[T][Z] Tysiąc pięknych rzeczy

+ sequel

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez TEAM DRARRY » 13 sty 2013, o 20:10

Zapraszamy na pierwszą część sequela.
Tłumaczenie: Aribeth.
Betowały Ka i mawako. Obu cudownym paniom serdeczne dzięki
:)


DELIKATNY DŹWIĘK BURZY*



Prolog — Pięć listów

Wszyscy mamy ciemną stronę, delikatnie mówiąc.
(„Dogs of War”, Pink Floyd)**

Jerald Carr był metodycznym człowiekiem, który nigdy nie zaniedbywał tego, co do niego należało. Dlatego też, mimo że jego serce waliło jak oszalałe, a lekarz uraczyłby go wykładem, jak bardzo szkodzi to jego zdrowiu, najpierw zajął się swoją sową, odkładając na bok list, który przyniosła. Sowa zerkała wyczekująco na klatkę z myszami, którą trzymał w swoim biurze właśnie po to, by nagradzać ptaka za dostarczone przesyłki. Trzymając różdżkę w pogotowiu, otworzył drzwiczki klatki. Tupiąc maleńkimi łapkami, jeden zwinny gryzoń wydostał się na zewnątrz i z determinacją ruszył ku wolności. Carr naumyślnie machnął różdżką, wycelował ją i sparaliżował stworzonko, choć nie całkowicie — gdzież wtedy byłoby wyzwanie? W następnej sekundzie sowa zanurkowała w powietrzu i opierzonymi szponami chwyciła mysz, nim Carr zdążył choćby opuścić różdżkę.
W przeciwieństwie do niej, Carr rozciągnął swą nagrodę w czasie, ze spokojem człowieka, który młodzieńczą brawurę — o ile kiedykolwiek skłaniał się ku takiemu postępowaniu — miał dawno za sobą.
List spoczywał dokładnie na środku biurka - jako jedyny przedmiot na nieskazitelnym blacie. Nienaturalnie, mamrotał jego partner za każdym razem, widząc panujący tu porządek. Ale to właśnie pusty blat pozwalał Carrowi całkowicie skupić się na wszystkich detalach, dzięki czemu zauważał te niewielkie, acz niezwykle istotne szczegóły, które jego młodszy i bardziej niecierpliwy partner zazwyczaj przegapiał.
Carr opadł w końcu na fotel, który przyjął jego ciężar z mało dostojnym jękiem, i sięgnął po list.
Zwykły, niczym nie wyróżniający się papier; żadnych słów, które mogłyby zdradzić pochodzenie listu. Sklejała go czarna pieczęć, a znak na niej był irytująco niedbały i nie znajdował się na środku. Carr przyjrzał się bliżej pieczęci i prychnął, nie mogąc skupić na niej wzroku. Do diabła ze starzeniem się, pomyślał ze zwyczajową dla siebie irytacją. Wyjął z szuflady okulary do czytania, założył je i ponownie spojrzał na pieczęć.
I oto była — prosta tarcza, o której nie pozwalał sobie nawet marzyć, póki jej nie ujrzał.
Carr zamknął oczy i powoli uniósł list do nosa, wąchając go niczym jedno z dobrych cygar, których jego lekarz z uporem mu zabraniał. Nie spodziewał się odkryć za wiele, ale czasami — rzadko, zarazem jednak na tyle często, by weszło mu to w nawyk — udawało mu się uchwycić ślad nadawcy. Być może jakąś wodę kolońską czy zapach dymu wydostającego się z pobliskiego kominka. Ale tym razem nie udało mu się wykryć niczego poza przenikliwym aromatem ciepłych piór i wilgoci — długa droga nad Kanałem skutecznie usunęła wszelkie inne zapachy.
Carr folgował sobie przez dłuższą chwilę, pieszcząc list palcami, badając jego wagę i wyobrażając sobie niewidzialne połączenie z dłonią, która go zapieczętowała. Potem, wsuwając mięsisty palec pod pieczęć, złamał ją i otworzył kopertę. Już miał rozłożyć pergamin, gdy zauważył drobne zniekształcenie na pieczęci. Leciutkie, ledwo widoczne nawet przez szkła okulatów, odbijało światło, migocząc. Nachylił list do światła z pobliskiego okna, aż nagle odkrył, co nieostrożny adresat uwięził w czarnym wosku. Owinięty wokół pieczęci był delikatny, jasny, nie dłuższy niż stalówka pióra, włos.
Carr uśmiechnął się.

*

Draco zauważył ciemnofioletową torbę ze złotym logiem Madame Malkin i westchnął. Harry musiał rzucić ją na fotel zeszłej nocy; więcej niż pewne, że nowa szata, na zakup której namówił go Draco, była już niemiłosiernie wygnieciona. Co prawda Sully uwielbiała wyręczać Harry’ego w porządkach, niemniej takie niedbalstwo nie przystoi jednemu z członków-założycieli W.E.S.Z.
Otworzył torbę i odskoczył, zaskoczony, gdy coś wyleciało z niej i niemalże dziabnęło go w oko. Wyjec... Spróbował zniszczyć go samym spojrzeniem, lecz gdy jego starania okazały się bezowocne, poddał się i poszedł po różdżkę.

HARRY POTTERZE, TY OBRZYDŁY, ODRAŻAJĄCY SODOMITO. FAKT, ŻE POZWOLIŁEŚ, BY TO ŚCIERWO ŚMIERCIOŻERCY MALFOY TRAKTOWAŁO CIĘ JAK UTRZYMANKA, JEST OBRAZĄ DLA TWOJEJ RODZINY. A PRZYNAJMNIEJ BYŁOBY, GDYBY WCIĄŻ ŻYŁA.

Pergamin spłonął, zmieniając się w kupkę popiołu. Draco opuścił różdżkę.
Serce waliło mu jak oszalałe, a ręka trzymająca różdżkę trzęsła się, choć nie wiedział, czy od wykrzyczanych obelg, czy też od tego, że ta niespodziewana wiadomość w ogóle do niego dotarła. Wyjce rzadko przekraczały próg jego domu: Sully skrupulatnie pozbywała się ich, nawet o tym nie wspominając. Ktoś musiał być nadzwyczaj sprytny, skoro udało mu się przemycić ten list mimo jej czujności.
Draco podniósł szatę Harry’ego, zwalczając wściekłość wyobrażeniami o wyjątkowo kreatywnej i mściwej śmierci, która niechybnie czekała anonimowego nadawcę. Wszystko było w porządku, tłumaczył sobie; będzie dalej robił swoje i w końcu uwierzy, że nic się tak naprawdę nie stało. Zapomni o tym.
Trzymając w jednej dłoni szatę Harry’ego, zaś drugą walcząc z wieszakiem, natychmiast zauważył zachodzące w nim, nieproszone zmiany. Najbardziej zauważalne było duszące ściskanie w gardle, które pozbawiło go głosu. Odruchowo próbował krzyczeć, mimo że z góry wiedział, że to nic nie da. Słyszał ryk przypominający odgłosy nieokiełznanej natury, coś jak grzmot przetaczający się nad górami czy wzburzone fale na oceanie.
Kurwa. Kurwa jego mać.
Kiedy już myślał, że ciśnienie rzuci go na kolana, usłyszał nagłą eksplozję. Ledwie zdążył osłonić głowę ramionami. Po chwili rozejrzał się i ujrzał rozbite i rozmokłe szczątki szklanej kuli, zaśmiecającej obecnie pobliską półkę — jedna z pamiątek jego matki z pobytu w Wiedniu.
— Kurwa jego mać — powiedział tym razem na głos, głównie po to, by zamaskować ogarniający go strach. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie rzucić na kulę zaklęcia Reparo, ale stwierdził, że strzaskanej ozdoby nie da się już naprawić, więc jedynie przywołał jej szczątki do kosza na śmieci.
Niedługo potem zasiadł przy biurku, ostrożnie zanurzył pióro w kałamarzu i zaczął pisać.

Szanowny Uzdrowicielu Fenestrane,
Zwracam się do pana z polecenia Severusa Snape’a, Mistrza Eliksirów Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, w dość delikatnej sprawie. Jak pan zapewne rozumie, biorąc pod uwagę Niedawne Wydarzenia, niełatwo przychodzi mi obdarzenie kogoś zaufaniem, niemniej w tym przypadku liczę, że dotrzyma pan tajemnicy zawodowej.
Ostatnimi czasy zdarza mi się odczuwać pewną dokuczliwość, którą można opisać jako niekontrolowaną magię. Przechodziłem przez coś podobnego w dzieciństwie, jednak przez ponad szesnaście lat dolegliwości te nie dawały o sobie znać. Nie muszę chyba wspominać, że jest to kompromitujące i dekoncentrujące. Ostatni wypadek miał miejsce zaledwie kilka minut temu.
Byłem wtedy w domu, w sypialni, gdy zaskoczył mnie nadesłany wyjec. Nie zamierzam zanudzać pana szczegółami, może poza tym, iż zaadresowano go do pana Harry’ego Pottera. Po zniszczeniu wyjca zauważyłem symptomy wskazujące na nadejście magii: poczułem, jak coś ściska mnie za gardło, odbierając mi mowę oraz słyszałem dziwne łupanie w głowie. Objawy ustępowały zazwyczaj tuż po tym, jak coś w pomieszczeniu wybuchło — w tym wypadku szklana kula ze śniegiem, do której nie byłem szczególnie przywiązany.
Mam nadzieję, iż będzie Pan w stanie coś mi doradzić. Proszę dać mi znać sową zwrotną, czy podejmie się Pan mojego przypadku. W przeciwnym razie będę zmuszony przenieść wszystkie łatwo tłukące się rzeczy na strych.
Z poważaniem,
Draco Malfoy


*

Hermiona poczuła, jak gruby plik korespondencji wyślizguje się jej z dłoni, ale nie zdążyła złapać go wystarczająco szybko i część z listów spadło na podłogę gabinetu.
— Cholera — wymamrotała, ale tak cicho, by nie było tego słychać przez uchylone drzwi. Sekretarka nie powinna usłyszeć — albo, co gorsza, przekazać komuś — że najnowszy członek ich zespołu był nadspodziewanie wybuchowy. Póki co mieli o niej dobre zdanie i ciężko pracowała, by tak pozostało.
Przeniesiono ją tu zaledwie trzy tygodnie temu, po tym, gdy departament załamał się dramatycznie po wyjątkowo paskudnej politycznej aferze, przez którą połowa pracowników musiała poszukać sobie nowej pracy. Od kiedy tu przeszła, postanowiła nie rzucać się na głęboką wodę i trzymać z daleka od wystających skał. I przez cały ten czas niedobitki, którym udało się utrzymać posadę, stale kręciły się wokół niej, próbując albo pozyskać jej sympatię, albo zrzucić na nią część winy. Często wracała do domu po pracy mentalnie wyczerpana.
Niemniej jednak jej nowa praca była interesująca i Hermiona nie żałowała, że ją podjęła. Ale nawet za milion lat nie sądziłaby, że będzie zajmować się sprawą majątku Malfoya. Rzecz jasna, nigdy nie wspomniała o tym Draco ani Harry’emu.
Opadła na krzesło z ledwie słyszalnym westchnieniem i zaczęła przekopywać się przez wszystkie listy i paczki, dziwiąc się samej ich ilości i podejrzewając, że — już nie pierwszy raz — ktoś w biurze zrzucał na nią swoją część pracy. Zapewne Marcus, który zmuszał każdego, kogo udało mu się dorwać, do wysłuchiwania niekończącej się krytyki na temat zmian, które zaszły po katastrofie.
Jej uwagę przykuła jedna szczególnie duża koperta, więc wyjęła ją ze sterty.
Redmund, Hall i Strongfellows wykaligrafowano na kopercie niezwykle pięknym charakterem pisma. Wystarczyło, że raz dotknęła pergaminu i od razu poczuła jego wysoką jakość; list był niemal zbyt wspaniały, by go otwierać. W końcu jednak sięgnęła po swój ministerialny nóż do otwierania korespondencji i otworzyła go, zaintrygowana.

Panna Hermiona Granger
Departament Restytucji
Ministerstwo Magii
Ulica Pokątna, Londyn, Anglia

Szanowna Panno Granger,
W odpowiedzi na Pani ostatnie pytanie, zweryfikowaliśmy sumę, jakiej Pani departament domagał się z majątku rodziny Malfoyów, a mianowicie: 425 galeonów wpłacono 25 stycznia 2002 roku do ministerstwa, co zostało przez nas poręczone i potwierdzone w imieniu D. Malfoya. Ponadto, 2 lutego 2002 wpłacono dodatkowe 360 galeonów.
Jeśli, jak Pani zasugerowała, oba żądania zostały mylnie wysunięte wobec majątku Malfoyów, oznaczałoby to naruszenie przepisów ministerstwa w zakresie ściśle określonych, legalnych wydatków niezbędnych do zarządzania finansami majątku aż do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia. Niemniej, przychylając się do Pani prośby, zgadzam się odłożyć na później złożenie formalnego zażalenia przeciw Departamentowi Restytucji.
Musi Pani zrozumieć, iż nie wolno mi omawiać z Panią wielu aspektów związanych z majątkiem rodziny Malfoyów. Niemniej, biorąc pod uwagę Pani dotychczasową dyskrecję i wytrwałość oraz fakt, iż w naszym wspólnym interesie leży sprawiedliwy wyrok w tej sprawie, podejmę wszelkie starania, by pomóc Pani w ramach moich możliwości.
Z poważaniem,
Mecenas Lysander Redmund
Redmund, Hall I Strongfellow


Więc tak. Jej podejrzenia się sprawdziły — jej poprzedniczka uznała majątek Malfoyów za zbyt apetyczny kąsek, by nie sięgnąć po niego swymi chciwymi łapami I to niejeden raz, jeśli informacje zawarte w liście były prawdziwe. Czystki w departamencie wymiotły ją stamtąd zbyt szybko, by mogła zniszczyć dowody ewidentnej kradzieży. Jednak, jak Hermiona zauważyła z pewnym niepokojem, dużo mniej oczywiste było, kto jeszcze brał w tym wszystkim udział — i prawdopodobnie spoglądał teraz niespokojnie przez ramię, obserwując ją i czekając, aż go odkryje.

*

Daniel grzebał w swej wypchanej torbie, odrzucając na bok najnowsze numery OK! i Elle, ulubione skórzane rękawiczki, puste opakowanie po cukierkach Bassett’s Allsorts, czerwoną składaną parasolkę, najlepsze nożyczki, program koncertu gwiazdkowego jego siostrzenicy, który odbył się miesiąc temu, tubkę kremu do rąk Neutrogena i garść drobnych, a i tak nie mógł znaleźć tego, czego szukał. Dopiero gdy przewalił wszystko jeszcze raz, przypomniał sobie, że list wsunął do zewnętrznej kieszeni, zapinanej na zamek błyskawiczny.
Uważał, że to niezwykle mądre z jego strony, iż poczekał z otwarciem listu, aż znajdzie się w studiu. Po przeczytaniu poprzedniego był tak wściekły i zdołowany, że dostał szału i zniszczył podróbkę lampy od Tiffany’ego, którą bardzo lubił. Zaś tutaj, wśród przyjaciół i współpracowników, będzie musiał nad sobą zapanować. Przynajmniej odrobinę.
Wziął uspokajający oddech i rozerwał kopertę.

Daniel,
Zrozum, wiem, że to dla ciebie niełatwe. Dla mnie też nie. Ale nie ma powodu, dla którego miałbyś to wszystko jeszcze bardziej utrudniać. Byłoby miło, gdybyśmy mogli zachować jakieś dobre wspomnienia z minionych trzech lat, zamiast niszczyć wszystko małostkowymi sprzeczkami.
Podczas wyprowadzki zgodziłeś się, że dla psów będzie lepiej jeśli zostaną w jedynym domu, jaki kiedykolwiek poznały. Nie rozumiem więc, czemu tak nagle zmieniasz zdanie. Twoje mieszkanie jest zdecydowanie za małe dla trzech psów — nawet jeśli wolno Ci trzymać w nim zwierzęta, w co wątpię. Nie muszę chyba przypominać, że to ja za nie zapłaciłem. Poza tym nie będzie komu wyprowadzać je na spacer, bo Ty zaraz po pracy biegasz po barach. I, do cholery, Daniel, nie stać cię na opłacenie prawnika, by walczyć o nie w sądzie, więc nie rozumiem, po co mnie tym straszysz. To przecież nie są nasze dzieci. Ogarnij się!
Pozwolę ci się z nimi widywać tylko jeśli obiecasz, że nie będziesz robił scen jak ostatnio. Mogę odprowadzać je do Dorothy, a Ty je od niej będziesz odbierał. W ten sposób nie będziemy musieli się widywać. Wielka szkoda, że nie potrafisz zachowywać się, jak przystało na dorosłego człowieka. Normalni ludzie rozstają się, a potem potrafią się jakoś dogadać. Ale Ty zawsze lubiłeś dramatyzować w każdym znaczeniu tego słowa.
Jeremy


Głupi, pieprzony kutas. Zawsze sprowadzał wszystko do pieniędzy. Co to niby miało do rzeczy, kto zapłacił za psy? Daniel poczuł znajomy ucisk w gardle i wilgoć cisnącą się do oczu, ale nie pozwolił sobie na płacz. Nie tutaj.
Chcąc oderwać umysł od wszystkich okrutnych rzeczy, które chciałby zrobić Jeremiemu, zmusił się do oglądania zdjęć. Rzecz jasna, sprowadzało się to do pożerania wzrokiem Draco Malfoya, który wyglądał niesamowicie apetycznie w czarnej, wełnianej kurtce i równie czarnej koszuli. Rozpiętej. Ostatnio jego fascynacja Draco zaczęła się pogłębiać, przechodząc w zauroczenie, choć nie robił sobie zbyt wielkich nadziei na coś więcej. Szkoda, zważywszy na fakt, iż w rzeczywistości niewielu modeli było gejami, nawet jeśli cały świat sądził inaczej. Niemniej, jeśli pewnego dnia Draco będzie do wzięcia, Daniel poprzysiągł sobie, że nie zmarnuje nawet sekundy.
Draco i Harry zawsze wydawali się sobą zafascynowani, o ile się akurat nie kłócili, i Daniel musiał przyznać, że tworzyli uroczą — i bardzo tajemniczą — parę. Gdy pojawiał się temat Harry’ego, Draco zachowywał jeszcze większą dyskrecję niż wtedy, gdy mówił o samym sobie, choć raz wymsknęło mu się, że przeszłość Harry’ego była bardziej popieprzona od jego własnej, a to już było coś. Żadnym sposobem nie dało się podpuścić Draco, by zdradził coś więcej.
Żaden z nich nie wyjaśnił też, dlaczego Draco tak długo milczał, choć Daniel miał wrażenie, że w ten sposób zrobił dla Harry’ego coś szlachetnego i bohaterskiego. W historii Draco były też inne dziury, prowokujące Daniela do niewielkiego wścibstwa. Udało mu się ustalić kilka faktów. Po pierwsze, Draco nie miał bliskiej rodziny i był wplątany w jakieś sprawy spadkowe, które wyprowadzały go z równowagi. Tydzień wcześniej, po wizycie u radcy prawnego, wrócił do studia w podłym nastroju i wdał się w awanturę z Beatrice, nazywając ją szlamowatą suką. Usłyszawszy to dość fantazyjne słowo, Daniel uznał, że Draco musi w wolnym czasie pisać wiersze.
Będzie musiał wypróbować ten nowopoznany epitet na Jeremym. Ten chciwy, tani, bezduszny, szlamowaty kutas porywający psy.

*

Harry nie zawracał sobie głowy ubieraniem się, schodząc na śniadanie. Draco wyszedł do studia ponad godzinę temu — choć w żaden sposób nie zakłócił Harry’emu snu. Był zadziwiająco troskliwy w tym zakresie.
— Dzień dobry, Harry Potterze — przywitała go ciepło Sully.
— Dobry.
Pozwolił sobie zmarnować chwilę, obserwując, jak stojąca przy oknie skrzatka rozbraja kolejny plik wyjców. Miała smykałkę do metody otwórz–i–zniszcz, którą skrzaty domowe Malfoyów najwyraźniej opanowały do perfekcji. Sięgnął po dwa gorące tosty, po czym żonglując talerzem i filiżanką z herbatą, opadł na krzesło.
Reszta porannej poczty leżała tuż obok miejsca, przy którym zwykle siadał. Zazwyczaj znajdował tam też listy zaadresowane do siebie, choć Sully nigdy o tym nie wspominała. Nie po raz pierwszy już zastanawiał się nad skomplikowanym systemem komunikacyjnym, jaki musiały rozwinąć między sobą sowy, dostarczając korespondencję. Czyżby Hedwiga informowała swoje koleżanki — nie próbujcie nawet lecieć do mieszkania Pottera, i tak całymi dniami przesiaduje u Malfoya — a one kiwały opierzonymi łbami i ćwierkały, że jak widać wiele się zmieniło, i to na pewno nie na lepsze, skoro obaj byli samczykami?
Przerzucił błyszczącą ulotkę Czarodziejskich Dowcipów Weasleyów, wielką kopertę przystrojoną różowymi serduszkami i dziecięcym pismem oraz bezpłatny egzemplarz Czarownicy — szczęśliwie tym razem na okładce nie było jego twarzy.
Na samym dole sterty leżała gruba paczka, po którą sięgnął ostrożnie, mimo iż wiedział, że Sully zawsze skrupulatnie sprawdzała, czy żaden z listów nie jest zaklęty, nim ktokolwiek ich dotknął. W środku znajdował się spory plik luźnych kartek, bez jakiejkolwiek notatki z wyjaśnieniem czy opisem zawartości. Jedną dłonią trzymając filiżankę z herbatą, drugą sięgnął po leżącą na wierzchu kartkę, by się jej przyjrzeć.
Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to godło Ministerstwa Magii i trzy symbole pod nim — Harry rozpoznał stylizowane pióra feniksa i usiadł, zszokowany. Nie widział niczego o takiej klauzuli tajności od czasów wojny. Uważniej przyjrzał się kartce, niemniej nic nie zdradzało potencjalnego nadawcy.
Odstawił filiżankę i zaczął czytać.
Raport ten poświęcony jest działalności Draco Malfoya (syna Lucjusza Malfoya) w okresie, gdy przebywał on wśród śmierciożerców, sporządzony na podstawie zeznań Severusa Snape’a.

Jego herbata zdążyła wystygnąć, nim skończył czytać. Harry upił kolejny łyk, choć raczej po to, by uspokoić czymś żołądek, niż z prawdziwego pragnienia. Z nagłym zainteresowaniem zaczął oglądać filiżankę, jakby był obeznanym w temacie kolekcjonerem — podziwiając jej surowy kształt i porcelanę cienką niczym skorupka jajka. Dłoń drżała mu zaledwie odrobinę, gdy odstawiał filiżankę z powrotem na talerzyk, strącając na bok pięknie wypolerowaną, srebrną łyżeczkę. Harry mógł niemalże zobaczyć, jak niezliczone dłonie Malfoyów obejmują ją tuż przed tym, gdy wyciągali rękę, by pogłaskać czekającego kochanka…
Ale Harry wcale nie chciał o nich myśleć; chciał po prostu przyjrzeć się wszystkim rzeczom w pokoju. Były przecież niezwykle fascynujące, prawda? W niczym nie przypominały Dursleyowskich oklepanych gratów. Kryształowe świeczniki ze świecami o barwie kości słoniowej wspaniale kontrastowały z kredensem wykonanym z ciemnego drewna. A ta martwa natura nad nimi — pełna barw, obrazowa i zdecydowanie godna jego uwagi. Podejrzewał, że wisiała w tym pokoju od dekad, jeszcze zanim pojawiły się pierwsze wzmianki o ewentualnej wojnie, nim związane z nią wydarzenia zbrukały nazwisko Malfoyów. Nim Draco został zmuszony do robienia rzeczy, o których opowiedział Snape w tych prostych słowach, które Harry tak bardzo chciał zapomnieć.
Draco unikał rozmów o wojnie, a Harry — równie niechętny do przywoływania własnych doświadczeń — nie naciskał. Przemknęło mu przez myśl, że Draco mógł sam wysłać mu ten raport, ale było to zbyt naciągane. Draco nigdy nie podrzuciłby mu takiej bomby, nie będąc obok, by móc poskładać wszystko z powrotem do kupy. Ale kto mógł to wysłać, jeśli nie on? Na pewno nie Snape; gnojek prędzej by umarł niż wystawił Draco w taki sposób, co do tego Harry miał absolutną pewność. Niemniej, raport wyraźnie pokazywał, jak bardzo Snape zawiódł go w czasie wojny, a jego niepokojące zeznania oscylowały między obwinianiem o to samego siebie i ministerstwa. Na dłuższą metę wyjaśniał też wszystkie awantury, które Harry stoczył z Draco. I dystans, który się między nimi tworzył.
Nie, to ktoś zupełnie inny wysłał paczkę; ktoś, kto z łatwością dostał się do największych tajemnic wojny. Ktoś, kto wiedział, że Harry nie będzie w stanie tak po prostu zignorować tego, czego się przed chwilą dowiedział. Miał chore przeczucie, że właśnie o to chodziło.
Mieliśmy być młodzi, pomyślał. Młodzi i głupi, mieliśmy martwić się tylko owutemami, quidditchem albo Pucharem Domów. Draco Malfoy miał szesnaście lat, gdy do mnie przyszedł — to zdanie rozpoczynało raport. W wieku osiemnastu lat dołączył do swego ojca i śmierciożerców. Rok później machina wojenna wypluła go, by na miarę swych możliwości mógł iść naprzód. A w wieku dwudziestu jeden lat stracił niemalże wszystko — ale wtedy nie był już młody.
Harry miał ochotę się wściec — ale na kogo? Na co? Dokąd szły te wszystkie nieme skargi? Kto wysłuchiwał tych daremnych narzekań ludzkości na niesprawiedliwość, która spadała na nią niczym ulewa? Harry nigdy nie uzyskał żadnej odpowiedzi na swe modlitwy, błagania czy też próby zawarcia umowy ze Stwórcą.
I wiedział, że Draco też odchodził z pustymi rękami.

Koniec prologu



*tytuł oryginalny — "Delicate Sound of Thunder" — to tytuł płyty zespołu Pink Floyd z 1988 roku.
**We all have a dark side, to say the least — tłumaczenie własne.
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Japor » 15 sty 2013, o 20:49

Rozdział przeczytałam oczywiście zaraz jak się tylko ukazał. Zastanawiałam się długo co napisać, i oczywiście niczego nie wymyśliłam. Pisanie pod każdym rozdziałem, że jest fantastyczny, chyba niczego nowego nie wnosi, bo powtarzałam to już wielokrotnie. Mogę tylko powiedzieć, że pokochałam to opowiadanie całym sercem już od pierwszego rozdziały i ta miłość nadal TRWA.

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez Evolution » 16 sty 2013, o 16:08

Sequel rozpoczyna się w nieco innym tonie niż ten, w którym utrzymywane były poprzednie rozdziały, niemniej te pięć różnych fragmentów pozornie ze sobą nie związanych zaintrygowały mnie, naprawdę obiecująco zapowiedziały dalszą część opowiadania. ;3

Pierwszy fragment wydaje mi się całkowicie niezrozumiały i prawdopodobnie właśnie taki miał być. Postać Carra budzi we mnie swego rodzaju niepokój, nie do końca wiem, czego się po nim spodziewać w kolejnych rozdziałach, ale coś każe mi na niego uważać.
Nie dziwię się Draco, że jest już zmęczonymi tymi wszystkimi obelgami kierowanymi pod jego adresem, a jestem pewna, że od czasu ujawnienia jego związku z Wybrańcem, jedynie ich przybyło. Może nie spodziewałam się po nim aż tak silnej reakcji, raczej zlekceważenia, ale jak widać gdzieś po drodze coś w kontroli Draco musiało pęknąć.
Hermiona zajmująca się sprawą majątku Malfoya.? Może gdzieś jeszcze jest nadzieja na zmianę wyroku.? Chociaż nie jestem pewna, czy w tym momencie sam Draco by tego chciał. Widać, że bez różnicy czy jest to władza czarodziejów czy mugoli, urzędnicy nie są w stanie utrzymać rączek przy sobie, wystawieni na tak silną pokusę jak pieniądze. Zastanawia mnie czy wiedza, jaką teraz dysponuje Hermiona, zagrozi jej bezpieczeństwu.? Czy ta osoba, która podjęła się kradzież będzie chciała w jakiś sposób ją usunąć z drogi, zlikwidować bijące z jej strony zagrożenie.?
Jeżeli te fragmenty mają przedstawić nam pięć głównych wątków nadchodzącego sequela, to raczej nie podoba mi się pomysł z Danielem leczącym swoje rany kosztem Draco. A może miało nam to tylko wskazać, że będzie on znaczącą postacią w tej części.? Może zacznie węszyć w życiu Malfoya i Harry'ego i odkryje fakt, że Ci są czarodziejami.?
I na koniec ( najciekawszy według mnie :D ) fragment z listem do Harry'ego. Ciekawi mnie, czego takiego dowiedział się Potter, czy jest to coś, o czym my do tej pory nie mieliśmy pojęcia, czy może coś, co już wcześniej nam zdradzono, jedynie Harry żył w błogiej nieświadomości co do tego faktu. Osobiście mam nadzieję, że autorka tego opowiadania przyszykowała dla nas coś specjalnego, jakąś większą tajemnicę skrywaną przez Draco. Dalej niezwykle interesuje mnie, podobnie jak Harry'ego, kto jest nadawcą tego listu, komu mogłoby zależeć na zrażeniu Pottera do Malfoya, a jednocześnie kto miał do tego wystarczające możliwości.

Ten prolog rozbudził moją ciekawość, co prawdopodobnie miało być jego celem, idealnie wymierzona w nim została ilość informacji : wystarczająco, aby zaintrygować, ale nie na tyle dużo, aby zdradzić coś większego, co ostatecznie zaowocowało tym, że po przeczytaniu całkowicie opanowała mnie chęć na więcej. :D Tak więc serdecznie dziękuję za tłumaczenie i życzę weny do pracy nad kolejnymi rozdziałami. Pozdrawiam. ;)
.
Evolution Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 lut 2012, o 17:00
Lokalizacja: Gdańsk

Postprzez TEAM DRARRY » 24 sty 2013, o 22:45

Rozdział tłumaczyła Avet, betowały Kaczalka i Michiru.

Rozdział 1

Czasami szukamy zbyt głęboko, wtedy ciemność karmi nasz strach,
Odwracamy się od siebie, żeby tylko się nie zbliżyć.

(„She Will Find Me”, Dougie MacLean)*

Wtorek, 26 marca 2002
Minęły trzy lata, a Draco wciąż budził się i nasłuchiwał szelestu opadającej maski lub ukradkowego szmeru szat. Gdy wstawał, spodziewał się zobaczyć ciemny kształt na zbyt białym przedramieniu. Każdego ranka wyrywał się ze snu i leżał z szeroko otwartymi oczami, sapiąc, dopóki nie przypomniał sobie: to już koniec. Uważając, by się nie poruszyć, szukał obecności tej wciąż nowej osoby obok siebie. Delikatny oddech oznajmiał mu, że Harry jest tutaj, pogrążony w głębokim śnie.
Kolejny poranek. Kolejny raz, kiedy wstawał i czuł się częścią czegoś niespodziewanego. Kolejny dzień w związku, którego nikt nie mógł przewidzieć ani w niego uwierzyć. O jeden dzień bliżej do jego nieuniknionego końca.
Draco zawsze wstawał pierwszy. Harry lubił spać do późna, na co miał pełne pozwolenie. Siedem miesięcy temu, kiedy byli dla siebie tak obcy, że nawet najlżejszy ruch budził Draco swoją odmiennością od tego, co znał do tej pory, uświadamiał sobie, że jest splątany z Harrym, z jego ręką obejmującą przedramię, z kolanem przyciśniętym do ciepłego uda. Tego poranka Harry leżał zwinięty w kłębek kilometry dalej, po drugiej stronie łóżka, odwrócony do niego plecami — nawet gdy spał, starał się nie oferować więcej niż byłby gotowy ofiarować w ciągu dnia.
Dystans między nimi był kolejnym sygnałem kończącego się wspólnego czasu. Draco był pewien — zauważył wszystkie symptomy, niezręczną ciszę i nerwowe spojrzenia — że Harry potajemnie ćwiczy mowę pożegnalną. Nie żeby Draco potrzebował jej słuchać. Właściwie nawet tego nie chciał, jeżeli już o tym mowa. Mimo że spędzili ze sobą niedużo czasu, wiedział, że nie będzie tego żałował.
Sprawdzając godzinę, oderwał wzrok od Harry’ego, wyślizgnął się delikatnie spod koców i wstał z łóżka. Harry przesunął się we śnie, szukając ciepła w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą leżał Draco, i ponownie znieruchomiał. Draco uśmiechnął się, chwycił szatę i ruszył do łazienki.
Namydlał się, całkowicie pochłonięty myślami, kiedy Harry poruszył się tuż za kabiną prysznica.
— Wcześnie wstałeś — zawołał Draco poprzez dźwięk płynącej wody.
— Mmm, tęskniłem — odpowiedział Harry. — Która godzina?
— Wczesna. Wpół do siódmej.
Następną rzeczą, jaką zarejestrował Draco, był Harry, nagi i gorący, wślizgujący się do niego pod prysznic — najbardziej niespodziewana, lecz oczywiście miło widziana niespodzianka. Bez swoich okularów Harry wyglądał na nie do końca jeszcze obudzonego.
— Złe sny? — spytał Draco, starając się nie brzmieć zbyt opiekuńczo.
Harry pokręcił głową.
— Nie. Pomyślałem tylko, że moglibyśmy… — Porzucił słowa na rzecz czynów, kładąc złożone dłonie na ramieniu Draco i przyciągając go do łagodnego pocałunku. Smakował miętą.
— To było rok temu, pamiętasz? — powiedział cicho, pochylając się w stronę Draco w sposób prawie naturalny po wszystkich spędzonych wspólnie miesiącach.
Rok temu życie Harry’ego było prawie zrujnowane przez iście dramatyczny, malfoyowski spryt. Draco nie chciał wspominać tamtych wydarzeń, skrycie mając nadzieję, że Harry przeoczy tę ponurą rocznicę. Fakt, że była to pierwsza rzecz, o jakiej wspomniał już na samym początku dnia, nie wróżył dobrze.
— Pamiętam — potwierdził Draco.
Z jakiegoś powodu Harry uśmiechnął się do niego.
— Gdyby nie ty, Draco, dalej byłbym pod działaniem klątwy. Kiedy myślę o wszystkim, co zrobiłeś…
— Nie mów tego, Harry.
— Ale... no dobrze. Wiem, że nie lubisz, gdy wywlekam to na światło dzienne, sądzę jednak, że mogę powiedzieć dziś przynajmniej zwykłe dziękuję. Jestem wdzięczny.
Wdzięczny. To słowo utknęło Draco w gardle. Od najmłodszych lat był uczony, że wdzięczny z czasem staje się urażony. Harry powtarzał to bezustannie przez cały tydzień, jak gdyby ta myśl nie dawała mu spokoju. W każdym momencie Harry może zacząć mieć dość uczucia wdzięczności i oznajmić, że spłacił już ten niewidzialny dług.
Nagle Draco uderzyła pewna myśl: czy jest jakiś lepszy dzień na zerwanie ich więzi niż rocznica złamania klątwy? Dziś. To będzie dziś. Harry nigdy nie wstawał wcześniej, żeby się kochać, ale na pewno wysiliłby się na pożegnalny seks. Draco postanowił, dla dobra ich obu, uczynić go niezapomnianym.
Dopóki Harry nie obudził się do końca, ich uściski zdawały się nieporadne i niezgrabne. Maleńkie krople wody zbierały się na jego czarnych włosach, wyglądając w przyćmionym świetle jak miniaturowe perły. Draco przesunął ich pod strumień wody, by Harry wystarczająco zmókł. Oboje byli już zahartowani — poranek oraz fakt, że nie mieli jeszcze nawet skończonych dwudziestu trzech lat z pewnością to ułatwiał. Draco wsunął pomiędzy ich ciała jedną rękę i poruszał nią, trzymając oba penisy i pocierając nimi o siebie.
— Tak… — Harry westchnął.
Draco przyzwyczaił się już, że Harry mówi podczas seksu, więc zdziwił się, gdy nie powiedział nic więcej. Ukrył swoją dezorientację pod długim i powolnym, głębokim pocałunkiem, bo tak właśnie lubił. Niezapomniany szybko ustąpił nie mogę wytrzymać. Harry zakończył pocałunek, gwałtownie wciągając powietrze, i pochylił się w stronę szyi Draco, oddychając nierówno. Zbyt szybko rzucił stłumione kurwa w czasie, gdy jego penis pulsował między ich brzuchami. Draco poczuł jego rękę na swojej własnej erekcji, gdy Harry z niskim jękiem odchylił się do tyłu i pieścił go, dopóki Draco nie osiągnął spełnienia. Opadł na Harrego, czując, jak siła orgazmu odpręża wszystkie mięśnie w jego ciele.
Na jeden cudowny moment odrzucił od siebie myśl o nieuchronnej samotności, trzymając się tego poczucia, że jest całkowicie pożądany, znajomy, bliski i potrzebny komuś szczególnemu. To pozwoliło utrzymać jego mroczne rozważania w ryzach choć przez tę jedną chwilę. Zagoniło wszystkie wątpliwości i lęki do ciemnych kątów, choć wiedział, że niebawem znów wychyną z cienia i ujawnią swą obecność. Kiedy pozbierał się wystarczająco, by otworzyć oczy, Harry wpatrywał się w niego z niewielkim uśmiechem na ustach.
— Dzień dobry, Draco.
— Dzień dobry.
— Co za wspaniała nagroda za wczesną pobudkę.
— Zobacz, co tracisz — odpowiedział Draco, starając się brzmieć równie beztrosko, mimo że czuł się niemal chory ze strachu.
Harry pociągnął go pod strumień wody, zmywając ślady ich aktywności, a Draco czekał, aż powie coś więcej. Jak się zaczyna pożegnanie?
— Masz ochotę na drinka po pracy? — spytał Harry, co było wielce dalekie od tego, czego Draco się spodziewał.
— Co? — zająknął się.
— Drink. Po pracy — Harry powtórzył spokojnie.

— Będę u Redmunda. Mam popołudniowe spotkanie — odpowiedział Draco.
— W porządku, mogę się tam z tobą spotkać. O której?
— Och. Czwarta?
— Dobrze. — Harry przysunął się po szybkiego całusa. — Chyba jeszcze się zdrzemnę. Wstajesz cholernie wcześnie — powiedział i już go nie było.
Draco słyszał jeszcze, jak wyciera się ręcznikiem, zanim drzwi się zatrzasnęły.
Może istniał jakiś niepisany kod, którego Draco nie znał, mówiący, że nieelegancko było zrywać z kochankiem zaraz po seksie. Jak pływanie tuż po jedzeniu. Czyli opóźnione do czwartej. Słowa rozstania podane przy pożegnalnym drinku, dyskretnie, ale w wystarczająco publicznym miejscu, ze świadkami, w razie gdyby Draco zechciał przekląć Harry’ego.
Draco wcale się na tym nie znał. Nigdy wcześniej z nikim się nie rozstawał.


Dalej, chłopcze, zwycięzco i przegrany,
dalej, poszukiwaczu prawdy i złudzeń, lśnij.

(„Shine On, You Crazy Diamond”, Pink Floyd)**

Od tego momentu było już coraz gorzej. Cała ekipa czekała w studio JayKay już od ponad godzinę na jakąś nieliczącą się z nikim kobietę z Brazylii tylko po to, by ich pobieżnie obejrzała. Najwidoczniej była tak cholernie ważna — Draco został o tym poinformowany przez wielu znerwicowanych asystentów — że nikt nie śmiał wspomnieć na głos, że marnują poranek, nie robiąc kompletnie nic.
Tłum modeli zgromadził się przy drzwiach, by przemycić papierosy, i Draco po raz pierwszy cieszył się z powrotu do nałogu, bo w czasie monotonnego oczekiwania miał co ze sobą zrobić. Levon palił, przez co jego pocałunki zawsze smakowały goryczą. Tym razem jednak do miejsca, w którym Draco siedział, zabłąkany podmuch przywiał ostry zapach dymu, przypominając mu przerażające ceremonie, o których miał nadzieję na zawsze zapomnieć. Jego żołądek podskoczył. Zmusił go do wstania i przejścia w przeciwległy kąt, najdalej od drzwi, jak tylko mógł, zanim był w stanie się odprężyć.
Przez te wszystkie cholerne dni nie miał do roboty nic oprócz myślenia. Wystarczyło, że przypomniał sobie dziś o ojcu; niechciane myśli o czasie spędzonym wśród śmierciożerców to było już za wiele. Starannie zapełniał swój grafik bezustanną aktywnością — ranek w studio, obiad ze Snape’em na Pokątnej, popołudniowe spotkanie z prawnikiem, które odkładał już od dłuższego czasu, drink z Harrym. I teraz cały jego plan został zniszczony przez jakąś bezmyślną krowę, która nie raczyła pojawić się na czas, przez co zapewne będzie się spóźniał przez resztę dnia. Jego irytacja rosła.
Zauważył, że Daniel siedzi na stole nietypowo osamotniony. Czując mieszankę sympatii i nieufności w stosunku do swojego nowego przyjaciela — nie żeby miał na tyle pokaźną ich grupę, by móc wybierać — Draco ruszył w jego kierunku. Nikt nie potrafił go rozproszyć tak, jak to robił Daniel, z jego droczeniem się i bezczelnym flirtowaniem. Harry wyjaśnił mu kiedyś, że zachowanie Daniela nie należało do nietypowych w mugolskiej kulturze gejowskiej. Najwidoczniej był to jakiś rodzaj publicznej manifestacji.
Daniel obserwował go, gdy się zbliżał, i uśmiechnął się w sposób, który sprawił, że Draco zapragnął odwrócić się i w zamian zmierzyć z papierosowym dymem.
— Draco Malfoy, mój ulubiony człowiek-zagadka — wymruczał Daniel. — Usiądź sobie tu, koło mnie. — Przesunął się i poklepał zachęcająco po szezlongu.
Draco wahał się przez chwilę, ale w końcu pogodził się z nadchodzącym przepytywaniem. Rozmowy z Danielem często były jak trenowanie hipogryfa — stymulujące, ale niebezpieczne.
— Daniel, proszę, tylko nie kolejna zabawa w dwadzieścia pytań. Nie jestem…
— W nastroju. Ty nigdy nie jesteś w nastroju. Odpuść sobie, kochany, i powiedz mi wszystko, co chciałbym wiedzieć, żebyśmy nie musieli ciągnąć tych gierek. Możemy przejść do innego ich rodzaju.
Draco przybrał zbolały wyraz twarzy, dobrze wiedząc, że Daniel wyśmieje go i zignoruje.
— Uwierz mi, jeżeli byłbym choć w jednej dziesiątej tak interesujący, za jakiego mnie uważasz, to nie robiłbym tego, co tutaj robię. Nie sądzisz?
Daniel machnął ręką lekceważąco.
— Oczywiście, to tylko przykrywka dla drugiego życia, jakie prowadzisz. James Bond, tajny agent, prawda?
Draco przez krótką chwilę zastanawiał się, kim mógł być ten James Bond, i pokręcił głową.
— Raczej nie. Nie mam czasu.
— Harry zapewnia ci ciągłe zajęcie? — Daniel ozdobił wypowiedź sprośnym chichotem i Draco nie mógł się powstrzymać, by nie przywołać w pamięci dzisiejszego poranka pod prysznicem.
—Tak, jestem jego seksualnym niewolnikiem — powiedział tak bezbarwnym głosem, na jaki tylko mógł się zdobyć.
Daniel roześmiał się.
— Nie, to nie to. Gdyby tak było, to nie wypuściłby cię samego z domu. Trzymałby cię przywiązanego do łóżka jedwabnymi kajdankami przez całe noce i dnie. Nie, nasz biedny Harry musi się zadowolić ślinieniem się nad twoimi zdjęciami, kiedy cię nie ma. — Popatrzył na Draco ze złośliwym uśmiechem. — Cóż, nie. Złe słowo. Nie ślinić. Masturbować.
— Przestań. — Draco uniósł dłoń, by przeczesać włosy, jednak powstrzymało go spojrzenie Daniela. Opuścił ją z zamierzoną powolnością.
— Dziękuję — powiedział Daniel grobowym tonem, ale zaraz uśmiechnął się, dając do zrozumienia, że wszystko zostało wybaczone. — Wiesz oczywiście, że wyobrażenia o tobie i Harrym wypełniają moje ponure życie egzotycznymi fantazjami i sensacyjnymi plotkami. Jesteście moimi prywatnymi Posh i Becks.
Draco zawahał się, rozważając, jak ryzykowne byłoby przyznanie się przed Danielem do swojej niewiedzy. Postanowił przezwyciężyć słabość.
— Kto?
Wyraz twarzy Daniela dał mu jasno do zrozumienia, że znów źle osądził powszechność jego odniesień. Robił się zbyt zrelaksowany wśród mugoli. Zbeształ się w myślach, jednocześnie utrzymując nieczytelny wyraz twarzy.
— Kto? Posh i Becks? Viktoria Posh Spice i David Beckham, najsławniejsza para w Wielkiej Brytanii? Sławniejsza niż Karol i Di? Albo Karol i jakjejtam, której niecnego imienia odmawiam wypowiedzieć?
— Och. Racja.
Daniel posłał mu sztuczny uśmieszek.
— Oszczędź mi tych manier z wyższych sfer. Marnujesz je na mnie, wcale nie jestem pod wrażeniem.
— Ja nie… Słuchaj, nie czytam wiele gazet — oświadczył w końcu Draco, czując się daleko bardziej zmartwiony niż na Malfoya przystało.
— Telewizji też nie oglądasz? — spytał Daniel z wyraźną podejrzliwością na twarzy.
Draco pokręcił głową.
— Czy ty w ogóle posiadasz telewizor?
Jak niecodzienne to było? Mógł się przyznać? Wreszcie ponownie pokręcił głową. Daniel gwałtownie wypuścił powietrze.
— Draco Malfoyu, jesteś z pewnością najdziwniejszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem. Z jakiej planety pochodzisz?
— Wiltshire — powiedział Draco, na co Daniel natychmiast parsknął śmiechem.
— Wiltshire? Niemożliwe. Chociaż nie potrafiłem umiejscowić twojego akcentu. Nie słyszałem go dotąd, ale z pewnością nie pochodzi z Wiltshire. Może jesteś synem jakiegoś zagranicznego dyplomaty. Albo pracownika organizacji charytatywnej.
Draco wzruszył ramionami.
— Nie, naprawdę jestem z Wiltshire.
Ale Daniel nie chciał odpuścić.
— Nie, chodzi o twoje samogłoski. Powiedz „przeobrzydliwy”.
— Co?
— No dalej, powiedz „przeobrzydliwy”.
Draco nie miał pojęcia, do czego Daniel zmierza, ale powtórzył słowo z ostrożnością.
— Przeobrzydliwy. Właśnie taki jesteś.
Daniel uśmiechnął się promiennie.
— Słyszysz sam siebie? To sepleniące psz.
Draco popatrzył na niego obojętnie.
— Nie brzmię inaczej niż ktokolwiek, kogo znam w Wiltshire — zaczął się tłumaczyć, gdy nagle zrozumiał. Bądź co bądź, jeden z nich był czystokrwistym czarodziejem. Dlaczego nikt mu nigdy nie powiedział, że ma czarodziejski akcent? — Wiltshire. Urodziłem się tam. I wychowałem.
— W takim razie w jakiej społeczności? Odcięty od świata zewnętrznego i dziwactw, jakimi są telewizja i prasa? Przywiązany do kultowego przywódcy, który wymagał całkowitej lojalności i kazał ci hodować owce i kozy na rytualne ofiary?
Auć.
— Och. Nie.
— W takim razie wyjaśnij swoje dziwne imię. Założę się, że masz siostrę, która nazywa się Skye Moonfeather.
Teraz to Draco zaśmiał się z absurdalnej paplaniny Daniela.
— Nie, wybacz, jestem jedynym… jedynakiem.
Daniel uczepił się tej prawie-pomyłki.
— Chciałeś powiedzieć, że jesteś jedynym dziedzicem Malfoyów, prawda?
Draco nie odpowiedział. Znów byli na grząskim gruncie.
— No dalej, Draco, małe naprowadzenie — jęczał Daniel. — Nie pochodzisz z królewskiego rodu, prawda? Sprawdziłem, ale mogłem coś przegapić.
— Co?
— Urzędowe akta. Sprawdziłem cię w Internecie. Jestem pewien, że komputera też nie masz, więc nie będę próbował cię tym zawstydzać. Ale nie znalazłem żadnych Malfoyów w brytyjskiej rodzinie królewskiej. Och, za to francuscy Malfoyowie, o tym nie pomyślałem. Jesteś jakimś ukrywającym się od dawna diukiem?
— Raczej nie. Anglik od pokoleń.
— Jednak nie udało mi się odkryć ani jednej informacji o Malfoyach. A ty z pewnością nie zachowujesz się jak nuworysz. Nie, bez wątpienia urodziłeś się z manierami wyższych sfer. Powiedz mi, Draco. Proszę? Proszę, proszę, proszę?
— Nie. Przestań natychmiast.
— Nie, dopóki nie dotrę do sedna tajemnicy, jaką stanowi Draco Malfoy. Popatrzmy, jesteś taką bladą istotą, że mógłbyś pochodzić ze Skandynawii. Duński książę? Nasz własny Hamlet? Czy może bardziej duńska księżniczka, prawda? A twoja rodzina wydziedziczyła cię, gdy odkryli… — Daniel przestał mówić w tej samej chwili, gdy jego umysł najwidoczniej dogonił słowa. — O cholera, Draco, to jest to, prawda? — Brzmiał na przerażonego i zakłopotanego. — Ty i twoi rodzice zostaliście wykluczeni z powodu Harry’ego. Boże, jak mi przykro. Jestem idiotą.
Coś w rozpaczy Daniela kazało mu opuścić gardę i nagle Draco zorientował się, że przyznaje:
— Nie, mój ojciec i ja nie… — rozmawialiśmy ze sobą? byliśmy blisko? — nie byliśmy w dobrych stosunkach nawet przed Harrym.
— Przepraszam, nie chciałem tego wywlekać.
Draco ugryzł się w język, ale zdecydował się wykorzystać szansę, by zmienić temat na mniej niebezpieczny.
— Jak długo mamy tu czekać na tę durną krowę?
Daniel wyglądał, jakby mu ulżyło, gdy przeminął niezręczny moment.
— Tak długo, jak tylko każe nam na siebie czekać, oczywiście. Dla niej nie jesteś niczym więcej niż wieszakiem na ubrania — śliczni chłopcy jak ty są powszechni niczym muchy domowe. To część gry, a ona to bardzo ostrożny gracz. Nie jest jednak jeszcze aż tak bardzo ważna. Inaczej sprawdzałaby Storm albo Select. Nie JayKay. Póki co jest sławna tylko dlatego, że jest sławna. Syndrom Boya George’a. Podejrzewam, że o jej prawdziwych umiejętnościach nie można rozmawiać w kulturalnym towarzystwie.
— Czyli jeżeli uzna, że się nie nadajemy, lepiej żebyśmy zwijali interes?
— Też tak myślę. Zaczynała jako ekskluzywna dama do towarzystwa, więc teraz świat kręci się wokół Solange. Ale to już przecież wiesz.
Draco nie wiedział, ale nie odważył się przyznać. Jake tylko zasygnalizował, że ta kobieta jest Kimś. Musiał być ostrożny i już więcej nie pokazać, jaki z niego ignorant w świecie mugoli. Fakt, że przez nią i stojących za nią protektorami studio Jake’a nie pracowało, a wszyscy jego ludzie siedzieli bezczynnie, mówił bardzo dużo.
— Czuję się jak chłopiec na telefon — powiedział.
— Cóż, jeżeli sprzedajesz, skarbie, ja kupuję — Daniel wypalił ze złośliwym uśmieszkiem. — Serio, to właśnie byś robił, gdybyś nie pracował dla Jake’a, tylko dla kogoś innego.
— Co masz na myśli?
— JayKay nie działa tak, jak inne agencje. Jesteś zbyt świeży, żeby to wiedzieć, ale Jake trzyma nad wszystkimi pieczę, na ile tylko może: żadnych agentów, żadnych pośredników-pasożytów, żadnych korporacyjnych alfonsów. Gdy pracował dla dużych firm, znienawidził sposób, w jaki działają. Pozwól mu wygłosić płomienną przemowę nienawidzę-tych-skurwieli, jeżeli masz kilka godzin do zabicia.
— Dzięki za ostrzeżenie.
— Więc może mógłbyś zarabiać dużo więcej, jeżeli byłbyś na swoim. Może mógłbyś. A może daliby ci tylko zasmakować w możliwościach, a potem wykopali z interesu. To zabójczy biznes. Tutaj mamy stabilność i szczęśliwą rodzinę. I mimo że nie wiem o tobie zbyt wiele, jestem pewien, że nie jesteś tu dla pieniędzy.
— Ja…
Nagłe zamieszanie przy drzwiach obwieściło wszystkim, że Solange w końcu zdecydowała się pokazać. Draco — ciekawy, jaka kobieta wywoływała taki szacunek — czekał niecierpliwie, aż ludzie dookoła niej się rozejdą.
— O wilku mowa — mruknął Daniel. — Spuść wzrok, pokorny sługo.
Draco jednak postąpił odwrotnie i nie zobaczył nic, czego by wcześniej nie widział: wysoka, oczywiście; szczupła, oczywiście; długie, jedwabiste włosy i duże, wyraziste oczy. Wielka sprawa. Wiedział, co może zrobić dobre zaklęcie transmutujące. Co z tego, że ona ma to wszystko dzięki genom? Można jej było tego gratulować tak samo jak Flitwickowi niskiego wzrostu.
Prawie oczekiwał, że Daniel wstanie i odeskortuje Solange do swojego miejsca pracy, ale ten nawet się nie poruszył.
— Nie musisz brać się do roboty? — spytał w końcu.
Daniel prychnął.
— Myślisz, że pozwoli komuś takiemu jak ja dotykać swoich cennych włosów? Za cholerę. Ona zabiera własną ekipę. Ja jestem tu dla reszty z was, idiotów. — Właściwie był tu tylko dla Alexa, który miał pozować z Solange, wszyscy pozostali mieli stanowić jedynie pożywkę dla wyobraźni rodem z burdelu.
Cichy śmiech Daniela sprawił, że kobieta obróciła głową na niemożliwie długiej szyi, ale jej władczy wzrok przesunął się dalej. Draco, który przyzwyczaił się, że ludzie często na niego patrzyli, potem przez chwilę się zastanawiali, rozpoznawali go, w ich oczach pojawiała się złość, aż w końcu ignorowali go, momentalnie poczuł konsternację, że został przez nią zlekceważony. Wydaje jej się, że kim jest? Malfoyem? Nie mógł powstrzymać uśmiechu na tę myśl. Zwróciło to jej uwagę i Draco został nagrodzony zirytowanym zmarszczeniem brwi. W ogóle go to nie obeszło — przez ostatnich kilka lat nieprzyjazne spojrzenia już mu spowszedniały.
— Dlaczego wszyscy siedzą? — warknęła Solange z nierozpoznawalnym akcentem.
Jej słowa poruszyły wszystkich. Draco zerknął na zegar — jeżeli uda im się zacząć w ciągu pół godziny, istnieje szansa, że zdąży na obiad z Severusem. Spóźnienie się w sytuacji, kiedy to on wyciągnął swojego mentora z Hogwartu, z pewnością będzie zasługiwało na jego gniew. A wściekłe spojrzenie mistrza eliksirów było jedynym, którego ze wszystkich sił Draco pragnął uniknąć.

Fantazyjny lot na polu smaganym wiatrem.
(„Learning to Fly”, Pink Floyd)***

Ekipie JayKay, ku zaskoczeniu Daniela, udało się przetrwać poranek bez wyrywania włosów z pustej głowy Solange. Właściwie, według niego, osobą najbardziej zasługującą na oskalpowanie, był fryzjer Solange. Gnojek z Nowego Jorku wygłaszał zjadliwe uwagi na tyle głośno, by Daniel mógł usłyszeć o pewnych ludziach, którym nie przeszkadzała praca w chlewie, a następnie, zostawiając po sobie jeszcze większy bałagan, wybiegł na ważne spotkanie biznesowe z londyńskimi wielbicielami mody, czyli na upojną kombinację popisywania się znajomościami i podlizywania. Kutas.
Danielowi udało się dopchnąć do przeładowanego stolika, żeby odzyskać butelkę ulubionej odżywki, która irytująco znajdowała się poza jego zasięgiem. Nie zdziwił się, że Draco nie zauważył go podczas rozmowy ze swoim znajomym, Deanem Thomasem. Zapewne nie zachował się do końca grzecznie, skoro stał tam w milczeniu, a gdyby ktoś naciskał, Daniel musiałby przyznać, że wyglądało to, jakby podsłuchiwał. Ale przecież gdyby Draco nie był zawsze taki skryty, Daniel w ogóle nie poczułby takiej pokusy. W końcu Draco był jego przyjacielem, a przyjaciele nie powinni bawić się w tajemnice przez tak cholernie długi czas.
— Planowałem zjeść lunch z profesorem Snape’em — powiedział Draco. — Ale jeżeli chcesz, możesz do nas dołączyć.
— Och, nie, w porządku — odparł Dean i zaśmiał się nerwowo.
— On nie jest taki straszny.
— Może nie dla ciebie. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek dał ci szlaban. Nienawidziłem, gdy musiałem przesiadywać w lochach i sortować słoiki pełne nietoperzych skrzydeł i oczu ropuch. I sam Snape, przyglądający mi się przez cały czas i grożący zamienieniem mnie w pufka, jeżeli zniszczyłbym chociaż jeden pazur lub łuskę.
Profesor Snape musiał być ich nauczycielem biologii, zdecydował Daniel.
— Ślizgoni dobrze wiedzieli, że więcej szczeka niż gryzie.
— Ta, jasne, spróbuj to powiedzieć Neville’owi.
— Daj spokój, to nie jest dobry przykład. Longbottom na lekcjach stanowił autentyczne zagrożenie. Nie pamiętasz, jak zepsuł eliksir przerywający? I z jego powodu połowa klasy wyglądała jak padalce?
To brzmiało jak po walce, ale Draco z pewnością powiedział padalce. Dzieciak musiał przypadkowo wyprodukować jakieś odurzające opary na lekcji chemii. Wiedza Daniela ze szkoły artystycznej nie była pomocna w zrozumieniu naukowego żargonu.
— Ale Neville radził sobie dużo lepiej od każdego z nas na zielarstwie — odezwał się Dean.
— Szkoda, że nie odkrył powołania wcześniej, oszczędziłby nam wiele bólu. — Sposób, w jaki Draco to powiedział, upewniło Daniela w przekonaniu, że ten Neville był dilerem marihuany. Szkoły artystyczne miały takich na pęczki.
— W każdym razie wpadłem, bo chciałem się z tobą zobaczyć. To znaczy sprawdzić, jak się dziś czujesz. Z racji tego, że jest rocznica śmierci twojego ojca.
Po tych słowach zapadła niezręczna cisza.
— Ach, no cóż… — odparł Draco cicho. Zaczął zapinać guziki koszuli, jakby starał się odciąć od współczucia Deana.
— Harry mi przypomniał. Trudno uwierzyć, że to już rok. Tak czy inaczej, pomijając całą resztę, przykro mi z powodu jego śmierci.
— Dziękuję.
— To znaczy, muszę przyznać, że był okropnym człowiekiem. Cóż, każdy to powie. Ale sądzę, że nie załatwili tego odpowiednio. Ministerstwo pragnęło zemsty.
— Zemsta znajdowała się na ostatnim miejscu listy ich żądań. — Draco przez długi czas walczył z guzikami na mankietach, po czym odwrócił się do Deana. — Wiesz, że kiedy żyłem wśród śmierciożerców, dowiedziałem się, że ojciec był bardzo dobry w prowadzeniu organizacji? Mógł zrobić niezłą karierę w, jak oni na to nazywają? Rządach?
— Zarządach.
— Tak. Miał duże ambicje i umiał się dostosować. Szkoda, że wolał torturować i mordować.
Daniel oczekiwał, że Dean zacznie się śmiać z żartu, ale przyjaciel zachował kamienną powagę.
— Sądzę, że gdyby dostał prawo wyboru, sprawy potoczyłyby się inaczej.
— Na przykład moglibyśmy uniknąć wojny.
Daniel w duchu przeklął swoją ignorancję w sprawie bieżących wydarzeń — o której wojnie mówili? Gdzieś za granicą? — Bośnia, może Sri Lanka. Zawsze toczyła się jakaś wojna w Afryce albo na Środkowym Wschodzie. Amerykanie walczyli w Afganistanie, przedtem byli tam Sowieci. Ale czemu ojciec Draco brał udział w obcej wojnie? Chyba że chłopak jednak nie był Anglikiem.
— Voldemort po prostu znalazłby kogoś innego — powiedział Dean.
I kim był Voldemort, zastanowił się Daniel, bo u siebie o nikim takim nie słyszał. Francusko-karaibskim dyktatorem?
— Jak sobie przypominam, mógłby mieć kilku innych kandydatów.
— Ktoś tak charyzmatyczny, kto obiecuje władzę i wygląda na odpowiedniego kandydata, by te obietnice spełnić, zawsze znajdzie popleczników. To byłaby tylko kwestia czasu. Harry z pewnością by się z tym zgodził.
— Zatem wojna była nieunikniona?
— Tak sądzę — odparł Dean. — Nie zaprzeczam, że twój ojciec odegrał dużą rolę w tamtych wydarzeniach. Ale nawet on nie był niezastąpiony.
— Och, tego zdecydowanie nie chciałby usłyszeć. — Draco pochylił się z gracją i opanowaniem i wyciągnął ze sterty ubrań swój płaszcz. — Miałeś okazję go spotkać?
— Nie, ale kiedy mnie schwytali, spodziewałem się tego… Bałem się. Byłem przerażony, gdy wszedłeś do celi.
— Naprawdę? Zawsze myślałem, że to z powodu Severusa.
— Nie — odpowiedział Dean. — On był całkiem przerażający, ale chodziło głównie o twoją osobę. Wiedziałem, że tylko jeden krok dzieli cię od twojego ojca, a kolejny jest między nim a Voldemortem. Już myślałem, że ja i Seamus umrzemy. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście, gdy okazałeś się naszym szpiegiem.
Na te słowa Daniel głośno wciągnął powietrze przez nos, ale na szczęście nikt nie zwrócił na to uwagi. Draco miał kłopoty z nałożeniem płaszcza, którego rękaw zaplątał się gdzieś z tyłu, potrącił stojącą samotnie butelkę wody i przewrócił ją z głośnym brzękiem. Dean przytrzymał rękaw i pomógł Draco włożyć w niego rękę.
— Dzięki. Szczerze mówiąc, jestem cholernie zadowolony z pretekstu, żeby stąd wyjść. Między zdradą a donoszeniem większość czasu spędziłem, starając się być niewidzialnym. Ojciec miał na mnie oko, ale nic więcej nie mógł zrobić. Nie wiem, czego się spodziewałem, mówiąc ci prawdę.
— No tak, nigdy nie miałeś okazji wysłuchać wersji Harry’ego w tym temacie.
— Cóż, przypuszczam, że gdy przez całe twoje życie aktywnie starają się cię zabić, poznaj swojego wroga staje się czymś więcej niż tylko sloganem.
— Mimo to, czy nazwa „śmierciożercy” nic ci nie powiedziała?
— Mądrala. O cholera, popatrz na zegarek. Severus nie będzie miał czasu na wspólny posiłek, jeżeli się spóźnię. Skoro nie chcesz do nas dołączyć, to chociaż mnie odprowadź.
Daniel nasłuchiwał, dopóki ich kroki nie ucichły w oddali. Początkowo był zbyt przerażony, by się poruszyć, ale jego lewa stopa, nienaturalnie wygięta, zupełnie zdrętwiała, a skurcz zaczął łapać mu łydkę. Wstał powoli i przeciągnął się, próbując zrozumieć dziwną rozmowę.
Draco Malfoy był szpiegiem. Coś niemal zbyt szokującego, by w to uwierzyć, ale przecież usłyszał to na własne uszy. Okazałeś się naszym szpiegiem. A Dean wspomniał, że został schwytany gdzieś, gdzie również znajdował się Draco. Oczami wyobraźni widział go w kryjówce jakiegoś afgańskiego wojskowego dygnitarza, związanego od stóp do głów jak Peter O’Tool w Lawrensie z Arabii. Mówili też coś o ojcu Draco, ale nic pozytywnego. O grupie śmierciożerców. Chryste, sama nazwa powodowała mrowienie wzdłuż kręgosłupa.
Nic dziwnego, że Draco nigdy nie chciał opowiadać o przeszłości. Ani Harry’ego, ani Deana. To brzmiało, jakby oni wszyscy pracowali jako szpiedzy. Ten facet, który wypytywał o Draco w zeszłym tygodniu, też musiał być jednym z nich. Szlag, jeżeli się dowiedzą, że podsłuchiwał, to co z nim zrobią? Poczuł się, jakby znalazł się w filmie Mission: Impossible. To wszystko brzmiało zbyt nieprawdopodobnie.
Zamarł nagle, gdy prawda w pełni do niego dotarła: to rzeczywiście było zbyt nieprawdopodobne. Zaczął się śmiać, najpierw cicho, później coraz głośniej z powodu ulgi — Draco i Dean musieli go jednak widzieć i celowo gadali głupoty. Byli rewelacyjni. Daniel złapał się na haczyk, linkę, wędkę — ależ z nich dranie. Nie zdradziły ich nawet miny, a wszystko, co mówili, brzmiało tak szczerze i przerażająco. Następnym razem, gdy ich spotka, będzie musiał im pogratulować aktorskich umiejętności. Zabawne, że nie schowali się w pobliżu, żeby zobaczyć jego reakcję. Mieliby wtedy wszyscy razem niezły ubaw.

Upadamy i podnosimy się, wierzymy w przeznaczenie,
Pragniemy je wykraść, by z milczącą łaską,
Razem z nim zagarnąć siebie..

(„The Stairs”, INXS)****

Krwawe Ostrze Sinobrodego, obrzydliwie kreatywny szyld, wisiał nad drzwiami, reklamując restaurację. Draco zwolnił tempo, gdy zorientował się, że aportował się zaledwie kilka kroków od swojego towarzysza obiadu. Severus Snape już prawie otwierał drzwi, gdy nagle gwałtownie cofnął rękę — klamka, za którą niemal złapał, była dosłownie, jeżeli nie historycznie dokładnie, nożem. Zaostrzona stal błyszczała zaledwie kilka centymetrów od jego palców.
— Nie chcesz tego robić, Severusie.
Słysząc ostrzeżenie, Snape odwrócił głowę.
— Zorientowałem się.
Draco wyciągnął różdżkę, wypowiedział wyraźne Alohomora i drzwi stanęły otworem.
— Nieszczególnie przyjazne miejsce — zauważył Snape.
— Za to jedzenie jest wyśmienite. Sądzę, że starają się odstraszyć niepożądanych gości. Właściciele musieli myśleć, że jeżeli wytrzymasz nazwę i wystrój, możesz się nie załamać, gdy zobaczysz rachunek.
— Ach, skoro więc jesteś bardziej ode mnie obeznany z tym miejscem, pozwolę ci iść przodem, panie Carmichael.
Draco posłał Severusowi uśmiech.
— Pomińmy formalności. Możesz mi mówić Dawid.
Zostali powitani przez nadzwyczaj wysokiego, starszego mężczyznę, który starał się na nich nie patrzeć. Jeżeli ktoś by pytał, nie widziałem panów, zdawał się sugerować. Przy niewielkim zamieszaniu zostali poprowadzeni do zacisznego boksu, ale Draco rozluźnił się dopiero wtedy, gdy otoczyły ich tarcze prywatności.
— Cały posiłek spędzę w towarzystwie Dawida? — spytał Snape, zerkając znad swojego menu.
— Och, nie. Wyszedłem z nim tylko na spacer po Pokątnej. — W trakcie mówienia Draco pozwolił zaniknąć nieokreślonym cechom Dawida Carmichaela. — To był długi, nudny poranek i musiałem rozprostować nogi. Jake kazał mi stać w najbardziej niewygodnych pozach znanych w modelingu. Nie uwierzyłbyś... — przerwał, przyglądając się Snape’owi z diabelskim uśmiechem.
— Co?
— O ile sobie przypominam, nigdy nie widziałeś, jak pracuję w studio, Severusie. Chciałbyś zobaczyć?
— Nie.
— Daj spokój. Mógłbyś się czegoś nauczyć.
— Nie. Nie mam ochoty oglądać, jak wystawiasz się na pokaz niczym chłopiec do wynajęcia.
Draco zaśmiał się nerwowo, przypominając sobie własne wcześniejsze słowa. Niemniej wizja, jaką zdanie to wywołało podczas banalnej rozmowy z Danielem, była dalece łagodniejsza, niż gdyby słowa dotyczyły jego i Severusa. Snape wkraczał na niebezpieczne terytorium.
— Skąd wiesz, jak wyglądam w studio?
— Sully zmusiła mnie do obejrzenia swojego okropnego albumu z wycinankami, oczywiście. Gdyby z wielkim entuzjazmem nie wyjaśniła mi, kto widnieje na fotografiach, to szczerze przyznaję, że wątpię, iż mógłbym cię rozpoznać.
Draco wydał z siebie cichy jęk.
— Cholera jasna. Powinienem był się domyślić. Obnosi się z tym wszędzie jak z dzieckiem. Do tej pory nie potrafię pojąć, jak skrzat domowy zdobywa mugolskie zdjęcia. Co gorsza, nie mogę wyeliminować jej źródła.
— Z tego, co widziałem, nie było tam zbyt wielu dowodów, że podobno prezentujesz ubrania. Przypominam sobie też kilka, na których nie miałeś nic poza zadowolonym z siebie uśmiechem.
Draco pamiętał tę szczególną sesję jako niezręczną i nieprzyjemną. Nie pracował wtedy w JayKay długo, a zawstydzony Jake poprosił go, by się całkowicie rozebrał, po czym ostrożnie go ustawił. Tylko że do tego nie mógł przyznać się przed Snape’em.
— Ale przecież nie było widać nic, czego nie powinieneś oglądać.
— I to tylko dlatego, że owinąłeś się, bynajmniej nie dla dekoracji, dookoła młodej kobiety.
— To było tylko raz, Severusie! Nie bądź taki cholernie pruderyjny.
Snape zignorował jego usprawiedliwienie.
— Później była cała sesja zdjęć, na których wyglądasz jak włóczęga. Niechlujna broda, włosy uczesane trzepaczką do jajek, niedopasowana koszula.
— To jest sztuka. Posłuchaj, ja też tego nie rozumiem, ale to mnie relaksuje.
— Po tym, jak zobaczyłem tamte zdjęcia, już nie uda ci się mnie przekonać.
Draco trochę zirytował nadopiekuńczy ton Severusa, mimo że on sam to zaczął.
— Jesteście panowie gotowi, by złożyć zamówienie? — przerwał im bojaźliwy głos.
— Tak — odparł Draco, a tarcze prywatności zamigotały i zniknęły.
Kobieta, a raczej dziewczyna, nieudolnie starała się ukryć zaskoczenie ich widokiem.
— Och! To pan, profesorze Snape — powiedziała i zaczerwieniła się, mimo że wciąż wpatrywała się w Draco, by po chwili zastygnąć w bezruchu, świadoma swojego nietaktu.
— Panna Dovecote — odezwał się Snape po dłuższej chwili.
Niezręczną minutę później dziewczyna odzyskała zimną krew i przybrała obojętną minę, niewątpliwie zachęcona przewiercającym ją spojrzeniem cichego mężczyzny przy drzwiach.
— Polecam solę — powiedział Draco. — Jest prawdziwa, nie żaden transmutowany karp, którego wciskają klientom w Dziurawym Kotle.
Kąciki ust Snape’a uniosły się.
— Nauczyłem się już dawno temu, żeby nie kwestionować wyborów żadnego członka twojej rodziny w kwestii wystroju wnętrz, finansów i kuchni. Możesz zamówić dla nas obu.
Nie wahając się, Draco złożył zamówienie nerwowej kelnerce, zaledwie w kilku punktach modyfikując menu, idąc na kompromis z dziwnymi upodobaniami szefa kuchni.
Wymienił też nazwę wina, które niedawno odkrył i wiedział, że będzie wyjątkowe. Dziewczyna wycofała się cicho, a tarcze prywatności wróciły na swoje miejsce.
— Coretta Dovecote. Była uczennica Hogwartu — Snape odpowiedział na nieme pytanie Draco.
— Ach, to wyjaśnia, czemu tak bardzo się przeraziła, gdy cię ujrzała.
— Nie sądzę, by twoja osoba umknęła jej uwadze. Jednak była Krukonką. Jest wystarczająco mądra, by trzymać buzię na kłódkę.
— Krukonka? Ale niewystarczająco mądra, by trzymać się z dala od śmiertelnie niebezpiecznej pracy.
— Sądzę, że to zaledwie tymczasowe zajęcie. Pracowała w ministerstwie do czasu masowych zwolnień.
— Których?
Snape zaszczycił Draco lekkim uśmiechem.
— Słuszne pytanie. Słyszałem, że została wyrzucona w czasie ostatniego przewrotu w Departamencie Restytucji, po tym, jak okazało się, że stoi po przegranej stronie sporu.
— Dostała nożem w plecy czy zdecydowała się upaść na swój własny miecz? — spytał Draco beztrosko, machnięciem ręki podkreślając wagę swoich słów.
— Niewątpliwie po części i jedno, i drugie. Obrazowo mówiąc, oczywiście. Dosłownie byłoby to fizycznie bardzo trudne.
Draco jedynie przytaknął w geście zrozumienia. W tym momencie na stole pojawiło się wino, a także dwa kieliszki. Chłopak pogłaskał etykietę, by aktywować zaklęcie Sommelier, po którym butelka nalała odrobinę swojej zawartości do jego kieliszka. Wysączył łyk, skinął głową i stuknął ponownie w etykietę. Butelka najwidoczniej została zaczarowana przez kogoś z więcej niż odrobiną wyczucia: napełniła ich kieliszki w sposób dostojny i bezpretensjonalny.
Draco delikatnie stuknął swoim kieliszkiem o kieliszek Snape’a — była to ich tradycja od incydentu z veritaserum na jego piątym roku.
— Co cię dziś sprowadziło na Pokątną? — spytał Snape po upiciu pierwszego łyka.
— Interesy z Redmundem — odpowiedział Draco. — Robota papierkowa w związku ze spadkiem.
— Wciąż? Ile to już trwa, siedem miesięcy? Jeszcze się z tobą nie rozliczyli?
Draco pokręcił głową, czując irytację, do której w tym temacie już się prawie przyzwyczaił.
— Zastanawiam się, czy kiedykolwiek się ze mną rozliczą. To zajmuje cholernie dużo czasu. Nie jestem pewien, co szykują w tym tygodniu. — Jego usta wykrzywiły się w odruchowym uśmiechu. — Ale wierz mi, Redmund wart jest każdego galeona, jaki mu płacę.
Wiedział, że Snape nigdy nie spyta wprost o szczegóły dotyczące finansów, raczej zaczeka, dopóki Draco mu tego nie wyjaśni. Kolejna rzecz, której podobno nauczył się od Malfoyów.
— Najpierw pobiera opłatę od ministerialnego udziału w spadku, więc nie muszę się martwić, że zabieram zbyt dużo jego cennego czasu.
— Zaczynam dostrzegać korzyści zatrudnienia tak sprytnego adwokata.
Draco przytaknął.
— Ale jego prawdziwa wartość tkwi w tym, co udało mu się dotąd wynegocjować. Na pewno pamiętasz, że Wizengamot był pewny co do posiadłości, ale już nie tak bardzo w kwestii pieniędzy. Przyznajemy stały dochód, którego szczegóły zostaną przedstawione jego prawnikom, tak to określili. — Odchylił się do tyłu z przebiegłym uśmiechem. — Ale ministerstwo przerzucał problem między departamentami i wreszcie dotarło do nich, że żaden z nich nie może sobie z tym poradzić. Redmund szybko dowiedział się o zamieszaniu i w tajemnicy skontaktował z odpowiednimi osobami, a pracownicy ministerstwa byli szczęśliwi, że wziął na siebie odpowiedzialność. Uchronił ich od kłopotów i jednocześnie sprawił, że wyglądało to tak, jakby ministerstwo samo rozwiązywało kłopot.
— Redmund posiada niewątpliwy dar przekonywania.
— Całe szczęście dla mnie. A potem ta sprawa z Harrym... Mam na myśli łamanie klątw, nie coś innego. Nagle przestałem być osobą niepożądaną, a Redmund podsycał i karmił poczucie winy ministerstwa do czasu, aż moja część sporo urosła, a ich znacznie zmalała. Prawdę mówiąc, spodziewam się, że w kasie ministerstwa zostało tylko tyle, żeby spłacić Redmunda.
— Czy może to być przyczyną ostatnich zwolnień w Departamencie Restytucji?
— Słuszna uwaga. Wygląda na to, że pewna frakcja w ministerstwie spodziewała się od Malfoyów złotych jabłek, a okazało się, że wszystkie one są zgniłe.
Nie ma żadnego strumienia gotówki, trzymają w garści jedynie kosztowną posiadłość, która jest droga w utrzymaniu i niemożliwa do sprzedania z powodu piętna Malfoyów.
— A zatem ministerstwo uczy się, by uważać, czego pragną, bo mogą to dostać? — Snape spojrzał na Draco znad swojego talerza.
— Dokładnie.
— Wnioskuję więc, że na razie nie musisz sprzedawać piór na ulicy.
— Raczej nie.
— A twoja praca?
— To wyłącznie rozrywka — odpowiedział Draco szybko. — Słuchaj, Severusie, wiem, że według ciebie marnuję czas, ale sprawia mi to przyjemność. Jestem tam, gdzie powinienem być. Mam nawet nowych znajomych. Mugolskich znajomych, uwierzysz?
— Nigdy bym nie pomyślał, że dożyję dnia, gdy przyznasz, że lubisz mugolską stronę Dziurawego Kotła. Twój ojciec… — Snape przerwał nagle.
Draco nie potrzebował znaku ostrzegawczego, by wiedzieć, że Snape złamał wewnętrzny ślub milczenia w sprawie jego ojca i teraz sam siebie za to przeklinał.
— W porządku. No wiesz, możemy o nim rozmawiać. Każdy, kto czytał dzisiejszego „Proroka Codziennego”, na pewno zauważył ckliwe rocznicowe artykuły. Rok temu zmarł Lucjusz Malfoy, samotny i nieopłakiwany, wcześniej przeklinając bohatera czarodziejskiego świata, bla, bla, bla. Chociaż jego zdjęcie wygląda całkiem nieźle, nie sądzisz? — Próba udawania wyszła nieprzekonująco. Draco wiedział, że jego napięty głos nie pasuje do lekceważących słów.
— Przyznanie się do sprzecznych uczuć w stosunku do Lucjusza nie jest grzechem. Opowiedziałem ci już wystarczająco dużo o moim ojcu, byś zrozumiał, że wiem, jak to jest.
— Nie powinno tak być. Odepchnąłem go całkowicie. Z powodu tego, w co wierzył, oraz tego, co zrobił. Nie mam pojęcia, dlaczego jestem dziś tak przejęty jego śmiercią.
Draco nagle zrezygnował z beztroskiego i całkowicie fałszywego tonu. Po raz pierwszy przyznał się do swoich ambiwalentnych uczuć. W sumie dziwił się, że zrozumienie tego zajęło mu tyle czasu.
— Nie wierzę, że tęsknisz za osobą, jaką był, gdy umierał. Sądzę, że opłakujesz człowieka, którym mógłby być.
— W momencie śmierci nic dla mnie nie znaczył. Podczas wojny to raczej ty pełniłeś rolę mojego ojca. — Widelec Draco strzępił pozostałości ryby.
— Zrobiłbym to dla każdego mojego ucznia. — Snape uciął wyznania Draco i przez dłuższą chwilę obaj udawali w ciszy, że to prawda. — Zrozum, nie mam nic przeciwko rozmowie o Lucjuszu, ale jeżeli zaczniesz zbyt nostalgicznie wspominać czasy wśród śmierciożerców, będę zmuszony wymyślić inne spotkanie i wyjść.
Marna próba stoicyzmu nie zmyliła Draco, który uśmiechał się w ten sam sposób co zawsze, gdy Snape zachowywał się jak troskliwy ojciec.
— Nie, przepraszam, jestem dziś trochę zdenerwowany. Przejdzie mi. To ten koszmarny poranek w studio.
— Więc po jakie licho się przejmujesz?
— To proste. Tam nikt nie zna mojego nazwiska ani historii. Nikt nie wspomina wojny i nie milknie nagle, gdy wspomnienia stają się zbyt intensywne. — Wiedział, że Snape jest dobrze zorientowany w powojennej etykiecie, ale ciągnął dalej: — Swego czasu, gdy spotykałeś nowego czarodzieja, musiałeś się martwić, co powiedzieć. Teraz największym problemem jest to, czego nie powiedzieć.
— To znaczy?
— To znaczy, że cieszę się, że dla JayKay jestem tylko kolejną ładną twarzą.
— Ładna twarz. Cóż za ambicje — odpowiedział Snape, uśmiechając się gorzko.
Nie unosząc wzroku, Draco delikatnie przesuwał czubkiem palca po brzegu kieliszka.
— Kiedy znajdę własną drogę, opierając się na moich talentach, Severusie? Zawsze chodziło o pieniądze Malfoyów albo nazwisko Malfoyów, teraz o wygląd Malfoyów. Po prostu gram swoimi mocnymi stronami.
— Zakon… — zaczął Snape, ale szybko zamknął usta.
Draco podchwycił niewypowiedzianą myśl, nagle czując dziwną beztroskę.
— Och, tak, pierwszy raz spróbowałem prawdziwej merytokracji. A może to był komunizm, z tego, co czytałem. Od każdego według jego zdolności.
— To nie…
— Jak długo jasnej stronie zajęło oszacowanie mojej najbardziej przydatnej umiejętności?
Znienawidził się za wypowiedzenie tych słów, jeszcze zanim wyszły z jego ust. Snape popatrzył na niego zszokowany i oniemiały, jakby ktoś go spoliczkował.
— Ty… — zaczął, ale Draco przeszkodził mu; jego beztroska zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
— Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Stało się, minęło, a ty nie jesteś niczemu winny, Severusie. Nie musimy o tym rozmawiać.
— Może powinniśmy.
Teraz to Draco wyglądał na zszokowanego.
— Dlaczego? Żaden z nas nie mógł przewidzieć, jak sprawy się potoczą, i w końcu wyciągnąłeś mnie od śmierciożerców. To była… to była tylko wojna. Pewien okres. Skończył się.
— Nie mów mi, że myślisz, że to w porządku, kiedy twój mentor zmienia się w twojego stręczyciela?
— Proszę, przestań. To nie było tak.
— Draco, to było dokładnie tak. Masz wszelkie prawa mnie nienawidzić. Nie rozumiem, czemu tego nie robisz.
— Bo gdyby nie ty, byłbym jak moi przyjaciele. Martwy. A cała reszta, to, czego chciało ministerstwo... to tylko seks. Tylko seks, Severusie. Powiedzieli, że to się w końcu zmieni, a my musieliśmy w to wierzyć. Robiłeś, co musiałeś, podobnie jak ja, i dlatego przeżyliśmy.
— Nie sądzisz, że cena, jaką zapłaciłeś, była zbyt wysoka?
Draco przypomniał sobie o zbyt wielu nocach spędzonych w ramionach mężczyzn, których nienawidził, o oszustwach i kłamstwach, w jakich ciągle żył. A potem pomyślał o Harrym i ich zbyt częstych kłótniach, podczas których ogarniała go pustka, której znaczenia miał nadzieję nigdy nie poznać. Gdy wszedł do restauracji, miał niejakie wyobrażenie, jak przebiegnie rozmowa o ich nieuchronnym rozstaniu, ale teraz zdał sobie sprawę, że Severus również o to obwini siebie. Powie zapewne, że Draco jest zbyt popieprzony z powodu wojny, żeby utrzymać jakikolwiek normalny związek.
— Nie — skłamał. — Poszedłem dalej. Teraz jestem modelem, a to duża różnica.
— W porządku, jeżeli chcesz się bawić w mugola, nie będę cię powstrzymywał.
Draco napełnił ich kieliszki nienagannym ruchem, starając się nie pamiętać o tym, jak Lucjusz uczył go robić to właśnie tak, jak na członka czarodziejskiej elity przystało. Jego młodsza wersja niewątpliwie popadłaby w przygnębienie po takiej reprymendzie, ale teraz zadowolił się wzruszeniem ramion. Zapędził się zbyt daleko.
Siedzieli przez chwilę w niezręcznej ciszy. Draco usilnie próbował wymyślić coś, co złagodzi atmosferę.
— Zastosowałem się do twojej rady i kilka tygodni temu zobaczyłem się ze specjalistą ze Świętego Munga — powiedział.
Severus spojrzał na niego z nieukrywanym niepokojem.
— W związku z twoimi niespodziewanymi wyładowaniami magii?
— Sprawiasz, że brzmi to jak mokry sen — zaśmiał się Draco.
— Musisz być taki wulgarny?
Draco przyjął gniewne spojrzenie Severusa z beztroskim uśmiechem.
— Tak czy inaczej, powiedziała mi, że to nie jest takie powszechne w Europie. Już raczej w Azji, w krajach takich jak Japonia czy Tajlandia. Jest to jakoś powiązane z miesiącami milczenia. — Nie dodał reszty wyjaśnień: szczególnie gdy milczenie służy altruistycznemu celowi. — W gruncie rzeczy nie ma powodu do zmartwień.
— Jesteś pewien?
Draco przytaknął.
— Uzdrowicielka ma się temu dokładniej przyjrzeć, ale wydaje jej się, że wszystko powinno ustąpić samoistnie. Dobrze się składa, bo Sully robi się przez to nerwowa jak diabli.
— A ciebie to nie denerwuje?
— Nie bardzo. Czuję, jak się nawarstwia, więc nie jestem zaskoczony. Ale nie zawsze potrafię przewidzieć, jaką formę przyjmie atak. Jednak zauważyłem, że moja najlepsza porcelana nadaje się teraz zaledwie dla pół tuzina gości.
Gdy mieli już wychodzić, Snape położył szczupłą dłoń na ramieniu Draco w geście pocieszenia i ostrzeżenia.
— Zapewne zdajesz sobie sprawę, że prawdopodobnie nie jesteś jedynym, który pamięta o Lucjuszu w rocznicę jego śmierci. Dodatkowa ostrożność ci nie zaszkodzi.
— Oczywiście. Widziałeś, że używam czarów w miejscach publicznych. Uwierz mi, nie potrzebuję żadnego łobuza śmierciożercy, próbującego, zabijając mnie, coś sobie udowodnić albo zaimponować swojej dziewczynie, dzisiaj czy kiedykolwiek.
— Sądzisz, że Dawid Carmichael to nadal dobry kamuflaż?
Draco zaniepokoił się na chwilę.
— Tak, nic mi nie grozi — powiedział beznamiętnie, uspokajając zarówno siebie, jak i Severusa. W pewnym momencie w zeszłym roku przestał się zastanawiać, czy jego śmierć zostanie potraktowana jako tragedia czy jedynie doliczona do statystyk. Teraz już wiedział, że przejdzie bez echa, ale mimo to starał się ze wszystkich sił, by rozważania te były czysto teoretyczne.
Przez fakt, że Snape stanowił tak samo kuszący cel jak on, nauczyciel rzadko pojawiał się poza silnie strzeżonymi murami Hogwartu. Z drugiej strony Draco nie znosił ograniczać swojego życia towarzyskiego do zbyt sławnego chłopaka i był dalece bardziej dostępny, niż się to Snape’owi podobało. Był ledwo bezpieczny. W czarodziejskim świecie był tylko nieznacznie bezpieczniejszy, ale Snape zwykle sprzeciwiał się, by pracował niechroniony w mugolskim świecie. Gderał na ten temat dostatecznie często.
Draco nagle stwierdził, że wypił do obiadu zbyt dużo wina. Albo za mało.
Gdy żegnali się przed restauracją, dotarło do niego, że jest zirytowany czymś, czego nie może zmienić. Pozwolił sobie myśleć, że to dlatego, że Severusowi przez cały posiłek udało się nie wspomnieć o Harrym ani razu. Draco był pewny, że gdy Harry w końcu go rzuci, Severus będzie tuż obok ze swoim cynicznym „a nie mówiłem?”.


Koniec rozdziału pierwszego



* Sometimes we search too deep, that's when the darkness feeds our fear, We turn away from one another just in case we get too near. Tłumaczenie własne
** Come on, you boy-child, you winner and loser,come on, you miner for truth and delusion, and shine. Tłumaczenie własne
*** A flight of fancy on a windswept field. Tłumaczenie własne
**** Climbing as we fall, we dare to hold on to our fate, And steal away our destiny, To catch ourselves with quiet grace. Tłumaczyła Kaczalka
Ostatnio edytowano 26 sty 2013, o 09:01 przez TEAM DRARRY, łącznie edytowano 1 raz
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Japor » 25 sty 2013, o 18:23

Jak zwykle z utęsknieniem czekam na każdy nowy rozdział. To opowiadanie ma naprawdę niesamowity klimat.
Zdenerwował mnie w tym rozdziale Daniel, wcześniej myślałam o nim jako o trochę zwariowanym ale całkiem sympatycznym facecie. Niestety te jego ciągłe wypływanie Draco, jest cholernie denerwujące. Bardzo się dziwie, że Draco nie zaczął go unikać, lub nie skorzystał z okazji aby naopowiadać mu jakiś kłamstw. Mógł się trzymać tej historii, że pochodzi z jakiejś skandynawskiej szlachty i został wydziedziczony z powodu swojego homoseksualizmu. Może to powstrzymało by choć na trochę tą "inwigilację" Daniela.
Dziwie się też tej rozmowie między Daraco i Deanem, tak niefrasobliwie prowadzą rozmowę o wojnie, szpiegowaniu itp. w środku studia, gdzie pewno kręciło się jeszcze sporo osób. Jako osoby które brały udział w wojnie i nie jedno przeszły powinni chyba bardziej być wyczuleni na to, że ktoś ich może podsłuchać. A biorąc pod uwagę, że z pewnością Daniel nie podszedł zbyt blisko nich (bo chyba wtedy musieli by go zauważyć), to oznacza, że rozmowa nie była prowadzona przyciszonym głosem, bo wtedy tamten nie mógłby tak dokładnie wszystkiego usłyszeć. Dziwi mnie trochę ta ich lekkomyślność.
Bardzo jestem ciekawa, co też Harry chce powiedzieć Draco?

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez MargotX » 27 sty 2013, o 23:36

Smutny, trudny, z dość sporą dawką goryczy ten odcinek. Prolog zawiera kilka fragmentów - jakby kilka wątków -, które mogą się pojawić w tej części i przyznam, że są dość niepokojące, i wcale a wcale mi się nie podobają, bo raczej nic przyjemnego nie zapowiadają.

W tym odcinku natomiast ma się wrażenie, że wszystko, co jest tu i teraz, jest zbyt piękne by mogło być prawdziwe. Jakby nadchodził koniec spokoju, jakiegoś osiągniętego poczucia bezpieczeństwa, nie mówiąc o przeczuciu Draco dotyczącym rozpadu jego związku z Harrym. Gdybym miała znaleźć określenie dla tego odcinka, to chyba byłoby to "przeczucie nieuchronności". Podsłuchana przez Daniela rozmowa <swoją drogą: nie dla psa kiełbasa panie stylisto :P>, wewnętrzne przeczucia Draco, jego obawy, do tego tajemnicze informacje z Prologu - robi się coraz bardziej ponuro, a przecież i tak nie było sielanki. To, co nią było w jakimś przybliżeniu, trwało zdecydowanie zbyt krótko, a szkoda. Nie zdążyłam jeszcze tak na dobre wybaczyć Harry'emu jego głupiego zachowania i braku kręgosłupa, a tu znów czarne chmury na horyzoncie.

Na równi z niebezpieczeństwami z zewnątrz boję się kolejnych nieporozumień między Draco i Harrym. Boję się tego, że Draco źle odczyta intencje Pottera, jeśli jakieś sugestie się pojawią, że Harry znów da się ponieść emocjom lub zmanipulować i zanim dojdą do porozumienia, może być zdecydowanie nieciekawie. Obym była złym prorokiem, ale mam pieski nastrój i może dlatego tak pesymistycznie odczytuję tę część tekstu.

Dziękuję Teamowi za kolejną część, pozdrawiam serdecznie i życzę weny w pracy nad kolejnym rozdziałem.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Evolution » 1 lut 2013, o 19:33

Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale przegapiłam dodanie nowego rozdziału, dlatego też mój komentarz pojawia się dopiero dzisiaj.

Po przeczytaniu głównie nękała mnie myśl, czy Harry faktycznie zamierza zerwać z Draco. Cały rozdział przeczytałam w stresie, że nagle zza rogu wyskoczy Potter, który wyśle biednego Malfoya do diabła, zostawi go na lodzie. ( Szczerze mówiąc sfrustrowana stałam się dopiero teraz, kiedy dowiedziałam się już, że na odpowiedź na moje pytanie będę musiała jeszcze trochę poczekać. ) Mam ogromną nadzieję, że jednak Draco pomylił się co do znaczenia tych wszystkich ostatnich zachowań Harry'ego, nerwowych spojrzeń czy niezręcznej ciszy pomiędzy nimi. Możliwe, że to wszystko łączy się z wiedzą, którą nabył Potter w prologu, może właśnie zdecydował się o tym porozmawiać.? Tak czy inaczej ich konfrontacja zapowiada się naprawdę ciekawie. :D

Raczej rozbawiły mnie ciągłe pytania i insynuacje Daniela, ciekawym doświadczeniem było przeczytać o tych wszystkich teoriach. Czytając późniejszy dialog pomiędzy Draco a Deanem, starałam się jednocześnie zwracać uwagę na sens ich rozmowy oraz sposób, w jaki może odbierać to wszystko osoba, która nie ma zielonego pojęcia o magii i szczerze zastanawiam się, dlaczego chłopak nie zszedł jeszcze na zawał. Mam nadzieję, że w późniejszych rozdziałach ten wątek powróci, nieco rozwinięty, nie chciałabym aby Daniel pominął całe zajście milczeniem.

Severus Snape w mugolskim studiu zdjęciowym.? Tej wizji mówię stanowcze TAK. Może nawet Draco udałoby się namówić go na wspólną sesję.? :hahaha:

— W momencie śmierci nic dla mnie nie znaczył. Podczas wojny to raczej ty pełniłeś rolę mojego ojca. — Widelec Draco strzępił pozostałości ryby.
— Zrobiłbym to dla każdego mojego ucznia. — Snape uciął wyznania Draco i przez dłuższą chwilę obaj udawali w ciszy, że to prawda.

I to właśnie lubię w tej ich relacji. Im obojgu na sobie wzajemnie zależy, obaj zdają sobie sprawę, że ten drugi również to wie, ale mimo wszystko głośno nie przyznają się do ogromu tej więzi pomiędzy nimi. Może jest to oznaką jakiegoś upośledzenia emocjonalnego, może to po prostu ich sposób na życie, ale niezmiennie kojarzę to właśnie z tą dwójką.

Dziękuję serdecznie za trud włożony w pracę nad tłumaczeniem tego rozdziału i życzę weny do kolejnego.
Pozdrawiam,
Evolution. ;)
.
Evolution Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 lut 2012, o 17:00
Lokalizacja: Gdańsk

Postprzez TEAM DRARRY » 16 lut 2013, o 18:04

Kolejny rozdział w Wasze ręce.
Za betę dziękuję Aev i Michiru, a specjalne podziękowanie kieruję w stronę Ka, która dała radę zdaniu, nad którym głowiły się aż cztery (!) osoby.



ROZDZIAŁ 2

Czy zmusili Cię byś zamienił swoich bohaterów na duchy?
Rozgrzany popiół na drzewa? Gorące powietrze na chłodny powiew? Słabą pociechę w odmianę?
Czy już zamieniłeś swoją epizodyczną rolę w wojnie na główną rolę w klatce?

(„Wish You Were Here" — Pink Floyd)1

Upomnienia Severusa odnośnie wystawiania się na niebezpieczeństwo tylko zdenerwowały Draco, wpędzając go w paranoję. Przemierzając wyludnioną część Pokątnej miał wrażenie, że ktoś go śledzi. Czuł się dziwnie wyeksponowany i podświadomie wrócił do nawyków z wcześniejszych lat — niepostrzeżenie przebiegał wzrokiem po mijanych drzwiach i cienistych zakamarkach, przyglądał się przechodniom, poszukując oznak tego, że został rozpoznany, zatrzymywał się i kluczył, by sprawdzić, czy nie ma ogona.
Przez jedną niepokojącą chwilę wydawało mu się, że w mrocznym zaułku dostrzegł cień różdżki wyłaniającej się z otaczającej ją ciemności, ale gdy odwrócił głowę, by to sprawdzić, niczego już tam nie było.
Niemniej jednak nieco się rozluźnił, gdy minął lśniące drzwi i znalazł się w cichej i nierzucającej się w oczy kancelarii Redmund, Hall i Strongfellow.
Sekretarka Redmunda spojrzała na niego i uśmiechnęła się, zachowując stosowny profesjonalizm.
— Czeka na pana w sali konferencyjnej, panie Malfoy — powiedziała. W jej głosie można było wychwycić ledwie delikatny cień flirtu.
Draco zamarł w drzwiach, gdy zauważył, że Redmund — mimo jego oczekiwań — nie był sam. Nie rozpoznał żadnego z mężczyzn siedzących przy stole razem z adwokatem, ale znał ten typ.
— Panie Malfoy — odezwał się Redmund i Draco usłyszał w jego głosie skrywane zaniepokojenie. — Ci panowie przybyli kilka minut temu i nalegali na rozmowę z panem. Obawiam się, że nie mogłem im odmówić.
To powiedziało wszystko, co Draco powinien wiedzieć. Niemal nikt nie miał takiej siły przebicia, by podważyć prestiż Redmunda i dostać się na spotkanie z jednym z jego klientów, zwłaszcza bez uprzedzenia. To musieli być aurorzy. I to nie byle jacy aurorzy. Redmund wyjaśniał właśnie, że nie ma z tą wizytą nic wspólnego i że się na nią nie zgadzał, ale brak mu możliwości, by ich powstrzymać, czym był głęboko urażony.
— Nazywam się Jerald Carr — rzucił jeden z mężczyzn jakby od niechcenia, lecz w sposób, który upewnił wszystkich, że nie było to imię i nazwisko, które otrzymał w chwili urodzenia. — A to Ted Macumber. — Nie wyciągnęli rąk na powitanie.
Nie wspomnieli o AZL, ale Draco i tak uznał, że to oni. Akronim powstał od niczym niewyróżniającej się nazwy „Aurorzy z Zachodniego Londynu”, ale w czarodziejskim świecie wszyscy mówili o nich „Aurorzy Z Licencją”. Z licencją na wszystko. Bez jakichkolwiek ograniczeń.
Kurwa.
Draco nie kłopotał się odpowiedzią. Serce waliło mu jak młotem, gdy rozmyślnie okrążył stół i zajął puste skórzane krzesło obok Redmunda z udawaną pewnością siebie, której jednak wcale nie czuł. Zauważył, że Redmund demonstracyjnie zrezygnował z przekąsek. Brakowało kawy, herbaty, a nawet szklanki z wodą, które mogłyby dać złudne wrażenie, że goście są tutaj mile widziani.
— Będziemy grać w dobrego i złego aurora? — spytał z nieszczerą grzecznością. Pamiętał, jak Severus rok temu powiedział mu, że w czasie przesłuchania nigdy niczego się nie wygrywa. Tylko się traci.
— Nie będziemy w nic grać, panie Malfoy — odpowiedział Carr tym samym tonem.
Carr, czy też nie-Carr, był niechlujnie wyglądającym mężczyzną w średnim wieku, z nadwagą i mieszczańskim sposobem zachowania. Wyglądał, jakby przez dłuższy czas niedosypiał. Jego partner, nie-Macumber, wyglądał, jakby był o dobre dwadzieścia lat młodszy, do tego wysoki, niedożywiony i nadgorliwy. Na żadnym z nich nie zatrzymałoby się wzroku na ulicy, o co, zdaniem Draco, dokładnie chodziło. Tutaj, w prywatnej sali konferencyjnej Redmunda, w otoczeniu drogiego, luksusowego dywanu, kosztownych, lśniących mebli i z niemal namacalną w powietrzu elegancją, wydawać się mogło, że mężczyźni znikną z uwagi na swoje prawie nieistotne znaczenie. Ale Draco miał pewność, że popełniłby wielki błąd, gdyby dał się na to nabrać.
— Mamy do przedyskutowania kilka kwestii dotyczących spraw z ministerstwem — zaczął Carr z wyćwiczoną obojętnością.
— Kwestii, które mogą okazać się dla pana przydatne — dodał Macumber.
Draco pomyślał, że to oświadczenie definitywnie przebija „nie dojdę w twoich ustach” pod względem bycia najbardziej bezsensownym zapewnieniem wszechczasów i odwrócił się, by ocenić reakcję Redmunda na ten otwarty atak. Jednak Carr, jakby przewidując jego ruch, odezwał się:
— Pan Redmund jest tutaj, ale rozumie, że nie może się odzywać. Z reguły nie pozwalamy, by w rozmowach uczestniczyły osoby postronne, jednak on stanowczo odmówił pozostawienia cię z nami sam na sam. — Obdarzył Draco krótkim, fałszywym uśmiechem. — Gdybym był tobą, trzymałbym się go mocno, bo zazwyczaj prawnicy, których spotykamy, są bardziej niż szczęśliwi, mogąc ulotnić się, gdy tylko się pojawimy.
Macumber pokiwał głową. Draco miał ponure wrażenie, że aurorzy traktują to jako wyświadczoną mu przysługę, za którą przyjdzie mu słono zapłacić. Niezależnie od tego, jak pójdzie rozmowa, nie żałował, że będzie miał przy sobie chociaż niemego Redmunda.
Nastała krępująca cisza, ale Draco — stawiając na ślizgońską ostrożność — nie chciał pierwszy przerwać milczenia. Opanował to do perfekcji podczas dziesiątek odbytych po wojnie sesji z aurorami dokładnie takimi, jak ci dwaj przed nim. W końcu przemówił Carr:
— Przyjmuję, że nie podjęto decyzji o ugodzie dotyczącej twojego dziedzictwa tak szybko, jak można się było tego spodziewać.
Na te słowa Draco poczuł w pokoju chłód, którego wcześniej nie był świadomy. Aż do tej chwili za opóźnienia obwiniał typowy biurokratyczny bajzel. Nie rozważał powodów mogących stanowić większe zagrożenie. Najwyraźniej od czasów wojny stał się zdecydowanie zbyt beztroski.
— Jesteśmy tutaj, by pomóc przyspieszyć pewne rzeczy — dodał Macumber, uważnie mu się przyglądając. Wydawało się, że ma jakąś obsesję na punkcie tych rzeczy.
— W zamian za… — Nadeszła kolej Draco na pociągnięcie ich za język.
— Myślę, że pamiętasz Rabastana Lestrange’a? — Carr, ponownie zainteresowany, pochylił się ku niemu.
Na dźwięk tego nazwiska Draco dopadła nagła fala nudności. Praktycznie nie było szans na to, by jego twarz pozostała bez wyrazu.
— Nie — powiedział, nie chcąc mówić nic więcej, by nie zdradzić, w jakim był szoku.
Carr zmarszczył brwi, przez co wyglądał jak rozczarowany rodzic stojący przed upartym dzieckiem.
— Zabawne, ale jakoś trudno mi w to uwierzyć. Szczególnie, że jesteście spokrewnieni.
— Nie jesteśmy.
— Jest bratem twojego zmarłego wuja Rudolfa…
— Wuja przez małżeństwo. Więc powtarzam, nie jesteśmy spokrewnieni. Chcesz, żebym wyjaśnił, na czym polega pokrewieństwo?
— Ale to oczywiste, że go pamiętasz — rzucił niecierpliwie Macumber, brzmiąc zupełnie jak Carr, mimo oczywistych różnic, jakie ich dzieliły.
— Nie zrozumieliśmy się. — Draco potrząsnął głową. — Nie chciałem powiedzieć „nie, nie pamiętam go”. Pamiętam go nawet zbyt dobrze, ale nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chodziło mi o „nie, nie pomogę wam”.
— Wielka szkoda. — Carr spojrzał na niego z niesmakiem. — Myślałem, że będziesz zainteresowany pomocą w złapaniu jednego z najbardziej znanych śmierciożerców, wciąż przebywających na wolności.
— Więc źle myślałeś. — Draco podkreślił swoje słowa, rzucając aurorowi typowe malfoyowskie spojrzenie. Czy Carr naprawdę sądził, że Draco rzuci się na szansę wplątania się w problemy z którymkolwiek z Lestrange’ów? Wystarczyło mu, że musiał przebywać w ich towarzystwie we dworze, gdy był młody. — Zapomniałeś dodać, że jest najbardziej znanym szaleńcem, znajdującym się wciąż na wolności. A gdy ostatnio sprawdzałem, uganianie się za śmierciożerczymi wariatami było twoją robotą, nie moją.
Macumber robił wrażenie dziwnie zasmuconego odmową Draco, tak jakby właśnie złożył mu propozycję małżeństwa i został odrzucony.
— Wydawało mi się, że każdy ma swoją rolę do odegrania, by upewnić się, że ludzie tacy jak Lestrange zostaną osądzeni.
— Czy ty właśnie usiłujesz zagrać na moim poczuciu lojalności względem ministerstwa? O, Boże, faktycznie tego próbujesz! — Draco zaśmiał się złośliwie. — Naprawdę powinni zacząć dostarczać Proroka Codziennego do zachodniego Londynu. Mógłbyś prześledzić historię tego, jak ministerstwo odwdzięczyło się za moją lojalność. Oszczędzilibyście sobie drogi.
— Co za pech, że tak mówisz, Malfoy. — Carr bacznie mu się przyglądał. — Tym bardziej, że zagadnienie twojego spadku okazało się tak skomplikowane. Dopóki dokumenty nie zostaną podpisane, a cała kwestia się nie wyjaśni, twoja sprawa jest… zawieszona w próżni.
Draco zarejestrował, że siedzący obok Redmund drgnął, jednak nadal nie powiedział ani słowa, więc Ślizgon poszedł za jego przykładem.
— Weźmy na przykład wszystkie te wielkopańskie posiadłości. Sądzę, że jest ich blisko tuzin… — Carr przesunął wzrok na swojego partnera, który pokiwał głową w entuzjastycznym zapewnieniu. — Więc tuzin. Przypuszczam, że każda z nich jest droga w utrzymaniu. Uważam, że nie jest oczywiste, kto w trakcie ministerialnego postępowania pokrywa koszty konserwacji i zachowania ich w odpowiednim stanie.
Draco spojrzał na niego beznamiętnie.
— Ministerstwo konfiskuje wszystkie posiadłości. Wizengamot wyraził się jasno w tej sprawie. Uważam więc, że to ministerstwo odpowiada…
— Tak, możesz tak uważać. Ale to niemożliwe do wyegzekwowania, o czym zapewniłby cię pan Redmund… gdyby tylko mógł.
Draco nie rozumiał, do czego dąży Carr, używając takich argumentów, a wątpliwości jedynie pogłębiały jego irytację.
— Bezmyślnością ze strony ministerstwa byłoby celowe niszczenie posiadłości. Ich wartość…
— Och, przepraszam. Nie to miałem na myśli. Musisz mi wybaczyć, słowa nie są moją mocną stroną. Nie tak jak twoją czy pana Redmunda. Oczywiście, że ministerstwo zrobi wszystko, by upewnić się, że posiadłości są utrzymane na najwyższym poziomie. Bez względu na koszty. Prawdziwym problemem jest to, kto je pokryje. Stanowisko ministerstwa jest takie, że pan, panie Malfoy, będzie odpowiadał finansowo, dopóki figuruje pan jako właściciel na papierze. Oczywiście, do momentu podpisania dokumentów o przejęciu.
Podczas gdy Carr wygłaszał swój mały wywód, Macumber rozwinął długi zwój, po czym zaczął czytać głosem znudzonego uczonego:
— Nieruchomość w Nowym Jorku. Burmistrz miasta twierdzi, że bierne palenie papierosów jest bardzo niebezpieczne, w zasadzie rakotwórcze, a w pomieszczeniach unosi się zauważalny zapach tych szkodliwych substancji. Naszym zaleceniem jest doprowadzenie do całkowitej likwidacji wyposażenia i wymiany wszystkich mebli. Nieruchomość w Pradze. Utrzymująca się wilgotność powoduje nieznaczne pogorszenie stanu znajdujących się tam dzieł sztuki. Zalecamy całkowitą renowację każdego z dwudziestu siedmiu ulokowanych tam obrazów. Istnieje możliwość, że trzy magazyny w Hogsmeade zbudowane są z materiałów niebezpiecznych, znanych jako azbest. Domagamy się wynajęcia mugolskiego specjalisty, który usunie problem w każdym budynku, co, jak mi powiedziano, zajmie miesiące. Nieruchomość w Paryżu…
Carr machnięciem dłoni nakazał mu zamilknąć.
— Obawiam się, że twój ojciec marnie troszczył się o utrzymanie posiadłości w przyzwoitym stanie. Ale nie będzie pierwszą osobą, która pozostawiła swoim potomkom zobowiązania, które ich zrujnują. Wydaje mi się, że takie naprawy z łatwością pochłoną wszystkie pieniądze, które udało ci się zatrzymać.
— Zdecydowanie — przytaknął Macumber. — Takie naprawy są bardzo drogie.
Przesłanie było jasne: rozgrywasz piłkę z idiotami z AZL albo stoisz z boku i przyglądasz się, jak ministerstwo doprowadza cię do bankructwa. Czegokolwiek od niego chcieli, musiało to być na tyle ważne, że zdecydowali się użyć wszystkich argumentów, by uzyskać jego zgodę. Do głowy przyszło mu powiedzenie o znalezieniu się między młotem a kowadłem.
— Możemy z tym walczyć — powiedział Draco, chcąc raczej zyskać na czasie, niż świadomie wybierając taką linię obrony.
— Tak, możecie — odpowiedział rzeczowo Macumber, tak jakby cała rozmowa znajdowała się w scenariuszu, którego uczył się przez tydzień. — Choć prawdopodobnie zajmie to lata, a ministerstwo będzie nalegać, by do ostatecznego rozstrzygnięcia gotówkę umieścić w depozycie.
— Ja…
Carr wydawał się znudzony tą wymianą zdań i przerwał Draco:
— Założę się, że Harry Potter wdzieje na siebie pelerynę wojownika i po raz kolejny cię ocali. Jego wielbiciele na pewno podejmą się krucjaty dla kochasia ich bohatera. Czyż nie?
Draco czuł, jak w odpowiedzi na tę próbę nacisku rośnie jego gniew i walczył, by utrzymać ten sam ton głosu.
— Harry’ego w to nie mieszaj.
— Więc masz ochotę żyć jak nędzarz? Jakie to romantyczne. Oczywiście, Potter będzie cię wspierać. Ach. W sposób, do którego jesteś przyzwyczajony. Przynajmniej tak mówią.
— Harry’ego w to nie mieszaj — powtórzył Draco tym samym, bezbarwnym tonem. Sukinsyn.
Carr mówił tak spokojnie, jakby dyskutowali o możliwości pojawienia się popołudniowych opadów.
— Jestem pewny, że nie miałby nic przeciwko utrzymywaniu cię. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Wydawało się, że scenariusz przewidywał teraz kwestię Macumbera.
— Oczywiście tak długo, jak będzie uznawał, że warto.
Draco nie udzielił odpowiedzi żadnemu ze swoich prześladowców, skupiając uwagę na idealnie wypolerowanej powierzchni stołu, ale najwyraźniej ich to nie obchodziło. Zamiast tego zaczęli zwracać się do siebie, kontynuując dyskusję i świdrując go wzrokiem.
— Słyszałem, że Malfoy jest dość utalentowany w pewnej dziedzinie — powiedział Carr do swojego partnera. — Co sprawia, że zastanawiam się, kto jeszcze jest świadomy jego unikalnych umiejętności.
— Nie sądzę, by chciał to rozgłaszać, prawda? — odpowiedział Macumber ze złośliwym uśmiechem, który jeszcze bardziej wydłużył jego i tak zbyt chudą twarz.
— Wątpię. Nie przypominam sobie, by poruszono tę kwestię podczas ceremonii przyznania Orderu Merlina.
— Myślisz, że ma to wygrawerowane z tyłu orderu?
— Albo na swoim tyle, w miejscu, dzięki któremu mógł wykonywać wszystkie postawione mu żądania. „Szczere podziękowania od ministerstwa dla Draco Malfoya, doskonałej seksualnej przynęty”.
— Dążycie do czegoś konkretnego? — Draco w końcu wybuchł. — Więc przejdźcie do rzeczy.
Carr rozkoszował się tym, że udało mu się zaleźć Draco za skórę.
— Chcemy tylko powiedzieć — uśmiechnął się złośliwie — że to źle, iż twoich czynów wojennych nie może docenić więcej osób. Tego, jak przez miesiące szantażowałeś Williama Pritcharda. Jak przekonałeś go, żeby przekazywał ci tajne informacje tak, by Voldemort nawet się nie zorientował… Cóż, mogę tylko przypuszczać, że robiłeś coś, co było warte jego czasu.
Czy Carr miał zamiar wyciągnąć wszystko w obecności Redmunda? Całe szczęście, że adwokat był od dziesięcioleci związany z Malfoyami i Draco wątpił, by cokolwiek było w stanie go zszokować. Swoją drogą, Carr zdawał się doskonale wiedzieć, jak z zaskakującą finezją odgrywać złego aurora i Draco wraz z narastającą złością poczuł coś na kształt uznania dla jego umiejętności.
— Ja…
— Musiało być kłopotliwe, gdy Pritchard został wezwany i dał się zabić. Długo go opłakiwałeś? Och, jak sądzę nie. Raczej szybko przeniosłeś swoją uwagę na… Kogo tym razem? Ach, tak, na Rabastana Lestrange. Twojego nie-krewnego. Który coś zwąchał, gdy zwiałeś.
— Nie zwiałem.
— Co?
— Nie zwiałem — powtórzył Draco, wiedząc, że Carrowi nie przypadnie do gustu taka sprzeczność w samym środku jego przemówienia, po czym powtórzył to głośno po raz kolejny, tak by załapali. — Kazano mi odejść. Zakon kazał. Jeśli masz zamiar robić mi wyrzuty na podstawie mojej paskudnej historii, to przynajmniej rób to dobrze.
— Och, przykro mi — powiedział Carr, a Draco wiedział, że to nieprawda. — Choć wiesz co? Myślę, że twoim najbardziej imponującym występem był sposób pozbycia się Erasma Jugsona. Jezu, to było dzieło geniusza. Jak udało ci się namówić go, by pieprzył cię w łóżku twojego ojca? A może to tylko część gry, dodająca dreszczyku emocji?
— Wydaje mi się, że raczej niewiele rozmawiali. — Macumber zachichotał jak nastolatka.
Carr roześmiał się, ale po chwili w jego głosie nie było już ani śladu rozbawienia.
— Jednak rzucenie na siebie zaklęcia petryfikującego tuż po tym, jak usłyszałeś nadchodzącego ojca… To absolutnie genialne. Mówią, że twój ojciec zabił Jugsona tak szybko, że ten nawet nie miał czasu wyciągnąć z ciebie fiuta!
Nie reaguj, uparcie nakazywał sobie Draco. Po prostu nie reaguj.
Carr zniżył głos, brzmiąc teraz perwersyjnie intymnie:
— Zawsze słyszałem plotki na temat tego, co dzieje się z nagle umierającym mężczyzną. I właśnie przyszło mi do głowy, że ty, Malfoy, musisz znać prawdę, więc zdradź mi… Czy Jugson doszedł?
Draco był już w połowie drogi do przeciwnej strony stołu, zanim zatrzymała go groźba użycia różdżki przez Macumbera. Poczuł, jak Redmund ciągnie go z powrotem na miejsce.
— Sukinsyny! — wysyczał. — Zrobiłem to dla waszej strony. Dla pieprzonej Jasnej Strony!
Zaraz potem uświadomił sobie, że nie miał pojęcia, czy bardziej wściekł się sposobem prowadzenia tej rozmowy, czy tym, że kompletnie stracił kontrolę. Osunął się z powrotem na krzesło i zmusił do robienia wrażenia spokojnego, patrząc na Carra tak odważnie, jakby nie przejawiał żadnego żalu i wątpliwości co do swoich wojennych działań.
Carr pochylił się, by zaatakować, a wyraz jego twarzy powiedział Draco, że stoi na z góry przegranej pozycji.
— Och, tak, oczywiście. A pan Potter z pewnością to potwierdzi, gdy będzie świadomy rodzaju twojego szlachetnego, hmm… poświęcenia.
Więc to tak. Draco, uwięziony między możliwością bankructwa a wizją narażenia swojego kochanka, stracił możliwość wyboru. Nagle zapragnął, nie po raz pierwszy, by ta noc, gdy cichcem przemykał do komnat Severusa, nigdy się nie wydarzyła. Żałował, że kiedykolwiek przystąpił do Zakonu i że pozwolił, by jego członkowie wykorzystali go w swoich ambitnych rozgrywkach. Żałował, że nie umknął do Aten, Waszyngtonu czy na Syberię, zamiast brać udział w wojnie, w której nie zyskał niczego prócz powszechnej pogardy, jaką darzyli go tak przyjaciele, jak i wrogowie. Czy obchodziło go w ogóle, dlaczego AZL w tak paskudny sposób chce go w to wciągnąć? Poczekał, aż wyrównał się jego oddech, i skapitulował:
— Czego ode mnie chcecie?
Trzeba przyznać, że Carr nie tracił czasu na napawanie się triumfem.
— Chcemy jedynie, byś zakończył sprawę Lestrange’a. Wiemy, że nadal jest tobą zainteresowany. Obserwował cię przez ostatni miesiąc…
— Chcesz powiedzieć, że mnie śledził? — Kolejny element układanki wskoczył na miejsce. — Przypuszczam, że to wam powinienem podziękować za poinformowanie go, gdzie mnie znaleźć?
— Niezupełnie. Nie jesteśmy pewni, jak cię odnalazł. Choć przecież jakoś zbytnio się nie ukrywasz. Pozowanie do mugolskich gazet... — Uniósł sugestywnie brew. — Lestrange lubi pięknych, młodych mężczyzn. Pewnie wali sobie konia nad twoimi zdjęciami.
— Lestrange’a bardziej pewnie interesuje zabicie mnie niż pieprzenie. To nie sekret, po której stronie ostatecznie się opowiedziałem.
— To bez znaczenia — powiedział Macumber.
— Cóż, nie dla mnie — odpalił gwałtownie Draco, czując w pełni uzasadnione uderzenie złości, za co został nagrodzony widocznym zaniepokojeniem Macumbera, który w zakłopotaniu odwrócił wzrok.
— Nie, to po prostu oznacza, że nigdy nie znajdziesz się wystarczająco blisko, by miał szansę cokolwiek zrobić.
— Jeśli to cię martwi, to nie wystawimy cię, Malfoy — przytaknął Carr.
— Och, oczywiście, że nie. — Draco odchylił się na krześle, prychając z oburzenia. — Nie wiem, dlaczego miałbym myśleć, że pozwolicie, by coś mi się stało.
Carr zacisnął tłuste paluchy na krawędzi stołu i niecierpliwie potrząsnął głową.
— Słuchaj, wszystko, czego oczekujemy, to żebyś pokazał się, prowokując go do ujawnienia się w miejscu i czasie, które my wybierzemy. W chwili obecnej Lestrange podejrzewa, że jesteś zainteresowany zmianą stron.
— Wysyłaliście mu jakieś intrygujące notki, prawda?
— Możliwe.
— Słuchaj, jeśli mam w to z wami zagrać, to musisz mi powiedzieć, co dotąd osiągnęliście. Jeśli nauczyłem się czegokolwiek podczas wojny, to tego, że każdy plan może się nie powieść. Muszę być w stanie szybko i odpowiednio zareagować.
— W porządku — odpowiedział Carr. — Podszywając się pod ciebie, wysłaliśmy do Lestrange’a kilka mało precyzyjnych wiadomości, w których utrzymywałeś, że zraziłeś się do Zakonu. — Nagle Carr się uśmiechnął. — A ta banda debili z Proroka Codziennego każde wydanie wypełniała po brzegi informacjami o tym, że obecnie robisz wrażenie niezadowolonego, Malfoy. Więc tak naprawdę niezbyt wszystko naciągnęliśmy.
Draco potrafił docenić ironię tej sytuacji.
— Kontynuuj — rzucił.
— Twoje studio organizuje pokaz za dwa dni. Przekazując notatkę Lestrange’owi, upewniliśmy się, by uświadomił sobie, że będziesz tam obecny. Będziesz wabikiem i liczymy na to, że Lestrange się pojawi.
— Jest tylko jeden mały problem, Carr. Ja nie biorę udziału w tym widowisku.
Po raz pierwszy Carr stracił nieco z okazywanej pewności siebie.
— Co masz na myśli? Dlaczego nie?
— Nie szkolono mnie do pracy na wybiegu. Nigdy tego nie robiłem.
Macumber, niczym perfekcyjny pochlebca, starał się zatuszować wpadkę Carra:
— Niby jak trudne może to być? Ktoś cię ubiera, wypycha na scenę i każe chodzić tam i z powrotem. Jak chodzić chyba wiesz?
— Zamknij się i słuchaj — wycedził Draco. — Tu chodzi o coś więcej. — Poczuł się dziwnie uspokojony tym, jak nagle Macumber zamknął usta. W jakiś sposób Draco właśnie odzyskał niewielką ilość kontroli, przynajmniej nad młodszym aurorem. — Sam fakt, że nie kazano ci się we mnie wielosokować powinien ci powiedzieć, że to nie jest tak proste, jak myślisz.
Carr wzruszył ramionami.
— Czy jest to coś, czego możesz nauczyć się do czwartkowego wieczoru? — zapytał.
— Prawdopodobnie tak — mruknął Draco po chwili zastanowienia.
— Więc zrób to.
W tym momencie do Draco dotarło, że Carr rzeczywiście chciał dorwać Lestrange’a. Wygłodniały wyraz twarzy aurora zdradził mu, że to coś więcej niż kolejne zadanie, że w tym przypadku chodzi nie tylko o pracę, ale i o przyjemność. Albo o obsesję, co było jeszcze gorsze.
— Nie możesz się doczekać, prawda? — stwierdził Draco. — Aż drżysz z niecierpliwości, by położyć na nim swoje łapy.
Carr zignorował rzucone wyzwanie. Rozparł się na krześle i ułożył dłonie na stole w sposób, który przywiódł Draco na myśl biznesowych magnatów.
— Sugeruję, żebyś zakasał rękawy i wziął się do roboty. Słuchaj, Malfoy, w zamian składamy ci konkretną ofertę. Pogadaj z szefem, wkręć się do pokazu, dając nam szansę na zgarnięcie Lestrange’a z ulicy, a rano spotkamy się tutaj i podpiszemy ugodę dotyczącą twojego spadku. I zgodzimy się na trzymanie Harry’ego w błogiej nieświadomości o twojej nieco barwnej śmierciożerczej działalności.
— I jak długo na to pozwolicie? Na zawsze? Czy aż do następnego razu, gdy będziecie chcieli, bym odwalił za was brudną robotę? Mogę nie być wystarczająco dobry, by obracać się w twoim kręgu towarzyskim, Carr, ale do tego się nadaję?
Macumber wyglądał, jakby znów chciał stanąć w obronie Carra i Draco nagle stwierdził, że ma ich obu dość.
— Daruj sobie — warknął. — Uznajmy, że dotrzymacie obietnicy zawartej w waszych kłamstwach, a ja będę udawać, że wam wierzę.
Ku jego zaskoczeniu, Carr tego nie zakwestionował.
— Więc wchodzisz w to?
Jakby Draco miał jakąś alternatywę.
— Wchodzę. Oczywiście, na podanych przez was warunkach. Zadbacie o uregulowanie sprawy mojego spadku, dostanę przed Lestrange’em każdą ochronę, którą dysponujecie, a Harry będzie ze wszystkiego wyłączony.
— Zgoda.
Macumber przesunął się, jakby chciał podać mu rękę. Nie ma takiej opcji, pomyślał przerażony Draco, ale na szczęście Carr wstał szybko, przerywając niezręczny odruch, którym wykazał się jego partner.
— Oczekuję, że do czwartkowego wieczoru załatwisz wszystko tak, by nie było problemu — oznajmił Carr. — Jeśli pojawią się jakieś kłopoty, wyślij mi sowę. W przeciwnym wypadku nie kontaktuj się. A w czasie pokazu, na widowni będziemy mieć trzech… — Spojrzał na Macumbera, który bezgłośnie wyartykułował „czterech” — …czterech aurorów. I jeszcze co najmniej czterech wokół budynku.
— Postarajcie się, by odpowiednio wyglądali, dobrze? To mugolski pokaz. — Draco nie mógł się powstrzymać i dodał: — I upewnijcie się, że zapłacono za miejsca. To impreza charytatywna. Dla dzieci.
Spojrzenie pełne wstrętu, które w odpowiedzi na insynuację skierował na niego Carr, było zaskakująco intensywne, i Draco zanotował to sobie w pamięci na później.
— Za bilety już zapłacono — odpowiedział Carr przez zaciśnięte zęby. — I posłuchaj. Jeśli w tłumie dostrzeżesz Lestrange’a, nie reaguj…
— Nie będę w stanie go dostrzec. Światła będą skierowane na mnie. Ważniejsze jest to, że nie będę miał nawet różdżki, więc cholernie dobrze postarajcie się mnie chronić, bo inaczej odpowiecie przed Harrym za stratę ważnej dla niego osoby.
— Tak, jasne. To wszystko. Nie kontaktujemy się ponownie aż do ranka po pokazie. Powiedzmy tutaj, w piątek, o dziesiątej? — Spojrzał na Redmunda, jakby adwokat cały czas był uczestnikiem prowadzonej rozmowy.
Redmund skinął głową.
— Więc do następnego. I nie wychylaj się, Malfoy — rzucił Carr przez ramię, w drodze do drzwi. Biorąc wszystko pod uwagę, to był dobry występ i on zdawał się o tym wiedzieć.
— Twoja troska jest wzruszająca — warknął Draco.
— No, dobrze — rzucił Macumber. Draco obserwował, jak majstruje przy zwijanym pergaminie, spiesząc się, by nie pozostać w tyle i czegoś nie spaprać. Jego niezdarność spowodowała, że frustracja Draco przerwała tamę, zalewając go zimną falą.
— Mam jedno pytanie — wycedził. — Nie załapałem. Który z was grał dobrego aurora?
Carr wykonał w drzwiach półobrót i odpowiedział, nim jego partner miał na to szansę.
— Dobrego, Malfoy? Myślałem, że spędziłeś wystarczająco dużo czasu na wojnie, przekonując się, że coś takiego nie istnieje. Prawda?

*

Ja nie potrafię wyjaśnić, ty zrozumieć, że nie taki jestem.
(„Comfortably Numb", Pink Floyd)2

Harry wiedział, że rozgrzebując na talerzu jajka i tosty, denerwował Sully, więc przełknął jeszcze trzy kęsy, a resztę nieco uporządkował. Głupio próbował uspokoić skrzata domowego, ale było to równie nierozsądne, co próba zjedzenia wszystkiego z talerza tylko dlatego, że w Indiach głodują dzieci. Ale skrzatka potrzebowała do szczęścia tak niewiele, że zdecydował się jeszcze na dwa kęsy, po czym się poddał.
— Zjadłem — odezwał się. — Nie, to naprawdę wszystko, co mogę przełknąć.
Skrzatka, talerz i obfita porcja jedzenia z kredensu zniknęły.
Draco już dawno wyszedł, wspominając coś o jakiejś dodatkowej sesji zdjęciowej. I choć była niemal dziesiąta, Harry nadal leniuchował, wahając się między planowym wyjściem a przełożeniem sprawy na inny dzień. Rozmyślał o dzisiejszym porannym prysznicu — zawsze bardzo podniecało go oglądanie całkiem mokrego Draco, patrzenie, jak woda obmywa jego skórę, spływając łagodnie po obojczyku, później płynąc w dół klatki piersiowej i jeszcze niżej, powodując, że włosy blondyna wydawały się ciemniejsze i matowe, niemal jak grafit. Przypomniało mu to o dniu, w którym ganiał Draco na miotle, a później, w akcie przebaczenia obaj skończyli pod prysznicem. Harry nadal uważał, że Draco najpiękniej wygląda, gdy jest mokry.
Gdy tylko pomyślał o tym, jak piękny jest Draco, zaczynał się jąkać w myślach. Nadal nie mógł się do tego przyzwyczaić. Choć Dean i Hermiona wydawali się mieć na ten temat inne zdanie — szydło wyszło z worka kilka tygodni wcześniej, gdy Seamus dokuczał Harry’emu, że ten sypia z olśniewająco wyglądającym modelem.
— On nie jest olśniewający — stwierdziła Hermiona z taką powagą, że Harry musiał spojrzeć na jej minę, by przekonać się, czy żartuje. — W każdym razie nie w ten gwiazdorsko-filmowy sposób. W sposób, który potwierdza dziewięćdziesiąt dziewięć osób z setki, gdy setna jest ślepa. Jak powiedzmy… O, Jude Law jest olśniewający.
— Masz na myśli sposób, w jaki olśniewająca jest Keira Knightley? — spytał Seamus. — Ale i tak nie wyrzuciłabyś go z łóżka, prawda?
— Kogo? Draco? — roześmiała się. — Właściwe to wyrzuciłabym. Głównie z powodu tego, że troje to już tłum. — Po chwili spojrzała chytrze na Deana i dodała: — Choć dla Jude’a Law mogłabym zrobić wyjątek.
— Cóż, przypuszczam, że nasze zdanie nie ma znaczenia — odezwał się Harry. — W studio JayKay tak uważają i tak powinno być.
Hermiona się zadumała.
— Nie sądzę, by uważali go za olśniewającego. Raczej za efektownego, rzucającego się w oczy. I na pewno niezwykłego. Jest wystarczająco szczupły i wysoki, żeby dobrze leżały na nim ciuchy. Dean, pomóż mi. Co sprawiło, że wykorzystałeś go jako modela?
— Draco to kameleon. Ma milion różnych spojrzeń. Może być niewinny lub doświadczony. Łagodny lub poirytowany. Męski i kobiecy w tym samym czasie. Jak mi idzie?
— Usiłujecie mi powiedzieć, że mój chłopak to wielki, brzydki dupek — odezwał się do nich Harry. — Ale ja nadal nie wyrzuciłbym go z łóżka.
— Nie brzydki, Harry. Nigdy tego nie powiedziałam. On jest po prostu…
— …bladą, kanciastą fretką.
Seamus!
Olśniewający czy nie, Harry z pewnością uważał go za kuszącego. Musiał popracować nad tym, by częściej budzić się razem z nim. Przełknął resztkę swojej herbaty i odstawił filiżankę na talerzyk.
Prawdopodobnie nadszedł czas, by odwiedzić własne mieszkanie i sprawdzić, czy wszystko jest tam w porządku. Usiłował przypomnieć sobie, kiedy był tam po raz ostatni. Nie, żeby czuł taką potrzebę — prawie wszystko, co posiadał, przez ostatnich kilka miesięcy przeniósł do mieszkania Draco. Tak naprawdę przebywał we własnym domu jedynie wtedy, gdy się pokłócili. Jak na przykład dwa tygodnie temu: spędził tam niemal trzy dni, zanim obaj ochłonęli i się dogadali.
Chociaż technicznie Draco nigdy oficjalnie nie spytał, czy Harry z nim zamieszka. To się po prostu stało.
W skrzynce na listy nie piętrzyły się szczególnie wielkie stosy mugolskiej poczty, więc przed wyrzuceniem wszystkiego na śmietnik Harry przejrzał ją, jeszcze zanim dotarł po schodach do własnego mieszkania. Jego salon był nietknięty, a warstwa nagromadzonego kurzu nawet jego popychała do działania. Otworzył drzwi lodówki, wyciągnął mleko i wylał je do zlewu, pozwalając, by spływająca woda usunęła nieprzyjemny zapach. Gdy dotarł do sypialni, poczuł się zakłopotany widokiem nadal rozgrzebanego łóżka, będącego potwierdzeniem, że tamtego popołudnia on i Draco doszli do porozumienia. Pospiesznie wyciągnął różdżkę i mruknął zaklęcie czyszczące, po czym wygładził pościel. Chyba wkrótce trzeba będzie oddać ją do prawdziwego prania.
Wiedział, że w ten sposób odsuwał od siebie inną sprawę, którą powinien załatwić. Choć po cichu był z siebie dumny, że opóźnił tę wyprawę zaledwie o trzy tygodnie, zamiast uciec dokądkolwiek zaraz po tym, jak przeczytał zeznania Snape’a dotyczące działalności Draco.
Hermiona zawsze była lepsza od niego w tym całym „najpierw myśl, później działaj”, a teraz, cóż, Harry myślał o tej sprawie przez bardzo długi czas. Jak dla niego.
Przy kolejnym czytaniu starał się podejść do słów Snape’a obiektywnie, tak jakby badał nowoodkryty język, ale jedyną rzeczą, o której mógł myśleć przez pierwszy tydzień, była zagadka, kto mu to przysłał. Z jakimkolwiek zboczeńcem miał do czynienia, patrząc na śpiącego Draco nie był w stanie myśleć o tym, że ten ktoś lata temu również obserwował go we śnie. Po tygodniu wcale nie był bliższy dowiedzenia się, kto dostarczył mu raport, ale dopiero wtedy zaczęły go dręczyć dużo mniej komfortowe pytania. Były niczym krople zapowiadające deszcz: najpierw pojawiło się jedno, później drugie, aż nagle zalały go jak niemile widziana ulewa. Czy Snape był świadomy tego, co Draco miał robić? A Dumbledore? Czy tej nocy, gdy Harry spotkał Draco przygotowującego się do opuszczenia Hogwartu, Ślizgon już wiedział, co mu rozkażą, czy dowiedział się dopiero później? Kto podjął decyzję o tym, co dla Zakonu może robić siedemnastolatek?
Chcąc nie chcąc, pytania posypały się, a z każdym następnym trudniej było mu się uporać.
Czy Draco przypomina sobie to wszystko, gdy Harry go dotyka? Czy to jeden z powodów, przez które tak często się kłócą?
Harry uznał, że doprowadzanie się do szaleństwa do niczego nie prowadzi. Musiał poszukać bardziej konkretnych informacji, więc był tutaj, planując powrót do zachodniego Londynu, w nadziei na znalezienie odpowiedzi.
Tego ranka, nim zdążył powiedzieć „do zobaczenia”, Draco zaskoczył go, posyłając mu spojrzenie tak intensywne, że niemal przekonało Harry’ego, że to właśnie on wysłał mu zeznanie Snape’a i spodziewał się, że Gryfon się domyśli. Czy oczekiwał, że Harry o tym wspomni? Czyżby czekał na to od trzech tygodni?
Harry chciałby móc pozbyć się wrażenia, że zupełnie sobie z tym nie radzi. Ale w głębi duszy wcale nie był pewien, co ma robić i jak działać.
Szybko nadeszła pora lunchu, a on nie zjadł od rana nic bardziej pożywnego niż kilka kęsów jajka i tosta. Więc to nie tak, że unikał wyznaczonego celu — naprawdę powinien coś zjeść i wiedział, gdzie może to zrobić. Tania chińszczyzna. Aportował się z mieszkania, świadomy, że kiedyś często odbywał takie wycieczki.

Ta część miasta zupełnie się nie zmieniła. Ulice nadal były zaśmiecone, a wystawy wciąż zasłaniały upaprane okiennice. Przez chwilę zastanawiał się, czy aby nie jest poniedziałek, bo dni przeciekały mu przez palce, a w ten dzień tygodnia knajpa była nieczynna. Jeden rzut oka na świecący neon, odważnie głoszący „P SIUREK”, upewnił go, że to inny dzień.
Odkąd zaczął tu bywać, pan Li, nękany kłopotami właściciel „Ptasiurka”3, toczył z miejscowymi chuliganami nieustającą bitwę. Zwyczajem stał się tu pewien rytuał: nazwa baru była zbyt kuszącym celem, prowadzącym bezpośrednio do nocnych wizyt, podczas których używano czarnej farby w sprayu, żeby zamalować w nazwie „t” i „a”. I tak w każde poniedziałkowe popołudnie pan Li wyjmował swoją rozklekotaną drabinkę i powoli wyciągał ją na zewnątrz, po czym wspinał się aż do momentu, gdy obie jego stopy znajdowały się na stopniu z ostrzeżeniem: nie stawać na, lub powyżej tego stopnia, z determinacją marszczył brwi i ścierał farbę drucianą szczotką. Każdego wtorkowego ranka farba pojawiała się z powrotem. Żadna ze skarg, złożonych przez poszkodowanego u lokalnych władz, nie pomogła w schwytaniu sprawców. Harry kiedyś popełnił błąd i zasugerował, że pan Li powinien zmienić nazwę na mniej zachęcającą, coś jak na przykład „Ptaszynka”. Właściciel rzucił mu tak przerażone spojrzenie, jakby Harry zasugerował, by posiekał i podał swoją szacowną rodzicielkę jako danie dnia.
— To Ptasiurek. Nie Ptaszynka.
Harry regularnie odwiedzał Ptasiurka podczas ostatnich miesięcy wojny, które spędził właśnie w zachodnim Londynie. Bar był tym rodzajem lokalu, w którym Dursleyowie za nic nie daliby się złapać, co z kolei dla Harry’ego stanowiło wystarczającą rekomendację. I choć jedzenie było przeciętne, było go dużo. Od czasów wojny jednak tu nie był.
Pan Li grzecznie skinął głową, co jak na niego stanowiło dość żywiołowe powitanie. Harry, w ramach uprzejmości, nie przyglądał się jego rękom, na których, jak co wtorek, widniały ślady czarnej farby.
Gryfon nalał do maleńkiej filiżanki jaśminowej herbaty i upił łyk. Była tak samo kiepska, jak pamiętał.
Rozmyślał o tym, co mógłby dziś odkryć. Niezmiennie odmawiał załatwienia sprawy przez ministerstwo, ale wciąż miał kontakty w AZL. Nie wiedział, gdzie doprowadzą go poszukiwania, ale wiedział gdzie zacząć.
Zrobił wyłom w wielkiej kupce letniego, smażonego ryżu i zjadł kilka kęsów, ale rozgrzebany ryżowy stos wydawał mu się teraz jeszcze większy. Po dziesiątej filiżance herbaty stwierdził, że naprawdę nienawidzi tego obrzydlistwa. Zapach zbytnio kojarzył mu się z ogrodem przy Privet Drive 4. Duszący i zbyt słodki.
Narzucił na ramiona płaszcz i wyszedł, spacerkiem pokonując trzy przecznice dzielące go od celu. Jakaś niezdarna ciężarówka, brzmiąca, jakby nie była strojona od czasów rządów Thatcher, z piskiem opon zatrzymała się blisko krawężnika i wpadła w dziurę pełną wody. Harry uskoczył zbyt późno i brudna ciecz zalała mu spodnie. Spiorunował wzrokiem kierowcę, który nawet nie zarejestrował jego spojrzenia, wciągnął więc głęboko powietrze, uspokoił się i w bocznej uliczce przez zaciśnięte zęby wymamrotał zaklęcie czyszczące.
Bramę do kwatery głównej AZL stanowiła nijaka witryna sklepowa. Tablica nad wejściem głosiła: Lubimova — import i eksport — Londyn, Moskwa, Buenos Aires, Tokio, Nowy Jork. Lokalizacja była kompromisem między wymaganą tajnością a bezpieczeństwem, który stał się koniecznością, gdy kilka kobiet, a także kilku mężczyzn, poskarżyło się, że byli napastowani w pobliżu ich ostatniej siedziby.
Odręcznie pisana kartka przy dzwonku informowała gości, że należy dzwonić i czekać. Mugole prawdopodobnie oczekiwaliby wiecznie, ponieważ tutejsze zabezpieczenia były naprawdę złożone i skomplikowane. Aportacja do wnętrza budynku była możliwa jedynie w obrębie jednego pokoju przesłuchań i to tylko w towarzystwie starszego aurora AZL. Harry wcale nie był pewny, czy nadal posiada jakiekolwiek uprawnienia, ale po wystukaniu na brzęczyku swojego unikatowego kodu dostępu — zabawne, że po tym wszystkim wciąż go pamiętał — drzwi otworzyły się, wpuszczając go do środka. Rozejrzał się wokół i nie bardzo wiedząc dlaczego, poczuł się niekomfortowo poddenerwowany.
— No, patrzcie, kogo przywlokły tu kuguchary. Harry Potter.
Nic się nie zmieniło. Te same niedopasowane meble przystrajały hol wejściowy, rozświetlony światłem z niewidocznego źródła, a recepcjonistka, Marilyn, przywitała go tym samym, szerokim uśmiechem.
— Witaj, Marilyn.
— Mój Boże. Nie byłeś tu od…
— Tak. Miło cię widzieć. Słuchaj, skoczę na chwilkę do toalety. — Ta cholerna jaśminowa herbata. Przynajmniej na wejście do toalety nie potrzebował specjalnego pozwolenia, bo jej drzwi znajdowały się tak blisko biurka Marilyn, że aż tutaj słyszał jej narzekania. Gdy Harry bywał tu regularnie, wnętrze wypełniał przytłaczający zapach środka dezynfekcyjnego i właściwie nic się nie zmieniło. Jego nos został zaatakowany przez ten sam sztuczny, intensywny cytrynowy zapach. Ta woń, bardziej niż cokolwiek innego, przypomniała mu o spędzonych tutaj miesiącach. Nagle uświadomił sobie, że odpychał od siebie niechciane wspomnienia.
Przyjście tu było błędem.
A może jednak nie było. Wszystkie jego rozterki, dotyczące sposobu zareagowania na historię Draco zniknęły, gdy Harry miał przejść przez drzwi prowadzące do jego własnej przeszłości. Dlaczego miał taką obsesję na punkcie szkieletów w szafie Draco, podczas gdy jego własna nadal pozostawała szczelnie zamknięta? W obliczu swojej historii, Harry nie miał prawa kwestionować czegokolwiek, co zrobił Draco.
W tej właśnie chwili jego wątpliwości zniknęły. Stało się oczywiste, że musi o wszystkim powiedzieć Draco, choć nie miał pojęcia, skąd wzięła się ta pewność. Musiał wyznać, że przeczytał utajnione zeznanie Snape’a, że targają nim wątpliwości dotyczące jego własnych wojennych doświadczeń. Im szybciej, tym lepiej. Dobrze, że umówili się na drinka. Wszystko się ułoży. W końcu.
Pełen zdecydowania wrócił do Marilyn.
— Słuchaj, zmieniłem zdanie. Jednak nie potrzebuję z nikim rozmawiać — stwierdził. — Miłego popołudnia.
Będąc z powrotem na ulicy, zaczął fałszywie pogwizdywać pod nosem, ruszając do ulubionego miejsca aportacji. Dziwna rzecz. Mimo że nie minął nawet biurka recepcjonistki, udało mu się w AZL odnaleźć odpowiedzi na swoje pytania. Tyle tylko, że nie oczekiwał odnalezienia ich w toalecie.

*

Spójrz na nas, kochanie, czuwamy całą noc, rozdzierając naszą miłość na strzępy,
Czyż nie jesteśmy tymi samymi dwiema osobami, które rok błądziły po omacku?

(„I Can’t Tell You Why", The Eagles)4

Draco spędził pełne pięć minut, kucając przed wytwornym i kosztownym sedesem Redmunda, zwracając swój starannie przygotowany lunch. Kolejne dziesięć poświęcił na opanowanie drżenia i energiczne pozbycie się paskudnego posmaku z ust. W tym samym czasie spóźniał się na lunch z Harrym, ale ostatnią rzeczą, której chciał, był cywilizowany koktajl z Gryfonem, podczas którego dowie się, że ma spadać.
Jednak im szybciej będzie miał to za sobą, tym szybciej będzie mógł zatracić się w zapomnieniu na dnie butelki. Przez kolejne dni, jeśli taki będzie jego wybór.
Harry czekał na niego przed drzwiami kancelarii, pocierając o siebie dłonie. Nigdy zimą nie przejmował się noszeniem rękawiczek. Nieufnie spoglądał na drugą stronę ulicy, gdzie mieściły się biura Proroka Codziennego, jakby w każdej chwili spodziewał się, że z drzwi wyskoczy zastęp brutalnych, uzbrojonych w pióra reporterów i zacznie go zaczepiać niegrzecznymi pytaniami.
— Harry — zawołał Draco. Jego powitanie zostało niemal zagłuszone przez absurdalny dźwięk kół, toczących się po kostce brukowej. Młody chłopak miał czelność przemycić na Pokątną mugolską deskorolkę i właśnie odkrywał, że antyczny bruk czarodziejskiej alei jest nieco bardziej wyboisty, niż ulice współczesnego Londynu. Głowy, w geście jawnej dezaprobaty, obracały się za nim, jakby chłopak szarpał je za umocowany do nich sznurek.
— Cześć, Draco — powiedział Harry i chwycił go w ramiona, przyciągając do niezdarnego uścisku. Sekundę później Draco wił się pod jego entuzjastycznym pocałunkiem, nim udało mu się wcisnąć między nich dłoń i odepchnąć Harry’ego.
Niepokój na twarzy Harry’ego początkowo wywołał w nim poczucie winy, a później Draco przypomniał sobie, co Gryfon planował.
— Chcesz znaleźć się na pierwszych stronach gazet? — mruknął. Nie, żeby miał coś do publicznego okazywania uczuć, ale to było coś, co jedynie innym mogło ujść na sucho. Nie im.
— Nie — odpowiedział Harry, a w jego głosie pobrzmiewał ból. — Cieszę się, że cię widzę. To nic złego.
— Nie ma potrzeby ogłaszania tego wszystkim na Pokątnej. Chyba, że to część programu Harry’ego Pottera, mającego na celu publiczne odkupienie win niesławnego Draco Malfoya.
Harry potrzebował sekundy, by zarejestrować tę uwagę, w czasie której Draco obserwował, jak jego mina zmienia się z pogodnej na poirytowaną. Cóż, dobrze. To wyrównuje szanse.
— Jezu, Draco, jesteś podminowany. Co się tam, do cholery, stało? Spotkanie nie poszło zbyt dobrze?
— Można tak powiedzieć.
— Przykro mi, że masz kiepski dzień.
Chryste, Draco nie mógł znieść, kiedy Harry czuł się zobowiązany przepraszać za każdą kłodę, którą świat rzucał mu pod nogi, jakby to było jego osobiste niepowodzenie. Przepraszam, że nie zawsze mogę uczynić twój świat pogodnym i słonecznym. Mea, kurwa, culpa.
— Nie, ja po prostu mam kiepskie życie.
Harry zmrużył oczy i Draco niemal słyszał, jak odlicza do dziesięciu.
— Może powinniśmy zrezygnować z naszego wyjścia? Może drink u ciebie?
— Dobrze.
Żaden z nich nie odezwał się, kiedy przenieśli się za pomocą proszku Fiuu do mieszkania Draco. W milczeniu stanęli przed kominkiem w jednym z mniejszych pokoi, którego Draco rzadko używał. W zasadzie celowo go wybrał – nie chciał, by złe wspomnienia kojarzyły mu się z którymś z ulubionych pomieszczeń. Nad kominkiem wisiała „Katedra w Salisbury” pędzla Johna Constable’a5, której autentyczność Malfoyowie kwestionowali przez wieki, tylko po to, by nie oddawać płótna do londyńskiego muzeum Wiktorii i Alberta. Draco nigdy nie lubił tego obrazu.
— Chcesz o tym porozmawiać? — Odważył się odezwać Harry.
— A o czym tu mówić? Ministerstwo pokazało swoje chujowe oblicze. Na wypadek, gdyby jeszcze nie dotarło do mnie, że każdy kęs, który wpada mi do ust, pochodzi z ich tolerancyjnych rąk.
— Ale myślałem, że Redmund był…
— Był.
Harry już otwierał usta, by coś dodać, ale Draco go uprzedził:
— I nie mów, że ci przykro.
— Ale mogłem…
— Nie, Harry. Nie mogłeś i nie mógłbyś. Po prostu… Daj spokój. To najmniejsze z moich dzisiejszych zmartwień.
— Dlaczego? O czym ty mówisz?
— Większość ludzi dostrzegła, że dziś jest rocznica śmierci mojego ojca. Nawet Prorok to wyciągnął.
Oszołomiony Harry milczał przez chwilę, a później powiedział:
— Cóż, pamiętałem… Dziś rano wspomniałem jego klątwę.
— O, prawda. Tę część dotyczącą ciebie, teraz sobie przypominam. — Wciąż wpatrywał się w whisky wirującą w jego szklance.
— Nie ma potrzeby być nieprzyjemnym. Myślałem, że więcej dla ciebie znaczy, że zostałem wtedy uderzony naprawdę paskudną klątwą, niż przypominanie o kimś, od kogo chciałeś się definitywnie odciąć.
— Och, zapomniałem. Zawsze chodzi o ciebie, prawda?
— Co? Nie! Myślałem, że będziemy razem świętować. To ty złamałeś klątwę.
— I znów do tego wracamy. Zawsze ty i ta klątwa. Powiedz, Harry, czy to jedyna rzecz, o której myślisz, patrząc na mnie? Jak cholernie jesteś mi wdzięczny?
— Nie! Co cię dziś ugryzło? Wszystko, co powiem, jest złe.
Draco nie mógł uwierzyć, że Harry zamierza zrzucić na niego odpowiedzialność za zbliżające się rozstanie — cholera, właśnie taki miał zamiar, prawda? Jak dla niego, Harry mógłby pocieszać go nad drinkiem w jakimś nowoczesnym, eleganckim barze i wymienialiby się chamskimi historyjkami o ministerialnych psychopatach.
— Proszę, Harry. Zamierzasz tu siedzieć i wmawiać mi, że nie jesteś tutaj, bo jesteś mi coś winny?
— Jestem, ale nie…
— Tak myślałem.
— Jesteś niemożliwy!
— Nie, po prostu jestem szczery. Choć jeden z nas powinien być. — Gniewnie upił whisky i odstawił szklankę z satysfakcjonującym odgłosem uderzenia szkłem o marmur.
Harry w jednej chwili znalazł się w połowie drogi do kominka.
— Nie ma sensu spieranie się z tobą, kiedy nawet nie chcesz mnie wysłuchać. Kiedy już ochłoniesz, wiesz, gdzie mnie znaleźć. — Chwycił proszek Fiuu i zniknął, zanim Draco mógł wymyślić jakąś ripostę.
Jego szklanka z whisky rozbiła się w palenisku kominka w tak satysfakcjonujący sposób, że zaraz za nią poleciała następna — z porzuconym drinkiem Harry’ego.
— Kurwa — powiedział cicho, po czym powtórzył to kilka razy coraz głośniej. Kurwa, nie pozwoli, by Harry rozciągnął ich rozstanie na kolejny dzień. Co oznacza, że musi go dogonić. Co z kolei oznacza kolejną wojnę na wrzaski. Nagle zmartwiło go, że pozbył się swojej whisky.
Dogonił Gryfona w jego maleńkiej kuchni.
— Czemu sądzisz, że możesz sobie, ot tak, wyjść?
— Czemu? — Harry nawet się nie odwrócił. — Bo jestem zmęczony tym, że atakujesz mnie bez powodu.
— Nie udawaj niewinnego, Harry. Nie kupuję tego. Od tygodni byłeś jedną nogą za drzwiami. Jarzmo wdzięczności okazało się dla ciebie zbyt ciężkie, prawda?
To zdanie sprawiło, że Harry spojrzał na Draco.
— Czekaj, co? Myślałem, że mówimy o Lucjuszu. Prawdę mówiąc, nie jestem pewny, o co, do cholery, teraz chodzi. Kto tak naprawdę cię wkurzył? Najpierw było ministerstwo, później twój ojciec. — Na policzki Harry’ego wpełzł rumieniec. — Ale, jak słyszę, przede wszystkim chodzi o mnie.
— Wszystkie powyższe. — Draco ledwie się zawahał.
— Musisz to bardziej sprecyzować.
— Weźmy ciebie i twój mały eksperyment z ocaleniem mnie. Sposób na ukazanie, że jestem lepszy niż w rzeczywistości, to całe paradowanie po Pokątnej, by wszyscy mogli się przekonać, jak poprawny teraz jestem, jak ułożony, jak odkupiłeś moje winy…
Harry wpatrywał się w niego z niesmakiem.
— Kurwa, Draco, chyba nie myślisz…
— Cóż, Harry. Rok to wystarczająco długo. Nie musisz dłużej brać ze mną prysznica z wdzięczności.
— Zwariowałeś.
— Chcesz, żebym kazał wystawić Redmundowi pokwitowanie? Pokwitowanie spłaty całości długu?
— Nie. Przestań zachowywać się jak dupek. Czemu jesteś zawsze tak poirytowany, gdy mamy porozmawiać o tym, co dla mnie zrobiłeś? Nie rozumiem. Zachowujesz się, jakby bycie wdzięcznym było jakąś wadą. Ale…
— Tylko dlatego, że wcześniej czy później, wdzięczność zmienia się w gniew i niechęć. Zaczynasz zdawać sobie z tego sprawę, prawda? Tak myślałem. Widzę to w twoich oczach.
Harry posłał mu gniewne spojrzenie, jakby chciał zadać kłam jego sugestii. Draco znał ten wyraz twarzy sprzed lat i w ogóle nie byłby zaskoczony, jeśli zobaczyłby między nimi trzepoczące skrzydła znicza.
— Spójrz raz jeszcze. Tak wyglądam, gdy jestem wkurzony — odezwał się Harry.
— I ty twierdzisz, że jesteś po prostu wdzięczny.
Słowa wyślizgnęły się Draco z ust, zanim naprawdę zły Harry zdążył go zaatakować.
— Pierdol się, Draco.
— Słuchaj, Potter. Próbowałem cię wybawić z kłopotu, bo najwyraźniej jesteś zbyt wielkim tchórzem, by powiedzieć mi to prosto w twarz. Ale to bez znaczenia.
Przez cały dzień przygotowywał się do tej rozmowy. W jego wyobraźni Harry, wygłaszający swoje obłudne pożegnanie, przepraszał, będąc nieco zdenerwowanym, a Draco był niemal obojętny w swojej akceptacji tego, co nieuniknione. Ale gdy teraz o tym myślał, biorąc pod uwagę ich temperament i historię, wiedział, że powinien być w stanie przewidzieć tę paskudną scenę. Jego własne przejście przez Fiuu było tylko nieco wolniejsze niż to, które pokazał wcześniej Harry.
Właśnie zaczął uspokajać swoją wściekłość, gdy w jego kominku pojawił się Harry, gotowy na trzecią rundę.
— Co to ma znaczyć? — Kiedy Harry był szczególnie zły, jego głos stawał się coraz cichszy, i właśnie teraz Draco ledwo mógł usłyszeć jego pytanie.
— Tutaj twoja praca jest skończona, Harry. Zrehabilitowałeś mnie tak bardzo, jak tylko, jako Wybawca, mogłeś. Będę musiał żyć z tymi skazami, które pozostały.
— O czym ty mówisz? Ja nie… Nie usiłowałem odkupić twoich win!
— Daj spokój, naprawdę to doceniam. Jestem wdzięczny. Czy to jest to, co chciałeś ode mnie usłyszeć? Dziękuję.
— Mógłbyś przestać odgrywać królową dramatu i powiedzieć mi…
— Mamy remis: ja ocaliłem ciebie, ty ocaliłeś mnie. Chwała bohaterowi czarodziejskiego świata — rzucił beztrosko.
— Nie masz prawa tak do mnie mówić! Znasz mnie. Jesteś ostatnią osobą, po której spodziewałbym się powtarzania tego gówna o Chłopcu, Który Przeżył.
— Jeśli coś się ciebie tyczy, zaakceptuj…
— Cholera, Draco. Jeśli nie wiesz, czemu tu teraz jestem… Chcesz, żebym ci to przeliterował? Bo mogę.
Wypowiedź Harry’ego była zaledwie nieco głośniejsza niż szept, a Draco usiłował kontrolować drżenie własnego głosu.
— Nie. Rozumiem. Uwierz mi, rozumiem. Do samego końca będziesz odgrywać szlachetnego Gryfona. Wielka niespodzianka. Ktokolwiek inny mógłby zrobić to godnością, ale, jak przypuszczam, oczekiwałem zbyt wiele. Więc żegnaj, Harry.
Draco usłyszał w myślach grzmot na chwilę przed tym, gdy dławiące uczucie odebrało mu możliwość powiedzenia czegokolwiek więcej. Nagle z głośnym trzaskiem wybuchła karafka z whisky i ostry zapach alkoholu rozszedł się po pomieszczeniu. Harry podskoczył z wrażenia. Nawet sam Draco był zaskoczony — aż do ostatniego momentu nie dostrzegł, jak burzy się w nim magia.
Wpatrywali się w siebie przez długą, bolesną chwilę.
— Więc dobrze. Dobrze.
Wtedy Draco zamknął oczy, by budząc się w nocy nie widzieć bólu na twarzy odchodzącego Harry’ego. Nie, kiedy każda jego część zdradziecko chciała go zatrzymać.

*

Czym są te wszystkie głosy spoza otwartych drzwi miłości,
każące otrząsnąć się z zadowolenia i błagać o więcej?

(„Heart of the Matter", Don Henley)6

— Daniel, moje włosy nadal są różowe — narzekał Draco z wyćwiczonym rozdrażnieniem.
Specjalny szampon, który — zgodnie z obietnicą fryzjera, złożoną na groby szanownych przodków — miał pomóc, zawiódł.
— Do twarzy ci w różowym. — Daniel wyglądał na zawstydzonego.
Draco skrzywił się.
— Przyznajesz, że nie możesz pozbyć się tego gówna?
Daniel wzruszył ramionami, po czym dostrzegł oburzone spojrzenie Draco.
— Mogę. Po prostu będzie to wymagało więcej pracy, niż zakładałem. Chodź tutaj, usiądź i pozwól mi…
Draco byłby szczęśliwy, nie musząc wysłuchiwać szczegółów tego, co planował Daniel. Wystarczało, że musiał to znosić.
Kiedy usiadł na krześle, dostrzegł, że Daniel wpatruje się w niego ze złym uśmiechem.
— Hej, Draco. Mały ptaszek powiedział mi, że jutro stracisz dziewictwo.
— Nie zszokuje mnie już nic, co wyjdzie z twoich ust. Czy twój „mały ptaszek” jakoś się nazywa?
— To Jake Knightley, we własnej osobie. Jest zachwycony, że weźmiesz udział w jego pokazie. Geoffrey nie będzie mógł wystąpić, a ty jesteś na tyle podobnej budowy, że nie trzeba będzie przerabiać ciuchów.
To nie paranoja, że natychmiast podejrzewam, że stoi za tym coś więcej, niż zbieg okoliczności, pomyślał Draco. Nie, kiedy ma się do czynienia z AZL.
— Co z nim?
— Och, rozchorował się. Twierdzi, że to grypa. Znaczy, że przeholował z prochami, albo alkoholem. Albo i z tym, i z tym.
Zatem AZL łagodnie go potraktowało. Draco był wdzięczny, że nie zobliviatowali Geoffreya i nie zostawili go w jakiejś bocznej uliczce Rzymu, Miami, czy Addis Abeby.
Daniel nie wydawał się zaniepokojony.
— Cieszę się — powiedział do Draco. — To doskonała okazja i miejsce, jeśli chcesz zrobić furorę na wybiegu. Co sprawiło, że zmieniłeś zdanie?
Groźby Carra przemknęły Draco przez myśli. Teraz, gdy Harry’ego nie było w jego życiu, będzie miał o wiele więcej czasu, niż będzie potrafił wypełnić, a Knightley od tygodni delikatnie naciskał go, by rozważył kwestię kariery w modelingu. Oczywiście, będzie musiał trochę podróżować: Mediolan, Paryż, Nowy Jork. Nigdy nie był w Ameryce — może będzie miał szansę zatrzymania się w apartamencie Malfoyów, zanim przejmie go ministerstwo.
— Myślę, że po prostu przyszedł na to czas.
— Cóż, dobra. Ale to oznacza, że będę się z tobą częściej spotykać. Kto przyucza cię do zawodu?
— Alex. — Draco pracował z Alexem już kilka razy i sądził, że chłopak ma więcej cierpliwości, niż większość stałych bywalców JayKay. — Jak tylko skończysz. Znaczy, jeśli kiedykolwiek skończysz.
— Nie igraj dziś z moim temperamentem, Smoczku, albo ten róż nie będzie najgorszą rzeczą, która spotka twoje włosy. — Daniel przyjaźnie pociągnął Draco za kosmyk, by podkreślić, że jego groźby nie są poważne.
— A tak w ogóle, to czemu, na Boga, ktokolwiek uważa, że różowowłosy facet sprzeda więcej ciuchów?
— Zupełnie tego nie chwytasz, co? Ale z ciebie niewiniątko. — Daniel pochylił się i wyszeptał Draco do ucha: — Androgeniczność.
— Co?
Daniel wyprostował się i pełnym samozadowolenia tonem powtórzył:
— Androgeniczność. To cały ty, przyjacielu.
— Nieprawda — odgryzł się Draco.
Au contraire7, Smoczku, tak twierdzę. Ja tak twierdzę, Jake tak twierdzi, wszyscy, którzy tu pracują, tak twierdzą, a nasi klienci wykładają niezłą kasę, by to stwierdzić…
Draco zacisnął usta, usiłując nie wyglądać, jakby się dąsał, a Daniel nucił cicho i radośnie: Każdy to wie.
— Nawet twój aż-za-bardzo-heteroseksualny gejowski chłopak jest tego świadomy. O wilku mówiąc…
Harry się dziś spóźnia. Czy w środy nie chodzicie zwykle na randkę z cyklu „sushi na lunch”?
Draco poczuł jak ściska mu się żołądek i z trudem zwalczył mdłości. Obiecał sobie, że nie będzie o tym mówić.
— On nie przyjdzie.
— Mam się odważyć spytać: czemu nie?— Daniel spojrzał na niego gwałtownie.
— Nie ma znaczenia, czy masz na to odwagę, czy nie. I tak zapytasz. — Minęła dłuższa chwila, zanim się przyznał: — Wczoraj wieczorem się pokłóciliśmy.
— Kłótnia? Och. — Daniel chwilę nabierał w garść silnie pachnącej pianki, po czym pewnie nałożył ją na włosy Draco. — Daj mi chwilę. Usiłuję ukryć moją schadenfreunde8. Odkąd my, Brytyjczycy, okazaliśmy się zbyt taktowni na takie słowo, utknąłem z niemieckim określeniem.
Draco nie kłopotał się ukryciem własnej irytacji.
— Cóż, cieszę się, że ktoś znajduje upodobanie w moich problemach — mruknął.
— Jesteś niesprawiedliwy. — Daniel kontynuował masowanie skóry głowy Draco. — Jeśli podejrzewałbym, że to była poważna kłótnia, nie żartowałbym. Ale szybko dojdziecie do porozumienia.
Początkowo Draco nie wiedział, jak zareagować. To nie była wypowiedź, której mógłby spodziewać się po Danielu.
— Nie, to już naprawdę koniec — oznajmił, choć Daniel nie słuchał, więc Draco równie dobrze mógł nic nie mówić.
— Teraz, jeśli byłbym sprytniejszy — Daniel zwrócił się do Draco — kusiłbym cię, byś opowiedział mi o tym przy drinku. Albo przy sześciu. Potem zaproponowałbym ci mój wyjątkowy sposób na pocieszenie.
— Jasne. Co na to twój chłopak?
Daniel, nietypowo, umilkł, a później powiedział:
— Nic. Zerwaliśmy.
— Co? Kiedy? — wyjąkał zaskoczony Draco.
— Jakiś miesiąc temu. Pięć tygodni, trzy dni, jakieś godziny i minuty temu, ale kto by to liczył? — Daniel się nie uśmiechał.
— Przykro mi.
— Tak, mnie też. Ale nie chciałem się zmienić. — Zmusił się, by wypowiedzieć ostatnie słowo, jakby było nieprzyzwoite. — Nie w kogoś takiego, kogo on by chciał.
— Co masz na myśli?
Draco zaskoczyło rozgoryczenie bijące z głosu Daniela.
— Jeremy uważał, że byłoby najlepiej, gdybym z powrotem ukrył swoją orientację. Twierdził, że byliśmy — jakiego słowa użył? — zbyt oczywiści. „Nie zawsze wszystko musi być cholernym pokazem ruchu gejowskiego, Danielu”. Tak, jakbym to ja miał potrzebę gloryfikowania mojego wewnętrznego heteroseksualisty.
Cóż, to dostatecznie wyjaśniało powód ich rozstania.
— Dupek przywłaszczył sobie nasze pieprzone psy. Nie jest zbyt hetero, jeśli nie ma nic przeciwko ich zatrzymaniu. Po prostu robi mi na złość. Znaczy, kogo on chce oszukać, chodząc po Holland Park9 z trzema naprawdę pedziowatymi psami? Założę się, że używa ich do podrywania seksualnie uniwersalnych chłopców, którzy w weekendy uprawiają seks z dziwnymi ludźmi. Naprawdę powinieneś zobaczyć te psiska, Smoku. Cóż, teraz już za późno. Ale to są Bichons Frises, wiesz? „Hau, hau, spójrz na mnie, taki ze mnie gejowski psiak.”
Draco nie mógł się nie uśmiechnąć, gdy sobie to wyobraził.
— Jak długo byliście razem?
— Nieco ponad trzy lata. Byliśmy… Cóż, byliśmy, ale teraz nie jesteśmy.
— Przykro mi — powtórzył Draco.
— Przykro ci, ale nie jesteś zaskoczony? Często to słyszę. Przypuszczam, że jesteś zwolniony z konieczności powiedzenia tego, bo nigdy nie spotkałeś Jeremy’ego. To zabawne, ale kiedy byliśmy parą, nikt nie miał o nim nic złego do powiedzenia. Teraz nagle wszyscy spieszą, by wyznać, że tak naprawdę uważali, że do siebie nie pasujemy.
Draco nie oczekiwał, że ktokolwiek inny w tak rzeczowy sposób wyrazi jego własne obawy. Przyzwyczaił się myśleć, że on i Harry jako para, byli unikatowi we wzbudzaniu powszechnej dezaprobaty.
— Czy to ważne, co sądzą twoi przyjaciele? — spytał. Wydawało mu się, że to jedyna słuszna rzecz, którą można było powiedzieć. W końcu on sam powtarzał to sobie ciągle.
— Draco, żaden człowiek nie jest samotną wyspą. — Daniel spojrzał na niego znacząco. — Oczywiście, że to ważne. Głównie z tego powodu, że zaczynam myśleć, że mają rację. Więc wybrałem z tego kilka stosownych banałów — pozwolisz, że ci je przytoczę? To wszystko wyjdzie ci na dobre. Taki ładny banał bez najmniejszego nawet przesłania. A co powiesz na odrobinę filozofii fatalistycznej? Widocznie tak miało być? A dla sentymentalnych zawsze zostaje: Jeśli kogoś kochasz, pozwól mu odejść.
— Pewnego dnia spojrzysz wstecz i będziesz za to wdzięczny — powiedział Draco z figlarnym półuśmiechem.
— Dobre! Tak! Zazwyczaj następujące po: Gdzieś tam jest ktoś szczególny, kto jest przeznaczony właśnie tobie. — Daniel podniósł kolejną dużą butelkę i energicznie nią potrząsnął. Gwałtownie otworzył korek, wycisnął sporą ilość kosmetyku na dłoń i zaczął wmasowywać go we włosy Draco.
Draco próbował nie drgnąć w odpowiedzi na kontakt z zimnym płynem, choć silne palce pocierające skórę jego głowy szybko ją rozgrzewały.
— Wierzysz w to, Danielu? Że gdzieś tam, dla każdego z nas, istnieje doskonały partner?
— Prawdziwy romantyczny ideał? Nie, nie bardzo. Tak serio, co jeśli twoja bratnia dusza żyje gdzieś w Botswanie? Jak się spotkacie? No, chyba że twój idealny partner jest tuż pod nosem. Wtedy, jak sądzę, to zadziała — mówiąc, Daniel spowolnił masaż. — A ty wierzysz?
— E… nie.
— Cóż, jesteś wyjątkiem potwierdzającym regułę. W szkole, przez lata, miałeś Harry’ego tuż pod nosem, prawda?
— No więc… Nie byliśmy przyjaciółmi, jeśli o to ci chodzi. — Nagle ponownie wkroczyli na niepewny grunt. Spojrzał w górę i zobaczył w lustrze, że Daniel szczerzy się do niego.
— Założę się, że mieliście romantyczne pierwsze spotkanie.
— Co?
— Romantyczne pierwsze spotkanie — powtórzył Daniel. — Wiesz, jak w każdym filmie z Meg Ryan.
— Nie — stwierdził stanowczo Draco, ponownie zakłopotany, ale zdeterminowany, by zejść z tematu Harry’ego. — Dlaczego? Czy pierwsze spotkanie twoje i Jeremy’ego było romantyczne?
— Raczej pijackie — parsknął rozbawiony Daniel. — Po ósmym drinku okazało się, że Jeremy nie jest tak heteroseksualny, jak myślał, gdy rozpoczynał imprezę. Choć następnego ranka mnie zaskoczył. Spodziewałem się odzywki „byłem pijany i nic nie pamiętam”, ale on został. Przez pierwszy rok naprawdę dobrze się bawiliśmy. I wtedy dopadła nas rzeczywistość. W końcu dotarło do niego, że posiadanie wyzwolonego gejowskiego chłopaka prawdopodobnie nie pomoże mu w zrobieniu kariery. Jeremy jest przedstawicielem handlowym firmy farmaceutycznej, co oznacza, że musi udzielać się towarzysko wśród tłumu konserwatystów. I to tego rodzaju, który uważa, że ostatnim przyzwoitym władcą była cholerna królowa Wiktoria. Można powiedzieć, że stałem się oczywistym obciążeniem.
— Może to po prostu miało się nie udać — zakomunikował Draco, przeciągając samogłoski, a Daniel o pacnął go po przyjacielsku.
— Dupek. — Fotel Draco został przechylony do tyłu. — Płukanie.
Draco zamknął oczy i przygotował się na szok termiczny wywołany zimna wodą, którą Daniel mógłby go potraktować po tej szyderczej uwadze, ale tamten poczekał, aż woda była idealnie ciepła, nim zaczął spłukiwać pachnący balsam.
— No i? Działa? — mruknął Draco, gdy palce Daniela sunęły przez jego włosy. Uwielbiał być tak rozpieszczany, ale nie mógł przestać się martwić; nie ośmieliłby się pokazać Severusowi z różowymi włosami, bo mistrz eliksirów nigdy nie pozwoliłby mu o tym zapomnieć.
— Cierpliwości, kochanie. Dowiemy się, gdy wysuszymy ci włosy.
— A nie możesz…
— Ciii, skarbie. Właśnie dlatego to ja jestem ekspertem, a ty tylko ładną buźką. — Daniel roześmiał się beztrosko z własnego żartu. — Robimy, co możemy, by utrwalić gejowski stereotyp.
— Mów za siebie.
— Och, mówię. Stanowczo i wyraźnie. Tylko po to, by ich zdenerwować. — Daniel owinął cudnie podgrzany ręcznik wokół głowy Draco.
— Jesteś zdrowo stuknięty. A do tego niezły z ciebie kutas — rzucił Draco z pojednawczym uśmiechem.
— Hej, gdybym był kutasem choć w jednej dziesiątej tego, co twierdzi Jeremy, to powiedziałbym ci, że najwyraźniej tobie i Harry’emu nie było pisane albo usiłowałbym wepchnąć między was swojego fiuta. Ale moja szlachetna natura nie pozwala mi zmienić się w chamskiego oportunistę, więc niech moje usta zostaną zamknięte na wieki.
— Jasne.
— I znów wróciliśmy do Harry’ego, a ja jestem bezmyślnym dupkiem. Po prostu się zamknę, dobra?
— A to w ogóle możliwe?
— Nie. Chyba nie. — Daniel uśmiechnął się przepraszająco. — Ale skoro już o tym mowa… Słuchaj, Draco, jesteś pewny, że dobrze go zrozumiałeś? Bo muszę ci powiedzieć, że wasze rozstanie było ostatnią rzeczą, o której mógłbym pomyśleć, widząc was razem. To nie przypadek „przykro mi, ale nie jestem zaskoczony”. Jestem zaskoczony. I to bardzo.
Najpierw Draco ogarnęły wątpliwości, ale zaraz potem przypomniał sobie wszystkie chwile z ostatnich tygodni, kiedy Harry, przekonany, że Draco nic nie zauważy, dał się przyłapać — był jakiś nieobecny, wyglądał, jakby czuł się niekomfortowo. Potajemnie Draco miał nadzieję, że Daniel będzie w stanie mu powiedzieć, jak długo będzie się czuł, jakby ktoś kopnął go w brzuch za każdym razem kiedy usłyszy nazwisko Potter.
— Nie. Jestem pewny. I zapewniam cię, że istnieje wielu przyjaciół Harry’ego, którzy powiedzą „przykro nam, ale nie jesteśmy zaskoczeni”. Tyle, że zamiast przykro nam, powiedzą wreszcie.
— Na pewno przesadzasz. Co mówią twoi przyjaciele?
Milczą jak grób, pomyślał Draco, zaskoczony tym, jak gorzko zabrzmiało to w jego własnej głowie.
— Cóż, powiedz mi po prostu, co myślisz.
— Powiem. Czuję potrzebę sypnięcia kolejnym frazesem, albo nawet dwunastoma, ale takimi szczególnie dobrymi, co robi wyjątkowo ironiczne wrażenie. Pomyślmy, Rogers i Hammerstein10 powiedzieliby, że to wymaga piosenki…
Ku zdumieniu Draco, Daniel zaczął z zapałem śpiewać, wykazując nawet pewien talent.
— … Wymyję tego gościa z mojej głowy
Daniel podkreślał głośniejsze wejścia chóru, wymachując grzebieniem, jednocześnie podnosząc głos ponad szum suszarki. W końcu zarówno piosenka, jak i suszenie, dotarły do finału i Daniel odwrócił fotel w stronę lustra.
Draco delikatnie odchrząknął.
— Daniel. Słuchaj. Eee… dziękuję… — Miał nadzieję, że Daniel wyczyta z tego więcej, niż mógł głośno powiedzieć — …ale one nadal są różowe.


Koniec rozdziału drugiego



1 „Did they get you to trade your heroes for ghosts? Hot ashes for trees? Hot air for a cool breeze? Cold comfort for change? Did you exchange a walk-on part in the war for a lead role in a cage?” Wish You Were Here — Pink Floyd, tłumaczenie własne;
2 „I can’t explain, you would not understand, this is not how I am.” Pink Floyd — Comfortably Numb, tłumaczenie własne;
3 w oryginale mamy Peacock i Peahen — jak ktoś ma lepszy pomysł, prosimy o PW;
4 „Look at us, baby, up all night, tearing our love apart, Aren’t we the same two people who lived through years in the dark? ” I Can’t Tell You Why — The Eagles, tłumaczenie własne;
5 dla zainteresowanych: o twórczości Johna Constable’a
- http://historia.sztuki.eu/obrazy-johna- ... a/168.html i obraz: http://cache2.allpostersimages.com/p/LR ... isbury.jpg
6 „What are all these voices outside love’s open door, Make us throw off our contentment and beg for something more? ” Heart of the Matter — Don Henley, tłumaczenie własne;
7 fr. „Au contraire” — wprost przeciwnie;
8 niem. „schadenfreunde” — to określenie oznaczające podnoszenie się na duchu na podstawie nieszczęścia kogoś innego, czerpanie radości z cudzego nieszczęścia;
9 http://en.wikipedia.org/wiki/Holland_Park
10 Richard Rodgers i Oskar Hammerstein – amerykańscy twórcy musicali. Uważani za najistotniejszy, najbardziej kreatywny i twórczy tandem w tej dziedzinie sztuki. Każdy zna któryś z ich utworów, nawet jeśli nie jest tego świadomy :) Cytat: I’m gonna wash that man right outta my hair, którego używa Daniel, to fragment piosenki pochodzącej z musicalu o tytule „South Pacific”.
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez gyniol » 16 lut 2013, o 21:47

Chcę jeszcze...

Ten rozdział tylko bardziej pomieszał mi w głowie i rozzłościł na chłopaków, przez ich głupotę.
To takie charakterystyczne dla Draco, że gdy się boi, to przechodzi do ataku. Tym razem nie było inaczej, ale Harry nie jest bez winy, bo przecież wszystkie wiemy, że ma "uczucia wypisane na twarzy" i nie potrafi czegoś utrzymywać w tajemnicy. Szczególnie, jeśli chodzi o taką rewelację, związaną z przeszłością ślizgona!
Ta gorycz pomiędzy nimi przepływa na czytelnika, i przez to jestem nieusatysfakcjonowana. Jak w "1000.." każdy rozdział powoli ukazywał nam to rodzące się uczucie, tak tu zmierza ono ku destrukcji.
Może to mój dzisiejszy humor, a może o to chodziło aktorce, ale przygnębił mnie ten rozdział i mam ochotę dać im po głowie.
Jedyną pociechą był Daniel, oczywiście. Jego dialogi z Draco są genialne, a postać tak kolorowa i pocieszna! ;)

Życzę weny i wytrwałości. Dziękuję też, za kolejny rozdział. Jesteście niesamowite, że wkładacie w to tyle pracy i czasu. :)
" - Z miłością jest jak z kolką nerkową. Dopóki cię nie chwyci atak, nawet sobie nie wyobrażasz, co to takiego. A gdy ci o tym opowiadają, nie wierzysz
- Coś w tym jest - zgodził się wiedźmin
- Ale są i różnoce. Przed kolką nerkową rozsądek nie chroni. Ani jej nie leczy
- Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno.
- Głupota raczej"
"Pani Jeziora" A.Sapkowski
gyniol Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 20
Dołączył(a): 4 lis 2012, o 12:56

Postprzez Ka » 17 lut 2013, o 16:11

Mam ochotę skopać tyłki wszystkim po kolei. Cholernym aurorom, Draco, Harry'emu, wszystkim.
Ale jestem pod wrażeniem, że Harry postanowił jednak porozmawiać z Draco.

Idę coś kopnąć.

Edit: Tak mi jeszcze przyszło do głowy - najgłupsze jest, że gdyby Draco nadal milczał, to Harry mógłby dojść do słowa i tego głupiego nieporozumienia by nie było.
Ostatnio edytowano 20 lut 2013, o 22:36 przez Ka, łącznie edytowano 1 raz
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Evey » 19 lut 2013, o 23:10

Wypadłam trochę z rytmu, jeśli chodzi o nadążanie z fikiem i przypominaniem sobie kolejnych rozdziałów, ale wszystko się powoli układa. Nie podoba mi się to, w jakim kierunku to wszystko na razie zmierza. Jest tak... ciężko. I duszno. Wszystko się nagle psuje i chłopcy nawzajem nie mają dla siebie żadnego uzasadnienia, bo nie potrafią rozmawiać. Nie lubię takiej "ciszy" właśnie, tego niedopowiedzenia rodzącego konflikty. Mam nadzieje, że wreszcie się porozumieją.
Wybaczcie, że tak mało, ale tak na prawdę nie wiem, co mogłabym więcej tu przekazać. Wydaje mi się, że sequel różni się bardzo klimatem od tekstu pierwszego, ale może to dlatego, że czytam po kolei rozdziały, a nie wszystko w większości. Jest jakoś tak dziwniej i inaczej. Co nie zmienia faktu, że niecierpliwie czekam na kontynuację, bo na prawdę robicie tu dużo dobrej roboty. Trzymam kciuki i życzę powodzenia w dalszym tłumaczeniu.
Nasza miłość na pewno wciąż trwała, ale po prostu była bezużyteczna, [...] bezwładna w nas, jałowa jak zbrodnia lub potępienie. Była tylko cierpliwością bez przyszłości i upartym czekaniem.
A. Camus, Dżuma
Evey Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 327
Dołączył(a): 2 lip 2011, o 11:39
Lokalizacja: Kraków

Postprzez TEAM DRARRY » 28 lut 2013, o 20:42

Bardzo dziękujemy za komentarze i zapraszamy na kolejny rozdział.
Tłumaczyła Kaczalka, betowała Lasair.



Rozdział 3

Czekając na coś lub na kogoś, kto pokaże ci drogę.
(„Time”, Pink Floyd)*

— Nie powinnam tu przychodzić.
Hermiona widziała, że Snape już szykuje się do wygłoszenia prawdopodobnie zwięzłego komentarza, ale uniosła rękę, żeby go powstrzymać. Rano w pośpiechu ułożyła swoje przemówienie i dopracowała je w czasie drogi przez Hogsmeade. Była zdecydowana, że wyłoży, o co jej chodzi, zanim opuści ją odwaga, ale irytowało ją, że zgodziła się na spotkanie w lochach. Zbyt mocno kojarzyło jej się to z ich ostatnią, niefortunną rozmową.
— Jeśli ministerstwo dowie się, że cokolwiek panu powiedziałam, to stracę pracę. Ale kiedy mnie pan wysłucha, to zrozumie, czemu tu jestem. I dziękuję, że przyjął mnie pan tak szybko.
Cholera. Tak powinna zacząć.
Snape ledwie widocznie skinął głową w geście tak niegościnnym, jak się spodziewała, wzięła więc uspokajający oddech i mówiła dalej:
— Niełatwo mi zacząć, bo chodzi o Draco. Kiedy widzieliśmy się poprzednim razem i pytałam o niego, cóż... — Hermiona spróbowała mówić wolniej, by nie brzmieć jak kompletna idiotka. — Proszę uwierzyć, nie mam na jego punkcie obsesji. Dostałam już nauczkę. Zdaję sobie sprawę, że prawie zrujnowałam mu życie podejrzeniami, że to on rzucił klątwę na Harry’ego. Tak naprawdę właśnie dlatego, iż jestem mu coś winna, uznałam, że warto zaryzykować i tu przyjść.
Snape przyglądał jej się, nie okazując najmniejszej oznaki zachęty, przez co Hermionie zdawało się, jakby znów miała jedenaście lat.
— Uważam, że Draco ma kłopoty — powiedziała, decydując się wyłożyć karty na stół. — A pan jest jedynym człowiekiem, do którego mogłam się zwrócić. I któremu mogę zaufać.
Odchylając się do tyłu na krześle i układając przed sobą dłonie w wieżyczkę, Snape okazał jedynie ślad rozdrażnienia.
— Być może, jeśli zacznie pani od początku, nasze spotkanie nabierze jakiegoś sensu, panno Granger.
Hermiona absolutnie nie zamierzała pozwolić, by wytrącił ją z równowagi.
— Dobrze. Mniej więcej miesiąc temu rozpoczęłam pracę w Departamencie Restytucji. Teraz jestem odpowiedzialna za uregulowanie wszelkich roszczeń ministerstwa w stosunku do zajętych majątków. — Hermiona znów poczuła się pewnie i bez pośpiechu zrelacjonowała polityczne spory, które doprowadziły ją na nową posadę, a co za tym idzie, jak odkryła nieprawidłowości, których dopuścili się urzędnicy względem posiadłości Malfoya. Kiedy wyznała, że podzieliła się informacjami z Redmundem, Snape zaczął wykazywać zainteresowanie.
Gdyby w czasie tego spotkania stali na równych pozycjach, Hermiona zapewne nie wyznałaby mu wszystkiego bez zastrzeżeń. Ale tak samo, jak z powodu swojego błędu miała dług wobec Draco, była też coś winna Snape’owi i dlatego starała się kontynuować, okazując mu należyty szacunek.
— Kobieta, którą zastępuję, to ta samą, którą podejrzewaliśmy o kradzież z kont Malfoya... Uczyła się tu, w Hogwarcie. Przypuszczam, że ją pan znał. Coretta Dovecote.
Snape nagle zmarszczył brwi.
— Tak, wiem, o kogo chodzi.
— Razem z Redmundem wytropiliśmy wszystkie podejrzane rachunki. Wygląda na to, że defraudacją zajmowała się jedynie w ostatnim miesiącu pracy.
— Czy Draco wie, że interesuje się pani jego majątkiem?
— Och, nie. On i Harry nie lubią w ogóle rozmawiać o ministerstwie... Cóż, nic dziwnego. Nie pytali.
— Jednakże nic, co dotąd usłyszałem, nie wyjaśnia pani wizyty. Zdaje się, że razem z Redmundem całkiem nieźle radzicie sobie w badaniach tych malwersacji.
— Jest coś jeszcze.
Nadeszła pora na tę część opowieści, która zdaniem Hermiony powinna wzbudzić ciekawość Snape’a, inaczej istniało wielkie prawdopodobieństwo, że może ją stąd wyrzucić, na koniec racząc niemiłym komentarzem, żeby swoimi szalonymi teoriami podzieliła się z profesorem wróżbiarstwa. Na jej szczęście złapał przynętę.
— Proszę mówić dalej.
— Dzisiaj rano odwiedził mnie auror, który chciał wykorzystać konto Malfoya do zapłacenia pewnego rachunku. Przyniósł go osobiście, zamiast przekazać za pośrednictwem wewnętrznej poczty. Cały czas był miły i czarujący, prawił mi komplementy i ogólnie zachowywał się w sposób, w jaki niektórzy mężczyźni postępują z nieznajomymi kobietami. A ponieważ moje podejrzenia wzbudzał każdy, kto miał coś wspólnego z rachunkami dotyczącymi posiadłości Draco, udawałam, że dałam się nabrać i poprosiłam, by powiedział mi coś o sobie. Okazało się, że nie jest zwykłym aurorem, a Aurorem z Zachodniego Londynu. Ted Macumber. Zna go pan?
Snape przytaknął, teraz już wyraźnie zainteresowany.
— Krukon. Skończył szkołę osiem lat temu.
— Tak więc zaczęłam się zastanawiać, czemu AZL korzysta z konta Draco. A gdy zobaczyłam fakturę, w mojej głowie rozbrzmiały dzwonki alarmowe. To był rachunek za osiem biletów na jutrzejszą imprezę w Londynie. — Hermiona nie mogła się oprzeć i przerwała dla zwiększenia efektu swoich słów. — A imprezą tą jest pokaz mody studia JayKay.
— Studia Draco.
— Dokładnie. Niewątpliwie mugolskiego studia.
Snape przed dłuższy czas siedział, nic nie mówiąc, ale Hermionie wydawało się, że w jego oczach dostrzegła coś na kształt uznania.
— Ma pani ochotę na filiżankę herbaty, panno Granger? — zapytał w końcu.
Hermiona ucieszyła się w duchu, wiedząc, że złamała przynajmniej pierwszą warstwę jego podejrzliwości.
— Tak, dziękuję.
Czekała, aż da jej jakiś znak, by wznowiła opowieść, jednocześnie obserwując rytuał przygotowywania naparu, jak gdyby siedziała w jakiejś japońskiej herbaciarni. Wiedziała, że Snape debatuje sam ze sobą, na ile może jej zaufać, co jej powiedzieć i jak właściwie wycenić wartościowe informacje, których zapewne będą używali niczym cennych monet.
— Gdy przeczytałam nazwę studio, przyszły mi do głowy dwie rzeczy i żadna z nich mi się nie spodobała — odezwała się Hermiona. — To całkowicie zależy od tego, czy Draco wie o niespodziewanym zainteresowaniu AZL jego osobą. Jeśli tak, to oznacza, że z nimi współpracuje, choć nie mogę sobie wyobrazić z jakiego powodu. Nie po tym, co zrobiło mu ministerstwo. A jeśli nie wie... to może powinien się dowiedzieć.
Hermionie byłoby dużo łatwiej, gdyby Snape pomógł jej pociągnąć rozmowę, a nie milczał z uporem. Walczyła z własnym zniecierpliwieniem na ten ich powolny, przeciągający się taniec. Czy on nie zdaje sobie sprawy, ile ryzykuje, mówiąc mu cokolwiek?
— To właśnie powód, dla którego tu przyszłam. Był pan mentorem Draco w czasie wojny, więc pomyślałam, że jeśli zaangażował się w coś, w co nie powinnam wtykać nosa, zapewne pan o tym wie. Jeżeli każe mi pan zostawić go w spokoju, zrobię tak bez zadawania dodatkowych pytań.
— A jeżeli nie wiem?
— Jeżeli nie, jest pan najbliższą mu osobą, więc miałam nadzieję, że coś mi pan poradzi. Ostatnim razem, gdy tu byłam, pytałam, czy Draco można zaufać. Teraz wiem, że można. To ministerstwa nie jestem pewna.
Snape nie mówił nic tak długo, że gdy w końcu się odezwał, zabrzmiało to, jakby ogłaszał końcowy wyrok.
— Nie jestem świadomy, by Draco pracował z AZL. W rzeczywistości byłbym zdziwiony, gdyby coś takiego miało miejsce. Żaden z nas nie miał z nimi w czasie wojny jakichkolwiek kontaktów.
W jakiś sposób Hermiona wiedziała, że jeśli tylko okaże cierpliwość i poczeka, usłyszy coś więcej, ale Snape powiedział tylko:
— Wyjdźmy na zewnątrz.
Kolejna warstwa podejrzliwości została złamana.
Stosując się do niewypowiedzianej umowy, milczeli, gdy szli przez wiekowe pomieszczenia. Przy każdej rzadkiej wizycie tutaj Hermiona czuła się zaskoczona, jak wszystko w Hogwarcie wydawało jej się teraz małe: Wielka Sala nie była już taka ogromna jak pamiętała, korytarze nie takie rozległe i nieskończone jak wtedy, gdy gnała nimi, bojąc się spóźnić na lekcję.
Kadra nauczycielska również nie była już tak niezwyciężona, jak kiedyś wierzyła. Snape należał jednak do rzadkich wyjątków i Hermiona wcale nie żałowała, że postanowiła mu się zwierzyć, nieważne jak wiele ją to kosztowało. Gdyby tylko nie zachowywał się jak wzorcowy Ślizgon — to był jedyny dom, którego członków w przeszłości nie udało jej się pojąć. Ich tajemnicza natura, nieprzeniknione myśli i nieprzewidywalne działania — wszystko to zawsze sprawiało, że czuła się niewygodnie.
Szli obok siebie. Jak na tę porę roku było nietypowo ciepło — rodzaj pogody, która jej mugolskich przyjaciół niezmienne inspirowała, by poruszać problem przerażającego globalnego ocieplenia.
Wcześniejszy deszcz zmienił się w mgłę i sprawił, że marmurowy faun przy ścieżce błyszczał jak żywy. Ciche ćwierkanie ptaków brzmiało, jak gdyby rozlegało się zaledwie centymetry od nich. Buty Hermiony zaczęły przemakać, zanim w ogóle pomyślała o rzuceniu zaklęcia odpychającego wodę. Snape z kolei wyglądał na kompletnie wodoodpornego.
W końcu zatrzymał się i spojrzał na Hermionę z zupełnie nieczytelnym wyrazem twarzy.
— Jest coś, o czym zapewne pani nie wie. Coretta Dovecote jest siostrą Teda Macumbera. A dokładniej przyrodnią siostrą. Chociaż byli sobie bliżsi niż to ma zwykle miejsce w przypadku rodzeństwa.
Oświadczenie okazało się tak zaskakujące, że początkowo Hermiona nie wiedziała, o co zapytać w pierwszej kolejności.
— A jaki to ma z tym wszystkim związek? Pracowali razem? Czy Macumber jak jego siostra próbuje się łatwo obłowić i ma nadzieję, że jestem zbyt głupia, żeby to zauważyć?
— Być może. A może to AZL stoi za malwersacją.
— Ale dlaczego?
— Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że AZL nie ucieszy się z pytań na ten temat.
Hermionę przeszedł dreszcz, za który winę z pewnością nie ponosiła wilgoć.
— Czyli radzi mi pan, żebym się wycofała.
— Właściwie to nie, panno Granger. Sądzę jednak, że musimy działać bardzo ostrożnie.
Hermiona była tak pochłonięta myślami o AZL, że niemal umknęła jej implikacja słów Snape’a.
— My?
— Czyżbym się mylił? Nie przyszła pani do mnie po pomoc?
— No tak, ale... — Hermiona przerwała, by spojrzeć na pozbawioną emocji twarz swojego byłego profesora.
— Bardzo dobrze. W takim razie właśnie ją oferuję.
— Dziękuję — mruknęła Hermiona prawie jak w transie.
Snape wznowił spacer w celowo powolnym tempie, zapewne po to, żeby mogła za nim nadążyć.
— Postąpili raczej nieroztropnie, korzystając z majątku Draco, by zapłacić za bilety — powiedział niemal do siebie. — Albo mają taki nieostrożny nawyk. Jestem pewien, że panna Dovecote nigdy nie zakwestionowałaby decyzji brata, gdyby utrzymała posadę, którą teraz zajmuje pani. — Umilkł i zamyślił się na chwilę. — Sądzę, że dowiemy się więcej, jeśli jutro wieczorem weźmiemy udział w pokazie. W najgorszym wypadku będziemy mieli okazję dokonać obserwacji i w razie rozwoju sytuacji powziąć odpowiednie działania.
— Uważa pan, że powinniśmy pójść oboje?
— Zapewniam panią, że jak najbardziej jestem w stanie uczestniczyć w mugolskiej imprezie bez przyciągania do siebie nadmiernej uwagi. Pozostawię szaty szkolne w szafie.
Hermiona usilnie starała się nie okazać rozbawienia na dziwaczny sposób, w jaki nagle zmienił temat.
— Nie, nie o to mi chodzi. Po prostu nie ma powodu, abyśmy przebywali razem. Jak wytłumaczymy to Draco?
— Wspomniał mi kiedyś mimochodem, że cieszyłby się, gdybym zobaczył, jak radzi sobie w... pracy. A dwie osoby są mniej widoczne niż człowiek samotny.
Jedna z zasad Zakonu.
— A trzy mniej niż dwie. W takim razie poproszę Deana Thomasa, żeby poszedł z nami. My... spotykamy się ze sobą, a Dean ma więcej wspólnego z Draco i studio niż ja. To znaczy, usprawiedliwienie nie będzie najsprytniejsze, ale całkiem prawdopodobne. — Zawahała się na moment. — Jak pan myśli, co odkryjemy?
Snape jedynie pokręcił głową, a Hermiona z zaskoczeniem uświadomiła sobie, że mgła, która pozwoliła im zachować prywatność, skryła też drogę i teraz prawie dotarli do bramy prowadzącej do Hogsmeade.
— Jutro wyślę panu sowę ze szczegółami — powiedziała. — Dean nie wie dokładnie, co robię w ministerstwie. Powinnam mu powiedzieć, na wypadek...
— Proszę zrobić to, co uważa pani za właściwe — przerwał Snape i Hermiona poczuła wdzięczność, choć niewielką, że daje jej swobodę. Przez to zdawali się bardziej jak partnerzy, co samo w sobie było zdumiewające.
— Bardzo doceniam pana pomoc, profesorze. To znaczy, wydaje mi się, że Redmund chciałby zrobić więcej... Wyjątkowo dba o interesy Draco. Jednak nie podzielił się ze mną niczym więcej niż informacją o rozbieżnościach w stanie konta. Przysięgam, że gdybym zapytała go o godzinę, najpierw musiałby zdecydować, czy muszę ją znać, a potem rozważyłby, czy to pomoże w czymś Draco. A i tak na koniec odpowiedziałby, że mamy gdzieś między trzecią a siódmą.
— Znam pana Redmunda. I wiem, jak potrafi chronić swoich klientów.
— Och, to jest delikatnie powiedziane. Na każdą rzecz, którą mi powiedział, przypada dziesięć, które zachował w tajemnicy. Dziś rano po wizycie Macumbera spróbowałam go odrobinę zirytować. Przyznał, że Macumber niedawno był w jego biurze razem ze swoim partnerem, niejakim Carrem, ale poza tym nie dowiedziałam się prawie nic.
Snape zatrzymał się tak nagle, że Hermiona zorientowała się dopiero, gdy dzieliło ich kilka kroków.
— Jeraldem Carrem? — zapytał, a sposób, w jaki to zrobił, na chwilę wprawił Hermionę w przerażenie.
— Tak, tak mi się wydaje. A czemu pan pyta? To ktoś, kogo powinnam się obawiać?
— I to bardzo. Proszę mi powiedzieć, czemu wizyta Macumbera w biurze Redmunda panią zaniepokoiła?
— Bo Macumber wspomniał coś mimochodem, kiedy ze mną flirtował. Była to raczej luźno rzucona uwaga o tym, jakie to niesprawiedliwe, że Draco może sobie pozwolić na najlepszych prawników. Dla udowodnienia swojej racji opisał wnętrze biura Redmunda.
— Napomknął, po co tam poszedł?
— Nie. Więc kim jest Carr?
— Jerald Carr to prawdopodobnie najmniej kontrolowany auror w AZL. W pewnych kręgach ma reputację osoby, która zawsze zwietrzy krew — wyjaśnił Snape z widocznym grymasem. — Jeśli się nie mylę, Redmund starał się przekazać pani coś ważnego, inaczej w ogóle nie wspomniałby nazwiska Carra. Pamięta pani dokładnie jego słowa?
Hermiona skupiała się przez chwilę.
— Powiedział, że Macumber i jego partner Carr odwiedzili go... nie, przeszkodzili mu wczoraj po południu. Było mu przykro, że nie posiada najświeższych informacji o Corettcie Dovecote, o które poprosiłam, ponieważ biorąc pod uwagę interes jego klienta, wizyta aurorów miała priorytet wyższy niż... zwykłe sprawy finansowe. Co uznałam za dziwne, jeśli o niego chodzi.
— Bardzo dziwne, biorąc pod uwagę kogoś, kto jest tak małomówny jak on, zgodzi się pani? Udało mu się panią poinformować, że Carr i Macumber wymusili na nim to spotkanie... Że nie było ono zaplanowane. Powiązał również to spotkanie z Corettą Dovecote i próbował dać pani do zrozumienia, że cokolwiek omawiali podczas wizyty, jest istotniejsze niż malwersacja.
— Istotniejsze dla...
— Dla Draco, oczywiście. Który, o czym przypadkiem wiem, także miał wczoraj po południu spotkanie z Redmundem.
Hermiona poczuła się kompletną idiotką, że nie zrozumiała przekazu prawnika. A jeszcze bardziej zdezorientowało ją, kiedy Snape również przeszedł przez bramę i ruszył ścieżką w stronę Hogsmeade.
Musiał dostrzec jej niepewność.
— W świetle tego, co właśnie od pani usłyszałem, panno Granger, sądzę, że powinienem postawić pani drinka. Zna pani miejsce o raczej niefortunnej nazwie Krwawe Ostrze Sinobrodego?

*

Wszyscy potrzebujemy odrobiny czułości — jak miłość może przetrwać w tak okropnych czasach?
(„The Heart of the Matter”, Don Henley)**

Daniel uznał, że włosy Draco wyglądają na zdecydowanie jaśniejsze niż przed obiadem. W rzeczywistości trudno było dostrzec w nich najmniejszy ślad różu. To tyle na temat wiary Draco w jego umiejętności.
— Hej, Smoczku! — zawołał, na co Draco zatrzymał się tuż przy drzwiach i spojrzał na niego z zaciekawieniem. — Spieszysz się do domu? Masz ochotę na drinka? A może jesteś już za dobry na starych kumpli, skoro szkolisz się na wybiegowego modela?
Zdawało się, że Draco ma zamiar odmówić, ale po chwili wykrzywił usta w jednym z typowych dla siebie uśmieszków.
— Jasne. Bardzo chętnie.
Och. Tak naprawdę Daniel wcale nie oczekiwał, że jego propozycja zostanie przyjęta, więc przeszył go dreszczyk emocji. Ale zaraz potem poczuł panikę, bo nie miał bladego pojęcia, gdzie zaprosić Draco. Zaplanował, że zatrzyma się w barze, do którego zwykle zachodził, kiedy chciał się napić, ale czy Płomień nie był zbyt pospolity dla kogoś, kto prawdopodobnie przywykł do spelunek wyższej klasy?
Z drugiej strony, niewątpliwie łatwiej będzie mu działać na znajomym gruncie. Do tego lokal mieścił się w niewielkiej odległości od jego mieszkania.
Obserwując, jak Draco zachowuje się w metrze, Daniel doszedł do wniosku, że nigdy wcześniej nie korzystał on z tak plebejskiego środka transportu. Naśladował każdy jego ruch i wyglądał przy tym niemal naturalnie, ale jego oczy były odrobinę zbyt skoncentrowane, wyraz twarzy zbyt skupiony i zbyt skrupulatnie starał się nie dotykać innych pasażerów. A kiedy Daniel przystanął, żeby pobrać z bankomatu trochę gotówki, Draco niemal zakrztusił się ze zdumienia, gdy ze ściany wypadł wydruk.
Barman Roy wykrzyknął swoje zwyczajowe głośne powitanie, po czym zamilkł, kiedy zauważył Draco wchodzącego za Danielem.
— Roy! Roy, mój drogi, wybacz, że złamałem ci serce... Och, przepraszam, przecież ty teraz nie masz serca, prawda? To mój... — Danielowi zabrakło odpowiedniego słowa, więc użył najbardziej neutralnego — ...przyjaciel. Ma ochotę na... — przerwał i spojrzał na Draco wyczekująco.
— Cóż, naprawdę nie wiem — odezwał się Draco, wymawiając słowa ze swoim szorstkim, eleganckim akcentem.
Daniel poczuł, jak puchnie z dumy.
— Cokolwiek zaproponujesz.
Roy przytaknął, ale rzucił mu sekretne spojrzenie, mówiące „dobra robota”, co Daniel równie sekretnie docenił. Roy nie był jedyną osobą, zerkającą na niego w podobny sposób, i Daniel wcale nie musiał zgadywać, czemu tak się dzieje.
Płomień należał do tych dyskretnych, londyńskich barów dla gejów, w których dosyć aktywnie starano się zniechęcać do odwiedzin przypadkowych heteroseksualnych klientów, chociaż od czasu do czasu zarabiał trochę na kobietach sympatyzujących z gejami. Niemniej nierzucająca się w oczy fasada i przeciętny wystrój w niemy sposób informowały turystów i pary mieszane: tutaj nie ma nic ciekawego.
Daniel bez cienia wątpliwości wiedział, że jego znajomi pojawią się wcześniej czy później, choć wczesna godzina nie sprzyjała jeszcze nawiązywaniu znajomości czy budowaniu nastroju — wszyscy byli zbyt trzeźwi. Niestety, już po chwili usłyszał niechciany i wcale nie tak trzeźwy krzykliwy głos dobiegający z kąta, który mijali.
— Wit-taj, piękne stworzenie! Musisz być jednym z modeli, o których Daniel zawsze tyle opowiada.
Maxwell. Cholera. Technicznie rzecz biorąc, jeden z przyjaciół Jeremy’ego, który z pewnością, gdy tylko stąd wyjdzie, rozsieje plotki wszędzie wokół. Przez sekundę Daniel myślał, że może nie stałoby się źle. Maxwell zdawał się pijany bardziej niż zwykle, co według Daniela nie było możliwe.
Draco już obrócił się, żeby odpowiedzieć.
— Tak, to prawda. Nazywam się Draco Malfoy, a ty...
— Maxwell Stuart. Dla przyjaciół Max.
— Cóż, Maxwell... — zaczął Draco, a Daniel nawet nie zadał sobie trudu, żeby ukryć rozbawienie z powodu tego subtelnego wyrzutu — ...miło cię poznać.
— Och, cała przyjemność po mojej stronie, naprawdę. Do diabła, Danielu, zawsze podejrzewałem, że z ciebie szybki zawodnik.
Pieprzony dupek.
— Oj, Maxwell, zachowuj się, bo postaram się, by Roy odciął cię od miłego źródełka, z którego tak chętnie czerpiesz dla odwagi.
Maxwell mruknął coś niewyraźnie, pogroził mu szklanką i zamilkł. Daniel skorzystał z okazji i zaprowadził Draco do najdalszego wolnego stolika.
Dwa drinki później słuchał jednym uchem, jak Draco skarży się na Fionę, najnowszy nabytek studia JayKay. Właściwie tematem była jej kolosalna głupota, co Draco uważał za kompletnie nie do zniesienia. Drugą połową mózgu, niezaangażowaną w rozmowę, Daniel mentalnie przesyłał przyjacielowi całą swoją gadatliwość. Jak gdyby przez samą osmozę — przefiltrowaną przez dzielące ich zadymione powietrze — mógł zmusić Draco do mówienia, dzięki czemu być może wszystkie brakujące informacje, które tak desperacko pragnął poznać, zaczną wypływać z jego ust.
— A potem ta kretynka zapytała mnie, czy to prawda, że dziewczyna nie może zajść w ciążę, jeśli prześpi się z gejem — oznajmił Draco z widoczną urazą. — Clarisse jej to powiedziała. Prawdopodobnie po to, żeby sprawdzić, jak wielką jest idiotką.
— Jezu.
Przez chwilę bez słowa dzielili oburzenie na głupotę ludzi w ogóle, a Fiony w szczególności.
Roy podkręcił aparaturę nagłaśniającą — jak Daniel podejrzewał, wartą dwa razy tyle, co reszta baru łącznie z trunkami. Musiał pochylić się, żeby usłyszeć cokolwiek poprzez pulsujące rytmy wygrywane przez INXS.
Muszę dać ci do zrozumienia, że jesteś w moim typie, śpiewał Michael Hutchence swoim kojąco-przepitym głosem, który zawsze sprawiał, że pod Danielem uginały się kolana. Poszukując osobistych więzi z muzyką tworzącą ścieżkę dźwiękową jego życia, zgadzał się z Michaelem całkowicie.
Stwierdził, że skoro obaj z Draco zostali porzuceni, to może przy użyciu odpowiednich umiejętności i finezji uda im się do siebie dopasować.
W tym celu posłał prosto do boga krótką modlitwę. Nie do tego konwencjonalnego angielskiego Boga, oczywiście; do tego, z którym wszystkie większe kościoły miały bezpośrednie połączenie, tego, który ujawniał się w starych filmach z Charltonem Hestonem, tego, który nie lubił, by ludzie zwracali się do niego po imieniu. Taki bóg był z reguły niedostępny facetom jemu podobnym. W rzeczywistości nie był od lat, od kiedy Daniel uświadomił sobie, że nie należy do tej samej „parafii”, co inni ministranci w Świętym Szczepanie. A szkoda, bo w Świętym Szczepanie wiecznie brakowało przyzwoitych tenorów.
Jego własny bóg był bardziej świadomy, trochę bardziej wyrozumiały, nie tak szybki, by swym świętym wzrokiem spoglądać z pogardą lub zakasywać rąbek swojej nieskalanej szaty i odwracać się z odrazą, bo przypadkowo otarł się o kogoś takiego jak on. Nigdy nie potępił Daniela za to, że noc po nocy zadręczał go gadaniem o Jeremym. Nie mówił dużo... Tak naprawdę do tej pory nie odezwał się ani raz, ale był wyjątkowo dobrym słuchaczem. Daniel miał pewność, że jego bóg lubił, gdy zwracano się do niego po imieniu, a że Jehowa było słowem kłopotliwym do wymówienia, nazywał go po prostu Jack.
W połowie drugiego drinka Draco wreszcie wspomniał mimochodem o Harrym. A dopiero gdy Roy podał im po trzeciej szklance, ujawnił coś istotnego.
— Nigdy nie mieliśmy być ze sobą, Harry i ja — powiedział, jak gdyby Daniel sądził, że mówi o parze tragicznych kochankach. — Nic więc dziwnego, że się nie udało.
— Jak długo? — Danielowi chodziło o to, jak długo byli parą. Nie wiedział, kiedy się ze sobą zeszli, ale raczej niezbyt dawno. Może kilka miesięcy temu, na pewno nie lat. Jednak Draco zinterpretował jego pytanie inaczej.
— Spotkaliśmy się, gdy mieliśmy po jedenaście lat. W pociągu do Szkocji. Do szkoły.
— O, Chryste. Harry był cudownie maleńki i chudziutki? A ty?
— Nie wyglądał tak, jak sobie wyobrażałem — odparł Draco z lekkim uśmiechem.
— Czyli znałeś go wcześniej?
Draco nagle się zaniepokoił.
— Nie, tylko... Słyszałem o nim. Trochę. W sumie nic wielkiego. Tylko plotki z trzeciej ręki.
— A potem zaprzyjaźniliście się w szkole?
— Och... Nie, niezupełnie. Po pierwsze, nie byliśmy w tym samym domu. Harry... zaprzyjaźnił się z innymi, jak choćby z Hermioną czy Deanem. — Draco zachowywał się teraz w ten sam ostrożnie nonszalancki sposób, jak robił to wcześniej w metrze.
— Czegoś mi nie mówisz — oświadczył Daniel. — I chyba wiem, co to jest.
— Nieprawda.
— Albo ty byłeś w nim zakochany, albo on w tobie. No dalej. Mam rację?
Draco wyglądał, jakby mu ulżyło.
— Nie, nie masz. Ani trochę.
Daniel odchylił się na krześle do tyłu z zadowoloną miną hazardzisty, który zgarnął główną wygraną.
— Czyli byliście rywalami. A upływ czasu, najlepszy lekarz na wszelkie rany, pozwolił wam obu dostrzec, że to, co braliście za nienawiść, w rzeczywistości było czymś zupełnie innym.
Zaszokowany wyraz twarzy Draco powiedział mu wystarczająco dużo. Daniel zignorował protesty i śmiał się szczerze, dopóki nie przypomniał sobie, że Harry to już nieistniejący temat. Nawet po dwóch... nie, trzech drinkach powinien wykazać się przy takiej rozmowie odrobiną taktu. Przecież to nie tak, że nie lubił Harry’ego, wręcz przeciwnie.
Niemalże powstrzymał się przed zadaniem kolejnego pytania, nie chciał spędzić reszty wieczoru na słuchaniu, jak ktoś jeszcze biadoli nad utratą swojego chłopaka. Miał dosyć siebie samego w takiej roli. Ale to Draco mówił o Harrym, a Daniel wątpił, czy miał kogokolwiek innego, komu mógłby się zwierzyć. W końcu coś ich łączyło.
— Więc co się wczoraj stało?
Draco wykonał lekki, lekceważący ruch ręką, jak gdyby odganiał zły omen.
— Och, nie wiem. Jak sądzę, przeminął urok nowości.
— Dla ciebie czy dla niego?
— Dla niego — odparł Draco bardzo niskim głosem po chwili napiętej ciszy.
— Przykro mi. — Harry był idiotą, bez dwóch zdań. Tak, Harry był idiotą, ale Daniel realistą posiadającym dostatecznie dużo optymizmu, by potrafił przetrwać.
— Przykro ci, ale nie jesteś zaskoczony — mruknął Draco do swojego drinka, który powoli się kończył.
— Przykro mi i jestem zaskoczony. Nadal.
Wnętrze baru robiło się coraz bardziej zatłoczone, a wokół nich unosiła się chmura błękitnego papierosowego dymu. Daniel wiedział, że Draco nie pali, więc cieszył się, że sam rzucił nałóg w zeszłym roku, mimo że stało się to pod wpływem zrzędzenia Jeremy’ego. Kątem oka dostrzegł Tommy’ego, jednego z nowych bywalców Płomienia, siedzącego przy barze i przyglądającego mu się z czymś więcej niż przyjaznym zainteresowaniem. Cóż. Starał się rozpracować Tommy’ego przez ostatnie trzy tygodnie, ale kompletnie nie wiedział, czy z nim flirtuje, czy tylko czuje dla niego współczucie. Jak się zdawało, przez cały czas chodziło jednak o flirt, bo teraz Tommy wcale nie wyglądał na szczęśliwego.
Jednak Daniel nie chciał być już obiektem do oglądania — pragnął czegoś lepszego.
— Głodny? — zapytał.
Draco zastanawiał się przez chwilę.
— Powinniśmy coś zjeść. Niezbyt mądrze jest pić tyle na pusty żołądek. Co proponujesz?
— Znam odpowiednie miejsce niezbyt daleko stąd. — Tylko ostrożnie. — Nazywa się U Daniela. Słyszałem, że jedzenie dają tam absolutnie kiepskie.
Na szczęście Draco odpowiedział uśmiechem.
— Brzmi dobrze. Prowadź.
Daniel pozwolił, by Draco sam założył płaszcz i kaszmirowy szalik, ale gdy wychodzili, nie potrafił się powstrzymać i położył dłoń na dole jego pleców. I jeśli gest ten był odrobinę zaborczy i pełen nadziei, kto tak naprawdę mógł go za to potępiać?
— Dobranoc, dzieci! — krzyknął za nimi Roy.
Wieczór przebiegał wyjątkowo przyjemnie. Jak na kogoś, kto niedawno został porzucony, Draco miał dobry nastrój. Podczas gdy Daniel podsmażał warzywa i ścierał ser do omletów, opowiedział mu historię o ogromnym kocurze Hermiony i — co niewiarygodne — o żabie, przez co Daniel dostał niemożliwego do opanowania ataku śmiechu i prawie spalił jajka. Odwdzięczył się straszną opowieścią o swoim pierwszym, katastrofalnym w skutkach strzyżeniu, po którym jego ofiara, starsza kobieta, była tak oburzona, że zamachnęła się i przyłożyła mu niezbyt lekką torebką od Hermesa.
— Przysięgam, że w środku miała przynajmniej cztery powieści Jilly Cooper. W twardych oprawach. Byłem czarno-niebieski przez tydzień. A co najlepsze, jak na dobrą brytyjską tradycję przystało, na koniec dała mi napiwek.
Siedzieli na taboretach przy kontuarze, dojadając omlety, które, jak Daniel uznał w duchu, okazały się duże lepsze niż jego dotychczasowe kolacje.
— Okłamałeś mnie — odezwał się Draco z udawanym grymasem niezadowolenia. — Mówiłeś, że jedzenie tutaj jest kiepskie. Moim zdaniem jego jakość zdecydowanie się polepszyła, odkąd jadłeś tu po raz ostatni.
Daniel wziął do ręki swoją mimozę — nieotwarty szampan marnował się w lodówce od Sylwestra, ale wciąż nadawał do picia — i uniósł kieliszek w toaście.
— Dziękuję. Jak boga kocham, przekupiłem kucharza, żeby użył przepiórczych jaj. Stąd różnica.
Zapanowało przyjemne milczenie, ale serce Daniela biło jak szalone, gdy pochylił się i delikatnie dotknął Draco. Poczuł, że Draco zadrżał z zaskoczenia, ale nie odsunął się. Żaden z nich nie wypowiedział ani słowa. Wszystkie inteligentne i dowcipne uwagi, jakie Daniel mógłby powiedzieć w takiej chwili, uciekły mu z głowy i rozwiały jak nasiona dmuchawca na wietrze.
Zawsze był to dla niego najbardziej niewygodny moment — powinien wycofać się, starannie ignorując zażenowanie, czy kontynuować w nadziei, że wyjdzie mu to na dobre? Gdyby chodziło o innego faceta, wcale nie czułby się taki onieśmielony, ale Draco był jego przyjacielem i bardzo się dla niego liczył.
Obrócił krzesło tak, by siedzieli do siebie twarzą w twarz. Draco przyglądał mu się z uwagą. Daniel zaczerpnął powietrza i dotknął dwoma palcami jego pokrytego miękkim zarostem policzka. Odczekał trzy sekundy, po czym go pocałował.
Draco rozluźnił się lekko pod jego ustami i Daniel niemal westchnął z ulgi. To był najpowolniejszy i najbardziej ostrożny pocałunek w jego życiu. Miał wrażenie, jakby Draco powoli topniał. Przysunął się bliżej, testując, jak daleko może się posunąć, i uznał, że chyba — prawie — wyczuł wystarczającą zachętę.
Pochylił się jeszcze bardziej. Jego własne serce wręcz dudniło w jaskrawym kontraście ze spokojnym i równym biciem serca Draco. Wreszcie Daniel pozwolił, by jego język po raz pierwszy musnął ten drugi, diabelski i przebity kolczykiem. Draco momentalnie zamarł.
Cholera. Daniel mógł niemal posmakować Harry’ego.
Odsunął się, próbując nie okazać rozczarowania.
— Powinniśmy przestać.
— Tak — zgodził się Draco, wyglądając przy tym tak smutno, jak Daniel się czuł. — Czemu to powiedziałeś?
— Może dlatego, że kiedy zaproponowałem, żebyśmy przestali, ty się zgodziłeś — odparł Daniel, na co Draco uśmiechnął się lekko. — Pokrętna logika. Nie jesteś na to gotowy, prawda?
Daniel nie miał pewności, czy Draco kiedykolwiek będzie gotowy — przynajmniej na niego — ale nie powiedział tego głośno.
Nastąpiły długie i niewygodne minuty, podczas których obaj próbowali zachowywać się zwyczajnie. Daniel starał się zwalczyć poczucie zdruzgotania i zwątpienia w samego siebie, a Draco zabrał rękę i w niemal obronnym geście zacisnął palce na kieliszku. Napił się drinka, jak gdyby chciał zmyć wszelkie ślady swojej krótkiej niewierności. Całym sobą obwieszczał: „nie dotykaj mnie, należę do Cezara!”. Szkoda tylko, że ten jego Cezar*** okazał się bezmyślnym, ukrytym za szkłami okularów durniem.
— Nie będę przepraszał, ale obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. Jeśli tylko przestaniesz molestować moje najlepsze kieliszki.
Żart rozładował napięcie i Draco w końcu spojrzał na niego i zaśmiał się cicho.
— Przykro mi — powiedział. — Jeśli to cię pocieszy, byłem kiedyś w podobnej sytuacji. A nawet gorszej, bo z jednym z moich profesorów.
— Pocałowałeś swojego profesora? Jesteś jeszcze bardziej bezczelny, niż myślałem.
— Nie, nie. Ale wyznałem mu, że chciałbym to zrobić. Co było dosyć upokarzające.
— Mogę sobie tylko wyobrazić. Cóż, nas przynajmniej ominęła krępująca rozmowa. — Widząc pytające spojrzenie Draco, wyjaśnił: — Nie mów mi, że nigdy nie słyszałeś czegoś w stylu: Och, bardzo się mylisz. Ja wcale nie jestem gejem.
— Boże, nie — roześmiał się Draco.
— To ja mam chyba uszkodzony radar, bo słyszałem coś takiego więcej razy, niż chciałbym pamiętać. Do diabła, kiedyś jeden facet wyskoczył z zaparkowanego samochodu i uciekł ode mnie w środku nocy. A to był jego samochód! Krępującej rozmowy nie jestem gejem nie miałem, dopóki nie zadzwonił następnego dnia z pytaniem, gdzie jest jego auto.
Próba rozluźnienia atmosfery najwidoczniej zakończyła się sukcesem, bo Draco wyglądał, jeśli nie na zrelaksowanego, to przynajmniej na dużo mniej smutnego. Sprawy wracały do normy.
Daniel jednak dobrze wiedział, gdzie popełnił błąd: zaakceptował wyjaśnienie Draco na temat jego rozstania z Harrym i automatycznie założył, że ich związek przypominał jego własny — niezgodny i od samego początku skazany na porażkę. Lecz tu miał do czynienia z sytuacją zgoła inną, coś działo się między Harrym i Draco i Daniel mógł się założyć, że obaj nie wiedzieli, co to jest.
Chciał pomóc, a że wypił wystarczająco dużo, zapomniał o rozsądku.
— Słuchaj, Draco. Pozwól, że dam ci niechcianą i nieodpłatną poradę co do Harry’ego. Wiesz, fryzjerzy i barmani tak mają. To jest niemal niezbędne w naszych zawodach.
Draco nie wyglądał na kogoś, kto ma ochotę na jakąkolwiek radę, nieważne jak szlachetnymi pobudkami Daniel się kierował.
— Zrozum, Danielu...
— Nie. Po prostu posłuchaj mnie przez chwilę.
Draco obrzucił go nieugiętym spojrzeniem, ale nie przerwał mu, a Daniel uznał, że bardziej wyraźnej zgody nie otrzyma.
— Przyglądałem się Harry’emu od miesięcy. Wiesz, jestem w tym dobry. Próbuję zrozumieć, jak sprawić, żeby ludzie wyglądali pociągająco. Harry’ego też obserwowałem. I widziałem, jak na ciebie patrzy. Tylko na ciebie, Draco. Nigdy nie zwrócił uwagi na nikogo innego, a przecież studio pełne jest ponętnych ciał. Ale Harry ich nie dostrzegał, nawet na nie nie zerkał. To dosyć niezwykłe, nie sądzisz?
Draco ponownie przybrał wyjątkowo smutną minę, ale Daniel mimo to postanowił skończyć.
— I nie patrzy na ciebie tak, jakby chciał cię posiąść albo pożreć samymi oczami. Nie tak. Bez pożądania. Ma się wrażenie, że... och, nie wiem, jak to opisać. Jak gdyby wreszcie dostał coś, na co czekał przez długi, długi czas, a teraz boi się odwrócić wzrok, bo mógłbyś zniknąć. Jak gdyby dżin przyznał mu życzenie i wreszcie spełniło się jego największe pragnienie. Czy to ma sens?
Nastąpiła długa chwila ciszy, po której Draco ledwie zauważalnie przytaknął w milczeniu.
— A wiesz, jak się zachowuje, kiedy kończysz pracę? Kiedy się spotykacie? Za każdym razem. Nie całuje cię. Nie tak, jak robią to Beatrice ze swoim chłopakiem, odstawiając pokaz przed widownią. Nie, on najpierw cię... dotyka. Nie zachłannie ani nic z tych rzeczy. Po prostu dotyka zawsze, gdy tylko może. Jakby musiał się przekonać, że jesteś prawdziwy. I dopiero potem może się rozluźnić. To jest naprawdę cudowne.
Draco wpatrywał się w ścianę, ale Daniel podejrzewał, że uważnie słuchał każdego słowa. Co tylko upewniło go, że postępuje słusznie.
— Więc masz tu moją nieodpłatną i niechcianą poradę: taki rodzaj pragnienia jest czymś niezmiernie rzadkim — przynajmniej na mojej planecie — i jeśli ktoś spojrzałby na mnie w podobny sposób i potrzebował choćby w połowie tak bardzo, trzymałbym się go i nigdy nie pozwolił mu odejść. Gdyby Jeremy chciał mnie aż tak, założyłbym dla niego trzyczęściowy garnitur i głosował na Konserwatystów.
Wyciągnął rękę i ujął dłoń Draco, tym razem zupełnie po przyjacielsku, i poklepał go w taki sam sposób, w jaki robiła to jego siostra, gdy zwierzał jej się ze swoich kłopotów.
— Uważasz, że jestem idiotą — powiedział Draco.
— Nie. Oczywiście, że nie. Sądzę tylko, że może przeoczyłeś pewne sygnały, to wszystko.
— Nie wiem...
— I właśnie po to masz mnie... Żebym cię sprowadził na prostą drogę. Ach. W pewnym sensie. Ale w porządku. Już skończyłem.
Draco zdobył się na słaby uśmiech.
— Słuchaj... Chyba powinienem iść do domu.
— Jasne. Jeszcze tylko buziak, żebym wiedział, że nie masz do mnie żalu. — Daniel zadbał, żeby pocałunek był tak niewinny, jak te wymieniane z siostrą. — Idź już i zastanów się nad tym, co ci powiedziałem.
Draco nałożył płaszcz i chwycił za klamkę.
— Dzięki, Danielu. Do jutra?
— Tak.
Kilka sekund po zamknięciu drzwi Daniel zauważył szalik wiszący na krześle, na którym Draco siedział. Złapał go i wybiegł na korytarz.
— Draco!
Za późno — nikogo już nie zobaczył i nie usłyszał kroków nawet na schodach. Zaintrygowany wrócił do mieszkania. Nie mógł się powstrzymać przed głaskaniem miękkiego kaszmiru i unoszeniem go do nosa, by wciągnąć charakterystyczny zapach. Zalała go fala smutku, lecz mimo to nie potrafił pozbyć się wrażenia, że postąpił najlepiej dla nich obu.
I mógł zrobić coś więcej — było to jedno z niepisanych ustaleń, jakie zawarł ze swoim bogiem. I nie zawahał się. Nie, bo przypomniał sobie nieszczęśliwy wyraz twarzy Draco.
— Słuchaj, Jack — odezwał się cicho. — Nie wiem, czemu skrzyżowałeś nasze ścieżki, ale postaram się, jak umiem najlepiej. A ty mi w tym pomóż, dobrze?
Jak zwykle Jack zachował swoje zdanie dla siebie, ale Daniel miał teraz pewność. Wsadził rękę w przepastną głębię swojej skórzanej, pełnej wszystkiego torby i triumfalnym gestem wyciągnął z niej telefon komórkowy. Z numerem nie było problemu, wszystkie przechowywał w pamięci wręcz nałogowo.
— Cześć, Dean. Tu Daniel. Och, w porządku. W każdym znaczeniu tego słowa. Słuchaj, mógłbyś dać mi namiar na Harry’ego? Nie, nic się nie stało, chciałem z nim tylko pogadać.

*

Spokojnie, najpierw potrzebuję kilku informacji, tylko podstawowych faktów.
(„Comfortably Numb”, Pink Floyd)****

Hermiona wciąż nie dostała obiecanego drinka. Snape najpierw zatrzymał się w publicznej sowiarni w Hogsmeade, żeby powiadomić dyrektor McGonagall o swojej nagłej nieobecności, a później doszło do niewyjaśnionej awarii w północnym kanale sieci Fiuu, co Snape zniósł wyjątkowo źle, mrucząc na boku uszczypliwe komentarze i kierując kąśliwe inwektywy w stronę nieszczęsnego pracownika obsługi. Po nerwowym zachowaniu młodego mężczyzny Hermiona wywnioskowała, że już wcześniej miał do czynienia z profesorem w podobnych okolicznościach.
Gdy niecierpliwie oczekiwali, aż sieć zostanie naprawiona, Snape dopracowywał swój plan.
— Zawsze istnieje niewielka szansa, że panna Dovecote sama należy do AZL, chociaż w to wątpię. Już choćby dlatego, że nie ma ku temu odpowiedniego usposobienia. Krukonka, ale dziwna.
— Jak Luna Lovegood?
— Nie, dziwna w inny sposób. Bardziej dziecinna, jak sądzę. Bez przerwy zakochiwała się w młodych mężczyznach, których nie mogła zdobyć. Albo, co gorsze, w nie tak młodych, ale równie niedostępnych. Przez jeden niekończący się semestr głęboko wierzyła, że jest romantyczką i miała paskudny zwyczaj transmutowania zasłon w moich oknach we fiołkowe płatki. Przypuszczam, że mogła się wpędzić w poważne kłopoty.
Hermiona zastanowiła się, czy Snape należał do tych niedostępnych mężczyzn, ale dobrze wiedziała, że lepiej nawet nie próbować stroić sobie z tego żartów. Zacisnęła usta i milczała.
— Była bystra jak każda Krukonka, ale ulegała wpływom. Ta wada mogła z niej zrobić łatwą ofiarę dla AZL. Zależy, czego od niej chcieli, ale raczej nie powiedzieli jej zbyt dużo.
Być może tracimy czas i ponadto ostrzeżemy AZL.
— Tracimy czas?
— Rozmawiając z nią.
— Chwileczkę. Skoro nie jest podejrzana... Zacznie się zastanawiać, jeśli ją przepytamy, prawda?
— Och, to oświadczymy jej prosto z mostu. Oczywiście dopiero, kiedy upewnię się co do zamiarów Redmunda.
— Czyli powiemy jej, że jesteśmy świadomi problemów z posiadłością Malfoya...
— I wiemy, że ukradła pieniądze oraz możemy to udowodnić. Nawet jeśli zrobiła to z rozkazu AZL, ministerstwo i tak nie będzie tolerowało defraudacji. Albo raczej nie będzie tolerowało, żeby coś takiego przedostało się do wiadomości publicznej. A Redmund zagwarantuje, że tak się stanie. Kiedy panna Dovecote uświadomi sobie, ile wiemy, może zechce podzielić się z nami resztą.
W tym momencie Hermiona zrozumiała, że Snape bez wątpienia posiadał doświadczenie w perswazji tego typu. Szpieg wśród śmierciożerców, słyszała na okrągło, ale aż do teraz nie pojmowała, co to naprawdę oznacza.
— Czyli będziemy ją szantażować?
— Absolutnie nie. Nakłonimy ją jedynie, żeby naprawiła swoje błędy, mówiąc nam, co wie.
— Nie dostanie wielkiego wyboru.
— Może być pani zdziwiona. Nigdy nie da się przewidzieć, czy ktoś z maniakalnym uporem nie zechce zostać męczennikiem w imię najdziwniejszych rzeczy. Macumber jest jej bratem, więc to nie tylko kwestia ideologii, ale też sprawa osobista. Może będzie go zaskakująco mocno chroniła. W szkole wyjątkowo im na sobie zależało. Musimy zachować ostrożność.
— Nadal nie rozumiem, dlaczego to robimy.
— Ponieważ uważam, że malwersacja to tylko niewielka część czegoś znacznie poważniejszego. Redmund próbował panią ostrzec i na szczęście mu się udało.
Hermiona uznała, że to wspaniałomyślne podsumowanie tego, co naprawdę się wydarzyło. Tylko ślepy traf sprawił, że w ogóle wspomniała o spotkaniu z Redmundem. Irytowała ją myśl, że jej dochodzenie mogłoby nie zakończyć się ujawnieniem prawdy i ukaraniem winnych. Niemal sprzeciwiła się generalnej zasadzie, ale zdawało się, że Snape wiedział, o co jej chodzi.
— Byłoby łatwiej, gdyby nie konieczność wyboru między śledztwem przeciwko pannie Dovecote a kryciem i ochroną Draco. Wiem, że kiedy przyszła pani do mnie, miała nadzieję osiągnąć oba te cele. Ale te sprawy nie są już zgodne, musi więc pani zdecydować, co jest ważniejsze.
Snape powiedział to w taki sposób, jak gdyby alternatywy podobnego typu były codziennością, i do Hermiony nagle dotarło, że w jego przypadku faktycznie tak jest. Robił to przez wszystkie lata, podczas których go znała. Jakimi informacjami się podzielić, a jakie zataić. Komu zaufać, a kogo zdradzić. Nawet teraz, gdy jego codzienne życie nie zależało już od takich wyborów, nawyk pozostał.
Z szacunku za to, kim był i czego dokonał, postarała się ze wszystkich sił, by pokazać swoją szczerość. Zasłużył na nią. W końcu nie po to do niego przyszła, żeby wycofać się przy pierwszej oznace wyzwania.
— Mówiłam, że chcę pomóc Draco i zdania nie zmieniłam. Niech mi pan powie, co muszę wiedzieć.
Snape spojrzał na nią z rezerwą, więc domyśliła się, że analizuje, jak wiele może jej wyznać. Czy jego wrodzona nieufność do ludzi sprawiła, iż spodziewa się, że każdy działa kierowany egoistycznymi pobudkami? Sam w ten sposób nie postępował, nie w czasie wojny; Hermiona rozumiała, że całkiem słusznie jest tym kompletnie znużony.
— Podstęp polega na tym, by zachować się jak pasterz — zaczął. — Pasterz nie oferuje swoim owcom wyboru. Zamyka im resztę dróg, tak że pozostaje tylko jedna, którą chce, żeby podążyły. Skoro jest nas dwoje, mamy ułatwione zadanie. Jedno z nas zamknie inne drogi, a drugie zachęci owcę, by poszła tą właściwą.
— Mam zgadywać, którym pasterzem będę?
Snape zignorował jej uwagę.
— Groźby i nagrody. To odwieczne narzędzia również w systemie edukacji — powiedział oschle. — Mimo że już nie mogę użyć punktów jako karty przetargowej, nasze informacje będą całkiem niezłym substytutem.
— Czy planujemy, że pozwolimy jej wyjść z tego bez szwanku?
— To zależy od tego, co da nam w zamian. My zaoferujemy, że przemilczymy wszystko, co wiemy o tej sprawie, więc będzie musiała zrekompensować nam się czymś naprawdę imponującym.
— Na przykład?
— Na przykład tym, kto w AZL interesuje się Draco i dlaczego. Ale nie jestem pewien, czy ona to wie.
Ku własnemu zaskoczeniu Hermiona uświadomiła sobie, że cieszy się, iż to Snape wydaje polecenia. Kiedyś złościłoby ją granie drugich skrzypiec, ale nie teraz. Czuła, jak ciężar odpowiedzialności za Draco zsuwa się z jej ramion niczym przytłaczający plecak. Dużo łatwiej przytakiwać na zgodę, kiedy Snape nakazał jej przywołanie w myślach wszystkich punktów zaczepienia, które mogą łączyć ją z Corettą Dovecote. Wygodniej było pozwolić, żeby to on decydował, co ujawnić i kiedy.
Nerwowy pracownik obsługi sieci próbował przyciągnąć ich uwagę i Hermiona doszła do wniosku, że jest szczęśliwszy niż oni, że Fiuu znowu działa, a Snape wkrótce zniknie z poczekalni.
Pierwszą rzeczą, jaką zarejestrowała w wytwornej kancelarii firmy Redmund, Hall i Strongfellow, był subtelny aromat wypolerowanych mebli i pieniędzy. Dywan okazał się tak gruby i gęsty, że gdy skrępowani zbliżali się do recepcji, ich buty nie wydawały żadnych dźwięków. Siedząca tam kobieta powoli uniosła oczy znad dokumentów na biurku i zatrzymała ich, jak gdyby ona była świętym Piotrem, a oni niedawno zmarłymi kandydatami do nieba. Jej obojętne spojrzenie sprawiło, że Hermiona z miejsca poczuła się odrzucona jako bezwstydna naciągaczka, głęboko uwikłana w całkowicie nieodpowiedni związek ze starszym mężczyzną. Odwzajemniła się grymasem, który miał za zadanie rozwiać mylne wrażenie.
— Moglibyśmy zamienić słowo z panem Redmundem? — zapytał Snape.
— Obawiam się, że pan Redmund dzisiejszego popołudnia jest już zajęty — odparła sekretarka, zerkając znacząco na zegar wskazujący kwadrans po czwartej. — Być może, jeśli zechcecie państwo spotkać się z kimś innym...
Stojącym dużo niżej w hierarchii, dopowiedziała w myślach Hermiona.
— Proszę mu tylko powiedzieć, że przyszedł Severus Snape i Hermiona Granger. Nic więcej.
Najwyraźniej ich nazwiska nic sekretarce nie mówiły.
— Nie sądzę, żeby...
— Pan Redmund mnie zna — odezwała się Hermiona. — Pracuję w ministerstwie. Zajmujemy się razem pewnym projektem dla waszego długoletniego klienta.
Kobieta w geście irytacji odrzuciła do tyłu jasne, popielate włosy.
— Skoro nalegacie — powiedziała.
Hermiona obserwowała, jak eleganckim pismem wypełnia urzędową notatkę, kreśląc energicznie i dając pergaminowi minimalny czas na wyschnięcie, po czym unosi go zaklęciem i posyła przez korytarz. Nieprecyzyjnie machnęła piórem w stronę przepastnych foteli. Snape usiadł pierwszy, zapadając się tak nisko, że wyglądał, jakby tapicerka miała go pochłonąć w całości. Hermiona sztywno podążyła jego śladem, zastanawiając się, czy kiedykolwiek będzie w stanie wyrwać się z bezlitosnych szponów tego mebla.
Starała się nie napawać, gdy zgoda Redmunda przyleciała do sekretarki, czekającej teraz niecierpliwie, podczas gdy ona i Snape próbowali się podnieść. Ku jej zakłopotaniu, Snape musiał pomóc jej stanąć na nogi. Z determinacją wzruszając ramionami, ruszyła za nim do gabinetu adwokata.
Spotkanie okazało się krótkie i treściwe. Hermiona nie musiała mówić zbyt wiele. Redmund w kilku wymownych i rozważnych zwrotach potwierdził, że duet Carr-Macumber, jeśli chodzi o niego oraz według sugestii jego klienta, poruszył kwestie priorytetowe. Mimo to nie chciał wdawać się w szczegóły, powołując się na tajemnicę zawodową. Zaledwie po kilku minutach oboje ze Snape’em znaleźli się z powrotem na ulicy.
— Sądzę, że nadszedł czas na wizytę w Krwawym Ostrzu Sinobrodego — powiedział Snape. — O ile pamiętam, obiecałem pani drinka.
Hermionę zaskoczyło, że ktoś na Pokątnej uznał makabryczne morderstwo za odpowiedni motyw na nazwę restauracji. Jeszcze bardziej zdumiało ją, gdy Snape oznajmił, że to dostatecznie odpowiednie miejsce, by zabrać tu kogoś bliskiego i drogiego. Z zadowoleniem pozwoliła mu wybrać dla nich miejsce przy barze, który okazał się mocno podświetlony od dołu i odpowiednio makabryczny. Zatrzymała wzrok na malowidle ściennym, które bez wątpienia przedstawiało siedem nieszczęsnych żon restauracyjnego imiennika. Poszczególne panie wyglądały na dosyć radosne, mimo że ewidentnie martwe.
— Chyba napiję się Krwawej Mary, żeby dopasować się do nastroju — powiedziała.
Dla siebie Snape zamówił szklaneczkę whisky z lodem.
Po upewnieniu się, że Coretta Dovecote rzeczywiście pracuje dziś po południu, Snape za pośrednictwem barmana przekazał, żeby spotkała się z nimi w czasie przerwy.
— Będzie mnie pamiętała — oznajmił mężczyźnie, który był całkowicie obojętny, dopóki prośba nie została okraszona sporą ilością galeonów. — Ona i moja towarzyszka przyjaźniły się w szkole.
Oświadczenie było niemalże kłamstwem — Hermiona ledwie pamiętała tę dziewczynę z Hogwartu. Na szczęście kiedy czekali, Snape uzupełnił braki w jej wspomnieniach nazwiskami przyjaciół Coretty, przypomniał sobie nawet taki smaczny kąsek, że umawiała się na randki z puchońskim szukającym. Hermiona zawsze zakładała, że takie drobnostki umykają jego uwadze; teraz zastanawiała się, jak dużo wie o innych swoich uczniach. I o niej.
Pięć minut później podeszła do nich zdenerwowana Coretta. Snape przywitał ją z nietypową dla siebie życzliwością.
— Proszę usiąść. Pewnie pamięta pani Hermionę Granger. Skończyła Hogwart zaledwie kilka lat po pani.
Wstał, żeby zwolnić krzesło, które oddzielało Corettę od Hermiony. Dziewczyna zawahała się, ale usiadła. Hermiona natychmiast zauważyła, że Snape zmusił ją do zajęcia wyjątkowo niekorzystnego miejsca: wciąż musiała obracać głowę, żeby nadążyć za dwójką rozmówców. Dobrze wiedziała, że to celowe działanie i postanowiła wtrącać się odpowiednio często, by Coretta wciąż czuła się zdezorientowana.
Snape nalegał, by kupić jej drinka, co ewidentnie dodatkowo zwiększyło jej dyskomfort, a Hermionę zainspirowało, by odbiegać od tematu i paplać o nieistniejących, ale teraz wspominanych z czułością faktach z przeszłości. Nie umykało jej, że Snape jest zadowolony i wciąż przytakuje zachęcająco ponad ramieniem Coretty.
— I panna Granger podążyła pani śladem w ministerstwie — powiedział, na co dziewczyna niemal wykręciła sobie szyję, patrząc na niego ze zdziwieniem i słabo ukrytym strachem. — Przejęła twoje stanowisko, nie wiedziała pani?
Nie, nie wiedziała, i patrząc na jej minę nietrudno było się domyślić, że i teraz wolałaby nie wiedzieć.
— Och, naprawdę? — zapytała cicho.
— Myślałam, że brat ci powiedział — odezwała się Hermiona. — Wpadł kiedyś do mojego biura.
Wyraz twarzy Coretty wyrażał teraz czysty niepokój.
— No cóż, nie spotykałam się z nim ostatnio.
— Och — mruknął Snape, brzmiąc niemal na zasmuconego tą nowiną. — Przykro mi. W Hogwarcie zdawaliście się sobie bliscy.
— No tak, cóż. Słuchajcie, naprawdę muszę już iść — powiedziała Coretta i zaczęła się podnosić, ale dokładnie w tym momencie Snape położył rękę na oparciu jej krzesła, skutecznie uniemożliwiając ucieczkę.
— Proszę zostać.
Coretta posłusznie usiadła z powrotem i ponownie złapała za swojego drinka, biorąc do ust dwa spore łyki pod rząd. Przypominała Hermionie dzikiego konia, przygotowującego się do skoku przy następnym słowie. Zauważyła, że Snape wysyła jej sygnał, by rozpoczęła rozmowę, którą przygotowali wcześniej.
— Nawet sobie nie wyobrażam, ile miałabym problemów w Departamencie Restytucji, gdybyś nie zostawiła wszystkiego w takim porządku — oświadczyła, siląc się na swobodny ton. — Dosłownie zawalali mnie robotą... Cóż, przypuszczam, że tobie robili to samo, gdy tam pracowałaś. Wcale mnie nie zaskakuje, że w takim miejscu nie docenia się za bardzo pracowników.
— Racja. Sama widzisz, gdzie mnie to zaprowadziło — powiedziałam Corettą, jednocześnie zerkając na Snape’a, jak gdyby obawiała się jego krytyki, ale on tylko kiwnął głową z udawanym współczuciem.
— Dokładnie. Biurowa polityka. Nikt z nią nigdy nie wygrał, prawda? — zapytała retorycznie Hermiona. — Ale w zasadzie dobrze się składa, że przypadkiem się spotkałyśmy. Mam pytanie, na które mogłabyś mi odpowiedzieć.
— Och, nie sądzę...
— Nie, jestem pewna, że możesz. Bo wiesz, chodzi o posiadłość Malfoya.
Coretta ponownie uniosła się w słabo zamaskowanym popłochu, ale i tym razem dłoń Snape’a znalazła się za jej ramieniem.
— Proszę — odezwała się Hermiona. Nadeszła pora na najbardziej delikatną cześć rozmowy i nawet teraz nie była przekonana, czy Coretta nie zamierza uciec albo urządzić sceny. Barman jednak starannie ich ignorował i trzymał się z daleka, a obok nie siedzieli żadni inni klienci.
Ku jej uldze, Coretta ponownie usiadła. Grzeczna dziewczyna, pomyślała Hermiona.
— Z tego, co udało mi się odkryć, zaginęły jakieś pieniądze. A ty, Coretto, musisz powiedzieć mi prawdę.
Snape kulturalnie odchrząknął.
— Veritaserum w alkoholu potrzebuje sześciu minut, żeby zacząć działać — oznajmił spokojnie, wskazując na w połowie opróżnioną szklankę Coretty.
— Och, Boże. Boże — wymamrotała Coretta i zamilkła na długą chwilę. — Uwierzcie, to nie tak. Ja nie... To znaczy, zrobiłam coś, ale to wygląda inaczej, niż myślicie.
— A co myślimy? — zapytał Snape.
— Że ukradłam pieniądze. Och, Boże. To nie był mój pomysł, nie na początku. Mówię prawdę! Wiem, jak to wygląda, ale...
— To może opowiedz nam całą historię od początku?
— Dobrze.
Hermiona w duchu ucieszyła się z tak szybkiej kapitulacji. Snape radził, żeby na bieżąco orientowali się, kto spełni rolę spowiednika, więc teraz ulżyło jej, że Coretta całkowicie przestała zwracać na niego uwagę i teraz ona, według wcześniejszej umowy, mogła przejąć inicjatywę. Dyskretnie przekręciła krzesło i pochyliła się, tak że Coretta mogła patrzeć wprost na nią — jak w wygodnym dla całej trójki konfesjonale.
— Mój brat jest aurorem, ale to nie jego wina. Nie wie o pieniądzach. To jego partner.
— Jak się nazywa?
Snape na powrót przybrał profesorski ton i Coretta odpowiedziała wyczerpująco, jak gdyby miała zostać nagrodzona punktami:
— Jerald Carr. Jest dosyć sławny wśród aurorów, bohater... Usłyszał o mnie od Teda i postanowił poznać. Powiedział mi, że przydałabym się w jego grupie. Zawsze pragnęłam być aurorem, więc kiedy to usłyszałam, pomyślałam, że moje marzenia się spełnią. Ale oświadczył, że najpierw musi mnie sprawdzić. Brzmi sensownie, prawda?
— Tak — odparł Snape, a Hermiona skinęła głową.
— Nie biorą do siebie byle kogo, nie bez wcześniejszego przetestowania. Tak właśnie sobie pomyślałam.
— O co poprosił cię Jerald Carr?
— To zdawało się łatwe. Miał kilka dokumentów dotyczących Draco Malfoya i chciał, żebym znalazła sposób na dostarczenie ich Harry’emu Potterowi tak, by nikt nie mógł wyśledzić, skąd pochodzą.
Jeśli Snape był zaskoczony, Hermiona nie potrafiła tego dostrzec.
— I co, udało ci się?
Coretta powierciła się na krześle.
— Tak i nie. Pan Carr zmienił zdanie, ale... Cóż, po tym, jak mnie zwolniono, i tak je wysłałam.
— Dlaczego?
Twarz Coretty skrzywiła się w brzydkim grymasie, a jej głos pobrzmiewał gniewem.
— Bo Draco Malfoy jest śmierciożercą, nie? A przynajmniej był. Carr wszystko mi o nim opowiedział. Jak udawał, że jest jednym z naszych szpiegów, a tak naprawdę bezczelnie kłamał. To nie w porządku, prawda? Cóż, sami wiecie, jak postąpiło z nim ministerstwo. Pozwoliło zatrzymać pieniądze... To naprawdę niesprawiedliwe... — Coretta wzruszyła ramionami, jakby chciała zasugerować, że na świecie w ogóle nie istniało w tych czasach za dużo sprawiedliwości.
Hermiona, z zupełnie innych powodów, całkowicie się z nią zgadzała.
— Przeczytałaś te dokumenty, zanim je wysłałaś?
— Nie. Nie mogłam. Pan Carr umieścił na nich jakieś zaklęcie zabezpieczające i tylko Harry Potter mógł się z nimi zapoznać.
— Ale wiesz, czego dotyczyły?
— No tak. Pan Carr wyjawił mi, że pozwolą Harry’emu Potterowi zrozumieć, jakim człowiekiem Malfoy jest w rzeczywistości. Zgaduję, że to dokumentacja z czasów wojny. Dowód, że Malfoy naprawdę był śmierciożercą.
— Czemu Carr w ogóle chciał dostarczyć Potterowi te papiery?
Snape zapytał tak, jakby go nudziła, przez co Coretta odpowiedziała z jeszcze większym entuzjazmem. Hermiona podejrzewała, że w szkole była typem ulubienicy nauczycieli i Snape oczywiście to wykorzystał, sprawiając, by pragnęła zapracować na jego uwagę.
— Och, pan Carr nienawidzi Draco Malfoya. Nienawidzi wszystkich śmierciożerców, którym udało się uniknąć kary. Bardzo się denerwuje, że Malfoy ukrywa się za dobrym imieniem pana Pottera. Że go wykorzystuje. Pan Carr jest o tym święcie przekonany.
Hermiona wyobraziła sobie, jak Carr wygłasza napuszoną mowę, próbując pozyskać nowych zwolenników swoją polemiką w stylu reformistycznego kaznodziei. Po chaosie czasów wojny zbyt wielu czarodziejów w ich świecie pragnęło kogoś, kto da im proste odpowiedzi i kandydatów, których można za wszystko obwinić. Carr brzmiał jak ktoś, komu zaufaliby bez wahania, ale nie wydawał jej się osobą, która mogła tak łatwo zmanipulować Krukonkę.
— Później jednak Carr zmienił zdanie i poprosił, żebyś mimo wszystko nie wysyłała dokumentów. Co się stało?
— Nie znam szczegółów — wyjaśniła Coretta w stronę niezainteresowanych żon Sinobrodego, przyglądających im się zza baru. — Wiem tylko, że miał nowy plan. Potrzebował Malfoya, żeby złapać innego śmierciożercę. Kogoś, kogo tropił od dawna i kto był dużo gorszy od Malfoya. Odniosłam wrażenie, że nie tyle zamierza odpuścić Malfoyowi, co odłożyć to w czasie. Najpierw zamierzał go wykorzystać. Pomysł ten chyba bardzo mu się podobał.
— Jestem pewien, że zgadzało się to z jego poczuciem sprawiedliwości — skwitował Snape, wypluwając ostatnie słowo. — Ale nadal nam pani nie powiedziała, czemu skorzystał akurat z konta Malfoya.
— No cóż, pan Carr to wymyślił. Sądził, że postąpimy rozsądnie, jeśli postaramy się sabotować Malfoya w każdy możliwy sposób. Jeśli ministerstwo nie zamierza go odpowiednio ukarać, zrobimy to sami. Miało to być również testem, czy sobie z tym poradzę.
Ze strony Carra było to genialne posunięcie, aby upewnić się, że ma Corettę w kieszeni — by zmusić ją do współpracy, musiał tylko zagrozić, że ujawni jej kradzież. Nawet teraz głupia suka nie miała pojęcia, jak zręcznie została wmanewrowana.
— Co się stało z brakującymi pieniędzmi?
— Och, ciągle są na moim koncie, pan Carr nie wydał w tej kwestii żadnych dyspozycji — wyznała Coretta, wyglądając na lekko zmartwioną. — Proszę, profesorze Snape. Ted o niczym nie wie. Chcę, żeby miał niespodziankę, kiedy zostanę aurorem. Wie pan, że nie mogę kłamać, skoro... podał mi pan Veritaserum.
— Myli się pani, panno Dovecote. Niczego takiego nie zrobiłem.
— Ale mówił pan... Powiedział pan jej... — skinęła głową w stronę Hermiony — że dodał Veritaserum do mojego drinka.
— Jako potencjalny auror, panno Dovecote, powinna pani wiedzieć, że podawanie komuś Veritaserum bez jego wiedzy jest absolutnie nielegalne. Nie zaryzykowałbym mojej pozycji w Hogwarcie, angażując się w zakazaną działalność. Wspomniałem tylko pannie Granger o przewidywanym tempie działania eliksiru. Mój komentarz był czysto naukowy.
— Ale ja powiedziałam wam prawdę! Jak mogłam to zrobić bez Veritaserum?
— Być może bardzo chciała ją pani komuś wyznać — zasugerował Snape dziwnie łagodnym głosem.
— Och, Boże. Oszukał mnie pan. Powinnam...
Snape przygotował się do zadania ostatecznego ciosu.
— Ale nie może pani, z czego z pewnością zdaje sobie pani sprawę. Panno Dovecote, to nie pani dyktuje tu warunki. Ukradła pani pieniądze, za które była odpowiedzialna jako pracownik ministerstwa. Bez pozwolenia przekazała pani też w niepowołane ręce tajne dokumenty.
Coretta wyglądała tak, jakby uderzyło w nią wyjątkowo złośliwe zaklęcie oszałamiające.
— O mój Boże — powtórzyła ledwie słyszalnie.
— Mówiąc zupełnie szczerze, jestem ciekaw, ile potrwa, zanim pani zrozumie, że była oszukiwana przez Carra znacznie dłużej i efektywniej niż przeze mnie.
I wreszcie klapki spadły z oczu Coretty.
— Boże. Nie wierzę w to. Proszę, profesorze. Proszę nie mówić nic Tedowi. Och, Boże. Jeśli zostanie w to zamieszany, to go zwolnią. Oddam wszystkie pieniądze. Mogę to zrobić jeszcze dzisiaj!
— Na początek tak będzie dobrze. Zgadza się pani, panno Granger?
Hermiona nie była jeszcze gotowa, żeby całkowicie spuścić Corettę ze smyczy.
— Sądzę, że jeśli wyślesz mi jutro sowę do ministerstwa, to zobaczę, może uda mi się coś wymyślić.
— Pójdę do Gringotta natychmiast. Cała suma wróci na konto już jutro — zapewniła Coretta.
Wstała po raz kolejny, ale teraz Snape nie wykonał żadnego ruchu, żeby ją powstrzymać. W ciągu sekundy znalazła się za drzwiami.
— Cóż, partnerze. Poszło całkiem nieźle — oświadczyła Hermiona z niewielkim uśmiechem.
Snape napił się swojego ledwie napoczętego drinka.
— Wydaje się pani zaskoczona.
— Owszem. Zaskoczona, że taka ślepa idiotka trafiła do Ravenclawu.
— Może osądza ją pani zbyt surowo. Panna Dovecote zawsze okazywała słabość do podążania za autorytetami. I oczywiście nie bez znaczenia jest tu kult bohatera. Chce zostać aurorem jak jej brat i założę się, że obietnica Carra była dla niej zbyt pociągająca, żeby się jej oprzeć. Carr dokładnie wiedział, gdzie nacisnąć.
— A więc co było w dokumentach, które przekazała Harry’emu? Wie pan?
— Mam pewien pomysł, ale jestem pewien, że Draco nie chciał, by zostały ujawnione. Nawet pani, panno Granger. Jednak Harry zapewne już się z nimi zapoznał. — Zdawało się, że Snape’owi wcale się ten pomysł nie podoba. — Sądzę, że Carr bez wątpienia stanowi dla Draco zagrożenie. Co bardzo mnie niepokoi. Koniecznie chciałbym się dowiedzieć, jak daleko sięgają jego plany wykorzystania Draco. Z tego powodu pomysł uczestniczenia w jutrzejszym pokazie uważam za bardzo rozsądny.
— Zgadzam się — odparła Hermiona i nagle coś przyszło jej do głowy. — Był pan kiedyś na jakimkolwiek pokazie? Albo w studio Draco?
— Nie. Powinienem wcześniej poznać jakieś szczegóły?
— Och, nie, nie — zaprzeczyła Hermiona, ale nie odważyła się obrócić głowy, by spojrzeć na Snape’a. Podejrzewała jednak, że tajemnicze uśmieszki siedmiu żon Sinobrodego świadczyły o tym, iż zdają sobie sprawę z powodów jej skrytego rozbawienia.


Koniec rozdziału trzeciego



*Waiting for someone or something to show you the way — tłumaczenie własne.
**We all need a little tenderness — how can love survive in such a graceless age? — tłumaczenie własne.
***Nawiązanie do słów: Noli me tangere z wiersza Thomasa Wyatta.
****Relax, I'll need some information first, just the basic facts — tłumaczenie własne.
Ostatnio edytowano 5 mar 2013, o 22:37 przez TEAM DRARRY, łącznie edytowano 2 razy
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Japor » 28 lut 2013, o 22:58

Od początku niezmiernie irytował mnie Daniel.....był jak dla mnie nazbyt wścibski, i za bardzo narzucał się Draco. Ale muszę się przyznać, że przez rozmowę jaką odbył z Draco (mam nadzieję, że to otworzyło nieco oczy Malfoyowi na to ile tak naprawdę znaczy dla Harrego) trochę się zrehabilitował w moich oczach ;)
Współpraca Hermiony i Snapa - coś PIĘKNEGO!!!!!!!!!!!!!!!

Pozdrawiam!
Ostatnio edytowano 4 mar 2013, o 21:10 przez Japor, łącznie edytowano 1 raz
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez Evey » 4 mar 2013, o 19:49

Trochę smutno, że tak mało komentarzy się pojawia, jakby zainteresowanie tym tłumaczeniem słabło. A ja wciąż niecierpliwie czekam na kolejne części, ta również mnie bardzo uradowała ;) Choć nie wprowadziła za dużo akcji, to rozwiała kilka tajemniczych epizodów, tylko po to, żeby zrobić czytelnikowi ochotę na następne. Co się wydarzy na tym pokazie?
Wątek Draco i Daniela bardzo mnie odrzucał, więc cieszę się, że został dość szybko ukrócony. I że Daniel wierzy w miłość między Draco i Harrym, i że pomoże się im uporać z problemami. Swoją drogą, właśnie uświadomiłam sobie, że w tym rozdziale nie było Harry'ego, hm... ;D
Duet Snape-Hermiona był niemal uroczy ;)
Czekam niecierpliwie na kontynuację, tłumaczenie trzyma poziom. Pozdrawiam cały Team.
Nasza miłość na pewno wciąż trwała, ale po prostu była bezużyteczna, [...] bezwładna w nas, jałowa jak zbrodnia lub potępienie. Była tylko cierpliwością bez przyszłości i upartym czekaniem.
A. Camus, Dżuma
Evey Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 327
Dołączył(a): 2 lip 2011, o 11:39
Lokalizacja: Kraków

Postprzez Evolution » 7 mar 2013, o 16:30

Pomimo, że Daniel jest bardzo pozytywną i yyyy... barwną (? ) :D postacią, cieszę się, że ten pocałunek został przerwany w tym momencie i żaden z nich nie posunął się już dalej. Dalej ciekawi mnie fakt, czy Daniel dowie się o Czarodziejskim Świecie, może podczas tego zbliżającego się pokazu wszystko i wszyscy staną na głowach i nikt nie będzie zwracał uwagi na jakiegoś tam fryzjera, a wtedy ten oczywiście przypadkowo coś przyuważy, podsłucha... :whistle:
Daniel szuka namiarów na Harry'ego, czyżby planował przemówić mu do rozsądku.? Wygodnie zignoruję fakt, że jedyną osobą, którą trzeba by było energicznie potrząsnąć jest Draco. ;)
No i oczywiście niesamowity duet Snape'a i Hermiony chodzących na drinki ( a przed oczami przelatuje mi scena z "Kamienia..." z pierwszej lekcji Eliksirów... No tak, życie może wywrócić się do góry nogami. :D )
Z utęsknieniem czekam na moment kulminacyjny tego opowiadania podczas pokazu no i oczywiście wyczekuję wielkiego happy endu pomiędzy Harrym i Draco.
Dziękuję serdecznie za Wasze tłumaczenie.
Pozdrawiam. :D
.
Evolution Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 lut 2012, o 17:00
Lokalizacja: Gdańsk

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 6 gości