[T] [Z] Danse Russe

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez pulsująca męskość » 28 maja 2012, o 20:08

No w mordę. Dopiero się zorientowałam, że nie skomentowałam poprzedniego rozdziału, ale zawsze po przeczytaniu jestem tak wykończona, że ciężko mi coś z siebie wydusić.

Oczywiście brak Harryego fizycznie troszkę... sama nie wiem. Po tylu rozdziałach, których był nieodłączną częścią, brak Harryego wprowadził mnie wręcz w lekkie zakłopotanie. Oczywiście rozumiem tęsknotę, na tyle, na ile jest mi ją dane pojąc w tym wypadku, ale to jest jakby nieco inne uczucie niż ta tęsknota, gdy Potter był przy Draconie. Ciągle jest to silne, ale otoczka, kolor, aura tej emocji jest inna.
Nieco zżera mnie ciekawość, ale jednocześnie jestem ciekawa po prostu postaci naszego narratora jako takiego. Całkiem nieźle skonstruowany typek. Zresztą Malfoyowa to samo. Konkret, jakim powinna być. Nie uważam też, żeby była zabawna. Jest po prostu lordowsko malfoyowska. Zniesmaczona, zniechęcona. Oczywiście w mojej głowie po niektórych ekscesach z HP na wieki pozostanie dla mnie matczyną matka, jakby to nie zabrzmiało, ale jednak nie można odmówić jej tego wyrachowania. Jestem strasznie ciekawa, czy będzie bardziej znaczącą postacią, czy jest jedynie swego rodzaju tłem, ukazującym codzienność Draco.
Co będzie, to będzie. A z tego, co widzę, to szykują się pościgi, strzelaniny i policjanci z Miami xD

Z poważaniem
pulsująca męskość
Obrazek
PONIES?!
...
pulsująca męskość Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 23
Dołączył(a): 27 gru 2011, o 15:07
Lokalizacja: Orbita Rozkoszy

Postprzez Akame » 30 maja 2012, o 08:24

Zdążyłam! Już się bałam, że wstawisz nowy rozdział, zanim ja ruszę moją szacowną xD
Boru zielony, mam ochotę potrząsnąć Harrym. Ja naprawdę rozumiem, że rozstania są trudne i w sytuacji, w której się znaleźli, jest im ciężko, ale tak zostawić Draco bez słowa, po obietnicach, że go obudzi... Normalnie zaciskałam zęby czytają o pobudce Malfoya. Po raz kolejny stwierdzam, że autorka ma niesamowity dar opisywania uczuć. I dobijania człowieka szczegółami, czy to rozrzuconych rzeczy, czy to notatek, bądź hektolitrów kawy. Można wręcz poczuć na własnej skórze to, jak bardzo tę rozłąkę przeżywa Draco. Tyle bólu, lęku o przyszłość, rzeczy przypominających mu chwile, gdy byli razem. Cierpienia. Ten Draco, to wrak człowieka. Ciągle w nerwach, przerażony tym, że może w każdej chwili stracić Harry'ego. Zero gwarancji na wspólną przyszłość. Już lepiej by było, gdyby sobie niczego nie obiecywali. Zwłaszcza tego, że Harry zrezygnuje i wreszcie będą razem. To tak, jak na filmach, gdy ktoś mówi, że to ostatni raz, a potem będą żyć długo i szczęśliwie. Człowiek ogląda i wie, że po takiej deklaracji, coś po prostu musi się spieprzyć :/

Bardzo podobała mi się cała ta scena z Albericiem. Taka wyważona i nastawiona na zastraszenie. Miałam wrażenie, że mam przez oczami opis Lucjusza, a nie Draco. Wszystko na zimno, wykalkulowane. Każdy gest, emocja, słowo. Nic przypadkowego. Może poza chwilami, gdy Draco odpływał ku wspomnieniom o Harrym. Sam opis obiadu, zniesmaczenia Malfoya swoim gościem. Służalcze wręcz nastawienie Carrowa. Człowiek, który musi służyć. Który niczego nie osiągnie sam, nie prowadzony przez twardą rękę. Bezbłędne. Teraz zastanawiam się, po co Draco lusterko Voldemorta. Czym jest owy artefakt i czy pomoże, czy może tylko pogłębi cierpienie Draco.
Trudno też przegapić postać Narcyzy. Świetnie zarysowana. Idealna pani Malfoy, a jej rozmowa z niechcianym gościem, rewelacyjna. Ten chłód, ironia, niesmak, a przy tym nadal pełna godności arystokratka, która wprost nie obraża. Po prostu niektórzy są za głupi, aby poznać się na przesłaniu, jakie niosą za sobą jej odpowiedzi.

Wspomnienia Draco mogłabym czytać i czytać i żałować, że to nie odczucia towarzyszące mu w czasie rzeczywistym i Harry nie siedzi tuż przed nim, pijąc whisky i według instrukcji Draco, rozkoszując się jej bukietem. Nie zajada się z Malfoyem ciastem własnej roboty, po tym, jak spalił resztę kolacji. Wspaniałe retrospekcje, jednak pomimo zabawnych i pełnych namiętności momentów, nadal bardzo smutne, bo jednak to tylko wspomnienia.

Na koniec, muszę stwierdzić, że bardzo przypadła mi do gustu osoba Hermiony, co zdarza mi się niezwykle rzadko. To nie tak, że nie lubię tej postaci. Wręcz przeciwnie, bardzo ją lubię, jednak autorzy mają skłonność do robienia z niej despotyczniej rządzącej się wiecznie osoby, która rzadko zważa na to, co myślą inni. Ta tutaj wydaje się rozumieć Draco i wykazuje chęć pomocy. Być może dzieje się tak też dlatego, że znajdują się w bardzo podobnych sytuacjach. Obydwoje czekają na powrót osób im najbliższych.

Świetny rozdział, świetnego opowiadania. Moim zachwytom nadal nie ma końca :) Pozdrawiam serdecznie i dziękuję :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Miss Black » 1 cze 2012, o 21:35

Komentarz do drugiego rozdziału:

Mam wrażanie, że coś mi umyka. Przez niemal całą pierwszą część tego rozdziału irytowało mnie, że autorka zaczęła z tak grubej rury, że nie ma tu żadnego podłoża emocjonalnego, żadnej historii, na której tle czytelnik mógłby sobie ułożyć to wszystko, co tu dostaje, a potem miałam ochotę walnąć głową w blat. Zupełnie zapomniałam, że to przecież rodzaj sequelu, a ja oczywiście nie czytałam pierwszej części. Wspomnienia Draco są dla mnie całkowicie wyrwane z kontekstu: jakaś mgiełka historii, która nic dla mnie nie znaczy. Chyba jednak będę musiała nadrobić braki, bo za wiele mi umknie. Czytam i widzę, że uczucia Draco są fenomenalnie opisane i mogę się założyć, że działałoby to na mnie jak zakończenie Cor, ale nie działa wcale, bo nie mam backgroundu. Fatalnie. Kaczalko, wrócę, gdy skończę "jedynkę".
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Akame » 2 cze 2012, o 21:11

Ja nie wiem, czy jedynka jest aż tak istotna dla tego sequelu. Owszem, tam wszystko się zaczęło, ale właściwie, to składa się ona z trzech części, które spokojnie można podsumować, jako rozbudowane miniaturki pwp. Cały ten bum emocjonalny jest zawarty w tym opowiadaniu, więc sądzę, że za wiele nie tracisz :) To, o czym Draco wspomina, w 90% nie pojawia się w tym pierwszym opowiadaniu. Poza tym, jest ono dość mocne, mam wrażenie, że BD w całym swym erotyźmie, jest dużo mniej szokujący, niż tamto opowiadanko. Naprawdę, jedno z tych, którym postawiłabym pieczątkę +21 i walnęła na końcu wykrzyknik ;) Niemniej, jeżeli chcesz przeczytać, to nie odradzam, mnie nie ugryzło, a wręcz przeciwnie :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Kaczalka » 2 cze 2012, o 21:39

Hehe, a mnie pogryzło :D W Spare the Rod omijałam całe akapity. A myślałam, że takiego starego zboczeńca jak ja już nic nie ruszy.


Część VIII


W nocy śnię o Harrym.
Jesteśmy w jakimś mieście i idziemy wzdłuż rzeki. To może być Newa albo Elliðaá, Lagan lub Mały Samosz. Nawet Tamiza. Zapada zmierzch, a latarnie oświetlają smukłe konary bezlistnych drzew i zimną, ciemną wodę pluskającą o granitowe nabrzeża. W powietrzu czuję śnieg, ale wiem, że to nieistotne, ponieważ tam, dokąd zmierzamy, będzie ciepło, jasno i daleko od wszelkich żywiołów. Muskam palcami dłoń Harry’ego, a on chwyta je i splata ze swoimi. Kątem oka dostrzegam mignięcie bieli, więc obracam się i widzę samotnego łabędzia, który płynie wzdłuż kamiennych stopni schodzących do wody. Jego dziób jest czarny jak heban i tak samo błyszczący. Harry zauważa go również i zatrzymuje się.
— Chyba o czymś zapomniałem — mówi tonem zadumanym i nieobecnym. Puszcza moją rękę i zwraca się ku rzece i ciemnym, oblodzonym schodom.
Łapię go za ramię.
— Spóźnimy się! — protestuję, choć nie wiem, dokąd idziemy i na co mielibyśmy się spóźnić. Na drugim brzegu niebo usiane jest płomykami z kominów rafinerii ropy naftowej, a gdzieś w oddali gwiżdże pociąg. Zaczyna padać śnieg.
— Zaraz wrócę — uspokaja mnie Harry. — Zaczekaj tutaj. — Rusza w stronę schodów, a mnie nagle ogarnia przerażenie.
— Harry! — krzyczę, bezskutecznie starając się, by w moim głosie pobrzmiewało bardziej zdenerwowanie niż przestrach.
Dociera do stopni i odwraca się do mnie, chwytając za metalową balustradę, jakby wchodził do basenu w czerwcowe popołudnie, a nie do rzeki zimowym wieczorem.
— Zaraz wrócę — powtarza.
Robi krok do tyłu i niespodziewanie znika. Podbiegam do barierki i praktycznie rzucam się na nią, ale nic tam nie ma. Ani schodów, ani łabędzia. Ani Harry’ego.
Gdy się budzę, moją klatkę piersiową pokrywa pot, a żołądek skręcają mdłości. Towarzyszą mi przez cały dzień mimo bezproblemowej kapitulacji Carrowa w sprawie lusterka i drobnego przełomu w tłumaczeniu „Wołkownika”. Bez przerwy czuję, że coś jest nie tak, i nieważne ile razy powtarzam sobie, że to sen skaził moją percepcję, niepokój nie mija.

Przeczucie zamienia się w pewność, kiedy podchodzę do frontowych drzwi, przy których stoi Bobbin. Skrzaty nie są głupie i wiedzą, że nie można czaić się na mnie, gdy wracam do domu. Ale kiedy Bobbin mówi, że w bibliotece czekają pan Neville Longbottom i pani Hermiona Granger-Weasley-Longbottom, nie mam wątpliwości, że dzieje się coś złego. Czuję, że moje wnętrzności zaraz zostaną wyrwane kawałek po kawałku, i błagam zimne, obojętne gwiazdy o szybką śmierć.
Ku zdumieniu skrzatki grzecznie jej dziękuję i polecam, żeby, jeśli jeszcze tego nie zrobiła, zaoferowała naszym gościom coś orzeźwiającego. Gdy tylko znika, zdejmuję rękawiczki. Palec po palcu. Uczucie oddzielania skóry od skóry jest jak zakończenie pocałunku. Każdy zmysł wyostrzony mam aż do bólu. Widzę — być może po raz pierwszy w życiu — dbałość i kunszt kogoś, już od dawna martwego, kto wyrzeźbił akanty wieńczące kolumny przy wejściu do południowego salonu. Jakie piękne, myślę, koncentrując uwagę tylko i wyłącznie na smukłych liściach i ich niemożliwie delikatnych żyłkach. Wyciągam ręce z rękawów płaszcza i rozpinam marynarkę. Moje ciało pod cienką tkaniną koszuli płonie w kontakcie z powietrzem. Jestem chory, stwierdzam z roztargnieniem. Może mam gorączkę...
Obserwuję sam siebie, jak przewieszam płaszcz przez oparcie kanapy i z najwyższą ostrożnością kieruję się w stronę salonu oraz znajdującej się za nim biblioteki. Mimochodem zauważam, że moje włosy, o wiele dłuższe, niż jestem przyzwyczajony, błyszczą w kontraście z czarną wełną marynarki. I nagle rozumiem! Wszystko było tylko snem, bardzo, bardzo długim snem. Ale teraz przebudziłem się i ten wysoki mężczyzna o poważnej twarzy, oddalający się właśnie ode mnie, to, oczywiście, mój ojciec. I jeśli spojrzałbym na swoje dłonie, okazałoby się, że są blade, miękkie i gładkie. Prawie bez zmarszczek. Dłonie dziecka. Dłonie kogoś, kto wszelkie straty ma jeszcze przed sobą.
Kiedy moja ręką i ręka mężczyzny o poważnej twarzy jednocześnie dotykają klamki drzwi biblioteki, dwie perspektywy ponownie się ze sobą zderzają. Towarzyszy temu oślepiający wybuch światła, który kłuje mnie w oczy jak szpikulec do lodu. Czuję pierwszą falę mdłości i przełykam ją z wściekłością. Zdaję sobie sprawę, że nie wiem, co się stanie, co sam zrobię, kiedy wejdę do tego pokoju. Pokoju, który od wieków był moim cichym sanktuarium. Świadomość tego jest niepokojąca. Rzadko zdarza mi się zaskoczyć samego siebie, a kiedy już to robię, to zawsze z powodu...
Longbottom stoi przy kominku z pochyloną głową i dłonią opartą o gzyms. Obraca się, gdy wchodzę. Skupiam na nim wzrok do tego stopnia, że brzegi pomieszczenia ciemnieją jak kawałek palącego się pergaminu, aż wszystkim, co widzę, jest jego blada, smutna twarz. Jedynie gdzieś w oddali, jakby zza bezlitosnego bezmiaru czasu i przestrzeni, rejestruję obecność Granger, która wyciąga rękę...
Potrząsam głową, co musi wyglądać komicznie — niczym teatralny gest dziecka, któremu kazano iść spać, a ono wcale nie ma na to ochoty — ponieważ pokój nagle wiruje i widzę wszystkie jego strony naraz. Musiałem się zachwiać, bo niespodziewanie Longbottom jest tuż przy mnie i z żelazną siłą zaciska palce na moim ramieniu. Ciągnie mnie w stronę kanapy, ale coś złego dzieje się z moimi nogami. Potykam się. To tylko kwestia czasu, aż upadnę...
— Draco.
Jeszcze nigdy dźwięk własnego imienia nie brzmiał w moich uszach tak nienawistnie jak teraz, kiedy wymawia je Granger.
— Jak?
Przechodząc przez gardło, słowo zgrzyta niczym drut kolczasty. Jestem niemal zaskoczony, że nie rozdziera mi skóry i wraz z nim nie wypluwam krwi.
— Nie wiemy — odzywa się Longbottom po długiej ciszy.
I oto chwila, na którą czekałem. Jak człowiek porwany pod powierzchnię zamarzniętego jeziora i pociągnięty na dno, a potem uwolniony i unoszący się w stronę światła, gniew wybucha mi w piersi.
Nie. Wiecie? — Każde słowo wyrzucam na odrębnym oddechu. — Wy. Nie wiecie? Jak. To. Się. Stało?
W eksplozji, z której ledwie zdaję sobie sprawę, kilka wielkich szyb w oknie na drugim końcu biblioteki znika w błyszczącej mgle.
Longbottom i Granger wymieniają zrozpaczone spojrzenia, na co prawie wybucham śmiechem. Nagle jesteśmy z powrotem w Hogwarcie, a niewymownie głupim Gryfonom znowu zabrakło języków w gębach. Spodziewam się, że Weasley wparuje tu lada moment, wrzeszcząc coś bez ładu, mimo że jest martwy od piętnastu lat. A potem pojawi się jedno lub więcej z jego rodzeństwa, później Dumbledore i McGonagall, i w końcu, jeśli tylko poczekam odpowiednio długo, tylko odrobinę dłużej, sam cholerny Harry Potter wejdzie tu, jakby był właścicielem tego miejsca, i...
Powietrze, które staram się wciągnąć do płuc, jest jak nóż zrobiony z lodowatej stali. Działa na mnie niczym knebel i już wiem, bez cienia wątpliwości, że to właśnie ten moment. Gdy świadomość, że Harry nie żyje, uderza we mnie jak grom. Ostrze lodowego oddechu ześlizguje mi się w dół gardła i rozpoczyna poszukiwania. Zdaję sobie sprawę, czego szuka — mojego serca. Gdyby istniało coś takiego jak mugolski Bóg, i jeśli byłby on miłosierny, w chwili, gdy nóż wreszcie odnajdzie i przebije ten biedny organ, krew zacznie wypływać i nie przestanie, dopóki ja również nie umrę.
Czuję na sobie ręce. Są wszędzie. Jakby tłum ludzi wszedł do biblioteki i wszyscy jednocześnie chcieli mnie dotknąć. Popychają mnie łagodnie na podłogę i luzują krawat. Odpinają kołnierzyk koszuli i obracają mnie na bok, kiedy zaczynam kaszleć, wymiotować, płakać i wrzeszczeć. I gdy nie mam już nic w żołądku, ręce wycierają mi usta wilgotną szmatką i odgarniają z twarzy mokre od potu włosy. Gdybym nie był ciągle żywy i niezmiernie rozgoryczony tym faktem, poczułbym do tych rąk wdzięczność. Delikatnie unoszą mi głowę i przytrzymują szklankę przy wargach. Łagodne ręce, które sprawiają, że cały świat pogrąża się w ciszy. I ciemności.

Ranek. Stoję na pustym parkingu w jakimś brzydkim mieście. Chodnik pod moimi stopami jest popękany. Porozrzucane tu i tam kępki trawy łapią poruszane wiatrem drobinki śmieci i trzymają je, póki nie nadejdzie podmuch na tyle silny, aby je porwać i przesunąć dalej. Strony porzuconej gazety łopoczą na wietrze niczym skrzydła okaleczonego ptaka. W przerwach między szarym betonem wieżowców niebo jest lekko żółtawe i poszatkowane liniami telefonicznymi. Niezdarny szew między nocą a dniem. Wysuszona rana. Wszystko jest tak piękne, że trudno mi oddychać. Chmara jakichś małych, brunatnych ptaków nagle wzlatuje w powietrze, poruszając się w spontanicznej, pełnej gracji masie niczym suszące się na sznurze i porwane przez wiatr prześcieradło.
Jeszcze nigdy nie byłem samotny. Teraz to wiem.
Ramiona otaczają mnie w talii i przyciągają do twardego, ciepłego ciała. Patrzę w dół i widzę dwie ręce splecione nad klamrą mojego paska. I prosty, pozbawiony ozdób kawałek najczystszego srebra na palcu lewej dłoni.
— To był tylko sen. — Głos Harry’ego. — Ale już się skończył.
Pogrążam się w chwilowej fali mieszaniny ulgi i poczucia straty. Jego słowa są jak najostrzejszy, najsłodszy cios, jaki mi kiedykolwiek zadał.
— Gdy cię puszczę, staniesz o własnych siłach — mówi. — Już nie musisz się o mnie opierać.
Zamykam oczy. Słońce uniosło się prawie całkowicie nad cienką linią horyzontu. Kawałki porozbijanych butelek łapią jego światło, co wygląda, jak gdyby ktoś niedbale posypał zaśmiecony chodnik diamentami, rzucając je niczym nasiona na jałową ziemię. Są zbyt jasne. Zbyt ostre. Zbyt duże. Zaciskam powieki jeszcze mocniej.
— Ale ja nie jestem gotowy — szepczę.
— Owszem, jesteś — odpowiada, muskając moje ucho ciepłym oddechem. — Jesteś silniejszy, niż myślisz. Zawsze byłeś.
Zaczynam się trząść. Czuję, że moje nozdrza rozszerzają się przy każdym wdechu. Teraz wiem, czego się spodziewać, co oznaczają jego łagodne pieszczoty.
— Proszę — mówię cicho. — Proszę, nie.
Wzdycha.
— Obaj wiemy, że tego chcesz, Draco. Przygotowywałeś się na tę chwilę przez całe swoje życie. Przestań walczyć.
— Ale to nie jest... — szepczę rozpaczliwie. — To się nie zdarzyło od lat. Nie rań mnie.
Całuje mnie w szyję z tak czystym uwielbieniem, że czuję, jak moje serce najpierw zatrzymuje się, a potem rozkwita jak róża od nagłego napływu krwi i tlenu. Otwieram oczy i staję twarzą w twarz ze słońcem w pełnym blasku i niesamowicie młodym dniem.
— Będziesz błagał, prawda? — mruczy Harry. W jego słowach pobrzmiewa władza niemająca nic wspólnego z dobrocią, jaką okazuje.
— Tak — odpowiadam wyraźnie. — Tak.
Przesuwa dłonią z obrączką w górę mojej piersi, powoli, ale bez wahania, aż dociera do brody i ujmuje ją palcami z okrutną czułością, jak gdybym był niewyobrażalnie delikatny. Jak gdybym był w jego rękach drogocennym kamieniem przeznaczonym do wystawiania na widok publiczny.
— Powiedz to — dyszy przy moim karku. — Powiedz: „Proszę, nie krzywdź mnie, Harry”.
Ponownie zaciskam powieki. Serce łomocze mi nierówno z powodu strachu, pożądania i oczekiwanego bólu.
— ...rry — sapię ciężko.
— Nie dosłyszałem. — Otacza dłońmi moją głowę i trzyma ją, by zmusić mnie do patrzenia mu w oczy, kiedy odpowiadam.
Ostatecznie, wielokrotnie przełknąwszy ślinę i wziąwszy kilka drżących oddechów, utrzymuję kontakt wzrokowy i mówię tonem najbardziej uległym, na jaki mogę się zdobyć:
— Proszę, Harry. — Uśmiecha się do mnie szczerze i szeroko, i wcale nie stara się tego powstrzymać, więc powtarzam, tym razem z większą pewnością: — Proszę, nie krzywdź mnie, Harry. Proszę.
Cios przychodzi z trzaskiem — jakby piorun uderzył w drzewo albo tłum ludzi aportował się jednocześnie. Jeszcze nic nie czuję. Absolutnie nic.
Otwieram oczy, ale nadal nic we mnie nie ma. Żadnego pragnienia. Żadnego bólu. Jest tylko pustka, jama tak głęboka i rozległa, że nie da się jej zmierzyć.

Leżę w łóżku we dworze, a matka siedzi przy kominku, czytając jeden ze swoich romansów oprawionych w delikatną cielęcą skórę. Pozłacane krawędzie kartek pobłyskują blado w świetle niskiego płomienia. Odwraca się do mnie, gdy słyszy, że się poruszam. Jej uśmiech jest mizerny, smutny i aż nazbyt znajomy. Nagle przypominają mi się te miesiące dawno temu, które spędziliśmy jako więźniowie we własnym domu, a ja obserwowałem, jak jej majestatyczne piękno gaśnie na moich oczach.
Odkłada książkę na stolik do herbaty i wstaje powoli. Zastanawiam się przelotnie, jak długo już tu jest. Wygląda na zesztywniałą, zmęczoną i jak najbardziej na swoje lata. Podchodzi do mojego łóżka, przysiada na brzegu i kładzie dłoń na moim policzku. Czuję, jak materac ugina się lekko pod jej ciężarem. Gdyby nie zmarszczki na jej twarzy, znużenie związane z wiekiem i śmierć przenikająca niebieskie oczy, mógłbym przysiąc, że znowu jestem dzieckiem. Chorym, z gorączką, być może spragnionym pocieszającego dotyku.
— Jak się czujesz? — pyta.
Patrzę na nią bez słowa, na kosmyk jasnych włosów wymykający się spod nefrytowego grzebienia, na blade czoło pobrużdżone ze zmartwienia.
— Czy Longbottom i Granger nadal tu są? — charczę. Głos, który się ze mnie wydobywa, jest jakby obcy i nieużywany, jak zardzewiałe zawiasy w starych drzwiach.
— Nie, ale... Hermiona... powiedziała, że wróci później.
Prawie się uśmiecham z powodu oczywistego wysiłku, na jaki musi się zdobyć, by nazwać Granger po imieniu. Gdyby do tej chwili brakowało wskazówek (a nie brakowało), byłoby to oczywistą oznaką, że rzeczy nie toczą się, jak powinny. Zastanawiam się, co jej powiedzieli. Czy wyjawili, że kochanek jej jedynego syna — cały sens jego istnienia — umarł samotnie w bezbarwnym mieście tak odległym, że nawet najpotężniejszy czarodziej nie mógłby aportować się tam bezpośrednio? Że syn ten prosił ich, aby i jego zabili? Że szlochał jak opętany z powodu ich nieuniknionej odmowy?
— Powinieneś coś zjeść — mówi.
Bez protestu kiwam głową. Błysk niepokoju, który widzę w jej oczach, mówi mi, że nie spodziewała się mojej zgody. A to, bardziej niż cokolwiek innego, bardziej niż mój niewątpliwie pożałowania godny wygląd oraz głos, zdarty i ochrypły od wykrzykiwania rozpaczy, przekonuje ją o głębi mojej straty. Jeśli do tej pory myślała, że mnie zna, teraz musi sobie zdawać sprawę, że to nieprawda. Gdyby pozostały mi jeszcze jakieś łzy, zapłakałbym nad nią.
Odwraca głowę, więc widzę jedynie jej profil.
— Kochałeś go.
To nie jest pytanie, ale nawet gdyby było, nie potrafiłbym na nie odpowiedzieć. Prawdopodobnie żadne słowo nie mieści wszystkiego, co czułem. Wszystkiego, co mieliśmy razem.
— Dzisiejszego popołudnia odbędzie się otwarta uroczystość. Jedno z tych wielkich ministerialnych wydarzeń. Wystąpi cała lista prelegentów, łącznie z tym nieznośnym nudziarzem, ministrem...
Milknie. Oboje dobrze wiemy, że nigdzie nie pójdę. Ogień w kominku pocieszająco trzaska i podskakuje, a zegar na gzymsie odmierza jakoś swoje ciężkie sekundy. Pomimo faktu, że świat się skończył. Przynajmniej dla mnie. I nagle zdaję sobie sprawę, że to musi być jeden z wielu zabijających ciosów, jakie niesie ze sobą rozpacz, odcinając człowieka od reszty ludzkości jednym gładkim pociągnięciem lśniącego ostrza, bezlitosnego i ostrego jak skalpel. Na całym świecie ludzie siedzą przy stołach i biurkach, śmieją się z żartów i boją o pracę, dzieci, kochanków i pieniądze. Ale nie ja. Nie ja. Będę szczęśliwy, jeśli tylko nie zapomnę, jak się przełyka. Jak zaczerpnąć kolejny oddech. Ponieważ nawet to boli bardziej, niż kiedykolwiek myślałem. Niż sobie wyobrażałem.
— Draco — odzywa się matka w końcu, patrząc na mnie i sięgając po moją rękę. — Nie ma ciała.
Moje mięśnie reagują na jej słowa z własnej woli, bez sygnału z mózgu. Obracam się na bok i zwijam, jakbym otrzymał w brzuch cios fizycznie, a nie tylko dźwiękiem. Ciało Harry’ego. O tym mówi. Nie o Harrym, tylko o ciele Harry’ego, jak gdyby te dwie rzeczy zostały rozdzielone w tłumie. Jak gdyby ciało było czymś, co Harry mógł stracić, odłożyć w jakieś miejsce i zapomnieć, gdzie jest. Przytłacza mnie okrucieństwo semantyki dotyczącej śmierci, jej zdolność do oddzielania rzeczy nierozłącznych. Jak Harry’ego od jego ciała. No tak, powinienem się tego spodziewać. Cholernie dobrze wiedziałem, że tak się stanie.
— Posłuchaj — szepcze matka surowo, łapiąc mnie za podbródek i zmuszając, bym spojrzał jej w oczy. — Posłuchaj mnie, Draco Lucjuszu Malfoy. W długiej historii twojej rodziny jeszcze nigdy nikt z twoich przodków nie opłakiwał współmałżonka, dziecka lub rodzica bez ciała. Nigdy.
Nagle przypomina mi się rozmowa z Harrym w Petersburgu na temat Syriusza Blacka.
— Chyba że ono już nie istnieje — mówię z goryczą.
— Mimo wszystkich wad, których, uwierz mi, nie staram się minimalizować, Malfoyowie nie są Blackami. Niezależnie od wszystkiego. Mówię o rodzinie twojego ojca. — Puszcza moją brodę i odgarnia mi włosy z twarzy, a jej oczy wypełniają się łzami. — Draco, mój kochany, moje dziecko... obiecaj mi... — przerywa i ponownie odwraca głowę. — Obiecaj mi, że z decyzją, czy to cię zabije, poczekasz, aż odnajdziesz ciało. Obiecaj.
Tylko dwa razy w życiu widziałem, jak matka płacze, i pamięć o obu przypadkach wypaliła się w moim umyśle jak piętno. Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, jestem jej winien przynajmniej tyle. Sięgam po jej dłoń.
— Dobrze — szepczę ochryple. — Dobrze.
Ociera oczy i wbija niewidzący wzrok w ogień.
— Dziękuję — mówi i zaciska palce. — Wydam polecenie, żeby kucharz przygotował nam porządne śniadanie. Żadnych tostów z herbatą. Przecież musisz nabrać sił przed podróżą na Syberię.

Granger przybywa w połowie naszego posiłku. Bobbin wpuszcza ją do pokoju śniadaniowego bez żadnej zbędnej prezentacji. Skrzaty musiały otrzymać szczegółowe instrukcje, że nie można mi przeszkadzać, chyba że jest to absolutnie konieczne.
Kiedy Granger wchodzi, matka grzecznie wstaje i mruga ze zdziwienia, widząc jej zmęczoną, bladą twarz, zaraz jednak ponownie przybiera bezpieczną, obojętną minę.
— Proszę do nas dołączyć, pani Longbottom. Jest raczej późno na śniadanie, z pewnością już pani jadła, ale będziemy zaszczyceni, jeśli się pani do nas przysiądzie. Skoro jest już prawie południe, mogę zaproponować kanapkę. Albo sałatkę.
— Dziękuję, ale nie jestem głodna — odpowiada Granger. — Z chęcią wypiłabym jednak filiżankę herbaty, jeśli to nie kłopot.
— Oczywiście, że nie — odpowiada matka. — Zaraz sama się tym zajmę.
Biorąc pod uwagę, że na stole stoi pełny dzbanek — a nawet gdyby nie stał, Bobbin zadbałaby o gościa w mgnieniu oka — oferta matki ma na celu zapewnienie mnie i Granger chwili sam na sam. Zdobywam się na maleńki uśmiech wdzięczności, a matka ściska szybko moje ramię i cicho wymyka się z pokoju.
Światło słoneczne późnego ranka jest tak blade jak rozwodnione mleko. Padając na twarz Granger, odsłania podpuchnięte oczy i nieprzemijające cienie smutku. Po sposobie, w jaki odwzajemnia moje spojrzenie, zakładam, że sam nie wyglądam lepiej. Ale nie mogę być pewien, skoro jednym ruchem różdżki strzaskałem wszystkie lustra we dworze (z wyjątkiem jednego ukrytego w kufrze w moim gabinecie). Sama myśl o spotkaniu własnego odbicia po przebudzeniu zdaje się wysiłkiem nie do pokonania. Przez dziesięć lat patrzyłem na swoją twarz jak na płótno, na obraz, który obecność Harry’ego w moim życiu uczyniła czującym i może nawet pięknym. Stał się rzeźbiarzem mojego szczęścia. Jego dłonie na mojej skórze były jak dłuto kamieniarza — wydobywające z zimnego martwego marmuru tętniący życiem kształt ludzkiego ciała. Ale skoro artysty zabrakło...
Granger stoi w drzwiach z miną pełną udręki i skrępowania. Gestem zapraszam ją, by usiadła naprzeciwko mnie. Chwilę później pojawia się przed nią elegancka, ozdobiona złotem śniadaniowa zastawa mojej babki. Wpatruje się w delikatną filiżankę i cienki jak papier spodek z oszołomieniem typowym dla kogoś, kto nie spał od jakiegoś czasu i nawet najbardziej pospolite przedmioty wydają mu się niezgłębioną tajemnicą.
— Neville wyjechał rano — odzywa się wreszcie. — To znaczy do Petersburga.
Przytakuję i przez kilka chwil siedzimy w raczej niekomfortowej ciszy.
— Przypuszczam, że dziś po południu nie będzie cię...
— Nie. I sądzę, że ciebie również nie będzie — odpowiadam.
Drży na dźwięk mojego głosu, na zawartą w nim pewność i determinację. Przez moment jej oczy są szeroko otwarte, zaraz jednak zwężają się nieufnie.
— Co planujesz? — pyta.
Przez kilka sekund rozważam udawanie niewiedzy, ale nie mam sił na gierki. Szczególnie z Granger, która, mimo swej opinii na temat mojej wartości, przez te wszystkie lata nie mogła nie zauważyć, ile Harry dla mnie znaczył. I co bym dla niego zrobił.
— Podróż do Irkucka.
— Kiedy?
— Jak najszybciej.
— Po co?
— A jak myślisz?
Wpatruje się we mnie, a kiedy pojawia się przed nią czajniczek świeżej herbaty, spokojnie nalewa sobie filiżankę.
— Drużyna nie będzie cię tam chciała.
— Bez urazy, ale drużyna może się pieprzyć.
Krzywi się, jednak nie daje mi reprymendy.
— Dlaczego uważasz, że to dobry pomysł, Draco? Chodzi mi o to, co masz nadzieję tam osiągnąć? Jeśli chcesz zabić Mefodija, to po prostu powielasz wysiłki drużyny. Bo, uwierz mi, oni są żądni jego krwi. Nawet nie myślą o powrocie, dopóki on żyje.
— Mam w dupie Mefodija — mówię. — Jadę tam po Harry’ego.
Marszczy brwi i kręci głową ze smutkiem.
— Harry nie żyje, Draco.
— Jak mówiłaś. — Czuję, że mój głos drży na granicy rozszalałej wściekłości i oślepiającej rozpaczy. — Ale ja mam coś, co muszę mu dać, i nie spocznę, dopóki tego nie zrobię.
Patrzy na mnie, jakbym oszalał. Z czymś w rodzaju pełnego fascynacji przerażenia obserwuje, jak sięgam do kieszeni szaty i wyciągam małe hebanowe pudełko. Kładę je na stole z donośnym stuknięciem.
— Draco... — mówi z niepokojem i oczami błyszczącymi od łez. — Proszę, nie krzywdź sam siebie. Proszę.
— Uspokój się — odpowiadam bezbarwnie. Oglądanie lawiny emocji w jej wzroku działa na mnie dziwnie kojąco. Sprawia, że czuję się mniej samotny. — Spójrz.
Kręci przecząco głową, a łzy zaczynają spływać jej po policzkach. Udaję, że nie widzę odmowy.
— Wykonałem to własnoręcznie, wiesz? — Wydaję z siebie wymuszony chichot. — Pewnie nie miałaś pojęcia, że jubilerstwo to jeden z moich ukrytych talentów, co? Cóż, wierz lub nie, Granger, ale istnieje wiele rzeczy, których o mnie nie wiesz. Jednak w tym konkretnym przypadku nie myliłabyś się. W końcu nie zrobiłem tego w tradycyjny sposób...
— Draco... — Szlocha teraz, jej ramiona unoszą się pod praktycznymi szatami, a oddech zamiera w piersi. Kryje twarz w dłoniach. — Proszę, nie... — Jej głos jest stłumiony, lecz zawarte w nim rozpaczliwe błaganie słychać dostatecznie wyraźnie.
— Spójrz na mnie, Granger. — Niechętnie unosi głowę i jak w transie patrzy, kiedy rozpinam szaty, a potem koszulę. — Widzisz to? — pytam, zrywając opatrunek i wskazując na otwartą ranę nad lewym sutkiem długą na prawie dziesięć centymetrów, szeroką na trzy i głęboką na tyle, by sięgnąć mięśni. Ranę, którą sam sobie wyciąłem.
Granger drży, gdy krew zaczyna wypływać swobodnie, nie napotykając na barierę bawełny i opatrunku, jednak jej oczy nie odrywają się od czerwonego śladu, kalającego bladość mojej skóry i plamiącego tkaninę koszuli niczym wino rozlane na obrusie.
— To jest pierścień, który ozdobi zimny palec Harry’ego, kiedy będę grzebał jego ciało — mówię. Mój głos jest jednostajny, niski i zacięty. — To jest pierdolony pierścień, który powinienem dać mu wieki temu, i który trafi razem z nim do grobu, choćby to miała być ostatnia cholerna rzecz, jaką zrobię na tej ziemi, Granger. I może będzie. I może, kurwa, będzie.
Wyciągam rękę i otwieram pudełko. Moje pokrwawione palce ślizgają się po gładkim drewnie i odsłaniają pasek najczystszego dziewiczego srebra leżącego na wyściółce z białego aksamitu.
Granger wciąga gwałtownie powietrze.
— Transmutacja ludzkiego ciała to czarna magia, Draco!
— I myślisz, że ma to dla mnie jakiekolwiek pieprzone znaczenie, Hermiono? — odwdzięczam się, niemal wypluwając jej imię. Znów płacze. — Być może wzięłaś mnie za dobrego człowieka? — syczę. — Kogoś, kto przestrzega zasad, nieważne jakich, i nie narzeka. A może nie. Może przez cały czas myślisz wręcz przeciwnie, a ja tylko to potwierdziłem. Cóż, nie ma to znaczenia. Ponieważ w ostatecznym rozrachunku wszyscy posiadamy ciemne zakamarki w sercach i potrafimy w ułamku sekundy przekroczyć nasze granice, gdybyśmy musieli. Moja osoba może się kojarzyć z wieloma cechami — w tym z tchórzostwem — ale nie jestem hipokrytą. Harry będzie nosił mój pierścień, a ja, Granger, będę nosił jego.
Patrzę beznamiętnie, jak odsuwa krzesło od stołu i wstaje niepewnie. Widzę, że skórę ma tak bezbarwną jak łój, zanim targana torsjami ukrywa twarz w dłoniach. Rozmyślnie powoli zapinam koszulę. Nie zawracam sobie głowy nowym opatrunkiem, więc plama krwi rozkwita na tkaninie jak róża dokładnie w miejscu, gdzie powinno znajdować się moje serce.

Zmiana testamentu nie nastręcza trudności. Wszystko trafi do matki, a po jej śmierci do Neville’a Longbottoma i Hermiony Granger-Weasley-Longbottom oraz ich prawowitych spadkobierców. Mam tylko jeden szczególny warunek: po usunięciu wszelkich wartościowych przedmiotów dwór zostanie spalony na popiół. Nie obchodzi mnie, co się stanie z moją rodzinną posiadłością, ale prędzej szlag mnie trafi, niż ktoś inny niż Malfoy (lub Potter) nazwie to miejsce domem. W przypadku odmowy wyznaczonych spadkobierców majątek trafi na własność Hogwartu z takim samym zastrzeżeniem.
— To bardzo... nietypowe — mówi Barnaba i dmucha na atrament. Po złożeniu podpisów odprawia swoich współpracowników, mówiąc, że zobaczą się później w biurze.
— Co? Zapisanie majątku zdrajcy krwi, szlamie i ich potomstwu? Czy prośba o spalenie dworu, zanim odziedziczą choćby knuta?
— Jedno i drugie, jak sądzę — odpowiada, odchyla się w fotelu i patrzy na mnie z uwagą. — Poświadczyłem, że jesteś zdrowy na ciele i umyśle, Draco, ale zaczynam wątpić w swoją decyzję. Raczysz mi wyjaśnić, dlaczego wezwałeś mnie tu w trybie pilnym tylko po to, aby zmienić ostatnią wolę niespełna trzydziestoośmioletniego mężczyzny, który, jak wynika z moich ostatnich informacji, cieszy się doskonałym zdrowiem?
Barnaba jest moim adwokatem nie bez powodu. Nie umyka mi, że nawet nie wspomniał o usunięciu z testamentu nazwiska Harry’ego. Nie że można zostawić cokolwiek zmarłemu, a Barnaba z pewnością jest dobrze poinformowany, ale wciąż musi się zastanawiać, czemu w ogóle uczyniłem z niego głównego spadkobiercę i to bez żadnych dodatkowych warunków, które musiałby spełnić czy to przed, czy po mojej śmierci. Z pewnością nie podejrzewał, że byliśmy kochankami, a teraz już nigdy się nie dowie. Ktoś mniej... dyskretny... mógłby zrezygnować z taktu i profesjonalizmu dla czystej ciekawości, ale nie stary Barnaba. Nawet gdybym kogoś zamordował i pochował w ogrodzie różanym, nie mrugnąłby okiem. Naprawdę jest wart tyle złota, ile sam waży.
— Podnieś swoje dwadzieścia procent — mówię nagle. — Do cholery, weź dwadzieścia pięć, jeśli chcesz. Jesteś dobrym człowiekiem, Barnaba. Masz ochotę na szklaneczkę whisky? Otworzyłem butelkę Linlithgow z osiemdziesiątego drugiego dla tego cholernego Carrowa i zmarnuje się, jeśli jej nie wypijemy.
Kiwa głową i odpina kamizelkę. Wstaję i idę do barku, skupiając uwagę na każdym kroku, na odnalezieniu butelki drżącą ręką i bezceremonialnym nalaniu szkockiej do szklanek z rżniętego szkła.
— Lód czy woda?
— Nic — odmawia. — Po co niszczyć dobry alkohol?
W odpowiedzi ni to uśmiecham się, ni parskam, a Barnaba udaje, że tego nie widzi.
— Oprócz dwudziestu pięciu procent możesz dostać moją przeklętą whisky — mówię. — I lepiej niech ci dobrze służy, ty oślizgły, pokrętny draniu. Zdrowie!
Wręczam mu szklankę, wznosimy toast i pijemy. Na jego twarzy nie widzę nawet odrobiny wdzięczności.
— Rozumiem, że wybierasz się w jakieś... egzotyczne miejsce — odzywa się po dwóch łykach.
— Dalekie, tak. Ale egzotyczne? Nie za bardzo. Przypuszczam, że to zależy od definicji słowa „egzotyczne”.
— Spakuj ciepłą bieliznę — radzi.
— Barnaba, jakim cudem zostałeś przydzielony do Hufflepuffu? — pytam.
— Cóż, jestem prawnikiem, czyż nie? A większość prawników... przynajmniej tych dobrych, to byli Puchoni. Nigdy nie lekceważ lojalności, Draco. Ani żądzy pieniądza.
Ponownie wznoszę toast i wypijam whisky jednym łykiem.
— Zaopiekujesz się moją matką — mówię, z determinacją wpatrując się we wnętrze pustej szklanki. To nie jest pytanie.
— Oczywiście — odpowiada. — Wiesz, że tak zrobię.
Moje gardło zaciska się i mija kilka minut, zanim jestem w stanie podziękować.
Wstaje i zapina kamizelkę. Pomagam mu z płaszczem.
— Było mi miło, Draco — żegna się i wyciąga rękę. — Jak zawsze.
Zanim odpowiadam, że przyjemność jest całkowicie odwzajemniona, już go nie ma.

Wieczór spędzam na metodycznym paleniu całej swojej garderoby.
W gruncie rzeczy nie zamierzałem ostatnich godzin w Wiltshire poświęcić na dziesiątkowanie szafy, ale z drugiej strony nie planowałem niczego więcej poza pozbyciem się wszelkich myśli za pomocą opium i spaniem bez śnienia. A jednak stało się i teraz siedzę bez koszuli w ostatniej parze spodni, obserwując, jak płomienie liżą lodowatą ciemność, która do mnie przychodzi. Drużyna utraciła jednego z członków, a ja stanowię oczywiste zastępstwo. Kto jeszcze wie tyle o Mefodiju i syberyjskiej magii? Kto inny zgodziłby się rzucić wszystko i bez zastanowienia wyjechać do Irkucka? Kto miałby głęboko w dupie fakt, że taka wyprawa to nic innego niż misja samobójcza? Parskam głośnym śmiechem. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem? Nie żeby po raz pierwszy boskie natchnienie spłynęło na mnie wraz ze słodkim dymem wdychanym przez ustnik z kości słoniowej, ale wyjście z sytuacji wydaje się zbyt oczywiste i dziwi mnie, że nie przyszło mi do głowy dwadzieścia cztery godziny temu, kiedy wysilałem mózg, by wymyślić sposób na zbliżenie się do Mefodija. A odpowiedź miałem tuż przed nosem przez cały czas.
Wstaję zbyt szybko i momentalnie opadam na kolana, powalony zawrotami głowy i nudnościami. Noc z jej bladymi, długimi konarami drzew i tańczącymi cieniami kręci się wokół mnie, jakbym razem z płomieniami znajdował się w środku gigantycznej wirówki. Patrzę zafascynowany i całkowicie pochłonięty, jak kawałki tkanin unoszą się ku niebu niczym płonące ćmy, które próbują uciec przed wzywającym je płomieniem świecy. Powietrze jest zimne, ale moją pierś pokrywa pot i smugi popiołu. Nieproszone i niechciane wspomnienie o cholernym Harrym obok ognisk Beltane rośnie między mną a zniszczeniem, jakiego właśnie dokonuję. Zaciskam powieki, ale nadal widzę nas jak w myślodsiewni, leżących nago na młodej trawie. Jego klatka piersiowa jest tak samo zaczerwieniona, spocona i brudna od popiołu jak moja teraz, ale nie od trudu związanego z przywoływaniem wszystkich posiadanych ubrań z odległości stu metrów i układaniem ich w stosy. Nie, jego skóra błyszczy z wysiłku od prób powstrzymywania fal orgazmu aż do północy, mimo że jego penis zanurzony jest we mnie aż po jądra. Poprzez rozpacz i wyziewy opium patrzę, jak chwyta mnie za biodra i podciąga z powrotem na kolana, mocniej dociskając do swojej pachwiny. Widzę siebie, jak z wysiłkiem rozkładam nogi, wyginając kręgosłup w łuk i odrzucając głowę do tyłu przy każdym pchnięciu. Praktycznie nie mam nad sobą kontroli. Twarz Harry’ego wyraża niemal ból, gdy obserwuje, jak moje ciało reaguje na jego starania. Do włosów i lepkiej skóry przyczepiły nam się źdźbła trawy, a po obu stronach płoną ogniska, niemi świadkowie naszego powolnego zatracania się we własnych rękach. Eadar dà theine Bhealltainn*. Kiedy Harry pozwala sobie w końcu na wyzwolenie, wysuwa się ze mnie i pryska nitkami muskanego przez płomienie nasienia na moje plecy i pośladki, po czym ponownie przyciąga mnie do siebie i pociera penisem po własnej ciepłej spermie na mojej skórze. Przez cały czas nie mówi nic, tylko „Draco”. Raz za razem, niczym modlitwę albo zaklęcie. Świadomość, że już nigdy... nigdy nie usłyszę, jak wymawia moje imię, tnie mi serce jak Sectumsempra.
I to jest chwila, moi drodzy, kiedy ostatnia iskra człowieczeństwa opuszcza moje ciało jak duch. Niczym sen, zaniedbany i niemożliwy do zapamiętania po przebudzeniu.
Żegnaj.

***

*„Between two fires of Beltane” — czyli „między dwoma ogniskami Beltane”.


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Niebieska Blue » 3 cze 2012, o 12:43

Właściwie sama nie wiem, dlaczego to komentuję, skoro przeczytałam tylko pierwszy rozdział i to niedokładnie. I czuję, że nie przeczytam więcej, a przynajmniej nie teraz, nie w tym momencie. Nie mogę nie zauważyć, że opowiadanie ma to coś, a nawet mnóstwo tych cosiów. Jest niesamowite, pochmurne, klimatyczne, nieco mroczne, dosłowne i w przenośni. Ale żeby to przeczytać, trzeba dorosnąć. Z każdym kolejnym zdaniem czuję, że nie, to nie dla mnie, bo jestem za smarkata i choćbym bardzo się wczytywała i choćbym bardzo się głowiła, nie przeczytam tego tak, by wciągnąć się w ten tekst bez pamięci i go zrozumieć. No po prostu jeszcze nie mój czas. Ale może mój czas na ten tekst jeszcze nadejdzie. Kiedyś go przeczytam.
Niebieska Blue Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 9
Dołączył(a): 5 paź 2011, o 16:11

Postprzez Akame » 4 cze 2012, o 08:13

.............

Skomentuję, jak ochłonę, bo teraz mam dylemat, poryczeć sobie, czy hiperwentylować niczym Draco :/

Ok. Najpierw ten rozdział. Będzie krótko, bo nadal nie mam pojęcia co napisać, poza jednym - szlag! Naprawdę nienawidzę angstów, gdyby to był ostatni rozdział, to chybabym miała doła na kolejny tydzień/miesiąc? Powiedzmy, że po "Jeżeli jesteś gotowy", mam doła od trzech lat ilekroć o nim wspomnę, a że to opowiadanie wyskoczyło u mnie na czołówkę drarry, byłoby dokładnie tak samo. Ja wierzę, że to, iż nie ma ciała, daje nadzieję, że jednak Harry żyje. Reakcja Draco po odwiedzinach i później, prawie się poryczałam, naprawdę długo mnie trzymało i rozkminiałam całą sytuację z jakąś masochistyczną precyzją, o którą bym się nie podejrzewała. Bo Harry nie mógł umrzeć, prawda? Nie będzie, jak w tych filmach, o których mówiłam w poprzednim rozdziale... nie może być i już.
Kaczalka napisał(a):Obracam się na bok i zwijam, jakbym otrzymał w brzuch cios fizycznie, a nie tylko dźwiękiem. Ciało Harry’ego. O tym mówi. Nie o Harrym, tylko o ciele Harry’ego, jak gdyby te dwie rzeczy zostały rozdzielone w tłumie. Jak gdyby ciało było czymś, co Harry mógł stracić, odłożyć w jakieś miejsce i zapomnieć, gdzie jest. Przytłacza mnie okrucieństwo semantyki dotyczącej śmierci, jej zdolność do oddzielania rzeczy nierozłącznych. Jak Harry’ego od jego ciała.

To mną wstrząsnęło. Jakoś tak ten fragment sprawił, że przeszły mnie dreszcze, tak cholernie jest prawdziwy. Przez chwilę siedziałam i rozmyślałam nad tym, jak sama mówię w takich sytuacjach i... jak nigdy nie zwracałam na to uwagi. Osoba, która odeszła, jakkolwiek nie była nam bliska, nagle staje się "ciałem". To przerażające, że człowiek nigdy nie myśli o takich rzeczach.

Rozmowa z Hermioną i sprawa pierścienia, to już inna bajka. Gdzieś tam - po naszej rozmowie na temat jednego słowa - wiedziałam, że taki pierścień się pojawi, ale nigdy nie zastanawiałam się, jak powstał, czym był, jakie miał znaczenie i nagle... jak obuchem w łeb. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej dotarło do mnie znaczenie słów "czarna magia", bo nigdy chyba nie była ona tak namacalna, brutalna i wręcz ociekająca mrokiem. Avada, crucio, tortury, jakieś łamanie kości. To wszystko już było, ale nie w takich okolicznościach, nie powodowane takim natłokiem emocji. Czarna magia jakoś nigdy nie była efektem głębokich uczuć - miłości. I chyba o to mi chodzi. Ale namieszałam :/ Mam nadzieję, że rozumiesz o co mi chodzi. A potem jeszcze ta zmiana testamentu... jakby szykował się na śmierć.
Kaczalka napisał(a):Kiedy Harry pozwala sobie w końcu na wyzwolenie, wysuwa się ze mnie i pryska nitkami muskanego przez płomienie nasienia na moje plecy i pośladki, po czym ponownie przyciąga mnie do siebie i pociera penisem po własnej ciepłej spermie na mojej skórze. Przez cały czas nie mówi nic, tylko „Draco”. Raz za razem, niczym modlitwę albo zaklęcie. Świadomość, że już nigdy... nigdy nie usłyszę, jak wymawia moje imię, tnie mi serce jak Sectumsempra.
I to jest chwila, moi drodzy, kiedy ostatnia iskra człowieczeństwa opuszcza moje ciało jak duch. Niczym sen, zaniedbany i niemożliwy do zapamiętania po przebudzeniu.
Żegnaj.

I po czymś takim napisać komentarz? Jaja sobie chyba robicie. Przecież po czymś takim powinna nastąpić dłuuuga "minuta ciszy".
U mnie nastąpiła. Po tym rozdziale zabrakło mi po prostu słów i pewnie dlatego ten komentarz, to jedno wielkie bredzenie.

Dziękuję :*

Miało być krótko...
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Kaczalka » 10 cze 2012, o 08:38

Ech, nic nie zachęcacie, drodzy czytelnicy, nic a nic :(

Uwaga!!!
Będzie zmiana narracji.


Część IX


Teo uniósł głowę, kiedy Neville wszedł do pokoju. Po raz kolejny uświadomił sobie, że nigdy dotąd nie widział go aż tak wyczerpanego, tak pokonanego. Piegi na twarzy przyjaciela uwydatniły się z nadnaturalną wyrazistością, a skóra pod oczami wyglądała jak posiniaczona. Neville osunął się na krzesło ostrożnie jak starzec, przez co Teo zapragnął podejść i uścisnąć jego rękę. Powiedzieć coś pocieszającego albo chociaż sensownego. W zamian zdobył się tylko na proste:
— Czego, do kurwy nędzy, chce Malfoy?
Neville westchnął i potarł twarz dłońmi.
— Dołączyć do drużyny.
Teo spojrzał na niego kompletnie zaszokowany.
— Przepraszam?
— Mówiłem, że Malfoy chce dołączyć do drużyny.
— Tak, tę część zrozumiałem, ale nie kawałek to tym, że choć przez sekundę rozważałeś możliwość przyjęcia w nasze szeregi kogoś takiego jak on. Czyli kogoś, kto czeka na przyjście kolejnego czarnego pana.
— Znam już twoje zdanie w tej kwestii, Teo, więc jeśli nie masz nic przeciwko, wolałbym zrezygnować z recytowania po raz setny mojej opinii na temat Draco Malfoya. Jestem zmęczony i muszę się trochę przespać.
— Czyli kazałeś mu się odpieprzyć i wracać do nory, z której wypełzł?
Neville wstał i sięgnął po płaszcz.
— Nie, powiedziałem, że muszę skonsultować to z drużyną i potem mu odpowiem.
Co?! — Teo zerwał się ze swojego miejsca, ale Neville był już przy drzwiach. — Gdzie idziesz?
— Na spacer. Dobranoc.
— O co wam poszło? — zapytała Elizabeth z kąta pokoju, opuszczając książkę i opierając ją grzbietem o podłokietnik fotela.
Teo obrócił się w jej stronę.
— Malfoy zamierza do nas dołączyć, a Neville na poważnie zastanawia się nad zgodą!
— Hmm, to ciekawe.
— Która część? Że Malfoy chce dołączyć do drużyny, czy że Neville nie kazał mu natychmiast spierdalać?
— Pierwsza. Druga wcale mnie nie dziwi. Sytuacja jest zbyt złożona i delikatna, żeby Neville ot tak odrzucił ofertę. Poza tym on tak nie postępuje. To nie facet, który kieruje się kaprysem.
Zapadła cisza. Teo czuł, że myślą o tym samym: jak różnymi ludźmi byli Harry i Neville, i jak doskonale się nawzajem uzupełniali.
— Co miałaś na myśli, mówiąc że to ciekawe, że Malfoy chce do nas dołączyć?
Elizabeth podniosła się z fotela i podeszła do stołu, przy którym siedział Teo. Przez kilka sekund z roztargnieniem próbowała dopasować kilka elementów do rozłożonych na blacie puzzli z widokiem Pałacu Zimowego, ale zrezygnowała.
— Nie martw się — mruknął Teo. — Sądzę, że celowo zapomnieli o jednym elemencie, żeby osobę, która to kupiła, powoli doprowadzić do szaleństwa.
— Zawsze można po prostu transmutować brakujący kawałek — zasugerowała.
— Gdybym tak postąpił, nigdy nie byłbym pewien, czy w przyszłości nie zrobię podobnie, jeśli tylko będę bardzo zmęczony i sfrustrowany. To cholernie niebezpieczne, O’Malley. Kiedy już zaczniesz oszukiwać w taki sposób jak przy układance, trudno jest przestać.
— Filozof jak zawsze, Theo. Nie uważasz jednak, że można oszukać tylko raz? W przypadku wyjątkowej potrzeby? I w przyszłości rozpoznać podobne warunki jako konieczność?
Teo parsknął, przymierzając kolejny puzzel i odrzucając go na bok, gdy okazał się całkowicie niepasujący.
— Mówisz tak, jakby ludzie nie byli w stanie przekonać samych siebie niemal do wszystkiego. Muszą istnieć jakieś reguły, Lizzie. Granice, których nie przekracza się w żadnych warunkach.
— I myślisz, że Malfoy takich granic nie posiada?
Teo spojrzał na O’Malley ze złością.
— Nie przypominam sobie, żebyśmy rozmawiali o czymś innym niż ta idiotyczna układanka.
Elizabeth odciągnęła od stołu krzesło i usiadła.
— Nie jestem głupia, Teo. Poza tym znam cię zbyt dobrze.
Teo odchylił się do tyłu i w obronnym geście skrzyżował ramiona na piersi.
— Nie potrzebujemy go. I, jak na przykład ja, wcale nie chcemy. W najlepszym przypadku to tchórz. W najgorszym stanowi zagrożenie. Na pewno jest ciężarem, a my w tej chwili nie możemy sobie pozwolić na żaden rodzaj obciążenia. Neville mówił mi wcześniej, że minister rozważa już możliwość odebrania drużynie sprawy Mefodija. Najwyraźniej brytyjska wspólnota czarodziejów nie wierzy, żeby mało znany syberyjski mroczny czarodziej wart jest ich krwi i pieniędzy.
— Nie powinieneś dziwić się ludziom — odparła Elizabeth. — Przecież Harry był...
Teo nagle ukrył twarz w dłoniach.
— Proszę, Lizzie — powiedział z wysiłkiem. — Nie używaj jego imienia i czasu przeszłego w jednym zdaniu. Przynajmniej dopóki się nie prześpię.
— Przepraszam. — O’Malley położyła mu dłoń na ramieniu. — Czasami zapominam, jacy byliście sobie bliscy.
— To właśnie Harry... — zaczął Teo ze znużeniem, ale i z determinacją. — To Harry przekonał mnie do ucieczki od Voldemorta, do opuszczenia śmierciożerców. — Podejrzewał, że Elizabeth znała już jego historię, ale poczuł nieodpartą potrzebę opowiedzenia jej ponownie, jak gdyby mówienie o Harrym w jakiś sposób mogło sprowadzić go z powrotem, zwabić, jak świeca w oknie wabi zagubionego w lesie myśliwego obietnicą światła, ciepła i towarzystwa...
— Mów — ponagliła delikatnie, ściskając jego rękę.
— Mój ojciec należał do śmierciożerców, o czym pewnie już wiesz. Był nim od początku, zanim jeszcze ten arogancki skurwiel Lucjusz Malfoy stał się prawą ręką Czarnego Pana. A mnie wychowano tak, żebym podziwiał Voldemorta i wszystko, co symbolizował, oraz abym myślał, że służba mojego ojca to coś szlachetnego i wspaniałego. Stwierdzenie, że byłem głupi i naiwny, to wielkie niedopowiedzenie. Ale kiedy umarła mama...
Teo poczuł, jak niespodziewanie zaciska mu się gardło. Jak dużo czasu upłynęło, od kiedy myślał o niej po raz ostatni? Kiedy wspominał jej spokojną, skupioną twarz, gdy stała w kuchni i ręcznie siekała warzywa, podobnie jak jej mugolska matka? To śmierć Harry’ego musiała wydobyć na powierzchnię pamięć o ludziach, których stracił.
Elizabeth wyczuła jego ból i jeszcze raz ścisnęła go łagodnie.
— W każdym razie — kontynuował zachrypniętym głosem — po jej śmierci myśl o zostaniu śmierciożercą była jedyną rzeczą, która trzymała mnie przy życiu i nadawała mu cel. To właśnie jej strata popchnęła mnie do wstąpienia w szeregi ligi juniorów, gdzie szybko awansowałem. — Uśmiechnął się ponuro. — Wyrobiłem sobie nazwisko, a kiedy otrzymałem Mroczny Znak jako najmłodszy czarodziej w historii, czułem się zaszczycony, jakbym został królem świata. I kto wie, co bym zrobił, gdybym pozostał w służbie Voldemorta. Sądzę, że byłbym w stanie dokonać niemal wszystkiego. Ale na szczęście Zakon złapał mnie i uwięził, i to właśnie wtedy Harry wyznał mi prawdę. Moja matka nie zginęła w wypadku, jak poinformował mnie ojciec. Nie, okazało się, że zmarła na skutek długotrwałego działania Cruciatusa. Na rękach ojca. I z rozkazu nikogo innego jak Lucjusza Malfoya. Wydaje się, że Malfoy dał mu wybór: albo zamęczy swoją żonę nieczystej krwi, albo utraci stanowisko w armii Czarnego Pana. I wiesz, co on wtedy zrobił? Mam na myśli Harry’ego. Pozwolił mi odejść. Ten kompletnie szalony sukinsyn pozwolił mi — znanemu śmierciożercy i mordercy — odejść. Żegnając mnie tylko jednym słowem. Pamiętaj.
Nagle postać Harry’ego była wszystkim, co Teo potrafił dostrzec. Stał w jaskrawym prostokącie światła padającego przez drzwi, wysoki i czarny na tle wnętrza pełnego map, plansz z wykresami, zniszczonych krzeseł, talerzy z na pół zjedzonymi posiłkami i niskich, płonących świec.
— Czemu to robisz? — spytał Teo, mimo że większa część jego mózgu krzyczała, że jest głupcem, skoro kwestionuje swoje niesamowite szczęście.
— Może dlatego, że mimo swoich uczynków nie jesteś złym człowiekiem, Nott. Po prostu wprowadzono cię w błąd.
— Nawet gdyby, to czy nie byłoby rozsądniej trzymać mnie w zamknięciu?
— Być może — odparł Harry. — Wtedy jednak ominęłaby mnie przyjemność oglądania, jak odchodzisz, a potem do nas wracasz. Bo wrócisz.
Pomimo wiary w swoje słowa Harry nie wydawał się arogancki. Teo dobrze wiedział, jak wygląda arogancja. W końcu przez sześć lat dzielił dormitorium z Draco Malfoyem, a potem szkolił się wraz z nim przez kolejne dwa i pół roku... Nie, Harry nie był arogancki. Już raczej, mówiąc wprost, miał rację.
— Jeśli role zostaną odwrócone, Potter, nie mogę zagwarantować ci, że postąpię tak samo.
— Być może — powtórzył Harry. — Ale wiedz, że posiadam przywilej uczenia się na błędach popełnionych w przeszłości i wyciągniętych z nich wniosków. Był ktoś... ktoś jeszcze... Mogłem go uratować, ale nawet nie spróbowałem. Uznaj, że stanowisz jego zastępstwo i niech tak zostanie. Pamiętaj.
I zamknął drzwi, pozostawiając go samego w ciemnościach i zmuszając do rozważenia następnego kroku.
Teraz Teo spuścił głowę na swoje splecione ramiona i zapłakał po raz pierwszy od dwóch dni, od chwili, gdy Neville powiedział mu, że stracili wszelki ślad oznak życiowych Harry’ego. Obezwładniający szloch wstrząsnął jego ciałem. Ledwie usłyszał szuranie krzesła, kiedy Elizabeth wstała od stołu i od tyłu owinęła wokół niego ręce, opierając czoło o jego głowę. Mimo że czuł się nieszczęśliwy i zagubiony, był wdzięczny za tę milczącą pociechę. Nagle uświadomił sobie, że wokół są też inni ludzie: Luna gładziła go po włosach i szeptała coś cichym głosem, Krum i Higglebee ściskali na przemian jego ramię.
— Nie martw się, Nott — odezwał się Fairbanks gdzieś z tyłu. — Ktoś za to zapłaci. Przynajmniej tego możesz być pewien.

Teo obudziło ciche, ale zdecydowane pukanie. Zanim jeszcze do końca oprzytomniał, jego ręka automatycznie wyciągnęła różdżkę spod poduszki i skierowała ją na drzwi sypialni.
— Kto tam?! — krzyknął.
— A kto jeszcze, według ciebie, zdołałby wejść do mieszkania, nie pakując się pod pół tuzina zaklęć patroszących? Oczywiście, że twój współlokator, idioto.
Lumos — szepnął Teo, próbując usiąść. — Neville? Co ty, do cholery, wyprawiasz? Dopiero teraz wracasz ze spaceru? Wejdź! Do diabła, która godzina? Pieprzona Rosja i jej pieprzony brak słońca!
Na zewnątrz uliczne latarnie wciąż rzucały pomarańczowe światło, ale Teo słyszał ludzkie głosy i warkot samochodów, więc musiała być co najmniej ósma. Neville otworzył drzwi, podszedł cicho do biurka stojącego przy oknie i usiadł ciężko na obrotowym krześle, które w proteście skrzypnęło żałośnie.
— Uważaj. To cholerstwo jest zepsute — ostrzegł Teo, gdy Neville spróbował się odchylić i poleciał niebezpiecznie daleko do tyłu.
— Wróciłem zaraz po tobie — powiedział. — A tak przy okazji, znowu nie wyłączyłeś tostera. Obu nas zabijesz kiedyś przez to swoje nocne podjadanie.
— Przepraszam — wymruczał Teo. — Przynajmniej tym razem nie zostawiłem w nim tosta.
— Cóż, przypuszczam, że to oznacza poprawę.
Wymienili niepewne, smutne uśmiechy. Przecież już kiedyś przez to przechodzili — starali się udawać, że życie toczy się dalej po śmierci członka drużyny. Mimo że śmierć Harry’ego nie była jak każda inna... Jednak rutyna działała pocieszająco i Teo nie chciał z niej rezygnować. Po tym, jak poprzedniego wieczoru załamał się w mieszkaniu Elizabeth i Luny, potrzebował kilku godzin, żeby jakoś się pozbierać. Później przyjdzie czas na właściwą żałobę, teraz jego umysł musiał być czysty. Absolutnie czysty.
— Słuchaj, Teo — odezwał się Neville po kilku minutach milczenia, podczas których chłonęli codzienne dźwięki zewnętrznego świata. — Musimy pogadać o zmianach w kwestii przywództwa, a potem o Malfoyu. Zrobimy to teraz, czy wolisz najpierw ubrać się i zaparzyć kawę?
Żołądek skręcił mu się gwałtownie. Teo oczekiwał tej rozmowy, ale teraz, gdy miała się odbyć, wcale nie chciał słuchać, co Neville zamierza powiedzieć. Mogło to tylko potwierdzić utratę Harry’ego i wszystko, co oznaczała...
— Nie, zróbmy to od razu — odparł stanowczo.
— Świetnie — Neville zaczerpnął głęboko powietrza. Oparł swoje wielkie dłonie na udach, rozsuwając szeroko palce, jak gdyby potrzebował oparcia. Teo poczuł, że jego serce przyspiesza rytm. — Jak wiesz, po zaginięciu Harry’ego, kiedy okazało się, że nie potrafimy go odnaleźć, wróciłem do Anglii. Poczułem się w obowiązku poinformować o wszystkim ministra, mimo że nie wiedzieliśmy, co się dokładnie wydarzyło. W każdym razie omówiliśmy kwestię, kto ma przejąć dowodzenie po Harrym i minister wyraził opinię, że tą osobą powinienem być ja, a ty zajmiesz moje obecne miejsce. Jeśli się zgodzisz.
Teo przez chwilę trawił nowinę. Mimo że się jej spodziewał, niosła ze sobą ważny przekaz: bez wątpienia jego życie zmieni się na wiele sposobów, zarówno w sprawach drobnych, jak i ważnych.
— Zanim się zdecydujesz, powinieneś dowiedzieć się jeszcze jednej istotnej rzeczy o swoim nowym stanowisku. Harry i ja.. — Neville przerwał i obrócił głowę w stronę okna. Jego jabłko Adama poruszało się w górę i w dół, jak gdyby próbował powstrzymać swój głos od załamania. — Harry i ja wszystkie decyzje podejmowaliśmy wspólnie. Każdy z nas miał pełne prawo sprzeciwić się drugiemu, tak że tylko pełne porozumienie powodowało przyjęcie jakiegokolwiek planu działania. Chciałbym, żeby między nami również tak było...
Teo przytaknął.
— Oczywiście, ale... — zaczął.
Jednak Neville uniósł rękę, aby go powstrzymać.
— Obawiam się, że nasza gotowość do współpracy już na początku napotka sporą przeszkodę.
— Malfoy.
Neville skinął głową.
— Kurwa — z wściekłości Teo uderzył w kołdrę otwartą dłonią. — Pieprzony gnojek! — Spojrzał na Neville’a roziskrzonym wzrokiem. — Daj mi jeden dobry powód, dla którego jesteś skłonny zgodzić się, żeby do nas dołączył. I celowo podkreślam słowo „dobry”, ponieważ nie sądzę, żeby pozwolenie mu na odegranie żałosnej farsy kochanka-mściciela do takich należało.
— Teo, posłuchaj. Mal... Draco nie jest taki zły, jak myślisz.
— Z całym szacunkiem, Neville, ale nie znasz go tak dobrze jak ja.
— To prawda, nie znam go takiego, jakim był w szkole czy na służbie u Voldemorta, ale wiem, jakim stał się człowiekiem. Nasza czwórka... to znaczy Draco, Harry, ja i Hermiona, spędziliśmy ze sobą całkiem sporo czasu w ciągu ostatnich lat. Podróżowaliśmy razem, jedliśmy przy jednym stole...
— Och, proszę, oszczędź mi szczegółów! Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie wiesz, jaki doskonale miły i towarzyski potrafi być Malfoy, jeśli służy to jego celom? Kocham cię szczerze, Neville, ale zawsze byłeś zbyt miękki, jeśli chodziło o cokolwiek związanego z Harrym. Ja również go podziwiałem, ale nie byłem ślepy na jego wady, a miał ich całkiem sporo...
Neville zaczerwienił się ze złości i wstał tak nagle, że popsute krzesło odskoczyło i uderzyło w ścianę, zostawiając wgniecenie w tynku.
— Nie widzę żadnego powodu, żeby to roztrząsać na gruncie osobistym — powiedział spokojnie, ale Teo doskonale słyszał nutę oburzenia i wściekłości w jego głosie. Byli współlokatorami od siedmiu miesięcy i nigdy dotąd nie kłócili się o nic poza tosterem i muzycznym gustem Neville’a. Theo nie chciał go zranić, nie mówiąc już o szkalowaniu ich martwego najlepszego przyjaciela, ale była to jedna z kwestii, o której mówił O’Malley zeszłego wieczoru. Draco Malfoy dołączy do drużyny dopiero po jego trupie. Będą musieli wybrać między nim a Malfoyem, a dobrze wiedział, że przy tak postawionym ultimatum ma wygraną w ręku.
— Neville, jedyne, o co proszę, to żebyś mnie wysłuchał. Powiem ci, co wiem o Malfoyu, a ty zdecydujesz, czy nadal chcesz go w zespole... i dlaczego... i wtedy zaczniemy negocjować. Zgoda?
Neville ponownie osunął się na fotel, ale tym razem usiadł na samym brzegu, jak gdyby gotów do ucieczki.
— Wszelkie odniesienia do Harry’ego ogranicz do minimum i wyrażaj się o nim z szacunkiem — powiedział.
— Oczywiście. Wiesz, że go kochałem.
Neville skinął głową.
— I kto wie, może Harry sądził, że kocha Malfoya. Ale czy kiedykolwiek widziałeś, żeby żyli naprawdę razem? Lub nawet udawali normalną parę? Harry miał pewne... skłonności... a Malfoy był na tyle chorym skurwielem, aby je zaspokajać. Jeśli chcesz znać moje zdanie, zawsze uważałem, że Malfoy zorientował się, że w ten sposób może na Harry’ego wpływać. W końcu na tym skupiało się jego życie przez cały czas naszej znajomości. Harry Potter to, Harry Potter tamto. Zawsze. Malfoy miał na jego punkcie obsesję i mogę cię zapewnić, że nie było to nic miłego. A kiedy odkrył, że może kontrolować Harry’ego przez penisa...
Neville zbladł i zaczął się podnosić, ale Teo go zatrzymał.
— Proszę, wysłuchaj mnie. Wiem o Malfoyu rzeczy, o których nikt inny nie ma pojęcia. Kiedyś był znacznie mniej dyskretny niż teraz. Jego dwór jest pełen mrocznych artefaktów i zakazanych książek. On tylko czeka, aż nadejdzie odpowiedni czas i będzie w stanie zgromadzić wsparcie, potrzebne mu do ataku na ministra magii. Zemsta za śmierć Harry’ego Pottera w imię miłości może ostatecznie przerodzić się w zamach stanu. Malfoy może też po prostu sam sobie nadać to stanowisko i co wtedy? Cóż, wyobraź sobie Voldemorta bez równoważącej go siły ministerstwa... lub bez naszej drużyny.
Neville zacisnął usta tak mocno, że utworzyły bladą linię.
— Oczekujesz, że uwierzę w twoje spiskowe teorie, Teo? Przecież zanim Harry... zginął, miał zamiar opuścić drużynę i być z Draco. Jakoś to nie pasuje do tak niecnych planów. Nie sądzę, by Harry z zadowoleniem przyglądał się, jak jego partner wciela się w skórę Voldemorta.
Teo nie dał się zniechęcić.
— Widziałeś, jaki zaszokowany i wstrząśnięty był Malfoy, kiedy Harry poinformował nas o swoich zamiarach? Wcale nie zareagował jak szczęśliwy kochanek. Uciekł z restauracji, blady i zawstydzony! Zachował się jak ktoś, kto zdał sobie sprawę, że to ostatnia chwila na działanie. Już nigdy więcej nie miał zaznać luksusu związku na odległość. Rozumiał, że jeśli zamieszkają razem, Harry odkryje jego paskudne tajemnice. Nie, Neville, Malfoy nie był zadowolony. Wszystko dotąd toczyło się po jego myśli: trzymał Harry’ego na smyczy ich perwersji, a jednocześnie z dala od siebie. Sytuacja idealna, która jednak miała ulec zmianie...
Teo przerwał, zdając sobie sprawę, że oddycha spazmatycznie, a jego głos niepotrzebnie przybrał na sile, biorąc pod uwagę, że jego współrozmówca siedział nie więcej niż trzy metry dalej.
Neville przyglądał mu się wyzywająco.
— Zrozum — powiedział zrezygnowany Teo. — Widziałem ich raz. W Reykjaviku. Harry miał urodziny i cały dzień wspominał, że Malfoy obiecał mu niespodziankę, a on nie wie, co to będzie. Zdając sobie sprawę, do czego Malfoy jest zdolny... dobrze, zaniepokoiłem się i poszedłem do jego mieszkania, żeby sprawdzić, czy czegoś nie odkryję. Nie wiem... złapię na czymś Malfoya. Nie mam pojęcia, po prostu martwiłem się. W końcu dopiero niedawno zorientowałem się, że Harry „spotyka się” z Malfoyem, czy jak by nazwać ich związek. Tak czy inaczej Harry musiał spodziewać się, że Malfoy nadejdzie lada moment, bo zdjął bariery ochronne. Przez to udało mi się wejść do mieszkania niepostrzeżenie. Zabrałem pelerynę-niewidkę Harry’ego i usiadłem w kącie, sądząc, że jak mnie przyłapie, to po prostu wytłumaczę swoje obawy...
— Jeśli uważasz, że Harry skwitowałby to słowami „och, w porządku”, to jesteś cholernie głupi, Teo — przerwał mu Neville. — Gdyby się dowiedział, ukręciłby ci głowę.
— Prawdopodobnie — zgodził się Teo. — Słuchaj, wcale cię nie przekonuję, że to, co zrobiłem, było w porządku. Chcę tylko opowiedzieć, co widziałem...
— A ja nie jestem pewien, czy chcę to wiedzieć — odparł Neville. — Ponieważ nie jestem pewien, czy cokolwiek poza powiedzeniem mi, że Draco związał Harry’ego i...
— I co? Sprawił, że krzyczał? Błagał? Krwawił? Może to zmieni twoje zdanie? A co, jeśli ci powiem, że Harry obiecał Malfoyowi, że dostanie wszystko, czego pragnie, i może zrobić z nim wszystko, co chce, nawet rzucić na niego Avadę w momencie orgazmu...
— Wystarczy, Teo!
— Nie mówimy tu o lekkim odchyleniu, Neville. Mówimy o czymś, co jest kompletnie zboczone, niebezpieczne i prawdopodobnie nielegalne. Przysięgam ci, Harry, jakiego wtedy widziałem... gdy byłem w stanie patrzeć, to nie był Harry, którego znaliśmy. Był niczym więcej niż marionetką w rękach Malfoya. Jego zabawką! I powiem ci coś jeszcze. Ten gnój spuścił się na niego. Na najlepszego i najpotężniejszego czarodzieja na świecie, szlochającego i liżącego mu buty jak pies!
— Dosyć! — krzyknął Neville, wstając z krzesła. Jednak Teo wiedział, że jest zaszokowany i nowy wizerunek Harry’ego absolutnie nie współgrał z obrazem, jaki nosił w sobie, od kiedy był wystraszonym małym chłopcem potrzebującym bohatera.
— Może Lucjusz jest już martwy i pogrzebany, ale spuścizna po nim w postaci niczym nieskażonych skłonności do sadyzmu przetrwała w jego synu. Malfoy zazwyczaj wracał do szkoły po dniach wolnych ze śladami po uderzeniach na tylnej części ud i zaraz potem doprowadzał pierwszorocznych do płaczu i błagania, by pozwolił im wypełniać jego polecenia. Jako dziecko mógł być co najwyżej szkolnym tyranem, ale jako dorosłego tylko krok dzieli go od ustawiania mugolaków w szeregu i rzucania Cruciatusa na jednego po drugim tylko dlatego, że podnieca go ich cierpienie. On jest skrzywiony, chory i potężniejszy, niż nawet sam sobie zdaje sprawę, i prędzej szlag mnie trafi, niż udostępnię mu środki na dojście do władzy. Drużyna powstała po to, aby eliminować mrocznych czarodziejów, a nie żeby hodować ich na własnej piersi!
Neville po raz kolejny opadł na krzesło, jak gdyby wszelkie siły opuściły jego ciało. Uniósł drżącą rękę i zasłonił oczy.
— Chcesz wiedzieć, co Malfoy sam powiedział mi tydzień temu? — zapytał Teo łagodnie, gdyż miał świadomość, że zaraz zada przyjacielowi coup de grâce. — Tuż przed kolacją, w czasie której Harry obwieścił tę „radosną” nowinę, że zamierza opuścić drużynę, aby rozpocząć długie i szczęśliwe życie przy boku lorda wyliż-mi-buty Malfoya? Że powinienem żałować, że nie zabiłem go, kiedy miałem okazję, ponieważ jeśli zrobię to teraz, czeka mnie, cytuję: rozprawa z jednym z twoich najlepszych przyjaciół, i gwarantuję ci, że nie będzie ona przyjemna, a jak nie wierzysz, zapytaj Voldemorta. Czy to według ciebie brzmi jak słowa kogoś, kto nie zamierza wykorzystać dziedzictwa po Harrym do zdobycia władzy?
Zapadła długa cisza. Teo zorientował się, że siedział tak prosty i napięty, że plecy zaczynały go boleć. Oparł się o wezgłowie łóżka i rozprostował kolana pod kołdrą. Nagle poczuł się, jakby znowu był w Hogwarcie, spędzając sobotni ranek w piżamie, podgryzając wykradzione ciastka i słuchając niekończących się kłótni Crabbe’a i Goyle’a albo przechwałek Zabiniego na temat jego najnowszych wyczynów seksualnych, czy Malfoya spiskującego przeciwko Potterowi. Spuścił głowę i ukrył twarz w dłoniach. Co się stało z tymi chłopcami i ich mało znaczącymi problemami, młodzieńczymi obsesjami i krótkowzrocznymi, lekkomyślnymi lojalnościami? Nawet ci, którzy jeszcze żyli, zdawali się martwi już od dawna...
— Cóż — odezwał się wreszcie Neville. — Nastawię wodę. Malfoy będzie tu o dziesiątej.
Teo zauważył, że nie użył imienia Malfoya, i uśmiechnął się w duchu. Wygrał i nawet nie musiał wykorzystać dziecinnego ultimatum „ja albo on”. Bez słowa skinął głową. Neville powoli ruszył w stronę drzwi, ale nagle się odwrócił.
— Jutro z samego rana wracamy do Irkucka — powiedział.
— Oczywiście — odparł Teo, a gdy Neville uśmiechnął się do niego pojednawczo, powtórzył: — Oczywiście. Już się nie mogę doczekać.

Właśnie jedli śniadanie, kiedy ktoś zapukał.
Obaj zamarli w bezruchu i patrzyli na siebie przez chwilę, Neville w trakcie wstawania z krzesła, a Teo z ustami pełnymi tosta.
— Błagam cię, pozwól, że to ja będę mówił — szepnął Neville. — Ty wszystko tylko bardziej skomplikujesz.
Kiedy Teo przytaknął, bez pośpiechu podszedł do drzwi. Tuż przed naciśnięciem na klamkę zatrzymał się i wytarł dłonie o uda. Gest nie przeszedł niezauważony.
Malfoy wkroczył do pokoju, zdjął skórzane rękawiczki i długi płaszcz. Płaszcz Harry’ego. Teo bez problemu rozpoznał celtycki wzór wyszyty czarną nicią na szarej wełnie. Malfoy musiał zatrzymać się w jego mieszkaniu. Na samą myśl Teo zacisnął pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w skórę. Wstał powoli, z trudem powstrzymując się przed rzuceniem się na Malfoya i wydarciem mu płaszcza z rąk.
Malfoy ubrany był na czarno. Całkowicie. Czarne buty, czarne bryczesy, czarna koszula, czarne szaty. W porównaniu z tym mrocznym kolorem jego blada skóra stanowiła kontrast tak surowy, że wręcz nieprzyzwoity. Jego upiornie jasne włosy były ściągnięte do tyłu i związane nad karkiem czarną satynową tasiemką. Wyglądał jak wzorcowa, podręcznikowa ilustracja czarnego pana. W piersi Teo wezbrał histeryczny śmiech, który z trudem opanował.
— Longbottom, Nott — odezwał się Malfoy na powitanie. Teo był tak zaskoczony brzmieniem jego głosu, że prawie zapomniał się odkłonić. Zniknął władczy ton, szorstka, typowa dla wyższych sfer artykulacja i znudzona pogarda, opanowane przez Malfoya do perfekcji. Na ich miejscu pojawiła się chrapliwość i groźne, przepełnione żalem dźwięki, tak wzburzone i ciemne jak fale oceanu pokrytego plamą ropy. Teo obserwował, jak Neville blednie, i przygotował się, by się wtrącić, jeśli determinacja przyjaciela osłabnie choćby na sekundę.
— Draco — zaczął Neville — masz ochotę na śniadanie? Albo filiżankę herbaty?
— Nie, dziękuję. I jeśli wam to nie przeszkadza, wolałbym stać.
Neville skrzywił się, ale skinął głową. Teo ukradkiem zacisnął palce na różdżce.
— Postaram się nie dać ci powodu, żebyś mnie przeklął, Nott.
Teo poczuł, jak jego twarz pokrywa się rumieńcem. Zrezygnował z wszelkich pozorów, wyjął różdżkę z szaty i położył ją na stole, gdzie każdy mógł ją widzieć i gdzie... łatwo byłoby po nią sięgnąć, gdyby zaszła taka potrzeba.
Neville ze smutkiem pokręcił głową, a Malfoy — skurwysyn — zaśmiał się z przymusem.
— Widzę, do czego zmierza ta dyskusja — powiedział, podchodząc do okna. Przyłożył do niego najpierw dłoń, a potem czoło. Przez chwilę wyglądał, jakby analizował, co się dzieje na ulicy poniżej. Neville przez kilka sekund wiercił się na krześle, wreszcie jednak wstał i oparł się o kuchenny blat. Teo nadal siedział w prowokującej pozie. Skoro Malfoy nie zamierzał przestrzegać zasad poprawnego zachowania, może się pieprzyć. Co nie oznacza, że on sam pozwoli, by to zaważyło na rozmowie.
— Przykro mi, Malfoy, ale drużyna nie potrzebuje twojej pomocy.
Teo został zaskoczony niespodziewaną surowością i klarownością głosu Neville’a. Skarcił sam siebie za wątpliwości, jakie miał w stosunku do współpracownika i przyjaciela. Neville, zwykle miły i delikatny, w sytuacjach krytycznych potrafił zachować się stanowczo, a nawet bezwzględnie. Fakt ten prawdopodobnie mówił więcej o wojnie z Voldemortem niż cokolwiek innego, skoro ktoś z natury tak wrażliwy i pokojowy potrafił zdobyć się na brutalną skuteczność.
Malfoy nie odwrócił się od okna, ale Teo widział w jego odbiciu na szybie, że ze znużeniem zamyka oczy, jak gdyby spodziewał się właśnie takiej odpowiedzi, a mimo to żałował.
— Czyli znowu jestem dla ciebie „Malfoyem”?
Neville wzruszył ramionami.
— Ty nigdy nie zwracałeś się do mnie inaczej niż per „Longbottom”, a do Hermiony „Granger” — odparł spokojnie.
Malfoy westchnął i wyprostował ramiona.
— Tak, masz rację.
Neville odsunął się od blatu i wyciągnął rękę, chcąc go dotknąć, ale zanim nawiązał kontakt, zrezygnował i opuścił ramię, jak gdyby napotkał niewidzialną barierę. Teo zastanawiał się, czy to zwyczajna powściągliwość, czy może Neville przypomniał sobie ich wcześniejszą rozmowę. Tak czy inaczej nie miało to znaczenia. Efekt pozostawał ten sam. Widział, że Malfoy obserwuje przerwany gest Neville’a w okiennej szybie, zauważył też, jak jego plecy zesztywniały z urazy i wrogości, gdy Neville cofnął rękę. Teo sięgnął po różdżkę i stuknął nią ostrzegawczo o swoją szklankę z sokiem.
— Otrzymam jakieś wyjaśnienia?
Malfoy odwrócił się od okna i przysiadł na parapecie, wyciągając przed siebie długie nogi odziane w wytwornie dopasowane bryczesy i buty sięgające kolan. Teo uśmiechnął się w duchu, myśląc, że to niemożliwe, by Neville nie przypomniał sobie w tym momencie obrazu, jaki wcześniej mu namalował, na którym Malfoy łamie Harry’ego niczym różdżkę o kolano. Z satysfakcją obserwował, jak przyjaciel zerka na buty Malfoya i ledwie panuje nad grymasem obrzydzenia.
— Myślę, że każde moje wyjaśnienie byłoby dla ciebie niewystarczające — powiedział Neville. — Słuchaj, ja wiem, że chcesz pomóc odnaleźć zabójcę Har...
Malfoy uniósł dłoń, przerywając mu w połowie zdania. Teo mógł się tylko domyślać, że posłużył się jakąś złośliwą odmianą zaklęcia wyciszającego, bo Neville zadławił się i poczerwieniał. Teo skoczył na równe nogi, przytykając różdżkę do piersi Malfoya, który natychmiast opuścił rękę. Neville gwałtownie zaczerpnął powietrza i potarł gardło, ale Malfoy nadal wpatrywał się niewzruszenie w drżącą dłoń Teo.
— Musisz być szybszy i bardziej stanowczy podczas spotkania z Mefodijem, Nott — powiedział, po czym obrócił się do Neville’a. — Przepraszam — kontynuował beznamiętnie. — Powinienem od razu wspomnieć o swoich konwersacyjnych ograniczeniach. Nie jestem w stanie znieść dźwięku jego imienia.
Przyznanie się do winy było tak szczere i pozbawione uczuć, że wyssało powietrze z pomieszczenia, zostawiając po sobie jedynie emocjonalną pustkę. Przez Teo przebiegła fala nudności. Słyszał takie deklaracje już wcześniej: w czasie bitwy, na oddziałach intensywnej terapii, gdzie krew wypływała zbyt szybko, tworząc na podłodze kałuże, ponieważ odpływy kanalizacyjne były zapchane podartymi opatrunkami i prześcieradłami, i w zaciemnionych celach, zanim osoby składające takie oświadczenia odnajdywano później zwisające z rur jak dziwnie wydłużone owoce z bezlistnych drzew...
...ale zaraz wściekłość uderzyła w niego jak rozpędzony pociąg i Teo poczuł, że słuszny cel dodaje mu sił i jego ręka staje się sztywna niczym stal, a jej drżenie zanika całkowicie wraz z wszelkim żalem i strachem przed śmiercią.
— Nie — wysyczał. — Nie mów nam, że nie mamy prawa wypowiadać jego imienia. Był naszym przyjacielem. Naszym bratem. Fakt, że nigdy nie przekonał się, kim ty naprawdę jesteś, Malfoy, można uznać za błogosławieństwo i szczęśliwe zrządzenie losu. Słyszałeś, co powiedział Neville. A teraz się wynoś.
— Teo... — Głos Neville’a był pełen bólu i smutku, ale Teo nie potrafił oderwać oczu od Malfoya, ponieważ wraz z jego słowami szare, lodowate źrenice opuściło coś, co mogło być nadzieją. A to, co pojawiło się na jej miejscu, zmroziło go do szpiku kości.
Malfoy wstał powoli i uniósł ręce do góry w geście fałszywej kapitulacji i uległości.
— Nie będę marnował dłużej waszego czasu — powiedział. Znowu z pogardą przeciągał samogłoski, ale szorstki pomruk, jak gdyby delikatna skórka brzoskwini otarła się o papier ścierny, pozostał. Kombinacja ta brzmiała co najmniej niepokojąco i Teo poczuł, jak unoszą mu się włoski na karku.
Malfoy podszedł rozmyślnie niespiesznym krokiem do krzesła, na którym zostawił płaszcz. Jego podbite metalem buty zastukały o drewnianą podłogę. Teo i Neville patrzyli, jak wciąga na palce najpierw jedną rękawiczkę, a potem drugą.
— Mal... Draco... — W głosie Neville’a pobrzmiewała niewątpliwa prośba, ale maska na twarzy Malfoya wskazywała, że nie zamierza jej przyjąć do wiadomości. — Proszę, nie wracaj do Anglii w takim stanie. Odwiedź później Lunę, pytała o ciebie...
Zarzucając na ramiona płaszcz Harry’ego, Malfoy nie okazał żadnych emocji. Jego twarz odzwierciedlała jedynie okrutne i aroganckie piękno, z którego jego zdeprawowana rodzina była prawdopodobnie najbardziej znana. Nigdy nie był tak podobny do swojego ojca, pomyślał Teo i natychmiast zacisnął palce wokół różdżki. O ile wiedział, nie istnieli żadni inni Malfoyowie, a wątpił, by nienaturalna żądza Draco — niezależnie od entuzjazmu, z jakim dążył do jej zaspokojenia — dała mu w efekcie potomstwo. Mógł go teraz zabić i pozbyć się raz na zawsze nie tylko jednego człowieka, ale wszystkiego, co oznaczało jego nazwisko. Pokolenia panów pozbawionych serca i małostkowych lizusów — a także skrytych sadystów — znikłyby, zdmuchnięte jedną Avadą Kedavrą. Teo poczuł w ustach gorące żelazo — smak krwi i nieuchronnie zbliżającej się śmierci. Jedyne, czego żałował, to że nie zaciśnie palców na tym bladym gardle i nie dotknie jasnej skóry. Przełykając krwawą ślinę, uniósł różdżkę dokładnie w chwili, gdy Malfoy na niego spojrzał. Na jedną długą sekundę ich oczy się spotkały. Teo zamarł, przerażony, kiedy wzrok Malfoya wślizgnął się w jego umysł jak skalpel, z bezlitosną precyzją sondując guzy pożądania, wybuchające przy kontakcie jak czyraki. Z obrzydzeniem większym, niż kiedykolwiek uważał za możliwe, Teo zorientował się, że jego krocze zapulsowało z podniecenia.
Malfoy uśmiechnął się okrutnie — uśmiechem kogoś, kto rozpoznaje ból i strach, gdy je widzi. I bardzo mu się to podoba.
— Swój swego zawsze pozna, Nott — powiedział.
I zniknął.

***


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Akame » 10 cze 2012, o 13:04

Nie, nie, nie! Wypieram to, że Teo ich podglądał! Jasna cholera! Nie no sorry, ale to co oni robią w łóżku, czy poza nim, to jest takie ich, własne i mając w pamięci jeszcze to, że seks w ich wykonaniu to nie ten rodzaj bliskości, który nikogo nie zadziwi, a wręcz przeciwnie, ten rodzaj seksu, chowa się głęboko przed ludźmi i nigdy o nim nie mówi i... nosz qwa, namieszałam, ale Teo tam nie powinno być i już :/

Pomijając tę kwestię. Trudno się dziwić Nottowi, że dla niego Malfoy to zło absolutne i mu nie ufa. Ma jak widać powody ku temu i to całkiem dobre. Dodajmy do tego ten nieszczęsny seks i mamy komplet. (Swoją drogą, zastanawia mnie, jaka byłaby jego reakcja, gdyby trafił na odwrotną sytuację... Przypomniały mi się lochy i chłosta Draco... No cóż, zapewne stwierdziłby, że Malfoy spaczył Pottera do cna. Tak czy siak, wyszłoby na to samo.) Niemniej jestem zaskoczona, że Neville dał się tak szybko przekonać. Widział reakcję Malfoya po tym, jak dowiedział się, że Harry najprawdopodobniej nie żyje. Był przy tym, pomagał mu wraz Hermioną i po czymś takim, tak łatwo uwierzył Teo? Sorry, dla mnie to wyglądało tak, jakby podświadomie szukał pretekstu, aby zabronić Draco dołączenia do drużyny.
Kaczalka napisał(a):— Przykro mi, Malfoy, ale drużyna nie potrzebuje twojej pomocy.
(...)
Malfoy nie odwrócił się od okna, ale Teo widział w jego odbiciu na szybie, że ze znużeniem zamyka oczy, jak gdyby spodziewał się właśnie takiej odpowiedzi, a mimo to żałował.
— Czyli znowu jestem dla ciebie „Malfoyem”?
Neville wzruszył ramionami.
— Ty nigdy nie zwracałeś się do mnie inaczej niż per „Longbottom”, a do Hermiony „Granger” — odparł spokojnie.
Malfoy westchnął i wyprostował ramiona.
— Tak, masz rację.
Neville odsunął się od blatu i wyciągnął rękę, chcąc go dotknąć, ale zanim nawiązał kontakt, zrezygnował i opuścił ramię, jak gdyby napotkał niewidzialną barierę. Teo zastanawiał się, czy to zwyczajna powściągliwość, czy może Neville przypomniał sobie ich wcześniejszą rozmowę. Tak czy inaczej nie miało to znaczenia. Efekt pozostawał ten sam. Widział, że Malfoy obserwuje przerwany gest Neville’a w okiennej szybie, zauważył też, jak jego plecy zesztywniały z urazy i wrogości, gdy Neville cofnął rękę.

Ten moment zabolał mnie najbardziej i pomimo jego długości, po prostu musiałam go zacytować. Czy można jaśniej wyrazić swą niechęć do kogoś? Draco zmienia się w Malfoya, odmawia mu się przystąpienia do drużyny i nawet już dotknąć go nie można, bo po cholerę, prawda? Jakby Malfoy sam sobą reprezentował całą obrzydliwość świata i samo przebywanie z nim, uwłaczało. Pewnie wyolbrzymiam, ale miałam ochotę wrzasnąć z frustracji :/
Żal mi Malfoya. Został zupełnie sam. Myślę, że ufał Nevile'owi, wierzył, że kto jak kto, ale on go nie zdradzi. To wyglądało tak, jakby przez cały ten czas tolerowano go, bo był Harry. Zabrakło Pottera, można się wreszcie pozbyć zbędnego balastu. Taką hipokryzją zawiało, o czym Neville doskonale wiedział, bo chyba właśnie te wyrzuty sumienia zabroniły mu dokończenia swojego gestu pocieszenia. Byłoby to po prostu fałszywe. Jak poczuł się Draco? Nie chcę wiedzieć, naprawdę. Po cholerę mam znowu zacząć siąkać nosem.
Oczywiście to jeszcze nie koniec. Bo cała akcja dopiero się zaczyna i naprawdę nie mogę doczekać się kolejnego kroku Malfoya. Teraz zostały przecięte wszystkie więzy, które łączyły go z drużyną. Nigdy do niej nie należał, teraz też go nie przyjęto, więc nie musi stosować się do ich zasad. Trochę to przerażające, bo reguły gry wg Malfoya... mogą być bezwzględne i nie raz zaskoczyć.
Kaczalka napisał(a):Mógł go teraz zabić i pozbyć się raz na zawsze nie tylko jednego człowieka, ale wszystkiego, co oznaczało jego nazwisko. Pokolenia panów pozbawionych serca i małostkowych lizusów — a także skrytych sadystów — znikłyby, zdmuchnięte jedną Avadą Kedavrą. Teo poczuł w ustach gorące żelazo — smak krwi i nieuchronnie zbliżającej się śmierci. Jedyne, czego żałował, to że nie zaciśnie palców na tym bladym gardle i nie dotknie jasnej skóry. Przełykając krwawą ślinę, uniósł różdżkę dokładnie w chwili, gdy Malfoy na niego spojrzał. Na jedną długą sekundę ich oczy się spotkały. Teo zamarł, przerażony, kiedy wzrok Malfoya wślizgnął się w jego umysł jak skalpel, z bezlitosną precyzją sondując guzy pożądania, wybuchające przy kontakcie jak czyraki. Z obrzydzeniem większym, niż kiedykolwiek uważał za możliwe, Teo zorientował się, że jego krocze zapulsowało z podniecenia.
Malfoy uśmiechnął się okrutnie — uśmiechem kogoś, kto rozpoznaje ból i strach, gdy je widzi. I bardzo mu się to podoba.
— Swój swego zawsze pozna, Nott — powiedział.
I zniknął.

Amen. Lepiej bym tego nie ujęła.

Pisałam już, że autorka niesamowicie operuje słowem. Nie mogę wyjść z podziwu nad łatwością z jaką prowadzi tego ficka. Te dialogi... rozpływam się przy nich. Przemyślenia, wnioski... Umieram po tysiąckroć przy każdym prawie zdaniu. I muszę koniecznie jeszcze powiedzieć (przypomniało mi się), że bardzo podobała mi się rozmowa z Narcyzą w poprzednim rozdziale i kolejnego wstrząsu dostałam, gdy Draco metodycznie palił swoje ubrania. Ja po tym ficku chodzę po prostu wstrząśnięta i zmieszana.

Kochana Kaczalko, nadrobiłam komentarze. Obiecuję więcej się tak nie zamykać w sobie, nie na tę opowieść i wykrzesać coś z siebie, nawet jak mnie całkowicie zatka :) Dziękuję bardzo i błagam nie zniechęcaj się :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Nadia vel Ariana » 12 cze 2012, o 23:40

Ech... coś na forum w tym dziale ostatnio tak pusto, że aż mi się wstyd zrobiło, że sama nic z tym nie zrobię - w końcu konto mam, aczkolwiek nieużywane.
Od jakiś dwóch miesięcy czytam jednak na bieżąco sporo tematów i wypadałoby wziąść się za choćby lekkie wznowienie ruchu tutaj.
Cóż... chyba dość trudny fick wzięłam na pierwszy ogień, ale od czegoś trzeba zacząć, a akurat był na pierwszej stronie.
Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby za ilością komentarzy pod tym tekstem stała kompletna rozsypka, w jakąś się wpada po każdej scenie (i myślę, że nie wyolbrzymiam bardzo tego stanu, serio). Ma w sobie coś, co uderza, nawet jeśli akcja na początku nie pędziła z zawrotną prędkością, to podobało mi się to, bo musiałam się przyzwyczaić do wepchnięcia na tak głęboką wodę.
Nie wiem za bardzo, jak ocenić tłumaczenie, ale wiem, że całość czyta mi się lepiej niż dobrze. Autorka ma całkiem miły, trzeba przyznać, że lekko manieryczny (tak to sie mówi?) styl pisania. Nie spotkałam się jeszcze z tym typem literatury, w którym zdanie padające z ust bohatera porównuje się do skórki brzoskwini, niemniej wiąże się z tym absolutna, wrzechogarniająca i nieco przerażająca magia tego tekstu, który jest też bardzo... jakby to ująć - fizyczny. Zapachy, przedmioty takie jak książka obita cielęcą skórą czy wstążka do włosów Draco - wszystko to daje piękny i idealnie dopracowany obraz. W dodatku widać też tutaj - a może to ja widzę - jakąś... też, z braku lepszego określenia, rosyjskość. I to też jest fajne - wplatanie między wierszami wątków historycznych i takie "mrugnięcia" dla tych obeznanych z tematem, a także budowanie przez to bardzo specyficznego nastroju. Wspaniała muzyka, klimat wcale nie historyczny, tylko jakiś, hmm, post. Tak jakby w tle tych wydarzeń, albo przytłoczony przez te wydarzenia.
I tak, jest też tutaj duży, czasami obrzydliwy realizm, który również mi się podoba. Bardzo fajnie współgra z tym właśnie klimatem, daje taki, hmm, spójny kontrast?
Niestety, przy tym całym warsztacie, wydaje mi się, że niektóre postaci wypadają trochę blado. O ile Draco i Harry, którzy są osią ff i na których skupia się akcja są szczególnie dopracowani (łącznie z perwersjami i najdrobniejszymi zachowaniami wynikającymi w dużej mierze chyba z balastu przeszłości), o tyle Neville, Narcyza, Hermiona i Nott (chociaż ten rozdział mi to w dużej mierze z rekompensował, nie wiem czemu ale Nott mnie wcale nie irytuje i rozumiem go prawie równie dobrze co Draco) zasługują na trochę więcej, a przynajmniej tak mi się zdaje. Jakby nie patrzeć, jest to przekleństo narracji pierwszoosobowej i ogólnego, dość samotnego jednak stylu życia Draco. (Może coś się w tej kwestii jeszcze bdzie zmieniało?)
Mam też takie wrażenie, że czegoś tutaj nie rozumiem, nie wiem. Że zbyt dużo stało się przed pierwszym rozdziałem i wpadłam w życie Malfoya jakby za szybko, trudno jest się połapać w tym wszystkim - te akcenty pewnie z trylogii, jak śmierć Wealseya i tak dalej, sa po czasie trudne w odbiorze bez żadnego wyjaśnienia. Można liczyć na jakieś retrospekcje?

Tyle ode mnie. Mimo wszystko czytam i jestem jak najbardziej na tak. Czekam też z ciecierpliwością na kolejny ruch Malfoya.

Pozdrawiam serdecznie i życze dużo weny! Ariana ;)
Nadia vel Ariana Offline


 
Posty: 16
Dołączył(a): 29 maja 2012, o 16:33

Postprzez Kaczalka » 17 cze 2012, o 17:02

Część X


Klęczę na podłodze łazienki w mieszkaniu Harry’ego w Petersburgu. Trzymam się kurczowo toalety i wymiotuję krwią, przypominając sobie chorowitego jasnowłosego chłopca w pałacu Jusupowa.
Aportacja okazała się głupotą. Dobrze o tym wiedziałem, ale musiałem się stamtąd wydostać. Jeszcze jedno słowo Notta, jeszcze jeden grymas Longbottoma i zrobiłbym coś nieodwracalnego. I jeśli któryś z nich ponownie wymówiłby imię Harry’ego... Merlinie, dopomóż nam wszystkim...
Moje usta wypełniają się krwią i żółcią, i ogarnia mnie kolejna fala nudności. W normalnych okolicznościach byłbym zaniepokojony. Jestem pewien, że coś sobie rozszczepiłem. Lecz okoliczności nie należą do normalnych, a ja naprawdę nie miałbym nic przeciwko zakończeniu życia właśnie tutaj, z głową wspartą o krawędź muszli klozetowej. Domyśliłem się już jednak, że nie ucierpiała żadna z moich głównych arterii czy organów. Gdyby tak się stało, zemdlałbym niemal natychmiast i umarł, nie odzyskawszy przytomności. Mam nadzieję, że chodzi o coś, czego już nie potrzebuję, na przykład genitalia. Albo serce. Śmieję się sam z siebie i wywołuję tym kolejne torsje. W pomieszczeniu śmierdzi potem, gorącą miedzią i wymiocinami, i po raz tysięczny, odkąd obudziłem się cztery godziny temu, żałuję, że nie jestem martwy.
Aportację długodystansową ćwiczyłem z Garottem McFaddenem, niekwestionowanym mistrzem Wielkiej Brytanii w tej sztuce. Zanim w ogóle pozwolił mi przenieść się na odległość większą niż dwieście kilometrów, nauczył mnie wszystkich metod leczenia skutków rozszczepienia znanych Czarodziejskiemu Pogotowiu Ratunkowemu i jeszcze kilku dodatkowych. Podczas takich treningów dwukrotnie uszkodziłem sobie organy wewnętrzne i dolegliwości były podobne do dzisiejszych: ból żołądka, wymioty, krwawienie z nosa. Wszystko, co musiałem zrobić, to rzucić tymczasowe zaklęcie krzepnięcia i uwarzyć stosunkowo prosty eliksir, do którego składniki Harry trzymał pod ręką właśnie na taką ewentualność. Ale od czasu treningów minęło już dziewięć lat, podczas których nigdy nic złego mi się nie przydarzyło. Do niedawna. Ledwie pamiętam słowa zaklęcia i sposób przygotowania eliksiru, a poza tym jestem wyczerpany. I chory. I...
Znów wymiotuję, oprócz spodziewanego strumienia gorącej krwi wypluwając skrzepy. Mój umysł miota się, jak gdyby jego część ciągle przebywała gdzieś pomiędzy mieszkaniami Longbottoma i Harry’ego. Nie jest dobrze. Jeśli zemdleję, mogę zadławić się na śmierć. Lub wykrwawić. A wtedy kto odnalazłby ciało Harry’ego? Kto dopilnowałby, aby został pochowany właściwie: ze mną przy boku i z naszymi dłońmi splecionymi ze sobą i ozdobionymi bliźniaczymi srebrnymi obrączkami?
Podnoszę się znad toalety i opieram ciężko o szafkę pod umywalką, grzebiąc w szatach w poszukiwaniu różdżki. Ręce mam tak słabe, że z trudem zaciskam na niej palce i wyciągam na zewnątrz. Moim ciałem targają kolejne torsje, ale zaciskam mocno usta i przełykam krew z powrotem. Zamykam oczy, próbując sobie przypomnieć. Inverness we wrześniu. Pagórki ciemne od wrzosów i cieni rzucanych przez przemykające nisko chmury. McFadden w swoich trzepoczących szatach i z długimi rudymi włosami rozwianymi przez wiatr, wyglądający niczym dawno zmarły szkocki przodek Weasleya. Jego surowe usta formułujące ciche słowa...
Congelo Sangue — szepczę.
Uśmiech McFaddena, kiedy wyciąga rękę, pomaga mi wstać i strzepuje brud oraz kawałki trawy z mojego płaszcza.
— Nieźle ci wychodzą zaklęcia lecznicze, to dobra rzecz. Ale jeśli jeszcze raz się rozszczepisz, Malfoy, to zaczniemy od początku. I nici z wycieczki do Kopenhagi w ten weekend. A teraz pogadamy o eliksirze, który uczyłem cię warzyć w zeszłym tygodniu...
Unoszę powieki, mrugając z powodu łazienkowego oświetlenia, podczas gdy obraz wzgórz Highland powoli ustępuje miejsca kafelkom opryskanym krwią i wymiocinami. Pozwalam, by moje ciało przechyliło się na bok, po czym powoli osunęło na podłogę. Na pewno nie zaszkodzi, jeśli zamknę oczy na chwilkę. Czuję się taki zmęczony. Po prostu... zmęczony.

— Jesteś chory?
Głos należy do małego chłopca i już samo to powinno dać mi do zrozumienia, że nie jest on częścią realnego świata. Jednak realne czy nie, pytanie zostało zadane i niegrzecznie byłoby nie odpowiedzieć.
— Nie — szepczę, czując, jak strumyk gęstniejącej krwi wycieka z kącika moich ust i spływa powoli do ucha i we włosy. — Tylko zmęczony.
— Ja czasami choruję. Ale mama mówi, że wkrótce wyzdrowieję.
— Nie jestem chory — powtarzam. Zaprzeczenie brzmi słabo i nieudolnie nawet dla mnie samego.
— Wyglądasz na chorego. Chcesz szklankę mleka? Mama mówi, że mleko jest dobre dla chorych.

Mleko.
Opieram dłonie na posadzce i odpycham się całą resztką sił. Podobnie jak w przypadku wszystkich innych mikstur leczniczych, podstawę eliksiru regenerującego wewnętrzne rozszczepienie stanowi mleko. Chwytam krawędź blatu i podciągam się do góry, aż w końcu staję na nogach, oddychając ciężko, i kulę się nad umywalką. Pluję krwią do otworu odpływowego, ale odruchy wymiotne ustały. Tymczasowe zaklęcie krzepnięcia musiało podziałać.
Zataczając się, mijam drzwi łazienki i idę w kierunku kuchni. Lista składników nagle pojawia się w mojej głowie z niezwykłą wyrazistością: zmiażdżone nasiona drzewa chrzanowego, szczypta uwodnionego siarczanu wapnia, pełna łyżka wyciągu z kasji ostrolistnej, pestki kulczyby...
Wyciągam z lodówki butelkę mleka, a ze zlewu miskę po płatkach, przez chwilę przeklinając Harry’ego za odmowę kupienia większej ilości naczyń. Składniki eliksiru, dzięki Merlinowi, znajduję w pierwszej szufladzie, do której zaglądam. Wszystko jest już odpowiednio rozdrobnione, odmierzone i starannie zapakowane w hermetycznych fiolkach. Moje gardło zaciska się od wstrzymywanego szlochu, kiedy ustawiam je na blacie gwałtownie drżącymi rękoma. To Harry musiał je przygotować. Rozpoznaję jego prawie nieczytelne pismo na etykietkach. Otwieram pojemniczek ze zmiażdżonymi nasionami drzewa chrzanowego i nawet swoimi przytępionymi zmysłami wyczuwam ostry zapach kory, cytrusów i żywicy. Oczywiście wszystko jest świeże. Leżało tu nie więcej niż kilka tygodni. Cichy szloch ucieka mi z ust, zanim jestem w stanie go zdusić, gdy wyobrażam sobie Harry’ego, który nienawidził eliksirów w Hogwarcie i zawsze jęczał i narzekał, gdy z tej czy innej przyczyny musiał jakiś uwarzyć. Harry’ego, który łuska białe ziarna ze strąków, a potem zgniata je w moździerzu na idealny proszek. Harry’ego z rękawami podwiniętymi do łokci i mielącego kryształki gipsu. Harry’ego odgarniającego włosy z oczu wierzchnią stroną dłoni z opuszkami palców zabarwionymi na fioletowo, starannie oddzielającego małe czarne nasiona kulczyby od ich gładkich jagód...
Łzy spływają po moich policzkach i skapują do miski, gdy mieszam w niej każdy starannie przygotowany składnik. Robił to za każdym razem, kiedy go odwiedzałem, nie chcąc, by ingrediencje straciły moc i przez to zepsuły lekarstwo. Za każdym razem. Przez dziesięć lat. Musiał znać na pamięć każdą pozycję z instrukcji. Każdy detal. I teraz jestem tu, przeczesując pamięć, wyobrażając sobie szorstki głos McFaddena i próbując przypomnieć sobie, czy powinienem dodać sok z kasji przed czy po nasionach drzewa chrzanowego.
Za każdym razem.
Mój Harry. Moja miłość.
Unoszę miskę do ust i przełykam miksturę, rozlewając połowę na pierś i modląc się, żeby zawarte w niej łzy nie spieprzyły działania. Naczynie wysuwa mi się z palców i roztrzaskuje o podłogę, kiedy pomieszczenie zaczyna wirować. Przytrzymuję się blatu i pochylam nad zlewem, pewien, że znowu zwymiotuję. Jeśli zwrócę eliksir, nie będę miał sił — ani składników — żeby przygotować kolejny. Jednak torsje mijają i mimo zawrotów głowy nie czuję mdłości. Rozluźniam palce i osuwam się na posadzkę, ale zanim to robię, udaje mi się zerknąć do szuflady, w której znalazłem składniki. Tuż zanim moje oczy się zamykają, dostrzegam, że leżą tam jeszcze co najmniej cztery foliowe mugolskie woreczki, każdy napełniony czterema małymi fiolkami. Harry przygotował składniki na co najmniej pięć eliksirów. Na wszelki wypadek.
Dlatego że mnie kochał.

Budzę się, kiedy ostatnie promienie słońca żegnają mieszkanie. Z miejsca, gdzie upadłem, mogę obserwować, jak skośny czerwonawy promień zsuwa się powoli i nieubłaganie w dół ściany. Przez długi czas zdaje się pozostawać w bezruchu na granicy z podłogą, oświetlając miejsce, w którym biała farba spotyka ciemne drewno. W końcu jednak opuszcza ścianę całkowicie i centymetr po centymetrze, jak gdyby niechętnie, zostawia mnie samego w mroku. Wyciągam rękę, żeby go dotknąć, prosić, by się zatrzymał, ale dzielą mnie od niego co najmniej dwa metry. A nawet gdybym był odpowiednio blisko, nieuchronnie prześlizgnąłby się tylko po moich palcach. Bo taka jest natura rzeczy nieuchwytnych.
Zanim znajduję siły, aby wstać, jest już ciemno. Mgliste pomarańczowe światło ulicznych lamp zastąpiło blask słońca, ale sądząc po dźwiękach dobiegających z ulicy poniżej oraz głosach i trzaskaniu drzwiami na korytarzu, nie może być później niż siedemnasta. Sprawiająca wrażenie zawsze zabieganej kobieta mieszkająca dwa apartamenty dalej właśnie wraca do domu. Słyszę szaleńcze ujadanie miniaturowych terierów i jej kojące, pieszczotliwe, aż za dobrze mi znane słowa po rosyjsku. Po drugiej stronie korytarza ktoś puka do drzwi i zaraz potem zostaje serdecznie przywitany śmiechem i piskami dwóch lub trzech dziewczynek. Na zewnątrz turkocze przejeżdżający tramwaj, a uliczni sprzedawcy krzykiem zachwalają swoje towary.
Zmuszam się do zjedzenia odrobiny sera i czerstwego chleba, i wypijam ostatnią butelkę wody San Faustino, cały czas starając się nie pamiętać, że dłonie Harry’ego odrywały kęsy z tego samego bochenka i unosiły je do moich ust zaledwie tydzień — a nie jak się wydaje —całe życie temu. Kiedy mój skromny posiłek pozostaje w żołądku, wracam do łazienki, żeby wziąć prysznic. Stoję pod strumieniem wody przez kilka minut, próbując zebrać myśli. Oczywiście aportacja do Irkucka jest wykluczona. Podobnie lot na miotle. W stanie, w jakim się teraz znajduję, zabrałoby mi to tydzień lub dłużej.
Zamykam oczy. Coś przyszło mi do głowy przed utratą przytomności. Co to było? Mój umysł prześlizguje się po ostatnich kilku godzinach, zaczynając od chwili, kiedy rozdzierający, palący ból przeszył moje wnętrzności tuż po opuszczeniu mieszkania Longbottoma. Nawet gdybym wtedy nie poczuł samego bólu, to po dźwięku wiedziałbym, że coś jest nie w porządku. Nie brzmiał jak zwyczajny trzask aportacji, bardziej przypominał uderzenie pioruna lub strzał z bicza. Zaraz po pojawieniu się w apartamencie Harry’ego upadłem na kolana, doczołgałem się do toalety i zacząłem zwracać swoje wnętrzności. Dosłownie. Ciągle widzę krew na podłodze, sedesie, w umywalce...
Mały chłopiec w pałacu Jusupowa.
To właśnie jego starałem się sobie przypomnieć. A w delirium słyszałem nawet jego głos, choć nie wierzyłem, że jest realny...
Zakręcam kurki i sięgam po ręcznik. Dłonie wciąż mam słabe i drżące, musiałem stracić więcej krwi, niż sądziłem. Mam nadzieję, że Harry trzymał tu gdzieś Wywar Wigoru. Wycieram się bez entuzjazmu i wychodzę spod prysznica, unikając zarówno patrzenia na bieliznę Harry’ego, jak i dotknięcia jej stopą. Czyste kółko na zaparowanym lustrze nadal jest widoczne. Zatrzymuję się na chwilę, by spojrzeć na swoją twarz. Moje policzki są zapadnięte i ziemiste, usta nawet bledsze niż zwykle. Krótko mówiąc, wyglądam bardziej jak śmierć niż czarujący brytyjski arystokrata, który zamierza odwiedzić pałac Jusupowa i zaoferować rosyjskiej damie i jej dzieciom eskortę w podróży na Syberię.

Konsjerż rozpoznaje mnie natychmiast.
— Witam ponownie, monsieur — mówi, gdy podaję mu płaszcz. — Będzie pan jadł kolację sam?
Odwracam głowę, udając, że szukam czegoś w kieszeni spodni, i przełykam nagłe, niechciane łzy.
— Tak — odpowiadam w końcu ochrypłym głosem. Odchrząkuję, w nadziei, że nie wygląda to na coś więcej niż kaszel. — Tak... Dziś nie mam towarzystwa.
Robi słodką minę, a ja upominam się, że to przecież restauracja i ten człowiek każdego dnia widuje dziesiątki ludzi. Może przypomina sobie moją twarz, widząc ją ponownie, ale wcale nie musi pamiętać o wysokim brunecie w pożyczonym płaszczu, który dotknął mojego łokcia, kiedy tu wchodziliśmy, i uśmiechnął się tajemniczo i z czułością, gdy obróciłem się, by cicho szepnąć mu coś do ucha...
Konsjerż prowadzi mnie do pierwszej sali jadalnej, gdzie, na szczęście, zostajemy, i wskazuje na stolik dla dwóch osób przy oknie. Jestem pewien, że nie byłbym w stanie siedzieć w drugim pomieszczeniu i słuchać echa głosu Harry’ego. Nigdy by do tego nie doszło, gdyby nie ty. Byłem ofiarą wojny. Ale ty... Ale ty mnie uratowałeś. Od siebie samego... Jak powiedziałeś. Jak obiecałeś. Po prostu nie ma takiej możliwości. Żyję tylko dzięki czystej determinacji i jeszcze jedno przypomnienie, co straciłem — jeszcze jedna zapowiedź pustki, jakiej dopiero przyjdzie mi posmakować — i koniec ze mną.
Gdy siadam, konsjerż szybko usuwa zbędne nakrycie. Prawie parskam z powodu bezsprzecznej sugestii, jaką ta czynność ze sobą niesie, jak gdyby wolne krzesło po drugiej stronie stołu stanowiło coś w rodzaju obscenicznego gestu, a on nie chciał mnie obrazić przez zwrócenie uwagi na moją samotność. Jakby brak towarzystwa przy kolacji czynił ze mnie kogoś na podobieństwo trędowatego, a moja choroba była zaraźliwa, samotność zaś musiała zostać poddana kwarantannie. Uśmiecham się do niego grzecznie, ale bez cienia zażyłości, a on odwzajemnia się zdawkowo. Odwraca się i natychmiast omiata wzrokiem holl wejściowy oraz rozbawioną gromadę wielbicieli teatru, która właśnie przybyła.
— Cóż, Harry, jestem tu — mamroczę, bez zainteresowania przeglądając menu. — Co zamówić? Może twoje ukochane pirożki? Nie? Dzisiaj nie masz na nie apetytu? A co powiesz na chaczapuri? Pamiętasz, kiedy próbowaliśmy ich po raz pierwszy? Siedząc na chodniku przed kawiarnią na Morskiej? Wiesz, o którą mi chodzi, o tę ze starym ślepym psem, który miał zwyczaj spacerować na zewnątrz i obsikiwać klientom nogi. Przypominasz sobie? Mówiłeś mi, że raz spryskał spodnie Nottowi... — Chichoczę i zamykam kartę w chwili, gdy podchodzi do mnie kelner.
Nalewa mi wody.
Anglijskij? — pyta.
Da — odpowiadam, a on się uśmiecha.
— Ma pan jakieś pytania dotyczące dzisiejszego menu? — Jego akcent jest obcy, twardy i egzotyczny.
— Nie. Poproszę kotlety po kijowsku. — Nazwę dania wypowiadam po rosyjsku, lekko borykając się z wymową.
— Ach, kurczak de volaille. Typowo w angielskim guście — kwituje, a ja bez problemu wyłapuję w jego głosie lekko kokieteryjne tony.
Zwracam mu menu. I uśmiech.
— Czy przystojny angielski dżentelmen życzy sobie butelkę wina?
— Tak. Czerwonego — odpowiadam, nie spuszczając z niego wzroku. — Proszę wybrać za mnie.
Jego jasna karnacja, ciemne włosy i niebieskie oczy tworzą zapierającą dech mieszankę. I bez wątpienia pogrywa sobie z moim oczywistym homoseksualizmem i samotnością, licząc na pokaźny napiwek. Pochyla grzecznie głowę i z nieodłącznym uśmiechem, wciąż na mnie patrząc, odwraca się i odchodzi.
— I na czym to skończyłem, Harry? Ach tak, że pies obsikał nogę Notta... Przy okazji, zauważyłeś naszego ponętnego młodego kelnera? Wierzę, że dokładnie tego dla mnie chciałeś, zgadza się? Mógłbym zabrać go do twojego mieszkania. Wiedziałbym, co z nim zrobić. Pieprzyłbym go na twoim materacu. Założę się, że gdybym wziął go od tyłu i wcisnął mu twarz w poduszkę, wyglądałby jak ty. Ma podobny wzrost i wagę. Jest co prawda nieco młodszy, ale niewiele młodszy od ciebie w Berlinie. Szkoda, że nie żyjesz, Harry. Pozwoliłbym ci popatrzeć. Zawsze ci się podobało, kiedy ich oczy zachodziły łzami, gdy wciskałem im kutasa do gardła, prawda? Spuszczałeś się we własne spodnie wiele razy, co? Cholerny zboczeniec.
Uśmiecham się do swojego odbicia w oknie.
— Jak lubiłeś powtarzać, kochany: Ciągnie swój do swego. Cóż, pieprz się, Harry. Jeśli choć przez jedną sekundę myślałeś, że kiedykolwiek jeszcze pozwolę się dotknąć komuś poza tobą, to mnie nie znałeś. Nigdy tak naprawdę mnie nie znałeś.
Kelner wraca i odstawia całe rytualne przedstawienie ze ściąganiem folii i odkorkowywaniem butelki syraha Le Sol z dwa tysiące czwartego. Widzę, że jego ręce są silne i szorstkie — ręce człowieka pracującego fizycznie. Rodzaj rąk, które zawsze zajmowały się moją delikatną arystokratyczną skórą z czcią i szacunkiem, jak gdyby moje ciało było symbolem wszelkich luksusów — każdego bonne bouche — jakich były pozbawione od urodzenia.
Nalewa mi odrobinę wina do kieliszka i przygląda się bacznie, jak unoszę go pod światło i wiruję jego zawartością.
— Niezwykle ciemne jak na syrah — mówię i biorę łyk. — I niezwykle intensywne.
Uśmiecha się, przestając ukrywać swoje intencje.
— Dlatego je wybrałem, monsieur.
Odstawiam kieliszek z powrotem na stół i ruchem brody nakazuję, by go napełnił.
— Kolacja będzie gotowa za chwilę — informuje. — Czy mogę coś jeszcze dla pana zrobić?
Tłumię instynktowną chęć przesunięcia dłonią po szwie jego wykrochmalonych czarnych spodni. Jakkolwiek byłbym spragniony kontaktu, zatracenia się w ekstatycznym procesie odkrywania drugiego ciała — wiem, że sam nie chcę być dotykany i boję się... Boję się, co mógłbym zrobić, gdyby do tego doszło. On jest tylko mugolem. Nie będzie miał pojęcia, co się dzieje, kiedy uderzy w niego Cruciatus.
Powoli opuszczam powieki, a kiedy nasze oczy ponownie się spotykają, widzę, że moja reakcja została zauważona.
— Nie, dziękuję — mówię stanowczo. Definitywnie.
Ukrywa rozczarowanie i zaskoczenie z godnym podziwu opanowaniem, przytakuje szybko i odchodzi.

Zostawiam na stoliku pustą butelkę po winie, w połowie niezjedzony posiłek, a pod wazonikiem z pojedynczą czerwoną różą resztę z trzech tysięcy rubli. Kelner będzie mnie jutro pamiętał, choć raczej nie z powodu, z jakiego się spodziewał — i może nawet pragnął.
Jestem zaskoczony, jak łatwo przypomina mi się droga, którą pokonałem tamtego wieczoru. Niemal słyszę za sobą kroki Harry’ego, kiedy idę korytarzem wyłożonym chodnikiem, mijając formalne portrety i wypchane głowy antylop. W końcu docieram do podstawy wąskich drewnianych schodów. Nawet stąd mogę wyczuć zapach starej magii.
Sala z oknem w suficie wygląda tak samo jak wtedy, gdy stałem tu z Harrym, szlochając ze strachu i frustracji w jego ramionach. Chociaż dziś jest ciemniej. Rozglądam się i widzę, że okno zostało całkowicie przesłonięte śniegiem. A księżyc pogrążył się w nicości.
Wyciągam różdżkę i rzucam ciche Lumos. Jak wcześniej drzwi na końcu są zamknięte. Zatrzymuję się przed nimi z uniesioną ręką. Prawdą jest, że nie rozważyłem dokładnie każdego detalu mojego planu. Nie mam chwili na takie luksusy, a ponadto mój umysł nie pracuje na tyle przytomnie, by brać pod uwagę wszelkie możliwe efekty i konsekwencje. Czas przecieka mi przez palce. Muszę dostać się do Irkucka i odnaleźć Mefodija, zanim zrobi to drużyna, ponieważ oni najpierw go zabiją, a dopiero potem będą zadawali pytania. Mój cel to odnalezienie ciała Harry’ego albo przynajmniej ustalenie, jak zginął, zdecydowałem więc, że wyrwę z Mefodija życie własnymi rękami — z każdą pojedynczą prośbą, krzykiem i błaganiem. Nie chcę go tak po prostu zabić. To byłoby zbyt proste. Nie, najpierw sprawię, że zapragnie śmierci jak niczego innego — czy to prawdziwego, czy tylko w wyobraźni — aż w końcu będzie o nią żebrał. Jak pies.
Uderzam knykciami mocno i głośno w grube dębowe drzwi i dźwięk stukania wypełnia pustą przestrzeń pomieszczenia, odbijając się echem od szkła i tynków.
— Proszę wejść, lordzie Malfoy — odzywa się Aleksandra po drugiej stronie. — Spodziewaliśmy się pana.

Granger czeka na mnie, gdy wracam do mieszkania Harry’ego. Albo raczej czeka jej głowa. Ledwie zamykam za sobą drzwi, słyszę jej głos, nawołujący mnie niecierpliwie z kominka.
— Draco? To ty? Dzięki Bogu! Gdzie byłeś? Myślałam, że już nigdy tu nie wrócisz!
Zdejmuję płaszcz, przechodzę przez pokój i siadam na podłodze tak, by widziała moją twarz.
— Przykro mi, Granger — mówię chłodnym tonem. — Jeśli byliśmy umówieni, to zapomniałem sobie tego zanotować.
— Rozmawiałam z Neville’em. — Jak zwykle ignoruje moje lekceważące maniery. — Szaleje ze strachu. Był tutaj, ale cię nie zastał.
— Przepraszam. Nie miałem pojęcia, że twój mąż zamierza utrzymywać jeszcze ze mną kontakt. W przeciwnym razie postarałbym się być dostępny.
— Zamknij się, Malfoy! Neville jest zrozpaczony. Jeszcze nigdy nie widziałam go tak zdenerwowanego! Coś ty zrobił?
— Co ja zrobiłem? Proszę? Nie wiem, czy dobrze usłyszałem. To twój mąż kazał mi się wynosić. To Neville potraktował mnie jak gówno, jak kogoś bez prawa, by w ogóle prosić o informacje...
— Neville powiedział mi, że chciałeś przyłączyć się do drużyny, to ma niewiele wspólnego z „prośbą o informacje”. Mówiłam ci, że się nie zgodzą!
— Nie, nie, Granger. Mówiłaś tylko, że uważasz to za zły pomysł i nie powinienem tego robić, bo będę, jak to ujęłaś, powielał ich wysiłki albo podobne bzdury. Nigdy nie powiedziałaś, że Neville będzie z tego powodu niezadowolony!
— Do diabła! — krzyczy. Jestem pewien, że ze złości tupie nogą tak głośno, że słychać ją aż z Tottenham. — Celowo udajesz idiotę?! Staram ci się pomóc, Malfoy!
— Wrzeszcząc na mnie? Dziękuję, naprawdę doceniam. A teraz, skoro dowiedziałaś się już, że żyję, możesz się odpierdolić!
— Gdzie byłeś? — pyta, a ja mógłbym przysiąc, że widzę, jak jej rozżarzone oczy zwężają się podejrzliwie.
— Nie twój interes — odwarkuję.
— Cholera jasna. — Wzdycha. — Nie chciałam, żeby ta rozmowa tak się potoczyła.
— Wybacz po raz kolejny — odpowiadam. — A teraz, jeśli...
— Draco, posłuchaj. Naprawdę mi przykro. Ale martwiłam się, a potem nie mogłam z tobą skontaktować. Twoja matka powiedziała, że ciągle przebywasz w Petersburgu, więc zafiukałam, ale ciebie nadal nie było. Czekałam i czekałam...
— Granger — przerywam jej ze znużeniem — czego chcesz?
— Pomóc... Chcę ci pomóc odnaleźć Harry’ego.
Zapada długa cisza. Gdzieś w tle rozlegają się syreny karetki pogotowia i dźwięki Requiem Mozarta. „Lacrimosa”.
Nie mam sił dłużej z nią walczyć.
— Chciałem dołączyć do drużyny — mówię. — Myślałem, że Neville mnie zrozumie. Muszę dostać się do Irkucka... czekaj. Skąd wiedziałaś, co robiłem?
— Od twojej matki.
— Oczywiście.
Kolejna długa cisza.
— Posłuchaj, Draco. Minister najprawdopodobniej odwoła drużynę z Syberii jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Ludzie dobijają mu się do drzwi oburzeni faktem, że jakiś nieznany mroczny czarodziej z końca świata zamordował naszego największego wojennego bohatera. W rzeczywistości już wydał polecenie, by połowa drużyny wróciła do Wielkiej Brytanii do pierwszego grudnia. Neville będzie musiał odesłać ludzi, którzy ciężko nad tą sprawą pracowali, którzy poświęcili jej swoje serca i dusze. Przecież nie może kazać im iść do domu, a na ich miejsce przyjąć eksśmierciożercę...
Nigdy nie byłem śmierciożercą — wtrącam.
— Nie łapmy się teraz za słówka, Malfoy. W praktyce nim byłeś... i mało kto ci to zapomniał. Albo wybaczyło.
— Och, rozumiem — odzywam się z goryczą. — Teraz oprócz zarządzania dobrze prosperującą kliniką psychiatryczną, jako była żona świętego Weasleya i obecna żona świętego Longbottoma oraz matka dwóch córek, najmłodszych uczennic w historii Hogwartu oznaczonych Międzynarodowym Orderem Zasług, potrafisz też czytać w myślach tłumów i na dodatek w cholernym sumieniu ministra magii? Gratuluję, Granger. Z dnia na dzień stajesz się coraz bardziej błyskotliwa. Proszę, powiedz nam, zwykłym śmiertelnikom, jak to robisz?
— Malfoy — odzywa się głosem niskim i groźnym. — Zamknij się i posłuchaj. Każdy wie, że ty i twoja matka kupiliście sobie niewinność. Nie mam pojęcia, co faktycznie zrobiłeś, a czego nie zrobiłeś podczas wojny, ale zastawiłeś albo sprzedałeś każdą zagraniczną posiadłość i zlikwidowałeś wszystkie konta w rajach podatkowych, jakie posiadała twoja rodzina, żeby przekupić co ważniejszych urzędników. A ci, którzy przekupić się nie dali, zniknęli w tajemniczych okolicznościach. Wcale nie twierdzę, że ich zabiłeś, bo jestem pewna, że o wszystkim powiedziałeś Harry’emu, a on nie związałby się z tobą, gdybyś miał krew na rękach. Znam Harry’ego tak dobrze i wiem, że ty również znasz go na tyle dobrze, by nigdy go nie okłamać. Czy nawet zataić przed nim informacje.
Przerywa, a ja zdaję sobie sprawę, że oboje oddychamy ciężko. Zanim się odzywam, siłą woli opanowuję emocje.
— Do czego zmierzasz, Granger? — pytam ochryple. — Po prostu to powiedz.
— Mówię, Draco, że tylko włos dzielił cię od przyjęcia Mrocznego Znaku. I że jesteś, w najlepszym wypadku, mistrzem manipulacji, a w najgorszym nieokazującym skruchy przestępcą. Ale to ty kochałeś mojego najlepszego na całym świecie przyjaciela. Kogoś, kogo ja sama kochałam, szanowałam i podziwiałam bardziej niż kogokolwiek innego. A co ważniejsze, on również cię kochał. Byłeś światłem jego życia, Malfoy. Pieprzonym światłem jego życia.
Nie zdaję sobie nawet sprawy, kiedy pochylam się i opieram czołem o podłogę. Nie mogę oddychać. Coś utknęło mi w piersi. Próbuję wypchnąć z płuc powietrze, bym mógł nabrać kolejny, tak mi potrzebny haust, ale to, co wychodzi z moich ust, nie jest powietrzem. To żałosne zawodzenie, o jakim nigdy bym nie pomyślał, że może zostać wydane przez człowieka.
Nie wiem, jak długo tak trwam, obracając głową z boku na bok, złapany w bezlitosne szpony smutku, aż w końcu słyszę Granger:
— Draco. — Ton jej głosu jest ostrożny. I życzliwy. — Pozwól mi pomóc.
— Dlaczego? — łkam, nadal nie mogąc unieść głowy i na nią spojrzeć. — Dlaczego chcesz mi pomóc? Przecież nawet mnie nie lubisz. Nie chcę twojej litości, Granger. Ani twojej, ani Longbottoma.
Wzdycha.
— Jeśli zechcesz na kilka minut zapomnieć o dumie i swoim cholernym egocentryzmie, to zrozumiesz, że robię to dla Harry’ego. Nie wiem, czy wierzę w życie pozagrobowe, ale jeśli istnieje chociaż najmniejsza szansa, że mogę go jeszcze raz zobaczyć, zrobię wszystko, co w mojej mocy. Nigdy by mi nie wybaczył, gdyby się dowiedział, że stałam z boku i tylko patrzyłam, jak powoli wykrwawiasz się na śmierć. Nie mogę ryzykować. A jeśli już nie jesteś w stanie zrozumieć o mnie niczego innego, Draco, to może potrafisz przynajmniej pojąć, że przenigdy nie zrobię nic, co go zrani. Któregoś dnia powiedziałeś o granicach, jakie wszyscy przekroczylibyśmy w ułamku sekundy. Cóż, Harry jest dla mnie właśnie tym powodem, dla którego przekroczyłam wszelkie moje granice. Fakt, że on nie żyje, niczego nie zmienia.
Nagle, gdy siedzę skulony niczym płód z twarzą ukrytą w dłoniach i włosami pokrytymi popiołem z kominka, atakuje mnie wspomnienie.
Harry, Granger i Weasley stoją na korytarzu koło klasy zaklęć. Nie jestem na tyle blisko, by słyszeć ich słowa, ale po gestykulacji i napiętych minach wnioskuję, że dyskutują o czymś ważnym. Harry wygląda na rozgorączkowanego i wściekłego. Z oburzenia plamy wielkości galeona wystąpiły mu na policzki. Granger wyciąga obie ręce i opiera je na jego ramionach. Patrząc mu stanowczo w oczy, mówi coś, a ja obserwuję, jak on reaguje na jej słowa, na wierne spojrzenie. Nie odpowiada — a przynajmniej ja tego nie słyszę — ale wyraz jego twarzy świadczy o całkowitym i niezachwianym zaufaniu. Czuję, jak moje szesnastoletnie ciało zalewa coś, co teraz nazwałbym zazdrością, ale wtedy uznałem za kolejną falę desperacji i niewysłowionej furii. Mijam ich, z Vince’em i Gregiem po bokach, i uderzam barkiem o plecy Granger, przez co zatacza się i wpada na Harry’ego, posyłając ich oboje na ścianę.
— Schowajcie się gdzieś — syczę z odrazą. — Nikt nie ma ochoty oglądać waszych żałosnych umizgów.
Granger rumieni się wściekle, a mina Harry’ego z zakłopotanej momentalnie zmienia się w pełną obrzydzenia.
— Odwal się, Malfoy.
Jak zawsze, gdy chodziło o niego, pole mojego widzenia kurczy się do pojedynczego punkciku wielkości łebka od szpilki, jak gdybym patrzył przez niewłaściwy koniec teleskopu, i wszystko, co mogę zobaczyć, to rozgniewana blada twarz z błyszczącymi groźnie oczami. Harry odsuwa się od ściany i sięga do szaty po różdżkę.
— Jakie to romantyczne — kpię głosem ociekającym pogardą. — Stuknięty Potter ma zamiar bronić honoru swojej szlamowatej dziewczyny.
Nagle, dużo szybciej niż byłbym w stanie przewidzieć, czubek różdżki Harry’ego wciska się pod moją brodę, a ja ląduję na ścianie po przeciwnej stronie korytarza, z głową przyszpiloną do szorstkiego kamienia. Szyję mam rozciągniętą i obolałą, a z powodu wstydu spazmatycznie przełykam ślinę. Wiem, że widzi, jak porusza się moje jabłko Adama, bo słyszę jego śmiech. Szorstki i nieprzyjemny.
— Nie zniżę się do rzucenia na ciebie klątwy, Malfoy, bo jesteś żałosnym tchórzem, ale jeśli jeszcze raz obrazisz Hermionę, bez wahania użyję cię jako worka treningowego i poćwiczę przed spotkaniem z dużo godniejszym przeciwnikiem.

— Draco?
Biorę głęboki oddech i unoszę głowę, odnajdując wciąż wpatrzone we mnie oczy Granger.
— Jutro jadę do Irkucka — mówię powoli, oczyszczając głos z najmniejszych śladów przebiegłości lub pogardy. — Nie dam rady się aportować, bo coś sobie uszkodziłem, przenosząc się po spotkaniu z Nottem i Long... Neville’em. — Unoszę rękę, widząc jej otwarte usta i zmarszczone z niepokoju czoło. — Nic mi nie jest. Czuję się po prostu zmęczony, a w tym stanie nie potrafiłbym aportować się nawet na odległość kilometra. Jeździ tu pociąg, magiczny, coś w rodzaju transsyberyjskiej wersji hogwarckiego ekspresu. Będę w Irkucku za trzy dni. Pojadę z rosyjską czarownicą i jej dziećmi. To arystokratyczna czystokrwista rodzina z Irkucka. Podejrzewam, że oni albo ich znajomi znają Mefodija. Zamieszkam z nimi. Nie znam adresu.
— Mój Boże, Draco! — wykrzykuje. — Czyś ty kompletnie oszalał? Wiesz, jakie to niebezpieczne?
— Oczywiście. Ale nie widzę alternatywy.
Granger milczy przez dłuższą chwilę.
— Jest coś... Zastanawiałam się nad czymś i kiedy wreszcie podzieliłam się tym z Neville’em, nie chciał ze mną dyskutować. Czyli miałam rację. W tej kwestii łatwo go przejrzeć. — Śmieje się ze smutkiem, ale i z czułością. Czekam cierpliwie, aż będzie kontynuowała. Czuję, że zaraz przekroczy jedną z tych granic, o których mówiliśmy, i nie chcę jej ponaglać. — Pamiętasz Eda Evansa?
Przytakuję.
— Wiesz, że zaginął w Irkucku, a Harry szukał go na własną rękę?
Przytakuję ponownie.
— Neville powiedział mi, że kiedy Harry go znalazł, Ed był całkowicie opróżniony, zarówno z sił fizycznych, jak i magicznych. Wyglądało to tak, jakby wyssało go coś w rodzaju metafizycznego wampira. Nawet teraz, miesiąc później, nie jest w stanie korzystać z magii. Pod każdym względem jest teraz charłakiem. — Nagle przypominam sobie słowa O’Malley, wypowiedziane, gdy szliśmy przez Pola Marsowe na kolację do pałacu Jusupowa. Powiedziała, że Ed nadal przebywa w Świętym Mungu... — Dokładnie po tym, jak Harry odnalazł Eda, poprosili nas o pomoc w badaniach — ciągnie Granger. — Kazali zwrócić szczególną uwagę na czarnomagiczne artefakty posiadające właściwości transferujące. Prosili też, żeby skupić się na długotrwałych skutkach działania zaklęć osłabiających wolę, jak na przykład Imperius, ale nie wpływających na umysł kontrolowanej osoby, tylko na jej magiczne umiejętności. Kiedy mi powiedziałeś, że Harry obawia się, że wkrótce umrze, dało mi to do myślenia. A jeśli on zajął miejsce Eda?
Potrząsam głową.
— Nie jestem pewien, czy rozumiem...
— Może Harry odnalazł Eda i w zamian za jego życie obiecał porywaczom swoje własne?
— Ale to śmieszne — mówię. — Po co miałby się z nimi targować, zamiast zwyczajnie ich zabić albo obezwładnić?
— Dokładnie to samo powiedziałam Neville’owi.
— Czyli podzieliłaś się z nim swoją... teorią? Jakoby Harry poświęcił się dla Eda?
— Tak. I wtedy usłyszałam to co zwykle, czyli że nie powinien ze mną o tym dyskutować. Chyba nie zdaje sobie nawet sprawy, że za każdym razem, gdy za bardzo zbliżę się do prawdy, mówi to samo. — Uśmiecha się ponuro, ale zaraz poważnieje. — Posłuchaj, Draco. Nie sądzę, że powinieneś kontynuować swój plan. Nawet drużyna niewiele rozumie...
— Wybacz, że powiem to tak dosadnie, ale drużyna, mimo wszelkich atutów, to zasadniczo organizacja wojskowa ze specyficznym sposobem myślenia i działania. Czasami postępują tak subtelnie jak uzbrojony batalion. Ich siłą zawsze był atak, a nie gromadzenie informacji. A teraz będzie jeszcze gorzej, bo... są spragnieni zemsty.
— A ty nie jesteś? — pyta Granger podejrzliwie.
— Tak, ale najpierw wszystkiego się dowiem.
Milczy, a ja czuję, że próbuje sobie wyobrazić, jak może wyglądać zemsta w wykonaniu Malfoya.
— Pójdę z tobą — mówi wreszcie.
Przed odrzuceniem oferty nie muszę się zastanawiać nawet sekundy.
— Absolutnie nie — odpowiadam.
— Nie próbuj mnie chronić, Malfoy. To protekcjonalne jak cholera.
— Jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej, Granger, wcale nie próbuję cię chronić. To ty mówiłaś wcześniej o powielaniu wysiłków, a jadąc ze mną do Irkucka, właśnie to zrobisz. Oddasz mi przysługę, pozostając w Anglii. Zanim Harry... zanim Harry umarł, O’Malley powiedziała mi, że Eda przeniesiono do Świętego Munga. Odwiedź go. Staraj się, jak możesz, aby wyciągnąć z niego wszelkie informacje, a potem znajdź sposób, żeby mi je przekazać. Rodzina, z którą będę przebywał, ma na nazwisko Fiodorow.
Przyglądam się, jak Granger bierze głęboki oddech i zamyka oczy na długi moment.
— Dobrze — mówi w końcu. — Zgoda, zrobię to.
— Hermiono?
Nawet przez żar na palenisku widzę na jej twarzy zdziwienie, gdy słyszy z moich ust swoje imię wypowiedziane bez urazy i ironii.
— Tak?
— Nie mów o tym nikomu. Nawet Neville’owi... Szczególnie Neville’owi.
— W porządku.
Niezręczne milczenie ciągnie się przez kilka minut.
— Możemy się już nie zobaczyć — mówię ochryple.
— Wiem.
— Ja tylko... Chcę tylko, żebyś wiedziała... uważam, że na niego nie zasługuję.
Wzdycha.
— Nie wierzę. I nigdy w to tak naprawdę nie wierzyłam. Posłuchaj, Draco. Znałam Harry’ego lepiej, niż ci się wydaje. Tak, kochałam go, podziwiałam i szanowałam. Ale nigdy nie byłam ślepa na jego... ciemną stronę. Zamierzał skończyć życie w jakimś brudnym zaułku ze spodniami opuszczonymi do kostek. Albo popełnić samobójstwo. Dążył do samozagłady, a ja nic nie mogłam na to poradzić. Nie potrafiłam go powstrzymać, nie wspominając nawet o pomocy. A potem pojawiłeś się ty. Tak, na początku uważałam, że „zatwierdzając” wtedy jego seksualne pragnienia, jeszcze mu zaszkodzisz, ale już dawno przestałam. Harry nie potrzebował mojej cenzury... ani mojego współczucia. Był mu potrzebny ktoś taki sam jak on. Ktoś, kto by go nie osądzał i nie wymagał od niego czegoś, czego nie chciał dać. Ktoś, kto nie przerazi się mrokiem i głodem w jego duszy. Potrzebował partnera, a nie kolejnego przyjaciela. Bratniej duszy, kochanka i... godnego przeciwnika, który nie bałby się go skrzywdzić, jeśli właśnie krzywdy by pragnął. Wcale nie twierdzę, że to aprobuję. Ale nie mam prawa potępiać. A poza tym podejrzewam, że cokolwiek ty zaserwowałeś Harry’emu, on ci oddał, i to z nawiązką. Żaden z was nie jest takim samym człowiekiem, jakim był, zanim się związaliście. Obaj czynicie... czyniliście... siebie lepszymi. Zasłużyliście na siebie nawzajem, Draco. Na dobre. I na złe. — Pochylam czoło. Do żadnej innej odpowiedzi nie jestem zdolny. — Poinformuję cię, czego dowiem się od Eda — dodaje. Gdy nadal milczę, wzdycha. W tle słyszę początkowe dźwięki „Agnus Dei”.
— Do widzenia — mówi Granger. — A jeśli nie, cóż... żegnaj.
Kiedy odnajduję siły, by unieść głowę, nie ma jej już od dawna, a ogień zgasł, pozostawiając po sobie wypalony, ciemny, zimny i niemy popiół.

***


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Yuriko-chan » 17 cze 2012, o 22:14

Zaryczałam się strasznie...! Wielki kontrast między chłodem i obojętnością poprzedniego rozdziału a tsunami emocji w tym, autorka ma tak genialny dar do naturalistycznego opisywania stanów... Łączy w jakiś sposób rzeczywistość i zwykłe czynności(codzienne, fizjologiczne) z przemyśleniami, wspomnieniami, odczuciami, tworząc taka mieszankę, że jestem na kolanach... i mam ochotę wyć wraz z Draco z czołem przyciśniętym do podłogi. Absolutnie genialne! Ja nie wiem jeszcze jakie będzie zakończenie, ale jeśli mi przypadnie do gustu, to to może być jedno z najlepszych opowiadań jakie czytałam kiedykolwiek. Nie chcę zapeszać na razie, bo to dopiero połowa.
Strasznie mnie zryła scena w restauracji... To gadanie do siebie, creepy. Zalatywało szaleństwem na kilometr, bardzo dziwna sytuacja. Z kolei ta rozmowa z Hermioną była takim pocieszeniem po akcji z poprzedniego rozdziału.. Pięknie ona to powiedziała:

Posłuchaj, Draco. Znałam Harry’ego lepiej, niż ci się wydaje. Tak, kochałam go, podziwiałam i szanowałam. Ale nigdy nie byłam ślepa na jego... ciemną stronę. Zamierzał skończyć życie w jakimś brudnym zaułku ze spodniami opuszczonymi do kostek. Albo popełnić samobójstwo. Dążył do samozagłady, a ja nic nie mogłam na to poradzić. Nie potrafiłam go powstrzymać, nie wspominając nawet o pomocy. A potem pojawiłeś się ty. Tak, na początku uważałam, że „zatwierdzając” wtedy jego seksualne pragnienia, jeszcze mu zaszkodzisz, ale już dawno przestałam. Harry nie potrzebował mojej cenzury... ani mojego współczucia. Był mu potrzebny ktoś taki sam jak on. Ktoś, kto by go nie osądzał i nie wymagał od niego czegoś, czego nie chciał dać. Ktoś, kto nie przerazi się mrokiem i głodem w jego duszy. Potrzebował partnera, a nie kolejnego przyjaciela. Bratniej duszy, kochanka i... godnego przeciwnika, który nie bałby się go skrzywdzić, jeśli właśnie krzywdy by pragnął. Wcale nie twierdzę, że to aprobuję. Ale nie mam prawa potępiać. A poza tym podejrzewam, że cokolwiek ty zaserwowałeś Harry’emu, on ci oddał, i to z nawiązką. Żaden z was nie jest takim samym człowiekiem, jakim był, zanim się związaliście. Obaj czynicie... czyniliście... siebie lepszymi. Zasłużyliście na siebie nawzajem, Draco. Na dobre. I na złe.


Bardzo mi się podobała zmiana narracji w poprzednim rozdziale, można było zobaczyć jak z zewnątrz wygląda stan Draco, jak przerażający i z pozoru niewzruszony jest... Odrzuciła mnie jednak ocena Notta i takie wpieprzanie się w czyjeś życie, nie dość że nie miał prawa tego oglądać to jeszcze ocenił to zupełnie subiektywnie i moim zdaniem niesprawiedliwie, sprowadził to co jest między Harrym i Draco do brudnego, zboczonego seksu, a nie miał pojęcia jakie są ich uczucia rzeczywiście... A potem opowiedział to Nevillowi, który jeszcze to łyknął. Bardzo krzywdzące to było. Ehh dobrze, że Hermiona przynajmniej ma do tego wszystkiego szacunek przez wzgląd na swojego przyjaciela, chociaż tyle. Nie wiem jak oni mogli tak Draco potraktować, jak Neville mógł. Brak mi słów. Dziękuję Ci, że tak dzielnie tłumaczysz to świetne opowiadanie mimo tak skąpych odpowiedzi :)
Yuriko-chan Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 8
Dołączył(a): 11 gru 2011, o 17:02
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Kaczalka » 28 cze 2012, o 09:24

Część XI

Aleksandrę i jej dzieci odnajduję w herbaciarni na Dworcu Moskiewskim.
— Rozmawiałam z mężem i jest bardzo zadowolony, że będzie nam pan towarzyszył — mówi po tym, jak całuję ją w policzek i zajmuję krzesło zaoferowane mi przez dwa mgliste domowoje.
Małe, ciemne pomieszczenie rozjaśniają tylko nisko umieszczone lampy i na dostosowanie wzroku potrzebuję sporo czasu. Kiedy obudziłem się rano, niebo było już jasne, a promienie słońca odbijały się od sopli zwisających z okapu sąsiedniego budynku, ale tutaj, w tej małej kafejce głęboko we wnętrzu zatłoczonego dworca, nie można było odróżnić dnia od nocy.
— Cieszę się — odpowiadam, rozpinając kołnierzyk szaty i sięgając po filiżankę oraz spodek. — A jeszcze bardziej cieszę się z tak miłego zaproszenia. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę wasze piękne miasto.
— Ono wcale nie jest piękne!
Obracam się w kierunku cichego, ale rozdrażnionego głosu, zdającego się dochodzić z kupki szarej wełny ułożonej na jednym z krzeseł.
— Jest okropne i go nienawidzę!
— Alosza! — woła jedna z dziewcząt (Olga? Tatiana?).
Uśmiecham się do jasnej twarzy wykrzywionej kwaśną miną, tak typową dla wszystkich urażonych dzieci, nieważne czy czarodziejskich, czy mugolskich, czystokrwistych czy półkrwi, brytyjskich czy rosyjskich.
Chłopiec patrzy na mnie ze złością.
— Obawiam się, że nasz Alosza czuje się rozczarowany — mówi Aleksandra. — Miał nadzieję spędzić Boże Narodzenie z kuzynami z Petersburga.
Alosza kopie nogę delikatnie wyglądającego stołu, przez co filiżanki podskakują i grzechoczą o spodeczki.
— To nie w porządku! — prycha, po czym długo i szczegółowo rozwija skargę już po rosyjsku.
Korzystam z nieuwagi wywołanej jego złością i przyglądam mu się uważnie. Bardzo się zmienił od czasu, gdy widziałem go po raz pierwszy. Choć nadal jest blady i chorowity, nie wygląda teraz na kogoś stojącego na progu śmierci. Jego oczy nie są już apatyczne i szkliste, a skóry nie pokrywa warstwa potu. Cokolwiek mu było (być może gorączkował?), najwyraźniej minęło. Cieszę się z tego faktu, zupełnie egoistycznie, bo wcale nie zachwycała mnie perspektywa dzielenia przez trzy dni przedziału z dzieckiem, które krwawi ze wszystkich otworów ciała.
— To przez ciebie wyjeżdżamy — kontynuuje po angielsku, przegryzając kęs tarty z dżemem. — Postanowiłem, że cię nie lubię. — Spogląda na mnie groźnie.
Siostry gromadzą się nad nim jak stado karcących niebieskookich szpaków, ale kiedy zerkam na Aleksandrę, na jej twarzy nie widzę nic poza czułością i radością. I ulgą.
— Był taki chory — mówi jak gdyby do siebie. — Straciłam już nadzieję. — Jej wzrok pochmurnieje na moment, ale zaraz potrząsa głową, luzując kosmyk kasztanowych włosów upiętych w kok nad karkiem. Gdy ponownie na mnie patrzy, oczy błyszczą jej jak u młodziutkiej dziewczyny. — Nigdy nie powinnam w niego wątpić — mówi. — Byłam słaba... mając tak mało wiary w kogoś takiego jak on.
Coś — jakiś instynkt, intuicja — budzi mi się w piersi i oplata swoimi mackami moje serce. Jednak dobrze wiem, że nie powinienem okazywać zbytniego zainteresowania.
— Rzeczywiście wygląda dużo lepiej — zauważam grzecznie. — Czy mogę zamówić następny dzbanek herbaty?
Gdy Aleksandra spogląda na zegarek, dociera do mnie, że ludzie wokół zaczynają się krzątać i zbierać swoje bagaże i płaszcze.
— Nie sądzę, byśmy mieli czas. Pociąg wkrótce nadjedzie.
Spędzam żenującą chwilę, kartkując różne banknoty w portfelu w poszukiwaniu pastelowo zabarwionych prostokątnych pergaminów — czarodziejskich rosyjskich rubli. Aleksandra udaje, że tego nie zauważa, i uśmiecha się bezbarwnie, gdy wręczam pieniądze kelnerowi.
Wstajemy i zbieramy nasze rzeczy. Z moimi własnymi nie ma problemu, zważywszy, że nie zabrałem ze sobą nic poza teczką i kuferkiem, które pomniejszyłem i schowałem do kieszeni płaszcza jeszcze przed opuszczeniem mieszkania. Jednak rodzina Fiodorowów ma ze sobą tyle bagażu ile wędrowny cyrk. Dziesięć kufrów mugolskich rozmiarów, ale sądząc po ich ciężarze, nie mam wątpliwości, że wcale mugolskie nie są i również zostały już skurczone. Kiedy po kolei wnoszę je na peron, zastanawiam się, jak wielkie były na początku.
— Dziękuję. — Aleksandra podaje mi chusteczkę.
— Nawet nie zapytam, jak udało się pani przenieść to wszystko na dworzec — komentuję, wycierając czoło.
— Mam wielu kuzynów — odpowiada, uśmiechając się porozumiewawczo do córek, których twarze momentalnie pokrywają się rumieńcem.
Cudownie, myślę i jestem niemal rozbawiony, wyobrażając sobie, jak skomentowałby to Harry, gdyby tu był. Powiedziałby zapewne: Oczywiście te młode damy z niecierpliwością oczekują, aby wejść w kontakt z własną pulą genetyczną albo coś równie nietaktownego. Biorę głęboki oddech i zamykam oczy, przygotowując się na wstrząs wywołany świadomością straty, który towarzyszy każdej mojej myśli o Harrym, ale po raz pierwszy wspomnienie jego twarzy i głosu przynosi więcej przyjemności niż bólu. Trzymam to ciepło przy sercu, póki trwa, bo wiem, że zniknie — że musi zniknąć.

Jazda pociągiem do Moskwy trwa tylko niewiele dłużej niż podróż z King’s Cross do Hogwartu i na dworzec przybywamy tuż po podwieczorku. Uświadamiam sobie, że tęsknię za swoją leżanką w Ekspresie Transsyberyjskim. Wysiłek, jaki musiałem wkładać w żartobliwe uwagi i pogaduszki o niczym, wyczerpał mnie bardziej, niż się spodziewałem. Szczególnie obciążyła mnie miłosiernie krótka, ale szczególnie bolesna rozmowa z Tatianą na temat „przystojnego, ciemnowłosego mężczyzny w okularach”, który towarzyszył mi, gdy widzieliśmy się po raz pierwszy. Uśmiechnąłem się uprzejmie i odpowiedziałem jej, że pan Potter to mój były kolega ze szkoły, którego przypadkowo spotkałem podczas wizyty w Petersburgu. Chciała wiedzieć, czy jest bogaty, czy pochodzi z czystokrwistej rodziny i czy w szatach wygląda tak samo wytwornie jak w smokingu. Ponownie się uśmiechnąłem, ale moje lakoniczne „nie wiem” skutecznie ucięło rozmowę. Z czego byłem zadowolony. Bardzo zadowolony.
Herbatę wypijamy w kolejnej zaciemnionej, jaskiniopodobnej dworcowej kafejce. Jedyną różnicę stanowi fakt, że lokal w Petersburgu pełen był czarownic z dziećmi, a tutaj przebywają głównie czarodzieje w mugolskich ubraniach, skupieni wokół małego, lecz dobrze zaopatrzonego baru. Swoje teczki oparli o nogi barowych krzeseł i teraz dzierżą w dłoniach szklanki z miodem pitnym albo kieliszki z wódką Dovgan. Co jakiś czas wybuchają ochrypłym śmiechem i zagłuszają słowa moich towarzyszek, przez co muszę pochylać się, by usłyszeć ich ciche i delikatne głosy.
Gdzieś w okolicach Nowogrodu Alosza zdecydował, że jednak mnie lubi, mimo że moje przybycie zrujnowało jego świąteczne plany, i szybko zaczął okazywać w stosunku do mnie poufałość i fizyczną zażyłość, tak typową dla rozpieszczonych dzieci nadmiernie opiekuńczych rodziców.
— Masz włosy jak dziewczyna — oświadcza, kiedy nalewam mu filiżankę herbaty.
— Już mi to mówiono — odpowiadam. — Ale one wcale nie różnią się tak bardzo od twoich. Czy ty masz włosy jak dziewczyna?
Robi minę, jakby właśnie ugryzł coś zjełczałego.
— Nie. Jestem chłopakiem — stwierdza, jak gdyby wystarczyło to za wszelkie tłumaczenia.
— Ja także.
Patrzy na mnie jak na wariata.
— Nieprawda. Jesteś Anglijskij.
Posyłam mu speszony uśmiech i potrząsam głową. Nie mam ochoty wyjaśniać powiązań (lub ich braków) między postrzeganiem płci a narodowością oraz cech charakterystycznych wyróżniających męskość niezależnie od własnego języka i dziedzictwa kulturowego. Na szczęście jego uwagę przyciąga kolejny wybuch śmiechu przy barze.
— Papa nosi garnitur pod szatami — odzywa się po chwili. — Ale nasz starzec* nigdy tego nie robi. Mówi, że czarodzieje nie powinni ubierać się jak zwykli ludzie.
— Wasz starzec?
— Czarodziej, który mnie leczy.
— Jak on to robi?
Alosza wzrusza ramionami.
— Nie wiem. Ale obiecał mamie i papie, że będę zdrowszy przed świętami. Moje siostry już wyleczył.
— Wydaje się miłym człowiekiem i potężnym czarodziejem — mówię. — Jak się nazywa?
Ponownie wzrusza ramionami i sięga po kanapkę.
— Nie wiem — powtarza. — Ja i siostry mówimy do niego Ojcze.
— Mieszka z wami? — pytam, obniżając głos niemal do szeptu.
— Czasami — odpowiada z ustami pełnymi chleba. — Mama powiedziała, że musi wyjeżdżać, żeby znaleźć rzeczy potrzebne do mojego leczenia. Ale wraca. Olga mówi, że zawsze wie, kiedy przyjdzie, bo w powietrzu jest śnieg.
— On lubi śnieg?
Niestety chłopiec traci zainteresowanie rozmową.
— Zagrajmy znowu w jerełasza** — żąda i sięga po magiczną talię kart, którą trzyma w aksamitnym etui przymocowanym do paska. — I tym razem nie oszukuj.

Kupujemy bilety na pierwszą klasę, a ja wzdycham, gdy konduktor informuje nas, że zajmie się bagażami. Kolejną ulgę odczuwam, gdy okazuje się, że nie będziemy siedzieli sobie na kolanach. Nasz przedział, z salonikiem, aneksem kuchennym, zaskakująco przestronną łazienką i czterema dwuosobowymi kuszetkami, zajmuje połowę wagonu. Alosza oświadcza, że śpi ze mną, jak gdyby temat ten został już przedyskutowany i nie istniała nawet najmniejsza możliwość, że będzie dzielił sypialnię z matką lub z jedną z sióstr. Upiera się, że zajmie łóżko na górze, na co mam ochotę się zgodzić, ale Aleksandra łapie mnie za łokieć i odciąga na bok.
— Proszę nie pozwolić mu spać wysoko nad ziemią — mówi, starając się znaleźć angielskie słowa, które wyjaśniłyby, o co jej chodzi. — Boję się, że spadnie.
— Oczywiście — odpowiadam. — Chociaż łóżka mają ochronne balustrady. Na pewno nic by się nie stało.
— Nie rozumie pan — oświadcza, zniżając głos. — On może się zranić podczas wchodzenia po drabince. — Chyba dostrzega coś w mojej twarzy, bo wzdycha. — Alosza... żadne z moich dzieci nie jest zdrowe. Jeśli się zranią, nawet lekko, mogą wykrwawić się na śmierć. Ich magia... nie jest silna. A przynajmniej jeszcze nie.
— Przykro mi — mówię. — Z pewnością dobrze się nim zaopiekuję.
Wyciąga rękę i kładzie swoją dłoń na mojej. Dotyk jest ciepły, suchy i pocieszający, ale wszystko, na co mogę się zdobyć, to nie cofnąć się gwałtownie przed niechcianą bliskością.
— Jest pan dobrym człowiekiem. Widziałam to w pańskich oczach już przy pierwszym spotkaniu. Jednak pana przyjaciel... powinien nauczyć się poprawnych manier.
Wiem, że to nawiązanie do Harry’ego powinno przebić mi serce jak włócznia. Wiem też, że powinienem być obrażony w jego imieniu za jej uwagę. Ale w zamian czuję tylko ciepło i łagodne rozbawienie, wyobrażając sobie, jak Harry reaguje z oburzeniem...
— Tak, no cóż. Maniery nigdy nie były jego mocną stroną.
Klepie mnie po dłoni i odsuwa się.
— Naprawdę się cieszę, że zechciał pan odwiedzić nas tak szybko. I do tego na święta. Nasze miasto nie jest duże, ale bardzo piękne. Szczególnie w zimie. Na dodatek będzie to pierwsze Boże Narodzenie, gdy dzieci są zdrowe. Dom napełni się śmiechem i tym razem nie będzie to smutny śmiech. Dzięki naszemu starcowi.
Dotyka czoła w geście szacunku zwykle kojarzącym się z mugolami i ich bogiem.
— Tak, Alosza wspominał waszego... starca. Czy on jest państwa krewnym?
— Nie, to wołchw***. Znakomity i utalentowany czarodziej z małej wioski na północy. Takich jak on niewielu już pozostało na świecie. Mamy szczęście, że do nas przyszedł. Wart jest wszystkiego, co mu zapłaciliśmy, a nawet więcej. Błagałam go, by wziął pieniądze, ale się nie zgadza. Mówi, że kocha dzieci i będzie leczył je za darmo, jedynie za jedzenie i miejsce do spania. Ale ja nie pozwolę mu opuścić naszego domu z pustymi rękami.
— Czyli jest uzdrowicielem?
Aleksandra potrząsa głową.
— Na Syberii nie mamy takich podziałów jak wy na Zachodzie. Szkolił się na znachora, więc tak, jest uzdrowicielem, ale to nie wszystko, co robi. Dokonuje egzorcyzmów i rytuałów oczyszczania, uśmierca wampiry i odczynia złe uroki. On jest... jak to powiedzieć? Uczonym-wojownikiem? Pomaga nam walczyć z poruchą****, mroczną siłą, która zabija syberyjskich czarodziejów.
Marszczę brwi ze zdziwienia.
— Nie rozumiem. Co to za mroczna siła?
Aleksandra rozgląda się wokół, by sprawdzić, czy żadnego z dzieci nie ma w pobliżu. Coś w jej zachowaniu sugeruje, że to długotrwały — i pełen udręki — nawyk.
— To choroba, która dotyka nasze potomstwo. Cierpią na nią wszystkie czystokrwiste rodziny. W Omsku, Workucie, Czycie i Jakucku. To się dzieje wszędzie.
Patrzę na nią oniemiały, aż w pełni dociera do mnie sens jej słów. Ona nie mówi o żadnej mrocznej sile, tylko o poważnie ograniczonej puli genowej i dziedziczeniu wrodzonych zaburzeń! W ciągu tych miesięcy, gdy prowadziłem badania dla Harry’ego, dowiedziałem się, że w czasie kolejnych rewolucji setki rosyjskich czarodziejów wymordowano lub wywieziono do syberyjskich obozów pracy, gdzie umierali razem ze swoimi mugolskimi towarzyszami. W przeciwieństwie do europejskiej części magicznego świata tutejsi czarodzieje nigdy nie odseparowali się całkowicie od mugoli i czynnie udzielali się w ich polityce i kulturze. Wielu z dekabrystów było czarodziejami, podobnie jak niejeden rewolucjonista z 1917 roku. I ginęli całymi gromadami. Co, rzecz jasna, mocno zredukowało ich liczbę. Dodać do tego trzeba odległości, nieodłącznie związane z krajem o takich rozmiarach oraz izolację i dumę czystokrwistych rodzin na całym świecie. W takich warunkach trudno się dziwić, że małżeństwa wśród kuzynów stały się normą...
Aleksandra musi interpretować mój szok jak strach, bo podchodzi do mnie ponownie i ściska mnie pocieszająco.
— Niech się pan nie martwi — mówi. — Cokolwiek porucha robi, nie dotyka to Anglików. Mój mąż mówił, że kilku Anglików przebywa w Irkucku od sierpnia i nic im się do tej pory nie stało. Zdarzył się jeden wypadek, ale nikt nie zachorował. Ta choroba uderza tylko w dzieci.
W jej głosie słyszę oburzenie, że celem są jedynie młodzi i bezbronni, ale w tym, co powiedziała, jest coś, czego nie mogę pozostawić bez komentarza, nieważne jak podejrzanie zabrzmi moja ciekawość.
— Wypadek? — pytam. — Wie pani, co się wydarzyło?
— Och, nie musi się pan przejmować. Z nami będzie pan bezpieczny.
Potrząsam głową.
— Nie, nie o to mi chodziło. Jestem pewien, że mnie nic nie grozi. Po prostu zastanawiam się, co się stało.
— Nasz starzec opowiedział o tym mężowi. Jeden z Anglików został ranny, kiedy próbował... Jak to powiedzieć?... Przerwać starcowi rytuał leczenia.
Niespodziewanie czuję, że zaraz zemdleję. Aleksandra woła córki, kiedy opadam, słaby i roztrzęsiony, na jedną z ławek. Anna przynosi mi szklankę wody i mokry kompres. Zauważam spokój na twarzy dziewczyny i podejrzewam, że nagła choroba czy niesprawność nie są rzadkim doświadczeniem w jej młodym życiu. Błękitnymi oczyma, identycznymi jak u jej rodzeństwa, przygląda mi się ze smutkiem, ale życzliwie.
— Panie Malfoy, nie wygląda pan dobrze — mówi Aleksandra głosem pełnym troski. — Może kogoś zawołam?
Unoszę rękę i kręcę głową, próbując opanować mdłości i nagłe wyczerpanie.
— Proszę — sapię z trudem. — Proszę nazywać mnie Draco.

Niechęć Aloszy do mojej osoby powraca, kiedy chłopiec dowiaduje się, że jednak ja zajmę górne łóżko. Rzuca swoje książki i zabawki na podłogę w spektakularnym pokazie złości, przez co fala sióstr zalewa naszą niewielką sypialnię. Leżę na plecach z przedramieniem opartym o czoło i przeklinam swoją słabość, podczas gdy dziewczęta szemrzą coś łagodnie po rosyjsku. Delikatne kołysanie pociągu i ich ciche głosy sprawiają, że czuję się, jakbym dryfował po powierzchni głębokiego morza.
Musiałem zasnąć, bo zrywam się, słysząc, jak Alosza wypowiada moje imię. Odsuwam ramię, obracam głowę i napotykam jego okrągłą niczym mały księżyc buzię nie więcej niż kilka centymetrów od mojej twarzy.
— Co robisz? — chrypię. — Nie wolno ci wchodzić po drabinie.
— Jesteś chory? — pyta, ignorując moje słowa.
Nachodzi mnie wrażenie déjà vu. I gdybym był przesądny — a nie jestem — poczułbym się zaniepokojony, a może dziwnie pocieszony cykliczną naturą wszechświata.
— Nie. Tylko zmęczony.
Kiwa głową z powagą.
— Mama czyta mi, kiedy jestem chory — mówi. — Chcesz, żebym poczytał ci bajkę?
— Nie bardzo — odpowiadam. — Chyba wolałbym dalej spać. Ty też powinieneś. Jest późno.
Ignoruje mnie i schodzi z drabinki. Słyszę, jak grzebie w jednym ze swoich kufrów.
— Przeczytam ci historię o księciu i łabędziu — oświadcza.
Biorę długi zrezygnowany oddech.
— Dobrze. Tylko zostań na dole.
Wyjątkowo dużo czasu zajmuje mu przygotowanie się do łóżka, a gdy już w nim leży, zaczyna trajkotać płynnie mieszaniną angielskiego i rosyjskiego. Na szczęście nie oczekuje moich komentarzy, więc ponownie zapadam w drzemkę.
— Mam czytać po rosyjsku czy angielsku?
— Rosyjsku — odpowiadam. Jego młody głos wypowiadający obce słowa mógłby brzmieć dla mnie tak samo sensownie jak woda szemrząca po kamieniach albo koła pociągu stukające o szyny. Uświadamiam sobie, że jest kojący. Ludzki głos, ale nie wypowiadający rozpoznawalnych wyrazów — tych maleńkich kolców, których znaczenie rozdziera moje serce jak haczyk rybie skrzela.
— Ale ty nie rozumiesz rosyjskiego — mówi Alosza podejrzliwie.
— To dobrze — mruczę. — Będę się uczył. Ty mnie ucz.
Moja odpowiedź musi go zadowalać, bo zaczyna czytać. Zamykam oczy i słucham, całkowicie oczyszczając umysł. Oczywiście nic nie rozumiem, ale przesadna modulacja głosu chłopca informuje mnie, gdzie jest dialog, a gdzie ekspozycja. Alosza co jakiś czas przerywa i jąka się na nieznanym słowie, a ja widzę go oczyma duszy: czoło zmarszczone w skupieniu i mały palec śledzący litery, jakby był zdolny do rozpoznania ich przez dotyk, podobnie jak w przypadku alfabetu Braille’a.
— Co to znaczy? — pyta niespodziewanie po angielsku. Otrząsam umysł z odrętwienia.
— O co ci chodzi?
Ponownie czyta fragment po rosyjsku.
— Nie mam pojęcia. Przecież nie znam twojego języka. Powiedz mi to po angielsku.
Milczy przez dłuższą chwilę.
— Książę chce zestrzelić łabędzia z łuku, ale łabędź mówi: „Nie strzelaj, bo w przeciwnym razie niedola będzie prześladowała cię po wsze czasy.” Co to znaczy?
Otwieram oczy i patrzę w sufit. Od mojego nosa dzieli go nie więcej niż pół metra. Za mało, bym mógł się wyprostować, kiedy siadam, więc muszę pochylić głowę tak, jakby jakaś wielka ręką naciskała na mnie i zmuszała do pokłonu. Miałem problemy z rozebraniem się wcześniej, co przypomniało mi te kilka pierwszych miesięcy w Hogwarcie, kiedy zbyt mocno wstydziłem się, że któryś z kolegów z dormitorium zobaczy mnie nagiego, więc co wieczór w pośpiechu rozbierałem się za zaciągniętymi kotarami mojego łóżka.
— No i?
Nawet w tej ciemnej kołyszącej ciasnocie piskliwy, władczy głosik wyraża niefrasobliwą arogancję tysięcy lat arystokratycznej, czystokrwistej hodowli.
— To znaczy: „Nie rań mnie, bo jeśli to zrobisz, twoje życie pełne będzie smutku i biedy aż do śmierci”.
Milczy bardzo długo, więc zaczynam wierzyć, że zasnął, kiedy się wreszcie odzywa:
— Czasami to jest w porządku — mówi cicho, a ja wstrzymuję oddech. — Zranić kogoś — kontynuuje. — Jeśli robisz to z dobrego powodu.
Wbijam wzrok w ciemność.
— Tak powiedział twój starzec?
Moje serce tłucze się boleśnie w piersi tak głośno, że zastanawiam się, czy Alosza także je słyszy.
— Tak — odpowiada.
Kładę się na boku i zwijam w kłębek wokół nasienia bólu zatopionego w moim sercu niczym smoczy ząb.
— Pora spać, Alosza — mówię. — Dobranoc.

Syberia jest płaska, bezkresna i eteryczna jak sen. Wcale nie wygląda tak, jak przewidywałem, i często czuję się rozdrażniony przez kolizję rzeczywistości z moją wyobraźnią. Nie wiem dokładnie, co spodziewałem się zobaczyć: może góry i oczywiście śnieg. Ale po tym, jak przejechaliśmy Ural z jego betonowymi miastami i rozwlekłymi kompleksami przemysłowymi wyglądającymi jak szare strupy na źle zaleczonych ranach, góry ustąpiły miejsca niekończącej się równinie. Przez dwa dni, kiedy piliśmy herbatę i graliśmy w karty, przemykała za naszymi oknami niczym powoli rozwijająca się opowieść bez początku i końca. Czasami nie było nic poza trawą. W bladym świetle południa wyglądała na niemal bezbarwną, jak gdyby ziemia straciła już nadzieję na wiosnę. Jednak w blasku wschodzącego i zachodzącego słońca zdawała się budzić i ożywać. W tych ulotnych chwilach o zmroku obserwowałem barwy, o których nie wiedziałem, że w ogóle istnieją — odcienie umbry, brązu i miedzi. O świcie równina i pokrywające ją cienie pędzących chmur upodabniały się do tkaniny, w którą malarz wytarł pędzle po całym dniu pracy. Czułem się jak złapany między euforią a rozpaczą: euforią, że coś tak pięknego można znaleźć na świecie skażonym śmiercią i cierpieniem, i rozpaczą, bo wiedziałem, że tak niewielu ludzi kiedykolwiek to zobaczy. I nawet wśród tych, którym będzie to dane, tylko bardzo, bardzo nieliczni zrozumieją przesłanie o niespożytej nadziei.
Zarówno Alosza, jak i Anna twierdzą, że jeśli będziemy się odpowiednio długo przyglądali wysokiej trawie, zobaczymy tygrysy. A może nawet słonie. Alosza zuchwale oświadcza, że przez Syberię wędrują całe stada żyraf, ale najwyraźniej to za dużo nawet jak na wyobraźnię Anny.
— Żyrafy potrzebują drzew, Ali — mówi pouczająco, a ja oczami duszy dostrzegam w jej słowiańskich rysach odrobinę szkolnej powagi Hermiony. — A od wczoraj nie widzieliśmy ani jednego.
Alosza wydaje się chętny do riposty, ale mądrze rezygnuje, decydując się w zamian na jawnie niezgodny z regułami ruch koniem, kończąc tym skutecznie naszą krótką grę w szachy.
— Wygrałem! — oświadcza i uśmiecha się triumfalnie, pokazując nową przerwę miedzy zębami.
Cały ranek spędziliśmy, próbując powstrzymać krwawienie po utraconym mleczaku. Każdy ręcznik został zabarwiony na czerwono i nawet moje najmocniejsze zaklęcie leczące nie zdziałało nic poza spowolnieniem tryskających bez końca strumieni. Kiedy krwotok wreszcie ustał, wargi chłopca przybrały siną barwę, a twarz wyglądała jak martwa — z wyjątkiem dzikich ze strachu oczu. Matka podała mu Wywar Wigoru, a ja zaniosłem go na łóżko. Przez kilka godzin po tym, jak adrenalina opadła, pozostałe dzieci były przygnębione, a Aleksandra płakała w chusteczkę.
— To takie okrutne — wyszeptała, kiedy usiadłem obok niej i niezobowiązująco pogłaskałem jej dłoń. — I pomyśleć, że wystarczy utrata zęba, żeby spowodować śmierć dziecka.

Trzecią noc spędzam, wpatrując się w widok za oknem, podczas gdy inni śpią spokojnie w swoich łóżkach. Jutro będziemy w Irkucku. Jasne jest dla mnie, biorąc pod uwagę wszystkie informacje, jakie zebrałem w ciągu ostatnich dni, że pierwsze co muszę zrobić, to dowiedzieć się więcej o starcu i Angliku, który został ranny. Mam pewność, że chodzi o Evansa. No bo ilu brytyjskich czarodziejów mogło przebywać w Irkucku? I jeśli to rzeczywiście Evans?... Co to za rytuał, który przerwał, i czemu w odpowiedzi został zaatakowany i zraniony? Oczywiście ktoś nie chciał, aby był świadkiem tego, co widział. Ale o co chodziło? I jaki to coś miało związek — jeśli w ogóle miało — z Mefodijem?... Lub z Harrym?
W pewnej chwili musiałem zapaść w płytki sen, bo kiedy się budzę, zamiast łąk widzę lasy pełne jodeł, świerków i modrzewi. Przez zbitą gęstwinę pochylonych pod ciężarem śniegu konarów oglądam mój trzeci wschód słońca podczas jazdy pociągiem. Na początku nie jest niczym więcej niż punkcikiem światła pomiędzy niekończącym się szeregiem pni, zaledwie ogniskiem, a nie rozżarzonym ciałem niebieskim wypalającym swoją drogę ku unicestwieniu. Ale później, powoli, lecz pewnie, staje się wielkim stosem wzniecającym ogień wzdłuż linii horyzontu niczym płonącą nitkę. Obserwuję, jak poranne światło rozciąga swoje amarantowe palce do samego serca lasu i wyobrażam sobie, jak by to było poczuć je na twarzy. Syberyjskie słońce mnie zadziwia. Jego obecność na niebie jest tak krótka, tak ulotna, a jednak cały świat zdaje się oczekiwać na nie z niecierpliwością. Jest jak znakomity gość na długim, nieciekawym przyjęciu, który pojawia się tuż przed tym, gdy wszyscy mają zamiar wracać do domu, i oszałamia ich tak bardzo, że zapominają o swoim znudzeniu. Uśmiecham się sennie do analogii i ze znużeniem pozwalam, by zawładnęło mną kolejne wspomnienie o Harrym...

Hotel Landmark. Coroczna kolacja na rzecz zbierania funduszy dla grupy o śmiesznej nazwie Londyńskie Powszechne Stowarzyszenie Transmutatorów lub, jak woli ich nazywać Harry, Londyńskie Powszechne Stowarzyszenie Masturbatorów. Zawsze otrzymuję zaproszenie z racji mojego stanowiska w Akademii i dlatego, że jestem bogatszy niż Midas, i zawsze z niego korzystam. Mimo że ze wszystkich niezliczonych przyjęć, w których czuję się zmuszony uczestniczyć, to jest najnudniejsze i najbardziej męczące.
Pojawiają się deser i kawa, i właśnie mają rozpocząć się przemowy. Czuję, jak mój umysł pogrąża się w odrętwieniu. Już dawno wyczerpałem wszelkie tematy rozmowy z ludźmi siedzącymi ze mną przy stoliku i teraz modlę się w duchu o coś nieoczekiwanego — a najlepiej katastrofalnego — co pozwoli mi uciec przed nieuniknioną nudą.
Nagle zdaję sobie sprawę z rozlegającego się wokół szumu.
— Uwierzysz? — szepcze czarownica siedząca obok mnie. — Organizatorzy powiedzieli, że może się pojawić, ale ja nie mam na to wielkiej nadziei. W „Proroku” czytałam, że teraz przebywa w Finlandii, Islandii albo podobnym miejscu.
Każdy nerw w moim ciele budzi się do życia, kiedy zdaję sobie sprawę, że owszem, gość specjalny w tym roku zdecydował się przemówić. To rzeczywiście nieoczekiwane, zważywszy, że naprawdę powinien być na Islandii, a ponadto przysięgał, że raczej pocałuje Higglebee’ego, niż przyjdzie na jedno z tych przyjęć. Kilka osób w pobliżu wstaje, a szmery podekscytowania przybierają na sile, gdy otwierają się drzwi.
Wraz ze wszystkimi innymi obracam się, gdy Harry Potter wchodzi do sali.
Porusza się tak jak zawsze: prosto do celu, bez skrępowania, z gracją. Od czasu do czasu zatrzymuje się, by położyć komuś rękę na ramieniu albo uścisnąć wyciągniętą dłoń. Wydaje się całkowicie zrelaksowany, więc nic dziwnego, że przez chwilę wątpię w prawdziwość jego wcześniejszej deklaracji, jakoby publicznych wystąpień nienawidził nade wszystko. Moja sąsiadka macha do niego z przejęciem, a on zatrzymuje się, by z nią porozmawiać. Stoi nie więcej niż metr ode mnie i kiedy się pochyla, żeby lepiej słyszeć jej zadyszane słowa, dostrzegam miejsce na jego karku, gdzie ciemne włosy natrafiają na bladą skórę. Moje ciało natychmiast reaguje na jego bliskość. Puls mi przyspiesza, temperatura wzrasta, a zmysły budzą się do życia jak lilia wodna w słońcu.
— Miło panią znowu spotkać — mówi i prostuje się, a do reszty z nas uśmiecha serdecznie, ale bezosobowo.
I kiedy już odwraca się, aby odejść, dostrzegam to — ledwie zauważalne mrugnięcie. Tylko drgnięcie powieki, lecz ja je widzę, a mój penis drga w odpowiedzi.
Harry podchodzi do podium i czeka cierpliwie, aż głosy ucichną i przebrzmi trzaskanie fleszy. Korzystam z okazji i chłonę go wzrokiem. Ma nową fryzurę, włosy obcięte krócej niż kiedykolwiek, i szatę z drogiego materiału. Jest uderzająco przystojny i po raz kolejny nie mogę nadziwić się, że to właśnie ja sprawiam, że szlocha i błaga, i że to moje imię wykrzykuje w czasie orgazmu.
Przemawia krótko, ale jednocześnie wystarczająco długo, by jego głos przywołał wspomnienie, jak wywarkuje komendy, gdy ofiaruję powierzchnię mojego ciała pociągnięciom bata w jego dłoni. Dziś wieczorem pozwolę mu to. Pozwolę mu na wszystko. Minęły miesiące, odkąd byliśmy w moim lochu i są rzeczy, jakie... jakie sobie w tym czasie wyobrażałem. Rzeczy, jakie chciałbym, żeby ze mną zrobił. Rzeczy, jakie chcę zrobić jemu.
Kończy i schodzi z podium, żeby porozmawiać z innymi mówcami. Jego niespodziewane pojawienie się najwyraźniej zakłóciło harmonogram wieczoru. Ludzie wstają z miejsc i próbują zamienić z nim kilka słów, zanim odejdzie. Nie ma szans, by organizatorzy na powrót zaprowadzili porządek. Uśmiecham się ukradkiem zza brzegu mojego kieliszka z wodą, a kiedy na niego patrzę, na sekundę łapie mój wzrok i prawie niezauważalnie kiwa głową. Nasz znak. Odsuwam krzesło i wstaję od stołu, a moi współbiesiadnicy grzecznie życzą mi dobrej nocy. Nie patrząc już na Harry’ego, wychodzę z sali. Przy każdym kroku czuję jego wzrok na plecach i zastanawiam się, czy wie, jak na mnie podziałał. Cholernie dobrze się złożyło, że zdecydowałem się dzisiaj włożyć spodnie, które teraz dociskają moją erekcję do pachwiny. Pod samą szatą byłaby widoczna dla całego świata.
Niedługo później odnajduje mnie w jednej z absurdalnie wystawnych kabin hotelowej toalety dla panów. Mam rozpięte szaty i rękę wsuniętą do spodni.
— Wygląda... znajomo — mówi, pogardliwie przeciągając samogłoski. — Zdajesz sobie sprawę, że nie mógłbyś być bardziej oczywisty, Malfoy?
— Naturalnie, Potter. Nawet charłak wyczuje zaklęcie wyciszające z dwudziestu kroków. — Sięgam głębiej między nogi, obejmuję swoje jądra i toczę je w gorącej dłoni. — Może chciałem zostać przyłapany.
Uśmiecha się.
— Wychodzi na to, że trzeba ratować cię od samego siebie. Znowu.
Odwzajemniam uśmiech i on nagle jest tuż przy mnie. Dociska usta do mojego policzka, a dłoń do dłoni, wbijając palce w knykcie nawet przez wełnę spodni i jedwab bielizny. Wzmacniam uchwyt na erekcji i przyspieszam ruchy. Jego ręka dostosowuje się, wciąż pokrywając moją. Jest tak blisko. Przepełnia mnie świadomość jego obecności — ciepło ciała, zapach skóry. Obserwuje własną dłoń, wyraz twarzy ma skupiony, skoncentrowany, jak gdyby doprowadzenie mnie do orgazmu było najważniejszą rzeczą na świecie. Kiedy unosi wzrok i spotyka moje oczy, prawie dochodzę tylko z powodu tego spojrzenia, ale zatrzymuję nas obu na samej krawędzi. Stoję bez ruchu, opierając się czołem o jego czoło i wydychając swoje podniecenie w ciche powietrze. Harry przysuwa się, aby mnie pocałować i jego biodro trąca rękę, która z kolei napiera na moją. Drżąc gwałtownie, zaczynam dochodzić.
— Kurwa, Draco! — sapie. Szarpnięciem odsuwa mi dłoń od wytryskującego penisa i opada przede mną na kolana. Bierze mnie głęboko do ust, tak że reszta nasienia spływa do jego gardła.
Opadam na podłogę bez sił.
— Kurwa — powtarza. Jego głos pełen jest czegoś, co można opisać jedynie jako podziw. — To było niewiarygodnie podniecające, Draco.
— Warte pojawienia się na przyjęciu? — dyszę ciężko.
— Nawet więcej.
Całuje moje spocone czoło.
— Dlaczego tu jesteś? — pytam. — Myślałem, że nienawidzisz tych imprez.
— Bo to prawda. Wpadłem do dworu, żeby zrobić ci niespodziankę, ale Narcyza poinformowała mnie, że znowu poszedłeś na to przyjęcie dla Masturbatorów. Po co to robisz?
— Może mam w sobie coś z masochisty.
— Niewątpliwie — zgadza się.
— Tak więc, jeśli tak bardzo ich nienawidzisz, czemu tu jesteś?
— Miałem już dosyć picia twojej whisky w samotności.
— Ty gnojku. Nie mów, że napocząłeś nową butelkę.
— Napocząłem i skończyłem.
— Nie.
— Ależ tak.
— Dupek.
— Idiota.
— Frajer.
— Głupek.
Śmieję się i całuję go.
— Cholera, Harry, jak ja za tobą tęskniłem.
— Ja też. — Łapie moją twarz w dłonie i przygląda mi się wzrokiem intensywnym i nagle poważnym. — Chcesz znać prawdę? Czemu naprawdę tu jestem? — Kiedy przytakuję, głaszcze mnie po policzku opuszkami palców i patrzy na mnie, jak gdyby spijam każdy mój rys. — Nie mogłem czekać ani sekundy dłużej, aż cię zobaczę — mówi ochrypłym głosem. — Ani sekundy, Draco. Warto było wygłosić mowę i znosić przez pół godziny, jak całują mój tyłek, żeby zobaczyć cię chociaż pięć minut wcześniej.
Całuje mnie długo i zaborczo. W jego ustach czuję własną spermę. Odsuwa się i liże swoją dolną wargę. Wstaję i patrzę z góry na jego zaczerwienioną twarz, na zmrużone, pociemniałe i głodne oczy.
— Chodź ze mną — mówię i wyciągam rękę...

Zaciskam powieki, gdy słońce wreszcie unosi się nad horyzontem. Przez kropelki łez na rzęsach mam wrażenie, że jego promienie załamują się w nieskończoność — świetlne impulsy migoczą pomiędzy ciemnymi pniami drzew niczym reflektory pociągu przejeżdżającego za płotem. Biorę urywany oddech i przeciągam rękawem po twarzy. Wspomnienie o Harrym całującym mnie i dotykającym, muśnięcia jego oddechu na policzku... Jestem taki twardy. To nie zajmie dużo czasu. Prawdopodobnie mógłbym udawać, że czytam, docisnąć grzbiet książki do erekcji i dojść w ten sposób. Olga nie śpi, ale jest zajęta przygotowywaniem śniadania w małym aneksie kuchennym. Nawet by nie wiedziała... Zamykam oczy i widzę Harry’ego, wyraz jego twarzy, gdy obserwuje, jak się pieszczę...
Instynkt podpowiada mi, że jeśli naprawdę zamierzam to zrobić, potrzebuję prywatności. Właśnie teraz. Wstaję, wchodzę do toalety i zamykam za sobą drzwi. Minęło już sporo czasu, odkąd onanizowałem się po raz ostatni — od dnia, w którym Hermiona i Neville pojawili się w mojej bibliotece, informując mnie, że mój świat się skończył. Dla większości ludzi to może wydawać się okresem niezbyt długim, ale ja miałem przynajmniej jeden orgazm dziennie, od kiedy wszedłem w wiek nastoletni. Jest mi niezbędny jak każda inna codzienna funkcja ciała — może nawet bardziej, skoro staję się takim psychicznym wrakiem, jeśli obywam się bez niego zbyt długo. Napięty, rozdrażniony, nerwowy — głód gryzie brzegi mojej koncentracji, ciągnie za jej luźne nitki i rozpruwa każdą myśl, jakby była tandetnie wydzierganym swetrem...
Odpinam szaty i przesuwam dłonie na przód spodni, wyczuwając chciwe pulsowanie zaniedbanego penisa. Ściskam go ze złością, jak gdyby, samotny i bez towarzystwa mojego mózgu, był jedynym winnym tego nieprawdopodobnego przestępstwa. Nie chcę dotykać sam siebie. Nie chcę dochodzić. Nie, skoro ciało Harry’ego nie zostało jeszcze odnalezione i pogrzebane... Kurwa! Nie bez Harry’ego. I gdybym uważał, że to uczyni jakąś różnicę — że naprawdę może zakończyć ten żarłoczny głód, prześladujący mnie zdawałoby się od urodzenia — przekląłbym własne genitalia...
Zaraz skończę. Czuję, jak początkowa faza orgazmu zatapia korzenie w mojej pachwinie, szarpie za jądra i wypełnia podbrzusze ekstatycznym ciepłem. I jestem na siebie jeszcze bardziej wściekły, bo wiem, że spełnienie będzie wielkie, oszałamiające i rozdzierające. Złe. Kiedy mnie ogarnie, poczuję się jak w niebie, a gdy minie, znajdę się w jeszcze głębszym piekle.
Szamoczę się z klamrą paska, nagle szaleńczo spragniony dotyku skóry na skórze, nawet jeśli jest to tylko moja skóra. Spycham spodnie do połowy ud i chwytam penisa. Jest wilgotny, ale niewystarczająco — nie jak usta Harry’ego, nie jak jego odbyt śliski od mojej śliny po dwudziestu minutach lizania...
Accio brzytwa — sapię.
Pocałunek zimnej stali w miejscu pulsu prawie doprowadza mnie na szczyt, ale opanowuję orgazm całą siłą woli i przesuwam ostrzem wzdłuż nadgarstka. Ból jest wyśmienity i potrzebny mi bardziej niż oddech. Szybko nacinam drugą rękę i wrzucam brzytwę do miedzianej umywalki, opryskując lustro na czerwono.
Zamykam oczy i opieram głowę o ścianę, pieprząc gładkie ciepło moich dłoni i wyobrażając sobie, że są Harrym. Mój ciężki oddech odbija się echem w ciasnej przestrzeni i miesza się ze stałym rytmem kołysania pociągu po szynach. Mógłbym przysiąc, że nie jestem sam, że on jest tu ze mną...
Draco!, jęczy bezradnie i bezwstydnie.
Kciukiem i palcem wskazującym zataczam kółka wokół czubka penisa, ściskając go kurczowo, jak gdybym zagłębiał się w Harrym, nieprzygotowanym i płochliwym jak źrebak. Mięśnie jego odbytu zaciskają się w oczekiwaniu...
Draco!
Zamierzam pieprzyć go tak mocno. Nie będzie pamiętał swojego nazwiska, kiedy już z nim skończę. Nie będzie pamiętał, że jest Harrym cholernym Potterem, przeklętym Chłopcem, Który Przeżył, ale i Mężczyzną, Któremu Się To Nie Udało. Nie będzie pamiętał, że może być w jakimkolwiek innym miejscu niż pod moimi napierającymi biodrami, że sam może być kimkolwiek innym niż odbiorcą mojej bezgranicznej żądzy...
Wszystko jest zbyt gorące i zbyt mokre, a świat wokół wykonuje piruet. Ale to nie ma znaczenia, bo właśnie pieprzę Harry’ego, który w kółko szlocha moje imię. Czuję jego ciało. Jego zapach. Jego smak... Unoszę jedną rękę i wsysam się w otwartą ranę. Czuję jego. I kiedy zaczynam dochodzić w potężnych, nieprzytomnych skurczach, myślę, oczywiście, że go czujesz, ty idioto. To Harry. Masz go na końcu języka. Jest snem, z którego już nigdy się nie obudzisz. On jest w twojej krwi.
...w twojej krwi...
Osuwam się na podłogę, siedzę i obserwuję, jak pod moimi dłońmi rozlewają się dwie bliźniacze kałuże. I wtedy to do mnie dociera. Jeśli nie znajdę Harry’ego wkrótce, to... to niedługo umrę. I nienawidzę siebie, wiedząc, że po drugiej stronie ściany jest dziecko, które oddałoby wszystko, aby powstrzymać krwawienie, podczas gdy ja, jak się wydaje, nie mogę wykrwawić się do końca.

***

*głównie w tradycji wschodniej — doświadczony mnich uczący młodszych życia duchowego
**gra karciana, odmiana preferansa i wista; prekursor brydża
***mag, mędrzec
****nieszczęście, zmartwienie, smutek, zły los, choroba, efekt złej klątwy


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez ewa1959 » 30 cze 2012, o 10:35

Podoba mi się opowiadanie, jest takie słodko gorzkie i przepełnione emocjami. Nie lubię Notta, bo udaje świętoszka i w dodatku umiejętnie zmanipulował Nevilla, który brzydko potraktował Draco. A przecież wiedział, że Harry kochał Draco i odwrotnie. Zabrakło ich przyjaciela i pokazują swoją prawdziwą twarz, to zabolało Draco , bo miał nadzieje dołączyć do nich. Widać jak bardzo cierpienie nim zawładnęło,bo by zagłuszył ból duszy, okalecza się.Trochę obawiam się tego, że Draco samotnie szuka odpowiedzi, ale on już zaplanował co zrobi ze sobą, jak wyjaśni sprawę śmierci Harrego.Jestem ciekawa, czy uda mu się dojść prawdy, bo ciągle nie mogę uwierzyć w jego śmierć. Mam nadzieje, że Draco rozwiąże sprawę i ,że Harry żyje.
Dziękuje za świetne tłumaczenie.
Pozdrawiam i życzę dużo weny.
ewa1959 Offline


 
Posty: 42
Dołączył(a): 30 sie 2011, o 14:06

Postprzez Kaczalka » 6 lip 2012, o 18:14

Część XII


Kiedy Teo poczuł na policzku pierwsze muśnięcie wilgoci, uniósł głowę, spojrzał na nocne niebo i pomyślał, że reszty życia mu nie wystarczy, aby odpocząć od widoku śniegu.
Dorastał w Blackpool i perspektywa śniegu zawsze go ekscytowała. Przez całe zimy nie pojawiało się nic więcej niż niewielkie zadymki, ale od czasu do czasu, niczym obcy nocny przybysz, nadchodziła prawdziwa nawałnica i ludzie budzili się w zupełnie nieznanym świecie, białym, czystym i błyszczącym. Nawet zardzewiała wieża na nabrzeżu wyglądała jak wyjęta z bajki. Niestety ta cieniutka śnieżna warstewka prawie zawsze znikała do popołudnia, dodatkowo cementując wrażenie przemijania i tajemnicy. A potem Teo poszedł do Hogwartu, gdzie wściekłe śnieżyce szalały nad taflą jeziora niczym białoskrzydłe szyszymory. Nie wspominając o stertach brudnego śniegu topniejącego z nieznośną powolnością pod słabym słońcem Highland.
Jednak Syberia okazała się zdecydowanie wisienką na tym pieprzonym torcie.
W Irkucku śnieg zaczynał padać we wrześniu. Teo pamiętał to wyraźnie, bo nie uwierzył, zwłaszcza że ranek wstał pogodny i złoty. Więc kiedy Harry wszedł do mieszkania, głośno tupiąc i potrząsając rozwichrzonymi włosami, Teo pomyślał, że wraca z jakiegoś przyjęcia, gdzie obficie sypano białym konfetti.
— Och, słodki Merlinie — jęknęła Elizabeth, kiedy go zobaczyła. — Powiedz mi, że to nieprawda. Cholerny śnieg w cholernym wrześniu? Powtórka z Islandii.
Katie uniosła wzrok znad sterty diagramów i wykresów.
— Domyślam się, że mogę schować bikini aż do następnego sezonu.
Słysząc ich narzekania, Harry tylko uśmiechnął się szeroko, i Teo przypomniał sobie, jaki poczuł się zadowolony mimo niefortunnych początków. Przecież Harry nie był sobą już od kilku dni — odkąd Ed został ranny, a on przyniósł jego bezwładne ciało we własnych ramionach.
— Sykiel za twoje myśli.
Teo zadrżał i obrócił głowę. Przez szczelinę między szalikiem a rondem kapelusza zobaczył Lunę.
— Kiedy przyszłaś? — zapytał, nie mogąc opanować irytacji w głosie.
— Właśnie teraz — odparła, uśmiechając się ciepło, ale ze zrozumieniem. — Nie martw się, Teo. Nie szpiegowałam cię.
— Wcale tak nie pomyślałem — wyjaśnił, choć dobrze wiedział, że został uznany za podejrzliwego paranoika. Znowu.
Luna westchnęła i potarła jego ramię przez warstwy płaszcza, swetra i koszuli. Teo uświadomił sobie nagle, jak trafną metaforę ich związku stanowił ten gest.
— Kiedy już tu skończymy, powinieneś pomyśleć o kilku dniach wolnego — powiedziała, wydychając obłoczki pary w wieczorne powietrze. — Pracujesz ciągle od czasu Helsinek.
— Harry nigdy nie brał wolnego — odparł Teo zbyt szybko.
Luna z rezygnacją zamknęła oczy na długą chwilę, a gdy je ponownie otworzyła, Teo pomyślał, że wyglądają na jeszcze bardziej szkliste i smutne niż zazwyczaj.
— Tak. To prawda — zgodziła się. Jakby to tłumaczyło wszystko.
Przez kilka minut stali razem w kojącym milczeniu, obserwując przechodniów, cichych, poowijanych szalikami i opatulonych w ciepłe ubrania.
— Powiesz mi, o czym myślałeś, czy nie? — zapytała Luna w końcu.
— Myślałem, jak bardzo nienawidzę tego pierdolonego śniegu.
— To czemu nie wejdziesz do środka?
Teo parsknął.
— Racja. W zasadzie wyszedłem na papierosa. I wybacz, jeśli nie podoba ci się moja odpowiedź, ale sama pytałaś.
— Palenie zabrało ci czterdzieści pięć minut, czy też „papieros” oznacza teraz całą paczkę?
Przez długą minutę Teo milczał uparcie, skupiając oczy na widoku w oddali.
— W środku nie mogę myśleć.
— Zbyt głośno?
— Określenie zbyt cholernie cicho jest bliższe prawdy.
— Tak. Wiem, co masz na myśli.
Teo poczuł, jak brzegi jego serca topnieją i miękną, i zanim strach sparaliżował jego ruchy, rozłożył ramiona i przyciągnął Lunę do siebie.
— Dziękuję — powiedział ochryple. — Wiedziałem, że zrozumiesz.
Znowu miała na sobie tą śmieszną, puchatą różową czapkę, która połaskotała go w nos, kiedy pochylił się, by pocałować Lunę w czubek głowy.
— Przyszłaś mnie szukać? — zapytał.
— Nie tylko. Chciałam pospacerować, zanim zrobi się zbyt późno.
— Życzysz sobie towarzystwa?
Luna zrobiła krok do tyłu i spojrzała mu w twarz.
— Wiesz, że tak. Pytanie, czy ty sobie go życzysz, prawda?
Teo uśmiechnął się do niej ze smutkiem, doskonale świadomy, dlaczego zapytała. Ale kiedy w jej oczach nadal widoczne były wątpliwości, zdał sobie sprawę, że szalik wciąż zasłania mu usta i nie mogła zobaczyć jego uśmiechu. Bo gdyby go widziała, nie miałaby wątpliwości. Kolejny powód, aby nienawidzić zimna i śniegu.
— Tak, życzę sobie — powiedział. Oczy Luny, tak błękitne jak Bajkał w bezchmurny dzień, rozbłysły. Teo poczuł w sercu znajomą radość i wziął Lunę za rękę.
— To gdzie chcesz iść?

Spacerowali wzdłuż ulicy Czechowa, mijając słabo zaopatrzone sklepy, kawiarnie z oknami pokrytymi kondensującą się parą i domy towarowe, których wystawy zdobiły manekiny bez rąk ubrane w niemodne codzienne sukienki. Teo wyjął z kieszeni paczkę papierosów i wyciągnął jednego zębami.
— Myślisz, że przez brak kończyn są tańsze?
Teo zatrzymał się, żeby zapalić papierosa, otaczając dłońmi kruchy płomyk mugolskiej zapałki. Zaciągnął się głęboko, zdmuchnął ogień i rzucił zapałkę na ulicę.
— Jestem pewien, że dla ciebie to pytanie ma sens — powiedział.
Luna zachichotała.
— Manekiny, głupku.
Teo odwrócił się i wyciągnął szyję w stronę ostatniego z domów towarowych.
— Nie wiem. Może obsługują klientów po amputacjach. W takim wypadku manekiny o niestandardowej liczbie kończyn kosztowałyby więcej.
Grupa nastolatków w płóciennych czarnych kurtkach i dżinsach spadających z nieistniejących tyłków rozstąpiła się przed nimi jak ponure morze. Idąc, Teo obserwował ich, dopóki nie zniknęli za drzwiami salonu gier. Przez moment zaśnieżony chodnik plamiły wielobarwne migoczące światła, a wieczorne powietrze wypełniło się tysiącami różnych dźwięków elektronicznej perkusji, zaraz jednak wszystko na powrót stało się ciemne i ciche.
Teo parsknął.
— Kto by pomyślał, że szkolny wizerunek Harry’ego stanie się szaleńczo modny wśród mugolskiej młodzieży na całym świecie.
Luna uśmiechnęła się czule, choć nieco smutno.
— Tak. Przez te workowate ubrania mogliśmy podziwiać pewien fragment jego ciała, kiedy opadały mu spodnie. Dean nawet zaczął nazywać go „rowkiem Pottera”.
Teo prychnął ponownie.
— Ciesz się, że nie musiałaś oglądać, jak Crabbe i Goyle każdego ranka szarpali się w swoich za małych spodniach. To niesamowite, że w ogóle byłem w stanie jeść śniadania.
— Vincent miał ładny uśmiech — powiedziała Luna w zamyśleniu, co Teo skwitował burknięciem.
— Miły w stosunku do ogółu ludzkości czy miły w stylu paskudnego lizidupka?
— Miły w stosunku do ogółu ludzkości — odparła Luna.
Teo spojrzał na jej ręce wciśnięte głęboko w kieszenie i uniesiony wysoko kołnierz.
— Zimno ci? — zapytał.
— Nie — odpowiedziała krótko i nie dodała nic więcej.
Przez kilka minut szli w milczeniu. Główne targowisko było już zamknięte i większość sprzedawców zdążyła spakować towary. Kilku wciąż stało przy swoich stoiskach, śmiejąc się serdecznie i popijając wódkę ze styropianowych kubków.
— Myślę, że ty i Neville nie mieliście racji — odezwała się Luna nagle i dość gwałtownie.
Teo zatrzymał się, rzucił niedopałek na ziemię i zmiażdżył go butem. Pomimo skłonności Luny do niekontrolowanego przeskakiwania z tematu na temat, nurtowało go podejrzenie, że wiedział, o co jej chodziło.
— Będziesz łaskawa wyjaśnić, w jakiej to kwestii nie mieliśmy racji?
— Draco — odparła. — Nie powinniście zabraniać mu dołączenia się do drużyny.
Teo spodziewał się takiej odpowiedzi, ale i tak poczuł przypływ rozdrażnienia.
— Nie tylko ja tak uważam — usprawiedliwił się. — Higglebee i Fairbanks również myślą, że to zły pomysł. Tylko dlatego, że ty i Elizabeth macie słabość do...
— Och, Teo — przerwała mu Luna ze znużeniem. — Wybacz szczerość, ale to jest zwyczajnie głupie. Każdy, kto ma oczy, doskonale wie, do kogo mam słabość. I tym kimś nie jest Draco Malfoy.
Teo zaczerwienił się ze złości i uciekł spojrzeniem. Cholernie dobrze rozumiał, o kim mówi Luna, ale unikał podobnej rozmowy od wielu miesięcy i nie widział żadnego powodu, aby teraz przestać to robić.
Wreszcie dotarli do miejsca, gdzie ulica Czechowa krzyżowała się z Timiriazewa. Odkąd przybył do Irkucka, był tutaj kilka razy, ale generalnie unikał tej okolicy, preferując spacery wzdłuż rzeki obok oczyszczalni ścieków i niekończących się rzędów zdewastowanych magazynów. Nienawidził Irkucka. Nienawidził go tak bardzo, że wolał oglądać jego brzydsze strony, bo łatwiej było wtedy udawać, że nikt tu nie mieszka. Że nikt nie nazywa tego przeklętego miasta domem. Ale tutaj, na tym skrzyżowaniu, udawanie stawało się o wiele trudniejsze. Właśnie tu żyli ludzie. Ulica Timiriazewa była granicą pomiędzy mieszkalną a handlową częścią miasta. Tutaj słyszał śmiech dzieci, wracających do domów po pierwszym dniu szkoły. Tu kobiety wystawały na progach, plotkując z sąsiadami, a on dostrzegał ciemne wnętrza za ich plecami, wysłużone tapety i jasne migotanie odbiorników telewizyjnych. Ludzie naprawdę tu mieszkali. Jeszcze zanim stracili Harry’ego, fakt ten wydawał mu się osobistym afrontem, ale teraz, gdy Harry zniknął... Czasami Teo martwił się, że mógłby nabrać przekonania, iż winę za to ponoszą wszyscy w mieście, czarodzieje i mugole. Bał się, że pomysł, aby kopniakiem porozwalać te drzwi i zniszczyć telewizory, stanie się dla niego rozsądny, a może nawet oczyszczający.
— Byłeś kiedyś koło rezydencji na Sowieckiej?
Teo zapalił kolejnego papierosa.
— Nie sądzisz, że powinniśmy wracać? — zapytał. — Już pora kolacji.
Luna zmarszczyła nos.
— Fairbanks robi chili... po raz kolejny. Myślałam, że lepiej pójdziemy do kawiarni.
Teo zaciągnął się głęboko i przez chwilę trzymał dym w płucach, zanim go pospiesznie wydmuchał.
— Dobrze — powiedział. — Ale chodźmy do centrum. Jest już po szóstej, a wiesz, że tutaj na noc zwijają ulice.
— Jeszcze kawałeczek — poprosiła Luna. — Uwielbiam oglądać, jak ci wszyscy ludzie w swoich wielkich domach zasiadają do kolacji. Lubię udawać, że to ja jestem na ich miejscu, że mam męża, dzieci i normalne życie. — Roześmiała się głosem ciężkim z dezaprobaty wobec własnej ckliwości.
— Jasne, Lovegood. Jakbyś kiedykolwiek pragnęła w swoim życiu czegoś „normalnego”. — Teo wyciągnął rękę, złapał Lunę za ramię i pociągnął w swoją stronę, tak że musiała się o niego oprzeć. Ponownie pocałował czubek jej puchatej czapki. — I to miał być komplement.
— Hmm — mruknęła. A Teo, jak zwykle, nie miał pojęcia, o co jej chodziło. Jednak nie przechyliła głowy do tyłu, żeby pocałować jego zimny policzek.
— W porządku — powiedział. — Chodźmy. Ty prowadzisz.

Szli wzdłuż drewnianej, bogato zdobionej zabudowy. Starsze domy zawsze przyprawiały Teo o gęsią skórkę, bez względu na porę dnia, ale kombinacja zabarwionego na ciemno, butwiejącego drewna i cukierkowych dekoracji była wyjątkowo straszna. Domy kuliły się wokół ulicy jak włóczędzy przy ognisku albo stare, jaskrawo wymalowane dziwki. Mieszkało tu kiedyś wielu zesłanych dekabrystów i Teo czasami ich sobie wyobrażał, a zwłaszcza teraz, gdy zima uderzyła w miasto niczym pięść tyrana w stół. Na początku dziewiętnastego wieku Irkuck nie był niczym więcej niż wojskowym przyczółkiem z mniej niż połową wybrukowanych handlowych ulic i traperami, przybywającymi tu z okolicznych lasów po wódkę i na comiesięczną kąpiel, którzy roznosili błoto po podłogach burdeli. Jakież to musiało być obce dla arystokratycznych intelektualistów rozsmakowanych w klawikordzie i balecie oraz świty ich kapryśnych żon i wiecznie niezadowolonych dzieci. Jakie dziwne i dezorientujące po latach spędzonych w otoczeniu cielesnych i umysłowych przyjemności Petersburga. Za każdym razem, kiedy drużyna przenosiła się pomiędzy tymi dwoma światami, Teo myślał, że lepiej rozumie ich trudną sytuację i doświadczał poczucia pokrewieństwa z tymi dawno zmarłymi ludźmi. Zadrżał mimowolnie, gdy razem z Luną przechodzili obok okien, wyobrażając sobie zatroskane, skąpane w blasku świec twarze i wspomnienia, niczym zdjęcia w kolorze sepii, o życiu zmienionym z dnia na dzień przez wojnę i rewolucję.
Niedługo małe drewniane domki ustąpiły miejsca kamiennym rezydencjom gigantów przemysłowych, którzy wypełzli pomiędzy kolejnymi falami rewolucji jak szczury z kanalizacji. Kute metalowe ogrodzenia rzucały cienie w blasku księżyca, dzięki czemu zaśnieżone trawniki wyglądały jak przy przemarszu armii uzbrojonej w lance. Podobnie jak we wszystkich dworach w Irkucku i tutaj większość okien została zasłonięta dla ochrony przed zimnymi podmuchami, którym żadne szkło, nieważne jak grube, nie było w stanie zaradzić. Ale w przeciwieństwie do okien domów biedniejszych ludzi, te na parterze odsłonięto i teraz rzucały prostokąty światła na śnieg. Jakimś sposobem kontrast, który tworzyły z nocą na zewnątrz, zdawał się czynić ciemność bardziej uciążliwą. Nie było tu neonów ani ulicznych latarni. Tylko blask księżyca, gwiazd oraz wewnętrzne światło dumnego i bogatego życia prywatnego. Skrzypienie śniegu pod ich butami nagle stało się nieprzyzwoicie głośne.
Przystanęli i Teo wiedział, że teraz powinien zapytać Lunę, czy ma ochotę kontynuować spacer, ale nie chciał na nią spojrzeć i potwierdzić istnienia tego nienazwanego czegoś między nimi. Ponadto nagle poczuł się dziwnie i boleśnie ożywiony. Szybko przeniósł wzrok z cieni rzucanych przez gałęzie na zaśnieżony trawnik na studzienki ciemności rozlewające się pod zaparkowanymi samochodami jak wyciekający olej napędowy. Jego ręka drgnęła, unosząc się odruchowo do różdżki. I kiedy już miał ją cofnąć, przeklinając się w duchu za paranoję, coś zobaczył. Coś jak mignięcie na krawędzi snu.
Delikatny, srebrzysty błysk jasnych włosów.
Malfoy.

Sowa jest piękna. Po sporych pękach piór wokół uszu wnioskuję, że puchacz pochodzi stąd, a nie z jednej z angielskich hodowli w Yorkshire. Pohukuje już od chwili, gdy słońce schowało się za horyzontem, ale milknie, gdy tylko wyłaniam się z kuchni. I dlatego wiem, że mnie widzi.
Zaciągam mocniej poły płaszcza w obawie przed mroźnym powietrzem, przechodzę przez trawnik i staję pod ogromnym, starym modrzewiem. Sowa obserwuje mnie lśniącymi, pomarańczowymi oczami.
Priwiet — mówię, stając tuż pod nią. Czuję się dziwnie, jakbym dostał pozwolenie na audiencję u króla ptaków. — Szukasz Draco Malfoya?
Sowa kłapie dziobem i wyciąga nóżkę. Sporo czasu zajmuje mi rozsupłanie zamarzniętego węzła na skórzanym paseczku i nieświadomie mruczę pod nosem przeprosiny. Sowa jest jednak cierpliwa i wreszcie udaje mi się uwolnić ją od ciężaru.
— Dziękuję. — Sięgam do kieszeni po bułkę, którą zabrałem z kuchennego stołu. Ptak przygląda się jej przez chwilę, po czym pochyla się, łapie ją z mojej dłoni i odlatuje, wznosząc się jak cień nad sąsiednimi dachami. Rozwijam pergamin palcami już sztywnymi z zimna. Jak się spodziewałem, jest pusty i dopiero po użyciu kilku zaklęć ujawniających materializuje się na nim pismo.

Mam nadzieję, że list dotrze do Ciebie bez dużego opóźnienia. Odległość jest zbyt wielka dla jednej sowy, oparłam się więc na międzynarodowym systemie przekazywania wiadomości, który, choć nie idealny, jest prawdopodobnie bezpieczniejszy i bardziej dyskretny niż kontakt przez kominek. Będę się streszczać. Dziś po południu poszłam zobaczyć się z E. Nie jest zdrowy, ale wypowiada się spójnie. Nie chciał ze mną rozmawiać i musiałam użyć środków perswazji, do których wolałabym się nie uciekać. Jeśli Neville się o tym dowie, obawiam się, że będzie to koniec mojego małżeństwa, ale zajmę się konsekwencjami w momencie, gdy zajdzie taka potrzeba. Mam własne powody, żeby z nim poważnie porozmawiać. Z nimi wszystkimi, tak naprawdę.
E. powiedział, że sprawdzał jeden z magazynów, gdy ktoś uderzył go od tyłu i uprowadził. Początkowo myślał, że porywacz chce go zabić, ale później zdał sobie sprawę, że przetrzymują go żywego w jakimś konkretnym celu. Nie wie dlaczego — ani co zrobił mu porywacz — ponieważ został pozbawiony przytomności tuż przed rytuałem. Pamięta tylko, że obudził się dzień później w swoim mieszkaniu. Nie mógł się ruszać ani mówić, ale wywnioskował, że to H. jakoś mu pomógł. Domyślił się też, że H. zgodził się zająć jego miejsce w tym rytuale. Tego był pewien. Wszystko inne, o czym się od niego dowiedziałam, to tylko hipotezy, w tym podejrzenie, że człowiekiem, który go porwał, był M.
Powinnam napisać, czego się jeszcze domyśla, ale najpierw chcę Cię ostrzec. E. nie wie dużo więcej niż my i równie dobrze może się mylić. Uznałam jednak, że powinnam Cię poinformować, że E. nie wierzy w śmierć H. Sądzi też, że drużyna zdaje sobie z tego sprawę. Z jednej strony mam nadzieję i modlę się, by mieli rację, ale jeśli to prawda, Neville być może nie będzie w tym małżeństwie jedyną osobą domagającą się rozwodu.
Przeprowadziłam po południu kilka badań. I mimo że nie dowiedziałam się zbyt wiele, to jeśli H. rzeczywiście żyje, musimy się spieszyć. Sądzę, iż cokolwiek M. stara się zrobić, zależy to od magii porwanego, żyjącego czarodzieja. Uważam, że właśnie dlatego nie zabił E., choć praktycznie zrobił z niego charłaka. Myślę, że E. został użyty jako magiczny odpowiednik mugolskiej baterii. Merlin wie, w jakim celu, boję się nawet o tym myśleć. Jeśli H. zajął jego miejsce, może wciąż żyje, ale równie dobrze może być pozbawiony magii, łatwy do zranienia i zasadniczo bezbronny.
Wiem, że daję Ci bardzo niewiele, abyś mógł działać dalej. Przykro mi. Jednak chcę, abyś jak najszybciej dowiedział się wszystkiego, czego i ja się dowiedziałam. I będę miała pretensje sama do siebie, jeśli później okaże się, że dałam Ci fałszywą nadzieję. Ale jeśli nauczyłam się czegoś od dnia utraty Rona, to że czasem trzeba najpierw działać, a dopiero potem zadawać pytania. I właśnie to robię, mimo że jest to sprzeczne z moją naturą. Wyślę Ci wszystko, co odkryłam. A w tym czasie bądź ostrożny.


Nie ma podpisu, ale oczywiście wiem, że list jest od Hermiony. Moje oczy wracają do zdania, przez które serce podeszło mi do gardła. Czytam je jeszcze raz. I jeszcze raz. E. nie wierzy w śmierć H.
Czuję zawroty głowy z powodu tysiąca różnych emocji, a jedną z nich jest wściekłość na samego siebie, że nie rozważyłem tej możliwości. Ale Harry był tak pewien, że umrze, więc kiedy Neville poinformował mnie, że stracili wszelkie ślady jego oznak życiowych, od razu wysnułem wniosek...
Z bijącym szaleńczo sercem składam pergamin i chowam go do kieszeni szaty. Gdy wracam do domu, moje buty chrzęszczą na zmrożonym, zbitym śniegu. Alosza stoi w drzwiach i czeka na mnie, maleńka ciemna figurka na tle prostokąta światła. Za nim kucharz krząta się, przygotowując dla nas kolację. Zapach smażonej cebuli i wieprzowiny unosi się w powietrzu wraz z wykrzykiwanymi przez szefa kuchni poleceniami i potokiem pełnych pretensji pytań Aloszy:
— Gdzie byłeś? Co jest w ogrodzie? Rozmawiałeś z tą sową? Czego chciała? Co schowałeś do kieszeni?
Niespodziewanie robię się ekstatycznie szczęśliwy i wstrząs z tego powodu powala mnie na kolana równie skutecznie jak wcześniej rozpacz. Gdyby Hermiona tu była, z pewnością objąłbym ją i pocałował. W zamian robię dokładnie to samo z moim małym syberyjskim gospodarzem.
— Fuj! Przestań! — gdera, gdy przestaję całować jego okrągły policzek. Ale kiedy łapie mnie za rękę i wciąga do środka, jest cały rozpromieniony, więc trudno traktować poważnie jego niezadowolenie.
— Na kolacje mamy pielmieni — mówi, gdy przechodzimy przez dużą kuchnię pełną miedzianych garnków, zwisających z masywnych, osmalonych belek. Kucharze uśmiechają się pobłażliwie, gdy Alosza mówi do nich po rosyjsku coś, co, sądząc po tonie głosu, może być tylko czymś w rodzaju rozkazu.
Dobrze się stało, że chłopiec postanowił mnie poszukać, bo pewnie aż do kolacji nie znalazłbym drogi powrotnej do jadalni. Dom, mimo że z zewnątrz wygląda na mniejszy od średnich angielskich rezydencji, wewnątrz został magicznie powiększony do niewyobrażalnych rozmiarów. Mikołaj, mąż Aleksandry, zabrał mnie na wycieczkę w dniu przyjazdu i do pory podwieczorku zdążyłem naliczyć ponad sto pokoi. Każdy z nich miał za sobą jakąś historię — niektóre radosną, niektóre smutną, a mnie wcale nie zaskoczyło, że większość z nich w jakiś sposób wiązała się z dziećmi. Na Syberii dzieci są dla rodziny największym błogosławieństwem, wyjaśnił mi Mikołaj, mówiąc z ciężkim, prawie niezrozumiałym akcentem. Dlatego właśnie mamy ich tak dużo, nie z powodu nieodpartego uroku naszych żon, dodał z szelmowskim mrugnięciem. Ale proszę nie wspominać o tym Aleksandrze.
— Ach, tu pan jest! — woła Mikołaj, kiedy w pośpiechu wpadamy do ogromnej, wysokiej jadalni. — Ali powiedział, że musiał się pan zgubić i uparł się, że pana poszuka.
— Tak, rzeczywiście miałbym kłopot, gdyby mnie nie znalazł — mówię, oddychając ciężko. Na policzkach nadal czuję kłucie z powodu przejścia z lodowatego wieczornego powietrza do ogrzanego pomieszczenia. — Przepraszam za spóźnienie. Mam nadzieję, że przeze mnie nie zwlekaliście z posiłkiem.
— Absolutnie nie — odpowiada Aleksandra, wstając. — Proszę zająć miejsce na drugim końcu stołu. Jak na szanownego gościa przystało.
Pochylam głowę w podziękowaniu i podchodzę do wskazanego krzesła, stojącego tyłem do okna. Alosza siada tuż przy mnie po prawej stronie, wyglądając na bardzo zadowolonego z siebie. Mogę się tylko domyślać, że kłócił się o to miejsce z Anną, bo dziewczyna kwaśnym spojrzeniem kwituje jego teatralne gesty.
Jestem w Irkucku już drugi dzień, ale wczoraj zjedliśmy nieformalną kolację w jednym z mniejszych salonów. Aleksandra i dzieci wciąż czuli się zmęczeni długą podróżą pociągiem i paniką, jaką wywołała utrata zęba przez Aloszę, do tego rodzina chciała w spokoju porozmawiać z Mikołajem. Sądząc po pytaniach, jakie wzajemnie sobie zadawali, ich rozłąka trwała kilka miesięcy. Co z pewnością po części (jeśli nie w pełni) wyjaśniało, czemu mieli ze sobą aż tyle bagażu.
Dziś jednak jest inaczej i zastanawiam się, czy to norma, czy może specjalne starania ze względu na moją osobę. Oprócz Mikołaja i Aleksandry oraz piątki ich dzieci do kolacji zasiada jeszcze kilkoro czarodziejów i czarownic. Między dziećmi znajduje się puste krzesło, a na środku ułożonego przy nim talerza widnieje pojedyncza biała róża.
— Chciałbym przedstawić państwu lorda Draco Lucjusza Malfoya z Wiltshire w Anglii — mówi Mikołaj, stojąc wraz z żoną na drugim końcu stołu. Po tych słowach kontynuuje po rosyjsku, przypuszczalnie dla osób, które nie znają angielskiego. Następnie Mikołaj przedstawia po kolei swoich gości, którzy unoszą się jeden po drugim i kłaniają w moim kierunku. Na puste miejsce nikt nie zwraca uwagi.
Jeden z czarodziejów przedstawionych przez Mikołaja okazuje się sponsorem lokalnego mugolskiego zespołu tanecznego. Wypytuje mnie szczegółowo na temat występów Baletu Maryjskiego, które widziałem w Petersburgu. Co myślę o scenografiach? O kostiumach? Czy miałem już okazję obejrzeć taniec Uliany Łopatkiny? Przy każdym kolejnym pytaniu dziękuję Hermionie za nadzieję, jaką mi dała, bo inaczej nie przetrwałbym nawet zupy. Każde zdanie, które ten człowiek wypowiada, przywołuje wspomnienia o Harrym. W czasie, gdy mieszkał w Petersburgu, obejrzałem trzy przedstawienia w Teatrze Maryjskim, i pamiętam każdy szczegół, nawet to, jakie spinki miał Harry przy mankietach...
— Przed wyjazdem z Irkucka koniecznie powinien pan zobaczyć Krasnojarski Zespół Baletowy — mówi. — Z pewnością nie jest tak dobry jak Balet Maryjski...
— A który jest? — wtrąca jego żona.
— ...ale mimo wszystko warto zobaczyć, co potrafią.
— Bardzo bym chciał — odpowiadam, próbując stłumić uśmiech, gdy widzę, jak Alosza wyciąga rękę i nabija na widelec jeden z pierogów na moim talerzu. — Co teraz grają?
— „Jezioro łabędzie” — odpowiada mój rozmówca z przepraszającym grymasem. — Wiem, że banał, ale mieli do wyboru albo to, albo „Dziadka do orzechów”, więc powiedziałem im, że skoro mam znosić kolejne nędzne wykonanie, to najlepiej niech tańczą nago, bo inaczej nie zobaczą ani jednego mojego rubla.
Jego żona cmoka z dezaprobatą.
— „Jezioro łabędzie” to mój ulubiony balet — oświadcza Alosza.
— Żadnego innego nie widziałeś — przypomina mu Anna.
— To nie moja wina. — Chłopiec patrzy na siostrę ze złością. — Byłem chory, kiedy w zeszłym roku poszliście na „Dziadka do orzechów”. Beze mnie — dąsa się.
Obracam się do Anny i wskazuję pusty talerz.
— A dla kogo przygotowano to krzesło? Czyżbyś miała brata, którego ukrywasz?
— Nie — chichocze. — Należy do naszego starca.
— Naprawdę? Czy to oznacza, że dzisiaj do nas dołączy?
— Nie wiem. — Wzrusza ramionami. — Być może. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie.
Olga podsłuchuje naszą rozmowę.
— Mama chce, aby wiedział, że przy naszym stole zawsze jest dla niego miejsce — dopowiada. — Tak samo jak zawsze jest dla niego miejsce w naszych sercach. Wykupiła mu nawet miejscówkę w naszej loży, gdyby zdążył przybyć na „Jezioro łabędzie”.
— Och! Cudownie! Macie już bilety — mówi czarodziej, z którym rozmawiałem wcześniej. — Zamierzałem zaoferować własną lożę, ale, mówiąc szczerze, w tym roku nie jest ona zbyt dobra. Czy Aleksandra kupiła też bilet dla pana Malfoya?
— Tak. Zrobiła to, gdy poszła dziś rano do miasta. Mam nadzieję, że się pan nie gniewa — Olga zwraca się do mnie z przepraszającym wyrazem oczu. — Chciałyśmy zapytać, ale kiedy wychodziłyśmy, pan nadal przebywał w swoim pokoju.
Czuję rumieńce na twarzy. Kiedy wczoraj inni rozeszli się do sypialni, ja wymknąłem się z domu i przemierzyłem każdą ulicę po tej stronie rzeki. Powtarzałem sobie, że szukam śladów Harry’ego, chociaż wiedziałem, że jedynie staram się nie zasnąć. Od drugiej nocy w pociągu śniłem o Harrym bez przerwy. Śniłem o rzeczach dobrych. Szczęśliwych. Sny te rozgrzewały mi serce i pobudzały ciało. Jednak kiedy otwierałem oczy, rzeczywistość uderzała we mnie jak fizyczny cios, wtrącając mnie na nowo do kadzi z roztopionym cierpieniem, aż dosłownie skręcałem się na delikatnych prześcieradłach ze skórą śliską od potu od niezaspokojonego pragnienia i piekącego bólu. Kiedy ostatniej nocy wróciłem do domu tuż przed świtem, byłem tak wyczerpany, że szczęśliwie pogrążyłem się w głębokim śnie bez snów i nie obudziłem prawie do południa.
— Nie, oczywiście że nie — zapewniam ją. — Cieszę się, że o mnie pomyśleliście.
Uśmiecha się radośnie i z rumieńcem na twarzy spuszcza głowę.
Posiłek mija spokojnie i przyjemnie, a mój nastrój waha się między niemalże relaksem a przenikliwym niepokojem. Kilka razy orientuję się, że ściskam podłokietnik krzesła, a całe moje ciało wibruje od wstrzymywanej energii. Jeśli Harry żyje, to ostatnią rzeczą, jaką chcę robić na tym świecie, jest popijanie barszczu i pogaduszki o balecie. Ale jednocześnie wiem, że właśnie ten stół i otoczenie najważniejszych person w Irkucku prawdopodobnie jest najlepszym miejscem, w jakim mogę być. Cierpliwości, upominam sam siebie. Trochę cierpliwości, a będziesz nagrodzony. Jednak to trudne, zwłaszcza że serce wciąż łomocze mi w gardle. Aby je uspokoić, zaczynam monotonnie powtarzać w głowie słowa idealnie dopasowane do jego bicia. Znajdę cię, znajdę cię, znajdę cię.
Skoncentrowany na utrzymaniu kontroli nad sobą nie zauważam, że faktycznie coś się dzieje. Właśnie zaserwowano danie główne, kiedy niespodziewanie czuję dreszcz potężnej magii, od której mrowi mnie skóra głowy i unoszą się włoski na karku. Wrażenie jest podobne do tego, jakiego doświadczamy, kiedy zbliża się burza. Zazwyczaj przypisywałem je jakiemuś niesprecyzowanemu napływowi magicznej energii, wiem jednak, że teraz ma inne źródło. Bardzo potężny czarodziej albo czarownica. Przecież powinienem wiedzieć. Dokładnie to samo czułem zawsze, kiedy znajdowałem się w odległości mniejszej niż sto metrów od Harry’ego. Serce szarpie mi się w piersi i tak dyskretnie jak potrafię, sięgam po różdżkę.
Rozglądam się wokół i widzę, że w swej reakcji nie jestem osamotniony. Ale podczas gdy ja odczuwam niepokój, rodzinę Fiodorowów i ich gości przepełnia radosne zaskoczenie.
— Czy to możliwe?! — woła Aleksandra, a jej ręka unosi się do gardła tak nerwowo, jakby była małym, wzlatującym ptaszkiem.
Wstaję z krzesła, kiedy drzwi otwierają się i do jadalni wchodzi najpiękniejszy mężczyzna, jakiego w życiu widziałem.
— Nasz starzec! — krzyczy Mikołaj. — Wreszcie do nas dotarłeś!
Powiedzenie, że oddech ucieka mi z piersi, jak gdyby uderzył w nią tłuczek, nawet w przybliżeniu nie opisuje, co w tym momencie przeżywam. Cały świat zdaje się nagle tworzyć całość, jak gdyby elementy układanki wskoczyły na swoje miejsca, i kurczyć gwałtownie do rozmiarów promienia światła ześlizgującego się po diamencie albo główce od szpilki, duszny i nieznośnie ciasny, przez chwilę pozostając w równowadze przed potężnym wybuchem.
Patrzę na twarz tego mężczyzny, a on odwzajemnia spojrzenie. Uśmiecha się życzliwie i rozkłada ręce wewnętrzną stroną dłoni do góry w geście pokojowego powitania. Nie mruga i nie odrywa ode mnie jasnych oczu, kiedy się wreszcie odzywa.
— Przyjaciele — mówi z akcentem jeszcze twardszym niż Mikołaj. Głos ma donośny i tak gęsty jak ciepły miód. — Jest z nami wielki wołchw. I Anglik. Cóż za intrygujący... zbieg okoliczności.

— Skurwysyn.
Luna spojrzała na niego z niepokojem.
— Stało się coś złego?
Teo oderwał wzrok od znajomej sylwetki. Nawet z tej odległości i przy słabym świetle Draco Malfoya nie dało się pomylić z nikim innym.
— Nie — mruknął. — Po prostu przypomniałem sobie, że coś miałem zrobić, to wszystko. — Luna zacisnęła wargi, ale nie powiedziała nie więcej. — Masz coś przeciwko, żebyśmy już wrócili? — zapytał, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
Nie życzył sobie konfrontacji z Malfoyem po tym, co się między nimi wydarzyło mniej niż tydzień temu. Przynajmniej nie na ciemnej ulicy bez planu ucieczki, gdyby wszystko poszło nie tak jak trzeba. Plus, co Teo przyznawał sam przed sobą tylko z odrobiną niechęci, nie miałby nic przeciwko zabiciu Malfoya w tak zwanej „obronie własnej”, ale nie mógł sobie na to pozwolić w obecności świadka.
— Oczywiście, wracajmy — odparła Luna niechętnie.
Nie czekając, by się upewnić, że za nim idzie, Teo ruszył w drogę powrotną, kątem oka wciąż zerkając na Malfoya. Był pewien, że Malfoy celowo kierował się w stronę ogromnego drzewa. Właśnie z niego, mógłby przysiąc, zaledwie kilka minut temu dobiegało nawoływanie puchacza. Od kogo ten gnojek dostawał listy na Syberii?
— Co za skurwysyn — wymruczał ponownie.
— Teo, co się stało? — spytała Luna, truchtając za nim i starając się nadążyć za jego wściekłym krokiem.
— Mówiłem już, że nic — warknął. Luna zamilkła, chowając brodę w kołnierzu płaszcza. — Cholera — dodał Teo ze złością. — Przepraszam. Zachowuję się jak dupek.
Luna jednak nie odezwała się już ani słowem.
Przynajmniej nie zamierzała się sprzeciwiać, pomyślał, choć jednocześnie serce ścisnęło mu się z bólu. Być może, gdyby był innym — lepszym — człowiekiem, wyciągnąłby rękę i oparł ją na delikatnej krzywiźnie jej szyi. Ale niestety nie był.
Pierdolony Malfoy! Co on tu robił i kim, do kurwy nędzy, uważał, że jest? Teo sięgnął do kieszeni, nerwowo wyszarpnął papierosa z paczki i zapalił go szybkim Incendio. Gdy przypomniał sobie o ostatnim spotkaniu z Malfoyem, sama myśl o grzebaniu dłońmi w rękawiczkach w cholernym mugolskim pudełku z zapałkami doprowadzała go do szału. Merlinie! Cóż za cholerny arogant! Używać na nim legilimencji bez jego zgody! Właśnie to starał się wytłumaczyć Neville’owi. Opowiedzieć o Draco Malfoyu, jakiego znał w Hogwarcie. Pieprzonym, żądnym władzy kutasie, który zastraszył ich wszystkich i zmusił do przyłączenia się do tej żałosnej grupy lizusów utworzonej przez Umbridge. Pieprzonym egocentryku, który zawsze musiał mieć wszystko, co najlepsze: najlepszy fotel w pokoju wspólnym, najlepszy kawałek mięsa na obiad, najlepsze miejsce w drużynie quidditcha. Nie wspominając już o niezliczonych drobnych upokorzeniach, jakich doświadczali od niego inni uczniowie. Jeśli dopadłaby cię biegunka, z pewnością ogłosiłby to wszem wobec. Jeśli onanizowałbyś się pod prysznicem, z pewnością by cię na tym nakrył i zerwał zasłonę z kabiny. Jeśli zakochałbyś się w jakiejś dziewczynie, z pewnością by jej o tym powiedział. Jeśli otrzymałbyś na egzaminie ocenę lepszą niż on, z pewnością marudziłby i narzekał, dopóki profesor nie zmieniłby zdania. I wszystko to przed szóstą klasą. Potem infantylne wybryki Malfoya przybrały formę wręcz sadystyczną. Teo zaczął się go bać i nienawidzić, ponieważ czuł, że nie istnieją granice, których Malfoy nie zawahałby się przekroczyć przy odpowiedniej zachęcie. Jednak później — kiedy Teo sam przekroczył kilka z nich — znienawidził Malfoya jeszcze bardziej. Ponieważ Teo krzywdził ludzi z konieczności, Malfoy zaś zdawał się robić to dla przyjemności. Dla dreszczu, jaki wywoływały różne poziomy krzyku, uzyskiwane przy testowaniu nowych metod. Gdy rozpoczęli naukę „sztuki perswazji”, jak lubił nazywać to ich instruktor, Macnair, Malfoy nie musiał wyłudzać najlepszych ocen. Zdobywał je uczciwie.
— Wchodzę tutaj — powiedziała Luna, stając dobre dziesięć kroków za nim.
Teo odwrócił się i zobaczył, że trzyma rękę na klamce drzwi baru naleśnikowego. Restauracja należała do sieci i była jedną z niewielu wysuniętych tak daleko na wschód. Teo był pewien, że jej nazwa w wolnym tłumaczeniu oznacza coś w stylu MacNaleśnik. Po ciemnościach, jakie panowały na ulicy, jasne oświetlenie lokalu i migający neon wywoływały ból głowy. Teo zauważył, że słowa Luny nie były zaproszeniem, wiedział jednak, że to zaproszenie sugerowały.
— Jasne — odparł, nienawidząc samego siebie. — Zobaczymy się w mieszkaniu, kiedy wrócisz.
Oczywiście nie mógł być pewien, ale podejrzewał, patrząc wstecz, że wyraz twarzy Luny w tym momencie mógłby znaleźć się na liście jego najbardziej bolesnych doświadczeń. Spojrzała na niego intensywnie tymi wielkimi, niebieskimi oczami, po czym odwróciła się, by otworzyć drzwi, i Teo poczuł, że nie tyle wślizguje się z ciemnej ulicy do kawiarni, ile wyślizguje z jego życia. Drzwi zamknęły się za nią z pojedynczym kliknięciem.
Teo stał przez chwilę na środku lodowatego chodnika, starając się nie pozwolić, aby konsekwencja tego zdarzenia dotarła do jego świadomości. To było niesamowite, naprawdę. Jak wszystko może się spieprzyć w jednej sekundzie. Nie potrzeba niczego więcej niż kilku zdań. Ludzie zwykle uważają, że straszne zmiany w życiu wywoływane są przez dramatyczne wydarzenia. Zgrzyt metalu o kość. Błysk zielonego światła klątwy zabijającej. Plątaninę spoconych kończyn, gdy nakryjesz partnera na zdradzie. A jednak najczęściej takie momenty są zaskakująco przyziemne. Ciepła dłoń matki na czole nad ranem i kosmyki jej włosów muskające po twarzy, kiedy szepcze, że twoja ukochana babcia umarła we śnie. Beznamiętny list od ojca, który dostałeś w Hogwarcie, informujący, że matka „zginęła w nieszczęśliwym wypadku”. Rzeczowy ton głosu Harry’ego, gdy wyjaśnia prawdziwą przyczynę jej śmieci, i równie praktyczny gest, gdy chwilę później wręcza ci maskę śmierciożercy. Sposób, w jaki krótkotrwałe światło, niczym płomyk mugolskiej zapałki, rozpala się, a potem gaśnie...
Harry.

Dokładnie tak samo jak od Luny kilka minut temu, Teo odwrócił się od Harry’ego tamtego wieczoru. Okoliczności również były całkiem podobne. Słońce już zaszło. Teo wlał trochę chili Fairbanksa do miski i jak nadąsany nastolatek ruszył prosto do swojego pokoju. Idąc przez jadalnię, czuł na sobie oczy pozostałych. Całą scenę z pewnością dopełniłoby trzaśnięcie drzwiami, czego, na szczęście, nie zrobił. Dziesięć minut później rozległo się przewidywalne pukanie.
— Odejdź, nieważne, Luna czy Elizabeth. Nie jestem w nastroju do, cytuję: „rozmowy o moich uczuciach”.
— To może spacer?
Głos Harry’ego.
— Nie, dziękuję — odparł, odkładając niedojedzone chili na podłogę i sięgając po książkę.
— Teo, przestań.
— Co mam przestać? Odmawiać wyjścia z tobą na spacer w środku kolejnej pieprzonej zamieci? Wybacz, jeśli nie jest to dla mnie najbardziej atrakcyjne zaproszenie, jakie dotąd otrzymałem.
— Nie ma zamieci. A przynajmniej jeszcze nie.
Obaj przez chwilę milczeli.
— Posłuchaj, wiem, że się gniewasz. Nie rozmawiałeś ze mną, odkąd opuściliśmy Petersburg.
Teo spojrzał na drzwi, jak gdyby Harry widział go przez drewno. Ta konwersacja wcale nie była dla niego przyjemna.
— Nie mam pojęcia, o co ci chodzi, Potter. Powiedziałem tylko, że nie chcę iść z tobą na spacer. Naprawdę zamieniasz się w babę, wiesz?
Ku jego zaskoczeniu Harry wybuchnął śmiechem.
— Daj spokój, Nott — odparł, celowo podkreślając nazwisko. — Wpuść mnie.
— Pieprz się — rzucił Teo, wstał jednak, podszedł do drzwi i otworzył je. Przez moment Harry stał całkowicie zaskoczony, ale zaraz doszedł do siebie, wkroczył do środka i usiadł na podłodze naprzeciw łóżka Teo, opierając plecy o ścianę i podciągając kolana do piersi.
— Przynajmniej jestem babą, a nie pięcioletnim obrażonym dzieciakiem — powiedział z uśmiechem. — Przestań, Teo. Nie kłóćmy się. Nie chcę, żeby to się w ten sposób skończyło.
Teo potarł twarz dłońmi.
— Nie umrzesz, Harry. Nie pozwolimy ci na to — powiedział ze znużeniem, nie podnosząc wzroku.
— Cóż, jeśli to jest powodem, a mam nadzieję, że tak, w takim razie nie chcę opuszczać drużyny, będąc z tobą w konflikcie. Więc? — Teo uniósł głowę i tym razem spojrzał na Harry’ego ze złością. — Mów. O co się tak wściekasz? Że odchodzę?
— A może przez powód, dla którego odchodzisz! — krzyknął Teo, zanim jego mózg zdążył powstrzymać usta.
W odrętwieniu przyglądał się, jak do Harry’ego dociera prawda, a jego oczy z okrągłych ze zdziwienia zamieniają się w wąskie szparki.
— Powiedz mi — odezwał się powoli i wyraźnie — że to nie ma nic wspólnego z Draco. — Przerwał na chwilę. — Bo jeśli tak, Teo, to muszę cię ostrzec. Nikomu, naprawdę nikomu nie pozwolę, by wyrażał się o nim źle w mojej obecności. Więc jeśli masz zamiar to zrobić, spodziewaj się konsekwencji. Być może zechcesz przez chwilę rozważyć tę możliwość, zanim wypowiesz na głos, cokolwiek zamierzasz.
Teo z drżeniem przypomniał sobie śmiertelną powagę w głosie Harry’ego i tysiąc rozwścieczonych myśli, które zaatakowały jego umysł. Pragnął potrząsnąć Harrym i wykrzyczeć mu w twarz: „Co on ci zrobił?!”. Bo jak inaczej niż przy użyciu zaklęcia Imperius Malfoy zdobył aż taką władzę nad samym Harrym Potterem? W tej sekundzie niczym cios prosto w żołądek uderzyła Teo świadomość, że ponad piętnaście lat przyjaźni może pójść do diabła w mgnieniu oka, jeśli powie choć połowę tego, co myśli o Draco Malfoyu. Perspektywa życia bez przyjaźni Harry’ego była zbyt straszna, aby ją rozważać, więc zamiast całej nienawiści i kubła inwektyw, jakie chciał wylać na głowę Malfoya, wymamrotał tylko cicho:
— Nie rozumiem, Harry.
Bez wątpienia podjął słuszną decyzję, bo Harry rozluźnił się i wyraźnie uspokoił.
— Chodź ze mną — powiedział. — To moja zmiana przy pilnowaniu tego cholernego magazynu. Jeśli teraz wyjdziemy, zdążymy, zanim śnieg się porządnie rozpada.
Adrenalina wywołana zbliżającą się ostateczną rozmową opadła i ku swojemu upokorzeniu Teo poczuł łzy w kącikach oczu. Wiedział, że to przez stres. Tygodnie nieprzerwanej pracy nad zneutralizowaniem działania tego dziwnego i potężnego zaklęcia przywołującego, które rzucono na Harry’ego. Wszyscy byli wyczerpani, Harry nie mniej od innych, przez to przysłowiowe przeciąganie liny łączącej go z Mefodijem. Jednak patrząc wstecz, Teo wiedział, że to nie tylko stres. W grę wchodziło również zrozumienie — ostateczny dowód — że straci Harry’ego tak czy owak. Nieważne, czy Harry będzie żył, czy nie. Bo jeśli przeżyje, nie istniał sposób, aby pozostali przyjaciółmi. Nie, jeśli Harry kochał kogoś takiego jak Malfoy.
— Nie — odezwał się, potrząsając głową. Powiedział to tak samo powoli i wyraźnie jak Harry, kiedy ostrzegał go, by nie mówił nic złego o Malfoyu. — Nie. Nie mam ochoty.
Harry stał i patrzył na niego przez długą chwilę. Jego oczy przepełniały gniew i uraza.
— W porządku — odparł chłodno. — Jeśli tak wolisz.
I odszedł. Najpierw z pokoju Teo, potem z drużyny, a na końcu z ich życia.
Teo obudził się z płytkiej drzemki z wciąż otwartą książką na piersi i zapaloną lampką do czytania. W mieszkaniu wrzało, więc otrząsnął się z resztek snu i wybiegł z sypialni z różdżką w dłoni i gotowym zaklęciem na ustach.
— Co się dzieje?! — krzyknął.
Elizabeth nagle złapała go i pociągnęła w kierunku maleńkich jak naparstki fiolek z krwią, które zaczarowano tak, by śledziły funkcje życiowe każdego członka drużyny. Dokładnie w tym samym momencie, gdy uświadomił sobie, że jeden z palących się nad każdą z nich płomyków zgasł, dotarło też do niego, do kogo należała.
Harry.
Harry umarł.
A on nawet się z nim nie pożegnał.

Mrugając z powodu nagłych łez, Teo wyprostował ramiona pod ciężkim płaszczem i bez chwili zastanowienia odwrócił się i długimi gniewnymi krokami ruszył z powrotem drogą, którą dopiero co przebył. Mefodij nie był jedynym, który zapłaci. O nie. Teo miał więcej niż jeden dług do wyrównania, zanim opuści tę lodowatą dziurę. I będzie go wyrównywał długo i z rozkoszą.

***


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości