[Z] [T] Tajemnice

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez formica » 30 paź 2010, o 16:48

Autorka: Vorabiza
Tłumaczenie: Pierwsze trzy rozdziały w tłumaczeniu yunne, do 37 formica, potem Kaczalka i okazjonalnie Lasair
Korekta: Aevenien, Kaczalka
Tytuł oryginalny: Secrets
Oryginał: http://www.thehexfiles.net/viewstory.php?sid=3386
Ostrzeżenia: Slash (Harry/Draco, aluzje Severus/Remus), NC-17 (graficzne sprośności – ostatecznie) AU (autorka twierdzi, że nie jest JKR) IC i OOC (polega na interpretacji, ale przeważnie IC) Cross-Dressing (Transwestytyzm - jeden rozdział, będzie zaznaczony) Śmierć bohatera drugoplanowego, akcja dzieje się po "Księciu Półkrwi".


„TAJEMNICE”

Rozdział pierwszy



Harry siedział na łóżku i wyglądał przez okno, co w ciągu dwóch ostatnich tygodni stało się to jego zwyczajem. Sen był nieuchwytny, a gdy w końcu udawało mu się zasnąć, dręczyły go koszmary. Jego umysł po prostu nie potrzebował odpoczynku.

Był dopiero środek czerwca, więc nadal powinien znajdować się w Hogwarcie. Jednak już od dwóch tygodni siedział u Dursleyów. Musiał u nich zostać do swoich siedemnastych urodzin, kiedy to magiczna bariera ochronna miała zniknąć. W ciągu tego czasu nie robił nic innego, tylko myślał. W jego głowie kłębiło się zbyt wiele pytań i wciąż zbyt mało odpowiedzi. Stale analizował każdą, nawet najmniejszą część informacji jaką posiadał, starając się złożyć z nich jakąś sensowną całość. I, co było bardzo frustrujące, niezbyt mu to wychodziło.

Wpatrując się w ciemną noc, nagle zamarł. Utkwił wzrok w cieniach na końcu ulicy. Chwilę później był już pewny, że coś zauważył. Ktoś aportował się na Privet Drive. Wytężył wzrok, próbując ustalić, czy ma do czynienia z przyjacielem czy też wrogiem. Raczej trudno było to stwierdzić, ponieważ kimkolwiek była ta osoba, nadzwyczaj dobrze wtapiała się w otoczenie.

Może i potrafiła trzymać się w cieniu, ale mimo to Harry szybko zdał sobie sprawę z tego, że nie była wystarczająco ostrożna. Wyglądało na to, że strasznie się jej śpieszy. Chwilę potem, padł na nią strumień światła, wypadający z jednego z domów, podczas gdy zakradała się coraz bliżej, sprawdzając kolejne numery budynków.

Harry zesztywniał, rozpoznając szatę śmierciożercy. Z tego co zauważył, wywnioskował, że była tam tylko jedna postać. Mógł się założyć, że to właśnie jego szukała. Kiedy się odwracała, Harry dostrzegł refleks światła odbijający się od blond włosów. To mogła być tylko jedna osoba.

Po krótkiej chwili niezdecydowania, Harry wypadł ze swojego pokoju i zbiegł po schodach. Cicho otworzył frontowe drzwi i wyślizgnął się na zewnątrz.

— Potter?

— Malfoy? — wypluł z odrazą Harry. — Co tu robisz? — wysyczał, jednocześnie szukając postaci, którą dostrzegł z okna. Szybko zauważył Malfoya stojącego w cieniu, tuż przy końcu posesji.

— Potter? Och, dzięki ci Merlinie — wyszeptał Malfoy.

Harry zmarszczył brwi. Nie bardzo rozumiał, dlaczego Malfoy jest taki wdzięczny, że go widzi.

— Jak mnie znalazłeś? — domagał się wyjaśnień.

— Każdy, kto zechce, może cię znaleźć, ale to w tej chwili nie jest najważniejsze — przerwał mu. — Potrzebuję twojej pomocy.

— Ty potrzebujesz mojej pomocy? — spytał niedowierzając. — Jesteś moim wrogiem!

— Wiem o tym – westchnął chłopak. — Ale ktoś musi się nią zająć.

Draco wyszedł powoli z cienia nieświadomy tego, jak przerażający obraz sobą przedstawia. Oczy Harry’ego rozszerzyły się, gdy dojrzał jego sylwetkę w szacie śmierciożercy. Malfoy trzymał coś małego i ruchliwego, owiniętego w szatę. Sytuacja ta była niesamowicie podobna do tej sprzed kilku lat na cmentarzu. Nagle Malfoy wydał mu się dużo bardziej niebezpieczny.

— Nie podchodź, Malfoy! — krzyknął, cofając się powoli.

— Trochę ciszej — syknął blondyn.

Harry przełknął ciężko. Może i byli w mugolskiej dzielnicy, i może był to środek nocy, ale w tej chwili nie miał zamiaru się tym przejmować.

Draco zmarszczył brwi. Widząc zmieszanie Pottera, spojrzał na zawiniątko.

— Co z tobą, Potter?

— Co to jest? — zapytał Harry, drżącym głosem, przeklinając w duchu, że nie potrafi opanować strachu.

— To dziecko, Potter — zripostował. — Stawiłeś już czoła Czarnemu Panu. Nigdy bym nie pomyślał, że będziesz się bał bezbronnego dziecka.

— Udowodnij — wyszeptał, niepewnie spoglądając na zawiniątko w szatach.

Draco mocniej zmarszczył brwi, ale podciągnął bok szaty, ukazując trzymane przez niego niemowlę.

Harry wypuścił ciężko powietrze, zamykając oczy. Po chwili jednak ponownie je otworzył.

— W co ty pogrywasz, Malfoy? Dlaczego masz ze sobą dziecko? I czemu tu jesteś? — dodał.

Draco wrócił do rzeczywistości i znów zaczął rozglądać się bojaźliwie dookoła.

— Nie mogę ci teraz wszystkiego wyjaśnić – powiedział pośpiesznie. — Musisz ją zabrać w bezpieczne miejsce, reszta jej rodziny prawdopodobnie już nie żyje. Udało mi się ją uratować, ale zaczną coś podejrzewać, jeśli szybko nie wrócę.

W końcu Harry zauważył, że Malfoy jest strasznie roztrzęsiony. Nigdy wcześniej nie widział go w takim stanie. Zamiast zwykle spokojnego, opanowanego Ślizgona, stał przed nim człowiek bliski załamania.

— Podejdź i weź ją, Potter — powiedział Malfoy. W jego głosie można było usłyszeć więcej niepokoju niż zwykłego żądania. — Nie mogę przejść przez bariery.

— Co jej się stało? — zapytał ostrożnie.

Malfoy spojrzał na dziewczynkę, którą trzymał na rękach.

— Musiałem na nią rzucić Silencio, żeby nikt jej nie usłyszał. Myślę, że poza tym wszystko jest w porządku. W każdym razie mam taką nadzieję — dodał łagodnie.

Harry potrząsnął głową, próbując się przekonać, czy aby na pewno nie śpi, a to wszystko nie jest tylko okropnie dziwnym snem. Malfoy drgnął i sięgnął po swoją różdżkę. Harry wciąż celował do dziwnie zachowującego się chłopaka i uważnie go obserwował.

Blondyn cofnął zaklęcie Silencio i pośpiesznie wepchnął różdżkę z powrotem do kieszeni, starając się uspokoić płaczące dziecko.

— Potter, pomóż — powiedział niemal błagalnie.

— Ale ja nie mam pojęcia, jak opiekować się dzieckiem — powiedział nerwowo Harry.

— Ja też nie, ale ktoś musi się nią zająć — błagał Malfoy.

— Nie mam nikogo innego, do kogo mógłbym ją zabrać? Potter, muszę już iść.

Z narastającym poczuciem oderwania od rzeczywistości, Harry podszedł do końca bariery ochronnej i wziął od Malfoya zapłakane dziecko.

Ślizgon spojrzał na niego z ulgą.

— Spróbuję tu wrócić rano. Powinno być wtedy bezpiecznie. Tylko nie mów o tym nikomu, albo zostanie zabita.

Chwilę później zniknął z charakterystycznym trzaskiem. Harry spojrzał z niedowierzaniem na miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu był Malfoy. Co tu się, do diabła, dzieje?

Głośniejszy płacz dziecka na jego rękach przywrócił go do rzeczywistości. Nie zastanawiając się dłużej, skierował się do domu.

— Chłopcze! Co to ma znaczyć? — wrzasnął Vernon, schodząc głośno po schodach, gdy tylko Harry przekroczył próg domu.

— Nie wiem — odgryzł się zielonooki. Nie miał odpowiedniego nastroju do rozmowy z wujem.

Słysząc skrzypnięcie drzwi, niepewnie popatrzył na górę i zobaczył, jak Petunia i Dudley spoglądają na niego zdumieni.

— Nie wiesz? — odezwał się groźnie Vernon. Jego oczy zwęziły się, gdy spojrzał na dziecko trzymane przez Harry’ego. — Tylko nie mów mi, że porzucili jeszcze jednego dziwoląga na naszym progu. Nie wezmę już nikogo.

— Nie martw się, nie pozwoliłbym im na to nawet, nawet gdybyście byli do tego skłonni — wykrzyknął gniewnie Harry, doprowadzając dziecko do głośniejszego płaczu.

— Ucisz to coś! — wykrzyknął Vernon z wściekłością.

— Nie wiem jak! — odpowiedział bezradnie.

Harry położył dziewczynkę na swoim ramieniu i zaczął ją kołysać. Widział nieraz jak to robili inni ludzie. Tak, to musiało działać uspokajająco na dzieci. Przynajmniej taką miał nadzieję.

Stał tam tak, wysłuchując tyrady wuja i płaczącego dziecka. Obserwował, jak ciotka Petunia znika w drzwiach kuchni i marzył o tym, by móc pójść w jej ślady i też zniknąć sprzed oczu wuja.

W jego umyśle wirowały pytania. Nie mógł pojąć, co tak naprawdę właśnie się zdarzyło.

Czekał go jeszcze jeden głęboki wstrząs, gdy jego ciotka wróciła z kuchni z butelką mleka w ręku. Delikatnie, acz stanowczo zapędziła męża i syna z powrotem do łóżek. Nie byli zachwyceni jej zachowaniem, ale zwróciła im uwagę, że jeśli chcą ciszy i spokoju, to ona właśnie stara im się je zapewnić. Wtedy natychmiast wykonali polecenie. Co prawda nie wzięła dziecka z rąk Harry'ego, i wręcz patrzyła na nie z nieukrywanym wstrętem, ale pokazała mu, jak ma poprawnie trzymać dziewczynkę przy karmieniu.

Harry rozluźnił się nieznacznie na krześle, kiedy błogosławiona cisza wypełniła dom. Słychać było jedynie dźwięki cichutkiego siorbania.

— Skąd ona jest?

Harry rzucił wzrokiem na siedzącą sztywno na kanapie ciotkę.

— Można powiedzieć, że to kolejna ofiara tej wojny — stwierdził ponuro, niezupełnie odpowiadając na pytanie.

Zacisnęła mocno usta.

— To jest wojna wśród ludzi twojego pokroju, prawda? — zapytała. — Wszystkie te katastrofy. To tacy jak ty za tym stoją.

— Tak — przyznał niechętnie, nie chcąc dopuścić do siebie myśli, że Voldemort i jego zwolennicy są tacy jak on, ale wiedział, co miała na myśli. — W każdym razie Voldemort z miłą chęcią zabije wszystkich, was również, jeśli tylko będzie miał okazję.

— Możecie temu zapobiec? — zadawała kolejne pytania.

Harry popatrzył na nią dziwnie.

— Jestem jedynym, który może to zakończyć — odpowiedział zgodnie z prawdą.

Wystraszyła się i spojrzała na niego zdziwiona jego stanowczą odpowiedzią.

— Przecież jesteś tylko chłopcem!

— Czy kiedyś byłem tylko chłopcem? — prychnął. — Dla Voldemorta nie ma to szczególnego znaczenia – powiedział lekceważąco.

— A gdzie się podział dyrektor twojej szkoły? — zapytała Petunia z nadzieją w głosie.

— Nie żyje — odpowiedział szybko.

Popatrzyła na niego z niedowierzaniem.

— Czyli nie ma już żadnej nadziei?

Patrząc na ciotkę, Harry zdał sobie sprawę z tego, że kobieta najwyraźniej się boi. Była śmiertelnie przestraszona tym, co się działo wokół, i w przeciwieństwie do wielu innych mugoli, miała jakieś pojęcie, kto tak naprawdę za tym wszystkim stoi. Mimo tego, że nigdy nie pozwalała dopuścić do siebie tych myśli, była świadoma istnienia czarodziejskiego świata. Wiedziała również, że jej siostra i jej mąż zostali zamordowani przez potężnego i złego czarodzieja. I rozumiała w wystarczającym stopniu okoliczności wydarzeń sprzed szesnastu lat, w wyniku których Harry pojawił się w ich domu. Cała ta wiedza sprawiła, że była teraz śmiertelnie przerażona.

Tak bardzo się bała, że nawet zdecydowała się rozmawiać o czarodziejskim świecie. Harry potrząsnął szybko głową, poważnie zastanawiając się nad swoim zdrowiem psychicznym. Malfoy zostawił dziecko na progu jego domu, a ciotka rozmawiała z nim o magicznym świecie. Wiedział, że w tej chwili być może dzieje się coś ważniejszego, ale te dwa zdarzenia uderzyły w niego z o wiele większą siłą, niż wiadomości o ostatnich morderstwach.

— Sądzę, że jakaś nadzieja istnieje — odpowiedział w końcu, patrząc jej w oczy. Opuścił wzrok na dziecko, które już prawie spało w jego ramionach. — Musi istnieć jakaś nadzieja — szepnął.

— Skąd ona jest? — zapytała ponownie Petunia.

W końcu spojrzał na ciotkę i stwierdził, że ona również wpatrywała się w niemowlę. Westchnął ciężko.

— Przypuszczam, że całą jej rodzinę zabito dzisiaj wieczorem. Nie wiem zbyt dużo. Tak naprawdę nic nie wiem. Osoba, która mi ją przyniosła, powinna pojawić się tutaj rano i wszystko mi wyjaśnić.

Ciotka Petunia ponownie zacisnęła wargi i Harry był pewny, że w jej głowie toczyła się walka. Nie chciała mieć jeszcze więcej dziwolągów w swoim domu. Jednak nie odezwała się.

— Nie wiem, o co chodzi, ale jeśli ta osoba tu wróci, koniecznie muszę z nią porozmawiać. To niezmiernie ważne.

Ciotka Petunia zamknęła na chwilę oczy.

— Przypuszczam, że Dudley i ja będziemy mieli jutro do załatwienia kilka spraw. Wątpię, żebyśmy zdążyli wrócić na lunch — powiedziała, krzywiąc się.

Harry kiwnął głową, rozumiejąc, o co jej chodzi. Wuj Vernon będzie w pracy, a ona dopilnuje, żeby jej i Dudleya nie było w okolicy, kiedy przybędzie "gość" Harry'ego. Nie podobała jej się ta sytuacja, ale wydawała się ją akceptować, przynajmniej na tyle, by nie informować o tym męża czy syna.

Oboje podskoczyli, gdy usłyszeli pukanie w okno. Nie zwracając uwagi na dziecko leżące na jego kolanach, Harry sięgnął po różdżkę i natychmiast wycelował nią w okno. Poczuł się jak głupiec, gdy zdał sobie sprawę z tego, że to była tylko sowa. Rzucił okiem na ciotkę. Skrzywił się trochę, gdy zobaczył jej wystraszony wyraz twarzy i zastanawiał się, czy była bardziej przerażona z powodu hałasu czy jego reakcji.

Niezgrabnie wstał i podał jej dziecko, które wzięła bez słowa. Wpuścił sowę, zastanawiając się, czy może mieć to jakiś związek z Malfoyem. Sowa wyleciała, gdy tylko Harry odwiązał zwój z jej nogi. Zmarszczył brwi, gdy zobaczył, że tak szybko wyruszyła w drogę powrotną.

Jego oczy powiększyły się, gdy zauważył pieczęć Ministerstwa Magii.

— Cholera — zaklął cicho, szybko naruszając pieczęć. Malfoy rzucił zaklęciem Silencio, a Harry miał właśnie otrzymać za to karę. W trakcie czytania listu, jego oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, tym razem ze zdziwienia.

— Harry? — zapytała niepewnie Petunia.

Harry spojrzał na nią, zastanawiając się, czy powinien przekazać jej treść listu. Przed godziną, powiedziałby, że nie ścierpi takich wiadomości, ale teraz... teraz faktycznie mogłaby się przez to nieco uspokoić.

— Um, osoba która tu była, rzuciła niewielki czar — przyznał, patrząc niespokojnie na ciotkę i czekając na jej reakcję. Wciągnęła tylko powietrze i wstrzymała oddech, czekając aż Harry dokończy. — Jak wiesz, Ministerstwo wykrywa użycie magii i normalnie nie mogę jej używać nigdzie poza szkołą — kontynuował. — Ten list jednak zezwala mi na rzucanie zaklęć, mimo że w świetle prawa nie powinienem tego robić aż do dnia moich urodzin, które będą za półtora miesiąca — ostatnie słowa wypowiedział gorzkim tonem, przypominając kiedy są jego urodziny, bo tak naprawdę nie był pewien, czy ciotka w ogóle o tym pamięta. Poczuł jakiś dziwny rodzaj satysfakcji, gdy w końcu wypuściła powietrze i uważnie przyjrzała się różdżce, obecnie wystającej z jego tylnej kieszeni.

— Pozwolili ci na to z powodu tej wojny? — zapytała, wciąż przyglądając się różdżce. Wyciągnął ją z kieszeni, a jej oczy śledziły jego ruch.

Harry przeniósł wzrok z różdżki na list, który dalej trzymał w lewej ręce.

— Tak — odpowiedział w końcu. — Mam specjalne pozwolenie od samego Ministra Magii. 'Dzięki okolicznościom łagodzącym', zakładam, że to tylko dlatego, że Ministerstwo nie wypadłoby zbyt dobrze w oczach obywateli, gdyby teraz zaczęli mnie prześladować — dodał kwaśno.

Cieszył się z tego, że mógł już używać magii poza szkołą, ale denerwował go fakt, że Scrimgeour przyznał mu ten przywilej tylko dlatego, że był Wybrańcem.

Ciotka Petunia nic nie odpowiedziała, ale na jej twarzy odbijały się sprzeczne uczucia. Harry jednak czuł, że postąpił słusznie. Ciotka była zdenerwowana tą wiadomością, ale równocześnie trochę się uspokoiła.

Przyjrzał się jej ostrożnie, zmieniając temat.

— Ciociu Petunio? Um, co mam z nią teraz zrobić? — wskazał na dziecko w jej rękach.

Ciotka dała mu niechętnie szybki kurs opieki nad dzieckiem, który trwał aż do drugiej rano. Pomogła Harry'emu stworzyć prowizoryczne łóżeczko w jednej z jego szuflad i pokazała mu, jak ma przygotować mleko. Poinstruowała go również, jak przewija się dziecku pieluchy. Gdy zapytał ją, dlaczego trzymała w domu rzeczy dla małych dzieci, spiorunowała go wzrokiem i zacisnęła usta, jak to było w jej zwyczaju. Po chwili jednak przyznała, że jedna z sąsiadek ma małe dziecko. Trzymała parę dodatkowych pieluch i innych akcesoriów, gdyby ta sąsiadka zechciała wpaść na herbatkę.

Nie zaskoczyło to Harry'ego. Jego ciotka zawsze dbała o swój wizerunek doskonałej pani domu, dostarczającej gościom wszystkiego, czego im w danej chwili potrzeba. Kobieta miała także zwyczaj zaopatrywania się we wszystko, co tylko można sobie wyobrazić.

Ostatecznie dziecko zasnęło głęboko, a ciotka Petunia wróciła do swojej sypialni, zostawiając Harry'ego sam na sam ze swoimi myślami.

Podszedł do okna, wpatrując się w pustą ulicę. Czy Malfoy naprawdę pojawił się tu kilka godzin wcześniej i podrzucił mu dziecko? Rzucił okiem przez ramię na śpiące niemowlę, a odpowiedź sama się znalazła, chociaż wciąż wydawała się być niewiarygodna.

Harry nie wiedział, co teraz powinien zrobić. Wyszedł przed dom przygotowany do pojedynku z Malfoyem, a nie do tego, że stanie twarzą w twarz z błagającym go chłopakiem. Malfoy był jego wrogiem. Wpuścił do Hogwartu tych wszystkich śmierciożerców i próbował zabić Dumbledore'a. Myśli Harry’ego ponownie się zatrzymały.

W ciągu tych dwóch tygodni u Dursley’ów, niezliczoną ilość razy wracał myślami do tamtych wydarzeń. Malfoy próbował zabić Dumbledore'a, ale nie był w stanie tego zrobić. Pod koniec się zawahał. W końcu Harry zobaczył jak czubek różdżki Malfoya się obniża.

Bez konkretnego celu wpatrywał się w noc i kolejny raz pozwolił, by przed jego oczami przewinęły się obrazy wspomnienia tamtych okropnych chwil. Dumbledore próbował skłonić Malfoya do zmiany stron. Zaoferował mu i jego rodzinie azyl, i widać było, że Malfoy niemal się zgodził.

Co to mogło znaczyć?

Nie chciało mu się pomieścić w głowie, że Dumbledore mówił to wszystko tylko po to, by ratować swoje życie. Jego myśli przeniosły się na Snape'a. Harry naprężył, napiął się, ale nie poczuł przypływu skrajnego gniewu, który zawsze towarzyszył mu w takich momentach.

Teraz, z dala od Hogwartu, miał okazję uspokoić się i pierwszy raz spróbować myśleć racjonalnie. Gdy się opanował, doszedł do wniosku, że Dumbledore tak naprawdę nie był człowiekiem, który mógłby błagać o litość. Próbował nawet stawić siebie samego w takiej sytuacji. Nie było to wcale trudne. Przypomniał sobie cmentarz i wydarzenia w Ministerstwie Magii. Nie prosił o czas ani o życie. Był wtedy niemal pewny, że umrze, w szczególności na cmentarzu, a jednak nie poddał się.

Nie mógł zrozumieć, dlaczego Dumbledore błagał. Nie, coś tu nie pasuje. Wiedział, że kto jak kto, ale dyrektor był potężnym czarodziejem. Starszy czarodziej trwał twardo w swoich przekonaniach i nigdy by się nie poddał. A jednak Harry widział jego upadek. Ale czy na pewno?

Przyciskał skronie koniuszkami swoich palców, próbując złagodzić męczący ból głowy.

Dumbledore po prostu nie był osobą, która poddałaby się lub przyznała do porażki. Samo myślenie o nim w ten sposób było niewłaściwe. Więc, co to wszystko miało znaczyć? Wyraźnie pamiętał prośbę skierowaną do Snape'a i próby przekonania Malfoya.

O co w tym wszystkim chodziło?

To pytanie nie dawało mu spokoju. Próbował skupić z powrotem myśli na Malfoyu, ale bezskutecznie. To było wystarczająco dziwne, bez dodawania Snape'a do tej mieszanki.

Ostatnim razem, kiedy widział Mafoya, uciekał on z Hogwartu. Sądząc po szacie śmierciożercy, którą miał wtedy na sobie, uciekał wprost do Voldemorta. Harry chciał się dowiedzieć, czy biegł tam z własnej woli, czy też nie. Rozmowa Dumbledore'a z Malfoyem stawiała wszystko w innym świetle.

Westchnął. W jego głowie kłębiło się dużo pytań oraz wątpliwości i jeszcze mniej wciąż zbyt mało odpowiedzi. Odwrócił się i spojrzał na dziecko. Pytań znowu przybyło.

*****

Harry usadowił się przed oknem salonu, gdzie mógł spokojnie wyczekiwać Malfoya. Było to raczej dziwne, ale mimo wszystko nadal tam siedział.

Cała noc i poranek minęły jak w śnie. Udało mu się nie ruszać z pokoju, dopóki wuj nie wyszedł. Nie zamierzał się narażać się na niepotrzebną konfrontację. Po raz pierwszy w życiu był naprawdę wdzięczny, że jest poniedziałek.

Miał wrażenie, że powinien być bardziej zły i zdenerwowany całą sytuacją, a czuł się tylko nieco przytłoczony. Jego ciotka była w równym stopniu odpowiedzialna za jego uczucia, co dziwne zachowanie Malfoya.

Gdy tylko Harry pokazał się na dole, ciotka Petunia dała mu koc i czyste ubranka dla małej. Cicho poinformowała go również o tym, że przywiezie mu kilka niezbędnych rzeczy dla niemowląt. Następnie zawołała Dudleya i wyszli.

Gdy tylko zamknęli za sobą drzwi, Harry przeżył prawdziwy wstrząs i to tym razem nie zachowanie ciotki, było takie szokujące. Gdy poszedł przebrać małą, Harry stwierdził z całą pewnością, że rzeczy, które mu wręczyła, musiały kiedyś należeć do niego.

Miękki, puszysty koc był koloru czerwonego z wyszytymi na materiale złotymi zniczami. Mógł się założyć, że ciotka Petunia nie chciałaby mieć czegoś takiego. Prawdopodobnie nie miała nawet pojęcia, czym są te małe skrzydlate piłeczki. I z całą pewnością nie wiedziała, że kocyk miał kolory Gryffindoru. Musiała go niedawno wyprać, ponieważ pachniał, jakby został dopiero co ściągnięty z suszarki.

Harry od dłuższego czasu wpatrywał się w te rzeczy nieprzytomnym wzrokiem. Nie wiedział nawet, jak długo tam siedział zagubiony w myślach o swoich rodzicach. Zdał sobie sprawę, co to oznacza. Na pewno musiał być owinięty w ten kocyk, gdy przyniesiono go do domu Dursleyów. Jego palce delikatnie błądziły po materiale małego ubranka. Zwykłego niebieskiego śpiocha. Śpioszka, którego musiał mieć na sobie w noc śmierci swoich rodziców.

Ponownie rzucił okiem na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała ciotka. Musiała to przez ten cały czas trzymać. Nie miał pojęcia dlaczego i w ogóle trudno mu było w to uwierzyć, ale mimo wszystko był jej za to wdzięczny. Nigdy nie była dla niego miła, ale zdał sobie sprawę z tego, że tak naprawdę musi coś do niego czuć... albo do jego mamy.

Dziecko zapłakało ponownie, wybijając Harry'ego z toku myśli.

— Jak mam to zrobić? — mamrotał, wiedząc, że nie otrzyma odpowiedzi.

Na przemian burcząc pod nosem i wydając uspakajające dźwięki, poradził sobie z przebraniem dziecka w czyste śpioszki. Miał wrażenie, że mała nie będzie się jakoś szczególnie przejmować tym, że znowu jest w piżamce mimo tego, że jest poranek. Nie miał dla niej nic innego.

Usiadł przy oknie z butelką i zaczął ją karmić, czekając na Malfoya. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. Że naprawdę czeka na Malfoya. Spojrzał na dziecko, zdając sobie sprawę, że tak naprawdę nic o niej nie wie. Nie miał pojęcia skąd pochodzi i jak ma na imię. Właściwie, to jedyną rzeczą jaką o niej wiedział, było to, że właśnie straciła rodzinę.

I tylko ten jeden fakt wystarczył, by poczuł ukłucie w sercu. Ból nasilał się przy każdym spojrzeniu na niebieskie śpioszki, niegdyś należące do niego.

Obserwując jak piła z buteleczki, którą jej podtrzymywał, stwierdził, że jest całkiem słodka. Uśmiechnął się pod nosem na widok kręconych czarnych włosków. Zastanawiał się, czy jego włosy też tak wyglądały, kiedy był w jej wieku. Nie była ani dużą, ani specjalnie mała. Harry, z powodu swojego nikłego doświadczenia z dziećmi, nie miał zielonego pojęcia, ile tak na prawdę mogła mieć lat.

Dziewczynka spojrzała na niego swoimi szarymi oczami. Jej rysy twarzy były delikatne i... zaokrąglone, jak stwierdził po chwili. Wydawała się taka delikatna i Harry'emu nie mogło się pomieścić w głowie, jak do tego doszło, że to właśnie on się nią teraz zajmował. Naprawdę potrzebowała kogoś, kto otoczyłby ją profesjonalną, opieką.

Nadal nie wiedział skąd ona pochodzi. Westchnął głośno i wziął jej butelkę, gdy tylko skończyła jeść. Ostrożnie podniósł dziewczynkę i ułożył na ramieniu, po to, by się jej odbiło, tak jak nauczyła go ciotka.

Ponownie wyjrzał przez okno i mrugnął zdumiony, gdy zauważył, że Malfoy stoi na chodniku i uważnie mu się przygląda. Mrugnął ponownie zaskoczony, widząc blondyna ubranego w szare spodnie i zieloną koszulkę. Harry przewrócił oczami. Nawet wśród Mugoli musiał ubierać się jak Ślizgon.

Ponadto stał tam w biały dzień. Miał wrażenie, że lada chwila ponownie zaatakuje go ból głowy. Nie powinien czasem próbować zabić Malfoya, zamiast zapraszać go na herbatkę?

Zamknął oczy i po raz kolejny przywołał wspomnienie Malfoya, niepewnie opuszczającego swoją różdżkę. Ponownie mógł usłyszeć dobrze znany mu głos Dumbledore'a, zapewniającego mu ochronę, jeśli tylko przejdzie na właściwą stronę.

Otworzył oczy z powrotem, intensywnie wpatrując się w Ślizgona. Zaprosiłby go do środka. Zmarszczył brwi. Zakładając, że mógłby go zaprosić. Przecież nie mógłby przejść przez magiczną ochronę.

Czując się nieco bardziej bezpiecznie mając przy sobie dziecko, wyszedł do swojej Nemezis, w jednej ręce trzymając małą, w drugiej zaś swoją różdżkę.

— Wszystko z nią dobrze? — zapytał niemal natychmiast Malfoy.

— Wydaje mi się, że tak — odpowiedział powoli.

Harry zmarszczył brwi, widząc, jak Malfoy odetchnął z ulgą, zanim chłodna maska obojętności wróciła na swoje miejsce.

— Nie zaprosisz mnie do środka, Potter? — zakpił.

Harry spojrzał na niego gniewnie.

— Nie boisz się, że mógłbym o tym komuś powiedzieć i że teraz czekają na ciebie tam w środku? — odciął się Harry.

Draco spojrzał ostrożnie na dom.

— Mógłbyś — przyznał chłodno.

Harry wciąż nie był pewny, dlaczego nie wezwał ludzi, którzy mogliby pojmać Malfoya. Co prawda brał to pod uwagę, ale niemal natychmiast odrzucił tę opcję. Uniósł brew ze zdziwienia, zdając sobie sprawę z tego, że Malfoy wiedział, że w każdej chwili mógł zostać pojmany, a jednak wrócił.

— Chcesz być zatrzymany? — zapytał z niedowierzaniem.

— Nie — odburknął natychmiast. — Ale miałem nadzieję, że twoja cholerna gryfońska ciekawość powstrzyma cię przed powiadamianiem każdego o mojej wczorajszej wizycie. Przynajmniej do tej pory.

Niechętnie stwierdził, że Malfoy ma całkowitą rację. Chciał wiedzieć co jest grane i jednocześnie zdawał sobie sprawę, że gdyby mu nie pomógł, nie miałby najmniejszych szans, by się tego dowiedzieć.

Draco uśmiechnął się szyderczo, zdając sobie sprawę, że Potter rzeczywiście nic nikomu nie powiedział.

— Zaproś mnie do środka, Potter, a wszystko ci wyjaśnię.

— Lepiej miej cholernie dobre odpowiedzi, Malfoy — odpowiedział Harry.

— Tutaj na pewno nic ci nie powiem – warknął do Harry’ego.

Harry rozejrzał się po okolicy, a jego oczy zatrzymały się na jednym z domów przy końcu drogi, należącym do pani Figg. Nie przypuszczał, by był obserwowany przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale nie był tego pewien, więc zbyt długie stanie tu, prawdopodobnie nie było najlepszym pomysłem.

— Jak mam cię wpuścić przez osłony? — zapytał.

— Czy ty niczego nie umiesz, Potter? — Malfoy uśmiechnął się z wyższością.

— Nigdy przedtem nie zapraszałem tu śmierciożercy — odciął się.

Wzrok Malfoya skierował się w stronę lewego przedramienia. Długie rękawy były lekką przesadą w taki upał. Blondyn był wyjątkowo spokojny i jakby przytłumiony, gdy cicho wyjaśniał Harry’emu, jak ma go przepuścić przez barierę ochronną.

Harry zawahał się przed podjęciem tego ostatniego kroku.

— Skąd mam mieć pewność, że nie skrzywdzisz mnie albo moich krewnych, gdy tylko cię przepuszczę?

— Nie będziesz miał — odpowiedział po prostu, a jego oczy zwróciły się ponownie ku dziecku.

Harry zmarszczył brwi. Nie rozumiejąc do końca dlaczego, wypowiedział ostatnie słowa, które pozwalały Malfoyowi wejść na teren posiadłości.

Malfoy popatrzył na niego ze zdziwieniem i Harry zrozumiał, że blondyn tak naprawdę się tego nie spodziewał. Jednak szybko się opanował.

— Jesteś zbyt ufny, Potter — uśmiechnął się szyderczo, po czym wyminął go i skierował się do drzwi wejściowych.

Harry coraz bardziej marszcząc czoło, obserwował, jak blondyn idzie ścieżką. Nie ufał Malfoyowi, ale coś w tym wszystkim mu nie pasowało. Harry natomiast bardzo ufał swoim przeczuciom i to one podpowiadały mu, żeby wpuścić i wysłuchać Ślizgona.

Potrząsnął głową i poszedł za nim do domu, mając nadzieję, że nie popełnił właśnie ogromnego błędu.
Ostatnio edytowano 7 paź 2014, o 10:24 przez formica, łącznie edytowano 20 razy
No light, no light in your bright blue eyes
I never knew daylight could be so violent
A revelation in the light of day
You can choose what stays and what fades away...
formica Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 884
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 15:03

Postprzez daimon » 30 paź 2010, o 17:39

Stało się. Przeczytałam pierwszy rozdział. Czyli coś tak jakby na kształt popełnienia samobójstwa. Nie czytam niezakończonych opowiadań, bo to są zwykłe tortury, takie oczekiwanie na dalszy rozdział. Oczywiście przeczytanie tego, jedynie mnie w tym utwierdziło. (Cóż, dai, może wreszcie zabierzesz się za czytanie po angielsku, tylko dobrze ci to zrobi... Cicho tam, wiem o tym:)

Zapowiada się bardzo, bardzo ciekawie. Dziecko, tajemnice... Petunia intryguje (to może być ciekawe, nigdy właściwie nie czytałam ficka, któryby rozwijał jej kwestię, może to będzie pierwszy?). Kocyk mnie rozczulił, zastanawianie się Pottera nad sytuacją z Wieży Astronomicznej jest jak najbardziej na miejscu, ale i tak, najbardziej, najbardziej pdobała mi się ostatnia scena:

Harry zawahał się przed podjęciem tego ostatniego kroku.

? Skąd mam mieć pewność, że nie skrzywdzisz mnie albo moich krewnych, gdy tylko cię przepuszczę?

? Nie będziesz miał ? odpowiedział po prostu, a jego oczy zwróciły się ponownie ku dziecku.

Harry zmarszczył brwi. Nie rozumiejąc do końca dlaczego, wypowiedział ostatnie słowa, które pozwalały Malfoyowi wejść na teren posiadłości.

Malfoy popatrzył na niego ze zdziwieniem i Harry zrozumiał, że blondyn tak naprawdę się tego nie spodziewał. Jednak szybko się opanował.

? Jesteś zbyt ufny, Potter ? uśmiechnął się szyderczo, po czym wyminął go i skierował się do drzwi wejściowych.

Nie będziesz miał, Potter... O, tak. Jakie to malfoyowate. Mru.


Czyta się bardzo dobrze. Płynnie i swojsko. Wybaczysz mi zatem, że nie będę zerkać do oryginału tym razem? Sądząc po tym jak brzmią Twoje zdania, poradziłaś sobie świetnie. Znalazłam tylko dwie małe rzeczy:

Westchnął. W jego głowie kłębiło się dużo pytań oraz wątpliwości i jeszcze mniej wciąż zbyt mało odpowiedzi.

Podejrzewam, że to "jeszcze mniej" było wersją początkową przed "wciąż zbyt mało", a teraz się tu zaplątało przez przypadek.

Chciał wiedzieć co jest grane

Według mnie przecinek przed "co", ale moja interpunkcja jest wybitnie alternatywna, więc nie ufałabym sobie do końca.

A zatem, droga yunne czuj się winną! Wciągnęłaś mnie w wieloodcinkowiec - i to jaki długi! To kiedy będą następne rozdziały?!



pozdrawiam, dai
[Emmet,Micky&Ben watching Brian&Justin dancing]
Em:Am I seeing,what I think I'm seeing?
Ben:Yes you are seeing it.It's the most historic reunification since Germany.
Em:What happened to the fiddler?
Micky:He fell off the roof!
daimon Offline

Avatar użytkownika
Sunshine
 
Posty: 1162
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 17:35
Lokalizacja: Miasto Smoka

Postprzez formica » 30 paź 2010, o 17:48

Rozdział drugi



— Pozwól mi ją potrzymać — odezwał się Malfoy, gdy tylko weszli do środka.

Harry spojrzał na niego nieufnie i po chwili podał mu dziewczynkę. Trzeba przyznać, że Draco z dzieckiem na rękach wyglądał na równie spiętego jak Harry w podobnej sytuacji. Trzymał ją tak, jakby była najcenniejszą i najdelikatniejszą rzeczą na świecie, jakby lada chwila mogła się rozbić. Oczami błądził po jej buźce, wychwytując każdy, najdrobniejszy szczegół, a na jego twarzy malowało się coś na kształt fascynacji.

— Kim ona jest? — spytał Harry.

Draco wziął głęboki oddech i spojrzał na niego.

— Moją córką — powiedział, wypuszczając powoli powietrze.

— Twoją córką? — uniósł brwi ze zdziwienia.

— Tak, moją córką — uśmiechnął się szyderczo. — Czyżbyś miał problemy ze słuchem?

Harry był pewien, że słuch ma wyśmienity, ale równocześnie coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że jego mózg nie jest już w stanie dłużej współpracować.

— Ona nie jest sierotą? — zapytał ogłupiały.

— Jeszcze nie — wymamrotał Malfoy i odwrócił się tyłem do Harry'ego. Skierował się do salonu i, pomimo wyraźnego zdegustowania, które pojawiło się na jego twarzy, usiadł na kanapie leciutko kołysząc dziecko.

Harry ruszył za nim i usadowił się w fotelu naprzeciwko blondyna.

— Jak? Kiedy?

Malfoy wypuścił ciężko powietrze i ostrożnie oddał dziewczynkę Harry'emu, który wziął ją automatycznie, po czym zaczął obserwować, jak Draco chodzi w kółko po salonie.

— Nienawidzę cię, Potter — wypalił nagle Malfoy.

— O tym już wiem — odburknął Harry z irytacją. — Potrzebujesz proklamacji w zamian? Jeśli tak, to mogę ci z wielką radością oznajmić, że również cię nienawidzę.

Malfoy zmarszczył brwi i Harry był pewny, że go to rozbawiło.

— Dobrze o tym wiedzieć — odpowiedział powoli.

Nagle zatrzymał się i utkwił wzrok w Harrym.

— Powiedz mi, dlaczego mnie tu wpuściłeś? Dlaczego nie zaatakowałeś mnie wczoraj wieczorem? Dlaczego nie czekałeś tu z Aurorami, skoro powiedziałem ci, że wrócę? Pomijając to wszystko, czemu zamiast się na mnie wydzierać, jesteś taki spokojny?

Harry spojrzał na dziewczynkę, która spoczywała w jego ramionach. Dziewczynkę, o której myślał, że jest sierotą. Przeniósł wzrok na Malfoya.

— Dlatego, że chcę poznać odpowiedzi — odpowiedział chłodno. — Dlatego, że myślę, że nie byłbyś zdolny mnie zabić — dodał umyślnie i spojrzał na Malfoya, który wzdrygnął się nieznacznie. Przerwał na chwilę. — A także dlatego, że trzymanie w ramionach dziecka jakoś zniechęca mnie do wrzeszczenia.

Musiał zastanowić się, jak to się stało, że rzeczywiście nad sobą panował. Miał ochotę krzyczeć i przekląć Malfoya, ale jakimś cudem małe dziecko i ciekawość wzięły górę. Powiedział Malfoyowi prawdę, ale nawet on mógł przyznać, że to wszystko brzmiało trochę niewiarygodnie, biorąc pod uwagę ich wzajemne relacje w przeszłości i ostatnie wydarzenia.

Jednak z nich dwóch, to Malfoy zachowywał się jeszcze dziwniej. I ciężko było się na niego złościć, kiedy najwyraźniej nie był sobą.

Chłopak znowu zaczął krążyć po pokoju.

— Dlaczego przyniosłeś swoją córkę akurat do mnie? — zapytał Harry.

— Nie wiedziałem gdzie jeszcze mógłbym ją zabrać — odburknął Draco.

— Malfoy, zdajesz sobie sprawę z tego, że większość ludzi raczej nie zabiera własnych dzieci do swoich największych wrogów? — odpowiedział wolno.

— Wiem o tym — warknął. — Ale nikt o niej nie wie.

— Jak to nikt? — Harry zamrugał.

— W każdym razie nikt żywy, oczywiście nie licząc mnie, no i teraz ciebie. Nikt nie wie, że ona jest moją córką — odpowiedział spokojnie.

— Więc, czemu przyniosłeś ją akurat do mnie? — spytał ponownie Harry.

— A gdzie indziej mógłbym ją zanieść? — zapytał Malfoy, a w jego głosie wyraźnie przebrzmiewała złość. Jego zmienne nastroje wyprowadzały Harry’ego z równowagi. — Cóż, mogłem zabrać ją do mojej matki, wiem że na pewno by ją pokochała. Chociaż, nie jestem pewny czy byłaby taka zadowolona, dowiadując się, że jest już babcią — dodał zamyślony. — Tak czy owak nie potrwałoby to długo.

— Dlaczego? — zapytał Harry, ale Malfoy go zignorował.

— Zawsze mogłem ją jeszcze zabrać do mojej kochanej ciotki Belli — uśmiechnął się szyderczo.

— Nie — warknął Harry, mimowolnie mocniej przytulając małą.

Malfoy zatrzymał się i popatrzył na Harry’ego. Odezwał się jednak dopiero wtedy, kiedy ponownie zaczął krążyć po pokoju.

— Pomyślmy. Ojciec jest w Azkabanie, a ja uważam, że to nie jest najlepsze miejsce dla dziecka. Myślę, że gdyby Glizdogon spróbował się nią opiekować, uszkodziłby nie tylko ją, ale i siebie.

— Wiesz gdzie jest Glizdogon? — krzyknął głośno Harry, zaskakując dziecko, które niemal natychmiast zaczęło płakać. — Cholera!

— Potter! Co ty jej robisz? — zapytał Malfoy. — Nie krzywdź jej!

— Nic jej nie robię! — burknął. — Musiałem ją wystraszyć.

— Więc zrób coś! — powiedział niespokojnie. — Napraw to!

Harry na chwilę przerwał uspakajanie dziecka i spiorunował wzrokiem Malfoya.

— Dzieci się nie naprawia, Malfoy. Nawet ja o tym wiem. A poza tym ona jest osobą, więc nie mów o niej to.

Ponownie zaczął ją uspakajać i kołysać, mając nadzieję, że przyniesie to jakieś efekty, podczas gdy Malfoy patrzył się na nich zmartwiony.

— Wiesz, gdzie jest Glizdogon? — spytał ponownie Harry cichym, napiętym głosem.

Draco przeniósł swój wzrok z dziewczynki na Harry’ego.

— Tak, wiem gdzie on jest. W każdym razie wiedziałem — poprawił się.

— Więc nie wiesz, gdzie on się teraz dokładnie znajduje? — zapytał Harry, a w jego głosie można było usłyszeć rozczarowanie.

Draco wzruszył ramionami i popatrzył na Harry’ego przenikliwie.

— Czemu Glizdogon jest dla ciebie taki ważny?

— Bo jest cholernym, zdradzieckim draniem — wypluł gniewnie Harry.

Malfoy wpatrywał się w niego uważnie, mrużąc przy tym oczy.

— Nie masz zbyt wysokiego mniemania o ludziach, których uważasz za zdrajców, prawda? Wydaje mi się, że masz o nich takie same zdanie jak Czarny Pan.

Harry zamarł na moment, ale chwilę później ponownie zaczął kołysać dziecko.

— Właściwie to nie jest nasza jedyna wspólna rzecz — mruknął.

Draco otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.

— Myślisz, że masz więcej wspólnych cech z Czarnym Panem?

— Wiem, że mam z nim wiele wspólnego, zresztą on sam mi o tym powiedział — odpowiedział Harry.

— Usiedliście i ucięliście sobie przyjacielską pogawędkę, co? — rzucił Draco sarkastycznie.

Harry pochylił głowę w zamyśleniu.

— Nie, z tego co pamiętam staliśmy przez cały czas i na samym początku rzeczywiście omyłkowo uwierzyłem, że jest bardziej przyjacielski.

Zachichotał ponuro, widząc zdziwienie na twarzy Malfoya, które po chwili zostało zastąpione przez grymas wstrętu.

— Jak mogłeś kiedykolwiek pomyśleć, że on jest przyjazny? Znajdziesz wiele cech na jego liście, ale na pewno nie znajdziesz tam słowa przyjazny — powiedział Draco, a jego głos odzwierciedlał wstręt, który był widoczny na jego twarzy.

— Powiedzmy, że w tamtej chwili nie był całkowicie sobą — odparł Harry. — W dodatku, to było kilka lat temu — dodał lekceważąco.

— Kilka lat temu? — zapytał zmieszany Malfoy.

— Zrozum, Malfoy — powiedział Harry, niecierpliwiąc się. — To oczywiste, że nie wiesz o mnie wielu rzeczy, ale nie jesteśmy tu po to, żeby rozmawiać o mnie, tylko o tym czemu, do diabła, ty tu jesteś.

— Nie muszę ci nic mówić, Potter.

— Może przynajmniej powiedziałbyś mi, jak się nazywa ta biedna, mała dziewczynka? — spytał rozdrażniony. — Nawet nie wiem, jak mam ją nazywać.

— Wiktoria Analissa Malfoy — powiedział sztywno. — Ma dziewięć i pół miesiąca, a jej urodziny są pierwszego sierpnia.

— Ona naprawdę jest Malfoyówną? Twoją córką? — zapytał Harry, kołysząc dziecko i patrząc na nie.

— Tak, po prostu nikt o tym nic nie wie. Nie wierzysz?

— Sam już nie wiem, w co mam wierzyć — wymamrotał Harry i utkwił wzrok w dziecku, starając się odszukać w niej podobieństwa do Malfoya. — Widzę, jednak, że ma twoje oczy.

— Szare oczy pochodzą z obu stron mojej rodziny — głos Draco ponownie stał się chłodny.

Harry spojrzał przelotnie na Malfoya i odwrócił wzrok, wpatrując się w coś, co tylko on mógł zobaczyć. Nagle wróciło do niego wspomnienie szarych oczu Syriusza, tych śmiejących się i iskrzących rozbawieniem, i tych pustych, przerażonych.

— Potter?

To dziecko, Wiktoria, było częścią rodziny Syriusza. Pamiętał, że Narcyza była jego kuzynką. Nie wiedział, co to znaczyło dla Malfoya i Wiktorii, ale wiedział, że to oznacza, że byli spokrewnieni.

Rodzina.

Harry pamiętał słowa Malfoya.

„— Nie mam żadnych możliwości wyboru! — krzyknął Malfoy, a jego twarz pobladła nagle tak, jak twarz Dumbledore’a. — Muszę cię zabić! On zabije mnie! Zabije całą moją rodzinę!”*

Malfoy starał się chronić siebie i swoją rodzinę. Nikt nie powinien się dowiedzieć o małej Malfoyównie. Dopóki nikt się nie dowie o jej prawdziwym pochodzeniu, Voldemort też nie się nie zorientuje i nie będzie chciał jej zabić. W ten sposób znacznie łatwiej było ją chronić.

— Potter!

Harry spojrzał na niego mrugając, po czym przeniósł wzrok na małą.

— Czemu ją tu przyniosłeś? — spytał ponownie.

Rozdrażniony Draco wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.

— Już ci powiedziałem. Do kogo innego mogłem ją zabrać? Przecież nie mogłem zanieść jej do Snape’a albo coś w tym stylu.

Harry gwałtownie podniósł głowę i spojrzał na niego.

— Dlaczego nie mogłeś zabrać jej do Snape’a? — spytał szorstko. Nie chciałby zobaczyć jej w ramionach Snape’a, ale chciał wiedzieć dlaczego Malfoy nagle przestał ufać Mistrzowi Eliksirów.

— Potter, czy ty kompletnie oszalałeś? On jest przecież śmierciożercą! — krzyknął.

— Tak samo jak ty!

— Ja to co innego!

Przez ich krzyki dziecko ponownie zaczęło płakać, a Harry jęknął z frustracji. Malfoy obserwował ich zmartwiony.

— Czemu ty jej nie weźmiesz? — zasugerował Harry i próbował przekazać mu kwilące dziecko.

Malfoy gwałtownie potrząsnął głową.

— Nie wiem, jak ją uspokoić.

— Jesteś żałosny, wiesz o tym, prawda? — warknął Harry

Malfoy najeżył się, ale Harry już się odwrócił i ruszył z dzieckiem w stronę schodów.

— Gdzie ty idziesz, Potter?

Harry nie fatygował się z odpowiedzią. Zabrał dziecko do swojego pokoju, gdzie miał kilka rzeczy dla niemowląt. Zignorował Malfoya, który stał w drzwiach i obserwował go, kiedy kładł Wiktorię na łóżku i zmieniał jej pieluszkę. Najwyraźniej uspokoiło ją to na chwilę, więc Harry opadł na łóżko obok niej.

Malfoy ostrożnie wszedł do środka i usiadł na krześle przy biurku.

— To twój pokój? — zapytał.

Harry był zaskoczony, nie słysząc szyderczego tonu.

— Tak — odpowiedział, rozglądając wokół siebie. Pokój był niewielki i było w nim bardzo mało rzeczy, które mogłyby wskazywać, że tu mieszka. Za wyjątkiem klatki Hedwigi i kufra.

— Naprawdę tak mieszkasz? — zapytał zmieszany Draco.

— Co? Czyżby gryzło się to z twoim głupim przeświadczeniem, że mieszkam po królewsku? — prychnął Harry w odpowiedzi.

Malfoy popatrzył na niego ostro.

— Spodziewałem się czegoś innego — przyznał wolno.

Harry potrząsnął głową.

— To nie ma znaczenia, jeszcze trochę i nie będę musiał już nigdy tu wracać.

— Gdzie masz zamiar mieszkać? — zapytał Malfoy.

Harry spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Naprawdę myślisz, że ci to powiem?

— Masz moją córkę, więc chcę mieć chociaż jakieś pojęcie, gdzie się znajduje. - Malfoy spojrzał na niego ze złością.

— Czy ty czasem nie oszalałeś? Jesteś śmierciożercą! — powtórzył słowa Malfoya.

Draco spojrzał na swoje przedramię, a potem spuścił wzrok na podłogę.

Przez kilka minut siedzieli w ciszy, aż Harry zdał sobie w końcu sprawę z tego, że Wiktoria zasnęła.

— Śpi — wyszeptał. Wstał ostrożnie i podszedł do swojego ulubionego miejsca przy oknie. Uważnie obserwował Malfoya, gdy ten wstał i wyciągnął swoją różdżkę, po czym rzucił Silencio wokół łóżka, tak żeby dziewczynka nie mogła ich usłyszeć. Następnie odłożył różdżkę i Harry pomyślał, że teraz swobodnie mogą na siebie wrzeszczeć.

— Skąd masz te śpioszki i kocyk dla dzieci? — spytał Malfoy.

Harry z pewnością nie miał ochoty o tym rozmawiać.

— Należały do mnie — powiedział krótko. — Zresztą to wszystko, co mogłem jej dać.

Wzrok Malfoya przenosił się pomiędzy Harrym i Wiktorią, która leżała na kocyku ozdobionym quidditchowym motywem na łóżku Pottera.

— Spróbuję jej przynieść trochę więcej rzeczy — powiedział.

— Powiedziałeś mi, dlaczego nie zabrałeś jej do innych ludzi, ale jeszcze nie wytłumaczyłeś, czemu tak naprawdę przyniosłeś ją akurat do mnie — powiedział Harry, zmieniając temat i ciesząc się z zachowania spokojnego tonu.

Draco ponownie zaczął wpatrywać się w ziemię.

— Ponieważ twoja strona jej nie zabije — odparł.

— Prawda — stwierdził Harry. — Ale nie byłoby jej jednak lepiej z kimś innym? Ktoś, kto ma jakiekolwiek pojęcie o dzieciach byłby dobry na początek — powiedział z żalem.

— Byłeś tam, tamtego wieczoru — powiedział szeptem — jesteś jedynym, którego mam jakąkolwiek szansę przekonać, że nie chciałem tego zrobić. Chciałem chronić siebie i moją rodzinę i to było zanim się dowiedziałem, że mam córkę.

Słysząc to, Harry drgnął. Wiktoria miała ponad dziewięć miesięcy, a Malfoy o niej nie wiedział? Nie był tak zdziwiony resztą informacji, które blondyn już wyjawił. Jednak zaskoczony był faktem, że się do tego przyznał.

— Wiem, że rodzina ma dla ciebie duże znaczenie — kontynuował, nie zmieniając tonu. — I to właśnie dzięki temu zawsze udawało mi się wyprowadzić cię z równowagi. Mam nadzieję, że pomożesz mi przynajmniej chronić dziecko.

— Dumbledore oferował ci ochronę — powiedział wolno Harry.

Draco podniósł wzrok.

— On nie żyje — stwierdził.

Harry zamknął na chwilę oczy.

— Tak, ale oferował ci ją. Powiedz mi, czy przyjąłbyś ją teraz? — zapytał, ponownie spoglądając na blondyna.

Malfoy wpatrywał się w niego.

Ty oferujesz mi ochronę?

Harry wzruszył niewyraźnie ramionami. Sam nie miał pojęcia, o co mu właściwie chodzi. Po prostu improwizował, działał instynktownie. Musiał przyznać, że być może nie jest to najlepsza metoda, ale jak dotąd zawsze się sprawdzała.

— Może — odpowiedział w końcu.

Malfoy prychnął ze wstrętem.

— Jesteś idiotą, Potter! Obaj dobrze wiemy, że dla mnie żaden wybór nie jest dobry, w końcu jestem cholernym śmierciożercą. Moi współtowarzysze — wypluł to słowo nienawistnie — poprzedniej nocy zabili matkę mojej córki i całą resztę jej rodziny. Tylko przez przypadek, kilka dni wcześniej powiedziała mi, że urodziła córkę. Tylko przez przypadek dowiedziałem się o ataku na ich okolicę i tylko przez przypadek udało mi się wymknąć stamtąd, z moją córką, nie tracąc przy tym życia. Gdy już tam wróciłem, nadal byli zajęci torturowaniem jej matki. Nie mogłem jej uratować. Nawet nie zauważyli, że na jakiś czas zniknąłem. Nic nie mogłem zrobić! A gdybym tylko spróbował, też byłbym martwy!

Harry gapił się na niego w przeraźliwej ciszy. Malfoy oddychał z trudem, a jego klatka piersiowa unosiła tak, jakby biegał całą godzinę, a nie tylko krzyczał na Harry'ego. Ukrył twarz w dłoniach.

— Nie mogłem jej pomóc — wyszeptał. — Mogłem tam tylko stać, udając, że nic to dla mnie nie znaczyło.

— Uratowałeś Wiktorię — powiedział spokojnie Harry. — Zrobiłeś coś. Podjąłeś się wielkiego ryzyka, by to zrobić. — przyznał.

Draco spojrzał na dziewczynkę.

— Chcę wyjść, Potter — wyszeptał — nie mogę być częścią tego. Nigdy nie chciałem być częścią czegoś takiego. To nie tak miało wyglądać.

Harry pomyślał o powiedzeniu jakiejś sarkastycznej uwagi, ale siedział cicho, spoglądając na cierpienie wymalowane na twarzy Malfoya.

— Wiesz dobrze, że mimo tego wciąż nie mogę ci ufać — odezwał się w końcu Harry.

Malfoy spojrzał na niego ponurym, a zarazem pewnym wzrokiem.

— Jesteś jedynym, któremu ja mogę zaufać.

*****

Chwilę później zniknął, mówiąc, że przyjdzie następnego dnia, ale teraz musi już wracać bo zaczną go szukać.

Harry został sam rozmyślając o tych dziwnych wydarzeniach. Nie rozumiał Malfoya, a już na pewno nie rozumiał tego, co chłopak miał na myśli mówiąc, że to on jest jedynym, któremu może zaufać. Trudno jednak było nie wierzyć tym słowom, skoro pod opieką miał ich żywy dowód.

Kilka godzin później, po raz kolejny miał wrażenie, że świat stanął do góry nogami, kiedy jego ciotka wróciła samotnie do domu, zostawiwszy Dudleya u jego przyjaciół i wręczyła mu różne dziecięce rzeczy.

Nie mógł wymyślić dlaczego to właśnie on miał Wiktorię. Nie potrafił również zrozumieć, dlaczego jego ciotka zaczęła mu nagle pomagać. Potulnie poszedł się zdrzemnąć, kiedy Petunia powiedziała mu, że w tym czasie popatrzy na Wiktorię.

Jego mózg przestał myśleć o Malfoyu i ostatnich wydarzeniach. Położył się i zasnął niemal natychmiast.

*****

Poczuł, że dobrze zrobił wykorzystując szansę wyspania się, gdy miał ku temu okazję, w końcu większość nocy uspokajał bardzo zdenerwowane dziecko. Nie miał do niej o to żalu, wiedział że tęskni za swoją mamą, ale ostatecznie zasnęli wyczerpani dopiero nad ranem.

Obudziły go podniesione głosy, ale nim rozpoznał do kogo należą, upłynęło parę chwil.

— Nie możesz, ot tak sobie, wchodzić do mojego domu, i iść gdzie ci się żywnie podoba — powiedziała rozdrażniona Petunia.

— Mogę iść gdzie chcę — zaszydził Malfoy.

— Nie pozwolę ci ich skrzywdzić.

Odwrócił się i spojrzał zdziwiony na dwójkę, która właśnie wtargnęła do jego pokoju.

— Ciociu Petunio? Czy ty właśnie próbowałaś mnie chronić? — zapytał, nim pomyślał, o czym mówi.

Odnalazł okulary i założył je akurat na czas, by zobaczyć jak zacisnęła usta patrząc na niego.

— Znasz go? — zapytała zamiast odpowiedzieć na zadane przez niego pytanie.

Spojrzał na naburmuszonego Malfoya.

— Tak, można to tak ująć. To on był tu wczoraj.

Spojrzała ostrożnie na Malfoya i zwróciła się z pytaniem do Harry’ego.

— Chcesz, żebym wzięła Wiktorię na dół, kiedy będziesz rozmawiał ze swoim... gościem?

Harry naprawdę chciał się dowiedzieć, kto zawładnął jego ciotką. Jednak nie zdążył się nad tym zastanowić głębiej, bo odezwał się Malfoy.

— Nie oddasz jej pod opiekę jakiejś mugolce.

Harry przewrócił oczami. Przynajmniej Malfoy dzisiaj nie wydawał się być opętany przez jakąś dziwną istotę.

— Dobrze, jeśli wolisz zmieniać pieluszkę Wiktorii, to proszę bardzo.

Jego oczy się rozszerzyły i podciągnął ze wstrętem nosem.

— Nie zrobię tego!

— Świetnie, w takim razie ciotka Petunia weźmie ją na trochę na dół — powiedział spokojnie.

Malfoy nadal patrzył niezadowolony, ale mimo to nie protestował dalej, kiedy Harry podawał Wiktorię zdenerwowanej ciotce. Szybko opuściła pokój, zamykając za sobą drzwi.

Harry opadł z powrotem na swoje łóżko i jęknął.

— Co ty tu tak wcześnie robisz, Malfoy?

— Jest już prawie dziesiąta — parsknął zirytowany Draco. — Dlaczego twój leniwy tyłek nie jest jeszcze poza łóżkiem?

— Ponieważ mój leniwy tyłek dostał się do łóżka zaledwie kilka godzin temu — zripostował — bo większość nocy spędziłem próbując uspokoić twoją płaczącą córkę.

Nastawienie Malfoya natychmiast się zmieniło.

— Wszystko z nią dobrze?

Harry westchnął ciężko.

— Myślę, że po prostu tęskni za mamą — powiedział cicho. Harry przyglądał się, jak Malfoy siada na krześle obok biurka i w napięciu obserwował jego twarz. Po chwili uświadomił sobie, że chłopak wygląda prawie na chorego. Właściwie to wyglądał gorzej niż wtedy, gdy byli jeszcze w Hogwarcie, a nawet był całkiem pewny, również gorzej niż poprzedniego dnia.

Harry był w stanie zrozumieć ten nagły brak bojowości u Malfoya. Poza tym, w swoim otoczeniu wciąż musiał udawać; mało kto w takiej sytuacji miałby jeszcze siłę na kłótnie.

Harry jednak wciąż bał się dogłębnie przeanalizować powody, dla których on sam nie miał ochoty na kłótnie. Ron i Hermiona wkurzyliby się na niego, gdyby zorientowali się, co się dzieje. Nie żeby Harry wiedział, co się dzieje. Jednak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że relacje między nim, a Ślizgonem były zbyt przyjazne.

— Muszę poznać odpowiedzi, Malfoy — zażądał nagle.

Malfoy wzdrygnął się nieznacznie.

— Na jakie pytania, Potter? — zapytał.

— O twoją córkę, twoich ludzi, Snape’a — wypluł. — To byłoby dobre na sam początek.

Najwyraźniej Malfoy oczekiwał tego przesłuchania i był do niego przygotowany.

— Półtora roku temu, na święta Bożego Narodzenia, ojciec podarował mi dziewczynę — zaczął cicho.

— Podarował ci dziewczynę?! — wykrzyknął Harry, niedowierzając.

Draco spiorunował go wzrokiem.

— Chcesz to usłyszeć czy nie? Jeśli tak, to sugeruję ci abyś mi nie przeszkadzał.

Harry patrzył się na niego z niedowierzaniem, ale skinął mu, nawet się nie odzywając. Draco popatrzył się na podłogę.

— Miałem piętnaście lat i byłem Malfoyem. Mój ojciec uznał, że nadszedł czas na to, bym stał się mężczyzną — powiedział, uśmiechając się ze wstrętem, zanim przyjął ponownie ten monotonny wyraz twarzy. — Zostali zaproszeni na bożonarodzeniowy obiad. To była rodzina czystej krwi, ale mało znana. Ona chodziła do Beauxbatons.

Przerwał, biorąc głęboki oddech i najwyraźniej zbierając siły by móc w ogóle kontynuować.

— Wiedziała po co tam przyszła, tak jak i ja. Przynajmniej wtedy tak myślałem. Malfoy powinien być wyrafinowany i doświadczony, również w łóżku. I właśnie tego doświadczenia miałem nabrać śpiąc z nią. I przypuszczam, że je zdobyłem — powiedział gorzko.

— Nie wyglądasz jakbyś był z tego zadowolony — Harry zaryzykował i dodał cicho.

— Nawet nie lubię dziewczyn! — krzyknął, po czym wziął głęboki wdech po to, by ponownie się uspokoić.

— Jesteś pedałem? — oczy Harry’ego rozszerzyły się.

— Nie żeby to był twój interes, ale tak — odciął się złośliwie. — Co czyni zupełnie nieprawdopodobnym fakt, że mam dziecko.

— Jak? Czemu? — zapytał Harry.

— Zaszła w ciążę, Potter. Z pewnością i ty jesteś w stanie chociaż tyle wywnioskować — zaszydził.

Harry’emu zabłysły oczy.

— Tę cześć rozumiem — zripostował wściekle. — Ale dlaczego nie przedsięwziąłeś jakichś środków ostrożności, dlaczego wiesz o Wiktorii dopiero od niedawna i czemu nikt inny jeszcze o tym nie wie?

— Zaszła w ciążę, ponieważ nie mieliśmy cholernego pojęcia o tym, co robimy. Nie wiedziałem, ponieważ ona nigdy nie kłopotała się by mi o tym powiedzieć. Dziecko urodziło się kilka tygodni za wcześnie i skłamała rodzicom, że była jeszcze z innym chłopakiem. Zdaje się, że jej uwierzyli. Dlaczego? Nie mam żadnego cholernego pojęcia — warknął. — Najprawdopodobniej jej rodzice po prostu wstydzili się, że ich córka urodziła w tak młodym wieku i to jeszcze niezamężna, więc nie drążyli tematu i starali się utrzymać ten fakt w tajemnicy.

Wstał poruszony tym i zaczął chodzić po małym pokoju.

— Ona wiedziała, że nie chciałem mieć z nią nic wspólnego i to powstrzymało ją przed powiadamianiem mnie. Chciałbym móc powiedzieć, że była złośliwą suką, ale myślę, że szanowała moje pragnienia. Ale potem, kilka dni temu, wysłała mi sowę, oznajmiającą, że musi ze mną porozmawiać. Nie wiem czemu, ale nie powiedziałem o tym nikomu i poszedłem sam na spotkanie.

Przerwał i uśmiechnął się szyderczo z widocznym wstrętem. Jednak Harry nie był pewny, kto albo co wzbudza w nim wstręt.

— Usłyszałem od niej całą tę cholerną historię. Skontaktowała się ze mną, ponieważ była przestraszona — kontynuował. — Widziała co się dzieje dokoła. Wiedziała, że mam związek z Śmierciożercami. Miała nadzieję, że jeśli będę znał prawdę, to będę mógł ją chronić. W końcu urodziła dziecko Malfoyowi.

Blondyn z frustracji przeczesał rękoma włosy.

— Nawet nie miałem czasu na to, by coś wykombinować. Miała rację, że się bała. Czarny Pan wytypował ich okolice na kolejny atak. Jednak za późno się o tym dowiedziałem. Zazwyczaj nie brałem w nich udziału. W końcu większą część tamtego roku byłem w Hogwarcie, wiec mogłem tego uniknąć. Byli zadowoleni, kiedy zgłosiłem się na ochotnika. Wszystko co mogłem zrobić, to pójść i mieć nadzieję, że będę mógł coś zrobić.

— Przecież coś zrobiłeś — wtrącił delikatnie Harry.

— Patrzyłem jak umiera, Potter! — wykrzyknął. — Nic nie mogłem zrobić, by ją uratować!

— Uratowałeś Wiktorię.

— Ale nie mogłem uratować jej matki! Nie mogłem też uratować jej dziadków! — krzyknął sfrustrowany. — Wszystko co mogłem zrobić, to stać tam bezczynnie!

— Wiem jak się czujesz — powiedział Harry. Jego głos był cichy, ale ponury ton skutecznie przykuł uwagę Malfoya.

Draco zamarł, gapiąc się szeroko otwartymi oczami na Harry'ego.

— Widziałem umierających ludzi i zdaję sobie sprawę z tego, jak to piekielnie boli, kiedy tam jesteś i nic nie możesz zrobić — powiedział przejętym głosem.

Malfoy ponownie opadł na krzesło i ukrył twarz w dłoniach.

— Naprawdę nie chciałem go zabić. Nie chciałem nikogo zranić — wymamrotał.

Harry przypatrywał się, jak Malfoy zadręcza się w myślach i zastanawiał się czy sam tak wyglądał, kiedy wymyślał sobie, za to że nie był w stanie zapobiec czyjejś śmierci. Czuł pewną obojętność, ale był pewny, że to był jedyny sposób, by mógł pogodzić się z pewnymi sprawami.

— Myślę, że jesteś po złej stronie, Malfoy — powiedział cicho po kilku minutach przerwy.

Draco powoli podniósł wzrok i popatrzył na niego przekrwionymi oczami.

— Wiem — powiedział zwyczajnie. — Ale nie mogę zmienić strony. Nie żywy.

— A gdyby udało się ukryć twoją matkę, zostawiłbyś Śmierciożerców?

— Nie wiem — wymamrotał. — Wciąż jeszcze jest mój ojciec.

Harry rozpaczliwie chciał rzucić jakąś zjadliwą zniewagę na temat Lucjusza Malfoya, ale powstrzymał się. Sam nie wiedział czemu, ale chciał przekonać Malfoya i nie miał ochoty niszczyć tego teraz, kiedy wydawało się, że robi jakieś postępy.

Choć tak naprawdę znał jeden bardzo ważny powód. To była jedna z ostatnich rzeczy jakie Dumbledore próbował zrobić przed śmiercią. Harry próbował na swój własny sposób dokończyć to, czego starszy mężczyzna pragnął.

Musiał wziąć pod uwagę również Wiktorię. Harry spędził całe życie bez rodziców i naprawdę nie chciał aby przytrafiło się jej to samo, szczególnie jeśli mógłby temu zapobiec.

Był pewien, że Draco nie manipuluje nim, chociaż śmiało mógłby to robić. Obserwował go zbyt długi czas. Rok temu od razu wyczuł, że chłopak coś knuje, a teraz nic takiego nie czuł.

Musiał też wziąć pod uwagę jego stan. Malfoy wyglądał okropnie i chyba nie był w stanie kantować. Nie był w stanie nawet porządnie się pokłócić. Dotychczas, z całą pewnością, nie miał zamiaru skrzywdzić go w jakikolwiek sposób. Wyciągnął różdżkę jeden raz, ale tylko i wyłącznie po to by rzucić zaklęcie wyciszające wokół małej. Oczywiście to wszystko mogło być jedną wielką pułapką, w którą próbował go wciągnąć, ale Harry miał wprost przeciwne przeczucie.

Nie ufał Malfoyowi, ale z drugiej strony nie był do końca pewien, czy w ogóle może zawierzyć swoim instynktom.

— Potter?

Skupił się i spojrzał na niego.

— Co?

Draco zmarszczył brwi.

— Naprawdę myślisz, że mógłbyś, mi i mojej rodzinie, zapewnić jakieś bezpieczne miejsce?

— Nie wiem — przyznał się. — Dumbledore po prostu pokierowałby ludźmi tak, żeby działali według jego życzeń. Jeśli chodzi o mnie, to nie wiem czy ktokolwiek uwierzyłby w moje słowa.

Draco opuścił ramiona zawiedziony, ale mimo to patrzył na Harry'ego z zainteresowaniem.

— Zdajesz sobie sprawę z tego, że teraz to ty jesteś przywódcą strony Światła, nie?

Harry spojrzał na niego zdziwiony.

— Nie jestem żadnym przywódcą.

— Obawiam się, że to prawda jakkolwiek smutna by nie była — zadrwił Draco.

— Zamknij się, Malfoy! — spojrzał na niego groźnie. — Nie mam nawet siedemnastu lat. Nie jestem pewien czy ktokolwiek zechciałby mnie słuchać. — Co było wystarczająco prawdziwe samo w sobie. Przecież nie mógł nawet namówić Rona i Hermiony by uwierzyli w to, o czym mówił im przez większość czasu minionego roku, kiedy próbował udowodnić, że Malfoy coś szykował. Nawet nie chciał myśleć, co mogliby powiedzieć jeśli dowiedzieliby się o tym.

— Nawet nie możesz jeszcze używać magii — stwierdził Draco.

— Ale jeśli zajdzie taka potrzeba, wciąż mogę się bronić — ostrzegł.

Draco podniósł ręce.

— Wiem — odciął się. — Chodziło mi o to, że nie możesz zbyt dużo zrobić.

Skrzywił się, rozmyślając nad tym. Odkąd otrzymał pozwolenie na używanie magii mógł zmienić plany. Wcześniej zaplanował, że będzie trzymał się Dursleyów do swoich siedemnastych urodzin i opuści ich dopiero wtedy, gdy w końcu będzie mógł używać legalnie magii. Miał zamiar najpierw udać się do Doliny Godryka, ale potem zatrzymać się na Grimmauld Place.

Usiadł gwałtownie.

— Być może mam miejsce, w którym mógłbym was ukryć.

Draco spojrzał na niego z cieniem nadziei.

— Jesteś pewny?

— Nie, w tej chwili nie jestem niczego pewny — powiedział. — Ale jest taka możliwość.

— Tylko, że nie możesz tego teraz sprawdzić — powiedział zrezygnowany.

Harry wbrew sobie złagodniał.

— Mogę sprawdzić za niedługo. Tylko nie wiem, kto ma dostęp do tego miejsca.

— Nie spodziewałem się, że będziesz w stanie zrobić cokolwiek — westchnął.

— Malfoy, ja naprawdę nie mogę opiekować się Wiktorią — powiedział.

— Musisz! — warknął wściekle, wracając do rzeczywistości.

— Prowadzę wojnę, Malfoy! Jak możesz oczekiwać, że zaopiekuję się dzieckiem? — zapytał.

— Nie mam nikogo innego! — krzyknął.

— Mógłbym ją wziąć do Weasleyów, albo kogoś innego — zaproponował. — Jestem pewny, że mógłbym znaleźć kogoś, kto byłby lepszym opiekunem dla niej.

— Nie! — powiedział gwałtownie. — Ona nie pójdzie do żadnych zdrajców krwi, szlam, czy też cholernego wilkołaka!

— Zamknij się! — wykrzyknął Harry.

— Nie chcę, żeby oni opiekowali się moją córką! — krzyknął wściekle. — Nie lubię ich!

— Mnie też nie lubisz! — odgryzł się.

— Nie, nie lubię, ale przynajmniej ci ufam! — wydarł się.

— Czemu? — spytał gniewnie, przeczesując rękami włosy tak, by powstrzymać chęć uderzenia pięścią tego przeklętego dupka.

— Ponieważ nie chcesz by moja córka została cholerną sierotą, tak jak ty!

Trafił w sedno sprawy, pomyślał Harry. Ten nowy... rozejm opierał się na jednym niemowlaku.

Myśląc o tym, naprawdę wątpił, że inni będą mieć całkiem podobne motywacje jeśli chodzi o dobro Malfoya. Nie zrozumieliby jak to jest dorastać bez rodziców. Rozważaliby czy aby nie wyszłoby jej to na dobre, gdyby Malfoy zniknął z jej życia, ale Harry nie był pewien, czy było to takie proste. On wciąż był jej ojcem, czy to się komuś podoba czy też nie.

— Ufasz ludziom, Potter — powiedział cicho Draco. — Wiem, że ufasz bardziej niż inni — zawahał się. — Ufasz prawie tak samo, jak Dumbledore im ufał.

Harry poczuł falę bólu w sercu i zamknął na chwilę, oczy by ją opanować, wciąż słysząc słowa Malfoya, który kontynuował.

— Nienawidzisz mnie, a ja nienawidzę ciebie. A jednak prawdopodobnie jesteś jedynym, który zechce mi dać szansę.

— Nie chcę dawać ci szansy — odpowiedział rozdrażniony.

Malfoy stwierdził, że Harry rzeczywiście nie miał takiego zamiaru i uśmiechnął się złośliwie.

— Jestem pewny, że nie chcesz, ale i tak to zrobisz.

— Nie jestem nawet pewny, czy ty w ogóle zasługujesz na tę szansę — powiedział Harry. — Jeszcze parę tygodni temu byłbym gotów zrobić wszystko, by tylko cię zranić. Prawie zabiłeś Katie i Rona, już nawet nie licząc Dumbledore’a.

Draco spojrzał na niego zmartwiony.

— Masz rację. Sam nie jestem pewny czy zasługuję na szansę, ale mimo wszystko chcę ją dostać — szepnął.

Między nimi zapadła długa cisza, każdy z nich rozmyślał o swoim własnym nieszczęściu i żalach.

— Ej, Malfoy?

— Co?

— Czy ty właśnie nie przyznałeś mi racji?

— Nie przyzwyczajaj się, Potter — powiedział, krzywiąc się.

Harry nagle uśmiechnął się szeroko.

— Nie spodziewałem się tego po tobie.

___________________
*cytat z „Harry Potter i Książę Półkrwi”
Ostatnio edytowano 12 gru 2010, o 12:25 przez formica, łącznie edytowano 3 razy
No light, no light in your bright blue eyes
I never knew daylight could be so violent
A revelation in the light of day
You can choose what stays and what fades away...
formica Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 884
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 15:03

Postprzez Aevenien » 30 paź 2010, o 18:18

[autor docelowy - Aurora ]

yunne, zapewne nie zdajesz sobie sprawy z tego, że jakiś czas już temu, wrzucając na mirriel Tajemnice, przebudziłaś przysypiającego potwora we mnie. Potwora, który kocha, koHa, wielbi i czerpie perwersyjną przyjemność z drarry. A potem mnie wcięło, w środku tygodnia, na jakieś trzy dni, zanim skończyłam czytać.
Więc przepraszam, bo mogą się pojawiać spoilery anglojęzycznej reszty opowiadania.

Cóż, początek jest ciekawy. Dziecko, jego historia, powolne zaprzyjaźnianie się z Draco, zacieśnianie więzów... Ale pod koniec robi się zbyt słodko. Najokropniejsze fragmenty to te typu "Z tymi czarnymi włosami i szarymi oczami wygląda jak wasze dziecko", "Z Wiktorią przypominacie mi Jamesa i Lily", uuch.

Ale wróćmy do tłumaczenia. Bo co ja mam Tobie zarzucać, skoro to wszystko nie Twoja wina?

Tłumaczenie jest dobre. Po polsku, jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało, ale sądzę, że jednak dla tłumaczenia to komplement. Zachęca do czytania, zaciekawia. W końcu, czemu bym inaczej się brała za angielską wersję? :wink:

Powodzenia życzę w dalszej pracy z Tajemnicami. Bo, mimo wszystko, w ojczystym języku czyta się przyjemniej.

Pozdrawiam,
Aurora.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 30 paź 2010, o 18:21

[autor docelowy - Imbir ]

Nie pamiętam, czy komentowałam na Mirriel. Jeśli nie, to nadrabiam ;)

yunne, chciałam ci pogratulować wyboru tekstu. Po pierwsze - drarry, po drugie - fick od "pierwszego przeczytania" mnie zainteresował. Później wiele razy wracałam do tego jednego, czy dwóch rozdziałów.
Pomysł - jest i to niebanalny. Tutaj ukłon w stronę Autorki *kłania się*. Byłam zaskoczona, że to jednak córka Malfoya. Nie dość, że się na ojca nie nadaje, to jeszcze było zaznaczone, że to slash jest!
Już teraz podobają mi się te dialogi... Takie przepychanki słowne. Mru.
A jeszcze wizja Harry'ego, albo Draco z dzieckiem w ramionach jest słodka. Podoba mi się również zarysowanie postaci - ich charakterów, utrzymanie kanoniczności, mimo takiej sytuacji! Jestem pod wrażeniem...
Co do tłumaczenia - o ile się na tym znam (a się nie znam, tylko udaję ;) ), to jest dobre. Nie widziałam specyficznych "kalek" z angielskiego. Masz bogate słownictwo, nie powtarzasz się - nie ma się do czego przyczepić xD

Pozostaje mi pogratulować i czekać. Trzymaj tak dalej, yunne.
Pozdrawiam'
Imbir
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 30 paź 2010, o 18:23

[autor docelowy - Paige]

yunne, mam nadzieję, że wytrwasz do końca opowiadania, bo jednak jest bardzo długie [przepraszam, że tak na wstępie to pisze, ale kurcze męczy mnie to xD]. Zapowiada się ciekawe opowiadanie, nie spodziewałam się, że to będzie jednak dziecko Dracona. Chyba nigdy nie czytałam jakiegokolwiek opowiadania, gdzie pojawiałoby się dziecko Malfoya. Błedów nie przyuważyłam.

Czekam na kolejną część. ;) Weny życzę. :)
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 30 paź 2010, o 18:24

[autor docelowy - Olcix]

Jestem leniwa i to mój problem, a więc droga yunne przepraszam, ale skopiuję swoje komentarze z Mirriel xD

Rozdział pierwszy:
Nareszcie się zmobilizowałam i wreszcie coś spróbuję wyskrobać...
Jeśli chodzi o treść to mówiąc szczerze TEN Draco mnie zaskoczył. Pozytywnie. :)
Zamurowało mnie to co zrobiła Petunia dla Harry'ego i jego malutkiej znajomej.
To dopiero jeden rozdział, ale zaciekawił mnie i z niecierpliwością będę czekać na dalszy ciąg losów dziewczynki. :wink:
Nie zauważyłam żadnych błędów, ale nie zwracam na nie uwagi, gdy treść opowiadania mnie wciąga.
Oby matka Wena, ojciec Czas i siostra Chęć byli z Tobą.
Czekam z niecierpliwością na następny rozdział...
Rozdział drugi:
Wdech i wydech. Uspokój się Olcix! :roll:
Ło matko i córko - Malfoy ma dziecko! :o Przecież to tragedia. On nie umie się nią nawet zajmować.
A kto się nią zajmuje? Najukochańszy wróg Dracona Malfoy'a - Harry Potter.
To tłumaczenie coraz bardziej mnie zaskakuje.
Draco Malfoy - śmierciożerca, który może zaufać tylko Złotemu Chłopcu.
Harry Potter robiący za niańkę córki Malfoy'a i wymyślający sposób na zapewnienie im ochrony.
Ciotka Petunia, która troskliwie zajmuje się nową podopieczną.
Jestem na TAK. Opowiadanie jest świetne, zwrotów akcji dużo, a twoje tłumaczenie bardzo dobre. Błędów nie zauważyłam :wink:

Pozdrawiam,
Olcix
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Miss Granger » 30 paź 2010, o 18:25

Mam nadzieję, że kolejne odcinki będą się pojawiały systematycznie i szybko, ponieważ nie wiem czy będę w stanie długo na nie czekać, gdyż jestem bardzo niecierpliwa i nie mogę się powstrzymać i nie puścić wodzy fantazji. Musze przyznać, ze autorów fików HP/DM wręcz ubóstwiam, że nie marnują swojej weny i piszą Drarry. Oczywiście gorące pozdrowienia i podziękowania, dla tłumaczki, dzięki której ten tekst znalazł się tutaj!
Zazwyczaj nie widzę w opowiadaniach jakiś niedoskonałości, ponieważ jestem zbyt zajęta upajaniem się treścią tekstu. Ale nawet gdybym poświęciła wiele czasu na prześwietlanie tego tekstu, nie znalazła bym nic do czego można byłoby się doczepić.
Gdy doczytałam, że jest jeszcze jeden slash, wręcz się ucieszyłam, bo jak na razie nie ma jakiejś rzeczy z której byłabym niezadowolona w tym tekście, chodzi mi o slash Severus/Remus, jak się cieszę ze właśnie tego Huncwota wybrała autorka, (gdyby to był np. Syriusz, czy James byłby troszkę gorzej, ale myślę że i tak poświęciłabym się dla Drarry) akurat dla tych panów nie mam szczególnych wybranków, są mi obojętni wiec nie przeszkadza mi, gdy będą lekkie aluzje. Oczywiście zastanawiałam się co do tej śmierci bohatera drugoplanowego, jak na razie możliwości jest wiele, ale mam nadzieje, że może już w następnym odcinku co nieco się wyjaśni.

Harry dla mnie był bardzo kanoniczny, ponieważ nasz kochany gryfon nie zostawiłby nigdy w życiu dziecka w rękach śmierciożercy (to ostatnie niekoniecznie jest kierowane do Draco, a jak już nawet to nie w tym złym znaczeniu). Zawsze wiedziałam, ze Harry nie jest obojętny Petunii i, że jakieś "uczucia" musi do niego żywić (no bo jak nie kochać takiego Harruszka). Potem ta pomoc w opiece nad dzieckiem, no może jest jakiś sprzeciw, ale może sama zauważyła, że chodzi o cos ważnego.Bardzo zainteresowała mnie ta historyjka. A co do tej małej istotki, to może będą się nią opiekować nawzajem (Harry i Draco) i stworzą przykładną rodzinkę (nie miałabym nic przeciwko). Chciałam jeszcze dodać, że Harry bardzo dzielnie zachował się w opiece nad dzieckiem, nie jeden by sobie nie poradził.
Gdy Draco pojawił się z ty dzieckiem i poprosił Harryego o pomoc, moje pierwsze wrażenie było takie, że to jest dziecko Draco, ale potem myślę, niee na pewno nie, pewnie Draco okazał sie bohaterem (mają ze sobą coś wspólnego) i ocalił kruszynkę, a potem martwiąc się o jej dalszy los, przyniósł o Harryego. Jak łatwo wywnioskować, że pierwszą osobą o której pomyślał Draco był właśnie Harruszek! Jednak po przeczytaniu drugiego rozdziału moje pierwsza obawa się potwierdziła.

Jestem bardzo, bardzo ciekawa co będzie dalej. Myślę, że kolejny odcinek pojawi się w mgnieniu oka i, że nie pozostawisz nas na pastwę domyśleń. Życzę cierpliwości i zapału na dalsze tłumaczenia, mam nadzieję, że dobrniesz do końca, ja z pewnością będę na to czekała. .

Pozdrawiam, Pata
Miss Granger Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 35
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 13:53

Postprzez formica » 30 paź 2010, o 18:25

Jak zwykle dziękuję moim wspaniałym betom i Calissie za poznęcanie się nad rozdziałem

Z dedykacją dla Nefre, Anaphory i Calissy.

Miłej lektury!



Rozdział trzeci


— Dlaczego nie poszedłeś do Snape'a? — zapytał ostrożnie Harry. Ostatniego dnia nie zdążyli poruszyć tego tematu, ponieważ Draco musiał wracać.
— Bo jest cholernym śmierciożercą, Potter – krzyknął. — Ile razy mam ci to powtarzać?
— Ale czy nie pomagał ci przez cały rok? — zapytał Harry.
— Nie, po prostu śledził każdy mój ruch. Podejrzewam, iż chciał w ten sposób upewnić się, że dobrze wypełniam swoje zadanie — powiedział gorzko Draco. — Wyraźnie rozkazano mi, że mam to zrobić bez niczyjej pomocy i nie mogłem złamać tego rozkazu, o ile nie chciałem stracić życia.
Harry spojrzał na niego, zaskoczony tym, co chłopak nieświadomie mu wyjawił, po czym szybko pochylił głowę, aby ukryć swoje zdziwienie. Poczuł jak jego serce w nadziei, zaczyna bić coraz szybciej. Może jednak istniała szansa, że jego podejrzenia są słuszne.
— Ten człowiek zabił za ciebie Dumbledore'a i uratował ci dupę. — Zmusił się do wykrztuszenia tego, czując się niedobrze na samo wspomnienie tamtych wydarzeń. Nie chciał się jednak nad tym rozwodzić. Musiał zebrać informacje.
— Wiem, że uratował mi dupę — powiedział Draco ze znużeniem, wypuszczając ciężko powietrze. — I jeśli mam być szczery, powiem, że był dla mnie ogromnym wsparciem. Niestety, wsparciem ciemnej strony — kontynuował, a jego spojrzenie stało się nieobecne. — Poprzedniego lata był zmuszony do złożenia Wieczystej Przysięgi. Moja matka poszła do niego i błagała, by mi pomógł, a że ciotka Bella nigdy mu całkowicie nie ufała, zmusiła go, by przysiągł, że będzie mnie chronić. Nie wiedziałem o tym do czasu aż... aż to wszystko się wydarzyło. Matka poinformowała mnie dopiero, kiedy mogłem wrócić do domu.
Harry słuchał uważnie, spinając się na każdą wzmiankę o Bellatriks. W jego umyśle panował chaos, kiedy próbował zrozumieć, co to ma wspólnego z lojalnością Snape'a. Malfoy wydawał się być całkowicie przekonany, że Snape jest po stronie Voldemorta, a jednak Bellatriks w to wątpiła.
Gdy Draco wyjaśniał mu zobowiązania wynikające z Wieczystej Przysięgi, Harry zdał sobie sprawę, że w tamtych okolicznościach Snape był magicznie zobowiązany do zabicia Dumbledore'a. Czyżby dyrektor o niej wiedział?
Przecież Dumbledore wiedział, że Draco próbował go zabić, miał również świadomość, że Voldemort przydzielił mu to zadanie. W jaki sposób dowiedziałby się o tym, jeśli to nie Snape mu o tym powiedział? Dyrektor zawsze wydawał się wiedzieć wszystko. Dobra, może i nie wszystko. W końcu nie miał pojęcia o Szafkach Zniknięć.
— Powiedz mi, czy Snape wiedział, co robiłeś z Szafkami Zniknięć? — zapytał nieoczekiwanie.
Draco mrugnął ze zdziwienia na wybuch Harry'ego, a następnie potrząsnął głową.
— Nie, odmówiłem powiedzenia mu, co robię. Musiałem udowodnić Czarnemu Panu, że jestem godny.
— Żeby cię nie zabił? — zapytał w roztargnieniu Harry.
— Dokładnie — przyznał Draco, marszcząc brwi z powodu nastawienia Harry'ego. — Co tak nagle w ciebie wstąpiło?
Harry spojrzał na niego i zdał sobie sprawę, że Draco robi się coraz bardziej podejrzliwy.
— Próbuję tylko zrozumieć, co mówisz.
Gdy twarz Draco rozluźniła się, Harry odetchnął z ulgą. Przypuszczał, że pomysł wtajemniczenia Draco w swoje podejrzenie nie byłby dobry. Powoli zaczynał wierzyć w to, że Snape, mimo tego jak to wszystko wyglądało z zewnątrz, naprawdę wciąż jest po jasnej stronie.
Harry był jedynym, który wiedział, co się dokładnie zdarzyło tamtej nocy. Wiedział, choć sam przed sobą nie chciał się do tego przyznać, że Dumbledore był umierający. Mimo ogromnego bólu, jaki ta świadomość wywołała, był całkowicie pewny, że starszy czarodziej umarłby nawet, gdyby Snape go wtedy nie zabił. Był zmuszony do zastanowienia się nad tym, czy to właśnie dlatego Dumbledore powiedział Snape'owi, że jest jedynym, który może mu pomóc pod tym względem.
— Wiem, że nie lubisz Snape'a i że masz ku temu dobry powód — zaczął spokojnie Draco. — Ale on ma też dobrą stronę. Może być po złej, ale zrobił ile w jego mocy, by się mnąopiekować.
— I to dużo dla ciebie znaczy — powiedział Harry, ale zabrzmiało to jak pytanie.
— Tak — przyznał Draco. — Szczególnie od czasu, kiedy mój ojciec został zamknięty w Azkabanie. Tylko moja matka mogła mi pomóc. Snape pomógł.
Harry skrzywił się, czekając, aż Draco zaatakuje go w związku z uwięzieniem jego ojca. Do tej pory unikali tego tematu.
— Nadal mi się to nie podoba, ale wiem, że sobie na to zasłużył — przyznał Draco, a na jego twarzy zawitał grymas.
Harry spojrzał na niego zszokowany.
Draco wydawał się być niezadowolony z jego reakcji i odwrócił głowę.
— Kocham mojego ojca. Ale nie jestem już... tak zaślepiony.
Harry wiedział, że nie było nic, co mógłby w tej sytuacji powiedzieć. Chcąc więc okazać choć trochę szacunku, milczał. W końcu czuł się źle, kiedy okazało się, że jego własny ojciec gnębił innych, ale nie powstrzymało go to przed kochaniem człowieka, którego nawet nie pamiętał. A Draco znał swojego ojca i niewątpliwie go kochał, i Harry nie był w stanie wyobrazić sobie, jak czuł się Ślizgon, gdy dowiedział się, że jego ojciec robił coś wiele bardziej gorszego, niż znęcanie się nad szkolnymi kolegami.
— Obwiniasz mnie za to wszystko?
— Za jakie wszystko? — zapytał ostrożnie Draco.
Harry zamknął oczy.
— Za wsadzenie twojego ojca do Azkabanu i za to, że przez jego uwięzienie uwaga Voldemorta skupiła się na tobie.
— Obwiniałem — westchnął ciężko. — Do czasu aż zobaczyłem, co tak naprawdę lubi Czarny Pan i jakie rzeczy robią ludziom jego zwolennicy. Powoli zdałem sobie sprawę, że nie mam powodu by cię obwiniać. Na pierwszym miejscu powinienem winić Czarnego Pana, bo cię tam sprowadził.
— Próbowałem chronić jedyną rodzinę, jaką miałem — powiedział Harry.
— Tak jak ja. Zrobiłeś to, co musiałeś — odparł Draco.
— Tak — zgodził się Harry, powoli dochodząc do wniosku, że może on i Draco ostatecznie nie różnią się aż tak bardzo. Obaj musieli dorastać z pękiem oczekiwań złożonych na ich ramiona, podczas gdy pragnęli jedynie spokojnego życia ze swoimi rodzinami.
Westchnął, uświadamiając sobie, że już nie ma żadnej rodziny. Ale gdyby mógł, może będzie w stanie pomóc Draco w chronieniu jego własnej.

*****

Następnego dnia Harry znów siedział pod oknem, obserwując młodego ojca, który nawiązywał kontakty ze swoją córką. Draco wydawał się zupełnie nie wiedzieć, co może z nią robić. Ale Harry odniósł wrażenie, że tak naprawdę rozkoszował się każdą chwilą spędzoną z nią i nie miał żadnych wątpliwości, że kocha dziewczynkę.

Przestraszył się, kiedy Hedwiga tak nagle wleciała do środka przez otwarte okno i przeleciała obok niego.
— Cześć, dziewczynko — powiedział łagodnie i wziął od niej list. Dał jej sowi przysmak, a następnie usiadł i zaczął czytać, ignorując ciekawe i nieufne spojrzenie Draco.

Harry,
Przez kilka dni nie mieliśmy od Ciebie żadnych wiadomości i zaczynamy się martwić. Odpisz więc jak najszybciej, żebyśmy mieli pewność, że jesteś bezpieczny. Mam nadzieję, że nie próbowałeś odejść na własną rękę.
Dobrze wiesz, że w każdej chwili możesz przyjechać tutaj – do Nory. Myślę, że wcale nie musisz tam siedzieć aż do swoich urodzin. Wiem, że mówiłeś, że chcesz w tym czasie zostać sam, ale ja nadal uważam, że to nie jest dla Ciebie najlepsze rozwiązanie.
Ślub odbędzie się trzeciego sierpnia, ale przyjedziesz tutaj już na swoje urodziny, prawda? Przypuszczam, że będziemy musieli wtedy wziąć Cię na zakupy, bo przecież nie możesz iść na wesele w swoim zwykłym, niechlujnym ubraniu.
Obawiam się, że jak dotąd nie udało mi się zdobyć więcej informacji. Miałam nadzieję, że będę w stanie dostać się do domu Wąchacza i rozejrzeć się po jego bibliotece, ale odkryliśmy, że do środka nie można wejść. Wiem, co Ci powiedzieli, ale odnoszę wrażenie, że tamci go jednak przejęli. Zdaję sobie sprawę, że nie chciałeś o tym słyszeć i przepraszam, że musiałam przekazać Ci tę nowinę w liście, ale czułam, że powinieneś wiedzieć. Nie chciałabym, abyś próbował dostać się tam w pojedynkę.
Nadal będę szukać jakichkolwiek informacji, ale tamto miejsce jak dotąd nie wydaje się być za bardzo przydatne. Ale nie trać nadziei, Harry. Wkrótce znajdziemy, coś co nam pomoże.
Wszyscy się o Ciebie pytają i o Tobie myślą. Ron jest zmartwiony, ale nie żeby kiedykolwiek się do tego przyznał. Ginny też się martwi, ale cały czas powtarza, że wszystko będzie dobrze. Remus był tu dzisiaj i niepokoi się, że przebywasz tam sam. Mam nadzieję, że przemyślisz to jeszcze raz.

Pozdrawiam
Hermiona.


Harry westchnął i zamknął oczy. Tak naprawdę większa część z tego listu nie była dla niego niczym nowym, ale wiadomości na temat Grimmauld Place zdecydowanie nie zaliczały się do tej grupy. Te informacje martwiły go jeszcze bardziej, z powodów, o których Hermiona nie miała zielonego pojęcia. Liczył na to, że ten stary dom będzie bezpiecznym schronieniem dla Wiktorii i Draco.
Zmarszczył brwi i spróbował sobie przypomnieć, co Dumbledore powiedział mu kilka miesięcy wcześniej. Miało to związek z tym, że ostatecznie dom na Grimmauld Place będzie dostępny dla tych, którzy będą potrzebować go najbardziej. W tamtej chwili był pewny, że chodzi o niego z Ronem i Hermioną. Ale jeśli oni nie mogli tam wejść... i nikt inny z Zakonu nie mógł...
— Malfoy!
Draco drgnął, zaskoczony. Cały czas obserwował ostrożnie Harry'ego, ale nie spodziewał się tak nagłego wybuchu z jego strony.
— Co?
— Słyszałeś może coś o Voldemorcie lub jego zwolennikach przejmujących jakąś posiadłość jasnej strony? — zapytał Harry, a Draco zmarszczył brwi.
— Potter, Czarny Pan przejmuje posiadłości na prawo i lewo.
— Wiem o tym — powiedział niecierpliwie. — Chodzi mi o ważną posiadłość. Znaczy się ważną dla działań wojennych.
Draco potrząsnął głową.
— Nie sądzę.
— Mogę się aportować bez ukarania mnie przez Ministerstwo, prawda? — zapytał szybko Harry.
Poddał się i pokazał mu wiadomość od Ministerstwa. Draco zirytował się, że znów nieumyślnie mu pomógł. Nastała chwila napięcia, w której obaj przypomnieli sobie incydent z przypominajką na pierwszym roku, ale Draco wiedział, że Harry może teraz legalnie czarować. Harry jednak nie był taki pewny, czy to pozwolenie obejmuje także aportację, skoro trzeba zrobić sobie na to specjalną licencję. Ale był pewny, że Draco lepiej niż on pamięta i rozumie oficjalne słownictwo.
— Tak — odpowiedział. — Planujesz się gdzieś wybrać? — zapytał.
Harry milczał. Właśnie przed chwilą skończył czytać ostrzeżenie Hermiony, by nie szedł sam Grimmauld Place. Bądź co bądź, nie wierzył w to, że ciemna strona przyjęła dom Syriusza i jednak opierał się na trochę większej ilości informacji niż ona.
Jednakże całkiem prawdopodobnie zastanie tam chociaż jednego przedstawiciela ciemnej strony.
— Posiedzisz chwilę z Wiktorią? — zapytał w pośpiechu, ponieważ podjął już decyzję.
— Mogę z nią posiedzieć ze dwie godziny, a gdzie ty idziesz? — zapytał Draco.
— W takim razie postaram się do tego czasu wrócić — powiedział zdecydowanie.
Zignorował Malfoya, który krzyczał, aby zaczekał. Zbiegł ze schodów i wyszedł z domu. Pobiegł w stronę zaułka za posesją, gdzie mógł się bezpiecznie aportować i zebrać się na odwagę. Nie miał zbyt dużo okazji do ćwiczenia aportacji, ale był pewien, że uda mu się to zrobić. Musiał to zrobić.

Cel, Wola, Namysł!

Zamknął oczy, skupiając się, a kiedy ponownie je otworzył, był w zaułku niedaleko Grimmauld Place. Uśmiechnął się, zadowolony i pośpieszył do domu w dole ulicy.
Wziął głęboki oddech, otwierając drzwi i wszedł do środka, zamykając je za sobą. Zadrżał w ciemności, kiedy otoczyła go przeraźliwa cisza. Trzymając różdżkę w pogotowiu, stał tam przez kilka minut i nasłuchując uważnie, próbował stwierdzić, czy w domu jest ktoś jeszcze.
Nic nie usłyszał, więc skierował się w dół, w stronę kuchni. Wśliznął się do pokoju, przez cały czas obawiając się wpadnięcia w zasadzkę. W końcu Hermiona wierzyła, że to miejsce zostało przejęte. Fakt, że był w stanie się tu dostać, nie czyniło najmniejszym stopniu tego domu bezpieczniejszym.
Zmrużył oczy, pozwalając przyzwyczaić się im do jaskrawego światła w kuchni. Szybko rozglądnął się po pomieszczeniu i uświadomił sobie dwie rzeczy. Na pewno był tutaj sam i zdecydowanie kuchnia wyglądała na nieużywaną od miesięcy. Gruba warstwa kurzu pokrywała wszystko, nawet w widocznych tu i ówdzie miejscach, gdzie ewidentnie została kiedyś naruszona, przykrywała powierzchnię cieńszym kożuszkiem.
Nagle przypomniał sobie Mundugusa i srebro, które mężczyzna stamtąd ukradł. Upłynęło zaledwie parę miesięcy od zmiany zaklęć ochronnych, o których wspominał Dumbledore.
Zmarszczył brwi i zastanowił się, czy Stworek tu czasami bywał. Co prawda kazał mu pracować w Hogwarcie, ale ten cholerny, skrzat znany był ze swoich umiejętności wykradania się. Nie chciał zaprzątać sobie głowy koszmarnym, domowym skrzatem, czy też Mundugusem, więc zepchnął myśli na bok.
Rozejrzał się dookoła. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu, do chwili, kiedy zobaczył leżącą na stole książkę. Książkę, która nie była pokryta kurzem. Harry przesunął się cal do przodu, na tyle by móc przeczytać jej tytuł. Oklumencja: Obrona Umysłu.
Pochwycił zniszczoną książkę i szybkim ruchem otworzył ją na końcu. Na dole było napisane: Ta książka jest własnością Księcia Półkrwi.
Harry uśmiechnął się szeroko. Miał rację! Ten tłustowłosy, sadystyczny sukinsyn był po jasnej stronie!
Klapnął na jedno z zakurzonych krzeseł, nie zdając sobie sprawy lub nie dbając o to, że będzie cały brudny. Krótka euforia, którą poczuł, powoli zaczęła się ulatniać, a wszystkie pytania i wątpliwości ponownie powróciły.
Z drugiej strony, wciąż mógł się mylić. W końcu Snape mógł coś kombinować i zastawić pułapkę. Draco do znudzenia powtarzał, że Mistrz Eliksirów był prawą ręką Voldemorta i jego najbardziej lojalnym zwolennikiem.
Harry wzdrygnął się, gdy oczami wyobraźni po raz kolejny zobaczył, jak Snape zabija Dumbledore'a. Ślizgon wydawał się być wściekły i przepełniony nienawiścią.
Krzyżując ręce i kładąc głowę na stole, Harry poczuł smutek i gniew, które kolejny raz w nim wzrastały. Przypomniał sobie, że Dumbledore nie chciał, żeby marnował czas na użalanie się. Martwił się wszystkim, kiedy był w Hogwarcie i mógł sobie na to pozwolić.
Nie było tak łatwo opanować gniew, ale wyobraził sobie Dumbledore'a marszczącego brwi i karcącego go. W tej chwili tylko wspomnienia tego człowieka mogły mu pomóc.
I ten starzec zaufał Snape’owi.
Westchnął. Sam nie wiedział, ile razy Dumbledore mu to powtarzał. Więcej, niż Harry mógłby zliczyć. Wciąż nie podobały mu się metody Dumbledore'a, ale nie wierzył w to, że dyrektor choć raz go okłamał. Owszem, zataił informacje, ale nie okłamał. Co oznacza, że Snape'owi można ufać.
Jęknął z frustracji. Logika nie była jego mocną stroną. To był konik Hermiony i także, jak na ironię, Snape’a. Z łatwością przypomniał sobie zagadkę logiczną z miksturami, która była sposobem bronienia Kamienia Filozoficznego przez Mistrza Eliksirów.
Te myśli skierowały go z powrotem do wspomnień, do wszystkich chwil, kiedy to Snape go ratował. Wciąż jednak nie podobał mu się sposób działania Snape’a.
Nie mogąc się powstrzymać, po raz tysięczny zastanowił się na tym, dlaczego Snape nie porwał go, kiedy uciekał z Hogwartu. Wiedział, że był okropny, kiedy próbował się z nim pojedynkować. Wrócił myślami do tego wydarzenia, Snape z łatwością mógłby go zabrać.
Natomiast mężczyzna po uporaniu się ze śmiercią Dumbledore'a zostawił, a przede wszystkim, wysłał go z powrotem do Hogwartu.
Harry potrząsnął głową, niechcący pokrywając kurzem swoje włosy. Zagubiony w myślach nawet tego nie zauważył. Podniósł głowę i utkwił wzrok w książce.
Był pewny, że należy ona do Snape'a, a brak pokrywającego ją kurzu świadczył o tym, że niedawno tam ją zostawił. Dobrze wiedział, że nie ma nikogo innego, kto mógłby uczyć Harry'ego oklumencji. Wiedział również, że Harry się jeszcze tego nie nauczył.
Westchnął i przerzucił losowo kartki książki. Biorąc pod uwagę, że nie widział jej nigdy wcześniej, wydawała się być dziwnie znajoma. Tak samo jak książka do eliksirów, i ta miała notatki wypisane na wszystkich stronach.
Harry nigdy nie zdołał zrozumieć oklumencji aż w końcu się poddał. Snape skreślił go, nim Harry w ogóle zaczął próbować. Zdawało się, że nawet Dumbledore dał sobie z tym spokój poprzedniego roku. Więc czemu teraz myśli, że byłby w stanie to zrozumieć?
Marszcząc brwi, Harry zdał sobie sprawę z tego, że nigdy nie umiał połapać się w Eliksirach, na lekcjach Snape'a, za to nie miał większych problemów, gdy uczył się od Księcia Półkrwi. Właściwie to lubił Księcia Półkrwi i traktował go prawie jak przyjaciela.
Był wstrząśnięty i... zraniony, kiedy dowiedział się, kto ukrywał się pod tym przezwiskiem. Do tej pory miał trudności z pogodzeniem się z faktem, że to jedna i ta sama osoba.
Ale jeśli Książę Półkrwi zdołał go nauczyć eliksirów, to czy nie oznaczało to, że mógł się od niego nauczyć również oklumencji?
Harry jeszcze bardziej zmarszczył brwi. Wiedział, co powiedziałaby Hermiona. Zdecydowanie byłaby temu przeciwna, w końcu nigdy nie lubiła Księcia. Zresztą nie sądziła, że Harry rzeczywiście coś zrozumie. Nie nauczył się w takim stopniu, na jaki wskazywały jego stopnie, ale ważne jest, że się czegoś[i] nauczył. Dużo więcej, niż kiedykolwiek od Snape’a.
Mimo, że to właśnie Snape [i]był
Księciem Półkrwi. Jęknął z frustracji. Znowu zataczał błędne koło.
Pochwycił książkę. Skoro Snape dał mu inną metodę uczenia się tego, to grzechem byłoby nie skorzystać z okazji. Wsadził książkę za pasek od dżinsów i ukrył naciągając koszulę.
Musiał wrócić na Privet Drive. Wciąż zagubiony w myślach, poszedł w stronę ślepej uliczki, skąd po krótkiej chwili koncentracji, aportował się z powrotem. Półprzytomny wrócił do swojego pokoju.

— Merlinie! Gdzie ty byłeś, Potter? — wykrzyknął Draco, marszcząc nos ze wstrętem.
Harry mrugnął ze zdziwienia, spojrzał na siebie i zauważył, że jest cały brudny. Przez co nawet nie spostrzegł ulgi, która na chwilę wymalowała się na twarzy Dracona.
— Och, musiałem sprawdzić jedno miejsce — wymamrotał roztargniony. Jeśli Snape może dostać się na Grimmauld Place, to zabranie tam Draco i jego rodziny nie byłoby chyba bezpieczne. Ale jeśli Snape naprawdę był po jasnej stronie...
— Potter!
— Co? — zapytał, podnosząc głowę.
— Musisz przestać się zawieszać — warknął Draco. — Czy posiadasz umiejętność skupiania się na czymkolwiek?
— W tej chwili mam dużo spraw na głowie. — Posłał mu groźne spojrzenie.
— No cóż, z całą pewnością nie dotyczą one twojego wyglądu — zripostował. — Nawet Granger nie ma wiary w ciebie pod względem umiejętności dobierania ubiorów.
— Przeczytałeś moją korespondencję? — powiedział ze złością.
— Zostawiłeś ją na łóżku, więc pomyślałem, że się zbytnio nie przejmiesz — powiedział powoli, a jego głos nagle zabrzmiał zdawkowo.
— To była moja poczta, Malfoy. Ale przypuszczam, że nie powinienem sądzić, że uszanujesz czyjąkolwiek prywatność — powiedział, wciąż marszcząc brwi.
— Zaryzykowałeś i poszedłeś tam, gdzie Granger mówiła ci, żebyś nie szedł, prawda? — zapytał powoli, uważnie obserwując zamyślonego Harry'ego.
— Ee... tak, poszedłem tam — westchnął ciężko.
— Sądząc po twoim wyglądzie, to miejsce jest opuszczone — powiedział, mierząc wzrokiem sylwetkę Harry'ego.
— Nie mogę ci powiedzieć nic na ten temat — odparł, a jego oczy zwęziły się.
Draco westchnął z frustracji.
— Potter, przekazywałem ci dużo informacji.
— Nie ufam ci, Malfoy — odpowiedział zimno. — Wciąż mówisz mi jak bardzo ufam ludziom, ale nawet ja mam granice. W tej chwili nie mogę ci niczego o tym powiedzieć i musisz się z tym pogodzić.
Draco przyglądał mu się chłodno przez kilka długich minut.
— Świetnie — powiedział w końcu. — Rozumiem.
— Rozumiesz? — Harry podniósł z niedowierzania brwi.
— Na twoim miejscu nigdy nie pozwoliłbym mi nawet być tak blisko, a już na pewno nie wyjawiłbym informacji, które mogłyby być ważne — przyznał wolno. — Co prawda nie podoba mi się to, ale rozumiem.
Harry gapił się na niego.
— Miałem się jeszcze o coś zapytać.
— O co? — zapytał ostrożnie Draco.
— Tak się zastanawiałem, co, do diabła, zrobiłeś z Draco Cholernym Malfoyem — zapytał swobodnym tonem.
Draco zaśmiał się gorzko.
— Też się zastanawiałem — wymamrotał, a następnie potrząsnął głową i spiorunował go wzrokiem.
— Idź się umyj, Potter, bo nie pozwolę ci w takim stanie dotknąć Wiktorii.
Harry przewrócił oczami, ale całkowicie się z nim zgadzał. W końcu był okropnie brudny. Zabrał jakieś ubranie i poszedł wziąć prysznic. Wepchał książkę pod duży stos ręczników, mając zamiar wziąć ją stamtąd, kiedy tylko Draco sobie pójdzie.
Umyty, z wciąż mokrymi włosami, wrócił do pokoju. Nadal nie wiedział, co robił, ufając Draco, wpuszczając go do domu Dursleyów. Otwierając drzwi do pokoju i słysząc chichotanie dziewczynki, miał wrażenie, że usłyszał odpowiedź.
— Muszę już iść — powiedział Draco, podnosząc wzrok, w momencie gdy Harry wszedł do pokoju.
Harry po prostu skinął głową. Draco podejmował wielkie ryzyko przychodząc tu i nie mógł ryzykować jeszcze bardziej, przeciągając wizyty. Jednak Harry wciąż nie wiedział, gdzie przebywa Draco, gdy nie ma go w domu Dursleyów i wcale nie był pewien, czy chce się tego dowiedzieć. Zresztą w tej chwili nie było to najważniejsze.
— Spróbuję wrócić jutro rano — powiedział Draco, a Harry mógł usłyszeć w jego głosie pytanie.
— W porządku — powiedział i ponownie skinął głową. — Jutro możesz przyjść, ale przez następne dwa dni nie.
— Czemu nie? — zapytał ostrożnie, z irytacją.
— Ponieważ jest weekend — odpowiedział, wzruszając ramionami. — Nie mam pojęcia, gdzie Dudley będzie się podziewał, ale wiem, że wuj Vernon na pewno będzie w domu. To za duże ryzyko, nie ma szansy, żeby siedział cicho, gdyby wiedział, że tu przychodzisz. Z rzuconym na mój pokój zaklęciem Silencio, nie miałby powodów do skarżenia się na Wiktorię, zresztą nie jestem pewien, czy on w ogóle zdaje sobie sprawę, że ona wciąż tu jest — powiedział, patrząc na dziecko.
Wystarczająco trudne było trzymać garnek z wodą do robienia butelek w pokoju i robienie prania, kiedy Vernon pracował. Harry zawsze kąpał dziewczynkę wciągu dnia. Raczej rzadko odważał się wychodzić z pokoju, kiedy wuj był w domu, a Wiktoria nigdy nie wychodziła.
Draco marszcząc brwi, wpatrywał się w Harry'ego.
— Myślę, że im mniej osób wie, że tu jestem, tym lepiej — powiedział powoli. Harry był pewny, że Draco chciał zadać kilka pytań o jego wuja, ale powstrzymał się.
— Muszę już iść — powtórzył i zatrztymał się na chwilę w drzwiach. — Przypuszczam, że jeszcze raz musisz ją przebrać — dodał zanim wyszedł.
— Niech cię szlag, Malfoy!
Mógł usłyszeć śmiech w korytarzu, ale wiedział, że daremne byłoby próbowanie powiedzenia jeszcze czegokolwiek. Draco nawet nie usłyszałby go, ponieważ drzwi były zamknięte, a zresztą na pokój było rzucone Silencio.
Przebierając Wiktorię, przeklinał go pod nosem. Przewijanie wciąż sprawiało mu trudności, ale sradził sobie coraz lepiej. Nie była u niego długo, a jednak zaczynał otaczać ją opieką. Mimo wszystko, nadal uważał, że nie jest najlepszą osobą do tego zajęcia, ale nie miał pojęcia kto inny mógłby to robić.
Draco nie chciał, by Harry zabrał ją do Wesleyów, albo do któregokolwiek ze swoich przyjaciół. Co prawda, Harry się z tym nie zgadzał, ale musiał przyznać, że spowodowałoby to masę pytań bez odpowiedzi.
Nie miał zielonego pojęcia, co ma począć z Draco. Nie było sposobu, by wytłumaczyć jakoś tę sytuację przyjaciołom, którzy wystarczająco się już niepokoili i jego zdrowie psychiczne.
Ostatnio edytowano 12 gru 2010, o 12:29 przez formica, łącznie edytowano 3 razy
No light, no light in your bright blue eyes
I never knew daylight could be so violent
A revelation in the light of day
You can choose what stays and what fades away...
formica Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 884
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 15:03

Postprzez Aevenien » 30 paź 2010, o 18:26

[autor docelowy - Calissa]

Piszę ten komentarz od paru dni, a jakoś skończyć nie mogę :lol:.

Z początku chcę pięknie podziękować za dedykację. Choć mijam się z Drarrym o powołanie, bardzo miło było przeczytać swoje imię w jakimś tłumaczeniu.

Dobra, zabieram za komentowanie. Harry jest w tym fiku zbyt domyślny, za szybko dochodzi do pewnych faktów. Choć, może i z drugiej strony dobrze? Lubię mądrego Harry'ego, a nie takiego, który nie używa mózgu. W "Tajemnicach" na szczęście nie jest to i zbyt przesadne, a miłe dla oka.
Harry nadal opiekuje się Wiktorią. Aż miło się patrzy (czyta) o tym. Prędzej, czy później zostanie jej drugim tatusiem, jakby nie patrzeć. :twisted:
Draco... hmm... jest w tym opowiadaniu inny, niż w kanonie, czy w pozostałych fanfickach. Widać, że troszczy się o swoją córkę i chce dla niej jak najlepiej, choć z drugiej strony nadal chce utrzymywać pozory człowieka, którego nie ponoszą uczucia. Mam mieszane uczucia co do Malfoya, zresztą nie jest on osobą, za którą przepadam.

Co do tłumaczenia: chyba nie muszę mówić. Wiesz, co o tym myślę.

Życzę Weny, Weny i jeszcze raz Weny. I oby nie była taka, jak mój Wen :wink:.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Kaczalka » 30 paź 2010, o 18:29

Myślę, że Tajemnice nie są opowiadaniem szczególnie genialnym, przyznam się nawet, że w oryginale dobrnęłam tyko do połowy. Ale bez wątpienia ma w sobie to "coś". Czytam każdy rozdział, który formica wrzuci na Mirriel z poczuciem jakiegoś... spokoju? Chyba tak, bo wiem, że tłumaczka jest osobą zdyscyplinowaną, karmi nas rzadko, ale regularnie. I fik jest baaardzo długi, więc to będzie trwać i trwać...
Inteligentny, błyskotliwy, zaradny i pewny siebie Harry to nie jest to co lubię najbardziej, wolę lekko "ograniczoną" jego wersję, ale tutaj taki właśnie pasuje. Cała reszta postaci jest dostatecznie "ograniczona", a ktoś przecież musi tym kręcić.
Największym atutem tego opowiadania, według mnie, jest akcja. Szybka, ciekawa, pełna zwrotów.
Martwi mnie tylko jedno, ale nie wiem czy to właściwe miejsce na zadanie tego pytania. Czy formica mogłaby je wklejać również na tym forum? No wiecie, nic by nie trzeba było wycinać...
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez formica » 30 paź 2010, o 18:30

     Witam. Mam nadzieję, że pomimo zmiany tłumacza, opowiadanie dalej będzie się cieszyć tak dużym zainteresowaniem.
     Za betę serdecznie dziękuję Aev :mrgreen:

     
     
     Rozdział 4
     Nim nadszedł poniedziałek, Harry zaczął się poważnie obawiać o swoje zdrowie psychiczne. Był skłonny uznać, że nic nie wie o dzieciach, oklumencji, Draco, Snape'ie, horkruksach, Voldemorcie i swoich przyjaciołach. Już wcześniej myślał, że jest wykończony, ale teraz dopiero pojął, jak bardzo — i w tej kwestii — się pomylił.
     Jedynie ciotka Petunia mu trochę pomagała. Lecz kiedy tylko upewniła się, że Draco nie jest groźny – z jej strony było to dość ryzykowne stwierdzenie – odmówiła jakiejkolwiek pomocy podczas wizyt blondyna. W ciągu tygodnia nie było tak źle, mimo tego, że znowu zaczęła traktować Harry'ego po staremu, to od czasu do czasu odciążała go przy opiece nad małą. Jednak, gdy w domu przebywał wuj Vernon, nie próbowała nawet kiwnąć palcem, żeby mu jakoś pomóc.
     Harry w wolnych chwilach próbował zająć się w lekturą podręcznika do oklumencji, ale nie szło mu to zbytnio. Po pierwsze, ze względu na opiekę nad Wiktorią, nie miewał dużo wolnych chwil, a po drugie, gdy już się jakaś trafiła, był tak wyczerpany, że czytane słowa zlewały się w jego głowie w bezsensowny bełkot. Na dodatek w piątek Draco był zgryźliwy i zamknięty w sobie, no i wpadł dosłownie na parę sekund, które wystarczyły tylko na to, by się zameldować.
     Harry zmarszczył brwi i stwierdził, że słowa “meldować się” świetnie oddają charakter ostatnich wizyt Draco. Tak jakby blondyn pokazując się u Harry'ego, chociażby na krótką chwilę, chciał go zapewnić, że wciąż żyje i jest skłonny do zawarcia swego rodzaju porozumienia. Czy to oznaczało, że Draco naprawdę zmienił strony?
     Gryfon potrząsnął głową, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Po pierwsze, nie potrafił stwierdzić, co w ogóle skłoniło go do współpracy z Draco, a o tym, dlaczego ona wciąż trwała, nie miał już bladego pojęcia.
     W podobne poczucie mentalnej bezsilności i całkowitego zamętu w głowie wprawiały go rozważania o Snape’ie. Doszedł do wniosku, że teraz po prostu nie jest w stanie myśleć jasno i logicznie.
     Ledwo co mógł popracować nad sprawą horkruksów. Na samo wspomnienie o nich umysł Harry'ego próbował umknąć w popłochu, a myślenie o Voldemorcie przyprawiało go o okropny ból głowy. Potrzebując odrobiny wytchnienia, zszedł na dół na śniadanie. Wymienił z ciotką tylko jedno spojrzenie, podczas gdy wuj Vernon głośno relacjonował artykuł prasowy o ostatniej katastrofie.
     Coś musiało się zmienić. Współczuł małej, ale nie był w stanie dłużej tego ciągnąć. Nie mógł przecież podejmować prób ocalenia świata, równocześnie niańcząc dziecko.
     Kiedy Draco pojawił się ponownie, Harry akurat krążył po pokoju z płaczącą dziewczynką na rękach. Gdy tylko blondyn przekroczył próg pomieszczenia, Gryfon przekazał mu Wiktorię, po czym sam padł na łóżko i nakrył głowę poduszką. Być może zaskoczył tym nieco Ślizgona, ale w tamtej chwili naprawdę mało go to obchodziło.
     — Potter! Co jej jest? — zaniepokoił się Draco.
     Harry wymamrotał coś pod nosem, ale kiedy zdał sobie sprawę, że Malfoy zapewne go nie usłyszał, zdjął z głowy poduszkę i powtórzył.
     — Ciotka Petunia powiedziała, że najprawdopodobniej tylko ząbkuje. To dlatego tak ślini siebie i wszystko dokoła. Dałem jej środek na złagodzenie bólu, ale działał bardzo krótko i znowu zaczęła płakać – wyjaśnił bezradnie.
     — A nie można jej jeszcze jakoś pomóc?
     — Nie wiem! — zirytował się Harry. – Tak jak radziła ciotka, dałem jej do żucia mokrą szmatkę i to troszkę pomogło. Ale znowu boli ją cała buzia, a zamiast być przy swojej mamie, utknęła tu ze mną. W takiej sytuacji też bym się darł w niebogłosy! — Spojrzał na Draco czerwonymi ze zmęczenia oczami. — Jestem wykończony – jęknął. – Nie potrafię jej pomóc. Mam wrażenie, że jedyną rzeczą, jaką robiłem przez ostatnie dwie doby było trzymanie jej na rękach. Nieustanne. To jedyny sposób, by ją choć trochę uspokoić.
     — Cały czas tak głośno płakała? — spytał zmartwiony Draco. Harry marszcząc czoło, spojrzał na małą.
     — Właściwie to nie – przyznał. Westchnąwszy, zwlókł się z łóżka i ponownie wziął ją na ręce. Nie przestała płakać całkowicie, ale za to teraz zaczęła o wiele ciszej.
     — Przyzwyczaiła się do ciebie – stwierdził Draco łagodnie.
     — Ale ja nie mogę się nią dłużej zajmować! — jęknął Gryfon błagalnym tonem. – Powoli zaczynam wariować!
     — Potter! Ty już dawno zwariowałeś.
     Harry wydał z siebie głuchy pomruk, mierząc blondyna wściekłym spojrzeniem. Ten cofnął się o krok, a uśmiech z jego twarzy natychmiast zniknął.
     — Co mam zrobić? — zapytał.
     — Nie wiem! — fuknął Harry i ponownie zaczął krążyć po pokoju z małą w ramionach. Trwało to chyba ze dwadzieścia minut, ale w końcu jej płacz z jednostajnego zawodzenia powoli przeistoczył się w pojedyncze szlochy. Wciąż ją przytulając, ostrożnie położył się na łóżku. Wiktoria ułożyła się wygodnie na jego piersi i usnęła zmęczona płaczem, a jej wyczerpany opiekun, przymknął oczy, napawając się chwilą spokoju.
     — Też zasnąłeś? — Harry drgnął przestraszony, słysząc ciche pytanie Draco i zmierzył go zirytowanym spojrzeniem spod ciężkich od niewyspania powiek.
     — Już prawie – burknął. – Ale ty oczywiście musiałeś otworzyć tę swoją niewyparzoną gębę.
     Ślizgon uśmiechnął się nieznacznie, lecz po chwili na jego twarzy zagościł wyraz całkowitej powagi.
     — Żałuję, że nie mogę ci dać jednego z naszych skrzatów domowych. Pomagały się mną opiekować jak byłem mały.
     — To wiele wyjaśnia – burknął pod nosem Harry, na co Draco popatrzył na niego gniewnie, lecz nie zripostował.
     — Niestety nie mogę ci dać ani jednego. Ktoś mógłby zauważyć. — Harry ostrożnie ułożył małą na łóżku obok siebie i powoli, nie chcąc jej obudzić, usiadł.
     — Skrzaty domowe naprawdę pomagają w opiece nad dziećmi? — spytał, marszcząc czoło.
     — Oczywiście, że tak — prychnął blondyn.
     — A skąd niby mogłem to wiedzieć? Ja wychowałem się tutaj, zapomniałeś? – rzucił, wbijając w niego wściekłe spojrzenie.
     Draco odpowiedział podobnym, po czym z zaciekawieniem rozejrzał się po pokoju.
     — To jak to możliwe, że ten pokój nie wygląda na to, abyś kiedykolwiek w nim mieszkał? — zaciekawił się
     Harry zamknął oczy. Nie miał najmniejszej ochoty wyjaśniać, że dopóki nie zaczął chodzić do Hogwartu, to w ogóle nie był jego pokój.
     — Nie chcę o tym rozmawiać — skwitował. — Pytałem cię o skrzaty domowe.
     Kiedy ponownie otworzył oczy, zauważył, że blondyn przygląda mu się uważnie. Draco jednak nie zaczął drążyć niemiłego Harry'emu tematu, tylko powrócił do wcześniej poruszanej kwestii.
     — Skrzaty domowe istnieją po to, by być użytecznymi – wyjaśnił. – Gdybyś miał skrzata, pomógłby ci przy Wiktorii, a ty w tym czasie mógłbyś się wyspać lub zająć czymś innym.
     Po tonie wypowiedzi Harry uświadomił sobie, jak niską blondyn ma opinię o skrzatach. Zmarszczył brwi, lecz tak jak Draco wcześniej, powstrzymał się od komentarza. Znajdował się na skraju całkowitego wyczerpania i był skłonny rozważyć pomysł skrzaciej pomocy, bezwzględnie zagłuszając rozlegające się gdzieś w głębi jego głowy wzburzone upomnienia Hermiony.
     Prawdę mówiąc, miał już jednego skrzata domowego, lecz przechodziły go ciarki na samą myśl o Stworku przebywającym w pobliżu Wiktorii. Chociaż musiał przyznać, że biorąc pod uwagę uwielbienie, jakim Stworek darzył Draco, skrzat mógłby poczuć się bardzo uhonorowany takim zadaniem. Na twarzy Harry'ego pojawił się wyraz niezadowolenia. Nie było takiej możliwości, aby pozwolił Stworkowi opiekować się małą.
     Zgredek z kolei uwielbiał Harry'ego i chłopak był pewien, że skrzat zrobiłby wszystko, o co tylko by go poprosił. Lecz ciągłe towarzystwo Zgredka nie wróżyłoby niczego dobrego ani Harry'emu, ani Wiktorii. Gryfon wręcz wątpił, czy zyskałby choć jedną chwilę spokoju więcej.
     W pewnym momencie w głowie zaświtała mu myśl o Mrużce. To przecież ona zajmowała się w dzieciństwie Crouchem. I Merlin wie, jak bardzo była lojalna. Harry zamyślił się. Skrzatka załamała się, kiedy została wolnym skrzatem. I nie potrafiła się wziąć w garść, nawet pomimo posady w Hogwarcie. Mrużka chciała służyć jakiejś rodzinie.
     — W jaki sposób skrzat zostaje połączony z rodziną? — spytał nagle Harry – Czy można go powiązać tylko z dzieckiem?
     Draco spojrzał na Gryfona tak, jakby mu druga głowa wyrosła.
     — Po pierwsze, nie znajdziesz skrzata, ot tak sobie. One służą tylko najstarszym i najzamożniejszym rodom. Po drugie, nie mógłbyś go związać z dzieckiem. Kto wtedy wydawałby mu polecenia? — Tego właśnie obawiał się Harry. Wciąż nie podobało mu się podejście blondyna do skrzatów, ale musiał się z nim zgodzić.
     — To będzie tylko tymczasowe rozwiązanie – wymamrotał zamyślony Harry. — Nie mogę mieć kolejnego skrzata. Hermiona by mnie zabiła.
     — Kolejnego? — zdziwił się Ślizgon, na co Harry wywrócił teatralnie oczami.
     — Taaa, mam jednego, który wychwala cię pod niebiosa, jeśli tylko ma ku temu okazję – odpowiedział z wyraźnym obrzydzeniem.
     — To mnie lubi? — zdumiał się Draco, unosząc brwi.
     — Na twoim miejscu nie czułbym się tak wyróżniony .To paskudna kreatura i w żadnym wypadku nie powierzę mu opieki nad Wiktorią. — Draco otworzył usta, by coś powiedzieć i równie szybko je zamknął. Harry nawet tego nie zauważył.
     — Z drugiej strony potrzebuję pomocy. Sam nie dam sobie rady. Już wcześniej nie mogłem spać, a teraz to jest praktycznie niemożliwe. – Harry zdawał się myśleć na głos. – Mam tyle do zrobienia, ale z dzieckiem na karku nie jestem w stanie się tym zająć. A przecież nie zostawię jej samej. — Zamrugał i spojrzał na Draco. – Na pewno nie mógłbym jej zabrać do Weasleyów? Z pewnością dobrze by się nią zaopiekowali. — Mieszanina drwiny i obrzydzenia, jaka pojawiła się na twarzy blondyna, była wystarczającą odpowiedzią.
     — Jak myślisz, co by się stało, gdyby się dowiedzieli, że jest moją córką? — rzucił Draco.
     — Nie skrzywdziliby bezbronnego dziecka. – Harry przeraził się, że coś takiego w ogóle mogło przyjść Ślizgonowi do głowy. Draco wywrócił tylko oczami.
     — Nie, ale na pewno postaraliby się o to, żebym już nigdy więcej jej nie zobaczył – podsumował.
     — Och – odparł Gryfon. A więc nie o to mu chodziło. Blondyn prychnął z obrzydzeniem.
     — Nie podejrzewam ich o bycie dzieciobójcami, ale nie mam żadnych wątpliwości, że zrobiliby wszystko, co w ich mocy, by mi ją odebrać.
     Harry potarł rękoma twarz, jakby chciał z siebie zetrzeć to całe zmęczenie i frustrację, które go ogarniały.
     — Malfoy, ja sam nie dam rady. Zbyt wiele ode mnie oczekujesz.
     — Potter, jeśli wezmę ją z powrotem, Czarny Pan się o niej dowie i najprawdopodobniej zabije – odpowiedział Draco, niemal błagalnym tonem. — Nie mogę jej zabrać ze sobą, ale nie mogę też jej stracić.
     Harry w przypływie bezsilności opuścił ramiona i ukrył twarz w dłoniach
     Tkwili w samym środku cholernej wojny. Nastał czas czynów niecodziennych i szalonych. Po chwili wyprostował się, podjąwszy ostateczną decyzję.
     — Nie odpowiedziałeś mi na moje wcześniejsze pytanie. Czy wiesz, jak tworzy się magiczną więź pomiędzy skrzatem domowym a rodziną? Nie wiem, czy mógłbym podjąć ryzyko skorzystania z jej pomocy bez magicznej więzi, nawet, jeśliby się na to zgodziła. Mam zbyt wiele spraw do ukrycia.
     Draco powoli pokiwał głową.
     — Przypuszczam, że wolałbyś nie zostać rozpoznanym, więc radzę ci się teraz schować w tamtej szafce. – Harry wskazał palcem mebel stojący obok dużej szafy. Na twarzy Draco pojawił się grymas niezadowolenia, lecz zrobił tak jak zasugerował Harry i z trudem upchnął się jakoś pomiędzy wszystkimi gratami Dudleya.
     — Stworku! — zawołał Gryfon. Skrzat pojawił się z głośnym trzaskiem.
     — Pan mnie wzywał? — zapytał, kłaniając się nisko i równocześnie obdarzając Harry'ego nienawistnym spojrzeniem.
     — Tak. Chcę, żebyś sprowadził do mnie Zgredka – odpowiedział chłopak spokojnie. Ciężko było opanować chęć przeklęcia tego stworzenia, lecz Harry miał wciąż w pamięci słowa Dumbledore'a o milszym traktowaniu Stworka.
     — Tego, który śledzi cudownego panicza Malfoya – wymamrotał skrzat. — Stworek wolałby, żeby to młody panicz, był jego panem.
     — Wiem, wiem – przerwał mu Harry, świadomy tego, że Draco znajduje się parę stóp od nich, ukryty w szafce. — Nie mam ochoty ponownie wysłuchiwać, jak bardzo kochasz Malfoya. — Wziął głęboki oddech. — Sprowadź mi tu Zgredka, proszę. A potem możesz powrócić do pełnienia swoich obowiązków w Hogwarcie.
     — Stworek musi słuchać pana – wymamrotał jeszcze skrzat, po czym zniknął. Parę sekund później na jego miejscu pojawił się Zgredek.
     — Harry Potter wzywa Zgredka? — spytał, a w jego wielkich oczach pojawiły się łzy szczęścia
     — Tak, Zgredku. Tylko proszę panuj nad sobą, dobrze? — poprosił Harry błagalnym tonem. — Nie ma potrzeby się nadmiernie ekscytować.
     — Harry Potter po mnie posłał – westchnął skrzat z błogim wyrazem twarzy.
     Zmieszany Gryfon przeczesał ręką włosy. Dla niego skrzaty domowe kojarzyły się raczej z masą kłopotów. Musiał być szalony, że w ogóle wziął taką opcję pod uwagę.
     — Zgredku, jak się miewa Mrużka? — spytał ostrożnie. Skrzat wyraźnie posmutniał.
     — Mrużka nie czuje się dobrze, Harry Potter. Mrużka cały czas chce mieć rodzinę.
     I na to właśnie liczył Harry, ale wciąż troszkę go mdliło na samą myśl o pytaniu, które musiał zadać. Poza tym nie był pewien, jak Zgredek na to zareaguje.
     — Myślisz, że Mrużka chciałaby zostać moim skrzatem?
     — Och, Harry Potter jest taki mądry! – Zgredek zaczął szlochać histerycznie. – I chce pomóc nawet Mrużce. Harry Potter jest wielkim czarodziejem!
     — Zgredku! — krzyknął Harry. Skrzat przestał zawodzić, lecz wciąż głośno pociągał nosem, spoglądając na Harry'ego z uwielbieniem. Chłopak wziął głęboki oddech.
     — Zgredku, myślałem, że chciałeś, żebyście byli wolni. Nie do końca rozumiem, dlaczego teraz chcesz, żeby Mrużka związała się z jakąś rodziną.
     — Każdy skrzat jest inny – odpowiedział zapytany z rozbrajającą szczerością. — Zgredek lubi wolność, ale Mrużka jest nieszczęśliwa. Będzie zaszczycona mając znowu rodzinę
     — Mógłbyś ją tutaj sprowadzić? – poprosił grzecznie chłopak.
     — Och, Harry Potter “prosi” Zgredka! — wyszlochał skrzat, zalewając się ponownie łzami. — Harry Potter jest zbyt uprzejmy! — dodał znikając. Harry westchnął z ulgą, puszczając mimo uszu rozbawione prychnięcie, które dobiegło go od strony szafki. Nie miał czasu odpowiedzieć, bo Zgredek powrócił po chwili, a zaraz za nim pojawiła się Mrużka. Skrzatka wyglądała na jeszcze bardziej zaniedbaną i smutną, niż ostatnim razem, kiedy Harry ją widział.
     — Dziękuję, Zgredku.
     — Wszystko dla Harry'ego Pottera – odpowiedział uszczęśliwiony skrzat. Gdy Zgredek zniknął z głośnym trzaskiem, Gryfona zalała fala ulgi. Z wdzięcznością pomyślał o zaklęciu wyciszającym rzuconym na pokój. Ciotka Petunia wyszłaby z siebie, denerwując się, co mają oznaczać te wszystkie hałasy dobiegające z jego pokoju.
     — Umm, Mrużko? Wiem, że bardzo cię dotknęła utrata twojego ostatniego pana – zaczął niepewnie Harry. Skrzatka nie odezwała się, a z jej wielkich, przeraźliwie smutnych oczu powoli staczały się łzy. Harry westchnął.
     — Zdaję sobie sprawę, że uważasz, iż to po części jest moja wina – zawahał się na chwilę niepewny, czy naprawdę chce to zrobić — ale zastanawiałem się, czy nie zechciałabyś zostać moim skrzatem – dokończył jednym tchem. Oczy Mrużki, o ile w ogóle było to możliwe, zrobiły się jeszcze większe.
     — Harry Potter chce Mrużce zaoferować rodzinę? — zapytała z niedowierzaniem.
     — Eee, tak. W pewnym sensie – zająknął się Harry. – Hmm, właściwie to tylko mnie – przyznał niezręcznie. — Ale ja zawsze potrzebuję pomocy – dodał pospiesznie, i mógłby przysiąc, że od strony szafki dobiegło go kolejne rozbawione prychnięcie. Mrużka przyglądała się mu się niepewnie, delikatnie poruszając uszami. Nadzieja wręcz błyszczała w jej wielkich oczach.
     — Mrużka lubi pomagać – odpowiedziała cicho. – A Zgredek bardzo ceni Harry'ego Pottera.
     — Czy wiesz, eee, jak się opiekować dziećmi? — zapytał Gryfon.
     — Mrużka bardzo kocha dzieci. – Chłopak jeszcze nigdy nie widział jej tak ożywionej. – Harry Potter wie, że Mrużka opiekowała się swoim ostatnim panem bardzo dobrze.
     — Taa, zbyt dobrze – burknął pod nosem Harry, a na twarzy skrzatki w jednej chwili pojawił się smutek.
     — Pan był niedobrym człowiekiem, ale Mrużka opiekowała się nim najlepiej jak potrafiła. – Oprócz żalu w jej głosie można było wyczuć nutkę dumy. Harry uśmiechnął się łagodnie.
     — Mrużko, nie wątpię w twoją lojalność – zapewnił ją. Skrzatka uśmiechnęła się nieśmiało. Harry był wdzięczny, że Mrużka nie jest tak samo przesadnie wylewna jak Zgredek.
     — Nie wiem jeszcze, jak długo, ale w tej chwili opiekuję się dzieckiem – wyjaśnił Harry. – I przydałaby mi się pomoc kogoś, komu mógłbym bezgranicznie zaufać.
     — I w zamian Harry Potter chce zaoferować Mrużce magiczną więź? — zapytała skrzatka, a jej policzki wciąż błyszczały od łez. Pociągnęła wielkim ziemniakopodobnym nosem. — Na zawsze? Nawet wtedy, kiedy Harry Potter nie będzie już potrzebował Mrużki do pomocy przez dziecku? — upewniła się.
     Harry po raz kolejny zaczerpnął głęboki oddech. Nie twierdził, że w pełni rozumie, co kieruje Mrużką, ale wiedział jest to dla niej niezmiernie ważne. Wiedział także, że Hermiona bez dwóch zdań go zamorduje, gdy tylko się o wszystkim dowie.
     — Tak.
     Mrużka zapiszczała z radości z taką intensywnością, że chłopak drgnął zaskoczony. Po raz kolejny podziękował w duchu niebiosom, że nim w ogóle to wszystko się zaczęło, Draco pomyślał, by rzucić wokół zaklęcie wyciszające. Gdyby nie ono, Wiktoria z całą pewnością już od dłuższego czasu nie spałaby tak smacznie.
     — Mrużka jest taka szczęśliwa! — pisnęła podekscytowana. Jednak sposób, w jaki skrzatka okazywała emocje, w niczym nie przypominał zagłuszającego płaczu Zgredka.
     — Eee, na razie będziemy mieszkać tutaj, ale mam dom, który wymaga, hmmm, dość sporego nakładu pracy – wyjaśnił Harry.
     — Mrużka się wszystkim zajmie!.
     — Cóż, w takim razie... Jesteś pewna, że tego chcesz? — zapytał chłopak, czując się niewiarygodnie zakłopotany. Ta sytuacja przekroczyła wszelkie granice jego dotychczasowych doświadczeń.
     — Tak. Mrużka jest całkowicie pewna – odparła bez mrugnięcia okiem.
     — Malfoy – zawołał Harry.
     Draco wyłonił się z szafki i podszedł do nich, przyglądając się Mrużce z zaciekawieniem. Skrzatka także mu się przyglądała, lecz raczej z pewną dozą strachu. Harry z cichym świstem wypuścił powietrze.
     — Mrużko, nie obawiaj się. Ja nie wiem, jak się rzuca zaklęcie wiążące i on nam w tym pomoże.
     Skrzatka zwróciła swe wielkie, przepełnione strachem oczu ku Harry’emu, lecz nic nie odpowiedziała.
     — Potter, ty to wiesz jak je sobie dobierać, no nie? – stwierdził Draco.
     — Malfoy, odpuść sobie – odparował Harry, ale bez złości. – Miejmy to już za sobą.
     — To naprawdę bardzo proste – powiedział powoli Draco. – Ty inicjujesz więź, a potem skrzat domowy używając swojej magii, ją dokańcza. Pamiętaj, że większość z nich tego właśnie chce.
     Harry, aczkolwiek niechętnie, skinął głową. Oto kolejna rzecz, w którą trudno mu było uwierzyć, że w ogóle brał w niej udział. Draco przeprowadził Harry'ego przez wstępne inkantacje, po czym prym przejęła Mrużka. Parę minut i kilka błysków światła później więź została utworzona.
     — Potter, masz kolejnego skrzata domowego — stwierdził Draco droczącym tonem. – Pniesz się na wyżyny.
     — Malfoy, zamknij się – zirytował się Harry. Miał szczerą nadzieję, że nie pożałuje tego wszystkiego.
     — Mrużko, to jest Wiktoria – zwrócił się do skrzatki, wskazując malucha śpiącego na łóżku. — Twoim priorytetowym, eee, obowiązkiem będzie właśnie opieka nad nią. W między czasie możesz wciąż pomagać w Hogwarcie. Tutaj chwilowo, naprawdę nie będę miał dla ciebie innych zadań. Wszystko się zmieni, kiedy rozwiąże się sprawa domu, o którym wspominałem.
     Mrużka poruszając uszami w dół i w górę, przytaknęła radośnie. Harry nie miał wątpliwość, że kiedy ją następnym razem zobaczy, skrzatka będzie czysta i schludna.
     — Nikomu nie wspominaj, że jesteś ze mną związana, ani o tym, że mam pod opieką dziecko – polecił Harry. — Na razie musimy zachować to w tajemnicy. Jeśli ktokolwiek cię zapyta, co robisz, możesz odpowiedzieć, że wciąż pracujesz w Hogwarcie. — Harry przerwał i spojrzał na Draco. – I pod żadnym pozorem nie wolno ci wyjawić, że widziałaś u mnie Malfoya lub, że w ogóle go widziałaś — dodał.
     — Tak, panie – odpowiedziała ochoczo.
     Gryfon skrzywił się. Nie raziło go to tak bardzo, kiedy Stworek tak go tytułował, bo wiedział, że skrzat w głębi serca wcale go nie uważa za swojego pana. Ale “panie” w ustach Mrużki brzmiało zupełnie inaczej.
     — Przypuszczam, że nie jestem w stanie nakłonić cię, abyś nie mówiła do mnie “panie” tylko na przykład Harry?
     — Och, nie! To niemożliwe! — Skrzatka spojrzała na niego jeszcze większymi oczami. — Ale Mrużka mogłaby się zwracać do pana, panie Harry – zasugerowała po chwili.
     — Niech będzie – westchnął Gryfon. Był przekonany, że to wszystko, co jest w stanie w tej kwestii osiągnąć. Z resztą miał świadomość, że dyskusja na ten temat ze skrzatem domowym była całkowicie bezsensowna i z drugiej strony sprawi Mrużce przyjemność, pozwalając zwracać się do niego w ten sposób. Więc niech jej będzie.
     — Myślę, że możesz teraz wrócić do Hogwartu – stwierdził. — Wezwę cię, jak Wiktoria się obudzi.
     — Mrużka będzie czekać, panie Harry – odpowiedziała i zniknęła.
     — Komu służyła wcześniej? — zaciekawił się Draco, siadając na krześle przy biurku.
     — Nie mogę ci powiedzieć – odparł Harry ze znużeniem.
     — Masz nawyk pomagania wszystkim przybłędom? — zadrwił blondyn, lecz nie wyglądało na to, by poczuł się jakoś urażony wcześniejszą odpowiedzią.
     — Najwyraźniej, bo jakimś cudem tobie też pomagam – zgodził się Harry.
     — Nie miałem na myśli siebie. – Oburzony Draco wyprostował się na swoim miejscu i wbił wzrok w Harry’ego.
     — Co nie zmienia faktu, że i tak się łapiesz do opisu – stwierdził Gryfon, wzruszając niedbale ramionami.
     — Potter, nie jestem jedną z twoich zbłąkanych duszyczek w potrzebie – prychnął Ślizgon, mierząc Harry'ego gniewnym spojrzeniem.
     — Jak sobie chcesz, Malfoy – odpowiedział znużonym głosem Harry. – Mój błąd, jak mogłem pomyśleć, że potrzebujesz pomocy, kiedy pojawiłeś się na moim progu.
     Draco wciąż wbijał wściekłe spojrzenie w Harry'ego, lecz Gryfon całkowicie go zignorował. Nie miał siły na kłótnię
     W końcu blondyn chyba stwierdził, że czy mu się to podoba czy nie, w tym, co Harry powiedział, tkwi ziarno prawdy.
     — Co teraz? — Ślizgon przerwał wiszącą miedzy nimi ciszę.
     — Nie wiem – westchnął zmęczony Harry. — Przynajmniej udało mi się załatwić jakąś pomoc przy Wiktorii. Może jak się prześpię, będę w stanie myśleć.
     
     *
     Kilka kolejnych dni upłynęło Harry'emu spokojniej. Nie było idealnie, ale znaczenie lepiej. Wciąż był zmęczony, ale nie znajdował się już na granicy utraty przytomności z wyczerpania. Jednak trafiały się chwile, w których miał wrażenie, że jest na granicy załamania nerwowego.
     Regularnie powątpiewał też w swoje zdrowie psychiczne.
     Obecnie zastanawiał się, czy jest wystarczającym wariatem, by poprosić Draco o pomoc w nauce oklumencji, co było w jego mniemaniu czystym szaleństwem. Dobrze pamiętał każdą lekcję, podczas której Snape włamywał się do jego umysłu. A teraz w jego głowie roiło się od wspomnień, którymi w żadnym wypadku nie chciał dzielić się z Malfoyem.
     Prychnął spod nosem. Nie chciałby też dzielić się nimi ze Snape’em, a były profesor był jedyną osobą, nie licząc Draco, do której mógłby się zwrócić.
     Książka okazała się bardzo pomocna w nauce. Harry zaczął na nowo przeklinać Snape'a, kiedy zdał sobie sprawę, że w przeszłości Mistrz Eliksirów wcale nie ułatwiał mu opanowania tej sztuki. Wciąż z pewną rezerwą podchodził do ćwiczenia oklumencji w praktyce, ale był przekonany, że teraz jest o wiele lepiej przygotowany. Wcześniej przecież nawet nie wierzył, że oklumencja w ogóle mu się na coś przyda i nie zależało mu zbytnio na jej opanowaniu.
     Książka sprawiła, że naprawdę zaczął rozumieć istotę tej umiejętności. Nie do końca ułatwiała jej naukę, ale z całą pewnością nadawała sens czynnościom, które wcześniej były dla niego niejasne. Harry zrozumiał, że musi podzielić swój umysł. Pochować kawałki wspomnień, myśli i emocji do różnych mentalnych szufladek, a potem je zamknąć i otoczyć barierami ochronnymi. Oczywiście, łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale przynajmniej sam proces miał teraz jakiś sens. Dodatkowo naukę znacznie ułatwiło Harry'emu odniesienie do zaklęć obronnych, które już wcześniej poznał. Bariery to bariery. Istnieje cała masa różnych typów, ale wciąż są tylko barierami.
     Sądząc po tym, co było napisane w książce, im więcej się ćwiczyło oklumencję, tym łatwiej było ją stosować. W pewnym momencie przestawało się jej używać świadomie, a bariery i tak były na swoim miejscu. Harry miał wrażenie, że pojął w końcu, w jaki sposób Snape i Draco mogli przez cały czas utrzymywać tak chłodną i spokojną postawę. Zastanowiwszy się trochę dłużej, Harry zdał sobie sprawę, że ostatnimi czasy Draco nie zachowywał się w ten sposób. Chłopak w jego obecności musiał opuszczać bariery ochronne, a Wiktoria miała chyba swoje sposoby, by mu w tym dopomóc. Był jednak przekonany, że wszędzie indziej bariery chroniące umysł Draco były na swoim miejscu.
     Wiele z ćwiczeń opisanych w książce skupiało się na różnych typach medytacji. Czytał wszystko uważnie i starał się jak najwięcej zapamiętać. Wskazówki i notatki odręcznie dopisane na marginesach okazały się niezwykle przydatne. Dzięki temu, że Mrużka zajmowała się teraz Wiktorią, mógł poświęcić każdą wolną minutę ostatnich trzech dni z rzędu na naukę oklumencji. Uśmiechnął się do siebie drwiąco na myśl, że Hermiona byłaby z niego dumna — chociaż z tego jednego powodu.
     
     Problem tkwił w tym, że Harry zaczął potrzebować kogoś, kto pomógłby mu w ćwiczeniach praktycznych. A jedyną osobą z najbliższego otoczenia, która się do tego nadawała, był Draco. Harry zaczerpnął głęboki oddech i zebrawszy całą swoją gryfońską odwagę, odwrócił się do blondyna.
     — Umiesz oklumencję? — wymamrotał, wypuszczając jednocześnie powietrze. Prawdę mówiąc znał odpowiedź na to pytanie, ale uważał, że niezbyt mądrze byłoby się z tym zdradzić. Wcale nie pocieszał go fakt, że to właśnie Bellatriks uczyła Draco oklumencji. Nawet Snape był niezadowolony, że Draco to przed nim ukrywał.
     — Oczywiście, że tak. – Draco prychnął z pogardą. – A myślisz, że niby dzięki czemu udało mi się przeżyć tak długo?
     — Jestem pewien, że Snape zadaje sobie to samo pytanie na mój temat, zastanawiając się, jak udało mi się bez niej przetrwać te wszystkie lata — odburknął Harry.
     — Z tym muszę się zgodzić – stwierdził Draco, przytakując.
     Harry nie trudził się nawet na ripostę, zamiast tego powrócił do ważniejszej kwestii.
     — Czy mógłbyś mi pomóc się jej nauczyć?
     Draco wyprostował się na swoim krześle i spojrzał na Gryfona z namysłem.
     — Ufasz mi na tyle? — zapytał, spoglądając na Harry'ego spod przymrużonych powiek.
     — Niezupełnie – przyznał Harry. – Ale wolę ciebie od pozostałych dostępnych mi opcji.
     — To żadna przyjemność, kiedy Czarny Pan zaczyna sondować twój umysł. — Draco zaśmiał się ponuro.
     — Tobie przynajmniej nie szpera w myślach, kiedy cię nie widzi – stwierdził Harry, na co Draco uniósł brwi i spojrzał na niego ze zdziwieniem.
     — To prawda? — zapytał. — Czarny Pan naprawdę może wniknąć do twojego umysłu bez względu na odległość?
     — Tak. – Padła krótka odpowiedź. Harry nie chciał się nad tym rozwodzić. Ślizgon zmarszczył brwi i zamyśliwszy się, nie drążył dalej tematu.
     — Tak naprawdę, to nie jest zbyt trudno ją opanować – stwierdził po chwili. – Po prostu większość ludzi nie odczuwa potrzeby, by uczyć się oklumencji. Jednak na początku, zanim się przyzwyczaisz, rzeczywiście wymaga dość sporo koncentracji.
     — Kiedyś próbowałem się tego nauczyć – przyznał cicho Harry. – Ale nie bardzo mi to wychodziło. — Wyglądało na to, że Mistrz Eliksirów nie wspomniał Malfoyowi o jego dodatkowych lekcjach, co było kolejnym punktem na korzyść byłego profesora. Jednak Harry uważał, że Snape, tak czy siak stracił więcej punktów przez to, że nie nauczył go oklumencji, kiedy miał ku temu odpowiednią okazję. Harry wciąż starał się przeanalizować całą sprawę i nie potrafił znaleźć ani jednego logicznego powodu, który wyjaśniłby, dlaczego Snape tak postąpił, będąc po jasnej stronie.
     — Musisz się nauczyć koncentracji i oczyszczania umysłu – powiedział Draco.
     — Cudownie. – Słysząc znienawidzony zwrot, Harry jęknął z sarkazmem.
     — Och, to nie takie straszne, Potter – stwierdził Ślizgon z nutką rozbawienia w jego głosie. – Jestem przekonany, że i ty dasz radę nauczyć się oklumencji. Jest o wiele łatwiejsza od legilimencji
     — Ją też umiesz?
     — Oczywiście – rzucił blondyn z uśmieszkiem.
     Harry tylko wywrócił oczami, widząc, jak bardzo cieszyła Draco świadomość, że umie coś, czego on nie potrafi.
     — Zanim pozwolę ci na mnie rzucić Legilimens, musisz mi dokładnie wytłumaczyć, jak mam oczyścić mój umysł – stwierdził stanowczo.
     Draco spoważniał i skinął głową, po raz kolejny zaskakując Harry'ego swoją postawą. Ślizgon wydawał się szanować to, że Harry ma swoje sekrety, których nie może ujawniać i Harry był mu za to bardzo wdzięczny. To... cokolwiek istniało pomiędzy nimi, było całkowicie inne od tego, co łączyło Harry'ego i jego przyjaciół. Gryfon był przyzwyczajony do tego, że ludzie domagają się, by odkrywał przed nimi wszystko, nawet wtedy, kiedy nie miał nic do ukrycia.
     Tak więc, Draco zaczął uczyć go technik medytacji, a Harry łączył rady blondyna z informacjami zawartymi w podręczniku Księcia Półkrwi. Wciąż łatwiej przychodziło mu myśleć o Snapie i Księciu, jak o dwóch różnych osobach. Przez kolejne dwa dni Harry skupiał się głównie na medytacji i nauce oczyszczania umysłu. Gdy Draco był w pobliżu pracował nad szczegółami i próbował je przećwiczyć, gdy zostawał sam. Pozwalał sobie na małe przerwy w nauce tylko dla Wiktorii.
     Jedyna problematyczna sytuacja w ciągu tego tygodnia nastąpiła w piątkowy poranek, kiedy to niewiele brakowało, by Draco zderzył się twarzą w twarz z wujem Vernonem. Ciotka Petunia była bardzo niezadowolona z tego powodu i niedoszła wpadka przebrała granice jej gościnności.
     — Vernon nie ucieszyłby się, gdyby cię tutaj zobaczył – syknęła, mierząc Draco złym spojrzeniem. — Nie możesz go tu więcej sprowadzać – rzuciła, odwracając się do Harry'ego. — Nie chcę, żebyś zakłócał spokój tego domu.
     — Ciociu Petunio, on musi tu przychodzić – odparł ze znużeniem Harry. — Potrzebuję jego pomocy, a to, jak na razie, jest jedyne miejsce, w którym możemy się bezpiecznie spotykać.
     — Myślicie, że kiedy twój wuj się o tym dowie, będziecie tu bezpieczni? — zapytała. – Wywali was na zbity pysk. — Harry westchnął ciężko.
     — Potrzebuję jeszcze trochę czasu. Pracuję nad innym miejscem, ale... cóż, w tej chwili nie mogę tam wpuścić ani Wiktorii, ani Malfoya.
     — Dlaczego nie? — zażądała wyjaśnień kobieta.
     — Bariery ochronne? — zapytał Draco równocześnie.
     Harry przytaknął blondynowi ruchem głowy. Po części z powodu barier. A oprócz tego istniał jeszcze mały problem w postaci Snape'a. Gryfon nie miał nawet pojęcia, gdzie w tej chwili znajduje się mężczyzna, ale wiadomość była całkiem jasna – żeby Snape zechciał się w ogóle do niego odezwać, Harry musiał najpierw opanować oklumencję.
     — Są pewne komplikacje – starał się wyjaśnić ciotce. — Dyrektor, nim umarł, stworzył – razem ze Snape'em, dodał w duchu — dla mnie bezpieczne miejsce. I nie mogę na razie sprowadzić tam nikogo innego. To mniej więcej, jakbym musiał najpierw zdobyć odpowiednie hasła czy kody, ale nie mogę o nie bezpośrednio zapytać, bo nie chcę aby ktokolwiek dowiedział się o Wiktorii, czy Malfoyu. Dlatego, zajmie mi to trochę więcej czasu.
     Petunia spojrzała nerwowo na Draco, po czym zwróciła się ponownie do Harry'ego:
     — On jest niebezpieczny, prawda?
     Harry spojrzał na blondyna, dziękując w duchu, że ten zachował stoicki spokój.
     — Eee, w pewnym sensie, tak – przyznał ciotce rację.
     — Malfoy – odezwał się Harry po chwili namysłu, wiedząc już, jak rozegrać tę sytuację do końca. — Pokaż jej swój znak.
     — Potter – wysyczał przez zęby Draco.
     — Po prostu jej pokaż – domagał się Gryfon.
     Draco spoglądał na niego przez kilka sekund, po czym powoli rozpiął mankiet i podciągnął rękaw, odsłaniając przedramię. Harry zerknął na mroczny znak i wzruszył ramionami. Wciąż uważał, że jest paskudny.
     Draco zdumiony jego spokojną reakcją uniósł brwi w niedowierzaniu, na co Harry ponownie wzruszył ramionami. Petunia zbladła jak ściana i zrobiła krok w tył, zanim Harry z powrotem się do niej odwrócił.
     — To... to jest... — Słowa najwyraźniej ją zawiodły, ale Harry wiedział, co chciała powiedzieć.
     — Dokładnie. To jest taki sam symbol, jaki pojawia się nad miejscami, w których nastąpił atak – wyjaśnił spokojnie. — To jest Mroczny Znak. Voldemort używa go do wzywania swoich popleczników.
     — Ale to oznacza, że on... — Petunia nie dokończyła zdania i wbiła przerażone spojrzenie w blondyna.
     — Tak, jest śmieciożercą – potwierdził Harry. – Osobą niezwykle niebezpieczną i kimś, kogo ani ty, ani wuj Vernon, czy Dudley nie chcielibyście zdenerwować. Przychodzi tu, bo potrzebuje mojej pomocy. W zamian, sam pomaga mi.
     — Wiktoria – wyszeptała kobieta.
     Harry skinął głową i dał jej czas na przetrawienie informacji, które właśnie usłyszała. Petunia spoglądała z przestrachem to na jednego, to na drugiego, aż w końcu jej spojrzenie spoczęło na siostrzeńcu:
     — Kim ty jesteś, Harry? — zapytała. Dobre pytanie, pomyślał z żalem Harry
     — Jestem kimś, kto po prostu próbuje chronić oba światy, w których żyje – odpowiedział powoli, z namysłem dobierając słowa. — Staram się chronić wszystkich, którzy są dla mnie ważni i by to robić chwytam się każdej możliwej pomocy – przerwał i spojrzał na ciotkę. — To dotyczy także ciebie. Na świecie żyje wielu czarodziei, którzy uznaliby cię za bezwartościową mugolkę, ale dla mnie pełnisz bardzo ważną rolę. I teraz potrzebuję twojej pomocy. Poprosiłem Malfoya, by pokazał ci znak, bo chciałem byś uświadomiła sobie powagę tego, co się dzieje.
     Harry rzucił okiem na Draco. Blondyn uniósł wzrok znad swojego tatuażu, który dotychczas przykuwał jego uwagę i ich spojrzenia się spotkały.
     — Malfoy przekonał się na własnej skórze, jak prawdziwa jest ta wojna — dodał cicho Harry, po czym zwrócił się ponownie bezpośrednio do ciotki. — Wiem, że mnie nie lubisz. Wujek Vernon i Dudley nienawidzą mnie jeszcze bardziej. Nie jestem pewien, czy w ogóle obchodzi mnie to, że tak naprawdę nigdy nie byłem prawdziwym członkiem tej rodziny. Ale jeśli chcesz uratować ten mały świat, w którym żyjecie, musisz mi pomóc.
     — Czego dokładnie ode mnie oczekujesz? — wyszeptała Petunia.
     — Tego, co robisz cały czas. Doceniam każdą pomoc, którą okazałaś mi przy opiece nad Wiktorią. Chciałbym abyś dalej ignorowała wizyty Malfoya, tak samo jak przez większość czasu ignorujesz mnie – stwierdził Harry. – I chciałbym, żebyś wciąż trzymała z dala ode mnie Dudleya i wuj Vernona. Chodzi tu głównie o Wiktorię.
     — Twój wuj jest całkowicie nieświadomy tego, że to dziecko wciąż przebywa pod naszym dachem – przyznała ciotka, potwierdzając przypuszczenia Harry'ego.
     — Robię, co tylko mogę, by nie wchodzić im w drogę – odpowiedział Harry, nie umiejąc wyzbyć się z głosu nutki goryczy. — Wyciszyłem pokój, żeby nie mógł niczego usłyszeć i nawet przestałem schodzić na dół na posiłki. To powinno ucieszyć zarówno Dudleya, jak i wuja.
     — Czy ty cokolwiek jadasz? — spytała niepewnie, a jej ton wskazywał na to, że naprawdę się o niego martwi, przynajmniej trochę.
     — Tak, jadam – wymruczał pod nosem Harry, wspominając te czasy, kiedy nie bardzo ją obchodziło, czy w ogóle coś jadł. Teraz, kiedy Mrużka przynosiła mu hogwarckie posiłki, Harry odżywiał się całkiem dobrze.
     Petunia skrzywiła się, jakby usłyszała myśli siostrzeńca, a ten odwrócił wzrok, tylko po to, by zobaczyć pytające spojrzenie Draco. Blondyn uniósł brew, ale Gryfon tylko potrząsnął głową. Nie chciał o tym rozmawiać, a już na pewno nie z Draco i na dodatek w obecności ciotki.
     Wypuścił ze świstem oddech.
     — Słuchaj, wiem, że ta rozmowa miała miejsce tylko dlatego, że wuj Vernon o mało nie przyłapał tutaj Malfoya, ale mogę cię zapewnić, że nie mam zamiaru tu wciąż mieszkać po moich urodzinach. — Zmrużył oczy, patrząc na ciotkę. – Zakładam, że pamiętasz, kiedy mam urodziny – stwierdził, a nutka goryczy znowu pobrzmiała w jego głosie.
     Petunia skrzywiła się, ale odpowiedziała: — Trzydziestego pierwszego lipca.
     — To już niedługo. Został tylko miesiąc. Może przez te parę kolejnych tygodni uda ci się zaplanować jakieś rodzinne weekendowe wypady – rzucił Harry i wziął głęboki, uspakajający oddech. Krzyczenie na ciotkę nie sprawi, że kobieta zacznie robić to, czego od niej oczekiwał.
     — Wuj Vernon nie ma pojęcia, że Malfoy wciąż tu przychodzi i zależy mi tak samo, jak tobie, by tak pozostało. Zrób to, o co cię proszę, a postaram się wam schodzić z drogi, na tyle na ile będzie to możliwe – dokończył.
     Petunia przeniosła spojrzenie pomiędzy chłopcami kilka razy, po czym skinęła głową.
     — Zrobię, co będę mogła – powiedziała szorstko.
     — Dziękuję – odpowiedział Harry i obróciwszy się na pięcie, skierował się ku schodom. Draco nie zwlekając poszedł za nim.
     Wiktoria wciąż leżała w swoim łóżeczku, radośnie bawiąc się zabawkami, które przyniósł jej Draco. Obróciła do nich główkę, gdy zauważyła jak wchodzą do pokoju. Draco podszedł do łóżeczka, wziął małą na ręce i usiadł z nią na podłodze, a Harry w tym czasie opadł na łóżko. Był zły i sfrustrowany.
     — Zechciałbyś mi wytłumaczyć cokolwiek z tego, co właśnie miało miejsce? — spytał blondyn.
     — Nie – uciął krótko Harry, urażony w głębi, że blondyn był świadkiem tej rozmowy.
     Każdego poranka przez ostatnie dwa tygodnie, nie licząc weekendów, Draco spotykał się z nim u Dursleyów. Zachowywali się w stosunku do siebie, przez większość tego czasu, raczej cywilizowanie, ponieważ obu przyświecał wspólny cel, którym było bezpieczeństwo i dobre samopoczucie Wiktorii. Ale nie oznaczało to, że się lubili, czy, że rozmawiali na jakiekolwiek inne tematy poza tymi, dotyczącymi w jakimś stopniu małej. Świadomi tego, że muszą zachować coś na kształt zawieszenia broni, w jakimś momencie zawarli niepisaną umowę nie wpychania nosa w życie drugiego.
     Harry zdał sobie sprawę, że ta umowa jednak trochę się zmieniła. Pytanie zabrzmiało tak, jakby Malfoy prawie zmartwił się tym, co usłyszał na dole.
     — Wciąż mieszkam w naszej rodzinnej posiadłości — rzucił nagle Draco.
     — To wspaniale — zadrwił Harry, pomimo tego, że tak naprawdę chciał się dowiedzieć czegoś więcej.
     — Z powodu Czarnego Pana i wszystkiego, co się ostatnio wydarzyło, moja matka nałożyła dodatkowe bariery. Ministerstwo nie jest teraz w stanie namierzyć posesji. – Draco zupełnie zignorował paskudny humor Gryfona.
     Harry obrócił się na bok, oparł głowę na łokciu i spojrzał z ciekawością na Ślizgona, zastanawiając się, dlaczego akurat teraz chłopak nagle sam z siebie zaczyna o tym opowiadać.
     Draco nie spuszczał oka z Wiktorii. W pewnym momencie z cichym pyknięciem Mrużka zniknęła, by po chwili pojawić się z przygotowaną butelką w ręce i wręczyć ją blondynowi. Draco trzymał w ramionach Wiktorię, podczas gdy ta jadła. Już przyzwyczaiła się, że Draco towarzyszył jej podczas porannego posiłku.
     — Dodała bariery, by nas chronić – ciągnął blondyn. – Ale one chronią nas tylko przed ministerstwem. Spędzam większość czasu zamknięty w pokoju, bo nigdy nie wiem, kogo zastanę w domu.
     Harry powoli zdał sobie sprawę, że Draco przekazywał mu informację, za informację. Wcześniej dowiedział się czegoś o Harrym i teraz w zamian mówił mu trochę o swoim życiu rodzinnym, jeśli można by to tak ująć.
     — Czarny Pan uważa dwór za raczej bezpieczne lokum dla swoich popleczników i miejsce ewentualnych spotkań – kontynuował Draco. — Nawet nie musi wzywać ich za każdym razem, kiedy przyjdzie mu do głowy kolejne zadanie, bo zwykle znajduje się tam wystarczająco dużo ludzi, by je zrealizować.
     Harry miał wiele pytań, ale nie śmiał przerwać blondynowi. Zdenerwowało go to, że Draco dowiedział się o jego nieciekawej sytuacji rodzinnej, ale z drugiej strony informacje, które w zamian otrzymywał, mogły się okazać bardzo istotne. Nie miał jeszcze pomysłu, jak mógłby je wykorzystać, ale mimo to dobrze było się czegoś dowiedzieć.
     — Jestem bezpieczniejszy, gdy siedzę w pokoju. Znikam im z oczu – stwierdził cicho Draco, przelotnie spoglądając na Harry’ego. — On nie ufa w pełni moim umiejętnościom. Nie zabili mnie, bo... — urwał, przełykając głośno ślinę — bo pomogłem w realizacji powierzonego mi zadania.
     Harry zacisnął zęby i zamknął oczy. Świadomość tego, że Draco rzeczywiście czuł skruchę trochę łagodziła sytuację, lecz mimo to, dla nich obu był to wciąż bardzo bolesny temat. Draco milczał przez dłuższą chwilę. — Czarny Pan zostawił mnie w spokoju na dłuższy czas, gdy już ukarał mnie, za to, co się wydarzyło w Hogwarcie – podjął ponownie temat, ledwo słyszalnym szeptem. — Musiałem dowieść swojej wartości, a on wydawał się być zadowolony z tego, że na ochotnika zgłosiłem się do tego ataku na dom Wiktorii, po czym stwierdził, że nie spodziewał się, że tak ochoczo zechcę wziąć udział w kolejnym większym ataku. — Przerwał biorąc głębszy oddech. — Na mniejsze akcje wysyłał tylko bardziej doświadczonych śmierciożerców, takich, którzy nie dadzą się złapać — wyjaśnił – i rzadko miałem okazję dowiedzieć się o którymś z mniejszych napadów, dopóki się już nie wydarzył. Czarny Pan jest niezwykle ostrożny w ujawnianiu jakichkolwiek informacji przed czasem.
     Harry słuchał uważnie, z wciąż zamkniętymi oczami. Otworzył je dopiero, słysząc jakiś ruch. Wiktora najwyraźniej zasnęła i Draco właśnie odkładał ją do łóżeczka na małą, poranną drzemkę. To zwykle oznaczało rozpoczęcie ćwiczeń oklumencji, ale dziś w powietrzu wisiało takie gęste napięcie, że można by je kroić nożem. Draco rozejrzał się po pokoju, nie bardzo wiedząc, co ma ze sobą zrobić, skoro Wiktoria zasnęła. Harry odchrząknął cicho.
     — Cóż, mój pokój z pewnością jest mniejszy od twojego, ale przynajmniej jesteś jedynym śmieciożercą w okolicy – powiedział. – No i moja ciotka myśli, że jesteś całkiem groźny – dodał, próbując tym rozładować atmosferę. I najwyraźniej zadziałało, bo Draco się trochę rozluźnił.
     — Twoja ciotka myśli, że to ty jesteś niebezpieczny – stwierdził sardonicznie. Harry wzruszył ramionami, a na jego twarzy pojawił się mały uśmieszek.
     — Od zawsze tak uważała – przyznał.
     Draco w jakiś sposób udało się elegancko wyciągnąć na krześle stojącym przy biurku.
     — To musiał być bardzo smutny dzień, kiedy ktoś zdołał pomyśleć, że jesteś groźny – zadrwił i uśmiechnął się ewidentnie rozbawiony.
     — No nie wiem – odparł z namysłem Harry. — Dotychczas, sporo osób uważało, że jestem niebezpieczny. Przez jakiś czas ludzie myśleli, że jestem dziedzicem Slytherina, co ich raczej przerażało. A potem była cała masa tych artykułów, w których tworzeniu miałeś swój udział. Cóż, one z całą pewnością nie polepszyły mojej reputacji, a ludzie zaczęli uważać mnie za niezrównoważonego psychicznie i groźnego dla otoczenia.
     — Prawda – zgodził się Draco. Na jego ustach wciąż błąkał się uśmieszek samozadowolenia i nie można było się dopatrzyć ani krztyny skruchy. – Ale każdy, kto miał choć trochę oleju w głowie, wiedział, że to nie ty byłeś dziedzicem. Ja z całą pewnością w to nie uwierzyłem.
     Harry uśmiechnął się złośliwie.
     — Wiem – powiedział chytrze. – A nawiasem mówiąc, używałem Eliksiru Wieloskokowego dużo wcześniej niż ty.
     Draco spojrzał niego zdumiony.
     — Kiedy? — zainteresował się, spoglądając na Harry'ego szeroko otwartymi oczami.
     Ponieważ żaden z nich nie chciał ponownie wrócić do napiętej atmosfery sprzed paru chwil, w jakiś sposób udało im się prawie po przyjacielsku porozmawiać na temat doświadczeń z Eliksirem Wielosokowym. A ich wzajemne relacje nieznacznie się zmieniły.
Ostatnio edytowano 12 gru 2010, o 12:40 przez formica, łącznie edytowano 3 razy
No light, no light in your bright blue eyes
I never knew daylight could be so violent
A revelation in the light of day
You can choose what stays and what fades away...
formica Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 884
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 15:03

Postprzez formica » 30 paź 2010, o 18:32

     W Wasze łapki kolejny rozdział. Za betę serdecznie dziękuję Aev.
     
     
Rozdział 5

     
     — Myślę, że jesteś już gotów — stwierdził Draco w niedzielę.
     — Mam nadzieję — mruknął Harry i ciężko przełknął ślinę. Wciąż strasznie się denerwował, nawet pomimo świadomości, że tym razem udało mu się opanować oklumencję na o wiele wyższym poziomie, niż kiedykolwiek w przeszłości. Snape całkowicie pominął etap, któremu Harry poświęcił praktycznie całe ostatnie pięć dni.
     — Gotowy? — spytał blondyn, wbrew pewności swojego wcześniejszego stwierdzenia i sięgnął po różdżkę. Harry przyglądał mu się z rezerwą.
     — Nie — odpowiedział, równocześnie przytakując ruchem głowy.
     — Oczyść umysł — polecił Draco.
     Gryfon przymknął oczy, w duchu doceniając fakt, że tym razem rzeczywiście ma szansę to zrobić, zanim ćwiczenie się rozpocznie. Wyobraził sobie mieniącą się barierę ochronną i ustawił ją na granicach swojego umysłu, chowając za nią wszelkie wspomnienia, myśli i emocje.
     Bez względu na to, ile by ich nie wirowało za tym błyszczącym murem, nieosłonięta niego część umysłu była czysta i spokojna. Powoli otworzył oczy i kiwnął głową, za wszelką cenę starając się utrzymać barierę na swoim miejscu.
     — Legilimens. — Draco rzucił zaklęcie stanowczym tonem.
     Harry wbił w niego wzrok i skoncentrował się na barierze, ale już po kilku sekundach poczuł, że Ślizgonowi udało się ją przełamać.
     Malfoy popycha go na ścianę obok sali eliksirów... Znajduje się w gabinecie Snape’a, a mężczyzna wrzeszczy na niego... Uczucie gniewu, kiedy napotyka spojrzenie Dumbledore'a tuż przed dotknięciem świstoklika... Drzwi na końcu korytarza... Zasłona w labiryncie komnat... Upadek Syriusza...
     Harry wypchnął niechcianą obecność ze swojego umysłu i wrócił do rzeczywistości, z trudem łapiąc oddech i czując niemiłosierny ból głowy.
     Draco obserwował go z chłodną obojętnością, nie pomagając, ale i nie przeszkadzając. Po kilku minutach przerwy Harry skoncentrował się na ponownym postawieniu mentalnego muru i oczyszczeniu umysłu. Spojrzał na Ślizgona i skinął lekko głową. Tym razem sforsowanie bariery zajęło Draco kilka sekund więcej.
     Przebłyski dwóch książek Księcia Półkrwi... Praca w sali eliksirów... Spotkanie z Slughornem i Hagridem w chatce gajowego...
     Harry pchnął mocno i wylądował na podłodze na kolanach, podpierając się rękami tak, jakby nie tylko mentalnie, lecz całym ciałem starał się wypchnąć Draco ze swojego umysłu. Znowu brakowało mu oddechu, a ból tętnił w głowie. Przełknął ciężko ślinę, rozluźniając ściśnięte gardło.
     Usłyszał, jak Draco siada na brzegu łóżka i zrozumiał, że jak na razie skończyli z ćwiczeniami.
     — Czy coś łączy te obrazy? — spytał spokojnym głosem Ślizgon.
     — Tak — wykrztusił Harry, powoli siadając na piętach.
     Draco bacznie go obserwował, a Harry nie miał najmniejszego pojęcia, co też kryje się za tą maską spokoju.
     — Dlaczego zawsze po tym tak źle się czuję? — jęknął Gryfon.
     — Ponieważ to ćwiczenie inwazyjne — wyjaśnił Draco. — Umysł i ciało odrzucają obcą świadomość.
     — Chyba jest w tym jakiś sens — zgodził się Harry.
     — Duży wpływ ma także to, że świadomie starasz się wypchnąć tę obecność — ciągnął blondyn, nieco bardziej profesorskim tonem.
     Harry spojrzał na niego zdumiony. Dzięki Hermionie bardzo dobrze znał ten styl wyjaśnień, lecz nigdy wcześniej nie słyszał tego tonu z ust Draco. No, przynajmniej nie do teraz.
     — W sumie to twój organizm nie reagowałby po fakcie tak ostro, gdybyś tak bardzo nie starał się jej zwalczać — dodał Ślizgon.
     — Cudownie — zakpił Harry. — Czyli im lepiej mi idzie, tym bardziej jestem chory.
     — Coś w tym stylu. — Na twarzy blondyna pojawił się uśmieszek. — Tak naprawdę, radzisz sobie całkiem nieźle. Ale jeszcze nad mnóstwem rzeczy musisz popracować. Jesteś gotów? — zawahał się. — Tylko dzięki praktyce będzie ci to szło coraz sprawniej.
     Harry zdeterminowany, by w końcu nauczyć się oklumencji, odsunął na bok myśli o złym samopoczuciu i zamknąwszy oczy, zaczął powoli stawiać umysłowe bariery.
     
     ***
     Harry już od dawna nie był w tak dobrej formie. Dzięki medytacji łatwiej mu się zasypiało. Bezsenność praktycznie go opuściła, więc sypiał teraz znacznie więcej i nawet pomimo tego, że wciąż miewał koszmary, to zmęczony nieustanną burzą myśli umysł, miał w końcu szansę porządnie wypocząć.
     Osiągał też coraz bardziej satysfakcjonujące rezultaty w oklumencji; z ćwiczenia na ćwiczenie udawało mu się coraz dłużej utrzymywać bariery. Z czasem Draco zaczął dodawać więcej siły, próbując wtargnąć do jego umysłu, więc oprócz skupienia się nad coraz dłuższym utrzymaniem barier, Harry zaczął pracować równocześnie nad dodatkowym wzmocnieniem. Samo stawianie ich przychodziło mu już znacznie szybciej. Nie była jeszcze to czynność automatyczna, ale zaczynał powoli wierzyć w to, że kiedyś osiągnie ten stan. Ćwiczył nieustannie, z determinacją i uwagą, jaką wcześniej poświęcał tylko grze w Quidditcha.
     Draco praktycznie nie komentował i nie próbował wypytywać Harry'ego na temat tego, co zobaczył w jego umyśle, za co Gryfon był mu w duchu niezmiernie wdzięczny. Harry nie był pewien, co takiego powstrzymuje Draco. Mógł się założyć, że kiedyś Ślizgon szydziłby z niego okrutnie, wykorzystując w tym celu każdy, nawet najmniejszy, skrawek informacji uzyskanej w trakcie ćwiczeń.
     Jednak teraz Harry był zmuszony przyznać, że dogadywali się o wiele lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie ufał mu, ale był przekonany, że bez względu na powód, Draco najwyraźniej nie zależało na zdobyciu i ujawnieniu informacji, jakie Harry posiadał.
     Ich zwykłe kłótnie coraz częściej zastępowały koleżeńskie przekomarzanki. Wspólnie spędzany czas mijał im na lekcjach oklumencji, zabawach z Wiktorią, a także coraz częściej na zwykłych rozmowach. Zwątpienie Harry'ego w swoje zdrowe zmysły, pogłębiło się dość znacznie w chwili, w której zdał sobie sprawę, że powoli zaczyna wyczekiwać wizyt Draco.
     Pewnego dnia Harry zdecydował się ostatecznie poruszyć temat, który od dłuższego czasu nie dawał mu spokoju.
     — Przychodzisz tu praktycznie codziennie. Jak udaje ci się wydostać z domu? — spytał. Blondyn wyraźnie się spiął.
     — Mama myśli, że wychodzę do przyjaciół. Nie jest z tego zbytnio zadowolona, ale pozwala mi na to, bo tylko dzięki temu opuszczam, choć na trochę, swój pokój — odpowiedział.
     — Malfoy, kim są twoi przyjaciele? — zapytał ostrożnie Harry. Draco nie odzywał się tak długo, że Harry w końcu porzucił nadzieję, że w ogóle usłyszy odpowiedź.
     — Crabbe i Goyle byli tylko pionkami — stwierdził nagle Ślizgon. — Pansy była tylko wizerunkiem. Millicenta z kolei była przywiązana do Pansy. Wykorzystywałem ich. Nie byli moimi przyjaciółmi.
     — A co z Zabinim? — spytał niepewnie Harry, zdając sobie sprawę, że Draco jest zdenerwowany, lecz nie do końca będąc pewnym, kto lub co, było tego przyczyną. Ślizgon przymknął oczy.
     — Blaise był moim przyjacielem — szepnął po chwili.
     — Już nie jest?
     — Potter, nie chcę o tym rozmawiać — uciął Draco.
     — Dlaczego już nie jest twoim przyjacielem? — naciskał Harry. — Dlatego, że jesteś tutaj w tej chwili? Czy chodzi o coś, co wydarzyło się wcześniej?
     — Blaise nie miesza się w politykę — rzucił zezłoszczony blondyn — a ja miałem wykonać zadanie całkowicie polityczne. Odciąłem się od niego.
     Harry zamrugał, próbując pojąć to, co usłyszał.
     — Odciąłeś się od niego — powtórzył beznamiętnie.
     — Odepchnąłem go, Potter — zniecierpliwił się Ślizgon. — Był moim przyjacielem, nie chciałem, żeby się w to mieszał lub, co gorsza próbował mi przeszkodzić.
     — A próbowałby? — Słysząc to pytanie Draco trochę opanował swoje emocje.
     — Nie wiem — przyznał.
     — Tęsknisz za nim — stwierdził Potter.
     Draco nic nie mówiąc, odwrócił głowę.
     W ciągu kolejnych paru dni, Harry spędził dużo więcej czasu niż powinien, rozmyślając nad tą rozmową. Wiedział, że musi się skupić na sprawie horkruksów, zwłaszcza teraz, gdy oklumencja stawała się coraz łatwiejsza. Ale wciąż przyłapywał się na tym, że myślami wraca do dwóch Ślizgonów. Troszkę niepokoiła go ewentualność, że być może Draco chciał, by Blaise był dla niego kimś więcej niż tylko przyjacielem. Harry ze zdwojoną siłą próbował odpędzać tę myśl, zamiast tego koncentrując się na fakcie, że Draco w chwili obecnej w ogóle nie miał przyjaciół.
     Uwadze Harry'ego nie umknął też fakt, że blondyn wyglądał na szczęśliwszego, gdy przybywał do domu Dursleyów niż, gdy musiał go opuszczać. I sądził, że Wiktoria nie była jedyną przyczyną takiej reakcji. Zdawał sobie sprawę, że jest najprawdopodobniej jedynym alternatywnym towarzystwem dla Draco, oprócz jego mamy. A to straszliwie gnębiło gryfońską wrażliwość Harry'ego.
     Sam oczywiście całkowicie ignorował fakt, że oprócz Wiktorii i Mrużki — niemowlęcia i skrzatki — Draco był także praktycznie jego jedynym towarzystwem. W głębi serca zawsze miał świadomość, że ma przyjaciół, którzy w każdej chwili przyjmą go z otwartymi ramionami. A Draco nie miał nikogo takiego.
     Tak więc, kiedy któregoś piątkowego popołudnia Harry zaczął pisać listy w odpowiedzi na kolejną z sów od Hermiony, skończył na starannym ułożeniu listu również do Blaise'a Zabini'ego.
     Chwilę się wahał z jego wysłaniem, zastanawiając się, czy naprawdę ostatecznie już zgłupiał. Technicznie rzecz ujmując nawet nie był do końca pewien, po której stronie jest teraz Draco. I chyba nie miało żadnego sensu próbowanie rozwiązywania ślizgońskich układów. I niby dlaczego miałby to robić? Dlatego, że mu było żal Draco? Ponieważ z rozmowy z Blaise'em mógł się o nim czegoś więcej dowiedzieć?
     Przekonując samego siebie, że nie zaszkodzi wyciągnąć trochę więcej informacji i ewentualnie zawalczyć o kolejnego poplecznika, wysłał wszystkie listy.
     
     ***
     — Gdzie jest Snape? — spytał Harry.
     — Dlaczego pytasz? — Draco spojrzał na niego spode łba.
     — Bo chcę wiedzieć.
     — Potter, nie mogę ci powiedzieć — rzucił blondyn. — I myślę, że sam o tym bardzo dobrze wiesz i dlatego właśnie nie spytałeś mnie o to wcześniej.
     — Mieszkasz z nim — ciągnął Harry. — Albo on mieszka z tobą — poprawił się.
     — Pomaga mi i mojej matce to wszystko przetrwać — odpowiedział Draco, marszcząc czoło.
     Harry skinął głową. Sam już wcześniej doszedł to tego wniosku i wciąż całkowicie nie pojmował przyczyn, dla których Snape tak postępował.
     — Dlaczego Snape jest tak bardzo zainteresowany waszym bezpieczeństwem?
     Draco najwyraźniej zastanawiając się nad tym, czy w ogóle odpowiedzieć, odwrócił wzrok i spojrzał na dziewczynkę, którą trzymał na rękach.
     — Jest moim ojcem chrzestnym — wyznał w końcu.
     Harry zamrugał parę razy zaskoczony. Tego się całkowicie nie spodziewał, ale teraz wszystko nabierało sensu. Snape robił, co mógł, by chronić swoją rodzinę, nawet jeśli ta rodzina znajdowała się po nie tej stronie wojny.
     Z pomrukiem stwierdził, że on i Snape, oboje po Jasnej Stronie próbowali chronić ludzi znajdujących się po tej Ciemnej — tych samych zresztą. Potem do głowy wpadła mu inna myśl i spojrzał ostro na Draco.
     — Wiem, że nie zmieniłeś stron, bo chcesz chronić swoją rodzinę — stwierdził, przyglądając się uważnie Ślizgonowi — Czy to oznacza, że nie zmienisz strony przez Snape'a, bo jak się okazało, też jest jej członkiem?
     Draco westchnął ciężko i odpowiedział, pomimo tego, że wyglądał jakby naprawdę nie chciał tego robić:
     — Nie łudzę się nadzieją, że on kiedykolwiek zdecyduje się zmienić strony — stwierdził po prostu. — Myślę, że mógłbym skłonić mamę, do ukrywania się, ale wciąż pozostaje wiele aspektów, które musimy wziąć pod uwagę.
     W ten zawoalowany sposób Draco przypomniał Harry'emu, że musi mieć do wyboru jakieś opcje, a Harry tak naprawdę nie przedstawił mu żadnej realnej. Kiedy Harry uczył się oklumencji, oni wciąż tkwili w stanie zawieszenia. Nadszedł czas na zmiany.
     Draco nie wyglądał na zadowolonego z kierunku, jaki przybrała ta rozmowa i Harry postanowił porzucić temat. Jednak z odnowioną determinacją poprzysiągł sobie w duchu znaleźć jakieś rozwiązanie dla Draco, zorganizować dla niego i jego rodziny bezpieczną kryjówkę przed Voldemortem.
     A wtedy wybór będzie należał do Draco.
     
     
***

     Kiedy następnego ranka Draco pojawił się na Privet Drive, Harry był już gotów do wyjścia.
     — Jak długo możesz zostać? — spytał tylko.
     — Do lunchu, tak jak zawsze — odpowiedział znacząco. — Czemu pytasz?
     — Bo muszę pozałatwiać dzisiaj parę spraw i będę potrzebował pomocy Mrużki — wyjaśnił Harry. — Przez większość poranka będziesz sam na sam z Wiktorią. Zostaniecie tylko we dwoje. Dziś niedziela, więc nawet moi krewni są poza miastem. Dasz sobie radę?
     Draco był wyraźnie zaniepokojony i być może też trochę zawiedziony takim obrotem sprawy.
     — Gdzie się wybierasz? — spytał, lecz Harry tylko pokręcił głową.
     — Nie mogę ci powiedzieć. Mieszkam tu już ponad miesiąc, ale nie mogę tu zostać na zawsze. Po prostu muszę zacząć działać.
     Draco wyglądając na coraz bardziej zdenerwowanego i zagubionego, wbił wzrok w Wiktorię. To byłby pierwszy raz, kiedy zostanie tak naprawdę i całkowicie sam ze swoją córką. Harry starał mu się dodać trochę odwagi, pospiesznie nakazując Mrużce, by tego ranka reagowała także na wezwania Draco. Po czym samemu czując w sercu niepokój, udał się na Grimmauld Place. Nie martwił się jednak o Draco, tylko o to, co zastanie w starym domu.
     
     Harry wślizgnął się do posępnego budynku, przeklinając w myślach fakt, że to właśnie tu będzie musiał zamieszkać. Planował wezwać Mrużkę i zobaczyć, czy skrzatka będzie mogła mu pomóc w ogarnięciu tego miejsca na tyle, by mógł się tu wprowadzić z Wiktorią — i miejmy nadzieję z Draco. Ale w pierwszym rzędzie chciał sprawdzić, czy w kuchni nie czeka na niego żadna inna, dziwna wiadomość. To pomieszczenie zawsze było głównym miejscem spotkań.
     — Expelliarmus!
     Różdżka Harry'ego wyfrunęła jego z kieszeni, gdy tylko pchnął drzwi do kuchni. Zaskoczony chłopak zaczął się dziko rozglądać dokoła, aż w końcu zauważył Snape'a patrzącego na niego ze złością i z jego własną różdżką wymierzoną dokładnie w jego pierś.
     — Do jasnej cholery! — krzyknął Harry. — I po co to było?
     — Wciąż jesteś tak samo nieostrożny jak kiedyś, Potter — rzucił chłodno Snape.
     — Tak, no cóż. Tu jest bezpiecznie — wymamrotał Harry, podchodząc do stołu i opadając na jedno z zakurzonych krzeseł. Starał się zachowywać swobodnie, ale wciąż kątem oka ostrożnie mierzył Snape'a. Był boleśnie świadom faktu, że jeśli się jednak pomylił co do tego człowieka, to znalazł się właśnie w ogromnych tarapatach. Snape groźnie zmrużył oczy.
     — A niby dlaczego myślisz, że jest tu bezpiecznie?
     — Więc, z tego, co mogę wywnioskować, w tym momencie tylko pan i ja mamy możliwość przekroczenia barier chroniących ten dom — odpowiedział Harry, na co Snape prychnął.
     — I uważasz, że nic ci z mojej strony nie grozi? — zapytał, nie zaprzeczając tym samym słuszności słów Harry'ego. Chłopak wziął głęboki oddech i uniósłszy głowę, wbił spojrzenie w byłego profesora.
     — Tak, myślę — stwierdził, dumny w duchu, że udało mu się to powiedzieć tak spokojnie. Poczuł, że było warto w to włożyć tyle wysiłku, kiedy zauważył zaskoczenie, które zarysowało się na twarzy Snape'a. Oczywiście trwało to tylko ułamek sekundy, po czym mężczyzna, tak jak Harry mógł się tego spodziewać, uśmiechnął się drwiąco.
     — Kiedy ostatnio się widzieliśmy, miałeś trochę odmienne zdanie — stwierdził.
     — Oczywiście! Parę minut wcześniej zabił pan Dumbledore'a — krzyknął Harry, nie umiejąc opanować gniewu. — Co niby miałem wtedy myśleć?
     — A co sprawiło, że tak nagle zmieniłeś zdanie? — zadrwił Snape, przyglądając mu się podejrzliwie spod przymrużonych powiek.
     Harry zamknął usta, powstrzymując się od rzucenia ciętej riposty, jaka napłynęła mu na język i odwrócił się od Snape’a. To było cholernie dobre pytanie. Wciąż gnębiły go sprzeczne uczucia, ale o to się znalazł tu i najwyraźniej zamierzał zaufać temu mężczyźnie.
     Wierzył w to, co mu on nim zdradził Draco. Blondyn nie próbował przekonywać, że Snape jest dobrym facetem. Właściwie, to mówił coś całkowicie odwrotnego. Ale te informacje w połączeniu z tym, co Harry sam wiedział, same nasuwały wnioski, że Snape wciąż szpieguje dla Jasnej Strony. Ale przecież nie mógł mu tego w ten sposób wytłumaczyć. Wziął głęboki oddech.
     — Dumbledore powiedział, że można panu ufać — odparł w końcu.
     — I jak już wcześniej ustaliliśmy, to ja go zabiłem — powiedział sztywno Mistrz Eliksirów. — Najwyraźniej Dumbledore zaufał nieodpowiedniej osobie.
     Harry osłupiony obserwował mężczyznę, próbując w myślach przetrawić jego słowa.
     — Umarłby tak czy siak — odrzekł powoli. — Dumbledore prosząc o to, by pan go zabił, próbował ocalić nas wszystkich. Z całą pewnością nie błagał, by oszczędził mu pan życie. — Harry w zamyśleniu potrząsnął głową. — Wierzył w to, że pan będzie nas chronił. Myślę, że być może tak naprawdę i po raz ostatni, zwrócił się do pana o pomoc dla mnie. Sądzę także, że chciał również chronić pana i pana szpiegowski status. — Spojrzał na Snape’a. — On już umierał, ale pan mógł wciąż pomagać wygrać tę wojnę, jeśli pańska przykrywka nie zostałaby odkryta — dlatego, w tych okolicznościach, błagał, żeby pan go zabił.
     Snape przyglądał się Harry’emu ze spokojnym wyrazem twarzy, ale w jego oczach lśniło coś, czego Harry nie był w stanie rozpoznać. Chłopiec odwrócił wzrok. — Przyczyniłem się do jego śmierci w niemal w równym stopniu, co pan — oświadczył nieco drżącym głosem. — Myślę, że żaden z nas tego nie chciał, ale zrobiliśmy dokładnie to, czego od nas oczekiwał — stwierdził, a ból pobrzmiewający jeszcze przed chwilą w jego głosie, zastąpiła gorycz. — Cała ironia tkwi w tym, że pan nie znalazłby się w tamtej sytuacji, gdybyśmy z dyrektorem nie robili tamtej nocy tego, co właśnie robiliśmy.
     — Potter, nie znasz całej historii wydarzeń tamtego wieczoru — rzucił szorstkim głosem Snape.
     — Pan także — zripostował Harry. — Ale wiem wystarczająco dużo — dodał. Był świadom, że obaj unikają wspomnienia o Draco i jego udziale w wydarzeniach tamtej nocy.
     — Nic nie wiesz — zadrwił Snape.
     — Wiem, że jest pan draniem, bez względu na to, po której stronie pan się znajduje — odciął się zirytowany chłopak i drgnął zaskoczony, kiedy Snape zaśmiał się ponuro.
     — Cóż, przyznaję się do błędu. Coś jednak wiesz.
     Harry schował twarz w dłoniach i zaśmiał się, może trochę zbyt histerycznie, ale jednak. Zaskoczony zauważył, że Snape rzucił zaklęcie czyszczące na krzesło i usiadł naprzeciwko.
     — Wierzysz w to, że jesteśmy po tej samej stronie — stwierdził sucho.
     — Tak — odpowiedział Harry z rezerwą, wiedząc, że nie było to pytanie.
     — W takim razie, wiele nam to ułatwi — podsumował szorstko mężczyzna, jednak wyraz jego twarzy zdecydowanie zaprzeczał temu stwierdzeniu. — Musisz zostać moim kontaktem.
     — Co?! — zapytał z niedowierzaniem Harry.
     — Łącznikiem, Potter — zadrwił z pogardą Snape. — Będziesz przekazywał informacje Zakonowi.
     Harry wpatrywał się w niego całkowicie ogłupiały, tak długo, że w końcu Snape prychnął zniecierpliwiony.
     — Nie mogę się z nimi osobiście skontaktować, ale ty możesz przekazywać niezbędne informacje, które pozwolą wygrać tę wojnę.
     Harry nie miał problemów ze zrozumieniem słów, które były profesor właśnie do niego kierował, za to miał duże trudności z przetrawieniem rewelacji, która się za tym ukrywała. Snape naprawdę chce właśnie jemu przekazywać wiadomości o planach śmierciożerców.
     — Chyba nie myśli pan, że Zakon mi uwierzy, co?
     — Potter — rzucił chłodno Mistrz Eliksirów. — Po prostu powiesz im, że miałeś wizje. Są ludzie, którzy uwierzą ci wtedy bez zadawania zbędnych pytań.
     Harry powoli przytaknął, wciąż myśląc nad zasłyszanymi przed sekundą wiadomościami.
     — Kto wie o moich wizjach? — Był praktycznie pewien, że Snape zna odpowiedź na to pytanie, kiedy, jak na ironię, on sam nie miał na ten temat bladego pojęcia.
     — Przede wszystkim McGonagall i Lupin — stwierdził Snape sucho. — Reszta członków Zakonu jest świadoma istnienia pewnego typu połączenia, ale nie rozumieją, na czym ono polega. Dumbledore uważał, że nie ma potrzeby im wszystkiego wyjaśniać.
     — Dlaczego sam pan nie pójdzie do któregoś z nich?
     — Zabiłem ich przywódcę — warknął. — Jestem uważany za zdrajcę. Wcześniej nigdy nie cieszyłem się pełnym zaufaniem, a teraz już w żadnym wypadku mi nie uwierzą.
     — Więc pomyślał pan, że ja to zrobię? — spytał Harry zaskoczony.
     Snape przez chwilę przyglądał się mu w zamyśleniu. — Wygląda na to, że tak jest.
     Harry zamrugał wciąż zdziwiony. Temu przecież nie mógł zaprzeczyć.
     — No dobra, ale przecież z całą pewnością żyje na świecie ktoś jeszcze, kto uwierzyłby, że wciąż jest pan po Jasnej Stronie. — Chłopak spróbował z innej strony. — Dlaczego ja, a nie Lupin, czy McGonagall?
     — Ty wiesz więcej — wyjaśnił Snape tonem, jakiego miał zwyczaj używać podczas wykładów. — Wiem, że Dumbledore pokazał i powiedział ci rzeczy, o których nie wspomniał nikomu innemu. Może nie wiesz tyle, ile bym chciał, ale jestem przekonany, że zdajesz sobie sprawę, jak zakończyć tę wojnę — przyznał. Harry wpatrywał się w niego zdumiony. — Zakon nie rozumie wewnętrznych mechanizmów wojny. Sedno* tkwi w tym, że ty jesteś jedyną osobą, która może ją zakończyć.
     Harry skrzywił się słysząc, dobór słownictwa , a mężczyzna przyjrzał mu się wnikliwie. — Z całą pewnością wiesz, że jesteś „sercem” tej wojny — zadrwił. Harry przełknął ciężko ślinę.
     — Tak, wiem — wymamrotał.
     — Czyli wiesz, co musisz zrobić? — spytał go ostro Mistrz Eliksirów.
     — Wiem. Muszę jeszcze tylko wymyślić, jak do cholery, mam tego dokonać — rzucił gorzko Harry.
     — Sugeruję, żebyś się z tym pospieszył.
     — Ależ oczywiście — zgodził się z ironią chłopak, równocześnie będąc mu wdzięcznym, że nie zadaje niepotrzebnych pytań. Mistrz Eliksirów zmienił temat.
     — Ćwiczyłeś? — spytał. Harry jęknął, wiedząc, że Snape ma na myśli oklumencję. Natychmiast zamknął oczy i wzniósł bariery chroniące umysł.
     — Tak. — W ogóle nie był zaskoczony tym, że w ułamku sekundy były profesor podjął próbę ich sforsowania.
     Wciąż zaciskając mocno powieki, Harry skupił całą swoją uwagę na utrzymaniu barier. Snape odpuścił po około dwudziestu sekundach i Gryfon dopiero wtedy otworzył ostrożnie oczy.
     — Wciąż niezadowalająco — stwierdził Snape, obrzucając przy tym chłopca podejrzliwym spojrzeniem.
     — Ciągle nad tym pracuję — zdenerwował się Harry.
     Snape tylko sztywno przytaknął, po czym nagle wstał.
     — Bądź tu we wtorek o jedenastej. Niestety, na jutro mam inne plany.
     Harry westchnął, nie wiedząc, czy chce wiedzieć, jakiego rodzaju są to plany.
     — Tak, proszę pana — mruknął ponuro. Nie miał pojęcia, rozwiązać kwestię Wiktorii.
     — Proszę pana? — zapytał z nienacka, a ten uniósł pytająco brew.
     — Czy istnieje możliwość przyprowadzenia tutaj kogoś jeszcze? Czy zaklęcia ochronne na to pozwolą?
     — Dumbledore najwyraźniej przewidując, że będziemy potrzebowali jakiegoś bezpiecznego miejsca spotkań, postawił takie bariery, które pozwalają wejść do środka tylko nam dwóm — wyjaśnił sucho Snape.
     — Tego sam się domyśliłem — mruknął Harry. — Ale muszę wiedzieć, w jaki sposób mógłbym tu wprowadzić inne osoby.
     — Nie mam zamiaru użerać się z bandą twoich małych przyjaciół. — Na twarzy mężczyzny pojawiła się pogarda.
     — Bez obaw! Nie mam najmniejszego zamiaru narażać ich na użeranie się z panem! — odciął się Harry.
     Nozdrza Snape'a zadrżały i mężczyzna zmrużył oczy.
     — W takim razie, kogo chcesz tu przyprowadzić? — spytał.
     Harry odwrócił wzrok, przygryzając dolna wargę. Nie był pewien, w jaki sposób wyjaśnić istnienie Wiktorii, a nie uważał, by dobrym pomysłem było wspominanie o Draco. Przynajmniej na razie.
     — Hermiona chciała przyjrzeć się książkom zebranym w tutejszej bibliotece — odpowiedział wymijająco, nie mniej zgodnie z prawdą.
     — Potter, już ci powiedziałem — powtórzył chłodno Snape. — Nie przyprowadzisz ich tutaj. Myślałem, że chociaż raz, będziesz w stanie pojąć ryzyko swojego postępowania.
     — Rozumiem — rzucił Harry. — Świetnie, dotarło!
     — Nie możesz tutaj nikogo przyprowadzać — powtórzył Snape niskim, mrożącym krew w żyłach głosem. Harry spojrzał na niego spod przymrużonych powiek.
     — Gdybym kiedykolwiek zdecydował się na to, to upewniłbym się, do cholery, że możemy tej osobie na równi zaufać! I ja i pan!
     — Powiedz mi po prostu, kogo chcesz tu przyprowadzić? — domagał się mężczyzna. — Wiem, że myślisz o kimś konkretnym.
     Harry spojrzał na niego wyzywająco.
     — Dziecko! Niewinną, małą dziewczynkę, ofiarę tej wojny! Nie ma pojęcia, kim jestem, już nie wspominając o panu. Myślę, że jej można zaufać — dokończył z sarkazmem. Snape zamrugał zaskoczony odpowiedzią.
     — Skąd masz dziecko? I dlaczego nie jest ono pod odpowiednią opieką jakiejś kompetentnej osoby
     — To nie ma znaczenia! — odpowiedział gniewnie chłopak. — Nie chcę, by ktokolwiek się o niej dowiedział, bo mi ją odbiorą!
     — Nie możesz sobie rościć, ot tak, praw do dziecka. Jesteś zbyt wielkim ignorantem, by umiejętnie się nią zająć — zakpił Mistrz Eliksirów.
     — To nie pana interes i wcale nie prosiłem o pozwolenie! — rzucił Harry. — Chcę tylko wiedzieć, co muszę zrobić, aby mogła tu ze mną przychodzić. Tylko wtedy będzie bezpieczna.
     — Cholerni, gryfońscy idioci ratujący damy w opałach — zadrwił Snape z wyrazem obrzydzenia na twarzy.
     — Może pan to ująć i w ten sposób, skoro takie jest pańskie życzenie — odciął się Harry. Snape pochylił się ku niemu i obrzucił go wściekłym spojrzeniem.
     — Oddaj ją odpowiednim władzom, Potter. — To powiedziawszy, wyprostował się, cisnął różdżkę Harry'ego na stół i wyszedł z kuchni. Chwilę później Harry usłyszał, jak drzwi wejściowe zamykają się z cichym trzaskiem.
     Zawarczał sfrustrowany, mając równocześnie ochotę się śmiać histerycznie z ironii całej sytuacji. Gdyby tylko Snape zdawał sobie sprawę, czyją córką jest Wiktoria, zrobiłby wszystko, aby ją chronić.
     — Mrużko — zawołał znużony.
     Skrzatka zjawiła się natychmiast. Wiedział, że będzie czekała w pogotowiu na wezwanie.
     — Tak, panie Harry? — spytała, po czym dostrzegając, w jakim stanie jest pomieszczenie, pisnęła przerażona. — Panie Harry, to nie jest miejsce odpowiednie dla pana i panienki Wiktorii.
     — Wiem — westchnął chłopak. Nie podobało mu to, co musiał zrobić, bo wiedział, że doprowadzenie tego miejsca do ładu nie będzie wcale ani łatwe, ani przyjemne, ale nie miał innego wyjścia. — Mrużko, postaraj się doprowadzić kuchnię i jedną z sypialni do stanu używalności. Musisz także wygospodarować jakieś miejsce dla siebie. — Rozejrzał się po zapyziałym brudem pomieszczeniu. — Sądzę, że ogólne sprzątanie najlepiej będzie zacząć od piwnicy.
     Mrużka żywiołowo pokiwała głową.
     — Tak, panie Harry. Mrużka zacznie od razu.
     — Przykro mi, że muszę cię o to prosić.
     — Mrużka się wszystkim zajmie — odpowiedziała skrzatka stanowczo. — Czy pan Harry chce, by Mrużka zatroszczyła się także o zakupy?
     — A możesz to zrobić? — spytał Harry, marszcząc brwi. Nigdy się nad tym intensywniej nie zastanawiał. Wiedział, że skrzaty domowe przygotowują posiłki, ale nie dociekał, skąd biorą potrzebne im produkty. Mrużka przytaknęła entuzjastycznie i, ku wielkiemu zdziwieniu Harry'ego, opowiedziała mu o istnieniu sklepów wybudowanych z myślą właśnie o skrzatach domowych. Na barkach wielu z nich spoczywał obowiązek dokonywania zakupów, co bardziej przyziemnych artykułów. Kiedy Harry spytał ją o płatności, opisała mu proces, który przypominał transakcje przeprowadzane za pomocą karty kredytowej. Z jej słów zrozumiał tylko tyle, że w jakiś sposób jej magiczna sygnatura jest teraz połączona z jego własną i jeśli skrzatka dokonałaby zakupów, sklep obciążyłby jego skrytkę w Gringocie.
     Dla Harry'ego taka metoda załatwiania zakupów była dość pokrętna, ale Mrużka grzecznie zapewniła go, że wszystkie rodziny, które mają skrzata domowego tak właśnie postępują. Będąc z nim związana przysięgą, nie mogła zrobić zakupów dla nikogo innego, ani kupić czegoś niepotrzebnego.
     — No dobrze, ale jak skłonić gobliny, by rachunki były płacone ze skrytki Blacków, a nie Potterów — zastanowił się Harry.
     — Pan Harry musi im tylko o tym powiedzieć — podsunęła nieśmiało. Słysząc to Harry niemal zajęczał.
     — Cudownie — wymruczał. Wyglądało na to, że Mrużka będzie mogła zająć się większością zakupów potrzebnych do domu, lecz wpierw on będzie musiał powiadomić gobliny o tym, że Mrużka jest jego skrzatką. Zapewniła go, że załatwienie tego pójdzie szybko i nie powinno przysporzyć większych problemów, ale Harry nie bardzo w to wierzył. Jakoś nigdy nic nie szło mu szybko i bez problemów.
     Razem z Mrużką wślizgnęli się do Gringotta. Czy raczej Harry się wślizgnął, a Mrużka pojawiła się z trzaskiem u jego boku, gdy tylko znalazł się za drzwiami wejściowymi. Był wdzięczny niebiosom, że tym razem w banku nie było tych okropnie długich kolejek, na jakie natknął się w zeszłym roku.
     Mile się zdziwił, gdy wszystko poszło rzeczywiście tak gładko i sprawnie, jak zapewniała go wcześniej skrzatka. Trochę papierków do podpisania, parę rund weryfikacji ich magicznych sygnatur i załatwione. Tym bardziej był rad, że najwyraźniej nikt ich nie rozpoznał. Po wszystkim odesłał Mrużkę na Grimmauld Place, a sam aportował się na Privet Drive.
     
     ---------------------------------
     * Sedno (ang. Crux) gra słów nawiązująca do horkruksów.
     
     
     Koniec rozdziału piątego.
Ostatnio edytowano 12 gru 2010, o 12:53 przez formica, łącznie edytowano 2 razy
No light, no light in your bright blue eyes
I never knew daylight could be so violent
A revelation in the light of day
You can choose what stays and what fades away...
formica Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 884
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 15:03

Postprzez formica » 30 paź 2010, o 18:33

     Aev serdecznie dziękuję za betę!
     
     
Rozdział szósty

     
     We wtorek rano Harry ponownie musiał się aportować na Grimmauld Place. Tym razem pozostawiał Wiktorię nie tylko pod opieką Draco, ale także Mrużki. Nieźle rozbawił go wyraz ulgi, jaki pojawił się na twarzy Ślizgona, gdy ten dowiedział się, że tym razem będzie mógł liczyć na pomoc skrzatki. Ostatnio Draco poradził sobie całkiem nieźle, ale opieka nad małą nie przychodziła mu tak naturalnie i bezproblemowo jak Harry’emu.
     Harry nie był całkiem przekonany czy Snape będzie już na niego czekał, więc zjawił się na miejscu trochę wcześniej. Zdziwił się, gdy nie zastał nikogo w domu, ale w całkowite osłupienie wprowadził go dopiero obraz, jaki przedstawiała sobą sama kuchnia. Oniemiały zaczął się rozglądać po błyszczącym nieskazitelną czystością pomieszczeniu, które jeszcze dwa dni temu pokrywała warstwa brudu, dorównująca warstwom zalegającym na śmietniskach. Odmiana była wręcz zapierająca dech w piersiach.
     Wiedziony ciekawością zajrzał do szafek. Także w środku wszystko było wypucowane i uporządkowane. Po chwili myśląc już nieco pozytywniej o przeprowadzce do tego domu, zajął się przygotowaniem herbaty. W sercu czuł dziwną dumę — dziwną zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę, że nie przyłożył się nawet palcem do tego, by doprowadzić tę kuchnię do porządku.
     Gdy nalewał herbaty do kubka, usłyszał jak otwierają się drzwi wejściowe. Po chwili do kuchni wszedł Snape.
     — Potter — rzucił, zatrzymując się w pół kroku — jakim niebywałym cudem to pomieszczenie osiągnęło ten poziom czystości?
     Harry obrzucił go obojętnym spojrzeniem.
     — Herbaty? — spytał.
     Snape westchnął ciężko, rozejrzał się jeszcze raz po pomieszczeniu i, ku wielkiemu zaskoczeniu Harry’ego, przystał na jego propozycję z wdzięcznością malującą się na twarzy i zajął miejsce przy stole. W międzyczasie Harry nalał naparu do drugiego kubka i postawił go na blacie przed Mistrzem Eliksirów, razem z cukierniczką, mleczkiem i łyżeczkami.
     Usiadł naprzeciwko mężczyzny i obserwował jak ten starannie słodził swoją herbatę, zanim pociągnął pierwszy łyk.
     — Potter — Snape przerwał ciszę, odzywając się znużonym głosem. — Czy byłbyś łaskaw mi wyjaśnić, jak tego dokonałeś?
     Harry zauważył, że były profesor wygląda na człowieka wyjątkowo zmęczonego i niemającego zbyt dużo energii na czcze pogaduszki. Przypominał mu Draco, w dniu, w którym po raz pierwszy Ślizgon pojawił się u Dursleyów. Harry poczuł ukłucie zmartwienia na myśl o nich obu.
     — Ja, hmm, tak jakby zatrudniłem skrzata domowego — przyznał.
     — Jeszcze jednego, poza Stworkiem? — zapytał Snape. Harry skrzywił się z obrzydzeniem na sam dźwięk tego imienia.
     — Tak. Stworek najprawdopodobniej od dnia śmierci matki Syriusza, nie ruszył palcem, by cokolwiek w tym domu posprzątać. Teraz mam takiego, który, jak widać, jest o wiele bardziej pomocny.
     — W tym domu nie może przebywać żaden niezwiązany przysięgą skrzat, Potter — upomniał go ostro Mistrz Eliksirów.
     — Też na to wpadłem — odparł Harry, całkowicie ignorując ton Snape’a — dlatego go zaprzysiężyłem.
     Snape zmierzył go badawczym spojrzeniem.
     — Proszę, powiedz mi, że to nie Zgredek.
     — Merlinie, nie! — wypalił Harry. — Tego bym nie wytrzymał. — Mógł przysiąc, że usta mężczyzny zadrżały od powstrzymywanego uśmiechu.
     — Więc, co to za skrzat?
     Harry spojrzał na niego z rezerwą.
     — Mrużka — przyznał cicho.
     — Ach — westchnął ze zrozumieniem Mistrz Eliksirów. — Zaimponowałeś mi, Potter. To najprawdopodobniej najtrafniejszy wybór, szczególnie, dlatego że znasz jej przeszłość.
     — Nie o jej lojalność mi chodziło — odparł cierpko Harry. — Zwłaszcza, gdy już została ze mną związana.
     — Istotnie — stwierdził Snape, po czym pociągnął łyk herbaty.
     Dla Harry’ego cała ta rozmowa była całkowicie surrealistyczna, tym bardziej po tej wrogości, którą odczuł podczas ostatniego spotkania. Muszę mu chyba częściej proponować herbatę, stwierdził w myślach.
     — Czy zbyt aroganckim byłoby przypuszczenie, że tak nagłe nabycie kolejnego skrzata, ma coś wspólnego z dzieckiem, o którym ostatnio wspomniałeś? — Mistrz Eliksirów spytał bez ogródek.
     Harry zesztywniał. Nie chciał się znowu kłócić o Wiktorię.
     — Potrzebuję pomocy. Nie mogę równocześnie opiekować się dzieckiem i walczyć — wyjaśnił, starając się nie brzmieć zbyt niepewnie.
     Snape przeszył go tak uważnym spojrzeniem, że Harry miał chęć uciec, jednak ograniczył się tylko do spuszczenia wzroku.
     — Czy to nieślubne dziecko, Potter? — zapytał mężczyzna.
     — Tak — odpowiedział chłopak zgodnie z prawdą. W końcu Wiktoria była nieślubnym dzieckiem tylko, że nie jego. — Dowiedziałem się o niej dopiero na początku lata, jak wróciłem do Dursleyów. Jej mama była przerażona tym, co się działo wokoło. Gdy zginęła razem z resztą swojej rodziny w jednym z ataków, zaopiekowałem się małą — wyjaśnił cicho. — Tylko na mnie może teraz polegać.
     — Mniemam, że twoi przyjaciele nic o tym nie wiedzą — stwierdził Snape, a Harry zdał sobie sprawę, że to nie było pytanie, więc tylko potrząsnął głową. Jego przyjaciele nie wiedzieli i Harry był pewien, że gdyby się dowiedzieli, to Ron prawdopodobnie zabiłby go na miejscu za pomoc udzielaną Draco, a Hermiona miałaby nieziemskie pretensje dotyczące zaprzysiężenia Mrużki. Więc już pomijając wszelkie kwestie bezpieczeństwa, stwierdził, że mądrzej nie będzie ich informować o tym przez jakiś czas.
     — Weasleyowie myślą, że zaraz po moich urodzinach przeniosę się do nich, ale ja mam nadzieję, że do tego czasu zamiast do Nory, będę mógł się przeprowadzić tutaj. Jeśli Mrużka potrafiła zrobić coś takiego w ciągu kilku dni — wskazał gestem błyszczącą kuchnię — to na pewno w ciągu paru kolejnych tygodni jest w stanie doprowadzić resztę dom do stanu względnej używalności.
     — Będzie o wiele wygodniej, jeśli zamieszkasz tutaj — zgodził się z nim Snape. — Wracając do planów na teraz — dziś popracujemy nad twoją oklumencją. A później, gdy Mrużka uporządkuje jeden z pokoi, zajmiemy się praktycznymi ćwiczeniami z obrony.
     Harry spojrzał na niego zaskoczony.
     — Będzie mnie pan trenował? — spytał.
     — Potter, zginąłbyś tamtej nocy na błoniach, gdyby na moim miejscu znalazł się ktokolwiek inny — odparł były profesor. I po raz pierwszy nie powiedział tego potępieńczo—oskarżającym tonem, lecz po prostu sucho stwierdził fakt. Harry poruszył się nerwowo na swoim krześle.
     — Sam już do tego doszedłem — przyznał. — I to był jeden z faktów, dzięki którym zrozumiałem, po której stronie tak naprawdę pan jest, mimo że trochę to trwało zanim ochłonąłem i przemyślałem sprawę ponownie. — Spojrzał na Snape’a z niepokojem. — Chcę, żeby mnie pan trenował. Po prostu nie spodziewałem się, że będzie pan do tego skory. Przez parę ostatnich tygodni nieustannie pracowałem nad oklumencją i jestem pewien, że mogę się jeszcze więcej nauczyć. I chcę spróbować swoich sił.
     Nie zdziwiło go wcale to, że Mistrz Eliksirów w ułamku sekundy wyciągnął różdżkę i rzucił Legilimens. Harry nie był na to przygotowany, ale mimo to zdołał ustawić bariery ochronne na tyle szybko, żeby Snape nie zdołał się przez nie przebić. W ciągu ostatnich dni Draco zaczął rzucać zaklęcie znienacka i Harry prawdę mówiąc już całkiem nieźle sobie radził w odpieraniu niezapowiedzianych ataków. Snape zakończył zaklęcie i zaskoczony uniósł brew.
     — Istotnie — stwierdził. — Być może jesteś gotów, by nauczyć się więcej.
     — Jestem gotowy do ciężkiej pracy — oświadczył cicho Harry. — Muszę ćwiczyć, by umieć lepiej walczyć i muszę równocześnie się skupić na zadaniu, które powierzył mi Dumbledore. Potrzebuję pana pomocy i wiem, że nie będę mógł na nią liczyć, dopóki nie nauczę się chronić swoich myśli.
     — Czekają nas trudne chwile — ostrzegł go Snape.
     — Wiem — przytaknął Harry, unosząc wysoko podbródek. — Ale zrobię wszystko, co tylko będę musiał — dokończył z determinacją.
     — Nie bądź zbyt pewny siebie — podsumował szorstko Mistrz Eliksirów.
     — Nie jestem — sprzeciwił się Harry, po czym przechylił głowę i spojrzał na Snape’a z ciekawością. — Dlaczego jest pan dzisiaj taki… spokojny? — spytał speszony. Prawie mu się wyrwało „miły”, a to chyba nie byłoby zbyt odpowiednie określenie.
     — To nie twój interes, Potter — odpowiedział sucho Snape. Harry obserwował go uważnie.
     — Wygląda pan, jakby nie spał przez całą noc — stwierdził.
     — Często nie przesypiam całych nocy, ale tak, ta była zdecydowanie gorsza od innych — odpowiedział spokojnie Snape.
     — I jak sądzę, nie powie mi pan, co właściwie robił — stwierdził gorzko chłopak. Jak na ironię, Harry już wcześniej dowiedział się o ataku, w którym Snape najprawdopodobniej uczestniczył i wiedział, że były profesor został zobowiązany do uwarzenia większej ilości eliksirów. Strasznie irytował go fakt, że Snape nie chciał mu sam tego wszystkiego powiedzieć.
     — Kiedy będę w posiadaniu istotnych dla ciebie informacji, przekaże ci je. W związku z wydarzeniami ostatniego wieczoru nie musisz niczego wiedzieć — odparł Mistrz Eliksirów. — Potter, nie uda ci się wszystkich uratować. Czarny Pan rzadko mówi coś swoim ludziom, przed planowanym atakiem. Ja też muszę dbać o swoją pozycję.
     Harry westchnął ciężko i bezwiednie zaczął masować skroń. Draco powiedział mu wcześniej to samo, jednak zaczął przynosić ze sobą Proroka Codziennego i przekazywać Harry’emu każdą, nawet najdrobniejszą informację, jaką mógł mu powiedzieć i której nie można było wyczytać w gazecie. Nie były one może zbyt przydatne, ale liczył się gest.
     — Dobrze, więc w jaki sposób ma pan zamiar mnie o powiadomić, kiedy uzna pan, że powinienem o czymś wiedzieć — zapytał.
     — Na razie wykorzystamy do tego celu twojego skrzata — odpowiedział Snape.
     Harry wezwał Mrużkę i wydał jej odpowiednie instrukcje, a potem poszli obejrzeć resztę domu. Gdy Snape wyjaśnił jej jak powinna przygotować jeden z pokoi, by mógł on posłużyć za salę treningową, skrzatka od razu zajęła się pracą, a Harry został poddany kolejnemu, intensywniejszemu sprawdzianowi oklumencji.
     Był z siebie bardzo dumny, bo poszło mu całkiem nieźle, ale po wszystkim czuł się naprawdę strasznie. Już utrzymywanie samego Draco z dala od swoich myśli było dla Harry’ego wystarczająco trudne, a w przypadku Snape’a wymagało to podwójnego wysiłku. W końcu Mistrz Eliksirów odesłał go do domu, przykazując, by wrócił na Grimmauld Place następnego popołudnia. Harry szybko skorzystał z polecenia, w obawie, że Snape się jeszcze rozmyśli i zechce go dalej torturować.
     
     ***
     
     — Znowu wychodzisz? — spytał Draco z irytacją.
     — Muszę coś załatwić — odpowiedział Harry, zakładając w zamyśleniu buty. Duchem był już obecny w miejscu, do którego się właśnie wybierał.
     — Czy teraz cały czas będziesz tak znikał?
     — Najprawdopodobniej — odparł i spojrzał na Draco, zastawiając się, z czego wynika jego zdenerwowanie.
     — I co, wybywasz, żeby zobaczyć się z Szlamą i Wiewiórem? — rzucił złośliwie Ślizgon.
     Właściwie to nie, odparł w myślach Harry. Szedł na spotkanie z przyjacielem, ale nie ze swoim. W poniedziałek otrzymał sowę od Blaise’a, który zgodził się na spotkanie dwa dni później i Harry sam już nie wiedział, który to już raz zwątpił w swój zdrowy rozsądek.
     — Nie nazywaj ich tak — upomniał go sucho.
     Draco zmarszczył brwi, a Harry poczuł satysfakcję, że zareagował w nieprzewidywalny dla niego sposób. Podejrzewał, że Draco poczuł się opuszczony. A nawet, jeśli nie stąd wynikało rozdrażnienie Ślizgona, Harry musiał przyznać, że on sam tak to odczuwał. Już zdążył przywyknąć do tych porannych spotkań.
     — Nie widziałem się z moimi przyjaciółmi odkąd wyjechaliśmy z Hogwartu — wyjaśnił Harry. — Niedługo będę musiał się z nimi spotkać, ale jakoś do tej pory byłem zajęty próbami załatwienia czegoś dla ciebie i Wiktorii — wytknął, spoglądając na niego znacząco. Draco wciąż marszcząc brwi, skrzywił się, słysząc ostatnie zdanie.
     — Czy… czyli próbujesz zorganizować dla nas jakieś bezpieczne miejsce? — spytał po chwili wahania, na co Harry przytaknął.
     — Między innymi — potwierdził. Co prawda nie zajmował się tym w chwili obecnej, ale w końcu sprawa Grimmauld Place też ruszyła do przodu. — Mam nadzieję, że ta kwestia rozwiąże się do końca tego miesiąca — dodał. Był przekonany, że dom będzie gotowy i jeśli wszystko pójdzie po jego myśli, to do tego czasu także uda mu się rozstrzygnąć problem związany z osobą Snape’a — w jedną lub drugą stronę.
     Draco wyraźnie się uspokoił i więcej nie naciskał. Harry pocałował Wiktorię w czoło, zapewniając ją, że wróci niebawem i obdarzywszy Ślizgona ostatnim spojrzeniem, wyszedł z pokoju.
     Sam był daleki od stoickiego spokoju, gdy aportował się na ulice Pokątną. Wślizgnął się do Dziurawego Kotła, starając się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi i niemal od razu zauważył Blaise’a. Z ulgą stwierdził, że chłopak jest sam.
     Niestety, Tom także natychmiast zauważył Harry’ego i z uśmiechem na twarzy, wykrzyknął:
     — Harry! Jak miło cię widzieć! Co podać?
     — Dziś nic, Tom — Harry pokręcił głową. — Tylko przechodzę. Mam po mugolskiej stronie parę spraw do załatwienia.
     — Uważaj na siebie — ostrzegł go barman. — W dzisiejszych czasach nigdzie nie jest bezpiecznie.
     — Będę pamiętał — zapewnił go Harry i wyszedł drugimi drzwiami. Ruszył żwawo przed siebie, chcąc jak najszybciej oddalić się od Dziurawego Kotła. Po chwili dotarł do małego skweru, na którym się umówił z Blaise’em i oparłszy się o ławkę, czekał na Ślizgona.
     Chłopak przybył minutę później i od niechcenia oparł się o najbliższe drzewo. Dla niewtajemniczonego obserwatora wyglądali na dwóch kumpli, którzy spotkali się, żeby pogadać. Jednak w rzeczywistości żaden z nich nie był tak rozluźniony, na jakiego wyglądał.
     — Zabini — przywitał się spokojnie Harry, bacznie obserwując drugiego chłopaka.
     — Czego chcesz, Potter? — zapytał Blaise prosto z mostu. Harry także wolał nie owijać w bawełnę.
     — Chcę wiedzieć, czy ty i twoja rodzina naprawdę staracie się zachować neutralność.
     Przez twarz Blaise’a przemknęło ledwo widoczne zaskoczenie.
     — Dlaczego myślisz, że jesteśmy neutralni? — zdziwił się, a Harry wzruszył tylko ramionami.
     — Wiem, że ani ty, ani twoja mama nie nosicie Znaku, ale z drugiej strony, żadne z was aktywnie nie opowiedziało się po mojej stronie — odparł.
     — A niby skąd masz pewność, że nie mamy Znaku? — dopytywał się Ślizgon, marszcząc brwi.
     — Spytałem Voldemorta na ostatnim spotkaniu przy herbatce — zakpił Harry. Zabini skrzywił się, słysząc wypowiedziane przez Harry’ego imię i spojrzał na niego zdenerwowany.
     — Nie jesteś w bardziej przyjaznych stosunkach z Czarnym Panem niż ja, Potter.
     — Dlaczego nazywasz go Czarnym Panem? — spytał Harry, chwytając go za słówka. Fakt, że przyznał, że nie jest w przyjaznych stosunkach z Voldemortem nic nie znaczył, skoro Voldemort tak naprawdę z nikim nie utrzymywał przyjaznych stosunków.
     — Bo, tak się złożyło, że cenię sobie swoje życie — zadrwił Blaise. — Tak, ja i moja mama staramy się zachować neutralność, ale wiem, że on chce mnie zwerbować, gdy tylko zakończę naukę — wyjaśnił i po chwili ponownie zmarszczył brwi. — A jeśli Hogwart nie zostanie otwarty na początku września… — uciął.
     — To najprawdopodobniej Voldemort zechce cię naznaczyć już niebawem — dokończył sucho Harry, a Blaise tylko kiwnął głową. Gryfon bacznie mu się przyjrzał.
     — I dlatego właśnie zgodziłeś się ze mną spotkać, prawda? — To było bardziej stwierdzenie, niż pytanie. Zaryzykował wysyłaniem listu do Blaise i kompletnie zaskoczyło go to, że otrzymał odpowiedź.
     — Jeśli coś się wkrótce nie zmieni, jestem skończony — wyznał szczerze Blaise — Mogę sobie twierdzić, że jestem neutralny, ale to mało praktyczne.
     — Utknąłeś pomiędzy mną a Voldemortem — Harry zachichotał ponuro. — Marny wybór dla kogoś takiego jak ty, ale skoro masz wybierać, możesz równie dobrze wybrać tego, który od razu cię nie zabije? — ciągnął. — Sam widziałeś, co się stało z Malfoyem zeszłego lata i naprawdę nie chciałbym, żeby coś podobnego przytrafiło się tobie.
     Blaise zmrużył oczy.
     — Potter, wyjaśnij mi, dlaczego właściwie się ze mną skontaktowałeś? — spytał. — Najwyraźniej jesteś świadom moich ograniczonych możliwości wyboru, ale sądziłem, że raczej będziesz mnie uważał za swojego wroga.
     Harry ostentacyjnie schował różdżkę do kieszeni, po czym przeczesał dłonią włosy, intensywnie zastanawiając się nad odpowiedzią. Nie mógł przecież Blaise’owi powiedzieć o tym, że utrzymuje kontakt z Draco. Żadnemu z Ślizgonów nie ufał na tyle. A poza tym, co innego ryzykować swoim życiem, a co innego narażać czyjeś, ujawniając jego sekrety.
     — Nigdy nic do ciebie nie miałem — odpowiedział powoli, spoglądając kątem oka na Blaise’a — i miałem wrażenie, że ty do mnie też nie.
     Blaise wciąż milczał, ale Harry wiedział, że słucha go z uwagą.
     — Potrzebuję każdego sojusznika, jakiego uda mi się zdobyć— dokończył Gryfon, na co Blaise uniósł brwi.
     — I naprawdę szukasz pomocy u mnie? U Ślizgona? — spytał.
     — Cóż, a niby do kogo innego miałbym się zwrócić? — zirytował się Harry. — Myślisz, że zamiast ciebie powinienem poprosić o pomoc Malfoya? — zadrwił, na co Blaise zmrużył oczy.
     — Więc o to ci chodzi? — spytał. — Próbujesz wyciągnąć ze mnie coś na temat Draco?
     — Wiem o nim wszystko, co powinienem — prychnął Harry, pocierając skronie i prawdę mówiąc był bliższy prawdy, niż Blaise mógł się spodziewać.
     — Nic o nim nie wiesz — rzucił Blaise.
     — Czy ty naprawdę próbujesz go bronić po tym, co zrobił? — Harry obrzucił Ślizgona gniewnym spojrzeniem. Nie mógł w to uwierzyć, w to, co się właśnie dzieje. Stał tam i udawał wściekłość i oburzenie, które jeszcze nie tak dawno były całkowicie prawdziwe.
     — To nie on — zdenerwowany Blaise starał się bronić przyjaciela.
     — Nienawidzę gnojka. Wpuścił śmierciożerców do Hogwartu i próbował zabić Dumbledore’a — odparł zimno Harry. — I nie próbuj mi nawet wmawiać, że był pod wpływem Imperiusa.
     — Nie robię tego — rzucił Ślizgon. — Cholera, Potter! Wiem, że Draco nawalił, ale on po prostu uwikłał się w coś, co go przerosło. Tak naprawdę nie chciał zrobić żadnej z tych rzeczy.
     — Ale jednak zrobił — stwierdził Harry. — Ty to wiesz i ja też.
     — Kuźwa, wszyscy o tym wiedzą — burknął pod nosem Blaise.
     — Jest twoim przyjacielem, prawda? — spytał Gryfon. Jego rozmówca odwrócił głowę i rozejrzał się po parku.
     — Nie widziałem go, Potter, jeśli o to pytasz.
     — A gdybyś widział, powiedziałbyś mi o tym?
     Blaise spojrzał na niego kątem oka.
     — Najprawdopodobniej nie — przyznał. — Zgodziłem się na spotkanie, bo byłoby całkowitym głupstwem z mojej strony, pozwolić przejść koło nosa możliwości zapewnienia sobie ochrony. Jednak nie znaczy to, że zechcę sprzedać moich przyjaciół, by ją zdobyć.
     — A dlaczego uważasz, że ja mogę coś dla ciebie zrobić? — spytał Harry, marszcząc brwi. Dlaczego nie pójdziesz do… — urwał. Nie miał bladego pojęcia, do kogo innego Blaise mógłby się zwrócić o pomoc i ją otrzymać.
     — Właśnie dotarło do ciebie, że nie mam nikogo innego, prawda? — zadrwił Blaise. — Ministerstwo jest bezużyteczne, jeśli tam się zgłoszę po ochronę, najprawdopodobniej mnie zamkną. Żaden z profesorów raczej nie zechce mi zaufać, po tym, co zrobił Draco. I jakkolwiek by to smutne nie było, to ty jesteś przywódcą Jasnej Strony. Miałeś całkowitą rację, gdy stwierdziłeś, że utknąłem pomiędzy tobą a Czarnym Panem — dokończył gorzko.
     — Czy Voldemort spróbował cię już zrekrutować? — zapytał Harry, na co Blaise skrzywił się nieco i pokręcił głową.
     — Jeszcze nie — odpowiedział — ale jestem pewien, że zrobi to pod koniec lata. — Wbił poważne spojrzenie w Gryfona. — Nie jestem mordercą i nie mam zamiaru się nim stać.
     Harry zaczął masować skronie, próbując odpędzić narastający powoli ból. Spotkanie z Blaise’em skomplikowało sprawy bardziej, niż przypuszczał. Zdobył informacje, po które przyszedł. Dowiedział się, po której stronie opowiada się Ślizgon, i że wciąż jest lojalny wobec Draco, mimo że całkowicie nie popierał tego, co zrobił jego przyjaciel.
     Jednak nie spodziewał się w ogóle, że Blaise zwróci się do niego o pomoc i nie bardzo wiedział, co ma z tym fantem zrobić.
     — Pewnie w podobnej znajdują się także inni Ślizgoni — wymamrotał pod nosem.
     — Niektórzy — przyznał Blaise. — Jednak niewielu z naszego roku. Większość została wciągnięta przez swoje rodziny i wierzą w to badziewie, które im wmawia Czarny Pan. Wielu moich tak zwanych przyjaciół, w ogóle nie dostrzegało tego, co działo się z Draco w zeszłym roku, ale ja widziałem. I nie chcę być częścią czegoś takiego.
     — A co z Parkinson? — rzucił Harry. — Próbujesz mi wmówić, że niczego nie zauważyła, mimo że wręcz nieustannie wisiała na Malfoyu?
     — Pansy jest ślepą, niczego nieświadomą suką — stwierdził Blaise ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy. — Powinieneś się cieszyć, że nigdy się co do niej nie myliłeś.
     — I co do Malfoya także — odrzekł Harry, mrużąc gniewnie oczy i podtrzymując wizerunek wściekłego Gryfona. Jednak jego myśli krążyły raczej wokół tej zdziry Pansy niż wokół Draco. Dobrze było wiedzieć, że wciąż istnieją jacyś Ślizgoni, których można nienawidzić do woli.
     — Co do Draco nie dojdziemy do porozumienia — uciął sucho Blaise.
     Harry jednak wiedział, że w rzeczywistości całkowicie się zgadzają. Blaise tęsknił za swoim przyjacielem tak samo, jak Draco tęsknił za Blaise’em. Harry przez chwilę próbował sobie wyobrazić, jakby się czuł, gdyby nagle znalazł się po przeciwnej stronie niż Ron. Nie, żeby kiedykolwiek mogłoby się stać coś takiego, ale gdyby jednak to się wydarzyło, to zdecydowanie wprawiłoby go to w kiepski nastrój.
     Nie był nawet w połowie tak zachwycony, jak przypuszczał, że powinien być, tym że istniała szansa na odnowienie przyjaźni między Draco a Blaise’em, jednak patrząc na całość, żaden z nich nie chciał zostać śmierciożercą, a to było już coś pozytywnego i na tym starał się skupić całą swoją uwagę.
     — Nie jestem pewien, co mogę dla ciebie zrobić — odpowiedział wolno, próbując obmyślić jakiś plan. — Rozumiem, że w tej chwili nie jesteś w jakimś większym niebezpieczeństwie. Czy jak Voldemort postanowi cię wezwać, zgodzisz na ukrycie? — Blaise krzywiąc się nieco, pokiwał głową.
     — Miejmy nadzieję, że nawet do tego nie dojdzie — oświadczył ponuro Harry. — Zamierzam go pokonać tak szybko, jak tylko będzie to możliwe. Jednak przydadzą mi się informacje — otaksował Blaise’a wzrokiem. — Zgodzisz się przekazywać wszystko, czego się dowiesz?
     — Niewiele wiem, Potter. Jakby nie było, w tej chwili, zachowuję neutralność, więc ludzie praktycznie nic mi nie mówią — zirytował się Blaise.
     — Sądzę, że wiesz więcej, niż twierdzisz — zadrwił Harry — ale niech będzie po twojemu. Oto układ: przekażesz mi to, co możesz albo uznasz za stosowne. W szczególności zależy mi na nazwiskach tych, którzy są w podobnej sytuacji co ty. I bezzwłocznie powiadomisz mnie, gdy tylko Voldemort się z tobą skontaktuje. Przygotuj się na ewentualne ukrywanie się przez dłuższy czas, gdyby jednak zaszła taka potrzeba, a ja przygotuję odpowiednie miejsce na wszelki wypadek.
     Blaise z niechęcią skinął głową i poinformował Harry’ego, że niebawem wyśle mu sowę. Niedługo później się rozdzielili i Harry pogrążony w myślach na temat Ślizgonów i ich lojalności, udał się na Grimmauld Place, gdzie czekał go kolejny trening ze Snape’em.
     
     * * *
     
     — Skup się, Potter!
     — Przecież to robię! — warknął Harry, chyba już z dziesiąty raz w ciągu ostatnich dwudziestu minut podnosząc się z podłogi. Żałował, że Mrużka nie wyścieliła podłogi o wiele grubszymi matami. Znajdowali się w dużym salonie, który Snape otoczył odpowiednimi zaklęciami zabezpieczającymi, aby bez obaw mógł posłużyć za salę treningową czarodziejskich pojedynków. Harry zdążył już znienawidzić to pomieszczenie z całego serca.
     Snape przerobił z nim wszystkie zaklęcia obronne, które ponoć powinien opanować już wcześniej, w ciągu sześciu lat hogwarckiej nauki. Fakt faktem, w rzeczywistości, tylko Remus i Snape nauczyli ich czegokolwiek użytecznego, no może fałszywy Moody też trochę. Snape już w ciągu ostatniego roku zmuszał ich do ciężkiej pracy, nie mniej jednak miał wtedy do czynienia z całą klasą, a teraz jego uwaga skupiała się tylko i wyłącznie na Harrym i żaden z nich z takiego obrotu sprawy nie był zadowolony.
     — Potter, jak możesz się spodziewać, że pokonasz Czarnego Pana, skoro nie potrafisz zablokować nawet podstawowych zaklęć? — prychnął Mistrz Eliksirów.
     — Podstawowych?! — oburzył się Harry. — Potrafię obronić się przed podstawowymi zaklęciami. Po prostu nie mam zielonego pojęcia, czym pan we mnie rzuca, już pomijając to, jak się przed tym bronić.
     — Twoje umiejętności z zakresu obrony są do niczego — stwierdził pogardliwie Snape.
     — Pan był moim ostatnim nauczycielem obrony — odpyskował Harry. Mistrz Eliksirów zmrużył niebezpiecznie oczy i Harry przeklął w duchu swój niewyparzony język.
     — Ewidentnie brakuje ci wiedzy z zakresu pierwszych pięciu lat twojej nauki — oświadczył chłodno. — Dlatego cofniemy się i zaczniemy od początku.
     Nim nadszedł piątkowy wieczór, Harry był całkowicie przekonany, że Snape przerobił z nim każde, najmniejsze zaklęcie z zakresu poprzednich pięciu lat, o którym kiedykolwiek, w jakimkolwiek podręczniku pojawiła się choćby najmniejsza wzmianka. Jeśli nie nauczył się go wcześniej, teraz szybko i skutecznie zostało mu wbite do głowy. Był niezmiernie wdzięczny niebiosom, że nauka praktyczna obrony przychodziła mu z łatwością.
     Mimo wszystko, wieczorem Harry z ulgą zanurzył swoje poobijane ciało w wannie pełnej ciepłej wody. Dom miał na wyłączność, bo Dursleyowie wyjechali na jeden ze swoich weekendowych wypadów poza miasto, gdy tylko wuj Vernon przyszedł z pracy. Niestety w niedzielę mieli wrócić nieco wcześniej, lecz w tej chwili Harry postanowił się tym nie przejmować.
     Wcale nie wyczekiwał też z radością kolejnego spotkania ze Snape’em, które czekało go z samego rana. Wmawiał sobie, że ta niechęć nie ma nic wspólnego z tym, że brakowało mu tych paru godzin spędzanych codziennie rano z Draco. Prawdopodobnie nie zobaczy Ślizgona ponownie, aż do poniedziałku. Dzisiaj, dzięki Snape’owi, także się z nim minął. Zostawił mu wiadomość, ale zdawał sobie sprawę, że pewnie Ślizgon nie myśli o nim najmilej ostatnimi czasy.
     Zrezygnowany położył się tego wieczoru wcześniej, a kolejny dzień spędził na powtarzaniu każdego zaklęcia z obrony, jakiego się nauczył lub przynajmniej miał się nauczyć do tej pory.
     
     * * *
     
     W niedzielę rano wszystko się pogorszyło. Snape czekał na niego w kuchni, jak zwykle, ale zamiast skierować go do sali treningowej, kazał mu usiąść przy kuchennym stole tonem niewyrażającym sprzeciwu.
     — Czarny Pan ponownie wezwał swoich popleczników — oświadczył. — Wielu z nas otrzymało konkretne zadania. — To przykuło całkowicie uwagę Harry’ego.
     — Jakie wyznaczył zadanie panu i Malfoyowi? — rzucił, a Snape spojrzał na niego ostro.
     — Malfoy nie jest twoim zmartwieniem, Potter. — Harry zganił się w myślach własną głupotę.
     — Ostatnim zadaniem Malfoya było zabicie Dumbledore’a, proszę mi wybaczyć, że martwię się o własne życie — rzucił z sarkazmem, próbując jakoś wybrnąć ze swojej wpadki. Harry nie chciał poddawać dokładniejszej analizie mieszaniny uczuć, jaka się kłębiła w jego sercu i odetchnął z ulgą, gdy Snape wydawał się kupić jego słowa.
     — Czarny Pan w chwili obecnej nie jest świadomy miejsca twojego pobytu — prychnął Mistrz Eliksirów. — Stąd też sądzę, że ze strony Malfoya, jak na razie, nic ci nie zagraża.
     Harry miał ochotę zaśmiać się histerycznie, biorąc pod uwagę, że ten sam Malfoy od paru tygodni wywraca jego życie do góry nogami.
     — Potter — warknął zniecierpliwiony Snape. — Zemsta na Malfoyu nie powinna być twoim priorytetem.
     — Dlaczego nie? — spytał Harry, świadom, że wkracza na grząski grunt. — To drań i śmierciożerca, dokładnie tak, jak podejrzewałem od samego początku. Zranił wielu ludzi i najwyraźniej jest zagrożeniem dla nas wszystkich!
     — Dla ciebie jest o wiele mniejszym niebezpieczeństwem, niż Czarny Pan — krzyknął z wściekłością Snape. — Przestań zaprzątać sobie głowę Malfoyem i skup się wreszcie na prawdziwym problemie.
     — Och, czyżby biedny mały Malfoyek nie otrzymał wczoraj żadnego, arcyważnego zadania od Voldemorta? — zadrwił Harry. — Smutno mu? Jestem pewien, że wiesz, gdzie on jest. W końcu wiecznie chodził za tobą krok w krok.
     — Malfoy przez ostatnie dwa dni siedzi zamknięty się w swoim pokoju na własne życzenie — warknął Snape. — On ci nie zagraża! Jestem zmęczony powtarzaniem się, Potter! — Harry mrugnął zdziwiony.
     — A dlaczegóż to? — Zaskoczenie Harry’ego miało swe źródło w małym zbiegu okoliczności, jakim było to, że Draco zamknął się w swoim pokoju mniej więcej w tym samym czasie, kiedy przestał widywać Gryfona, ale Snape nie musiał o tym wiedzieć. — Nadąsał się, że nie powierzono mu żadnego zadania? — zadrwił.
     — Zaczął się dąsać na długo przed spotkaniem z Czarnym Panem — odburknął Snape przez zaciśnięte zęby. — Jakiekolwiek by nie były tego przyczyny, nie ma to nic wspólnego z tobą czy wojną. — Na tyle, na ile się orientujesz, pomyślał Harry i zalało go poczucie winy.
     — Cóż więc nowego słychać u starego Voldermorta? — spytał Harry, wciąż poruszony, przeczują palcami włosy.
     Snape trochę zaskoczony tą nagłą zmianą nastawienia, uważnie mu się przyjrzał spod przymrużonych powiek. Pozorny spokój Harry’ego nie zdołał całkowicie ukryć przed oczami Mistrza Eliksirów wewnętrznego wzburzenia, które najwyraźniej w nim buzowało. Westchnął głęboko i ponownie zwrócił się do Harry’ego używając chłodnego, akademickiego tonu: — Czarny Pan chce dzisiejszego wieczoru napaść na małe miasto, niedaleko Little Whinging — przerwał, słysząc jak Harry ze świstem wciągnął powietrze. Na twarzy Gryfona pojawiło się czyste przerażenie. — Wiem, że czterdziestu śmierciożerców zaatakuje jakiś czas po zmierzchu, ale nie mogę sprecyzować dokładnej godziny. Nieczęsto mam dostęp do nawet tak ubogich informacji zawczasu.
     — Które miasto? — zapytał szeptem Harry. Snape tylko potrząsnął głową.
     — Jak już mówiłem, nie wiele nam mówi naprzód, jednak był niezmiernie ucieszony, wręcz chełpił się faktem, że uderzy tak blisko twojego domu — wyjaśnił z niesmakiem, pobrzmiewającym w jego głosie.
     — Chce napaść na całe miasto, pełne ludzi tylko dlatego, że mieszkają niedaleko mnie — stwierdził sucho Harry, a Snape tylko skinął głową.
     — Nic więcej nie wiesz?
     — Wiem, że tam będę — odparł ze spokojem mężczyzna.
     — Żebyś mógł się poczuć wyjątkowo, uderzając tym razem całkiem dosłownie w mój czuły punkt. — Snape nieco zdumiony, że Harry zrozumiał ukryty podtekst tego zadania, wykrzywił usta w ledwie widocznym uśmieszku.
     — Tak. I myślę, że właśnie z tego też powodu przekazano mi tę informację. — Harry obdarzył go wściekłym spojrzeniem.
     — Czy Malfoy także weźmie udział w kampanii krzywdzenia mnie? — spytał gorzko. Biorąc po uwagę ich niedawną wymianę zmian, Snape zwlekał nieco z odpowiedzią.
     — Tak przypuszczam — odpowiedział w końcu. — Ale nie życzę sobie, żebyś się tam pojawił i próbował się na nim mścić — dodał ostrym tonem. — W ogóle nie chcę cię tam widzieć.
     — Co?! — Harry krzyknął całkowicie zaskoczony.
     — Nie możesz zginąć w jednej z pomniejszych bitew, kiedy masz wygrać całą wojnę — odparł Snape. Harry spoglądał na niego z niedowierzaniem.
     — I mam niby siedzieć grzecznie w swoim pokoju, kiedy mogę walczyć i pomóc?
     — Tak — odpowiedział Snape. — Twoim zadaniem jest dostarczenie informacji Zakonowi, a oni zrobią, co w ich mocy, by zapobiec większym szkodom.
     Harry wciąż wpatrywał się w Snape’a, rozważając jego słowa.
     — Dobrze — rzucił w końcu. — Muszę załatwić dzisiaj parę spraw — oświadczył chłodno. — Czy jest coś jeszcze, co chciałby mi pan przekazać?
     Snape spojrzał na niego, ponownie zdumiony tak nagłą zmianą nastawienia chłopaka, po czym przez kolejne piętnaście minut przedstawiał mu sugestie dotyczącej ewentualnego kontrataku, a Harry przysłuchiwał mu się z uwagą.
     
     
     
     Koniec rozdziału szóstego.
Ostatnio edytowano 12 gru 2010, o 13:51 przez formica, łącznie edytowano 3 razy
No light, no light in your bright blue eyes
I never knew daylight could be so violent
A revelation in the light of day
You can choose what stays and what fades away...
formica Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 884
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 15:03

Postprzez formica » 30 paź 2010, o 18:34

     
Rozdział siódmy

     
     Wszystko po kolei, pomyślał Harry, aportując się najpierw z powrotem do Dursleyów — peleryna niewidka na pewno się przyda.
     — Gdzieś ty był, do cholery?!
     Słysząc gniewne pytanie, zaskoczony podniósł głowę i u szczytu schodów zobaczył zdenerwowanego Draco. Po bliższym przyjrzeniu się twarzy Ślizgona, Harry uznał, że to nie złość się na niej rysuje, tylko coś pomiędzy ulgą a wzburzeniem.
     — Potter, gdzie ty się do cholery szlajasz, kiedy ludzie cię naprawdę potrzebują? — warknął blondyn, powtarzając pytanie. Harry skrzywił się, dochodząc do wniosku, że być może jednak Draco jest także nieco wkurzony.
     Naprawdę nie miał teraz czasu na sprzeczki, więc tylko zaczął się przepychać obok niego.
     — Czego chcesz, Malfoy? — spytał zniecierpliwiony.
     — Dziś zaatakują — wyrzucił z siebie Ślizgon.
     Harry zatrzymał się w pół kroku, po czym chwycił Draco za ramię i pociągnął do pokoju. Sam doskonale wiedział o planowanym ataku, ale nie miał pojęcia, że Ślizgon o nim także wie.
     — O czym ty mówisz? — zapytał ostro. Nie zdawał sobie sprawy, jak mocno trzymał go za ramię, dopóki Malfoy nie wykręcił ręki, by się uwolnić. — — Przepraszam — wymamrotał odruchowo. Ślizgon posłał mu nieco zdziwione spojrzenie, lecz Harry zignorował je i zapytał ponownie:
     — Jak zaatakują i gdzie?
     Uważnie się przysłuchiwał, gdy Draco przekazywał mu praktycznie te same informacje, które Harry chwilę wcześniej usłyszał od Snape’a. Jedyna różnica tkwiła w tym, że blondyn podał nazwę miejscowości będącej celem ataku.
     — Skąd wiesz, że to tam uderzą? — zapytał szybko. — Skąd to wiesz?
     — Jestem śmierciożercą, Potter — odparł Draco, jak dla Harry’ego trochę zbyt histerycznie. — I to dzięki temu mam, tak jakby, dostęp do tego rodzaju informacji.
     Harry zniecierpliwiony wywrócił oczami.
     — Usłyszałeś to z ust samego Voldemorta? — Draco poruszył się niespokojnie.
     — No w sumie, nie — przyznał — ale wiem, że tak się stanie — upierał się wciąż wzburzony.
     — Jak się tego dowiedziałeś? — domagał Harry, świdrując go wzrokiem.
     Draco najwyraźniej nie chciał odpowiadać na to pytanie, lecz w końcu rzucił:
     — Snape, w porządku? Ostrzegł mnie o ataku, bo będę wezwany, by wziąć w nim udział!
     — Jesteś pewien, że to będzie właśnie to miasto? — spytał pospiesznie Harry. To była informacja, której potrzebował i musiał mieć pewność, że jest prawdziwa, a dobrze wiedział, że to nie Snape ją mu przekazał.
     — Tak, do diabła, jestem pewien! — krzyknął Draco.
     — Do jasnej cholery! — wrzasnął Harry. — Skąd możesz być tego taki pewny? — Draco znowu nerwowo się poruszył.
     — Nazwę miasteczka podał mi Glizdogon — burknął. — No dobra, dowiedziałem się tego od twoich dwóch najmniej lubianych śmieciożerców, ale jestem przekonany, że to prawda.
     Harry przygryzł wargę, rozważając czy może zaufać informacji pochodzącej od Glizdogona.
     — Malfoy, jeśli się mylisz… — urwał.
     — Nie mylę się, Potter! — rzucił Draco. — Nie ryzykowałbym życiem, przekazując ci fałszywą informację. Dowiedziałem się tego od Snape’a i sprawdziłem. Glizdogon jest nędzną szumowiną, ale stale przebywa pod nosem Voldemorta i potwierdził słowa Snape’a. A… pod wpływem lekkiej perswazji… był na tyle głupi, by wyjawić jeszcze więcej.
     W to Harry mógł uwierzyć, bez problemu potrafił sobie wyobrazić, jak Glizdogon mówi wszystko, byle tylko uniknąć kary.
     — Zraniłeś go? — spytał Harry, być może ze zbyt dużą nutką nadziei, skoro Draco odpowiedział radosnym uśmieszkiem.
     — Nie na tyle, by ktoś zechciał zadawać pytania, ale na pewno będzie czuł pewien dyskomfort do końca dzisiejszego dnia.
     — I dobrze — stwierdził Harry, także się uśmiechając. Po paru sekundach spoważniał, skupiając ponownie myśli na bieżących wydarzeniach. Zauważył, że Draco znowu stał się bardzo nerwowy.
     — Wszystko w porządku? — spytał Gryfon.
     — Nie, do cholery, nic nie jest w porządku — prychnął blondyn. — Dziś wieczorem mam wyjść z domu i zabić każdą osobę, która stanie mi na drodze, w nadziei, że to cię załamie. Nie chcę tego robić. — Jego głos wchodził na coraz wyższe tony.
     — Malfoy, uspokój się! — nakazał Harry i ku jego zdziwieniu, Draco natychmiast przestał się nakręcać i spróbował złapać oddech. Harry bezceremonialnie popchnął go na krzesło stojące przy biurku i kucnął naprzeciwko niego. Draco zacisnął mocno oczy i wyglądał jakby miał się zaraz rozpaść na kawałki.
     — Nie chcę tego robić — wykrztusił. — Wcześniej nie musiałem brać udziału w atakach. Po raz pierwszy wymagają ode mnie… tego. Nawet podczas napadu na dom Wiktorii, nie musiałem nic robić. Miałem tylko obserwować i się uczyć — dokończył, coraz słabszym głosem. Harry wziął głęboki oddech.
     — Po pierwsze, opanuj nerwy — powiedział pewnie, starając się uspokoić Ślizgona. — Po drugie, dasz radę. — Draco natychmiast otworzył oczy.
     — Chcesz, żebym ranił i zabijał ludzi? — zapytał, niedowierzając własnym uszom.
     — Nie! — westchnął Harry, wywracając oczami. — Ale zrobisz to, co musisz. Malfoy, jesteś pieprzonym Ślizgonem! Na miłość Merlina, wykombinujesz coś, by przetrwać atak, nie wyrządzając przy tym nikomu prawdziwej krzywdy. Bądź po prostu przebiegły. — Zignorował zdumioną minę Draco i ciągnął: — To jest masowe natarcie. Będziecie rozproszeni, by wyrządzić jak najwięcej szkód w miasteczku. Pozostali nie będą zbyt bacznie przyglądać się twoim działaniom.
     — Snape będzie — wtrącił Draco. — On zawsze mnie pilnuje.
     — I dobrze — powiedział Harry. — Więc zachowuj się tak, żeby komuś obserwującemu z boku wydawało się, że robisz to, co powinieneś, ale równocześnie nie wyrządzaj nikomu prawdziwej krzywdy.
     Draco zdezorientowany zmarszczył brwi, wciąż był zdenerwowany i przyswojenie tego planu, zajęło mu więcej czasu niż w normalnych warunkach.
     — Malfoy, myśl! — rzucił Harry. — Nikt nigdy nie uczył cię strategii obronnych?
     — Nie. Uczono mnie ataku — odparł Draco.
     — Merlinie — wymamrotał Gryfon. — A mógłbym przysiąc, że widywałem cię na lekcjach Snape’a w ciągu roku.
     — Nigdy nie byłem tak dobry z obrony jak ty — nadąsał się Ślizgon.
     Harry miał ochotę zawyć z frustracji, jednak nie miał na to czasu. Ani na to, by zastanowić się poważniej nad faktem, że właśnie próbował ukoić obawy Malfoya przed udziałem w napadzie śmierciożerców. Przeklinał w duchu, bo blondyn najwyraźniej naprawdę był do niczego w sytuacjach kryzysowych.
     Biorąc głęboki wdech, zaczął od początku.
     — Malfoy, jesteś szczupły i zwinny. Bądź w ciągłym ruchu! Nie daj czasu komuś śledzącemu twoje poczynania, skupić nad tym, co właściwie robisz. Nieustannie rzucaj zaklęciami! Ale używaj tych mniej szkodliwych. Drętwota powinna się nadać całkiem nieźle, bo będzie usuwać ci ludzi stojących na drodze, lecz nie kosztem ich życia. Pozostali śmierciożercy raczej nie będą przystawać i sprawdzać, czy i jak bardzo zraniłeś swoje ofiary. Będą szli dalej, tak jak i ty powinieneś. — Harry przymknął oczy, przeklinając w duchu fakt, że Snape doskonale mógłby odwracać uwagę pozostałych od Draco. — Trzymaj się cieni i upewnij się, by mieć zawsze naciągnięty porządnie kaptur — dodał, otwierając oczy i wbijając ponownie spojrzenie w Ślizgona. — Będzie tam wielu ludzi, którzy z przyjemnością cię zabiją, jeśli dasz się rozpoznać.
     — O, bogowie — jęknął blondyn. — Nie dam rady.
     — W tej chwili nie masz innego wyjścia — stwierdził surowo Harry.
     — Potter, czy zdajesz sobie sprawę z tego, co mówisz? — spytał żałośnie Draco. Harry przeczesał palcami włosy.
     — Tak — rzucił.
     — Dlaczego? — spytał cicho. — Dlaczego mi pomagasz z… z tym wszystkim?
     — Bo naprawdę nie chcę, żebyś zginął!— uniósł się Harry. Draco zamrugał zdumiony.
     — Nie chcesz?
     Harry na chwilę stracił głowę.
     — Nie, nie chcę. Ale, umm… — przerwał i wziął głęboki wdech, nie chcąc palnąć czegoś jeszcze. — Słuchaj, jesteś ojcem Wiktorii. Ona cię potrzebuje. Sam powiedziałeś, że nie możesz opuścić śmierciożerców. Wiem, że Voldemort namierzyłby cię i zabił, nie wspominając już o twojej matce. I wiem, że teraz musisz zrobić wszystko, do czego jesteś zmuszony, bez względu na to, czy mi się to podoba, czy nie. — Spojrzał na Ślizgona z namysłem. — I bez względu na to, czy tobie się to podoba, czy nie. — Draco wbił wzrok w podłogę.
     — Sam się w to wpakowałem i teraz muszę sobie poradzić — powiedział zrezygnowany.
     — Nie będziesz tu teraz siedział i kontemplował swoje porażki — rzucił Harry. — Już próbujesz robić cokolwiek, by zmienić tę sytuację. A to jest dobra rzecz, Malfoy.
     — Nie nadaję się do czegoś takiego, Potter. Nie mogę tego zrobić! — Malfoy podniósł głos po raz kolejny.
     — Będziesz to robił, dopóki nie znajdziemy jakiegoś rozwiązania, dzięki któremu ty i twoja rodzina, wyjdziecie z tego żywi — odkrzyknął Harry. — Przywołasz na twarz tę swoją przeklętą malfoyową maskę obojętności, ruszysz ten arystokratyczny zadek i weźmiesz udział w ataku. Będziesz ignorował to, na co nie masz wpływu. Zrobisz wszystko, co w twojej mocy i będziesz robił to, co Ślizgoni potrafią najlepiej — chronił swój tyłek! — Harry przerwał tylko na chwilę, by odzyskać oddech. Draco całkowicie zatkało i nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Harry zaczął kontynuować swoją tyradę. — A przede wszystkim, będziesz miał piekielną nadzieję, że uda mi się pokrzyżować te plany i w ogóle nie będziesz musiał brać w niczym udziału! I jeszcze większą, że Voldemort nie zdecyduje, iż to tobie za jego dzisiejszą porażkę należą się Cruciatusy. A jeśli tak się nieszczęśliwie złoży i przypadnie ci ten zaszczyt, pogodzisz się z tym i będziesz wdzięczny niebiosom, że masz u swojego boku Snape’a, bo on już, z tymi swoimi cholernymi eliksirami, dopilnuje, żebyś wyszedł tego cało! — przerwał, biorąc kolejny wdech. — Masz rację, że sam wpakowałeś się w to bagno i teraz musisz sobie, do diabła, jakoś radzić, dopóki nie wymyślimy, jak cię bezpiecznie z niego wyciągnąć. I weź się, do cholery, w garść!
     Draco oszołomiony wpatrywał się w Harry’ego przez kilka długich sekund, po czym najwyraźniej zaczął odzyskiwać wewnętrzną siłę. Harry westchnął z ulgą, widząc, jak Ślizgon wraca do swojej normalnej postawy, a na jego twarzy pojawiły się pierwsze oznaki zwykłego złośliwego uśmieszku. Przekrwione oczy, ciemne kręgi po nimi i zapadłe policzki, wciąż nie robiły najlepszego wrażenia, ale przynajmniej teraz Draco nie wyglądał, jakby miał się za chwilę całkowicie załamać.
     — Nie wiedziałem, że masz w sobie to coś, Potter — zadrwił.
     Harry wywrócił oczami i wstał. Najwyraźniej zażegnał to mini—załamanie nerwowe, ale wciąż jeszcze było wiele do zrobienia. Rozglądając się po pokoju, w końcu zauważył Mrużkę, która wpatrywała się w nich szeroko otwartymi oczami.
     — Mrużko, musisz zostać tu z Wiktorią — nakazał jej stanowczo. Nie miał czasu na uprzejmości. — Nie wiem, kiedy wrócę.
     — Czy pan Harry potrzebuje Mrużki do czegoś jeszcze? — spytała.
     Harry zmarszczył brwi, zastanawiając się, co jeszcze musi zrobić nim zapadnie zmrok.
     — Nie — odparł, potrząsając głową. Zaczął grzebać w kufrze i znalazłszy pelerynę, wyjął ją i zatrzasnął wieko.
     — Czy to peleryna niewidka? — zapytał z niedowierzaniem Draco.
     — Tak — odpowiedział krótko Harry, chowając ją do plecaka, który po chwili zarzucił na ramię. Nie miał na sobie szaty, a nie udałoby się jej ukryć pod podkoszulkiem, a w ten sposób nie przykuwała wzroku i była w miarę bezpieczna. Omiótł wzrokiem pokój po raz kolejny, próbując sobie przypomnieć, czy coś jeszcze będzie mu potrzebne. Nie zauważając nic szczególnego, skierował się w stronę drzwi.
     — Potter, czekaj!
     — Co, Malfoy? — spytał, nie zatrzymując się.
     — Co chcesz zrobić?
     — Zamierzam zorganizować kontratak — odparł spokojnie.
     — Nie to miałem na myśli, Potter — rzucił Draco. — Pytałem, gdzie masz zamiar być dziś wieczorem?
     Harry odwrócił się i spojrzał na Ślizgona.
     — Będę starał się ze wszystkich sił ochronić jak najwięcej ludzi — odrzekł. — Ty mi powiedz, gdzie będę.
     — Potter, nie możesz się tam pojawić — wykrzyknął Ślizgon.
     — Dlaczego nie? — zdziwił się Harry.
     — Nie możesz się narażać!
     Harry zamrugał zaskoczony.
     — No, a co ja niby miałbym zrobić, jeśli cię zabiją? — spytał Draco, rumieniąc się nieco. Harry pokręcił głową.
     — Nie planuję dziś dać się zabić, Malfoy — wyjaśnił chłodno.
     — Potter!
     — Nie, dyskusja skończona — warknął Harry, niebezpiecznie mrużąc oczy. — Ty masz swoje zadanie do wykonania dzisiejszego wieczoru, a ja mam swoje.
     — Dlaczego zawsze musisz być tak cholernie gryfoński — wymamrotał Draco, ale odpuścił.
     Harry wywrócił oczami, po czym odwrócił się na pięcie i skierował się do drzwi, a Draco poszedł za nim. Dotarł do wąskiego przejścia na tyłach domu, odwrócił się do Ślizgona i zauważył, że znowu wygląda na zdenerwowanego.
     — Malfoy, po prostu zrób, co w twojej mocy — powiedział miękko.
     Draco potrząsnął głową, dając znać, że to nie to było powodem zmartwienia.
     — Mogę przyjść jutro? — spytał cicho. — Będziesz?
     Harry uśmiechnął się półgębkiem.
     — Pewnie, Malfoy. Będę.
     Draco uśmiechnął się delikatnie i wspomnienie tego uśmiechu Harry zabrał ze sobą, aportując się do Nory.
     
     *
     
     Pchnął drzwi kuchenne i nawet nie miał nawet szansy zarejestrować, kto jest w środku, bo natychmiast wpadł w czyjś stalowy uścisk.
     — Harry, tak się wszyscy o ciebie martwiliśmy! — wykrzyknęła pani Weasley i po chwili odsunęła go od siebie, żeby móc mu się lepiej przyjrzeć. — Hmmm, wygląda na to, że tego lata więcej jadasz. — Harry uśmiechnął się szeroko.
     — Jadam wyśmienicie, pani Weasley.
     — Harry!
     Harry odwrócił się akurat na czas, by zostać zgniecionym przez Hermionę. Uściskał ją i Ginny, po czym wymienił przyjacielskie klepnięcia po plecach z Ronem i bliźniakami. I dopiero po tych niekończących się powitaniach pozwolono mu zrobić krok w tył i złapać oddech.
     — Harry, nie spodziewaliśmy się ciebie — ekscytowała się Hermiona. — Byłam pewna, że nie przyjedziesz tu przed swoimi urodzinami.
     Harry natychmiast spoważniał.
     — Nie przyjechałem, aby zostać — odparł sucho, po czym odwrócił się do pani Weasley. — Muszę zwołać zebranie Zakonu, ale, uch, nie bardzo wiem, jak to zrobić — przyznał.
     Słysząc chór pytań, który zabrzmiał po tym oświadczeniu, potarł skronie — ten dzień stawał się coraz dłuższy i cięższy, i nie zapowiadało się, żeby miał się szybko skończyć.
     — Przestańcie! — krzyknął, przywołując błogosławioną ciszę i ponownie ze spokojem zwrócił się do pani Weasley.
     — Czy wie pani, jak mogę się skontaktować z Zakonem?
     — Czy to pilne? — zapytała nerwowo. Zastanawiając się, co też może rozumieć przez pilne, zmarszczył brwi i odpowiedział, wzruszając jednocześnie ramionami:
     — Mamy czas do zmierzchu. — W końcu śmierciożercy nie napadną na miasto w ciągu następnych dziesięciu minut, czy coś w tym stylu. Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami i skinęła stanowczo głową.
     — To wystarczy nam, by porozumieć się przez sieć Fiuu — odparła, kierując się równocześnie do kominka, a Harry udał się za nią. Pani Weasley skontaktowała się z McGonagall.
     — Minerwo, Harry jest tutaj i chce niezwłocznie zwołać zebranie Zakonu — powiadomiła ją.
     Harry zastanawiał się, czy dyrektorka wyglądała na tak samo zaskoczoną tą wiadomością, jednak gdy oświadczyła, że chce rozmawiać bezpośrednio z nim, powiedziała to tak charakterystycznym dla niej surowym i poważnym tonem. Pani Weasley wycofała się nieco i gestem poprosiła Harry’ego, by podszedł do kominka. Tak też zrobił, po czym uklęknął i wetknął głowę w zielone płomienie.
     — Potter? — spytała McGonagall.
     — Pani profesor, dzisiejszego wieczoru śmierciożercy zaatakują jedno z małych miasteczek niedaleko Little Whinging — wyjaśnił prosto z mostu i nie zdziwił się, gdy go od tyłu dobiegły stłumione okrzyki strachu. — Musimy zwołać Zakon i przygotować kontratak.
     — Skąd o tym wiesz? Jesteś pewien?
     — Tak, jestem pewien — odrzekł stanowczo Harry, przytakując głową. — Miałem wizję, w której usłyszałem tę informację — skłamał bez zająknięcia, tak jak to wcześniej zaplanował. Prychnął w duchu — czy raczej Snape zaplanował to za niego. McGonagall mierzyła go wzrokiem przez parę długich chwil, po czym zwróciła się pani Weasley:
     — Molly, wiesz kogo powiadomić. Ja zacznę od mojego końca — powiedziała, a gdy pani Weasley skinęła głową, dodała stanowczo: — Mamy godzinę — i zniknęła.
     Harry odsunął się od kominka, zwalniając miejsce mamie Rona, która od razu zaczęła kontaktować się z członkami Zakonu. Już dawno temu domyślił się, że Zakon dysponuje jakimś specjalnym połączeniem sieci Fiu umożliwiającym niemal natychmiastowy kontakt z jego członkami. Wysłuchał, jak informuje o zebraniu Tonks i panią Figg, po czym odwrócił się do swoich przyjaciół, którzy obserwowali go ze zmartwionymi minami.
     — Och, Harry — westchnęła cicho Hermiona. — Znowu miewasz wizje?
     — Tak — odparł ostrożnie, opadając na jedno z krzeseł stojących wokół kuchennego stołu.
     — Skąd wiesz, że ukazują prawdę? — odezwał się Ron. Harry skrzywił się nieco, mimo że spodziewał się tego pytania.
     — A czy możemy zaryzykować, że jest inaczej? — rzucił.
     — Ale Harry — zaczęła z rezerwą Hermiona. — Wiesz, co było wcześniej.
     Harry wbił w nią chłodne spojrzenie.
     — Wiem — fuknął. — Ta była jednak inna i po prostu musicie mi zaufać.
     — Ufam ci — podkreśliła dziewczyna. — Ale jak możesz być pewien, że teraz było inaczej?
     W oczach Harry’ego pojawił się gniew.
     — Podyskutujemy o tym, jak to jest, gdy Voldemort zacznie także odwiedzać twoją głowę. Wtedy będziesz mogła mnie pouczać w kwestii subtelnych różnic, jakie zauważasz, miewając wizje, które mogą sugerować, że jest ona wywołana na życzenie Voldemorta, lub że nie ma on pojęcia o tym, że właśnie widzisz to, co widzisz. Do tego czasu będziesz musiała mi zaufać, że sam nauczyłem się dostrzegać te cholerne rozbieżności — odparował zdenerwowany.
     Harmiona zbladła i wyglądało na to, że ten nagły wybuch ubódł ją do żywego, ale Harry był zdecydowany nie dopuścić do siebie poczucia winy. Ona po prostu musiała uwierzyć, że to w wizji widział plany Voldemorta, bo wiedział, że nigdy nie uwierzyłaby mu, gdyby wyjawił jej prawdę.
     — Dobrze, Harry — przytaknęła cicho, a on skinął głową.
     Zaraz potem do kuchni weszła pani Weasley, na co wszyscy podnieśli głowy.
     — No dobrze — zaczęła stanowczo. — W krótkim czasie odbędzie się tu zebranie Zakonu. Stoły i krzesła mają ją być w trybie natychmiastowym ustawione w ogrodzie. Fred, George, wiecie co robić.
     Z pełną powagą cała ekipa przygotowała miejsca na tyłach domu na przyjęcie mających pojawić się już niedługo czarodziei. W sumie zaczęli się oni schodzić nim młodzież zdążyła ustawić wszystkie stoły i krzesła. Harry nie pomógł im zbytnio, ponieważ każdy nowo przybyły chciał się z nim przywitać i zamienić parę słów.
     Chłopak był w duchu niezmiernie wdzięczny, że nikt nie zadawał pytań. W końcu do niego dotarło, że najprawdopodobniej nikt nie wiedział, dlaczego zebranie Zakonu zostało tak naprawdę zorganizowane. Gdy rozejrzał się wokół zauważył, że na wielu twarzach rysuje się przestrach i dezorientacja.
     McGonagall zaraz po przybyciu, poprowadziła go do salonu i rzuciła wokół nich zaklęcie wyciszające.
     — Potter, wszyscy są bardzo zmartwieni i nieco… nerwowi, ponieważ to jest pierwsze zebranie od czasu — przełknęła ciężko. — Od czasu śmierci dyrektora. — Harry spojrzał na nią zaskoczony.
     — Dlaczego Zakon wcześniej się nie spotykał? — wypalił. — Wciąż trwa wojna!
     Nauczycielka zacisnęła usta.
     — Wiem, że jesteś świadomy tego, że straciliśmy nasz kontakt w szeregach Tego-Którego-Imienia-Nie-Należy-Wymawiać — stwierdził. — Od miesiąca nie mieliśmy żadnych wiadomości na bazie, których moglibyśmy działać.
     — Na pewno są rzeczy, którymi Zakon mógł się zająć — rzucił Harry.
     — Potter, straciliśmy naszego przywódcę — przypomniała mu poważnym tonem McGonagall. — Ludzie wciąż rozpaczają i nie potrafią się odnaleźć.
     — To lepiej, żeby im się udało — zripostował Harry. — Nie mamy czasu na błądzenie po omacku.
     Przez jej twarz przemknęło coś na kształt zaskoczenia.
     — Być może masz rację — odparła powoli — lecz powinieneś byś świadom tego, że ludzie są, zupełnie zrozumiale zresztą, nieufni w tych czasach.
     — I najwyższy czas, by przestali — Harry mruknął z determinacją, bardziej do siebie niż do nauczycielki, wbijając wzrok w okno. — Już mam wystarczająco dużo na głowie i nie potrzeba mi dodatkowo bandy sprzeczający się czarodziei.
     Kącik ust kobiety drgnął.
     — Myślę, że czas najwyższy zacząć zebranie — oznajmiła, uważnie mu się przyglądając. Lekkim ruchem różdżki zdjęła zaklęcia wyciszające i bezzwłocznie opuściła pokój, a Harry podążył za nią.
     Nie zdążył przekroczyć progu domu, gdy dobiegły go odgłosy pierwszej kłótni.
     — Nie jesteście jeszcze w odpowiednim wieku, by uczęszczać na te spotkania. — Pani Weasley upomniała swoje latorośle oraz Hermionę. — I ani słowa więcej.
     Ignorując ich, Harry z całkowitym zdumieniem zobaczył, jak McGonagall usiadła na pierwszym krześle po lewej stronie, naprzeciw Remusa, a Harry’emu gestem wskazała, by zajął miejsce u szczytu stołu. Na twarzy Remusa rysowało się zdenerwowanie, lecz uśmiechnął się ciepło do Harry’ego na powitanie. Chłopiec oszołomiony nieco, podszedł bliżej i omiótł wzrokiem całą długość stołu, zestawionego z kilku mniejszych.
     McGonagall spojrzała na niego zachęcająco, na co Harry wziął głęboki wdech i odwrócił się do wciąż kłócącej się grupy.
     — Pani Weasley — odezwał się stanowczo, zwracając na siebie jej uwagę. — Wiem, że nie chce pani, by się przysłuchiwali zebraniu, ale oszczędziłoby mi to wiele czasu. — Nie ugiął się pod jej surowym spojrzeniem. — Zdaje sobie pani sprawę, że jeśli im pani na to nie pozwoli, z chwilą, w której zakończy się to zebranie, będę zmuszony wziąć udział w kolejnym i im wszystko opowiedzieć.
     Jego przyjaciele rozsądnie pozostali cicho i tylko szeroko otwartymi oczami obserwowali rozgrywającą się pomiędzy panią Weasley a Harrym bitwę silnych woli.
     W końcu pani Weasley zacisnęła usta z dezaprobatą, lecz skinęła głową, a młodzi szybko bez zbędnych słów zajęli wolne miejsca przy stole.
     Wszyscy zebrani ucichli i każdy bez wyjątku utkwił wzrok w Harrym w Harry’ego. Gryfon ponownie spojrzał na McGonagall, lecz ta tylko skinęła głową, by zaczął. Na coś takiego nie był przygotowany, oczekiwał, że to ona, teraz po śmierci Dumbledore’a, obejmie dowództwo.
     — Śmiało, Harry — szepnął Remus, dodając mu odwagi uśmiechem. Harry uśmiechnął się do niego z wdzięcznością, odzyskując przy tym trochę pewności siebie.
     — Dobrze, więc. Zwołałem zebranie Zakonu, ponieważ dziś wieczorem uderzą śmierciożercy. — Nim dobrze dokończył wypowiedź, przy stole wybuchł chaos, a Harry znowu poczuł się bardzo niepewnie. Część z czarodziei była bliska paniki, niektórzy ewidentnie wcale mu nie uwierzyli, a na twarzy innych rysował się gniew lub po prostu smutek.
     — Ty zwołałeś zebranie? — zapytał zdumiony Shacklebolt. Jego niski, głęboki głos wyraźnie się odciął od otaczającej ich kakofonii dźwięków.
     — Tak — odparł sucho Harry. — Mamy dziś zadanie do wykonania.
     — Ale ty nie możesz nami dowodzić — krzyknął ktoś, kogo Harry nie rozpoznał.
     — Ktoś musi — odpowiedział Gryfon, wzruszając przy tym ramionami.
     — Nie masz jeszcze nawet siedemnastu lat. — Ktoś inny podniósł głos. — Chyba nie przypuszczasz, że mógłbyś zająć miejsce Dumbledore’a?
     — Macie rację — potwierdził chłodno Harry z kamiennym wyrazem twarzy. — Nie mogę zająć miejsca Dumbledore’a. Był niesamowitym człowiekiem, niezwykle szanowanym i podziwianym przez wielu z nas. Wszyscy pogrążyliśmy się w bólu po jego śmierci, ale wy zdajecie się zapominać o czymś niezmiernie ważnym. O tym, że on nigdy tak do końca nas nie opuścił.
     Harry był na równi z innymi zaskoczony, kiedy nagle wokół nich rozległ się srebrzysty ptasi trel. — Fawkes — wyszeptał, spoglądając w górę. Na błękitnym niebie dojrzał błysk czerwieni i złota. Feniks kołując z gracją, zbliżył się do nich i niemal doprowadził Harry’ego do zeza, siadając mu na ramieniu. Chłopak mrugnął i ponownie skupił wzrok, po czym pogłaskał delikatnie piękne stworzenie.
     — Witaj, Fawkes — przywitał go cicho. Feniks zaśpiewał dźwięcznie w radosnym powitaniu, dodając Harry’emu otuchy i odwagi. — Zawsze będzie dla tych, którzy wierzą — szepnął zdumiony. Odzyskawszy odwagę, z powrotem spojrzał na zebranych członków Zakonu i zauważył, że wszyscy patrzą na feniksa z tym samym zachwytem, który on odczuwał w głębi serca.
     — Profesor zawsze będzie z nami w naszych sercach — zaczął miękko. — Będzie przy nas, dopóki będziemy brali pod uwagę jego słowa i rady. Nie wierzę, że kiedykolwiek na dobre nas opuści — przerwał i spojrzał na Fawkesa. — I nie mam zamiaru zajmować jego miejsca. — Wziął głęboki oddech i zaczął mówić pewnym siebie tonem. — Jednakże, nie mam zamiaru także bezcześcić jego pamięć, ignorując zadanie, które musi zostać wykonane. Zresztą stwierdziłby, że chyba zgłupieliśmy pogrążając się w żalu, skoro on przeżywa właśnie swoją kolejną wielką przygodę.
     McGonagall uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo, a Harry mogąc się założyć, że słyszała te słowa nie raz z ust samego dyrektora, odpowiedział uśmiechem. Obserwował, jak wyciągnęła z torebki różdżkę i wyczarowała zgrabną żerdkę dla Fawkesa, który zaświergotawszy krótko, usadowił się na niej wygodnie. Spoglądał bystro na zebranych czarodziei, tak jakby na równi z Harrym prowadził toczące się zebranie.
     — Więc, czy możemy zacząć od początku? — zapytał z przekornym uśmiechem na twarzy i w odpowiedzi usłyszał śmiech kilku osób. Przestał się uśmiechać i spojrzał na zebranych z pełną powagą. — Pojawiłem się tu i zwołałem zebranie, bo musimy dzisiaj działać. — Wszyscy słuchali z uwagą, a Harry czuł coraz większą presję. Jego połączenie z Voldemortem nie było tematem, na którym rozmawiał ze swobodą, i nie był pewien, czy powinien o nim w ogóle opowiedzieć w tej chwili. Jednak, musiał jakoś sprawić, by ci ludzie mu uwierzyli. Zadecydował, że spróbuje pominąć tę część, będąc dziwnie pewnym, że tak właśnie postąpiłby Dumbledore.
     — Voldemort zaatakuje dzisiejszego wieczoru jedno z małych miasteczek niedaleko miejsca zamieszkania moich krewnych, Little Whinging — powiedział. — Myślę, że nie może zaatakować bezpośrednio Little Whinging, chyba z powodu jakiś zabezpieczeń, które Dumbledore tam umieścił w przeszłości, ale nie jestem tego pewien — przyznał. — Za to jestem pewien, że zaplanował atak, który ma mnie zranić do żywego — atak na mój dom. Sposób, w jaki zdobyłem tę informację nie jest…, uch, nie jest zbyt idealny, ale tylko taką wiedzę posiadam. — Zaczął wyjaśniać, co wie, włączając nazwę miasteczka, liczbę śmierciożerców i to, co miało się prawdopodobnie wydarzyć tej nocy, nie przybliżając jednak czasu.
     — Skąd o tym wszystkim wiesz? — dociekał Moody, obdarzając go podejrzliwym spojrzeniem.
     Harry nim odpowiedział, wziął głęboki wdech.
     — To jest źródło na bazie, którego działaliście już wcześniej. Dumbledore o nim wiedział — odparł z pełną szczerością. Z tym, że większość z nich wiedziała tylko, że dyrektor pozyskiwał informacje poprzez szpiega, a nie bliznę Harry’ego.
     — I co to niby za metoda? — zainteresował się Shacklebolt. Harry zamilkł, nie chcąc odpowiadać bezpośrednio. Nie wierzył, żeby czarodzieje zareagowali zbyt dobrze na wiadomość, że ma bezpośrednie połączenie z umysłem Voldemorta.
     — To jest skomplikowana umiejętność, związana ściśle z przeszłością łączącą Harry’ego i Voldemorta — odezwała się Hermiona. — Opiera się ona głównie na fenomenie, jakim jest to, że Harry przeżył klątwę uśmiercającą, jako dziecko. Co równocześnie oznacza, że nie wszyscy mogą z tej umiejętności korzystać. Profesor Dumbledore będą niezmiernie uczonym człowiekiem, dowiedział się o niej z źródeł traktujących o Starej Magii i pomógł Harry’emu opanować i rozwijać tę niezwykłą sposobność. Nie da się sprecyzować tego dokładniej, niestety, ale jest bardzo przydatne — dodała szybko, a Harry wpatrywał się w nią z podziwem, gdy wykładała wszystkim te całkowite brednie. Wyjaśnienie to wypowiedziane tym pełnym pewności siebie tonem, przez osobę o reputacji mózgowca, dziwnie nabierało sensu i stawało się całkowicie wiarygodne. I Harry będąc przekonanym, że nawet Dumbledore nie do końca rozumiał istotę połączenia Harry’ego i Voldemorta, z zaskoczeniem się jej przysłuchiwał.
     Przeniósł wzrok na Rona siedzącego tuż obok niej i musiał zdusić chichot, na widok oszołomienia malującego się na jego twarzy zawsze, gdy tylko Hermiona zaczynała jedną ze swoich przemów. Rzucił kątem oka na profesor McGonagall, która z całą pewnością wiedziała, że to jeden wielki stek bzdur, lecz kobieta nie dała po sobie tego poznać, no może pomijając błyszczące rozbawieniem oczy, nieco kontrastujące z jej zwykłym, surowym wyrazem twarzy.
     Przyglądając się kolejnym osobom, na twarzach paru z nich dojrzał wyraz całkowitego oszołomienia, podobnego do tego malującego się na twarzy Rona. Tonks wyglądała, jakby miała zaraz zasnąć, podczas gdy Remus przyglądał się Hermionie, tak jakby była źródłem niezmiernie wartościowych informacji. Harry przez chwilę zastanowił się, czy Remus wie, co ona aktualnie opisuje. Wielu wpatrywało się w nią z fascynacją, wsłuchując się w jej słowa i praktycznie nikt nie wyglądał na nieprzekonanego, co do prawdziwości tej wypowiedzi, za co Harry był w duchu niezmiernie wdzięczny. Będzie miał u Hermiony duży dług do spłacenia. Wątpił, by ktokolwiek teraz pokusił się na dopytywanie, w jaki dokładnie sposób pozyskuje wiadomości.
     — Cóż, teraz chyba już wszystko jasne — stwierdziła dziewczyna, dobiegając końca. — W ten niezwykły i unikalny sposób, Harry jest zdolny zdobyć tak ważne dla nas informacje. — Usiadła wyprostowana i spojrzała na Harry’ego wyczekująco.
     — No, tak — mruknął Harry. — Cóż, myślę, że możemy zająć się planowaniem naszego kontrataku.
     Osoby, które popadły w pewnego rodzaju letarg podczas przemowy Hermiony, ożywiły się znacznie.
     — Masz jakieś propozycje, Harry? — spytał Remus.
     Harry posłał mu pełen wdzięczności uśmiech. Dorośli i tak mieli dość duże trudności w przywyknięciu do tego, że to nastolatek prowadzi zebranie. Wsparcie, jakie okazywał mu jeden z nich dodawało Harry’emu otuchy, a równocześnie pomagało nieco innym się do nowej sytuacji przystosować. Co ciekawe, większość wydawała się być zadowolona tym, że ktoś objął przywództwo, nawet jeśli zrobił to jeszcze niepełnoletni czarodziej. Gryfon był ciekaw, w jakim stopniu pomógł mu fakt, że był Harrym Potterem, Wybrańcem.
     Odpychając te rozważania na bok, zaczął przekazywać podstawowe strategie, jakie Snape przedstawił mu dzisiejszego ranka. Główna różnica tkwiła w tym, że Harry skoncentrował się praktycznie na jednym mieście. Zawahał się na chwilę przed sugestią, że czujki powinny być także ustawione w dwóch sąsiednich miasteczkach, po czym dodał, że Voldemort brał je także po uwagę i w każdej chwili mógł zmienić zdanie. Stąd ktoś, kto może się aportować powinien tam się pojawić, wypatrywać wszelkich zwiastunów aktywności śmierciożerców i w razie czego powiadomić pozostałych.
     Harry westchnął z ulgą, gdy pozostali zaczęli brać aktywny udział w planowaniu i dyskusjach, dopracowując szczegóły, kto gdzie powinien być. Moody i Shacklebolt przejęli inicjatywę, a Harry wycofał się nieco i słuchał uważnie, gdy zaczęli przydzielać konkretnym osobom zakres obowiązków i stanowiska. Jakby nie było, oni mieli w tym doświadczenie.
     Opierając się wygodniej w krześle, Harry zrozumiał, że tym ludziom po prostu brakowało kogoś, kto by ich pchnął do działania. Jak już mieli informację i mniej więcej wskazany kierunek działań, jak to McGonagall ujęła wcześniej, zebrali się i zaczęli współpracować ze sobą jak dobrze naoliwiona maszyna.
     Rozmowy toczyły się bez większych zgrzytów, dopóki nie pojawiło się pytanie co zrobić z najmłodszymi członkami grupy. Fred, George, Ron, Ginny i Hermiona twardo upierali się, że nie chcą zostać pominięci. Tym razem jednak panią Weasley wsparli także inny członkowie Zakonu, twierdząc, że nie chcą by „dzieci” były w coś takiego zamieszane. Harry starał się nie zawierać głosu tak długo, jak tylko było możliwe, ale nie minęło zbyt wiele czasu, nim nie został postawiony pod ścianą.
     — Harry też będzie walczyć — krzyknął Ron. — Prawda, Harry?
     Harry poczuł, że po raz kolejny tego dnia znalazł się w centrum uwagi.
     — Będę na polu walki — przyznał cicho.
     — Widzicie! — zatriumfował najmłodszy z braci Weasley.
     — To nie było całkowita odpowiedź na to pytanie, Harry — stwierdził ostro Remus, wyłapując to, co pominął Ron. Remus nie za często używał tego tonu, stąd uwaga wszystkich szybko skupiła się przy ich końcu stołu.
     — Nie, nie była — przyznał spokojnie Harry.
     — Harry — rzucił ostrzegawczym tonem Remus, lecz Gryfon nawet się skrzywił pod przenikliwym spojrzeniem mężczyzny.
     — Pojmuję wagę mojej roli w tej wojnie o wiele lepiej od zebranych tutaj osób — zaczął Harry, ignorując ostre spojrzenia, jakim obdarzyli go Ron, Hermiona i wiele z pozostałych czarodziei. — Rozumiem i wziąłem pod uwagę ryzyko, jakie podejmuję i zapewniam was, że nie mam zamiaru znaleźć się bezpośrednio na linii ognia. Jednak będę na polu walki — ciągnął pewnym siebie i pełnym determinacji głosem. — I jeśli nadarzy się jakakolwiek sytuacja, w której będę mógł pomóc — zrobię to. Nie mam zamiaru siedzieć w domu, gdy wokół toczy się wojna, którą musimy wygrać.
     — To tylko jedna z bitew, nie wojna — odpowiedział surowo Remus i zdziwił się nieco, gdy Harry skinął głową.
     — Masz rację. Nie wygram całej wojny, walcząc w tych bitwach, ale to mnie nie powstrzyma przed robieniem, co tylko mogę, by krzyżować Voldemortowi szyki.
     — Harry, odrobiłeś swoją część, przekazując nam informacje — odparł Remus — teraz pozwól nam działać.
     — Ależ działajcie — zgodził się Harry spokojnie. — Ale kontratak dzisiejszego wieczoru powinien być działaniem grupowym. Głupim postępowaniem jest nie przyjęcie pomocy wszystkich chętnych. Im więcej osób, tym większe prawdopodobieństwo, że śmierciożercy nawet nie podejmą walki. Wykorzystując nas, dzieci, jako czujki, zwolnimy z tego obowiązku osoby z większym doświadczeniem w boju. — Wskazał gestem na swoich przyjaciół — Ron, Hermiona, Ginny i ja mamy już doświadczenie w walce z śmierciożercami. Nie jest to dla nas nowość i nie widzę powodów, dla których mielibyście nas przed tym chronić.
     — Kiedy zamieniasz się w tego inteligentnego młodzieńca, szykującego się do wojny, mówisz zbyt logicznie, bym mógł się z tobą nie zgodzić — westchnął pokonany Remus.
     Po tym, pani Weasley niechętnie pozwoliła reszcie na objęcie stanowisk czujek w innych miastach. Harry wiedział, że zgodziła się tylko, dlatego, bo wcześniej zapewnił, iż istnieje tylko niewielka szansa na to, by pojawili się tam śmierciożercy. Jego przyjaciele nie wyglądali na zbytnio zadowolonych tym, że znajdą się daleko od centrum wydarzeń, ale zaakceptowali fakt, że w ogóle pozwolono im iść. Ron i Hermiona mieli być razem w jednym, a bliźniaki w drugim mieście. Ginny, która jeszcze nie potrafiła się sama aportować, miała iść z bliźniakami, by w razie czego móc użyć aportacji łącznej.
     Harry odmówił bycia gdziekolwiek indziej, niż poza miastem, w którym miała rozegrać się bitwa, za to bez problemu się zgodził na wykorzystanie peleryny niewidki.
     Zebranie dobiegało końca i większość czarodziei, którzy normalnie nie utrzymywali bliższych kontaktów z Weasleyami, wróciła już do swoich domów, kiedy pani Pomfrey zabrała głos:
     — Istnieje jeszcze problem trochę innej natury— zaczęła z wahaniem, jakby nie wiedząc do kogo powinna się z nim zwrócić. W końcu wbiła spojrzenie w McGonagall. — Mam w szpitalu odpowiednią ilość medykamentów, by leczyć ewentualne zranienia, które mogłyby, ale miejmy nadzieję nie powstaną, dzisiejszego wieczoru. Ale jeśli takie zdarzenia będą miały miejsce częściej, szybko skończą mi się zapasy niektórych eliksirów.
     McGonagall zacisnęła usta w wąską linię.
     — To rzeczywiście musimy wziąć pod rozwagę — zgodziła się.
     — Co się stało ze Slughornem? — wtrącił zaciekawiony Harry.
     — Potter, sądzę, że byłeś obecny przy tym, jak profesor Dumbledore prosił go, by przyjął tę posadę — odpowiedziała ostro McGonagall.
     — Znowu zaczął się ukrywać, czy tak? — McGonagall skinęła sztywno głową.
     — Niestety, nie jest to tylko kwestia utraty jego usług — oświadczyła, a Harry zmrużył podejrzliwie oczy.
     — Jasna cholera — wykrzyknął.
     — Potter! Język! — warknęła nauczycielka.
     Harry tylko wywrócił oczami, zastanawiając się na zaistniałym problemem.
     — Rozumiem, że to Snape wciąż warzył niektóre eliksiry — stwierdził gorzko. Usłyszał kilka zduszonych okrzyków, gdy wypowiedział słowo Snape i przez chwilę zastanawiał się nad tym, czy za niedługo jego używanie będzie tak samo źle widziane, jak wypowiadanie na głos „Voldemort”. Odepchnął od siebie te myśli i skupił się ponownie na problemie eliksirów.
     — Nie bardzo widzę jakiekolwiek rozwiązanie — powiedziała McGonagall. — Zdolność umiejętnego warzenia eliksirów nie jest dana wszystkim. Myślę, że te bardziej skomplikowane mikstury możemy po prostu kupić.
     — Może być ciężko znaleźć na rynku wysokiej jakości eliksiry, a jeśli nawet uda się je znaleźć, będą zapewne piekielnie drogie — zauważył cicho Remus. Harry doznał nagłego olśnienia i wbił spojrzenie w niego spojrzenie.
     — Nie dostawałeś swojego Eliksiru Tojadowego. — Remus pokręcił tylko głową.
     Harry miał ochotę zacząć krzyczeć i kopać z powodu tej jawnej niesprawiedliwości losu — w końcu wiedział gdzie znaleźć Mistrza Eliksirów i wiedział, że jest on wciąż po Jasnej Stronie.
     W pewnym momencie wpadł mu do głowy pomysł. Oficjalnie nie miał dostępu do pomocy Mistrza Eliksirów, ale do jego notatek jak najbardziej. Przecież przez cały rok udawał nagły przypływ talentu na eliksirach i warzył je lepiej niż kiedykolwiek, nawet Hermionę bijąc przy tym na głowę. Mógł wykorzystać teraz tę przykrywkę i rozwiązać zaistniały problem — i to przy pomocy samego Mistrza Eliksirów, jeśli będzie miał szczęście. A dodatkowo, miał też dostęp do Draco.
     Harry spojrzał na osoby siedzące wzdłuż stołu i napotkał wzrok Hermiony. Mierzyła go tak surowym spojrzeniem, że zrozumiał, iż odczytała przynajmniej część kłębiących się w jego głowie myśli.
     — Nie, Harry — powiedziała — to zbyt niebezpieczne.
     — Nieprawda! — zaprotestował.
     Dyskusja, która jeszcze przed chwilą się toczyła pomiędzy dorosłymi, przygasła, gdy zaczęli się im uważnie przysłuchiwać.
     — Jak możesz tak twierdzić? — zdenerwowała się dziewczyna.
     — Bo może pomóc — odparł Harry — a potrzebujemy każdej pomocy, jaką otrzymamy.
     — Nie od niego — zripostowała coraz bardziej zdenerwowana dziewczyna.
     — Hermiono, to tylko książka — odpowiedział spokojnie Harry. — Nic dodać, nic ująć.
     — Sam wiesz, że to nie cała prawda — zacisnęła usta.
     Ta wymiana zdań powoli wykraczała poza granice cierpliwości Harry’ego, tym bardziej, że ten temat wałkowali już od miesięcy.
     — Hermiono, tym razem nie chodzi o oceny. Tutaj chodzi o życie ludzi.
     — Dokładnie — odcięła się, jakby Harry właśnie dowiódł prawidłowości jej punktu widzenia. — I nie będziemy ich życiem w ten sposób ryzykować.
     — Nie wierzę, że w ogóle możesz brać to pod uwagę! — krzyknął Ron, a na jego twarzy rysowało się coś pomiędzy złością a zdumieniem.
     — To tylko cholerna książka! — odkrzyknął Harry.
     — Nie tylko, i ty o tym dobrze wiesz, Harry — uniosła się Hermiona.
     — Dosyć! — przerwała nabierającą rozpędu kłótnię McGonagall, po czym odwróciła głowę i wbiła spojrzenie w Harry’ego.
     — O co w tym wszystkim chodzi, Potter?
     — Znam sposób, dzięki któremu jestem w stanie zdobyć chociaż część eliksirów, jakich będzie potrzebować pani Pomfrey — odparł Harry pewnie, ale o wiele spokojniejszym tonem.
     — Ale to niebezpieczne! To była książka Snape’a! — wykrzyknęła Hermiona.
     Harry spojrzał na nią nieprzychylnie, starając się równocześnie stłamsić bardzo niegrzeczne myśli na temat skarżypyt.
     — Potter — ostrzegła go McGonagall.
     Harry westchnął ciężko i pokrótce opowiedział o podręczniku Księcia Półkrwi, kilkakrotnie podkreślając fakt, że zawierał tylko dodatkowe notatki na temat różnych eliksirów.
     Nie był zachwycony, gdy Hermiona wytknęła, że zawierał także niebezpieczne zaklęcia, których Harry właśnie stamtąd się nauczył, ale przynajmniej nie wyjawiła, że ich na kimś użył.
     McGonagall z bardzo poważną miną zastanawiała się przez chwilę nad nowymi informacjami.
     — Profesor Snape znał się na swoim fachu — stwierdziła ostatecznie. — Harry, czy jesteś pewien, że uda ci się poprawnie przygotować eliksiry, których potrzebuje pani Pomfrey?
     — Tak — odpowiedział szybko Harry, wdzięczny, że program szóstego roku obejmował niektóre z eliksirów leczniczych. — A to, czego nie uda mi się uwarzyć, znajdę i kupię — dodał.
     — Nie będzie takiej potrzeby, Potter — stwierdziła sztywno McGonagall. — W tej chwili to obowiązek Zakonu, a raczej Hogwartu.
     — Jestem częścią Zakonu — zaprotestował stanowczo Harry — I mam też środki, by uwarzyć lub kupić potrzebne eliksiry. — Nie śmiał spojrzeć w oczy Hermionie czy Ronowi wiedząc, że nie znajdzie tam wsparcia i akceptacji.
     — Nie powinieneś czuć się tym obciążony — odparła profesorka, również nie wyglądając na zachwyconą całą sytuacją. Harry tylko wzruszył ramionami.
     — Ktoś musi, a ja mogę temu zaradzić.
     Wpatrywała się w niego przez kolejnych parę sekund, po czym westchnęła ciężko — reakcja, do której Harry powoli się przyzwyczajał.
     — No cóż, niech będzie — odparła.
     — Ekhm. Będę musiał wstąpić do Hogwartu — powiedział Harry. Nauczycielka obdarzyła go ostrym spojrzeniem.
     — Chyba nie chce znać szczegółów.
     — Nie, nie sądzę, żeby tak było — uśmiechnął się od ucha do ucha, na co McGonagall odwzajemniła uśmiech.
     — Hogwart stoi przed tobą otworem — powiedziała, wstając. — W takim razie do zobaczenia jutro.
     Mimo że w głowie kłębiło mu się jeszcze kilka pytań, nie zadał ich tylko ukłonił się jej gdy odchodziła. Ciekawiło go, w jaki sposób Hogwart był chroniony, gdy w zamku zostawali tylko Filch i pani Norris, a cała kadra nauczycielska była nieobecna. Być może był tam wtedy ktoś jeszcze. Po czym doszedł do wniosku, że same bariery ochronne musiały być wystarczającym zabezpieczeniem.
     Znaczenie ważniejszym pytaniem było, czy Hogwart zostanie otwarty dla uczniów w tym roku, lecz nawet sam Harry nie był pewien, czy chce już poznać odpowiedź. Jeśli Hogwart zostanie zamknięty, będzie miał całą dodatkową masę problemów do rozwiązania, a w tej chwili nie miał nawet siły tego rozważać.
     Gdy wszyscy dorośli zniknęli, Harry został sam na sam z przyjaciółmi, którzy przysiedli się bliżej niego.
     Zdawał sobie sprawę, że zostanie teraz zasypany pytaniami i ta perspektywa wcale go nie cieszyła.
Ostatnio edytowano 12 gru 2010, o 15:09 przez formica, łącznie edytowano 2 razy
No light, no light in your bright blue eyes
I never knew daylight could be so violent
A revelation in the light of day
You can choose what stays and what fades away...
formica Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 884
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 15:03

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron