[T][Z] Tysiąc pięknych rzeczy

+ sequel

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez TEAM DRARRY » 1 wrz 2012, o 12:37

Na małe pocieszenie, że lato już prawie za nami, rozpoczynam nowe tłumaczenie Teamu Drarry. Mam nadzieję, że urozmaici Wam nieco jesienne wieczory.
Opowiadanie jest czasem słodkie, czasem smutne, fabuła toczy się przez dłuższy okres czasu, rozpoczyna w Hogwarcie, a kończy kilka lat po wojnie. Bohaterem głównym jest tu Draco, ale sporo dowiemy się też o życiu innych osób: Harry’ego, Deana, Seamusa, Hermiony, Rona, Snape’a oraz postaci niefandomowych. Autorka w miarę dobrze zachowała kanoniczność postaci, ale część akcji osadziła w świecie niemagicznym. Ogólnie całość prezentuje się ciekawie i oryginalnie.
Tyle na zachętę. Czytajcie i komentujcie, kochane drarrystki, wspierajcie nas miłym słowem i wskazujcie błędy. Tłumaczenie, mimo niezbyt trudnego języka, okazało się sporym wyzwaniem, więc każda opinia będzie dla nas cenna.

Zapraszam na rozdział pierwszy, a za betowanie bardzo dziękuję Lasair i Aevenien :*.
Tłumaczenie: Kaczalka.




Tytuł i link do oryginału: A Thousand Beautiful Things
Autor: Duinn Fionn
Zgoda: jest
Rating: NC-17
Ostrzeżenia: w zasadzie nie ma, czasem powiewa fluffem ;)
Kanon: pojawia się i znika, sporo akcji rozgrywa się w świecie niemagicznym




TYSIĄC PIĘKNYCH RZECZY




ROZDZIAŁ 1

Każdego dnia układam listę powodów, dla których wierzę, że one istnieją (tysiące pięknych rzeczy).
(„A Thousand Beautiful Things”, Annie Lennox)*

— Jakie jest twoje najwcześniejsze związane ze mną wspomnienie, Dean?
Po twarzy Deana Thomasa przemknął cień uśmiechu. Seamus właśnie osiągnął ten punkt wieczoru, kiedy równowaga pomiędzy późną godziną oraz odpowiednią ilością alkoholu czyniła go odprężonym i skłonnym do zagłębiania się w przeszłość. Nastrój, który dokładnie harmonizował z własnym samopoczuciem Deana.
— Przecież już wiesz. Wspinaliśmy się wtedy po raz pierwszy ścieżką prowadzącą do Hogwartu, a ty dałeś mi czekoladową żabę i opowiedziałeś o dorastaniu w czarodziejskiej rodzinie.
— Półczarodziejskiej.
— Półczarodziejskiej. Ale to i tak ważne pół. Na kimś takim jak ja, wychowanym w mugolskim wschodnim Londynie, naprawdę wywarłeś wielkie wrażenie.
Seamus parsknął śmiechem i wziął kolejny łyk alkoholu.
— Na każdym wywarłem wielkie wrażenie, stary.
— I obaj niedawno dostaliśmy różdżki...
— Wierzba, włos syreny, dziesięć cali...
— Dziewięć i trzy czwarte — uściślił Dean.
Seamus przesunął się, żeby wyciągnąć różdżkę, ale zrezygnował, zanim Dean go powstrzymał.
— W takim razie od tamtego czasu musiała urosnąć — zażartował.
— Kłamca. Tak czy siak, w pociągu pokazałeś mi, jak rozpiąć dziewczynom szaty.
— Racja, człowieku! Pamiętasz Susan Bones? Ale była wkurzona.
— Tak! Myślałem, że zamierza zmienić cię w eunucha.
— Nie, chodziło jej o ciebie — powiedział Seamus. — A ja cię uratowałem.
— I ta laska z szóstej klasy — dodał Dean. — Ty zboczony draniu.
— Byłem zdolny, prawda? Nauczyłem cię wszystkiego. A przynajmniej wszystkiego, co ważne.
— Zdolny? Dziewczyny prawdopodobnie miały na to inne określenie.
Dean złapał spojrzeniem kelnera i dotknął swojej pustej szklanki. Kiwnął głową, bez słów potwierdzając zamówienie na kolejnego drinka. Dzisiejszego wieczoru to on wybierał lokal i zdecydował się właśnie na ten modny mugolski bar jazzowy w pobliżu dworca King’s Cross. Seamus nie narzekał na ich wędrówki po mieście — Dean nigdy nie zabierał go dwa razy w to samo miejsce — ale gdy przychodziła jego kolej, zawsze chodzili do tego samego czarodziejskiego pubu niedaleko ministerstwa.
— Daj spokój, w szkole wszystkie dziewczyny mnie kochały.
Dean grzecznie przytaknął, chociaż miał w tej kwestii spore wątpliwości.
— A ty? To samo pytanie.
— W pierwszym tygodniu narysowałeś dla mnie portret.
— Twój? — Dean niczego takiego sobie nie przypominał.
— Nie, akurat Neville’a. Ale już wtedy uważałem, że jesteś utalentowany.
Prostota odpowiedzi naprawdę poruszyła Deana, spodziewał się raczej jakiejś sarkastycznej riposty.
— Dziękuję.
— Szkoda, że już go nie mam, zbiłbym fortunę na wczesnej twórczości Deana Thomasa.
— Nic z tego. Najpierw musiałbym umrzeć. I żeby nic ci nie przyszło do głowy, Seamus.
— Mnie? Nie bój się. Z kim potem chodziłbym po barach?
— A co się stało z tym portretem?
— Parszywek go znalazł i pożarł prawie cały, więc wyrzuciłem resztki. Mam nadzieję, że dostał sraczki.
Kontynuowali rozmowę o starych czasach przy akompaniamencie cichych dźwięków pianina. Niektóre z tych dziwnych opowieści wywoływały u nich wybuchy śmiechu, jednak szczęśliwe historie zbyt często przerywane były wspomnieniami o tym, co się wydarzyło później, sprowadzając na Deana uczucie smutku i tęsknoty za bliskimi, którzy nie przeżyli wojny.
— Kiedy pierwszy raz zobaczyłem bliźniaków Weasley, testowali jakieś zaklęcie barwiące. Pamiętasz? — zapytał Seamus.
— Boże, tak! Wszyscy w pokoju wspólnym mieli czerwoną albo żółtą skórę. Ohyda.
— Tylko ty wyglądałeś w miarę normalnie. Na ciebie za bardzo nie podziałało, zrobiłeś się tylko trochę ciemniejszy.
— Kiedyś zwaliłem ogromny stos książek na Hermionę.
— Na zaklęciach? Tak, przypominam sobie. Praktycznie wgniotłeś ją w podłogę — powiedział Seamus.
— Prawie rzuciła na mnie klątwę, ale Flitwick patrzył.
— No i lekcja, na której Padma Patil chciała transmutować pióro w poduszkę, a zamiast tego wyszło jej dildo.
Dean zachichotał — o tym akurat zapomniał.
— Mina McGonagall, kiedy je zobaczyła...
— Mina Padmy była lepsza.
— A ten poranek, gdy Lavender przewróciła kociołek na eliksirach i uśpiła całą klasę na resztę dnia? — Dean wciąż pamiętał, jak wyglądali, gdy się wreszcie ocknęli: wszyscy byli zaślinieni, a na twarzach mieli poodbijane dziwaczne linie od spania na książkach i piórach.
Seamus parsknął z rozbawieniem.
— Malfoy obudził się z najbardziej zmierzwionymi włosami, jakie w życiu widziałem.
— Och, oczywiście, pamiętam! Wyglądał gorzej niż wtedy, kiedy Harry przeklął go w pociągu w drodze do domu.
— O który raz ci chodzi?
Dean pokiwał głową.
— Racja.
— Słodka Maryjo i Jezusie! Malfoy i ta jego obsesja na punkcie włosów. Cholera, ciągle jest w tej kwestii strasznie pedantyczny, nie sądzisz?
— Nie zamierzam gryźć ręki, która mnie karmi. — Dean spoważniał. — Chociaż pamiętam, że po ostatniej bitwie... Wcale nie przejmował się fryzurą. Nie widziałeś go tego dnia, ale ja...
Seamus wyciągnął rękę i położył ją na ramieniu Deana.
— Nie, stary. Żadnych opowieści o wojnie. Nie dzisiaj. Nie chcesz doprowadzić Irlandczyka do płaczu, prawda?
Dean dobrze wiedział, o co Seamus tak naprawdę pyta.
— W porządku. Już sobie z tym poradziłem. W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach.
Seamus uśmiechnął się.
— Dasz mi znać, kiedy będzie sto procent?
— Tobie pierwszemu, obiecuję. Między nami nie będzie więcej tajemnic, kończę z nimi. — Dean odwzajemnił uśmiech i poczuł się lepiej, niż dane mu było od miesięcy. — Możesz więc mówić o Malfoyu, ile tylko chcesz.
— Ale o niczym z czasów wojny. I wszystkie moje szkolne wspomnienia o Malfoyu są paskudne.
Dean zastanawiał się przez chwilę.
— Mam jedno całkiem miłe.
Seamus pociągnął długi łyk ze swojej butelki.
— No to mów.
— Zdarzyło się to na eliksirach w szóstej klasie. Gdy Snape zaczął opuszczać coraz więcej lekcji.
— Wiosną, zanim odszedł, żeby dołączyć do śmierciożerców?
— Tak. Pomfrey go zastępowała, ale nie zawsze uczyła wtedy eliksirów. W tym dniu przyniosła coś, co wyglądało jak myślodsiewnia. Używaliśmy tego tylko raz, zapomniałem, jak się nazywało. Wiesz, o co mi chodzi?
Seamus przytaknął.
— Zamiast płynnej substancji było wypełnione czymś w rodzaju piasku, prawda?
— Tak. I Pomfrey chciała, byśmy z pomocą tego czegoś wydobyli nasze najważniejsze wspomnienia. Takie, które stanowią sedno naszego życia. Żebyśmy skoncentrowali się jak wtedy, kiedy wyczarowujemy patronusa. Ale mnie się to nigdy nie udało.
— Ani mnie. — Seamus zachichotał. — Po ile mieliśmy wtedy lat? Po szesnaście? I o czym myśleliśmy najczęściej? Oprócz quidditcha, unikania odrabiania zadań domowych i dziewczyn? Pomfrey powinna wiedzieć, że nam się nie uda. Żaden z nas tego nie potrafił.
Dean zmarszczył lekko brwi.
— Nie pamiętasz? Malfoy potrafił. Wszyscy oglądaliśmy, jak na piasku rekonstruuje to, co uważał za najważniejsze. Nawet się nie spocił, tak mało wysiłku go to kosztowało. Przypominasz sobie, co to było?
Seamus pokręcił głową.
— Co? Góra galeonów? Komplet modnych szat? Może inkrustowny perłami grzebień?
— Nie. — Dean zawahał się. — To był dwór Malfoyów. Jego doskonałe odzwierciedlenie.
Seamus przestał się uśmiechać i dopiero po długim czasie z jego ust wypłynęły słowa odpowiedzi:
— To sporo wyjaśnia, nie sądzisz?
— Sporo. Ale nie wszystko.

*

Wiele kilometrów i cały świat dalej obiekt ich konwersacji właśnie kopał nogą w drogim bucie w drzwi gabinetu ojca. Dudniące echo rozchodzące się po korytarzach wreszcie obudziło skrzatkę Sully.
— Czy pan Draco chce wejść do środka? — udało jej się zapytać pomiędzy jednym a drugim kopnięciem.
Draco spojrzał na nią z namysłem, ale nie odpowiedział.
Skrzatka po raz ostatni popatrzyła na jego agresywną, zdeterminowaną twarz i pstryknęła swoimi nienaturalnie długimi palcami. Draco pospiesznie wszedł do pokoju, zanim mógłby zmienić zdanie. Sully nerwowo deptała mu po piętach. O nic więcej nie zapytała i natychmiast zabrała się za zapalanie świec i rozniecanie ognia w kominku.
Draco, nieruchomy i milczący, czekał, aż skończy.
Wizytę w gabinecie odwlekał aż do tego wieczoru. Kilka miesięcy temu zablokował do niego drzwi z nadzieją, że już nigdy tu nie wejdzie. Jednak dzisiaj — skoro były to jego ostatnie chwile we dworze — zapragnął przyjść jeszcze raz.
I przyszedł, z niesprecyzowanym pragnieniem znalezienia rzeczy, którą mógłby ze sobą zabrać. Ale teraz, gdy naprawdę się tu znalazł, odrzucił ten pomysł jako absurdalny. W gabinecie nie było nic poza prawie gołymi półkami i miejscami, gdzie kiedyś, zanim zarekwirowało je ministerstwo, stały czarnomagiczne artefakty. To, co pozostało, miało wątpliwą wartość — rzeczy takie jak ozdobne ręczne lusterko, które mogło zdradzić ukryte pragnienia znajomych, albo kunsztowny kielich, zdolny zmusić kogoś, aby go napełniał i opróżniał, aż stanie się kompletnie pijany.
Sully czekała, aż Draco wykaże takie samo zainteresowanie zgromadzonymi tu przedmiotami, jakie wykazywał w innych pomieszczeniach dworu. Później przygotuje je do przeniesienia do nowego domu. Ale dla Draco nic tutaj nie miało znaczenia. Nie chciał pamiętać ani tego pokoju, ani jego byłego właściciela. Proszę bardzo, niech ministerstwo sobie wszystko zabierze.
Draco wbrew sobie obszedł bogato rzeźbione biurko ojca i usiadł. Jak daleko sięgał pamięcią, nigdy wcześniej czegoś takiego nie zrobił. Jednak niewidzialna obecność Lucjusza rzucała tak zaborczy cień, że wstał prawie natychmiast. Niemal w tej samej chwili dostrzegł na biurku znajomy wolumin. Myślał, że zostawił go w swoim pokoju, ale widocznie Sully odniosła księgę na miejsce.
Odruchowo uniósł ją i zaczął przeglądać. Bez zaklęcia tłumaczącego ledwie rozumiał słowa, ale nie musiał czytać dokładnie, żeby wiedzieć, co znaczą — ich sens wyrył sobie w pamięci wiele miesięcy temu.
No puedes hablar. No puedes escribir.
Nie możesz mówić. Nie możesz pisać.
Puedes tocar. Puedes besar.
Możesz dotykać. Możesz całować.
Opanował go gwałtowny gniew i już nie potrafił tłumić obezwładniających wspomnień z ostatnich pięciu lat. Wepchnął książkę w ręce Sully, a potem złapał pełną garść dokumentów, podszedł do kominka i rzucił je do paleniska. Zapłonęły natychmiast. Zadowolony z efektu dołożył całe naręcze książek, które zajęły się ogniem z równą łatwością. Zapomniał o ostrożności, ale Sully wydawała się coraz bardziej zaniepokojona.
— Panie Draco, co pan robi? Proszę natychmiast przestać!
Jednak słowo „przestań” w jego słowniku już nie istniało. Cały akt zdawał się oczyszczający, radosny. Z każdą zniszczoną rzeczą, z każdym zrujnowanym podejrzanym obiektem serce Draco stawało się lżejsze, aż poczuł się tym niemal upojony.
Wyrwał z płomieni drewnianą szczapę i zaczął podpalać wszystko, czego nie mógł przenieść. Sully wpadła w panikę, zawodziła wysokim głosem i szarpała go za ramię ze sporą siłą, ale Draco nie zamierzał pozwolić, żeby ktokolwiek przeszkodził mu w jego misji. Zasłony, książki na półce, pluszowa sofa, na której lubił przesiadywał i patrzeć, jak ojciec pracuje — wszystko to okazało się dramatycznie łatwopalne. Wszystko wokół dostąpiło oczyszczenia w płomieniach.
— Panie Draco! Nie! Zginie pan, jeśli pan nie przestanie.
Widocznie przekroczył granicę zachowań, na których zniesienie skrzatka była przygotowana. Sully pospiesznie ugasiła to, co akurat się paliło, i niebawem po ogniu nie ani pozostało śladu.
Draco zaczął kaszleć od dymu i popiołu, unoszących się w całym zniszczonym pomieszczeniu. Zerkając na niego lękliwie, skrzatka oczyściła powietrze jednym szybkim ruchem ręki.
— Zrujnował pan cały gabinet pana Lucjusza! — krzyknęła, ze zmartwienia i zdenerwowania szarpiąc za okrywającą ją ścierkę. — Co pan narobił?
Coś, na co powinienem zdecydować się już dawno temu, chciał jej odpowiedzieć. Coś nadzwyczajnego.
Usiadł w jedynym ocalałym fotelu i rozejrzał się wokół z wielkim zadowoleniem. Skrzatka opadła na podłogę tuż przy jego stopach i zacisnęła palce na książce. Wbiła w niego intensywne spojrzenie, gotowa chronić swojego pana za wszelką cenę — nawet przed jego własnym szaleństwem.
Patrząc na otaczające go zniszczenia, Draco nie mógł nie przypomnieć sobie ostatniej rozmowy, jaką odbył tutaj z ojcem pięć lat temu. Wtedy, jako szesnastolatek, uważał siebie za osobę niezwykle spostrzegawczą. Mając lat dwadzieścia jeden, wiedział już, że absolutnie nie miał racji.

*

Najpierw grzmot, potem burza...
(„In A Lifetime”, Clannad i Bono)**

Draco otrzymał specjalne pozwolenie od Dumbledore’a i weekend mógł spędzić w domu — przywilej dostępny niewielu uczniom piątej klasy. Właśnie wyciągnął się przed przygasającym kominkiem w gabinecie ojca i schował nos w książce o strategii gry w quidditcha. Relaksujące ciepło i późna godzina jak gdyby zmówiły się, żeby uczynić go przyjemnie sennym, a czytane słowa, na których koncentrował tylko część umysłu, dodatkowo go usypiały.
Płomyk pobliskiej świecy nagle zamigotał i zgasł, co wyrwało Draco z letargu. Uniósł głowę, a to z kolei zwróciło uwagę ojca. Wymienili krótkie uśmiechy i Lucjusz ponownie skupił się na swojej lekturze, zaraz jednak, słysząc niespodziewany dźwięk, spojrzał w stronę okna.
— Wietrznie dzisiaj — powiedział.
Draco, również słysząc drapanie gałęzi po szybie, wsparł się na łokciu. Ojciec już całkowicie pogrążył się w wielkiej i wyglądającej na bardzo starą księdze. Niedługo później skrzatka Sully w milczeniu zastąpiła zużytą świecę nową, zapalając ją lekkim ruchem dłoni, po czym zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
Kiedy, tak jak dzisiejszego wieczoru, spędzał czas w domu rodzinnym, często przesiadywał z ojcem w jego gabinecie. Sam zajmował się raczej mało ambitną lekturą, ale wspólne czynności sprawiały, że ogarniało go kojące poczucie więzi. Miał nadzieję, że ojciec odbiera to w ten sam sposób.
Lucjusz pałał niezwykłą miłością do wiedzy, niestety większość znajomych nie doceniała głębi tego uczucia. Prawie każdy wieczór spędzał właśnie tutaj. Zgłębiał wybrany temat, przeglądając w tym celu stosy książek i metodycznie sporządzając notatki przy akompaniamencie cichego poskrzypywania pióra. Albo w zamyśleniu godzinami analizował jeden pergamin.
Gdy Draco podrósł, ojciec rozmawiał z nim o niektórych tematach swoich badań. Na początku tylko o tych niewinnych, jednak z biegiem czasu stało się jasne, że ojciec zgłębia rodzaje magii, jakich nigdy nie uczono w Hogwarcie. Z pewnością nie bez powodu. Zagadnienia takie zdawały się fascynujące, ale i bardziej niż trochę przerażające.
Usłyszał, że ojciec szepcze coś, co brzmiało jak inkantacja. Słowa nie były łacińskie, więc zaciekawiony Draco ponownie uniósł głowę.
— Hiszpański — odpowiedział Lucjusz na pytanie widoczne w jego oczach.
Draco przekręcił się na bok, z chęcią korzystając z oferowanej mu uwagi.
— Co czytasz? — zagadnął.
Lucjusz przesunął się w fotelu, żeby lepiej widzieć syna.
— Klątwy iberyjskie. Gwarantuję, że nie dowiesz się o nich od Flitwicka.
— Na pewno nie. W tym miesiącu omawiamy zaklęcia gospodarstwa domowego — powiedział Draco z drwiną. — Przypuszczam, że to dla dobra Weasleyów. — Wysunął różdżkę z rękawa, skierował ją na pustą szklankę ojca po brandy i wymamrotał inkantację. Szkło momentalnie zrobiło się kryształowo czyste. — Tak że nie krępuj się i uwolnij skrzaty. Jestem przygotowany, żeby sobie radzić w życiu.
Lucjusz uśmiechnął się ze współczuciem.
— Zgadzam się, takie zaklęcia nie są Malfoyom potrzebne. Chociaż klątwy iberyjskie także ci się nie przydadzą.
Ciekawość Draco została pobudzona, co zapewne było zamiarem ojca.
— Dlaczego? Jak one działają?
— Ach, latynoski temperament... Jest o wiele mniej stabilny niż nasz. Na przykład to zaklęcie. W naszym języku znamy je jako Klątwę Porzuconego Kochanka. Oczywiście wcale nie trzeba być porzuconym kochankiem, żeby ją rzucić, ale komuś w tak niefortunnej sytuacji może ona przyjść do głowy.
— Naprawdę? I co ona robi?
— Podobnie jak sami Hiszpanie, jest raczej teatralnie dramatyczna. Zmusza ofiarę do miotania obelgami w każdego, kto znajdzie się w zasięgu jej głosu. — Lucjusz spojrzał na karty rozłożonej przed nim księgi. — Trwa to od zmierzchu do... wyczerpania, jak podejrzewam. I powtarza się codziennie.
— Werbalne zniewagi w zasadzie nie są bardzo straszne — skomentował Draco.
— Nie bądź taki szybki z wydawaniem opinii, dopóki nie poznasz wszystkich faktów.
Lucjusz uśmiechnął się ze złowieszczym błyskiem w oczach, co wprawiło Draco w lekkie podenerwowanie. Kiwnął głową na znak, że rozumie swój błąd.
— Ważne jest, że dodatkowo klątwa obdarza ofiarę niewielkimi zdolnościami legilimencji. Sądzę, że są one wystarczające, aby dostarczyć przeklętej osobie mnóstwa amunicji, której może użyć przeciwko przyjaciołom. Przez co przyjaciele już niedługo przestają być przyjaciółmi. Sprawdzimy, co dalej? — Doskonale wypielęgnowane palce Lucjusza prześlizgnęły się po stronie książki. — Ofiary nie można uciszyć... ani związać. Nie można jej zostawić samej. Zaklęcie anulujące klątwę jest zachwycająco skomplikowane i wymaga bezinteresownego poświęcenia. Twórca najwidoczniej pomyślał o wszystkim.
— Czemu nazwano ją Klątwą Porzuconego Kochanka?
— Prawdopodobnie dlatego, że przekleństwo to stanowi doskonałe narzędzie zemsty. Nie mogę sobie wyobrazić, żeby w takich warunkach przetrwał jakakolwiek relacja nawiązana w przyszłości przez ofiarę.
Widząc pytające spojrzenie Draco, Lucjusz mówił dalej:
— Przypuśćmy, że Juan opuszcza Consuelę. Z tego powodu Consuela rzuca na niego klątwę. Juan wiąże się z Estrellą, ale zamienia jej wieczory w piekło. Przerażona Estrella, co zrozumiałe, ucieka od Juana. To samo dzieje się w przypadku Marii, Carminy... a nawet Pabla, jeśli Juan lubi również mężczyzn. Klątwa sprawia, że Juan płaci za swoją niewierność. To takie proste. Ale jakże skuteczne.
Draco, patrzący na zagadnienie z perspektywy szesnastolatka, który nie doświadczył jeszcze żadnego romantycznego uniesienia, uznał całą opowieść za absurdalnie poplątaną.
— Nie sądzę, żeby ta klątwa na coś mi się przydała. I chyba należy do Zaklęć Niewybaczalnych.
Twarz ojca na chwilę przybrała poważny wyraz.
— W różnych kulturach obowiązują różne zasady prawne.
Lucjusz najwidoczniej zamierzał uraczyć go dłuższym wykładem, ale Draco ucieszył się, bo temat był ciekawy. Mruknął zachęcająco, więc ojciec kontynuował:
— Nie jest Niewybaczalne, ale zakazane. Przynajmniej w Hiszpanii. Tutaj nie zdobyło dużej popularności.
— Więc po co ktoś miałby ryzykować?
— Ach, synu, zapominasz o emocjonalnej satysfakcji, jaką gwarantuje słodka zemsta. Czasami nic innego nawet w przybliżeniu nie daje takiej przyjemności.
Draco zamyślił się na chwilę. Oczywiście po przeanalizowaniu swoich poglądów na temat zemsty pierwszą osobą, która stanęła mu przed oczami, był Harry Potter. Ale w jego przypadku sytuacja przedstawiała się inaczej. Draco zawsze pragnął dokonać zemsty własnymi rękami, tak bezpośrednio, żeby Potter dokładnie wiedział, skąd nadchodzi i, co najważniejsze, dlaczego. Ta psychologiczna bzdura w ogóle nie spełniała tych warunków, a tym samym wcale nie nadawała się do jego celów. A już na pewno nie zamierzał ryzykować kary za użycie nielegalnego zaklęcia.
Nagle coś przyszło mu do głowy. Czarny Pan z pewnością uznałby klątwę za intrygującą. On akurat nie obawiał się kary, a pragnienie zemsty, jakim pałał do Pottera, było wręcz legendarne. Dokładnie w tym momencie Draco zrozumiał, po co ojciec bada stare przekleństwa i jego ciałem wstrząsnął dreszcz. Następnie zastanowił się, jakie inne mroczne zaklęcia mogli stworzyć Hiszpanie. Dyskusja nagle straciła na atrakcyjności. Niespodziewane i mocne uderzenie gałęzi w najdalsze okno gabinetu spotęgowało jeszcze jego nerwowy nastrój.
— Te inne książki. Też mówią o nielegalnych zaklęciach?
Nie miał pojęcia, po co zapytał, skoro dobrze wiedział, że tak. W jego umyśle badania, jakie ojciec prowadził wieczorami, bezpowrotnie przestały być niewinnym zgłębianiem wiedzy. Zadrżał, uświadamiając sobie, że te klątwy naprawdę zostaną na kimś użyte. I to zapewne już wkrótce.
Lucjusz samym wyrazem oczu powiedział mu, że zdaje sobie sprawę z wniosków, jakie właśnie wysnuł i jest z tego faktu zadowolony.
— Draco, co wiesz o nocy, kiedy Harry Potter zniknął w trakcie trzeciego zadania Turnieju Trójmagicznego?
Nagła zmiana tematu wprawiła go w zakłopotanie. Zająknął się przy odpowiedzi.
— Wtedy, kiedy zginął Cedrik Diggory? — Oblizał nerwowo usta. — Potter twierdzi, że Czarny Pan wrócił i go zabił, ale według „Proroka” to kłamstwo.
Ostatnie słowa sprawiły, że twarz ojca przybrała surowy wyraz.
— To, co piszą w „Proroku Codziennym”, nie ma znaczenia.
— Hmm, cóż... niektórzy uczniowie są przekonani, że to Potter zamordował Diggory’ego, żeby wygrać Turniej Trójmagiczny. W zeszłym tygodniu Umbridge ukarała Pottera za to, co opowiadał o wydarzeniach tamtej nocy, i teraz nikomu w szkole nie wolno na ten temat nic powiedzieć. Dumbledore wierzy Potterowi, ale w takim razie powinien... — Wpatrujące się w niego uważne spojrzenie ojca kazało mu przerwać zdanie.
— A co ty sam myślisz?
Draco chciałby mieć więcej czasu na sformułowanie przemyślanej odpowiedzi.
— Ja... ja... nie wiem. Nie wiem, co myślę. — Miał nadzieję, że ojciec zrozumiał jego nieme błaganie: „Ty mi powiedz, co mam myśleć”.
Lucjusz nagle obrócił się na krześle tak, że patrzył teraz wprost na niego.
— To, co za chwilę usłyszysz, synu, przeznaczone jest wyłącznie do twoich uszu. Proszę, żebyś nie dzielił się tą wiedzą z nikim innym.
Draco podciągnął się do pozycji siedzącej i wyprostował ramiona. Uznał, że powinien przybrać bardziej formalną, dorosłą pozę, skoro zostanie dopuszczony do takich tajemnic. Zrobił poważną minę i skinął głową w odpowiedzi.
— Czarny Pan naprawdę żyje, a Potter — zapewniam, że wbrew swojej woli — odegrał kluczową rolę w jego zmartwychwstaniu. Nasz Pan znowu jest potężny, na co z nadzieją oczekiwaliśmy od wielu lat.
Lucjusz zawsze był utalentowanym gawędziarzem, a dzisiejszego wieczoru fakt ten tylko się potwierdził. Szczegóły opowiadanej historii przedstawił tak graficznie, żywo i szokująco, że Draco mógł niemal zobaczyć cmentarz, usłyszeć krzyki śmierciożerców, poczuć zapach gorącego pyłu, który unosił się, kiedy zaklęcia rozbijały nagrobki i wbijały ich fragmenty w murawę.
I kiedy ojciec z wielkim zapałem relacjonował całe zdarzenie, z wyobraźnią Draco stało się coś dziwnego. Niespodziewanie ujrzał to wszystko z perspektywy Pottera. Wręcz poczuł, jak Gryfon zostaje oplątany magicznymi więzami, jak ogląda cieniste postaci zmarłych, które przybyły, żeby go wesprzeć, tworząc wokół niematerialną kopułę. Ojciec tak plastycznie odmalował cały obraz, że Draco bez problemu wszedł w skórę Pottera umykającego przed rzucanymi za nim klątwami, żeby dotrzeć do Diggory’ego i świstoklika, i uciec w ostatniej chwili.
Wsłuchując się w tak dobrze znany mu głos, w tej chwili zabarwiony zupełnie obcym podnieceniem, Draco próbował przyswoić sobie fakty, jednak trudno było mu otrząsnąć się z kłębowiska emocji, jakie wywołała w nim opowieść. Strach był najbardziej oczywisty — strach tak niespodziewany i silny, że mógł go niemal posmakować, jak gdyby tworzył on w powietrzu otoczkę z dymu. Ale dlaczego tak się stało? Czy nie powinien być zadowolony? Czy czarodzieje czystej krwi nie pragnęli powrotu Czarnego Pana, który zajmie się ich sprawą? Czy nie chciał, żeby ojciec znów otrzymał należne mu miejsce u boku swojego przywódcy i zapewnił nazwisku Malfoy więcej prestiżu oraz szacunku? I poprowadził ze sobą także i syna?
Powiedz mi, co mam myśleć, poprosił bezgłośnie. Co czuć. Nikt mu jednak nie odpowiedział.
A tym, co odczuwał najmocniej, było przerażenie.

*

Ojcze, zabierz ode mnie ten kielich,
wino zabarwione jest krwią.

(„Cálice”, Gilberto Gil i Chico Buarque)***

Rozmowa w gabinecie zapoczątkowała w jego umyśle intensywną wewnętrzną debatę. Bo nawet w wieku szesnastu lat Draco wiedział z całą pewnością, że wizja ojca nigdy się nie ziści. Przekonanie to uświadomiło mu, że nie może maszerować za nim ślepo i tylko czekać na porażkę, którą widział przed swoimi oczami jaśniej niż proroctwo. Ponieważ w przeciwieństwie do ojca, znał Pottera. I znał Dumbledore’a.
Był na tyle spostrzegawczy, aby wyczuć zmiany, jakie zachodzą w czarodziejskim świecie. Świętoszkowaci Gryfoni szeptali do siebie nie tak znowu zawoalowane przestrogi, kiedy mijał ich na korytarzu. „Prorok Codzienny” robił aluzje przy różnych okazjach — chociaż to, czego nie publikował, niewątpliwie dawało jeszcze więcej do myślenia. Goście ojca przyciszonymi głosami wymieniali ze sobą nowiny; Draco słyszał tylko fragmenty rozmów dobiegające zza zamkniętych drzwi, ale i to wystarczyło, żeby jego serce trzepotało z niepokoju.
Draco posiadał wadę typową dla większości nastolatków: zakładał, że to, co wiedział, wiedzieli też jego najbliżsi, podobnie jak wierzyli w to, w co i on wierzył. Ale nie dostrzegł, że życie w Hogwarcie dawało mu okazję obserwowania z pierwszej ręki poczynań przeciwników Czarnego Pana. Mieszkał przecież w samym sercu królestwa Dumbledore’a, gdzie stary czarodziej rządził niemal niepodzielnie. Z tej perspektywy miał trudności ze zrozumieniem, dlaczego Czarny Pan popełnia w stosunku do Harry’ego Pottera wciąż te same głupie błędy. Może przez smakowanie porażki, jakiej Draco doświadczał z powodu drugiego chłopca tak często, stało się to dla niego czymś zwyczajnym i zupełnie niewłaściwie zakładał, że ta przykra wiedza jest czymś powszechnym?
W pewne popołudnie, kilka dni po rozmowie w gabinecie, ojciec przybył do Hogwartu, aby obejrzeć mecz quidditcha pomiędzy Gryffindorem i Slytherinem — Draco odmawiał nazwania go spotkaniem towarzyskim, jak robili wszyscy inni. Wspomnienie o tym, czego niedawno dowiedział się o Sami-Wiecie-Kim, ciążyło mu bardzo, przez co czuł się dziwnie nieswojo w obecności ojca. Nie potrafił poradzić sobie z własnym strachem, jeśli już, to jego samopoczucie stawało się coraz gorsze, a obawy narastały. Przez całe popołudnie walczył, żeby zachować pozory normalności; miał nadzieję, że nerwowość, której nie potrafił stłumić, nie wpłynie na jego kondycję psychiczną podczas meczu.
Po obiedzie razem z ojcem wybrali się na spacer wokół jeziora. Wczesna jesień była wspaniała — wyjątkowo ciepła, z okazjonalnymi przebłyskami słońca wysuwającego się zza delikatnych chmur.
— Pałkarze Gryfonów wydają się w tym roku mniejsi — powiedział Lucjusz, odmierzając równe kroki po wydeptanej ścieżce.
— To dlatego, że ślizgońscy są więksi — odparł Draco.
— Czyli nic się nie zmieniło. — Lucjusz uśmiechnął się. Zdawał się być w nastroju na wspomnienia. — Ślizgoni zawsze mieli w czym wybierać, jeśli chodzi o silnych zawodników.
Kontynuowali spacer, dyskutując o mało ważnych sprawach, takich jak skład drużyn, strategia gry i pogoda. Draco odzywał się, ale nie do końca skoncentrował na rozmowie.
Kiedy pora zrobiła się późna, ponownie skierował ich na boisko, wybierając mało uczęszczaną trasę prowadzącą na zbocze. Dróżka była zbyt wąska, by mogli iść obok siebie, więc przez większość czasu podążał za ojcem po późnojesiennej trawie, już suchej i kruchej, która przy każdym kroku stawiała opór i wydawała trzeszczące dźwięki w kontakcie z jego szatą.
— Słyszałeś coś nowego na temat Pottera? Albo Czarnego Pana? — zapytał Lucjusz lekko zdyszanym głosem. Wspinanie się na pagórek musiało go trochę zmęczyć.
— Raczej nie. Teraz wszyscy myślą tylko o meczu.
— Ach, pierwsze spotkanie w sezonie. Pamiętam tę ekscytację. Każdy chce się popisać, jak dużo wie o quidditchu, zwłaszcza pierwszoroczni. A potem otwierają usta i cała iluzja znika.
Draco parsknął na znak zgody, ale nic nie powiedział.
— Synu, wiem, że jesteś inteligentny. Zdajesz sobie sprawę, co się teraz dzieje. Z pewnością rozumiesz, że za wszelkie informacje, jakie możesz zdobyć w Hogwarcie, zostaniesz doceniony... albo nawet nagrodzony.
Draco starał się niczego po sobie nie pokazać, ale niespodziewana sugestia, że miałby donosić o czymś, co przypadkowo usłyszał w szkole, zaniepokoiła go bardziej niż niedawna dyskusja w gabinecie Lucjusza.
Szedł za ojcem, nawet nie podnosząc głowy.
— Nie wiem, czy jestem w stanie usłyszeć coś użytecznego — odpowiedział ostrożnie. — Uczniowie zwykle plotkują o tym, kto kogo pocałował, kto oszukuje na zielarstwie lub kiedy będzie następna wycieczka do Hogsmeade. Pewnie znasz to z własnego doświadczenia.
— Nie spodziewam się, że docenisz wartość takich informacji, Draco. O tym zdecydują inni. Jednak masz szczęście, że przebywasz w wyjątkowym miejscu i możesz słuchać oraz obserwować.
— Myślałem, że profesor Snape...
— Jego lojalność wzbudza teraz wątpliwości. Rozsądek nakazuje, żebyś mu nie ufał.
Draco skupił uwagę na wznoszącym się terenie, a szczególnie na swoich stopach. Ojciec uznał jego milczenie za zachętę, żeby kontynuować.
— Jestem pewien, że chłopiec tak mądry jak ty znajdzie sposób, żeby znaleźć się między ludźmi, którzy czasem zdradzą coś ciekawego.
Z narastającym niepokojem Draco zdał sobie sprawę, że właśnie awansowano go na aktywnego szpiega śmierciożerców. Strach i przerażenie, jego nieodłączni towarzysze, znowu się wokół niego zmaterializowali. Żołądek nagle mu się zacisnął. Musiał odpowiedzieć tak, żeby zadowolić ojca.
— Ja... Jestem zaskoczony — wydukał. Cóż, odpowiedział szczerze, mimo że nie było to wystarczające.
Lucjusz zwolnił, odwrócił się i spojrzał na niego z uwagą. Po chwili, pozornie zadowolony, ponownie ruszył przed siebie. Najwidoczniej uznał zdziwienie Draco za satysfakcjonującą reakcję.
— Ojciec twojego przyjaciela Vincenta chce go wysłać w przyszłym roku do Durmstrangu. Zapewne pod naciskami żony, która obawia się o jego bezpieczeństwo. — Ostatnie słowo Lucjusz wymówił tak, jakby było przekleństwem. — Co o tym myślisz? Byłbyś zainteresowany zmianą szkoły?
— Oczywiście, że nie.
— To dobrze. Nie akceptuję takiego tchórzostwa. Ktoś kiedyś napisał, że najgorętsze miejsce w piekle zarezerwowane jest dla tych, którzy w czasie wielkich przemian pozostają neutralni****.
Draco był biegły w interpretowaniu zawiłego języka ojca i bez problemu zrozumiał, czego się od niego oczekuje: kiedy ci każę, dołączysz do śmierciożerców.
Odpowiedział tak ogólnie, jak tylko potrafił:
— Ślizgoni nie będą już tacy sami bez Crabbe’a.
Na moment Lucjusz położył mu lekko dłoń na karku, nagradzając tym jego potulność.
— Natknąłem się na nową książkę z tureckimi klątwami — powiedział, zmieniając temat.
Jednak Draco już go nie słuchał. Teraz pragnął jedynie dostać się do szatni, zamknąć w ciemnej kabinie i siedzieć tam przynajmniej do czasu, aż świat ponownie wróci do równowagi. Na ślepo deptał wysoką trawę obok ścieżki. Niezliczone świerszcze, zaniepokojone nagłym wtargnięciem na ich teren, uciekały mu spod stóp całymi chmarami. Draco zastanowił się, jak to jest być aż tak nieświadomym, co się zaraz wydarzy, i spokojnie przeżuwać smaczne liście, nie myśląc o niczym. I tu nagle: trach! Życia, jakie znacie, już nie ma, ale wy posiadacie zbyt małe mózgi, żeby sobie wyobrazić, co się stało.
Podobnie jak niczego niespodziewający się mieszkańcy Hogwartu.
Z drugiej strony, czy naprawdę oczekiwał, że sprawy będą się toczyły tak jak do tej pory? Że wszystko będzie tak trwało, zakurzone i niezmienne niczym Binns, na zawsze? Czemu wierzył — czemu wszyscy zdawali się przyjąć to za pewnik — że Sam-Wiesz-Kto grzecznie poczeka z następnym ruchem, aż Potter skończy siódmą klasę i zda egzaminy?
Koniec mógł nadejść lada dzień, a tutaj — z Dumbledore’em i Potterem — Draco bardzo szybko znajdzie się w centrum nieprzyjemnych wydarzeń. W środku wojny i wśród ludzi, którzy odkryją jego szpiegostwo dla niewłaściwej strony.
Zbliżyli się do boiska quidditcha. Członkowie obu drużyn poszli do szatni, żeby przebrać się w stroje do gry. Lucjusz postanowił, że obejrzy mecz ze ślizgońskich trybun.
Na prawo od nich Draco zauważył Pottera. Samego. Wyraz jego twarzy nie wyrażał nic poza typowym strapieniem. Nie widział ich, ale Lucjusz obserwował go uważnie, Draco mógł poczuć, jak się najeżył. Zerknął na ojca ostrożnie, nic nie mówiąc i nie zdradzając żadnych emocji.
— Och, spójrz. Zbawiciel czarodziejskiego świata — westchnął Lucjusz. — I to bez towarzystwa swoich pochlebców, jak się zdaje.
Ku jego zdziwieniu, ojciec ukradkiem wysunął różdżkę ukrytą w fałdach rękawa i nakierował ją na Pottera. Spanikowany Draco złapał go za ramię.
— Co robisz? — wysyczał. — Przed meczem będą go sprawdzać na obecność czarów. — Wiedział, że ojciec jest doskonale świadomy środków ostrożności, jakie podejmowano w celu ochrony zawodników przed każdym spotkaniem. Do diabła, w młodości sam przecież grywał tu w quidditcha i od tamtej pory procedura się nie zmieniła.
— Bronisz Chłopca, Który Przeżył, Draco? Nie wiedziałem, że aż tak się martwisz — odparł Lucjusz beztrosko.
Słysząc niebezpieczną nutę, tylko częściowo ukrytą w słowach ojca, Draco zdał sobie sprawę, że musi odpowiedzieć rozsądnie. Zmusił się do rozluźnienia uścisku.
— Nie, on nic mnie nie obchodzi. Boję się tylko o nasz zespół. Nienawidzę przegrywać.
— Jeżeli założymy, że to odkryją. Czego oczywiście zamierzam uniknąć. — Lucjusz skupił na synu pełną uwagę. — Jednak być może straciłeś do mnie zaufanie?
— Oczywiście, że nie — zaprzeczył Draco automatycznie. Nie miał na podorędziu szczerej odpowiedzi.
— Dziękuję — odezwał się ojciec spokojnie, a potem wypowiedział słowa klątwy, o której Draco usłyszał podczas ich niedawnego spotkania. Inkantacja po hiszpańsku spłynęła z ust Lucjusza, jak gdyby mówił w rodzimym języku.
Klątwa Porzuconego Kochanka? Szok był teraz jeszcze większy niż poprzednim razem. Do diabła, czy ojciec sobie wyobrażał, że nikt niczego nie zauważy? Niech to szlag! Przecież po drugiej stronie jego różdżki nie stał jakiś byle Puchon, tylko Potter, Złoty Chłopiec i pupilek Dumbledore’a.
Jego przerażona mina zdawała się bawić ojca.
— Uspokój się, synu — nakazał. — Nic się nie stanie. Na razie. — Kontynuował rzucanie zaklęcia, tym razem po łacinie. Draco rozpoznał, że to jakiś nieznany mu czar kamuflujący. — Już. Nikt niczego nie zauważy. Nałożyłem na klątwę aktywator czasowy, żeby zaczęła działać w momencie dogodnym dla naszej rodziny. W dniu mojej śmierci.
Draco poczuł się kompletnie zdezorientowany.
— Ale... dlaczego?
Pozostali na ścieżce, ignorując Pottera, który odszedł, zupełnie nieświadomy tego, co się właśnie wydarzyło. W rozbieganym umyśle Draco cała scena jawiła się jako coś naprawdę nierealistycznego. Wyraz twarzy ojca zdał mu się przerażająco intymny i taki znajomy — pełen ufności, arogancji i opanowania. Na tak wiele sposobów odzwierciedlał niepisany kodeks Malfoyów.
— Dlaczego? No cóż, synu, pewnie dlatego, że chciałem — odparł Lucjusz niemal od niechcenia, jakby mówił o czymś tak banalnym jak ulubione wino, płaszcz czy gatunek muzyki. A potem jego głos obniżył się do szeptu. Kolejne słowa wypowiedział, jak gdyby zwierzał się z mrocznej tajemnicy: — Zrobiłem to, bo mogę.

*

Bo mogę.
Nigdy żadne słowa nie przyprawiły Draco o takie dreszcze.
Gdy tylko wypłynęły z ust Lucjusza — lekceważące mroczne zaklęcie, rzucone tak obojętnie na innego ucznia — gwałtownie odwróciły jego myśli od ojca i zmusiły do skupienia się na ich sednie.
Nie żeby szczególnie martwił się o Pottera. Nie. Potter był irytującym, niebezpiecznym, nierozwiązanym i nierozwiązywalnym problemem. Nic na niego nie działało.
Jednak od razu do niego dotarło, że nastawienie ojca równie dobrze można zastosować do reszty ich rozmowy — do niefrasobliwej sugestii, która, jak dobrze wiedział od początku, była niedbale ukrytym rozkazem: rozpocznie służbę jako szpieg Czarnego Pana! I Draco stanie na pierwszej linii ognia. Będzie do tego zmuszony. Do czegoś, o co nigdy nie prosił.
Bo mogę.
Wizja jego przyszłości w roli zaufanego sojusznika Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, nie była dla Draco nowością. Absolutnie nie. Biorąc pod uwagę jego pozycję jako syna Lucjusza i lidera Ślizgonów, nikt niczego innego nie zakładał. Nawet najbardziej tępy Puchon potrafił odgadnąć, w jakim kierunku potoczy się jego życie.
Nie, sama koncepcja wcale go nie zaskoczyła. Tylko... co? Rozwodził się nad tą kwestią już od kilku niespokojnych godzin po meczu. O dziwo, naprawdę udało mu się pokonać Pottera i strasznie go irytowało, że mecz nie jest zaliczany do rozgrywek o Puchar Quidditcha. Zwycięstwo zawdzięczał szczęściu, bo myśli z pewnością nie skupiał na grze. Tylko że Potter zdawał się jeszcze bardziej rozproszony niż on sam.
Cieszył się, że wygrał, bo po porażce nie byłby w stanie stawić czoła ojcu. Okazał udawaną radość z wygranej, przyjął pochwały od członków swojego zespołu... dobra robota, Malfoy, wiedzieliśmy, że możesz go pokonać..., udał zainteresowanie podczas świętowania wygranej i otrzymał gratulacje od ojca wraz z obietnicą nowej miotły, aby odpowiednio nacieszył się zwycięstwem. Zasłużona, hojna nagroda.
Bo mogę.
Tego wieczoru w pokoju wspólnym usiadł z dala od swoich współdomowników. Koledzy dobrze wiedzieli, że nie należy mu przeszkadzać. Draco popadł w jeden ze swoich nastrojów, ostrzegali się nawzajem. A on pozwalał im w to wierzyć, bo odpowiadało to jego celom. Goyle jak zwykle przyjął rolę jego osobistego strażnika, gotowego powstrzymać każdego, kto zdecyduje się zakłócić mu spokój, chociaż po tak długim czasie nie było to już konieczne.
Ale to coś więcej niż tylko zły nastrój, chwilowa irytacja z powodu życiowych niesprawiedliwości zmusiły go do spędzeniu wieczoru na rozmyślaniach. Draco czuł kompletny mętlik w głowie. Miał głęboko zakorzeniony nawyk, by we wszystkim wokół szukać ukrytych motywów — zawsze coś planował, rozważał, rozstrzygał.
A teraz był doskonale zdawał sobie sprawę, że jego oceny są ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Poświęcenie. Im bardziej martwił się wydarzeniami dnia, tym głośniej w jego umyśle pobrzmiewało to akurat słowo. Dzień, który miał nadejść w bliżej nieokreślonej przyszłości, stał się dniem dzisiejszym. Czy był w stanie poświecić swoją przyszłość dla Czarnego Pana? A jeśli nie, to co wtedy?
Czy naprawdę zamierza zostać niczym więcej niż narzędziem w rękach ojca? Używanym w dowolnym celu, który mało będzie miał wspólnego z jego osobistymi pragnieniami? Bo mogę?
Kiedy ojciec przekroczył tę linię? Kiedy przestał w nim widzieć człowieka, a zaczął dostrzegać jedynie środek do realizacji swoich celów?
Wyraz twarzy ojca dziś po południu powiedział mu zupełnie jasno, że linia została przekroczona dawno temu. Draco nie zwrócił na to uwagi i niczego nie zauważył, pochłonięty zabawą, quidditchem, nauką i chłopięcymi psikusami.
Ale teraz zdał sobie sprawę, że poświęcenie, jakie zaproponował mu ojciec — poświęcenie, którego od niego zażądano, które od niego wyegzekwowano, do którego został zmuszony — nie jest czymś, co był gotów ofiarować. Silne przeczucie, że jego los został zaplanowany przez ojca i bez pytania przejęty przez Czarnego Pana — to niechętne poświęcenie — potraktował jak pewnego rodzaju zdradę. Przeczucie dotąd drzemało ukryte głęboko w nim i pozostawało niesprawdzone, ale rozmowa z ojcem sprawiła, że musiał je nazwać. Tak, zdecydowanie czuł się zdradzony. I zaczął myśleć, że różnica pomiędzy dobrem a złem sprowadza się do tej prostej prawdy: ci, którzy zaakceptowali ciemność, poświęcili innych, ci, którzy tego nie zrobili, poświęcili tylko samych siebie.
W tej chwili Draco już wiedział, jak ma postąpić. I dlaczego.
Bo mogę.

*

Nigdy nie trzymamy władzy we własnej dłoni, niezdolni wywęszyć niebezpieczeństwa,
Tylko przelotnie łapiemy w nią znaczenie jedynego wybawienia.

(„Sole Salvation”, English Beat)*****

I tak właśnie rozpoczęło się jego nowe życie.
Początkowo napędzany strachem, wspierany intensywnym pragnieniem, aby uniknąć niechcianego poświęcenia, nadzorowany okiem Snape’a i pod jego wymagającymi, czujnymi skrzydłami, Draco nauczył się szpiegować.
Po jakimś czasie.
Tamtego wieczoru pod byle pretekstem wymknął się z pokoju wspólnego i ruszył na poszukiwanie profesora. Oczekiwał, że szef ich domu zrozumie jego pobudki. I oczywiście jako opiekun Ślizgonów powinien zaoferować poradę swojemu uczniowi. Draco nigdy wcześniej nie potrzebował pomocy takiego rodzaju, ale teraz był przekonany, że od niej zależy jego życie.
W Slytherinie już od lat krążyły plotki, wobec kogo lojalny jest mistrz eliksirów. Oczywiście był też Mroczny Znak, ewidentny dowód na... No właśnie, na co? Znaczył tylko, że kiedyś Snape zaakceptował ofertę Czarnego Pana. Cóż, podobnie jak sam Draco. Uświadomił sobie jednak, że nie miał pojęcia, komu profesor jest wierny teraz.
Dumbledore nadal pozwalał mu uczyć w Hogwarcie. Nawet najgłupszy pierwszoroczny potrafił pojąć, że gdyby Snape działał jako aktywny śmierciożerca, już dawno zostałby wyrzucony ze szkoły. Ale skoro wciąż tu był, czego to dowodziło? Że Dumbledore wierzy przynajmniej w to, że Snape jest neutralny, albo, co bardziej prawdopodobne, widzi w nim sprzymierzeńca.
Draco podejrzewał, że Snape jest podwójnym agentem. To właśnie zasugerował dzisiaj ojciec. Ale tylko sam Snape — nie Dumbledore, nie Czarny Pan — mógł kiedykolwiek powiedzieć na pewno, komu jest wierny. Lojalność to nie coś, co można łatwo sprecyzować; być może kwestia ta jest zbyt delikatna, żeby ją kiedykolwiek dokładnie określić.
Musiał jednak zaryzykować i zaufać profesorowi. Jeśli stał po niewłaściwej stronie... Cóż, o tym Draco na razie nie chciał myśleć. Jednak z biegiem lat wyczuł w Snapie bratnią duszę — kogoś, kto tak jak on wszystko dokładnie i szczegółowo rozważa, i nigdy na ślepo nie spełnia oczekiwań innych.
Zapukał do drzwi profesora z nadzieją, że intuicja go nie myliła.
— Panie Malfoy — powitał go Snape poważnym tonem. Wcale nie okazywał zaskoczenia tak późną wizytą.
— Profesorze. Muszę z panem porozmawiać. To ważne.
Snape otworzył drzwi szeroko w zapraszającym geście i Draco podążył za nim do słabo oświetlonego pokoju. Usłyszał ciche słowa zaklęcia blokującego zamek, a potem wyciszającego. Co wcale nie ukoiło jego zdenerwowania.
— Proszę, usiądź.
Posłuchał. Teraz, kiedy już tu był, odwaga zaczęła go opuszczać. Coś, o czym sam siebie przekonał w abstrakcyjnym świecie własnych myśli, okazało się dużo trudniejsze w konfrontacji z realnym światem.
Profesorowi nie umknęło nietypowe jak dla Draco milczenie. Podszedł do niewielkiego kredensu i wyciągnął dwie szklaneczki oraz butelkę czegoś, co wyglądało na whisky.
Draco opadł głębiej w fotelu i rozejrzał się po komnacie. Bywał tu już wcześniej, ale niezbyt często, i niezmiennie dziwiła go atmosfera tego wnętrza. Było tu zupełnie inaczej niż w laboratorium eliksirów. Niemal przytulnie.
Snape wcisnął mu szklankę do ręki, więc Draco wziął łyk. Trunek okazał nie tak dobry jak we dworze, ale całkiem niezły.
— Gratuluję dzisiejszej wygranej — odezwał się Snape. — Szczęśliwie się złożyło, że Lucjusz był przy tym obecny.
Draco wcale się nie zdziwił, że profesor połączył popołudniową wizytę ojca w Hogwarcie i wieczorne odwiedziny syna. Wspominając o tym właśnie teraz, chociaż niezbyt wprost, wyrażał milczącą zgodę na rozmowę nie tylko o samym Lucjuszu, ale i rzeczach z nim związanych.
Więc Draco zaczął.
Początkowo nieśmiało i ostrożnie krążył wokół tematu, który go interesował. Co Snape myśli o perspektywach nadchodzącej wojny? Gdzie i jak Czarny Pan mógłby ją rozpocząć? Jak zareagują uczniowie i nauczyciele? Mówił całkowicie obojętnie, tak jakby rozmowa dotyczyła strategii quidditcha, a Snape dostosował się i odpowiadał tonem zupełnie beznamiętnym.
Z rosnącą ufnością Draco zaczął pytać bardziej natarczywie: Kto prawdopodobnie dołączy się do śmierciożerców? Czy mieli powody na tyle ważne, by uzasadniały one wysokie koszty absolutnej lojalności, jakiej się od nich wymaga? Jakie prawdziwe szanse na sukces miał Czarny Pan?
Snape odpowiadał tak samo ogólnikowo jak wcześniej, a potem nagle sam zadał pytanie:
— A co ty myślisz, Draco?
Słowa te rozluźniły w jego wnętrzu jakąś blokadę i Draco zwierzył się ze swoich obaw. Opowiedział o wszystkim, nad czym się zastanawiał, o wątpliwościach i poczuciu zdrady — wyrzucił to z siebie, wciąż bojąc się reakcji Snape'a, ale ostatecznie ulżyło mu i był wdzięczny, że ma kogoś, z kim może podzielić się swoim ciężarem.
Snape słuchał uważnie, czasem wtrącając jakieś pytanie, ale generalnie pozwalał Draco mówić bez przeszkód.
— Dlaczego zwróciłeś się do mnie z tymi problemami?
Draco spojrzał swojemu profesorowi prosto w oczy.
— Uważam, że szpieguje pan dla Dumbledore’a i wcale nie jest śmierciożercą. Sądziłem, że mógłby pan... cóż, też chciałbym to robić. — Skończone. Wreszcie miał to za sobą. Z pewnością nie był elokwentny, ale dostatecznie zrozumiały nawet dla Snape’a.
— Chcesz szpiegować śmierciożerców? — upewnił się profesor z wyraźnym zdumieniem.
— Tak.
— Dlaczego?
Dobre pytanie, pomyślał Draco.
— Uważam, że ze swoją pozycją mogę okazać się przydatny — odpowiedział.
— Przecież wcale nie musisz. Potrafię zrozumieć niechęć do przyłączenia się do śmierciożerców, ale mógłbyś przeczekać wojnę. Nie idź śladem ojca i pozostań neutralny.
— Nie. — Draco dziwił się sam sobie, czemu poczuł taką potrzebę bycia szczerym wobec Snape’a. Chyba whisky rozluźniła mu język. — Neutralność mnie przed nimi nie uratuje. Wiem, że i tak po mnie przyjdą. Jeśli do nich nie dołączę, jedyną szansę na przeżycie mam wtedy, gdy oni nie wygrają.
— No tak. Odpowiedź godna Ślizgona — pochwalił Snape z uśmiechem. — Wszystko dla własnych korzyści.
— Być może. Jednak chodzi o coś więcej. Nie sądzę, żebym potrafił to wyjaśnić, ale rozmyślałem nad tym dostatecznie dużo i wiem, czego chcę. — Draco zamilkł i skoncentrował się, by przekonująco przedstawić swoje argumenty. — Chcę sam decydować o własnym losie. Nie będę niczyim narzędziem. Nawet ojca.
— Nie, nie wyobrażałem sobie, że poddasz się w taki sposób — odparł Snape z zamyśloną miną. — Jednak to, czego zmierzasz się podjąć, jest niebezpieczne.
— Wiem i zamierzam unikać kłopotów na ile to możliwe.
— Czyli nie oparłeś się modzie na przybieranie egzotycznego wizerunku? Być może chcesz pofolgować chłopięcej fantazji o tajemniczym życiu szpiega? Nie pragniesz być podziwiany przez rodaków i uwielbiany przez kobiety, które będą rzucały ci się do stóp?
— Nawet nie lubię kobiet. Wolę mężczyzn — oświadczył Draco nonszalancko. I zaraz otworzył szeroko oczy z powodu swoich własnych słów. — Pan... — wykrztusił. — Whisky. Dodał pan do niej Veritaserum.
— Oczywiście, że tak. — Snape nadal patrzył na niego z powagą. Spokojnie zetknął obie dłonie czubkami długich palców. — To, o co prosisz nie jest zabawą, Draco. Muszę wiedzieć, jak poważnie mam cię traktować. Najbardziej oczywistym powodem, dla którego tu przyszedłeś, mogło być pragnienie zastawienie na mnie pułapki dla twojego ojca. Nie powinno cię to dziwić.
Draco westchnął i na powrót zagłębił się w fotelu.
— Ma pan rację.
— Zdajesz sobie sprawę, że człowiek całkowicie prawdomówny nigdy nie zorientowałby się, że zażył Veritaserum. — Snape ponownie uśmiechnął się lekko. — Ale na szczęście odczułeś potrzebę kłamania jedynie w sprawie niezwiązanej z sednem naszej rozmowy — dodał łagodnie.
Draco znów poczuł falę paniki na myśl, co przed chwilą wyznał. Bał się, że jego tajemnica mogłaby zostać wykorzystana przeciwko niemu.
— Nigdy o tym nikomu nie mówiłem. Nikt nie wie. Ja...
Snape nie pozwolił mu skończyć.
— W takim razie przepraszam, że zmusiłem cię do takich wyznań. To zostanie między nami. — Popatrzył na Draco wymownie. — Chociaż nie powiem, żebym był szczególnie zaskoczony.
Draco poczuł ciepło na policzkach.
— To znaczy?
— Jedno z najważniejszych narzędzi dla szpiega to uważna obserwacja. W praktyce dowiesz się, że większość ludzi ujawnia dużo więcej informacji o sobie, niż jest tego świadoma. Czujne oko zauważy wszystko.
Zakłopotany Draco odwrócił wzrok. Czy rzeczywiście był aż tak oczywisty?
— Nie będziemy o tym więcej rozmawiać.
— Dziękuję — odparł niskim głosem.
— Zupełnie szczerze nie chcesz się przyłączyć do śmierciożerców? — Snape nagle spoważniał.
— Tak. — Teraz, kiedy Draco wiedział o eliksirze, nie uszedł jego uwadze przymus, jaki poczuł, by odpowiedzieć zgodnie z prawdą.
— I przyszedłeś do mnie, bo uważasz, że ich szpieguję?
— Tak.
— Zdajesz sobie sprawę z ryzyka, jakie podjąłeś, przychodząc tu i mówiąc mi takie rzeczy?
Draco napiął mięśnie.
— Tak.
— Wspominałeś komuś, że tu dzisiaj przyjdziesz? Może ojcu?
— Nie, nikomu.
— Opowiadałeś komukolwiek o swoich zamiarach zostania szpiegiem?
— Nie.
— Czemu nie poszedłeś bezpośrednio do dyrektora i nie zaoferowałeś mu swoich usług?
— Ponieważ nigdy mu nie ufałem. Nie jest przyjazny dla Ślizgonów, tylko Potter się dla niego liczy.
Snape spojrzał na niego badawczo.
— Jesteś zazdrosny o Pottera?
Automatyczna odpowiedź nie utworzyła się od razu w jego umyśle i Draco był w rozterce, jak ma to wyjaśnić.
— Ja... nie wiem. Czasem czuję zazdrość, że tak ławo mu wszystko przychodzi. Kiedy dostał się do drużyny quidditcha na pierwszym roku. Albo gdy wziął udział w Turnieju Trójmagicznym. Za zdobywanie pucharu domów prawie każdego roku. Z drugiej strony podejrzewam, że w jego życiu chodzi o coś więcej. O coś, czego nikt nie widzi. Coś mi umyka. Wszystkie te plotki...
— Jakie plotki?
Draco wiedział, że Snape go testuje. Był pewien, że wie o Potterze znacznie więcej niż on.
— Cóż, na przykład te o jego rodzinie. Mówi się, że traktowali go jak skrzata, że mieszkał w komórce pod schodami. Co roku po wakacjach przyjeżdża do Hogwartu w starych ubraniach, które są na niego za duże. Nie mam pojęcia, czy cokolwiek z tego jest prawdą...
— Wszystko jest prawdą — powiedział Snape.
Słysząc to, Draco gwałtownie uniósł głowę, ale profesor nie zaoferował dalszych wyjaśnień.
— I te wszystkie razy, kiedy to podobno pokonał Czarnego Pana... Niemal co roku, odkąd tu jest. Rzeczy, jakie piszą o nim w „Proroku”. Oczywiście to ich ukochany pupilek, ale nie jestem w stanie uwierzyć w większość z nich...
— To uwierz.
Draco poczuł się kompletnie zdezorientowany.
— Mimo to czemu o nim rozmawiamy... To znaczy, co ma Potter wspólnego z moim problemem?
— Potter to kluczowy element w planach Dumbledore’a — wyjaśnił Snape cierpliwie. — I z tego powodu chronienie go to jeden z naszych priorytetów. Powiedz mi, Draco, nienawidzisz go?
— Nie. — Draco był zaskoczony, jak szybko słowo to wymknęło mu się ust. — Uważam, że jest irytującym gnojkiem, zbyt pewnym siebie i rozpieszczonym, zepsutym, zarozumiałym...
— Dobrze, dobrze, rozumiem — zaśmiał się Snape. — Raczej nie należy do twoich ulubieńców.
— Nie, profesorze. Wcale nie potrzebuję Veritaserum, żeby to przyznać.
— Cóż, nie mogę powiedzieć, że nie zgadzam się z twoją oceną. Ale mimo to muszę mieć pewność. Dasz radę pracować z nim i chronić go, jeśli o to poprosimy?
— Myślę, że tak. Jeśli poprosicie.
Wiedział, że mówiąc „poprosicie”, myślał o Snapie, ale miał nadzieję, że profesor nie będzie drążył tematu. Idea bycia lojalnym w stosunku do większej grupy ludzi, a szczególnie ludzi, których niezbyt szanował, ciągle była dla niego zbyt nowa. Przynajmniej na początku musiał się skupić na prywatnej lojalności w stosunku do głowy swojego domu.
— Profesorze, sądzę, że mnie pan rozumie — ciągnął, chcą się usprawiedliwić. — Jest pan Ślizgonem i zna mojego ojca — przerwał na chwilę. — Możesz mnie nauczyć wszystkiego, co powinienem wiedzieć. Bardzo bym tego chciał.
Snape milczał, ale nadal przyglądał mu się z uwagą.
— Proszę — dodał Draco.
Pod niesamowicie ostrym spojrzeniem poczuł się tak, jak gdyby profesor próbował odczytać jego myśli. Miał wielką ochotę spuścić wzrok, ale nie zamierzał okazywać słabości ani wątpliwości co do swoich decyzji. Wszystkie jego plany opierały się na akceptacji ze strony Snape’a.
Cisza ciągnęła się bardzo długo, ale wreszcie Snape skinął głową.
— W porządku. Poinformujemy dyrektora, ale nikogo poza nim, chyba że będziemy musieli.
Draco przytaknął, czując, jak zalewa go ulga. Po raz pierwszy od bardzo dawna życie nie wydawało mu się już takie straszne.
— Mam jeszcze tylko jedną prośbę.
— Tak szybko? — zapytał Snape, ale wydawał się bardziej rozbawiony niż zły. — O co chodzi?
— Chciałbym wypić toast za naszą świeżo rozpoczętą współpracę. Ale zanim to zrobimy, mógłby mi pan nalać nową szklankę whisky?

*

Ku własnemu zaskoczeniu Severus Snape czerpał coraz większą przyjemność z układu z Draco Malfoyem. Ich poprzednie stosunki typu „ulubiony nauczyciel-rozpieszczony uczeń” pozwoliły im bezpiecznie ukryć zmiany zachodzące między nimi podczas ich codziennych kontaktów. Oficjalnie przekonał innych, że Draco zamierza pójść w jego ślady i przygotowuje się, by zostać mistrzem eliksirów, co skutecznie tłumaczyło, dlaczego spędzają razem długie wieczory.
Jednak ludzie są takimi, jakimi są (czytaj: wścibskimi plotkarzami), więc co jakiś czas rozsiewali niesmaczne pogłoski, jakoby łączyło ich coś więcej. Severus wiedział, że Draco, który w tej kwestii wykazywał dużo większą wrażliwość, w środku aż wrzał z powodu paskudnych insynuacji. On sam je ignorował, niemniej w miejscach publicznych był ostrożny i utrzymywał między nimi rozsądny dystans.
— Nie pozwól, żeby cię to rozpraszało — poradził Malfoyowi pewnego wieczoru. — Ale zwracaj uwagę na tych, którzy najwięcej plotkują. Być może stoi za tym jakaś przyczyna i okaże się ona ważna.
— Wiem. Ale czasami to trudne. Mam ochotę po prostu przyłożyć im w pysk, rozumiesz? Są takimi idiotami.
— A ty nigdy nie plotkowałeś? — Severus spojrzał na swojego ucznia z udawaną obawą. — Jestem pewien, że teraz daleko ci do tak dziecinnego zachowania, ale kiedy byłeś młodszy?
Draco roześmiał się na tak ewidentną próbę dokuczenia mu.
— Nie. Jak wiesz, jestem uosobieniem przyzwoitości i szczerości.
— Oczywiście. Nie wątpiłem w to ani przez sekundę.
Severus obserwował, jak Draco rozkłada się na jego kanapie, swobodnie opierając nagie stopy o podłokietniki i grzejąc je w cieple padającym z kominka. Taki młody. Zbyt młody. Uczył go wszystkiego, co może mu się przydać w roli szpiega w legowisku Czarnego Pana, ale miał nadzieję, że sprawy nigdy nie zajdą tak daleko. Że narastający konflikt zostanie rozwiązany bez jego udziału. Jednym z najważniejszych powodów, dla których przyjął propozycję chłopca, było pragnienie, by trzymać go z dala od Lucjusza i jego szatańskich planów. Jeśli Harry’emu Potterowi po raz kolejny dopisze jego zdumiewające ślepe szczęście i uda mu się szybko wypełnić swoje przeznaczenie, Draco może zdoła uniknąć niebezpieczeństw i wszystko potoczy się dobrze. Strasznie niepokojąca myśl przyszła mu do głowy — gdyby musiał wybierać między chronieniem Draco i Pottera, czy zdecydowałby się na Pottera, skoro tak trzeba?
Draco chyba także zastanawiał się nad przyszłością.
— Zostanę kiedykolwiek członkiem wszechmocnego Zakonu? Czyżby Dumbledore mi nie ufał? — zapytał. Światło z kominka odbiło się na jego młodej twarzy, przez co zdawało się, jakby Draco wręcz promieniował blaskiem w oczekiwaniu.
— Nie spiesz się za bardzo z zakończeniem treningu.
— Ale ja ciągle nie zrobiłem niczego użytecznego.
— Wręcz przeciwnie. Nadal zachowujesz się jak do tej pory, świadomie pozwalając, żeby wszyscy inni wierzyli, że zostaniesz wiernym i oddanym sługą Czarnego Pana, kiedy cię w końcu o to poprosi.
— A?
— A zbudowanie przekonującej przykrywki jest najważniejszym osiągnięciem każdego szpiega. Jest też zadaniem najtrudniejszym i często zaniedbywanym. Jednak zrozumiesz, że twój sukces zależy w dużej mierze właśnie od tego.


Koniec rozdziału pierwszego



*Every day I write the list of reasons why I still believe they do exist (a thousand beautiful things) — tłumaczenie własne.
**First the thunder, then the storm... — tłumacznie własne.
***Pai, afasta de mim este cálice, de vinho tinto de sangue — tłumaczenie własne z angielskiego, tłumaczenie autorki z portugalskiego.
****The hottest places in hell are reserved for those who, in a time of great crisis, maintain their neutrality — Dante, „Boska komedia”.
*****We never feel the power of our own hand, sense the danger late,
and only vaguely ever grasp the means of our sole salvation
— tłumaczenie Lasair.
Ostatnio edytowano 10 maja 2013, o 18:03 przez TEAM DRARRY, łącznie edytowano 13 razy
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez ewa1959 » 1 wrz 2012, o 14:39

Bardzo mi się spodobał tekst i z przyjemnością będę go dalej czytała. Podoba mi pomysł przedstawiony z obecnej i przeszłej perspektywy wielu osób, które były uczniami Hogwartu. Lubię Draco właśnie tak przedstawionego, jako osobę samodzielnie myślącą, obserwującą ojca, która zauważa i wyciąga prawidłowe wnioski. Wcale mu się nie dziwie, że nie pragnie służyć Voldemontowi, bo nie chce być taki jak ojciec. Może też uświadomił sobie ,jakie czekało by go życie, gdyby był po przegranej stronie. A obserwując Harrego doszedł do wniosku, że ten ma szanse na wygraną.Dobrze ,że zaufał Severusowi i powiedział mu o swojej decyzji, przynajmniej ten go przygotuje do nowej roli. Jestem ciekawa, czy Draco wspomni o klątwie jaką rzucił jego ojciec na Harrego. Naprawdę bardzo mi się spodobało opowiadanie i mam nadzieje, że kolejne rozdziały będą się ukazywały dość często, więc z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
Dziękuje za świetne tłumaczenie i betą za ich nieocenioną prace.
Pozdrawiam i życzę weny.
ewa1959 Offline


 
Posty: 42
Dołączył(a): 30 sie 2011, o 14:06

Postprzez Ter » 1 wrz 2012, o 22:22

z
Ostatnio edytowano 31 maja 2015, o 22:57 przez Ter, łącznie edytowano 1 raz
Ter Offline


 
Posty: 645
Dołączył(a): 1 gru 2011, o 20:23

Postprzez MargotX » 2 wrz 2012, o 17:41

Bardzo ciekawie prowadzona narracja tego opowiadania. Nie wiem dlaczego, ale tchnie dla mnie jakąś świeżością. Może już to, że na początek zaserwowano nam spotkanie, nie naszej wielkiej trójki, nie Harry'ego z Draconem, ale Deana i Seamusa. To osoby z bliskiego grona kolegów Harry'ego, ale zazwyczaj nie pojawiając się na pierwszym planie, więc ich występ we wstępnym akapicie tekstu jest czymś dość niezwykłym.

Ponadto, bardzo lubię opowiadania, które dzieją się niejako z perspektywy Draco. O ile punkt widzenia Harry'ego, fabuła prowadzona z jego perspektywy i śledzenie przez "ukrytą kamerę" jego losów, występuje zazwyczaj, od kanonu poczynając, na większości ficków kończąc, o tyle świat, w którym żyje Draco Malfoy, to z czym się zmaga i co go dotyka, na ogół poznajemy jedynie przez pryzmat jego stosunków z Harrym. Tym bardziej więc interesujące są teksty odwracające tę perspektywę. Tak, wiem, to Harry Potter jest sztandarową postacią, dzięki której w ogóle twórczość fanowska zaistniała, ale to drarry, więc ja akurat chętnie poznaję punkt widzenia drugiego z członków tego duetu.

No i zdecydowanie interesująca ostatnia odsłona, spotkanie z Snape'm i rozmowa dotycząca podjęcia się funkcji szpiega. O tak, tu doskonale widać, jaką wprawę ma najlepszy podwójny agent czarodziejskiego świata, który sprawdza intencje swojego Ślizgona nie opierając się jedynie na wierze i instynkcie, ale wydobywa z niego prawdę w sposób dosłowny. Motywy Draco są dla mnie akurat bardzo jasne. Jest potomkiem swego rodu, więc jako osoba dumna, niezależna, inteligentna, chciałby żyć po swojemu, mieć możliwość podejmowania własnych decyzji. Rola ślepego narzędzia niekoniecznie mu odpowiada, a rozegranie batalii na własnych warunkach - już jak najbardziej.

Tekst zapowiada się naprawdę interesująco. Dziękuję za kolejne tłumaczenie, które nam serwujecie i pozdrawiam serdecznie.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Japor » 3 wrz 2012, o 08:57

Czekałam z wielką niecierpliwością na kolejne tłumaczenie w Waszym wykonaniu. I oto JEST!!!, moje wyczekiwania dobiegły końca, mogę delektować się czytaniem kolejnego świetnego opowiadania (w każdym bądź razie na takie się zapowiada).
Nie będę tu oryginalna jeśli powiem, że już sam wstęp (czyli rozmowa Deana i Seamusa) tchnie nowością , i budzi zainteresowanie. Początek jest bardzo nostalgiczny - wspomnienia starych szkolnych czasów, wszystkiego tego co już minęło - idealnie wpasowuję się jako opowiadanie na zakończenie lata.
Podoba mi się tu postać Draco, takiego rozsądnego, mądrego i nad wyraz dojrzałego jak na swoje 16 lat. Bardzo mnie ciekawi jak dalej potoczy się współpraca Snapa i Malfoy, i oczywiście co stanie się z klątwą rzuconą przez Lucjusza na Harrego? Czy Potter nie straci przyjaciół pod wpływem tego zaklęcia? Czy też może Draco (lub komuś innemu) uda się je zdjąć?

Mam nadzieję że kolejny rozdział ukaże się już niebawem!

Serdecznie pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez My-chan » 3 wrz 2012, o 11:34

Miałam całkiem sporą przerwę w czytaniu fanfików w fandomie Hp, ale widzę, że moje gusta się nie zmieniły. Nadal podobają mi się takie teksty, gdzie Draco jest jednocześnie dojrzały, ale w jego słowach albo przemyśleniach kryje się chłopiec, który domaga się uwagi ojca. Odpowiada on moim wyobrażeniom odnośnie kanonu.

Jeżeli chodzi o samą treśc. Cała sytuacja, jaka miała miejsce przed meczem czy w gabinecie wydaje się starannie zaplanowana. Nie chodzi mi tutaj o plany autorki. Lucjusz nie jest człowiekiem impulsywnym, no przynajmniej nie w takich okolicznościach. Obserwuje go syn, poza tym wie, że istnieją pewne reguły sprawdzania graczy. W dodatku jeszcze ten warunek. Moim zdaniem jest on kluczowy w tej historii. Pewnie się mylę, ale czas pokaże.

Z drugiej strony współpraca między Severusem i Draco ładnie wpasowuje się w oryginalne wydarzenia, jeżeli odpowiednio jej poprowadzic. Cóż, ciekawie się zapowiada. W ogóle ciekawy mi się wydał również wstęp. Nie chodzi o samych bohaterów, bo o tym już wspomniały poprzedniczki. To każde sposób w jaki mimochodem zostaje przedstawiona historia. To w jaki sposób wymieniono osoby poległe. Nie jako bezduszną listę, ale przypadkowe, najwyraźniejsze wspomnienia. Skakanie po nich i mimowolne przypominanie sobie, że nie żyją. Ciekawy środek zastosowała autorka.

Co do samego tłumaczenia, to poza literówkami, nie zauważyłam niczego rażącego. Niestety nie zagłębiałam się oryginał (w sumie to gdybym to zrobiła, to już wiem, że skończyłoby się czytaniem dalej, a ja jednak lubię wasze przekłady, więc poczekam na następną częśc z niecierpliwością). Dobra robota! :)

Niebieska Myszka.
My-chan Offline


 
Posty: 3
Dołączył(a): 16 cze 2012, o 12:06

Postprzez Havoc » 3 wrz 2012, o 20:01

Właśnie się zorientowałam, że tłumaczenie zaczęło się już na dobre, a ja jeszcze nie przeczytałam pierwszego rozdziału. Brawa dla mnie.
Pierwszy akapit całkowicie mnie oczarował. Tak się wczułam w ten nostalgiczny nastrój, że było mi niezmiernie żal, że w następnych fragmentach autorce nie udało się już stworzyć takiego klimatu. Cóż, mam nadzieję, że w kolejnych rozdziałach czeka mnie miła niespodzianka.
Przyznaję, że setna rozmowa Lucjusza i Draco o oczekiwaniach i przyszłości nieco mnie znużyła. Jedyną, zdecydowanie odcinającą się od innych fanfików, rzeczą była ta hiszpańska klątwa. Podejrzewam, że jeśli się aktywuje (a wygląda na to, że Lucjusz zginął albo przynajmniej zniknął), to Draco będzie starał się za wszelką cenę ją dezaktywować. Pożyjemy, zobaczymy. Mam nadzieję, że wkrótce Harry zostanie włączony do akcji, bo jak na razie jest dość jednostronnie.
Dziękuję wszystkim dziewczynom, które miały wkład w tłumaczenie tego rozdziału.
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez Promise » 4 wrz 2012, o 20:36

O ja, o ja, o ja! :seksi: - Moja jedyna artykułowana reakcja. Po pierwsze: nowe drarry, a już zaczynałam popadać w jesienną depresję, bo wyczytałam chyba wszystkie możliwe. Po drugie: Czasy szkolne, Hogwart i generalnie zakrawa się na ciekawą historię, a nie tylko dobrze pociągniętą obyczajówkę. Tłumaczycie świetnie, sprawnie, tekst bardzo przyjemnie się czyta, a ja już nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów. I tym razem mocne postanowienie NIE ZAGLĄDAĆ DO ORYGINAŁU.
"Pisać jest trudno, ale jeszcze trudniej byłoby nie pisać."
Promise Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 23
Dołączył(a): 20 sie 2012, o 22:55

Postprzez Niebieska Blue » 5 wrz 2012, o 21:04

Przez początek nieco trudno mi się brnęło, ale podejrzewam, że to przez fakt, iż w ostatnich dniach jestem nieco zabiegana i mam mało czasu, żeby na spokojnie usiąść i wprowadzić się w odpowiedni, poważno-drarrystyczny nastrój. Teraz jednak skończyłam wreszcie czytać pierwszą część i i przyznam szczerze, że od momentu, gdy Draco podjął konkretną decyzję, zaczęło mi się to bardzo podobać. Zaintrygowało mnie. Jedno więc mogę powiedzieć na pewno - będę czytać. Nie wiem, czy do samego końca (aczkolwiek mam wrażenie, że to może być jeden z tych NAPRAWDĘ dobrych drarry, do których się chętnie powraca i to nie raz), ale z pewnością czekam na drugą część. Życzę całemu Teamowi Drarry dużo czasu wolnego, by udało wam się przetłumaczyć kolejny rozdział jak najprędzej.
Jak wspominałam, będę czekać z niecierpliwością.
Niebieska Blue Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 9
Dołączył(a): 5 paź 2011, o 16:11

Postprzez Ka » 8 wrz 2012, o 13:02

Przyznam, że kiedy zobaczyłam, że pojawił się pierwszy rozdział, moja reakcja wyglądała mniej więcej tak: coooo? Mam czytać drarry? Ale dlaczeeeego? Mimo że wiedziałam, że to prawdopodobnie bardzo dobre drarry. A później zaczęłam czytać pierwszy rozdział i moje wątpliwości poszły się paść. Drarry co prawda jeszcze nie widać, ale to, co widać, zapowiada się na naprawdę świetne opowiadanie. Chyba jeszcze nie spotkałam się z takim Draco: który jednocześnie jest bardzo blisko ojca, zależy mu na jego miłości i aprobacie, ale jednak w pewnym momencie zdaje sobie sprawę z tego, że nie chce podążać śladami tego człowieka. A przede wszystkim - chyba nie spotkałam się z Draco, który byłby tak bardzo dzieckiem. Czytający książkę o quidditchu, przejawiający wszystkie zwykłe, ludzkie uczucia, który zakłada, że jego najbliźsi wiedzą i wierzą w to samo, co on. Zwłaszcza to ostatnie - jakie to jest prawdziwe!

Byłam bardzo zaskoczona, kiedy Draco po prostu przyszedł do Snape'a, tylko na podstawie własnych podejrzeń, i wyłożył kawę na ławę - ale znowu, to takie impulsywne, nastoletnie, głupio odważne, oparte na przekonaniu o własnej słuszności i bardziej na emocjach, niż na rozsądku. Nawet jeżeli Draco bardziej ufał Sevowi, to przyjść do Dumbledore'a było zwyczajnie bezpieczniej. Bo Albus na pewno był po jasnej stronie, podczas gdy Sev mógł okazać się wiernym Śmierciożercą i natychmiast zwrócić go Czarnemu Panu za zdradę.

I - jak to wszystko jest ładnie poprowadzone! Rozmowa z Severusem brzmiała naturalnie nawet przed - jakże zaskakującą 8-) - wiadomością o Veritaserum, ale w tym momencie nabiera jeszcze więcej sensu. Wcześniejsze sceny z Lucjuszem, począwszy od tego pięknego momentu w gabinecie, aż do momentu, kiedy Draco orientuje się, że jest tylko narzędziem ojca. Zakochałam się w tamtym pierwszym opisie Draco, który po prostu spędza czas w gabinecie Lucjusza, w zgodnej ciszy, każdy zatopiony w swojej lekturze. Draco, który podziwia i szanuje Lucjuszowy głód wiedzy, i Lucjusz, którzy czasami opowiada mu coś spoza programu nauczania. A później powolne przerażenie, kiedy Draco zdaje sobie sprawę, co jest grane, tak, jakby to nie było oczywiste. Biedny Draco jest trochę jak ta żaba w powoli grzejącej się wodzie, nie uważacie? Orientuje się, co się dzieje, dopiero kiedy jest już praktycznie ugotowany.

I to przestraszone: powiedz mi, co mam myśleć i co mam czuć. Ale później i tak pomyślał, poczuł i zrobił to, co sam zdecydował.

Bardzo podoba mi się też początek, rozmowa Deana i Seamusa, i scena z dorosłym Draco. Mam duże nadzieje związane z czasem akcji, od Hogwartu aż do czasów powojennych. No i ta mnogość postaci, o których się dowiemy - zapowiada się smakowity kąsek. Naprawdę cieszę się, że nie czytałam tego wcześniej. Tym łatwiej będzie naprawdę wciągnąć się w tłumaczenie, i tym przyjemniej betować. ;)

Dziękuję i pozdrawiam!
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Miss Black » 8 wrz 2012, o 15:57

O bogowie, jestem w domu! Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak mi było tego trzeba. Fantastyczny początek. Fantastyczne tłumaczenie! Bardzo podoba mi się klimat i wciąga, zdecydowanie wciąga. Draco jest tu trochę niesamowity. Mam na myśli sposób, w jaki została skonstruowana jego postać. Z jednej strony wie, co się kroi, potrafi dostrzec motywy swojego ojca, a z drugiej jest tak potwornie naiwny, że aż chce się nim potrząsnąć, gdy wchodzi do gabinetu Snape'a. Boże! A gdyby się pomylił co do niego?! Postawił na szali swoje bezpieczeństwo i życie, u licha. Mógł być martwy tydzień później. Ach! I zastanawiałam się, czemu Sev tak swobodnie z nim rozmawia. Wydało mi się to tak dziwne, że aż wstyd, że sama nie wpadłam na veritaserum w whiskey. Szykuje się dobry, naprawdę dobry fik. Ja bym go chętnie połknęła nawet bez drarry ( :? ). I podoba mi się tutejszy Lucjusz. Jest zupełnie inny od tego z "Bonda". Dużo wrażliwszy na potrzeby syna, dużo sprytniejszy i zręczniejszy, gdy idzie o manipulowanie nim. Chociaż z drugiej strony, to Draco z "Bonda" okazał się dużo bardziej lojalny wobec ojca, nawet po tym wszystkim, co ten mu zrobił. I jedno i drugie wydaje się prawdopodobne, więc nawet nie chcę myśleć, co to mówi o naturze ludzkiej. Strasznie jestem ciekawa, jak to się rozwinie. Zwłaszcza, że Lucjusz chyba wspomniał, że do odwrócenia klątwy potrzebne jest bezinteresowne poświęcenie, tak? Czarno, czarno widzę Twoje losy Draco.


Edit:
Ka, masz rację. Scena w gabinecie jest niesamowita. Na swój sposób magiczna. Zupełnie jakby ktoś nagle przeciął nożem opaskę na oczach Draco, albo zerwał zaklęcie. Jest tak przyjemnie, tak rodzinnie, a chwilę potem atmosfera zmienia się o 180 stopni. I całkowicie kupuję tę zmianę, bo ma prostą podstawę: strach. Strach, który mówi Draco, że to nie jest właściwe. Bo co może być bardziej prawdziwego, pewnego, szczerego i podstawowego niż strach? Fantastyczna konstrukcja. I o mój Boże, przepraszam, ale samo się nasuwa:
Spoiler: pokaż
Eames: What you have to do is start at the absolute basic.
Cobb: Which is what?
Eames: The relationship with his father. On the top level we open up his relationshp with his father. Say "I will not follow in my father's footsteps". Then the next level down feed him, "I will create something for myself." Then by the time we hit the bottom level we bring out the big guns.

O mój Boże. Draco had been incepted. :lol2: Czy ktoś już napisał takiego fika?
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Ka » 8 wrz 2012, o 16:21

Agaaaa! *umiera* Tak. Tak. :D

I chyba niestety nie odnośnie ostatniego pytania. ;)
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Promise » 10 wrz 2012, o 15:18

Nie wiem, czemu nie skomentowałam tego tekstu od razu po przeczytaniu, ale teraz to nadrobię. Przede wszystkim: Nowe drarry, nowe drarry, nowe drarry! :poklon: Jestem drarrystką z urodzenia, pasji, zamiłowania i wszystkiego innego, a już chyba wszystko zdążyłam wyczytać z dłuższych dzieł (na szczęście porcja miniaturek jeszcze przede mną) i zaczynałam popadać w depresję - a tu o. Mam nadzieję, że nie jest to ostatnia akcja Teamu Drarry. Angielski znam niby bardzo dobrze, ale zawsze przyjemniej czyta się w języku ojczystym, zwłaszcza o takich chorych porach jak 3 czy 4 nad ranem.
Co do samego ficku - zapowiada się naprawdę ciekawie, wreszcie ciekawie a nie tylko ładnie czy romantycznie. Akcja zaczyna się zawiązywać, a ja już czuję, że bardzo mnie wciągnie. Podoba mi się kreacja bohaterów - Draco, który przeciwstawia się Lucjuszowi i sam Lucjusz, który wreszcie przedstawiony jest też jako ojciec. Ma więcej tych "ojcowskich cech", więcej cierpliwości i przez to wydaje mi się charakterem bardziej wiarygodnym. "Bo mogę" - aż ciarki przechodzą.
Generalnie czekam z niecierpliwością na kolejną część. Już nie długo, prawda? :seksi:
"Pisać jest trudno, ale jeszcze trudniej byłoby nie pisać."
Promise Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 23
Dołączył(a): 20 sie 2012, o 22:55

Postprzez TEAM DRARRY » 10 wrz 2012, o 22:04

Zapraszam na nieco przedwczesną odsłonę kolejnego rozdziału :)
Miał być 11, jest 10, także lepiej niż dobrze. Część jest długa, także dużo tekstu, dużo czytania i mnóstwo frajdy ;)
Za betę podziękowania należą się Lasair oraz mawako. :)
Tłumaczenie: Kuroshitsuj.
Enjoy.



ROZDZIAŁ 2

To nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności.
(J.K.Rowling)*

Profesor Snape usłyszał, jak pierwsza grupka uczniów z piątego roku zaczęła gromadzić się za drzwiami do sali eliksirów. Żaden z nich nie był nadto gorliwy, by wejść wcześniej. Mieli tendencję do tłoczenia się na zewnątrz, przeciągając w czasie nieuniknione i rozmawiąjąc między sobą do czasu, kiedy w końcu cała klasa zrywała się i wtaczała do środka.
— Smith, co ty tutaj robisz? — Niewątpliwie głos Seamusa Finnigana zagrzmiał za drzwiami. — Wysadziłeś swój kociołek? Albo po prostu chciałeś zobaczyć, jak robią to Gryfoni?
— Nie, to nie byłem ja. Wczoraj mieliśmy reakcję łańcuchową.
Reakcja łańcuchowa był to żargon wśród uczniów Hogwartu, pochodzący jeszcze sprzed studenckich czasów Snape’a, określający rozpoczęcie reakcji wybuchu kociołków. Niektóre mikstury były dość wrażliwe, a wywołanie reakcji spowodowane nieostrożnością czasem uruchamiało zapłon najbliższego kociołka, niszcząc je wszystkie. Kiedy to się stało, ci, których kociołki zostały częścią tej reakcji łańcuchowej, musieli powtarzać pracę z kolejną klasą — właśnie dlatego niektórzy Puchoni i Krukoni dołączyli dzisiaj do Ślizgonów i Gryfonów.
— Kto zawalił? — spytał Finnigan, wciąż wałęsając się na zewnątrz.
— Terry Boot.
— Ile tym razem?
— Trzynaście — odpowiedział Smith, po czym się zaśmiał. — I wszyscy idziemy do Hogsmeade dzisiaj wieczorem, więc mam nadzieję, że zaoszczędził parę sykli. — Tradycją było, że ten, kto zapoczątkował łańcuch, stawiał rundkę piwa kremowego swoim ofiarom, by zadośćuczynić im dodatkowy czas, spędzony na zajęciach.
— Trzynastu — chłopie! Dzisiaj klasa będzie nieźle przepełniona.
Do rozmowy wtrącił się nowy głos.
— To dziwne, że w ogóle tutaj jesteśmy. — To był Dean Thomas.
— Bez kitu — odpowiedział Smith, zniżając nieznacznie głos.
Finnigan także starał się mówić cicho, lecz nie bardzo mu się to udało.
— Założę się, że ten dupek, Snape, każe nam chodzić na eliksiry po sumach. To tak cholernie niesprawiedliwe. Dumbledore nie powinien pozwolić, by uszło mu to na sucho.
— Tak, nikt więcej nie powinien nawet myśleć o tym, by nadal prowadzić zajęcia po zakończeniu sumów — rzekł Smith. — I jest na to dobry powód.
Finnigan odezwał się piskliwym głosem, a Snape zorientował się, że była to okropna imitacja jego własnego głosu.
— Nie pozwolę wam, uczniom z piątego roku, włóczyć się po korytarzach i przeszkadzać w zajęciach innym klasom. Przypuszczam, że jesteście w Hogwarcie po to, aby się uczyć. Ale jeśli jesteście tutaj jedynie po to, by martwić się o głupie stopnie z egzaminów, może powinniście ponownie zastanowić się nad waszą edukacją.
Śmiech skwitował jego szyderczą przemowę.
Thomas starał się mówić cicho, jednak Snape wciąż dokładnie go słyszał.
— Nie musiałeś przychodzić, Seamus. Snape powiedział, że ktokolwiek, kto jest pewny, że oblał suma z eliksirów, jest usprawiedliwiony. — Więcej śmiechu.
Seamus prychnął, po czym odpowiedział:
— Tak, tak. Kto się do tego przyzna? Widzę, że tu jesteś.
Smith przytaknął.
— Odejmie punkty, jeśli będzie brakować choć jednej osoby. Dobrze o tym wiesz.
Snape uśmiechnął się. Zawsze miał w zanadrzu dobrą groźbę, którą mógł ich zastraszyć.
Na korytarzu wytworzyło się nieokreślone napięcie, po czym uczniowie zaczęli napływać do klasy pod jego beznamiętnym spojrzeniem.
Uczestnicy zajęć z eliksirów nie mogli dokonywać zbyt wielu wyborów. Nosili niemal te same szkolne szaty, dźwigali te same bezbarwne torby na podręczniki i mieli te same powściągliwe i przezorne wyrazy twarzy. Kiedy zajmowali swoje miejsca, wyciągali identyczne książki, pióra i kałamarze. Kładli przed sobą różdźki, których nie wybrali, bo to przecież różdżka wybiera czarodzieja. Uczniowie, w rzeczy samej, nie wybrali też tego, że byli dziś tutaj, a Snape wiedział, że nie mogli wybrać jego jako ich nauczyciela — większość z nich nim pogardzała. Podczas ich piątego roku nauczyli się na własnej skórze, że wolność wyboru najlepiej pozostawić na inne przedmioty. Tworzenie mikstur było wymagającą dziedziną, a odejście od wskazówek nieprzerwanie prowadziło do nieszczęścia. Więc pomimo że żaden uczeń w tym pomieszczeniu nie był tego świadom, w innych dziedzinach Snape celowo dawał uczniom tak dużo wolności wyboru, ile tylko mógł.
Jeśli wiedza świadczyła o potędze, Snape był potężnym mężczyzną, a także uważnym obserwatorem z drobiazgową pamięcią. Najbardziej trywialny wybór był analizowany pod jego czujnym wzrokiem i umieszczany w jego mentalnej dokumentacji, którą gromadził na temat każdego, z kim skrzyżowała się jego ścieżka życiowa. Jeśli byłby hojnym mężczyzną, mógłby podzielić się swoimi odkryciami z przedmiotami analiz — jednak nie nim nie był.
Mimo to, dawał swoim uczniom tyle swobody wyboru, ile mógł, i obserwował.
Nie przydzielił im stałych miejsc, więc to, które wybrali, udzielało mu kilku skromnych informacji. Ślizgoni i Gryfoni, którzy dzielili ze sobą klasę, nie musieli siadać osobno, jednak zdecydowali się na to już w pierwszym miesiącu szkoły. Wyglądało to tak, jakby starannie rozdzielił ich grzebieniem.
Oczywiście w czasie ich piątego roku uczniowie opracowali twardy system, w którym zajęcie miejsca należącego do kogoś innego było tak zatrważające, jak próba przywłaszczenia czyjegoś łóżka. Niektórzy z nich siadali daleko w tyle już od pierwszego dnia w Hogwarcie — jak Draco i jego przyjaciele Crabbe i Goyle. Plotka z tego tygodnia — że ojciec Draco nazywał teraz Azkaban domem — odizolowała ich, a klasa stanowczo unikała miejsc w ich pobliżu.
Snape dostrzegł z łagodną satysfakcją, że niemal wszystkie miejsca były zajęte. W przeciwieństwie do większości pozostałych nauczycieli w Hogwarcie, przyjął filozofię, że lepiej jest wzbudzać lęk niż być kochanym.
— To miłe z waszej strony, że dołączyliście do mnie podczas dzisiejszych zajęć. Najwyraźniej niektórzy z was wciąż łudzą się, że zdali suma z eliksirów... — rozmyślnie skoncentrował uwagę na Longbottomie, któremu w tej chwili pióro wydało się niezwykle absorbujące — jednakże zostaniecie wyprowadzeni z tego błędu całkiem niedługo.
Podszedł do miejsca, w którym siedział Finnigan.
— Wiem, że niektórzy z was kwestionują potrzebę fatygowania się na dzisiejsze zajęcia. Spodziewacie się, że będę pod jakimś przymusem — prawdopodobnie narzuconym przez dyrektora, hm? — by pozwolić wam wałęsać się po szkole bez celu przez cały tydzień i robić, co wam się żywnie podoba. Zapewniam was, że jesteście w błędzie.
Przystąpił do stolika Smitha i pozwolił, by jego długie palce przebiegły po oparciu krzesła.
— Możesz chcieć tracić czas w Hogsmeade. Jednak wierzę, że lepiej będzie, kiedy spędzisz ten czas na nauce. Wiem, to głupie z mojej strony, ale byłem skłonny uwierzyć, że to główny powód, dla którego znajdujecie się w tej szkole.
Zbliżył się do pustego stolika, zazwyczaj zajmowanego przez Granger i Weasleya.
— Jednak widzę, że nie wszyscy się ze mną zgadzają. Każdy dom traci po dziesięć punktów za brakujących kolegów z klasy.
Zarejestrował z satysfakcją szok goszczący na pobliskich twarzach.
— Ale Hermiona i Ron są ciągle w skrzydle szpitalnym — wymamrotał Thomas.
— Tak. Zdaję sobie z tego sprawę. Jestem także świadom tego, że ich obrażenia są wynikiem ich własnej zapalczywej głupoty, gdyż opuścili szkolne tereny bez pozwolenia. Muszą liczyć się z konsekwencjami. Jeśli nie, być może te zasady nie odnoszą się do garstki uprzywilejowanych? — Spowodowało to, że Finnigan obdarzył go piorunującym spojrzeniem, lecz nikt nie odważył się odezwać i rzucić mu wyzwania. Potter nie podniósł wzroku. Nurza się w poczuciu winy, nie ma wątpliwości.
Przez lata obserwował, jak stoliki sąsiadujące ze stolikiem Pottera pustoszeją i zapełniają się wraz ze spadkiem i wzrostem jego popularności, kiedy inni uczniowie bali się go, nienawidzili lub ignorowali. Dzisiaj pobliskie stoliki były zapełnione, co nie zdarzało się przez większość czasu w tym roku. Jednak publiczne odkupienie Pottera dwa dni temu spowodowało, że po raz kolejny zyskał przychylność współdomowników. Sądząc po licznych sowach, które otoczyły jego stolik tego ranka, rozrzucając śniadanie w Wielkiej Sali i przynosząc pośpiesznie nabazgrane życzliwe wiadomości od czytelników Proroka Codziennego, nie byli oni w tym osamotnieni.
— Dzisiejsza lekcja znajduje się na tablicy — zaczął. — Ten eliksir jest skomplikowany, zatem postarajcie skupić się bardziej niż zazwyczaj. — Oświadczenie to stanowiło jednak rozczarowujący kontrast z rzeczywistością. Uczniowie obecni na dzisiejszej lekcji przedstawiali sobą ryzyko porażki na wielką skalę. Zauważył Terry’ego Boota, który wczoraj rozpoczął reakcję łańcuchową, rozglądającego się nerwowo ze swojego wyobcowanego miejsca na samym końcu pomieszczenia, które zresztą sam wybrał.
— Znajdziecie tam też listę składników. Marnowanie ich obniży wasz stopień. — Położył pierwszy składnik, sproszkowaną perłę, dokładnie naprzeciw siebie. Wszystkie cenne składniki traktowane były w ten sposób, by odwieść bardziej przedsiębiorczych uczniów. Siadając, zgarnął wiązkę zwojów, leżącą tuż przed nim, i stłumił warknięcie w odpowiedzi na irytujący odgłos krzeseł przesuwanych po kamiennej podłodze i uczniów zrywających się z miejsc.
Lisa Turpin jak zawsze pozostała na krześle, dopóki nie dotarła do niej zmiana atmosfery pomieszczenia.
— Czekasz na osobiste zaproszenie? — zapytał ją szorstko, odczuwając satysfakcję, gdy nagle zerwała się z krzesła. Z obsesyjną prezycją nabrała trochę sproszkowanej perły do swojego naczynia, następnie przesunęła się na drugi koniec jego biurka w stronę tacy, na której leżały ślimaki.
Żywe ślimaki były powszechnym składnikiem stosowanym w eliksirach. Snape miał ich dużo w swoich zbiorach. Pomimo że nie był hojnym mężczyzną, zawsze wykładał ich więcej, niż potrzebowała klasa. Taca, na której leżały i która spokojnie oczekiwała swojego przeznaczenia poza zasięgiem ucznów, także była hojna — mogło przed nią stać kilku studentów naraz. Żaden z uczniów nie doceniał w pełni możliwości wyboru, którą dla nich obmyślił. Podczas gdy byli w pełni świadomi jego skupionej na nich uwagi, kiedy wsypywali i zeskrobywali sproszkowaną perłę, byli równie nieświadomi tego, że przyglądał się ich dłoniom pracującym w pobliżu tacy.
Po latach obserwacji, mógł przewidzieć ich wybór w przypadku ślimaków niemal tak samo łatwo, jak w przypadku wyboru miejsca siedzenia. Na przykład Weasley zawsze przychodził wcześniej, robił błyskawiczną weryfikację, po czym rzucał się na największego ślimaka, tak jakby bał się, że ktoś inny grasuje, by zabrać mu je wszystkie i pozostawić pustą tacę. Cóż, pochodził z dużej rodziny z małymi środkami — jego wybór był zbyt prosty do odszyfrowania.
Z kolei Granger wybierała swoje ze straszliwą starannością, tak jakby wybierała życiowego partnera. Jakiekolwiek zalety składały się na perfekcyjnego ślimaka, Granger identyfikowała je i rozważała. Nie dawała się pospieszać, a jej koledzy z klasy już dawno przestali tego próbować.
Thomas i Finnigan, najlepsi przyjaciele już od swojego pierwszego tygodnia w szkole, podchodzili razem do tacy, rozmawiając cicho, nieświadomi uważnego wzroku profesora. Nie kłopotał się odwracaniem głowy — nie musiał. Mógł dokładnie dostrzec ich dłonie nad tacą i po pięciu latach znał dokładnie każdą parę rąk. Finnigan, który niemal ciągle był w ruchu, zawsze wybierał poruszającego się ślimaka. Thomas preferował te na wpół martwe. Dokonywali wyboru i powracali do swoich stolików, teraz uwzględniając ślimaki w swojej towarzyskiej rozmowie.
Ernie MacMillan i Padma Patil, najlepsi przyjaciele od zeszłego tygodnia, przybyli tuż po nich. Snape obserwował chłopaka, który podniósł wielkiego osobnika, po czym udał, że chce wrzucić go za jej kołnierz. Zaśmiała się nerwowo, nieco zbyt długo i ostentacyjnie, a jego dłoń wycofała się. Zrobiła niepewny ruch, chcąc podnieść jednego ślimaka, pomimo że nigdy nie była wrażliwa, a jej adorator szarmancko wziął go zamiast niej i odmaszerował, trzymając przed sobą dwa okazy.
— Pospiesz się. — Usłyszał, jak Crabbe mruczy do dziewczyny stojącej przed nim, która starała się podnieść małego ślimaka, używając skrawka papieru. Po pięciu latach większości z nich nie przeszkadzało dotykanie ślimaków gołymi rękami, jednak kilku uczniów wciąż odmawiało jakiejkolwiek styczności z oślizgłym ciałem. Szczodrość Snape’a nie obejmowała dołączenia szczypiec.
— Jeszcze chwilkę — odpowiedziała, nie podnosząc głowy. W końcu jej się udało, po czym oddaliła się, ostrożnie niosąc ślimaka na papierze.
Crabbe wybrał mięczaka znajdującego się najdalej od Snape’a, tak jakby podejście bliżej było niebezpieczne. Cóż, dla Crabbe’a mogło takie być.
Goyle, następny w kolejce, także zaliczał się do tych, którzy jedynie podchodzili i brali, nie patrząc na tacę, lecz obserwując Snape’a tak ostrożnie, jak złodziej obserwuje detektywa.
Draco zwlekał, dopóki któryś z Gryfonów nie stanął nerwowo tuż przy nim, tak by ręka obok jego własnej ośmieliła się zbliżyć, po czym zaatakował ślimaka. Porwał go zręcznie, korzystając z refleksu nabytego podczas treningów quidditcha, i odszedł ze zwycięskim uśmieszkiem, jak gdyby ślimak był nieuchwytnym zniczem.
Przez lata obserwował niezliczoną ilość dłoni współgrających z tacą, wyczulony na drobne ruchy, wysyłające ukradkowe wiadomości między stojącymi w kolejce uczniami. Zauważał ich koleżeńskie gesty, agresywne zachowania prowadzące do ostrzeżeń, nieśmiałe dotknięcia tak miękkie, jak trzepot skrzydeł ptaka, sygnalizujące zainteresowanie. Nie dawał po sobie poznać, że cokolwiek zauważał i pozostawał cicho, podczas gdy przyglądał się niemej mowie ciała i dłoni.
Potter w końcu skierował się na przód sali. Zdawał się być całkowicie w innym świecie: słyszał mało i niewiele mówił. Zatrzymał się tuż przed sproszkowaną perłą i zaczął odmierzać jej ilość, nie podnosząc głowy. Snape obserwował dłonie Pottera odstawiającego buteleczkę na biurko i zauważył słabe, zawijające się, białe blizny, które zostały wyryte na gładkiej, pomijając szramy, skórze na grzbiecie jego prawej dłoni. Odkrył najnowszy dodatek do kolekcji blizn Pottera kilka miesięcy temu podczas jednej z ich bezowocnych sesji oklumencji. Kiedy po raz pierwszy dostrzegł wyryte słowa — „Nie będę opowiadać kłamstw” — i ujrzał ich mroczną kreację w pamięci chłopaka, był zniesmaczony. Potter oczywiście nigdy nie podzielił się tym z nikim z Zakonu, prawdopodobnie wyobrażając sobie, że zachowanie sekretu było w jakiś sposób odważne i świadczyło o jego sile. Gryfoński sposób radzenia sobie z problemem. Snape myślał o tym jako o daleko masochistycznym postępowaniu.
Wówczas, dokładnie wtedy, kiedy myślał, że interakcja przy biurku przebiegnie spokojnie, Potter podniósł głowę i spojrzał wprost na niego. Gwałtowne spojrzenie, którym go obdarzył, było tak przepełnione nienawiścią, że Snape bezwiednie chciał się od niego uwolnić. Musiał użyć całej swojej siły woli, by zdusić słowa, które chciał wykrzyczeć, kiedy zorientował się, że Potter obwiniał jego — jego — o fiasko, do którego doszło kilka nocy wcześniej, i oczekiwał, że będzie odgrywał drania w jego osobistym przedstawieniu. Zamiast tego wytrzymał wrogie spojrzenie i nie odwzajemnił nic, prócz pogardy, dopóki Potter nie przerwał kontaktu i nie zwrócił się w stronę ślimaków.
Wstrząśnięty, Snape utrzymał swój gniew pod kontrolą i ukrył swoje zainteresowanie.
Potter był szczególnie kapryśny. Jeśli miał swój ulubiony sposób dokonywania wyboru, Snape nie był tego świadom: wybierał ślimaki duże, małe, szybkie i martwe. Nie chwytał ich i nie uciekał tak, jak Goyle, lecz także nie zadręczał się ich wyborem jak Granger. O ile mógł stwierdzić, Potter czekał na sygnał ze strony swojej sławnej, obdarzonej telepatią blizny. Zastygł nad tacą pełną ślimaków, jego umysł znów odpłynął, dopóki kolejny uczeń, manewrując obok niego, nie przywrócił go do rzeczywistości. Żaden z nich nie zważał na drugiego, lecz nie oczekiwał tego od nich. Obserwował z wymuszoną obojętnością, jak dwie pary rąk zaczęły krążyć nad tacą.
Po prostu wybierz jednego i zejdź mi z oczu, pomyślał Snape, gdy opóźnienie stało się irytujące. Nie był w nastroju na dalsze małe zabawy w obserwację. W każdym razie jaką to robiło różnicę? Po tych tygodniowych odkryciach stało się jasne, że każdy w czarodziejskim świecie zmagał się z o wiele poważniejszymi wyborami — pomiędzy Dumbledore’em a Czarnym Panem, dobrem i złem, życiem lub śmiercią. Teraz tylko te wybory miały znaczenie. Ci uczniowie byli jedynie niewiele młodsi niż on sam podczas ostatniej wojny przeciw Czarnemu Panu. Wiedział, w przeciwieństwie do nich, z jakimi okropieństwami się w tamtym czasie zmagali.
Wtedy dostrzegł kątem oka, na dalekim końcu biurka, jak dwie pary rąk poruszyły się. Wychwycił ostrożne muśnięcie skóry o skórę, wiadomość wysłaną i otrzymaną, która mówiła, wyraźnie i bez wątpienia: Zauważyłem cię. Podobasz mi się.
Był zdumiony, jednak nie tak bardzo jak Potter. Dłoń Harry’ego odskoczyła, jakby ślimaki zmieniły się nagle w węże, po czym zdał się oprzytomnieć na tyle, by chwycić jednego z nich, nim uciekł.
Cóż. Najwyraźniej nawet małe i nieważne wybory, ujawniane w sali eliksirów, wciąż miały jakieś konsekwencje. Jednak mimo że wiedział kto i kiedy, nie mógł, jak zazwyczaj, zrozumieć dlaczego.
Gdzieś na tyle klasy eliksir Crabbe’a nagle eksplodował i wszyscy w pomieszczeniu obserwowali bezradnie, jak kociołki, jeden po drugim, eksplodują zaraz po kociołku Crabbe’a, dopóki już żadne naczynie nie pozostało nietknięte. Jakimś dziwnym sposobem spodziewał się tego od samego początku.

*

Następnego dnia Snape obserwował tych samych uczniów mozolnie wlokących się do sali eliksirów. Tym razem byli wśród nich Granger i Weasley, którzy zostali wypuszczeni ze skrzydła szpitalnego. Łańcuch zapoczątkowany przez Crabbe’a podczas ostatnich zajęć ustanowił nowy rekord w historii Hogwartu. Podsłyszane rozmowy upewniły go, że nikt nie był zadowolony, musząc powtarzać przyrządzanie trudnego eliksiru, szczególnie że Crabbe nigdy nie uznawał tradycji fundowania piwa kremowego w Hogsmeade. W każdym razie było na to za późno: termin kończył się za dwa dni.
Odkąd ich stosunki wróciły do normy, Granger i Weasley uparcie podążali krok w krok za Potterem, jak gdyby był jakąś mugolską gwiazdą filmową, dręczoną przez natrętnych fanów. Jednakże w tym momencie dostrzegł, że jego stróże pogrążeni byli w chaotycznej dyskusji, sprzeczając się ze sobą w ten ich irytujący sposób, przywodzący na myśl parę małżeńską, a Potter oddalił się sam. Kiedy nakładał łyżką sproszkowaną perłę, Snape celowo wbił wzrok w zwiniętą rolkę pergaminu leżącą tuż przed nim i nie miał zamiaru dać mu ulgi płynącej z kontaktu wzrokowego. Potter mógł odgrywać męczennika bez jego pomocy.
Ręce chłopaka po raz kolejny znalazły się pośród ślimaków, jednak nie na długo pozostały same. Znów nastąpiła krzątanina dłoni i muśnięcia skóry, lecz tym razem kontakt trwał o wiele dłużej. Wciąż mi się podobasz. Snape walczył sam ze sobą i opierał się pokusie, by odwrócić głowę w stronę pary uczniów. Jednak musiał okazać jakąś reakcję, gdyż dziewczyna odmierzająca tuż przed nim sproszkowaną perłę rozsypała nieco substancji na biurko i wymamrotała nerwowe przeprosiny, które zignorował.
Obserwował, jak Potter tym razem się nie wycofał. Dłoń chłopaka pozostała spokojna, po czym, ku zaskoczeniu Snape’a, odesłała swoją własną wiadomość z drobnym wahaniem. Po chwili nastąpił stanowczy dotyk, odpowiedź — niema, lecz jasna do odszyfrowania.
Tak.

*

Dziś jest dzień łaski,
Dziś jest dzień polowania i myśliwego
.
(„Caçada”, Chico Buarque)**

Profesor Snape nie był jedynym, który potajemnie obserwował zachowanie Pottera ponad tacą pełną ślimaków. Przejrzyste, szare oczy rozszerzyły się z zaskoczenia, gdy przyglądały się nieoczekiwanej interakcji pomiędzy Potterem a Zachariaszem Smithem. Draco przez lata nie obdarzał Puchona zbytnią uwagą, wywnioskował jedynie, że był on porywczy i nieszczególnie uzdolniony. Potter był zdecydowanie poza jego ligą, lecz nikogo wcześniej to nie powstrzymało — Potter stale przyciągał uwagę urzeczonych nim szkolnych kolegów. Nie, dla niego wartym uwagi detalem była wyraźna odpowiedź Gryfona na zainteresowanie Smitha. Zdecydował, że musi dowiedzieć się więcej i zaplanował następny ruch. Udało mu się przekonać Gregory’ego, by dokończył za niego, i wymknął się w stronę zacisznej niszy przy drzwiach.
Nie musiał długo czekać. Potter pomachał Granger i Weasleyowi, po czym powlókł się za resztą klasy. Smith z łatwością go dogonił i zatrzymali się w holu, nieświadomi, że są obserwowani. Mówili zbyt cicho, by Draco mógł ich usłyszeć, rzucił więc zaklęcie wzmocnienia słuchu, którego nauczył go Snape.
— Potter — rzekł Smith. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego zbliżającą się rozmową.
Gryfon przywdział niespokojny wyraz twarzy, jednak wyglądał, jakby próbował ukryć reakcję pozornym zainteresowaniem.
— Co?
Smith zmiejszył dzielącą ich odległość i położył dłoń na ramieniu Pottera.
— Posłuchaj, ja... ja jestem ci winien przeprosiny. Cholera, byłem takim idiotą. Przepraszam, że sprawiałem ci w tym roku tyle problemów. To było głupie i dziecinne z mojej strony.
Potter wyglądał na zaskoczonego tym oświadczeniem, a Draco zaczął się zastanawiać, co zaszło między tą dwójką. W jakiś sposób ich stosunki nie były przyjazne.
— W porządku — odpowiedział Potter. — Rozumiem. Rozumiem. Prawdę mówiąc, rozumiem to doskonale — dodał i zaśmiał się, jednak nie było w tym żadnej wesołości.
— Nie, nie jest w porządku. W ogóle. Robiłeś wszystko, co mogłeś, by nam pomóc, a ja cię zawiodłem. — Smith nieśmiało podniósł wzrok. — Prawdę mówiąc, byłem o ciebie zazdrosny.
Potter prychnął, po czym odzyskał głos.
— Zazdrosny o mnie? Nie ma tu nic, o co można być zazdrosnym.
— Cóż, nie zgadzam się. No wiesz, jesteś naprawdę niesamowity.
Potter odczuł, że powinien wyglądać na zakłopotanego tym wylewnym oświadczeniem.
Smith wziął głęboki oddech.
— W każdym razie Ginny opowiedziała mi nieco o tym, co zdarzyło się kilka dni temu w Ministerstwie. Powiedziała, że tam była i że ktoś zginął — ktoś tobie bliski. I chciałem powiedzieć, że mi przykro.
Draco słuchał, zafascynowany. Czytał w Proroku Codziennym o dziwnych zdarzeniach w Ministerstwie oraz o nagłym i szokującym aresztowaniu ojca. Po raz pierwszy przekonał się o jego ciemnej stronie — Lucjusz okazał się być dokładnie tak niebezpieczny, jak myślał Draco. Jego zamieszanie w działalność przeciwko Ministerstwu musiało być niepodważalne, by ci zwrócili się przeciwko niemu — płacił za ich milczenie przez lata. Wciąż, pomimo tego wszystkiego, bolesna była myśl o ojcu przebywającym na łasce dementorów wysysających z niego życie.
Prorok dość nagle zmienił zdanie co do kwestii powrotu Sam–Wiesz–Kogo, a wiadomość o tym, że jego ciotka Bellatrix była w to w jakiś sposób zamieszana, okazała się niemałym zaskoczeniem. Głupim było z jego strony, że nie poprosił jeszcze Snape’a o większą ilość informacji, nawet jeśli wiedział, że Prorok nie był powszechnie zbyt wiarygodnym źródłem informacji. Nie słyszał o tym, że ktoś zginął, i zastanawiał się kto.
Potter nie odpowiedział. Zdawał się walczyć, by utrzymać emocje na wodzy, a w międzyczasie Smith jeszcze bardziej się do niego zbliżył. Jednak Potter nie wycofał się; pozwalał Puchonowi przesuwać dłoń po swoim ramieniu w pocieszającym geście, według Draco w raczej intymny sposób. Interesujące.
— Jeśli pozwolisz, chciałbym, byśmy zaczęli od nowa — rzekł cicho Smith. — Mam nadzieję, że zdołasz zapomnieć, że przez cały rok byłem takim dupkiem i pozwolisz mi spróbować raz jeszcze.
Potter spojrzał na niego zza swojej rozczochranej grzywki i obdarzył drugiego chłopaka słabym uśmiechem.
— Tak, byłeś dupkiem, no nie? — Zaśmiał się krótko. — Dobrze. Od teraz mamy czyste konto. Nazywam się Harry Potter. Miło mi cię poznać.
Smith zaśmiał się i wyciągnął rękę.
— Zach Smith. Dużo o tobie słyszałem. Ciebie też miło poznać, Harry.
— Zach. — Uścisnęli sobie uroczyście dłonie. Jednak gdy skończyli, żaden z nich nie puścił ręki drugiego. Draco nie spodziewał się tej nagłej bliskości. Snape miał rację co do korzyści płynących z uważnej obserwacji — miał nowe podejrzenia wobec Smitha. Jednak Potter stanowił osobną kwestię — Draco nigdy nie podważał teorii, że Gryfon jest całkowicie heteroseksualny. Kiedy Puchon odebrał sygnał świadczący o tym, iż jest odwrotnie?
Smith spojrzał na Pottera. Zawahał się, po czym powiedział:
— Kilku z nas wybiera się dziś wieczorem do Hogsmeade. Zastanawiałem się, czy może chciałbyś ze mną pójść?
Oczy Pottera rozszerzyły się, a Draco starał się nie zaśmiać na to jawne zaskoczenie.
— Zapraszasz mnie? Um. To znaczy, dzięki. Ale, ach, w tym momencie wszystkie sprawy w moim życiu są nieco dziwne i robię co mogę, by przetrwać choćby ten tydzień. Wiem, jak to brzmi. Dramatycznie. Ale nie jestem w stanie w tym momencie myśleć o niczym więcej.
— Um. W każdym razie dzięki.
Więc to była ta sławna mowa Pottera, pomyślał Draco kpiąco. Coś, o czym słyszał, lecz nigdy nie miał okazji zobaczyć na własne oczy, to było pewne.
Smith wyglądał na zrezygnowanego jego odmową, jednak nie wycofał się całkowicie.
— W porządku, Harry. Może następnym razem.
Potter skinął głową.
— Powiem ci coś. Zaproś mnie ponownie, gdy wrócimy na jesień, wtedy się zgodzę. — W tym momencie, ku uciesze Draco, to dłoń Pottera dotykała dłoni Smitha. Puchon także wyglądał na dość zadowolonego. Tak więc Harry Potter, chłopiec reprezentujący wszystko co dobre i zdrowe, grał w innej drużynie. Kiedy dwóch chłopców oddaliło się, niemal słyszał, jak w całym Hogwarcie pękają serca młodych dziewcząt.

*

Snape uniósł wzrok, gdy Draco wrócił do sali eliksirów zaledwie pięć minut po tym, jak wyszedł.
— Dowiedziałeś się czegoś, czego bym już dawno nie zgadł? — Wiedział, że Draco nie będzie w stanie oprzeć się pokusie podsłuchania Pottera i jego potencjalnego kochanka.
— Smith zaprosił Pottera na randkę. Dostał kosza. — Draco obrócił krzesło i usiadł po drugiej stronie biurka. Złożył wdzięcznie dłonie, pochylając się z zainteresowaniem. — Potter obiecał mu kolejną szansę w jakimś nieokreślonym czasie w przyszłości.
— Draco, zmieniasz się w małą plotkarę.
Draco wydał dźwięk oburzenia.
— Ćwiczę, to wszystko. Nigdy nie wiesz, kiedy usłyszysz coś ważnego. Dodatkowo udało mi się podsłuchać wszystko bez ujawniania swojej obecności.
Snape machnął ręką na wyjaśnienia.
— Powinno być to już dla ciebie dziecinnie proste.
Draco zmarszczył brwi, po czym poniewczasie zrozumiał, że był to dwuznaczny komplement.
— Severusie, powiedz mi, co naprawdę wydarzyło się w Ministerstwie? Dlaczego Lucjusz jest w Azkabanie?
Snape, dostrzegając celowe zastosowanie imienia jego własnego ojca, spojrzał na Draco beznamiętnie.
— Dość długo zwlekałeś, by zapytać. Zaczynałem się martwić na twój alarmujący brak ciekawości.
— Mój błąd. Myślałem, że Prorok przedstawił pełną relację.
Rozległ się krótki śmiech.
— Od kiedy ten szmatławiec podaje poprawne informacje? Naprawdę, Draco. Sprawiasz, że zastanawiam się, czy czasem nie zawaliłem w moich staraniach uczynienia z ciebie przyzwoitego detektywa.
— Cóż, pytam teraz.
Więc Snape mu opowiedział.
Draco wyglądał na zdumionego, a Snape podejrzewał, że starał się ukryć inne emocje.
— Więc ojciec był jednym z głównych uczestników w grze przeciwko Potterowi? Nie mogę uwierzyć, że tak ewidentnie się naraził. To nie w jego stylu. On zawsze zwalał brudną robotę na swoich sługusów i to ich poświęcał.
— Stawka była zbyt wysoka. Czarny Pan osobiście wziął w tym udział, więc twój ojciec także musiał się zaangażować. — Urwał, myśląc, że nawet jeśli Draco udawał, że los jego ojca go nie interesuje, prawda wciąż może być dla niego trudna. — Zdajesz sobie sprawę, że Ministerstwo musiało działać szybko. Musisz zrozumieć, Draco, że będą próbowali upewnić się, że twój ojciec pozostanie w Azkabanie.
— Wiem. — Gdy odpowiadał, nie spojrzał na Snape’a. — Lecz wybrał taką drogę. Musi za to zapłacić.
Snape zauważył, że nie było dla Draco łatwe uporanie się z wyborem ojca, lecz spodziewał się tego. Jego zwyczajowa, swobodna gracja zniknęła, zastąpiona przez nerwowe zaniepokojenie i zwięzłe odpowiedzi. Może jedynie mówił to, co myślał, że Snape chciał usłyszeć.
— Ta sytuacja pozostawiła twoją matkę bez Lucjusza, który mógł ją ochraniać. Jednakże mam nadzieję, że śmierciożercy poczują się zobligowani, by zapewnić jej bezpieczeństwo. No wiesz, aby dać dobry przykład.
Draco zmarszczył brwi.
— Nie sądzę, by ona sama zaangażowała się w tę sprawę. Małżonki śmierciożerców zazwyczaj nie są wtajemniczane — ciotka Bellatrix stanowi wyjątek. Ministerstwo powinno zostawić ją w spokoju.
— To, co Ministerstwo powinno robić, i to, co robi w rzeczywistości, są nie zawsze tym samym.
— Dranie — wymamrotał Draco, odchylając się na swoim krześle i wydając odgłos irytacji.
— Jednak w przeszłości nie wykazali nią zainteresowania, więc myślę, że na ten moment jest bezpieczna od skazy Lucjusza. I jak do tej pory jej nie niepokoili.
— Ale teraz, kiedy dementorzy opuścili Azkaban...
— Lucjusz nie będzie daleko za nimi. Czarny Pan za bardzo go potrzebuje, by mu nie pomóc.
Draco wzruszył ramionami.
— To właśnie o to była moja ostatnia bójka z Potterem. Groziłem mu, że dorwę go za zesłanie Lucjusza do Azkabanu. — Zachichotał. — Teraz zastanawiam się, jak to zinterpretował.
— Jeśli jego różdżka przy twojej szyi miałaby być wskazówką, powiedziałbym, że nie odczytał tego jako zaproszenie.
— Nie.
— A przez twoją nieostrożność oraz niezwykłe wyczucie czasu profesor McGonagall Gryffindor zarobił dwieście pięćdziesiąt punktów.
Draco zmarszczył brwi, wyglądając na zdecydowanie zgaszonego.
— Więc ostatni tydzień należał do mnie. Mam na myśli Upiorogacka. Kilka godzin zajęło mi znalezienie kogoś, kto mógłby się z tym uporać. W końcu musiałem czołgać się do Flitwicka. Dosłownie.
Snape z powodzeniem powstrzymał się od ukazania jakiegokolwiek przejawu rozbawienia, który, czego był pewien, jedynie rozwścieczyłby Draco.
— Czy mógłbyś podzielić się tym, jak do tego doszło?
— Nie, nie bardzo. To nie był mój najlepszy czas. Zresztą wnioskuję, że Potter sam też wszystko zawalił, lecz jakimś sposobem skończył jako uwielbiany przez wszystkich Złoty Chłopiec.
— Nie przez wszystkich.
Draco spojrzał na niego surowo.
— Nie. Ale dobrze wiesz, że przez długie tygodnie wysłuchiwaliśmy tylko na temat znakomitości Chłopca, Który Przeżył.
Uważnie zastanowił się nad odpowiedzią. Animozje pomiędzy nim a Potterem były sprawą poufną, nawet jeśli Draco podzielał jego zdanie na ten temat.
— Być może tym razem, jeśli mamy szczęście, Potter w końcu zda sobie sprawę, jak bardzo nie zasłużył sobie na tego typu pochlebstwa.
Draco obdarzył go najlepszym, malfoyowskim uśmieszkiem.
— Cóż, musi to być więc twoje szczęście. To jasne, że w tym tygodniu moje trochę nawala.
Snape uśmiechnął się nieznacznie, po czym celowo zmienił temat.
— Przynajmniej poradziliśmy sobie z tą kobietą, Umbridge. Okazała się być całkowitą pomyłką — nie tylko dla Hogwartu, lecz także dla Ministerstwa.

*

Cukier i stres, rób wszystko przynajmniej dwa razy; Złap swoje palce w prywatne imadło.
(„Sugar and Stress”, English Beat)***

Draco uwielbiał bycie prefektem Ślizgonów. Uwielbiał poczucie władzy, jakie mu to dawało. Nie, żeby od początku tego nie miał; był Malfoyem, był bogaty, był synem kogoś, kto wręcz kipiał władzą. Jednak taki rodzaj władzy go nie satysakcjonował, gdyż zawsze mógł usłyszeć kryjącą się za tym pretensję, niezadane pytanie — „Wiemy, co twój ojciec potrafi zrobić — ale co z tobą?”.
Teraz posiadał swoją własną władzę, przekazaną mu od nikogo innego, jak od samej administracji Hogwartu. Do diabła, a to wszystko dzięki cholernej odznace, widzialnemu emblematowi informującemu kim jest i co znaczy. Nawet jeśli jacyś uczniowie go nie szanowali, musieli szanować symbol władzy dany mu przez samego Albusa Dumbledore’a.
Musiał przyznać, że uwielbiał także inne korzyści płynące z tej posady. Ranga niosła ze sobą pewne przywileje. Przywileje takie, jak możliwość korzystania z ekskluzywnych łazienek prefektów, które oferowały mu taką samą ekstrawagancję i luksus, jakie miał zapewnione w domu. Na szóstym roku miał zwyczaj zaszywania się w tym przepychu po wyjątkowo stresującym dniu. Tak jak dzisiaj.
Bycie prefektem nie uchroniło go od szlabanu po tym, jak McGonagall złapała go podczas rzucania zaklęcia na dziewczynę z czwartego roku, która była w nim bardzo żenująco zakochana. Nie żałował rzucenia zaklęcia — było to konieczne; dziewczyna zachowywała się jak idiotka, a jego znajomi nabijali się z tego powodu. Martwił się dlatego, że został złapany. Szczególnie przez tę sukę McGonagall, która bardzo chciała jak najbardziej go upokorzyć. Nigdy nie kazała mu przepisywać pergaminów albo układać alfabetycznie książek, ani nie nałożyła mu innej, dystyngowanej kary, jakie nakładała swoim podlizującym się Gryfonom — o nie. Dla niego zawsze miała w zanadrzu jakieś poniżające, dobre dla skrzatów domowych gówno, na kolanach i im brudniejsze, tym lepiej. Ta kobieta miała naprawdę poważne skrzywienie na punkcie poniżania.
Zmęczony, spocony i brudny zebrał swoje rzeczy i wślizgnął się do łazienki na nocny prysznic.
Woda spływała w dół jego zmęczonej skóry, rozmasowując napięcie za pomocą cienkich igiełek. Rozprowadził mydło wzdłóż wyczerpanych ramion i nóg, przyglądając się, jak biała piana spływa dookoła jego stóp. Odwracając się plecami do strumienia, wtarł szampon we włosy i wydało mu się, że słyszy skrzypienie, kiedy przesuwał rękami wzdłuż mokrych kosmyków. Znów czysty, pozwolił sobie postać chwilę pod strumieniem i poczuć wodę ocierającą się o całe jego ciało.
Szczególnie miłe było to uczucie na jego członku. Sięgnął leniwie po mydło i nasmarowaną dłonią zwiększył siłę natrysku, by się pobudzić. Cudownie.
Nie kłopotał się, by przestać, kiedy dotarł do niego dźwięk otwieranych drzwi. Obracając się nieco, dostrzegł Josepha Flinta, młodszego brata Marcusa i ślizgońskiego prefekta z piątego roku. Nie był to ktoś, na kogo zwracałby większą uwagę. Flint miał przerażający brak jakiegokolwiek autorytetu — jak w ogóle udało mu się zostać prefektem było tajemnicą, której Draco nigdy nie rozwiązał. Zamknął oczy i powrócił do o wiele przyjemniejszego zajęcia.
— Malfoy, co robisz? — spytał Flint z zaskoczeniem kryjącym się w jego piskliwym głosie.
Zirytowany, uchylił powieki, by spojrzeć na niego wymownie.
— A na co to wygląda?
Flint zaczął iść w kierunku prysznica, po czym nagle się zatrzymał.
— Um. Ja. Cóż.
— Tak, cóż — warknął w odpowiedzi. — Następne pytanie brzmi: co ty tutaj robisz?
— Ja, um, chciałem wziąć prysznic.
— Więc proszę bardzo — odpowiedział i znów zamknął oczy. Jego dłoń poruszała się w powolnym rytmie, głaszcząc erekcję płynnymi, długimi pociągnięciami. — Zostań lub wyjdź.
Usłyszał, jak gdzieś niedaleko Flint odkłada swoje rzeczy, a dźwięk rozszedł się w dużym pomieszczeniu. Draco uśmiechnął się do siebie na myśl, że niewinny uczeń stara się udawać obojętnego i obeznanego w obliczu masturbującego się, starszego prefekta. Początkowo powodowało to u niego irytację jedynie dlatego, że za cholerę nie miał ochoty przestawać tylko z powodu kogoś takiego, jak Flint. Lecz teraz zdał sobie sprawę, że koncepcja posiadania widowni stała się nawet intrygująca. To, że był obserwowany, podniecało go. Było to coś całkowicie nowego. Dało mu to poczucie seksualnej władzy, jakiej nigdy nie zaznał.
Flint odchrząknął.
— Nie masz zamiaru przestać?
— Nie.
— Jesteś w takim razie kimś w rodzaju degenerata? — Flint zachichotał nerwowo.
Obdarzył chłopaka idealnym, malfoyowskim spojrzeniem i poczuł się usatysfakcjonowany, kiedy ujrzał, jak ten wzdryga się w odpowiedzi.
— Słuchaj, Flint. Wychodzisz albo zostajesz. Zignoruj mnie albo patrz. Dla mnie to bez różnicy. To twój wybór, nie mój. — Nawet taki ciemny gnojek jak Flint powinien zrozumieć przekaz.
Flint został. A Draco wiedział, że się przygląda. Usłyszał metaliczny szczęk paska, kiedy spodnie Flinta spłynęły na podłogę. Draco dostrzegł, jak zażenowany Ślizgon wchodzi pod prysznic, a dźwięk płynącej wody został zwielokrotniony w obłożonym kafelkami pomieszczeniu. Draco przyglądał się bez wyrazu, jak Flint staje pod natryskiem, a jego kręcone, ciemne włosy stają się niemal czarne. Flint obejrzał się z nerwową trwogą. Był zarumieniony, czerwona plama rozprzestrzeniła się na jego szyi i klatce piersiowej, i był niemal na wpół twardy.
— I kto jest teraz degeneratem? — spytał Draco, patrząc na niego dosadnie. Flint przesłał mu nieznaczny uśmiech, po czym ruszył w jego stronę.
— Stój — rozkazał. Drugi chłopak wyglądał na zaskoczonego, jednak natychmiast się zatrzymał.
— Zostań tam, gdzie jesteś. Możesz patrzeć, ale nie możesz dotknąć — warknął.
— Nie patrzyłem.
Draco parsknął z irytacją.
Merlinie, Flint. Zamknij, kurwa, ryj. Za dużo gadasz. Rujnujesz atmosferę.
Po tym wszedł pod wodę, odchylając głowę w tył i pozwalając, by strumień spływał po jego głowie i ramionach ciepłą falą.
Podczas gdy wcześniej skoncentrowany był na dobrym wykonywaniu swojej roboty, teraz wszystko obracało się wokół przedstawienia, które dawał Flintowi. Nie, żeby był chociaż odrobinę zainteresowany drugim chłopakiem. Tutaj nie chodziło o Flinta. Chodziło o władzę i kontrolę. A to było przyjemne. I erotyczne. I cholernie stymulujące.
Jego dłonie kreśliły uwodzicielskie wzory na bladej, mokrej skórze. Przerwał na chwilę, by bardziej namydlić dłonie, po czym pozwolił im sunąć zmysłowo wzdłuż ramion i klatki piersiowej. Jego palce okrążyły różowe sutki, pociągając za nie delikatnie, aż nie stwardniały. Następnie kontynuował podróż w dół, dopóki jego penis nie znalazł się na powrót w jego zacieśniającej się dłoni. Westchnął z czystej przyjemności. Jedna dłoń pieściła członka, podczas gdy druga głaskała jądra i wplatała się w mokre, jedwabiste włoski u nasady. Usłyszał niski jęk ze strony widowni i nie mógł zamaskować uśmiechu.
Nigdy w pełni nie doceniał władzy, jaką niesie ten rodzaj seksualnej manifestacji. Wiedział z własnych obserwacji, że był atrakcyjny tak dla dziewcząt, jak i chłopców, a także nawet dla niektórych przyjaciół ojca. Jednak doceniał to wyłącznie w sposób abstrakcyjny — aż do teraz. Ponieważ to było odurzające; wiedzieć, że Flint w tym krótkim momencie był jego niewolnikiem, a zszokowany wyraz jego twarzy potwierdzał czyste pożądanie — bardzo dobrze.
Przez całe życie uczył się istotnych faktów na temat zdobywania i używania władzy od swojego ojca, lecz może jego matka także wiedziała coś na ten temat — coś, co przegapił. Nigdy przedtem się nad tym nie zastanawiał, ale posiadała subtelną, autentyczną władzę. Mężczyźni chętnie dawali jej kontrolę, jak gdyby odpowiadali na jej zmysłowe manipulacje. I nagle, z dłonią na swoim członku i pożerającym go wzrokiem Flinta, poczuł się naprawdę jak syn swojej matki.
Zbliżał się do orgazmu. Był bardziej podniecony, niż kiedykolwiek podczas masturbacji. Będąc tak twardym, że to niemal bolało, otworzył oczy i spojrzał na Flinta, który gapił się z niepohamowanym głodem na rozgrywające się tuż przed nim przedstawienie. Dłonie Flinta znajdowały się na jego własnym ciele, jednak nie poruszały się, jak gdyby młodszy chłopak kompletnie o sobie zapomniał. Draco skupił się, by utrzymać wzrok Ślizgona, po czym już dochodził, nieskrępowanie, gwałtownie i wyrafinowanie. Jego ciężki oddech i zduszony krzyk rozbrzmiały w przepastnym pomieszczeniu.
Draco oparł się plecami o ścianę, póki bicie jego serca nie zwolniło, a jego nogi mogły na powrót utrzymać ciężar ciała. Następnie, po ostatnim przepłukaniu się pod prysznicem, zakręcił wodę i owinął się prędko ręcznikiem. Nonszalancko narzucając na siebie szatę, pomaszerował bez słowa w stronę drzwi.
Dyskretne spojrzenie przez ramię upewniło go, że Flint wreszcie przypomniał sobie, do czego zdolne były jego własne ręce.

*

W wietrze szarańczy, przychodzi grzechot i brzęczenie.
Jakub walczył z aniołem i anioł został pokonany.

(„Bullet the Blue Sky”, U2)****

Draco zawsze lubił potajemne wieczory, które spędzał na treningach ze Snape’em, szczególnie kiedy mógł dzięki nim oderwać się od nauki do owutemów. Właściwie jego własne przygotowania szły mu całkiem dobrze, w odróżnieniu od Gregory’ego. Był skrycie zdziwiony, że jego przyjaciel przetrwał rygorystyczną naukę na siódmym roku. Gregory, który nigdy nie był zbyt utalentowanym uczniem, dotrzymał do końca roku jedynie przez wzgląd na Draco. W niewypowiedzianej wdzięczności czuł się zobowiązany, by mu pomóc, kiedy tylko mógł. Mimo to wyczekiwał ze zniecierpliwieniem tych wieczorów z dala od korepetycji udzielanych jego borykającemu się z trudnościami przyjacielowi.
On i Snape pracowali z Veritaserum, a Draco nigdy nie był pewien, czy te sesje powodowały, że stawał się bardziej zaintrygowany czy przerażony. Jednak specyfik był podstawowym narzędziem używanym w szpiegostwie — obie strony polegały na nim podczas przesłuchań.
— Veritaserum jest najbardziej powszechnie stosowanym eliksirem w czarodziejskim świecie — powiedział mu Snape.
Nie mógł się oprzeć.
— Więc nie jest nim lubrykant?
Snape tylko przewrócił oczami na tę bezczelność.
— Rzymski gubernator Poncjusz Piłat zadał sławne pytanie: „Cóż to jest prawda?” — kontynuował. — Wszyscy wiedzą, że Veritaserum zmusza ofiarę do odpowiedzi na pytania zgodnie z prawdą. Jednak wiele prawd może być użytych w odpowiedzi na te pytania. Zamierzam pomóc ci opanować ujawnienie najmniej szkodliwej prawdy, jak to tylko możliwe.
Był zafascynowany. Nigdy nie myślał na temat subtelności odpowiedzi udzielanych pod wpływem eliksiru.
— Więc można kłamać pod wpływem Veritaserum?
— Nie możesz kłamać, lecz tak długo, jak wierzysz, że to, co mówisz, jest prawdą, możesz odpowiadać na różne sposoby. Zadaj mi pytanie, a ja zademonstruje ci, o co mi chodzi.
Rozważył wyzwanie, po czym uśmiechnął się przebiegle.
— W porządku. Czy kiedykolwiek z kimś spałeś?
Snape zmrużył oczy i prychnął.
— Myślisz, że nie spodziewałem się z twojej strony właśnie tego pytania. Jednak znam cię zbyt długo — urwał, lecz Draco rozsądnie pozostał cicho. — Jednym ze sposobów, w jaki mogę nie nie odpowiedzieć, to zwyczajne tak. Ponieważ twoje pytanie posiada wystarczająco dużo niejasnych interpretacji. Mogę odpowiedzieć tak, gdyż dosłownie z kimś spałem. Na przykład z moją matką, kiedy byłem niemowlęciem. Ze współlokatorami, kiedy byłem uczniem — technicznie spaliśmy w tym samym pokoju, więc w tym wypadku sądzę, że odpowiedź brzmi tak.
Draco musiał przyznać, że ta odpowiedź była wyjątkowo subtelna.
— Więc pytanie było błędne.
— Tak. Wielu pytających popełnia dokładnie ten sam błąd, zadając pytania, które mogą być rozumiane w różny sposób. Jeśli możesz, wykorzystaj to, aby zdobyć przewagę.
Wiedział, że Snape dalej nie zamierzał odpowiadać na to zuchwałe pytanie.
— Mogę spróbować raz jeszcze?
Snape przytaknął.
— Jesteś szpiegiem na korzyść Dumbledore’a?
— Bardzo dobrze. Gdyby nie mój trening w unikaniu jednoznacznych odpowiedzi, czułbym się zmuszony odpowiedzieć tak. Jednak wykorzystam tyle czasu, na ile tylko pozwoli mi eliksir, by przyjrzeć się innym obliczom pytania i odpowiedzieć w taki sposób, aby spowodować jak najmniej szkód. Więc zamiast odpowiadać tak, mógłbym natomiast powiedzieć, że Dumbledore ufa, że jestem jego szpiegiem — co jest prawdą — i że jego zaufanie jest konieczne w moim podstępie — także prawda. Jeśli moja odpowiedź jest wystarczająco szczegółowa, mogę zamaskować fakt, że tak naprawdę nie odpowiedziałem wprost na to pytanie.
Po kilku tygodniach tego rodzaju ćwiczeń, Draco poczuł się pewniej w sztuce omijania jednoznacznych odpowiedzi. Nawet Snape zdawał się być zadowolony z jego postępów. Pomyślał z satysfakcją, że może bycie Ślizgonem dawało mu naturalną przewagę. Przez ostatnie trzy sesje ćwiczyli z wykorzystaniem prawdziwego Veritaserum. Najpierw Draco mógł przetestować, jak duży wpływ on sam może mieć na kierunek przebiegu przesłuchania pod działaniem Veritaserum. Następnie Snape sam pił eliksir, by chłopak mógł poćwiczyć zadawanie użytecznych pytań.
Snape wręczył mu małą dawkę eliksiru, rozpuszczoną w niewielkiej ilości whisky, a Draco uniósł naczynie i przełknął płyn bez słowa. Odczekali kilka minut, aż eliksir zacznie działać.
— Czy dokończyłeś dziś wieczorem pracę domową, zanim tu przyszedłeś? — Snape zawsze rozpoczynał przesłuchanie od kilku niewinnych pytań, by rozluźnić Draco i zaszczepić w nim zwyczaj odpowiadania dokładnie na zadane pytanie. Jego celem było odwrócenie nawet tych prostych pytań i stworzenie fałszywego wzorca.
Odczekał tyle, ile tylko mógł, lecz potrzeba udzielenia odpowiedzi rosła bardzo szybko, dopóki w końcu nie został do niej zmuszony.
— Nic nie przeszkodziło mi w przyjściu tutaj.
— Nawet pan Goyle?
— Gregory nigdy nie próbuje mnie powstrzymywać. To lojalny przyjaciel.
Snape przytaknął w wyrazie aprobaty.
— Czy wystarczająco przygotowujesz się do owutemów?
Uśmiechnął się.
— I tak, i nie. — Uczepił się słowa wystarczająco, było ono na tyle subiektywne, że mógł zinterpretować je jak chciał.
— Naraz? Jak to możliwe? — Snape drążył temat.
— Nigdy nie jestem pewien, czy moje przygotowania są całkowicie wystarczające. Przypuszczam, że to zależy od dnia, w którym pytasz.
— A sądzisz, że z iloma owutemami będziesz w stanie sobie poradzić?
— Wszystkimi, które tylko postanowię zdać.
— Masz jakąś ich liczbę?
— Tak — Chciał uniknąć podawania dokładnej liczby, jednak nie był o nią bezpośrednio pytany. Snape uśmiechnął się z satysfakcją.
— Dobrze, Draco. Zrobiłeś imponujące postępy od czasu twojej pierwszej próby. Jednak udzielanie odpowiedzi na te pytania jest jak złapanie oszołomionego znicza, nie sądzisz?
Draco nigdy właściwie tego nie robił, więc udzielił jedynej możliwej odpowiedzi.
— Nie wiem.
— Czas przejść dalej. Większość pytań, które teraz zadam, może wyzwolić reakcję emocjonalną. O wiele trudniej jest odpowiedzieć na nie ostrożnie, jednocześnie kontrolując swoje reakcje.
Na te słowa Draco poczuł się bardziej zdenerwowany.
— Więc spróbujmy to: czy kiedykolwiek z kimś spałeś, panie Malfoy?
Uśmiechnął się szeroko, przypominając sobie, jak sam zadał Snape’owi to samo bezczelne pytanie jedynie parę tygodni temu.
— Oczywiście, profesorze.
— Znaczenie...
— Spałem z moją matką, kiedy byłem niemowlęciem. Ze współlokatorami w dormitorium.
Snape uśmiechnął się chłodno, po czym zapytał:
— Czy kiedykolwiek brałeś udział w seksualnych kontaktach z kimkolwiek do momentu orgazmu?
Jego uśmiech zbladł.
— A... ja... nie.
Nie był w stanie wymyślić innego, alternatywnego znaczenia tego pytania, zanim Veritaserum nie zmusiło go do udzielenia odpowiedzi.
— Czy kiedykolwiek kogoś pocałowałeś?
— Tak. — Tym razem nie próbował się uśmiechnąć.
— Znaczenie...
— Moją matkę. Mojego ojca. Właściwie połowę członków mojej rodziny.
— Czy kiedykolwiek pocałowałeś kogoś w kontekście seksualnym?
Po raz kolejny znalazł się w pułapce.
— Tak.
— Czy tym szczęśliwcem była dziewczyna?
Draco zawahał się. W tym momencie mogłaby być ona traktowana jako kobieta, nie dziewczyna. Ale jakiej odpowiedzi chciał udzielić — tak czy nie? Eliksir dręczył go nieustannie w jego głowie, ograniczając myślenie. Nie wiedząc, jaka odpowiedź będzie najlepsza, pozostał przy:
— Może.
— Czy pocałowałeś jakiegoś chłopca?
To go irytowało. Jednak pytanie było wystarczająco podobne do poprzedniego, by mógł odpowiedzieć w ten sam sposób.
— Może.
— Jakiegoś mężczyznę?
Zdemaskowany.
— Tak.
— Kto to był?
Złość Draco przybrała na sile, po czym chłopak w końcu nie wytrzymał.
— Dlaczego mnie o to pytasz? To nie twój interes. — Następnie poczuł rosnącą presję zmuszającą go do udzielenia odpowiedzi i usłyszał samego siebie, mówiącego: — Zachariasz Smith.
To było żenujące, musieć opowiadać o jego romansie z kimś, o kim obaj wiedzieli, że został odrzucony przez Pottera.
Snape ze swojej strony zdawał się być całkowicie nieporuszony jego emocjonalnym wybuchem.
— Tak jak powiedziałem, Draco, ta sesja jest jedynie po to, by pomóc ci w udzielaniu dobrych odpowiedzi pod wpływem stresu. Mnie nie robią one żadnej różnicy.
— To tylko... nieważne — uciął, wciąż zdenerwowany.
— Czy zdarzyło się to więcej niż raz?
Walczył ze słowem „to”, szukając jakiegoś niuansu, jednak jego opanowanie było chwiejne.
— Tak.
Jednak powstrzymał się od wyjawienia czegoś więcej. Drobne zwycięstwo.
— Czy wciąż widujesz się z panem Smithem?
Widywać się, to było bardzo niejednoznaczne słowo.
— Tak. Widuję go codziennie, w klasie.
— Czy wciąż dzielisz pocałunki w kontekście seksualnym z panem Smithem?
To musiało być coś więcej niż tylko ćwiczenie.
— Nie.
— Dlaczego nie?
Czy on nigdy nie przestanie?
— To przeszłość. — To było nieco bardziej ogólnikowe.
— Dlaczego nie jesteś już dłużej w romantycznej zażyłości z panem Smithem?
Merlinie.
— To było kilka tygodni temu. I nigdy nie była to romantyczna zażyłość. To tylko dwóch zabawiających się facetów.
— Tęsknisz za nim?
— Severusie. Wystarczy. Powiedziałeś, że nigdy nie zagłębisz się w to dalej. Wiesz, w moją seksualność. I nie, nie tęsknię za nim, jasne?
Snape uśmiechął się.
— Nic, co powiedziałeś, nigdy nie wydostanie się z tego pokoju. Obiecałem ci to i zamierzam dotrzymać słowa. Wiem, że może to być dla ciebie krępujące, ale spróbuj zignorować naturę pytań i skupić się na naszym celu. Próbuję nauczyć cię, jak odpierać moje pytania.
— Ale ja nie umiem. Nie ma w nich żadnego podtekstu, którego mógłbym się uchwycić.
— Dokładnie — Snape oparł się na krześle z zadowoloną miną. — Nie każde pytanie łatwo jest ominąć. Niektóre są tak swoiste, że nie możesz nic poradzić i musisz na nie odpowiedzieć. Musisz nauczyć się to akceptować.
Draco odchrząknął głośno i spojrzał w inną stronę.
— Czy obecnie dzielisz z kimś pocałunki z kontekstem seksualnym?
Stłumił rosnącą irytację i pomyślał uważnie. No dobrze, w tej sekundzie nie.
— Nie.
— W ciągu minionego tygodnia?
Draco wyglądał na zadowolonego z siebie.
— Nie.
— Czy przeszkadza ci taki wygląd sprawy?
Zdawał sobie sprawę, że Snape umyślnie chce go zdenerwować i nie mógł już dłużej powstrzymać rosnącej złości.
— Tak. Cholera, mam siedemnaście lat. Oczywiście, że chciałbym dzielić z kimś pocałunki w kontekście seksualnym.
Natychmiast zrozumiał swój błąd, a Snape już wykorzystał jego nagłą otwartość.
— Kto byłby tym kimś, Draco?
Spróbował grać na zwłokę, aby mieć czas do namysłu.
— Hm. Jest wielu kandydatów. Myślę, że powinienem zacząć od obrońcy Zjednoczonych z Puddlemere, którego... talent... został ujawniony na okładce najnowszego tygodnika Czarownica. Jest też pewien pracownik w oddziale „Esów i Floresów” w Hogsmeade, który jest zdecydowanie interesujący. Także kilku moich kolegów z klasy. — Poczuł się, jakby odzyskał kontrolę nad przebiegiem rozmowy i rozluźnił się odrobinę.
— Ale czy istnieje jedna, szczególna osoba, którą masz na myśli?
Draco uchwycił się brzytwy.
— Mam w tym momencie na myśli wielu ludzi.
— Ale czy istnieje ta jedna osoba w twoim życiu, z którą najbardziej chciałbyś dzielić pocałunki w kontekście seksualnym?
Nie. Boże, nie.
— Proszę, Severusie. Proszę, nie pytaj mnie o to. Nie mogę... Nie chcę ci powiedzieć... — Jednak nieodparta moc eliksiru była zbyt silna. Jego głos złamał się i w końcu musiał się poddać. — Ponieważ to ty. — Spuścił głowę, czując się nieszczęśliwy i pokonany. — Dlaczego ty... po prostu... przepraszam.
Nie mógł na niego spojrzeć. Był zdruzgotany. Dlaczego Snape zmusił go do przyznania się — dlaczego? Czyżby podejrzewał i nie pozwolił przerwać, dopóki się nie dowiedział?
Cisza boleśnie narastała wokół nich. W końcu Snape przemówił. Jego głos stracił cały dystans, brzmiąc niemal łagodnie.
— Przepraszam, że zmusiłem cię, byś mi to wyznał. Uwierz mi, nie miałem pojęcia, że ty... Cóż. Przepraszam.
Draco wciąż nie mógł spojrzeć mu w twarz.
— Nie miałem zamiaru ci nic mówić. Wiem, że jesteś moim nauczycielem i mogliby cię za to wylać, jeśli cokolwiek by się między nami wydarzyło. Wiem o tym.
— Proszę, nie przepraszaj. Jeśli bym wiedział, nigdy nie zadawałbym ci tych pytań.
Czuł obezwładniającą potrzebę wyjaśnienia — nie mógł określić, czy było to działanie eliksiru, czy też spowodowane to było jego niewygodnym wyznaniem. Jego honor był w strzępach. Snape zapewne myślał, że jest on niczym więcej, jak tylko kierowanym hormonami nastolatkiem ze szkolną miłostką. Kto by powiedział, że nie ma racji, ale wciąż...
— Nie jestem w tobie zakochany czy coś — przyznał w stronę podłogi, która nagle stała się bardzo zajmująca. — Ja po prostu poznałem cię podczas tych trzech lat. Nie jesteś tym, kim pozwalasz ludziom myśleć, że jesteś. Uważam, że jesteś interesujący, to wszystko.
Snape obchodził się z nim cierpliwie, próbując zignorować jego wyznanie.
— Rozumiem. Nie myśl, że w jakiś sposób mnie obraziłeś, Draco. To mi schlebia. Jest jednak nierealne. Teraz nie mów już nic, dopóki Veritaserum nie przestanie działać. Sądzę, że będzie to coś około pięciu minut. Następnie możesz wrócić do swojego pokoju lub kontynuujemy nasz trening.
Kiwnął głową. Poczuł, jak Snape oddala się w stronę innej części gabinetu, pozostawiając go samemu sobie. Po czasie, który zdawał się być dręczącą godziną, ale sądził, że nie minęło więcej niż dziesięć minut, wrócił.
— Wciąż jesteś na mnie zły? — spytał Snape.
— Jeśli nie masz nic przeciwko, nie odpowiem na to pytanie — odrzekł z uśmieszkiem. Veritaserum przestawało działać.
— Możemy już skończyć, jeśli chcesz.
— O nie, chciałbym teraz się na tobie odegrać. Śmiało, wypij swój eliksir jak grzeczny szpieg. — W końcu zebrał się na odwagę i spojrzał na drugiego mężczyznę. Poczuł się usatysfakcjonowany, kiedy otrzymał uśmiech w odpowiedzi na ten słaby dowcip.
Veritaserum rozpłynęło się w nieco większej ilości whisky, niż otrzymał Draco.
Kiedy czekali, aż eliksir zacznie działać, zastanawiał się nad tym, jakie pytania mógłby zadać. Kiedy Snape kiwnął głową, zaczął.
— Kiedy spytałeś mnie, czy istnieje osoba, z którą chciałbym robić — no, romantyczne rzeczy — wiedziałeś, co odpowiem?
Snape spojrzał na niego łagodnie.
— Nie. Nie miałem pojęcia. Jeśli coś bym podejrzewał, nigdy bym w ten sposób nie naciskał. Nie miałem zamiaru cię zranić.
— Dlaczego w ogóle zadawałeś mi te pytania?
— Tak, jak powiedziałem, by zaangażować twoje emocje. Wiem, że bycie gejem jest dla ciebie delikatnym tematem i byłem pewny, że dzięki temu szybko cię sprowokuję.
— Więc użyłeś tego przeciwko mnie?
— Nie przeciwko tobie. Nigdy przeciwko tobie. Chciałem to wykorzystać, aby pomóc ci wzmocnić twoje umiejętności. Jeśli kiedykolwiek będziesz przesłuchiwany przez śmierciożerców, będą oni dla ciebie o wiele bardziej nieprzyjemni. — Snape nie usiłował w jakikolwiek sposób unikać udzielania pełnych i świadomych odpowiedzi. Draco zdał sobie sprawę, że usiłował on odeprzeć działanie eliksiru jedynym znanym sobie sposobem: poprzez maskowanie słów samą naturą eliksiru. Doceniał to.
— Jesteś gejem, Severusie?
Snape wypuścił powoli powietrze.
— Nie. Nie jestem. Wolę kobiety. Chociaż muszę przyznać, co cię zapewne nie zdziwi, że może życie uczuciowe nie było tak burzliwe, jak mogło być. — Uniósł brew. — Nie jestem także zaangażowany w pocałunki w kontekście seksualnym. Nawet jeśli nie mam już siedemnastu lat.
Draco szybko odwrócił wzrok, zanim rozbawienie na jego twarzy stało się zbyt widoczne.
— Więc nie powinienem mieć żadnych nadziei?
— Żadnych. Chociaż jeżeli byłbym do tego skłonny, trudno by mi było przymknąć oko na pańskie wdzięki, panie Mafoy.
Draco skłonił głowę z ironiczną akceptacją.
— I nie powinien pan, profesorze. Jestem unikalnym skarbem, za co moja matka może z pewnością poręczyć. Chciałbyś może wychwalić mnie bardziej szczegółowo? Jestem skłonny cię wysłuchać, jeśli czujesz potrzebę pozbycia się zbędnego balastu.
— Stawiasz mnie w bardzo niekorzystnej sytuacji. Tak więc stwierdzę jedynie, iż uważam, że powiedziałem już na tyle dużo, by ci nie zaszkodzić, i niech tak zostanie.
Był o krok od udzielenia odpowiedzi, kiedy kominek rozgorzał nagłym światłem i pojawiła się poważna twarz dyrektora. Obaj szybko zareagowali na jego przybycie.
— Severusie. Draco. Proszę, wybaczcie, że wam przerywam, ale muszę natychmiast pomówić z wami oboma. W ciągu ostatnich godzin zarejestrowaliśmy zwiększoną aktywność śmierciożerców. Także wielu tych uczniów, którzy są dziećmi znanych zwolenników Voldemorta, zostało wezwanych do domów i zaczęło opuszczać szkołę. Draco, sądzę, że w swoim pokoju znajdziesz czekającą na ciebie sowę. Muszę więc zwołać natychmiastowe spotkanie Zakonu w moim gabinecie.
Snape wstał nagle.
— Za chwilę tam będę, sir.
Dumbledore zniknął, lecz Draco wciąż wpatrywał się w puste płomienie, pogrążony w szoku.
— Lepiej także pójdę przygotować się do opuszczenia szkoły — rzekł niepewnie, podnosząc się z krzesła. — Ojciec mnie wezwie.
— Nie, Draco — warknął Snape. — Chcę, byś został tutaj, w Hogwarcie.
Ślizgon mógł jedynie patrzeć na niego, zdezorientowany.
— O czym ty mówisz? Muszę wyjechać. Planowaliśmy to. My...
Snape sięgnął i złapał go brutalnie za ramiona, ściskając mocno.
— Nie sądzę, że powinieneś już teraz wyjechać. Musi być jakiś sposób, w jaki możesz to odroczyć. Powiedz ojcu, że musisz zdać owutemy. Powiedz mu...
— Nie. Nie mogę. Nie rozumiem, dlaczego to robisz. Wiedzieliśmy o wszystkim, spodziewaliśmy się tego.
Mógł dostrzec, jak Snape walczy z Veritaserum wciąż krążącym w jego żyłach, które zmuszało go do udzielenia odpowiedzi zgodnej z prawdą.
— Nie chcę, żebyś jechał. Boję się o ciebie, Draco. Chcę, żebyś poczekał, dopóki będę mógł tu być i cię chronić.
— Severusie. Wszystko będzie dobrze. Niedługo będziesz mógł do mnie dołączyć i wiesz dobrze, że do tego czasu dam sobie radę. Obiecuję, że nie zrobię nic głupiego. Nie jestem Gryfonem — możesz ufać, że nie będę się wychylał. Dobrze mnie wyszkoliłeś.
— Draco — Nigdy wcześniej nie słyszał takiego natłoku emocji w głosie Snape’a. Zamknął oczy i pozwolił im przez siebie przepłynąć.
Muszę wyjechać. Jeśli tego nie zrobię, będą mnie podejrzewać. Wiesz o tym.
— Tak, wiem o tym. Ale miałem nadzieję, że to się nie stanie; że nie zostaniesz wezwany, że będziesz mógł tu zostać dopóki... uch. — Uwolnił ramiona Draco i westchnął. — Masz rację.
Nagle zapanowała nad nim świadomość tego, co musiał zrobić i gdzie odejść. Słuchanie Snape’a, wyrażającego swój szczery strach, wyzwoliło w nim ten sam lęk. Przyznał, po raz pierwszy w życiu, że ich przymierze było czymś więcej, niż tylko absurdalnymi ćwiczeniami. Bał się. Nagle spanikowany, rzucił się w objęcia zaskoczonego Snape’a i stali tak, podtrzymując się nawzajem.
— Dumbledore będzie się niecierpliwił — przyznał w końcu Snape.
— Jestem gotów — odrzekł, chociaż wiedział, że nie byłby w stanie tego przyznać pod wpływem Veritaserum.
Jednak Snape trzymał go w objęciach jeszcze chwilę dłużej.
— Draco, nie martw się tym, co wyznałeś mi wcześniej. Nie mam ci tego za złe. Uważam, że to zaszczyt być obdarzonym twoimi względami. Tak jak ty zostałeś obdarzony moimi. — Odsunął się, tak jakby nie był w stanie wyjawić nic więcej. — Musimy iść.

*

Unieś swój krzyż, zreflektuj się, powiedz prawdę;
Nigdy nie wypowiedzieliśmy jedynych słów, które winny zostać wypowiedziane.
(„Sole Salvation”, English Beat)*****

Wieczór nabrał takiej atmosfery iluzji, że Draco walczył, by utrzymać się w ryzach. W jakiś sposób podczas tych długich miesięcy, spędzonych sam na sam z Severusem, pozwolił sobie na luksus, by zapomnieć — zapomniał, po co właściwie były te treningi, co miało wydarzyć się później, jak to musiało się skończyć. Ale Severus pozwolił mu na to. Dzisiaj zdał sobie sprawę, że jego mentor sam też niemal o tym zapomniał.
Sowa jego ojca czekała w oknie jego sypialni. Dłonie tak mu się trzęsły, że trzy razy próbował uwolnić zwitek ciasno przywiązany do nogi ptaka, unikając jego chłodnego, pełnego wdzięku spojrzenia. Wiadomość była bardzo krótka.
Już czas. Wróć do domu natychmiast.
Musiał odpowiedzieć, by rodzinna sowa mogła powrócić do Manor, jednak słowa go zawiodły. W końcu jedyną odpowiedzią, jaką mógł wykrzesać, było krótkie „tak”. Nie kłopotał się nawet, by podpisać notkę.
Tak. Już czas.
Nagle znalazł się w rozterce, co zapakować, a co zostawić. Przeklinając samego siebie za nieprzygotowanie się przynajmniej na tyle, zaczął grzebać w swoim kufrze, wydobywając kilka niezbędnych rzeczy. Listy od Crabbe’a, pisane do niego z Durmstrangu. Zaskakująco eleganckie pióro, które Goyle dał mu na jego ostatnie urodziny. Trochę ubrań, kilka zdjęć, jego kolekcja autografów od gwiazd quidditcha. Jego miotła.
Zatrzymał się, niezdecydowany, nad swoją szkolną pracą. Jeszcze kilka godzin temu pracował pilnie nad zwitkiem pergaminu, spoczywającym na jego biurku, składając w całość twierdzenia numerologiczne, zadowolony, kiedy udało mu się zlepić osobne wątki w jeden, główny schemat. A teraz wszystko to poszło na marne. Nie będzie więcej numerologii, nie będzie w ogóle szkoły, żadnych owutemów. Jego życie jako ucznia Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart dobiegło nagłego i przykrego końca.
Przez krótką chwilę ponad wszystko chciał wykonać dramatyczny gest spalenia pergaminów i wydobył różdżkę. W ostatnim momencie zaniechał swój zamiar — tak naprawdę dziecinny impuls — i zamiast tego użył różdżki, by zmniejszyć swój skromny bagaż. Chwycił go i wepchnął do kieszeni szaty.
Obrzucając pokój ostatnim, bolesnym spojrzeniem, ostrożnie zamknął za sobą drzwi.
Jednak za każdym razem, kiedy pozwalał sobie myśleć o końcu swojego życia w Hogwarcie, nie mógł zwalczyć ogarniającego go uczucia smutku. Już teraz za nim tęsknił, ale to takie ckliwe i żałosne, powiedział sobie szorstko. To nie był sposób, w jaki Malfoy powinien zmierzyć się tego typu sytuacją. Lecz każdy kolejny ruch przynosił ze sobą nowe rozproszenie uwagi — to ostatni raz, kiedy słyszę, jak zamykają się za mną drzwi do pokoju wspólnego... ostatni raz, kiedy czuję chłodną wilgoć lochów... ostatni raz, kiedy widzę kłaniające mi się portrety, gdy przebiegam obok nich... ostatni raz, kiedy czuję zimne, kamienne ściany pod moimi dłońmi... ostatni raz...
Pragnął być już poza murami. Droga do bramy nigdy nie wydawała się tak daleka, a serce bolało go z każdym krokiem. Gdyby tylko czekająca na niego ścieżka nie była tak przerażająca, tak niepewna, tak samotna, przyznał sam przed sobą, wtedy nie uległby tak całkowicie tej czarnej melancholii. Gdyby tylko lepiej się przygotował...
Do jego uszu dotarł dźwięk kroków, rozbrzmiewający tuż za nim w ciemnym korytarzu, i obrócił nerwowo głowę, by ujrzeć, kto podąża za nim w cieniu upiornie niemych posągów.
Potter.
Nie był nawet zaskoczony. Przez cały wieczór, odkąd Dumbledore zwołał razem wszystkie domy i ogłosił początek wojny, podniecone szepty rozbrzmiały w Wielkiej Sali, a także w pokojach wspólnych i w różnych miejscach tajnych spotkań w Hogwarcie. Draco był dotkliwie świadom obecności Pottera, zarejestrował czyste napięcie, które wydzielało się z niego jak iskry, przyglądał się, jak kroczy dookoła, jak gdyby miał rzucić się na każdego, kto ośmieli się choćby ruszyć.
Obaj zatrzymali się, czekając. Przywoływało to na myśl pojedynek.
— Malfoy.
— Potter. — Odparł irracjonalną chęć, by oddać pozdrowienie formalnym skinieniem głowy i bez słowa pozwolił Gryfonowi podejść bliżej.
— Gdzie się wybierasz? — W jego głosie zabrzmiało wyzwanie.
Zdusił w sobie pierwszą ripostę, która przyszła mu do głowy, a także drugą i trzecią. Obaj dobrze wiedzieli, że nie była to sprawa Pottera; miał dokładnie takie samo prawo wędrować korytarzami, jak i on. Ta rozmowa była bez sensu. Wszystko, co miało znaczenie, zostało już powiedziane, wszystkie nieprzyjemne słowa, wyzwania i pogróżki. Nie zostało już nic więcej do powiedzenia. A on był zmęczony, musiał przyznać, że także przerażony, i nie miał zamiaru już więcej grać w tę ich grę. Nie dziś. To był koniec.
Więc milczał.
— Dlaczego, Malfoy? — Potter nie musiał wygłaszać elaboratów. Obaj wiedzieli, co znaczyło to pytanie.
Zdał sobie sprawę, że nie był nawet w stanie zacząć czegokolwiek wyjaśniać, nawet jeśli mógł odpowiedzieć.
— Nadszedł czas, bym odszedł.
Potter wykrzywił twarz, pomimo że musiał spodziewać się takiej odpowiedzi. Draco przyglądał się swoim dłoniom zaciśniętym mocno w pięści i zwisającym po bokach jego ciała.
— Nie musi tak być. Każdy ma wybór. Nawet ty, Malfoy. Nie musisz iść za Voldemortem tylko dlatego, że tak zrobił twój ojciec.
Jakimś cudem to rozpoznał: Potter miał zamiar wygłosić mu mowę w całej okazałości, używając wszystkich przekonujących argumentów, które posiadał, całego pełnego pasji ognia i żarliwego przekonania o swojej racji. Dał wyraz swojemu zaangażowaniu i szczerości, które definiowały jego osobę. Draco był szczerze zdumiony, że chłopak w ogóle się wysilał. Widocznie nawet Draco Malfoy nie był do końca stracony, by Potter pozwolił mu odejść bez walki. Gryfon dopuścił, by jego usta wygłosiły ostatni apel i Draco pozwolił mu mówić, myśląc: to ostatni raz kiedy on i ja stajemy ze sobą twarzą w twarz.
W innych okolicznościach mógłby pozwolić dać się przekonać. W jakimś odległym zakątku jego umysłu zastanawiał się, jak mogłoby wtedy być. Jaka byłaby reakcja Pottera? Czy mógłby zaniechać swoich animozji, gdyby wiedział, że Draco zadeklarował lojalność Zakonowi? Czy mogliby w końcu odłożyć na bok złość i nienawiść — może nawet zostać przyjaciółmi?
Jednak ścieżka Draco wiodła w innym kierunku i pozwolił, by jego pierwsze słowa były ostatnimi.
— Czas, żebym odszedł.
— Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Chcę wiedzieć. Dlaczego?
Potter był cierpliwy, musiał to przyznać. Podejrzewał, że po tym wszystkim bycie zbawcą czarodziejskiego świata było czymś niemal odruchowym, czymś, z czego nie mógł się wycofać.
— Potter, nie jestem ci winien żadnych wyjaśnień. Mam swoje powody. — Dlaczego on musiał wszystko tak utrudniać?
— Malfoy...
— Posłuchaj, znajdę cię któregoś dnia, kiedy już będzie po wszystkim i wytłumaczę ci to przy drinku. Pasuje ci Dziurawy Kocioł? — Pomimo że wypowiedział te słowa i wyobraził sobie ich dwóch relaksujących się nad ognistą whisky, wiedział, że pozostanie to tylko w jego fantazji. Obaj nie mogli przeżyć tej wojny.
— Nie. Nie odchodź, Malfoy. Proszę.
Patrząc wstecz, nigdy nie pojął, dlaczego zareagował właśnie w ten sposób — może było to w jakiś sposób pożegnanie jego dzieciństwa. Albo mogła to być reakcja na jego wcześniejsze, upokarzające wyznanie w stronę Severusa. Wszystko było takie zimne, takie ostateczne — korytarz, noc, słowa rozbrzmiewające wokół nich. Wszystko to zaczęło go przytłaczać, mrożąc go. Może w ten sposób jedynie szukał ciepła. Żegnaj... żegnaj... to ostatni raz...
Lecz coś w tonie głosu Pottera, coś w wyszeptanej prośbie spowodowało, że poddał się impulsowi, by zbliżyć się do swojego rywala, by ostrożnie położyć dłonie na jego ramionach i przyciągnąć go bliżej. Poczuł ciepły oddech, tańczący na jego policzku, który nagle stał się szybszy i bardziej urywany niż podczas przemowy, teraz był intymny i kuszący. Działał, nie chcąc zbyt mocno myśleć o tym, co robił — co obaj robili.
Uciszył oddech Pottera własnymi ustami i w odpowiedzi poczuł nacisk, jak gdyby fala załamywała się ponad nim. Zatapiając go. Żegnaj.
I w tym ciemnym, pustym korytarzu, w którym stał, balansując na granicy dwóch światów — pomiędzy przeszłością i nieznaną przyszłością — mógł udawać, że ten pocałunek był jedyną rzeczą, która się liczy. Tutaj pozwolił sobie wyobrazić, że nie jest dłużej Draco Malfoyem, z ciągnącą się za nim historią, lecz jedynie żołnierzem udającym się na wojnę. I tutaj mógł niemal uwierzyć, że Potter także jest kimś innym.
Oderwali się od siebie, kiedy powoli odzyskali poczucie rzeczywistości. Serce tłukło mu się w klatce piersiowej, jego oddech był nierówny. Draco niechętnie opuścił ręce i zrobił pojedynczy krok w tył. Działał lekkomyślnie, bez żadnego wyraźnego powodu, kręciło mu się w głowie. Zdecydowanie nie spodziewał się, że będzie się delektował i rozkoszował ich pocałunkiem — lecz tak było.
— Dlaczego... dlaczego to zrobiłeś? — Potter zaczął się jąkać.
Uśmiechnął się bez żadnego wysiłku.
— Na próbę. I może też na szczęście.
Na twarzy Pottera pojawiła się rozmyślna determinacja, którą Draco widywał przez siedem lat podczas tych spojrzeń posyłanych sobie z drugiego końca Wielkiej Sali, podczas niemych wyzwań w klasie eliksirów, kłótni na boisku quidditcha. Drugi chłopak zmniejszył dzielący ich dystans i oplótł dłonią kark Draco, masując go zdecydowanie przez jedwabne blond włosy. Poruszył się do przodu jak gdyby w zwolnionym tempie, w końcu dotykając ponownie ust Draco własnymi, początkowo delikatnie, potem nagle gwałtownie i niepohamowanie. Draco nie odepchnął go, niczego mu nie odmówił.
Jeśli ich pierwszy pocałunek był pytaniem — Kim dla ciebie jestem? — ten stanowił odpowiedź. Jak brzmiała?
Draco pomyślał, że to mogło być to: W życiu każdego z nas odegraliśmy wzajemnie ważne role. Do tego momentu, nie miało to dla mnie żadnej wartości.
Ogarnął go niespodziewany dreszcz, spowodowany tym, że Potter oddawał pocałunek. Jeśli istniało słowo, które określało to, jak się teraz czuł, on go nie znał. Przejście kontroli — od niego do Pottera — zmieniło wszystko w jednej chwili. To, co zostało z jego opanowania, wyparowało. Pozwolił, by jedna jego dłoń lekko przesuwała się po karku Pottera, a druga spoczęła na piersi chłopaka, gdzie mógł poczuć szybkie bicie serca. Potter przybliżył się i pochylił, jego palce przytrzymywały Draco, jak gdyby miały nigdy nie puścić. I przez cały ten czas pocałunek otulał ich, zatracili się w nim i obaj nie mogli zaczerpnąć oddechu od jego intensywności. Chłód otaczający Draco zniknął.
Potter nie pachniał perfumami korzennymi i nie przypominał Draco o minionych porach roku; pachniał jak mydło i skóra, tak samo jak każdy inny chłopak. Jego usta nie smakowały jak egzotyczne wino ani drogie słodycze; smakował nie inaczej, niż ktokolwiek inny, kogo Draco całował. Nie całował z doskonałą wprawą ani wytrącającą z równowagi techniką, lecz z ogniem i pasją. A Draco pozwolił, by to zawładnęło nim całkowicie.
Jeśli ich pierwszy pocałunek pozwolił, by na krótko zapomniał, kim jest, ten go otrzeźwił. Obudził.
Z jednym ostatnim złączeniem ust, rozdzielili się.
— Tak więc na szczęście — rzekł Potter, jego głos brzmiał szorstko od tłumionych emocji. — Będziesz potrzebował go bardzo wiele tam, dokąd się udajesz.
Draco spojrzał na niego po raz ostatni, zanotowując w pamięci, jak w tej chwili wygląda — rozczochrany, cichy i zrezygnowany — po czym obrócił się, by odejść. Żegnaj.
Lecz gdy odchodził, poczuł się dziwnie spokojniejszy, stabilniejszy, może nawet odrobinę śmielszy — przyszło mu do głowy, czy może całowanie Gryfona mogło sprawić, dzięki jakiemuś magicznemu transferowi, że człowiek stawał się odważniejszy. Z nieoczekiwaną determinacją przeszedł stanowczo przez hol, pchnął mocno ciężkie drzwi prowadzące do szkoły, do której wiedział, że już nigdy nie zawita, i zbiegł w dół zbocza poza murami Hogwartu, szeptając ostatnie pożegnanie w stronę życia, które dotychczas znał — w stronę Severusa i Gregory’ego, jego znajomych ze Slytherinu i nauczycieli, i tak, w stronę Pottera — następnie aportował się tam, gdzie prowadziło go jego przeznaczenie.


Koniec rozdziału drugiego



* It is our choices that show what we truly are, far more than our abilities — „Harry Potter i Komnata Tajemnic”.
** Today is the day of grace,
Today is the day of the hunt and the hunter
— tłumaczenie własne z angielskiego, tłumaczenie autorki z portugalskiego.
*** Sugar and stress, do everything at least twice; Catch your fingers in your private vices — tłumaczenie własne.
**** In the locust wind, comes a rattle and hum;
Jacob wrestled the angel, and the angel was overcome
— tłumaczenie własne.
***** Make a cross, make amends to set the record straight,
We've never said the only things we should have ever bothered saying
— tłumaczenie Lasair.
Ostatnio edytowano 3 paź 2012, o 20:51 przez TEAM DRARRY, łącznie edytowano 4 razy
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Promise » 11 wrz 2012, o 10:41

Czytałam ten rozdział w drodze na cudowną zerówkę do mojej cudownej szkoły co, przyznaję, nie było najlepszym pomysłem, bo w pewnym momencie wpadłam na nieprzyjemnego dresa, ale co tam, jeszcze żyję. Przede wszystkim: końcówka, końcówka, końcówka, ale od początku. Mówiłam już, że podoba mi się kreacja bohaterów? Malfoy przeciwstawiający się swojemu ojcu, sentymentalny przy pakowaniu, wreszcie nie musimy się domyślać, że jest wrażliwy, bo widzimy to jak na dłoni. Coś nowego, coś ciekawego! No i Snape. Czy tylko mnie się wydaje, że, przynajmniej na razie, wszyscy w tym fiku są po prostu bardziej ludzcy? Pomysł z nauką jak obejść Veritaserum jest świetny. Na pożegnaniu Draco ze Snapem prawie się wyruszyłam. Emocje są cudownie przedstawione. No i zakończenie... Brak mi słów. Z drugiej strony jednak, dziwne to było. Rozumiem, Draco był rozgoryczony, a Potter to Potter, ale... Dziewczyny, odwalacie świetną robotę, oby tak dalej! :D
"Pisać jest trudno, ale jeszcze trudniej byłoby nie pisać."
Promise Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 23
Dołączył(a): 20 sie 2012, o 22:55

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 3 gości