[Z] Anatomia dusz

femmequixotic

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Lasair » 19 sie 2011, o 13:36

Tytuł: As Souls From Bodies Steal
Autor: femmequixotic
Tłumacz: Lasair
Bety: Donnie oraz Kaczalka
Raiting: R
Zgoda: jest :-)


Dziękuję tym, którzy mieli na tyle cierpliwości, by poczekać na mnie (i moje tłumaczenia). Oddaję kolejne z nadzieją, że tekst urzeknie Was tak samo, jak mnie.
Za betę dziękuję Donnie oraz Kaczalce; jesteście najlepsze. :*


ANATOMIA DUSZ

CZĘŚĆ PIERWSZA

Przez całe moje życie ojciec zawsze wiedział, w jaki sposób usunąć mnie w cień.
Szczęście, że sowa przyleciała, jak mniemam, w porze podawania szampana, a nie w środku mojego przemówienia. Mimo wszystko nie każdego dnia twój syn przyjmuje Nagrodę Flamela od Akademii Nauk Moralnych i Politycznych za pracę na temat florenckich łamaczy klątw epoki renesansu. Nie jest zbyt stosownym zakłócać tego rodzaju uroczystości, ale Lucjusz Malfoy, niezależnie od dobrego wychowania, nigdy nie zawracał sobie głowy uprzejmościami, a już na pewno nie wtedy, gdy rozchodziło się o jego osobę.
Stoję właśnie nad crudités[1], pochłonięty dyskusją z Thierrym de Larosièrem — dokładnie taką samą, jaką odbywaliśmy niejednokrotnie, dotyczącą badań Paracelsusa nad archeusem — kiedy pojawia się Blaise w swoich nieskazitelnych, czarnych szatach. Towarzyszy mi dziś w Paryżu. Wszyscy moi znajomi najwyraźniej uważają nas za parę, co przez większość wieczoru niepomiernie go bawi. Dodatkowo podsyca płomień, flirtując ze mną bezwstydnie od momentu, w którym wypił pierwszego drinka, zaraz po wręczeniu nagród. Jaka szkoda, że nie wiedzą, iż jest hetero.
Z drugiej jednak strony, są Francuzami. Pewnie w ogóle nie ma to dla nich znaczenia.
— Jesteś głupcem, Thierry — mówię z kieliszkiem szampana przy wargach. — Pewnego dnia zdasz sobie sprawę...
— Przepraszam — przerywa Blaise, kładąc mi dłoń na lędźwiach. — Ukradnę ci na chwilę czarodzieja dnia, jeśli pozwolisz.
Thierry obdarza go promiennym uśmiechem.
— Ależ oczywiście. Jestem pewien, że chciałbyś pogratulować mu osobiście. — Mruga do niego porozumiewawczo, a ja wywracam oczami.
— Stary zbereźnik — mamrocze Blaise, wyprowadzając mnie z tłumu.
Prycham.
— Nie możesz go winić, zważywszy na to, co dzisiaj wyprawiasz. — Blaise nie śmieje się, a mnie ogarnia niepokój. — Co się dzieje?
Wyciąga z kieszeni złożony list.
— Właśnie do ciebie przyszło. — Jego twarz przybiera poważny wyraz. — Doręczono go przez medycznego posłańca.
Nieruchomiejąc, odbieram pergamin i rozpoznaję charakter pisma. Wręczam Blaise’owi mój kieliszek. Już kiedyś dostawałem depesze ze szpitala, zazwyczaj wtedy, gdy ojciec upił się zbyt mocno, by zaradziły temu zaklęcia matki.
— Znowu to zrobił, prawda?
Minęło dwanaście lat od czasu zakończenia wojny, a ojciec wciąż stara się zapomnieć.
Wszyscy się staramy, na swój własny sposób.
List otwiera się łatwo, tym razem ledwie go zapieczętowała. Serce podchodzi mi do gardła, gdy zaciskam palce na czerpanym papierze, którego duże ilości matka zamawia co roku w sklepie papierniczym we Florencji.
„Szpital Świętego Munga. Twój ojciec. Pospiesz się.”
Zazwyczaj nieskazitelnie wykaligrafowane litery matki są teraz zaplamione atramentem, napisane drżącą ręką. Mówi mi to wszystko, co potrzebuję wiedzieć. Cokolwiek zrobił ojciec, jest źle.
Trzęsącą się dłonią wręczam Blaise’owi zmięty pergamin. Czyta wiadomość pospiesznie, a potem podsuwa mi kieliszek szampana.
— Wypij — mówi. Już mam zamiar zaprotestować, ale przerywa mi: — Będziesz tego potrzebował. Spotkamy się przy kominku.
Odchodzi, prawdopodobnie po to, by przeprosić za moje zniknięcie. Dzięki Bogu.
Zaciskając palce blisko krawędzi kieliszka, wypijam szampana trzema szybkimi łykami, ani przez chwilę nie rozkoszując się jego doskonałością. Blaise ma rację. Obaj o tym wiemy. Oddaję kieliszek przechodzącemu skrzatowi, a potem wycieram kącik ust jednym palcem. Już teraz paraliżuje mnie strach.
Nabrawszy głębokiego oddechu, zmierzam w stronę kominka.

***

Blaise prowadzi mnie przez zgiełk oddziału urazowego, jakby to on zarządzał tym miejscem, co, jak sądzę, wcale nie jest aż tak dalekie od prawdy.
Zatrzymuje uzdrowicielkę.
— Malfoy? — pyta rzeczowo szorstkim tonem lekarza, który oczekuje natychmiastowej odpowiedzi. Podejrzewam, że kobieta pokieruje nas prosto do prywatnego oddziału, tego nazwanego po dziadku Abraxasie i babci Eleonorze, w którym zazwyczaj umieszczano ojca. Zamiast tego uzdrowicielka spogląda na mnie, a jej wzrok łagodnieje.
— Drugi korytarz, proszę pana — mówi, a ja jestem zaskoczony tym, z jakim szacunkiem traktowany jest Blaise w Świętym Mungu. — Trzecie drzwi po lewej. — Posyła mu długie spojrzenie, którego nie jestem w stanie teraz zinterpretować.
Wszystko, co mogę robić, to stawiać jedną stopę za drugą. Doskonale wiem, co zobaczę, kiedy wejdziemy do środka.
Blaise waha się przed drzwiami.
— Poczekam tu na ciebie — mówi, a ja kiwam głową. Obaj mamy świadomość, że muszę wejść tam sam. Dotyka mojego ramienia. — Jeśli będziesz mnie potrzebował, jestem tutaj.
Ten korytarz okazuje się cichszy, choć wciąż słyszę panujący wokół szpitalny zgiełk. Zatrzymuję się z ręką na klamce. Mogę odejść, mówię sobie. Nie muszę wchodzić.
Jestem bardzo dobry w okłamywaniu samego siebie.
To pomruki głosów popychają mnie do tego, bym nacisnął klamkę. Wchodzę do niewielkiej, skąpo umeblowanej poczekalni. Matka siedzi na kanapie, a ciotka Andromeda trzyma ją za rękę. W małym lichtarzu błyska światło, ledwo sięgając zacienionych kątów pomieszczenia. Drzwi za mną zamykają się, a głosy uzdrowicieli, wzmocnione zaklęciem Sonorus, milkną.
Panuje tu zimno niemal tak dojmujące jak dotyk dementora, a atmosfera jest prawie tak samo ponura. Zdaję sobie sprawę, że w tym miejscu nie dzieje się nic dobrego. Praktycznie czuję na sobie ból przeszywający powietrze, gęste i ciężkie. Po plecach przechodzi mi dreszcz, więc zawijam wokół siebie ramiona, wręcz niezdolny do tego, by oddychać.
— Draco — mówi matka, spoglądając na mnie z twarzą pokrytą łzami. Jej włosy opadają luźno na ramiona, pojedyncze pasma wyślizgnęły się spod zaczarowanych spinek, które na co dzień utrzymują je w idealnym ułożeniu. — Och, mój Draco. — Sięga rękami ku mnie. Jej ubranie skalane jest krwią.
Krwią ojca.
Plami rękaw jej szaty, ramię i pierś w miejscu, w którym, krzycząc, musiała go do siebie przyciskać.
Nogi uginają się pode mną. Opadam na podłogę, łkając rozpaczliwie i wtulam twarz w kolana matki. Zaciskam palce na jej szatach, starając się uspokoić.
Po niekończących się groźbach w końcu to zrobił. Zostawił nas. Samych.
Drań.
Matka również płacze, a nasz zachrypnięty szloch wypełnia niewielką przestrzeń, dławiąc nas we własnym żalu.

***

Data pogrzebu została ustalona na niedzielę po południu.
Czynię przygotowania jakby zasnuty mgłą. Z matki nie ma żadnego użytku, nie opuszcza łóżka. Leży milcząca i skulona na posłaniu, wpatruje się w ścianę i ściska poduszkę, na której spał ojciec. Musiał wiedzieć, jak ona zareaguje. Jak mógłby nie wiedzieć? Przez niemal czterdzieści lat był całym jej życiem.
Czy przestał zdawać sobie sprawę, że to ona znajdzie jego ciało na podłodze, pokryte krwią, z różdżką leżącą o włos od palców? Czy może był na tyle zalany, że nie obchodziło go nic oprócz własnej udręki?
Nie chcę wiedzieć. Wolałbym nie znienawidzić go bardziej, niż nienawidzę w tym momencie.
Rezydencja jest cicha, bez śladu żywych istot. Minęły miesiące, odkąd postawiłem nogę w rodzinnym domu. Ukrywa zbyt wiele wspomnień. Zbyt wiele koszmarów. Pięć lat po wojnie moje cotygodniowe, niedzielne wizyty zmniejszyły częstotliwość do jednej w miesiącu. Rok później bywałem tu już tylko na specjalne okazje. Ojciec ledwie mnie dostrzegał — nic dziwnego, skoro o jego uwagę trzeba było rywalizować z butelką brandy — a matka, nie pytając o powody, od czasu do czasu spotykała się ze mną potajemnie w Londynie czy Oxfordzie na herbacie.
Istnieją w mojej rodzinie sprawy, o których się nie mówi. Być może w ten sposób jest lepiej.
Teraz muszę zbierać wszystkie siły, by przychodzić tu codziennie, wędrować korytarzami bądź siedzieć w milczeniu przy łóżku matki, trzymać ją za rękę z zaciśniętym gardłem.
Blaise pyta mnie co rano, czy potrzebuję towarzystwa. Milie dotyka łagodnie mojego ramienia i proponuje, że zastąpi mnie przy matce.
— Nie — odpowiadam zbyt szorstko i czuję ledwie odczuwalne ukłucie winy, kiedy wymieniają między sobą zaniepokojone spojrzenia. Żadne z nich nie drąży tematu. Od siedmiu lat dzielimy ze sobą dom w Oxfordzie, znają mnie i moje humory aż nazbyt dobrze.
I tak codziennie za pomocą sieci Fiuu dostaję się do cichej rezydencji, gdzie moje kroki odbijają się echem od wypolerowanego parkietu w holu wejściowym, a skrzaty zniżają swe głosy do szeptu. Wszystkie lustra zostały zasłonięte, a nieużywane pokoje ukryte. Tak jak moja matka, dom zamknął się w sobie, a jego jądrem stał się jej pokój i ostrożnie drepczące po nim skrzaty.
Nie myślę. Nie pamiętam. Nie mogę sobie na to pozwolić, tak dużo jest do zrobienia. W tej chwili nie mogę sobie pozwolić na luksus, jakim jest lęk przed przeszłością. Oddycham płytko i odwracam wzrok od zacienionych kątów domu oraz szepczących zjaw, które po tylu latach wciąż okupują moje sny.
Pomaga nam ciotka Andromeda. Przynosi mi herbatę i łagodnie przypomina, że mam umówione spotkanie z naszym księdzem, by przedyskutować ostatnią posługę. Wielebny doktor Cornelius Wyndham-Ffoulkes wydaje się miły, kiedy ściska mi dłoń i wprowadza mnie oraz Andromedę do swojego biura. Powinien być miły. Malfoyowie od wieków posiadają prawo do nominacji na urząd kościelny[2].
Muzykę do ceremonii wybieram w zamroczeniu. „Ave Verum Corpus”[3] kompozycji Williama Byrda dla chóru, a jako pieśń kongregacji „Be Still, My Soul”[4]. Po namyśle dodaję jeszcze „Love Divine, All Loves Excelling”[5]. Na złość ojcu. Nie znosił tego przeklętego hymnu. Wyndham-Ffoulkes unosi jedynie brew. Razem z Lucjuszem więcej niż raz dyskutowali o zmianach w wesjelanizmie i kalwinizmie, aż którejś niedzieli ojciec zażądał, by usunięto hymn ze śpiewnika. Znużony ksiądz poinformował go, iż jest to niemożliwe bez zgody Pałacu Lambeth[6].
Żaden z nas nie wspomina, że Lucjusz odebrał sobie życie.
— A więc tradycyjny obrządek — mówi Wyndham-Ffoulkes. Nie patrzy mi w oczy. Społeczeństwo, choć nie prawo kanoniczne, porzuciło archaiczny pogląd na temat tego, że w kościele anglikańskim chowanie samobójców jest zabronione, ale w niektórych zakątkach on wciąż funkcjonuje.
— Tak — wstaję i podchodzę do okna. Jestem wdzięczny, że Wyndham-Ffoulkes ma w tej kwestii liberalne poglądy. Niektóre czarodziejskie parafie trwają na etapie ery trzydziestu dziewięciu artykułów[7]. — Ale, na miłość boską, bez Common Worship[8]. Wolałbym, żeby ojciec nie nawiedzał mnie zza grobu.
Przez falistą taflę okiennych witraży dostrzegam cmentarz wypełniony Malfoyami. W rodzinnym mauzoleum w centrum, obramowanym wierzbami płaczącymi po obu stronach, wciąż pozostało miejsce dla kilku z nas. Ojciec zadbał o to, by nie zostać tutaj pochowanym. Zażądał osobnej działki i monumentu wedle własnego uznania. Nie miał zamiaru dzielić wieczności z kimkolwiek, a już na pewno nie z rodziną.
Przez moment panuje cisza. Jestem pewien, że ksiądz i ciotka wymieniają teraz spojrzenia za moimi plecami. Wyndham-Ffoulkes odkasłuje lekko.
— Czy życzy pan sobie Eucharystii... — pyta.
— Nie — odpowiadam ozięble. Spoglądam w jego stronę. Kiwa głową i zapisuje coś karmazynowym piórem w grubym, czarnym skoroszycie.
— A mowa pogrzebowa?
Nie odpowiadam. Wiem, że tego ode mnie oczekują. Nie wiem tylko, czy potrafię.
— Draco — szepcze ciotka Andromeda i podchodzi do mnie, a kiedy otula mnie ramionami, zdaję sobie sprawę, że płaczę.

***

Matka stoi obok mnie, a jej ramiona, otulone czarną, jedwabną szatą, pozostają sztywne.
W swej żałobie wygląda przepięknie, srebrne włosy ma zwinięte w luźny kok, a bladą twarz zmęczoną i wychudzoną. Wyszła z łóżka pierwszy raz, od kiedy zabrałem ją do domu ze szpitala.
Splatam jej palce ze swoimi, a ona spogląda na mnie mętnym wzrokiem. Próbuje posłać mi mizerny uśmiech, ale jej wargi ledwie się poruszają. Ciotka Andromeda stoi po jej drugiej stronie razem z Teddym, który na ten dzień został zwolniony z Hogwartu. Jego włosy przybrały odcień brązowego popiołu, przypominający mi o okolonych w srebrne ramki fotografiach kuzynki Nimfadory z ostatnich lat wojny, porozstawianych wszędzie przez ciotkę Andromedę. Jest wysoki jak na dwanaście lat i tak samo patykowaty jak jego ojciec.
Żałobnicy kończą śpiewać. Blaise łapie moje spojrzenie z drugiej nawy i lekko marszczy brwi. Dobrze wie, co o tej konkretnej pieśni sądził mój ojciec. Przez lata znosił cierpliwie moje gderanie na temat jego wysoce wydumanych standardów. Milie obdarza go kuksańcem i gniewnym spojrzeniem, a wtedy Blaise odwraca wzrok w kierunku Wyndhama-Ffoulkesa i błyszczącej trumny z orzecha, w której spoczywa ciało mego ojca.
Siedzimy, podczas gdy Wyndham-Ffoulkes przemawia. Jego głos dociera do mnie jako ledwo słyszalny bełkot, zagłuszany przez dudnienie krwi w uszach. Popołudniowe słońce wdziera się przez witrażowe okna, tak jasne i przejrzyste. Rzuca delikatne kałuże złota, zieleni, czerwieni i błękitu na wytartą, kamienną podłogę, poprzecinaną szarymi cieniami ołowianych maswerków i nagich gałęzi, kołyszących się na wietrze w zimnym środku listopada.
W pewnym momencie wstaję i podchodzę do ambony, by wygłosić swoje przemówienie. Nie wiem, co czytam, nie mam zbyt wiele na papierze, który zaciskam w dłoniach. Milie spisała dla mnie mowę wieczór wcześniej, kiedy siedziałem nieruchomy przy kuchennym stole. Wyjęła pióro z moich zimnych palców i zastąpiła je ciepłym kubkiem herbaty z mlekiem. Usiadła obok mnie i ułożyła odpowiednią przemowę.
Twarze przede mną są rozmyte. Zaskakuje mnie, jak wielu przybyło ludzi. Kościół jest mały, ale więcej niż połowa ław została wypełniona. Zastanawiam się, ilu z nich przyszło oddać cześć ojcu, a ile osób jest tu dla mojej matki. Przez te wszystkie lata zrobiła, co mogła, by naprawić naszą zszarganą rodzinną reputację. Razem z ciotką Andromedą spędziła całe godziny, udzielając się charytatywnie w Świętym Mungu, czytając pacjentom, siedząc obok mężczyzn i kobiet w śpiączce, bawiąc się z dziećmi.
Dłonie drżą mi, kiedy kładę pergamin na mównicy. Nie potrafię, myślę, a potem spoglądam w kierunku ławy, w której zasiadają moi przyjaciele. Blaise zatacza kółko palcem, dając mi tym znać, żebym wziął się w garść, a Milie, postawna i poważna w swych precyzyjnie skrojonych, czarnych szatach, z zazwyczaj niesfornymi ciemnymi lokami spiętymi teraz w ciasny kok, kiwa głową. Pansy, siedząca po drugiej stronie, uśmiecha się do mnie łagodnie. Jej czarny kapelusz nasunięty jest wytwornie na jedno oko. Kciukiem ociera drugie. Moja córka chrzestna, Iris, zwinęła się, zaspana, na kolanach matki. Z jej rączki zwisa pluszowy rogogon, którego jedno skrzydło jest mokre od nieustannego żucia. Goldstein siedzi obok żony i dziecka, emanując spokojem.
Nabieram głębokiego oddechu i zaczynam.
Mowa jest krótka. Nie wspominam o wojnie. Nie ma takiej potrzeby. Wszyscy zgromadzeni wiedzą o zbrodniach ojca. Milie naszkicowała mi w słowach jego portret na podstawie tych wszystkich historyjek, które opowiadałem jej przez lata, przypominając o życzliwości, jaką okazywał mi, gdy byłem dzieckiem, witając mnie ciepło w swojej bibliotece, gdy poczułem się zbyt samotny w ogromnym domu. Pełną łagodności miłość do mojej matki, wyrażaną niekiedy w najmniejszych drobiazgach, takich jak osobiste przyniesienie jej pierwszych narcyzów, które zakwitły w ogrodzie. Dumę, jaką żywił w stosunku do swojej rodziny, do naszych osiągnięć. Głos zamiera mi w gardle i mrugam, odganiając palące łzy. Urywam w środku zdania, rozglądając się po kościele.
Wszyscy obserwują mnie w milczeniu. Milie pochyla się do przodu. Blaise dotyka jej ramienia, by się wyprostowała.
— Był moim ojcem — mówię po dłuższej chwili. Wpatruję się w trumnę, ustawioną wysoko nad białymi kwiatami: różami, gardeniami, narcyzami i lśniącymi, zielonymi liśćmi. Nie mam pojęcia, skąd pochodzą i kto znalazł je o tej porze roku. Mój gniew pochłania fala żalu, rozbija się o mnie i przeradza w zdławiony półszloch. Nabieram drżący oddech i napotykam spojrzenie matki. Jej oczy błyszczą łzami, ale uśmiecha się do mnie po raz pierwszy od czasu Świętego Munga. — Był połową mnie — mówię prosto do niej, napiętym i zachrypniętym głosem. — Jak, do diabła, mam tej połowie powiedzieć „do widzenia”?
Patrzę na różany witraż na drzwiach przy końcu nawy. Powoli wypuszczam powietrze. Kiedy odchodzę od mównicy, na której pozostawiłem notatki Milie, nikt się nie odzywa. Mijając trumnę, dotykam jej lekko. Już teraz mi go brakuje.
Siadam. Matka ujmuje moją dłoń i ściska delikatnie. Nikt nie wie, jak to naprawdę jest, tylko my. Na dobre czy złe, Lucjusz Malfoy był naszym światem.
Reszta ceremonii mija jak we mgle. Dopiero gdy Teddy dotyka lekko mojego ramienia, zdaję sobie sprawę, że mam wstać. Wysuwam się za nim z ławki. Blaise i Goldstein wychodzą mi naprzeciw. W milczeniu nasza czwórka podchodzi do trumny i łapie za złoty uchwyt, by podnieść ją na nasze ramiona. Jest lekka, nałożone zostały odpowiednie zaklęcia lewitujące.
Powoli idziemy wzdłuż nawy. Patrzę przed siebie, ignorując uprzejme spojrzenia nieznajomych. Jedna stopa za drugą, powtarzam sobie. Nie myśl, że niesiesz ojca do grobu. Podpieram dłonią bok trumny. Jedna noga. A teraz druga.
Drzwi otwierają się przed nami, zalewając kościół światłem późnego popołudnia. Niesiemy ojca po schodach w dół, na cmentarz parafialny. Stos pogrzebowy, ułożony na kształt litery „V” ze smukłych gałęzi wierzby, czeka już nad wykopanym grobem. Układamy trumnę na białym jedwabiu, rozpostartym na samym środku stosu.
Matka pojawia się u mego boku. Grób zostaje otoczony przez ludzi — morze czarnych i białych szat, kontrastujących z opadłymi liśćmi na pobliskich nagrobkach.
Ujmuję jej dłoń. Wyndham-Ffoulkes zajmuje miejsce po jej drugiej stronie. Otwiera modlitewnik i zaczyna mówić, a rąbek jego białej alby trzepocze na wietrze. Nie słucham. Kiedy matka się odsuwa, wiem, co zdarzy się za chwilę. Patrzyłem, jak ojciec robi to samo z dziadkiem Abraxasem.
— Ojcze, polecamy twemu miłosierdziu — intonuje Wyndham-Ffoulkes głosem wzbijającym się ponad cmentarzem — duszę naszego zmarłego brata, a jego ciało powierzamy ogniowi.
Robię krok naprzód i podnoszę różdżkę. Moja dłoń drży, ale uspokajam się.
Incendio — szepczę i nad trumną rozkwita niebiesko-pomarańczowy płomień. Stojący za mną Wyndham-Ffoulkes kontynuuje przemowę. Nie obchodzi mnie to. Nie potrafię oderwać wzroku od ognia, który liże boki trumny, wdrapuje się na górę. Przez chwilę myślę, że widzę profil mojego ojca, zanim płomienie stają się zbyt gęste, pochłaniając całe drewno. Z paleniska unosi się uderzający do głowy zapach balsamu i oliwy. Czuję gorąco na skórze i dopiero, gdy matka delikatnie odciąga mnie dalej, zdaję sobie sprawę, że o włos uniknąłem poparzenia.
Wkrótce jest po wszystkim. Gdy ogień sięga szczytu, całun unosi się, rozkłada nad trumną, po czym opada na dogorywające płomienie i popiół. Wyndham-Ffoulkes macha różdżką i stos rozstępuje się, unosi i zawisa nad grobem, a potem całość znika w ciemnym dole. Gałęzie podążają za obłokiem całunu i opadają na niego, układając się w kształt kraty.
Wokół siebie słyszę wymruczane „Amen”. Czas na przykrycie ziemią przyjdzie później, uważa się, że niedobrze jest zasypywać grób przy rodzinie. Nie mogę opanować wdzięczności z tego powodu.
Żałobnicy jeden za drugim przelewają się przed nami, ściskając nasze dłonie, szepcząc słowa kondolencji. Widzę Granger prawie na samym końcu, jej burza loków upięta jest pod zadziwiająco szkaradnym ciemnobrązowym kapeluszem. Staje przede mną, pochyla się i muska swoim policzkiem o mój. Nie odsuwam się, jako że oboje, wschodzące gwiazdy historii magii, przez ostatnie pięć lat prowadziliśmy badania w ukrytej, czarodziejskiej części Hawksmoor's Quadrangle na uniwersytecie All Souls.
— Przyjmij wyrazy współczucia — mówi łagodnie, a ja kiwam głową w podziękowaniu. Już mam powiedzieć, jak głęboko wdzięczny jestem za to, że miała tyle przyzwoitości, by nie przyprowadzać ze sobą Wiewióra, kiedy spostrzegam, że obok niej widnieje aż nazbyt znajoma kępa czarnych włosów, która pochyla się teraz w stronę mojej matki.
— Panie Potter — mówi matka, a jej uśmiech, kiedy ściska jego dłoń, jest autentyczny. — Myślałam, że straciliśmy pana na rzecz Australii.
Potter potrząsa swoim głupim, kudłatym łbem. Włosy opadają mu na okulary.
— Pięć lat to wystarczająco dużo czasu. — Jest opalony, przy jego złocistobrązowej skórze moja wypada raczej blado i chorowicie. Odwraca się w moją stronę. — Przykro mi z powodu twojej straty, Malfoy.
— Wcale nie jest ci przykro. — Ostatnia cząstka pozytywnych uczuć, jaką żywiłem w stosunku do Granger, ulatnia się. Jej rudy małżonek zachowuje się dostatecznie źle, ale Potter przeszedł właśnie samego siebie.
Matka zerka na mnie. Jestem w stanie wyczuć jej dezaprobatę. Sądzi, że powinienem być wdzięczny temu czterookiemu draniowi za wszystko, co dla nas zrobił. Nie byłem i nigdy nie będę. Na myśl, że mam dług wdzięczności wobec Harry’ego Cholernego Pottera, chce mi się rzygać. I tak muszę już dzielić z nim Teddy’ego. Sądziłem, że akurat tej przeklętej katorgi uniknę, kiedy on poleciał na wybrzeża Woollongong[9] razem z tą ryżą suką.
— Nienawidziłeś mojego ojca — stwierdzam oschle. W tym momencie czuję dziką, niewyjaśnioną chęć obrony Lucjusza. — Nie udawaj, że było inaczej.
Potter ma na tyle przyzwoitości, by wyglądać na zakłopotanego.
— Draco — przerywa mi matka. Po jej tonie rozpoznaję, że jest zażenowana i zdenerwowana.
Nie obchodzi mnie to. Zwijam palce w pięści, paznokcie wbijają mi się we wnętrze dłoni. W piersi czuję ucisk i palący, skręcający wnętrzności ból. Przełykam ślinę.
— Nie mogę...
To zbyt wiele. Wiem, że matka przeprosi za moje zachowanie. Zawsze to robiła.
Odchodzę ze zdławionym szlochem, a potem aportuję się jeszcze przed dotarciem do kościelnych bram.

***

Grób Severusa znajduje się w cichym zakątku cmentarza w West Yorkshire, nieopodal rzeki Calder. Ojciec pochował go obok swojej żony.
Razem z Lucjuszem przenieśliśmy jego ciało do Todmorden. Nigdy nie zapomnę twarzy starego Snape’a oraz tego, jak pełna ostrożności kurtyna odrazy opadła mu z twarzy, gdy ojciec położył bezwładne ciało Severusa na wytartej sofie w małym, posępnym mugolskim mieszkaniu. Tobiasz zignorował nas obu, opadł na kolana obok syna i ujął go za zimną dłoń. Jego ciałem wstrząsnął zachrypnięty szloch.
Ojciec położył rękę na starczym ramieniu i był to jedyny raz, kiedy widziałem, jak dotyka mugola z czymś na kształt uprzejmości.
— Żaden ojciec nie chce przeżyć własnego syna — powiedział później, nie patrząc mi w oczy. — Bez względu na przepaść, która ich dzieli.
Siedzę teraz na zwiędłej trawie z kolanami przyciągniętymi do piersi.
— Odszedł — odzywam się po chwili. — Ale nie sądzę, by cię to dziwiło. — Z gałęzi nade mną dobiega krakanie kruka. Uśmiecham się słabo. — Tak też myślałem.
Milknę, obserwując małego żuka, który przechadza się po nagrobku Severusa. Tęsknię za nim. Pod wieloma względami był dla mnie ojcem bardziej niż mój własny. Skoro już nie mógł zapewnić mi bezpieczeństwa, zrobił wszystko, co w jego mocy, bym przeżył.
W zaszłych okolicznościach nikt nie byłby w stanie zapewnić mi bezpieczeństwa.
Po ścieżce między grobami przechadza się starsza mugolska kobieta. Mija mnie i kiwa głową w moją stronę. Zastanawiam się, jak niecodziennie muszę dla niej wyglądać, siedząc tu w swoich czarodziejskich szatach. Ona jednak zdaje się tego nie zauważać. A może w ogóle ją to nie obchodzi. Przypuszczam, że w takim miejscu nikogo by nie obchodziło. Żałoba to wspaniały niwelator wszelakich różnic.
Kruk wzbija się z gałęzi, jego skrzydła trzepoczą na wietrze. Krąży niespiesznie nade mną, a tor jego lotu poszerza się.
Nie wiem, dlaczego tu przyszedłem. Od śmierci Severusa minęło dwanaście lat, ale wciąż coś ciągnie mnie na jego grób, gdy jestem zdenerwowany. Zawsze wiedział, jak mnie uspokoić, co powiedzieć, by przekonać, że mój świat jeszcze się nie zawalił.
Pokazał mi, jak przetrwać.
Za każdym razem, kiedy Yaxley wzywał mnie z Hogwartu tamtego potwornego roku, Severus prowadził mnie w tajemnicy do swojego biura i wręczał eliksir spokoju. „Tylko jeden łyk”, mówił stanowczo, a ja podnosiłem fiolkę do ust. To wystarczało, by mnie uspokoić, przeprowadzić przez to, o czym wiedziałem, że ma nadejść.
Gdy wracałem, drżący i odrętwiały, z obolałym ciałem i wrzeszczącym umysłem, Severus leczył to, co dało się wyleczyć, a potem sadzał mnie na kanapie w swoich kwaterach. Kuliłem się na niej, nadal drżąc, a wtedy on wmuszał we mnie eliksir uspokajający przez zaciśnięte wargi. Wtedy nadchodziło upragnione otępienie. Pozostawałem u Severusa przez całe godziny, z głową na jego udzie, a jego palce odgarniały mi włosy z czoła, dopóki nie byłem gotów wstać, oddychając powoli i mówiąc mu, że wszystko ze mną w porządku.
Obaj wiedzieliśmy, że to kłamstwo, ale było to kłamstwo, dzięki któremu żyłem.
Przesuwam palcami po głęboko wyrytej na kamiennym nagrobku literze „S”.
Wydawszy z siebie ostatni głośny, zgrzytliwy skrzek, kruk odlatuje i znika w chmurach.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

[1] crudités — surowe warzywa w kostkach do maczania w sosach, zazwyczaj podawane jako przystawka
[2] prawo do nominacji na urząd kościelny — dla zainteresowanych: KLIK
[3] „Ave Verum Corpus” — KLIK
[4] „Be Still, My Soul” — KLIK
[5] „Love Divine, All Loves Excelling” — KLIK
[6] Pałac Lambeth — oficjalna rezydencja arcybiskupa Canterbury — honorowego zwierzchnika wspólnoty anglikańskiej, mieszcząca się w Londynie
[7] Trzydzieści dziewięć artykułów — wydane przez Elżbietę I artykuły dotyczące zasad wiary i doktryny kościoła anglikańskiego
[8] Common Worship — nie posiada polskiego odpowiednika, dla zainteresowanych (w języku angielskim): KLIK
[9] Woollongong — przemysłowe miasto na wschodnim wybrzeżu Australii w stanie Nowa Południowa Walia
Ostatnio edytowano 12 mar 2012, o 09:25 przez Lasair, łącznie edytowano 15 razy
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez euphoria » 19 sie 2011, o 15:17

To nie tak, że nie lubię angstów - po prostu sobie z nimi nie radzę. Za dużo emocji, za dużo sprzecznych czasem uczuć, za dużo ciężkiej atmosfery, za dużo w końcu nacisku na klatkę piersiową - żebym mogła oddychać po rozdziałach.
Przeważnie jednak kuszę się - szczególnie gdy widzę tłumacza...
A potem chcę żałować, ale nie potrafię. I tak jest teraz. Bardzo mi źle - naprawdę mi fatalnie - przytłoczyło mnie uczucie Draco do ojca... świadomość tego, że zawsze grał drugie skrzypce, ale wciąż kocha Lucjusza... jak ważny był/ jest ten mężczyzna dla niego.
I pomimo tego, że nie potrafię się teraz uśmiechnąć ustami - uśmiecham się całym umysłem, którym z przyjemnością wchłonął kolejną dawkę naprawdę dobrej lektury. Bynajmniej nie do poduszki, ale skoro jestem świadoma - będę zaglądać w dzień...

Dziękuję za kolejne niesamowite tłumaczenie. Nie wiem jak to robisz i nie chcę wiedzieć - bo chcę podziwiać zamiast się zastanawiać :)

Pozdrawia
eu
euphoria Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 544
Dołączył(a): 8 lut 2011, o 21:56
Lokalizacja: z obsydianowych tęczówek najmroczniejszego z Czarnych Magów

Postprzez Kaczalka » 19 sie 2011, o 18:31

Urzeknie, oj urzeknie, na pewno niejednego. Mnie urzekło od pierwszego przeczytania, na amen i na zawsze. Czasami miałam chwile zwątpienia co do Femme, napisała kilka fików, które nijak do mnie nie trafiały. „The Silent World Withing You” było wielkim rozczarowaniem, „Sæglópur” w ogóle mnie nie przekonało, „The Mirror Crack’d”, mimo że Agathę ubóstwiam, jakoś mi się nie spodobało. Ale to opowiadanie przywraca mi wiarę w jej talent. Jest piękne, cudowne, wzruszające. Od pierwszej do ostatniej literki. I takie jak na Femme nietypowe, bo bardzo grzeczne, ale ile w nim emocji. Na dodatek ślicznie przetłumaczone, czego chcieć więcej?
Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy czytać, to gorąco polecam.
Uwielbiam u Femme tą dbałość o drobiazgi, wszelkie dygresje, opisy niby bzdetów, które jednak tworzą klimat. No i ten Draco! On jest MÓJ. Właśnie takiego kocham go najbardziej. Nie wiem czemu, ale tak jest.
Lasair, chęci i jeszcze raz chęci oraz czasu na tłumaczenie, żeby nam się to nie ciągnęło miesiącami. Opowiadanie jest na to za dobre. Czytałam pięć razy i zaraz się biorę za szósty ;)
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez MargotX » 19 sie 2011, o 22:25

Za każdym razem, kiedy w opisie nowego tekstu widzę "angst", obiecuję sobie nie tykać, zamknąć plik i odejść. Na ogół kończy się na obietnicach, a potem cierpię... No, chyba że na początku już wiadomo, że Harry jest z Ginny albo obydwaj są żonaci. Wtedy sobie odpuszczam, bo nie cierpię takich układów. Ale do rzeczy. Przeczytałam rozdział i natychmiast zerknęłam do oryginału. To jest pierwszy dłuższy tekst, który właśnie próbuję czytać po angielsku. Urzekł mnie od momentu przeczytania tego przetłumaczonego rozdziału, po prostu, mimo, że to bardzo smutny, pełen negatywnych emocji kawałek.
Ale jest też piękny i wzruszający, taki wyciskacz łez od pierwszych wersów, mam nadzieję, że nie będzie tak do końca...

W każdym razie, spróbuję poczytać, na pewno zrozumiem jakąś jedną trzecią, ale przynajmniej już w miarę spokojnie będę czekała na to wspaniałe tłumaczenie. Pozdrawiam i mam wielką nadzieję, że rozdziały kolejne pojawią się jak najszybciej :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez zanda » 21 sie 2011, o 18:44

Nie wiem, gdzie podziały się wielbicielki angstów – z tego co widzę, tekst na razie niczym magnes przyciąga użytkowniczki deklarujące delikatną awersję do takich utworów. Ja nie jestem wyjątkiem.
Pierwszy raz przeczytałam o As souls from bodies steal i planie na tłumaczenie w niekontrolowanych. Nie czekałam, zabrałam się za oryginał. Wiecie jak to jest, gdy coś robi na was tak ogromne wrażenie, tak przytłacza emocjami, że chcecie za wszelką cenę przejść przez to i dotrzeć do momentu w którym coś się wyjaśni? Tak właśnie się czułam. Ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że nie żałuję. Delektowałam się każdą minutą, którą spędziłam z tym opowiadaniem. Każdą chwilką żalu, radości, wzruszenia i gniewu. Było warto.
Cieszy mnie bardzo, że za tłumaczenie tego fika wzięła się tak doskonała tłumaczka, wspomagana przez równie świetne bety. Ktoś inny mógłby je po prostu popsuć a dzięki Wam ten wspaniały tekst będzie mogło poznać więcej osób. Ja sama z niecierpliwością będę oczekiwać kolejnych części.
Pozdrawiam i dziękuję
zanda
zanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 70
Dołączył(a): 23 mar 2011, o 17:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez byarenlight » 23 sie 2011, o 15:09

Jak ja nie lubię komentować poszczególnych części opowiadań, wolę trzasnąć jeden długi komentarzx na sam koniec, a nie kilka krótkich.
Toteż pozwolę sobie jedynie powiedzieć, że będę śledzić. Że nie mogę doczekać się kontynuacji i że kusi mnie, by zajrzeć do oryginału, bo opowiadanie jest naprawdę ciekawe. Ale wolę podelektować się wspaniałym tłumaczeniem, jakim nas raczysz.
- Ty byłaś kiedyś nastolatką. Powiedz, jak mam sobie poradzić z Astor?
- Spróbuj z nią porozmawiać.
- Kiedy ostatnio próbowałem, powiedziała, że mnie nienawidzi i przeniosła się do Orlando.
- To teraz masz drugą szansę. Podziel się z nią czymś... Co robiłeś w jej wieku...
- Zabiłem psa sąsiadów.
- Tego lepiej jej nie mów.
byarenlight Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1436
Dołączył(a): 9 sie 2011, o 20:07
Lokalizacja: względna

Postprzez Miss Black » 27 sie 2011, o 18:15

Nie mam pojęcia, co napisać. Pierwszy raz wzruszyłam się śmiercią Lucjusza. Wiem, że to ze względu na odczucia Draco, ale mimo wszystko nieco mnie to wytrąciło z równowagi. Femme doskonale oddała tę burzę, która przeszła przez Draco. On nie mówi, że kocha ojca. On go nienawidzi, a jednocześnie potwornie cierpi z powodu jego straty. Podziwiam ją za tę umiejętność patrzenia głębiej i niepowielania schematów. Zaskoczyła mnie obecnością Andromedy w życiu Malfoyów. W końcu niemal niespotykanym jest, by one się godziły, a już na pewno nie do takiego stopnia. Podobnie niezwykła jest myśl, że Potter i Draco są w jakimś stopniu rodziną. Nie tylko przez Syriusza, ale i Tonks. Za każdym razem mnie to dziwi, a już Draco rywalizujący z Harrym o uwagę Teddy'ego brzmi niemal jak żart. Ale tak naprawdę dlaczego nie? To dobry pomysł. Przeraża mnie tylko kanoniczność tego tekstu. Mam nadzieję, że zgodność z epilogiem nie zaskoczy nas na samym końcu, bo nie wiem, czy dam radę po raz kolejny. W każdym razie mam przeczucie, że to jeden z tych tekstów, które są dobre do samego początku do ostatniej kropki. Femme funduje nam pełnowymiarowy świat przedstawiony, w który można zanurkować i całkowicie się zatracić, a to rzadka przyjemność.
Czekam ze zniecierpliwieniem i dziękuję za to tłumaczenie.

Weny,
MB
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Voldemortist » 29 sie 2011, o 14:56

Ten tekst jest wspaniały. Czytając go wzruszyłam się tak, jak to tylko można podziwiając coś niewysłowienie pięknego. Nie wiem, jak Femme to robi, jak udaje jej się tworzyć taki klimat. Jak potrafi tak dotrzeć do czytelnika. Przez cały czas wydawało mi się, jakbym czuła ból Draco, jego nienawiść i miłość do ojca, jego gniew, a równocześnie chłonęłam całą sobą nastrój tego fika. Jestem zachwycona. W przeciwieństwie do poprzedniczek nie będę deklarować niechęci do angstu. Nie jest to mój ulubiony gatunek, ale muszę przyznać, że prawie wszystkie najlepsze długodystansowe opowiadania mają go w sobie chociaż trochę. A to zdecydowanie się do takich zalicza.
Lasair, dziękuję za to tłumaczenie. Jest cudne. Tak bardzo, że nie sięgnę do oryginału, tylko będę czekać na Twoją kontynuację. Ten tekst wart jest długiego czekania, a nawet mam wrażenie, że przez nie będzie jeszcze wspanialszy. Gratuluję Tobie i Twoim betom.
Wyłapałam jedną literówkę:
Milie pochyla się przodu.

Milie pochyla się do przodu.
Uciekam. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie będziemy musieli czekać zbyt długo na kolejny rozdział.
Dziękuję jeszcze raz, Vol.
"Krawiec, jeden z pierwszych krawców, Polak, wysilił się i prawdziwie zadziwiającym sposobem jestem zgrabny - ale te trzewiki, te mnie zabijają, a bez nich ani się pokazać."
~Juliusz Słowacki
Voldemortist Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 440
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:56
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Lasair » 31 paź 2011, o 14:36

Bardzo dziękuję za miłe słowa, komentarze i PMki. :)
Tym razem Kaczalce oraz Donnie należą się podziękowania sto razy bardziej, niż zazwyczaj. Bez Was to na dole byłoby niczym. ;)


CZĘŚĆ DRUGA

Kolegium Wszystkich Świętych w Oksfordzie liczy sobie pięćset siedemdziesiąt dwa lata. Ufundowane przez arcybiskupa Canterbury podczas panowania Henryka VI, sto pięćdziesiąt lat później otworzyło swoje wrota dla czarodziejskiego uczonego Roberta Hovendena, piastującego stanowisko rektora przez czterdzieści trzy lata — absolutny rekord aż po dziś dzień — oraz charłackiego krewnego kompozytorki Musidory Barkwith.
Dzięki Bogu, na wydziale tym nie uczy się żaden student. Jego działalność skierowana jest na pracę badawczą. Kolegium zrzesza różnego rodzaju naukowców, którzy, pod spiczastymi dachami bliźniaczych wież instytutu, zajmują się własnymi projektami. Wydział Nauk Magicznych mieści się niedaleko bramy wychodzącej na Radcliffe Camera, w zapomnianym korytarzu, uważanym przez mugoli za wyłączony z użytku. Uczęszcza tam jedynie garstka czarodziejów, których badania finansowane są z funduszu pozostawionego przez zmarłego w 1798 roku Edgara Stroulgera, teraz zarządzanego żelazną ręką przez gringockie gobliny.
Granger i ja jesteśmy tu jedynymi profesorami historii magii. Ona zajmuje się historią starożytnego prawa, a ja, oczywiście, czarną magią. Oboje wybrani zostaliśmy spośród wielu kandydatów do specjalnego, siedmioletniego programu badań, do końca którego zostały nam jeszcze dwa lata, i każde z nas startuje w wyścigu o tak bardzo pożądany tytuł kierownika grup badawczych sekcji czarodziejskiej. Nagroda Flamela zdążyła już podburzyć niezwykle zaciętego ducha walki Granger, powinienem więc zacząć myśleć o następnej monografii w moim planie badawczym. Ja, przynajmniej teraz, nie mam zamiaru oddać jej palmy pierwszeństwa. Zbyt wiele godzin spędziłem w Hogwarcie na tym, by dorównać jej w ocenach.
Moja pracownia znajduje się na końcu wąskich, spiralnych schodów z drewna, których stopnie przez wieki wydeptywały i wygładzały ludzkie stopy. Skrzypią niemożliwie, kiedy się po nich wspinam. Gdy pokonuję ostatni, nie jestem zaskoczony widokiem Granger, stojącej na półpiętrze przed szeroko otwartymi drzwiami własnej pracowni.
— Jesteś — mówi. Włosy ma skręcone w kok przytrzymywany przez pióro. — Nie byłam pewna, czy przyjdziesz.
Otwieram drzwi.
— Dlaczego miałbym nie przyjść? — Staram się, by mój głos brzmiał spokojnie.
Granger waha się, przygryzając wargę. Najwyraźniej usiłuje oszacować mój nastrój. Na jej policzku widać atramentową smugę. Prawdopodobnie przyszła tu jeszcze przed śniadaniem, na ile ją znam, a po pięciu latach pracy w tak stłoczonych kwaterach mogę uznać to przypuszczenie za ponury fakt. Pozostaje mi jedynie się modlić, by teściowa chciała zająć się dziś jej bachorami. Dwuletni Hugo za bardzo lubi przeżuwać książki, które z radością podkrada z moich półek. Szczerze mówiąc, wolę, kiedy śpi zwinięty gdzieś w kącie w biurze Granger, nawet jeśli jego płacz czasem doprowadza mnie do szału. Co się tyczy Rose, z której już teraz niezła psotnica, mogę wysnuwać śmiałe podejrzenia, że to dziecko skończy kiedyś jako przywódca czarodziejskiego świata. Boże, miej nas w swojej opiece.
— Po prostu pomyślałam — odzywa się w końcu Granger — że może potrzebujesz więcej czasu…
— Cóż, najwyraźniej nie potrzebuję. — Popycham drzwi. To kłamstwo, ale moja rozmówczyni ma w sobie zbyt wiele z Gryfona, by to zauważyć. Praca, powiedziałem sobie tego ranka, zmuszając się do wstania z łóżka. Praca utrzyma mnie na powierzchni. Ostatnią rzeczą, której chcę, to dać przeklętemu ojcu satysfakcję przewrócenia do góry nogami całej mojej egzystencji.
Granger zatrzymuje mnie, kładąc mi dłoń na ramieniu. Spoglądam w jej stronę.
— Przykro mi — mówi cicho.
Nie mogę znieść większej dawki współczucia, a już z pewnością nie od niej.
— Nie musi ci być przykro — ucinam. — To niepotrzebne.
Odsuwa się, zarumieniona. Zaczynam się przyzwyczajać do podobnych reakcji. Nikt nie wie, co powiedzieć. Oczywiście zawsze chodzi o nich. Są przerażeni tym, że mogą cię urazić, lecz nie dlatego, że cokolwiek ich obchodzisz, ale ponieważ wolą nie być uznawani za Takich Ludzi.
Wykrzywiam wargi.
— Jeśli pozwolisz — mówię, wchodząc do pracowni. — Obowiązki wzywają.
Już prawie zamykam drzwi, kiedy Granger kładzie na nich dłoń.
— Nie powinnam była przyprowadzać Harry’ego. — Z niezdarnego koka uwalnia się kosmyk włosów i muska jej policzek. Granger wygląda na zmęczoną. — Przepraszam.
— Słusznie przepraszasz. — Patrzę na nią przez szparę w drzwiach, trzymając rękę na klamce. — To było dość nierozsądne.
Kiwa głową.
— Po prostu… — Wzdycha i krzyżuje ramiona, zaciskając gruby, przewiązany wełnianym paskiem kardigan. Na schodach jest piekielnie zimno, zaklęcia ocieplające wyczerpują się zbyt szybko. — Cóż, pytał, czy może iść ze mną, a ja nie chciałam mu odmówić.
To mnie zaskakuje. Mrużę oczy i otwieram drzwi szerzej.
— Dlaczego?
Granger mruga.
— Po wszystkim, co przeszedł…
— Nie — przerywam jej. Guzik mnie obchodzą rozterki Pottera. — Dlaczego, na miłość boską, chciał uczestniczyć w pogrzebie mojego ojca? Nie wiem, którego z nas bardziej nienawidzi.
Granger nie odzywa się przez chwilę. Zaciska palce na drewnianym guziku swetra.
— Wyobraź sobie, że Ron też go o to zapytał — odpowiada. — Po prostu chciał iść. Powiedział, że jest to winien twojej matce.
Odwracam wzrok. W gardle czuję narastającą gulę.
— Oczywiście, że tak. — Wykrzywiam wargi. — Ale bardziej chciał pewnie przypomnieć nam, co my jesteśmy winni jemu.
Nasze życie. Naszą wolność. Nasz majątek. Tylko dzięki zeznaniom Pottera ojciec i ja uniknęliśmy Azkabanu i cholernie dobrze wiem, że utrudniał ministerstwu dziesiątkowanie naszego skarbca. W pewnym okresie pojawiły się też dyskusje o przejęciu dworu. Jakże żałuję, że tego nie zrobili.
— Draco — mówi Granger, marszcząc brwi. — Wiesz, że nie miał na myśli...
— Wiem dokładnie, co miał na myśli — stwierdzam beznamiętnie. Potter nie zamierzał okazać sympatii. Chciał za to pokazać mi, że jestem jedynie potomkiem zachlanego, żałosnego śmierciożercy, który nie miał nawet tyle odwagi, by spojrzeć w oczy światu. Jakże musiał być zachwycony, widząc upadek Malfoyów i żałując naszej porażki.
— Nie znasz Harry’ego — odparowuje Granger. — Nigdy go nie znałeś.
Łapię jej spojrzenie.
— Znam was wszystkich. Wiem, co o nas sądzicie. Wiem, co myśleliście o moim ojcu. Nie musicie nawet mówić. Macie to wypisane na środku czoła za każdym razem, kiedy wspominacie moją rodzinę. Spośród nas tylko matka uniknęła kurateli ministerstwa, urabiając sobie ręce po łokcie, żeby udowodnić, że nie jest złowrogą panią dworu. Ministerstwo gorączkowo próbowało obsadzić ją w tej moralitetowej farsie zwanej historią. — Granger odwraca wzrok. Temu nie może zaprzeczyć i doskonale o tym wie. — To zwycięzcy zawsze dopisują końcówkę opowieści, prawda? — Śmieję się gorzko. — Zawsze na swoją korzyść, oczywiście. A ja i ty? W naszej pracy staramy się znaleźć prawdę w historycznych zapiskach. Ale nie byłoby politycznie wskazane, by ktokolwiek zrobił to samo z tą wojną.
— Ty mógłbyś — odzywa się Granger cicho.
Pochylam głowę w kierunku drzwi.
— Nie, nie mógłbym — odpowiadam po chwili. Tylu zjawom z przeszłości musiałbym stawić czoła. Niektórych z nich Granger nigdy nie zrozumie.
Patrzymy na siebie. W jej oczach dostrzegam litość i to mnie wyczerpuje. Jestem zmęczony. Wykończony. Przypuszczam, iż wszyscy myślą, że są życzliwi, ale to wcale nie jest życzliwość. Jeśli mam być szczery, sam nie mam pewności, czego chcę poza przebywaniem w samotności, dla pociechy otaczając się stosami książek i dokumentów. Nawet Blaise i Milie starają się zbyt mocno. Spędzają niedziele, wisząc nade mną i usiłując rozproszyć mnie rozmową albo grą w Eksplodującego Durnia. Wyznaczyłem granicę po tym, jak pewnego razu Blaise, całkowicie poważnie, po wypiciu zbyt wielu butelek wina, zapytał mnie, czy potrzebuję się wygadać.
Nie, kurwa, niekoniecznie.
— Nastawiłam czajnik — mówi w końcu Granger. Zastanawiam się, czy utożsamianie herbaty z pocieszeniem to nasza cecha genetyczna. Rosjanie mają wódkę, Francuzi seks. My, Brytyjczycy, odnaleźliśmy spokój na dnie filiżanki. — Mogę przynieść ci kubek Earl Greya, jeśli chcesz.
— Nie chcę. — Staram się zachować szorstkość głosu, ale kiedy Granger znowu odwraca wzrok, wiem, że przegrałem. Wzdycham. — Ale dziękuję.
Kiwa głową, uśmiechając się słabo. Po tych wszystkich latach wciąż nie wie do końca, jak mnie podejść. Myślę, że w pewien sposób sprawia mi to ulgę.
— Powinnam wracać do swoich papirusów — stwierdza. — Przed lunchem muszę jeszcze posortować księgi rachunkowe z Oksyrynchosu.
— Badania porównawcze?
— Niestety.
Granger waha się, spoglądając na mnie z ukosa.
— Jesteś pewien co do herbaty?
— Absolutnie.
Jej obcasy stukają o drewniany podest.
Trzaskam drzwiami i opieram się o nie, zamykając je uprzednio na cztery spusty. Nabieram płytkiego oddechu, opadam na podłogę i opieram czoło o kolana.

***

Janus Wattle-Waugh odkasłuje dyskretnie, kiedy wchodzę do jego biura i zerkam na zegar. Wiem, że jestem spóźniony niemal piętnaście minut. Zatraciłem się w ostatnim monografie Eldreda Worple’a traktującym o wampirach w kulturze popularnej.
Matka spogląda na mnie, gdy siadam obok niej. Muskam wargami jej policzek. Wygląda na emocjonalnie wyczerpaną i zmęczoną. Nie widziałem jej tak rozproszonej od czasów wojny i zaczynam się niepokoić.
— Spałaś? — pytam. Po pogrzebie przeniosła się do domu Tonksów, utrzymując, że nie zniesie samotności w rezydencji. Nie mogę jej winić. Sam nie mam ochoty postawić nogi we dworze.
— Trochę — odpowiada, ale w tej samej chwili ciotka Andromeda wymownie kręci głową. Matka posyła jej pełne wyrzutu spojrzenie. — Wiesz, że spałam, Andi.
Nawet po tych wszystkich latach odmawia używania zdrobnienia, jakie Ted Tonks nadał swojej żonie. Dromeda to naprawdę idiotyczne imię, stwierdza, kręcąc nosem. Myślę, że nie wybaczyła mu zabrania ukochanej siostry i pozostawienie jej na pastwę szaleństwa Bellatriks. Są chwile, kiedy zastanawiam się, czy mój ojciec mógłby uniknąć zostania śmierciożercą, gdyby jego szwagierka nie postanowiła być kochanką Jego Lordowskiej Mości.
Z drugiej jednak strony, ojciec zawsze odnosił spektakularne sukcesy na polu rozpierdalania swojego życia. To z całą pewnością cecha Malfoyów.
Janus odkasłuje ponownie, szurając papierami po biurku. Jest naszym rodzinnym prawnikiem, od kiedy sięgam pamięcią. Być może nawet od momentu, którego nie pamiętał ojciec. Jego włosy — a raczej to, co z nich zostało — są nieskazitelnie białe, a skóra pomarszczona i pokryta plamkami. Myślałem o nim „stary” już jako dziecko.
Zerka na mnie znad oprawek okularów.
— Jak mniemam, jest pan świadom, panie Malfoy, zawartości ostatniej woli Lucjusza Abraxasa Malfoya?
Kiwam głową.
— Aż do poprawek z czerwca.
— Wspaniale. — Janus wręcza mi plik dokumentów. — To jest ostatnia wersja, jaką pański ojciec zostawił w aktach firmy. Jak pan wie, większość spadku przechodzi w pana ręce, oczywiście z zabezpieczeniem dla pani Narcyzy. Dożywocie wdowie. — Spogląda na matkę. — Lucjusz założył konto w banku Gringotta na pani nazwisko z funduszami wystarczającymi na resztę życia, a także dopilnował, by miała pani prawo do mieszkania w rezydencji.
Matka odwraca wzrok. W palcach miętosi obszytą koronką chustkę do nosa.
— W chwili obecnej nie życzę sobie ostatniego — odpowiada szeptem. Ciotka Andromeda ujmuje jej dłoń.
— Ach. — Janus mruga. — No cóż. — Odwraca się do mnie, najwyraźniej czując się niezręcznie. — Biorąc pod uwagę rozmiar dziedzictwa, istnieje konieczność zapłacenia podatku. Nasza firma chętnie zajmie się formalnościami, choć jako egzekutor majątku będę potrzebował pańskiego podpisu na kopiach testamentu. — Stuka piórem w plik papierów. — Wszystkie opłaty i rachunki zostaną odliczone od spadku, chyba że mam zaaranżować inne rozwiązanie? — Unosi do góry białą, krzaczastą brew.
Potrząsam głową, odbierając od niego pióro. Kiedy pozostawiam po sobie podpis i datę na różnorakich pergaminach, nie mogę przestać myśleć o tym, jak bardzo wszystko wydaje mi się surrealistyczne. Tydzień temu ojciec żył. Jadłem z nim kolację na Pokątnej dwa dni przed jego śmiercią. Jeśli wiedziałbym, co zamierza zrobić, czy powstrzymałbym go? Gdybym został w domu i nie pojechał do Paryża, czy nadal by żył?
Moja dłoń drży. Odkładam pióro. Poczucie winy szarpie mnie za żołądek. Wszystkie moje siły pochłania powstrzymanie się od ucieczki z biura. Nie mogę też patrzeć na matkę.
— No dobrze, dobrze. — Obcesowość Janusa działa na mnie dziwnie pocieszająco. Prawnik zbiera dokumenty i wkłada je do purpurowej teczki. Machnięciem różdżki unosi ją w powietrze i kieruje do kominka, gdzie folder znika w zielonych płomieniach. — Mamy więc za sobą poświadczenie autentyczności. W razie gdyby termin zapłaty podatku nadszedł przed przekazaniem spadku, pański ojciec zlecił naszej firmie jego zapłacenie, a wynagrodzenie za poczynione operacje ma zostać odjęte od wartości majątku.
— Oczywiście — przytakuję. Słowa zamierają mi w gardle, więc odkasłuję. Chwilę później asystentka Janusa pojawia się przy moim boku i szeptem oferuje herbatę. Odmawiam, podobnie jak matka. Andromeda przyjmuje filiżankę.
Przez moment wszyscy milczymy.
Wpatruję się w obraz wiszący za Janusem. Grupa czarodziejów na uskrzydlonych koniach ściga garboroga po ośnieżonym, górskim zboczu. Ich peleryny trzepoczą na wietrze.
— Co do rezydencji — podejmuje prawnik — od teraz, oczywiście, jest pan w jej posiadaniu.
— Nie.
Matka i Andromeda zaskoczone odwracają na mnie spojrzenia.
— Nie bądź niedorzeczny, Draco — protestuje matka. — To twój dom...
— Wiesz tak samo dobrze jak ja, że od lat nie chciałem w nim przebywać. — Nadal na nią nie patrzę. Ma świadomość, dlaczego, ale moi rodzice zawsze woleli udawać, że ta konkretna część rodzinnego sekretu nie istnieje. Ich doświadczenia z ręki Czarnego Pana zawsze były ważniejsze niż moje własne. Pocieram kciukiem rzeźbiony, hebanowy podłokietnik zastraszająco niewygodnego krzesła. — Jest mi dobrze tam, gdzie mieszkam.
— Och, na litość Circe. — Złość matki wylewa się na powierzchnię, odpychając na bok cierpienie. — Jesteś zbyt dorosły na to, żeby dzielić jakiś walący się budynek z Blaise’em i Milicentą...
Podrywam głowę do góry.
— Lubię ten walący się budynek. To pierwsze miejsce od lat, w którym czuję się jak w domu.
Matka krzywi się.
— Powinieneś pomyśleć o założeniu własnej rodziny.
Nie jest to dyskusja, którą chciałbym przeprowadzać akurat w tym momencie. Ojciec był wściekły, że do tej pory się nie ustatkowałem i nie postarałem o dziedzica. Mój wyraźny brak zainteresowania zarówno kobietami jak i mężczyznami bardzo go frustrował. Przedstawił mi nawet odmienne metody poczęcia i możliwości legalnej adopcji dla homoseksualnych czarodziejów, co przyprawiło nas obu o niemałe zakłopotanie. Niemniej przyznaję, że zdarzały mu się przebłyski geniuszu.
— Przestań — rzucam szorstko, a matka milknie. Odwraca głowę. Ramiona ma sztywne.
Janus odkasłuje.
— Nadejdzie moment, w którym będzie pan musiał przejąć rezydencję — oznajmia łagodnie. — Chyba że chce pan oddać ją w ręce ministerstwa. Jako że pańscy przodkowie otrzymali dwór w podarunku od królestwa, istnieje warunek, który mówi, że w przypadku odmowy zamieszkania na jego terenie tytuł szlachecki powinien zostać zwrócony sądowi, a w tym przypadku Ministerstwu Magii.
Powstrzymuję się przed powiedzeniem: „A niech go sobie, dranie, zabierają”, choć jestem pewien, że matka odczytuje to z wyrazu mojej twarzy. Obok mnie słyszę szybki wdech. Już dostatecznie ją obraziłem. Nie mam zamiaru poszerzać istniejącej między nami przepaści. Wiem też, że nie mógłbym porzucić rezydencji. Niezupełnie. Mimo że wciąż się jej obawiam, mimo że nadal jestem tchórzem, pozostaje częścią mnie, a myśl o opuszczeniu jej wydaje mi się przerażająca.
— W domu nadal działa czarna magia — odzywam się po chwili. — Zaklęcia ochronne Czarnego Pana i inne pozostałości po śmierciożercach. Jestem beznadziejny, jeśli chodzi o usuwanie klątw i nie będę tam mieszkał, dopóki nie znikną.
Czuję, jak obok mnie ciało matki sztywnieje. Nienawidzi wspominania o magii, której użył Czarny Pan, by rezydencja stała się jego własnością. Która wciąż osiada na ścianach, podłogach. Po wojnie aurorzy zrobili, co mogli — albo raczej to, na co pozwolił ojciec — lecz pamięć o śmierci i przemocy przesiąkła przez fundamenty domu. Za każdym razem, kiedy tam wchodzę, moim lewym ramieniem szarpie ból. Nie mam pojęcia, jak ojciec tam przetrwał. Czasem myślę, że to ciągłe, palące skórę przypominanie o postępkach Czarnego Pana doprowadziło do tego, że sięgnął po brandy. Przynajmniej po pijanemu niczego nie czuł.
Ciotka Andromeda kładzie dłoń na ręce matki.
— Znajdziemy kogoś, kto się tym zajmie, jeśli tak wolisz — proponuje łagodnie, a ja kiwam głową.
— Nie chcę o tym myśleć, po prostu chcę, żeby ktoś to zrobił.
Janus wygląda, jakby mu ulżyło.
— Czy możemy kontynuować? — Rozwija rolkę pergaminu. — Będzie pan musiał sporządzić dokładną listę elementów spadku, włączając w to wartość wyposażenia domu, biżuterii ojca oraz innych osobistych przedmiotów, bez uwzględniania tych, które należą do pana oraz pańskiej matki.
Poprawiam się na krześle i wzdycham.

***

— Panie Malfoy.
Janus wychodzi do przedpokoju sąsiadującego z jego biurem. Matka i ciotka Andromeda właśnie opuściły gabinet, cmokając mnie uprzednio w policzek i wyciągając ze mnie obietnicę, że zjawię się na jutrzejszej kolacji. Stoję już obok kominka i zapinam wełniany płaszcz. Jak na tę porę roku jest zimno. Spoglądam na prawnika.
— Tak?
Janus trzyma w dłoni małą fiolkę. Szkło ma kolor głębokiego, jasnego błękitu, przez który widzę słaby poblask cieczy.
— Jest jeszcze jeden element spadku. — Posyła mi poważne spojrzenie. — Pański ojciec dzień przed śmiercią prosił mnie, bym dodał to do testamentu. — Nie odpowiadam. Janus wyciąga buteleczkę w moją stronę. Przyjmuję ją, powoli zaciskając palce na ciepłym szkle. — Zażyczył sobie, bym dał ją panu na osobności — oświadcza. Jego wzrok jest łagodny. Życzliwy. — Wiem, że jego śmierć mogła być szokiem, ale mam niemal całkowitą pewność, że nie był to akt impulsywny. — Kiwa głową w kierunku fiolki. — Nalegał, by pan i tylko pan otrzymał to wspomnienie.
— Najwyraźniej wszystko zaplanował — odpowiadam ponuro. Na korku widnieje woskowa pieczęć z odciśniętą na niej datą. 15 listopada, 2010. Dzień przed Paryżem. Dzień, w którym mój ojciec odebrał sobie życie.
Janus waha się.
- Być może.
— Wiedział pan? — Moje oczy napotykają jego wzrok. Muszę zapytać. Nie wiem, czy chcę znać odpowiedź.
— Nie. — Przez twarz Janusa przemyka cień. — Starałbym się go powstrzymać, gdybym zdawał sobie sprawę. Tak bardzo mi przykro.
Potrząsam głową, nagle wściekły. Nie jestem pewien, na kogo. Może na świat. Z pewnością na siebie.
— Niepotrzebnie. To nie pańska wina, że mój ojciec był egocentrycznym głupcem. — Odwracam się i sięgam po proszek Fiuu.
— Ani twoja, chłopcze — mamrocze Janus.
Płomienie buchają zielenią.
— Jego zdaniem, owszem — szepczę, wstępując w ogień, który pochłania mnie, zanim Janus ma szansę odpowiedzieć.

***

Kolejne dwa tygodnie mijają w chaotycznym, nieznośnym zamroczeniu.
Niemal nie widuję matki. Co dzień lub dwa porozumiewamy się przez sieć Fiuu, ale żadne z nas nie ma ochoty na towarzystwo. Trudno jest nam rozmawiać. Przypuszczam, że gdzieś w środku jestem na nią zły. Obwiniam ją za to, że nie powstrzymała ojca, że nie wiedziała, jak bardzo blisko krawędzi się znalazł. Jestem pewien, że ona obwinia mnie z tych samych powodów. Oboje toniemy w naszym żalu, niezręcznym i obezwładniającym. Ciotka Andromeda z twarzą pełną smutku zapewnia mnie, że będzie lepiej. Sama straciła męża i córkę w wojnie. Chcę jej wierzyć, ale tak trudno jest czuć cokolwiek poza tępym odrętwieniem, w każdej chwili gotowym przeobrazić się w furię. Z drugiej strony, matka spędza większość dnia leżąc i ukrywając się pod pościelą. Za to nie mogę jej winić. Bywają dni, kiedy muszę zebrać wszystkie swoje siły, by wstać i nałożyć na siebie ubranie. Mimo to nie poddaję się. Myślę, że gdybym to zrobił, już nigdy nie wyszedłbym z łóżka.
W ciągu dnia ukrywam się za wysokimi murami Oksfordu. Biblioteka Bodlejańska na całe godziny staje się moim schronieniem. Zatracam się w zbiorach Sackler i Christ Church albo przesiaduję w czytelni Kolegium Wszystkich Świętych. Nie zawracam sobie głowy pracą — projekty przestały mnie interesować, włączając w to mój artykuł na temat „Theatrum Chemicum” Arnolda de Villanovy. Przez trzy dni, z papierosem w ręku, siedzę na małej sofie obok okna z szybkami w kształcie rombów w mojej pracowni. Ignoruję pukanie do drzwi, kiedy Granger decyduje się sprawdzić, co ze mną. Czytam beznadziejnie udokumentowaną i wysoce sfabularyzowaną relację z krajowego pojedynku czarodziejskiego z 1430 roku. Wstydzę się sam przed sobą, że marnuję cenny czas na takie bzdury, ale mimo to dopisuję na marginesach zgryźliwe komentarze o prawdopodobieństwie związku Alberty Toothill i jej rywala Samsona Wiblina, których wzajemna nienawiść uchodzi za niemal historyczną. To zajmuje mój umysł przynajmniej na kilka godzin, dopóki nie natknę się na jakiś fragment, który rozbawiłby ojca, a wtedy zdaję sobie sprawę, że nigdy nie będę miał już szansy tym się z nim podzielić.
Kiedy wracam do domu późnym wieczorem, Milie albo Blaise — w zależności od tego, które z nich na mnie czeka — podsuwa mi talerz z jedzeniem i siedzi ze mną, dopóki nie zjem przynajmniej połowy. Nie jestem głodny. Nigdy. Mimo to łatwiej jest jeść niż się kłócić, a wiem, że z racjonalnego punktu widzenia jedzenie jest ważne. Spodnie zwisają mi z bioder i mam świadomość, że straciłem na wadze. Milie patrzy na mnie z dezaprobatą, kiedy zdejmuję wierzchnią szatę, i dokłada mi na talerz kolejną łyżkę ziemniaków. Niewiele to pomaga.
Podobnie jak sen, jeśli w ogóle śpię. Czasem w nocy, nieważne jak bardzo jestem wykończony, leżę z wirującymi w głowie myślami do wczesnych godzin porannych, wpatrując się w ciemne zakątki sufitu sypialni. Niemal niemożliwym jest uciszyć mój umysł bez wina, kieliszka czy dwóch, ale jest to ścieżka, którą kroczę bardzo ostrożnie. Wiem, co może zdziałać alkohol. Wiem, w jaki sposób zmienia człowieka.
Zamiast tego palę. Pochłaniam kolejne paczki papierosów marki Cliodne, tych z wyczuwalnym posmakiem Księżycowej Rosy, dodanej do wysokiej jakości tytoniu, które można znaleźć jednie u Leavitta & Pierce’a na Pokątnej. Uspokajają mnie, zajmują ręce.
Zimowe zamiecie przychodzą wcześnie, o dziwnej porze, z siłą większą niż zazwyczaj. Trzeciego grudnia ziemię pokrywają grube śnieżne płachty, sięgając niemal do kolan w miejscach, gdzie drogi nie zostały oczyszczone. Rezygnuję z wizyty w bibliotece na rzecz spaceru przez uniwersyteckie parki. Jest cicho, wciąż spadające płatki tłumią odgłosy mugolskich samochodów na ulicy. Chodzę całymi godzinami, czując zimno szczypiące mnie w policzki, wysuszające usta. Zatrzymuję się jedynie przy Tęczowym Moście, by spojrzeć na skutą lodem powierzchnię rzeki Cherwell. W oddali słyszę dzwony kościoła Carfax, wybijające kolejny kwadrans.
Zmierzcha. Błękitne cienie rozciągają się bezmiarem ponad bielą śniegu. Opieram się o czarną, metalową balustradę. Moje wełniane rękawiczki są już mokre i zimne. Widzę swój oddech, ulatujący spomiędzy warg ciepłymi chmurkami, które rozpraszają się w chłodnym powietrzu.
Kocham Oksford, od kiedy pięć lat temu pierwszy raz postawiłem nogę w Kolegium Wszystkich Świętych. Severus zawsze mówił mi, że jestem urodzonym akademikiem — posiadam arogancję, naturalną dociekliwość i pieprzoną determinację (z którą w parze idzie upierdliwość), cechy niezbędne do zrobienia kariery. Sądzę, iż miał nadzieję, że odnajdę się w eliksirach, i przypuszczam, że ja również ją miałem, ale po wojnie wiedziałem już, że nie byłbym w stanie tego robić. Badania nad eliksirami zawsze stanowiły domenę Severusa, a strata mentora pozbawiła mnie zapału. Pewnego dnia znalazłem się w bibliotece rodzinnej rezydencji, czytając sprawozdanie Adrastusa Argosa z urzędowania Burdocka Mildoona na stanowisku przewodniczącego Rady Czarodziejskiej i zdałem sobie sprawę, że sam potrafiłbym napisać to lepiej.
Ojciec wściekł się, kiedy oznajmiłem mu, że zamierzam zostać historykiem. Nie widział sensu w tak bezużytecznej pracy. Jeśli tak bardzo upieram się przy karierze akademika, oznajmił, mogłem przynajmniej wybrać jakąś praktyczną dziedzinę. Był to pierwszy raz, kiedy mu się oparłem. Po naszej kłótni drżałem i czułem mdłości, siedząc na oknie w sypialni. Wtedy uderzyło mnie, że straciłem do niego szacunek. Przypuszczam, że stało się to już podczas wojny, ale nie pozwoliłem wypłynąć tej myśli na powierzchnię. Przez wiele lat podziwiałem go, pragnąłem robić wszystko, by go zadowolić. Tej nocy gówno mnie obchodziło, co powiedział.
Zdanie sobie z tego sprawy było otrzeźwiające, myśl ta wstrząsnęła mną do głębi. Nigdy całkowicie się z niej nie pozbierałem. Przypuszczam, że ojciec również. Blaise stwierdził, że stałem się wtedy niezależnym człowiekiem. Ja natomiast sądzę, że w tamtej chwili zacząłem tracić ojca. Moją rodzinę.
Być może nawet siebie.
Zimno wyrywa mnie z zamyślenia. Nieukryte pod dzianinową czapką włosy są teraz mokre i przymarzają do policzków. Robi się coraz ciemniej. Burczy mi w brzuchu, nie jadłem nic od śniadania.
Z westchnieniem odwracam się w kierunku muzeum Mezopotamii, na pokryty teraz śniegiem pas ziemi pomiędzy dolnym a górnym biegiem Cherwell. Przechodzę przez kładkę i drewnianą bramę, która prowadzi na ulicę King’s Mill, a potem na ulicę Cuckoo. Nasz dom z białych kamieni, z półkolistymi drzwiami i trzema krytymi gontem wieżyczkami na dachu mieści się w Headington na ulicy Sanfield, na wschód od uniwersytetu. Kupiłem go, kiedy Gringott w końcu udostępnił mi fundusz powierniczy pozostawiony przez dziadka. Matka skrytykowała moją decyzję, ale ja desperacko pragnąłem wyprowadzić się z rezydencji. Uspokoiłem ją, przekonując Blaise’a, by zamieszkał w jednym z pokoi, dopóki nie skończy szkolenia na uzdrowiciela. Pracuje w Świętym Mungu już od trzech lat, jednak nadal się nie wyprowadził. Milicenta przyłączyła się do nas rok później, kiedy to skończył się jej związek z Gregiem. Ten nigdy nie wybaczył nam, że stanęliśmy po jej stronie, ale szczerze mówiąc, nawet on wie, że na nią nie zasługiwał. Milie, z drugiej strony, w ogóle zdaje się nie być tego świadoma.
Kiedy wracam do domu, Milie siedzi w kuchni. Strzepuję śnieg z butów, a ona zerka na mnie znad stosu papierów rozłożonych na stole. Pracuje jako wicedyrektorka Urzędu Kontroli Mioteł i jest to jeden z niewielu weekendów, kiedy nie przyniosła ze sobą do domu połowy biura.
— Wróciłeś wcześnie. — Odwieszam mokry płaszcz na stojak ustawiony obok drzwi. Milie spogląda na zegar. Mała dłoń z umieszczoną na niej moją podobizną właśnie przesunęła się na symbol domu. Blaise ciągle jest w Świętym Mungu i z pewnością pozostanie tam przez większość wieczoru, jeśli nie do późna w nocy. — Jest wpół do szóstej. Piątek.
— Ty w piątki zwykle pracujesz do wpół do siódmej — odgryzam się. Podnoszę stosik listów z szafki i przeglądam je. W większości to reklamy i dwa numery „Proroka”, na które żadne z nas nie rzuciło jeszcze okiem. Wzdycham. Kolejna wiadomość od Andromedy. Otwieram ją, siadając naprzeciwko Milie.
Obserwuje mnie.
— Znowu twoja ciotka?
Wręczam jej list, a ona odkłada pióro na bok.
— Namawia, bym zjawił się we dworze. Znowu. — To już trzeci raz w tym tygodniu, kiedy wysłała sowę z prośbą o pomoc w domu. Wszystkie zignorowałem.
— Może powinieneś pójść — mówi Milie cicho. Składa papier i kładzie go na stole pomiędzy nami. — Ty jesteś odpowiedzialny za rezydencję, nie ona.
— Mam to gdzieś. — Ucisk w mojej piersi nasila się. Niemal nie mogę oddychać. Wbijam wzrok w stół, pocierając kciukiem polerowane drewno.
Regularne tykanie zegara odbija się echem od ścian pokoju. Milie nie odpowiada. Czuję jej dezaprobatę i nie znoszę tego. Żadne z nich nie rozumie. Ani ona, ani Blaise, choć usilnie się starają. Nie mogą. Nie znają całej prawdy. Nikt nie zna.
— Draco — odzywa się końcu Milie.
Odgarniam włosy z twarzy.
— Przestań — mówię, patrząc na nią. — Proszę.
— Powinieneś iść — powtarza stanowczo i odwzajemnia moje spojrzenie.
Ma rację. Wiem, że ma.
I naprawdę w ogóle mnie to nie obchodzi.

***

Budzę się z krzykiem.
Blade, chłodne światło księżyca sączy się przez okna, rzucając cienie na sypialnię. Drżąc, naciągam na ramiona gruby koc i usiłuję uspokoić serce.
Sen był bardzo rzeczywisty, jak to zwykle z nimi bywa. Nie śniłem od lat i niepokoi mnie powrót koszmarów. Nie mogę zamknąć oczu, nadal zbyt mocno przerażony.
Drzwi otwierają się z jękiem. Siadam, a oddech zamiera mi w gardle.
— To tylko ja — odzywa się Blaise, przemykając przez cienie, by chwilę potem zatrzymać się przy łóżku. Ma na sobie ten absurdalny arański sweter. Utrzymuje, że jest wygodny. Wiem, że trzyma go jedynie ze względu na to, iż jego piąty ojczym, jedyny, który w ogóle raczył okazać Blaise’owi zainteresowanie, podarował mu go na Boże Narodzenie na naszym piątym roku w Hogwarcie. Wciąż dobrze w nim wygląda. Drań. — Wypij to. — Wyciąga w moim kierunku szklankę z wodą. Odbieram ją w milczeniu.
Woda smakuje okropnie, ale zwilża moje spierzchnięte usta, więc upijam z wdzięcznością.
— Skąd wiedziałeś... — zaczynam, ale Blaise przerywa mi.
— Zaklęcie monitorujące. — Siada na krańcu łóżka i patrzy w moją stronę. — Nałożyłem je kilka nocy temu. Martwiliśmy się…
Marszczę brwi i opuszczam szklankę.
— Przestań biadolić jak stara baba. Mam trzydzieści lat. Myślę, że potrafię o siebie zadbać.
Blaise prycha.
— Masz trzydzieści lat i nadal mieszkasz ze mną i Milie. Nie sądzę, by którekolwiek z nas potrafiło o siebie zadbać. — Przerywa, pogrążając się z zamyśleniu. — No dobra. Może Milie. Ty i ja jesteśmy beznadziejnymi przypadkami.
— Która godzina? — Stawiam szklankę na nocnej szafce. Głos mam zachrypnięty i stłumiony.
— Wpół do czwartej.
Kiwam głową.
— Jak długo jesteś w domu?
Ciepłe i silne palce Blaise’a otaczają mój nadgarstek, sprawdzając mi puls. Nie odsuwam się.
— Jakieś czterdzieści minut. Przed północą przywieźli z wypadku czteroletnią dziewczynkę. — Jego twarz posępnieje.
— Wszystko z nią w porządku?
— Nie — ucina. Nie drążę tematu. To dzieci zawsze najbardziej martwią Blaise’a. Może i na ogół jest draniem bez serca, ale ma zadziwiającą słabość do tych małych łobuzów. W przeciwieństwie do niego mnie one zazwyczaj denerwują. Co najmniej.
Obaj milczymy.
— Chcesz o tym pogadać? — pyta Blaise neutralnym tonem, nie patrząc mi w oczy. Opuszcza mój nadgarstek, a ja potrząsam głową. Ponownie wręcza mi wodę. — Wypij do końca.
— Czego tam dolałeś? — Zerkam podejrzliwie na szklankę.
— Eliksiru uspokajającego. I nie patrz tak na mnie. — Blaise mości się na poduszkach obok mnie i wyciąga swoje nagie, długie nogi na kocu. — Potrzebujesz go.
Powoli sączę wodę. Lodowate przerażenie ustępuje, ale tylko trochę. Wiem, że jeśli zamknę oczy, ujrzę długi korytarz przed moją sypialnią w dworze Malfoyów, usłyszę odbijające się echem, zbliżające się do mnie kroki. Będę wołał ojca, doskonale zdając sobie sprawę, że nie przyjdzie. Wzdrygam się, a woda chlapie mi się na palce. Trzymam szklankę zbyt mocno. Blaise wyjmuje ją z mojego uścisku.
— Ciągle ten sam? — pyta. Przytakuję, a on przeklina pod nosem. Na siódmym roku jako jedyny w dormitorium zorientował się, czego chciał ode mnie Yaxley. Nie wiedział jednak, co robić. Wciąż nie wie, niezupełnie, ale odsuwa koc i wślizguje się pod niego.
— Co robisz? — pytam, chociaż znam odpowiedź. W takim stanie nigdy nie zostawia mnie samego.
Blaise nie dotyka mnie, przez lata już się nauczył. Nie zdarza się nam nawet przypadkowe muśnięcie ramieniem czy nogą.
— Cicho bądź — mówi szorstko i odwraca się plecami. — Musisz odpocząć.
Z ulgą opadam na poduszkę.
Mimo to mija dużo czasu od chwili, kiedy oddech Blaise’a nabiera regularnego, spokojnego rytmu, zanim sam mogę zamknąć oczy i zasnąć.

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ
Ostatnio edytowano 31 paź 2011, o 22:52 przez Lasair, łącznie edytowano 1 raz
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez Lostara » 31 paź 2011, o 18:29

Przyspieszył mi puls, a na mojej komórce rośnie ilość nieodebranych połączeń. Nie mogłam się oderwać.
Świat, który stworzyła Autorka przywarł do ziemi mocno jak wielki kot czekający na ofiarę. Podejrzewam, że gdy skoczy, i sprawa osiągnie punkt kulminacyjny, wszyscy będziemy już zgubieni.

Nie jest to umieszczony w próżni, nieruchomy obraz, będący wyrwany żywcem ze świata magii J.K.R. Zdumiewa mnie to, że sprawia wrażenie naprawdę żywego. Szanowna Autorka nie unikała nazw własnych i indywidualnej kreacji świata. Nie jestem pewna czy czytałam wcześniej jej teksty, choć mam wrażenie, że przebłysk jej geniuszu spostrzegłam już po drodze gdzieś wcześniej.
Draco, zawodem i umysłem, humanista i świat pisany przecież w pierwszoosobowej narracji. Naprawdę ciekawy pomysł. Przychodzi mi tu na myśl mój młody, lecz niezwykły w swych dygresjach nauczyciel historii. Mam nadzieję, że tak jak w tych dwóch rozdziałach, żywe opisy i głęboka, aczkolwiek nie narzucające się przemyślenia, nie zostały przez Autorkę zaniedbane w następnych.

Młody Malfoy i Potter są niesamowicie kanoniczni. A w przypadku Pottera, przedstawionego z perspektywy Draco, jest to dla fanów Harry’ego bolesne.
Ślizgoni z ludzkiej, naprawdę przyziemnej strony. Brakuje mi tego często, a tak wspaniale dokarmiło mnie tutaj.
Andromeda, Milie, Blaise, Pansy z rodziną, Narcyza, Lucjusz, Janus, Teddy, Granger, Potter, Weasley. Taka wielowymiarowość robi na mnie wrażenie. Nie mam ochoty żądać nawet Pottera, na już, teraz, zaraz, żeby jego relacja z Draco nie zagłuszyła reszty.

Tłumaczenie bez zarzutu. Błędów nie dostrzegłam. Jestem zachwycona sprawnością słowa i Autorki i Tłumaczki. Czas oczekiwania już nie ma dla mnie znaczenia, bo to (tak ze swojej amatorskiej strony podejrzewam), naprawdę trudny tekst. Chcę tylko mieć możliwość przeżycia tego do końca.

Angst? Czy musi oznaczać brak happy endu?

Pod wrażeniem
Lostara
Lostara Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 65
Dołączył(a): 20 sie 2011, o 16:00
Lokalizacja: Meduna

Postprzez MargotX » 1 lis 2011, o 14:10

Rozpacz, beznadzieja, nostalgia, złość, te wszystkie emocje targają Malfoyem.
Musi wrócić do życia, uporać się ze śmiercią ojca, a to jest, jak na razie, niemal ponad siły. To niesamowite, jak silnym uczuciem Draco zwykle darzy Lucjusza, choć nie zawsze jest to miłość, przynajmniej nie jedynie ona. Najczęściej szacunek, strach, chęć zadowolenia i spełnienia jego ogromnych wymagań. Do tego dochodzi też złość, że podejmował takie a nie inne wybory, że nie potrafił ochronić żony i syna, w tym przypadku również, że wybrał ucieczkę przez śmierć, że nie potrafił zmierzyć się z życiem i poczuciem winy.
Do tego dochodzi niechęć do podjęcia dziedzictwa - rezydencji Malfoyów, która teraz kojarzy się jedynie z czarną magią, Voldemortem i złymi wspomnieniami.
Jakby nie patrzeć, Draco też płaci ogromną cenę za to, że kiedyś był kim był. Tu jawi mi się jako taka naprawdę tragiczna postać. Smutno się czytało ten rozdział...

Dziękuję, pozdrawiam i czekam na kolejne odsłony. :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Miss Black » 1 lis 2011, o 16:16

To rodzaj tekstu, którym można się delektować - płynąć przez słowa i chłonąć ich treść. Chociaż przyznaję, że nieco wytrąciło mnie z równowagi zakończenie. Tak subtelnie wpleciona informacja, że przez nieuwagę łatwo ją przeoczyć. Jak tragiczną postacią jest Draco? Czytając dwa pierwsze rozdziały już widzimy, że jest nieszczęśliwy, a życie nie oszczędzało go szczególnie, podobnie jak reszty ludzi jego czasów. Wydawać by się mogło, że to wystarczy, ale nie. Ile jeszcze ukrywa się w tym człowieku? Nigdy nie przeżyłam straty bliskiej osoby, nie mam pojęcia, co wtedy czują ludzie i jak reagują. Zaskoczyły mnie te wzajemne, choć nieme, oskarżenia między Draco a Narcyzą. Zaskoczyło mnie, jak blisko musiał być związany z ojcem, choć przecież z jego słów aż sączy się uraza i zawód. Ale to tylko pokazuje, jak skomplikowane i niejednoznaczne są relacje międzyludzkie. Cieszę się, że autorka stara się to pokazać. Merlinie, nie wyobrażam sobie, jak ten stan rzeczy ma się przeobrazić w drarry. Draco pokaleczony wspomnieniami z wojny i szczerze nienawidzący Harry'ego nie wróży nic dobrego, a z pewnością łatwego. I obawiam się, że postać Yaxleya właśnie wskoczyła w mojej klasyfikacji do tego samego kręgu, w którym smaży się Avery. To dokładnie ten sam sopel lodu, który poczułam dawno temu, czytając "A on się wzdrygnął". Nic dziwnego, że Draco nie chce wracać do dworu. Chociaż coś mi mówi, że to właśnie tam spotka Harry'ego. Przecież ktoś musi te zaklęcia zdjąć. ;)
Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. Gratuluję naprawdę porządnego i dobrego tłumaczenia.

Zapomniałam wspomnieć, że ujął mnie pomysł wplecenia magicznego uniwersytetu w mury Oksfordu. Nie jest to rzeczy szczególnie oryginalna, ale to nieistotne, bo autorce udało się uchwycić magię legendy tego miejsca. Tę aurę średniowiecza, oświecenia i nauki przez duże "n" - marzenie większości uczonych, a z pewnością humanistów.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Akame » 1 lis 2011, o 19:18

Czasami dostaje się do rąk coś, co sprawia, że w człowieku wybucha taki mały egoizm i nie chce za nic tego już oddać. Tak samo jest z tym tekstem. Przeczytałam te dwa rozdziały i wiem, że chcę więcej i że postawię to gdzieś, pomiędzy moimi ulubionymi opowiadaniami. Zawsze wiedziałam, że Femme ma talent, ale nadal udaje się jej mnie zaskoczyć. To samo zresztą dotyczy tłumaczki i jej bet. Czytać coś takiego i ani razu się nie zaciąć, to jest sztuka. W takich chwilach doceniam język ojczysty i jego urodę.

Draco. Femme chyba preferuje taki typ Malfoya. Im więcej jej tekstów czytam, tym bardziej widać, jak bardzo jest nim zafascynowana. Nie żebym się jej dziwiła. Potrafi wydobyć z niego cały potencjał, nie zbaczając przy tym za bardzo ze ścieżki kanoniczności. Podoba mi się to, jak Draco myśli, czuje, przeżywa. Spycha to co istotne na dalsze tory i próbuje udawać, że tego nie ma. Cóż, najwyraźniej, przeszłość go dopadła i będzie musiał jednak wrócić do dworu.
Co dziwne, nie brakuje mi na razie Pottera. Emocje targające Malfoyem, są tak rewelacyjnie opisane, że nie czekam na jakieś spektakularne zwroty akcji, podążając spokojnie torem wyznaczonym przez autorkę. Widać, że Draco przeżył więcej niż o tym odpowiada i nie było to nic przyjemnego. W tych okolicznościach Lucjusz, jeżeli wiedział, jawi się w bardzo ciemnych kolorach. Zaskakujące, że Draco pomimo tego, że stracił do niego szacunek, nadal tak bardzo był od niego emocjonalnie zależny.

Świetne, dziękuję za tłumaczenie i czekam niecierpliwie na ciąg dalszy.
Pozdrawiam :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez mrkjad » 7 lis 2011, o 18:20

Czasami tracę nadzieję, że w zalewie słabego ff znajdę coś co naprawdę mnie zainteresuje i wtedy zwykle pojawia się coś takiego! Wspaniały język, świetnie zarysowane postaci, nie pamiętam kiedy ostatnio czytałam coś tak dobrego. Bardzo podobają mi się te wszystkie szczegóły, widać, że autorka podeszła do tematu "poważnie". Draco w tym tekście jest bardzo "prawdziwy", całość sprawia wrażenie jakby była kanonem a to co napisała Rowling tylko wersją dla dzieci, jeśli rozumiecie co mam na myśli :)
Tłumaczenie perfekcyjne, podziwiam włożoną pracę. bo z tego co widziałam tekst nie należy do prostych.
Z niecierpliwością czekam na następny odcinek (miejmy nadzieję, że trochę szybciej!:) ).
I jeszcze jedno, Twoje tłumaczenia Lasair, po prostu czytam w ciemno, bo WIEM, że z całą pewnością mi się spodobają!
mrkjad Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 46
Dołączył(a): 2 lut 2011, o 19:54

Postprzez Kaczalka » 8 lis 2011, o 20:14

Obiecała sobie, że skomentuję każdy rozdział, więc skrobię kilka mało konstruktywnych słów ;)
Zdania nie zmieniam, opowiadanie jest przepiękne i z każdym zdaniem piękniejsze. Ja naprawdę nie rozumiem, jak ona (autorka) tak potrafi. Bardzo jej zazdroszczę, ot tak sobie wzięła i napisała. Ja bym się pół życia starała i nic by z tego nie wyszło.
Ciężko mi cokolwiek pisać, bo właśnie skończyłam po raz dziesiąty lekturę całości, więc powiem tylko, że mój zachwyt nie opada ani odrobinę. Kocham Draco właśnie takiego, skrzywdzonego, poniżonego, ale ciągle dumnego i malfoyowskiego do granic. Ale jeszcze bardziej kocham u Femme Pottera. Tu go jeszcze nie ma, ale nawet jak go nie ma, to i tak jest. A jak się już pojawi, to na całego. Jest cudowny. Boszzz, jak ona potrafi napisać o „zwykłym” facecie tak, że nic tylko się w nim zakochać? Jestem zauroczona i słów mi brakuje.
Już tyle razy to opowiadanie chwaliłam i polecałam, że pewnie staję się nudna, ale czytajcie i komentujcie, drarrystki, bo warto ;)
Czy angst musi oznaczać brak happy endu?

Niczego nie spoleruję, odpowiadam ogólnie: nie, angst absolutnie nie oznacza braku happy endu ;)
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości