[T] [Z] Danse Russe

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Kaczalka » 29 kwi 2012, o 19:39

Część IV


Płacimy rachunek i wychodzimy na wietrzną ulicę. Śnieg musiał być tylko przelotny i nie zapowiadał nadejścia burzy, bo niebo ponownie przybrało ciemnoszarą barwę z pojawiającymi się tu i tam w oddali przebłyskami błękitu. Owijamy się szczelnie szalikami i zaciskamy poły płaszczy.
— Masz ochotę na spacer? — pyta.
— Tak.
— Jesteś w nastroju do obejrzenia czegoś nowego czy wolisz, żebyśmy wrócili do któregoś z poznanych już miejsc?
Zastanawiam się przez chwilę.
— Coś nowego — mówię w końcu.
Ruszamy z powrotem w stronę kanału Gribojedowa, ale zamiast skręcić w lewo w kierunku Newskiego Prospektu, idziemy w prawo.
— Przespacerujemy się brzegiem rzeki Mojki, a potem wrócimy wzdłuż kanału Fontanka — informuje.
— Fontanka — powtarzam. — Nazwa brzmi znajomo.
— Bo rzeka przepływa przez teren pałacu Michajłowskiego.
— Ach, no tak. To z pewnością wyjaśnia, czemu ją pamiętam.
Pałac Michajłowski jest częścią rozległego Muzeum Rosyjskiego. Spędziłem w nim wiele godzin, kiedy Harry był zajęty ze swoją drużyną i pozostawiał mnie samemu sobie. Ale to nie dlatego wspominam go tak żywo. Powodem są maki. Całe hektary pomarańczowych maków i sposób, w jaki wyglądały włosy Harry’ego, rozłożone wokół głowy jak wachlarz, gdy leżał wśród nich na plecach. Kontrast pomiędzy ognistym pomarańczem a połyskującą czernią był tak egzotyczny, że wręcz odurzał. Całowałem go wtedy do utraty tchu, podczas gdy grupy turystów i piknikujący mieszkańcy miasta kręcili się w pobliżu, przechodząc tuż obok nas ukrytych pod Zaklęciem Nieprzenikalności i Kameleona. Następnego dnia przypadały moje urodziny. Pamiętam, że piłem smak z jego warg jak wino i beztrosko pomyślałem, że niczego, naprawdę niczego nie pragnę bardziej, niż całować go mocno pośród tych maków, podczas gdy słoneczne promienie odbijają się w szkłach jego okularów. Było to nie tylko wszystkim, czego chciałem, ale też wszystkim, czego potrzebowałem. Wszystkim, czego kiedykolwiek będę potrzebował...
Musi zbliżać się trzecia po południu, bo słońce unosi się nad horyzontem tak nisko, że jego światło przenika skoncentrowanymi wiązkami przestrzeń między budynkami stojącymi wzdłuż zachodniego brzegu kanału. Jego blask w połowie listopada w Petersburgu jest zupełnie inny niż ten, jaki pamiętam ze Szkocji. Bogaty i złoty, jak gdyby nasza gwiazda próbowała zrekompensować swój krótki pobyt na niebie, wyświetlając najpełniejszą paletę barw. Światło jest piękne, ale niemal całkowicie pozbawione ciepła. Przypominają mi się treningi quidditcha późnymi popołudniami, a potem chwile nad jeziorem, kiedy wymienialiśmy sprośne żarty z Vince’em i Gregiem, i puszczaliśmy kaczki, aż nasze palce całkowicie sztywniały z zimna, więc musieliśmy wciskać je pod pachy, żeby wróciło w nich krążenie.
Wspomnienia są słodko-gorzkie. Podobnie jak wielu moich znajomych ze szkoły Vincent i Greg już nie żyją, a ich śmierć nie była ani spokojna, ani bohaterska. Mieli nieszczęście przetrwać w służbie Czarnego Pana na tyle długo, by skończyć razem z nim i kilkoma innymi śmierciożercami w bunkrze bez okien w południowej Walii, nie mając szans na ucieczkę. Voldemort zabił ich własnoręcznie, zanim przybyli członkowie Zakonu, najprawdopodobniej doprowadzony do wściekłości, gdy któryś z nich popełnił jakiś głupi i przyziemny błąd w stylu za słonej zupy. Sam nigdy nie zostałem napiętnowany Mrocznym Znakiem, ale niewiele do tego brakowało, więc gdy poinformowano mnie o ich śmierci, nie miałem żadnych trudności z wyobrażeniem sobie skrajnego strachu i bólu, jakich musieli doświadczyć, zanim ten niewyobrażalnie szalony popierdoleniec pozwolił im umrzeć.
Na oślep sięgam po dłoń Harry’ego i nasze palce natychmiast się ze sobą splatają. Minęły lata od czasów potajemnych, smutnych pogrzebów z udziałem matek, ale bez ojców, bo ci już od dawna byli martwi i pogrzebani. Tak, minęły lata, jednak ja wiem, że nigdy sobie nie wybaczę, że udało mi się uniknąć losu moich przyjaciół. Przecież zdecydował o tym przypadek, nic więcej. Nie zmiękło mi nagle serce. Nie przeżyłem moralnej przemiany. Nie naszło mnie niespodziewane olśnienie, że stoję po złej stronie i robię to najprawdopodobniej od dnia, w którym się urodziłem. Jeśli już, to ocalenie zawdzięczam własnemu tchórzostwu i choć z perspektywy czasu czuję wdzięczność, jestem z tego powodu jeszcze głębiej zawstydzony.
I to właśnie wstyd, kiedy miałem lat dwadzieścia kilka, popychał mnie do coraz bardziej ekstremalnych erotycznych eksperymentów. Cóż, przynajmniej po części był to wstyd. W grę wchodził także gniew, żądza oraz nowo odkryte pragnienie śmierci, w której objęcia rzucę się niczym w ramiona kochanka. A potem pojawił się Harry. W momencie, kiedy najmniej się go spodziewałem i najmniej go potrzebowałem. Oczywiście teraz rozumiem, że byłem w błędzie, i nie tylko się go spodziewałem, ale na niego czekałem. Czekałem, aż mnie odnajdzie, nazwie tchórzem i powie, jaką farsą jest moje życie. Od dawna sądziłem, już nawet w pierwszych latach nauki w Hogwarcie, że to właśnie on — nie mój ojciec, nie Czarny Pan, ale Harry Potter — byłby w stanie mnie zniszczyć, i miałem rację. Nie pamiętam, jak wielu mężczyznom pozwoliłem się pieprzyć tamtej nocy w Berlinie, i ile razy wtedy szczytowałem, rozkoszując się własną degradacją i upodleniem. Może kilkunastu, a może kilkudziesięciu. Nie przypominam sobie i zapewne wtedy także nie wiedziałem. Ale jeden z tych ludzi wypieprzył mnie — wypieprzył naprawdę mocno — a potem opadł na kolana i wylizał do czysta. Stałem się bardziej nieskalany niż w chwili, gdy wiele godzin wcześniej wchodziłem do tego klubu ciasny i dziewiczy. Bardziej nawet nieskalany niż kiedykolwiek w swoim życiu. Doszedłem wtedy pod wpływem jego delikatnych pieszczot i języka wsuwającego się w mój nadużyty odbyt. Doszedłem tak intensywnie, że kompletnie zapomniałem, gdzie jestem i kim jestem. A on trzymał mnie i pomagał, gdy dochodziłem, uświadamiając mi, że każdy mój skurcz to dar. Wytchnienie od samotności. I kiedy wreszcie mnie puścił i odwrócił się, by odejść, zrobiłem coś, czego wcześniej nie robiłem... o czym nie sądziłem, że mogę zrobić. Podziękowałem mu. Temu nieznanemu człowiekowi, który zostawił mnie czystszego niż byłem w dniu narodzin.
I wtedy on się odezwał.
Och, nie ma za co.
Znałem ten głos. Poznałbym go nawet wtedy, gdyby świat właśnie się kończył, a ja zmagałbym się z czterema wiatrami Apokalipsy. Harry Potter. Żyjące, oddychające, chodzące i mówiące, a teraz, najwyraźniej, liżące tyłki ucieleśnienie wszystkiego co szlachetne i dobre. Podobnie jak mugolski Jezus postąpił ze swoimi apostołami, Zbawiciel Czarodziejskiego Świata uklęknął i mnie umył. Mnie. Draco Malfoya. Syna śmierciożercy i potencjalnego śmierciożercę, gdyby nie tchórzostwo. Zrobiłem wszystko, by zasłużyć na jego pogardę i nic, co uczyniłoby mnie godnym niezwykłej łaski, jaką mi okazał. I on również o tym wiedział. Jego oczy powiedziały mi wszystko. Nienawidził mnie. Od zawsze. Ale teraz również mnie posiadł i mógł zdecydować, co i kiedy ze mną zrobi. Należałem do niego.
Od owej nocy tysiące razy zastanawiałem się nad popełnieniem samobójstwa i kilkukrotnie nawet próbowałem, w końcu jednak, jak ze wszystkim, czego się w życiu dotknąłem, zawiodłem. W zamian więc postanowiłem żyć. Zdecydowałem, że egzystowanie będzie najokrutniejszą rzeczą, jaką jestem w stanie mu się odpłacić. Pokazywałem się na kolacjach, przyjęciach i uroczystościach, jeśli wiedziałem, że i on na nich będzie, pełniąc swą rutynową funkcję bohatera, i upewniałem się, że mnie zobaczył. Dwa lata zajęło mi wypracowanie wielu z moich obecnych nawyków i upodobań. Pozbyłem się sportowych butów, dżinsów, podkoszulków i swetrów. Raz w tygodniu przycinałem włosy i robiłem manicure. Każdego ranka goliłem się brzytwą i ubierałem nienagannie, nawet jeśli jedyną osobą, z którą jadłem śniadanie, była ta harpia, moja żona. Każda szata, która dotknęła mojej skóry, miała najlepszy splot i krój. Każdą biżuterię, nawet spinki do mankietów, wykonano ręcznie. W tym samym czasie nabyłem też ostatnie wyposażenie lochu, przy każdym zakupie myśląc o Harrym. I w efekcie w jakiś cudowny sposób i bez udziału mojej świadomości zmieniłem się. Nie tylko z wyglądu i zachowania. Przemiana zaszła dużo głębiej, w rzeczywistości tak głęboko, jak gdybym został przez Harry’ego stworzony. Stałem się spokojny, opanowany i skupiony. Rzeczy, których dotąd nie byłem w stanie dokonać za pomocą swoich magicznych zdolności, nagle okazały się całkiem proste. W rocznicę owej nocy w Berlinie obudziłem się jako zupełnie inny mężczyzna. Silniejszy niż mogłem to sobie wcześniej wyobrazić i wszystko to z powodu Harry’ego i obsesji, jaką w sobie rozwinąłem. Pragnąłem słodkiej zemsty. Dobrze o tym wiedziałem. I wiedziałem też, że jest ona tylko kwestią czasu...
— Widzisz to?
Zupełnie zaskoczony unoszę wzrok. Całkowicie pogrążony w myślach szedłem ze spuszczoną głową i z oczami wbitymi w buty, depczące po zwichrzonym wiatrem śniegu.
— Co?
Zatrzymuje się i oplata mnie jednym ramieniem, drugim pokazując, o co mu chodzi. Śledzę spojrzeniem ruch jego ręki i patrzę na pojedynczą złotą kopułę wyrastającą z najbardziej bogato zdobionego kościoła, jaki kiedykolwiek widziałem. Późnopopołudniowe słońce rzuca na nią promienie, które odbijają się od jej powierzchni i padają na ziemię. Rozglądam się wokół. Stoimy na płachcie zabarwionego na złoto śniegu. Nasze cienie z tyłu są długie i ciemne, ale przed nami jest tylko jasność. Moje oczy zachodzą łzami od światła, ale patrzę jak oczarowany to na kopułę, to na śnieg i znowu na kopułę. Widok jest tak doskonale piękny, iż czuję, jakby ktoś ściskał w pięści moje serce. Stopy mam zmarznięte, ale nawet gdybym chciał, nie mogę się poruszyć.
Wreszcie jednak obracam się, by zerknąć na twarz Harry’ego. Przygląda mi się wzrokiem dzikim i namiętnym. Napina ramię, którym mnie otacza, i przyciąga gwałtownie do swojej piersi, po czym gniecie moje usta w pełnym złości pocałunku.
— Czasami... — dyszy, nie mogąc się powstrzymać przed szczypaniem i gryzieniem moich warg. — Czasami ciągle cię nienawidzę...
Otwieram usta, oferując mu język, który wciąga łapczywie. Jedna z jego dłoni wpleciona jest w moje włosy. Czuję, jak drży, złapany za gardło przez skrajne emocje.
— Wiem — mówię, kiedy wreszcie jestem w stanie się od niego oderwać. — Czasami ja też ciągle cię nienawidzę.
Dociska swoje czoło do mojego i gorączkowo kołysze głową z boku na bok. Jego ręce na moich ramionach zakleszczają się tak mocno, że będę miał siniaki pomimo oddzielających nas warstw mojej koszuli i płaszcza oraz jego rękawiczek.
— Ty... Ty... — szuka słów chrapliwym i pełnym bólu głosem. — Jesteś taki piękny. Draco. Czasami rani mnie samo patrzenie na ciebie. — Ostatnie zdanie wypowiada szeptem, jakby było sekretem albo spowiedzią. — A wiesz, co nigdy nie przestaje mnie zadziwiać? — kontynuuje. — Upłynęły lata... całe lata, a ja nadal mogę poczuć na języku twój smak. Jak gdyby noc w Berlinie wydarzyła się dopiero wczoraj.
Przez sekundę jestem wręcz oszołomiony, wyobrażając sobie, że on właśnie praktykuje na mnie legilimencję. Bo jak inaczej po dziesięciu latach obaj pomyśleliśmy równocześnie o tym samym? Jednak zaraz odrzucam to podejrzenie. Coś bym poczuł. Miałem go w głowie prawie tyle razy, co w tyłku, i podobnie jak każdy inny sposób, w jaki we mnie wchodził, ten również miał w sobie coś specyficznego. Wiedziałbym.
— Pragnę cię — jęczy. — Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś. Że mogę cię widzieć, dotknąć, spróbować. Myślałem, że umrę, tak bardzo cię chciałem. Wydawało mi się, że oszaleję...
Sprawdzam, jak mocno trzyma moje ramię i okazuje się, że poluzował uchwyt. Wymykam się z jego uścisku, oplatam szyję i całuję go z takim samym głodem, z jakim on pocałował mnie.
— Wróćmy do twojego mieszkania — proszę szeptem tuż przy jego ustach.
— Nie — warczy. — Chcę cię tutaj.
— Dokładnie tutaj? Jest trochę zimno...
— No chodź — mówi i łapie mnie za rękę.
Biegniemy jak dzieci w stronę kościoła z czerwonej cegły ozdobionego piernikowymi wieżami. Słońce już prawie zniknęło za horyzontem, ale wydaje się, że kocha tę złotą kopułę zbyt mocno, by ją opuścić. Nasze stopy pozostawiają głębokie, ciemne ślady w iskrzącym się śniegu. Tuż przed tym, jak przemykamy przez boczne drzwi, Harry rzuca kilka zaklęć zwodzących, dzięki czemu niezauważeni przechodzimy obok turystów i strażników, i szybko idziemy wzdłuż nawy, ciągle trzymając się za ręce. Tylko przelotnie zerkam na złoto-niebieską mozaikę mugolskich świętych o zasmuconych twarzach. Moje oczy skupione są na Harrym.
Wreszcie mijamy ikonostas i wślizgujemy się do prezbiterium, niezdarnymi z zimna dłońmi gmerając przy sprzączkach i guzikach. Gdy wypycha biodra w moją stronę, ocieram się knykciami o mokrą wełnę.
— Mmm — mruczę tuż przy jego szyi i wreszcie udaje mi się poluzować pasek. — To dla mnie?
— Kurwa, tak, dla ciebie — warczy. Rezygnuje z próby spuszczenia spodni, łapie mnie za rękę i wpycha ja pod swoją bieliznę. — Dotknij mnie, Draco. Proszę, dotknij mnie.
Słysząc tak czyste pożądanie, reaguję gwałtownym pulsowaniem w pachwinie. Nie mam zbyt wiele miejsca na manewrowanie, ale jest go wystarczająco, bym objął jego erekcję. Wsuwam palce w wilgoć śliskiej tkaniny, mocząc je o przesiąknięty preejakulatem materiał. Jęczy w moje włosy, a ja trącam nosem jego twarz, aż pochyla głowę i mogę go pocałować.
Smak jego języka i dotyk penisa w dłoni posyła mnie na krawędź w sposób, jakiego wcześniej nie znałem. Nie potrafię powstrzymać się przed wściekłym ocieraniem pachwiny o własną rękę z jego uwięzionym w niej penisem. Oddech zmienia mi się w chrapliwe pomruki, gdy obserwuję, jak głowa Harry’ego odchyla się do tyłu i z boleśnie brzmiącym głuchym odgłosem uderza o marmurową kolumnę, o którą jesteśmy oparci. Gryzę jego szyję, ssę i liżę pozostawione na skórze znaki, po czym gryzę je ponownie.
Wreszcie jakimś cudem rozpinam mu spodnie i jęczę, mogąc w końcu opleść go dłonią prawidłowo. Drugą rękę kładę mu na twarzy i kiedy znowu się całujemy, razem z językiem wsuwam w usta dwa palce. Ssie je chciwie aż po knykcie, przez co nasz pocałunek staje się chaotyczny i mokry. Wyjmuję palce, ścieram ślinę z szyi i podbródka, po czym sięgam ręką do jego pośladków.
— Chcę cię pieprzyć — szepczę.
Wzdycha i rozsuwa nogi szerzej, by dać mi lepszy dostęp. Nie chcę tracić zbyt wiele śliskiej wilgoci, więc przygotowuję go krótko. Opuszkiem sonduję fałdkę ciasnych mięśni, domagając się wpuszczenia i czując skurcz wdzięczności, kiedy jego ciało zaprasza mnie do środka. Mały otwór całuje i ściska czubki moich palców, przez co zostaję niemal oślepiony siłą własnego pożądania. Wzmacniam uchwyt drugiej dłoni na jego penisie i napieram jeszcze bardziej na jego udo. Wyczuwa moje intencje, unosi kolano między moje nogi i opiera stopę o kolumnę, a j ocieram się o niego bez opamiętania.
Porusza biodrami to do przodu, w objęcia mojej dłoni, to w tył, nabijając się na palce, teraz już wepchnięte w niego do granic możliwości. Nadal ma odchyloną do tyłu głowę i trzęsie nią przy każdym ruchu tak, jak kawałek dryfującego drewna kołysze się na powierzchni oceanu. Nie dociera teraz do jego świadomości nic poza moimi zręcznymi i doświadczonymi dłońmi na nim i w nim. Jego gardło jest zaróżowione i pokryte czerwonymi plamami, a pot na skórze błyszczy w pozbawionym źródła świetle prezbiterium. Nie wie — i prawdopodobnie nigdy nie wiedział — że właśnie taki, zarumieniony i z głową odrzuconą do tyłu, jest w moich oczach doskonały. Spijam ten widok tak długo, jak mogę, ale w końcu Harry prosi mnie, bym pozwolił mu skończyć, więc muszę ulec. Wyciągam palce, zostawiam tylko jeden i sięgam tak głęboko, jak potrafię, aż odnajduję cudownie okrągłą wypukłość prostaty i masuję ją delikatnie.
Mocząc mi dłoń i koszulę, opróżnia jądra między naszymi brzuchami z jękiem, który brzmi, jakby wydobywał się z głębi duszy. Kontynuuję pocieranie jego prostaty, póki trwają skurcze, a gorące nasienie nie przestaje tryskać, jednak nawet wtedy jestem niechętny, by uwolnić go i wyciągnąć palce z jego odbytu. Czuję się zbyt dobrze, dotykając go w tak intymny sposób, a moje serce zaciska się na myśl, jak będziemy siedzieć wieczorem w restauracji, na oddzielnych krzesłach i po przeciwnych stronach stołu. Same wspomnienia nigdy nie są wystarczające. Pragnę być przy nim tak blisko i dawać rozkosz jak teraz w każdej minucie dnia i nocy. Wiem, że gdybym mógł zasnąć z penisem schowanym w głębi jego ciała, spałbym jak dziecko...
Kładzie ręce na moich biodrach i zmienia moją pozycję na taką, jaką miałem na początku. Z ulgą opieram się o kolumnę, przez koszulę czując krzywiznę chłodnego marmuru. Moje ciało jest wręcz rozognione i mam pewność, że gdybym ujrzał teraz swoją twarz w lustrze, zobaczyłbym, że policzki płoną mi jaskrawą czerwienią. Harry klęka i odpina zamek moich spodni, uwalniając zaniedbaną i pulsującą erekcję. W jego ustach czuję się jak w niebie i wiem, że gdybym nie był aż tak bliski orgazmu, rozpaczliwe dźwięki pragnienia, jakie wydaję, chaotycznie napierając na jego ręce, przyprawiłyby mnie niemal o zażenowanie. Chowam twarz w dłoniach, by nie krzyczeć, gdy przy pierwszym nierównym oddechu wciągam do nosa jego zapach i kiedy drażni czubkiem języka szczelinę w moim penisie. Szczytuję gwałtownie, wyginając przyciśnięte do marmuru plecy. Nie potrafię przestać poruszać biodrami, a orgazm zdaje się trwać bez końca, ale wreszcie ustępuje, a ja opadam niczym pozbawiona kości kukła, dokładnie jak tej nocy w Berlinie, gdy swoim językiem doprowadził mnie na skraj szaleństwa.

Gdy jesteśmy już wyczyszczeni i na powrót ubrani, Harry rzuca kilka rubli na tacę na datki i zapala dwie świece wotywne. Na zewnątrz jest już ciemno i śnieży nierównomiernie. Przechylam głowę, by spojrzeć w niebo. Lekkie płatki wywołują mrowienie, gdy topią się w kontakcie z moją skórą. Okrążamy brzeg Ogrodu Michajłowskiego, aż zbliżamy się do południowego odcinka kanału Mojka. Woda jest zamarznięta, ale tylko wzdłuż krawędzi. Środkiem nurt płynie mocno, ciemny i zimny, oświetlony jedynie przez okna budynków na drugim brzegu i odbijający ich blask jak płomienie odległych pochodni. Idziemy wzdłuż kanału na wschód, przekraczając cienie rzucane przez bezlistne gałęzie w pomarańczowym blasku ulicznych latarni. Harry wsuwa mi rękę pod ramię.
— Teraz mogą przemianować tę świątynię — mówi figlarnym, poufnym głosem.
— Dlaczego? I jak ona się w ogóle nazywa?
— Cerkiew Na Krwi — odpowiada.
— Ach, rozumiem. Czyli może poszczycić się dumną historią cielesnych wydzielin. Cieszę się, że wnieśliśmy tu swój wkład.
Śmieje się cicho i smutno, wydychając biały obłoczek pary.
— Sądzisz, że to się zmieni? — Czuję, że na mnie patrzy.
— Co się zmieni? — pytam.
— My. To.
— Elokwentny jak zawsze, Potter — prycham. — Masz na myśli, czy zawsze będziemy się pragnąć tak bardzo, że nawet na sekundę nie zdołamy utrzymać rąk z dala od siebie?
— Tak.
— A czy ty uważasz, że to się kiedyś zmieni? — odwzajemniam się pytaniem. To jedna z moich standardowych taktyk konwersacji, która nawet na moment nie zbija go z tropu.
— Byłem pierwszy.
— Czy myślę, że to się zmieni? Nie, nie sądzę — mówię.
— Dlaczego? Czyż wszystkie pary z czasem nie stają się sobą znudzone? Czy to nie naturalne prawo, że bliskość i zażyłość rodzą pewną obojętność? Czułą obojętność, być może, ale jednak obojętność?
Od strony ogrodów dobiega nas żałosny dźwięk skrzypiec. Odwracam głowę i widzę samotną postać stojącą na niewielkim, słabo oświetlonym placu z ustawionymi rzędem parkowymi ławkami i autentycznymi dziewiętnastowiecznymi lampami gazowymi, rzucającymi wokół delikatny blask. Obserwuję, jak mężczyzna gra, a czarny cień jego smyczka porusza się po śniegu niczym gigantyczna igła haftująca lniany obrus.
Zaczynając czuć wyraźną irytację, obracam się z powrotem w stronę Harry’ego.
— Nie wiem — mówię, nie zadając sobie nawet trudu, żeby ukryć urazę.
— A jak było z tobą i Circe? — pyta, na co wywracam oczami.
— Nie powiedziałbym, by naszemu zaaranżowanemu małżeństwu towarzyszyły bliskość i zażyłość. W dniu zaręczyn praktycznie się nie znaliśmy, a do końca miesiąca miodowego serdecznie się znienawidziliśmy. Kiedy nie przebywała w apartamencie swojej matki w Paryżu, mieszkała w zachodnim skrzydle dworu, podczas gdy ja zajmowałem wschodnie. Nasze ścieżki krzyżowały się w czasie posiłków, a i to tylko wtedy, kiedy nic nie mogliśmy na to poradzić.
Mocniej zaciska rękę na moim ramieniu.
— Byłem zbyt zajęty próbami odebrania jej ciebie, żeby pomyśleć, jak wielka musiała być ta samotność.
— Jej czy moja? — pytam.
— Wasza. — Wzdycha. — Zastanawiam się, czy by mi się podobało.
— Co? Życie w małżeństwie z Circe?
— Nie, głupku. Życie w małżeństwie z tobą.
Nie mam pojęcia, jak zinterpretować tę wypowiedź. Jest żartobliwa, ale jednocześnie poważna i smutna. Nigdy nie rozmawialiśmy na temat małżeństwa. Na początku ja ciągle byłem związany. Rozwód ciągnął się przez lata. A potem praca pochłonęła większość jego życia. Cóż, mojego też, ale w inny sposób. Najdłuższy okres, jaki spędziliśmy razem bez żadnych przerw w ciągu ostatnich lat, trwał sześć tygodni — tyle ile najdłuższa przerwa w kolejnych zadaniach. I oczywiście zawsze istniało między nami niewypowiedziane porozumienie, że mimo iż emocjonalnie byliśmy sobie wierni, pod względem seksualnym sytuacja przedstawiała się wręcz odwrotnie. Szczególnie w przypadku Harry’ego, którego erotyczny apetyt czasem wydawał się bez granic i barier. Kiedy byliśmy razem, nigdy nie pieprzył nikogo innego (chyba że patrzyłem), ale gdy się rozstawaliśmy... Cóż. To, czego nie wiem, nie powinno boleć, prawda? Po tym, jak się w nim zakochałem, odkryłem — co wzbudziło we mnie głęboki niepokój — że myśl o nim z kimś jeszcze doprowadza mnie do wściekłości. Słabość tę przez lata oswoiłem, jednak nigdy nie udało mi się zwyciężyć jej całkowicie. On dobrze o tym wie i jest... dyskretny... w swoich relacjach. Jednak zawsze zastanawiałem się, czy gdybyśmy zostali małżeństwem lub zamieszkali razem na stałe, zdołałby się powstrzymać. Czy ja bym mu wystarczył. Obawa, że odpowiedź może brzmieć „nie”, jest jednym z powodów, dla których nie naciskałem na ten pomysł.
Ale teraz jestem w takim nastroju, że decyduję się odsłonić karty.
— No cóż, zawsze możesz się przekonać.
Milczy, a ja kopię się mentalnie za bycie takim idiotą i wystawienie się aż tak bardzo na ból, jaki ta rozmowa bez wątpienia ze sobą przyniesie. Mam więcej Harry’ego niż miał go ktokolwiek inny i niż ktokolwiek w przyszłości będzie miał. Wiem. Powinno mi to wystarczyć...
Kurwa, nie „powinno”. Musi mi wystarczyć.
Macham niecierpliwie dłonią, jakbym odganiał chmarę komarów.
— Zapomnij o tym — mówię tonem szorstkim i poważnym. — Ta dyskusja jest idiotyczna. Pytałeś, czy myślę, że to coś między nami nigdy się nie zmieni i nie przestaniemy pragnąć się tak bardzo. A moja odpowiedź brzmiała „nie”. Właśnie tak czuję. Spekuluj sobie, ile chcesz chcesz...
Staje nagle, przez co i ja się zatrzymuję, złączony z nim ręką jak krótkim łańcuchem.
— Draco, przestań.
Jego głos jest pełen bólu.
— Dlaczego? Bo nie możesz znieść nawet najmniejszej oznaki zazdrości? Bo nie chcesz zamykać oczu, kiedy jakiś jasnowłosy Rosjanin ci obciąga, i gdy moja twarz staje między tobą a orgazmem?
— Draco. Proszę.
Milknę. Nie dlatego, że tego chce, ale ponieważ wstydzę się jawnej pretensji w swoich słowach. Czuję, jak pieką mnie policzki i wyrywam się z jego uścisku. Próbuje mnie przytrzymać.
— Do diabła, Harry! — Nie jest ode mnie silniejszy fizycznie, ale ma lepszy refleks. Łapie mnie za rękę, kiedy odwracam się i chcę odejść, i obraca tak, że stoimy twarzą w twarz. — Niech cię szlag! — syczę. — Po co machasz mi przed oczami ofertą, której nigdy nie zrealizujesz, jak nie po to, żebym przestał być zazdrosny? Zazdrość ci się nie podoba, ale jak według ciebie powinienem się czuć? Uwierz, wcale tego nie chcę! Nie obchodzi mnie, że nigdy nie sypiasz z kimś dwa razy. Nienawidzę ich wszystkich. Nieważne, czy pieprzysz kogoś raz czy setki razy. Mógłbym rozerwać ich serca gołymi rękami. — Przerywam, by nabrać oddechu. Moja pierś faluje jak szalona. — Wiesz, jak się czułem? Nie pozwoliłeś, żebym odwiedził cię w Irkucku, a ja siedziałem w tym cholernym Wiltshire, noc po nocy, świadomy, że zamiast mnie ktoś inny się o ciebie troszczy. Do diabła, nie zasłużyłem przynajmniej na tyle? Żebyś pieprzył mnie do upadłego każdej nocy? Co zrobili ci inni ludzie, by mieć do ciebie prawo? Nic. Nic!
Chwyta mnie i przyciąga do siebie gwałtownie. Nie jestem pewien, czy chce mnie uciszyć, czy może pocieszyć. Zapewne jedno i drugie po trochu. Słyszę jego chrapliwy oddech, uwięziony w ciasnej przestrzeni pomiędzy naszymi ciałami. Zaciska pięść na moich włosach i ciągnie za nie mocno, a ja gryzę się w policzek, powstrzymują okrzyk zaskoczenia narastający mi w gardle.
— Nie było nikogo — syczy ze złością. — Nikogo, Draco. Nikogo w Irkucku... — przerywa i ponownie ciągnie mnie za włosy. — Nikogo tutaj, w Petersburgu. — Kolejne szarpnięcie. Oczy zachodzą mi łzami. — Nikogo w Kluż-Napoce ani w Sienie, ani w Belfaście, ani w Reykjaviku. — Ostatnie pociągnięcie boli już naprawdę. Z drżeniem nabieram powietrza i zaciskam powieki. — Słyszysz, co mówię? — odzywa się głosem niskim i groźnym. — Rozumiesz moje słowa?
— Jak długo? — pytam, nie otwierając oczu, ale ignoruje mnie.
— Żyjesz w celibacie od kilku miesięcy i oczekujesz pieprzonej nagrody — warczy. — Cóż, nie licząc ciebie i własnej ręki, nie miałem nikogo od pięciu lat!
Uwalnia mnie tak nagle, że prawie się przewracam. Patrzę oszołomiony, jak odchodzi. Jego długi płaszcz faluje niczym szaty, a lampki na moście Pantelejmona migoczą wokół jego sylwetki jak konstelacja gwiazd. Po około dwudziestu metrach obraca się, ale nie zatrzymuje. Jego twarz jest biała jak lód na brzegach kanału Mojka.
— Nie masz o niczym pojęcia, Draco! — woła. — Żadnego cholernego pojęcia!
Odwraca się ponownie. Bez wyróżniającej się bladej plamy twarzy ciemne włosy i płaszcz czynią go prawie niewidocznym na tle zanikającego śniegu. Płatki opadają mi na rzęsy, więc muszę zamrugać, by je strząsnąć. Kiedy ponownie otwieram oczy, Harry’ego już nie ma.

Idę, aż docieram do kanału Fontanka. Jest szerszy niż Mojka i Gribojedow, a jego krawędzi nadal nie skuwa lód. Promy przewożące turystów i dobrze ubranych wielbicieli teatru przepływają pode mną, kiedy pochylam się nad balustradą, wpatrując w ciemną, wirującą wodę. Wzory, jakie tworzą się na powierzchni, hipnotyzują mnie i koją, i już po chwili czuję, jak wściekle pulsująca krew powoli się uspokaja. Po drugiej stronie kanału ludzie stoją w kolejce do kawiarni Purga. Razem z Harrym, Lovegood, O’Malley i Longbottomem wybraliśmy się tam pierwszego wieczoru, jaki drużyna spędzała w Petersburgu, ale musieliśmy wyjść niemal natychmiast po zajęciu stolika, ponieważ Lovegood dostała szału na widok wystroju wnętrza. Ze ścian i sufitu zwisały dziesiątki rzeźb królików. Oczy zwierząt były wybałuszone i zatrważająco żywe, ale ciała bezwłose i szkieletowate, jak gdyby zostały obdarte ze skóry od szyi w dół, a kości pozbawiono mięśni. Bez wątpienia wyglądały upiornie, ale klimat rodem z rzeźni równoważył fakt, że w lokalu tym każdej nocy obchodzono Sylwestra, a nastrój oraz stroje pracowników i klientów były odpowiednio uroczyste. Prawdę mówiąc, my także przygotowaliśmy dla siebie czapeczki i piszczałki, a ja już poprosiłem o kartę szampanów, jednak Lovegood uparła się, byśmy wyszli, a my, zamiast pozwolić jej spędzić pierwszą noc w obcym mieście w samotności, poszliśmy z nią do jakiegoś jaskrawo oświetlonego naleśnikowego baru na Newskim Prospekcie. Później wypytałem Harry’ego. Lovegood nigdy nie przestała mi się wydawać osobą kompletnie nieprzewidywalną. Nie było wiadomo, co może ją wyprowadzić z równowagi, a ja nijak nie potrafię sobie wyobrazić, że z tej kobiety jest jakiś pożytek, a nie tylko problemy. Jednak Harry zarzeka się, że w sytuacjach kryzysowych nikt w drużynie nie myśli tak trzeźwo jak ona...
Harry. Ukrywam twarz w dłoniach i naciskam opuszkami palców na zamknięte powieki, próbując pozbyć się z umysłu wspomnienia gniewu i bólu na jego twarzy. Pełny wymiar wszystkiego, co powiedział, nie chce utonąć w zapomnieniu, odbijając się od powierzchni mojego mózgu niczym światło słońca od tafli wody. Pięć lat. Pięć pierdolonych lat! A ja cały czas myślałem... on pozwolił mi myśleć... To nie miało sensu. Jeśli rzeczywiście nie miał nikogo poza mną tak długo, to czemu moje wczorajsze wyznanie, że nie sypiam z innymi, odkąd wyjechał do Petersburga, tak bardzo go zdenerwowało? Coś tu nie gra, coś, czego nie widzę...
Pode mną przepływa prom, którego reling ozdabiają drobne świąteczne lampki. Na pokładzie pełno jest młodych dziewcząt, prawdopodobnie w wieku piętnastu, szesnastu lat. Mają na sobie sukienki w cukierkowych kolorach i szale ze sztucznego futra. Niektóre założyły na głowy diademy, które iskrzą się teraz w ich farbowanych włosach niczym bożonarodzeniowe światełka. Towarzyszy im trzech mężczyzn mniej więcej dwudziestoletnich. Przyglądam się, jak strzelają korki od szampanów, a musujący płyn wlewa się do plastikowych kubków trzymanych przez dziewczęta. Jedna z nich patrzy na mnie i nasze oczy nie rozstają się przez dłuższą chwilę. Jest ładna w ordynarny sposób. Z upudrowanymi przesadnie policzkami i jaskrawo wymalowanymi ustami wygląda jak lalka. Unosi wargi w uśmiechu, a ja zastanawiam się, cóż takiego wyczytała w mojej twarzy, co pozwoliło jej pomyśleć, że potrzebuję osobliwej pociechy od obcej osoby. Odwzajemniam uśmiech, na co nieśmiało spuszcza głowę. Znowu jest małą dziewczynką.
Czuję ręce otaczające mnie w talii i czoło opierające się o mój kark. Puszczam balustradę i zaciskam dłonie na tych rękach.
— Przepraszam — odzywamy się jednocześnie i parskamy z zakłopotaniem. Obracam się w jego ramionach.
— Nie wiem, co we mnie wstąpiło — szepcze mi we włosy.
Unoszę mu podbródek palcami i ustawiam twarz tak, że widzę ją dokładnie w świetle latarni, pod którą stoimy. Wygląda na zmęczonego. Dotykam jego warg i całuję go delikatnie.
— Po pierwsze, prawdopodobnie jesteś głodny — mówię. — Po drugie, jesteś wyczerpany. Nie wiem nawet, o której dzisiaj wstałeś.
Wzdycha i opiera głowę na moim ramieniu.
— Może dałbym się namówić na kolację.
— Mówiłeś, że mamy rezerwację na dzisiejszy wieczór.
— Tak, ale to bardzo eleganckie miejsce i jeśli nie robi ci to różnicy, ja raczej wolałbym nie wracać do domu, żeby się przebrać. Obawiam się, że jeśli teraz zobaczę wnętrze mojego mieszkania, już z niego nie wyjdę.
— Nie robi mi to różnicy — odpowiadam i całuję go w policzek. Jego zarost łaskocze mnie w usta, więc musi mieć już co najmniej dwa dni. — Także nie mam nastroju na wielką pompę. Jeśli znasz jakieś ciche i przytulne miejsce, możemy tam iść.
Przyciąga mnie bliżej i ukrywa twarz między moją szyją a miękkim kaszmirowym szalikiem. Stoimy tak przez kilka minut. Czuję, że próbuje się uspokoić.
— Spójrz na nas — śmieje się z trudem. — Gdyby ludzie, jakimi byliśmy dekadę temu, usłyszeli nas teraz...
Odsuwam się i całuję go w nos.
— Co tam dekada. Gdybyśmy mogli się zobaczyć i usłyszeć takimi, jacy jesteśmy teraz, gdy mieliśmy po szesnaście lat...
— Zastanawiam się, co będzie za kolejne dziesięć. — Bierze mnie za rękę i ruszamy w stronę ogrodów. — Co takiego moglibyśmy zrobić, żeby inni powiedzieli: „O rany, gdyby ludzie, jakimi byliście dziesięć lat temu, mogli was teraz zobaczyć...”
— Może zawiesimy perkalowe zasłonki w moim lochu albo coś podobnego?
Dławi się ze śmiechu.
— Touché. Masz rację, to brzmi naprawdę przerażająco!
Czuję taką ulgę, słysząc jego rozbawienie, że szczerzę się od ucha do ucha.
— Musisz przyznać, że taki eksperyment dla odmiany byłby całkiem interesujący.
Wzdryga się teatralnie.
— Nikt nas nie widzi?
Rozglądam się szybko wokół.
— Chyba nie. Aportujemy się razem, czy dasz mi adres?
— Razem. Już tam kiedyś byłem i pamiętam pobliski park. Powinienem trafić.
Wsuwam mu rękę pod ramię, a on splata nasze palce i wsuwa połączone dłonie do kieszeni.
— Gotowy?
— Tak — odpowiadam.

Staraja Dierewnia jest cicha i przytulna. Kelnerka sadza nas w tyle pomieszczenia, z dala od pianina. Wnętrze udekorowano w stylu paryskiej bohemy, a muzyka to jazz z przełomu wieków. Świeca na naszym stoliku, osadzona w świeczniku z zielonego rżniętego szkła, migocze krzepiąco. Mogę poczuć, jak Harry relaksuje się, podwijając rękawy swetra i biorąc do rąk menu.
— Wino? — pyta.
— Oczywiście. Jaką kuchnię tu serwują?
— Rosyjsko-żydowską. Tradycyjne potrawy.
— Hmm. — Szczypię dolną wargę kciukiem i palcem wskazującym, i zerkam na listę win. — Mogę pożyczyć na sekundę twoje okulary?
Parska śmiechem.
— Co się stało, Malfoy? Jesteś ślepy jak ja?
— Mam nadzieję, że moja wada wzroku nie jest aż taka straszna — odpowiadam.
— Pożyczyłbym ci, ale nie sądzę, że pomogą. Jestem krótkowidzem, a nie dalekowidzem.
— To ciekawe — mówię wyniośle. — Nie wiedziałem, że widzisz na jakikolwiek dystans.
— Och, przemyśl to jeszcze — mruczy. — Tablicę Snellena mam opanowaną do perfekcji.
Posyłam mu rozmarzony uśmiech.
— Dobra, masz mnie. W ogóle nie wiem, o czym mówisz, ale cokolwiek to jest, brzmi lubieżnie.
Chichocze, a ja mrużę oczy i ponownie skupiam wzrok na liście win.
— Och, daj mi to — mówi z czułością. Podaję mu kartę, a on, ku mojej satysfakcji, musi unieść okulary i zbliżyć ją do świecy, by mógł przeczytać.
— I kto teraz wygląda jak staruszek? — Odchylam się do tyłu, krzyżuję nogi pod stołem i opieram rękę o sąsiednie krzesło.
— Nie istnieją szkła korekcyjne, które pomogłyby rozszyfrować cyrylicę — oznajmia. — Co mówiłeś wcześniej? Czerwone?
— Jasne. — Patrzę, jak marszczy czoło i przymyka najpierw jedno oko, a potem drugie. — Może po prostu powinniśmy poprosić o pomoc kelnerkę? — proponuję. — Jak na emerytów przystało.
Rzuca mi szydercze spojrzenie i wraca do swojego zadania.
— Co powiesz na gruzińskie? Może coś z winogron Saperami, na przykład Mukuzani? Sądzę, że będzie ci smakowało.
— Brzmi świetnie — mówię.

Zarówno wino, jak i jedzenie są doskonałe, a posiłek kończymy kieliszkiem armeńskiej brandy. Kelnerka zostawia na naszym stoliku w połowie opróżnioną butelkę i łamaną angielszczyzną mówi, żebyśmy się nie spieszyli. Zapach wanilii i dębu miesza się z aromatem wosku ze świecy i smażonych w kuchni syrników. Harry kręci kieliszkiem pod nosem i wdycha głęboko. Czekam, aż weźmie łyk i posmakuje alkohol, po czym pochylam się do przodu, by zadać pytanie, na które muszę poznać odpowiedź, zanim ten wieczór się skończy.
— Dlaczego mi nie powiedziałeś?
Zamyka oczy ze znużeniem i odstawia kieliszek na stół.
— Wyjaśnienie może być długie lub krótkie. — Unosi powieki i patrzy na mnie uważnie. — Wersja krótka: bo nie chciałem, żebyś wiedział.
Marszczę brwi i odwracam wzrok, wpatrując się teraz w bursztynową głębię mojej brandy.
— Myślałem, że ustaliliśmy, że nigdy się nie okłamujemy.
— Nie kłamałem. Jedynie nie powiedziałem prawdy. Wiem, że to drobna różnica, ale jednak istotna. Po prostu ty założyłeś, że nic się nie zmieniło, a ja nie wyprowadziłem cię z błędu. Ale nigdy nie mówiłem, że pieprzę innych ludzi, skoro tego nie robiłem.
Unoszę głowę i nasze spojrzenia ponownie się łączą.
— Ja robiłem — mówię. — To znaczy pieprzyłem innych. Przestałem jakieś dziewięć miesięcy temu.
— Wiem — odpowiada płaskim głosem. — I to właśnie mi się podobało.
Ponownie marszczę brwi i spuszczam wzrok.
— Nie pojmuję. Czemu chcesz się mną dzielić? To znaczy tolerancja jest zrozumiała, sam to robiłem w stosunku do ciebie, a raczej sądziłem, że robię. Ale żebyś tego chciał? To cię aż tak podnieca?
— Ach. Czyli przyszedł czas na długą odpowiedź.
— No cóż, mamy pół butelki brandy, a noc jest jeszcze młoda.
Wzdycha i odchyla się na krześle. Dobrze wiem, że nie ma ochoty na tę dyskusję.
— Czy to mnie podnieca? — pyta retorycznie. — Tak i nie. Myśl o tobie w jakiejkolwiek sytuacji erotycznej nieodmiennie mnie kręci. Nie ma co do tego wątpliwości. Myśl o tobie wypróżniającym się rano także mnie kręci.
Wywracam oczami.
— Pewnego dnia znajdę coś, jakąś czynność organizmu, do której będę zdolny, przy której ci nie stanie.
Korzysta z okazji, by rozluźnić atmosferę.
— Cóż, kiedyś złapałem cię, jak dłubiesz w nosie...
— Och, na Merlina, Potter! Czy dla ciebie nie istnieje nic świętego? Nie masz żadnych ograniczeń?
Śmieje się.
— Słuchaj, po tym, jak dwie osoby na siebie sikały, jednocześnie doprowadzając się do orgazmu, kwestia granic staje się trochę płynna. Nie wspominając, że te same osoby wsadziły dłonie aż po nadgarstki w swoje...
Rozglądam się szybko, żeby sprawdzić, czy nikt z pozostałych klientów restauracji nie dostał zawału serca.
— Dobrze, punkt dla ciebie. Ale wróćmy do pytania. Czemu chcesz, żebym pieprzył się z innymi?
— Jak mówiłem, to mnie podnieca. Myśl, że dochodzisz, zawsze tak na mnie działa. Bez chwili wahania mógłbym patrzeć, jak jakiś facet ci obciąga, jeśli w tym czasie ja całowałbym twoje usta. I to jest główny problem, jak sądzę. Bo mimo że mnie to kręci, jednocześnie też wkurwia tak bardzo, że na samą myśl byłbym w stanie rzucać z zazdrości Avadą Kedavrą na prawo i lewo bez opamiętania.
Patrzę na niego przez chwilę, pozwalając, by ta dawka informacji dotarła do mojej świadomości. Odkręca butelkę i nalewa nam po kolejnym kieliszku.
— Jeśli dobrze zrozumiałem, myśl o mnie z innymi jednocześnie cię podnieca, ale też doprowadza do szaleństwa z zazdrości. Tak?
Kiwa głową.
— Mniej więcej.
— I oczywiście zdajesz sobie sprawę, że ja czułem dokładnie to samo w stosunku do ciebie, i o co tyle razy się kłóciliśmy?
Ponownie kiwa głową.
— Chociaż, co muszę dodać, odkąd przestałem posuwać wszystko, co się rusza, zawsze mówiłem o swoich wyczynach bardzo teoretycznie. Nigdy cię nie okłamałem, Draco.
— Być może — odpowiadam. — Być może w sensie technicznym masz rację. Niemniej jednak czasami sam sobie wydaję się prawdziwym gnojkiem. Jakbym był upierdliwy i irracjonalny. A teraz okazuje się, że czujesz tak samo. Od jak dawna, jeśli mogę spytać?
— Szczerze? Od naszego drugiego spotkania w twoim lochu. Od nocy, gdy po raz pierwszy cię pocałowałem. Kiedy wybierałem dla ciebie bat, przez myśl przemknęło mi pytanie, kto jeszcze to z tobą robi i na sekundę ogarnęła mnie wściekłość. Wtedy właśnie zrozumiałem, że wpadłem w tarapaty.
Zamykam oczy, ale zaraz powoli je otwieram, próbując uspokoić myśli.
— To było dawno temu.
— Tak — zgadza się. — Dawno.
— Czemu dowiaduję się o tym dopiero teraz? Tego właśnie nie rozumiem i to, szczerze mówiąc, denerwuje mnie najbardziej.
— Wiem — odpowiada spokojnie. — Na twoim miejscu czułbym tak samo. Ale to właśnie najtrudniejsza część, Draco, i sam nie wiem, jak mogę to wytłumaczyć. Lub czy to zniosę.
Przełykam ślinę przez nagle zaciśnięte gardło.
— Spróbuj.
— Dobrze. — Bierze głęboki oddech. — Odpowiedzią jest Syriusz Black. — Jestem tak zbity z tropu, że gapię się na niego bez słowa. — Syriusz Black. Mój ojciec chrzestny. Piąty rok w Hogwarcie. Jednego dnia był, a następnego już nie. Miałem go, a potem straciłem.
Pociera twarz dłońmi, co sprawia, że jego grzywka unosi się, dając mu wygląd jeszcze bardziej poirytowanego i nerwowego niż zwykle. Czekam, aż będzie kontynuował. Oczywiście znam historię z Syriuszem. I sądziłem, że wiem, czym jego strata była dla Harry’ego w tamtym okresie życia. Ale jak widać nie domyślałem się wszystkiego.
— Wcześniej bywałem już zrozpaczony. — Jego głos jest szczery i całkowicie pozbawiony dramatyzmu czy rozżalenia. — Jednak to okazało się najgorsze. Może dlatego, że był pierwszą osobą, którą pokochałem i utraciłem jako dorosły. A może dlatego, że Syriusz był w tak bliskich kontaktach z moimi rodzicami. Nie mam pojęcia, wiem tylko, że razem z nim umarła część mojej duszy i nadal noszę w piersi ten martwy kawałek. — Patrzymy sobie prosto w oczy przez dłuższą chwilę. — I niewiele później przyszła kolej na następne zgony. Dumbledore... — Krzywię się w duszy, ale nie sądzę, żeby coś zauważył. Już dawno temu przestałem kulić się jak zbity pies na dźwięk nazwiska tego starca. — Ron, Seamus, Dean, Ginny, Fred, Molly, Tonks, Remus.
Przytakuję bez słowa. Mam własną listę zmarłych i on o tym wie. Taką rozmowę również mieliśmy już wcześniej, ale czekam cierpliwie na wyjaśnienia. W jakiś sposób lista poległych ma związek z faktem, że on chce, bym sypiał z innymi. Po prostu sam nie umiem tego związku odnaleźć.
Wypija brandy i odstawia pusty kieliszek. W restauracji przebywają poza nami jeszcze tylko dwie pary, z których jedna przygotowuje się do wyjścia.
Patrzymy na siebie przez migoczący płomień świecy.
— Wiem, jak to jest — szepcze. Widzę, jak zaciska i rozluźnia szczęki, i nagle uświadamiam sobie, jak bliscy krawędzi jesteśmy. Sięgam po jego dłoń, ale wyszarpuje się, jak gdybym dotknął go żywym ogniem, a nie ciałem. — Wiem, jak to jest zostać opuszczonym. Nie mogę znieść... nie, nie mogę pozwolić, żebyś czuł się tak samo. — Jego oczy zachodzą łzami, przełyka więc z trudem ślinę, by powstrzymać ich wypłynięcie. — Wolałbym umrzeć tysiąc razy w najbardziej bolesny i makabryczny sposób, jaki można sobie wyobrazić, jeśli w zamian miałbym pewność, że nigdy nie będziesz samotny.
Odchrząkuję i biorę łyk wody.
— Chciałbym się upewnić, że rozumiem, co mówisz, Harry — odzywam się, próbując tchnąć w swój głos, w swój każdy gest nieskończoną ilość troski i delikatności. — Uważasz, że jeśli będę uprawiał seks z innymi, a ty umrzesz, to nie poczuję się opuszczony?
Kiwa głową i ukrywa twarz w dłoniach.
— Gdy cię teraz słucham, to brzmi głupio — mruczy. — Ale nie jest głupie. Dla mnie ma sens. Może nie sens idealny, ale jednak sens.
Ściskam jego ramię i tym razem pozwala na dotyk.
— Nie twierdzę, że to głupie. I nie twierdzę też, że ty jesteś głupcem, bo tak myślisz. Analizuję po prostu to, co od ciebie usłyszałem. I wszystko, co chcę wiedzieć, to czy dobrze pojąłem twoje słowa.
Przytakuje z twarzą wciąż ukrytą w dłoniach. Najwidoczniej nie potrafi zmusić się, by na mnie spojrzeć.
— Po wojnie seks był jedyną rzeczą, dzięki której czułem się żywy — mówi. — Tylko pieprzenie kogoś lub pozwalanie, by ktoś pieprzył mnie, miało znaczenie, było jedynym sposobem na połączenie się innymi ludźmi. I gdybym nie miał takiego ujścia dla emocji, zabiłbym się w ciągu miesiąca po pokonaniu Voldemorta. — Unosi głowę. — Jednak ty to rozumiesz. Zawsze rozumiałeś. Bo obaj czujemy tak samo.
— Tak — zgadzam się. — Z niewielkimi różnicami, ale tak.
— Więc powinieneś rozumieć też, czemu przeraża mnie myśl, że taka forma... wytchnienia... zostanie ci odebrana, jeśli... jeśli... — milknie i zaciska palce na mojej dłoni aż do bólu. Czekam. — W tym miejscu muszę skończyć. — Jego oczy wypełnione są tą samą paniką, jaką widziałem w nich zeszłej nocy. — Przykro mi. Proszę, zrozum.
Moje serce bije w przyspieszonym rytmie i przez chwilę rozważam użycie legilimencji. Ale zorientowałby się z pewnością i byłoby to niewybaczalnym naruszeniem zaufania.
— Dużo ode mnie wymagasz, Harry — mówię. — Wiesz o tym, prawda?
— Tak — odpowiada skruszonym tonem. — I jest mi bardzo przykro.
Przez chwilę siedzimy w milczeniu.
— Dokąd to wszystko zmierza? — pytam w końcu.
Bierze głęboki oddech i przymyka oczy.
— Jedyne pytanie, na które mogę odpowiedzieć, to gdzie chciałbym, żeby zmierzało.
— Dobrze. Gdzie chciałbyś, żeby to zmierzało?
— Chciałbym, żebyśmy... żebyśmy wzięli ślub — wyznaje.
Nie staram się ukryć niedowierzania i sceptycyzmu.
— Nie mam pojęcia, co odpowiedzieć, Harry. Jeszcze trzy godziny temu nie wiedziałem nawet, że jesteś monogamistą, a teraz mówisz o małżeństwie. Nigdy nawet nie próbowaliśmy mieszkać razem...
— Zapytałeś, czego bym chciał — przerywa mi ostro. — A nie co się według mnie rzeczywiście wydarzy.
Widzę ból na jego twarzy i moje serce zaciska się z żalu.
— Czyli naprawdę pytasz, czy za ciebie wyjdę?
— Czy naprawdę pytam, czy za mnie wyjdziesz? — Jego oczy wypełniają się niewylanymi łzami. — Do diabła, Draco!
Naprawdę? — Jestem przerażony jego tonem i sfrustrowany nieszczerością słów. Strach i złość nigdy nie były dla mnie dobrą kombinacją. Zaciskam palce na jego dłoni, aż widzę, że się krzywi. — Słucham.
— Nie mogę — szepcze, pozwalając, by cierpienie, jakie czuje, zabarwiło mu głos. — Jeszcze nie. Nie teraz.
Puszczam jego rękę i sięgam po płaszcz.
— Świetnie. W takim razie odłóżmy tę dyskusję na później. To znaczy, kiedy już będziesz miał odpowiedni nastrój.
— Draco, proszę. Przestań.
Patrzę mu w twarz i moje dłonie nieruchomieją w trakcie zapinania guzików. Tak błagalnego wyrazu w jego oczach nie widziałem jeszcze nigdy.
— Proszę cię — mówi. — Proszę.
Znajdujemy się w impasie. W ślepej uliczce. Twarzą w twarz. Oko w oko. Jesteśmy idealnie dopasowani, perfekcyjnie zbilansowani i w pełni zdolni do zniszczenia siebie jednym źle dobranym słowem.
— Wracajmy do mieszkania — mówię wreszcie, spuszczając wzrok i sygnalizując tym, że się poddaję.
— W porządku. — Jego głos jest chropowaty ze znużenia.
Płacimy rachunek i idziemy do małego parku, do którego się wcześniej aportowaliśmy. Moje tętno ciągle jest nierówne, a serce ciężkie od nieokreślonego strachu. Bierze mnie za rękę.
— Poczekaj! — mówię. Patrzy na mnie pytająco. — Tylko kilka minut. Nie powinniśmy aportować się w takim stanie. — Kiwa głową na zgodę. — Przytul mnie — szepczę. — Możesz? Proszę.
Obejmuje mnie bez słowa i wtulamy twarze w swoje szyje. Wciągam głęboko powietrze, desperacko próbując się uspokoić. Jest solidny i ciepły w moich ramionach, a jego oddech pachnie słodko brandy. Przez jego włosy i rzadko rosnące drzewa mogę dostrzec jedynie kilka jaskrawo oświetlonych okien w pobliskich budynkach mieszkalnych. Rzucają na śnieg kwadratowe plamy światła zacienione przez wzorki z tanich przezroczystych firanek. Gdzieś na ulicy za nami roznosi się echem śmiech i głosy mówiące po rosyjsku, ale tutaj, w tym niepozornym małym parku, nie słychać nic poza ciszą padającego śniegu.
— Kocham cię — mówię.
Czuję, jak kiwa głową. Jego głos jest tłumiony przez kołnierz mojego płaszcza.
— Wiem.
— To dobrze — odzywam się znowu i powtarzam z większym naciskiem: — To dobrze.

Zasypia w moich ramionach.
Leżymy na bokach z twarzami zwróconymi w stronę okien. Składam jeden pocałunek za drugim na jego łopatkach, a potem na każdym kręgu. Jego plecy pokryte są drobniutkimi piegami. Nie było ich, kiedy po raz pierwszy ujrzałem krzywiznę tej bladej szyi i ramiona składające się z mięśni i ostrych kości. Wtedy miał nieskazitelną skórę. Poza ranami, które sam sobie zadał, a które z czasem naturalnie zanikły. Ale kolejne lata przyniosły zmiany. Przesuwam palcem od jednej plamki do drugiej, jakby tworzyły słowa w języku Braille’a, a ja mógłbym odczytać wszystko, co Harry przede mną ukrywa.
Część mnie chciała się roześmiać z powodu tego, co powiedział mi wieczorem. Cóż za niedorzeczność! Jak gdyby obciąganie w wykonaniu kogoś obcego potrafiło ukołysać serce rozdarte jego stratą! Jakaż idiotyczna myśl, że mógł mnie uspokoić anonimowy seks, podczas gdy łóżko, do którego wracałbym każdej nocy, byłoby bez niego takie puste i zimne. Jeśli teraz dotyk innych mężczyzn był zbyt bolesny, to co się stanie, gdy Harry’ego zabraknie? Samo myślenie o tym wywołuje u mnie mdłości.
Jednak nie roześmiałem się. Zatrzymał mnie wyraz jego oczu i obecne w nim błaganie. Jakkolwiek nielogicznie to brzmiało, bez wątpienia myśl, że dotyk innych ludzi jest dla mnie pociechą, na niego działała kojąco. Stając z boku i patrząc na wszystko z dystansem, potrafię dostrzec jego bezinteresowność i pokrętną wspaniałomyślność. Co wcale nie znaczy, że ja chciałbym się dzielić nim. Pomysł, że sypia z innymi, nie stanowi dla mnie pocieszenia. Wręcz odwrotnie, przez lata był źródłem udręki. Lecz z drugiej strony sam nigdy nie zastanawiałem się na poważnie nad własną śmiercią. Już od lat, jakie upłynęły od owej nocy w Berlinie, mam obsesję wręcz odwrotną. Pragnę żyć. To jeden z wielu darów, jakie od niego otrzymałem...
Nagła myśl mrozi mi krew w żyłach. Może to właśnie była ostatnia ocalała przepaść między nami. Harry nigdy nie przestał zastanawiać się, dlaczego nie umarł. W głębi serca nadal uważa, że nie zasługuje na życie. Nie żywił już pragnienia śmierci, które doprowadziło go do zabawy w trupa w dniu, gdy znalazłem go w tym obskurnym londyńskim klubie. W nocy, kiedy był bliski zapieprzenia się na śmierć. Dosłownie. A przynajmniej nie tego samego rodzaju pragnienia śmierci. Wiem o tym, i wiedziałem od chwili, gdy zostaliśmy parą, że nie uczestniczy już w ryzykownych seksualnych eksperymentach. Żadnemu z nas nie przyszłoby teraz nawet do głowy, żeby się pieprzyć czy obciągać bez prezerwatywy, nie mówiąc już o angażowaniu się w mniej powszechne praktyki erotyczne z kimś innym niż ze sobą. Więc pozwoliłem sobie wierzyć, że jego flirt ze śmiercią to już przeszłość, gdy w rzeczywistości zmienił tylko swój kształt i kierunek. Bo czymże jest jego praca, jeśli nie dążeniem do śmierci za państwową pensję? W ostatnich latach zginęło dziewięciu członków jego drużyny. Dziewięciu, podczas gdy w skład grupy w najlepszym wypadku wchodzi piętnaście osób. I liczba ta nie obejmuje rannych. Harry też kiedyś został zraniony i to całkiem poważnie. Stąd sześciotygodniowa przerwa w zadaniach i nasz najdłuższy jak dotąd nieprzerwany konkubinat.
Zamykam oczy i wciągam do płuc zapach jego skóry. Moja ręka leży płasko na jego nagiej piersi i unosi się z każdym oddechem. Tych sześć tygodni było... cóż... niebem. My czuliśmy się jak w niebie. Zaskoczyło mnie, jak szybko popadliśmy w przyjemną rutynę. Przeprowadziłem się do jego mieszkania w Kensington, skąd siecią Fiuu przenosiłem się do filii Akademii na Pokątnej, przez co podróż do pracy była najkrótsza i najwygodniejsza, jaką kiedykolwiek odbywałem. Wszystko działo się na przełomie maja i czerwca, więc ustawiliśmy mały stolik na balkonie i kiedy pogoda rankami dopisywała, siadywaliśmy przy nim, pijąc kawę i czytając gazety. Każdego wieczoru wracałem tam i spożywaliśmy wspólnie jakiś niejadalny domowy posiłek, który jednak zawsze przyjmowałem z wdzięcznością. Moje wspomnienia z tego okresu są pełne śmiechu. Harry’ego śmiejącego się w kuchni. Nas obu śmiejących się podczas prysznica w żałośnie ciasnej kabinie. Śmiechu naszych nielicznych, ale serdecznych przyjaciół nad kilkoma butelkami Montrose i kartonami z curry na wynos...
A potem, zdecydowanie zbyt szybko, wypadło zadanie w Helsinkach. Później w Kluż-Napoce i zaraz po nim w Sienie. Z bolesną wręcz jasnością wciąż pamiętam pierwszy poranek po tym, jak wyjechał. Nie chciałem wracać do dworu. Nie, skoro ciągle czułem go na pościeli, a róże, które mi kupił, wciąż jeszcze nie rozwinęły się z pąków. Ale jak bardzo żałowałem swojej decyzji, gdy obudziłem się przy akompaniamencie deszczu uderzającego o szyby, a obok mnie znajdowały się całe hektary zimnego i pustego łóżka! Właśnie wtedy zrozumiałem, że tęsknota za nim ma smak. Ciężki i gęsty. Jak węgiel albo mokry popiół.
Porusza się i wzdycha w moich ramionach. Wpycham kolano między jego uda i przesuwam nogę, póki moje krocze nie przylega ściśle do jego pośladków. Miękki ciężar jego moszny opiera się wygodnie o moje udo. Przesuwam mu dłonią po brzuchu i wplatam palce we włoski u podstawy penisa. Czuję, jak sztywnieje na tyle, by osłodziło mu to sny, ale niewystarczająco, żeby się obudził. Całuję go w szyję i pozwalam sobie odpłynąć, jakby materac był tratwą na morzu i nie istniało nic poza nami dwoma. Tylko ja i on, tu i teraz.

***


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Akame » 30 kwi 2012, o 20:45

I co ja mam napisać? Jestem urzeczona! Ale to już Ci pisałam, więc się powtarzam. To opowiadanie z rozdziału na rozdział wywiera na mnie coraz większe wrażenie. Jest tutaj tyle nagromadzonych emocji, w dodatku pod takim ciśnieniem, że ma się wrażenie czegoś doskonale skondensowanego, co grozi w każdej chwili wybuchem. Bardzo ciekawie się czyta z perspektywy Draco, chociaż kiedy wczoraj czytałam od strony Harry'ego... uff ;) Czytając, mam uczucie czegoś bolesnego, stłumionego, co wręcz przygniata, atmosferą, klimatem, wyznaniami, strachem przed przyszłością i oczekiwaniami, które być może wcale się nie spełnią.

Dzisiejszy rozdział i wyznanie Harry'ego, że nikogo nie miał, ale chce, aby Draco nadal umawiał się z innymi mężczyznami, był miażdżący. Od początku było wiadomo co tak naprawdę leży u podstawy tego pragnienia, a mimo wszystko miało się świadomość, że jest to nierealne, bo Draco i tak będzie cierpieć. Patrząc na to, jak bardzo zależy mu na Potterze, naprawdę nie wyobrażam sobie jego przyszłej egzystencji bez niego. On po prostu oddycha tą miłością i tym pożądaniem i po stracie Harry'ego, tego tlenu by mu po prostu zabrakło.

Urzekają mnie takie drobne szczegóły, jak rosyjskie nazwy potraw, ulic, architektury. Niby nic, a wprowadza tak niepowtarzalny klimat.

Seks... seks jest gorący, wycieka wręcz porami, a miejsca w jakich się kochają łamią wszelkie zasady i brew się unosi. A potem opada, gdyż przekraczanie pewnych granic, niesie w sobie posmak tego czegoś zakazanego i wywołuje dreszcz.

Naprawdę genialna opowieść. Czekam niecierpliwie na kolejną część i... na więcej, dużo więcej :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez MargotX » 1 maja 2012, o 21:19

Taka miłość jest naprawdę tragiczna. Namiętna, głęboka, intensywna, ale jednocześnie destrukcyjna, przepełniona zazdrością, strachem, niepewnością. Tylko w swoich ramionach czują się bezpieczni, spełnieni, choć nawet i to nie do końca, bo tęsknią w zasadzie nawet wtedy, kiedy stoją wtuleni, wtopieni w siebie jak jedna osoba. Wiedzą obydwoje, że to kolejne krótkie, niemal kradzione chwile, które spędzają razem, choć to w zasadzie bardziej Harry, ze względu na swoją pracę, może jedynie dawkować sobie te momenty, wykradać je z niebezpiecznego życia, które wiedzie

Rozmowa w Starej Dierewnie mnie dobiła. Cóż za pokrętne, choć na pewno nie pozbawione swoistej logiki, rozumowanie Pottera, który uważa, że anonimowy seks może być dla Draco lekiem na całe zło w razie, gdyby on umarł. I ta mieszanka zazdrości i swoiście pojmowanej tolerancji z obydwu stron – ten związek naprawdę jest niemal toksyczny. Ale jednocześnie jest w pokręcony sposób piękny, pełen emocji, o ogromnej intensywności.

Gdy się tak analizuje zachowania Harry’ego i Draco, na pewno niezrozumiałe, przynajmniej w pewnym stopniu, dla wielu osób, nie można zapomnieć, że ten związek tworzą osoby zarażone wojną i śmiercią, z wypaczoną przez zło, którego byli świadkami, psychiką i zapewne dlatego nie mamy do czynienia z piękną, spokojną, pełną ciepła miłością, tylko z pochłaniającym wszystko uczuciem, które czasem rani jak ostre kolce, ale jest też jedynym ratunkiem przed nicością i samounicestwieniem.

Good, nie chciałam tak z patosem, ale nie umiem inaczej podejść do tego tekstu. Tu każde zdanie jest jak bomba zegarowa, grozi wybuchem i niemal podświadomie boję się czytać każdy kolejny akapit, a jednocześnie jestem urzeczona. Dawno nie czytałam nic tak intensywnego. Akame ma rację, to wręcz boli i przygniata.

Dziękuję i pozdrawiam.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Ferris » 2 maja 2012, o 20:36

Obiecałam, a potem nie pojawiłam się przez trzy odcinki. Ale wiesz dlaczego, więc chyba wybaczysz?
W każdym bądź razie teraz nadrabiam.

Rozdział 2
Od pierwszych linijek tekst sprawia, że nawet jako czytelnik czuję się niepewnie. Wiem, że chociaż tego nie widać, dzieje się coś niedobrego i aż drżę z przerażenia. Boję się, że wydarzy się coś złego. Bo coś takiego się kroi. Ten rozdział, wrzuciłabym do teczki z napisem ‘strach i ból’. Scena sexu mnie zabiła. Po prostu. Tak boleśnie i desperacko, jakby wszystko miało zniknąć, jakby jeszcze raz chcieli się nasycić, dać sobie to wszystko, te niewypowiedziane uczucia i zapamiętać, wyryć w duszy najmniejszy fragment ciała, spojrzenia, oddechu. Jakby chcieli powiedzieć dziękuję i przepraszam. Jakby wiedzieli, że to może być ostatni raz.
Po tym rozdziale jestem w kompletnej rozsypce, aż boję się czytac dalej.

Zwlekam się z materaca bez cienia elegancji, sztywny i obolały, jak gdybym przez godziny grał w quidditcha, a nie klęczał, szlochając tak gorączkowo, że boję się zamiast łez i smarków zobaczyć na nich krew.

Na czym on miał tych smarków nie zobaczyć? . Na kolanach, na pościeli, na rękach? Nie wiem czy tak było w oryginale czy słówko uciekło, ale nie mogę do tego dojść.

Rozdział 3

— Wybacz — odzywa się głosem pełnym udawanej powagi i troski — ale obawiam się, że nie mogę pozwolić ci wyjść w tym na zewnątrz. Każdy wilkołak w promieniu stu mil od Petersburga zacznie skamleć jak porzucony szczeniak i spróbuje zgwałcić twoją nogę.

Ten tekst przywrócił mnie mniej więcej do normalności i następujący po nim dialog. Odetchnęłam z ulgą. Draco w uszatce... ja to sobie wyobraziłam! lol

Ten rozdział jest lżejszy, co nie oznacza, że zahacza o sielankę. W tym tekście to się chyba tego spodziewać nie można. Było lżej, a wciąż z przeplatającą nutą smutku i niepewności jutra.
Jednak tutaj można było bardziej się skupić na samym Petersburgu, otoczeniu i panującej atmosferze. Chyba nigdy nie przestanie mnie zachwycać, jak pięknie jest to wszystko opisane, jak wyraziście, tak że nawet nie trzeba sobie niczego wyobrażać. Obrazy same pojawiają się przed oczami. Jednak nie tylko, ten tekst po prostu przenosi do opisywanej rzeczywistości w taki sposób, że pracują wszystkie zmysły. Kiedy idą ulicami, wręcz można usłyszeć gwar, stukot obcasów na chodniku, padający deszcz, rozmowy przechodniów czy klientów restauracji, zapach jedzenia i ten specyficzny zapach miasta, a także atmosferę unoszącą się nad starymi ulicami. To wszystko sprawia, że czuje się jakby się tam było, jakby się było świadkiem następujących zdarzeń. Wzmianki z historii dopełniają całego wrażenia, sprawiając że dosłownie czuję się na ramionach ciężar tego wszystkiego.

I z bólem stwierdzam, że dzisiaj więcej nie dam rady. Czwartą część skomentuję jak będę w stanie. Jestem w obecnej chwili człowiekiem w trakcie poważnego rozstroju emocjonalnego i obawiam się o swoje zdrowie psychiczne jeśli będę dalej czytać. Zasób masochizmu do wykorzystania na dzisiaj zdecydowanie się wyczerpał.
Ale wrócę, jak zwykle, bo ten tekst chociaż jest ciężki, okrutny i emocjonalnie wyczerpujący, to jednocześnie jest jednym z najpiękniejszych jakie miałam okazję czytać.
I sama nie wiem czy bardziej go nienawidzę czy uwielbiam.
"And if you go, I wanna go with you
and if you die, I wanna die with you
take your hand and walk away..."

Lonely day by System of a Down
Ferris Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 90
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 20:08

Postprzez Macy » 4 maja 2012, o 13:10

Ktoś może powiedzieć, że tekst jest ciężki i skomplikowany, ktoś inny powie, że pomysł fajny, ale wykonanie toporne, a ja powiem, że to jest to, co barrrdzo lubię. Tekst z nutką tajemnicy, czegoś niejednoznacznego, ciężkiego i przywodzącego na myśl ciężką mgłę albo jesienny pogodowy kapuśniaczek. Niemożebnie podoba mi się taka sceneria, ponieważ przywodzi mi na myśl coś przytulnego i klimatycznego, ale nie w sposób, w jaki kojarzy mi się - bo ja wiem? - jedzenie świeżo wyjętego z piekarnika jabłecznika przed kominkiem u mojej babci. Sceneria w tym opowiadaniu jest przytulna w inny sposób, trochę trudny nawet do opisania.
Bardzo podobają mi się opisy miejsc, w których pojawiają się bohaterowie, tego, co jedzą i piją, ludzi, których mijają. Nie jest to bezosobowe, płytkie i zimne, w stylu "Ala ma kota i rude włosy", tylko bardziej osobiste, dokładne i takie... Takie ciężkie do określenia jednym słowem bez obawy, że się człowiek zbłaźni, próbując.
W każdym bądź razie tekst w całej swojej ciężkości jest, paradoksalnie, lekki i przyjemny, ale znowu - nie w sposób, w jaki odbieramy wszystkie puchate i milusie drarry. Tutaj mamy przede wszystkim historię dorosłych mężczyzn po przejściach i już samo to determinuje autora do poważniejszego podejścia do kreacji postaci i otoczenia.
Bardzo podoba mi się to, w jaki sposób jest tu nakreślona relacja Harry'ego i Draco. Że nie jest to młodzieńcze i płomienne pitu pitu, ale dojrzałe uczucie, które pociąga za sobą tak korzyści, jak i pewnego rodzaju straty czy obciążenia; że bohaterowie są świadomi tego, co ich łączy i jakie są tego następstwa. To jest takie, kurcze, prawdziwe.
Podobne klimaty są mi coraz bliższe. Nie wiem, czy się starzeję czy dopada mnie jakaś melancholia dnia codziennego, ale kiedyś wolałam teksty wesołe, pogodne, humorystyczne od tych ciężkich i lepkich od niedopowiedzeń.
Wydaje mi się, że komentowanie kwestii technicznych w przypadku, kiedy autorem tłumaczenia jest tak świetna osoba, jak Kaczalka, nie ma większego sensu, bo coby to nie było, jaki był tekst nie był i jakiej by tematyki nie poruszał (cały czas w pamięci mam "kałamarnicze drarry"), to i tak przekład będzie zrobiony profesjonalnie, z sercem i po prostu perfekcyjnie. Tym razem oczywiście nie jest inaczej, dlatego należą Ci się peany pochwalne na Twoją cześć oraz zagrzewanie do dalszej pracy.
Mam nadzieję, że już wkrótce pojawią się kolejne części, bo na pewno ten tekst będę śledzić z zapartym tchem, gdyż póki co rozwijany jest wątek romansu chłopaków, a nie wiadomo nic więcej o pracy, jaką Potter wykonuje, a mam nieodparte wrażenie, że odegra ona w pewnym momencie znaczącą rolę.
Pozdrawiam serdecznie oraz życzę dużo wolnego czasu i zapału do tłumaczenia!
M.
Vita brevis, ars longa, occasio praeceps, experimentum periculosum, iudicium difficile.
Macy Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 9
Dołączył(a): 4 paź 2011, o 16:14
Lokalizacja: Szczecin/Koszalin

Postprzez Kaczalka » 9 maja 2012, o 10:10

Czytelników znudzonych nadmiarem seksu informuję, że to ostatni rozdział z rozbudowaną sceną erotyczną, potem będzie już dużo delikatniej i rozpocznie się coś w rodzaju akcji ;)
Ponieważ w komentarzach pojawiają się wzmianki na temat opisów miejsc, polecam wyszukanie i obejrzenie zdjęć. Praktycznie każde z tych miejsc istnieje naprawdę i wiele jest bardzo pięknych.


Część V


Budzę się, gdy jest już zupełnie jasno. Harry’ego znowu nie ma.
Wzdycham z rezygnacją i klepię poduszkę w poszukiwaniu nieuniknionej notatki. Oczywiście jest, krótka i zwięzła: Spotkanie z Neville’em. Wrócę niedługo. Może to oznaczać dwie rzeczy. Albo się spieszył, albo jest na mnie zły. Biorąc pod uwagę wczorajszą rozmowę, nie zdziwiłbym się, gdyby chodziło o to ostatnie.
Biorę prysznic i ubieram się, starając się nie myśleć, że to nasz ostatni dzień razem i że jutro o tej samej porze on będzie z powrotem w Irkucku, a ja... Do diabła. Kto wie, gdzie ja będę. We dworze lub w mieszkaniu w Kensington, albo jeśli najdzie mnie szczególnie masochistyczny nastrój, zostanę tutaj, w pokoju tym bardziej pustym, bo bez niego. Mimo wszystko dziewiąta rano w Petersburgu to szósta rano w Anglii. Za wcześnie nawet jak dla najbardziej zagorzałych bywalców Biblioteki Bodlejańskiej.
W końcu idę do małej kuchni. Przynajmniej zrobił przed wyjściem dzbanek kawy, co oznacza, że może jednak się nie złościł. Nalewam sobie filiżankę, rozchlapując połowę na blacie, więc bez przekonania rozpoczynam poszukiwanie ściereczki. Wątpię, czy takową posiada, ale nie poddaję się, jeśli już nie z innego powodu, to żeby potwierdzić swoje podejrzenia. W głębi jednej z szafek odkrywam stos fotografii. Wyciągam je z lekkim poczuciem winy i przeglądam. Na większości jestem tylko ja, bo zrobiono je, gdy byliśmy sami, ale na kilku widniejemy razem. Na jednej siedzimy przy stole ogrodowym z Granger i Longbottomem. Pusta butelka po winie stoi za koszykiem na pieczywo, a druga, opróżniona w połowie, tuż obok mojej ręki. Harry siedzi odchylony na fotelu z rozpiętym kołnierzykiem koszuli, jedną nogę oparł kostką o kolano drugiej, a rękę zarzucił na moje barki. Śmieje się z głową wygiętą do tyłu, zapewne z powodu czegoś, co właśnie powiedziałem, bo patrzy na moje usta, poruszające się, a potem zaciśnięte w nieudanej próbie opanowania wesołości. Granger ma zmarszczone brwi, więc musiało to być coś na temat seksu, Longbottom jednak wygląda na rozbawionego, widzę, jak ukradkowo ściska pod stołem dłoń żony. Za nami ciepłe pomarańczowe słońce zachodzi właśnie za drzewkami oliwnymi i donicami na kamiennym murze tonącym wręcz w lawendzie. Ach, to musi być weekend, który w czwórkę spędziliśmy w San Gimignano, gdy drużyna zakończyła zadanie w Sienie. Powiew wiatru unosi ciemne włosy Harry’ego i papierową serwetkę, którą Granger łapie, by nie spadła na taras. Teraz dokładnie widzę wyraz jego twarzy, bo na zdjęciu rozprasza mnie nagły ruch Granger i umyka mi pełen czułości żar w jego oczach. Tutaj jednak, przycupnięty na zimnej podłodze, dostrzegam go wyraźnie i zalewa mnie nagła fala zrozumienia. W moim gardle narasta bryła. Zaciskam powieki i opieram głowę o drzwiczki szafki.
Poza fotografiami ze mną lub nami razem w pliku znajduje się też około trzech tuzinów zdjęć różnych członków zespołu, a na każdym jest przynajmniej jedna osoba, która już nie żyje. Cafolla z długimi ciemnymi włosami i okrągłymi okularami, dokładnie takimi samymi, jakie Harry nosił w szkole. Mruga figlarnie do aparatu, nonszalancko wspierając się o bark Longbottoma. Delikatna twarz Hooper zmarszczona ze śmiechu. Jej jasne loki wymykają się z kucyka, kiedy żartobliwie szturcha w ramię ponurego Notta. Cahill, ubrany w brudny, rozciągnięty podkoszulek Błotoryjów z Dublina, uderzająco podobny do dawno nieobecnego Weasleya, patrzy na fotografa, który niewątpliwie właśnie obudził go z ukradkowej drzemki. Gwyn w szytym na miarę garniturze od Caraceniego i z pretensjonalnymi złotymi spinkami do mankietów. Po raz kolejny opowiada jakąś ekscytującą historię, gestykulując teatralnie i trzymając w jednej ręce kieliszek porto, a w drugiej cygaro marki Gurkha Black Dragon. Jones, wyglądająca jak młoda McGonagall, w okularach opuszczonych na czubek nosa, siedzi w prezentującym się przytulnie fotelu, a obok niej na podłodze walają się stosy książek. Sympatyczny, wielkoduszny, pulchny Davis uśmiecha się słodko i jak zawsze ma zbyt mocno rozpiętą koszulę, tak że niesforne włosy na jego klatce piersiowej wystają jak trawa w zaniedbanym ogrodzie. Evseev z kamiennym wyrazem twarzy, jedynie uniesieniem brwi okazujący swoje rozbawienie i ewidentną sympatię do fotografa. Foley, ciemnowłosa i zielonooka, wyzywa Harry’ego na rozegranie kolejnej partii szachów. Nikomu nie mogło umknąć, że są podobni jak brat i siostra...
Odkładam zdjęcia na miejsce, nagle doskonale świadomy, dlaczego muszą pozostać w ukryciu. Chociaż czemu Harry dołączył do nich również fotografie ze mną... z nami?...
Dociskam do oczu nasady dłoni, dopóki nie widzę tańczących kolorowych plam. To tak, jakby już nas pogrzebał. Nas albo siebie.

Gdy wraca do mieszkania, opieram się o skrzydło środkowego okna i obserwuję, jak trzech mężczyzn w uliczce poniżej, stojąc po kostki w grząskim śniegu, próbuje wmanewrować przez drzwi pianino.
— Powód numer siedem tysięcy pięćset trzydzieści dwa, dlaczego cieszę się, że jestem czarodziejem — mówię. — Chodź i zobacz.
Zdejmuje buty i podchodzi, bezszelestnie stąpając w samych skarpetkach. Staje za mną i obejmuje mnie w talii, a ja czuję, jak serce przepełnia mi radość, że jednak się nie gniewa. Chowa twarz w moich włosach i wciąga głęboko powietrze, ale jego pozornie czuły dotyk wcale nie jest delikatny.
— Mmm, ładnie pachniesz.
— Hej — odzywam się z udawanym rozdrażnieniem. — Nie spojrzałeś, co wyprawiają ci śmieszni mugole.
— Niosą pianino.
— Skąd wiesz? — Pociągam nosem. — Przecież nawet na nich nie popatrzyłeś.
— Widziałem, jak wchodziłem do budynku.
— Ach, rozumiem. Jesteś w pełni przygotowany, jeśli chodzi o nowinki...
— Nic nie wiem o nowinkach — warczy nisko, dmuchając mi w szyję gorącym i wilgotnym powietrzem, i wysyłając dreszcze prosto do mojej pachwiny. — Ale przygotowany jestem na pewno.
Wysuwa biodra do przodu, tak że mogę poczuć ciepło jego erekcji przez dwie warstwy materiału. Obracam się i oplatam mu ramionami szyję.
— Jak długo jesteś taki twardy, Potter?
— Odkąd się obudziłem, a ty ocierałeś się o mój tyłek — odpowiada, szczypiąc moje wargi swoimi. — Malfoy — dodaje.
— Och, miałem taki piękny sen. — Moje słowa nie są niczym więcej niż szeptem. Czuję ich wibracje na jego skórze. Jęczy i otwiera usta szerzej, pozwalając, bym pocałował go mokro i głęboko. Opuszcza ręce i zaciska władczo dłonie na moich pośladkach.
— O kim śniłeś? — mruczy.
— Oczywiście, że o tobie, ty idioto.
Śmieje się złowieszczo i odchyla do tyłu.
— Masz ochotę na kolejne późne śniadanie albo wczesny obiad? Neville stał się ekspertem w wybieraniu kawiarni, w których serwują wypieki sprzed tygodnia.
— Jasne — odpowiadam, wytrącony z równowagi tą nagłą zmianą tematu. — Ale muszę przebrać się w coś cieplejszego.
— Zaczynam... — przerywa, by pocałować mnie brutalnie — ...myśleć, że... — kolejny pocałunek — ...celowo nie ubierasz się odpowiednio.
Unoszę brew.
— I?
— Mówię tylko, co widzę.
Patrzę na swoje dłonie wsparte o jego pierś, czując, jak sutki twardnieją mu pod tkaniną koszuli. Jest piękny z zaczerwienioną od zimną twarzą i włosami rozwianymi przez wiatr. I wygląda na kogoś rozpaczliwie spragnionego pieprzenia. Przyciągam go do siebie z postanowieniem, że już nie puszczę.
Całujemy się powoli i dokładnie, przez co moja czujność zostaje uśpiona. Wierzę, że działam na niego kojąco i skłaniam do rozluźnienia okrutnego uścisku. Przesuwam językiem po gładkim aksamicie wewnętrznej strony policzków, próbując dotknąć i spróbowac każdego miejsca, do którego mogę dotrzeć. Mamrocze coś, przechyla głowę i otwiera usta szerzej, bym miał lepszy dostęp. Jego dłonie przesuwają się z powrotem z pośladków na dolną część moich pleców. Czuję palce wsuwające się pod pasek spodni i zamykam oczy, pogrążając się całkowicie w doznaniach chwili. Moje ciało odpręża się i poddaje mu całkowicie. Kiedy się odsuwa, jego półprzymknięte oczy wręcz pałają pożądaniem.
— Może, skoro planujesz się przebrać... — mruczy sugestywnie.
Odsuwam się o krok i zaczynam rozpinać koszulę. Patrzy na mnie oczami błyszczącymi niebezpiecznie, z uwagą śledząc każdy guzik przesuwający się przez dziurkę i każdy kawałek odsłanianej skóry. Gdy kończę, wyciąga ręce i wsuwa mi dłonie pod pachy. Pochylam się, by ponownie go pocałować, i czuję, jak pragnienie pulsuje tuż pod powierzchnią jego skóry.
— Czy wiesz... — zaczyna chrapliwym głosem. — Masz pojęcie, co ze mną robisz?
— Jeśli to samo, co ty robisz ze mną, to odpowiedź brzmi „tak”.
— Świetnie — warczy groźnie i już wiem, co nadejdzie. Napinam w oczekiwaniu wszystkie mięśnie. Z powodu emocji i nagłego bolesnego podniecenia moje serce dwukrotnie przyspiesza rytm. Mam świadomość, że odczuwa, jak bardzo go potrzebuję.
Spycha koszulę z moich ramion, dając mi wystarczająco dużo czasu, żebym zdążył odpiąć mankiety i pozwolił jej opaść na podłogę, po czym odpina klamrę pasa od moich spodni.
— Chcę cię od tyłu, na czworakach — mruczy mi chrapliwie do ucha i gryzie dziko jego płatek. Łapie w zęby srebrny kolczyk i kręci nim. Moje serce przyspiesza jeszcze bardziej. Sięgam do jego spodni, ale powstrzymuje mnie uderzeniem w rękę. — Pozwoliłem, żebyś mnie rozebrał? — warczy głosem, który kieruje się prosto do mojego krocza.
Rozpina zamek i spuszcza mi spodnie do kolan, a ja skopuję je do końca i staję przed nim zupełnie nagi w zimnym, szarym świetle poranka. Mój penis jest nabrzmiały i całkowicie sztywny. Na jego czubku perli się gruba kropla preejakulatu, wisi przez chwilę, po czym spada i rozpryskuje na drewnianej podłodze.
— Klęknij i sprzątaj — odzywa się łagodnie, ale kategorycznie. Nawet gdybym miał ochotę na sprzeciw, wiem, że teraz nie czas na kłótnię. Opadam na kolana i sięgam po koszulę. — Nie tak — mówi i odrzuca ją poza zasięg moich palców. — Językiem.
Posyłam mu swój opatentowany malfoyowski uśmieszek. Zdaję sobie sprawę, że moja twarz zmienia się nagle, przybierając butny wyraz, jaki miała w wieku dwunastu lat, gdy stałem przed nim z różdżką w ręku, gotowy do pojedynku.
Patrzy na mnie i warczy niskim głosem.
Ruszaj się, Malfoy.
Wiem dokładnie, co się z nim dzieje, kiedy powierzchnia mojego języka styka się wreszcie z gładkim drewnem, dlatego wysuwam go ze straszliwą powolnością, mocno wspierając się na rękach. Oczy Harry’ego płoną. Patrzę na niego, gdy pochylam głowę, otwieram usta i oblizuję wargi.
— Och, kurwa! — warczy, rozpina spodnie i wsuwa dłoń do środka. Łapie za swoją erekcję i głaszcze ją gwałtownymi ruchami.
W końcu spuszczam wzrok, pochylam się nisko i przesuwam całym językiem po podłodze, smakując drewno, lakier i własną gorzką wydzielinę. Słyszę skrzypienie desek, kiedy podchodzi do mnie od tyłu.
— Niczego nie przegap — mówi. Wiem, że ma teraz idealny widok na moje rozchylone pośladki.
Nie przerywam lizania, mimo że jest już czysto. Myślę tylko o tym, by sprawić mu przyjemność, udowodnić, że może kazać mi wszystko... wszystko, co tylko zechce.
Uderzenie zaskakuje mnie kompletnie. Czuję, jak mój penis ociera się o brzuch, zostawiając na nim wilgotną smugę. Krzyczę, a mój głos rozchodzi się echem po prawie pustym mieszkaniu. Obracam głowę, dociskając rozpalony policzek do chłodnego, wilgotnego drewna, i rozsuwam nogi szerzej.
— To za zabrudzenie mojej podłogi bez pozwolenia — mówi spokojnie.
Daje mi trochę czasu, żebym ochłonął, po czym bije mnie w drugi pośladek otwartą dłonią. Moje biodra podskakują i słyszę kolejne mokre plaśnięcie. Jestem pewien, że dojdę, jeśli uderzy mnie jeszcze raz, nie pozwalając mi ochłonąć.
— A teraz za to, co powiedziałem dzisiaj Neville’owi.
Jego słowa ledwie do mnie docierają, nie wspominając nawet, bym był w stanie zapytać o ich sens. Słyszę, jak ciężko opada na kolana i czuję jego dłonie na pośladkach. Władczy nastrój najwidoczniej zniknął równie szybko, jak się pojawił, bo warczenie przechodzi w jęki i coś, co może być łkaniem, gdy liże, ssie i pieprzy mnie językiem. Robi to z tak niekontrolowanym entuzjazmem, że moje jądra spinają się przy każdym przeszywającym wnętrzności skurczu. Rozciąga mnie tak głęboko jak to możliwe, naciskając kciukami po obu stronach odbytu, i wsuwa we mnie język bez oporu. Żeby pozostać w miejscu, mocno wspieram się o podłogę, szeroko rozstawiając palce. Wszystko, co słyszę, to własne sapanie, dudniące mi w uszach, oraz mlaskanie jego ust. A przynajmniej tak mi się na początku wydaje, bo kiedy wstrzymuję oddech, słowo daję, że dociera do mnie coś jak stłumiony płacz. Cały sztywnieję.
— Harry? — odzywam się nieśmiało. Nie przerywa i nie odpowiada. — Harry? — powtarzam głośniej.
Wreszcie odsuwa się ode mnie i sięga do okularów, poprawiając je zirytowanym gestem.
— Do diabła, Draco! — ni to szlocha, ni sapie. — Nie możesz po prostu pozwolić mi w spokoju doprowadzić cię do orgazmu? Odkryłeś w sobie jakąś nową skłonność do wścibstwa?
Patrzę na niego przez ramię. Nadal klęczy, a jego dłonie wciąż rozsuwają moje pośladki.
— Skłonność do wścibstwa? — odwarkuję. — A może to ty odkryłeś w sobie nową skłonność do wściekania się na mnie zupełnie bez powodu?
— Nie sądzę, żebyś ty miał prawo mówić o wściekaniu się po tym, co powiedziałeś mi zeszłej nocy!
Och. Ręce załamują się pode mną i opadam na podłogę. Byłem już o krok od orgazmu i teraz moja erekcja pulsuje boleśnie, uwięziona między brzuchem a twardymi deskami.
Siada na piętach i ociera usta rękawem koszuli.
— Niech to szlag. Nie powinienem był tego mówić. — Bierze drżący oddech, opiera przedramiona na udach i patrzy na mnie z uwagą. Widzę, że jego spodnie są mokre w kroku i jęczę z frustracji. — Zazwyczaj wydawanie rozkazów podczas seksu nie działa na mnie w taki sposób — wyjaśnia, machając ręką w wyrazie bezradności.
Sytuacja jest dla nas nietypowa i obaj o tym wiemy.
Przewracam się na plecy. Przesuwa wzrokiem od mojej twarzy przez ciemne plamki na klatce piersiowej aż do wściekle czerwonego, udręczonego penisa. Wiem, że zdaje sobie sprawę, jak bliski byłem spełnienia. Znowu patrzy na moją twarz i zagryza przepraszająco wargi.
— Co powiedziałeś Neville’owi? — odzywam się spokojnie.
Zrywa się na równe nogi i szybkim krokiem przechodzi na drugi koniec pokoju, wręcz fizycznie próbując uniknąć odpowiedzi. Ręce ma wbite w kieszenie, a ramiona uniesione aż do uszu. Obraca się i patrzy na mnie z uporem w oczach. Każdy centymetr jego ciała krzyczy „walcz lub uciekaj!”, ale ja nie mam zamiaru mu darować. Leżę nagi na podłodze tego jałowego mieszkania z włosami rozłożonymi na ciemnych deskach jak wachlarz i czekam na odpowiedź.
— Draco, nie — mamrocze i kuca. Balansuje na stopach, chowa twarz w dłonie i przesuwa okulary aż na czubek głowy, jakby mogło to oddzielić go od mojego intensywnego wzroku. Jakby mogło.
Czekam. Zaciska palce na włosach. Nadal czekam. Zakłada okulary z powrotem i powoli kieruje na mnie błagalne spojrzenie.
— Ty zacząłeś — mówię.
Ze złością uderza pięścią o udo i wstaje.
— Kurwa, kurwa, kurwa. Kurwa — klnie, idąc w stronę ogromnego marmurowego kominka. Wreszcie zatrzymuje się i znowu na mnie patrzy. Nie ruszam się. — Nie jest ci zimno? — pyta łagodnie.
— Nie zbędziesz mnie zmianą tematu, Potter.
Parska szyderczo.
— Już dawno przestałem próbować — mówi.
Nie odzywam się. Wiem, że ta pozorna kapitulacja to tylko podstęp, by wciągnąć mnie w rozmowę, a tym samym zwiać tylnym wyjściem, skoro nie udało mu się to drzwiami od frontu.
W końcu podchodzi do mnie i siada obok ze skrzyżowanymi nogami. Wplata palce w moje włosy i marszczy brwi, jak gdyby miał przed sobą szczególnie skomplikowane zadanie z numerologii. Wzdycha głęboko.
— Powiedziałem mu, że po akcji w Irkucku kończę z tym.
Czas złowieszczo zwalnia swój bieg, gdy Harry kontynuuje przeczesywanie moich włosów, a jego krótkie paznokcie zaczepiają o wystającą deskę podłogową.
— Kończysz z czym? — pytam cicho.
— Z tym — odpowiada, lekceważącym gestem wskazując na mieszkanie, jak gdyby symbolizowało ostatnie dziesięć lat jego życia. — Z odmrażaniem sobie tyłka w miastach tuż przy kole podbiegunowym, po których wiatr hula bez ustanku, z jedzeniem trzech posiłków dziennie z kartonów, z siedzeniem każdego wieczoru na podłodze, bo na samą myśl o kupieniu krzesła tęsknię za tobą tak bardzo, że nie mogę oddychać.
Zdejmuje okulary i ponownie chowa twarz w dłoniach, pociera ją i przeczesuje włosy palcami.
— Powiedziałeś mu, że odchodzisz z drużyny?
Kiwa głową.
Obracam się na bok i kładę mu rękę na kolanie.
— Dlaczego?
— Ze wszystkich powodów, które wymieniłem — warczy, ale wiem, że jego złość nie jest skierowana na mnie.
— Zimno, jedzenie na wynos i meble — mówię. — Nic nowego. Czemu akurat teraz? — Tylko na mnie patrzy i wiem, że nie zna odpowiedzi, nie wspominając nawet, że nie potrafiłby jej wymówić. — Czy chodzi o to, co powiedziałem zeszłej nocy? — pytam po kilku chwilach niezręcznej ciszy.
— Nie. Tak. Może... Och, nie mam pojęcia! — poddaje się i znów chowa twarz w dłoniach.
— Gdybym wiedział... — zaczynam.
— ...i tak byś mi powiedział, bo między nami tak już, kurwa, jest — kończy za mnie.
Teraz ja nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Przecież on ma rację. W zamian wyciągam rękę i splatam razem nasze palce. Ściska mnie w odpowiedzi.
— Kochasz swoją pracę.
Śmieje się szyderczo.
— Tak, jasne. Uwielbiam wystawać godzinami na zewnątrz jakiegoś zaśmieconego magazynu, odmrażając jaja w pieprzonej burzy śnieżnej na początku września. Uwielbiam odgryzać sobie język, żeby nie wykrzyczeć wszystkiego, co wiem, kiedy kolejna namiastka Voldemorta trzyma mnie pod Cruciatusem przez dwadzieścia minut. Uwielbiam patrzeć, jak moi najbliżsi przyjaciele całe dnie ukrywają się pod zaklęciami zmieniającymi wygląd, żeby mogli przeniknąć w szeregi pieprzonej armii jakiegoś sadystycznego popierdoleńca. Tak, naprawdę to kocham.
Wszystko, co mówi, jest prawdą, podobnie jak tysiąc innych rzeczy, o których nie wspomina. Takich jak przyspieszone bicie serca, gdy zaskakuje się przeciwnika, bezbronnego i nieprzygotowango. Jak obmyślanie strategii działania do drugiej w nocy wraz z najprzebieglejszymi, najinteligentniejszymi czarodziejami na tym świecie. Jak godziny rozmów, śmiechu i zwyczajnego gadania o głupotach podczas posiłków. Drużyna jest dla niego czymś ważniejszym niż rodzina, a takie życie — najeżone trudnościami i niebezpieczeństwami — to coś, co odciągnęło go od samobójstwa, przy którego próbie znalazłem go te wszystkie lata temu. Choć może właśnie poprzez pragnienie śmierci praca ta nadaje jego życiu sens i cel.
— Nie musisz z tym kończyć — mówię, głaszcząc palcem jego nadgarstek. — Jeśli właśnie tego potrzebujesz, żeby jakoś przetrwać tę porąbaną sprawę z Mefodijem, to w porządku. Dotąd nie pojawił się nikt gorszy od niego i jestem pewien, że Longbottom zdaje sobie sprawę, pod jaką presją działałeś. On na pewno rozumie...
— Nie masz pojęcia, o czym mówię, prawda? — pyta, przeszywając mnie rozgorączkowanym wzrokiem. — Nie zamierzam zmienić zdania. To koniec. Ja z tym kończę. — Wzdycha z irytacją. — Nie widzisz tego, Draco? Mam dosyć. — Ponownie macha ręką, gestem obejmując mieszkanie. — Chcę tego.
Bierze moją rękę w obie dłonie, splata nasze palce i dociska je do piersi. Czuję, jak bije mu serce. Mocno, równo i pewnie. Nie odrywa oczu od mojej twarzy.
— Nie wiesz, jak długo uciekałem? — szepcze, wbijając we mnie błagalne spojrzenie. — Jaki jestem zmęczony? — Dociska moją rękę jeszcze mocniej. Przełykam ślinę przez skurczone gardło. — Nie chcę niczego więcej. Nie potrzebuję niczego więcej.
Łapię w pięść jego koszulę i przyciągam go bliżej. Obejmuję twarz dłońmi. Patrzy mi w oczy, nawet nie mrugając. Wiem, co widzi na mojej twarzy. Widzi i nic nie może na to poradzić. Całe wieki czekania. Czekania, aż powie te kilka prostych słów.
— Nie potrzebuję niczego więcej — powtarza szeptem. — Tylko ciebie.
Dociskam usta do jego warg tak mocno, że smakuję krew. Szlocha z ulgą i odwzajemnia mój zdesperowany pocałunek. Wsuwam mu język do ust i napieram na ramiona, a kiedy kładzie się na plecach, siadam na nim okrakiem. Łapie mnie za biodra i przytrzymuje, żebym się nie ruszał, kiedy wpycha się między moje nogi, ale nie mogę przestać go całować nawet po to, by odetchnąć. To tak, jakby moje serce miało przestać bić, jeśli to zrobię, po prostu się zatrzyma, szarpiąc się i zacinając, aż całkiem odmówi posłuszeństwa. Całuję go i całuję ze wszystkich sił.
— Boże, jak ja cię potrzebuję — szepcze mi prosto w usta.
Łapię za poły koszuli i ściągam mu ją przez głowę. Jego włosy elektryzują się i sterczą do góry, a kiedy znowu dociskam do niego wargi, przeskakuje między nami iskra, przez co chichoczemy jak dzieci. Jego ciemne sutki wydają się jeszcze ciemniejsze w porównaniu z jasną skórą. Przez głowę przebiega mi przelotna myśl, że wcześniej nie był taki blady. Chwytam go za nadgarstki i przyciskam mu je do podłogi nad głową, patrząc na porcelanowe kości i niebieskie żyły pod skórą. Jeszcze nigdy nie wydawał mi się tak piękny jak teraz. Oddycham spazmatycznie. Jest w nim coś tak boleśnie wrażliwego, że niczego nie pragnę bardziej, niż przytulić go i kołysać w swoich ramionach. Pochylam się i całuję linię jego szczęki, potem trącam nosem miejsce pod brodą. Wygina głowę, oferując mi jasną powierzchnię gardła.
Chcę doprowadzić go do spełnienia. Chcę oglądać chwilową panikę w jego oczach, gdy balansuje na krawędzi i boi się spaść, ale jeszcze bardziej boi się tego nie zrobić. Unoszę się i rozpinam mu spodnie. Pomaga mi, podnosząc biodra i spychając dżinsy w dół. Działamy bez scenariusza. Żaden z nas nie jest na górze czy na dole. Obaj zatracamy się w równym stopniu.
Czołgam się między jego uniesionymi kolanami, a on patrzy na mnie, gdy biorę jego nabrzmiałą erekcję do ust. Wzdycha tak długo i głęboko, jak jeszcze nigdy dotąd. Krążę językiem wokół żołędzi, zsuwając napletek, i ssę, smakując preejakulat. Moje usta są go tak głodne, że najmniejszy kontakt z jego smakiem sprawia, iż są pełne śliny, która szybko spływa po penisie i gromadzi w miejscu, gdzie moje palce utworzyły ciasny, gorący pierścień. Czuję, jak gruba żyła na spodzie tętni błagalnie na moim języku.
— Draco! — sapie i chwyta mnie za włosy. Wykonuję jeszcze kilka głębokich ruchów, po czym go uwalniam. Bez wątpienia był już tylko nanosekundy od końca, bo teraz jęczy i wygina plecy w łuk, a jego erekcja drży w suchym orgazmie. — Och, Boże — mamrocze bezsilnie. — Boże, Draco. Proszę.
Ponownie siadam na nim okrakiem i sięgam do tyłu, by nakierować jego penisa na swoje wejście, ale wtedy znów niemal dochodzi, więc muszę go puścić. Jest mokry i, sądząc po lepkości, większość z tej wilgoci to nie moja ślina, dlatego martwię się, że miał jednak jeden z tych pół-orgazmów, po których człowiek staje się jeszcze bardziej sfrustrowany, niż gdyby nie doszedł w ogóle.
— Cholera, przepraszam — szepczę, kiedy bierze mnie w ramiona. — Nie wiedziałem, że byłeś tak blisko.
Ale on tylko kręci głową.
— W porządku — wzdycha. — Jeszcze nie doszedłem. Daj mi kilka sekund, dobrze?
Chichoczę mu w szyję.
— Obaj straciliśmy kontrolę, prawda? — Całuję go w ucho. — Jak wtedy, gdy pieprzyliśmy się po raz pierwszy.
— Cicho bądź — jęczy. — Bo zaraz dojdę. — Przełyka ślinę, próbując złapać oddech. — Wiesz, co bym oddał, żeby mieć twój dziewiczy tyłek? Och, kurwa, albo jeszcze lepiej, twojego dziewiczego kutasa? Każdego galeona z mojego skarbca i każdego, którego mógłbym wyprosić, ukraść albo pożyczyć. Założę się, że smakowałeś mydłem i talkiem, a twoje jądra były tak skurczone i twarde, że bez problemu zmieściłbym w ustach oba naraz. W chwili podniecenia musiałeś być śliczny jak z obrazka, a twoja niewinna dziurka z pewnością była tak ciasna, że odcięłaby krążenie w moim małym palcu.
taki mały i delikatny nie byłem — mówię ze śmiechem. — Myślę, że mamy tu do czynienia z jakimś poważnym historycznym rewizjonizmem. Mówisz o tym samym, cytuję: „fretkowatym gnojku”, który tyle razy omal nie skopał ci dupy na boisku?
— Sublimacja popędu seksualnego — wzdycha. — Klasyczny przykład.
— Używasz słów wielosylabowych — mówię. — Czy to znaczy, że teraz mogę cię już dotknąć?
Parska i obejmuje mnie tak ściśle, że nie dzieli nas nawet milimetr pustej przestrzeni.
— Jestem taki szczęśliwy. Nigdy nie byłem taki szczęśliwy...
Całuje mnie w ucho i pozwala odsunąć się na tyle, bym mógł spojrzeć mu w oczy.
— To dobrze — mówię, uśmiechając się beztrosko. — Najwyższy czas.
— A będę jeszcze szczęśliwszy, kiedy wreszcie znajdę się w twoim tyłku. Obróć się i daj mi kontynuować to, co zaczęliśmy wcześniej.
Muskam wargami jego policzek.
— Wybacz, ale nie. Wolę kontynuować to, co ja zacząłem dwie noce temu.
— To znaczy?
— To znaczy, że chcę, żebyś pieprzył mnie bez przygotowania. — Mruczy w proteście, ale mu przerywam: — Mówię poważnie, Harry. — Chcę, żebyś poznał, jakie to uczucie. Nikt nie pieprzył mnie od więcej niż trzech miesięcy, a to najdłuższy okres, jaki przetrwałem bez fiuta w tyłku, odkąd skończyłem dziewiętnaście lat.
Znowu mamrocze i zakrywa oczy dłońmi.
— Draco...
— Wiesz, że kiedy próbowałem ostatni raz, nie mogłem w siebie wcisnąć nawet porządnej wielkości dildo? Daj mi jeszcze kilka tygodni, a będę w stanie odciąć krążenie w twoim małym...
— Draco...
Przerywam, nagle przestraszony, że posunąłem się za daleko.
— Co?
— Dlaczego?
— Szczerze? — pytam z westchnieniem.
— Tak, proszę.
— Dokładnie z tego powodu, o którym mówiłem. To się stało zaraz po tym, gdy odwiedziłem cię tu po raz pierwszy, po naszym tygodniowym pobycie w Astorii. Poszedłem do jednego z tych klubów, które kiedyś często odwiedzałem, chyba w Amsterdamie. W każdym razie pewien śliczny niebieskooki chłopiec kupił mi drinka, a skoro byłem tam w określonym celu, nie miałem nic przeciwko, gdy zsunął się pod stół...
— Ale?
— Ale gdy tylko dotknął mojego penisa...
Przerywam, bo nie umiem wytłumaczyć, co wtedy czułem.
— Mów dalej.
— Nie wiem. — Rzadko nie potrafię się wysłowić i wiem, że mam teraz jego pełną uwagę. — To było po prostu... złe. I nie trochę złe, ale naprawdę, naprawdę bardzo złe.
— Miało to coś wspólnego ze mną?
— Tak. Wszystko wiązało się z tobą. Kiedy zamknąłem oczy, widziałem twoją twarz. A gdy on mnie dotknął, nic nie było takie, jak trzeba. Jego dłonie nie były twoimi dłońmi.
— Przykro mi.
Parskam z rozbawieniem.
— Niezła z nas para, co? Pewnie jedyna na świecie, która przeprasza się za monogamię.
— Więc co teraz zamierzasz? — pyta. — Tylko mi nie mów, że będziemy żyli w celibacie, bo za cholerę w to nie uwierzę. Jesteś nienasycony seksualnie.
— I kto to mówi — ripostuję jeszcze bardziej rozbawiony. — Co zamierzam? Będę się onanizował jak każdy normalny człowiek.
— Nie, jeśli ja mam w tej kwestii coś do powiedzenia — mówi ze śmiechem. Przywołuje nawilżacz i sięga między moje uda, żeby posmarować penisa.
— A co, chcesz zabronić mi używać własnej ręki? — pytam z niedowierzaniem. — Ujmując wprost, nie masz nic przeciwko, żebym pieprzył się z innymi mężczyznami, ale nie podoba ci się, że się masturbuję?
— Nie, ty głupku — wyjaśnia z czułością. — Chodzi mi o to, że nie będziesz potrzebował ani ręki, ani jakiegoś niebieskookiego obciągacza, bo ja będę tam, gdzie jest moje pieprzone miejsce i sam się tobą zajmę.
Coś łapie mnie za gardło. Pochylam się, żeby go pocałować, a on korzysta z mojej nieuwagi, przesuwa śliskim palcem między moimi pośladkami i wsuwa we mnie jego czubek.
— Nie... Żadnych palców.
— Nie chcę cię zranić.
— Od kiedy? — parskam.
— Mówię poważnie — szepcze. — Nie chcę cię skrzywdzić. Nie dzisiaj.
— A klapsy jeszcze chwilę temu to co? Miłosne poklepywanie?
— Cóż, nie kierowałem się miłością...
— Wiem, że nie... — uspokajam go.
— Byłem zdenerwowany. Ale teraz już nie jestem.
— Nie zranisz mnie. A przynajmniej nie tak, jak myślisz. Nie martw się.
— Na pewno?
— Na pewno. — Wzdycham i balansuję nad nabrzmiałym czubkiem jego penisa. Łapie mnie za pośladki i rozsuwa je szerzej. — Daj mi tylko chwilkę, żebym się do ciebie przyzwyczaił. Nie zaczynaj się poruszać od razu.
— Będę tak ostrożny, jak potrzebujesz — zapewnia, a ja zastanawiam się przelotnie, co by było, gdybyśmy w szkole, zamiast rzucać na siebie zaklęcia czarnomagiczne, tarzali się razem w wysokiej trawie nad jeziorem pod jasnym, bezchmurnym niebem.
Zamykam oczy i pozwalam grawitacji wykonać swoje zadanie. Jest tak twardy i mokry, że początkowo wsuwa się we mnie tylko z niewielkim oporem, jednak gdy napletek ociera się o mięśnie odbytu, ból rozkwita we mnie jak kwiat. To jedno z najbardziej niesamowitych doznań, jakich kiedykolwiek doświadczyłem, więc wyrażam swą rozkosz na głos, żeby się nią podzielić. Osuwam się niżej i przez moment myślę, że zostanę rozdarty, ale już po chwili moje ciało dostosowuje się, pamięć o Harrym we mnie odżywa i relaksuje mnie. Jestem dla niego jak szyta na miarę, idealnie dopasowana rękawiczka. Pozwalam swoim myślom odpłynąć, pozwalam sobie doświadczyć napięcia i protestu własnego ciała, kiedy powoli opadam niżej, nabijając się na tego cudownego penisa. Jakie to dziwne. Samotność ludzkiej duszy. Opuszczone i pozbawione dotyku, moje ciało zwinęło się w kłębek jak płód albo zwłoki. Nie otworzyłem się w swoim osamotnieniu, ale zamknąłem w sobie. Moje ciało jest mniej szczodre, niż było kiedyś.
— Boli? — pyta cicho. Otwieram oczy.
— Nie. — Oczywiście, że boli, ale nie tak, jak on myśli.
— Draco — jęczy. — Jesteś taki ciasny.
Przylegamy do siebie tak doskonale, że czuję każdy skurcz jego penisa. Mam nawet wrażenie, że lekko kołysze się we mnie przy każdym oddechu Harry’ego.
— Piękny. — Głaszcze moje boki, plecy, pośladki. — Tak cholernie piękny. — Prawie dotarłem na miejsce. Jego twarde włosy łonowe łaskoczą spodnią część moich jąder. — Pamiętam... — szepcze. — Pamiętam, jak przyglądałem ci się pewnego popołudnia. To musiało być krótko przed egzaminami, ponieważ pogoda była cudowna, a Hermiona zabrała ze sobą wszystkie swoje cholerne książki. Siedzieliśmy na dziedzińcu i wtedy cię zobaczyłem...
Wreszcie mam go w sobie całego. Jęczy i zaciska powieki, czując skurcze głęboko w moim ciele. Tak głęboko, że mógłbym przysiąc, że narusza to moje wnętrzności.
— Zobaczyłem cię... Siedziałeś ze Ślizgonami i śmiałeś się.
Patrzę na niego i czekam.
— I?
— I tyle.
— To wszystko? Śmiałem się?
— Tak, to wszystko.
Zamykam oczy i przełykam łzy. Przecież to głupie. Głupie, gdy człowiek zbliżający się do czterdziestki płacze za swoją młodością i za tym, jak mogłyby potoczyć się jego losy. Nic nie dzieje się bez powodu, a z pewnością istniał powód, dla którego tych dwóch chłopców, siedzących w słońcu z zamkniętymi podręcznikami w torbach i topiącymi się czekoladowymi żabami w kieszeniach, dzieliła przepaść nie do pokonania...
— Draco.
Dźwięk mojego imienia sprowadza mnie z powrotem do rzeczywistości.
Pochylam się i opieram przedramiona po obu stronach jego głowy. Unosi się do pocałunku, ale się odsuwam. Ustępuje, opada na podłogę i pozwala mi robić, co chcę. Zdejmuję mu okulary, składam je ostrożnie i odkładam na bok. Jego oczy bez szklanej bariery wyglądają na jeszcze bardziej zielone, ale też na dziwnie wrażliwe. Jakbym właśnie usunął barykadę, oddzielającą mnie od jego duszy. Rzęsy ma długie i kruczoczarne, a w kącikach oczu pojawiły się już zmarszczki, które całuję delikatnie, czując łaskotanie na ustach. Tropię brwi czubkiem języka. Jak ja je kocham! Moje własne są blade, prawie niewidoczne. Ale jego są tak ekscytujące, tak wyraziste. Oprawiają ogień oczu i tak żywo kontrastują z bladą skórą. Nigdy nie uda mu się skłamać, brwi go zdradzą. Dumne, wyniosłe, niepokorne. Prowokują świat, by się z nim zmierzył, by go wyzwał...
Porusza biodrami, spragniony tarcia i spełnienia. Opieram ręce o podłogę i odchylam się, czując, że wchodzi we mnie głębiej. Jęczy przeciągle i zaciska powieki, mogę więc teraz skupić uwagę na jego ustach. Są pełne i czerwone, nie wąskie i różowe jak moje. Perfekcyjne. Męskie, ale bez przesadnej twardości. Zmysłowe, ale nieświadome tej zmysłowości. Ich kąciki opadają już lekko, ale są też otoczone zmarszczkami od śmiechu. Śledzę językiem najpierw górną wargę, a potem szczypię dolną. W odpowiedzi wzdycha rozkosznie i szarpie biodrami. Słodkie, słodkie i gładsze niż jedwab. Jestem ich taki głody, że ciągnę dolną wargę i przebiegam językiem miedzy napiętą skóra ą zębami.
— Boże, Draco... — mamrocze mi wprost do ust. Przesuwa dłońmi po moich plecach i obejmuje twarz, czubkami palców muskając uszy. — Ty... ty...
Jednak cokolwiek chce powiedzieć, nigdy się tego nie dowiem. Obejmuję jego wargi swoimi i nabieram oddechu z jego płuc. Wygina plecy, jakbym wysysał mu duszę z piersi. Zaciska na mnie ręce mocniej i przyciąga do siebie bliżej. Czuję, że mi się poddaje. Rezygnuje z resztek samokontroli. Przyjmuję ofertę i nasze języki splatają się ze sobą. Przechylam głowę tak, że nasze twarze są teraz ustawione do siebie niemal prostopadle. I jednocześnie zaczynam się poruszać na jego penisie, rozmyślnie powoli.
Jęczy i rozchyla wargi jeszcze szerzej. Wyginam kręgosłup w łuk. Mięśnie moich pleców są mocne i elastyczne, poruszam się więc płynnie, faliście, opuszczając i unosząc biodra w stałym rytmie ukierunkowanym na dostarczenie Harry’emu maksymalnej bliskości i przyjemności. Jego język w moich ustach jest tak gorący i zachłanny, że czuję, iż mogę się zgubić w tym pocałunku i nigdy nie odnaleźć ponownie. Wiem, że zaraz dojdzie, czuję to w stopniowo narastającym cieple jego ciała. W boleśnie pulsującym penisie. Przerywam pocałunek, obserwując, jak nitka śliny między naszymi ustami rozciąga się i przerywa. Jego oczy proszą mnie, błagają, żebrzą. Odsuwam się i opieram na kolanach, rozluźniając mięśnie ud, brzucha i pleców.
Należę do niego, może mnie wykorzystać, jak tylko zechce. Odczytuje zmiany w moim ciele i ponownie przejmuje kontrolę. Zaciska palce na moich bokach, siniacząc napiętą skórę na kościach miednicy. Siła i moc promieniujące z jego drgającego pode mną ciała pozbawiają mnie oddechu. Po raz kolejny uświadamiam sobie, że najpotężniejszy czarodziej świata leży właśnie między moimi nogami z penisem w moim tyłku. Unieruchamia moje biodra i wbija się we mnie mocno. Patrzymy na siebie i w jego wzroku widzę całkowity szacunek dla naszej równości. Bierze ode mnie rozkosz, ale tylko ja mogę mu ją ofiarować. Coś za coś. Dajemy i bierzemy. Za każdym razem spotykam się z nim w połowie drogi. Zawsze. I jeśli będzie to ode mnie zależało, to się nigdy nie zmieni.
— Draco.
Jego oczy wywracają się w głąb czaszki, tak że pod ciemną ramą rzęs widzę tylko białka. Głęboko w sobie czuję porażającą siłę jego orgazmu. Wrażenie jest dokładnie takie, jakby zaatakował pięścią moją duszę. Krzyczę i zaciskam dłoń na własnym penisie, głaszcząc go, aż perłowe nasienie eksploduje między moimi palcami w błogosławionej fontannie ulgi. Mój odbyt pulsuje wokół solidnej szerokości jego erekcji, wyciskając ze mnie więcej spermy, niż, przysięgam, jest to możliwe. Słyszę swój głos, łkający jego imię wciąż i wciąż.
Milyj moj — szepcze mi nabożnie do ucha. Opadam na jego pierś, a on obejmuje mnie i kołysze delikatnie. — Ljubimyj moj. Radost moja.
Teraz szlocham bez oporów. Jestem kompletnie bezsilny, co musi czuć, bo przewraca mnie na plecy. Jego penis już zmięknął, ale i tak jest dostatecznie twardy, żeby ponownie we mnie wejść. Łapię go za biodra i zaplatam wokół nich nogi. Podłoga jest twarda i zimna, ale nic mnie to nie obchodzi. Wszystko, co czuję, to Harry.
— Nie przestawaj! — krzyczę bez tchu. — Nie odchodź! Och, Harry!
Otacza dłońmi moją głowę od tyłu i naciska kciukami na tchawicę. To niewiarygodne, ale znowu jest twardy i ponownie się we mnie wbija. Skurcze w moim wnętrzu jeszcze całkowicie nie minęły, zanim obrócił mnie na plecy, i teraz czuję, że znów nabierają na sile. Podobnie jak końcówka zapałki uderzona o szorstką powierzchnię, mój orgazm ożywa. Poddaję się jego falom, a Harry zaciska kciuki na tyle mocno, że tracę świadomość, a oczy wywracają mi się w głąb czaszki jak jemu wcześniej.
— Dojdź, Draco — prosi szeptem. — Dojdź. Obiecuję, że nic ci się nie stanie. Tylko dojdź.
Dochodzę.

***


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Akame » 10 maja 2012, o 21:52

Ależ oczywiście, że sobie powklepywałam miejsca w google i pooglądałam, moja ciekawość nie zna granic :D
Naprawdę, wspaniale można wczuć się w klimat.

Dlaczego ja się boję teraz, że kiedy już Harry podjął decyzję, jedyną słuszną zresztą, to coś się stanie? Bo oczywiście byłoby za pięknie. Przedtem klimat był ciężki, ale po tym rozdziale miałam ciarry.
I wcale nie mam wrażenia, że za dużo seksu, boru, oni się spotkali po długim czasie, powinni z łóżka nie wychodzić.
Przeraża mnie to, jak boją się swoich uczuć. Owszem, przyznają się do nich, ale obchodzą się z nimi jak z jajkiem. I te fotografie w szufladzie, oni, wraz z tymi co odeszli. Naprawdę, bardziej posępnie być już nie może. Tak, jakby Harry skazał ich już na stracenie. Jakby czuł, że stanie się coś złego i Draco zostanie sam.

Naprawdę, nie wiem co napisać po tym rozdziale. Brak mi słów. Był piękny, pełen uczuć, dramatu i po prostu mnie sieknął. Dziękuję jeszcze raz za to opowiadanie.
Pozdrawiam i życzę weny :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez pulsująca męskość » 13 maja 2012, o 18:40

Dawno się nie odzywałam przy tym fantastycznym tytule, ale cały czas byłam na bieżąco. Po prostu nie wiedziałam, co pisać.
E-kurde-mejzing.
Aż nawet z głupoty zapomniałam podłączyć sobie "Jovane Jovanke" jako soundtrack.
No, ale do rzeczy.
OO
Już wcześniej coś takiego... Ale dobra. Po prostu jestem zbyt wstrząśnięta i nie mam pojęcia jak ubrać myśli w słowa. Ale ten motyw z lizaniem podłogi. Moja pierwsza myśl była coś jakby... nie umiem do końca ubrać mych odczuć w słowa, bo warto by jeszcze dołączyć wyraz mojej twarzy, żeby w pełni zrozumieć, jak mi się to wypowiedziało, ale "to już chyba za wiele". A nie zajęło mi dużo czasu, by zrozumieć, że to wcale nie za wiele, a wręcz akurat, żeby oddać stan Draco. To jest czyste wariactwo. Jakbym czytała... Nie wiem co. Coś.

I przepraszam, ale bardziej posępnie być nie może? Co rozdział mam wrażenie, że bardziej posępnie być nie może xD Jak sielanka przeplata się z dramatem niedopowiedzeń. Momentami jest tragicznie, aż do jakiegoś przerysowania. I co najlepsze to przerysowanie wcale nie działa negatywnie. Jest jakby wyważone. Wiem, ze to wszystko brzmi jak kompletna głupota, ale to też nie jest żadna prywatka.
To jest strasznie dziwne, bo ze względu oczywiście na sytuację między nimi, jaka wynikła, to spotkanie w ogóle jakby wydawało im się nie dawać radości. To jest jakby taki etap wiecie... no jak z każdej takiej historii, gdzie dwójka ludzi jest w stanie odciąć się od świata, bo nikt inny nie jest im potrzebny. Teraz w ogóle pomieszałam dwie myśli.
No mniejsza, po prostu dam sobie na razie spokój z ciężką rozkminą.

Ale, nabogu, jaka byłam zdziwiona, kiedy wpadam na pocztę, którą rzadko odwiedzam, a tu, że ktoś mi przesłał mi wiadomość na tym obcym mi forum. No taka wyróżniona to się dawno nie czułam.

Cholera, to takie szalone.

Z poważaniem
pulsująca męskość
Obrazek
PONIES?!
...
pulsująca męskość Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 23
Dołączył(a): 27 gru 2011, o 15:07
Lokalizacja: Orbita Rozkoszy

Postprzez MargotX » 14 maja 2012, o 22:23

Rezerwuję miejsce na kilka zdań, postaram się jutro napisać.

Edit:
Jak można tak szaleć, kochać z taką intensywnością, a jednocześnie tak bardzo bać się tych uczuć?
Retoryczne pytanie w przypadku tej dwójki. Wszystko, co się między nimi dzieje, jest tak gęste, że w każdej chwili człowiek spodziewa się jakiegoś wielkiego, spektakularnego bum, które rozniesie ich szaloną namiętność w pył i pozostawi po sobie jedynie zgliszcza.

Nie wierzę zbytnio, że Harry'emu rzeczywiście uda się odejście, zakończenie tego etapu niebezpiecznego życia, a nawet jeśli on temu podoła, to przypuszczam, że los się upomni. Jakieś nieodparte wrażenie mam, niestety, że tej parze raczej nie dane będzie żyć długo i szczęśliwie...
Bardzo, ale to bardzo chciałabym się mylić, bo to, co ich łączy w tym tekście, nie zdarza się zbyt często, ponadto chyba już dość długo żyją z obsesją śmierci. Tyle, że zapowiedź akcji tu akurat nie wróży raczej nic dobrego, podobnie jak perspektywa wspólnej drogi naszych bohaterów.

Tak bardzo, jak uwielbiam DR, tak z obawą zaczynam czytać każdą kolejną część i tak już zostanie.
Dziękuję i pozdrawiam.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Kaczalka » 16 maja 2012, o 21:43

Część VI


Longbottom, zgodnie z przysłaną wcześniej wiadomością, czeka na nas przy wiecznym zniczu. W ciemnościach koloru indygo Harry dostrzega go pierwszy — postać o zgarbionych ramionach, której wysoki wzrost i ostry profil przeczą pozornemu wrażeniu, że to człowiek słaby. Przechodzimy przez pusty obszar Pól Marsowych z postawionymi kołnierzami, chroniącymi nasze szyje przed wiatrem prosto znad morza. Unosi on niewielkie pozostałości śniegu, nawiewane wciąż na te dziewięć hektarów zniszczonej trawy i betonu z czasów sowieckich, i wiruje nim w ostrych podmuchach. Gdzieś pod naszymi stopami spoczywają fanatyczne serca rewolucjonistów, jednak tutaj, wśród żywych, jest tylko żałosne zawodzenie wiatru pomiędzy przewodami sieci tramwajowej oraz dwa psy, na przemian gryzące się i kopulujące pod śmiesznym pomnikiem z brązu, przedstawiającym mugolskiego generała jako starożytnego boga wojny.
Bez wątpienia Longbottom jest tu już od jakiegoś czasu, bo zdążył nawiązać znajomość z gromadką pijaków i włóczęgów, grzejących ręce nad płomieniem znicza. Gdy podchodzimy, jeden z nich oferuje nam nawet butelkę ukrytą w brązowej papierowej torebce.
Dobryj wieczer. Anglijskij — mówi, wskazując na Longbottoma. — Ruskij — dodaje, kierując palec na siebie.
— Tak, to bardzo pouczające — mruczę pod nosem.
Prijatno s wami poznakomitsja — odpowiada Harry i potrząsa jego ręką. Mężczyzna ponownie unosi butelkę, ale Harry kręci przecząco głową. — Niet. Oczien spasibo.
— Uczył się rosyjskiego w Irkucku — zwraca się do mnie Longbottom i wita z Harrym. — Jak się masz, Draco?
Ściskamy sobie dłonie. Jeśli jest zły albo zdenerwowany z powodu tego, co usłyszał rano, jego twarz niczego nie wyraża.
— Tak, jak się można spodziewać — mówię, co przyjmuje bez komentarza.
Patrzę na Harry’ego. Przykucnął obok człowieka z butelką i balansuje teraz na stopach, grzejąc się nad ogniem jak pozostali. Rozmawiają z tak dużym zaangażowaniem, na jakie pozwala Harry’emu znajomość języka, i gdyby nie kontrast ich ubiorów, można by pomyśleć, że są braćmi. Obaj ciemnowłosi, obaj w okularach. Tyle że włóczęga owinięty jest w coś, co wygląda jak kilka warstw brudnych szmat, a Harry ma na sobie smoking z jedwabnymi klapami, białą muszkę i kamizelkę. Poły jego długiego grafitowego płaszcza z merynosów zwijają się wokół stóp, a czarne lakierki odbijają migoczące światło.
— Na mugolach to musi robić wrażenie — nawiązuję rozmowę, mając na myśli płomień, palący się pozornie bez żadnego zasilania.
Longbottom wzrusza ramionami.
— Biorąc pod uwagę fluktuacje historycznych nastrojów i turystyczną otoczkę carskiej Rosji, dziwię się, że ten pomnik w ogóle jeszcze istnieje.
Nie patrzy na mnie i mimo że jego ton jest uprzejmy, bezbarwna neutralność odpowiedzi i odmowa nawiązania kontaktu wzrokowego mówią wiele. Przyglądam mu się przez dłuższy moment, ale on tylko patrzy przez płomień na twarz Harry’ego. Wzdycham z rezygnacją i podchodzę do tablicy informacyjnej osadzonej w betonie. Czubkiem buta zgarniam z niej śnieg.
— Całkiem znajomy rozwój wydarzeń, prawda? — dobiega mnie głos z tyłu. Zamykam na chwilę oczy i zanim się odzywam, biorę głęboki oddech.
— Nott — mówię spokojnie.
— Malfoy. — Jego ton jest ciężki od sarkastycznej imitacji szacunku. Staje obok mnie i odczytuje informacje z tablicy z przesadną powagą na twarzy: — W roku 1917 w Rosji miały miejsce dwie różne rewolucje: obalenie reżimu carskiego i utworzenie Rządu Tymczasowego oraz rewolucja październikowa, kiedy to bolszewicy obalili Rząd Tymczasowy. Przyczyny obu rewolucji wpłynęły na rosyjską sytuację polityczną, ekonomiczną i społeczną. Mieszkańcy Rosji obwiniali autokrację cara Mikołaja II oraz skorumpowane i anachroniczne jednostki w jego rządzie utytułowanych arystokratów...
Obracam głowę i mierzę go wściekłym spojrzeniem.
— Dziękuję, ale umiem czytać.
Przygląda mi się w udawanym zdumieniu.
— Czemu jesteś taki drażliwy, Malfoy? Przecież to tylko kawałek... starej historii. — Pochyla głowę i drapie się po brodzie, po czym ponownie patrzy na tablicę. — Ach! Ale bolszewicy przynajmniej wiedzieli, jak radzić sobie ze swoją arystokracją. Tutaj jest napisane, że: po kilkukrotnych zmianach miejsca pobytu z powodów bezpieczeństwa rodzina królewska zamieszkała ostatecznie w Jekaterynburgu. To duże miasto na Uralu — dodaje od siebie radośnie. — Po pewnym czasie przybył tam oddział egzekucyjny i czekał na rozkazy z Moskwy. W końcu, wczesnym rankiem 17 lipca, całą rodzinę wymordowano w piwnicy domu Ipatiewa.
Obracam się w jego stronę tak nagle, że robi krok do tyłu, patrząc na mnie oczami szeroko otwartymi z zaskoczenia.
— Czy właśnie o tym marzyłeś, Nott? Że ktoś wyda rozkaz, by spalić dwór na popiół razem z przebywającymi w nim ciągle dwoma mieszkańcami?
Patrzy na mnie ze złością, dopóki się nie uspokaja. Niespodziewanie przypominam sobie Severusa i oddycham głęboko, chcąc pozbyć się bolesnego ucisku w piersi.
— Nie — mówi, potrząsając głową. — Nie, Malfoy, mylisz się. Właściwie marzyłem o tym, żeby nikt mnie nie powstrzymał, kiedy miałem twoje gardło na końcu mojej różdżki.
Wyciąga rękę i naciska mi palcem na jabłko Adama, zmuszając tym do odruchowego przełknięcia śliny. Zastanawiam się, czy widzi siniaki, jakie Harry zostawił tam dziś po południu, i myśl ta rozwściecza mnie tak, jakby Nott podglądał nas w trakcie uprawiania miłości. Uderzam go w rękę i mrużę oczy w szparki, które z pewnością pamięta ze szkolnych czasów.
— Cóż, przypuszczam, że to się fatalnie dla ciebie złożyło, prawda, Nott? Wygląda na to, że straciłeś swoją szansę, bo jeśli zabijesz mnie teraz, czeka cię rozprawa z jednym z twoich najlepszych przyjaciół, i gwarantuję ci, że nie będzie ona przyjemna. Jeśli nie wierzysz, zapytaj Voldemorta.
Przez moment jego wyrachowane spojrzenie aż jarzy się z furii.
— Nie waż się mówić mi o Voldemorcie. I nigdy nie wykorzystuj swojego... swojego... związku... — niemal wypluwa mi te słowa w twarz — ...lub jakkolwiek nazywasz to, co cię wiąże z Harrym, przeciwko mnie. Nie wiesz wszystkiego, Malfoy. Tak naprawdę nie wiesz nawet połowy...
Ta rozmowa musi się skończyć, inaczej go przeklnę. Kwestią nie jest już „czy”, ale „kiedy”.
Na szczęście dla nas obu nasz dialog zostaje przerwany przez Harry’ego, który obejmuje mnie jedna ręką, a drugą ściska dłoń Notta.
— Teo — mówi wesoło. — Cieszę się, że do nas dołączyłeś.
Obserwuję walkę na twarzy Notta. Obrzydzenie na widok oczywistych uczuć Harry’ego do mnie konkuruje z równie oczywistą radością ze spotkania. Radość wygrywa.
— No cóż, jak mogłem zrezygnować z bezpłatnej kolacji w Dworjanskoim Gnieździe? — Zanim puszcza rękę Harry’ego, obejmując ją przez chwilę obiema dłońmi.
— Mam nadzieję, że nie przerwałem jakiegoś ważnego ślizgońskiego interesu — mówi Harry, całując mnie w policzek. Wymieniamy z Nottem ukradkowe, ostre spojrzenia.
— Oczywiście, że nie — odpowiadam z uśmiechem. — A ja wierzę, że ty zakończyłeś już własne interesy... czy co to było, z tamtym dżentelmenem? — Kiwam głową w stronę włóczęgi i nagle dociera do mnie, że ma on na sobie płaszcz Harry’ego. Wywracam oczami.
— No co? — pyta niewinnie. — Jest zimno.
— Tak, jest. I jak sam masz teraz zamiar nie zmarznąć?
— Tuląc się do ciebie, oczywiście — odpowiada ze śmiechem.
Całuje mnie ponownie, tym razem w usta. Rzadko kiedy okazuje mi czułość w miejscach publicznych, więc kiedy się odsuwa, patrzę na niego pytająco. Wzrusza tylko ramionami i chichocze jak nastolatek.
W międzyczasie przybyli już wszyscy zaproszeni poza Higglebeem, który podobno na ochotnika objął samotną zmianę w Irkucku. Bez wątpienia ku rozczarowaniu Harry’ego. Widzę, że Lovegood i O’Malley nadchodzą od strony mostu Troickiego. Sądząc po ilości białej pary, jaka się unosi wokół nich, są pogrążone w gorączkowej dyskusji. Gdy tylko Lovegood mnie dostrzega, podbiega i jak dziewczynka zarzuca mi ramiona na szyję. Nott krzywi się ze złości, kiedy posyłam mu nad jej głową ironiczny uśmieszek. O’Malley dołącza do Longbottoma, Watson i Fairbanksa, stojących przy zniczu.
Krum przybywa jako ostatni. Jak zawsze bardzo formalnie ściska nam dłonie i warczącym głosem wymawia każde nazwisko, kiwając przy tym głową.
— To co, możemy iść? — pyta Harry wszystkich zebranych, ale ja wiem, że słowa kieruje przede wszystkim do Longbottoma, gdyż ten w odpowiedzi przytakuje krótko.
Opuszczamy Pola Marsowe i podążamy wzdłuż kanału Mojka, mijając jedną po drugiej rezydencje w stylu regencji, których drzwi ozdobione są witrażowymi szybami i otoczone żłobionymi kolumnami. Nasze głosy i dźwięk kroków roznoszą się echem w powietrzu względnie cichego wieczora w środku tygodnia. Co jakiś czas spod ciemnych płaszczy O’Malley, Watson i Lovegood, niczym mignięcia jaskrawych skrzydeł kardynała w stadzie wróbli, wysuwają się kawałki kolorowych sukni.
— Pewnie tęsknisz za Evansem — mówię do O’Malley. — Jak on się czuje?
— Lepiej. Dzięki Merlinowi znowu może chodzić. Mamy szczęście, że w Irkucku żyje niewielka grupa czarodziejów. Gdyby nie udało nam się ustabilizować go na miejscu przed przetransportowaniem do Petersburga, nie wiem, co byśmy zrobili. Zapewne zabraliby go do mugolskiego szpitala. — Drży na samą myśl.
— Dowiedzieliście się czegoś o zaklęciu, którym oberwał?
— Nie. To wygląda tak, jakby Mefodij i jego ludzie używali zupełnie innego rodzaju magii niż my.
— Bo używają — mówię. — Właśnie dlatego nad nią pracuję.
Przez kilka minut idziemy w milczeniu. Wieczór jest rześki, czysty i na tyle zimny, że dym z fabryk umiejscowionych wzdłuż brzegu Newy wisi w powietrzu niczym oddech olbrzymów, nie chcąc się rozproszyć.
O’Malley odchrząkuje.
— Wiesz, że Ed jest teraz w Świętym Mungu? — szepcze w kołnierz płaszcza, nawet na mnie nie patrząc. — Powinieneś z nim porozmawiać.
— Nie, nie miałem pojęcia. — Zerkam ukradkiem na Harry’ego, który wydaje się pogrążony w dyskusji z Krumem. — Zastanawiam się, czemu mi nie powiedział.
— Harry żyje ostatnio w dużym napięciu — mówi mało pomocnie i marszczy brwi.
— Tyle sam wywnioskowałem. Chociaż był mniej niż oględny w szczegółach.
Czuję, że O’Malley sztywnieje i zauważam, jak zaciska usta.
— Raczej mnie to nie dziwi. Twój Harry nigdy nie był wylewny, prawda?
— Czy już powinienem przewracać się w grobie? — Razem z O’Malley patrzymy na Harry’ego z przerażeniem. — O co chodzi? Czy ja właśnie usłyszałem swoje imię? — Przygląda nam się przez chwilę. — Och, dajcie spokój. To tylko przenośnia.
Gdy wsuwa mi rękę pod ramię, czuję, że drży.
— Nie możesz rzucić zaklęcia ocieplającego? — pytam.
— Kiedy jesteśmy razem, w ogóle nie używamy magii.
— Prawdopodobnie to dobry pomysł. Masz. — Zatrzymuję się i zdejmuję płaszcz. — Ubieraj.
— Nie bądź głupi — sprzeciwia się. — Załóż go z powrotem. Jest zimno.
— I właśnie z tego powodu powinieneś go mieć na sobie przez resztę drogi. — Stoimy w impasie, patrząc na siebie nawzajem. — Jeśli go nie założysz, to ja też nie i wtedy zmarzniemy obaj.
— Malfoy, to najgłupszy...
— Na jaja Merlina, Harry! — krzyczy Watson. — Możesz wziąć ten płaszcz i się pospieszyć? Zaraz nam tu dupy odmarzną.
Zerkam na resztę grupy. Kulą się, przytupują i chuchają w zwinięte dłonie.
— Czy na pewno marzy ci się bunt na pokładzie, Potter? — mówię, wyginając władczo brew. Prycha, wyrywa mi płaszcz z ręki i zarzuca go na ramiona jak pelerynę. — Naprawę wierzysz, że wygrasz ten pojedynek, nie wkładając rąk w rękawy? — Mamrocze coś z rezygnacją i ubiera płaszcz prawidłowo. Zapinam za niego guziki, po czym wsuwam mu szalik pod brodę. — No, teraz dobrze — mówię protekcjonalnie. — Prawda, że ci lepiej?
Ku mojemu zaskoczeniu pochyla się i całuje mnie, delikatnie i powoli.
— Tak, masz rację — szepcze. — Dziękuję.
Biorę jego twarz w dłonie i uśmiecham się do niego szczerze.
— Proszę bardzo.
Odwzajemnia uśmiech z czułością.
— Och, na miłość!...
— Dobrze, dobrze! — odkrzykuje Harry. — Boże, ludzie, ale z was banda mięczaków! Można by pomyśleć, że nie spędziliście grudnia w mroźnym klimacie...
— Nawet nam nie przypominaj! — rozlega się zgodny jęk całej grupy.

Nic dziwnego, że Dworjanskoje Gniezdo znajduje się w pałacu. A dokładniej w pałacu Jusupowa.
— Czuję się, jakbym był w Wersalu — mówi Fairbanks, kiedy zbliżamy się do długiego, trzypiętrowego budynku, rozciągającego się wzdłuż kanału na więcej niż przecznicę. Jego stiukowe ściany w kolorze jaskra i białe korynckie pilastry oświetlone są przez reflektory, których blask odbij się od nich jak wspomnienie lata w ciemnej, ozdobionej lodem wodzie. Wewnątrz, w alei z białego marmuru, wznoszą się schody pokryte dywanem barwy burgunda.
— Uważam, że to bardzo ciekawe — odzywa się O’Malley, kiedy czekamy, aż portier odbierze nasze płaszcze — że główne wejścia tych pałaców zawsze wykonane są z białego marmuru. To tak, jakby żyjący tu ludzie nie czuli się komfortowo w żadnym otoczeniu, które nie przypomina im o śniegu.
— W takim razie nieuchronne zesłanie na Syberię musi im się wydawać łatwiejsze — mówi Fairbanks, ale widząc sceptyczną minę Watson, zaraz dodaje z uśmiechem: — A może nie.
— Czy cokolwiek może uczynić zesłanie na Syberię łatwiejszym? — pyta Watson.
— Duża ilość wódki — odpowiada Krum beznamiętnie.
— Znasz to z własnego doświadczenia — ripostuje Watson, a usta Kruma drgają w niemal niezauważalnym uśmiechu.
Konsjerż informuje nas, że stół nie jest jeszcze gotowy i na czas oczekiwania zaprasza na drugie piętro. Harry prosi go o kartę szampanów i siada na kanapie w szerokiej wnęce u szczytu schodów, a ja przechadzam się po głównym salonie. Jest ogromny, okrągły, bezosobowy i całkowicie pozbawiony intymności, zupełnie przeciwnie niż w angielskich wiejskich posiadłościach z tej samej epoki. Z drugiej strony, w odróżnieniu od Anglii, Rosja w połowie dziewiętnastego wieku dopiero wychodziła z okresu feudalizmu i najazdów wrogich armii. Rosyjska arystokracja nie czuła się jeszcze na tyle bezpieczna, by pozwolić sobie na mniejsze, bardziej prywatne pomieszczenia czy meble, które mogłyby zachęcić gości do swobodnego odpoczynku. Przyglądam się formalnym krzesłom z prostymi oparciami, ustawionym w rzędzie wzdłuż holu, i próbuję wyobrazić je sobie we własnym dworze. Obraz gości, czujnych, z kolanami ściśniętymi pod pięknymi szatami i kręgosłupami bolącymi z powodu niewygody, ma w sobie coś atrakcyjnego. Być może lekceważyłem rolę, jaką meble mogą pełnić w tworzeniu atmosfery podczas przyjęcia...
— Ach, tu jesteś. Zbierasz pomysły na dekorację?
Słyszę delikatny, lekki stukot twardych podeszew butów Harry’ego po parkiecie. Dźwięk przyjemnie roznosi się echem po całym pomieszczeniu.
— Z pewnością jest tu coś bardzo... cesarskiego, nie sądzisz?
— Cóż, Rosji nie nazywano carską bez powodu.
Patrzę, jak idzie na środek sali i obraca się powoli, by objąć wzrokiem czworo drzwi i cztery wielkie lustra między nimi.
— Gdziekolwiek tu siedzisz lub stoisz, jesteś widoczny — mówi.
— Dokładnie. I z pewnością o to właśnie chodzi. Bogaty książę w carskiej Rosji nie życzy sobie żadnych niespodzianek.
Uśmiecha się figlarnie.
— A bogatym książętom w Anglii one nie przeszkadzają?
— To już zależy od niespodzianki.
— No cóż, myślę, iż możemy śmiało założyć, że to nie ilość drzwi, luster lub, na przykład, nafaszerowanego cyjankiem ciasta oszczędziły niespodzianki garstce mugolskich arystokratów, kiedy odkryli, jak cholernie trudno jest zabić czarodzieja.
Elementy układanki niespodziewanie wskakują na swoje miejsca.
— Rasputin.
Kiwa głową.
— To dom, w którym próbowano go zamordować. Kluczowym słowem jest tu oczywiście „próbowano”.
Ach! Czemu o tym nie pomyślałem, kiedy po raz pierwszy usłyszałem nazwisko Jusupow? Wspomnienia nagle napływają mi do głowy: ojciec w bibliotece, siedzący przy kominku, jego długie włosy zabarwione na rudawo przez migoczące światło. Odchyla się w otchłań swojego ogromnego, czarnego fotela i podpiera brodę palcami. Uczy syna historii, jakiej dzieciak nigdy nie poznałby w Hogwarcie. Wypala obrazy w jego młodym umyśle zaprawionym łatwowiernością przez lata starannie kultywowanego strachu i żądań, łagodnego lekceważenia i niemożliwych do spełnienia oczekiwań, bezpodstawnej próżności i kompletnego poniżenia.
Przełykam ślinę i na moment zamykam oczy. Kiedy je otwieram, Harry przygląda mi się pytająco. Odchrząkam efektownie i znacząco, zanim patrzę mu w oczy.
— Masz chore poczucie humoru, Potter.
Ton mojego głosu zmusza go do ściągnięcia ust, ale zaraz na jego wargach pojawia się uśmiech.
— Uwierzysz, jak ci powiem, że do czasu, aż dokonałem tu pierwszej rezerwacji dla nas dwóch na wczorajszy wieczór, nie miałem o tym wszystkim pojęcia? Tak szczerze, w tym mieście nie można nawet napluć, żeby nie trafić na miejsce, w którym ktoś nie umarł makabryczną śmiercią.
— Cóż, to jest zupełnie wyjątkowa dawna „makabryczna śmierć”. Mówimy tu o Grigoriju Rasputinie.
Przez chwilę kołysze się na piętach.
— Wiesz, że Mefodij uważa się za reinkarnację Rasputina? Co jest z tymi czarnymi panami i ich obsesją na punkcie nieśmiertelności? Kto przy zdrowych zmysłach chciałby żyć wiecznie?
Patrzę, jak stoi z rękami splecionymi za plecami. Kamizelka napina mu się na piersi.
Ja, myślę. Ale tylko wtedy, gdybym mógł to robić z tobą.
Podchodzę do niego bliżej. Lustro momentalnie ukazuje sylwetki dwóch mężczyzn w formalnych strojach. Jeden ciemny, drugi jasny. Za nami, w kolejnym lustrze, pojawia się odbicie z pierwszego, w trzecim z dwóch wcześniejszych, w czwartym... i tak dalej.
— Harry, Draco, nasz stół jest gotowy! — Lovegood wsuwa się między nas, łapie nasze dłonie i przygląda się twarzy to jednego, to drugiego. — Hmm... — mruczy — cała reszta na pewno skręciłaby się z zazdrości, gdyby wiedzieli, jaki smaczny kąsek mnie wpadnie jeszcze dziś wieczorem. — Uśmiecha się wyzywająco.
— Ee... — odzywa się Harry, a ja i Lovegood parskamy śmiechem.
— Minęło już trochę czasu, odkąd ostatni raz słyszałem opatentowane potterowskie „ee” — mówię.
Lovegood klepie mnie w ramię, nagle zachowując się jak dobra babcia. Po jej wcześniejszej drapieżności nie pozostał nawet ślad.
— Sądzę, że w prowokowaniu go jestem całkiem niezła. Mogę dać ci kilka lekcji.
— Nie, dziękuję. Czuję się naprawdę szczęśliwy, kiedy porozumiewamy się pełnymi zdaniami.
— Wbrew waszemu mniemaniu, ciągle tu jestem — prycha Harry.
— Ale drażliwy — mruczy Lovegood, mrugając znacząco, jednak zaraz uśmiecha się szeroko.

Dwie sale jadalne ulokowano w dawnej herbaciarni. Ściany obciągnięte są kremowym jedwabnym brokatem i od podłogi po sufit pokryte lustrami oraz portretami byłych mieszkańców pałacu: księcia Mikołaja Jusupowa, damy carskiego dworu księżnej Tatiany Ribeaupierre, największej petersburskiej piękności księżnej Zinaidy i jej równie przystojnego syna Feliksa, który wsławił się rolą niedoszłego mordercy. Mimo że zostały namalowane przez mugoli, oczy portretów zdają się za nami podążać, kiedy je mijamy. Podobnie jak oczy pozostałych gości restauracji. Nawet w tym dobrze ubranym i wyjątkowo atrakcyjnym towarzystwie nasza grupa wyróżnia się wytwornym oficjalnym strojem. Jestem przyjemnie świadom, że gdy przechodzimy przez pierwszą jadalnię, lustrują nas oceniające spojrzenia, po których następują ciche komentarze. I dokładnie wtedy uderza we mnie zrozumienie, że to dar od Harry’ego. Coś w rodzaju naszego publicznego ujawnienia się. Dobrze wie, jak kocham takie widowiska.
Druga sala została zarezerwowana tylko dla nas, za co obdarzam Harry’ego wdzięcznym spojrzeniem, kiedy zajmujemy miejsca obok siebie przy długim stole, ustawionym specjalnie na to wielkie przyjęcie. Wypolerowane na wysoki połysk ciemne drewno i lśniące srebra odbijają rozszczepione światło z trzech ogromnych kryształowych żyrandoli.
— Ojej — wzdycha Watson. — Wiedziałam, że to miejsce będzie wytworne, ale... — Milknie z zachwytu i przechyla głowę do tyłu, by podziwiać misterne gipsowe rozety na suficie.
Nott zajmuje krzesło obok Lovegood.
— Czego się spodziewałaś? Rodzina Jusupowów miała więcej pieniędzy niż carowie — mówi i trzepnięciem rozkłada lnianą serwetkę. — W połowie dziewiętnastego wieku posiadali prawie dwa miliony hektarów ziemi i czterdzieści tysięcy chłopów pańszczyźnianych. Większość z nich prawdopodobnie zamarzła albo umarła z głodu jak reszta rosyjskich wieśniaków...
— Jusupowowie byli znanymi filantropami — burczy Krum.
— Tak, tak, jak wielu tak zwanych arystokratów. To po prostu kolejny sposób na zdobycie władzy, wpływów i... bezpodstawnego przebaczenia. — Nott patrzy na mnie z obrzydzeniem, ale zanim to robi, upewnia się, że Harry niczego nie widzi.
— Jasne, ale czy Feliks Jusupow nie był jednym z tych facetów, którzy zabili Rasputina? — pyta Watson. — Car raczej go za to nie ozłocił jak dachów swoich cerkwi. — Śmieje się z własnego żartu.
— To dopiero przepis na katastrofę — mruczy Fairbanks szyderczo. — Carowie trzymający mrocznych czarodziejów jak maskotki...
— Bardziej jak dziwki — wtrąca Nott.
— Czyli brzmi jak układ obopólnie korzystny — mówi Watson. — Słyszałam, że Rasputin był seksualnie nienasycony. Podobno głównie dlatego Feliksowi udało się go tu zwabić, obiecując swoją ładną nową oblubienicę...
— Hmm — mamrocze Longbottom, przeglądając menu — widzę, że ta konwersacja nie wskazuje na szacunek do miejsca, w którym się znajdujemy.
— Cóż, w takim razie musiał być bardzo rozczarowany — mówi Fairbanks. — Spodziewał się pieprzenia, a w zamian dostał zatrute ciasto. Moim zdanie taki kompromis wydaje się całkowicie do dupy.
— Nadaje nowego znaczenia zwrotom „mieć ciacho” i „zjeść ciacho”, prawda? — odzywa się Watson łobuzersko.
Fairbanks wywraca oczami.
— Watson, naprawdę nie płacą mi, żebym znosił twoje słowne gierki dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu.
Harry pochyla się i całuje mnie za uchem.
— I co myślisz? — pyta.
— Że wspaniale wyglądasz. Powinieneś częściej zakładać białą muszkę...
— Nie o to mi chodzi, głupku — śmieje się. — Co sądzisz o tym miejscu? Dosyć spektakularne, prawda?
— Tak.
Obracam głowę, a on się nie odsuwa, więc nasze wargi ocierają się o siebie. Gwałtownie wciągam powietrze, mój oddech zwalnia i zatrzymuje się na jaskrawych odłamkach pożądania, które płonie mi w piersi.
— Nadal spragniony? — szepcze. — Nawet po dwóch orgazmach?
Pojękuję cicho, przypominając sobie nasze wspólne popołudnie.
— Bardzo spragniony — odszeptuję.
Mruczy mi w usta własne pragnienie, po czym całuje mnie naprawdę i głęboko, trzymając moją twarz w dłoniach i splatając nasze języki. Słyszę, jak rozmowy w tle powoli milkną, zastąpione ciszą. Ktoś otwiera szampana, doskonale synchronizując huk wyskakującego korka i moment, gdy Harry się odsuwa. Patrzę w jego rozbawione oczy.
— Kto jest tym dupkiem? — pyta.
— Wierz lub nie — odzywa się O’Malley — ale to Neville.
Longbottom unosi butelkę.
— Twój kieliszek, Harry?
To pytanie i ich oczy spotykają się na długą chwilę. Harry kiwa głową na zgodę, więc Longbottom wstaje z krzesła.
Nie jestem stałym elementem ich małej grupy, ale i tak mogę wyczuć w powietrzu napięcie i coś niewypowiedzianego. Wszyscy patrzą, gdy Longbottom idzie do naszego końca stołu i mierzą spojrzenia w trakcie napełniania kieliszka. W końcu Longbottom zwraca się do mnie:
— Draco? — Przytakuję z dziwnie zaciśniętym gardłem. Nalewając mi szampana, pochyla się i szepcze: — Jesteś szczęściarzem. — Odwraca się, zanim mam szansę odpowiedzieć. — Proszę o uwagę!
Wszyscy obserwują go, gdy powoli wraca na miejsce, po czym powoli obracają wzrok na Harry’ego, który podnosi się z krzesła. Promienie światła załamują się w jego kieliszku z szampanem, rzucając połyskujące refleksy na biały jedwab kamizelki. Odchrząkuje.
— Zanim zaczniemy świętować, mam kilka krótkich ogłoszeń...
— Skoro wygłaszasz je ty, a nie Higglebee, z pewnością będą krótkie — mruczy Fairbanks, tłumiąc chichot.
Harry uśmiecha się i przytakuje w oczywistej zgodzie.
— Niektórzy z was, choć nie wszyscy, wiedzą, że to nasza ostatnia noc w Petersburgu... — Wokół stołu rozlega się szmer, a ja uważnie przyglądam się każdej twarzy, różnym przejawom stłumionego niepokoju i spokojnej akceptacji, starając się ukryć własne zaskoczenie i narastający strach. — Wiedzieliśmy, że koniec nadchodzi — kontynuuje Harry — chociaż doszło do niego raczej wcześniej, niż się spodziewaliśmy. — Przełyka ślinę i jeszcze raz odchrząkuje. — Takie życie to dla was nic nowego. Zostawiamy nasze mieszkania, jakbyśmy właśnie wychodzili do sklepu. Nie zabieramy nic poza naszymi różdżkami.
— Wreszcie stało się jasne, z jakiej okazji mamy tę uroczystą kolację — mówi O’Malley chytrze. — Zaraz dostaniemy wojskowe racje żywnościowe. — Longbottom otwiera usta, ale O’Malley nie pozwala mu się odezwać. — Och, nie zaprzeczaj, Neville. Pamiętaj, że byłam z wami w Reykjaviku.
— Cóż, dobra nowina jest taka — kontynuuje Harry — że cokolwiek wydarzy się w Irkucku, wydarzy się szybko, więc pod tym względem nie będziemy mieli powtórki z Islandii. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wrócimy do domów przed Bożym Narodzeniem... — Przy stole wybuchają okrzyki i rozlega się brzęk widelców uderzających o kieliszki. Harry czeka, aż zgiełk ucichnie. — To z kolei wiąże się z następnym ogłoszeniem. — Bierze głęboki oddech, a moje serce przyspiesza. — W ciągu następnych kilku tygodni sprawy mogą potoczyć się nieco chaotycznie i już nie spotkamy się wszyscy jak dzisiaj, więc póki jesteśmy razem, chciałem wam oświadczyć... — Bierze kolejny oddech. Zapada cisza. Przytłumione rozmowy w sąsiedniej sali i dźwięk sztućców stukających o porcelanową zastawę wydają się niczym zapomniany sen, jak wspomnienie z innego życia. — Chciałem wam powiedzieć, że opuszczam drużynę. Oczywiście po tej akcji...
Jego słowa brzmią niezdarnie, więc wyciągam rękę i ściskam mu dłoń. Odwzajemnia uścisk, wdzięczny za gest wsparcia.
— Nadszedł już czas. Pracowałem w drużynie przez dziesięć lat, i jak do tej pory były to dla mnie lata najlepsze. Ale przyszła pora, żebym... żebyśmy... — patrzy mi w oczy — rozpoczęli nowe życie. Razem. — Ostatnie słowo jest skierowane tylko do mnie. W tonie Harry’ego słyszę drżenie, słyszę pytanie. Wstaję, nie odrywając od niego wzroku, i łapię go za drugą rękę.
— Nigdy by do tego nie doszło, gdyby nie ty — mówi, wskazując głową na stół i swoich zaskoczonych towarzyszy. — Byłem ofiarą wojny, ale... — Jego oczy wypełniają się łzami, co sprawia, że moje szczypią automatycznie. — Ale ty mnie uratowałeś. Od siebie samego... Jak powiedziałeś. Jak obiecałeś.
Ciągnę go w ramiona, a on obejmuje mnie kurczowo.
— Harry — szepczę.
Uśmiecha się przez łzy i odsuwa, przecierając oczy rękawem. Na drugim końcu stołu Longbottom podnosi się z krzesła.
— Harry i ja walczyliśmy ramię w ramię, odkąd mieliśmy po piętnaście lat — mówi. — Niektórzy z was są zbyt młodzi, żeby widzieć na własne oczy, co poświęciliśmy w walce z Voldemortem, co on nam zrobił. Lecz wszyscy dobrze wiecie, że Harry doświadczył wielkiego okrucieństwa niezliczoną ilość razy... — przerywa i uparcie wpatruje się w obrus, a ja wyczuwam, że próbuje opanować jakąś obezwładniającą go emocję. W końcu odchrząkuje i unosi kieliszek. — Harry, nie powiem, że twoja decyzja nie zasmuca mnie głęboko, bo bym skłamał — kontynuuje chrapliwym głosem. — Będzie nam brakowało twoich pomysłów, twojej siły, twojego... zuchwałego... poczucia humoru. — Chichot zebranych łamie panujące napięcie, a Harry z uśmiechem kiwa głową w kierunku Longbottoma. — Ale my będziemy z sukcesem pracowali dalej, ponieważ stworzyłeś dla nas solidne fundamenty. Draco — obraca się do mnie, nadal trzymając uniesiony kieliszek — odbierasz nam najdroższego przyjaciela i najbardziej zaufanego towarzysza, ale my wszyscy... wszyscy, którzy naprawdę znamy Harry’ego i kochamy od lat, wiemy, że nam go nie tyle odbierasz, co bierzesz go z powrotem. Został nam tylko wypożyczony dzięki twojej łasce i stało się to prawdopodobnie tego dnia, dawno temu, gdy przed drzwiami Wielkiej Sali czekaliśmy, aż tiara przydzieli nas do naszych domów. Waszym przeznaczeniem jest być razem, a tak długa separacja stanowiła część straszliwej ceny, jakiej wojna zażądała od naszego pokolenia. Cieszcie się sobą. I żyjcie spokojnie.
Longbottom unosi kieliszek po raz ostatni i wypija jego zawartość jednym łykiem. Ale ja nie przegapiam dziwnego smutku w jego oczach, którego obecność rzuca cień na wszystko, co właśnie powiedział. Na twarzy O’Malley widzę ten sam wyraz i nagle dociera do mnie, że oni wiedzą...
— Za Harry’ego i Draco! — Lovegood przerywa ciszę i unosi kieliszek. Inni wtórują jej, wykrzykując gratulacje zaskoczonymi głosami lub... jak w przypadku Notta, wyrażają swój sprzeciw milczeniem.
Harry uśmiecha się niepewnie.
— Luno, Neville, bardzo dziękuję. Możemy teraz zamówić dania? Nie wiem jak wy, ale ja jestem głodny.
Siadamy obaj, a Harry pod stołem odszukuje moją dłoń i ściska ją mocno. Odwzajemniam gest.
— No więc co najpotężniejszy czarodziej na tym świecie będzie robił na emeryturze? — pyta Watson, gdy kelner odchodzi z naszymi zamówieniami. — Harrował w ogrodzie między grządkami? Gra słów oczywiście niezamierzona.
— Jasne, że nie — odpowiada Harry cierpko.
O’Malley kaszle znacząco.
— Katie, on zapewne jeszcze o tym nie myślał... prawda, Harry? — Jej spojrzenie wyraża troskę, a smutek ciągle go nie opuszcza. Harry jak oparzony odwraca wzrok.
— Ee... tak, to prawda. Nie zastanawiałem się, co będę robił.
— Oprócz bycia z ukochanym — mówi Watson, uśmiechając się figlarnie, najwyraźniej zupełnie nieświadoma tego, cokolwiek to jest, co się właśnie dzieje między Harrym i O’Malley. Mimo to Harry się odpręża.
Coś ściska mnie w żołądku tak bardzo, że desperacko potrzebuję powietrza.
— Draco? — pyta, kiedy zdejmuję z kolan serwetkę i odsuwam krzesło, żeby wstać.
— Wybaczcie mi — mówię do Watson i O’Malley, wychodząc z jadalni tak szybko, jak tylko pozwalają dobre maniery.
— Draco.
Przemierzam drugą salę jak ślepiec, szepcząc pospieszne „przepraszam”, aż docieram do korytarza z portretami. Za sobą słyszę szelest tkaniny i ciche kroki Harry’ego na dywanie.
— Draco, poczekaj! — woła. — Gdzie idziesz?!
Chcę mu odpowiedzieć, ale sam nie mam pojęcia, dokąd zmierzam. Pomyliłem drogę, bo zamiast trafić do holu, mijam zakręt i staję przed schodami na trzecie piętro. Wchodzę na nie, pokonując po dwa stopnie naraz.
Pokój, do którego niespodziewanie trafiam, jest długi, prostokątny i pusty. Ściany są upiornie szaro-zielone, bez okien czy zdobień, ale ponad moją głową, gdzie można by spodziewać się pokrytego freskami sufitu, znajduje się ogromna szyba. Przez warstwę śniegu mogę się jedynie domyślić istnienia jasnych punkcików gwiazd i zarysu półksiężyca. Na drugim końcu pomieszczenia, oddzielone ode mnie całymi hektarami mozaikowej podłogi, widnieją samotne drzwi. Są zamknięte, ale poprzez wypolerowane drewno i mosiądz mogę poczuć pulsowanie magii. Jednak mimo że sama magia jest znajoma, smakuje na języku dziwnie i obco. Dziwnie, obco i staro. Ale nie „staro” w sensie „wiekowo”. Nie starością wzbudzającą respekt i szacunek. Jest po prostu stara i zużyta, i śmierdząca jak naftalinowe kulki.
Harry staje obok mnie i wyciąga różdżkę z kieszeni marynarki. Rozumiem gest bez słów i idę w jego ślady. Razem ruszamy w stronę drzwi, krocząc po skomplikowanej mieszaninie światła gwiazd i cieni splątanych z równie złożonym wzorem z figur geometrycznych na posadzce.
Od celu dzieli nas zaledwie kilka kroków, kiedy po drugiej stronie słyszymy ciche głosy i stłumiony dziewczęcy śmiech. Harry niepotrzebnie dociska palec do ust i puka niepewnie. Za drzwiami zalega cisza, ale my nie ruszamy się z miejsca. Harry puka ponownie.
Piskliwy głos po rosyjsku, który brzmi coraz bardziej nieufnie i pytająco, ledwie przenika przez drzwi, a mnie po raz pierwszy przychodzi do głowy, że mamy do czynienia z kolonią duchów.
— Możemy wejść? — pyta Harry, gdy patrzę na niego wyczekująco.
Rozlega się szelest, jak gdyby ktoś poruszał dużą ilością sztywnej i nieporęcznej tkaniny. Czyli nie duchy. W końcu odpowiada nam po angielsku głos z mocnym obcym akcentem:
— Kto tam?
— Przyjaciele — mówi Harry. — Czarodzieje.
— Po co tu przyszliście?
— Żeby się przywitać. Jesteśmy na wakacjach. Odwiedzamy Rosję.
Cisza trwa tak długo, iż myślę, że nie będzie żadnej reakcji, kiedy zza drzwi dobiega nas pytanie:
— Macie list polecający?
Harry obraca się do mnie ze zdumioną miną i szepcze bezgłośne „Co?”.
— Nie — mówię. — Ale należę do rodziny Malfoyów, Blacków i Rosierów. Może te nazwiska...
Za drzwiami rozlega się krótka, ale ożywiona wymiana zdań. Ja i Harry patrzymy na siebie w oczekiwaniu, obaj ściskając w dłoniach różdżki.
— Czy jesteście... — Głos milknie na chwilę. — Jak to powiedzieć? Carem albo carewiczem?
Wzruszam pytająco ramionami i odwzajemniam się Harry’emu dokładnie takim samym bezgłośnym „Co?”, jakim on uraczył mnie wcześniej.
— Lordem — mówi Harry. — Mój przyjaciel to lord Malfoy. — Cisza trwa. — Car, ee... książę?
Gwar wybucha ponownie.
— Nie syn lorda, tylko lord we własnej osobie?
— Tak — potwierdza Harry, poruszając żartobliwie brwią w górę i w dół, na co wbrew woli się uśmiecham.
— Czemu od razu nie mówiliście? Proszę wejść.
Drzwi otwierają się ze skrzypieniem, a ja mrugam oślepiony blaskiem dziesiątek świec. Początkowo nie jestem w stanie stwierdzić, kto nas wpuszcza, dopiero kiedy moje oczy przyzwyczajają się do światła, dostrzegam zarys postaci nie większej niż dziecko, pozornie składającej się jedynie z dymu i mgły. Harry przygląda jej się z pełną fascynacji antypatią.
— To musi być domowoj — szepczę. — Rodzaj domowego duszka.
Harry przytakuje.
— Pewnie nie są drogie w utrzymaniu. Takie skrzaty dla arystokratów o ograniczonym budżecie.
Z trudem udaje mi się powstrzymać parsknięcie.
— Coś w tym stylu. Być może właśnie dlatego są popularne na Syberii.
Robię krok do przodu i rozglądam się wokół. Pokój jest mały w porównaniu z resztą pałacowych pomieszczeń, które do tej pory widziałem, a wrażenie ciasnoty podkreśla jeszcze fakt, że zapchano go przedmiotami najróżniejszej maści. Wygląda to tak, jakby mieszkańcy umieścili w tym pojedynczym wnętrzu bez okien wszelkie aspekty swojego życia. Co niewątpliwie tłumaczy zapach. Marszczę nos mimowolnie, wyczuwając głównie stary pergamin, niemyte ciała i coś, co przypomina mi oddział intensywnej terapii w Świętym Mungu. Wiem, że stojący przy moim boku Harry rejestruje każdy szczegół otoczenia, jednak jego twarz nie ujawnia niczego.
W pokoju oprócz pół-skrzata, pół-duszka znajduje się jeszcze sześć osób, które, sądząc po podobieństwie rysów twarzy, muszą być rodziną. Czarownica w średnim wieku z twardymi, ale nie surowymi rysami i niewątpliwie arystokratyczną postawą oraz pięcioro dzieci w różnym wieku. Najstarsza dziewczyna, na oko dziewiętnastoletnia, ma cierpliwą, kobiecą buzię. Następna, młodsza od siostry nie więcej niż rok, jest wysoka i bardzo piękna, i zachowuje się w taki sam sposób jak jej matka. Kolejne dwoje dzieci, również dziewczynki, są brzydsze, ale nadal ładne. Młodsza nieśmiało wpatruje się w swoje nogi. Ostatnie dziecko to mały, jasnowłosy i wątły chłopczyk o chorowitym wyglądzie, jednak pod tą powłoką niewątpliwie kryje się uroda, która kiedyś zrobi z niego rywala starszej siostry.
Nic z tego nie wydałoby się dziwne, gdyby ludzie ci nie mieli na sobie szat, jakich nigdy dotąd nie widziałem nigdzie poza galerią portretów moich czystokrwistych przodków. Ich krój musiał wyjść z mody dobre sto pięćdziesiąt lat temu.
— Witajcie — mówi starsza kobieta, wstając.
Patrzę na Harry’ego, który przytakuje prawie niezauważalnie.
— Witajcie — odpowiadam, pochylając kurtuazyjnie głowę. — Jestem lord Malfoy, syn nieżyjącego już Lucjusza Malfoya i Narcyzy Black Malfoy. A to...
— Harry Potter — przedstawia się Harry i również pochyla głowę, ale jest to tylko krótkie skinięcie, a nie prawdziwy ukłon.
— Słyszeliśmy już nazwisko Malfoy — mówi czarownica. — Moja matka znała Abraxasa Malfoya... wiele lat temu.
— Był moim dziadkiem — potwierdzam.
— Ach — wzdycha w sposób, który wydaje się wymijający lub smutny. — Jesteśmy... — wskazuje na piątkę dzieci — rodziną Fjodorow. Mam na imię Aleksandra.
Słysząc jej dziwny sposób wyrażania się, czuję nieprzyjemny dreszcz.
— Miło mi poznać — odpowiadam.
— Tak mi przykro, że mój mąż nie może was także powitać — mówi Aleksandra.
Coś czarnego i puszystego wybiega spod klawikordu udrapowanego czymś, co może być zarówno szatą, jak i zasłoną. Widzę, jak łapy tego czegoś zostawiają ślady w kurzu grubym niczym śnieg. Nikt poza mną nie zwraca na całe zdarzenie żadnej uwagi.
— Czy on... on wyjechał? — pytam, otrząsając się z chwilowej nieuwagi.
— Przebywa w naszym rodzinnym domu. To my wyjechaliśmy. Odwiedzam siostrę mieszkającą w Petersburgu.
— Wielka szkoda, że mąż nie może być z panią — mówię, uśmiechając się uprzejmie.
— Gdzie on jest? — Wszyscy patrzą teraz na Harry’ego. — Gdzie jest wasz dom rodzinny?
Aleksandra obraca się w moją stronę. Jej twarz przybiera maskę arystokratycznej uprzejmości.
— Przyjaciel? — pyta spokojnie. — A może służący?
Och, co za tupet, myślę. Czuję, jak od Harry’ego promieniuje rozbawienie.
— Przyjaciel — mówię.
— Nasz rodzinny majątek znajduje się na Syberii — odpowiada Aleksandra.
— Syberia jest duża.
— Tak — zgadza się Aleksandra. Przez moment bardzo przypomina mi moją matkę i jej talent do kulturalnego ukrywania emocji i grzecznej odmowy. — Tak, to prawda. Mogę zaoferować panu i pana przyjacielowi coś do picia? — zwraca się do mnie i nie czekając na odpowiedź, kiwa głową na najstarszą córkę, która wstaje posłusznie.
— Nie. Dziękujemy, ale musimy odmówić. — Harry lekko sztywnieje. Wiem, że chciałby zostać dłużej, ale duszący zapach rozkładu i czystokrwisty bełkot za bardzo działają mi na nerwy. Nie wspominając już o fakcie, że z oczu chłopca zaczyna wypływać krew i każdy, nawet on sam, zdaje się tego nie zauważać. — Jemy kolację w restauracji na dole — dodaję wyjaśniająco.
Aleksandrze nie udaje się ukryć przelotnego grymasu obrzydzenia.
— No cóż — mówi z czymś, czego nie można nazwać inaczej niż urazą. — Jesteśmy bardzo szczęśliwi i zaszczyceni, że lordowska mość raczył nas odwiedzić...
— Cała przyjemność po mojej stronie — przerywam jej. Chłopiec obrócił się lekko, by spojrzeć na matkę, i teraz widzę, że krwawi także z uszu.
— Czy będzie to z mojej strony zbyt wielką śmiałością, jeśli poproszę o wpisanie się do naszej księgi gości?
Drżę. Ale odmowa naprawdę nie byłaby na miejscu.
— Oczywiście — mówię, a Harry musi słyszeć szorstkość w moim głosie, bo przechyla głowę i przygląda mi się uważnie.
Aleksandra każe córce przynieść gruby, oprawiony w skórę wolumin, leżący na stoliku przy szezlongu z różanego drewna. Dziewczyna staje przede mną niczym chórzysta z otwartą księgą w dłoniach i oczami odwróconymi z zażenowania. Wyciągam różdżkę i mruczę zaklęcie Sectum na palec wskazujący lewej dłoni. Na jego czubku pojawia się niewielka rana. Praktycznie czując dezaprobatę Harry’ego, osuszam nadmiar krwi chusteczką, którą wręcza mi dziewczyna, i przykładam opuszek do pożółkłego pergaminu, obracając nim lekko na boki. Odsuwam palec, który zdążył się już delikatnie przylepić, i zostawiam na kartce idealny krwawy odcisk. Niemal natychmiast tuż pod nim tworzy się napis: Lord Draco Lucjusz Malfoy, Wiltshire, Anglia. Córka Aleksandry w skupieniu szybko zanosi księgę na pobliskie biurko, posypuje wpis odrobiną osuszającego proszku i delikatnie zdmuchuje jego nadmiar. Mam ochotę roześmiać się głośno z własnego skrępowania, ale w zamian zwracam się do Aleksandry:
— Dziękuję za tak miłą gościnę. Jeśli kiedykolwiek zawitam w Petersburgu ponownie, z pewnością złożę pani wizytę w odpowiednim stylu. — Ujmuję jej wyciągniętą dłoń i całuję palce. Pachną lekko kwaśnym mlekiem i ziołami leczniczymi.
Moje maniery najwyraźniej jej schlebiają, bo uśmiecha się do mnie serdecznie.
— Tak rzadko tu teraz bywamy — mówi. — I te apartamenty nie prezentują się najlepiej. Zapraszam do odwiedzenia nas kiedyś w naszym domu w Irkucku. — Nie udaje mi się powstrzymać zaskoczonego westchnienia, które Aleksandra interpretuje jako odmowę. — Syberia nie znajduje się na końcu świata — odzywa się chłodno.
— Źle mnie pani zrozumiała — tłumaczę się szybko. — Nie miałem na myśli niczego złego. Chodzi tylko o to, że podróż do Irkucka to naprawdę... długa wyprawa.
Wydaje się uspokojona moimi wyjaśnieniami i uśmiech wraca na jej twarz.
— W takim razie musi pan złożyć nam długą wizytę.
— Dziękuję — odpowiadam i kłaniam się.
Kiedy już obaj z Harrym jesteśmy gotowi do wyjścia, kątem oka dostrzegam, jak jedna z młodszych dziewcząt przykłada pod brodę chłopca srebrną miskę. Dźwięk wymiotów towarzyszy nam aż do drzwi.
— Merlinie! — syczę, gdy tylko ponownie znajdujemy się w srebrzyście oświetlonym zielonym pokoju. W porównaniu do zamkniętej przestrzeni, jaką właśnie opuściliśmy, powietrze tutaj jest czyste i zimne. Trzęsę się i dociera do mnie, że pod kamizelką i koszulą jestem cały spocony. — Koniecznie potrzebuję prysznica albo zaklęcia czyszczącego!
— Zastanawiam się... — Harry spaceruje i uderza opuszkami palców o usta jak zawsze, kiedy intensywnie myśli.
— Widziałeś tego chłopca? Bogowie! Co mu się stało?
— W Irkucku poznałem kilka czarodziejskich rodzin — mówi. — Nikt nigdy nie wspomniał... ale Biały Dom... Wydaje mi się...
— Jeśli masz zamiar mówić enigmatycznymi półzagadkami, których nie wyjaśnisz, to bardzo proszę, powstrzymaj się przed dzieleniem się ze mną swoimi przemyśleniami — odzywam się ze złością.
Zatrzymuje się w pół kroku i potrząsa głową, jakby oczyszczał ją z myśli, po czym obraca się do mnie.
— Co się stało? Czemu tak nagle odszedłeś od stołu?
Stoimy pod przyprószonym śniegiem, ogromnym oknem zastępującym sufit. Wspominam grobową atmosferę pokoju, który dopiero co opuściliśmy, i podobnie jak tam, tutaj też nagle czuję się, jakbym przebywał pod ziemią, a nie na trzecim piętrze ogromnego pałacu.
— Ja... potrzebowałem odrobiny powietrza — jąkam się.
Kładzie dłoń na moim ramieniu i ciągnie mnie do smugi księżycowego światła, w której sam stoi.
— Czy to dla ciebie za dużo? Zbyt szybko?
Śmieję się, a dźwięk tego śmiechu w pustym pokoju brzmi nawet bardziej surowo niż zamierzałem.
— Mogę cię zapewnić, że to nie żadne...
Ściska moje ramię. Zaskoczony patrzę na jego twarz. Zimne światło odbija się od okularów, więc nie widzę oczu.
— To prawda. Co powiedział Neville. Prawda. Byłem twój od pierwszego dnia, w którym się spotkaliśmy. — Pochyla się, żeby mnie pocałować. — Jak mogłem tego nie wiedzieć?...
— Harry — mówię z wargami tuż przy jego ustach. — Dlaczego mi to robisz? Czemu sprawiasz, że wszystko staje się trudniejsze, niż już jest?
Odsuwa się i marszczy brwi.
— O co ci chodzi?
— Ty... martwisz się, że twoja śmierć mnie załamie, a potem praktycznie oświadczasz mi się przed swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Przyjaciółmi, tak na marginesie, którzy zdają się wiedzieć dużo więcej niż ja o niebezpieczeństwach, jakie was jutro czekają.
— Przepraszam — wzdycha.
— Nie potrzebuję przeprosin! — krzyczę. — Potrzebuję kilku cholernych informacji!
— A co byś z nimi zrobił, Draco, gdybyś już je miał? — odwarkuje. — No? Rzucił się między mnie a różdżkę Mefodija? Zamknął mnie gdzieś i powstrzymał przed powrotem do Irkucka?
Nagle i niespodziewanie moje oczy napełniają się łzami.
— Pierdol się, Potter.
— Co? A to dlaczego? Zrobiłem kiedykolwiek coś, czego się po mnie nie spodziewałeś?
Patrzę na niego, a łzy spływają mi po policzkach.
— Gówno prawda! Robisz to, bo chcesz. Ponieważ część ciebie pragnie umrzeć. Bo może myślisz, że nie ma nic, dla czego warto byłoby żyć.
Na jego czole pojawiają się głębokie bruzdy.
— Właśnie tak sądzisz, Draco? Naprawdę tak sądzisz?
Jasna cholera! Czuję się jak idiota, stojąc tu w formalnym stroju i płacząc ze strachu i frustracji jak dziecko.
— Nie wiem! — szlocham. — Nie wiem, co sądzę. Nie wiem nawet, czy wiem dostatecznie dużo, żeby wiedzieć, co sądzę. Merlinie, Harry! Pozbawiłeś mnie możliwości podejmowania jakichkolwiek decyzji.
Ściska mocno moje ramię i przyciąga mnie do siebie gwałtownie.
— Draco, przestań. Nie płacz. — Jego głos przepełniony jest bólem. — Twój płacz mnie zabija.
Obejmuję go kurczowo.
— Bardzo dobrze. Bo cała ta sytuacja zabija mnie.
Kołysze mnie w ramionach, całuje po skroni i szczęce, zlizuje łzy z policzka.
— Chciałbym zrobić coś... — szepcze mi we włosy — ...cokolwiek, żeby jutro znowu cię nie opuszczać.
— Cokolwiek — mówię głucho — poza zostawieniem drużyny.
Milczy przez długą chwilę.
— Tak — wzdycha w końcu. — Poza zostawieniem drużyny.

***


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Akame » 19 maja 2012, o 00:22

Brr... miałam wrażenie, że wchodzą do komnaty upiorów przeszłości. Jakoś tak zupełnie odrealnione było to spotkanie z rodziną arystokratów. Całkowicie się w tym zgubiłam i jeszcze to dziecko, zapach starości, jakby utknęli gdzieś pomiędzy wiekami i zatrzymali się w miejscu. Pełni konwenansów, zapatrzeni w arystokratyczne korzenie. Zupełnie zignorowali Harry'ego. Zastanawiam się, czy nigdy o nim nie słyszeli, bo w Rosji jego nazwisko nie jest znane, czy może po prostu nie mogli o nim słyszeć. A może ja na prawdę czegoś nie zrozumiałam. Na swój sposób, przerażające.

Niesamowite, jak autorka potrafi operować uczuciami, emocjami, czy to Draco i Harry'ego, czy też Harry'ego i jego drużyny. Wręcz można poczuć łączące ich więzi, napięcie, które panuje, smutki, radości, przyjaźnie, obawy, lęk przed nieznaną przyszłością. W czasie tego spotkania, miałam wrażenie takiej słodko-gorzkiej atmosfery. Coś na kształt stypy jeszcze przed śmiercią... Jakby czerpali z siebie nawzajem otuchę, wiedząc, że następnym razem, nie będą już w tym samym gronie.
Kaczalka napisał(a):— Harry i ja walczyliśmy ramię w ramię, odkąd mieliśmy po piętnaście lat — mówi. — Niektórzy z was są zbyt młodzi, żeby widzieć na własne oczy, co poświęciliśmy w walce z Voldemortem, co on nam zrobił. Lecz wszyscy dobrze wiecie, że Harry doświadczył wielkiego okrucieństwa niezliczoną ilość razy... — przerywa i uparcie wpatruje się w obrus, a ja wyczuwam, że próbuje opanować jakąś obezwładniającą go emocję. W końcu odchrząkuje i unosi kieliszek. — Harry, nie powiem, że twoja decyzja nie zasmuca mnie głęboko, bo bym skłamał — kontynuuje chrapliwym głosem. — Będzie nam brakowało twoich pomysłów, twojej siły, twojego... zuchwałego... poczucia humoru. — Chichot zebranych łamie panujące napięcie, a Harry z uśmiechem kiwa głową w kierunku Longbottoma. — Ale my będziemy z sukcesem pracowali dalej, ponieważ stworzyłeś dla nas solidne fundamenty. Draco — obraca się do mnie, nadal trzymając uniesiony kieliszek — odbierasz nam najdroższego przyjaciela i najbardziej zaufanego towarzysza, ale my wszyscy... wszyscy, którzy naprawdę znamy Harry’ego i kochamy od lat, wiemy, że nam go nie tyle odbierasz, co bierzesz go z powrotem. Został nam tylko wypożyczony dzięki twojej łasce i stało się to prawdopodobnie tego dnia, dawno temu, gdy przed drzwiami Wielkiej Sali czekaliśmy, aż tiara przydzieli nas do naszych domów. Waszym przeznaczeniem jest być razem, a tak długa separacja stanowiła część straszliwej ceny, jakiej wojna zażądała od naszego pokolenia. Cieszcie się sobą. I żyjcie spokojnie.

Niesamowite przemówienie. Naprawdę takie szczere, pełne zrozumienia i akceptacji, a mimo wszystko daje się w nim wyczuć smutek i gorycz. Zastanawiam się, czy Longbottomem nie szarpały mieszane uczucia. Z jednej strony żal, bo traci wspaniałego towarzysza, kogoś, kto był ich liderem, stanowił nieocenione wsparcie i bez niego będą bardziej narażeni na niepowodzenie. Z drugiej obawa, że być może to "I żyjcie spokojnie", wcale się nie spełni, bo ta misja, to plan straceńców, z którego Potter może nie powrócić i jego życie z Draco, nigdy nie dojdzie do skutku. Jakoś tak to odebrałam.
Kaczalka napisał(a):— Ty... martwisz się, że twoja śmierć mnie załamie, a potem praktycznie oświadczasz mi się przed swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Przyjaciółmi, tak na marginesie, którzy zdają się wiedzieć dużo więcej niż ja o niebezpieczeństwach, jakie was jutro czekają.

No więc własnie. Przez cały czas myślałam dokładnie to samo co Draco. Ten tok rozumowania, po prostu sam się nasuwa.
Kaczalka napisał(a):— Nie wiem! — szlocham. — Nie wiem, co sądzę. Nie wiem nawet, czy wiem dostatecznie dużo, żeby wiedzieć, co sądzę. Merlinie, Harry! Pozbawiłeś mnie możliwości podejmowania jakichkolwiek decyzji.
Ściska mocno moje ramię i przyciąga mnie do siebie gwałtownie.
— Draco, przestań. Nie płacz. — Jego głos przepełniony jest bólem. — Twój płacz mnie zabija.
Obejmuję go kurczowo.
— Bardzo dobrze. Bo cała ta sytuacja zabija mnie.
Kołysze mnie w ramionach, całuje po skroni i szczęce, zlizuje łzy z policzka.
— Chciałbym zrobić coś... — szepcze mi we włosy — ...cokolwiek, żeby jutro znowu cię nie opuszczać.
— Cokolwiek — mówię głucho — poza zostawieniem drużyny.
Milczy przez długą chwilę.
— Tak — wzdycha w końcu. — Poza zostawieniem drużyny.

No właśnie. Draco tak naprawdę nic nie może poza tym, że musi czekać. Gdzieś tam bezpieczny, ale pełen strachu i nadziei. Jest jak cholerna żona żołnierza, do której drzwi w każdej chwili może zapukać posłaniec z kondolencjami. Wcale nie dziwię się jego lękowi i goryczy. Jego zachowanie jest dla mnie zupełnie zrozumiałe. W tym wszystkim Harry wychodzi na "egoistę". Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu oczywiście, bo to facet, który gotów jest poświęcić wszystko dla dobra innych, ale... w tym swoim bohaterstwie zdaje się zatracać do tego stopnia, że pociąga za sobą osoby mu najbliższe, obarczając je konsekwencjami decyzji, które podejmuje. (mam nadzieję, że ktoś zrozumie o co mi chodzi :/)

Opowiadanie pnie się w zastraszającym tempie na szczyt moich ulubionych ficków. Po przeczytaniu wielu wzruszających, ciepłych, tragicznych, wesołych i pobudzających wyobraźnię opowiadań, to wygodnie zaczyna rozsiadać się gdzieś w mojej podświadomości, wywołując chyba największe emocje. I dobrze, bo takie opowieści najdłużej się pamięta i wraca do nich, czasami masochistycznie, czasami wręcz przeciwnie.

Na koniec tego mojego zbyt długiego słowotoku;
"Gdzieś pod naszymi stopami spoczywają fanatyczne serca rewolucjonistów, jednak tutaj, wśród żywych, jest tylko żałosne zawodzenie wiatru pomiędzy przewodami sieci tramwajowej oraz dwa psy, na przemian gryzące się i kopulujące pod śmiesznym pomnikiem z brązu, przedstawiającym mugolskiego generała jako starożytnego boga wojny."
"Opuszczamy Pola Marsowe i podążamy wzdłuż kanału Mojka, mijając jedną po drugiej rezydencje w stylu regencji, których drzwi ozdobione są witrażowymi szybami i otoczone żłobionymi kolumnami."
"(...)kiedy zbliżamy się do długiego, trzypiętrowego budynku, rozciągającego się wzdłuż kanału na więcej niż przecznicę. Jego stiukowe ściany w kolorze jaskra i białe korynckie pilastry oświetlone są przez reflektory, których blask odbij się od nich jak wspomnienie lata w ciemnej, ozdobionej lodem wodzie. Wewnątrz, w alei z białego marmuru, wznoszą się schody pokryte dywanem barwy burgunda."
"Harry prosi go o kartę szampanów i siada na kanapie w szerokiej wnęce u szczytu schodów, a ja przechadzam się po głównym salonie. Jest ogromny, okrągły, bezosobowy i całkowicie pozbawiony intymności, zupełnie przeciwnie niż w angielskich wiejskich posiadłościach z tej samej epoki. Z drugiej strony, w odróżnieniu od Anglii, Rosja w połowie dziewiętnastego wieku dopiero wychodziła z okresu feudalizmu i najazdów wrogich armii. Rosyjska arystokracja nie czuła się jeszcze na tyle bezpieczna, by pozwolić sobie na mniejsze, bardziej prywatne pomieszczenia czy meble, które mogłyby zachęcić gości do swobodnego odpoczynku."

Mogłabym tak długo cytować, zwłaszcza, gdybym cofnęła się do wcześniejszych rozdziałów. Właśnie za to tak uwielbiam to opowiadanie. Autorka zdaje się wiedzieć doskonale o czym pisze, tak jakby tam żyła, mieszkała i znała ten klimat i jego historię na wylot. To urzekające, że tak doskonale mogę wczuć się dzięki temu we wszystko, wyobrazić to sobie. Z ciekawości zajrzałam do wujka google, aby potwierdzić kilka rzeczy i naprawdę, oddaje pokłon za skrupulatność. Nie wiem, czy autorkę po prostu fascynuje ten kraj, czy może zgłębiała temat przed pisaniem. Jakkolwiek by nie było, dla mnie bajka *.*


Pozdrawiam ciepło i życzę Ci Kaczalko wiecznej weny do wynajdywania drarry na takim poziomie :) :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Yuriko-chan » 19 maja 2012, o 20:35

Po przeczytaniu każdego kolejnego rozdziału po prostu brak mi słów. Strasznie mi głupio, że nie komentowałam do tej pory, ale po prostu ten tekst pozostawia mnie w stanie kompletnego splątania uczuć. Jest strasznie tajemniczy, genialnie trzyma w napięciu, emocjami jest wypełniony po brzegi, uderza w jakieś moje czułe struny i czuję się niemal obnażona czytając go. Nie wiem jak to jest możliwe, bo nigdy czytając jakiekolwiek opowiadanie nie czułam czegoś takiego. Nie wiem jeszcze do końca o co chodzi w fabule, ale to pewnie wyjdzie w trakcie. Uwielbiam naturalizm tego opowiadania. Scena obciągania, gdy Harry ma ten połowiczny, suchy orgazm, NIGDY o czymś takim nie czytałam a wiem, że to jest możliwe i baaaardzo mile się zaskoczyłam! Często mam wrażenie jak ktoś opisuje scenę seksualną, że nie do końca wie o czym mówi albo pomija jakieś kwestie... Tu jest tak kompletnie i do końca wszystko opisane, ten realizm mnie zachwyca! Te aluzje, że posiedli się nawzajem na wszelkie sposoby, bez granic, czuć że nie ma rzeczy której nie zrobili ahh ta bezwstydność... czerpanie z seksu garściami wszystkiego co najlepsze, dwaj dojrzali doskonale siebie znający kochankowie, no miód ;D ale czemu czuć jakby każde ich spotkanie było tym ostatnim? czy to jest właśnie smaczek tego opowiadania? Kolejne świetne tłumaczenie Twojego autorstwa Kaczalko :) tylko się cieszyć, że wciąż masz wenę do tego :D Obawiam się, że zakończenie może nie być happy, ale skoro Akame czyta to chyba nie powinnam się martwić, że będzie jakiś czarny koniec, tak samo tego nie cierpię. Chociaż to też zależy nie wszędzie happyend pasuje ;P Z niecierpliwością wypatruje kolejnej części, pozdrawiam :)
Yuriko-chan Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 8
Dołączył(a): 11 gru 2011, o 17:02
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Kaczalka » 25 maja 2012, o 14:16

Część VII


Łóżko obok mnie jest puste, ale gdy zamknę oczy i odetchnę głęboko, ciągle czuję zapach Harry’ego w nieruchomym powietrzu cichego mieszkania.
Leżę i myślę. Brzuch oraz wewnętrzną stronę ud pokryte mam zaschniętym nasieniem, tyłek rozciągnięty i obolały, a jądra lekkie i puste. Doszedłem dwukrotnie, raz w jego ustach i raz w odbycie, jednak w tej chwili naprawdę go nienawidzę. Ponieważ pomimo moich wielokrotnych próśb i obietnic, że je spełni, nie obudził mnie, zanim wyszedł. A teraz jest pieprzona dziewiąta rano, a ja czuję się kompletnie wyczerpany i obezwładniony przez rodzaj cierpienia, przy którym Cruciatus wydaje się błogosławioną ulgą.
Cherubiny nade mną pławią się w swoim niekończącym się lecie, ale za oknami niebo jest ciemnoszare i pada śnieg.
Wszystko zostawił jak należy. Dzisiejszy numer „Międzynarodowego Brytyjskiego Czarodzieja” leży na kuchennym blacie razem z podgrzewanym czajnikiem z taką ilością kawy, jakiej nie wypiłbym nawet przez tydzień. W zlewie są brudne naczynia, a na lodówce wiszą pospiesznie naskrobane notatki: „Środa, 19.11, spotkanie w Sadko, 17:00.” „Skontaktować się z H.” „Kupić mleko i jajka.” W łazience na podłodze znajduję parę majtek i maszynkę do golenia. Jeśli pozwoliłbym sobie na chwilę ulgi, oczami wyobraźni zobaczyłbym, jak wraca z rękami pełnymi paczek i śniegiem we włosach, bezceremonialnie zamykając za sobą drzwi kopniakiem. Tak wcześnie na nogach, Malfoy? Jakież to dla ciebie nietypowe.
Nalewam sobie kawy i biorę łyk, wyczuwając w jej gorzkim gorącu aż nazbyt znajomy posmak mokrego popiołu samotności. Gdyby tylko istniał zmieniacz czasu przenoszący w przyszłość. Oczywiście taki, który nie ma nic wspólnego z czarną magią. Święta Bożego Narodzenia, powiedział. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem...
Muszę wypchnąć z głowy te myśli. Nie ma innej możliwości. Albo się ich pozbędę, albo mną zawładną, co oznacza konieczność pozostania tutaj, w tym pustym mieszkaniu, ponieważ próba aportacji to gwarantowany przepis na rozszczepienie.
Wylewam resztę kawy do zlewu i wstawiam kubek pod kran obok jego miski. W rozwodnionym mleku unosi się chaotycznie kilka płatków z pszennych otrębów. Zza okna, z bocznej uliczki dociera trąbienie ciężarówki i niecierpliwy okrzyk po litewsku. Wchodzę do łazienki i zdejmuję szlafrok. Opuszczam go na podłogę, gdzie tworzy nieelegancki stosik wraz z bielizną Harry’ego. Woda pod prysznicem nagrzewa się z nieznośną powolnością, a ja stoję i obserwuję, jak para przesłania moje odbicie, zacierając najpierw ramiona, a potem głowę. Ostatni znika okrągły obszar na klatce piersiowej wokół lewej brodawki. To musi być kółko, które przetarł, żeby widzieć się w lustrze podczas golenia. Gardło mi się zaciska, gdy wyobrażam sobie, jak używa mugolskiej maszynki, ściągając usta na boki i marszcząc brwi w koncentracji, a biała piana plami płatek jego ucha, dopóki nie złapie za ręcznik i jej nie zetrze. Odsuwam się tak, że jasny punkt na lustrze nie odbija niczego poza zasłoną prysznica. Bo stanie tam i patrzenie na miejsce, w którym powinno być moje serce, zabija mnie.
Myję się i ubieram szybko, nie zawracając sobie głowy goleniem. W przeciwieństwie do Harry’ego, który często ma cień na twarzy już o piątej, mój jasny zarost nie jest widoczny nawet przez kilka dni. Poza tym mam to gdzieś. Wciągam spodnie, zapinam koszulę i wybieram z szafy komplet eleganckich niebieskich szat. Pieprzyć to. Jeśli Harry zechce je odzyskać, równie dobrze może przeżyć kolejne kilka tygodni i poprosić o ich zwrot. Ładnie. I najlepiej na kolanach. Pakuję i zmniejszam swój kufer, i zarzucam płaszcz na ramiona. Za oknem słabe słońce próbuje wypalić dziurę w niekończącej się szarości listopadowego poranka, ale tu w mieszkaniu cienie nadal trwają, pomarszczone jak porozrzucane po kątach części garderoby. Aportuję się, nawet nie zerkając pożegnalnie na materac, na którym kochaliśmy się zaledwie siedem godzin temu.

Z jakichś niezgłębionych powodów zastaję matkę w holu wejściowym. Krzyczy ze strachu i upuszcza filiżankę, gdy nagle się przed nią pojawiam, przez co sam z zaskoczenia niemal rozszczepiam się na kawałki.
— Merlinie! Draco, kochanie, po prostu przeraziłeś mnie na śmierć!
— I nawzajem — sapię, łapiąc się za bok. — Dosłownie.
— Boże! Nie powinieneś aportować się do domu w taki sposób! Mogłeś wcześniej uprzedzić skrzaty przez kominek i upewnić się, że nikogo tu nie będzie.
— Jest siódma, matko. Trudno sobie wyobrazić, że któryś z Malfoyów nie śpi o tej godzinie. I wałęsa się tutaj samotnie...
— Czekam, aż Stukley przyprowadzi powóz. Pomyślałam, że odwiedzę Maeve...
— O siódmej rano?
Nadal pochylam się i ciężko oddycham. Mam wrażenie, jakby ktoś wbił mi w bok rozgrzany pogrzebacz i zastanawiam się, czy możliwe jest bezkrwawe rozczłonkowanie narządów wewnętrznych.
— Kochanie, to nie brzmi dobrze.
— Bo nie czuję się dobrze — warczę.
Bierze mnie za rękę i prowadzi na kanapę, na której zwijam się całkowicie pozbawiony sił. Odgarnia mi włosy z czoła i badawczo wpatruje w moją twarz.
— Na niebiosa, Draco. Wyglądasz okropnie.
— Dziękuję, że zauważyłaś.
— I gdzie w ogóle byłeś? Dobrze wiesz, jak nie znoszę, kiedy znikasz tak bez ostrzeżenia...
— Nie miałem czasu — sapię.
— Zwłaszcza tam, gdzie byłeś. Tylko nie mów, że znowu z Potterem. Ostatnio niewiele o nim słyszałam. Myślałam, że... zostawił cię zeszłego lata. Lub ty zostawiłeś jego. Mam szczerą nadzieję, że chodzi o to ostatnie...
— Matko — mówię z tak dużą surowością, na jaką potrafię się zdobyć. — Fakt, że jestem gejem, nie oznacza jeszcze, że jestem też zdeflorowaną panienką, i naprawdę wolałbym nie rozmawiać z tobą akurat na ten temat akurat w tym momencie.
Mruży oczy, a ja dosłownie widzę, jak trybiki w jej mózgu obracają się, gdy zmienia taktykę.
— Alberic Carrow odwiedził nas w niedzielę...
— Naprawdę? Teraz? — Udaję nonszalancję, ale dobrze wiem, że w moim obecnym stanie łatwo mnie przejrzeć.
— Tak, w rzeczy samej — odpowiada lodowato. — Raczysz mi wyjaśnić, dlaczego nagle odnawiasz kontakty towarzyskie ze swoimi starymi kolegami śmierciożercami?
— Niekoniecznie.
Jej twarz przybiera wyraz matczynej troski i smutku. Kładzie moją dłoń na swoich kolanach i obejmuje ją obiema rękami.
— Och, Draco. Powiedz mi, że to nieprawda.
— Co? Że jestem... Nie wiem, co sobie wyobrażasz... Że znowu praktykuję czarną magię?
— Cóż, jeśli to właśnie robisz, w takim razie... Nie jestem zachwycona, ku czemu mam jak najbardziej oczywiste, nie wspominając już, że uzasadnione, powody...
— Co w takim razie myślisz? — Widzę, jak zaciska usta tak mocno, że tworzą cienką różową linię. — Ach, rozumiem — przytakuję ze znużeniem. — Wydawało ci się, że pieprzę Alberica...
— Draco! Z pewnością nie ma potrzeby używania tak wulgarnych słów!
— Cóż, a czemu nie nazywać rzeczy po imieniu? Matko, Merlin wie, że mieszkamy ze sobą jak dwie stare panny wystarczająco długo, by przestać być nieśmiałymi w kwestii naszych romansów.
— Nie mam pojęcia, o co ci chodzi, kiedy mówisz „nasze”. — Pociąga nosem. — W tej rodzinie mamy tylko jednego członka, który nie chce się odpowiednio ustatkować. Elizeusz i ja jesteśmy ze sobą od pięciu lat...
Naprawdę nie mam nastroju na wykład na temat mojej rzekomej odmowy rozpoczęcia związku z właściwym partnerem. Chociaż doceniam jej ciężko wywalczoną akceptację, że nie będzie miała kolejnej synowej, matka ciągle nie zrezygnowała z łudzenia się, iż pewnego dnia nawiążę jakąś społecznie i publicznie przydatną relację (jaką romans z Carrowem zdecydowanie nie jest), najlepiej połączoną z obwieszczeniem w rubryce towarzyskiej „Proroka”. Mimo że dokładna natura mojego związku z Harrym od lat stanowi źródło szeptanych przypuszczeń, publicznie nigdy nie zachowujemy się jak para. Wręcz przeciwnie, obaj pilnujemy, aby nie wyglądać na nikogo więcej niż przypadkowych znajomych, którzy na ministerialnych uroczystościach i oficjalnych spotkaniach z daleka wymieniają grzeczności, a poza tym przebywają wyłącznie w otoczeniu najbliższych przyjaciół.
— Pani — piszczy Bobbin. — Twój powóz.
— Ach, świetnie! — odpowiada matka i wstaje z kanapy. — Na mnie czas. Draco, kochanie... — Obejmuje dłonią mój policzek. Przy jej ciepłej i suchej skórze moja własna jest zimna i wilgotna. — Wypij herbatę i idź do łóżka. — Muska ustami moje czoło, jak to robiła, gdy byłem dzieckiem, a ja łapię ją za rękę i, zanim się cofa, całuję jej palce.
— Pozdrów Maeve ode mnie.
— Oczywiście, skarbie. Wypocznij porządnie i powiedz skrzatom, żeby ci nie przeszkadzały. Ostatnio były strasznie bezczelne.
Obserwuję, jak wygładza swoją długą, obszytą gronostajem szatę, po czym macha różdżką, a jej płaszcz zawisa nad podłogą tak, jakby ktoś za nią szedł i grzecznie go unosił. Widząc, że się jej przyglądam, uśmiecha się kokieteryjnie i posyła mi całusa dłonią w rękawiczce.
— Do zobaczenia, kochanie — mówi i znika w wirze perfum i białego futra.
Pocieram twarz dłońmi.
— Sir, czy życzy pan sobie herbatę?
— Tak, proszę. W bibliotece — odpowiadam, nie unosząc wzroku.
— Czy chce pan przejrzeć pocztę z kilku ostatnich dni?
— Co? Tak, oczywiście. Czemu nie.
— Czy pan...
— Bobbin — przerywam skrzatce. — Herbata i poczta to wszystko, na co mam teraz siłę, więc daj mi spokój. Dziękuję.
— Tak, sir — piszczy i znika.
Wstaję i wciągam głęboko powietrze. Ostry ból w boku minął, ale nadal drżę i jestem wyczerpany. Nie aż tak jak ostatnio, ale jednak bardziej niż zazwyczaj. W drodze do biblioteki wstępuję do gabinetu, żeby sprawdzić, czy pergaminy, które spisałem przed wizytą u Harry’ego, nadal leżą bezpiecznie w kufrze. Oddycham z ulgą, gdy okazuje się, że wszystko z nimi w porządku. Bobbin może i jest irytująca, ale to również jeden z najbardziej kompetentnych zarządców skrzatów, jakiego kiedykolwiek posiadałem. Sprawna i dyskretna — dwie podstawowe cechy kogoś, kto chce u mnie pracować.
Zaczynam dopiero drugą filiżankę herbaty, gdy skrzatka pojawia się ponownie.
— Pani Hermiona Granger Weasley Longbottom chce pana widzieć, sir.
Unoszę wzrok znad ostatniego pisma od mojego adwokata.
— Poproś ją do środka.
Minutę później słyszę precyzyjne po wojskowemu kroki Granger na parkiecie w korytarzu i zaraz potem Bobbin otwiera drzwi.
— Sir, pani Hermiona Granger Weas...
— Dziękuję, Bobbin.
Jestem pewien, że Granger nie daje się oszukać mojej wymuszonej grzeczności, ale biorąc pod uwagę, jak się czuję tego ranka, jest szczęściarą, że w ogóle próbuję zaakceptować jej program delikatnego obchodzenia się ze skrzatami domowymi. Wstaję od biurka, gdy wchodzi do środka, i gestem wskazuję jej wypoczynkową część biblioteki mieszczącą się przy kominku.
— Granger, co za miła niespodzianka. Proszę, usiądź.
— Malfoy — odzywa się rzeczowo jak zawsze. Bez względu na to, że Harry i ja zwiedziliśmy razem z nią i Longbottomem Toskanię oraz Prowansję, pod nieobecność Harry’ego zawsze traktuje mnie jak jednego ze swoich pacjentów. Co wcale mi nie przeszkadza. Wręcz wolę taki układ.
— Herbaty?
— Tak, proszę.
Siadamy na dwóch końcach skórzanej kanapy. Granger przez chwilę poprawia swoje praktyczne lniane szaty, zanim bierze do ręki filiżankę i spodek.
— Dziękuję — mówi, upija łyk i odstawia filiżankę na okutym mosiądzem stoliczku do herbaty.
— Herbatnika?
— Nie, dziękuję. Malfoy, co wiesz o pracy drużyny w Irkucku?
Ach, stare i dobre sztandarowe „przejdźmy do rzeczy” Granger. I pomyśleć, że był czas, nie tak dawno temu, gdy uważałem ją za chamską i nieokrzesaną. Ale dzisiaj nie mam nastroju na formalności, a jej zasadnicze podejście witam bardziej niż chętnie.
— Niewiele. Co Longbottom powiedział tobie?
— Nic — wzdycha.
— Dziś rano wyjechali z Petersburga. Wszyscy.
— Tyle sama zrozumiałam. Neville napomknął pewnej nocy, że koniec się zbliża.
Biorę głęboki oddech i również odstawiam filiżankę.
— Miło, że nas poinformowali. Biorąc pod uwagę, że przez ostatnie miesiące prowadziliśmy dla nich badania.
— Jest coś, o czym nam nie mówią... — zastanawia się na głos, stukając palcem o bok nosa jak kiedyś w szkole na egzaminach.
— Tak myślisz? — warczę.
Ignoruje mnie.
— Czyżby badania miały jedynie odwrócić naszą uwagę? A może dopiero po czasie odkryli, że są zbędne?
— Dywersja? Żeby zmylić „współmałżonków”? — Przy ostatnim słowie zakreślam palcami w powietrzu znak cudzysłowu. — To byłoby nie tylko śmiesznie nieekonomiczne, ale i niepotrzebnie okrutne. I Harry nigdy by mi czegoś takiego nie zrobił. Nigdy w życiu..., dodaję już w myślach.
— Nie wiem, jak jest u was, mój mąż zawsze stara się bagatelizować niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą jego praca — mówi, uśmiechając się ze smutkiem. — Ale prawdopodobnie masz rację.
Przez chwilę siedzimy w ciszy. Na zewnątrz zaczyna padać i krople deszczu spływają po wysokim oknie na drugim końcu pomieszczenia. Drżę i mocniej zaciągam swoje szaty... szaty Harry’ego.
— Właśnie stamtąd wróciłeś.
Odwracam wzrok od okna i widzę, że Granger mnie obserwuje. Sam nie wiem, czy jestem zaniepokojony, czy dziwnie pocieszony jej bystrością.
— Tak.
— Nie wyglądasz dobrze.
— Dziękuję. Ty i matka, gdy wróci, możecie o tym fakcie porozmawiać, ale ja, jeśli nie masz nic przeciwko, wolałbym nie mówić na temat moich... kłopotów z podróżowaniem.
— Oczywiście. — Wzrusza ramionami. — To był ostatni raz, więc przypuszczam, że nie ma sensu dyskutować, czemu niedawno miałeś problemy.
Coś zaciska mi się w żołądku.
— Ostatni raz? — pytam ostro.
Granger patrzy na mnie z zaskoczeniem.
— Chodziło mi tylko o to, że po Irkucku Harry opuszcza drużynę.
Oddycham głęboko i zamykam oczy zalany falą ulgi. Kiedy unoszę powieki, Granger nadal przygląda mi się ze zdziwieniem.
— Czyli Harry mówił ci, że odchodzi?
— Przysłał mi sowę dziś rano. Malfoy, czemu byłeś taki zaskoczony? O czym myślałeś?
Potrząsam głową.
— To nic ważnego.
Granger marszczy brwi, a ja czuję, jakbym przez mgnienie oka miał okazję doświadczyć, jak wygląda życie jej córek. I Longbottoma prawdopodobnie także.
— Oczywiście, że to ważne — mówi.
— No cóż, nie potrafię tego wyjaśnić. A przynajmniej nie przekonująco.
— Spróbuj.
Przyglądam jej się uważnie przez kilka chwil. Pod pewnymi względami jej twarz zachowała dziewczęcą powagę, jaką pamiętam ze szkoły. Jest osobą, którą łatwo sobie wyobrazić jako kogoś, kto bez problemu sypia tylko cztery godziny na dobę i czuje z tego powodu moralną przewagę. W oczach i linii ust widoczna jest skupiona siła. Ale na tym podobieństwa się kończą. Jest też roztropność, której nigdy wcześniej u niej nie dostrzegałem. Rodzaj powściągliwości, jakby już nie uważała, że każdy problem można rozwiązać i na każde pytanie odpowiedzieć. Chociaż może to coś, co nazywamy pokorą, a co dodaje jej aury mądrości, a nie tylko wiedzy. Co narodziło się z nieuniknionego i bolesnego doświadczenia. Przez to wszystko niemal jej ufam. Oczywiście jeśli byłbym w stanie zaufać komukolwiek poza Harrym.
Biorę głęboki oddech, po czym wypuszczam powietrze z płuc.
— Harry uważa, że umrze w Irkucku. W rzeczywistości wydaje się co do tego przekonany.
Granger milczy, ale widzę, że żyła na jej skroni zaczyna pulsować.
— To nie w jego stylu — stwierdza.
— Stąd moje obawy.
— Co ci powiedział? Mówił, dlaczego tak myśli?
— Nie, nie mogłem od niego uzyskać żadnych konkretnych informacji.
Granger nagle wstaje i zaczyna spacerować przed kominkiem.
— To absurdalne! Nie możemy siedzieć tu i spekulować...
— I pewnie uważasz, że właśnie w ten sposób mam ochotę spędzić kilka najbliższych dni? Wędrując wokół dworu jak duch i leżąc przebudzony po nocach, wyobrażając sobie... — Z trudem przełykam ślinę. — Co dokładnie powinniśmy według ciebie robić?
Tak niespodziewanie jak rozpoczęła wędrówkę, teraz zatrzymuje się i obraca w moją stronę.
My? Ty nawet nie zamierzałeś mi niczego powiedzieć, gdybym nie nalegała. Harry jest moim przyjacielem, do cholery! Był nim jeszcze wtedy, kiedy ty nic... ale... — jąka się, widząc moją minę, i ukrywa twarz w dłoniach. — Och, Boże — mamrocze. — Tak bardzo przepraszam.
Ponownie spoglądam na okno. Deszcz pada teraz nieprzerwanymi strugami, uderzając w szyby i zamieniając świat na zewnątrz w scenografię z rozpuszczonej szarości i ciemnych bezlistnych gałęzi.
— Malfoy? Dra...
— Wszystko w porządku, Granger — mówię ze znużeniem. — Możesz o mnie myśleć, co ci się podoba. Jeszcze herbaty?
Musi rozumieć, że drzwi, które na moment się między nami uchyliły, teraz zostały zatrzaśnięte, bo z rezygnacją kładzie dłoń na oczach. Lewituję imbryk i napełniam swoją filiżankę.
— Nienawidzę czuć się taka bezsilna. Nie jestem w tym dobra. Nigdy nie byłam. — Odsuwa rękę od twarzy. Wygląda na wyczerpaną i skruszoną. — Przepraszam.
— Skończmy ten temat.
Czuję się prawie źle, gdy jej ramiona pochylają się jeszcze niżej po spotkaniu z moją chłodną uprzejmością. Ale jestem zmęczony, przybity i tak samo sfrustrowany jak ona. Jej oczywisty strach wywołany moimi słowami spotęgował jeszcze mój własny chorobliwy niepokój.
— Dam ci znać, jeśli czegoś się dowiem — mówi. — Obiecuję.
Pijemy herbatę w milczeniu. Wiem, że oboje myślimy o Harrym i o tym, że u niego wszystko mogło się już zdarzyć. Moją klatkę piersiową ściska coś w rodzaju ciężkiej jak ołów paniki, jakiej nie doznałem od wielu lat. Oddycham głęboko, szukając czegoś, co pozwoliłoby mi się opanować, i mój wzrok wędruje na kominek i kuty, żelazny ruszt. Nagle mój umysł zalewają nieproszone i bardzo uporczywe wspomnienia. To muszą być święta Bożego Narodzenia, ponieważ przy kominku leży niedźwiedzia skóra, a jego obudowę kominka zdobią wiecznie zielone gałązki i świece. Harry wyleguje się na podłodze wsparty na łokciu i od niechcenia kręci pogrzebaczem w palenisku. Z mojego miejsca na kanapie nie widzę jego twarzy, ale zgrabna linia pleców i krzywizna ramion wyraźnie zarysowują się przez białą tkaninę koszuli, podświetlone przez blask tańczących płomieni. Nie musisz tym ciągle obracać, mówię. Niech sobie poleży w żarze.Nie chcę popiołu na szatach, kiedy będę się przenosił, wyjaśnia, a ja chichoczę. Mój ty niewinny, dorastający wśród mugoli biedaku. Nie wiesz, po co wymyślono zaklęcia czyszczące? Nic nie mówi, wsuwa tylko pogrzebacz głęboko w ogień, wywołując tym chmurę iskier, i odkłada go na ruszt. Niewinny, mówisz? Kładzie się na plecach w gęstym futrze i obraca zaczerwienioną twarz w moją stronę. Nie przestaję patrzeć mu w oczy, kiedy bawi się guzikami koszuli, rozpinając je leniwie. Moje usta robią się suche z pragnienia. Jego włosy idealnie mieszają się z połyskującym niedźwiedzim futrem. Chcę wpleść w nie dłonie, czując, jak prześlizgują mi się między palcami, ciężkie, błyszczące i czarne. Chcę schować w nich całą twarz i wdychać jego zapach. Chcę posmakować żaru ognia na jego skórze, gdy będzie wyginał się w moim uścisku. Chcę, by wiedział, jak go potrzebuję, rozpoznał tę potrzebę i uznał ją jako swoją własną. Chcę go rozbić, złamać, uwolnić. Chcę...
— Chyba powinnam już iść.
Zdziwiony unoszę głowę i wspomnienie tak po prostu znika. Spotykając spojrzenie Granger, czerwienię się intensywnie.
— Tak, oczywiście. Dziękuję za wizytę — mówię i wstaję, wdzięczny za obszerne szaty Harry’ego.
— Tędy, proszę pani — piszczy Bobbin, aportując się dyskretnie i przytrzymując dla Granger drzwi biblioteki.
— Dziękuję, Bobbin — mówię. — Sam odprowadzę panią Longbottom.
W przyjemnej ciszy przemierzamy długi hol. Żywe wspomnienie Harry’ego uspokoiło mnie i nie jestem już zły na Granger za jej mały wybuch. Mimo wszystko nie zaskoczyło mnie aż tak bardzo, iż najwyraźniej wciąż podaje w wątpliwość wartość mojego związku z Harrym. Niech tak będzie. Jest wiele rzeczy, których nigdy się o mnie nie dowie. O nas.
— Masz piękny dom.
— Dziękuję. Posiadłość rodziny Longbottomów w niczym mu nie ustępuje.
Uśmiecha się, słusznie interpretując moją uwagę jako gałązkę oliwną.
— Nie wiem, czy kiedykolwiek przyzwyczaję się do miejsca, w którym jest więcej pokoi niż dni w tygodniu.
Wyobrażam sobie, czym musiała być przeprowadzka z ciasnej rudery Weasleyów czy równie zatłoczonego domu na Grimmauld Place do ponurych, przepastnych pomieszczeń w Longfield House.
— W zasadzie między Nowym Rokiem a świętem Beltane wschodnie i zachodnie skrzydło dworu pozostają zamknięte. Mieszkam tu przecież tylko z matką i czasami z jej adoratorem...
Granger chichocze, a widząc moją zdziwioną minę, parska otwartym śmiechem.
Adorator? Czy tak właśnie nazywasz Harry’ego w kulturalnym towarzystwie?
Czuję, jak sam się uśmiecham. W milczeniu docieramy do holu wejściowego z kominkiem dla gości obszernym na tyle, że pomieściłby dwanaście osób. Granger łapie mnie za rękę i ściska ją szybko i pewnie.
— Wszystko będzie dobrze. — Kiwam głową. — Porozmawiamy niedługo. Możesz się ze mną kontaktować w każdej chwili. Naprawdę.
Podchodzi do paleniska i nabiera garść proszku z cynowej puszki, którą Bobbin wyciąga w jej stronę. Posyła mi pożegnalny spokojny uśmiech, wypowiada adres docelowy i znika.

Reszta tygodnia mija spokojnie.
Mimo że jestem prawie przekonany, iż moje badania nie są już konieczne, nadal każdego ranka udaję się do archiwum Biblioteki Bodlejańskiej. Przynajmniej mogę robić coś, co nie jest całkowicie niezwiązane z Harrym i co pozwala mi udawać przed samym sobą, że pomagam mu choć w niewielkim stopniu.
A wieczorami jadam kolacje z byłymi niedoszłymi śmierciożercami.
Niektórzy z nich są skruszeni, podczas gdy inni tylko czekają na nowego czarnego pana, by przyczaić się u jego boku. Kiedy wchodzę do holu wejściowego, żeby powitać Alberica Carrowa, w jego oczach natychmiast dostrzegam błysk nadziei, a w uścisku dłoni wyczuwam zapał. Teraz jest tak samo łatwy do przejrzenia jak podczas wojny.
— Albericu, jak dobrze, że przyszedłeś.
— Cała przyjemność po mojej stronie, Draco — odpowiada z pochlebczym uśmiechem.
— Bez wątpienia — cedzi matka kącikiem ust, a ja przygryzam wargę, by stłumić parsknięcie. Powiewając rękawem z angory, wytwornym ruchem wyciąga do Carrowa bladą dłoń.
— Lady Malfoy — mruczy Alberic przy jej knykciach, składając na nich pocałunek, a ja ponownie powstrzymuję śmiech, widząc, jak matka krzywi usta nad jego spuszczoną głową.
— Zdajesz sobie oczywiście sprawę, że technicznie nie jestem już lady Malfoy, odkąd mój syn odziedziczył tytuł?
— Możesz nazywać moją matkę wdową po lordzie Malfoyu — wtrącam szybko i mrugam do niej, doskonale wiedząc, jak głęboko brzydzi się tym słowem. Patrzy na mnie ze złością.
— W tym domu nie będziemy używali określenia „wdowa” — mówi. — Więc pomimo faktu, że jestem matką Draco, a nie jego żoną, zwracaj się do mnie lady Malfoy.
— Mogłaby mnie pani oszukać — odpowiada Carrow bez wahania. — Gdybym wcześniej nie wiedział, bez żadnego problemu uwierzyłbym, że jest pani nową narzeczoną Draco.
Rzucam szybkie spojrzenie na niewidzialne niebo.
— Och — mamrocze matka pod nosem i tym razem zagryzam wargę niemal do krwi. — Jak miło z pana strony — zwraca się do Alberica, ale jej reakcja to raczej rutyna niż entuzjazm. — Cóż, życzę panom przyjemnej kolacji — dodaje i przerywa, by popatrzeć na mnie groźnie, ale w taki sposób, iż dla niezorientowanych wygląda to tylko na przelotny grymas. — Jestem spóźniona na spotkanie — mówi, mierząc mnie nieruchomym spojrzeniem. — Ufam, że dziś wieczorem nie dojdzie do... wypadu... do żadnego opactwa w pewnej parafii o nazwie rozpoczynającej się literą „A”.
Poświęcam chwilę, aby zastanowić się nad faktem, iż matka, nie wiedząc o mnie wszystkiego, i tak wie zbyt dużo. Ale zaraz dostrzegam drapieżny błysk w oczach Carrowa i przesuwam się szybko, żeby matka go nie dostrzegła i nie zinterpretowała niewłaściwie.
— Najdalszy wypad, jaki czeka dziś mnie i Alberica, to wycieczka do gabinetu na szklaneczkę whisky po kolacji.
Mruży oczy i przez krótką chwilę bada moją twarz.
— Dobrze — mówi w końcu, owijając wokół ramion szal z norek i sprawdzając fryzurę ozdobioną biżuterią, arystokratyczną dłonią. — Nie chciałabym, żeby pewna osoba odkryła coś innego.
Posyłam jej uśmiech zabarwiony w równym stopniu zdumieniem i irytacją. Jakież to z jej strony wyrachowane, by popisywać się odniesieniami do Harry’ego, kiedy odpowiada to jej celom.
— Do widzenia, kochanie — mówi i całuje mnie w policzek. — Albericu.
— A ja nie dostanę całusa? — pyta Carrow.
Matka posyła mu spojrzenie, jakie, czego jestem pewien, wiele osób przez lata oglądało na mojej własnej twarzy, po czym znika z cichym trzaskiem. Obracam się do Carrowa i widzę, że wcale nie jest zrażony jej oschłym pożegnaniem. W rzeczywistości z podekscytowania niemal zaciera ręce. Niczym żółć przełykam falę intensywnej niechęci.
— Idziemy? — cedzę przez zaciśnięte zęby. — Kolację podano w małym salonie. — Gestem wskazuję na korytarz po prawej.
Carrow lokuje swoje umięśnione ciało pomiędzy podłokietnikami krzesła, wiercąc pokaźnym tyłkiem, i rozkłada serwetkę, jakby zaraz zamierzał rzucić się na wszystko, co podadzą. Przyglądam mu się, nalewając wino, i przelotnie zastanawiam, jakim cudem matka może oceniać mój estetyczny gust tak nisko. Alberic przyjmuje ode mnie kieliszek i unosi go z przewidywalnym „Za starych przyjaciół”. I choć uśmiecham się pobłażliwie, nie dołączam do niego. W zamian macham ręką i na stole pojawia się zupa z raków. Carrow upija wino do własnego toastu z wyraźnym zażenowaniem i raczy mnie pięciominutowym wykładem, który kończy pytaniem, kim jest ta „pewna osoba”, o której wspomniała matka, i dlaczego po zmroku odwiedzam odległe mugolskie opactwa. Nie odpowiadam, uśmiecham się tylko enigmatycznie. Mimo wszystko nie jestem zainteresowany wyprowadzanie go z błędnego przekonania, iż właśnie bratam się z jakimś nowym odradzającym się czarnym panem lub sam przymierzam do przejęcia tego tytułu. Byłoby to całkowicie nieprzydatne, biorąc pod uwagę, czego zamierzam od niego zażądać.
— Hmm, co słychać u Marilli? — pytam. — Podobno...
Carrow pochyla się do przodu, zaciskając obie dłonie na krawędzi stołu z takim przejęciem, że przeciąga go o kilka centymetrów w stronę swoich kolan. Łapię mój kieliszek, zanim się przewraca.
— Draco — szepcze natarczywie, rozglądając się wokół w poszukiwaniu potencjalnych intruzów. — Możesz mi powiedzieć, wiesz o tym. Przecież to ja, Alberic Carrow. Twój stary przyjaciel.
Właśnie kończę zupę (była pyszna, muszę poinformować Bobbin, aby pochwaliła szefa kuchni). Odchylam się na krześle i muskam usta serwetką, wszystko pod czujnym spojrzeniem Alberica. Intensywnym i niemal seksualnym w swej chciwości i nieskrywanej żądzy. Nic nowego, przez wiele lat byłem obiektem takich właśnie spojrzeń. Nachodzi mnie nagła ochota, by przesunąć ręką od piersi aż do kolan, ale podejrzewam, że mój kutas w jego ustach nie jest tym, czego Carrow pragnie. Możliwe, że chodzi mu o coś podobnego, ale nie właśnie o to.
Uśmiecham się i obserwuję, jak jego twarz się rozjaśnia. Niech nikt nie mówi, że nie potrafię rozpoznać człowieka, który chce być prowadzony jak pies, gdy go zobaczę.
— Obawiam się, że się mylisz, Albericu...
Gwałtownie kręci głową.
— Nie rób mi tego, Draco — mówi tym samym natarczywym szeptem co poprzednio. — Proszę. Nie rób mi tego. Wiesz, jak długo czekałem, całując dupy biurokratów i pomniejszych urzędników? Czekałem, aż nadejdzie mój czas i pojawi się ktoś z cholernymi jajami? Nie jestem coraz młodszy, a ta farsa... wysysa ze mnie życie!
Talerze po zupie znikają i pojawia się półmisek z antrykotem i pieczonymi ziemniakami.
— Fasolki? — pytam, wyciągając w stronę Alberica miskę.
— Co? — Mruga z zaskoczenia. — Och, tak, proszę.
Przerywa monolog na temat udaremnionych ambicji, napełnia swój talerz po brzegi i obficie polewa potrawy sosem.
— Draco — odzywa się wreszcie, konsumując pudding Yorkshire — możesz być kimś wielkim. Większym niż ta pieprzona cipa minister magii. Do diabła, większym niż ten głupek Potter. Pomyśl, co on wyprawia. Biega po cholernej Mongolii, ścigając mrocznych czarodziejów i używając do tego zaklęć rozweselających, czy co on tam faktycznie robi.
Unoszę kieliszek i kręcę winem leniwie, obserwując bogactwo jego koloru — piękny szkarłat odbijający światło świec.
— Mówią, że Potter jest potężnym czarodziejem — odzywam się umyślnie bezbarwnym tonem. — Potężniejszym niż Voldemort.
Carrow nabija ziemniaka na widelec i sięga przez stół, aby zamoczyć go w tłuszczu, który wyciekł z mięsa na półmisek. Cofa rękę, wpycha ziemniaka do ust i żuje go z entuzjazmem, po drodze brudząc obrus rdzawymi plamami.
— W takim razie to jeszcze większy gnojek i idiota, niż myślałem — odpowiada, pryskając wokół drobinkami jedzenia przy każdym słowie. — Zmarnować taki dar. Jak mówiłem, głupek.
W mojej wyobraźni nagle pojawia się obraz Harry’ego przy biurku w mieszkaniu w Kensington. Grzywka sterczy mu do góry, a pióro wystaje śmiesznie zza ucha, kiedy zapamiętuje jakieś nowe zaklęcie, które na pewno uda mu się wykonać już przy pierwszym podejściu (niewerbalnie, oczywiście). Zaciskam zęby, powstrzymując cisnącą mi się na usta ripostę i w zamian biorę łyk wina.
— Albericu — mówię w końcu — zdaje się, że... zakładasz o mnie pewne rzeczy, niezależnie od ich prawdziwości, które są niewątpliwie prowokacyjne i, przynajmniej w niektórych kręgach, wręcz oszczercze.
Carrow patrzy na mnie wzrokiem sugerującym, iż właśnie spełniłem wszystkie jego marzenia, a ja tłumię śmiech. Nie powiedziałem mu absolutnie nic, a on odczytał w mojej wypowiedzi dokładnie to, co chciał. Jednak mimo że mnie to bawi, jednocześnie jest dla mnie niewymownie nudne. Jak wielu innych Carrow uważa, że to, co oferuje, rekompensuje jego żądania, podczas gdy nie proponuje nic więcej poza hamowaną zachłannością, żądzą czy też egoistycznym głodem podporządkowania się komuś, kogo uważa za potężniejszego do siebie. Takie osoby zwracają się do mnie bez przerwy, pragnąc jednej z trzech rzeczy: pieniędzy, seksu albo władzy. A czasem wszystkiego razem. Nie mam wątpliwości, że tak samo działo się w przypadku ojca i być może gardził tym tak bardzo jak i ja. Z drugiej strony jesteśmy zupełnie różni. I ja mam Harry’ego. Wątpię, by ojciec mógł szczerze przyznać, iż był takim szczęściarzem, aby znaleźć kogoś, kto pokochałby jego czarne serce.
— Zapewniam cię, Draco... to znaczy lordzie Malfoy — Alberic pochyla głowę w lekkim ukłonie, mającym w dystyngowany sposób oznaczać podporządkowanie, ale w tych okolicznościach nie jest niczym więcej niż groteskowym szyderstwem z szacunku — że możesz liczyć na moją absolutną dyskrecję.
Obaj kończymy kolację, ja zdecydowanie mniej żarliwie (i dużo schludniej) niż Carrow. Talerze znikają, pozostawiając mój biedny obrus tak splamiony, że przypomina prześcieradło dziewiczej panny młodej rankiem po nocy poślubnej. Alberic rozgląda się wokół z nadzieją, a ja mogę sobie tylko wyobrazić, że szuka deseru. Niestety, czeka go rozczarowanie. Mój język dotyka cukru wyłącznie w obecności Harry’ego, mimo że kocham słodycze prawie tak samo jak on. Tę niewielką ascezę narzuciłem sobie po pierwszym posiłku, jaki zjedliśmy tylko we dwóch. Stało się to tydzień po nocy, gdy odwiedził mój loch po raz drugi — tydzień po naszym pierwszym pocałunku, kiedy to postanowiłem poinformować Circe (tak szybko jak tylko zdołam odkryć, w której części dworu przebywa), że chcę rozwodu. Harry przysłał mi zaproszenie na kolację w swoim mieszkaniu w Kensington. Nigdy nie zapomnę, jak się czułem, stojąc w holu i przygotowując się do aportacji. Nerwowy i prawie nieprzytomny z niecierpliwości, choć wcale nie z powodu perspektywy seksu. W końcu robiliśmy już ze sobą coś, czego żaden z nas nie robił z nikim innym, chyba że chodzi o kochanie się twarzą w twarz, na co z pewnością liczyłem tego wieczoru... i co mu obiecałem. Nie, moja nerwowość nie miała nic wspólnego z seksem, za to wszystko z faktem, iż Harry i ja będziemy siedzieli obok siebie, wykonując prozaiczne czynności takie jak jedzenie, picie i rozmawianie — coś co robiłem z niezliczoną ilością ludzi, ale nigdy z Harrym Potterem. A zwłaszcza z Harrym Potterem, w którego tyłek włożyłem pięść aż po nadgarstek i który nazywał mnie „tatusiem”, błagając, żebym go pieprzył. Najbliżsi robienia tych codziennych rzeczy byliśmy w Hogwarcie lub przy oddzielnych stołach podczas ministerialnych przyjęć czy kolacji charytatywnych, jednak nigdy nie oddawaliśmy się wszystkim trzem czynnościom jednocześnie (a w przypadku szkoły nawet bez odrobiny uprzejmości). O czym będziemy rozmawiać? Co, jeśli nie łączyło nas nic więcej niż intensywna, odkrywcza namiętność? Oczekiwałem, że znajdę się w małym i skromnie umeblowanym, ale nieskazitelnie czystym mieszkaniu, gdzie powita mnie niezgrabnie i obdarzy dziwnym pocałunkiem w policzek, ale w zamian po aportacji trafiłem w kłąb kwaśnych oparów i zaatakował mnie pisk mugolskiego wykrywacza dymu oraz potok tak wymyślnych i dosadnych obelg, że przyprawiłyby o rumieniec nawet marynarza. Harry przez kilka minut nie zdawał sobie sprawy z mojej obecności, wydobywając z piekarnika to coś, cokolwiek to było, co właśnie spalił, a gdy mnie wreszcie spostrzegł, powiedział: Kurwa, no cóż. Mam nadzieję, że nie jesteś głodny. Na szczęście zdenerwowanie odebrało mi apetyt, a do tego przyrządził idealne tiramisu, które chłodziło się w lodówce razem z butelką taniego (ale niezłego) Pinot Bianco. Tak że mój pierwszy kontakt z nieerotyczną sferą życia Harry’ego polegał na pospiesznym otwieraniu wszystkich okien. Z powodu dymu i bieganiny koniecznie potrzebowaliśmy kąpieli, a kąpiel wymagała odkorkowania wina. Później obie wyżej wymienione czynności połączyliśmy z seksem i kochaliśmy się w wannie, aż woda stała się dla nas zbyt zimna, opuszki palców pomarszczyły nam się jak skórka suszonych śliwek i okropnie zgłodnieliśmy. W ten właśnie sposób znalazłem się — trzy godziny od chwili, gdy niemal chory ze strachu stałem w holu wyjściowym dworu ubrany w komplet szytych na zamówienie jedwabno-wełnianych szat — przy stole tak małym, że z trudem pomieściłby cztery osoby, w podkoszulku i pożyczonych spodniach od piżamy, zajadając prosto z miski najbardziej niesamowite tiramisu, jakiego kiedykolwiek kosztowałem, i oglądając taniec światła pojedynczej świecy na twarzy Harry’ego, gdy rozmawialiśmy o wszystkim, jakbyśmy znali się od zawsze. Co, oczywiście, było prawdą. Przecież się znaliśmy. Ale nie w ten sposób. Absolutnie nie w ten sposób.
Wspomnienie naszej pierwszej wspólnej nocy rozpływa się, gdy Carrow odchrząkuje i patrzy na mnie wyczekująco.
— Obawiam się, że nie mogę zaoferować deseru — mówię. — Może przejdziemy do mojego gabinetu? — Wstaję z krzesła i rzucam serwetkę na stół.
— Oczywiście — odpowiada. — Doskonała kolacja, przy okazji. Ale czego innego miałbym się spodziewać, biorąc pod uwagę, kto jest dzisiaj gospodarzem?
W duchu śmieję się szyderczo z tego jawnego pochlebstwa, z puchońskości Carrowa. Patrząc na jego niezdarne polityczne posunięcia, jestem zaskoczony, że dotarł tak daleko, iż zaoferowano mu Znak. Z drugiej strony, im dłużej trwała wojna, tym Voldemort stawał się mniej wybredny, desperacko potrzebując świeżego mięsa armatniego przeciwko klątwom uśmiercającym Zakonu Feniksa. Jednakże bliskość władzy dała Carrowowi dostęp do czegoś, czego teraz od niego potrzebuję.
W drodze do gabinetu zatrzymuje się, by podziwiać obrazy wiszące w korytarzu. Większość ma pochodzenie czarodziejskie, ale nie wszystkie. Przystaje przed dziełem Mikołaja Roericha, które razem z Harrym kupiłem w Petersburgu zeszłego lata. Splata dłonie za plecami i pochyla się, by dokładniej obejrzeć pociągnięcia pędzla. Podchodzę do niego na tyle, że nasze ramiona zderzają się ze sobą.
„Święto wiosny” Igora Strawińskiego— mówię, a Carrow podskakuje, zaskoczony kontaktem.
— Och! — odpowiada. Z bezinteresownym rozbawieniem obserwuję, jak walczy, by nie odsunąć się ode mnie zbyt szybko.
— Obraz został namalowany jako podstawa scenografii premierowego przedstawienia w wykonaniu Baletów Rosyjskich.
Patrzy na mnie z paniką w oczach typową dla kogoś, kto nie ma pojęcia, o czym mówię.
— Nie jestem wielkim koneserem mugolskiej sztuki — tłumaczy. — Chociaż obraz jest niebrzydki. Wygląda na bardzo... mmm... wiosenny. I, oczywiście, drogi. — Teraz, gdy już odsunął się na bezpieczną odległość, czuje się na tyle komfortowo, by mrugnąć do mnie porozumiewawczo.
Zupełnie nieistotne jest, czy peszy go moje bogactwo, homoseksualizm lub fakt, że jestem od niego dużo potężniejszym czarodziejem. Liczy się tylko, że czuje się zakłopotany. Jego wdzięczność za pozwolenie mu na ucieczkę bez szwanku postawi go w pozycji dłużnika.
Gdy docieramy do gabinetu, upewniam się, że widzi, jak rozpalam ogień w kominku bez użycia różdżki. Oraz że obserwuje, jak rozpinam formalne szaty i zdejmuję je, z wyrachowaniem wirując znakomitym, kosztownym i ręcznie tkanym tajskim jedwabiem. Teraz naprawdę musi do niego docierać, że nie ma zielonego pojęcia, po co go tu zaprosiłem. W tym tygodniu jest już czwartym gościem tego typu i z pewnością nie ostatnim. Do tej pory mojemu spektaklowi nie można nic zarzucić. Niemal czytam w umyśle Carrowa bez legilimencji.
— Czysta czy mieszana? — pytam.
Odchrząkuje ponownie, co bez wątpienia oznacza zdenerwowanie.
— Bez różnicy.
Zaciskam usta, przez chwilę udając, że się zastanawiam.
— W którym roku się urodziłeś, Albericu?
Wierci się w fotelu, marszcząc lekko czoło.
— W osiemdziesiątym drugim... — mówi, ale przerywa. — Czemu pytasz? — Obracam się do niego z nieczytelną miną, ale unoszę jedną brew. — Nie żebym miał coś przeciwko — jąka się, usprawiedliwiając sam siebie.
Otwieram imponujący barek, zbudowany przez mojego dziadka jeszcze przed narodzinami ojca. Jest większy niż garderoba i w całości wypełniony dębowymi półkami. Zawiera specjalnie wyselekcjonowane gatunki szkockiej whisky z każdego rocznika począwszy od siedemdziesiątego pierwszego.
— Osiemdziesiąty drugi, mówisz? Ach, i oto jest. Linlithgow. Dobra destylarnia.
Wyciągam butelkę i przytrzymuję ją pod światło. Destylarnia rzeczywiście jest świetna, podobnie jak rocznik, więc niechęcią napawa mnie marnowanie jej wyrobu na człowieka, który prawdopodobnie pija wyłącznie Ognistą i to rozcieńczoną. Gdyby Harry tutaj był...
— Z lodem czy wodą?
Carrow wierci się ponownie i ciągnie palcem za kołnierzyk koszuli. Nawet taki idiota jak on nie przegapi znaczenia faktu, iż za chwilę wypije trunek, którego szklanka warta jest dwieście galeonów.
— Przygotuj dla mnie tak samo jak dla siebie — mówi.
Merlinie! Cóż za potulny baranek! Nie ma w nim nawet tyle chęci do walki, by uczynić całą rzecz interesującą.
Alkohol nalewam powoli. Chcę dać Carrowowi odpowiednio dużo czasu, żeby się rozejrzał i zobaczył setki zakazanych ksiąg o czarnej magii, amulety zamknięte w szkle, Świece Śmierci, Ręka Glorii. O ile mój loch jest miejscem, gdzie łamię mężczyzn seksualnie, o tyle w gabinecie łamię ich psychicznie. Usuwam z butelki woskową pieczęć, nie mogąc powstrzymać westchnienia żalu. Whisky po otwarciu nigdy już nie będzie taka sama, choć jako taka się nie zepsuje. Ostatnim razem, gdy Harry odwiedził mnie we dworze, tuż przed wyjazdem do Petersburga, opróżniliśmy świeżo otwartą butelkę pochodzącą z najstarszej destylarni Mannochmore. Nie w jeden wieczór, rzecz jasna! Upijanie się wyśmienitą szkocką to herezja nie do pomyślenia. W ciągu czterech. Kiedy złamałem pieczęć, jak to robię teraz, natychmiast nalałem Harry’emu łyk i poleciłem mu obracać go w ustach, a potem wypluć. Właśnie w ten sposób postępują eksperci. Połykanie czegoś tak rzadkiego, tak znakomitego, to niemal wulgarność. To właśnie początkowe wrażenie jest ważne, pierwszy rozkwit intensywnego bukietu, tak potężnego, że w jednym momencie wiąże aromat i smak. Harry siedział dokładnie tam, gdzie teraz Carrow, przy ogniu, koszulę miał rozpiętą na tyle, że mógłbym zsunąć mu ją z jednego ramienia, odkrywając sutek, ciemnokrwisty w migoczących cieniach. Przyglądałem się, jak bierze łyk, zamyka oczy i wzdycha głęboko, zagubiony w zmysłowych doznaniach. Był taki piękny, taki zupełnie zdeprawowany i zepsuty, a ja nawet go jeszcze nie dotknąłem. Podnieciłem się tak bardzo, tylko na niego patrząc, że kiedy w końcu przeszedłem przez pokój i usiadłem mu na kolanach, nie mógł nie zauważyć mojego rozpaczliwego pragnienia. I gdy go pocałowałem, moje zmysły zostały opanowane przez posmak palonego karmelu, torfowego dymu, słodu oraz Harry’ego. Doprowadziłem nas wtedy do orgazmu, pocierając o siebie nasze erekcje. Spletliśmy ze sobą języki, spijając z nich nawzajem każdy jęk przesiąknięty whisky...
W dole brzucha czuję ukłucie głodu, pierwotne i intensywne, i nie po raz pierwszy z całego serca pragnę móc wezwać Harry’ego do siebie za pomocą prostego Accio. Czas spędzony razem w Petersburgu w ogóle nie zaspokoił mojego pragnienia. Wręcz przeciwnie, jak zawsze jeszcze wzrosło. Jak to możliwe, że pożądam go — potrzebuję go — więcej i więcej za każdym razem, gdy się widzimy, pozostaje poza możliwościami mojego pojmowania. Dawno temu sądziłem, że z czasem moja zdolność do pożądania go ustabilizuje się lub nawet osłabnie, co okazało się nieprawdą i czego, biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności, być może żałuję.
Podaję Carrowowi drinka i widzę, jak jego wzrok, zapewne wbrew woli, kieruje się na ciepły, czarny jedwab mojej koszuli. Światło z kominka błyszczy na nim tak, jak gdybym sam był wykonany z ognia. Alberic upija haniebnie dużą porcję mojej drogiej whisky, wyglądając na lekko spanikowanego.
— Cóż... — mówi nerwowo. — Czy istnieje powód, dla którego... Czy jest coś, co mogę dla ciebie zrobić, Draco?
Siadam na krześle naprzeciwko i obserwuję go przez długą niewygodną chwilę. Początkowo wytrzymuje mój wzrok z nerwowym uśmiechem na ustach, ale później spuszcza oczy. Zerka to na ogień, to na mnie, zdenerwowany coraz bardziej.
— Tak — odzywam się w końcu. — Rzeczywiście jest coś, co mógłbyś dla mnie zrobić.
W jego spojrzeniu pojawiają się jednocześnie oczekiwanie i strach. Pies spodziewa się kopniaka, a może nawet go pragnie. Szczęśliwie — dla nas obu — już nie dostaję orgazmów pod wpływem rodzaju władzy, jaką mi oferuje.
— Chcę lusterko — mówię. — Doskonale wiesz, o co mi chodzi.
Jego mina to studium najróżniejszych emocji. Ulga, rozczarowanie, lęk, pożądanie i złość przepływają mu po twarzy niczym cień chmur po śniegu. Jestem świadomy, nawet nie pytając, że fakt, iż posiada lusterko Voldemorta, to jego najpilniej strzeżona tajemnica. I zapewne ostatnia cegiełka pozostała z fundamentu całej jego zniszczonej tożsamości mrocznego czarodzieja, sprowadzonego do pozycji kogoś, kto musi całować czyjeś tyłki. Jeśli je odda, nie pozostanie mu już nic wartego zaoferowania. Nic, co mógłby wnieść swoją osobą, kiedy ja lub inny czarny pan zacznie przydzielać stanowiska członkom swojej armii sługusów.
Nie wspominając już, że mam możliwość, by go skutecznie szantażować. Odsiadka w Azkabanie byłaby karą zbyt miłosierną za świadome i celowe posiadanie od ponad piętnastu lat ostatniego czarnomagicznego artefaktu z czasów wojny.
Uśmiecham się do niego nieprzyjemnie. Musi mieć pewność, iż nie zaakceptuję niczego poza tym, o co prosiłem.
— Oczywiście — mówi przez zaciśnięte zęby. — To najmniej, co mogę zrobić, ale ufam, że władza będzie o tym pamiętała, kiedy jej czas nadejdzie.
Przytakuję bez słowa i unoszę szklankę w spóźnionym toaście.
— Doskonale. Jutro po nie przyjdę.
— Jasne. Mieszkam...
— Wiem, gdzie mieszkasz, Albericu — przerywam mu i uśmiecham się, widząc, jak się wzdryga. — Południe ci odpowiada?
Wygląda na chorego.
— Jak najbardziej — mówi i wypija resztę whisky jednym łykiem.

***


c.d. nastąpi
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Miss Black » 25 maja 2012, o 14:46

O mój boże! Akcja dzieje się w Petersburgu! Czemu, do czorta, nie zajrzałam tu wcześniej? Fatalnie z mojej strony.

Edit i komentarz do rozdziału pierwszego w jednym:
Merlinie! Mam ochotę skakać z radości. Nie w sensie metaforycznym. Naprawdę. Tak się składa, że kocham Europę, a właściwie miasta europejskie, i umieram za każdym razem, gdy udaje mi się natrafić na coś tak głęboko osadzonego w opisywanym miejscu, że aż zaciągam się zapachem tych węglowych pieców w mroźny wieczór i czuję na twarzy światło latarni oświetlających ulicę, po której idą Draco i Harry. Kaczalko, nie wiem, jak Ci dziękować za wybór tego tekstu. Być może srodze się rozczaruję kolejnymi rozdziałami, ale na razie nie mogę pozbyć się wrażenia, że mam w rękach "Cień Wiatru" w petersburskim wydaniu. Ach! I szalenie mi się podobało, że już od pierwszego rozdziału czuć, gdzieś głęboko w tle, czające się fatum. Coś, co niepokoi i sprawia, że mimo wartkiej akcji, tej cieknącej wręcz z ekranu ekscytacji Draco na widok Harry'ego, ich rękodzielnictwa w obskurnym teatrze, nie sposób pozbyć się swędzącego przeświadczenia, że coś wisi w powietrzu. Cóż, kolejny czarny pan to może mało oryginalny pomysł, ale przecież dość prawdopodobny, to raz. A dwa, przecież liczy się wykonanie. Zobaczymy czym nas zaskoczy. Na razie zamierzam delektować się opisami, historyjkami o sławnych mieszkańcach Petersburga i zaśmiewać się do łez z Hotelu o nazwie Astoria, który przecież faktycznie istnieje. Wyobrażam sobie minę autorki, gdy tylko powiązała nazwę z epilogową żoną Draco. Cud, miód i orzeszki! Już zapomniałam, że ta fraza istnieje. XD Cieszę się jak głupia w każdym razie i gonię czytać dalej!
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Yuriko-chan » 26 maja 2012, o 10:15

Jezu, tyle tęsknoty... tyle wspomnień, jak on to znosi, przecież to jest agonia. Tyle bólu, pożądania, pustki, samotności... :( obok codzienności i wśród znajomych twarzy. Hermiona mnie zdenerwowała, że nie widziała jego cierpienia, no ale widać nie zna go i nic o Harrym i Draco nie wie. Jak można żyć ze świadomością, że Harry, miłość jego życia umrze? Mam nadzieję, że nie... Myślałam, że się popłacze, jak wspominał Harrego przy kominku... Jak to może wywoływać u niego erekcje, ja bym chyba sie załamała, a nie siedziała cierpiąc z tęsknoty i pragnienia...
Nie mam pojęcia co on kombinuje z tymi śmierciożercami, ale cała scena była przedstawiona genialnie. Sto procent cudownej manipulacji. Narcyza jest niezła, śmiać mi się chciało na jej słowa. Z niecierpliwością wyczekuje kolejnego rozdziału i naprawdę mi sie podoba :) co do bycia wielbicielem Snarry, myślę że lubię Snarry i Drarry na równi, dzięki za PM jak zobaczyłam to taaaki uśmiech miałam na buzi :D buziaki :*
Yuriko-chan Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 8
Dołączył(a): 11 gru 2011, o 17:02
Lokalizacja: Wrocław

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 6 gości