[T] [Z] Na zawołanie

tłumaczenie wspólne Aevenien&Kaczalka

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Kaczalka » 8 mar 2012, o 07:56

Jak obiecywałyśmy, zaczynamy z Aev nowe wspólne tłumaczenie. Tekst, jak nigdy, spodobał się nam obu tak samo, ponieważ jest niemal idealnie kanoniczny, ma bardzo ciekawą fabułę, świetny pomysł oraz lekki styl mimo całkiem niebanalnej treści. Mamy nadzieję, że czytelnikom również będzie się podobał.

Aktualizacje od następnego rozdziału planowane na każdy 20, 1 i 10 dzień miesiąca, chociaż ja za Macki nie odpowiadam ;>

I oczywiście wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet
;)

A ja od siebie dodam, że to moje ulubione drarry minionego roku, które spokojnie mogłoby być ósmym tomem :D I postaram się nie spóźniać z rozdziałami! ;) A następny rozdział nie będzie 10, tylko 20, żeby nie było ;)
A
.


Tytuł i link do oryginału: At Your Service
Autor: Faithwood
Tłumaczenie: Aevenien i Kaczalka
Beta: Donnie
Zgoda: jest, nawet bardzo entuzjastyczna :D
Rating: NC-17
Ostrzeżenia: nie ma, poza tym, że to bardzo fajne :)
Kanon: jedno z najbardziej kanonicznych drarry jakie miałam przyjemność czytać



NA ZAWOŁANIE




ROZDZIAŁ I

SŁUSZNE WĄTPLIWOŚCI*



Ron Weasley odkroił kawałek kiełbaski, wziął go do ust i przez chwilę przeżuwał, w zamyśleniu obserwując sufit Wielkiej Sali i krzywiąc się na widoczne na nim ciemne chmury. Sprawiały wrażenie, jakby zgromadziły się nad hogwarckim zamkiem i patrzyły na niego groźnie.
— To znak — oświadczył. — Dzisiaj niebo płacze razem z Gryfonami. — Wczoraj niebo naprawdę płakało. Pogoda była tak okropna, że przełożono mecz quidditcha. Kolejny dzień czekania sprawił jedynie, że wszyscy stali się jeszcze bardziej zaniepokojeni.
— Znaki są zbędne, nie sądzisz? — zapytał Harry. Wbił widelec we własną kiełbaskę, wiedząc, że jej nie tknie. Jego żołądek skurczył się, co jednak nie miało wiele wspólnego z meczem. Jeszcze raz dźgnął kiełbaskę, ale tylko dlatego, że podobał mu się sposób, w jaki pękała. No, zabiłem ją, więc teraz nie mogę jej zjeść. — Nie z Pyke’em jako szukającym.
— Pyke się nie liczy — odparł Ron, biorąc kolejny kęs. — Graham nas pogrąży, zanim Harper złapie znicz.
— On nie jest taki zły.
— Jest gorszy od Pyke’a.
— Och, na miłość boską! — Hermiona złożyła „Proroka Codziennego” i rzuciła go na stół z irytacją. — Obaj myślicie, że Gryffindor przegra tylko dlatego, że wy już nie gracie.
Ron spojrzał na nią wytrzeszczonymi oczami.
— Wiedziałaś, że Graham prędzej uchyli się przed lecącym na niego kaflem, niż go odbije? A jest cholernym obrońcą!
— Cóż, może i tak, niemniej jestem dobrej myśli. Drużyna Ślizgonów także cierpi z powodu strat.
— „Cierpi” nie jest słowem, jakiego bym użył. „Korzystna wymiana” lepiej opisuje sytuację.
Harry przytaknął.
— Ich nowy obrońca jest niezły, pałkarze jeszcze lepsi, a Harper to dobry szukający. Przy Pyke’u to geniusz.
Brew Hermiony wygięła się w łuk.
— Ale w porównaniu z tobą i tak prezentuje się kiepsko.
No cóż, to prawda, pomyślał Harry, wiedział jednak, że lepiej nie przyznawać się do tego głośno.
— Przegramy, Hermiono. I to nie tylko mecz. Dzisiaj stracimy Puchar — powiedział.
Ron popatrzył na niego szeroko otwartymi oczyma.
— Nawet tak nie mów! Są jeszcze Puchoni. Ich na pewno pokonamy.
— Jane Bradshaw — przypomniał mu Harry. Dwa tygodnie temu mieli okazję oglądać, jak lata ta młodziutka dziewczyna. Córka prawdziwej gwiazdy, szukającej w drużynie Tajfunów z Tutshill, Eleonory Bradshaw, odziedziczyła talent po matce. Urodzona w sierpniu Puchonka pierwszego roku zdobyła tytuł najmłodszej szukającej stulecia. Widok, jak wznosi się nad boiskiem z uśmiechem na twarzy i rozwianymi włosami sprawiał, że Harry’ego ogarniała nostalgia. Nie połykaj znicza, pomyślał, gdy ją zobaczył, zaraz jednak przypomniał sobie, jak sam po raz ostatni dotknął ustami złotej piłki i ucieszył się, że w tym roku nie będzie grał.
Nigdy jednak nie podzielił się tym uczuciem z Ronem. Podobnie jak nie przyznał się Hermionie, że tak naprawdę wcale nie miał ochoty wracać do Hogwartu. Uważał, że to niewłaściwe martwić się quidditchem i wypracowaniami, kiedy na wolności pozostawało tylu śmierciożerców. Powinien być teraz poza szkołą, walka jeszcze się nie skończyła.
Zasługujesz na to, oświadczyła mu wtedy Hermiona. Zasługujesz na odpoczynek. Quidditch, lekcje, wypady do Hogsmeade. Żadnych śmierciożerców, Voldemorta i ryzykowania życiem.
Być może, pomyślał. Ale czy tego chcę?
A jednak wrócił i teraz było już za późno na zmianę decyzji. To nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, powiedział mu kiedyś Dumbledore. Hogwart został w końcu jego wyborem i o czym to świadczyło? Że był leniwy? A może niezadowolenie z podjętej decyzji wreszcie pokazało, kim jest naprawdę? Po raz kolejny wbił widelec w kiełbaskę, której tłusty sok spryskał cały talerz.
— Bradshaw — wyjęczał Ron. — Och, no trudno. Przynajmniej Malfoy także jest przygnębiony. — Harry instynktownie obrócił się w stronę stołu Ślizgonów. Draco Malfoy posępnie wpatrywał się w miskę z owsianką. — Chociaż nie wiem dlaczego — dodał Ron. — Slytherin wygrał.
Ale to nie jego drużyna, pomyślał Harry. Podobnie jak drużyna Gryfonów nie była już jego drużyną. Nosili czerwone szaty z wyszytą na piersi złotą literą „G”, jednak ich twarzy prawie nie rozpoznawał.
Ginny była w zespole, przypomniał sobie. Ale Ginny także nie należała już do niego.
— Prawdę mówiąc, on zawsze wygląda na przygnębionego — odezwała się Hermiona.
Malfoy uniósł wzrok, jak gdyby słyszał jej słowa, ale jego spojrzenie skoncentrowało się na Harrym.
— Fajnie by było, gdybyśmy mogli grać — powiedział Harry. — Chciałbym jeszcze raz pokonać Malfoya na boisku.
To przynajmniej było prawdą, jednak Ślizgon nie zachowywał się prowokująco. W jego oczach nie było złośliwości czy wyzwania — po prostu przez chwilę patrzył, po czym uciekł spojrzeniem, co dziwnie Harry’ego rozczarowało. Malfoy ostatnio często tak robił. Wpatrywał się w niego, a następnie szybko odwracał wzrok, przez co Harry zaczynał czuć się nieswojo.
— Dajcie sobie spokój, obaj — powiedziała Hermiona, podnosząc się z miejsca. — Myślicie, że mnie nie podobało się stanowisko prefekta naczelnego? — Zarzuciła na ramię torbę, która wyglądała na bardzo ciężką. Zapewne miała zamiar czytać podczas meczu. — Rada nadzorcza podjęła decyzję, podobnie jak wy. Teraz nie ma sensu narzekać. — Mimo swoich słów Hermiona nie wyglądała na kogoś, kto jest zadowolony z takich postanowień.
W tym roku rada nadzorcza Hogwartu znalazła się w trudnej sytuacji. Czarodziejski świat był w chaosie, sumy i owutemy nie mogły się odbyć, nie wspominając już o tym, że uczniowie w ogóle nie byli do nich przygotowani. Wielu rodziców okazało swoje niezadowolenie i zażądało, aby ich dzieci ukończyły edukację w normalnym trybie, a nie rok później. W odpowiedzi rada ustaliła, że zajęcia przygotowawcze do sumów odbędą się w terminie od czerwca do września, aby uczniowie mogli je zdać, zanim zaczną szósty rok nauki, zaś przygotowania do owutemów zaplanowano od września do stycznia. Wszystko dlatego, że Hogwart nie był przygotowany na przyjęcie więcej niż garstki studentów, zanim nie odbędzie się jego gruntowna renowacja. Przynajmniej taka była oficjalna wersja wyjaśnienia, dlaczego owutemy tak bardzo przesunięto w czasie. Według krążących plotek to McGonagall postawiła twardo na swoim i oświadczyła, że wszyscy ponieśli straty i nie można za to karać hogwarckich nauczycieli tak rygorystycznym wakacyjnym planem. Owutemy mogą poczekać, cytowano McGonagall. Nasi nauczyciele zasługują na odpoczynek.
Lekcje przygotowawcze nie były obowiązkowe, jednak większość uczniów zdecydowała się w nich uczestniczyć. Hermiona uparcie twierdziła, że powinni je zignorować i zwyczajnie zapisać się do siódmej klasy, żeby uzupełnić braki w edukacji, ale Harry i Ron kategorycznie odmówili. Nawet obietnica, że jako uczniowie obaj będą mogli zachować swoje miejsca w drużynie Gryfonów, nie była w stanie ich przekonać. Wreszcie Hermiona poddała się i poszła w ich ślady, ale od tamtej pory dochodziło między nimi do kłótni, szczególnie kiedy Ron narzekał na utratę statusu prefekta i pozycji obrońcy.
— Spójrzcie na to z innej strony — dodała Hermiona radośnie. — Nie będzie nas tutaj w czasie meczu finałowego, więc jeśli dziś rzeczywiście stracimy Puchar, przynajmniej nie będziemy mieli za czym tęsknić. — Po tych słowa ruszyła w stronę holu wejściowego, wesoło machając torbą.
Ron zrobił krzywą minę do jej pleców i westchnął.
— Ona ma jednak rację. Pocieszające jest, że nie zobaczymy zadowolonych min Ślizgonów, jeśli wygrają.
— Za to zobaczymy je dzisiaj — zauważył Harry.
— Po czyjej jesteś stronie? — jęknął Ron i wstał. — Chodź. Jak się nie pospieszymy, zajmą nam wszystkie dobre miejsca.
Harry odsunął talerz ze zmaltretowanymi kiełbaskami i ruszył za przyjacielem. Hermionę znaleźli w zatłoczonym holu wejściowym.
— Co was zatrzymało? — zapytał Ron, wyciągając szyję, żeby zobaczyć coś więcej.
Hermiona odchrząknęła.
— Trzeba szerzej otworzyć drzwi — powiedziała oschle. Drzwi jednak były już otwarte i zdawało się, że uczniowie w nich utknęli, jak gdyby zbyt wiele osób chciało wyjść jednocześnie. — No wiecie — dodała z nonszalancką miną — prefekci powinni sobie z tym poradzić. Uformować wszystkich w kolumny i wyprowadzić powoli. Wtedy nikt by nie utknął. Jednak czy oni tutaj są? Nie, nie ma ich.
— Ty poradziłabyś sobie o wiele lepiej — mruknął Ron wymownie.
— Oczywiście, że tak.
— Cóż, ja byłbym lepszym obrońcą niż Graham — oświadczył Ron, korzystając z okazji.
Hermiona prychnęła.
— Wygląda na to, że bez naszej pomocy wszystko się rozpadnie.
Tuż obok nich pojawił się Seamus Finnigan, potrząsając głową ze smutkiem.
— Ależ te dzieciaki teraz nieudolne. Nie potrafią nawet przejść przez drzwi. — Skrzywił się. — Nie żebym się spieszył na mecz. Pewnie najlepiej będzie, jak wszyscy zostaniemy tutaj.
— Przestańcie mnie pchać! — krzyknął ktoś z przodu. — Nie mogę przejść. Coś jest nie tak z tymi drzwiami.
— Wygląda na to, że twoja prośba została wysłuchana — powiedział Harry do Seamusa.
— To nie w porządku! — rozległ się kolejny krzyk. Harry odwrócił się, rozpoznając piskliwy głos Goyle’a. Ślizgon stał dalej, w pobliżu wejścia do Wielkiej Sali, energicznie potrząsając za ramiona niskim Krukonem. — Jesteś kłamcą! I złodziejem!
Hermiona natychmiast pojawiła się u boku Harry’ego gotowa do pomocy, jednak Krukon najwyraźniej nie potrzebował ratunku, gdyż w jego ręku momentalnie pojawiła się różdżka.
— Puść mnie albo stracisz palce — rozkazał władczym tonem.
Goyle od razu się cofnął i wbił oczy w swoją dłoń, jak gdyby upewniając się, że nadal posiada wszystkie palce. Wyglądało na to, że policzenie ich sprawia mu trudność. Przez tłum gapiów przebiegł chichot, co musiało rozwścieczyć Ślizgona, bo ruszył do przodu niczym szarżujący byk. Jednak zanim dotarł do swojej ofiary, tuż obok pojawił się Malfoy i zablokował mu drogę.
— Daj spokój — powiedział szeptem, który rozniósł się po całym holu. — Chodźmy obejrzeć mecz.
— Ale on mnie okradł! — zaprotestował Goyle.
Krukon spojrzał na niego ze złością.
— Wcale nie.
— Odwal się, smarkaczu — rzucił mu Malfoy.
— Sam się odwal — zripostował chłopiec, ale musiał uznać, że taka odpowiedź nie wystarczy. — Śmierciożerczy gnojek — dodał, po czym... kopnął Malfoya w goleń i uciekł.
Ku rozbawieniu tłumu Malfoy jęknął boleśnie.
— Co, ty mały... — Wyjął różdżkę, jakby zamierzał pobiec za Krukonem i go przekląć, ale zobaczył Harry’ego na drugim końcu holu i zamarł. Zaczerwienił się, odwrócił i schował różdżkę z powrotem do kieszeni. Uczniowie ciągle się z niego śmiali.
Harry nie zdążył zastanowić się nad zachowaniem Malfoya, gdyż w pomieszczeniu pojawiła się profesor Sprout.
— Co tu się dzieje?! — zapytała głośno.
Zanim ktokolwiek zdążył coś odpowiedzieć, ktoś krzyknął:
— Nie możemy przejść przez drzwi! — I cały tłum wybuchnął śmiechem.
— Och, naprawdę? — Sprout potrząsnęła głową i ruszyła w stronę wyjścia. Uczniowie przesunęli się, żeby zrobić jej przejście, i Harry stracił Malfoya z oczu. — Cóż, to dziwne — usłyszał jeszcze głos nauczycielki zielarstwa, zanim rzuciła głośnio: — Finite Incantatem!
Hermiona westchnęła z żalem.
— Powinnam zdać sobie sprawę, że wyjście jest zaczarowane — odezwała się i zaatakowała Seamusa. — Ty je zakląłeś? Mówiłeś, że byłoby lepiej, gdybyśmy tu zostali.
— Owszem — odparł Seamus szybko. — Co to dla mnie z moimi niesamowitymi zdolnościami telepatycznymi.
Sprout odchrząknęła i krzyknęła ponownie:
Finite Incantatem!
Hermiona ciągle trzymała różdżkę w dłoni. Zakręciła nią, wyglądając na zniecierpliwioną. A kiedy Sprout po raz trzeci rzuciła zaklęcie bez efektu, wysunęła się do przodu i uniosła rękę.
— Proszę pozwolić mi pomóc, pani profesor.
Jak się okazało, nie tylko jej przyszedł do głowy taki pomysł. Kilku uczniów wykrzyknęło inkantację jednocześnie i strumienie z ich różdżek z trzaskiem zderzyły się ze sobą w powietrzu. Wszędzie wokół posypały się iskry, a kapelusz Sprout stanął w ogniu. Hermiona ugasiła go natychmiast.
— Moi drodzy! — zawołała nauczycielka, badając swoje nakrycie głowy. — Wszyscy musicie nauczyć się samokon...
Jednak nie zdążyła skończyć zdania, bo tłum uczniów zrozumiał, że przejście zostało odblokowane i ruszył do przodu, niemal tratując osoby stojące w pierwszym rzędzie.
— Kto uważa, że to jednak znak? — odezwał się Ron zrzędliwie. Na zewnątrz było chłodno, ale ciemne chmury, które wisiały na suficie Wielkiej Sali, rozwiały się, przepuszczając promienie słońca, rzucające jasne refleksy na powierzchnię jeziora. — Szkoda — dodał Ron, mrużąc oczy. — Miałem nadzieję, że będzie padać. Za porażkę moglibyśmy wtedy winić pogodę.
Wolne miejsca znaleźli na południowej trybunie. Nie były najlepsze, bo bramki Ślizgonów znajdowały się zbyt daleko, ale gdy tylko usiedli, Hermiona sięgnęła do torby i wyjęła dwie pary omniokularów.
Ron spojrzał na nie ze zdumieniem.
— Przywołałam je wcześniej — wyjaśniła Hermiona. — Gdybym tego nie zrobiła, przez cały mecz musiałabym słuchać, jak narzekasz, że ich nie zabrałeś.
Ron wbił w nią maślane oczy, więc Harry, spodziewając się sceny namiętnego pocałunku, szybko złapał za omniokulary. Malutki uczeń pierwszego roku zajął miejsce tuż obok i przyglądał mu się z otwartymi ustami. Harry starał się go ignorować, w zamian wpatrując się w boisko. Gdy weszła na nie drużyna Gryfonów, łatwo było dostrzec Ginny. Swoje ognisto rude włosy związała z tyłu w koński ogon, a kiedy ściskała dłoń kapitanowi Ślizgonów, jej twarz zmieniła się w nieczytelną maskę.
Powodzenia, życzył jej Harry w myślach, pragnąc, by Gryfoni pokonali wszelkie przeciwności losu i zwyciężyli. Ostatnim razem, kiedy tak się stało, Ginny rzuciła mu się w ramiona, a on ją pocałował. Mało prawdopodobne, żeby sytuacja się powtórzyła, ale wspomnienie uśmiechu Ginny i wyrazu jej oczu, gdy do niego podbiegała, nadal napełniało go ciepłem. Unieszczęśliwiał ją przez kilka miesięcy. Miała prawo, żeby znowu cieszyć się życiem.
— Ginny powinna być szukającą — odezwał się nagle Ron, brzmiąc, jakby brakowało mu tchu. Widocznie sesja całowania już się skończyła. — Jest milion razy lepsza od Pyke’a.
Harry potrząsnął przecząco głową.
— Jako ścigająca ma większą kontrolę nad sytuacją. Mało prawdopodobne, że wygramy, ale potrzebujemy jak najwięcej punktów.
— Hmm, są wyłączone. Nic nie widzę — poskarżył się Ron, patrząc chwilę przez swoje omniokulary.
Obie drużyny uniosły się, wzlatując do góry niczym czerwona i zielona rakieta. Byli w powietrzu zaledwie minutę, gdy ślizgoński ścigający podleciał do pętli i odbił kafla w stronę Grahama. Rozległ się okrzyk triumfu, kiedy gryfoński obrońca uchylił się przed nim.
— Cholera, niezły początek — westchnął Ron.
Harry dokładnie zlustrował trybuny Ślizgonów z masochistycznym pragnieniem ujrzenia ich uradowanych twarzy. Jednak mimo wszelkich starań nie dostrzegł błysku znajomych jasnych włosów.
— Nie ma Malfoya — powiedział.
— Co? — zapytał rozkojarzony Ron. — No cóż, pewnie się obraził, że ten dzieciak skopał mu publicznie dupę.
— Być może — odparł Harry. Właśnie zobaczył Goyle’a siedzącego między Zabinim a dziewczyną, której nie znał.
Na trybunach znowu rozległ się okrzyk, kiedy tłuczek uderzył Pyke’a w ramie, prawie zrzucając go z miotły.
— To rzeź na Gryfonach — skomentował Ron ponuro. — Nie wiem, po co w ogóle tu jestem.
A po co ja tu jestem?, pomyślał Harry, podejmując kolejną próbę odnalezienia Malfoya. Czuł, jak żołądek skręca mu się w supeł. Wcześniej Malfoy wyglądał na tak winnego, rumieniąc się intensywnie i odwracając wzrok, gdy ich spojrzenia się spotkały. Co takiego ukrywał? Ostatnim razem, gdy opuścił mecz quidditcha, miał ku temu bardzo mroczne powody. Chociaż z drugiej strony, czasy były wtedy zupełnie inne.
Chodźmy obejrzeć mecz, powiedział Malfoy w holu wejściowym. Dlaczego zmienił zdanie? A może celowo oświadczył to głośno, żeby wszyscy usłyszeli?
Harry rozejrzał się po krukońskiej części trybun, wypatrując chłopca, z którym Malfoy i Goyle kłócili się wcześniej. Jego również nie odnalazł, co go bardzo zaniepokoiło. Malfoy wydawał się naprawdę wściekły, kiedy inni uczniowie go wyśmiali. A teraz nie ma ani jego, ani dzieciaka.
Cała szkoła ogląda mecz, ale nie oni.
Widownia zawrzała po raz kolejny.
Nie mogę usiedzieć w miejscu, uzmysłowił sobie Harry
— Muszę... — Ron spojrzał na niego pytająco. — Muszę do toalety — wyjaśnił. — Zaraz wrócę — dodał szybko i odszedł, zanim przyjaciel zaczął zadawać pytania.
— Żartujesz? — usłyszał jeszcze za sobą, ale uznał, że najlepiej to zignorować.
Idąc w stronę wyjścia z trybun, miał wrażenie, że oczy wszystkich zwróciły się na niego, jakby zgadywali, że rezygnuje z meczu, by szukać Draco Malfoya. Co nie wydawało się bardzo prawdopodobne, przecież mecz z pewnością był ciekawszy.
— Robins... Carmichael... Weasley... Robins! — krzyczała Orla Quirke, nowa komentatorka quidditcha. — Weasley! Gryffindor zdobywa gola!!!
Gryfońska cześć trybun wybuchła owacjami i Harry pospiesznie ruszył w stronę zamku. Dopiero kiedy zamknął za sobą ciężkie wrota Hogwartu, uświadomił sobie, że pulsuje mu w głowie. Na zewnątrz było naprawdę głośno.
W mroku pustego zamku plan odnalezienia Malfoya wydał mu się śmieszny. Co takiego Malfoy mógłby teraz robić? Na pewno nic, co wymagałoby śledztwa. Smarkacz, który upokorzył Ślizgona na oczach wszystkich, pewnego dnia za to zapłaci, Harry nie miał wątpliwości, ale Malfoy lubił mścić się na zimno. Był typem, który raczej poczeka i uknuje jakąś intrygę, niż zadziała pod wpływem impulsu.
Również mało prawdopodobne wydawało się, że skrzywdzi kogoś na poważnie, szczególnie w tak nieistotnej kwestii. Ostatnio Malfoyowie bardzo uważali, żeby nie wyłamywać się z szeregu. Lucjusz nie szczędził pieniędzy, rozrzucając je na prawo i lewo, wspierając każdą akcję charytatywną, o której było głośno. Przesłał nawet sto galeonów Hermionie, oświadczając, że to na wspieranie jej organizacji W.E.S.Z. i podkreślając, że zawsze uważał, że skrzaty powinny same decydować o swoim losie i właśnie dlatego lata temu uwolnił swojego jedynego skrzata, Zgredka. Możesz być pewna mojej szczerości, pisał w liście, czego dowodem będzie świadectwo naszego wybawcy, Harry’ego Pottera, który pomógł oswobodzić Zgredka i nie poniósł za ten czyn żadnych konsekwencji.
Po przeczytaniu listu Ron śmiał się przez pięć minut.
— Czy to żart? — zapytał, potrząsając głową. — On chce, żebyśmy byli mu wdzięczni, bo nie zamordował Harry’ego za uwolnienie Zgredka?
— To groźba — odparła Hermiona. — Po prostu przypomina nam, że wtedy mógł zabić Harry’ego i nadal może to zrobić.
To desperacja, pomyślał Harry. Malfoyowie byli ludzką wersją Czarnej Różdżki: pragnąc zachować złudzenie zwycięstwa, opowiadali się po stronie zwycięzcy. Nie miał wątpliwości co do intencji Lucjusza. Uważał, że Malfoy senior będzie szczerze i chętnie czołgał się, nie tracąc nadziei, iż jego czas jeszcze nadejdzie. A skoro porozdawał tyle złota, to nadejdzie na pewno i Lucjusz znowu będzie szanowany jak dawniej.
Czasem Harry żałował, że zeznawał na procesie Malfoyów i powiedział, że oni także stali się ofiarami Voldemorta na wiele sposobów. Nie sądził, że jego słowa zostaną potraktowane tak poważnie. Z pewnością jego celem nie było pomaganie Lucjuszowi. Nie trzeba było tego mówić, Harry, usłyszał od Rona i Hermiony. Ostatni rok był dla nich trudny, owszem, ale Lucjusz Malfoy to człowiek bez litości. Jednak Harry pamiętał dyrektora, osuwającego się po ścianie wieży z oczami utkwionymi w Draco Malfoyu, który kierował na niego różdżkę. To moja łaska, a nie twoja, teraz się liczy, powiedział mu Dumbledore. Zaoferował Malfoyowi ochronę, jemu i jego rodzicom. Gdyby żył, dotrzymałby słowa. Być może Harry powinien zrobić to za niego. Na ochronę było za późno, ale nie na łaskę. Lucjusz miał szczęście, że nikt nie zginął, kiedy na ich drugim roku włożył pamiętnik Toma Riddle’a między książki Ginny. Draco również miał szczęście, że Katie Bell przeżyła jego próby zamordowania Dumbledore’a. Gdyby stało się inaczej, Harry wątpił, czy w jego sercu znalazłoby się miejsce na łaskę.
Musiał jednak przyznać, że Lucjusz Malfoy rozdający pieniądze przydawał się bardziej, niż gdyby gnił w Azkabanie, a jego złoto pokrywało się kurzem w skarbcu u Gringotta.
Refleksje na temat ostatnich poczynań Lucjusza Malfoya dały Harry’emu do myślenia. Teraz, gdy się nad tym zastanowił, spojrzenia Draco i jego zawstydzenie nabrały innego wymiaru. Może Lucjusz kazał synowi zaprzyjaźnić się z Harrym Potterem? To było całkiem prawdopodobne. Przecież w przeszłości coś takiego miało już miejsce.
Z ustami wykrzywionymi uśmiechem Harry dotarł do głównych schodów. Draco byłby z takich instrukcji niezadowolony. To wyjaśniałoby, dlaczego tak szybko schował różdżkę, kiedy zauważył, że Harry mu się przygląda. Przeklinanie dzieciaków musiało być na liście rzeczy niedozwolonych w mojej obecności.
Uśmiechnął się szerzej, rozradowany własną teorią. Zdecydował, że rezygnuje z szukania Malfoya i wraca na mecz, jednak nogi same zaniosły go na siódme piętro. Winą za to obarczył schody, a nie własne roztargnienie. Zawsze były podstępne. Poruszały się w prawo, w lewo, kręciły w kółko, dziesiątki stopni unosiło się w powietrzu przez całą drogę na wieże, jednak gdy tylko ktoś postawił nogę na wypolerowanym marmurze, zatrzymywały się i czekały, aż znowu będą puste, i dopiero wtedy ponownie rozpościerały swoje kamienne ramiona. A oni mogli mieć tylko nadzieję, że trasa, jaką przebywali codziennie, nie uległa drastycznej zmianie.
Siódme piętro okazało się tak ciche jak cała reszta zamku. Harry wiedział, że powinien wrócić na trybuny albo do pokoju wspólnego, lecz w zamian ponownie pomyślał o Malfoyach, jak gdyby jego umysł utknął w jakiejś pętli. Plany Draco i Lucjusza nie musiały być zgodne. Draco równie dobrze mógł słuchać ojca, jak i mu się sprzeciwiać. Przecież jeśli dostał polecenie zaprzyjaźnienia się z Harrym, do tej pory radził sobie wyjątkowo marnie.
Gobelin z Barnabaszem Bzikiem wyglądał tak, jak pamiętał, ale wejście do Pokoju Życzeń już nie. Harry stanął jak wryty. W miejscu, w którym kiedyś znajdował się solidny mur i trzeba było bardzo czegoś pragnąć, by pojawiło się wejście, teraz zobaczył ogromne drewniane drzwi z wielką rzeźbioną klamką. Rzeczywiście nie spodziewał się zastać tu Malfoya, najwidoczniej jednak coś tu było do znalezienia. A może liczył na przypadek?
Pokój wymagał konkretnych instrukcji, co zawsze twierdził Neville, jednak właśnie teraz Harry’emu nie przychodziło do głowy absolutnie żadne życzenie.
Wzruszając ramionami, otworzył drzwi. Pomieszczenie okazało się surowe i maleńkie, ledwie wielkości schowka pod schodami, w którym Harry kiedyś sypiał, tyle że nie było w nim pająków. Harry chciałby, żeby jednak były. Pająki i kurz, pajęczyny i kawałki połamanych mebli wyglądałyby bardziej naturalnie niż dawno nieużywany schowek. A tak wnętrze wyglądało jak martwe. Spalone ściany, pomalowane na czarno przez ogień, który je pożarł.
Widok prezentował się naprawdę przygnębiająco. W pokoju tym spłonęły wieki ukrytej historii. Setki uczniów chowały tu zarówno swoje skarby, jak i śmieci, a teraz wszystko to uległo zniszczeniu.
Jego podręcznik do eliksirów także został stracony. Czy raczej podręcznik Snape’a. A był taki przydatny. No i co, jeśli komuś, kto będzie tu spacerował w środku nocy, zachce się sikać? Zamek powinien dostarczyć całej kolekcji nocników, jeśli tylko ktoś miał pełny pęcherz. Harry skrzywił się. Tak, profesorze, kolejny skarb Hogwartu został zniszczony. Być może zamek posiadał jeszcze inne tajemnice, których Harry dotąd nie odkrył i już nie odkryje.
Z hukiem zamknął drzwi. Żałował, że w ogóle tu wrócił. I na siódme piętro, i do Hogwartu. Wszystko przypominało mu, co stracił. Czasami czuł, jakby jego życie się cofało. Nie powinno mnie tu być. Nie powinno. Chciał walczyć na zewnątrz, łapać śmierciożerców, chronić niewinnych ludzi, a nie tkwić tutaj, tracąc cenny czas na quidditcha. I Malfoya. Kingsley zaoferował mu pracę, mógłby zostać aurorem już teraz. Na razie bezpłatnie i głównie trenując, a nie biorąc udział w faktycznych akcjach, ale zawsze to coś. Przynajmniej nie czułby się taki niespokojny. I znudzony.
Ze złością wypisaną na twarzy odwrócił się i... zamarł w bezruchu. Kawałek dalej stał Draco Malfoy, rozglądając się na prawo i lewo w panice, jakby zobaczył ducha. Jego twarz była zaczerwieniona i spocona, włosy rozczochrane a oddech płytki. Dopiero co musiał biec i to biec szybko. Jego szeroko otwarte oczy odnalazły Harry’ego. Zamarł, wyglądając praktycznie jak lodowa rzeźba.
— Potter? — szepnął, jakby wierzył, że Harry był jedynie wytworem jego wyobraźni.
Harry zrobił kilka ostrożnych kroków do przodu. Miał ochotę sięgnąć po różdżkę, żeby zabezpieczyć się przed Malfoyem lub przed tym, przed kim Malfoy uciekał.
— Co ty tu robisz? — zapytał. Twarz Malfoya poszarzała. Wyglądał, jakby miał ochotę zaraz znowu zwiać. — Czemu nie jesteś na meczu?
— Meczu? — W źrenicach Malfoya coś zamigotało. Kilka długich minut trwało, zanim się uspokoił. — Mógłbym cię zapytać o to samo — powiedział tonem, jakby w ogóle nic się nie stało.
— Mógłbyś — zgodził się Harry. — Ale tego nie zrobiłeś. To ja zapytałem ciebie.
Jeśli wzrok mógłby smagać jak bat, Harry miałby na twarzy krwawe pręgi.
— Ponieważ postanowiłem zostać i pokryć ściany łazienki napisem „Potter to dupek”.
— Naprawdę? Wyglądałeś, jakbyś zobaczył ducha.
W oczach Malfoya pojawiło się wahanie.
— No bo widziałem. Grubego Mnicha. Przywitał się ze mną — powiedział.
Harry westchnął. Niektóre mugolskie wyrażenia nadal nie miały zastosowania w czarodziejskim świecie. Ze smutkiem pomyślał, jak wiele musi się jeszcze nauczyć.
— Stało się coś złego?
— Złego? Z moją poranną herbatą? Ze wszechświatem? Z tobą? Nie, tak i raczej na pewno. Musisz być bardziej konkretny.
Harry zastanowił się i wybrał opcję, która wydała mu się najbardziej użyteczna.
— Co jest nie tak ze wszechświatem?
— Ciągle stawia cię na mojej drodze.
Harry kiwnął głową.
— Jasne. — Przesunął się na bok, szerokim gestem zachęcając Malfoya, by poszedł dalej, ale Ślizgon wykrzywił usta, odwrócił się i ruszył w przeciwną stronę.
— Zamierzałem iść tędy.
— Naprawdę? — Harry pobiegł za nim. — Ale to ślepy korytarz. Czyżbyś chciał wskoczyć na ścianę?
— Musisz za mną łazić, Potter? — nie wytrzymał Malfoy. — Myślałem, że te czasy już się skończyły.
— To może przestań zachowywać się podejrzanie — zasugerował Harry. Nie omieszkał zauważyć, że Malfoy unikał jego bądź co bądź rozsądnych pytań.
— To może przestań mnie śledzić. Wtedy nie będzie miało znaczenia, co robię.
Harry westchnął. Ta rozmowa do niczego nie prowadziła.
— Świetnie. Wiesz, czemu tu jestem? Bo myślałem, że chcesz przekląć tego małego Krukona.
Malfoy zatrzymał się gwałtownie.
— Naprawdę? — zapytał rozbawionym głosem. Uśmiechał się nawet, ale uśmiech ten nie sięgał oczu. — Smarkacz pewnie ogląda teraz mecz ze wszystkimi.
— Nie ma go tam.
Malfoy pokręcił głową i wszedł na schody, które jęknęły, jakby nieszczęśliwe, że znowu muszą pozostać w bezruchu.
— Cóż, nie znoszę cię rozczarowywać, Potter, ale dzisiaj nie zamierzałem nikogo przeklinać. No może z wyjątkiem ciebie, jeśli nie zostawisz mnie w spokoju.
— Ale dlaczego chcesz być sam? Masz coś ważnego do zrobienia?
Malfoy zatrzymał się ponownie.
— Dobra — powiedział, wyglądając na zrezygnowanego. — Skoro jesteś tak zdeterminowany, żeby mnie przesłuchać... Mecz mnie zwyczajnie nie interesuje. Nawet nie jestem w zespole. Co mnie obchodzi, czy Slytherin wygra czy przegra? Zmarnuję tylko dwie godziny swojego życia.
Dokładnie to samo Harry mógł powiedzieć o sobie. Zastanowił się, czy Malfoy o tym wiedział, i celowo użył tego argumentu, żeby jego odpowiedź brzmiała wiarygodnie.
— A ten dzieciak? — zapytał. — Kim on jest? I czemu kłócił się z Goyle’em?
Malfoy wywrócił oczami.
— Tommy Wright to mały gnojek, który sprzedaje eliksiry podnoszące inteligencję. Goyle stracił na nie pięćdziesiąt galeonów w nadziei, że będzie mądrzejszy. Niestety nie zadziałały. Mówiłem mu, że to oszustwo, więc prawda jest taka, że sam sobie zawinił.
— Rozumiem — powiedział Harry. — Co robiłeś na siódmym piętrze?
— Traktujesz to przesłuchanie bardzo poważnie, co? — Malfoy zmrużył oczy.
— A ty bardzo poważnie unikasz pytań.
Malfoy zacisnął szczęki i złapał za poręcz tak mocno, jak gdyby była ona szyją Harry’ego.
— Po prostu czasem tam chodzę.
— Do Pokoju Życzeń?
— Tak — wysyczał Malfoy, zaraz jednak dodał: — Pomieszczenie jest bardzo przydatne, wiesz? Jeśli chcesz, wyczaruje ci basen.
— Och, więc poszedłeś tam popływać?
Malfoy spojrzał na niego ze złością.
— Możliwe.
— Jasne. A jak dokładnie to działa? Pokój jest martwy, zniszczony. Już nie zachowuje się jak dawniej.
— Co ty gadasz, Potter. — Malfoy zamrugał ze zdziwienia. — Drzwi ciągle tam są.
— Tak, są. Ale pokój nie spełnia już życzeń. Do tego jest pusty, spalony... Teraz nie ma w nim magii.
— Wszedłeś do środka? — Głos Malfoya zniżył się do szeptu.
Harry przyjrzał mu się uważnie. Nie wiedział, czy Malfoy tylko udaje zdziwienie, czy naprawdę sam nigdy nie wszedł do Pokoju Życzeń. Zdecydowanie coś ukrywał, ale co to było?
— Tak samo jak ty, najwyraźniej — odpowiedział. — Żeby popływać.
Wyraz twarzy Malfoya zmienił się natychmiast. Dopiero gdy stwardniał, Harry uświadomił sobie, jak bardzo Ślizgon wcześniej się odsłonił. Pożałował, że go w ogóle wypytywał. Być może Malfoy nie ukrywał niczego poza swoją wrażliwością. Wcześniej zdawał się taki przerażony. Zapewne miał wiele nieprzyjemnych wspomnień związanych z Pokojem Życzeń.
Być może Malfoy także nie powinien wracać do Hogwartu. Być może jego życie również się cofało.
— Myślę, Potter, że na dziś wystarczy — odezwał się Malfoy chłodnym tonem. — Chociaż musimy to kiedyś powtórzyć. Ja się zabawię w niegrzecznego ucznia, a ty w profesora. — Uśmiechnął się, pochylił i dodał już szeptem: — Kręcą cię takie rzeczy, prawda?
Harry’emu nagle zrobiło się nieswojo i poczuł niemal ulgę, kiedy Ślizgon odsunął się i poszedł dalej, jednak gdy tylko Malfoy dotarł na półpiętro, ogarnęło go pragnienie, żeby nie pozwolić mu odejść z poczuciem, że wygrał tę słowną potyczkę.
— Może rzeczywiście powinniśmy! — krzyknął, zanim zdążył się powstrzymać. — Twój ojciec byłby szczęśliwy, wiedząc, że spędzamy ze sobą czas, co?
Malfoy odwrócił się gwałtownie. Jego mina wyrażała całkowite zaskoczenie.
Miałem rację, pomyślał oszołomiony Harry i prawie parsknął śmiechem. Lucjusz Malfoy naprawdę kazał synowi się z nim zaprzyjaźnić.
— Jak... — zaczął Malfoy. — O czym ty...
Nie skończył jednak swojego pytania. Z ogłuszającym zgrzytem kamienne stopnie przesunęły się pod ich stopami, a następnie gwałtownie szarpnęły w lewo. Malfoy otworzył oczy niemożliwie szeroko i odchylił się do tyłu, balansując nad przepaścią.
Harry stracił równowagę, zachwiał się, z całych sił łapiąc za poręcz, ale to niewiele pomogło i poleciał w stronę Malfoya i krawędzi schodów. Tego, co się wydarzyło później, nie pamiętał zbyt dokładnie. Ciągle uwieszony na poręczy i uspokojony jej solidnością, drugą rękę zacisnął na szatach Malfoya i trzymał tak mocno, że jego ramię zaprotestowało z nadmiernego wysiłku. Zdawało się, że wirowali, i prawdopodobnie tak się właśnie działo. Ciężar Malfoya ciągnął ich w przepaść. Harry zamknął oczy i szarpnął z całych sił. W jego ramieniu eksplodował ból, a palce straciły kontakt z tkaniną.
Schody zatrzęsły się, uderzyły o coś z hukiem, po czym stanęły w miejscu. Ciągle czując zawroty głowy, Harry uświadomił sobie, że nic nie widzi, więc uniósł powieki. Światło unoszących się wszędzie świec i pochodni zdawało się nienaturalnie jasne.
Ramię pulsowało, jakby palił je żywy ogień, a po chwili doznanie rozprzestrzeniło się na całą rękę i czaszkę. Ciepły oddech łaskotał go w policzek. Malfoy oddychał z trudem, ściśnięty między poręczą a ciałem Harry’ego.
Nie spadł. Przez ból i zawroty głowy Harry nie był nawet pewien, czy udało mu się uratować Malfoya. Ale widocznie się udało. Malfoy był bezpieczny, a schody przestały się poruszać, mimo że znieruchomiały nie tam, gdzie powinny. Nie łączyły się już z resztą półpiętra i prowadziły teraz do wąskiego korytarza na lewo od nich.
— Potter? — szepnął Malfoy. Ciepło jego oddechu przeszyło Harry’ego dziwnym dreszczem. Odsunął się i krzyknął, gdyż ostry ból przypomniał mu o zranieniu. Zaklął i docisnął dłoń do bolącego miejsca, badając je delikatnie.
— Chyba zwichnąłem rękę.
Malfoy spojrzał najpierw na niego, potem przez poręcz w dół na rozciągające się poniżej liczne schody, i znowu na niego.
— Powinieneś iść do pani Pomfrey — powiedział łamiącym się głosem.
— Nawet nie wiem, na którym piętrze jesteśmy. — Harry rozejrzał się dookoła. Czwarte? Może piąte? — Co tu się, do cholery, stało?
Malfoy nie odpowiedział od razu. Wydawało się, że ma problem z formułowaniem słów. Ciągle trzymał się kurczowo poręczy, najwyraźniej niechętny, by rozstawać się z tym solidnym oparciem.
Musimy stąd odejść, pomyślał Harry. A schody wyglądały teraz tak spokojnie, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
— Może były zdezorientowane — powiedział Malfoy.
— Racja. — Schody powinny szerzyć dezorientację wśród swoich użytkowników, a nie same jej ulegać. W piątki odmawiały zabierania uczniów do klasy transmutacji, najwidoczniej uznając, że mają udać się do sowiarni. Robiły się zniecierpliwione, jeśli ktoś zbyt długo stał na korytarzu, rozmawiając z przyjaciółmi, i podstępnie przesuwały się na przeciwną stronę. Choć, gdy się na nich stanęło, prawdopodobnie pozostałyby nieruchome.
— Jesteśmy na piątym piętrze — oznajmił Malfoy niespodziewanie, rozglądając się wokół. — Powinniśmy iść... w dół. — Spojrzał na schody. Z pewnością była to ostatnia droga, jaką by wybrał, ale innej nie mieli. Półpiętro, na którym się znajdowali, prowadziło na korytarz po lewej i łączyło się z kolejnymi schodami po drugiej stronie. — Tędy idzie się do szpitala. — Machnął ręką na prawo od Harry’ego.
Miał rację. Na początku roku skrzydło szpitalne przeniosło się ponownie na pierwsze piętro i póki co tam pozostawało.
Harry przez chwilę przyglądał się bladej twarzy Malfoya.
— Mało prawdopodobne, że znowu się poruszą — powiedział z przekonaniem, którego wcale nie czuł.
Malfoy wzruszył ramionami, po czym powoli — czego nie dało się nie zauważyć — puścił poręcz. Przybliżył się do Harry’ego z wyciągniętą ręką, jak gdyby miał zamiar mu pomóc, ale zaraz rozmyślił się i odsunął.
— Nie wyglądasz najlepiej, Potter. Musimy się pospieszyć.
Harry zamierzał zastanowić się nad nagłą troską Ślizgona, jednak coś wpadło mu w oko. Korytarz, z którym łączyły się schody, był słabo oświetlony. Na samym jego końcu na podłodze dostrzegł jakąś czarną, nieruchomą bryłę. Początkowo myślał, że to tylko cień, jednak błysk bieli sprawił, że spojrzał ponownie.
— Czy to... — Zmrużył oczy. — Czy to jest but?
— Co? — zapytał zdezorientowany Malfoy.
Światło jednej z pochodni zamigotało, oświetlając korytarz. Tak, to był but. Serce Harry’ego zabiło szybciej.
— Ktoś tam leży. — Ciemna sterta na podłodze bez wątpienia była ciałem.
Ruszył zdecydowanie zbyt szybko, na co jego ramię zaprotestowało, ale zacisnął zęby, starając się zignorować ból. Rzucił się do przodu, nie zwracając uwagi na Malfoya, który coś do niego mówił, i pobiegł, przez co zwichnięta ręka zapulsowała gwałtownie.
Gdy wreszcie dotarł do ciała, czoło miał wilgotne od potu i oddychał z wielkim trudem. Malfoy zaraz pojawił się obok niego, blady i wpatrzony w ciemne włosy osoby leżącej przed nimi nieruchomo. Całą postać pokrywały pajęczyny, cienkie srebrne nitki rozciągały się od jej szkolnych szat aż do ściany. Zdawało się, że człowiek ten leży tu już od dłuższego czasu. Co oczywiście było niemożliwe.
Harry pochylił się, by obrócić ciało i syknął z bólu. Malfoy złapał go za nadgarstek.
— Nie! Jeśli jest przeklęty...
Ale Harry wyszarpnął rękę, lekceważąc ostrzeżenie. Rozpoznał tę charakterystyczną fryzurę. Długie, czarne, kręcone i wyglądające na miękkie włosy. Obrócił chłopca na plecy. Jasnoniebieskie oczy wpatrywały się w niego tępo.
Malfoy gwałtownie wciągnął powietrze.
— Ja nie... — jęknął. — Nie miałem z tym nic wspólnego!
Harry, z trudem koncentrując się z powodu bólu, dotknął palcami szyi chłopca.
— On żyje. Wyczuwam tętno. — Tak mu się wydawało, bo pewności nie miał, jego ręka trzęsła się zbyt mocno.
— Ja nie...
— Jasne! — syknął, tracąc cierpliwość. — Teraz to nieistotne. Musimy zabrać go do pani Pomfrey.
Wyprostował się i oderwał wzrok od sztywnego ciała Tommy’ego Wrighta. Malfoy, z wypiekami na twarzy, przeszukał swoje szaty i wyjął różdżkę. Z wahaniem wyciągnął ją przed siebie.
Przez moment Harry miał pewność, że go przeklnie. Wątpił, czy będzie w stanie się obronić. Jednak po kilku sekundach Malfoy skierował różdżkę na Krukona i wyczarował pod nim długie nosze.
— Powinienem go przelewitować — powiedział, patrząc z powątpiewaniem na swoją drżącą dłoń.
— Ja go przeniosę. — Harry wyprostował się z wysiłkiem i machnął własną różdżką. Nosze uniosły się i zawisły obok nich. Być może rozsądniej byłoby jednak pozwolić, aby Malfoy się tym zajął, ale co, jeśli to właśnie on był przyczyną kłopotów Krukona? Wtedy musiałby tylko udać, że wypuszcza różdżkę, a wtedy Tommy spadłby ze schodów tak samo, jak Malfoy niemal zrobił to kilka minut temu. I Harry nigdy nie dowiedziałby się, czy naprawdę był to wypadek, czy też Malfoy zdecydował się zakończyć to, co zaczął. Nie jest mordercą. Na pewno. Ale w takim razie co tu się wydarzyło?
Harry odepchnął od siebie te myśli. Teraz nie miał czasu na rozmyślania. Musiał skoncentrować się na noszach i utrzymaniu ich w równej pozycji.
— Idź przodem — polecił Malfoyowi. — Pomfrey zapewne jest w skrzydle szpitalnym, ale kto wie. Znajdź ją i powiedz, co się stało. — I jakiego użyłeś zaklęcia, dodał w duchu, zaciskając usta. Malfoy wyglądał bardziej na wystraszonego niż winnego, ale to o niczym nie świadczyło.
Spojrzał na Harry’ego tak, jakby chciał się kłócić, ale zaraz przytaknął, zerknął na Tommy’ego i pobiegł, nawet na sekundę nie zatrzymując się przy schodach. Harry zastanowił się, czy zrobi to, co mu kazał, czy raczej wykorzysta okazję i ucieknie. Jeśli tak, to przynajmniej jego wina stanie się oczywista.
Droga do skrzydła szpitalnego trwała dłużej, niż Harry sobie życzył. Moment dekoncentracji i Tommy Wright wyląduje na podłodze. Szedł powoli, wmawiając sobie, że ramię wcale nie boli go aż tak bardzo. Twoje kości już kiedyś odrastały, mówił sam do siebie. Rzucono na ciebie Cruciatusa. Teraz to nic, ręka wcale ci nie drży.
Postaci na portretach patrzyły na niego z troską.
— Och! — krzyknęła kobieta o bladej twarzy siedząca na drewnianym fotelu. — Ostrożnie. Nie upuść go!
— Dzięki za radę — odpowiedział Harry opryskliwie. — Bez ciebie nigdy nie przyszłoby mi to do głowy.
— Nie musisz być niegrzeczny, młody człowieku — odezwał się tęgi rycerz, trzymający w dłoniach cugle czarnego ogiera. Koń zarżał, potwierdzając jego słowa. — Czasem musimy stanąć w szeregu i skierować nasz gniew na wspólnego wroga.
— Takiego jak Malfoy? — zasugerował Harry.
Rycerz wyciągnął miecz, od którego odbiły się promienie namalowanego słońca.
— Takiego jak lenistwo, drogi chłopcze. Lenistwo!
Urażony Harry zmarszczył brwi.
— Nie jestem leniwy.
— To biegnij! — Rycerz wykrzyknął to z takim zapałem, że Harry wpadł w panikę i rozejrzał się dokoła, myśląc, że to ostrzeżenie, ale nikt go nie gonił. Już miał wyjaśnić, że to niemożliwe, bo jest ranny, ale zrezygnował. Nie miał czasu na słowne potyczki z portretami.
Ledwie uszedł dwa kroki, ponownie rozległ się krzyk:
— Harry!
Prawie przewrócił się z zaskoczenia, widząc wyłaniających się zza zakrętu Rona i Hermionę.
— Och, Harry, wszystko w porządku? — zapytała Hermiona, łapiąc oddech. — Malfoy powiedział nam, co się stało. — Zerkała to na niego, to na lewitowanego Krukona, a po jej twarzy przemykało na zmianę uczucie troski i zdziwienia.
Ron również spojrzał na nosze.
— Czy to nie dzieciak, który wcześniej kłócił się z Goyle’em? — Spochmurniał. — O tym Malfoy nie mówił.
— On żyje, prawda? — szepnęła Hermiona tak cicho, jak gdyby nie chciała, by biedny Tommy dowiedział się, że nie żyje, gdyby tak faktycznie było.
— Tak — odparł Harry, mając nadzieję, że to prawda. — Co wy tu robicie? — Oboje jego przyjaciół wyglądało na zmęczonych, Hermiona miała rozczochrane włosy, a Ron zaczerwienioną i spoconą twarz.
— Mecz się skończył — poinformował Ron.
— Ach, Harry, powinieneś to widzieć — oświadczył Hermiona, wyciągając różdżkę i machając na nosze. — Całkowita masakra. Ale nie dosłownie! — dodała szybko, widzą przestraszoną minę Harry’ego. — Wybacz. Po prostu tłuczki poruszały się nieco entuzjastycznie, to wszystko. Teraz możesz go puścić.
— Co? Aaa... — Harry zrozumiał, że przyjaciółka dołożyła swoje zaklęcie lewitacji do jego, więc opuścił różdżkę.
— Zrobię to szybciej — wyjaśniła i odeszła pospiesznym krokiem z noszami unoszącymi się równiutko tuż przed nią.
— My też powinniśmy się pośpieszyć. — Ron zmarszczył brwi. — Nie wyglądasz za dobrze, stary.
— Nic mi nie jest. — Harry zrobił krok do przodu. Najpierw jedna noga, potem druga. To nic trudnego. — Tylko nie mogę iść zbyt szybko.
Ron przyjrzał mu się z uwagą.
— O rany. Mordercze schody? To po pierwsze. I co sobie myślałeś, znowu ratując dupę Malfoya? Gnojek bez wątpienia prosi się o śmierć. Następnym razem po prostu pozwól mu zginąć.
— On ci to powiedział? — Z jakiegoś powodu Harry uważał, że Malfoy pominie tę część historii, a może nawet będzie się upierał, że to Harry próbował go zepchnąć ze schodów.
— Cóż, mówił to do Pomfrey, a my słyszeliśmy. Zapomniał tylko wspomnieć, kto przeklął tego dzieciaka. Bo to on, prawda?
— Tak naprawdę to nie wiem. Natknąłem się na Malfoya na siódmym piętrze i razem znaleźliśmy Tommy’ego. — Gdy minęli zakręt, dobiegły do nich dźwięki podekscytowanych głosów. Musieli być już niedaleko skrzydła szpitalnego, ale Harry nie był tego pewien. Ból w ramieniu nasilił się znacznie. — Opowiedz mi o meczu — dodał, zanim Ron zdążył zapytać go, co robił na siódmym piętrze.
— To był kompletny chaos — zaczął Ron po chwili wahania. — Tłuczki uderzyły w połowę zawodników Slytherinu, w tym w ich obrońcę. Dzięki temu Ginny i Demelza zdobyły sporo goli. Ale później tłuczek walnął w Demelzę, obu naszych pałkarzy i prawie strącił Pyke’a. A potem Harper złapał znicz, podobno, bo w następnej sekundzie uderzył o słupek bramki, próbując uciec przed tłuczkiem, który i tak trafił go w głowę. — Ron skrzywił się. — W każdym razie Harper spadł, a Pyke złapał znicz. Słyszałem, że miał złamane jedno skrzydełko, ale nie wiem, czy zrobił to Pyke, czy Harper naprawdę go dostał i uszkodził w czasie uderzenia, a potem wypuścił. Szczerze mówiąc, ostatni wariant wydaje się bardziej prawdopodobny. Nie ma szans, by Pyke sam go złapał, chyba że był wcześniej uszkodzony. Ale wciąż nie wiemy, kto wygrał. Hooch twierdzi, że tłuczki zostały przeklęte, bo zachowywały się zbyt agresywnie. Grupa nauczycieli przeprowadza na nich testy.
— A zawodnicy? Jak się czują?
— Harper całkiem mocno oberwał w głowę.
— Ginny?
— Tylko kilka siniaków. Ale Demelzę musieliśmy nieść do zamku. Biedna złamała biodro.
Harry kiwnął głową ze współczuciem.
Zaraz potem dotarli do skrzydła szpitalnego. Na zewnątrz stało kilku uczniów, zaglądając do środka przez otwarte drzwi.
— Jasna cholera, Harry! — wykrzyknął Jimmy Peakes, gdy ich zobaczył.
— Co się stało? — zapytał ktoś inny. — To przez Malfoya, tak?
— Schody nie mogły poruszyć się, kiedy na nich stałeś — podkreśliła kolejna osoba.
— Ten dzieciak żyje, prawda? Malfoy nic nam nie powiedział — zapytał ponownie Jimmy.
— Czy Sami-Wiecie-Kto powrócił? — wyszeptał Pyke.
— Nie! — odpowiedział zaskoczony Harry stanowczym głosem, a gdy wszyscy zamilkli, odnalazł wzrokiem bladą twarz Pyke’a w tłumie. — Voldemort został zniszczony.
— Odsuńcie się, plotkarze! — odezwał się głośno Ron. — Ranny człowiek chciałby się dostać do szpitala. — Uczniowie przesunęli się na boki, robiąc przejście. — Nic nie mów, Harry — dodał Ron już ciszej. — Potrzebujesz pomocy.
Harry posłusznie poszedł za nim, rozglądając się wokół ponurym wzrokiem. Dostrzegł Hermionę koło łóżka Tommy’ego Wrighta oraz Ginny, która pomagała wstać Demelzie. Na próżno szukał jasnych włosów. Malfoya tu nie było.


***


*Dwuznaczności tytułu niestety nie da się oddać w języku polskim; słowa „wright” i „right” wymawia się po angielsku identycznie, przez co autorka chciała jednocześnie nawiązać do angielskiego piłkarza Tommy’ego Wrighta (dała takie imię i nazwisko jednemu ze swoich bohaterów), jak i do wątpliwości targających Harrym; przy jej błogosławieństwie ograniczyłyśmy się tylko do jednego znaczenia.


Koniec rozdziału pierwszego
Ostatnio edytowano 9 mar 2012, o 09:54 przez Kaczalka, łącznie edytowano 2 razy
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez byarenlight » 8 mar 2012, o 16:08

Czytałam jakoś niedawno kawałeczek po angielsku, to z tą kiełbaską pamiętam.
Ale reszta to już dla mnie zupełna nowość i cóż, muszę powiedzieć, że to jest naprawdę bardzo fajne. Zresztą, polegam na Waszych rekomendacjach i niezwykle kusząca jest ta kanoniczność. Ach, nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału ;)
Jeśli chodzi o tłumaczenie, to jak zwykle dobra robota. Poza tym styl taki, jaki lubię - bez zbędnego pitu pitu, dość prosty, idealny. Dobra rozrywka po prostu. I rzeczywiście, póki co postaci są naprawdę wspaniale wykreowane.
Czekam na dalsze części.
- Ty byłaś kiedyś nastolatką. Powiedz, jak mam sobie poradzić z Astor?
- Spróbuj z nią porozmawiać.
- Kiedy ostatnio próbowałem, powiedziała, że mnie nienawidzi i przeniosła się do Orlando.
- To teraz masz drugą szansę. Podziel się z nią czymś... Co robiłeś w jej wieku...
- Zabiłem psa sąsiadów.
- Tego lepiej jej nie mów.
byarenlight Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1436
Dołączył(a): 9 sie 2011, o 20:07
Lokalizacja: względna

Postprzez szalej » 8 mar 2012, o 19:02

Zostałam zdecydowanie kupiona słowami o kanoniczności. Niekanoniczni bohaterowie są fajni, ale tylko kiedy są tacy w konkretnym celu przemyślani, a nie dlatego że ktoś sobie tak o wymyślił ich bez sensu. Ale jednak co kanoniczny Harry i kanoniczny Draco, to wiadomo.
Jestem pewna, że opowiadanie będzie naprawde godne przeczytania po samym spojrzeniu na tłumaczki, dlatego nawet się zastanawiam czy by nie zajrzeć do oryginału - ale narazie tylko jedno opowiadanie przeczytałam w oryginale, więc może nie będę się porywać na głęboką wode.
Co do treści, musze przyznać że zaskoczyło mnie to ale i naprawde super się z tym poczułam, że właściwie taka mogłaby być kontynuacja ksiażki rowling, to znaczy, jeszcze do tej pory nie spotkałam się z czymś co by do mnie przemówiło " ok, rowling mogła to tak napisać" tymbardziej, że jeszcze nie ma drarry. Mam wrażenie, że będzie mi się to tak dobrze czytać jak kanoniczne książki.
O tłumaczeniu się nie wypowiadam, bo wszystkie wasze prace pochłaniam w kilka minut, po samym przeczytaniu kto opowiadanie tłumaczy odłożyłam mój romantyzm i postanowiłam zrobić sobie... dłuższą przerwe.
Czekam w takim razie teraz na... 10 marca? ;)
szalej Offline


 
Posty: 18
Dołączył(a): 11 lut 2011, o 12:37

Postprzez euphoria » 8 mar 2012, o 19:16

Miałam szansę jako pierwsza napisać komentarz, ale nie mogłam się zebrać. Wieczorami mam więcej czasu - przyznaję się.
Przeważnie nie czytam opisów - przyzwyczajenie. Nie bardzo lubię potem wiedzieć, że będzie tak i tak... Domyślać się zawczasu... Więc zbagatelizowałam :P To co mnie przyciągnęło do tego tekstu to głównie osoby tłumaczek. Nie mogę przypomnieć sobie jakiegokolwiek złego tekstu tłumaczonego przez jedną albo drugą. Chociaż dzisiaj znalazłam przez przypadek
Spoiler: pokaż
post Aev z 2007 o tym jak poleca Kitiarę :splywa: :lol2:

Ale to błędy młodości jak rozumiem.

Teraz jednak zajmijmy się obecnym fickiem. Warto wspomnieć, że podoba mi się już od pierwszego rozdziału. Jest jak kontynuacja siedmioksięgu, tak naturalnie wchodzi się w akcję, jakby epilog nie istniał.
Choć przez chwilę wystraszyłam się, że Harry, Hermiona i Ron są nauczycielami. Jakoś nie przyszło mi przez myśl, że będą jakieś powojenne zawirowania związane z egzaminami. Ale pal licho.
Malfoy jest swój, kanoniczny, ślizgoński i odrobinę niezrozumiany. Jego zachowanie nie bez powodu intryguje Harry'ego. po prostu Ślizgon wygląda na takiego, co ma coś na sumieniu. Choć ubolewam nad tym, że wyszedł na razie na półidiotę i tchórza. Czekam jednak na rozwiązanie sytuacji z małym Krukonem. Czuję, że akcja będzie się kręcić właśnie wokół z pozoru niepowiązanych ze sobą zdarzeń - jak przeklęte tłuczki i półżywy dzieciak, a w samym środku wydarzeń znajdzie się Draco i Harry, bo Potter oczywiście kogoś podejrzewać musi.
Czuję też, że ma już w tej kwestii wątpliwości, bo zbyt wiele się zastanawia, a jak wiadomo to szkodzi Gryfonom :)

Dziękuję za rozpoczęcie nowej wspaniałej przygody. Jak macki będą się spóźniać to też będę je mackować - żeby nie czuły się bezkarne :P

Pozdrawiam
eu
euphoria Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 544
Dołączył(a): 8 lut 2011, o 21:56
Lokalizacja: z obsydianowych tęczówek najmroczniejszego z Czarnych Magów

Postprzez MargotX » 8 mar 2012, o 21:04

Należę do grupy osób zdecydowanie nieszczęśliwych z powodu epilogu serii i lubię, kiedy ktoś pokusi się o pociągnięcie wątku po unicestwieniu Voldemorta w taki sposób, aby miało to szansę konkurować z tym nieszczęsnym zakończeniem. Nie będę zatem oryginalna jeśli powiem, że do czytania zachęciły mnie osoby tłumaczek, no i dopisek Aev, że ta opowieść spokojnie mogłaby być ósmym tomem. :D Mam nadzieję, że tak się rzeczywiście potoczy dalej.

Póki co, zachęciłam się do czytania, pierwszy rozdział zapowiada również ciekawą fabułę. I mam jedynie nadzieję, że Harry dalej także okaże się taki bardziej dojrzały, na jakiego wygląda ;) , bo czasami jego gryfońskość nieźle daje się we znaki. Jednak wydarzenia poprzedzające upadek Voldemorta na pewno zdecydowanie szybciej zmusiły go do bardziej dorosłego zachowania.Tu wydaje się, jak na razie, odrobinę bardziej wyciszony i mniej pochopny w relacjach z Draco Malfoyem. Ślizgon jest w dużej mierze sobą, ale jest też zagubiony, niepewny, tak prawdopodobnie zachowałby się w kanonie, gdyby dane nam było poznać choć odrobinę ich dalsze losy.

W każdym razie, bardzo mi się podoba, cieszę się niezmiernie, że zdecydowałyście się podarować nam kolejne wspaniałe tłumaczenie, dziękuję, czekam na c.d. i pozdrawiam serdecznie :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Japor » 11 mar 2012, o 15:06

Do przeczytania tego testu zachęciły mnie, osoby tłumaczek. Odkąd przeczytałam "Bajkę o kryształowym księciu" przełożoną na język polski właśnie przez Kaczalka, czytam wszystkie opowiadania przez nią tłumaczone, miałam również przyjemność przeczytania, chyba wszystkich opowiadania tłumaczone przez Aevenien.
Mam wielki kredyt zaufania w stosunku do tych tłumaczek. Teksty przez nie wybierane pokrywają się z moimi preferencjami.
Jeśli zaś chodzi o rozdział powyżej, uważam że to kolejna zaczynająca się świetnie historia. Jak już pisałam wielokrotnie (przy różnych innych tekstach), lubię kiedy Harry i Draco, to już nie głupiutkie, emocjonalne dzieciaki, ale rozsądni (w miarę możliwości), myślący ludzie. Sama już nie jestem nastolatką, i emocję, myślenie, sposób postępowania nastolatków ciężej mi jest zrozumieć. Z pewnością dla tego wolę czytać opowiadanie, gdzie bohaterowie w pewien sposób ewoluują, zmieniają się, dorastają. Podoba mi się tu postawa Harrego.

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez Bang Bang » 11 mar 2012, o 22:02

At Your Service po polsku! Wreszcie! :dance: Kocham Was, bo naprawdę bardzo lubię ten tekst, ale gdybym miała po raz czwarty czytać po angielsku to dziewięćdziesiąt kilka tysięcy słów to chyba mój mózg odmówiłby mi posłuszeństwa. Ostatnio tęskniłam za tekstami, których akcja dzieje się w Hogwarcie (i pojawił się Na zawsze twój, a teraz Na zawołanie i szczerze się jak głupia), a bohaterowie są w miarę kanoniczni, bo czasem mi tej kanoniczności brakuje, może niezbyt często, ale jednak. A tutaj jest i jedno, i drugie, co sprawia, że jestem niesamowicie szczęśliwa. Trochę mi ta radość przesłania racjonalne myślenie, ale cóż- od następnego rozdziału bardziej się postaram. Podoba mi się w miarę płynne przejście z wydarzeń mających miejsce w książce do akcji fanfiction. Lekkie wprowadzenie i początek tajemnicy, która (miejmy nadzieję) sprawi, że Harry przestanie żałować powrotu do Hogwartu. Auror Potter będzie mógł się wykazać, czyż nie? Oczywiście, jeśli drugi raz nie popadnie w obsesję na punkcie pewnej osoby, chociaż może taki obrót wydarzeń nie byłby aż taki zły. Ugh... Mam wrażenie, że cierpię aktualnie na jakiejś rozdwojenie jaźni, bo z jednej strony to dopiero początek, a z drugiej przecież wiem, co się wydarzy :sciana: . Ech, niedziele źle na mnie działają. Kurcze, naprawdę szkoda, że Ron, Harry i Draco nie grają już w Quidditcha. Biedna drużyna Gryfonów, zawsze całym sercem będę im kibicować, ale ich bramkarz jest koszmarny. I ten nowy szukający...

Przesłał nawet sto galeonów Hermionie, oświadczając, że to na wspieranie jej organizacji W.E.S.Z. i podkreślając, że zawsze uważał, że skrzaty powinny same decydować o swoim losie i właśnie dlatego lata temu uwolnił swojego jedynego skrzata, Zgredka. Możesz być pewna mojej szczerości, pisał w liście, czego dowodem będzie świadectwo naszego wybawcy, Harry’ego Pottera, który pomógł oswobodzić Zgredka i nie poniósł za ten czyn żadnych konsekwencji.


Hmmm... Moja reakcja na ten fragment była strasznie podobna do tej ronowej 8-) .

Martwy Pokój Życzeń- to przerażające, naprawdę. Pokazuje, że jednak nic nie będzie tak, jak dawniej... Harry ratujący Draco zawsze mnie rozbraja, ponieważ to takie... pocieszające (?), że człowiek potrafi narazić się nawet dla kogoś, kogo darzy antypatią. At Your Service faktycznie mogłoby być ósmy tomem, jeśli przyjąć, że Rowling byłby bardziej... liberalna w pewnych kwestiach,
Spoiler: pokaż
chociaż z drugiej strony taki bezpieczny seks jest ważnym elementem edukacji, więc może jakimś cudem by to przeszło ;).


Świetne tłumaczenie, naprawdę! Weny i czasu! :D Pozdrawiam serdecznie i obgryzam paznokcie, czekając na kolejny rozdział 8-) .
Combeferre sighed. "When was the last time you got a full night's sleep?"
"I'm a med student," said Joly, rubbing his eyes. "Sleep is surrender. Coffee is strength."
"Work is freedom," said Combeferre drily.
"Right." Joly nodded. "Sometimes, I forget you're a med student, too."

North London is red


Bractwo Bejsbola i Widła :pala:
Bang Bang Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2318
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 21:19
Lokalizacja: Emirates Stadium

Postprzez CrazyCry » 13 mar 2012, o 20:20

Aev, ile Ty tekstów jednocześnie tłumaczysz o.O? Bo mam wrażenie, że kilka. Jak Ty się ze wszystkim wyrabiasz xd?
Niby lubię angsty, ale ostatnio nie mam na nie humoru, bronię się przed nimi rękami i nogami, w wyniku czego pozostałe gatunki pochłaniam hurtowo. "Na zawołanie" zainteresowało mnie i planuję na bieżąco śledzić tłumaczenie.
Podobnie jak nie przyznał się Hermionie, że tak naprawdę wcale nie miał ochoty wracać do Hogwartu. Uważał, że to niewłaściwe martwić się quidditchem i wypracowaniami, kiedy na wolności pozostawało tylu śmierciożerców. Powinien być teraz poza szkołą, walka jeszcze się nie skończyła.
Zasługujesz na to, oświadczyła mu wtedy Hermiona.

Nie przyznał się Hermionie, a ona mimo to mu odpowiedziała o.O?
— O rany. Mordercze schody? To po pierwsze. I co sobie myślałeś, znowu ratując dupę Malfoya?

Pewnie dlatego, że ta dupa jeszcze mu się przyda :lol2: .
Czekam na kolejny rozdział :).
Aerobic -> aerobik
Fanfic -> fanfik
Nie fanfick x.x
Fanpage "Effeminate boys"
CrazyCry Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 361
Dołączył(a): 8 lis 2011, o 09:12
Lokalizacja: Wawa

Postprzez Miss Black » 14 mar 2012, o 12:13

Ze zdumieniem odkryłam, że od tygodnia wisi tu drarry Waszego tłumaczenia, więc pobiegłam nadrabiać czym prędzej. Czytało mi się wyjątkowo przyjemnie do słów: "— Być może — odparł Harry. Właśnie zobaczył Goyle’a siedzącego między Zabinim a dziewczyną, której nie znał". Aż przeszedł mnie zimny dreszcz, bo przypomniałam sobie Twoje słowa, Kaczalko, jakoby było to najbardziej kanoniczne drarry, jakie przyszło Ci czytać. Do tej pory robi mi się zimno, jak słyszę cokolwiek o kolanach. Ale zaraz mi ulżyło, bo przecież Aev nie brałaby się za tłumaczenie czegoś, co źle się kończy, prawda?
Na razie niewiele mogę powiedzieć po tym pierwszym rozdziale, ale fakt, że sam styl jest bardzo Rowlingowski. Ostatnio czytałam siódmą część dziecku, więc mam na świeżo 8-) Och! I Potter totalnie rozwalił mnie: "Wcześniej Malfoy wyglądał na tak winnego, rumieniąc się intensywnie i odwracając wzrok, gdy ich spojrzenia się spotkały. Co takiego ukrywał?". Serio? Nie, Harry, wcale nie masz obsesji. Skąd! Może mała sectumsempra na rozgrzewkę?
I mi się zdaje, że Malfoy się przestraszył, gdy Harry wspomniał o Lucjuszu nie dlatego, że ojciec kazał mu się z nim zaprzyjaźnić, ale dlatego że Draco raczej wolałby, aby ojciec nie wiedział jak baaardzo Harry go interesuje. No, ale może to moje pobożne życzenie.
Podoba mi się. To, że Ginny znudziła się Harrym. To, że Ron i Hermiona są razem. To, że Harry dłubie w śniadaniu. To, że schody się przemieszczają. I jeszcze podoba mi się wzmianka o Barnabaszu Bziku ;)
Czekam na kolejny rozdział i życzę wena!
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Nathali » 19 mar 2012, o 19:36

Wydaje mi się, że powinnam coś tu skrobnąć, bo dzięki ukazaniu się tłumaczenia w końcu sięgnęłam po jakieś drarry po moim kryzysie i wciągnęłam się tak mocno, jak na początkach fascynacji drarry. Ech, naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio zarwałam nockę, przez jakieś opowiadanie...
Przede wszystkim to jest typ drarry, który uwielbiam najbardziej, czyli świetnie poprowadzone postaci; porządna, ciekawa, oryginalna fabuła (w wielu tekstach jej niestety brakuje) z tajemnicą do rozwikłania i przede wszystkim napisane na poważnie. Żadna parodia, nie ważne jak śmieszna, nie wywoła we mnie takiego zachwytu, jak podejście na serio do opowiadanej historii. Wydaje mi się, że czytelnik patrzy na takie teksty surowej przy ocenie, od autora wymaga się więcej, to typ tekstu, gdzie czytelnik nie musi przymykać oczu na niedociągnięcia, bo ich po prostu nie ma zbyt wielu, jeśli wcale. No i kanoniczność zawsze jest mile widziana.
Naprawdę miło jest się przekonać, że wciąż powstają świetne teksty, że drarry swoje lata świetności nie ma jeszcze za sobą, że warto grzebać i szukać, bo wciąż pojawiają się takie perełki. Zdecydowanie będę wyczekiwać na kolejne aktualizacje, bo mam ochotę przeczytać jeszcze raz.
Dziękuje, że postanowiłyście nie zaskoczyć i znów tłumaczycie coś naprawdę wartego uwagi :)
Nathali Offline


 
Posty: 710
Dołączył(a): 3 lis 2010, o 14:31

Postprzez Akame » 20 mar 2012, o 13:22

Geez, popatrzyłam na datę i mina mi się wydłużyła, gdyż ostatnio pisałam Kaczalce, że na pewno skomentuję, ale ja przecież jeszcze mam czas! No... to tego czasu wiele mi nie pozostało, jak widać na załączonym obrazku O.o
Kiedyś miałam ambicję, aby przeczytać to opowiadanie. Pamiętam, że chyba podesłała mi je Aev i zerknęłam na początek. Niestety, byłam wtedy w trakcie czytania "Decoy Dilemma" i zostawiłam sobie... na później, które nie wiem jakim cudem nigdy nie nadeszło. Tym bardziej cieszę się, że nie przeczytałam jednak, bo skoro Wy to tłumaczycie, to wiem, że po prostu nie ma co się spieszyć :D
Oczywiście początek od razu wpasował się w mój gust. Harry jest po prostu sobą. Podejrzliwy, szpiegujący, dociekliwy i łażący za Malfoyem, bo a nóż widelec coś knuje. Draco też ładnie wpasował się w kanon. Niby inny, a jednak już po pierwszym rozdziale widać, że to nadal on. Tak mógłby się zachowywać po wojnie, zdezorientowany, niepewny i usiłujący jednak pozostać na powierzchni. Oczywiście od samego początku jest intryga i jestem bardzo ciekawa, kto zaatakował Krukona, bo że nie Draco, to chyba wszystkie wiemy. No i na koniec Potter ratujący Draco... awwwwww, od razu mi się micha ucieszyła :D
Jestem bardzo ciekawa dalszej fabuły. Zaintrygowałyście mnie tą kanonicznością i tym bardziej niecierpliwie będę wypatrywać kolejnych części :)

Pozdrawiam, sorry za chaos, ale spieszyłam się, aby dziewczyny mnie nie uprzedziły i nie wrzuciły tekstu przed nim, bo wtedy guzik by wyszło z tego mojego - na pewno skomentuję! ;]
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Aevenien » 20 mar 2012, o 20:13

Zapraszam na drugi rozdział, czytelnikom ślicznie dziękuję za komentarze, a Donnie i Kaczalce za betę :*



ROZDZIAŁ II

AUROR POTTER



Alohomora! — krzyknął Ron.
— Jasne. Bo to akurat zadziała. — Hermiona postukała w leżące przed nią pudełko. Zielone połyskujące wstęgi spłynęły z czubka jej różdżki, oplotły je, zmieniły kolor na czerwony, przeleciały przez dziurkę od klucza i zniknęły. To robiło wrażenie, ale pudełko dalej było zamknięte, tak samo jak to Rona. — To nie będzie proste. To jest wyzwanie, Ron.
— Tobie wcale nie idzie lepiej — wytknął jej.
Hermiona skrzywiła się i rzuciła kolejne zaklęcie. Harry przypuszczał, że próbowała rozwalić pudełko na kawałeczki. Ale to nie zadziałało. Reszta uczniów radziła sobie z równie marnym skutkiem. Każdy dostał małe, drewniane pudełko z wyrzeźbionym godłem Hogwartu i dokładnie wszystkie nadal były zamknięte. Flitwick siedział za swoim biurkiem i uśmiechał się szeroko. Obiecał, że w każdym pudełku jest nagroda, którą będą mogli zatrzymać, jeśli uda im się je otworzyć. Znając Flitwicka, były to pewnie słodycze. I prawo do dumy z bycia najlepszym w grupie, oczywiście.
— Nie rozumiem, czemu jest taki zadowolony. — Ron rzucił profesorowi spojrzenie spode łba. — Jeśli wykonałby swoją pracę prawidłowo, Harry nie naraziłby się wczoraj na śmiertelne niebezpieczeństwo.
— To niesprawiedliwe, Ron — stwierdziła Hermiona. — Sporo ludzi starało się naprawić zamek w te wakacje. Przegapili coś, to się zdarza.
Harry prychnął.
— Wczoraj tak nie uważałaś.
Hermiona zarumieniła się i rzuciła kolejne — nieskuteczne — zaklęcie na pudełko.
— Martwiłam się. To był dziwny dzień.
O tak.
Ron wyszczerzył się do niej.
— Byłaś niesamowita.
— Nie sądzę, żeby profesor McGonagall się z tym zgodziła — powiedziała Hermiona niepewnie, ale widać było, że jest zadowolona.
McGonagall pojawiła się wczoraj w skrzydle szpitalnym, kiedy Pomfrey zajmowała się obrażeniami Harry’ego. Hermiona naskoczyła na nią natychmiast, oświadczając, że przeoczono niektóre rzeczy i zamek nie jest bezpieczny. Najwidoczniej dawno temu schody w Hogwarcie zostały zaklęte tak, żeby przenosiły uczniów tam, gdzie chcieli dotrzeć. Jednak teraz okazało się, że to niebezpieczne i szybko zaczarowano je tak, by poruszały się tylko wtedy, kiedy nikogo na nich nie było.
— Wtedy, w maju, jedno z zaklęć musiało zostać anulowane. Czy nikt nie pomyślał, żeby to sprawdzić? Harry i Malfoy mogli zostać dzisiaj poważnie ranni. Albo gorzej.
McGonagall zacisnęła usta w cienką linię.
— Jeśli pani chce, panno Granger, wszyscy możecie spakować swoje rzeczy i opuścić Hogwart. Z radością zabezpieczę sama cały zamek i upewnię się, że nic nie zostało przeoczone. Spodziewam się, że będziecie mogli wrócić i czuć się tutaj zupełnie bezpiecznie… za jakiś rok czy dwa.
To zamknęło Hermionie usta. Wyglądała na tak nieszczęśliwą, że mina dyrektorki złagodniała.
— Szkoła została otwarta zbyt szybko. Zgadzam się z tym, panno Granger. Zgłoszę ten incydent radzie nadzorczej, a profesor Flitwick zabezpieczy schody. Wydaje mi się jednak, że… — McGonagall spojrzała na leżącego nieruchomo Tommy’ego Wrighta — … krnąbrne czary są naszym najmniejszym zmartwieniem.
Harry zgodził się z tym stwierdzeniem. Stan Tommy’ego nie uległ zmianie. Chłopak żył, ale się nie budził. Pani Pomfrey przyznała, że nie odkryła jeszcze, jaka klątwa go trafiła i obawiała się, że jeśli jej się to nie uda, Tommy długo nie pożyje. Znalezienie osoby, która go przeklęła, bardzo by pomogło.
Potem, kiedy wracali do wieży Gryfonów, Ron zgłosił Harry’emu swoje zastrzeżenia.
— Powinieneś powiedzieć McGonagall, że to był prawdopodobnie Malfoy — upomniał go.
— Ale nie wiem, czy to prawda — odparował Harry. — Raz już oskarżyłem Malfoya o przeklęcie kogoś i McGonagall nie okazała zbyt dużego zrozumienia.
— Ale dwa lata temu miałeś rację!
Miał, ale to nie znaczyło, że teraz też tak jest. Jeżeli Tommy sprzedawał uczniom fałszywe — i najwyraźniej drogie — eliksiry, to musiał mieć więcej wrogów niż Goyle’a i Malfoya, a kilku pewnie nawet z lepszym motywem. Poza tym Malfoy wyglądał na zszokowanego, kiedy go znaleźli. I był taki przerażony wcześniej, na siódmym piętrze. Musiał coś zobaczyć, musiał coś wiedzieć. Harry spędził poprzedniego dnia dużo czasu wpatrując się w kropkę z podpisem „Malfoy” na Mapie Huncwotów. Ślizgon nawet nie ruszył się ze swojego dormitorium, by dalej rozrabiać albo spróbować uciec. Ron przyłapał Harry’ego na gapieniu się na mapę, ale pokiwał tylko głową i powstrzymał się od komentarza.
Zirytowany Harry skupił wzrok na swoim pudełku. Musi przestać myśleć o Malfoyu. A pudełko mu w tym raczej nie pomagało. Malutkie literki na godle Hogwartu głosiły: Draco dormiens nunquam titillandus. Słowo Draco zdawało się go prześladować. Harry spojrzał na tył klasy, gdzie Malfoy usiłował otworzyć swoje pudełko. Wygląda blado, pomyślał Harry. Ale znowu, Malfoy zawsze był blady.
Ślizgon rzucił kolejną serię zaklęć i zmarszczył brwi z niezadowoleniem. Harry odwrócił wzrok.
— Będę beznadziejnym aurorem — stwierdził.
— Nie bądź śmieszny, Harry — zareagowała natychmiast Hermiona. — Nikomu nie udało się jeszcze tego otworzyć. — W jej głosie słychać było frustrację. — To tylko potwierdza moją teorię, że musimy się jeszcze wiele nauczyć.
— Nie mówiłem o pudełku. Chodziło mi o wczoraj, powinienem rzucić Priori Incantatem na różdżkę Malfoya. Wiedziałbym wtedy, czy to on przeklął Tommy’ego.
Hermiona spojrzała na niego rozszerzonymi oczami.
— Och.
— Nie możesz tego zrobić teraz? — zapytał Ron.
Hermiona potrząsnęła głową.
— Już za późno. Efekt śledzenia zaklęć jest ograniczony. Malfoy używał już od tamtego czasu za dużo magii.
Ślizgon, jakby z nich drwiąc, dokładnie w tej chwili rzucił kolejne zaklęcie.
— Ale… — skrzywił się Ron. — Wtedy Malfoy musiałby tylko trochę poczarować już wczoraj i Priori Incantatem nic by nie pokazało.
— Teoretycznie — zgodził się Harry. — Ale może o tym nie pomyślał. Albo nie miał czasu. W każdym razie straciłem swoją szansę.
— Nie potępiaj się tak — powiedziała Hermiona. — Byłeś ranny. Nie mogłeś myśleć jasno.
Harry prychnął.
— Mogę sobie wyobrazić moją pierwszą aurorską misję: zostanę trafiony jakąś klątwą, pozwolę jakiemuś czarnoksiężnikowi uciec i skończę zamknięty w schowku, bo nie będę w stanie otworzyć drzwi.
Hermiona przewróciła oczami.
— Dobra. Użalaj się nad sobą, jeśli już musisz. Ale rób to po cichu. — Rzuciła kolejne zaklęcie.
Głośny huk sprawił, że wszyscy podskoczyli przerażeni. A potem cała klasa zaczęła chichotać na widok czerwonego Seamusa Finnigana, który pocierał nadgarstek i machał różdżką, żeby pozbyć się wielkiej siekiery. Najwyraźniej próbował przepołowić pudełko za pomocą brutalnej siły.
Profesor Flitwick kiwał głową ze śmiechem.
— Nie ma potrzeby używania przemocy, zapewniam pana. Odpowiednie zaklęcie i wieczko samo się otworzy. — Wyszczerzył się do nich.
Wyglądał na zbyt zadowolonego z siebie. Harry spojrzał na pudełko. Musiał być w tym jakiś haczyk. Może Ron miał rację, rozwiązanie było pewnie bardzo proste. Coś, o czym nikt by nie pomyślał, ale potem okazałoby się, że to miało idealny sens.
Harry zmrużył oczy. Godło Hogwartu zaczęło wyglądać podejrzanie. Ale być może teraz, pomyślał, wszystko ze słowem „Draco” było podejrzane. Chociaż z drugiej strony Flitwick mógł im dać pudełka bez godła.
To miało albo odwrócić ich uwagę, albo dać im jakąś wskazówkę. Hermiona już próbowała stukać w godło różdżką, ale bez żadnego efektu.
Draco dormiens nunquam titillandus.
Harry wpatrywał się w napis bez słowa. Zamrugał. Och. Och. Jeśli chcesz, żeby ktoś otworzył usta — albo w tym wypadku wieczko — istniało zaklęcie, które nigdy nie mogło zawieść. Harry dotknął pudełka i wymruczał inkantację — bardzo cicho, żeby nikt nie usłyszał, jeśli jego absurdalny pomysł nie wypali. Pudełko zadrżało raz, dwa razy i otworzyło się, podskakując dziko, póki Harry nie anulował zaklęcia, rzucając Finite Incantatem. Pudełko uspokoiło się, ale pozostało otwarte. W środku było coś zapakowanego w kolorowy papier. Wyglądało jak lizak.
Harry usłyszał ciche sapnięcie i spojrzał w bok. Hermiona wpatrywała się zszokowana w jego otwarte pudełko.
— Jak udało ci się?… — urwała i skupiła się na swoim pudełku. — Nic nie mów! Sama na to wpadnę. — Zaczęła rzucać zaklęcia z nowym zapałem.
— Powiedz mi — szepnął Ron.
Harry właśnie chciał to zrobić, ale Flitwick pojawił się tuż obok niego.
— Wspaniale, wspaniale, panie Potter! — wykrzyknął piskliwym głosem. — A teraz, jeśli nie ma pan nic przeciwko, proszę zabrać swój bonus i zmykać.
— Tak, profesorze. — Harry rzucił Ronowi przepraszające spojrzenie, zabrał nagrodą — którą rzeczywiście był lizak — i zarzucił torbę na ramię.
Kiedy odwrócił się w stronę wyjścia, usłyszał jak Ron syczy, a Hermiona wzdycha.
— Wątpię, żeby wężomowa zadziałała, Ron.
Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu. Był już w drzwiach, kiedy rzucił okiem na Malfoya. Ich spojrzenia się spotkały, ale Draco odwrócił wzrok.
Czyli wszystko znowu było po startemu.
Korytarz był cichy i jasno oświetlony przez popołudniowe słońce, a w powietrzu tańczyły drobinki kurzu. Przypomniało to Harry’emu, że chciał wstąpić do skrzydła szpitalnego i zobaczyć, czy pajęczyny, które wczoraj pokrywały ciało Tommy’ego, znów się pojawią. Pani Pomfrey nie udało się ich usunąć zaklęciem, więc zdjęła je ręcznie i jeszcze do dzisiejszego ranka nie wróciły. Pielęgniarka nie potrafiła wyjaśnić, skąd się w ogóle wzięły, ale ich obecność napawała ją nadzieją, gdyż mogła pomóc w wyśledzeniu klątwy, jaką rzucono na Tommy’ego.
Wycieczka do skrzydła szpitalnego musiała poczekać, aż skończą transmutację. A że do końca lekcji zaklęć zostało niecałe pięć minut, Harry nie miał nic innego do roboty poza czekaniem na Rona i Hermionę. Oparł się o ścianę, ale zaraz się wzdrygnął, bo drzwi do klasy otworzyły się i na korytarz wyszedł Malfoy.
Ślizgon zmarszczył brwi.
— Nie bądź taki zaskoczony, Potter. Myślisz, że tylko ty wpadłeś na to, że pudełka mają łaskotki?
— Bardziej zaskakuje mnie, że ty nie wpadłeś na to wcześniej. Myślałem, że jesteś ekspertem w otwieraniu drzwi, pudełek i szafek.
Malfoy spojrzał na niego chłodno, choć jego policzki poróżowiały.
— Nigdy bym nie pomyślał, że doceniasz mój intelekt. A może po prostu łatwo zrobić na tobie wrażenie?
— Klątwa rzucona na Tommy’ego robiła duże wrażenie.
Przez chwilę Harry był pewien, że Malfoy go uderzy, w zamian jednak Ślizgon odwrócił się.
— Nie muszę tego słuchać. — Dwie sekundy później zmienił zdanie. Podszedł tak blisko, że czubki jego butów zetknęły się z butami Harry’ego. Te dwa czy trzy centymetry, o które przewyższał Harry’ego, były teraz o wiele bardziej zauważalne, co bez wątpienia było zamiarem Malfoya. Harry zmusił się, żeby nie sięgnąć po różdżkę.
— Nie rzuciłem klątwy na Tommy’ego. — W niskim głosie Malfoya słychać było wściekłość. — Czemu miałbym to zrobić? Bo mnie kopnął? Bo nabrał Goyle’a? Jak bardzo jesteś tępy? Goyle to idiota i nie chciał mnie słuchać. Mógł się tego spodziewać. I przy okazji, kiedy ktoś mnie kopie, rewanżuję się tym samym i może robię to więcej niż raz tylko dlatego, że mogę, ale nie rzuciłbym w nikogo klątwą. — Jasnoszare oczy Malfoya zdawały się być teraz ciemniejsze. — On nie jest mordercą. Czy to nie są twoje słowa wypowiedziane na moim procesie? Zmieniłeś zdanie? Czy nie chciałeś wysłać mnie do Azkabanu, żebyś miał co robić w tym roku w Hogwarcie? To o to chodzi?
— Chodzi o to, Malfoy — powiedział Harry — żebyś powiedział mi prawdę.
— Nie przekląłem go!
— Czemu nie poszedłeś na mecz? Co robiłeś w zamku?
— Powiedziałem ci już, że chciałem tylko…
— Przestań kłamać! — warknął Harry. — Pojawiłeś się na siódmym piętrze, jakbyś przed kimś uciekał. Mówisz, że nie rzuciłeś klątwy na Tommy’ego, dobra, ale coś wiesz. Powiedz mi, co to jest.
Malfoy potrząsnął głową.
— Nie wiem nic o klątwie rzuconej na Tommy’ego.
— To powiedz mi, co innego wiesz.
— To nie twoja sprawa! — Malfoy najwyraźniej miał dość. Zrobił krok w tył, tak jakby szykował się do ucieczki. Harry odruchowo złapał go za przedramię i przyciągnął bliżej. Malfoy zamarł z rozszerzonymi oczami.
Harry zaczął cicho:
— Myśl sobie, co chcesz, Malfoy, ale Tommy Wright nie jest jedyną osobą, której właśnie próbuję pomóc.
Policzki Malfoya poróżowiały. Dyszał ciężko, jakby był tak wściekły, że nie mógł oddychać, ale uparcie nic nie mówił, tylko patrzył na Harry’ego.
Powie ci. Zrobi to. Tylko nie przerywaj kontaktu wzrokowego.
Zadzwonił dzwonek i Malfoy wyszarpnął ramię, chowając je za siebie, jakby go paliło.
Drzwi do klasy zaklęć otworzyły się z rozmachem. Harry rzucił okiem w tę stronę, a kiedy obejrzał się z powrotem, Malfoy już się oddalał. I tak pewnie nic by mi nie powiedział, pocieszył się. Jego serce biło bardzo szybko i kiedy Hermiona pojawiła się obok, krzycząc „Bzdury!”, prawie podskoczył.
— Co się stało? — zapytał. Miał nadzieję, że nie wyglądał na zmartwionego. Policzki go paliły. Spodziewał się, że Hermiona to zauważy, ale dziewczyna miała inne problemy na głowie.
— Ta cała lekcja! — prychnęła. — Zaklęcie łaskoczące. Naprawdę. Myślałam, że może rzeczywiście się czegoś nauczymy. A chodziło tylko o głupią sztuczkę.
— Nie żeby była z tego powodu zdenerwowana czy coś — powiedział Ron poważnie.
— Nie jestem zła! To było tylko takie zwyczajne. Jaki cel miały te zajęcia?
— Zapewniam panią, panno Granger, że w tej lekcji nie było nic bezsensownego.
Hermiona obróciła się na pięcie, żeby zobaczyć uśmiechającego się do niej Flitwicka. Mimo oczywistego zawstydzenia nie mogła się jednak powstrzymać.
— Przepraszam, profesorze. Rozwiązywanie problemu zawsze jest użytecznym ćwiczeniem, zgadzam się, ale nie widzę, w jaki sposób ma nam to pomóc w przyszłości. Jeśli będziemy próbowali otworzyć drzwi, wątpię, żeby udało się to nam za pomocą tak prostego zaklęcia, albo że będziemy mieli przed oczami sugestywną rzeźbę jako wskazówkę.
Flitwick uśmiechał się teraz jeszcze szerzej.
— Jest pani w błędzie — poinformował ją radośnie. — Godło Hogwartu miało wam pomóc, tak, ale istnieje powód, dla którego zaklęcie łaskoczące otworzyło pudełko. I nie ma w tym nic przypadkowego. Rzuciłem na te pudełka wiele uroków, z których większość udało się wam anulować, trzeba o tym wspomnieć, ale pokuszę się o stwierdzenie, że rozbrojenie ich wszystkich byłoby niemal niemożliwe. A jestem raczej ekspertem w tej dziedzinie — zapewnił ich. — Sukces zaklęcia łaskoczącego to niepożądane działanie uboczne. Starałem się wywołać je specjalnie, ale wielu utalentowanych czarodziejów osiągnęło to zupełnie niezamierzenie. Kiedy oddziałuje się na jakiś przedmiot za pomocą magii, zbyt dużej ilości magii, starając się go ochronić, przedmiot ten może rozwinąć w sobie pewien stopień świadomości. Rzucający zaklęcia chroni go przed agresywnymi klątwami i fizyczną przemocą, i jest święcie przekonany, że wykonał swoje zadanie. A potem ktoś nie zrobi nic więcej poza połaskotaniem tego przedmiotu i on, posiadając swój własny umysł, wyobraża sobie, że ma usta… i śmieje się. Słaby punkt, który zwykle pozostaje niezauważony. — Flitwick kiwnął głową Hermionie. — Ale cóż, nauczymy się więcej o dziwnych przypadkach działania magii na następnych zajęciach, które, mam nadzieję, uzna pani za mniej bezcelowe.
Hermiona przytaknęła, wyglądając na zmieszaną, chociaż całkiem możliwe, że przygryzała wargę tylko dlatego, żeby powstrzymać się od poproszenia Flitwicka, aby powiedział jej więcej już teraz.
Flitwick ukłonił się im lekko.
— Panno Granger, Panie Weasley. Aurorze Potterze — dodał żartobliwie i oddalił się truchtem.
Harry uśmiechnął się do jego pleców, Hermiona jednak wyglądała na nieszczęśliwą.
— Powinnam na to wpaść — powiedziała ze smutkiem. — Wiesz, że drzwi do łazienki na czwartym piętrze otwierają się tylko wtedy, kiedy połaskoczesz je w odpowiednim miejscu? Myślałam, że to jakiś żart.
Ron zmarszczył brwi.
— Eee, to jest męska łazienka, Hermiono.
— Tak, cóż. Mimo wszystko. Powinnam otworzyć to pudełko.
— Jeśli mam być szczery, pewnie by ci się udało, gdybyś miała więcej czasu — zapewnił ją Harry. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej lizaka. — Proszę, potrzebujesz tego bardziej niż ja.
Hermiona prychnęła, ale przyjęła prezent.
— Dobra robota, Harry. Naprawdę jestem z ciebie dumna.
— Ej! — oburzył się Ron. — Nie chwal go za bardzo. Skupił się na tym godle tylko dlatego, że było tam imię Draco, a on ma na jego punkcie obsesję. Znowu.
Hermiona zaśmiała się.
— Masz rację.
Ta myśl ogromnie rozweseliła ich oboje.
— Nie umiecie przegrywać — oskarżył ich Harry, ale jego przyjaciele tylko zaczęli się śmiać jeszcze bardziej. Uśmiechy zniknęły z ich twarzy dopiero wtedy, gdy przypomniał im, że zaraz mają podwójną transmutację i powinni się pośpieszyć. Ich nowy nauczyciel, Justus Plunkett, był utalentowanym czarodziejem, ale okropnym nauczycielem. Jego wykłady usypiały uczniów jeszcze szybciej niż lekcje z Binnsem. Pewnego pięknego razu nawet Hermiona przymknęła oczy i przestała robić notatki, o czym Ron z przyjemnością jej przypominał.
W takim razie kompletnie zrozumiałe było, zdaniem Harry’ego, poświęcenie większości dzisiejszych niekończących się zajęć na obserwowanie Malfoya w nadziei, że przyciągnie jego uwagę. Ale Malfoy ani razu na niego nie spojrzał, a po lekcji zniknął, zanim Harry zdążył mrugnąć.
Przez chwilę, wtedy, przed salą zaklęć, wyglądało na to, że Malfoy nie tylko chciał się do czegoś przyznać, ale także miał zamiar to zrobić. Najwyraźniej jednak nie było o czym marzyć.
Harry przeskanował wzrokiem stół Slytherinu podczas obiadu i nie znalazł Malfoya. Unika mnie. A niewinna osoba się tak nie zachowuje.
— Nie, wcale nie masz obsesji — zauważył Ron.
Harry pośpiesznie przeniósł wzrok na swój talerz.
— Cóż, wybacz mi. Potraktowany klątwą dzieciak leży w szpitalu, a ja uważam, że Malfoy wie coś więcej.
— O czym? — zapytała Ginny, siadając przy stole naprzeciwko nich.
Harry już miał jej odpowiedzieć, ale Ron go ubiegł.
— Jak poszło spotkanie z Hooch?
Ginny skrzywiła się.
— Jest remis.
— A mecz? — Harry zmarszczył brwi. — Myślałem, że go powtórzycie.
Ginny nałożyła sobie dużą porcję zapiekanki na talerz.
— Hooch powiedziała, że tłuczki nie były zaczarowane, więc zachowamy wszystkie nasze punkty. A po dokładnym zbadaniu nagrań z omnikularów stwierdziła, że Harper rzeczywiście złapał znicz pierwszy.
— Cholerny Harper — burknął Ron.
Ginny spojrzała na niego ostro.
— Nie słyszałeś? Harper dalej jest w skrzydle szpitalnym. Tłuczek rozbił mu głowę. Jest w śpiączce. Pomfrey mówi, że przeżyje, ale… mógł doznać jakiegoś urazu.
— O rany — sapnęła Hermiona. — Co za okropny sport!
— Oj, bez przesady — wtrącił się Ron szybko. — Takie rzeczy zdarzają się bardzo rzadko.
— No i co? To w ogóle nie powinno się wydarzyć!
— Po tym jak nasi pałkarze wypadli z gry, musiał uznać, że tłuczki mu nie zagrażają i nie zwracał na nie uwagi. To był błąd. Za bardzo zaufał ślizgońskim pałkarzom.
Hermiona prychnęła.
— Wina nie ma tutaj znaczenia. To niebezpieczna gra, która nie ma praktycznie żadnego sensu.
Ginny i Ron wyglądali na śmiertelnie obrażonych i chociaż Harry podzielał ich oburzenie, ulżyło mu, kiedy Parvati Patil klepnęła go w ramię, przerywając coś, co z pewnością stałoby się gorącą dyskusją, którą Harry słyszał więcej razy, niż był w stanie policzyć.
Jego ulga nie trwała jednak długo. Parvati wręczyła mu karteczkę, a jej oczy były czerwone i spuchnięte.
— To hasło do gabinetu McGonagall. Chce się z tobą widzieć — powiedziała z wahaniem.
— Co się stało? — spytał Harry, wpatrując się w bladą twarz dziewczyny. McGonagall obiecała, że da mu znać, kiedy tylko dowie się czegoś więcej o wczorajszym wypadku ze schodami, ale teraz Harry bał się, że stało się coś strasznego.
Oczy Parvati rozszerzyły się.
— Nic! Nie wiem. Wydaje mi się, że coś ze schodami. Ja tylko… Nie płaczę. Jestem przeziębiona. — Pociągnęła nosem. — Paskudne przeziębienie. — Odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia, głośno markując katar. Pamiętała nawet, żeby zakaszleć.
Ron patrzył za nią zdumiony.
— O co chodziło?
Harry potrząsnął głową, a Hermiona westchnęła.
— Zapewne o Anthony’ego.
Ron i Harry spojrzeli na nią bez zrozumienia. Ginny prychnęła w swój sok dyniowy, a Hermiona pokiwała nad nimi głową.
— Anthony Goldstein, jej chłopak. Kłócą się już od tygodni. Najwyraźniej Goldstein jest strasznie zazdrosny.
— I jest dupkiem — poinformowała ich Ginny. — Powinna go rzucić.
Hermiona przytaknęła.
— A jakby tego mało, pokłóciła się też z Lavender — dodała.
— Och — rzucił Ron i zapchał się wielkim kawałkiem zapiekanki, trochę za bardzo starając się wyglądać na niezainteresowanego czymkolwiek, co miało związek z jego byłą dziewczyną. Hermiona zdawała się być lekko rozbawiona jego przedstawieniem.
Harry wstał od stołu i odszukał wzrokiem Lavender. Wpatrywała się ponuro w swój talerz, nakładając sobie jedzenie. Jej długie blond włosy zasłaniały połowę twarzy i szyję, ukrywając paskudne blizny, które zawdzięczała Fenrirowi Greybackowi. Teraz, gdy Harry o tym pomyślał, zdał sobie sprawę, że Lavender najczęściej była sama, unikając Hermiony i Parvati.
Odepchnął od siebie uczucie litości, nie mając zielonego pojęcia, co z nim zrobić.
Z zamyślenia wyrwał go głos Hermiony.
— Poczekamy na ciebie w wieży.
Kiwnął głową i skierował się w stronę wyjścia. Wątpił, żeby McGonagall wezwała go do siebie tylko po to, żeby porozmawiać o schodach. Jakaś jego część miała nadzieję, że są dobre wiadomości o stanie Tommy’ego, ale zdawał sobie sprawę, że to zbyt optymistyczne myślenie. Zatrzymali się w skrzydle szpitalnym przed obiadem i Tommy dalej spał, a pajęczyny się nie pojawiły. To raczej wątpliwe, żeby jakiś cud wydarzył się w ciągu niecałej półgodziny.
Kamienna chimera, która strzegła gabinetu dyrektorki, wyglądała tak samo ponuro jak zawsze. Harry spojrzał na karteczkę od McGonagall i zmarszczył brwi. Widniało na niej tylko jedno słowo: magia. Co było bardziej niż trochę dziwne, biorąc pod uwagę to, że Parvati powiedziała mu, że McGonagall przesyła mu hasło. Rzeczywiście dziwne hasło. Jednak tak głosiła karteczka, więc Harry otworzył usta, żeby wypowiedzieć to słowo, ale chimera go ubiegła.
Nie można sprawić, by to coś zniknęło, albo się pojawiło; to coś nigdy nie umiera i żyje wiecznie.
Harry spiorunował chimerę wzrokiem i spojrzał na karteczkę. McGonagall używała zagadek i najwidoczniej założyła, że Harry będzie potrzebował pomocy.
— Magia — burknął oburzony. Sam by na to wpadł. Nie można nie wiedzieć takich rzeczy, będąc przyjacielem Hermiony Granger. Wspominała o prawach magii z pewnością więcej razy, niż było to konieczne.
Harry wspiął się na kręcone schody, zdeterminowany, by wytknąć to dyrektorce. Jednak kiedy wszedł do gabinetu, jej zatroskana mina go powstrzymała. Nawet twarze jej poprzedników wyglądały ponuro. Chociaż oni zawsze tak wyglądali. Za to portret Dumbledore’a posłał mu uśmiech.
Harry przeniósł wzrok na McGonagall.
— Pani profesor?
— Usiądź, Harry — poprosiła uprzejmie, ale nie uśmiechnęła się.
Harry usiadł na jednym z krzeseł naprzeciwko biurka, tęskniąc za wysiedzianymi fotelami, które tak lubił profesor Dumbledore.
McGonagall odłożyła pióro i popatrzyła na niego z miną, która zwiastowała ponure wieści. Harry zebrał się w sobie.
— Jak być może wiesz — zaczęła McGonagall — Rowena Ravenclaw zaczarowała hogwarckie schody dawno temu tak, żeby się poruszały. — Zmarszczyła brwi z jawną dezaprobatą dla takiego nonsensu. — Jednakże każde schody są wyposażone w zaklęcie wyczuwające. Mogą się poruszać, ile chcą, ale w momencie, kiedy ktoś na nie wejdzie, pozostają nieruchome.
— I to zaklęcie przestało działać? — zapytał Harry. — Czy to znaczy, że schody w Hogwarcie nie są już dłużej…
McGonagall uniosła dłoń i Harry umilkł.
— Wręcz przeciwnie, Harry, zaklęcie wyczuwające dalej działa. Wszystkie działają, łącznie z tym na schodach, na których znaleźliście się z panem Malfoyem. Profesor Flitwick zbadał je wczoraj i ponownie dzisiaj, rozpoznając swoje własne uroki. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości.
— Co oznacza?
— Co oznacza, że te schody nie poruszyły się same z siebie, ktoś to zrobił. I zapewniam cię, że nie jest to łatwe.
Harry domyślił się już, czemu McGonagall patrzyła na niego z taką troską.
— Czy mówi mi pani, że ktoś próbował mnie zabić?
Albo zabić Malfoya?
— Obawiam się, że tak. — Złączyła czubki palców. — Słyszałeś o Oswaldzie Ardentonie?
Harry potrząsnął głową, zdziwiony tym, w którą stronę toczyła się rozmowa.
— Och, chwila. — Coś zaskoczyło w jego głowie. — Widziałem go podczas procesów. I czytałem o nim w gazecie. Jest członkiem Wizengamotu. — Harry zapamiętał go tylko dlatego, że Ardenton bardzo głośno domagał się najwyższego wymiaru kary dla każdego śmierciożercy. Był bardziej niż niezadowolony, kiedy Malfoyowie zostali uwolnieni. I to właśnie on zasugerował utworzenie specjalnego oddziału złożonego z Czarodziejów Bojowych, której zadaniem miało być ściganie przebywających jeszcze na wolności śmierciożerców. Czarodzieje Bojowi słynęli z interpretowania słów „doprowadzić przed oblicze sprawiedliwości żywych lub martwych” jako „najlepiej martwych”. Zdążyli już zabić Rabastana Lestrange’a.
— W takim razie wiesz, że nie jest on przyjacielem kogokolwiek, kto popierał Voldemorta. Mówiąc bardzo oględnie. Jest za to dziadkiem Tommy’ego Wrighta.
— Och. Więc… myśli pani, że ktoś próbował zamordować Tommy’ego ze względu na Ardentona?
— Nie wiem już, co myśleć. Obaj mogliście być celem, albo któryś z was znalazł się w złym miejscu o złym czasie. Faktem pozostaje to, że przynajmniej jeden czarnoksiężnik dostał się do zamku i zaatakował ucznia. Klątwa rzucona na Tommy’ego nie jest żadnym dziecinnym żartem. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby Poppy nie mogła zidentyfikować zaklęcia.
Czyli to nie był Malfoy, chociaż…
— Czy planuje się jakieś śledztwo? Czy aurorzy mają podejrzanego? — On miał. Sporo śmierciożerców zniknęło po ostatecznej bitwie. To był chaotyczny dzień i aurorzy popełnili błąd. Kiedy znaleziono połamanego Fenrira Greybacka, jego śmierć wydawała się nieunikniona. Miał straszliwe rany. Ale wilkołak okazał większą wytrzymałość, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Udało mu się uciec i zabrać ze sobą kilku innych śmierciożerców. Dwaj aurorzy stracili przy tym życie.
Jeden ze śmierciożerców szczególnie niepokoił Harry’ego. Mówiono, że Rudolf Lestrange oszalał po śmierci swojej żony. Zamordował już czarownicę, która miała nieszczęście rozpoznać go na Nokturnie i był głównym podejrzanym w sprawie morderstwa dwóch mugoli.
I widziano go w Londynie niecały miesiąc temu, tuż po tym, gdy trafił go kolejny cios — śmierć brata.
Zuchwałość rodziny Lestrange’ów narastała. I jeden z nich był teraz martwy, a dziadek Tommy’ego Wrighta pośrednio za to odpowiadał. Jeśli Rudolf naprawdę przeklął Tommy’ego i Malfoy zobaczyłby go w zamku, co by zrobił? Nie był związany z Rudolfem więzami krwi, ale Lestrange należał do jego rodziny. I pewnie wiedział o Malfoyach więcej niż ktokolwiek inny. Doniesienie na niego z pewnością nie było łatwe. Lestrange mógł zaszantażować Malfoya, żeby mu pomógł.
— Obawiam się, że nie ma żadnego śledztwa. — W głosie McGonagall słychać było wyraźną frustrację. — Rada nadzorcza upiera się, że upadek ze schodów nie jest niczym dziwnym, a Tommy’ego Wrighta powinni zbadać eksperci ze Świętego Munga. Tak jakby Poppy nie była lepszą uzdrowicielką niż większość z nich razem wzięta — powiedziała ze złością. — Ale przynajmniej Oswald Ardenton zachował trochę zdrowego rozsądku. Był tutaj rano i zgodził się, żeby Tommy został pod opieką Poppy.
— A on nie może czegoś zrobić? Albo Kingsley?
— Mają związane ręce, jeśli rada twierdzi, że to tylko moje niedorzeczne spekulacje. I nie chcą wzbudzić paniki. Kingsley może zorganizować dla ciebie jakieś bezpieczne miejsce… — Harry już otwierał usta, żeby zaprotestować, ale McGonagall ciągnęła dalej — ale oczywiście stwierdziliśmy, że nigdy się na to nie zgodzisz. — Zmierzyła go niechętnym spojrzeniem. — Potrzebujemy aurorów na terenie szkoły, którzy ochranialiby uczniów, ale nie dostaniemy ich nigdy bez solidnego dowodu, że ktoś przedostał się do Hogwartu. Nawet Kingsley nie może pomóc, nie jest w stanie tego przeforsować, kiedy zostało tak mało aurorów. Straciliśmy zbyt wielu dobrych ludzi podczas wojny.
Harry zastanowił się chwilę. Mógł zrozumieć, że brak dowodów jest istotnym problemem. Uczniom Hogwartu nie były obce zranienia, zaklęcia czy nawet klątwy. Nikt nie wzywał aurorów do takich rzeczy. Potrzebowali dowodu. Albo świadka.
— A co, jeśli ktoś zobaczyłby w zamku śmierciożercę? Wtedy z pewnością przysłaliby aurorów.
McGonagall spiorunowała go wzrokiem.
— Mam nadzieję, że nie sugerujesz, że powinniśmy skłamać?
— Nie, oczywiście, że nie! — zapewnił ją Harry szybko. — Tylko… wydaje mi się, że Malfoy coś widział.
— Powiedział ci to?
— Nie. — Harry poruszył się na swoim krześle. — Ale zanim znaleźliśmy Tommy’ego, widziałem Malfoya na siódmym piętrze. Wyglądał, jakby przed czymś uciekał. Albo przed kimś. Był przerażony.
McGonagall przyjrzała mu się uważnie.
— Jeśli mogę zapytać, co ty robiłeś w zamku podczas meczu? Widziałam, jak opuściłeś boisko na samym początku.
Harry łudził się, że nie będzie musiał tego tłumaczyć akurat McGonagall. Obawiał się, że uzna, że ma obsesję, tak samo jak zrobili to Ron i Hermiona. Ale nie miał teraz zbytniego wyboru, skoro zapytała.
— Zauważyłem, że Malfoya nie ma na meczu i pomyślałem, że to dziwne, więc poszedłem go poszukać.
McGonagall zmarszczyła brwi.
— Podejrzewałeś o coś Malfoya, jeszcze zanim cokolwiek się stało?
— Tak, widzi pani, tuż przed meczem Goyle kłócił się z Tommym Wrightem w holu. Malfoy interweniował, Tommy go kopnął i uciekł. Kiedy nie zobaczyłem na trybunach ani Malfoya, ani Tommy’ego, pomyślałem, że może Malfoy chce się zemścić za publiczne upokorzenie.
McGonagall nie powiedziała mu, że ma obsesję. Wyglądała raczej na zaskoczoną.
— Ale w takim razie… uważasz, że to Draco Malfoy go przeklął?
— Cóż, teraz już nie. Malfoy był na schodach, kiedy się ruszyły. Jeśli to on miałby je zaczarować, z pewnością by je ominął.
— Nie, źle zrozumiałeś, Harry. Schody nie zostały zaczarowane w ten sposób. Jeśliby były, wiedzielibyśmy o tym. Musiały zostać popchnięte przez magię, dosłownie. Na przykład przez zaklęcie odpychające. Silne zaklęcie. Co oznacza, że musiał być tam ktoś jeszcze.
— W takim razie… Malfoy stał na skraju, to on musiał być celem. Albo coś zobaczył, albo pomógł komuś dostać się do zamku i ten ktoś chciał pozbyć się świadka.
— Myślisz, że pomógłby śmierciożercy dostać się do zamku? Zdaję sobie sprawę, że zrobił to już w przeszłości, ale przecież broniłeś go na procesie. — Harry poczuł ukłucie winy. To był także argument Malfoya. I miał sens. — Bo jeśli uważasz, że Draco Malfoy jest za to odpowiedzialny — dodała — to jestem w pełni gotowa wyrzucić go ze szkoły.
— Nie! — powiedział Harry szybko. — Ja nie… pani profesor, naprawdę, nie wiem, co on może zrobić, a czego nie. W tym momencie wszystko jest możliwe. Zeznawałem na jego korzyść w czasie procesu, ponieważ uważałem, że zasługuje na szansę, tę, której wcześniej nikt mu nie dał. I wydawało mi się, że nawet jeśli pomógł śmierciożercom dostać się do zamku, to nie zrobił tego dobrowolnie. Był otoczony tymi ludźmi przez całe swoje życie. Wie, do czego są zdolni. Może po prostu się bał. Zastraszyli go i zaszantażowali, żeby im pomógł. Nie sądzę, że powinien być wyrzucony, uważam, że trzeba mu pomóc.
McGonagall potarła skronie.
— To twoje słowa czy Dumbledore’a?
Harry zamrugał.
— Moje! — Spojrzał na portret byłego dyrektora, ale Dumbledore z uwagą przyglądał się skórkom swoich paznokci. — Ale cóż, przypuszczam, że profesor Dumbledore by się ze mną zgodził.
— W rzeczy samej — westchnęła McGonagall i obdarzyła go czułym spojrzeniem. Harry musiał odwrócić wzrok. Nie był pewien, czy to było przeznaczone dla niego, czy po prostu przypominał jej Dumbledore’a. Obie możliwości ścisnęły go za serce. — Bardzo dobrze, w takim razie — powiedziała McGonagall i Harry odważył się podnieść głowę. — Porozmawiam z panem Malfoyem.
Harry kiwnął głową. Pomyślał, że raczej niegrzeczne byłoby zwrócenie uwagi na to, że Malfoy pewnie nie będzie chciał nic mówić. Musiał jednak jakoś dać to po sobie poznać, bo McGonagall dodała:
— Warto chociaż spróbować. Wysłałam też sowę ekspertom ze Świętego Munga, żeby skonsultowali się z Poppy. Mam nadzieję, że jeśli im także nie uda się zdiagnozować pana Wrighta, rada nadzorcza będzie bardziej skłonna do posłuchania nas. W międzyczasie… — Rzuciła mu spojrzenie i Harry wiedział, co zaraz powie. — Spodziewam się, że będziesz ostrożny. Nie wiemy czy oni, kimkolwiek są, osiągnęli już to, co chcieli, czy jeszcze tutaj wrócą. Może tym razem nie byłeś ich celem, ale są czarnoksiężnicy, którzy chętnie zobaczyliby cię martwego. Wolałabym nie mówić tego do ucznia, ale jestem pewna, że sam zdajesz sobie z tego sprawę. Żałuję… żałuję, że nie możesz mieć chociaż jednego spokojnego roku. — Wyglądała na naprawdę przygnębioną.
Harry wzruszył ramionami.
— Pewnie strasznie bym się nudził.
Spojrzała na niego ostro, ale kąciki jej ust drgnęły.
— Zmykaj już. Powinieneś się uczyć. Czarodziejskiemu światu brakuje aurorów. Tylko pamiętaj, że jeszcze nie jesteś jednym z nich.
— Będę ostrożny — obiecał Harry i wstał, uśmiechając się. Zawahał się na moment, ale nie mógł się powstrzymać. — Nie musiała mi pani wysyłać odpowiedzi na tę zagadkę. Naprawdę.
McGonagall odchrząknęła głośno.
— Proszę o wybaczenie, panie Potter — powiedziała uroczyście.
Harry zauważył błysk w niebieskich oczach Dumbledore’a i dodał:
— Chociaż mógłbym się kłócić, że miłość także pasuje.
McGonagall zagryzła wargi i wyglądało na to, że z trudem powstrzymuje się od uśmiechu.
— I w takim wypadku powiedziałabym, że miłość jest formą magii.
Harry zaśmiał się.
— Niech będzie.
Kiedy skierował się w stronę drzwi, usłyszał, jak Dumbledore mówi:
— O, Minerwo, nie sądziłem, że jesteś taką romantyczką.
Harry wyszedł z pokoju z uśmiechem na ustach. Ktoś przeklął ucznia i to było straszne, ale w pewnym stopniu czuł się pełen nadziei. I znowu był użyteczny. Kiedy schodził po schodach, nie mógł powstrzymać myśli, że mimo wszystko dobrze było wrócić do Hogwartu.
Może jednak uda mi się złapać kilku śmierciożerców.


Koniec rozdziału drugiego
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez byarenlight » 20 mar 2012, o 21:06

Jejku, Boże, to jest taki cudowny powrót do Pottera, to jest po prostu Potter. <3 Jestem oczarowana i CHCĘ KOLEJNĄ CZĘŚĆ JUUUUUŻ!
(Strasznie chce mi się siku, więc to będzie szybki komentarz i spadam.)
Właściwie nie wiem, co powiedzieć. Że jest ciekawe, że chcę więcej, że postaci są bardziej niż okej, że to jest takie swojskie. Nie mogę się już doczekać tego, co będzie dalej. Jak to się rozwinie i w ogóle. Gdyby nie to, że tak dawno nie miałam styczności z angielskim, w te pędy pobiegłabym czytać oryginał. No i taką wisienką, a właściwie wiśniskiem na torcie jest fakt, że to jest, kurka, drarry. To opowiadanie ma po prostu WSZYSTKO.
- Ty byłaś kiedyś nastolatką. Powiedz, jak mam sobie poradzić z Astor?
- Spróbuj z nią porozmawiać.
- Kiedy ostatnio próbowałem, powiedziała, że mnie nienawidzi i przeniosła się do Orlando.
- To teraz masz drugą szansę. Podziel się z nią czymś... Co robiłeś w jej wieku...
- Zabiłem psa sąsiadów.
- Tego lepiej jej nie mów.
byarenlight Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1436
Dołączył(a): 9 sie 2011, o 20:07
Lokalizacja: względna

Postprzez Havoc » 20 mar 2012, o 21:32

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, bo pierwsza część... nie do końca mi się podobała. Czytałam tyle niekanonicznych fanfików z określonymi cechami bohaterów, że nagłe przestawienie się na kanon było dla mnie szokiem. Jakoś prawie wszyscy autorzy rezygnują z tchórzostwa Malfoya i zastępują je większą dawką ironii, stylu i perfekcjonizmu. No i rzecz jasna seksapilu. Gdyby nie jego wrodzona złośliwość i skrzywione przez rodzinkę poglądy, mógłby zostać męską Mary Sue. :D *uchyla się przed butami*
Ale o czym to ja... ach, już wiem. Tłumaczyłam się dlaczego pierwszy rozdział mnie mocno rozczarował. No, to skoro już to wyjaśniłam, może łaskawie przejdę do drugiego, skoro dopiero pod nim komentuję. Tym razem wyraźna fretkowatość Malfoya pozostała w uśpieniu, więc nic nie odbierało mi przyjemności czytania.
Bardzo mnie rozśmieszyło przekazanie hasła na wypadek nieogarnięcia Pottera. I od początku myślałam, że właśnie nasza wspaniała dwójka otworzy swoje pudełka, choć sądziłam, że będzie to miało więcej wspólnego z godłem albo z Draco. A ta rozmowa pod klasą, ach. <3
Oby pierwszy kwietnia nastąpił jak najszybciej.
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez CrazyCry » 21 mar 2012, o 13:06

No świetny rozdział :D. Końcówka rozmowy z McGonagall rewelacyjna i sympatyczna.
Naprawdę mam wrażenie, jakbym czytała ósmą część kanonu (wykluczając oczywiście paskudny epilog ;o).
— Nie żeby była z tego powodu zdenerwowana czy coś — powiedział Ron poważnie.

Zdaje mi się, że w tej wypowiedzi brakuje przynajmniej jednego przecinka.
— Dobra robota, Harry. Naprawdę jestem z ciebie dumna.
— Ej! — oburzył się Ron. — Nie chwal go za bardzo. Skupił się na tym godle tylko dlatego, że było tam imię Draco, a on ma na jego punkcie obsesję. Znowu.
Hermiona zaśmiała się.
— Masz rację.
Ta myśl ogromnie rozweseliła ich oboje.
— Nie umiecie przegrywać — oskarżył ich Harry, ale jego przyjaciele tylko zaczęli się śmiać jeszcze bardziej.

A ten kawałek jest cudowny :lol2: . I taaaki pocieszny :oczy: .
Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na kolejną część :).
Aerobic -> aerobik
Fanfic -> fanfik
Nie fanfick x.x
Fanpage "Effeminate boys"
CrazyCry Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 361
Dołączył(a): 8 lis 2011, o 09:12
Lokalizacja: Wawa

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 8 gości