[T][Z] Tysiąc pięknych rzeczy

+ sequel

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez ewa1959 » 11 wrz 2012, o 15:37

Wielkie dzięki za kolejny rozdział. Podobają mi się tak wykreowani bohaterzy tego ficka, bo są bardziej realni, bardziej ludzcy. Snape poświęcił wiele miesięcy by przygotować Draco na to, co teraz nastąpiło. A mimo wszystko ciężko mu go wypuścić , wiedząc co go czeka. Ale Draco wie, że zwlekanie nie wchodzi w grę, jeśli chcą by grał role jaką wybrał. Na pewno czekają go ciężkie chwile i koszmary, ale sam zdecydował nie iść drogą ojca. Sama decyzja odwrócenia się od Lucjusza , pokazała , że Draco nie jest swoim ojcem. Końcówka rozdziału z Harrym i Draco w ciemnym korytarzu była pełna emocji i dlatego świetna. :splywa: Jestem ciekawa jak przebiegnie spotkanie Draco z Voldermontem. Dziękuje za świetne tłumaczenie i betą za nieocenioną prace i czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.
Pozdrawiam i życzę weny.
ewa1959 Offline


 
Posty: 42
Dołączył(a): 30 sie 2011, o 14:06

Postprzez kleo_patra » 12 wrz 2012, o 15:31

Nowe drarry!!! :lol2:

Byłam tak ucieszona tym faktem, że zamiast zaczekać przynajmniej ze trzy rozdziały i dopiero zacząć czytać (lubię mieć dużo tekstu na raz, a nie lubię z kolei czekać na kolejny odcinek, ot taka fanaberiaxD), rozpoczęłam lekturę już teraz. Wciągnęłam się momentalnie, co w końcu nie zawsze mi się zdarza, a tym razem obleciałam cały tekst w pięć minut. Oczywiście na moją szkodę, bo teraz będę musiała uzbroić się w cierpliwość :sciana: :cry:

Powinnam napisać parę słów o moim odbiorze poszczególnych bohaterów, co niniejszym uczynię. Drarry oczywiście podoba mi się jako całość, mam jednak niewielkie zastrzeżenia co do osoby Draco. Wydaje mi się zbyt mało targany emocjami, za mało nastoletni, zbyt opanowany i jakoś tak płasko opisany. Autorka napomknęła o jego przerażeniu, ale nie przekonała mnie do niego (Może się czepiam, nie bićxP). Harry i Severus odpowiadają mi bez dwóch zdań, są tacy, jakimi ich widzieć chcę. Złoty Chłopiec jest pełen poświęcenia, dający szansę nawet w ostatniej chwili, trochę nieprzewidywalny, zaś mistrz eliksirów chłodny, opanowany, przebiegły, ale dbający o swoich uczniów, zwłaszcza Pottera i Malfoya.

Świetny pomysł z Iberyjską klątwą, bardzo oryginalny, a przynajmniej ja jeszcze się z nim nie spotkałam. Zapewne sprawy potoczą się tak, jak wspomniała pod poprzednim postem Mawako, Draco będzie próbował zdjąć ją z Pottera, zapewne we własnym interesie, w końcu nie przewiduję innego rozwoju wydarzeń, niż "Żyli długo i szczęśliwie, choć kłótliwie" ;) :P

Pozdrawiam tłumaczki i bety bardzo gorąco i życzę weny czasu i szybkiego netaxP
kleo_patra 8-)
"Przez jedenaście lat mieszkałem w komórce pod schodami, a przez całe nastoletnie życie byłem prześladowany przez szaleńca i jego socjopatycznych zwolenników. Naprawdę uważam, że za tak ciężkie doświadczenia należy mi się w nagrodę obciąganie."
kleo_patra Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 40
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 20:23

Postprzez zanda » 12 wrz 2012, o 16:51

Ja chyba egzystuję w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Czytam sobie rozdział, komentarze i po prostu nie wierzę w to, co widzę!
Jestem w stanie zrozumieć, że darzy się kogoś sympatią i nie wypada mu wypominać wpadek. Jestem nawet w stanie przełknąć pojedyncze potknięcia tłumaczek i bet, ale nie mogę przejść obojętnie obok peanów na cześć kogoś, kto na nie absolutnie nie zasłużył.
Ten rozdział to porażka. Zamiast wstawiać posta wcześniej, trzeba było tekst ponownie przeczytać.
Wytrzymałam zaledwie pierwsze czterdzieści linijek.
Dwa rażące błędy ortograficzne (np. w zanadżu), trzy logiczne (np. uczniowie, będący częścią reakcji łańcuchowej), co najmniej pięć wpadek z przecinkami (choć tego może być więcej, bo jestem w tym cienka), a o składni i gramatyce nawet nie wspomnę.
Angielski też znam chyba inny... Mój absolutny faworyt to piskliwy głos Finnigana, imitujący głos Seva. Padłam trupem.
Rozumiem, ze nie każdy jest Kaczalką, ale najczęściej ilość pracy włożonej w dzieło jest wprost proporcjonalna do jego jakości. Tu się ktoś raczej nie napracował.
Te czterdzieści linijek nadaje się właściwie do ponownego tłumaczenia. Mam nadzieję, że reszta rozdziału jest inna, ale sprawdzać tego nie zamierzam.
A szkoda, bo to naprawdę dobry fic.
Pozdr
zanda
zanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 70
Dołączył(a): 23 mar 2011, o 17:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez TEAM DRARRY » 26 wrz 2012, o 20:41

Z kilkudniowym opóźnieniem, ale rozdział wreszcie jest. Tłumaczony trochę na wariackich papierach, po kawałku przez trzy osoby (w kolejności tłumaczenia): Szyszkę, Kaczalkę i Lasair, i betowany przez naszą kochaną Aev. Mamy nadzieję, że nie będzie tak źle, a za wszelkie uwagi będziemy bardzo wdzięczne. ;)



Rozdział 3

I gdybym mógł cię ocalić, znaleźć rozwiązanie
Umarłbym tysiąc razy, by cię stąd wydostać.

(„Warszawa 1943 (Nigdy nie zdradziłem rewolucji)”, Johnny Clegg)*

Dean Thomas ocknął się nagle po złej stronie wrogiej różdżki, która nawet nie zadrżała, i ku własnemu przerażeniu natychmiast zdał sobie sprawę, że posiada zbyt wiele cennych informacji.
Zmusił się do pozostania w bezruchu w ciągu krótkiej chwili między przebudzeniem a chęcią zareagowania. W tym samym czasie jego myśli gnały z prędkością światła. Starał się znaleźć jakiekolwiek wyjście z tej sytuacji i przywołać w pamięci listę rozkazów, które każdy żołnierz Zakonu musiał znać. Obserwuj, brzmiał pierwszy z nich, ale przez paniczny strach nie był w stanie przypomnieć sobie reszty... O kurwa. Skoncentrował się więc i obserwował, łudząc się, że reszta listy przyjdzie mu do głowy w odpowiednim momencie. Zauważył, że prosto w jego głowę mierzył jeden z młodszych żołnierzy wroga, którego nie rozpoznawał.
— Davidson! — szczeknął głośno śmierciożerca. — Znalazłem kogoś.
Usłyszał odgłos zbliżających się w jego stronę kroków. Odniósł wrażenie, że należą do kilku osób i rzeczywiście, trzy postacie wpadły do szopy z wyciągniętymi różdżkami. Powstrzymał odruch, by skoczyć i uciec, bo wtedy zabiliby go na pewno.
— No to go rozbrój.
Czyjeś ręce chwyciły go gwałtownie, jedna para postawiła na nogi, druga przeszukała jego szaty. Szybko znaleźli różdżkę i przekazali ją śmierciożercy, którego Dean wziął za najstarszego w grupie zbyt młodych mężczyzn. A więc dowódca. Davidson? Pełen napięcia czekał już na to, że jego różdżka zostanie złamana i był zaskoczony, kiedy śmierciożerca bez słowa schował ją do kieszeni. Co mogli z nimi robić? Sprzymierzeńcy zawsze pozbywali się różdżek przeciwnika tak szybko, jak to możliwe, by zapobiec ich odbiciu.
Skupienie się na obserwacji pomogło mu nieco ochłonąć z początkowej paniki i przypomniał sobie drugi rozkaz na wypadek dostania się w ręce wroga — ostrzeż współtowarzyszy. W ciągu kilku minionych minut nie miał szansy tego zrobić. Pomyślał, jakie to szczęście, że rozdzielili się parę godzin wcześniej, po czym zastanowił się, kto jeszcze został i gdzie się teraz znajdował. Creevey — na patrolu w pobliżu. Jeśli miał szczęście, usłyszał wcześniejszy krzyk i odgłos kroków, przestraszył się i pewnie zdążył już uciec. Czyli zostali Diehl i Longbottom w opuszczonej siodlarni niedaleko. Seamus był na zwiadach gdzieś w pobliskim mieście, przypuszczalnie bezpieczny.
— Jak się nazywasz?
Zanim w ogóle spróbował zareagować, za pytaniem przyszedł cios. Deanowi udało się odwrócić i nieco schylić tuż przed uderzeniem, więc pięść wylądowała z pełną mocą na jego ramieniu zamiast na splocie słonecznym. Wdzięczny za nieświadomy błąd napastnika, odpowiedział najgłośniejszym wrzaskiem, na jaki mógł się zdobyć. Proszę — Diehl miała lekki sen, z pewnością to usłyszała. Ostrzeżenie przekazane.
Jak się spodziewał, za okrzyk musiał zapłacić. Zamknął oczy, kiedy pięści zaczęły uderzać go raz za razem. Bawili się nim. Cała czwórka po kolei brała udział w tej sadystycznej parodii tańca. Zmusił się, by nie bronić się rękoma — boże, tylko nie jego ręce! Uderzenia wreszcie powaliły go na ziemię, gdzie buty o spiczastych czubkach poznaczyły jego tors brzydkimi tatuażami. Wiedział jednak, że jeżeli nie są nadzwyczaj tępi — tej pewności nie mógł mieć — zadbają o to, żeby pozostał przytomny i mniej więcej w jednym kawałku. Teraz po prostu dawali ujście adrenalinie nagromadzonej w trakcie tropienia go i schwytania. Rozumiał ich. Może było to złe i brutalne — miał jedynie nadzieję, że nie potrwa długo — ale prawdziwy horror miał dopiero nastąpić. Niezmiernie go to martwiło.
Spodziewał się Veritaserum. Obie strony polegały na nim w znacznym stopniu przy przesłuchiwaniu więźniów. W związku ze stałym zagrożeniem nikomu w Zakonie nie pozwolono posiadać informacji dłużej, niż wymagała tego jego misja. Po jej ukończeniu używano zaklęć czyszczących pamięć, by usunąć jakiekolwiek cenne szczegóły. Będąc na pierwszej linii — przynajmniej w miejscu uważanym za pierwszą linię w bitwie, której uczestnicy mogli swobodnie aportować się i deportować — Dean starał się zachować rozsądną równowagę między wiedzą zdobytą i zapomnianą. Zawsze przezornie utrzymywał stały kontakt z ekspertem od zaklęć pamięci — w przypadku ich jednostki rolę tę pełniła Hermiona. Aż do teraz, kiedy naprawdę miało to znaczenie. Wiedział, gdzie znajdował się Harry Potter. A trzecią rzeczą na liście, po obserwowaniu i ostrzeżeniu, była ochrona tej informacji za wszelką cenę. Do targającego jego ciałem bólu wywołanego pobiciem, dołączył ból emocjonalny związany z pogodzeniem się z tym, co miał zaraz zrobić. Jego pierwsza linia obrony będzie zarazem ostatnią. Musi zachęcić tych czterech oprychów, by go zabili. Jeżeli szczęście pozwoli, uda mu się szybko rozwścieczyć jednego z nich tak, żeby użył jeszcze szybszej Avady Kedavry. W przeciwnym wypadku prawdopodobnie czeka go długa i bolesna agonia, skatowanie na śmierć. Opcja bardziej ryzykowna, bo jeśli nawet znajdzie się na skraju śmierci, mogą podleczyć go wystarczająco, by wyciągnąć z niego prawdę. Cóż, wiedział przynajmniej, jak szybko wkurzyć większość facetów. Wziął nierówny wdech, spojrzał Davidsonowi w oczy i tak wyraźnie jak tylko mógł, mimo wrażenia, że jego szczęka jest złamana, powiedział:
— Nie pozwól, żeby twoi kumple zobaczyli, że ci przeze mnie stanął. Nie będą chcieli obok ciebie spać.
W ten sposób zarobił sobie, jak mu się wydawało, uszkodzenie nerki, ale nie dzięki Davidsonowi. Kuląc się z bólu, odwrócił się do tego, którego uznał za najbardziej agresywnego ze śmierciożerców. Zwracając się do niego dodał, krzywiąc się:
— Ale może pozwoli ci przelecieć moją rozepchaną dziurę.
No dalej, dalej... wiesz, że chcesz mnie teraz zabić.
Jednak to nie nastąpiło. Ostatnią rzeczą, jaką słyszał, zanim ogarnęła go błoga nieświadomość, był rozkaz wysyczany przez Davidsona, by reszta trzymała się z daleka, po czym rzucono szybką Drętwotę. Kiedy odzyskał przytomność i otworzył powoli zamglone oczy, nie znajdował się już w szopie. Leżał unieruchomiony na twardej podłodze w celi bez okien. Z tego, co czuł, wynikało, że nie zawracali sobie głowy żadnym uzdrawianiem, chociaż był pewien, że zanim go tu zostawili, sprawdzili, że nie ma żadnych obrażeń zagrażających życiu.
Obserwuj.
Ostrzeż.
Chroń informacje.

Ktoś zauważył, że się obudził, bo od drzwi doszedł go przeraźliwy hałas. Dwóch mężczyzn, nie jego wcześniejszych napastników, znalazło się w ograniczonym polu widzenia Deana. Cholera jasna — jednym z nich był jego dawny szkolny kolega, Gregory Goyle! Zastanawiał się, gdzie podziewa się niegdysiejszy bliźniak Goyle’a — Vincent Crabbe, ale potem przypomniał sobie, że został przeniesiony do Durmstrangu, zanim rozpoczęła się wojna. Mądry facet. Mądrzejszy niż Goyle — co o niczym nie świadczy. Skoro ci dwaj goryle zostali wysłani, żeby go przesłuchać, nie mogli znajdować się blisko kwatery śmierciożerców. Dean miał inne plany, chociaż w zamroczeniu jego umysł oczywiście nie pracował sprawnie.
— Gregory Goyle — wymamrotał. Cóż, mylił się co do uzdrowienia. Ktoś najwyraźniej nastawił mu szczękę. Po to, żeby szybciej sypał, jak wywnioskował. Gdyby nie fakt, że był pewnie jedynym czarnym mężczyzną, którego Goyle kiedykolwiek spotkał, wątpił, że śmierciożerca rozpoznałby go po tych wszystkich obrażeniach, które poniósł.
— Cholera. Dean Thomas. — Dean czekał na jakąkolwiek wskazówkę co do wagi tej identyfikacji.
— Taa. Goyle. Kopę lat! — Żadnej reakcji. — Tak w ogóle, gdzie jestem?
Wreszcie sprowokował Goyle’a do odpowiedzi.
— Ja tu zadaję pytania. — Ale Goyle najwyraźniej nie śpieszył się, bo następne słowa skierował do swojego towarzysza. — Ten dupek był ze mną w Hogwarcie. Pieprzony Gryfon, uwierzysz? — Obaj się zaśmiali. — Przeklęty dom przyjmował wszystkich. Nie to co Slytherin.
Dean mógłby z tym dyskutować, biorąc pod uwagę przykład stojący przed nim. Drugi z mężczyzn odezwał się po raz pierwszy:
— Więc będzie próbował zgrywać odważnego?
— Tak — odpowiedział Goyle. — Nic mu to nie pomoże. Nie, kiedy damy mu Veritaserum.
Dean dostrzegł możliwość, na którą miał nadzieję, o którą się modlił.
— Za późno, Goyle. Już mi je podali. Twoi przyjaciele, którzy mnie schwytali, byli zbyt niecierpliwi.
Wszystko zależało od tego kłamstwa. Dean liczył na zmorę każdej grupy — gównianą komunikację. Czy jego porywacze mieli czas, żeby złożyć raport? Czy Goyle albo jego partner w ogóle go usłyszeli? Uwierzą mu bez sprawdzania? Czy Goyle wbił sobie do tego ptasiego móżdżka, że zbyt duża ilość Veritaserum mogła zaszkodzić więźniowi i sprawić, że będzie bezużyteczny?
Długa cisza była niemal nie do zniesienia. Wreszcie partner Goyle’a ożywił się.
— Więc co im powiedziałeś?
Cholera. Żadnego przyzwoitego pytania na początek. Mimo że skutki pobicia dawały się we znaki jego procesowi myślowemu, wciąż był od nich lepszy. Najwyraźniej ten śmierciożerca dorównywał głupotą Goyle’owi, co jak przypuszczał, było błogosławieństwem. Musiał jednak wysilić się na odpowiedź, która brzmiałaby prawdziwie.
— Wszystko — odparł z cichym warknięciem. — A jak myślisz? Nie żebym mógł tego uniknąć.
Dwóch przesłuchujących, jeśli mogli być zaszczyceni tym mianem, uśmiechnęło się do siebie.
— To łatwe, Bryce — powiedział Goyle do swojego partnera i odwrócił się do Deana. — Z kim byłeś?
Proste.
— Z Colinem Creeveyem, Neville’em Longbottomem i Susan Diehl. — Do tego czasu wszyscy już uciekli.
Usłyszał wyraźny dźwięk pióra piszącego po papierze i uznał, że samopiszące pióro musi znajdować się gdzieś w pobliżu. Nawet nie szukał go wzrokiem.
— Co tam robiłeś?
— Spałem. — Boże, czy ci dwaj kiedykolwiek kogoś przesłuchiwali? Nawet Bryce wyglądał na poirytowanego tym żałosnym pytaniem.
— Dlaczego tam byłeś, dupku?
Lepiej.
— Mieliśmy informacje o aktywności śmierciożerców na obszarze poza miastem.
— Tutaj, w Wenthworth? — Dean zanotował fakt, że nie przenieśli go daleko od miasteczka, w którym został schwytany. W którym Seamus był na zwiadach, prawdopodobnie wciąż nieświadomy, że coś poszło nie tak.
— Czego szukaliście? — zapytał Bryce.
— Waszej jednostki. Ale oni znaleźli mnie pierwsi.
— Może wiedzieliśmy, że tam jesteście — przechwalał się Goyle. Dean szczerze w to wątpił. W przeciwnym wypadku reszta grupy odpoczywałaby tutaj razem z nim, zażywając gościnności śmierciożerców. Nagle ogarnął go strach, że rzeczywiście zostali złapani i pozamykani w osobnych celach. Następne pytanie Bryce’a szybko rozwiało te obawy.
— Gdzie podziali się twoi kumple?
— Nie wiem — odpowiedział zgodnie z prawdą. Daleko, jak podejrzewał. Punkt czwarty na wypadek, gdyby wpadł w ręce wroga brzmiał: Nie oczekuj ratunku.
Wyglądało na to, że skończyły im się pytania.
— Czego jeszcze powinniśmy się dowiedzieć?
Bryce zastanowił się chwilę — nie zrób sobie krzywdy, pomyślał sarkastycznie Dean — i odpowiedział:
— Nie wiem. Nieważne, nie? Zrobią to ponownie, kiedy minie działanie tej dawki. Dadzą mu więcej i znowu go przepytają.
Deanowi przewróciło się w żołądku na te słowa. Nie ma mowy, żeby to oszustwo udało mu się przy innych, przypuszczalnie mądrzejszych przesłuchujących. Chyba że odwróci ich uwagę. Za wszelką cenę.
Goyle wyglądał na znudzonego.
— Głupi Gryfon. Ta cała odwaga nie zaprowadziła cię daleko.
Bryce spojrzał na niego z uwagą.
— Potter nie jest Gryfonem?
— Taa, byli współlokatorami. — Oczywiste pytanie wpadło im do głowy w tej samej chwili. — Więc wiesz, gdzie jest Potter?
Dean prawie westchnął z ulgą.
— Nie — skłamał. Walczył z nagłą i przytłaczającą falą zawrotów głowy i zmęczenia. Prawdopodobnie mam wstrząs mózgu, pomyślał słabo.
— A inni? Czy ktoś jeszcze jest w pobliżu?
Nie odezwał się, sprawiając wrażenie, jakby starał się nie udzielić odpowiedzi, po czym wymamrotał:
— Tak.
Za wszelką cenę.
— Kto?
— Seamus Finnigan.
— Gdzie jest?
Za wszelką cenę.
Złamało go cierpienie, które poczuł w chwili, gdy celowo zdradził miejsce pobytu swojego najlepszego przyjaciela.

*

Obudził go dźwięk drzwi, otwieranych przez strażników, którzy wprowadzili unieruchomionego Seamusa Finnigana. Brutalnie pchnęli go na ziemię, rzucając przy tym niedbale „Finite Incantatem” i uwalniając tym również Deana z niewidzialnych więzów.
— Dean, boże. Dobrze cię widzieć. Cóż, oczywiście nie tutaj. Cholera, co oni ci zrobili? Wyglądasz kurewsko okropnie.
Deanowi udało się powstrzymać łzy.
— Hej, Seamus.
Przyjaciel spostrzegł jego wzburzenie i zaczął go pocieszać, co jeszcze pogorszyło sprawę.
— Nie mów. Chyba wiem, o co chodzi. Veritaserum.
Dean mógł jedynie patrzeć bezradnie na Seamusa. Boże, jego prowizoryczny plan wydawał się racjonalny parę godzin temu. Wszystko zależało od tego, czy uda mu się uniknąć Veritaserum, bo jeżeli się nie uda, zostanie zmuszony do ujawnienia informacji o Potterze i strategii Zakonu. Jedynym sposobem na odciągnięcie uwagi od siebie, na jaki udało mu się w panice wpaść, było wydanie Seamusa. Jego przyjaciel nie wiedział nic, czego nie powinien, nie poznał ostatecznych planów. Można go bezpiecznie poświęcić. Jeżeli tylko śmierciożercy połkną ten haczyk, może, może zapomną o nim i przesłuchają Seamusa. A potem ich zabiją, ale Zakon pozostanie bezpieczny. Rzeczywistość wyglądała jednak tak, że Seamus siedział tu, rozmawiał z nim i żartował w ten swój niepowtarzalny sposób, nie mając pojęcia, że to zdrada Deana go tu sprowadziła. Dean podjął już ostateczną decyzję, że nie umrze, pozwalając Seamusowi myśleć, że jest niewinny. Musi się przyznać, Seamus powinien go znienawidzić za to, co zrobił, bo on sam siebie już zdążył to zrobić. Nie zdradził Zakonu. Zamiast tego zdradził najlepszego przyjaciela. I tam, w głębi serca, gdzie skrywał rzeczy, które naprawdę się liczyły, nie potrafił przyznać, że nie potrzebował tutaj Seamusa. Jakaś jego część tęskniła za nim, głęboko pragnęła ostatniego pocieszenia ze strony osoby, która przez te wszystkie lata tak wiele dla niego znaczyła. Nie chciał umierać sam. Podczołgał się do Seamusa, ignorując ból i łzy, uniósł się na rękach i ułożył w jego ramionach. Objęli się, złączeni strachem i desperacją. Wreszcie Dean odsunął się tak, że jego usta znajdowały się na wystarczającej wysokości, by w ukryciu przed nasłuchującymi wrogami wypowiedzieć te jadowite słowa — by wlać w uszy Seamusa trującą prawdę o swojej zdradzie.
Seamus, zszokowany, nie odzywał się, a z jego oczu popłynęły łzy. Dean jedynie patrzył na niego z rozpaczą, akceptując każde słowa potępienia, które mogłyby paść z ust Seamusa, bo zasługiwał na to wszystko i na o wiele więcej. Wciąż szeptał „tak bardzo mi przykro”, ale Seamus zdawał się go nie słyszeć. Potem siedzieli w ciszy przez wiele godzin. Głośny odgłos kroków zbudził ich z tego otępienia. Goyle i Bryce wrócili i wrzaskiem nakazali im wstawać. Seamus wyprostował się i powoli podniósł. Dean przez swoje liczne obrażenia nie był w stanie, więc Bryce brutalnie postawił go na nogi. Dean próbował zignorować ból i nie stracić przytomności. Rzucili na nich kolejne zaklęcie wiążące. Został przyparty do muru, jak gdyby przyklejony, chociaż mógł poruszać rękami i nogami. Podobnie jak Seamus obok niego.
— Twoja kolej, Finnigan — powiedział Goyle złowieszczo. Miał w ręku przezroczystą butelkę. Podszedł szybko, siłą przekręcił szczękę Seamusa i podał mu Veritaserum. Samopiszące pióro też powróciło. Dean został zignorowany. Zadali Seamusowi te same pytania, co jemu — kto, gdzie, dlaczego — ale podejrzenia Deana się sprawdziły, jego przyjaciel nie wiedział nic pożytecznego.
— Ci dwaj są całkiem bezwartościowi — przyznał wreszcie Goyle, a Bryce się z nim zgodził. — Nie będą wielką stratą dla Zakonu. Nie wydaje się, żeby robili coś ważnego.
— Dean niemal czuł zapach zbliżającej się śmierci. Zrobił, co musiał. Informacje były bezpieczne. Za ogromną cenę.
— Dean. — Ledwie szept, najcichszy, ale jego serce drgnęło na ten dźwięk.
Odwrócił obolałą głowę tak, by widzieć Seamusa, którego twarz była skierowana ku niemu na tyle, na ile pozwalało zaklęcie wiążące. Powoli, bardzo powoli Seamus uniósł rękę i wyciągnął ją do niego. Dean w odpowiedzi podniósł swoją i ich dłonie zetknęły się delikatnie, po czym ścisnęły mocno, prawie boleśnie. Było to jak interludium do upragnionej ulgi.
— Wybaczam — powiedział wreszcie Seamus, krztusząc się. — Wybaczam ci.
Dean, pełen niedowierzania, zamknął oczy, ale chciał widzieć, widzieć tę twarz, zanurzyć się w tym odkupieniu jeszcze jeden raz, a jeśli miała to być ostatnia rzecz, jaką zobaczy na tym świecie, niczego więcej nie potrzebował. Nie potrzebował. Seamus uśmiechnął się do niego.
— Numer trzy.
Chroń informacje. Dean rozluźnił się, wdzięczny, skąpany w przebaczeniu. Seamus rozumiał.
— Numer cztery — powiedział.
Nie oczekuj ratunku.
Nie było numeru piątego, ale jeśli miałby dodać go w tej chwili, brzmiałby: Nie rób sobie nadziei. Bo właśnie teraz, po ich pojednaniu, drzwi otworzyły się z hukiem i do celi weszło dwóch mężczyzn, których od razu rozpoznał. Natychmiast zdał sobie sprawę, z mrożącą i śmiertelną pewnością, że jego desperacka gierka się skończyła i miał naprawdę przesrane. A Seamus został poświęcony na próżno.
Przed nimi stał Draco Malfoy, do którego dołączył zaraz, z całą swoją nauczycielską godnością, Severus Snape. Nawet Goyle i Bryce byli zaniepokojeni. Malfoy podszedł do zwoju pergaminu i pióra. Przeczytał zapiski, powstrzymując się od zgryźliwych uwag, chociaż Dean widział, jaką trudność sprawia mu ta powściągliwość. Bez słowa rzucił zwój Snape’owi, a ten przejrzał go szybko.
Snape podszedł do Deana i uwaga wszystkich skupiła się na tym imponującym człowieku. Nadal nikt się nie odezwał. Dean wytrzymał pewny wzrok Snape'a, czekając na jakieś słowo, pytanie, uderzenie. Nie otrzymał nic poza przenikliwym spojrzeniem. Wszystkie niewypowiedziane sekrety Deana wyszły na powierzchnię jeden po drugim: kłamstwo o przyjęciu Veritaserum, miejsce pobytu Harry'ego Pottera, wszystko, co wiedział o planach Zakonu w związku z ostateczną bitwą. Mijały długie, niespokojne minuty, a Snape wciąż nie zabrał głosu. Nagle odwrócił się i podszedł do drzwi.
— Draco — warknął.
Malfoy ruszył za nim bez słowa. Zanim wyszli, Snape rzucił Goyle’owi i Bryce’owi rozkaz:
— Czekajcie.
Dwaj wyżsi rangą śmierciożercy zniknęli za drzwiami. Dean nie potrafił zrozumieć, co się przed chwilą wydarzyło. Goyle i Bryce również, sądząc po ich reakcji.
— Na co? — pożalił się Goyle.
Bryce wymamrotał:
— Wydaje mi się, że mamy czekać, aż ktoś wróci.
Dean był podobnego zdania. I wcale go to nie cieszyło. Wszyscy uspokoili się i czekali. Dean wymienił nerwowe spojrzenie z Seamusem.
Wreszcie drzwi się otworzyły, ale tym razem wszedł jedynie Malfoy. Jeżeli Dean myślał, że ostatnia scena była najdziwniejszym doświadczeniem w jego życiu, miał się szybko przekonać, jak bardzo się myli. Malfoy porzucił pozory spokoju gdzieś pomiędzy wyjściem i powrotem, i Dean wyczuł emanujące z niego napięcie. Kiedy Malfoy się odezwał, jego głos był prawie zachrypnięty ze zdenerwowania:
— Dean Thomas.
Ku całkowitemu zaskoczeniu Deana Malfoy podszedł do niego, nachylił się, chwycił jego twarz w swoje smukłe, blade dłonie i pocałował go głęboko. Dean nie mógł zrozumieć zachowania Malfoya. Zszokowany zdał sobie sprawę, że jego usta reagują odruchowo, ale pomyślał tylko: Judasz zdradzający swojego przyjaciela pocałunkiem.
— Przykro mi, że tu się tu znalazłeś, Dean. Nawet to, kim dla siebie byliśmy, wszystko, co razem przeszliśmy, cię nie ocali. Jesteś po złej stronie.
O czym on, u diabła, mówi?
— Chociaż cię kochałem, a ty twierdziłeś, że kochasz mnie, to już się nie liczy. Ty i twój gryfoński przyjaciel umrzecie.
Starał się nie szukać pomocy u Seamusa. Cokolwiek się tu działo, musiał się skupić, bo jak na razie nie widział w tym żadnego sensu. Czy Malfoy miał nie po kolei w głowie?
Skrzypienie pióra było jedynym dźwiękiem w celi.
— Sprawy mogły wyglądać inaczej — kontynuował Malfoy. Nachylił się po następny pocałunek, a Dean mógł mu jedynie na to pozwolić. — Wiesz, że nadal cię kocham.
Usłyszał, jak Bryce mamrocze z pogardą w głosie:
— Cholera, Malfoy, znajdźcie sobie pokój.
Malfoy zignorował to szyderstwo, nie przerywając pieszczot i pocałunków. Dean z zaskoczeniem stwierdził, że jego ciało zaczyna reagować na te osobliwe zabiegi. Malfoy spojrzał na niego ostro, ale w jego głosie brzmiała fałszywa delikatność:
— Zawsze będę cię kochał.
Jego dezorientacja pogłębiła się tak bardzo, że poczuł się, jakby trafił do innej rzeczywistości. Spojrzał ukradkiem na Seamusa, ale wyraz jego twarzy pokazał mu, że przyjaciel był tak samo zdumiony tą dziwną sceną. Malfoy łasił się do niego w niepokojącej pantomimie obsesji, ale Dean wyczuł w nim ogromną złość i coś na kształt desperacji. Palec Malfoya na jego ustach powstrzymał go od próby uzyskania odpowiedzi.
— Nie mów nic. Nic, co powiesz ci teraz nie pomoże.
Czy jego oszołomiony mózg wyczuwał w tym jakąś ukrytą wiadomość?
Malfoy pocałował go po raz ostatni, po czym wycofał się powoli i wyciągnął różdżkę.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo mi przykro z tego powodu. Żegnaj.
Dean nie mógł na to patrzeć. Zamknął oczy i czekał na słowa klątwy uśmiercającej w nadziei, że trafi go jako pierwszego i nie będzie musiał słyszeć, jak umiera Seamus. Zastanawiał się, czy przez zamknięte powieki zobaczy zielone światło i czy poczuje ból.
Drętwota.
Otworzył oczy wystarczająco szybko, by zobaczyć, jak oszołomieni Goyle i Bryce padają na podłogę.
Finite Incantatem.
Zaklęcie wiążące przestało działać i obaj z Seamusem upadli do przodu. Wskutek obrażeń nie był w stanie zareagować wystarczająco szybko, ale Malfoy złapał go, zanim uderzył o ziemię.
— Skarbie. — Czułe słowo wypowiedziane zostało zimnym tonem. — Nie mogłem cię zabić. Ale nie mamy czasu, musimy się stąd wydostać. Nie możemy się aportować, będziemy musieli użyć sieci Fiuu. — Malfoy ostrym głosem przekazywał im polecenia tak, jakby przed chwilą nie zadeklarował niegasnącej namiętności do swojego więźnia. Tak jakby właśnie nie oszołomił swoich dwóch towarzyszy. Jakby cokolwiek z tego miało sens.
— Możesz iść? Nie? Finnigan, trzymaj go. Jesteś zbyt świadomy na Mobilicorpus, a nie chcę cię pozbawiać przytomności, kochanie. Co powiesz na delikatnie zaklęcie lewitujące?
Wymamrotał słowa, których Dean nigdy wcześniej nie słyszał. Poczuł, że staje się lżejszy w jakiś trudny do wytłumaczenia sposób i Seamus mógł bez trudu poradzić sobie z jego ciężarem.
— W porządku, pora na najtrudniejszą część. Musimy dotrzeć do kominka w pokoju na końcu korytarza, będę szedł za wami z różdżką wycelowaną w wasze plecy. Róbcie dokładnie to, co wam powiem i niczego nie spieprzcie, a może uda nam się ujść z życiem. Jeżeli nie, cóż... chyba mamy już za sobą pożegnalny pocałunek? — W uśmiechu Malfoya nie było radości, a typowy dla niego cyniczny ton powrócił. — Gotowi?

*

Przyparty do muru
Ofiara ironii losu.

(„Deacon Blues”, Steely Dan)**

W końcu wygramolili się z kominka i znaleźli w nieznanym pokoju w najwyraźniej pustym domu. Dean nie był w stanie określić bliżej ich położenia. Seamus w końcu odzyskał głos.
— Draco Malfoy? Szpieg Zakonu?
Wreszcie, razem z tym znajomym, szyderczym uśmieszkiem Malfoya, jego uszczypliwym tonem, który pamiętał ze szkoły, świat odzyskał swój porządek.
— Dziesięć pieprzonych punktów dla Gryffindoru. Znakomicie, Finnigan. Nie śpisz po nocach, żeby wymyślać te zdumiewające rewelacje?
Dean wyczuł, że pod tymi pozorami chłodu Malfoy wciąż był zły. Wściekły. Seamus, jak można się było spodziewać, zareagował na to szyderstwo.
— Niech cię szlag, Malfoy. Po prostu odpowiedz na pytanie. Co się dzieje?
Malfoy doskoczył do Seamusa i Dean pomyślał, że rzucą się na siebie z pięściami.
— To się dzieje, że właśnie uratowałem wasze żałosne tyłki przed śmierciożercami. Myślałem, że to akurat jest oczywiste, nawet dla was.
Dean wtrącił się szybko, zanim sytuacja jeszcze bardziej wymknęła się spod kontroli.
— Przepraszam, Malfoy. Musisz nam wybaczyć. Mieliśmy zły dzień. — Wyciągnął ręce w niemym geście pojednania. — Ale dzięki.
Malfoy wciąż się wściekał, ale milczał.
— Więc moje pytanie brzmi: dlaczego? Dlaczego nas uratowałeś?
— Bo wiedziałeś za dużo. Właśnie dlatego. — Malfoy niemal dyszał ze wzburzenia. — Bo z jakiegoś durnego powodu zostałeś schwytany, wiedząc cholernie za dużo, zdajesz sobie z tego sprawę, Thomas?! — krzyczał. — Wiesz to, cholera, nie?
Dean mógł się z nim tylko zgodzić.
— Tak.
Malfoy zaczął tyradę i nie miał zamiaru przestać.
— A ty wiedziałeś, Finnigan? Musiał cię przez to sprzedać. Był gotowy posłać cię na śmierć, żeby zatuszować własną głupotę. Taki z niego przyjaciel.
Dean nie był w stanie w tej chwili spojrzeć na Seamusa. Wiedział, że przyjaciel to wszystko rozumiał i mu wybaczył. Nie mógł zmierzyć się z tym ponownie, ale nie miał wyboru. Jednak Seamus odezwał się pierwszy.
— Zdaję sobie z tego sprawę, Malfoy. Już mi powiedział, jasne? Musiał być w to wszystko wtajemniczony i został złapany, zanim wyczyszczono mu pamięć. Stało się. W każdym razie to nie twoja sprawa, nie?
— Chciałbym, żeby to nie była moja sprawa. Kurwa — wysyczał Ślizgon.
Jednak coś wciąż martwiło Deana.
— Skąd wiesz, jakie informacje posiadam, Malfoy?
Coś w jego pytaniu sprawiło, że Malfoy opadł ciężko na stojący niedaleko fotel. Odrzucił głowę do tyłu jakby z wyczerpania i przejechał niedbale dłonią po włosach.
— Od Snape'a. Jest legilimentą. Przeczytał twoje myśli. Kiedy zdał sobie sprawę, co wiesz, wymyślił plan, żeby cię stamtąd wydostać. Nie mogli przesłuchać cię kolejny raz pod Veritaserum. Stawka była zbyt wysoka.
Za wszelką cenę, pomyślał Dean.
Draco nie skończył:
— Ale nie odkryliśmy, w jaki sposób udało ci się utrzymać te informacje w sekrecie, kiedy wcześniej podali ci Veritaserum.
Dean uśmiechnął się po raz pierwszy od bardzo dawna.
— Nie podali mi go. Skłamałem Bryce’owi, że już to zrobiono i dał się nabrać.
Zaskoczyło to zarówno Malfoya, jak i Seamusa.
— Cholernie mądre — powiedział Seamus, a Malfoy dodał:
— Bryce jest bezmózgim kretynem, ale przynajmniej wyniknęła z tego jedna dobra rzecz. Nie będę musiał dłużej znosić jego głupoty. — Dean zauważył, że Malfoy nie wspomniał Goyle’a. Przypuszczał, że przez wierność dla starego przyjaciela. Potrafił zrozumieć ten rodzaj lojalności, chociaż najwyraźniej sam go nie praktykował.
— Dlaczego nie? — palnął Seamus.
To ponownie rozzłościło Malfoya.
— Dlaczego nie? Jak myślisz, dupku? — Spojrzał na Seamusa z taką wściekłością, jak gdyby nie pragnął niczego bardziej niż rzucić na niego Cruciatusa. — Myślisz, że mogę wrócić tanecznym krokiem do śmierciożerców po tym, co właśnie wywinąłem? Że mogę popędzić tam z powrotem ze słowami „przepraszam, nie wiem, co mnie napadło”? — Machnął rękę z odrazą. — A myślałem, że to Bryce jest głupi.
To wyjaśniało gniew Malfoya. Skompromitował się w oczach śmierciożerców — na dobre — żeby ich uratować. Wszystko zaczęło mieć sens. Dean miał jeszcze jedno pytanie:
— A to całowanie i... hmm...
— Ach, podnieciło cię, nie? — Twarz Malfoya wykrzywiła się w parodii uśmiechu. — Z przykrością cię rozczaruję, Thomas. To tylko gra — zaśmiał się ponuro. — W każdym razie Finniganowi najwyraźniej ulżyło.
— Ale co...?
— Przykrywka dla Snape'a, oczywiście. Bez sensu poświęcać nas obu. Wygląda na to, że jego protegowany Malfoy żywił sekretne uczucie do jednego z więźniów i pomógł mu uciec. Wszystko zanotowane przez samopiszące pióro w obecności dwóch lojalnych popleczników, oczywiście. Snape nie poniesie odpowiedzialności. — Malfoy z błyskiem w oku zmierzył go wzrokiem. — Miałeś szansę pięćdziesiąt na pięćdziesiąt na fizyczną rozkosz, Finnigan. Ale uznałem, że Thomas nie zacznie wrzeszczeć tak, że usłyszą go w całym budynku. Co do ciebie nie byłem taki pewien.
Seamus z dużo większym szacunkiem niż wcześniej zapytał cicho:
— Jak długo byłeś szpiegiem?
Malfoy westchnął.
— Od piątego roku, czyli już trzy lata. Wszystko na marne. — Uniósł brew i spojrzał najpierw na Seamusa, a potem na Deana. — Zaskoczeni? Niepotrzebnie. Uczyłem się oszukiwania od najlepszych.
— Od Snape’a.
— Od Snape’a — zgodził się Malfoy. — Chociaż to ojciec zapoczątkował te lekcje. Można powiedzieć, że mam to we krwi.
Nagle Deana ogarnęło zmęczenie i z sykiem wyprostował plecy.
— A co teraz? — szepnął.
— Teraz wyślę was w drogę. Szczęściarze.
— Jakaś szansa na zaklęcie uzdrawiające wcześniej? — udało mu się zapytać. — Nie mamy różdżek.
— Och, byłbym zapomniał. Wybaczcie, byłem trochę zajęty — powiedział Malfoy. Wyciągnął różdżki i rzucił je szybko eleganckim ruchem. — Miło ze strony nocnego patrolu, że ich nie zniszczyli, nie?
— Niespodzianka — zgodził się Dean. — Jedna z wielu.
Malfoy, spokojniejszy niż na początku ich spotkania, spędził kilka minut na leczeniu jego najgorszych obrażeń.
— To ci powinno wystarczyć w drodze na miejsce.
— A gdzie idziemy? — zapytał Seamus.
Malfoy obrzucił go sardonicznym spojrzeniem.
— A gdzie chcielibyście iść? Jakiś uroczy wakacyjny zakątek? Może Paryż? Tahiti? — Wstał. — Czy może powrót do codziennej harówki?
Dean podjął decyzję.
— Grimmauld Place.
— Oczywiście. Zawsze popularne wśród naszych wczasowiczów o tej porze roku.
— Idziesz z nami?
— Nie wydaje mi się. Nie jestem pewien, gdzie się udam. Prawdę mówiąc, nie obudziłem się dzisiaj rano, spodziewając się, że zostanę zdemaskowany przed obiadem. To by było na tyle, jeśli chodzi o długi okres mojej ważności. Tahiti brzmi coraz lepiej.
Dean podjął szybką decyzję i wyciągnął rękę. Malfoy przyjął ją z wyraźnym zaskoczeniem.
— Dzięki za wszystko. Przykro mi, że tak wyszło. Mamy u ciebie niezły dług, wiesz.
Malfoy pokiwał lekko głową.
— Szkoda, że będziecie o tym pamiętać tylko przez... och, jakieś dziesięć sekund. — Na te słowa Dean odwrócił się nerwowo. — No wiesz, Thomas, nie myślisz chyba, że mam zamiar pozwolić wam zachować to wspomnienie? Po tym, co się wydarzyło?
Dean pokiwał głową z rezygnacją.
— Nie.
Malfoy się skrzywił.
— No dobra. — Skierował różdżkę na Seamusa. — Obliviate. — Wrzucił do kominka garść proszku Fiuu i dodał: — Grimmauld Place dwanaście. — I Seamus zniknął. Oczy Deana zamigotały w świetle kominka, gdy ochoczo ruszył do przodu. Usłyszał już tylko słowa zaklęcia i zobaczył smutek w bladych, szarych oczach.

*

— Dobry Boże, skąd się tu wzięliście? — powitały ich bezceremonialne, pełne zaskoczenia słowa.
Dean, z mniejszym wdziękiem niż zazwyczaj, wpadł do pokoju, który rozpoznał jako salon w domu przy Grimmauld Place. Odwrócił się instynktownie w stronę głosu, który jak się okazało, należał do Remusa Lupina. Seamus najprawdopodobniej przybył tuż przed nim i był tak oszołomiony, jak on sam.
— Nie jestem pewien — odpowiedział. — Pamiętam... — Ostatnie, co pamiętał to wydanie Seamusa śmierciożercom, ale nie chciał o tym mówić. Co się, u diabła, stało? Jak uciekł? — Zostałem schwytany. Nie wiem, jak się wydostałem.
Słysząc to, Lupin wstał gwałtownie.
— Byłem w Wentworth, spałem — dodał Seamus. — Nie wiem, jak tu trafiłem.
Dean był na tyle przytomny, że właśnie w tej chwili spojrzał na swoje ręce. Prosta sztuczka Zakonu — jeżeli zaraz ktoś rzuci na ciebie Obliviate, z jakiegokolwiek powodu, użyj alfabetu stworzonego przez niesłyszących mugoli, by zostawić jakąś wskazówkę. Na każdej z jego dłoni widniała litera. Na jednaj D, na drugiej M. Seamus spojrzał na swoje własne dłonie. Te same litery. D i M.

*

Obudziłem się z dziwnego snu w miejscu zbudowanym ze szkła i ran
Ciało i miasto o posmaku krwi
Życia i śmierci... szkła i ran
Niezliczone godziny, a ciemność stała się nocą
Byłem wtedy w Saint Vincent.

(„San Vicente”, Milton Nascimento)***

Krążyły plotki, że Zakon przygotowywał plan ostatniej bitwy miesiącami. Pierwsze sześć tygodni spędzono na dyskusjach, czy w ogóle im się powiedzie, ale Dean usłyszał o szczegółach dopiero dużo później. Kluczowy element, niemożliwy do zignorowania, stanowiło założenie, że momentem kulminacyjnym bitwy ma być konfrontacja między Harrym Potterem a Voldemortem. Powód owej konfrontacji trzymano w ścisłej tajemnicy. Dean nie był wtajemniczony i wcale nie chciał być. Jak każdy dobry plan bitwy i ten polegał na kilku zdolnych szpiegach w wewnętrznym kręgu wroga. Jednym z nich był Snape. Dean nie mógł uwierzyć, że jego mistrz eliksirów znajdował się w szeregach śmierciożerców niemal od dwóch lat. Nikt z Zakonu nie widział go przez ostatnie dziewięć miesięcy, zajęło im to trzy tygodnie i musieli użyć siedmiu łączników, żeby w ogóle przekazać mu te plany. Słyszał pogłoski o innym sekretnym szpiegu — mającym oko na Snape'a, jak przypuszczał — ale jego nazwisko było ściśle strzeżone. Wojna ciągnęła się wystarczająco długo, by niezadowolenie szerzyło się w ich własnej armii. Zdrajcy mogli działać nawet wśród nich, przygotowania poczyniono więc w wielkiej tajemnicy, stosując wybiegi dla zmylenia wroga. Jednego dnia on i jego oddział trenowali quidditcha, co nigdy nie było ulubionym zajęciem Deana. Następny tydzień należał do eliksirów, które najpierw przygotowywali, a potem wypijali, na nieszczęście dla jego żołądka. Ich praca rozciągała się między ćwiczeniami w utrzymywaniu pozycji przez długi czas, celowym rozregulowaniem cyklu snu, nocnymi patrolami i walką wręcz. Wszystko to mogło im się przydać.

*

W ciągu dwóch lat spędzonych ze śmierciożercami Severus Snape nie stracił nic ze swojej eleganckiej, chłodnej postawy, którą okazywał jako hogwarcki profesor. W podobny sposób wślizgnął się do tymczasowej sali obrad i ukłonił nisko przed górującą nad nim postacią.
— Mój Panie — zaczął z takim szacunkiem, na jaki mógł się zdobyć. — Znaleziono Harry’ego Pottera.
Wiedział, że nic, co mógłby oznajmić, nie wzbudziłoby takiej ekscytacji u ich przywódcy, jak to imię. Przez ostatni miesiąc śmierciożercy skupili się niemal wyłącznie na Potterze, przez co zaniedbywali o wiele ważniejsze strategiczne działania w nadziei, że jakimś sposobem uda im się go znaleźć, nieprzygotowanego i nieosłoniętego. Nie tylko Snape uważał to za poważną słabość. Również inni wśród najwyższych rangą śmierciożerców wątpili w rozsądek skupiania się na tak pozornie osobistym celu. Ale Snape znał przepowiednię — Potter był kluczem do zakończenia tej wojny, raz i na zawsze.
Czarny Pan skierował całą swoją uwagę na Snape’a.
— Jakie wieści? — brzmiała odpowiedź człowieka czy raczej stworzenia, tego Snape nigdy nie był pewien.
Nawet Lucjusz porzucił swoje dworskie intrygi i nadstawił uszu, chociaż wyraz pogardy nie zniknął z jego twarzy. Nie darzyli się sympatią od powrotu Snape'a na służbę Czarnego Pana. Ostatnio dzięki staraniom Snape'a to Lucjusz został w większym stopniu obarczony winą za ucieczkę Draco. Lucjusz szczerze go za to nienawidził. To bez znaczenia, pomyślał Snape. Ja też mu nie ufam i to mądre z jego strony, że traktuje mnie z nieufnością. Miejmy nadzieję, że nigdy nie dowie się dlaczego. Wykorzystał cały swój talent aktorski, żeby ogłosić tę decydującą dla ostatecznej bitwy nowinę. Ostatnia okazja, niepewna szansa. Miał pewność, że zginie, jeżeli ten plan zawiedzie.
— Wytropiono Pottera za małym miastem o nazwie Saint Vincent. Dumbledore został wysłany do ministerstwa, a Potter nie jest dobrze strzeżony, najwyżej przez jeden patrol. Nasz zespół obserwacyjny znalazł go dzisiaj wcześnie rano i nie spuszczał go z oka przez ostatnie trzy godziny. Donoszą, że najwyraźniej zostanie tam przynajmniej na jedną noc. — Snape wyciągnął zwój pergaminu i podał go Czarnemu Panu, upewniając się, że drżenie ręki nie zdradzi jego zdenerwowania.
Voldemort przeczytał raport obojętnie, po czym przekazał go bez słowa Lucjuszowi. Snape patrzył w ciszy, jak Malfoy przegląda go z typową dla siebie, krzywą miną. Przezornie powstrzymał się od komentarza — do niego należało przekazanie informacji. Jakakolwiek próba zachęcenia ich do działania byłaby więcej niż niemile widziana, wyglądałaby podejrzanie. Zaplanują atak bez jego pomocy. Mógł tylko czekać. Ale czas ciągnął się w nieskończoność.
— Ach, więc wreszcie go mamy — powiedział Voldemort. Snape pilnował się, żeby nie okazać ulgi. — Przygotujcie atak tak, jak zaplanowaliśmy. Nasi ludzie trenowali na tę okoliczność. Pora spuścić ich ze smyczy.
Osoby w pobliżu Voldemorta szybko zaczęły działać, przekazując rozkazy z pewnością kogoś przywykłego do natychmiastowego posłuszeństwa. Większość rzuciła się do swoich obowiązków gnana albo chęcią wykazania się, albo strachem, że im się to nie uda. Snape, milcząc, pozostał u boku Voldemorta.
— Severusie. Zbyt długo czekaliśmy na tę chwilę. Wkrótce Harry Potter będzie jedynie złym wspomnieniem. Kiedy ich ikona zostanie pokonana, reszta nędznych miłośników mugoli pod wodzą Dumbledore'a podda się niczym rzeka w trakcie powodzi. Zostaną zmyci z powierzchni ziemi. I wreszcie zwyciężymy.
— Wreszcie zwyciężymy — powtórzył Snape, wierząc w każde słowo.

*

— Carmichael, Dawid?
Wywołany mężczyzna przytaknął w odpowiedzi i odruchowo wyciągnął rękę po jedną z paczek, które rozdawał małomówny zaopatrzeniowiec. Wcześniejsze rozkazy wyraźnie mówiły, że mają odebrać małe pakunki, ale nie mogą ich otwierać, co wcale mu nie przeszkadzało. Nie zamierzał okazywać nieposłuszeństwa, chociaż najwyraźniej był w mniejszości. Wielotygodniowe przygotowania do czegoś, o czym nie mieli pojęcia, prawie na każdego działały stresująco, jednak on sam wyczuł napięcie dopiero dzisiejszego ranka.
— Franklin mówił, że czekają nas ćwiczenia z walki wręcz — mruknął ktoś stojący obok, ale wszechobecne plotki krążące po armii w czasie wojny nie stanowiły wiarygodnego źródła informacji. Do tej pory nikomu nie udało się przewidzieć, co będą trenowali, i dzisiaj nie było inaczej, więc Carmichael nie zadał sobie trudu, żeby odpowiedzieć.
Przez ostatnie trzy tygodnie stanowił część tej grupy żołnierzy i udało mu się przeżyć, bo trzymał głowę nisko, a usta zamknięte. W ciągu ostatniego roku przyzwyczaił się do takiego właśnie sposobu zachowania: przeskakiwał z jednej jednostki do drugiej, wtapiał się w tłum, nigdy jednak nie pozostawał długo w tym samym miejscu. Co prawda nie miał przyjaciół wśród towarzyszy broni, ale nie miał też wrogów, a to liczyło się dla niego znacznie bardziej.
Dziś rano wstali wcześnie, jak na obecne warunki dostali całkiem przyzwoite śniadanie i wysłuchali kilku skąpych poleceń. Potem na zmianę robili coś w pośpiechu i czekali, co nie było niczym niezwykłym w codziennym życiu żołnierza. Teraz udało mu się znaleźć miejsce pod cienkim drzewem, w miarę suche w ten wilgotny poranek, gdzie przysiadł, ciesząc się spokojem.
Lucy Gallestino, przywódca ich grupy, podeszła zamaszystym krokiem — jeśli można użyć tego określenia w stosunku do wyjątkowo niskiej kobiety — żeby przekazać instrukcje z ostatniej chwili.
— Każdy odebrał swoją paczkę, tak? — zapytała szorstko.
— Co jest w środku? — zainteresował się ktoś z tyłu, ale Lucy nawet na niego nie spojrzała.
— Dobra, to teraz odkryjcie brzuchy i lewe nogi — warknęła tonem jasno wskazującym, że nie życzy sobie dalszych głupich uwag. Jak gdyby jej rozkaz zabrzmiał całkowicie sensownie. I dla żołnierzy na wojnie prawdopodobnie miał sens.
Brinkley, pełniący zazwyczaj rolę dowódcy drużyny zabezpieczającej tyły, trzymał w ręce rolkę pergaminu i kawałek drewna zbyt gruby jak na różdżkę.
— Każdy otrzyma numer. Jak ten — ciągnęła Lucy.
Brinkley sprawdził coś na pergaminie i trzymanym w dłoni patykiem napisał na jej brzuchu i nodze czarne, pogrubione cyfry 87. Bez zwłoki zabrał się za oznaczanie pozostałych członków grupy, czemu towarzyszyły typowe żartobliwe komentarze, idiotyczne uwagi z podtekstem seksualnym i nerwowe dowcipy. Carmichael celowo unikał patrzenia na Brinkleya, gdy ten nanosił na jego skórę w dwóch miejscach niedbałą liczbę 114. Poczuł nagły chłód.
— Zrobione, okryjcie się. Jak na tak wczesny ranek napatrzyłam się już dosyć — powiedziała Lucy. — Podejdźcie bliżej, mam dla was kilka wiadomości. I skupcie się, bo możliwe, że w najbliższym czasie weźmiemy udział w ostatecznej bitwie.
Szepty i przekomarzania umilkły tak nagle, jak gdyby ktoś rzucił zaklęcie wyciszające. Grupki osób stojących dalej sparaliżował podobny strach.
— Pułapka została zastawiona tak, żeby wciągnąć w nią śmierciożerców z najwyższych kręgów... z samego szczytu. — Chociaż członków armii Zakonu Feniksa zachęcano, żeby używali imienia Voldemorta, po latach unikania dla niektórych osób wciąż nie było to możliwe. — Wróg złapał przynętę i właśnie szykuje się walki. Wpadnie w potrzask, a my będziemy gotowi.
Po tym oświadczeniu Gallestino przekazała im przydatne dla nich szczegóły techniczne całego planu: w jaki sposób dotrą na miejsce i, co ważniejsze, jak się stamtąd wydostaną; gdzie będą przebywali inni i jak się zachować, jeśli coś się zmieni; w jaki sposób odbędzie się przekazywanie bieżących rozkazów i jak powstrzymać plotki; i co zrobić, jeśli całą akcję szlag trafi.
— Mamy nadzieję, że przez większość bitwy utrzymacie się na miotłach, bo śmierciożercy w powietrzu radzą sobie marnie. Nie potrafią myśleć tak trójwymiarowo jak my. Wygląda na to, że po jasnej stronie znaleźli się wszyscy gracze quidditcha — zażartowała Lucy, za co kilka osób odwdzięczyło się śmiechem. — Dobrze, teraz nadszedł moment, na który czekacie. Otwórzcie swoje pakiety.
Wszyscy wokół pospiesznie rozerwali opakowania i wyjęli ich zawartość. Nijakie ubrania i buty. Duża i ciężka nietłukąca butelka, wypełniona ciemną, mętną cieczą, która bez wątpienia była eliksirem wielosokowym. A na samym dnie, starannie zabezpieczonym, leżało jeszcze coś. Carmichael rozwinął to ostrożnie i nagle zrozumiał, co trzyma w dłoni: okulary, które były tylko trochę mniej rozpoznawalne niż ich słynny użytkownik. Niemal parsknął śmiechem na ironię sytuacji — miał się zmienić w Harry’ego Pottera. Stworzą armię składającą się z samych Złotych Chłopców.
— Słuchajcie! Przeszliście odpowiedni trening z eliksirem wielosokowym, więc na pewno dacie radę przełknąć to gówno. Sądzę, że zdajecie sobie sprawę, w kogo się zmienicie. I okulary nie są dla ozdoby, naprawdę będziecie ich potrzebować. Obchodźcie się z nimi ostrożnie, a jeśli ktoś straci swoją parę, niech znajdzie mnie albo innego dowódcę, to dostanie nowe.
Dla każdego z zebranych okulary okazały się czymś naprawdę fascynującym. Chyba nikt nie był w stanie powstrzymać się, żeby ich nie przymierzyć.
— Nic nie widzę — rozległ się rozdrażniony głos.
— Nie bądź idiotą! — warknęła Lucy. — Żeby coś zobaczyć, musisz zmienić się w Pottera. Kretyn — dodała pod nosem, a kiedy sprawca zamieszania wypiszczał przeprosiny, kontynuowała niewzruszonym tonem: — Jak wiecie, Potter ma naturalny talent do latania, więc w jego ciele dobrze sobie poradzicie w powietrzu. I na litość Merlina, nie zapomnijcie brać kolejnej dawki co godzinę. — Aby podkreślić swoje słowa, wskazała na butelkę. — Przypominajcie sobie nawzajem.
Stojąca obok kobieta podniosła rękę.
— Ale czemu wszyscy mamy wyglądać jak Potter? Oczywiście nie mam nic przeciwko. Możesz nam to jednak wyjaśnić?
— Mogę. Z nieujawnionych powodów to właśnie on stał się głównym celem śmierciożerców. Tropili go od miesięcy i teraz uważają, że wpadli na jego ślad. Naszym zadaniem jest zdezorientowanie i jednocześnie rozbicie armii wroga.
Więc Potter był przynętą w ich pułapce. Ale czy naprawdę? Wystawiliby na ryzyko prawdziwego Chłopca, Który Przeżył? A może, co bardziej prawdopodobne, na śmierciożerców czekał Dumbledore zmieniony w Pottera? Ich najpotężniejszy czarodziej byłby dużo groźniejszym przeciwnikiem dla niczego niespodziewającego się przeciwnika. Jeśli, jak powiedziała Lucy, bitwa była kluczowa, prawdopodobnie spodziewano się, że pojawi się sam Czarny Pan. Jasna strona zapewne wyciągnie najcięższą broń, a nie dziewiętnastoletnią maskotkę, której do tej pory sprzyjało szczęście.
— Macie jakieś dwadzieścia minut, żeby przyzwyczaić się do nowego ciała. Załóżcie ubrania Pottera przed przemianą, chyba że chcecie zniszczyć własne.
Zebrane osoby grzecznie odwróciły się do siebie plecami, starannie unikając patrzenia na innych.
— Gotowi? No to do dna!
Carmichael zdołał przełknąć eliksir, nie krzywiąc się jak pozostali. Ze stoickim spokojem przetrzymał zawroty głowy i bolesną transformację w inną osobę. Nieważne, ile razy ćwiczył, nigdy nie przyzwyczaił się do okropnego wstrząsu, jakim była zmiana ciała, ale teraz był szczególnie zadowolony, że nikt nie miał lustra. Gdy obraz przed jego oczami rozmazał się, przypomniał sobie o okularach. Założył je i od razu widział lepiej.
— Zostało piętnaście minut. Sprawdźcie różdżki. Idźcie po miotły i wróćcie tu. Użyjemy świstoklików w grupach.
— Hej, kim jesteś? — usłyszał głos, jaki pamiętał z odległej przeszłości i rozejrzał się z niepokojem. Widok otaczających go kilkunastu Harrych Potterów wydał mu się szokujący i nierealny.
— Carmichael — odparł tym samym, znajomym głosem. — A ty?
— Bevell — padła odpowiedź. — To dziwne, nie?
— Jak cholera.
— Czyli już wiemy, po co te numery — powiedział Bevell. — Będzie można rozpoznać, kto jest kim. Ale to i tak trochę głupie. Przecież zawsze możemy się zapytać, no nie?
Ten człowiek naprawdę był idiotą.
— Martwego nie zapytasz — warknął.
Bevell wyraźnie pobladł, ale najwidoczniej nie posiadał na tyle rozsądku, żeby się zamknąć.
— Och, racja. Dla kobiet to musi być wyjątkowo dziwaczne. Wiesz, zdobycie nowego wyposażenia, że tak powiem. Ja nawet nie mogę o tym myśleć. Jak będę chciał się odlać, położę ręce na czyimś kutasie. Przez to czuję się jak jakiś cholerny pedał.
Carmichael nie miał teraz najmniejszej ochoty, żeby rozmawiać z sobowtórem Pottera o czymkolwiek, a już na pewno nie o seksualnych aspektach zamiany w innego człowieka. Niestety, ktoś zawsze poruszał taki temat. On sam nie zamierzał sprawdzać swojego nowego „wyposażenia”, chyba że będzie to konieczne.
Odwrócił się, żeby poszukać adidasów, i wsunął w nie swoje nieco większe teraz stopy.
Ciało Pottera nie różniło się zbytnio od jego własnego — było trochę bardziej niezdarne, choć stanowiło to zapewne wstępny efekt transformacji. Na próbę przeciągnął się, przyklęknął, obrócił — jak na razie wszystko działało w miarę normalnie.
I latanie w tym ciele na jego prostszej wersji zdartej Błyskawicy było czystą przyjemnością.

*

Gdyby Dean nie stał obok Seamusa, kiedy przemiana się zakończyła, nigdy nie rozpoznałby przyjaciela.
— Maryjo i wszyscy święci, Dean, popatrz na siebie.
— Sam na siebie popatrz, Seamus.
— Czuję się, jakbym poszedł spać i obudził się na zlocie Harrych Potterów. To najdziwniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem. — Rozejrzał się wokół z wyrazem zdumienia na nie-swojej twarzy.
Dean napiął zesztywniałe po bolesnej przemianie mięśnie nóg i ramion.
— Bo tak to właśnie wygląda.
— Kurwa. Nigdy w całym swoim życiu nie chciałem udawać Pottera. I teraz prawdopodobnie zdania nie zmienię, wiesz, o czym mówię? — Seamus roześmiał się głosem, który wcale nie należał do niego. — Ale dla kogoś takiego jak Malfoy, który zawsze pragnął być Harrym, byłoby to jak ziszczenie się mokrego snu.
Myśli Deana zaprzątał jednak inny problem.
— Słuchaj, jak się rozpoznamy podczas walki?
Seamus wyraźnie się zaniepokoił.
— Na pewno nie będę co chwilę machał ci przed oczami moim numerem, ty zboczeńcu. Musimy ustalić jakieś słowo-kod.
— Znowu bawimy się w szpiegów? Dobrze. Jakie słowo?
— Może nazwy dzielnic, w których dorastaliśmy? Śmierciożercy ich nie znają i nie zrozumieją, o co chodzi.
— W porządku. Czyli ja jestem Barking, a ty Finglas.
— Świetnie.
Kolejne dwadzieścia minut spędzili, przyzwyczajając się do ciała Harry’ego, aż w końcu Dean poczuł się w miarę wygodnie z nowymi umiejętnościami. Największy kłopot sprawiała mu różnica we wzroście — w zasadzie był najwyższy ze wszystkich, przerósł nawet Rona Weasleya. Kiedyś obiecał sobie, że nigdy nie wybierze się w podróż do Ameryki, gdzie bez wątpienia wierciliby mu dziurę w brzuchu pytaniami na temat koszykówki — słyszał o tym wystarczająco dużo, nie ruszając się nawet z Wielkiej Brytanii. Zawsze myślał o Harrym jako o kimś niskim, jednak teraz, gdy każda z otaczających go osób miała identyczny wzrost — do diabła, wszystko miała identyczne — jego punkt odniesienia zniknął.
Było to naprawdę, naprawdę dziwne.
Dowódca ich jednostki przywołał ich do siebie i wyciągnął świstoklik wyglądający jak zniszczony, krukoński szalik, dostatecznie długi, by wszyscy mogli go chwycić.
— Do zobaczenia po bitwie, Dean — powiedział jeszcze Seamus, zanim porwał ich kolorowy wir.

*

Nadchodzą młodzi chłopcy; w rękach niosą bazookę i ręcznie wykonaną broń.
Mówią: „Postanowiliśmy dotrzeć do miejsca, do którego nie dotarli wcześniej nasi rodzice i przodkowie.
A oni za nami płaczą...”

(„One Man, One Vote”, Johnny Clegg)****

Dean pobieżnie zapoznał się ze scenami batalistycznymi w książkach i miał na temat bitew raczej mało realistyczne wyobrażenie. Autorzy historii wojennych zawsze upewniali się, że w sposób wiarygodny przedstawiają wszelkie plany i strategie, najważniejsze manewry, działania przywódców i innych kluczowych postaci, utraty pozycji i ich odzyskiwanie, zwycięstwa i porażki oraz pełne chwały zakończenia.
Prawdziwa walka nie była niczym innym niż chaosem.
Jeśli przeżyję, koniecznie muszę przeczytać tę książkę dokładnie, pomyślał z frustracją. Czuł się tak, jakby przeglądał zdjęcia i niewiele z nich rozumiał.
Wszystko działo się w tempie zbyt szybkim i szalonym, nie miał odpowiednio dużo czasu, by zagłębiać się w szczegóły. Urywki rozkazów, zawrotne pościgi i odwroty, migawki, gdy przeciwnik wycofywał się lub atakował, zabijał lub był zabijany. Czasami przez długie minuty Dean pozostawał sam, po czym niespodziewanie wpadał w sam środek gorączkowej akcji, która porywała go, a później znowu omijała.
Zatrzymał się na kilka sekund, żeby połknąć kolejną dawkę eliksiru.
Z Seamusem rozdzielili się już po pół godzinie. Wielokrotnie wykrzykiwał ustalone hasło do podobizn Harry’ego Pottera, ale zawsze w odpowiedzi otrzymywał oniemiałe spojrzenie. W końcu poczuł się jak idiota i zrezygnował. Chyba dał się nabrać na dowcip Seamusa, kiedy zgodził się na użycie nazw dzielnic. Po wszystkim musi mu za to porządnie nakopać.
Ale nie mógł pozwolić sobie na rozmyślania o Seamusie, dopóki nie wróci z tej kakofonii hałasu i gorąca. Teraz ledwie miał czas na pojedynczą myśl.
Zmęczenie dało o sobie znać gdy jedna, a potem następna i następna imitacja Harry’ego podzieliła się z nim najnowszą wiadomością: „Słyszałeś? Potter zabił Voldemorta. Śmierciożercy zwiewają z podwiniętym ogonem”.
Nie wszyscy, niestety. Dean i jego grupa byli ostrożni i przezornie pozwolili na ucieczkę niewielkiemu patrolowi śmierciożerców, z którym się starli — nikt nie walczy z większą desperacją niż ktoś, kto sądzi, że jest otoczony — ale idioci tego nie zrozumieli. Jego przeciwnik niemal pokonał go w niewielkiej kępie drzew i mimo że kolejny z Potterów ruszył mu z pomocą, było już za późno. Dean zsunął się z miotły, kolano wykręciło mu się w sposób, w jaki kolana nie powinny się wykręcać i ugięło pod jego ciężarem. Następną rzeczą, jaką zapamiętał, było skierowane w niego zaklęcie oszałamiające.

*

Jednym z niefortunnych ubocznych efektów eliksiru wielosokowego jest to, że czas jego działania można obliczyć tylko wtedy, gdy pijący go był przytomny. Jeśli nie, zmieniony wygląd może utrzymać się nawet przez cały dzień, w zależności od tego, kiedy mikstura została połknięta. Co oznaczało, że Hermiona i zespół medyczny leczyli pacjentów wciąż wielosokowanych w Pottera. Z psychologicznego punktu widzenia był to koszmar, bo wciąż nie wiedzieli, kto został ranny, a kto nie żyje — przecież każda ofiara wyglądała jak Harry.
Chociaż kiedy Dean się ocknął, prawie wszyscy odzyskali już własną postać.
Ze swojego miejsca, polowego łóżka przy drzwiach, przyglądał się, jak grupa uzdrowicieli krząta się przy nieruchomych ciałach. Atmosfera była tak napięta, że do eksplozji mogło doprowadzić jedno niewłaściwe słowo. Hermiona podchodziła do każdego po kolei, wyciągała rękę, unosiła koszulę, odsłaniała numer i zamierała do chwili, aż wyczytane zostało odpowiednie nazwisko. Ktoś obcy czy przyjaciel? Dumbledore? A może prawdziwy Harry?
— Sto czternaście — powiedziała Hermiona do młodego człowieka, trzymającego w dłoni mugolską podkładkę do pisania.
— Dawid Carmichael.
Wszyscy nieznacznie się rozluźnili, Dean jednak poczuł ukłucie winy, że tak szybko im ulżyło. Carmichael był kimś, kto walczył obok nich od jakichś trzech tygodni. Nijaki młody człowiek pochodzący z Somerset, sądząc po akcencie, o jasnobrązowych włosach i ciemnych, gniewnych oczach. Rzadko się odzywał i nigdy nie wspominał o swojej rodzinie, powszechnie uważano go za samotnika i człowieka nietowarzyskiego. Ale miał talent do obserwacji, nigdy nie unikał walki i nienawidził Voldemorta bardziej niż inni. Prawie jak Harry.
Biedny gnojek.
— Nie żyje?
Hermiona spojrzała na niego i uśmiechnęła się, gdy go rozpoznała.
— Dean, nie zauważyłam cię wcześniej. Nie, stracił tylko przytomność. Znasz go?
— Tak jakby. W końcu jest w mojej jednostce. To dziwak, ale cieszę się, że przeżył.
— A co z tobą? Wszystko w porządku?
Dean odwzajemnił uśmiech.
— Tak. Na koniec spadłem z miotły i skręciłem kolano. Pewnie dlatego nie gram dla Armat z Chudley. — Dowcip był słaby, ale Hermiona i tak zachichotała.
— Przecież tak naprawdę to nie byłeś ty. Możesz zrzucić winę na Harry’ego — zażartowała.
— Racja. To trochę dziwne. Trzeba się przyzwyczaić do tak niskiego wzrostu, nie mówiąc już o okularach. Merlinie, nic zaskakującego, że Harry ciągle łamał to cholerstwo. — Dean sposępniał. — Hermiono... jest tu ktoś, kogo znam?
Jej usta zacisnęły się na sekundę.
— Kilka osób. Chyba powinniśmy być wdzięczni, że nie ponieśliśmy dużych strat. Ale tak, niektórzy ucierpieli.
Widocznie dostała rozkaz, żeby zachować to w tajemnicy, więc będzie musiał poczekać, aż pozna nazwiska. Jednak nie potrafił powstrzymać się od pytania:
— Seamus?
Hermiona odetchnęła z ulga.
— Nie. Zaglądał tu jakiś czas temu, pewnie cię szukał.
Współpracownik Hermiony spojrzał na nią z niecierpliwością, więc wróciła do przykrych obowiązków.
— Zobaczymy się później, jeśli będę mogła — powiedział na pożegnanie.
Dean opadł z powrotem na poduszkę, starając się swoim artystycznym zmysłem wchłonąć szczegóły z panującego wokół zamieszania. Mimo że nigdy nie narysował takiej sceny. Harry Potter, w którego zmienił się Carmichael, zaczął powoli tracić swoje cechy. Kierowany narastającą ciekawością, Dean skupił się na transformacji, próbując zapamiętać jej szczegóły. Skóra zaczęła się wybrzuszać i bulgotać, jak gdyby pełzały pod nią i zjadały ją jakieś odrażające owady. Mimo mdłości, Dean nie potrafił oderwać od tego oczu. Po chwili ciemne włosy rozjaśniły się i wydłużyły, rysy twarzy ustabilizowały i stały bardziej rozpoznawalne. Coś tu jednak nie pasowało. Podbródek, nos, kości policzkowe — nic nie przypominało Carmichaela, jakiego znał ze wspólnych nocnych patroli. Wszystko było zbyt wyraziste, zbyt kanciaste, włosy wcale nie ciemnomiodowe, jak powinny. Już miał zawołać Hermionę, aby powiedzieć jej, że się pomyliła, że źle odczytała numer. Jednak bardzo szybko zmienił zdanie.
— Jasna cholera!
Słysząc jego okrzyk, mężczyzna obok zamrugał. Nie był już Harrym, nie był też Dawidem Carmichaelem.
— Mój Boże. Draco Malfoy.
Przez pełen nierealności moment twarz, którą właśnie zidentyfikował, wyrażała wahanie, coraz większe i większe, jak gdyby nie mogła zdecydować, czy przybrać cechy Carmichaela, przez co Deanowi wydawało się, że patrzy jednocześnie na dwie osoby. Nagle jednak dwuznaczność zniknęła i teraz niewątpliwie miał przed sobą swojego dawnego szkolnego kolegę.
— Jestem za słaby — mruknął Malfoy. — Nie dam rady dłużej utrzymać kamuflażu.
Dean od razu zrozumiał, o co chodzi.
— Jakiś rodzaj zaklęcia zmieniającego wygląd?
— Tak. Co się ze mną stało? Czuję się totalnie do dupy.
— Nie mam pojęcia.
— A bitwa? Czy...
— Voldemort nie żyje. To koniec.
Malfoy zamknął oczy, z oburzenia lub ulgi, tego Dean nie śmiał nawet zgadywać. Chwilę później otworzył je i spojrzał na niego z uwagą.
— No tak. Czemu jeszcze nie wrzeszczysz jak opętany, Thomas?
— Chyba jestem w zbyt wielkim szoku.
— Nie masz w obowiązku zgłosić, że odkryłeś szpiega śmierciożerców?
Dean potrzebował trochę czasu, żeby odpowiedzieć. Malfoy ciągle obserwował go jak jastrząb.
— Gdybyś był szpiegiem śmierciożerców, doniósłbym na ciebie natychmiast. Tylko że nie mam pewności, czy faktycznie nim jesteś. Nie wiem, co tu robisz, ale... cóż. Sądzę, że ktoś inny mógłby zacząć wrzeszczeć. — Powoli odzyskiwał grunt pod nogami. — Wiem jednak coś, czego pozostali nie wiedzą.
Malfoy milczał, choć nadal wpatrywał się w Deana intensywnie.
— Nie mam pojęcia jak, a już na pewno nie mam pojęcia dlaczego, ale uratowałeś mnie i Seamusa tej nocy, kiedy złapali nas śmierciożercy. Nie pamiętam, co się wtedy wydarzyło, ale to twoja zasługa.
— Nic nie pamiętasz, uważasz jednak, że cię uratowałem? Ależ z ciebie cholerny Gryfon.
Dean wiedział, że sarkazm to tylko reakcja obronna Malfoya.
— Na to wychodzi. Jestem Gryfonem, który wie, kim są jego przyjaciele. Ale to zabrzmiało tak, jakbyś nadal nie zamierzał mi powiedzieć, co się stało. Mam rację? — Popatrzył na Malfoya stanowczo, jednak nie sprowokował go tym do wyznań. — Jak sądzę, masz swoje powody. Może kiedyś to się zmieni. Jednak swoje wiem.
Malfoy parsknął z urazą.
— To, co wiesz... dobra, nie postawiłbym na to ani knuta.
— Poznałem Carmichaela czy jakąś inną osobę?
— Carmichael nie istnieje. To byłem ja.
Zaintrygowany Dean spuścił nogi z polowego łóżka, żeby spojrzeć Malfoyowi prosto w twarz.
— Jak udało ci się wszystkich oszukać?
— Z tobą było najtrudniej, bo mnie znałeś. Dotąd świetnie sprawdzały się zaklęcia kamuflujące, ale przestały wystarczać. Starałem się nie przebywać blisko ciebie, jedynie w nocy, kiedy słabe światło nie pozwalało, byś mi się dokładnie przyglądał. W innych okolicznościach... cóż, powiedzmy, że miałem nadzieję, że będziesz wierzył w to, w co chcesz wierzyć. Stary trik śmierciożerców.
— Celowo mieszałeś mi w głowie?
Malfoy nie odpowiedział.
— Jak długo to trwało? Byłeś w naszej grupie od kilku tygodni...
— Wystarczająco długo. Przemieszczałem się.
— Ale dlaczego? Po co tu jesteś? I czemu się ukrywałeś?
— Uważasz, że zostałbym przyjęty z otwartymi ramionami? — Malfoy popatrzył na Deana ironicznie. — Ja, syn Lucjusza Malfoya? Thomas, zejdź na ziemię.
Deanowi nie umknęło, że Malfoy unika odpowiedzi na pytanie, dlaczego postanowił do nich dołączyć, ale machnął na to ręką. Prawdopodobnie wcale nie chciał usłyszeć prawdy.
— Co teraz zrobisz?
— Nie wiem. — Malfoy uraczył go cieniem swojego szkolnego złośliwego uśmieszku, po czym zamknął oczy, obrócił się na bok z cichym jękiem i momentalnie usnął.
Dean przyglądał mu się przez długą chwilę, wstał po cichu, naciągnął na niego cienki koc aż po szyję i jasne włosy, i pozwolił mu spać spokojnie.

*

Lepiej byłoby być synem innej,
Mniej martwej rzeczywistości.
Tak wiele kłamstw, tak wiele brutalności.

(„Calice”, Gilberto Gil i Chico Buarque)*****

Co zakłada się na proces własnego ojca i jego prawdopodobną egzekucję?, zastanawiał się Draco, z udręczoną miną przeglądając swoją pokaźną garderobę.
Przypuszczał, że pewnie coś, co wpasowywałoby się w uprzejmy pogrzebowy fason, a jeśli o takie stroje chodzi, miał w czym wybierać. W ciągu ostatnich kilku tygodni zrobił z siebie, choć z niechęcią, niezłe widowisko, przybywając niezaproszony na uroczystości pogrzebowe członków Zakonu Feniksa i otrzymując w zamian wrogie spojrzenia i niegrzeczne traktowanie ze strony rodziny i przyjaciół, nie do końca akceptujących fakt, jakoby Draco należał do kręgu tajnych szpiegów, którzy odmienili bieg wojny.
Pokazywanie się na pogrzebach stało się po części kolejnym aktem buntu, a po części wyrazem wsparcia dla Severusa. Draco był zdeterminowany sprawić, by ich wkład w zwycięstwo nie pozostał niezauważony. Nie prosił o tę rolę, podobnie jak Potter, więc wyszedłby na głupca, gdyby pozwolił zapomnieć o tym czarodziejskiemu światu.
Najgorszy okazał się oczywiście majestatyczny pogrzeb Dumbledore’a, na który przybyli, jak się zdaje, wszyscy czarodzieje świata. Po pierwszych pięciu minutach nienawistnych spojrzeń i nie do końca wymamrotanych pod nosem obelg, Draco przyczepił się do Severusa jak rzep. Dumbledore, wielosokowany w Pottera, uderzył w Voldemorta klątwą uśmiercającą, poświęcając przy tym własne życie. Najwyraźniej istniała jakaś dwuznaczna przepowiednia, która głosiła, iż tylko Potter jest w stanie zabić Czarnego Pana, ale paradoksalnie, zamaskowany Dumbledore zdołał wypełnić jej warunki.
Prawdziwy Harry Potter przeżył. Draco zaskoczyła własna wdzięczność z tego powodu, mimo to przybył na uroczystość, zanim ten pokazał się razem z eskortującą go, gryfońską elitą.
Szybko przejrzał garderobę. Jego matka chciała, by ubiorem wzbudzał szacunek, choć on sam nie czuł nic podobnego. Wolałby raczej pojawić się w drzwiach sali rozpraw mając na sobie puchońskie szaty, krzykliwe mugolskie ubrania, a może nawet łachmany nędzarza. Cokolwiek, żeby zadeklarować całemu światu, że on i Lucjusz nie należeli do tej samej linii genealogicznej, do tej samej rodziny. Do tego samego wszechświata.
Zrezygnował z czarnej, lnianej szaty — pogniotłaby się zbyt mocno, a rozprawa zapowiadała się na długą — wybierając dostojną, bawełnianą w kolorze granatowym. Przez chwilę bawił się myślą o założeniu Orderu Merlina, ale odrzucił pomysł jako zbyt pompatyczny. Ci, którzy go zobaczą, i tak nie zrozumieliby znaczenia tego gestu.
— Czy pan Draco odwiedzi swoją matkę przed wyjściem? — zapytała Sully.
— Oczywiście — odpowiedział, nie odwracając się w jej stronę.
Po przegranej Voldemorta jego matce przyszła na ratunek nowo odkryta neutralność i ślizgońska elastyczność. Kiedy Lucjusz zniknął, z zaskakującą łatwością pozbyła się jakichkolwiek widocznych sympatii dla przegranej strony. Pragmatyczna natura pozwoliła jej i Lucjuszowi żyć razem w wystudiowanej grzeczności, jeśli nie prawdziwej sympatii.
Rozpacz po nim była jednak dostatecznie prawdziwa.
Wślizgnął się do sypialni matki, a jego oczy powoli przyzwyczaiły się do ciemności. Narcyza nie spała. Czekała w milczeniu, pogrążona w mroku, i patrzyła jasnymi oczami, jak Draco zbliża się do jej łóżka. Wszyscy zgodzili się z tym, że jej obecność na rozprawie była niestosowna, zważając na to, że spędzała dnie na skraju załamania, poddana działaniu eliksirów, które uwarzył dla niej Severus. Zdawały się uspokajać ją jak nic innego, włączając w to syna.
— Dzień dobry, mamo — przywitał się Draco, całując lekko jej delikatny, blady policzek.
Lumos — powiedziała. Pokój stopniowo się rozświetlił. Draco niemal żałował, że nie pozostawiła go w ciemnościach, bo nienawidził widoku jej przygnębionej twarzy. — Wyglądasz bardzo ładnie.
Nie odpowiedział na komplement.
— Wychodzę na cały dzień. Redmund wyśle ci sowę, kiedy tylko coś zdecydują. — Dla jej dobra udawał, że wynik rozprawy nie jest pewny. Jakby nie wybierano pomiędzy natychmiastową śmiercią a pocałunkiem dementora.
— Desiree Crabbe obiecała przyjść po południu i zaczekać ze mną na wynik, jeśli tylko będzie mogła się wyrwać.
Miał nadzieję, że jej niegdysiejsza przyjaciółka zdobędzie się na ten gest, co wcale nie było pewne. Pani Crabbe za tydzień stawi czoło identycznej sytuacji, kiedy jej mąż będzie uczestniczył w takiej samej rozprawie, i będzie potrzebowała podobnego wsparcia. Mimo to słyszał od Sully, że popołudniami kobieta nieczęsto jest trzeźwa.
— Lepiej już pójdę. Sieć Fiuu w ministerstwie będzie przeładowana, jeśli będę zwlekał jeszcze dłużej.
Pokiwała głową, ale nie odpowiedziała.
Draco zawahał się, nie chcąc dalej ciągnąć rozmowy, ale czuł, że powinien powiedzieć jej coś pocieszającego. Nie wiedział, co mogłoby to być — fałszywe zapewnienia nie wchodziły w grę.
— Niedługo będzie po wszystkim.
Uniosła lekko głowę.
— I nie wezwą cię, byś zeznawał?
— Nie. — Więcej niż potrzebna liczba osób marzyła o tym, żeby potwierdzić zarzuty przeciwko Lucjuszowi, a aurorzy okazali się w stosunku do Draco niecodziennie wielkoduszni.
— To dobrze. — Odwróciła wzrok, a on w wyrazie pożegnania uścisnął po raz ostatni jej lodowatą dłoń.
Zauważył skrzatkę, która stała wyczekująco przy drzwiach.
— Opiekuj się nią dzisiaj — rzucił cicho, mijając ją przy wyjściu.
— Będę, panie Draco. Niech się pan nie martwi. Sully przyniosła herbatę dla pani Malfoy i wie, gdzie pan Snape zostawia jej eliksir.
W ciągu ostatnich kilku tygodni Draco był w ministerstwie tak często, że straż od razu go rozpoznała i przepuściła, machnąwszy tylko ręką. Tłum zebrał się już w nadziei, że dostanie się do kręgu widowni na, jak się zapowiadało, jedną z największych rozpraw tej dekady. Nawet po powiększeniu sali, by zmieścić ocalałe rodziny ofiar Lucjusza, zorganizowano loterię dla setek gapiów, usilnie starających się zdobyć kilka pozostałych miejsc.
Draco na moment odsunął się w zaciszny kąt i rzucił na siebie zaklęcie. Ostatnio przemieniał się w Dawida Carmichaela kilka tygodni temu, ale mimo iż pozostawał pod kamuflażem przez całe miesiące, zanim skończyła się wojna, czuł się z nim dziwnie i niekomfortowo. Robił to jednak dla własnego bezpieczeństwa, za rozsądne uważał niepokazywanie się we własnej osobie w korytarzach przeładowanych czarodziejami i czarownicami, którzy mogliby nie uznać różnicy pomiędzy Lucjuszem i jego synem.
Przy windach również ściskały się tłumy, więc Draco zdecydował odpuścić sobie czekanie w kolejce i wybrał schody. Zszedł na dół niezauważony przez nikogo, wdzięczny za możliwość rozprostowania nóg przed długim dniem spędzonym w bezruchu. Już w tej chwili był za bardzo spięty, a nie zapowiadało się, że dana mu będzie chwila wytchnienia.
Dźwięk zbyt wielu głosów poprowadził go na najniższe piętro ministerstwa, do ciężkich, drewnianych drzwi sali numer osiem. Ustawił się w kolejce na korytarzu.
Ochrona była widocznie wzmocniona. Zaskoczył go fakt, że zabroniono wnoszenia różdżek na tę konkretną rozprawę, a cała falanga aurorów stała gotowa doglądać ich konfiskaty i bezpiecznego przetrzymywania. Kiedy dotarł do prowizorycznego posterunku, czarodziej po jego lewej stronie protestował głośno przeciw zabraniu mu różdżki.
— Czy to naprawdę konieczne? — usłyszał, jak mężczyzna pyta aurora cienkim, rozgoryczonym głosem.
— Zakaz wnoszenia różdżek — powtórzył auror zwięźle, a Draco domyślił się, że powtarzał to zdanie więcej razy niż miał na to ochotę. Mimo to konfiskata zdarzała się rzadko, a oburzenie czarodzieja nie było zaskakujące.
— Ta różdżka należy do mnie od sześćdziesięciu trzech lat — podkreślił.
— Jeśli nie chce pan jej oddać, kilku innych kandydatów z zadowoleniem zabierze pańskie miejsce na rozprawie. — Auror posłał mu wymowne spojrzenie. W końcu mężczyzna wręczył mu różdżkę, nie mówiąc już ani słowa.
Po tym, jak Draco oddał swoją różdżkę wyglądającej na ostrożną czarownicy, zorientował się, że jego ręka przyciśnięta jest do miękkiego kawałka welinu, który oplótł się wygodnie wokół jego dłoni i palców, dostosowując do nich swoją powierzchnię niczym druga skóra. Chwilę potem materiał opadł lekko na stolik po komendzie czarownicy, która położyła na nim różdżkę Draco.
— Nazwisko? — zapytała.
— Draco Malfoy — wypowiedział niskim głosem.
Welin natychmiast luźno otoczył różdżkę i pakunek uniósł się w powietrze, przebił migoczącą barierę ochronną za kobietą i poleciał w kierunku niszy, w której zabezpieczyli ją aurorzy. Teraz jedynie dłoń pasująca do odcisku na materiale mogła ją odzyskać.
Zauważył, że zdołał przełamać rutynę w zajęciu czarownicy. Wpatrywała się w niego tak, jakby należał do jakiegoś zakazanego gatunku zwierzęcia, ale przynajmniej nie sięgnęła po własną różdżkę. Przypuszczał, że powinien być za to wdzięczny.
— Skończyliśmy? — zapytał po chwili, a ona przybrała coś na kształt biernego wyrazu twarzy i kiwnęła głową.
Po wejściu na salę przystanął na chwilę obrócony plecami do zgromadzonych i udając, że przygląda się obrazowi Earla z Duncastle, pozwolił zniknąć swojemu kamuflażowi. Zdecydował, że skoro nikt nie posiadał przy sobie różdżki, ma zapewnione bezpieczeństwo przynajmniej do momentu, w którym ktoś nie zaatakuje go pięściami. Mimo to nie zamierzał marnować energii na podtrzymywanie maski przez cały dzień.
— Niezły pokaz, staruszku — powiedział Earl, widzący jego przemianę, a Draco w odpowiedzi uniósł brew i wykrzywił usta w najlepszym malfoyowskim uśmiechu.
Severus obserwował drzwi i napotkał jego spojrzenie, gdy Draco się odwrócił. Kiwnął mu głową i wyminął potężnie zbudowaną czarownicę, która, jeśli wziąć pod uwagę jej pełną podekscytowania paplaninę, wyczekiwała wyniku rozprawy z widocznym entuzjazmem.
— Avada to zbyt mało dla takich jak on — mówiła, gestykulując teatralnie i ramieniem niemal zwalając Draco. W ostatniej chwili zdołał się odsunąć, ona na szczęście wcale go nie dostrzegła, tak zaabsorbowana swoją przemową. — Zamordował mojego syna i jego żonę... była mugolskiego pochodzenia. Pili właśnie wczesną herbatę, kiedy to się stało...
Draco zdał sobie sprawę, że nie pamiętał nawet, o której rodzinie mogła wspominać. Było ich zbyt wiele, mieszały się razem w jedno piekielne wspomnienie. Tu brakowało rodziny mugolskiej, gdzie indziej osieroconych brata i siostry, złapanego i torturowanego żołnierza, całej gospody spalonej do gołej ziemi. Wszystko za czasów Lucjusza Malfoya, stojącego za tym przerażającego śmierciożercy.
Nawet, jeśli Draco ich nie pamiętał, salę wypełniali ci, którzy zachowali w głowach każdy szczegół, bezduszny postępek, każdą bezwzględną śmierć, ponieważ Lucjusz Malfoy zrujnował ich życie. Byli tutaj dzisiaj, by złożyć zeznania i upewnić się, że Wizengamot mu się odwdzięczy.
Z westchnieniem usiadł obok Snape’a w wyraźnie pustej części sali.
— Severusie — powiedział na przywitanie. Nie mógł zacząć od „dzień dobry”, ponieważ obaj wiedzieli, że dzień do takich nie należał.
— Draco. Jak się dziś miewa twoja matka?
— Tak, jak się można spodziewać. — To ucięło dalszą rozmowę.
Hałas ze strony tłumu wezbrał zauważalnie, przyciągając uwagę Draco do wchodzącej grupy. Severus również zauważył zmianę w pomieszczeniu. Spojrzeli na siebie. Żaden z nich nie potrzebował potwierdzenia tego, kto spowodował owo poruszenie.
Potter.
Szedł u boku niezmiennej grupki Gryfonów — Granger, Longbottoma, Thomasa, Finnigana i gromadki Weasleyów. Osłaniali go tak, jakby byli jego ochroniarzami, co nie odbiegało zbyt daleko od prawdy. Ludzie w tłumie napierali na nich tak, jakby Potter był magnesem, a oni żelazem.
Potter pozostawał obiektem rozmyślań i rozmów przez tak długo, zarówno w czasie wojny, jak i tygodnie po ostatecznej bitwie, że Draco z zaskoczeniem uświadomił sobie, iż w ogóle nie widział go osobiście, pomijając setki wielosokowanych w niego postaci walczących w pamiętną noc w Hogwarcie. Noc, podczas której się pocałowali. Przez lata po tym wydarzeniu przekonywał sam siebie, że jego niestosowne zachowanie stanowiło jedynie idiotyczną próbę zatrzymania ostatnich ochłapów szkolnej niewinności. Nie pozwolił sobie zastanawiać się, dlaczego Potter odpowiedział na jego pocałunek. Ale jeśli był on prawdziwy, dlaczego jego mózg wysyłał mu pełne niepokoju sygnały na widok byłego wroga? Dlaczego czuł się tak niezręcznie wytrącony z równowagi, gdy tylko go zobaczył?
— Wydajmy ucztę na cześć z dawna oczekiwanego — zaproponował Severus tonem pełnym sarkazmu. — Oto przybył nasz Złoty Chłopiec.
Po wszystkim, co się stało od czasu opuszczenia Hogwaru, Draco zdał sobie sprawę, że jego ogromna wrogość w stosunku do Pottera znacznie zmalała. Zostawił za sobą dziecinny gniew, nawet o tym nie wiedząc i założył, że zrobili to również pozostali, więc zaskoczyła go gorycz w słowach Severusa.
Potter wyglądał niemal tak samo, jak tamtej nocy, był być może nieco szerszy w ramionach, a wyczerpująca wojna ukształtowała umięśnioną sylwetkę. Najbardziej uderzającą różnicę stanowił zbyt poważny wzrok i zmęczony wyraz twarzy.
Grupa szła do przodu przez zatłoczone pomieszczenie, aż w końcu Draco zorientował się, że zmierzają w kierunku pustej części sali, w której siedział z Severusem. Potter odsunął się od reszty i stanął dokładnie przed nim. Wyczuwając swoje niekorzystne położenie, wstał szybko, by spojrzeć mu prosto w oczy. Z zadowoleniem odkrył, że jest wyższy od Pottera. Niewiele, ale wystarczająco.
Potter wyciągnął do niego dłoń.
— Malfoy — przywitał się.
Draco wiedział o obecności grupki fotografów, gotowych uwiecznić tę historyczną scenę. Czując się zakłopotanym do granic możliwości, odpowiedział jedynym możliwym sposobem, mając nadzieję, że jego własna dłoń nie jest wilgotna od potu.
— Potter.
Severusowi zaparło dech w piersiach.
Potter nie odsunął się tak szybko, jak przewidywał Draco, ale utrzymywał ich kontakt przez długą chwilę. Zastanawiał się, czy było to całkowicie zamierzone działanie na korzyść fotografów.
— Przykro mi. — To wszystko, co powiedział Potter, chociaż nie wyjaśnił, czy przyznał to z powodu uwagi tłumu skoncentrowanej na nich z nieskrywaną ciekawością, czy traumą związaną z rozprawą jego ojca, a może z powodu ich własnej, okropnej historii.
— Wiem — odpowiedział Draco, chociaż wcale nie miał takiego zamiaru.
Potter poprowadził swoją grupę wzdłuż rzędów krzeseł, zatrzymując się, by zaoferować uścisk dłoni Severusowi, który nie zaprzątał sobie głowy wstawaniem. Dean Thomas usiadł obok Draco i obdarzył go zaskakująco ciepłym powitaniem.
Jego odpowiedź została przerwana przez głośne echo zatrzaskiwanych drzwi, które przyciągnęło uwagę zgromadzonych i ściszyło dotychczasowy hałas do cichego szeptania. W tym samym czasie dwoje drzwi — jedno po lewej stronie podestu i drugie po prawej — również się otwarło. Przez pierwsze weszli członkowie Wizengamotu, milczący i poważni, zasiadając za bogato zdobionymi stołami. Pomiędzy nimi widniały wyraźne przerwy — Draco dostrzegł, że ci zabici w wojnie nie zostali zastąpieni, prawdopodobnie jako niewysłowione stanowisko wobec tego, dlaczego dziś się tutaj zebrali.
Drugimi drzwiami czterech aurorów wyprowadziło osłoniętą ich ciałami wysoką postać jego ojca. Maszerowali powoli ku środkowi sali, po czym zatrzymali się przed sędziami. Za nimi szedł pełnomocnik Lucjusza. Draco miał wrażenie, że każdy w pomieszczeniu słyszy bicie jego serca, tak bardzo podziałał na niego widok niewidzianego od miesięcy ojca. Uwaga widowni skupiła się jednak całkowicie na Lucjuszu. Reagowali na jego obecność syknięciami i mamrotanym pod nosem bełkotem.
— Bezlitosna, śmierciożercza szumowina! — usłyszał czyjś donośny głos.
Głos ten poparł zaraz kolejny, a potem kolejny, a w końcu zewsząd słychać było krzyki. Jego ojciec, zamarły w bezruchu pomiędzy strażnikami, nie zareagował na obelgi w żaden sposób.
— Cisza! — Głośna komenda dobiegła od najbardziej zwracającego uwagę czarodzieja, najwyraźniej nowego przewodniczącego Wizengamotu. Draco przywołał w pamięci jego imię: Eurybiades Tabernash.
Pamiętał go z kilku ministerialnych raportów, które zdawał, chociaż nie był wtedy świadomy jego pozycji.
Lucjusza zaprowadzono do odizolowanego krzesła na środku pomieszczenia. Kiedy jego ojciec usiadł, Draco obserwował, jak mocne skórzane pasy opinają się ciasno wokół nadgarstków i kostek, przywiązując go do siedzenia. Powiedział sobie, że na niego nie spojrzy, ale nie potrafił przyglądać się niczemu innemu. Ostatnim razem widział go tego ranka, gdy uciekł i nigdy nie mieli okazji, aby się pożegnać. Przeznaczenie sprawiło, że teraz nie mieli już na to szansy.
Jeden z członków Wizengamotu — czarownica o melodyjnym głosie — zaczęła czytać zarzuty ministerstwa wobec jego ojca. Długość rolki pergaminu w jej dłoni oznaczała, że nie skończy ich wymieniać przez długi czas. Zdumiewała sama mnogość zarzutów. Draco doświadczył niektórych z nich, o innych jedynie słyszał, a jeszcze inne były nowe. Za każdy z nich osobno Lucjusz mógłby dostać najwyższą karę.
Jego ojciec nie miał żadnych szans.
Gdy czarownica skończyła czytać, Tabernash zwrócił się do ojca Draco:
— Czy nazywasz się Lucjusz Malfoy?
Nastała długa chwila milczenia, wyraźnie naznaczona prowokacją.
— Tak.
— Czy masz coś do powiedzenia odnośnie stawianych zarzutów?
Żadnej odpowiedzi. Obrońca Lucjusza, Lysander Redmund, wstał z miejsca obranego nieopodal.
— Pan Malfoy nie życzy sobie zeznań w swoim imieniu.
— Bardzo dobrze — odpowiedział Tabernash z marnie ukrytą ulgą. Jego odmowa ułatwiła rozprawę, która niekoniecznie stała się dzięki temu mniej skomplikowana.
Niski czarodziej podszedł do pobliskiego stolika, by zdjąć okrywającą go tkaninę. Draco rozpoznał leżące na nim eliksiry — buteleczki Veritaserum, jedna dla każdego świadka. To zapowiadało długi dzień.
Rada postanowiła zacząć od przesłuchiwania kilku osób, które przetrwały ataki Lucjusza, wymieszanych z bliskimi tych, którzy nie mieli szczęścia przeżyć. Mimo to, po kilku godzinach, ich słowa zaczynały być przerażająco podobne.
— Zanim zdołaliśmy uciec, rzucił na mojego męża klątwę uśmiercającą i zobaczyłam zielone światło...
— ...potem wycelował we mnie różdżkę i usłyszałam, jak wypowiada Crucio...
— ...krzyknął Incendio i cały pokój stanął w płomieniach, ledwie uszedłem z życiem...
— ...potem zamordował całą dziesiątkę we śnie...
— ...torturował mnie przez godziny, ale przecież...
— ...uśmiechał się cały czas, jakby mu się to podobało...
— ...wszędzie była krew...
— ...to tylko dzieci, ale on...
Jedynym dźwiękiem poza zeznaniami był odgłos otwierających się i zamykających drzwi, kiedy obserwatorzy rozprawy jeden po drugim opuszczali dyskretnie salę, uznając, że opisy są zbyt graficzne dla ich wrażliwych żołądków.
Potter był następnym świadkiem, ku niewyrażonej uciesze tłumów. Pod wpływem Veritaserum beznamiętnie opowiedział o roli Lucjusza w zmartwychwstaniu Voldemorta i jego poczynaniach w ministerstwie, kiedy zabito Syriusza Blacka, dwóch wydarzeniach, o których Draco nigdy nie słyszał z perspektywy Zakonu. Potter przez kilka ostatni lat nauczył się dobrze wysławiać, a jego trzymające w napięciu zeznania sprowadziły słuchaczy na krawędzie siedzeń. Po niemal godzinnym, porywającym monologu został zwolniony, ale Draco sądził, że Prorok Codzienny będzie powtarzał jego przerażające słowa przez całe tygodnie.
— Ministerstwo wzywa na świadka Severusa Snape’a.
Po raz pierwszy tego dnia Lucjusz okazał zainteresowanie wzywanym, obdarzając Severusa spojrzeniem bezgranicznej odrazy i nazywając go „zdrajcą krwi”. Severus nie zareagował, nawet na niego nie spojrzał. Bez słowa wypił Veritaserum.
— Co należało do twoich zadań w Zakonie Feniksa? — zapytał go Tabernash.
— Byłem tajnym szpiegiem pomiędzy śmierciożercami. Miałem szczęście pozostać nieodkrytym aż do ostatniej bitwy.
— Czy Zakon wiedział o twoim postępowaniu w jego imieniu?
— Tak, oczywiście. Donosiłem o poczynaniach śmierciożerców tak często, jak tylko mogłem.
— I pomogłeś zaaranżować pułapkę, która doprowadziła do walki pomiędzy Harrym Potterem a Voldemortem?
— Odegrałem w tym swoją rolę.
— A twoje zasługi dla ministerstwa zostały nagrodzone Orderem Merlina, zgadza się?
— Tak.
Tabernash zadawał mu pytania w związku z wcześniejszymi zeznaniami, szukając i zazwyczaj znajdując potwierdzenie zarzutów przeciwko Lucjuszowi. Uwaga Draco zaczęła się rozpraszać, póki nie usłyszał, jak Tabernash zadaje kolejne pytanie:
— Czy wiedziałeś o innych szpiegach pomiędzy śmierciożercami?
— Tak.
— Kto to był?
— Pierwszy to syn Lucjusza Malfoya, Draco.
Serce zaczęło mu bić szybciej i żałował, że bardziej nie uważał. Co skłoniło Wizengamot do tego, by pytać o innych szpiegów? Miał nadzieję — próżną, jak się okazało — że nic z jego poczynań nie zostanie wspomniane. Wszystkie głowy odwróciły się w jego stronę.
— Kiedy Draco Malfoy zaczął pracować dla Zakonu?
— Przyszedł do mnie, kiedy był moim uczniem w Hogwarcie. Miał niecałe szesnaście lat. Pracowałem z nim i trenowałem go przez kilka lat, zanim jego ojciec wezwał go, by został śmierciożercą, tuż przed tym, jak rozpętała się wojna.
Draco zdawał sobie sprawę z rosnącej liczby badawczych spojrzeń ze strony zaskoczonych Gryfonów, ale nie odwrócił głowy w ich kierunku.
— Draco zdołał pozostać ze śmierciożercami przez około rok — dodał Severus. — Służyliśmy razem w ich kwaterach.
— Dlaczego odszedł?
— To była moja decyzja, poprosiłem go o to. Dwóch członków Zakonu zostało złapanych, a jeden z nich posiadał informacje, których ujawnienie prowadziłoby do złapania Harry’ego Pottera. Draco pomógł im uciec, zanim zostali przesłuchani, co demaskowało jego rolę jako szpiega Zakonu. Za jego zasługi dla ministerstwa został mu przyznany Order Merlina.
Severus odpowiadał na pytania wyraźnie rozwlekle w przeciwieństwie do ich wcześniejszych treningów z Veritaserum. Najwyraźniej nie sądził, że publiczne ogłoszenie prawdy przez Pottera okazało się wystarczające, by wytłumaczyć, że Draco nie stał po stronie Lucjusza. Nie żeby jego zeznanie bardzo się liczyło — reputacja Snape’a plasowała się jedynie odrobinę wyżej niż Draco.
W międzyczasie Dean Thomas wypalał w nim dziurę intensywnością swojego spojrzenia, ale Draco nadal nie odwracał głowy w jego stronę.
— Czy w gronie śmierciożerców znalazł się jeszcze ktoś pracujący dla Zakonu Feniksa?
— Jedna osoba, Gregory Goyle.
Teraz to Draco był zaskoczony — czy Gregory nie należał do śmierciożerców przez cały czas?
Z tego co się okazuje, nie.
— Goyle przyszedł do mnie po tym, jak odszedł Draco. Zrozumiał, że młody Malfoy pracował dla Zakonu i był zdeterminowany zastąpić go najlepiej, jak potrafił.
— Gdzie teraz przebywa?
— Nie żyje. Nie miał przeszkolenia w oszukiwaniu i nie miał do tego talentu. Odkryto go niedługo po ostatniej bitwie. Zabił go własny ojciec.
Draco poczuł niepohamowany przypływ gniewu i musiał zaangażować całą samokontrolę, by nie okazać żadnych emocji. Zacisnął pięści na kolanach, wyczuwając paznokcie wbijające mu się w wewnętrzną stronę dłoni. Jego agresywne uczucia powinny zostać skierowane w kierunku śmierciożerców — wiedział to — ale zamiast tego wylewały się one na wszystkich innych: Severusa, który nie powiedział mu o Gregorym, na Dumbledore’a, który nie zmusił Goyle’a do pozostania w Hogwarcie, a przede wszystkim na siebie, za brak możliwości ochrony swojego starego przyjaciela, chłopca, który chciał być taki jak Draco, który przypłacił swą lojalność śmiercią z rąk własnego ojca.
Właśnie w tym momencie Lucjusz odwrócił głowę i spojrzał prosto na niego z wykalkulowanym, brutalnym uśmiechem. Draco był wdzięczny, że zabrano mu różdżkę, bo mógłby zabić ojca w oka mgnieniu z miejsca, w którym siedział, bez cienia wyrzutów sumienia.
Z radością pozwoliłby ministerstwu wykonać to za niego, to jest, oczywiście, gdyby odczuwali miłosierdzie. W innym wypadku mogliby przetransportować go do Azkabanu i przekazać dementorom.
Rada Wizengamotu powróciła do sali już po pięciu minutach, by ogłosić werdykt w sprawie słynnego śmierciożercy Lucjusza Malfoya. Nie byli w miłosiernych nastrojach. Jego ojciec został skazany na spędzenie swego, oby krótkiego, życia jako pusta skorupka pozbawiona duszy. Pocałunek.
Draco skorzystał z powstałego z tego powodu do świętowania, by rzucić się w kierunku drzwi, odebrać różdżkę i uciec z ministerstwa tuż przed reporterami, tłumem i Harrym Potterem, który z niewyjaśnionych przyczyn próbował go dogonić.
Nie wiedział, dlaczego zrezygnował z sieci Fiuu, w zamian pozwalając swojej szalonej ucieczce ponieść go przez główne drzwi na ulicę. Zdołał zgubić Pottera, ale znając jego nieustępliwą naturę, prawdopodobnie nie na długo. Czuł potrzebę przemieszczania się, by otrząsnąć się po całych godzinach bezruchu i szoku po werdykcie.
Widok ścigającej go sowy, kiedy odchodził, zatrzymał go. Niezmiernie rzadko sowa szukała swojego adresata na ulicy. Sięgnął po wiadomość z prawdziwym strachem.
Nie pozwolimy, by twoja zdrada przeszła niezauważona. Narcyza i Lucjusz nie zostaną rozdzieleni na długo.
Ogarnęło go odrętwienie. Przez klika nieskończenie długich chwil mógł tylko stać i wpatrywać się w przestrzeń, ignorując ciekawskie spojrzenia przechodniów.
W pewnym momencie podszedł do niego Potter. Czy przyszedł przed chwilą, czy stał tam przez długi czas, patrząc na niego współczującymi i pełnymi ciekawości oczami, ukrytymi za tymi idiotycznymi okularami? Draco bez słowa wręczył mu wiadomość i aportował się do rezydencji Malfoyów, wiedząc, że jest już za późno.
Sully — nie martwa, ale ogłuszona zaklęciem, co szybko sprawdził — leżała rozłożona w korytarzu przed pokojem Narcyzy. Draco zostawił ją na miejscu.
Otworzył drzwi sypialni i zdołał zrobić kilka kroków, zanim opuściły go wszystkie siły.
Narcyza nie żyła, to było jasne.
Wiadomość przekazana została bez wątpienia w stylu śmierciożerców. Jej morderstwo zaplanowano tak, by przysporzyć ofierze jak najmniej cierpienia — Draco mógł dostrzec, że umarła natychmiast, za co był wdzięczny — ale zadać go jak najwięcej osobie, która ją znajdzie.
Całkowicie przewidywalne. Nie zamierzali ukarać Narcyzy. Bez wątpienia nie żywili wobec niej żadnej urazy, prawdopodobnie cieszyli się jej gościnnością, kiedy zbierali się we dworze na wieczorach śmierciożerców. Była jedynie wygodnym narzędziem, kobietą pełną talentów, które udoskonaliła podczas małżeństwa z Lucjuszem, pustą tabliczką w oczach jej oprawców, na której mogli napisać swoją makabryczną wiadomość do Draco.
Chwiejnym krokiem wpadł do łazienki i zwymiotował do umywalki.

*

Każdy żyjący członek Zakonu Feniksa, którego Draco znał, nieważne czy był z nim blisko, czy nie, a nawet osoby zupełnie mu obce, uczestniczyły w pogrzebie jego matki. Przypuszczał, że za ten celowy i publiczny pokaz wsparcia powinien dziękować Severusowi, ale nie zamierzał o tym wspominać. Severus by sobie tego nie życzył.


Koniec rozdziału trzeciego




*And if I could save you, and if I could find a solution,
I would die a thousand times, to get you out of here
— tłumaczenie szyszki.
**My back to the wall, a victim of laughing chance — tłumaczenie szyszki.
***Acordei de um sonho estranho um gosto de vidro e corte
Um sabor de chocolate no corpo e na cidad
Um sabor de vida e morte ...Com sabor de vidro e corte
As horas năo se contavam, e o que era negro anoiteceu
Enquanto acontecia, Eu estava em San Vicente
— tłumaczenie szyszki z angielskiego, tłumaczenie autorki z portugalskiego.
****Bayeza abafana bancane wema, Baphethe iqwasha, baphethe bazooka
Bathi "Sangena savuma thina, Lapha abazange bengena abazali bethu, Nabadala...”
— tłumaczenie Kaczalki z angielskiego, tłumaczenie autorki z zuluskiego.
*****Melhor seria ser filho da outra
Outra realidade menos morta
Tanta mentira, tanta força bruta
— tłumaczenie Lasair z angielskiego, tłumaczenie autorki z portugalskiego.
Ostatnio edytowano 3 paź 2012, o 20:53 przez TEAM DRARRY, łącznie edytowano 1 raz
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Incendio » 27 wrz 2012, o 07:56

Krótko, bo właśnie wybiegam do szkoły i weszłam tylko w przerwie powtarzania stolic (150 państw, chyba komuś odbiło). W każdym razie - już uwielbiam tego ficka. Każdy rozdział jest cudownie długi (dla Was pewnie mniej "cudownie" drogie tłumaczki), już było tyyyyle akcji, a to dopiero trzeci z szesnastu! :hura2:
Lubię takiego Draco, uwielbiam, zdecydowanie uwielbiam takiego Severusa, któremu się nie odmawia ludzkich uczuć. Ciekawa kreacja Deana Thomasa i jego przyjaźni z Seamusem. Przyznam, że byłam nieco zszokowana jego zachowaniem po schwytaniu. Opowiadanie wydaje się nieźle przemyślane, chociaż w niczym nie przypomina mi kanonu. No zobaczymy, zobaczymy co będzie dalej - ja w każdym razie nie mogłam się oderwać. Powstrzymuję się przed zajrzeniem do oryginału, ręcyma, nogami i zębami.
Dziewczyny, wykonujecie świetną robotę! Tekst czyta się świetnie, mimo kilku zgrzytów na samym początku tego rozdziału (coś mi tam dziwnie brzmiało, może się czepiam).
Czekam na kolejny rozdział, na aktywowanie się tej klątwy Lucjusza (nie zapominajmy o tym!) i na... no oczywiście na DRARRY. :D
Trzy­małem szczęście za ogon; wyr­wało się, zos­ta­wiając mi w ręku pióro, którym piszę.


Nie bój się nocy. To ja nią wiodę
ten strumień żywy przeobrażenia,
duchy świecące, zwierząt pochody,
które zaklinam kształtów imieniem. ~ K.K.Baczyński
Incendio Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 35
Dołączył(a): 17 wrz 2012, o 18:17

Postprzez ewa1959 » 27 wrz 2012, o 13:10

Dziękuje jak zwykle za długi rozdział. Wspominałam już, że bardzo lubię tego ficka i wykreowane w nich postacie. Może dlatego, że są bardzo ludzcy, a w szczególności mój ulubiony mistrz eliksirów. Zawsze lubię , gdy jest przedstawiony jako człowiek, który też ma uczucia , a nie jako potwór bez serca. Wojna to paskudna sprawa, bo każda ze stron wierzy, że ma rację ,ale z jednej oraz drugiej strony giną ludzie.Snape i Draco byli szpiegami jasnej strony i poświęcili dla niej wiele, ale mimo, że wszyscy o tym wiedzą to nadal patrzą na nich podejrzliwie. W dodatku teraz stracił matkę i tylko teraz został mu Snape. Gorzki te zwycięstwo,ale dokonał wyboru. Jestem ciekawa spotkania Draco z Harrym i jak to wszystko się zacznie pomiędzy nimi, a więc czekam na drarry. Dziękuje wam za świetne tłumaczenie i becie za jej nieocenioną prace.I z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
Pozdrawiam i życzę weny.
ewa1959 Offline


 
Posty: 42
Dołączył(a): 30 sie 2011, o 14:06

Postprzez Japor » 27 wrz 2012, o 19:42

Nie powiem nic oryginalnego, jeśli napiszę, że historia totalnie mnie "wciągnęła". To świetne opowiadanie, ale od początku tego oczekiwałam, widząc, że to TEAM DRARRY wziął się za jego tłumaczenie. Więc wiedziałam, że to nie będzie nic banalnego.
Wprost uwielbiam, uwielbiam z naciskiem na UWIELBIAM postać Draco :seksi: Malfoy w takim wydaniu (nad wyraz dojrzały, a przy tym nie traciący swojego nieco ironicznego poczucia humoru), jak najbardziej do mnie przemawia.
Ciekawi mnie też, jak rozwinie się przyjaźń Deana i Seamusa, w którym kierunku to pójdzie?

Każdego kolejnego rozdziału wypatruję z wielką niecierpliwością!

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez Akame » 28 wrz 2012, o 13:33

No i co ja powinnam napisać, poza tym, co już napisały moje poprzedniczki? Nic po prawdzie nie przychodzi mi do głowy. Opowiadanie jest fascynujące. Niby akcja goni akcję, ale nie czuje się absolutnie jakiegoś przyspieszenia zbytniego, nic nie jest po łebkach, nic nie zostało pominięte, zero niedosytu. Genialny opis wewnętrznych przeżyć Deana. Chyba po raz pierwszy, tak zaabsorbowało mnie czytanie o wojnie w HP. To jak się przygotowywali, jakie mieli zasady, co musieli poświęcić. Moment, gdy Dean zdradza Seamusa mną wstrząsnął. Poświęcenie jednostki, dla większego dobra. W dodatku łączyły ich silne więzi, co nie ułatwiało sprawy. Naprawdę, kiedy pomyślałam, co musiał czuć Dean, prawie zebrało mi się na mdłości. Fantastycznie przedstawieni zostali uczestnicy walki. Ich determinacja, czasami wiara, a czasami bezsilne pogodzenie się z losem. Równie wstrząsające było dla mnie oznaczanie numerami. Jakoś od początku wiedziała, że będą potrzebne do identyfikacji zwłok. Nie przyszło mi do głowy, że wszyscy zamienią się w Potterów, ale po prostu skojarzyło mi się z obozem i numerami na dłoniach skazańców.
Zaskoczyło mnie to, że Draco, pomimo tego że nie mógł być już szpiegiem, nadal walczył, pod przebraniem, zupełnie jakby do końca nie potrafił się poddać. Nie doceniłam go w tym opowiadaniu, naiwnie wierzyłam, że wyjechał, ukrywa się, a tutaj... bum. Rewelacja.
Proces Lucjusza... tak jakoś zimno się człowiekowi robi, gdy pomyśli, iż ktoś dopuścił się takich zbrodni. Właściwie, miałam wrażenie, jakbym czytała opis z jakiejś prawdziwej wojny. Ćwiczenia, przygotowania, poświęcenie, sąd nad zbrodniarzami wojennymi. Autorce należą się za to brawa. I jakoś tak ciepło mi się zrobiło, gdy Severus mówił o wkładzie Draco w to wszystko. Miałam wrażenie, że to musiało zostać nagłośnione, właśnie wtedy, przed tymi wszystkimi ludźmi skrzywdzonymi przez Lucjusza, aby nie było wątpliwości, po której stronie stał jego syn.
Zemsta śmierciożerców... żal mi Narcyzy, ale jeszcze bardziej żal mi Draco. Znaleźli jego słabość i uderzyli w nią bez miłosierdzia. Zapłacił za zdradę najwyższą chyba cenę. Śmierć jest szybka, życie ze świadomością, że przez nasze wybory zginęła osoba, którą kochaliśmy to koszmar. Mam nadzieję, że Draco uświadomi sobie, że to nie jego wina, a chorej wściekłości pozostałości po Voldemorcie.

Cóż, teraz czekam co będzie dalej. Lucjusz praktycznie zginie, jego klątwa rzucona przez laty na Harry'ego, dosięgnie celu? W pewien chory sposób, musi to staremu Malfoyowi sprawiać satysfakcję. Na koniec to on wygra? Mam nadzieję, że Draco w porę przypomni sobie o tym i zrobi coś, co powstrzyma przekleństwo jego ojca. Do tej pory chyba nikomu o tym nie powiedział, więc niecierpliwie czekam, w jaki sposób rozwiąże tę sprawę.

Opowiadanie jest naprawdę wspaniałe. Draco fantastyczny, opisy, fabuła... miód dla moich oczu :) Dziękuję, pozdrawiam i życzę wytrwałości przy pracy nad tak długimi (ku naszej radości) rodziałami :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Ka » 28 wrz 2012, o 23:06

Naprawdę uwielbiam to opowiadanie. I nie przestaje mnie ono zaskakiwać. To może dużo powiedziane, biorąc pod uwagę, że jestem dopiero po trzech rozdziałach, ale rozdziały są smakowicie długie, więc wcale nie czuję się, jakby to był dopiero początek fika.

Haniebnie nie skomentowałam drugiego rozdziału, więc teraz tylko tak na szybko, z tego, co pamiętam, napiszę i o nim.
Nie podobał mi się sam początek, z wybieraniem ślimaków. Rozumiem, że Severus był mistrzem obserwacji i że pozornie mało istotne rzeczy często mówią wiele o człowieku, ale, na bora, czasami wybieranie ślimaków to tylko wybieranie ślimaków, a wszystkie te rozwlekłe opisy poruszenia i muśnięcia dłoni zaczęły być odrobinę obrzydliwe.
Wizja Harry'ego z Zachariaszem totalnie mnie zaskoczyła. Do teraz nie mogę się zdecydować, czemu właściwie służy ten motyw. Daniu Draco okazji do podsłuchania czegoś? Pokazaniu, że Harry jest gejem? A jednak chętnie dowiedziałabym się trochę więcej o tym ich związku - chciałabym wiedzieć, o co chodziło, móc to sobie jakoś wyobrazić.
Dobrze. Od teraz mamy czyste konto. Nazywam się Harry Potter. Miło mi cię poznać.
Rzygam tym motywem.
Dalej - podobała mi się scenka w łazience prefektów. Taka wyrwana z kontekstu, trochę bez powodu, ale nadaje opowiadaniu charakterystycznego rytmu. Ogromnie podoba mi się to przeplatanie czasów - w ogóle nie mam problemu ze zrozumieniem, co się dzieje, a akcja goni do przodu, ale wcale nie wydaje się zbyt szybka - mam czas, żeby się wsmakować.
Nauka radzenia sobie z veritaserum - super. Fantastycznie pokazuje naukę Draco przez Snape'a, ich relację, pełną sympatii, szacunku i troski, a wreszcie przygotowuje idealny grunt pod rozdział trzeci, który cały kręci się wokół veritaserum, najpierw tego, którego obawiał się Dean, a później tego na przesłuchaniu, kiedy Severus bardzo wylewnie odpowiedział na pytania, chociaż wcale nie musiał. Bardzo zaskoczyło mnie uczucie Draco do Severusa, ale teraz, po pewnym czasie, muszę przyznać, że to ma sens - Severus był mentorem, którego Draco podziwiał i któremu ufał, więc dlaczego by nie? Chociaż i tak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autorka po prostu lubi się z nami bawić. Spotykające się nad ślimakami dłonie - nieee, to nie Harry i Draco, to Harry i Zach! Draco nie chce przyznać, z kim "chciałby dzielić pocałunki w kontekście seksualnym" - nieeee, to nie Harry, to Snape! Ale kupuję to. I bardzo podoba mi się reakcja Severusa, pełna szacunku dla uczuć Draco.
odkąd Dumbledore zwołał razem wszystkie domy i ogłosił początek wojny
Tak po prostu? Zabrakło mi jakiegoś szerszego opisu tego, co się właściwie stało. Jak ta wojna się zaczęła.
Posłuchaj, znajdę cię któregoś dnia, kiedy już będzie po wszystkim i wytłumaczę ci to przy drinku. Pasuje ci Dziurawy Kocioł?
TAK! Ja chcę tę scenę!
I jeszcze na koniec:
Potter nie pachniał perfumami korzennymi i nie przypominał Draco o minionych porach roku; pachniał jak mydło i skóra, tak samo jak każdy inny chłopak. Jego usta nie smakowały jak egzotyczne wino ani drogie słodycze; smakował nie inaczej, niż ktokolwiek inny, kogo Draco całował. Nie całował z doskonałą wprawą ani wytrącającą z równowagi techniką, lecz z ogniem i pasją. A Draco pozwolił, by to zawładnęło nim całkowicie.
Nareszcie. Jak ja czasami mam dosyć wymyślnych opisów. A to było takie... ładne.
I tyle, jeżeli chodzi o rozdział drugi - trochę to chaotyczne, ale odtwarzam komentarz z pourywancyh notatek.

Iiii tak. Najnowszy rozdział. Przede wszystkim, dziewczyny, jesteście świetne, ani przez chwilę nic mi nie zgrzytało, a wiem, że to takie tłumaczenie zbiorowe i na szybko. Naprawdę, klasa.
Natomiast co do treści... łał. Aż nie wiem, co napisać. Nie było tu ani jednej słabej sceny. Przyznam, że spodziewałam się, że dostaniemy więcej wojny, i że skończy się ona najwcześniej gdzieś w połowie tekstu, ale raz, że przy tych skokach czasowych nigdy nie wiadomo, czy nie dostaniemy jeszcze jakiegoś fragmentu, a dwa - nawet gdyby okazało się, że nie, to absolutnie mi to nie przeszkadza. Bo ten rozdział odmalował wszystko idealnie - wojnę, to, jak wyglądała z punktu widzenia zwykłych żołnierzy i członków Zakonu, rolę Draco, przygotowania do ostatecznej bitwy, wreszcie - procesy. Aż nie wiem, od czego zacząć. Może od sprawy najbardziej trywialnej - naprawdę podobał mi się pomysł wwielosokowania wszystkich w Harry'ego - zabawne, że Duinn wpadła na to wcześniej, niż sama Rowling. 8-) I rzeczywiście proces numeracji robił potężne wrażenie. Nie podoba mi się natomiast interpretacja przepowiedni - wwielosokowany Dumbledore pokonał Voldemorta? Ani trochę tego nie kupuję. Ale cała reszta jest na tyle genialna, że przymknę oko na ten fakt (o ile w ogóle to jest prawdziwa wersja historii - kto wie, przy tylu wersjach Harry'ego, może ludzie otrzymali niewłaściwe informacje na temat tego, kto zabił?).

A niech to, naprawdę nie wiem, co napisać. Dean był kapitalny i w błyskawicznym tempie wywindował się na samą górę moich ulubionych bohaterów tego fika. Fragmenty z jego perspektywy są zabójcze. Strach. Zasady. Kalkulowanie. Strach, zasady... i wreszcie to, że zdradził Seamusa, i to, w jaki sposób było to napisane - nagle narracja jakby wyszła z jego głowy, stała się trochę bardziej bezosobowa i przez to wiarygodna. Swoją drogą bardzo, bardzo się cieszę, że żaden z nich tego nie zapamiętał. I że Seamus mimo to zdążył mu wybaczyć.

I... Draco. To, jak ich uratował, ale przede wszystkim całe jego zachowanie, zanim wymazał im pamięć. W życiu nie czytałam go takiego, i takiego go uwielbiam. Jest zdystansowany i ironiczny, ale nigdy w okrutny sposób... nie, cofam - to, kiedy powiedział Seamusowi, że Dean go zdradził, było okrutne. Ale mimo wszystko czuję ciepło, jakie od niego bije. Jest silny, jest zdecydowany, jest gotowy do poświęceń, jest mądry... ale przede wszystkim ten Draco jest dobrym człowiekiem.

Cały motyw z wymazywaniem pamięci jest świetny - w pełni uzasadniony, ale wątpliwy moralnie. I podkreśla poświęcenie wszystkich, i zaufanie, jakie sobie okazywali, paradoksalnie właśnie na przekór rosnącej nieufności. System zostawiania liter na dłoniach, żeby chociaż trochę uniknąć dezorientacji. Zasady - zimne, bezlitosne i absolutnie godne podziwu. W sumie to taka bardzo wyidealizowana wizja wojny. Gdzie są zdrajcy, gdzie są ludzie, którzy ostatecznie porzucili wszystko, żeby ratować własny tyłek, nawet jeżeli nie było już czego ratować?

Bardzo mi się podoba, że sceny przygotowania do bitwy są napisane w lekkim tonie, pełnym żartów i docinków, komentarzy o zlocie Harry'ego Pottera i prób latania na miotle w ciele świetnego gracza. Przez to wszystko przebija strach, ale też poczucie nierealności, jakieś takie to nie może się dziać. Zwłaszcza kiedy Lucy wydaje rozkazy, prosto, rzeczowo, ironicznie.
szczegóły techniczne całego planu: w jaki sposób dotrą na miejsce i, co ważniejsze, jak się stamtąd wydostaną; gdzie będą przebywali inni i jak się zachować, jeśli coś się zmieni; w jaki sposób odbędzie się przekazywanie bieżących rozkazów i jak powstrzymać plotki; i co zrobić, jeśli całą akcję szlag trafi.
To przecież jest genialne. A jednocześnie to taki prosty sposób na pominięcie rzeczywistego opisu wszystkich szczegółów technicznych. Czytając, nie zastanawiam się, co i jak, i jak to jest możliwe organizacyjnie, tylko przyjmuję do wiadomości, że to wszystko było zaplanowane. I już.

BTW, motyw Draco, nawet po zdemaskowaniu walczącego pod przykrywką? I scena, kiedy Draco wreszcie się ujawnił, a Dean nie spanikował? Bezcenne.

Tak samo zresztą jak zachowanie Draco podczas procesów, jego zastanawianie się, co ubrać i świadomość, że cokolwiek zdecyduje, ludzie i tak odbiorą to negatywnie.
Z tego też powodu kocham ostatni fragment tego rozdziału. Jest idealny. I mówi o Zakonie diabelnie dużo.

Sama scena procesu Lucjusza była bardzo dobitna. Zwykle na Lucjusza mimo wszystko patrzy się trochę przez palce, bo rodzina, bo wymówki, a tutaj dostajemy po oczach całą serią ludzi, których mordował i torturował, i nie sposób tego zignorować.
Swoją drogą, czy klątwa Lucjusza zacznie działać dopiero, kiedy jego puste ciało też umrze? Czy to znaczy, że Draco ma kilka miesięcy zapasu, żeby ewentualnie spróbować coś z tym zrobić? Czy Pocałunek zostanie przez klątwę uznany za "śmierć"? Czy Draco w ogóle pamięta o klątwie? Jeżeli nie, na pewno szybko sobie przypomni... Ciekawa jestem reakcji całego świata, kiedy Harry zacznie działać pod wpływem klątwy. Czy jego przyjaciele zorientują się, co jest grane? Czy będą próbowali to ukryć? Czy w końcu puszczą im nerwy i się od niego odwrócą?

Nie mam siły edytować tego komentarza i nadawać mu jakiejś sensownej formy, ale mam nadzieję, że przekaz jest jasny. Przekaz brzmi: jestem zachwycona. I bardzo, bardzo dziękuję tłumaczkom i becie. Jeszcze niedawno z niechęcią patrzyłam na perspektywę betowania TBT, ale teraz bardzo się cieszę, że właśnie ten tekst został wybrany i że będę miała swój udział w jego tłumaczeniu. Życzę czasu i chęci wszystkim zainteresowanym, i czekam na kolejny dłuuugi, smakowity rozdział.
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez MargotX » 1 paź 2012, o 20:39

Zanim się człowiek zbierze, żeby napisać kilka słów, wszystkie trafne spostrzeżenia i odczucia są już zawarte w komentarzach innych osób :P
Uważam tekst za naprawdę fascynujący. Sporo interesujących, odmiennych niż gdzie indziej, scen, zaczynając od pierwszych wersów i dalej. Praktycznie w każdym odcinku mamy coś świeżego, niebanalnego. W tym ostatnim są to spostrzeżenia Deana i jego przeżycia wojenne. Jak strasznie czuł się zdradzając przyjaciela i jak równie strasznie musiał czuć się Seamus, dowiadując się o tej zdradzie, wiedząc jednocześnie, że byłą to cena jaką zapłacił on sam za ochronę wyższego dobra i wybaczając przyjacielowi. Tak się często zastanawiam, że wybaczyć niekoniecznie oznacza zapomnieć i zapewne świadomość tej zdrady zostanie w umyśle Seamusa na zawsze, podobnie zresztą jak w umyśle i sercu Deana.

Bardzo ciekawie wykorzystany motyw wielosokowanych Potterów, ale tych postaci jest tak wiele, że konieczne staje się nadanie numerów identyfikacyjnych, co faktycznie kojarzy się z blaszkami żołnierzy lub tatuażami skazańców.
Też mi strasznie żal Draco, bo praktycznie stracił wszystko i wszystkich. Zostało mu jedynie wsparcie i przyjaźń Severusa, i potworny żal, że bezpośrednią ofiarą jego wyboru stała się matka. Zanim to "kiedyś po wojnie" z Potterem w Dziurawym Kotle będzie miało szansę nastąpić, pewnie zdarzy się jeszcze sporo.

Dziękuję, pozdrawiam i czekam z ogromnym zainteresowaniem na dalsze odcinki.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez TEAM DRARRY » 3 paź 2012, o 22:51

Wszystkim komentującym ślicznie dziękujemy i mamy nadzieję, że nowa część was zadowoli.
Rozdział dedykowany Akame, która jednym celnym postem potrafiła, choć na chwilę, przywrócić RN dawny blask.

Tłumaczenie: zanda.



ROZDZIAŁ 4

Dzieląc tę samą zimną celę, zdrajca i zdradzony,
wyspa z dwojgiem przerażonych rozbitków
.
(„Warsaw 1943 (I Never Betrayed The Revolution)", Johnny Clegg)1

Dean znalazł idealne mieszkanie. Cóż, może idealne było zbyt wspaniałomyślnym określeniem, ale pokój, który planował zamienić na pracownię, był idealny.
Lokum było ukryte w sąsiedztwie mugolskiego Londynu. Nie, żeby Dean miał coś do Pokątnej, ale czarodziejska dzielnica była zbyt mała, by pomieścić wszystkich, którzy chcieliby tam zamieszkać. No i czynsz po „nieodpowiedniej” stronie Dziurawego Kotła był nieco niższy, chociaż i tak będzie stanowił spory ubytek w jego skromnych oszczędnościach. Większość jego znajomych mieszkała w pobliżu Londynu2 i — jak zwykli o tym mówić — wtapiali się w tłum.
Dodatkowo Dean miał nadzieję, że uda mu się zdobyć renomę na mugolskiej scenie artystycznej Londynu, a w tym przypadku nie-magiczny adres był niemal koniecznością.
Do pomocy przy przeprowadzce zwerbował Seamusa. Nie planował jednak noszenia żadnych ciężarów, bardziej zależało mu na tym, żeby Seamus krył go, podczas gdy on potajemnie przelewituje meble i pudła do nowego mieszkania.
— Myślisz, że mógłbym użyć Impervio? — spytał Seamusa, gdy wyjrzeli na mokrą ulicę z tyłu wypożyczonej ciężarówki. — Nie chcę, by moje rzeczy przemokły. Czemu, do cholery, akurat dzisiaj musi padać?
— Myślę, że tak. — Seamus kiwnął głową. — Wątpię, by ktoś przyglądał się nam na trasie między ciężarówką a drzwiami. Jeszcze chcielibyśmy poprosić o pomoc.
Dean skinął głową i rzucił na zawartość ciężarówki zaklęcie chroniące przed deszczem.
— Niestety, nie możemy rzucić zaklęcia na siebie. To byłoby zbyt dziwaczne — dwóch suchych facetów w deszczu.
Nie martwili się szczególnie, przenosząc pudła do budynku przez szerokość chodnika, ale wewnątrz kilku jego nowych sąsiadów chodziło po korytarzach, więc musieli sprawiać wrażenie, jakby nosili pudła w mugolski sposób. Jednak w ciągu ostatnich kilku lat nabrali sporo wprawy — Dean w międzyczasie próbował policzyć, ile razy się przenosili w czasie wojny. Siedem lub osiem, pomyślał. Po raz ostatni, gdy Seamus złamał upór narzeczonej i z nią zamieszkał. Na tę okoliczność ustalono nawet datę ślubu, a szczegółowe planowanie wielkiego dnia doprowadzało Seamusa do szału.
— Czy Lydia zdecydowała się w końcu na któreś zaproszenia? — spytał uprzejmie Dean.
— Po trzech wyprawach do grafika w końcu tak. — Usłyszał zza poduszki niesionej przez Seamusa. — Dobrze ci radzę, jeśli możesz to ucieknij i weź potajemny ślub.
— Czemu ty tak nie zrobisz?
— Wybrałem złą rodzinę — roześmiał się Seamus. — Mama Lydii zabiłaby nas, jeśli nie wzięlibyśmy ślubu kościelnego.
— Och, tak jakby nie chciała cię zabić, gdyby wyszło na jaw, że razem mieszkacie.
Seamus wykonał szybki gest dłonią, pozwalając poduszkom unosić się w powietrzu.
— Nawet o tym nie wspominaj. Jeśli ona kiedykolwiek się dowie, będę błagał o szybką śmierć.
Dean szturchnął go, by dostać się do blokowanych przez przyjaciela drzwi jego nowego mieszkania.
— Więc czemu ryzykujesz?
— Bo ona jest tego warta, stary. — Seamus zamarł w pół kroku. — Cholera, Dean, czy to miejsce mogłoby być jeszcze mniejsze? Gdzie to zanieść?
— Do sypialni. Tam.
— A co z ostatnią dziewczyną, z którą się widywałeś? — Seamus bezceremonialnie rzucił poduszki. — Debby? Dana?
Dean przewrócił oczami. Żadne spotkanie z Seamusem nie obyło się bez wypytywania o jego życie miłosne.
— Daria. Nie widziałem jej już jakiś czas.
— Ty łamaczu serc. Miałeś więcej kobiet niż ja kiedykolwiek spotkałem. Więc co z nią było nie tak?
— Nic.
Seamus zmarszczył brwi, a Dean przygotował się na ich swoistą, skróconą wersję „dwudziestu pytań do”.
— Była atrakcyjna?
— Tak.
— Mugolka? — spytał Dean, mając na myśli: czy wie o wojnie?
— Nie. Amerykanka.
Wie o wojnie, ale nie brała w niej udziału.
— Dean, kiedy się wreszcie nauczysz? Zrozum, to właśnie dlatego ja i Lydia tak do siebie pasujemy. Możemy rozmawiać o tym, co przeżyliśmy. Na pierwszej randce gadaliśmy o tym, gdzie znajdowaliśmy się podczas ostatniej bitwy. To świetny sposób na przełamanie lodów, stary.
I nagle — tak po prostu — koleżeński nastrój, który Dean chciał utrzymać, prysł, zostawiając go z chłodem poczucia winy, jakie czuł zawsze, będąc koło najlepszego przyjaciela. Seamus mógł odnosić się tak bezceremonialnie do tego, co wydarzyło się w czasie wojny, bo jego najgorsze wspomnienie zostało wymazane. Gdyby miał świadomość tego, co wydarzyło się naprawdę, to z pewnością nie pomagałby mu w tej chwili w przeprowadzce.
Dean po raz tysięczny żałował, że posiada częściowe wspomnienia z tamtej nocy. Nie wiedział, co było gorsze — to, co pamiętał, czy to, co mógł sobie tylko wyobrazić. Co wieczór odtwarzał tę scenę, słysząc siebie wypowiadającego słowa skazujące Seamusa na śmierć razem z nim. Następstwem tego było zadręczanie się zbrodniami, o których nie wiedział — jak straszne rzeczy musiał zrobić, by zdradzić najlepszego przyjaciela?
I jak udało im się uciec?
— …znaleźć kogoś z kim będziesz miał coś wspólnego. — Seamus wciąż paplał o dziewczynach.
— Wiesz, nie chcę o tym rozmawiać — powiedział Dean bardziej surowo niż zamierzał.
Ból w oczach Seamusa wyraźnie wskazywał, że nieco się zagalopował, ale było już za późno.
— Kiedyś byliśmy w stanie rozmawiać o wszystkim, wiesz, Dean? Najlepsi przyjaciele, pamiętasz?
Dean starał się zignorować powstały między nimi dystans.
— Przykro mi. — I naprawdę tak było. Zawsze będzie żałował, a nie mógł nawet powiedzieć Seamusowi dlaczego.
— Dobra — odpowiedział niezwykle cicho Seamus.
— Gotowy na następną turę?
— Jasne.
Dean czekał na zwyczajową ripostę Seamusa, jakiś ostry żarcik lub zabawne spostrzeżenie, rozładowujące powstałe między nimi napięcie. Nie doczekał się.

*

Dwa tuziny różnych głupich powodów, dlaczego mamy za to cierpieć,
Nie próbuj ich wyjaśniać, po prostu trzymaj mnie za rękę, kiedy podejmę decyzję.

(„Save It For Later”, English Beat)3

Zaniepokojony Draco przeklinał w myślach sprawę, która akurat dziś sprowadziła go na Pokątną. Ulica była zatłoczona — dzieci, młodzież i ich rodziny odbywały coroczną wyprawę na zakupy przed nadchodzącym rokiem szkolnym w Hogwarcie. Usiłował stłamsić nagłe wspomnienia jego własnych emocjonujących wypraw, reminiscencję podekscytowania ogarniającego go przez zapach nowych książek w Esach i Floresach, przez małe smakołyki, które matka kupowała w sklepie ze słodyczami, czy luksusowe, kosztowne szaty dopasowane specjalnie dla niego.
Jego dzisiejsza obecność również nie przeszła niezauważona. Przeszywające spojrzenia starszych uczniów, gapienie się z otwartymi buziami młodszych, dopóki szybkie ręce nie przyciągnęły ich bliżej rodziców i dalej od poruszającej się między nimi ponurej postaci. Nie musiał czytać „Proroka Codziennego”, żeby domyślić się, co dzieje się w głowach tego czarodziejskiego pospólstwa — Draco Malfoy nie był osobą, której ktokolwiek chciałby wejść w drogę.
Poirytowany niemal zdecydował się aportować z powrotem do dworu, by poczekać na dogodniejszy moment, jednak jego sprawa była zbyt ważna. Zamiast tego zaczął iść szybciej, pozwalając, by tłum rozstępował się przed nim, niczym chłopi w obecności swojego wasala. Uważał, by nie spojrzeć nikomu w oczy.
Jego pierwszym celem był Gringott. Drzwi tej wyjątkowej instytucji finansowej prowadzonej przez gobliny otworzyły się przed nim bezszelestnie, nim zdążył wyciągnąć do nich rękę. Został powitany i poprowadzony przez publiczne foyer do bogato urządzonego pokoju, w którym przywitał go ich rodzinny bankier, Royashk, z szacunkiem, który mógł być wypracowany jedynie przy pomocy ogromnych pieniędzy.
Nieco go to uspokoiło. Jeśli miał być szczery, aktualnie nie był zbyt pewny swojej sytuacji finansowej. Był przekonany, że zasoby Blacków były dla niego całkowicie dostępne, z uwagi na niezaprzeczalny status spadkobiercy swojej matki. Ale miliony Malfoyów były zupełnie inną sprawą, bo jego pozycja nadal była prawnie niejasna.
W sprawach fortuny Malfoyów Royashk był równie ostrożny i rozważny jak on sam.
— Panie Malfoy. Przedyskutowaliśmy opisany przez pana przypadek i nie jesteśmy w stanie dojść do jednoznacznych wniosków. Jak dotąd czarodziejscy prawnicy nie potrafią rozwiązać tej sprawy.
Oczywiście, że nie. W końcu z punktu widzenia prawa Lucjusz nadal żyje. Spodziewał się, że wynikną z tego problemy, więc odpowiedział bankierowi w równie formalny sposób.
— Po naszej rozmowie spotkam się z adwokatem.
— Ależ oczywiście — powiedział goblin. Przebiegł smukłym palcem wskazującym po licznych pierścieniach zdobiących jego dłonie. Draco przyglądał mu się uważnie i wiedział, że w myślach Royashk robi właśnie kalkulację zysków i strat.
— Ma pan pełen dostęp do skrytek Blacków na bieżące potrzeby. Z tego powodu wolimy, by rachunki Malfoyów pozostały na tę chwilę zablokowane, chyba że zaistnieje konieczność uzyskania dodatkowych funduszy. Jeśli jednak zajdzie potrzeba skorzystania z tych zasobów, proszę o kontakt i wtedy ponownie rozważymy nasze stanowisko.
Draco potwierdził wypowiedź skinieniem głowy. Gobliny traktowały go bardzo rozważnie, nie mogły sobie pozwolić na urażenie go, na wypadek gdyby — jak tego oczekiwał — wszedł w posiadanie swojego dziedzictwa. Z drugiej strony, musiały mieć na uwadze poczynania ministerstwa, bo pierwsze sygnały ostrzegawcze sugerowały, że chce ono położyć łapy na pieniądzach ojca. Nie było zaskakujące, że żądni zemsty ministerialni urzędnicy nie zamierzali zatrzymać pocałunku dementora. Nie w obliczu ich własnej chciwości, przy celu tak kuszącym jak dobra Malfoyów.
Przetrwał żmudną procedurę przypisania skrytki Blacków do jego nazwiska i wkrótce ponownie znalazł się na słonecznej ulicy przed bankiem. Zrobił powolny wdech i wydech. Uświadomił sobie, że podczas spotkania był bardziej spięty niż myślał, a ciepło promieni słonecznych i świeże powietrze skutecznie poprawiły mu nastrój. Ku jego zaskoczeniu, jakaś zuchwała dziewczyna, może siódmoroczna, obdarzyła go znaczącym i przeciągłym spojrzeniem. Ach, ten urok złego chłopca, stłumił śmiech. Przykro mi, kochanie, ale nie jesteś w moim typie, pomyślał rozbawiony, ale może jest tu gdzieś twój starszy brat?
Ruszył w górę ulicy ku kancelarii Redmund, Hall i Strongfellows. Mijając „Markowy sprzęt do quidditcha” nie mógł się oprzeć i skierował niespieszne spojrzenie na ostatni, umieszczony na wystawie, model miotły. Merlinie, minęło zaledwie kilka lat odkąd sam tu stał, tak jak uczniowie dzisiaj, z nosem przyciśniętym do sklepowej witryny. Nagle poczuł się nad wyraz staro.
Wyglądało na to, że Lysander Redmund, starszy wspólnik, zebrał już do bitwy armię prawników. Podczas spotkania przedstawiono Draco dwóch nowych czarodziejów, których do tej pory nie widział — Fontinellę Green i Williama Wolcotta.
— Rano sowa doręczyła oficjalną informację dotyczącą zamiaru przejęcia przez ministerstwo majątku Malfoyów — rozpoczął Redmund.
To zabolało, mimo że adwokat uprzedził go o takiej możliwości.
— Dranie — mruknął Draco. Mógł powiedzieć więcej, o wiele więcej, ale po co strzępić sobie język? No i choć raz, wszyscy czarodzieje w tym pomieszczeniu byli po jego stronie.
Głos zabrała Fontinella Green, niska kobieta w podeszłym wieku z włosami sięgającymi linii brody i — jak miał nadzieję — znacznym doświadczeniem.
— Status prawny ofiary pocałunku dementora jest wciąż nieustalony, panie Malfoy. W pańskim przypadku, główną kwestią pozostaje to, czy będzie pan mógł w takim wypadku dziedziczyć.
Zdawał sobie sprawę, że kobieta balansuje na cienkiej linie między rzeczowym przedstawieniem faktów, a oszczędzeniem jego uczuć, i był niespotykanie poruszony jej finezją. To, do czego w istocie zmierzała, to ogłuszające pytanie: czy Lucjusz Malfoy żyje, czy też, z uwagi na rozsądek i aspekt prawny należało uznać, że nie żyje?
— Faktem jest, iż ee… relacje ministerstwa z dementorami są tak nowe, że mamy do czynienia z luką prawną — kontynuowała. — Jestem pewna, że poczuł pan przedsmak tego braku odpowiednich regulacji po procesie pańskiego ojca.
O, tak. Gorzki przedsmak. Pośpiech w ściganiu dawnych śmierciożerców i wymierzaniu nowej, choć nie całkiem śmiertelnej kary — czyż myśl o pocałunku przynoszącym zapomnienie nie była poetycka? — przysparzał ministerstwu masę kłopotów. Pierwszym problemem były te nieszczęsne, chodzące cielesne powłoki, które musiały być gdzieś przechowywane. Ale po kilku wartych upublicznienia bolesnych spotkaniach w przechowalniach, rodzinom zakazano wstępu i ponownego odwiedzania ofiar. Jednak ci, którzy otrzymali pocałunek, nadal wymagali zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych — potrzebowali pokarmu, schronienia, pielęgnacji — a pozostawienie ich na śmierć głodową „strona światła” uważała za zbyt barbarzyńskie. Zdecydowanie zły PR. Więc ministerstwo pozbyło się ich wszystkich na rzecz zakładu opieki w małym miasteczku Willow, położonym niedaleko Bath — co z oczu, to i z serca.
Draco zmusił się do skupienia uwagi, bo Wolcott wymieniał właśnie szczegółowo, czym zainteresowane jest ministerstwo.
— Oczywiście skrytki u Gringotta. Posiadłości w Sussex i za granicą, apartament w Londynie, magazyny w Hogsmeade. Malfoy Manor.
Draco zamarł, dostrzegając swoją pomyłkę. Aż do chwili obecnej skupiał się jedynie na zawartości skrytek u Gringotta. Dlaczego nie pomyślał, że będą chcieli posiadłości? Pobożne życzenie czy po prostu głupota? Oczywiste, że Malfoy Manor będzie celem pierwszego ataku — widoczny symbol niegdyś potężnego rodu Malfoyów.
Redmund najwyraźniej dostrzegł jego szok, bo szybko wtrącił:
— Oczywiście to, czego ministerstwo chce, a co dostanie, to dwie różne kwestie. Nie zamierzamy ułatwiać im sprawy. Nawet jeśli uważają, że ich działania są skierowane przeciwko Lucjuszowi, a nie przeciw panu, pozostaje faktem, że w wyniku ich działań poszkodowany jest jedynie pan. Proszę wybaczyć to, co powiem, ale nie ma już możliwości bardziej ukarać pańskiego ojca. On był śmierciożercą, podczas gdy pan jest odznaczonym weteranem Zakonu, który z nim walczył. Spróbujemy przypomnieć o tym w tak wielu miejscach, jak to możliwe. Opinia publiczna czasami przeważa zdanie wahającego się ministerstwa.
Draco pomyślał o nieprzyjaznych obliczach, które widział na ulicy, i życzył swojemu zespołowi szczęścia. Twarde realia dowodziły, że nikt nie lubi zdrajców, nawet gdy są po dobrej stronie. Był pewien, że wszystkie podziękowania, które oficjalnie złożył im czarodziejski świat, były jedynie gołosłownymi deklaracjami.
Fontinella Green wyciągnęła zwój pergaminu ze stosu piętrzących się przed nią dokumentów.
— Określiłam wstępnie listę członków Zakonu, którzy wiedzą o pańskich usługach dla nich, a tym samym dla ministerstwa. Nasz plan jest taki, by poprosić ich o udzielenie panu publicznego wsparcia w celu uchronienia pańskiego dziedzictwa przed nieuzasadnioną i niepatriotyczną konfiskatą.
Spojrzał na nią z zainteresowaniem. Ciekawe jakie nazwiska zaproponowała?
— Severus Snape — zaczęła czytać. — Dean Thomas. Seamus Finnigan. Hermiona Granger. Ronald Weasley.
Przy tym nazwisku Draco parsknął. Prędzej piekło zamarznie, nim Weasley zgodzi się zeznawać na jego korzyść. Kobieta zamilkła, spojrzała na niego bez słowa, a potem powiedziała:
— Harry Potter.
Potter? Już otwierał usta, by zaprotestować, ale przerwał mu Redmund.
— Nie ma teraz miejsca na sympatie i antypatie, panie Malfoy. W pana przypadku pozytywna opinia wydana przez Harry’ego Pottera to ogromna korzyść.
Gdyby tylko była pozytywna, pomyślał sarkastycznie Draco. Czy mógł sobie pozwolić na wiarę w to, że Potter zapomni o latach nienawiści z powodu wydarzeń z czasów wojny, kiedy walczyli po jednej stronie? Czy Potter jest w ogóle świadomy rzeczy, które w tym czasie Draco robił dla Zakonu? Tak, Potter potwierdził jego status na rozprawie Lucjusza i złożył, robiące wrażenie szczerych, kondolencje na pogrzebie jego matki. Ale do czego to się sprowadza? Czy Potter pomógłby mu teraz? A może uważał za sprawiedliwe wszystko, co ministerstwo robiło przeciw Lucjuszowi?
I czy Draco ma odwagę go o to poprosić?
Pozostałe osoby zgromadzone w pomieszczeniu wpatrywały się w niego wyczekująco. Podjął decyzję. Taką jaką mógł, taką jaką musiał.
— Zróbcie wszystko, co konieczne. Nie dbam o pieniądze, ani o nic innego. Chodzi tylko… Nie mogę poświęcić dworu. Ja… — Nie mógł dokończyć.
Jego słowa potraktowano najwyraźniej jako sygnał do działania, bo Redmund i pozostali zebrali swoje dokumenty i wstali.
— Będziemy codziennie sową informować pana o naszych postępach, panie Malfoy. Proszę dać znać, jeśli miałby pan jakieś informacje, które moglibyśmy wykorzystać w walce.
Draco Malfoy znów był na wojnie.

*

Drzemiemy pod drzewami i na skrzydłach Azraela4, powoli, osuwamy się w ciemność.
(Scarlet Seraph)5

Idąc marmurowym holem do gabinetu, Draco powoli przerzucał strony pisma od prawników. Ich początkowa, raczej pokaźna korespondencja irytowała go i powodowała, że zastanawiał się, dlaczego nękano go tymi wszystkimi, niekończącymi się szczegółami? Czy nie było tak, że szczodrze płacił im właśnie za to, by zajęli się tym za niego? Minął tydzień, a on widział, jak argument po argumencie powstaje dokumentacja jego sprawy. Początkowo jedynie zaspakajał ciekawość, by później całkowicie wsiąknąć w ich kunszt, gdy wyjaśniali swoje stanowisko, wskazując jego słabe i mocne strony. Czasami nawet wydawało mu się, że potrafi dostrzec przebłysk możliwego wyroku. Gdyby nie miało to dla niego tak ogromnego znaczenia, z pewnością zafascynowałaby go staranna konstrukcja stanowiska, przemyślane argumenty, logiczne uzasadnienia przedstawione tak, by koniecznie doprowadzić do satysfakcjonującego orzeczenia.
Nic nie było pewne. Nadal pozostawała realna możliwość, że straci wszystko na rzecz ministerstwa, ale oni uparcie przygotowywali się na długą walkę. Jednak z uwagi na to, że bardzo mu na tym zależało, sprzeciwiał się swoim ślizgońskim skłonnościom, woląc mieć nadzieję.
Z zamyślenia wytrąciła go jasna wiązka promieni słonecznych, oświetlająca trzeci schodek. Znał dwór na tyle dobrze, by wiedzieć, że takie słoneczne wtargnięcie następowało jedynie podczas tego szczególnego okresu, ponieważ światło słoneczne było okresowe i przewidywalne jak pory roku. Było gdy dwór budowano i będzie w przyszłości, gdy nie będzie go tutaj, by mógł to docenić. Przystanął na chwilę, po czym przysunął się do ogrzanego słońcem miejsca i usiadł, czując, jak promienie szybko nagrzewają jego czarną koszulę i spodnie.
Od razu wrócił myślami do chwili, która wydarzyła się bardzo dawno temu — sięgnął pamięcią do pierwszego spotkania z Gregorym Goyle’em.

*

Jego pierwsze wspomnienie dotyczące Gregory’ego to obraz nieśmiałego chłopca wychylającego się zza postawnego niczym góra ojca. Goyle senior wyryczał do Lucjusza powitanie, tupiąc nogami pozbył się śladowych ilości popiołu i ciężko stąpając, wyszedł z kominka. Draco mógł się tylko przyglądać — nie spotykał zbyt wielu innych dzieci za wyjątkiem Pansy Parkinson, będącej jego najlepszą przyjaciółką — i Gregory drgnął nerwowo pod tą wnikliwą obserwacją. Draco przypomniał sobie, jaką przyjemność czerpał z władzy, którą dawał mu widoczny dyskomfort chłopca. Lucjusz, przyglądając się im uważnie, wziął na siebie ich wstępne zapoznanie, po czym obydwaj mężczyźni szybko skierowali się do gabinetu, bezsłownie dając do zrozumienia, że chłopcy mają zając się sobą gdzieś indziej.
— Ty, chodź — powiedział Draco i pociągnął Gregory’ego za zbyt krótki rękaw.
Nie był zaskoczony — a być może powinien — gdy Gregory bez oporu truchtał obok niego, tak jakby zdolność przejścia spod dyrektyw ojca do rozkazów Draco była jego naturalnym, wrodzonym talentem. Draco zmierzał do jednego z pokoi położonych na parterze, ponieważ już wtedy zazdrośnie strzegł przed nieznajomymi świętości własnej sypialni, jednak gdy zauważył światło słoneczne padające na schody, zmienił kierunek. Gregory, zaskoczony nagłą zmianą kursu, potknął się, ale Draco pomógł mu odzyskać równowagę. W tym samym czasie Goyle usiłował ukryć swoją chwilową niezdarność, jakby dogadzanie Draco stało się jego drugą naturą, jakby pragnienia Draco zastąpiły jego własne.
Draco już lubił tego nowego chłopca.
Usadowił się na trzecim stopniu. Czuł, że jego blada skóra rozgrzewa się od słońca szybciej niż jego czarne ubranie. Gregory zawahał się, a później klapnął obok niego, ale nie za blisko, by nie zablokować drogi promieniom słonecznym oświetlającym Draco. Gdy blondyn odrobinkę odwracał głowę, mógł widzieć, że Gregory przygląda mu się z lekko otwartymi ustami, z niepewności mnąc rękaw. Draco zmrużył oczy, czując bijące od okna ciepło, czując na sobie spojrzenie drugiego chłopca, czując zawiązującą się między nimi niepewną więź. Był zadowolony, że teraz będzie miał za przyjaciela mężczyznę, tak jak jego ojciec. Ta myśl wyjątkowo poprawiała mu samopoczucie. Zamknął oczy.
Chłopiec obok niego zakasłał, zaczął się jąkać, by w końcu wyrzucić z siebie:
— Jesteś aniołem?
— Co? — Draco odwrócił się, zaskoczony.
— Czy jesteś aniołem? — powtórzył Gregory nieco mniej śmiało, jakby zrozumiał, że powiedział coś niezwykłego, coś, co mogłoby kogoś niechcący obrazić.
Draco nie miał pojęcia, co odpowiedzieć na tak nieoczekiwane pytanie, więc milczał z szeroko otwartymi oczami. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiedział, czym jest anioł. Przypomniał sobie, że widział obraz jasnego stworzenia w bieli z ogromnymi skrzydłami, otoczonego przez poświatę. Ale anioł był kobietą, a nie drobnym, szarookim chłopcem, który w swoich codziennych szatach odpoczywał na kamiennym schodku.
Gregory wiercił się, wyczuwając, że jednak powiedział coś niepokojącego, ale kontynuował:
— Jesteś taki ładny. Promieniejesz. Widziałem wcześniej anioły i wyglądały zupełnie jak ty. Też promieniały.
— Gdzie? — Gregory wyglądał, jakby nie był w stanie dopasować pytania do swojej wcześniejszej wypowiedzi, więc Draco spróbował ponownie. — Gdzie widziałeś anioły?
— Och. Mamy w domu okna, kolorowe okna. Taki rodzaj obrazów. I są na nich anioły.
— Anioły to dziewczyny.
— Nasze są i dziewczynami, i chłopakami. Chłopak może być aniołem.
— Ze skrzydłami? — Zdążył zapomnieć, że Gregory nie chwytał tak szybko jak on, więc uszczegółowił: — Czy anioły na waszych oknach mają skrzydła?
— Tak. Skrzydła. Tak.
— No, cóż, ja nie mam skrzydeł.
— Nie masz, Draco. — Blondyn zauważył, jak drugi chłopak, tak dla pewności, sprawdza jego plecy. — Jeszcze nie.
Czy Gregory oczekiwał, że później urosną mu skrzydła? Gdy o tym myślał, czuł coraz większą ekscytację. Mógłby być zadowolony — nie, z pewnością byłby zadowolony — z pary silnych skrzydeł. Wiedział, że smoki mają skrzydła, bo obdarowano go niezliczoną ilością ich fotografii, i często wyobrażał sobie, że — tak jak jego imiennicy — wzlatuje pod niebiosa i lata swobodnie, tak daleko, jak tylko chce. Rodzice nigdy nie powiedzieli mu, że urosną mu skrzydła, ale zdawał sobie sprawę z tego, że mają przed nim wiele sekretów. Może ten był jednym z nich.
Ale jeśli to sekret, to nie powinien wyjawiać go Gregory’emu. Przynajmniej nie od razu. Może mógłby, gdyby byli najlepszymi przyjaciółmi. Tak czy tak, skrzydła byłyby raczej trudne do ukrycia.
Gregory wpatrywał się w niego, jakby spodziewał się, że skrzydła urosną mu teraz, wydostając się z jakiegoś tajemniczego miejsca, i rozwiną się na jego oczach. Wyglądał, jakby chciał go dotknąć, ale Draco wiedział, że się nie ośmieli, ponieważ intuicyjnie wyczuł granice, których nie mógł przekroczyć.
— Ojciec, zanim pozwolił mi przyjść, powiedział, że przy tobie należy być bardzo ostrożnym. — Gregory podjął ostatnią próbę nawiązania rozmowy. — Powiedział, że jesteś wyjątkowym chłopcem.
Och. Wielokrotnie sam to słyszał: od ojca, od matki i od innych Malfoyów, jednak nie spodziewał się, że wszyscy pozostali też są tego świadomi. Niespodziewanie poczuł satysfakcję płynącą z bycia rozpoznawalnym.
Ostatecznie Draco niechętnie zaakceptował pomysł, że jest kimś w rodzaju anioła incognito. Ale przez cały czas znajomości z Gregorym wątpił, by drugi chłopak w to uwierzył. Od tego dnia, będącego początkiem ich znajomości, aż po dzień, w którym zginął, Gregory zawsze traktował go jak jakąś nieziemską istotę, jak kogoś spoza znanego świata, a nawet spoza świata magii. Nigdy tego nie zrozumiał, nigdy nie wyprowadził go z błędu, wykorzystywał to, ale i szanował. Wydawało się, iż Gregory’ego pokrzepia myśl, że jego najlepszy przyjaciel to anioł, nawet jeśli nikt inny tego nie widział. Gregory wiedział swoje — prosta wiara dla prostego chłopaka — i to mu wystarczyło.
Wystarczyło, by podążyć za swoim przyjacielem, za swoim aniołem, na służbę do Czarnego Pana. Później na służbę do Zakonu. Bo tam poprowadził go jego anioł.
Tam, gdzie Draco go zostawił. Nawet nie próbował go wyciągnąć, zostawił go na pewną śmierć. Nie mógł nawet zaryzykować powrotu, by sprawdzić, czy właściwie go pochowano. Och, jak bardzo tego żałował.
Zadziwiające, pomyślał gorzko, że ostatecznie Gregory miał rację. Podniósł się ze stopnia i zadrżał, czując ogarniający go chłód, gdy wyszedł poza oświetlony słońcem obszar. Przez cały czas był aniołem Gregory’ego. Pieprzonym Aniołem Śmierci.

*

Jestem świadkiem czy przestępcą,
Ofiarą historii, czy jedynie znakiem czasów?

(„Woman Be My Country”, Johnny Clegg)6

Dean wiedział, że w końcu wszystko do niego wróci. Od miesięcy próbował uporać się z wydarzeniami nocy, podczas której zdradził Seamusa, ale za każdym razem, gdy się spotykali, ogarniało go poczucie winy i zapadała niezręczna cisza. Seamus zaczął zauważać, że coś się między nimi psuje, i Dean zdawał sobie sprawę, że podejrzewał, iż ma to związek z ich schwytaniem i niewytłumaczalną ucieczką, ale bez pełnej wiedzy o tym, co się stało, nie mógł z nim porozmawiać, ani nawet go uspokoić.
I zżerało go to od środka.
Wiedział, że kluczem jest Draco Malfoy. Unikał myślenia o nim, choć czuł, że nadejdzie taki dzień, w którym nie będzie w stanie dłużej wszystkiego ignorować, i będzie musiał odszukać Malfoya, nawet jeśli potwierdzi on jego najgorsze obawy.
Zdradził Seamusa, swojego najlepszego przyjaciela, a ten nic z tego nie pamiętał. Inny człowiek podziękowałby swojej szczęśliwej gwieździe i udawał, że wszystko jest w porządku. Ale nie Dean.
Prześladowały go koszmary. Jego dni wypełniał żal. Nie mógł dłużej znosić ciężaru swojej winy, nie mógł zaakceptować tego, jaką osobą był naprawdę. Ten nieskazitelny obraz jego samego sprzed wojny — bajka o posiadanych przez niego cechach, przynależnych wszystkim Gryfonom — wszystko było obłudne, niesprawdzalne i niekwestionowane. Kiedy stanął w obliczu najgorszego strachu, nie miał wystarczająco dużo odwagi i moralności. Broniąc własnej skóry, wydał jedyną osobę, którą powinien był chronić. Nie był lepszy od śmierciożerców.
Odsunął się od przyjaciół, rzucając się w wir pracy i rysował, próbując zapomnieć więcej niż wiedział, że zostało wymazane. Bezskutecznie.
Dlatego był tutaj, w Wiltshire, stawiając kołnierz płaszcza przeciw silnemu, zimnemu marcowemu wiatrowi. Aportował się pod bramą Malfoy Manor, po tym jak uzyskał skąpe zaproszenie w odpowiedzi na swoją nieśmiałą sowę.
Ciemne, żelazne wrota otworzyły się przed nim i wkroczył na żwirową aleję. Poranne ptaki oznajmiały jego przybycie, jakby był jakąś godną uwagi znakomitością. Dotarł do drzwi, sięgnął po ozdobną kołatkę i pozwolił jej opaść z głuchym łoskotem.
Skrzydło natychmiast się otworzyło i został obsłużony przez pełnego szacunku skrzata.
— Pan Thomas. — Stworzenie miało piskliwy głos. — Witam, sir. Proszę wejść.
Wzruszeniem ramion pozbył się płaszcza, który został szybko odesłany, i podążył za skrzatem do gabinetu. Malfoy już tam był: smukła postać pochyliła się, żeby potrząsnąć jego dłonią.
— Herbaty? Kawy? Może coś mocniejszego?
— Herbata brzmi dobrze.
Gdy Malfoy wydawał skrzatowi polecenia, Dean rozejrzał się po pomieszczeniu. Zawsze wyobrażał sobie, że jego szkolny kolega żyje w luksusie i się nie mylił. Miał jednak niewielkie doświadczenia z bogactwem i nie był przygotowany na tak godną podziwu skalę. Wszystko, co widział do tej pory, było w przerażającym stopniu eleganckie i piękne — jego dusza artysty to doceniała, ale chłopak ze wschodniego Londynu był zakłopotany i podenerwowany.
Po wymianie towarzyskich grzeczności, Dean przeszedł do rzeczy.
— Malfoy — zaczął poważnym tonem, który ćwiczył przed wizytą. — Mam do ciebie prośbę.
Malfoy wyglądał na zaintrygowanego — uniósł brew, dając znak, że Dean ma kontynuować.
— Chcę… To znaczy, proszę cię, abyś zakończył rzucony na mnie urok pamięci.
Tak jak Dean się spodziewał, Malfoy udawał niewiniątko. Ale Dean nie miał zamiaru pozwolić, by ktoś odwiódł go od jego zamiaru. Nie teraz. Po tym wszystkim nie czuł się na siłach, by znieść nienaganną grę Malfoya.
— Pamiętam wystarczająco dużo — kontynuował. — Wystarczająco, by wiedzieć, że pomogłeś nam uciec. Na procesie twojego ojca Snape wyjawił aż nadto. — Nie wyczuwając oporu, wyrzucił z siebie: — Wiem, że tej nocy zdradziłem Seamusa. Wiem to. Akceptuję to. Ale muszę wiedzieć, co stało się później. — Teraz już błagał, a jego słowa były ciche i przejmujące. — Nie mogę dłużej żyć, nie wiedząc, co się wydarzyło. Potrafisz to zrozumieć?
— Dlaczego jesteś taki pewny, że miałem z tym coś wspólnego? — Głos arystokraty był chłodny i nieprzyjazny.
— Wiem. Obaj wiemy. I Seamus, i ja. Seamus nie pamięta niczego ponad to, co wspólnie odtworzyliśmy. Ale ja pamiętam. Pamiętam.
Widział, że Malfoy powoli mięknie, choć nadal milczał.
— Wojna się skończyła. Czy teraz ma to jakieś znaczenie? — Starał się aby w jego głosie nie było zbyt wielu emocji. — Ja... Ja naprawdę muszę wiedzieć. Malfoy. Proszę — powiedział już wszystko, co mógł. — Proszę.
— Rozumiem.
— Nie, nie sądzę, byś mógł to zrozumieć. Mam na myśli tę cześć o zdradzie. Jak mógłbyś? Ty nigdy...
W mgnieniu oka uprzejma maska zniknęła, zastąpiona przez złość i oburzenie.
— Jak śmiesz mówić mi, co mogę, a czego nie mogę zrozumieć? Myślisz, że jesteś taki wyjątkowy, Thomas? Że nikt inny nie ponosi takich porażek jak ty?
— Nie, nie to miałem na myśli — zdołał wykrztusić speszony Dean.
— Jak mogłeś powiedzieć to akurat mnie? Ze wszystkich ludzi? To nie tak, że nie wiesz, kim byłem. Co robiłem. Myślisz, że jak czyste są moje ręce?
Poniewczasie Dean uświadomił sobie, jak obraźliwie mogły brzmieć jego słowa.
— Przepraszam. Nie pomyślałem, co mówię.
Wydawało się, że jego przeprosiny nieco uspokoiły Malfoya.
— Thomas, wszystkich nas dzielił zaledwie krok od zdradzenia bliskich i drogich nam osób. Lubimy myśleć, że jesteśmy szlachetni, ale dopóki nie wydarzy się coś, co zburzy tę iluzję, nie widzimy własnej szpetoty. Większość ludzi nigdy nie dostało takiej szansy.
— Opowiedz mi — powiedział cicho Dean.
— A dlaczego powinienem?
— Bo się myliłem. — Dean wziął uspokajający oddech. — Ty naprawdę mnie rozumiesz.
Malfoy, milcząc, wpatrywał się w niego dłuższy czas, a później wypuścił powietrze.
— Przypuszczam, że nie ma żadnego powodu, by ci o tym nie powiedzieć. Pamiętasz Gregory’ego Goyle’a?
Dean skinął głową. Tamtej nocy Goyle był jednym z przesłuchujących go śmierciożerców.
— Gregory od lat był moim najlepszym przyjacielem, nawet przed pójściem do Hogwartu. Och, wiem, że wszyscy Gryfoni myśleli, że był tylko jednym z wynajętych przeze mnie w szkole zbirów. Ale ludzie nigdy go nie doceniali. Nie był ani najlepszym, ani najbystrzejszym uczniem Hogwartu. Ale muszę przyznać, że był najwierniejszy. — Malfoy nie patrzył na Deana, zwracał się do odległego kąta pokoju, na którym wydawał się całkowicie koncentrować.
— Nigdy nie poznałem Goyle’a, poza widywaniem go w klasie. Wiedziałem tylko, że prowadza się z tobą — przyznał Dean.
— Miał tylko kilku przyjaciół, ale ja byłem jednym z nich. Nie było niczego, czego by dla mnie nie zrobił. I kiedy dołączyłem do śmierciożerców, podążył za mną. Nie z powodu lojalności względem Czarnego Pana, czy dla wsparcia słusznej sprawy. Nic z tych rzeczy. Gregory nie był taki — nie miał zbyt wiele zrozumienia dla abstrakcyjnych ideałów.
Dean nigdy wcześniej nie widział, by zdenerwowanie Malfoya wyrażało się niepokojem ruchowym, ale teraz chłopak nerwowo śledził palcami krawędź filiżanki od herbaty.
— Gregory nie wiedział, że byłem szpiegiem Zakonu, nie mogłem ryzykować i nadstawiać karku. Byłem zbyt zajęty ratowaniem własnej skóry. Nawet nie próbowałem z nim rozmawiać o tym, czego on mógł chcieć. Kiedy uciekłem, musiałem go tam zostawić.
— Ale on wybrał bycie tam... — zaczął Dean, ale szybko mu przerwano.
— Nie, nie wybrał bycia tam. Wybrał bycie ze mną, a ja go porzuciłem. To różnica. — Twarz Malfoya była kamienną maską. — Jednak nie to jest najgorsze. Po moim odejściu Gregory poskładał do kupy niektóre rzeczy, które robiłem przeciwko śmierciożercom. W końcu poszedł z tym do Severusa, który zdecydował, że mu zaufa. Od tego czasu Gregory działał przeciw zwolennikom Czarnego Pana. A ja się nigdy o tym nie dowiedziałem.
Teraz Dean rozumiał, dlaczego podczas procesu Lucjusza, po tym jak Snape powiedział, że Goyle był szpiegiem, Malfoy wyglądał na tak zszokowanego.
— Nigdy bym go nie podejrzewał.
— Cóż, szkoda zatem, że nie byłeś śmierciożercą. Ostatecznie go złapali, bo nigdy nie przeszedł takiego treningu jak ja i nie był sprytny. Sytuacja po mojej ucieczce była niepewna, Severusowi ledwo udało się wywinąć od bycia obwinianym za to niepowodzenie. Ale po usłyszeniu plotek udało mu się skierować panującą po mojej dezercji paranoję na kogoś bardziej… zasługującego.
— Miał szczęście.
— Nie, był oportunistą. Przekonał wszystkich, że to mój ojciec zawinił najbardziej i to właśnie on był tym, który skończył pod cruciatusem. Cóż za ironia sprawiedliwości, nieprawdaż?
Dean nie odpowiedział. Nie było nic do powiedzenia.
— Od tamtego momentu Gregory był stracony, bez względu na to, co ktokolwiek by zrobił. Severus nie mógł sobie pozwolić na wykrycie dwóch szpiegów Zakonu w kręgu, więc zrobił jedyną rzecz, którą w zaistniałych okolicznościach mógł — doniósł na niego pierwszy.
— Więc to Snape go zdradził. Nie ty.
Malfoy zmarszczył brwi i pokręcił głową.
— Gregory był tam tylko ze względu na mnie. Ze względu na mnie stał się szpiegiem Zakonu. Gdyby nie ja, jego matka przed siódmym rokiem przeniosłaby go do Durmstrangu, razem z Vincentem Crabbe’em, i znalazłby się z dala od tego całego bałaganu. Severus go zdradził, ale ja zrobiłem to pierwszy.
Dean chciał go pocieszyć, powiedzieć, że robił tylko to, co musiał. Ale jego własne doświadczenia podpowiadały mu, że takie rozwiązanie niczego nie ułatwi.
— Przykro mi.
— Mnie również. Za Gregory’ego. Ale on nie był jedynym, którego zdradziłem. Wcześniej zrobiłem coś o wiele gorszego. — Wstał. — Pozwól, że ci pokażę.
Dean wyszedł za Malfoyem z gabinetu. Żaden z nich nie odezwał się i głośne kroki rozlegały się echem, gdy przemierzali korytarz. Malfoy zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami i powiedział coś cicho, by je odblokować. Weszli do środka.
Znaleźli się w pewnego rodzaju dużej, pozbawionej okien sali balowej i z pozoru wyglądało, jakby pokój nigdy nie był używany. Mrok wyzierał z każdego zakątka, jedyne światło pochodziło z wyciągniętej różdżki Malfoya. Dean usłyszał, jak chłopak rzucił Lumos i wzdłuż każdej ściany zapaliły się kinkiety, oświetlając masywne meble i przygnębiające draperie. Na środku pokoju dostrzegł galerię czarodziejskich portretów, Malfoyowie jak okiem sięgnąć. Postacie najwyraźniej nie był przyzwyczajone, że ktoś im przeszkadza, bo na początku słychać było nieprzyjazne mamrotanie, gdy zostały wyrwane ze snu. Słowa początkowo były niewyraźne, później Dean stopniowo zaczynał odróżniać, co mówią. Hałas stawał się coraz głośniejszy.
— Jak śmiesz stawać z nami twarzą w twarz — usłyszał. — Zdrajca krwi.
— Nie jesteś godny, by przed nami stawać. Opuść ten dom.
— Zdradzieckie plugastwo.
— Morderca. Niemal zabiłeś swojego ojca. Twoja matka umarła, płacąc za twoją zdradę.
— Jesteś niegodny nazwiska Malfoy.
— Wyrzekamy się ciebie.
— Zdrajca.
— Zdrajca.
Zdrajca.
Zszokowany Dean milczał. Hałas wokół nich był tak głośny, że kusiło go, by zakryć uszy. Każdy z przodków Malfoya wyrzucał z siebie jad na jedynego, żywego potomka. Malfoy, pozornie niewzruszony, stał spokojnie z wysoko podniesioną głową, ale Dean wiedział, że to tyko poza — jak mógłby ścierpieć tę mowę nienawiści bez odczucia jej w każdej cząstce ciała? Nawet Dean, który nie znał nikogo z tych czarodziejów i czarownic, wyczuwał zalewające wszystko ohydne, surowe emocje. Nagle nie mógł tego dłużej znieść.
— Chodź. Idziemy. — Szarpnął Malfoya. Przez chwilę czuł, że Malfoy się opiera, by następnie, ku jego uldze, ustąpić. Skierowali się do wyjścia z pokoju. Tuż przed drzwiami zatrzymali się przed dużym portretem, na którym Dean rozpoznał Lucjusza i Narcyzę. Para wypluwała z siebie te same oszczerstwa, co reszta ich rodziny — zdrajca, zdrajca, zdrajca — i Dean dostrzegł, że Malfoy delikatnie skinął głową i zamknął oczy. W końcu, na szczęście, znaleźli się z powrotem w korytarzu. Malfoy zamknął za nimi drzwi z delikatnym kliknięciem, odcinając ich od podniesionych głosów w połowie tyrady.
Dean był zbyt oszołomiony, by cokolwiek powiedzieć.
Malfoy odwrócił się do niego z obojętnym wyrazem twarzy.
— Sam widzisz, że jeśli kiedykolwiek miałbym wątpliwości co do tego, kim jestem i co zrobiłem, zawsze są gotowi mi o tym przypomnieć.
Dean nie mógł uwierzyć, że Malfoy tak ochoczo wysłuchiwał tej trucizny.
— Wcale taki nie jesteś. Nie znają prawdy — skąd mieliby wiedzieć?
— Wiedzą, że zdradziłem Lucjusza. To jest fakt, Thomas, zrobiłem to. Myślałem, że powinienem, ale to nic nie zmienia. Nie dla nich.
Wrócili do gabinetu, gdzie Dean z wdzięcznością opadł z powrotem na fotel.
— Mogę cię o coś spytać?
— Wydaje się, że to popołudnie na wyznania. — Malfoy spojrzał na niego z chłodnym uśmiechem. — Wal śmiało.
— Czemu tu zostałeś? Dlaczego mieszkasz sam? Czy nie kojarzy ci się z tym miejscem zbyt wiele złych wspomnień? Mam na myśli spotkania śmierciożerców i twoją matkę… — Nie chciał być tak gruboskórny, by wypominać jej zabójstwo w jedynym z pokoi. — A ten tłum tam…
— Cóż, żeby być szczerym powinienem przyznać, że nie odwiedzam ich zbyt często.
— Więc po co w ogóle tu zostałeś?
Poważne spojrzenie Malfoya spowodowało, że atmosfera zrobiła się niezwykle kłopotliwa.
— Czemu nie miałbym tu zostać? To mój dom.
— Tak, ale musi być jakieś inne miejsce, w którym mógłbyś mieszkać. To nie może być jedyna posiadana przez ciebie nieruchomość.
— Nie, oczywiście, że nie. Mam apartament w Belgravii7 i domek w Marsylii. Posiadłość w okolicach Pragi. I chyba daczę w Petersburgu. I jurtę w Mongolii.
— Żartujesz.
— Cóż, właściwie to tak. Ale tylko o jurcie. — Malfoy posłał mu kokietujący uśmieszek. — Co, według ciebie, oznacza „obrzydliwe bogaty”? Że wszystko, czego chcę to fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta, a służba poświęca się wyłącznie wybieraniu tych, których nie lubię?
Dean roześmiał się.
— Sądzę, że nigdy po prostu o tym nie myślałem, jako że nie jest to coś, z czym potrafię się oswoić.
— Jaka szkoda. Cóż, pozwól, że cię oświecę. Korupcja jest bardzo lukratywnym zajęciem. A Malfoyowie zajmują się nią od pokoleń. — Draco lekko zmarszczył czoło. — A później doszli Blackowie…
— Rodzina Syriusza?
Malfoy przytaknął.
— Jak również rodzina mojej matki. Potter nigdy ci nie powiedział? Och, sądzę, że wstydził się takich koligacji rodzinnych. Ale przechodząc do sedna, gdyby Syriusz Black nie zostawił Grimmuald Place Potterowi, to też należałoby do mnie. Cóż, jak przypuszczam, nie można mieć wszystkiego. — Nagle spoważniał. — Ale ja przynależę do Malfoy Manor. To tu dorastałem. Kocham to miejsce.
— Naprawdę? — Dean wykazał się całkowitym niezrozumieniem, ale on oczywiście nie dorastał jako część czarodziejskiej arystokracji. Nie darzył szczególnym afektem żadnego z wielu miejsc, które nazywał domem. — Dla mnie dom tworzą ludzie. Budynki, pomieszczenia — one nie są tak ważne.
— Wiem, że uważasz to za płytkie, Thomas, ale nic nie poradzę na to, że czuję do tego miejsca sympatię. To moje dziedzictwo, moje tradycje, moje wspomnienia. I tak, naprawdę posiadam miłe wspomnienia z tego dworu.
Sztywna odpowiedź uświadomiła Deanowi, że swoimi słowami uraził gospodarza, więc starał się jakoś to naprawić.
— Nigdy nie byłem w piękniejszym domu, Malfoy. Wiesz, że dorastałem w ubogiej, wydzielonej dzielnicy — a może nie wiesz. Nie mieliśmy nawet fasolek wszystkich smaków, o służbie nie wspominając. To po prostu coś zupełnie innego. Nie chciałem zasugerować, że to złe.
— Wydzielonej? — Malfoy spojrzał na niego z zaciekawieniem. — Skąd mugole wiedzieli, że jesteś czarodziejem?
Dean zaśmiał się z pomyłki Malfoya.
— Nie, to nie tak. Oczywiście, że nie wiedzieli. Mieszkaliśmy w sąsiedztwie innych imigrantów. W dzielnicy czarnych.
— W dzielnicy czarnych? — Na twarzy Malfoya dalej malowało się niezrozumienie.
— Tak. Jestem czarny. Nie zauważyłeś? — roześmiał się nerwowo, a później do niego dotarło. — Nie wiesz, o czym mówię, prawda?
Drugi chłopak pokręcił głową.
Dean znalazł się w dziwnej sytuacji. Wyjaśniał istotę rasizmu osobie, którą zawsze uważał za najbardziej rasistowskiego czarodzieja, jakiego znał.
Malfoy bez słowa słuchał jego wyjaśnienia.
— To tak jak z tą sprawą między czystokrwistym i mugolami, w którą wierzyli śmierciożercy — dokończył.
— Ale kolor skóry? To dziwaczne. To nie ma wpływu na to, jakim jesteś czarodziejem.
— Nie. A bycie czystokrwistym bądź nie, ma? Gdy jesteś czarodziejem, to albo jesteś utalentowany, albo nie. Reszta to tylko okoliczności narodzin. Tak jak bycie czarnym.
— No, nie wiem.
Dean spojrzał na niego ostro.
— Cóż, z mojego punku widzenia nie ma żadnej różnicy między nienawidzeniem kogoś z powodu urodzenia wśród mugoli, a nienawidzenia z tytułu bycia czarnym.
Malfoy kiwnął głową, najwyraźniej starając się wziąć to pod rozwagę, i zapadła krótka cisza. Po chwili Dean wrócił do pierwotnego tematu.
— Obaj zgadzamy się, że nie można pogrzebać przeszłości. Myślę, że rozumiesz, czemu proszę cię o zdjęcie uroku pamięci.
Widział, jak nikną ostatnie ślady oporu.
— Dobrze. Przypuszczam, że nie powinienem być zaskoczony twoją prośbą. I masz rację, to już nie ma znaczenia. Zrobiłem to, by chronić Severusa, ale wojna już się skończyła. Przynajmniej tak mi powiedziano.
Malfoy bez wahania eleganckim gestem wsunął dłoń po ukrytą różdżkę, wyciągnął ją i wypowiedział słowa, na które Dean czekał tak długo.
Finite incantatem.
Dean zamknął oczy, czując, że jego wspomnienia rozwijają się i otwierają, ostatecznie uwalniając skrywaną historię. Widział, jakby po raz pierwszy, łańcuch zdarzeń prowadzących do ucieczki: naiwność przesłuchujących go Goyle’a i Bryce’a, milczącą obserwację Snape’a, zwodniczy pocałunek Malfoya — to akurat była niespodzianka — ich pospieszną ucieczkę, ujawnienie się i przyjęcie.
I w końcu po miesiącach prób uporania się ze zdradzeniem Seamusa, mógł wreszcie przypomnieć sobie uczucie ciepłych palców ściskających jego własne, gdy stali przykuci do ściany celi. Pamiętał wyszeptane słowa przebaczenia, darowane z własnej woli i z wdzięcznością przyjęte.
Powinien wiedzieć. Poczucie zwątpienia i winy przytłaczające go od miesięcy odeszły, zastąpione przez mile widzianą lekkość i przewyższającą ją radość.
Spodziewał się odzyskania wspomnień z ich ucieczki, ale zupełnie nieoczekiwanie dowiedział się też szczegółów dotyczących działań Malfoya, gdy ten ryzykował własne bezpieczeństwo i stał się ich wybawcą.
Dłuższy czas siedział w milczeniu, przetwarzając i starając się zrozumieć sens uzyskanych informacji. Wreszcie się odezwał.
— Dziękuję. Wiem, że zawdzięczam ci życie. Ale czemu upierałeś się, by zataić to przed nami po zakończeniu wojny?
— Kto wie? — Malfoy lekko wzruszył ramionami. — Wtedy wydawało się to dobrym pomysłem, wiesz?
Dean mógł się tylko roześmiać.
— Tak przypuszczam. Przede wszystkim nikt z nas nie spodziewał się czegoś takiego. To był cholerny pech, że złapano mnie z informacjami, które posiadałem. Dzień później, wymazano by wszystko, czego nie powinienem wiedzieć i żadna z tych rzeczy by się nie wydarzyła.
— Przeznaczenie — mruknął cicho Malfoy. — Myślę, że tak po prostu miało być.
— Mhm. Więc dokąd się udałeś? Po tym jak nas pożegnałeś?
— Do Grecji. Wierz w to lub nie — och, zapomniałem, że mam jeszcze willę w Salonikach — ale byłem tam krótko. Później musiałem wrócić. — Spojrzał poważnie na Deana. — Oczywiście na słuszną stronę. Po tak spektakularnym przedstawieniu nigdy nie mógłbym pokazać się u śmierciożerców.
— No jasne, Carmichael.
Zakłopotany Malfoy odwrócił wzrok.
— No dobra. W pewnym momencie potrzebowałem powrotu w wir wydarzeń. Powiem ci prawdę: niezbyt długo żałowałem, że zostawiłem śmierciożerców, chociaż w tamtej chwili byłem na was wściekły. Śmierciolandia nie była ani najprzyjemniejszym, ani najbezpieczniejszym miejscem. Nawet dla Malfoya.
Dean uśmiechnął się z prawdziwym zrozumieniem. Było jasne, że ten chłopak to ktoś więcej niż Malfoy, którego znali ludzie z ich szkolnych lat. Nie chciał popełnić błędu i znów niesprawiedliwie go ocenić.
— Wiesz co? Jeśli twoja oferta jest nadal aktualna, to myślę, że po tym wszystkim przyda mi się coś mocniejszego.
Malfoy spojrzał na niego ze źle skrywanym zaskoczeniem.
— Jasne, Thomas.
— Hej, mów mi Dean. — Poszedł za ciosem. — Myślę, że po pocałunku, który pamiętają moje migdałki, masz do tego pełne prawo.
Zanim wieczór się skończył, spożyli o wiele większą ilość alkoholu, niż ta, do której — według Deana — byli przyzwyczajeni. Rozmowa z każdą chwilą stawała się coraz bardziej przyjazna, pobudzana przez coś, co Dean uznał za mieszankę kosztownych trunków, skrywanego osamotnienia i niezobowiązująco rosnącego poczucia wzajemnego podobieństwa. Pod koniec ich prywatnego przyjęcia wyegzekwował od Draco obietnicę — od Draco, kto by się spodziewał, pomyślał mgliście — że następnego dnia będzie mu pozował w jego pracowni. Ale niezbyt wczesnym rankiem — co do tego byli doskonale zgodni.

*

Bądź taki, jaki jesteś, taki, jaki byłeś, taki, jakim chcę byś był,
Jako przyjaciel, jako przyjaciel, jako stary wróg.

(„Come as You Are” — Nirvana)8

Dean uświadomił sobie, że tego ranka pojedyncza dawka eliksiru na kaca mu nie pomoże. Cudem było, że nie rozszczepił się podczas aportacji z Malfoy Manor. A Malfoy — Draco, poprawił się w myślach — obiecał, że będzie mu dziś pozować. Zastanawiał się, czy Ślizgon w ogóle się pokaże, czy nie była to obietnica złożona pod wpływem alkoholu, mająca być tylko uprzejmym wykrętem.
Tak czy tak, mentalnie przygotował się na jego przybycie.
O dziwo, jego przedlunchowe rozmyślania zostały przerwane przez stanowcze pukanie. Po jego zaproszeniu drzwi otworzyły się — nie było tu skrzatów domowych — a Draco ostrożnie wychylił zza nich głowę, spokojnie się witając.
— Hej, Draco — odparł Dean, zadowolony, że pamiętał, by zwrócić się do niego po imieniu. — Wejdź.
Mieszkanie Deana było niesymetrycznym kompromisem między przyzwoitą przestrzenią mieszkalną, a świetnie oświetloną pracownią, z widoczną przewagą na rzecz tej drugiej. Po spędzeniu zeszłego dnia u Draco, był jeszcze bardziej świadomy niedoskonałości swojego lokum — całe mieszkanie można było umieścić w galerii Malfoy Manor, a i tak zostałoby jeszcze sporo miejsca.
Żałując, że choć trochę nie posprzątał, kopniakiem odsunął stertę brudnych ubrań, wyznaczając drogę do kanapy.
— Mam kawę. Napijesz się?
— Tak, dziękuję. — Draco zawahał się przez chwilę, a następnie przesunął na bok stos czasopism o sztuce i usiadł, nie wyglądając jednak wcale na odprężonego. Jego plecy były zbyt sztywne, palce skubały niewidoczne skazy na mankietach, a oczy błądziły po pokoju, patrząc na wszystko za wyjątkiem Deana.
— Zaraz wracam. — Dean zrobił kilka kroków, by znaleźć się pod drzwiami swojej maleńkiej kuchni, i jeszcze jeden, by ją przemierzyć. Zdejmując dwa czyste kubki z suszarki do naczyń, Dean próbował nad sobą zapanować. Przez chwilę miał ochotę ponownie sięgnąć po alkohol, żeby wskrzesić wywołany nim wczoraj koleżeński nastrój, ale jego żołądek buntował się na samą myśl o takim rozwiązaniu. Dziś nawet zapach kawy nie miał swojego zwykłego uroku.
— Jaką kawę pijesz? — zawołał.
— Białą, proszę.
Wyciągnął mleko, marszcząc brwi na widok jego daty ważności, i niepewnie je powąchał. Wydawało się być w porządku. Dolał nieco do obu kubków. Chwycił kawy i pudełko ciastek, ale w ostatniej chwili się zatrzymał. Nie mógł rzucić pudełka gościowi i oczekiwać, że ten będzie w nim grzebać. Ciastka powinny być na talerzu. Odstawił wszystko i przeszukał kuchnię w poszukiwaniu najładniejszego talerza, większość czasu spędzając na próbie ułożenia herbatników tak, by nie wyglądały zbyt chaotycznie. Tyle, że teraz wyjątkowo trudno będzie równocześnie zanieść i kawy, i talerz. Czy kiedykolwiek miał tacę?
Odwrócił się szybko, żeby sprawdzić i uderzył głową w drzwi, które zostały półotwarte po tym, jak poprzednio otworzył je nogą.
— Cholera.
— Wszystko w porządku?
— Jasne. Tylko… — Zrobiłem sobie pobudkę. Co on sobie właściwie myślał, starając się zaimponować komuś takiemu jak Draco Malfoy filiżanką taniej, gorzkiej kawy i kupnymi słodyczami? Był walczącym o przetrwanie artystą i powinien przestać zachowywać się, jakby było inaczej. Nie miał kruchych ciast na dziedziczonych paterach, nie miał oddanego skrzata, który by mu służył, i był pewny jak diabli, że w swojej posiadłości nie posiada ekskluzywnego gabinetu, w którym mógłby podejmować gości.
Ale nie miał też galerii pełnej portretów gardzących nim przodków.
Westchnął, niepewnie utrzymując kubki jedną ręką, a talerz drugą, i wrócił do salonu.
— Weźmy to do pracowni, dobra?
Pracownia była najważniejszym miejscem jego mieszkania i utrzymywał ją w zdecydowanie większym porządku, niż pozostałą powierzchnię. Kiedy tylko się po niej rozejrzał, rozluźnił się i poczuł, jak jego napięcie się rozprasza.
Draco szedł powoli, przyglądając się szkicom, głównie niezakończonym, które przypięto do ścian.
— Są dobre — powiedział i zachichotał. — Szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałem, czego oczekiwać.
— Ale przecież rysowałem w szkole.
— Mmm, tak słyszałem. Ale nie widziałem żadnej z twoich prac.
— Dumbledore zaaranżował dla mnie pokaz dla uczniów, mimo że to był ostatni miesiąc szkoły. Nie byłeś…
— To musiało być już po moim odejściu — powiedział cicho Draco i Dean poczuł się jak idiota.
— Racja. Przepraszam.
— Miałem na myśli to, że nie spodziewałem się piesków i kotków, ale już po twoim wczorajszym wyjściu przyszło mi do głowy, że nie mam pojęcia, czy mówiłeś poważnie o rysowaniu. Dobrze wiedzieć, że jestem w rękach fachowca.
— Dziękuję.
— Muszę się do czegoś przyznać. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. Jestem zupełnym laikiem, więc musisz powiedzieć mi, co mam robić.
— To nie problem. Wszyscy moi modele są amatorami.
Draco odwrócił się, by spojrzeć na znajdujący się najbliżej niego rysunek — nieskończony portret najmłodszej córki właściciela mieszkania, który miał być zapłatą czynszu.
— Nie poruszają się.
— Nie. — Dean się uśmiechnął. — Rysuję tylko mugolskie portrety. Kiedy rysuję, chcę uchwycić tylko ten jeden moment i to ja muszę go sprecyzować. To bardziej… Nie wiem. Jakby bardziej uczciwe. Czarodziejskie portrety są zbyt zmienne. Według mnie mają za wiele kontroli, a to mi się nie podoba. Jako artysta, to ja mam mieć kontrolę nad dziełem.
— Chciałbym, żeby artyści malujący Malfoyów rozumowali tak samo. — Kąciki ust Draco uniosły się.
— Wyobrażam sobie. Cóż, mogę ci zagwarantować, że ten portret Malfoya nigdy nie będzie miał ostatniego słowa.
Draco roześmiał się, a Dean w końcu zauważył, że jego gość przystanął, niepewnie się rozglądając.
— Usiądź tutaj. — Położył dłoń na ramieniu Draco. Pierwszy kontakt fizyczny prawie zawsze powodował, że jego modele wzdrygali się, ale dziś nie wywołał żadnej reakcji. Dobrze.
Zaprowadził Draco do miejsca, w którym światło było rozproszone.
— To jest część, podczas której każdy jest odrobinę skrępowany. Przez jakiś czas będę oglądał cię z różnych perspektyw. Zwracam uwagę na sposób, w jaki światło pada na obiekt, na pozycję, która będzie dla mnie najbardziej wyrazista, szukam pomysłu na to, co chciałbym pokazać na portrecie.
— Dobrze.
— Możesz mówić. Drap się po nosie, przeciągnij się, jeśli masz na to ochotę. Ostrzegę cię, gdy będę pracować nad jakąś częścią, która musi pozostać nieruchoma, ale to nie potrwa długo. — Złapał Draco za obie ręce i lekko nimi potrząsnął, by rozluźnić ramiona.
— Zamierzasz rysować mnie całego, czy tylko głowę?
— Jeszcze nie wiem. Zobaczę, co mnie zaintryguje. Obróć twarz na lewo… Tak, tam.
Za każdym razem, gdy Dean patrzył na jakąś osobę, automatycznie wyobrażał sobie, jakby ją narysował. Jak przedstawiłby jej cechy, sylwetkę, wyraz twarzy, by wywołać konkretne wrażenie. Kiedy tylko mogło mu to ujść na sucho, wpatrywał się jak długo mógł. Ale nigdy, przenigdy, nie pozwolił sobie patrzeć w ten sposób na Draco. Gdy obaj byli uczniami, Dean był onieśmielony sposobem bycia Ślizgona — całym tym kwestionowaniem autorytetów i robieniem wszystkiego na przekór. Ludzie nie chcieli zostać przyłapani na przyglądaniu mu się, z uwagi na obawę przed byciem pobitym przez jego sługusów. Dean przyglądał mu się więc z bezpiecznej odległości, wiedząc, że Draco był poza jego możliwościami.
— Powoli przesuń głową z lewej na prawą, a później z góry na dół. Hej, świetnie!
Natychmiast uświadomił sobie, że Draco był marzeniem każdego artysty. Sposób, w jaki światło odznaczało na jego twarzy kontrast między świetlistą bladością a granicą cienia — ostre łuki kości policzkowych, spiczasty podbródek, oczy z opadającymi powiekami, pełne usta — wszystko to powodowało, że Deanowi ręce aż rwały się do szkicowania. Każdy następny ruch głowy Draco ujawniał kolejny niuans, inny wizerunek. Był podekscytowany myślą o uchwyceniu chociaż kilku z nich i musiał zmusić się do kontynuacji zwykłych oględzin.
— Co widzisz, gdy się tak poruszam? — spytał Draco.
— Obserwuję grę światła i cienia. I to jak zmieniają się twoje rysy w zależności od fazy ruchu.
— Czy masz do tego wystarczająco dużo światła?
— Na początek tak, ale pozwól, że czegoś spróbuję. — Wziął stojącą w pobliżu bezcieniową lampę i włączył ją. — Przy jej użyciu mogę z modela naprawdę wiele wydobyć. Kiedy przesunę ją tutaj — umieścił lampę przy podłodze — mogę nadać ci złowrogiego i przerażającego charakteru. Gdy oświetlę cię z góry, będziesz wyglądał jak anioł, tym bardziej, jeśli umieszczę światło z tyłu, podświetlając cię, bo kiedy wiązka światła przeniknie przez twoje włosy, twoje oblicze nabierze wyjątkowo eterycznego charakteru.
— To będzie coś nowego — roześmiał się Draco.
Dean wyłączył lampę i odstawił ją.
— Podejdź do tej ławki. Zobaczmy, co z tobą robi światło słoneczne.
— Same złe rzeczy. Oparzenia, piegi. Zamawiam na każdy dzień jakiś miły loch. — Draco podniósł się z wdziękiem i podszedł do ławki. Dean byłby usatysfakcjonowany samym patrzeniem, jak Draco chodzi. W jego ruchach był naturalny wdzięk i elegancja. Większość ludzi potrzebowała wielu godzin, by otrząsnąć się własnej nieporadności, ale Draco miał jakąś wrodzoną ufność.
— Teraz mam zamiar zobaczyć, jak twoje ciało prezentuje się w świetle dziennym.
Przeprowadził Draco przez kolejną serię ćwiczeń, a ten ponownie zapytał o ich cel. W międzyczasie wszystkie oznaki jego zdenerwowania minęły.
— Siądź bokiem, pochyl się do przodu, owiń dłonie wokół kolan. Tak dobrze. Połóż głowę na kolanach. Yhm. Teraz odwróć głowę i spójrz na mnie. Zamknij oczy.
Po jakiejś minucie Draco powiedział:
— Mógłbym tak zasnąć. Myślę, że wczorajszy wieczór daje mi się we znaki.
— Więc dobrze. Wstań. Wstawaj! — Draco podniósł się, czekając na dalsze instrukcje. — Muszę zrobić coś, żebyś nie usnął. — Dean rozejrzał się po pracowni i dostrzegł na stole kreślarskim wykończoną ostrą krawędzią przykładnicę. To było to. Wyciągnął różdżkę i przetransformował długi liniał w solidny miecz, po czym, z małym ukłonem, przekazał go Draco.
— Masz. En garde.
Draco z wyraźnym niesmakiem spojrzał na miecz, a następnie na Deana.
— Filistyński? To się nie uda. — Wyciągnął własną różdżkę i zamienił zwykłe, płaskie ostrze na szablę do szermierki. — To odpowiedniejsza broń. En garde. — Dźgnął szablą, zajmując przesadnie wystudiowaną pozę.
— Śmiało. Baw się dobrze. — Dean nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
— Nie mam przeciwnika. — Draco spojrzał wyczekująco na Deana.
— Och, nie. Nie ma mowy. Jestem beznadziejny, jeśli chodzi o ostre, spiczasto zakończone przedmioty. Będziesz musiał użyć wyobraźni.
I tak Draco zrobił. Uderzał i parował niewidzialnego wroga, odwracał się i skręcał z prawdziwą ekspresją i entuzjazmem, podczas gdy Dean obserwował go w zdumieniu. Wreszcie, dyszący i lśniący od potu Draco zrobił przerwę w swoim samotnym boju.
Dean wezwał dla niego szklankę wody.
— Dzięki — powiedział Draco, nadal ciężko dysząc. — Nie wiedziałem, że modeling wiąże się z byciem tak aktywnym.
— Bo się nie wiąże. Specjalnie dla ciebie zrobiłem wyjątek.
— Zemsta za czasy szkolne? — Draco opuścił szklankę i spojrzał na niego ze złośliwym uśmieszkiem. — A ja myślałem, że jesteśmy kumplami.
— Zatem postaram się potraktować cię łagodnie — odpowiedział Dean, zarówno zaskoczony, jak i zadowolony ze swobodnego komentarza Draco.
Draco skinął głową.
— Możesz zacząć od zabrania mnie z tego cholernego słońca.
— Jasne. Chciałbym, żebyś z powrotem usiadł na fotelu, od którego zacząłeś.
Draco padł na niego, udając wyczerpanie, a Dean zlitował się i rzucił na niego urok chłodzący. Ślizgon zamknął oczy i westchnął, gdy owiało go chłodne powietrze.
— Mmm. Dziękuję.
— Jestem gotowy, by rozpocząć rysowanie. Możesz tak zostać. — Jego umysł był w tej chwili równie aktywny, co ciało Draco chwilę temu. Na dziś zrelaksowane czoło, zamknięte oko, policzek. Dean zaczął pracę.
Następną część popołudnia spędzili na wymianie plotek — kto kogo poślubił, jak ludziom się powiodło, co teraz porabiają — przerywanej krótkimi instrukcjami Deana i kolejnymi pytaniami Draco.
W końcu Dean odłożył szkicownik.
— Spocznij, żołnierzu. — Na pytające spojrzenie Draco dodał: — Skończyłem na dzisiaj.
— Mogę zobaczyć?
— Oczywiście. — Odwrócił blok tak, żeby Draco mógł obejrzeć jego pracę i starał się nie przejmować tym, co powie.
— Łał. Przyjemny. Nigdy nie widziałem się z boku. Naprawdę tak wyglądam?
— Tak. Wyglądasz inaczej z różnych perspektyw. Tak po prawdzie, to zmieniasz się bardziej, niż ktokolwiek, kogo rysowałem.
— To dobrze?
— Bardzo dobrze. To oznacza, że można cię rysować na wiele różnych sposobów.
Miał zamiar opisać mu jeden ze swoich pomysłów, dopóki sobie nie uświadomił, że Draco obiecał mu pozować tylko dzisiaj.
— Chcesz najpierw dokończyć ten?
Przytaknął, zadowolony, że Draco to zasugerował.
— Jeśli zechcesz wrócić i pozować, to tak, chciałbym.
— Och, z góry założyłem, że tak zrobię. Faktycznie tego chcesz? — Draco spojrzał na niego zaskoczony.
— Absolutnie. — Dean się uśmiechnął. — Obawiałem się, że ty nie będziesz chciał być modelem.
— No coś ty, to ciekawe. Znaczy, powstawanie portretu.
— Ciekawe jest w ogóle to, że robimy to razem. Kto by to przewidział?
— Cóż, żyjemy w ciekawych czasach.
Dean przerwał odkładanie swoich ołówków i spojrzał w górę.
— Zabawne, że ująłeś to w ten sposób.
Draco uniósł brwi w niewypowiedzianym pytaniu.
— Jest takie stara, chińska, mugolska klątwa: „Obyś żył w ciekawych czasach”.
— Nie wiedziałem, że mugole mają klątwy. — Draco uśmiechnął się lekko.
— Ach, no pewnie, że tak. Po prostu nie mają mocy sprawienia, by się spełniły.
— Hmm. Sądzę, że to dobrze. Myślę, że już miałem swój udział w życiu w ciekawych czasach. Po ostatnich kilku latach jestem gotowy na długotrwały urok nudzenia się.
Może, pomyślał Dean, Draco łaknie innego rodzaju klątwy.

*

Więc żyję, to wszystko, co mogę powiedzieć,
Oddycham prawie każdego dnia.

(„I Live”, The Fixx)9

Draco kochał labirynt znajdujący się w Malfoy Manor, to było jedno z jego ulubionych miejsc do wypoczynku. Na tle innych zabytków wchodzących w skład majątku wyróżniał się tym, że powstał o wiele później, pod kierownictwem jego matki. Zajmował nisko położony teren obsadzony pachnącymi cedrami, gdzie miniaturowe krzewy bukszpanu otaczały wykładane cegłami ścieżki nie po to, by zasugerować uwięzienie, lecz by prowadzić tam, gdzie nogi poniosą. Dróżka zakręcała i wiła się, prowadząc do centrum labiryntu, które zaprojektowano jako miejsce na spokojne rozmyślanie.
Właśnie dziś ten swoisty azyl wydawał się idealny, by podczas spaceru uporządkować jego rozchwiane emocje.
Ze stoickim spokojem zignorował zaczynający padać deszcz, po prostu szczelniej owijając się wełnianym płaszczem. Świadomość powiązania matki z tym miejscem pomagała mu się uspokoić, mimo że od jej morderstwa minął zaledwie miesiąc. Nie było zaskoczeniem, że napastnika jak dotąd nie zidentyfikowano. Wiedział, kim był zabójca, a to, który śmierciożerca wykonał wyrok, nie miało znaczenia.
Tak naprawdę ich prawdziwą ofiarą był Draco. Narcyza, bez mogącego ją chronić Lucjusza, stała się zbędna, a śmierciożercy po prostu dostrzegli możliwość dobrania się do ich syna i wykorzystali ją. Osłony wokół Malfoy Manor przepuszczały przyjaciół Malfoya seniora i Draco zbyt późno zorientował się, że dom był otwarty dla jego wrogów.
Tęsknił za matką — bardziej niż można było się spodziewać, biorąc pod uwagę ich historię — ale swój jedyny portret w Malfoy Manor Narcyza dzieliła z Lucjuszem, i Draco nie miał ochoty go odwiedzać.
Niekiedy zastanawiał się, czy na Grimmuald Place nie było jakiegoś innego portretu, na którym matka była sama. Od czasu do czasu chciał nawet spytać o to Pottera, ale jakoś nigdy nie zebrał się na odwagę. Nie miał ochoty na dyskusję z Potterem, a jego prośba z pewnością by ją wywołała.
Podczas wędrówki dotarło do niego, że przebieg jego życia był taki, jak spacer po tym labiryncie. Krążąc, chodził to tu, to tam, aż, kontynuując samotną wędrówkę, dotarł do centrum labiryntu, okazującego się być złudnym miejscem przeznaczenia, bo na końcu drogi nic na niego nie czekało. Jedyne, co mógł zrobić to zawrócić i prześledzić swoje bezsensowne posunięcia.
— Draco.
Zaskoczony nieoczekiwanym powitaniem podniósł głowę i dostrzegł Severusa, wychodzącego mu naprzeciw zza przerwy między cedrami. Przystanął na ścieżce i wpatrywał się, jak jego gość schodzi po mokrej trawie okrywającej stok i dociera do brukowanej przestrzeni labiryntu.
— Severusie.
Jego były nauczyciel najwyraźniej nie miał zamiaru ignorować deszczu tak jak on. Mężczyzna był zmoknięty, a jego buty przemoczone. Przyjrzał się Draco z dziwną miną.
— Myślałem, że tylko Gryfoni mają tak mało rozumu, by wychodzić na dwór, kiedy pada?
— A ja myślałem — Draco uśmiechnął się — że Ślizgoni mają na tyle rozumu, by w taką pogodę rzucić na siebie zaklęcie chroniące przed deszczem. — Przerwał swoją introspekcję, minął krzewy bukszpanu i wyszedł z labiryntu. — Może udamy się do domu na herbatę?
Severus wyglądał na niechętnego powrotnej wspinaczce ku posiadłości. Draco zauważył jego zaniepokojenie i cicho się roześmiał.
— Nie martw się, Severusie. Można się stąd aportować.

*

Sully podała herbatę we wschodnim salonie, gdzie ogień w kominku przygasł na rzecz migotającego pomarańczowo żaru. Oba fotele przesunięto w pobliże paleniska i dwaj mężczyźni przez jakiś czas w milczeniu wpatrywali się w liżące żar płomienie, pozwalając, by ciepło wyparło wilgotny chłód z ich ubrań.
— Czy gobliny z Gringotta rozważyły ponownie swoje stanowisko względem twojego spadku? — zapytał Severus.
Draco informował go sową o postępach w sprawie kiedy uznawał to za zasadne, jednak nie po to, by mieszać go w szczegóły, ale wtedy, kiedy czuł potrzebę zasięgnięcia porady.
— Nie ma powodu, by musiały je powtórnie rozpatrywać. Jeśli mam być szczery, uważam, że ta dwuznaczność jest im na rękę. I dopóki nie będzie grobu, na który mógłbym napluć, nic nie zrobię. — Zapadła cisza. — Po prostu wyrzuć to z siebie. Zawsze byłeś straszny w prowadzeniu rozmów towarzyskich.
— Może dlatego, że nigdy nie mogłem ich ćwiczyć. — Severus zmarszczył brwi.
— Miej dla mnie litość! Wiem, że nie opuściłeś Hogwartu, by pogadać o szczegółach mojego dziedziczenia. I jestem pewny, że nie przybyłeś tutaj, by dyskutować o polityce goblinów.
— Oczywiście, że nie. Nie mogę być przyjacielem, który przyszedł na zwykłą wizytę? Musisz mnie maglować od samego wejścia? A może już zaprawiłeś moją herbatę Veritaserum i tylko czekasz, aż zacznie działać?
Draco doceniał swobodny sposób, w który Severus nawiązywał do ich nieszczęsnych rozmów, prowadzonych pod wpływem eliksiru. Teraz mógł się nawet śmiać ze swojego żenującego wyznania, dotyczącego ochoty na pieszczoty z tym mężczyzną — na szczęście przeszli od jego szkolnego zauroczenia do o wiele bardziej satysfakcjonującej przyjaźni, opartej na dzielonym temperamencie i wspólnych, nawet jeśli strasznych, przeżyciach.
— Oczywiście, że tak. Pewien stary i mądry profesor powiedział mi kiedyś, że Veritaserum jest najczęściej podawanym napojem w czarodziejskim świecie.
— Stary?
— Cóż, na pewno mądry. I chyba nie aż tak stary, jak teraz o tym pomyślę.
— Zatem, oczywiście wnosząc po twoim poprawionym opisie, myślę, że znam tego profesora.
— Oczywiście, że znasz. — Draco pozwolił, by na jego twarzy zagościł chytry uśmieszek. — Więc teraz opowiedz mi wszystko o swoim sekretnym życiu miłosnym, Severusie. Plotki tu nie docierają. Za wyjątkiem tej, że w Hogwarcie pojawiła się nowa profesorka mugoloznawstwa. Samotna, niezamężna profesorka. Tak mówią.
— Która, tak długo jak dotyczy to mnie, nadal taka pozostanie. — Severus zmarszczył brwi. — A jak ma się twoje życie miłosne?
— Zadziwiająco nie istnieje.
— Zaskakujesz mnie. Taki atrakcyjny, z szansą na bogactwo?
— To naprawdę nie aż tak trudne do zrozumienia. Po pierwsze, drobny kłopot z byciem gejem dramatycznie zmniejsza ewentualną pulę do randkowania. Następnie mamy zyskaną reputację „syna podłego śmierciożercy” i podążającą za nią reputację nikczemnego szpiega o nieokreślonej lojalności, za której stworzenie sam jestem odpowiedzialny. Każdy kandydat na szarmanckiego konkurenta spośród rybek pozostałych w tym jeziorku będzie zbyt przerażony.
— Przykro mi to słyszeć. Ale staw w Wiltshire jest dość mały, być może powinieneś wypłynąć na podryw na szersze wody10.
— Doprawdy, Severusie. Następnym twoim krokiem będzie umieszczenie w moim imieniu anonimowego ogłoszenia w Proroku Codziennym: „Samotny czarodziej chce poznać kogoś podobnego, z okropną i szokującą reputacją, bez perspektyw na poprawę”.
— Jesteś samotny?
— Rozumiem. — Draco pokręcił niedowierzająco głową. — Przychodzisz tu, wykorzystując moją gościnność, podczas gdy tak naprawdę planujesz odkryć moje najgłębsze tajemnice? Szpiegujesz szpiega? Przypominam ci, że uczyłem się od mistrza.
Severus pochylił filiżankę w geście uznania.
— Dobrze słyszeć, że to przyznałeś.
Draco zmienił taktykę.
— Nie, żebym nie był zadowolony z twojego towarzystwa, ale dlaczego tu jesteś?
Severus, zanim odpowiedział, ostrożnie odstawił filiżankę.
— Jestem tu, by namówić cię na wizytę w Hogwarcie.
— W Hogwarcie? Po co? — Draco starał się, aby jego odpowiedź brzmiała neutralnie, ukrywając zaskoczenie propozycją.
— Pomyślałem, że na jakiś czas chciałbyś uciec od tego miejsca.
Draco nie odpowiedział, zupełnie nieprzygotowany na taką sugestię. Severus był prawdopodobnie ostatnią osobą, którą podejrzewałby o obawianie się o jego stan psychiczny.
— Otaczają cię duchy i stare wspomnienia, a jedyne sowy dostajesz od swoich prawników. To nie jest dobre dla zdrowia młodego człowieka.
— To mój dom — powiedział cicho Draco.
— To cholerna, ustawiona w pionie trumna, Draco!
— A czym jest Hogwart? — W końcu pozwolił sobie na ujawnienie rozdrażnienia. — Jedynie podróżą w przeszłość. Sam mi powiedz, co jest gorsze.
— Więc jedź do Londynu. Albo Paryża. Albo nawet do cholernego Timbuktu. Miejsce jest bez znaczenia. — Pochylił się, przeszywając go poważnym spojrzeniem. — Tylko nie pozwól sobie zamienić się w jednego z tutejszych duchów. Podczas tej wojny widzieliśmy zbyt wiele zmarnowanych żyć. Nie stań się jej kolejną ofiarą przez pozostanie tutaj i przyglądanie się, jak życie przecieka ci między palcami.
Draco nie wiedział, co powiedzieć na swoją obronę, czuł jakby już przegrał spór, który się jeszcze nie rozpoczął.
— Ja nie...
— Właśnie, że tak. Przecież widzę. Co właściwie robisz? Nikogo nie widujesz, żyjesz w tym wielkim, pustym domu jak jakiś pustelnik. Umilasz sobie czas rozmowami z portretami? Ustawiasz pasjanse i pijesz szkocką? Wymyślasz sposoby drażnienia skrzatów domowych?
— Zrozumiałem.
— Czyżby?
Odarte z wszelkich osłon spojrzenie Severusa było dla niego zbyt niepokojące, nie potrafił długo wytrzymać.
— Co chcesz mi powiedzieć? — Pokonany Draco usiadł w fotelu. — Nie wiem, co teraz zrobić. Nawet nie skończyłem szkoły. Szczerze mówiąc nie ma zbyt wielu ofert dla byłego szpiega. — Uśmiechnął się delikatnie. — Udziel mi dobrej porady zawodowej. Słucham.
Severus, dla jego komfortu psychicznego, odpowiedział na jego żałosną próbę zażartowania.
— Bądź Malfoyem. Poszukaj pochlebcy, który poniesie twój ciężar. — Severus pozornie zadowolony z wyrażenia własnej opinii uspokoił się i opadł z powrotem na miękką tapicerkę. — Nawet moi najmłodsi, urodzeni w mugolskich rodzinach uczniowie, patrząc na ciebie tutaj powiedzieliby, żebyś — jak to oryginalnie ujmują — zaczął żyć.
— Mam jakieś życie. Tylko aktualnie niewiele się w nim dzieje. — Draco pozwolił, żeby w jego głosie pojawiła się frustracja. — Ty też rozmawiasz tylko ze mną. Żyjesz w cholernym lochu. Od kiedy stałeś się ekspertem od tego, jak prowadzić pełne, aktywne życie towarzyskie?
— Schowaj pazury, Draco. Próbuję ci pomóc.
— Jasne. Jestem wdzięczny, jak zawsze. — Poirytowany Draco zacisnął usta, ale w końcu spojrzał w górę. Nagle w ich dyskusji dostrzegł coś zabawnego. Było tak, jakby ślepy prowadził ślepego. Uśmiechnął się przepraszająco. — Przepraszam.
— Draco, nie zamartwiaj się tak. Nie ma jakiegoś specjalnego znaczenia, co dalej zrobisz. Odwiedź Esy i Floresy. Zjedz lody u Fortescue. Pozamiataj sowiarnię w ministerstwie. Bylebyś coś robił. Najlepiej daleko stąd.
— Ja... Pomyślę o tym.
— Zrób to. A później działaj. I lepiej szybciej, niż później.
— Dobrze. — Draco miał nadzieję, że taka odpowiedź wystarczy.
— Tak szczerze, to nie sądzę, by ktokolwiek w twoim pokoleniu miał szansę na bycie bezmyślnym, ciamajdowatym nastolatkiem. Niby jak? Spójrz na siebie, latami dorastałeś w domu będącym pod wpływem Voldemorta, a przed skończeniem osiemnastu lat musiałeś iść na wojnę. — Severus pochylił się, podkreślając swoje stanowisko. — To, co powiem, zabrzmi dziwnie w moich ustach, ale musisz nauczyć się jak być głupim i dziecinnym, dopóki jesteś wciąż młody. Merlinie, Draco, masz dopiero dwadzieścia jeden lat, a żyjesz jakbyś miał osiemdziesiąt.
Severus zawahał się a Draco rozmyślał nad tym, jaki temat chciał poruszyć, że po swoich wcześniejszych, zupełnie nietaktownych słowach, nadal odczuwał dyskomfort.
— Wiesz, pojawienie się członków Zakonu Feniksa na pogrzebie twojej matki nie było przypadkowe. Istnieją ludzie, których obchodzisz. Musisz im tylko pozwolić, by to okazali. Nie myśl, że jesteś sam na świecie. Nie popełniaj tego błędu.
Jego głos był już tak cichy, że Draco ledwo usłyszał ostatni komentarz.
— Nie powtarzaj moich błędów.


Koniec rozdziału czwartego



1 Sharing the same cold cell, betrayer and betrayed, an island with two frightened castaways — tłumaczenie własne
2 w oryginale: Greater London — strefa administracyjna, której dokładniejsze określenie nie wprowadza nic do tłumaczenia. Dla ciekawych: http://en.wikipedia.org/wiki/Greater_London
3 Two dozen other stupid reasons why we should suffer for this, don't bother trying to explain them, just hold my hand while I come to a decision on it — tłumaczenie moje i Aev
4 Azrael to anioł śmierci, więcej u cioci Wiki: http://pl.wikipedia.org/wiki/Azrael
5 Beneath the trees we slumbered; and in the wings of Azrael, slowly, we faded to black — interpretacja własna
6 Am I the witness or am I the crime, A victim of history or just a sign of the times? — tłumaczenie własne
7 ekskluzywna dzielnica w środkowej części Londynu.
8 Come as you are, as you were, as I want you to be, as a friend, as a friend, as an old enemy — tłumaczenie własne
9 So I live, that's about all I can say; I breathe nearly every day — tłumaczenie własne
10 ang. : „So any candidate for chivalrous suitor has been scared right out of the water."
„I'm sorry to hear that. But the pond is pretty small in Wiltshire to begin with. Perhaps you ought to be trolling in larger waters" — nieprzetłumaczalna gra słów, którą starałam się oddać tak, by jak najlepiej brzmiała po polsku. Jeśli ktoś ma jakiś lepszy pomysł — proszę o info.
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Japor » 4 paź 2012, o 13:23

Oh! rozpieszczacie nas (czytelników) na całego :D. Nie dość, że rozdziały są tak "smakowicie" długie, to jeszcze tak szybko ukazał się następny :splywa:
Mój komentarz właściwie za każdym razem mógł by się ograniczać do samych przymiotników, takich jak: fantastyczny, fascynujący, niesamowity, olśniewający, oszałamiający, porywający, powalający, rozbrajający, zniewalający, fenomenalny, hipnotyczny.
Za każdym razem zasiadam do kolejnego rozdziału tak bardzo podekscytowana. To prawdziwa uczta dla wyobraźni. Pokochałam to opowiadanie od pierwszego rozdziału i ta miłość wzrasta z każdym kolejnym.
Scena w której Malfoy przypomina sobie swoje pierwsze spotkanie z Gregory’ego, poruszyła mnie chyba najbardziej (oczywiście nie umniejszając, ważności i piękna, wszystkim innym "sceną" z tego opowiadania). Po prostu "widzę" to uwielbienie w oczach Goyla, dla którego Draco, jest istotą nieziemską - aniołem.
Może ten komentarz jest, za bardzo chaotyczny, ale pisze go bezpośrednio po przeczytaniu, i jeszcze nie mogę dojść do siebie ;)

Dziewczyny stajecie się moimi idolkami ;) , bo dzięki waszej (zapewne) ciężkiej pracy nad tym tłumaczeniem, mogę delektować się TAKIM OPOWIADANIEM!

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez Akame » 4 paź 2012, o 15:20

Dziękuję bardzo za dedykację, czuję się doceniona i wzruszona :* <oczy jej się spociły :zal:>
Nie spodziewałam się kolejnego rozdziału tak szybko, tym bardziej się cieszę. Faktycznie, dużo Deana i dużo Draco, co przyznaję, w pełni mnie zadowala. Do tego Severus i już pełnia szczęścia i chór anielski ;P

Przyznam, że jestem zaskoczona, że Draco może stracić majątek. W chwili śmierci Lucjusza, powinien on automatycznie przejść na niego. Jako zasłużony, odznaczony członek zakonu, nie powinien być karany za grzechy ojca. To straszna hipokryzja ze strony ministerstwa. Nie, żebym spodziewała się po nich czegoś innego. Pomimo duchów rezydujących w Malfoy Manor, mam nadzieję, że Draco nie straci dworu.

Wspomnienie Gregory'ego było naprawdę przygnębiające. Można było wręcz poczuć bałwochwalcze wręcz uwielbienie, jakim darzył Draco. Osoba Malfoya, naprawdę była dla niego anielskim światłem, za którym podążał do końca. Świadomość tego dokąd zaprowadziło to Gregory'ego, musi być dla Draco naprawdę trudna do zniesienia. Zresztą, sam siebie nazwał Aniołem Śmierci, co tylko podkreśla jego ogrom goryczy i samooskarżania.

Nie sądziłam, że Dean będzie pamiętał swoją zdradę. Nawet się cieszyłam, że obliviate zaoszczędzi mu cierpienia i wyrzutów sumienia. Najgorsze, że jego pamięć obejmowała tylko to co najbardziej bolesne. Cieszę się, że Draco przywrócił mu wspomnienia. Teraz, kiedy jest świadomy wybaczenia ze strony Seamusa, na pewno będzie mu łatwiej. Przyznam, że do tej pory sądziłam, że Deana i Seamusa łączyło coś więcej niż przyjaźń. Rozmowa o narzeczonej, rozwiała moje złudzenia.

Galeria portretów mną wstrząsnęła. Nie wyobrażam sobie życia w domu, w którym straszy, a inaczej tego określić nie można. Te obrazy, to jak cały tłum upiorów zawodzących jednym głosem. Smutne, że pośród tych zjaw znajduje się również Narcyza. Dla Draco musi być to wyjątkowo przygnębiające.

Podnosi na duchu fakt, że w osobie Deana, być może Draco odnajdzie przyjaciela. Zastanawiam się, czy nasz malarz, nie poczuje do Malfoya czegoś więcej. Poniekąd wzruszające było zakłopotanie mężczyzny tym, że jego dom nie spełnia standardów Draco i sam gospodarz nie sprosta zadaniu podjęcia osoby o tak wysokich wymaganiach. Rozmowa podczas malowania, bardzo luźna i serdeczna. Myślę, że mogłoby im się udać zacieśnić we więzi.

Zgadzam się z Severusem. Draco powinien wyjechać gdzieś, gdzie jest światło i ciepło. To być może podniosłoby go na duchu. Nawiedzony dwór na pewno nie wpływa na polepszenie jego samopoczucia.

Cały czas czekam na moment, kiedy Draco przypomni sobie o klątwie ojca. Czy powie o niej Harry'emu? Zwierzy się komuś? Poprosi o pomoc? A może sam będzie szukał remedium? Ciekawość zabiła kota, a mnie wykończy psychicznie zanim się dowiem ;)

Pozdrawiam ciepło. Dziękuję za rozdział i niecierpliwie czekam na kolejną część!
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Elisheva » 6 paź 2012, o 16:45

Ten rozdział był piękny. I oryginalny. I naprawdę mi się podobał.
Generalnie to opowiadanie jest dla mnie jakby kawałkiem sztuki. Nie wiem, nie jest ono pisane zwykłymi słowami. Czytałam po angielsku i wydaje mi się, że po polsku brzmi tak samo dobrze.
Jejku, jestem wrażliwa na tego typu opisy, szczególnie jeśli chodzi o aparycję Draco. Zawsze kojarzył mi się z takim zagubionym chłopcem, jednocześnie inteligentnym i o ciętym języku, o wyglądzie anioła. Scena na schodach, gdy usiadł i przypomniał mu się Gregory... od razu w mojej głowie pojawiła się wizja, która często przedstawiana jest w filmach: otóż Draco odwraca i widzi cień Gregory'ego siedzącego tuż obok niego. Jakby znów tam byli, obaj.
I Draco w czarnej koszuli i spodniach... To musi być niesamowity widok. Znam osobiście pewnego chłopaka, którego zawsze widzę w mojej wyobraźni, gdy myślę o Draco, i on rzeczywiście niesamowicie wygląda w czarnym.
Scena z Deanem, który szkicuje portret Draco, także mną poruszyła. Sama rysowałam, ale przestałam. Teraz żałuję. To śledzenie światłocienia i w ogóle wszystko było takie piękne. Niesamowita autorka, chciałabym móc w ten sposób przekazać emocje tak, jak ona.
I za to kocham opowiadania, w których Draco jest główną postacią. Są przepełnione pięknem, mistycyzmem, taką arystokratyczną perfekcją, zawierają mnóstwo artystycznych opisów. To, co kocham. Takie delikatne i zwiewne. Nie no, uwielbiam Draco :D

Pozdrawiam
Obrazek
Elisheva Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 497
Dołączył(a): 10 lut 2012, o 11:34

Postprzez MargotX » 7 paź 2012, o 09:25

To, co mnie uderzyło w tym rozdziale najbardziej, to samotność. Dean jest samotny, choć ma przy sobie dawnego przyjaciela. Jest samotny, bo tak naprawdę dzieli ich coś, czego ze szczegółami nie pamięta, jednak ma wystarczająco dużo przebłysków świadomości, żeby nie czuć się swobodnie z Seamusem, by nie chcieć poruszać pewnych tematów i mieć poczucie winy zżerające go od środka.

Draco jest straszliwie samotny, bo tak naprawdę nie ma dla niego miejsca w powojennej rzeczywistości - przynajmniej on sam odnosi takie wrażenie. Do tego też dochodzi poczucie winy i zdrady, o którym przypominają mu wszyscy przodkowie i niepewne, niezbyt przyjazne spojrzenia napotkanych osób, a także własna świadomość, szczególnie, że obwinia się równie mocno o zdradę Goyla, który był jego przyjacielem na dobre i złe. Zamknął się więc w sobie i w swoich czterech ogromnych ścianach i rzeczywiście wydaje się jakby już przegrał swoje życie.

Severus Snape - osoba, która rzeczywiście jest sama i samotna na świecie i przestrzega Malfoya przed powieleniem tego błędu.
Dean jest artystą, ma więc sporą wrażliwość, Draco zawsze był inny, a Severus to typ samotnika od lat. Takim jednostkom zdecydowanie trudno jest funkcjonować w przewróconym do góry nogami świecie. Jak niesamowicie się stało, że Dean i Draco złapali kontakt, że Draco zgodził się pozować i przynajmniej to wyrywa go z tego hermetycznego świata, w którym się zamknął. No i kto by pomyślał... całkiem niespodziewana nić sympatia między nim a Deanem, który nigdy dotąd nie urastał do rangi ważnego bohatera, a tu jest fantastyczny i szalenie go polubiłam. Ciekawie wykorzystany motyw rasizmu - tak, to na pewno jest coś, co można porównać z obsesją czystej krwi i co Draco ma szansę zrozumieć.

W pierwszej chwili mnie też zaskoczyła możliwość utraty majątku przez Draco, bo w końcu jest bohaterem wojennym, ale... pecunia non olet i to jest nieśmiertelna prawda. Świat nie lubi zdrajców, rzeczywiście takie osoby traktuje się jako niepewne, wątpliwe moralnie itp. I kiedy ministerstwo ma szansę wykorzystać tę sytuację i położyć łapy na fortunie Malfoyów, wydaje się, że nawet Order Merlina nie jest przeszkodą.

Dziękuję za kolejny, naprawdę niesamowity rozdział i pozdrawiam, nie wspominając oczywiście, że z niecierpliwością czekam na następną część ;)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 6 gości