[T] [Z] Danse Russe

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez ewa1959 » 8 lip 2012, o 15:03

To prawda, że we wspomnieniach Theo, Harry był inny, być może wydawał się niewinny. Ale i on miał drugą stronę , którą ukrywał przed przyjaciółmi, bo wiedział, że nie zrozumieliby. A, przecież to co robi w sypialni nie dyskredytuje go jako dobrego człowieka. Nie lubię Notta , który za wszelką cenę chce pozbyć się Draco i uważa , że ma do tego prawo. Myśli też,że to Draco jest wszystkiemu winny i, że ten go spaczył, a przecież tak nie było, zaślepia go nienawiść. A ta nigdy nie była dobrym doradzą i obawiam się do czego może się posunąć. Miałam nadzieje, że Harry żyje i być może tak jest. I w Draco wstąpiła też nadzieja dając mu nowe siły by odkryć, co się naprawdę wydarzyło i gdzie jest Harry. Jestem ciekawa, kim jest naprawdę ten starzec i czy jest taki na pewno szlachetny jak mówią o nim. Opowiadanie jest interesujące, bo sceny są świetnie opisane ,tak realistycznie, że przyjemnie się czyta, chociaż nie jest to tekst lekki, ale mi się podoba. Dziękuje za naprawdę świetne tłumaczenie i czekam na kolejny rozdział.
Pozdrawiam i życzę zapału do dalszego tłumaczenia.
ewa1959 Offline


 
Posty: 42
Dołączył(a): 30 sie 2011, o 14:06

Postprzez Kaczalka » 17 lip 2012, o 16:23

Część XIII


Nie zdaję sobie sprawy, że wstałem od stołu, dopóki nie dostrzegam, że wszyscy w pokoju skupiają na mnie uwagę.
— Mefodij — mówię ochrypłym głosem, a mój kieliszek z winem eksploduje błyszczącymi odłamkami szkła i bordowymi kroplami, które, co niepokojące, opryskują bladą twarz Aloszy i jego białe szaty. Skrajem świadomości rejestruję westchnienie Aleksandry.
Mężczyzna jest wyraźnie zdziwiony, słysząc swoje imię z moich ust i widząc efekt działania niemożliwego do powstrzymania napływu magicznej energii. Otwiera szeroko oczy, szybko jednak odzyskuje nad sobą kontrolę.
— Tak się nazywam. Skąd to wiesz, przyjacielu?
— Ja... Ja... słyszałem, jak się wcześniej przedstawiałeś — jąkam się, choć dobrze wiem, że jest świadomy mojego kłamstwa.
— Istotnie — mruczy. — Cóż, może nic w tym aż tak zaskakującego, biorąc pod uwagę, że ja też wiem, jak się nazywasz, Draco Malfoyu. — Widzi szok na mojej twarzy i śmieje się, ale nie jest to śmiech nieprzyjemny. — Jaki ten świat mały — mówi, rozkładając ramiona w pokojowym geście. — I tak niewielu nas zostało — dodaje, rozwierając je jeszcze szerzej, jak gdyby chciał objąć pokój oraz każdą z przebywających w nim osób, a co za tym idzie i cały czarodziejski świat. — Czyż nie znamy się nawzajem na wylot? Czy wszyscy nie jesteśmy braćmi? — przerywa, aby unieść do ust drżące dłonie Aleksandry. — I siostrami?
— Lordzie Malfoy, dobrze się pan czuje?
Obracam się do życzliwego mecenasa sztuki, z którym rozmawiałem wcześniej. Patrzy na mnie z pytającą miną. Po mojej drugiej stronie siostry Aloszy czyszczą jego szaty i drobną buzię z plam wina. Dziewczęta zerkają na mnie ukradkiem, ich brat jest jednak mniej powściągliwy i krzywi się otwarcie.
— Czemu to zrobiłeś? — pyta z pretensją w głosie.
Potrząsam głową, by oczyścić umysł. Jeżeli Harry nadal żyje — czy nawet nie żyje — ten człowiek, który właśnie zdjął płaszcz i teraz całuje policzek Aleksandry i ściska rękę Mikołaja, wie, gdzie on jest. Wszystko, absolutnie wszystko zależy od tego, jak postąpię przez następne dwie godziny.
Ponownie czuję uderzenia serca aż w gardle. Jestem pewien, że każdy widzi gorączkowe pulsowanie tuż pod moją skórą. Mefodij właśnie kończy witać pocałunkami dzieci i idzie do pustego miejsca z białą różą, splamioną teraz lekko kroplami czerwonego wina. Znów kieruje wzrok na mnie.
— Proszę usiąść — mówi. — Nie będę czuł się swobodnie, wiedząc, że zawstydzam gościa Mikołaja i Aleksandry. I oczywiście czarodzieja o pańskiej pozycji i niezaprzeczalnej mocy.
Kłania się w pokazie pokory i szacunku, a mnie nagle przypomina się kolacja z Carrowem i jak bardzo Alberic był chętny, aby się przede mną korzyć i podporządkować nowemu czarnemu panu. Ale wspomnienie nie wraca dlatego, że ci dwaj mężczyźni są do siebie podobni. Wręcz przeciwnie, diametralnie się różnią. Pokłon Carrowa był uniżony, wiernopoddańczy i przejrzysty niczym tafla szkła, gest Mefodija zaś jest pełen wdzięku, powściągliwy i nie widać w nim cienia służalczości. Różnica ta denerwuje mnie bardziej niż cokolwiek do tej pory. Obawiam się, że mój głos może zadrżeć, więc siadam bez słowa.
Aleksandra klaszcze, a mnie momentalnie otaczają mgliste domowoje. Sprzątają rozlane wino i rozbite szkoło i przynoszą mi nowy talerz z jedzeniem, gdy ja próbuję uspokoić się i zebrać rozproszone myśli. Kątem oka dostrzegam, że Alosza ze zmartwioną i poważną miną nadal wodzi wzrokiem między mną a Mefodijem.
— Opowiedz nam o swoich podróżach, Ojcze — prosi Tatiana. — Spełniły się twoje oczekiwania i dotarłeś do Ojmiakonu, zanim rzeka zamarzła?
Mefodij obraca się do niej z uśmiechem. Jego spojrzenie było tak skupione na mnie, że spodziewam się, iż będzie rozgniewany lub przynajmniej rozproszony jej wtrąceniem, ale nawet jeśli, jego twarz pozostaje spokojna i pogodna jak ocean w mglisty bezwietrzny poranek.
Poświęca Tatianie całą swoją uwagę i odpowiada na jej pytania, a reszta z nas przestaje dla niego istnieć. Dziewczyna z kolei wbija w niego oczy niczym zahipnotyzowany królik w kobrę. Nie słyszę słów Mefodija, bo są przeznaczone tylko dla niej, ale dociera do mnie delikatna pieszczota jego głosu, wznoszącego się i opadającego w melodii kojących pomruków.
— Doszedł pan już do siebie?
Odrywam wzrok od Mefodija, ale robię to z dużo mniejszą gracją niż on wcześniej, i obracam głowę w stronę mojego sąsiada i jego żony.
— Tak, dziękuję — odpowiadam tak spokojnie, jak potrafię. Bez wątpienia czekają, aż wytłumaczę swoje zachowanie, ale nie mam im niczego do zaoferowania.
— Jestem pewna, że podróż była męcząca... — sugeruje kobieta.
— Z pewnością — wtóruje jej mąż. — I do tego taka nudna. Nic tylko trawa...
Przytakuję, ignoruję ich i na powrót koncentruję uwagę na Mefodiju.
Gdzie jest Harry, ty skurwysynu?, pytam w myślach. Bo mam zamiar go odnaleźć, a wtedy...
Moja ręka gwałtownie unosi się do piersi, a palce wsuwają pomiędzy srebrne zapinki szaty i muskają drewno różdżki, ciepłe od bliskości ciała. Dokładnie w tym samym momencie oczy Mefodija odrywają się od Tatiany i kierują na mnie. Nie są zmrużone ze strachu czy wrogości, jednak nie widać też w nich zaskoczenia. Mefodij klepie lekko dłoń dziewczyny, spoczywającą na jego ramieniu.
— Wybacz, moja droga — mówi. — Ale muszę coś sprawdzić. Skończymy rozmowę później, przy kawie, dobrze? — Spogląda na Mikołaja i Aleksandrę. — Przepraszam, że tak zakłóciłem wasz wytworny posiłek, uważam jednak, że roztropnie z mojej strony będzie, jeśli dosłownie na minutę udam się z panem Malfoyem do salonu. Sądzę, że musimy... coś przedyskutować, zanim będziemy mogli cieszyć się wzajemnym towarzystwem.
Z wyrazem twarzy podobnym do miny jej syna, Aleksandra z wahaniem kiwa głową. Marszczy czoło i przypatruje się nam obu.
— Czy wszystko w porządku?
Pytania nie kieruje do żadnego z nas, ale wiem, że tak naprawdę chodzi jej przede wszystkim o mnie. Otwieram usta, choć i tak nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Mefodij mnie ubiega.
— Oczywiście — zapewnia łagodnie.
Twarz Aleksandry relaksuje się od samej barwy jego głosu.
— Chodzi tylko o to, że posiadamy... wspólnego znajomego i dobrze byłoby, żebyśmy omówili, jaki mamy do niego stosunek, zanim rozpoczniemy naszą własną znajomość.
Spinam się gwałtownie, słysząc jego słowa, co musi wyczuwać. Szybko odchodzi od stołu, choć jego ruchy nadal są pełne gracji.
— Proszę, lordzie Malfoy — mówi do mnie, po czym znów zwraca się do Mikołaja i Aleksandry. — To nie potrwa długo.
Odsuwam krzesło i wstaję powoli. Świat wokół staje się nagle czymś surrealistycznym, jak gdybym znalazł się w środku snu na jawie. Moje ruchy są niespieszne i ociężałe, powietrze wydaje się bardziej oporne niż woda. Prostuję ramiona i wychodzę z jadalni za Mefodijem. Obraca się, by z pojedynczym kliknięciem zamknąć ozdobnie pomalowane drzwi, i niespodziewanie jesteśmy sami w cichym, słabo oświetlonym holu.
W tym momencie zdaję sobie sprawę, jak bardzo odwykłem od okazywania emocji. Właściwie, z zasady i przyzwyczajenia, nie reaguję na nikogo poza Harrym. To umiejętność, której nabywa się jeszcze za młodu, jeśli jest się synem Lucjusza Malfoya. Zawsze zachowuj się tak, by to inni ludzie czuli się niekomfortowo i niepewnie. Nigdy nie pozwalaj, by prawidłowo przewidzieli twój następny ruch. Sprawiaj, że wiją się i skręcają we własnej skórze jak liniejące węże...
Mefodij patrzy na mnie, a ja drżę mimowolnie. Doznanie wywołuje we mnie tysiące splątanych i sprzecznych reakcji. Serce bije szybciej, a oczy mrużą się ze złości i podejrzliwości, gdy penis zaczyna pulsować. Mefodij spuszcza wzrok i mierzy mnie nim od czubka głowy aż po stopy. Odbieram jego spojrzenie niczym dotyk chciwych rąk na skórze. Czuję się pod nim całkowicie nagi. Moja pachwina znów pulsuje boleśnie.
— Ach — mruczy Mefodij. — Zupełnie jak twój Harry. — Mój umysł zalewa czarna fala wściekłości, nienawiści i pożądania. Wyszarpuję różdżkę i ułamek sekundy później przystawiam mu ją do szyi.
Uśmiecha się. Ale tak jak wcześniej, uśmiech ten wygląda przyjaźnie. Co nie ma dla mnie żadnego znaczenia, bo pierwsze sylaby Cruciatusa już opuściły moje usta.
Ostatnia jednak nigdy z nich nie wychodzi. Pół minuty zajmuje mi uświadomienie sobie, że nie mogę oddychać, a zdrętwiałe palce rozluźniły się wokół różdżki. Mefodij wyciąga ją powoli z mojej bezużytecznej dłoni i chowa do swojej szaty. Dokładnie w momencie, gdy zaczynam panikować z powodu braku tlenu, on macha ręką, jak gdyby strzepywał z niej kropelki wody, i zaklęcie wyciszające uwalnia mnie ze swojego uścisku. Spazmatycznie wciągam powietrze i łapię się za gardło.
— Przykro mi — odzywa się, a ja ze zdziwieniem uświadamiam sobie, że mówi szczerze. — Nie chcę cię skrzywdzić, ale nie toleruję Cruciatusa. Jest taki barbarzyński.
— Harry... — sapię, nadal masując szyję. — Co mu zrobiłeś?
Przygląda mi się przez długą chwilę.
— Dokończmy tę rozmowę w salonie — mówi tak, jakbyśmy plotkowali o jakimś towarzyskim skandalu, a nie o życiu lub śmierci mojego kochanka. — Potem oddam ci różdżkę i wtedy zdecydujesz, czy chcesz mnie zabić.
Odwraca się i zamaszystym krokiem rusza długim korytarzem ze ścianami obitymi ciemną boazerią i podłogą wyłożoną chodnikiem w kolorze głębokiej purpury. Podążam za nim, starając się nie myśleć o mojej utrzymującej się erekcji i fakcie, że oglądany od tyłu Mefodij mógłby być bratem bliźniakiem Harry’ego.
Nie ulega wątpliwości, że dobrze orientuje się w rozkładzie domu, bo ani na sekundę nie zatrzymuje się na rozwidleniu korytarzy i nie przystaje, by otworzyć szerzej uchylone drzwi w poszukiwaniu odpowiedniego pokoju. Z tak doskonałym zmysłem orientacji i wielką pewnością siebie mógłby być tu gospodarzem, a nie gościem. Wciąż idę za nim, poirytowany swoją uległością. Ten człowiek może być potężnym czarodziejem, ale ja również nim jestem. Jednak to mało prawdopodobne, żeby doświadczył w swoim życiu choćby połowy tego, co spotkało mnie. To ja powinienem sprawiać, że się poci, nie na odwrót.
W końcu odwraca się i wchodzi do pokoju po lewej stronie. Gdy obaj jesteśmy w środku, zamyka za nami drzwi.
— Chętnie poprosiłbym, abyś się rozgościł — mówi — ale wątpię, żeby w tych warunkach było to możliwe.
Przełykam ślinę, próbując uspokoić rozkołatane serce, i rozglądam się szybko wokół. Znajdujemy się w jednym z kilkudziesięciu salonów, jakie odwiedziłem w czasie zwiedzania z Mikołajem. Ściany pomalowano na mroczny czerwony kolor, a podłoga jest tak ciemna, że w blasku migoczących płomieni padających z bielonego kominka wydaje się niemal czarna. Mefodij rozpalił ogień bez słów w momencie, w którym weszliśmy, a mimo to płonie on tak intensywnie, jakby rozniecono go wiele godzin temu. Stanowi jedyne źródło światła w pomieszczeniu, a jego migoczące odbicie w ciemnym szkle dwóch wysokich okien to jedyny widoczny ruch.
Mefodij siada w jednym z hebanowych, wyłożonych skórą foteli, rozkłada się wygodnie i wyciąga przed siebie długie nogi. Jest ubrany prosto, ale elegancko. Tylko jego buty nie pasują do arystokratycznego pochodzenia. Mają grube i wytrzymałe podeszwy, niewątpliwie są przeznaczone do jazdy konnej i chodzenia, a nie ozdoby. Jedno mocne kopnięcie takim butem i żebra łamią się jak gałązki.
Przekłada ręce za głowę w beztroskiej, zrelaksowanej pozie, ale wciąż wpatruje się we mnie intensywnie.
— Znasz Harry’ego — odzywam się w końcu. — I wiesz, gdzie on jest.
Przytakuje z powagą.
Pokój kołysze się alarmująco, więc wyciągam rękę do stojącego nieopodal krzesła i łapię je za oparcie.
— On żyje?
Mój głos jest niewiele głośniejszy od szeptu i wiem, że w oczach Mefodija okazuję słabość, ale nic nie mogę na to poradzić. Przygląda mi się długo, niewątpliwie mnie oceniając, a ja zastanawiam się, czego szuka. Czego ode mnie chce. W nagłym przebłysku intuicji decyduję się na zachowanie, na jakie nigdy nie pozwalałem sobie z kimkolwiek innym niż Harry — na kompletną szczerość. I kompletne podporządkowanie.
— Nie obchodzi mnie, czy zamierzasz tylko zabawić się moim kosztem — mówię. — Sam bawiłem się wieloma mężczyznami i być może sprawiedliwość właśnie mnie dopadła. Ale błagam... — Przełykam z trudem ślinę i osuwam się przed nim na kolana, wyciągając przed siebie ręce, by je dobrze widział. Nie porusza się, nawet nie drga, gdy w całkowitej kapitulacji kładę dłonie na jego brudnych skórzanych butach. — Błagam cię w imię wszystkiego, co dla ciebie drogie, w tej jednej kwestii mnie nie okłamuj. Powiedz mi. Powiedz mi, czy on żyje.
Jest zadowolony. Widzę to w jego oczach.
— Nie rozczarowałeś mnie, Draco Malfoyu — mówi. — A ja jestem przyzwyczajony do rozczarowań.
Opuszcza ramiona, pochyla się, ujmuje mnie za brodę i muska policzek opuszkami palców. Nie cofam się przed jego dotykiem. W ciężkiej ciszy dłuższy czas pieści mnie w rytm trzaskającego ognia i migoczących płomieni, w końcu gładzi moje wargi. Jego palce są szorstkie i pachną zimnem, śniegiem i dziewiczym lasem.
Ani na sekundę nie odrywam od niego oczu.
— Tak — szepcze i nagle łapie mnie mocniej i przyciąga do swoich ust. — Harry żyje.
Ulga, jaka mnie ogarnia, gdy słyszę te dwa słowa, jest tak przytłaczająca, że pokój ponownie zdaje się wirować. Jednak tym razem sam nie wraca do równowagi, więc zupełnie bezwładny opadam w ramiona Mefodija. Tylko skrajem świadomości rejestruję, jak mnie obejmuje i chroni przed upadkiem i uderzeniem głową o kominek, po czym z nieskończoną troską i delikatnością układa na podłodze.
Szybko rozpina moje szaty i kołnierzyk koszuli, cały czas mamrocząc coś po rosyjsku. Nie jestem w stanie się poruszyć się i go powstrzymać, nawet kiedy dostrzega srebrną obrączkę na łańcuszku i pieści skórę w miejscu, w którym metal styka się z moją piersią.
— To dla Harry’ego? — mruczy, a ja przytakuję. — Pierścień Zjednoczenia stworzony z żywego ciała. Bardzo niebezpieczny, Draco. W rzeczy samej, bardzo niebezpieczny. Myślałem, że takie kołdowstwo* jest zabronione w kraju, z którego pochodzisz.
— Bo jest — przyznaję.
— Ale i tak go stworzyłeś — mówi. W jego głosie słyszę subtelną nutę podziwu. — Niewielu mogłoby cię zastraszyć.
Nie odpowiadam.
— Powiedz mi... — ciągnie, przesuwając palcami od pierścienia do zabliźnionego miejsca, z którego został wycięty — ...czy jest coś, do czego nie jesteś zdolny, żeby odzyskać swojego Harry’ego?
— Nie — dyszę i zaciskam powieki, przełykając mdłości i strach. — Nie ma.
Milczy, zataczając palcem wokół mojej blizny okręgi tak duże, że obejmują sutek.
— Zastanawiasz się, czy to samo zrobiłem Harry’emu.
Nie odpowiadam na głos, w zamian rozluźniając bariery chroniące umysł. To jedyny sposób, skoro chce widzieć moją rezygnację. Czuję, jak delikatnie wsuwa się w moje myśli. Doznanie bardziej przypomina pieszczotę niż inwazję i uświadamiam sobie, jaki jest w tym dobry. Lepszy ode mnie. Urodzony legilimenta, jeśli ktoś taki w ogóle istnieje. Mógłby to robić cały czas i nikt by się nie zorientował...
— Tak właśnie myślałem — mruczy. — Tak, zastanawiasz się. I to cię podnieca. Wizja, że go dotykam. Sprawiam mu przyjemność. Ciekawe, czy on zareaguje tak samo. — Gwałtownie otwieram oczy. — Draco — mówi, a ja wyraźnie słyszę w jego głosie naganę. — Obiecaj mi, że nie utrzymasz… — przerywa, by złożyć otwartymi ustami powolny pocałunek na moim sutku — …tego przed nim w sekrecie.
Jego wyraźne niezadowolenie całkowicie mnie dezorientuje. Muszę wiedzieć, czego ode mnie wymaga.
— Zrobię wszystko, co zechcesz. Tylko powiedz.
Patrzy na mnie przez opadającą mu na oczy, czarną jak węgiel grzywkę i uśmiecha się.
— Powiedział dokładnie to samo. Twój Harry... powiedział dokładnie to samo. — Moim ciąłem wstrząsa nagła fala niepokoju, przerażenia i pożądania. — Ach — mruczy niskim głosem. — To boli, prawda?
— Nie — dyszę z trudem. — Nie wierzę ci. Harry jest od tego silniejszy. Jest silniejszy ode mnie. To ja zawsze byłem tym słabszym...
— Poświęcenie czynione w imię miłości to nie słabość, Draco — upomina.
Duszę w sobie szloch.
— Dezorientujesz mnie!
— Cicho — szepcze, z czułością odgarniając mi włosy z czoła. Jestem zaskoczony... nie, kompletnie zaszokowany uśmiechem na jego ustach. — Mówię prawdę — mruczy kojąco. — Nie zamierzam cię skrzywdzić.
Nawet nie mrugam, a łzy i tak wypływają z kącików moich oczu, toczą się po skroniach, a potem wsiąkają we włosy.
Dlaczego? — wyrzucam z siebie rozpaczliwie. — Dlaczego nie?
— To naprawdę całkiem proste. Jestem uzdrowicielem. Nie pragnę sprawiać bólu, lecz przynosić ulgę cierpiącym. — Przewracam się na bok i zwijam wokół niego, trzęsąc się od szlochu. — O co chodzi, Draco? — W jego głosie pobrzmiewa wyraźne zdziwienie. — Nie czujesz ulgi?
Dużo czasu zabiera mi odzyskanie spokoju, ale Mefodij nie okazuje oznak zniecierpliwienia. Cały czas gładzi moje plecy długimi, powolnymi ruchami.
— Nie — dyszę, z trudem łapiąc powietrze. — Nie, bo... niczego innego nie mogę ci dać.
Milczy. Mój oddech powoli wraca do normy i zupełnie nieelegancko wycieram nos wierzchem dłoni. Mefodij łapie mnie za nadgarstek i odsłania blizny po nacięciu brzytwą.
— Zraniłeś się. Zraniłeś sam siebie. — Przytakuję. — Ponieważ myślisz, że nie możesz bez niego żyć. — Przytakuję ponownie. Wstaje nagle jednym płynnym ruchem i długimi, zamaszystymi krokami przemierza pokój. Odwrócony do mnie tyłem staje pod ścianą, kładzie na niej ręce, a potem, znużony, chowa głowę w ramionach. — Wierzysz, że jestem zły — mówi.
Podnoszę się z podłogi i opieram o pobliskie krzesło.
— Nie wiem, w co wierzyć — odpowiadam szczerze i uczciwie.
— Ale ja zabrałem ci kogoś, kogo kochasz najbardziej na świecie. Kogo kochasz bardziej niż własne życie. — Nie odzywam się, mając nadzieję, że moje milczenie wystarczy za odpowiedź, bo do innej nie jestem zdolny. — Czy to tak szokujące, że wiem, co to znaczy kochać kogoś bardziej niż własne życie?
— Nie — szepczę i jestem zaskoczony nie tyle swoimi słowami, co faktem, że mówię całkiem poważnie.
Odwraca się do mnie ze smutnym, ale szczerym uśmiechem.
— To prawda. Wszystko, co robię, wszystko, co kiedykolwiek zrobiłem... — przerywa i patrzy na mnie. — Uczyniłem ci wielką krzywdę w imię miłości — kończy wreszcie. W jego głosie w równym stopniu pobrzmiewa teraz porażka jak i nagłe objawienie.
Nie mam pojęcia, dlaczego to robię, ale wstaję i podchodzę do niego. Przez ułamek sekundy rozważam, czy nie rzucono na mnie Imperiusa, ale od razu pozbywam się tej myśli. Byłem już pod jego działaniem i wiem, jakie to uczucie. Teraz kieruję się własną wolą. Własnymi najgłębszymi instynktami i intuicją. Gdy się zbliżam, wpatruje się we mnie tymi jasnymi oczami, jaśniejszymi niż moje własne. Nie przerywa kontaktu wzrokowego, nawet kiedy staję przed nim i kładę mu dłonie na piersi. Nie odwzajemnia dotyku, ale wiem, że nie jest on dla niego nieprzyjemny. Powoli i ostrożnie rozluźniam dziwaczne zapięcie jego szaty.
— Kochaj się ze mną — mówi pewnym tonem. — Oddaj mi się tak, jak oddałbyś się jemu. Chcę się dowiedzieć, jak to jest. Być aż tak pożądanym. — Moje ręce zaczynają drżeć, więc łapie je we własne dłonie i mocno zaciska. Boleśnie. Patrzę na niego, w jednej chwili ponownie ogarnięty strachem i pożądaniem. — Ponieważ jeśli zwrócę ci człowieka, którego ty kochasz, zabiję kogoś, kogo sam kocham. Dokładnie tak, jakbym własnoręcznie wbił jej nóż w serce. Przynajmniej tyle jesteś mi dłużny. Nigdy jej nie miałem. Nigdy nie była moja. Winien mi jesteś to doświadczenie. Doświadczenie i jedną noc.
Jego oczy płoną dziko, ale nie ma w nich gniewu.
— Spodziewałeś się, że przyjdę — mówię.
Kiwa głową.
— Gdy tylko wejrzałem w jego umysł, wiedziałem, że będę musiał stawić tobie czoła. I że nie pozwolisz mu tak po prostu odejść.
— Dlaczego mnie nie zabiłeś?
W jego uśmiechu czai się smutek.
— Nadal nie rozumiesz — wzdycha. — Może nie potrafisz. Może nigdy ci się nie uda. Twoje serce przepełnia wielki smutek. Ogromna choroba. Dzielisz ją ze swoim Harrym. Zapewne w ten sposób odnaleźliście się w tym wielkim świecie. Nie mam pojęcia. Ale nie zabiję cię, Draco, bo nie chcę być katem miłości. Byłoby to czymś złym. Zabijać jedną wielką miłość dla innej.
Moje serce tłucze się boleśnie w piersi.
— Ale ja właśnie to zrobię — mówię. — Odbierając ci Harry’ego w jakiś sposób zabiję kobietę, którą kochasz. Ją i prawdopodobnie również ciebie. Czy to nie będzie zabicie jednej wielkiej miłości dla innej, jak to określiłeś?
— Sprawa jest... skomplikowana — mruczy i przyciąga mnie do siebie. — Ale to mój wybór. Oczywiście, jeśli zaakceptujesz warunki umowy.
Ponownie kierując się czystą intuicją, łapię go za rękę i kładę ją sobie na brzuchu, a potem przesuwam powoli na pachwinę i nabrzmiałego penisa. Jego zaciskająca się na mnie dłoń jest ciepła i pełna czci.
— Akceptuję — szepczę. A potem przełykam z trudem ślinę i dodaję: — Ale nie tylko dla Harry’ego, dla siebie także. Weź mnie. Jestem twój.
Drugą ręką wędruje w górę moich pleców, aż dociera do głowy i kołysze nią lekko, nie przerywając głaskania penisa. Szepcze coś po rosyjsku tuż przy moim gardle, a ja zawijam ramiona wokół jego szyi i ruchami bioder odpowiadam na pieszczoty. W kominku za nami ogień rozjaśnia swój blask, podczas gdy za ciemnymi oknami śnieg, wiszący w powietrzu od wielu godzin, wreszcie zaczyna padać.

Teo wsunął dłonie głęboko do kieszeni i przeklął w kierunku nieba. Że też musiało się rozpadać. Po obu stronach ulicy kamienne rezydencje zdawały się niknąć za mglistą zasłoną, a jego własny oddech brzmiał głośno i chrapliwie w ciężkim od wypełniających je płatków powietrzu. Nie śnieżyło tak intensywnie od nocy, kiedy umarł Harry.
Malfoy. To nazwisko było w jego ustach jak gorący żużel wypalający dziurę przez wszystkie myśli. Głęboko w sobie Teo wiedział, że to klasyczny przypadek przeniesienia, ale miał to gdzieś. Zamierzał odnaleźć Mefodija. Jeśli ministerstwo wezwie ich z powrotem, zanim im się to uda, razem z Neville’em rozwiążą drużynę i wrócą tu na własną rękę. Pytanie nie brzmiało, czy to zrobią, tylko kiedy. Jednak od tygodni nie dostrzegli śladu jego obecności, a teraz pokazał się Draco Malfoy. Zadomowił się w jednej z tych luksusowych rezydencji, jak gdyby przebywał u siebie w Anglii. Nie żeby Teo czuł się z tym zaskoczony. Nieważne, Brytyjczycy czy Rosjanie, każdy z tych uprzywilejowanych skurwysynów był taki sam. Jeden wielki pierdolony międzynarodowy klub, od wieków niedostępny dla ludzi takich jak on.
Odnalezienie właściwego domu zajęło mu sporo czasu, więcej niż raz musiał wracać po swoich śladach. Nigdy nie przestało go zadziwiać, jak bardzo śnieg może wszystko zmienić. W ciemności i pośród padających płatków rzeczy wyglądały zupełnie inaczej niż w jasny, bezchmurny dzień. Wreszcie jednak trafił na rezydencję, przed którą zatrzymali się wcześniej z Luną i gdzie zobaczył Malfoya wychodzącego bocznymi drzwiami. Przeszedł na drugą stronę jezdni, ukrył się w cieniu i wyciągnął z paczki papierosa. Nie miał pewności, czy dom należy do rodziny czarodziejów, chociaż od przybycia do Irkucka napotkał już takich kilka. Raczej niemożliwe, aby Malfoy zamieszkał z mugolami. Sama wizja takiej sytuacji sprawiła, że Teo prawie zachichotał.
Z kilku okien padało światło, ale Teo bardzo uważał, aby pozostać poza zasięgiem jaskrawych prostokątów i jakichkolwiek potencjalnych zaklęć ochronnych. Pierwsze pomieszczenie, do którego zajrzał, najjaśniej oświetlone, okazało się wysoką jadalnią, gdzie przy stole zasiadała dobrze ponad dwudziestka czarownic i czarodziejów w formalnych szatach. Ze swojej kryjówki przez chwilę przyglądał się, jak rozmawiają, śmieją się, jedzą i piją, ale nie było wśród nich Malfoya, jedynie dwa puste krzesła i dwa nietknięte dania na talerzach.
Teo poczuł znajomy napływ adrenaliny, dreszcz emocji. Przykucnął i ma czworakach przeszedł wzdłuż ściany. Żadnych zabezpieczeń. Właściciel domu musiał je usunąć lub zmodyfikować z okazji przybycia gości. Jego stopy pozostawiały w śniegu wyraźne wgłębienia, ale Teo wyciągnął różdżkę i usuwał je po każdym kroku. Mimo że nie było to konieczne. Teraz padało już na tyle mocno, że do rana zniknie najmniejszy ślad jego obecności.
Na białej powierzchni przed sobą dojrzał słaby rudawy blask, jak gdyby rzucany przez ogień płonący w zacienionym pokoju. Podkradł się bliżej, uniósł różdżkę i stanął pod oknem. Wątpił, czy ktokolwiek zauważy go ze środka, ale i tak nałożył na siebie Zaklęcie Kameleona, po czym zadarł głowę, aby spojrzeć przez szybę. Widok częściowo ograniczała mu skraplająca się para, więc dopiero po kilku minutach mógł dostrzec wnętrze. Pomieszczenie okazało się czymś w rodzaju saloniku lub biblioteki z kominkiem, dwoma fotelami i wysoką półką na książki. Nie było tam żadnych zapalonych świec ani lamp, pokój oświetlał tylko ogień z kominka. Wypuszczając wstrzymywane w płucach powietrze, Teo uświadomił sobie, nie znajdzie tu przecież Malfoya. Co on tutaj w ogóle robił? W ciemnościach. W chłodzie. Chyba stracił rozum. Zaledwie dziś rano Neville ostrzegał go przed czymś podobnym. Prosił, żeby odpoczął. Powiedział nawet o tej jednej rzeczy, o której za cichą, obopólną zgodą nigdy nie wspominali — że to nie wina Teo. Że nie przyczynił się do śmierci Harry’ego i powinien przestać się za to karać. W odpowiedzi Teo trzasnął drzwiami do swojego pokoju z taką siłą, że zabrzęczały szyby we wszystkich oknach.
Westchnął, gdy adrenalina opuściła jego ciało. Było późno, później niż się spodziewał. Pod ubraniem drżał mocno. Powinien wrócić do mieszkania i porozmawiać z Luną, jeśli tylko da mu na to szansę. Albo chociaż się przespać.
Gruda śniegu zsunęła się z dachu i wylądowała prosto na jego głowie. Teo zaklął i strącił ją z kapelusza, i dokładnie w tym momencie kątem oka dostrzegł ruch. Przylgnął do budynku i wyciągnął szyję, by ponownie zajrzeć do pokoju. Tym razem ich zobaczył. Dwóch mężczyzn pod ścianą. Brunet i jasnowłosy. Mieli na sobie jedynie czarne spodnie i czarne, wysokie do kolan buty. Obejmowali się.
W ciągu jednej minuty Teo zalało uczucie euforii, potem smutek, który następnie przerodził się we wściekłość. Jednego z mężczyzn oczywiście rozpoznał, ale ten drugi... W pierwszej chwili przysiągłby, że to Harry, a sposób, w jaki Malfoy go całował, tylko potwierdzał to wrażenie. Teo nawet krzyknął z ulgi i radości. Harry! Jednak gdy dotarło do niego, że Harry jest w ramionach Malfoya, lodowate ostrze przesunęło się po jego sercu. Niczego bardziej nie pragnął w tym momencie niż rzucić na Malfoya Avadę Kedavrę... i co? Zająć jego miejsce? Ale zanim myśl ta zdążyła uformować się w głowie Teo, Malfoy odsunął się i sięgnął do sprzączki paska drugiego mężczyzny. I wtedy Teo zorientował się, że się mylił. Ten drugi nie był Harrym.
O nie. Absolutnie nie był Harrym.
Oszołomiony Teo osunął się na kolana.
Przenigdy. Nawet w najmroczniejszych podejrzeniach nie przyszło mu do głowy, że Malfoy może być w zmowie z Mefodijem. A to o czymś świadczyło, bo wyobrażał sobie niemal wszystko, co najgorsze. Że Malfoy używa czarnej magii, aby kontrolować Harry’ego. Że wykorzystuje Harry’ego, by wzrosnąć w siłę i stać się nowym Voldemortem. A pewnej bezsennej nocy po śmierci Harry’ego wymyślił nawet, że Malfoy zamordował go, kiedy zrozumiał, że po opuszczeniu drużyny Harry odkryje jego nikczemne knowania...
Ale nigdy nie wyobrażał sobie czegoś takiego.
Klęcząc na zimnym, mokrym śniegu i walcząc z zalewającą go falą wstrętu, Teo zacisnął palce wokół różdżki. Jeżeli kiedykolwiek miał wątpliwości, że byłby zdolny do zabicia Draco Malfoya, w tamtym momencie i miejscu uleciały one z niego całkowicie. Malfoy umrze. Dziś w nocy. Podobnie jak jego czarny pan... i kochanek.
Teo wstał. Dom nie miał żadnych barier ochronnych. Mógł to zrobić od razu. Jeśli tylko okien nie zabezpieczono przed klątwami, rzuci zaklęcie przez szybę. Tak byłoby lepiej. Widowiskowo i krwawo. Wyimaginowany obraz sprawił, że zaczął oddychać szybciej. Wstrząs wywołany Avadą Kedavrą wysysającą każdą kroplę nienawiści ze szpiku jego kości. Trzydzieści sześć pomalowanych mrozem szyb rozpadających się na ostre kawałki i lecących przez pokój z siłą wystarczającą, by wbić się w ściany... i gładką powierzchnię nagich ciał nieświadomych swego losu, splątanych ze sobą w wynaturzonym pożądaniu...
Teo zadrżał gwałtownie pod wpływem pragnienia intensywniejszego niż kiedykolwiek wyobrażał sobie, że to możliwe. Odepchnął się od ściany i stanął na wprost okna z różdżką skierowaną w odpowiednie miejsce. Dokładnie tam, gdzie pod odległą ścianą blask ognia wirował po bladej skórze..
Avada Kedav...
Teo zamrugał gwałtownie. Pomieszczenie było ciemne, a kominek tak zimny, jak gdyby ogień nigdy w nim nie płonął.
Ciemne i puste.
— Drogi Merlinie — jęknął i opuścił rękę z różdżką. — Chyba oszalałem.

Idziemy do jego pokoju.
Jestem zaskoczony, że to nie jedna z tych okazałych sypialni na drugim piętrze, jaką oddano do mojej dyspozycji. Wnętrze okazuje się podłużne, z niskim skośnym sufitem i mansardowym oknem. Nawet kiedy stoimy na środku pod najwyżej umieszczoną krokwią, obaj musimy się pochylać lub spuszczać głowy. Ewidentnie jest to lokum przeznaczone dla guwernantek albo skrzatów, ja sam mógłbym policzyć na palcach jednej ręki, ile razy gościłem w takich pomieszczeniach.
Mefodij uśmiecha się, widząc moje oczywiste zaskoczenie.
— Rozumiem, że nie tego się spodziewałeś — mówi.
Podchodzi do stojącego naprzeciw mnie łóżka i siada na jego skraju. Zanim opuściliśmy salon, założył na powrót szaty, ale zapomniał je zapiąć. Moje oczy przesuwają się od jego twarzy przez pas bladej skóry na szyi i piersi aż do wciąż rozpiętych spodni. Obserwuje mnie, kiedy mu się przyglądam.
— Nigdy wcześniej nie spałem z mężczyzną — przyznaje szczerze. Wracam spojrzeniem do jego twarzy. — Nie, nawet nie z twoim Harrym — dodaje z uśmiechem. — Chociaż bardzo mnie kusiło po obejrzeniu jego wspomnień. Sposób, w jaki się ze sobą kochaliście. To tak, jakby... — przerywa. — Potrafiłbym wyjaśnić to po rosyjsku, ale po angielsku jest mi trudno... Jak gdyby nie istniało coś takiego jak „mężczyzna” i „ kobieta”, jak „miłość”, „nienawiść”, „ból” i „przyjemność”. — Wzrusza ramionami. — Ale to tylko słowa. Są niczym w porównaniu z doświadczeniem.
Stoję, czując się bardziej skrępowany i niepewny, niż zdarzyło mi się od lat. Moje ciało zdaje się zbyt duże w tak ciasnej przestrzeni — niezdarne i nie na miejscu, niczym przysłowiowy słoń w składzie porcelany. Kiedy przyzwyczajam oczy do przytłumionego blasku świec, zauważam, jak bardzo spartańsko i rustykalnie urządzone jest wnętrze pokoju. Nie ma tu nic poza prostą sosnową szafą i regałem z kilkoma tomami oprawionymi w skórę, miednicą i dzbanem umieszczonymi na szafce i trójnogim taboretem tuż przy niewielkim kominku. To całe umeblowanie. Pomieszczenie stanowi ogromny kontrast z moją sypialnią dwa piętra niżej, zaopatrzoną w biurko, szafę i cztery tapicerowane fotele. Nie wspominając już o ogromnym łożu. Łóżko tutaj wydaje się zbyt małe nawet dla jednej osoby, nie wspominając o dwóch.
Przestępuję z nogi na nogę. I znowu.
— Może powinniśmy pójść do mojego pokoju...
— Wolałbym nie — odpowiada i przesuwa się, żeby zrobić mi miejsce obok siebie. Dopiero teraz dostrzegam kołdrę. Jest poprzecierana, ale wygląda na miękką, jak gdyby uszytą ze skrawków różnych kolorowych materiałów. — Tamte wnętrza wydają mi się takie... zimne. Jałowe.
Niewinnie — albo nieśmiało — opiera dłoń na moim kolanie. Patrzę mu w twarz, szukając jakiegokolwiek znaku, jak powinienem postąpić. Do głowy cisną mi się tysiące pytań, z których najważniejsze, oczywiście, brzmi: Gdzie jest Harry? Czuję jednak, że Mefodij płynie po powierzchni moich myśli, przesuwając się po nich jak palec Aloszy po każdym zdaniu czytanego tekstu, przez co wypowiedzenie pytania na głos staje się zbędne... a może i niemądre. Nie odbieram z jego strony żadnej wrogości, ale nie jestem głupi. To bez wątpienia jeden z najpotężniejszych czarodziejów, jakich w życiu spotkałem... Przebiega mnie dreszcz strachu i pożądania.
— To cię podnieca — mruczy, wodząc dłonią po moim udzie i palcami tropiąc szew spodni. Czuję, jakby nie dotykał tkaniny i nici, ale nerwu połączonego bezpośrednio z moim penisem. — Moc cię podnieca. Czy właśnie dlatego oddałeś się Harry’emu?... I swojemu ojcu? Dlatego oddajesz się mnie?
Dotknięty do żywego, zrywam się z łóżka z okrzykiem, prawie rozbijając sobie głowę o niski sufit.
— Ja... ja nigdy — jąkam się. W tych kilku prostych słowach zawarte jest tak wiele oskarżeń. Nie mam nawet pojęcia, od czego zacząć...
— Co nigdy? Nigdy nie oddałeś się swojemu ojcu? Nigdy nie zrobiłeś z siebie dziwki dla władzy? Dla kogoś, kto tę władzę posiada? A może nigdy nie oddałeś się Harry’emu? Co jest prawdą, Draco? Może wszystko, o czym mówię?
Cały dygoczę z powodu mieszaniny gniewu, żądzy i odrazy. Bardzo szybko dociera do mnie, że nie mam do czynienia z człowiekiem sobie równym, ale z kimś dużo lepszym. W każdy możliwy sposób. Gdyby tylko chciał, mógłby zdominować mnie całkowicie.
— Co mogę ci dać? — pytam. — Co takiego mogę ci ofiarować, czego już nie masz? Albo nie możesz po prostu wziąć, jeśli zechcesz?
Śmieje się i klepie łóżko obok siebie.
— Chodź tu, Draco — mówi, jednak ja kręcę przecząco głową. Patrzy na mnie bardzo długo i w końcu wzdycha głęboko. — Zawsze musisz się o wszystko targować?
— Wybacz, ale sądzę, że ta rozmowa opiera się właśnie na targowaniu — odpowiadam. — Dam ci, co tylko chcesz w zamian za jedną rzecz...
— ...której pragniesz bardziej niż czegokolwiek innego na świecie — kończy zdanie za mnie. — To wysoka stawka. Ale powiedz mi, Draco, co zaoferowałeś swojemu ojcu? Cóż takiego miał do oddania ten mały chłopiec tyle lat temu? Może gdybyś znów to odnalazł, mógłbyś przestać szukać.
Pod wpływem jego słów coś wewnątrz mnie wskakuje na swoje miejsce — wskakuje z głośnym trzaskiem przypominającym dźwięk łamanych suchych gałęzi.
— Naprawdę chcesz wiedzieć? — odgłos, który z siebie wydaję, to połączenie szeptu i syku. — Naprawdę cię to interesuje? Obchodzi cię to w ogóle, czy to tylko część naszej małej gierki...?
Spazmatycznie nabieram powietrza. Moja ręka gwałtownie unosi się do ust, jak gdyby mogła jeszcze złapać słowa, które dopiero co wypowiedziałem i wepchnąć je z powrotem do gardła. Nagle kompletnie przerażony z trudem przełykam ślinę.
— Przepraszam. O bogowie, przepraszam. Tak bardzo przepraszam.
Wizja Harry’ego miga mi przed oczami, gdy przypominam sobie, co powiedziała Hermiona. On może wciąż żyje, ale równie dobrze może być pozbawiony magii, łatwy do zranienia i tak samo bezbronny. I nagle go widzę: związanego i zakneblowanego, zmarzniętego i samotnego. Zduszam jęk i opadam na kolana.
— Będę posłuszny. Obiecuję. Zrobię wszystko. Wszystko. Powiem wszystko. Zrobię wszystko. Pozwolę, żebyś zrobił wszystko.
Odpycha się od brzegu łóżka i klęka przede mną z rozsuniętymi udami. Nasze twarze są teraz na jednym poziomie.
— O to chodzi, prawda? — Obejmuje dłonią mój podbródek i unosi go, tak że nasze oczy się spotykają.
— O co? — pytam, sfrustrowany, przestraszony i zdezorientowany.
— O to, co mu dałeś. Temu doskonałemu i niebezpiecznemu mężczyźnie, który nazywał cię „synem”. Oddałeś mu swoje pełne i bezgraniczne posłuszeństwo. A teraz powiedz mi, Draco. Skoro tak bardzo lubisz negocjować. Powiedz, było warto? W zamian za to, cokolwiek to jest, co on dał tobie?
Patrzę na niego, tylko niewyraźnie świadomy łez wciąż spływających mi po policzkach, kiedy zanurza się w mój umysł tam, gdzie jeszcze nikt — nawet Harry — nigdy nie dotarł. W miejsce tak ciemne i głębokie, że słońce ledwie go dotyka, gdzie myśli płyną, ślepe i zniekształcone, pod sążniami mentalnych zabezpieczeń, z których większości już teraz sam nie potrafię zburzyć.
Sonduje mnie łagodnie, jak gdyby te stare wspomnienia wciąż stanowiły świeże rany. Patrzę na niego, nie mogąc się poruszyć, powiedzieć cokolwiek czy nawet zamrugać. W końcu powoli wycofuje się z mojej głowy, wlokąc za sobą resztki mrocznych myśli, wciąż doczepionych do niego jak minogi, a ja nagle przypominam sobie, jak w dzieciństwie złapałem pszczołę za pomocą prostego zaklęcia przywołującego. Było mgliste, letnie popołudnie, a ja leżałem na trawniku przed dworem, samotny i znudzony, uwięziony w jednej z dusznych dolin pomiędzy górami rozpaczy, jakie wypełniały mi okres dorastania. Byłem jeszcze mały, a moja magia niezdyscyplinowana. Całą wieczność zajęło mi przyciągnięcie pszczoły, gwałtownie walczącej z obcą, niewidzialną siłą. Wreszcie znalazła się na tyle blisko, że byłem w stanie ją oszołomić. Mogłem ją zabić, ale nie taki miałem zamiar. Chciałem, żeby żyła. Żeby wiedziała, co ją czeka. Ułożyłem się na brzuchu i delikatnie przyszpiliłem pszczołę czubkiem różdżki do ziemi, a potem bez pośpiechu wyciągnąłem z niej żądło. Źródło jej potęgi. Wyraźnie widziałem, że nie oddaje go chętnie. Jak mimo oszołomienia angażuje w obronę całe swoje maleńkie siły życiowe. Kiedy żądło wreszcie się z niej wysunęło, pociągnęło za sobą połowę wnętrzności i tkanek, a ja musiałem mocno pstryknąć paznokciem kciuka, żeby odczepiło się od mojego palca. Zafascynowany czułem, jak świat wokół oddala się ode mnie i po raz pierwszy zapomniałem o wszystkim. Gdy anulowałem zaklęcie oszałamiające i obserwowałem, jak pszczoła powoli i nieubłaganie umiera, nie wiedziałem nawet, jak się nazywam.
Mefodij patrzy na mnie i mówi coś po rosyjsku. Jego słowa brzmią jak niskie mruczenie, jak strużka wody płynąca w topniejącym lodzie. Jednocześnie głaszcze mnie po policzku wierzchem dłoni. Niespiesznie powracam z przeszłości. Z miejsca, do którego mnie zabrał. Z miejsca, od którego, jak myślałem ze strachem, nigdy się nie uwolnię. Lub, co gorsze, że nie istnieje inne miejsce, takie, do którego mógłbym uciec...
— On jest sam — mówi już po angielsku i kiedy mrugam i spotykam to bladoniebieskie spojrzenie, uświadamiam sobie, że wcześniej miałem zamknięte oczy. — Twój Harry jest samotny, ale nie związany, zmarznięty ani cierpiący. Po prostu śpi.
— Śni? — pytam drżącym tonem.
— Nie. Śpi w spokoju.
Z ust wyrywa mi się długi roztrzęsiony jęk ulgi.
— Wszystko... — Mój głos łamie się o słowo niczym fala uderzająca w rafę koralową. — Wszystko, co dobre w moim życiu, wszystko, co jest prawdą, a nie złudnym pragnieniem, pochodzi od niego.
— Nawet krew? I ból?
Przytakuję.
Zwłaszcza krew i ból.
— Jak sądzisz? — pyta. — Czy uczynił cię znów czystym i niewinnym? Po tym wszystkim, co zrobiłeś, Draco?
Ponownie przytakuję. Marszczy czoło.
— Poskutkowało?
Patrzę na niego długo, upewniając się, że mam rację. Że jestem całkowicie pewien tego, co powiem.
— Tak — mówię wreszcie. — Tak, poskutkowało. I mogę sprawić, że u ciebie również poskutkuje. Nawet po tym, co ty zrobiłeś, Mefodij.

***

*czary, magia


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Yuriko-chan » 17 lip 2012, o 22:15

Jestem na kolanach. Ładunek emocjonalny tego opowiadania sprawia, że jestem na podłodze razem z Draco, wraz z nim szlochając z ulgi i zmartwienia. Genialne, to jest po prostu przegenialne. Trochę się wyjaśniło, duża część dalej jest zagadką, napięcie wciąż trzyma, a Harry żyje :) Mefodij mnie zaintrygował! Tak samo jak postacie Harry'ego i Draco jest bardzo tajemniczo i wciągająco opisany... Ciekawi mnie to, że wygląda na to, że nie jest tak naprawdę zły... albo przynajmniej nie do końca. Nie podoba mi się, że Draco oddaje mu rzeczy należące go Harry'ego, ale robi to również dla Harry'ego, więc mu to wybaczam. Strasznie krępujące jest to zagłębianie się w czyjeś myśli. Gdyby nie fakt, że Draco mu się poddał to pewnie byłby bardzo wściekły, ja bym była. I jeszcze mówi, że zajrzał w Pottera i opowiada o ich doświadczeniach, to jest intymne do cholery... Chociaż tworzy się tu jakiś dziwaczny swego rodzaju trójkąt :P czekam na rozwój akcji z niecierpliwością! Wydaje mi się, że Mefodij nauczy Draco trochę o życiu i szczęściu, odnoszę wrażenie, że jest zaintrygowany tą specyficzną parą na tyle, żeby zapomnieć o swoich planach :P pięknie, pięknie się porobiło :D A niech Teo się nie wtrąca! Nie cierpię go.
Yuriko-chan Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 8
Dołączył(a): 11 gru 2011, o 17:02
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Kaczalka » 31 lip 2012, o 16:24

Część XIV


Potykając się i wymachując rękami jak człowiek odurzony alkoholem, Teo chwiejnym krokiem obszedł rezydencję. Jedną dłonią opierał się o szorstką granitową ścianę, a drugą zaciskał na różdżce. Jego oddech brzmiał ochryple w cichym, zaśnieżonym powietrzu. Dom tak wielki jak ten musiał posiadać drzwi inne niż frontowe i kuchenne...
Zdawał sobie sprawę, że jego umysł jest w kompletnej rozsypce. Tak szalony i rozgorączkowany nie czuł się od czasu ostatniej walki z Voldemortem. Był wyczerpany, przygnębiony i nie do końca nad sobą panował ani nie rozumował jasno, ale nie miał wątpliwości, że to, co widział, było prawdą. Malfoy i Mefodij w uścisku, który niczym nie przypominał walki o kontrolę nad różdżką. Nie, moi drodzy. Teo doskonale wiedział, jak wygląda Malfoy, gdy kogoś całuje. Przecież już raz, kiedy włamał się do mieszkania Harry’ego, miał okazję oglądać go w takiej pozie i podobnym stanie roznegliżowania. Patrzył, jak łapie Harry’ego za nadgarstki, przesuwa dłonie powoli w górę, aż w końcu zaciska je na bicepsach. Jak Harry kładzie ręce na jego talii, a Malfoy pochyla się i całuje go w usta. Odgiął głowę na bok tak mocno, że nic nie zakłócało widoku twarzy Harry’ego, gdy zamknął oczy i oddawał pocałunek. Stali tak przez całą wieczność, oddzieleni od siebie kilkoma centymetrami przestrzeni i połączeni tylko wargami i rękoma. Całowali się, całowali i całowali. Teo miał ochotę wrzeszczeć. Byłoby łatwiej, gdyby po prostu rzucili się na siebie, macali i pieprzyli jak zwierzęta. Ten pocałunek był bardziej intymny niż jakikolwiek akt seksualny. Byli tak skupieni na tych sześciu punktach kontaktowych, na zapoznawaniu się ze swoim smakiem i dotykiem, że Teo podejrzewał, iż gdyby rzeczywiście wykrzyczał swoją frustrację, żaden z nich niczego by nie usłyszał. Albo miał to gdzieś.
Teo zapadł się w śnieżną zaspę i musiał podeprzeć się ręką z różdżką, żeby nie upaść. Okrążając wschodnią ścianę domu, zauważył, że wiatr przybrał na sile. Zdmuchiwał śnieg z konarów drzew i dachów sąsiednich rezydencji, i rzucał mu go prosto w twarz, raniąc przy tym skórę jak piaskiem. Po drugiej stronie był częściowo osłonięty, ale tutaj wiatr przenikał przez jego płaszcz i ubrania pod nim. Teo wymruczał zaklęcie ogrzewające, jednak niewiele to pomogło.
W końcu znalazł śliskie od lodu, wąskie kamienne schody prowadzące do piwnicy. Zszedł po nich powoli, zatrzymując się i szukając barier ochronnych lub zaklęć alarmujących, ale niczego takiego nie znalazł. Co wcale go tak bardzo nie zaskoczyło. Takie zabezpieczenia wydawały się wynalazkiem europejskim. Kilkoro czarodziejów i czarownic, których Teo poznał w Rosji, preferowało raczej starodawne czary ochronne, które pozwalały ludziom wchodzić i wychodzić, wykrywały jednak pewne rodzaje nieżyczliwej magii i złe zamiary w stosunku do poszczególnych członków rodziny gospodarzy. Było to naprawdę intrygujące i razem z Neville’em i Harrym spędzili kiedyś całą kolację na gorączkowej dyskusji, dlaczego w Anglii wszyscy zabezpieczali się klątwami patroszącymi, podczas gdy tutaj, w kraju obarczonym o wiele bardziej krwawą przeszłością, każdy używa subtelnych i naturalnych zabezpieczeń, czasami nie opartych na niczym bardziej śmiercionośnym niż rodzime rośliny i kamienie. Neville i Harry uważali, że dzieje się tak dlatego, iż Rosjanie nie są aż tak bardzo przywiązani do swojego dobytku, natomiast Teo twierdził, że taki sposób postępowania mniej ma wspólnego z obawą przed kradzieżą, a więcej z płynnością pojęcia, kogo można traktować jako członków rodziny. Skoro przyjaciół, sąsiadów i służbę właśnie za takowych uznawano, możliwość, że zaklęcie patroszące uszkodzi niewłaściwą osobę, gwałtownie wzrastała...
Teo spróbował pchnąć ramieniem ciężkie drewniane drzwi, ale nawet nie drgnęły. Nie miały żadnej klamki ani zasuwy. Na szczęście w drużynie to właśnie on pełnił rolę eksperta od włamań. Istniało niewiele miejsc, do których nie mógł wejść przy pomocy prostej kombinacji zaklęć. Teraz również jej użył, ale bezskutecznie. Zaskoczony wypróbował jeszcze parę, ale z tym samym rezultatem. Obwiódł futrynę czubkiem różdżki, szepcząc nieznane nikomu inkantacje, które sam opracował. Nie wiedział o nich nikt poza Harrym i Neville’em, a poza tym stosował je rzadko, ponieważ pozostawiały czystą i łatwą do wyśledzenia magiczną sygnaturę, jednak Teo nie dotarł tak daleko i nie odmroził sobie jaj na darmo. Nie zamierzał rezygnować tylko z powodu niemożliwych do otwarcia drzwi. Wziął głęboki oddech i naparł na zniszczone przez pogodę drewno całą masą ciała. Drzwi z hukiem wpadły do środka.
Przez kilka minut Teo leżał bez ruchu, starając się uspokoić łomoczące serce i przyzwyczaić oczy do ciemności. Wnioskując po zimnym kamiennym podłożu i zapachu ziemi, musiał wylądować w czymś w rodzaju piwnicy, choć brak jakichkolwiek innych aromatów sugerował, że pomieszczenie to nie było użytkowane do przechowywania żywności, wina czy innych podobnych produktów. Teo zdjął rękawice i dotknął podłogi. Nie zaskoczyło go, że pod palcami poczuł mocno ubitą ziemię, jednak zdziwiła go jej suchość. Mimo że słabo wyposażona i nieużywana, piwnica była zadbana i solidnie zbudowana.
Po długiej chwili Teo wreszcie podniósł się z roztrzaskanych drzwi, odstawił je na miejsce i dopasował do framugi najlepiej, jak potrafił. Teraz, kiedy już wyrównał oddech, uświadomił sobie, jaka tu panuje cisza. Nad sobą nie słyszał żadnego dźwięku kroków czy głosów, więc wywnioskował, że strop jest murowany lub kamienny, a podłoga ponad nim pokryta drewnem i dywanem. Wstrzymał oddech. Żadnego ruchu. Żadnego trzasku czy skrzypnięcia. Gdyby dom należał do mugoli, usłyszałby monotonne syczenie elektryczności albo złowróżbny podmuch z pieca. Ale nie należał, nie było w nim nawet rur wodociągowych bulgoczących jak wnętrzności ogromnego trolla. Wszystko ucichło i na moment Teo prawie zapomniał, że nad jego głową poruszają się co najmniej trzy tuziny ludzi i różnych rodzajów domowych duchów, a wśród nich dwóch potężnych mrocznych czarodziejów. Wszystko wydawało się takie spokojne i dalekie od szalejącego na zewnątrz wichru i śniegu.
Wyszeptał Lumos i powoli przeszedł wzdłuż ściany, uważając, by o nic się nie potknąć. Już i tak dostatecznie nahałasował, kiedy wyważał drzwi. Jeśli ktoś został zaalarmowany jego wejściem, dobrze by było, gdyby żadne inne dźwięki nie zwróciły jego uwagi i nie skłoniły do poszukiwania ich źródła.
Słaby blask z różdżki paradoksalnie sprawiał, że wszystko wokół zdawało się jeszcze bardziej nieprzeniknione niż wcześniej, jak gdyby światło było jądrem, które rozszczepia ciemność niczym kamień środek strumienia i sprawia, że gromadzi się i wiruje po obu jego stronach. Teo szedł dalej, wyczulając zmysły. Ziemia pod jego stopami była równa i gładka, a sufit znajdował się ponad pół metra nad głową, co dziwiło, biorąc pod uwagę wrażenie duszności. Reszta domu musiała być duża, skoro pomieszczenia piwniczne stały puste. Gdyby to on był właścicielem, wszędzie walałyby się tu pudła z niepotrzebnymi rzeczami. Luna zawsze śmiała się z niego z tego powodu i nazywała chomikiem. Kiedyś powiedziała mu, że to dowód, iż mimo jego stanowczych zaprzeczeń jest sentymentalny. Teo wolał wierzyć, że to tylko lenistwo — niechęć do poświęcania czasu, żeby przejrzeć resztki po więcej niż trzydziestu pięciu latach egzystencji. Koniec końców podejrzewał jednak, że miała rację. Wystarczyło, aby pewne osoby — w tym Luna — czegoś dotknęły, nawet jeśli był to tylko fragment biletu do kina czy stara wróżba z chińskiego ciasteczka, a nie potrafił ich wyrzucić. Posiadał całą masę pudełek, w których zbierał właśnie takie drobiazgi, i jakąś cząstką siebie wierzył (miał nadzieję), że pewnego dnia zapomni, do kogo każda z tych jednocześnie i cennych, i nieistotnych rzeczy należała, i będzie mógł pozbyć się śmieci. Jednak nic takiego się nie stało. Za każdym razem, gdy wracał po misji do Blackpool i swojego małego domu, w którym się wychował, a potem odziedziczył po ojcu, próbował zrobić z tymi rzeczami porządek. Wyciągnął nawet z garażu kosze na śmieci, nigdy jednak ich nie zapełnił. Jak by mógł, skoro pojedyncza rękawiczka wciąż pachniała perfumami matki? Skoro pusta puszka po piwie Tennent’s wciąż przypominała mu, jak po raz pierwszy upił się razem z Harrym w jego jeszcze nieumeblowanym mieszkaniu, kiedy atrament wciąż wysychał na akcie własności? Skoro śmieszny kolczyk-koliberek świergotał zupełnie nie jak koliber, przypominając mu noc, gdy kochał się z Luną aż do świtu?...
Teo potrząsnął głową, starając się oczyścić myśli. Ciemna jak smoła piwnica dosłownie pod stopami Malfoya i Mefodija z pewnością nie była miejscem odpowiednim na emocje i utratę kontroli. Żeby wrócić do rzeczywistości, uderzył się w policzek. To, co właśnie robił, było całkowicie i niewymownie głupie. Gdyby Neville o tym wiedział — nawet nie zdając sobie sprawy z udziału Malfoya — bez zastanowienia wyrzuciłby go z drużyny. Teo miał świadomość, że musi być spokojny i skoncentrowany. Powinien odnaleźć Malfoya i Mefodija, zabić ich, a potem, najszybciej jak to możliwe, wrócić do mieszkania i nigdy — przenigdy — nikomu nie przyznać się, co zrobił. Kiedy rozejdzie się wiadomość o nagłej śmierci Mefodija, będzie musiał udawać tak samo zaskoczonego jak wszyscy inni.
Idąc w głąb piwnicy, zastanawiał się, jak wielkie jest to cholerne pomieszczenie. Z powodu ciemności, ciszy i własnych błądzących myśli totalnie stracił rachubę czasu. Może minęła godzina, a może dwadzieścia minut, nie miał pojęcia. Zatrzymał się, zdjął czapkę i podrapał głowę pod gęstwiną skołtunionych włosów, schowanych pod okryciem chyba od południa. Kurwa, ale nagle zrobiło się gorąco! Przetarł czoło rękawem. Dużo czasu minęło, odkąd po raz ostatni czuł pot na skórze. Nie zdarzyło się to od lata i na pewno nie od dnia, w którym przybył do tej zamarzniętej dziury. Rozpiął płaszcz, przykucnął i wznowił swoją powolną podróż. Czy gdzieś tutaj nie powinna znajdować się klatka schodowa? Przecież drzwi nie prowadziły jedynie do piwnicy.
Już miał wzmocnić zaklęcie Lumos, gdy coś zobaczył. Właśnie dotarł do końca długiej ściany, przy której się przemykał, gdy tuż za rogiem dojrzał niskie drewniane łóżko. Proste, ale wyglądające na solidne i wygodne. Zatrzymał się, zszokowany widokiem czegokolwiek w tej pustej przestrzeni.
Powoli i ostrożnie podszedł bliżej. Maksymalnie stłumił blask wydobywający się z różdżki, ale nie zgasił go zupełnie. Na łóżku leżały grube koce i kilka poduszek, i w pierwszej chwili Teo pomyślał, że nic więcej tam nie ma. Ale zaraz potem dostrzegł wyraźny błysk włosów i od razu zrozumiał, że łóżko nie jest puste, a on właśnie patrzy na tył czyjejś głowy.
Poczuł dreszcz przebiegający mu wzdłuż kręgosłupa i mocniej zacisnął palce na różdżce.
— Hej — wyszeptał, chociaż wątpił, czy leżąca osoba go słyszy, a nawet gdyby, czy rozumie po angielsku. — Śpisz?
Postać nawet nie drgnęła. Teo przez dłuższą chwilę zastanawiał się, co dalej robić. Czy powinien zaryzykować, że go odkryją? Ma odejść i poszukać schodów? W końcu jednak ciekawość zwyciężyła, więc podszedł o krok bliżej. Serce waliło mu w piersi, kiedy położył dłoń na ramieniu śpiącej osoby i obrócił ją na plecy.
Minęło bardzo dużo czasu. W zasadzie cała wieczność, zanim do Teo dotarło, co właśnie widzi. Po części spodziewał się, że znajdzie trupa i przygotowując się na to, nasunął na usta i nos szalik. Jednak przed nim leżały nie zwłoki, tylko ktoś pogrążony w głębokim śnie.
Teo spazmatycznie nabrał powietrza i opadł na kolana. Przyciągnął do piersi śpiącego człowieka i zaczął go kołysać w ramionach. Śpiący nie poruszył się i nie odpowiedział, Teo jednak nie przestawał do niego szeptać. Wciąż i na okrągło te same słowa:
— Harry, wszystko w porządku. W porządku. To ja. Teo. Wszystko będzie dobrze. Będzie dobrze. Jestem tu. Znalazłem cię. Jestem tu. Jestem. Harry. Harry. Harry.

Obserwuje mnie, kiedy się rozbieram, a oczy płoną mu jak rozżarzone węgielki. Moje ruchy są powolne. Nie musi mnie o to prosić, po prostu wiem, co mam robić. Minęło już wiele, wiele lat, odkąd spałem z heteroseksualistą, jednak w międzyczasie miałem niezliczoną ilość mężczyzn. Gej czy nie gej lub ktoś pomiędzy — wiem, jak uwieść każdego z nich. Jestem w tym ekspertem.
Mefodij siedzi na wąskim łóżku, opierając się plecami o tynk nierównej ściany, z podciągniętymi kolanami i opartymi na nich łokciami. Nadal ma rozpięte szaty. Kiedy nie patrzę mu w oczy, śledzę wzrokiem blade linie jego umięśnionego ciała. Mój cel, oczywiście, to utrzymanie erekcji, i kiedy guzik po guziku rozpinam koszulę, jestem skłonny nawet wyobrażać sobie Harry’ego. Jednak ku mojej uldze — i najgłębszemu zmartwieniu — okazuje się to niepotrzebne. Moje podniecenie nie wymaga dodatkowej zachęty.
Bez szaty i z rozpiętą koszulą lekko pochylam głowę i sięgam do tyłu, aby zdjąć czarną tasiemkę wiążącą włosy. Gdy znów na niego patrzę, widzę, że zdjął z kolana jedną z rąk i wsunął między nogi. Uświadamiam sobie, że oblizuję usta, słysząc jęk. Pierwsza niewątpliwa oznaka świadcząca o jego pożądaniu.
— Kiedy czas nadejdzie — mówi głosem niższym i bardziej szorstkim niż wcześniej — jak mi się oddasz?
Uśmiecham się i zsuwam koszulę, najpierw jedno ramię, a potem drugie.
— Podobno obserwowałeś, jak kochałem się z Harrym.
Odwzajemnia uśmiech.
— Obserwowałem.
— Cóż, więc nie powinno to być dla ciebie tajemnicą. Po prostu powiedz, jak mnie chcesz, na brzuchu czy na plecach, a potem wsadź w mój tyłek swojego wielkiego kutasa.
— Za dużo angielskich słów — śmieje się. — Ale rozumiem. — Poważnieje nagle. — Chcę cię na kolanach.
Wszyscy heteroseksualiści są tacy sami, myślę, ale mimo to przytakuję na zgodę.
— Oczywiście. Czego tylko sobie życzysz.
— Ach, ale w tej kwestii nie chodzi o to, czego ja chcę — mówi — ale o to, czego chcesz ty. Dzisiaj mi się oddajesz. Jakbym był nim. Nie mógłbyś udawać, że jestem nim, gdybyś widział moją twarz.
Siadam na niskim krześle przy kominku i zdejmuję buty, opierając kostkę o kolano. Trochę czasu zajmuje mi zsunięcie ciasno dopasowanej skóry z łydki. Mógłbym to zrobić za pomocą prostego Evanesco, ale w jakiś sposób wiem, że podoba mu się widok poruszających się mięśni moich rąk i ramion oraz skoncentrowany na zadaniu wyraz twarzy. Jeśli jest taki jak większość mężczyzn, z którymi byłem, zapewne wyobraża sobie teraz, że będę miał podobnie skupioną minę, powoli i konsekwentnie doprowadzając go do orgazmu.
Wreszcie jestem bosy. Półnagi staję przed nim i sięgam do paska spodni.
— Pozwól mi — odzywa się i wykonuje ruch, jakby zamierzał się podnieść, więc do niego podchodzę. — Bliżej — mruczy, a ja posłusznie zajmuję miejsce pomiędzy jego rozsuniętymi nogami.
Kładzie dłonie na moich kolanach, przesuwa je po zewnętrznej stronie ud i chwyta mnie mocno za biodra. Dokładnie na wysokości oczu ma moją napierającą na wełnę erekcję. Nie zdejmując rąk, pochyla się do przodu i wciąga głęboko powietrze z nosem tuż przy mokrej plamie, która wykwitła na tkaninie w miejscu, gdzie czubek mojego penisa uwięziony jest między brzuchem a bezlitosnym materiałem.
— Pachniesz jak mężczyzna — mówi po prostu po kilku oddechach i odchyla się do tyłu, aby spojrzeć mi w oczy. Rozbawiony, przyglądam mu się z uniesioną brwią.
— Mam taką nadzieję. Czy to cię odpycha? — Kręci głową. — Podnieca? — szepczę głosem niskim i ochrypłym.
Ty mnie podniecasz.
Słysząc jego słowa, mam trudności z oddychaniem. Znów jestem złapany między niezliczonymi sprzecznymi emocjami: radością i satysfakcją, że ten mężczyzna — najsilniejszy i najprzystojniejszy, jakiego dotąd spotkałem — tak bardzo poddaje się mojemu wpływowi, oraz nienawiścią i obrzydzeniem do samego siebie, że jestem w stanie w ogóle tak myśleć o człowieku, który skrzywdził Harry’ego. Bez względu na to, z jakich powodów to zrobił.
Oczy Mefodija błyskają groźnie, wytrącając mnie z rozważań.
— Przestań sobie tym zaprzątać głowę — warczy. — Dziś wieczorem jesteś mój. Dzisiaj ja jestem nim. Nie zdradzisz go.
Niepewnie wypuszczam wstrzymywane powietrze. Nie ukryję przed nim żadnej myśli. Robienie sobie złudzeń w tej kwestii byłoby szaleństwem.
— Pragnę cię — wyznaję szczerze. — I nie dlatego że udaję, że jesteś Harrym. Niech mi Merlin wybaczy, ale chcę cię tak bardzo, jak nie chciałem żadnego innego mężczyzny już od bardzo, bardzo dawna. Od pierwszego razu z Harrym. Pozwoliłbym ci mnie pieprzyć, nawet gdybyś nie zaoferował niczego w zamian, ponieważ, jak widziałeś na własne oczy, zawsze robiłem z siebie dziwkę dla władzy i byłem niewolnikiem swojej żądzy. Oddaję ci się całkowicie i z własnej woli. Na jedną noc. Ale jest coś, co powinieneś wiedzieć. Cokolwiek oglądałeś w umyśle Harry’ego — i co tam wyczułeś — nie może zostać powielone. To nie jest kwestia woli, tylko fakt, którego nie można zmienić. Harry’ego i mnie łączy historia sięgająca trzech dekad. Na dobre i na złe, był moją jedyną obsesją przez wszystkie te lata. Jestem taflą wody, na której odbija się jego blask. Nie istnieje nic, co powiedział, zrobił, pomyślał albo poczuł, co nie odzywa się echem w najgłębszych zakamarkach mojego serca. Kiedy oddałem mu siebie — by w zależności od kaprysu zniszczył mnie albo chronił — zrobiłem to na zawsze. I zanim sobie wyobrazisz, że chciałem w ten sposób znaleźć zastępstwo dla ojca, zapewniam cię, że po części masz rację. Tak, Lucjusz Malfoy posiadał moje pełne i bezwarunkowe posłuszeństwo. Ale nigdy nie posiadał mnie. W życiu straciłem niezliczoną ilość rzeczy, niezliczone części samego siebie, kawałek po kawałku, jednak nigdy nie straciłem serca. Ukrywałem je bezpiecznie aż do chwili, gdy mogłem oddać je Harry’emu, i tylko Harry’emu, żeby je pielęgnował albo rozdarł na kawałki. I to był jego wybór, a mnie pod wieloma względami nic nie obchodziło, co zdecyduje, byleby tylko to on zdecydował... — Opadam na kolana i kołyszę w dłoniach twarz Mefodija. — I jak się okazało, on troszczył się o moje serce, ale póki mi nie zabrałeś Harry’ego, nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo... — Oczy wypełniają mi się łzami. — Dziś w nocy masz moje ciało, Mefodij. Daję ci je chętnie i dobrowolnie, i chcę, abyś je wziął. Jednak Harry jest jedyną osobą, która kiedykolwiek miała — i zawsze będzie miała — moje serce. A sposób, w jaki uprawiam miłość, kiedy moje ciało i serce są połączone, zna tylko on. Nie może być inaczej i musisz to zaakceptować. To się nie zmieni.
Patrzy na mnie długo, a ja walczę ze sobą, by utrzymać strach na wodzy. Bo całkiem prawdopodobne, że szczerością posłałem naszą umowę w diabły.
— Ze mną jest tak samo — szepcze. — Mimo że ona o niczym nie wie. Często myślałem, że gdybym się z nią kochał, umarłbym ze szczęścia. Ale to się nie zdarzyło. — Pochyla się i całuje mnie głęboko, a ja odwzajemniam się, pozwalając, aby przyjemność i pożądanie obróciły mój umysł w rozległe, ośnieżone pole, jasne i puste pod zimnym, ale jaskrawym słońcem. Po chwili się odsuwa. — Twoje słowa mnie zraniły, Draco. Jestem kimś, kogo na Syberii nazywają wiecznym pielgrzymem. Widziałem wiele miejsc. Poznałem wielu ludzi. I jak mówiłeś, zrobiłem wiele rzeczy. Niektóre wielkie, inne małe. Niektóre dobre, inne złe. Napotkałem wiele cierpienia, ale w młodości wierzyłem, że magia może wszystko uzdrowić. Teraz wiem, że jedynie miłość jest lekarstwem na cierpienie. Jedynie miłość jest antidotum na ból. Nie tylko miłość do innej osoby, ale i do samego siebie. I właśnie dlatego, Draco Malfoyu, nigdy nie doświadczysz prawdziwej radości i spokoju. Nawet w ramionach ukochanego. I w dniu, w którym umrzesz, spłoniesz w piekle, które sam dla siebie stworzyłeś i w którym dotrzymasz towarzystwa swojemu ojcu. Bo za to, co zrobił synowi, nienawidził się tak bardzo, jak jego syn nienawidził sam siebie za to, że na to pozwolił. Widzę to bardzo wyraźnie. I kiedy już napełnię cię swoim nasieniem, zapłaczę nad tobą.
Krzyczę i całkowicie przytłoczony próbuję wyrwać się z jego uścisku, ale Mefodij łapie pierścień wiszący na mojej szyi — pierścień Harry’ego — i ciągnie mnie za łańcuszek między swoje nogi jak psa. Czuję, jak metalowe zapięcie przecina mi skórę na karku. Moje usta zostają bezlitośnie splądrowane. Uświadamiam sobie, że gęste i ciepłe jak krew pragnienie zalewa jego ciało. Jednak na mnie usłyszane przed chwilą słowa działają wręcz przeciwnie. Już nie jestem twardy, ale desperacko chcę, żeby się o tym nie dowiedział. Jeżeli choć przez moment miałem dziś wieczorem kontrolę nad sytuacją, teraz zupełnie ją straciłem.
— Powiedziałem, że twoje słowa mnie zraniły — warczy mi prosto w usta. — Ale także rozgniewały. Byłeś głupcem, Draco. Mówiąc mi, że istnieje coś, czego nie mogę mieć. Znów jak twój Harry. On również mi oświadczył, że nie mogę mieć jego przyjaciela, którego złapałem. Ani żadnego innego angielskiego czarodzieja. Po moim trupie, tak, właśnie tych słów użył. Mogliśmy to przedyskutować. Wiedziałem, że ma moc. Największą, z jaką się dotąd spotkałem. Wiedziałem też, że jeśli porozmawiamy jak mężczyzna z mężczyzną, jak czarodziej z czarodziejem, zrozumie i możemy zawrzeć ugodę. Ale on wybrał walkę, zanim nawet zdążyłem się odezwać. W efekcie zamiast zabijać i przez to zmarnować taki piękny egzemplarz czarodzieja, zgodziłem się uwolnić jego przyjaciela. Ale, tak ja ty ze swoim zamiłowaniem do negocjacji, chciałem czegoś w zamian. Każdego dnia zabierałem kawałek jego duszy — i za każdym razem wiał wtedy wiatr i padał śnieg — aż wreszcie jego ciało nie miało innego wyjścia niż za nią podążyć. — Milknie i przez chwilę coś rozważa. — Pomyśl, dałem mu w końcu to, czego pragnął — mówi z uśmiechem. — Przecież nie porwałem więcej żadnego z jego przyjaciół. Spokojnie kontynuowali swoje działania, mimo że bez efektów. A teraz, skoro mam jego, już tych ludzi nie potrzebuję. Ani żadnych innych obcych czarodziejów. Jak mówiłeś, twój Harry jest silny. Wystarczająco silny, żebym nie musiał zabijać nikogo innego... I przez to jest mi lżej na sercu.
Nagle uświadamiam sobie, jak bardzo się trzęsę. Przełykam z trudem ślinę i szepczę:
— Ale masz zamiar go uwolnić. Oddasz mi go z powrotem...
— Zmodyfikowałeś warunki naszej umowy, Draco. A ponadto zirytowałeś mnie. Decyzję podejmę rano, a teraz wróćmy do tego, co przerwaliśmy. Byliśmy w trakcie rozbierania...
Jestem w szachu. Z całą jasnością rozumiem teraz, że nigdy nie byłem w stanie wywiązać się z tej „umowy” i on dobrze o tym wie. Zduszam szloch i powolnym ruchem rozpinam pasek spodni. Jednak nie robię tak dlatego, że chcę być kuszący. Zwyczajnie zyskuję na czasie, powracając do równowagi i modląc się o powrót erekcji. Ponieważ ponad wszelką wątpliwość zdaję sobie sprawę, że odmówienie Mefodijowi czegokolwiek tylko przypieczętuje śmierć Harry’ego, i jestem przekonany, że brak pobudzenia zostanie właśnie tak potraktowany. Jako odmowa.
— Pozwól mi cię dotknąć — proszę i patrzę na niego z błaganiem w oczach.
W mojej twarzy musi dostrzegać coś — Merlin wie co — bo kiwa głową, odchyla się do tyłu i opiera na łokciach.
Chcąc utrzymać uległą postawę, mimo że wodze zostały oddane w moje ręce, nadal klęczę między jego nogami. Kładę mu dłonie wysoko na udach, delikatnie opierając kciuki na miękkich, nabrzmiałych jądrach. Przygląda mi się, kiedy pochylam się do przodu, nosem rozsuwam jego szaty i całuję bladą skórę brzucha i klatki piersiowej. Pachnie jak głęboka, zimna rzeka w jeszcze głębszym i zimniejszym lesie. Unoszę głowę i zaciskam wargi na sutku, który natychmiast twardnieje. Biorę go między zęby i muskam samym koniuszkiem języka, pozwalając, aby Mefodij doświadczył niemal bólu towarzyszącego łagodnym niczym skrzydła motyla impulsom przyjemności. Jęczy, łapie mnie za głowę i przyciąga ją do siebie, brutalnie wymuszając intensywniejszy kontakt, na co odpowiadam, wciągając do ust cały sutek i ssąc go mocno.
Być może kierowany empatią sięga do mojej piersi i skręca brodawki między kciukami i palcami wskazującymi, podczas gdy ja biorę do ust drugą twardą grudkę i kontynuuję swoje bolesno-łagodne pocałunki. Moje ciało automatycznie reaguje na kontakt, przez co wyjątkowo jasno przypominam sobie, skąd wzięło się przekonanie, że nikt poza Harrym nie powinien kiedykolwiek mnie dotykać. Przerażające jest, jak moje ciało oraz umysł i serce mogą istnieć tak bardzo rozdzielone, jak gdybym był jakimś przedziwnym artefaktem, który początkowo zdaje się tworzyć całość, ale da się go rozmontować przez proste naciśnięcie ukrytej dźwigni. Gdybym tylko potrafił, sprawiłbym, żeby moje ciało nie było zdolne czuć tego, czego nie czuje serce, jednak skoro cel ten okazał się niemożliwy do osiągnięcia, zdecydowałem nie testować sam siebie i pozwolić sercu i ciału szukać przyjemności w Harrym i tylko w Harrym. To było takie dobre i zastanawiałem się, jak to możliwe, że zrozumienie zajęło mi tyle czasu...
Jednak dzisiejszego wieczoru świetnie się składa, że mój organizm reaguje, mimo że serce zostało przebite słowami znacznie ostrzejszymi niż sztylet, i wiem, że będzie reagowało jeszcze szybciej i intensywniej, jeśli ból fizyczny zastąpi ten, który pali i ściska mi pierś.
— Mocniej — mruczę z ustami tuż przy jego skórze i Mefodij brutalnie zgniata moje sutki.
W odpowiedzi pcham biodra między jego uda. Jesteśmy teraz tak blisko, że nasze pachwiny nieznacznie ocierają się o siebie poprzez tkaninę spodni. Mefodij znów ściska moje sutki, a ja po raz kolejny napieram na niego biodrami. Odsuwa się nieznacznie, żeby spojrzeć w dół i obserwować moje daremne i pełne frustracji ruchy. Śmieje się.
— Jak wilczyca, która pokrywa swojego partnera, mimo że to ona zostanie spenetrowana.
Tłumię w gardle jęk złości i upokorzenia.
— Fakt, że zamierzasz mnie pieprzyć, wcale nie oznacza, że ja nie mogę pieprzyć ciebie — mówię zaszokowany własną odwagą.
Ponownie słyszę jego śmiech.
— Masz w sobie tyle sił do walki. Ty i twój Harry świetnie do siebie pasujecie.
Ja jednak nie chcę rozmawiać już o Harrym. Jednym szybkim ruchem zsuwam mu spodnie i biorę penisa głęboko do ust. Jak każdy mężczyzna, któremu nikt jeszcze porządnie nie obciągnął, natychmiast wypycha biodra do przodu, ale jestem na to przygotowany i łapię go, zanim wbije się głębiej w moje gardło. Przyszpilam go mocno do materaca i poruszam ustami w górę i w dół po całej długości erekcji, po czym wsuwam czubek języka do ujścia cewki moczowej. Słyszę, jak wypowiada moje imię, a potem mruczy coś długo i nisko po rosyjsku.
Sporo satysfakcji sprawi mi fakt, gdy doprowadzę go do takiego poziomu podniecenia, jakiego jeszcze w swoim życiu nie zaznał. Będzie to moją zemstą. Zaciskam wargi mocniej i dłońmi rozsuwam mu uda szerzej, angażując całe swoje ciało w akt sprawiania mu rozkoszy. Jego oddech jest nierówny i przerywany jękami oraz rosyjskimi słowami tak ostrymi jak skały na piaszczystej plaży. Biodra ma teraz wolne, ale nie stara się ponownie wbić w moje gardło, popycha je tylko płytko raz za razem, przez co wiem, że jest bliski orgazmu. Odsuwam się i z góry na dół liżę jego penisa. Warczy wściekle i zaciska pięść na moich włosach. Ryzykuję zerknięcie na jego twarz i ze zdziwieniem widzę, że obserwuje mnie uważnie. Heteroseksualni mężczyźni zwykle zamykają oczy, ale nie on. Wpatruje się we mnie ze skupieniem, gdy nasz wzrok spotyka się ponad jego purpurowym i pulsującym penisem.
— Teraz — warczy. — Chcę cię teraz. Rozbierz się i uklęknij.
Mój żołądek zaciska się ze strachu i, co przewidywalne, ponownego napływu pożądania. Zapewne nie wie, jak mnie przygotować na penetrację, więc będzie bolało. Bardzo. Mój penis twardnieje na samą myśl.
Wstaję, zsuwam spodnie z ud i wyciągam z nich stopy, najpierw jedną, potem drugą. Patrzy na mnie, a ja przelotnie zastanawiam się, czy kiedykolwiek wcześniej widział innego mężczyznę z pełną erekcją. Inaczej niż w umyśle Harry’ego, oczywiście. Spuszczam rękę i kilka razy mocno poruszam dłonią po penisie od jąder aż po sam czubek wysuwający się spod napletka.
Przesuwa się, aby zrobić mi miejsce na łóżku, a ja wdrapuję się na nie na kolanach, aż mogę ułożyć przedramiona na poduszce. Po raz pierwszy odkąd byłem nastolatkiem, czuję się absurdalnie, leżąc z tyłkiem w powietrzu. Gdybym kontrolował to spotkanie, nie doszlibyśmy jeszcze nawet w pobliże tego punktu. Chce mnie pieprzyć, to jasne. Ale nawet nie zbliżył się do momentu, w którym byłbym gotów go o to błagać. Nikt poza Harrym nie rozkazuje mi już teraz, żebym klękał. Jeśli mam dać się komuś wypieprzyć, najpierw będzie się przede mną czołgał. Muszę mieć pewność, że pragnie mnie bardziej niż czegokolwiek w swoim życiu. Muszę wiedzieć, że jest w stanie zrobić wszystko — każdą straszną i niewyobrażalną rzecz — zanim w ogóle pozwolę mu wsadzić w tyłek chociaż palec. A co dopiero mówić o kutasie? Musi być gotów najpierw zgwałcić i zamordować własną matkę.
Czuję, jak rozsuwa mi pośladki i pociera między nimi główką nawilżonego penisa, szukając wgłębienia odbytu. I czy to z powodu mojego braku kontroli, czy wspomnień, jakie mnie wcześniej zalały, niespodziewanie przenoszę się w czasie i ląduję w innym ciemnym pokoju i na innym wąskim łóżku, w którym leżałem z dziewiczą dupą wypiętą do góry i zastanawiałem się, czy penis, napierający gorączkowo na moje wejście, rozedrze mnie na pół, gdy w końcu, co nieuchronne, się we mnie wepchnie. Krzyczę, kiedy Mefodij narusza moje zbyt ciasne mięśnie, a dźwięk ten mógłby wydać dziewiętnastoletni chłopiec, a nie mężczyzna w moim wieku. Zaciskam oczy i staram się nie spinać zbyt mocno, czekając na piekący ból, który będzie towarzyszył pierwszemu pchnięciu. Jednak ono nie następuje. W zamian czuję, jak materac pode mną porusza się, gdy Mefodij odsuwa się i wstaje.
Trwam w bezruchu, wstrzymując oddech i zastanawiając się, co się stało i co się jeszcze wydarzy. Nie spełniłem jego oczekiwań? Czyżby odczytał moje myśli i poczuł się urażony skojarzeniem go z mężczyzną, który tak brutalnie posiadł mnie całe te lata temu? Słyszę, jak zapina klamrę pasa, i ostrożnie obracam się na plecy. Mefodij chodzi po pokoju, ubierając się pospiesznie, bez wątpienia bardzo strapiony. Ale kiedy zerkam na jego krocze, zanim znika pod długą szatą, widzę, że jego penis wciąż jest gotowy, a wściekle purpurowa główka wystaje ponad pasek. To coś, co się właśnie wydarzyło, najwidoczniej nie wiązało się ze wstrętem do aktu, do jakiego właśnie miało dojść.
Zauważa, że na niego patrzę.
— Alosza — mówi przez zaciśnięte gardło. Nagle dostrzegam zmarszczki napięcia wokół jego ust i oczu.
— Coś mu się stało? — pytam z niepokojem. — I skąd o tym wiesz?
Wciska stopy do butów, wstaje i podciąga mankiet szaty do połowy przedramienia, pokazując mi grubą srebrną obręcz opasującą nadgarstek.
— To jest z nim połączone — mówi szybko. — Ogrzewa się, kiedy chłopiec choruje, gorączkuje albo znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Marszczę głęboko brwi.
— I teraz jest gorące?
— Bardzo ciepłe. Muszę do niego iść. Aleks... jego matka będzie przerażona...
— Pójdę z tobą — odpowiadam i wstaję. — Być może zdołam...
Zatrzymuje się z dłonią na klamce i odwraca w moją stronę. Czuję, że mam teraz jego pełną i niepodzielną uwagę.
— Niepokoisz się o niego. — Niespodziewanie uświadamiam sobie, że to prawda. Kiwam tylko głową. Mefodij odsuwa rękę od drzwi, przemierza pokój i staje przede mną. On w pełni ubrany, a ja nagi. — Wszystko będzie dobrze — mówi łagodnie. — Zajmę się nim. — Chwyta mnie za dłoń i unosi ją do ust. — Proszę, nie odchodź — szepcze, pocierając wargami o moje knykcie w suchym, niewinnym pocałunku. W jego twarzy widać coś, co sugeruje mi, że nigdy nie zaoferuje mi niczego bardziej zbliżonego do błagania. I prawdopodobnie nigdy w życiu nikomu nie zaoferował.
Ponownie przytakuję i wreszcie uwalnia moją rękę. Powoli wycofuje się ku drzwiom, przez całą drogę nie spuszczając ze mnie wzroku, i na ślepo łapie za klamkę. Początkowo myślę, że to z niechęci do odwrócenia się do mnie plecami, ale zaraz dostrzegam na jego twarzy wyraz czystej tęsknoty.
— Jesteś bardzo piękny — mówi. — Na Syberii mamy takie powiedzenie: „Jak światło księżyca na śniegu”. — Uśmiecha się. — Wrócę niebawem. Czekaj na mnie.

Kiedy tylko zamykam za sobą drzwi mojej sypialni, rzucam się w stronę szafy i wyciągam z niej małą dębową skrzynkę. Z powodu niecierpliwości dopiero po kilku próbach udaje mi się poprawnie wypowiedzieć zaklęcia odblokowujące i otworzyć wieczko. Wyjmuję ze środka aksamitne zawiniątko i bezceremonialnie rzucam skrzynkę na łóżko. Palcami trzęsącymi się z pośpiechu wysupłuję ozdobne ręczne lusterko i przyciskam je do piersi i bijącego szaleńczo serca.
Lusterko Voldemorta. Czarnomagiczny artefakt, od którego „uwolniłem” Carrowa zaledwie tydzień temu. Co teraz wydaje mi się wiekiem. Opuszczam ręce i patrzę na ciemną taflę, w której nic się nie odbija. Jest jak głębokie jezioro pod bezgwiezdnym niebem.
Tego wieczoru popełniłem wiele błędów, a wyciągnięcie lusterka może być największym z nich. Tak wielkim, że zakończy życie zarówno moje, jak i Harry’ego. Ale nie jestem na tyle głupi, by wierzyć, że moja własna magia czy rozum — lub tyłek, żeby być dokładnym — wystarczą.
Biorąc głęboki oddech, przemierzam pokój i podchodzę do jednego z wysokich okien wychodzących na coś, co latem jest zapewne ogródkiem warzywnym. W pewnej chwili, kiedy przebywałem w pokoju Mefodija, burza śnieżna zamieniła się w prawdziwą nawałnicę. Za szybą czarne, szkieletowate gałęzie tańczą i kiwają się na wietrze. Unoszę lusterko. Od lat wiedziałem, że istnieje, badałem akt jego tworzenia i planowane przeznaczenie, pisząc referat dla Akademii na coroczne sympozjum na temat współczesnej sztuki czarnomagicznej. Wielokrotnie marzyłem, że będę trzymał je w ręce, jak robię to teraz. Nie że go używam, ale po prostu mam. Dotykam. Moje serce zaczyna bić szybciej, kiedy znów na nie patrzę. Czy Voldemort faktycznie kiedykolwiek był w stanie je wypróbować? A może pozostawało to daleko poza jego zasięgiem, dopóki Harry go nie znalazł? Albo wypróbował lusterko przeciwko Harry’emu, ale bez skutku? Czuję, że mój umysł tężeje ze strachu na samą tę myśl. Bo jeśli nie podziałało na Harry’ego, to i Mefodij mu nie ulegnie...
Nie rozumujesz jasno, upominam sam siebie. Gdyby Voldemort naprawdę użył lusterka w ostatecznym starciu, a ono by zawiodło, Harry znalazłby je na jego martwym ciele i zniszczył. Nie, niemożliwe, żeby Voldemort miał je blisko siebie w chwili śmierci. Zakon skonfiskował setki mrocznych artefaktów niewielu ocalałym i przerażonym śmierciożercom, niespodziewanie pozbawionym przywódcy, podczas końcowej bitwy w betonowym bunkrze. Voldemort już wcześniej musiał oddać lusterko na przechowanie Carrowowi... Patrzę na nie ponownie. Być może moje pierwsze przypuszczenie było poprawne. Być może nigdy nie zostało użyte. W takim wypadku jego moc nigdy nie została wykorzystana... ani sprawdzona. Zalewa mnie fala adrenaliny i wreszcie, pierwszy raz od momentu, gdy Mefodij wszedł do jadalni, mam wrażenie, że panuję nad sytuacją.
Nagle zdaję sobie sprawę, że w ciemności za oknem coś się porusza. Pospiesznie szepczę Nox i gaszę światło w pokoju, abym mógł widzieć wyraźnie bez refleksów rozmazujących szybę. Nawet przez padający śnieg dostrzegam, jak ktoś próbuje sforsować wejście do piwnicy we wschodnim skrzydle domu. Instynktownie podnoszę lusterko i cicho wypowiadam w jego taflę proste zaklęcie ujawniające, i kiedy drzwi ustępują, niewidzialna magiczna sygnatura osoby, która użyła czarów do ich otwarcia, zostaje mi ukazana na ciemnej powierzchni. Nagle ponownie jestem w Hogwarcie, pokonując zabezpieczenia na kufrach moich szkolnych kolegów przy użyciu ich własnych magicznych podpisów. Zadbałem, by podkraść i skopiować ich wzory przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ten podpis oczywiście również znam.
Teodor Nott.
Czuję, jak mój umysł zalewa jednocześnie wściekłość i panika. Idiota! Co on tu robił? Jeśli Mefodij go znajdzie, na pewno pomyśli, że pracujemy razem — ja odciągnąłem jego uwagę, grając dziwkę, podczas gdy Nott prowadził poszukiwania. W końcu jakie istniały szanse, żeby dwóch angielskich czarodziejów znalazło się na Syberii w tym samym domu, w tym samym czasie? Wszystko — wszystko — co miałem nadzieję osiągnąć dzisiejszego wieczoru, zostanie zrujnowane w mgnieniu oka.
Łapię za płaszcz, narzucam go na siebie w pośpiechu i chowam lusterko do kieszeni szaty na piersi. Po otwarciu drzwi sypialni słyszę stłumione głosy na trzecim piętrze, gdzie mają swoje pokoje członkowie rodziny, ale tutaj wszystko wydaje się ciche i spokojne. Goście musieli wyjść, kiedy Alosza się rozchorował. Przygaszam światło na korytarzu i szybko, ale bezszelestnie idę w kierunku schodów. Gdy docieram do półpiętra i jestem pewien, że nikt mnie nie zauważył, wyciągam różdżkę.
Wskaż mi! — szepczę — Teodora Notta.

— Harry, już dobrze. Wszystko będzie w porządku.
Jego głos zabrzmiał głośno w ciężkiej ciszy piwnicy i Teo nagle stał się w pełni i niezaprzeczalnie świadomy, jak obojętny i nieruchomy jest człowiek w jego ramionach.
Przeklął własną głupotę. Był tak szczęśliwy i wdzięczny, że znalazł przyjaciela żywego, że zapomniał o podstawowych zaklęciach diagnostycznych. Delikatniej niż cokolwiek, co robił w swoim życiu, ułożył Harry’ego z powrotem na materacu i sięgnął po wciąż świecącą różdżkę, którą wcześniej upuścił na podłogę.
— Trzymaj się, Potter — powiedział, ściągając z Harry’ego ciężkie koce. Roześmiał się z powodu fałszywej beztroski i brawury zawartych we własnych słowach. Kiedy to wszystko się skończy, a Harry cały i zdrowy wróci do ich mieszkania — albo jeszcze lepiej do Londynu — będą mieli prawo naśmiewać się z jego okropnego sposobu obchodzenia się z pacjentem...
Skrzypnięcie otwieranych gdzieś za nim drzwi sprawiło, że Teo zamarł w trakcie odpinania dziwnej, obcej szaty, jaką Harry miał na sobie. Syknął Nox i skupił wzrok na nagłej ciemności, jednocześnie nastawiając uszu, czy słychać zbliżające się kroki. Siedział bez ruchu, wstrzymując oddech, z dłońmi opiekuńczo rozłożonymi na bladej skórze odsłoniętej piersi Harry’ego. Wszelkie zamiary odnalezienia Malfoya i Mefodija wywietrzały mu z głowy i teraz nie pragnął niczego więcej, niż upewnić się, że Harry’emu nic nie dolega i zabrać go stąd jak najszybciej.
Kiedy po kilku minutach nic więcej nie usłyszał, powoli wypuścił długo wstrzymywane powietrze.
— Kurwa, to napięcie doprowadzi mnie do szału — szepnął i niemal zachichotał z powodu swoich absurdalnych prób rozmawiania z Harrym oraz brawury, która zastąpiła odpływający strach. — Jestem już na to za stary. Pewnie niedługo dostanę ataku serca. Mam nadzieję, że ministerstwo dysponuje jakimś przyzwoitym funduszem dla inwalidów. Lumos — dodał cicho.
Pospiesznie wrócił do odsłaniania klatki piersiowej Harry’ego i rozpinania mu spodni. W pierwszej kolejności rzucił zaklęcie na głowę i ramiona, nie ujawniło ono jednak żadnych zranień czy dolegliwości, więc Teo zaczął poruszać dłońmi wzdłuż reszty tułowia. Dokładnie w tym momencie poczuł niemożliwy do pomylenia z niczym silny nacisk czubka różdżki na kark. Zamarł z rękami wciąż uniesionymi nad Harrym i opuszkami palców dotykającymi szorstkich włosów pod paskiem jego spodni. Swoją różdżkę odłożył wcześniej na wierzch koca w odległości dobrych kilkudziesięciu centymetrów.
Expelliarmus — wyszeptał ktoś i przerażenie spłynęło w dół szyi Teo, jak gdyby dotykał jej czubek noża, a nie różdżki. Jego własna przeleciała tuż obok w stronę niewidzialnej ręki. — Nott.
Znajomy, rozdarty przez smutek głos, teraz jednak pobrzmiewający innymi emocjami. Początkowo Teo uznał, że to strach, ale zaraz niemal parsknął na ten idiotyczny pomysł, bo to przecież on siedział tutaj bezbronny i bezsilny. W końcu jednak do niego dotarło. W głosie Malfoya nie było słychać strachu, tylko nienawiść. I wściekłość. Taką wściekłość, z której klątwy uśmiercające wyrastają niczym żonkile na cmentarzu. Niespodziewanie z jego ust wyrwał się śmiech i Teo opadł na półnagie ciało Harry’ego, chichocząc histerycznie z twarzą tuż przy gładkiej, bladej i niemal niebieskiej w magicznym świetle skórze brzucha.
— Malfoy — wydyszał. — To nie to, co myślisz. Ale nie przejmuj się i zabij mnie, ty chory popaprańcu.
Malfoy również się zaśmiał, choć nie był to śmiech przyjazny. Na jego dźwięk Teo poczuł kolejną falę przerażenia.
— O nie — powiedział Malfoy. — Nie zamierzam cię zabić. To byłoby zbyt szybkie. Zbyt bezbolesne. Hermiona miała rację. Ty, Longbottom i reszta drużyny wiedzieliście, że Harry żyje...
— O czym ty, do cholery, mówisz? — warknął Teo. — Ja dopiero...
Zamknij się! — syknął Malfoy. — Po prostu stul swoją przeklętą gębę, Nott. Nie masz pojęcia... nie masz pierdolonego pojęcia, do czego jestem teraz zdolny, i jeśli wypowiesz jeszcze jedno słowo, wytnę ci wątrobę i zjem ją na śniadanie. A ty to sobie pooglądasz. Albo zrobię to tak czy owak. Bo jeśli dowiem się, że przybyłeś tu do niego... Że go dotykałeś... Że ty i Longbottom pozwoliliście mi wierzyć...
Teo poczuł, jak ręka jego oprawcy trzęsie się gwałtownie, przez co czubek różdżki na ułamek sekundy uwolnił jego kark. Zanim w ogóle uświadomił sobie, co robi, obrócił się i sięgnął do szyi Malfoya.
Jednak szukający zawsze pozostanie szukającym i Malfoy zareagował błyskawicznie.
Petrificus Totalus! — krzyknął, a każdy mięsień w ciele Teo zesztywniał i stwardniał jak kawałek lodu, w przyspieszonym tempie zastygający na powierzchni stawu. Moment później z głuchym odgłosem obijanych kości Teo upadł na podłogę tuż przy łóżku, a zaraz potem Malfoy dosłownie wspiął się po nim, zdławionym głosem powtarzając imię Harry’ego.
Teo leżał na plecach, wpatrując się w słabo oświetlony strop i słuchając, jak gdzieś nad nim po lewej stronie Draco Malfoy składał pocałunki na twarzy Harry’ego i szlochał jak szaleniec nad jego piersią. Wiedział, że to tylko kwestia czasu. Jedynie kwestia czasu, zanim jeden z członków drużyny spojrzy na fiolki z krwią i zobaczy, że Teo jest w tarapatach. A kiedy to się stanie, rozpęta się piekło.
Gdyby nie był sparaliżowany, ponownie parsknąłby śmiechem.

***


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez ewa1959 » 1 sie 2012, o 10:15

Dzięki za kolejny rozdział. Tekst jest naprawdę ciężki i muszę przyznać, że nie przepadam za takimi. Ale przemogłam się i czytam, może dlatego, że lubię Harrego i Draco takimi właśnie , pełnymi sprzeczności, a dla siebie zrobiliby wszystko.Tak jak tutaj Draco, poświęciłby własne życie i nie tylko, żeby odzyskać Harrego.Głupi, arogancki Nott myśli, że Draco jest z przymierzony z ich wrogiem i poświęcił Harrego, ale znowu jego osąd go zawodzi. Może dlatego, że jest uprzedzony i zaślepiony, a jego nienawiść do Draco pozbawia go racjonalizmu. Niestety Malfoy też nie myśli racjonalnie, bo Nott na pewno nie brał w porwaniu udziału, mam taką nadzieje. Jestem ciekawa, czy zjawi się kawaleria i czy zdołają uratować Harrego, a także pozbyć Mefodija. Mam nadzieje, że poślą go do piekła tam gdzie jego miejsce. Dziękuje za świetne tłumaczenie i podziękowania dla bety.Czekam na ciąg dalszy.
Pozdrawiam i życzę dużo weny.
ewa1959 Offline


 
Posty: 42
Dołączył(a): 30 sie 2011, o 14:06

Postprzez Akame » 6 sie 2012, o 14:09

XI

Postanowiłam skomentować każdy zaniedbany przeze mnie rozdział zanim sięgnę po następny. Nigdy tak nie robię, ale to opowiadanie jest dla mnie wyjątkowe, więc mu się po prostu należy.

Zastanawiam się, jak długo Draco da sobie radę sam. Odkąd nadeszła wieść o śmierci Harry’ego, mam wrażenie, że systematycznie stacza się w głąb własnej rozpaczy i tylko marzenie o odnalezieniu ciała kochanka sprawia, że ma siłę iść dalej. To ogromnie przygnębiające. Wspomnienia o Harrym, przeplatające się z rzeczywistością, pogłębiają tylko tę atmosferę przygnębienia i czegoś nieodwracalnego. Pomimo tego, że cały czas mam nadzieję, że Potter jednak żyje, nie mogę się opędzić od takiego pogodzenia się z losem. Jakby jego śmierć była już faktem nieodwracalnym. To pierwszy raz, gdy nie jęczę i nie rzucam opowiadaniem w kąt, bo to „angst”, tylko skupiam się na Draco, którego tutaj po prostu uwielbiam.

Przyznam, że do tej pory, ta rosyjska rodzina, z którą podróżuje Malfoy, była dla mnie czymś zupełnie nierealnym. Jakoś tak po ich pierwszym opisie, odbierałam ich jako imaginację przeszłości, którą przesiąkła komnata, wraz z unoszącym się w niej zapachem starości. To, że są tak bardzo żywi zaskoczyło mnie. Nie wiem skąd mi się to wzięło.

Zaskoczyło mnie źródło choroby chłopca. Byłam pewna, że to jakaś klątwa, a tutaj… cóż, może i miałam rację. W końcu taki chów wsobny, niewiele różni się od przekleństwa. Niemniej, ten krwawiący chłopiec, nagle stał się żywym i całkiem realnym dzieckiem, które kaprysi, jest rozpieszczone i pomimo tego, że sprawia wrażenie małego egoisty, potrafi przeczytać bajkę komuś, kto źle się czuje. Wzmianka o wypadającym zębie, który prawie doprowadził do śmierci, przyprawiła mnie o dreszcze. Na początku założyłam, że chłopiec cierpi na hemofilię, która jako choroba genetyczna, w tak bliskich związkach, miałaby rację bytu. Zastanawiam się jednak, czy to tylko o to chodzi, bo opis jej przebiegu u tego dziecka, jest cokolwiek drastyczny.
Kaczalka napisał(a): I nienawidzę siebie, wiedząc, że po drugiej stronie ściany jest dziecko, które oddałoby wszystko, aby powstrzymać krwawienie, podczas gdy ja, jak się wydaje, nie mogę wykrwawić się do końca.

Draco masturbujący się w łazience, pozwalający by jego krew spływała swobodnie wzdłuż dłoni… cóż, pomyślałam dokładnie to samo, co on. Niemniej, to zdanie wzbudza naprawdę ciężkie uczucia. Po za kolejny stwierdzam – żal mi go. I doprawdy nie wiem, czy ten opis był bardziej perwersyjny, czy po prostu cholernie smutny.

(idę czytać dalej xD)


XII


Najgorsze jest to, że Teo zarówno lubię, jak i nienawidzę. I nie potrafię się zdecydować, co przeważa. Mam wrażenie, że ta jego fascynacja Harrym, zaprowadzi go tam, gdzie zdecydowanie nie chciałby się znaleźć. Próbuję zrozumieć, że przyjaźnili się przez piętnaście lat, że to Harry otworzył mu oczy na rzeczywistość, że był przy nim, że przeszli wspólnie przez wiele ciężkich chwil ale… Ale to jego ślepe zapatrzenie, ma w sobie coś chorego, tkwi w tym jakaś niezdrowa, erotyczna wręcz obsesja. Czuje, jakby Teo chciał Harry’ego na wyłączność. Dla siebie, dla drużyny, bo im się należy. Nienawidzi Draco, a fakt iż związał się on z Potterem sprawia, że jego frustracja tylko się pogłębia i stał się zupełnie ślepy na fakty. Przerażająca jest za zawiść, zazdrość o ich uczucie, dotyk, przynależność. Teo trochę jawi mi się, jak obłąkany żądzą prześladowca. Może moje odczucie ma coś wspólnego z jego podglądactwem, nie jestem do końca pewna. To nie może się dobrze skończyć. Przykro mi z powodu Luny, przez tę nienawiść i zaborczość Teo, ona sama stoi na straconej pozycji. Cokolwiek by nie zrobiła, Harry i Draco będą na pierwszym miejscu. Z zupełnie różnych powodów. W dodatku śmierć Harry’ego przyszła w momencie, gdy Teo był z nim w konflikcie. To zapewne pogłębia tylko jego mroczną frustrację.

Wiedziałam! Po prostu wiedziałam, że ten mój spokój po śmierci Pottera ma swoje uzasadnienie. Nie przyjęłam tego do wiadomości i nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. W sumie cała ta sytuacja ma taki słodko-gorzki posmak. Z jednej strony Potter może zostać odnaleziony, ale może być charłakiem, z drugiej… Draco może zaoferować siebie w zamian. Chociaż tutaj wątpię, aby doszło do takiej ugody. Jeżeli Mefodij pragnie magii, nic nie zastąpi Harry’ego.

Zaskakująco, w pewnej chwili przyszła mi do głowy całkiem niedorzeczna myśl, że u podstaw działań Mefodija leży właśnie ten chów wsobny, albo coś równie ważnego. To przynajmniej miałoby jakieś wytłumaczenie. Jakiś pozytywny aspekt. Po trupach, lecz ku szlachetnemu celowi – jakkolwiek by to nie brzmiało.
Kaczalka napisał(a): Wstaję z krzesła, kiedy drzwi otwierają się i do jadalni wchodzi najpiękniejszy mężczyzna, jakiego w życiu widziałem.
— Nasz starzec! — krzyczy Mikołaj. — Wreszcie do nas dotarłeś!

Wtf? Moja mina jest bezcenna. Do tej pory wyobrażałam sobie Mefodija, jako taki przykład szamana z łagr. Orli nos, włosy, w które wpleciono kolorowe pióra, coś na kształt ręcznie tkanego poncho, oraz te wszystkie dzwonki, bransoletki… no… szaman xD W dodatku Starzec miał być STARY! Brzydki i pomarszczony, a nie… być najpiękniejszym mężczyzną, jakiego widział Draco O.o Jestem w permanentnym szoku. Poza tym, czy to nie Harry był do tej pory uważany przez Draco za najpiękniejszego?
Kaczalka napisał(a): Cały świat zdaje się nagle tworzyć całość, jak gdyby elementy układanki wskoczyły na swoje miejsca

Super, że dla Draco puzzle się zazębiły. Ja zgłupiałam do reszty :D
Pędzę czytać dalej, może mi się coś wyjaśni O.o


XIII


No dobrze… Zdurniałam do reszty. Kiedy wcześniej pisałam, że mam wrażenie, iż za czynami Mefodija kryje się coś więcej, nigdy by mi do głowy nie przyszło, że… że on może być taki. No, po prostu nie i zupełnie nie wiem, co teraz napisać. Ten rozdział przyprawiał mnie o skoki ciśnienia co krok. Od momentu, gdy magia Draco rozbiła kieliszek – swoją drogą, bardzo się obnażył w tym momencie. Przez wzmiankę o podobieństwie pomiędzy Harrym, (co tłumaczy to, że był „najpiękniejszy”) a Mefodijem, po rozmowę o miłości. Jedno wielkie wtf. Jak ja kocham, gdy coś co wydaje się oczywiste, nagle zostaje zastąpione przeciwieństwem tej oczywistości, a autorka pokazuje nam język.

Jakoś nie dociera do mnie, że tak to się skończy. Draco prześpi się z potężnym magiem, a ten w zamian odda mu Harry’ego. Boru zielony, to dopiero trzynaście rozdziałów, coś musi się spieprzyć, coś musi pójść nie tak, gdzieś tkwi haczyk i ciarki mnie przechodzą na samą myśl, co za tym jeszcze się kryje.

Moment gdy pojawił się Teo, który oczywiście odpowiednio wszystko zinterpretował, za co naprawdę trudno go winić, sprawił że prawie zaczęłam kląć. Nosz kurde! Nie ma się gdzie pchać i kiedy? Takie poważne negocjacje, a ten może wszystko spieprzyć. Na szczęście tak się nie stało, przynajmniej na tę chwilę. Zastanawiam się, czy naprawdę uwierzy w swoje omamy wzrokowe, czy też zacznie w tym drążyć. Przeczuwam, że wsadzi jednak kij do mrowiska.

Ten rozdział jest przesycony emocjami. To co czuje Draco, jest wręcz paraliżujące. Moment, gdy pada na kolana błagając, był spektakularny, jedyny w swoim rodzaju, bo tak bardzo podobny do [i]tego[i/] Draco, a jednak tak bardzo nie malfoyowski. Ścisnęło mnie za gardło. Jak bardzo potrafił się odkryć, odrzucić swoje pozy i manipulacje. Postawić wszystko na szczerość. Widać, jak ogromne wrażenie wywarł na nim Mefodij. Przyznam, że nigdy nie czytałam tak świetnie opisanych uczuć, zwłaszcza względem kogoś o wiele potężniejszego. Nawet, gdy usiłuję sobie przypomnieć ten ogrom emocji, który towarzyszył pojawieniu się Voldemorta, nigdy nie zostało to tak dobrze oddane. Tort z wisienką na czubku dla moich zmysłów.

Jako, że za chwilę mąż do spółki z synem mnie zabiją, bo obiad jeszcze w sklepie… kolejny rozdział przeczytam nieco później . Z bólem serca, pędzę do na zakupy :/


XIV


Qwa, teraz to już nie wiem, czy się spieprzyło, czy naprawiło przez Nota. W każdym razie na pewno burza z tego będzie i to niemała.

Przede wszystkim, bardzo podobał mi się opis piwnicy. Może jestem trochę walnięta na punkcie opisów, ale takie rzeczy sprawiają, że czuję opowiadanie, oraz atmosferę sytuacji. Genialnie opisana ciemność, uczucie duszności i światło różdżki w tym wszystkim. Naprawdę, ogromny podziw zarówno dla autorki, jak i dla Ciebie Kaczalko, że potrafiłaś tak doskonale to oddać słowami.

Nie wiem czym to idzie, ale po tylu opowiadaniach, świetnych opowiadaniach, genialnych opowiadaniach… to robi na mnie piorunujące wrażenie. To, co stworzyła ta autorka, to coś niesamowitego. Ma tak ogromny dar operowania słowem, przekazywania myśli i uczuć, że nie wiem, czy większy jest mój podziw, czy zazdrość. W ogóle nie zwróciłam uwagi na aspekt erotyczny sytuacji, pomiędzy Mefodijem, a Draco, za to przytłoczył mnie nawał emocji, które targały Malfoyem. To, jak mógł bez problemu oddać ciało, jednocześnie będąc tak pewnym swych uczuć, że w ogóle nie porównywał tego do seksu z Harrym. To dzieliło niebo i ziemia, żadnego punktu stycznego i autorka pokazała to doskonale. Tak czytając, dotarła do nie rzecz oczywista, o której na ogół się nie myśli, że ciało człowieka rządzi się swoimi prawami, a uczucia, to rzecz na zupełnie innej płaszczyźnie. Można uprawiać świetny seks bez nich, można kogoś pożądać nawet, kiedy jest on wrogiem. Wydaje się absurdalne, a jednak istnieje. Pomimo wszystko, jakoś cieszę się, że ten seks nie doszedł do swojego finału. Taka romantyczna dusza się we mnie odezwała. Mam tylko nadzieję, że Aloszy nic nie jest i alarm nie był skutkiem, jakiegoś nagłego i groźnego ataku.

Zastanawiam się, czy Not w swoim zaślepieniu, zauważy to, co oczywiste, że Draco nigdy nie miał nic wspólnego z porwaniem Pottera. Na razie to tragedia omyłek i złych interpretacji. Poza tym, przyszło mi do głowy, że Draco mógłby spróbować zostawić go, jako ofiarę w rękach Mefodija. To by chyba było najgorsze, gdyż Harry nigdy by mu tego nie wybaczył.

Rozdział zakończył się w takim momencie, że w ogóle żałuję, iż nie poczekałam do kolejnego z nadrabianiem. Chociaż przypuszczam, że po kolejnym, niedosyt i ciekawość, nie byłyby wcale mniejsze. Agrhhh frustracja!

No to nadrobiłam :) Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu. Jeszcze bardziej się cieszę, że dokonałam niemożliwego i zdołałam na tyle oderwać się od rozdziałów, aby skomentować każdy, przed przeczytaniem kolejnego. Chyba przyznam sobie jakiś medal, za wygranie walki z własną ciekawością O.o

Pozdrawiam Cię Kaczalko serdecznie i przepraszam za moje lenistwo. Obiecałam w końcu komentować, a nie wyszło mi to za dobrze :/ Jednak nadal twierdzę, że to opowiadanie przechodzi do ścisłej czołówki moich ukochanych drarry i wątpię, aby coś je przeskoczyło… chociaż… mam nadzieję, że jeszcze mnie zadziwisz :)

Geez, naprawdę nie wiem, jak i czy przebrniesz przez ten mój słowotok… Nigdy nie wiem, kiedy się zamknąć.
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Kaczalka » 15 sie 2012, o 10:23

Część XV


Harry.
Zwisam ze szczytu sennego marzenia, unieruchomiony nagle w samym środku długiego skoku, jak gdyby ktoś złapał mnie za tył koszuli w chwili, kiedy zamierzałem rzucić się w dół z klifu.
Harry.
Czas stanął w miejscu. Przerwał swój bieg. Jest zrównoważony jak kieliszek wina na krawędzi stołu. Boję się mrugnąć. Zamknąć oczy nawet na ułamek sekundy. Bo on wydaje się taki realny. Taki pewny, prawdziwy i żywy w moich ramionach. I jeśli to tylko sen...
Na jawie nie przetrwam.
Harry.
Gdzieś, w innej rzeczywistości, coś ugina się pod moimi kolanami, kiedy wspinam się na łóżko i pochylam nad Harrym. Z równie wielkiej odległości dociera do mnie, że to prawdopodobnie jedno z żeber Notta pęka pod moim ciężarem. Ale nic mnie to nie obchodzi. Pragnę jedynie poczuć Harry’ego każdym kawałeczkiem ciała, osłonić go, ogrzać, stopić nas obu w jedną całość. Już nigdy nikt mi go nie odbierze. Żadna siła na świecie nie może nas rozdzielić. Nie teraz. Nie po tym, gdy wreszcie go odnalazłem.
Sprzedałbym duszę za pięćdziesiąt rąk, jak u jakiegoś hinduskiego boga, żebym mógł dotknąć go wszędzie jednocześnie. Jest ciepły i pachnie snem, a ja z bólem serca zdaję sobie sprawę, że dokładnie tak samo było w chwili, gdy widziałem go po raz ostatni. Wieczorem po kolacji z drużyną w pałacu Jusupowa, kiedy trzymałem go w ramionach, gdy wyczerpany miłością odpływał w sen. Merlinie, ile bym dał, żebym potrafił pokonać wtedy własne zmęczenie! Tak bardzo chciałem nie zasnąć i delektować się jego oddechem na mojej szyi i pocieszającym ciężarem ciała splątanego z moim aż po koniuszki stóp. Strasznie się bałem — słusznie, jak się okazało — że jeśli mi się nie uda, on wymknie się z moich ramion, z naszego łóżka. I z mojego życia. Niczym słodki i kojący sen, niczym wspomnienie, jak to jest być szczęśliwym. Boże, jak bardzo nienawidzę siebie od tego czasu! Bo wiem z całą pewnością, że gdybym tamtej nocy nie zasnął, nigdy nie pozwoliłbym mu odejść...
Gdzieś ktoś szlocha, jak gdyby złamano mu serce, ale to nie mogę być ja, bo przecież moje znów jest całe. Całuję Harry’ego w usta, powieki, brodę, bliznę na czole, nawet w czubek nosa. Jego twarz jest mokra, a skóra smakuje jak sól. Może jesteśmy nad oceanem i znowu spacerujemy wzdłuż Trebarwith Strand. Może przed chwilą graliśmy w quidditcha jeden na jednego. A może po prostu właśnie się kochaliśmy i on płacze z radości i ulgi. Może...
Biorę głęboki, drżący oddech i wracam do rzeczywistości. Do otaczającej mnie, zbyt dusznej ciemności i słabego światła mojej różdżki. Spazmatyczne łkanie znów wstrząsa moją piersią. Ale wraca też świadomość — przenikająca do szpiku kości — że to nie sen. Że wcale nie wyobrażam sobie twarzy Harry’ego, jego ciała pod moim, zapachu skóry. Zduszam kolejny szloch, ale jęk i tak ucieka mi z ust.
Harry.
Tym razem słyszę swój głos. Wytężam wzrok w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak — nieważne, jak małych, jak ulotnych — że Harry jest świadomy. Jednak niczego nie widzę. Nawet rytm jego oddechu nie ulega zmianie. Tuż przy gardle czuję, jak powoli wciąga powietrze, a jego klatka piersiowa pode mną unosi się niespiesznie i opada. Wygląda na to, że Mefodij nie kłamał — Harry śpi mocno i głęboko.
Rennervate — szepczę, choć wiem, że to daremne. Tego, co zrobiono Harry’emu, klątwy lub zaklęcia, jakie na niego rzucono, z pewnością nie da się odwrócić tak łatwo. A poza tym samodzielna próba byłaby z mojej strony głupia i niebezpieczna. Zapewne Harry musi przebudzać się powoli i delikatnie, jak mugolski nurek wynurzający się z głębiny, bo inaczej narazi się na trwałą szkodę.
Istnieje tylko jeden czarodziej, który może to zrobić. I który teraz prawdopodobnie na mnie czeka i zastanawia się, gdzie poszedłem. I co robię.
Przebiega mnie dreszcz, jakbym oberwał piorunem. Teraz bardziej niż kiedykolwiek ważne jest, żeby Mefodij dotrzymał obietnicy. Nieistotne jak straszliwie pragnąłem uratować Harry’ego wcześniej — skoro go znalazłem i trzymałem w ramionach, uczucie to wielokrotnie się spotęgowało. Muszę zwizualizować sobie tę myśl. Skupić się na tym jednym celu.
Odsuwam się, walcząc z instynktem i pragnieniem, ale wciąż jestem do Harry’ego przywiązany niewidzialnym sznurem, bo nie potrafię wstać. Przyglądam się jego twarzy zdawałoby się przez całą wieczność. Wygląda tak spokojnie i pogodnie w swoim bajkowym śnie, że nagle uświadamiam sobie, jak samolubny jestem, chcąc go obudzić i przeciągnąć z powrotem do świata pełnego zła i cierpienia. Gdybym tylko mógł położyć się obok niego. Tylko na chwilkę. Jestem po prostu zmęczony. Tak bardzo zmęczony.
Łza spływa po policzku Harry’ego, więc ścieram ją opuszką kciuka. Nie będę już więcej płakał. Nie, dopóki nie zrobię tego, co trzeba — cokolwiek by to miało być. A potem znowu go znajdę i nic więcej nas nie rozdzieli. Nawet śmierć.
Łapię za pierścień na szyi i zrywam łańcuszek. Drżąc, odszukuję dłoń Harry’ego, wsuwam mu go na palec i przez długą chwilę trzymam ją przy ustach, szepcząc zaklęcie. A potem ruszam się szybko i zdecydowanie. Zapinam mu szaty i okrywam go kocami.
Odsunięcie się od niego i wstanie z łóżka to najtrudniejsze rzeczy, jakich w życiu dokonałem. Zatrzymuję się na moment i z góry patrzę na jego twarz, próbując sobie wyobrazić, że znów jesteśmy w Kensington w czasie tych sześciu tygodni, podczas których mieszkaliśmy razem, a ja nie robię nic nietypowego ani uciążliwego, po prostu wychodzę do swojego biura.
Odwracam wzrok i zerkam na Notta.
— Później zdecyduję, co z tobą zrobię — mówię. — Tylko nigdzie nie odchodź. — Uśmiecham się, widząc, że jego oczy pałają czystą nienawiścią. — Och, uwierz mi, twoje uczucia są w pełni odwzajemnione.
Wsuwam różdżkę do kieszeni, w której mam lusterko Voldemorta, i pochylam się, żeby po raz ostatni pocałować Harry’ego.
— Wrócę niedługo, kochany — szepczę. — Śpij. I nie śnij o mnie.
Zamykam za sobą drzwi piwnicy i otulam się szczelnie płaszczem w ochronie przed wirującym śniegiem. Sięga mi powyżej kolan, więc z trudem przedzieram się przez zaspy. Wszystkie okna w sąsiednich domach są już ciemne, czyli albo jest już bardzo późno, albo mieszkający tam mugole stracili zasilanie. Czuję na sobie natłok otaczającej mnie nocy, a pewna część mojego umysłu uświadamia sobie istnienie niezliczonych hektarów lasów, które rozciągają się w każdym kierunku od tej niewielkiej ludzkiej siedziby, jak gdyby samo miasto — z jego pokrytymi śniegiem ulicami i popadającą w ruinę dostojnością — było umierającą gwiazdą uparcie pulsującą światłem w pierwotnym mroku.
Wreszcie docieram do kuchennego wejścia i otwieram drzwi. W środku panuje spokój, a miedziane garnki błyszczą słabo w blasku mojej różdżki. Atmosfera jest zupełnie odmienna od tej sprzed kilku godzin, kiedy to Alosza spotkał mnie tutaj, wziął za rękę i poprowadził do jadalni. Teraz idę tą samą drogą, wzdłuż długiego korytarza, mijając śpiące postaci na portretach. Cały dom jest niesamowicie cichy.
Po schodach wspinam się powoli, oddychając głęboko przy każdym kroku i próbując się uspokoić i oczyścić myśli. Mimo że konieczność opuszczenia Harry’ego dla łóżka Mefodija łamie mi serce, pociechę i siłę czerpię z faktu, że Harry tu jest, pod tym samym dachem. Wciągam głęboko powietrze, kiedy przypomina mi się sen, który miałem po tym, jak dowiedziałem się, że zaginął i prawdopodobnie nie żyje. Coś w głębi duszy szeptało mi, że nie jestem sam, i faktycznie nigdy nie byłem. Po prostu żyłem w jakimś letargu — podobnie jak Harry teraz — czekając, aż mnie przebudzi. Aż się o mnie upomni.
Wsuwam dłoń między zapięcia szaty i przez tkaninę śledzę palcami lusterko i jego ozdobną ramkę z brązu. Wiem, co muszę zrobić. Jeszcze raz zaczerpuję powietrza i pukam do drzwi sypialni Mefodija.
— Wejdź! — woła.
Wkraczam do środka z przechyloną głową, żeby nie uderzyć w belkę na ukośnym suficie, i widzę, że siedzi na łóżku w rozpiętej szacie i koszuli.
— Ach — mówi z uśmiechem. — Zastanawiałem się, gdzie poszedłeś. — Jego oczy błyskają z rozbawienia, kiedy dostrzega płaszcz na moim ramieniu. — Przyjemna noc na spacer po ogrodzie.
Podchodzę do prostej szafy na drugim końcu pokoju i wieszam płaszcz na jednym z topornie wyciosanym haków. Rzucam szybkie zaklęcie suszące i odwracam się do Mefodija z różdżką leżącą na otwartej dłoni.
— Chcesz ją z powrotem?
Przez długą chwilę patrzy na moją wyciągniętą rękę, oczywiście oceniając plusy i minusy tej sytuacji, po czym przenosi wzrok na moją twarz.
— Nie traktuj mnie jak głupca, Draco — mówi spokojnie i bez złośliwości czy prowokacji. — Wiem, że potrafisz używać magii bezróżdżkowej.
Przytakuję.
— Owszem, ale nawet w przybliżeniu nie tak sprawnie jak ty albo Harry.
Przygląda mi się badawczo.
— Nie doceniasz siebie. Nie licz, że popełnię ten sam błąd.
Parskam głośnym śmiechem, myśląc o tym, co mam w kieszeni.
— W porządku — mówię. — Umowa stoi.
Znowu przygląda mi się długą chwilę i uśmiecha się szeroko.
— Zawsze negocjator.
Jego uśmiech znika tak szybko, jak się pojawił, a oczy wręcz mnie pożerają, śledząc każdy centymetr ciała. Wyciągnął przed siebie długie nogi, krzyżując je w kostkach, ale gdy zatrzymuje wzrok na moim brzuchu, kładzie stopy na podłodze i rozsuwa uda, robiąc miejsce dla oczywistej erekcji.
— Proszę — odzywa się chrapliwie. — Rozbierz się.
Podnoszę ręce i powoli rozpinam pierwszą klamrę szaty.
— Z Aloszą wszystko dobrze? — pytam.
— Na razie — odpowiada, niechętnie odrywając ode mnie oczy. — Ale jego stan jeszcze się nie ustabilizował. Jest chory dużo poważniej niż dziewczęta. To cud, że przeżył tak długo.
— Mugole mają na to lekarstwo — mówię, wciąż rozpinając szaty. — W zasadzie to całkiem proste...
Wyraz jego twarzy pochmurnieje.
— Ze wszystkich ludzi ty najlepiej powinieneś wiedzieć, że mugole nie są w stanie uzdrowić czarodzieja. Być może powstrzymaliby krwawienie na jakiś czas, ale nie powolny, stały wyciek magii. Nie znasz Aloszy tak dobrze jak ja. Kiedyś naprawdę stanie się potężnym... bardzo potężnym czarodziejem. I gdy już go wyleczę, upewnię się, że odziedziczył to, co mu się należy. Nauczę go swojej... wszystkiego, co umiem. Cała wiedza i doświadczenie, jakie zdobyłem, staną się jego własnością. Tak jakby był...
— Twoim własnym dzieckiem — kończę za niego. Mruży oczy, a ja uświadamiam sobie, że to, co właśnie powiedziałem, jest nie tylko metaforą. — Nic dziwnego, że nazywają cię Ojcem — odzywam się w zadumie. — Ale wcześniej mówiłeś, że nigdy się z nią nie kochałeś...
Wstaje z łóżka i przemierza pokój tak nagle, że moje zdecydowanie topnieje. Angażuję całą swoją odwagę i determinację, żeby nie zadrżeć. W tym samym czasie, kiedy staram się opanować ciało, próbuję utrzymać spokojny wyraz twarzy i czysty umysł.
Łapie mnie za ramiona.
— Uważaj — syczy. — Stąpasz po cienkim lodzie. — Pochyla się i całuje mnie brutalnie. — Chcę pieprzyć twoje żywe ciało, a nie zimne zwłoki.
Opanowuję dreszcze.
— A co potem? — pytam z wargami tuż przy jego ustach. — Oddasz mi Harry’ego?
— Cóż, prześpisz się ze mną i zobaczysz.
Kiedy się odsuwa i na mnie patrzy, jego mina wciąż jest mordercza, ale widzę też, że oczy ponownie pociemniały mu z pożądania. Otaczam go rękami w talii i przyciągam do siebie. Pod ciężkimi szatami jest wręcz niemożliwie twardy. Zastanawiam się, czy pieścił sam siebie, zanim przyszedłem, i wyobrażał sobie, jak czubek jego penisa narusza mój odbyt, ciaśniejszy niż jakakolwiek cipa. Otwieram szerzej usta i nasze języki się spotykają, a jego erekcja pulsuje w szybkim tempie. Czuję jego pragnienie, jego głód. Dociskam do niego pachwinę, wywołując tym lekkie, płytkie ruchy jego bioder. Całuje mnie gwałtownie, puszcza ramiona i przesuwa dłonie na głowę, unieruchamiając mnie, kiedy językiem plądruje mi usta. Mój umysł przez cały czas pozostaje czysty i spokojny. Niejasno czuję cieniutką strużkę pobudzenia, przesączającą się jak promień słońca przez liście drzewa, ale nie jestem podniecony. I dzisiaj już mnie do tego stanu nie doprowadzi. Nie po tym wszystkim, co mi powiedział. Nie po tym, jak trzymałem w ramionach Harry’ego. Nie po tym, jak ujawnił się jako ktoś, kto jest dla Aloszy tym, czym Lucjusz był dla mnie...
Na samą myśl zalewa mnie ślepa furia i obrzydzenie, więc przerywam pocałunek i spazmatycznie nabieram powietrza. W swoim zapale i arogancji interpretuje moje kłopoty z oddychaniem jako oznakę, że pragnienie znów zrobiło ze mnie jego niewolnika. Jednak nie jestem na tyle głupi, aby się łudzić, że długo pociągnę tę farsę.
— Te szaty są dla mnie szczególnie ważne — mówię, zanim zainicjuje kolejny pocałunek. — Mogę je powiesić w twojej szafie?
Marszczy czoło.
— Wcześniej się nimi nie przejmowałeś.
Wzruszam ramionami.
— To zajmie tylko sekundę.
— Dobrze — zgadza się.
Odwracam się od niego i odpinam szatę do końca. Z tyłu słyszę skrzypienie desek pod jego stopami, a potem metaliczny brzęk sprzączki od paska. Sięgam do kieszeni po lusterko Voldemorta. Moje serce bije jak oszalałe, a oddech mam tak płytki, że palce zaczynają mi drętwieć. Wciągam powietrze głęboko, unoszę lusterko do poziomu twarzy i odchylam je tak, żeby zobaczyć Mefodija. Siedzi na krawędzi wąskiego łóżka. Tak cicho jak to możliwe szepczę zaklęcie ujawniające.
— Co to jest?! — krzyczy i zrywa się na równe nogi, a ja dokładnie w tym samym momencie widzę jego odbicie w ciemnej powierzchni, ale tylko twarz, jak gdyby wystawała z głębiny czarnej wody.
Unosi rękę i wrzeszczy coś po rosyjsku, ale to słowo już opuściło moje usta:
Imperio!
Całe moje ciało przygotowuje się na uderzenie zaklęcia, które na pewno na mnie rzucił, ale nic się nie dzieje. Moja klątwa musiała przerwać jego działanie. Uświadamiam sobie, że mam zaciśnięte powieki, otwieram więc oczy i obracam się w stronę Mefodija.
Nie ma najmniejszej szansy, żeby zwykły, pojedynczy Imperius podziałał na czarodzieja o jego mocy w sposób, jaki teraz widzę. Poprzez zawroty głowy towarzyszące spadkowi poziomu adrenaliny dociera do mnie, że w duchu dziękuję Voldemortowi. Gdyby tylko ten pokręcony skurwysyn mógł wiedzieć, że jeden z jego ukochanych artefaktów zostanie użyty do ratowania życia Harry’ego Pottera... Niemalże parskam śmiechem na tę myśl. Lusterko jest potężne, potężniejsze nawet, niż ja, doskonale znający jego pochodzenie i zastosowanie, mogłem sobie wyobrazić. Efekt każdego zaklęcia, jakie rzucę za jego pośrednictwem, nie zostanie podwojony. Spotęguje się dziesięciokrotnie. Niech tylko opublikuję wyniki swoich badań w „Międzynarodowym Dzienniku Złowrogiej Magii”, myślę, wciąż czując, że kręci mi się w głowie i nie rozumuję zupełnie jasno. Staram się ignorować tę część mózgu, która powtarza w kółko „nareszcie”. Nareszcie.
Zacznę od czegoś prostego.
— Usiądź — nakazuję.
Mefodij siada posłusznie jak pies. Jego magiczna aura wciąż pulsuje niczym prawdziwy żywioł, teraz jednak jest niewykorzystywana i nieukierunkowana jak ocean. Dla niego całkowicie bezużyteczna. Znajduje się tak głęboko pod wpływem klątwy, że nie jestem w stanie nawet wyczuć jego wolnej woli.
Przechodzę przez pokój i staję przed nim. Patrzy na mnie. Mimo że wyraz jego twarzy nie jest aż tak poddańczy jak u człowieka, którego chłostałbym przez całe popołudnie, to jednak wyraża posłuszeństwo.
— Powiedz mi, co zrobiłeś Harry’emu Potterowi.
Odpowiada natychmiast i bez wahania:
— Dałem mu wybór.
— To znaczy?
— Nakrył mnie dokładnie w chwili, kiedy poddawałem rytuałowi jego towarzysza. Zaatakował mnie. Ja zaatakowałem jego. Pomagali mi trzej moi uczniowie, więc mieliśmy przewagę liczebną. W końcu udało mi się go ogłuszyć. Powiedziałem mu, że potrzebuję czarodzieja, więc wezmę albo jego, albo innego cudzoziemca. Zaofiarował samego siebie.
Na te słowa oddech zamiera mi w piersi. Z trudem przełykam ślinę i na ślepo wyciągam rękę, żeby się podeprzeć o ścianę. Czy to rzeczywiście było tak mało skomplikowane? Takie proste? Harry nie myślał o nikim i niczym poza tym nieudolnym głupcem Evansem? Nie wziął pod uwagę, czym będzie jego strata dla drużyny? Dla czarodziejskiej społeczności Wielkiej Brytanii? Dla mnie?
Nagle ogarnięty wściekłością przeciągam drżącą dłonią przez włosy.
— Jednak wtedy go nie pojmałeś — mówię, przypominając sobie o zadaniu, jakie mam do wykonania. — Dlaczego?
— Błagał mnie o czas. Żeby się pożegnać, jak wyjaśnił. Wiedziałem, że nie jest do końca szczery. Czasu potrzebował, żeby spróbować złamać zaklęcie monitorujące, które na niego nałożyłem, aby mieć pewność, że wróci. Jednak zaplanowałem użycie starożytnego syberyjskiego zaklęcia i wątpiłem, by zdołał odkryć jego właściwości i źródło, zanim wezwę go do siebie z powrotem. Ale mimo że mnie okłamał, zaimponował mi. Nigdy wcześniej nie spotkałem człowieka takiego jak on — takiego jak ja, a jednocześnie zupełnie innego. Byłem zaintrygowany. A potem spojrzałem w jego umysł... w jego serce, i zobaczyłem źródło jego siły, jego mocy. Zobaczyłem wielką i przerażającą miłość, i to mnie głęboko poruszyło. W tej kwestii jesteśmy jak bracia.
Parskam nagłym śmiechem i odwracam się.
— Tak, rzeczywiście wielka miłość — mówię zjadliwie. — Tak wielka, że był gotów wyrzucić ją ze swojego życia jak śmieć...
— Walczył ze mną ze wszystkich sił.
Ponownie staję z nim twarzą w twarz, łapię go za brodę i zmuszam do odchylenia głowy, bym mógł spojrzeć mu w oczy.
— Nie potrzebuję, żebyś zabawiał się w jego adwokata — warczę. — Zamknij się i odpowiadaj na moje pytania. Nic więcej.
— Tak — mówi, a ja czuję, że się nie powstrzymam.
— Tak co?
— Tak, sir.
— Nie sir, tylko Panie — poprawiam go. — Powiedz to!
— Tak, Panie — mówi posłusznie. Nie jest to ani po części tak satysfakcjonujące, jak sobie wyobrażałem, i przelotnie zastanawiam się, czy tak właśnie czuł się ojciec, kiedy spojrzał mi w twarz...
— Po co był ci potrzebny? Dlaczego do swojego rytuału, czy cokolwiek to jest, musisz użyć żywego czarodzieja?
— Żeby ocalić Aloszę i jego siostry.
Nieruchomieję i ze zdziwienia otwieram szeroko oczy.
— Jak?
— To odwieczna magiczna tradycja na Syberii. Jej nazwa nie ma bezpośredniego tłumaczenia na język angielski, ale przypuszczam, że najbliższe byłoby określenie „magia domu”. Fundament budynku jest potężny i święty. Czarodziej może osiągnąć wiele przez nałożenie zaklęć ochronnych na drewniane belki, kamień i zaprawę. Pewne magiczne artefakty umieszcza się w ścianach i podłogach. Człowiek dysponujący wielką mocą potrafi z nich korzystać i za ich pośrednictwem wpływać na wszystko, co pojawi się powyżej fundamentu nawet z dużej odległości. W ten sposób dałem Aleksandrze Olgę, mimo że jej mąż miał słabe nasienie.
Ostatnie słowo wypluwa, jak gdyby było kawałkiem zepsutego mięsa.
Uśmiecham się i potrząsam głową.
— Tak, teraz wszystko jasne, maska opadła. Gdyby tylko Mikołaj wiedział, że jest rogaczem, a starzec, którym tak szczyci się jego rodzina, to w najlepszym wypadku cudzołożnik, a w najgorszym gwałciciel. I na dodatek jeszcze morderca.
Co zdumiewające, w oczach Mefodija rozbłyskują emocje. Czuję, że jego wola próbuje przebić się przez zaklęcie jak dźwięk odległego grzmotu w leniwe letnie popołudnie.
— Ach, prawda boli, co? — mówię, rzucając mu w twarz jego własne wcześniejsze słowa.
— Nie jestem gwałcicielem — odzywa się chrapliwie. — Nigdy nie dotknąłem jej inaczej niż z miłością i najgłębszym szacunkiem. Oddała serce temu żałosnemu człowiekowi, bo był jej kuzynem i miał tę samą pozycję społeczną oraz pochodzenie. Tego lata, które spędziłem w jej rodzinnym majątku w Jarosławiu jako służący, nawet na mnie nie spojrzała.
Wywracam oczami.
— Proszę, oszczędź mi banalnych, romantycznych szczegółów. — Nie umyka mi złośliwość zawarta w moim głosie. Gdyby Nott mógł mnie teraz słyszeć, wszystkie jego uprzedzenia zostałyby potwierdzone. — Piękna i wyniosła dama oraz ponury chłopiec stajenny — ciągnę szyderczo. — Jakież to urocze. I jakie cholernie przewidywalne. Czy dlatego tak bardzo chciałeś mnie wypieprzyć? Pragnąłeś posmakować arystokratycznej dupy, której odmówiono ci, gdy byłeś nastolatkiem?
Czuję, jak ponownie zalewa mnie oślepiająca wściekłość i zanim zdaję sobie sprawę, co robię, uderzam go mocno w twarz i rozbijam mu wargę. Nie opanowałem się i wiem, że naprawdę go zraniłem. Mefodij nie robi nic, tylko na mnie patrzy. Gniew opuszcza mnie równie gwałtownie, zastąpiony wstrętem do samego siebie. Czyżbym w ciągu ostatnich lat nie nauczył się nad sobą panować? I nie krzywdzić bezbronnych ludzi, których mam w swojej mocy? Czy nie udowodniłem sam sobie, że jestem Draco — nie Lucjuszem — Malfoyem?
Mefodij unosi rękę do ust i krzywi się, dotykając szczęki. Bez wątpienia ją złamałem. Zniesmaczony własnym zachowaniem uzdrawiam go za pomocą prostego zaklęcia. Umożliwi mu to mówienie, ale nie zlikwiduje bólu. Ani upokorzenia. Ono będzie towarzyszyło mu jeszcze długo po tym, jak uwolnię go spod Imperiusa. Znam to z doświadczenia.
Kiedy wreszcie się odzywa, wypowiada tylko jedno słowo:
— Nie.
Jednak przez moją głowę przepłynęło już tak wiele myśli, że nie pamiętam, o co pytałem.
— Co nie?
— Nie dlatego chciałem cię pieprzyć.
Przyglądam mu się uważnie.
— Pragnąłem się dowiedzieć, jak to jest — kontynuuje tym samym, irytująco pozbawionym emocji tonem. — Być tak kochanym.
Znów długo na niego patrzę, po czym odchodzę na drugi koniec pokoju. Opieram o ścianę dłonie i czoło, próbując opanować nudności.
— To nie takie proste — mówię do chłodnego, szorstkiego tynku. Biorę kilka głębokich, uspokajających oddechów, zanim znów odwracam się w jego stronę. — Miłości nie możesz sobie wziąć — odzywam się stanowczo. — Nie możesz tak po prostu jej zażądać, jakby ci się należała. Na miłość musisz zasłużyć, wylewając przy tym cholerną krew, pot i łzy!
Zdaję sobie sprawę, że sam już nie wiem, do kogo adresuję te słowa. A że nie zadałem pytania, Mefodij nie reaguje. Zmuszam się do spokoju.
— Gdybym się dzisiaj z tobą pieprzył, oddałbyś mi Harry’ego?
— Nie.
Gapię się na niego, na moment pozbawiony umiejętności artykułowania słów.
Nie? — powtarzam z nieukrywanym niedowierzaniem w głosie.
— Miałem taki zamiar, ale potem ujrzałem mojego małego chłopca krwawiącego w ramionach matki. Znalazł kawałek szkła z kieliszka, który rozbiłeś...
Silencio!
Już po czasie zdaję sobie sprawę, że wystarczyłoby zwykłe „zamknij się”. Ale jego słowa przypomniały mi nieme błaganie wypisane na przerażonej drobnej buzi, gdy Alosza stracił w pociągu ząb. A dzisiaj krwawił znowu przez coś, co ja zrobiłem, nieważne że przypadkowo... Czuję, jak gardło zaciska mi się boleśnie, i z wysiłkiem przełykam ślinę, żeby je rozluźnić.
Finite Incantatem — mówię, kiedy wreszcie odzyskuję głos. Mefodij patrzy na mnie cierpliwie, gdy zaczynam przed nim spacerować. — Czyli zamierzałeś mnie wydymać dosłownie i w przenośni. — Mój sarkastyczny, brzmiący niemalże jak szczekanie śmiech sprawia, że wzdryga się w sposób prawie satysfakcjonujący. — I co potem?
— Chciałem połączyć cię z twoim ukochanym. Skoro nie mogłem ci go oddać, to przynajmniej dałbym ciebie jemu.
Zatrzymuję się i wbijam w niego oczy.
— Ach, więc ja i Harry spalibyśmy w swoich ramionach na tym wygodnym łóżku w piwnicy.
Jego twarz natychmiast przybiera wyraz szczerego i nieskrywanego zaskoczenia. Chichoczę.
— Och, nie zorientowałeś się, że go znalazłem? Byłem pewien, że właśnie z tego powodu tak złośliwie się uśmiechałeś, kiedy zobaczyłeś mnie w płaszczu... — kręci przecząco głową — ...bo chyba tak naprawdę nie uwierzyłeś, że spaceruję po ogrodzie w środku śnieżnej zamieci?
— Myślałem, że kontaktowałeś się z przyjaciółmi.
Unoszę brew.
— Czyli uważasz, że działam we współpracy z innymi brytyjskimi czarodziejami w Irkucku?
Marszczy czoło wyraźnie zdezorientowany.
— Oczywiście. Dlaczego miałoby być inaczej?
Zadziwiam nas obu kolejnym napadem głośnego, chrapliwego śmiechu.
— Och, Mefodij. — Chichoczę z wymuszoną wesołością. — Nie masz bladego pojęcia...
Urywam, bo własne słowa coś mi nagle uświadamiają. Mimo że nie jestem wtajemniczony w szczegóły, wiem, że drużyna posiada wysoko zaawansowany i niezawodny środek do monitorowania miejsca pobytu i fizycznej kondycji każdego z jej członków. Zapewne niebawem się zorientują, że Nott popadł w tarapaty, a że dokładnie wiedzą, gdzie go szukać...
Czuję napływ paniki. Jeżeli znajdą Notta i zdejmą z niego zaklęcie paraliżujące, powie im, co zrobiłem. I cholera wie, co jeszcze. A jeśli on wie, że Mefodij również znajduje się w tym domu, razem ze mną, to z pewnością wysnuje przypuszczenie...
— To, co zrobiłeś Harry’emu... — mówię szybko i stanowczo, opadając przed nim na kolana — cokolwiek to jest, wysysa z niego siły życiowe. — Nie reaguje. — Do diabła — syczę. Przez narastającą panikę zapomniałem, że muszę formułować zdania w trybie pytającym, bo inaczej nie odpowie. — Zaklęcie usypiające czy co tam rzuciłeś na Harry’ego. Sprawiło, że stał się niewykrywalny. Możesz to samo zrobić z innym czarodziejem? Albo powiedzieć mi, jak to zrobić? Pospiesz się, wyjaśnij mi to jak najszybciej!
— Sprawa wcale nie jest prosta. To nie jest odrębne zaklęcie, a część rytuału uzdrawiającego...
Nagle, jak gdyby ktoś wykrzyczał Lumos w ciemnym pokoju, w mojej głowie się rozjaśnia. Łapię Mefodija za ramiona i potrząsam nim nagląco jak niesfornym dzieckiem.
— Ten rytuał — warczę gwałtownie. — Na czym on dokładnie polega?
— Osłabia naczynie, jakim jest ciało czarodzieja, tak że jego wrodzona moc może zostać wyssana. Podobnie jak soki z drzewa, z tą tylko różnicą, że jej strumień można skierować do organizmu innego człowieka, żeby zwiększyć jego siłę.
Mimo pośpiechu i zniecierpliwienia czuję, jak wzdycham z podziwu nad prostotą i czystą genialnością tego, co właśnie usłyszałem.
— Jak długo znasz ten rytuał?
— Od wielu lat. Ale musiałem przeprowadzić mnóstwo prób i popełniłem sporo błędów. Pierwsi czarodzieje, których użyłem, umarli bardzo szybko... — Drżę z powodu zwyczajności tego wyznania. Jak gdyby wysysanie z czarodzieja jego sił życiowych i magii nie było niczym więcej niż wyciskaniem cytryny. — Ale wkrótce nauczyłem się, że proces potrwa dłużej, jeśli człowiek będzie w stanie podobnym do snu. Testowałem tę teorię przez kilka miesięcy, zanim odważyłem się ją wypróbować na Oldze. Przed nią jednak uzdrowiłem wielu syberyjskich czarodziejów. Przyniosłem ulgę w cierpieniu...
— Zamknij się! — wrzeszczę. — Jasne, jesteś szlachetnym pierdolonym uzdrowicielem. A co z czarodziejami, których zabiłeś albo zamieniłeś w charłaków? Czy oni nie zasługują na ulgę w cierpieniu, jak to określasz?
— Raniło mnie to głęboko — mówi. Unosi rękę i przez koszulę wbija palce w pierś, jakby chciał dosięgnąć nimi serca i zatamować krwawienie ukrytej rany. — Tak wielu doskonałych czarodziejów. Tutaj jednak nikt o nas nie dba. Amerykanie, Europejczycy, nawet czarodzieje mieszkający w zachodniej Rosji, Moskwie i Petersburgu. Wszyscy żałują naszych dzieci. Ale tak naprawdę wcale ich nie obchodzą...
— W samej tylko Wielkiej Brytanii żyje wielu utalentowanych magomedyków. Na pewno...
Jego oczy błyskają niepokojąco, więc ponownie sięgam po lusterko.
— Nie zamierzałem czekać, aż zatroszczy się o nas jakiś obcy, a dzieci... dzieci moje i Oleńki wykrwawią się na śmierć albo zmarnieją.
Patrzę na niego ze złością.
— Naprawdę wierzyłeś, Mefodij, tak w głębi serca, że takie sentymenty uczynią z ciebie mniejszego potwora?
— Jak możesz tak mówić? — dyszy. — I to akurat ty ze wszystkich ludzi? Spojrzałem w serce Oleńki i widziałem, jak trzymałeś w ramionach jej małego synka. Jak go kołysałeś, szeptałeś do niego i użyłeś własnej koszuli, żeby wytrzeć pot z jego twarzy! — Nagle rozpada się przede mną i klęka, praktycznie kładąc się z twarzą w dłoniach na moich kolanach. — Ci ludzie... oni sporo przeżyli — kontynuuje pomiędzy urywanymi oddechami. — Czarodziej, którego zastąpił twój Harry, jest ojcem dorosłych synów i córek. Najlepsze lata miał już za sobą. Jego pożądanie w stosunku do żony oziębło i wyblakło. Przyjemność czerpana z pracy przygasła. Przyjaźnie były płytkie. Serce smutne. Zaoferowałem mu szansę na ratunek. Poprzez poświecenie się dla większego dobra, dla dobra niewinnego dziecka! Powinien podziękować mi za możliwość...
— Ale... ale Harry... — mamroczę mu we włosy i nagle uświadamiam sobie, że go obejmuję i kołyszę delikatnie w nieświadomej próbie pocieszenia, dokładnie tak samo jak zrobiłem z jego synem...
— Płakałem nad nim — odpowiada z ustami tuż przy mojej szyi. — Nie chciał umierać. Pokazał mi ciebie, twoją twarz, twoje oczy, kiedy na niego patrzyłeś i myślałeś, że tego nie widzi. Pokazał mi łóżko z białą pościelą, okno otwarte na wiosenną bryzę i was dwóch, jak śpicie spleceni ze sobą, posiwiałych i szczęśliwych. Pokazał mi twoje drżące ręce, kiedy wyciągałeś je, by dotknąć jego brzucha, twoje usta czekające na pocałunek...
— Dosyć — charczę. Milknie i teraz słyszę jedynie jego nierównomierny, rwący się oddech. — Ale i tak mi go zabrałeś — odzywam się wreszcie głosem niewiele głośniejszym od szeptu. — I nie zamierzałeś zwrócić mimo... naszej umowy, prawda?
— On jest bardzo silny. — Mefodij wzdycha i rozluźnia się w moim uścisku jak gdyby pokonany zmęczeniem. — Wyssanie jego mocy zabrałoby całe lata. Mając go, nie potrzebowałbym już nikogo innego. Uważasz mnie za potwora, ale zabijanie nie sprawia mi przyjemności. Serce krwawiło mi za każdym razem i do dzisiaj ci ludzie nawiedzają mnie w snach...
— Ale zamierzałeś oddać mi Harry’ego? — powtarzam uparcie. Nagle niezbędne staje się dla mnie poznanie odpowiedzi na to pytanie. Poczułem coś, kiedy dotknął mnie w salonie. Pomimo braku obiektywizmu nie zniosę myśli, że to sobie wyobraziłem. Że wszystko było tylko podstępem. Kłamstwem.
— Tak — mówi. — Tak, zamierzałem.
Oddycham głęboko, nieświadomy nawet, że przestałem.
— A jednak zmieniłeś decyzję. — Milczy, więc formułuję zdanie pytająco. — Kiedy to się stało?
— Gdy poszedłem do Aloszy. I zobaczyłem go w ramionach Oleńki. Zrozumiałem, wobec kogo muszę być lojalny i to za wszelką cenę. Jednak mimo iż wiedziałem, że możesz być złym człowiekiem i prawdopodobnie spróbujesz mnie zabić nawet z moim ciepłym nasieniem w swoim organizmie, nie chciałem, byś umarł. Nie jesteś jak inni. Nawet jak twój Harry. Ponieważ w przeciwieństwie do nich ty jeszcze naprawdę nie żyłeś. W twoim sercu widzę, że ciągle jesteś małym chłopcem. Zupełnie jak mój Alo...
— Cisza — mówię ostrzegawczo. — Ani słowa więcej.
Całkowicie posłuszny milknie w moich ramionach.
Serce dudni mi boleśnie w piersi. Wplatam palce w ciemne włosy Mefodija, desperacko próbując udawać, że to Harry. Czuję, jakbym balansował na krawędzi głębokiej przepaści z przeświadczeniem, że jeśli przestanę wpatrywać się w jej otchłań, na pewno spadnę. Albo skoczę. Upominam się w duchu, że przecież nie mam czasu na takie myśli. Drużyna może tu dotrzeć lada moment...
— Zrobisz, co powiem — szepczę Mefodijowi do ucha. — Uwolnisz Harry’ego spod wpływu zaklęcia. Teraz. Jeszcze dziś w nocy.
Jęczy jak w agonii, a jego ciało sztywnieje, gdy stara się pokonać Imperiusa. Mimo iż wytrąca mnie z równowagi fakt, że jest w stanie wyczuć granice własnej woli poprzez klątwę, nie mogę nie podziwiać jego surowej siły i mocy.
— To ich zabije — charczy.
— Nie, nieprawda — odpowiadam ostro. — Obiecuję, że do tego nie dopuszczę. Zabiorę dzieci ze sobą do Londynu. Jestem bogaty. Dużo bogatszy niż Mikołaj i Aleksandra. Przysięgam ci, że wykorzystam każdego galeona, jakiego posiadam, na znalezienie dla nich lekarstwa. I nie spocznę, dopóki mi się nie uda. Osobiście zajmę się nadzorowaniem ich leczenia, a Aleksandra może zamieszkać we dworze. Jej mąż również, choć z twoich słów wynika, że on cię mało obchodzi...
Bełkoczę, dobrze o tym wiem. Ale nic nie mogę na to poradzić. Przecież na mój rozkaz uwolnienia Harry’ego Mefodij nie odpowiedział, że nie może tego zrobić. I choć nie powiedział też, że to będzie łatwe, teraz mam już pewność, że to możliwe. Jestem tak blisko. Tak blisko, aż znowu usłyszę głos Harry’ego...
— Nie, ty nic nie rozumiesz! — szlocha Mefodij, zaskakując mnie strachem i rozpaczą rozbrzmiewającymi w jego głosie. — Przerwanie rytuału zabije ich w ciągu godziny!
Na równi sfrustrowany i zdezorientowany odpycham go mocno od siebie, tak że uderza plecami w łóżko.
— Raczysz mi coś wyjaśnić? Sytuacja przedstawiała się tak samo, kiedy obiecałeś mi zwrócić Harry’ego, jeśli się z tobą prześpię?
— Zamierzałem znaleźć czarodzieja, który go zastąpi — odpowiada. — Gdyby ktoś inny zajął jego miejsce, mógłbym go uwolnić bez szkody dla dzieci.
— A jak chciałeś tego dokonać jeszcze dzisiaj? Tak po prostu pstryknąłbyś palcami i zjawiłby się kolejny czarodziej? — Milczę przez chwilę. — Chyba że masz już kogoś na myśli... może Mikołaja?
Jego oczy migoczą ponownie.
— Nie — warczy przez zaciśnięte zęby. — Nie jego. Chociaż często o tym marzyłem. Doskonała zemsta... — Przerywa, siada i wygładza szaty, a niewielka część mnie podziwia jego prostą, wrodzoną godność. — Nie skrzywdzę Mikołaja. Głównie dlatego, że jest zbyt słaby, żeby utrzymać dzieci przy życiu przez dłuższy czas... może miesiąc. Ale także... — znów przerywa i wzdycha z rezygnacją. — Oleńka go kocha — wyjaśnia w końcu. — Zawsze go kochała. Ich miłość nie jest głęboka, za to czysta i niewinna. Razem dorastali. On nigdy nie powiedział jej złego słowa. Uwierz mi, dobrze to wiem. Kiedyś modliłem się, by tak zrobił, a wtedy miałbym powód, żeby mu ją odebrać. Ale nie zrobił.
— Na pewno był zły, kiedy się dowiedział, że jest w ciąży z twoimi dziećmi.
Uśmiecha się do mnie ze smutkiem.
— On o niczym nie wie. Żadne z nich nie wie. Wypracowałem sobie na Syberii opinię uzdrowiciela. Przyszli do mnie, kiedy zaczęli się obawiać, że są bezpłodni. Nie mogłem uwierzyć, że znowu ją spotkałem, mimo że ona mnie nie poznała. Moja Oleńka. Z powodu braku dziecka miała złamane serce. Od razu wiedziałem, że nie mogę im pomóc. Że nasienie Mikołaja jest słabe. Ale nie potrafiłem znieść widoku jej cierpienia. Mieszkałem tu z nimi przez kilka miesięcy. I każdej nocy wylewałem własne nasienie na podłogę piwnicy, wyobrażając sobie jej twarz...
— Dobrze, wystarczy mi szczegółów — przerywam mu, myśląc o Harrym w tych samych pomieszczeniach. Nie miałem ochoty na wyobrażanie sobie, że sperma Mefodija, nieważne, że tylko wyimaginowana, znalazła się w jego pobliżu. — Czyli nie zamierzałeś użyć Mikołaja. W takim razie kogo? Może mnie?
Kręci głową.
— Nie. Już ci mówiłem. Zajrzałem do twojego serca i nie chcę, byś umarł.
— Więc kogo? — pytam. Ponownie ogarnia mnie irytacja i panika.
— Nie wiem — odpowiada sfrustrowanym głosem. — Niczego nie planowałem! Wchodząc wieczorem do jadalni, nie spodziewałem się, że zobaczę tam ciebie. Naprawdę nie wiem. Myślałem, że przekonam cię, żebyś poczekał kilka dni, a ja w tym czasie znalazłbym innego czarodzieja. Może któregoś z przyjaciół Harry’ego...
Nagle przychodzi mi do głowy pomysł. Rozwiązanie tej pozornie nierozwiązywalnej sytuacji. Wybucham głośnym śmiechem i znowu łapię Mefodija za ramiona. Patrzy na mnie nic nierozumiejącym wzrokiem.
— Oczywiście! — krzyczę. — Oczywiście! Czemu wcześniej o tym nie pomyślałem? To pomoże nam obu. — Czuję ulgę tak wielką, że ściskam Mefodija mocno. — Mam dla ciebie czarodzieja — mówię. — I jest dokładnie tam, gdzie go potrzebujesz.

***


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Yuriko-chan » 19 sie 2012, o 13:34

haha Nott giń i tak cie nie cierpię! i super, to mi sie podoba wymiana Harry'ego za Notta :D oczywiście musiał się wtrącać w nie swoje sprawy to teraz niech płaci!

Teo leżał na plecach, wpatrując się w słabo oświetlony strop i słuchając, jak gdzieś nad nim po lewej stronie Draco Malfoy składał pocałunki na twarzy Harry’ego i szlochał jak szaleniec nad jego piersią.


świetny moment, tak beznamiętny opis spetryfikowanego Notta w porównaniu z opisem emocji Draco na początku kolejnego rozdziału. Przy opisie Harry'ego pachnącego snem, aż poczułam ten charakterystyczny uścisk żołądka, kiedy myślisz o osobie, którą kochasz, a która leży tak bezbronna pod twoja opieką... sama troska i miłość... ale denerwuje mnie zachowanie Draco w stosunku do Mefodija, chciał mu dać bardzo dużo mimo obrzydzenia (może to swego rodzaju poświęcenie) ale nie mam pojęcia czemu założył, że Rosjanin będzie fair. To głupota była. Cieszę się, że udało mu się rzucić tego Imperiusa uff :D może teraz wszystko się odkręci.

Wyjaśniło się też jakim uzdrowicielem jest Mefodij, jak nie szlachetne kierują nim pobudki (dobro dzieci, ukochanej (kto by się spodziewał, że to Olga?!)) to jednak nie zważa w ogóle na to, jakie zło wyrządza. Nie rozumiem, czemu życie tych dzieci miałoby być cenniejsze niż tych ludzi, których poświęcił. Ehh ten Harry, tez się wplątał w takie tarapaty... Pięknie Mefodij opowiadał o tym, co Harry czuje do Dracona... Strasznie wzruszające :D kocham tą parę po prostu, mam nadzieję, że będzie jeszcze trochę ich codziennego życia, a nie tylko urywki wspomnień :( dziękuje Ci Kaczalko, że tak dzielnie i fajnie nam tłumaczysz :P

PS. całkowicie się zgadzam z Akame, że autorka przekazuje emocje w wręcz porażający sposób, a Tobie udaje się to pięknie przekazać :) to drarry jeśli będzie miało dobre zakończenie będzie dla mnie prawie jak srebrna tkanina czy pogrążeni w szarości a może nawet lepsze :D
Ostatnio edytowano 3 wrz 2012, o 21:58 przez Yuriko-chan, łącznie edytowano 1 raz
Yuriko-chan Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 8
Dołączył(a): 11 gru 2011, o 17:02
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Avet » 3 wrz 2012, o 11:38

Nie wiem co ma w sobie to opowiadanie, że siedzę przy nim od tygodni, każdy rozdział czytając kilka godzin, zaczynając, odchodząc na dzień czy dwa i wracając. I najdziwniejsze jest to, że muszę wracać, że nie mogę o nim po prostu zapomnieć. Może to przez magiczne opisy Rosji, "światło księżyca na śniegu", miłość Draco do Harrego - coś co jest jakby jedynym jasnym punktem w jego życiu, coś co jest pełniejsze i piękniejsze od historii Romea i Julii.
Nie ma tu miejsca na zbędne słowa, na bezsensowne wypowiedzi, na brak logiki. Wszystko jest tak niesamowite, że ... ach!
Nie podobały mi się sceny erotyczne, bo były tak bardzo realne, że czasem musiałam dać odpocząć przegrzewającym się trybikom w mózgu. Czułam się wtedy jakbym robiła cos złego, jakbym ich podglądała, zupełnie jak Nott.
Wizja Mefodija starającego się uratować rodzinę (przez to staje się bardziej realistyczny od samego Voldemorta, który pojawiał się zawsze na koniec roku szkolnego, zabijał dla własnego widzimisię a przy tym był tak bardzo nieludzki, że czasem zastanawiałam się, co śmierciożercy w nim widzieli) jest... dziwna, ale nie straszna.
Czemu życie dzieci miałoby być cenniejsze niż życie tych ludzi? Bo on kochał te dzieci, bo one jeszcze nic nie przeżyły, bo były niewinne i bezbronne, a według niego zasługiwały na wszystko co najlepsze. W trakcie czytania XV rozdziału zaczęłam się zastanawiać, czy Mefodij rzeczywiście jest Zły. Wybierał ludzi, którzy przeżyli swoje życie, którzy wypalili się, którzy nie oczekiwali już nic więcej, a potem pozwalał im zasnąć. Malfoy zrobił to samo dla Harrego - poświęcił Notta.
Więc tak sobie myślę... gdzie jest granica dobra i zła?
Czekam niecierpliwie na kolejne części z nadzieją, że przyniosą odpowiedzi na moje pytania i przypuszczenia, choć pewnie czytanie zajmie mi dobrych kilka dni ;)
Pozdrawiam :)
.Traicit et fati litora magnus amor.
Avet Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 383
Dołączył(a): 24 cze 2012, o 13:23
Lokalizacja: Krk

Postprzez Kaczalka » 5 wrz 2012, o 20:01

Część XVI


Po raz pierwszy od ponad tygodnia Neville spał mocno i bez snów, nie używszy w tym celu eliksiru. Jednak kiedy usłyszał szaleńcze walenie do drzwi swojej sypialni, zrozumiał, że nie będzie mu dane pozostać w tym błogim stanie do rana.
— Co się stało?! — zawołał zaspanym głosem, jednocześnie po omacku szukając różdżki na zagraconym nocnym stoliku.
— To Teo! — wrzasnęła Elizabeth. — Rzucono na niego jakieś zaklęcie i prawdopodobnie został ranny! Ma problemy z oddychaniem!
— Idę po niego! — krzyknęła Luna dokładnie w tej samej chwili, w której Neville dotknął powierzchni gładkiego drewna.
Lumos! — rzucił i zaraz dodał: — Nawet się nie waż, Lovegood!
Wygramolił się z łóżka, zdjął piżamę i sięgnął po ubrania, które poprzedniego wieczoru przewiesił przez oparcie krzesła. Wychodząc z sypialni, wciąż szarpał się z przeciąganym właśnie przez głowę swetrem, tak że prawie zderzył się ze stojącymi po drugiej stronie drzwi kobietami. Kiedy wreszcie odgarnął z twarzy włosy, spojrzał z niepokojem na przyjaciółki. Luna najwyraźniej płakała. Jej oczy i nos były nienaturalnie czerwone na tle bladej twarzy.
— W porządku, mówcie.
— Jego płomień zamigotał — wyjaśniła Luna. — Stąd wiedziałam, że dzieje się coś niedobrego. Obudziłam Elizabeth i wspólnie doszłyśmy do wniosku, że Teo musiał zostać przeklęty, najprawdopodobniej oszołomiony. Jest teraz w jednym z domów, które wczoraj mijaliśmy... — Zaczęła wykręcać dłonie, wciskając je bezradnie w zbyt długie rękawy. — To wszystko moja wina — powiedziała z oczami pełnymi łez. — Byłam na niego zła i pozwoliłam, żeby poszedł sam...
— Cholera — mruknął Neville pod nosem.
Nie znowu. Od wielu dni słuchał, jak Teo zadręcza się z powodu śmierci Harry’ego. Całe to roztrząsanie, co by było gdyby. Z doświadczenia dobrze wiedział, że gorsze od utraty członka drużyny jest tylko przekonanie, że to twoja wina...
— Luna — odezwał się, chwytając ją za ramiona i zmuszając, żeby na niego popatrzyła. — Nie zrobiłaś nic złego. Takie gadanie w niczym nam nie pomoże. Teraz masz wziąć głęboki oddech i spróbować się uspokoić. To ty wśród nas zawsze zachowujesz zimną krew — dodał łagodniej. — Nie możesz się teraz załamać. Rozumiesz? — Kiedy posłusznie nabrała powietrza i skinęła głową, Neville puścił ją i zwrócił się do Elizabeth: — Dobrze, oto co zrobimy. Lizzie, idziesz ze mną. Ty, Luna, obudzisz Fairbanksa, Kruma, Watson i Higglebee’ego... — Uniósł rękę, widząc, że Luna otwiera usta. — To ja jestem tutaj szefem, nie kłóć się ze mną. Wprowadzisz resztę w szczegóły i poinformujesz ich, że ja i Elizabeth zaczęliśmy sami. Macie pozostać w mieszkaniu na wypadek, gdyby to była dywersja, a jedna osoba niech pójdzie sprawdzić magazyny nad rzeką. Przygotujcie się do ewentualnej konfrontacji z Mefodijem i ruszcie za mną i Lizzie. Polecam Kruma, ma więcej cierpliwości niż ty — dodał i mrugnął, nieporadnie starając się złagodzić napięcie.
Luna przytaknęła.
— Dziękuję, Neville — powiedziała cicho i już bez słowa odeszła, żeby obudzić pozostałych.
— Ruszajmy — rzucił Neville do Elizabeth. — Jeśli to powtórka sytuacji z Edem i Harrym, to nie mamy czasu do stracenia. Pójdziemy bez zbędnego obciążenia, niech inni przyniosą grubszy sprzęt. Poczekaj na mnie na zewnątrz. Ubiorę się i zaraz do ciebie dołączę.
Elizabeth chwyciła płaszcz i pobiegła do drzwi, a Neville szybkim krokiem poszedł do pokoju na końcu korytarza. Do starej sypialni Harry’ego. Uklęknął przed niewielkim, usmolonym kominkiem i wziął głęboki oddech.
— Hermiono — zawołał cicho, mrugając z powodu rozżarzonych węgielków w jej palenisku. Zobaczył ciemną, drewnianą podłogę w ich ulubionym salonie, nogi fotela Hermiony, tego samego, który zabrała od rodziców, kiedy ci po przejściu na emeryturę przeprowadzili się ze swojego domu do mniejszego mieszkania... — Hermiono! — powtórzył głośniej.
Wreszcie dostrzegł praktyczne, brązowe buty i rąbek szaty, gdy Hermiona szła przez pokój w kierunku kominka.
— Neville? — powiedziała, opadając na kolana.
Widząc na jej ramieniu kuchenną ścierkę i resztki mydlin na nadgarstku, Neville uśmiechnął się ze ściśniętym gardłem. W pośpiechu przemknęło mu przez głowę, jak bardzo był stęskniony. Za nią i ich spokojnymi wspólnymi wieczorami...
— Tak, to ja — odpowiedział szorstkim głosem. Zakaszlał lekko, zanim kontynuował. Co do rozmów tego rodzaju ustalili między sobą kilka zasad i według pierwszej z nich płacz był niedopuszczalny. Pod żadnym pozorem.
— Zamierzacie go zaatakować, prawda?
Neville jedynie kiwnął głową.
— Teo ma kłopoty. Założę się, że to jego sprawka.
Twarz Hermiony posmutniała.
— Czyli to jedna z tych rozmów.
— Obawiam się, że tak.
Przez chwilę oboje milczeli. Mimo że podobnie działo się za każdym razem, Neville miał ochotę wrzasnąć „Pieprzyć to!” i aportować się do domu tak szybko jak to możliwe.
— Bądź ostrożny.
— Wiesz, że będę — odparł Neville według dobrze im znanego scenariusza. — Cóż, muszę...
— Poczekaj!
Neville posłuchał, zaskoczony niespodziewanym przypływem emocji, jaki zobaczył na twarzy Hermiony.
— O co chodzi?
— Jest coś, co musisz wiedzieć. Coś... och, do diabła!
— Hermiono, co się stało? — zapytał ostro, coraz bardzie zaniepokojony.
— Malfoy — odparła pospiesznie. — On tam pojechał. Do Irkucka...
Co?!
— Słyszałeś — powiedziała szorstkim ze strachu głosem. — Pojechał tam odnaleźć Harry’ego. Nie wiem, czy mu się udało, co zrobił i co jeszcze planuje. Ale obiecaj mi... przez wzgląd na Harry’ego, że nie pozwolisz, żeby cokolwiek mu się stało.
— Idiota! — Neville potrząsnął głową. — Co on sobie wyobrażał?
— Myślę, że ktoś jeszcze, i to bardziej niż Malfoy, winien jest podobne wyjaśnienie — odparła Hermiona z goryczą.
— O czym ty mówisz? — zapytał Neville ze szczerym zdumieniem.
— O...
Nagle dobiegł go odgłos kroków na schodach. Ktoś zawołał go po imieniu.
— Muszę iść. Porozmawiamy później.
Oczy Hermiony napełniły się łzami.
— Hermiono, proszę — jęknął Neville. — Łamiesz zasady...
— Tak, masz rację — zgodziła się, przełykając szloch. — Najpierw Ron, potem Harry. Nie mogę stracić i ciebie...
Nie stracisz mnie — przerwał jej Neville stanowczo. — Obiecuję.
— Jasne. Zawsze to powtarzacie — odparła głucho i z uśmiechem pozbawionym cienia wesołości wstała i wyszła z salonu.
Neville klęczał przy kominku, dopóki nie zniknęła mu z oczu. W końcu wstał i otrzepał spodnie z popiołu. Czuł się pusty i chory bardziej nawet niż zwykle w takich sytuacjach. Opuścił Anglię tak szybko po tym, jak dowiedzieli się o Harrym, że nie mieli z Hermioną czasu porozmawiać, a przynajmniej niezbyt długo. Załamywała się pod wpływem stresu. Każdy z nich się załamywał! Ale widok Hermiony tak zrozpaczonej wstrząsnął nim do głębi. To ona zawsze była jego siłą. Jego odwagą. Nawet w szkole, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziała...
Neville potarł twarz dłońmi. Być może dzisiaj wszystko się skończy i będą mogli wrócić do domów. Miał nadzieję, że cali i zdrowi. Westchnął i sięgnął po płaszcz.

Elizabeth czekała na niego na chodniku. Padający śnieg był tak gęsty, że zdążył pokryć grubą warstwą jej czapkę i ramiona. Przestępowała z nogi na nogę i pocierała ręce.
— Kurwa, ale zimno — powiedziała.
— Hermiona właśnie mi powiedziała, że Malfoy tu jest — poinformował ją Neville bez wstępu. Ku jego zaskoczeniu Elizabeth jedynie przytaknęła.
— Jakoś wcale mnie to nie dziwi.
— Nie?
Roześmiała się.
— Nie. Nie chodziłam z nim do szkoły jak ty i Teo, więc nie wiem, jaki jego obraz macie w głowach. I przyznaję, że nie znam go zbyt dobrze, ale mogę stwierdzić, że jeszcze nigdy w życiu nie widziałam nikogo tak zakochanego.
— Dlaczego, do cholery, nie nawiązał z nami kontaktu?
— Może dlatego, że nie uważał, że będzie tu mile widziany.
— A może dlatego, że ma własne plany... — mruknął Neville, chociaż nagle przyszło mu do głowy, że jeśli Draco naprawdę miał swoje plany, Hermiona ewidentnie o nich wiedziała. — Nieważne — rzucił. — Chodźmy odnaleźć Teo. Spojrzałem na mapę i mniej więcej wiem, gdzie znajduje się ten dom. Jesteś gotowa do aportacji?
— W każdej chwili, szefie — odparła Elizabeth z typową dla siebie delikatną kokieterią.
— Dobrze — powiedział Neville z uśmiechem. — Więc w drogę.

Nie patrzę na Notta.
— Kim on jest? — pyta Mefodij, klęcząc i oświetlając różdżką twarz leżącej postaci. — Ach, kolejny angielski czarodziej. Jeden z przyjaciół Harry’ego, tak?
Na dźwięk imienia Harry’ego spoglądam na wciąż pogrążoną we śnie sylwetkę. Przekręcił się na bok i teraz jest zwrócony w naszą stronę plecami. Mojej radości nie umniejsza fakt, że nie uświadamia sobie naszej obecności.
— Pracowali razem — odpowiadam szorstko. — Ale nie uważam, że można ich nazwać przyjaciółmi. Nott nienawidził Harry’ego w szkole.
Wstydzę się swoich słów. Dobrze wiem, jak bardzo Harry lubił Notta, a jego charakterystykę jako ucznia równie dobrze można by zastosować do mnie.
— Nie jest tak silny jak Harry, ale będzie się nadawał. — Mefodij wstaje i rusza w stronę łóżka.
— Co robisz?! — krzyczę.
Odwraca się i patrzy na mnie w zdumieniu.
— Sprawdzam tylko, co z Harrym.
— Proszę... Proszę, nie dotykaj go. Jeśli musisz go poruszyć, powiedz mi i ja sam to zrobię.
Przygląda mi się przez dłuższą chwilę z nieczytelną w słabym świetle miną. Zastanawiam się, czy Imperius przestaje działać. Mefodij jest pod jego wpływem już co najmniej godzinę.
— Dobrze — zgadza się w końcu. — Nie będę mu przeszkadzał.
Wzdycham z ulgą i uświadamiam sobie, że nie jestem w stanie patrzeć na nikogo poza Mefodijem. Ani na Notta, ani na tył głowy Harry’ego.
— Pospiesz się i miejmy to już za sobą — warczę.
— To delikatna procedura. Nie wystarczy tak po prostu machnąć ręką. Musisz zrozumieć, że życie wielu osób zawiśnie na włosku. Dzieci... Tego człowieka... Twojego Harry’ego. Mojej Oleńki. Gdyby choć jedno...
— Czy ona wie? — przerywam mu. — Wie... o tym? — Wskazuję na łóżko i Harry’ego, ale nie kieruję tam wzroku.
— Nie — odpowiada. — Częścią umowy między mną a nią i Mikołajem jest warunek, że nie będą dochodzili, jakie stosuję... metody. I nigdy tu nie przyjdą. Piwnice należą do mnie. Wiedziałbym, gdyby tutaj zeszli.
Parskam z drwiną.
— Ty i twoje mroczne sekrety. Tuż pod ich stopami.
Zaskakuje mnie i uśmiecha się lekko z rozbawieniem.
— Dokładnie. Ale kiedy oferujesz rodzicom lekarstwo dla ich dzieci, nie istnieje nic, na co się w zamian nie zgodzą.
Niespodziewanie przychodzi mi do głowy moja własna matka — i Harry — więc tylko przytakuję na zgodę.
— Chcesz, żeby go podnieść na łóżko? — pytam, brodą wskazując Notta.
— Nie, ale powinien leżeć nieco powyżej podłogi. Stół byłby idealny.
Rozglądam się wokół za czymś odpowiednio dużym do transmutacji, ale niczego takiego tu nie ma poza łóżkiem, w którym Harry...
— Byłoby łatwiej, gdybyśmy zabrali go na piętro do jednej z jadalni — mówi Mefodij.
— Dobrze. Zabierz go, a ja za chwilę do was dołączę.
Nagłe pragnienie, żeby wtulić twarz w szyję Harry’ego, jest przytłaczające. Czuję się chory i taki zmęczony...
Odwracam się gwałtownie, kiedy słyszę, że Mefodij wlecze sparaliżowanego Notta po szorstkiej podłodze.
— Co ty wyprawiasz?!
Zatrzymuje się i patrzy na mnie.
— Zabieram go na górę, jak kazałeś.
— Na litość Merlina, nie tak — mówię, czując powracającą falę nudności.
— A jaką mam alternatywę? Zabroniłeś mi używać magii...
— Och, świetnie — warczę.
Gdybym nie wiedział, że czas — i cenna okazja — uciekają z każdą mijającą sekundą, może byłbym rozbawiony tą sytuacją. Bo to przecież całkiem śmieszne, że jeden z najpotężniejszych czarodziejów, jakich w życiu spotkałem, nie może rzucić prostego zaklęcia lewitującego bez mojej zgody.
Evanesco — mówię, w głowie przywołując obraz jadalni, w której byliśmy wcześniej, i Nott znika bez jednego dźwięku. — Chodźmy — nakazuję krótko.
— Nie pocałujesz Harry’ego?
— Nie — odpowiadam, patrząc Mefodijowi w oczy. — Nie, dopóki śpi i nie wie, że to ja go całuję. — Ale przed podejściem do łóżka i dotknięciem czoła Harry’ego nie potrafię się powstrzymać. — Wszystko będzie dobrze — szepczę tak cicho, że tylko on może mnie usłyszeć. — Obiecuję.
Obracam się do Mefodija i już bez słowa idziemy w stronę wewnętrznych schodów, które pokazał mi wcześniej. Część mnie — ta część, która przeżyła już następne kilka godzin, cieszy się, że nie będę musiał narażać Harry’ego na brnięcie w głębokim śniegu. Prawdopodobnie zbudzi się słaby i głodny...
— Jak on będzie się czuł? — pytam. — Jak Harry będzie się czuł po przebudzeniu?
Mefodij nie patrzy na mnie.
— Będzie pozbawiony magii — odpowiada bez wahania.
— Co?! — krzyczę. — Zostanie charłakiem?!
— Nie. Kilka dni zabierze mu powrót do sił, a odzyskanie kontroli nad magią zapewne jeszcze dłużej. Ale postaram się pomóc. Już wcześniej z powodzeniem uwalniałem czarodziejów spod tego zaklęcia i przywracałem im pełną moc...
— Jakże miło z twojej strony — parskam.
— Nie zamierzam używać czarów, których działania do końca nie rozumiem — mówi wyniośle.
— Oszczędź mi tej hipokryzji — nakazuję, a on posłusznie milknie.
Pokonujemy wąskie betonowe schody, po czym Mefodij prowadzi mnie przez niekończące się korytarze, mijając portrety śpiące w swoich ramach. Zastanawiam się, ile jeszcze czasu zostało do rana.
— Będziesz w stanie zrobić wszystko, zanim domownicy się obudzą? — pytam.
— Mam nadzieję. Zamiana może nie przejść gładko dla dzieci, więc wolałbym, żeby spały.
— Może powinieneś wyjaśnić mi zasady rytuału — mówię. — Gdyby coś poszło nie tak, mógłbym pomóc...
— To zbyt skomplikowane. Opracowanie każdego aspektu zajęło mi lata. Moi uczniowie znają części procesu, ale tylko ja wiem, jak wykonać go od początku do końca.
— Cudownie — rzucam drwiąco. — Czyli szkolisz syberyjskich czarodziejów na kolejnych czarnych panów.
— Jesteśmy uzdrowicielami, nie panami. Nie szukamy władzy ani bogactwa, tylko możliwości przyniesienia ulgi w cierpieniu.
Na język ciśnie mi się tysiąc odpowiedzi, ale to nie miejsce ani czas na debatę na temat etyki czarnej magii i jej używania. Zwłaszcza z człowiekiem, który prawdopodobnie nie dzieli ze mną tych samych podstawowych wartości. Wystarczająco trudno osiągnąć pod tym względem jednomyślność wśród czarodziejów w samej tylko Wielkiej Brytanii...
— Nauczam innych, bo po mojej śmierci ktoś musi wiedzieć, jak kontynuować lub zakończyć rytuał. Jeśli czarodziej będący źródłem mocy umrze, dzieci umrą razem z nim. Są ze sobą połączeni. Związani. Jedynym sposobem, żeby uwolnić źródło bez mojej pomocy, jest zabicie dzieci. A chyba domyślasz się, czemu takie rozwiązanie mnie nie satysfakcjonuje. Zwłaszcza z obcymi czarodziejami tropiącymi mnie niczym wilka dla jego cennego futra.
Rzuca mi przez ramię ponure spojrzenie, a ja ponownie zastanawiam się, czy powinienem odnowić Imperiusa. Jednak kiedy się znowu odwraca, po raz kolejny analizuję jego słowa. Tak jak podejrzewałem, Mefodij jest jedynym człowiekiem, który może uwolnić Harry’ego i jeśli do tego czasu ucieknie albo umrze?... Przez moje ciało przebiega dreszcz, jak gdyby w żyłach krążyła lodowata woda zamiast krwi. Jedynym sposobem na uratowanie Harry’ego byłoby zamordowanie pięciorga niewinnych dzieci!
— Jak mogłeś im to zrobić? — pytam ze złością. — Nigdy nie prosili o...
— Do wielu rzeczy jesteśmy zdolni dla tych, których kochamy — odpowiada chłodno, nie zadając sobie trudu, żeby na mnie spojrzeć. — Ty najlepiej powinieneś o tym wiedzieć.
Tak. Ale... Nie kontynuuję myśli. Mimo wszystko, on ma rację. Gdybym kiedykolwiek wierzył w jakiś hipotetyczny świat, w którym istniałyby nieprzekraczalne — dla mnie samego — granice, niekończące się dni od chwili utraty Harry’ego dowiodłyby mi, że byłem w błędzie.
Wreszcie docieramy do malowanych drzwi jadalni. W głowie mi wiruje, gdy sobie przypominam, jak stałem tu zaledwie kilka godzin temu, ale w zupełnie innych okolicznościach. Mefodij naciska klamkę i obaj wchodzimy do środka wielkiego, wysokiego pomieszczenia, w którym cztery ogromne okna na dwóch ścianach cieniutką barierą odgradzają nas od szalejącej na zewnątrz zamieci.
Nott leży na końcu wielkiego stołu. Po raz kolejny okazuje się, że nie mogę na niego patrzeć. Chociaż prawdą jest, że się nienawidziliśmy, nigdy nie pragnąłem jego śmierci. Niekoniecznie dlatego, że w głębi duszy żywiłem do niego jakieś cieplejsze uczucia — po prostu nawet mnie na tyle nie obchodził. Jednak teraz, kiedy to ma się stać... Czuję, jak zaciska mi się gardło, i z trudem przełykam ślinę.
— Musisz anulować zaklęcie — mówi Mefodij. — Resztki jego mocy mogą zakłócić rytuał. Ten człowiek powinien spać albo być związany, nic więcej.
— Ja... chyba wolałbym, żeby spał — jąkam się, nie dbając o to, że wydam mu się słaby.
— W porządku — odpowiada. — Tylko upewnij się, że sen będzie głęboki i bądź gotów go oszołomić, jeśli się obudzi. I potrzebuję jego różdżki.
Przytakuję i wyciągam różdżkę Notta z kieszeni, w której trzymam lusterko Voldemorta. Niczym we śnie przemierzam pokój krokiem ciężkim i powolnym. I wreszcie staję przy Notcie i patrzę w dół na jego twarz. Odwzajemnia spojrzenie ciemnymi, pełnymi wściekłości i strachu oczami.
— Przykro mi — mruczę. — Ale widzisz, że nie mam wyboru.
Dwie łzy spływają po jego policzkach, a mnie zalewa fala poczucia winy i żalu, które są o wiele bardziej niż cokolwiek innego niebezpieczne i potencjalnie zabójcze dla mojej determinacji. Uspokajam się i biorę głęboki oddech.
Finite Incantatem — mówię, ale zanim powtórnie nabieram powietrza, żeby rzucić zaklęcie wiążące, rozlega się okrzyk:
Accio różdżka!
Zanim w ogóle uświadamiam sobie, że głos należy do Notta, już mam jej koniec przyciśnięty do gardła.
— Myślę, że słowem, którego szukasz, jest Incarcerous — syczy mi do ucha i niewidzialne sznury krępują moje ciało od stóp aż do głowy.
Nott popycha mnie brutalnie i opadam na jedno z krzeseł, po czym razem z nim przewracam się na podłogę z głośnym hukiem. Dźwięk zdaje się rozchodzić po cichym domu długimi falami echa. Mrugam, próbując otrząsnąć się z szoku i niedowierzania. Gdzieś nad sobą słyszę jęk bólu.
— Może i było ci przykro, Malfoy — sapie Nott, z wielkim wysiłkiem podnosząc się ze stołu i przykucając, żeby spojrzeć mi w twarz — ale jestem cholernie pewien, że zaraz przestanie.

— Tutaj!
Neville zmrużył powieki z powodu zacinającego ostro śniegu i uniósł dłoń do czoła, jak gdyby osłaniając oczy przed oślepiającym słońcem. Jednak mimo tej prowizorycznej ochrony nie mógł dostrzec nic poza zgarbioną sylwetką stojącą w miejscu, z którego dobiegał głos Elizabeth.
— Tu są schody! — krzyknęła. — I sygnatura Teo na zaklęciu odblokowującym drzwi!
Odwróciwszy się od okna, Neville z mozołem ruszył do przodu. Przysiągłby, że za ciemnym szkłem zobaczył grupkę poruszających się ludzi, ale równie dobrze mogło to być złudzenie wywołane przez wiatr. Może to tylko gałęzie drzew odbijały się w oknie albo skrzaty przygotowywały stół do śniadania.
Brnąc przez niesłabnący nawet na moment śnieg, starał się nie zwracać uwagi, że kosmyki włosów zlepiają się w lodowe strączki, a zimne płatki topią się na twarzy, po czym na powrót zamarzają i przyklejają zbyt długą grzywkę do skóry. W końcu dotarł do Elizabeth i stanął u szczytu zasypanej do połowy klatki schodowej, na której dnie znajdowały się ciężkie dębowe drzwi.
— Otwarte?
— Co?! — zawołała Elizabeth, mimo że znajdowała się zaledwie dziesięć kroków od niego.
— Zapytałem, czy są otwarte! — powtórzył, przekrzykując wiatr.
— Wyważano je przynajmniej dwa razy w ciągu ostatnich kilku godzin! A potem zamykano ponownie. Ale nie są zaryglowane. Chyba wystarczy zwykła Alohomora.
Gdy tylko wypowiedziała ostatnie słowo, drzwi stanęły otworem i Elizabeth przeleciała przez kamienną framugę prosto w ciemną otchłań. Neville skoczył za nią bez zastanowienia.
— Lizzie! Wszystko w porządku? — zawołał tak głośno, na ile się odważył, i już w następnej sekundzie potknął się o jej leżące na podłodze i trzęsące się od tłumionego śmiechu ciało.
— Cholera — wyszeptała, kiedy wreszcie udało jej się opanować napad wesołości. — Gdyby tylko Harry mógł zobaczyć, jak dzielnie radzę sobie w terenie. Momentalnie wylądowałabym razem z Higglebeem przy biurku.
Neville uśmiechnął się i pomógł jej wstać.
— Cóż, to nie tak, że Harry nigdy nie popełnił błędu. Albo kilku.
Elizabeth otrzepała płaszcz z brudu i śniegu, i przez kilka sekund machała różdżką tam i z powrotem w ciemności.
— Teraz nikogo nie ma, ale wcześniej przebywało w tych piwnicach... czy co to jest, kilka osób. Niezbyt dawno.
— Teo też?
— Tak — odparła. — Właściwie odkryłam jego ślady. Szedł tędy, wzdłuż tej ściany...
— Co on tu, do diabła, robił? — syknął Neville. — Żeby włamywać się do prywatnego domu...
Elizabeth odgięła rękę do tyłu i gestem nakazała mu, by zniżył głos.
— Jestem pewna, że miał swoje powody — szepnęła. — Nigdy wcześniej nie zrobił niczego kompletnie szalonego. Nie tak jak kiedyś Gwynn. Albo Hooper, więcej niż raz.
— Jeśli miał dobre powody, to czemu nie wrócił do mieszkania i nie poinformował reszty z nas? Dobrze wiedział, że nie zaakceptuję żadnej samodzielnej akcji. Być może Harry coś takiego by wybaczył, ale ja nie.
— W porządku, rozumiem — powiedziała Elizabeth ugodowo. — Ale teraz skupmy się na znalezieniu go, dobrze? Nakopiesz mu do tyłka, kiedy się przekonamy, że jest zdrowy i bezpieczny. Hej... a co to?
Zatrzymała się tak nagle, że Neville musiał wyciągnąć rękę i oprzeć się o jej plecy, żeby się nie zderzyli.
Nox — wyszeptał odruchowo.
— Neville, mój drogi, nie widzę w ciemności.
— Cóż, nie miałem pojęcia, co zobaczyłaś, więc uznałem, że przyświecanie sobie różdżkami nie jest zbyt rozsądne. O co chodzi?
— Nie wiem — odparła Elizabeth. — Coś mi mignęło przed oczami, zanim zapadła ciemność. Wyglądało jak łóżko.
— Ktoś na nim leżał?
— Trudno powiedzieć. Chociaż pokrywała je sterta koców i poduszek.
— Poczekaj chwilkę — nakazał Neville i wymruczał zaklęcie.
— Gdybyśmy...
— Cicho! Staram się coś usłyszeć!
Elizabeth zamilkła i Neville skupił całą uwagę na otaczających ich ciemnościach.
— Nic. Tu nikogo nie ma — odezwał się w końcu.
— Czy to znaczy, że możemy znów zapalić światło?
— Tak. Ale niezbyt jasne.
— Rozkaz — odparła Elizabeth. — Lumos.
Otoczyła ich słaba i mętna niebieska poświata, ale i tak wystarczyła, żeby dostrzegli stojące pod ścianą łóżko.
— Zakładam, że nie wyczułeś żadnych oznak życia — szepnęła Elizabeth.
— Sprawdziłem dwukrotnie.
Ruszyli powoli do przodu. Neville’a tylko krok dzielił od zasugerowania, by odpuścili sobie łóżko i wzięli się za poszukiwanie Teo, ale Elizabeth westchnęła nagle i rzuciła się przed siebie.
— To Harry! Na jaja Merlina, Neville, to Harry!

Gapię się na twarz Notta, w pełni i boleśnie świadomy, że nie mogę mieć do niego pretensji za bycie idiotą — nie tym razem, skoro robiłem wszystko, żeby doprowadzić go do prawie pewnej śmierci.
— Tak, Malfoy — syczy. — Więc sypiasz z wrogiem. Jakie to do ciebie podobne.
— Nott, to nie tak jak myślisz...
Parska śmiechem, zaraz jednak owija wokół żeber rękę, w której nie trzyma różdżki. Jego śmiech zmienia się w mokry, zdławiony kaszel.
— Brzmi znajomo — mówi i pluje mi w twarz. — I tak jak ty nie chciałeś słuchać mnie, ja nie zamierzam słuchać ciebie.
— Nie bądź głupi, Nott — warczę. — Ludzie są w niebezpieczeństwie. Harry jest w niebezpieczeństwie... — Gdzieś w głębi mojego umysłu wcześniejsze paniczne podejrzenie zmienia się w przekonanie: jeśli Mefodij umrze, nie będzie żadnego innego wyboru niż...
Czuję miedź na ustach i uświadamiam sobie, że ślina Notta to praktycznie sama krew. Nic dziwnego, skoro złamałem mu żebro. Obrażenia na pewno są poważne. Gdyby tylko Mefodij zrozumiał, że wcale nie potrzebuje magii, aby poradzić sobie z Nottem...
I dokładnie w momencie, w którym pomysł ten przebiega przez moją głowę, widzę rozmyty ruch za plecami Notta, który sekundę później wrzeszczy z zaskoczenia i bólu.
— Myślałem, że jest pod twoim Imperiusem — charczy, lądując na plecach obok mnie z rękami Mefodija zawiniętymi wokół gardła. — Kurwa! — wrzeszczy. Krew ścieka mu z kącików ust. — Rozkaż mu, żeby mnie puścił!
— A czemu miałbym to zrobić? — pytam, jednocześnie próbując wyswobodzić się z niewidzialnych więzów. — Może jeśli...
Drę!... — zaczyna krzyczeć Nott, ale jego głos tonie w jękach bólu i potoku rosyjskich słów, a ja nagle jestem wolny. Nie marnuję czasu, żeby się zastanawiać, co się właśnie stało, tylko od razu wyciągam różdżkę i zrywam się z podłogi. Jestem w takim samym stopniu oszołomiony od uderzenia głową o posadzkę, jak i nagłym, ożywionym ruchem w zaciemnionym pokoju...
Expel!...
Avada Kedavra! — wrzeszczy Nott, przerywając mi w pół słowa. Z przerażeniem, jak gdyby z oddali, przyglądam się, jak błysk zielonego światła trafia prosto w pierś jego tajemniczego napastnika...
Wreszcie go rozpoznaję. Z bólu i zaskoczenia Mikołaj otwiera szeroko oczy, kiedy dosięga go klątwa uśmiercająca. Zaklęcie ze zdumiewającą siłą odrzuca go do tyłu prosto na przestraszoną Aleksandrę, kryjącą się za jego plecami. Jej wzrok ciągle jest zamglony z powodu nagle przerwanego snu i przerażenia, jakiego przyszło jej doświadczyć na jawie. Czas zwalnia bieg, a do mnie gdzieś z odmętów umysłu dociera, jaka ta kobieta jest mała mimo potężnej osobowości. Jej ciało nie stanowi wielkiej przeszkody dla upadającego męża, gdy moc klątwy z ogłuszającym hałasem potrzaskanego szkła, drewna i kamienia wyrzuca ich oboje przez jedno z wysokich okien.
OLEŃKO!!! — wrzeszczy Mefodij.
Czuję pęd powietrza i nagły ruch dokładnie w tym samym momencie, kiedy Mefodij wręcz przefruwa obok mnie w kierunku rozbitego okna.
Avada!...
Bez jednej myśli odwracam się, łapię Notta za rękę, w której trzyma różdżkę i wykręcam mu ją brutalnie do tyłu. Klątwa zamiera na jego ustach, a z twarzy gwałtownie odpływają wszystkie kolory. Czuję, jak delikatne kości jego nadgarstka łamią się niczym wiązka gałązek. Różdżka wysuwa się z bezwładnych palców i ze stukotem upada na podłogę.
Accio różdżka Notta! — krzyczę i niemal natychmiast zaciskam dłoń na polerowanym drewnie. — Incarcerous! — rzucam, oplątując Notta takimi samymi niewidzialnymi pętami, jakimi on związał mnie wcześniej.
— Nott, ty pierdolony debilu! — wrzeszczę, trzęsąc się ze strachu, wściekłości i nadmiaru adrenaliny. — Coś ty zrobił?! Właśnie zabiłeś niewinnego człowieka!
Nagle zdaję sobie sprawę, że wykręcam dłonie, ściskając między drżącymi palcami różdżkę moją i Notta. Wszystko — wszystko — w ciągu ostatnich pięciu minut poszło nie tak jak trzeba. I gdy tylko myśl ta przychodzi mi do głowy, rzeczywistość wydaje się jeszcze gorsza...
Kiedy już uspokajam się po walce z Nottem, zdaję sobie sprawę z dwóch rzeczy: po pierwsze Mefodij szlocha jak opętany za wybitym oknem, po drugie od strony drzwi dobiega dźwięk płaczu i pełne przerażenia kwilenie. Obracam się i widzę dzieci, wpatrujące się we mnie wielkimi oczami.
Niespodziewanie Anna zrywa się do przodu. Jej nagie stopy miażdżą kawałki rozbitego szkła.
— Anno, nie! — krzyczę, ale ona albo mnie nie słyszy, albo postanowiła zignorować moje wołanie.
Biegnę za nią i łapię za ramiona, zanim zdąży wypaść przez poszarpaną dziurę w oknie. Walczy zaciekle, wciąż szlochając.
— Mamo! Tato! — wrzeszczy pod wiatr i śnieg, który wpada do jadalni i pokrywa podłogę niczym warstwa piasku. Jej bose stopy pozostawiają na dziewiczej powierzchni krwawe ślady.
— Olgo! Tatiano! — krzyczę. — Pomóżcie mi! Muszę zająć się waszymi rodzicami!
Po chwili, która zdaje się wiecznością, czuję, że starsze dziewczęta uwalniają mnie od ich zapłakanej, wciąż walczącej siostry.
Pospiesznie zerkam przez ramię i widzę, że zbliżają się do nas Maria i Alosza.
Nie podchodźcie! — rozkazuję. Nagle szkło zdaje się pokrywać całą podłogę. — Zostańcie tam, gdzie jesteście! Olgo, proszę! Wytłumacz im!
Olga mówi coś po rosyjsku, a Alosza odkrzykuje. Moja uwaga nagle odwraca się od dzieci, gdy potężny podmuch wiatru rozwiewa na chwilę padający śnieg i mogę wyraźnie dostrzec trzy sylwetki na zewnątrz.
Biegnę przed siebie. Odłamuję pozostałe w ramie kawałki szkła, które szczerzą się do mnie niczym zęby w krzywym uśmiechu, i odrzucam je na boki. W ogrodzie ciemność rozjaśniają tylko błyszczące płatki śniegu, a trzy osoby — dwie leżące, a jedna na kolanach — wyglądają w blasku księżyca jak nic więcej niż cieniste smugi. Stłoczyły się w zagłębieniu pomiędzy zaspami, jak gdyby gdzieś wysoko nad nimi polująca sowa obniżała powoli swój lot, rzucając cień na ziemię. Zbyt dużo czasu zajmuje mi uświadomienie sobie, co widzę, i zrozumienie, że nikt nie jest w stanie przeżyć zbyt długo przy tak wielkiej utracie krwi...
Przeklinając samego siebie za głupotę, wykrzykuję Evanesco i szkło znika. Wyskakuję przez okno i ląduję na czworakach w śniegu. Rzucam zaklęcie ocieplające w kierunku ludzi przede mną. W jednej chwili zwały zaspy topnieją. Biegnę tak szybko, jak tylko potrafię, z różdżką w dłoni i zaklęciem krzepnięcia na ustach.
Mefodij bełkocze coś niespójnie po rosyjsku i kołysze Aleksandrę w ramionach. Klękam obok i łapię ją za nadgarstek, ale wiem, jeszcze zanim moje palce odnajdują miejsce pulsu, że nie żyje. Walcząc jednocześnie z żalem i wyrzutami sumienia, patrzę w jego twarz i widzę na niej coś, co znam aż za dobrze...
— Nie umarła — mówię gwałtownie. — Jeszcze nie umarła. — Zrywam zapięcie szaty. — Diffindo — mówię, drąc materiał na paski kilkoma ruchami różdżki. — No już. Pomóż mi zatamować...
— Kłamiesz — odzywa się bezbarwnym głosem. Obejmuje Aleksandrę i tuli ją do piersi, a jej długie włosy rozlewają się wokół po śniegu jak krew.
Jaka szkoda, odzywa się szaleńczo część mnie. Powinna częściej nosić je rozpuszczone...
— Wiem, że odeszła — mówi Mefodij głosem tak samo martwym jak wcześniej. — Chyba nie sądzisz, że tego nie czuję.
Łapię go za ramiona i potrząsam nim mocno. Ciemne włosy lepią mu się do bladej twarzy. Jego oczy są dzikie i straszne. Wyrażają kompletne szaleństwo.
— Dzieci — mówię błagalnym tonem. — Nie zapominaj o dzieciach... — I Harrym, wrzeszczy mój umysł obłąkany z szybko narastającego przerażenia.
— Jak mi to zrobiłeś? — cedzi przez zaciśnięte szczęki. Kilka sekund zajmuje mi zrozumienie, że mówi o Imperiusie.
— Teraz to nieważne — odpowiadam. Czuję, jak jego magia przebija się przez moje zaklęcie niczym tsunami.
— Ta rzecz... — charczy. Spuszcza wzrok z mojej twarzy na zniszczoną szatę. — Lusterko. Użyłeś go, żeby...
Rzucam się do przodu w poszukiwaniu różdżki, która wcześniej upuściłem, żeby mieć wolne ręce i móc opatrzyć rany Aleksandry. Dokładnie w tym samym momencie widzę, co przykuło uwagę Mefodija. Ciemne szkiełko lusterka mruga spomiędzy rozdartych kawałków mojej szaty niczym zdrajca. Nasze oczy spotykają się i sięgamy po nie jednocześnie. Poruszam się błyskawicznie, ale jego ręka jest szybsza. Paniczny strach zamraża mi serce.
— Nie możesz go użyć — mówię drżącym głosem. — Nie możesz wykorzystać magii przeciwko innym czarodziejom bez mojej zgody.
Patrzy na mnie i na krótką chwilę jego oczy stają się przejrzyste, a on na powrót jest sobą.
— Kto powiedział, że zamierzam użyć go przeciwko innemu czarodziejowi — mówi i zanim jego słowa docierają do mojego mózgu, odwraca lusterko, tak jakby chciał zobaczyć swoje odbicie.
— Słodki Merlinie! — wrzeszczę. — Mefodij, nie!!!
Ale on już wypowiedział jakąś cichą i śpiewną inkantację po rosyjsku. Brzmiała jak kołysanka. Jak pieszczotliwy szept strumienia. A ja nie mam nawet czasu, żeby wyciągnąć rękę i chwycić go za ramię, zanim osuwa się na bok i pada martwy. Jego jasne oczy wpatrują się ślepo w niebo i wirujące płatki śniegu.
Patrzę na niego ze zgrozą, a konsekwencje jego czynu nabierają kształtu w moim umyśle.
— Ty pierdolony samolubny gnoju! — krzyczę mu prosto w piękną, beznamiętną twarz. — Pierdolony gnoju!

— Harry! Harry, słyszysz nas?! — Neville uświadomił sobie, że potrząsa Harrym za ramiona, jak gdyby przyjaciel zwyczajnie spał po upojnej nocy i teraz nie mógł przebudzić się z alkoholowego snu. — Harry, daj nam jakiś znak! — Spojrzał na Elizabeth klęczącą po drugiej stronie łóżka. — Jakieś rany? — zapytał z niepokojem.
— Nie — odparła Lizzie, marszcząc czoło w koncentracji. — Ale mimo że czuję jego puls i widzę, jak oddycha, nadal nie rejestruję czynności życiowych. A przynajmniej nie magicznych...
— Ed — mruknął Neville, nagle kojarząc fakty. — Dokładnie w takim samym stanie był Ed, kiedy Harry przyniósł go do mieszkania...
Elizabeth przerwała na moment badania diagnostyczne i uniosła wzrok, zaciskając usta w wąską linię.
— Nic dziwnego, że nie byliśmy w stanie czegokolwiek wykryć — powiedziała ze złością. — Harry jest charłakiem!
Nie! — krzyknął Neville i potarł twarz dłońmi. — Niech to wszystko szlag trafi. — Westchnął z irytacją. — Przepraszam.
Elizabeth uśmiechnęła się ze smutkiem.
— W porządku. Rozumiem. Ale wiesz co, Neville?
— Tak?
— Chyba pierwszy raz słyszałam, jak przeklinasz.
Neville popatrzył na nią z niepokojem, ale jej twarz przybrała szelmowski wyraz.
— Bo przecież „niech to wszystko szlag trafi” należy do tej samej rodziny co „pierdolić to wszystko”.
Na twarz Neville’a wypłynęły rumieńce.
— Tym bardziej przepraszam — wymruczał.
Elizabeth speszyła się i na powrót skupiła uwagę na Harrym.
— Co powinniśmy zrobić? Nadal nie znaleźliśmy Teo...
— Musimy zabrać stąd Harry’ego — powiedział Neville zdecydowanie. — I przenieść z powrotem do mieszkania. Może reszta ciągle tam jest, więc powiemy im o wszystkim i wrócimy tu razem po Teo.
— A jeśli?...
Jednak zanim Elizabeth dokończyła zdanie, nad ich głowami rozległ się głośny łomot. Oboje instynktownie wyciągnęli różdżki i rzucili na Harry’ego zaklęcia ochronne.
— Co to było, do cholery?
— Nie mam pojęcia — szepnął Neville. — Może powinienem pójść i sprawdzić...
— Nie sam — warknęła Elizabeth.
— Ale nie możemy zostawić Harry’ego bez opieki — powiedział Neville z naciskiem. — Chyba że...
Ich rozmowa została ponownie przerwana przez coś, co brzmiało jak kroki po schodach oraz odgłosy walki dobiegające z tego samego kierunku, co hałas sprzed paru chwil.
— Do diabła! Tam się dzieje coś niedobrego. — Elizabeth wyszeptała inkantację i przez dłuższą chwilę nasłuchiwała w milczeniu. — Teo tam jest — oświadczyła w końcu. — Neville, musimy iść. Harry’emu nic nie będzie. Rozciągniemy wokół niego tarczę...
Rozbrzmiał kolejny łoskot, tym razem w towarzystwie wyraźnych krzyków. Głosy z pewnością należały do więcej niż jednej osoby.
— Brzmi jak prawdziwa walka — powiedział Neville. — Może reszta drużyny...
— Nawet jeśli już tu są, potrzebują naszej pomocy — przerwała mu Elizabeth. — Chodź! — Zsunęła się z łóżka. — Protego! — rzuciła i Harry’ego otoczyło słabe, migoczące światło.
Neville poszedł w jej ślady i dodał swoją tarczę.
— Gotowe. To powinno...
Jednak nigdy się nie dowiedział, jak i czy w ogóle Lizzie zamierzała skończyć zdanie. Dokładnie w tym momencie kątem oka dostrzegł jakiś ruch i natychmiast ponownie obrócił się w stronę łóżka. Elizabeth również musiała coś widzieć, bo krzyknęła i pospiesznie pozbyła się dopiero co ustawionych zabezpieczeń.
— Harry! — jęknął Neville głosem, który ledwie wydobył się z zaciśniętej piersi. — Nie śpisz!
Znów to zobaczył. Najdelikatniejsze drgnięcie palców. Trzepotanie powiek. Zmarszczone czoło. Harry nie oddychał już spokojnie i miarowo, ale ciężko i z wysiłkiem, jakby zmagał się z jakąś niewidzialną siłą.
Neville złapał w dłonie jedną z jego niespokojnych rąk.
— Już dobrze, stary. Nic ci nie grozi. To ja, Neville. Elizabeth też tu jest. Wszystko w porządku.
Harry uniósł powieki tak nagle, jak gdyby coś, co do tej pory je pieczętowało, niespodziewanie przestało działać. Zarówno Neville, jak i Elizabeth sapnęli na widok emocji wypełniających źrenice przyjaciela.
Skrajne przerażenie. I wściekłość.
Draco!
Słowo wydobyło się z ust Harry’ego jak wyrwane z płuc. Jego oczy błyszczały z gniewu i bezradności.
— Draco tu nie ma, Harry — powiedział Neville z niepokojem. — Tylko ja i Elizabeth.
— On... tutaj...Wiem... jest tutaj.
Neville i Elizabeth spojrzeli na siebie z przestrachem.
— Może mieć rację? Czy...
Z niewyobrażalnym wysiłkiem Harry uniósł się na łokciach. Gdy Neville spróbował z powrotem ułożyć go na łóżku, zawarczał na niego jak ranne zwierzę.
— Jest... nad nami! Słyszę go!
Zamarli i nadstawili uszu, ale początkowo Neville nie słyszał nic poza własnym tętnem. W końcu jednak to do niego dotarło: wściekły męski głos. I wrzask dziecka.
— Słodki Merlinie! — krzyknęła Elizabeth. — Kurwa, co się tam dzieje?
Harry spróbował wyrwać się z trzymających go rąk. Z każdą minutą zdawał się coraz silniejszy.
— Na wszystko, co dla was drogie — wysapał. — Pozwólcie mi do niego iść!
Zawinął palce wokół nadgarstka Neville’a tak mocno, że gdyby dysponował pełnią swoich sił, z pewnością narobiłby mu siniaków. Neville nie odrywał wzroku od jego udręczonej twarzy, od czoła pokrytego kropelkami potu, i nagle wszystkim, o czym mógł myśleć, była Hermiona. Jej słowa wróciły do niego z pełną wyrazistością...
Obiecaj mi, przez wzgląd na Harry’ego, że nie pozwolisz, żeby cokolwiek mu się stało.
Spojrzał na Elizabeth, gdy wreszcie podjął decyzję.
— Pomóż mi — powiedział. — Musimy postawić go na nogi.


Podróż przez piwnice trwała nieskończenie długo. Przy każdym kroku Neville niemal boleśnie czuł, ile wysiłku Harry musiał wkładać w najmniejszy ruch. Opierał się ciężko na ich ramionach i oddychał spazmatycznie, ale ilekroć pytali, czy chce się zatrzymać i odpocząć, gorączkowo zaprzeczał i ponaglał ich do dalszej drogi.
W końcu znaleźli schody i zataczając się, mimo że Elizabeth nie zapomniała o zaklęciu lewitującym, wdrapali po nich niezdarnie. Oczy Harry’ego przez cały czas pozostały skupione niczym mugolskie lasery, jak gdyby samą siłą woli mógł stopić otaczające ich ściany i drewno.
Kiedy dotarli do końca korytarza na pierwszym piętrze, jasne stało się, skąd dobiega hałas. Okazało się także, że Harry miał rację. Głosu Draco nie dało się z niczym pomylić, gdy wykrzykiwał jedno zaklęcie uśmiercające po drugim. I znowu, i znowu, i znowu. A między kolejnym klątwami wszyscy mogli usłyszeć przerażone dziecięce zawodzenie.
— Co do cholery? — jęknęła Elizabeth cicho. Jej skóra przybrała popielatą barwę, a oczy lśniły od łez.
— Draco! — zawołał Harry, ale jego głos w szalejącej zamieci był jedynie szeptem.
W końcu znaleźli się na progu pokoju, który kiedyś niewątpliwie był piękną, okazałą jadalnią, teraz jednak przedstawiał sobą obraz spustoszenia. Neville bardzo starał się ogarnąć jednocześnie wszystko, co widział, ale czuł tylko, że nic do niego nie dociera, jak gdyby każdy szczegół był kroplą deszczu odbijającą się od magicznej bariery. Na lewo znajdowało się rozbite okno, śnieg i wiatr kotłowały się w długich aksamitnych zasłonach. Tuż przed nimi leżał przytomny, lecz bez wątpienia unieruchomiony Teo, krwawiąc z ust. A pod ścianą na prawo, naprzeciw okna, niczym porzucone, ale piękne lalki w staroświeckich nocnych koszulach, spoczywały cztery martwe dziewczyny.
Neville oderwał wzrok od bladych, nieruchomych twarzy i przeniósł go na jedyną ożywioną postać w pokoju — małego chłopca o lnianych włosach i oczach wielkich z przerażenia i dezorientacji, który kulił się przy przeciwległej ścianie pomiędzy dwoma nieuszkodzonymi oknami. A przed nim — z wyciągniętą ręką i różdżką drżącą tak gwałtownie, że każde rzucone zaklęcie odłupywało kawałki tynku i prószyło pyłem jak śniegiem na maleńką ofiarę ataku — stał Draco Malfoy.
Jednak zanim każdy z tych detali zaczął nabierać sensu, Neville uświadomił sobie obecność trzech kolejnych osób, które niespodziewanie wyłoniły się spod Zaklęć Kameleona i ukazały w oknach za Malfoyem: Luna, Wiktor i Katie z różdżkami uniesionymi i wycelowanymi w szybę.
Neville nigdy nie zdołał przypomnieć sobie dokładnie, co się działo w ciągu następnych trzydziestu sekund. Ale wiedział, że Draco szlochającym głosem rzucił kolejną Avadę Kedavrę. Wiedział, że dwa okna eksplodowały w kakofonii rozbijanego szkła i kamienia. Wiedział, że ktoś — być może nawet on sam — wykrzyknął Finite Incantatem, a Nott zerwał się na równe nogi i przywołał swoją różdżkę. Czego Neville nie wiedział — i tak naprawdę w głębi duszy nigdy nie pragnął wiedzieć — to to, do kogo należała klątwa uśmiercająca, która uderzyła w Draco z taką siłą, że wprawiła jego ciało w pełny obrót, po czym rzuciła je na kolana.
W tym momencie, dokładnie w tej samej chwili, zanim upadł, Draco dostrzegł stojącego w drzwiach Harry’ego. Jego oczy zrobiły się ogromne. Neville nie sądził, że można przetrwać Avadę Kedavrę dłużej niż przez pół uderzenia serca, ale Malfoy żył, balansując na krawędzi śmierci przez ciągnące się jak wieczność kilka sekund.
Harry — załkał z wręcz namacalną desperacją. — Wybacz mi.
I kiedy tak patrzyli na siebie, jak zamrożeni, Draco wyciągnął rękę — nie w próbie powstrzymania nieuchronnego upadku, jak się mogło wydawać, ale żeby dotknąć czegoś cennego — czegoś, co kochał — po raz ostatni. Jego wzrok stracił ostrość, a uwaga Neville’a została gwałtownie odwrócona od nieruchomego do wciąż żywego ciała pomiędzy nim a Elizabeth. Ciała, które zaczęło szarpać się szaleńczo i wydawać z siebie chrapliwe okrzyki:
— Draco! Draco! Draco! Draco!
Jak gdyby głośne i dostatecznie długie wołanie mogło przywrócić komuś życie. Jak gdyby było to takie proste, tak mało skomplikowane.
Jak gdyby miłość kiedykolwiek wystarczała.

***


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Akame » 5 wrz 2012, o 21:08

.............

Ej...

To nie tak miało być... Mówiłaś, że mam czytać... Jakoś przetrawiłam śmierć Pottera (który wcale w końcu nie umarł), ale teraz zginął Draco, a to już zupełnie inna bajka. To nie tak miało być...

Na początku bałam się, że Draco odda Teo w zamian za Pottera i miałam rację. Snułam czarne wizje wybudzonego Pottera, który pomimo całej miłości do Draco, nie potrafi mu przebaczyć jego decyzji. W końcu on sam dobrowolnie poświęcił się za kogoś innego, nie zrozumiałby. To było straszne, przerażało mnie, sądziłam, że gorzej już być nie może, a teraz... nie dość, że nic nie rozumiem, z tego, co później wydarzyło się w tym przeklętym pokoju, to jeszcze Draco zginął. Bez jaj! Przez chwilę, tuż po przebudzeniu Harry'ego, moją jedyną obawą było to, że stał się charłakiem. Nie wiem, ale ta wizja przeraża mnie równie mocno jak sama śmierć Pottera, ale teraz stwierdzam, że obecny scenariusz jest najgorszym z możliwych.

Mam przynajmniej dziesięć pytań po tym rozdziale i wcale mi z nimi nie dobrze. Czy Harry jest charłakiem? Czy dziewczęta zginęły bo przerwano rytuał? Czy zginęły od avady, a jeżeli tak to dlaczego Draco je zabił? Dlaczego chłopiec żyje? Może nie był synem maga? Kto zabił Draco? Itd. itp... co za masakra!!!
To opowiadanie nie jest czarno białe. Zawsze mieliśmy jasną sytuację i było nam z nią dobrze. Był sobie zły czarny pan, egoista i dupek, oraz Potter, jakimkolwiek draniem by nie był, (w zależności od autora - np. Inevitable) odwalający swoją świętą krucjatę z blaskiem chwały godnym bohatera. Wszystko klarowne, główkować nie trzeba, wiadomo po której być stronie. Tutaj wyłażą wszystkie cienie i szarości. Mamy jasne motywy postępowania i nic nie jest do końca złe, ani nic nie jest ewidentnie dobre. Człowiek czyta i ściera się sam ze sobą, bo doskonale rozumie motywy postępowania obydwóch stron.
Żal mi Draco, bo jego wybór mógł doprowadzić do nienawiści Pottera.
Żal mi Pottera, bo stracił Draco.
Żal mi Mefodija, bo jakkolwiek egoistycznie by nie działał, trudno nazwać go drugim czarnym panem. Lubiłam go.
Kicha, bo nawet nie wiem o co siąkam nosem.
Jedyne kogo mi nie żal to Teo. Zupełnie zaślepiony facet, chociaż z jego strony patrząc, sytuacja wydawała się klarowna.
Chciałoby się na koniec napisać - K.... mać!

Pozdrawiam i idę po chusteczki :/ Jak się pozbieram, to może mój komentarz przestanie być tak powalony. Może poprawię i nabierze on sensu. Może...
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez fankayaoi » 6 wrz 2012, o 19:26

Przeczytałam kolejny rozdział wczoraj wieczorem. Bardzo to przeżyłam, że Draco, po takiej rozpaczy, gdy mimo wszystko Harry jest żywy ( my czytelniczki to wiemy), dostaje zbłąkaną klątwa od głupiego Notta ( nie cierpię go).
Tak bardzo to przeżyłam, że weszłam na oryginał i starałam się odnaleźć choć cień ... że to nieprawda. Niestety nie znam angielskiego tak bardzo. Dlatego ... czekam na kolejne rozdziały. O ile wiem (oryginał) posiada epilog, więc może to wszystko, aż tak źle się nie skończy?
Dodam jeszcze, że moim zdaniem tekst jest bardzo trudny, wykazujesz się bardzo dobrą znajomością nie tylko języka angielskiego (przecież on tak naprawdę jest prosty), ale i języka polskiego, który jest jednym z najtrudniejszych na świecie. Podziwiam cię, naprawdę. Kocham wszystkie Twoje teksty!
I BARDZO! Dziwi mnie, że to dopiero drugi komentarz!!!!
fankayaoi Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 18
Dołączył(a): 11 sty 2011, o 21:35

Postprzez Kaczalka » 1 paź 2012, o 16:42

Część XVII


Czasami obserwuję go, gdy śpi.
W ten sposób jest łatwiej. Gdy czuwa, muszę patrzeć w te oczy — zamglone od poczucia zdrady, kiedy tylko nie rozjaśnia ich niesprecyzowana złość. Ale gdy śpi, łatwo sobie wyobrazić, że pogodził się ze swoim życiem. Że nic złego się nie dzieje. Mogę się oszukiwać.
Dzisiejszej nocy odsunąłem krzesło od biurka i ustawiłem je przy nocnym stoliku. Zazwyczaj po prostu staję w drzwiach, opierając się o framugę, jednak ostatnim razem obudził się niespodziewanie. W reakcji na widok nieokreślonego czarnego kształtu, podświetlonego blaskiem z korytarza, krzyknął i skulił się przy wezgłowiu, przyciskając kołdrę do piersi. Nawet kiedy już zrozumiał, że to ja, jego twarz pozostała blada i mizerna. Usiadłem na brzegu łóżka i wyciągnąłem do niego rękę, a on złapał moją dłoń, jakby była kołem ratunkowym. Co złamało mi serce. A przynajmniej to, co z niego zostało.
Gdy siadam, krzesło ugina się pod moim ciężarem. Nic dziwnego, jest przeznaczone dla dziecka, a nie dla mężczyzny, który za cztery miesiące skończy czterdzieści lat. Opieram się ostrożnie, testując jego wytrzymałość. Przez sekundę rozważam rzucenie szybkiego zaklęcia wzmacniającego, ale udaje mi się powstrzymać, zanim fala rozczarowania uderzy we mnie po raz kolejny. Powtarzam sobie, że pewnego dnia intensywne poczucie straty przeminie. Do tego czasu muszę sobie po prostu radzić z coraz rzadszymi momentami dezorientacji. I wściekłości.
Ponownie skupiam uwagę na twarzy śpiącej obok mnie osoby. Mamy wiele wspólnego, on i ja, choć jego poczucie zdrady jest bez wątpienia dużo głębsze niż moje. Pochylam się i odgarniam mu włosy z czoła. Porusza się i coś mamrocze, więc zamieram w bezruchu z sercem bijącym jak szalone. Ale nie otwiera oczu.
Oczu pełnych strasznego oskarżenia.
Minął już ponad rok i znowu mamy wiosnę. Drugą wiosnę w tym nowym świecie, w którym teraz żyjemy. Dzisiaj zauważyłem pierwsze żonkile. Należały do tej miniaturowej odmiany, którą wszyscy teraz uważają za tak uroczą i oryginalną. Jak gdyby cud, dzięki któremu przetrwały kolejną zimę, nie był wystarczająco wspaniały. Z daleka wcale nie wydawały się prawdziwe, wyglądały bardziej na plamy żółtej farby, która przypadkowo skapała na splątaną trawę. Albo jak papierki po czekoladowych cukierkach czy innych słodyczach. Nic dziwnego, skoro śnieg stopniał zaledwie dwa tygodnie temu, odsłaniając śmieci, które ludzie tak niedbale rzucali przez kilka miesięcy. Jednak kiedy podszedłem bliżej, okazało się, że jestem w błędzie. Nie śmieci, tylko żonkile. Słoneczne, radosne i nieposkromione.
Gdyby tylko człowiek był chociaż w połowie tak elastyczny, myślę z goryczą. Lecz z drugiej strony, nieważne jak okrutne mogą być śnieg i lód, głupotą jest odbieranie ich destrukcyjnej mocy osobiście. W zabójczej sile mrozu nie ma nic ze zdrady. Zima to jedynie pora roku. Przychodzi i odchodzi bez skruchy czy żalu.
Parskam w duchu na swoje żałosne przemyślenia. Ależ ze mnie pierdolony poeta.
Jego ręka leży swobodnie na poduszce. Gdy zasypiał, zacisnął ją w pięść, jak gdyby szykował się do bitwy. Pochylam się ponownie i splatam ze sobą nasze palce. Jest piękny. Jak jego ojciec.
Nagle ktoś dotyka mojego karku, przez co niemal zrywam się z krzesła.
— Nie rób tego — syczę.
Czuję obejmujące mnie od tyłu ramiona. Po kojącej intymności dotyku oraz zapachu owsianego mydła wiem, że to Hermiona.
— Przepraszam — szepcze. — Chciałam cię uprzedzić, ale bałam się, że go obudzę. Jak się zachowywał dziś wieczorem?
Wzruszam ramionami.
— Chyba jak zawsze.
— Wierz lub nie, ale wszystko idzie ku lepszemu — mówi. — Zwłaszcza kiedy jest wypoczęty, mam wrażenie, że już mu prawie nie przeszkadza, że tu jest. Nie to co kiedyś.
— Marne pocieszenie, biorąc pod uwagę wszystko, co dla niego zrobiłaś — kwituję sarkastycznie.
Hermiona karci mnie, ściskając mocno.
— Trudno, żebyś oczekiwał od niego wdzięczności. Nie po tym... co się wydarzyło.
Sięgam ręką do tyłu i klepię ją łagodząco po ramieniu.
— Cóż, wygląda na to, że teraz wdzięczność to towar wyjątkowo deficytowy. Przypuszczam, że nie mamy innego wyjścia niż jakoś wytrzymać i mieć nadzieję, że odwiedzi nas jej patronka w osobie dobrej wróżki.
Hermiona śmieje się i prostuje, ale tylko po to, żeby pocałować mnie w czubek głowy.
— Nie bądź dla siebie zbyt surowy — mówi. — Już i tak do zbyt wielu rzeczy musiałeś się dostosować.
Chrząkam pod nosem, podnoszę się i staję obok Hermiony. Wskazuje ręką na małe krzesło.
— Chyba będziemy musieli kupić do tego pokoju nowe meble... albo powiększyć te, które mamy. Przecież on nie zawsze będzie mały.
Ponownie spoglądam na śpiącą sylwetkę. Ciało jest ledwie widoczne pod stertą kołder i pluszowych zwierząt, ale dobrze wiem, że Hermiona ma rację. Leczenie zaczęliśmy ubiegłej wiosny i od tego czasu przybrał na wadze ponad sześć kilogramów i urósł pięć centymetrów.
— Przypuszczam, że ma trochę do nadrobienia. Był mały jak na swój wiek, kiedy... — przerywam i ziewam, zasłaniając usta wierzchem dłoni.
— Już późno — mówi Hermiona. — Idź do domu.
— Nie pozmywałem po kolacji. Nie chcę, żebyście po wieczorze poza domem musieli mierzyć się ze stosem brudnych naczyń.
Żadne z nas nawet nie wspomniało, że zarówno Hermiona, jak i Neville mogą rzucić zwykłe Chłoszczyć, natomiast mnie czeka zmaganie się z płynem, myjkami i ścierkami...
— To żaden problem — zapewnia mnie. — Damy sobie radę. Cieszę się, że znowu jesteś gotów się poświęcić. Tylko tobie ufam. Po tym, jak ta głupia dziewczyna rzuciła na niego Impedimento... — Drży. — A poza tym, on cię lubi.
Parskam szyderczo.
— W to akurat trudno mi uwierzyć.
— No tak, on tego nie powiedział, ale ja i tak wiem swoje. — Wzrusza ramionami. — Powoli uczę się coraz lepiej rozpoznawać sygnały, jakie wysyła, i nie umknęło mojej uwadze, że jego buzia aż promienieje, kiedy tylko wspomnę, że nas odwiedzisz. A teraz koniec gadania. Na litość Merlina, idź już do domu.
W jej głosie słyszę błaganie i wzdycham z rezygnacją.
— Tak jest, mamusiu.
— Nawet mnie nie wkurzaj, Harry.
Parskam śmiechem.
— Przyznaj, bardzo się cieszysz, że znowu możesz być matką.
Po chwili Hermiona także się uśmiecha i kiwa głową.
— To coraz łatwiejsze.
Przez długi czas stoimy w ciemności, nic nie mówiąc, walcząc ze swoimi przyjaznymi — ale niemożliwymi do wypowiedzenia — myślami.
— Neville ma świstoklik — odzywa się w końcu Hermiona.
— Ee... Myślałem, że wezmę taksówkę...
— Stąd aż do Redlynch? Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, ile taka przejażdżka będzie kosztowała... — przerywa i mruży oczy. — Chyba że zamierzasz jechać do Wiltshire?
Wiercę się zawstydzony pod jej uważnym spojrzeniem.
— Jest bardzo późno — mówię. — Pomyślałem, że przenocuję w mieszkaniu...
— Harry — nie pozwała mi skończyć. — Dlaczego?
Oboje wiemy, o co pyta, ale jestem zbyt zmęczony na taką rozmowę.
— Nie znoszę go budzić — mamroczę, nie potrafiąc spojrzeć jej w oczy.
— Pieprzysz, Harry — mówi, ale w jej głosie nie słychać urazy. — Tak dobrze jak ja wiesz, że nie będzie spał.
— Masz rację — zgadzam się, ale Hermiona wciąż patrzy na mnie ze złością. — Nie, naprawdę — powtarzam, tym razem wkładając w głos więcej przekonania. — Całkowicie się z tobą zgadzam.
Przytula mnie ponownie.
— No to w drogę — mówi. — Neville czeka. A ja posiedzę tu jeszcze chwilkę...
Uśmiecham się, chociaż niespodziewane łzy wypełniają mi oczy.
— Jesteś cudowna — szepczę w jej włosy. — Skontaktuj się ze mną, jeśli będziesz czegokolwiek potrzebowała.
Uwalnia się z mojego objęcia i uśmiecha promiennie. To jej sygnał, że w tym zwariowanym wszechświecie wszystko wraca do normy.
— Oczywiście. Dobranoc, Harry.

W drodze do bramy Neville i ja prowadzimy raczej niezręczną rozmowę o niczym ważnym. Przed nami otwierają się odrzwia prowadzące na długi podjazd, a chrzęszczący dźwięk naszych kroków rozdziera ciche, rozświetlone księżycem powietrze. Było to najbliższe miejsce, w które mógł przenieść nas świstoklik, biorąc pod uwagę rozległe i bardzo stare bariery ochronne, ale nie miałem nic przeciwko spacerowi. Dał mi czas, żebym poukładał myśli.
— Przypuszczam, że Hermiona powiedziała ci, że dostaliśmy od komisji pozwolenie, aby sprowadzić specjalistów z Wiednia? — pyta Neville.
— Nie, nie powiedziała. Ale wcale nie jestem zaskoczony. Teraz w Świętym Mungu zgodzą się na wszystko, co powiesz.
Neville prycha cicho.
— Oczywiście, biorąc pod uwagę, jakie mamy poparcie finansowe.
Przez kilka minut idziemy w milczeniu i wreszcie, kiedy mijamy zakręt, na końcu długiej, prostej drogi naszym oczom nagle ukazuje się dwór. Lampy oświetlają drzwi wejściowe, ale poza tym tylko jedno okno we wschodnim skrzydle jest jasne.
— Tak czy inaczej — odzywa się Neville, jak gdyby w naszej rozmowie nie nastąpiła długa przerwa — wygląda na to, że wiedeński uzdrowiciel jedynie powstrzyma krwawienie. Jego leczenie nie pomoże w... wiesz, w czym — kończy niezgrabnie i odwraca głowę, jakby zamierzał podziwiać ostatnie zimowe róże Narcyzy.
— Chodzi ci o to, że nic nie zaradzi na brak zdolności magicznych — dopowiadam spokojnie.
— Tak. Nie ma w tym nic złego...
Śmieję się, ale mój głos bardziej przypomina charczenie niż oznakę wesołości. Wstydzę się swojego rozgoryczenia, którego nie potrafię ukryć.
— Oczywiście, że nie — mówię.
Bobbin otwiera drzwi dokładnie w chwili, gdy podchodzimy, i kłania się tak nisko, że nosem niemal uderza o posadzkę.
— Dobry wieczór panie Harry i panie Longbottom — piszczy. — Bobbin zabierze płaszcze...
— Nie, nie, dziękuję — odpowiada Neville pospiesznie. — Naprawdę powinienem wracać. Jeśli to nie problem, skorzystam z sieci Fiuu... — Szybko rusza w stronę kominka.
— Wiesz, Neville — odzywam się — skoro już zabrałeś mnie tu świstoklikiem, mogłeś po prostu zawrócić przy bramie. Wcale nie potrzebuję eskorty aż do samego domu.
Obraca się w moją stronę i dostrzegam ból na jego twarzy.
— Harry — mówi głosem pełnym smutku. — Bardzo mi przykro. Ale ostatnim razem, kiedy zatrzymałem się na herbatę, a on zszedł na dół... — milknie i pociera twarz dłońmi. — Posłuchaj, takie rzeczy nie są teraz potrzebne żadnemu z nas.
Nagle znużony kiwam głową.
— Masz rację.
Spogląda na mnie błagalnym wzrokiem.
— Nie, naprawdę tak uważam — zapewniam. — Rozumiem.
Patrzymy na siebie i przez krótką chwilę jest jak za dawnych czasów, kiedy zwyczajnie rozstawaliśmy się na noc po długim dniu spędzonym na pracy w terenie. Jednak niepokój widoczny w jego zaciśniętych ustach i napięcie w oczach niemal natychmiast rozwiewa tę małą fantazję.
— Dziękuję, Harry. I jestem bardzo wdzięczny, że zająłeś się dzisiaj Aloszą.
Nie umyka mi, że ściszył głos niemal do szeptu, gdy wymawiał imię chłopca. Wzdycham.
— Dobranoc, Neville.
Nie czekam nawet, aż w kominku rozbłyśnie światło, odwracam się i ruszam w kierunku schodów.

Gdy wchodzę, siedzi tyłem do drzwi. Ułożył się wygodnie w fotelu, wyciągając przed siebie długie nogi. Jednak już na drugi rzut oka dostrzegam sztywność w jego szyi i ramionach. Jak długo już tu jest, patrząc niewidzącym wzrokiem na srebrzyste trawniki i ciemną ścianę lasu za nimi? Czego szuka?
Na co — lub na kogo — czeka?
Z cichym kliknięciem zamykam za sobą drzwi.
— Wróciłeś — mówi, ale nie obraca się, a ja nagle mam ochotę pokonać ten ogromny, ponury pokój w pięciu krokach i złapać go, potrząsnąć nim, nawet go uderzyć, jeśli będzie trzeba.
W zamian tylko przewieszam płaszcz przez oparcie sofy stojącej naprzeciw płonącego kominka.
— Myślałeś, że nie wrócę?
Nie odpowiada, ale jego ramiona i szyja napinają się jeszcze bardziej. Siadam ociężale, zdejmuję buty i odrzucam je w stronę paleniska. Podskakuje lekko, kiedy uderzają o metalową kratę, a ja czuję, jak znajomy smutek i mdłości skręcają w supeł moje jelita.
— Wcale bym cię nie winił — odpowiada w końcu, ale tak cicho, że ledwie go słyszę.
— Za co byś mnie nie winił?
— Gdybyś nie wrócił.
Opadam na oparcie kanapy i przebiegam obiema dłońmi po włosach. Panującą ciszę wypełniają tylko trzaski płonącego drewna.
— Rozmawialiśmy już o tym tysiące razy. W jaki sposób mam cię jeszcze zapewnić, że nie odejdę?
Słyszę, jak powoli podnosi się z fotela. Jakby wstawanie bolało. Jakby każdy ruch bolał.
— Nie o to mi chodziło — mówi gdzieś za mną.
— Więc o co?
— Miałem na myśli, że nie będę cię winił, jeśli nie wróciłbyś na noc. Gdybyś poszedł do klubu.
Opuszczam ręce z twarzy i przez długi moment wpatruję się w ogień. Myślę, jak mu najlepiej odpowiedzieć.
— O tym także mówiłem ci tysiąc razy — odzywam się chłodno. — Nie jestem zainteresowany pieprzeniem jakiegoś bezimiennego faceta.
— Nie będzie bezimienny, jeśli poprosisz go, żeby się przedstawił.
Czuję, jak coś we mnie daje za wygraną. Wstaję i obracam się, żeby spotkać się z nim twarzą w twarz.
— Wiesz, co mam na myśli, Malfoy — warczę. Doskonale zdaję sobie sprawę, że użycie jego nazwiska w tych okolicznościach jest bardziej okrutne, niż gdybym wymierzył mu cios pięścią.
Jego oczy jarzą się przez ulotną sekundę, po czym, ku mojemu rozczarowaniu, siada na krawędzi naszego idealnie zasłanego łóżka i ukrywa twarz w dłoniach.
— Przykro mi — mamrocze przez palce. — Przykro mi.
Ale ja nie chcę, żeby było mu przykro. Tak naprawdę jego przeprosiny doprowadzają mnie do szału. Pragnę tylko, żeby znowu był dawnym Draco, bo wtedy sam może — ale tylko może — przypomnę sobie, jak być Harrym.
— Chodź tu — szepczę i opadam na oparcie kanapy.
Zbliża się posłusznie. Jednak zanim mam szansę przyciągnąć go do siebie albo pocałować, kładzie rękę na moim kroczu. Moje ciało natychmiast reaguje na dotyk. Patrzę na niego z wściekłością, kiedy pieści mnie, aż staję się całkiem twardy.
— Draco... — zaczynam, ale dociska palec do moich ust.
A potem składa pocałunki wzdłuż mojej piersi, rozpinając jeden guzik po drugim. Jego wargi podążają śladem palców, szczypiąc łagodnie z bezbłędnym naciskiem i precyzją. Wyciągam rękę, chcąc poczuć te delikatne, miękkie włosy, poczuć kształt jego głowy w dłoniach. Tak bardzo pragnę go dotknąć, że to aż boli. Oddałbym wszystko, sprzedał każdą jego wprawną pieszczotę, by mieć pod sobą w łóżku jego nagie ciało.
Ale, jak zawsze, momentalnie się ode mnie odsuwa.
Opada na kolana i ściąga mi spodnie i bieliznę do połowy ud. Czule i z miłością całuje każdy centymetr mojego podbrzusza, wszędzie z wyjątkiem penisa, ale gdy sięgam do jego twarzy, łapie mnie za nadgarstki i przyszpila moje dłonie do bioder, po czym, dokładnie w tym samym momencie, bierze mnie w całości do ust.
Jak zawsze, obciąga bez zarzutu. Wszystko robi idealnie, doskonale sprawnie i efektywnie. Zanim w ogóle uświadamiam sobie poziom mojego podniecenia, mięśnie brzucha kurczą mi się i następną rzeczą, z której zdaję sobie sprawę, jest to, że wbijam się w niego, nie myśląc o niczym poza zbliżającym się orgazmem. Gdy dochodzę, zaciskam ręce w pięści po obu bokach. Nie trzymam niczego. Tylko powietrze.
Siada na piętach i wyciera wargi wierzchem dłoni. Jedyną satysfakcję daje mi widok, jak z trudem powstrzymuje drżenie.
— Draco — szepczę błagalnie. — Nieważne, co się dzieje. Nie obchodzi mnie, jeśli nie możesz dojść czy nawet się podniecić. Chcę cię tylko dotknąć.
Podnosi na mnie te swoje srebrzyste oczy, ale robi to wolno. Zbyt wolno.
— Proszę — mówię z rozpaczą, mimo że już znam odpowiedź. — Proszę, pozwól mi.
— Nie mogę — odpowiada zduszonym głosem.
Przełykam gorzką ślinę, gdy przez moje ciało przepływa fala bólu i żalu.
— Nie możesz czy nie chcesz?
Opuszcza na chwilę powieki, a kiedy je znowu unosi, jego spojrzenie jest niemożliwie odległe. Nagle czuję się przezroczysty i niematerialny — bardziej jak wspomnienie niż wciąż żyjący człowiek.
Podnosi się jednym płynnym ruchem. Po drżeniu nie pozostało śladu.
— Jedno i drugie — mówi i odwraca się.
Wciąż próbuję dojść do siebie po dwóch ciosach, jakie zadał mi niemal jednocześnie: po orgazmie oraz pozornie tak swobodnym odtrąceniu, i patrzę tylko, jak idzie do łazienki i cicho zamyka za sobą drzwi. Wreszcie mogę naciągnąć spodnie i podejść do fotela, który wcześniej zajmował. Otwarta książka leży na poduszce, więc podnoszę ją, zanim siadam. Nie muszę czytać tytułu, i tak wiem, że to kolejna medyczna rozprawa naukowa lub być może coś mrocznego i prawdopodobnie nielegalnego na temat zaklęć wymiany dusz, magicznej transformacji lub różnych rodzajów nieobopólnych więzi czy jakiegoś innego cholerstwa.
Przechylam głowę do tyłu i gapię się na fantazyjne gzymsy przy suficie. Co on robi w łazience każdego wieczoru po tym, jak mi obciągnie ustami lub ręką? Często pozostaje tam przez godzinę lub dłużej, czasami zasypiam, zanim wyjdzie. Może warzy eliksir głębokiego snu? Usuwa z rąk i ust wszelkie moje ślady? Doskonali przed lustrem swój uprzejmy, ale nieczytelny wyraz twarzy? Może się dotyka — wyobrażając sobie, że jego ręce należą do mnie... albo do niego.
W mózg wbijają mi się rozżarzone igły zazdrości i dokładnie w tym samym momencie mój penis znowu budzi się do życia. Kurwa. Orgazmy, które sumiennie funduje mi każdej nocy, są równie satysfakcjonujące jak cukrowa wata. Często nie odczuwam nawet przyjemności z oczekiwania, z powoli narastającego pragnienia. Doprowadza mnie do spełnienia tak szybko, tak cholernie klinicznie...
Ponownie rozpinam spodnie i wsuwam rękę pod bieliznę. Zamykam oczy, wyobrażając sobie ten wieczór we wrześniu — trochę więcej niż sześć miesięcy temu — kiedy w końcu zgodziłem się zjeść kolację z Teo. Wcześniej kategorycznie odmawiałem spotkania sam na sam, dopiero kiedy Draco się obudził i nabrał sił na tyle, że potrafił wstać z łóżka i sam pójść do toalety. Dlaczego? Głównie dlatego, że wcześniej nie byłem pewien, czy uda mi się powstrzymać przed zamordowaniem Teo, gdyby tylko wypowiedział jego imię. Ale chodziło też o coś więcej. Bałem się. Straszliwie bałem się usłyszeć to, co tak desperacko chciał mi wyznać.

Kolacja okazała się przewidywalną — i przewidywalnie niewygodną — dwudziestominutową pogawędką. Teo i Luna mieli co robić. Higglebee nie oszczędzał ani ich, ani Elizabeth. Ostatnie zadanie wykonywali w Jaipur. Czy to nie miłe dla odmiany popracować w ciepłym mieście? I tym podobne bzdury. Dopiero przy głównym daniu zapytał, czym się zajmuję. Słuchał uważnie, kiedy odpowiadałem, a także nie powiedział niczego protekcjonalnego w stylu: „Jestem pewien, że brak magii ma też swoje dobre strony” albo „Niektórzy z moich najlepszych przyjaciół są charłakami”. (Ciekawe, że z oboma komentarzami spotkałem się więcej razy, niż mogę zliczyć.) Już zaczynałem się trochę rozluźniać, gdy nagle wyszło szydło z worka.
— Hmm... Czy on... To znaczy Malfoy... Powiedział ci o wszystkim, co się wydarzyło, kiedy... eee... byłeś nieprzytomny?
Patrzyłem na niego przez długi czas, aż poczuł się pod moim spojrzeniem wyraźnie nieswojo. Istniały tylko dwie możliwe odpowiedzi: tak albo nie, ale nie zamierzałem dzielić się z nim szczegółami mojej rozmowy z Draco. Jednak jakaś część mnie była ciekawa — zbyt ciekawa — więc odparłem, że jeśli tak bardzo chce mi coś wyznać, to niech zrobi to teraz. Albo nigdy. Mimo wszystko, niczego nie chciałem bardziej, niż zacząć zapominać. Draco żył. Jakimś cudem i wbrew wszystkiemu. I ja również. Jak dla mnie, nic więcej się nie liczyło.
Teo wziął łyk wody z lodem, przełknął, wziął kolejny, znów przełknął, i wreszcie odstawił szklankę.
— Myślę, że on go pieprzył.
Przerwałem krojenie steku i uniosłem wzrok.
— Mógłbyś być trochę mniej zagadkowy z zaimkami?
Znowu napił się wody.
— Malfoy. Pieprzył Mefodija.
Nie byłem przygotowany na intensywność emocji, jakie wywołało we mnie to proste zdanie. Ostrożnie odłożyłem nóż i widelec na talerz. Mój apetyt został zastąpiony przez obrzydliwie słodką mieszaninę zazdrości, podniecenia i ciekawości oraz nerwowej, pozbawionej źródła i celu agresji.
— Skąd wiesz? — zapytałem, ciesząc się, że mój głos zabrzmiał spokojnie.
— Ja... Widziałem ich.
— Widziałeś, jak się pieprzą — sprecyzowałem.
— No cóż... nie. Niedokładnie, jak się pieprzą, ale dostatecznie blisko. Byli w połowie rozebrani i całowali się. Malfoy złapał go za rękę... To znaczy, złapał Mefodija za rękę i położył ją na swoim kroczu. Zdecydowanie był tym, który prowadził w tańcu, że się tak wyrażę. Można powiedzieć, że go to strasznie podniecało...
Z sercem bijącym nieprzyjemnie mocno, uniosłem rękę i Teo zamilkł. Nawet mimo wiru emocji, jakie odczuwałem, jego rumieniec i przyspieszony oddech nie uszły mojej uwadze.
— Wystarczy — powiedziałem. — Szczerze wątpię, czy masz jakiekolwiek prawo, żeby mi mówić, jak Draco wygląda albo nie wygląda, gdy jest podniecony. Czy to wszystko, co widziałeś?
Przytaknął powoli, ale mogłem się założyć, że bardzo chciał mieć do powiedzenia coś więcej. Być może zapomniał, że nie jestem już w stanie używać legilimencji, a może wybrał drogę szlachetnej i bezinteresownej uczciwości (niemal parsknąłem śmiechem na tę myśl), ale nie próbował mnie okłamać.
— Co miał na sobie? — zapytałem.
Teo spojrzał na mnie z zaskoczeniem, które uczyniło jego minę wręcz komiczną.
— Słucham?
— Co Draco miał na sobie?
— Ja... nie wiem, czy dobrze pamiętam.
— Nie żartuj, Teo. Potrafisz powiedzieć, kto komu wsadził język do ust i czyja ręka znalazła się na czyim kutasie, a nie pamiętasz, w co byli ubrani?
Wyraźnie zaniepokoił się, słysząc moje słowa, a ja przelotnie zastanowiłem się, czego oczekiwał. Że się rozpłaczę? Wścieknę? Wezmę do domu taksówkę i pobiję swojego kochanka, który wciąż był tak słaby, że nie mógł chodzić bez laski? A może spodziewał się, że mu podziękuję, że pokazał mi prawdziwą naturę Draco?
— Hmm... Obaj mieli na sobie czarne spodnie i czarne buty.
— Co z szatą?
Spojrzał na mnie tak, jak gdyby oceniał, czy jestem zdrowy psychicznie.
— Zaczynali w szatach. Draco... To znaczy Malfoy, już miał ją rozpiętą, kiedy ich zobaczyłem, podobnie koszulę. Dotknął piersi Mefodija...
— Chwileczkę — powstrzymałem go. — Myślałem, że Draco wziął rękę Mefodija i położył ją na swoim kroczu.
Powiercił się na krześle, wyginając brew jak zdenerwowany uczeń przepytywany metodą sokratejską.*
— To... To było wcześniej. Zaczął rozpinać Mefodijowi szatę...
— Z tego co pamiętam, Mefodij nie wydawał się typem posiadającym szaty z guzikami — powiedziałem tonem konwersacyjnym.
Teo aż poczerwieniał ze złości.
— Zarzucasz mi, że zmyślam, Harry? Że tak naprawdę wcale nie widziałem tego, co widziałem?
— Nie — odparłem, upijając łyk wody. — Po prostu staram się poznać szczegóły, żebym później, kiedy będę się do tej wizji onanizował, nie musiał na poczekaniu niczego wymyślać.
Spojrzał na mnie kompletnie oszołomiony.
— Wybacz — dodałem. — Przerwałem ci. Proszę, kontynuuj. Dotarłeś do momentu, gdy Draco rozbiera Mefodija. Ściskał jego sutki? Może je ssał? Draco uwielbia, gdy jego własne traktuje się nieco brutalnie i kocha oddawać przysługę. Mefodij naprawdę wiele stracił, jeśli nie sprawił, by Draco wystrzelił przynajmniej raz tylko od drażnienia sutków.
— Ee... — jęknął Teo. — Harry, jesteś poważny czy robisz sobie ze mnie jaja? — W jego głosie zabrzmiało prawdziwe zakłopotanie.
— Och, jestem śmiertelnie poważny. Minie jeszcze tydzień, zanim Draco będzie na tyle silny, żeby mnie wypieprzyć, więc w międzyczasie zamierzam się onanizować, wyobrażając sobie, jak uwodzi tego pokręconego drania. Powiedz mi, jak długo Mefodij zdołał się powstrzymywać, zanim złapał Draco za tyłek? I nie mówiłeś jeszcze, czy mieli na sobie bryczesy. O, cholera, mieli! A buty? Do kolan? Czarne? Zdradź mi, Teo, dobrze widziałeś nogi Draco? Krzywiznę łydek obciągniętych elastyczną skórą? Długie, smukłe uda? Podziwiałeś miejsca, w których te uda łączą się z pośladkami? Kiedy kładę tam dłonie, a Draco napiera penisem na moją pachwinę, mogę poczuć każdy napięty mięsień i po prostu wiem, że to te same mięśnie, których użyje, żeby wycisnąć ze mnie ostatnią kroplę spermy, gdy będę go brał. A wiesz, że wgłębienia nad jego pośladkami są tak dobrze ukształtowane, że można z nich pić wino? Potrząsasz głową na „tak” czy na „nie wiem”? Być może akurat tego nie robiliśmy w nocy, kiedy nas podglądałeś. Szkoda. Strasznie kręciło mi się w głowie od wina, które wypiłem z różnych otworów jego ciała. Najlepsze cholerne roczniki, jakich kiedykolwiek przyszło mi spróbować.
Teo zerwał się z miejsca, jakby ukąsiły go wściekłe pszczoły, i gapił się na mnie, oddychając spazmatycznie.
— Och, przypuszczam, że nie wiesz, że byliśmy wtedy świadomi twojej obecności. Niezależnie od tego, jaką masz opinię o moich zdolnościach śledczych, na pewno wiele mówi o tym, jak przeceniasz swoje własne umiejętności aktorskie. Sądzisz, że nie zauważałem, jak mnie traktowałeś przez następne tygodnie? Że miałeś odruch wymiotny na samą myśl, czego byłeś świadkiem? — Parsknąłem z rozbawieniem, widząc na jego twarzy kompletne upokorzenie. — Kurwa, Teo. Gdybyś tylko zapytał, mógłbym się zgodzić. Do diabła, może udałoby ci się nawet namówić Draco... chociaż to wymagałoby zapewne porządnego... podlizywania się z mojej strony.
Roześmiałem się drapieżnie z własnej metafory, jednak niemal momentalnie umilkłem, przez co nagła powaga wydała się jeszcze bardziej niepokojąca. Teo dosłownie się wzdrygnął.
— Wiesz, że zawsze cię lubiłem — powiedziałem. — Chyba widziałem w tobie sporo siebie samego. Ale dzisiaj popełniłeś bardzo poważny błąd, większy nawet, niż gdy rzuciłeś Avadę na mojego kochanka i partnera. To, co się wydarzyło tamtej nocy, rozegrało się w ogniu walki, w obecności siedmiu trupów, w tym czworga dzieci. Pogodziłem się z tym, co się stało, ponieważ w innym przypadku zignorowałbym rolę, jaką sam odegrałem w doprowadzeniu do tamtej sytuacji. Ale dzisiaj chodziło tylko o to, żeby zjeść posiłek w przyjemnej atmosferze. Próbowałem udawać, że moje życie nie popierdoliło się kompletnie. A ty przez cały czas tylko czekałeś, by powiedzieć mi, że Draco mnie zdradził, jak gdyby dzięki tej wiedzy moje uczucie do niego mogło zmniejszyć się choćby odrobinę. Mam gdzieś Mefodija, zmartwychwstałego Voldemorta czy kogokolwiek innego. Draco raczy pozwalać, żebym go dotykał i kochał, i niczego więcej nie potrzebuję. Jeśli na to samo pozwala innym ludziom, niech i tak będzie...
— A co, jeśli tym innym człowiekiem jest Lucjusz Malfoy?
Jego słowa rozbrzmiały tak cicho, że ledwie je usłyszałem.
— Proszę?
— Zapytałem, co, jeśli osobą, której Draco raczył pozwalać się dotykać, jak to ująłeś, był Lucjusz Malfoy?
Nagle dotarło do mnie, że trzęsę się gwałtownie. Ścisnąłem podłokietniki krzesła tak mocno, że z moich knykci odpłynęła cała krew.
— Wyjdź, Teo — wysyczałem. — Wyjdź natychmiast!
Posłuchał. Nawet się za siebie nie obejrzał.

Wspomnienie słów Teo na temat Lucjusza Malfoya w żaden sposób nie pomaga mojej sfrustrowanej masturbacji. Biorę głęboki, oczyszczający oddech, mentalnie przewijam rozmowę do tyłu i zatrzymuję się na obrazie Draco i Mefodija obmacujących się jak szaleni pod ścianą. W mojej wyobraźni Draco całkowicie bezwstydnie ociera się biodrami o Mefodija i odrzuca do tyłu głowę, każąc podziwiać swoją bladą szyję. Ma tak długie włosy, że ich końcówki sięgają połowy pleców. Mefodij przyciąga go do siebie, niezdolny oderwać od niego rąk. Dobrze wiem, że jeszcze nigdy w życiu nie był tak podniecony, nie trzymał w ramionach czegoś tak rzadkiego, tak pięknego i tak nieokiełznanego jak mój kochanek. Draco rozpala go maksymalnie, sprawia, że pragnie go aż do bólu. Przesuwa dłonie na pośladki Draco, na zamsz opinający kształtne mięśnie, a potem między uda i po raz pierwszy czuje pod palcami ciepłe jądra. Sięga dalej, głębiej, pragnąc więcej tego rozgrzanego ciężaru na swojej skórze. W tym samym czasie drugą rękę wplata we włosy Draco, a ustami pieści tę zgrabną szyję i...
Dochodzę gwałtownie, w pośpiechu podciągając do góry koszulę. Moja pierś unosi się szybko, serce bije jak oszalałe, a w mózgu brzęczy jak w starym telewizorze Dursleyów włączonym o czwartej nad ranem. Kiedy wizja blaknie, widzę Draco, który stoi oparty o framugę drzwi łazienki ze skrzyżowanymi ramionami i patrzy na mnie. Wyrazu jego twarzy nie da się odczytać.
— Myślałem o tobie — mówię nierozważnie, wskazując na swojego mięknącego penisa.
— Wiem — odpowiada, a ja momentalnie się jeżę.
— Jasne. Pewnie używanie legilimencji na niepodejrzewającym niczego charłaku to żadna zbrodnia.
Rozplata ramiona i przeciąga palcami przez włosy, przez co unoszą się niczym mokre kolce. Nigdy wcześniej nie obciął ich tak krótko. Nawet w szkole.
— Powiedziałeś moje imię.
Potrząsam głową, zdezorientowany i zakłopotany.
— Co? O czym ty mówisz?
— Zanim doszedłeś. Powiedziałeś moje imię. Dlatego wiem, że o mnie myślałeś.
Zamykam oczy.
— Cholera. Przepraszam.
— Nic się nie stało. — Zdejmuje szlafrok i odkłada go na wieszak na drzwiach. — Idziesz do łóżka?
Patrzę, jak wygładza jedwab piżamy niedbałymi ruchami dłoni i nie po raz pierwszy zastanawiam się, czy jego zmysł erotyczny umarł tamtej nocy — razem z kawałkiem serca, którego braku nie mogłem nie zauważyć.
Odsuwa kołdrę i wspina się na łóżko. Nawet najmniejszym ruchem nie daję poznać, że chcę do niego dołączyć. W jakiś sposób wrażenie, że oddaliliśmy się od siebie, jest mniej dokuczliwe, gdy znajdujemy się po przeciwnych stronach pokoju niż po przeciwnych stronach łóżka. Merlinie, ale przecież dobrze pamiętam, jak kiedyś sypialiśmy splątani ze sobą, jakby nasze ciała nadal się kochały, podczas gdy umysły już odpłynęły ku nieświadomości...
— Ale to dlatego? — pytam nagle.
— Co dlatego?
— Dlatego nie pozwalasz mi się dotknąć? Dlatego nie chcesz się ze mną kochać? Bo jestem charłakiem...?
Jego oczy migoczą ze złości, a ja czuję dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. No już, Draco, ponaglam go w myślach. Powiedz to, ty złośliwy draniu. Przyznaj się w końcu.
— Jak możesz nawet tak myśleć?
— Jak? A cóż w tym dziwnego? — pytam z naciskiem, mimo że skrzyżował ręce na piersi i zaczerwieniły mu się policzki. — Chodzi mi o to, że zawsze podniecałeś się, gdy rzucałem jakieś trudne zaklęcie. Mówiłeś, że kiedy mnie pieprzysz, możesz poczuć moją moc i dlatego pragniesz mnie jeszcze bardziej. Zwykle...
— Nie, Harry! — krzyczy. — Nie, to nie dlatego, że jesteś charłakiem. I skoro mamy już tę rozmowę, zapewniam cię, że nigdy nie doszedłem z nim... z... Mefodijem. Połowę czasu spędziłem na zamartwianiu się, czy w ogóle będę w stanie...
Ale ja nie potrafię zdecydować, czy informacja ta sprawia, że czuję się lepiej czy jeszcze gorzej. Tak, mówię rzeczy, o których wiem, że zabolą najbardziej.
— Kurwa, Draco. Nie potrafisz nawet wypowiedzieć jego imienia. Jeśli kochałeś go tak bardzo, dlaczego to nie jemu dałeś pierścień?
Przygląda mi się z lekko rozchylonymi ustami, a ja od razu przepraszam, jednak kiedy wstaję i idę do niego, zrywa się z łóżka.
— Będę spał... w drugim pokoju — mówi wyraźnie drżącym głosem. Nawet na mnie nie patrzy, kiedy zbliża się, żeby zabrać szlafrok.
— Nie odchodź. — Nic więcej nie mogę z siebie wydusić. — Proszę, Draco. Jestem cholernym draniem. Wiem, że jestem, ale proszę, nie odchodź.
— Cóż, czyli jest nas dwóch — odpowiada z cieniem uśmiechu na ustach. — Cholernych drani, mam na myśli.
Przechodząc obok, prawie mnie dotyka. Czuję jego włosy. Jego skórę. Nawet zęby bolą mnie z tęsknoty. Obserwuję, jak zbliża się do wyjścia i nagle zdaję sobie sprawę, że to się dzieje naprawdę. Rzeczywiście wychodzi z pokoju przeze mnie. Z naszej wspólnej sypialni, jak by nie było! Nie mam jednak sił, żeby go powstrzymać — jak gdyby moja zdolność docierania do jego serca zniknęła tak samo jak umiejętność latania czy rzucania zaklęcia lewitacji.
Kładzie dłoń na klamce, przystaje i odwraca się.
— Pozwól mi, Harry. Nie chcę dawać żadnemu z nas okazji do powiedzenia czegoś, czego będziemy żałowali.
— Już się zamykam. Obiecuję. Proszę. Proszę, wróć do łóżka. Nie będę się do ciebie odzywał, nie będę cię dotykał, nie spróbuję cię pocałować...
Jego oczy nagle stają się bardzo lśniące. Pochyla głowę.
— Dobranoc, Harry — szepcze. — Śpij dobrze.
Jeszcze długo po tym, jak wychodzi, stoję i wpatruję się przed siebie, w wygięty wieszak na drzwiach, który kołysze się coraz wolniej, aż w końcu nieruchomieje całkowicie. Jednak nawet wtedy nie ruszam się z miejsca, nagle boleśnie świadomy, że muszę coś zrobić cholernie szybko, bo inaczej, mimo łączących nas pierścieni, stracę go na zawsze.

*

*dla zainteresowanych: KLIK

***


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Akame » 1 paź 2012, o 18:43

Dziękuję :* Tego mi było trzeba, czegoś tak mocnego, gorzkiego i orzącego.
Jestem całkowicie rozwalona i zaskoczona. Sądziłam, że wszystko będzie inaczej. Zdradziłaś mi, że Draco przeżyje i tego się trzymałam, ale całą resztę widziałam w zupełnie innym świetle. Byłam stuprocentowo pewna, że Harry odsunie się od niego, że nie będzie potrafił pogodzić się z tym co zrobił. Pomimo całej tej miłości, wyobrażałam sobie, iż Harry nie przeskoczy tego, że Draco posunął się do morderstwa. Jest zupełnie odwrotnie, to Draco zachowuje dystans, nie potrafi wrócić tak naprawdę do Pottera, chociaż widać, że go pragnie. Ten rozdział jest tak gorzki, tak pełen smutku i rozpaczy, że aż ciarki przechodzą. Zastanawiam się co kieruje Draco. Być może nie potrafi sobie wybaczyć, możliwe że czuje się brudny i nie wart Harry'ego. Jakoś tak nie do końca kupuję tę jego impotencję. Bardziej to, iż nie potrafi poprawnie funkcjonować w łóżku, kładę na karb zaburzeń czysto psychologicznych po tym co przeszli. Nie wiem, jakoś to sobie sama usiłuję poukładać. Nienawidzę czekać co będzie dalej, ale nie potrafię też sięgnąć po oryginał. Mam jakiś taki wewnętrzny sprzeciw, aby nie kaleczyć tego opowiadania.

Nie trawię Teo, a kiedyś naprawdę usiłowałam go zrozumieć i lubiłam go. Facet jest obrzydliwy. Mam wrażenie, że usiłuje zniszczyć do końca to, co zostało. Jakby nie było mu dosyć. Naprawdę podziwiam Harry'ego, za jego reakcję. Był tak cyniczny, pełen ironii, wręcz wredny. Myślę, że tą przemową zniszczył to, co było pomiędzy nim a Teo, a może to Teo zaprzepaścił szansę na kontynuowanie tej przyjaźni? Chyba jednak to drugie. Za dużo chciał, za bardzo po trupach.

Żal mi Aloszy. Widać, że to co chłopiec przeżył sprowadziło na niego niesłychaną traumę. Zastanawiam się ile czasu zajmie mu dojście do siebie. Czy po tym wszystkim będzie w stanie funkcjonować, jak normalne beztroskie dziecko? Dobrze, że zajmuje się nim Hermiona, być może dzięki jej opiece chłopiec zdoła się pozbierać. Niemniej myślę, że to co przeżył, zawsze już będzie się za nim ciągnęło.

Tak przypuszczałam, że Harry stracił swoją magię. To po prostu musiało mieć jakieś konsekwencje. Nie powiem, że mnie to nie siekło przez łeb. Harry i magia, to dla mnie coś nierozłącznego. Magia, to jak jedna z kończyn, ręka, noga, nie potrafię tego wytłumaczyć. Zawsze gdzieś się przewija, wiecznie jest wspominane, jak wręcz z niego wycieka, jak działa na innych. I teraz, kiedy stał się charłakiem, po prostu cholernie żal.

Dziękuje za kolejny rozdział. Jeszcze tylko trzy do końca, a ja zastanawiam się, jak to wszystko się potoczy w obliczu tego, co dzieje się teraz. Jak kiedyś przeczytam słowo "koniec", przewinę worda do początku i zagłębię się w to jeszcze raz, na spokojnie, aby się po prostu delektować.
Pozdrawiam gorąco :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez fankayaoi » 2 paź 2012, o 18:16

czekałam niecierpliwie, na kolejny rozdział
Nie jestem rozczarowana, że Draco żyje, mimo wszystkiego, ale to przecież magia, niejednokrotnie czarna magia.
Tak myślę, że jego oziębłość wynika, z tego że sam siebie nie akceptuje i dlatego nie może na to pozwolić Harremu, ale to wszystko przypuszczenia, może tak wcale nie jest i jak to myśli Harry - stracił kawałek serca?
Chciałabym, aby to się wyjaśniło, czy otrzymam odpowiedź w najbliższym czasie? ( tj. do końca roku:) będzie skończone opowiadanie?).
Pozdrawiam i życzę weny, jak już pisałam jesteś niesamowita.
fankayaoi
fankayaoi Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 18
Dołączył(a): 11 sty 2011, o 21:35

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości