaga. — Pozwól, żebym cię dla mnie przygotował. Muszę cię posmakować.
Trąca nosem moje usta, wciągając głęboko powietrze, przesuwa się do miejsca, gdzie bark spotyka się z szyją, aż wreszcie dociera pod pachę. Unoszę ramię nad głowę, przytrzymując łokieć drugą ręką, a on pieści językiem rosnące tam miękkie włoski. Ociera się o mnie i mruczy, jego błyszczący od śliny podbródek lśni w delikatnym świetle.
Potrząsam głową na znak protestu.
— Nie chcę być gotowy — mówię. — Pragnę, żebyś wziął mnie od razu i przekonał się, że jestem tak samo wąski i ciasny jak wtedy, kiedy zostawiłeś mnie samego na tak długo.
Jęczy, a ja wiem, że to nie tylko z żądzy, jaką czuje na myśl o zagłębieniu się w moim nierozciągniętym ciele. Właśnie mu to wyznałem. Teraz już wie. Wie, że nie było nikogo innego. I to już od długiego czasu.
— I tutaj też nie? — szepcze, tropiąc palcem moje usta.
— Tutaj też nie — potwierdzam.
Maca prześcieradło w poszukiwaniu nawilżacza. Kiedy podaję mu butelkę, praktycznie zrywa z niej zakrętkę zębami. Wiem, że teraz ogarnęło go szaleństwo.
— Jezu, Draco — cedzi przez zęby. — Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
Pomimo zapierającego dech pragnienia udaje mi się roześmiać.
— A niby kiedy? Podczas jednej z tak rzadkich rozmów przez kominek? Wyobrażam to sobie: Cześć, Harry — zaczynam sztucznie wesołym głosem. — Co u ciebie? Jak ci idzie eliminowanie czarnych panów? Och, a tak przy okazji, postanowiłem, że nie pozwolę dotknąć się nikomu poza tobą, bo wtedy czuję się tak, jak gdyby na moje wyrwane z piersi serce ktoś wylewał kwas.
Zamiera, a ja przez szaloną chwilę mam wrażenie, że zamierza mnie uderzyć! Takiego wyrazu twarzy nie miał od lat. Od czasu, kiedy razem uczyliśmy się w Hogwarcie. Nie jest to ani gniew, ani wściekłość, ani nawet obrzydzenie (choć podobne emocje widziałem u niego wiele razy). Nie, to jest zdziwienie. Niczym niezakłócony szok. I dokładnie zdaję sobie sprawę, dlaczego pomyślałem, że chce mnie zranić. Identyczną minę miał tuż przed tym, jak rzucił na mnie Sectumsemprę.
— Harry?
Słyszę, jak mój własny głos drży.
— Co?
Patrzy na mnie oszołomionym wzrokiem.
— Halo? Tu Ziemia do Harry’ego Pottera.
Spazmatycznie przełyka ślinę.
— Och, Boże — dyszy z trudem. — Boże.
Zaciska wręcz morderczo dłonie na moich biodrach, ale uścisk ten nie ma teraz nic wspólnego z pożądaniem. To chwyt kogoś, kto tonie, wyrzucony na wzburzone morze, i desperacko trzyma się liny ratunkowej, wyślizgującej mu się spomiędzy palców. Dobrze wie, że to jego jedyna szansa, ale zdaje też sobie sprawę, że i tak mu nie pomoże.
Wydaje z siebie jęk, który brzmi, jakby pochodził z samej otchłani duszy. Dźwięk ten całkowicie pozbawia mnie zdolności artykułowania słów.
— Och, Boże. Draco.
I chociaż ciągle nie jestem w stanie mówić, mogę działać. Podnoszę się, wspieram na kolanach, obejmuję go i ciągnę za sobą na materac, przyciskając jego twarz do swojej szyi i przeczesując palcami włosy. Trzęsie się teraz mocno.
— Spokojnie, spokojnie — powtarzam znowu i znowu, całując go po głowie. — Już spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Będzie dobrze.
Nie zastanawiając się, zaczynam kołysać go w ramionach, jakby był dzieckiem, podczas gdy on ciągle walczy o oddech. Zaciskam powieki, na próżno starając się uspokoić własne oszalałe tętno, by nie mógł go poczuć. Uświadamiam sobie, że teraz chcę, by mnie uderzył, rozciął wargę, zaatakował, pobił, zaczął dusić. Cokolwiek! Wszystko, tylko nie to. Ponieważ nie wiem, co się z nim dzieje i nie mam pojęcia, jak to naprawić.
— Harry — odzywam się w końcu. — Harry, musisz mi powiedzieć.
Szloch, gdy wreszcie nadchodzi, łamie mnie kompletnie. Otwieram oczy i nawet nie mrugam, a łzy spływają mi po skroniach do uszu. Łaskoczą, ale nie mogę ich zetrzeć, bo wtedy musiałbym go puścić. Dzieje się coś strasznego. Czuję to. Coś nienazwanego, o czym wiedziałem, że znajdzie mnie... nas, zanim wszystko zostanie powiedziane i zrobione. Po prostu miałem nadzieję, tak wielką i gorącą nadzieję, że jakoś uda mi do tego czegoś nie dopuścić.
— Ja umrę, Draco.
Jego szept jest praktycznie niesłyszalny, a jednak słowa wyciskają z moich oczu kolejną falę łez i przecinają skórę, mięśnie, kości i wnętrzności niczym skalpel.
— Nie — zapewniam. — To nieprawda. — Przyciąga mnie bliżej, chowając mokrą twarz w łuku między moją szyją a ramieniem. — Nie pozwolę ci — mówię i przez chwilę jestem całkowicie pewien żarliwości własnej deklaracji. Mimo wszystko, czy to jest możliwe? Zwyczajnie i całkowicie nie jest. Nikt kochany w sposób, w jaki ja, Draco Lucjusz Malfoy, kocham Harry’ego Jamesa Pottera, nie może umrzeć. Coś takiego nie wydarzyło się jeszcze w całej historii świata i nie wydarzy się teraz. Wiem to z całą pewnością. Ziemia kryje w sobie miliardy kości, a wiatr rozwiał nad oceanami tony popiołów, ale w czasie tysiącleci ludzkiej egzystencji nie umarł nikt, kto był kochany jak on przeze mnie. Nigdy.
— To nie... — Walczy o oddech między słowami. — To nie tak, że się boję. Po prostu... — Jęczy i wyplątuje się z moich ramion. Wbija palce we własną pierś, jakby chciał dostać się do serca, rozerwać je i uwolnić od cierpienia. — Tylko że ja... nie mogę... tego... znieść...
Każde słowo cedzi przez zęby ze złością, z taką furią, do jakiej zdolny jest tylko Harry Potter. Jego klatka piersiowa unosi się gwałtownie z każdym oddechem, zaraz jednak wściekłość mija tak szybko, jak się pojawiła, a on trzęsie się, szlocha i dociska dłonie do oczu. Kosmyki spoconych włosów lepią mu się do czoła.
— Nie mogę — szepcze. — Nie mogę tego znieść. Nie mogę znieść myśli, że... — Przełyka ślinę raz, drugi i trzeci. — Że cię zostawiam.
Nagle czuję się całkowicie wyczerpany. Opieram się czołem o czubek jego głowy. Ciągle walczy o oddech, po omacku zbierając do kupy porwane strzępy swojego opanowania.
— Jakim cudem udaje ci się sprawić, że w jednym momencie jestem jednocześnie taki twardy i tak słaby, będąc po prostu... po prostu tylko sobą? — To pytanie retoryczne, więc nie odpowiadam, zajęty składaniem pocałunków na głębokich zmarszczkach między jego ciemnymi brwiami. — Zawsze tak było — wzdycha. — Zawsze. Od pierwszej chwili, kiedy cię zobaczyłem.
Nie jestem przekonany, czy faktycznie tak jest, ale wiem, że lepiej się nie kłócić.
Odsuwa dłonie od oczu i odchyla się, aby móc spojrzeć mi w twarz, i wbija we mnie intensywne spojrzenie.
— Powiedz mi, że to nieprawda.
Marszczę brwi, nagle zdezorientowany.
— Że co jest nieprawdą?
— To, o czym przed chwilą mówiłeś — dodaje niezbyt pomocnie.
— Przykro mi, Harry. Obawiam się, że za tobą nie nadążam. — Biorę głęboki, drżący oddech. — Musisz rozumieć, że ta... rozmowa... zamieniła mój mózg w papkę.
Wzdycha.
— Chodzi mi o to, co powiedziałeś wcześniej. Że nie chcesz, by dotykał cię ktokolwiek poza mną. Przyznaj, że to nieprawda. Że tylko żartowałeś. Że nie to miałeś na myśli.
Mgliście uświadamiam sobie, jak... szczere i doniosłe, choć wygłoszone nonszalancko, było moje oświadczenie, które to wszystko zapoczątkowało, i teraz zżerają mnie wyrzuty sumienia. Mimo to... Mimo to wiem, że nie mogę go okłamać. To kardynalna zasada od naszego pierwszego dnia. Nie oszukujemy się, nie stosujemy podstępów i wykrętów.
— Nie mogę, Harry — szepczę. — Nie mogę cię okłamywać i ty doskonale to rozumiesz. Przepraszam. Przykro mi, że tak bardzo zabolało cię to, co usłyszałeś. Wiesz, że bez potrzeby nigdy bym cię nie skrzywdził. Ale miałem powód, by ci to wyznać. Musisz znać prawdę. Jak na ironię teraz bardziej niż kiedykolwiek. Wybacz mi tylko moją wyjątkową zdolność do wyrażania się tak bezmyślnie. Przypuszczam... — przerywam i próbuję przełknąć wielką grudę, która utworzyła mi się w gardle. — Przypuszczam, że po prostu nie zdawałem sobie sprawy, ile to dla ciebie znaczy.
Odsuwa się ode mnie i próbuje unieść na kolanach, zaciskając dłonie na pościeli. Patrzę na jego wygięty w łuk kręgosłup.
— Harry... — mówię cicho. Czuję się całkowicie zrozpaczony.
Po kilku minutach siada na piętach. Widzę tylko jego profil, ale dobrze wiem, że wpatruje się w przeciwległą ścianę nieruchomym i prawdopodobnie niewidzącym wzrokiem. Czas mija. W końcu podnosi się, jednak zanim staje wyprostowany, chwieje się i dla równowagi łapie za skrzydło okna. Nagle przypominam sobie pot barwiący kostiumy artystów, których oglądaliśmy wcześniej — całe lata temu — i Księcia, wreszcie załamującego się pod naporem Króla Szczurów. Ale to był balet, taniec. Wymowny, zaaranżowany, wyćwiczony. W przeciwieństwie do Harry’ego, który stoi nagi i zgarbiony w ciepłym pomarańczowym świetle, ocieniony strużkami deszczu, z odbijającą się na jego ciele szybą, zniekształcającą gładką powierzchnię piersi, bladą krzywiznę ud...
Gdy odwraca się twarzą do mnie, widzę, że jego spojrzenie jest łagodne i smutne.
— Muszę iść na spacer — mówi. Przytakuję bez słowa. — To nie zajmie dużo czasu. Obiecuję. — W odpowiedzi jedynie ponownie kiwam głową. — W lodówce jest ser, pasztet i kawior, jeśli masz ochotę. A na ladzie leży chleb i owoce.
Prawie parskam śmiechem. Bardzo prawdopodobne, że już nigdy nic nie zjem, a co dopiero dziś wieczorem. Ale przytakuję po raz kolejny.
Muszę wyglądać na tak załamanego, jak się czuję, ponieważ, już ubrany, opada na kolana na brzeg materaca.
— Kocham cię — mówi, obejmując dłońmi moje policzki. — Kocham cię, Draco. Ja lublu tebja. Kocham cię. Moj. Milyj moj.*
— Wiem — szepczę. Nic więcej nie jestem w stanie z siebie wydusić.
Całuje mnie w czoło jak matka dziecko, mruczy: Nox i zamyka drzwi łazienki. Patrzę na niego. Blask latarni z ulicy podświetla go od tyłu, więc widzę tylko ciemny kształt i puste refleksy szkieł jego okularów. Wycofuje się przodem do mnie, nie odwracając się, aż w końcu dociera do wyjścia i łapie za klamkę.
— Wrócę niedługo — mówi. I już go nie ma.

***

Po jakimś czasie odsuwam ręce od twarzy i przestaję płakać.
Patrzę w górę i ledwo widzę przez swoje napuchnięte powieki. Na zewnątrz deszcz zamienił się w śnieg. Ogromne białe płatki dryfują w alei poniżej i mam nadzieję, że Harry zabrał ze sobą szalik. Drżę, bo w mieszkaniu zrobiło się chłodno. Moja skóra przybrała siną barwę i pokryła się gęsią skórką, a skurczony członek dorównuje teraz rozmiarem penisom cherubinów. Zwlekam się z materaca bez cienia elegancji, sztywny i obolały, jak gdybym przez godziny grał w quidditcha, a nie klęczał, szlochając tak gorączkowo, że boję się zamiast łez i smarków zobaczyć na dłoniach krew.
Apatycznie idę do łazienki, odkręcam kran i patrzę na swoje niewyraźne odbicie w zaparowanym lustrze. Woda jest gorąca, zbyt gorąca. Pozwalam, by parzyła mi skórę i czerpię pociechę z bólu, podczas gdy mój umysł niczym ręka niewidomego obmacuje przestrzeń wokół siebie w poszukiwaniu czegoś — czegokolwiek — czego mógłby się uchwycić. Najlepsze, co przychodzi mi do głowy, to czas. Upłyną jeszcze tygodnie, jeśli nie miesiące, zanim będą gotowi do konfrontacji z Mefodijem. Ciągle mamy czas. Czas, aby osłabić go mniejszymi ukradkowymi atakami, w końcu to specjalność Longbottoma. Jestem pewien, że jego żona pracuje dla niego, badając wszelkie prawdopodobieństwa i możliwości. Podobnie jak ja robię to dla Harry’ego, wykorzystując do granic możliwości moje stypendium przeznaczone na badania zaklęć czarnomagicznych i obronę przeciw nim. Koduję w pamięci, by skontaktować się z Hermioną, gdy tylko wrócę do domu, i dowiedzieć się, czy Longbottom powiedział jej coś, czego Harry nie powiedział mnie.
Dociera do mnie dźwięk zamykanych drzwi, a potem głos, wołający mnie po imieniu. Zakręcam wodę i sięgam po ręcznik.
— Chwileczkę! — krzyczę. Nie mam zamiaru pozwolić, by zobaczył moje podpuchnięte i zaczerwienione oczy. — Potrzebuję jeszcze kilku minut dla siebie.
— Oczywiście — zgadza się. Słyszę, jak otwiera lodówkę. — Nie jadłeś.
Decyduję się nie odpowiadać, za to uchylam odrobinę drzwi łazienki i wyciągam rękę przez szparę.
Accio różdżka — mówię szeptem. Harry stoi w kuchni, taktownie odwrócony do mnie tyłem. Ramiona ma przyprószone śniegiem.
Z różdżką w ręku chowam się z powrotem do łazienki i rzucam na twarz kilka czarów kosmetycznych. Merlin wie, że prawdopodobnie i tak wszystko przez nie zobaczy — pewnie umiejętności przenikania przez takie zaklęcia uczą na pierwszych zajęciach w „akademii zwalczania czarnych panów” — ale i tak je nakładam. W końcu wciągam na siebie piżamę, której dodatkowy komplet zawsze mam schowany w jego mieszkaniach, i wchodzę do pokoju cichym krokiem.
Zdjął już płaszcz, ale jego twarz nadal jest zaróżowiona, zimna i lekko wilgotna. Dotyk chłodnej skóry na moich spierzchniętych wargach jest tak przyjemny, że dociskam do niej usta przez długi czas, podczas gdy on głaszcze mnie po plecach.
— Proszę — mówi, wychylając się lekko z moich ramion. — Jedz.
Nie mam sił na protest, więc pozwalam się karmić. Odcina plasterki jabłka i trójkąciki sera, podaje kawałki najpierw mnie, a potem sam sobie i powtarza to kilka razy. W ten sposób zjadamy dwa jabłka, kostkę sera i dwie kromki gliniastego pszennego chleba.
— Wystarczy? — pyta, a ja kiwam głową.
— Ale napiłbym się wody. — Krzywię się na chrapliwy dźwięk własnego głosu.
Nie komentuje i wyciąga z lodówki butelkę San Faustino. Odkręcam ją i niemal na raz przełykam jej zawartość.
— Wiem, że to może wydawać się trochę dziwną zachcianką — mówi, kiedy piję. W jego tonie pobrzmiewa nieśmiałość, która w innych okolicznościach rozbawiłaby mnie i podnieciła.
— Co? — Gwałtownie nabieram powietrza i wycieram usta dłonią.
Uśmiecha się lekko przewrotnie.
— Ciągle spragniony? Chcesz jeszcze jedną butelkę?
— Nie, wystarczy — odpowiadam. Tak, złamane serce niesamowicie wzmaga pragnienie, dodaje złośliwa część mojego umysłu, ale, oczywiście, uciszam ją, zanim słowa choć zbliżą się do języka. W zamian po raz kolejny pytam, cóż tak dziwnego sobie ode mnie życzy.
— Chcę, żebyś się ze mną kochał — mówi. — Myślisz, że możesz? To znaczy, po tym wszystkim... — Rozkłada obrócone wnętrzem do góry ręce, jak gdyby obejmował nimi ostatnie trzy godziny, a może ostatnie trzy miesiące naszego życia.
Ku memu ogromnemu zdziwieniu czuję, że mój penis drga pod ciężkim jedwabiem piżamy. Widzi to i najbardziej olśniewający, boleśnie piękny uśmiech rozjaśnia jego twarz, zabarwiając oczy radością i wdzięcznością, rozpalając je jak zielone świece. Przelotnie przypominają mi się lampy w pokoju wspólnym Slytherinu i dziesiątki... nie, setki razy, kiedy siedziałem tam, wpatrywałem się w ich blask, i myślałem dokładnie to co teraz: oczy Harry’ego iskrzące się od miłości i pożądania skierowanych do mnie i tylko do mnie.
Biorę go za rękę i wyprowadzam z kuchni.
Rozbieramy się bez pośpiechu. Kiedy przesuwam dłońmi wzdłuż jego obojczyka i ramion, ogarnia mnie zupełnie obce poczucie onieśmielenia, jak gdybym w jakiś sposób mógł zniszczyć tę chwilę. Pochylam się i całuję go, otwierając jego usta językiem, na co obejmuje od tyłu moją głowę, nie pozwalając mi się poruszyć. Mruczę mu czułe słowa prosto w usta i czuję, jak jego penis unosi się i twardnieje.
Wreszcie opadamy na materac. Pragnę go wylizać, ale jednocześnie nie chcę wypuszczać z ramion. I w ogóle nie podoba mi się pomysł, że kiedy ja będę między jego nogami, głowę i wszystkie myśli, które w niej siedzą, pozostawię samotne na poduszce.
— Chodź tu i nabij swój cudowny tyłek na mój język — mówię.
Śmieje się, obraca i otacza udami moją głowę. Wyciągam ręce i rozsuwam mu pośladki, wdychając odurzający zapach. Czekam, aż wzrok mi się skupi i dojrzę małą grudkę zmarszczonego ciała. Całuję ją, muskam językiem i delikatnie przykładam do niej wargi. Jęczy, a ja czuję, jak bierze w ciepłe usta moją erekcję. Obejmuje napletek i zsuwa go w dół, odsłaniając żołądź w jednym mokrym poślizgu. Jest mi tak niewiarygodnie dobrze, że łzy ponownie kłują mnie w oczy. Jakaś część mnie znowu chce się rozpłakać, ale pokonuję ją siłą woli i skupiam się na smaku i dotyku na moich wargach. Harry zmienia nieco pozycję, aby dać mi lepszy dostęp. Dociskam kciuki do brzegu jego odbytu, rozciągając go łagodnie i wirując po nim samym czubkiem języka. Harry wydaje z siebie gardłowe dźwięki wokół mojego penisa, a ja wbijam pokryty śliną język w jasnoróżowy pierścień boleśnie miękkich mięśni.
Teraz daje mi rozkosz na poważnie, unosząc się, by mógł skupić się wyłącznie na czubku penisa, ssąc i drażniąc wrażliwą powierzchnię, wbijając koniec języka w ujście cewki moczowej, tak jak lubię... aż do chwili, gdy wiem, że długo już nie wytrzymam. Zdejmuję dłonie z jego pośladków i po omacku szukam nawilżacza, modląc się w duchu, żeby był tam, gdzie go zostawiliśmy. Jest, więc łapię go, wyciskam trochę na dłoń i smaruję palce.
— Harry? — mówię. Zwykle nie mam w zwyczaju ostrzegać, jeśli chcę go czymś pieprzyć, czy to jest palec, wibrator czy mój członek, ale dzisiejszy dzień z pewnością nie należy do zwyczajnych.
— Mmm — mruczy, gdy jego usta opuszczają moją erekcję.
— Mam zamiar włożyć w ciebie palec. Mogę?
Trąca nosem moje włosy łonowe i chichocze.
— To najgłupsze pytanie, jakie w życiu słyszałem. A słyszałem ich naprawdę sporo. — Całuje mnie czule w pępek. — Odpowiedź brzmi: tak. Tak, proszę. — Uśmiecham się i muskam jego pięknie napięte jądra. Wierci się. — A o to z kolei nie proszę. To łaskocze jak cholera.
— Kochanie — odzywam się pieszczotliwie. — Zagoń swoje usta z powrotem do pracy.
Posłusznie wykonuje polecenie, a ja sięgam resztą palców do tej różowej fałdki, napierając łagodnie i czując, jak zaciska się, a potem rozluźnia, poddając mojemu delikatnemu atakowi. Harry jęczy wokół mojego penisa, gdy wchodzę głębiej, pięknie poruszając biodrami w geście zachęty. Gdy mój palec nie może już posunąć się dalej, wyjmuję go i znowu wpycham, rozciągając go powoli, ale konsekwentnie. To jedna z rzeczy, które uwielbiam, od kiedy po raz pierwszy wcisnąłem w niego pięść w moim lochu. Prawdą, cholerną prawdą jest, że kocham jego odbyt jak nic innego na świecie. Co nie znaczy, że nie kocham jego słodkiego penisa czy rozdzierających mi serce ust, bo tak nie jest. Ale nie ma nic, naprawdę nic, co pozbawiałoby mnie zmysłów tak bardzo, jak widok znikającego w nim mojego własnego ciała.
— Harry!
— Co teraz, mój kochany? Jeśli zamierzasz włożyć we mnie dwa palce, a nawet trzy, masz na to moją zdecydowaną zgodę.
Śmieję się tak, że tracę oddech.
— Nie o to mi chodziło. — Wreszcie mogę nabrać powietrza. — Zamierzałem tylko powiedzieć, że jeśli nadal będziesz mnie tak ssał, to dojdę, zanim w ogóle zbliżę się do twojego tyłka.
Mruczy ze zrozumieniem nad moim brzuchem, otwartymi ustami całując mnie wszędzie, gdzie tylko może dosięgnąć.
— W porządku — mówi. — Spróbuję utrzymać się z dala od ciebie, ale musisz się pospieszyć. Chcę cię poczuć w sobie, Draco.
W odpowiedzi wyciągam z niego palec i przygotowuję się, żeby włożyć dwa. Ciągle mnie całuje, gdy je wsuwam i zaciskam po obu stronach prostaty, krzyżując je i rozwierając, wkładając głębiej, aż ten najbardziej wrażliwy guzek znajduje się w zagłębieniu między dwoma palcami. Harry nabija się na moją rękę, gwałtownie kurcząc odbyt raz za razem, a ja wciskam się w niego jeszcze bardziej. Unoszę głowę z poduszki, do palców dołączam język i zataczam czubkiem kółka po całym otworze. Mruczy coś, a jego biodra szarpią się z własnej woli. Na brzuchu czuję jego spoconą pierś i mocne uderzenia serca. Już jest dla mnie gotowy. Klepię go w tyłek żartobliwie, żeby dać mu znać, że czas się odwrócić.
— Jak mnie chcesz? — pyta zaczerwieniony i bez tchu.
— Na plecach. Twarzą do mnie — odpowiadam. Gdy kiwa głową na zgodę, w jego oczach widzę ulgę i wdzięczność.
Kładzie się na poduszce i podciąga kolana do piersi. Otaczam jego biodra udami. Jest piękny i giętki. Smaruję penisa nawilżaczem i jednocześnie obserwuję, jak Harry unosi ręce i przekłada je za głowę. Jego ciało, ze szczupłymi mięśniami i mrokiem zalegającym w dolinach między kośćmi obojczyków, to studium światłocienia. Perfekcja w życiu, oddechu, tętnie, pulsie, skurczach, westchnieniach i pocie. Poddaję się i zaciskam powieki, kiedy pocieram główką penisa o przestrzeń między pośladkami, po czym wsuwam się w jego ciało prawie niezauważalnie.
— Draco — szepcze, gdy powoli wchodzę głębiej. — Spójrz na mnie. Proszę. — Z trudem otwieram oczy, cholernie dobrze wiedząc, że zobaczy w nich łzy. — Kocham cię — mówi tylko. W jego głosie nie ma sztuczności, kokieterii, wahania ani potrzeby wzajemności.
— Harry.
Opiera głowę o poduszkę i bierze w dłoń swoją erekcję. Głaszcze ją do rytmu moich pchnięć.
Kołyszemy się w naszej rozkoszy, jakbyśmy tańczyli. Nie tylko ocierali się ciałami i podskakiwali niczym w jakimś hałaśliwym klubie, ale naprawdę tańczyli. Myślę, że zaufanie jest niezbędne, by pozwolić komuś unieść cię do góry i dosłownie trzymać twoją wagę w rękach. Niezliczone godziny zaufania, kryjące się za najprostszym pas de deux...
Wije się pode mną i krzyczy, kiedy wreszcie odnajduję odpowiedni kąt i teraz omiatam jego prostatę przy każdym pchnięciu. Łapię mocno za jego biodra i unoszę je wyżej, by oparły się o moje uda. Ruszam się do przodu i z powrotem, do przodu i z powrotem, raz za razem. Zamyka oczy, a ja wiem, że ufa mi całkowicie. Ufa, że doprowadzę go do druzgoczącego orgazmu, którego tak desperacko potrzebuje. Każdą pojedynczą myśl koncentruję na nim, na odczytywaniu subtelnych reakcji jego ciała, żebym mógł odpowiadać we właściwy sposób. Skamle teraz, poruszając dłonią po nabrzmiałym członku wręcz bezlitośnie, a ja pieprzę go jednocześnie i brutalnie, i czule tak mocno, jak tylko potrafię.
Jego orgazm, kiedy wreszcie nadchodzi, trwa wręcz w nieskończoność. Łamie go prawie całkowicie, wyciskając z niego jeden krzyk za drugim. Wyraz jego oczu, kiedy je otwiera i spotyka moje spojrzenie, jest błagalny, bezradny, a łzy, które powstrzymywałem przez cały ten czas, wypływają swobodnie, kiedy uderzam w niego nieuchronnie bliski spełnienia.
— Draco — szepcze. Jego głos jest zasapany i wolny od troski. — Draco.
Dochodzę gwałtownie i niemal boleśnie. Mój penis znajduje się w nim tak głęboko jak to możliwe, ale i tak wiem, że to za mało. Że zawsze będzie za mało. Uświadomienie sobie tego faktu kompletnie mnie załamuje. Trzęsę się i łkam, a on obejmuje mnie, gładzi po włosach i całuje po twarzy.
— Już dobrze — mówi uspokajająco. — Dobrze. Wszystko w porządku. Wszystko w porządku...
Ale ja wiem, że to nieprawda. Obaj o tym wiemy.
— Kocham cię — krztuszę się.
I nie mogę bez ciebie żyć.
Chcę to wypowiedzieć na głos, ale słowom tym nigdy, przenigdy nie wolno przejść przez moje usta. Świadomość, że po wszystkich tych latach istnieje coś, czego nie mogę mu wyznać, jest straszna.
Kołysze mnie w ramionach łagodnie, aż mój oddech wyrównuje się, a penis mięknie i wysuwa się z jego wilgotnego wnętrza. Jestem skrajnie wyczerpany i przez ułamek sekundy zastanawiam się, czy można umrzeć ze zmęczenia.
Mgliście dociera do mnie, że układa mnie na plecach, a potem myje delikatnie wilgotną, ciepłą szmatką. Próbuję wymamrotać podziękowania, ale nie mam pewności, czy z moich ust wydobywa się jakikolwiek dźwięk. Wreszcie kładzie się obok mnie i naciąga na nas kołdrę.
— Śpij dobrze — szepcze, tuląc mnie do piersi.
Jego słowa i cisza opadających płatków śniegu są wszystkim, co pamiętam, zanim poddaję się pełnemu ulgi zapomnieniu.

***

*„Kocham cię. Mój. Ukochany mój.”


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez pulsująca męskość » 19 kwi 2012, o 21:17

For gad sejk. To jest po prostu... Łoł. Tyle tajemnic do odkrycia, napięcie i spokój jednocześnie. Jestem pod tak gigantycznym wrażeniem, że nie wiem za bardzo, co winnam rzec. Jestem po prostu wmieciona w krzesło. Musiałam aż zapalić kolejnego papierosa, chociaż czytając już wcześniej miałam jednego w ręce. Z tego wszystkiego aż muszę chyba zapalić kolejnego. Z jednej strony oczywiście prawda taka, że nie było mnie ostatnio bieda, więc i tak mi urosła owa potrzeba, ale gdy czytam lub oglądam coś dobrego, to aż się poprosi o zapalenie.
Z początku kompletnie nie pamiętałam, o czym to było, tyle tylko, że było w pierwszej części cholernie dobre. A teraz okazuje się jeszcze lepsze. Oby to nie zostało skopane, bo maja dobre teksty do siebie, że im dalej tym gorzej bywa.
Nie można znaleźć wielu komentarzy na tyle niedopowiedzeń. Ja nie mogę.
Ciekawe, że w ogóle nie wyczuwa się w tym jakiejś, jakby to nazwać, podbijanej na siłę... Nie, inaczej. Bohaterowie nie są na siłę zrozpaczeni, o ile mogę to tak nazwać. Ich postawa nie wydaje się nienaturalna, a to trudna sztuka wśród tylu przerysowanych zachowań, które można w przeróżnych tworach znaleźć.
A jaki świetny podkład mi się do tego wybrał. Hohoho.
Składam pokłony.
Tyleż emocji!

Z poważaniem
pulsująca męskość
Obrazek
PONIES?!
...
pulsująca męskość Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 23
Dołączył(a): 27 gru 2011, o 15:07
Lokalizacja: Orbita Rozkoszy

Postprzez yamna » 20 kwi 2012, o 12:32

Nie wiem, co napisać. Naprawdę nie wiem. Mój mózg się skurczył i nie działa, a nawet nie skończyłam jego rehabilitacji. Popieram pulsującą męskość, opowiadanie aż kipi napięciem w teoretycznie zwyczajnej i codziennej relacji. Udowadnia, że nie trzeba latać z różdżką i rzucać avadami, żeby było gęsto i zapierało dech w piersiach. Ciekawi mnie dlaczego Potter sądzi, że umiera. Zachwyca przywiązanie Draco do Harry'ego i vice versa. Zastanawia co takiego Potter zrobił Draco, że aż tak go przeprasza. Niby nic się nie dzieję, a człowiek i tak się trzęsie z niecierpliwości. Przez chwilę relacja chłopaków wydawała mi się mdła, ale to tylko pozory, pod którą wyczuwam ogromną niepewność i straszne przywiązanie. Mam wrażenie, że bohaterowie są dla siebie nawzajem ucieczką od świata, obietnicą bezpieczeństwa i ciepła. A mimo wszystko nie tracą nic ze swoich charakterów, są tak indywidualni i dopasowani, że bardziej się nie da. I nawet w tej chęci irytowania drugiego, czai się ogromny szacunek.

Fan fick jest bardzo trudny. Prawie, że duszący, ale cieszę się, że mogę go czytać. Dziękuję Ci Kaczalko. Dziękuję także za wiadomość - bardzo miło ją było dostać.

Pozdrawiam serdecznie
Yam
Z mackami się nie zadziera.
Mózg w trakcie rehabilitacji, przepraszam bardzo!
yamna Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 58
Dołączył(a): 16 mar 2011, o 00:55

Postprzez MargotX » 21 kwi 2012, o 18:58

To naprawdę bije po nerach. Przeczytałam odcinek drugi raz, żeby coś naskrobać i znów coś mnie ściska za gardło, i smutno mi straszliwie.

Może dlatego, że tekst jest w narracji Draco, to właśnie jego emocje tak mną miotnęły. On naprawdę bezgranicznie i z całej duszy kocha Harry'ego i to uczucie czyni go niesamowicie wrażliwym i podatnym na zranienie. A Harry go rani... zapewne nawet nie do końca świadomie i na pewno nie jest to zamierzone. Ale taka jest bolesna rzeczywistość. To Draco jest tym, który kocha bezwarunkowo i wiernie.
Co gra w duszy Harry'ego - tak naprawdę nie wiemy, bo nawet jego zachowanie jest nie do końca zrozumiałe. To wyjście - jest przytłoczony tym, co powiedział Malfoy, to pewne, jest też przerażony - takie odnoszę wrażenie, że jakby bał się odpowiedzialności za to ogromne uczucie, którym Draco go obdarza, bo w jakiś nie jest w stanie oddać mu całego siebie w taki sposób, jak robi to Draco.
A jednocześnie widać, że cierpi, że też kocha Malfoya, ale w jego życiu jest wiele innych, ważnych i niebezpiecznych spraw i chyba nigdy nie będzie w stanie oddać się tak bez reszty drugiej osobie.
I to chyba jest takie najbardziej bolesne i przykre. Nie wiem, może źle interpretuję sytuację, przynajmniej na razie, bo zbyt wiele tu niewiadomych, ale ta nierówna siła uczuć pcha mi się przed oczy jako taki główny motyw. Dodatkowo załamuje świadomość Dracona, że w życiu Pottera są jacyś "inni", którzy, co prawda, są jedynie krótkotrwałymi partnerami seksualnymi, ale gdzieś tam się przewijają i fakt, że on się z tym i na to godzi, że swoje cierpienie gdzieś tam głęboko ukrywa i tylko czasem daje się ponieść emocjom.

Kolejna smutna i niesamowicie emocjonalna część za nami, pełno tajemnic, niedopowiedzeń, za to pod dostatkiem bólu duszy i serca. Sorry za takie górnolotne gadanie, ale tak mnie naszło i musiałam przelać tu odrobinę swoich wrażeń.
Dziękuję i pozdrawiam serdecznie.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Kaczalka » 25 kwi 2012, o 18:09

Część III


Budzę się na dźwięk słów po rosyjsku tak głośnych, jakby wzmacniał je Sonorus, i przez chwilę jestem zdezorientowany. Wodniste światło wypełnia pokój, a miejsce obok mnie jest puste i zimne. Siadam i przeczesuję włosy palcami. Na poduszce Harry’ego leży kawałek pergaminu.

Dzień dobry.
W dzbanku zostawiłem Ci kawę. Przykro mi, że nie mogę być teraz z Tobą. Coś się szykuje i Neville zwołał nagłe zebranie w sprawie naszych podejrzanych. Nie powinno mi to zająć dużo czasu. A przynajmniej mam taką nadzieję. Czuj się jak u siebie. Zobaczymy się wkrótce.
Twój Harry


Uśmiecham się słabo, wyobrażając sobie, jak siedzi w jakiejś kawiarni otoczony swoimi ukochanymi współpracownikami-maniakami. Mogę się założyć, że przed aportacją nie ogolił się i nie wziął prysznica. Oczami duszy widzę go, niechlujnego i zaspanego, z włosami totalnie zmierzwionymi. Mam nadzieję, że przynajmniej wyczyścił zęby i nie zionął porannym oddechem o zapachu penisa w twarze swoich pomagierów. Z drugiej strony jednak rosyjska kawa jest jaka jest i biorąc pod uwagę horrendalne ilości, jakie cała grupa spożywa każdego dnia, jedyne, co będą skłonni wyczuć, to espresso i kardamon.
Rozmyślam o całej grupie w czasie prysznica i ubierania, analizując dokładnie twarz każdego z jej członków. Kilka osób, jak na przykład Longbottoma, Kruma, Lovegood czy Notta (gnojka) znam od lat, ale większość z nich spotkałem dopiero po tym, jak zostali zatrudnieni. Przyznaję, że czasami trudno jest nie idealizować ich życia. Znam jednak zbyt wiele krwawych szczegółów, aby bawiły mnie ubarwione wymysły, jakie wypełniają gazety po każdej udanej akcji. Tak, czasami to może być ekscytujące. Lecz publiczność nie widzi niezliczonych otępiających umysł godzin badań, zwiadów i monotonnych obserwacji podejrzanych obiektów. Życie Harry’ego w Irkucku jest tego doskonałym przykładem. Jak się domyślam, ekipa spędza całe doby na śledzeniu kilku niższych stopniem sługusów Mefodija, starając się dostrzec konkretne wzorce w ich ruchach i działaniach. Wynajęli lokal po drugiej stronie magazynu, w którym prawdopodobnie skupiała się większa część działalności przestępczej, i każdy z członków zespołu krążył pomiędzy Petersburgiem a Syberią, starając się opanować skomplikowane Zaklęcia Nieprzenikalności i antyśledzące. Wszyscy poza Harrym i, sądząc po zawoalowanych komentarzach Hermiony, Longbottomem. Jak zwykle Harry niósł na barkach lwią część odpowiedzialności, odmawiając pozostawienia lokalu bez nadzoru nawet na sekundę. No więc tkwił tam. I tkwił, i tkwił, i tkwił...
Wzdycham i nalewam sobie kawy. Nie załamywałem rąk przez ostatnie trzy miesiące. Teraz to już przeszłość, która nie ma znaczenia. Podchodzę do materaca i siadam na podłodze. Po raz kolejny czytam notkę Harry’ego. Coś się szykuje. Zdawkowo i niejasno. A czy kiedykolwiek coś się nie szykowało? Biorę kubek w obie dłonie, grzejąc je i wdychając aromatyczną parę. Czasami jestem w stanie zrozumieć, czym jest to coś, a czasami nie. Sam fakt, że Harry ukrywa przede mną szczegóły swojej pracy, wcale mi nie przeszkadza. Albo nie przeszkadzał aż do wczoraj.
Nawet w świetle poranka i po wywołanym przez orgazm głębokim śnie, wzmianka o jego możliwej śmierci ciągle mnie męczy. Co prawda rozmawialiśmy już o tym wcześniej, a nawet mieliśmy kilka naprawdę trudnych dyskusji, ale nigdy jeszcze Harry nie brzmiał na tak głęboko przekonanego. To właśnie ta nuta pewności ze śladem rezygnacji wstrząsnęła mną najbardziej. On o czymś wie, to jasne jak słońce. Ale o czym? I dlaczego nic mi nie mówi, mimo że jestem jedną z osób starających się pojąć stosowaną przez Mefodija wyjątkowo groźną kombinację tradycyjnej europejskiej czarnej magii oraz jej strasznej i tajemniczej syberyjskiej odpowiedniczki? W końcu misja ta wcale nie jest taka jak wszystkie poprzednie, w trakcie których nigdy nie poprosił mnie o współpracę. W tym konkretnym przypadku zwrócił się do mnie po spędzeniu w Petersburgu zaledwie miesiąca. Wiem, że było to dla niego trudne. Niechętnie podchodzi do angażowania mnie w swoje projekty na jakimkolwiek poziomie, mimo że ja sam nie mam pojęcia, jak według niego niedopuszczenie mnie do udzielenia pomocy miałoby mnie „chronić”. Nieważne. Przerabialiśmy to już setki razy. Jednak biorąc pod uwagę przeszłość, obecna sytuacja bardzo się wyróżnia. Pracuję dzień i noc, zaniedbując własne badania i narażając swoją pozycję w Akademii Międzynarodowej. Nie żeby to miało znaczenie, ale fakt pozostaje faktem: zaharowywałem się aż do kompletnego wyczerpania, bardziej niż nakazywał rozsądek, korzystając z wszelkiego rodzaju przysług, nieistotne z jak niepewnych lub niemoralnych źródeł pochodziły. I wcale nie twierdzę, że nie robiłem żadnych postępów. Były przełomy, chociaż nie takie, które mogłyby umożliwić uderzenie z wyprzedzeniem. Przynajmniej dotychczas...
— Hej.
Zaskoczony odwracam się od okna. Stoi przy drzwiach, tupiąc butami. We włosach ma śnieg, co przypomina mi kruki w ogrodach dworu Malfoyów, stoickie i niewzruszone w środku zamieci, mimo że mniejsze ptaki już dawno się pochowały.
— Cześć — odpowiadam. — Nie zauważyłem, kiedy wszedłeś.
— Wiem. Słyszałem twoje intensywne myśli przez całą drogę przez hol. — Uśmiecha się do mnie niepewnie, gdy rozwija szalik i rozpina płaszcz. — Jak się dziś czujesz?
Odstawiam kubek na podłogę i wyginam plecy w łuk, rozciągając je tak, że chrupią kręgi, i patrzę, jak wzrokiem śledzi kontury mojego ciała. Po chwili wstaję i cichym krokiem podchodzę do niego, zostawiając na podłodze niewielkie wilgotne ślady bosych stóp. Rzuca płaszcz na kuchenny blat.
— Czuję się tak, jak można się spodziewać — mówię. — A ty?
— Tak samo. — Zamyka oczy, kiedy mnie całuje. Jego wargi są zimne i mokre. — Jadłeś? — pyta, wypuszczając mnie z objęć i schylając się, żeby rozsznurować buty.
— Od kiedy tak bardzo przejmujesz się moim odżywianiem? — odpowiadam pytaniem, lekko rozdrażniony.
Prostuje się i bierze mnie w ramiona. Krew napłynęła mu do twarzy, więc jest teraz zaczerwieniony nie tylko od zimna.
— Nie mogę pozwolić, żebyś zmizerniał, kiedy przebywasz pod moją opieką. Poza tym pytałem z egoistycznych powodów. W kawiarni, którą wybrał Neville, skończyły się pirożki i jestem głodny. Może zjemy gdzieś śniadanie, a potem pójdziemy na spacer? Śnieg padał przez całą noc i teraz na zewnątrz jest przepięknie. Będziesz zachwycony.
Stoję tak, że widzę jego twarz. Lustruję ją szybko, szukając czegoś niezwykłego. Wygląda na zmęczonego, ale poza tym chyba wszystko jest w porządku.
— Daj mi chwilę, żebym przebrał się w coś cieplejszego — mówię, ale on ściąga wełniane skarpety, więc wcale nie spieszy mu się aż tak bardzo.
— Możesz pożyczyć coś mojego — odzywa się, kiedy znikam w magicznie pogłębionej szafie. — Spędzając tyle czasu na Wyspach Owczych, w Reykjaviku, Toronto i Helsinkach, a teraz na tej cholernej Syberii, skompletowałem całkiem sporą ilość garderoby odpowiedniej na polarne klimaty. Można by pomyśleć, że chociaż jeden z czarnych panów powinien rozkręcić interes na Fidżi albo przynajmniej na którejś z Wysp Maltańskich. Zaczynam się zastanawiać, czy utrzymanie zdeprawowanego sumienia nie jest uwarunkowane temperaturą...
Wyłaniam się z szafy, mając na głowie ogromną uszankę z wilczego futra.
— Musisz wiedzieć, że mój ojciec spędził większość młodości w majątku pradziadka na Sri Lance — mówię.
Stoi przy zlewie tyłem do mnie i pije wodę ze szklanki.
— Być może — odpowiada. — Ale w takim razie co z tym, cytuję: „wiejskim domkiem” na Hebrydach, który podobno tak lubił? Jestem pewien, że tam wystarczająco odmroził sobie tyłek.
Odkłada szklankę na blat, obraca się, przeciąga i dopiero wtedy dostrzega, że leżę na materacu podparty na łokciach. Obserwuję jego minę, gdy wreszcie dociera do niego, co na sobie mam.
— O Merlinie! — dławi się i w ostatniej chwili dociska dłoń do ust, prawie opluwając sobie sweter. — Malfoy, myślę, że właśnie odnalazłeś swój nowy styl.
Śmieje się tak mocno, że zgina się w pasie, a mnie zalewa fala ulgi. Wstaję i idę do łazienki, żeby sprawdzić w lustrze, jak wyglądam.
— Na Hebrydach dzięki morskiemu klimatowi jest cieplej niż w Anglii — odpowiadam.
Staje za mną, obejmuje mnie w talii i opiera brodę na moim ramieniu. Chwila jest dziwnie swojska. Patrzę na jego twarz prawie całkowicie przysłoniętą przez czapkę. Dmucha mi lekko w szyję, starając się usunąć włoski futra łaskoczące go w nos. Trwamy tak minutę lub dwie, uśmiechając się do naszego raczej idiotycznie prezentującego się odbicia, uszanka jednak w końcu wygrywa i Harry odsuwa się, i kicha w ręcznik.
Moje włosy są dłuższe niż kiedyś. Z powodu, którego nie potrafię wyjaśnić, zdecydowałem się nie podcinać ich, odkąd wyjechał do Irkucka. Zdejmuję gumkę, której czasem używam dla wygody, i potrząsam głową. Jeszcze miesiąc i sięgną ramion.
— Uważam, że świetnie w niej wyglądam — mówię, kręcąc głową na boki.
Przestaje kichać i przygląda mi się załzawionymi oczami. Wydmuchuje nos w garść papieru toaletowego. Obserwuje mnie dosyć długo, jak gdyby rozważał moje wcześniejsze oświadczenie, po czym w ojcowskim geście kładzie mi dłonie na ramionach.
— Wybacz — odzywa się głosem pełnym udawanej powagi i troski — ale obawiam się, że nie mogę pozwolić ci wyjść w tym na zewnątrz. Każdy wilkołak w promieniu stu mil od Petersburga zacznie skamleć jak porzucony szczeniak i spróbuje zgwałcić twoją nogę.
Patrzę na niego z niepohamowanym obrzydzeniem i ściągam uszankę, przez co moje naelektryzowane włosy unoszą się, jakbym był jakimś dziwacznym bezłuskowym trytonem.
— Zamknij się, Potter — mówię. — Jesteś zazdrosny, bo czapka leży na mnie lepiej niż na tobie.
— Skąd wiesz? — pyta. — Nigdy mnie w niej nie widziałeś. Dawaj.
Odbiera mi uszankę, a ja przyglądam się, jak odstawia cały pokaz, zakładając ją na głowę, przesuwając do przodu, potem do tyłu i znowu do przodu. Wreszcie kończy i obraca się twarzą do mnie.
Cholera, mówił prawdę.
— Do diabła, nie masz prawa wyglądać tak kurewsko pociągająco w tej skórze borsuka za pięćdziesiąt funtów — mówię.
— Lepiej pasuje do mojej karnacji niż do twojej — odpowiada. — Szary sprawia, że wydajesz się jeszcze bledszy. Dla ciebie musimy znaleźć uszankę z kuny.
— Byle nie z fretki — ostrzegam.
— Chociaż w białym, z zaróżowionymi od mrozu policzkami, mógłbyś prezentować się bardzo dobrze. Może zając bielak?
— Zobaczymy — mówię niezobowiązującym tonem. — Raczej trudno mi sobie wyobrazić, jak pokazuję się na ministerialnym przyjęciu w czapce wielkości małego kraju.
— Będzie pasowała, jeśli do kompletu założysz dobrze dopasowaną i wykończoną futrem szatę, jakie sprzedają w tutejszej czarodziejskiej dzielnicy. Wieczór skończy się, zanim ludzie przypomną sobie, żeby zebrać szczęki z podłogi i pochować wywieszone języki.
Moczę dłonie pod wodą i próbuję przygładzić włosy.
— Nie wszyscy są tak zakochani w moim ciele jak ty, Potter.
— Serio? — pyta i wygina brew. Jakoś udaje mu się sprawić, że teraz wygląda jeszcze bardziej seksownie. — Wątpię, że bywam jedyną osobą, która łapie się za spodnie, kiedy przechodzisz przez pomieszczenie.
— To przez włosy — mówię. — Chociaż nie wtedy, kiedy tak sterczą. — Poddaję się i wsadzam pod kran przy wannie całą głowę. — W brytyjskiej populacji czarodziejów nie ma zbyt wiele skandynawskiej krwi. — Podaje mi ręcznik.
— Mimo że te białe niczym u Wikinga loki rzeczywiście są jedyne w swoim rodzaju — mówi, całując mnie w szyję, gdy wyciskam w ręcznik nadmiar wody — ja myślałem tylko o twoim tyłku.
Parskam śmiechem.
— Potter, chcesz, żebym ci obciągnął, kiedy masz na głowie to śmieszne cholerstwo?
Marszczy brwi.
— Wydaje mi się, że ustaliliśmy, iż ta czapka, daleka od śmieszności, przekazuje coś w rodzaju... jak to powiedzieć? Atmosfery samczej brawury.
— Naprawdę? — Biorę go za ręce, wyprowadzam z łazienki i kieruję w stronę materaca, gdzie czeka na nas splątana droga pościel. — Ustaliliśmy? — Pochylam głowę. — Hmm... Mam problem z przypomnieniem sobie tego szczegółu naszej rozmowy...
Łapie mnie za podbródek i całuje zaborczo, wbijając mi język między zęby i pochłaniając wargi. Moje krocze spina się boleśnie. Doznanie jest podobne do tego, jakie odczuwa się, wkładając zmarzniętą rękę do ciepłej wody.
— Kurwa — mamroczę, odsuwając od niego usta. — Czy w tej rzeczy pozostały resztki zwierzęcego piżma?
— Z tego co wiem, to nie — mówi. — Sądzę, że to tylko ja. — Pochyla się i całuje mnie jeszcze raz z tą samą okrutną chciwością, która sprawia, że trzęsę się i jęczę. — Sądzę... — mruczy — że po prostu mnie pragniesz, Malfoy.
— Tak — szepczę. — Boże, tak.
I nagle wiem, że tych kilku metrów, jakie zostały nam do materaca, nie zdołamy już pokonać.
Opadam na kolana, do ust napływa mi ślina na myśl o jego przepysznym smaku, i rozpinam mu pasek i zamek. Pochyla się i uwalnia penisa z bielizny, ściągając napletek z powrotem na żołądź. Przesuwa palce do podstawy i tam je zaplata. Rozpinając własne spodnie, ani na sekundę nie odrywam oczu od szczeliny, z której już sączy się lekko spieniony preejakulat.
— Pomogę ci — mówi zachrypniętym głosem — żebyś miał wolne ręce. — Unoszę wzrok na jego twarz i czekam na dalsze instrukcje. Moja pierś faluje gwałtownie z pożądania. — Chcę patrzeć, jak pieprzysz swoje dłonie, kiedy będziesz mi obciągał. Obie dłonie. — Spuszcza wzrok na moje kolana i z trudem przełyka ślinę. — Pokaż mi — szepcze.
Biorę erekcję w jedną rękę i zaciskam kciuk oraz palec wskazujący wokół podstawy dokładnie tak samo jak on, z tą tylko różnicą, że pozostałymi palcami sięgam niżej i obejmuję mosznę, ściskając ją mocno, przez co miękka skóra napina się między knykciami tak bardzo, że aż błyszczy.
— Kurwa — mruczy i zaczyna się głaskać, rozprowadzając wilgoć po całej długości erekcji. — Kurwa, Draco.
Odginam jego palce i zastępuję je swoimi. Chce zaprotestować, ale natychmiast go uciszam. Przesuwam dłoń i nawilżam ją wydzieliną, pozwalając mu przez chwilę poruszać się w moim uścisku, po czym uwalniam go i obejmuję wilgotną teraz ręką końcówkę własnego penisa. Przygląda się zachłannie, gdy powoli wypycham biodra do przodu i zataczam nimi leniwe koła.
Patrzę do góry przez rzęsy. Moje ciężkie od pożądania powieki opadły na pociemniałe oczy.
— Właśnie tak? — pytam.
— Och, kurwa — mamrocze. — Dokładnie tak. Nawet nie próbuj przestawać.
— Mogę ci teraz obciągnąć? — Moje usta są pełne śliny i wydaje mi się, że umrę, jeśli natychmiast nie poczuję na języku pulsowanie tej grubej żyły.
— Możesz — odpowiada czule, pieszcząc wolną ręką mój policzek. Nie jestem w stanie skupić myśli nawet na tyle, aby podziękować mu za hojność, bo moje wargi natychmiast zaciskają się wokół gorącego ciała, a oczy uciekają w głąb czaszki. Jego dłoń szybko przenosi się z mojego policzka na kark, a ja przygotowuję się psychicznie, by opanować odruch wymiotny, kiedy już się we mnie wbije, i trzymać głowę nieruchomo, gdy będzie pieprzył moje usta. Zaciska mi pięść na włosach i ciągnie ostrzegawczo, po czym dosłownie uderza penisem o moje gardło.
Twierdzenie, że zostałem stworzony do obciągania kutasa Harry’ego, nie jest przesadą. Jestem jak profesjonalny, doskonale wytrenowany sportowiec, jeśli chodzi o moją zdolność do radzenia sobie z każdym dodatkowym ułamkiem centymetra z najwyższą uwagą. Pochłaniam go kilkoma płynnymi ruchami aż po sam przełyk, ściskając za każdym razem podstawę jego penisa. Jęczy, nieświadomie szarpiąc mnie za włosy i sprawiając, że łzawią mi oczy. Piżmowy zapach jego wilgotnego krocza niemal doprowadza mnie do orgazmu, więc rozluźniam chwyt na swojej erekcji. Harry pachnie dojrzale i bogato niczym wieloletnia dębowa beczka sherry i, co może być tylko wytworem mojej wyobraźni, wyczuwam na nim również słaby, lecz ewidentny aromat śniegu...
Wpycha penisa gwałtownie, po czym nagle wyciąga, oddychając spazmatycznie. Wysuwa się z moich ust niemal całkowicie, pozostawiając w środku samą żołądź. Cała jego erekcja pokryta jest grubą warstwą gęstej śliny.
— Pozwól mi popatrzeć — dyszy. — Przez chwilkę. Zanim się nie uspokoję.
Luzuję uścisk warg i siadam na piętach. Oczy mam mokre od wstrzymywania odruchu wymiotnego. Puszczam penisa, żeby móc rękawem wytrzeć twarz. Jestem pewien, że zna przyczynę moich łez, ale przez krótką chwilę z niewyjaśnionych powodów boję się, iż myśli, że płaczę.
— Ja nie... — jąkam się. — To znaczy, to nie jest...
Patrzy na mnie pytająco. Nigdy dotąd nie plątałem się w słowach i gdybyśmy nie doprowadzali się właśnie nawzajem do orgazmu, byłby zaciekawiony, a może nawet zaniepokojony. Teraz jednak tylko kręci głową — w geście podziękowania?, przeprosin? — a ja ponownie obejmuję palcami swoją erekcję.
Po chwili ruszam się, wypychając biodra do góry, a on przygląda mi się całkowicie oczarowany. Intensywność jego spojrzenia nie łagodnieje i nie zanika ani na sekundę. Między nami zawsze tak jest. Pragnienie nigdy nas nie opuszcza, nigdy nie słabnie. Stanowi niezmienne tło naszych egzystencji, często tak bardzo rozdzielonych. Migoczący płomień, który rozjaśnia, ogrzewa i wyprowadza nas z naszych łóżek w szarym świetle świtu, i smaga niczym bicz przez cały dzień, dopóki nie znajdziemy się znowu razem. A potem rozpala się i płonie, aż kompletnie wycieńczeni możemy wreszcie zasnąć. Spoceni i zaplątani w pościeli. W swoich ramionach.
Sięga po mnie, a ja poddaję mu się bez wahania. Moje gardło jest chętne, usta znowu pełne śliny na myśl o jego smaku. Ssę i całuję miejsce, w którym członek łączy się z moszną, przez co jego jądra naprężają się jeszcze bardziej. Penis drży, gdy powoli przesuwam językiem od spodu po całej długości. Harry jęczy głośno, kiedy wreszcie go pochłaniam i szczelnie zaciskam na nim wargi. Ponownie wplata dłonie w moje włosy, po czym wsuwa się we mnie i wysuwa długimi gładkimi pociągnięciami, podczas gdy ja pieprzę swoje własne ręce. Jego skóra pod moimi ustami jest jak mokry jedwab.
Gdy czuję, że znowu zbliża się do spełnienia, zacieśniam uchwyt na swojej erekcji. Uwielbiam dochodzić kilka chwil po nim, smakując jego nasienie i czując brak kontroli, kiedy gwałtownymi pchnięciami doprowadza mnie na skraj wytrzymałości. Jeszcze raz wbija się mocno w moje gardło, ale wiem, że wycofa się tuż przed pierwszym wytryskiem. Doskonale zdaje sobie sprawę, jak kocham smak jego spermy i jak nienawidzę tracić go, nawet kiedy spływa mi w dół przełyku. Teraz pieprzy moje usta tak samo, jak zwykle pieprzy tyłek, gdy znajduje się na krawędzi. Jego zachłanność jest bezgraniczna, górę bierze dzika natura, przejmując nad nim władzę i wyciskając z ciała ekstremalne doznania. Do końca brakuje mu już tak niewiele. W żyłach jego penisa czuję wzrastające ciśnienie, a zapach emanujący ze skóry jest wręcz przytłaczający. Jak gdyby coś, co jest jego własną uwięzioną istotą, chciało wyrwać się na zewnątrz.
Bliskość orgazmu musi być dla niego zaskoczeniem, bo nagle szarpie się do tyłu tak gwałtownie i szybko, że całkowicie wysuwa się z moich ust, i kiedy wytryskuje, mocno i gorąco, nie mogę go przytrzymać, gdyż moja własna erekcja aż prosi się o uwagę. Tracę pierwszy strumień, ale zaraz łapię go ustami. Wykrzykuje moje imię, a ja nagle dochodzę, mimo że moje dłonie puszczają penisa i zaciskają się na jego biodrach, by go unieruchomić, kiedy ssę i spijam jego soki. Musi czuć mój desperacki jęk, bo odsuwa się, opada na kolana, zaplata palce wokół mojej erekcji i wyciska z niej resztę nasienia.
Nie mogę przestać się trząść. Wolną ręką oplata mnie i przyciąga do swojej falującej piersi. Wtulam spoconą twarz w jego włosy i gęste futro uszanki, kiedy długimi, kojącymi ruchami głaszcze mnie po plecach. Pozwalam, by mnie kołysał i ukoił. Szepcze mi do ucha wzniosłe, czułe słowa. Zamykam oczy i wącham go. Ciągle, mimo bicia naszych serc i zapachu spoconej skóry, mogę wyczuć na nim aromat śniegu.


Wiatr wieje z północnego zachodu. Orzeźwiający i zimny, zamiata ze swej drogi wszelkie ślady jesieni. Idziemy wzdłuż kanału Gribojedowa ze spuszczonymi głowami i brodami schowanymi w szalikach. Przez ostatnie kilka tygodni w Wiltshire utrzymywała się wyjątkowo ciepła jak na tę porę roku pogoda. Nie na tyle, aby zakładać koszule z krótkim rękawem, ale prawie. Teraz mam wrażenie, jakbym aportował się nie tylko pomiędzy krajami, ale i porami roku.
We wszystkich moich wspomnieniach z Petersburga obecny jest wicher, ciemnoszare niebo i od czasu do czasu promień słońca, padający celnie na wykonane z brązu lub pozłacane zdobienia pałaców w cukierkowych kolorach. Wiem, że nawet gdybym urodził się jako mugol, musiałbym wyczuć tu magię. Można ją praktycznie wywąchać w powietrzu i posmakować na języku. Zerkam na Harry’ego. Ręce ma wciśnięte głęboko w kieszenie długiego, grafitowego płaszcza z wełny merynosów, a ramiona uniesione i skulone wokół uszu. Wiatr mierzwi mu włosy i odsłania czoło, ukazując siną bliznę. Czy powinienem zawracać sobie głowę rozmyślaniami, jak bardzo on tu pasuje? Jakby był w domu. Harry i Petersburg są dla siebie stworzeni, a ja zdaję sobie sprawę, że pokochał to miasto, mimo że czasem narzekał na chłód, zbyt dużą ilość światła czy węgorza w galarecie.
Skręcamy na ulicę Italiańską i lawirujemy wśród tłumu wyłaniającego się z filharmonii. Są to turyści zupełnie innej kategorii niż ubodzy widzowie wczorajszego baletu. Ci tutaj to ubrani w gronostaje posiadacze karnetów na popołudniowe koncerty, czekający teraz w smagającym wietrze, aż szoferzy zabiorą ich do czarnych, błyszczących Rolls Royce’ów. To mieszkańcy hoteli takich jak Astoria, Grand Europa czy Koryntia Newski Palas. Gdy ich mijamy, bez trudu rozpoznajemy słowa wypowiadane w co najmniej kilku językach, a powietrze wokół przesączone jest zapachem perfum, wód kolońskich i luksusowych mydeł.
— Lepiej się pospieszmy — mówi Harry. — Jeśli oni wszyscy zamierzają zjeść obiad w Grandzie, będziemy całe wieki czekali na stolik.
— Co to było? — pytam, wskazując brodą na filharmonię. Przez szerokie, ale niczym niewyróżniające się drzwi, dostrzegam jaskrawy blask kryształowych żyrandoli i ciepłą poświatę włoskiego marmuru pokrywającego całą posadzkę.
— Szostakowicz — odpowiada. — Miałem bilety na zeszły czwartek, ale dałem je Lunie i Teo.
— Ta dwójka nadal ze sobą sypia?
— Trudno powiedzieć. Ale sądzę, że tak. I popieram ich jak najbardziej. W Irkucku jest tak cholernie nudno, a przy pieprzeniu czas szybko upływa.
Nie chcę nawet zastanawiać się, dzięki komu jemu czas szybciej tam płynie.
— Pytam, bo nigdy nie sądziłem, że oni do siebie pasują — odzywam się w zamian.
Odwraca głowę i patrzy na mnie z chytrym uśmieszkiem.
— Ludzie prawdopodobnie to samo mówią o nas.
— Cóż, ludzie to idioci.
— Wyrozumiały jak zawsze, Malfoy — prycha. — Idziemy?
Docieramy do wejścia do hotelu Grand Europa. Kiedy portier otwiera drzwi, ze środka atakuje nas ciepło i zapach palonej kawy pochodzący z eleganckiej, niewielkiej hotelowej kafejki. Czuję, jak szczypią mnie policzki, w których krew zaczyna intensywniej krążyć i widzę, że okulary Harry’ego całkowicie zachodzą parą. Zdejmuje je i wyciera o sweter.
— Widziałem kiedyś zdjęcie Szostakowicza — mówię. — Mógłby być twoim dawno zaginionym bratem bliźniakiem.
Odzywa się do hostessy po rosyjsku, formułując słowa niepewnie, ale precyzyjnie, i już po chwili jesteśmy prowadzeni do stolika w głębi atrium. Siadamy i bierzemy do rąk karty dań.
— Bardziej pradziadkiem. Czy on nie urodził się na początku ubiegłego wieku?
Unoszę wzrok i zastanawiam się przez moment.
— Możliwe. Nie byłbym zdziwiony. Wszystko, co o nim pamiętam, to że transmitowano na żywo jego Siódmą Symfonię podczas oblężenia Petersburga w czasie drugiej wojny światowej. — Ponownie zerka na mnie z chytrym uśmieszkiem i wraca do swojego menu. — Co?
— Nic — odpowiada radośnie. — Po prostu czasem zapominam, że przez rok zastępowałeś profesor Chilliwither i uczyłeś mugoloznastwa w siódmej klasie, kiedy ona prowadziła badania nad starożytnymi praktykami leczniczymi w Indiach, czy gdzie to tam było.
— W Nowej Gwinei. Tak. I moja głowa nadal zaśmiecona jest różnymi mugolskimi ciekawostkami, których już nigdy nie będę potrzebował i których prawdopodobnie w ogóle nigdy nie potrzebowałem.
— Czy ja wiem? — zastanawia się. — Mogę sobie wyobrazić, jak zadomawiasz się w Hogwarcie na wygodnej posadce nauczyciela i olśniewasz towarzystwo Trzech Mioteł w sobotnie popołudnia.
Drżę i odkładam menu na stół.
— Mało prawdopodobne. Hogsmeade to pretensjonalne małe piekło. Oszalałbym w ciągu kilku tygodni. W rzeczywistości prawie tak się stało, jestem pewien, że pamiętasz.
Śmieje się, sięga po moją dłoń i ściska ją ze współczuciem.
— Przynajmniej krążenie między twoją kwaterą w Hogwarcie a moim mieszkaniem w Belfaście było stosunkowo wygodne.
— Oczywiście w porównaniu z krążeniem między Wiltshire a Petersburgiem — odpowiadam. — Dobrze, że trenowałem zaciekle aportację długodystansową i mogłem ją porządnie poćwiczyć, kiedy przebywałeś w Toronto.
Wykrzywia lekko usta i uśmiecha się do mnie ze skruchą.
— Przykro mi, że musisz tyle podróżować. Wiem, jak cię to wyczerpuje...
— To nie koniec świata — przerywam mu. Kolejny temat, który wałkowaliśmy już tysiące razy.
— Hermiona powiedziała mi...
Patrzę na niego ze złością.
— Wiem, że ją kochasz — mówię. — Ale, do cholery, ona czasami potrafi być taką wścibską cipą.
Marszczy brwi, jednak dokładnie wtedy przy naszym stoliku pojawia się kelnerka. Harry zamawia dla nas obu, a ja z wielkim rozbawieniem orientuję się, że mój penis twardnieje na dźwięk jego głębokiego głosu gardłowo artykułującego rosyjskie słowa. Zapisuję w pamięci, by poprosić go później o powiedzenie czegoś w tym języku, kiedy będzie mnie przywiązywał do srebrnych pierścieni łańcucha na tylnej ścianie jego mieszkania. Nawet jeśli będzie to tylko coś w stylu „Którędy do toalety?” albo inne krótkie wyrażenie ze słowniczka dla turystów, ja wyobrażę sobie, że on właśnie rozkazuje mi rozsunąć nogi, by mógł wsunąć we mnie całą kościaną rękojeść bicza.
Prosi kelnerkę o dwie miseczki rosolnika, talerz pielmieni z rybnym farszem i, oczywiście, słodkie pirożki z dżemem i świeżą śmietanką. Straszny z niego łasuch.
— Czy możesz nie nazywać Hermiony cipą? — odzywa się, gdy tylko zostajemy sami.
Wzdycham i unoszę pokrywkę czajniczka z herbatą, by sprawdzić, czy jest już odpowiednio mocna. Nie jest.
— Jasne — mówię.
Odchyla się na krześle do tyłu i opiera kostkę jednej nogi o kolano drugiej, cały czas bawiąc się frędzlami od szalika. Oplata nimi opuszki palców, zaciska je i puszcza dopiero, kiedy skóra robi się purpurowa.
— Wiem, że w rzeczywistości wcale tak nie myślisz — przyznaje. — I wiem też, że ostatnio spotykacie się ze sobą regularnie.
— Cóż, mamy wspólne zainteresowania.
Uśmiecha się figlarnie.
— I kto by pomyślał? Nie sądziłem, że masz ochotę na Neville’a...
— Potter, proszę — mówię, krzywiąc się z obrzydzenia. — Ten facet ma dwie córki w wieku szkolnym.
— My też moglibyśmy, gdyby nie nasze skłonności. Przecież nie jesteśmy od niego młodsi.
— Nie przypominaj mi — wzdycham. Herbata wreszcie wygląda na odpowiednio ciemną, więc nalewam dwie filiżanki.
— W każdym razie Hermiona mówiła mi, że odwiedziła cię we dworze po twoim powrocie z Petersburga w lipcu i...
Odstawiam czajniczek, stukając nim głośno o spodek.
— Właśnie to mam na myśli, kiedy nazywam ją wścibską...
— Nie, nie — przerywa mi. — Tylko nie słowo na „c”, wystarczy „wścibska”.
— Nie miałem zamiaru użyć określenia „cipa” — odpowiadam z irytacją. — Zamierzałem powiedzieć „suka”.
— To prawie to samo, Malfoy — mówi i patrzy na mnie ze złością.
— Dobrze — poddaję się. — Żadnych obelg więcej. Ale tak na poważnie... — przybieram minę, o której wiem, że nie będzie w stanie jej zignorować — ...wolałbym, żeby nie składała ci raportów na mój temat, jak gdybym był jednym z jej pacjentów, a ty moją przesadnie troskliwą matką.
— Draco, tak szczerze. Mogę cię zapewnić, że Hermionie nie wejdzie to w nawyk. W rzeczywistości informacje o tobie musiałem wyciągnąć z niej siłą. Uwierz, ona kwestię zaufania traktuje bardzo poważnie. To ten typ, rozumiesz. Zawsze taka była... — Jego wzrok na chwilę traci ostrość i wiem, że wspomina ich wspólną młodość. A może nie. Może przypomniał sobie o tych mrocznych czasach w trakcie wojny, kiedy Granger była żoną Weasleya i wszyscy razem mieszkali na Grimmauld Place... — W każdym razie chodzi o to, że ona się martwi. Mówiła, że nie wstałeś z łóżka przez kilka dni.
— Półtora dnia.
— Nieważne. Ile by to nie trwało, dla mnie to i tak zbyt długo.
— To było wyjątkowe zdarzenie — mówię. — Jakaś nietypowa reakcja na zimno.
Patrzę ponad jego ramionami na stolik za nim. Dwie kobiety w średnim wieku trzymają w dłoniach filiżanki i pochylają się ku sobie konspiracyjnie, pogrążone w intensywnej rozmowie. Mają niesamowicie czerwone włosy i niesamowicie ciemne usta. Milczymy przez kilka minut, a ja modlę się w duchu, by moje wyjaśnienia go zadowoliły i zapomniał o całej sprawie. W końcu po części wyznałem mu prawdę. Sądzę, że coś mi jest. Ale to coś więcej niż zwykła choroba. Niemalże rozczłonkowałem się już po raz trzeci w przeciągu dwóch lat. Gdy to się stało po raz pierwszy, uznałem, że winna jest moja własna nieuwaga. Przy drugim razie zacząłem się martwić, że to z racji wieku. Kiedy jednak przytrafiło mi się to po raz trzeci, zdałem sobie sprawę, że wszystkiemu winien był mój stan emocjonalny. Dwie pierwsze aportacje miały miejsce po niezwykle ostrych kłótniach. Trzecia i ostatnia po tym, kiedy powiedział mi, że wyjeżdża do Irkucka i nie chce, żebym go tam odwiedzał. Świtało, a my dopiero skończyliśmy się kochać. Nie pieprzyć, ale właśnie kochać, powoli i delikatnie. Niemal rozpłakałem się, kiedy doszedłem, bo to było tak cholernie piękne, i pragnąłem go tak cholernie mocno. Objął mnie, pocałował i wyznał, że wyjeżdża, a ja miałem wrażenie, jakby ktoś walnął mnie w splot słoneczny i przez chwilę nie mogłem oddychać.
Teraz tylko przygląda mi się w milczeniu. Spuszczam wzrok, czując, jak wnika do mojej głowy. Angażuję wszystkie swoje spore siły i umiejętności w oklumencji, i zamykam przed nim umysł. Słyszę, jak wzdycha.
— Dobrze, już dobrze — mówi.
— Dziękuję.
Jeszcze przez chwilę panuje niezręczna cisza.
— Nie możesz winić Hermiony, że się martwi. I mnie też nie — odzywa się w końcu.
— Nie winię was. Po prostu uważam, że to jednorazowe wydarzenie i nie chcę o nim rozmawiać.
Kiwa głową i znowu sięga przez stół po moją rękę.
— W porządku. Szanuję twoją wolę. — Ściska moją dłoń i odsuwa się. Po chwili napięcie między nami ustępuje.
Gdy na stole pojawiają się zamówione potrawy, nagle zdaję sobie sprawę, jak bardzo chce mi się jeść. Rosolnik, ze swoim charakterystycznym połączeniem kiszonego ogórka i gotowanych nerek, okazuje się doskonały, pikantny i słodki jednocześnie. Na wierzchu kucharz uformował spiralny stożek z kwaśnej śmietany, a jego centrum udekorował pietruszką. Po pierwszej łyżce Harry zamyka oczy z błogim wyrazem twarzy. Kończymy zupę ze skupieniem ludzi, którzy są naprawdę wygłodniali.
— No więc — zaczyna, muskając kąciki ust lnianą serwetką i sięgając po rybnego pieroga — Szostakowicza transmitowano na żywo podczas oblężenia Petersburga?
Kiwam głową i odgryzam kęs pielmiena, popijając go łykiem herbaty.
— Siódmą Symfonię — mówię, krzywiąc nos z niesmakiem. — To jego najgorsze dzieło, przynajmniej moim zdaniem. Jest takie... och, nie wiem, jak je określić... mało subtelne.
Parska śmiechem.
— Oczywiście, to przynajmniej wyjaśnia, czemu ci się nie podoba, skoro stałeś się takim znawcą subtelności.
— Tak — mówię, wyginając ironicznie usta. — Mój ojciec byłby zaskoczony, widząc, na jakiego człowieka wyrosłem.
— Cóż, biorąc pod uwagę, jak zachowywałeś się w szkole, wcale go za to nie winię.
— Subtelność to coś, czego nabywa się z czasem — wyjaśniam, pozwalając, by mój głos obniżył się do mruczenia. Wiem, że dźwięk ten trafi prosto do jego pachwiny i wypełni mu zmysły wspomnieniami z mojego lochu: zapachem naoliwionego drewna i skóry oraz skrzypieniem i brzękiem łańcuchów z nierdzewnej stali.
— Rzeczywiście — mamrocze w odpowiedzi.
Zagryzam dolną wargę i zwilżam ją językiem. Obserwuję, jak spuszcza wzrok i zatrzymuje go na moich ustach. Mam nadzieję, że przypomniał mu się nasz pierwszy pocałunek. Jak go odczuwał. Co mu w tamtym momencie ofiarowałem.
— Tak czy owak — mówię — jestem pewien, że słuchaczy nie obchodziło, czy koncert był subtelny czy nie.
Ponownie patrzy mi w oczy i sięga po pirożka.
— Nie, jasne, że nie. W czasie oblężenia zmarło tu ponad milion ludzi.
Obraca się w stronę ściany atrium i wpatruje w zaparowaną i ociekającą kroplami wody taflę szkła. Mój wzrok podążą za nim nieświadomie. Śnieg znowu się rozpadał, ale niezbyt intensywnie. Płatki lecą z nieba leniwie, osadzając się na opatulonych chustami głowach ulicznych sprzedawców i lśniących grzywach koni, stojących z pochylonymi głowami w szeregu czekających dorożek.
— Trwało dziewięćset dni. Mam na myśli oblężenie. Możesz sobie wyobrazić mieszkanie w Petersburgu w grudniu bez jedzenia, wody i opału?
— Na pewno nie jako mugol — odpowiadam.
Milczymy, obaj sącząc herbatę i obserwując ulicę.
— Pomyśl, że milion ludzi umiera w Londynie — mówi. — Nic dziwnego, że to miasto ma taką złowieszczą atmosferę. I jest tak bezkompromisowo hedonistyczne w przyjemnościach.
Dokładnie jak ty, myślę.
— Życie blisko śmierci może tak na ludzi wpływać — odpowiadam w zamian. Cisza, jaka teraz następuje, jest ogłuszająca. Czuję, że moje oczy otwierają się szeroko z przerażenia i, dosłownie, zatykam sobie usta dłonią. On też patrzy na mnie w szoku, ale nie wiem, czy to z powodu tej bezmyślnej uwagi, czy na widok wyrazu mojej twarzy. — To najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek powiedziałem.
— Dlaczego najgłupsza? — pyta. Jego głos jest słaby, a słowa dziwnie pourywane. — Przecież to prawda.
— Na Merlina, Harry! Dobrze wiesz, dlaczego. Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałem.
— Powiedziałeś, Draco, bo tak myślisz.
Przełykam ślinę i na moment zamykam oczy. Już po raz trzeci sięga po moją dłoń, jednak teraz szarpie za nią delikatnie i przenosi się na krzesło obok mnie. Siedzimy tak blisko, że nasze uda i kolana stykają się ze sobą lekko pod obrusem. Przyciąga mnie do siebie na chwilę i całuje łagodnie w skroń. Odprężam się w tym przelotnym uścisku, ale gdy mnie wypuszcza, znowu czuję się osamotniony.
— Jak mam być w stanie zostawić cię we wtorek? — szepczę.
Oczywiście nie odpowiada. Na to pytanie odpowiedź nie istnieje.

***


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez MargotX » 28 kwi 2012, o 17:45

Napiszę coś, na pewno, ale w dniu dzisiejszym nie mam nawet siły przeczytać rozdziału z właściwym zrozumieniem :( nie mówiąc już o jakiejkolwiek sensownej odzywce na jego temat. Przed momentem przeleciałam rozdział, bo wcześniej chyba się pojawił nr IV i wydaje mi się, że nieco inny tekst był, albo już nie kontaktuję, więc tym bardziej muszę przeczytać na spokojnie.

Edit:

Wszystko, co dzieje się między Harrym i Draco, jest szalenie intensywne, gęste od emocji, takie… nasycone, przesiąknięte barwami, smakami, zapachami, emocjami, ale i poczuciem zagrożenia. Właśnie to, jakoś podświadomie mam przeczucie, iż rzeczywiście w każdej chwili może wydarzyć się coś złego, nieprzewidzianego. Być może dlatego, że ten tekst jest tak gęsty, cały czas mam wrażenie tej nieuchronności losu. Oni sami wydają się traktować każde swoje spotkanie jakby miało być ostatnim, tak to odbieram.

W tym odcinku wrażenia pogłębia jeszcze ten opis Petersburga, jego klimaty, miejsca, nawet wspomnienie oblężenia i śmiertelnego żniwa, które zebrała wojna. Do tego Czajkowski, Szostakowicz, śnieg, futrzane uszanki i pelisy podbite futrem – Akame ma stuprocentową rację, że realia wydają się dziewiętnastowieczne. Mało tego, oni doskonale pasują do tej epoki i każde wkroczenie współczesności zdaje się wręcz profanacją.
Przyznam szczerze, że dawno nie czytałam tak plastycznego tekstu. Ja ich po prostu wpasowałam w ramy mroźnego, ośnieżonego Petersburga, w świat Anny Kareniny - nie wiem dlaczego, ale czytając Danse Russe, widzę Kareninę i Wrońskiego w saniach czy na parkiecie sali balowej, ale widzę też ją ginącą pod kołami rozpędzonej lokomotywy. Tak działa na mnie ten fick.
Wynika z tego coś dobrego - nabrałam ogromnej ochoty, żeby po raz kolejny przypomnieć sobie dzieło Tołstoja i zapewne w niedługim czasie po nie sięgnę.

Dziękuję i pozdrawiam.
Ostatnio edytowano 29 kwi 2012, o 20:17 przez MargotX, łącznie edytowano 1 raz
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Kaczalka » 28 kwi 2012, o 18:18

Mea culpa, omyłkowo na chwilę wkleiłam rozdział IV. Dorzucę go niedługo, żeby nie było zamieszania ;)
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Akame » 29 kwi 2012, o 16:23

Przeczytałam wszystkie zamieszczone rozdziały i... jestem pod ogromnym wrażeniem. To opowiadanie ma bardzo specyficzny klimat. Zacznę do tego, że wspomniani są tutaj Czajkowski i Szostakowicz... czytając słuchałam Dymitra, którego notabene uwielbiam, i to tylko potęgowało doznania.

Nie czuję tutaj współczesności. Cały czas mam wrażenie, że akcja toczy się gdzieś na pograniczu dziewiętnastego wieku. Carska Rosja, Petersburg i ta niebanalna atmosfera. Zimno, ciemno i ludzie w uszatkach. Dla mnie szok cywilizacyjny. Autorka sprawiła, że nagle przeniosłam się do tamtej Rosji i nie mogę z niej wyjść. Jeżeli kiedyś włączą tv i wyciągną telefony komórkowe, mogę się zupełnie zgubić.

Draco jest tutaj obłędny, a Harry mu dorównuje. Te ich rozmowy, zachowanie, ciągle wyczuwalne zagrożenie... naprawdę trąci maksymalnym angstem i czytelnik tylko czeka, aż coś wyskoczy zza rogu i rzuci klątwą. Ostatnio z Tarjei zaczytywałyśmy się o tamtejszych wierzeniach, kultach i szamanach i być może to też powoduje, że mam ciary, przeczuwając zbliżające się zagrożenie. Sam Harry również niczego nie ułatwia, rzucając teksty o śmierci, jakby był jej całkowicie pewien. To coś na kształt - Wiesz, aby pokonać kolejnego Czarnego Pana, muszę umrzeć, to już zaklepane. Tylko nie wiem dokładnie kiedy. - Brrr... tak trochę horrorowato.

Cudownie opisane są uczucia Draco i Harry'ego. Jakby byli nimi przepełnieni po brzegi i ocierając się o jakąś ostrą krawędź gotowi są eksplodować. Naprawdę, zagłębiając się w nie, ma się wrażenie dotykania czegoś nasyconego do granic możliwości. Nie mam talentu autorki, więc nie potrafię dobrze wyrazić swych uczuć. Po prostu to poczucie czegoś ciężkiego i mrocznego wiszącego w powietrzu, w zestawieniu z tym co do siebie czują i jak odbierają swoje emocje nawzajem, jest wręcz przytłaczające. Uwielbiam takie opowiadania, gdyż pozostawiają po sobie niezatarte wrażenie. Przyznaję, że jak do tej pory, żadne (a wiele mam takich, które kocham i wracam do nich) nie sprawiło, że w środku upalnego dnia, poczułam zimne dreszcze. Prawie jak u Kinga O.o

Wybrałaś naprawdę ciężki kaliber i jestem tym zachwycona. Dziękuję bardzo za możliwość zapoznania się z tą opowieścią. Niecierpliwie czekam na to, co będzie dalej. Wspomnienia z przeszłości, tylko podsycają moją ciekawość, pobrzękując cicho kajdanami umieszczonymi na ścianach lochu Draco. Przyznaję, że chętnie otworzyłabym drzwi i zajrzała w ten mrok.

Pozdrawiam ciepło. Życzę weny i cierpliwości do dalszego tłumaczenia :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 6 gości