[T] [Z] Danse Russe

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Kaczalka » 2 lis 2012, o 22:27

Część XVIII


Gdy wchodzę do oranżerii, nie unosi wzroku znad książki.
— Spóźniłeś się — mówi, odwracając stronę wdzięcznym ruchem palca o perfekcyjnie wypielęgnowanym paznokciu.
— Przepraszam — mamroczę z ustami pełnymi ciastka, które podkradłem z dopiero co dostarczonej tacy z herbatą. Mimo że mieszkam tu już od ponad roku, wciąż nie mam pojęcia, jakim cudem Bobbin tak idealnie przewiduje moje potrzeby. — Nie sądziłem, że obowiązuje nas konkretna godzina.
Odkłada książkę i poklepuje nagrzaną słońcem tapicerkę kanapy tuż obok siebie, wyginając usta w tym jakże typowym dla niej tajemniczym uśmiechu. Kiedyś mnie odstręczał, ale teraz już rozumiem, że dla Narcyzy Malfoy jest on zdecydowaną oznaką sympatii.
— Dziś w nocy spał w jednym z pokoi gościnnych — mówi, wręczając mi filiżankę i spodek.
Krzywię się odruchowo.
— Nawet nie zamierzam pytać, skąd to wiesz.
— Od skrzatów — odpowiada i przerywa, żeby wziąć łyk herbaty. — To bardzo użyteczne stworzenia.
— Rzeczywiście.
Siedzimy w ciszy, pijąc i wpatrując się w skierowany na południowy wschód taras ogrodu.
— Przebiśniegi już prawie przekwitły — mówi. — Ale one zawsze żyją tak krótko.
Sięgam po kolejne ciastko.
— Nie jadłeś śniadania? — pyta, nie patrząc na mnie, jednak ja doskonale widzę, jak jej brew wygina się przekornie, gdy wytwornym ruchem ponownie unosi filiżankę.
— Faktycznie, nie jadłem — odpowiadam. — Ale podejrzewam, że o tym też już wiesz. Skrzaty i te rzeczy.
— Zaiste — mruczy z aprobatą.
Ponownie pogrążamy się w ciszy na długą chwilę. Nauczyłem się, żeby podczas naszych cotygodniowych spotkań tylko we dwoje pozwolić sprawom biec własnym tokiem. Zaczęliśmy krótko po tym, gdy zabraliśmy Draco ze Świętego Munga i początkowo żadne z nas w ogóle nie mówiło dużo. Woleliśmy po prostu siedzieć w przyjemnym milczeniu, ciesząc się, że wiemy, co myśli drugie. Jednak powoli, kiedy coraz bardziej oczywiste stawało się, że Draco przeżyje, zaczęliśmy rozmawiać. Początkowo była to niezobowiązująca wymiana zdań, jakbyśmy oboje zanurzali stopy w wodzie, nie mając pojęcia, czy jest lodowata czy wrząca, ale stopniowo stawaliśmy się w swoim towarzystwie coraz bardziej swobodni. Ona chciała się dowiedzieć o najdziwniejszych rzeczach, na przykład jakie dźwięki wydaje Draco, kiedy śpi, jakie książki czyta dla przyjemności, co sądzi o mugolskich filmach albo czy zjada posiłek do końca, kiedy chodzimy do restauracji. Na moje odpowiedzi zawsze reagowała na dwa sposoby: albo uśmiechała się i lekko kiwała głową, co interpretowałem jako „tak, wiedziałam”, albo z koncentracją marszczyła brwi, co nauczyłem się tłumaczyć jako „jak mogłam o tym nie wiedzieć?”. Ale niezależnie od reakcji, okazało się, że odpowiadanie na jej pytania bardzo podnosiło mnie na duchu. Były takie przyziemne, a jednocześnie intymne, i pozwalały mi na godzinę lub dwie zapomnieć, że Draco leży nieprzytomny tuż nad naszymi głowami.
W końcu nabrałem na tyle odwagi, żeby zadawać własne pytania. Zwykle dotyczyły one tych chwil z ostatnich dziesięciu lat, kiedy już byliśmy razem, ale ja przebywałem gdzieś daleko. Czasem pytałem też o jego dzieciństwo. Po spotkaniu z Teo pytania o ten okres stały się częstsze, co nie umknęło jej uwadze. Byłem pewien, że po tym nasze wspólne herbatki się skończą. Nie miałem racji. Chociaż nigdy nie patrzyła mi w oczy, kiedy mówiła o swoim zmarłym mężu.
W końcu, niecały miesiąc temu, wyznała — z twarzą bardziej zastygłą niż kiedykolwiek wcześniej — że od dawna podejrzewała, że Lucjusz mógł „dotykać Draco w niewłaściwy sposób”, ale jej podejrzenia nie zostały potwierdzone. Być może dlatego, wyznała głosem cichym i smutnym, że nigdy do tego potwierdzenia nie dążyła. Była to kolejna rzecz, na którą nie miała wpływu i wobec której czuła się kompletnie bezsilna. I w jakiś sposób ten brak pewności dał jej usprawiedliwienie, by nic nie robić.
— On nigdy nie może się o tym dowiedzieć — powiedziała z rozpaczą, uciekając spojrzeniem. Wręcz paliła się przede mną ze wstydu, jej policzki zapłonęły jak uliczne latarnie. — Nie zniosłabym myśli, że on zdaje sobie sprawę, że wiedziałam albo cokolwiek podejrzewałam.
Nie powiedziałem jej, że według mnie Draco już to wie.
— Czyj to był pomysł?
Wytrącony z zamyślenia prawie zalewam herbatą przód koszuli.
— Cholera. Co? Przepraszam.
— Czyj to był pomysł, żebyście spali w osobnych pokojach?
— Jego — odpowiadam ze smutkiem. — Prosiłem, żeby został, ale nie posłuchał.
Wzdycha ciężko.
— Był taki już jako mały chłopiec. Jeśli tylko uznał, że w czymś mu się nie powiedzie, w jakimś zadaniu, wyznaczonym celu, sabotował swoje szanse. Łatwiej było mu samemu coś odrzucić, niż stawić czoła odrzuceniu.
Parskam z goryczą.
— Patrząc wstecz, nie mogę się nie zgodzić. Ale Draco już dawno temu przestał być małym chłopcem. To... — przerywam i wykonuję nieokreślony gest wolną ręką — ...czymkolwiek by było, nie jest warte sabotowania. Jeśli już, wydaje się, że on święcie wierzy, że zaprzepaścił wszystko i teraz poddaje się jakiegoś rodzaju karze. Chyba nie przyjmuje do wiadomości, że już dawno mu wybaczyłem i kara, którą sam na siebie narzucił, boli mnie tak samo jak jego. A prawdopodobnie nawet bardziej.
Narcyza milczy przez długą chwilę, wpatrując się w widok za oknem.
— Chciałabym spotkać się z tym dzieckiem — mówi w końcu.
Marszczę brwi.
— Z Aloszą?
Uśmiecha się i obraca głowę w moją stronę.
— A o jakie inne dziecko mogłoby mi chodzić, Potter?
Dobrze wiem, że drażni się ze mną, nieudolnie próbując ukryć swoje ewidentne zażenowanie, więc odwzajemniam się szerokim uśmiechem.
— Nie widzę problemu. Porozmawiam z Hermioną.
Ponownie patrzy na okno.
— Jeszcze herbaty? — pyta uprzejmie.
Przytakuję, więc zaklęciem unosi czajniczek i nalewa mi kolejną filiżankę. Należy do niewielkiej grupy osób, które nadal używają w mojej obecności magii, nawet kiedy nie jest to konieczne, i bardziej niż kiedykolwiek będę w stanie wyrazić, doceniam, że nie zamierza się ze mną cackać.
— Musimy to zrobić pod nieobecność Draco — mówię. — Może za kilka tygodni, gdy wróci do pracy. Co świetnie pasuje, bo Hermiona z pewnością będzie potrzebowała sporo czasu, żeby przygotować Aloszę.
— Chłopiec nie musi wiedzieć, kim jestem. Chcę go tylko zobaczyć.
— Wiem. Ale Hermiona i Neville już dawno postanowili, że nie będą... — przerywam. Chciałem powiedzieć, że nie będą go okłamywać, ale z jakiegoś powodu takie wyrażenie wydaje mi się niezbyt bezpieczne, a w tych okolicznościach nawet dziwnie nieuprzejme. — Tak szczerzy i otwarci, jak to możliwe. To bardzo inteligentny dzieciak — dodaję.
A dzieci zwykle rozumieją dużo więcej, niż dorośli podejrzewają.
Kiwa głową.
— Czyli powiedzieli mu, że jestem matką Draco?
— Tak. I że to dom, w którym mieszkasz razem z nim. I ze mną.
Patrzy na mnie ze zdziwieniem.
— Przyprowadziłbyś go tutaj? Wiesz, nie mam nic przeciwko wizycie w posiadłości Longbottomów.
Zastanawiam się przez minutę, rozważając, jak dużo własnych myśli powinienem jej wyjawić.
— Sądzę... Sądzę, że nadszedł czas, Narcyzo — mówię w końcu. — Czarodziejska społeczność w Wielkiej Brytanii jest niewielka. Gdzieś, kiedyś... Draco i Alosza spotkają się ponownie. Obydwu będzie łatwiej, jeśli stanie się to w bezpiecznym i kontrolowanym otoczeniu.
Przygląda mi się z uwagą.
— Robisz to dla Draco. — To nie jest pytanie. — Mam nadzieję, że wziąłeś pod uwagę, co to będzie oznaczało dla chłopca.
Odwdzięczam jej się stanowczym spojrzeniem.
— Wszystko, co robię, robię dla Draco — mówię. — I pieprzę resztę świata.
Jej usta zaciskają się w cienką linię, a ja czuję, że mieszanina uznania i potępienia promieniuje od niej jak gorąco zniekształcające powietrze nad czarnym dachem okrywającym taras.
— Tylko pamiętaj — odzywa się — że ten chłopiec prawdopodobnie trzyma w swoich nieświadomych rękach życie mojego syna. Jakie to mimo wszystko ironiczne.
— Faktycznie — odpowiadam i na znak zrozumienia podnoszę filiżankę, po czym opróżniam ją jednym łykiem.

Wraca ze spaceru dokładnie w chwili, gdy pierwsze krople deszczu rozpryskują się na okiennej szybie. Siedzę w połowie schodów i obserwuję, jak zamyka drzwi i szybkim ruchem potrząsa głową na bok. Widziałem, jak kiedyś robił tak po wyjściu spod prysznica i teraz chyba zapomniał, że jego włosy nie sięgają już ramion. Zastanawiam się, jakie jeszcze inne nawyki odmówiły odejścia w zapomnienie, utrzymując się z determinacją niczym behawioralny odpowiednik utraconej kończyny.
Zdejmuje płaszcz i pozbywa się go niedbałym Evanesco, co bardziej niż jego zachowanie czy brak powitania uświadamia mi, że nie zdaje sobie sprawy z mojej obecności. Patrzę, jak znużonym spojrzeniem omiata hol wejściowy, jak gdyby wszystko, na co pada jego wzrok, atakowało go z niemym wyrzutem. Odkąd tak się dzieje? A może właściwszym pytaniem jest, ile czasu minęło, odkąd przestałem udawać, że tego nie widzę?
Bobbin pojawia się i pyta, czy podać herbatę w bibliotece. Draco stoi przez nadmiernie długi czas, marszcząc brwi i rozważa jej słowa, jak gdyby zawierały ukryte zagrożenie i implikacje, które musi dokładnie przeanalizować, zanim udzieli odpowiedzi.
— Dobrze — wzdycha wreszcie. — Niech będzie.
— Tak jest, proszę pana — piszczy dziarsko jakby niepomna jego tonu skrzatka i natychmiast znika.
— Draco — odzywam się z mojego zacienionego miejsca, a on podskakuje, bezwiednie unosząc rękę do gardła.
— Zaskoczyłeś mnie.
Wstaję powoli i schodzę w dół po kilkunastu kamiennych stopniach, trzymając dłoń na poręczy. Patrzy na mnie z niepokojem, ale też z hipnotyzującą mieszaniną lęku i pożądania.
— Nie możesz zawsze przede mną uciekać.
— Nie próbuję przed tobą uciekać. Po prostu byłem na spacerze. To wciąż jedyna forma ćwiczeń, jaką jestem w stanie...
— Dobrze wiesz, że nie o tym mówię.
Unosi podbródek niemal niezauważalnie i niemal wyniośle. Uśmiecham się.
— Dobrze ci to robi. Spacer, świeże powietrze. Zaczynasz znowu przypominać samego siebie.
Nie byłem przygotowany na sposób, w jaki wyraźnie traci na pewności pod wpływem moich słów. Odwraca głowę, sygnalizując powrót dziwnej aury rezygnacji, jaką się ostatnio otacza.
— Wypiję herbatę w bibliotece, jeśli chcesz do mnie dołączyć — mówi, ale zarówno po tonie jego głosu, jak i odmowie spojrzenia mi w oczy wiem, że tak naprawdę wcale mnie nie zaprasza. Czuję, jak tracę zainteresowanie tym spotkaniem.
— Nie, dziękuję. Właśnie wychodziłem.
Przytakuje.
— W porządku. Przypuszczam, że zobaczymy się później.
Nie umyka mi, że nawet nie pyta, gdzie idę.
— Jasne. Zajebiście — kwituję po chamsku i wychodzę, ocierając się o niego tak, jak on zrobił to wczoraj. Nie zadaję sobie nawet trudu, żeby po drodze do drzwi zabrać płaszcz.

Kiedy docieram do alejki, deszcz pada już na dobre. Moja koszula jest przemoczona i przyklejona do skóry. Złapane między płonące policzki i chłód marcowego powietrza okulary zachodzą parą, a wycieranie szkieł o spodnie nie przynosi żadnego efektu. Stoję, patrząc na zalaną ścieżkę i kapiący żywopłot po drugiej stronie. Merlinie, ile bym dał, żeby móc samodzielnie użyć świstoklika, aportować się gdzieś bez zastanowienia, przenieść siecią Fiuu, polecieć na miotle. Kurwa, poświęciłbym prawą rękę, żeby tylko móc przywołać cholernego Błędnego Rycerza!
Nagle, jakbym został kopnięty w brzuch przez muła, cały świat wokół mnie eksploduje. Czuję, jak chrapliwy dźwięk ucieka spomiędzy moich zaciśniętych zębów. Przez tak długi czas — przez całe miesiące — modliłem się, żeby Draco odzyskał przytomność, ścisnął moje palce, otworzył oczy. Przez niezliczone godziny leżałem obok niego na łóżku, wpatrując się w jego wychudzony profil i targując z każdym mugolskim bogiem, jakiego znałem. Jak wiele razy przysięgałem, że już nigdy w życiu o nic więcej nie poproszę, jeśli tylko ponownie usłyszę jego głos? Gdyby ktoś, jakaś pieprzona dobra wróżka, przyszła do mnie w czasie tych długich dni i nocy, i powiedziała: „Harry Potterze, obudzę Draco Malfoya, ale on nigdy już nie spojrzy na ciebie z miłością i tęsknotą”, odparłbym: „Więc na co, kurwa, czekasz”. Ale teraz, zaledwie sześć miesięcy później, mówię takie rzeczy jak: „Jasne. Zajebiście” i niemal trzaskam mu drzwiami w twarz!
Jakimś cudem, ze współczucia lub szyderstwa, deszcz pada jeszcze mocniej, gdy chwiejnym krokiem podchodzę do rzeźbionego kamiennego słupa przy bramie i opieram się o niego, spuszczając głowę w splecione ramiona. Zimne i ponure krople zdołały obrócić mały kluczyk w zardzewiałym zamku do mojego serca i już nie powstrzymuję płaczu. Pierwszy raz od czasu, który zdaje się wiecznością. Szlocham, jakby pękło mi serce. Bo tak jest w rzeczywistości, naprawdę pękło.
Ciało, które przyszpila mnie do bezlitosnego kamienia, jest ciepłe, suche i wściekłe. Czuję obejmujące mnie ramiona i nagle zostaję gwałtownie odciągnięty do tyłu i owinięty fałdami długiego miękkiego płaszcza z merynosów. Nie opieram się i pozwalam, żeby potraktowano mnie brutalnie, ze złością. Dopiero kiedy moja głowa opada na czyjeś ramię i widzę krzywiznę szczęki, jasne włosy i srebrny kolczyk w zimnym, różowym płatku ucha, znowu zaczynam płakać, spazmatycznie łykając powietrze.
— Pierdol się, Malfoy — charczę, nagle zdeterminowany, by odeprzeć jego protekcjonalną pomoc. — Zostaw mnie! — To właśnie ja, nadąsany charłak, który uciekł w deszcz i zmusił spokojnego, opanowanego pana tego cholernego dworu, by zabłocił sobie buty i poszedł go szukać.
Boleśnie zaciska ręce wokół mnie i nagle uświadamiam sobie, jak wiele z jego dawnej siły wróciło. Miotam się i szarpię, próbując wyswobodzić, ale on tylko przyciąga mnie bliżej.
— No dalej! — krzyczę. — Nie krępuj się i rzuć na mnie zaklęcie wiążące. Przelewituj z powrotem do domu. Wiem, że tego chcesz, więc to zrób!
Podnosi głowę dokładnie w chwili, gdy ja gwałtownie odrzucam moją do tyłu i zderzamy się.
— Cholera! — warczy, a ja widzę, jak krew rozpryskuje się na przodzie mojej koszuli, niemal natychmiast zmieniając kolor na różowy na mokrej białej tkaninie. — Harry, do kurwy nędzy!
Przyciska mnie do siebie z tak miażdżącą siłą, że powietrze ucieka mi z płuc i nagle boję się, że mnie udusi. To najintensywniejszy przejaw życia, jaki okazał od momentu, gdy odzyskał przytomność — od tego ranka, kiedy powrócił z martwych na dźwięk mojego głosu, wołającego jego imię. Bez żadnych wstępów, bez ostrzeżenia otworzył oczy i nasze spojrzenia spotkały się dokładnie jak wtedy, gdy padał na podłogę w jadalni domu w Irkucku, a jego włosy rozsypały się wokół głowy w lekkim gipsowym pyle jak światło księżyca na śniegu...
— Harry — mówi z ustami tuż przy mojej szyi. — Przestań. Proszę, uspokój się.
Tylko że ja nie do końca wiem, co mam przestać. Przestać walczyć, przestać płakać, czy przestać pragnąć, by sprawy ułożyły się inaczej, a może przestać żałować, że w ogóle się obudziłem.
— Proszę — jęczy. — Proszę.
W tych słowach jest coś, co sprawia, że obracam się, a gdy to robię, jego usta odnajdują moje, zanim mam czas i na tyle jasny umysł, by nabrać powietrza. I nagle jego ręce są w moich włosach, zaciskając się tak, że okulary przekrzywiają mi się niezgrabnie. Całuje mnie zachłannie, żarłocznie, krew nadal płynie mu z nosa i miesza się ze śliną i deszczem. Mogę posmakować jej miedzianego ciepła, poczuć intensywny zapach na tle aromatu świeżej trawy i zimnego mokrego kamienia. Trzyma moją twarz mocno, kiedy plądruje mi usta, przechylając głowę, żeby sięgnąć językiem jak najgłębiej. Otwieram usta szerzej, by dać mu nieograniczony dostęp, a on jęczy ponownie, wlewając we mnie całego siebie, jak gdyby zamienił się w deszczową wodę i nie chciał niczego innego, a jedynie wsiąknąć w moją skórę i przecieknąć przez mieszki włosowe.
Rozluźniam uścisk na przodzie jego szaty, unoszę ręce i obejmuję go, czując mrowienie zaklęcia nieprzemakalności i ogrzewającego, jakie na siebie rzucił. Ale żadne z nich nie chroni go przed moją mokrą koszulą i zimnymi palcami. Trzęsie się gwałtownie, gdy dotykam nagiej skóry jego szyi. Mimowolne drżenie przebiega przez całe jego ciało — najbliższa orgazmowi reakcja, jaką poczułem od niego od ponad półtora roku — i jestem zupełnie zgubiony. Jęczę poprzez pocałunek i całkowicie oddaję się jego wargom i dłoniom, a on odpowiada, popychając mnie do tyłu i przygniatając do kamiennego słupa.
— Jak pięknie — mamrocze i odrywa ode mnie usta na tak długo, by zetrzeć wodę z mojej szczęki i gardła. — Tak dobrze. Harry, smakujesz tak dobrze.
Opieram się mocniej o słup i rozsuwam nogi w zapraszającym geście. Waha się tylko chwilę. Jego dłonie odnajdują moje biodra i trzymają je mocno, podczas gdy wargi nadal pieszczą szyję. Łapie ustami kosmyk moich włosów i wysysa z niego wodę, jak gdyby umierał z pragnienia. Owijam mu ramiona wokół pasa i przyciągam do siebie bliżej, a on pochyla głowę i całuje trójkąt zimnej skóry wystającej spod rozpiętego kołnierzyka. Od momentu, gdy jego usta odnajdują twardy czubek mojego sutka, ciemny jak krew pod niemal przezroczystą tkaniną koszuli, już wiem, że długo nie wytrzymam.
Również musi to wiedzieć, bo rejestruję jego jęk całym boleśnie wrażliwym ciałem. Po raz pierwszy od tak dawna słyszę, jak reaguje, i moje podniecenie gwałtownie narasta. Kiedy łapie sutek między zęby, wstrząs kieruje się prosto do mojego krocza niczym wyładowanie elektryczne biegnące po zerwanym kablu, miotającym się po ziemi jak zraniony wąż. W jakiś sposób obecność cienkiego materiału pomiędzy twardym szkliwem zębów a delikatnym sutkiem jedynie potęguje doznanie. Odchylam głowę do tyłu i zamykam oczy, koncentrując się na jego ciepłych ustach na mojej piersi, oraz dłoni, która puszcza biodro i odnajduje drugi sutek, toczy go między palcami i ściska. Czuję żar rozkwitający w podbrzuszu z siłą eksplozji.
— Draco... Draco, zaraz dojdę. Dotknij mnie. Chcę skończyć w twojej dłoni.
Nie odsuwając warg od mojej piersi, rozpina mi pasek i spycha spodnie z bioder.
— Muszę poczuć twój dotyk — sapię. — Pospiesz się! O Boże, o Boże!
Wsuwa rękę pod moją bieliznę i otacza penisa palcami dokładnie w chwili, gdy pierwszy skurcz skręca moje wnętrzności. Jednocześnie znowu łapie przez koszulę sutek między zęby i pociąga.
— Och!... Kurwa! — słyszę własny krzyk i nie jestem w stanie zrobić nic więcej, niż wydawać z siebie chrapliwe dźwięki i dochodzić, wypychając biodra i wciskając penisa w jego ciepłą dłoń, a dreszcze przebiegają przez moje ciało jak wstrząsy wtórne po trzęsieniu ziemi. Dopiero kiedy przestaję drżeć, uświadamiam sobie, że łzy zmieszane z deszczem wciąż spływają mi po policzkach.
Wtula twarz w moją szyję.
— Cicho — mamrocze. — Cicho, Harry. Nie płacz. Nie mogę tego znieść. Po prostu nie mogę tego znieść.
Niepewnie głaszczę go po włosach.
— Nie płaczę dlatego, że mi smutno.
— To nie ma znaczenia — mruczy, wtulając twarz jeszcze głębiej. — Nie mogę tego znieść nieważne z jakiej przyczyny.
Drży, gdy pochylam głowę i muskam ustami jego ucho.
— Kochasz mnie — mówię i nawet ja słyszę strach w swoim głosie. — Kochasz mnie, Draco.
Dusi się od tłumionego szlochu.
— Jak kiedykolwiek mogłeś w to wątpić? Jak mogłem do tego dopuścić?!
— Już dobrze — mówię i głaszczę go po plecach. Teraz ja staram się go pocieszyć. — Chodźmy do domu. Nie wiem jak ty, ale nie zmrużyłem oka ostatniej nocy i przydałaby mi się drzemka.
Prostuje się i wyciera nos rękawem, zostawiając na nim słaby ślad krwi.
— Nie zmrużyłeś — powtarza, uśmiechając się słabo.
— Chodźmy — powtarzam, starając się włożyć w to pojedyncze słowo każdy gram miłości i wdzięczności, jakie odczuwam, i sięgam po jego dłoń. — Chodźmy do naszego łóżka.

— On ma strasznie złe maniery — mówi Narcyza, a Hermiona wyraźnie sztywnieje.
Siedzimy we troje na tarasie, pijemy herbatę w letnim słońcu i palcami jemy kanapki — to znaczy dopiero zaczynamy, bo Bobbin właśnie przyniosła drugą tacę. Zawartość pierwszej pochłonął Alosza, jedną kanapkę po drugiej, nie zadając sobie nawet trudu, żeby porządnie przełknąć poprzednią, zanim pakował do ust kolejną.
— To tylko mały chłopiec — odpowiada Hermiona.
— A czy małych chłopców nie można nauczyć dobrych manier? Mój Draco nigdy...
Odchrząkuję i wiercę się na krześle, próbując zapobiec nieuniknionej reakcji Hermiony, ale jest już za późno.
— Naprawdę? — mówi lodowatym głosem. — Wydaje mi się, że pamiętam więcej niż jeden posiłek w Hogwarcie przerwany przez jego napady złości z tego czy innego powodu. I jakże mogłabym zapomnieć...
— Szczerze wątpię...
Odchrząkuję ponownie, tym razem głośniej. Obie obracają się w moim kierunku, jakby dopiero teraz mnie zauważyły.
— Skoro Draco tu nie ma, nie może się bronić... — odzywam się — ...ani wytłumaczyć — dodaję, mrugając do Hermiony z wdzięcznością. — Proponuję więc, żeby wyłączyć go z naszej rozmowy.
Narcyza uśmiecha się grzecznie i ponownie skupia uwagę na ogrodzie, gdzie Alosza goni po labiryncie dwa młode skrzaty. Tylko czubek jasnej głowy wskazuje, gdzie teraz przebywa — oczywiście poza wrzaskami przerażonych skrzatów.
— Może powinniśmy znaleźć mu inną formę rozrywki — mówię, rzucając Hermionie kolejne pojednawcze spojrzenie.
— Ali! — woła. — Ali, chodź tutaj, proszę!
Jednak Alosza albo jej nie słyszy, albo całkowicie ją ignoruje. Kątem oka dostrzegam uśmieszek Narcyzy.
— Wychowanie chłopców nie jest tak łatwe jak wychowanie dziewczynek — oświadcza słodkim głosem.
Hermiona patrzy na nią ze złością.
— Ciekawe, skąd pani o tym wie.
— Ali jest... trudnym przypadkiem behawioralnym, z braku lepszego określenia, i trudno za to winić Hermionę, Narcyzo — odzywam się tak dyplomatycznie, jak to możliwe z kanapką w ustach. — Był strasznie rozpieszczany przez pierwsze siedem lat życia.
Hermiona parska do swojej filiżanki.
— Brzmi znajomo — mamrocze tak cicho, że nawet ja ledwie ją słyszę.
— Nie aż tak, jak ci się wydaje — odpowiadam ostro, czym zwracam uwagę Narcyzy.
— Proszę? — pyta.
— Nie, nic.
Hermiona wędruje wzrokiem między nami i chyba zaczyna rozumieć, co sugeruję przez cały czas — że najlepiej darować sobie dyskusję o wychowaniu Aloszy. Z miliona powodów.
Wyjmuje różdżkę z szaty i rzuca szybkie Sonorus.
— Alosza Fiodorow!!! Proszę podejść tutaj natychmiast!!! Finite incantatem.
Jasnowłosa głowa zamiera w bezruchu. Oczywiście chłopiec nie zdaje sobie sprawy, że jest widoczny ponad niskim żywopłotem, bo nie porusza się, nie odpowiada i nie wykonuje polecenia. Ale przestaje też dręczyć skrzaty, które w końcu uciekają z labiryntu. Z wrzaskiem biegną na wzgórze przed drzwiami kuchennymi, wyglądając jak dwa mugolskie baloniki, z których ktoś nagle wypuścił powietrze.
— Merlinie, cóż to za łobuz! — wykrzykuje Narcyza, ale widzę, że z trudem powstrzymuje uśmiech, już wyginający jej pomalowane na koralowo wargi.
— Ali! — woła Hermiona i tym razem mała głowa obraca się i powoli kieruje w stronę wyjścia z labiryntu.
— Draco również uwielbiał to miejsce, kiedy był mały — mówi Narcyza. — To główny powód, dlaczego nigdy nie zlikwidowałam labiryntu i nie zastąpiłam go czymś atrakcyjniejszym i wymagającym mniej pielęgnacji. Po prostu mam zbyt wiele wspomnień, jak siedziałam przy tym stole, przyglądając się...
— ...jak goni skrzaty? — przerywa jej Hermiona, ale dostrzegam, że także na jej ustach, podobnie jak u Narcyzy, gości delikatny uśmiech.
— Czasami — przyznaje Narcyza. Obraca w naszą stronę swój wciąż piękny profil i kieruje wzrok na Aloszę, który zbliża się niechętnie. — Ale zazwyczaj zabierał książki i zabawki, i spędzał tu długie godziny. Kiedyś sądziłam, że zabiega o uwagę... i chce, żeby ktoś przyszedł i go poszukał. — Wzdycha i lekko drżącą ręką odstawia filiżankę na spodek. — Teraz jednak uważam, że chciał się ukryć... — milknie, a ja i Hermiona jesteśmy zbyt zaszokowani, żeby odpowiedzieć. — Wybaczcie mi na chwilę — dodaje i wstaje raczej gwałtownie, z wymuszonym uśmiechem. — Ja... Mam coś, czym chłopiec będzie mógł się pobawić. Zaraz wracam.
I zanim którekolwiek z nas reaguje, znika za tarasowymi drzwiami. Hermiona jeszcze chwilę wpatruje się w ciemne wnętrze, po czym ponownie zwraca w moją stronę.
— O co tu chodzi?
Patrzę obok jej ramienia, mrużąc w słońcu oczy. Mój wzrok nie jest do niego przyzwyczajony po długiej, chłodnej i bezśnieżnej zimie, którą dopiero co przetrwaliśmy, a jego światło zdaje się być niemal niepożądanym i niemile widzianym gościem. Niesamowite, jak szybko przyzwyczajamy się do niewygody, myślę przelotnie. I witamy jej złagodzenie z taką nieufnością. Jak sądzę, to kwestia „diabła, którego się zna”...
— Harry?
Rozważam, czy jej powiedzieć — wyznać moje podejrzenia, moje lęki, mój gniew, mój ból — ale dopóki Draco ich nie potwierdzi albo im nie zaprzeczy, są tylko tym. Podejrzeniami.
— Myślę, że... — zaczynam ostrożnie — widziałaś po prostu matkę, która za bardzo zbliżyła się do utraty dziecka.
Hermiona przytakuje i sięga po dzbanek.
— Dolać ci? — pyta, ale nie czeka na odpowiedź i napełnia moją filiżankę.
Przez chwilę pijemy herbatę w milczeniu.
— Być może to wiele wyjaśnia — mówi w końcu.
— Co wiele wyjaśnia?
— Skłonność Draco do ukrywania się.
Jej słowa sprawiają, że tysiące wspomnień przewija się przed moimi oczami: pełen pogardy bachor, który powiedział Hagridowi, że nie będzie pracował jak służący i „jeśli jego ojciec się o tym dowie...”; nonszalancka agresja w postawie, ale tylko wtedy, gdy Crabbe i Goyle stali u jego boku; zgarbione ramiona i łzy wściekłości w toalecie dla dziewcząt; hardy, ale całkowicie nieczytelny wyraz twarzy w czasie spotkań zaraz po wojnie; wygięte niekontrolowanie, lśniące od potu plecy w ostrym świetle pojedynczej żarówki, gdy brali go od tyłu bezimienni mężczyźni bez twarzy (łącznie ze mną); pojedyncza łza, uciekająca z jego oka, kiedy pieprzył mnie po raz pierwszy; spokojna rezygnacja — ostateczne poddanie — gdy siedział na ławce w lochu kompletnie nagi, z umysłem szeroko otwartym dla mnie, nie ukrywając niczego. I oferując wszystko.
Jak przez mgłę dociera do mnie, że Hermiona wstaje i podchodzi do Aloszy, by otrzepać jego szatę ze źdźbeł trawy i małych gałązek. Zamykam oczy, czując na twarzy promienie słońca, i staram się przypomnieć sobie...
Mężczyzna, bardzo podobny do Draco niemal w każdym szczególe, siedzi na krześle przy ogniu i trzyma na kolanach małego chłopca w wieku Aloszy; jedną dłonią gładzi włosy dziecka z nieskrępowaną zażyłością, a drugą zaciska na książce; bez wątpienia czyta na głos, chociaż nie słyszę jego słów; oczy chłopca są zamknięte w oczywistym zaufaniu i zadowoleniu... Ten sam mężczyzna i ten sam chłopiec — teraz nieco starszy — wylewający gorące łzy frustracji, jednak twarz mężczyzny pozostaje niewzruszona, bez wyrazu, znudzona... Dłoń z doskonale wypielęgnowanymi paznokciami leży na płaskim, gładkim brzuchu nastolatka; opuszki palców wędrują wzdłuż paska od spodni, po czym zatrzymują się i pozostają w bezruchu przez czas zdający się wiecznością, aż umysł chłopca miota się pomiędzy strachem, wstydem i młodzieńczym pobudzeniem... Przelotne mignięcie, jakbym patrzył na obraz przesuwający się z ogromną szybkością, dwie jasnowłose głowy w morzu podekscytowanych, radosnych uczniów Hogwartu; twarz mężczyzny jest surowa, wyraża dezaprobatę, a przygniatające poczucie zawodu wypełnia jego umysł... Chłopiec, teraz starszy, prawie dorosły, stara się rzucić na mężczyznę Cruciatusa, ale nie udaje mu się; mężczyzna, bez koszuli, z trudem łapie oddech, bo śmieje się mocno, tak mocno, jak prawie dorosły chłopiec nie widział jeszcze nigdy w życiu...
— To nudne.
Otrząsam się z zadumy: wspomnień o wszystkim, co Draco pokazał mi tego wieczoru, kiedy po raz pierwszy wślizgnąłem mu się do głowy na jego zaproszenie — ale gdy opadły, pozostawiły mnie roztrzęsionego i jeszcze bardziej zdezorientowanego, niż byłem wcześniej.
Alosza siada gwałtownie, splata ramiona na piersi i kopie puste krzesło Narcyzy.
— Nie wolno kopać mebli — mówi Hermiona. — Takie zachowanie jest niedopuszczalne.
Przygotowuję się na typową dla niego sprzeczkę, ale nic takiego nie następuje. W zamian Alosza po prostu przestaje znęcać się nad krzesłem, mimo że wciąż mierzy rozgniewanym spojrzeniem dzbanek z mlekiem, jak gdyby to on był źródłem wszystkich złych rzeczy we wszechświecie.
— Nienawidzę tego miejsca — mówi beznamiętnie, ale ja wyraźnie słyszę w jego głosie prawdziwą emocję. Nie tyle nie lubi domu i ogrodu, co nie znosi tego, co sobą reprezentują — a raczej kogo reprezentują.
Hermiona również musi wiedzieć, co to oznacza, bo uśmiecha się do mnie ze smutkiem.
— To także dom Harry’ego.
Alosza przygląda mi się jak zawsze, wzrokiem denerwująco intensywnym.
— Czemu Harry nie zamieszka z nami? — pyta. Nie patrzy na Hermionę, jego oczy pozostają utkwione we mnie.
— Ponieważ... — odpowiada Hermiona, rozciągając maksymalnie słowo, wyraźnie pragnąc zyskać na czasie.
— Ponieważ mieszkam właśnie tutaj — wyręczam ją. — Razem z panią Malfoy i Draco. Lubię tu mieszkać. To mój dom.
Alosza znowu zaczyna kopać fotel Narcyzy, a Hermiona upomina go tylko raz jeszcze, zanim otwierają się tarasowe drzwi. Chłopiec zamiera, a ja przestaję oddychać na widok tego, co dostrzegam w jego oczach, kiedy szybko obraca się, żeby sprawdzić, kto do nas dołącza — mieszaniny strachu, gniewu oraz tęsknoty pełnej desperacji i nadziei...
— Przepraszam, że trwało to tak długo — mówi Narcyza, przechodząc przez drzwi i zamykając je za sobą. — Myślałam, że pamiętam, gdzie schowałam...
Jej słowa ledwo do mnie docierają. Emocje, które przemykają po twarzy Aloszy — ulga zmieszana z rozczarowaniem — pochłaniają całą moją uwagę jak czarny kamień na białym piasku plaży pochłania promienie słońca. Być może...
— ...figurki graczy quidditcha, należące do mojego syna. Pomyślałam, że chętnie by się nimi pobawił — kontynuuje Narcyza i otwiera pudełko z polerowanego drewna. Podaje je Aloszy, który wbrew sobie wykazuje zaciekawienie.
— Hmm... — mruczy Hermiona z niepokojem i Narcyza obraca się w jej stronę.
— Chyba nie będziecie zniechęcać chłopca do gry, kiedy już znajdzie się w Hogwarcie, nieprawdaż? Wiem, że ty i twój mąż nie graliście, ale to jeszcze nie znaczy...
Odchrząkuję. Znowu.
— Charłaki nie mogą grać w quidditcha. Ani uczyć się w Hogwarcie — mówię bardzo cicho, a Hermiona i Narcyza patrzą na mnie z narastającym przerażeniem na twarzach.
— O Boże, Harry — odzywa się Hermiona. — Tak mi przykro. Zapomniałam...
— Proszę — mówi Narcyza. Jej policzki przybierają barwę intensywnego różu. — Nie przepraszaj. To ja zachowałam się gruboskórnie. Kompletnie nie pomyślałam o tobie i o chłopcu.
Przełykam gniewną ripostę. Obie wyglądają na strasznie zawstydzone. Przedłużanie tej sceny dla mojej własnej przyjemności spotęguje tylko ich upokorzenie.
— Nie szkodzi — zapewniam energicznie. — O mnie się nie martwcie. I uważam, że to ja powinienem wprowadzić Aloszę w tajniki gry w quidditcha. Jeśli nie macie nic przeciwko.
— Oczywiście, że nie — zgadza się ze mną Narcyza. — Może pani Longbottom ma ochotę obejrzeć świeżo zmieniony wystrój zachodniego skrzydła dworu?
Siłą woli powstrzymuję parsknięcie, bo wiem, że Hermiona chętniej wysprzątałaby klatki sklątek tylnowybuchowych, niż dyskutowała z Narcyzą Malfoy o nowych zasłonach i tapicerce. Ale chyba widzi prośbę w moich oczach, bo miłosiernie przytakuje i wstaje.
— Z największą przyjemnością — odpowiada, po czym obraca się do Aloszy, który z ciekawością szturcha pudełko z pamiątkami Draco. — Ali, idę na spacer z panią Malfoy. Zostaniesz z Harrym, dobrze?
Zerka najpierw na nią, potem na mnie i kiwa głową. Hermiona waha się tylko sekundę, po czym całuje go w jasne włosy.
— Bądź grzeczny, kochanie — mruczy i prostuje się. — I ty też — dodaje, potrząsając palcem z udawanym ostrzeżeniem.
— Tak jest, proszę pani — mówię i salutuję, na co Alosza chichocze głośno, przykładając dłoń do ust.
Hermiona rzuca mi pełne dezaprobaty spojrzenie i znika razem z Narcyzą za drzwiami.
— Jeśli przez następny tydzień nabierze kolejnych złych nawyków, będę wiedziała, kto jest temu winien — komentuje jeszcze, a ja macham jej ręką na pożegnanie.
— Dobrze — zwracam się do Aloszy. — Macie w ogóle quidditcha na Syberii?
— A co to jest quidditch?
— No to już odpowiedziałeś na moje pytanie. Quidditch to gra popularna wśród czarodziejów i czarownic w Europie. I w większości byłych europejskich kolonii...
— ...jak Indie — wtrąca, a ja przytakuję i uśmiecham się szeroko.
— Bardzo dobrze. Zapomniałem, jaki z ciebie mądrala. Wybacz.
Wyciągam rękę i czochram mu włosy. Pozwala na to przez sekundę dłużej niż ostatnim razem, po czym odsuwa się z grymasem.
— Więc co to za gra?
Podnoszę się i przestawiam krzesło na drugą stronę stołu, tak że siedzimy teraz obok siebie. Sięgam do pudełka i wyjmuję małą figurkę na miotle, ściskając ją mocno palcami, żeby nie uciekła. I przez chwilę czuję dezorientację, bo pozostaje w moim uchwycie spokojna i obojętna. Może figurki są zbyt stare. Przecież Draco musiał zacząć je zbierać, gdy był mniej więcej w wieku Aloszy, a przestał prawie na pewno, gdy miał jakieś piętnaście-szesnaście lat. Z drugiej strony, nigdy nie słyszałem, żeby magiczne figurki graczy straciły zdolność latania...
A potem oczywiście dociera do mnie, co się dzieje. To nie figurki są uszkodzone, tylko ja. Z powodu nie kogoś innego niż ojciec tego chłopca! Zalewa mnie niechęć do Aloszy, ale zanim zamienia się w świadomą myśl, tłumię ją jak płomyk świecy. W końcu w jego dłoni figurka również się nie poruszy.
Stanowczo odstawiam ją na stół.
— To — mówię — jest szukający. Draco i ja byliśmy nimi w Hogwarcie... szkole, w której uczą się teraz córki Hermiony i Neville’a. Dwoma najlepszymi, muszę dodać.
Podnosi małą figurkę i ogląda ją z uwagą. Duszę śmiech wzbierający mi w piersi, gdy dostrzegam, że włosy szukającego pomalowano na blond, a ubranie na zielono i srebrno. Kierowany kaprysem, przyciągam do siebie pudełko i grzebię w nim, szukając figurki rywala, a kiedy ją wreszcie znajduję, muszę zamrugać, żeby powstrzymać napływające do oczu łzy. Nie tylko ma na sobie czerwono-złoty kostium, ale ktoś niezdarnie dorysował jej tuszem okulary.
Przecieram twarz rękawem, a kiedy podnoszę głowę, orientuję się, że Alosza przygląda mi się w skupieniu.
— W porządku — odzywam się głosem schrypniętym od tak wielu emocji, że nawet nie próbuję ich policzyć. — A więc szukający latają na miotłach i próbują złapać znicz, a pałkarze, ci faceci... och, przepraszam, dziewczęta, krążą wokół, starając się trafić w tłuczki...

— Draco?
— Mmm... — dobiega mnie senne mruczenie z poduszki obok.
— Nic. Chciałem tylko sprawdzić, czy się obudziłeś.
— Teraz już tak. Co się stało? Czemu nie możesz spać?
— Nie wiem. Może jestem zbyt zmęczony. Wiesz, czasami czujemy się tacy wyczerpani, że o spaniu nie ma mowy.
— Chyba nigdy nie miałem akurat tego problemu. — Ziewa.
— Nie zdążyłeś mi powiedzieć przy kolacji, zanim twoja mama zaczęła tyradę na temat ministra... Jak poszło spotkanie z Lawrence’em?
— Sądzę, że dobrze. Niezręcznie. Przecież wiesz, jak to jest.
— Racja. Ale nie mów mi, że nie cieszy się z twojego powrotu.
— Cieszy. To znaczy, na swój sposób.
Parskam.
— Na swój własny niezręczny i głupi sposób.
Czuję, jak okrycie porusza się, kiedy Draco obraca się na bok. Odszukuję jego dłoń i splatam ze sobą nasze palce. Bardzo chcę przysunąć się i przyciągnąć go do siebie — nie po to, żeby się pieprzyć, ale dlatego, że pragnę jego ciepła, jego prawdziwej, niepodważalnej obecności w moich ramionach. Jednak w ciągu miesięcy, od kiedy wrócił do życia, dał mi jasno do zrozumienia, że nadmierny kontakt fizyczny jest dla niego niewygodny, więc zamiast trzymać w objęciach zesztywniałe ciało (co zawsze łamie mi serce), cieszę się z dotyku jego dłoni, palców i, sporadycznie, nadgarstka. Chociaż jeszcze nie odnalazłem odwagi — lub siły — żeby zapytać o bliznę, którą na nim odkryłem.
— Nie będzie zadowolony, kiedy usłyszy nowiny — mówi cicho.
— Kto? Lawrence? A jakie to nowiny zamierzasz mu przekazać?
Wzdycha i jego oddech unosi mi grzywkę.
— Zdecydowałem, że jest coś, co trzeba zrobić.
Moje serce przestaje bić, a krew zamienia się w lód ze strachu.
— A co takiego według ciebie należy zrobić? — pytam, siłą przepychając przez usta każde słowo.
— Muszę wrócić do Wiednia z uzdrowicielem, którego Longbottom i Hermiona sprowadzili do Świętego Munga.
Milczę, czując tętno pulsujące mi w uszach. Uświadamiam sobie, że nagle cały się spociłem i zastanawiam się, czy Draco potrafi wyczuć mój niepokój.
— Czy to ma coś wspólnego z waszym spotkaniem w zeszłym tygodniu?
Słyszę szelest włosów o poduszkę i podejrzewam, że przytakuje. Odchrząkuje i potwierdza:
— Tak.
— I nadal nie chcesz mi powiedzieć, o czym rozmawialiście?
Kolejny szelest, tym razem chyba kręci głową przecząco. Ale werbalnie nie potwierdza gestu. Cisza obmywa nas jak woda.
— Jak długo cię nie będzie? — To jedyna choć w przybliżeniu bezpieczna wypowiedź, jaką jestem w stanie wymyślić.
— Kilka tygodni, może dłużej.
Znowu cisza. Słyszę delikatne trzaski stygnącego rusztu w kominku.
— Czy... Czy to, co zamierzasz zrobić, jest... niezgodne z prawem? — Oczywiście tak naprawdę chciałem zapytać, czy to jest niebezpieczne, ale nie tyle nie jestem pewien, czy odpowie, co nie wiem, czy zniósłbym prawdę, gdybym ją jednak usłyszał.
— Prawdopodobnie — mówi. I na wiele sposobów jest to odpowiedź na oba pytanie: zadane i niezadane.
— Wiesz — odzywam się, nie próbują ukryć chrypki w głosie — gdybym nie był charłakiem, użyłbym teraz na tobie legilimencji, czy ci się to podoba, czy nie.
Milczy przez długą chwilę.
— W porządku. Pewnie zrobiłbym to samo, gdyby nasze role się odwróciły.
I tak jak po wielu rzeczach, które powiedział mi w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy, nie wiem, czy po tych słowach czuję się lepiej. Czy jeszcze gorzej.
Kiedy wreszcie zasypiam, we śnie cofam się w czasie o rok.
Przebywam w tym samym pokoju, nie jest on jednak taki przepastny i skąpo umeblowany jak teraz. Uzdrowiciele, bardzo zajęci, krzątają się wokół, przez co ja sam czuję się jak piąte koło u wozu — nie jestem niczym więcej niż niewygodnym, zakłócającym porządek zawalidrogą. Eliksiry gotują się i parują na paleniskach, a wszystkie stoliki zaśmiecone są różnorodnym sprzętem diagnostycznym, mokrymi ściereczkami i do połowy opróżnionymi butelkami. Na zewnątrz pokląskwy pikują w dół, wygwizdując dziwną, chrapliwą melodię, którą można usłyszeć tylko w Wiltshire. Okna zostały otwarte magicznie i promienie słońca zdają się napełniać ciężkie zasłony niczym żagle, rzucając niespokojne cieniste wzory na gładką dębową podłogę. Ale postać pod ogromnym baldachimem leży nieruchomo jak zawsze.
Gdzieś, w jakiejś odległej części mózgu krzyczę do siebie, że to tylko sen, nic więcej, ale upomnienia nie pomagają ukoić nieprzemijającego, miażdżącego bólu w piersi, który dręczy mnie, kiedy patrzę na Draco. Widziałem go w tysiącach różnych sytuacji. Widziałem go chłodnego i doskonale niezależnego, siedzącego przy stole z innymi dyskutantami na przodzie zapełnionego audytorium. Widziałem na wpół pijanego i niemal posikanego ze śmiechu z powodu jakiegoś żartu, który właśnie powiedziałem. Widziałem, jak przebiega wzrokiem zawartość nowego nabytku z Esów i Floresów, gładząc dłońmi miękką okładkę jak ciało kochanka, i myśli, że nikt na niego nie patrzy, a jego twarz staje się naiwnie szczera i po chłopięcemu zaciekawiona. Widziałem go z ziemistą skórą, w gorączce, ze spoconym czołem i chorobliwie wyschniętymi ustami. Widziałem jak szyderczo i z pogardą wygina górną wargę. Widziałem go w czasie orgazmu, gdy oczy uciekają mu w głąb czaszki i całkowicie otwiera się pod moim spojrzeniem. Widziałem, jak wylewa łzy wściekłości, jak kara swoich podwładnych albo składa czuły pocałunek na policzku matki. Widziałem, jak zatraca się, słuchając muzyki, oglądając jakiś obraz lub powoli przesuwający się widok za oknami pociągu. Widziałem go triumfującego i rozczarowanego, rozgorączkowanego i powściągliwego, sennego i tryskającego energią, odczuwającego ból, przyjemność i mieszaninę obu tych doznań. Ale nigdy — nigdy — nie widziałem go kompletnie obojętnego. W wyrazie jego twarzy nie ma nic, co wskazywałoby, że wciąż żyje, i gdybym nie sprawdzał jego tętna setki razy dziennie, nie uwierzyłbym całej paradzie uzdrowicieli, zapewniających mnie, że nie, mimo wszystkich oznak świadczących o czymś przeciwnym oraz wszelkim znanym medycynie faktom, Draco Malfoy wciąż nie jest martwy.
I wtedy nagle — oraz dlatego, że to sen — zawsze obecny tłum medyków oraz życzliwych i ciekawskich znika, a ja zostaję sam. Moja świadoma część krzyczy, żebym się obudził i zrobił cokolwiek innego niż to, co właśnie mam zamiar zrobić, ale ignoruję ją i wolnym krokiem podchodzę do łóżka.
W moim śnie Draco wcale nie wygląda tak jak podczas tych miesięcy, kiedy pozostawał nieprzytomny mimo mojej stałej opieki i czujności. Nie jest wychudzony, jego mięśnie nie ulegają atrofii, skóry nie kalają odleżyny i blizny diagnostyczne. Twarz nie ma szarej barwy, a włosy nie są wiotkie i przetłuszczone. W zamian prezentuje się jak teraz, rok później: ma szczupłą, ale silną sylwetkę, nieskazitelną i gładką cerę, krótko przyciętą fryzurę. Pachnie wiosennym słońcem i seksualnym pobudzeniem, a nie leczniczymi maściami i brudną pościelą. Jest nagi, gdy ściągam z niego okrycie, a jego półtwardy penis drży już nad gładką powierzchnią podbrzusza. Czuję się okropnie, że jest nieprzytomny i nie może wyrazić na wszystko zgody, ale tak bardzo pragnę go dotknąć, nakryć go swoim ciałem, wsunąć się między rozłożone uda. Nie potrafię się powstrzymać. Niezgrabny z powodu pośpiechu zdzieram z siebie ubranie i odrzucam je na bok. Wspinam się na łóżko i ustawiam nad nim, z rękami po obu stronach jego głowy i kolanami między nogami. Cały wibruję od jego bliskości, jak gdybym był kamertonem, który zaprojektowano tak, by odbierał częstotliwość promieniującą od niego i tylko od niego. Pochylam się ze straszliwą powolnością, wiedząc bez cienia wątpliwości, że gdy moja skóra otrze się o jego skórę, to dojdę bez jakiegokolwiek dodatkowego dotyku.
Kiedy dzieli nas już nie więcej niż kilka centymetrów, czuję jego ciepło, które niczym Protego unosi się nad nim, tworząc namacalną barierę. Biorę głęboki oddech i przenikam ją, co wywołuje wrażenie, jakbym penetrował jego ciało nie tylko penisem, ale wsuwał się w niego całym sobą. Automatycznie zaczynam poruszać biodrami, mimo że między nami wciąż znajduje się wolna przestrzeń. Ogarnia mnie zwierzęca potrzeba. Chcę wziąć go tak całkowicie, że przestaniemy być odrębnymi istotami. Chcę ukryć się w jego wnętrznościach, w kościach i ścięgnach. Chcę wsunąć członek tak głęboko w jego odbyt, żeby posmakował mnie na języku. Gdybym tylko mógł, chciałbym otworzyć mu głowę, usiąść na twarzy okrakiem i pieprzyć miękką szarą tkankę mózgu, jednocześnie ssąc penisa wsuniętego we mnie aż po gardło. Merlinie, nie mogę tego znieść ani sekundy dłużej! Bycia rozdzielonymi. Bycia oddzielnymi organizmami, oddzielnymi ludźmi. Chcę, żeby się skręcał, szarpał i zwijał palce u stóp. Chcę, żeby szczytował znowu i znowu, i wykrzykiwał moje imię przy każdym wytrysku, każdym drżeniu. Chcę sprawić, żeby wrzeszczał, śmiał się i płakał, chcę...
Moje ciało natychmiast pokonuje te kilka centymetrów, które nas dzieli, i wreszcie czuję jego ciepłą żywą skórę przy sobie. Zaczynam dochodzić. Mocno. Zostaję złapany w szpony orgazmu i w tej samej chwili jego mięśnie odchodzą od kości, a oczy zapadają się, pozostawiając puste oczodoły. I nagle uświadamiam sobie, że mój penis przesuwa się między żebrami ostrymi jak noże, a sperma trafia do pustej klatki piersiowej...
Budzę się w jego ramionach.
— Nie możesz — dyszę mu prosto w szyję. — Nie zostawiaj mnie, Draco. Błagam, nie zostawiaj.
Oplata wokół mnie ręce i ściska mocno.
— Przykro mi, Harry — szepcze głosem chropawym, lecz stanowczym. — Bardzo mi przykro. Ale tak samo jak ty musiałeś pomóc Evansowi, ja muszę zrobić to, co zaplanowałem. I tak jak ty stwierdziłeś, że „do diabła z Draco”, ja zamierzam powiedzieć „do diabła z tobą”. Wybacz, ale tak po prostu musi być.
Ściska mnie ponownie, z dużą siłą, ale też pochyla się i całuje w czubek głowy.
— Kocham cię, Harry Potterze — mówi. — Nie zapominaj o tym. Wszystko robiłem z miłości do ciebie. Każdą niezwykłą, cudowną, szczęśliwą, popierdoloną, chorą i nikczemną rzecz. Dla ciebie. I teraz nadszedł czas, że muszę zrobić coś dla siebie. Jeśli nie potrafisz zrozumieć, to przynajmniej obiecaj, że nie staniesz mi na drodze. Tylko raz mogę postąpić wbrew tobie. Nie jestem wystarczająco silny, że zdecydować się na to ponownie.
Wciągam głęboko powietrze z nosem tuż przy jego piersi, wypełniając każde wolne miejsce w moim ciele jego zapachem, jego obecnością.
— Dobrze — zgadzam się. — Ale tylko dlatego, że też cię kocham i również wszystko, co robiłem, robiłem dla ciebie.
Prycha cicho, mierzwiąc mi włosy oddechem.
— Wszystko z wyjątkiem tej jednej rzeczy dla Evansa.
— Nie — zaprzeczam cicho. — To też. Nie polubiłbyś osoby, jaką stałbym się, jeśli nie zrobiłbym wszystkiego co w mojej mocy, żeby go uratować. Nie rozpoznałbyś nawet tego człowieka.
Milczy długo.
— Wydaje mi się, że rozumiesz — mówi w końcu ledwie słyszalnie. — Dlaczego nie jestem zaskoczony? — Całuje mnie znowu, a ja wręcz czuję, jak uczucie graniczące z czcią promieniuje z jego ciała jak ciepło. — Śpij, Harry — szepcze. — Jesteś moją miłością. Moim życiem.
Moją zgubą, dodaję w myślach ponuro to, czego nie dopowiedział, i odkrywam, że być może to prawda i jestem najgorszą rzeczą, jaka kiedykolwiek spotkała Draco Lucjusza Malfoya.

Budzę się przed nim i w łazience cicho szykuję do wyjścia. Nadal mam ubrania w mieszkaniu w Kensington, więc pakowanie nie zabiera mi dużo czasu — tylko szczoteczka do zębów, maszynka do golenia i książka, którą właśnie czytam.
Zastanawiam się, czy zostawić jakąś notatkę, jak zrobiłem w Petersburgu przed wyjazdem do Irkucka, ale tak jak wtedy nie wiedziałem, co napisać, teraz również nie wiem. Prawie wszystko, co trzeba, zostało powiedziane już wczoraj. List zabrzmi albo zbyt banalnie, albo zbyt złowieszczo. Czasami, co zdążyłem już odkryć, milczenie jest bardziej wymowne niż jakiekolwiek słowa.
Słońce właśnie wschodzi, kiedy ścieżką docieram do podjazdu. Idę szybko, żeby znaleźć się jak najdalej od dworu, gdy się przebudzi. Wątpię, aby mnie szukał. Dobrze wie, że to mój sposób — jedyny sposób, abym dochował obietnicy i nie próbował go zatrzymać. Tak czy owak, chcę złapać autobus do Southampton, który odjeżdża o 7:50. W przeciwnym razie aż do jedenastej utknę w Redlynch, wsi maleńkiej jak znaczek pocztowy, w której na dodatek pozamykane są puby.
Jestem w połowie drogi, gdy mężczyzna w niebieskim Volkswagenie zatrzymuje się i oferuje, że mnie podwiezie. Wsiadam do samochodu wdzięczny zarówno za transport, jak i za towarzystwo. Gawędzi uprzejmie o pogodzie, futbolowych nowinkach i polityce w Hale Park (jakie by one nie były), a ja uśmiecham się i wtóruję mu najlepiej, jak potrafię. Nowe życie bez magii jeszcze bardziej skomplikowało moje już i tak skomplikowane relacje z mugolami i mugolskim światem, ale jednocześnie sprawiło, że zacząłem usilniej niż przez lata — a być może zawsze — starać się te relacje nawiązać.
Zostawia mnie wcześniej, niż się spodziewałem, przy hotelu King’s Head, i przeprasza, że nie możemy jechać razem dalej, ale teraz skręca w stronę Bournemouth. Mówię mu, żeby się nie martwił i macham na pożegnanie, czując się dziwnie pogodzony ze światem pomimo strachu czającego się gdzieś w zakamarkach mojego umysłu. Z zaskoczeniem odkrywam, że restauracja jest otwarta, wchodzę więc do środka i zamawiam tradycyjne, tłuste angielskie śniadanie i jajka sadzone. Zanim przyjeżdża autobus, udaje mi się nawet wypić dwie filiżanki kawy i przeczytać „Salisbury Journal” od deski do deski.
Jednakże mój generalnie dobry nastrój nie wytrzymuje trasy do Southampton w towarzystwie garstki opryskliwych pasażerów udających się do pracy, bez przerwy trajkoczących przez telefony komórkowe. Na dodatek przez wąskie, pochyłe drogi, które ciągną się aż do A36 pożałowałem, że tyle zjadłem. Tosty z herbatą byłyby w tych okolicznościach znacznie mądrzejszym wyborem. Opieram głowę o okno i staram się nie wyobrażać sobie, jak Draco czuje się właśnie teraz, ubierając się i schodząc po schodach.
To zawsze odbywało się w taki sposób. Praktycznie za każdym razem właśnie on odwiedzał mnie w odległych miejscach, ale to ja go opuszczałem. Byliśmy razem tak długo, jak się dało, chociaż często upierał się, że teraz wyjedzie pierwszy i więcej nie zaniedba swoich zajęć. Jednak nigdy do tego nie doszło. Okazało się, że zupełnie dosłownie nie jesteśmy zdolni pożegnać się, dopóki rozłąka nie była absolutnie konieczna. I zawsze działo się tak z powodu mojej pracy, nie jego. Raz za razem, miasto po mieście budziłem się przed świtem, wyplatałem z jego ramion (czasem także z długich nóg) i szybko wymykałem z naszego łóżka. Właśnie w takie poranki — dzisiaj również — sądziłem, że wiem, jak musi czuć się perła, którą z przytulnego legowiska brutalnie wyrwały obojętne ręce poławiacza. Perła powinna leżeć wtulona w swoją muszlę, a nie wisieć na szyi jakiejś damy, podobnie jak ja powinienem być przy Draco, a nie włóczyć się po największych zadupiach tego świata, szukając mrocznych czarodziejów, którzy próbują leczyć swoje dzieci.
Wzdycham i zamykam oczy. Muszę zapamiętać tę analogię i powiedzieć o niej Draco, gdy wróci z Wiednia. Zwłaszcza że jego metaforyczny odpowiednik to oślizgły mięczak...
Gdyby mógł wiedzieć, jakie to dla mnie trudne tak po prostu pozwolić mu odejść! Przecież praktycznie nic mi nie wyjawił. Oczywiście cała sprawa wiąże się z Aloszą i jego leczeniem, ale poza tym nie mam pojęcia, o co chodzi. Może o sprzedaż kolejnych rodzinnych aktywów? W to jednak szczerze wątpię. Draco finansuje wszystko już od miesięcy (to znaczy od przebudzenia, kiedy przejął tę rolę po mnie, Neville’u i Hermionie). Faktem jest, że nie oszczędzał i wydał niezliczone tysiące galeonów na różne cele: począwszy od wyspecjalizowanych uzdrowicieli i mistrzów eliksirów, a skończywszy na prywatnych nauczycielach. Nigdy jednak nie musiał z tego powodu podróżować, co najwyżej wysyłał gdzieś Barnabę. Bez wątpienia tym razem chodziło o coś zupełnie innego. Coś bardziej osobistego niż pieniądze. A sądząc po tym, że nie podzielił się ze mną żadnymi szczegółami, również coś bardziej niebezpiecznego. Być może razem z tym facetem z Wiednia zamierza spotkać się z osobą praktykującą czarną magię. A może planują ekshumację ciała Mefodija. Drżę, przypominając sobie ustęp przeczytany miesiąc temu ponad ramieniem Draco z jednej z książek, które sprowadził z Bangkoku poprzez swoje „azjatyckie kontakty”.
O cokolwiek nie chodzi, już jaśniej nie mógł dać mi do zrozumienia, że nie życzy sobie, abym zadawał mu pytania. I nieważne jak bardzo pragnąłem naciskać na niego, dopóki nie pęknie. Jeśli czegokolwiek nauczyłem się w ciągu ostatnich miesięcy, to szanować granice Draco Malfoya. Ponieważ niespodziewanie zdawały się wyrastać wszędzie. Ten sam człowiek, który kiedyś pozwolił mi wędrować po swojej głowie jak po interaktywnym muzeum, teraz wyklucza mnie z wszelkich swoich procesów myślowych. Ten sam człowiek, który niemal odruchowo praktycznie wykręcał sobie stawy biodrowe, żeby rozłożyć szerzej uda dla moich ust, pięści i penisa, teraz nie pozwala mi się dotknąć. Ten sam człowiek, który nigdy nie korzystał z toalety, nie pytając wcześniej, czy chcę patrzeć, teraz blokuje zamek do łazienki. Ten sam człowiek, który swoje emocje — przynajmniej jeśli chodzi o mnie — nosił jak na dłoni, teraz walczy (najczęściej skutecznie), aby zachowywać się przy mnie całkowicie obojętnie. I mimo iż naprawdę wierzę, że mnie kocha, wciąż czuję się jak pies złapany w środku jednego z tych „niewidzialnych” mugolskich ogrodzeń, zaszokowany za każdym razem, kiedy natykam się na kolejne zamknięte drzwi, kolejną strzeżoną tajemnicę, kolejny nieświadomy unik...
Na początku próbowałem. Próbowałem wszystkiego, co tylko przyszło mi do głowy, żeby otworzył się na mnie emocjonalnie i seksualnie. Nakłaniałem i przymilałem się, drażniłem i uwodziłem, dąsałem się i skamlałem, groziłem i wściekałem. Nic nie działało i koniec końców moje nieustanne wysiłki sprawiły tylko, że zamknął się w sobie jeszcze bardziej i odepchnął mnie dalej. Torturą stało się zmuszanie do intymnego kontaktu, całowania jego ust i wsuwania ręki pod piżamę tylko po to, by odkryć, że w ogóle nie jest podniecony. Kilka razy starałem się doprowadzić go do erekcji ustami, co również okazało się dramatycznie nieskuteczne. Nawet po wielu minutach wciąż był miękki, a kiedy spojrzałem mu w twarz, zobaczyłem, że chowa ją w dłoniach w geście czystego skrępowania i upokorzenia. Wydawało się, że nic nie działa i nic nie jest w stanie pomóc, a ja musiałem nauczyć się zadowalać okazjonalnymi błyskami głodu w jego oczach czy sposobem, w jaki czasami jego ręce drżały, gdy już doprowadził mnie do orgazmu. Tylko raz, poza dniem, kiedy odnalazł mnie w deszczu, sam zainicjował pocałunek. Z zamkniętymi oczami słuchałem muzyki z nowej wieży, którą mi kupił — kawałek z Szopena — a on oparł się o tył kanapy i delikatnie musnął wargami moje usta. Byłem tak zaskoczony, tak zaszokowany, że nie wiedziałem, jak zareagować. Czy otworzyć usta i zaprosić go do środka, czy po prostu pozostać w bezruchu, poddając się jego dotykowi. Ostatecznie zgodziłem się, żeby prowadził, a on po prostu tak trwał, ledwie się poruszając, nawet nie próbując użyć języka. Ponownie zamknąłem oczy i delektowałem się tym, co zaoferował, i mimo że tak strasznie tęskniłem za jego smakiem, za śliskim tańcem języków, te łagodne, powolne i suche pocałunki okazały się znakomite — tak cholernie i totalnie podniecające — że po piętnastu minutach nie wytrzymałem i sięgnąłem w dół, żeby pieścić sam siebie przez spodnie. Spełnienie nadeszło po długo i słodko narastającym napięciu. Draco westchnął rozkosznie przy moich ustach, odsunął się odrobinę i pocałował mnie w czubek nosa. Jego policzki wyglądały jak różowe goździki.
— Jesteś taki piękny, Harry — szepnął, a ja wiedziałem z całą pewnością, że jeśli tylko pozwoliłby mi się dotknąć, odkryłbym, że jest półtwardy, ale gdy spróbowałem, potrząsnął głową i wyprostował się.
— Bobbin poinformowała mnie, że kolacja będzie podana wcześniej — powiedział. — Zrób ze sobą porządek i spotkamy się w jadalni.
Powierciłem się, bo spodnie nagle zaczęły mnie uwierać, a serce zacisnęło się boleśnie, rozdarte między czułym wspomnieniem a wciąż narastającym strachem, że może to nie jest tymczasowe. Może tego nie da się „wyleczyć” odpowiednimi słowami czy dotykiem. Nie pozwalam sobie na rozważanie takiej możliwości, ale dobrze wiem, że kiedyś będę musiał. I co wtedy? Przez jak długi czas zadowolą mnie niewinne pocałunki i automatyczne obciąganie, zanim poszukam czegoś — albo kogoś — innego?
Odsuwam od siebie te myśli, gdy tylko się pojawiają. Mimo wszystko — do diabła! przez to wszystko — w moim łóżku, w moich ramionach nie pragnę nikogo poza Draco. I dopóki to pragnienie się nie zmieni, muszę zadowolić się tym, co mam. Przecież nie do końca straciłem nadzieję, nie po tym, jak widziałem emocje w oczach Aloszy, kiedy pomyślał, że to Draco przechodzi przez tarasowe drzwi. Obaj potrzebują siebie nawzajem. Cóż, być może dla Aloszy to jest bardziej skomplikowane, ale nie aż tak skomplikowane jak obawia się Draco. Już dawno temu stało się dla mnie jasne, że Draco nie odnajdzie spokoju — albo nie pozwoli, żeby traktowano go z miłością czy czułością — dopóki ten piękny i pełen żalu mały bachor z oczami swojego ojca mu nie wybaczy. Tylko jak to osiągnąć? Jak można uzyskać przebaczenie od dziewięciolatka, który był świadkiem gwałtownej śmierci swoich rodziców, a jego siostry...
Zaciskam powieki, blokując te wspomnienia jak odciętą żyłę. Pamiętam jedynie przebłyski tamtego wieczoru, ale przebłyski te są jak jaskrawe odłamki koszmaru. Draco odwrócony do mnie plecami, cały roztrzęsiony, z uniesioną różdżką, rzucający jedną klątwę uśmiercającą po drugiej na stojącego przed nim, zastygłego w przerażeniu chłopca, wciąż pudłujący i szlochający tak gwałtownie, że trudno było sobie wyobrazić, jak w ogóle jest w stanie oddychać. A potem eksplozja szkła i roziskrzony deszcz zaklęć i klątw, spadających zewsząd jak gwiazdy. Wszystko działo się tak szybko, tak niewiarygodnie szybko, że nawet nie zauważyłem, kiedy Draco został trafiony i dotarło to do mnie dopiero, kiedy obrócił się i upadł na kolana. Merlinie! Poprzednio widziałem go, jak spał w naszym łóżku w Petersburgu! Uklęknąłem nad nim ostrożnie, żeby go nie obudzić, schowałem kosmyk jego włosów za ucho, pocałowałem w policzek, usta i czoło, modląc się, żebym miał siłę go opuścić i o coraz bardziej nieprawdopodobną możliwość, że kiedyś znowu go zobaczę...
Przełykam ślinę, żeby pozbyć się grudki w gardle. Ostatnie słowa Draco w Irkucku brzmiały „wybacz mi”, ale to ja powinienem prosić o przebaczenie, nie on. Jedynym powodem, dla którego te dzieci umarły, był uruchomiony przeze mnie łańcuch wydarzeń mający swój początek w chwili, gdy powiedziałem Mefodijowi, że chcę zająć miejsce Eda. To ja, nie Draco, tak lekkomyślnie obudziłem śpiącego potwora, który jest drugą połówką, bliźniaczym cieniem naszej nieposkromionej namiętności. Czyżbym naprawdę wierzył, że on nic nie zrobi? Że szybko otrząśnie się po mojej śmierci? Czy zrobiłbym — czy mógłbym nie zrobić — tego samego na jego miejscu? Kurwa, absolutnie nie. Za żadne skarby świata. Zrobiłbym wszystko to, co on, a może nawet więcej. Któż to może teraz wiedzieć. I kto wie, czy, będąc w jego sytuacji, również na końcu nie rzuciłbym klątwy uśmiercającej? Może nie zawahałbym się ani sekundy i co wtedy? Mielibyśmy piątkę martwych dzieci zamiast czwórki. W ciągu miesięcy, gdy siedziałem przy łóżku Draco, dużo myślałem o różnych rzeczach. Strasznych rzeczach. W głowie ułożyłem listę potworności, jakie bym popełnił, listę ludzi, których sprzedałbym bez chwili namysłu, jeśli byłoby to częścią transakcji mogącej pomóc mi odzyskać Draco choćby tylko na jeden dzień. Błagał mnie o wybaczenie, nie wiedząc, że ze mnie miłość także uczyniła potwora.
A ja się zastanawiałem, czy z nim stało się coś złego.

Rankiem ósmego dnia pobytu w Londynie piszę list. Wczoraj po raz pierwszy spędziłem czas sam na sam z Aloszą, zwiedziliśmy Livesey Museum* i zjedliśmy tłusty amerykański fast food na obiad. I dopiero zeszłej nocy właściwe słowa zmaterializowały się w moim umyśle. Nie zawracam sobie głowy zmianą koszulki i bokserek czy zaparzeniem dzbanka kawy. Biorę do ręki arkusz pergaminu i pióro, i zaczynam pisać tak szaleńczo, jak gdybym znów był w piątej klasie w Hogwarcie i zdawał swoje pierwsze egzaminy. Godzinę później czytam szybko tekst i dłonią poplamioną na czarno dodaję postscriptum — garść słów, które w tym momencie jak zamknięta fiolka zawierają wszystkie moje nadzieje i marzenia. Zwijam pergamin w rulon i ruszam na poszukiwanie Hedwigi, która na szczęście śpi na swojej grzędzie w salonie. Przywiązuję list do jej nogi.
— Wybacz, dziewczynko — mówię. — Wiem, że to długa podroż. Ale to bardzo ważne, więc nie spraw mi zawodu.
Szczypie mnie pieszczotliwie w ucho i rozciąga dotknięte artretyzmem skrzydło.
— Później nie wyślę cię dalej niż do Hermiony — obiecuję i podaję jej sowi przysmak. — A teraz leć. I pospiesz się.
Dopiero kiedy znika nad dachami, uświadamiam sobie, że wstrzymywałem oddech. Idę do kuchni i włączam czajnik. Słyszę, jak w pokoju gościnnym Alosza ubiera się i władczo po rosyjsku wydaje komendy pluszowym zwierzakom. Jedyne co teraz mogę, to czekać i mieć nadzieję, że raz — chociaż ten jeden raz — coś w moim życiu nie spieprzy się całkowicie.


***

*KLIK


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez gyniol » 4 lis 2012, o 18:34

To jest moje pierwsze drarry jakie komentuję. Przez cały czas, czyli jakieś 2 lata byłam jedną z tych irytucych "podglądaczek", które czytają, wzdychają, rozpływają się przy kolejnych wspaniałych tłumaczeniach, ale nigdy nie odwzajemniły się choćby marnym komentarzem za ciężką pracę! Zalogowałam się (przyznam szczerze) właśnie ze względu na ten tekst, który czytam z zapartym tchem. Gdy strona ładuje się do końca to powtarzam jak mantrę "oby był kolejny rozdział!". Tłumaczenie jest mistrzowsko przetłumaczone, czyta się płynnie bez żadnego zgrzytu. Opisy Rosji, intymność scen, wyrazistość charakterów - czegoż chcieć więcej? Draco jest zdecydowany, kochający, uwodzicielski i bezpośredni, czyli idealny. Uwielbiam te dwa oblicza: gdy jest z Harrym i gdy go nie ma. Miłość zmienia ludzi, to fakt! Harry znów dba o cały czarodziejski świat, czyli jest taki jaki powinien być! Nabrał pewności siebie oraz zatracił się w miłości do Draco. To jak pragnie jego dotyku, jak tęski za zapachem i ciepłem... Aż potrafię to zrozumieć, choć mogę mu tylko współczuć. Nie umiem pisać pięknych komentarzy, ale chcę podarować WIELKIE DZIĘKI za pracę nad tym opowiadaniem! Czekam na kolejne rozdziały, trzymając kciuki by tłumaczenie szło gładko i przyjemnie! :)
" - Z miłością jest jak z kolką nerkową. Dopóki cię nie chwyci atak, nawet sobie nie wyobrażasz, co to takiego. A gdy ci o tym opowiadają, nie wierzysz
- Coś w tym jest - zgodził się wiedźmin
- Ale są i różnoce. Przed kolką nerkową rozsądek nie chroni. Ani jej nie leczy
- Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno.
- Głupota raczej"
"Pani Jeziora" A.Sapkowski
gyniol Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 20
Dołączył(a): 4 lis 2012, o 12:56

Postprzez Akame » 4 lis 2012, o 22:39

Niestety nie napiszę Ci nic mądrzejszego, niż to, co napisałam już wcześniej. Byłam przekonana, że sytuacja będzie odwrotna. Wyobrażałam sobie, iż Harry nie przeboleje morderstwa czterech osób i pomimo całej miłości do Draco, odsunie się od niego. To, że jest zupełnie inaczej, wprawiło mnie w niezły szok. Draco wydaje się karać sam siebie, zapominając o tym, jak czuje się z tym Potter, który cokolwiek by zrobił, nie potrafi do niego dotrzeć. To bardzo przygnębiające obserwować to, jak cały czas Draco go odtrąca, zamykając się w sobie coraz bardziej. Mam wrażenie, że uczucie Harry’ego przekracza wszelkie granice. Nic, cokolwiek by Draco zrobił, nie wpłynie na nie. Zresztą, to samo tyczy się Draco. Jak nisko by nie upadli, cokolwiek by nie zrobili, zapominając o reszcie świata, wybaczają sobie nawzajem.

Przeraża mnie to, że Harry stracił swoją magię. To tak, jakby został okaleczony, w jakiś potworny sposób. Harry zawsze kojarzył się z mocą, on kochał czary, był szczęśliwy będąc czarodziejem. A teraz, jakby wyrwano z niego jakąś część, jakby stracił duszę, coś co było z nim integralne. Nie potrafię tego opisać, tak jakby brać oddech małymi haustami, gdyż nie sposób zaczerpnąć powietrza pełną piersią. Człowiek żyje, ale jakoś tak odcięty od wszystkiego. Moment, gdy Harry zdaje sobie sprawę, dlaczego figurki się nie poruszają, chwycił mnie za gardło i zachciało mi się płakać.

Alosza… lubię go, rozumiem, jest mi go żal, ale nie potrafię jakoś traktować go jak normalne dziecko. Gdzieś w głębi mnie siedzi drzazga – gdyby Potter nigdy się z nim nie zetknął, życie jego i Draco, byłoby teraz zupełnie inne. Zastanawia mnie jego stosunek do Draco. Z jednej strony na pewno go nienawidzi, w końcu na jego oczach Malfoy zabił mu rodzinę, z drugiej mam wrażenie, że na niego czeka. Tak jakby Draco, pomimo tego co zrobił, był jedynym łącznikiem z jego przeszłością i rodziną. Znał go, lubił, ufał mu i chyba nie do końca potrafi się od tego odciąć.
Kaczalka napisał(a): — Robisz to dla Draco. — To nie jest pytanie. — Mam nadzieję, że wziąłeś pod uwagę, co to będzie oznaczało dla chłopca.
Odwdzięczam jej się stanowczym spojrzeniem.
— Wszystko, co robię, robię dla Draco — mówię. — I pieprzę resztę świata.

Lubię tego Pottera. Jest z niego kawał drania, ale jakiś taki realistyczny mi się przez to wydaje. Człowiek z miłości zdolny jest do wielu rzeczy. Czasami odrzuca logikę i odtrąca wszystkich w jej imię. Boru, były przecież wojny z powodu uczucia, walki, morderstwa. Miłość zaślepia i ten Harry i Draco wydają się nią właśnie tacy zaślepieni.
Kaczalka napisał(a): To ja, nie Draco, tak lekkomyślnie obudziłem śpiącego potwora, który jest drugą połówką, bliźniaczym cieniem naszej nieposkromionej namiętności. Czyżbym naprawdę wierzył, że on nic nie zrobi? Że szybko otrząśnie się po mojej śmierci? Czy zrobiłbym — czy mógłbym nie zrobić — tego samego na jego miejscu? Kurwa, absolutnie nie. Za żadne skarby świata. Zrobiłbym wszystko to, co on, a może nawet więcej. Któż to może teraz wiedzieć. I kto wie, czy, będąc w jego sytuacji, również na końcu nie rzuciłbym klątwy uśmiercającej? Może nie zawahałbym się ani sekundy i co wtedy? Mielibyśmy piątkę martwych dzieci zamiast czwórki. W ciągu miesięcy, gdy siedziałem przy łóżku Draco, dużo myślałem o różnych rzeczach. Strasznych rzeczach. W głowie ułożyłem listę potworności, jakie bym popełnił, listę ludzi, których sprzedałbym bez chwili namysłu, jeśli byłoby to częścią transakcji mogącej pomóc mi odzyskać Draco choćby tylko na jeden dzień. Błagał mnie o wybaczenie, nie wiedząc, że ze mnie miłość także uczyniła potwora.

Amen. Harry myśli dokładnie to samo, co i mnie przyszło do głowy, kiedy czytam o ich uczuciu. Ono tutaj przekracza wszelkie granice. Chyba jeszcze w żadnym ficku nie było tak potężne, bezgraniczne, ślepe i destrukcyjne. Oni idą obok siebie, za nic mając resztę świata. Bez słowa skruchy rzucą wyzwanie każdemu, kto spróbuje ich rozdzielić. W pewien sposób ich miłość jest przerażająca dla kogoś, kto tak jak my, może zagłębić się w ich myśli i obserwować czyny.
Jak zwykle rozdział pełen emocji i przeczytałam go po raz drugi, zapominając o wszystkim. I jak zwykle mój komentarz jest totalnym chaosem myśli i uczuć. Nieposkładany.

Pozdrawiam i dziękuję za to tłumaczenie :) Teraz koniecznie chcę wiedzieć jak to się skończy. Nie wiem, czy się cieszyć, czy się bać tych ostatnich rozdziałów.
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Evolution » 6 lis 2012, o 19:02

Uwielbiam to opowiadanie. To, w jaki sposób Harry i Draco na siebie oddziałują, jest jednocześnie fascynujące i w pewien sposób przerażające. Jest to fick, w którym ich miłość jest przedstawiona tak bezwarunkowo, nieskończenie i ponad wszystkim innym jak nigdzie indziej. Każdy ich czyn jest ( tak jak oni obaj zauważyli w tym rozdziale ) wykonywany przez wzgląd na tego drugiego. Czytając o ich relacji naprzemiennie przechodzą mnie ciarki, ściska mi się gardło czy nawet płyną łzy - w każdym razie wywołuje u mnie nadzwyczaj silne emocje.

To opowiadanie nie jest lekkie i zwlekałam kilka dni, dopóki nie uznałam, że jestem gotowa wczuć się w jego klimat i przeczytać go z należnym mu zrozumieniem. Głęboko smuci mnie zachowanie Draco, jednak uważam, że trauma, której doświadczył, je tłumaczy. Całą tą sytuację widzimy opisaną oczami Harrego co sprawia, że odbieram to jeszcze silniej, jako że oprócz suchych faktów mamy dodaną ogromną porcję Jego emocji, które w tym opowiadaniu opisane są w sposób idealny, niezwykle poruszający.

Z niecierpliwością oczekuję końcowych rozdziałów, jednak nie do końca wiedząc, czego się spodziewać. Weny. ;3
.
Evolution Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 lut 2012, o 17:00
Lokalizacja: Gdańsk

Postprzez Kaczalka » 29 lis 2012, o 16:42

Część XIX


Zmierzch unosi się jak całun nad niekończącymi się, szarymi ulicami Innere Stadt, gdy słyszę stukanie dziobem o szybę. Wstaję z krzesła i ostrożnie podchodzę do okna, zza którego Hedwiga przygląda mi się z uwagą.
— Wejdź, dziewczynko — zapraszam, a Hedwiga posłusznie wskakuje na okienną ramę i zaciska na niej szpony jak na gałęzi. — Na pewno jesteś zmęczona. Co on sobie myślał, wysyłając cię w podróż na kontynent?
Pohukuje żałośnie. A może tylko wyobrażam sobie płaczliwą nutę w jej głosie, bo sam jestem raczej zrozpaczony. Niespiesznym krokiem idę do biurka, gdzie trzymam sowie przysmaki, czując na plecach jej nieruchome spojrzenie. Mam wrażenie, że na swój ptasi sposób zastanawia się, czemu nie przywołam ich prostym zaklęciem...
— Proszę — mówię. — Zjedz, ile chcesz i zostań, jak długo masz ochotę. Tylko nie zabrudź dywanu.
Jak dotąd właśnie to jest najgorsze. Niemożność sprzątania za pomocą szybkiego Chłoszczyść. Tak mało istotny aspekt bycia czarodziejem, ale wyjątkowo użyteczny w rutynie dnia powszedniego. Przecież wcale nie oczekuję, że personel sprzątający hotelu Imperial zajmie się ptasimi gównami — zwłaszcza że to Wiedeń, gdzie nawet stosunkowo prozaiczny kurz traktowany jest z przesadną pedanterią. Nie, moi państwo. Musiałbym sam, na kolanach, ze szmatą w rękach...
Jakim cudem mugole przetrwali przez tysiące lat?
Hedwiga kłapie dziobem i wyciąga nóżkę.
— Widzę, że wszystko po staremu — śmieję się, uwalniając ją od ciężaru listu. — Ale poważnie, dziewczynko. Zostań tutaj. Przynajmniej dzisiaj. Nie jesteś już taką młodą sówką jak kiedyś, wiesz o tym.
Patrzy na mnie oczami pełnymi oburzenia, teraz z całą pewnością skierowanego do mnie.
— No dobrze — poddaję się. — Pracujesz już od tysiąca sowich lat. Przypuszczam, że jesteś na tyle stara, by podejmować własne decyzje.
Skupiam uwagę na rolce pergaminu, którą trzymam w dłoni.
Zastanawiałem się, kiedy Harry do mnie napisze, ale spodziewałem się raczej, że skorzysta z mugolskiej poczty. Od czasu... Irkucka unikał wszelkich rodzajów czarodziejskiej komunikacji czy transportu, nawet tych, z których wciąż mógł korzystać, jak sowia poczta. Ale przecież nie powiedziałem mu, gdzie się zatrzymam w Wiedniu i tylko Hedwidze ufał, że mnie znajdzie.
Opadam na krzesło, wyczerpany krótką wycieczką do okna i z powrotem. Uprzedzono mnie, że przez jakiś czas będę się czuł osłabiony i znużony, ale przez to wcale nie jest mi łatwiej. Mimo wszystko spędziłem jesień mniej lub bardziej uwięziony we własnej sypialni, nie będąc w stanie nawet zejść po pieprzonych schodach. Jestem już śmiertelnie znużony niemocą i bezradnością. Tym, że wyczerpują mnie najprostsze czynności. Dopiero co zaczynałem znów czuć się jak dawny ja, kiedy zdecydowałem, że tu przyjadę...
Wzdycham i spoglądam na list leżący na moich kolanach. Co napisał? Wiedząc, jaki Harry jest ostatnio, treść równie dobrze może zawierać niemal wesoły, ale bardzo zwarty opis życia codziennego, jak i tyradę pełną inwektyw. Za co wcale bym go nie winił...
Harry.
Słowo oznaczające dla mnie zarówno więcej, jak i mniej niż kiedyś. Oznaczające mojego najbliższego towarzysza, który — nieświadomie i mimo woli — oddał ostatni gram swojej magicznej mocy, żeby uratować mi życie. Oznaczające człowieka, który wręcz kipi ze złości, bólu i smutku, ale przeraża go, że mógłbym zobaczyć, jak cierpi. Oznaczające też moją własną udrękę, bo czegokolwiek ode mnie chce — czegokolwiek ode mnie potrzebuje — już mu tego nie mogę dać. Oznaczające znajomego obcego, który patrzy na mnie oczami kochanka.
Oznaczające moją ostateczną — moją największą — porażkę jako człowieka. Jako istoty ludzkiej. Ponieważ tylko ktoś, kto jest mniej niż człowiekiem, pozwala miłości swojego życia uwierzyć, że już mu na niej nie zależy. Że go nie chce. Że już nie potrzebuje go, by oddychać, jak gdyby jego miłość była skrzelami, a obecność bardziej potrzebna niż tlen...
Wzdycham, zrywam pieczęć i rozwijam pergamin, zanim mam czas na wymyślenie powodu, żeby tego nie zrobić.

Moja noga po raz pierwszy stanęła na pokładzie samolotu, kiedy leciałem z Wiednia na Heathrow. Wkładam ogromny wysiłek, by nie myśleć, że za każdym razem, kiedy zaplanuję opuszczenie Wielkiej Brytanii, będę musiał korzystać z tak niesprawnego i wybitnie niewygodnego środka transportu. Na szczęście posiadam odpowiednią wiedzę na temat mugolskich zwyczajów, by zamówić bilet w pierwszej klasie, a ponadto wykupiłem też miejsce obok swojego, żeby pozostało puste. Jednak mimo tych zabiegów brzydki zapach, przepychanki i okropne wino niemożliwie wydłużyły moją trzygodzinną podróż.
Niemal tyle samo czasu zabiera mi dotarcie z Heathrow do Covent Garden i gdy wreszcie wchodzę do swojego pokoju w hotelu Montague, jestem wyczerpany, marudny i spragniony wanny. Ciskam swój niezmniejszony bagaż na łóżko i zdejmuję płaszcz, ale zanim udaje mi się zrozumieć, jak obsługiwać kurki z ciepłą i zimną wodą, jestem gotów poddać się i po prostu paść na łóżko. Dzięki Merlinowi, że przezornie przyleciałem dzień wcześniej i zarezerwowałem pokój na noc. Patrzę na zegar. Gdybym przybył tu jutro, teraz właśnie biegłbym do Opery Królewskiej, zmęczony, zdenerwowany i generalnie wściekły na cały świat.
Barek zaopatrzony jest w zupełnie nieodpowiednią, marną jakościowo whisky, ale i tak ją piję. Wszystko po to, żeby przestać wyobrażać sobie, co wydarzy się jutro o tej samej porze. Wszystko, co mogę zrobić do tego czasu, to spróbować się wyspać i zjeść posiłek bez konieczności otwierania puszek. Może nawet zastosuję jedną z technik relaksacyjnych, których nauczyłem się w Wiedniu, ale poza tym muszę radzić sobie sam. Coś, co w przeszłości nie zawsze okazywało się dobre.
Zastanawiam się, czy spróbować skontaktować się z Harrym przez telefon komórkowy. Jeśli nie z innego powodu, to żeby dać mu znać, że wróciłem do Londynu w jednym kawałku. Ale za każdym razem, gdy wybieram jego numer, rezygnuję w połowie drogi. Nie mam pojęcia, co chcę powiedzieć, albo co on zechce powiedzieć, albo co każdy z nas powinien powiedzieć. Nic nie mogę na to poradzić, ale sądzę, że lepiej będzie pozwolić wydarzeniom po prostu się toczyć, a nie poprzedzać je rozmową czy wyjaśnieniami.
Zanurzam się w ciepłej wodzie i zamykam oczy. Nie mija dużo czasu, zanim, pomimo determinacji, moje myśli znów zaczynają krążyć. Chociaż nigdy nie okłamałem go na temat tego, co będę robił w Wiedniu, niczego też nie wyjawiłem. Harry nie miał o niczym pojęcia. Nikt nie miał pojęcia z wyjątkiem zaangażowanych uzdrowicieli i Barnaby, oczywiście. Uśmiecham się ze smutkiem. Równie dobrze mógłbym go pieprzyć, bo przecież teraz wie o mnie więcej niż mój kochanek. Ale z drugiej strony trudno mi wyobrazić sobie Barnabę inaczej niż w szacie adwokata czy trzyczęściowym garniturze...
Rozważałem poinformowanie o wszystkim Hermiony. W końcu to ona i Longbottom najbardziej bezpośrednio odczuli konsekwencje moich działań poza... poza...
Pocieram twarz dłońmi. Jak to, do kurwy nędzy, ma się kiedykolwiek ułożyć, skoro nie potrafię zmusić się, żeby choć wymówić imię i nazwisko tego dziecka? Dopiero przez ostatnie dwa miesiące zaczynam pozwalać sobie na przywołanie w wyobraźni twarzy chłopca... i twarzy jego zamordowanych sióstr. Wcześniej mój umysł wił się jak węgorz na haczyku za każdym razem, gdy wędrował choćby w pobliże tamtej nocy.
Biorę głęboki oddech i otwieram oczy. Oddałem coś najważniejszego. Złożyłem najwyższą ofiarę. I w przeciwieństwie do daru, jaki Harry ofiarował mi poprzez pierścień, który wsunąłem na jego obojętny palec, wiedziałem, co tracę. Co poświęcam. Nie wiem jednak, jak on zareaguje. Jak... Alosza... Ponownie zaciskam powieki, gdy imię nabiera w mojej głowie kształtu. Jak Alosza zareaguje, gdy dowie się, do czego jest teraz zdolny... I komu winien jest wdzięczność.
Przez kilka minut leżę w stygnącej wodzie, po prostu starając się nie zapomnieć, jak się oddycha, podczas gdy wyobrażam sobie, że mogę zobaczyć swoje łomoczące serce, wprawiające w drżenie spokojną powierzchnię. Wdzięczność. Całe moje życie to nic więcej niż jedna długa lekcja nauki wdzięczności i tysięcy sposobów, na jakie może ona człowieka usidlić i zniewolić — od salonu w dworze Malfoyów po zaplecze klubu w Berlinie. Za każdym razem, gdy przelewituje pióro na zaklęciach; za każdym razem, gdy poleci na miotle; za każdym razem, gdy rzuci zaklęcie albo usunie plamę, albo przywoła podkradzioną butelkę Ognistej Whisky, albo wyczyści kociołek — będzie myślał o mnie. O Draco Malfoyu. Człowieku, którego przybycie zwiastowało śmierć jego rodziców i który zamordował jego piękne siostry. Człowieku, który stał przed nim i rzucał zaklęcia uśmiercające w jego zapłakaną, zrozpaczoną twarz. Człowieku, który był odpowiedzialny za oderwanie go od domu, od rodziny, od kraju — od całego jego świata — i przeniósł w odległe miejsce, do obcych ludzi, którzy nie kochali go i nie rozumieli, ale opiekowali się nim z niezrozumiałego, szlachetnego, gryfońskiego poczucia obowiązku.
Teraz ten świat znajduje się na krawędzi pogrążenia się w ostatecznej, zabijającej duszę ironii: człowiek, który zabrał mu wszystko i złamał serce, jest tym samym człowiekiem, któremu do końca życia będzie winien wdzięczność i lojalność. Bardzo, kurwa, śmieszne.
Ponownie zamykam oczy, powstrzymując kłujące, gromadzące się w kącikach łzy. Jak dużo czasu upłynie, zanim zdołam powiedzieć mu, że nie jest jedynym, który nienawidzi wszechświata tak pozbawionego przyzwoitości, że zmusza dziecko, żeby kłaniało się swojemu dręczycielowi? Całe życie? A może nigdy do tego nie dojdzie. Przecież ja sam czekałem prawie tyle samo, aż pojawił się ktoś, kto mi to wyjaśnił. Ktoś, kto nie patrzył na mnie jak na ofiarę czy potwora — ani pieprzoną hybrydę jednego i drugiego.
Harry!, wrzeszczy głos w mojej głowie. Co z Harrym?!
Unoszę powieki i uświadamiam sobie, że trzęsę się z zimna, a czarodzieje, którzy nielegalnie przenieśli swoje magiczne moce na osieroconego charłaka, nie mogą rzucić zaklęcia ogrzewającego. Z myśleniem o Harrym po prostu muszę poczekać.

Z hotelu wychodzę o piątej i kieruję się do budynku opery długą, okrężną drogą. Przechodzę przez St. Martin na Chandos Place, a potem na Maiden Lane. Jest czwartkowe popołudnie i ludzie dopiero zaczynają opuszczać sklepy i biura. Padało od samego rana, ale koło trzeciej zerwał się rześki wiatr i teraz niebo przybrało barwę spranego błękitu, a słońce muska szczyty budynku jak malarz, który postanowił dodać nieco światła do bezlitośnie monotonnego płótna. Wpycham dłonie głębiej do kieszeni, stukając podeszwami butów o nawierzchnię wąskich uliczek. Z całego serca pragnę, żeby to była jesień albo zima, więc cokolwiek mnie czeka, odbyłoby się pod osłoną ciemności.
W postscriptum Harry napisał, że zapłacił już za bilety, i poprosił, żebym je odebrał, jeśli przyjdę pierwszy, a potem spotkał się z nim i Aloszą na zewnątrz, przy wejściu do Covent Garden Market. Kiedy kończę swój spacer po uliczkach i alejkach, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w sklepowe wystawy, kasa jest już otwarta.
— „Jezioro łabędzie”? — pyta dziewczyna w okienku.
— Tak — odpowiadam. — Na nazwisko Potter.
— Proszę bardzo — mówi, wręczając mi jeden bilet.
— Przepraszam — protestuję zaszokowany, bo dociera do mnie, że jednocześnie rumienię się i jąkam. — Wydaje mi się, że powinny być trzy bilety... — Czuję, że kropelki potu gromadzą mi się nad górną wargą, gdy zaczynam uświadamiać sobie pełnię mojego strachu i zrozumienia. Dziewczyna jednak, wpatrzona w monitor komputera, nie dostrzega mojej konsternacji.
— To bilet do loży, proszę pana — mówi, nie unosząc wzroku. — Pierwsze piętro, loża numer czterdzieści trzy. Może pan usiąść i poczekać, aż przybędzie reszta pańskich znajomych, a ja w tym czasie wydrukuję dodatkowe bilety — proponuje.
Potrząsam głową, czując się jak idiota, mimo że niemal mdleję z przerażenia.
— Nie, dziękuję, to nie będzie konieczne. Nie wiedziałem, że mamy lożę. On zwykle nie...
Milknę niepewny, bo dziewczyna nawet nie odwraca oczu od monitora. Co się ze mną, u diabła, dzieje, że opowiadam historię mojego życia przypadkowej mugolce?
— Dziękuję — odzywam się niepotrzebnie stanowczo i pospiesznie ruszam do najbliższej męskiej toalety, gdzie szybko zwracam cały zjedzony z rozsądku obiad.

Siedzę niemal godzinę, wypijając szklankę za szklanką okropnej coca-coli przy jednym ze stolików na zewnątrz restauracji, podczas gdy kelnerka mierzy mnie gniewnym spojrzeniem. Brukowany plac jest zatłoczony — głównie turystami, z których większość prawdopodobnie czeka, tak jak ja, aż rozpocznie się balet. Patrzę na nich, nikogo nie widząc — ich powolne, bezcelowe gesty działają na mnie tak samo kojąco jak przyglądanie się owcom albo tropikalnym rybom w akwarium. Wszyscy wydają się spokojni i zadowoleni, niezdolni do nagłych, nieprzewidzianych ruchów, i pierwotny strach, jakiego doświadczałem, gdy byłem jeszcze zdolny do używania różdżki, nieco się rozmywa. Nie ulega wątpliwości, że teraz jestem bardziej nerwowy w tłumie czarodziejów, ale przecież, z tego czy innego powodu, nigdy nie czułem się pośród nich szczególnie wygodnie.
Ciesząc się krótkim wytchnieniem od lęku, przyglądam się, jak mężczyzna po drugiej stronie placu pochyla się i ciągnie za kołnierzyk koszuli chłopca, bez wątpienia po to, żeby go wyprostować. Chłopiec odwrócony jest do mnie plecami i nie mogę wyjść z podziwu, jak spokojnie stoi, podczas gdy mężczyzna kręci się wokół niego jak kwoka. Nie że miałem duże doświadczenie z dziećmi — a już szczególnie mugolskimi dziećmi — ale wydaje mi się, że to prawie niemożliwe, żeby wytrwały w jednej pozycji dłużej niż trzydzieści sekund. Po uporaniu się z kołnierzykiem mężczyzna kuca i podwija nogawki spodni chłopca, wstaje, ocenia swoją pracę, po czym ponownie kuca i odwija nogawki z powrotem. Uświadamiam sobie, że zacząłem się uśmiechać, nawet nie wiedząc kiedy. Trwa to do czasu, aż mężczyzna unosi głowę i jakimś cudem — spośród blisko setki obecnych tu osób — łapie akurat moje spojrzenie. Albo przynajmniej wydaje mi się, że łapie moje spojrzenie. Dokładnie nie mogę tego stwierdzić, bo słońce odbija się od szkieł jego okularów jak...
Harry.
Co oznacza, że grzeczny chłopiec w nowej kurtce i zbyt długich spodniach to Alosza Fiodorow.
Przez moment kręci mi się w głowie i muszę złapać się krawędzi stolika, żeby utrzymać równowagę. Nagle, jak gdyby gdzieś w moim umyśle ktoś nacisnął na włącznik mugolskiej lampy, cały plac wraz z typowymi londyńskimi odgłosami i zapachami rozpraszają się niczym dym, a ja znowu jestem w Irkucku. W ciągu sekundy przez moją pamięć przelatuje setka wspomnień: jak z okna sypialni dla gości patrzę na śnieg, padający z szarego nieba... Jak podążam długimi korytarzami za Aloszą, który szarpie swoją małą ręką za moją dłoń, tak bardzo pragnąc pokazać mi swój dziecięcy pokój, pomieszczenie do zabawy, saloniki sióstr... Mefodij odchylający się do tyłu, podparty na łokciach, pieszczący mnie wzrokiem, jak i dotykiem... Harry, nieruchomy i cichy, wyglądający tak spokojnie... Rozbite szkło i blade, przerażone twarze dzieci... Trzy ciemne sylwetki w kręgu zakrwawionego śniegu... Niewidzące oczy Mefodija — po tym, gdy przestałem na niego krzyczeć — i ja, gdy przyciągam do siebie jego ciało i całuję w piękne usta... Podziurawiona i porysowana pęknięciami ściana, przy której stoją dziewczęta, oszołomione i wciąż przerażone, kiedy zabijałem je jedną po drugiej, zmuszając się, aby przy każdej rzuconej klątwie przywołać w myślach twarz Harry’ego, dźwięk jego głosu... I Alosza, wymawiający moje imię — ponieważ poprosiłem jego i całą rodzinę, żeby tak się do mnie zwracali, nie mogąc znieść zimnego „lorda Malfoya” — Draco, Draco, Draco, Draco, wciąż i wciąż, dopóki głęboko wewnątrz siebie nie usłyszałem innego błagania z ust zupełnie innego chłopca, tysiące lat temu...
Zatrzaskuję drzwi w głowie tak mocno, że czuję, jak rusztowanie z myśli trzęsie się w posadach i zanim zdaję sobie sprawę, że wstałem, już potykam się niezgrabnie o nogę od krzesła, potem o krawężnik i zataczając się, ruszam przez plac. Czas nie biegnie zwykłym tokiem, tylko pełznie, gdy podchodzę do nich i patrzę, jak Harry łapie Aloszę za ramiona i mówi coś do niego stanowczo, po czym obraca jego ciało tak, że chłopiec staje przodem do mnie. Niczego na świecie nie jestem tak świadomy, jak tej bladej twarzy i przerażająco znajomych pięknych oczu. Oczu w równym stopniu należących do jego ojca, jak i matki — jak gdyby w swoim dziecku odnaleźli idealne połączenie, którego nigdy nie poznali...
— Alosza — mówię, zanim w ogóle uświadamiam sobie, że słowa wypływają z moich ust. — Harry — dodaję.
— Draco.
Odrywam wzrok od chłopca i patrzę prosto na Harry’ego. Wydaje się zmęczony, ale mniej smutny, niż kiedy widziałem go po raz ostatni. Zastanawiam się przelotnie, czy po sposobie, w jaki na niego patrzę, może poznać... czy może poznać, że teraz dzieli nas mniej. Że być może jesteśmy bardziej do siebie podobni niż kiedykolwiek.
— Bilet dostałeś bez problemu? — pyta z wyćwiczoną beztroską.
Przytakuję.
— Ee... tak. Tu... — mówię, klepiąc się po płaszczu. — Nie, czekaj. Tutaj.
Gdy macam kolejną kieszeń, Harry uśmiecha się znacząco. Jestem prawie pewien, że nigdy wcześniej nie widział mnie aż tak speszonego. A przynajmniej nie od naszej „pierwszej randki”, kiedy to pojawiłem się w jego mieszkaniu spocony jak mops pod szytą na miarę szatą, ściskając pergamin z adresem tak mocno, że atrament splamił moją wilgotną dłoń.
— Świetnie — odpowiada z nutką tej samej niespokojnej wesołości. — Ali mówił mi kilka tygodni temu, że „Jezioro łabędzie” to jego ulubiony balet.
Jego ręka spoczywa uspokajająco na smukłym karku Aloszy, a ja nagle intensywnie odczuwam brak tego dotyku i zazdrość, że chłopiec reaguje na kontakt z takim opanowaniem, jakby go oczekiwał, a nawet mu się należał. Szybko odganiam tę myśl. Cóż ja, do cholery, wyprawiam? Powinienem się cieszyć, że Harry’ego i Aloszę połączyła pewnego rodzaju więź, a że ja sam czuję się pozbawiony dotyku Harry’ego? No cóż... kogo innego poza samym sobą mogę za to winić?
— Pamiętam — dukam i natychmiast żałuję, bo zatapiam się we wspomnieniu rozmowy pomiędzy Aloszą i Anną przy kolacji, zanim przybył Mefodij... Żadnego innego nie widziałeś.
Alosza z kolei tylko na mnie patrzy, jak gdybym był płynem, który może wypić, lub potrawą, którą może zjeść. Jego spojrzenie przepełnione jest w równym stopniu ciekawością, strachem, gniewem, nadzieją i wielkim niedowierzaniem. Harry poinformował mnie w liście, że starannie przygotuje chłopca do tego spotkania, niemniej jestem pewien, że nie istnieje nic, co mógł powiedzieć lub zrobić, żeby przewidzieć każdą ewentualność i każdą emocję, jakiej Alosza może doświadczyć, widząc moją twarz. Ale Harry zapewnił mnie też, że jeśli uzna, że Alosza sobie nie poradzi, nie będzie go do niczego skłaniał, więc skoro tutaj są, muszę założyć, że dostał wybór i zdecydował się mnie zobaczyć...
— Cóż, może wejdziemy do środka i sprawdzimy, czy inni już zajmują swoje miejsca? — pyta Harry.
Przytakuję jedynie, a Alosza szybko odrywa ode mnie oczy i kieruje zdziwione spojrzenie na Harry’ego.
— A może wcześniej chciałbyś się czegoś napić? Draco chyba ma stolik...
— Obawiam się, że miałem — mówię, zerkając na kawiarnię i mój stolik, teraz już okupowany przez amerykańską rodzinę zamawiającą talerze z przystawkami. — Personel modlił się, żebym wyszedł jak najszybciej, i przywłaszczył go, gdy tylko podniosłem dupę... przepraszam za język... tylną część ciała z krzesła. — Rumienię się wściekle. — Przykro mi, nie powinienem tak mówić przy dziecku.
Z krzepiącą przewidywalnością moje słowa zdają się łamać zaklęcie, pod którym znajduje się Alosza.
— Nie jestem dzieckiem i wiem, co znaczy „dupa” — oświadcza ze złością, wbijając we mnie rozgniewane spojrzenie.
— Merlinie, ratuj — mamrocze Harry, wywracając oczami ku niebu. — Jeśli nauczyłeś się tego słowa ode mnie, Hermiona nigdy nie przestanie gderać. Ale poważnie, Ali, nie chce ci się pić? Bo jeśli tak, powinniśmy kupić coś tutaj. W środku ceny będą astronomiczne.
— Jestem pewien, że stać nas na jedną coca-colę — mówię cicho.
— Nic nie wypiję, chyba że to Harry mi kupi — oświadcza Alosza, wciąż na mnie patrząc. Uświadamiam sobie jednak, że dużo bardziej przeszkadzało mi jego pełne wyrzutu milczenie.
Harry odchrząkuje.
— Alosza...
Potrząsam głową i powstrzymuję go, unosząc rękę.
— Nie, nic się nie stało. Powiedziałbym nawet, że to uczciwe z jego strony.
Widzę, że Harry wciąż nie jest zadowolony, ale nic więcej nie mówi. Zastanawiam się, czego oczekiwał, i niemal natychmiast uświadamiam sobie, że taki wieczny optymista jak on musiał spodziewać się, że najpierw nastąpi niedługi okres topnienia lodów, a potem zaczniemy spokojnie — jeśli nie przyjaźnie — współistnieć. I wcale nie uważam, że on żyje w kompletnie nierealnym świecie, po prostu według mnie znacznie skrócił długość każdego z etapów. Odtajanie naszych wzajemnych stosunków może trwać miesiącami, jeśli nie latami. Ja z pewnością nie mam żadnych złudzeń, że to zakończy się dziś wieczorem — jeśli w ogóle się zaczęło.
W milczeniu kierujemy się do wejścia do opery od strony placu. Alosza ustawia się tak, że Harry oddziela mnie od niego, i łapie go za rękę. Harry uśmiecha się do niego lekko z roztargnieniem, a ja uświadamiam sobie — raczej ze smutkiem — że mniej skupia się na kruchej sierocie po swojej prawej stronie niż na mojej milczącej i zakłopotanej osobie po lewej. Podobnie jak Alosza wyciągam rękę i chwytam dłoń Harry’ego, i już po chwili widzę, że uśmiecha się do mnie tak promiennie, jak tylko on potrafi.
Opera Królewska jest tak wielka i piękna, jak żadna inna w Europie, i nawet niechętny i zamyślony Alosza nie potrafi opanować podekscytowania. Podskakuje kilka razy, ściskając dłoń Harry’ego, i z rozchylonymi ustami patrzy w górę na złocony sufit i światła, które migoczą niczym gwiazdy na niebie. Eleganckie damy w wieczorowych sukniach, zmierzające na swoje miejsca, uśmiechają się do niego pobłażliwie, a jedna z nich pochyla się w moją stronę i szepcze konspiracyjnie, jakiego pięknego mam syna. Z trudem odwzajemniam jej uśmiech, próbując wyrzucić z pamięci wspomnienie o jego prawdziwym ojcu.
— Cóż, to tutaj — mówi Harry, wskazując na drzwi, nad którymi widnieje duży złoty numer 43. — Nasza własna loża.
— Mieliśmy lożę na Syberii — oświadcza Alosza. — Była jeszcze większa.
— Z pewnością — odpowiada Harry uprzejmie, a mnie nachodzi wrażenie, że podobnych komentarzy wysłuchuje od wielu dni.
— Jestem pewien, że była bardzo ładna — mówię.
Alosza przestaje gapić się na sufit i kieruje spojrzenie na mnie.
— Mogłeś ją zobaczyć. Mama kupiła ci bilet.
— Wiem — odpowiadam cicho. — Przepraszam.
Wciąż na mnie patrzy, ale gniew w jego oczach stopił się do czegoś w rodzaju pragnienia cudu, a ja nagle uświadamiam sobie, że jestem jedyną osobą na świecie, która wie, jak jego matka upinała włosy, jak brzmiał śmiech Anny czy cichy, uspokajający głos Olgi, albo jak Mikołaj żartobliwie puszczał oczko, albo jak delikatna siła Mefodija...
— Przepraszam — powtarzam.
Chcę mu powiedzieć, że chciałbym, aby to się nigdy nie wydarzyło, żebym nie zrobił tego, co zrobiłem. Jednak powód moich działań siedzi właśnie między nami, spogląda na mnie oczami pełnymi smutku i miłości, sięga po moje dłonie.
Skurcz bólu przebiega po twarzy Aloszy.
— Nic mnie to nie obchodzi. Nienawidzę cię! — warczy jak ranne wilcze szczenię.
Harry nagle odwraca się w jego stronę, ale łapię go za rękę.
— Proszę — szepczę. — Proszę, Harry. Nic nie mów. On stara się, jak potrafi, nie widzisz?
— To tylko niewdzięczny bachor — syczy Harry.
— Jak możesz tak mówić? — pytam ze złością. — Po wszystkim, przez co przeszedł. Po wszystkim, co mu się przytrafiło.
Zaciska usta w wąską białą linię, a jego oczy emanują wyłącznie oburzeniem.
— Merlinie, ależ z ciebie uparciuch, jeśli kogoś kochasz — mówię, unosząc rękę. Dotykam kciukiem jego policzka. — Ale kochanie mnie oznacza, że musisz być dla niego cierpliwy, rozumiesz?
Zamyka oczy i przekręca głowę tak, że muska ustami moje palce. Całuje je i ponownie na mnie patrzy.
— Rozumiem. Poradzę sobie.
— Dziękuję — odpowiadam cicho w momencie, gdy orkiestra zaczyna grać.
— Uwierzycie, że nigdy nie widziałem „Jeziora łabędziego”? — zwraca się Harry do nas obu. — Gdzie nasz program?
— Hmm. Mieliśmy kupić, ale podziękowałeś temu facetowi, pamiętasz?
— Co? Myślałem, że sprzedaje gazety czy coś podobnego.
Chichoczę cicho.
— Nie, to były właśnie programy.
— Kur... To znaczy, cholera. I skąd teraz, do diabła, będę wiedział, o co chodzi?
— Mogę wytłumaczyć — odzywamy się jednocześnie z Aloszą. Harry dość komicznie obraca głowę, patrząc to na mnie, to na chłopca, najwyraźniej nie potrafiąc się zdecydować, z której oferty skorzystać.
— Obaj ci wytłumaczymy — mówię ze śmiechem. — Alosza, zaczniesz?
Alosza wychyla się z fotela, by pierś Harry’ego nie zasłaniała mu widoku, i patrzy na mnie długo. Nie mam bladego pojęcia, co rozważa, ale w końcu bierze głęboki oddech, jak gdyby przygotowywał się do recytacji.
— Był sobie książę. Mieszkał w pałacu z matką, ojcem i prywatnym nauczycielem...
Z trudem przełykam ślinę i również się pochylam, by widzieć jego twarz. Wydaje się błogo nieświadomy analogii do własnego życia.
— Matka szuka mu księżniczki, żeby mógł się z nią ożenić, ale on nie chce żony. Za bardzo lubi bawić się z przyjaciółmi. Jednak matka zmusza go, żeby jej obiecał, że wybierze dziewczynę na swoim urodzinowym... — przerywa i marszczy brwi w koncentracji. — Znam to słowo tylko po rosyjsku. — Z frustracji wykręca dłonie i nagle obraca się w moją stronę. — Ty wiesz. Dużo tańców, muzyka...
— Zabawa — mówię, ale kręci stanowczo głową.
— Nie, to nie żadna zabawa. Tam nie ma zabawek...
— Rozumiem. Dużo tańców, wielkie misy z ponczem, muzycy i dziewczęta w falbaniastych strojach.
Chichocze, zasłaniając usta ręką.
— To bal — wyjaśniam. — Możemy go także nazwać zabawą, mimo że nie ma tam zabawek dla dzieci.
Kiwa głową z powagą i powtarza słowo trzy razy, utrwalając je w pamięci, po czym ponownie obraca się do Harry’ego.
— Książę obiecuje matce, że wybierze narzeczoną na swoim urodzinowym balu...
Znów przerywa i patrzy na mnie, wzrokiem szukając aprobaty, choć prawdopodobnie nie zdaje sobie z tego sprawy, tak jest podekscytowany misją edukowania słuchającego bacznie Harry’ego. Przytakuję się i uśmiecham, co przelotnie odwzajemnia.
— A więc to właśnie teraz się dzieje? — pyta Harry, wskazując na scenę. — Czy te wszystkie dziewczyny to księżniczki? A jeśli tak, to czemu one tańczą z innymi facetami?
Wywracam oczami z pobłażaniem.
— To festyn — mówię. — Wieśniacy tańczą ze swoimi... partnerkami wieśniaczkami. To jakby wieczór kawalerski księcia. Bal urodzinowy będzie jutro. Dzisiaj po prostu się rozrywają.
Patrzymy w milczeniu do chwili, aż obraz zmienia się i teraz książę oraz jego przyjaciel ze szkoły wojskowej z kuszami w rękach ukradkiem przemykają przez nagle pociemniałą scenę.
— Co dalej? — szepcze Harry.
Alosza patrzy na mnie.
— Mów, jeśli wiesz — zachęcam go.
— Idą polować na łabędzie — mówi Alosza. — Przyjaciel księcia uważa, że książę poczuje się przez to lepiej i nie będzie taki smutny, że musi znaleźć księżniczkę.
— Także byłbym smutny, gdybym musiał znaleźć księżniczkę — odzywa się Harry z udawaną powagą.
— Ja też — odpowiada Alosza z całkowicie autentyczną powagą.
Obracam głowę na bok i duszę w sobie falę przerażającego, radosnego śmiechu, która narasta w mojej piersi.
Na scenie książę, jego przyjaciel i około pół tuzina dworzan suną przez zainscenizowany las cienistych drzew i wychodzą na oświetloną srebrzyście polanę. Muzyka cichnie i teraz słychać tylko pojedynczy, drżący dźwięk skrzypiec. Czuję, że teatr, widzowie i miasto na zewnątrz oddalają się i wszystko, co istnieje na świecie, to my trzej, krucha siła tej samotnej nuty i ponadczasowość tańca — bez pomocy magii czy maszyn — tylko ludzkie ciała z ich krótkotrwałym pięknem i siłą, które są jak komety płonące na niebie, zanim nie pogrążą się w nicości na wieczność.
Nagle z obu końców sceny nadciągają łabędzie i wirują wokół księcia i jego towarzyszy w śnieżnej zamieci stworzonej z niemal przezroczystej białej tkaniny i bladych kończyn. Wraz z ich pojawieniem się muzyka nabiera intensywności. Po obu stronach słyszę westchnienia.
— Łał — szepcze Harry.
Książę unosi kuszę i mierzy do łabędzia z diademem na głowie, który z miejsca, gdzie siedzimy, wygląda jak obręcz z gwiazd w ciemnych włosach.
— Zastrzeli ją? — pyta Harry.
Jednak w tej samej chwili książę zamiera w bezruchu, a łabędź, teraz już kobieta, płynie ku niemu z rękami wyciągniętymi w ponadczasowym geście błagania.
— Nie — szepcze Alosza. — Ona go ostrzega...
— ...nie strzelaj, bo w przeciwnym razie niedola będzie prześladowała cię po wsze czasy — kończę za niego.
Nasze oczy spotykają się, a ja zmuszam się, żeby nie uciec spojrzeniem i jednocześnie przetrwać burzę szalejącą w naszych sercach. U naszych stóp zapalają się i gasną białe światełka wskazujące wyjście. Harry instynktownie obraca się w moją stronę.
— Wszystko w porządku? — szepcze.
Potrząsam głową, niezdolny spojrzeć Aloszy w oczy.
— To nie ja.
Mogę wyczuć jego niepokój, ale teraz nie ma czasu, by mu wyjaśnić, że nie jestem już zdolny do magii — dzikiej czy jakiejkolwiek innej — i migotanie, które widział, to pierwszy dowód, że przeniesienie zakończyło się sukcesem.
— Ale...
Ponownie potrząsam głową.
— Nie teraz. Później.
Skupiam pełną uwagę na chłopcu.
— To prawda — mówi, jednak jego spojrzenie jest dziwnie pozbawione wrogości. — Co powiedział łabędź.
— Wiem.
Patrzy na mnie, podczas gdy orkiestra podrywa się do narastającego gwałtownie refrenu, wizytówki całej kompozycji. Czuję, jak muzyka pali mi serce do surowego mięsa, jak gdyby gdzieś w piekle sam Czajkowski zapisywał na pergaminie nuty krwawym piórem Umbridge.
— Wiem — powtarzam. — Uwierz mi, wiem.
— Nie chcę, żebyś jeszcze kiedykolwiek w życiu był szczęśliwy — mówi spokojnie głosem, który po mutacji w okresie dojrzewania stanie się identyczny jak głos jego ojca.
Harry napina się gwałtownie, więc łapię go za rękę i ściskam ją mocno. Alosza obraca się i patrzy na scenę nieruchomym wzrokiem. Zdradza go jedynie drżąca broda.
Resztę drugiego aktu oglądam, niczego nie widząc. A kiedy następuje przerwa, kurtyny zostają zaciągnięte i ludzie niespokojnie podrywają się z foteli, nie jestem w stanie zrobić nic więcej poza wbijaniem wzroku w miejsce, w którym przed chwilą znajdowali się tancerze. Wciąż ich widzę, podobnie jak widzi się jasne plamy, jakie pojawiają się pod powiekami, gdy zamkniemy oczy, patrząc na słońce.
— Chce mi się pić — oświadcza Alosza, a ja odruchowo sięgam do portfela, nawet nie patrząc na chłopca czy Harry’ego.
— Proszę — mówię, podając banknot dwudziestofuntowy temu, kto sięgnie po niego pierwszy.
Harry odchrząkuje.
— Czy... coś ci kupić? — pyta Harry.
Potrząsam głową, więc odwraca się, by odejść razem z Aloszą. Łapię go za nadgarstek, kiedy jest już prawie poza moim zasięgiem. Ściskam i ciągnę tak mocno, że potyka się, pochylając ku mnie, żeby usłyszeć, co mam mu do powiedzenia.
— Nie waż się mówić mu czegokolwiek — syczę. — Proszę, Harry. Przysięgam, że nigdy ci nie wybaczę, jeśli to zrobisz.
Przełyka ślinę, przytakuje i zaraz potem już ich nie ma.
Unoszę drżące dłonie do twarzy i dociskam czubki palców do zamkniętych oczu. Boleśnie. Bezlitośnie. Ale łzy i tak płyną. Przeciskają się, gorętsze niż krew, jak gdyby niewidzialne, gigantyczne dłonie wyżymały moje serce niczym brudny ręcznik. Czuję szczypiący pot na czubku głowy i mokry kołnierzyk koszuli, podczas gdy paląca rozpacz zatapia swe szpony w moim ciele. Pochylam się do przodu, opierając zgięte w łokciach ręce na poręczach fotela, i dociskam do nich twarz, żeby stłumić odgłosy wydzierające mi się z piersi.
Palce muskające mój kark są tak nieśmiałe, iż łatwo uwierzyć, że tylko je sobie wyobrażam, ale zdaję sobie sprawę, że pieszczota wciąż trwa. Automatycznie myślę o Harrym, jednak w dotyku jest coś, co każe mi zmienić zdanie. Wstrzymuję oddech.
— Przepraszam.
Głos jest cichy i przerażony. Obracam głowę wtuloną w przedramiona i widzę, że tuż obok stoi Alosza, a jego dłoń spoczywa na mojej skórze tak lekko, jak gdyby należała do ducha, a nie do żywego dziecka.
— Nie musisz przepraszać — mówię, dławiąc się słowami. — Nigdy. Masz prawo mnie nienawidzić, Alosza. Całkowicie uzasadnione prawo.
— Chyba nie chcę cię nienawidzić — odpowiada tym samym delikatnym głosem.
Bardzo powoli sięga po moją dłoń, a ja prostuję się równie powoli, przerażony, że wystraszę go nagłym, niespodziewanym ruchem. I już w ostatniej chwili, gdy jego palce niemal stykają się z moimi, rzuca mi się w ramiona i ściska mnie jak imadło.
Trzymam go przy sobie, gdy szlocha w moją szyję, a jego ciałem wstrząsa łkanie, i czuję, że moje serce rozbija się na milion odłamków, błyszczących niczym kawałki szkła pod jaskrawym słońcem. Nigdy nie czułem się taki pusty i taki pełen, taki złamany i taki cały, tak wyniszczony i tak żywy — wszystko jednocześnie. Głaszczę go po głowie i plecach, wlewając w ten gest każdy gram siebie i nic nie biorąc w zamian. Nic. Oddałbym wszystkie kończyny, narządy — całe życie — żeby go pocieszyć. Trzyma się mnie kurczowo, z twarzą mokrą od łez i smarków, i topi się w moich objęciach. Gdzieś w głębi duszy wiem, że to pierwszy raz, gdy płacze tak naprawdę, pierwszy raz, gdy pozwala sobie na otwarte okazanie smutku w czyjejś obecności. Szepczę mu do ucha tysiące pieszczotliwych słów, po angielsku i po rosyjsku, i obiecuję... Obiecuję mu wszystko, co tylko mogę, wszystko, co mam i kiedykolwiek będę miał...
W końcu powódź jego rozpaczy zmniejsza się do cienkiego strumyka. Unoszę wzrok i widzę Harry’ego, który opiera się o drzwi do naszej loży z rękami mocno dociśniętymi do piersi, jak gdyby było mu zimno i próbował się rozgrzać. Jego oczy błyszczą od łez.
— Dziękuję — mówię bezgłośnie.
Uśmiecha się, całuje opuszki swoich palców, po czym unosi rękę i macha.
— Po spektaklu Hermiona spotka się z wami na rynku.
Rozkłada ramiona i robi krok do przodu, wyciągając przed siebie dłoń zaciśniętą w pięść. Wciąż tuląc do szyi głowę Aloszy, sięgam odruchowo, by wziąć to, cokolwiek to jest, co mi oferuje. I na początku — gdy nagrzany jego ciepłem metal dotyka mojej skóry — sądzę, że to reszta z banknotu, który mu dałem, ale zaraz zdaję sobie sprawę...
Harry cofa się i sięga do klamki.
— Wiesz, gdzie mnie znaleźć, kiedy... jeśli zechcesz — mówi. — Do widzenia, Draco.
Przełykam z trudem ślinę, gdy Alosza zaciska wokół mnie ręce, i spuszczam wzrok z twarzy Harry’ego na prosty srebrny krążek leżący na mojej otwartej dłoni. Biorę głęboki oddech i znowu na niego patrzę.
— Do widzenia. — Mój głos jest ochrypły, ale pewny. Spokojny. Wreszcie możliwy do rozpoznania. — Do widzenia, Harry.
Światła przygasają i orkiestra ponownie zaczyna grać, gdy Harry odwraca się i wychodzi, cicho zamykając za sobą drzwi. Dociskam twarz do jedwabiście miękkich włosów, wdychając zapach łez, owsianego mydła i, pod tym wszystkim, popołudniowej drzemki w świeżo wypranej pościeli.
— Dziękuję — mówię znowu.
Ale nie mam pojęcia komu — lub za co — jestem wdzięczny.
I być może, tym razem, nigdy się nie dowiem.


Epilog


Żyjmy, mój skarbie, i kochajmy.
Gderanie starców zbyt surowych
Tak ceńmy jak grosz jeden marny.
Słońca zachodzić, wschodzić mogą,
Dla nas gdy zgaśnie światło krótkie —
Noc nieskończona do przespania.
Daj mi więc tysiąc pocałunków,
Sto potem, tysiąc i sto znowu
I jeszcze tysiąc i sto jeszcze.
Potem po wielu znów tysiącach
Zgubmy się w liczbach, by nie wiedzieć
Lub by ktoś zły zazdrościć nie mógł
O pocałunkach wiedząc tylu.
*
(„Pieśń V”, Katullus)


...pieprzyłem kogoś dziś w nocy. Przypominał mi ciebie.
Liścik jest napisany na malutkim kawałku pergaminu, nie większym niż karta z czekoladowych żab. Obracam go tam i z powrotem palcami jednej ręki. Jak mugolscy magicy. Jedna strona jest pusta, druga prawie całkowicie pokryta niedbałymi, zamaszystymi literami. Bez wątpienia był pijany, kiedy to bazgrał.
Jego kochanek z pewnością należy do ludzi zamożnych, skoro może sobie pozwolić na drogi welinowy papier porozrzucany po domu, żeby był pod ręką, gdy komuś zachce się coś nagryzmolić albo zrobić listę zakupów. Nie że on sam nie ma wystarczającej ilości pieniędzy, by kupić cały magazyn takiego papieru. Po prostu to nie jego styl. Nigdy nie był i nigdy nie będzie.
Unoszę pergamin pod światło. Jego przezroczystość psują tysiące niekończących się linii, jak rzeki na mapie, tylko że żadna z nich nigdzie nie prowadzi, jedynie wiją się od jednego brzegu arkusika do drugiego. Bezcelowe i kręte. Bezkrwawe żyły na od dawna martwej cielęcej skórze.
Obracam karteczką po raz ostatni, po czym zgniatam ją w garści.
Dopóki nie pozwolisz mu się pocałować, odpisuję na skrawku lnianego papieru tak grubego, że wsysa atrament z czubka mojego pióra z niemal słyszalnym pragnieniem, twoje usta należą do mnie.
Jest już wieczór, gdy sowa szybuje bezszelestnie nad bezkresnymi trawnikami dworu niczym kawałek nocy, który nadszedł wcześniej. Odpowiedź jest jeszcze krótsza niż wcześniejsze, pijackie gryzmoły.
Wiem, kochany. I też możesz się pieprzyć.

„Księga Bram” to mój pierwszy projekt tłumaczeniowy, którego podjąłem się po przeniesieniu swojej magii na Aloszę. Tygodnie spędzam na gapieniu się w notatki. Myśli mam ciężkie jak z ołowiu. Niczym kamienie wpadają do studni mojego umysłu i znikają, nie marszcząc nawet jego powierzchni. Staram się nie panikować. Pogodziłem się już z faktem, że nigdy więcej się nie aportuję ani nie rzucę zaklęcia, ale nie spodziewałem się tego trwającego bez końca letargu. Sam sobie próbuję wmówić, że to rozpacz. Że minie. Usilnie testuję nowe strategie, nowy sposób na życie. Zabieram książki i siadam w ogrodzie. Budzę się wcześnie. Chodzę spać późno. Piję mniej. Piję więcej.
Zdaje się, że nic nie pomaga.
Pewnego wieczoru Ali przychodzi do mojego gabinetu. Siedzę właśnie za biurkiem z zamkniętymi oczami, słuchając „Rusłana i Ludmiły” Michaiła Glinki i wyobrażając sobie pierwszą z bram, jaką zmarły musi przejść w drodze do zaświatów. Unoszę odrobinę powieki i obserwuję, jak Alosza spaceruje po pokoju. Zerka na tytuły książek na półkach, podnosi i odkłada losowo wybrane przedmioty. Rusłan za chwilę wejdzie do wyczarowanego zamku i zapomni o ukochanej, której szukał tak długo, gdy Ali wreszcie się odzywa:
— Co to jest?
Mrużę oczy i patrzę na niego przez słabo oświetlony pokój. Trzyma w rękach coś małego i prostokątnego.
— Pudełko ze snami — odpowiadam.
— Co ono robi? Mogę otworzyć?
— Jasne, tylko uważaj. Jest pełne sproszkowanych myśli.
Zerka na mnie sceptycznie, niemniej jednak unosi wieczko z wielką ostrożnością.
— Tu nie ma żadnych snów — mówi, zaglądając do środka. — Jest tylko tytoń. Mój wuj w Petersburgu miał taki sam.
— Cóż, skoro ktoś tak chce, faktycznie może użyć ich jak tytoniu. Albo zaparzyć jak herbatę. Nawet dodać szczyptę do szklanki dyniowego soku, jeśli tak wolisz.
— Chcę spróbować. Mogę?
Uśmiecham się i potrząsam głową.
— Wybacz, miłyj moj, ale nie. To moje sny. Przygotuję kilka twoich własnych, dobrze?
— Tylko odrobinę, proszę — nalega, dobrze wiedząc, że jeszcze nie opanowałem umiejętności mówienia mu „nie”. Jednak gdy nie ulegam, w końcu się poddaje i podchodzi do szklanej kasety, w której mieści się imponująca kolekcja zaklętych noży kukri** mojego dziadka Abraxasa.
Wpatruję się nieruchomym wzrokiem w maleńkie pudełeczko. Harry dał mi je tuż przed wyjazdem na pierwszą misję. W środku znajdują się jego sny, nie moje. Troskliwie wyłowione jeden po drugim i umieszczone w destylującej myślodsiewni, a potem wysuszone jak liście tymianku i zgniecione w moździerzu. Korzystałem z nich z umiarem, nie chcąc, żeby zbyt szybko się skończyły. Wystarczył mi godzinny pobyt w sennych marzeniach Harry’ego, gdzie dźwięk jego spokojnego oddechu unosi się jak szept za obrazami, dokładnie jak fale obmywające muszlę. Wciąż zmienne. Jak sam Harry.
I podobnie jak Harry’ego, teraz je również straciłem. A przynajmniej tak się wydaje.
Ze znużeniem zamykam oczy. Pierwsza brama do podziemi należy do bogini, której imię, tłumaczone dosłownie, oznacza „Tę, która rozszczepia głowy wrogów Ra”. Wyobrażam ją sobie siedzącą po turecku na swoim tronie, z długim ostrzem uniesionym i gotowym, by rozłupać kolejną czaszkę, i oczami wywróconymi jak u Bellatriks tuż przed śmiercią. I przez moment im zazdroszczę, tym „wrogom Ra” bez twarzy. Jak dobrze mógłbym się czuć, gdyby ktoś roztrzaskał mi głowę jak jajko i uwolnił te myśli, te obawy, te martwe marzenia! I zostawił mnie pustym i gotowym do napełnienia czymś innym. Czymś nowym.
Poruszam się, gdy Alosza niespodziewanie wspina mi się na kolana i otacza szyję ramieniem. Drugą rękę unosi do ust i ssie kciuk, nawyk, który strasznie denerwuje matkę, chociaż Hermiona zapewnia nas, że minie. Wtulam twarz w jego włosy i oddycham głęboko. Nie pachnie jak cokolwiek znajomego i nagle czuję się dziwnie uwolniony od ciężaru. Sięgam przez jego wąskie plecy, biorę do ręki pióro i maczam jego końcówkę w kałamarzu. Zanim Bobbin pojawia się z mlekiem i ciasteczkami, mam już zapisany czternastocalowy arkusz pergaminu i zaczynam następny.

Czasami, kiedy Alosza spędza noc u Hermiony i Longbottoma, odwiedzam nocne kluby w Londynie. Po części dlatego, że chcę sprawdzić, czy nie ma tam Harry’ego, a po części z potrzeby, żeby powrócić do demonów mojej przeszłości. Siedzę godzinami na brudnych i zniszczonych winylowych krzesłach w ciemnych pomieszczeniach, sącząc ciepłe piwo i próbując sobie przypomnieć. Chłopcy, którzy odnaleźli drogę w tym labiryncie rozpusty, patrzą na mnie nieufnie, ale z ciekawością. Nigdy się do nich nie odzywam. Nigdy nie zapraszam, by usiedli okrakiem na moich kolanach i nakarmili mnie swoimi językami jak przejrzałymi owocami. Oglądam ich zupełnie bezinteresownie. Tak samo jak ojciec obserwował mnie. Wiem, że uważają, że mogę być niebezpieczny i to ich zarówno odpycha, jak i ekscytuje. Ale zaintrygowało mnie odkrycie, że w rzeczywistości wcale nie jestem niebezpieczny. Nie jestem nawet skłonny, by ich dotknąć. Wystarczy mi patrzenie. Tylko patrzenie, bez potrzeby, by się odwzajemniali. Ostatnio uświadomiłem sobie, że te wycieczki są jak archeologiczne wykopaliska w odwrotnej kolejności. Zamiast przesiewania pustyni łyżeczka po łyżeczce, żeby odsłonić ślady życia ukryte pod wiecznymi piaskami, mam wrażenie, jakbym wypełniał ogromny, niezmierzony krater — taki, który kiedyś uważałem za bezdenny, ale teraz okazał się skończony jak wszystko inne.
Odkrycie, które naprawdę mnie cieszy.
Biorę do ręki kufel z obrzydliwie ciepłym piwem i wznoszę toast w stronę ciemnowłosych chłopców bez twarzy, którzy kiedyś rządzili każdym zakamarkiem moich myśli niczym piękni tyrani. Nie jestem już spętany przez ich urodę. Łańcuchy zardzewiały i nie da się ich naprawić. Wymykam się na ciemną, pokrytą kałużami ulicę, wiedząc, że nie dałem z siebie niczego, co jest ważne. I niczego nie otrzymałem w zamian.
Gdy wracam do hotelowego pokoju, nalewam sobie szklankę whisky i piszę krótką notkę na bezpłatnej pocztówce.
Przepiórka w kandyzowanych gruszkach w Petrusie jest przepyszna.
Doszedłem do wniosku, że nienawidzę metra.
Wiśniowe drzewa są piękne tego roku.
Filharmonia ma beznadziejny repertuar. Nowy dyrektor artystyczny to idiota.
Tęsknię za Tobą.
Kocham Cię.
Wróć do domu.


Przyjęcie jest niewyobrażalnie nudne, ale są tu też inne dzieci i Ali zdaje się dobrze bawić, więc zostaję. Zmusił młodszego chłopca, żeby odgrywali aurorów (jego ulubiona rozrywka od czasu, gdy Longbottom zabrał go do swojego biura z okazji Dni Otwartych Dla Młodych Czarodziejów). Staram się być w pobliżu w razie nieprzewidzianego wypadku (całkiem prawdopodobnego zawsze, jeśli chodzi o Aloszę), ale jednocześnie nie chcę przeszkadzać w zabawie, więc trzymam się w przyzwoitej odległości. Harry znajduje mnie, gdy opieram się o framugę drzwi do oranżerii stylizowanej na epokę wiktoriańską i przez bujną zieleń oraz szklany sufit z roztargnieniem przyglądam płatkom śniegu opadającym leniwie z pochmurnego nieba.
Przypominam sobie, jak ojciec zawsze zabraniał używania we dworze magii modyfikującej pory roku — nawet pod koniec marca, kiedy cały świat, niczym pies na smyczy, zdawał się wyrywać w stronę wiosny. To nienaturalne, mówił. Tego samego przymiotnika używał, opisując sztuczną pogodę panującą w starym budynku ministerstwa lub cokolwiek innego, co ukrywało rzeczywistość pod powłoką fantazji. To właśnie jest problemem współczesnych czarodziejów, powiedział. Myślą, że magia służy wygodzie. Ucieczce. Jednak magia to coś więcej, Draco. To odpowiedzialność. Święty obowiązek. Prawdziwy czarodziej nigdy nie okłamuje samego siebie. Innych tak, w razie potrzeby. Ale nigdy siebie.
Jakoś owa przestroga mogła rozciągnąć się również na pragnienie matki, żeby żonkile pojawiły się tydzień wcześniej, lecz nie na sposób, w jaki odwracał oczy ode mnie, gdy złapałem go, że mi się przygląda. Tak samo Vincent przyglądał się likworowym pałeczkom, które potem łamał na małe kawałki i zjadał jeden po drugim...
— Draco.
Wciąż opierając głowę o ościeżnicę, obracam się, by na niego spojrzeć. Patrzymy na siebie przez długą chwilę. Widzę, jak jego dłoń zaciska się w pięść, potem rozluźnia i znowu zaciska. Zastanawiam się, czy to z pożądania czy wściekłości. Czy z obu tych powodów. Żaden z nas się nie uśmiecha.
— Urósł — mówi Harry w końcu i sztywno, sztucznie kiwa głową w kierunku miejsca, gdzie Ali i jego towarzysz zabawy kucają pod baldachimem cynamonowej paproci. Chłopcy trzymają w rękach patyki i zachowują się, jakby śledzili jakichś tajemniczych zbiegłych przestępców.
— Tak — charczę. Odchrząkuję i próbuję ponownie: — Tak, urósł.
Zaciska usta w cienką, nic niewyrażającą kreskę i przygląda się dzieciom niewidzącymi oczami.
— I włosy mu pociemniały.
Odwracam wzrok na Aloszę i przez kilka minut żaden z nas się nie porusza.
— To całkiem typowe — mówię. — Wielu brunetów w dzieciństwie miało bardzo jasne włosy. — Milczę przez chwilę, po czym dodaję: — Jego ojciec miał ciemne, wiesz? Tak ciemne jak twoje.
Uwaga osiąga zamierzony efekt. Czuję, że Harry sztywnieje, a kiedy na siebie patrzymy, jego oczy są błyszczące i zagniewane.
— Kto wie to lepiej niż ty — mówi bez zastanowienia.
Wytrzymuję jego wzrok i kiwam głową.
— Nigdy nie ukrywałem, że go pragnąłem.
Blednie, słysząc moje szczere słowa.
— Ale go nie kocham. Jest zmarłym ojcem mojego dziecka. Nikim więcej, ale też nikim mniej. Nie traktuj go jak kogoś, kim nie jest, bo boisz się ze mną być.
Spuścił oczy, gdy mówiłem, jednak przy ostatnich słowach znów patrzy prosto na mnie.
— Wcale się nie boję! Jest zupełnie na odwrót, to ty się boisz!
Obracam się i gapię na śnieg przez sufit. Mam wrażenie, jakbym został rozciągnięty pomiędzy dwoma światami jednocześnie: z jednej strony szkła para kondensuje się i ścieka po szybie jak kropelki potu, z drugiej już zaczyna tworzyć się najcieńsza warstewka lodu.
— Nie możesz w nieskończoność widzieć w nim jego ojca, Harry — mówię w końcu.
Jest tak blisko, że teraz czuję na szyi jego westchnienie. Wstrzymuję oddech, a moja krew szemrze w żyłach jak soki w bardzo starym drzewie.
Zanim mam szansę odpowiedzieć, odnajdują nas niebieskie oczy Aloszy. Wyskakuje spod paproci, momentalnie zapominając zarówno o zabawie, jak i swoim towarzyszu.
— Zostawiłeś nas na balecie — oświadcza z wyrzutem.
Harry wygląda na tak kompletnie zaskoczonego, że nie mogę opanować niespodziewanie długiego śmiechu.
— Racja, Potter — mówię. — Zostawiłeś nas.
— To było ponad rok temu — odpowiada raczej z oburzeniem, ale jego słowa jedynie podkreślają rozmiar samego występku.
— Właśnie — dodaję.
— Właśnie — odzywa się Alosza dokładnie w tym samym momencie.

Zabiera mi to dużo czasu, ale wreszcie jestem na tyle twardy, że mogę dojść. Zamykam oczy i wyobrażam sobie Harry’ego.
— O tak! Pieprz mnie mocno!
Gwałtownie otwieram oczy i uderzam w twarz mężczyznę pode mną.
— Kazałem ci się nie odzywać — syczę.
Patrzy na mnie wzrokiem pełnym pożądania i prowokacji. Podpieram się dłońmi o jego łydki, odpycham się i wycofuję. Łańcuchy przytrzymujące skórzaną uprząż dzwonią w zalegającej ciszy.
— Gdzie idziesz? — pyta.
Mój mięknący penis uderza mocno o udo, kiedy przechodzę przez pokój. Sięgam do mahoniowej szafki, otwieram drzwiczki i wyjmuję ręcznik, który lekceważącym ruchem nadgarstka rzucam mu na pokryty spermą brzuch.
— Jesteś marnym dołem — mówię.
— Pozwól mi być na górze.
Powstrzymuję się od otarcia potu z czoła.
— Nie ma mowy. Zasugeruj to jeszcze raz i nigdy więcej tu nie wrócisz.
Uśmiecha się i przebiega wzrokiem po moim ciele.
— Czy to twój uroczy sposób na zaproszenie mnie na kolejną „randkę”? — Przy ostatnim słowie kreśli palcami cudzysłów.
Przepływa przeze mnie fala wstrętu, pozostawiając po sobie uczucie znużenia.
— Jasne — odpowiadam z rezygnacją. — Kiedyś.

Zapał Aloszy do wszystkiego, co związane z quidditchem, jest zaraźliwy. Kupiłem dla nas bilety sezonowe i teraz chodzimy na wszystkie mecze Srok z Montrose. Dom opuszczamy wcześnie, wracamy późno, i Ali zwykle zasypia w moich ramionach, kiedy czekamy na samochód, który nas podwiezie.
— Zawsze pragnęłam, żeby twój ojciec robił coś takiego dla ciebie — mówi matka pewnego ranka po śniadaniu.
Alosza pospiesznie przełknął jajka i tosta, i pobiegł do swojego pokoju, żeby się odpowiednio ubrać.
Opuszczam trzymanego w rękach „Proroka” i patrzę na matkę wzrokiem mogącym ściąć krew w żyłach.
— Naprawdę potrafisz wyobrazić sobie ojca na rozgrywkach innych niż mistrzostwa świata?
Wzdycha z irytacją.
— To by go nie zabiło — mówi. — Za to ciebie prawie zabijało każdego roku, kiedy go prosiłeś, a on odmawiał.
Składam gazetę i sięgam po dzbanek z herbatą.
— Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek prosił go o kupienie biletów na sezonowe rozgrywki quidditcha.
Marszczy brwi, a jej twarz nagle poważnieje.
— Jak to? Prosiłeś co roku, aż do piętnastych urodzin, i za każdym razem, gdy odmawiał, strasznie płakałeś.
Wzruszam przepraszająco ramionami.
— Przykro mi. Niczego takiego sobie nie przypominam.
Jej czoło marszczy się jeszcze bardziej.
— Sugerujesz, że zmyślam?
Odstawiam filiżankę na spodek i patrzę na nią, zaskoczony zjadliwym tonem jej głosu.
— Nie! Oczywiście, że nie!
Odwraca się i przez okno patrzy, jak ogrodnik idzie ciężkim krokiem, lewitując za sobą opakowane w worek i związane sznurkami drzewo z korzeniami. Zanim mam szansę zapytać, czym się tak zdenerwowała, do pokoju wpada Alosza.
— Pospiesz się! — woła. — Spóźnimy się za rozgrzewkę!
— Mali chłopcy nie powinni rozkazywać dorosłym jak skrzatom — strofuje go matka.
Odsuwam krzesło i okrążam stół, żeby pocałować ją w policzek. W gardle czuję dziwne grudki, jak gdybym niedokładnie pogryzł tosta, zanim go przełknąłem.
— Zobaczymy się później — mówię łagodnie, całując ją jeszcze raz w przedziałek we włosach.
Ściska moją rękę i przez chwilę przytrzymuje ją w dłoni.
— Bawcie się dobrze, chłopcy — mówi szorstkim głosem.
— Draco to nie chłopiec — odzywa się Alosza, stojąc w drzwiach i niecierpliwie przestępując z nogi na nogę. — Jest za stary, żeby być chłopcem.
— Draco zawsze pozostanie moim synkiem — odpowiada matka z roztargnieniem. — Nieważne, ile będzie miał lat.
Podchodzę do Aloszy, kładę dłoń na jego ramieniu i wyprowadzam go z pokoju. Kiedy obracam głowę, żeby spojrzeć na matkę, wciąż wpatruje się w puste krzesło — krzesło należące kiedyś do mojego ojca.
Wieczorem, po powrocie, odnajduję list od Harry’ego oparty o lampkę na biurku w moim gabinecie.

Harry pisze, że czasami czuje się zazdrosny o Aloszę. Pisze, że beze mnie obok śpi mocniej, ale nie tak dobrze. Pisze, że pozwolił, aby Nott mu obciągnął wieczorem przed swoim ślubem z Lovegood i że było to „dziwaczne”. Pisze, że nie sądził, że przetrwa nasze rozstanie, ale na szczęście mu się udało. Pisze, że kiedyś w kawiarni w Budapeszcie rozśmieszyłem go tak bardzo, że się posikał. Pisze, że zawsze nie znosił, jak arogancko odzywam się do recepcjonistów w hotelach. Pisze, że gdy po raz drugi wąchał Amortencję, zapach mojego potu pokonał wszystkie inne. Pisze, że jestem najmądrzejszym człowiekiem, jakiego zna, oczywiście oprócz Hermiony. Pisze, że sądzi, że nigdy do końca mnie nie pozna. Pisze, że pochylam głowę w lewo, gdy jestem zainteresowany tym, co mówi mój rozmówca, i w prawo, gdy mnie nudzi. Pisze, że onanizował się, wyobrażając sobie, jak Mefodij mnie pieprzy, a ja doszedłem mocniej niż kiedykolwiek z nim. Pisze, że dźwięk mojego śmiechu na przyjęciu sprawia, że jego serce przestaje bić. Pisze, że strasznie nuży go nowa praca; że jego sąsiad jest dosyć dobrym pianistą; że stwierdził, że lubi bakłażany. Pisze, że mój pępek zawsze wzbudzał w nim strach, bo za każdym razem, gdy na niego patrzył, przypominał sobie, że każdy, kto się urodził, musi też umrzeć.
Pisze do mnie jeden list po drugim, każdy pełen naładowanych emocjami, chaotycznych zdań i, o dziwo i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, odwzajemniam mu się tym samym.

Czasami Ali płacze w nocy. Poprosiłem skrzaty, żeby informowały mnie, kiedy tak się dzieje, nawet jeśli wtedy już śpię. Idę wtedy do jego pokoju i kładę się obok na łóżku. Bywa, że zwija się przy mojej piersi jak przecinek, podobny do kijanek w galaretowatych jajkach, które tak często znajdujemy w stawie każdej wiosny. Bywa też, że odwraca się do mnie plecami i odsuwa ze złością, gdy próbuję pogłaskać go po włosach. Szlocha tak rzewnie, że cały się poci i wilgotna piżama lepi się do jego łopatek, które w moim zaspanym umyśle przypominają złożone skrzydła żurawia orgiami.
Pewnej nocy płacze tak długo i głośno, że budzi matkę. Drzwi za moimi plecami otwierają się i zamykają z cichym skrzypnięciem, po czym materac ugina się pod jej ciężarem.
— Biedny, maleńki chłopczyk — szepcze ze starym irlandzkim akcentem, dokładnie jak kiedyś szeptała do mnie.
— Mamusiu! — krzyczy Alosza i podnosi załzawioną twarz z ramienia, na którym opierał głowę.
Matka dosłownie rzuca się na niego, obejmuje i kołysze kojąco.
— Myśli, że jesteś Aleksandrą — mówię cicho.
Patrzy na mnie znad ciemnych włosów Aloszy.
— Nie, nie — odpowiada równie cicho. — On wie, kim jestem. Dziecko nigdy nie pomyli matki z kimś innym. I nie weźmie kogoś innego za matkę.
Podnoszę się i opieram o wezgłowie. Matka wciąż kołysze Aloszę i głaszcze go po mokrych od potu włosach.
— Nie czujesz się przez to....
— Nie czuję się przez to jak?
— Nie wiem. Jakoś dziwnie? — pytam niezręcznie.
Marszczy brwi i zastanawia się przez chwilę.
— Nie. A czemu?
Bo nigdy nie będziesz niczym więcej niż marną namiastką, myślę. Jednak zanim w ogóle wypowiadam te słowa głośno, już wiem, że nie mam racji. Matka jednak odczytuje moje myśli.
— Zawsze poszukujemy jakiegoś rodzaju miłości — mówi. — Matka szuka miłości swojego dziecka i dziecko szuka miłości matki. Podobnie jak mąż szuka miłości u żony, a żona u męża. To jest jak oddech, Draco. Jak chleb i woda.
— W takim razie jak to jest ze mną?
Zaskakuje mnie gorycz we własnym głosie. Matka wyciąga rękę i muska mój policzek wierzchem dłoni.
— Kto jest twoim oddechem, Draco? Kto jest twoim chlebem? Twoją wodą? Przestań szukać wymówek i idź do niego.
— Albo? — pytam wyzywająco. — Pozostanę samotny i niekochany?
— Albo pozostaniesz głodny — odpowiada bez ogródek. — To twój wybór.

Tym razem to ja go zaskakuję.
Siedzi nad jeziorem oparty o drzewo i patrzy na niebiesko-czarną wodę. Przed nim trawa pochyla się pod jednostajnym wschodnim wiatrem, po czym prostuje ponownie. Stoję, obserwując go przez kilka minut. Ignoruje piękną scenerię i gapi się w ziemię między swoimi stopami. Biała skóra szyi między kołnierzykiem i włosami łamie mi serce.
Kiedy się obraca, wcale nie okazuje zdziwienia moim widokiem. Widocznie nie wyrwałem go z żadnych rozmyślań. Patrzy na mnie spokojnie i w skupieniu, w wyrazie jego twarzy nie ma namiętności, wyrzutu czy jakiegokolwiek oczekiwania.
— Mogę się przyłączyć? — pytam, brodą wskazując kępę trawy obok niego.
Uśmiecha się zachęcająco, a może nawet entuzjastycznie.
— Proszę bardzo.
Siadam i opieram się o pień, uważając, by nie otrzeć się o ramię Harry’ego, ale staram się też, by tego nie zauważył.
— Nie sądziłem, że tu będziesz — mówi.
— Też nie sądziłem, że tu będziesz — odpowiadam. — Tegoroczny zjazd z pewnością nie jest dla ciebie łatwiejszy niż dla mnie.
Kiwa poważnie głową, dając znak, że zarejestrował moje ukryte nawiązanie do Weasleya, ale milczy. Wiatr mierzwi mu grzywkę i nagle, jak gdyby ruch ten został wcześniej zaaranżowany, pochylam się i całuję kącik jego ust. Czuję, jak wykrzywiają się w uśmiechu.
— Co Ali sądzi o Hogwarcie? Jest podekscytowany, że zacznie tu naukę w przyszłym roku?
— Twierdzi, że tak. Wciąż powtarza mnie i Hermionie, że już nie może się doczekać. Ale ja mu do końca nie wierzę. Tak naprawdę myślę, że perspektywa w równym stopniu go ekscytuje, jak przeraża. — Powstrzymuję się przed dodaniem, że dokładnie tak samo było w moim przypadku.
— Dla mnie to miejsce okazało się spełnieniem marzeń — mówi. — Jedyne, co mnie przerażało, to możliwość, że tak samo szybko i niespodziewanie zostanie mi odebrane. — Obraca głowę i uśmiecha się do mnie. — Dokładnie to samo mógłbym powiedzieć o tobie. Albo o magii w ogóle.
— Nie mam już magii — odzywam się bez zastanowienia. Jego nagłe, nietypowe odsłonięcie się zaskoczyło mnie niemal tak samo, jak mój wcześniejszy pocałunek zaskoczył jego. — Zostałem tylko ja. I nie jestem miłą osobą. Zrobiłem wiele rzeczy, których żałuję...
— ...i mam nadzieję, że jeszcze więcej takich, których nie żałujesz. — Pochyla się i dociska usta do moich. — Cicho. Nie mów nic. Naprawdę tego nie potrzebuję.
Kiedyś (nawet niezbyt dawno temu) prawdopodobnie uznałbym takie żądanie za obraźliwe i odciął się złośliwą uwagą, ale teraz, po miesiącach listów, mój umysł wypełniają słowa, których nigdy nie wypowiedział. Ponieważ teraz już wiem. Nie odzywam się, w zamian jedynie przechylam głowę, zapraszając go do pocałunku.
— O to ci chodzi? — mruczy. — Tego właśnie chcesz? Powiedz mi, bo jeśli zaczniemy, nie będę w stanie przestać...
— Cicho.
Całuję go, głodny jego smaku. Splatam ze sobą nasze palce i dociskam je do swojego podbrzusza, dając mu pozwolenie, by wyobraził sobie więcej, niż mogę zaoferować tu i teraz. Jęczy mi prosto w usta i ugniata przez spodnie moją erekcję.
— Wróć do mnie — mówię. — Czymkolwiek było to, co ty albo ja, albo oboje myśleliśmy, że muszę odnaleźć, albo nie istnieje, albo nie odnajdę tego nigdy. Wróć do mnie, Harry.
Rozsuwam zapraszająco kolana, a on kładzie całą dłoń na mojej erekcji, dociskając nadgarstek do czubka penisa. Napieram plecami na gładką korę drzewa. Światło odbijające się od powierzchni jeziora razi mnie w oczy, a gdzieś za nami — zdecydowanie zbyt blisko — rozlegają się czyjeś głosy. Mimo to wyginam się pod dotykiem Harry’ego, jak trawa ugina się pod wiatrem, jak nieprawdopodobnie wygięty jest łuk łabędziej szyi, a on szepcze coś w moje włosy. Słowo, które brzmi tak prosto i doskonale jak tak.


***

*Tłumaczenie — Jerzy Ciechanowicz; wers pierwszy został celowo zmieniony przez Frayach.
**Kukri to ciężki, zakrzywiony nepalski nóż; stanowił część uzbrojenia Gurkhów.


Koniec



Skoro to koniec, chciałabym jeszcze raz bardzo podziękować wszystkim, którzy mi pomagali, a szczególnie Donnie, szyszce, Akame, Lasair oraz „niewidzialnej ręce”, która nie chce być wymieniana z nicka. Ślicznie dziękuję też wszystkim komentującym i tym, którzy nic nie napisali, ale nie bali się czytać ;)
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Akame » 30 lis 2012, o 01:09

Koniec.
Z jednej strony wreszcie wiem już wszystko, z drugiej... czas oczekiwania na to opowiadanie był naprawdę wspaniały.
Dla mnie to happy end. Nic bym nie dodała i nic bym nie ujęła. Prolog wbrew moim oczekiwaniom, bardzo mi się podobał.
Dopsze... to teraz będzie o ostatnim rozdziale. Nie powiem niczego, czego już byś nie wiedziała.

Cały czas naiwnie wierzyłam, że Draco pojechał, aby w jakiś czarnomagiczny sposób, zupełnie nieaprobowany przez Pottera (chociaż kto go tam wie, w tym ficku święty nie był), podzielić się z nim swoją magią. No bo jak, Harry bez magii? Nie może to być. Tym większe było moje zdumienie, kiedy magia Draco powędrowała do Aloszy. Wszystko bym wymyśliła, ale nie to. Z jednej strony poczułam się rozczarowana. Z drugiej, to co zrobił Draco temu dziecku było niewybaczalne. Zabrał mu to, co najcenniejsze, dlatego oddanie mu własnej magii było pewnego rozdzaju zadośćuczynieniem. Wydaje mi się, że oddał mu to, co miał najcenniejszego (bo Pottera oddać mu nie mógł xD). Na swój sposób zapewne ulżyło to jego sumieniu. Nie do końca, ale jednak.

Opera! Masz stuprocentową rację. Teraz, kiedy przeczytałam to po raz drugi widzę to jeszcze wyraźniej. Historia naprawdę zatoczyła koło i znów powróciliśmy do opery. Jak jednak różne są te sceny, to już inna bajka. Od początku czułam, że Alosza na swój sposób pragnie bliskości Draco. Boi się, nie może zapomnieć tego co zrobił, ale jest jego jedyną więzią z przeszłością. Jedyną osobą, która znała, pamięta i dzieli z nim pewne wspomnienia. Scena, kiedy Alosza wyznaje, że nie potrafi nienawidzić Draco, absolutnie wzruszająca. Miałam świeczki w oczach i naprawdę siąkałam nosem, wbrew uporczywie tłukącej się gdzieś z tyłu głowy myśli - to jest w pewien sposób absurdalne! Bo jest. Pomimo wszystko, wybaczenie takich grzechów jest nie do pomyślenia. Najwyraźniej dziecku łatwiej, albo autorka tak przyjmuje. Ja wiem, że bym nie potrafiła.
Kaczalka napisał(a):Harry cofa się i sięga do klamki.
— Wiesz, gdzie mnie znaleźć, kiedy... jeśli zechcesz — mówi. — Do widzenia, Draco.
Przełykam z trudem ślinę, gdy Alosza zaciska wokół mnie ręce, i spuszczam wzrok z twarzy Harry’ego na prosty srebrny krążek leżący na mojej otwartej dłoni. Biorę głęboki oddech i znowu na niego patrzę.
— Do widzenia. — Mój głos jest ochrypły, ale pewny. Spokojny. Wreszcie możliwy do rozpoznania. — Do widzenia, Harry.
Światła przygasają i orkiestra ponownie zaczyna grać, gdy Harry odwraca się i wychodzi, cicho zamykając za sobą drzwi. Dociskam twarz do jedwabiście miękkich włosów, wdychając zapach łez, owsianego mydła i, pod tym wszystkim, popołudniowej drzemki w świeżo wypranej pościeli.
— Dziękuję — mówię znowu.
Ale nie mam pojęcia komu — lub za co — jestem wdzięczny.
I być może, tym razem, nigdy się nie dowiem.

:zal: Piękne. Do widzenia - nie żegnaj. I można mieć nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej. Cudny moment, naprawdę mnie chwycił za serducho.

Epilog. Znowu mnie zaskoczył. Nie sądziłam, że Draco ponad rok zejdzie zebranie się w sobie na tyle, aby móc wrócić do Harry'ego. Listy były wspaniałe. Zwłaszcza te długie, bo krótkie wiadomości o pieprzeniu się z kimś innym sprawiły, że miałam ochotę warczeć na tych dwóch idiotów. Cieszę się, że Alosza pójdzie do Hogwartu. Cudnie, że Draco posłuchał Narcyzy (mądra kobieta) i poszedł odnaleźć Harry'ego. Myślę, że to był najwyższy ku temu czas, chociaż Potter czekałby o wiele dłużej. Wątpię, aby kiedykolwiek przestał.

Piękny koniec niesamowitej historii. Wiem, że do wielu osób nie przemówiła, ale mnie urzekła całkowicie, od pierwszej, do ostatniej linijki. Nigdy nie poczułam się znudzona, za to cała gama innych emocji towarzyszyła mojemu czytaniu. Zawarte w niej były chyba wszystkie i to w wydaniu spotęgowanym. Miłość, namiętność, pożądanie, bezsilność, gniew, nienawiść zazdrość i wiele, wiele innych. Dla mnie ta opowieść to bomba emocjonalna i naprawdę nie wiem, jak bohaterowie nie oszaleli od nadmiaru wrażeń. Chociaż... do końca normalni zdecydowanie nie byli, więc może łatwiej im to przyszło ogarnąć. Teraz, kiedy mam to już w całości, pozostaje mi kupić dobre wino, zakopać się pod ciepły koc i... przeżyć to jeszcze raz.
Dziękuję :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Sette » 30 lis 2012, o 22:04

Koniec.
Jak już kiedyś wspomniałam, nie lubię, nie czuję, nie akceptuję tego opowiadania. Rozumiem je do pewnego momentu - dopóki autorka prowadzi akcję mniej więcej zgodnie z psychologią i jakimiś regułami gatunkowymi. Czyli cenię te części, w których poznajemy relacje między postaciami, potem mamy punkt zwrotny - tragiczną winę Harry'ego, który sprzeniewierza się Draco, poświęcając się (bardzo kanonicznie!) dla kogoś innego, potem ciąg zdarzeń prowadzących do krwawej tragedii... i na tym kończy się moje rozumienie. Wszystko co dalej w normalnym świecie nie miałoby prawa się zdarzyć. Napisałaś na początku, Kaczalko, że to bajka. Nie, absolutnie nie. Jeśli - to baśń. Zgoda - piękna. I amoralna. Baśń, której nieistotne fragmenty zostają w pamięci jak odłamki szkła, ale nie trafiają do serca, nie do mojego.
Niemniej jednak dziękuję Ci za przekład, bo oryginał czytałam chwilami z niechęcią dorównującą tej, którą czułam przy trylogii Calanthe (której naprawdę staram się nie pamiętać) i na pewno bym do niego nie wróciła, a mimo wszystkiego co mnie w tym odpycha, irytuje, uderza jako pod każdym względem nieprawdopodobne, uważam, że warto.
Ogromnie Cię podziwiam za tak metodyczną pracę nad tłumaczeniami.
Sette Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 267
Dołączył(a): 28 wrz 2011, o 22:37
Lokalizacja: Na pulchnej różowej chmurce

Postprzez Veldrin » 2 gru 2012, o 12:37

Przyznam, że ciężko czytało mi się ten tekst. Nie wiem czy to ze względu na tak szczegółowe opisy miejsc, rzeczy i krajobrazu, które w mojej głowie robiły ogromny mętlik. Czułam, jak mój mózg stara się to wszystko ogarnąć, jednak na próżno. Autorka niesamowicie interpretuje i pokazuje nam rzeczywistość, która wcale nie ma w sobie nic bajkowego. Te wszystkie opisy ulic, budynków i pomieszczeń sprawiały, że zastanawiałam się, czy mam siłę to przeczytać. Jej metafory czasem były dla mnie tak ciężkie, że miałam ochotę trzasnąć laptopem i już nigdy nie wracać do tego opowiadania. I faktycznie przez pierwsze dziesięć rozdziałów niewiele brakowało bym tak zrobiła. Jednak czytałam. Skupiałam się na tym tekście niesamowicie, wiedząc, że i tak przerasta wszystko, z czym do tej pory się spotkałam i z czym mogłabym sobie poradzić. Układ Harre'go i Draco od początku do mnie przemówił. Ich stosunki wobec siebie, rozłąki i powroty, namiętny, choć specyficzny seks i różne zabawy. W moich oczach było to tak naturalne, jak oddychanie. Władczość Harre'go, (nie wiem czy w dobrym miejscu stawiam apostrof) jego szorstka osobowość i i miłość tak ogromna, że nieporównywalna z niczym. Jego oddanie Draco, było czymś naprawdę przyjemnym dla mnie, jako czytelniczki. I oczywiście vice versa. Malfoy, nadal zimny i wyniosły, wręcz straszny, ale w stosunku do swojej miłości niemal poddańczy. Podobało mi się to, że mimo wielu lat w których ze sobą są, nadal działają na siebie tak silnie. Odczuwają czyste pożądanie po prostu patrząc jeden na drugiego. Było to tak pięknie przedstawione, że aż omal sama zapragnęłam być czyimś niewolnikiem. Bo do tego się odnoszę. Byli na siebie skazani i nie mogli bez siebie żyć, choć często rozstawali się na długie miesiące. Wolność w związku, gdzie Harry pieprzy kogo popadnie i to samo robi Malfoy, również przyjęłam jako coś oczywistego, z delikatnym uśmiechem zrozumienia, chociaż to raczej nie jest codzienne zachowanie. Autorka wszystkie relacje między nimi opisała tak płynnie, że nawet gdyby obaj byli gwałcicielami lub mieli zwyczaj patroszenia zwierząt w kuchni i wspólnego gotowania a później jedzenia ich wnętrzności, przyjęłabym to jako coś oczywistego i normalnego.
Po dziesiątym rozdziale czytało mi się trochę lepiej. Potrafiłam bardziej skupić się na tekście i nie wracać kilkakrotnie do jakiś wersów lub opisów, by wiedzieć co się dzieję. Charaktery wszystkich postaci były mistrzowsko przedstawione, i nawet Teo, który jakby nie było był w moich oczach najbardziej negatywną osobą, przez to że nienawidził Draco, wydał mi się wspaniały. Przez moment nawet myślałam, czy faktycznie nie darzy Harre'go jakimś głębszym uczuciem niż przyjaźń i przywiązanie. Jego nienawiść wycelowana w Malfoy'a była czymś, przez co chciałam jednocześnie kląć jak szewc i wychwalać go pod niebiosa, że ktoś jednak nie ufa blondynowi.
W ostatnich rozdziałach, relację pomiędzy Harrym i Draco znowu dały mi po głowie. Myślałam sobie, "co jest grane? Nic nie rozumiem" i muszę przyznać, że do teraz wszystkiego nie rozumiem. Ale taki już urok tego opowiadania i widocznie nie jestem na tyle bystra by całe je w głębi ogarnąć.
Nie wiem co napisać, o ich ruskich przyjaciołach, byli dla mnie tylko pięknym tłem, niczym więcej. Nawet Alosza nie wywarł na mnie specjalnego wrażenia. Gdy czytałam o tym chłopcu czułam tylko wstręt. Może przez to, co spotkało Pottera i Draco, a może przez to, że nie chciałam dostrzec w nim tego czegoś, dla czego Draco się poświęcił.
Mefodij... cóż... postać względnie w moich oczach (oh, czy ja się nie powtarzam?) dziwna. Tyle. Jak na czarnoksiężnika, którego aurorzy tropią przez długie miesiące i drżą na myśl o jego zdolnościach, ten mężczyzna wydaję mi się dobry. W jakiś pokręcony sposób jest wręcz niesamowity i żałuję, że zmarł.
Cieszę się, że jednak nie złamałam się po kilku pierwszy rozdziałach i że dobrnęłam do końca. Na pewno to opowiadanie długo pozostanie w mojej pamięci i będę do niego wracać. Takich tekstów się nie zapomina.
Dziękuje Ci, Kaczalko za przekład i jestem pod ogromnym wrażeniem twoich umiejętności jako tłumacza.
Jeżeli ten komentarz jest bez sensu, to przepraszam, ale to pierwszy na tym forum i pierwszy, w którym starałam się przelać wszystko, to co czuję.

Mam jeszcze pytanie, czy ktoś mógłby mi podać link do tej trylogii, która została napisana przed tym opowiadaniem? Byłabym bardzo wdzięczna :)
Pozdrawiam
- Chciałbym z tobą pogadać, Draco.
- To dobrze, bo gdybyś tak od razu chciał się na mnie rzucić i przelecieć pod ścianą, musiałbym stanowczo powiedzieć 'nie'. Nie jestem taki łatwy. - Draco namyślał się chwilę, taksując Harry'ego wzrokiem. - Kłamałem. Jestem łatwy. Możesz mnie przelecieć bez gadania.
Veldrin Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 535
Dołączył(a): 30 lis 2012, o 10:43
Lokalizacja: K-ce

Postprzez Kaczalka » 2 gru 2012, o 13:26

Jeśli ktoś ma ochotę, Danse Russe w formacie prc można pobrać z mojego chomika. Za okładkę pięknie dziękuję "niewidzialnej ręce" :*
Veldrin, dostęp do trylogii jest ograniczony. Podaj maila na pm, to Ci podeślę.
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Blondi » 4 gru 2012, o 18:36

Kaczalko, też mogłabym prosić o podesłanie trylogii? Głupio mi, że od razu wyskakuję z jakąś prośbą zamiast chociaż skomentować, ale sama nie wiem co miałabym tu napisać. Opowiadanie jest po prostu cudowne, zresztą jak wszystkie teksty, które tłumaczyłaś. Twój nick przy jakimś tłumaczeniu jest dla mnie gwarancją, że przez kilka miesięcy będę mogła czytać naprawdę dobrego fica. Cóż, pozostaje mi tylko bardzobardzobardzo podziękować za to, że umożliwiasz nam poznanie tych perełek. Naprawdę, trudno mi wyrazić, jak bardzo jestem wdzięczna za te twoje "entuzjastyczne translatorskie zapędy" :)
Blondi Offline


 
Posty: 1
Dołączył(a): 2 mar 2012, o 23:00

Postprzez Evolution » 5 gru 2012, o 16:00

Więc to jest ostatecznie koniec tej, jak to ujęłaś na samym początku, przepięknej bajki. Po przeczytaniu całości nie mam wątpliwości co do słuszności tego określenia. Ponieważ tak naprawdę była to nieziemska opowieść o miłości przewyższającej swoją głębią wszystkie inne, o uczuciu, które skłania Nas do czynów niewybaczalnych, o uzależnieniu, za sprawą którego nie jesteśmy w stanie już normalnie żyć. Tego tekstu nie czytało się łatwo, dla zrelaksowania czy jako coś lekkiego przed snem. Tak jak zaznaczyłaś, był on skierowany do osób naprawdę dojrzałych, i chociaż nie sądzę, abym spełniała ten warunek, ani abym mogła prawidłowo zrozumieć cały tekst to nie żałuję, że po niego sięgnęłam. Co więcej, kiedy tylko zbiorę się w sobie, planuję przeczytać go kolejny raz. Miłość o tak ogromnej mocy, zaangażowaniu, odciskająca na bohaterach tak wyraźne piętno wydaje mi się niezwykle intrygująca: zachwyca, a jednocześnie przeraża swoją intensywnością. To opowiadanie sprawiło, że sama zaczęłam pragnąć kiedyś poczuć do kogoś miłość o takiej mocy, bezwarunkowej, która przetrzyma wszystko i na wszystko pozwala.

Dziękuję Ci za te chwile wzruszenia, kiedy dosłownie płakałam wraz z bohaterami, gdy moje serce ściskało się od środka z bólu i bezsilności, dziękuję Ci za te wszystkie plastyczne opisy, które pozwoliły idealnie wczuć mi się w klimat opowiadania, dziękuję za tak znakomity wybór tekstu, dzięki czemu mogłam zapoznać się z kolejną ( dosyć niekonwencjonalną ) wersją wydarzeń po wojnie. Dziękuję Ci za cały trud i pracę jaką włożyłaś w jego przetłumaczenie, aby udostępnić tą wspaniałą opowieść szerszemu gronu i przepraszam, że pomimo, iż czytałam je na bieżąco, nie zostawiłam pod nim komentarzy aż do ostatniego rozdziału, jednak za każdym razem, gdy kończyłam czytać, okazywało się, że nie wiem,jak ubrać w słowa moje odczucia mu towarzyszące. Cóż więcej mogę powiedzieć.? Dziękuję, dziękuję, dziękuję.
.
Evolution Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 lut 2012, o 17:00
Lokalizacja: Gdańsk

Postprzez gyniol » 12 gru 2012, o 14:16

To już koniec? Będzie mi brakować tego opowiadania i wyczekiwania na następne rozdziały :)
Historia piękna, postacie wyraziste, namiętność, gorycz, ból, radość. Wszystko czego trzeba! Szczerze mówiąc zdziwiło mnie zakończenie. Myślałam, że będzie to jedna z historii kończących się smutno, albo przynajmniej będzie czegoś mi brakowało. Tutaj nic takiego nie ma. Wszystko zostało wyjaśnione, miłość H i D trwa i będzie trwała po wieki, mimo ich nieufności.
Jeszcze raz powtórzę: PIĘKNE OPOWIADANIE!
Dziękuję za tłumaczenie, bo będzie ono trwało bardzo długo w mojej pamięci i chętnie jeszcze do niego wrócę. :)
" - Z miłością jest jak z kolką nerkową. Dopóki cię nie chwyci atak, nawet sobie nie wyobrażasz, co to takiego. A gdy ci o tym opowiadają, nie wierzysz
- Coś w tym jest - zgodził się wiedźmin
- Ale są i różnoce. Przed kolką nerkową rozsądek nie chroni. Ani jej nie leczy
- Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno.
- Głupota raczej"
"Pani Jeziora" A.Sapkowski
gyniol Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 20
Dołączył(a): 4 lis 2012, o 12:56

Postprzez Japor » 1 sty 2013, o 14:29

Ciesze się, że to opowiadanie udało mi się przeczytać w całości, bo prawdę mówiąc nie wiem jak bym zniosła czekanie na kolejne rozdziały. Pewno nie obyło by się bez "strat" w moim zdrowiu psychicznym.
Dałam sobie trochę czasu po przeczytaniu tego opowiadania, aby poukładać sobie to co przeczytałam, a dopiero później zasiąść to skomentować. Myślała, że tydzień wystarczy na "oswojenie" się z tą historia, ale niestety nic z tego. Dalej mam totalny mętlik w głowie.
Jak dla mnie, to jest na pewno, jedno z tych opowiadań, do którego będę wracać jeszcze nie jeden raz. Ono ma w sobie coś takiego, co nie pozwala tak łatwo o sobie zapomnieć, a czytając je po raz kolejny człowiek odkrywa zawsze coś nowego, pozwala popatrzyć na pewny wydarzenia z innej perspektywy.
Dziękuję serdecznie Kaczalce za to tłumaczenie.

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez miss.malfoy » 2 lip 2015, o 01:32

Opowiadanie miało być sposobem na zabicie nudy.Nudę zabiłam owszem a przy okazji i siebie.Na pewno znajdzie się w czołówce moich ulubionych.Szkoda,że dopiero teraz zabrałam się za nie.Mimo to siedzę nie dość,że cała zaryczana to na dodatek i obsmarkana.Przy końcówce to serce mi pękło.Bo po tylu latach Harry w końcu pozwolił się dotknąć komuś innemu.I ja byłam wtedy zdruzgotana.Naprawdę wybuchnęłam płaczem niczym małe dziecko.Bo jak on mógł?Ktoś inny a nie Draco(rozumiem,że Draco nie chciał ale przeżywam swój dramat wewnętrzny bardzo).Tłumaczenie genialne.Nigdy chyba nie czułam tylu emocji bohaterów ile w Danse Russe.Przyznam jednak,że opowiadanie ciężkie.Momentami wręcz dusiłam się tym wszystkim.Niby skończyło się happy endem ale..właśnie moment kiedy Harry zostawił Draco na rok i wtedy byli dla siebie jak znajomi a nie miłości życia jakoś mi ten happy end przyćmił.Nic już nie jestem w stanie więcej napisać.Piszę drugi raz bo wcześniej mnie wylogowało i teraz komentarz jest jeszcze bardziej uboższy.Na dodatek pewnie piszę bez ładu i składu ale proszę wybaczyć.To wszystko przez emocje.Dziękuję za tłumaczenie.
PS.Już tęsknię za tym opowiadaniem.
miss.malfoy Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 7
Dołączył(a): 11 mar 2015, o 22:37

Poprzednia strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 8 gości