[T][Z] Tysiąc pięknych rzeczy

+ sequel

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez ewa1959 » 7 paź 2012, o 13:21

Dziękuje za kolejny rozdział.Wojna się skończyła i mimo, że Draco był po jasnej stronie, to ministerstwo próbuje zagarnąć jego majątek.Stwarzają tyle problemów, że Draco czuje się bezsilny, ale też zdeterminowany by się nie podać. Bardzo chce zatrzymać dwór, chociaż jest w nim samotny i coraz bardziej wycofany.Nawet wizyty Snapa nic tego nie zmieniają , a jego argumenty do niego nie docierają. Tak samo Dean, który przez luki w pamięci odsunął się od swojego najlepszego przyjaciela. Ale był na tyle zdesperowany, że udał się do Draco po pomoc i ją otrzymał, teraz już wie, co się stało w tamtym czasie i mu ulżyło. Dwaj młodzieńcy tak bardzo różni, ale tak samo samotni. Bardzo mi się podobało, że Draco zgodził się pozować Deanowi i dobrze się bawił. Może zostaną przyjaciółmi i na rozprawie w sprawie majątku Dean będzie zeznawał na jego korzyść. Ale teraz czekam na akcję Draco z Harrym. Bardzo mi się podoba opowiadanie jest fantastyczne i czytać go, to sama przyjemność, więc Dziękuje za jego tłumaczenie i betą za ich nieocenioną prace. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.
Pozdrawiam i życzę weny.
ewa1959 Offline


 
Posty: 42
Dołączył(a): 30 sie 2011, o 14:06

Postprzez TEAM DRARRY » 10 paź 2012, o 20:25

Cały Team pięknie dziękuje za komentarze. Tłumaczenie: Kaczalka i Lasair, betowały: Donnie i mawako.


ROZDZIAŁ 5

Przeszłość nigdy nie umiera. Nie jest nawet przeszłością.
(„Requiem dla zakonnicy”, William Faulkner)*

— Czego się napijesz? Mam jasne piwo i jasne piwo.
— Trudno się zdecydować... No dobrze, niech będzie jasne piwo — powiedział Dean. Zdjął płaszcz i rzucił go na oparcie krzesła, dokładnie tak samo, jak robił co tydzień.
— Hej, Dean! — krzyknął Ron z kuchni. — Powinieneś spróbować jasnego piwa, stary.
Butelki zabrzęczały, kiedy wyjął cztery z lodówki i przyniósł je do salonu.
— Jedno dla ciebie, jedno dla ciebie, trzymaj, Seamus, a to dla mnie.
Rozerwał opakowanie chipsów, które fundował im przy każdym spotkaniu, i położył je na niskim stoliku obok kanapy.
Seamus spojrzał na niego i uśmiechnął się szeroko.
— Przyszedłeś w samą porę. Mecz zaraz się zacznie.
Harry klepnął go w ramię.
— Wsypać je do miski?
Seamus parsknął z ironią.
— Pytasz o to za każdym razem, a my zawsze odpowiadamy tak samo. Do diabła, nie.
— Za wyjątkiem sytuacji, kiedy mówimy: Nie, do cholery — powiedział rozbawiony Dean.
— Prostaki — odparł Harry z udawanym rozdrażnieniem.
Deana absolutnie nie zdziwiło, że Harry po wojnie zdecydował się na mieszkanie w mugolskiej części Londynu, mimo że większość czasu spędzał po czarodziejskiej stronie Dziurawego Kotła. Cenił swoją prywatność, a trudno było znaleźć coś takiego w pobliżu Pokątnej. I absolutnie nikt nie spodziewał się, że nawet postawi stopę na Grimmauld Place.
Mieszkanie, zaopatrzone w telewizor z ogromnym ekranem, okazało się atrakcją dla wszystkich jego przyjaciół. Zbierali się tu w każde sobotnie popołudnie i wspólnie oglądali piłkę nożną. Ron już zdążył włączyć przedmeczową rozgrzewkę i kątem ucha Dean zarejestrował głos komentatora:
I w tym spotkaniu środka tabeli Newcastle United stawia czoła Norwich City... Skład drużyny Kanarków nie zmienił się od czasu wygranego środowego meczu, ale dzisiejszego popołudnia to dotknięte kontuzjami Sroki są ptakami, którym najwyraźniej podcięto skrzydła...
Dean kibicował Srokom, bo uważał, że będą lepszym przeciwnikiem dla Młotów w następnej rundzie.
— Dostałem w tym tygodniu sowę od Neville’a — powiedział Harry.
— Gdzie on teraz jest? — Seamus podniósł piwo zbyt szybko i z głośnym siorbnięciem wypił pianę wylatującą przez szyjkę.
— Hmm... w Austrii. Nie, czekaj, to było kilka dni temu. Chyba w Belgii. Powinienem pamiętać, bo tylko tyle zrozumiałem z listu. Żeby pojąć resztę, musiałbym zdać owutemy z zielarstwa.
— Skoro już nadrabiamy zaległości towarzyskie... Ron, jak z dzieckiem? — zapytał Dean uprzejmie. Nancy, żona najmłodszego z Weasleyów, miała rodzić lada dzień. — Ron? Ron!
Seamus lekko kopnął rudzielca w kostkę.
— Odpowiadaj, kiedy cię pytają.
Ron odwrócił od ekranu zdziwiony wzrok.
— Tak? Och, przepraszam. Co mówiłeś?
Dean zachichotał i powtórzył swoje pytanie. Już od dawna żartowali między sobą, jak łatwo przyjaciel dawał się zahipnotyzować telewizji. Gdy tylko rozsiadł się na kanapie, jego uwaga natychmiast kierowała się na odbiornik Harry’ego w sposób charakterystyczny dla kogoś, kto wciąż nie przywykł do nadmiernej wizualnej stymulacji. Reklamy, wiadomości, teleturnieje — wszystko to wciągało go jak czarna dziura.
— Lekarze twierdzą, że może się zacząć w każdej chwili.
Harry spojrzał na Rona z rozbawieniem.
— I Nancy pozwoliła ci oglądać piłkę nożną z kumplami?
— Myślę... — Ron niedbale przeczesał palcami włosy. — Chyba ucieszyła się, że wyszedłem. Już nie może znieść, jak się na nią gapię. Dzisiaj jest ze swoją matką.
— Ach, stary, to masz lepiej niż ja — zaśmiał się Seamus.
— Biorąc pod uwagę, że ciągle nie jesteście małżeństwem, chyba wszyscy się z tym zgodzą — odpalił Ron.
— Ale przynamniej mam dziewczynę, czym nie każdy tutaj może się poszczycić.
Dean udał, że jest obrażony.
— Byłem zajęty.
— Według mnie, niedostatecznie zajęty.
— No cóż, wszyscy wiemy, że jedyną kochanką Deana jest jego sztuka — Harry umiejętnie skierował rozmowę na bezpieczne tory. — Jak ci idzie malowanie?
Dean chętnie skorzystał ze zmiany tematu.
— Bardzo dobrze. W tym miesiącu poproszono mnie o wystawienie prac w mugolskiej galerii. Wstęp wolny, więc czujcie się zaproszeni. — Spojrzał znacząco na Seamusa. — I będą darmowe alkohole. Ale musisz obiecać, że zachowasz się odpowiednio. A najlepiej weź ze sobą Lydię, ona cię przypilnuje.
— Daj spokój, nie ufasz mi? Nawet nie odpowiadaj.
Dean westchnął z ulgą, kiedy Harry wreszcie przestał krążyć wokół nich jak zdenerwowany pan domu i opadł na krzesło, na którym powiesili płaszcze. Nawet nie zauważył, że zsunęły się na podłogę, tworząc teraz z tyłu luźną stertę. Nikt inny nie zadał sobie nawet trudu, żeby je podnieść.
— Wciąż rysujesz ludzi? — zapytał Harry.
Dean wahał się przez chwilę. Nie bardzo miał ochotę ujawniać, kogo ostatnio — i wyłącznie — portretuje, ale uznał, że trzymanie tego w tajemnicy będzie wyglądało podejrzanie.
— Pracuję z jednym z naszych znajomych ze szkoły. Hmm... z Draco Malfoyem — powiedział, zastanawiając się, jak dużo czasu upłynie, zanim Seamus przerwie nagłą ciszę. Trwało to dłużej, niż się spodziewał.
— Żartujesz? — Seamus zrobił krzywą minę. — Z fretką? Czyli przerzuciłeś się na malowanie przyrody?
Nawet Ron oderwał wzrok od telewizora i roześmiał się głośniej niż Seamus. Dean poczuł silny przymus, by bronić Draco, skoro on sam nie mógł tego zrobić.
— Nie rozumiem, co was tak bawi. Draco jest gotów pozować dla mnie tak często, jak go o to poproszę, i znakomicie sprawdza się jako model. — Spojrzeniem wyzwał przyjaciół, by tylko spróbowali zakwestionować jego słowa.
Oczywiście Seamus nawet nie zwrócił na to uwagi.
— Ale Malfoy? Jak w ogóle możesz z nim wytrzymać? Przecież jesteś dla niego tylko brudną szlamą... Nie obraża cię bez przerwy?
— Och, chodzi ci o to, czy przy każdej okazji wypomina mi brak dziewczyny? — zapytał Dean złośliwie i zaraz musiał uchylić się przed chipsem, którym Seamus w niego rzucił. — Może to dla ciebie dziwne, ale ludzie się zmieniają. Spójrz na nas. Nie jesteśmy już tymi samymi głupkami co w szkole.
— Niech Merlinowi będą dzięki — mruknął Harry pod nosem.
— Podobnie Draco — kontynuował Dean. — On także dorósł. I jeszcze te wszystkie procesy śmierciożerców... Cóż, udowodnił, że w czasie wojny był po naszej stronie, prawda? To niesprawiedliwe, żeby ludzie wciąż traktowali go jak człowieka, którego musiał udawać.
Seamus nie dał się przekonać.
— To mi wygląda, jakbyście byli teraz przyjaciółmi. Proszę, powiedz mi, że się mylę.
Dean spojrzał na niego chłodno.
— Tak. Jesteśmy. Dogadujemy się całkiem nieźle. On w zasadzie nie ma nikogo innego. Jeśli koniecznie chcesz znać prawdę, myślę, że jest samotny. Dlatego przychodzi do mnie, żeby porozmawiać. Nie ma w tym nic złego. I jeśli powiesz jeszcze choć słowo, Seamus, dostaniesz w gębę.
Seamus oczywiście rozpoznał ten szczególny ton jego głosu i obrócił wszystko w żart.
— Tak jest, szefie. Jak sobie życzysz.
Ron zaczął grzebać w stosie „Proroków Codziennych” wepchniętych pod ławę.
— Zabawne, że akurat dziś wspomnieliście o Malfoyu. Rano czytałem, że zmarł jego ojciec. — Najwyraźniej znalazł numer, którego szukał, bo wyjął ze sterty jedną z gazet. — Zobaczcie, tutaj. Lucjusz Malfoy, skazany śmierciożerca i zastępca... bla, bla, bla ...dziś rano został znaleziony martwy w swojej celi w Azkabanie. I tyle, nic więcej nie piszą. Założę się, że pogrzebu nie będzie.
— I niech spoczywa w pokoju — dodał Seamus zawzięcie.
— Na ten temat nie zamierzam się sprzeczać — powiedział Dean. — Lucjusz był prawdziwym draniem. — Z drugiej strony, dobrze wiedział, że Draco poczuje się poruszony jego śmiercią, mimo że na własne oczy widział, do czego ojciec jest zdolny.
— Czy to oznacza, że Malfoy odzyska teraz swoje dziedzictwo? — zapytał Harry. Każda potyczka w bitwie o posiadłość Malfoyów została dokładnie opisana przez „Proroka”, który wręcz obsesyjnie relacjonował wszystkie zwroty w prawnych zmaganiach.
— Nie sądzę. Draco mówił, że według niego ministerstwo nie zaprzestanie walki nawet po śmierci Lucjusza.
Harry zmarszczył brwi, próbując zrozumieć sytuację.
— Dlaczego?
— Według mnie stawka jest zbyt duża. Poza tym wielu urzędników wciąż reaguje na nazwisko Malfoy z nienawiścią.
— Ale im chodzi o Lucjusza. Sam powiedziałeś, że Draco walczył po naszej stronie.
— Dla niektórych to zbyt mała różnica. Chcą, żeby sprawy były czarne lub białe. Malfoy to zło, po prostu. I jak długo ministerstwo udaje, że poluje jedynie na Lucjusza, wszyscy są szczęśliwi.
— Z wyjątkiem Draco — mruknął Harry.
Dean wzruszył ramionami.
— A ilu ludzi obchodzi, co się dzieje z Draco Malfoyem? Dopiero przed chwilą ktoś tutaj miał pretensje, że pracuje dla mnie jako model — dodał znacząco.
Seamus miał na tyle rozsądku, że przybrał zakłopotaną minę.
— To nie w porządku — powiedział Harry.
— Nie — zgodził się Dean. — Draco już wydał fortunę na adwokatów, którzy próbują walczyć o jego prawa. Jeśli to przeciągnie się odpowiednio długo, z bogactwa Malfoyów może nie zostać nic, o co warto się bić.
Ron wyglądał na zaskoczonego.
— Potrafię zrozumieć, czemu walczy o pieniądze, ale po co mu ten stary dwór? Przecież życie w pojedynkę w samym środku Wiltshire musi być straszne. Założę się, że dom wręcz cuchnie czarną magią. Podobno Sami–Wiecie–Kto spędził w nim sporo czasu.
— No i matka Malfoya została tam zamordowana — wtrącił Seamus. — Słyszałem, że widok wcale nie był miły. Według mnie ten dom to nic więcej niż złe wspomnienia.
— Twierdzi, że i tak go kocha — powiedział Dean. — Pewnie nie uwierzycie, ale taka jest prawda. Mówił mi, że to część jego duszy. — Wciąż pamiętał emocje, z jakimi Draco opowiadał o swojej niesamowitej rodowej posiadłości.
— To pewnie dlatego on sam jest takim dziwakiem. Dziwaczny dom, zdziwaczały właściciel. Brzmi sensownie — stwierdził Seamus.
— Ale dwór wcale nie jest dziwaczny. Wygląda pięknie. Zupełnie inaczej, niż można się spodziewać...
— Byłeś tam? — zapytał zaskoczony Harry.
— Cóż... kilka razy — przyznał Dean. — Spodziewałem się, że będzie tam ponuro, gotycko i przerażająco, a dom okazał się cudowny.
— Cudowny? — powtórzył Seamus. — No tak, podejrzewam, że z cudownym domem i cudownym dziedzictwem nasz cudowny Draco już wkrótce przestanie być samotny. Pewnie do drzwi tej cudownej siedziby dobijają się całe tłumy kobiet.
Dean zdusił śmiech, nie chcąc wyprowadzać Seamusa z błędu w obawie, że ta rozmowa nigdy się nie skończy. Z zaskoczeniem zauważył, że Harry robi dokładnie to samo. Czyżby był świadomy preferencji Draco? Cóż, przynajmniej jego reakcji nie musi się obawiać.
— Cicho, chłopaki, mecz się zaczyna — zarządził Ron, a Dean poczuł wdzięczność za pretekst do zmiany tematu.

*

Popołudnie zmieniło się we wczesny wieczór. Spotkanie przeciągnęło się, ale w dogrywce Sroki wreszcie strzeliły gola.
— Lepiej już pójdę — oświadczył Seamus. — Obiecałem Lydii wspólną kolację.
— Ja też się zbieram — powiedział Ron i zamilkł na chwilę. — Zabawne, ale to może być ostatnia sobota, jaką tu spędziłem jako człowiek bezdzietny. Wciąż trudno mi w to uwierzyć.
Harry spojrzał na niego dziwnym wzrokiem, jak gdyby dotąd nie zastanawiał się nad nieuchronnym rodzicielstwem przyjaciela.
— Cóż, Ron, przypuszczam, że w takim razie wreszcie będziesz miał coś swojego, a nie z drugiej ręki.
Dean pomyślał, że uwaga była bardziej przykra niż śmieszna, zwłaszcza w ustach Harry’ego, który niezwykle uważał ze swoimi dowcipami. Pasowała już raczej do Seamusa, to on zazwyczaj mówił takie rzeczy i zaraz potem kwitował je typowym dla siebie wybuchem chrapliwego rechotu.
Ale Harry nawet się nie uśmiechnął.
Ron, choć zaskoczony, nic nie powiedział, jedynie z przymusem wykrzywił lekko usta. Wyglądało na to, że Harry niczego nie zauważył.
— To znaczy, nawet żonę masz z odzysku, prawda?
Zapadła głucha cisza. Wszyscy trzej przyglądali się Harry’emu zaszokowani jego nieoczekiwanie nietaktownym zachowaniem, a Ron z każdą sekundą czerwieniał coraz mocniej. Nancy była wcześniej żoną jednego z Puchonów, który zginął na wojnie trzy miesiące po ślubie.
— To nie jest zabawne — warknął Ron, gdy wreszcie udało mu się odzyskać mowę.
Harry popatrzył na niego beznamiętnie, jak gdyby nie powiedział niczego obraźliwego.
— Nie chciałem być zabawny. Stwierdziłem tylko fakt.
Ron zmierzył go lodowatym spojrzeniem.
— Podobnie jak faktem jest, że z ciebie totalny kutas?
Harry wyglądał na lekko zdziwionego tą uwagą. Wzruszył ramionami, nic sobie nie robiąc z reakcji przyjaciela.
Wymiana zdań sprawiła, że Deana ogarnęło nieprzyjemne wrażenie. Pomyślał, że przeoczył coś bardzo istotnego. Do tej pory Harry nigdy nie denerwował się na Rona z żadnego powodu, a przecież dzisiaj wcale dużo nie wypił, nawet mniej niż reszta z nich.
Nerwowym ruchem odłożył trzymane w ręce butelki, na wypadek koniecznej interwencji, gdyby Ron nie wytrzymał i rzucił się na Harry’ego. Chociaż po ostatnim żarcie Harry jak najbardziej na to zasłużył.
Wydawało się jednak, że Ron próbuje się uspokoić.
— Cóż, w takim razie uznaj, że cholernie mnie zaskoczyłeś. Nie spodziewałem się takiej zdrady po najlepszym kumplu.
— Oczywiście, że nie, przecież zdrady bardziej pasują do Deana — rzucił Harry.
Dean poczuł, jak skręca mu się żołądek. Absolutnie nie chciał usłyszeć, co Harry miał do powiedzenia.
Seamus szybko zrobił krok do przodu.
— Co ty pieprzysz, Harry? Dean nigdy...
— Naprawdę? Czemu go o to nie zapytasz, Seamus? Chociaż wcale nie jestem zaskoczony, że nigdy się nie przyznał, co ci zrobił.
Och, Boże, pomyślał Dean. Nie teraz...
Ale Harry nie miał zamiaru przestać.
— Nie mam pojęcia, jakim cudem trafił do Gryffindoru, skoro jest takim tchórzem. Jasne, że nie powiedział ci, że cię sprzedał śmierciożercom. Śmiem twierdzić, że nie jest to coś, co napawa go dumą.
Dean próbował cokolwiek z tego zrozumieć. Dlaczego Harry tak nagle ich wszystkich zaatakował? A co ważniejsze, jak się dowiedział o tej przeklętej nocy, kiedy wyjawił śmierciożercom, gdzie jest Seamus? Wiedziało o tym tylko kilka osób. Severus, Draco. Goyle i Bryce, ale oni obaj umarli, zanim mieli szansę porozmawiać z Harrym. Więc jak...
— Co ty, do diabła, wygadujesz?! — wrzasnął Seamus. — Dean nigdy czegoś takiego nie zrobił. Skąd to wiesz? Nie było cię tam.
— Nic mi nie musiał mówić — odparł Harry. — Po prostu wiem. Mogę to zobaczyć. Nawet ci o tym powiedział, kiedy cię złapali. Rozpłakał się w celi i poprosił o wybaczenie, a ty oczywiście się zgodziłeś. Bo jesteś tak samo głupi jak on.
Dean poczuł się kompletnie oszołomiony. Mało prawdopodobne było, żeby Harry znał szczegóły porwania, ale na pewno nie mógł nic wiedzieć o ich prywatnej rozmowie. Seamus niczego nie pamiętał, a on sam nie był dotąd w stanie o tym rozmawiać, więc skąd Harry wiedział? Wręcz nie mieściło mu się to w głowie.
Chyba że w grę wchodziła czarna magia.
— Zamknij się, Harry — odezwał się gwałtownie. — To nie twoja sprawa.
W odpowiedzi z ust Harry’ego wypłynęła cała litania obelg na tle rasowym, tak obrzydliwych, że samo słuchanie ich przyprawiało o mdłości.
Seamus wyrwał się do przodu, zamierzając pięściami bronić honoru swojego najlepszego przyjaciela, ale Dean złapał go za ramię i przytrzymał, czując, jak trzeszczą szwy koszuli.
— Ty draniu! — krzyknął Seamus, na próżno starając się wyszarpnąć, jednak Dean mu na to nie pozwolił, ściskając go tak mocno, że z pewnością jutro na jego skórze pojawią się siniaki.
— Seamus, przestań! To nie Harry. Tu się dzieje coś złego.
— Jasne, na pewno — wysyczał Seamus, ponownie próbując się uwolnić.
— Chodzi mi o coś naprawdę złego. Jak klątwa.
Harry przyglądał im się tak, jakby dodawał im odwagi, by zakwestionowali jego słowa, jakby wcale celowo ich nie prowokował. Ron, który do tej pory stał nieruchomo porażony szokiem, teraz wyciągnął różdżkę.
Finite incantatem — wychrypiał.
W zamian Harry zmierzył go pogardliwym spojrzeniem i wyrzucił z siebie kolejny potok obelg, tym razem skierowanych do Seamusa.
Silencio! — Dean spróbował kolejnego zaklęcia w nadziei, że jeśli Harry zamilknie, będą przynajmniej mogli pomyśleć, co dalej robić.
Jednak ku ich zaskoczeniu Harry nie zatrzymał się nawet na chwilę i kontynuował rzucanie inwektyw, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
Zaniepokojony Seamus powtórzył zaklęcie, ale skutek okazał się równie marny. Potem spróbował również Ron, a na końcu wszyscy trzej jednocześnie, jednak ich magia była bezskuteczna.
Drętwota! — wrzasnął w końcu spanikowany Ron.
Równie dobrze mógł potraktować zaklęciem pomnik. Harry w ogóle nie zareagował. Zdezorientowany Dean musiał go przekrzykiwać:
— Co to za klątwa?! Nic na nią nie działa! Nigdy o czymś takim nie słyszałem.
— Może jeśli wszyscy wyjdziemy, to się uspokoi i opanuje — zaproponował Ron po chwili wahania.
Harry rzucił się w jego stronę z wrzaskiem.
— Nawet się nie waż, ty dupku! Nie możesz stąd wyjść! Musisz zostać, aż z tobą nie skończę.
— Chcesz się o to założyć, Potter? — warknął Seamus.
— Seamus, nie pozwól, żeby cię sprowokował. On nie wie, co mówi, i prawdopodobnie nie może tego kontrolować ani zatrzymać.
— No to wyjdźmy — zaproponował Ron. Wyglądał na przygnębionego, o co Dean nie mógł go winić. — Poczekamy na korytarzu i zobaczymy, co zrobi, jeśli nie będzie miał na kogo krzyczeć.
Dean przytaknął. Dobrze byłoby uciec od narastającego szaleństwa Harry’ego, który wciąż głośno groził im konsekwencjami, jakie poniosą, jeśli wprowadzą słowa w czyn. Wszyscy trzej szybko ruszyli do wyjścia, wdzięczni za pretekst do opuszczenia mieszkania. Drzwi zamknęły się za nimi z przynoszącym ulgę trzaskiem.
Jednak wytchnienie nie trwało długo. Po chwili przez ścianę Dean usłyszał brzęk rozbitego szkła — prawdopodobnie zostawionych przez siebie butelek — i głośny łomot, którego nie miał ochoty identyfikować.
— No cóż — mruknął Ron i ponownie otworzył drzwi.
— Cholera! — zawołał Seamus. — Ożeż kurwa mać!
W tym krótkim czasie, gdy był sam, Harry zdążył zniszczyć stolik i wszystko, co się na nim znajdowało, a z jego poprzecinanych odłamkami szkła rąk spływała krew.
— Ostrzegałem was. — Roześmiał się bez cienia wesołości, co przyprawiło jego przyjaciół o dreszcze. — Mówiłem, żebyście mnie nie zostawiali.
— Lepiej zabierzmy mu różdżkę — powiedział Ron cicho. — Dean, pomożesz mi go przytrzymać, a Seamus niech ją weźmie. Jest...
— Wiem, gdzie ją trzyma — odparł Seamus. — Na trzy. Raz, dwa...
Harry walczył jak dzikie zwierzę, ale we trzech udało im się go obezwładnić i odebrać różdżkę, dając mu tym pretekst do kolejnej fali obelg. Dean spokojnie uleczył jego skaleczenia, jednak wszyscy byli pobrudzeni krwią, której nijak nie dało się usunąć.
— Musimy rzucić na pokój zaklęcie wyciszające, bo sąsiedzi zaraz wezwą policję.
Na szczęście tym razem magia okazała się skuteczna, dzięki czemu wszystkim trochę poprawił się humor.
Niestety, już na samych siebie nie udało im się nałożyć zaklęcia i wciąż musieli słuchać obraźliwych epitetów, które zdawały się przybierać na intensywności. Do tego od czasu do czasu Harry atakował jednego z nich.
— Chyba trzeba go związać — oświadczył Seamus. — Inaczej zrobi sobie krzywdę.
Zaklęcie wiążące nie zadziałało, Harry tylko rozwścieczył się jeszcze bardziej, więc użyli tradycyjnej liny. Gdy tylko zawiązali ostatni węzeł, zaczął wrzeszczeć tak głośno, że przyprawił ich o dreszcze. Mijały długie minuty, a on nie wykazywał żadnych oznak zmęczenia.
— Chyba tego nie wytrzymam — odezwał się Ron słabo. — Trzeba go uwolnić.
— Musimy wezwać pomoc! — powiedział Dean, przekrzykując zawodzenie Harry’ego.
Poluzowali więzy, dzięki czemu wrzaski trochę ucichły, niemniej Harry wciąż rzucał na nich obelgi.
— Spróbuję zafiukać do Hermiony — postanowił Ron. — Ona będzie wiedziała, co zrobić.
Dla dobra ich wszystkich Dean miał nadzieję, że to prawda. Obrona przed atakami Harry’ego zmęczyła go fizycznie, a widok przyjaciela, który zmienił się tak nagle, wycieńczył emocjonalnie.
Gdy tylko głowa Hermiony pojawiła się w kominku, Ron wyjaśnił sytuację. Jego słowa były ledwie słyszalne poprzez krzyki Harry’ego.
— Postara się czegoś dowiedzieć i przyśle nam pomoc — powiedział Ron, kiedy Hermiona wreszcie zniknęła. — I poinformuje Nancy oraz Lydię, gdzie jesteśmy, gdybyśmy utknęli tu na dłużej.
Dean nawet nie próbował się zastanawiać, ile czasu to potrwa. Straszne byłoby, jeśli coś takiego przytrafiłoby się komuś innemu, ale w przypadku Harry’ego całe zdarzenie wydawało się podwójnie tragiczne. Mimo ich usilnych życzeń, wszystko co najgorsze spotykało właśnie jego. Raz za razem. Nie miał wątpliwości, że Harry stanowił cel ze względu na to, kim był. Dean łudził się — do diabła, wszyscy się łudzili — że koniec wojny i koniec Voldemorta równają się końcowi problemów Harry’ego. Ale z drugiej strony, wojna nigdy się nie skończyła, mimo że wszyscy tak udawali. Aurorzy nadal mieli co robić. Dostatecznie dużo mglistych postaci z przeszłości wciąż czaiło się na tajnych spotkaniach i w mrocznych zaułkach.
Jednak aż do tego wieczoru ich plany nie odnosiły sukcesu.

*

Posiłki nadeszły, ale nie przyniosły rozwiązania problemu. Hermiona poinformowała w Londynie każdego, kogo tylko mogła: Remusa Lupina, Moody’ego, Tonks, Artura Weasleya. Przybyli w pośpiechu i rzucili kilka bezużytecznych zaklęć. Większość odeszła z powrotem do ministerstwa, biblioteki albo gdzieś, gdzie można było dokopać się do czegoś, co pomogłoby powstrzymać oszalałą tyradę Harry’ego. Seamus w końcu zrezygnował i kilka godzin temu poszedł do domu, szczerze przepraszając pozostałych. Dean cieszył się, że przynajmniej on może na chwilę uciec.
Spojrzał na zegarek w słabym świetle. Pół do trzeciej. Harry w końcu osłabł, jego głos przeszedł w ochrypłe dyszenie, po czym jakąś godzinę temu — wreszcie — zasnął na kanapie. Ron drzemał na krześle obok z długimi rękami i nogami ułożonymi niewygodnie w zbyt małej przestrzeni. Remus zajął łóżko w sypialni, każąc się obudzić, jeśli cokolwiek ulegnie zmianie.
Dean wciąż próbował się uspokoić po dawce adrenaliny, jaką musiał przyjąć jego organizm. Niespodziewane ujawnienie szczegółów schwytania i zdrady, do jakiej został zmuszony, nadal okropnie go martwiły. Odkąd Draco zwrócił mu wspomnienia, bez przerwy starał się zdecydować, w jaki sposób najlepiej powiedzieć o wszystkim Seamusowi, ale to było takie trudne. Seamus już raz mu wybaczył, jednak nie wiadomo, czy byłby taki szlachetny ponownie. Przetrwali wojnę, co sprawiło, że zależało im na sobie jeszcze bardziej. Nie chciał zniszczyć tak wyjątkowej więzi. Zamierzał wyznać Seamusowi prawdę jak najwcześniej, więc Harry tylko przyspieszył to, co nieuniknione.
Szeleszczące dźwięki od strony kanapy wytrąciły go z zamyślenia. Harry poruszył się i teraz Dean widział jego oczy, takie wrażliwe bez szklanej osłony. Otwarły się gwałtownie i od razu napełniły zrozumieniem nietypowej sytuacji. Dean zobaczył, że są teraz spokojniejsze, i poczuł niewielką nadzieję.
— Harry — powiedział cicho.
— Dean — odparł Harry głosem strasznie chrapliwym. Zaczął szukać okularów, więc Dean pochyli się nad nim i włożył mu je do ręki. Harry nałożył je niezgrabnie i obrócił głowę.
— Mój Boże, ja...
Dean wyraźnie widział przerażenie na jego twarzy.
— Nic się nie stało. Jak się czujesz?
Harry spuścił nogi z kanapy i powoli usiadł.
— Jak kupa gówna. Czy ja... — Spotkał zatroskane, uważne spojrzenie Deana i ukrył twarz w dłoniach. — To nie był sen, prawda? Powiedziałem te wszystkie rzeczy?
— Nic się nie stało — powtórzył Dean, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie. Ogromnie się cieszył, że Harry znowu jest sobą.
— Boże, Dean, nie mam pojęcia, czemu to mówiłem. A potem... — Z niedowierzaniem spojrzał na swoje przedramiona. Ślady krwi plamiły tkaninę jego koszuli. — O, cholera. Tak mi przykro.
— Pamiętasz, co się stało?
Harry wyglądał na tak przerażonego, że Dean znał odpowiedź, zanim ją usłyszał.
— Strasznie żałuję, ale tak. Pamiętam każdy cholerny szczegół. Dean...
— No cóż, szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nie jesteś sobą — przerwał mu Dean, próbując uspokoić go najlepiej, jak potrafił. — Ktoś rzucił na ciebie zaklęcie. Ale to już koniec, przestań się martwić.
Ron drgnął na dźwięk ich podniesionych głosów, obudził się i zadrżał.
— Harry?
— Nic mu nie jest — zapewnił szybko Dean. — Skończyło się.
— Cholera, stary, przestraszyłeś nas na śmierć. — Ron szybko zsunął się z fotela i usiadł obok Harry’ego. Pocieszająco przesunął dłonią po jego plecach. — O co w tym wszystkim chodziło?
— O ile wiem, ktoś rzucił na mnie klątwę — odparł Harry. — Bardzo mi przykro. Musisz uwierzyć, że nie miałem na myśli żadnej z rzeczy, o których mówiłem.
— Pewnie. Zapomnij o wszystkim.
— I co o tym sądzisz? — zapytał Dean.
— Nie mam bladego pojęcia. To znaczy, siedzieliśmy i oglądaliśmy mecz, i nagle naszło mnie to uczucie, jakaś potrzeba... sam nie wiem, jak to określić. — Odchrząknął, bo wciąż miał zachrypnięty głos, i spuścił wzrok. — Chciałem powiedzieć najbardziej złośliwe i podłe rzeczy, jakie tylko mogłem, odpłacić ci się za... cóż, nawet nie wiem za co, i nie potrafiłem się powstrzymać, te słowa po prostu ze mnie wyszły. — Popatrzył najpierw na Rona, a potem na Deana. — Ale to nie tak, że ja w to wszystko wierzę i tylko przed wami ukrywam. Wcale o tych rzeczach nie myślę!
— Wiem, że nie — uspokoił go Ron.
— Czułem się, jakby ktoś przejął nade mną władzę, jak pod Imperiusem. Och, Boże... — przerwał, ponownie przytłoczony wspomnieniami.
— Harry, posłuchaj mnie — odezwał się Dean z wahaniem. — To, co mówiłeś o mnie i Seamusie. O zdradzie. — Ciężko było poruszać ten temat przy Ronie, ale nie miał wyjścia. — Jak się o tym dowiedziałeś?
Harry z roztargnieniem przebiegł rękami po włosach. Dean zdawał sobie sprawę, że stara się wrócić myślami do początku wczorajszego wieczoru.
— Widziałem to. Małe pomieszczenie bez okien, a w nim wy dwaj, przypięci do ściany zaklęciem wiążącym. Ciebie w zasadzie nie widziałem, tylko Seamusa, słyszałem jednak, o czym rozmawiacie. Opowiedziałeś mu, dlaczego go zdradziłeś, a on ci przebaczył. Ale nic takiego się nie wydarzyło, prawda?
Harry czytał w jego myślach. Dean nie potrafił wyobrazić sobie gorszej kombinacji — pod działaniem tego dziwnego zaklęcia potrafił odkryć sekrety otaczających go osób i wykorzystać je do miotania jeszcze dotkliwszymi obelgami. Przerażało go, że jego tajemnice zostały obnażone tak bezdusznie i niespodziewanie.
— Chyba pójdę do Remusa i powiem mu, że wszystko z tobą w porządku.
I było w porządku przez resztę nocy i cały następny dzień. Przyjaciele Harry’ego przestali się o niego martwić. Nie potrafili wyjaśnić, co się wydarzyło, ale w pełni przekonani, że najgorsze minęło, zachęcali go, by się uspokoił i odpoczął. Harry obiecał, że zrobi, co każą, i udowodnił, że jest idealnie ugodowym pacjentem. A potem, ku przerażeniu wszystkich, cały koszmar się powtórzył.

*

Tydzień później klątwa wciąż nie wykazywała oznak utraty mocy. Niekontrolowane potoki obelg rozpoczynały się wczesnym wieczorem i Harry zmuszony był do wrzeszczenia i upokarzania każdego, kto znalazł się w zasięgu jego głosu, i dopiero po wielu długich i bolesnych godzinach zasypiał z wyczerpania.
Jego przyjaciele mieli podwójne zmartwienie, ponieważ musieli dbać, by zawsze ktoś mu towarzyszył — zadanie, które dla żadnego z nich nie było czymś przyjemnym — przy jednoczesnym pilnowaniu, by szczegóły nie dostały się do „Proroka Codziennego”.
Hermiona pełniła funkcję łącznika między Harrym a ekspertami z ministerstwa. Po pierwszym strasznym wieczorze wszyscy zgodzili się, że muszą znaleźć kogoś doświadczonego w dziedzinie zaklęć czarnomagicznych. Z pewnymi trudnościami Hermiona zdołała przejąć to pożądane zadanie.
— To ma sens tylko wtedy, jeśli maczał w tym palce Departament Tajemnic — powiedział Dean.
Hermiona niedawno awansowała i teraz pracowała dla tego prestiżowego wydziału. Żartowała, że może mu wyjawić, co tam robi, ale potem będzie musiała go zabić. Po części jej wierzył.
— Kto jeszcze próbował dostać to zadanie? — zapytał.
— Cóż, oczywiście aurorzy. I ekipa sprzątająca Percy’ego Weasleya... przepraszam, grupa tropiąca nieuczciwych byłych śmierciożerców.
Dean uniósł brwi ze zdziwienia.
— Uważają, że stoją za tym śmierciożercy?
Hermiona przytaknęła.
— To się wydaje całkiem prawdopodobne, nie sądzisz? W końcu chodzi o Harry’ego Pottera.
— Racja.
— Tak czy owak, ekipa sprzątająca pociągała za sznurki, żeby przejąć zadanie, dopóki nasz szef nie poszedł z pominięciem ich szefa prosto do Tabernasha. Krótko mówiąc, teraz my się zajmujemy sprawą.
Dean spojrzał na nią podejrzliwie.
— I ty nie miałaś z tym nic wspólnego?
— Nie mam zamiaru się przyznawać. — Hermiona parsknęła śmiechem. — Boże, Dean, polityczne przepychanki... nie masz o nich pojęcia. Powinieneś być szczęśliwy, że pracujesz na własną rękę.
Jak do tej pory zespół Hermiony nie odniósł żadnych sukcesów w poszukiwaniu źródła klątwy. Praktycznie nikt nie słyszał o zaklęciu, które dawałoby taki efekt, żadna książka, jaką wyszukali, go nie opisywała i nie mieli szansy na znalezienie antidotum.
Według Deana najgorsze było to, że Harry pamiętał wszystko, co zmuszony został powiedzieć, i za co, oczywiście, tak żałośnie później przepraszał. Po zaledwie dziewięciu dniach grupa osób, które chciały spędzać z nim wieczory, skurczyła się do kilku przyjaciół.
Wczoraj to właśnie jemu przypadła zmiana i ciągle dochodził do siebie po tym doświadczeniu. Ogólnie rzecz biorąc, uznał, że nie wybrał najlepszego dnia, aby poprosić Malfoya o przywrócenie Seamusowi wspomnień, ale tak właśnie zaplanował i nie zamierzał się z tego planu wycofać.
Malfoy, co trzeba mu policzyć na plus, nie zgłosił sprzeciwu. A po tym, jak Harry wykorzystał wspomnienia Deana, problem trzeba było rozwiązać jak najszybciej.
Usłyszał, że Malfoy wychodzi z kominka w salonie, więc pospieszył, by go przywitać. Pozdrowili się krótko.
— Seamus pojawi się dopiero za jakąś godzinę — powiedział Dean. — Pomyślałem, że przedtem moglibyśmy trochę popracować.
Malfoy wykrzywił lekko usta.
— Podstępny, co? To znaczy, jak na Gryfona — skomentował, ale poszedł za Deanem do pokoju, w którym zwykle mu pozował.
Nie po raz pierwszy Dean zastanowił się, dlaczego Draco Malfoy wciąż się na to zgadza. Przecież nie robił tego ani dla pieniędzy, ani dla sławy. W przeszłości, w szkole, nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że pewnego dnia mogą stać się... cóż, chyba przyjaciółmi. Czuł się w towarzystwie Draco coraz wygodniej i sądził, że w odwrotną stronę działa to podobnie.
Łączyły ich pewne elementarne cechy charakteru. Dean był zaskoczony, gdy odkrył w Draco fundamentalny spokój, wrodzone opanowanie, tak inne od dziecięcych napadów złości, jakich był świadkiem. Nie że zmienił się całkowicie — nadal potrafił czasami być zjadliwy i kompletnie egocentryczny. Ale upływające lata, poniesione straty i wojna w jakiś sposób podziałały na niego łagodząco.
Spędzali więc razem długie godziny na rozmowach, podczas gdy ołówek Deana niemal bezszelestnie sunął po papierze. Ich dyskusje dotyczyły polityki ministerstwa, plotek na temat byłych kolegów ze szkoły i wspólnych znajomych, w tym tego najsłynniejszego — Harry’ego Pottera.
Draco nie używał już żadnego z określeń, jakimi posługiwali się w Hogwarcie — Chłopiec, Który Przeżył, Bliznowaty, Gryfiak — i pytał o Harry’ego bez wrogości. Dean starał się odpowiadać tak szczerze, jak tylko mógł, biorąc pod uwagę obecny kryzys w nieszczęsnym życiu przyjaciela.
— Teraz nie za dobrze mu się wiedzie.
— To znaczy?
— Ktoś rzucił na niego nieznaną klątwę. — Deanowi nie umknęło, że słysząc nowinę, Draco cały się spiął. — Bardzo dziwną klątwę. Zmusza ona Harry’ego do krytykowania znajomych. — Delikatnie mówiąc.
— Krytykowania? Co masz na myśli?
— No cóż, wykrzykuje różne rzeczy. Wyjątkowo paskudne rzeczy. Nazwałbym to słownymi ciosami. W jakiś sposób umie trafić tam, gdzie boli najbardziej.
Draco zmarszczył brwi.
— Mów dalej.
— Najgorsze jest to, że nie można zostawić go samego. Ktoś musi z nim być w czasie ataku, bo staje się agresywny. To niełatwe. Pilnujemy go na zmianę.
— Wiesz, dlaczego... To znaczy, ty też mu pomagasz?
— Czasami. Niezbyt przyjemne zajęcie. Chodzi mi o to, że wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nic nie możemy na to poradzić. A kiedy atak mija, Harry czuje się okropnie. To absolutnie nie jego wina. Czemu przytrafiło się to własnie jemu? Przecież tyle już w życiu przeszedł. Dlaczego on?
Bo mogę.
— Co? — Dean zauważył, że Draco oparł się pragnieniu, żeby zmienić pozycję.
— Brzmi niedobrze.
— Przynajmniej klątwa działa tylko okresowo. Na razie wieczorami.
— Jak długo to trwa?
— Półtora tygodnia. Oczywiście poprosiliśmy ekspertów z ministerstwa, żeby zbadali zaklęcie. Hermiona zajmuje się tym z ramienia swojego wydziału.
— Czyli nic to nie dało?
— Nie, przynajmniej jak dotąd, ale mamy nadzieję, że szybko coś wymyślą. To straszne, Draco. Jakby był dementorem w ludzkim ciele... Wysysa z ciebie całe szczęście, a gdy atak się kończy, wszystko pamięta i zadręcza się wyrzutami sumienia.
Draco nic więcej nie powiedział.
A kiedy skończyli pracę, Dean uświadomił sobie, że narysował portret, który wydawał się niemal druzgocący w swoim smutku.

*

Przybycie Seamusa niemal go rozczarowało. Przywitali się odpowiednio grzecznie, a Dean wyjaśnił krótko całą sprawę z wymazaniem pamięci tak dawno temu. Po szybkim Finite incantatem Draco pożegnał się i po raz kolejny zostawił ich samych z problemem.
Seamus zachowywał się dziwnie spokojnie.
— Mnie przywrócił wspomnienia jakieś trzy tygodnie temu — zaczął Dean. — To znaczy, już wcześniej obaj mieliśmy pewne podejrzenia co do jego osoby, ale coś na temat wydarzeń tamtej nocy wciąż nie dawało mi spokoju. Draco nie wyczyścił mojej pamięci całkowicie, wcale nie zapomniałem, jak cię zdradziłem.
Seamus wciąż milczał.
— I w końcu zdecydowałem, że chcę, abyś ty również wszystko sobie przypomniał. Wiem, że ostatnio miałeś co do mnie wątpliwości. Do diabła, w rzeczywistości to trwało od miesięcy. I nie czułem się dobrze z myślą, że uważasz mnie za najlepszego przyjaciela. Ja... cóż. Oszukiwałem cię i teraz już wiesz, co zrobiłem z twoją przyjaźnią.
Nie — warknął nagle Seamus.
Dean zesztywniał i czekał na ciąg dalszy, który jednak nie nastąpił. Wziął głęboki oddech.
— Przepraszam. Wtedy też przeprosiłem, ale teraz jest mi jeszcze bardziej przykro. Nie mam dla siebie usprawiedliwienia. Zdradziłem cię w najgorszy możliwy sposób.
Seamus odchylił głowę i spojrzał mu prosto w oczy.
— Posłuchaj, Dean. Już ci wybaczyłem. Nie dotarło to do ciebie, ty mega dupku? Sądzisz, że teraz zamierzam się wycofać?
— No... tak — wystękał Dean.
— Ale czemu miałbym to zrobić? Wyznałeś mi swoje powody. Na twoim miejscu pewnie postąpiłbym tak samo.
— Nie, ty...
— Dean. — Jego imię zostało wypowiedziane z taką stanowczością, że Dean musiał momentalnie zrezygnować z reszty swojej wypowiedzi. — Nigdy nie miałem okazji sprawdzić sam siebie. Pod tym względem dopisało mi szczęście. A wcale nie jestem bardziej szlachetny niż inni. Kto wie, jak bym postąpił w takiej sytuacji? Ale ty zachowałeś się tak, jak nakazywały tamte okoliczności. Przeprosiłeś, a ja ci wybaczyłem. I teraz też wybaczam.
W tej chwili Dean poczuł się najszczęśliwszą osobą na świecie.

*

Wiedzą, jak nazwać bohaterów tego świata; jak określą mnie, kiedy przegram?
(„Deacon Blues”, Steely Dan)**

Machnięciem ręki Draco zbył wszelkie sugestie Sully na temat kolacji. Apetyt opuścił go całkowicie, a głowę wypełniły ponure myśli na temat rewelacji o Potterze, jakimi Dean nieświadomie się z nim podzielił — myśli o dawno zapomnianej klątwie, o kilku słowach wypowiedzianych tak beztrosko pewnego wczesnego popołudnia w piękny jesienny dzień lata temu. Dzień, który stał się przełomowym w jego życiu. Jakim cudem o tym zapomniał?
Bo mogę.
Wtedy martwiła go jedynie dalsza część dyskusji z ojcem. To, czego się dowiedział, doprowadziło go do Severusa, Zakonu i wszystkich późniejszych następstw. Klątwa — jak ona się nazywała? — była jedynie dodatkiem do spraw dużo ważniejszych, czymś, co można bez trudu ominąć i odłożyć na dalszy plan. Czymś, co nawet nie zacznie działać aż do śmierci Lucjusza, czyli przez całą wieczność. Tak mu się przynajmniej wtedy wydawało.
Ale magia nigdy nie zapomina tak łatwo, jak robią to czarodzieje. Przewidywalne i nieuniknione zaklęcie o jasno wyznaczonym celu przyczaiło się niczym nowotwór. Ukryty do dnia, kiedy to Lucjusz nie potrafił już walczyć z pustką w miejscu duszy i umarł. A w następstwie jego śmierci zatrute słowa obudziły klątwę do życia.
I Draco wiedział — z taką samą pewnością, z jaką wiedział, jakie jest jego miejsce na tym świecie — co go czeka. Najbystrzejsze umysły, najbardziej uparci łamacze klątw, cała siła i potęga ministerstwa zostały już zaangażowane, aby uratować ich najcenniejszy symbol — Człowieka, Który Przeżył i Pokonał Voldemorta. Kiedyś — prawdopodobnie dość szybko — ktoś połączy klątwę rzuconą na Pottera z jego ojcem. Ktoś ją zidentyfikuje. A Lucjusz odszedł i nie mógł już pełnić roli kozła ofiarnego. Draco doskonale zdawał sobie sprawę, gdzie będą szukać winnego. I zemsty.
Podszedł do swojego dobrze wyposażonego barku, kciukiem otworzył butelkę szkockiej i nalał solidną porcję do perfekcyjnie wykonanej szklanki. W zaistniałych okolicznościach nie był zainteresowany kolacją, picie wydawało się opcją dużo atrakcyjniejszą.
Prawnicy wciąż go zapewniali, że jego wsparcie w Wizengamocie wzrasta. Wysiłki ministerstwa, żeby odebrać mu dwór, mogą spełznąć na niczym, jeśli zostanie obdarzony odpowiednią ilością współczucia jako przypuszczalnie jedyny godzien szacunku Malfoy w długim czasie. Ale po wojnie każdy świadek musiał zeznawać pod Veritaserum, więc urzędnicy szybko i bez problemu zmuszą go, by przyznał się, że wiedział o przekleństwie i nie zrobił nic, aby powstrzymać ojca albo ostrzec Harry’ego Pottera.
Rozegrałoby się to całkiem miło, prawda?
Tak, wysoki sądzie, słyszałem, jak mój ojciec, Lucjusz Malfoy, rzucił zaklęcie czarnomagiczne na Harry’ego Pottera. Nie, nie zrobił tego, żeby zniszczyć zbawiciela czarodziejskiego świata. W zasadzie był to pokaz dla mnie, a Potter po prostu znalazł się w pobliżu.
Dlaczego? Bo Malfoyowie tacy właśnie są, prawda? Robimy coś, bo możemy.

Po takim wyznaniu zapewne straci dwór. A jeśli straci dwór, znajdzie się w poważnym niebezpieczeństwie utraty samego siebie.
Nie miał jednak pojęcia, jak temu zaradzić.
Jego szklanka była już pusta. Przynajmniej temu potrafił zaradzić.
Siedział w ciszy, wpatrując się w ogień podsycany nie tylko przez drewno, ponieważ jego trzaski nigdy nie traciły na intensywności. Pozwolił, by jasne płomienie pomogły osłabionemu alkoholem umysłowi powędrować w przeszłość, do chwil, które spędził w gabinecie ojca. Nie poświęcił wiele uwagi zaklęciom, jakich Lucjusz wtedy poszukiwał. Samo przez się było zrozumiałe, że należą do czarnomagicznych. Ale szczególnie tego wieczoru był pewien, że badania dotyczyły obcego przekleństwa.
Niespodziewanie przypomniał sobie opowiedzianą przez Lucjusza historię, która miała zilustrować sceptycznemu synowi działanie zaklęcia. O kochankach. Tak, klątwa dotyczyła porzuconych kochanków. Juana, Marii, Consueli... Klątwa hiszpańska.
Musiał odnaleźć książkę, z której korzystał ojciec. Z pewnością była w domu, najprawdopodobniej w gabinecie. Nagle podekscytowany wstał i podszedł do drzwi. Zawahał się, wrócił do barku i zabrał butelkę. Nienawidził wizyt w tym pomieszczeniu, było zbyt mocno przesycone obecnością ojca, więc unikał go, kiedy tylko mógł. Płynna odwaga bez wątpienia mu się przyda.
Dreszcz przebiegł przez jego ciało, gdy stanął w wejściu do gabinetu. Uspokój się, do cholery, nakazał sam sobie. To tylko pusty pokój.
Lumos! — rzucił trochę zbyt głośno.
Światełko natychmiast zapłonęło na czubku jego różdżki. Od ostatniego pobytu ojca nic się tutaj nie zmieniło. Jego oczy automatycznie otwarły się szeroko, kiedy spojrzał na krzesło, na którym Lucjusz spędzał niezliczone godziny, i zmusił się do odwrócenia wzroku. Mógł niemal wyczuć charakterystyczny zapach: połączenie drogich kosmetyków i wypolerowanej skóry, zabarwione nutką aromatu tytoniu, na który ojciec czasem sobie pozwalał. Wydawało się, że nawet cienie imitują jego kształt.
Draco uznał, że szkocka chyba jednak nie była dobrym pomysłem — stawał się przez nią irracjonalnie nerwowy. Najlepiej zrobi, jeśli poszuka książki i szybko się stąd wyniesie. W końcu miał dobry powód, żeby unikać tego miejsca.
Zastanowił się, jak przeprowadzić poszukiwania, w najmniejszym stopniu zakłócając porządek: po zbyt szeroko sformułowanym żądaniu może zostać zasypany stertą książek. Przemyślał problem z uwagą, co wcale nie należało do łatwych zadań, gdy miało się umysł zamroczony alkoholem.
Accio książka z klątwami iberyjskimi — wyrecytował ostrożnie i przygotował się, by w razie potrzeby zrobić unik.
Tylko trzy woluminy opuściły swoje miejsca na półkach i popłynęły szybko w jego kierunku. Bez problemu udało mu się wychwycić z powietrza dwa pierwsze, a zaraz potem wolną ręką złapał też trzeci, zanim zdążył go uderzyć. Dobrze wiedzieć, że refleks szukającego przydaje się nie tylko na boisku.
Nie chciał pozostać w gabinecie na tyle długo, żeby przejrzeć książki, więc szepnął Nox i pospiesznie zatrzasnął za sobą drzwi. Opanowując westchnienie ulgi, gdy ponownie znalazł się w holu, pobiegł z powrotem do swojego pokoju.
Nie przypominał sobie, jak wyglądała książka, z której korzystał ojciec, mogła to być każda z trzech zabranych. Wszystkie napisano po hiszpańsku, dlatego wypowiedział zaklęcie tłumaczące. Zdecydował się na jego najbardziej skomplikowany wariant, aby mieć pewność, że właściwie zrozumie każde słowo.
Pierwszy z tomów zdawał się koncentrować na truciznach i antidotach, więc odłożył go na bok. Drugi wyglądał na bardzo stary i kruchy, a po uniesieniu okładki ukazały się puste strony. Draco wcale to nie zniechęciło. Każdy szanujący się Malfoy znał przynajmniej dziesięć czarnomagicznych zaklęć odblokowujących księgi. Udało mu się przy czwartej próbie.
Stronice zawierały mniej faktycznych klątw, niż się spodziewał, tak więc odpowiednią odkrył szybko. Tekst pod nazwą „Klątwy zemsty” ciągnął się wyjątkowo długo. O ile Draco pamiętał, sama inkantacja nie zawierała zbyt wielu słów, a opis, jak rzucić zaklęcie, mieścił się na jednej stronie. Poczuł się zaintrygowany długością rozdziału, dlatego usiadł wygodnie i rozpoczął lekturę.
Sposób, w jaki ta najokrutniejsza z klątw wpływa na ofiarę.
Zaklęcie będzie się aktywowało każdego wieczoru i podziała od zachodu słońca do chwili, aż ofiara straci siły.
Ofiara zostanie zmuszona do wypowiadania najbardziej obraźliwych rzeczy do każdego w zasięgu jej słuchu.
Ofiara otrzyma zdolności odkrywania najpilniej strzeżonych sekretów i najwstydliwszych tajemnic otaczających ją osób.
Jeśli zostanie sama, ofiara będzie niszczyła pobliskie przedmioty oraz raniła samą siebie.
Zaklęcia wyciszające nie zadziałają ani na ofiarę, ani w jej pobliżu.
Zaklęcia unieruchamiające nie zadziałają ani na ofiarę, ani w jej pobliżu.
Zaklęcia oszałamiające nie zadziałają ani na ofiarę, ani w jej pobliżu.

Pod tekstem znajdowała się ilustracja, na której przeklęta kobieta bezgłośnie wrzeszczała na grupę przerażonych gapiów. Jeden ze świadków podkradał się do kobiety z siekierą. Draco patrzył, jak prześladowca opuszcza siekierę, bierze zamach, roztrzaskuje czaszkę ofiary i zalewa stronę książki jaskrawoczerwoną krwią. Poczuł mdłości i musiał odwrócić wzrok. Cieszył się, że obrazek nie wydaje żadnych dźwięków.
Więc z takim oto przekleństwem Potter boryka się każdego wieczoru. Nic dziwnego, że w ministerstwie aż kipią ze złości.
Jego serce przyspieszyło, kiedy przeczytał kilka następnych wersów.
Jak przełamać działanie klątwy.
Klątwa sprawia, że ofiara nie może przestać mówić. Żeby ją przerwać, ktoś musi dla dobra ofiary złożyć potajemne śluby milczenia. Tylko w taki sposób możliwe jest anulowanie przekleństwa.
Łamacz klątwy ogłasza wszem i wobec, że nie będzie się już z nikim komunikować, ale nie może w żaden sposób wyjaśnić, dlaczego to robi. Ostatnimi słowami, jakie wypowie, będą słowa zaklęcia rozpoczynającego śluby milczenia.
Klątwa dopuszcza tylko jedną próbę i jeśli łamacz zawiedzie, ofiara pozostanie pod jej działaniem do końca życia.

Czyli w przełamanie przekleństwa zaangażowana jest magia wymiany. Nic nadzwyczajnego nawet w przypadku zaklęć zupełnie legalnych. Działanie mające na celu równoważyć inne działanie.
Czytał dalej.
Milczenie musi trwać przez okres sześciu miesięcy, pięciu tygodni, czterech dni, trzech godzin, dwóch minut i jednej sekundy.
Jak poetycko. Draco rozpoznał numerologiczną moc wzoru liczbowego. Wieczorem, gdy opuścił Hogwart na zawsze, pracował nad esejem właśnie na ten temat.
Częściowa lista czynności zabronionych łamaczowi klątwy.
Nie możesz mówić.
Nie możesz pisać.
Nie możesz przytakiwać ani potrząsać głową w odpowiedzi.
Nie możesz literować słów w żaden sposób.
Nie możesz składać autografów.
Nie możesz wcześniej nikomu wyjaśnić, dlaczego chcesz złożyć śluby milczenia.
Częściowa lista czynności dozwolonych łamaczowi klątwy.
Możesz się uśmiechać.
Możesz się śmiać.
Możesz płakać.
Możesz dotykać.
Możesz całować.

Draco parsknął głośno po przeczytaniu ostatniego punktu. Nie potrafił sobie wyobrazić, by łamacz klątwy miał wiele okazji do nawiązania miłosnych relacji, skoro nie mógł się z nikim komunikować. Rozbawiony, obrócił stronę.
Lista ciągnęła się jeszcze przez kilka kartek, szczegółowo rozwijając każdy z podpunktów i opisując, na co śluby milczenia pozwalają, a czego zabraniają. Draco nie zadał sobie trudu, żeby wszystko dokładnie przeczytać, ale przekaz był jasny: każda celowa próba porozumienia się z kimkolwiek doprowadzi do porażki i osoba przeklęta pozostanie pod wpływem zaklęcia do końca swojego życia. Zupełnie niepotrzebnie zastanowił się, jak te wszystkie detale zostały odkryte, pewnie za pomocą bardzo nieprzyjemnej metody prób i błędów.
Żałował, że ani razu nie widział, jak Potter zachowuje się pod wpływem klątwy.
Nagle uświadomił sobie, że analizuje te wszystkie zasady, jakby naprawdę rozważał złamanie zaklęcia dla Pottera. Czegoś takiego nie mógł zlekceważyć. Nie umknęła mu ironia sytuacji — połowa czarodziejskiego świata chętnie poniosłaby każde brzemię, gdyby tylko mogło to pomóc w uwolnieniu ich bohatera od tak nieznośnego ciężaru. Gryfońscy przyjaciele Pottera chętnie milczeliby dla niego przez dziesięciolecia.
A on był ostatnim człowiekiem — w mniemaniu swoim i każdej innej osoby — który dobrowolnie zgodzi się pełnić rolę łamacza klątwy.
Ale jeśli chciał zatrzymać dwór, nie miał wyjścia. Ponieważ zarówno klątwa jak i jej przeciwzaklęcie musiały pozostać tajemnicą — rola Lucjusza nigdy nie może wyjść na jaw. No i powodów ślubów milczenia nie wolno było wyjaśnić, co działało na korzyść dyskrecji, której potrzebował. Jakimś cudem całą sytuację zaczął postrzegać jako intrygującą i stanowiącą wyzwanie.
Jednak nie chciał się angażować. Postanowił, że da sobie tydzień. Jeden tydzień, żeby przemyśleć wszelkie konsekwencje, jeśli zdecyduje się spróbować złamać klątwę, chociaż już teraz dostrzegał kilka oczywistych pułapek. Cóż, przecież to nie tak, że musiałby porzucić bogate życie społeczne. Teraz rzadko się z kimkolwiek spotykał, kontaktował się głównie z Severusem, który do towarzyskich typów nie należał. Ale przecież nie potrzebował słów, żeby przekazać polecenia swojej skrzatce. I co ważniejsze, aby posługiwać się magią.
Jednak po raz pierwszy, odkąd Dean Thomas powiedział mu o klątwie i Potterze, Draco nabrał niewielkiej nadziei, że nie wszystko, co się dla niego liczyło, zostało stracone.
Bo mogę.

*

Spotykamy się na drodze do Basry;
Ty — na wpół ślepy w płaszczu przesiąkniętym krwią,
Ja — anioł upadły z płonącego drzewa zwątpienia.

(„God's Alibi”, Capercaillie)***

Życzenie Draco się spełniło. Miał okazję zaobserwować efekty klątwy wcześniej, niż myślał.
Któregoś wczesnego wieczoru pozował dla Deana, rozmawiając z nim o wszystkim i o niczym, tak jak robili to zazwyczaj podczas ich coraz częstszych sesji. Nauczył się cieszyć swobodną wymianą myśli w formie żartobliwych komentarzy. Nigdy by Deanowi tego nie wyznał, ale czuł, że jego życie znowu nabrało jakiegoś skromnego sensu. Nieważne, że kiedy tu przebywał, robił niewiele, liczyło się to, że ktoś go potrzebował.
Nigdy wcześniej nie spędził tyle czasu z kimś, kto tak bardzo się od niego różnił. Po raz pierwszy pozwolił sobie spojrzeć ponad oczywistymi podziałami — biedny, Gryfon, mugolskiego pochodzenia — i mimo że zawsze unikał nieznajomych, teraz chciał poznać tego niezwykłego człowieka. Dean nie był gadułą jak jego przyjaciel Finnigan, ale z chęcią dzielił się swoją przeszłością. I nie wymagał, by Draco w zamian opowiadał o własnej.
Dzisiaj rozmawiali o rodzicach Deana. Draco zaintrygował opis ciepłej, intymnej atmosfery domowego życia, której ani on, ani wielu z jego ślizgońskich przyjaciół nigdy nie zaznało.
— Wiesz, mama i tata nie mieli pojęcia o czarodziejach — powiedział Dean. — Ale wiedzieli, że było we mnie coś dziwnego. W nietypowych momentach pojawiała się jakaś niewyjaśniona magia. Potem przyszedł list z Hogwartu i Artur Weasley złożył nam wizytę, by wszystko wytłumaczyć.
Draco słuchał z rosnącym zainteresowaniem. Wcześniej nie zastanawiał się, czym może być wiadomość o Hogwarcie dla mugolskiej rodziny.
— Dlaczego akurat Weasley?
— Och, był raczej dobry w tych sprawach. Wyglądał na niegroźnego, to po pierwsze. Cała sytuacja okazała się dla nas dość przytłaczająca i mieliśmy milion pytań. On sprawił, że wszystko stało się wyjątkowe, w ten dobry sposób.
— A więc bałeś się?
Obserwował, jak Dean marszczy brwi w zamyśleniu.
— Nie tak bardzo, jak sądzisz, naprawdę. Myślę, że wszyscy odczuliśmy ulgę, że niecodzienne rzeczy, które działy się wokół mnie, wreszcie się wyjaśniły. Byłem podekscytowany. Urodziłem się jako czwarty z sześciorga dzieci, w tym tłumie trochę mnie pomijano, więc poczułem się wyjątkowy. Możesz się założyć, że moi bracia i siostry pałali zazdrością. — Wyszczerzył zęby w uśmiechu. — I przyznaję, podobało mi się to.
— Co myślą o tobie teraz? — zapytał Draco, ale nie otrzymał odpowiedzi. W kominku nagle pojaśniało i w płomieniach pojawiła się głowa Granger.
— Dean, potrzebuję pomocy z Harrym. Możesz teraz przyjść? — rzuciła szybko i bez wstępów.
Dean odłożył węgiel, którym rysował, i odsunął się od swojej pracy. Nie marnował czasu pytaniami o szczegóły.
— Tak. Zaraz będziemy.
Draco, któremu nie umknęła liczba mnoga, spojrzał na Deana z zaskoczeniem.
— Masz coś przeciwko? Ciebie też możemy potrzebować. Ale jeśli nie chcesz iść...
— Nie, pójdę z tobą — odpowiedział Draco, starając się nie sprawiać wrażenia zaciekawionego stanem Pottera. Nie chciał wyglądać jak amator niezdrowej sensacji, ale rozkoszował się nieoczekiwaną możliwością ujrzenia klątwy w trakcie działania.
Kilka minut później otrzepywał szatę w, jak się zdawało, salonie należącym do domu Pottera. Chwilę zajęło mu zaaklimatyzowanie się w nowym otoczeniu. Z sąsiedniego pokoju dobiegał głośny, zachrypnięty krzyk, przerywany wstrząsającym dźwiękiem rozbijanych przedmiotów — sporej ilości rozbijanych przedmiotów. Słyszał też Granger, powtarzającą wciąż zaklęcie Wingardium Leviosa. Dean pobiegł w tamtą stronę, więc Draco podążył za nim.
— Harry. Harry! Przestań! — krzyknął Dean.
Stojąc na progu pokoju, Draco widział, jak Potter odwraca się nagle na dźwięk nowego głosu. Ulga na twarzy Granger była niemal namacalna. Podłogę wokół nich zaśmiecały odłamki naczyń, a więcej niż kilka, dzięki jej zaklęciom, wisiało w powietrzu niczym dziwaczne ptaki.
— Dzięki Bogu, że jesteś — powiedziała. — Nie mogłam sobie dzisiaj z nim poradzić.
Obecność Deana uspokoiła Pottera. Draco obserwował, jak z jego twarzy znika wściekłość, a pojawia się przebiegły, wykalkulowany uśmieszek.
— Dean Thomas. Mój ulubiony Judasz. Jak miło, że wpadłeś.
Potter i Granger zauważyli obecność Draco w tym samym momencie. Hermiona wyraźnie się zaniepokoiła, ale nic nie powiedziała, Potter jednak ukrył pierwotne zaskoczenie czymś bardziej zatrważającym: oczekiwaniem, a być może okrutnym rozbawieniem.
— Proszę, proszę. Draco Malfoy. Co za niespodzianka. — Zignorował Deana i podszedł do Draco, który stał w bezruchu. — Nie widziałem cię od rozprawy twojego ojca. Nie, czekaj... chyba od pogrzebu twojej matki.
— Potter. — Draco kiwnął głową na powitanie, ale trzymał się na dystans, ukrywając wszelkie emocje.
— Przyszedłeś zobaczyć cyrkowe dziwadło, co? Czujesz potrzebę napawania się tym, jak nisko upadł wszechpotężny? — Potter zniżył głos, który brzmiał teraz niemal groźnie. — Pamiętaj, Malfoy, to tylko jedna z wielu rzeczy, które nas łączą.
— Masz rację, oczywiście — odpowiedział Draco spokojnie.
— Podobnie jak fakt, że obaj mieliśmy rodziców, którzy za nas zginęli. Choć w przypadku twojej matki powiedziałbym, że bardziej odpowiednie będzie określenie z twojego powodu.
Draco przypuszczał, że kiedyś raniące uwagi Pottera popchnęłyby go do użycia pięści, ale teraz nie kierował się impulsem. To, czego był świadkiem, uważał za fascynujące.
Granger jednak nie miała o tym pojęcia. Jej niepokój stawał się widoczny. W końcu zebrała się na odwagę, żeby go wyrazić:
— To niezbyt dobry pomysł, żebyś tu przychodził, Malfoy. Harry nie kontroluje tego, co mówi i sprawy mogą się skomplikować.
— Był ze mną, kiedy mnie wezwałaś, Hermiono. Uznałem, że potrzebujesz nas obu — wyjaśnił Dean.
Granger wyglądała na zdecydowanie zakłopotaną. Draco zdawał sobie sprawę, co chciała powiedzieć, i zaciekawiło go, jak poradzi sobie z wyrażeniem myśli, nie obrażając go przy tym ewidentnie.
— Doceniam twoją troskę, Dean, ale... Cóż, nie gniewaj się, Malfoy, ale z ich przeszłością być może to nie jest najlepszy wybór. Harry posiada zbyt wiele amunicji, której może przeciwko niemu użyć. — I vice versa pozostało niedopowiedziane.
Draco uniósł dłoń.
— Może jestem lepszym wyborem, niż sądzisz. Nie wiesz, że już to wszystko słyszałem? Nie ma nic, czego Potter mi nie zarzucił już tysiące razy i z czym wcześniej sobie nie poradziłem. Nie jest w stanie mnie sprowokować.
Jego słowa sprawiły, że Potter się roześmiał.
— Mój Boże, Malfoy, wcale się nie zmieniłeś. Wciąż jesteś największym kłamcą, jaki opuścił Hogwart. A myślałem, że to Hermiona jest najbardziej świętoszkowatą suką. Oboje możecie zaciekle konkurować o ten tytuł.
Draco tylko zachichotał pod nosem i złapał Pottera za ramię.
— Może siądziemy w salonie — zaproponował. — Niech tych dwoje posprząta twój mały bałagan, a my sobie pogadamy.
Zauważył, że Dean i Granger wymieniają pełne wątpliwości spojrzenia, ale nie miał czasu przekonywać ich o szczerości swoich intencji.
Przynajmniej na razie Potter uważał jego zachowanie za zabawne.
— Jak najbardziej. Możesz opowiedzieć mi, jak to jest wspinać się po drabinie śmierciożerczych stopni, pieprząc wszystkich po kolei.
Draco poprowadził go na kanapę, pozostawiając Deana i Granger, by poradzili sobie z katastrofą w kuchni.
Oczy Pottera były niezwykle błyszczące i dzikie, a uśmiech złowrogi, co Draco uznał, ku własnemu zaskoczeniu, za pociągającą kombinację. Może dlatego, że rozumiał klątwę jak nikt inny, wcale się jej nie bał, odczuwał raczej fascynację.
— No i jesteśmy, dwie pojebane sieroty. Cóż, tyle że twój ojciec wciąż jeszcze nie umarł. A może umarł? Trudno określić. Tak czy owak, przypuszczam, że powinniśmy jakoś się ze sobą związać. — Wykrzywił usta w uśmiechu zupełnie różniącym się od tego, jaki Draco zapamiętał. — Jednak nie chciałbym wtrącać się w tę szczególną miłość, którą dzieliłeś z ojcem.
Draco rozpoznał prowokację, ale puścił ją mimo uszu.
— Wybacz, Potter. Pudło. Jakiekolwiek grzechy popełniłem, kazirodztwo do nich nie należało.
Potter przez długą chwilę przyglądał mu się z uwagą.
— Nie. Teraz to widzę. Byłeś zbyt zajęty próbą pieprzenia Snape’a, ale na twoje nieszczęście nie był zainteresowany. Taki pech, okazał się hetero i cię nie chciał. — Potter zamknął na sekundę oczy, a kiedy je otworzył, jego źrenice przybrały szczególną wyrazistość. — To właśnie tej nocy pocałowałeś mnie na korytarzu. Chryste, Malfoy, byłeś napalony na jakiegokolwiek fiuta, prawda? Wszystko jedno, do kogo by należał. A ja cały czas myślałem, że dzieliliśmy wtedy wyjątkowy moment.
Draco zbyt późno przypomniał sobie, że klątwa wzmacniała umiejętność legilimencji. Szybko przywołał zapory, w czasie wojny tak znajome narzędzie obrony, a teraz coś, czego już nie używał.
Potter od razu to wyczuł.
— Malfoy, ukrywasz się.
— Tak — zgodził się Draco z uśmiechem. — Nikt ci nigdy nie powiedział, że to niegrzeczne grzebać w czyjejś głowie?
— To i tak nieważne. Wystarczająco dużo napisali o twoim godnym pożałowania życiu w „Proroku Codziennym”. Nasz samotny bohater. Żadnej rodziny, żadnych przyjaciół, żadnego pieprzenia.
Nic dziwnego, że Granger i Dean zdawali się wcale nie spieszyć, by dołączyć do nich w salonie. Potter atakował go przez resztę wieczoru. Draco nie wiedział, co było gorsze: słuchanie, co mówił pod wpływem klątwy, czy później, gdy żałośnie przepraszał i okazywał pełną udręki skruchę.
Jednak kiedy wyszedł, był już pewien, co musi zrobić.

*

Przez resztę tygodnia Draco pilnie uczył się zaklęcia i zapamiętywał zakazy, aż rozumiał subtelne zasady bez poświęcania im zbyt wielu myśli.
Następnie sprawdził, jak poradzi sobie bez używania mowy, badając zakres, w jakim może posługiwać się magią. To było frustrujące, ale nie niemożliwe. Wciąż potrafił się aportować, więc przemieszczanie nie stanowiło przeszkody nie do pokonania. Mimo to niemal każde zaklęcie, jakie znał, wymagało wypowiedzenia słów, a instynktowny impuls, by użyć magii dla ułatwienia sobie zadania, okazał się irytującym problemem. Jego próba milczenia trwała nędzne dwadzieścia minut. Pod koniec pierwszego dnia zdobył się na przedłużenie tego czasu do trzech godzin, ale tej samej nocy poszedł do łóżka przestraszony, że jego słaba samokontrola zrujnuje wysiłek włożony w przełamanie klątwy i doprowadzi do katastrofy.
Sully początkowo wyglądała na ogromnie zdezorientowaną osobliwym zachowaniem swojego pana. Draco zrozumiał, że skrzatka może okazać się bezcenna, jeśli wykorzystałby jej magiczne możliwości. Zaczął snuć domysły, na ile to bezpieczne i czy jest sprzeczne z zasadami łamania klątwy. Zagłębił się w hiszpańskiej księdze, aby przeanalizować ryzyko.
— Sully. Co robisz, kiedy siadam przy stole w jadalni? — zapytał.
Skrzatka spojrzała na niego tępo.
— Czego pan Draco sobie życzy?
Westchnął. Po skrzacie domowym nie należało oczekiwać abstrakcyjnego myślenia.
— Zastanawiałem się, czy wiedziałabyś, czego chcę, gdybym usiadł przy stole.
Sully w ogóle nie odpowiedziała. To ją przerasta, pomyślał Draco z narastającą frustracją.
— Chodź tutaj — rozkazał. Poprowadził skrzatkę do jadalni i usiadł przy stole. Obserwowała go, pełna czujności i niepokoju.
— Czy Sully zrobiła coś złego? — zapytała drżącym ze zdenerwowania głosem.
— Nie. Chcę ci coś pokazać. Co się zazwyczaj dzieje, kiedy siadam w ten sposób?
Skrzatka splotła dłonie i odsunęła się o krok.
— Pan prosi o jedzenie.
— Tak, proszę. A jeśli nie poproszę? Co byś zrobiła?
— Czekała, aż pan poprosi? — zaryzykowała Sully.
Draco westchnął.
— A jeżeli w ogóle nie poproszę? Pozwolisz mi głodować?
Jej powieki rozwarły się w przerażeniu.
— Och, nie, panie Draco. Sully nigdy nie pozwoli panu głodować. Sully bardzo dba o pana Draco. — Ze skulonymi uszami i zaciśniętymi wargami wyglądała naprawdę żałośnie.
— Oczywiście, że dobrze się mną opiekujesz. — Cierpliwości, dodał Draco w duchu. — A więc jeśli nie poproszę cię o nic i usiądę tutaj, a nadejdzie pora posiłku...
— Sully przyniesie panu Draco coś do jedzenia?
— Właśnie. O to chodzi. Przyniesiesz mi coś do jedzenia.
Skrzatka rozpromieniła się i uśmiechnęła. Wypuściła wstrzymywane powietrze.
— Podasz mi to, co zazwyczaj, odpowiedni posiłek na śniadanie i...
Zapadła długa cisza.
— Odpowiedni na kolację?
Draco uśmiechnął się.
— Tak. Bardzo dobrze. Wszystko, co przygotujesz dla mnie wcześniej. Możesz decydować, co przyrządzisz, prawda? — To byłoby nudne siedem miesięcy, gdyby uznała za właściwe karmić go codziennie tym samym. Poczuł się podniesiony na duchu, kiedy Sully pokiwała głową. Wstał i rzucił: — Chodź za mną.
Poprowadził ją korytarzem do swojego gabinetu.
— Jest ciemno. Co powinnaś zrobić?
Skrzatka uśmiechnęła się.
— Sully zapali świece.
Z tym nie będzie problemu, właśnie tak zazwyczaj robiła.
— A jeśli zrobi mi się zimno i podejdę do kominka...
— Sully rozpali ogień dla pana Draco.
Usiadł na swoim ulubionym krześle.
— A kiedy usiądę tutaj i przysunę się do stołu, zapewne będę miał ochotę na...
— Herbatę! — krzyknęła skrzatka.
— Bardzo dobrze. Wspinasz się na wyżyny.
Sully zmarszczyła brwi.
— Ale ja stoję na dywanie, panie Draco.
— Och, no tak. To była gra słów.
Choć raz odczuł radość, że prowadzi takie przewidywalne życie. Szybko wypracowali metodę rozpoznawania zadań i zdecydowali, jak Sully powinna postąpić. Draco cieszył się odkryciem, że skrzatkę łatwo dało się wyszkolić. Folgowała sobie w tej dziwacznej grze w pytanie-odpowiedź z rosnącą przyjemnością, nie ukrywając podekscytowania, kiedy chwalił jej inicjatywę. Draco zaczynał się ożywiać. Mógł założyć, że Sully podoła zadaniu. Ale czy on również?
Udało mu się wytrzymać trzy dni, dziewięć godzin i kilka osobliwych minut milczenia, zanim pewnego wieczoru przypadkowo wymamrotał szybkie Lumos, a po nim wykrzyczał „Kurwa, kurwa, kurwa!”, kiedy zdał sobie sprawę, co zrobił. To wcale nie wyglądało dobrze. Klątwa nie pozwalała na najmniejsze potknięcie. Jedno słowo w niewłaściwym czasie, jedno omylne kiwnięcie głową i zaklęcie stanie się trwałe, a Potter nigdy nie będzie od niego wolny. Co ważniejsze, ministerstwo bez wątpienia odkryje jego daremne wysiłki i Draco będzie szczęściarzem, jeśli dożywotni pobyt w Azkabanie okaże się jedynym, co go spotka.
Tej nocy śnił koszmar o klątwie. On i Potter przechadzali się po boisku quidditcha w Hogwarcie. Potter poruszał ustami, mówił coś, ale Draco go nie słyszał. Zdenerwowany, odwrócił się i zapytał: „Co?!”, ale kiedy rozchylił wargi, z szokującą siłą wyleciały spomiędzy nich setki strzał, przygważdżając Pottera do drewnianej ściany trybun, co stanowiło przerażający, krwawy widok. Draco obudził się, dysząc i drżąc. Och, Boże.
Natchnienie nadeszło następnego ranka. Wybrał się do mugolskiego Londynu i powrócił jako dumny, choć nieco obolały posiadacz kolczyka w języku. Bawił się nim od tamtej pory, niezdolny przyzwyczaić się do intruza. Potrzebował jednak namacalnego przypomnienia, by zachować milczenie. Kiedy Severus się o tym dowie, pomyślał z rozbawieniem, dostanie szału. Opłacało się wytrzymać ból chociażby po to, by ujrzeć jego reakcję.
Minęło dziewięć dni, siedem godzin i czternaście minut, a on wciąż nie złamał ciszy.
Był gotowy.
Sowa miała zabrać napisane przez niego instrukcje do jego pełnomocnika, Redmunda. Wysłał mu długi, szczegółowy list, który zawierał wszystko, czego firma adwokacka potrzebowała, żeby kontynuować walkę z ministerstwem. Dzisiaj wystosował komunikat do „Proroka Codziennego”. Pieczętując go ostrożnie, przyczepił pergamin do nóżki sowy i uwolnił ją, uprzednio częstując smakołykiem.
Teraz, kiedy podjął decyzję i puścił koło w ruch, poczuł niepokój większy, niż przewidywał. Zdecydował przenieść się w bardziej komfortowe miejsce, by zainicjować przeciwzaklęcie, choć nie bardzo wiedział, które pomieszczenie byłoby odpowiednie. Zdał sobie sprawę, że lista pokoi, których dotąd unikał, jest znacznie dłuższa, niż myślał. Nie wybierze takiego, w którym bywała matka albo Lucjusz. Ani tego, który przypominał mu o byłych członkach kręgu śmierciożerców i ich spotkaniach. Tego, w którym wiszą portrety rodu Malfoyów. Rozczarowany, pozostał przy swojej własnej sypialni.
Przyniósł ze sobą księgę zaklęć, czując jej ciężar i gromadzony przez wieki kurz na okładce, kiedy spoczywała mu na kolanach. Otwierając zaznaczoną zakładką stronę, usiadł wygodnie i zaczął wymawiać inkantację, która miała przełamać klątwę ciążącą na Harrym Potterze, cały czas świadomy ironii swojego zadania.
Jeśli wszystko poszło zgodnie z planem, będą to ostatnie słowa, jakie wypowie przez całe miesiące. Mówiąc dokładniej, sześć miesięcy, pięć tygodni, cztery dni, trzy godziny, dwie minuty i jedną sekundę.

*

— Na Merlina, Severusie, co zamierza ten twój chłopak? — rzucił Flitwick przy śniadaniu w Wielkiej Sali. Pytanie padło znienacka; profesor zaklęć bywał wyjątkowo milczący przy porannym posiłku, woląc zajmować się czytaniem „Proroka” niż rozmawiać z sąsiadami. Taki układ pasował Severusowi, a w zasadzie stanowił jedyny powód, dla którego codziennie wybierał miejsce obok niego.
— Po pierwsze, to nie jest mój chłopak. Po drugie, nie mam pojęcia, o czym mówisz.
Najwyraźniej Flitwick powiedział już wszystko, co miał zamiar tego ranka powiedzieć, ponieważ bez słowa wręczył mu najnowszy numer gazety.
Severus musiał przez kilka chwil przeglądać artykuły, nie wiedząc, czego szuka. Sprawdził główną stronę: „Pracownik ministerstwa przyłapany na zmienianiu pogody podczas meczów quidditcha”, „George i Luna Weasley dumnymi rodzicami trojaczków” — Merlinie, dopomóż —„Otwarcie rozmów na Radzie Wilkołaków”. Nic o Draco. W końcu zauważył jednak ogłoszenie firmy Redmund, Hall i Strongfellows wydrukowane czarną, ozdobną czcionką:

Pan Draco Malfoy,
mieszkający w rezydencji Malfoyów w Wiltshire,
pragnie oznajmić, że składa przysięgę milczenia
i nie będzie komunikował się z nikim w żaden sposób.
Żałuje wszelkich niedogodności, jakie mogą
wiązać się z poczynionym przez niego przyrzeczeniem.
Wątpliwości proszę kierować na adres firmy prawniczej
Redmund, Hall i Strongfellows.

Mimo prostoty ogłoszenia musiał przeczytać je kilka razy, by w pełni zrozumieć, co oznacza.
Flitwick zerkał na niego z ciekawością.
— Rozumiem, że jesteś tak samo zaskoczony jak wszyscy inni — powiedział.
Severus, ku swemu ogromnemu zdziwieniu, nie potrafił wydusić żadnej sarkastycznej odpowiedzi.
— Nic o tym nie wiem.
— Niezwykłe. — Flitwick nie wyjaśnił, czy odnosi się do przyrzeczenia Draco, czy jego ignorancji.
Severus zamilkł, co jego rozmówca przyjął chyba z zadowoleniem.
Nie miał pojęcia, co wywołało to niecodzienne zachowanie u jego byłego protegowanego. Ostatnio widział go krótko po śmierci Lucjusza. Nie odbyło się oczywiście żadne nabożeństwo żałobne, ale tego dnia siedzieli z Draco w rezydencji i pili ku chwale mężczyzny, którym Lucjusz kiedyś był, unikając myślenia o tym, w kogo się zmienił. Sądził, że Draco pogodził ze śmiercią ojca. Z pewnością nie widział w jego zachowaniu nic takiego, co mogłoby uzasadnić tę nagłą decyzję. Od tamtego dnia przez kilka tygodni wysyłali do siebie sowy. Draco nadal za bardzo się izolował, ale wspominał, że spędza czas pozując dla Deana Thomasa.
Żałuje wszelkich niedogodności... Severus zdusił ironiczny śmiech, podziwiając jakże uprzejmy dobór słów. Jako reperkusje swojego dziwnego zachowania Draco będzie musiał stawić czoła czemuś znacznie gorszemu niż niedogodnościom, tego był pewien.
Nie miał innego wyjścia, niż się z nim spotkać. Zdecydował udać się jutro do Wiltshire, a na razie wysłać sowę bezpośrednio do Redmunda i dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi.
Zdał sobie sprawę, że mały profesor obserwuje go z pewnego rodzaju irytacją, a potem zorientował się, że wciąż trzyma jego gazetę. Mamrocząc przeprosiny, zerknął jeszcze raz na główną stronę, po czym oddał „Proroka” Flitwickowi.

*

Jak trudno jest obudzić się w milczeniu,
Gdy w ciszy nocy przeklinam samego siebie.

(„Calice”, Gilberto Gil i Chico Buarque)****

Pod koniec pierwszego dnia milczenia Draco był tak zestresowany, że nie miał najmniejszej ochoty na kolację. Sully nie zamierzała jednak pozwolić mu jej uniknąć.
— Pan Draco musi usiąść przy stole — powiedziała płaczliwym głosem. — Pan się zagłodzi, jeśli nie będzie jadł.
Ustąpił i spróbował powstrzymać mdłości, kiedy skrzatka przyniosła olbrzymią kolację. Bawił się potrawami na talerzu przez następne pół godziny.
Drugiego dnia Severus złożył mu kłopotliwą wizytę.
— Redmund nie ma do zaoferowania żadnego wyjaśnienia, które mogłoby usprawiedliwić twój ostatni kaprys — oznajmił szorstko. Sully stała w kącie pokoju, a kiedy Draco lekko dotknął dłonią blatu stołu, natychmiast udała się po poczęstunek.
Severus obserwował w milczeniu, jak znika.
— Po raz kolejny stałeś się głównym tematem plotek w „Proroku Codziennym”. W ostatnim numerze piszą, że jakaś piękna i tajemnicza czarownica złamała ci serce, a ty odmawiasz odezwania się słowem, dopóki nie wróci i nie wyzna ci dozgonnej miłości. — Wykrzywił się i posłał Draco wymowne spojrzenie. — To tyle, jeśli chodzi o dziennikarską rzetelność.
Sully napełniała filiżanki, zerkając z niepokojem na gościa. Severus wprawiał ją w zdenerwowanie nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach, a dzisiaj wydawał jej się wyjątkowo poirytowany. Biorąc pod uwagę jej wywołane nadopiekuńczością obawy, cudem nie rozlała herbaty wszędzie wokół.
— Tak więc, Sully, wiesz, dlaczego twój pan przestał mówić? — zapytał Severus, przyglądając się skrzatce uważnie.
Spojrzała na niego potulnie.
— Nie, proszę pana. Pan Draco nie powiedział Sully.
— Nie, wcale nie jestem zaskoczony. Severusowi też nie powiedział. I żadnej innej żywej duszy nie powiedział, o co mu, do diabła, chodzi.
Skrzatka zmarszczyła czoło, wyglądając, jakby chciała się odezwać, zawahała się, ale w końcu pokonała strach:
— Pan Snape musi być miły dla pana Draco — oznajmiła, zaskakując ich obu. — Pan Draco bardzo się stara, żeby nie mówić. Pan Snape powinien wiedzieć, że jest z tego powodu smutny. Pan Snape nie może bardziej zasmucać pana Draco.
Po tym oświadczeniu Draco nie odważył się spojrzeć Severusowi w oczy.
Pod koniec piątego dnia język Draco był obolały od częstego przygryzania. Zaczął goić się dopiero dużo później.
Zaskoczył sam siebie pod koniec dnia dziewiętnastego, kiedy zdał sobie sprawę, że spędził swoje pierwsze niezakłócone niczym dni od tygodni. Wymuszone milczenie wprowadziło go w stan introspekcyjnych rozmyślań i spokojnej akceptacji, czego wcale się nie spodziewał.
Na początku czwartego tygodnia poczuł się dostatecznie odważny — albo dostatecznie zdesperowany — by poszukać ludzkiego towarzystwa, i zapukał do mieszkania Deana.
— Mój Boże, Draco. Wejdź. Dobrze cię widzieć. — Na powitanie Dean otworzył drzwi na oścież i z entuzjazmem zaprosił go do środka. — Jak się miewasz? — Cisza. — Cholera, wybacz.
Draco uśmiechnął się, usiłując nie czuć się aż tak niezręcznie, jak Dean wyglądał.
Dean odetchnął głęboko i nerwowym gestem odgarnął dłonią dredy.
— Słuchaj, mogę cię z góry uprzedzić, że prawdopodobnie zawalę rozmowę, póki się nie przyzwyczaję. Nie obraź się.
Jak, na miłość boską, miał uspokoić Deana? Może oczekiwał za dużo, a przychodząc tutaj popełnił błąd. Byłoby jednak niegrzecznie odwrócić się i zniknąć po zaledwie trzydziestu sekundach. Musiał wytrwać do końca.
Po dziesięciu minutach zaczął się zastanawiać, dlaczego nie odwiedził Deana wcześniej. Nawet jego okropna kawa, gorzka jak zawsze, dzisiaj mu smakowała.
— Skończyłem twój ostatni portret, Draco. Chodź, zobacz.
Kiedy znaleźli się w studio, z Deana chyba opadły resztki napięcia. Z figlarnym uśmiechem sięgnął po szkic wykonany ołówkiem i przesunął go po stole kreślarskim, obserwując Draco z marnie skrywaną niecierpliwością.
Gdy tylko Draco ujrzał rysunek, wiedział, dlaczego: Dean umiejętnie przedstawił jego postać otoczoną przez dziesiątki szczeniaków i kociąt. Pierwszy raz od tygodni pozwolił sobie wybuchnąć śmiechem. Uczucie było wspaniałe.
Dean otarł łzy z oczu, kiedy obaj się uspokoili.
— Zabierz go, jest twój. „Draco numer siedem”. — Draco wyciągnął dłoń i zabrał rysunek ze stołu, pilnując się, żeby odruchowo nie podziękować za prezent. — Cóż. Czy uda mi się namówić cię do pracy nad „Draco numer osiem”?
Draco nawet się nie zawahał i usiadł w ciepłym świetle znajomej lampy. Pozowanie dla Deana było czymś, czemu mógł sprostać bez problemu.
Zanim skończył się tydzień piąty, znowu zaczął bywać w studio Deana niemal codziennie.
Potter i Granger zatrzymali się z wizytą pod koniec siódmego tygodnia, akurat wtedy, gdy pozował. Nie zadali sobie trudu, by ukryć zaskoczenie, że go tu spotkali. Draco ulżyło, że konieczność utrzymania nieruchomej pozy dla Deana pomogła mu okazać obojętność, której wcale nie odczuwał. Mimo to zdołał przyjrzeć się ukradkiem Potterowi, który wyglądał na poważnego i zmęczonego.
Draco wiedział, że jego milczenie nie stanowiło już sekretu. Potter odnosił się do niego tak, jakby zupełnie zwyczajną rzeczą dla czarodzieja było zamilknąć bez powodu. Jakby nic się nie zmieniło.
— Dean jest szczęściarzem, że ma cię za modela, Malfoy — powiedział. Draco pragnął, by jego skóra, łatwo pokrywająca się rumieńcem, gdy był zażenowany, tym razem nie zareagowała. Udało się częściowo. Potter zerknął na szkic Deana, mrużąc oczy. — To będzie ładne.
— Skąd możesz wiedzieć? — zapytał Dean. — Ledwie zacząłem.
Granger nadrabiała spokój Pottera swoim oczywistym skrępowaniem.
— Harry, denerwujesz ich — powiedziała.
Draco poczuł się zirytowany jej przypuszczeniem.
— Nie, w porządku — zapewnił Dean. — Słuchajcie, jeśli dacie nam jakieś dziesięć minut, zrobimy sobie przerwę. Hermiono, zaparzysz nam dzbanek kawy?
— Nie ma problemu, jeśli kawę zamienimy na herbatę — odparła Granger, a Dean kiwnął głową. — Co wolisz, Malfoy? — Zajęło jej więcej czasu, niż Draco przewidywał, by zareagować na popełnioną gafę. — Och. Och, do diabła. Nie miałam na myśli...
— Nie martw się, Hermiono — odpowiedział za niego Dean. — Ja robię to cały czas i jeszcze nie dostałem po twarzy. Przygotuj i to, i to, a Draco wybierze, co będzie chciał.
Po dziesięciu minutach, kiedy Dean kończył jeszcze cieniowanie szkicu, Draco poszedł do kuchni. Po drodze usłyszał, jak Granger wypowiada jego imię. Zatrzymał się, aby podsłuchać.
— ...książki w bibliotece rezydencji Malfoyów. Prawdopodobnie są zabezpieczone milionami czarnomagicznych zaklęć, więc nikt nie może się do nich dobrać.
Przy słowie „książki” serce Draco zaczęło bić oszalałym rytmem. Och, kurwa.
— Nie żebym miała zamiar go zapytać, czy mogę je przejrzeć. Nie odpowiedziałby.
— Chyba za bardzo się przejmujesz, Hermiono — powiedział Potter.
— Nie przejmuję, raczej uważam to za dziwne. A ty nie?
— Nie zastanawiałem się jakoś specjalnie. Widocznie ma swoje powody. Fakt, że ich nie znamy, wcale nie oznacza, że to coś strasznego.
Granger wydała z siebie dźwięk pełen irytacji. Draco wyobraził sobie jej pretensjonalny wyraz twarzy, kiedy kontynuowała:
— Nie czuję się dobrze, jeśli nie potrafię czegoś wyjaśnić.
Potter roześmiał się.
— Na świecie istnieje tyle rzeczy, których ja nie potrafię wyjaśnić, że nie mogę się nimi wszystkimi zamartwiać.
Draco słyszał, jak Dean wychodzi ze studia i zamyka za sobą drzwi. Dźwięk najwyraźniej poniósł się aż do kuchni, bo rozmowa nagle ucichła. Dean podszedł do niego i przyjacielsko objął ramieniem.
— Chodź, Draco. Dla twojego dobra mam nadzieję, że Hermiona robi lepszą kawę niż ja.


Koniec rozdziału piątego



*The past is never dead. It's not even past — „Requiem for a Nun”, tłumaczenie zaczerpnięte z internetu.
**They’ve got a name for the winners in the world; I want a name when I lose — tłumaczenie Donnie.
***Meeting on the road to Basra, You half-blind in a blood-soaked coat,
Me, I'm a fallen angel, Fallen from the burning tree of doubt
— tłumaczenie Lasair.
****Como é difícil acordar calado
Se na calada da noite eu me dano
— tłumaczenie Lasair z angielskiego, tłumaczenie autorki z portugalskiego.
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Akame » 10 paź 2012, o 22:29

No, teraz to czuję się całkowicie sfrustrowana, niczym Draco. Na Merlina, co dalej?? Jestem całkowicie zafascynowana tą opowieścią i mam ochotę czymś rzucić, bo nie mam zielonego pojęcia, jak to się potoczy!
Oczywiście tylko czekałam, aż Lucjusz umrze i klątwa się uaktywni, nie sądziłam tylko, że będzie to tak spektakularne. Myślałam, że Harry będzie obrzucał wszystkich inwektywami, ale nie sądziłam, że sięgnie samego dna i w inteligentny sposób, rozgrzebie to, co najbardziej bolesne. Naprawdę, to chyba jedna z najpaskudniejszych klątw z jakimi się spotkałam w jakimkolwiek drarry. Nie działa tylko destrukcyjnie na samego przeklętego, ale odsuwa od niego każdego z kim się zetknie. Naprawdę, cieszę się, że Harry ma takich przyjaciół, którzy tak szybko zdali sobie sprawę z tego co się dzieje.

Draco i jego przysięga milczenia. Bardzo podobało mi się to, jak Malfoy nie mógł sobie na początku poradzić z milczeniem. To było tak realistyczne. Autorka pokazała, jak bardzo jest to trudne, jakiego wymaga skupienia i poświęcenia. Kolczyk na języku to ciekawa przypominajka, chociaż mnie skojarzył się z czymś zgoła innym... W końcu on ma wiele zastosowań ==" Nie wyobrażam sobie jednak funkcjonowania wśród ludzi i ciągłego powstrzymywania się od mówienia. To taki odruch bezwarunkowy, jak - dziękuję, dzień dobry, przepraszam... to się mówi automatycznie. Podziwiam Draco, że odważył się wyjść z domu do Deana.

Jak pisałam wcześniej, kocham tutaj postać Deana, jest fantastyczny! Mam nadzieję, że nie poczuje czegoś do Draco, bo naprawdę byłoby mi go żal i chyba po raz pierwszy, miałabym dylemat z drarry xD

Uff, to na razie tyle. Jak coś sobie przypomnę, to poprawię ten chaotyczny komentarz. Czekam teraz niecierpliwie na kolejną część. Pozdrawiam tłumaczki, ich bety i dziękuję :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez MargotX » 11 paź 2012, o 16:40

Ta klątwa, to ewidentne Niewybaczalne, bez dwóch zdań i to jedno z najcięższych. Biorąc pod uwagę, jakiej ofiary wymaga jej cofnięcie, skutki można by porównywać jedynie z długofalowym działaniem cruciatusa, pod warunkiem wszakże, że osobie podejmującej próbę jej zdjęcia uda się utrzymać swoją ofiarę dostatecznie długo, Jeśli nie, pod względem skutków można ją umieścić bezpośrednio przed avadą. Koszmar niewyobrażalny, zarówno dla osoby dotkniętej, jak i dla jej otoczenia.

Bo mogę... Nieee, tu Lucjusz jest dla mnie potworem i nie żałuję tego co go spotkało. Biedny Harry, całe szczęście, że może liczyć na swoich wypróbowanych przyjaciół i że szybko wpadli na prawdziwą przyczynę jego zachowania. Jednak im też jedynie współczuć - wytrzymywać z kimś, kto dzień w dzień tak im daje popalić i pluje jadem, nawet wiedząc, że to klątwa, to naprawdę ciężka próba dla ich wytrzymałości psychicznej.

No i Draco i jego milczenie. Nie wiem, czy Malfoyowi nie współczuję bardziej nawet niż Harry'emu. Trud, jaki podjął, tak długie milczenie i do tego bez możliwości jakichkolwiek prób porozumienia, to raz. Świadomość, kto jest autorem klątwy, kogo ona dotknęła i dla kogo on sam zdecydował się ponieść ofiarę - to dwa. Obawa i jednocześnie pewność, że grupa pracująca nad klątwą odkryje wszystko i jest to tylko kwestia czasu, jakie skutki to za sobą pociągnie, to trzy. Ogólnie rzecz biorąc, Draco jest chyba w gorszym g..nie niż Harry, a przynajmniej porównywalnym. Dobrze, że ma Deana, jego przyjaźń i rzeczywiście niesamowite, że odważył się do niego pójść. Z drugiej strony, gdyby miał ponad pół roku siedzieć bez słowa i do tego jeszcze zamknięty w Malfoy Manor, to mógłby jedynie stracić zmysły.

Załamał mnie z lekka ten rozdział, bo wszystko naprawdę wygląda nieciekawie. Czekam teraz z ogromną niecierpliwością jak to się dalej potoczy. Dziękuję i pozdrawiam Team Drarry.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez karmelowa » 11 paź 2012, o 20:49

Zdecydowanie mi się podoba to opowiadanie. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak szybkiej reakcji Malfoya. Myślałam, że trochę będzie się zastanawiać.

Przepraszam, że komentuję tak krótko, ale nie mam siły, żeby napisać cokolwiek więcej.

Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział :)
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez Ka » 13 paź 2012, o 00:17

Taaaak. Właściwie to obok mnie leży i kusi film do obejrzenia, ale skoro już dostałam takiego kopniaka od Kaczalki - bardzo zręcznego, przyznam, pochwalenie czyjegoś komentarza to najlepszy sposób, żeby dostać następny. ;) To teraz moja kolej do chwalenia tekstu. To już piąty rozdział, a mój zachwyt tylko się umacnia - to aż niewiarygodne, żeby przez cały czas trzymać tak wysoki poziom! Owszem, są inne teksty, które też trzymają poziom... ale właśnie, to opowiadanie jest tak inne od wszystkich pozostałych - sposobem konstrukcji, przedstawieniem bohaterów - że cały czas mam wrażenie, że czytam coś niesamowicie świeżego i nowego, i to jest świetne. :D

Nie skomentowałam czwartego rozdziału - jakoś wydawało mi się, że dopiero co został wklejony i że bedę mieć jeszcze tyle czasu, a tu ziuuu, i już wisi piąteczka. Więc znowu, zanim przejdę do najnowszego rozdziału, rzucę garścią cytatów z poprzedniego. Przede wszystkim bardzo podobał mi się motyw użerania się Draco z prawnikami i jego próba ocalenia domu i fortuny. Kiedy Lucjusz został Pocałowany, cały czas myślałam o klątwie, nawet nie przyszło mi do głowy zastanawiać się w tym momencie nad dziedzictwem Draco... a to przecież takie oczywiste. Uderzyło mnie to z jakąś ponurą rezygnacją i niesmakiem w ustach, bez krztyny zdziwienia: no tak, tak działa ten cholerny świat, nieważne, co Draco zrobił, zabierzmy mu pieniądze i wytrzyjmy sobie gęby zbrodniami jego ojca. Przykro patrzeć, jak Draco walczy o dwór, który kocha, mimo że ma wszelkie powody, żeby go nienawidzić. I strasznie czytać o tej walce, kiedy od samego początku wiadomo, że Draco jednak opuści dwór, że zostanie on mu odebrany.

Przeczytałam sobie właśnie jeszcze raz początek TBT i - łał. Jak ja kocham teksty, które za drugim razem czyta się całkiem inaczej. Rzeczy, które za pierwszym razem nie miały sensu albo umknęły. Jak to, że piasek Draco ułożył się w dokładne odzwierciedlenie dworu.

Swoją drogą, ciekawa jestem, o co chodzi, bo z tego, co rozumiem, rozmowa Deana i Seamusa miała miejsce miesiące po tym, jak Draco złożył przysięgę milczenia, a więc kiedy Dean i Draco byli już przyjaciółmi - a tymczasem Dean mówi o nim per "Malfoy" i jakoś tak dziwnie bezosobowo.

Sam motyw przyjaźni z Deanem jest świetny. Coś, czego nigdy bym się nie spodziewała, a co, o dziwo, działa idealnie; jakbym wzięła dwa puzzle z całkiem różnych zestawów i odkryła, że do siebie pasują. Draco zachowuje się inaczej, niż zwykle - "Popołudnie na wyznania"? "Wal śmiało"? Ale kupuję go z całym inwentarzem. Zwłaszcza to "wal śmiało" uświadomiło mi, że to nie są bohaterowie, tylko ludzie, którzy mogą prowadzić całkiem zwyczajne rozmowy, dla przyjemności, bez żadnego znaczenia dla fabuły... po prostu być i żyć. Spotkanie Draco i Deana na pewno było niezwykłe, ale zwyczajność wkradła się gdzieś ukradkiem i całkowicie mnie zaczarowała.
Oczywiście motyw Deana tłumaczącemu Draco rasizm jest świetny i bardzo dobrze pokazuje absurdalność tego typu uprzedzeń.

Pod koniec ich prywatnego przyjęcia wyegzekwował od Draco obietnicę — od Draco, kto by się spodziewał, pomyślał mgliście — że następnego dnia będzie mu pozował w jego pracowni. Ale niezbyt wczesnym rankiem — co do tego byli doskonale zgodni.
Śliczne.

Z trochę poważniejszych rzeczy: motyw Goyla. Podoba mi się motyw wyrzutów sumienia Draco. Podoba mi się to:
Od tamtego momentu Gregory był stracony, bez względu na to, co ktokolwiek by zrobił. Severus nie mógł sobie pozwolić na wykrycie dwóch szpiegów Zakonu w kręgu, więc zrobił jedyną rzecz, którą w zaistniałych okolicznościach mógł — doniósł na niego pierwszy.
Aż mnie zatchnęło w tym momencie. To zdanie jest tak okrutne, jak jest oczywiste. Nie uważacie, że to opowiadanie ma w sobie coś takiego? Wydaje się w gruncie rzeczy lekkie i łatwe, napisane w taki sposób, że połyka się je błyskawicznie... a jednak ma w sobie przygniatającą, zimną, okrutną logikę. Jak wtedy, kiedy Dean zdradził Seamusa, bo zasady. Jak wtedy, kiedy Severus zdradził Goyla, bo to było jedyne logiczne wyjście. Czy chociażby jak wtedy, kiedy Harry wywrzaskuje wszystkie straszne rzeczy i nic, nic nie może z tym zrobić, i rano budzi się, pamiętając każdy szczegół. To nie jest angst, nie jest gęsto, nie jest ciemno. Ale momentami zimno aż do szpiku kości.

Z minusów: bardzo, bardzo nie podoba mi się motyw Draco-anioła. Czytałam już takie rzeczy ("czy jesteś aniołkiem? Widziałem obrazek aniołka i wyglądał jak ty!") i nie widzę tego jako podstawy przyjaźni Goyla. Może byłabym w stanie uwierzyć, gdyby było to inaczej opisane, ale cały motyw anioła wydaje mi się tak sztuczny i przejaskrawiony, że nie jestem w stanie go kupić. Goyle, który podążał za swoim aniołem, aniołem śmierci? Zalatuje mi harlequinem. Nawet gdyby Goyle podziwiał Draco, wierzę w niego na tyle, że przez lata dostrzegłby wady Draco - i kochałby go jako człowieka.

Bardzo podobało mi się, kiedy Draco przyszedł do Deana i na początku obaj czuli się tak niezręcznie. Piękne jest, jak Dean mimowolnie stara się zaimponować Draco i nagle zdaje sobie sprawę, że zachowuje się absurdalnie. To było takie prawdziwe! Doskonale znam to uczucie, kiedy łapię się na próbie wpasowania się w cudze wartości tylko dlatego, że są po prostu... dobrze widoczne? To takie głupie, próbować zaimponować komuś czymś, czego nie mamy i w co wcale nie wierzymy. I dlatego zakochałam się w momencie, kiedy Dean wzrusza ramionami i prowadzi Draco do swojej pracowni, bo tam jest to, co jest dla niego naprawdę ważne i cenne. I kiedy stwierdza, że może nie ma bogactwa czy klasy Draco, ale nie ma też całego ciężaru, który Draco musi dźwigać.

Trochę skrzywiłam się w momencie, kiedy okazało się, że Draco jest najlepszym modelem, z którym Dean pracował, znowu zaleciało mi Mary Sue, wolałabym raczej, żeby Dean rysował Draco bardziej szczurowatego, niż pięknego. Ale w tym Draco jest coś, co sprawia, że on naprawdę jest piękny, niezależnie, jak autorka opisze jego wygląd zewnętrzny. Nie udało mi się uchwycić, co sprawia, że właśnie tak to odbieram, ale tak jest. Ach, sam proces przesuwania Draco z miejsca na miejsce, namawiania go do różnych ćwiczeń i tak dalej, był przesympatyczny!

*wzdycha* I właśnie dlatego nie chciałam zabierać się za ten komentarz. TBT wywołuje we mnie nieopanowany słowotok, a później nawet nie mam siły czytać drugi raz tego, co napisałam, i sprawdzać, czy to ma sens. Liczę, że jednak ma, ale jakby co, zwalam wszystko na późną porę... i przechodzę do rozdziału piątego. I tym razem postaram się streszczać.

Podoba mi się, że Dean powiedział o Draco przyjaciołom, i że był na tyle odważny, żeby obronić tę znajomość. I że oni to zaakceptowali.

Scena, kiedy uruchamia się klątwa, jest... zaczyna brakować mi przymiotników, ale jest naprawdę dobra. I to zdanie:
A potem, ku przerażeniu wszystkich, cały koszmar się powtórzył.
Bardziej dobitnie chyba się nie dało.

Jestem bardzo dumna z przyjaciół Harry'ego, że tak podeszli do sprawy, rozsądnie i z cierpliwością, chociaż widzimy, ile ich to kosztuje. A jednocześnie jestem przerażająco pewna, że gdyby Draco nie zdecydował się poświęcić, wkrótce mało kto zostałby przy Harrym. Tak czy inaczej, klątwa będzie działała przynajmniej przez następne pół roku - kto wytrzyma do tego czasu? Tyle rzeczy może się stać!

Jedną z interesującyh rzeczy w TBT jest to, że nie mam pojęcia, co będzie dalej. I to nie tylko pod względem wydarzeń - czy Draco wytrwa, czy przyjaciele Harry'ego wytrzymają, jak zacznie się drarry... po prostu tekst jest skonstruowany w taki sposób, że mogę spodziewać się wszystkiego i niczego. Nawet jeżeli kolejna scena jest w porządku chronologicznym, i tak udaje jej się mnie zaskoczyć.

Nie przyszło mi do głowy, że cała sprawa może mieć wpływ na dziedzictwo Draco, ale to ma sens i daje Draco dodatkową motywację, żeby się poświęcić. Chociaż po tym, jak Draco zobaczył Harry'ego podczas działania klątwy, jestem pewna, że Draco zdecydowałby się nawet gdyby nie groziła mu utrata dworu. Wydaje mi się, że wizja Harry'ego, który do tego stopnia nie panuje nad tym, co mówi, który jest zmuszony do mówienia najgorszych rzeczy, a rano cierpi konsekwencje - ta wizja jest dla niego tak przerażająca, że i tak zdecydowałby się, żeby to powstrzymać.

Jestem zaskoczona formą poświęcenia: całkowity brak komunikacji. Spodziewałam się czegoś bardziej z krwi i kości, ale wizja braku jakiejkolwiek formy komunikacji jest naprawdę straszna i tak wbrew ludzkiej naturze, że nie wyobrażam sobie, jak trudne musi to być dla Draco - nadal żyć w mieście i być częścią społeczeństwa, nie mogąc nawet skinąc głową, będąc zmuszonym do powstrzymywania wszystkich odruchów. I podziwiam go, że odważył się pójść do Deana. I jestem bardzo szczęśliwa, że to zrobił.

Swoją drogą, ta lista:
Możesz się uśmiechać.
Możesz się śmiać.
Możesz płakać.
Możesz dotykać.
Możesz całować.
Jakie to jest cenne! Nie mówię tylko o rozwoju akcji bo, oczywiście, drarry. Ale gdybym musiała wybrać między rzeczami, które są przez klątwę zabronione i dozwolone, jestem prawie pewna, że wybrałabym w ten sposób. Nie możesz mówić, ale możesz uśmiechać się, śmiać, płakać, dotykać, całować... kochać, możesz żyć.

Nie rozumiem jednej rzeczy. Tamtego dnia, kiedy klątwa aktywowała się po raz pierwszy, Lucjusz umarł, tak? Został znaleziony martwy. I Harry o tym wiedział. Więc czemu w tym miejscu:
No i jesteśmy, dwie pojebane sieroty. Cóż, tyle że twój ojciec wciąż jeszcze nie umarł. A może umarł? Trudno określić.
brzmi, jakby Lucjusz nadal żył, ale bez duszy...?

Ach, ogromne brawa dla Sully! Naprawdę, jestem z niej dumna! Okazała się całkiem bystra, i jeszcze obroniła Draco przed Severusem! :)
I czy to:
Na Merlina, Severusie, co zamierza ten twój chłopak?
nie jest absolutnie urocze?

Tylko, Boru, niech Hermiona niczego nie skopie przez swoją dociekliwość!

Na zakończenie (tak, naprawdę już kończę!) oczywiście bardzo, bardzo dziękuję tłumaczkom i betom, jesteście wspaniałe! Kiedyś pewnie zajrzę do oryginału, ale tłumaczenie czyta mi się po prostu fantastycznie. Rytm tekstu, dobór słownictwa, wszystko to sprawia, że czytanie jest naprawdę ogromną przyjemnością, właśnie jeżeli chodzi o język, a nie tylko o treść. Swoją drogą, uważam, że tłumaczki powinny podpisywać się, wklejając każdy rozdział. Grafik wisi, więc tożsamość tłumacza nie jest wielką tajemnicą, a byłoby o tyle łatwiej, gdyby można było od razu przeczytać, kto stoi za danym rozdziałem! Zwłaszcza że przecież bety i ew. tłumacze wspomagający wymieniani są imiennie.

Jeszcze raz dziękuję i życzę powodzenia w dalszym tłumaczeniu!

I idę oglądać mój film, a co!
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez TEAM DRARRY » 3 lis 2012, o 22:12

Ze sporym opóźnieniem, ale dzięki kilku chętnym osobom jednak się udało. Bardzo dziękujemy (w kolejności tłumaczenia): Kaczalce, Lasair, Miris, Avet i Zandzie. Betowała Aevenien.


ROZDZIAŁ 6

Gdybym tylko znalazł słowa, nazwałbym wszystkie piękne rzeczy, które widzę...
(„Dindi”, Jobim/Oliveira)*

— Więc pan jest autorem, tak?
Dean spróbował powstrzymać grymas niezadowolenia, bo słyszał dzisiaj to pytanie już wielokrotnie, mimo że zdjęcie jego twarzy upiększało ulotkę, którą ten dureń właśnie zwijał w niekształtny stożek w swoich niezgrabnych dłoniach. Jego fotografia razem z krótką, częściowo wymyśloną biografią, wygodnie ubarwiającą ostatnie siedem lat życia, zajmowała też widoczne miejsce przed wejściem do galerii. I przecież był jedynym czarnoskórym człowiekiem w zasięgu wzroku. Przełknął cisnącą mu się na usta ripostę: „nie, jestem tylko jego złym bratem bliźniakiem” i zmusił się do przybrania bardziej serdecznej postawy.
— Tak, to ja. Dean Thomas. Dziękuję za przybycie — odpowiedział łagodnym, bezsilnym tonem.
Wyglądało na to, że na tym temat do konwersacji się wyczerpał. Mężczyzna gwałtownie odwrócił wzrok, wyraźnie zadowolony z faktu, że naprawdę rozmawiał z wyróżnionym artystą. Dean musiał przyznać, że większość z niezbyt licznej grupy gości starannie unikała patrzenia mu w oczy, bo to wymagałoby zamienienia z nim kilku grzecznościowych słów. Z całych sił starał się nie uciec na ich widok, co byłoby trudne, bo nieprzeciętnego wzrostu, egzotycznego wyglądu i dredów do ramion nie da się przeoczyć. Uznał, że jeśli w przyszłości czeka go więcej takich sytuacji, to powinien wystylizować się na pełnego wdzięczności i życzliwości studenta Oxbridge**, polującego na sponsora.
Jednak musiał przyznać, że generalnie czuł się zaszczycony. Doceniony. Miał wszystko, czego potrzebował początkujący artysta na pierwszej wystawie swoich prac. I wszystko, czego absolutnie nie potrzebował, a i tak dostał: nerwy, wyczekiwanie, irytację, nadmierną nadzieję, ostrożność.
Spojrzał na samotną postać, która jak dotąd pozostawała na wystawie dłużej niż minimum wymagane od przypadkowych znajomych właściciela galerii. Przez minutę dla zabawy wyobrażał sobie, że ten łysiejący, czterdziestoletni mężczyzna, przechadzający się powoli po zbyt jasno oświetlonym pomieszczeniu z rękami niedbale wepchniętymi do kieszeni spodni, to występujący incognito krytyk Art Forum. Jednak baczną uwagę mężczyzna skierował na skromny bufet, gdzie skupiał się raczej na wędlinach niż pieczywie i upewnił, że kieliszek z winem, który podniósł, był najpełniejszy ze wszystkich oferowanych. No cóż... Dean uznał, że tak właśnie zachowują się koledzy z branży.
Zerknął ukradkiem na zegarek — kolejne dwie godziny. Żeby uspokoić nerwy — nie po raz pierwszy dzisiaj i nawet nie piąty — podszedł do Anny, kierowniczki galerii.
— Wszystko w porządku? — zapytała z dodającym otuchy uśmiechem.
— Tak, świetnie. — Podobnie jak goście, czuł się przy niej niezręcznie, mimo że grali w tej samej drużynie.
I właśnie wtedy, ku jego uldze, ciężkie szklane drzwi otwarły się, ukazując kilka przyjaznych, bardzo teraz mile widzianych twarzy. Hermiona weszła jako pierwsza i jednym płynnym ruchem zsunęła z ramion gruby płaszcz. Zaraz po niej wkroczył Seamus, z czułością szturchając rękę swojej dziewczyny, Lydii. A potem, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, Dean zobaczył Harry’ego. Za nimi, gdy przemierzali nadmiernie nagrzaną galerię, zdejmując okrycia, rękawiczki i szaliki, ciągnął się powiew chłodnego powietrza.
— Hej, Dean! — krzyknął Seamus typowym dla siebie, zbyt tubalnym głosem, który wcale tutaj nie pasował, ale teraz Deana nic to nie obchodziło.
— Cześć. Dzięki, że wpadliście — powiedział i tym razem naprawdę tak myślał.
— Macie tu do picia coś poza tym cholernym pedalskim winem? — ciągnął Seamus, ignorując bolesne miny stojących najbliżej osób.
— Jasne. Cholerną pedalską wodę mineralną — odparł Dean dużo ciszej, ale takim samym tonem.
Seamus skrzywił się, żeby wyraźnie pokazać, co myśli o tej propozycji. Zarekwirował po kieliszku wina dla siebie i reszty, jeden wcisnął do ręki Deanowi, który zamierzał odmówić, ale zrezygnował, po czym zajął się tym, co robił najlepiej, czyli zaczął ożywiać imprezę swoimi bystrymi żartami, swoim śmiechem, swoją obecnością. Napięcie opuszczało Deana z każdym słowem przyjaciela i po raz pierwszy tego dnia poczuł się naprawdę zrelaksowany.
Po kilku chwilach spędzonych na pozdrowieniach i pogaduszkach o niczym ważnym, Harry oddalił się od grupy, by obejrzeć najbliższe rysunki. Dean zauważył, że dzisiaj popadł w jeden ze swoich przygaszonych nastrojów, które wszyscy dobrze pamiętali ze szkoły, a jeszcze lepiej z czasów wojny. Po raz pierwszy dotarło do niego, jaki Harry stał się zmęczony i zamknięty w sobie. Walka z przekleństwem zebrała swoje żniwo. Nie pojawiły się żadne nowe pomocne informacje. Dean nie musiał nawet pytać, widział to w oczach przyjaciela.
— Więc kim są te szczęśliwe gnojki, których narysował wkrótce-bardzo-znany artysta Dean Thomas? — rzucił wyzywająco Seamus.
Dean potraktował to jako sygnał do rozpoczęcia zwiedzania galerii, mimo że Harry sporo się już od nich oddalił.
— No cóż, to jest Danielle, moja sąsiadka. A to jej kot. Jej koty. I mąż Bernard. — W tej grupie znajdowało się pół tuzina rysunków.
— Dziwię się, że przy takiej ilości cholernych kotów w ogóle ktoś się z nią ożenił — oświadczył Seamus z szelmowskim uśmieszkiem, za co otrzymał od Lydii szybkiego kuksańca.
— Niektórzy ludzie naprawdę lubią koty. Ja lubię — odparł Dean, czym zasłużył na ciepły uśmiech Hermiony.
— A to kto? Wygląda trochę jak odpicowany Flitwick.
— Gordon McAda. Pracuje w warzywniaku niedaleko mieszkania Rona.
— Hmm, chyba jestem zazdrosny. Czemu nie namalowałeś mnie? Nie jestem dla ciebie odpowiednio przystojny?
— Seamus, bądź realistą. Nigdy nie potrafiłeś usiedzieć spokojnie nawet na tyle długo, żebym zdążył naszkicować trzy twoje rzęsy, ty kretynie — parsknął Dean z rozbawieniem, wyobrażając sobie, jak Seamus dla niego pozuje. — Taki sam byłeś w szkole. Przez wszystkie te lata przesiadywania w pokoju wspólnym udało mi się zrobić ci tylko jeden dokładny rysunek.
— To spróbuj teraz. Przychodź w sobotnie wieczory i będziesz mógł stworzyć całą serię obrazów pod tytułem „Seamus pogrążony w słodkim odpoczynku”.
— Sądzę, że Lydia ma inne plany na sobotnie wieczory, idioto.
— Dzięki, Dean — odparła Lydia swobodnie. — Dobrze wiedzieć, że przynajmniej jeden z was wciąż ma jeszcze trochę rozumu w głowie.
— No to namalujesz Lydię zamiast mnie. Albo Hermionę. Czemu tutaj nie ma żadnych rysunków z czasów Hogwartu? Bogowie, pamiętam jeden, na którym była powalająca Ginny Weasley.
— Nie wystawiłem tu starych prac — wyznał Dean szczerze. — Są tylko późniejsze.
— Myślę, że musisz nam pokazać najnowsze... O jasna cholera...
Oczy wszystkich skierowały się na rysunek, który wywołał u Seamusa tak gwałtowną reakcję.
— Draco Malfoy — szepnęła Hermiona.
Nikt nie powiedział nic więcej, dopiero Lydia, najwidoczniej zdając sobie sprawę z nagłej zmiany nastroju, zapytała ostrożnie:
— Kim on jest?
Seamus zignorował ją i zwrócił się do Deana.
— Mówiłeś, że te są ostatnie.
— Bo są. Wiedziałeś, że z nim pracowałem. — Położył Seamusowi rękę na ramieniu w uspokajającym geście. — Draco Malfoy chodził z nami do szkoły — odpowiedział na wcześniejsze pytanie.
— Rozumiem, czemu lubisz go rysować — powiedziała Lydia, po czym skierowała zaniepokojone spojrzenie na Seamusa i Hermionę, którzy przyglądali jej się niedowierzaniem. — Co? — zapytała nieco obronnym tonem. — To znaczy, popatrzcie na niego. Jest po prostu wspaniały.
— Cóż, na pewno wie, jak przez długi czas siedzieć bez ruchu — odezwał się cicho Dean.
Wyglądało na to, że Seamus odzyskał nad sobą kontrolę.
— I do tego, co trzeba przyznać, siedzi cicho.
Dean obserwował, jak na twarz Lydii napływa zrozumienie.
— Och. Och — wyjąkała. — Czyli to o nim rozmawialiście. Że złożył śluby milczenia, tak?
Hermiona otrząsnęła się z oszołomienia.
— Tak, Lydio, to on.
— Seamus powiedział mi, że ten człowiek uratował mu życie w czasie wojny. Jemu i Deanowi.
— To prawda — mruknął Seamus, ale nie zaoferował dalszych wyjaśnień. Lydia chyba wyczuła coś niepokojącego, bo więcej się nie odezwała.
— Został również zaproszony na to przyjęcie, więc może spotkacie go osobiście.
Wrócili do oglądania rysunków z Draco Malfoyem w milczeniu, jak gdyby rozłożono je na stole w kostnicy. W końcu ich mała grupa dogoniła Harry’ego, który zatrzymał się przed obrazem, zdającym się zwracać uwagę każdego gościa galerii. W portfolio Deana figurował pod nazwą „Draco numer 8” i został zrobiony tydzień po tym, gdy Draco złożył śluby milczenia. Początkowo Dean próbował wykonać go jako stylizowany szkic, ale potem zrezygnował, zaczął od początku i stworzył obraz bardziej hiperrealistyczny. Tylko głowa, ramiona i zawadiacki kapelusz. Jednak oczy Draco, intensywność, jakiego nabrało jego spojrzenie, kiedy przestał używać słów, naprawdę działało przyciągająco. Te oczy wbijały się w ciebie, jak gdyby widziały twoją przeszłość albo przyszłość, lub starały się ostrzec cię albo pocieszyć, albo po prostu pochłonąć. Dean nigdy wcześniej nie namalował czegoś nawet zbliżonego intensywnością wyrazu.
Harry otrząsnął się z głębokiego zamyślenia.
— Twoje obrazy są po prostu genialne, Dean. Wiesz o tym, prawda?
— Dziękuję, Harry.
— To co mam zrobić, jeśli... no, zamierzam dokonać zakupu?
Dean był tak zaszokowany, że na moment zgłupiał. Nie potrafił stwierdzić, czy Harry chciał kupić jakiś jego obraz, czy akurat ten konkretny obraz, a z min Seamusa i Hermiony wynikało, że nie tylko jego zaskoczyło to postanowienie.
— Nie musisz niczego kupować. Nie czuj się w obowiązku...
— Wcale się nie czuję. Podoba mi się i naprawdę chcę.
Seamus zachichotał.
— Potrzebujesz nowej tarczy do gry w rzutki?
Harry nie dał się sprowokować.
— Może po prostu korzystam z okazji, zanim Dean stanie się tak sławny, że nie będzie mnie stać na jego prace?
Dean niespodziewanie poczuł, że chce bronić Harry’ego, bronić uczciwej oferty zakupu pierwszej rzeczy z jego pierwszej wystawy. Jeśli Harry nie miał ochoty wyjaśnić powodów — a oni prawdopodobnie nie mieli ochoty dowiedzieć się, czemu w ogóle i czemu akurat ten obraz — wcale nie musiał tego robić. Dean zdawał sobie sprawę, że pieniądze nie stanowiły dla niego problemu, ale nigdy nie interesował się szczegółami jego finansów. Więc nawet gdyby ustalił cenę obrazu na nieracjonalnie wysokim poziomie — naprawdę nie chciał się z nim rozstawać — koszt nie będzie grał roli. W pewnym sensie cieszył się, że Harry chce go mieć — wiadomo będzie, gdzie go szukać.
— Dzięki, stary — powiedział. — Przekażę to Annie, a ona zajmie się wszystkimi paskudnymi formalnościami. Jeśli nie masz nic przeciwko, wolelibyśmy, żeby wisiał przez jakiś czas w galerii i dopiero później ci go dostarczy?
Po tych słowach ich grupa podzieliła się, Harry ruszył powoli do kierowniczki galerii, a Seamus i Lidia wyminęli pospiesznie resztę portretów Draco, zostawiając Deana samego z Hermioną.
— To było... ciekawe — odezwała się. Chyba nie zamierzała spekulować dalej, jednak Dean przypomniał sobie, że zawsze miała najlepsze maniery z nich wszystkich.
Nagle podjął decyzję.
— Wiesz, Hermiono — zaczął — bardzo chciałbym cię narysować. Oczywiście, jeśli masz czas.
Zaskoczyła go iskierka zainteresowania w jej oczach, którą zobaczył, zanim zdążyła ją ukryć.
— Och, Dean, nie wiem. To znaczy, przecież nie jestem modelem jak Malfoy.
Jednak to pierwsze spojrzenie zmotywowało go do naciskania.
— Proszę. Nie proponuję ci tego z grzeczności. Wiele mógłbym z tobą zrobić... — nie, artyści wcale nie wykręcają się najbardziej obraźliwymi argumentami — i strasznie chciałbym spróbować. Proszę.
— No cóż...
— Proszę. — Dean zawsze miał słabość do swojej dawnej szkolnej koleżanki. Z biegiem czasu, obserwując z boku, coraz bardziej doceniał wiele cech jej charakteru, tych samych, przez które w szkole w pokoju wspólnych była obiektem żartobliwego dokuczania. Przez lata świadomie zwlekał, w zarodku tłumiąc wszelkie uczucia, uważając, że jej przeznaczeniem jest Harry lub Ron. Zaskoczyło go, że ich relacje nigdy nie wykroczyły poza przyjaźń. Ale teraz doszedł do wniosku, że zachował się wystarczająco uprzejmie i czekał odpowiednio długo. Jak mówią: „kto śpi, ten traci”.
— Dobrze. — Hermiona uśmiechnęła się z wahaniem. — Ale żadnego pozowania bez ubrań. Już ja znam was, artystów.
— Umowa stoi.
— Stoi. — Jej uśmiech stał się szerszy.
— Jeszcze tylko jedno — dodał Dean z imitowaną szczerością.
— Tak? — Hermiona spojrzała na niego z zaciekawieniem, co wydało mu się nieoczekiwanie ujmujące.
Naprawdę mogę pokazać ci prace, do których pozowano mi w ubraniach.
Jej zrelaksowany śmiech ogrzał go nawet bardziej, niż sprzedaż pierwszego obrazu.

*

Godzina zbliżała się do zbyt niebezpiecznej granicy, by Harry nadal mógł przebywać poza domem, więc Dean musiał pożegnać się z przyjaciółmi. Powrócił do swoich jałowych spekulacji na temat osób znajdujących się w pomieszczeniu. Ktoś po pięćdziesiątce w znoszonym płaszczu i włosami zaczesanymi na czoło, by ukryć łysinę, będący tu zdecydowanie po to, by poderwać niewinnego studenta. Zbyt wystawnie ubrana starsza para, zabijająca czas po zorientowaniu się, że jeszcze za wcześnie na kolację i teatr znajdujący się dwa budynki stąd. Para uczniów pobliskiej szkoły artystycznej i ich przyjaciółka, prawdopodobnie z akademii biznesu, być może po raz pierwszy odwiedzająca wystawę sztuki, co można było wywnioskować po wyrazie jej twarzy, kiedy ujrzała darmowe wino. Patrzcie na to! Towarzysze posłali jej krzywe uśmieszki w stylu: wiemy już, wiemy, uwierz.
Ostatni mężczyzna, spędzający zachęcającą ilość czasu przy serii portretów Draco, wydawał się obiecujący, jak spekulował Dean. Po trzydziestce, nienagannie skrojony skórzany płaszcz do łydek, włosy wygładzone i zaczesane do tyłu, by lepiej wyeksponować kilka kolczyków w obu uszach. Dean rozpoznał turkusowo-srebrną przypinkę przy szyi: Kokopelli, flecista, symbol płodności, oszust i patron entuzjastycznych turystów, którzy kiedyś odwiedzili amerykański południowy zachód. Dobry znak, jeśli oznaczałby, że podróżował i posiadał przynajmniej powierzchowną wiedzę o sztuce.
Dean poczuł w żołądku narastające, pełne obaw oczekiwanie, kiedy zauważył, że mężczyzna sięgnął po portfel i wyciągnął z niego wizytówkę, po czym rozejrzał się, by odnaleźć artystę — bystry facet — i ruszył w jego stronę.
— Dean Thomas? — zapytał ze zdecydowanie amerykańskim akcentem z naleciałościami dotykowymi dla kogoś, kto już od jakiegoś czasu przebywa w Wielkiej Brytanii. Przesunął palcami po wizytówce i wręczył ją Deanowi eleganckim ruchem dłoni. Kiwnął głową. — Jake Knightley — przedstawił się pewnym, ale uprzejmym głosem. — Naczelny fotograf JayKay Studio.
— Miło pana poznać — odpowiedział Dean, usiłując ograniczyć nerwowe oczekiwanie w głosie do niesłyszalnego minimum.
— Imponujące prace, panie Thomas — stwierdził Knightley. — I ten konkretny model. To pański przyjaciel?
— I stary kolega ze szkoły — odpowiedział Dean ostrożnie. — Draco Malfoy. — Obserwował uważnie mężczyznę. Żadnej reakcji. Z pewnością mugol.
— Pewnie nie będę jedyną osobą, która panu powie, że jest wyjątkowo atrakcyjny. Zawsze szukamy nietypowych twarzy. To pana raczej nie zaskakuje. — Knightley przeszedł na swoisty ton „między nami artystami”. — Istnieje jakaś szansa, żeby go dzisiaj poznać?
— Został zaproszony — powiedział Dean wymijająco, starając się zakamuflować spływające na niego uczucie zawodu. Jego fantazje nie brały pod uwagę tego, że Knightley mógłby być bardziej zainteresowany modelem niż artystą i musiał przyznać, że to go zabolało.
— Bardzo chciałbym z nim porozmawiać. Mógłbym z kogoś takiego zrobić użytek. Piękny. I ma ładne dłonie, a to nie jest zbyt często spotykane.
Dean chciał dodać, że w Draco Malfoyu nie ma nic powszechnego. Usiłował zdusić egoistyczną zazdrość, która lada chwila mogła go przytłoczyć. Wrócił myślami do twarzy Draco, kiedy ten aranżował ich ucieczkę od śmierciożerców, dzięki czemu zdołał wyciszyć ponure emocje.
Knightley, zauważywszy jego zawód — cóż, skoro ugania się za modelami każdego dnia, musi ciągle stawiać temu czoło — zaczął wychwalać jego styl, technikę i nastrój. Zdecydowanie unikał wzmianek o modelu przez kilka minut, ale temat był zbyt kuszący dla biznesmena takiego jak on.
— Myśli pan, że byłby zainteresowany pozowaniem dla nas?
Dean zastanawiał się przez chwilę. Jego pierwszą reakcją było: „nigdy w życiu”, ale zdecydował, że sytuacja Draco się zmieniła i jego przyszłość jest zbyt niepewna, więc nie mógł nic stwierdzić na sto procent.
— Prawdę powiedziawszy, nie jestem pewien — oznajmił. — Pozuje dla mnie jako przyjaciel — do tej pory nigdy nie doceniał tego faktu — więc nie wiem, co na to powie. Będzie pan musiał zapytać go osobiście.
— Dobrze.
Po chwili rozważył najważniejszą kwestię.
— Jest jednak pewien problem. Cóż. On się do nikogo nie odzywa. — Dean starał się wyjaśnić to jak najzwięźlej. — Dosłownie. To coś w rodzaju ślubów milczenia. Przestał mówić trzy miesiące temu. Nie jestem pewien, dlaczego. Nigdy tego nie wyjaśnił. Uznaliśmy, że to coś związanego z religią. — Miał nadzieję, że coś takiego mugol będzie w stanie zrozumieć.
Początkowo zaskoczony, Knightley wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Model, który nie zrzędzi i nie narzeka? Teraz lubię go jeszcze bardziej.
Z jakiegoś powodu Dean uznał komentarz za irytujący.
— Cóż, panie Knightley, musi pan wziąć pod uwagę, że to uczyni przypuszczalne negocjacje z Draco nieco... trudniejszymi? Jeśli wie pan, co mam na myśli.
Mężczyzna skrzywił się, zdając sobie sprawę z problemu.
— Och. Ja... Tak, więc jak pan daje sobie z nim radę?
Dean pomyślał o systemie, w jakim pracują z Draco.
— Proszę go, żeby przyszedł i pozował mi w określonym miejscu i czasie. Jeśli nie jest zajęty, to się pojawi, a jeśli jest zajęty, nie przyjdzie.
Knightley rozmyślał o tym przez chwilę.
— To mogłoby się udać — wymamrotał bardziej do siebie, niż do Deana. Unosząc wzrok, dodał: — A więc poczekam, jeśli mogę, w razie gdyby się pojawił. Proszę jednak nie czuć się zobligowanym, by mnie zabawiać.
Dean docenił ostatnie zapewnienie. Jego wymagająca publiczność, albo mogąca za taką uchodzić, z biegiem czasu zwiększyła swoją liczebność, i musiał znaleźć się gdzie indziej, by zapewnić ich, że naprawdę był utalentowanym artystą, a nie złym bratem bliźniakiem.
Nie mógł jednak nie zauważyć, że Knightley udał się najkrótszą drogą do kierowniczki galerii po więcej szczegółów. Jakiś czas później z zaskoczeniem kiwnął głową w odpowiedzi na jej tryskający entuzjazmem uśmiech, który mu posłała, zanim podeszła do serii portretów Draco, niosąc tabliczkę w kolorze bladej brzoskwini z napisem „sprzedane”, wydrukowanym czcionką Bernhart Fashion, o którą się kłócili, i przyczepiła je stanowczym ruchem przy każdym z obrazów. Pomijając „Draco numer 8”, oczywiście. Humor od razu mu się poprawił i teraz ocenił Knightleya z większą pobłażliwością niż wcześniej. Przynajmniej, jak mniemał, to mężczyzna, który potrafi robić interesy. Kto wie, może Kokopelli miał coś do czynienia z jego zmiennym szczęściem.

*

Słowa to pogwałcenie jedynej ciszy — prawdy.
(„Sorry”, English Beat)***

Milczenie pośród ludzi było co najmniej pouczające.
Draco spodziewał się, że jego przysięga sprowokuje ich do dziwnych zachowań. I nie mylił się. Jeśli miał szczęście, ktoś inny zaczynał wymianę zdań, ostrzegając niewtajemniczonych. Draco obserwował reakcje, widoczne na ich twarzach: zawsze ten sam skonsternowany wyraz, potem nerwowe spojrzenie i wreszcie zażarta walka o to, żeby się na niego nie gapić. Nieznajomi mieli zazwyczaj irytujący nawyk traktowania go, jakby był głuchy, kierując komentarze do wszystkich, tylko nie do niego. Kilkoro starych znajomych, na których się natknął, było jeszcze bardziej wytrąconych z równowagi, a on przyglądał się, jak walczą sami ze sobą, usiłując pogodzić jego niegdysiejsze bezduszne riposty z obecnym milczeniem. Jakby został w jakiś sposób unieszkodliwiony, lecz dalej pozostawał niebezpieczny.
Nie był jednak przygotowany na to, jak przysięga zadziała na niego. Teraz, kiedy jego umysł nie musiał nadążać za konwersacją, wymyślając bystre żarty czy cięte uwagi, zdał sobie sprawę, że faktycznie słucha, co do niego mówią. Zauważał szczególnie to, co pozostawało niewypowiedziane. Fascynowały go niuanse w wyrazach twarzy, których nie zauważał wcześniej, niewerbalne znaki, zawsze odgrywające swoją rolę w ludzkich interakcjach.
Dean na przykład był osobą bardzo wrażliwą manualnie. Lubił dotykać rzeczy, żeby znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Kiedy ogarniała go niepewność, trzymał ręce po bokach i pocierał o siebie opuszki palców, a gdy był zadowolony, gładził dłońmi przedramiona. Uspokajał się, trzymając ręce w kieszeniach, a żeby podkreślić coś w rozmowie, lekko gestykulował i machał ręką.
Jake Knightley również lubił używać rąk, ale robił to bardziej świadomie: po to, by kontrolować, a czasem, ku rozbawieniu Draco, by wzbudzać pożądanie. Miał w tej dziedzinie sporą praktykę. Posługując się i głosem, i dotykiem, początkowo stanowił niewiadomą. Draco zdawał sobie sprawę, że fotograf postrzega go jako kogoś w rodzaju fanatyka religijnego, a może nawet i mnicha. Już pierwszego dnia w studio uświadomił sobie, że Jake od pierwszej sekundy traktował ich umowę na poważnie.
— Ech, Draco. Tak, wejdź. Słuchaj, myślałem, że mógłbyś pooglądać dzisiaj sesję i zorientować się, jak to wygląda. A potem...
A potem to znienawidzisz i sobie pójdziesz, a ja nie będę musiał się z tobą użerać, w duchu zakończył za niego Draco, uśmiechając się w odpowiedzi.
Knightleyowi trudno było ukryć swój entuzjazm, kiedy spotkali się dwa dni temu na otwarciu wystawy Deana. Zaimponował Draco, zdając się wiedzieć dokładnie, co mówić, aby mu się przypodobać. Ale następnego dnia przyszedł do niego z kontraktami, prawnikami i całą masą dyskusyjnych szczegółów, które prawdopodobnie irytowały samego Knightleya. Praca z Draco i jego mugolskim adwokatem, nawet z Deanem jako utalentowanym pośrednikiem, przygasiła początkowe podekscytowanie fotografa.
Jednak życie Draco po wojnie stało się straszliwie monotonne, a podejrzewał, że i jego obsesyjna walka przeciwko ministerstwu nie była szczególnie konstruktywna. Chciał spróbować czegoś nowego, postanowił więc wykorzystać swojego wewnętrznego Puchona i usatysfakcjonować Jake’a szczerością i ciężką pracą.
— Draco, to jest Levon. I tak, jego matka była fanką Eltona Johna. — Model ostrożnie kiwnął głową na powitanie, więc Draco wiedział, że fotograf uprzedził go o jego wizycie. A może chodziło o zazdrość? Uświadomił sobie, że będzie konkurował z innymi modelami. Nie żeby go to obchodziło.
Sesja okazała się absorbująca. W niczym nie przypominała pozowania dla Deana — tutaj praca tętniła życiem i wspólnotą, od płynnego ruchu Levona po dodające odwagi wskazówki Knightleya, aż wszyscy zdawali się stopić w jeden umysł kontrolujący jedno ciało. Komunikowali się pewnego rodzaju skrótami, co Draco usiłował zrozumieć, aż zauważył, że odpowiednie uwagi przypisane są konkretnym ruchom. Od czasu do czasu fotograf odchodził na stronę, by wyjaśnić, co robi, czego szuka albo co sobie wyobraża. Draco uważnie słuchał. Im szybciej pojmie ten język, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że wyjdzie na idiotę.
— DiBartolo jest naszym klientem, to włoski projektant, oczywiście. Jego wizerunek jest nieco mroczniejszy, nieposkromiony, wiesz, i zdecydowanie bardziej seksowny — wyjaśnił Knightley podczas pracy. Pochylił się i odpiął modelowi koszulę, wygładzając ciemny materiał kompetentnymi dłońmi. Levon wyglądał na znudzonego, ale kiedy aparat znowu poszedł w ruch, natychmiast powrócił do życia, okazując to delikatnymi ruchami i intensywnymi spojrzeniami.
Szkoda, że mugolskie fotografie nie są ruchome, pomyślał Draco. „Czarownica” miałaby niezłą sprzedaż z Levonem i jego zmysłowym, wijącym się ciałem. Jakim cudem Knightley wiedział, w jaki sposób ująć konkretną pozę? Zdecydował, że ogromna liczba zdjęć gwarantowała przynajmniej kilka dobrych, wartych wysiłku.
Teraz koszula stanowiła jedynie sugestię, zsunięta całkowicie z ramion i zwinięta wokół talii Levona. Zdezorientowany — czy DiBartolo chciał, żeby modele zdejmowali ubrania na zdjęciach? — nagle zdał sobie sprawę, co reklamowali. Jego domysły potwierdził Knightley, gdy skinął na asystenta, by rozpiął Levonowi guzik spodni i ostrożnie rozsunął rozporek do niebezpiecznego poziomu. Potem, ku zaskoczeniu Draco, najzwyczajniej w świecie popieścił krocze modela, a pod cienkim materiałem ukazała się rosnąca erekcja. Levon zdawał się niespeszony poczynaniami asystenta.
— Sprzedajemy seks, Draco — powiedział fotograf, wyglądając niemal na zażenowanego. Levon popatrzył na niego, jak gdyby żądając wyjaśnień. Czy był zirytowany, że musi dzielić uwagę fotografa z amatorem? Zazdrosny? Czuł się zagrożony? Draco odwzajemnił się celowo znudzonym spojrzeniem, a potem moment minął.
— Myślisz, że jesteś gotowy spróbować? — zapytał Knightley po chwili.
Draco wstał i czekał.
— Um, wezmę to za tak. Marcy, możesz mu przynieść białą koszulę? Czarne spodnie... nie, białe też, tak sądzę. Bose stopy.
Poprowadzono go tam, gdzie nadskakiwano mu z taką dbałością, że poczuł się jak w pomieszczeniu pełnym troskliwych skrzatów. Czyli całkiem znajomo. Cóż, pomijając makijaż, który uznał za dziwny. Stylista fryzur również nie mógł się od niego oderwać, czesząc go, pieszcząc i nie zamykając ust ani na chwilę.
— Draco? Jaki brytyjski chłopiec mógłby mieć takie imię? Hmm. Nie jesteś Amerykaninem, prawda? Oni nazywają dzieci po starych rzeczach. Przeważnie po samochodach. Na pewno nie Włochem, na to jesteś za blady. A więc będę musiał je jakoś przerobić. Smoczek.
Draco postarał się nie skrzywić.
— Weźmy moje imię, Daniel: konkretne, nudne i brytyjskie. Tak jak ja. Racja. Boże, kochanie, masz najgładsze włosy na świecie. Kobiety mogłyby za nie zabić, nie? Albo zabiłyby, by mieć ciebie. Mmm, pięknie.
Draco zdusił parsknięcie. Zauważył, że nawet w mugolskim świecie fryzjerów powszechnie postrzegano jako gejów.
— Och, czyli możesz się śmiać? To dobrze. Jake ostrzegał nas, że nie jesteś rozmowny. W porządku. Mogę mówić za nas obu.
Jego mała armia odeskortowała go z powrotem do Knightleya, a wszyscy wyglądali tak, jakby byli dumni z tego, w jaki sposób go przygotowali.
— Śmiało, Smoczku, kochanie, bądź naturalny — zachęcił go stylista. — Powodzenia.
Fotograf spojrzał na niego z oczywistą aprobatą.
— Świetna robota, chłopaki. — Odwrócił się do Levona. — Zrób sobie przerwę, ale potem chcę sfotografować was razem.
Levon wyprostował się, założył koszulę i opuścił studio bez słowa. Nikt nie skomentował jego wyjścia.
— Dobrze, Draco, widziałeś, z czym to się je. Będę dawał ci wskazówki, postaraj się nimi kierować. Jeśli czegoś nie zrozumiesz, poczekaj, to wyjaśnię ci je dokładniej. Och, modele DiBartolo nigdy się nie uśmiechają, więc myśl o najgorszych momentach swojego życia.
Draco aż cofnął się z zaskoczenia i szoku. Nieostrożna uwaga fotografa momentalnie wyrzuciła go z tego mugolskiego studio, które do tej pory odsuwało go od prywatnego życia tak bardzo, jak to możliwe, zmuszając do przywołania przeszłości. Niechciane wspomnienia uderzyły go niczym hogwarcki ekspres. O jakich najgorszych chwilach mógł pomyśleć? Śmierć ojca czy matki? Szpiegowanie dla Voldemorta i śmierciożerców? Wojnę z ministerstwem o dom i majątek?
Emocje musiały być bardzo widoczne na jego twarzy, bo Knightley powiedział nagle:
— Wybacz. Cholera. Nie chciałem. Po prostu się nie uśmiechaj. Obojętnie, jak to zrobisz.
Draco przywołał neutralny wyraz twarzy, a potem ustawił się przed aparatem. Z początku czuł się spięty i podenerwowany, ale jego wrodzony wdzięk przejął górę, więc wciągnął się w rytm i wskazówki fotografa. Modelowanie było fizycznie cięższe, niż się spodziewał: utrzymywanie nietypowych i dziwacznych póz, zatrzymywanie się i ruszanie, dostosowywanie się do kolejnych uwag. Draco uznał, że w przypadku Levona wszystko wyglądało zbyt prosto. Doceniał teraz jego wytrzymałość.
Światła były jasne i skierowane prosto na niego, więc nie widział wiele poza nimi. Słyszał jednak głosy współpracowników i wiedział, że go obserwują. Oceniają. I, z jakiegoś powodu, nie chciał ich zawieść.
— Levon, jesteś gotowy? — dotarł do niego głos fotografa. Usłyszał wymamrotaną odpowiedź, a potem model znalazł się koło niego, posyłając mu obojętne spojrzenie.
— A teraz, Draco, będzie trochę trudniej. Nie możesz pozować tak, by za bardzo się różnić, ale nie możesz też kopiować Levona. Levon, najpierw ty naśladuj Draco, bo masz doświadczenie. — Model kiwnął głową. — Daniel, jak sądzisz, włosy na dół?
Stylista popędził w ich kierunku.
— Och, z pewnością. — Rozpuścił długie, ciemne włosy Levona, wcześniej zawiązane w kucyk. Czesał je powoli, komentując bez ustanku: — Boże, kochanie, jesteś piękny. I wy razem, te wspaniałe, wspaniałe ciemne włosy i lśniący blond, cali w bieli, o mój Boże, jesteście zbyt seksowni, by to wyrazić... — Odwrócił się i przebiegł grzebieniem po włosach Draco. — Och, tak — westchnął.
Draco złapał spojrzenie modela i posłał mu lekki, pełen sympatii uśmiech. Początkowo Levon wydawał się zaskoczony, ale potem wyraźnie się rozluźnił i odwzajemnił uśmiech. Draco uznał, że to nadało jego twarzy bardziej interesujący wyraz.
Zaczęli jeszcze raz. Wspólnie dzielony moment zredukował napięcie, a model starał się mu pomagać, mamrocząc wskazówki i krótkie rozkazy. Draco pochłonęła praca: wstać, usiąść, zmienić koszulę, odświeżyć makijaż, odwrócić się, pochylić, dotknąć. Wszystko wzmacniały światła, kliknięcia aparatu, głosy, poruszający się ludzie. Sytuacja okazała się nowa, stymulująca.
— Dobrze, teraz zdejmijcie koszule. Draco, przerzuć swoją przez ramię jak ręcznik. Levon, owiń swoją wokół szyi. I spodnie — rozkazał nerwowo Knightley. — Hmm, guzik i rozporek.
Draco zorientował się, że musi coś zrobić, by rozwiać osobliwe wyobrażenia, jakie snuł o nim fotograf, jeśli mają wykonać tę pracę porządnie. Nie był mnichem. Ani trochę.
Rozpiął guzik i zamek, zanim Levon w ogóle się poruszył. Kiedy ten sięgnął dłonią do własnych spodni, Draco zatrzymał go, łapiąc za rękę. Zaskoczony Levon obserwował, jak Draco go wyręcza. Ostrożnie i delikatnie, ale z rozmysłem, nie spuszczając z niego oczu, Draco potarł ledwo widoczne wybrzuszenie pod ciemnym materiałem i poczuł pożądaną reakcję. Levon otworzył szeroko oczy, ale w końcu obdarzył go szerokim uśmiechem. Drugą dłonią Draco pieścił samego siebie, choć był już twardy z powodu intymnego kontaktu.
— O Boże, przynieście wąż strażacki — usłyszał głos fryzjera. — Strasznie tu gorąco.

*

Potrzebuję rozproszenia, cudownego uwolnienia, wydarcia wspomnień z moich żył,
Pozwól mi być obojętnym, pozbawionym ciężaru, może dzisiaj odnajdę spokój.

("Angel", Sarah McLachlan)****

Draco szybko przekonał się, że ekipa z JayKay nie była dobrana przypadkowo. W DiBartolo mieli tendencje do wykorzystywania w reklamach podobnych modeli. Jak powiedział mu Knightley — miało to na celu budowanie wizerunku firmy. W związku z tym w ciągu najbliższych dni miał okazję oglądać Levona bardzo często, coraz bardziej odsłoniętego. Ekipa, która ich otaczała, była większa niż pierwszego dnia. Draco powoli zaczynał się przyzwyczajać do pracochłonnych sesji ubierania i przygotowania do zdjęć. Przywykł też do makijażu, chociaż wciąż przyłapywał się na tym, że po każdej sesji patrzył na siebie w lustrze w oszołomieniu.
W sesjach często brali udział inni modele, chociaż Draco odnosił wrażenie, że po tej pierwszej on i Levon nawiązali coś w rodzaju bliższej relacji. Podczas wspólnych sesji nadal udzielał mu wsparcia i instrukcji i coraz częściej zostawał, żeby popatrzeć na jego indywidualne popisy. Draco był nim zaintrygowany, pociągał go jego niewątpliwie atrakcyjny wygląd i pewność siebie. Do tego odnosił wrażenie, że jego zainteresowanie nie tylko nie było niemile widziane, ale wręcz odwzajemnione. Levon oswoił się nawet z jego ciągłym milczeniem, a po jakimś czasie nabrał żartobliwego nawyku odpowiadania za niego, jeśli akurat był w nastroju do rozmowy, co było urocze. Na przekór powszechnej opinii, Draco lubił urocze rzeczy, chociażby dlatego, że były dla niego nowością. Z jakiegoś powodu społeczeństwo zdawało się jednak sądzić, że Malfoyowie lubują się w zadawaniu sobie bólu podczas seksu. Miał nadzieję, że mugole nie sięgają automatycznie po bat i łańcuchy na pierwszej randce.
— Co powiesz na drinka, Draco? — zagadnął go Levon po wyjątkowo długiej sesji, kilka tygodni od ich pierwszego spotkania. Po chwili odpowiedział beztrosko na własne pytanie: — Z przyjemnością, Levon. Nie mogłem się doczekać, kiedy zapytasz. U mnie czy u ciebie?
Draco obdarzył go uśmiechem, który sięgał aż do oczu. Nie powiedziałby, że nie mógł się doczekać, ale z pewnością był zainteresowany. Od czasu jego dziwnej rozmowy z Severusem o izolacji, starał się wkładać więcej wysiłku w rozpoczęcie nowego życia po wojnie. Musiał przyznać sam przed sobą, że randka z mugolem byłaby dosyć spektakularnym początkiem. Mówiąc bez ogródek: był zmęczony swoim życiem w samotności. Większość jego szkolnych przyjaciół nie żyła albo z premedytacją go unikała, a jedyną osobą z Zakonu Feniksa, która się z nim przyjaźniła, był Dean.
Podczas zmywania makijażu siedzieli tuż obok siebie i Draco nie mógł się powstrzymać od ukradkowych spojrzeń. Kiedy skończyli, Levon podał mu rękę. Draco uśmiechnął się zachęcająco i splótł ich palce ze sobą.
Minęło dużo czasu, od kiedy ostatni raz z kimś wychodził. Zbyt dużo.
Levon odpowiedział uśmiechem i razem podeszli do drzwi, za którymi czekał na nich chaos Londynu. Draco był zadowolony, że to właśnie jego ma za przewodnika.
Długą, milczącą godzinę później został zaproszony do mieszkania Levona, do którego dotarli po dosyć niewygodnej podróży metrem. Draco był wdzięczny za przewodnictwo, bo sam zgubił się podczas pierwszej próby rozgryzienia systemu komunikacji miejskiej. Sama idea okrężnych tras była mu obca, nie mówiąc już o mapach miasta, którymi w najbliższym czasie wcale nie zamierzał nauczyć się posługiwać. Szczerze mówiąc, chaotyczny i zatłoczony Londyn go onieśmielał. Unikał go jak to tylko mógł i był zadowolony z tego, że miał Sully, która zajmowała się jego mieszkaniem i załatwiała sprawunki.
Przeszli jeszcze jedną ulicę i stanęli pod drzwiami nieoznaczonego ceglanego budynku. Levon z trudem utrzymywał na wodzy swoje podniecenie, Draco zresztą też.
— Wciąż tego chcesz? — wyszeptał. Draco uśmiechnął się.
Levon włączył światła i czekał niecierpliwie na jego reakcję. Ludzie często tak robili — chcieli, żeby polubiło się ich dom i nie uspokajali się, dopóki nie nabrali pewności, że rzeczywiście tak jest. Goście odwiedzający dwór Malfoyów zwykli bardzo przejmować się rewizytami Draco, ale Levon na szczęście nigdy tam nie był, więc nie miał powodów do wstydu. Draco był ciekawy, jak wyglądają domy innych ludzi, niezależnie od tego jak skromne. Gdy przypomniał sobie o tych pogardliwych komentarzach, którymi obrzucał Norę Weasleyów, z opóźnieniem uświadomił sobie, że kiedyś był wręcz nieznośnym snobem.
Mieszkanie Levona było wypełnione regałami, które wyglądały na ręcznie robione, wysokimi aż pod sufit. Na każdym znajdowało się mnóstwo książek. Draco nie próbował nawet ukryć zaskoczenia.
— Lubię czytać. Właściwie skończyłem nawet studia filozoficzne. — Levon zaśmiał się nerwowo. — Nikt jakoś nie kwapił się, żeby mi powiedzieć, że nie znajdę po tym pracy.
Draco podszedł do jednej z półek i przeciągnął smukłą dłonią po grzbietach książek. Powoli czytał tytuły, wykręcając szyję, żeby je odczytać. Levon obserwował każdy jego ruch. Draco ostrożnie wyjął jedną z pozycji — Biografię Johna Adamsa. Przekartkował ją, nie zwracając specjalnej uwagi na słowa, ale ciesząc się fakturą papieru pod swoimi palcami.
Levon stanowczym ruchem wyjął mu książkę z ręki i odłożył na półkę.
— Nie zaprosiłem cię tutaj na wieczorek czytelniczy, Draco — powiedział. — Myślałem o czymś zupełnie innym i mam nadzieję, że ty też. — Spojrzał na niego z uznaniem. — Chyba że się mylę, ale wolałbym nie.
Draco uświadomił sobie, że Levon prosił o potwierdzenie. Doceniał już sam fakt, że doszli tak daleko — komunikacja z nim była wielkim wyczynem, ale jednak znalazł się tutaj, w mieszkaniu Levona. Ich oczy się spotkały. Przysunął się bliżej i musnął zachęcająco nagie ramię mężczyzny.
Levon z uśmiechem na twarzy poprowadził go do swojej nowoczesnej kuchni.
— Wina? — Przez chwilę mocował się z zepsutym korkociągiem, ale w końcu otworzył butelkę caberneta, pozostawiając w niej tylko kilka szczątków korka. Lucjusz ukarałby skrzata domowego klątwą Crucio za taką beztroskę. Draco przyjął ofiarowany kieliszek i przeciągły dotyk, który nastąpił razem z nim.
— Za piękno — zaproponował toast figlarnie. — Gdyby nie ono, nigdy bym cię nie spotkał – dodał Levon.
Draco nie pamiętał, czy wspólne stukanie się kieliszkami podczas toastu było dozwolone, więc wolał nie ryzykować. Miał tylko nadzieję, że to nie urazi Levona. Chciał, żeby ten wieczór był naprawdę miły. Chciał...
Nagle zdecydował, że ma dość grania roli pasywnego niewinnego chłopca. Odstawiwszy kieliszek, przysunął się bliżej, wsuwając się z gracją w ramiona Levona. Podniósł ręce do jego twarzy i pogładził linię szczęki bladymi palcami.
Levon wziął gwałtowny wdech i poddał się temu prowokującemu dotykowi.
— O Boże, Draco — wymamrotał, i zanurzył twarz w jego włosach. Draco przeciągnął palcami po ciemnym kucyku mężczyzny, ściągając gumkę, którą był związany. Ciemne loki rozsypały się na jego dłoniach zmysłową kaskadą.
Levon jęknął cicho do jego ucha, po czym sam przeszedł do działania. Przesuwał powoli językiem po jego szyi, w górę, do podbródka, aż w końcu dotarł do ust, języka i zębów. Pocałunek był przyjemny, gorący, namiętny, mokry, intensywny i palący, czyli dokładnie taki, jakiego Draco teraz potrzebował.
Levon nie zamierzał się zatrzymywać.
— Boże, pragnę cię... — mruknął. — Chcę twoich ust. Chcę twojego penisa. Chcę wszystkiego, Draco. Pozwolisz mi na to?
Draco pozwolił. Przylgnął do drugiego mężczyzny całym ciałem, czując, że jego erekcja jest gorąca pod warstwami zbędnego ubrania. Szarpnął za krępujące go spodnie.
— Poczekaj, zatrzymaj się — wydyszał Levon. Odsunął się i zaczął gorączkowo zrzucać z siebie koszulę, zdejmować pasek i buty. Draco poszedł w jego ślady. Wyczuł, że nie będzie tutaj żadnego rozwlekłego uwodzenia; będzie liczyć się tylko intensywność nagłego pożądania i potrzeby. To pasowało mu wręcz doskonale. Uwodzenie odbyło się wcześniej, w studio, kiedy oboje ostrożnie obserwowali siebie nawzajem i planowali ten wieczór.
Swobodny i nagi, poświęcił chwilę na podziwianie piękna swojego partnera. Nigdy nie spotkał kogoś, kto byłby tak zmysłowo atrakcyjny, i niech go diabli, jeśli nie zamierzał tego docenić. Obaj przerwali na chwilę, żeby złapać oddech, wyraźnie podnieceni, po czym powrócili do zaspokajania swojego głodu.
Nie było czasu na dojście do sypialni. Opadli razem na kanapę i to wystarczyło. Draco poczuł ciepłe, smukłe palce obejmujące jego penisa i już sam ten długo oczekiwany dotyk sprawił, że prawie doszedł. Naparł dziko na biodro Levona, na jego udo, tracąc koncentrację, której i tak nie miał zbyt wiele. Levon był tak blisko i Draco sięgnął po jego penisa, który już był śliski, twardy i gotowy pod jego rękami. Słyszał jego jęki, bezładne wołania do Draco, Boga albo do nich obojga. Przycisnął usta do jego warg i poczuł jego smak, zaspokajając swoje milczące pragnienie. Poczuł nagłą zmianę rytmu swojego partnera i Levon już wytryskiwał do jego dłoni ciepłą i wilgotną spermą, a Draco skoncentrował się na tym momencie.
Ręka Levona przez chwilę drżała, kiedy zatracił się w spełnieniu, ale po chwili znów chwycił penisa Draco i zaczął go gładzić, zabierając do miejsca, gdzie zmysły miały kontrolę nad wszystkim, gdzie mógł zatracić się w doznaniach. Jego umysł powtarzał rytmicznie tak, tak, tak, tak i Draco uniósł powieki. Levon patrzył na niego zaskakująco brązowymi oczami, a Draco znów był zgubiony, na krawędzi, już zatracał się w swoim orgazmie, wydając z siebie — jak mu się zdawało — ostatni oddech.
Levon śmiał się cicho do jego ucha.
— O tak, Draco. Dokładnie tego się po tobie spodziewałem. — Odczekał odpowiednią ilość czasu i odpowiedział sam sobie: — Ty też jesteś wszystkim, czego chciałem, Levon.
Draco mógł jedynie uśmiechnąć się na potwierdzenie.
Ale już wtedy, mimo wciąż płonącego ognia niedawnego aktu, mógł wyczuć nadciągającą ku niemu samotność, zataczającą wokół niego kręgi, obserwującą go głodnymi oczami.

*

Severus musiał przyznać, że zaciekawiło go, o czym Hermiona Granger chce z nim rozmawiać. Jej list był krótki i enigmatyczny. Podejrzewał, że był to jej sposób na obrócenie sytuacji na swoją korzyść, ale w jego przypadku nie okazał się niczym więcej niż bezwartościową sztuczką. Już wcześniej podejrzewał, że interesowała się Draco Malfoyem; jej praca w ministerstwie tylko to potwierdzała, zaś jego źródła donosiły, że grupa Hermiony wygrała ostatnio jakąś wojnę o wpływy, która była z nim związana. Kusiło go, żeby odpowiedzieć równie sucho — Nie wiem nic ponadto, co pani wie — ale się powstrzymał. Walczył przeciwko niej podczas wojny; teraz był jej winien trochę uprzejmości.
Gwałtowne pukanie obwieściło jej przybycie. Severus cicho otworzył drzwi. Hermiona przywitała się krótko i przyjęła ofertę wypicia herbaty. Spodziewał się, że będzie przynajmniej trochę zdenerwowana, ale nic takiego nie miało miejsca. Zachowywała się bardzo profesjonalnie.
Pozwolił jej rozpocząć rozmowę — ostatecznie to ona poprosiła o spotkanie.
— Profesorze Snape, myślę, że wie pan dlaczego pana odwiedziłam. Ministerstwo jest zainteresowane powodem, dla którego Malfoy złożył przysięgę milczenia.
Snape postanowił zwracać się do niej łagodniejszym tonem — Granger nie podejmowała w ministerstwie politycznych decyzji i nie mógł winić jej za wykonywanie rozkazów. Ale wciąż był wściekły na tego pracownika za jego wścibstwo.
— Czy ich zainteresowanie jest uzasadnione?
Hermiona kiwnęła głową.
— Powiem panu wszystko, co wiem, ale jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, czy mógłby pan najpierw odpowiedzieć na moje pytanie?
Jego ciekawość wzrosła.
— Niech będzie.
— Najbardziej oczywiste pytanie w tej sytuacji: czy wie pan, dlaczego on to robi?
Snape marzył o tym, żeby znać jasną odpowiedź.
— Panno Granger, nawet gdyby Draco zdradził mi powód tej przysięgi, nie mógłbym go pani powiedzieć, bez względu na to, czym groziłoby mi ministerstwo. Prawda jest taka, że nic mi nie powiedział. Przeczytałem o tym w „Proroku”, tak jak większość czarodziejskiego świata.
Hermiona wyglądała na rozczarowaną.
— Rozumiem. Pomyślałam, że jeśli miałby to komukolwiek zdradzić, to tą osobą byłby pan.
— To mi pochlebia, ale tego nie zrobił.
Westchnęła.
— Więc prawdopodobnie nikt nie zna powodu, który za tym stoi. Skoro nie powiedział panu, to z pewnością nikomu innemu też nie.
Zapewne, pomyślał, ale nie wyraził tego głośno.
— Być może jego adwokaci posiadają więcej informacji. — Wiedział, że tak nie jest.
Hermiona zmarszczyła brwi.
— Niestety, byli tak samo skonfundowani jak wszyscy. Oraz nieco wytrąceni z równowagi, przecież zbliża się proces. Wyjaśnili mi, w dość ostrych słowach, że to milczenie wcale nie jest pomocne i przygotowania do procesu są męczarnią.
Severus mógł sobie wyobrazić irytację Redmunda — coś, czego sam nigdy nie chciałby doświadczyć.
— Obawiam się, że nie mogę pani pomóc i pani wizyta jest daremna.
— Cóż, miałam nadzieję, że skorzystam z pańskiego doświadczenia. — Severus pozwolił jej na to pochlebstwo. — Być może słyszał pan o zaklęciu lub kl... — urwała w porę, ale był pewien, że zamierzała powiedzieć "klątwie". — Zaklęciu, które wymaga złożenia przysięgi milczenia.
— Obawiam się, że muszę ponownie panią rozczarować, panno Granger. Nigdy nie zetknąłem się z czymś takim. — Rzucił jej baczne spojrzenie, po czym dodał: — W rzeczywistości przysięgi milczenia są częściej utożsamiane ze zobowiązaniami religijnymi.
Hermiona uśmiechnęła się.
— Nie zauważyliśmy niczego takiego, co raczej nie było niespodzianką. W rzeczywistości Malfoy znalazł nową pracę, która nie ma najmniejszego związku z religią, a wręcz przeciwnie.
Obserwowała go uważnie, żeby przekonać się, czy ta wiadomość go zaskoczyła. Tak było, ale nie zamierzał dać tego po sobie poznać, ani tym bardziej zniżać się do tego, żeby zapytać, czym Malfoy się obecnie zajmuje. Po prostu czekał, przyglądając się jej badawczo, aż przerwała pełne napięcia milczenie.
— Jest modelem reklamującym ubrania. W mugolskim Londynie.
Tego się nie spodziewał. Modelem? Przypuszczał, że Draco był wystarczająco atrakcyjny do takiej pracy, ale wieść o tym, że pracował w mugolskim świecie była dla niego nie do pomyślenia. Wiele by dał, żeby zobaczyć, jak Draco sobie z tym radzi.
— Nie wygląda to na urlop duchowy, z tym muszę się zgodzić.
— Nie. Poza tym, zajął się tym już po złożeniu przysięgi milczenia. Poznał fotografa przez Deana Thomasa. Wywnioskowaliśmy więc, że te dwa wydarzenia nie są ze sobą powiązane.
Wydawało się, że Granger wyczerpała już wszystkie swoje pytania, ale jej filiżanka wciąż była prawie pełna.
Ostrożnie wygładzała brzegi swojej szaty doskonale wypielęgnowanymi paznokciami. Severus był zadowolony, że ostatecznie zdołał wprawić ją w zdenerwowanie.
— Profesorze Snape, obiecałam, że wyjawię powód, dla którego ministerstwo interesuje się przysięgą Malfoya. Wierzę, że nie muszę uprzedzać pana o tym, że treść tej rozmowy jest przeznaczona tylko dla naszych uszu.
Przerwała, żeby dać mu czas na krótkie skinięcie głową.
— Harry Potter został ugodzony klątwą, której nikt nie jest w stanie zidentyfikować. — Z dobrze zamaskowaną ciekawością wysłuchał historii o okolicznościach i efektach rzucenia klątwy. W trakcie opowieści Hermiona wypiła całą herbatę, więc podniósł dzbanek, by napełnić jej filiżankę.
— Dziękuję. Więc proszę mi powiedzieć, profesorze, czy słyszał pan kiedyś o tej klątwie? Albo o jakiejś podobnej?
Musiał przyznać, że słyszał o czymś takim pierwszy raz. Nie znał żadnej klątwy, która miałaby choćby zbliżony efekt do tych osobliwych wyznań Pottera.
— Nie. Na pewno nie jest to eliksir, bo żaden wywar nie wywołałby takich skutków.
Hermiona wyglądała na zawiedzioną.
— Najbardziej podobny był rodzaj klątwy Pondery — zaklęcia wymiany, kontrolowanego przez drugiego czarodzieja, który na bieżąco je podtrzymuje.
Nagle wszystkie klocki wskoczyły na swoje miejsca.
— Co tłumaczy wasze zainteresowanie Draco.
— Tak. Jego przysięga milczenia zbiega się w czasie z początkiem klątwy Harry'ego.
Severus zamarł. Oczywiście, że ministerstwo uważało Draco za głównego podejrzanego. Był zaskoczony, że nie śledzili jego własnych poczynań, chociaż bez wątpienia mogli to robić z ukrycia. Prędzej go diabli wezmą, niż pomoże w tej najnowszej zemście ministerstwa. Zamilkł, gotów nie udzielić już ani jednego strzępka informacji.
Granger wydawała się zauważyć zmianę w jego zachowaniu.
— Profesorze, wiem, że blisko współpracował pan z nim w czasie wojny. Ale ludzie się zmieniają. Jeśli istnieje możliwość, że to Malfoy za tym stoi, mam nadzieję, że będzie pan skłonny nam pomóc.
Stłumił w sobie chęć do agresywnej odpowiedzi.
— Na tym etapie jedyne, co ministerstwo ma, to domysły i zbieg okoliczności, panno Granger. Nie zamierzam brać udziału w tych oszczerstwach.
Hermiona wypiła z niepokojem łyk herbaty.
— I nie powinien pan. Ale oprócz przysięgi Malfoya martwi nas coś jeszcze — przerwała, ale Severus nic nie powiedział. — Harry nie może zostawać sam, gdy znajduje się pod działaniem klątwy. Ustaliliśmy harmonogram, kiedy każde z nas będzie do niego przychodzić. Jednak ostatnio to Malfoy spędzał z nim najwięcej wieczorów. To głównie on się nim opiekuje, kiedy klątwa daje o sobie znać. Szczerze mówiąc, żaden z nas nie oferuje swojej pomocy zbyt ochoczo — słuchanie Harry'ego w takim stanie nie jest łatwe.
— Czy próbuje mi pani powiedzieć, że Potter i Draco się zaprzyjaźnili? — Natychmiast pożałował tego, że przyznał się do swojej ignorancji.
— W najlepszym przypadku tak, są przyjaciółmi. W najgorszym — cóż, powiedzmy, że ministerstwo odmawia komentarza w tej sprawie.
Severus szczerze w to wątpił. Doskonale wiedział, co ministerstwo sądzi o Draco, ponieważ taką samą opinię mieli o nim samym przez większość jego życia. Odpokutowanie swoich win w ich oczach zawsze było tylko przejściowe i trwało do momentu, kiedy potrzebowali kozła ofiarnego, żeby zrzucić na kogoś winę za jakiś niewyjaśniony wypadek.
— Rozumiem.
— Więc jeszcze tylko ostatnie pytanie, profesorze: czy myśli pan, że Malfoyowi powinno się ufać?
Granger nigdy nie poskromiła swojego zuchwalstwa. Maskowała je tylko odrobiną uprzejmości.
— Myślę, że tak. Ale sądzę, że moja opinia nie jest zbyt wiele warta dla ministerstwa.
— Przecież ministerstwo odznaczyło pana Orderem Merlina, to przecież musi coś znaczyć.
Snape uśmiechnął się zimno.
— Proponuję, żeby zapytała pani Draco, co o tym sądzi. Przecież on też został odznaczony.

*

Zmieniaj prawdę, póki jest coś warta; to taki mało zabawny żart.
(„Cheated”, English Beat)*****

Sowa przynosząca „Proroka Codziennego” przyleciała do londyńskiego mieszkania Draco wcześniej niż zazwyczaj i przyglądała mu się przenikliwym, krytycznym wzrokiem, jakby spędził w łóżku pół dnia, mimo że słońce dopiero wschodziło. Draco automatycznie sięgnął po woreczek z sowim pokarmem i podał jej przysmak w zamian za to, że musiała czekać. Musnął palcami miękkie i ciepłe pióra, a następnie wyćwiczonym gestem wstrząsnął gazetą, by ją rozłożyć, jednocześnie odchodząc od okna. Zatrzymał się, zmrożony treścią nagłówka: Klątwa rzucona na Chłopca, Który Przeżył. Podejrzany — szpieg Malfoy.
Szlag.
Podszedł szybkim krokiem do otwartego okna i zatrzasnął je, nawet nie kończąc artykułu. Lada chwila zaatakuje go nieustający potok wyjców. Potrzebował lekkiego śniadania i ogromnej ilości kawy, zanim będzie gotowy zmierzyć się z nadchodzącym natłokiem listów.
To była tylko kwestia czasu, kiedy zostanie połączony ze sprawą Pottera. Sądził, że powinien być wdzięczny za cztery miesiące spokoju.
Wracając do kredensu, postanowił przejść przez wszystkie rytuały śniadania, zanim dokończy czytać. Umieścił gazetę za talerzem i zajął się uważnym smarowaniem masłem tosta, przyprawianiem jajka, dodawaniem mleka do kawy, a następnie wziął pierwszy jej łyk. Kiedy skończył z pozorami normalnego poranka, powrócił do artykułu.
Źródła zdradzają, że Harry Potter, najsłynniejszy bohater czarodziejskiego świata — przeskoczył superlatywy, bez których nie mógł istnieć żaden artykuł o Cudownym Chłopcu — został trafiony niezidentyfikowaną klątwą.
Zastanawiał się, kim są źródła. Po wielu latach obelg i oskarżeń, a następnie przejaskrawień i pochlebstw zamieszczanych w „Proroku”, żaden ze znajomych Pottera nie pomyślałby nawet o wyjawieniu żadnemu dziennikarzowi marki jego pasty do zębów.
Dalszy ciąg artykułu był litanią dawnych kłopotów i triumfalnych zwycięstw Pottera. A potem przeszli do sedna:
Draco Malfoy, syn skazanego śmierciożercy (niedawno zmarłego i nieopłakiwanego) Lucjusza Malfoya, był widziany w pobliżu Chłopca, Który Przeżył, którego przyjaciele robią wszystko, co w ich mocy, by uchronić go przed nikczemnym byłym szpiegiem.
Winny przez insynuacje — specjalność „Proroka”. Zauważył, że nie pokwapili się wspomnieć, że był byłym szpiegiem Zakonu Feniksa. Nie żeby pokładał jakąkolwiek wiarę w czytelników „Proroka”, by zapamiętali ten detal.
Jednakże „Prorok Codzienny” odkrył niedawno, że Malfoy zamilkł tajemniczo milczeć w tym samym czasie, gdy zaczęła się klątwa i nie rozmawia, nie pisze ani nie komunikuje się z nikim w żaden sposób.
Niesamowite umiejętności śledcze, pomyślał Draco, zważywszy na to, że mój prawnik umieścił cholerne ogłoszenie w waszej gazecie, opisując wspomniane wydarzenie. Może wasi inni ogłoszeniodawcy powinni być świadomi faktu, że nie czytacie nawet własnej gazety.
Czy Draco Malfoy kontroluje straszliwą klątwę, która dotknęła bohatera? I jak to robi?
Wspaniale. Właśnie wydali otwarte zaproszenie każdemu idiocie szukającego rozgłosu, by mógł spróbować swojego fartu. Z odrobiną szczęścia wszystko ograniczy się do wyjców przychodzących do mieszkania, gapienia się, lekceważenia, mamrotanych nieprzyzwoitości na Pokątnej i okazjonalnie do rzucanych w niego przedmiotów i idealnie wycelowanego plucia w miejscach publicznych. Nie tylko od fanklubu Pottera, aczkolwiek będą oni największą delegacją w krucjacie „złapać Malfoya”. Resztki śmierciożerców i nielojalni chętni mogliby uwierzyć w te bzdury i chcieć przyłączyć się do niego, oferując swoje usługi.
Szlag.
Dobrze poinformowane źródło ministerstwa, które jest w dobrych kontaktach z Harrym Potterem, potwierdza, że światowej sławy eksperci w jego imieniu prowadzą intensywne badania w celu identyfikacji i likwidacji efektów zaklęcia. Urzędnik ministerstwa, który prosił o zachowanie anonimowości, jest zaniepokojony faktem, że ogólnie znana uprzejmość Chłopca, Który Przeżył stała się okazją dla wroga. „Harry nie wierzy, że to Malfoy jest dla niego zagrożeniem. Nie potrafię tego udowodnić, ale przecież wszyscy wiedzą, kim on jest i do czego jest zdolny. Dlaczego nagle zaczął się interesować Harrym? Dlaczego z nikim nie rozmawia? To nie wygląda na przypadek” — podaje źródło.
Zastanawiał się, kim mogły być tajemnicze źródła. Na pewno nie był to żaden z przyjaciół Pottera, inaczej napisaliby to dużą czcionką. Nie żeby to miało jakieś znaczenie. Za bardziej interesującą uznał informację o tym, że Potter wcale nie wierzy w stawiane mu zarzuty. Przynajmniej na razie. Ale ile to może potrwać w obliczu wszystkich padających na Draco, przytłaczających podejrzeń?
Stukanie w okno stawało się coraz bardziej natarczywe. Stwierdził, że za oknem fruwały tuziny sów. Wzdychając, zaczekał, aż pojawi się Sully, zbliżył się do okna i otworzył je niechętnie. Na szczęście każdy skrzat Malfoyów był dobrze przeszkolony z dezaktywowania wyjców. Przewidywał, że Sully będzie dziś długo ćwiczyć tę umiejętność.

*

Sowy nie były już dłużej mile widziane w domu Harry’ego, gdzie gromadziły się przez większość dnia. Żadnych wyjców, oczywiście, tylko same szczere życzenia i słowa troski od setek czarownic i czarodziejów, dla których Harry był żyjącym symbolem ich zwycięstwa. Dean pośpieszył z pomocą najszybciej, jak mógł, zaraz gdy zobaczył poranny nagłówek; niedługo potem dołączyła do niego Hermiona, która wzięła wolne, by pomóc im uporać się z natłokiem sów. Po wszystkich latach przyjaźni z Harrym dobrze wiedzieli, co robić w takiej sytuacji.
— Ale kto niby chciał z nimi rozmawiać? Kto naopowiadał im takich bzdur o Malfoyu? — Harry spytał po raz setny. Dean wiedział z doświadczenia, że Harry rozważa ten szczególny rodzaj zdrady — ujawnić jego prywatność, by świat mógł się w niej pławić — za wykroczenie godne potępienia.
Był zadowolony, gdy pukanie uratowało go od odpowiedzi. To był Percy Weasley.
— Miałem nadzieję porozmawiać z tobą, Harry, zanim wyjdzie nowy numer „Proroka Codziennego” — zaczął Percy, a Dean natychmiast zauważył, że był ogromnie wzburzony — ale mieliśmy dużo pracy w ministerstwie w tym tygodniu i…
— To byłeś ty — powiedział Harry groźnym tonem. — Byłeś pieprzonym źródłem ministerstwa.
W Hogwarcie, pomyślał Dean ze smutkiem, Harry zapewne już by się zamachnął, ale teraz ledwo zacisnął pięści i wpatrywał się w coraz bardziej niechcianego gościa.
— Harry, pozwól mi wyjaśnić — zaczął nerwowo Percy.
— Daruj sobie. Po prostu wyjdź. Nie chcę słuchać twoich wymówek.
Dean musiał przyznać, że Percy nie podkulił ogona ani nie aportował się, widząc narastający gniew Harry’ego.
— Słuchaj, ministerstwo niepokoi się o ciebie i całą tę aferę z klątwą. Nikt nie potrafi stwierdzić, z czym mamy do czynienia, ale dowiemy się, Harry, dowiemy się. Jeszcze do tego Malfoy kręci się koło ciebie, nie odzywa się ani nic. No cóż, to jakby podejrzane.
— Nikt nie ma żadnego dowodu…
— Harry, posłuchaj. Wiemy, że to jakiś rodzaj czarnej magii, jasne? Kto inny, oprócz Malfoya, zna się tak dobrze na czarnej magii?
Harry stał z założonymi rękoma i zmarszczonymi brwiami, nic nie mówiąc, co Percy wziął za największe z możliwych ustępstwo i parł dalej.
— Myślimy, że karmi się energią z klątwy zamiennej. No wiesz, rezygnujesz z czegoś, dajmy na to z mówienia, a dostajesz energię, którą możesz wykorzystać, by trzymać kogoś pod danym zaklęciem.
— Wiem, co to klątwa zamienna, Weasley, nie jestem głupi.
Dean złapał spojrzenie Hermiony. Miała zamyślony wyraz twarzy, zapewne rozważała słowa Percy'ego. Zastanowił się nad prawdopodobieństwem tego scenariusza — ktoś, kto nie znał Draco, z pewnością wziąłby to za całkiem prawdopodobne wytłumaczenie, ale coś nie grało w całej tej historii.
Harry również w to nie wierzył.
— Nie. Cholera, czy nikt nie pamięta, że Malfoy był po naszej stronie? Nie tylko pod koniec, ale przez cały czas. Dean, powiedz mu, bo wygląda na to, że zapomniał o tym fakcie.
— Więc, no tak, Percy — zgodził się Dean — Malfoy ocalił mnie i Seamusa Finnigana na początku wojny i walczył w ukryciu razem z nami przez ostatnie miesiące. Ale przecież ministerstwo wie o wszystkim, więc po co ta wendeta?
— Może to wszystko przez śmierć Lucjusza — wtrąciła cicho Hermiona. — Potrzebowali Malfoya jako nowego kozła ofiarnego.
Dean nie kryjąc dumy, uśmiechnął się do niej zachęcająco. Hermiona momentalnie się speszyła, lecz odwzajemniła uśmiech.
— Przecież nienawidził cię w szkole. Wszyscy to wiedzą — rzucił Percy.
Harry zmarszczył brwi i potrząsnął głową.
— Czy ludzie nie potrafią zrozumieć, że to zdarzyło się lata temu? Boże, to były tylko szkolne wybryki. Dorośliśmy. Nie obijamy sobie wzajemnie twarzy przez quidditcha. Przeszło nam.
Percy chyba zdał sobie sprawę, że nie ma szans, więc zdecydował się bronić w najlepiej znany mu sposób – wygłaszając urzędową mowę.
— Ministerstwo uważa, że lepiej dmuchać na zimne — zaczął jednym ze swoich najbardziej pompatycznych tonów, który zirytował Deana i zapewne rozwścieczył Harry’ego. — Przysłali mnie w celu wyjaśnienia…
Zza drzwi dobiegł ich głos, przebijający się przez obłudny ton Percy’ego.
— Kto to? — Harry spytał podejrzliwie, ale nie czekał na odpowiedź i szybkim krokiem podszedł do drzwi. Otworzył je gwałtownym ruchem i zobaczył mężczyznę, którego Dean nigdy w życiu nie widział, a Harry tym bardziej.
— Panie Potter — zaczął, a gdy zauważył Percy’ego, skierował swoją wypowiedź do jego osoby: — Był tutaj, panie Weasley i powiedziałem mu, że nie jest tu mile widziany, więc odszedł.
— Kto tutaj był? — Harry zażądał odpowiedzi, ale nikt nie kwapił się jej udzielić. — Kto tutaj był? — powtórzył ciszej, ale z wyraźną groźbą w głosie.
— Draco Malfoy, proszę pana — przyznał mężczyzna.
Dean poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku, który podpowiadał mu, że sprawy przybiorą zaraz nieprzyjemny obrót. Jak bardzo, to już zależało od tego, jak szybko Percy Weasley zorientuje się, w obliczu jakiego niebezpieczeństwa stoi ze strony teoretycznie nieszkodliwego, ale bardzo potężnego i w dodatku wściekłego czarodzieja.
Hermiona też przeczuwała nadciągającą katastrofę.
— Harry, uspokój się — zaczęła, lecz Harry ignorując ją, odwrócił się w stronę Percy’ego z warknięciem.
— Odesłałeś go. Przyszedł pilnować mnie wieczorem, a ty go odesłałeś, jakby to było nic takiego.
Percy zaczął się wycofywać.
— Może dla ciebie to nic nie znaczy, ale ja go potrzebuję. Jest jedyną osobą, która jakoś znosi to gówno każdego wieczoru, a ty potraktowałeś go, jakby był nikim.
Dean zauważył, że Hermiona chce zaoponować, więc powstrzymał ją, łapiąc delikatnie za nadgarstek. Harry był zdenerwowany, ale Dean dobrze wiedział, że jest wdzięczny obojgu przyjaciołom. Hermiona zrezygnowała i kiwnęła nieznacznie głową.
— Naprawdę sądzisz, że pozwolę pieprzonemu ministerstwu kierować swoim życiem i mówić mi kogo mogę, a kogo nie mogę zapraszać do mojego domu? Mojego prywatnego domu, swoją drogą? Z tego co ostatnio słyszałem, już nie pracuję dla ministerstwa.
— Harry, proszę, posłuchaj tylko…
— Nie. To ty posłuchaj. Masz dwie sekundy, żeby wynieść się z tego domu razem ze swoim pieprzonym sługusem, zanim przeklnę cię stąd aż do Nory. I możesz powiedzieć cholernemu ministerstwu, że nie potrzebuję ich pomocy, zwłaszcza jeżeli to wszystko na co ich stać!
Harry nie musiał dwa razy powtarzać, bo Percy kiwnął głową na otoczonego mężczyznę pilnującego drzwi i obaj się deportowali.
Harry wypuścił powietrze z westchnieniem.
— Cholera, nie wierzę... — powiedział w końcu.
Hermiona poklepała go pocieszająco po ramieniu.
— Czasami to nie wrogowie są niebezpieczni, czasami to przyjaciele stwarzają największe zagrożenie.
— Przyjaciele? Nie sądzę.. — Harry opadł na kanapę i zniesmaczony przeczesał palcami włosy.
— Percy nigdy nie był przyjacielem Harry’ego — wyjaśnił Dean.
Harry podziękował skinięciem głowy za słowa wsparcia.
— Dlaczego Weasley wpieprza się w nie swoje sprawy? Myślałem, że twój oddział ma kontrolę nad tym projektem — wypluł ostatnie słowo.
— Ich, mamy kontrolę. W każdym razie przez większość czasu. Och, daj spokój, Harry, przecież wiesz, jacy są urzędnicy. Ci z ministerstwa są dziesięć razy gorsi. Percy stara się zyskać sławę, to wszystko. Jego szef go zachęca, oczywiście nieoficjalnie, żeby nie musiał odpowiadać przed moim szefem.
Harry wyglądał na zniesmaczonego.
— I zyska. Będzie na pierwszej stronie „Proroka”: Percy-pieprzony-Wesley sprowokował Chłopca, Który Przeżył do morderstwa z zimną krwią.
— Harry! — Hermiona upomniała przyjaciela, ale cień uśmiechu zamaskował prawdziwe oburzenie.
— Może mam za mało zmartwień na głowie? — spytał, krzywiąc się. — Co mam teraz zrobić?
— Nie mam pojęcia — odpowiedział Dean.
Harry nie wyglądał na aż tak zrezygnowanego i pokonanego, od miesięcy.
— Malfoy pewnie myśli, że ustawiłem strażników, by trzymali go z dala ode mnie. Że uważam, że to on stoi za tą klątwą. Ale przecież tak nie jest. Naprawdę.
Dean usiadł koło Harry’ego.
— Powiemy mu to.
— Jak? Nie mieszka już we dworze. Wiesz, gdzie szukać go w Londynie?
Dean pokręcił głową.
— Ale możesz wysłać mu sowę. Na pewno do niego dotrze. — Ledwo skończył mówić, a Harry już był przy biurku.
— Lepiej się pospieszę, słońce prawie zaszło.
— Zostaniemy przy tobie, Harry — zapewniła go Hermiona.
— Bez dwóch zdań — powtórzył Dean. — Nie przejmuj się dzisiejszym wieczorem.
— Nie żebym tego nie doceniał, bo doceniam. Dziękuję — wyszeptał Harry. — Ale zdaje mi się, że jest dużo lepiej, gdy to Malfoy jest przy mnie. Nie obchodzi mnie, co sądzi o tym ministerstwo, ani co pisze „Prorok”. Potrzebuję go.
To był już drugi raz, gdy Harry przyznał, że potrzebuje Malfoya, a Dean zauważył nutę desperacji w naleganiu przyjaciela. Zastanawiał się, co mogło się za tym kryć.
Harry nagryzmolił krótką wiadomość i przygotował Hedwigę do drogi. Obserwowali śnieżną sowę, gdy wzbiła się w powietrze i znikała w przyćmionym świetle.
— Sowa nie wystarczy. Muszę się z nim zobaczyć i przeprosić go osobiście — przyznał w końcu Harry. — Sądzicie, że uda nam się go jutro znaleźć? Wiecie, gdzie poszedł?
Dean wciąż miał gdzieś wizytówkę Knightleya, studio wydawało się być dobrym początkiem poszukiwań, skoro Harry tak bardzo nalegał.
— Sądzę, że uda nam się go znaleźć.
— Więc do jutra, dzięki. — To była ostatnia przyzwoita rzecz, którą Harry im powiedział. Słońce zaszło.

*

Draco zrobił sobie krótką przerwę z dala od jaskrawych świateł i dźwięku strzelającej migawki. Zauważył stojący w kącie pusty szezlong i wyciągnął się na nim, pragnąc choć na chwilę zamknąć oczy i nadrobić wczorajszy brak snu.
Nadal nie potrafił puścić w niepamięć tego, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Jeszcze przed śniadaniem oskarżony przez „Proroka Codziennego”, nękany cały dzień przez jego wiernych czytelników do obiadu ukrywał się w swoim londyńskim apartamencie, by później zostać odprawionym przez jednego ze sługusów Pottera. Potter nawet nie zadał sobie trudu załatwienia tego sam — nie chciał pobrudzić sobie rąk. Nie jesteś tu mile widziany, powiedziano mu bez ogródek. To było niespodziewane, choć powinien to łatwo przewidzieć. Jako Malfoy. Zawsze Malfoy, od początku, do końca i przede wszystkim.
Usłyszał zbliżające się kroki, ale udał, że usnął — nie chciał, by go dziś niepokojono.
— Myślisz, że śpi? — usłyszał ściszony głos. Dean Thomas. Co on tu robi?
Otworzył oczy i szybko spostrzegł, że Dean nie był sam. Potter patrzył na niego tak intensywnie, że niemal zaparło mu dech w piersiach.
— Witaj, Draco — powiedział cicho Potter. — Wczoraj Hedwiga wróciła z listem, który usiłowałem ci wysłać, i domyśliliśmy się, że odprawiałeś wszystkie sowy. Ze względu na artykuł.
Draco podniósł się szybko, ale czuł się zbyt roztrzęsiony, by wstać.
— Wysłałem ci sowę, żeby od razu wyjaśnić, że to nie ja — kontynuował pospiesznie Potter. — Nie miałem nic wspólnego ze strażnikiem przed moimi drzwiami. To sprawka cholernego Percy’ego Weasleya i ministerstwa. Odesłałem ich i, jeśli wiedzą, co dla nich dobre, już nie wrócą. Gdybym tylko zdawał sobie sprawę...
Potter musiał przerwać, by zaczerpnąć tchu. Draco zauważył, że najwyraźniej nie stał na nogach zbyt pewnie, bo nagle usiadł obok niego.
— Przykro mi. Nigdy bym cię tak nie potraktował. Nie wierzę w to, co napisali w cholernym „Proroku”. Każdy, kto ma choć połowę mózgu, wie, że to same bzdury. Pieprzone pismaki.
Minęło wiele czasu, odkąd Draco widział Pottera w trybie wygłaszania takiej tyrady, niebędącej efektem działania klątwy. Wciąż zaskoczony jego przybyciem, kaskadą słów i przeprosin, czuł się, jakby złapał silny wiatr w żagle — ale to było dobre odczucie. Bardzo dobre.
Potter natomiast nie był nawet bliski uspokojenia się.
— I kiedy skończysz, chcemy cię gdzieś zabrać. Na Pokątną, na obiad. Niech wszyscy zobaczą, że uważamy to za bzdury, dobrze? Kiedy możesz wyjść? Chcesz pójść? Cholera, rozumiem, że nie możesz odpowiedzieć, ale mam nadzieję, że wiesz, jak mi przykro. Chcę to po prostu naprawić, wiesz?
Wiedział. Oczywiście, że wiedział. Potter był klasycznym Gryfonem, który chciał zrobić wszystko, by innym było lepiej, i który był niezmiernie nieszczęśliwy, kiedy mu się to nie udawało.
Ale Draco był skłonny mu na to pozwolić.
— Porozmawiam z kimś, żeby dowiedzieć się czegoś o harmonogramie pracy Draco. — Dean przerwał monolog Pottera. — Spytam, czy pozwolą nam się tutaj pokręcić, jeśli obiecamy trzymać się na uboczu. — Z tymi słowami Dean wycofał się ku grupie osób krzątających się wokół modeli.
Draco pomyślał, że intensywność tłumaczenia Pottera była intrygująca i zatracił się w jego słowach.
— Wiem, że to nie ty rzuciłeś klątwę. Wiem, że byłeś po naszej stronie. Chciałbym tylko, żeby stało się to jasne dla wszystkich tych, którzy w to nie wierzą. I nie wiem, czemu przestałeś mówić, chciałbym, żebyś mógł to wyjaśnić, ale wszystko w porządku.
Draco rozumiał, że Potter odczuwa palącą potrzebę bycia zrozumianym, że chce przebaczenia, i niespodziewanie poczuł, iż chciałby mu to ofiarować. Wyciągnął rękę i pogładził drugiego mężczyznę po ramieniu, wysyłając gestem tyle otuchy i akceptacji, ile tylko mógł.
Potter odpowiedział w typowy dla siebie, żywiołowy sposób — owinął wokół niego ręce i pociągnął bliżej do niezdarnego uścisku.
— Przepraszam. Ludzie są takimi idiotami, prawda? — wymruczał mu do ucha.
W odpowiedzi Draco jednie zacisnął wokół niego swoje ramiona. Mógłby uznać, że to typowy, platonicznie męski uścisk, gdyby nie palce Pottera, które samoczynnie prześledziły linię jego karku, delikatnie wplotły się w jego włosy, by zakończyć wędrówkę na małżowinie jego ucha.
Odsunął się zaskoczony. Gryfon wyglądał na zakłopotanego.
— E... Ja... — Cokolwiek Potter chciał powiedzieć, przerwał, zamiast tego mówiąc: — Jesteś umalowany?
Draco nie mógł się powstrzymać i roześmiał się.
— Och, oczywiście. Głupek ze mnie — wymamrotał Potter. — Przecież jesteś modelem. — Po chwili dokończył: — Wyglądasz całkiem nieźle.
— Hej, Smoczku — usłyszał kogoś mimo panującego zgiełku. — Wracaj do roboty.
— O mój Boże. — Potter szeroko otworzył oczy. — Mówią do ciebie „Smoczku” i nadal mają wszystkie ważne części ciała na miejscu?

*

Dean był zafascynowany różnicą między rysowaniem modela, a jego fotografowaniem. Skupiał uwagę na działaniu, ludziach, ruchach. Obaj z Harrym dyskretnie obserwowali cały proces, odzywając się do siebie tylko wtedy, gdy było to konieczne. Jednak Dean czerpał z tego tyle, ile tylko mógł — podpatrywał pozujących, fotografa, rejestrował zgiełk i hałas, a Harry patrzył tylko na Draco.
Natarczywy głos przerwał ich analizę.
— Słyszałem, że obaj jesteście przyjaciółmi naszego tajemniczego smoka. A ty, zgodnie z tym, co mi powiedziano — wskazał Deana — odkryłeś go jako pierwszy. Artysta, tak?
Obaj odwrócili się, by spojrzeć na intruza.
— Jestem Daniel, jeden z fryzjerów. — Znacząco spojrzał na Harry’ego. — Ktoś, kto ścina i układa włosy. Pomyślałem, że potrzebujesz wyjaśnienia — dodał z nieukrywanym rozbawieniem.
Dłoń Harry’ego automatycznie powędrowała do góry, by przygładzić nieporządną fryzurę.
— Och, nie przejmuj się, kochanie. Taki niesforny wygląd jest dziś bardzo modny...
— Dean Thomas. — Dean wyciągnął rękę.
Harry, wciąż oszołomiony ostatnią wymianą zdań, zrobił to samo.
— Harry Potter.
Daniel powitał ich tak, jakby byli najbardziej interesującym zjawiskiem mijającego dnia.
— Więc teraz mi powiedzcie, kochani, który z was jest tym, na kogo napalił się nasz Smok?
Dean, oszołomiony tak śmiałą uwagą, ociągał się z odpowiedzią, ale Daniel podszedł do sprawy na wesoło.
— Och, nie marnujcie mojego czasu na bezsensowne zaprzeczenia. To znaczy, wiem, że nasz niemy obiekt westchnień jest niezłym ciachem nawet jak ma gorszy dzień, ale dziś ktoś powoduje, że stara się być szczególnie gorący. Boże, chciałbym być tą osobą, wiecie? Po prostu spójrzcie na niego. Widzicie? Nigdy nie wyglądał tak, jakby chciał, by ktoś go kilka razy porządnie wypieprzył. I mogę z całą pewnością stwierdzić, że to nie dlatego, że pozuje z mister Pończoszką. Więc mówcie, szybko!
— To nie tak — odpowiedział Harry. — Jesteśmy tyko przyjaciółmi. Chodziliśmy razem do szkoły. Eee… prywatnej szkoły z internatem.
Daniel posłał im uśmieszek, który mógłby śmiało rywalizować z najlepszymi, ironicznymi uśmiechami Draco.
— Ach, przyjaciele. Przyjaciele ze szkoły z internatem. Och, imprezki o północy w czasie ciszy nocnej. Mogę sobie wyobrazić.
Dean uznał skandaliczną wypowiedź Daniela za zabawną, ale zauważył, że Harry był poirytowany. Daniel też to spostrzegł.
— O, cholera, widzę, że strzeliłem gafę. Przepraszam, kochanie, jeszcze mnie nie poznałeś. Powiedziałbym, że do mnie trzeba się przyzwyczaić. Jestem zupełnie nieszkodliwy. Niestety.
— W porządku.
— Uwielbiamy naszego Smoczka, serio. Chociaż nikt nic o nim nie wie. Możemy jedynie wymyślać sobie coś, by wypełnić naszą niewiedzę. A on, oczywiście, nigdy nie powie, że to nieprawda.
— Cóż, on jest naprawdę całkiem zwyczajny — powiedział Harry, a Dean prawie zakrztusił się tak rażącym kłamstwem.
Daniel jednak tego nie kupił.
— Chciałeś powiedzieć, że jest tak zwyczajny, jak zwyczajny może być potwornie bogaty, niemy pedzio.
Harry na chwilę aż zaniemówił — stał i w zdumieniu wpatrywał się w Daniela.
— Skąd wiedziałeś, że jest...
— Pedziem?
— Eee, nie. Bogaty.
— W obu przypadkach moja odpowiedź jest jednakowa. — Daniel uśmiechnął się szaleńczo. — Zauważam pewne rzeczy.
Dean roześmiał się i powiedział do Daniela:
— Cóż, zawsze był bogaty. Nic mi nie wiadomo o tej gejowskiej części, ale jego milczenie jest zupełną nowością. Zanim spytasz, nie, nie wiemy o co chodzi. Nikt nie wie. I to wszystko, co możemy ci powiedzieć o Draco.
— Wszystko co możecie mi powiedzieć, czy wszystko co macie zamiar mi powiedzieć? — zapytał nadąsany Daniel. — No, dobra. Nieważne. To daje mi większą swobodę do fantazjowania, którą zakłóciłyby wszystkie nudne opowieści, jakimi moglibyście mnie uraczyć. Jeśli jest taki jak większość znanych mi modeli, to pewnie jest równie głupi, co zepsuty.
— Nie — rzucił Harry. — Był najlepszy w swoim domu. Był też prefektem. I miał najwyższe oceny na roku z... hm… chemii.
— Interesujące. Pozwól, że dam ci małą radę. — Daniel zniżył głos i pochylił się w stronę Harry’ego. — Jeśli planujesz ukraść Levonowi zabawkę, postąpisz mądrze, omijając go z daleka. — Dyskretnie skinął głową w stronę ciemnowłosego modela, który kręcił się w pobliżu i gromił ich wzrokiem. Najwyraźniej Daniel nie był jedyną osobą w studio, która dostrzegała pewne rzeczy.
Dean usiłował się nie gapić, ale Harry poległ spektakularnie, próbując ukryć swój szok, więc dźgnął go łokciem w ramach koleżeńskiej przysługi.
Rozległ się głos wywołujący Daniela.
— Och, to do mnie. Pan wzywa, ja muszę usłuchać. — Przesunął się i najpierw pocałował Deana, wsuwając dłonie w jego dredy. — Chciałem to zrobić, odkąd zauważyłem, że przyszedłeś, skarbie — wyznał. Odwrócił się do Harry’ego i zrobił to samo, zapamiętale pieszcząc poszczególne kosmyki. — Może pozwolisz mi coś z tym zrobić? — spytał z nadzieją w głosie.
— Nie sądzę — odpowiedział Harry. — Nikt by mnie nie poznał.
— Z taką seksowną blizną? Nie ma mowy, kochanie.
Dean po raz kolejny prawie zakrztusił się śmiechem.


Koniec rozdziału szóstego



*If I only had words, I would say all the beautiful things that I see... — tłumaczenie Kaczalka.
** Oxbridge to nazwa wspólna dla dwóch uniwersytetów: Oksfordu i Cambridge.
*** Words are just another violence, Nothing rings as true as silence — tłumaczenie Lasair.
**** I need some distraction, beautiful release, memories seep from my veins,
Let me be empty and weightless, and maybe I'll find some peace tonight
— tłumaczenie Miris.
***** Change the truth until it's worth money; it's a joke but it's not that funny — tłumaczenie Avet.
Ostatnio edytowano 6 lis 2012, o 21:37 przez TEAM DRARRY, łącznie edytowano 2 razy
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Ka » 3 lis 2012, o 23:44

Przygotowuję się do wyjazdu, więc mam nadzieję, że zostanie mi wybaczony tak króciutki komentarz: niesamowicie mi się podobało i jestem pod wrażeniem, że tak szybko i sprawnie udało Wam się przetłumaczyć ten rozdział. Nie zgadłabym, że był tłumaczony przez pięć różnych osób. Na pewno nie kiedy byłam tak pochłonięta tym, co się działo!

BTW, zostało kilka pozostałości po tłumaczeniu: ze trzy razy pojawiają się dwie wersje, oddzielone "/".
Naprawione ;)
A.


Dziękuję i pozdrawiam!
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez gyniol » 4 lis 2012, o 19:07

— Więc jeszcze tylko ostatnie pytanie, profesorze: czy myśli pan, że Malfoyowi powinno się ufać?
Granger nigdy nie poskromiła swojego zuchwalstwa. Maskowała je tylko odrobiną uprzejmości.
— Myślę, że tak. Ale sądzę, że moja opinia nie jest zbyt wiele warta dla ministerstwa.
— Przecież ministerstwo odznaczyło pana Orderem Merlina, to przecież musi coś znaczyć.
Snape uśmiechnął się zimno.
— Proponuję, żeby zapytała pani Draco, co o tym sądzi. Przecież on też został odznaczony.


Kocham Severusa! :devil:

— O mój Boże. — Potter szeroko otworzył oczy. — Mówią do ciebie „Smoczku” i nadal mają wszystkie ważne części ciała na miejscu?


Hahah! Ogrony uśmiech pojawił mi się przy tym zdaniu na twarzy. Trafna uwaga, panie Potter! :)

— Och, nie marnujcie mojego czasu na bezsensowne zaprzeczenia. To znaczy, wiem, że nasz niemy obiekt westchnień jest niezłym ciachem nawet jak ma gorszy dzień, ale dziś ktoś powoduje, że stara się być szczególnie gorący. Boże, chciałbym być tą osobą, wiecie? Po prostu spójrzcie na niego. Widzicie? Nigdy nie wyglądał tak, jakby chciał, by ktoś go kilka razy porządnie wypieprzył. I mogę z całą pewnością stwierdzić, że to nie dlatego, że pozuje z mister Pończoszką. Więc mówcie, szybko!


Jakie to urocze, że po tych wszystkich latach Draco nadal chce zaimponować Harry`emu! :)

Muszę przyznać, że gdy to czytałam przysięga Draco bardzo mnie zdziwła. Ale czy powinna? W sumie Dracon jest już dorosły i bierze odpowiedzialność nawet za błędy swojego ojca. To szlachetne, nawet bardzo. Mam nadzieję, że chłopcy zejdą się jeszcze przed zakoczeniem ślubowania. Ich miłość tylko przez swoje czyny, gesty, błyszczące oczy byłaby czymś przepięknym.

Dziękuję wszystkim za tłumaczenie i przepraszam, że dopiero po tak długim czasie je komentuję! :)
" - Z miłością jest jak z kolką nerkową. Dopóki cię nie chwyci atak, nawet sobie nie wyobrażasz, co to takiego. A gdy ci o tym opowiadają, nie wierzysz
- Coś w tym jest - zgodził się wiedźmin
- Ale są i różnoce. Przed kolką nerkową rozsądek nie chroni. Ani jej nie leczy
- Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno.
- Głupota raczej"
"Pani Jeziora" A.Sapkowski
gyniol Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 20
Dołączył(a): 4 lis 2012, o 12:56

Postprzez Japor » 4 lis 2012, o 19:44

To, że rozdział mi się podobał, chyba nie muszę już tego mówić. Jest to pewna stała cecha, jeśli chodzi o to opowiadanie, niezmiennie budzi mój zachwyt. Pewnym zaskoczenie było dla mnie to, że Deanowi podoba się Hermiona (i to już od czasów szkolnych!). Do tej pory byłam przekonana, że raczej woli on mężczyzn (wyglądało, jakby skrycie podkochiwał się w Seamusie).
Kolejnym szok przeżyłam, gdy Malfoy zgodził się pozować do zdjęć. Tego się po nim absolutnie nie spodziewałam :seksi:
Już nie mogę się doczekać, czym też jeszcze zaskoczy mnie kolejny rozdział!

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez MargotX » 5 lis 2012, o 19:30

Było jasne jak słońce, że jak tylko portrety Draco ujrzą światło dzienne, na pewno zainteresuje się nim ktoś więcej niż tylko koneserzy czy wielbiciele talentu malarskiego Deana. Podobnie, jak od razu było wiadomo, że wieści o klątwie, milczeniu Malfoya i niesamowitym zbiegu okoliczności przedostaną się do wiadomości publicznej, że Prorok natychmiast wykorzysta okazję do kolejnych spekulacji na temat Dracona, a ministerstwo najchętniej wytoczyłoby przeciw niemu krucjatę, byle tylko zatrzeć własną nieudolność i brak jakichkolwiek sukcesów w poszukiwaniu rozwiązania zagadki.

Draco wypłynął zatem na szerokie wody <o ironio, mugolskie>, ale jego motywacja i odczucia są naprawdę interesująco i wiarygodnie opisane. Zresztą, w ogóle podoba mi się ta wzmożona wrażliwość na gesty, na mimikę, słuchanie i słyszenie bez konieczności odpowiedzi, wymowa oczu i uśmiech - wszystko to bardzo fajnie autorka opisała.

No, ale mamy też niezłego lapsa. Harry wyraźnie coraz bardziej interesuje się Draconem, to staje się jasne jak słońce nawet dla jego przyjaciół, a tu Draco romansuje z Levonem. :P Narobiło się... Ciekawa jestem szalenie dalszego ciągu, ale przyznam szczerze, że naprawdę się boję, co wyniknąć może z tych podejrzeń i insynuacji dookoła, czy Draco nie zostanie zmuszony w jakiś drastyczny sposób do złamania przysięgi w obronie własnej, czy Harry, który teraz jest przekonany o jego niewinności, nie da się wciągnąć w intrygę, dzięki której zmieni zdanie. No i nie muszę mówić - pytanie główne: co z nimi, czy coś między nimi będzie jeszcze w fazie milczenia czy nie i jak to się wszystko potoczy.

Cały ten rozdział naprawdę ogromnie mi się podobał, a smaczku dodawał Daniel, który swoimi wstawkami niemal spowodował czkawkę ze śmiechu. ;) Dziękuję Teamowi i pozdrawiam serdecznie.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Akame » 6 lis 2012, o 11:34

Po tym rozdziale (i przyszłych), stwierdzam, że uwielbiam Daniela. Myśląc o jego zachowaniu, tekstach i w ogóle stylu bycia, mam przed oczami pewnego pana o wdzięcznym imieniu Sutan, który jest nie tylko genialnym wizażystą (zabiłabym za jego tutorial na temat makijażu), ale też jedną (jednym?) z najlepszych drag queen, występującym pod pseudonimem Raja (za jego nogi też bym dała się pokroić). No po prostu ilekroć czytam o Danielu, mam przed oczami takiego przegiętego geja, o wspaniałej osobowości, który nie tylko jest szczery do bólu, ale ma też genialne poczucie humoru i zrobi wszystko dla kilku smacznych ploteczek. Daniel, to taki facet z syndromem zwichniętego nadgarstka, który nie drażni, a dodaje mu uroku. Boru, nie zdziwiłabym się gdyby chodził ubrany w przykrótki, różowy, kaszmirowy sweterek, kręcąc przy tym zawzięcie tyłkiem odzianym w bezwstydnie obcisłe spodnie :D Poza tym, musi być cudowny, skoro Draco wybracza mu "Smoczka" ;>

Po achach i ochach, trochę poważniej. W przeciwieństwie do Daniela, Percy na stos! Jak ten gościu mnie wkurza niemożebnie! Odkąd pamiętam, zawsze ta jego pompatyczność działała mi na nerwy. Ma szczęście, że Harry naprawdę go nie przeklął. Cieszę się również, iż Potter od razu zareagował i wytłumaczył Draco wszystko. Nie mogę sobie wyobrazić, co poczuł Malfoy, gdy został tak brutalnie wyproszony z domu Pottera. Geez, przy tym co robi dla niego, to jakby dostać w twarz. W dodatku w żaden sposób nie może się bronić i to chyba najbardziej boli.

Po raz kolejny nienawidzę Proroka. Ja nie wiem, jak można wymyślić tak przegiętą gazetę. To tak, jakby u nas głównym magazynem było skrzyżowanie "Faktu" z "Nie", tylko w jeszcze gorszej wersji. Po co komu sądy, po co wymiar sprawiedliwości, skoro pisemko jednym słowem może wydać na człowieka wyrok? Naprawdę podziwiam Draco, że nie załamał się, tylko nadal milczy zawzięcie. Cieszę się, że to już cztery miesiące, ale jeszcze dwa przed nim, a to na prawdę zbyt dużo czasu.

Draco ma romans... no cóż, pomimo, iż to nie Harry, było to - tsss gorrrące. Dwóch przystojnych facetów robi wrażenie. Poza tym sam opis sesji zdjęciowej, tylko podkręcił atmosferę i moja wyobraźnia poszalała xD Trudno też nie polubić Levona. Właściwie trochę mi go szkoda, bo Malfoy i tak kiedyś zostawi go dla Harry'ego. W końcu kiedyś to drarry musi nastąpić ;) W ogóle, Malfoy idealnie pasuje na modela. Pomimo całej tej otoczki czystokrwistego czarodzieja, ja tego naszego drarrowego Draco, po prostu widzę na okładce "Gay Times", mrauu... *.*

Coś jeszcze miałam napisać i nie pamiętam...

Aaaa! (przypomniała sobie xD) Dean myśli o Hermionie! I bardzo dobrze, jakoś mi ulżyło, że jest hetero ;)

Tyle ode mnie, dziękuję za kolejny rozdział, pozdrawiam i życzę niegasnącej nigdy weny :*

Jednakże „Prorok Codzienny” odkrył niedawno, że Malfoy zamilkł tajemniczo milczeć w tym samym czasie, gdy zaczęła się klątwa i nie rozmawia, nie pisze ani nie komunikuje się z nikim w żaden sposób.

Z tym zdaniem, coś jest nie tak - zamilkł tajemniczo milczeć?
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez TEAM DRARRY » 6 lis 2012, o 21:13

W ramach rekompensaty za czekanie na poprzedni rozdział, tym razem jest szybciej. Za betowanie wielkie podziękowania należą się mawako i Miris :*
Tłumaczenie: Kaczalka.



ROZDZIAŁ 7

Anioł; anioł czy diabeł; byłem spragniony, a ty mnie napoiłeś.
(„Trip Through Your Wires”, U2)*

Zaledwie kilka dni po nieszczęsnym artykule w „Proroku Codziennym” Draco aportował się do pustego holu przed mieszkaniem Harry’ego. Tutaj nie sięgały mugolskie oczy i istniała niewielka szansa, że zostanie się dostrzeżonym. Ciągle czuł się nieswojo na myśl o użyciu bezpośredniego połączenia przez sieć Fiuu. Chociaż od czasu gdy pomagier Percy’ego Weasleya tak bezceremonialnie wyrzucili go za drzwi, wciąż poważnie zastanawiał się nad przełamaniem tej niechęci.
Dzisiejszego wieczoru wyjątkowo ciekawiło go to, jak Harry się z nim przywita po wczorajszej niespodziewanej wizycie w studio. Czyżby Draco tylko wyobraził sobie, że mu się podoba? A może za jego nieoczekiwanymi dotknięciami kryło się coś jeszcze... cóż, być może zainteresowanie?
I co się wydarzy? A ściślej, co mogłoby się wydarzyć? Czy kiedykolwiek uda im się pokonać animozje z czasów szkolnych? Czy Harry tego chciał? Czy on sam tego chciał?
W duchu uznał, że pytania są bardzo trafne. Szkoda że na żadne nie znał odpowiedzi.
Zapukał i czekał.
Harry otworzył niemal natychmiast, jak gdyby stał tuż za drzwiami.
— Cześć. Wejdź. Jesteś wcześnie.
Draco przekroczył próg i niedbale rzucił płaszcz na pobliskie krzesło. Zauważył, że Harry wyglądał na niespokojnego.
— Cieszę się, że przyszedłeś. Muszę przyznać, że po tym, co się niedawno stało i w ogóle, wcale nie byłem tego pewien — paplał dalej nerwowo, co Draco przyjął z ukrytym rozbawieniem. — I dlatego tym bardziej się cieszę. Przyniosę ci coś do picia. Może być wino? A jeśli jesteś głodny, po prostu weź z kuchni to, na co masz ochotę. Zrobisz tak? To znaczy, proszę.
Draco ruszył do kuchni, gdzie Harry przez chwilę z mozołem otwierał butelkę czegoś, co wyglądało na wino dość dobrego gatunku. A przynajmniej lepszego, niż zaoferowano mu tutaj wcześniej.
Harry wyjął dwa kieliszki i napełnił je tylko lekko drżącą ręką. O dziwo, jego zdenerwowanie wydało się Draco całkiem urocze.
— Tak czy owak, bardzo mi miło, że przyjąłeś moje zaproszenie. Chociaż wcale mi się nie podoba, że będziesz ze mną, kiedy... — Harry gwałtownym ruchem podał mu kieliszek. — Proszę.
Sącząc powoli wino, Draco nie odrywał od niego wzroku. Harry wytrzymał tylko kilka sekund, po czym uciekł spojrzeniem, zapewne nie potrafiąc w tym momencie stawić czoła tak wnikliwej obserwacji, i upił spory łyk ze swojego kieliszka.
Draco zastanowił się, co by mu powiedział, gdyby mógł. Jako marnej namiastki słów wyciągnął rękę i dotknął jego przedramienia dwoma palcami. Zaskoczony Harry zadrżał, ale mówił dalej, jak gdyby nic się nie stało:
— Och, i jak byłeś tu poprzednim razem, zapomniałeś szalika. Chyba zostawiłem go na komodzie. — Ruszył w stronę sypialni.
Draco nigdy wcześniej nie widział tego pokoju, więc ukrył ciekawość za maską uprzejmości. Wystrój okazał się prosty i męski, przestronny, w nowoczesnej stylizacji. Ściany pokrywały liczne zdjęcia, wszystkie nieruchome, najwidoczniej mugolskie, mimo że widoczne na nich postaci były czarodziejami. Na jednym rozpoznał Granger trzymającą na rękach kuguchara, na innym rodzinę Weasleyów. Dostrzegł też portret swojego kuzyna, Syriusza Blacka. Zaciekawiło go, czemu Harry zrezygnował z bardziej popularnych, ruchomych fotografii, ale zaraz przyszło mu do głowy, że może w tym domu i tej sypialni spotyka się z mugolami. I cóż to? Czyżby poczuł niespodziewaną zazdrość?
Ale sekundę później dostrzegł coś znajomego. Rysunek Deana Thomasa. Do którego sam pozował.
Och.
Opanował zaskoczenie, jakie ogarnęło go na widok obrazu, i z obojętną miną obserwował własną twarz, jak gdyby był znudzonym gościem muzeum. Harry przyjaźnił się z Deanem, więc prawdopodobnie kupił rysunek z grzeczności. A powiesił go właśnie tutaj, w sypialni, ponieważ pasował do innych portretów, nic więcej. To o niczym nie świadczyło.
Na policzkach Harry’ego pojawił się rumieniec.
— Uważam... że to jedno z najlepszych dzieł Deana.
Zapadła niezręczna cisza.
— Chociaż sporo mu brakuje do oryginału — dodał Harry w końcu takim tonem, że Draco zastanowił się, czy rzeczywiście zamierzał to powiedzieć.
Komplement w równym stopniu sprawił mu przyjemność, co go zdziwił. Napił się wina, aby ukryć nagłe skrępowanie, bo pozwolił sobie na nadzieję, że jego portret w tym miejscu mimo wszystko coś oznacza.
Z jednego z okien mieszkania rozciągał się widok na zachodzące słońce. Harry przyniósł z jadalni dwa krzesła i zajął jedno z nich. Po chwili wahania Draco usiadł na drugim i w zamyśleniu kręcił kieliszkiem długimi palcami.
Wydawało się, że Harry w końcu się rozluźnił. Czy z powodu wina, czy ciszy, trudno było stwierdzić.
— Dni są teraz dłuższe, co oznacza, że klątwa aktywuje się coraz później. To niby nic wielkiego, wiesz, ale zawsze coś. — Harry nie mówił jak człowiek szczęśliwy, a jedynie jak ktoś zrezygnowany. — Niestety, nikt wciąż nie zbliżył się do rozwiązania zagadki zaklęcia. Wiedzą sporo na temat tego, czym ono nie jest, ale nie mają pojęcia, czym jest.
Siedzieli obok siebie w przedłużającym się milczeniu. Horyzont przybrał lekko różową barwę, kiedy zmierzch równomiernie brał niebo we władanie, skradając się ze wschodu na zachód. Draco zorientował się, że chce obserwować narastające cienie. Czekał w półmroku, ale tak naprawdę wcale nie czuł strachu — jak mógłby bać się Harry’ego i niewielu słownych obelg, którymi potrafiłby go zranić? Jego największym problemem było utrzymanie umysłu odpowiednio zabezpieczonego, żeby Harry nie zdołał się do niego wedrzeć za pomocą swoich ulepszonych zdolności legilimencji.
— Zrobiło się cholernie ciemno — usłyszał wreszcie. — Nie ufam ci w ciemnościach.
Draco wstał i włączył najbliższą lampę, a potem kilka kolejnych.
— Więc pojawiłeś się ponownie. Uważam, że Percy miał co do ciebie rację. Też ci nie ufał, ani trochę. I słusznie, prawda, Malfoy?
Cisza. Draco nie odrywał od Harry’ego oczu. Działało to chyba nawet bardziej uspokajająco, niż ignorowanie, które zwykle prowokowało go do wyrzucania z siebie jeszcze dłuższej litanii zarzutów.
— I nic. Ani jednego cholernego słowa. To takie kurewsko przerażające, wiesz o tym, co?
Harry zazwyczaj wygłaszał przynajmniej jedną porządną przemowę na temat jego milczenia, więc Draco zdążył się już przyzwyczaić.
— Oczywiście, że wiesz. Przecież to idealnie przyciąga uwagę, mam rację? W szkole zawsze byłeś na nią taki łasy. Wszystko musiało kręcić się wokół ciebie, prawda? — Harry zaśmiał się gorzko. — Nie, nie zawracaj sobie głowy odpowiedzią, ty gnoju.
Klątwa najwidoczniej nie zwiększyła jego kreatywności, bo takie same wyzwiska i paskudne uwagi rzucał już wcześniej. Po godzinie przerwał tyradę i Draco miał nadzieję, że nie zbiera sił na więcej. Jeszcze.
— Wiesz, co myślę? Że polujesz na nowy dom. Rozumiesz, na później, kiedy już stracisz dwór. I wszystkie pieniądze tatusia. Gdzie wtedy pójdziesz, Malfoy? Bycie bogatym samotnikiem ma pewien urok. Biedny samotnik to tylko pieprzone zero. — Harry najwidoczniej nakręcił się za bardzo, aby usiedzieć na miejscu, bo wstał i zaczął chodzić po pokoju. — Doszedłem więc do wniosku, że starasz się wejść mi w tyłek, żebym potem poczuł się winny i przygarnął cię do siebie. Wchodzenie w tyłek to kolejny wielki talent Malfoyów, prawda? Chcesz, żebym był ci wdzięczny za to, że tu przychodziłeś... Och, Draco był taki dobry dla Harry’ego, czyż nie jest wspaniały? A ja uważam, że wcale nie. Wszystko robił tylko dla siebie. Ale czy kiedykolwiek postępowałeś inaczej?
Draco z niepokojem zauważył, że Harry sam siebie doprowadza do stanu coraz większego wzburzenia, co oznaczało, że dzisiejszy wieczór z pewnością będzie bardziej nieprzyjemny niż wcześniejsze.
— „Prorok Codzienny” sugerował, że to właśnie ty trzymasz mnie pod tą diabelską klątwą. Ale już o tym słyszałeś i chyba się tym nie za bardzo przejmujesz. Mówi się, że twoja pierdolona przysięga milczenia właśnie temu służy. A teraz przegoniłeś wszystkich moich przyjaciół i zostaliśmy sami. Masz nade mną pełną kontrolę, prawda?
Z wściekłością wyciągnął rękę i przelewitował swój kieliszek przez cały pokój, chlapiąc białe ściany winem i rozpryskując szło wszędzie wokół.
— Mam tego dosyć, Malfoy! — krzyknął. — Chcę wiedzieć, po co tu jesteś. Bo nie przychodzi mi do głowy lepszy powód niż to, że zamierzasz obserwować, jak cierpię. Cóż, moja cierpliwość się skończyła. Wyjdź stąd. Wypierdalaj z mojego życia.
Draco nawet nie zauważył, kiedy znalazł się z Harrym twarzą w twarz. Patrzył i czekał, gotowy na wszystko, lekko napinając mięśnie.
Harry wbijał w niego oczy, teraz już naprawdę wściekły. Draco zaczął się odsuwać, ale przyniosło to dokładnie odwrotny efekt, więc przestał i aportował się na drugi koniec salonu.
Harry zamarł w bezruchu, poirytowany jego nagłym zniknięciem, zaraz jednak zrozumiał, co się stało i rzucił się przez pokój ze wszystkich sił, z wielkim impetem kopiąc stolik do kawy, który stał mu na drodze. Stolik zachwiał się, a wszystko, co znajdowało się na blacie, spadło na podłogę. Harry przebiegł po śmieciach, jakby ich nie było.
Draco aportował się na korytarz prowadzący do sypialni. Tym razem Harry potrzebował tylko trochę więcej czasu, żeby go znaleźć.
— Przestań się ze mną bawić, ty draniu! — krzyknął. — Odpieprz się ode mnie.
Jeszcze nigdy Draco nie widział go aż tak zdenerwowanego i gorączkowo starał się wymyślić coś, co mogłoby mu pomóc. Sieć Fiuu raczej odpadała, nie mógł wezwać Deana czy Hermiony. Bał się też zostawić Harry’ego. Zaklęcia ochronne nie wchodziły w rachubę. Wcale nie uśmiechało mu się aportowanie przez cały wieczór, jednak póki co nie miał chyba wyjścia, przynajmniej do chwili, aż Harry straci siły. I będzie musiał przemieszczać się między najodleglejszymi punktami w mieszkaniu odpowiednio szybko.
Z korytarza przeniósł się do najdalszego rogu kuchni. Tym razem Harry rzucił jednym z krzeseł, na których siedzieli wcześniej, oglądając zachód słońca, chybiając tylko o kilka centymetrów. Draco zatoczył się i oparł o ścianę, ale poślizgnął na jednej ze złamanych nóg mebla. To spowolniło go na tyle, że Harry zdołał rzucić się do przodu i złapać go za nadgarstek. Do sypialni aportowali się razem.
Harry szybko chwycił jego drugą rękę i ścisnął ją tak mocno, że bez wątpienia jutro pojawią się siniaki. Oczywiście, jeśli przeżyje, uświadomił sobie Draco nagle. A co do tego nie miał już pewności.
Harry oddychał ciężko, jak gdyby wziął udział w maratonie, co wcale tak bardzo nie odbiegało od prawdy. Ale szok przynajmniej na chwilę go uspokoił. Stał teraz z twarzą tuż przy twarzy Draco, wbijając w niego nieruchome spojrzenie.
Draco próbował złagodzić jego agresję samym spojrzeniem, co zdawało się działać, bo Harry nie wykonywał żadnych ruchów. Niestety, wytchnienie z pewnością nie potrwa długo. Zmobilizował umysł do szukania innych rozwiązań.
Harry obserwował go bez przerwy, czekając na kolejne posunięcie. Więc Draco zrobił jedyną rzecz, jaka przyszła mu do głowy. Pocałował go.
Okazało się, że pomysł nie należał do najgorszych.
Początkowo, gdy docisnął usta do warg Harry’ego, jedyną reakcją było rozluźnienie uścisku na nadgarstkach. Już choćby dlatego ucieszył się, że posłuchał swojej intuicji, mimo że ryzykował rozdrażnieniem Harry’ego jeszcze bardziej. Czuł na ustach przyspieszony oddech, który stopniowo się uspokajał, gdy Harry najwyraźniej zdecydował, że akceptuje zaistniałą sytuację. A skoro ją zaakceptował, nie zamierzał pozwolić, by to Draco przejął kontrolę. Pocałował go mocno, miażdżąc jego wargi, gryząc i pozbawiając tchu. Odkrywał, a potem dokładnie badał doznania, jakich dostarcza mu przebity kolczykiem język. Ssał go i ciągnął zębami niemalże brutalnie. W końcu odsunął się, patrząc na Draco ze złośliwym błyskiem w oczach.
— Uważaj, o co prosisz, Malfoy — wysyczał gwałtownie. — Bo możesz to dostać.
Draco stał w bezruchu, odwzajemniając jego spojrzenie. Harry wciąż trzymał go za nadgarstki i po chwili wykorzystał swoją przewagę i popchnął go w stronę łóżka, aż jego łydki uderzyły w materac.
— Powiedz mi... — odezwał się głosem przypominającym warczenie — tego właśnie chcesz? Pojawiałeś się tu każdego wieczoru w nadziei, że cię przelecę?
Było to ewidentną bzdurą, Draco wcale nie przychodził tutaj dla seksu. Harry trafił w dziesiątkę wcześniej, kiedy zarzucił mu, że wszelkimi sposobami stara się zatrzymać dwór. I jeśli oznaczało to, że musi pomóc mu przeżyć klątwę do czasu, aż ją ostatecznie złamie, tak właśnie postąpi. Lecz niezwykle trudno było przekonać samego siebie, że kieruje się egoistycznymi pobudkami, gdy Harry stał tak blisko. Czuł na skórze promieniujące od niego ciepło, zapach niepowtarzalnej mieszanki potu i wody kolońskiej, smak jego ust na języku.
Harry również zorientował się, że coś się zmienia. Uspokoił się wyraźnie, jego gniew stopniał, ale Draco absolutnie nie mógł powiedzieć, że teraz jest bezpieczny.
— Jesteś tylko małą dziwką, mam rację? Spójrz na siebie, wręcz mnie o to błagasz. Coś ci jednak wyjaśnię, Malfoy. Wiem, że kompletnie mi odbija, ale nie jestem gwałcicielem. Nigdy nie upadnę tak nisko. Więc jeśli chcesz, żebym przestał... — przerwał i uśmiechnął się — ...po prostu powiedz „nie”. Jeśli możesz.
Rozluźnił uścisk całkowicie i zrobił krok do tyłu, dając Draco możliwość, żeby się aportował.
Podjęcie decyzji zabrało mu zaledwie sekundę. Draco pokonał dzielącą ich niewielką odległość, uniósł posiniaczone ręce, objął dłońmi głowę Harry’ego i przyciągnął go do kolejnego, głębokiego pocałunku, tym razem napierając na niego tak, by Harry poczuł na udzie jego erekcję.
Harry nie wahał się. Cała wcześniejsza wściekłość, jaką kierował na Draco, najwyraźniej przekształciła się w jasno określony głód, który zamierzał zaspokoić. Draco nie był przekonany, że teraz przetrwa wieczór, ale ukryte niebezpieczeństwo, jakie stanowił Harry, działało niczym afrodyzjak.
Wszystko odbyło się szybko, intensywnie i brutalnie, ale jednocześnie było ekscytujące w sposób, jakiego Draco nigdy wcześniej nie doświadczył. Otaczało ich coś w rodzaju aury nierzeczywistości — do jasnej cholery, przecież to Harry Potter, Złoty Chłopiec czarodziejskiego świata wywarkiwał rozkazy, żeby klęknął, wziął go ust, rozłożył nogi. A on robił, co mu kazano. Nie rozumiał sam siebie, jednak chciał wykonywać polecenia Harry’ego, chciał słuchać tego głosu, który był częścią jego świata od tak dawna. Słowa brzmiały obraźliwie, szorstko i obscenicznie, ale tak naprawdę nie słyszał słów. Słyszał tylko potrzebę i pragnienie, które się za nimi kryły. I właśnie tutaj, właśnie teraz, wypełniony ponad miarę, ze skórą dociśniętą do skóry Harry’ego, zaczął podejrzewać, że być może czekał na to od lat.
Leżał z twarzą dociśniętą do poduszki, dusząc się własnymi włosami i wbijając paznokcie w pościel. Napięcie w jego ciele narastało wciąż i wciąż. Harry wbijał się w niego, jednocześnie przesuwając dłoni po jego penisie w górę i w dół, w górę i w dół, i wykrzykując coś, co ledwie dało się rozpoznać. Własne słowa odbijały mu się echem w głowie... tak i teraz, i Harry, o mój boże, i ja... ja już... taktaktak.
Jego orgazm oraz przyspieszony i spazmatyczny oddech sprawiły, że Harry również doszedł i razem pogrążali się w doznaniu, coraz bardziej i bardziej. Było mokro, gorąco i doskonale. Harry wykrzykiwał swoją rozkosz albo ból, albo jedno i drugie, aż w końcu opadł na niego, wciąż nie przerywając intymnej więzi.
W ciemnościach nie istniało nic poza poczuciem wyzwolenia i odgłosem nierównych oddechów. Po chwili Harry opuścił jego wnętrze i odsunął się, pozostawiając po sobie pustkę i ból, ale Draco nie usłyszał od niego nic poza szybkim zaklęciem czyszczącym. Obaj naciągnęli na siebie koce i zasnęli w ciągu kilku minut.

*

Draco obudził się, wiedząc, że do świtu pozostało jeszcze trochę czasu. Było mu zaskakująco ciepło i wygodnie — w pewnym momencie, gdy spał, Harry musiał go dokładnie otulić nakryciem.
W przyćmionym świetle wpadającym przez otwarte drzwi zauważył, że Harry także nie śpi i siedzi oparty o zagłowie łóżka z rękami owiniętymi wokół podciągniętych nóg i głową spoczywającą na kolanach. Wciąż był nagi, a jego skóra lśniła lekko w półciemnościach. Nałożył z powrotem okulary i odbijające się w szkłach świetlne refleksy zasłaniały jego oczy, ale Draco i tak wiedział, że go obserwuje. Niemal wyczuwał jego napięcie, gdy zorientował się, że się obudził. Bez wątpienia tylko krok dzielił ich od wyjątkowo niewygodnej i jednostronnej „rozmowy”. Wcale nie miał na nią ochoty.
— Draco.
Spojrzał na Harry’ego, który przedstawiał teraz sobą obraz prawdziwej nędzy i rozpaczy.
— Ja... ja nawet nie wiem, jak zacząć cię przepraszać. Siedzę tu już od kilku godzin i myślę, co ci powiedzieć... Jak w ogóle wyrazić jak bardzo mi przykro z powodu tego, co zrobiłem. — Zamilkł, bez wątpienia walcząc o odzyskanie nad sobą kontroli.
Cholerni Gryfoni. Draco zastanowił się, jak długo jeszcze Harry zamierza poddawać się temu samobiczowaniu z powodu czegoś, co zamieniło się w naprawdę fantastyczny seks. Chyba zapomniał, że wszystko odbyło się za obopólną zgodą.
— Przychodzisz tu, żeby spędzać ze mną wieczory, a ja wykorzystałem cię w najgorszy możliwy sposób. Boże, jak możesz leżeć i patrzeć na mnie tak spokojnie po tym, co ci zrobiłem? Czemu nie uciekłeś, kiedy tylko mogłeś? Tak strasznie mi przykro.
Draco wiedział, że jeśli ma się jeszcze trochę przespać, musi jak najszybciej rozwiązać ten problem. Po prostu przejdą przez niedawne wydarzenia ponownie i może tym razem wszystko skończy się dobrze.
Wyślizgnął się z ciepłego łóżka i zadrżał, gdy chłodne powietrze owiało jego nagą skórę. Położył dłoń na ramieniu Harry’ego i nie zdejmował jej, dopóki nie był pewien, że ma jego pełną uwagę, po czym pociągnął go, żeby również wstał. Celowo poprowadził go dokładnie w to samo miejsce, by zajęli identyczną pozycję jak wczoraj po aportacji, posunął się nawet do tego, że zacisnął palce Harry’ego na swoich nadgarstkach. Gdy już stali twarzą w twarz, powtórzył ich pierwszy pocałunek.
Który ponownie zadziałał bardzo przekonująco.
Harry najwyraźniej pojął, o co chodzi, chociaż początkowo szło mu to powoli.
— Chyba powiedziałem: Uważaj, o co prosisz, bo możesz to dostać — odezwał się cicho.
Draco cofnął się w stronę łóżka, ciągnąc go za sobą. Zatrzymał się i spojrzał mu znacząco w oczy.
— Potem powiedziałem kilka okropnych rzeczy, ale mam nadzieję, że nie chcesz, żebym je powtórzył.
Chyba wyczytał w oczach Draco, że to się nie uda.
— W porządku. Nazwałem cię dziwką i oznajmiłem, że nie jestem gwałcicielem, więc wszystko, co musisz zrobić, to powiedzieć „nie”. Jakbyś mógł. Dobrze wiedziałem, że nie możesz.
Jednak Draco zamierzał powtórzyć ich taniec uwodzenia dokładnie. Wysunął ręce ze słabego teraz uścisku i cofnął się. Znowu popatrzył na Harry’ego z uwagą.
— Tak, rozumiem, w tym momencie mogłeś się aportować. Ale przyznaj, że nadal czułbyś się winny, że zostawiłeś mnie samego pod działaniem klątwy. To i tak nie było w porządku. Nie miałeś prawdziwego wyboru.
Och, Harry, jak bardzo muszę być jeszcze przekonujący?. Przynajmniej tę część wczorajszego wieczoru odtworzy z przyjemnością.
Ponownie się przysunął i pocałował Harry’ego mocno. A że obaj byli nadzy, jego erekcji nie dało się przeoczyć. Harry otworzył szeroko oczy w zrozumieniu, że Draco zamierza powtórzyć każdą chwilę ich zbliżenia. Lecz Draco nie był już w nastroju na dalsze niezrozumienie czy pogrążanie się w daremnym poczuciu winy. Poprzednim razem kochali się jak Ślizgoni, teraz więc zrobią to w gryfońskim stylu.
Harry westchnął, kiedy Draco obrócił go, pchnął na łóżko i nakrył swoim ciałem. Niczego nie robił szybko, mocno i gwałtownie, w zamian postępując jak prawdziwy Gryfon. Najpierw całował Harry’ego i pieścił go delikatnie przez długie minuty. Potem spędził niezliczone chwile, koncentrując się na jego szyi i obojczyku, sutkach i piersi, miękkiej skórze, wewnętrznej stronie łokci, palcach i udach, aż w końcu wziął do ust jego erekcję, krążąc językiem wokół główki i wsuwając go w szczelinę. Harry wręcz topił się pod jego dotykiem i Draco wiedział, że jest już bliski spełnienia.
Tak jak wczoraj ogarnęło go silne poczuci nierealności. Harry znów wyrzucał z siebie urywki słów i zwrotów — najwidoczniej podczas seksu stawał się gadatliwy — ale tym razem wyrażał jedynie pilność, pragnienie i potrzebę, jakie nimi kierowały.
— Poczekaj — wymruczał, więc Draco odsunął się i spojrzał na niego z niecierpliwością. — Chcę cię poczuć we mnie. Jak ja byłem w tobie. Proszę, Draco.
I jak miał odmówić tak ponętnej prośbie? Z wdziękiem przesunął się wzdłuż ciała Harry’ego, rozkoszując się ciepłem, jakie wywoływało tarcie skóry o skórę. Harry uniósł się na przedramionach z zamiarem obrócenia się na brzuch, ale Draco powstrzymał go, przyciskając mocno jego plecy do pogniecionej pościeli. To był seks po gryfońsku, a Gryfoni zawsze robią to twarzą w twarz. Harry chyba zrozumiał, bo bez protestu położył się z powrotem.
Hmm. Poprzedni, ślizgoński stosunek odbył się przy pomocy dużej ilości śliny i marnej próby rzucenia zaklęcia nawilżającego, jednak Draco podejrzewał, że teraz potrzebują czegoś bardziej wyrafinowanego. Spojrzał na pobliską szafkę nocną, na co Harry niezdarnie wyciągnął rękę, więc Draco odsunął się, by mógł pogrzebać w szufladzie i wyciągnąć mały słoiczek.
Zawsze był osobą wrażliwą na bodźce wzrokowe, szybko reagował na kolory i obrazy. Widok, jaki przedstawiał Harry, kiedy się przygotowywał, okazał się niespodziewanie pobudzający. Patrząc na palce, najpierw masujące, a potem znikające wewnątrz ciała Harry’ego, Draco poczuł, jak jego pragnienie gwałtownie narasta. A kiedy te ciepłe, śliskie palce wreszcie rozprowadziły nawilżacz na jego członku, z trudem utrzymywał resztki samokontroli.
Ostrożnie i powoli wsunął się w Harry’ego, ani na moment nie odrywając wzroku od tych cudownie zielonych oczu i cały czas słuchając nieskładnej paplaniny i jęków wyrażających zachętę i czułość. Zdawało mu się, że przez niesamowite gorąco i ciasnotę zaczyna tracić kontakt z realnym światem. Sięgnął do twardego penisa przyciśniętego do jego brzucha i już po kilku krótkich ruchach wiedział, że Harry jest blisko. Tuż przy uchu słyszał jego głos, chrapliwy i niekontrolowany, szepczący nieskładnie: O Boże, Draco, proszę, pragnę cię, pragnę cię, proszę, proszę... Draco przestał skupiać się na własnej przyjemności i całkowicie skoncentrował na Harrym, doprowadzając go na krawędź orgazmu stanowczymi pociągnięciami dłonią. Pochylił się i opuszkami palców wolnej ręki delikatnie głaskał jego czoło, policzki i usta. Kiedy poczuł, że koniec nadchodzi, na chwilę nakrył te usta swoimi w ostatnim pocałunku i odsunął się, żegnany westchnieniem ulgi pieszczącym jego wargi.
Zwolnił tempo pchnięć, podczas gdy Harry dochodził do siebie i z zamkniętymi oczami oraz wyrazem nieskrywanej błogości na twarzy uspokajał się pod jego niewielkim ciężarem. Draco nigdy wcześniej nie widział go aż tak zrelaksowanego i szczęśliwego. Gdzieś pomiędzy intymnością tego momentu a nieoczekiwanymi emocjami kryjącymi się w słowach, jakie Harry wypowiedział w czasie orgazmu, sam również się poddał i pozwolił, by i nim zawładnęła rozkosz tej nierealnej chwili.
Harry zauważył, że przyspiesza ruchy, otworzył oczy i uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdy zobaczył, że Draco mu się przygląda.
— Dojdź dla mnie — poprosił. — Chcę, żeby było ci tak samo cudownie jak mnie.
Draco wcale nie zamierzał się sprzeczać.
Kiedy spełnienie nadeszło, a on słuchał, jak głos Harry’ego prowadzi go i niesie do tego wspaniałego, ulotnego momentu, a potem poczuł na sobie jego delikatne ręce, pomyślał, że może uda mu się przyzwyczaić do seksu po gryfońsku.
Co nie znaczyło, że ze ślizgońskiego jest gotów całkowicie zrezygnować.
Milcząc, odpoczywali w swoich ramionach. Od czasu do czasu Harry pochylał się i składał miękkie pocałunki na jego chłodnej teraz skórze, a Draco odwzajemniał mu się tym samym. Nie chciał myśleć o niczym poza chwilą obecną — nie o ich przeszłości, a już na pewno nie o przyszłości — ale nawet bez zastanawiania się wiedział, że sytuacja uległa zmianie.
— Dziękuję — powiedział wreszcie Harry.
Draco stłumił śmiech. Akurat tego aspektu gryfońskiego seksu się nie spodziewał. Nie opanował drżenia odpowiednio szybko i Harry domyślił się, o co mu chodzi. Po jego twarzy przemknął uśmiech.
— Nie za seks, głupku. No dobrze, za seks też, ale miałem na myśli coś innego. Chciałem podziękować, że pozwoliłeś mi na to po... po poprzednim razie.
Draco wiedział, że tylko odroczył nieuniknioną jednostronną rozmowę, ale nie miał już nic przeciwko.
— Sądzę, że obaj zdajemy sobie sprawę, że nie powinieneś przebywać ze mną sam na sam, kiedy jestem pod działaniem klątwy. To, co chciałem ci zrobić wieczorem... cóż, to nie jest bezpieczne. Wiesz, jak bardzo mi przykro, ale nie potrafię się kontrolować, a ty nie możesz wezwać pomocy. — Harry westchnął, po czym dodał: — Jednak nadal chcę się z tobą spotykać. Jak teraz.
Palce Harry’ego powoli i rytmicznie przeczesywały mu włosy. Draco obrócił głowę, złapał jeden z palców wargami i pocałował. Harry westchnął ponownie.
— Między nami zawsze wszystko było takie skomplikowane, prawda? Ale czy kiedykolwiek było inaczej? To znaczy, czy ktokolwiek wyobrażał sobie coś takiego?
Zabrał rękę z włosów Draco i teraz masował mu kark i ramiona.
— Nie wierzyłem, że pragniesz mnie tak samo jak ja ciebie. A po tym, jak... cię zaatakowałem, byłem pewien, że nigdy więcej nie zechcesz się ze mną zobaczyć. Wydaje mi się, że widziałeś, jaki byłem nieszczęśliwy. — Spojrzał na niego ze wzmożoną intensywnością. — A ja cię pragnąłem. I nadal pragnę. Od chwili, gdy opuściłeś Hogwart... Od nocy, kiedy pocałowaliśmy się na korytarzu. Wciąż się zastanawiałem, jakby to było, gdybyśmy byli razem.
Draco zesztywniał. Nie spodziewał się żadnych wyznań, zwłaszcza ze strony Harry’ego. Nie takich.
Harry zacisnął palce i odezwał się bardzo cicho:
— Tak więc jeśli dzięki tej czarnomagicznej klątwie znalazłeś się tutaj, myślę, że chyba było warto.
Draco poczuł ulgę, że nie może mówić, bo nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Niespodziewanie po raz pierwszy w ciągu tego długiego wieczoru zaczął się bać.
Harry, zadowolony że temat w tym punkcie został wyczerpany, naciągnął koce na nich obu i ostrożnie przytulił go do siebie. Obdarzył ostatnim, powolnym pocałunkiem, opadł z westchnieniem na poduszkę i zamknął oczy. Wkrótce potem Draco usłyszał jego regularny oddech, więc wiedział, że zasnął.
Jednak minęło jeszcze dużo czasu, zanim jemu samemu także się to udało.

*

Levon natychmiast zauważył zmianę w zachowaniu Draco i zdecydował się na konfrontację zaraz po ich wspólnej, długiej porannej sesji.
— To ten facet, który przyszedł tu w zeszłym tygodniu, prawda? Ten, o którym Daniel mówił, że chodziliście razem do szkoły.
Draco nie mógł nawet powiedzieć, jak bardzo mu przykro i że nigdy nie zamierzał go skrzywdzić. Zbyt późno zorientował się, że Levon szuka czegoś, czego on nie może mu dać. Był miłym człowiekiem, bez wątpienia odpowiednio troskliwym i zdecydowanie przystojnym. Nikt rozsądnie myślący chętnie by z niego nie zrezygnował.
Jednak nie był Harrym Potterem.
Wcale go nie zaskoczyło, że ten romans nie potrwał długo. I nie miało to nic wspólnego z jego pozostałymi z dzieciństwa resztkami przekonania, że mugole nie są mu równi — już dawno to przemyślał i zrezygnował z tych bzdur.
Nie, wiązało się raczej ze wszystkim, czego doświadczył w swoim krótkim życiu. Uznał, że potrzebuje kogoś, kto będzie z nim to dzielił. Co bardzo zawężało grupę potencjalnych partnerów. Znalezienie czarodzieja o tej samej orientacji, który nie byłby uprzedzony do jego nazwiska, graniczyło z niemożliwością. Do czasu, aż Harry...
Leżąc obok niego w nocy i patrząc, jak śpi, Draco coś sobie uświadomił. Od dnia, gdy spotkał się z ojcem w Hogwarcie, jego życie stało się dziwne i obce. Podświadomie aż do bólu pragnął wrócić do wygody i przyjemności czasów dzieciństwa. Przy Harrym poczuł ową tęsknotę wyjątkowo wyraźnie i zrozumiał, czego szukał, ponieważ po raz pierwszy poczuł, że jest w stanie ją zaspokoić. Tej nocy Harry przegnał diabły jego przeszłości.
Levon skrzyżował ramiona na piersi i spojrzał na niego ze smutkiem.
— To takie dziwne, wiesz? Że to ja wypowiadam słowa pożegnania za ciebie. Przynajmniej się nie kłócimy. Sądzę, że to pozytywna strona całej sytuacji.
Przechodząca obok grupka paplających kolegów rozproszyła ich na chwilę.
— Wychodzimy na obiad do Little Shanghai. Idziecie z nami? — zapytał jeden z nich.
— Jasne. Daj mi chwilkę, zaraz was dogonię — odparł Levon, machając ręką i ponownie zwrócił się do Draco. — Powinienem powiedzieć ci wcześniej. Dostałem propozycję, żeby dołączyć do Elite w Nowym Jorku. Od kilku tygodni zastanawiałem się, czy tam nie pojechać i podjąłem decyzję. Teraz już nie mam powodu, żeby zostać.
Draco westchnął, podszedł bliżej i przytulił go mocno.
— Nie, Draco — szepnął Levon tuż przy jego ustach, ale żaden z nich nie zrobił nic, żeby powstrzymać się od czułego, zaprawionego goryczą pocałunku.

*

Nie bronię się, nie atakuję, nie mogę odejść, nie mogę zostać, nie mam drogi odwrotu.
Tak trudno znieść, co wokół mnie się dzieje, nie mogę kłamać, ale prawda jest taka ostateczna.

(„Woman Be My Country”, Johnny Clegg)**

Przesłuchanie w związku z majątkiem Lucjusza Malfoya wydało się Deanowi niczym więcej niż kontynuacją procesu karnego, który odbył się zaledwie rok temu. Niezliczony tłum ponownie stłoczył się w sali rozpraw Wizengamotu i Draco był tylko niewielkim punktem zagubionym w morzu głów. Jedynie brak skazańca przypominał mu, że to nie ta sama rozprawa, w jakiej uczestniczyli wcześniej. Doszedł jednak do wniosku, że w kwestii emocji, jakie wiązały się z pierwszym procesem, nic się nie zmieniło. Jeśli już, to powszechne pragnienie zemsty tylko przybrało na sile.
Członkom Zakonu ponownie udało się zająć dobre miejsca i teraz otaczali Draco. Weszli do środka całą grupą, oczywiście z Harrym na czele, powodując tym spore zamieszanie. Dean musiał przyznać, że Harry potrafił wzbudzać autorytet, jeśli tego potrzebował, a dzisiejszego ranka dawał z siebie wszystko. Ubrany w najbardziej oficjalną szatę, z Orderem Merlina Pierwszej Klasy widocznym dla wszystkich gapiów, wręcz emanował siłą. Skierował kroki prosto do Draco i widowiskowo uścisnął mu dłoń, przytrzymując ją przez chwilę dla fotografa „Proroka”, po czym pochylił się, szepnął mu do ucha coś, czego nikt inny nie usłyszał i usiadł tak godnie, na ile pozwalał mu młody wiek.
Minutę później z wielkim hukiem pojawił się Snape i powtórzył cały rytuał. Order Merlina błyszczał na jego piersi tak samo jasno jak u Harry’ego.
Członkowie Wizengamotu, nie chcąc pozostać w tyle, przybrali pozy tak władcze, na jakie tylko mogli się zdobyć. Dean ze zdenerwowaniem obserwował ich twarze, próbując przewidzieć, komu sprzyjają i odgadnąć, jakie Draco ma szanse w konfrontacji ze sztuczkami urzędników ministerstwa.
Szef rady, pełniący w procesie rolę głównego sędziego, poprosił wszystkich o ciszę. Siedząca obok Hermiona ze zdenerwowania chwyciła go za rękę, a Dean odwzajemnił uścisk, chcąc podnieść ją na duchu, mimo że sam wcale nie czuł się pewnie.
Ministerstwo reprezentowała Droxa Aisengart, stara, pomarszczona czarownica, którą Dean już spotkał, ale nie pamiętał gdzie i kiedy. Rzuciła zaklęcie Sonorus, tak że jej głos rozniósł się z pełną mocą po całym pomieszczeniu. Dean zastanowił się, czy kobieta działałaby na niego równie irytująco, gdyby nie występowała przeciwko jego przyjacielowi. Prawdopodobnie tak. Miała wyjątkowo nieprzyjemny sposób mówienia.
Każdy czytelnik „Proroka” mógł się już wcześniej zapoznać z jej wstępną prezentacją argumentów, jakie wysuwano przeciwko Malfoyowi. Lucjusz Malfoy został skazany za zdradę, zatem jego ziemie i majątek podlegały konfiskacie. Ministerstwo działało w sposób stosunkowo szybki, aby wytoczyć oskarżenia, ale sprawa napotkała na nieuniknione opóźnienie — tu Droxa Aisengart spojrzała gniewnie na pełnomocników Draco, w sposób oczywisty dając do zrozumienia, kto za owe opóźnienie odpowiadał. Śmierć Lucjusza nie miała tu znaczenia. Oczywiście, jacy są prawnicy, każdy wie, więc ta część procesu potrwała dużo dłużej i była bardziej szczegółowa, niż Dean wyobrażał sobie, że to w ogóle możliwe.
Następnie głos zabrali adwokaci Draco. Ich argumentacja również okazała się przewidywalna — Lucjusz zmarł, pozostawiając ważny testament, majątek należał teraz do Draco, więc każde posunięcie przeciw prawu własności Lucjusza było dyskusyjne. I wszyscy wiedzieli, że Draco absolutnie nie należał do śmierciożerców ani nie sprzyjał im w żaden sposób, za to ryzykował życiem, żeby pomóc ministerstwu w czasie wojny. Nie zostało to wypowiedziane na głos, ale można było odnieść wrażenie, że ministerstwo, wciąż kontynuując oskarżenia, wykazało się prawdziwą niewdzięcznością.
Ministerstwo odmówiło jednak odstąpienia od swoich roszczeń. Na widowni zawrzało.
Teraz przyszła pora na zeznania świadków. Zaczęto od dość nieszkodliwego odczytania ostatniej woli Lucjusza. Cały majątek miał trafić w ręce Narcyzy, a w przypadku, gdyby i ona zmarła, do Draco. Ta część również trwała zbyt długo jak na jego gust, lecz Dean starał się nie wiercić na krześle.
Ze względu na konieczność użycia veritaserum w trakcie przesłuchiwania świadków, goblińscy bankierzy z Gringotta powołali się na prawo do odmowy zeznań, ale jak zwykle zatrudnili czarodziejów i czarownice, by zeznawali za nich. Rozpoczęło się ścisłe wyliczanie dóbr i nieruchomości, jakie składały się na majątek Malfoyów. Dean przeraził się, jak dużo tego było. Co innego wiedzieć, że Draco jest zamożny, a zupełnie co innego usłyszeć szczegółowo, co posiada. Zastanowił się, kto zażądał aż tak dokładnego spisu. Wyczuł, jak w gapiach narasta oburzenie — i zazdrość — z powodu takiego bogactwa. Co tylko sprzyjało ministerstwu.
Jeden z adwokatów niespodziewanie wezwał na świadka Nimfadorę Tonks. Hermiona spojrzała na Deana z troską w oczach.
— Czemu przesłuchują aurorów? — zapytała szeptem.
Dean wzruszył ramionami. Przyglądał się, jak Tonks z zimną krwią wypija dawkę eliksiru. Kilka minut później Aisengart rozpoczęła przesłuchanie.
— Była pani członkinią zespołu aurorów, który monitorował działalność różnych grup śmierciożerców?
— Tak.
— I Lucjusz Malfoy był jednym z tych śmierciożerców?
— Tak.
— Czyli znane są pani szczegóły jego działalności?
— Tak. Zeznawałam o tym na poprzednim procesie.
— Proszę opowiedzieć o jednej szczególnej nocy. Siedemnasty czerwca dwa lata temu w małym miasteczku o nazwie Bartstow.
Zeznanie okazało się przerażającym opisem torturowania przez śmierciożerców mugolskiej rodziny. Po tej relacji nastąpiły kolejne, jeszcze bardziej graficzne, wszystkie wypowiedziane beznamiętnym tonem Nimfadory.
— Czemu ona to przeciąga? — zapytała Hermiona cicho. Wyglądała raczej blado, za co Dean wcale je nie winił. Nie spodziewał się, że będzie musiał ponownie wysłuchać wszelkich detali zbrodni Lucjusza.
— Pewnie po to, żeby pokazać, jakim potwornym był człowiekiem i usprawiedliwić, dlaczego odebranie mu wszystkiego jest odpowiednią karą.
Hermiona prychnęła z irytacją.
— Każdy o tym wie. A tutaj nie o to przecież chodzi, prawda?
— Kierujesz się rozumowaniem swojego wewnętrznego Krukona, Hermiono. Sądzę, że ich celem jest obudzenie w nas uczuć puchońskich. Wiesz, próbują wzbudzić współczucie dla ministerstwa. Żeby Wizengamot skupił się na Lucjuszu i udawał, że Draco w ogóle nie istnieje.
— To jest po prostu wstrętne — stwierdziła Hermiona.
Dean w pełni się z nią zgadzał i właśnie zamierzał to powiedzieć, ale rozproszył go jej ciepły oddech na policzku, kiedy pochylała się, żeby wyrazić swój sprzeciw.
Aisengart wyjątkowo skrupulatnie przesłuchała każdego aurora mającego kiedykolwiek do czynienia z Lucjuszem Malfoyem. W chwili, kiedy Moody skończył swoje zeznania, Hermiona nie była jedyną osobą na widowni, która pobladła i wyglądała, jakby męczyły ja mdłości.
Ostatni ze świadków opowiedział o spotkaniu Lucjusza z dementorem i chwilach, które jako wciąż świadomy człowiek spędził przed Pocałunkiem. Dean zauważył, że Harry wychylił się z krzesła i zacisnął dłoń na ramieniu Draco, ale ten wciąż nieruchomo wpatrywał się w stół przed sobą.
— Biedak — warknął ze złością siedzący obok Seamus. — Czemu każą mu przez to przechodzić? Zasrane gnojki.
Dean pokiwał głową.
Droxa Aisengart celowo podeszła do miejsca, gdzie siedział Draco i jego prawnicy. Nie odrywała od niego oczu, mimo że słowa kierowała do Wizengamotu.
— Ministerstwo prosi Draco Malfoya, żeby złożył swoje zeznania.
Dean i wszyscy w pobliżu natychmiast zesztywnieli.
— Cholera — szepnął Ron.
Prawnik Draco wstał powoli.
— Z całym szacunkiem, ale pan Malfoy odmawia. — Poczekał, aż przewidywalne szemranie na widowni ucichnie. — Jak powszechnie wiadomo, pan Draco Malfoy złożył śluby milczenia i dlatego wnioskujemy, żeby nie zmuszać go do złamania przysięgi nawet w tak ważnej sprawie.
Najwidoczniej Wizengamot został już o wszystkim wcześniej poinformowany, bo Dean nie zauważył zaskoczenia na twarzach jego członków. Jednak sądząc po zdziwionych odgłosach, inni nie byli świadomi tego faktu.
Sędzia główny odpowiedział równie formalnie:
— Zapoznaliśmy się z życzeniem pana Malfoya, niemniej radzimy, żeby na krótko odstąpił od ślubów i złożył zeznania.
Prawnik Draco nawet nie spojrzał na swojego klienta.
— Powiedziałem panu Malfoyowi o korzyściach wynikających z zeznawania we własnym imieniu. Proszę, żeby wstał, jeśli zmienił zdanie w tej sprawie.
W sali panowała kompletna cisza, jednak Draco nie okazał, że w ogóle usłyszał prośbę. Prawnik skinął głową.
— Jak już mówiłem, mój klient nie będzie zeznawał. Powołuje się na prawo do zachowania milczenia.
— Oczywiście.
Dean zastanowił się, jak bardzo negatywnie rada odbierze tę odmowę.
— Niemniej mamy wielu świadków, którzy wypowiedzą się za niego.
Sędzia uniósł brew.
— Pan Malfoy ma szczęście, że są ludzie, którzy zabiorą głos w jego imieniu, skoro on sam nie chce tego zrobić.
Dean przypuszczał, że spodziewał się usłyszeć tak stanowcze oświadczenie, ale jego przekaz był jasny: rada nie była zachwycona milczeniem Malfoya.
— Proszę na świadka Severusa Snape’a.
Dean niemal parsknął śmiechem, gdy Snape, powiewając szatą, ruszył przed siebie. Mistrz eliksirów szybko wypił veritaserum i złożył zeznania.
Które były niewątpliwie najbardziej kompletną relacją na temat tajnej działalności Draco Malfoya w roli szpiega Zakonu, jaką kiedykolwiek usłyszała opinia publiczna. Dean był zafascynowany. Snape posiadał wrodzony talent do opowiadania, wyrażał się z dramaturgią i zaangażowaniem. Zaczął od piątego roku Draco w Hogwarcie, zrelacjonował, jak szkolił go w tajemnicy, potem przeszedł do czasu spędzonego z Lucjuszem i śmierciożercami, i jego nagłej dekonspiracji...
— O której dokładnie usłyszymy w odpowiednim momencie — zapewnił wszystkich adwokat.
Gdy skończył, Snape wstał dostojnie niczym król i ponownie powiewając szatą, wrócił na swoje miejsce.
Serce Deana podskoczyło w oczekiwaniu. Usłyszał, że teraz jego kolej i ze zdenerwowania nie śmiał nawet spojrzeć na kogokolwiek. Jakimś cudem nogi same zaprowadziły go na miejsce, a ręka uniosła do ust fiolkę z eliksirem, którym udało mu się nie zadławić. Jak na razie poszło nie najgorzej.
— Nazywa się pan Dean Thomas?
— Tak.
— I został pan schwytany przez śmierciożerców w nocy dwudziestego szóstego września prawie trzy lata temu?
— Tak.
— Może pan opisać tamte wydarzenia?
Dean poczuł, jak jego panika narasta. Spodziewał się bardziej szczegółowych pytań, kilku przepełnionych współczuciem wskazówek i wytycznych ze strony adwokatów Draco, a nie otwartego zaproszenia, by wylewać swoje żale. Czy prawników nie uczą nie pytać, jeśli wcześniej nie poznali odpowiedzi?
Jednak wiedział, że jego zeznania pomogą Draco. Seamus wybaczył mu już po raz drugi, więc w tej kwestii nie miał się czego obawiać. Nie był dumny z niczego, co zrobił tamtej nocy, mimo że nie miał innego wyjścia, ale teraz musiał się do wszystkiego przyznać przed przyjaciółmi, reporterami „Proroka”, Wizengamotem. Przed całym światem.
Jakoś udało mu się opowiedzieć, jak został złapany oraz późniejszą ucieczkę bez okazywania wyraźnych emocji, co wcale nie oznaczało, że było to łatwe.
Następnie Redmund zapytał o służbę Draco pod postacią Dawida Carmichaela, a Dean posłusznie opisał, co się działo w ostatnich tygodniach wojny. Do chwili, aż skończył — co zabrało więcej czasu, niż się spodziewał — nie był w stanie stawić czoła rozczarowaniu, jakie z pewnością czuli jego przyjaciele, mimo że udawali, że jest inaczej. Spojrzał na Redmunda — cóż, przynajmniej on był zadowolony: Draco został przedstawiony jako bohater, Dean zaś jako tchórz i zdrajca.
Na szczęście prawnicy ministerstwa nie mieli do niego pytań i łaskawie zostawili go w spokoju. Powoli wrócił na miejsce, starając się nie zwracać uwagi na szeptane w jego stronę słowa współczucia. Nie zasługiwał na żadne z nich.
— Nie mów tego, proszę — poprosił Hermionę, gdy pochyliła się ku niemu.
Spojrzała na niego ze spokojem.
— Dobrze — odparła cicho. — Na razie — dodała, a potem złapała go za rękę i już nie puściła.
Seamus był następny. Dodał kilka szczegółów, ale przez większość czasu bronił Deana.
— Rozumiem, czemu powiedział śmierciożercom, gdzie jestem. Tak jak powinien, dbał o dobro misji. Wcale nie mam o to do niego pretensji i wybaczam mu ze szczerego serca. Wiesz o tym, Dean.
Nie zasłużył na przebaczenie ani za pierwszym razem, ani za drugim. Zdawał sobie jednak sprawę, że Seamus jest szczery, więc byłby największym łajdakiem na świecie, gdyby nie złapał odpuszczenia dwiema rękami i nie trzymał się go ze wszystkich sił. Seamus chciał, żeby pozbył się wyrzutów sumienia, więc okaże wdzięczność i spróbuje.
Redmund, całkowicie świadomy jakim przedstawieniem jest ten proces, najlepszego ze świadków zachował na koniec. Harry zajął miejsce przy stole przesłuchań, uśmiechając się przelotnie do Draco, wzniósł toast fiolką i wypił veritaserum. Pochylił się w stronę adwokata, żeby lepiej go słyszeć, chociaż głos Redmunda zapewne docierał do najdalszych zakątków sali.
— Panie Potter, ze wszystkich ludzi to właśnie pan ma do Lucjusza Malfoya największy żal za to, co zrobił podczas wojny.
— Być może — odparł Harry.
— Czy popiera pan roszczenia ministerstwa w stosunku do jego majątku?
— Nie, nie popieram. Uważam je za niesłuszne.
— A dlaczego pan tak uważa?
— Ponieważ Lucjusz Malfoy nie żyje. Ministerstwo nie może ukarać go aż tak bardzo, jakby chciało. Jest już poza jego zasięgiem. A przynajmniej taką mam nadzieję. — Uśmiechnął się lekko do prawniczki, która jednak całkowicie go zignorowała. Na widowni rozległy się stłumione chichoty.
— Bez wątpienia jedyną ukaraną osobą będzie Draco — kontynuował Harry, jak gdyby nie powiedział niczego nieodpowiedniego. — I właśnie dowiedzieliśmy się, że był bohaterem i pracował przeciwko własnemu ojcu, ryzykując życiem. Konfiskowanie jego spadku przez ministerstwo jest po prostu niesprawiedliwe. Draco poniesie karę za to, że nazywa się Malfoy. Za nic innego.
Dean nie potrafiłby wyrazić tego lepiej.
— Dziękuję, panie Potter.
Aisengart stanęła przed sądem z drapieżnym wyrazem twarzy, który wcale się Deanowi nie spodobał.
— Mam kilka pytań do pana Pottera.
— Proszę bardzo.
— Jak długo znacie się z panem Malfoyem?
— Odkąd mieliśmy po jedenaście lat. Spotkaliśmy się w Hogwarcie.
— I przez cały ten czas byliście przyjaciółmi?
— Nie — odparł Harry z uśmiechem. — Zaprzyjaźniliśmy się dopiero niedawno.
— Z najnowszych raportów wynika, że znajduje się pan pod wpływem czarnomagicznego zaklęcia. Czy to prawda?
Nagła zmiana tematu sprawiła, że uśmiech zniknął z twarzy Harry’ego.
— Nie wiem, czy jest czarnomagiczne, ale rzeczywiście ktoś rzucił na mnie zaklęcie.
— Może pan opisać, jak ono działa?
Harry opowiedział. Słuchając go, Dean poczuł się zniesmaczony widokiem zniecierpliwionych twarzy na widowni. Prawie wszyscy karmili się nieszczęściem i spijali z jego ust wyjaśnienia. Sępy.
— I nikt nie wie, kto rzucił na pana to zaklęcie?
— Nie.
— Ma pan jakieś podejrzenia?
— Nie — warknął Harry, wyglądając na wściekłego.
— Ale istnieją pewne zarzuty.
— Zawsze istnieją jakieś zarzuty. Zupełnie w to nie wierzę.
— Czy owe zarzuty dotyczyły pana Malfoya?
— Tak, takie sugestie pojawiły się w „Proroku Codziennym”.
— A czy w „Proroku” wspomniano, że niespodziewane milczenie pana Malfoya zbiegło się w czasie z początkiem działania zaklęcia?
Harry wstrzymywał się od odpowiedzi tak długo, jak tylko mógł.
— Wspomniano. Ale ja w to nie wierzę.
— Co już pan zaznaczył. — Aisengart zdawała się czerpać specyficzną przyjemność ze spojrzeń, jakimi Harry ją bombardował. — Pan Malfoy jest pańskim przyjacielem. Chce go pan chronić, prawda?
— Chronić nie jest tu odpowiednim słowem. Chcę, żeby wszyscy poznali prawdę. Draco nie rzucił na mnie zaklęcia.
Stara czarownica uśmiechnęła się dobrotliwie, momentalnie kojarząc się Deanowi z Dolores Umbridge.
— Potrafi pan udowodnić, że tego nie zrobił?
— Nie — przyznał Harry. — Ale nie mogę też udowodnić, że zrobił. Więc może pani również powinna odpowiedzieć na te zarzuty?
Dean w milczeniu dopingował sposób, w jaki Harry starał się odwrócić sytuację.
Jednak prawniczka nie dała się zbić z tropu.
— Zapewniam, że nie rzuciłam na pana żadnej czarnomagicznej klątwy, panie Potter. Na dodatek jestem gotowa zeznać to pod veritaserum, do czego pan Malfoy nie jest skłonny.
Dean usłyszał, jak Ron mamrocze pod nosem coś wulgarnego.
— Jednak wnoszę, że chce pan za niego ręczyć, a to, jak można założyć, powinno mieć taką samą wagę. Jako zeznanie obiektywnego świadka. Mam rację?
— Tak.
— I może będzie. O ile jest pan obiektywnym świadkiem.
Stwierdzenie najwyraźniej zaniepokoiło Harry’ego. I Deana również.
— Wypiłem veritaserum. Czego jeszcze pani ode mnie oczekuje?
— Właściwie jestem ciekawa, co pan ma nadzieję uzyskać, występując w obronie pana Malfoya.
Harry wyglądał na zdziwionego.
— Nie wiem, o co pani chodzi.
— Co pana łączy z panem Malfoyem?
— Już mówiłem. Jesteśmy przyjaciółmi.
— A może partnerami?
Szmery w sali nagle stały się głośniejsze, a potem ucichły, kiedy widzowie w napięciu oczekiwali na odpowiedź.
— Nie, tak bym tego nie nazwał.
— A pan Malfoy?
Uśmiech Harry’ego wyrażał bardziej groźbę niż rozbawienie.
— No cóż, o to trzeba zapytać jego. Ja mogę odpowiadać tylko za siebie.
— Oczywiście. Więc bądźmy bardziej precyzyjni. Czy między panem i panem Malfoyem doszło do kontaktów seksualnych mniej więcej w ciągu ostatniego tygodnia?
Zaległa przytłaczająca cisza. Harry wyglądał na zaszokowanego — do diabła, większość członków Wizengamotu i z pewnością każdy na widowni tak właśnie wyglądał. Po raz pierwszy Dean był autentycznie zawstydzony postępowaniem ministerstwa i przerażony, do czego są gotowi się posunąć, żeby zapewnić sobie zwycięstwo.
— Tak — wycedził Harry. — Ale nie wiem, co to ma do rzeczy.
Odpowiedź Aisengart została zagłuszona przez zgiełk zaskoczonych szeptów, gdy widzowie między sobą potwierdzali, że tak, to prawda, i Harry Potter właśnie się przyznał, że uprawiał seks z Draco Malfoyem. Reporterka „Proroka” wyglądała, jakby umarła i poszybowała prosto do nieba.
— Wiedziałeś? — syknął Seamus.
— Nie, ale wcale mi to nie przeszkadza — odparował szybko Dean. — Dużo bardziej niepokoi mnie, że ministerstwo ujawniło orientację Harry’ego, żeby położyć łapy na pieniądzach Malfoyów.
— Racja — zgodził się Seamus. — Myślisz, że śledzili Malfoya? Musieli to robić.
Aisengart jeszcze nie skończyła.
— Po prostu wskazuję, że być może ma pan ukryty powód, żeby bronić pana Malfoya tak gorliwie. Wizengamot zasługuje, by poznać wszelkie fakty związane z tą sprawą.
Harry zmrużył oczy.
— Więc chyba powinni wiedzieć, że nie wstydzę się niczego, co łączy mnie z Draco. On jest bohaterem wojennym i nie zrobił nic, za co ministerstwo mogłoby go ukarać, odbierając mu dziedzictwo. A może należało poinformować Wizengamot, że ministerstwo zamierza go ukarać właśnie za to, że jest gejem?
— Panie Potter, ta rozprawa dotyczy działalności Lucjusza Malfoya, a nie jego syna.
— Nie sądzę, żeby ktokolwiek jeszcze w to wierzył. Nigdy bym nie pomyślał, że ministerstwo może upaść tak nisko. Żeby mnie szpiegować, musieliście umieścić podsłuch w mojej sypialni. Więc proszę mi powiedzieć, dostaliście to, czego chcieliście?
Dean rozpoznał fanatyczny błysk w oku Harry’ego. Podobny pojawiał się zwykle tuż przed tym, nim rozpętało się piekło.
— Chłopiec, Który Przeżył sypia z Draco Malfoyem. I będzie robił to dalej, jeśli tylko Draco nie wkurzy się na niego, że w tak dramatyczny sposób ujawnił jego orientację przed Wizengamotem. — Spojrzał na Draco z przepraszającym uśmiechem i zwrócił się wprost do niego: — Przepraszam. Nie sądzę, żeby którykolwiek z nas mógł to przewidzieć, ale i tak...
Dean — podobnie jak wszyscy zebrani — patrzył, jak Draco odwzajemnia się Harry’emu słabym uśmiechem. Jego własne przyznanie się do zdrady najwyraźniej zupełnie wyblakło w konfrontacji ze znacznie bardziej sensacyjną nowiną.
Harry spojrzał na obu prawników bez cienia żalu.
— To wszystko? Mogę już odejść?
Nie poczekał nawet na odpowiedź, tylko odwrócił się i poszedł na swoje miejsce.

*

Członkowie Wizengamotu z powagą udali się do swoich komnat na obrady, zaś prawnicy Draco, przy akompaniamencie protestujących reporterów, wyprowadzili swojego klienta i jego przyjaciół do prywatnego pokoju konferencyjnego.
Dean z wdzięcznością opadł na krzesło stojące z dala od całego zamieszania. Draco siedział spokojnie, pozornie bez emocji, za to Harry promieniował energią, której wystarczyłoby dla trzech czarodziejów. Razem ze Snape’em dawali jej upust wrzeszcząc na cały głos, nie osiągając tym absolutnie niczego.
— Jest tylko jedna osoba, którą muszę przeprosić — warknął Harry do swojego byłego profesora. Odwrócił się i odezwał bezpośrednio do Draco: — Przykro mi, że narobiłem takiego zamieszania. Nie miałem pojęcia, że zapytają o cokolwiek związanego... z nami. Do diabła, przecież coś takiego jak „my” nie istniało jeszcze dwa dni temu. Jak pan sądzi, bardzo zaszkodziłem? — zwrócił się do Redmunda.
— Trudno to stwierdzić, panie Potter — odparł prawnik, z typową dla jego zawodu powściągliwością ważąc każde słowo. — Z jednej strony mamy konserwatywny Wizengamot na czele konserwatywnego społeczeństwa, z drugiej... — zawahał się. — Chodzi tu o pańską osobę. A jak niedawno pokazali, są skłonni, że tak powiem, do przebaczenia panu drobnych grzeszków.
Harry wyglądał na oburzonego, ale nie podniósł głosu.
— Ja się nie wstydzę.
— I proszę nie zapominać — ciągnął Redmund, jak gdyby Harry mu nie przerwał — że pańskie przyznanie się, mimo że warte podania do publicznej wiadomości dla pewnej grupy odbiorców, nie ma nic wspólnego z ważnością sprawy pana Malfoya. Sądzę, że większość członków Wizengamotu jest dostatecznie roztropna, by przymknąć oko na to, co was łączy, nieważne jak bardzo tego nie aprobują.
— Czyli uważa pan, że tak naprawdę nic się w tej kwestii nie zmieniło — odezwał się Snape. Zdawało się, że absolutnie nie chce wybaczyć Harry’emu jego zeznań, co według Deana nie odbiegało daleko od prawdy.
— Prawdopodobnie nie. Jednak wciąż nie rozważyliśmy, jak bardzo ministerstwo potrzebuje tej sprawy, by stworzyć precedensowy pokaz właściwego karania śmierciożerców. Ten proces jest tylko pierwszy z wielu, ale najważniejszym, żeby w przyszłości mogli zawłaszczać majątki osób uważanych za zdrajców.
— Czyli chodzi tylko o politykę — warknął Harry.
— Oczywiście, że tak, panie Potter — potwierdził zaskoczony prawnik. — Sądziłem, że pan to rozumie.
Seamus podszedł do kąta, który zajmował Dean.
— W porządku, stary? — spytał i przysunął krzesło, żeby usiąść obok.
— Tak. Chyba. Wydaje mi się, że veritaserum ciągle działa.
— Świetnie — powiedział Seamus z szerokim uśmiechem. — To może powinieneś się przyznać. Sprawdzimy, jak mogę to wykorzystać dla siebie? Mógłbym zapytać, czy ty też posuwasz Malfoya... albo na dodatek i Harry’ego, ale chyba nie chcę wiedzieć.
— Uważaj, Seamus. Słyszałem, że zemsta bywa okrutna. — Dean celowo umilkł na chwilę, po czym dodał: — A odpowiedź brzmi: nie. Żadnego z niech nie posuwam.
Seamus parsknął śmiechem.
— Jak sądzisz, ile to potrwa? Cholera, nienawidzę czekać.
— Nie mam pojęcia. Nie wiem nawet, czy długie czekanie oznacza coś dobrego czy złego.
— Malfoy wygląda jak gówno, co?
— Racja — zgodził się Dean. — Nawet nie mogę sobie wyobrazić, co teraz czuje. Nie dość, że straci dom i wszystkie pieniądze, to jeszcze wyszła ta sprawa z Harrym.
— Muszę stwierdzić, że trochę namieszali. „Prorok” będzie musiał wypuścić specjalne wydanie. I zatrudnić całe stado silnych sów, żeby je rozniosły. Każdy, kto znał ich w szkole, dostanie ataku serca, gdy jutro przeczyta nagłówki. — Seamus wyglądał, jakby zamierzał powiedzieć coś jeszcze, ale zrezygnował.
— Co? No wyduś to z siebie.
— Cóż. Chciałem tylko dodać, że w sumie cieszę się, że afera z Harrym i Malfoyem... no wiesz, dzięki temu sprawa między mną i tobą nie znajdzie się na pierwszych stronach gazet.
Dean zastanawiał się nad tym przez chwilę.
— Rozumiem — odparł w końcu. — Ale prawdą jest też, że to, co ja ci zrobiłem, było znacznie gorsze niż cokolwiek, co wydarzyło się między Harrym i Draco.
— Nie mów tak. Było, minęło. — Seamus posłał mu krzywy uśmiech, który Dean tak dobrze pamiętał z nerwowych nocy podczas wojny. — Daj spokój, jesteśmy przyjaciółmi zbyt długo, żeby teraz coś miało nas skłócić. Wojna robi z ludźmi zabawne rzeczy. I o ile pamiętam... a, niestety, pamiętam dobrze, dostałeś porządny łomot od bandy śmierciożerczych zbirów, więc pewnie nie myślałeś całkiem jasno, prawda?
Dean przytaknął niechętnie, ale tak naprawdę był zadowolony. Po raz pierwszy poczuł pewność, że przyjaciel jest szczery w swoich zapewnieniach, że mu wybaczył. Niemniej, potrzebował wielu takich zapewnień. Teraz Seamus wyciągnął do niego rękę, a Dean złapał ją bez wahania i przyciągnął go do niezręcznego uścisku.
— Spokojnie, stary. I na litość boską, tylko się tu nie rozklejaj i nie zacznij mnie całować, bo mimo wszystko skończymy na pierwszych stronach gazet.
Dokładnie w tym momencie podeszła do nich Hermiona i roześmiała się, słysząc ostatnie słowa. Seamus chwycił ją szybko za ramię i zarzucił je Deanowi na szyję, zaskakując ich oboje.
— Pospiesz się, dziewczyno, on potrzebuje heteroseksualnego antidotum, zanim sprawy zajdą za daleko.
Dean parsknął, ale w duchu cieszył się bliskością Hermiony jeszcze przez chwilę, zanim się od siebie odsunęli.
— Zastanawiałam się, czy nie chcesz wybrać się ze mną na poszukiwania herbaty — powiedziała Hermiona.
Dean czuł, że od eliksiru ma wyjątkowo wyschnięte gardło, więc zgodził się bez wahania. Seamus pomachał im na pożegnanie.
— Idźcie, idźcie. I mi też przynieście. Wiecie, jaką lubię.
Wyszli z pokoju i spokojnie ruszyli przez hol. Dziennikarze na szczęście nie zauważyli ich ucieczki. Dobrze się złożyło, że Hermiona znała układ budynku, bo Dean z pewnością zgubiłby się w labiryncie korytarzy. Poprowadziła go do małego pomieszczenia, które służyło jako pokój socjalny. Szybko napełniła zaklęciem trzy kubki, podczas gdy Dean tylko stał i podziwiał jej efektywność. Oraz inne walory.
Hermiona żadnym ruchem nie okazała, że chce już wyjść.
— Przyjemnie na chwilę uciec. Wcale mi się nie spieszy, żeby wracać, a tobie?
— Też nie.
— Seamus jest kochany, prawda? — zapytała, nagle zmieniając temat.
Dean miał nadzieję, że pamięta, że wciąż jest pod wpływem veritaserum.
— Tak, jest.
Hermiona oparła się o ladę i delikatnie upiła gorącej herbaty.
— Wiem, że zeznawanie dzisiaj w sprawie Malfoya było dla ciebie trudne. Do teraz nie miałam pojęcia, co się wydarzyło między wami w czasie wojny. Ale myślę, że cię znam. Przynajmniej trochę. I wydaje mi się, że sam siebie za to każesz. Prawdopodobnie robisz to od czasu tamtych wydarzeń. Ja dobrze wiem, jak to jest.
Dean zastanowił się, dokąd Hermiona zmierzała. Ale że nie zadała mu żadnego pytania, tylko jej słuchał.
— Zamierzałam ci powiedzieć... Cóż, planowałam zrobić to kiedyś, żebyś nie dowiedział się z plotek. Nie jestem pewna, kto wie, ale podejrzewam, że więcej osób, niż mi się wydaje.
Uśmiechnął się, zachęcając ją i próbując dodać otuchy.
— Hmm... pewnie wiesz, że ja i Ron byliśmy ze sobą krótko w czasie wojny. Żadna wielka tajemnica. Sądzę, że wszyscy uważali, że nadajemy się na parę. — Uśmiechnęła się lekko. — Ludzie są tylko ludźmi,
— Albo Gryfoni Gryfonami.
— Nie wiem, czy zwróciłeś uwagę na to, jak ze sobą zerwaliśmy. Ale odbyło się to w paskudny sposób. Całkowicie z mojej winy. — Hermiona westchnęła i potrzebowała minuty, żeby się uspokoić.
— Jestem pewien, że to nie była tylko... — zaczął Dean, ale nie pozwoliła mu dokończyć.
— To miło że tak mówisz, ale wysłuchaj mnie. Jeśli kiedykolwiek łudziłeś się, że jestem szlachetna i uczciwa, to zaraz wyprowadzę cię z błędu. Jestem takim samym człowiekiem jak każdy inny. — Ze zdenerwowania spuściła wzrok. — Bo to ja zdradziłam Rona. I to w spektakularny, wyjątkowo wredny sposób. Boże, wciąż tak trudno o tym mówić.
— Nie musisz, jeśli nie chcesz.
— Nie, nie, muszę. Pozwól mi skończyć moją brudną historię. To był wyjątkowo straszny okres... co wcale mnie nie usprawiedliwia. Pamiętasz, tamtego tygodnia zginęła Lavender Brown. Rona odwołano i nie widziałam go przez kilka dni. A potem przypadkowo spotkałam jego brata, Charliego. Krótko mówiąc, skończyliśmy w łóżku. Nie obyło się bez alkoholu, gdybyś się kiedyś zastanawiał, dlaczego już nie piję. Ron się dowiedział. Wstrząsające, prawda?
Dean musiał odpowiedzieć na jej pytanie.
— Tak. — Milczał przez chwilę. — Hermiono, wciąż jesteśmy pod działaniem veritaserum. Nie zamierzałem być taki bezpośredni.
Najwyraźniej zapomniała.
— Wybacz, Dean. Będę ostrożniejsza.
— W porządku.
— Niedługo potem Charlie także umarł i nie zdążył się spotkać z Ronem. Więc Ron nosił po bracie żałobę, jednocześnie wściekając się na niego, i nie było już możliwości, żebyśmy się pogodzili. To było okropne.
— Współczuję wam. Wszystkim — Dean powiedział pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy.
Pełen wdzięczności uśmiech Hermiony był jednak trochę smutny.
— Dziękuję. Chociaż nie zasłużyłam. W każdym razie, nie chodziło mi o to, żebyśmy w jakikolwiek sposób rywalizowali, wiesz: „ty uważasz, że jesteś zły, więc pozwól, że ci powiem, co ja nawyprawiałam”. Absolutnie. Ale chciałabym, żebyś wiedział, że rozumiem, jak to jest zdradzić kogoś, na kim ci zależy.
— Jednak ty i Ron jesteście teraz przyjaciółmi.
— Tak, przynajmniej tyle udało nam się uratować. I jestem za to wdzięczna, nie zrozum mnie źle. Ale to trwało bardzo długo i oboje musieliśmy szybko dorosnąć. Ron wybaczył mi, lecz to było trudne. Trudne dla niego i trudne dla mnie.
Hermiona przerwała i zamyśliła się. Dean nie miał pojęcia, co powiedzieć.
— Tak szczerze, patrząc wstecz i wiedząc to, co wiem teraz, nasze rozstanie było tylko kwestią czasu. Naprawdę nie byliśmy dobrze dobrani jako para. Jako przyjaciele, owszem. Praktycznie razem dorastaliśmy i Ron był dla mnie jak brat. Wtedy tego nie dostrzegałam.
Dean celowo wziął długi łyk herbaty.
— Mogę to zrozumieć. Znając was oboje.
— Tak więc nasz związek prawdopodobnie długo by nie przetrwał. Jednak rozstanie przebiegłoby dużo mniej boleśnie, gdybym nie zdradziła go w tak okrutny sposób.
— Czyli mamy ze sobą coś wspólnego.
— Oprócz sztuki, masz na myśli? — zapytała z uśmiechem.
— Tak.
— Wiesz, jest jeszcze jeden powód, dla którego chciałam, żebyś usłyszał tę historię ode mnie. Nie potrzebuję żadnych szkieletów w mojej szafie. Nie chcę zaczynać czegoś nowego, ukrywając coś przed tobą. Ale jeśli potrafisz mi wybaczyć, to sądzę... cóż, powiem wprost. Może istnieje jakaś przyszłość. Dla nas... jeśli chcesz. — Obróciła głowę i obdarzyła go tym swoim typowym, szczerym spojrzeniem. — Więc pytam. Z rozmysłem. Chcesz tego, Dean?
Dean nawet nie próbował ukryć zadowolenia.
— Cóż, po pierwsze, nie zrobiłaś nic, co wymagałoby mojego przebaczenia. A po drugie, tak. Chcę. Faktycznie, bardzo chcę.
Popatrzył na nią z góry, przewyższał ją wzrostem o niemal trzydzieści centymetrów. Położył dłonie na jej talii, uniósł ją i posadził na ladzie, żeby móc spojrzeć prosto w jej oczy. Nie powiedział nic, tylko przyciągnął ją bliżej, czując na twarzy przyspieszony oddech, gdy pochylał się, by ją delikatnie pocałować.
— Chcę ciebie, i to bardzo.
— To wszystko, co pragnęłam usłyszeć — odparła i przytuliła się do niego mocniej.
Dean wsunął swoje długie palce w jej miękkie włosy, wdychając ich głęboki, bogaty aromat, a ich usta wyrażały, jak mocno oboje pragnęli dotknąć, poczuć, dzielić swoje tajemnice.
— Czemu wcześniej mi tego nie powiedziałaś? — zapytał po chwili.
Hermiona roześmiała się i rozejrzała po pokoju socjalnym.
— No cóż, wbrew pozorom, nie zawsze planuję wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Sądzę, że po prostu ten moment wydał mi się odpowiedni.
— Zauważ, że ja wcale nie narzekam — odparł Dean z uśmiechem.
— Ja też nie. Chciałam, żeby wszystko odbyło się powoli. Kto się raz sparzy... no wiesz. Ale z tobą czuję się dobrze, Dean. I sądzę, że to się może udać.
Deana ogarnęła przemożna potrzeba, by jeszcze raz ją pocałować, więc ponownie przytulili się do siebie. Dotknął dłonią jej brody i pogłaskał miękką skórę, jak gdyby Hermiona była niespodziewanie kruchym skarbem.
Wreszcie oderwała się od niego z westchnieniem.
— Boże, cóż to za dziwny dzień. Dobry, ale dziwny. Sądzę, że wszystko zmierza ku lepszemu. Przynajmniej dla nas. Ale mam nadzieję, że dla Malfoya też.
Dean powrócił do rzeczywistości dnia dzisiejszego, który jeszcze minutę temu wydawał mu się taki odległy. Hermiona oparła się o jego ramiona i zgrabnie zsunęła z lady.
— Herbata Seamusa wystygła. Myślisz, że zauważy, jeśli ogrzejemy ją ponownie zaklęciem?
— Seamus? Chyba żartujesz. Nie uwierzysz, jakie pomyje on czasem pija.

*

Po prawie dwóch godzinach czekania w pokoju, który zdawał się coraz bardziej klaustrofobiczny, Dean był gotów krzyczeć. Większość rozmów umilkła, a ci, którzy jeszcze coś mówili, robili to szeptem, jak gdyby znajdowali się w kościele, gdzie wypadało zachować ciszę.
Gdy nagle rozległo się głośne pukanie, wszyscy wręcz podskoczyli.
— Wizengamot jest gotów do ogłoszenia wyroku — usłyszeli przez cienkie drzwi.
Deanowi serce zabiło szybciej, a żołądek zacisnął się w supeł. Uspokajał się, tłumacząc sobie, że jakby nie było, za kilka minut sytuacja się wyjaśni.
Bez słowa wrócili do zapełnionej sali rozpraw i zajęli swoje miejsca. Eurybiades Tabernash, przygotowując się do wystąpienia w imieniu Wizengamotu, rozwinął imponujący zwój pergaminu i zaczął czytać donośnym, ostentacyjnym głosem. W pierwszej kolejności, co nikogo nie zdziwiło, w pompatyczny sposób podziękował świadkom za zeznania, po czym przeszedł do sedna sprawy.
— W nagrodę za usługi wyświadczone ministerstwu i czarodziejskiej społeczności przyznaliśmy Draco Malfoyowi mieszkanie w londyńskiej dzielnicy Belgravia oraz stały dochód, którego szczegóły zostaną przedstawione jego prawnikom. Jednakże oznajmiamy... — przy tych słowach serce Deana zamarło — że cały majątek Lucjusza Malfoya zostaje przejęty przez Ministerstwo Magii.
Ogłoszenie wyroku natychmiast zostało nagrodzone eksplozją wrzasków i zamieszaniem na widowni, która do tej pory zachowywała spokój. Dean siedział oszołomiony, nie potrafiąc zaakceptować tego, co usłyszał. Ponad zgiełkiem dotarło do niego, że Harry wykrzykuje do Wizengamotu inwektywy mocno okraszone przekleństwami. Patrzył, jak przyjaciel zrywa z piersi Order Merlina i rzuca go na stół przed członkami rady. Ale tak naprawdę chciał zobaczyć Draco. Redmund trzymał go mocno za ramię, mimo że Draco wcale się nie poruszał. Jego twarz wyrażała całkowitą porażkę. Dean nigdy nie widział kogoś wyglądającego na tak osamotnionego, tak bardzo zagubionego i przytłoczonego.
Po latach pamiętał z tego dnia tylko dwa obrazy: czuły wyraz twarzy Hermiony tuż przed tym, gdy pocałował ją po raz pierwszy oraz pustkę, jaka zagościła w oczach Draco Malfoya, kiedy usłyszał słowa odbierające mu ostatnią rzecz, która spajała jego życie.


Koniec rozdziału siódmego



* Angel; angel or devil; I was thirsty and you wet my lips — tłumaczenie własne; oczywiście w piosence chodzi o kobietę, ale tak bardziej pasuje do opowiadania.
** I've got no defense, I've got no attack, I can't leave, I can't stay, and I've got no way back,
Hard to deal with the way things have been, I can't lie but the truth is so extreme
— tłumaczenie własne.
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Japor » 7 lis 2012, o 11:04

Powalający, zniewalający, niesamowity, fascynujący, porywający, szokujący..... czy jeszcze muszę coś dodawać?
Błędem było czytanie tego rozdziału w pracy. Już do końca dnia nie będę mogła się skupić na niczym innym, jak tylko na wydarzeniach z tego rozdziału. A wydarzyło się na prawdę WIELE!!!!!! Harry i Draco :seksi: po prostu pięknie!, Hermiona i Dean - bardzo mi się spodobało, że Hermiona wzieła sprawy w "swoję ręce" ;) . Końcówka taka, że poczułam się jakbym dostała obuchem w łeb... MALFOY STRACIŁ CAŁY MAJĄTEK. To nie do pomyślenia......! Mam nadzieją, że Potter nie odpuści tak łatwo i będzie starał się o odzyskanie majątku Draco, bo teraz on sam nie bardzo może cokolwiek zrobić.

Dziękuję, dziękuję, dziękują
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez gyniol » 7 lis 2012, o 11:56

Rozpieszczacie nas! :D
Przeczytałam ten rodział już wczoraj, ale biegłam na Kubę Wojewódzkiego i nie zdążyłam skomentować, więc teraz nadrabiam.

To jak Draco uprawiał sex po gryfońsku mnie urzekło. Ich drugi raz przeżywali tak, jakby był pierwszy. Delikatnie, czule, namiętnie i za obopólną zgodą. To, że Harry czuł coś do Malfoya od czasu ich pierwszego pocałunku, bardzo mnie zaskoczyło, ale pozytywnie. W sumie można się było tego spodziewać, Harry zawsze był senstymentalny, a po za tym jak tu się oprzeć naszemu Draco, hmmm? Taki odważny, sexowny i niedostępny :oops:
Dean i Hermiona. Strzał w dziesiątkę. Podoma mi się odejście od pary Hermiona/Ron i na dodatek z winy Gryfonki. W końcu ktoś odważył się odejść od kanunu, gdzie jest miła, mądra i nie popełnia błędów. Hermiona to też człowiek, jak słusznie zauważyła autorka.

— W nagrodę za usługi wyświadczone ministerstwu i czarodziejskiej społeczności przyznaliśmy Draco Malfoyowi mieszkanie w londyńskiej dzielnicy Belgravia oraz stały dochód, którego szczegóły zostaną przedstawione jego prawnikom. Jednakże oznajmiamy... — przy tych słowach serce Deana zamarło — że cały majątek Lucjusza Malfoya zostaje przejęty przez Ministerstwo Magii.


Gdy to przeczytałam była reakcja: "duahsxbrcuykrucrybkzxm,euio;,xmzw!!!! NIE MOŻE BYĆ! JAK TO?! ŻE CO?! ŻE JAK?! NIEWIDZIĘCZNE DUPKI! HARRY ZRÓB COŚ!" Tak, mniej więcej taka :D Czytałam wiele FF, gdzie Malfoy nie był już bogaty, ale najczęściej wtedy zajomwał się prostytucją lub popadał w inne bagno. A tutaj jest taki... normalny! Jak mogli odebrać mu dziedzictwo za to co zrobił dla czarodziejskiego świata! Jak on sobie z tym poradzi? Przecież teraz, gdy ma tak niewielu przyjaciół całe dnie spędzał we dworze, bo czuł tam przynależność, co całkowicie rozumiem. A dostanie jakieś mieszkanie... pewnie z karaluchami i grzybem na ścianach, bo MM na inne nie stać -,- Jejku, jejku jak niefajnie! Współczuję mu, że nie może mówić, bo ja bym już przeklinała na wszystkich dookoła.
" - Z miłością jest jak z kolką nerkową. Dopóki cię nie chwyci atak, nawet sobie nie wyobrażasz, co to takiego. A gdy ci o tym opowiadają, nie wierzysz
- Coś w tym jest - zgodził się wiedźmin
- Ale są i różnoce. Przed kolką nerkową rozsądek nie chroni. Ani jej nie leczy
- Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno.
- Głupota raczej"
"Pani Jeziora" A.Sapkowski
gyniol Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 20
Dołączył(a): 4 lis 2012, o 12:56

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 6 gości