[M] [Z] [T] Idealny dzień (3/3)

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez zanda » 18 cze 2012, o 15:32

Tytuł i link do oryginału: Perfect Day
Autor: scrtkpr
Beta: Aevenien
Zgoda na tłumaczenie: jest
Rating: według autorki R


Idealny dzień


Borgin i Burkes, godz. 9:13

Tego dnia to Borgin, nie Burkes, stał przy ladzie i Draco przeklinał swojego pecha.
— Młody pan Malfoy. Co pana dziś sprowadza? — Uśmiech Borgina raczej nie wyrażał szacunku i był bardziej niż odrobinę złośliwy.
Draco wyprostował się i posłał Borginowi spojrzenie z gatunku tych, którymi porażał Lucjusz Malfoy w czasach, gdy nie obawiał się nikogo, a ten tłusty, żałosny sklepikarz pełzał i płaszczył się za każdym razem, kiedy Malfoy senior pojawiał się w sklepie.
— Potrzebuję pomocy z naszyjnikiem… przeklętym naszyjnikiem.
Borgin uśmiechnął się szyderczo. Naprawdę szyderczo.
— Kupił pan ostatni. Przykro mi, ale obawiam się, że wyszły.
— Nie… Nie takiej pomocy. — Oczy Draco powędrowały do gabloty na biżuterię, w której niegdyś trzymano przeklęty naszyjnik z opali, osławiony przez uśmiercenie dziewiętnastu mugoli, będących jego właścicielami. Obecnie znajdowały się tam czaszka i kieliszek do wina, które wyglądały na splamione krwią. — Chodzi o naszyjnik mojej matki. Ktoś obłożył go klątwą i całkiem możliwe, że przeklęto więcej należących do niej przedmiotów.
— Cóż za pech — powiedział Borgin, bynajmniej nie wyglądając na przejętego.
— Nie wiem kto rzucił klątwę na naszyjnik. I muszę zidentyfikować wszystkie rzeczy we dworze, które mogły zostać przeklęte.
Niecierpliwie oczekiwał na jakąś reakcję, ale Borgin wyglądał jakby nie miał nic do powiedzenia.
— Miałem nadzieję, że mógłbyś mi pomóc — kontynuował poirytowany Draco.
— Doprawdy? Wierzył pan, że „głupi, nic nieznaczący człowiek” pomoże z takim problemem? — zakpił Borgin, szeroko otwierając oczy. — Przykro mi, panie Malfoy. Gdybym potrafił, to z pewnością bym pomógł, jednak to przekracza możliwości głupca, którym podobno jestem.
Draco utkwił w nim spojrzenie.
— Jeśli problem stanowi przeklęta biżuteria, zawsze można spróbować u Gringotta. Zatrudniają łamacza klątw, który jest specjalistą od przeklętych przedmiotów. To Weasley, no ale w obecnych czasach nie trzeba na to zwracać uwagi. — Borgin spojrzał na niego znacząco. — I jest niezły w tym, co robi.
— Nie jestem zainteresowany udaniem się do Gringotta — powiedział Draco, wbijając wzrok w stojącą w rogu szafkę.
— Nie? Więc może ktoś inny mógłby panu pomóc? Jakiś przyjaciel rodziny? Ktoś, kogo wspominał pan, będąc tu poprzednim razem?
Wściekłość, frustracja i chorobliwy, doprowadzający do szału strach ścisnął wnętrzności Draco.
— Nie przypominam sobie nic takiego — stwierdził stanowczo.
— Jestem pewny, że mogę szybko odświeżyć panu pamięć. Bardzo trudno udać się w jakiekolwiek miejsce na Pokątnej lub Śmiertelnym Nokturnie, nie widząc jego twarzy na plakatach. — Borgin zatrzymał się teatralnie zadumany. — Jednak może mieć pan rację. Przyjaciele rodziny nie zawsze są pomocni. Zważywszy na to, że to właśnie ktoś ze… współpracowników pańskiego ojca musiał rzucić klątwę.
— Nie wspominaj o moim ojcu — warknął Draco, przesuwając się w kierunku drzwi. — Mam zamiar poinformować go o tym, co insynuowałeś. Nie będzie więcej chciał postawić nogi w tym obskurnym małym sklepie.
— Tak mi przykro to słyszeć, panie Malfoy. Na pewno przeproszę go osobiście. Jak tylko wyjdzie z Azkabanu — ironizował Borgin.
Dzwonek zadźwięczał głośno, gdy Draco gwałtownie pociągnął za klamkę, a później zatrzasnął za sobą drzwi. Szata załopotała wokół niego, kiedy po raz ostatni zamaszystym krokiem mijał znajomy sklep, przechodząc obok skurczonych głów i gigantycznych pająków, które fascynowały go, gdy był dzieckiem. Minął również aptekę, na widok której ojciec zawsze wydymał usta w braku aprobaty i powtarzał, że Draco ma jej unikać. Aptekę, której brudne okna aktualnie były zabite deskami, na których wisiały plakaty poszukiwanego osobnika. Draco wzdrygnął się i przyspieszył kroku na widok złośliwie wykrzywionych ust i żółtych zębów Fenrira Greybacka.

Ollivander, godz. 9:27

Gdy dotarł na miejsce, przez dłuższą chwilę stał, wahając się, po czym szarpnął drzwi i je otworzył. Poczuł zaledwie nieznaczną ulgę z powodu nieobecności innych klientów, gdy wraz z Ollivanderem utkwili w sobie spojrzenia. Ostatni raz przebywali w jednym pomieszczeniu pięć miesięcy wcześniej, w piwnicy Malfoy Manor.
Ollivander wyglądał na mniej wychudzonego, a jego głos brzmiał zdecydowanie mocniej, gdy się odezwał:
— Głóg i włos jednorożca. Dziesięć cali. Dość giętka.
— Zgadza się — powiedział Draco, wyjmując swoją różdżkę z kieszeni. — Jednak teraz mam nowy egzemplarz. Zamówiony przez sowę, od Girarda. Takie same komponenty, ale nie działa dobrze.
Ollivander wpatrywał się w niego jeszcze przez chwilę, zanim powrócił do przerwanego przeglądu różdżek dostępnych w sklepie.
— Masz szczęście, że Harry Potter wstawił się za tobą i twoją matką.
Draco uśmiechnął się szyderczo.
— Tak. Nocami prawie nie śpię, bo myślę o nim. O niej. O mojej wdzięczności.
Ollivander uniósł krzaczaste brwi.
— Będę pamiętał, aby mu to powtórzyć, gdy wpadnie następnym razem.
Draco odwrócił wzrok, gdy tylko poczuł, że się rumieni. Irytujący starzec. On i Borgin do kompletu. Chciał obu dać lekcję, a tymczasem sam musiał przejść do defensywy.
Ollivander spojrzał na różdżkę w rękach Draco.
— Różdżka doręczona sową nigdy nie zadziała dobrze. Różdżka wybiera czarodzieja, dostawa sową jest dla niej jak obelga.
— Dlatego potrzebuję nowej różdżki. Moja matka również.
— Twoja rodzina nie ma szczęścia do różdżek, nieprawdaż? Twoją zabrał Harry Potter. Tę należącą do twojego ojca złamał Czarny Pan. Co stałą się z tą, która należała do twojej matki?
— Spłonęła — powiedział Draco napiętym głosem.
— Czemu matka z tobą nie przyszła?
— Powiedziała, że przybycie tutaj jest bezcelowe.
— Miała rację. Ale tylko tak długo, jak ty tu jesteś. Niech mi pan powie, panie Malfoy, jak to jest być panem Czarnej Różdżki i nigdy nawet jej nie dotknąć?
Draco drgnął zaskoczony, gdy usłyszał dzwonek przy drzwiach, a do sklepu wszedł pierwszoroczny z szeroko otwartymi oczami. Jego rodzice, oczywiście mugole, spoglądali na Draco nerwowo. Obrzucił wszystkich pogardliwym spojrzeniem i wymaszerował ze sklepu.
I zderzył się mocno z kimś, zaledwie kilka metrów za drzwiami.
Miał dziś absolutnie najgorszego, cholernego pecha na świecie.
— Przepraszam — powiedział Potter, zanim uświadomił sobie, z kim się zderzył. Kiedy tylko dostrzegł Draco poczucie jego winy stopniało i zdezorientowany zmarszczył brwi. Obok niego stanęła Ginevra Weasley.
Mężczyźni wpatrywali się w siebie przez chwilę. Draco stał wyprostowany, przypominając sobie, że jest o dwa, trzy centymetry wyższy niż Potter. Możliwe, że nawet więcej.
— Potter.
— Malfoy.
Potter nadal marszczył brwi i było w tym więcej nagany, niż gdyby na niego krzyczał. Draco odwrócił się gwałtownie i odszedł bez słowa, mijając sklep z używanymi szatami, Czarodziejskie niespodzianki Gambola i Japesa, i wiele innych tak, by Potter nie wałęsał się przed nim.
Nie wiedział nawet, dokąd idzie. Mógł aportować się do domu, ale znając swoje szczęście, na pewno by się rozszczepił. Tuż pod nosem Pottera.
Byłby szczęśliwy nigdy więcej nie spotykając tego bliznowatego, zadowolonego z siebie, wyniosłego dupka. Oczywiście, prosił o wiele, ale wyobrażał sobie, że pewnego dnia, choć na jeden dzień…
Draco zatrzymał się, oszołomiony pięknem i doskonałością pomysłu, który właśnie wpadł mu do głowy.
Musiał zrobić jeszcze jeden przystanek.

Apteka, godz. 9:49

Ojciec zawsze mu powtarzał, że tej apteki ma unikać za wszelką cenę, a mówił to z tak ogromnym niesmakiem i stanowczością, że Draco nigdy jego słów nie kwestionował.
Teraz, stojąc przed jej drzwiami, zastanawiał się, o co tak naprawdę chodziło ojcu. Być może sympatie polityczne aptekarza były nieodpowiednie? A może ojciec został tu niegrzecznie potraktowany? Albo jakość sprzedawanych eliksirów była rzeczywiście tak kiepska, jak ojciec insynuował? Miał nadzieję, że nie chodzi o to ostatnie, ponieważ druga apteka, jedyna na Pokątnej, nie wchodziła w rachubę.
Poza tym znajdowała się naprzeciwko Magicznych Dowcipów Weasleyów… Draco skrzywił się… Wszyscy wiedzieli, że apteka na Pokątnej była dobra tylko dla młodszej klienteli, ale zaopatrywała Hogwart, więc miała renomę.
Nie, to była jedyna opcja.
Powoli otworzył drzwi i wszedł do środka. Ani aptekarz, ani klient, z którym rozmawiał, nie zauważyli jego wejścia.
— Wiem, co mówiłem wcześniej — powiedział aptekarz — ale sytuacja uległa zmianie. Nie mogę ci pomóc.
Klient wyglądał naprawdę dramatycznie, bardziej nawet niż można się było spodziewać po czarodzieju noszącym szatę, która powinna zostać wymieniona jakieś trzy lata wcześniej.
— Wiesz, że nie mogę pójść nigdzie indziej. Nie jestem zarejestrowany.
Aptekarz zawahał się, rozdarty. Naiwniak.
— Proszę — powiedział klient. — Został mniej niż tydzień.
Aptekarz niechętnie pokiwał głową.
— W porządku, zobaczę, co mogę zrobić. Żadnych obietnic. Wróć… — W tym momencie aptekarz rozejrzał się, dostrzegł Draco i drgnął zaskoczony. Klient obrócił się i również spojrzał na Draco. — Tylko nie wracaj dzisiaj — dokończył stanowczo. Klient przytaknął i wyszedł ze sklepu, rzucając Draco podejrzliwe spojrzenie.
Draco podszedł do kontuaru. Aptekarz wyglądał na zaniepokojonego i wystraszonego — krótko mówiąc z radością sprzedałby Draco każdy eliksir, byleby tylko pozbyć się go ze sklepu.
— Mogę w czymś pomóc?
— Tak, możesz — powiedział Draco. — Sprzedaj mi eliksir.

Malfoy Manor, godz. 10:08

Draco trzymał w ręku małą buteleczkę, przyglądając się jej zawartości i próbując porównać ją ze wspomnieniami z szóstego roku. Mikstura była złota, ale jaśniejsza niż pamiętał. Możliwe, że aptekarz ją rozcieńczył. Nie dałby za nią głowy. Skrzywił się. Może mimo wszystko powinien jednak spróbować na Pokątnej…
Będzie dobrze. Nabył więcej niż jedną dawkę. Jeśli będzie potrzebował trochę więcej szczęścia, to po prostu zażyje następną. I nadal zostanie wystarczająco dużo, by zachować część na inny dzień i, gdyby zaszła taka potrzeba, podzielić się z matką.
— Draco, gdzie byłeś?
Ukrył butelkę w fałdach szaty, gdy stanął przed matką. Na jej skórze nadal odznaczały się plamy i cętki, ale wyglądała już dużo lepiej, pomijając zmarszczenie brwi zniekształcające rysy jej twarzy.
— Na Pokątnej. Musiałem coś kupić.
Zmarszczka między jej brwiami pogłębiła się.
— Myślałam, że zgodziliśmy się zaczekać, aż dostatecznie wydobrzeję, by ci towarzyszyć?
— Matko, nie jestem dzieckiem. — Jego głos był napięty, ale starał się utrzymać neutralny wyraz twarzy, bo z matką nadal nie było najlepiej. — Jak się czujesz?
— Znacznie lepiej. Gdybyś poczekał dzień lub dwa…
— Matko, nic mi nie jest. Było w porządku. W sumie to jeszcze dziś tam wracam. Wpadłem tylko sprawdzić, jak się czujesz. — Spojrzał na nią, rzucając jej nieme wyzwanie.
Odwzajemniła spojrzenie, oceniając go, po czym westchnęła.
— Spotkałeś swoich przyjaciół? Nie widziałeś Gregory’ego czy panny Parkinson od pogrzebu.
Greg stał obok niego przez całe nabożeństwo, ale nie powiedział ani jednego słowa. Wyglądał na zagubionego. A Pansy tak mocno ściskała jego ramię, że wbiła mu paznokcie w skórę.
— Nie.
— Draco, teraz jest ważniejsze niż kiedykolwiek, byśmy udzielali się towarzysko. Nie możesz się tak izolować. To przynosi efekty przeciwne niż te, które chcemy uzyskać. — Wyraz jej twarzy złagodniał — Poza tym, to nie jest dobre dla ciebie. Czy odpowiadałeś chociaż na ich sowy?
Nie, nie odpowiadał.
— Piszesz codziennie do ojca. Sowa była zajęta.
— Twój ojciec chciałby również przeczytać coś od ciebie.
— Kupię dziś nową sowę. Moją własną.
Narcyza milczała przez chwilę, po czym zgrabnie zmieniła temat.
— Powinieneś poświęcić dziś trochę czasu dziewczynie Greengrasów.
Draco zamrugał zmieszany.
— Daphne? — Ledwie ją znał.
— Nie, oczywiście, że nie, ona jest zaręczona. Jej młodsza siostra, Astoria, będzie robić zakupy do Hogwartu. Dostałam rano wiadomość od jej matki.
Astoria. Ją znał jeszcze mniej, ale ją pamiętał. Była ładną dziewczyną, dwa roczniki niżej w szkole niż on. Troszkę nudna, ale zawsze śmiała się z jego dowcipów. Dobrze byłoby mieć kogoś, kogo bawiły jego żarty.
— Ich rodzinie po wojnie udało się całkiem nieźle ustawić. Zapewnili sobie nawet zaproszenie na dzisiejsze uroczystości w Hogwarcie.
Draco wiedział, że w zeszłym tygodniu, przed wypadkiem, matka starała się zrobić to samo dla siebie i dla niego. Teraz wpatrywała się w niego wyczekująco.
— Będę miał na nią oko.
W swoim pokoju wyciągnął z szaty buteleczkę i przechylił ją, obserwując jak złoty eliksir spływa po ściance. Zastanawiał się, jak będzie smakować. Potter pewnie wie. Draco skrzywił się, ciągle wyraźnie pamiętając wściekłość, zmieszanie i rozczarowanie, gdy Slughorn wręczył Potterowi małą buteleczkę, tak podobną do tej. Co Potter dostał w swoim idealnym dniu? Znicza? Pierwszą stronę Proroka? Czarodziejski świat pełzający u jego stóp? Ale przecież to byłby całkiem przeciętny dzień Pottera, nieprawdaż?
Ale kto przejmowałby się Potterem. Dzisiejszy dzień będzie należał tylko do Draco. Nie ma w nim miejsca dla Gryfona. Podniósł butelkę do ust.
Jedna łyżka. Jeden idealny dzień. Był gotowy.
Przełknął eliksir i na chwilę zamarł urzeczony falą ciepła, która przetoczyła się przez jego ciało. Razem z nią przyszło komfortowe rozluźnienie i Draco zorientował się, że nawet nie wiedział, jak bardzo jest spięty. Zniknął też bolesny ucisk skroni razem ze wszystkimi zmartwieniami.
Uśmiechnął się. Wszystko będzie dobrze.
Natychmiast zadecydował, że uda się z powrotem do Borgina i Ollivandera. Oczywiście po to, by pierwszy zajął się przeklętymi przedmiotami, a drugi dobrał mu nową różdżkę. Być może spotka też dziewczynę Greengrasów i zobaczy, dokąd doprowadzi go szczęście.
Ale teraz oczywistym wydawało mu się, że tym, czego potrzebuje, jest bezdenna torba. Widział zaklęcie na jej stworzenie w jednej z książek i uznał je za zbyt trudne, by było warte zachodu. Jednak teraz taka torba wydawała się odpowiednią rzeczą, a zaklęcie wyglądało na banalnie proste.
Spojrzał na książki leżące na biurku: Panowanie nad żywiołami, Najbardziej odrażające podstępne klątwy, Potężne czary ochronne i inne zaklęcia bezpieczeństwa, a jego wzrok szybko odszukał potrzebny tytuł — Absurdalnie trudne zaklęcia dla absurdalnie bystrych czarodziejów i czarownic.
Chwilę później pomyślnie rzucił zaklęcie. Swoją niskiej jakości różdżką. Do tego niewerbalnie. A jego Nimbus bez problemu zmieścił się do środka.
Na boku torby, wyciągniętej z jego szkolnego kufra, był przyczepiony stary znaczek. Od miesięcy ledwie migotał, ale wystarczyło dotknięcie różdżką, by znów odczytać wyraźne Potter cuchnie. Draco roześmiał się.
Teraz, gdy miał już torbę, zdał sobie sprawę, że kolejnym rzuconym czarem powinno być modyfikowane Zaklęcie Czterech Stron Świata, które pozwoli, by różdżka wskazywała nie północ, ale miejsce, w którym znajdował się przeklęty przedmiot. To właśnie nieudana próba rzucenia tego zaklęcia spowodowała, że Draco udał się dziś na Pokątną.
Gdy różdżka obróciła się w jego dłoni, wskazując na sypialnię matki, jego radość z poprawnie rzuconego zaklęcia szybko znikła. Nawet ten eliksir nie uchronił go przed widzianym w myślach obrazem matki krzyczącej w agonii. Kiedy ją znalazł, całe jej ciało pokrywała krwawa wysypka, a jej oczy zapadły się w głąb czaszki. Ale te wspomnienia nie mogły go rozpraszać — pokój jego matki musiał znów być bezpieczny. Natychmiast. Jeśli matka zechce, będzie mogła tu spać już dzisiejszej nocy.
Lewitowanie przedmiotów nigdy nie przychodziło mu łatwo, ale dzisiaj nie sprawiało żadnych problemów. Pierwszy do worka trafił naszyjnik — bardzo kosztowny prezent od ojca, który matka nosiła tylko wtedy, gdy naprawdę chciała zrobić na kimś wrażenie. Przez ostatni rok nie założyła go ani razu i Draco zastanawiał się, który ze śmierciożerców, i kiedy, przefiukał się do jego domu i sprofanował posiadłość, rzucając klątwę.
Draco spodziewał się, że inne rzeczy także mogły zostać przeklęte, ale teraz miał pewność. Trzy inne egzemplarze biżuterii, wszystkie niezwykle cenne i użytkowane tylko w sytuacjach wymagających przyciągnięcia uwagi, także trafiły do torby. Podobnie jak pozytywka z toaletki, dwie z książek ojca, jedno z jego pawich piór z czasów szkolnych, duży, oprawiony egzemplarz drzewa genealogicznego i, co było niepokojące, portret siedmioletniego Draco.
Jednak najdziwniejszego odkrycia dokonał, gdy różdżka wskazała na pawia, sztywno poruszającego się po terenach posiadłości i unikanego przez inne ptaki. Draco obserwował go przez chwilę, z równą niechęcią myśląc o umieszczeniu pawia w torbie, co o zostawieniu go na terenie posiadłości, na wypadek gdyby jego matka wpadła na pomysł dotknięcia go. Niemniej jednak nie chciał go zabić. Po dłuższym namyśle oczywiste wydało mu się jednak, że realne zagrożenie stanowią jedynie pióra. Wezwał je wszystkie i zaśmiewał się z łysego tyłka ptaka, gdy tylko pióra spłynęły do jego torby.
Zacisnął triumfalnie rękę na swoim bagażu i aportował się na Pokątną.

Madame Malkin, godz. 11:04

Draco przez chwilę stał na skrzyżowaniu Pokątnej i Śmiertelnego Nokturnu, delektując się odczuwanym spokojem. Spojrzał w dół Nokturnu, na sklep Borgina i Burkesa, a następnie na Gringotta po drugiej stronie ulicy. Którekolwiek miejsce wybierze — będzie zadowolony, ale teraz, gdy przeklęte przedmioty spoczywały bezpiecznie w torbie, stwierdził, że nie ma pośpiechu. Poradzi sobie z nimi. Mogą poczekać. Tym, czego naprawdę potrzebował, był nowy komplet szat.
Sklep był zatłoczony, więc tak jak poprzednio, w aptece, nikt nie zauważył jego wejścia.
W jednym końcu pomieszczenia zestresowani asystenci przyjmowali zamówienia na szaty od trzech uczniów Hogwartu na raz. W innym, madame Malkin robiła końcową przymiarkę szat dwóch czarodziejów. Pierwszym z nich był Zachariasz Smith. Drugim — Harry Potter.
Powinien być zdenerwowany widząc, że Potter stoi tam, w trakcie jego dnia, mimo że z pewnością nie powinien być jego częścią. Ale z jakiegoś powodu nie był zły. Potter nie stanowił zagrożenia i nie mógł dziś nic zniszczyć, a Draco był pewny, że znajdował się we właściwym miejscu. Poza tym uświadomił sobie, że sytuacja zapowiadała się zabawnie, bo była tu także Ginevra Weasley, nadzorując przymiarkę swojego bohaterskiego chłopaka i najwyraźniej nie wszystko układało się pomyślnie w krainie piegów i super moralności.
— Doprawdy, Harry, gdybyś tylko przyszedł ze mną tutaj dwa tygodnie temu, tak jak prosiłam, nie musielibyśmy kupować tych szat na ostatnią chwilę.
Draco z radością patrzył, jak Harry, ze słabym skutkiem, usiłuje ukryć swoje rozdrażnienie.
— Mówiłem ci, że byłem zajęty. A poza tym udało się, czyż nie?
Oczywiście. Zostaw to Potterowi, a wykorzysta swoją sławę, by zapewnić sobie szatę na ostatnią chwilę.
— Nie możesz liczyć, że wszystko zawsze będzie się po prostu udawać. Poza tym nie sądzę, by wszystko się udało. To kolory Slytherinu i będą strasznie gryźć się z moimi szatami.
Madame Malkin podniosła wzrok znad brzegu szaty Smitha.
— Zielony idealnie współgra z twoimi oczami, mój drogi.
Potter zignorował kawałek o dopasowaniu szat, jak również uwagę o kolorze jego oczu.
— Chciałbym, żeby ludzie przestali zachowywać się, jakby cały dom Slytherina był zły. Przecież tak nie jest.
Co?
— Przepraszam, kochanie. — Madame Malkin zwróciła się do Wesleyówny. — Mogłabyś się odsunąć? Nieco tu tłoczno.
Weasley zrobiła kilka kroków w tył, spojrzała w kierunku drzwi i dostrzegła Draco. Zmrużyła oczy i szybko pokonała dzielący ich dystans.
— Co ty tu robisz?
— Najwyraźniej chcę kupić szatę.
— Dzisiaj dobierają tylko szaty na uroczystość w Hogwarcie — odpowiedziała bezwarunkowo oburzona.
— Być może zrobią dla mnie wyjątek — stwierdził Draco.
— Posłuchaj — zaczęła Weasleyówna, a jej oczy ciskały pioruny. — Zostaw Harry’ego w spokoju.
Potter wydawał się nawet nie zauważyć, że jego narzeczona znajdowała się po drugiej stronie pomieszczenia, niedaleko od jego nemezis z lat dziecięcych, a w każdym razie od jednego z nich, i wyraźnie była tak zła, że mogłaby dokonać jakiegoś aktu przemocy niegodnego damy.
W rzeczywistości Potter był pochłonięty własną wrogością — wpatrywał się wprost w Zachariasza Smitha. Smith wyglądał na zawstydzonego, ale dobrze spisywał się, udając, że Potter nie istnieje. Tych dwóch nigdy nie mogło się dogadać.
Może Potter poczuł się urażony, że szata Smitha była ładniejsza niż jego? Nawet Chłopiec, Który Przeżył, nie mógł oczekiwać przez cały czas cudów i jego szata była tak zwyczajna, jak można było tego oczekiwać po szacie z ostatniej chwili. W porządku, podkreślała oczywiście kolor jego oczu i szerokość ramion, ale poza tym raczej nie robiła wrażenia. Z drugiej strony, Smith posiadał lepszy gust, jak również inteligencję, dzięki której złożył zamówienie wcześniej i jego szata była bardziej niż porządna. Draco pokiwał głową z uznaniem.
Tak samo jak... Prawdę mówiąc, tak samo jak Potter. Jego spojrzenie złagodniało, a wzrok powędrował niżej, przez ramiona Smitha aż do jego… Draco zamarł, gdy uderzyła go pewna myśl i zaczął bacznie przypatrywać się twarzy Pottera.
O, Merlinie, to było po prostu zbyt piękne.
Idealny Potter, przed nosem swojej dziewczyny, wpatrywał się w tyłek innego chłopaka i nawet nie był tego świadomy. Piękne.
Naprawdę niewiarygodne było, że ktokolwiek, nawet Potter, może mieć tak mało samoświadomości i tak mało przyzwoitości, by w ten sposób obnosić się ze swoimi skłonnościami. Jak długo wpatrywał się już w Smitha? Żałosne.
— Na co się gapisz, Malfoy?
Draco odwrócił się do Wesleyówny.
— Na to, na co gapi się Potter. Bo chyba o to właśnie pytasz, prawda?
Zarumieniła się i było oczywiste, że widziała dokładnie to, co widział Draco, nawet jeśli nie chciała się do tego przyznać. Uśmiechnął się na myśl, że czas związku Potter-Weasley odmierzać będą teraz raczej godziny, a nie dni, czy miesiące.
— Masz urojenia, Malfoy.
— Czyżby?
— Zawsze miałeś obsesję na jego punkcie, prawda? — powiedziała Weasleyówna. — Nie byłam zaskoczona, że myślisz o nim całymi nocami.
Jego uśmiech zbladł.
— Słucham?
— Ollivander powtórzył nam co mówiłeś. O tym, że nie możesz spać przez Harry’ego. Nieźle się uśmialiśmy.
Draco toczył wewnętrzną walkę, czuł złość i zażenowanie, zmagające się ze swobodnym i odprężającym poczuciem własnej wartości, niesionym przez eliksir. Eliksir wygrał.
— Och, nie, Ollivander się pomylił. To o tobie myślę przez całe noce. Urocza Ginevra Weasley i jej Upiorogacek*. Nie ma nic atrakcyjniejszego, niż umiejętność zmiany śluzu z nosa w skrzydlate gryzonie, atakujące swoją ofiarę.
Ginny wydęła usta.
— Możesz gadać, co chcesz. Nikt się tym nie przejmuje. A zwłaszcza Harry. Nie myśli o tobie nawet przez chwilę.
— Nie, oczywiście, że nie — zgodził się beztrosko Draco. — On myśli o tobie, prawda? Cały czas.
Na policzkach dziewczyny pojawiły się brzydkie jasnoczerwone plamy.
— Tak jak na przykład teraz — kontynuował Draco. — To oczywiste. Myśli o tobie. — Wskazał na Pottera, który aktualnie zrezygnował z patrzenia na tyłek Smitha, na rzecz ponurego wpatrywania się w ścianę.
Weasley wydawała się być jeszcze bardziej zezłoszczona, a Draco nie rozumiał dlaczego. Przecież umartwianie się było tym, w czym Potter był najlepszy. Robił to przez cały czas, gdy latała za nim w Hogwarcie, więc czemu teraz miała z tym problem?
— Harry — zawołała. — Idę odwiedzić George’a.
Potter, co zabawne, nie usłyszał tego i rumieńce na jej policzkach pogłębiły się.
— Harry!
— Co? — spytał Potter, nadal żałośnie nieświadomy chaosu panującego w jego życiu erotycznym. — Przepraszam, mówiłaś coś?
— Powiedziałam, że idę odwiedzić George’a. Chyba, że wolisz żebym zaczekała?
— Nie, idź. Zobaczymy się później.
Zacisnęła usta.
— Jak chcesz.
Zatrzasnęła za sobą drzwi, ale tego Potter również nie zarejestrował, bo w końcu dostrzegł Draco i przyglądał mu się z dziwną miną.
Trzaśnięcie zwróciło jednak uwagę madame Malkin i wreszcie także ona zauważyła Draco.
— Pan Malfoy — powiedziała, nerwowo spoglądając na niego i Pottera. — Jestem zaskoczona, że pana tu widzę. Nie wolał pan raczej sklepu Twilfitta i Tattings’a?
— Nigdy — powiedział uroczyście Draco.
— Cóż, przykro mi — powiedziała, jednocześnie dopasowując rękaw szaty Smitha. — Ale nie dam już rady dobrać szaty komukolwiek innemu. Robię co mogę, by zakończyć przymiarki na dzisiejszy wieczór.
— Auć! — krzyknął Smith, którego ukuła szpilką, przez swoje nieustające próby, by mieć na oku obu, i Pottera, i Draco, i jednocześnie pracować.
— Ale z ciebie laluś, Zachariasz — powiedział zdegustowany Potter.
— Wiesz co? — powiedział Smith. — Nie muszę tego wysłuchiwać. Mam w domu lepsze ubrania. — Ściągnął szatę przez głowę, rzucił ją pod nogi Pottera i wyszedł.
— Fantastycznie — powiedział Draco. — Wezmę ją.
Dziwnie było znów stać obok Pottera. To było prawie dokładnie siedem lat temu i gdy teraz o tym myślał, to zdał sobie sprawę, że minęło prawie siedem lat odkąd przydarzyło mu się coś naprawdę przyzwoitego. Zastanawiał się, czy mógł tamtego dnia zbić jakieś lustro i kompletnie o tym zapomnieć.
Potter nadal się w niego wpatrywał. Draco nie wiedział, czy to dziwne spojrzenie było powodowane przez złośliwy, wprowadzający w błąd komentarz Ollivandera, czy też uwagę Pottera nienaturalnie przyciągał srebrny haft na niebieskiej szacie. W każdy inny dzień byłoby to niepokojące. Ale nie dziś. Draco roześmiał się, a Potter zmarszczył czoło. W odpowiedzi Draco uniósł brew.
— Pasujecie do siebie — powiedział w końcu Potter.
— Zgadzam się, wyglądam w niej olśniewająco.
Zirytowany Potter potrząsnął głową.
— Miałem na myśli Smitha. On był jedynym członkiem GD, który nie został i nie walczył. Wybiegł razem z pierwszorocznymi.
— Ja nie uciekłem — zauważył Draco. — Zostałem. Pamiętasz?
Irytacja Pottera zmieniła się w niedowierzający uśmiech i przewrócenie oczami.
— Tak, ogromnie nam pomogłeś.
— Cóż, ty byłeś wystarczająco bohaterski za nas obu, więc wszystko dobrze się skończyło, prawda? — odpowiedział swobodnie Draco.
Potter zamrugał.
— Więc czemu jesteś zły na niego, a na mnie nie? — spytał Draco.
Potter zmarszczył brwi.
— Jak mówiłem, był członkiem GD. Zawiódł nas. Po tobie nie spodziewałem się niczego innego.
To odrobinę zabolało, pomimo działania eliksiru. Co, do cholery, nie powinno się zdarzyć. Draco znów zastanawiał się, czy aby aptekarz nie rozwodnił specyfiku, bo jeśli tak, to powinien zażyć go więcej.
— Nie myślisz poważnie o wzięciu udziału w uroczystości, prawda? — spytał Potter.
— Nie, nie miałem tego w planach.
Potter znów wpatrywał się w ścianę, w oczywistej próbie ignorowania go, ale w końcu pokonała go ciekawość.
— Więc do czego potrzebna ci szata?
— Dobrze — powiedziała madame Malkin do Draco, zanim ten mógł odpowiedzieć. — Skończyłam. — Oczywiste było, że nie chce mieć z nim więcej do czynienia.
Gdy opuszczał sklep, Potter ciągle się w niego wpatrywał.

Markowy sprzęt do Quidditcha, godz. 11:48

Gringott oraz Borgin i Burkes były po jego prawej stronie, ale Draco odczuwał silną potrzebę, by zamiast w prawo, skręcić w lewo. Po tej stronie znajdowała się księgarnia Esy i Floresy, z tłumem ludzi wyglądających na trzeciorocznych i… dziewczyna Greengrasów. Nie zauważyła go, rozmawiając z inną uczennicą, w której Draco rozpoznał Ślizgonkę z jej roku. Weszły do Esów i Floresów, a skrzat objuczony pakunkami podążył za nimi.
Mógłby iść za nimi. Mógł udać zdziwionego natknięciem się na nią, gdy kupowała podręczniki i rzucić coś niezwykle dowcipnego, co wywołałoby chichot u niej i u jej koleżanki. Później mógłby obie zaprosić do nowo otwartej lodziarni po drugiej stronie ulicy, poruszyć temat quidditcha, zapytać czy lubi latać. Mógłby mimochodem wspomnieć, że ma ze sobą miotłę i spytać czy kiedykolwiek latała w duecie.
Mógłby to zrobić. Ale tego nie zrobi — przynajmniej nie teraz.
Minął księgarnię i sąsiadujący z nią sklep papierniczy, uświadamiając sobie, że to ta sama droga, którą przebył po wyjściu od madame Malkin siedem lat temu. Potter wyszedł z tym zarośniętym prostakiem gajowym, a on z ojcem udał się do… „Markowego sprzętu do Quidditcha”.
Podszedł do drzwi i zawahał się. Teraz, będąc tutaj, wcale nie czuł potrzeby wejścia do środka. Stanął z boku, obserwując wielu klientów wchodzących i wychodzących ze sklepu.
Przed wystawą, jak zawsze, gdy na Pokątną przybywali uczniowie Hogwartu, zgromadził się tłum młodych chłopców. Miotłą sezonu okazał nowy model Nimbusa. Te miotły były oczekiwane przez lata, a od drugiego roku numery serii były przedmiotem wielu dyskusji w pokoju wspólnym Ślizgonów. Draco zastanawiał się tępo, co powiedziałby Crabbe dowiadując się, że ostatecznie miał rację. To właśnie Nimbus 3000 był wydany jako następny, a nie jak przewidywał Draco Nimbus 2500, czy jak twierdził Goyle — 2002.
Poczuł ukłucie żalu, dużo silniejsze niż poprzednio i ponownie wypełniły go podejrzenia co do jakości eliksiru. Nadal czuł, że jest we właściwym miejscu, ale nie rozumiał, dlaczego stoi bezczynnie na zewnątrz, zagłębiając się w nieprzyjemne wspomnienia, niepasujące zupełnie do idealnego dnia. Sięgnął do kieszeni, chwytając buteleczkę, podczas gdy ktoś go minął. Natychmiast poczuł silną chęć, by również wejść do sklepu.
Czarodziej, za którym podążał, podszedł do lady. Draco stanął za nim, gdy ten kupował kafla i pastę do polerowania miotły.
— W czym mogę pomóc? — spytał sprzedawca Draco w tym samych momencie, w którym inny klient opuścił sklep ze swoimi zakupami. Sprzedawca patrzył na niego z nadzieją i stwierdził, że prawdopodobnie pamięta, jak ojciec kupił siedem Nimbusów 2001, kiedy Draco był na drugim roku.
— Chciałbym kupić… znicz — zdecydował Draco.
Ramiona sklepikarza nieco opadły, ale nie dał nic po sobie poznać.
— Jakiś konkretny typ? Mamy nowy, wyposażony w zaklęcie wykrywające wszelkie oszustwa. Świeci, gdy...
— Nie — przerwał mu Draco. — To nie jest konieczne. Po prostu zwykły znicz.
Gdy tylko Draco zapłacił za znicza, ten zaczął lśnić jasnym, złotym światłem. Skrzywił się. Wciąż był pewny, że dokonał prawidłowego zakupu, ale…
— Myślałem, że wyraziłem się jasno mówiąc, że nie chcę takiego znicza.
Oczy sprzedawcy rozszerzyły się ze zdumienia.
— O mój Boże! Nie, tamten świeciłby na czerwono, a poza tym pan nie jesteś oszustem, prawda? — Zerknął w dół na pieniądze, które nadal trzymał w dłoni, pokiwał głową i spojrzał ponownie w górę, uśmiechając się do Draco. — Nie, to zupełnie inny czar — odchrząknął, po czym odezwał się znacznie głośniej: — Gratulacje dla klienta, który właśnie nabył trzytysięczny przedmiot w naszym sklepie po zakończeniu wojny! Jestem zaszczycony — powiedział patrząc na Draco — mogąc ogłosić, że właśnie wygrał pan nowego Nimbusa 3000!
Rozentuzjazmowani chłopcy zgromadzeni przed wystawą zaczęli krzyczeć, gdy sprzedawca zdjął z niej miotłę i podał ją Draco. Ślizgon spojrzał na nią, jednak nie chciał jej przyjąć. Zdziwiony sklepikarz zmarszczył brwi, a mały tłum, który zebrał się wokół Draco, spoglądał na niego zaciekawiony.
— Dziękuję — powiedział Draco. — Ale sądzę, że wolałbym raczej tamtą. — Wskazał inną miotłę, wiszącą na ścianie blisko narożnika.
— Och! — Sprzedawca był wyraźnie zaskoczony. — Cóż… — Zamyślił się. — No dobrze, może być — powiedział w końcu, poruszony najwyraźniej wizją zaoszczędzonych galeonów. — To również świetna miotła. Najnowszy model Zamiataczki. Oficjalna miotła Harpii z Holyhead.
Ktoś z tyłu zachichotał, ale Draco miał to gdzieś. To była dokładnie ta miotła.
Włożył znicz i miotłę do torby, czym jeszcze bardziej zaskoczył i wzbudził dodatkowe zainteresowanie widzów.
Gdy odwrócił się, by opuścić sklep, dostrzegł w wejściu Pottera, który z niedowierzaniem wpatrywał się w otaczający Draco tłum.
— Przepraszam, Potter — powiedział Draco, zgrabnie go omijając i przechodząc przez drzwi.

Centrum Handlowe Eeylopa, godz. 12:22

Po przeciwnej stronie ulicy znajdowało się Centrum Handlowe Eeylopa. Obiecał matce, że kupi nową sowę i coś podpowiadało mu, że teraz jest na to odpowiedni moment.
Ostatnio był tutaj siedem lat temu. Zerknął na klatki z sowami, zanim skierował się do łysiejącego czarodzieja przy kontuarze.
— W czym mogę pomóc? — spytał mężczyzna.
— Potrzebuję sowy. Z dużą rozpiętością skrzydeł, by mogła pokonywać duże odległości i, w razie potrzeby, przenosić cięższe paczki.
Ojciec zawsze mawiał, że inne sowy są bezwartościowe.
— Mamy kilka ptaków pasujących do tego opisu. Chce pan rzucić na nie okiem, by wybrać swojego faworyta?
Draco zmarszczył brwi.
— To sowa, nie ulubione zwierzątko.
— W porządku — powiedział sprzedawca unosząc brew, jednak nie skomentował zachowania Draco. — Proszę poczekać.
Wrócił po chwili z dużą, białą sową.
— Ta będzie odpowiednia?
— Sowa śnieżna?
— Czy to jakiś problem? Mogę zaproponować puszczyka albo sowę płomykówkę, ale rozpiętość skrzydeł będzie o jedną trzecią mniejsza.
Draco spojrzał na sowę.
Pamiętał, jak przybył tu, jako jedenastolatek, kupić swoją pierwszą sowę. Spodobała mu się sowa śnieżna, więc wskazał ją ojcu mówiąc, że chce właśnie tę. Ojciec jednak nalegał by, zgodnie z jego wcześniejszymi planami, kupić puchacza. Gdy Draco pojechał do Hogwartu i zobaczył sowę Pottera, był zadowolony z kupna puchacza i od tej pory szydził z każdej białej sowy, którą zobaczył.
Natomiast teraz nie miał żadnych wątpliwości, że powinien nabyć właśnie tę sowę.
— Nie — odparł Draco. — Nie ma żadnego problemu. Biorę ją.
Sowa zahukała niemal przyjaźnie i Draco zamrugał zaskoczony. Jego puchacz był raczej poważny i milczący.
— Witam, w czym mogę pomóc? — spytał sprzedawca przez ramię Draco.
Ślizgon odwrócił się i zobaczył czającego się w drzwiach Pottera, który wyglądał na wyjątkowo niezadowolonego z faktu, że tutaj się znajduje.
— Malfoy, muszę z tobą porozmawiać.
Obecność Pottera była kuriozalna, jego prośba była kuriozalna, a jednak Draco nie był zaskoczony.
— Za chwilę, Potter. Kupuję sowę.
Gryfon nerwowo zerknął na klatkę, po czym odwrócił się.
— Poczekam na zewnątrz.
Nawet nie chciał wejść. Interesujące.
— Czego chcesz, Potter? — spytał Draco, gdy kilka chwil później wyszedł ze sklepu.
— Ja… ee… — wydukał Potter w przypływie elokwencji, zanim jego wzrok padł na klatkę. — To jakiś żart?
Draco właściwie oczekiwał, że zostanie wyśmiany z powodu wyboru takiej sowy. Ale żeby reagować tak, jakby nie mógł nabyć sowy tej samej rasy co ptak Pottera? Draco zjeżył się, mimo uspokajającej pewności niesionej przez eliksir.
— Przepraszam, nie jestem wystarczająco bohaterski dla tej sowy? To oficjalna sowa jasnej strony? Czuję się zawstydzony. Dokonałem wyboru, kierując się rozpiętością skrzydeł, a powinienem spytać o złe sowy? Myślisz, że mają je na stanie, czy będę musiał złożyć specjalne zamówienie?
Potter zaczerwienił się.
— Nie udawaj głupka, Malfoy. Nie o to chodziło. Ale jeśli potrzebujesz tak cholernie dużej sowy, czemu znów nie kupisz puchacza?
Draco ponownie poczuł fale gniewu pod płaszczykiem jego nienaturalnej pewności siebie, ale złość szybko minęła. Zauważył jednak, że pojawiło się inne, obce uczucie — w duchu był zadowolony, że Potter pamiętał jego sowę.
— Puchacze sprowadza się na specjalne zamówienie.
— Co się stało z tym, którego miałeś?
Nie rozumiał, czemu był skłonny rozmawiać o tym właśnie z Potterem. Czuł nieodpartą chęć pozostania i udziału w tej śmiesznej dyskusji, dopóki jej cel nie zostanie ujawniony.
— Nie wiem. Nie widziałem go od czasu bitwy o Hogwart.
Potter robił wrażenie zaskoczonego i zawstydzonego. Wyglądał dziwnie.
— Znaleźliśmy po bitwie wiele martwych sów. Śmierciożercy je zestrzeliwali.
Draco uśmiechnął się ironicznie.
— Tak, dziękuję, Potter. Jestem tego świadomy.
— Może twój uciekł.
— Tak, może moja sowa uciekła z Hogwartu, poleciała do Francji i wiedzie w Beauxbatons luksusowe życie. Albo nie żyje. — Potter wzdrygnął się nieznacznie, choć zauważalnie. — Czy jest coś, o czym faktycznie chciałbyś porozmawiać? Mam lepsze rzeczy do roboty niż stanie tu z tobą. — Draco oczywiście kłamał. Eliksir wyraźnie wskazywał, że stanie i rozmawianie z Potterem było dokładnie tym, co należało zrobić.
— Co spowodowało, że właśnie teraz kupiłeś nową sowę?
— Przyszedłeś dowiedzieć się, czemu kupiłem sowę?
— Nie, ja tylko… Nieważne. — Spojrzenie Pottera powędrowało w dół i znów wpatrzył się w sowę Draco, jakby nie mógł się powstrzymać.
Wszystko nagle nabrało sensu: czemu Potter nie chciał wejść do sklepu, czemu oferował to śmieszne wyjaśnienie losu jego puchacza, czemu teraz wpatrywał się w jego sowę śnieżną. Sowa Pottera została zabita w czasie wojny, a on nie zastąpił jej inną. Ciągle ją opłakiwał. Jakby sowa była warta żałoby. Jakby żałoba służyła czemukolwiek. I jak właściwie ten dupek odpowiadał na listy swoich fanów?
— Cóż, pogrążanie się w żałobie po sowie i nie kupowanie innej byłoby raczej głupie z mojej strony, prawda? — powiedział Draco. — Może po prostu chcę wysłać list?
Twarz Pottera zachmurzyła się.
— Powiedziałem, że to nieważne.
— Zatem w porządku. Porozmawiamy później. Albo jeszcze lepiej nie. — Draco odwrócił się i zrobił kilka kroków.
— Czekaj! Malfoy, potrzebuję twojej miotły!
Draco odwrócił się, świadomy rozbawienia malującego się na jego twarzy.
Potter się zaczerwienił.
— Dla mojej dziewczyny. Potrzebuję twojej miotły dla mojej dziewczyny.
— Twoja miotła jej nie wystarcza?
Potter zaczerwienił się jeszcze bardziej.
— Ależ z ciebie dupek. Ona chcę Zamiataczkę, a ty wziąłeś ostatnią. Potrzebuję miotły na jej urodziny.
— Kiedy ma urodziny?
— Miała w zeszłym tygodniu.
Och, ten związek był jeszcze bardziej beznadziejny niż Draco sobie wyobrażał. Potter naprawdę powinien ratować się galeonami, bo to najlepsze rozwiązanie. Chociaż…
— Dobrze, dam ci miotłę.
— Serio? Dasz mi ją? — spytał zdumiony Potter.
— Oczywiście. Jeśli zwrócisz mi moją różdżkę.
— Och. — Potter najwyraźniej całkiem zapomniał o różdżce Draco. Co za palant. — Racja. Byłeś dziś u Ollivandera. — Potter zatrzymał się, nie patrząc na Draco i odchrząknął. — Cóż, dobrze. Ale nie mam jej przy sobie. — Rozejrzał się. — Gdzie masz Zmiataczkę?
Draco poklepał torbę.
— Tutaj.
Potter wyglądał jakby był pod wrażeniem, nim dostrzegł znaczek z napisem „Potter cuchnie”. Spojrzał na Draco z czymś między rozbawieniem a irytacją.
— Żartujesz? Malfoy, dorośnij.
Draco uśmiechnął się.
— Niektóre fasony nigdy nie wychodzą z mody.
— Prawda — odparł Potter. — Słuchaj, pójdę i przyniosę ją. Spotkajmy się za parę minut w Esach i Floresach.
I deportował się, nawet nie czekając na odpowiedź Draco. Dupek.

Koniec części pierwszej

* odniesienie do oryginalnej klątwy Bat Bogey Hex, która według Rowling polegała na wyciągnięciu z nosa ofiary „smarka”, przyprawieniu mu nietoperzach skrzydeł i zmuszeniu go do zaatakowania ofiary, którą stanowił właściciel „smarka”. Polkowski to sobie jakoś odpuścił... I całe szczęście, bo to ohydne...
Ostatnio edytowano 1 paź 2012, o 15:57 przez zanda, łącznie edytowano 3 razy
zanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 70
Dołączył(a): 23 mar 2011, o 17:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Japor » 19 cze 2012, o 10:17

Tak, to jest na pewno coś co z chęcią przeczytam dalej. Podoba mi się pomysł tego opowiadania (a i wykonanie świetne), jeszcze nie czytałam historii, w której Malfoy zażywa eliksir szczęścia. Z wielką niecierpliwością czekam jak, też dalej potoczą się relację między Harrym a Draco, bo przecież już widać, że obaj są sobą zainteresowanie, chociaż może jeszcze nie zdają sobie z tego sprawę;-).
Świetne tłumaczeni, czyta się go z przyjemnością, bez żadnych większych zgrzytów. Mam nadzieję, że kolejny rozdział ukaże się niebawem:-)

Pozdrawiam!!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez karmelowa » 21 cze 2012, o 16:26

Naprawdę mi się podoba. Zapowiada się bardzo przyjemnie i lekko :) Mam nadzieję, że szybko dodasz kolejne rozdziały.
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez Ka » 21 cze 2012, o 22:14

Bardzo mi się podoba. Troszeczkę przypomina mi "Czasami trzeba wiedzieć, kiedy się zamknąć", tą Draconową powojennością i Pokątną. Nareszcie ktoś odważył się wykorzystać Felix Felicis! Chociaż nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że eliksir ma jakieś skutki uboczne, nie przemawia do mnie, że tak łatwo można go kupić - wydaje mi się, że mnóstwo ludzi by się nie oparło i zrobiłoby się ogromne zamieszanie. Ale mniejsza z tym. Boru, odzwyczaiłam się od pisania komentarzy. Zwłaszcza od pisania komentarzy do drarry (!). Czy wystarczy, jeżeli powiem, że czekam na kolejną część i na pewno będę czytać dalej? ;)
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Bang Bang » 25 cze 2012, o 19:44

Nie pamiętam kiedy cokolwiek komentowałam, a to jest bardzo, bardzo złe. Postanowiłam w ramach zbliżających się wakacji wreszcie ruszyć tyłek i się ogarnąć, bo przecież, mimo wszystko, komentarze karmią Wena itp. A to, że z powodu odzwyczajenia, pewnie będę brzmiała, jak dziecko z przedszkola, to już inna sprawa ;). Ad rem! Tekst naprawdę ma coś w sobie. Chociaż z reguły nie lubię, gdy ktoś podaje miejsca akcji i ich czas, tutaj jest to jak najbardziej na miejscu i przypomina mi serial, który oglądałam wieki temu (24 godziny- czy jakoś tak). Draco odnajdujący się w powojennym świecie czarodziejów jest naprawdę ujmujący, miejscami irytujący i naprawdę w takich chwilach nie wiem, czy mam go palnąć w głowę, czy raczej powzdychać jakiego to ma pecha, a właściwie teraz, dzięki Felixowi, szczęście, prawda? I och, czy Draco naprawdę nie jest cudowny w swoim zaprzeczaniu oczywistym faktom? Jeden szczęśliwy dzień bez Harry'ego Pottera, przecież to niemożliwe. To się naturalnie wyklucza ;). Ech, i oto trafiłam na kolejne fanfiction, w którym źle życzę Ginny W. (udław się swoimi rudymi kłakami, tfu!), ale no cóż- bywa :lol2: . I naprawdę nie mogę uwierzyć, że Harry gapił się na tyłek Smitha, ze wszystkich ludzi :sciana: . Ale przynajmniej dzięki temu faktowi jego związek z Rudą Małpą ma bardzo złe rokowania- trzeba szukać pozytywów, czyż nie? 8-) Pozdrawiam i życzę Weny w dalszym tłumaczeniu.
Combeferre sighed. "When was the last time you got a full night's sleep?"
"I'm a med student," said Joly, rubbing his eyes. "Sleep is surrender. Coffee is strength."
"Work is freedom," said Combeferre drily.
"Right." Joly nodded. "Sometimes, I forget you're a med student, too."

North London is red


Bractwo Bejsbola i Widła :pala:
Bang Bang Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2318
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 21:19
Lokalizacja: Emirates Stadium

Postprzez byarenlight » 25 cze 2012, o 21:10

Podoba mi się, ale mam brudne okulary i jestem tym poirytowana, bo zaraz będę musiała je czyścić i czyścić, i będą się robić smugi.
Ogólnie bardzo przyjemnie się czytało. Tak czułam, że to będzie dobra historia. Co prawda części są tylko trzy, a wnioskując po długości pierwszej, i kolejne będą krótkie, więc akcja pewnie poleci na łeb, na szyję... No cóż, na razie jednak jestem usatysfakcjonowana.
— Tak, może moja sowa uciekła z Hogwartu, poleciała do Francji i wiedzie w Beauxbatons luksusowe życie. Albo nie żyje.

Nie wiem dlaczego, ale rozśmieszyło mnie to xD Tutaj taka pełna fantazji ironia, a zaraz twarde sprowadzenie na ziemię: "albo nie żyje". 'Jezu jak śmiesznie XD'
Nie wiem czemu przy komediach, czy to lżejszych, czy to cięższych, z reguły ograniczam się tylko do zacytowania jakiegoś jednego z zabawnych fragmentów i do widzenia. No ale nie tym razem.
Napisane jest fajnie. To znaczy poprawnie, normalnie, ładnie, gładko. Dobrze się czyta, ale lepiej byłoby w czystych okularach. Charakter Draco mi na razie pasuje, trochę oczywiście są z Potterem zbyt mało wrodzy względem siebie, no ale nie czepiam się. Tylko mi ten "Ślizgon" nie pasował, nie lubię jak się bohaterów nazywa jakimiś określnikami dziwnymi.
- Ty byłaś kiedyś nastolatką. Powiedz, jak mam sobie poradzić z Astor?
- Spróbuj z nią porozmawiać.
- Kiedy ostatnio próbowałem, powiedziała, że mnie nienawidzi i przeniosła się do Orlando.
- To teraz masz drugą szansę. Podziel się z nią czymś... Co robiłeś w jej wieku...
- Zabiłem psa sąsiadów.
- Tego lepiej jej nie mów.
byarenlight Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1436
Dołączył(a): 9 sie 2011, o 20:07
Lokalizacja: względna

Postprzez Havoc » 26 cze 2012, o 19:59

A jego Nimbus bez problemu zmieścił się do środka .

środka.
Potter wydawał się nawet nie zauważyć, że jego narzeczona znajdowała się po drugiej stronie pomieszczenia, niedaleko od jego nemezis z lat dziecięcych, a w każdym razie od jednego z nich, , i wyraźnie była tak zła, że mogłaby dokonać jakiegoś aktu przemocy niegodnego damy.

nich, i
Nie ma nic atrakcyjniejszego, niż umiejętność zmiany śluzu z nosa w skrzydlate gryzonie, atakujące swoja ofiarę.

swoją
byarenlight napisał(a):
— Tak, może moja sowa uciekła z Hogwartu, poleciała do Francji i wiedzie w Beauxbatons luksusowe życie. Albo nie żyje.

Nie wiem dlaczego, ale rozśmieszyło mnie to xD Tutaj taka pełna fantazji ironia, a zaraz twarde sprowadzenie na ziemię: "albo nie żyje". 'Jezu jak śmiesznie XD'

A już się wystraszyłam, że jestem jakaś dziwna. D: Też mnie to strasznie rozśmieszyło.

Zapowiada się naprawdę dobrze. Dość nietypowe miejsce (a raczej miejsca) akcji, tzn. poszczególne sklepy i ich rodzinna posiadłość, Felix Felicis i... tylko co tu robi Ginny? :/
Boże, znowu przypomniałam sobie to zdanie z sową i zaczynam się śmiać sama do siebie.
Dziękuję za wstawienie tego tłumaczenia, naprawdę poprawiłaś mi nim humor.
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez MargotX » 26 cze 2012, o 22:03

i... tylko co tu robi Ginny? :/
No właśnie, też się zastanawiam... Mam nadzieję, że szybko zostanie wykopana z obrazka :whistle:
A tak poza tym, nieźle się zapowiada, choć może to nie najwłaściwsze określenie, bo to przecież zaledwie trzy rozdziały. Po prostu, dość zabawnie czyta się relację z zachowania osoby pod działaniem Felix Felicis <nawiasem mówiąc, rzeczywiście ciekawy, chyba nigdy wcześniej nie wykorzystany pomysł>, która robi coś często wbrew sobie, tylko dlatego, iż uważa, że w danej chwili właśnie tak powinna postąpić czy się zachować. Gdyby nie fakt, że mamy do czynienie ze światem czarodziejów i takie rzeczywiście jest działanie eliksiru, można by uznać to za całkiem niezłą wymówkę czy usprawiedliwienie ;)

Tak czy inaczej, kibicuję Draco, żeby mu jak najciekawiej ów dzień upłynął, koniecznie z dużą dawką Pottera ;)

Pozdrawiam :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez zanda » 2 lip 2012, o 22:30

Dziękuję bardzo za komentarze i zapraszam na kolejną część. :)

Esy i Floresy, godz. 12:49

Gdy Draco zbliżył się do Esów i Floresów, zobaczył, że ze sklepu wychodzą Astoria Greengrass i jej koleżanka. Za nimi podążał skrzat domowy obładowany pakunkami jeszcze bardziej niż poprzednio. Kierowali się do lodziarni po drugiej stronie ulicy, ale z jakiegoś powodu Draco nie czuł potrzeby przyłączenia się do nich i wiedział, że tak jest słusznie. Mógł złapać je odrobinę później.
W oknie przy drzwiach wisiał list gończy za Fenrirem Greybackiem. Draco założył, że ma teraz ważniejsze zadanie do wypełnienia niż przejmowanie się złośliwym spojrzeniem wilkołaka, a mimo to zadrżał delikatnie na widok jego zębów.
Pottera nie było jeszcze w sklepie, więc Draco mógł się spokojnie rozejrzeć. Szczególnie ciągnęło go do działu o relacjach międzyludzkich, jedynej części księgarni, której nigdy w życiu nie odwiedził. Było tam pusto, jeśli nie liczyć Wesleyówny i Granger, która wybierała książki i dodawała je do stosu spoczywającego w ramionach koleżanki.
— Dzięki, Hermiono, naprawdę — powiedziała Wesleyówna. — Ale wiesz, nie sądzę, by… — przerwała wręczając Granger książkę z powrotem. Następnie spojrzała na półki, marszcząc brwi w, najwyraźniej bolesnej, próbie myślenia. Będąc Gryfonką, prawdopodobnie nie zajmowała się tym częściej niż jej wkrótce-były-chłopak. — Wiesz, że on nic tak naprawdę o mnie nie wie? Oprócz tego, że jestem ruda i lubię quidditcha? To tak jakby chciał być w związku bez związku. Nie sądzę bym wcześniej się do tego przyznała, ale… czasami myślę, że on zapomina, że istnieję. Myślałam, że potrzebuje więcej czasu, ale... — Posłała Granger niemal prowokujące spojrzenie. — Dałam mu dużo czasu. I szczerze mówiąc, czuję się zmęczona czekaniem. Zaczynam myśleć… Po prostu nie sądzę, by którakolwiek z tych książek mogła pomóc.
— Cóż, książka o tym, co zrobić, gdy twój facet okaże się cholernym pedziem, nie może zawieść — powiedział Draco.
Obie dziewczyny odwróciły się, z tym samym oburzeniem na twarzach.
— Co ty tu robisz, Malfoy? — spytała Granger. — Szukasz książki o tym jak przezwyciężyć wpajane w dzieciństwie rasistowskie przekonania i bigoterię? Jak nawiązać kontakty z innymi ludźmi? Jak rozwijać kręgosłup moralny?
Jej wzrok powędrował do klatki z sową, którą trzymał w ręku. Była równie oburzona jak wcześniej Potter i Draco przewrócił oczami.
— Tak naprawdę to nie jest sowa Pottera, zdajesz sobie z tego sprawę?
— Chodź, Hermiono — powiedziała Weasleyówna. — Muszę zapłacić za książki.
Obie pomaszerowały do przejścia, a Draco poszedł za nimi. Nie robił jednak ani aluzji, ani żartów, dotyczących możliwości zapłacenia za książki, nie wydało mu się to konieczne.
Gdy zbliżali się do kasy, do sklepu wszedł Potter. Niósł klatkę, wewnątrz której znajdował się puszczyk. Weasleyówna spojrzała na niego, po czym odwróciła się gwałtownie do Draco.
— Co takiego? Czy wy dwaj… kupowaliście razem sowy?
Draco roześmiał się, a Hermiona potrząsnęła głową.
— Czemu tak uważasz, Ginny? Harry potrzebował nowej sowy, to zbieg okoliczności, że Malfoy też swoją kupował. Czemu Harry miałby chcieć robić cokolwiek z Malfoyem?
Potter podszedł do nich, rzucając Draco zakłopotane, obronne spojrzenie, jakby prowokował go, by powiedział coś o sowie, a następnie zwrócił się do Granger i Weasleyówny.
— Muszę pogadać z Malfoyem.
Szczęka Granger opadła, a Weasleyówna aż zapadła się w sobie.
— Idę zapłacić za książki — powiedziała napiętym głosem.
— Chcesz żebym to zrobił? — spytał Potter.
— Nie. Mogę sama o siebie zadbać, dzięki. — Ruszyła do kasy.
Granger, po rzuceniu Potterowi spojrzenia będącego mieszanką obawy, zmieszania i wyrzutów, podążyła za nią.
Gryfon odwrócił się do Draco z lekko przygarbionymi ramionami, jakby za chwilę miał zrobić coś nikczemnego i nie chciał, by ktokolwiek widział, co robi. Co za palant.
— Rozpiętość skrzydeł twojej sowy jest o jedną trzecią mniejsza niż mojej — rzucił Draco. Potter zamrugał, a Draco wyciągnął rękę. — Masz różdżkę?
— Eee, racja. — Potter wyciągnął ją z kieszeni szaty i podał mu.
Draco chwycił różdżkę i przebiegł palcami po gładkiej powierzchni drewna. W jakiś sposób tę czuł zupełnie inaczej, była znajoma w sposób, którego jego zastępcza różdżka nie znała, mimo że były niemal identyczne…
Coś przyszło mu do głowy i roześmiał się, a Potter podejrzliwie zmarszczył brwi. Ale on, oczywiście, zawsze był skrzywiony. Draco potrzebował tylko, by jego uwaga na chwilę została skierowana na kogoś innego.
— Harry Potter! — zawołał kobiecy głos, bez wątpienia ociekający złośliwym zachwytem.
Jak na zawołanie Potter się odwrócił, krzywiąc się jeszcze bardziej na widok Rity Skeeter.
Draco wsunął różdżkę do kieszeni, na jej miejsce wyjmując substytut zrobiony przez Girarda, a następnie skupił całą swoją uwagę na wiszącym w powietrzu konflikcie między Potterem i Skeeter.
— Cóż za wspaniała niespodzianka! Właśnie zakupiłam nowy komplet piór — powiedziała, prezentując garść z nich — z zamiarem napisania do ciebie listu. A ty tu jesteś! Czy otrzymałeś moje listy? Nigdy na żaden nie odpowiedziałeś.
— Nie mógł odpowiedzieć — wtrącił Draco, uśmiechając się złośliwie. — Nie miał sowy.
Skeeter obdarzyła go krótkim spojrzeniem, zanim ponownie skierowała swoją uwagę na Pottera.
— Jak widzę, teraz już masz. — Jej uśmiech był tak szeroki, jak jej nieszczerość.
— Nie jestem zainteresowany wywiadem — warknął Potter. — Nigdy nie będę.
— Ależ mój drogi — powiedziała Skeeter — świat ma prawo wiedzieć, co wydarzyło się tamtej pamiętnej nocy w Hogwarcie. Oczywiście niezależnie od ciebie i tak opublikuję swoją książkę, ale jestem pewna, że wolałbyś włączyć w nią swoją opowieść?
— Nie, dziękuję — odpowiedział stanowczo Potter. — Czemu zamiast tego nie zrobisz wywiadu z Malfoyem? Pamiętasz go, nieprawdaż? Też brał udział w bitwie. — Potter, który o wiele za długo miał pretensje o kilka artykułów na ich czwartym roku, myślał oczywiście, że Draco nie będzie chciał omawiać bolesnych i upokarzających wydarzeń tamtej nocy. I może w zwykły dzień by nie chciał. Jednak dziś…
Draco uśmiechnął się ujmująco do Skeeter.
— To prawda. Byłem w samym centrum wydarzeń. Potter uratował mi życie i uchronił przed śmiercią w płomieniach, w ostatniej chwili wciągając mnie na swoją miotłę. To było bardzo ekscytujące i z chęcią o tym opowiem.
Potter spojrzał na niego tak, jakby wyrosła mu kolejna głowa, natomiast Skeeter wyglądała jakby Draco był odpowiedzią na jej modlitwy. Wyjęła notatnik.
— Wciągnął cię na swoją miotłę, tak? Lecieliście razem? Przed czym cię ratował?
Gdy Draco przypomniał sobie płomienie i dym, pod płaszczykiem pewności siebie zatętniło coś innego, niczym szept grozy tamtego czasu, ale odepchnął to daleko od siebie.
— Przed ogniem — odpowiedział.
— Opowiedz mi — powiedziała Skeeter. — Który z was siedział z przodu? Kto kogo trzymał od tyłu? I, choć jestem pewna, że okoliczności były przerażające, czy można by było powiedzieć, że Harry czerpał przyjemność z tego doświadczenia?
W świetle jej zeszłorocznej publikacji o Dumbledorze, oczywistym wydawało się z jakiej strony postanowiła ująć temat przy pisaniu biografii Pottera. Nie żeby całkowicie myliła się w tej sprawie, jeśli wziąć pod uwagę obserwacje Draco, ale pomysł, że ktokolwiek mógłby czerpać przyjemność z tego lotu na miotle, był śmieszny. Draco spojrzał na wściekłego Pottera, którego oczy obiecywały Draco śmierć, jeśli źle odpowie na pytanie.
— Pozwól mi coś powiedzieć — powiedział Draco. — Muszę załatwić pewną sprawę. — Nagle uświadomił sobie, że to prawda. — Spotkajmy się w lodziarni po drugiej stronie ulicy, powiedzmy o czternastej siedem.
— O czternastej siedem — powtórzyła nieco zaskoczona Skeeter. — Nie wolałbyś o czternastej?
— Nie — powiedział Draco, pewny swojego zdania. — Czternasta siedem będzie lepsza.
— Zatem w porządku — odparła Skeeter, zamykając swój notatnik. — Więc o czternastej siedem. A ty będziesz tam bardziej niż mile widziany, Harry.
Harry skrzyżował ramiona i spojrzał na nią tak, jakby przy wystarczającym skupieniu mógł stopić jej okulary. Znając Pottera, możliwe, że mógłby.
Odwróciła się, by odejść, ale Draco zdał sobie sprawę, że potrzebuje jeszcze jednej rzeczy.
— Rita, czy mogłabyś mi użyczyć pergaminu i pióra? Muszę napisać liścik.
— Oczywiście — powiedziała, wyrywając kilka stron z notatnika i podając mu jedno z nowych piór.
— Och, nie mogę wziąć twojego nowego pióra. Stare wystarczy.
Skrzywiła się.
— Jesteś pewny? Gdy się starzeją, mają tendencję do…
— Stare będzie idealne — powiedział stanowczo Draco.
— Cóż, w takim razie możesz je zatrzymać — odparła Rita, uśmiechając się. Podała mu pióro i pergamin, odwróciła się i wzdrygając się przez spojrzenie, którym nadal obdarzał ją Potter, oddaliła się szybko.
Potter natychmiast skierował wściekły wzrok na Draco.
— Co to, do cholery, było?
— Ciszej, Potter, piszę list. Zawsze chciałem wypróbować jedno z nich. — Ustawił szybkopiszące pióro na pergaminie, splótł ręce za plecami i zaczął dyktować: — Droga matko, kupiłem sowę. Zaopiekuj się nią, dopóki nie wrócę do domu. — Z klatki dobiegło wdzięczne pohukiwanie sowy. Draco zerknął na nią, po czym kontynuował: — Mam zaplanowane spotkanie w lodziarni o czternastej siedem, więc nie spodziewaj się mnie wcześniej w domu. Mam nadzieję, że czujesz się dobrze. Twój kochający syn... — W tym momencie Potter prychnął. Draco obdarzył go upominającym spojrzeniem, zanim dokończył: — Twój kochający syn, Draco Malfoy.
Sowa wzięła wiadomość i wyleciała przez drzwi, gdy Granger i Weasley wychodziły ze sklepu.
Potter wciąż piorunował go wzrokiem.
— Jak możesz mówić o tym, jakby to był jakiś żart? — zapytał w końcu Potter. — Nie dbasz o to, prawda? O swoją sowę. O zmarłych przyjaciół.
Draco poczuł unoszącą się falę gniewu, ale opadła ona równie szybko jak ogień bez dostępu powietrza.
— Nic o mnie nie wiesz, Potter.
Gryfon splótł ramiona na klatce piersiowej.
— Wiem, że jesteś zupełnie zadowolony, urządzając sobie kpiny ze wszystkiego dla rozgłosu i przyciągnięcia uwagi.
Było naprawdę śmieszne, że za to krytykował go właśnie Potter.
— Myśl, co chcesz — powiedział Draco, wsuwając pustą klatkę do torby. — Muszę iść coś załatwić.
— Jasne, co to za sprawa? Wiem, że coś kom...
— Przepraszam, pan Potter? — spytała jakaś dziewczyna, przystając nieśmiało przy ramieniu Pottera. Wyglądała na jakieś dziesięć lat, a z jej oczu biło uwielbienie. Naprawdę, ta sytuacja przyprawiała o mdłości.
Potter spojrzał w dół, a jego gniew błyskawicznie stopniał, ustępując miejsca skrajnemu i widocznemu skrępowaniu.
— Ee… tak?
— Ja i moje przyjaciółki zastanawiałyśmy się… — Pięć innych dziewcząt stało z boku i, chichocząc, przyglądało się efektom działania przyjaciółki. — Czy mogłybyśmy dostać autograf?
— Ee… — wyartykułował znów Potter, a Draco przewrócił oczami. Potter rozejrzał się, jakby dopiero coś do niego dotarło. — Moment, gdzie poszła Ginny?
— Słucham? — spytała dziewczyna.
— Nie mam pióra… i pergaminu… — wydusił Potter.
— Proszę, Potter — powiedział Malfoy, wciskając Gryfonowi w ręce pióro i papier. — Och, i to też możesz zabrać — dodał, wręczając mu różdżkę Girarda. — Zmieniłem zdanie.
— Ty… Co? O mój Boże, Malfoy, jesteś takim...
Dziewczyna przed nimi sapnęła zaskoczona i Potter spuścił wzrok, zaciskając mocno zęby.
— Daj mi znać, co z wywiadem. Muszę już iść.
Wychodząc ze sklepu, Draco się obejrzał. Pottera otoczyły dziewczyny i chłopak wyglądał, jakby zastanawiał się, czy nie lepiej rzucić się do ucieczki niż rozdawać autografy.
Po drugiej stronie ulicy, dziewczyna Weasleyów i Granger siedziały przy stoliku, a ta pierwsza wyglądała jakby płakała. Stolik dalej siedziała Astoria Greengrass, już bez przyjaciółki i skrzata domowego, dzieląc się lodami z Zachariaszem Smithem.
Draco stwierdził, że go to nie obchodzi.
Skręcił w prawo, kierując się ku Alei Śmiertelnego Nokturnu.

Apteka, godz. 13:32

Dziwnie było iść ulicą, wiedząc w jakim kierunku należy się udać, a nie znając celu podróży. Okazała się nim apteka, w której nabył eliksir. Nie wiedział dlaczego, jednak miał świadomość, że powinien znajdować się tutaj właśnie teraz. Bez wahania otworzył drzwi i wszedł do ciemnego lokalu.
W sklepie znajdował się jeden klient, z twarzą częściowo zasłoniętą kapturem płaszcza. Dłonie oparł na ladzie i był groźnie pochylony w stronę aptekarza, który odsuwał się z szeroko otwartymi oczami i trzęsącymi się rękoma. Obaj odwrócili się, by spojrzeć na Draco.
— Myślałem, że zamknąłeś drzwi — warknął mężczyzna w kapturze.
— Zamknąłem! Jestem przekonany, że zamknąłem! — powiedział sprzedawca łamiącym się głosem.
Zamaskowany mężczyzna zbliżył się i spojrzał na Draco spod kaptura, po czym groźnie zwrócił się do aptekarza.
— Zamknij teraz.
Ten posłał Draco udręczone spojrzenie i wyszeptał zaklęcie blokujące drzwi.
Zanim mężczyzna odwrócił się do Draco, wyrwał aptekarzowi różdżkę. Podszedł bliżej do Ślizgona i zsunął kaptur. To był Fenrir Greyback. Jego wzrok obiecywał przemoc, a pożądanie wypisane na twarzy mówiło, że bez względu na jej rodzaj, Greyback będzie się nią cieszył.
Draco powinien być przerażony.
To było dziwne. Rzadko odczuwał spokój w nagłych wypadkach, ale jeśli już, to odczuwał go gdzieś głęboko w środku, podczas gdy na zewnątrz kipiał energią — był roztrzęsiony, jego przyspieszony puls napędzał wszystko, nawet myśli.
Tym razem to panika była wewnątrz, osnuta przez całkowicie okrywający ją spokój i przeświadczenie, że wszystko będzie dobrze.
Draco powoli wyciągnął różdżkę, jakby w ogóle nie chciał z niej korzystać. Greyback zaśmiał się.
— Co chcesz zrobić z tą różdżką? Obaj wiemy, że nawet z nią jesteś beznadziejny. Expelliarmus!
Różdżka poleciała i wilkołak złapał ją, zaciskając na niej swoje brudne palce z pożółkłymi paznokciami. I w jakiś sposób to było dokładnie to, co miało się stać.
Usta Greybacka rozszerzyły się w obscenicznej parodii uśmiechu. Nawet teraz, blisko południa, jego zęby były ostro zakończone. To nie były zęby wilka, ale Draco wiedział, co mogły zrobić. Widząc je, przypomniał sobie, jak uchylił się przed nimi w Wieży Astronomicznej, w salonie Malfoy Manor, w jego koszmarach.
— Tym razem nie ma tu mamusi, która cię ochroni — powiedział Greyback.
— Teraz to ja ją chronię. Kto przeklął jej naszyjnik?
Greyback zaśmiał się ponownie.
— Z tego, co słyszałem, przeklęto nie tylko naszyjnik. — Niczym drapieżnik powoli przysuwał się bliżej. Draco tymczasem stal ciągle w tym samym miejscu i przyglądał się jego ruchom.
Od strony kasy, gdzie stał aptekarz, dobiegł ich cichy dźwięk.
— Zostań tam, gdzie jesteś, Gifford — powiedział wilkołak, wciąż patrząc na Draco. — Zrobisz kolejny krok i pożałujesz. Najpierw złamię twoją różdżkę, a później twój kark.
Wilkołak w końcu zatrzymał się tuż przed Draco. Był tak blisko, że Ślizgon czuł fetor jego szat — pachniały potem, krwią i jeszcze czymś obrzydliwym, jak skołtuniona sierść chorego zwierzęcia. Pochylił się i obwąchał szyję Draco, a ten zdziwił się, że Greyback może czuć cokolwiek innego poza własnym smrodem. Był przerażony, ale wciąż panował nad sobą, bo wiedział, że jest we właściwym miejscu i że nic złego się nie stanie.
— Chcę cię ugryźć, wiesz? — wychrypiał Greyback. — Gdyby nie twoi rodzice, zrobiłbym to już dawno temu. Zepsuli cię, nigdy nie dorosłeś. Nigdy nie nauczyłeś się dbać sam o siebie. Wciąż jesteś tylko... chłopcem.
Greyback pochylił się niżej, otwierając usta, ale w tym momencie coś zaskrzypiało, więc gwałtownie się cofnął.
Przez okno, z szeroko otwartymi oczami, zaglądał Potter.
— Co on tu, kurwa, robi? — wymamrotał wilkołak.
— Jest tutaj przeze mnie — powiedział Draco. — Mam coś, czego chce.
Draco pozwolił, by jego wzrok podążył do torby, nadal wiszącej na jego ramieniu, a następnie wrócił do nieufnej twarzy Greybacka.
— Daj mi to — warknął Fenrir, boleśnie wykręcając ramię Draco i chwytając za torbę. Gdy to robił, Draco sięgnął w dół, chwycił różdżkę, którą wilkołak trzymał w drugiej ręce i wyrwał mu ją. Idealnie leżała w jego dłoni, teraz odczuwał ją jeszcze intensywniej niż wtedy, gdy dał mu ją Potter. Aportował się, gdy tylko zacisnął na niej palce, ale niezbyt daleko — zaledwie kawałek od wilkołaka. Rozwścieczony Greyback spojrzał na niego, zanim wsadził rękę do torby odebranej Draco. I wtedy wrzasnął. Upuścił pakunek i wrzeszcząc, padł na podłogę, w dłoni ściskając pawie pióro. Na jego twarzy i rękach zaczęły pojawiać się rany, a jego szaty zabarwiły się świeżą krwią.
Incarcerous! — krzyknął Draco i ciało wilkołaka zostało skrępowane grubymi linami, które po chwili zabarwiły się posoką. W tym momencie drzwi zostały wyłamane i do środka, tocząc wokoło dzikim wzrokiem, wpadł Potter, tylko po to, by zostać zaskoczonym przez widok już ubezwłasnowolnionego Greybacka.
— To boli! Boli, zatrzymaj to! — zapłakał Greyback, w jego chrapliwym głosie słychać było niczym niehamowany ból. Po chwili porzucił próby artykułowania słów i zaczął wyć w agonii. Jego krzyki mieszały się w głowie Draco z krzykami matki, znalezionej przez niego na podłodze sypialni i z krzykami Rowle’a, do którego torturowania został zmuszony przez Voldemorta. Po raz pierwszy ogarniające go przerażenie było bliskie wyzwolenia się spod działania eliksiru.
— Ty! — krzyknął Draco do aptekarza.
— Przepraszam, zabrał mi różdżkę. Nic nie mogłem zrobić — przepraszam!
— Kogo obchodzi, że ci przykro? — odburknął Draco. — Daj mi eliksir przeciwbólowy i Veritaserum.
Aptekarz pomknął do półki, a Draco odwrócił się w samą porę, by zobaczyć jak Potter głupio sięga po pawie pióro.
— Nie dotykaj tego, ty idioto! — krzyknął. Potter gwałtownie cofnął rękę i spojrzał na Draco, a ten odwrócił się do Greybacka i wylewitował pióro z jego dłoni, umieszczając je w torbie, wciąż leżącej obok niego na podłodze.
Gdy było bezpiecznie, pojawił się aptekarz z buteleczką. Rzut oka na etykietę potwierdził, że był to eliksir przeciwbólowy i Draco wlał go do ust wilkołaka. Nie dbał o to, czy nie podał go zbyt wiele, najważniejsze było, by powstrzymać te przerażające krzyki. Greyback umilkł, a jego ból zelżał, choć nadal był przytomny. Panika, której fale zalewały umysł Draco i usiłowały wydostać się na zewnątrz, zaczęła się rozpraszać.
— Gdzie Veritaserum? — spytał.
— Jak... jestem pewny, wiesz — powiedział drżącym głosem aptekarz — dostęp do Veritaserum jest bardzo ograniczony...
Draco zignorował go i podniósł się. Facet był bezużyteczny. Podszedł do lady i, niezbyt zaskoczony, znalazł rząd buteleczek na półce pod nią. Jedna wpadła mu w oko i podniósł ją.
— Co powiesz na to? — powiedział unosząc brew. — Veritaserum.
Aptekarz wpatrywał się w niego, a Potter, kucając, wpatrywał się w wilkołaka, jakby to dzięki jego czujności Greyback pozostawał związany i bezbronny.
— Czemu to robisz? — spytał Potter, kiedy Draco wlał trzy krople eliksiru do ust Greybacka.
— Muszę się dowiedzieć, kto próbował zabić moją matkę — odpowiedział Draco i nawet na niego nie patrząc, zwrócił się do skrępowanego Fenrira. — Kto przeklął naszyjnik mojej matki i inne przedmioty w posiadłości?
— Yaxley... — wyjęczał Greyback. — To Yaxley. Zawsze nienawidził twojego ojca. Mówił, że te pawie...
— Czy ktoś mu pomagał?
— Nie wiem. Myślę, że nie. Nikomu nie powiedział. Nie chciał...
— Co tu robisz? — wtrącił Potter. — Pozostawałeś w kontakcie z Draco Malfoyem? Zaaranżowałeś to spotkanie?
Draco spojrzał na niego, a Greyback jęknął albo z powodu konieczności odpowiedzi na trzy pytania na raz, albo na skutek niecałkowitego uśmierzenia bólu klątwy, która wciąż trawiła jego ciało.
— Byłem tu, ponieważ chodziły plotki, że Gifford chciał mnie przechytrzyć i przekonywał wilkołaki, by przystępowały do watach, które nie popierają moich planów. Kontakt z Draco Malfoyem nawiązałem pięć minut temu, kiedy wąchałem jego całkiem przyjemne gardło. I nie mieliśmy zaplanowanego spotkania. Po raz ostatni widziałem go w maju, w noc zabicia...
— Czy mojej matce grozi coś ze strony kogoś innego? — spytał Draco.
— Zabiłbym ją, gdybym tylko miał szansę — powiedział Greyback. — Zaraz po tym jak...
Draco solidnie go kopnął i Greyback jęknął, usiłując złapać oddech i jednocześnie kontynuować odpowiedź na pytanie.
— Czy mojej matce zagraża ktoś inny niż ty i Yaxley?
— Ja nie... — wybełkotał Greyback. — Nie wiem. Wielu ludzi jej nie lubi, bo traktuje ich jak gówno. Myśli, że jest lepsza niż ktokolwiek inny. Ona...
Silencio! — Greyback nadal poruszał ustami, jednak nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Draco kurczowo ściskał różdżkę.
— Yaxley siedzi już w Azkabanie — powiedział w końcu Potter.
— Wiem — odparł Draco. Oczy Pottera nadal wyglądały nieco dziko, a jego oddech w dalszym ciągu był przyspieszony. Kropla potu powoli spłynęła mu po czole i Draco odwrócił wzrok. — Spóźniłeś się odrobinę, co Potter? — rzucił, lewitując Greybacka. — Co z ciebie za bohater? — Potter poczerwieniał. — Chodź — ciągnął Draco. — Spóźnimy się na nasz wywiad. Poza tym on wytrzyma najwyżej godzinę, nim klątwa go zabije. A dostarczenie go martwego będzie znacznie mniej imponujące. — Odwrócił się do aptekarza. — Możesz to wziąć. — Draco wyrwał różdżkę aptekarza z szaty wilkołaka i rzucił mu ją. — Jeśli po tym wszystkim nie będzie dobrze działać, to wiedz, że zupełnie na to zasłużyłeś. Ojciec miał rację. To obrzydliwe miejsce.

Lodziarnia, godz. 14:07

Draco chwycił ramię Greybacka, w miejscu, które wydawało mu się najmniej brudne, i aportował się do lodziarni. Nadal były tam Weasleyówna i Granger, podobnie jak Astoria, Smith i Rita Skeeter z fotografem. Wszyscy się w niego wpatrywali. Chwilę później obok niego aportował się Potter, a Minister Magii i tuzin aurorów zdjęli z siebie Zaklęcie Kameleona. I wtedy rozpętało się piekło. Podczas gdy aurorzy zabierali Greybacka do aresztu, Draco wyjaśniał Ministrowi Magii, dlaczego jego sowa dostarczyła list, który — choć dość niezrozumiale — wydawał się informować o zagrożeniu lodziarni atakiem terrorystycznym dokładnie o czternastej siedem.
— Malfoy Manor, Ministerstwo Magii. Tego rodzaju pomyłki zdarzają się, gdy korzysta się jednocześnie z pomocy starych szybkopiszących piór i zupełnie nowych sów — powiedział Draco do Shacklebolta.
Ten zmarszczył brwi, patrząc na Draco, jakby widział najdziwniejszą rzecz w swoim życiu, następnie spojrzał na zakrwawionego Greybacka, jakby ten był drugą osobliwością, aż wreszcie spytał Draco, czy nie zechciałby rozważyć ubiegania się o pracę aurora. Draco obiecał przemyśleć tę propozycję, a w tym czasie nowe, prawdopodobnie bardziej wiarygodne, szybkopiszące pióro Rity skrzętnie notowało wszystko w jej notesie, podczas gdy fotograf uwieczniał wszystko swoim aparatem. Zrobił nawet zdjęcie tego, jak Weasleyówna uderza Pottera w twarz.
— Przepraszam — powiedział Draco do Skeeter, gdy podeszła do niego zaraz po tym, jak przyjął zaproszenie ministra na wieczorne uroczystości w Hogwarcie. — Czuję się dość wyczerpany. Myślę, że powinniśmy przełożyć nasz wywiad. Wygląda na to, że masz wystarczająco dużo materiału do artykułu. Niezła historia, prawda?
Wtedy dojrzał Billa Weasleya stojącego obok Pottera. Od tamtej nocy w Hogwarcie widział go kilkukrotnie, jednak nigdy nie miał odwagi, by przyjrzeć się dokładnie bliznom na jego twarzy. Były okropne. Gorsze niż te na jego piersi. Gorsze nawet niż te na jego szyi, których obecności był świadomy przez większość dni. Jednak dziś czuł się zmuszony robić przedziwne rzeczy. Być może dziwniejsze niż kiedykolwiek. Dlatego podszedł do Weasleya i Pottera, których oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Odwrócił się do Weasleya.
— Przykro mi — powiedział.
Ale najdziwniejsze było uświadomienie sobie, że naprawdę tak myślał.

Dziurawy Kocioł, godz. 15:30

Żadną z rzeczy, których spodziewał się Draco podczas swojego idealnego dnia, nie był spóźniony obiad w Dziurawym Kotle z Billem Weasleyem i Harrym Potterem. Patrząc na swoich towarzyszy, naszła go refleksja, że w rzeczywistości jest to jeszcze bardziej nieprawdopodobne niż sam atak wilkołaka. Ale po raz kolejny był pewny, że znajduje się w dobrym miejscu.
— Pokonałeś Fenrira Greybacka pawim piórem? — spytał Weasley.
— Zdarzały się dziwniejsze rzeczy — odparł Draco. Na przykład ten obiad.
— Po prostu miałeś szczęście, Malfoy — powiedział urażony Potter.
— Nawet jeśli, to co? Wiem, że odnoszenie sukcesów dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności to twoja specjalność, ale nie zdawałem sobie sprawy, że zastrzegłeś sobie do nich prawo. Czy szczęście jest zakazane? Jak sowy śnieżne?
Weasley zignorował tę wymianę zdań.
— Przede wszystkim, dlaczego masz przeklęte pióro? – spytał Bill.
— Mam ponad dwadzieścia przeklętych piór i do tego kilka innych przeklętych przedmiotów. Yaxley je przeklął. Nieszczególnie dbam o pióra, ale naprawdę muszę znaleźć sposób, by zdjąć klątwy z pozostałych rzeczy. Niektóre z nich wiele znaczą dla mojej matki.
Bill wyglądał na zainteresowanego.
— Mógłbym dla ciebie na nie spojrzeć.
— Naprawdę to doceniam — powiedział Draco.
Rozdrażniony Potter fuknął, po czym spojrzał na stół, a jego oblicze pochmurniało z każdą chwilą. Ramiona mu opadły i zagryzł dolną wargę. Wyglądał na kogoś nieprzyjemnie zaskoczonego przez życie. Draco pomyślał, że dziś zdecydowanie nie jest dzień Pottera.
Zmarszczki na czole Pottera pogłębiły się, wskutek jakichś niemiłych myśli i do Draco nagle dotarło, że one zawsze tam były, tuż obok blizny. A przynajmniej były zawsze, gdy Potter był w pobliżu Draco. Przypuszczał, że może ze dwa razy widział w Wielkiej Sali, jak Gryfon się uśmiecha i teraz zastanawiał się, jak czoło Pottera wyglądałoby bez tych bruzd i jak wyglądałyby jego usta, gdyby się uśmiechnął.
— Jesteście nieco rozproszeni, prawda? — spytał Weasley i Draco zamrugał. Jak rozmyślanie o uśmiechu Pottera miało przynieść mu szczęście? Powinien wiedzieć, że z eliksirem było coś nie tak.
— No cóż, powinienem już wracać do Gringotta — powiedział w końcu Weasley. — Mam zabrać te przeklęte rzeczy?
Draco otworzył torbę, wyjął obie miotły i znicza, a następnie wręczył ją Weasleyowi.
— Jest tam sowia klatka — poinformował go. — Nie jest przeklęta, ale wszystkie inne rzeczy są.
— W porządku — odparł Weasley. — Zobaczę, co da się zrobić.
— Dziękuję — powiedział Draco.
Potter spojrzał na Draco podobnie, jak wcześniej Kingsley. Potem popatrzył na oparte o stół miotły, a zmarszczka na jego czole wydawała się głębsza niż kiedykolwiek wcześniej.
— Ta miotła jest moja — rzucił, wskazując na Zmiataczkę. — Mieliśmy umowę.
Draco przewrócił oczami.
— Nie odzyskasz jej dzięki miotle, Potter.
Potter spiorunował go wzrokiem.
— Ja... Wiem, więc po prostu się zamknij.
— Miałem cię zapytać, Harry — powiedział Weasley. — Co się stało z Ginny?
Potter zawahał się.
— Była zła, bo wysłałem jej sowę nie mówiąc, że robię coś niebezpiecznego — wykrztusił w końcu. — I nie powiedziałem jej, gdzie byłem i nie dałem jej szansy, by mi pomogła.
— Poczekaj moment — przerwał mu Draco. — Patrzyłeś, jak Fenrir Greyback ślini się na moją szyję, a jednak znalazłeś czas, by napisać swojej dziewczynie list, zanim postanowiłeś mi pomóc?
— Co napisałeś? — zapytał Bill.
— „Zostań” — odparł zrzędliwie Potter.
— Potter, myślisz, że ją wyszkoliłeś? Jak psa? — Bill uniósł brew, patrząc na Draco, zanim odwrócił się do Pottera. Potter, co było do przewidzenia, wpatrywał się gniewnie w Draco, ale chwilę później spuścił wzrok na stół.
— Nie chciałem, by stała jej się krzywda. I... nie chciałem też, by sowa została ranna — dodał ciszej.
Bill westchnął i poklepał go po plecach.
— Ginny ma charakterek — powiedział. — Może spróbuj z nią o tym pogadać. Za tydzień lub dwa. — Podniósł torbę Draco i wstał od stołu. — No dobra, ja spadam.
Draco i Potter w ciszy siedzieli przy stole. Draco też powinien wyjść, ale z jakiegoś powodu nie chciało mu się wstać. Zauważył na rękawie szaty kroplę krwi, wyjął więc różdżkę i rzucił zaklęcie czyszczące. Potter spojrzał na różdżkę, a jego oczy zwęziły się. Wyciągnął z kieszeni swojej szaty różdżkę Girarda i wpatrywał się w nią podejrzliwie.
— Ty kłamliwy draniu — krzyknął Potter.
— Są podobne. To nie dowodzi, że je zamieniłem. To w zasadzie nie dowodzi niczego. A nawet jeśli to zrobiłem, to co? Nie jesteś nawet w stanie ich rozróżnić.
— Posługiwałem się tą różdżką — powiedział Potter, ostentacyjnie kiwając głową w stronę różdżki w ręce Draco. — Od miesięcy. Polegałem na niej, by przetrwać, więcej niż jeden raz, a ty myślisz, że nie widzę różnicy? Łudzisz się.
— Rozpocząłeś dzień z zapasową, głogową różdżką. Kończysz dzień z zapasową, głogową różdżką. W niczym cię nie oszukałem.
— Oszukałeś mnie z miotłą — upierał się Potter. — Jest moja.
— Nie jest — odparł Draco. — Ale... — kontynuował, bo coś mu wpadło do głowy — Możemy o nią zagrać.
— Co? — zapytał oszołomiony Potter.
— Zagram o nią z tobą. — Draco kiwnął głową w stronę mioteł i znicza, leżącego na stole. — Pojedynek szukających. Zwycięzca bierze miotłę. I obie różdżki.
Potter przez chwilę patrzył na znicza, a głęboka bruzda na jego czole powoli się wygładzała. Uśmiechnął się.
— W porządku, Malfoy. Zakład stoi!
— Gdzie chciałbyś grać? — spytał Draco wstając. — Przegrany wybiera.
Potter uniósł brew.
— Więc dlaczego mnie pytasz?
Draco schował znicza, podniósł obie miotły i czekał.
— Gdzieś, gdzie ludzie nie będą na nas patrzeć — powiedział w końcu Potter. — Ani robić zdjęć.
— Mamy we dworze boisko do quidditcha.
Potter spojrzał na niego, jakby właśnie udowodniono, że Draco — dokładnie tak, jak myślał Potter — był szalony.
— Wystraszony, Potter? — Gryfon przewrócił oczami. — Gdybym chciał ci coś zrobić, mogłem po prostu pozwolić ci chwycić pawie pióro.
— Dobra — zgodził się po chwili Harry. — Chodźmy.
— Musimy użyć teleportacji łącznej. — Draco wyciągnął rękę. I nagle uświadomił sobie, że zrobił coś, czego obiecywał nigdy nie powtórzyć. Nigdy.
— Byłem już w Malfoy Manor — powiedział Potter, marszcząc brwi, ale chwycił rękę Draco.
Nawiązanie Pottera do tamtej nocy wywoływało niemiłe wspomnienia i Draco spiął się, mocniej ściskając rękę Gryfona.
— Cóż, jakoś wątpię, by Greyback oprowadził cię po posiadłości, zanim przywlekł cię do salonu. Albo, że w ogóle mogłeś widzieć na tyle dobrze, by dostrzec boisko do quidditcha w ogrodzie, jeśli jednak by to zrobił. Kompletnie nie widziałem twoich oczu. — Jednak teraz mógł je widzieć.
— Ale wiedziałeś, że to ja — powiedział Potter.
— Oczywiście, że wiedziałem.
Draco dziwnie się poczuł, był niemal zdenerwowany, a perspektywa pewnej wygranej w quidditchu nie wystarczała, by stłamsić niepokój. Możliwe, że eliksir przestawał działać. Nie czuł natychmiastowej potrzeby zażycia większej ilości, ale przecież nie mógł jej poczuć, dopóki całkowicie nie uwolni się od wpływu poprzedniej dawki, prawda? Weźmie więcej przy najbliższej okazji. Nie ma mowy, by zawalił ten mecz. Potter spojrzał w dół, na ich połączone dłonie, a następnie podniósł głowę. Miał jakiś dziwny wyraz twarzy.
— Dobra, zatem... — powiedział Draco, sprawdzając uścisk, po czym aportował ich.

Malfoy Manor, godz. 16:07

Wylądowali na boisku do quidditcha i obaj natychmiast zmrużyli oczy, porażeni przez promienie popołudniowego słońca. Draco puścił rękę Pottera i cofnął się o krok. Potter rozejrzał się dookoła.
— Nie ma pawi?
— Są po drugiej stronie drogi — powiedział Draco, wskazując w kierunku ogrodu. — Nie widzisz ich?
Potter odwrócił się i mrużąc oczy, spojrzał we wskazanym kierunku, a Draco ukradkiem wyciągnął z kieszeni szaty buteleczkę Felix Felicis. Jedna łyżka specyfiku działała od rana do wczesnego popołudnia. Kolejna powinna być w sam raz. Ciepło rozlało się po jego ciele, tak samo jak wtedy, gdy rano zażył eliksir, ale tym razem było jakoś inaczej. Poprzednio ogarnął go spokój, pewność siebie i szczęście. Ale teraz, zamiast odprężenia czuł się nadzwyczajnie radosny, całe jego ciało aż wibrowało z chęci zrobienia czegoś. Czegoś niesamowitego, czegoś niewykonalnego. Bo dziś nie było dla niego rzeczy niemożliwych. I nie był tak po prostu szczęśliwy — był upojony szczęściem, rozentuzjazmowany, niemal frywolny.
Wsunął buteleczkę z powrotem do kieszeni i odwrócił się, by spojrzeć na Pottera. Ten nadal stał zwrócony w kierunku ogrodu, a jego szaty i włosy poruszał delikatny wietrzyk.
— Tak — powiedział Gryfon. — Myślę, że je widzę. Hej, skąd pochodziły te przeklęte pióra?
Draco przypomniał sobie pawia z gołym tyłkiem i roześmiał się, a później odkrył, że nie może przestać i śmiał się również z tego. Potter wyglądał na odrobinę oszołomionego, ale w kąciku jego ust również czaił się uśmieszek. Draco rzucił mu Zamiataczkę, którą ten bez trudu złapał.
— Chodź za mną, Potter. Pokażę ci mojego złego pawia.
Ślizgon dosiadł miotły i ruszył szybko, ciesząc się pędem wiatru, który smagał go po twarzy i rozwiewał włosy. Wykonał kilka skomplikowanych pętli i zatrzymał się, spoglądając na rywala. Draco wystartował pierwszy, ale Potter nie potrzebował wiele czasu, by go dogonić.
— Mam nadzieję, że jesteś świadomy, że to zabrzmiało jak kiepski podryw — powiedział Potter i zaśmiał się, odrobinę skrępowany. — Więc jak wygląda zły paw?
— Będziesz wiedział, gdy go zobaczysz — odparł Draco i wystrzelił w kierunku ogrodu, a Potter poleciał zaraz za nim. Draco nie wybrał najprostszej drogi, myśląc, że to nudne, i zdecydował się na okrężną, jednak zrobił to na tyle szybko, by nie miało to większego znaczenia. Leciał w pobliżu drzew, gwałtownie wlatując między nie i tak kluczył między gałęziami, że mógł czuć, jak liście smagają go po twarzy.
— Jesteś szalony — krzyknął Potter, śmiejąc się.
Ślizgon dostrzegł dużą grupę pawi w pobliżu fontanny i kierowany nagłym impulsem, wzleciał wysoko ponad nimi, by następnie zanurkować, zaśmiewając się z zaskoczenia rozpraszających się ptaków. Zagryzł wargi z wysiłku, usiłując wyhamować, kiedy Potter zatrzymał się obok niego.
— Czy to ten, któremu w ogonie brakuje wszystkich piór? — spytał Potter, wskazując w kierunku dworu. Ptak był pod drzewem, w pewnym oddaleniu od innych pawi. Prawdopodobnie chciał zostać w cieniu.
— Owszem, to ten — odparł Draco, chichocząc.
— Więc tak wygląda zły paw? — Potter zmarszczył brwi, ale Draco nie wiedział, czy z powodu zakłopotania wywołanego jego chichotem, czy przez możliwe zagrożenie ze strony pawia.
— Cóż, był zły. Został nawrócony. — Pomimo wszelkich starań, by pozostać poważnym, ponownie parsknął śmiechem.
— Nie wygląda na szczęśliwego.
— Nie łatwo zrezygnować ze złej drogi. Albo złych piór, wszystko jedno.
— Skąd wiedziałeś, że pióra są przeklęte? — spytał zaciekawiony Potter.
To już przypominało stąpanie po cienkim lodzie.
— Kto chciałby o tym mówić? Czy przypadkiem nie jesteśmy tu, by grać w quidditcha?
— Co? Tutaj?
— A czemu nie? — Draco wyciągnął znicza z kieszeni i stuknął w niego różdżką, żeby go aktywować. Złote skrzydełka obudziły się do życia. — Dawno nie grałem nowym zniczem — dodał. — Powinna być niezła zabawa. — Otworzył pięść i znicz natychmiast zniknął im z oczu.
Przez chwilę unosząc się, spoglądali na siebie, a następnie Potter poszybował wysoko i zaczął szukać znicza. Draco na razie nie odczuwał takiej potrzeby. Ćwiczył nurkowania i zwroty, pogonił jednego czy dwa pawie, przeleciał tak blisko fontanny, że poczuł w powietrzu otaczającą ją mgiełkę wodną, po czym z trzepotem szat zawrócił i zrobił to ponownie, rozkoszując się drobinkami wody chłodzącymi jego twarz i ręce. Nagłe pojawienie się Pottera z wodą skroploną na twarzy, uświadomiło Draco, że Gryfon przeleciał za nim obok fontanny.
— I ty to nazywasz szukaniem znicza? Nic dziwnego, że nigdy go nie złapałeś — powiedział Potter uśmiechając się, ale Draco się nie obraził. Właściwie, to nie sądził, by mógł obrazić się w tej chwili o cokolwiek.
— O mnie się nie martw, Potter. Po prostu miej oczy szeroko otwarte. Będziesz zawstydzony, jeśli złapię znicz, którego ty nawet nie zobaczysz.
Wzleciał wysoko, Potter za nim. Nawet nie sądził, że kiedykolwiek będzie się tak dobrze bawił. Lecieli przez chwilę razem, a później Draco wpadł na pewien pomysł. Było coś, czego zawsze chciał spróbować.
Poleciał jeszcze wyżej, mijając granicę, na którą mogła wznieść się miotła, poczuł chłodne i rozrzedzone powietrze i spojrzał w dół, by przyjrzeć się posiadłości. Dwór wydawał się taki malutki, a drzewa na boisku quidditcha, fontanna i pawie wyglądały niczym małe, białe kropki. No i był też Potter, który dwadzieścia metrów niżej w zdziwieniu zmarszczył brwi.
Draco machnął do niego, a potem skierował miotłę do nurkowania. Popłoch widoczny na twarzy Gryfona był komiczny.
Było niesamowicie. Siła, z jaką wiatr chłostał mu twarz, szybkość, z jaką małe obiekty stawały się większe. Nigdy wcześniej nie miał odwagi, by tego spróbować, a teraz jego poprzednie obawy wydawały się śmieszne. Osiągnął punkt, przed którym powinien spowolnić swoje spadanie, i minął go, śmiejąc się, gdy pędem zbliżał się do ziemi. Usłyszał ostrzeżenie wykrzyczane przez Pottera i w końcu, w ostatnim możliwym momencie, ostro usiłował się zatrzymać. Nigdy jednak nie próbował zatrzymać się po nurkowaniu z taką prędkością i teraz wydawało mu się, że miotła reagowała dość opieszale. Miał tylko chwilę, by poczuć się zdezorientowany — bo przecież nic dziś nie było niemożliwe — a później poczuł impet uderzenia o ziemię.
Leżał przez chwilę, próbując złapać oddech i czując ostry ból w wielu miejscach na ciele, a następnie oszołomiony spojrzał w górę, uświadamiając sobie, że spadając połamał spory krzew różany. Zobaczył także coś innego — tuż przed jego twarzą trzepotał znicz. Otworzył dłoń i sięgnął po niego, a złota piłeczka w połowie drogi spotkała się z jego ręką i wygodnie wpasowała pomiędzy palce. Usłyszał uderzenie o ziemię, a moment później obok niego przykucnął zdumiony Potter.
— Boże, Malfoy, wszystko w porządku? Krwawisz! — Zdawał się być tak pozbawiony tchu jak Draco.
— Nic mi nie jest — powiedział lekceważąco Draco, podczas gdy Potter pomagał mu wstać. I w sumie tak było, nie licząc kilku zadrapań i bólu w lewym kolanie.
— Nie wierzę, że to zrobiłeś! Coś ty sobie myślał?
— Myślałem, jak bardzo powinieneś być zażenowany tym, że miałem rację — zaśmiał się Draco i pokazał znicz, który nadal ściskał w drugiej dłoni.
Potter też się zaśmiał, jednak był odrobinę roztrzęsiony i Draco przyszło do głowy, że ulga i troska widoczne na twarzy Pottera są takie dziwne.
— Znicze mają pamięć cielesną — rzucił Potter, biorąc znicz z ręki Draco. — Ten już zawsze będzie pamiętać, że to właśnie tu go złapano. — Palce Pottera musnęły wewnętrzną stronę jego dłoni i Draco wyszarpnął ją, czując mrowienie.
Gryfon chwycił spojrzenie Draco i cokolwiek z niego wyczytał, musiało go to zaskoczyć. Przez chwilę wpatrywali się w siebie, ciężko oddychając i Draco spostrzegł, że włosy Pottera nadal były wilgotne od wody z fontanny.
— Wiesz, że to nieprawda. — Wyjątkowo poważnie powiedział Potter.
— Co nie jest prawdą?
— Wspólny lot na miotle w Pokoju Życzeń. Nie cieszyłem się nim.
— Wiem. I, dla ścisłości, nie spędzam bezsennych nocy na rozmyślaniu o tobie.
Potter zamrugał.
— Skąd wiesz, co powiedział Ollivander?
— Twoja dziewczyna mogła coś wspomnieć.
— To nie jest moja dziewczyna — wymamrotał Potter. — Już nie. — Przestąpił z nogi na nogę i rozejrzał się, jakby nie wiedział, gdzie skierować wzrok i ostatecznie skoncentrował się na miotle, którą wciąż trzymał w dłoni. Podał ją Draco, a następnie wyłowił z szaty różdżkę Girarda i także mu ją wręczył. — To całkiem niezła miotła. Może kupię sobie taką, gdy sprowadzą ich więcej.
— Znudzony swoją Błyskawicą?
— Straciłem ją. Tej nocy… gdy moja sowa została zabita.
— Przykro mi. — Draco nie był pewien, czego dotyczą kondolencje: miotły, sowy, czy może obu. Chociaż wciąż uważał, że przejmowanie się sową to głupota. — Nie kupiłeś nowej?
— Nie, byłem zajęty. Chciałem to zrobić dzisiaj, ale coś mnie rozproszyło, nieprawdaż? — Potter ponownie zerknął na znicz, którego skrzydełka wciąż uderzały w jego zaciśniętą dłoń. — Nie latałem od tygodni. Ginny zawsze prosiła, ale… — przerwał, marszcząc brwi. — W każdym razie nie sądzę, bym miał latać z nią w najbliższym czasie. Ale zdecydowanie powinienem mieć na to więcej czasu. Było… naprawdę fajnie. — Uśmiechnął się nieśmiało do Draco, a ten odwzajemnił uśmiech.
Potter odchrząknął.
— Powinienem już iść. Muszę się przygotować na uroczystość w Hogwarcie.
— Ja też — odparł Draco, a Potter zamrugał zaskoczony. — Och, nie mówiłem? Kingsley mnie zaprosił. Całe szczęście, że mam nowe szaty, prawda?
— Tak, masz szczęście. — Potter na chwilę zmarszczył brwi. — No, dobra. Pewnie się tam spotkamy.
— Poczekaj. — Draco podszedł bliżej a oczy Pottera rozszerzyły się. Draco zabrał mu znicza, zastępując go Zamiataczką. — No dalej, weź ją. W sumie to miotła dla dziewczyn.
— Dzięki — powiedział cicho Potter i zniknął.
Moment później Draco aportował się do salonu.
Matka przeraziła się, gdy go zobaczyła.
— Draco, co się stało? Usiądź natychmiast.
Draco spojrzał na zadrapania na rękach, potem dotknął tych na twarzy. Zupełnie o nich zapomniał.
— Doprawdy, matko. Podczas latania po prostu wpadłem na jeden z różanych krzewów.
Nie mógł nic poradzić na to, że się roześmiał, ale usiadł, jak prosiła matka. Narcyza natychmiast zaczęła mruczeć zaklęcia i dotykając ran różdżką, powodowała ich gojenie. Inkantacja była melodyjna, niczym śpiew i Draco uświadomił sobie, że zna ją i to nie tylko dlatego, że matka stosowała ją gdy był młodszy.
— Nigdy nie pomyślałem, by spytać od kogo się tego nauczyłaś?
— Od Severusa Snape’a. Jest skuteczniejsze niż zwykłe Episkey. Może nie jest konieczne na takie zadrapania, ale nie ma sensu używać zaklęć niskiej jakości. Nic nie jest ważniejsze niż twoje zdrowie. — Draco dostrzegł, że jej ręce drżały i uspokajająco położył dłoń na jej ramieniu. Przypomniał sobie śpiewną inkantację i troskliwy dotyk Snape’a, gdy ten uzdrawiał jego rany. Pamiętał jego pełen aprobaty wzrok, z lekcji w poprzednich latach. Przypomniał sobie również wyraz twarzy Mistrza Eliksirów w momencie, gdy Draco oskarżył go o chęć zagarnięcia należnej mu chwały i chłodny dystans, który utrzymywał się między nimi przez cały rok poprzedzający śmierć Snape’a. Nie wiedział, co ma o nim myśleć. Nie chciał o nim myśleć.
— Byłam zaskoczona, kiedy nie poszedłeś na jego pogrzeb — powiedziała matka.
Nie poszedłby też na pogrzeb Crabbe’a, gdyby tylko wiedział, że może się od tego wymigać. Ale nieszczególnie chciał o tym rozmawiać.
— Czy moje szaty dotarły? — spytał.
— Tak. Są w twoim pokoju. Czy powinnam przez to rozumieć, że twoje starania o pannę Greengrass się powiodły?
Z jakiegoś powodu wydało mu się to tak przekomiczne, że zaczął chichotać w sposób, który w obecności Pottera wprawiłby go w niesamowite zażenowanie.
Narcyza podniosła wzrok i zmarszczyła czoło, gdy nie przestawał się śmiać. Zajrzała mu w oczy, powąchała jego oddech.
— Draco, czy ty coś piłeś?
To też go rozbawiło, jednak zagryzł wargi i opanował śmiech.
— Nie martw się, matko. Wszystko jest w porządku. Po prostu jestem szczęśliwy. Miałem dobry dzień.
Wiedział, że chciała mu uwierzyć, ale nadal się martwiła. Mógł jej powiedzieć, jednak zdawał sobie sprawę, co mogłoby to spowodować.
— Wybieram się dziś wieczorem na uroczystość w Hogwarcie. I pewnie miło ci będzie usłyszeć, że spotkałem się dziś z Ministrem Magii. Przeprowadziliśmy przyjemną rozmowę i nawet zaproponował mi udział w szkoleniu aurorskim.
Jej oczy rozszerzyły się.
— Mówisz poważnie? Jak ci się udało? — Narcyza od tygodni próbowała spotkać się z Ministrem Magii, chcąc porozmawiać z nim o sprawie ojca.
— Opowiem ci o wszystkim rano — powiedział, podnosząc się. — Naprawdę muszę się przygotować. — Jeśli zdradzi, że trzy godziny temu prawie został pożarty przez wilkołaka, to matka zabroni mu opuszczać posiadłość. Jutro jakoś pogodzi się z awanturą. Wysoce prawdopodobną, gdy tylko doręczą Proroka. Choć z odrobiną szczęścia może wydrukują zdjęcie, na którym Weasleyówna policzkuje Pottera. To byłaby jedyna fotografia Pottera z pierwszej strony gazety, której nie chciałby przegapić.
— Czy masz inne zadrapania wymagające leczenia? — zapytała Narcyza, spoglądając na jego szatę.
— Nie warto o nich mówić. Czuje się dobrze, matko, naprawdę.
— Przekaż pannie Greengrass moje pozdrowienia — powiedziała w końcu.
— Tak zrobię — obiecał Draco, odwracając się, by opuścić pokój.
— Draco?
— Tak?
— Cieszę się, że jesteś szczęśliwy.
Draco wziął długi prysznic. Ukryte pod szatami skaleczenia zapiekły, gdy uderzyła w nie woda. Ich dokładne wyczyszczenie było główną przyczyną opóźnienia, spowodowanego przez czas spędzony w łazience, jednak prawda była taka, że chwilę potrwało, zanim zdołał zmyć z siebie smród Greybacka.
Kiedy wszedł do pokoju, zobaczył, że jego nowe szaty rozłożono starannie na łóżku, ale nie było to zaskakujące. Powinien wiedzieć, że matka będzie chciała je obejrzeć. Zaskoczyła go jednak obecność sowy. Sowy siedzącej na biurku. Konkretnie na tomie Panowania nad żywiołami.
— Co ty tutaj robisz? Miejsce sowy jest w sowiarni. Masz tam teraz mnóstwo miejsca, bo oprócz ciebie obecnie mamy tylko jedną sowę.
Sowa zahukała.
— Tutaj nawet nie ma dla ciebie klatki. I lepiej nie narób na moje biurko.
Ptak wyglądał niemalże na obrażonego.
— I jeszcze jedno. Nie mogę uwierzyć, że pokierowałaś się adresem napisanym na liście, a nie tym, który ci powiedziałem. Co ty sobie myślałaś? Wyszło dobrze, ale w normalnym przypadku byłoby to nie do przyjęcia.
Sowa zamrugała i ponownie zahukała, jednak nie wyglądała na szczególnie skruszoną. Draco właściwie nie wiedział, dlaczego z nią dyskutuje.
Zakładając szatę stwierdził, że naprawdę ją lubi — zarówno za styl, jak i za wrażenie jedwabistego dotyku, które materiał pozostawiał na jego skórze. Kiedy jego spojrzenie padło na srebrne wykończenia, przypomniał sobie nagle, jak Potter wpatrywał się w niego u madame Malkin, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Co sprowadzało się do tego, jak Potter patrzył na niego zaledwie godzinę temu, jakby tym razem był tego zupełnie świadomy i jakby rozważał przez moment zrobienie czegoś jeszcze. Co powinno być szokujące. Jednak równie szokujące było to, jak jego ciało zareagowało na to wspomnienie — jego oddech przyspieszył, puls gnał na złamanie karku… Draco gwałtownie wciągnął szatę przez głowę i wygładził ją, zbulwersowany swoją reakcją.
Czyżby podobał mu się sposób, w jaki patrzył na niego Potter?
Cóż, może w pewnym sensie było miłe, że Potter spojrzał na niego bez zwyczajowego wstrętu. Może nawet miłe było to, że Potter w końcu zaczął dostrzegać niektóre z jego pozytywnych cech. Nie żeby to oznaczało, że Draco chciał, by Potter doceniał jego zalety. Potter, według Draco, mógł się gapić, jeśli nie umiał się powstrzymać. Ale lepiej żeby go nie dotykał, bo kogoś czekałoby w tym momencie niemiłe zderzenie z rzeczywistością. Malfoyowie nie robili takich rzeczy. Spojrzał na sowę absurdalnie przejęty, że była świadkiem jego chwilowego szaleństwa. Ale sowa patrzyła w innym kierunku. Pilnując własnych spraw. Dokładnie tak, jak powinno być.
Uświadomił sobie, że jego lewe kolano nadal mu doskwiera i zatrzymał się na chwilę, marszcząc brwi. Upadek nie skończył się źle, jednak wiedział, że mogło być o wiele gorzej. Nie powinien był nurkować w taki sposób. I właściwie poza chwilowym podekscytowaniem i odrobiną szczęścia przy schwytaniu znicza, tak naprawdę nie zauważył poprawy działania eliksiru po zażyciu drugiej dawki. Może źle oszacował ilość i powinien wypić więcej? Przecież nie mógł zmierzyć ilości mikstury. A zdecydowanie nie mógł sobie pozwolić na jakiekolwiek niepowodzenie podczas wieczornej uroczystości — była zbyt istotna.
Buteleczka była już w połowie pusta. Podniósł ją do ust, a wtedy sowa zahukała ostrzegawczo.
— Zamknij się — powiedział Draco. — Nie słucham cię.
Ponownie poczuł zawroty głowy. To był jedyny objaw, który kojarzył z zażyciem eliksiru. Jednak tym razem były o wiele silniejsze i przez chwilę martwił się, że popełnił błąd. Ale moment później uznał, że jego obawy są niemądre — przecież dziś nie mógł popełnić żadnej pomyłki.

Koniec części drugiej
Ostatnio edytowano 1 paź 2012, o 16:00 przez zanda, łącznie edytowano 1 raz
zanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 70
Dołączył(a): 23 mar 2011, o 17:56
Lokalizacja: Łódź

Postprzez karmelowa » 3 lip 2012, o 00:11

Skasował mi się komentarz. Jestem wściekła -.- Ten będzie na pewno krótszy.

Naprawdę zauroczyło mnie to opowiadanie. Mimo, że właściwie nie jest specjalnie odkrywcze i nie szarpie moimi emocjami zbyt gwałtownie... Podoba mi się. W swoisty sposób odpręża, poprawia humor i wymusza delikatny uśmiech. Jedyne, co mnie nieco zraziło, to opis całej "akcji" w aptece. To wszystko wyszło tak jakoś naiwnie, choć to oczywiście nie Twoja wina :)

Słownictwo i styl (czyli to, za co Ty odpowiadasz) jest bardzo dobre. Pozdrawiam i życzę weny. Czekam na ostatnią część.

EDIT: Och i właśnie zorientowałam się, że również jesteś z Łodzi :) Mieszkasz bardziej w centrum czy gdzieś na obrzeżach?
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez Japor » 3 lip 2012, o 09:38

Naprawdę z niecierpliwością czekałam na kolejną część, tego opowiadania. Jest to bardzo ciepła historia, przy której miło można spędzić czas. Dziwi mnie, że Malfoy dalej zażywa eliksir, bo myślałam że jego celem było tylko znaleźć osobę która odczaruję przedmioty, i chęć dostania się na przyjęcie do Hogwardu. Wszystko to osiągną, więc z resztą powinien zdać się na przeznaczenie, bez wspomagania się "dopalaczami".
Jedynym minusem tego opowiadania jest jego długość (a właściwie "krótkość"), bo chciała bym widzieć jak powoli (i już bez pomocy żadnych eliksirów) zaczynają się "pogłębiać" relację między Harry a Draco.

Mam nadzieję że kolejna część ukarzę się niebawem i uprzyjemni wakacyjny odpoczynek
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez Havoc » 3 lip 2012, o 10:15

Cudo.
Pokażę ci mojego złego pawia. :zab:
Mam totalną pustkę w głowie, więc dodam tylko, że naprawdę nie mogę się doczekać następnej części.
Naprawdę dziękuję za przetłumaczenie tego tekstu, jest świetnym poprawiaczem humoru.
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez byarenlight » 3 lip 2012, o 10:43

Bardzo fajny tekst. Bałam się, że jednak coś się zepsuje, ale nie, nadal mi się podoba. I coś czuję, że Draco jednak przedawkował...
Jest lekko i zabawnie, tak jak lubię. Nie tak, żeby umierać ze śmiechu, dzięki czemu moje mięśnie brzucha mogą spokojnie odpoczywać. Jestem naprawdę ciekawa, co takiego wydarzy się na uroczystości.
Zatem czekam z niecierpliwością ;)
- Ty byłaś kiedyś nastolatką. Powiedz, jak mam sobie poradzić z Astor?
- Spróbuj z nią porozmawiać.
- Kiedy ostatnio próbowałem, powiedziała, że mnie nienawidzi i przeniosła się do Orlando.
- To teraz masz drugą szansę. Podziel się z nią czymś... Co robiłeś w jej wieku...
- Zabiłem psa sąsiadów.
- Tego lepiej jej nie mów.
byarenlight Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1436
Dołączył(a): 9 sie 2011, o 20:07
Lokalizacja: względna

Postprzez MargotX » 4 lip 2012, o 19:15

Trochę mało drarry w tym drarry ;) ,jak dotąd i tak nie do końca rozumiem dziwne relacje między Harrym a Ginny, ale to ostatnie akurat mi zupełnie nie przeszkadza :whistle:
Cały czas natomiast podoba mi się sama treść, prowadzenie narracji, wszystkie wydarzenia towarzyszące Draconowi w jego idealnym dniu. Choć było trochę niemiło, kiedy na horyzoncie pojawił się Greyback, jednak Felix Felicis stanął na wysokości zadania i, w efekcie, nasi chłopcy spotkają się w Hogwarcie. A to może oznaczać całkiem interesujący przebieg wieczoru, tym bardziej, że Draco jednak najprawdopodobniej przedawkował Felixa. Ciekawa jestem, co z tego wyniknie ;)
Czyta się dobrze, w czym niewątpliwa zasługa tłumaczki i bety, za co dziękuję i pozdrawiam.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez banialuka » 13 lip 2012, o 21:47

To jest naprawdę, naprawdę ciekawe. Lekkie w odbiorze i ujmujące. Miałam ochotę przeczytać całość po angielsku, ale podzielona na trzy części wygląda mniej przerażająco :)

Proszę o pisanie komentarzy zgodnych z regulaminem.
A.
banialuka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 40
Dołączył(a): 16 cze 2012, o 18:42

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości

cron