[M] [Z] [T] Idealny dzień (3/3)

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez zanda » 29 wrz 2012, o 23:06

Miało nie być, ale jednak jest. Oto ostatnia odsłona tej miniaturki.
Betowała – jak zwykle – Aev, która na tę okoliczność straciła cztery macki. :P
Miłej lektury.


Hogwart, godz. 19:00

Draco przestał przejmować się zawrotami głowy, kiedy przybył na granicę hogwarckich błoni i zobaczył testrale, czekające na sygnał, by pociągnąć powozy do Hogwartu. Nie czuł się przez nie zagrożony, nie był też nieszczęśliwy, jednak na ich widok zaczęła zanikać fala ciepła niesionego przez eliksir. Stwierdził, że w sumie woli się przejść.
Chłodne wieczorne powietrze było niezwykle orzeźwiające. Gdy znalazł się w pewnej odległości od testrali, ponownie zaczął odczuwać radość i powoli zaczął mu się udzielać podniosły nastrój wieczoru. Spostrzegł też kilka innych osób, które — pewnie podobnie jak on — chciały znaleźć się z dala od testrali. Wiele z nich rozmawiało, śmiejąc się radośnie, i nawet jeśli on sam zaśmiał się głośno raz czy dwa w czasie spaceru do zamku, nie zostało to zauważone przez kolorowo ubrane pary i grupy rozmawiających ze sobą przyjaciół, które również wybrały tę drogę.
Wielką Salę wypełniał już tłum. Przystanął przy drzwiach, zerkając na stoły domów i na stół nauczycielski. Atmosfera przypominała szkolne czasy, szczególnie okresy przedświąteczne, gdy cała sala wrzała z podniecenia i oczekiwania. Nawet twarze były te same, choć odrobinę starsze.
Jednak było inaczej, zupełnie inaczej.
To McGonagall siedziała na złotym fotelu stojącym pośrodku stołu nauczycielskiego, na którym początkowo siedział Dumbledore, a później Snape. Obok niej siedzieli Kingsley Shackelbolt i Harry Potter. Podobnie jak Granger i Weasley. Pełno tam było Gryfonów.
Można by było przypuszczać, że dzięki temu stół Gryffindoru będzie bardziej pusty. Nic bardziej mylnego — był wypełniony niemalże po brzegi. Dostrzegł dziewczynę Pottera — byłą dziewczynę, poprawił sam siebie — siedzącą wygodnie między Longbottomem a jakimś innym Gryfonem. Stół w rzeczywistości był przepełniony Weasleyami — byli rodzice, i ten bez ucha, i były prefekt przemądrzalec, co myślał tylko o sobie i… był też Bill Weasley, który właśnie na niego patrzył. Bill skinął głową, w niemalże przyjazny sposób i Draco uśmiechnął się do niego szeroko. Bill zamrugał i w odpowiedzi również krótko się uśmiechnął.
Natomiast stołowi Slytherinu raczej nie groziło przepełnienie. Garstka młodszych Ślizgonów siedziała przy jednym końcu, a starszych — przy drugim. I nawet jeśli Draco zakłuło w sercu na myśl o twarzach ludzi, których brakowało, to szybko o tym zapomniał na widok kilku Gryfonów, którzy nie znaleźli miejsca przy innych stołach i byli zmuszeni usiąść tutaj. Roześmiał się na widok ich zawstydzonych i obrażonych twarzy.
Daphne siedziała przy stole z rodzicami i z kimś, kto musiał być jej narzeczonym, natomiast Astoria ze Smithem siedzieli w innej jego części. Draco podszedł do nich i opadł na ławkę obok Smitha, szeroko się do niego uśmiechając.
— Astorio — powiedział, nieznacznie pochylając się do przodu, by zza Smitha lepiej ją widzieć. — Moja matka przesyła pozdrowienia.
Wyglądała na przyjemnie zaskoczoną i uśmiechnęła się uroczo.
— Dziękuję, Draco. Nie wiedziałam, że znasz moje imię.
— To oczywiste, że je znam — powiedział Draco, a następnie zwrócił się do Smitha, który był co najmniej tak samo zaskoczony jak Astoria, ale na pewno mniej zadowolony. — Smith, jeśli jesteś taki lojalny, to dlaczego nie siedzisz przy stole Hufflepuffu?
Astoria roześmiała się, jakby powiedział coś niesamowicie zabawnego. I co, w opinii Draco, dokładnie takie było.
— Jestem lojalny wobec osoby, która mi dziś towarzyszy — powiedział dobitnie Smith.
Astoria w końcu przestała chichotać i uśmiechnęła się do Smitha, niczym zadurzona nastolatka, którą w istocie była, jednak Puchon tego nie zauważył. Był zbyt zajęty wpatrywaniem się w srebrne wykończenia szaty Draco.
— Czy to moja szata?
— Poprawka — odparł Draco. — To była twoja szata, zanim Potter powiedział ci, że jesteś lalusiem, a ty odrzuciłeś ją i wyszedłeś ze sklepu.
Smith wściekle się zarumienił i mocno zacisnął usta, a Draco poklepał go po plecach.
— Nie martw się, nie chciałbyś jej. Jeśli byś ją założył, Potter wpatrywałby się w twój tyłek przez cały wieczór.
Smith komicznie wybałuszył oczy.
— Potter patrzy na mój tyłek?
Draco zaśmiał się.
— Patrzył. Kiedy miałeś na sobie tę szatę.
— Czekaj, więc… — Smith urwał, wyglądając na szczęśliwszego niż przed chwilą. — Dlaczego masz ją na sobie? Czyżbyś chciał, żeby patrzył na twój tyłek?
Draco spojrzał na przyglądającą mu się Astorię i odrobinę się speszył.
— Tego nie…
— Przepraszam — powiedziała McGonagall, po czym podniosła się z miejsca przy stole nauczycielskim, najwyraźniej szykując się do przemówienia.
— Ooo… Gryfońska profesorka mówiąca coś głębokiego — szepnął Draco. — Wprost nie mogę się doczekać.
Astoria znów zachichotała.
McGonagall rozejrzała się po sali, zatrzymując wzrok na stole Ślizgonów. Może zaraz ogłosi, że zaszła pomyłka i że po tysiącu lat zostało ostatecznie udowodnione, iż Slytherin jednak był złym domem, a po uczcie — ale przez tańcami — każdym siedzącym przy złym stole zostaną nakarmione akromantule z Zakazanego Lasu. To wydało mu się tak cholernie zabawne, że zachichotał. Smith spojrzał na niego, unosząc brew.
— Zacząłeś świętować wcześniej, co Malfoy?
— O, wierz mi Smith, świętowałem cały dzień. — Draco spojrzał na Pottera przy stole nauczycielskim i zauważył, że ten patrzy prosto na niego. Ewentualnie na Smitha. Musiało mu być ciężko zadecydować, na którego z siedzących obok siebie niegryfońskich i wątpliwych moralnie blondynów ma patrzeć. Draco prychnął rozbawiony i ktoś ze stołu Ravenclawu usiłował go uciszyć.
Uświadomił sobie, że McGonagall zaczęła swoją przemowę i przez chwilę słuchał, myśląc, że powinien nadstawić uszu na wypadek, gdyby jednak pojawił się temat akromantul. Strzeżonego Merlin strzeże.
Naprawdę, żaden był z niej mówca. Dumbledore był zwariowanym, starym głupcem i od czasu do czasu karygodnie faworyzował swój dom, ale wiedział, jak wygłaszać interesujące mowy.
Raptem, bez żadnego ostrzeżenia, zaatakowało go wspomnienie — Dumbledore, na wieży, chwalący jego pomysłowość i oferujący mu łaskę; Dumbledore, spadający z wieży, martwy.
— A teraz — usłyszał mówiącą McGonagall — uczcijmy pamięć poległych.
Nie, pomyślał Draco, a jego zadowolenie zanikło w chłodzie ogarniającym jego ciało, nie, nie róbmy tego. Rozejrzał się po sali i ujrzał innych, którzy nie wydawali się zadowoleni z pomysłu upamiętniania poległych. Co najmniej dwójka z Weasleyów była szczególnie blada, a kolejny z nich schował twarz w dłonie. I nagle Draco zaczął się zastanawiać, ilu z nich nie miało teraz rodziców, rodzeństwa lub dzieci, które były z nimi zaledwie rok temu? Jak wielu z nich widziało śmierć najbliższych?
Przypomniał sobie, jak w dzień bitwy siedział w tej sali, przy tym stole z rodzicami. To był jedyny raz w jego życiu, gdy był tulony przez oboje rodziców jednocześnie. Kilka godzin później jego ojca zabrano do Azkabanu.
Zastanawiał się nad tym, o czym teraz myśli ojciec, co w tym momencie, nieogolony, robi w celi. Próbował zepchnąć swoje myśli do miejsca, w którym były zamknięte przez tygodnie, miesiące. Zastanawiał się, co mógłby napisać Weasley — ten z twarzą ukrytą w dłoniach — do brata, jeśli gniłby on w Azkabanie, a nie w ziemi. Szczególnie, że dementorzy odeszli i pozwolono na używanie sów.
I nie uważał, że to zabawne. Naprawdę. Ale prawie dusił się, próbując powstrzymać śmiech, więc zakrył twarz dłońmi, by nikt nie dojrzał jego przerażająco nieodpowiedniego zachowania.
Zachariasz przysunął się do niego, a potem pochylił się i wyszeptał:
— Weź się w garść, Malfoy. Zachowujesz się absurdalnie. Nawet Potter na ciebie patrzy.
Zaskoczony Draco podniósł wzrok — Potter faktycznie na niego patrzył. Wciąż stał za stołem, nawet gdy McGonagall ponownie przemówiła, wymieniając poległych profesorów — Snape, Dumbledore, Burbage — a to Draco był jedyną osobą na sali, która widziała śmierć dwójki z nich. I co Potter myślał sobie, stojąc tam i śledząc go wzrokiem podczas hołdu składanego przez dyrektorkę? Nie wiedział, że nie można było nic zrobić? McGonagall zająknęła się, gdy Potter zszedł z podwyższenia i ruszył do drzwi. Weasley i Granger wymknęli się zza stołu zaraz po nim i popędzili do wyjścia.
Draco ponownie zakrył twarz, a jego ramionami wstrząsały kolejne salwy cichego, niemal histerycznego śmiechu.
— Jesteś żałosny, Malfoy — mruknął Smith.
Draco wiedział, że nie był żałosny, był genialny. Ale był też zdezorientowany. Jak ma się jego oszałamiająco dobra passa do nieprzyjemnych retrospekcji, wahań nastroju i co on może z tego mieć? Po krótkiej wewnętrznej walce zdołał się opanować i podniósł wzrok. Astoria wpatrywała się w niego, a jej szeroko otwarte oczy wypełniało współczucie. Za to Smith wyglądał na dokładnie tak oburzonego, jak sugerował ton, którego używał.
— Ale mam też nową informację, która może podnieść na duchu tych z was, którzy w zeszłym roku stracili rodziny i przyjaciół — kontynuowała McGonagall. — Właśnie dziś, zaledwie kilka godzin temu uratowano niezliczoną ilość ludzkich istnień, gdy Harry Potter pojmał Fenrira Greybacka.
Draco zwrócił głowę w kierunku stołu nauczycielskiego, by zobaczyć, jak Kingsley Shacklebolt stojąc szepcze coś do ucha dyrektorki.
— Z pomocą pana Draco Malfoya — dodała McGonagall, nawet nie zadając sobie trudu, by spojrzeć w jego stronę.
— Że co, do cholery?! — powiedział Draco, zaskakując tym Astorię i przeszkadzając w ten sposób kilku najbliższym Krukonom i paru porzuconym Gryfonom.
Wstał od stołu i ruszył do drzwi. Heroiczny Gryfon Potter powinien mu wyjaśnić parę kwestii.
Nie musiał daleko szukać. Potter, Granger i Weasley stali przy frontowych, dębowych drzwiach i byli pogrążeni w dyskusji. Choć na pierwszy rzut oka było widać, że za większość tej „dyskusji” odpowiedzialna była Granger.
— Nie chcesz go użyć, prawda? — spytała.
— Oczywiście, że nie — zaprotestował oburzony Potter. — Po prostu… Pomyślałem sobie, że zostawienie go w tym lesie wcale nie było dobrym pomysłem.
— Jesteś pewny, że nie szukasz pretekstu, by wyjść wcześniej? Harry, czy chodzi o Ginny?
— Nie!
Zszokowana Granger zamilkła, a Weasley wiercił się niespokojnie.
Potter wyglądał, jakby czuł się winny, ale jego głos był stanowczy.
— Przykro mi, ale nie. Nie wiem czemu, ale między nami nie układało się od czasów wojny. Starałem się, to znaczy wiem, że popełniałem błędy, ale starałem się. I nie sądzę, by wszystko się ułożyło, nie po dzisiejszym dniu. Pewne rzeczy, które dziś się wydarzyły, sprawiły, że myślę…
Draco momentalnie poczuł ekscytację i zupełnie niestosowne trzepotanie w klatce piersiowej, które ustało niemalże natychmiast po tym, jak przypomniał sobie obwieszczenie McGonagall.
— Cóż, nieważne — kontynuował Potter. — To bez znaczenia. Przykro mi, Ron.
Głupek był oczywiście bardziej zaniepokojony możliwością rozpadu jego przyjaźni z najbardziej irytującym Weasleyem na tej planecie, niż tym, że sam jest w rozsypce.
— Nie ma sprawy, stary — zaczął Weasley niezręcznie, nim spojrzał w kierunku sali i spostrzegł Draco. — Co on tu, kurwa, robi?
Potter wytrzeszczył oczy, widząc Draco i szepnął coś do Granger i Łasicy. Oboje wrócili do Wielkiej Sali, po drodze obdarzając go nieprzyjemnymi spojrzeniami — Granger podejrzliwym, a łasicowaty groźnym.
Potter i Draco wpatrywali się w siebie. Gryfon odchrząknął.
— Malfoy… Wszystko w porządku? — Drań nawet wyglądał na zaniepokojonego.
Draco naprawdę nie wiedział, czy wszystko jest w porządku. Oczywiście było, bo zauważyłby, gdyby coś się zmieniło, gdyby coś było poza jego zasięgiem, ale problem stanowiło to, że w tym samym czasie chciał powiedzieć jedno, a zrobić coś zupełnie innego. Pewna jego część chciała uderzyć Pottera, już teraz. A inna nie. To było mylące. Zapewne nie wziął wystarczającej dawki eliksiru.
Zorientował się, że stoi, wpatrując się, Merlin wie jak długo, w Pottera, kiedy Gryfon zrobił krok w jego kierunku unosząc rękę. Ten gest był decydujący. Draco szybko pokonał dystans między nimi i ręka Pottera opadła. Draco podszedł bliżej, bardzo blisko i Potter w końcu ponownie podniósł dłoń i położył ją niezobowiązująco na ramieniu Ślizgona.
— Byłoby w porządku — powiedział napiętym głosem Draco — gdybyś nie przypisał sobie złapania Greybacka. Do czego ci to potrzebne, Potter? Ocalenie świata ci nie wystarczyło?
— Co? — Zmarszczka ponownie pojawiła się na czole Pottera, a uścisk na ramieniu Draco osłabł. — O czym ty mówisz?
— Mówię o McGonagall, ogłaszającej wszem i wobec, że po raz kolejny życie tysięcy ludzi zostało uratowane przez Harry’ego-Cholernego-Pottera!
— Nic o tym nie wiem! — krzyknął Potter, a następnie zacisnął boleśnie dłoń na ramieniu Draco. — Ale czy to jest jedyny powód, dla którego to zrobiłeś? Dla uznania?
Draco zalało wiele sprzecznych uczuć, podszeptujących mu odpowiedź, jednak nie miało to znaczenia, bo każda z nich była prawidłowa. Użył pierwszej, która mu się nasunęła.
— A co jeśli tak? — zadrwił.
Potter wyglądał, jakby Draco dał mu w twarz i po chwili nie wytrzymał.
— No cóż, a co z Ronem? Co z Katie Bell? Jakoś nie widzę, żebyś chciał uznania za to, co im zrobiłeś!
— Katie jaka?
Draco nie był świadomy, że mógł spaść jeszcze niżej w hierarchii osób, o których Potter miał dobre mniemanie, ale najwyraźniej mógł.
— Dziewczyna, której dałeś przeklęty naszyjnik, ty draniu!
No tak, oczywiście. Gryfonka, którą prawie zabił. To nie było śmieszne, a jednak nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Tylko, że tym razem nie ukrył twarzy w dłoniach i obrzydzenie widoczne na twarzy Pottera zraniło go, mimo że nie powinno.
Potter cofnął rękę, tak jakby Draco był tak samo brudny jak Greyback.
— Ona mogła umrzeć — powiedział. — Ludzie umierali. A ciebie to nie obchodzi.
— Nie ma sensu roztkliwianie się nad umarłymi — odparł ostro Draco. — To nie przywróci ich do życia.
— Nie wierzę ci. Nie wierzę, że chciałem…
Chciałeś co, miał wykrzyczeć Draco, ale oczywiście wiedział, czego Potter chciał i gdy Gryfon usiłował go minąć, wracając do Wielkiej Sali, złapał go za szatę i pchnął na dębowe drzwi.
— Ale nadal tego chcesz, prawda, Potter?
Oczy Pottera rozszerzyły się z przerażenia, ale gdy tylko Draco go pocałował, jęknął i naparł na niego rozchylając usta. Draco również jęknął, czując mokre wargi Pottera na swoich. Sięgnął w dół i przyciskając Gryfona do siebie, poczuł pod szatą jego erekcję. Potter zamarł, po czym gwałtownie go odepchnął.
— Co z tobą nie tak? — krzyknął Potter.
I znów Draco odczuwał zbyt wiele sprzecznych bodźców, więc odwrócił się nie odpowiadając. Potrzebował więcej Felix Felicis. Bezdyskusyjnie eliksir nie działał, nie miał szczęścia z Potterem, nieprawdaż? Ale chwilkę, on tego nie chciał, więc szczęściem było, że Potter go odepchnął. Zaczął się śmiać i nie mógł przestać, nawet gdy z kieszeni szaty wyciągnął buteleczkę. Potter chwycił go za rękę i popchnął na ścianę.
— Co to jest? Daj mi to! — Siłą wyrwał buteleczkę z dłoni Draco.
Draco patrzył jak Potter sprawdza zawartość buteleczki, w której pozostała jedna trzecia mikstury.
— Mój Boże — powiedział gorzko Potter. — To sprawia, że dzisiejszy dzień nabiera sensu. —Urażony wpatrywał się w Draco. — Więc gdzie ona jest? Ukryłeś Ritę Skeeter w przedsionku? Zdjęcia też będzie robić?
— Co? — spytał zdezorientowany Draco. — Nie, oczywiście, że nie. Oddawaj to! — Złapał za buteleczkę, jednak Potter ostro go odepchnął.
— Nie sądzę. — Spojrzał na Malfoya chłodno, oceniająco. — Ile wziąłeś?
— Oczywiście nie wystarczająco — odparł Draco, piorunując Pottera wzrokiem.
— Nie słuchałeś co mówił Slughorn? — krzyknął Potter. — Przedawkowanie Felix Felicis powoduje lekkomyślność, zawroty głowy, niebezpieczną pewność siebie, a na dodatek jest on wyjątkowo toksyczny. Chcesz się zabić!
— Co cię to obchodzi? — zawołał Draco, napierając na Gryfona i wtedy dało o sobie znać jego szczęście, bo buteleczka wyślizgnęła się Potterowi i wylądowała idealnie w czekającej na nią dłoni Draco. — Ha!
Wściekły i sfrustrowany Potter popatrzył na Draco.
— Dobra, Malfoy. To twój pogrzeb.
Odwrócił się i sztywnym krokiem wrócił do Wielkiej Sali, zostawiając Draco przed dębowymi drzwiami z butelką eliksiru w zaciśniętej pięści.

Zakazany Las, godz. 20:00

Draco, ciężko dysząc, stał w pustym holu. Pocałował Pottera. Dlaczego, do cholery, pocałował Pottera? Mógł to, oczywiście, zgonić na efekty działania eliksiru, a kiedy eliksir przestał działać — bo oczywiście przestał — uznać to za szaleństwo, przypadkową pomyłkę niezwiązaną z działaniem Felix Felicis. Oczekiwał całego dnia szczęścia. I co? To, że Potterowi przypisano zasługi za heroiczny czyn Draco, nie było szczęściem. Pocałowanie Pottera przez Draco również nie można nazwać szczęściem.
Spojrzał na buteleczkę z eliksirem, którą trzymał w drżących dłoniach.
Potter to idiota. Tylko regularnie i w dużych ilościach zażywany Felix Felicis jest toksyczny. Z pewnością nie dotyczy to tej rozcieńczonej wersji, którą sprzedał mu aptekarz. Prawdopodobnie musiałby wypić cały galon, żeby można było mówić o przedawkowaniu.
Kusiło go, żeby zażyć cały pozostały eliksir na raz, tylko po to, by udowodnić Potterowi, że się myli, ale był pewny, że połowa pozostałej części będzie wystarczająca. Zalała go fala gorąca, palącego gorąca przesuwającego się w dół jego ciała i kiedy poczuł ostry ból w jelitach, przez chwilę znów martwił się, że jednak się pomylił. Jednak ból szybko minął i dobre samopoczucie powróciło. Właściwie bardziej niż dobre.
Otworzył drzwi i rozejrzał się po błoniach otaczających Hogwart. Było ciemno, ale drogę prowadzącą do zamku oświetlały lewitujące świece, takie same jak te unoszące się nad stołami w Wielkiej Sali — dzięki nim mógł zobaczyć zaprzężone w testrale powozy, oczekujące na powracających z uroczystości gości. Bijąca Wierzba także była jasno oświetlona, poświatą obejmując teren obok zamku i skraj Zakazanego Lasu, a jej witki rzucały cienie wyglądające, jakby goniąc się, tańczyły na trawniku.
Draco zszedł ze schodów i, trzymając się z dala od testrali, znalazł się na drodze do jeziora. Nigdy wcześniej, przez całe siedem lat szkoły, nie postawił stopy w pobliżu jeziora, ale teraz coś go tam ciągnęło. Zobaczył co, gdy go dostrzegł: biały marmur migoczący odbitymi w wodzie refleksami. Jego strach stłumiło przeczucie zbliżającego się triumfu i serce zabiło mu szybciej. Zbliżył się do grobowca, nadal nie wiedząc, co tu właściwie robi, kiedy nagle go olśniło. Miał okraść grób. Miał okraść grób Dumbledore’a. Przypomniał sobie Rękę Glorii i jego przeszywający, niemal histeryczny śmiech odbił się w wodach jeziora.
Najlepszy przyjaciel złodziei i włamywaczy. Pański syn ma naprawdę dobry gust, sir!. Tak mówił Borgin, a ojciec nie był tym zachwycony. A teraz ojciec gnił w Azkabanie.
Zaklęciem otworzył grobowiec. Nawet będąc pod wpływem eliksiru nie mógł zajrzeć do środka, więc stanął w pewnej odległości od niego.
Accio różdżka.
Różdżka przyleciała do jego ręki i zacisnął na niej palce. Odczucie było porywające, mimo tego że jakaś jego część była przerażona tym, że zaledwie kilka sekund temu trzymał ją nieboszczyk. Znał tę różdżkę. Widział, jak płynie w powietrzu spadając z murów Wieży Astronomicznej.
Jak to jest być panem Czarnej Różdżki i nigdy nawet jej nie dotknąć? O to spytał Ollivander. Cóż, teraz ją trzymał. I nie ukradł jej. Wygrał prawo do różdżki, rozbrajając Dumbledore’a. Nawet Potter tak twierdził. Ale nie chciał zostawiać Dumbledore’a bez niczego. Za pomocą głogowej różdżki przelewitował tę drugą, zrobioną przez Girarda do wnętrza mogiły, a różdżkę z czarnego bzu wsunął do kieszeni.
Gdy ponownie zapieczętował grobowiec, szybko się odwrócił. Chciał się dowiedzieć, zgubieniem czego w Zakazanym Lesie tak martwił się Potter.
Nie było mu do śmiechu, gdy szedł w kierunku drzew. Było coś niepokojącego w obecności tej różdżki w jego dłoni, w uczuciu jej ciężaru w kieszeni szaty. Coś, co powodowało, że śmiech zamierał, nim zdążył wypłynąć na usta. Gardło miał zaciśnięte, czuł ucisk w klatce piersiowej, a jego ciało niemal wibrowało od boleśnie nagromadzonej wewnątrz energii, niemogącej znaleźć żadnego ujścia. Przyspieszył, starając się złagodzić dyskomfort. Cokolwiek było do zrobienia w Zakazanym Lesie, było niezwykle istotne.
Poświata Bijącej Wierzby oświetliła ścieżkę prowadząca na skraj lasu. Idąc, czuł zawroty głowy, jednak ich przyczyna wydała mu się oczywista — przechodził obok gwałtownie poruszających się gałęzi drzew, co powodowało, że światła wirowały i gwałtownie poruszały się, a kilka z nich zamigotało. Przed wejściem między drzewa rzucił Lumos i coś na ziemi przykuło jego wzrok. Światło z różdżki oświetliło znicza, rozłupanego na pół, niemalże w całości zagrzebanego w ziemi. Pochylając się, poczuł w brzuchu kolejne ostre ukłucie bólu, które szybko przeminęło, gdy drżącymi rękami podniósł znicz i złożył obie części razem. Włożył je do kieszeni, w której znajdowała się różdżka z czarnego bzu. Ból i zawroty głowy powracały falami, ale nie mógł się na nich skupić. Nie zwracał uwagi na dźwięki lasu, nie obchodziło go, czy szelest w krzakach i łamanie gałązek powodują akromantule, centaury lub którekolwiek z pozostałych leśnych stworzeń, które zawsze go przerażały. Nie potrafił skoncentrować się na czymkolwiek, wiedział tylko, że musi iść dalej. W końcu potknął się o coś i upadł. Ledwie zarejestrował ból w kolanie, gdy uświadomił sobie, że to, czego szukał, znajduje się właśnie tutaj. Rękami prześledził teren przed sobą, odgarnął liście i wsunął palce w miękką ziemię, by w końcu trafić na mały kamień. W świetle różdżki dojrzał na nim jakiś symbol. Obrócił go raz, drugi i trzeci. Albus Dumbledore, Severus Snape, Charity Burbage i Vincent Crabbe pojawili się przed nim.
— Co wy tu, do cholery, robicie? — krzyknął Draco i zatoczył się do tyłu.
Od razu się zorientował, że nie byli duchami, byli na to zbyt materialni, jednak co z tego, jeśli w ogóle nie powinno ich tu być.
— Najwyraźniej jesteśmy tutaj, by zobaczyć, jak umierasz — powiedział wyraźnie zdegustowany Snape.
— Nie umieram — stwierdził Draco, wędrując wzrokiem od jednej nierzeczywistej twarzy do drugiej, gdy nagle poczuł, że ból brzucha wrócił ze zdwojoną siłą.
— Jesteś zbyt mądry, by to negować, Draco — powiedział nieco delikatniej Snape. — Oczywiście, że umierasz. Zażyłeś więcej Felix Felicis w ciągu jednego dnia, niż mogłeś przyjąć przez całe życie. To śmiertelna dawka.
— Nie mogłem przyjąć aż tyle — odparł Draco z szeroko otwartymi oczami. — Moje szczęście zanikało. Eliksir nie działał, był rozcieńczony.
Mimo że Snape nie miał całkowicie stałej formy, jego rozdrażnienie było doskonale widoczne.
— Im więcej Felix Felicis masz w organizmie tym słabiej kontrolujesz swoje emocje i gorzej odróżniasz własne, mylące odruchy od rozwiązań, do których zachęca cię działanie eliksiru. Twoja mierna znajomość szczęścia jest bezpośrednim rezultatem kiepskiej oceny sytuacji. A twoją najbardziej kiepską dzisiejszą decyzją było, oczywiście, otrucie samego siebie.
— I kto to mówi! Sam się zabiłeś. I dlaczego? Bo kochałeś matkę Pottera. Potter powiedział tamtej nocy Czarnemu Panu i wszystkim innym o twoim patronusie — łani. Żałosne.
— Ona miała piękne oczy — powiedział Dumbledore.
I wtedy wściekłość pozwoliła Draco w końcu wykrzyczeć prosto w twarz tego mężczyzny, ducha, czegokolwiek:
— A ty się zamknij!
Dumbledore w odpowiedzi obdarzył go jedynie rozumiejącym spojrzeniem i Draco odsunął się od niego. Jego wzrok przez chwilę spoczął na Crabbe’ie i natychmiast przesunął się na Burbage. Miała na sobie to samo ubranie, w którym widział ją po raz ostatni, moment przed śmiercią, zawieszoną nad stołem.
— A co ty tu robisz? — krzyknął. — Nawet cię nie znam!
— Przypuszczam, że moja śmierć musiała być dla ciebie traumatycznym przeżyciem — odparła Burbage.
Co za głupia kobieta. Cieszył się, że nigdy nie był w jej klasie.
— Twoja śmierć wcale nie była dla mnie traumatycznym przeżyciem. Nawet raz o tobie nie pomyślałem!
— U mugoli zaprzeczanie jest pierwszym etapem żałoby — powiedziała, jakby znów prowadziła wykład na zajęciach w Hogwarcie, a nie stała tu przed nim, martwa.
— Nie jestem w żałobie po tobie, ty zakochana w mugolach suko!
— Powiedziałabym, że to już drugi etap, gniew — podsumowała niewzruszona.
Nagle uderzyły w niego nudności i zawroty głowy, i upadł na ziemię, jęcząc.
— Podejrzewam, że powinnaś powiedzieć mu o etapie trzecim — powiedział Snape.
— Severusie — przerwał Dumbledore. — Zawsze zachowujesz w ten sposób, gdy się o kogoś martwisz.
Draco podniósł głowę i zobaczył, jak Snape piorunuje Dumbledore’a wzrokiem, ale gdy mistrz eliksirów odwrócił się do niego, zobaczył w jego oczach również obawę. Po raz pierwszy dotarło do niego, że prawdopodobnie umrze.
— Jeśli umieram, to nie możesz mnie uratować. Nikt z was nie może. Nie mogliście nawet ocalić siebie samych!
— A jednak... — powiedział cicho Dumbledore. — Jesteś wart ocalenia.
— Wart ocalenia? — krzyknął Draco niemal histerycznie. — Nie mówiłbyś tak, gdybyś wiedział... — I wtedy, na widok twarzy Dumbledore’a, zrozumiał, że bardzo możliwe jest, że on wiedział. Niezdolny do pogodzenia się z tą myślą odwrócił się do Crabba, który spokojnie patrzył na niego. — A ty nie masz nic do powiedzenia? Nawet w życiu po śmierci, tak jak w Hogwarcie, będziesz stał niczym jakiś głupek? Jak wtedy, gdy spaliłeś wszystko i się zabiłeś?
— To nie było zbyt inteligentne z mojej strony — powiedział Crabbe. — Ale gdybyś wybierał sobie bystrych przyjaciół, to przyjaźniłbyś się z Granger, prawda?
Nie mógł tego znieść. Crabbe, tutaj, pytający czy Draco przyjaźniłby się z Granger?
— Z Grangerówną? Masz na myśli tę szlamę, którą chciałeś potraktować Crucio? Tę, którą usiłowałeś spalić? Właśnie tę? — krzyknął Draco.
— Żałuję, że to zrobiłem — odparł Crabbe.
I wtedy w Draco coś pękło.
— No, jaka szkoda! Bo jesteś, kurwa, martwy! Bo się, kurwa, sam zabiłeś i jest za późno, by cokolwiek zrobić!
Nadeszła kolejna fala zawrotów głowy i Draco w tym samym momencie zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy: że jego policzki są mokre, i że między Burbage a Crabbe’em stoi wpatrujący się w niego Potter. Miał tylko tyle czasu, by pomyśleć, że tym razem Potter nie musi zawracać sobie głowy krojeniem go na plasterki, kiedy poczuł kolejne uderzenie bólu, tak intensywnego, jakby ktoś rozcinał go od środka. Kamień wyślizgnął mu się z palców i zniknęli wszyscy, poza Potterem. Poza Potterem, który odchylił mu głowę do tyłu, zmuszając do otwarcia ust i wetknął w nie coś — jakiś mały kamyk albo wysuszone ziarnko, które Draco usiłował wypluć.
— Malfoy, ty głupi skurczybyku — powiedział Potter, przytrzymując usta Draco zamknięte i Ślizgon nagle uświadomił sobie, że ma w ustach bezoar. Przełknął go. Dysząc, opadł na ręce Pottera i ramiona Gryfona ściśle go otoczyły.
— Skąd miałeś bezoar? — spytał w końcu Draco zachrypniętym głosem.
— Od Slughorna.
— Jak mnie znalazłeś?
— Mam mapę.
To nie miało sensu, no chyba, że Potter miał mapę pokazującą dokładnie, gdzie znajdował Draco, ale to mogli przedyskutować później. Gdy minął kolejny, dłuższy moment i myśli Draco stały się bardziej przejrzyste, zdał sobie sprawę, że siedzi w środku Zakazanego Lasu wtulony w Chłopca, Który Przeżył. Skrępowany odsunął się, a Potter załapał aluzję i wycofał ramiona.
— Znów mnie uratowałeś — powiedział w końcu Draco. — To naprawdę zaczyna być żenujące.
Potter odchrząknął.
— No cóż, jesteś wart ocalenia, prawda? Tak powiedział Dumbledore.
— Słyszałeś to wszystko?
— Słyszałem, co mówiłeś pod koniec. Nie widziałem z kim rozmawiałeś. Ale jakoś się domyśliłem.
Draco zmusił się, by spojrzeć na twarz Pottera, tak by mógł w odpowiedni sposób przekazać, jak mało imponowała mu potterowska umiejętność wyciągania wniosków.
— Nadal wszystkie swoje decyzje opierasz na tym, co mówi ten stary łajdak?
— Nie — odpowiedział Potter. — Już tego nie robię.
Draco usiłował się podnieść, ale nagły ból przeszył jego nogi i ostatecznie usiadł, udając, że od początku chciał to zrobić
— Więc czym się kierowałeś podejmując swoją decyzję?
Potter westchnął.
— No dobra, byłem wściekły. Ale kiedy zdałem sobie sprawę, że przedawkowałeś, zacząłem myśleć o tym, co zrobiłeś w ciągu dzisiejszego dnia. Kiedy ja wziąłem Felix Felicis... Robiłem rzeczy, których nie zrobiłbym bez eliksiru. Ale nie zrobiłem niczego, na co naprawdę nie miałem ochoty.
Draco splótł ramiona na klatce piersiowej. To był sposób rozumowania, którego nie chciał przyjąć do wiadomości.
— I?
— Ty robiłeś dobre rzeczy. W większości. Nawet jeśli były podyktowane egoistycznymi pobudkami. — Potter na chwilę zamilkł i zmarszczył brwi. — Nawet jeśli niektóre robiłeś tylko po to, by być irytującym.
— Nie uznał bym ich za podyktowane egoistycznymi pobudkami. Schwytanie Greybacka służyło interesom wielu osób.
— Cóż, to mój punkt widzenia — odpowiedział Potter. — Pomyśl, co tak naprawdę powoduje ten eliksir? Sprawia, że jesteś bardziej pewny siebie. I pomaga dokonywać właściwych wyborów. Jeśli mógłbyś dokonywałbyś tych wyborów i był bardziej pewny siebie, to... robiłbyś to też w czasie wojny.
Logika Pottera była żałosna.
— Jakich „właściwych wyborów” miałbym twoim zdaniem dokonać? W ogóle mnie nie znasz, Potter.
— Widziałem cię, gdy patrzyłeś na Greybacka. Nienawidzisz go, tak samo jak ja. I obchodzi cię to, że ludzie ginęli — płakałeś po nich nie dalej niż dziesięć minut temu.
— Wcale nie — powiedział Draco z wściekłością.
Potter tylko na niego patrzył. Zatem rozmowa była zakończona. Draco wstał, krzywiąc się. Wygładzając swoje zniszczone szaty, zauważył wciąż leżący na ziemi kamień.
— Tak czy siak, Potter, co masz zamiar zrobić z tym kamieniem? Mówiłeś, że nie chcesz go tu zostawić. Nawiasem mówiąc, nie powinieneś go tu zostawiać, ta rzecz jest zła.
Potter utkwił spojrzenie w kamieniu.
— Czytałeś kiedyś „Opowieść o trzech braciach”?
— Oczywiście, że czytałem. Czy ktokolwiek tego nie czytał? — urwał nagle. — Czekaj, chcesz powiedzieć, że to Kamień Wskrzeszenia z Baśni barda Beedle'a?
Potter pokiwał głową.
— Dziewczyna z historii, ta przywołana spośród zmarłych, tak naprawdę cierpiała. Tak jak mężczyzna, który ją sprowadził, zanim zwariował i zabił się z tęsknoty. Nie sądzę, by ten kamień był dobrą rzeczą. Chciałbym go zniszczyć, ale nie wiem jak.
— Szatańska Pożoga dałaby radę — zasugerował Draco. — Moglibyśmy iść teraz do Pokoju Życzeń i go zniszczyć.
Potter skierował światło różdżki na twarz Draco i pochylił się ku niemu.
— Jesteś pewny, że twój organizm został oczyszczony z eliksiru? Naprawdę proponujesz, byśmy wrócili do Hogwartu, gdy zamek jest pełen ludzi świętujących jego odbudowę i chcesz, żebyśmy rozpętali w środku Szatańską Pożogę?
— Oczywiście, że zostałem oczyszczony z działania eliksiru. Na litość Merlina, podałeś mi bezoar. A jeśli chodzi o pokój, to za pierwszym razem ją przetrwał, prawda? I nie świeć mi w oczy!
— Byłeś tam, Malfoy. Crabbe się zabił. I omal nie pozabijał nas wszystkich.
— Crabbe nie wiedział, co robi. Słuchaj... — Draco zamilkł. Nikomu nie powiedział tego, co właśnie zamierzał wyjawić Potterowi. — Ja... Przez ostatnie kilka miesięcy sporo czytałem o Szatańskiej Pożodze. Chciałem wiedzieć... Chciałem wiedzieć, czy mogłem coś zrobić. I co mógłbym zrobić, jeśli miałbym z nią styczność jeszcze kiedyś, w przyszłości.
Potter milczał przez chwilę.
— Czego się dowiedziałeś?
— Są zaklęcia, które kierują trajektorią Szatańskiej Pożogi... przez kilka minut...
— Jasne, to bardzo pocieszające — powiedział Potter, przewracając oczami.
— Ale są też zaklęcia chroniące osobę rzucającą inkantację. I zaklęcie gaszące ogień. No i tym razem nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy byli bliżej drzwi.
Draco nie mógł nic wyczytać z wyrazu twarzy Pottera i prychnął rozdrażniony. Przede wszystkim nie wiedział nawet, dlaczego zaoferował swoją pomoc.
— Słuchaj, Potter, to zależy od ciebie. Możesz zostawić ten kamień tutaj i mieć nadzieję, że nikt się na niego nie natknie. Albo możemy iść do Pokoju Życzeń i zniszczyć go jeszcze dziś wieczorem.
Potter zastanawiał się przez chwilę, po czym podniósł kamień i schował go do kieszeni.
— Dobra. Zróbmy to. Ale musimy udać się w jeszcze jedno miejsce, zanim pójdziemy do Pokoju Życzeń.
— Potter, o jakim dystansie mówimy? Moje kolana nie mają się najlepiej — przyznał się Draco. — Tego wieczora raczej kiepski ze mnie wędrowiec.
— Gdybym przyniósł miotłę — powiedział Potter marszcząc brwi — moglibyśmy na niej polecieć.
— Nie, dzięki. Nie sądzisz, że byłoby to trochę żenujące? Poza tym, mogłoby ci się za bardzo spodobać. — I wtedy przypomniał sobie, że to on pocałował Pottera, że to on obmacywał Pottera, a Potter go odepchnął. Zapomnij o zażenowaniu, to jest cholernie upokarzające.
Ruszył w stronę zamku, a przynajmniej starał się, zanim poczuł, że jego kolano ugina się pod jego ciężarem. Potter chwycił jego rękę i otoczył nią swoje ramiona.
— Nie bądź głupi — powiedział Potter prosto do jego ucha i Draco zadrżał. — Wiem, że znów jesteś... sobą i nie chcesz bym cię dotykał, ale nie możesz chodzić. Pomogę ci się dostać do zamku, a tam twoje kolana obejrzy pani Pomfrey. Resztą zajmiemy się później.
Przez chwilę szli razem, w ciszy. Nie było to zbyt trudne, gdy już dopasowali do siebie rytm kroków. Draco zastanawiał się, jak daleko w lesie się znajdują i jak blisko nich mogą być akromantule i centaury, ale trudno było mu być przerażonym z Harrym Potterem przytulonym do boku.
I miał zamiar udawać, że nigdy o tym nie pomyślał. Nigdy.
— Co zrobiłeś Potter? W swoim idealnym dniu? — Draco w końcu znalazł rzecz, o którą mógł zapytać.
— Zdobyłem wspomnienie Slughorna o Voldemorcie. Później, tej nocy gdy wpuściłeś śmierciożerców do Hogwartu, oddałem resztę moim przyjaciołom, by mogli się obronić.
Draco nie wiedział, co powiedzieć.
— Tamtego roku wielokrotnie marzyłem, by mieć Felix Felicis — powiedział wreszcie. — Myślałem, że pomoże mi naprawić szafkę zniknięć. Teraz myślę... Nie sądzę, by się tak stało. — Czuł się na tyle niezręcznie, że postanowił coś dodać. — Doprawdy, rozdałeś całą resztę? To żałosne, Potter.
Włosy Pottera musnęły jego policzek, kiedy Gryfon odwrócił się do niego.
— Tak sądzisz?
— No cóż. Nie, nie sądzę tak. W każdym razie nie do końca. Rozumiem potrzebę chronienia przyjaciół.
— Czy dlatego tam byłeś? — spytał Potter. — Z Crabbe’em i Goyle’em w Pokoju Życzeń? Czy może naprawdę zdecydowałeś zabrać mnie do Voldemorta?
Draco poczuł się zraniony oczywistą niechęcią Pottera do dyskusji o czymś innym, niż o tym, jakim był marnym śmierciożercą.
— Nie podjąłem konkretnej... decyzji, w kwestii tego, co zrobię. Chciałem zapytać cię o diadem. Ogień tak jakby stanął nam na drodze.
Potter zatrzymał się i odwrócił do Draco.
— A co jeśli powiedziałbym ci o diademie? O tym czym był? I gdybym poprosił, byś stanął po mojej stronie, by mi pomóc, zrobiłbyś to?
Draco spojrzał na niego. Wyobraził sobie Harry’ego Pottera wyjawiającego tajemnicę, proszącego o pomoc. Sama myśl wypełniła go komfortowym ciepłem. To wprawiało w zakłopotanie.
— Musiałbyś użyć bardzo przekonującego argumentu — powiedział w końcu.
Potter wyglądał na usatysfakcjonowanego wizją Draco wybierającego jego stronę.
Idąc, Ślizgon spoglądał w bok, gdy tylko wydawało mu się, że Potter nie patrzy. Zadowolony uśmieszek czaił się w kącikach ust Pottera. Ust, które całowałem zaledwie dwie godziny temu, przypomniał sobie i natychmiast próbować usunąć tę myśl z głowy.
Draco nigdy nie był tak szczęśliwy, widząc skraj lasu. Gdy tylko mogli zobaczyć błonie Hogwartu, Potter zatrzymał się, wpatrując się w boisko do quidditcha.
— Byłeś pod wpływem Felix Felicis, kiedy mnie pokonałeś.
— Oczywiście — powiedział Draco, przewracając oczami.
— Wiesz, że to nielegalne.
— To nielegalne w meczach zawodowych.
— Zasadniczo to oszustwo — upierał się Potter.
— Jasne, Potter. Bo dla ciebie przepisy zawsze są najważniejsze.
— Pokonam cię następnym razem — powiedział stanowczo Potter, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co właśnie powiedział.
— Zobaczymy — odparł Draco, przyglądając mu się z boku i usiłując mówić bez zadowolenia w głosie. — Znalazłem uszkodzony znicz na skraju lasu, w pobliżu chatki gajowego. — Wsunął rękę do kieszeni i uśmiech zamarł na jego ustach, gdy zamiast znicza wyczuł znajdująca się obok niego Czarną Różdżkę. Zapomniał o niej. A Potter myśli, że pod wpływem eliksiru ludzie pokazują na co naprawdę ich stać. Ich prawdziwą wartość. Czuł, jakby zaraz miał się rozchorować.
Potter przystanął i patrzył na niego, jakby wszystko już wiedział. Ale najwyraźniej tak nie było.
— Znalazłeś uszkodzony znicz koło chatki Hagrida? To... — Potter zaśmiał się słabo. — To naprawdę dziwne. — Po chwili Potter skłonił Draco do dalszej wędrówki i z każdym krokiem jego ramiona, zaciśnięte wokół Ślizgona, rozluźniały się. Draco nadal był spięty, jednak Gryfon tego nie dostrzegał. — To... To ten z mojego pierwszego meczu — powiedział wreszcie. — Ten, który złapałem ustami. Pamiętasz jaki był ubaw? — Potter odwrócił głowę i uśmiechnął się do Draco.
Obojętne jak dobrą opinię miał o nim Potter, już wkrótce ją straci. Po prostu jeszcze o tym nie wiedział. I na co mu to było? Zabrał Czarną Różdżkę, ale ona tak naprawdę nie należała do niego. Nie będzie mu posłuszna, tak jak nie była posłuszna Czarnemu Panu. Nagły dreszcz przeniknął jego ciało, gdy uświadomił sobie, że różdżka nie była jego, ale mogłaby być. Nie musiałby zabijać Pottera. Nie musiałby go nawet zranić. Wystarczyłoby go rozbroić. Tak czy tak, Potter i tak go nienawidzi.
— Dumbledore zatrzymał go... — kontynuował Potter i Draco wzdrygnął się na dźwięk użytego nazwiska. — Przechowywał go przez te wszystkie lata. Gdy zmarł...
Draco drżącą dłonią wyciągnął różdżkę z kieszeni. Szarpnięciem ściągnął rękę z ramion Pottera i robiąc kilka bolesnych kroków, kulejąc, odsunął się od ciepła bijącego z ciała Gryfona. Wycelował w niego, lecz nie mógł zmusić się do wypowiedzenia zaklęcia. Nie mógł go nawet odtworzyć w myślach. Zdezorientowany Potter zrobił krok w jego stronę, jednak zamarł, widząc różdżkę z czarnego bzu. Kołyszące światła i cienie rzucane przez Bijącą Wierzbę tańczyły na jego twarzy, uniemożliwiając Draco wyczytanie z niej czegokolwiek.
— Skąd ją masz?
— Wiesz skąd, Potter.
— Racja, wiem. Zamierzałem tam pójść po zajęciu się twoimi nogami.
— Co?
— To było to miejsce, do którego mieliśmy się udać przez pójściem do Pokoju Życzeń.
Draco nadal w niego celował, w duchu przeklinając dłoń, która wciąż drżała.
— Myślałem... — mówił dalej Potter. Był zbyt spokojny, czyżby nie rozumiał, co Draco zrobił? — Myślałem, że będą bezpieczne. W lesie, w grobowcu. Ale dziś zdałem sobie sprawę, jak łatwo byłoby komuś — kto, powiedzmy, zażyje eliksir — przywłaszczyć je sobie. Wiesz, co ktoś inny, ktoś taki jak Grindewald czy Voldemort mógłby... — Potter zamilkł, wyglądając na zmartwionego. Jak gdyby splądrowanie przez Draco grobu Dumbledore’a nie było wystarczająco niepokojące.
— Masz na myśli kogoś takiego jak ja? — krzyknął Draco.
— Malfoy — odparł Potter. — Tę różdżkę nazywają Różdżką Przeznaczenia albo Berłem Śmierci. A ty już nie jesteś jej panem. Naprawdę chcesz o nią ze mną walczyć? Tego chcesz? Nie sądzę. Właściwie to wiem, że nie chcesz. — Zrobił krok w kierunku Draco, a jego spojrzenie było skupione i poważne. — Nie wierzę, że wziąłeś ją z grobowca, by stać się następnym Czarnym Panem. Albo żeby z nią uciec i cieszyć się posiadaniem wszechmocnej różdżki, dopóki ktoś cię nie zabije, by ją zdobyć. Myślę, że zrobiłeś to, by pomóc mi ją zniszczyć.
Ręka Draco opadła.
— Co?
— Powiedziałeś, że gdybym poprosił, to byś mi pomógł. Teraz proszę.
Potter podszedł jeszcze bliżej, a Draco odtwarzał w myślach jego słowa, usiłując wydobyć z nich sens.
— Chcesz, żebym ci pomógł — powiedział wreszcie.
— Tak.
— Cóż... — powiedział Draco, a jego serce nadal biło szaleńczo. — Dobrze.
— Teraz daj mi różdżkę — powiedział Potter wyciągając dłoń i Draco wręczył mu ją. Nie wiedział, czego się spodziewać po Gryfonie. Może tego, że odłoży różdżkę? Albo że pacnie go w łeb, jak tylko ją odzyska? Zamiast tego Potter wziął różdżkę i przykucnął przy stopach Draco.
— Potter? — spytał odrobinę zaniepokojony. — Potter, co ty...?
— Chwileczkę... Już. — Potter dotknął różdżką kolana Draco i ból nagle zniknął.
— Och. — Draco zamrugał. Ta różdżka była doskonała. A on miał pomóc ją zniszczyć. To szaleństwo, ojciec mu nigdy nie wybaczy.
— Wiedziałem, że się zgodzisz — powiedział Potter, podnosząc głowę, a Draco spiorunował go wzrokiem. — To był komplement! — dodał pospiesznie Potter. — To znaczy, chciałem powiedzieć dziękuję. Za powiedzenie tak.
— Użyłeś bardzo przekonującego argumentu — wymamrotał Draco.
Ruszyli razem w stronę zamku, nie mówiąc zbyt wiele, każdy z nich pogrążony we własnych myślach. Draco wmawiał sobie, że nie tęskni do spaceru z ręką owiniętą wokół ramion Pottera i zamiast tego rozmyślał o kamieniu i różdżce. Coś przyszło mu do głowy.
— Ta różdżka też jest z opowieści, prawda?
Potter skinął głową.
— Różdżka, kamień, przypuszczam, że zaraz powiesz mi, że masz pelery...
Zatrzymał się, wpatrując się w Pottera, a ten wzruszył ramionami.
— Od naszego pierwszego roku.
— Użyłeś peleryny niewidki Śmierci, by obrzucić mnie błotem na trzecim roku? Nic dziwnego, że cię nienawidziłem.
— Używałem jej też, by śledzić cię na szóstym roku.
Jeszcze wczoraj ta myśl wywołałaby u niego złość, jednak teraz Draco jedynie się zaczerwienił i zastanowił, świadkiem jakich prywatnych chwil w tamtym okresie mimowolnie stał się Potter. Odepchnął od siebie te myśli. Kiedy dotarli do wejścia, Draco zatrzymał się, odwracając się do Pottera.
— Potter. Nie chciałem tego. Nie chciałem się śmiać.
— Wiem — odpowiedział Potter zaciskając usta. — Wiem, że tego nie chciałeś.

Pokój Życzeń, godz. 21:07

Draco nie był pewny, co zastanie w Pokoju Życzeń. Poprosił o bezpieczne miejsce, w którym można będzie wykorzystać Szatańską Pożogę do zniszczenia różdżki i kamienia. Po otworzeniu drzwi znalazł się w bardzo dużym pomieszczeniu. Mniejszym niż pokój z ukrytymi przedmiotami, w którym stała szafka zniknięć, ale większym niż to, w którym Potter urządzał na piątym roku spotkania swojego małego klubu. Pomimo braku oczywistych źródeł światła, sala była jasno oświetlona. Ściany i sufit wykonano z błyszczącego, czarnego kamienia, a na środku pomieszczenia stała głęboka, kamienna misa wykonana z tego samego materiału. Na drugim końcu sali, po przeciwnej stronie niż drzwi, leżały stosy łatwopalnych materiałów: niektóre zupełnie oczywiste, jak drewno, czy słoma, a niektóre zaskakujące — jak meble, czy duże bele tkanin.
Potter zamknął za nimi drzwi, a te natychmiast zamieniły się w czarny kamień, choć klamka nadal była widoczna. Potter czekał, patrząc na Draco. To było niepokojące.
— Idź i... włóż je tam — powiedział Draco, wskazując misę i Potter tak zrobił, podczas gdy Ślizgon powtarzał sobie wszystkie niezbędne zaklęcia. Znał je, był tego pewny. Mógł nawet wyobrazić sobie książkę na biurku — książkę, na której siedziała sowa — i strony, na których znajdowały się zaklęcia. Mógł to zrobić. Ale gdy Potter szedł przez salę, poczuł zwątpienie. Gryfon mu zaufał. Co jeśli spaprze zaklęcie? Co jeśli Potter spłonie jak Crabbe? Nagle przypomniał sobie buteleczkę, nadal spoczywającą w jego kieszeni. Wyciągnął ją i przyjrzał się jej — nadal była w niej porcja eliksiru, ostatnia dawka. Podniósł wzrok i zobaczył, że Potter z ponurą miną wpatruje się w buteleczkę na jego dłoni. Draco wyciągnął rękę z prawie pustą buteleczką w jego stronę.
— Słuchaj, ja oczywiście nie mogę tego wypić, ale nic nie stoi na przeszkodzie, byś ty to zrobił. Jeśli martwisz się o to, jak pójdzie...
— Nie martwię się — powiedział stanowczo Potter ale wziął buteleczkę, po czym wsunął ją do własnej kieszeni. — Ale to nie znaczy, że zamierzam zostawić to w twoim posiadaniu. — Wyglądał na zirytowanego faktem, że nie pomyślał wcześniej, by skonfiskować eliksir.
— Nie ma za co — powiedział oschle Draco.
Nie pozostało nic innego niż rozpocząć przedstawienie. Draco stanął dokładnie na wprost misy, jak najbliżej drzwi.
— Musisz stanąć bliżej — powiedział nie patrząc na Pottera i robiąc wszystko, by jego głos brzmiał spokojnie. — Zaklęcie ochronne nie rozciąga się daleko poza osobę rzucającą czar, więc... im będziesz bliżej, tym lepiej.
Potter przełknął ciężko, przelotnie spoglądając na Draco, a potem powoli podszedł do niego i otoczył go w pasie ramionami.
— Tak dobrze? — spytał cicho.
— Jasne — odpowiedział zwięźle Draco.
Skierował swoją uwagę na środek sali, ignorując naciskające na niego ciało Pottera. To było zbyt ważne. Musiał się skupić. Ledwie dosłyszalnym szeptem rzucił zaklęcie ochronne, a następnie wypowiedział inkantację, która rozpętała Szatańską Pożogę.
Ogień wystrzelił z różdżki, rycząc i grożąc zniszczeniem wszystkiego, co stanie mu na drodze, jednak zdecydowana większość impetu skierowana była ku kamiennej misie. Draco i Harry w ciszy przyglądali się, jak ogień kłębi się, od czasu do czasu wylewając się poza misę, okrąża ją, by ponownie w niej zanurkować. Ściany pomieszczenia płonęły przytłumionym czerwonym blaskiem. Po chwili coraz więcej płomieni zaczęło wylewać się poza misę i Draco podniósł swoją różdżkę. Potter złapał go za rękę.
— Minuta minęła — powiedział Draco. — Muszę to zakończyć.
— Powiedziałeś, że jesteśmy chronieni przez zaklęcie — odparł Potter, obejmując Draco mocniej drugim ramieniem. — Pozwól, by to trwało tak długo, jak możesz. Nie wiemy, ile potrwa zniszczenie kamienia.
Patrzyli, jak pojawia się więcej płomieni, przesuwających się w stronę drugiego końca sali, gdzie była zgromadzona cała podpałka. Języki ognia zaczęły przybierać przeróżne kształty — wężów, smoków, ptaszydeł — i zaatakowały łatwopalny stos, początkowo ignorując drewno i słomę, na rzecz bardziej osobowych, ludzkich przedmiotów — krzeseł i gobelinów — jednak wkrótce cały tył sali stal w ogniu.
Z tego piekła wyłonił się smok i wydawał się na nich ryczeć, jednak nie można było go usłyszeć przez ogłuszające odgłosy Szatańskiej Pożogi. Draco ponownie uniósł różdżkę i Potter tym razem nie złapał go za rękę, ale zacisnął bardziej ramiona i krzyknął:
— Jeszcze nie!
Draco zdał sobie sprawę, że choć nie czuli żaru przez zaklęcie ochronne, pokój sam w sobie stał się swojego rodzaju piecem, a kamienna misa była w większości pusta. Materiały z tyłu sali strawiła pożoga i ognisty smok spadł teraz na nich, a zaraz po nim to samo zrobiły dwa węże i chimera.
Rzucił zaklęcie gaszące pożar. Wszystkie płomienie, które do tej pory nie przybrały zwierzęcej postaci, natychmiast znikły, ale musiał powtórzyć inkantację, osobno dla każdej ognistej zwierzęcej formy. Udało mu się unieszkodliwić smoka, ptaki i chimerę zanim do nich dotarły, ale było naprawdę blisko. Czar ochronny powinien je zatrzymać, jednak był zadowolony, że nie musiał go sprawdzać.
Kiedy pomieszczenie było już całkiem wolne od ognia, obaj stali nieruchomo jeszcze przez chwilę. Ramiona Pottera wciąż były mocno zaciśnięte wokół Draco i ten nie za bardzo wiedział, co o tym myśleć. Odchrząknął.
— Ostatnie zaklęcie, którego użyłeś. Co to było? — zapytał w końcu Potter, a Draco stał się nagle świadomy ruchów klatki piersiowej Pottera wtulonej w jego plecy i jego oddechu na własnym karku. — Nie usłyszałem go.
— Tak naprawdę to dwa zaklęcia połączone w jedno. Część odpowiada za ugaszenie ognia, a część to zaklęcie banicji, bo to ogień demoniczny i należy go wygnać.
Jedna z rąk Pottera powędrowała wyżej, na klatkę piersiową Draco, a druga pozostała na brzuchu, gdzie kciukiem delikatnie gładził mięśnie Ślizgona. Ręce Draco, które pozostawały pewne i spokojne przez całą Szatańską Pożogę, teraz zaczęły drżeć.
— Potter... — powiedział Draco.
— Tak?
— Myślę, że powinniśmy sprawdzić różdżkę i kamień. Tam. — Wskazał misę.
— Eee... Racja — powiedział Potter i cofając się, zdjął ramiona z torsu i brzucha Draco.
Draco natychmiast podszedł do środka pomieszczenia. Nie widział miny Pottera, bo celowo na niego nie patrzył. Kaszląc, rzucił zaklęcie rozpraszające dym unoszący się w powietrzu. W misie nie pozostało nic oprócz popiołu i sczerniałych, pokruszonych kawałków kamienia. Wyczuł obok siebie obecność Gryfona.
— Udało się — powiedział Draco. — Szatańska Pożoga zniszczyła oba Insygnia. Nie stało się nic złego.
— Nie martwiłem się o to — powiedział Potter.
— Byłem przekonany, że zginę. — Draco spojrzał w górę i zobaczył, że Potter zaczyna marszczyć brwi. — To znaczy, nie tym razem, oczywiście. Poprzednio.
— Wtedy nie zastanawiałem się nad tym, że mogę umrzeć. Nie miałem na to czasu. Za to później, kiedy szedłem na spotkanie z Voldemortem w lesie, byłem pewny, że nie przeżyję.
Draco wzdrygnął się na samo wspomnienie tego zdarzenia. Nadal nie rozumiał, jak Potter mógł to zrobić.
— O czym myślałeś? Wtedy, kiedy sądziłeś, że umrzesz?
— Ostatnią rzeczą, na której się skupiłem, było to, że chciałbym pocałować Ginny.
Coś w Draco zamarło i Ślizgon spiął się.
— Och. — Odwrócił się, zamierzając iść prosto do drzwi, ale Potter znów złapał go za rękę.
— Jednak nie było tak samo, jak zapamiętałem, kiedy udało mi się ją ponownie pocałować — powiedział cicho.
Nic nie jest takie, jak ja pamiętam, chciał powiedzieć Draco, ale nie chciał myśleć o tych wszystkich rzeczach, które były inne. O swoich przyjaciołach, którzy odeszli, o domu, który został splądrowany, o jego świecie, który całkiem się zmienił, o ojcu, który był w więzieniu. I definitywnie nie chciał myśleć o tym, co ojciec powiedziałby, wiedząc nad zrobieniem czego zastanawiał się teraz Draco.
Spojrzał na Pottera, który wpatrywał się w niego. Prosto w jego usta.
— Draco... W holu wejściowym. Kiedy ty...
— Nie byłem wtedy przy zdrowych zmysłach, Harry.
I to była prawda. Jedyny problem polegał na tym, że najwyraźniej nadal nie był przy zdrowych zmysłach. Albo może jego zdrowe zmysły to jedna z tych rzeczy, które utracił podczas jednego z bliskich śmierci doświadczeń, razem z umiejętnością podejmowania racjonalnych decyzji?
— Więc twierdzisz, że tego nie chciałeś...?
Draco zacisnął usta.
— Czemu, Potter? Twierdzisz, że ty tego chciałeś?
— Tak, dokładnie tak twierdzę.
Draco utkwił w nim spojrzenie. Powinien powiedzieć Potterowi, że ma pecha, bo on woli dziewczyny. Dziewczyny takie jak Astoria Greengrass, albo Pansy. I że okoliczności, które doprowadziły do tej szalonej interakcji w holu wejściowym nigdy, przenigdy, się nie powtórzą. Ale najwyraźniej szaleństwo się rozprzestrzeniało, bo nie mógł przestać myśleć o rękach Pottera na swojej klatce piersiowej i brzuchu, o włosach Pottera ocierających się o jego policzek, o palcach Pottera, które czuł w swojej dłoni... A później nie mógł już nic powiedzieć, bo dłoń Pottera zaciskała się na jego włosach, a język Pottera był w jego ustach i, Merlinie, chciał tego, chciał tego tak mocno.
Zbyt mocno, co stało się dla niego jasne, gdy chwyt na włosach rozluźnił się, a palce Pottera zaczęły delikatnie gładzić jego głowę. Poza ustami, gładko przesuwającymi się po jego własnych, i poza naciskiem bioder Gryfona na erekcję Draco, której ten nie był w stanie zignorować, było jeszcze uczucie rąk Pottera owiniętych wokół niego, obejmujących go mocno i dociskających go do jego klatki piersiowej. No i był jeszcze zapach Pottera, który w jakiś sposób w ciągu dzisiejszego dnia stał się tak znajomy i powodował, że z Draco działo się coś dziwnego — coś zapierało mu dech w piersi, ściskało mu gardło. A przecież nie powinno chodzić o bycie blisko Pottera. Bo kiedy ludzie robią wspólnie takie rzeczy, nie powinno chodzić o nic więcej niż jednorazowy seks.
Tak jak poprzednio sięgnął w dół i przycisnął do siebie Gryfona, ale tym razem Potter go nie odepchnął. Oparł czoło o bark Draco i jęknął mu cicho do ucha. Draco drżał na całym ciele. Owinął swoje ramię wokół Pottera i zanurzył twarz w jego włosach. I ciągle chodziło o bycie blisko Pottera, uświadomił sobie i mocno odepchnął go od siebie.
Potter stał tam, dysząc i zmieszany wpatrywał się w Ślizgona.
— Draco, co…?
— Ja nie jestem… Nie mogę… — powiedział Draco, a jego usta wciąż były wilgotne i obrzmiałe od pocałunków. Nie był pewny, co chciał powiedzieć, nie był nawet pewny, czy to prawda. Potter wpatrywał się w niego z zarumienionymi policzkami i rozszerzonymi źrenicami i Draco poczuł, że wciąż znajduje się niewystarczająco daleko od niego. Zrobił kilka kroków w tył i ciężko dysząc, oparł się o jedną z gładkich, czarnych ścian, z trudem próbując uzyskać panowanie nad własnym podnieceniem.
Nie zdawał sobie sprawy z tego, że Potter pokonał dystans między nimi, dopóki Gryfon nie położył mu dłoni na ramieniu. Draco wyszarpnął się z jego uścisku.
— Słuchaj, Potter, mam nadzieję, że nie będę musiał powtarzać, że… — zamilkł, niezdolny do zakończenia zdania.
Potter przez chwilę obserwował go w ciszy.
— Cóż, jeśli jednak moglibyśmy, to następnym razem poproś o jakieś bardziej komfortowe miejsce. To Pokój Życzeń — dodał, niemalże z wyrzutem rozglądając się po ścianach pomieszczenia. — Można by pomyśleć, że dałby nam łóżko czy coś...
— Przypuszczam, że go nie potrzebowaliśmy — powiedział Draco, usiłując nie myśleć o sobie i Potterze w łóżku. I tak w jego towarzystwie czuł się już bezwstydnie rozgrzany i bezpieczny, nie było potrzeby dodawania do tego jeszcze pościeli. — Muszę wyjść.
— Draco, zaczekaj.
— Co?
— Wciąż jesteś mi winny rewanż.
Draco zamrugał.
— Racja — powiedział wreszcie.
— Co powiesz na jutrzejszy dzień?
To było absolutnie przerażające. Robienie czegokolwiek z Potterem, kiedykolwiek w tym roku było cholernie okropnym pomysłem.
— Jutro brzmi dobrze. — Draco usłyszał jak sam to mówi. — Ale… — kontynuował znacząco, w odpowiedzi na triumfalny wyraz twarzy Pottera — na nic nie licz. Nie dostaniesz znicza, nie mówiąc już o… — zarumienił się i nieprzekonująco dokończył: — …czymś innym. —
Kąciki ust Pottera uniosły się w rozbawieniu i Draco się zjeżył. — To nie ma sensu. Za tydzień znów będziesz z Weasleyówną.
— Nie sądzę — powiedział Potter, a wszystkie ślady rozbawienia zniknęły jak ręką odjął, a jego spojrzenie znów było intensywne i płomienne. I Draco tego chciał — chciał ramion Pottera owiniętych wokół niego, chciał jego ust na swojej szyi, jego palców w swoich włosach.
Chciał znów pocałować Pottera. Omal tego nie zrobił.
— Muszę iść — powtórzył. Potrzebował czasu do namysłu. Wystarczająco dużo rzeczy zrobił dziś pod wpływem impulsu.
— Draco — powiedział Potter. — Do jutra.
Draco nie mógł kontrolować motyli w swoim brzuchu, ale mógł kontrolować swój wyraz twarzy. Uniósł więc jedną brew.
— Jeśli będziesz miał szczęście, Potter.

Koniec
Ostatnio edytowano 1 paź 2012, o 16:02 przez zanda, łącznie edytowano 1 raz
zanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 70
Dołączył(a): 23 mar 2011, o 17:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Jronja » 1 paź 2012, o 00:32

O rety, ależ mi się podobało!
Przeczytałam to opowiadanko z niesamowitą przyjemnością i chociaż w gruncie rzeczy nie było czymś nadzwyczajnym, to sprawiłaś mi nim ogromną radość.
Ciekawy pomysł. Może wykorzystanie motywu Felix Felicis nie jest czymś całkowicie nowym (na pewno już o tym czytałam, choć kompletnie nie mogę sobie przypomnieć w czym), ale jak dotąd nie spotkałam się jeszcze z jego przedawkowaniem. Całkiem oryginalny był maraton Draco po Pokątnej, w dodatku z Harrym depczącym mu po piętach. Ponadto bardzo podobały mi się niektóre tak charakterystyczne po zażyciu eliksiru zdarzenia - nawet nie tyle wiedza Draco, co powinien w danym momencie zrobić, ale splot wydarzeń, dzięki któremu osiągał dokładnie to, co chciał. Być może pewne fragmenty były naciągane... na pewno były, szczególnie list, który dotarł do Ministerstwa albo chęć sprzedawcy do oddania za darmo najnowszego modelu miotły z powodu jakiejś promocji... a jednak całość opowiadania jest zaskakująco spójna i w jakiś sposób do mnie trafiła. Z jakiegoś nieznanego mi powodu kompletnie rozbroił mnie Potter wchodzący do księgarni z nową sową! Przyznam, że zupełnie się tego nie spodziewałam.
Tłumaczenie również było bardzo dobre i płynne. Osobiście przyczepiłabym się jednak do paru rzeczy:
— Tak, możesz — powiedział Draco. — Sprzedaj mi eliksir.
To ostatnie zdanie trochę mnie wybiło z rytmu. Uważam, że po polsku lepiej brzmiałoby: "Potrzebuję eliksiru", ale to już typowe czepialstwo z mojej strony.
szybkopiszących piór
W oryginale to były chyba "samopiszące pióra".
Porterowi
Czy to skutek wordowskiej autokorekty?
Kingsley Shackelboth
"Shacklebolt".
Tą różdżkę
Auć.
Ogółem naprawdę mi się podobało, pomimo paru drobnych błędów i chwilami raczej mało prawdopodobnego rozwoju akcji. W pewnym momencie z wesołej historyjki opowiadanie stawało się w moim odczuciu coraz bardziej gorzkie i kiedy Draco znalazł Kamień Wskrzeszenia, przez chwilę naprawdę uwierzyłam, że umrze. Taka ironia: śmierć z powodu przedawkowania płynnego szczęścia. Ostatecznie jednak cieszę się, że tak się nie stało ;)

Życzę weny i pozdrawiam!
Jronja Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 24
Dołączył(a): 3 lis 2010, o 21:57

Postprzez zanda » 1 paź 2012, o 16:21

Jronja napisał(a):Osobiście przyczepiłabym się jednak do paru rzeczy:
— Tak, możesz — powiedział Draco. — Sprzedaj mi eliksir.
To ostatnie zdanie trochę mnie wybiło z rytmu. Uważam, że po polsku lepiej brzmiałoby: "Potrzebuję eliksiru", ale to już typowe czepialstwo z mojej strony.

Malfoyowie nie proszą - Malfoyowie żądają :P
Jronja napisał(a):
szybkopiszących piór
W oryginale to były chyba "samopiszące pióra".

Racja, były, ale osobiście nie uważam tego za najtrafniejsze tłumaczenie.
Jronja napisał(a):
Porterowi
Czy to skutek wordowskiej autokorekty?
Kingsley Shackelboth
"Shacklebolt".

Tak, autokorekta. Zero wytłumaczenia.
Jronja napisał(a):
Tą różdżkę
Auć.

Wielkie auć! *chowa się*. Oczywiście poprawione.
Dziękuję :D
zanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 70
Dołączył(a): 23 mar 2011, o 17:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Miris » 1 paź 2012, o 18:09

Jakie śliczne opowiadanie! :D. Bardzo fajny pomysł z Felix Felicis, nie spodziewałam się, że dawka, którą przyjął Draco będzie śmiertelna... Doprawdy ironia losu - umrzeć ze szczęścia. Fik baardzo ociera się o kanon, a zwykle omijam takie rzeczy szerokim łukiem, bo wywołują we mnie Uczucia, ale tym razem przeszło jakoś bez zgrzytów.
Drarry wyskoczyło właściwie tak ni stąd, ni zowąd, ale kto by się tym przejmował :P. Przyjemnie się czytało, tłumaczenie świetne. Więcej takich tekstów poproszę :D
Drarrytozuoaleitakjekocham.
Miris Offline


 
Posty: 323
Dołączył(a): 1 lis 2010, o 19:08
Lokalizacja: Dom

Postprzez CrazyCry » 26 lis 2013, o 01:45

— Potrzebuję twojej miotły dla mojej dziewczyny.
— Twoja miotła jej nie wystarcza?

:hahaha:

— Kiedy ma urodziny?
— Miała w zeszłym tygodniu.

:lol2:

Plakietka "Potter cuchnie" cudowna :mrgreen:

Mi również troszeczkę przypomina mi "Czasami trzeba wiedzieć, kiedy się zamknąć".

Astoria Greengrass i jej koleżanka (....) Kierowali się do lodziarni

Kierowały?

Scenka z dziesięcioletnimi fankami rozczulająca :serce:

Strasznie mi się podoba motyw przeklętej biżuterii Narcyzy oraz Pokątna, i to, że wszyscy się mijają, wpadają na siebie itd... Sama nie wiem, dlaczego. Najpierw zwykłe zakupy, potem schwytanie wilkołaka, wywiad i to wszystko... Akcja toczy się szybko, ale wszystko fajnie się komponuje. W końcu eliksir działa tylko jeden dzień, więc to wiadome, że będzie on obfitował w wydarzenia.

— Po prostu miałeś szczęście, Malfoy — powiedział urażony Potter.
— Nawet jeśli, to co? Wiem, że odnoszenie sukcesów dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności to twoja specjalność, ale nie zdawałem sobie sprawy, że zastrzegłeś sobie do nich prawo. Czy szczęście jest zakazane? Jak sowy śnieżne?

Oj, Harry, zazdrośniku. Niby nie chcesz rozgłosu, a jak ktoś inny zwróci na siebie uwagę, to czujesz się urażony? :P

Dyskusja z sową XD

Idealne tłumaczenie idealnego opowiadania o idealnym dniu rozpoczynającym idealny związek!

Przede mną ostatnia część. Edytuję jak przeczytam, bo muszę iść spać :c

Edit:
—Urażony

Zjadłaś spację.

powiedział stanowczo Potter ale wziął buteleczkę

Przecinek przed ale.

powiedział nie patrząc na Pottera

Przecinek po powiedział.

więc... im będziesz bliżej, tym lepiej

"Im bliżej, tym lepiej to przeurocza miniaturka :serce:

Trzecia część "Idealnego dnia" jest bardziej poważna i mniej słodka od poprzednich, ale mimo to bardzo mi się podobała. Zakończenie cudowne, ta ich nieśmiałość i niepewność. :splywa:
Pozdrawiam i życzę wielu równie udanych tłumaczeń!
Aerobic -> aerobik
Fanfic -> fanfik
Nie fanfick x.x
Fanpage "Effeminate boys"
CrazyCry Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 361
Dołączył(a): 8 lis 2011, o 09:12
Lokalizacja: Wawa

Postprzez Madmoiselle » 12 gru 2013, o 18:22

Czytałam to opowiadanie przez jakieś 24h.
Chodziło za mną cały czas i jestem zawiedziona... Nie podoba mi się bardzo zakończenie. W sumie to uważam, że to nie ma zakończenia. Mógłby być chociaż króciutki epilog. Ale mimo wszystko zakochałam się <3. Oni są tu tacy prawdziwi! Ale no nie wrócę do tego opowiadanie przez zakończenie. Na nic bardziej konstruktywnego mnie teraz nie stać. Mimo wszystko dziękuje :)
Z całym szacunkiem,
Madmoiselle.

"Narcyza zawsze powtarzała, że złe wiadomości brzmią mniej boleśnie, kiedy wypowiada się je po francusku, i Draco postanowił jej w tym względzie zaufać. "
Madmoiselle Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 35
Dołączył(a): 14 cze 2013, o 21:31
Lokalizacja: Gdynia

Postprzez Maniac » 12 lip 2014, o 22:23

Jestem zawiedziona!
To opowiadanie rozwijało się naprawdę interesująco i nagle zaczęło tracić potencjał. Na przykład byłam pewna, że skoro Draco umiera, to wykorzystają moc Insygni śmierci i w ten sposób uchronią go przed zatruciem Felix felicis. Byłam pewna! A tu nudny - w porównaniu z byciem Panem Śmierci - beozar.
Albo zniszczenie ich. Jak można zniszczyć tak potężne magiczne artefakty!? W imię czego? Wystarczyło je ukryć, Potter, nie mieszać w to byłego Śmierciożercę i nie robić takiego problemu.
Oraz to otwarte zakończenie. Jakby lekceważące, takie zupełnie nieważne, nieznaczące, jakby autorka zamierzała napisać sequel i zostawiała sobie furtkę wielką wrota. Trochę okropne zakończenie, choć oczywiście z wyraźną nadzieją na happy end, co jest dobre.

Mimo wszystko podobał mi się pomysł i większość rzeczy w środku (osobowość Draco, intymność ich dotyków, homoseksualizm Pottera). Tylko zawiódł mnie tekst jak na tak dobry fik.
Maniac
Crazy little thing called love
Maniac Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 13
Dołączył(a): 14 lut 2014, o 14:55

Poprzednia strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 9 gości