[T] [Z] Na zawołanie

tłumaczenie wspólne Aevenien&Kaczalka

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Voldemortist » 14 maja 2012, o 22:50

O Merlinie!, o Godryku!, o Salazarze!, o... Jak ja mogłam zapomnieć, że tak kocham drarry? Naprawdę, czuję się, jakbym wróciła do domu. Tak tęskniłam! Po prostu nie zdawałam sobie z tego sprawy. Zaraz zacznę chyba tańczyć z radości. :splywa:
Do komentarza. Oficjalnie kocham to opowiadanie. Myślę, że nawet kwalifikuje się do pierwszej dziesiątki. Jest genialne już od pierwszego zdania. No bo proszę:
Ron Weasley odkroił kawałek kiełbaski, wziął go do ust i przez chwilę przeżuwał, w zamyśleniu obserwując sufit

W jaki lepszy sposób można zacząć fika niż od jedzącego Rona? Rozbroiło mnie to. A potem już było tylko lepiej. Wspaniały kanoniczny Potter, który gdy tylko może leci komuś na ratunek, Hermiona i Ron zawsze mu pomagający, jakkolwiek głupie nie byłyby jego pomysły, no i Draco. Wspaniały, genialny, także kanoniczny Draco. Takiego bym go widziała, gdybym rozmyślała nad ósmą częścią. Chyba nie ma nawet jednej rzeczy, którą bym w nim zmieniła. Ach, i zapomniałam o Ginny! Ja wiem, że w zasadzie jestem w klubie pragnącym jej śmierci, ale zawsze mówiłam, że książkową ją uwielbiam, a tu jest właśnie w swoim najlepszym wydaniu. Nie dość, że jest zabawna, nie robi Harry'emu wyrzutów, że ją rzucił (no, przynajmniej nie za dużo i w normalny sposób), to jeszcze nie ma nic przeciwko jego związkowi z Draco. No takiej jej nie da się nienawidzić.
Co do fabuły, to jest naprawdę super. Oczywiście kojarzy mi się trochę ze Światełkiem, ale śmiem twierdzić, że jest lepsza niż w nim. Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i przeczytałam resztę w oryginale, ale i bez znajomości rozwiązania twierdziłabym, że cała intryga jest genialna i super przemyślana. W prawdzie poniekąd nawet zgadłam w trakcie czytania, kto/co za tym stoi, ale okazało się, że pomysł był sto razy lepszy, niż moje podejrzenia! Dobra, nie będę teraz dalej na ten temat rozprawiała, popiszę sobie, jak już przetłumaczycie ostatni rozdział. :whistle:
Kocham to, że tutaj to Draco jest tym, który ciągle patrzy na Harry'ego, który próbował go pocałować w Skrzydle Szpitalnym. Jasne, wiemy od samego początku, że Potter także na pewno jest stracony (nie żeby coś, wiemy to w sumie już od szóstej części, a pewnie nawet i wcześniej), ale to wciąż słodkie widzieć takiego zauroczonego Draco. Który nie bardzo może coś na to zaradzić i, mimo że wkurza się na Harry'ego, to wciąż go chce. Uwielbiam go takiego. I w sumie jego kreacja jest bardzo oryginalna. Jasne, jest kanoniczny, ale pomijając podłoże książkowe, to naprawdę rozwinął się tutaj cudownie. Kurczę, mam ochotę przeczytać całość jeszcze raz od początku, żeby móc się jeszcze bardziej nim pozachwycać z perspektywy całej historii. Gdyby nie to, że jutro mam o świcie ostatnią maturę...
A Wasze tłumaczenie! :serce: Nawet nie wiecie, jak bardzo mi się nie podobało to, że musiałam sięgnąć do oryginału, żeby dowiedzieć się, jak to wszystko się skończy. Co zdziwiło mnie strasznie, bo jednak zazwyczaj wolę czytać po angielsku, niż już przetłumaczone teksty. Jednak Wy tak świetnie sobie radzicie, że aż brak mi słów. Klimat oryginału zachowany w stu procentach, a nawet nie wiem, czyście go nie przebiły. Już dawno nie miałam takiej radości z czytania czegoś po polsku, naprawdę. Uratowałyście moją wiarę w nasz język. :lol2:
I humor. Humor tutaj jest tak wspaniały, że aż się rozpływam (Hmm, to opowiadanie zdołało mnie już rozbroić, zmusić do tańczenia z radości, do rozpłynięcia się... Straszne, po prostu straszne.). No bo proszę!
Urodzona w sierpniu Puchonka pierwszego roku zdobyła tytuł najmłodszej szukającej stulecia. Widok, jak wznosi się nad boiskiem z uśmiechem na twarzy i rozwianymi włosami sprawiał, że Harry’ego ogarniała nostalgia. Nie połykaj znicza, pomyślał

Przecież to jest GE-NIA-LNE. I takie potterowe! A z kolei Ron:
— Cóż — zaczął Harry. — Jeśli tak samo dzieje się w Slytherinie, to dormitorium, które spłonęło ostatniej nocy było pokojem, w którym Draco Malfoy spał przez ostatnie siedem lat.
— Więc… — Ron podrapał się po głowie — myślisz, że Malfoy był emocjonalnie przywiązany do tego pokoju. I w przypływie dzikiej furii zdecydował: Jeśli ja nie mogę tam spać, wy też nie! SPAL SIĘ. SPAL SIĘ! — krzyknął Ron i zaśmiał się głośno.

:serce: Jak go nie uwielbiać? I on tak co chwila! W niektórych momentach nie mogłam się przestać śmiać przez pięć minut po jego tekstach! (Oho, dodajmy do skutków ubocznych fika jeszcze niekontrolowane napady śmiechu.)
Cóż, rzuciłam już paroma cytatami, więc mogę kończyć. Wybaczcie zupełną niespójność całego komentarza, ale jestem zwyczajnie w takim stanie po powtórnym odkryciu drarry, że dziwię się, iż w ogóle udało mi się coś napisać. Chwilowo unoszę się gdzieś w chmurach. A ogólna wspaniałość Na zawołanie tylko się do tego przykłada. :lol2:
No dobrze, już naprawdę kończę i życzę Wam tyle wena, ile tylko będziecie w stanie znieść. Adieu!
"Krawiec, jeden z pierwszych krawców, Polak, wysilił się i prawdziwie zadziwiającym sposobem jestem zgrabny - ale te trzewiki, te mnie zabijają, a bez nich ani się pokazać."
~Juliusz Słowacki
Voldemortist Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 440
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:56
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Lunne » 15 maja 2012, o 00:06

Podjęłam dramatyczną decyzję. Powiedziałam sobie: koniec pasożytowania. W końcu, skoro śledzę tekst od początku, mogę przemóc swoje lenistwo i napisać kilka (niekoniecznie najmądrzejszych słów).
Cudo. Czyta się lekko, jest stosunkowo kanoniczny. No i te wątki komediowe. Uwielbiam sposób, w jaki autorka wykreowała postaci. Zrobiła coś niesamowitego bo oprócz oczywistego wątku drarry w tle dzieją się równie ciekawe rzeczy. Relacje między głównymi bohaterami rozwijają się powoli i uczucie, jakie po sobie zostawia ten tekst jest takie... no... przytulne.
Wielkie ukłony w stronę tłumaczek. Dziewczyny, odwalacie kawał dobrej roboty. Czekam z niecierpliwością na następną część.
Fant
Oddechy w pięści

Nim przybyłeś wypełniałam wolę smoczą
wyobrażając sobie miłość dość dziwacznie-
jako nagłą improwizację lub grę; chcesz ją rozpocząć
upuść tylko chusteczkę a zaraz się zacznie...
________________________________________________
strach oznaczał zimną,mokrą masę, gniew miał ostrza.
Lunne Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 15
Dołączył(a): 18 gru 2010, o 12:31
Lokalizacja: nieświat

Postprzez Ter » 16 maja 2012, o 22:46

x
Ostatnio edytowano 31 maja 2015, o 23:14 przez Ter, łącznie edytowano 1 raz
Ter Offline


 
Posty: 645
Dołączył(a): 1 gru 2011, o 20:23

Postprzez Aevenien » 20 maja 2012, o 19:17

Ślicznie dziękujemy za komentarze, Vol :serce: Zapraszam na połówkę siódmego rozdziału i gwarantuję, że nie będziecie rozczarowani, że to tylko pół rozdziału ;)
Betowały Donnie i Kaczalka :*



Rozdział siódmy

Ślizgoński łobuz



Zbliżała się już północ, kiedy Harry dotarł do gabinetu McGonagall. Wcześniej czekał przed skrzydłem szpitalnym, łudząc się, że Pomfrey powie, iż Harper był tylko oszołomiony albo przeklęty i że jest jeszcze dla niego nadzieja. Nic takiego się nie wydarzyło, Harper był martwy.
Wejście do wieży dyrektorki otworzyło się, kiedy się właśnie zbliżał. Wypadła z niego Lavender Brown z zaczerwienionymi oczami. Wyglądała na porządnie rozzłoszczoną.
— Czy wszystko w… — zaczął Harry, ale dziewczyna odepchnęła go i pobiegła w głąb korytarza. Harry już chciał ruszyć za nią, jednak przemyślał to i wspiął się na schody. McGonagall nie wyglądała na zaskoczoną jego widokiem, choć z pewnością nie była zadowolona.
— Powinieneś wrócić do swojej wieży, Harry. Jest bardzo późno. — Nie zaproponowała nawet, żeby usiadł, jasno dając do zrozumienia, że chce skończyć tę rozmowę jak najszybciej.
Harry stanął obok jej biurka.
— Pani profesor, uważam, że powinniśmy zamknąć szkołę.
Podniosła głowę, marszcząc brwi. Harry spodziewał się, że jego sugestia raczej jej nie zachwyci.
— My powinniśmy?
Położyła lekki nacisk na słowo „my”, na co Harry wprawdzie przygryzł wargę, ale nie porzucił tematu.
— Sama pani to powiedziała, uczniowie są w niebezpieczeństwie. A teraz jeden z nich nie żyje. Nic, co robiliśmy, nie sprawiło żadnej różnicy. Zdaję sobie sprawę, że jeśli zamkniemy… to znaczy, jeśli szkoła zostanie zamknięta, możemy nigdy się nie dowiedzieć, co się działo, ale to nie jest warte ryzyka. Ile osób jeszcze musi zginąć? Ile jeszcze wypadków…
— Zgodnie z tym, co mówiła panna Brown, nie było żadnego wypadku — przerwała mu McGonagall. — I tym razem rzeczywiście wydaje się, że nie ma to związku z wcześniejszymi wydarzeniami. — Harry musiał mieć powątpiewającą minę, bo McGonagall westchnęła i dodała: — Najwyraźniej jest uczeń, który kilkakrotnie wyraził chęć zobaczenia pana Harpera martwego. Panna Brown powiedziała mi, że słyszała, jak osobiście mu groził. Powiedz mi, co wiesz o Anthonym Goldsteinie? Jest członkiem Gwardii Dumbledore’a, prawda? Uważasz, że byłby zdolny do czegoś takiego?
Harry zamrugał. „Pieprzenie Ślizgonów jest teraz w modzie”. To wrzasnął Anthony do niego i Malfoya, kiedy stali na schodach kilka godzin temu. Anthony był zazdrosny o jakiegoś Ślizgona, z którym rzekomo widywała się Parvati. To mógł być Harper. Ale Harry myślał, że Lavender i Harper są parą… I wtedy go olśniło: to była Parvati, nie Lavender, która płakała w poniedziałek po meczu Gryffindor contra Slytherin na wieść o obrażeniach Harpera. Jednak nic z tego nie miało znaczenia. Harry sięgnął do kieszeni, wyciągnął różdżkę i położył ją na biurku dyrektorki.
— Cóż, jest jedna rzecz, którą wiem o Anthonym Goldsteinie: dzisiejszego wieczoru nie miał różdżki. Rozbroiłem go wcześniej.
McGonagall zmarszczyła brwi.
— Czemu go rozbroiłeś?
— Cóż… kłócił się z Parvati i potem groził Malfoyowi, więc ja…
— Groził Malfoyowi?
— Tak, ale…
— Wygląda na to, że jest raczej agresywny. A panna Patil jest jego dziewczyną, z tego co rozumiem?
— Tak. A w sumie to nie, właśnie zerwali.
— Dziś wieczorem? Tuż przed śmiercią Harpera? — Dyrektorka westchnęła z irytacją. — Harry, panna Brown przedstawiła mi swoją teorię z dużym przekonaniem, ale jeśli mam być szczera, nie uwierzyłam w to do końca. Ty jednak właśnie wszystko potwierdziłeś.
— Ale miałem jego różdżkę.
— Nie potrzeba różdżki, żeby zepchnąć kogoś z wieży. A niefortunny stan zdrowia pana Harpera utrudniłby mu bronienie się.
— Ale czemu Goldstein miałby szukać Harpera, nie mając różdżki? Jak udało mu się dostać na Wieżę Astronomiczną dokładnie w tym samym czasie, co Harper? A Lavender rzekomo odprowadziła Harpera do pokoju wspólnego kilka minut przed jego śmiercią. Jak w ogóle Harper dostał się tam tak szybko?
— Wydaje mi się, że ty, Harry — lepiej niż reszta — wiesz, jak szybko można poruszać się po zamku, jeśli zna się odpowiednie ukryte przejścia. I zakładam, że jesteś świadomy tego, że Wieża Astronomiczna jest raczej popularnym miejscem nocnych spotkań.
To była prawda. Harry był zdziwiony, kiedy dowiedział się, że uczniowie w dalszym ciągu, nawet po śmierci Dumbledore'a, spotykają się tam na nocne sesje całowania. Wieża stała się jeszcze bardziej popularna niż zwykle. Co, gdy Harry dłużej nad tym pomyślał, prawie miało sens, uczniów zawsze przyciągały upiorne miejsca z tragiczną historią.
Teoretycznie Anthony mógł wywnioskować, że Parvati spotka się tam z Harperem. Może miał rację. A Harpera często przyłapywano na włóczeniu się po całym zamku i nigdy nie doszli do tego, jak to robił. Mógł używać ukrytych przejść.
— Porozmawiam z panem Goldsteinem i panną Patil — powiedziała McGonagall. — W międzyczasie nie próbujmy na siłę połączyć wszystkich wydarzeń.
Harry o mało nie spytał jej, czy rozmawiała z Hermioną. Ale rozumiał jej obawy, sam bał się tego samego. Myślę, że za mocno się starasz połączyć to wszystko i oskarżyć jednego potężnego czarnoksiężnika, który za tym stoi. Takiego, którego mógłbyś złapać i zniszczyć, i wszystko naprawić. Harry nie mógł tego zapomnieć. I im więcej o tym myślał, tym bardziej uświadamiał sobie, że te incydenty nie mogły być dziełem jednej osoby. Ze wszystkich jego teorii ta miała najmniej sensu.
McGonagall odprawiła go i Harry wyszedł z jej gabinetu jeszcze bardziej zaniepokojony niż zwykle. Nie spał dobrze tej nocy. Żałował, że nie wspomniał dyrektorce o spotkaniu z puchońskim wampirem, ale tłumaczył sobie, że pewnie odprawiłaby go jeszcze szybciej, jeśli tylko by o tym napomknął.
Poza tym postać w pelerynie nie próbowała skrzywdzić ani jego, ani Malfoya, przynajmniej nie tak naprawdę. Nie zrobiła nic poza rzuceniem na nich kilku zaklęć oszałamiających.

Nad ranem Harry’emu w końcu udało się zasnąć. Śniło mu się, że trzymał coś kurczowo przy piersi. Dłoń Malfoya, zdał sobie sprawę, przerażony. Ale kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że ręka była zwęglona.
— Nie! — krzyknął przez sen. — Nie! Uratowałem cię! Nie spłonąłeś!
Dłoń wyślizgnęła się z jego uścisku i Harry rozpaczliwie szukał jej w ciemności. Jest martwa, pomyślał. Zniknęła. I wtedy sen nagle się zmienił, zrobiło się jasno i słonecznie, i Malfoy tam był, uśmiechając się do Harry’ego, nietknięty i żywy. Znajdowali się gdzieś wysoko, Wieża Astronomiczna, zrozumiał Harry. I Malfoy stał na krawędzi. Zaśmiał się, odchylając do tyłu, rozłożył ręce i spadł.
Harry obudził się z krzykiem.
Był już ranek i Ron siedział na swoim łóżku w pełni ubrany. Wiązał właśnie sznurówki, patrząc na Harry’ego, który z trudem łapał oddech.
— Co? — spytał Harry, kiedy Ron rzucił mu kolejne spojrzenie.
Ron wzruszył ramionami i pomajstrował przy sznurowadłach.
— Nic. Mówiłeś przez sen.
Harry przełknął ciężko ślinę. Czuł, że ma wyschnięte gardło. Czy wołał Malfoya przez sen? Ale nic nie powiedział i Ron nie wracał już do tego tematu.
Ubrał się w rekordowym tempie i zbiegł do pokoju wspólnego. Miał nadzieję, że uda mu się porozmawiać z Parvati i Lavender przed śniadaniem, ale nie znalazł żadnej z nich. W Wielkiej Sali też ich nie było. Anthony Goldstein również zniknął.
Za to Malfoy przyszedł na śniadanie. Wygląda smutno, pomyślał Harry, obserwując jak Ślizgon wpatruje się w swoją owsiankę. Czy Harper był jego przyjacielem? Harry nie miał pojęcia.
— Po prostu nie mogę uwierzyć, że Anthony mógłby zamordować Harpera — mówiła Hermiona. — Miał trudny charakter, ale nie był mordercą.
— A wiesz, tak sobie myślałem — zaczął Ron. — Pamiętasz mecz? I jak Harper został trafiony przez tłuczek? Co, jeśli to też była sprawka Anthony’ego?
— Ale tłuczki nie były zaczarowane, pamiętasz? — wytknęła Hermiona.
— Cóż, mógł użyć jakiegoś zaklęcia odpychającego.
— Z trybun? I nikt by nic nie zauważył?
— Tak, cóż, mówię tylko, że może to nie był pierwszy raz, kiedy ktoś chciał zrobić coś Harperowi.
Hermiona westchnęła.
— Teraz brzmisz jak Harry.
— Hej! — Harry odwrócił się gwałtownie w jej stronę.
— Miło z twojej strony, że przyłączyłeś się do rozmowy. Stół Ślizgonów przestał już być interesujący? — spytał Ron, a potem podskoczył. Harry domyślił się, że Hermiona dźgnęła go widelcem. Podniósł się od stołu.
— Nie jestem głodny — ogłosił i szybko wyszedł z Wielkiej Sali. Zdecydował, że złapie Parvati przed eliksirami. Okazało się to łatwym zadaniem, bo Gryfonka była sama i szła tak wolno, że wyglądało, jakby prawie wcale się nie poruszała. Nie płakała, ale Harry podejrzewał, że tylko dlatego, bo zabrakło jej już łez. Oczy miała mocno podpuchnięte.
Powinieneś zostawić ją w spokoju, pomyślał i zrobił dokładnie na odwrót.
— Nie! — powiedziała, kiedy tylko go zobaczyła. — Proszę, Harry, właśnie rozmawiałam z McGonagall, nie mogę… Ja nic nie wiem, dobra?
Harry nie ustąpił.
— Nic a nic?
Parvati westchnęła z takim zmęczeniem, że Harry niemal się wycofał. Niemal. Ale nie mógł tego zrobić.
— Mogę ci powiedzieć, że tak, Tony myślał, że spotykam się z Harperem, ale tego nie robiłam. To znaczy, lubiłam Harpera. Uczyliśmy się we dwoje kilka razy, ale… to wszystko. On… Jego rodzice byli zwolennikami Voldemorta, wiedziałeś? — Podciągnęła nosem. — I czasami mówił naprawdę okropne rzeczy o mugolakach. I o tobie. Nigdy nie mogłabym… Nie z kimś takim. Nigdy! — Jej ciemne oczy wypełniły się łzami, ale otarła je ze złością. — I byłam z Tonym! Ale potem, po wypadku Harpera, zrobiło mi się go żal. Wyglądał na takiego zagubionego. I cały czas za mną chodził. Wiesz, że raz znalazłam go… — zniżyła głos — w moim dormitorium? Moim dormitorium! Nie mam pojęcia, jak się tam dostał. Może przez okno. Szaleństwo. I jak zapytaliśmy Ślizgonów, czy chcą przyłączyć się do GD, Tony się wściekł. Powiedział, że pewnie liczę na to, że zaprosimy Harpera i będę mogła patrolować z nim. No naprawdę. — Odwróciła wzrok. — Ja tylko… Miałam nadzieję, że jeśli przyłączy się do nas kilku Ślizgonów, to uda im się powstrzymać Harpera. To byłoby dobre rozwiązanie, nie sądzisz? — zapytała rozgoryczona.
— I myślisz, że Anthony mógł….
— Nie! — zaprzeczyła ostro. — Tony… potrafi być takim dupkiem. Ale nie jest mordercą, Harry. Nie jest. Wiesz, w zeszłym roku, kiedy Carrowowie chcieli, żebyśmy wszyscy nauczyli się Cruciatusa, zawsze robiło mu się niedobrze i wymiotował. On dużo mówi, ale nie skrzywdziłby nawet muchy, nie i koniec.
Harry nie wiedział, co myśleć. Czasami ludzie wydawali się zupełnie niegroźni, kiedy wcale tak nie było.
— I czemu miałby iść na Wieżę Astronomiczną? — spytała Parvati. — Nienawidził tego miejsca. Ja tak samo. Tam zginął Dumbledore. On po prostu… Nie mógł tego zrobić, Harry. Nie mógł. Nie on.
Ona nie próbuje przekonać mnie, zdał sobie sprawę Harry. Ona próbuje przekonać samą siebie.
— Co powiedziała McGonagall? — spytał.
Parvati znowu pociągnęła nosem.
— Tony twierdził, że wrócił prosto do pokoju wspólnego, ale nikt nie wie dokładnie, kiedy to się stało. Nie ma żadnego alibi. McGonagall zawiesiła go w prawach ucznia. Będzie przesłuchiwany przez aurorów… Powiadomili jego rodziców. Będą musieli zabrać go do domu. — Parvati umilkła, wpatrując się w podłogę. — Brakuje mi Lavender — powiedziała nagle, a potem potrząsnęła głową, wykrztusiła „Przepraszam” i odbiegła.
Harry żałował, że nie czuje się ani trochę mądrzejszy po tej rozmowie, ale w dalszym ciągu nie miał pojęcia, w co wierzyć. Zupełnie irracjonalnie chciał porozmawiać z Malfoyem, chociaż to życzenie nie miało żadnego sensu, bo Draco nie miał z tym nic wspólnego. Poza tym, że Harper spadł z Wieży Astronomicznej dokładnie tak jak Dumbledore. Harry zmarszczył brwi. Jeśli mocno by się postarał, mógłby połączyć wszystko z Malfoyem. Ale mógł nie mieć racji. Może to było jego problemem. Może w ogóle nigdy nie powinien skupiać się na Malfoyu. Może to go tylko oślepiało. Może Malfoy nic nie wiedział. Nawet o Tommym Wrighcie.
— Chcesz kanapkę?
Harry odwrócił się, słysząc głos Rona. Jego przyjaciel stał za nim z tostem w dłoni.
— Prawie nic nie zjadłeś — powiedział Ron. — Więc pomyślałem… — Wyciągnął rękę z kanapką. — Przyniosłem ci dwie, ale jedną już zjadłem.
Harry uśmiechnął się rozbawiony i wziął tosta.
— Hermiona cię przysłała? Za dużo się martwi.
Ron skrzywił się.
— Nie. Ja tylko… nie chciałem, żebyś myślał, że jestem na ciebie zły czy coś.
— Eee, czemu miałbym tak myśleć?
Ron wyglądał na lekko zirytowanego. Dziwne.
— Nie wiem — odparł, kopiąc podłogę. — Ale nie jestem. Pomyślałem, że powinieneś wiedzieć.
— Ale czemu miałbyś…
— Och, zjedz tę cholerną kanapkę, Harry! — wybuchnął Ron. — I chodź, bo spóźnimy się na eliksiry.
Harry poszedł za nim, całkowicie zdezorientowany. Ron zmienił temat i narzekał na eliksiry, lamentując, że lekcje nie zostały odwołane.
— Dumbledore odwołałby zajęcia, jeśli jakiś uczeń by zginął — stwierdził. — Dałby wszystkim czas na żałobę.
Dumbledore mógłby też zamknąć szkołę, pomyślał Harry. Albo i nie. Harry żałował, że nie może chociaż porozmawiać z portretem dyrektora. Ale to byłoby rzeczywiście niegrzeczne, żeby pytać o zdanie Dumbledore’a w obecności McGonagall. Portrety były tam, żeby służyć radą dyrektorce, Dumbledore musiał wyrazić już swoją opinię. To, co wiedział, wiedziała również McGonagall. Poza tym, był tylko portretem. Czymś nieznacznie większym niż wspomnienie. To nie był prawdziwy Dumbledore.

Dzień minął na dyskutowaniu o upadku Harpera i ignorowaniu lekcji. Nawet nauczyciele byli rozproszeni. Większość ludzi wydawała się być pewna, że śmierć Harpera to wypadek, ale tak naprawdę wszyscy wiedzieli, że Harper nie czuł się dobrze i często włóczył się bez celu po zamku.
A potem rozniosła się plotka, że Anthony Goldstein został zawieszony i odesłany do domu. Nikt nie znał szczegółów, ale wiele osób szybko połączyło elementy układanki i uznało Goldsteina za mordercę. To skończyło się niestety tym, że wielu uczniów przyglądało się członkom GD z podejrzliwością. Gwardia Dumbledore’a miała za zadanie chronić uczniów, a teraz okazało się, że jeden z nich sam był niebezpieczny.
Zachariasz Smith też był kiedyś jednym z nich, ale na szczęście reszta nic o tym nie wiedziała.
Jednak ta myśl niepokoiła Harry’ego. Dwóch członków Gwardii Dumbledore’a próbowało, a w przypadku Goldsteina nawet z powodzeniem, zamordować Ślizgonów. Przestań wszystko ze sobą łączyć, upomniał się po raz kolejny, ale jego mózg nie chciał go słuchać.
Odmówił też słuchania innych rozsądnych sugestii. Takich jak: Przestań gapić się na Malfoya. To było najtrudniejsze. Malfoy nie patrzył się na niego i Harry zaczynał się martwić. Zobaczysz się z nim wieczorem, powiedział sobie i szybko stłamsił uczucie radości, które pojawiło się na tę myśl.
O ósmej wieczorem Harry siedział w pokoju wspólnym Gryfonów z Ronem, Hermioną, Seamusem, Deanem i Neville'em, dyskutując o tym, jak prawdopodobne było, że to puchoński wampir stał za tym wszystkim.
Harry tylko połowicznie uczestniczył w tej rozmowie. Po pierwsze dlatego, że nie wierzył w potężną istotę żyjącą po kryjomu w Hogwarcie, która próbowała ich wszystkich zabić. To musiał być jakiś uczeń, tłumaczył sobie. Był niższy od niego, wydawał się młodszy i bardziej zwinny, i na pewno doskonale znał zamek. Czemu się ukrywał, pozostawało tajemnicą. Im więcej Harry o tym myślał, tym bardziej wierzył w to, że krew na jego ustach była wynikiem jakiegoś skaleczenia, a jego ogromną siłę tylko sobie wyobraził. Ta osoba go zaskoczyła, Harry stracił równowagę i się przewrócił. Nie trzeba było mieć nadnaturalnej mocy, żeby to zrobić, musiał to przyznać. I ta postać chciała ich tylko oszołomić, a nie wyrządzić jakąś poważniejszą krzywdę jemu czy Malfoyowi. Prawdopodobnie ta sama zakapturzona osoba oszołomiła Demelzę Robins, która pierwsza zgłosiła, że ją widziała, ale nie Tommy’ego Wrighta. Te oszałamiacze nie były tak potężne.
A po drugie, był zbyt zajęty sprawdzaniem co chwilę zegarka w oczekiwaniu na dziewiątą. Malfoy ani razu na niego dziś nie spojrzał i irytowało go to w równym stopniu co niepokoiło. Normalnie Harry łapał Malfoya na gapieniu się na niego co najmniej trzy razy dziennie.
Ginny weszła do pokoju wspólnego i rozejrzała się dookoła, natychmiast zauważając Harry’ego. Uśmiechnęła się do niego niepewnie.
— Coś nie tak? — spytał Harry głośno i cała reszta spojrzała na Ginny. Harry’emu wydawało się, że Neville sięgnął po różdżkę. Ha, nie jestem tutaj jedynym szaleńcem, pomyślał. Wszyscy są podenerwowani, czekając na więcej złych wieści.
Ginny spojrzała na nich dziwnie.
— Nie! Przepraszam, wszystko w porządku.
— To dobrze — rzucił Ron. — Dopiero zjadłem kolację. Nie czuję się na siłach, żeby ścigać wampiry albo morderczych uczniów.
— A jak często już ich ścigałeś?— spytała Hermiona.
Ron odpowiedział jej coś złośliwego, ale Harry przestał ich słuchać. Ginny patrzyła prosto na niego z wahaniem, a potem kiwnęła głową w lewo, jakby mówiąc: „podejdź tutaj”.
Harry natychmiast się podniósł i podszedł do niej.
— Co się dzieje?
Ginny przeniosła wzrok na coś za jego plecami.
— Hej! To prywatna rozmowa. Moglibyście dać nam chwilę spokoju?
Harry odwrócił się, żeby zobaczyć jak jego przyjaciele pośpiesznie odwracają wzrok. Spojrzał znowu na Ginny, jeszcze bardziej zaciekawiony.
— Czy coś się stało?
Dziewczyna potrząsnęła głową.
— Nie, tylko właśnie robiłam okrążenie wokół boiska i zobaczyłam Malfoya. — Serce Harry’ego na chwilę przestało bić, a Ginny dodała: — Nic mu nie jest. Siedzi tylko sam na ławce. To znaczy, nie ma jeszcze ciszy nocnej, ale to dziwne, że tam poszedł. Pomyślałam, że chciałbyś wiedzieć.
— Tak, to dziwne — zgodził się Harry. Czy nie było to ostatnie miejsce, w którym Malfoy chciałby przebywać samotnie?
Ginny parzyła na niego wyczekująco, jak gdyby wiedziała więcej, niż mówiła.
— Coś jeszcze? — spytał Harry.
— Nie, nie — zaprzeczyła szybko.
— Dobra. W porządku. — Nadal na niego patrzyła. — Eee... Może powinienem iść zobaczyć… To znaczy, nie powinien być sam.
— Oczywiście.
— Szczególnie nie tam.
— To jasne.
Harry przeniósł wzrok na kominek. Wszyscy będą się zastanawiali, gdzie idzie, a on nie miał pojęcia, co im powiedzieć. Może wymknięcie się ukradkiem byłoby najlepszym rozwiązaniem.
— Pójdę, w takim razie — rzucił i próbował wyminąć Ginny, ale dziewczyna westchnęła i pociągnęła go za rękaw.
Robi tak cały czas, pomyślał Harry z irytacją.
— Harry, na dworze jest potwornie zimno.
— Och. — Miał na sobie tylko spodnie i koszulkę. — Wezmę pelerynę — powiedział z zakłopotaniem i ruszył szybko do dormitorium.
Uzbroił się w pelerynę, rękawiczki, szalik i czapkę, a po chwili namysłu wziął też Błyskawicę, planując użyć jej jako wymówki.
Ginny musiała wrócić do swojej sypialni, ale cała reszta patrzyła na niego z zaciekawieniem, kiedy zszedł ze schodów.
— Świetny pomysł, Harry! — Ron zerwał się na nogi, gdy tylko go zobaczył. — Mamy jeszcze chwilę przed dziewiątą.
— Ale i tak jest za późno, żeby latać — zauważyła Hermiona.
— Nie — zaprotestował Dean. — Sam chętnie zrobiłbym kilka okrążeń. — Wstał i wyglądało na to, że Seamus zaraz pójdzie w jego ślady.
Harry był przerażony. Chociaż nie powinien być. Najważniejszą rzeczą było upewnienie się, że Malfoy jest bezpieczny, nie powinien być sam o tak później godzinie. Nikt nie powinien. Jeśli wszyscy wyjdą na zewnątrz, problem będzie rozwiązany.
Mimo to Harry czuł przemożną ochotę uderzenia każdego z nich.
— Nie idę latać — powiedział i w odpowiedzi uzyskał kilka zdziwionych spojrzeń, przecież trzymał w ręce Błyskawicę. — Ja tylko… — Co mógł im powiedzieć? Poza prawdą. — Ginny widziała Malfoya na boisku. Właśnie po niego szedłem.
Ron natychmiast opadł na fotel z lekko zirytowaną miną, Dean i Seamus wyglądali jednak na zdezorientowanych, a Neville zapytał:
— Nie spadł znowu z miotły, prawda?
— Nie — odparł Harry. — Ale nie powinien być tam sam o tej porze.
— Jest ósma. — W głosie Deana słychać było oburzenie.
— Cóż, tak, ale to boisko i ktoś już próbował wcześniej zabić tam Malfoya. I kolejny uczeń zginął wczoraj.
— Wiesz co, masz rację, Harry — zgodził się Neville. — Może wszyscy powinniśmy iść. — Podniósł się na nogi. — I możemy przeszukać błonia, żeby zobaczyć, czy nie ma tam kogoś jeszcze.
— Dobry pomysł, Neville — stwierdził Seamus, wstając.
Zdesperowany Harry przyznał się do porażki.
— To nie jest dobry pomysł — powiedział nagle Ron. — Jeśli wszyscy pójdziemy, Malfoy domyśli się, że chcemy zagonić go do środka. Wkurzy się tylko i zaprze, żeby zrobić nam na złość.
— No i co? — prychnął Dean.
Hermiona postanowiła się wtrącić.
— Czy nie zaprosiliśmy Ślizgonów do GD po to, żeby pokazać im, że naszym celem nie jest tylko pilnowanie ich? Jeśli wszyscy teraz wyjdziemy, dokładnie tak to będzie wyglądało. Jeżeli pójdzie jedna osoba, będzie mogła udawać, że po prostu przyszła polatać.
— Ale… — Dean wyglądał na jeszcze bardziej zagubionego. — Czy Malfoy i tak na to nie wpadnie, jak zobaczy Harry’ego? Poza tym możemy poprosić go, żeby wrócił z nami do zamku. Nie musimy ciągnąć go tu na siłę.
Moja strona ma najgorsze argumenty, pomyślał Harry ze smutkiem.
— Dobra, dobra — rzucił. — Chodźmy wszyscy.
Dean usiadł z sapnięciem.
— Cóż, teraz to ja nie chcę iść.
Seamus też usiadł.
— Wy… — Zmierzył wzrokiem Rona, Harry’ego i Hermionę. — Jesteście obłąkani.
Neville zawahał się.
— Mam z tobą iść, Harry?
Harry potrząsnął głową, czując, jak świta w nim nadzieja.
— Nie. Spróbuję tylko namówić go do powrotu i zaraz tu będę.
Neville z ociąganiem wrócił na fotel, a Harry odetchnął nieco lżej.
— Wróć przed dziewiątą — powiedział Ron, piorunując go wzrokiem. — Albo zobaczysz.
— Tak, mamo — zaśmiał się Harry, powiedział niemo „dziękuję” i szybko opuścił pokój wspólny.
Teraz będą rozmawiać o moim „dziwactwie”, pomyślał. Nie mógł ich w sumie winić, ale oni nie rozumieli. Harry chciał porozmawiać z Malfoyem. Mógłbyś to zrobić po dziewiątej, przypomniał mu okropnie logiczny głosik. Ale Malfoy był na boisku, w miejscu, które wiązało się ze strasznymi wspomnieniami. Musiał się czuć okropnie. Ostatnią rzeczą, której potrzebował, było pięciu Gryfonów jazgoczących mu nad głową.
Kiedy tylko wyszedł na zimne powietrze, wskoczył na miotłę. Miał nadzieję, że dotrze do Malfoya, zanim zamarznie mu nos. Szalik i czapka chroniły go trochę przed lodowatym wiatrem. Istniały zaklęcia, które mógł rzucić, ale zanim wyciągnąłby różdżkę i przypomniał sobie właściwą inkantację, już trzy razy znalazłby się na boisku.
Nietrudno było zauważyć Malfoya. Siedział na jednej z ławek w południowym sektorze. Boisko oświetlało kilka lamp, a ich blask, choć delikatny, wystarczył, żeby trybuny i siedząca ba nich postać były dobrze widoczne.
Harry zatrzymał się. Nigdy wcześniej nie zastanowił się dokładnie, jak ciężko musiałoby być Smithowi trafić Malfoya z trybun w ciągu nocy. Jeśli lampy się świeciły, oślepiałyby każdego, kto stał poniżej. Malfoy mógł widzieć Smitha, ale Smith nie mógł widzieć Malfoya.
Harry skierował swoją miotłę w dół i wylądował kilka metrów obok Malfoya.
— Hej — rzucił, rezygnując ze swojego wcześniejszego planu, który zakładał powiedzenie: „Malfoy, to ty? Co za spotkanie”, co, jak się zorientował, byłoby trochę zbyt oczywiste.
Ale pewnie nie miałoby to znaczenia. Wątpił, żeby Ślizgon w ogóle go usłyszał. Malfoy podskoczył lekko, a jego oczy rozszerzyły się.
— Potter? — wyszeptał.
Harry doznał dziwnego uczucia déjà vu. Ostatnim razem, kiedy Malfoy odezwał się do niego z tak zszokowanym wyrazem twarzy, znajdowali się na siódmym piętrze, a Draco był zdyszany i zarumieniony. Wyglądał wtedy na tak samo zagubionego jak teraz. O mało nie umarł w Pokoju Życzeń i o mało nie umarł na boisku. Czasami tam chodzę, powiedział mu tamtej niedzieli, kiedy znaleźli Tommy’ego Wrighta. Czemu coś przyciągało go do miejsc, w których niemal stracił życie? Harry zrobił ostrożny krok naprzód, a potem kolejny i jeszcze jeden, i usiadł obok Malfoya.
— Co tutaj robisz?
Malfoy zamrugał, nabrał powietrza i zebrał się w sobie.
— A co ty tutaj robisz?
No i znowu się cofamy.
— Śledzę cię, oczywiście — powiedział Harry.
Zarobił w odpowiedzi delikatny uśmiech.
— Powinieneś przestać. To niezdrowe.
— Tak, cóż, jestem trochę stuknięty, a przynajmniej tak mi powiedziano.
Kolejny uśmiech.
— Naprawdę nie masz nic lepszego do roboty?
— Lepszego? Pewnie tak. Ale nic chociaż w połowie tak zabawnego.
— Zawsze z przyjemnością rozśmieszam innych. — Malfoy miał obojętny głos, jak jakby nudziła go ta rozmowa. Harry chciał powiedzieć coś wesołego, żeby znowu zobaczyć uśmiech na jego twarzy.
Malfoy popatrzył za niego, w stronę zamku.
— Jest bardzo wysoka, wiesz?
— Co? — Harry rozejrzał się dookoła zdezorientowany.
— Wieża Astronomiczna.
Była wysoka, Harry nie mógł dojrzeć wierzchołka. Liczne okna Hogwartu świeciły na żółto, ale czubki wież wznosiły się wyżej, pogrążone w ciemności.
— Tak bardzo wysoka — zaczął Malfoy — ale tamtej nocy latałem jeszcze wyżej, spoglądając w dół na zamek.
Harry odwrócił się, obserwując bladą twarz Ślizgona.
Malfoy wpatrywał się w niego.
— Czemu nie zginąłem?
Masz twardą głowę, chciał powiedzieć Harry, ale być może nie była to odpowiednia chwila na żarty.
— Nie wiem. Miałeś ze sobą różdżkę. Może udało ci się rzucić jakieś zaklęcie, nawet jeśli nie trzymałeś jej w dłoni.
— Harper też miał różdżkę.
— Harper nie… czuł się dobrze.
— Nie pamiętam, żebym próbował rzucać jakieś zaklęcia. To wszystko stało się tak szybko. — Malfoy spojrzał w górę, na ciemne niebo nad boiskiem.
Harry nie mógł się powstrzymać.
— Czy lampy się świeciły?
Malfoy spojrzał na niego.
— Co?
— Lampy. — Harry wskazał je ręką. — Czy się świeciły? Widziałeś z góry boisko i trybuny?
— Nie wiem. Nie pamiętam. A co to ma do rzeczy?
— Zastanawiałem się, jak Smith mógł uderzyć cię z takiej odległości. Ciężko byłoby trafić w poruszający się szybko cel za dnia, a co dopiero w nocy i jeśli te wszystkie lampy się świeciły, to byłoby niemal niemożliwe… — Harry urwał, kiedy zobaczył wyraz twarzy Malfoya.
Znowu jest na mnie zły.
— Co z tobą nie tak, Potter?
— Eee, co? Dlaczego?
— Czy to wszystko, o czym chcesz rozmawiać? O tym, że Smith jest niewinny? O tym, że wiem coś i nie chcę ci powiedzieć? Z pewnością muszę dużo wiedzieć, przecież jestem zły i w ogóle. — Zerwał się z ławki, ale Harry zrobił to samo.
— Malfoy, już to przerabialiśmy! Uważam, że żadna z tych rzeczy nie jest twoją winą! Martwię się tylko, bo myślę, że ktoś próbuje…
— Ja też! — krzyknął Draco. — Ale nie możesz po prostu… Mógłbyś przestać bawić się w aurora chociaż na pięć pieprzonych minut? Nie jestem twoim przypadkiem! Odmawiam bycia twoim przypadkiem. Jeśli to wszystko, czego chcesz, idź sobie śledzić kogoś innego — powiedziawszy to Malfoy odepchnął go, niemal przewracając na ławkę, i zaczął się szybko oddalać.
Harry poszedłby za nim, gdyby nie był tak zdezorientowany. Jeśli to wszystko, czego chcesz. Harry chciał tego. Chciał upewnić się, że Malfoy pozostanie żywy. Czy to jest takie okropne? Jest. Niesprawiedliwe i okrutne, głos Hermiony rozległ się w jego głowie.
Jeśli to zrobisz, to on może odnieść wrażenie, że odwzajemniasz jego uczucia.
Czy to właśnie zrobił?
Jeśli to wszystko, czego chcesz.
Wyraz twarzy Malfoya zmienił się tak nagle, kiedy Harry zaczął go wypytywać. Wcześniej wyglądał tak bezradnie. Potrzebował pocieszenia, nie pytań, zdał sobie sprawę Harry. I potrzebował tego także w skrzydle szpitalnym, ale Harry tylko go wypytywał.
Jeśli to wszystko, czego chcesz.
To nie było wszystkim, czego chciał. Chciał go pocieszyć. Chciał tego też wcześniej, kiedy Malfoy poślizgnął się i wpadł w jego ramiona. Harry mógł stać, obejmując go tak długo, jak trzeba. Tak długo, jak Malfoy by tego potrzebował.
Ale Malfoy tego nie wiedział, myślał, że Harry chciał tylko zadawać pytania. Może powinienem mu powiedzieć. Jeszcze nie jest za późno.
Harry obrócił się na pięcie i pobiegł za Malfoyem. Złapał go tuż przy wyjściu, pod łukiem masywnej bramy prowadzącej na boisko.
— Czekaj! — Złapał go za ramię i pociągnął, próbując odwrócić.
Malfoy odskoczył, jakby dotyk Harry’ego palił żywym ogniem.
— Powiedziałem ci, żebyś przestał mnie dotykać, Potter! — warknął, a grymas wykrzywił mu twarz.
Jeśli chcesz tylko zadawać pytania, usłyszał Harry, chociaż Malfoy nie powiedział tego na głos. Czego chcę? Uratować go, pocieszyć, odpowiedział sobie Harry bez wahania. Czy to wszystko?
Malfoy zamarł w miejscu, w dalszym ciągu marszcząc brwi. Harry musiał wpatrywać się w niego trochę za długo.
— Co? — spytał Malfoy, wyglądając na niepewnego. Jego policzki i nos były zaróżowione od mrozu, tak samo jak usta. Musiały być zimne. W skrzydle szpitalnym były ciepłe, przyciśnięte do policzka Harry’ego. Jeśli Mrużka by się nie pojawiła, Draco by go pocałował. Pozwoliłbym mu na to, czy bym go odepchnął?
Powinieneś zrozumieć najpierw, czego chcesz, powiedział mu Ron, a potem coś z tym zrobić.
— Potter? — Głos Malfoya był tym razem jeszcze cichszy, niemal przestraszony. Muszę wyglądać jak szaleniec.
Jestem szaleńcem, uświadomił sobie Harry. To było jedyne wyjaśnienie jego nagłej irytacji skierowanej na biedną Mrużkę. Jeśli by im nie przeszkodziła, wiedziałby teraz, czy odepchnąłby wtedy Malfoya, czy nie.
Malfoy zrobił ostrożny krok w jego stronę.
— Czy ktoś cię spetryfikował? — Zmarszczył brwi. — Czy ja to zrobiłem? — Nagle dłoń Malfoya znalazła się przed twarzą Harry’ego i zamachała. Harry złapał ją i szarpnął lekko. Malfoy pozwolił mu przyciągnąć się bliżej, pewnie zbyt zaskoczony, żeby się opierać.
— To nie jest wszystko, czego chcę — powiedział Harry. A przynajmniej tak mu się wydawało, bo nie rozpoznał swojego głosu. Zachrypniętego i niskiego.
Dłoń Malfoya była zimna w jego uścisku, czuł to nawet przez rękawiczki. Malfoy nie miał czapki, szalika ani rękawiczek; wyglądał na zmarzniętego, tylko jego oczy były ciepłe, o dziwo, bo to zawsze one były w Malfoyu najzimniejsze.
Wzrok Harry’ego ześlizgnął się na wargi Malfoya, został tam przyciągnięty. Nie mogę go pocałować. Nie mogę pocałować Malfoya. Nie mógł, nie powinien, ale jednak to zrobił.
Musiał przysunąć się bliżej i przechylić głowę, nie był pewien jak, ale jakimś cudem jego usta znalazły się na ustach Malfoya. Świat zadrżał, przechylił się, zakręcił i wrócił gwałtownie do normalnego stanu, a dolna warga Ślizgona nadal dotykała jego ust. Z gardła Malfoya wyrwał się pełen desperacji jęk, który Harry słyszał już wcześniej, ale tym razem mógł go poczuć, tym razem Malfoy jęknął prosto w jego usta i Harry'ego ogarnął żar, który kazał mu przyciągnąć go bliżej, przylgnąć swoim ciałem do Malfoya jak do magnesu, otoczyć go nim i zamknąć w środku.
Nigdy nie czuł nic lepszego, ale moment później zmienił zdanie. Serce podskoczyło mu do gardła, kiedy uświadomił sobie, że działo się coś więcej: język Malfoya wślizgnął się stanowczo między jego wargi, ciepły i prawdziwy, tak jakby miał tam zostać. Harry nie miałby nic przeciwko, nawet jeśli żołądek ścisnął mu się jakby ze strachu, bo realność tego wszystkiego była zbyt przytłaczająca. Miał rozchylone usta i kolejny jęk rozbrzmiał w jego uszach. Mój, pomyślał.
I wtedy poczuł palce w swoich włosach, gładzące i ciągnące, przechylające jego głowę na bok. Pocałunek pogłębił się, a język Harry’ego podążał za ruchami Malfoya, naśladując, eksperymentując, tak jakby zapomniał, co robić. I nigdy tak naprawdę nie wiedział, całowanie nigdy nie wywoływało takich uczuć, tak jakby było ważniejsze niż oddychanie, jakby nie miało znaczenia co i jak robi, o ile tylko nie przestawał.
Ale wtedy Malfoy przerwał, oddychając tak ciężko, jakby właśnie tonął.
— Nie — szepnął Harry, przerażony, że Malfoy przestanie go całować i ucieknie. Ponownie przycisnął wargi do jego ust, łapiąc tylko kącik i popychał Malfoya tak długo, dopóki nie dotarli do kamiennego łuku, gdzie mógł go uwięzić i upewnić się, że nie ucieknie. Ale ręce Ślizgona nigdy nie opuściły jego włosów — gdzie w ogóle podziała się jego czapka — i Harry pomyślał, że może Malfoy wcale nie miał zamiaru uciekać. Tak na wszelki wypadek przyparł go mocniej do ściany.
— Potter — wymamrotał Draco, ale Harry wykorzystał ten moment, żeby znowu go pocałować, wsuwając język między jego ciepłe, rozchylone wargi.
I wtedy wydarzyło się coś cudownego. Udo Malfoya wślizgnęło się między jego nogi, naciskając i Harry uniósł minimalnie biodra, a rozkosz, którą odczuł, była tak intensywna, że musiał oderwać się do Malfoya, wciągnąć głęboko powietrze i przycisnąć dłoń do ściany, żeby się nie przewrócić.
— Potter — powtórzył Malfoy, jednak tym razem brzmiało to jak niezwykły jęk.
Patrzy się na mnie, pomyślał rozproszony Harry, ale Malfoy przestał się w niego wpatrywać, a jego palce zaatakowały pelerynę Harry’ego, rozchylając ją i wślizgując się do środka, dotykając brzucha i bioder. Potem ręce Ślizgona ścisnęły go za pośladki, tak mocno i nagle, że Harry krzyknął i pchnął biodrami do przodu, a napór na jego krocze sprawił, że zobaczył gwiazdy.
Niemożliwością było nie poruszyć się. Dłonie Malfoya ściskały i masowały jego tyłek przez spodnie, przyciągając go bliżej i zmuszając Harry’ego do ocierania się na przemian o udo i rękę Malfoya.
Usta Malfoya znalazły się na jego szyi, całując i ssąc wrażliwą skórę na tyle, na ile pozwalał szalik. Harry poczuł, jak zęby Ślizgona zacisnęły się tuż pod jego uchem, a ten atak sprawił, że szarpnął się, a skubnięcie wyrwało z jego gardła cichy jęk.
Palce Malfoya zsunęły się niżej, ściskając miejsce, w którym pośladki Harry’ego przechodziły w uda, a potem wślizgnęły się między nie i Harry poczuł stanowczy nacisk na swoje wejście. Ta bezpruderyjność rozpaliła ogień na jego policzkach, utrzymujący się nawet, gdy jądra zacisnęły mu się, a ciało przeszyły konwulsyjne dreszcze.
To było za dużo w zbyt krótkim czasie i nawet wtedy, kiedy minęła już zalewająca go fala przyjemności, Harry desperacko chciał ją zatrzymać, zasmucony, że już po wszystkim. Nie możemy przestać. Musimy zrobić to jeszcze raz.
Malfoy drżał w jego uścisku, owiewając oddechem szyję Harry’ego. Widok jego jasnej głowy w tym miejscu wywołał uśmiech na twarzy Harry’ego, chociaż nie była to najbardziej logiczna reakcja. Poruszył się, żeby dotknąć włosów Malfoya, ale zamarł i najpierw ściągnął zębami rękawiczkę, co było o wiele trudniejsze, niż myślał. Kiedy w końcu uwolnił rękę, zanurzył ją we włosach Ślizgona. Były wilgotne i zimne, ale skóra pod nimi była ciepła w dotyku.
Wstrząsnęła nim niespodziewana fala opiekuńczości. Ile już razy Malfoy z trudem uniknął śmierci? Upewnienie się, że będzie żył, nigdy nie było ważniejsze. Jest przestraszony, zmartwiony, sam to powiedział. I spodziewa się, że go uratuję. Muszę to zrobić.
Jego palce trafiły na zimny płatek ucha i Harry schylił się, by przygryźć go delikatnie, a potem szepnął:
— Wiesz, Malfoy, uszy ci odpadną, jeśli nie będziesz nosił…
Draco tak szybko podniósł głowę, że uderzył go w nos.
— Co ty… — zaczął Harry, ale urwał, kiedy zobaczył minę Malfoya, który miał ten dziki wyraz twarzy, tak jakby był zszokowany, widząc Harry’ego. Ale nie mógł być, z pewnością nie zapomniał, kto z nim tutaj był.
Szok zmienił się w gniew i Malfoy warknął coś, mocno odpychając Harry’ego. Zaskoczony Harry potknął się, poślizgnął i poleciał na ziemię.
— Co ty robisz? — krzyknął, jego wcześniejsza euforia wyparowała, zastąpiona przez rzeczywistość: leżał na zimnej ziemi, jego spodnie całe się kleiły, szyja bolała, a Malfoy patrzył na niego, jakby Harry był wyjątkowo ohydnym robakiem. Czego się spodziewałeś? To Malfoy.
Poczucie straty pochłonęło go całkowicie, ale jednocześnie nie powstrzymało od podniesienia się na nogi i spiorunowania Ślizgona wzrokiem.
— Więc podobało ci się tak samo jak mnie? — spytał, a w jego głosie słychać było bardziej urazę niż złość.
Malfoy spojrzał na boisko, na Harry’ego, na siebie, tak jakby nie był pewien, gdzie się znajdował albo nawet kim był. Złość Harry’ego jakoś zniknęła.
— Malfoy?
Malfoy potrząsnął głową.
— Zamknij się. Po prostu się zamknij. Nie jesteś nawet…
Harry nie usłyszał, kim nie był, bo Malfoy odwrócił się na pięcie i uciekł. Harry patrzył za nim, kompletnie zagubiony. Przez chwilę rozważał dogonienie go, ale szybko zdusił tę myśl. Malfoy najwyraźniej żałował tego, co się stało. Kto wie, co chciał powiedzieć? Nie jesteś nawet czystokrwisty. Nie jesteś nawet dziewczyną. Harry wiedział, kim był — idiotą. Kompletnym idiotą. Co on sobie myślał? Całować Malfoya, cholera, pieprzyć jego nogę?
Policzki go zapiekły, kiedy schylił się po swoją wełnianą czapkę i wrócił na boisko po Błyskawicę. Spodnie kleiły mu się do nóg, użyłby zaklęcia, żeby pozbyć się tego bałaganu, ale jakoś nie miał ochoty celować różdżką we własne krocze. A szczególnie nie w chwili, kiedy ręce trzęsły mu się ze złości.
— Ja też tego żałuję — poinformował Harry puste boisko do quidditcha. Poza tym, że wcale nie żałował, nie mógł, nieważne jak bardzo próbował, nie mógł żałować ani jednej sekundy, ani jednego pocałunku. Kiedy zamykał oczy, nadal mógł to czuć: usta Malfoya, jego palce w swoich włosach, gorący oddech na szyi, dłonie ściskające go za pośladki.
Jak długo tego pragnąłem?
Nie był w stanie tego stwierdzić, ale to nie zaczęło się dzisiaj, tyle wiedział na pewno.
Wrócił do zamku na piechotę, nie ufając sobie na tyle, żeby polecieć. Jego smutek go złościł, a złość smuciła. I utknął w tym kole, nie będąc w stanie się uwolnić.
Kiedy dotarł do portretu Grubej Damy, przystanął i spróbował zebrać się w garść.
Ludzie nie zgadną, że właśnie całowałeś (i pieprzyłeś nogę) Draco Malfoya na boisku do quidditcha. Tylko nie wyglądaj na winnego.
— Proszę, proszę, jaka malinka.
Harry, zszokowany, podniósł wzrok na uśmiechającą się Grubą Damę i szybko podciągnął szalik pod szyję.
— Ach! Sekretne romase! To były czasy — zapiała i oczy zaszły jej mgłą. — Ale uważaj na siebie, mój drogi. Miłość robi głupców z nas wszystkich. A ostatniej nocy — nachyliła się — kosztowała tego młodzieńca życie.
— Mus jabłkowy — burknął Harry, a Gruba Dama rzuciła jeszcze „Zostałeś ostrzeżony” i portret odchylił się.
W pokoju wspólnym był tłum uczniów, ale zbliżała się dziewiąta i członkowie GD musieli już sprawdzać dormitoria. Ginny siedziała jednak przy oknie i Harry ruszył prosto do jej stolika.
— Ginny — powiedział. Dziewczyna podskoczyła, zatrzasnęła książkę, którą czytała i obronnym gestem przykryła ją dłonią. — Eee, przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. — Najwyraźniej czytała coś osobistego, mógł poczekać albo może pójść na górę i zmienić spodnie.
— Nic się nie stało — powiedziała z wymuszonym uśmiechem i zmarszczyła brwi. — Wszystko w porządku?
— Tak. — Harry kiwnął głową. — Chciałem tylko zapytać czy… możemy się zamienić? Wolałbym patrolować dzisiaj z Lavender.
Ginny nie wyglądała na zadowoloną.
— Co? Dlaczego?
— Chcę z nią porozmawiać, to wszystko. — To przynajmniej było prawdą. A poza tym bardzo nie chciał spotkać Malfoya.
— Cóż, to porozmawiaj z nią i… idź po Malfoya później.
— Proszę, Ginny. — Harry postarał się wyglądać jak najbardziej żałośnie.
Ginny zmrużyła oczy.
— Harry, serio.
— To ogromna przysługa, wiem. Patrolowanie z Malfoyem nie będzie łatwe. Ale proszę, tylko ten jeden dzień. Będę miał u ciebie dług. Podaj tylko swoje warunki, co tylko chcesz.
Ginny prychnęła.
— Wiesz, że dalej wisisz mi tamtego galeona?
Cholera.
— Przepraszam. Zapominałem. Mogę ci go teraz przynieść.
— Och, nie przejmuj się jakimś głupim galeonem, Harry. Po prostu chciałam zauważyć… — Westchnęła. — Dobrze. Ale chcę coś w zamian.
Harry poczuł taką ulgę, że miał ochotę zacząć tańczyć albo posikać się z radości w majtki.
— Co tylko chcesz.
— Cokolwiek? Dobrze. Chcę, żebyś przestał prosić mnie o przysługi. I przestań… biadolić, żebym coś dla ciebie zrobiła. Po prostu przestań. Przynajmniej na rok.
Harry skrzywił się.
— Ja… Załatwione.
— Mówię poważnie.
— Załatwione. Przysięgam.
Przyjrzała mu się podejrzliwie.
— I chcę twoją Błyskawicę.
Harry zamarł, kompletnie zszokowany, a Ginny wybuchnęła śmiechem.
— Twoja mina! — wykrztusiła. Chwilę zajęło jej uspokojenie się. — Ale żartuję tylko w połowie.
Harry doszedł so siebie i burknął:
— Chcesz w takim razie tylko połowę miotły?
— Nie, chciałabym pożyczyć ją od czasu do czasu.
Harry zmusił się do kiwnięcia głową.
— Jasne. — Nawet dla niego zabrzmiało to trochę zbyt wymuszenie.
Ginny westchnęła.
— Nie za często i będę bardzo ostrożna, obiecuję.
— Tak, dobrze. Tylko nie… wpadnij na coś. Z premedytacją.
Ginny przewróciła oczami.
— Nie zrobię tego. I nie użyję jej, żeby polować po nocach na wampiry.
— Eee, co?
Wzrok Ginny ześlizgnął się na szyję Harry’ego i z powrotem na jego oczy.
Harry szybko wepchnął jej Błyskawicę do ręki.
— Proszę, możesz ją wziąć już teraz. Żebyś mogła polatać jutro rano.
Ginny przyjęła miotłę z uniesionymi brwiami, a Harry kiwnął jej głową i uciekł do dormitorium.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było wyczarowanie lustra i przyjrzenie się swojej szyi. Nic dziwnego, że Gruba Dama i Ginny to zauważyły — Malfoy nieźle go pokiereszował. Kilka ciemnych siniaków pokrywało jego szyję aż do ucha. Mgliście pamiętał, jak Malfoy ssał jego skórę, ale nie spodziewał się, że zostanie tyle śladów.
Powinienem się ich pozbyć, pomyślał, gładząc je zamiast tego. Szybko jednak wyrwał się z transu i przycisnął różdżkę do szyi.
Episkey — wymruczał i siniaki zniknęły. Potem poszedł do łazienki wziąć szybki prysznic, przebrał się i ruszył na swoją rundkę po dormitoriach, zanim zszedł do pokoju wspólnego.


Koniec części pierwszej siódmego rozdziału
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Elizabeth_Bathory » 20 maja 2012, o 20:48

O M G!!!!!!

To jest cuuuuuuudowne. Wy jesteście cuuuuuuuuudowne. I w końcu jest drarry :seksi: :seksi: :seksi: !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
A teraz poważnie. Bardzo dobre pół rozdziału. Podejrzewam, że gdyby nie jedna kluczowa scena w tym miejscu byłoby moje narzekanie, że "czemu pół a nie cały, a czemu jeszcze nie ma scen właściwych, etc., etc.". Ale, biorąc pod uwagę zaistniałe okoliczności jestem bardzo zadowolona czytając ff z moim ulubionym parringiem i scenami właściwymi w ich wykonaniu.

Ludzie nie zgadną, że właśnie całowałeś (i pieprzyłeś nogę) Draco Malfoya na boisku do quidditcha. Tylko nie wyglądaj na winnego.


Przy tym spadłam z mojego fotela prezesa. I w ogóle cała ta scena była awwwwwww<3

Dlatego tłumaczcie dalej, niech wen wam się nie wyczerpuje.

pozdrawiam i czekam na drugie pół.

El:)
Well I was there on the day
They sold the cause for the queen,
And when the lights all went out
We watched our lives on the screen.
I hate the ending myself,
But it started with an alright scene.
Elizabeth_Bathory Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 841
Dołączył(a): 26 lip 2011, o 13:32
Lokalizacja: Toruń

Postprzez bożo » 20 maja 2012, o 21:16

Czekałam na ten rozdział (tudzież pół :D ) z przesadna niecierpliwością i nagle wpadłam na to, że przecież mogę przeczytać oryginał. I tak czytam, czytam i własnym oczom i mojej znajomości języka angielskiego nie wierzę. Nareszcie jest! Ma wymarzona i wyczekana scena! Nareszcie mój wewnętrzny potwór żywiący się drarry jest usatysfakcjonowany rozwojem akcji. Moment, w którym Harry mówi Draco "To nie jest wszystko, czego chcę" razem z jego zdecydowanym niezdecydowaniem w kwestii ich relacji i tego co chce dalej zrobić jest po prostu... awwww. Oczywiście owa scena dla mnie, znacznie lepiej wygląda w tłumaczeniu ponieważ w oryginale umykają mi pewne niuanse i ogólnie takie hm... graficzne opisy wolę czytać w języku polskim. Po za tym to opowiadanie jest fantastyczne. Uwielbiam jego kanoniczność i nieprzewidywalność. Kurczę, po przeczytaniu tego fragmentu nie pozostaje mi nic innego jak czekać cierpliwie i mieć nadzieję, że tłumaczki okażą miłosierdzie i nie każą nam czekać zbyt długo na dalszą cześć ;)
Bożo w porzo
bożo Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 13
Dołączył(a): 21 lis 2011, o 20:59
Lokalizacja: Radom

Postprzez Blackie » 21 maja 2012, o 22:15

Nie wiem, co powiedzieć. Jestem kompletnie rozmeltana i po prostu zachwycona. Nawet powtarzający się błąd "patrzy się" nie zepsuł mi frajdy. Ten rozdział jest bardzo intensywny, a zarazem pokazuje, że stosunki między Harrym a Draco nie są takie łatwe i kolorowe, jak mogłoby się wydawać. Osobiście sądzę, że Draco po prostu zaczyna coś podejrzewać, jeśli chodzi o nagłą zmianę zachowanie Harry'ego, prawdopodobnie czuje się zagrożony, bo podświadomie wyczuwa, że to jakaś prowokacja albo podstęp. Tak czy inaczej, naprawdę jestem ciekawa, jak się to dalej potoczy. Najważniejsze, że ten tekst nie idzie do przodu tendencyjnie i schematycznie; jest przez to bardziej realistyczny, bo przecież żadna historia miłosna nie stanowi zbioru cliches. Mam kilka swoich teorii jeśli chodzi o wątek kryminalny, ale zachowam je dla siebie.
Ekipie tłumaczącej przesyłam mnóstwo miłości ;* :seksi:
Blackie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 23
Dołączył(a): 27 lis 2011, o 13:48

Postprzez Kaczalka » 30 maja 2012, o 16:47

Bardzo dziękujemy za komentarze i zapraszamy na szczególnie przyjemny (bo wyjątkowo długi :devil:) rozdział.
Za betę podziękowania jak zwykle lecą do Donnie :*

I jeszcze ogłoszenie w związku z kolejnym rozdziałem. Ponieważ to mnie przypadła przyjemność przetłumaczenia go w całości, postanowiłam nie dzielić go na dwie części i wklejać ich 10 i 20 czerwca, tylko dać w całości około 15. Potem już będzie według planu, czyli 1 lipca.

Miłego czytania
;)


ROZDZIAŁ VII cz. 2




Lavender już na niego czekała, wyglądając na przygnębioną. Gdy tylko do niej podszedł, rzuciła mu spojrzenie pełne złości.
Harry zmusił się do uśmiechu.
— Chyba nie jestem najgorszym z możliwych partnerów? — zapytał beztrosko.
— Plasujesz się w ostatniej piątce. W najlepszym wypadku — odparła, jakby naprawdę tak myślała, obróciła się i wyszła na korytarz przez otwór w ścianie.
Czeka nas niezła zabawa, pomyślał Harry, ale zaraz przypomniał sobie, że to był jego pomysł. Muszę z nią porozmawiać. A jeszcze bardziej musiał unikać Malfoya. Co, wbrew woli, wcale nie napawało go radością. Tak, patrol może i będzie zabawny, choć mało produktywny. Jego gniew rozgorzał ponownie i myśli Harry’ego zatoczyły znajomą już pętlę. Cholerne całowanie i cholerne związki. Daj mi dziewczynę, która mnie lubi, a wszystko spieprzę. Daj mi gnojka, który mnie nienawidzi, i też wszystko spieprzę. Chociaż to akurat Malfoy był tym, który wcześniej wszystko spieprzył. Ale Malfoy to dupek, a dupki tak właśnie robią, więc Harry nadal ponosił winę. Powinien to przewidzieć.
— Do góry, nie na dół.
— Co? — Harry zamrugał.
— Dyżurujemy na parterze, a Ginny i Malfoy na czwartym piętrze.
— Och, jasne. — Harry nieświadomie skręcił ze schodów w lewo w korytarz na czwartym piętrze. Podążył za Lavender, jednak wcześniej rozejrzał się w poszukiwaniu rudej i jasnej czupryny. Unikasz Malfoya, przypomniał sobie, kiedy wyciągał szyję to w prawo, to w lewo.
Gdy dogonił Lavender, ta spojrzała na niego znacząco.
— Wiesz, niedawno słyszałam ciekawą rozmowę — powiedziała.
— Tak? — Bardzo dobrze. Skoro zaczynała plotkować, łatwiej będzie mu zadawać pytania bez podejrzenia, że ją przesłuchuje lub o coś oskarża. — O czym?
Lavender wygięła brew.
— O tobie.
— Hmm — mruknął wymijająco, czując, jak jego ciało się napina. Kusiło go, żeby od razu wypytać o szczegóły, ale zrezygnował. Miał niejasne podejrzenie, że wiedział, czego ta rozmowa dotyczyła.
— Czy to naprawdę takie interesujące?
— Nie. Ale dość śmieszne. — Lavender spojrzała na niego z ukosa. — Wydaje się, że twoi przyjaciele myślą, że jesteś lekko stuknięty.
— Cóż, bo jestem. — Zapewne chodziło jej o dyskusję, jaką odbyli Ron, Hermiona, Seamus, Dean i Neville po tym, jak poszedł po Malfoya. Harry nie mógł winić przyjaciół, że uważają jego zachowanie za dziwne. Mimo że wtedy nie planowałem go pocałować, prawda? Nie, nie planował, ale na pewno chciał.
— Prawdopodobnie. Wygląda na to, że wywnioskowali, że masz małą obsesję na punkcie utrzymania Draco Malfoya przy życiu, ponieważ już raz go uratowałeś i teraz również musisz go ocalić. I jeśli ci się nie uda, to będzie oznaczało, że wszelkie wysiłki w przeszłości poszły na marne.
Harry musiał się uśmiechnąć. Zapewne to były słowa Hermiony, a reszta nie miała innego wyjścia, jak tylko się z nią zgodzić. Oczywiście jej wnioski jak najbardziej zgadzały się z prawdą, jednak Harry nie widział powodu, by analizować, czemu ktoś chce ratować życie drugiego człowieka.
— A co do złej strony — dodała Lavender słodko — musieliśmy wysłuchiwać filozoficznych wywodów Hermiony Granger, iż tak naprawdę wszystko, czego chciałeś, to wyjść na zewnątrz i go pocałować.
Harry odpowiedział tak szybko, że niemal ugryzł się w język.
Co?! — Zmusił się do śmiechu. — Bzdury! Kto, na Merlina, wygadywał takie głupoty? — Gruba Dama? Ginny? Widziały siniaki na jego szyi, ale czy wywnioskowały, że zostawił je Malfoy?
— Och, proszę cię — zadrwiła Lavender. — Nikt mi nie powiedział. Mam oczy, wiesz?
Harry był zaszokowany.
— Widziałaś nas? — Lavender zachichotała i Harry natychmiast zrozumiał swój błąd. — To znaczy... oczywiście, że nie, bo nie było co zobaczyć.
— Jasne — parsknęła.
Harry zatrzymał się i spojrzał na Lavender uważnie.
— Nie całowałem Malfoya i wcale nie miałem na to ochoty. — Musiał ją przekonać, zanim rozniesie plotkę po całej szkole. To była wyłącznie jego sprawa i zapewne sytuacja już nigdy się nie powtórzy. — Malfoy to gnojek. I były śmierciożerca. Nienawidzi mnie. A ja wcale nie mam na jego punkcie obsesji. — Jeszcze za mało. — No i... to facet — przypomniał sobie. Tak, to był istotny argument.
— Och, to wstrętne — Lavender zabrzmiała na zdegustowaną. — Jesteś taki sam jak ona.
Harry poczuł się zdezorientowany.
— Ee... jak kto?
— Parvati. — Lavender fuknęła i zacytowała: — „Och, Lavi. Nigdy bym nie mogła. Nie z Harperem. On jest zły. I jego rodzice są źli. I jest Ślizgonem. Jak możesz coś takiego sugerować? Nie ja. Nigdy.”
Harry poczuł się naprawdę urażony, nie tylko za siebie, ale i za Parvati, która tak bardzo zamartwiała się śmiercią Harpera.
— Wygląda na to, że jej sytuacja była skomplikowana. Nie powinnaś z tego drwić.
Skomplikowana? — Lavender niemal zasyczała, a jej oczy rozbłysły. — O tak! Ależ z niej biedactwo. Dwóch facetów o nią walczy, a ona nie wie, którego wybrać. I ty także jesteś biedny. Wszystkie dziewczyny za tobą szaleją, a teraz jeszcze i Malfoy. Jak ty to przeżyjesz? Wiesz, co jest skomplikowane, Harry? — zapytała, odsuwając z twarzy jasne włosy i pokazując brzydkie blizny. Ciągnęły się od policzka aż do szyi. — To jest skomplikowane — warknęła i odwróciła się, mamrocząc pod nosem coś o malkontentach.
Harry pobiegł za nią i złapał ją za rękę. Stanęła i spojrzała na niego ze złością.
— Wiem co nieco o bliznach, Lavender — powiedział. — Moja może jest mała, ale kosztowała życie moich rodziców.
Uderzył we właściwą strunę. Oczy Lavender zalśniły od łez i Harry od razu pożałował swoich słow. Czy wcześniej prawie nie dostał szału, bo Malfoy zostawił na jego szyi kilka siniaków, przez które skomplikowało się jego życie? Siniaków od pocałunków, które dało się usunąć jednym machnięciem różdżki. Blizny Lavender zostały pozostawione przez potwora i będą jej towarzyszyć już zawsze. Miała pełne prawo drwić z jego kłopotów.
— Przepraszam. — Lavender pociągnęła nosem. — Wiem, że dla ciebie nic nigdy nie było łatwe i ten szaleniec próbował cię zamordować, ale ja po prostu jestem już taka zmęczona słuchaniem, gdy wszyscy narzekają na swoje miłosne problemy, jakby nic gorszego nie mogło ich spotkać. A to nieprawda.
— Oczywiście, że nie. Ja też przepraszam — odparł Harry szybko. — Masz rację. Przedtem moje życie było skomplikowane, ale teraz sam je sobie komplikuję. I w zamku jest ktoś, kto chce nas wszystkich pozabijać, co także stanowi komplikację, pomyślał, ale lepiej było nie wypowiadać tego na głos. Nie miał też ochoty wspominać, że problem miłosny Harpera okazał się akurat najgorszą rzeczą, jaka mogła mu się przydarzyć. Być może Lavender już czuła się winna i nie było potrzeby martwienia jej dodatkowo. — Czy to dlatego... — Harry zawahał się. Znał już odpowiedź na swoje pytanie, ale ciągle chciał je zadać. Przestań zgrywać aurora na pięć minut, Potter, rozległ się w jego głowie głos Malfoya. Podobnie jak on, Lavender zapewne nie życzyła sobie przesłuchań. Nie, nie mogę przestać zgrywać aurora, odparł Malfoyowi w myślach. To jest zbyt ważne. — Czy... użyłaś Harpera jako pretekstu, żeby patrolować samotnie? Żeby nie słuchać, jak inni opowiadają o swoich kłopotach?
Lavender zdawała się zaskoczona pytaniem.
— A możesz mnie za to winić? Najpierw Neville rozprawiający o Hannie i swoich cholernych roślinach. Potem Ginny, która nigdy nie zamyka ust i bez przerwy gada o quidditchu. Och, nie! Moja roślinka chyba się rozchorowała. Ojej! Czy kiedykolwiek zostanę profesjonalnym graczem? Żałosne.
— Racja. Czyli znalazłyście Harpera, ty go odprowadziłaś do pokoju wspólnego i potem poszłaś w pojedynkę? — Widząc zmrużone oczy Lavender, Harry dodał szybko: — Próbuję tylko ustalić, jak dużo czasu miał Harper, żeby dotrzeć do Wieży Astronomicznej, a ty jesteś ostatnią osobą, która widziała go żywego...
— Przesłuchujesz mnie?
— Nie, nie. — Harry pokręcił głową. — Po prostu głośno myślę.
— Cóż, świetnie. — Lavender skrzyżowała ramiona na piersi. — Bo to Anthony Goldstein zamordował Harpera. Nie ma co do tego wątpliwości. Wiesz, kiedyś słyszałam, jak powiedział: „Pewnego dnia Harper zabłąka się na wieżę i z niej spadnie.”. Pomyślałam, że wizja ta wyraźnie go ucieszyła.
— To trochę głupie mówić o czymś takim głośno, a potem to zrobić.
— Bo on jest głupcem! Miło mi, że się zgadzamy.
— Udało mu się znaleźć Harpera. Na wieży. To trochę aż za wygodne, prawda?
— Sam mógł go tam zaciągnąć.
— Ale właśnie o to chodzi. Nie miał zbyt wiele czasu. Widziałem go, a całe zdarzenie miało miejsce niewiele później. A ty powiedziałaś, że zostawiłaś Harpera w lochach...
Lavender przestąpiła z nogi na nogę.
— Cóż, odprowadziłam go jakieś pół godziny wcześniej, więc przypuszczam, że przynajmniej teoretycznie miał wystarczająco dużo czasu, żeby dotrzeć na Wieżę Astronomiczną. Nie wiem tylko, jak mu się to udało. Sprawdziłam zaklęcia na wejściu do pokoju wspólnego Ślizgonów i mało prawdopodobne, żeby ktoś zdołał wyjść niepostrzeżenie.
Zaklęcia Malfoya, zauważył Harry. Zaraz jednak dodał sam do siebie: Powinienem przestać o nim myśleć.
— I nikt nie zauważył... — przerwał, czując ciepło na udzie. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął rozgrzanego galeona.
— Coś się stało? — zapytała Lavender. — O co chodzi?
Harry z zakłopotaniem spojrzał na złote litery.
— Jest napisane tylko: „Martwy Pokój”.
— Co?
— Nie wiem, czemu nikt nie podpisuje tych wiadomości — poskarżył się i sekundę później zamarł w bezruchu. — Pokój Życzeń! Pewnie o niego chodzi. — Ale kto mógł użyć określenia Martwy Pokój? I po co ich tam wzywał? Jako pierwszy przyszedł mu do głowy Malfoy, ten jednak teraz patrolował czwarte piętro. I przecież wiedział, jak poprawnie nazywa się to pomieszczenie.
Harry odwrócił się w stronę schodów.
— Poczekaj! — zawołała za nim Lavender. — Myślisz, że to wypadek? Może powinnam tu zostać. Na patrolu. — Jak na gust Harry’ego, jej propozycja zabrzmiała zbyt podejrzanie.
— Nie, chodź ze mną. Możliwe, że to naprawdę nagły wypadek i będę potrzebował wsparcia.
Lavender nie wyglądała na zadowoloną, ale posłusznie poszła za nim. Harry przyspieszył kroku, pokonując stopnie tak szybko, jak tylko potrafił. Nieważne, ile razy sobie powtarzał, że wiadomość nie mogła pochodzić od Malfoya, nie potrafił myśleć o niczym innym, niż że popełnił błąd, łącząc go w parę z Ginny. Czy gdyby tak obsesyjnie nie namawiał Malfoya na przyłączenie się do Gwardii, łatwiej byłoby mu go pilnować? I chronić? Trochę niefortunnych pieszczot wystarczyło, aby go zostawił. Powinien jakoś to przetrwać i uporządkować swoje priorytety. Wspólny patrol byłby niezręczny, ale co z tego? Niektóre sprawy są ważniejsze niż dramaty obściskujących się parek, co wcześniej zauważyła Lavender.
Malfoy, nie waż się umrzeć, kiedy ja się tobą opiekuję. Nie waż się dopuścić, by ktoś cię zranił.
Na siódme piętro dotarł porządnie zasapany, w odróżnieniu od Lavender, mimo że w pewnym momencie go wyprzedziła. Postanowił pomyśleć nad swoją kondycją — lub jej brakiem — później, kiedy już nie będzie zajęty próbą dogonienia koleżanki.
— Ginny! — krzyknęła Lavender i pomknęła w kierunku końca korytarza.
Serce Harry’ego przestało bić. Ginny leżała na podłodze tuż przed nim, pokryta stertą czarnych szat i wszędzie rozpoznawalnych rudych włosów. Rzucił się w jej stronę.
Lavender już ją obróciła, odsłaniając bladą twarz i zamknięte oczy.
— Ginny, nie! — jęknęła Lavender.
— Wszystko z nią w porządku! — krzyknął Harry, chociaż nie miał żadnego dowodu, aby tak sądzić. Alternatywa była jednak zbyt straszna, żeby ją rozważać. Wyciągnął różdżkę. — Rennervate! — powiedział. Gdy Ginny westchnęła i uniosła powieki, wydało mu się, że zemdleje z ulgi. Uklęknął przy niej. — Ginny? — szepnął, pomagając jej usiąść. — Co się stało? Dobrze się czujesz? Oberwałaś jakąś klątwą? Zaklęciem?
Ginny rozejrzała się wokół nieprzytomnym wzrokiem.
— Ja... nie wiem. Gdzie jestem?
— Na siódmym piętrze — odparła Lavender. — Jak się tu znalazłaś? Miałaś...
Ginny nagle otworzyła szeroko oczy i spróbowała wstać, ale była tak oszołomiona i zdezorientowana, że Harry oraz Lavender musieli jej pomóc. Złapała się za głowę.
— Gdzie jest Malfoy? Znaleźliście go?
Autentyczne zmartwienie w jej oczach wniknęło w Harry’ego i eksplodowało w nim, odbierając mu oddech i zamieniając jego serce w kawałek lodu.
— A dlaczego? Zaginął? Co się stało? Nic mu nie jest? — Harry rozejrzał się po korytarzu z nadzieją, że to tylko żart i Malfoy zaraz wyskoczy zza rogu i zacznie się z niego śmiać.
— Nie wiem — odparła Ginny i również się rozejrzała, jak gdyby kierowana tą samą nadzieją co Harry. — Ktoś musiał mnie oszołomić. Wydaje mi się, że słyszałam, jak ktoś wykrzykuje zaklęcie. A potem... Chyba wpadliśmy w pułapkę. Znaleźliście Petersona?
Harry, który wciąż trzymał w dłoni galeona i zajęty był wysyłaniem wiadomości „Gdzie jesteś?” do Malfoya, uniósł wzrok i spojrzał na Ginny z zakłopotaniem.
— Petersona? Jamiego Petersona? — zapytał, zaciskając palce na monecie i pragnąc, żeby się rozgrzała. Proszę, odpowiedz. Proszę.
— Tak. Nie było go w pokoju wspólnym — odparła Ginny, wciąż trzymając się za głowę. — Kiedy się spotkaliśmy, Malfoy był zmartwiony. Brakowało czterech uczniów, a on wiedział, gdzie poszli. Wciąż powtarzał, że to jego wina. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, o kogo mu chodzi, ale powiedział, że musimy znaleźć Petersona. Wysłaliśmy mu wiadomość przez galeona, ale dzieciak się nie odezwał, więc pobiegliśmy tutaj, bo Malfoy uważał, że Peterson może być w Pokoju Życzeń.
W chwili, gdy Ginny skończyła mówić, Harry i Lavender odwrócili się i podeszli do masywnych dębowych drzwi. Lavender dotarła do nich pierwsza i otworzyła je, a Harry wszedł do ciemnego wnętrza, ale zaraz się cofnął, czując, jak coś uderzyło go w nogi. Pochylił się szybko i złapał za ramiona próbującego uciec Jamiego. Ma największe oczy, jakie w życiu widziałem, pomyślał, wpatrując się w przerażoną buzię Petersona.
— Wszystko w porządku — pocieszył go, chociaż Malfoy zaginął i nic nie było w porządku.
— Harry Potter! — wysapał Jamie, bardzo w tym momencie przypominając Zgredka.
— Jedyny i niepowtarzalny — powiedział Harry cierpko i uklęknął na jedno kolano.
— Nami się nie przejmuj — rzuciła Ginny, podchodząc krok bliżej. — Jesteśmy tylko siekaną wątróbką — dodała, na co Lavender dziwnie gwałtownie wciągnęła powietrze, ale się nie odezwała.
Petersona uśmiechnął się słabo do Ginny, szybko jednak skoncentrował swój wzrok ponownie na Harrym.
— Trzeba ich powstrzymać — szepnął.
— Kogo? Co ty tutaj robisz? — I gdzie jest Draco Malfoy?, chciał jeszcze spytać Harry. Galeon ciągle tkwił w jego zaciśniętej dłoni. Rozgrzej się. Rozgrzej się, do cholery!
— Pritcharda i resztę. Zamknęli mnie tam. — Peterson skierował przerażone spojrzenie na ciemne wnętrze Pokoju Życzeń.
— Co? Ale dlaczego? — zapytał Harry spokojnie i uniósł wzrok na Ginny i Lavender. — Znacie kogoś takiego?
— Pritchard jest chyba prefektem — odparła Ginny z wahaniem, na co Lavender przytaknęła i dodała:
— Piąty rok. Zarozumiały gówniarz.
Harry przypomniał sobie, jak w nocy, gdy spłonęło dormitorium Ślizgonów, Pritchard poinformował ich, że Peterson bał się ciemności. A w zasadzie, że bał się wszystkiego. Pritchard skojarzył mu się wtedy z Malfoyem.
— To on. I zawsze ma ze sobą dwóch kumpli, takich samych dupków — powiedział Peterson. — Wcześniej już kilka razy mnie tu wepchnęli. Bo wiedzą, że... bo nie lubię ciemności. — Jego policzki pokryły się rumieńcem.
— Ciemność jest okropna — rzuciła Ginny pocieszająco. — Ja też jej nie lubię.
— Ja jej wręcz nienawidzę — zgodziła się Lavender, imitując przesadne drżenie.
— A ten pokój jest przerażający— dodał Harry zupełnie szczerze. Przy zamkniętych drzwiach ciemność wewnątrz musiała być nieprzenikniona.
— I nie da się go otworzyć od środka — szepnął Peterson. — Tam w ogóle nie ma drzwi.
Czyli naprawdę jest martwy. Zamknięta w nim osoba mogła pragnąć jedynie, aby pojawiło się wyjście. Ale pomieszczenie nie spełniało już życzeń. Bardziej zaciekawiło Harry’ego, że Peterson tak chętnie wyjawił, kto był jego prześladowcą. Kiedy ostatnio Hermiona i McGonagall próbowały wydobyć z niego tę informację, nie chciał nic powiedzieć. Ze strachu lub z lojalności wobec współdomowników. Coś się zmieniło.
— Nie martw się. Zgłosimy to dyrektorce. Już nigdy ci tego nie zrobią — pocieszył Harry Petersona, jednak chłopiec nie wydawał się uspokojony jego słowami.
— Najpierw trzeba ich powstrzymać! Próbowałem. Próbowałem go ostrzec, ale mnie złapali!
— Ostrzec kogo? — Harry poczuł, jak mdłości skręcają mu żołądek.
— Draco Malfoya — powiedział Peterson, potwierdzając jego obawy. — Słyszałem ich rozmowę. Mówili, że dopadną go za to, co zrobił zeszłego wieczoru. Wymknąłem się po ciszy nocnej, żeby mu powiedzieć, ale mnie znaleźli.
Zaciśnięty w dłoni galeon wbił się Harry’emu boleśnie w skórę.
— A co on zrobił zeszłego wieczoru?
— Strasznie się wściekł! — Peterson wypowiedział to jak coś w rodzaju ogromnego komplementu. — Wszyscy siedzieliśmy w pokoju wspólnym, kiedy dowiedzieliśmy się o Harperze. Naprawdę bardzo się... eee, zmartwiłem. — Harry podejrzewał, że Peterson tak naprawdę chciał użyć słowa: „przeraziłem”. — A potem Pritchard zobaczył mnie, roześmiał się i powiedział: „Nie bój się, ktokolwiek dorwał Harpera, nie będzie ścigał takiego paskudnego, smarkatego szlamy jak ty. Tobą zajmiemy się sami.” Kilka osób się roześmiało, ale Draco stracił nad sobą panowanie. Przyłożył Pritchardowi tak mocno, że przeleciał przez pół pokoju. A potem na niego nawrzeszczał, na nich wszystkich. Podciągnął rękaw i pokazał nam ten przerażający tatuaż. Pogroził, że następna osoba, która zignoruje ciszę nocną, dowie się, co to znaczy wkurzyć śmierciożercę. I jeszcze powiedział Pritchardowi, że jeśli kiedykolwiek spróbuje mnie skrzywdzić, wypali mu Mroczny Znak na czole i wsadzi mu głowę... — Peterson obniżył głos — w śmierdzące gacie Voldemorta. Nie pamiętam dokładnie, co jeszcze mówił, ale w pewnym momencie zażądał, żeby Pritchard podziękował mu za uderzenie. Wyciągnął różdżkę i krzyknął: „Podziękuj mi, ty idioto, bo wyświadczam ci przysługę.” Rzucił na niego zaklęcie żądlące i Pritchard zaczął wrzeszczeć o pomoc, nikt jednak nie odważył się nic zrobić. Nie kiedy Draco wyglądał jak ktoś, kto zamorduje pierwszą osobę, która odważy się odezwać. No i Pritchard w końcu rozpłakał się i wykrzyczał: „Dziękuję, dziękuję, dziękuję.” I Draco zostawił go w spokoju.
Oszołomiony opowieścią Harry nie mógł wydusić z siebie słowa. Nigdy nie pragnął bardziej niczego, niż być teraz legilimentą i móc zobaczyć, co działo się w głowie Malfoya.
Peterson pociągnął nosem.
— A teraz ja zignorowałem ciszę nocną — zaszlochał. — Ale musiałem! Słyszałem, jak Pritchard z kumplami knuli, że Draco zapłacze krwią za to, co zrobił.
— Znajdziemy go. — Harry skrzywił się na dźwięk swojego chrapliwego głosu. Draco nie będzie płakał krwią. Galeon zapiekł go w dłoń, ale tylko dlatego, że Harry wzmocnił uścisk. Gdzie mam szukać?, pomyślał i wstał. Będzie musiał poinformować członków Gwardii, nauczycieli, wszystkich.
— Jamie — odezwała się Ginny. — Czemu nie użyłeś galeona, żeby ostrzec Malfoya?
Peterson spojrzał na Harry’ego.
— Bo go nie mam. Pritchard mi zabrał. Zawsze zabiera moje złoto. Myślał, że jest prawdziwy.
— Jak to nie masz? — spytał zdumiony Harry. — Przecież wysłałeś mi wiadomość. Właśnie dlatego tu jesteśmy.
Jamie otworzył szeroko oczy i potrząsnął głową.
— Nie, to nie ja.
— Ty ją wysłałaś? — Harry popatrzył ostro na Ginny.
— Eee... byłam zbyt zajęta leżeniem bez przytomności.
Oczywiście, że to nie ona. Ale kto jeszcze mógł użyć określenia „Martwy Pokój”? Teraz jednak nie było czasu na takie rozmyślania. W pierwszej kolejności musiał odszukać Draco.
— Ginny, idźcie z Lavender do McGonagall i poinformujcie ją, że Malfoy zaginął. Zamek jest zbyt duży, sami nie damy rady.
Ginny przytaknęła, ale potem popatrzyła za plecy Harry’ego i zmarszczyła brwi.
— Lavender? Co się stało?
Harry obrócił się w stronę Lavender stojącej u podnóża schodów. Miała głowę pochyloną na bok i dziwny wyraz głębokiej koncentracji na twarzy. Wyglądała, jak gdyby wąchała powietrze.
— Czujecie? — zapytała.
Ginny z zakłopotaniem pociągnęła nosem.
— Co czujemy?
Harry również niczego nie wyczuwał.
— Coś jak... — Lavender zawahała się. — Dym, z tamtej strony. — Wskazała na schody.
Serce Harry’ego podskoczyło tak gwałtownie, że to aż zabolało. Nie ogień. Tylko nie ogień. Nie waż się, ty idioto. Rzucił się przed siebie, poślizgnął tuż przy schodach, ale w ostatniej sekundzie złapał za poręcz i wylądował zgrabnie na pierwszym stopniu. Pognał w dół, krzycząc jednocześnie:
— Lavender! Gdzie?!
Sam wciąż niczego nie czuł, być może Lavender tylko się wydawało. Przypomniał sobie jednak, że to właśnie ona rozpoznała zapach dymu w lochach, podczas gdy Ślizgoni niczego nie wyczuwali.
Ginny, Lavender i Jamie ruszyli w ślad za nim.
— Niżej, niżej! To nie na szóstym piętrze! — zawołała Lavender w biegu.
— Harry, to ty? — zapytał ktoś z dołu. — Chyba coś się pali! — Harry spojrzał przez balustradę i zobaczył Neville’a i Hannę biegnących w stronę głównego korytarza na piątym piętrze. — Tutaj! — Neville wskazał miejsce przed sobą.
Harry również w końcu wyczuł dym, który szczypał go w oczy i ograniczał pole widzenia. Przeskoczył ostatnie trzy schody i skręcił w lewo, tak bardzo spiesząc się do klasy transmutacji, że niemal wpadł na Neville’a. Właśnie tutaj musiało znajdować się źródło ognia, nie było zbyt wielu innych możliwości. Profesor Plunkett wciąż leżał w łóżku z paskudnym przeziębieniem, które pozbawiło go głosu, więc klasa z pewnością przez kilka dni będzie stała pusta. Dobre miejsce dla kogoś, kto nie chce zostać znaleziony.
Dym był tutaj gęstszy i uciekał przez szparę pod drzwiami. Widząc to, Harry podbiegł bliżej, wyciągnął różdżkę i wrzasnął:
Alohomora!!!. — Nic to jednak nie dało, więc spróbował ponownie: — Reducto! Depulso! Deprimo! Defodio! Confringo! — Zaklęcia odbijały się od drzwi jedno po drugim, nie czyniąc im żadnej szkody.
— Chyba powinniśmy zrobić to razem! — krzyknął Neville, podbiegając do Harry’ego. Pozostali byli tuż za nim z różdżkami gotowymi do użycia.
— Dobrze — odparł Harry, ledwie łapiąc oddech i myśląc z desperacją: Nie, jego tam nie ma. — Na trzy. Raz... — Katem oka zauważył, jak Jamie Peterson unosi różdżkę, choć pewnie nie miał bladego pojęcia, czym są zaklęcia wysadzające. — Dwa! — krzyknął.
Nie zdążył dodać nic więcej, bo Lavender przepchnęła się do przodu.
— Och, na litość Merlina — fuknęła i kopnęła w drzwi.
Harry nie miał nawet czasu się zdziwić. Klasa stanęła otworem, a korytarz wypełnił się gorącym dymem. Całe wnętrze sali płonęło, krzesła i ławki trawił trzeszczący ogień. Harry wpadł do środka bez zastanowienia. Otoczył go żar, parząc skórę i oślepiając.
— Harry! — zawołała Ginny i sekundę potem dodała: — Glacius!!!
Jej zaklęcie z sykiem rozprzestrzeniło się w powietrzu, wypełniając je białą poświatą. Ogień lizał ręce i twarz Harry’ego, mrowił, ale już nie parzył.
Evanesco! — krzyknął i gęsty dym rozproszył się, ukazując środek pomieszczenia i leżącego na podłodze Draco Malfoya, nieprzytomnego i z nadgarstkami związanymi cienką czarną liną. Harry doskoczył do niego i opadł na kolana obok jego głowy. — Rennervate! — Zaklęcie uderzyło Malfoya w pierś, ale nie wywołało żadnej innej reakcji niż lekkie zmarszczenie brwi. — Draco, obudź się! — Harry przesunął się do tyłu, chwycił Malfoya za ramiona, pociągnął i posadził.
Pozostali zajęli się gaszeniem ognia, polewając go wyczarowaną wodą. Jasne błyskawice zaklęć i okrzyki jeszcze potęgowały panujący wokół chaos.
Harry przyciągnął Malfoya i oparł go plecami o swoją pierś, tak że jego twarz przylgnęła mu do szyi.
— Obudź się! — wrzasnął mu do ucha i jakimś cudem Malfoy uniósł głowę i otworzył oczy.
— Déjà vu — zdołał powiedzieć, zanim dopadł go atak kaszlu.
— Wstawaj! — Harry objął go jedną ręką w tali i postawił na nogi. — Kaszleć możesz później. Ile chcesz. Ale teraz dym ci nie pomaga. — Malfoy jednak znów zakaszlał i prawie wysunął mu się z uścisku. Widząc to, Neville podbiegł do nich szybko i stanął po drugiej stronie. — Nie, nie trzeba. — Harry przyciągnął Malfoya bliżej siebie. — Trzymam go.
Neville spojrzał na niego ze zdziwieniem. Harry dobrze wiedział, że na to zasłużył, ale nie potrafił się powstrzymać. Właśnie obejmował Malfoya i nie chciał go wypuszczać. Choć mógł skorzystać z pomocy Neville’a.
— Malfoy, chodź. Dasz radę — powiedział.
I Malfoy rzeczywiście dał radę. Odzyskał równowagę, a kaszel minął. Wspierając się ciężko na Harrym, zdołał wyjść z klasy. Jednak nie oddalili się zbytnio od dymu, kiedy odsunął się gwałtownie, oparł o ścianę i odchylił głowę do tyłu, uderzając nią o tynk.
Korzystając z okazji, Harry spróbował pozbyć się cienkich linek krępujących nadgarstki Malfoya. Użył każdego zaklęcia, jakie znał i które na logikę mogłoby zadziałać, ale bez skutku.
— To magiczne więzy, Potter — powiedział Malfoy, kiedy Harry warknął ze złości. — Mogą zostać przecięte jedynie specjalnym, zaczarowanym ostrzem.
Harry z grymasem niezadowolenia opuścił różdżkę.
— Mogłeś mi wcześniej powiedzieć.
— I zepsuć sobie zabawę? — Malfoy miał półprzymknięte oczy, ale spojrzenie całkiem bystre.
— Dobrze — poddał się Harry. — To gdzie znajdę ten nóż?
— Nigdzie. — Powieki Malfoya opadły, po czym powoli uniosły się ponownie. — Jestem pewien, że Pomfrey będzie wiedziała, co robić.
Harry przytaknął z niechęcią i złapał za związane ręce Malfoya. Znowu je przytulam, uświadomił sobie, jednak nawet nie spróbował przerwać kontaktu, wręcz przeciwnie, przycisnął je mocniej do piersi.
— Musimy iść do skrzydła szpitalnego — powiedział.
— A jeśli odmówię? Obezwładnisz mnie?
— Nie mamy na to czasu. — Dla podkreślenia słów Harry pociągnął Malfoya za nadgarstki.
Draco jeszcze bardziej zmrużył oczy, ale zaraz zakaszlał i skrzywił się z bólu, jak gdyby starając się opanować targające jego ciałem dreszcze.
Harry nie miał pojęcia, jak mu pomóc, wiedział tylko, że pragnie tego rozpaczliwie. Wyciągnął rękę i odgarnął zabłąkany kosmyk jasnych włosów ze spoconego czoła Malfoya, czym zarobił spojrzenie spod półprzymkniętych powiek. Wyzywająco powtórzył gest, tym razem odsuwając wyimaginowany kosmyk. Tak, właśnie głaskam cię po głowie, ty dupku. Tylko spróbuj mnie powstrzymać.
Malfoy go jednak nie powstrzymał. W ogóle się nie poruszył, przez co Harry stracił ochotę na prowokację i poczuł się jak kompletny idiota. Wrócił więc do trzymania go za nadgarstki.
— Co się stało? — zapytał. — To Pritchard?
— Skąd wiesz o... — Malfoy otworzył szeroko oczy. — Peterson! Znalazłeś go? Zniknął z pokoju wspólnego. I Weasley. Widziałem, jak oberwała zaklęciem i straciła przytomność.
— Wszystko z nimi dobrze — odparł Harry szybko. — Oboje są... — Odwrócił się i zobaczył małego Ślizgona stojącego niedaleko nich i wyglądającego tak, jakby ze wszystkich sił starał się na nich nie patrzeć. — …tutaj — skończył Harry. Z klasy transmutacji dobiegł dźwięk kolejnych zaklęć likwidujących dym i ogień
Malfoy ponownie oparł się o ścianę.
— Powinieneś przestać mnie pieścić, Potter. Ten dzieciak będzie miał przez ciebie uraz.
— Poradzi sobie — odparł Harry, decydując, że nie skomentuje oskarżenia o pieszczoty. — Co się tu wydarzyło? — zapytał, a gdy Malfoy otworzył usta, dodał szybko: — I proszę, żadnych przemądrzałych dowcipów o aurorach.
Gdy usta Malfoya drgnęły, Harry’ego naszła niespodziewana ochota, by je pocałować.
— Oszołomili mnie — wyjaśnił Malfoy beznamiętnym głosem. — Zaciągnęli tutaj, związali i próbowali zmusić do przeprosin za pomocą swoich marnych klątw.
Za wyjątkiem brzydkich otarć pod więzami Draco nie miał innych zranień, a sposób, w jaki wcześniej drżał... Harry domyślał się, jakich „marnych klątw” użyli ci idioci. Kierowany przymusem, nad którym nie panował, pogłaskał kciukami miękką skórę na nadgarstkach Malfoya.
— A potem podpalili klasę i uciekli.
Malfoy wzruszył ramionami.
— Nie wiem, ale tak sądzę. Kilka razy straciłem przytomność... — Cruciatus. To musiał być Cruciatus. Czy to będzie dziwne, jeśli pocałuję jego nadgarstki?, zastanowił się Harry. — W jednej chwili ich widziałem — kontynuował Malfoy — a w następnej, gdy otworzyłem oczy, już ich nie było, a cała klasa się paliła. — Jego głos przy tych słowach przycichł, ale zaraz ponownie przybrał na sile: — A kiedy znów odzyskałem przytomność, czterooki idiota tarmosił mnie za ręce.
— I wcale nie zamierza przestać — powiedział Harry i ponownie pociągnął Malfoya za nadgarstki, ale tym razem mocniej, zmuszając go do odsunięcia się od ściany. — Skrzydło szpitalne. Naprawdę powinniśmy iść.
Malfoy obrzucił go wyrachowanym spojrzeniem.
— Och, raczej ci się to podoba, prawda? — Widząc zakłopotaną minę Harry’ego, spuścił wzrok na więzy. — Z czymś ci się to kojarzy?
Nie, nie kojarzyło. Aż do teraz, kiedy Malfoy o tym wspomniał. Aluzja sprawiła, że wyobraźnię Harry’ego zaatakowała niejasna wizja, a jego policzki pokryły się rumieńcem.
Też mogę zabawić się w takie gierki, pomyślał.
— Właściwie... — Ściszył głos i skupił wzrok na oczach Malfoya. — Zdecydowanie wolę mieć twoje ręce gdzie indziej. Nie zauważyłeś tego na boisku?
Gdyby Harry już się nie czerwienił, to po własnych słowach na pewno tak by się stało. Jednak warto było, sądząc po szeroko otwartych ze zdziwienia oczach Malfoya i uśmieszku znikającym z jego twarzy.
Harry obrócił głowę tak szybko, że chyba usłyszał, jak coś chrupnęło mu w szyi. Ginny stała w niewielkiej odległości od nich i przypatrywała im się z uwagą. A co gorsza, Hanna i Neville znajdowali się tuż za nią, starając się patrzeć wszędzie, byle nie na nich.
— Tam się paliło, wiesz? — Gestem pokazała klasę transmutacji.
— Tak. — Harry odchrząknął. — Ale miałem pewność, że świetnie sobie poradzicie. Nie byłem wam potrzebny.
— Ach! A zauważyłeś może, że dwójki z nas brakuje?
Harry zamrugał, uświadamiając sobie, że nie ma Lavender i Petersona. Hanna Abbott parsknęła. — Poszli zawiadomić McGonagall — powiedział Neville. — Właśnie tam zniknęli. — Wskazał na korytarz za nimi.
— Dla dobra Harry’ego — odezwała się Ginny — Lavender nalegała, żeby odejść na palcach.
Malfoy spojrzał na Harry’ego ze zdziwieniem.
— Nie słuchaj ich. Kawałek dalej jest ukryte przejście prowadzące do gabinetu McGonagall. Pewnie tam poszli.
— Rozumiem. — Malfoy pociągnął go za ręce, więc Harry puścił go i pozwolił, żeby się odsunął.
— Zawiadomiliśmy też resztę Gwardii — dodała Ginny poważniej. — Pritchard i jego kumple zniknęli, trzeba ich znaleźć. — Harry przytaknął, a Ginny westchnęła. — Innymi słowy... — machnęła ręką, jakby go odprawiając — wszystko mamy ustalone. Jesteś wolny.
— Dziękuję — powiedział Harry z zakłopotaniem. Ginny żartowała, ale ona zawsze tak robiła. Wcale nie musiało to oznaczać, że nie jest zasmucona. Do głowy przyszło mu jeszcze kilka innych osób, które nie zareagowałyby najlepiej, gdyby zobaczyli go trzymającego Malfoya za ręce.
Nie chcę, żebyś myślał, że jestem na ciebie zły czy coś, powiedział wczoraj Ron, dając mu kanapkę. Mówisz przez sen, poinformował go wcześniej, kiedy Harry obudził się zdyszany, myśląc o Malfoyu. Trudno. Prawdopodobnie teraz było już za późno na zastanawianie się, kogo mógł zdenerwować.
Sam jestem zdenerwowany, pocieszył się. I Malfoy również. Jednak teraz mieli większe zmartwienia. Jeśli ktoś zamierzał się kłócić, będzie musiał poczekać. Przynajmniej z tego wszyscy zdawali sobie sprawę.
Harry spojrzał na Malfoya i kiwnął głową w stronę schodów. Malfoy przytaknął, zacisnął usta i bez słowa ruszył do skrzydła szpitalnego. Szedł powoli i niezbyt pewnie, potykając się od czasu do czasu, ale Harry nie zaoferował mu pomocnej ręki. Obawiał się, że mogłoby to doprowadzić do wybuchu złości. Gdyby on był na miejscu Malfoya, również chciałby poruszać się o własnych siłach.
Jednak gdy tylko znaleźli się w szpitalu i opowiedzieli, co się stało, od razu pożałował decyzji, że nie trzymał Malfoya w ramionach, kiedy miał okazję. Pani Pomfrey, gdy tylko zajęła się pacjentem, wyrzuciła Harry’ego z sali i ostrzegła, żeby nie pojawiał się do jutra, bo pora jest późna, a Draco musi porządnie wypocząć.
Harry wcale nie zamierzał odchodzić. Osunął się na podłogę tuż przy wejściu do skrzydła szpitalnego i przyciągnął kolana pod brodę. Jeśli ktoś ponownie spróbuje zamordować Malfoya, będzie miał z nim do czynienia.

Dokładnie w tym samym miejscu Ron i Hermiona znaleźli go prawie dwie godziny później. Wyglądali na kompletnie wyczerpanych, ale bez słowa protestu usiedli po obu jego stronach.
— Znaleźliście go? — zapytał Harry.
Ron pokręcił głową.
— Ani śladu Pritcharda czy jego kumpli.
— Uciekli? Nie ma ich w zamku? — Harry nie mógł ukryć zdziwienia.
— Szukaliśmy wszędzie. — Hermiona ziewnęła. — Członkowie Gwardii, nauczyciele, nawet skrzaty. W szkole ich nie ma, choć ich rzeczy zostały w lochach, nawet miotły.
— Nauczyciele poszli sprawdzić w Zakazanym Lesie i Hogsmeade — dodał Ron. — Zabronili nam do siebie dołączyć. McGonagall wezwała aurorów.
Słysząc to, Harry poczuł się oszołomiony. Nie potrafił sobie wyobrazić, co przyszło Pritchardowi do głowy. On i jego kumple byli mściwi i niebezpieczni, to rozumiał. Znaleźli Petersona i wepchnęli go do Pokoju Życzeń, jak prawdopodobnie zrobili to już wcześniej. Wtedy im się upiekło, więc uznali, że znów się uda. Potem złapali Malfoya, zabrali w odludne miejsce i starali się go zastraszyć. Ich plan był zuchwały, biorąc pod uwagę, że członkowie Gwardii i nauczyciele patrolowali zamek. A jednak się powiódł, a Ślizgoni mieli sporą szansę na wywinięcie się bez szwanku. Mogli wymazać Malfoyowi pamięć albo przynajmniej spróbować. A nawet gdyby tego nie zrobili, mieliby tylko jego słowa przeciwko swoim. W najgorszym wypadku zostaliby zawieszeni, a może nawet wyrzuceni ze szkoły.
A jednak zdecydowali się podpalić klasę, zostawić tam Malfoya i uciec. Czyżby naprawdę byli aż tak rozchwiani emocjonalnie, tak głupi? Musieli zdawać sobie sprawę, że dym może przyciągnąć uwagę i prawda wyjdzie na jaw, inaczej by nie uciekli. Aż tak im się spieszyło do Azkabanu? Czy wyobrażali sobie, że są nowym pokoleniem śmierciożerców? Piętnastoletni idioci. Draco wyświadczył im przysługę. Czemu go nie posłuchali?
— Gdybym ja planował uciec, wezwałbym miotłę — powiedział Harry. — Przecież oni nie mogą się aportować.
Głowa Hermiony opadła na jego ramię.
— Czy to jest właśnie ta chwila, w której mówisz nam, kto za tym wszystkim stoi?
— Nie — odparł Harry szczerze. Co prawda dokładnie o tym myślał, ale nie zamierzał powiedzieć tego głośno.
— Szkoda — parsknął Ron. — Bo teraz jestem gotów ci uwierzyć.
— Naprawdę? — zdziwił się Harry.
— To się robi absurdalne — powiedziała Hermiona. — Może szkoła powinna zostać zamknięta. — Jej głos brzmiał płaczliwie, zapewne ze zmartwienia, że ich edukacja będzie przerwana. A może po prostu była zmęczona. — Twoje ramiona są takie kościste, Harry — rzuciła, wiercąc się w poszukiwaniu wygodniejszej pozycji.
— Każdy ma kościste ramiona — zauważył Harry, po czym dodał szybko: — Musicie trochę odpocząć.
— To nie ma znaczenia — odezwał się Ron. — Jutrzejsze lekcje i tak zostały odwołane. Tak jest całkiem przyjemnie. — Stuknął tyłem głowy o kamienną ścianę. — Na pewno przyjemniej niż na ramieniu Harry’ego.
Harry jednocześnie miał ochotę nakrzyczeć na przyjaciół i ich uściskać.
— Dobrze, wrócę z wami. Wszyscy powinniśmy się trochę przespać.
— Racja, chodźmy do wieży — zgodziła się z nim Hermiona. — Słyszysz, Ron? Harry pójdzie z nami. Nie zostanie tu, żeby czuwać.
— To prawda — potwierdził Harry.
— Hmm — mruknął Ron obojętnie. — Jasne, że pójdzie. A potem zwieje pod peleryną-niewidką, kiedy tylko zasnę.
— Oczywiście, że nie! — wykrztusił Harry, całkowicie oburzony faktem, że tak łatwo został rozszyfrowany.
— Zostaniemy tutaj — postanowiła Hermiona.
Harry osunął się po ścianie i natychmiast usłyszał narzekanie, że się wierci.
— Naprawdę wszystko jest w porządku. Nie musicie tu siedzieć. Zamierzałem... — zaczął, ale zaraz zamilkł, bo nawet we własnych uszach zabrzmiał marudnie. Planował, że wkradnie się do skrzydła szpitalnego i będzie miał oko na Malfoya, ale raczej mu się to nie uda. Musiał nawet przyznać, że i przed przybyciem przyjaciół prawdopodobnie nie było to możliwe. Pomfrey co prawda wyszła, ale zabezpieczyła drzwi, więc wątpił, czy zdołałby wejść do środka.
Nagle Hermiona prychnęła.
— Och, na Merlina! — krzyknęła i wstała gwałtownie. Wciąż mamrotała coś pod nosem, wyjmując różdżkę i podchodząc do drzwi. — I to kto? Draco Malfoy — dodała cicho, ale Harry dobrze ją usłyszał. — Cholerny arystokratyczny dupek. Czy chociaż przez jeden dzień uda mu się nie narażać życia? O to właśnie w tym wszystkim chodzi. — Rzuciła kilka zaklęć, oświetlając korytarz wesołymi kolorowymi iskrami. — To jakiś przeklęty fetysz, Harry.
Hermiona wyglądała na tak rozdrażnioną, że Harry zacisnął usta i nawet nie próbował argumentować. Czuł, jak płoną mu policzki. Kiedy blokada ustąpiła z cichym kliknięciem, poderwał się na równe nogi.
— Czekaj! — zawołała Hermiona i weszła do środka, zamykając za sobą drzwi.
Harry posłuchał, zbyt zaskoczony, by zrobić cokolwiek innego. Unikał patrzenia na Rona, choć ten nadal siedział oparty o ścianę i wyglądał, jakby spał.
— Zaklęcie Tarczy — odezwał się niespodziewanie z wciąż zamkniętymi oczami. — Jeden urok, wiele zastosowań. Liczy się tylko intencja.
— Ee... proszę? — wyjąkał zaskoczony Harry.
Ron nie powiedział nic więcej, potęgując tylko jego zakłopotanie. Czy Ronowi chodziło o to, że Zaklęcie Tarczy było na drzwiach? Że on powinien rzucić to zaklęcie na drzwi? A może to Ron powinien je rzucić?
Pewnie już śpi, wytłumaczył sobie Harry.
— Hej — odezwał się niepewnie. — Nie mam pojęcia, co masz na myśli. Co z tą tarczą?
Ron westchnął i ziewnął lekko, jak gdyby naprawdę znajdował się na krawędzi snu.
— Zrozumiesz — powiedział z czymś w rodzaju rezygnacji w głosie.
Harry nie miał czasu, żeby go dalej wypytywać, bo Hermiona właśnie wyszła ze skrzydła szpitalnego na palcach.
— Malfoy śpi — oznajmiła. — I przekonałam Mrużkę, aby pozwoliła ci zostać w środku.
— Ona tam jest?
— Już nie. McGonagall wspomniała, że skrzatka trzyma straż i nie pozwoli nikomu wejść. Zaproponowałam Mrużce, że jeśli sobie pójdzie, dostanie parę skarpetek zrobionych na drutach. — Spojrzała na Harry’ego ze złością. — Jestem straszna w robieniu skarpetek na drutach.
— Ee... dziękuję — wyjąkał Harry.
Miał ochotę ją przytulić, ale wyglądała na zbyt rozgniewaną. Fuknęła i usiadła obok Rona, od razu kładąc głowę na jego ramieniu. Moment później roześmiała się cicho, a wręcz zachichotała.
— Rzuciłeś na ramię zaklęcie poduszkujące?
— Moje ramiona zwyczajnie nie mają kości — zapewnił ją Ron, po czym zerknął na Harry’ego. — Idź sobie. Mam zamiar ją pocałować.
Harry’emu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Uśmiechnął się i pobiegł do skrzydła szpitalnego dokładnie w chwili, kiedy Hermiona ponownie zachichotała i zapytała:
— Och, teraz?
W środku było ciemno, świece zgaszono, ale słaby blask księżyca wpadał przez wysokie okna, oświetlając wnętrze sali. Większość z łóżek stała pusta, więc Harry bez trudu dostrzegł jasne włosy Malfoya na poduszce jednego z nich. Drugiego i ostatniego pacjenta, Tommy’ego Wrighta, nigdzie nie było widać, więc zapewne leżał za parawanem na końcu pomieszczenia.
Harry przez minutę przyglądał się śpiącej sylwetce, zanim odszukał miejsce na podłodze nieopodal, gdzie mógł się schować, jednocześnie mając na oku zarówno drzwi, jak i łóżko Malfoya.
Jego myśli powędrowały do Rona i Hermiony, ale szybko przestał zaprzątać sobie głowę ich zachowaniem. Siedzieli na zewnątrz, trzymając straż, i teraz nic więcej się nie liczyło. Zapewne wkrótce będą musieli porozmawiać, ale teraz Harry czuł się szczęśliwy, że mógł to przełożyć. Szczęściem napawał go również fakt, że nie myślał o Malfoyu i tym wszystkim, co się dzisiaj między nimi wydarzyło. Oczywiście poza jego niedoszłą śmiercią w płomieniach. Malfoy znajdował się w niebezpieczeństwie — to było ważne, a reszta... Reszta jest zbyt skomplikowana, żeby się w ogóle nad nią zastanawiać. I Malfoy też jest zbyt skomplikowany, żeby się nad nim zastanawiać.
Nie mam o czym myśleć, stwierdził Harry, ale zaraz zdecydował się jednak przeanalizować to, co wydarzyło się w zamku od... od meczu między Gryffindorem a Slytherinem. To właśnie wtedy wszystko się zaczęło, prawda? Niewiele mu to pomogło, poza tym, że zajął czymś głowę i nie zasnął, jednak zakiełkowało w nim pewne podejrzenie i chociaż nie mógł sprawdzić, na ile jest ono trafne, wiedział, jak swoje domysły udowodnić. Zamierzał zrobić to jutro wieczorem. Uświadomił sobie, że mogło to nie oznaczać niczego, ale cała łamigłówka z pewnością byłaby łatwiejsza do rozwiązania, gdyby miał do dyspozycji wszystkie jej kawałki.
Malfoy poruszył się, obrócił i jęknął. Harry miał nadzieję, że nie z powodu bólu. Zagryzł dolną wargę i milczał, obserwując, jak Draco nieco się podnosi i szuka czegoś na szafce. Sam znajdował się w ciemnej części sali, gdzie nie docierało światło księżyca. Wszystko dobrze widział, sam pozostając niewidocznym.
Malfoy uniósł różdżkę, skierował ją na swoją dłoń, a Harry momentalnie poczuł ciepło na udzie. Prawie krzyknął z zaskoczenia i sięgnął do kieszeni, żeby wyciągnąć galeona. Moneta świeciła, więc czytając, przysłonił ją ręką, aby ukryć jej blask. Napis głosił: Szpital zaatakowany.
Harry uśmiechnął się. Zamierzał pozostać w ukryciu, ale skoro Malfoy chciał, aby tu był...
Wstał bezszelestnie i podszedł bliżej.
— Zaatakowany, tak? — zapytał. Jego głos zabrzmiał zbyt głośno w cichym pomieszczeniu.
Malfoy usiadł gwałtownie i rozejrzał się wokół.
— Potter?
Harry wszedł w promień światła.
— Strzał w dziesiątkę.
— Jak się tutaj dostałeś tak szybko? — Malfoy spojrzał na niego badawczo.
— Sekret Zbawiciela. — Skoro Malfoy nie domyślił się, że był tu cały czas, Harry wcale nie zamierzał wyprowadzać go z błędu. Teraz czekał na jakiś przemądrzały komentarz, ale nic takiego nie nastąpiło.
— Zamierzasz zmusić biednego chorego, żeby wstał? — zapytał Malfoy. — Czy sam tu podejdziesz?
Harry zbliżył się ostrożnie.
— Po co...
Malfoy poderwał się z miejsca i uklęknął na wysokim łóżku, górując teraz nad Harrym. Złapał go za włosy, odchylił jego głowę do tyłu i pocałował mocno.
Znów było tak jak na boisku quidditcha. Ciało Harry’ego zareagowało natychmiast, żar pocałunku spłynął aż do palców jego stóp. Ale tym razem wszystko zdawało się jeszcze lepsze. Malfoy miał skórę ciepłą od snu, a nie prawie zmrożoną przez wiatr. Harry wepchnął dłonie pod górę jego piżamy i pogłaskał rozgrzane, gładkie plecy.
Gdy jego peleryna zsunęła się na podłogę, Malfoy zajął się guzikami koszuli, jednak zrezygnował w połowie i tylko pociągnął za tkaninę, odsłaniając jedno z kościstych ramion. Szlak mocnych ukąszeń i łagodzących je muśnięć językiem prowadził od szczęki Harry’ego, przez wrażliwe miejsce za uchem, do złączenia szyi z ramieniem. Harry nie mógł powstrzymać jęku, co chyba jeszcze bardziej zachęciło Malfoya i skłoniło do kolejnego ugryzienia.
Harry poczuł dreszcz, zmiękły mu kolana. Zdjął dłoń z pleców Malfoya i w zdumieniu wsunął ją pod jego spodnie. Nie powinienem go tam dotykać, pomyślał, ale jednocześnie zbadał delikatnie czubkami palców rowek między pośladkami. Nagła trema pozbawiła go oddechu, serce załomotało mu w piersi, a gardło wyschło na wiór, kiedy opuszkami zagłębił się dalej w to cudowne ciepło.
Draco wyrwał się z uścisku i odsunął tak niespodziewanie, że Harry’emu zrobił się zimno i samotnie. Pospiesznie docisnął ręce do boków, bojąc się, że przekroczył dopuszczalną granicę.
— Ja.... — Chciał przeprosić, ale Malfoy ściągnął przez głowę górę od piżamy, przez co jego jasne włosy otoczyły zaczerwienioną twarz dzikim nieładem. Był zarumieniony równiutko od szyi aż po klatkę piersiową.
Harry stał przy łóżku nieruchomo, przyglądając się, jak Malfoy walczy z pościelą oplatającą mu nogi. Spodnie od piżamy również zdjął. Co prawda nie było widać zbyt wiele, ponieważ i kołdra, i ciemność ograniczały widok, jednak Harry’emu udało się dostrzec pasek bladej skóry na biodrze i udzie.
On jest nagi. Wcześniejsza nerwowość zaatakowała go ponownie, tym razem silniejsza, powoli zmieniając się w atak paniki. Czego Malfoy się spodziewał, siedząc tutaj bez ubrania i wyraźnie na coś czekając? Harry nie miał pojęcia, co robić. Bardzo chciał, jednak strach nie pozwalał mu się poruszyć. Nic, co dotąd przeżył, nic, czemu musiał stawić czoła, nie było tak przerażające jak wizja, że leży w jednym łóżku z gołym Malfoyem.
— Twoje ubrania, Potter. Zdejmij je. A może wolisz w nich zostać?
Tak, wolał. Pomysł był świetny. A ucieczka brzmiała jeszcze lepiej.
— Malfoy — sapnął. — Nie myślę...
— No więc nie myśl. — Malfoy podniósł się i, nie spuszczając z Harry’ego wzroku, wyciągnął rękę i złapał go przez spodnie za krocze. Strach uleciał gdzieś daleko, a cały świat zwęził się do tego uścisku. I kiedy Malfoy odsunął się nagle, okrucieństwo tego faktu sprawiło, że Harry aż sapnął z oburzenia. — Rozbierz się — ponaglił Malfoy i cofnął się, robiąc Harry’emu miejsce.
Wspinaczka na wąskie łóżko nie wydała się już aż tak przerażająca. W życiu istniały rzeczy dużo straszniejsze, dowodził sobie Harry, zdejmując koszulę. A możliwość, że Malfoy już nigdy go nie dotknie, właśnie do takich należała.
Zdjął buty, spodnie i skarpetki, a potem, z sercem bijącym jak oszalałe, zsunął z siebie majtki. Okazało się jednak, że na wstyd nie ma czasu. Intensywne spojrzenie Malfoya skupiło się na jego erekcji. Było w nim tyle akceptacji, tyle czystego pragnienia, że Harry mógłby wybuchnąć z samej tylko ulgi.
Wspiął się na łóżko już bez strachu. Malfoy spojrzał na niego, złapał go za włosy, przyciągnął do siebie i pocałował. I tak oto Harry znalazł się w pozycji leżącej, z piersią przyciśniętą do piersi Malfoya, skóra do skóry, z udem Malfoya między swoimi nogami, napierającym lekko na jądra.
Fala czystego szczęścia sprawiła, że Harry uśmiechnął się szeroko. Nie sądził, że kiedykolwiek czegoś takiego doświadczy. Był czas, kiedy myślał, że umrze, zanim ktokolwiek dotknie go w intymny sposób. Przekonywał sam siebie, że go to nie obchodzi, że wcale tego nie potrzebuje. Ale teraz, kiedy język Malfoya ślizgał się po jego własnym, dłonie pieściły go wszędzie, gdzie tylko mogły dosięgnąć... teraz z własnej woli nigdy nie potrafiłby już z tego zrezygnować.
Byłem idiotą. I ciągle nim jest, w przeciwnym razie nie robiłby tego z Draco Malfoyem. Ale to nic, przekonywał sam siebie, ponownie wędrując ręką po biodrze Malfoya, jego udzie i pośladkach. W tym momencie nie miał nic przeciwko byciu idiotą.
— Poczekaj. — Malfoy znów się odsunął, ale tym razem nie aż tak bardzo, i Harry jedynie trochę się wychylił i docisnął usta do jego szyi. — Poczekaj — powtórzył Malfoy. — Potrzebujemy... — Wiercił się i kręcił, więc Harry uniósł się niechętnie. Malfoy złapał różdżkę i wpatrywał się w jej drewnianą powierzchnię z głęboką koncentracją. — Nie pamiętam — szepnął strapionym głosem.
— Czego nie pamiętasz?
Harry zastanawiał się, co może być tak ważne, żeby przerywać pocałunek. On sam nie mógł myśleć o niczym. Nie mógł myśleć w ogóle. Jego dłoń przesuwała się po tyłku Malfoya, chwytając najpierw jeden pośladek, ściskając go i pieszcząc, a potem wędrując na drugi. Zepchnął kołdrę i w zdumieniu obserwował poczynania własnej ręki. Widział również penisa Malfoya, który wyglądał zupełnie jak jego własny, z tym że myślenie o dotykaniu samego siebie nigdy nie było czymś aż tak przerażającym. Jesteś Gryfonem, przypomniał sobie odważnie i wyciągnął rękę, by owinąć palce wokół penisa Malfoya. Jednak jego ręka została nagle powstrzymana.
— Przepraszam — powiedział szybko, czując, jak płoną mu policzki, ale Malfoy go zignorował. Dotknął różdżką jego dłoni i wymruczał jakieś niezrozumiałe słowa. Teraz odetnie mi rękę, bo wsadziłem ją tam gdzie nie powinienem, pomyślał Harry ze smutkiem. Miał nadzieję, że pani Pomfrey pomoże mu ją odzyskać.
Jednak Malfoy niczego mu nie odciął, pokrył tylko jego skórę półprzezroczystą, śliską substancją, co stanowiło zdecydowanie dziwaczną karę. Harry przez chwilę wpatrywał się w rękę bez zrozumienia, ale Malfoy zaklął, przekręcił się na łóżku tak, że teraz leżał na brzuchu, wygiął ramię do tyłu, złapał Harry’ego za palce i wcisnął je między swoje pośladki. I wtedy w jakiś cudowny sposób Harry odzyskał zdolność myślenia, choć wydawało mu się, że cała krew w jego ciele spłynęła do niższych partii, przez co penis pulsował mu tak mocno, że aż bolał. Pewne rzeczy Harry widział i słyszał dawno temu w telewizji u Dursleyów, a sprawy, o jakich opowiadali jego współdomownicy i które kiedyś nie miały wiele sensu, teraz stały się zrozumiałe. Nagle wszystko połączyło się w jedną całość. Harry westchnął z ulgi, bo wiedział już, co robić, jednak mimo że strach go opuścił, nadal pozostał niepokój. Już chciał poprosić Malfoya, żeby zamienili się rolami. Ból to tylko ból. Mógłby zacisnąć zęby i jakoś go przetrwać. Ale myśl, że przez nieudolność to on zrani Malfoya, którego torturowano i który niemal spłonął zaledwie kilka godzin temu, była dziesięć razy gorsza.
Więc go nie zrań, idioto.
— Potter, na litość Merlina — jęknął Malfoy głosem stłumionym przez poduszkę, kręcąc się i ocierając o jego rękę.
Nie skrzywdź go, nie skrzywdź go, powtarzał sobie Harry w duchu, wsuwając palec między pośladki Malfoya i poszukując kawałeczka zmarszczonej skóry. Uniósł się lekko i oparł na łokciu, a potem na całej ręce, siadając niewygodnie na boku z jednym kolanem zgiętym i starając się nie spaść z wąskiego łóżka.
Teraz doskonale widział odkryty tyłek Malfoya, jego uda, krzywiznę kręgosłupa, bladą skórę oświetloną blaskiem księżyca, każdy niezwykle kuszący kawałek.
Naciśnij, nakazał sobie i jego palec wszedł do środka. Harry był zaszokowany, ale też ośmielony brakiem oporu, jednak zaraz znieruchomiał, nie mogąc wsunąć się głębiej.
— Dalej, dalej — Malfoy nalegał i prosił, więc Harry posłuchał go wbrew rozsądkowi.
Wsunięcie całego palca zajęło wieczność. A może trwało tylko kilka sekund? Harry nie miał pojęcia, bo kompletnie stracił rachubę czasu. W ogóle stracił poczucie wszystkiego poza swoim palcem uwięzionym w gorącej ciasnocie.
Przekręcił się na łóżku, walcząc o lepszą pozycję, aż w końcu znalazł się na kolanach za Malfoyem, pomiędzy jego rozłożonymi nogami. Widok własnego palca znikającego w pomarszczonym, otoczonym zaczerwienioną obręczą wejściu zafascynował go tak bardzo, że nie potrafił przestać patrzeć. Rozsunął pośladki Malfoya jeszcze bardziej, aby mieć lepszy widok, mimo że to, co robił, rozgrzało mu policzki i uszy do czerwoności.
Wyglądało na to, że Malfoy nie może przestać mówić. Paplał bez ustanku, zachęcając, prosząc o więcej, przekonując, że już wystarczy i Harry powinien zacząć go wreszcie pieprzyć. Jego słowa koiły obawy, a jednak Harry nie przestał i wsunął do ciepłego wnętrza kolejny palec, a potem jeszcze jeden. Poczuł ulgę i zdziwienie, kiedy Malfoy przyjął je i zacisnąwszy mięśnie, wciągnął jeszcze głębiej.
Ja nic nie wiem, ale ty też nie, pomyślał, gdy Malfoy szarpnął się w jego stronę, ponownie przekonując, że powinien skończyć i wziąć się do roboty. Skóra błyszczała mu od potu, a w słabym świetle wyglądało, że nawet jego pośladki są zarumienione. Uniósł się nieco na łokciach, pojękując teraz bardziej przeciągle, niższym tonem. Nie potrafił utrzymać bioder w bezruchu, pchał nimi i kręcił.
Mógłbym dojść już teraz, pomyślał Harry kompletnie oszołomiony i zaraz wpadł w panikę, uświadamiając sobie, że to prawda i rzeczywiście zaraz skończy, jeśli nie przestanie pieścić swojej erekcji. Nie miał pojęcia, że w ogóle się dotyka.
Wysunął palce, na co Malfoy zaklął tak siarczyście, że Harry przestraszył się, że zaraz się obróci i mu przyłoży. Niemal miał na to nadzieję. Porządny cios bardzo by mu się przydał; jego śliska dłoń była owinięta wokół penisa i Harry miał pewność, że jeśli Malfoy go nie uderzy, straci nad tym kontrolę.
Malfoy jednak nie miał takiego zamiaru. Złapał poduszkę i wepchnął ją sobie pod biodra, przez co jego tyłek był teraz idealnie wyeksponowany, śliski i gotowy. Z głębokim jękiem Harry wreszcie przestał się pieścić i przysunął się bliżej, wciąż sobie przypominając, że jest Gryfonem.
Mimo to ręce mu się trzęsły, kiedy dotknął czubkiem penisa wejścia Malfoya. Zacisnął zęby, zanim pchnął lekko i aż sapnął w reakcji na niespodziewane doznanie. Całe ciało Malfoya drżało od zdesperowanych, cichych jęków, które wypaliły się w pamięci Harry’ego kilka dni temu własnie tutaj, w skrzydle szpitalnym.
Jego dłonie głaskały i ściskały biodra Malfoya, tracąc przyczepność, ale Harry dzielnie walczył, żeby je utrzymać. Pchnął jeszcze raz i jeszcze, a gardłowe dźwięki wypełniły mu uszy. Pochylił się mocniej do przodu, ostrożnie rozsuwając nogi, desperacko spragniony być jeszcze bliżej. Położył się i wsparł na łokciach nad ciałem Malfoya, spychając jego miednicę w dół i wchodząc w niego centymetr po centymetrze. Nie pchaj za mocno, powtarzał sobie, nie pchaj. Czuł, jak na czole pojawiają mu się kropelki potu, a oddech miał tak płytki, że w płucach wręcz go paliło. Widok Malfoya pod nim, jego drżenie i jęki przytłoczyły mu zmysły, a gorąco, które otaczało penisa, zdawało się parzyć każdy milimetr skóry.
Naparł mocniej, zupełnie nie panując nad własnymi biodrami. Jeden z nich westchnął spazmatycznie, a może zrobili to obaj. Harry na moment zamarł, zaraz jednak zaczął całować plecy Malfoya, jego łopatki, mrucząc:
— Przepraszam, przepraszam.
Niespodziewanie Malfoy parsknął zdyszanym śmiechem.
— Będziesz przepraszał — odezwał się niepewnym głosem — jeśli potrwa to całą noc. — I potem tak mocno zacisnął mięśnie, że w oczach Harry’ego pojawiły się łzy. — Potter — dodał, ale Harry nie wiedział, czy to zarzut, czy prośba.
Nie miało to jednak znaczenia. Jego biodra wiedziały, co robić. Szarpnęły się w górę i pchnęły pod kątem w dół, na co Malfoy zasyczał jak gdyby z bólu, ale jednocześnie brzmiało to jak „tak”, więc Harry powtórzył ruch znowu i znowu, niezdolny się powstrzymać.
Rozpaczliwie pragnął podziękować temu, ktokolwiek sprawił, że nie zginął, zanim poznał, jak to jest czuć coś takiego, jednak myśl ta zaraz się ulotniła, zastąpiona głosem Malfoya, ponaglającego, żeby poruszał się szybciej i mocniej. Harry posłuchał, ale bez względu, jak mocno i szybko pchał, dla Malfoya i tak nie było to wystarczające. Co wcale nie znaczyło, że Harry zrezygnował z prób spełnienia jego żądań. Mógł tylko tyle: słuchać i podporządkować się. Powietrze wypełniły jęki i westchnienia, dźwięk uderzeń skóry o skórę i obezwładniający aromat seksu. Harry oparł głowę o plecy Draco i wdychał jego zapach, gdy drżał pod nim gwałtownie. Uścisk wokół jego erekcji stał się nie do wytrzymania. Doznanie rozprzestrzeniło się aż do jąder, do serca, odbierając mu zdolność oddychania. Usłyszał swój własny krzyk, kiedy spełnienie zawładnęło jego ciałem.
Pod Harrym ugięły się ręce i z ciężkim sapaniem opadł na Malfoya, pragnąc pozostać w tej pozycji na zawsze. Wiedział, że musi się podnieść, ale przez długi czas po prostu nie był w stanie, gdyż jego kończyny zdawały się zbyt ciężkie. Malfoy wcale nie narzekał. Uspokoił już oddech, ale z jego ust nie wyszła żadna obelga ani przemądrzała uwaga.
Poruszyli się jednocześnie, jak gdyby kierowani niemym sygnałem. Malfoy syknął z bólu, gdy Harry wysunął się z jego wnętrza, po czym obaj pokręcili się i ułożyli blisko siebie, jakimś cudem nie spadając z łóżka, Malfoy na plecach, Harry na boku.
Powinienem go pocałować, pomyślał Harry. A może coś powiedzieć, chociaż nie miał pojęcia, co. Na pocałunek również nie miał odwagi. Czekał na nieunikniony moment, gdy Malfoy spojrzy na niego ze złością i każe mu się wynosić. Na samą myśl zacisnął mu się żołądek. Odejście było ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę, ale niepewność zdawała się jeszcze gorsza.
Uniósł głowę i pocałował Malfoya w ramię. Ostatni raz zanim mnie przegoni.
— Chcesz, żebym sobie poszedł? — zapytał, przyglądając się uważnie twarzy Malfoya.
Właśnie się z nim kochałem, uświadomił sobie nagle. Kochałem się z Draco Malfoyem. Nie mógł opanować oszałamiającego wrażenia, jakie go opanowało na tę myśl. Ośmielony, pochylił się niżej i pocałował Malfoya w usta. Kilka sekund później pocałunek został odwzajemniony, bez pośpiechu, niemal łagodnie, a ręce Malfoya ponownie znalazły się w jego włosach.
— Tak byłoby chyba najlepiej — powiedział Malfoy, odsuwając się odrobinę, zaraz jednak uśmiechnął się, wyciągnął rękę i poprawił Harry’emu okulary. W sprzeczności ze swoimi słowami przesunął dłoń na kark Harry’ego i przyciągnął go do siebie. — Jeśli Pomfrey nas tu znajdzie, pewnie przeklnie obu.
— Ale potem uzdrowi — odparł Harry logicznie. Tak długo, jak Malfoy nie nalegał, nie miał najmniejszego zamiaru odchodzić. W ogóle tego nie planował. W grę wchodziło tylko pozostanie w łóżku albo czuwanie na korytarzu pod drzwiami. Z Ronem i Hermioną, którzy zapewne wciąż tam siedzieli na straży. Czy zmieniliby zdanie, gdyby wiedzieli, co tu się przed chwilą działo?
Zrozumiesz.
Harry zamrugał. Właśnie to powiedział mu Ron wcześniej. Zaklęcie Tarczy. Jeden urok, wiele zastosowań.
Zaklęcie Tarczy. Dla ochrony. Ale nie przed intruzami, tylko... Policzki Harry’ego zapłonęły. Ron poinformował go, co robić, wiedząc... wiedząc, zanim sam Harry wiedział, że skończy w łóżku z Malfoyem. A on zapomniał, nawet o tym nie pomyślał. I teraz wszystko sobie przypomniał. Niewygodną rozmowę Rona i Hermiony w czasie wakacji na temat bezpiecznego seksu i że nie chodzi tylko o to, żeby nie zajść w ciążę. Oboje byli zaczerwienieni i tak zażenowani, że Harry zwiał ile sił w nogach.
— Co się stało? — Malfoy spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami.
— Zapomnieliśmy... — Harry umilkł i pokręcił głową. Następnym razem. Następnym razem nie zapomną. Na samą myśl poczuł się szczęśliwy. Może następny raz zdarzy się właśnie teraz? — O poduszce — dokończył.
Znalazł ją na podłodze, gdzie musiała upaść, kiedy zmieniali pozycję, wstał więc, szybko złapał poduszkę z sąsiedniego łóżka i wrócił na swoje ciepłe miejsce. Malfoy przyglądał mu się z uwagą.
— Ładna dupa, Potter.
— To był komplement? Czy tylko odpłacasz mi się komplementem? — Harry westchnął teatralnie.
— Powiedziałem, że jesteś dupkiem, Potter. Czy to brzmi jak komplement? — odparł Malfoy z krzywą miną.
To znowu się stało. Czyste szczęście eksplodowało mu w piersi, rozprzestrzeniło się po całym ciele i uniosło do góry kąciki ust. Harry pocałował Malfoya po raz kolejny, a kiedy się odsunął, nie zobaczył już gniewnego wyrazu twarzy. Teraz Malfoy patrzył na niego tak intensywnie, że Harry’ego przeszły ciarki.
— Tak? — zapytał.
Dokładnie w tym samym momencie Malfoy również się odezwał:
— Jesteś chociaż... — przerwał, zmarszczył brwi i szarpnął go za włosy, patrząc na niego badawczo.
— Co jestem? — Harry przypomniał sobie boisko do quidditcha i sposób, w jaki Malfoy go odepchnął, wyglądając przy tym na wzburzonego i wystraszonego. I jego słowa: Nie jesteś nawet...
Malfoy nie odpowiedział.
— Jak się tu dostałeś? — zapytał w zamian. — Wysłałem ci wiadomość i przyszedłeś od razu. Jak ci się to udało tak szybko?
Harry uznał, że zagadnienie jest całkiem ciekawe. Czyżby Malfoy posądzał go o jakieś niezwykłe zdolności?
— Byłem tu cały czas — przyznał szczerze, wskazując głową na miejsce na podłodze, na którym wcześniej siedział. — Nie znaleziono Pritcharda i jego kumpli, więc pomyślałem... pomyślałem, że pokręcę się w pobliżu.
Spojrzenie Malfoya nabrało na ostrości.
— Co to znaczy, że ich nie znaleziono? Więc gdzie oni mogą być?
— Nie wiem. Po prostu ich nie ma. Sądzę, że uciekli.
Malfoy milczał przez chwilę.
— Idioci — podsumował w końcu. — Przyszedłeś tu, żeby mnie chronić — dodał. Nie było to pytanie. Harry’ego zaskoczył brak drwiny w jego głosie.
— Auror Potter na każde twoje zawołanie — powiedział z wymuszonym uśmiechem, którego Malfoy nie odwzajemnił. W zamian po raz kolejny szarpnął go za włosy.
— Tak, na każde zawołanie, prawda? — Słowa Malfoya brzmiały dokuczliwie, ale ton głosu już nie.
— Sądzisz, że się tu aportowałem?
— Nie. Ja tylko... — Kolejne szarpnięcie. Harry’ego zaczynała boleć od nich głowa. Wstrzymał oddech, widząc, jak Malfoy przygryza wargę i waha się przed kontynuowaniem wypowiedzi. — Czasami jestem w jakimś miejscu i nie mam pojęcia, jak tam dotarłem. Myślałem, że tobie też się coś takiego przydarzyło.
Harry przypomniał sobie, czego Ginny dowiedziała się od Astorii. Że wielokrotnie widziała, jak Malfoy wychodził gdzieś w środku nocy i nie wracał przez wiele godzin.
— W niedzielę, kiedy znaleźliśmy Tommy’ego — ciągnął Malfoy zaledwie szeptem — zapytałeś mnie, czemu nie byłem na meczu. Prawda jest taka, że nie wiem. Planowałem pójść, ale potem... potem znalazłem się na Wieży Astronomicznej. Biegłem. Biegłem tak szybko, jak tylko mogłem. Chciałem iść na boisko, a w zamian na końcu wylądowałem właśnie tam, pod Pokojem Życzeń. Tak się dzieje bardzo często, chociaż nie zawsze.
— Malfoy, to... — Serce Harry’ego zaczęło bić szybciej. Chciał powiedzieć, że to zrozumiałe. Jeśli Malfoy czuł się zdezorientowany, myśl o wracaniu do miejsc, które wiązały się z najstraszniejszymi wspomnieniami, nie była trudna do wyobrażenia. Czy tylko dlatego wtedy uciekał? Z powodu wspomnień?
— Nie rozumiesz? — Malfoy już nie szeptał, teraz w jego głosie brzmiało zdenerwowanie. — Cały czas powtarzałeś mi, że przekląłem tego dzieciaka, i może to zrobiłem. Ogień... zapalił się w moim starym dormitorium, Potter. A Harper spadł akurat z Wieży Astronomicznej. — Malfoy wstrzymał oddech. — A jeśli masz rację? Jeśli to ja... Jeśli to ja jestem za wszystko odpowiedzialny?
Harry spojrzał w jego dzikie, szare oczy. Gdyby postarał się wystarczająco, mógłby znowu dopasować do Malfoya wszystkie elementy układanki. Przypomniał sobie, jak się nad tym zastanawiał, ale wtedy uznał, że coś jest nie tak z jego rozumowaniem. Nie doprowadziło go do rozwiązania zagadki, za każdym razem jedynie bardziej go dezorientowało. I najwyraźniej Malfoy robił dokładnie to samo.
— Rzuciłeś też Imperiusa na Smitha i kazałeś mu, żeby cię zabił? Zaaranżowałeś swoje dzisiejsze porwanie?
W spojrzeniu Malfoya pojawiło się kompletne zaskoczenie.
— A co to ma do rzeczy? Wiem, co Smith zrobił i dlaczego. I wiem też, za co Pritchard chciał mi się odwdzięczyć. Ja mówię o przeklęciu dziecka, o ogniu i Harperze.
— Sprawiłeś, że Irytek zniknął? Przesunąłeś schody?
— Nie słuchasz mnie, Potter — Malfoy niemal krzyknął. Jego palce wyślizgnęły się z włosów Harry’ego. — Powiedziałem ci, że tracę przytomność. Nie mam pojęcia, co wtedy robię, a czego nie.
— Czyli... co? Twierdzisz, że zostałeś opętany? Byłem z tobą na schodach, kiedy się przesunęły i omal nie zabiły nas obu. Poruszyłeś je siłą woli? — Malfoy popatrzył na niego bez słowa. — Nie — kontynuował Harry stanowczo. — Nie, to nie ma sensu. Po co ktoś miałby cię opętać i zmusić, żebyś oszołomił jakiegoś dzieciaka? Albo wyczarował świece i podłożył ogień w swojej starej sypialni? Albo zabił Harpera?
— Może po prostu jestem... szalony? — Malfoy popatrzył na Harry’ego z desperacją.
— Nie jesteś. — Nie możesz być. — Nic złego nie zrobiłeś. Nawet o tym nie myśl. — Harry poczuł, jak gdyby ktoś dopiero co wręczył mu wszystko, czego pragnął, a teraz próbował to odebrać.
— Ale...
Uciszył Malfoya pocałunkiem. Długim, rozpaczliwym pocałunkiem, który obydwu pozbawił tchu.
— Nie — szepnął Harry i pocałował Malfoya jeszcze raz.
Malfoy zareagował zaledwie sapnięciem i jękiem, i już po chwili ponownie spletli się ze sobą, pocierając nawzajem swoje erekcje. Malfoy złapał go za pośladki, żądając, by poruszał się szybciej i Harry znowu zapomniał o myśleniu.
A potem wtulił twarz w szyję Malfoya i westchnął głęboko. On tego nie zrobił, stwierdził w duchu stanowczo, kiedy palce Malfoya na powrót znalazły się w jego włosach.
— Prawdziwy — usłyszał jeszcze mamrotanie Malfoya. — Jesteś prawdziwy.


Koniec rozdziału siódmego
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Assa » 30 maja 2012, o 17:52

No więc czytam sobie to opowiadanko od dłuższego czasu i stwierdziłam, że może w końcu je skomentuję...

Ogólnie podoba mi się jako całość. Konon (o dziwo) został zachowany, co jest bardzo trudne, jeśli chodzi o samo Drarry. Ciężko wymyślić jak to napisać, aby brzmiało orginalnie, dlatego chylę czoło przed autorką. Malfoy i Harry są w tym opowiadaniu cudowni, a Draco pobił wszystkich tekstem:
— Zamierzasz zmusić biednego chorego, żeby wstał? — zapytał Malfoy. — Czy sam tu podejdziesz?


Wreszcie jakaś porządniejsza scena drarrowa, bo ten poprzedni pocałunek to taki przedsmak był :D Ale, dziewczyny, naprawdę jestem pod wrażeniem jak zgrabnie poradziłyście sobie z tym tekstem. Czyta się go lekko, przyjemnie, a w chwilach akcji moje serce na chwilę się zatrzymywało. I przynajmniej żaden z nich nie wypierał się tego, co się stało, co często wkurza mnie - i to dosyć mocno - w takich tekstach.

Zastanawiam się, o co chodzi z tym, że Draco nie pamięta jak się gdzieś znalazł. Mam takie małe podejrzenie: może ktoś kontroluje go poprzez mroczny znak? Jest to tylko takie malutkie gdybanie, bo innego pomysłu nie mam. Dlatego z niecierpliwością wyczekuję kolejnego odcinka.

Wiem, że komentarz nieskładny i chaotyczny, ale nadal siedzę przed monitorem i szczerzę się do niego jak głupia (aż mój chłopak się na mnie dziwnie patrzy) :lol2:
Assa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 98
Dołączył(a): 6 paź 2011, o 19:21
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Elizabeth_Bathory » 31 maja 2012, o 13:19

Awwwwwwww <3

To jest taaakie słodkie...
(tu będzie konstruktywny komentarz. Jak ochłonę)
Well I was there on the day
They sold the cause for the queen,
And when the lights all went out
We watched our lives on the screen.
I hate the ending myself,
But it started with an alright scene.
Elizabeth_Bathory Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 841
Dołączył(a): 26 lip 2011, o 13:32
Lokalizacja: Toruń

Postprzez Nadia vel Ariana » 12 cze 2012, o 23:59

No i co ja mogę jeszcze powiedzieć, po tylu entuzjastycznych i wyczerpujących komentarzach, żeby mimo wszystko zaznaczyć swoją obecność w postaci jakiegoś porządnego odzewu? Chyba pozostaje mi tylko przyłączenie się do zachwytów i, jesli mogę, trochę spekulacji na temat tego, jak akcja dalej się rozwinie.
Występuje tutaj ten rodzaj przedstawiania bohaterów, któy w pewien sposó współgra i nie współgra z kanonem, co jest w istocie chyba moją ulubioną wersją - po prostu jest więcej relacji Harry'ego z resztą rocznika i trochę charakterystycznego dla nastolatków humoru, a przy tym dużo kanoniczności jeśli chodzi o trójce, a co najważniejsze Pottera - chyba nie muszę dodawać, że jest to jeden z tych ficków, w których go uwielbiam? Za tę kanoniczność własnie. Bo w kanonie, zwłaszcza jakoś w połowie, czyli oklicach trzeciej-czwartej lub szóstej części (bo w piątej miał lekki kryzys) może śmiało startować w rankingu moich ulubionych bohaterów. I tutaj wszystkie jego pozytywne cechy udało się zachować. Jeszcze jak ja lubię, gdy on przejmuje kontrolę nad sytuacją!
O Malfoyu można powiedzieć mniej, bo tak naprawdę z kanonu znamy go średnio, ale ta jego wersja w oczywisty sposób bardzo mi pasuje. W ogóle, co ja tam pisze - mogłabym się o tym rozpisywać godzinami, a wszystko to powtórzyli już ludzie nade mną. Kreacje bohaterów sa tutaj po prostu wspaniałe w swoim realiżmie i prostocie. Przejdę może do akcji i moich, hmmm, rozmyślań o tym, co się dzieje.

Co do teorii spiskowych, nie wiem, czy powinnam wrzucić je w spojler, ale nie czytałam orginału, więc chyba nie ma mimo wszystko możliwości, że odgadnę jakiś ważny trop. Myślę nad tytułem - "Na zawołanie". "As your wish". Na twoje życzenie, sam tego chciałeś, uważaj, czego pragniesz. Przychodzi mi na myśl coś w stylu, nie wiem jakby to powiedzieć... Pokoju Życzeń, ale nie do końca. Skoro się zepsuł, to może obejmuje teraz też większoą część Hogwartu? Ale jak to może działać? Bo uczniów jest dużo i nie każdy dostaje to, czego pragnie, prawda? Te marzenia moga być sprzeczne? Ale jeśli duża grupa osób czegoś pragnie, to może...? (np. śmierci Malfoya... spłonięcia dormitorium Malfoya i pojawienia się wampira... no nie, wiem, że to nielogiczne, ale nic innego nie prychodzi mi do głowy). Druga teoria jest dziwniejsza, ale mi się bardziej podoba - może teraz w jakiś sposób kontrolowane są pragnienia uczniów przez nie wiem kogo, tak, żeby chcieli rzeczy, któych wcale nie chcą, i to ich dekoncentruje? Na przykład Draco idzie w różne miejsca, ale to się dzieje bez udziału jego świadomości, bo ktoś mu mówi, że ma tego chcieć. Harry chce Draco, może też bezpodstawnie, prawda? Ślizgoni dręcza Petersona, ale najpierw może nie chcieli tego robić, tylko ktoś "kazał im chceć" (własnie im, bo łatwo zrzucić na nich winę), tak samo jak Smith niemal zabił Malfoya, bo miał wymówkę, czemu mógłby tego chcieć, a naprawdę ktoś, kto manipuluje tymi "zachciankami" tego potrzebuje?... Coś w stylu Imperiusa, ale bez elementu odmóżdżania, pustki i braku pogądów, tylko tak podskórnie, podświadomie, groźnie i mocno...?

Ech, nie wiem, tak sobie gdybam. Mam nadzieję, że się trochę mylę, bo związek Draco i Harry'ego jest tutaj naprawdę bardzo fajnie przedstwiony. Już nie mogę się doczekać kolejnych ich scen. Wszystko czyta się tak lekko i przyjemnie, a scena pocałunku już na zawsze będzie moją ulubioną.

Nie moge się też już doczekać następnych dwóch rozdziałów - wydaje się, że ff jest krótki, ale mam wrazenie, że tyle jeszcze się musi zdarzyć, no i tyle się naczekam na ciąg dalszy... ech ;)
Pozdrawiam i życzę weny! Ariana
Nadia vel Ariana Offline


 
Posty: 16
Dołączył(a): 29 maja 2012, o 16:33

Postprzez Kaczalka » 15 cze 2012, o 14:20

Dziękujemy za komentarze.
Betowane przez Donnie :*


ROZDZIAŁ VIII

PUCHOŃSKI WAMPIR



— Harry, poczekaj!
Krzyk Hermiony sprawił, że Harry jeszcze bardziej przyspieszył kroku.
— Stary, mógłbyś trochę zwolnić? — jęknął Ron. — Właśnie spędziłem całą cholerną noc na podłodze.
To podziałało. Harry zatrzymał się i odwrócił.
— Przepraszam — powiedział z nieszczęśliwą miną.
Okropne przebudzenie, jakie niedawno przeżył, było niczym w porównaniu z nocną męką przyjaciół. Musiało im być piekielnie niewygodnie. I poświęcili się dla niego. On przynajmniej spał w łóżku. W ciepłym łóżku z przytulonym do niego rozgrzanym i nagim Malfoyem.
— Co się stało? — zapytała Hermiona, podchodząc bliżej. Oboje z Ronem byli zmęczeni i rozczochrani, przez co poczucie winy Harry’ego jeszcze wzrosło.
Skrzywił się i wzruszył ramionami.
— Pomfrey mnie znalazła i wyrzuciła. Trochę się zdenerwowała, to wszystko.
Dobrze wiedział, że takie wyjaśnienie wcale nie tłumaczyło, czemu wypadł ze skrzydła szpitalnego jak burza, ale Harry nie zamierzał dzielić się szczegółami. Obudziło go gniewne chrząknięcie i kiedy otworzył oczy, zobaczył Pomfrey stojącą przy nogach łóżka i marszczącą brwi na roztaczający się przed nią widok. Powiedzenie, że poczuł się zakłopotany z powodu przyłapania go nagiego w łóżku z Malfoyem, było wielkim niedopowiedzeniem. Późniejsze wydarzenia nieco się rozmywały w jego pamięci. Aby uniknąć szeptanego wykładu pielęgniarki, ubrał się tak szybko, że aż sam był zdumiony, że odnalazł wszystkie części garderoby i nie skończył ze spodniami na głowie. W dodatku Pomfrey, przypominając mu, że Malfoy znajduje się w szpitalu, bo wielokrotnie uderzono go klątwą Cruciatus i bardzo potrzebuje porządnego snu, zdołała wywołać w nim ogromne poczucie winy.
Ron i Hermiona wymienili spojrzenia. Jeśli zorientowali się, co stało się naprawdę, litościwie postanowili tego nie komentować.
— Powinniśmy wrócić do wieży — powiedział Harry. — Jest jeszcze wcześnie, a wy musicie się przespać.
— Za późno na sen, za wcześnie na śniadanie — westchnął Ron.
— Innymi słowy chcesz zejść do kuchni, żeby coś przekąsić, zanim udamy się na drzemkę — wyjaśniła Hermiona.
— No cóż — odparł Ron beztrosko — skoro nalegacie, chyba da się to zrobić.
— Tak, jasne — zgodził się Harry. Niczego nie chciał bardziej niż pójść do swojego dormitorium i schować głowę pod poduszkę. Jeśli będzie miał szczęście, może się udusi.
Ron wyglądał na zadowolonego, a Hermiona na zrezygnowaną.
— Chętnie coś zjem — powiedziała bez entuzjazmu.
Zawrócili i zeszli na parter. Ron i Hermiona ziewali, masując się po obolałych plecach, a Harry żałował, że wcześniej nie przyszło mu do głowy, że pani Pomfrey może wejść do szpitalnej sali przez swoje biuro, posiadające drugie drzwi, prawdopodobnie połączone również z jej kwaterami. Ze smutkiem rozmyślał też nad faktem, że brudna poduszka, którą Malfoy wsunął sobie pod biodra, wciąż leżała na podłodze pod jego łóżkiem. I że Pomfrey nie zechciała dać mu odrobiny prywatności, kiedy się ubierał. Mógł też obudzić Malfoya i się pożegnać, jednak Draco przespał tyradę pielęgniarki, błogo nieświadomy całej sytuacji.
Wiercąca się i chichocząca gruszka, którą Ron właśnie połaskotał, wytrąciła Harry’ego z ponurych myśli. Kiedy zamieniła się w zieloną klamkę, otwarli drzwi kuchni. Okazało się, że wewnątrz jest jeszcze ciemniej niż na korytarzu. Ostrożnie i z wahaniem weszli do środka, rozglądając się z uwagą po podejrzanie cichym pomieszczeniu.
— Popatrzcie! — syknęła Hermiona, wskazując na miejsce w pobliżu ogromnego ceglanego pieca, który stanowił tu jedyne źródło światła. W blasku słabego ognia zobaczyli setkę małych ciał, ułożonych jedno przy drugim w wielką stertę. Wyglądało to tak, jak gdyby ktoś zebrał z zamku wszystkie skrzaty, rzucił je niedbale na podłogę, a potem pozmiatał starannie na kupę.
— O rety! — krzyknął Ron. — Myślicie, że zostały zamordowane?
Głośny dźwięk jego głosu wystarczył. Wszystkie skrzaty jednocześnie zerwały się na równe nogi, niektóre próbowały złapać przypadkowe garnki i patelnie, inne strzelały palcami, żeby oświetlić kuchnię, część aportowała się to tu, to tam w takim tempie, że nie można było nadążyć za nimi wzrokiem. W ciągu kilku sekund w całym pomieszczeniu świeciły pochodnie, piec huczał, a kłęby mąki unosiły się w powietrzu, na chwilę tworząc mgłę, kiedy skrzaty z przerażającą szybkością i energią zabrały się za przyrządzanie ciasta na chleb i bułki.
Troje z nich pojawiło się przed Gryfonami, a posiadacz najdłuższego nosa pokłonił się nisko i zapytał:
— Czym możemy wam służyć?
— Tak bardzo nam przykro — odezwała się Hermiona, ubiegając Harry’ego. — Nie chcieliśmy was niepokoić.
— Skrzaty się nie niepokoją — odparł z oburzeniem posiadacz długiego nosa.
— No tak, dobrze, po prostu sądziliśmy, że już nie śpicie...
— Skrzaty nie śpią! — krzyknął płaczliwie ten sam osobnik. — My tylko, hmm, odpoczywaliśmy. Krótko.
— Oczywiście. To wspaniale. — Hermiona uśmiechnęła się, na co skrzat skrzywił pomarszczoną twarz.
— Myślałem, że nocami sprzątacie zamek.
— Ron! — Oczy Hermiony zalśniły od gniewu. — One mają prawo do snu! To znaczy... do odpoczynku — poprawiła się pospiesznie.
— Jasne — zgodził się z nią Ron. — Ja tylko...
— Zamek jest bardzo czysty! — zajęczał znowu długonosy. — Zamek jest bez skazy!
— Bez skazy — zawtórowały mu jak echo dwa pozostałe skrzaty, kiwając z powagą głowami.
— Znaleźliśmy czas na odpoczynek. Krótki — podkreślił pierwszy.
— To świetnie! — pochwalił Harry, zanim wymiana zdań przerodziła się w długą dyskusję. — Chcieliśmy tylko zapytać, czy mielibyście dla nas jakieś kanapki.
— Skrzaty zawsze mają kanapki. Musicie tylko trochę, eee... poczekać. — Długonosy spojrzał rozbieganym wzrokiem na gromadę swoich pobratymców, przygotowujących pieczywo.
— Krótko? — zasugerował Ron.
Skrzat zrobił niezadowoloną minę i odszedł w pośpiechu.
— Przyszliśmy zbyt wcześnie — oznajmiła Hermiona. — Może powinniśmy odejść.
— To ich tylko obrazi — sprzeciwił się Ron.
Hermiona spojrzała na niego groźnie, prawdopodobnie sądząc, że Ronowi bardziej zależy na kanapce niż na samopoczuciu skrzatów. Oczywiście miała rację, ale Ron również. Gdyby teraz wyszli, skrzatom nie udałoby się spełnić ich życzenia i przez to byłyby nieszczęśliwe. Być może zdecydowałyby nawet wyprasować sobie uszy.
Nie musieli czekać długo. Długonosy osobnik pojawił się z tacą pełną gorących, parujących kanapek z szynką. Ciepły chleb pachniał tak pięknie, że Harry’emu zaburczało w brzuchu.
Podziękowali, wybiegli z kuchni i ruszyli korytarzem, z pasją wbijając zęby w pieczywo. Poparzyli sobie języki i dziąsła, ale kanapki prosto z pieca były tego warte. Ron aż jęknął z zachwytu.
— Dzięki Merlinowi za skrzaty.
— Ciszę się, że Mrużka mnie nie zobaczyła — mruknęła Hermiona z pełnymi ustami. — Pewnie chciałaby swoje skarpetki.
— Przykro mi — mruknął Harry.
— Tak, no cóż. — Hermiona przyjrzała mu się z uwagą, wodząc wzrokiem po jego szyi.
Zapewne znowu miał skórę pokrytą siniakami. Musiał porozmawiać z Malfoyem o jego chronicznych próbach dewastowania mu gardła. Szybko ugryzł kolejny kawałek kanapki. Pragnąc odwrócić choć odrobinę uwagę Hermiony od swojej osoby, opowiedział jej i Ronowi o okresach utraty pamięci u Malfoya i jego przekonaniu, że jest wszystkiemu winien. Harry był pewien, że nie ma to sensu, ale nie chciał ufać własnemu osądowi, szczególnie jeśli sprawa dotyczyła Malfoya.
Reakcja Rona i Hermiony podniosła go na duchu.
— Ale czy McGonagall nie powiedziała, że osoba, która oszołomiła Tommy’ego i wyczarowała świece, to ktoś niezwykle silny magicznie? — zauważyła Hermiona. — Gdyby Malfoy miał taką moc, na pewno byśmy to zauważyli. Nieważne czy był opętany, czy działał pod wpływem Imperiusa. Moc należy do niego.
— Ja też już kiedyś zostałem opętany — przypomniał Harry. — I otrzymałem niektóre z umiejętności Voldemorta.
Hermiona potrząsnęła głową.
— Miałeś w sobie kawałek jego duszy. To coś innego.
— Może Malfoy też ma w sobie część czyjejś duszy — zasugerował Ron. — Irytek go opętał! — wykrzyknął nagle.
— Poltergeist nie potrafi opętać człowieka — sprzeciwiła się Hermiona. — A to, co przydarzyło się Harry’emu, było raczej wyjątkowe. Stało się w bardzo nietypowych warunkach. Szanse, że Malfoy także... — Machnęła ręką.
— Żartowałem — zapewnił ją Ron. — Teraz uważam, że to właśnie Pritchard i jego kumple są odpowiedzialni za pożar w kwaterach Ślizgonów. Wyraźnie mają słabość do podpaleń i nienawidzą małego Petersona. Pewnie starali się zastraszyć go tak samo jak potem Malfoya. Może Pritchard jest wyjątkowo potężny, ale i wyjątkowo głupi. I przeklął też Tommy’ego. W tym roku zdaje sumy. Pewnie kupił od niego podrobione eliksiry jak Goyle.
Hermiona nie wydawała się zachwycona tą teorią, jednak zamiast ją skomentować, spojrzała na szyję Harry’ego i wyciągnęła różdżkę.
— Och, nie mam siły już na to patrzeć. Wyglądasz, jakby i ciebie ktoś przeklął. Episkey!
Harry skrzywił się, czując uderzające w niego zaklęcie.
— To... Ja tylko... — Upadłem i uderzyłem się w szyję?. Przyjaciółka dobrze wiedziała, czym są te siniaki i w jaki sposób się ich dorobił. Udawanie było bezcelowe.
Hermiona nagle spojrzała na Rona.
— Powiedziałeś mu o Zaklęciu Tarczy? — zapytała ostro.
— Och, proszę! — wykrztusił Harry z oburzeniem. — Nie mówmy na ten temat!
— Harry — zaczęła Hermiona już łagodniej — chodzi o to... Jestem świadoma, w jaki sposób cię wychowano. Są pewne rzeczy, o których powinieneś wiedzieć, ale nigdy nie miałeś szansy...
Harry odwrócił się i ruszył biegiem. Nie tylko nie zamierzał dyskutować z Hermioną o seksie, bał się również, że w jakiś sposób przyjaciółka odkryje, że zapomniał o tym cholernym zaklęciu.
— Powiedziałem mu. Daj spokój, Hermiono — dobiegły go słowa Rona.
— Ale on wydaje się taki zakłopotany...
Harry był tak bardzo skupiony na własnym gniewie, że za zakrętem niemal kogoś stratował.
— Ała! — jęknął Neville, ochronnie odsuwając z drogi Hannę. — Nie przewróć mojej dziewczyny!
— Chyba złamałeś mi palec, Harry — poskarżyła się Hanna.
— Przepraszam, nie widziałem cię. — Harry uśmiechnął się do nich nieśmiało.
— Harry, poczekaj! — w korytarzu rozbrzmiał zbliżający się głos Hermiony. — Przykro mi. Chciałam ci tylko wytłumaczyć, że jeśli uprawiasz seks z kimś takim jak Malfoy, to ty powinieneś być stroną odpowiedzialną, bo kto wie, co... — urwała i krzyknęła, kiedy podbiegła od tyłu do Harry’ego i zobaczyła pozostałą dwójkę. — Och — dodała jeszcze i zamilkła.
Ron dogonił ją i stanął jak wryty, patrząc na nich szeroko otwartymi oczami. Hanna i Neville również zaniemówili. Mimo zakłopotania Harry westchnął w duchu z ironicznym poczuciem rezygnacji. Żadnej tajemnicy nie można dochować wiecznie, pocieszył sam siebie.
— Cóż — mruknął i odchrząknął. Nie umknęło mu, że zarówno Hanna, jak i Neville są zaczerwienieni i rozczochrani. I Neville miał krzywo zapięte guziki koszuli. — Czemu wstaliście tak wcześnie? Gdzie byliście?
— Ee... — Neville nic więcej z siebie nie wydusił i patrzył tylko na Harry’ego bez słowa.
— Właśnie uciekaliśmy — wyjaśniła Hanna. — Przed McGonagall. Poszliśmy... na spacer, a ona znalazła nas w Wielkiej Sali. Trochę się zdenerwowała. — Policzki Hanny pokryły się jeszcze intensywniejszym rumieńcem.
Harry im współczuł, ale bardzo chciał się dowiedzieć, co takiego robili w Wielkiej Sali. I na którym stole.
— Racja, ona nie lubi, kiedy uczniowie spacerują — skomentował Ron.
Neville zakaszlał i chyba odzyskał zdolność mówienia.
— Tak. Poza tym była zmęczona. Nauczyciele przeszukiwali las przez całą no... Och! — wykrzyknął nagle, otwierając szeroko oczy.
— Oczywiście, że och! — zawtórowała mu Hanna. — Mamy nowinę! Nigdy nie zgadniecie, co się stało!
Harry uczepił się zmiany tematu tak samo mocno jak Neville i Hanna.
— Znaleźli Pritcharda i resztę? — zapytał.
— Nie — odparł Neville z uśmiechem. — Znaleźli w lesie kogoś innego. Fenrira Greybacka — oznajmił i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Słucham? — Harry zamrugał z zaskoczenia.
— Co znaczy, że go znaleźli? — spytała Hermiona. — Złapali go? Jest teraz tutaj, w szkole?
— Nie, nie — zaprzeczył Neville. — To znaczy tak, technicznie tu jest. Jego ciało jest.
Martwe ciało — dodała Hanna radośnie.
— Znaleźli martwego Greybacka w Zakazanym Lesie? — powtórzył Harry ze zdziwieniem.
— Tak po prostu się na niego natknęli? — W głosie Rona zabrzmiało tak samo wielkie niedowierzanie, jakie czuł Harry.
— Podobno — powiedział Neville, wciąż uśmiechając się szeroko. — Nie wyjawili nam wszystkich szczegółów. Podsłuchaliśmy tylko, jak McGonagall mówiła Flitwickowi, że znaleźli go na skraju lasu. Po jego wyglądzie wywnioskowali, że leżał tam od kilku dni. Miał roztrzaskaną czaszkę. Wyobrażacie to sobie? Aurorzy i członkowie Brygady Uderzeniowej szukali go po całym kraju, a on cały czas przebywał tutaj. Nieżywy.
— A czy Carrowowie nie zeznali, że Greyback był z nimi i razem planowali dostać się do Hogwartu? — zapytała Hermiona.
— To prawda — odparł Harry. — A potem ich zostawił. Albo i nie, a przynajmniej nie z własnej woli. — Spojrzał na Neville’a. — Wiedzą, kto go zabił? Mają jakichś podejrzanych?
— Nie wiem. — Neville wzruszył ramionami. — Ale i tak zasłużyli na medal.
— To musiał być ktoś z zamku — powiedziała Hermiona.
— Albo z lasu — dodał Ron. — Centaury? Inne stworzenia?
— Nie wyglądasz na zadowolonego — zauważył Neville, przypatrując się Harry’emu.
— Jestem zadowolony — zapewnił Harry. — Po prostu lekko zaszokowany. — Kolejna osoba nie żyła. Znaleziono ją tak blisko zamku. Oczywiście Harry cieszył się, że wilkołaka już nie ma, jednak czułby się znacznie lepiej, gdyby znał sprawcę.
— Powinniśmy już iść — odezwała się Hanna. — Jeśli któryś z nauczycieli znowu nas złapie, będziemy mieli wielkie kłopoty.
Neville przytaknął i po raz kolejny poparzył na Harry’ego. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Hanna pociągnęła go za rękaw, więc tylko skrzywił się i pokręcił głową.
— Wy też wracajcie do wieży — rzucił jeszcze, minął ich szybko i odszedł.
— Niesamowite! Greyback nie żyje! Możecie w to uwierzyć? — Harry obrócił się powoli. Proszę, proszę, rozmawiajmy o Greybacku. Nie o Malfoyu.
Jego nadzieja okazała się jednak płonna.
— Przykro mi, Harry — odezwała się Hermiona. Jej miana również wskazywał, że ma wyrzuty sumienia. — Nie wiedziałam, że Neville...
— Hej! Wilkołak! Nagle martwy! — krzyknął Harry. — Możemy się skupić na tym fakcie?
— Za chwilę — odparł Ron. Wydawał się przerażająco poważny. — Hermiona po prostu... my oboje po prostu się o ciebie martwimy, wiesz? Nie chodzi tylko o to, że nie używasz odpowiednich zaklęć. To Malfoy, Harry. Nie chcemy, żebyś cierpiał. I wcale nie twierdzę, że on cię przeklnie i dlatego powinieneś być ostrożny... chociaż to możliwe, więc lepiej uważaj, ale nie tylko o to chodzi. To... Malfoy.
— Wiem, kim jest — odparł Harry cicho.
— Naprawdę? — Hermiona nerwowo zagryzła wargę. — Bo wygląda, jakbyś zapomniał. Co się stanie, jak sobie przypomnisz?
— Ludzie się zmieniają.
— Uważasz, że on się zmienił?
Cholera.
— Nie wiem — przyznał Harry. — Ale jest już za późno. Jeśli teraz zrezygnuję, i tak będę cierpiał. — Co do tej jednej rzeczy miał absolutną pewność.
Ron odetchnął tak ciężko, że zabrzmiało to, jakby prychał.
— Martwy wilkołak? — powtórzył Harry z nadzieją.
Przyjaciele milczeli przez dłuższą chwilę, w końcu Hermiona westchnęła i powiedziała:
— To brzmi zbyt dobrze, żeby było prawdziwe.
— Dokładnie! — zgodził się z nią Harry szybko i resztę drogi spędzili na rozmowie o Greybacku i jego potencjalnym zabójcy, a nie o Malfoyu.
Kiedy dotarli do Wieży Gryffindora, czuli się wyczerpani, postanowili więc pójść do swoich dormitoriów i przespać kilka godzin. Harry rozważył wysłanie wiadomości do Malfoya, żeby się upewnić, że wszystko z nim w porządku, ale Draco prawdopodobnie spał, a Pomfrey go pilnowała, więc od razu zrezygnował z tego pomysłu.
Sen nie przyszedł łatwo. Od momentu, kiedy Harry położył się do łóżka, nie potrafił myśleć o niczym innym niż nagim ciele Malfoya tuż przy swoim. Z tym nowo odkrytym uczuciem cały proces spania zdawał się marnowaniem czasu. Jesteś beznadziejnym idiotą, obwinił sam siebie, ale potem z radością przeżył w umyśle od nowa całe spotkanie z Malfoyem. Pewne chwile szczególnie dokładnie, inne... cóż. Utraty pamięci brzmiały niepokojąco. Malfoy powinien o tym z kimś porozmawiać. Z kimś innym niż ja. On sam nie miał pojęcia, jak mu w tej kwestii pomóc. Malfoy wydawał się taki zmartwiony i czasami bardzo zagubiony. „Jesteś prawdziwy”, powiedział. Czemu Harry miałby nie być?

Kolejny dzień ciągnął się niemiłosiernie powoli. Nie mieli lekcji i wydawało się, że nikt nie wykazywał ochoty na naukę. Nawet Hermiona. Najbardziej niepokojące okazało się to, że skoro wszyscy rozmawiali o śmierci Greybacka i wczorajszym pożarze, Harry bez końca słyszał nazwisko Malfoya z ust innych uczniów. Już zaczynał się martwić, że oszalał i teraz po zamku jak echo rozbrzmiewają jego własne myśli.
Nie potrafił wyrzucić Malfoya z głowy. Nie widział go na śniadaniu, posłał mu więc wiadomość z pytaniem, czy dobrze się czuje. Jego galeon rozgrzał się natychmiast i wyświetlił słowa: „W porządku”. Harry oczywiście się ucieszył, jednak im więcej razy patrzył na monetę, tym napis wyglądał na bardziej złośliwy. W ciągu dnia próbował jeszcze parokrotnie i Malfoy zawsze odpowiadał: „W porządku”, „W porządku, Potter” i wreszcie „Zostaw mnie, do diabła”. Harry podejrzewał, że cała wiadomość miała brzmieć: „Zostaw mnie, do diabła, w spokoju”, ale galeony posiadały limit czterech słów i reszta się nie zmieściła.
Harry czuł lekką złość na samego siebie. Nigdy nie spodziewał się, że Malfoy wpadnie do Wielkiej Sali, podejdzie do niego i zachowa się przyjaźnie. Ale aż tak rozdrażnionej reakcji również nie oczekiwał. A pewnie powinien. Tylko dlatego, że on sam nie żałował tego, co się stało, wcale nie oznaczało, że Malfoy również. Trochę lepiej poczuł się, kiedy usłyszał, że Pomfrey wypuściła Draco ze skrzydła szpitalnego — mógł tam pójść wcześniej, żeby samemu sprawdzić, ale nie chciał ryzykować spotkania ze szkolną pielęgniarką. Jeśli Malfoy był zdrowy, istniała szansa, że zobaczą się wieczorem na patrolu. Co napawało go smutkiem, bo na dzisiaj miał już inne plany, więc będzie musiał zostawić Malfoya pod opieką Rona i Hermiony, ale zdecydował, że nie zajmie się swoimi sprawami, zanim nie porozmawiają chociaż przez krótką chwilę.
Czas wlókł się okropnie. Kiedy wreszcie wybiła dwudziesta pierwsza, Harry jak na skrzydłach zbiegł do lochów. Zaraz potem z pokoju wspólnego Ślizgonów wyszły siostry Greengrass, a po nich Zabini, Malfoy jednak się nie pojawiał. Spóźniał się dopiero pięć minut, ale przecież zegarek Harry’ego mógł wskazywać się śpieszyć. Z pewnością tak robił.
Kiedy Malfoy w końcu się pojawił, miał rozgniewaną minę, nawet zanim jeszcze dostrzegł Harry’ego. A gdy go zobaczył, jego groźne spojrzenie nabrało nawet intensywności. Harry miał ochotę rzucić się na niego i go pocałować, ale pierwsze słowa Malfoya sprawiły, że oparł się pokusie.
— Nie ma Goyle’a.
— Martwi cię to? — zapytał Harry.
— Jasne, że tak — warknął Malfoy. — On jest kompletnym idiotą i nigdy nie wiadomo, co mu przyjdzie do głowy. A ja mu wyraźnie zakazałem wychodzić po ciszy nocnej. Zwykle mnie słucha.
— Oczywiście — zgodził się Harry szybko. — Znajdziemy go.
Dyskretnie zerknął na zegarek. Miał jeszcze trochę czasu, ale nie zamierzał poświęcać go na szukanie Goyle’a. Mimo że jego zniknięcie brzmiało niepokojąco. Gdyby dwa dni temu jakiś uczeń zaginął, okazałoby się, że ma randkę w jednym ze schowków. Teraz już nic nie było takie proste.
— Powinniśmy sprawdzić w kuchni — zaproponował Malfoy. — Chociaż Goyle zawsze uderza w gruszkę i nigdy nie udaje mu się wejść do środka. Nie wiem, po co w ogóle próbuje.
Harry kiwnął głowa na zgodę i ruszyli. Do kuchni nie było daleko, więc nie miał czasu na wymyślenie, jak zainicjować rozmowę, a Malfoyowi milczenie zdawało się odpowiadać. Wykrzywił się do jego pleców, kiedy Draco łaskotał gruszkę. Klamka pojawiła się natychmiast, jednak kiedy na nią nacisnął, drzwi nie dało się otworzyć.
— Dziwne, są zablokowane. Nigdy wcześniej nic takiego się nie działo.
Gdy Malfoy wyciągnął różdżkę i starał się otworzyć drzwi zaklęciem, Harry zastanawiał się nad możliwością, że wszystkiemu winna jest ich dzisiejsza ranna wizyta. Być może skrzaty nie chciały, żeby uczniowie ponownie przyłapali je na odpoczynku. Co było naprawdę śmieszne, bo zamek rzeczywiście lśnił czystością. Skrzaty znakomicie wywiązywały się ze swoich obowiązków.
— Skoro są zamknięte, Goyle’a tam nie ma — powiedział, widząc narastające zdenerwowanie Malfoya. Gdyby skrzaty faktycznie zablokowały wejście do kuchni, nie będzie łatwo dostać się do środka. — A może myślisz, że go porwały?
Malfoy odwrócił się, ponownie patrząc na niego ze złością. Harry spodziewał się, że zaraz krzyknie, ale Draco tylko westchnął z rezygnacją i schował różdżkę.
— Moglibyśmy sprawdzić w bibliotece — zasugerował Harry.
— W bibliotece? — powtórzył Malfoy drwiąco.
— Mówiłeś, że Goyle kupił eliksir podnoszący inteligencję. Pewnie teraz martwi się o egzaminy. Może postanowił wykorzystać ciszę, żeby pouczyć się w spokoju.
Malfoy nie wyglądał na przekonanego, jednak mruknął tylko coś pod nosem i ruszył w stronę schodów. Harry uznał to za zgodę. Szli w milczeniu, dopóki nie dotarli do głównych schodów. Wtedy jego cierpliwość się skończyła.
— Czyli nie będziemy się już więcej całować? — zapytał.
Malfoy stanął jak wryty.
— Co?
— Jesteś na mnie zły? — Harry podszedł bliżej. — Dlaczego? Bo Pomfrey nas nakryła? Coś ci powiedziała?
Zaszokowany Draco nadal tylko na niego parzył.
Jesteś prawdziwy. Czy Malfoy zmienił zdanie?
Harry dotknął delikatnie jego ramienia.
— Jestem prawdziwy, pamiętasz? — Mówiąc to, czuł się głupio, jednak Malfoy otworzył szeroko oczy, a wyraz jego twarzy złagodniał.
— Oczywiście, że jesteś — powiedział z udawana nonszalancją. — Wiem o tym.
Sekundę później już się całowali. Malfoy jak zwykle wplótł Harry’emu palce we włosy, docisnął mocno do niego gorące wargi i wsunął język do ust. Od samej ulgi Harry’emu zakręciło się w głowie. Pragnął tego przez cały dzień i już myślał, że chwila ta nigdy nie nadejdzie.
— Hmm — mruknął ktoś.
— Jesteśmy nie w porę? — odezwał się inny głos.
Do świadomości Harry’ego powoli dotarła obecność Rona i Hermiony. Po co oni tu przyszli? Bo ich o to poprosiłeś. Odsunął się z westchnieniem, ale Malfoy nie chciał go puścić. Złapał go mocniej za włosy, odchylił szyję i zaczął całować po gardle.
— Malfoy! Mamy towarzystwo.
Malfoy odskoczył od niego od razu i rozejrzał się z widocznym przerażeniem.
— Czyli w porę — odezwała się Hermiona. — Zdaje się, że uratowaliśmy twoją szyję, Harry.
Nawet nie patrząc na przyjaciółkę, Harry starał się najpierw pozbyć rumieńca. W końcu jednak podniósł wzrok.
— Super — powiedział.
Hermiona uśmiechnęła się szeroko.
— To zabawne, prawda? Bo on najwidoczniej jest złem wcielonym i wampirem. — Spojrzała krzywo na Malfoya, który ostentacyjnie odwrócił głowę.
— Wampir! Racja. Powinienem... — Harry zerknął na Rona, spodziewając się zobaczyć na jego twarzy niesmak, jednak przyjaciel wcale nie patrzył na niego, tylko na marmurowe schody.
— Czy to... — Ron zmarszczył brwi — ...skrzat? Patrzcie! — zwrócił uwagę pozostałych.
Wszyscy obrócili się we wskazanym kierunku. Przy krawędzi jednego ze stopni leżało niewielkie zawiniątko, skulone obok balustrady i ledwie widoczne na zacienionych schodach. Chyba się poruszyło, a Harry’emu wydało się, że słyszy cichy szloch.
— To niemożliwe! — Malfoy odetchnął gwałtownie i pobiegł do góry. Harry ruszył za nim z paskudnym podejrzeniem kiełkującym mu w głowie.
— Goyle? — zapytał Malfoy, pochylając się nad tobołkiem.
Zawiniątko natychmiast się rozprostowało. To rzeczywiście był Goyle, a raczej bardzo mała wersja Goyle’a. Miała jakieś trzydzieści centymetrów wysokości, może nawet mniej.
— Draco — sapnął karzełek bardzo wysokim głosem, próbując wstać.
Malfoy nie wydawał się chętny, żeby go dotknąć, ale Goyle był zbyt zdenerwowany i nie potrafił się nawet podnieść, więc Malfoy złapał go za ramiona i postawił na nogi.
— Kto to zrobił? — zapytał. — Jadłeś coś? Piłeś?
— Czy to coś miało na etykiecie napis „Wypij mnie”? — dodała Hermiona.
— Hermiono! — skarcił ją Harry.
— Wybaczcie, nie mogłam się powstrzymać.
— Nie wiem — zapiszczał Goyle. — Wracałem z sowiarni i nagle wszystko stało się ogromne. Próbowałem zejść ze schodów i dotrzeć do lochów, ale to było takie trudne. Musiałem zrezygnować.
Harry miał nadzieję, że nikt mu nie powie, że znajdował się tylko dziesięć stopni od parteru.
— Widziałeś kogoś? — spytał Malfoy. — Albo słyszałeś?
Goyle pokręcił przecząco głową.
— Myślisz, że ktoś go zaatakował? — Harry spojrzał na Malfoya.
— Skąd mam wiedzieć? On ma w zwyczaju bić ludzi. Uderzyłeś dzisiaj kogoś? — Malfoy zwrócił się do Goyle’a.
— Nie! — zapewnił Goyle natychmiast, zaraz jednak zmarszczył nos, jakby ciężko się nad czymś zastanawiał. — Może?
Malfoy parsknął, a Goyle zaszlochał i łzy spłynęły mu po policzkach.
— Jestem pewna, że pani Pomfrey ci pomoże — powiedziała Hermiona, brzmiąc wyjątkowo uprzejmie. Albo było jej przykro, że mu wcześniej dokuczyła, albo poczuła potrzebę pocieszenia kogoś tak małego i zrozpaczonego.
Goyle najpierw spojrzał na nią mokrym i wdzięcznym wzrokiem, ale po chwili ją rozpoznał i jego twarz wykrzywił brzydki grymas.
Granger — warknął, a przynajmniej starał się warknąć, choć w rzeczywistości tylko zapiszczał. Zmrużył oczy. — Nie odzywaj się do mnie. — Zacisnął swoje malutkie pięści. — Jesteś tylko brudną... — przerwał i krzyknął, kiedy Malfoy złapał go za przód szaty i przyciągnął do piersi.
— Zabiorę go do skrzydła szpitalnego — powiedział, zarumieniony. Goyle wydał z siebie dźwięk protestu i zamachał nogami, ale Malfoy potrząsnął nim i przyciągnął do siebie mocniej, trzymając go jak dziecko lalkę. Goyle już się nie odezwał, najwyraźniej zajęty próbami złapania oddechu w mocnym uścisku.
— W porządku — odparł Harry i spojrzał na Rona i Hermionę. — Zrób tak, a ja... hmm, muszę iść.
— Ty... co? — zdziwił się Malfoy.
Harry zmusił się do uśmiechu.
— Ron i Hermiona będą ci towarzyszyć. — I upewnią się, że nikt znowu nie spróbuje cię zamordować. Tego Harry głośno nie dodał, ale był pewien, że Malfoy wyciągnie odpowiednie wnioski.
Malfoy popatrzył na jego przyjaciół, a potem znów na niego z przerażonym wyrazem twarzy.
— Co? — powtórzył.
Harry oparł się pokusie, aby mu powiedzieć, że zaraz może zmiażdżyć Goyle’a w uścisku.
— Wybacz — powiedział w zamian, uśmiechnął się raz jeszcze i wyjął pelerynę-niewidkę. Malfoy jednak wydawał się tak przygnębiony, że Harry podszedł do niego i pocałował go szybko w usta. Ron jęknął, a Goyle kopnął go w pierś.
Malfoy stał zaskoczony, nie mogąc wydusić z siebie słowa komentarza. Harry założył pelerynę i na odchodnym rzucił:
— Muszę zapolować na wampira.

Harry ruszył czym prędzej, pragnąc oddalić się jak najbardziej, zanim Ron, Hermiona i Malfoy zaczną kłótnię. Nie chciał być jej świadkiem. Jeśli jednak obrzucą się zaklęciami, zrobią to przynajmniej w drodze do skrzydła szpitalnego i pani Pomfrey pomoże ich wszystkich uzdrowić.
Szybko pokonał schody na czwarte piętro, mając nadzieję, że nie jest jeszcze za późno. Gdy dotarł do ciemnego korytarza, w którym razem z Draco zostali zaatakowani przez zakapturzoną postać, na palcach podszedł do ściany prowadzącej do ukrytego pomieszczenia. Unosił się z niej lekki dymek, więc Harry przystanął kawałek dalej, wyciągnął różdżkę i upewnił się, że jest dobrze ukryty pod peleryną.
Minuty upływały i zaczęło go kusić, żeby włamać się do pokoju. Z tego, co wiedział, pomieszczenie mogło być puste. Pułapkę zastawił bardzo ostrożnie, poprosił nawet Ginny o kolejną przysługę. Początkowo była oburzona, ale kiedy wyjaśnił jej swoje zamiary, uspokoiła się i zgodziła. Chociaż to mogło nie wystarczyć. Być może puchoński wampir znalazł inne miejsce, w którym się pokazywał, mimo że Harry podał mu ten pokój jak na przysłowiowej tacy.
Ściana zaświeciła na czerwono. Najpierw uformowały się na niej, a potem otworzyły drzwi i na korytarz wyszła, ocierając usta, ciemna, zakapturzona postać. Harry wyprostował się i wstrzymał oddech. Poczekał, aż drzwi się zamkną i dopiero wtedy zdjął pelerynę-niewidkę.
— Nie ruszaj się! — rozkazał, unosząc uzbrojoną rękę.
Wampir obrócił się, zrobił krok do tyłu i sięgnął po własną różdżkę.
— Przecież mnie nie przeklniesz, Lavender, prawda?
Postać zamarła, wpatrując się w niego przez długą chwilę, po czym warknęła i szarpnęła kapturem tak ostro, że zmierzwiła sobie długie jasne włosy.
W słabym świetle Lavender wyglądała jak szalona. Oczy jej błyszczały, twarz przybrała twardy wyraz, nawet blizna zdawała się wyrażać wściekłość. Ale wzrok, który skierowała na Harry’ego, przepełniał ból.
— Oczywiście! — syknęła. — Powinnam się domyślić, że będziesz tu czekał. Dlatego Ginny Weasley była dzisiaj w parze z Parvati! A ja myślałam, że pozwoliłeś mi patrolować samej, bo zrozumiałeś. Nic podobnego. — Skrzywiła się. — Wysłałeś mnie na czwarte piętro, bo chciałeś złapać paskudnego wampira.
— Albo wilkołaka — powiedział Harry.
Warknęła ponownie.
— Niezupełnie! Poprawniej brzmi: półwilkołaka. Jesteś zadowolony? Zostanę obwiniona za wszystko, co się stało?
— A jesteś winna?
Nie! — krzyknęła z oburzeniem. — Jak w ogóle możesz... Oszołomiłam Demelzę, przyznaję się! Możesz mnie aresztować.
W rzeczywistości Harry wcale nie zamierzał jej o wszystko oskarżać, tak naprawdę w ogóle nie zamierzał jej oskarżać o nic konkretnego, ale Lavender najwyraźniej posiadała kilka wilczych cech: siłę fizyczną, wyczulony węch. Jednak, mimo że wilkołaki nie były potężniejsze magicznie od zwykłych czarodziejów, osoba krążąca co noc po zamku musiała coś wiedzieć.
— Co dokładnie tutaj robisz? — zapytał. Jego wzrok przyciągnęła smuga krwi na jej policzku w pobliżu ust.
Musiała to zauważyć, bo syknęła ze złością:
— Jem, jeśli już musisz wiedzieć!
Harry poczuł się lekko zaniepokojony.
— Jesz... co?
Lavender niespodziewanie pociągnęła nosem, a jej oczy zaszkliły się w świetle pochodni.
— Mięso, Harry. Najlepiej krwiste — wyjaśniła drżącym głosem. — Prawie co wieczór zjadam talerz krwistych steków. Lubię niedosmażone. Bardzo niedosmażone. A podczas pełni księżyca... bardzo, bardzo niedosmażone — dodała trochę przebiegle.
— Och — mruknął Harry. Czyli to była jej tajemnica, jedyna rzecz, jaką starała się ukryć. Pożałował, że kiedykolwiek próbował ją złapać. Pragnienie surowego mięsa z pewnością było dla niej kłopotliwe. — Kradłaś jedzenie z kuchni? — Dlatego zakapturzoną postać zawsze widywano w pobliżu kwater Puchonów. Hermiona miała rację, chodziło o pożywienie. Pomijając, że wampir przestał się pojawiać po reaktywacji Gwardii, bo nikt poza jej członkami nie mógł go napotkać, a Lavender wiedziała, gdzie są i jak ich unikać.
— Niczego nie kradłam! — wrzasnęła i Harry już zamierzał jej wyjaśnić, że wcale jej nie oskarżył, tylko głośno myślał, ale Lavender go uprzedziła, dodając: — Skrzaty dawały mi steki. Każdego wieczoru wystawiały dla mnie pełen talerz.
— Naprawdę? — Harry był zaskoczony i więcej niż trochę nieufny. — Co masz na myśli, mówiąc, że wystawiały dla ciebie talerz? Gdzie go wystawiały? — Z tego, co Harry się orientował, jeśli ktoś chciał coś zjeść, musiał pójść do kuchni i poprosić. Ron wspomniał kiedyś, jak bardzo marzy o dostawach do pokoju, ale Hermiona wyjaśniła mu, że skrzaty mają zakaz wydawania żywności gdziekolwiek poza Wielką Salą i kuchnią. W innym wypadku uczniowie z pewnością wykorzystywaliby je bez ograniczeń.
— Cóż, wszędzie. — Lavender wzruszyła ramionami. — Kilka tygodni temu w nocy byłam taka głodna i poszłam do kuchni, żeby poprosić skrzaty o trochę mięsa. Ale nie musiałam. Pod drzwiami stał talerz załadowany po brzegi! I potem zawsze tak było. Tylko że od czasu... — spojrzała na Harry’ego z ukosa — gdy GD rozpoczęła swoje patrole, było mi trudniej, bo zawsze miałam partnera. A w nocy, gdy wybuchł pożar, wyszłam później, żeby zejść do kuchni, ale kogoś usłyszałam. Myślałam, że to Filch, ale to był Harper, czego wtedy jeszcze nie wiedziałam, wiec schowałam się tutaj. Wejście odkryłam przez przypadek. I zgadnij, co znalazłam w środku? Znowu steki! Czy można nie kochać skrzatów?
— Czyli... — Harry poczuł się zdezorientowany. — Tak naprawdę nigdy z nimi nie rozmawiałaś? Nigdy nie prosiłaś ich o jedzenie?
— Nie, nie. Ale to przecież skrzaty. Żyją, żeby służyć. Wiedzą o różnych rzeczach.
— Ale nie potrafią czytać w myślach.
— Więc... kto mi dawał jedzenie? Skądś musiało się brać. A w Hogwarcie mogło pochodzić tylko z kuchni.
Uwaga wydawała się jak najbardziej słuszna. Skrzaty zachowywały się ostatnio trochę dziwnie. Ich nagła potrzeba odpoczynku, zamknięte drzwi do kuchni. Kto wiedział, jakie jeszcze dziwactwa ukrywały?
— Nie wierzysz mi, prawda? — Lavender pociągnęła nosem. — Jakie to ma znaczenie, skąd się brały steki? Potrzebowałam ich. I nikogo nie skrzywdziłam.
— Wierzę ci — zapewnił ją Harry pospiesznie. Na pewno nie miała powodu, żeby kłamać.
Lavender otarła oczy wierzchem dłoni.
— Jakby blizny nie wystarczyły — powiedziała z goryczą. — Jestem teraz w połowie zwierzęciem.
— Nie, nie jesteś — zaprzeczył Harry. Pomyślał o Billu, który miał przy boku kochającą żonę. — Niczego nie musisz się wstydzić. To, co ci się przydarzyło, nie było twoją winą.
— Och, dziękuję, Harry. Tak po prostu przestanę się wstydzić, bo ty tak powiedziałeś. Uwierz, jestem w pełni świadoma, czyja to wina.
Wina kogoś, kto właśnie zginął w tajemniczych okolicznościach. Harry czuł niechęć sam do siebie, że zamierza zadręczać Lavender, ale musiał zapytać.
— Zakładam, że słyszałaś o śmierci Greybacka?
Mina Lavender zmieniła się natychmiast. Wyraz jej twarzy świadczył teraz o czystej wściekłości.
— Oskarżasz mnie o jego zabicie? Czyli co? Teraz uważasz, że jestem morderczynią? Tylko dlatego, że zrobiono ze mnie półwilkołaka?
— Nie! — Chociaż kto inny mógłby zabić Greybacka? Lavender włóczyła się po zamku każdego wieczoru. Posiadała silny motyw, była rozgniewana i niewątpliwie do tego zdolna. — Nie obwiniam cię. Nawet... Nawet jeśli coś zrobiłaś, to na pewno był wypadek. Samoobrona. A jeżeli nie, to i tak nie będę cię winił...
— Nikogo nie zabiłam! — wrzasnęła Lavender. — Cieszę się, że on nie żyje. Cieszę się tak bardzo, że mogłabym zatańczyć. Padł trupem tak, jak się wściekłemu psu należało. Nie myśl, że o tym nie marzyłam. Życzyłam sobie tego w każdej sekundzie od chwili, gdy zamienił mnie w potwora. Ale go nie zabiłam.
Harry spojrzał na nią z uwagą.
— Życzyłaś sobie jego śmierci — powtórzył. Jego kark i ramiona pokryły się gęsią skórką. Życzenie . Słowo, które wciąż się pojawiało.
Lavender pokręciła głową z niedowierzaniem.
— Oczywiście, że tak.
Czego pragnę, czego sobie życzę?, zapytał sam siebie we śnie. Pytanie było ważne, ale on nie znał na nie odpowiedzi. Do tego momentu. Teraz wiedział, że życzył sobie tajemnicy. Pragnął łapać śmierciożerców. Pragnął chronić innych i nie pozwolić, by stała im się krzywda. Pragnął robić coś ważnego, a nie tylko marnować czas.
I moje pragnienie się spełniło. Spełniło się minutę po tym, jak stanął przed Pokojem Życzeń.
Czy podejrzewałem Malfoya, zanim cokolwiek się wydarzyło? Och, mój boże! Harry z przerażenia nie mógł zaczerpnąć powietrza.
— Harry? — zapytała Lavender z niepokojem.
— Życzyłaś sobie także steków. Byłaś bardzo głodna.
— Musisz powtarzać moje słowa? — syknęła Lavender.
Harry’emu dzwoniło w uszach, krew uderzyła mu do głowy.
— Goldstein pragnął śmierci Harpera. Smith pragnął dopaść Malfoya. Mały Peterson pragnął światła.
— Pragnienia nie są przestępstwem — powiedziała Lavender powoli, jak gdyby mówiła do dziecka. — I nie waż się porównywać mnie do Goldsteina. On naprawdę ponosi winę za śmierć Harpera.
— Nie bardziej niż ty za śmierć Greybacka. Albo ja za oszołomienie Tommy’ego.
— Co?
Harry otrząsnął się z odrętwienia i sięgnął do kieszeni.
— Muszę wysłać wiadomość — powiedział i koncentrując się, skierował różdżkę na galeona. Dłoń mu się trzęsła.
Lavender krzyknęła, kiedy rozgrzał się jej własny galeon i przeczytała, co jest na nim napisane:
— „Biuro McGonagall”? — zapytała ze strachem. — Czemu wszystkich tam wzywasz? Co jej powiesz? Ja nie zabiłam...
— Wiem, Lavender! — Harry złapał ją za rękę. — Chodź! — krzyknął i pociągnął ją w kierunku schodów.
Lavender wyrwała mu się zdecydowanie zbyt łatwo.
— Nie! Co powiesz McGonagall?
— Że musimy jak najszybciej opuścić Hogwart. — Ponownie chwycił ją za rękę i zmarszczył brwi. — Pritchard! — przypomniał sobie na głos. — Do diabła, zapomniałem. Potrzebujemy Petersona. On nie może sam opuścić pokoju wspólnego. Gdzie są Ślizgoni? Zabini i siostry Greengrass? — Malfoy znajdował się na pierwszym piętrze, był za daleko.
Pytania musiały zaskoczyć Lavender, bo odpowiedziała natychmiast, zapominając o kłótni:
— Luna z Zabinim na piątym.
— Świetnie. Chodźmy! — rzucił i puścił się biegiem, ciągnąc ją za sobą, i tym razem Lavender ruszyła za nim bez sprzeciwu.
Na Lunę i Blaise’a wpadli na schodach, zanim jeszcze dotarli na piąte piętro. Harry poprosił ich, żeby zeszli do lochów, zabrali Petersona i przyprowadzili go do biura dyrektorki.
Zabini przez chwilę przyglądał mu się badawczo.
— Jeszcze czegoś sobie życzysz? — zapytał.
— Zrobicie to czy nie? — warknął Harry.
— Zrobimy — zapewniła Luna. — Idziemy, Blaise — dodała i szarpnęła Zabiniego za rękaw. O dziwo, jej posłuchał bez protestu.
Lavender przygląda się, jak odchodzą.
— A to ciekawe. Myślisz, że...
— Och, a kogo to obchodzi. Nie mamy czasu — rzucił Harry i pobiegł w górę schodów.
— Harry, zaczekaj! — krzyknęła Lavender. — Kawałek dalej jest przejście, które prowadzi prosto pod gabinet McGonagall...
— Najpierw chcę coś sprawdzić. I potrzebuję twojej pomocy. Proszę.
Lavender fuknęła, ale ruszyła za nim. Na siódme piętro dotarli bardzo szybko. Harry złapał za klamkę drzwi Pokoju Życzeń i otworzył je. Wnętrze jak zwykle przywitało ich pustką i ciemnością.
Lavender zajrzała do środka.
— Co spodziewałeś się tu znaleźć?
Harry zignorował jej pytanie.
— Pomyśl teraz, jak bardzo pragniesz talerza pełnego steków — nakazał w zamian.
Lavender zamrugała ze zdziwienia.
— Talerza steków... Ale ja niedawno jadłam!
— Wystarczy, jeśli o tym pomyślisz. Wyobraź to sobie. Wyobraź sobie, że trzymam go w ręce. Talerz pełen niewysmażonego mięsa. Prawie surowego w środku. Gdy wbijesz w nie widelec, wypłynie krew...
Oczy Lavender pociemniały i moment później w dłoniach Harry’ego pojawił się talerz ze stekami. Rzeczywiście wyglądały na krwiste, więc z zaskoczenia prawie je upuścił. Podejrzewał, że naprawdę były surowe.
— Niemożliwe — sapnęła Lavender, patrząc to na mięso, to na pokój. — Przecież on już nie spełnia życzeń!... A nawet gdyby, nie może tworzyć żywności, Neville zawsze powtarzał... Nie, to niemożliwe. Byliśmy tu wiosną, wszystkim bardzo chciało się jeść, ale pokój po prostu nie mógł nam dać jedzenia.
— On faktycznie nie mógł, jednak zamek może. Nie rozumiesz? Pokój został zniszczony, ale nie jego magia. Rozprzestrzeniła się po całym Hogwarcie. I ma dostęp do kuchni.
— Ale jak to jest w ogóle możliwe? Jak magia może się ot tak przenosić?
— Nie wiem — odparł Harry z rozpaczą. — Musimy porozmawiać z McGonagall.
Upuścił steki na podłogę ku wyraźnemu niezadowoleniu Lavender.
— Nie! Wezmę sobie jeden.
— Lavender! — powiedział Harry z oburzeniem, jednak ona już się schyliła, podniosła stek i zamierzała go ugryźć, ale nagle zamarła, wpatrując się w stronę schodów.
Harry obrócił się i zobaczył Ginny oraz Parvati, patrzące na nich z szokiem wypisanym na twarzach.
Lavender? — szepnęła Parvati. — Co ty...
Lavender z krzykiem puściła mięso.
— Nic! To nieważne! Musimy iść! Mamy sytuację awaryjną! — Wyminęła Harry’ego i puściła się biegiem.
— Ee.. Harry? — mruknęła Ginny.
Harry skrzywił się, ale nie miał czasu na wyjaśnienia.
— Pospieszmy się! — powiedział i ruszył za Lavender.
Na szczęście Ginny i Parvati bez zastanowienia pobiegły za nim. Gdy dotarli pod dyrektorską wieżę, przy wejściu na górę zastali już Rona, Hermionę i Malfoya.
— Harry! — krzyknęła Hermiona, zawracając w jego stronę. — Co się dzieje?
Harry obrzucił Malfoya spojrzeniem, upewniając się, że wszystko z nim w porządku. Draco wyglądał dobrze, może tylko na odrobinę w złym humorze.
— Czy Pomfrey zdołała pomóc Goyle’owi? — zapytał Harry, patrząc ponownie na Hermionę.
— Nie. Ciągle próbuje, ale na razie bez efektu.
Tak właśnie Harry podejrzewał.
— Co się stało z Goyle’em? — zaciekawiła się Lavender.
— Skurczył się — odparł Harry. — Chodźmy — powiedział dziś już po raz nie wiadomo który. — Musimy porozmawiać z McGonagall.
Ron jedynie zmarszczył brwi, ale Malfoy zapytał:
— Ktoś jeszcze ucierpiał? — Spojrzał podejrzliwie na Ginny, Parvati i Lavender, prawdopodobnie zastanawiając się, co tu robią.
— Nie i nikt więcej nie ucierpi — oświadczył Harry. Jeśli tylko będziemy działać szybko.
Pospiesznie wspiął się po krętych schodach, a reszta podążyła jego śladem.
— Nie ma sprawy, Harry. Wcale nie musimy wiedzieć, o co chodzi — mruknął Ron za jego plecami.
Większość członków Gwardii zgromadziła się już w gabinecie. Sama McGonagall, wyglądająca na poważnie zdenerwowaną, również tam była.
— Mam nadzieję, że ten najazd jest w pełni usprawiedliwiony, Potter.
Harry’emu nie umknęło, że McGonagall nie nazywa go teraz po imieniu.
— Pani profesor — zaczął, dobrze wiedząc, że wszyscy go słuchają, a on zaraz powie coś, co zabrzmi jak szaleństwo. — Musimy ewakuować zamek.
Brwi McGonagall wystrzeliły do góry.
— Dlaczego? Co się stało? — Hermiona podbiegła do Harry’ego.
— Właściwe pytanie — skwitowała dyrektorka, po czym wyraz jej twarzy nabrał ostrości. — Czy kolejny uczeń został ranny?
— Nie — odpowiedział Harry. — To znaczy tak, ktoś skurczył Gregory’ego Goyle’a i pani Pomfrey nie może go wyleczyć. — Jakaś osoba parsknęła śmiechem, ale Harry ją zignorował. Zmniejszony Goyle w innych okolicznościach rzeczywiście byłby czymś zabawnym. — Jednak to tylko kwestia czasu, zanim ktoś ucierpi. Pani profesor, chyba wiem, co się dzieje. — Harry zawahał się. McGonagall przyglądała mu się wyczekująco i nie miał pojęcia, jak przedstawić swoją teorię w sposób wiarygodny. — Na pewno słyszała pani o Pokoju Życzeń. Gwardia Dumbledore’a spotykała się w nim na piątym roku, a wiosną uczniowie ukrywali się tam przed Carrowami. Pokój posiadał swoją specyficzną magię. Kiedy ktoś w nim przebywał, poza kilkoma ograniczeniami dostawał to, czego pragnął. Ale gdy ta osoba wychodziła, wszystko znikało. Moc pokoju działała jedynie w jego wnętrzu i nigdzie poza nim. W czasie bitwy o Hogwart pokój został zniszczony. Spłonął. I stał się tylko martwym pomieszczeniem. Uważam jednak, że... jego magia przetrwała i w jakiś sposób rozprzestrzeniła się po zamku. I teraz próbuje robić to, co robiła zawsze, czyli spełniać życzenia.
Miny McGonagall nie dało się odczytać. Harry nie potrafił zgadnąć, czy zastanawia się nad tym, co powiedział, czy może zamierza wezwać Pomfrey, żeby zaaplikowała mu eliksir na bełkotanie. Wzrokiem poprosił o pomoc Hermionę.
— Och, sama nie wiem, Harry. — Hermiona zagryzła wargę. — To by świetnie wszystko tłumaczyło, ale z drugiej strony... czy pokój nie wymagał konkretnych instrukcji? I spełniał każde życzenie. Gdyby nadal tak się działo w całym zamku, pewnie byśmy zauważyli.
— Tak, pamiętam, że o tym rozmawialiśmy — odezwała się McGonagall. — Owszem, magia nie została zniszczona, bo to niemożliwe, co nie oznacza, że zachowała swoją formę. Była związana z pokojem, a kiedy pokój spłonął, utraciła swoją celowość. Jak najbardziej zgadzam się, że wciąż istnieje w zamku, jest wszędzie wokół nas, lecz Pokój Życzeń był zaczarowany, a teraz te czary są złamane. Jeśli zdejmiesz zaklęcie Tarantallegra ze swojej filiżanki, Potter, magia z niej nie ucieknie, żeby zaczarować kolejną filiżankę.
— Tak, wiem, ale tu nie chodzi o zaklęcie Tarantallegra. Ta magia jest starożytna, tak starożytna jak sam zamek. Czy coś tak potężnego i starego nie mogłoby złamać zasad? Czy właśnie dlatego niemożliwe jest, by ją zniszczyć lub stąd wygonić, bo stanowi część zamku jak Irytek? Och, Irytek! — krzyknął Harry. — Wszyscy chcieli się go pozbyć, uczniowie, skrzaty. Każdy zawsze miał nadzieję, że się nie pojawi i nasze życzenie zostało spełnione. A skoro tej magii udało się coś takiego, zupełnie nie wiadomo, do czego jeszcze jest zdolna.
— W tej chwili bardzo chcę mieć swoją własną Błyskawicę, Harry — odezwał się Ron. — Ale... — Zamachał pustymi rękami.
Hermiona wyglądała na niezdecydowaną.
— To poniekąd racja, jednak... — Zmarszczyła brwi. — Możliwe jest, by magia się zmieniła, żeby uległa przemianom w celach ochronnych. Prawda? — Spojrzała na McGonagall.
— Teoretycznie. Zniszczenie jednego zaklęcia może wywołać inne. Jednak to, co sugeruje Potter... Sądzisz, że założyciele pozwoliliby, żeby tak niebezpieczna magia zaczarowała zamek?
— Nie świadomie, oczywiście — zgodziła się Hermiona. — Ale taka magia musiała posiadać pewną wrażliwość, możliwość obrony samej siebie. Więc kiedy zagroziła jej Szatańska Pożoga...
— Uciekła? — McGonagall ściągnęła usta.
— Możliwe — odparła Hermiona. — Ale musiałaby być w jakiś sposób uszkodzona: stracić swój cel, nie być w stanie spełniać życzeń, bo tak naprawdę wcześniej nie robiła niczego innego... — Umilkła i zamyśliła się. — Czy to nie zaczęło się w dniu meczu Gryfonów ze Ślizgonami?
— Tak — powiedział Harry. — Och! Mecz!
— Oczywiście! — krzyknęła Hermiona. — Wszyscy chcieli jednej rzeczy... to znaczy dwóch przeciwnych: wygranej dla swojego zespołu. Dlatego tłuczki zraniły tak wiele osób po obu stronach.
— Dokładnie! — Harry popatrzył na McGonagall. — Proszę sobie wyobrazić: od wieków magia wiedziała, co robić. A potem nagle znalazła się w zamku wypełnionym setkami głosów, z których każdy wciąż wyrażał różne pragnienia. To był tylko hałas, więc magia nie mogła rozpoznać i spełnić poszczególnych życzeń. To tak, jakby znaleźć się w zatłoczonym pokoju, w którym wszyscy wrzeszczą jednocześnie. Szansę, że zrozumiemy, będziemy mieli wtedy, kiedy większa grupa wykrzyczy to samo. Albo jeśli jedna osoba krzyczy to samo w kółko, a jej głos jest nam znajomy. Tej niedzieli każdy był podekscytowany i skupiony na jednej rzeczy. Wtedy właśnie ta magia musiała zrozumieć nas po raz pierwszy i wreszcie mogła zrobić to, co robiła w przeszłości. Zablokowała wyjście, bo spora grupa Gryfonów chciała, żeby mecz się nie odbył. Obróciła mecz w masakrę, żeby zaspokoić sprzeczne pragnienia. Później posłuchała zdesperowanych osób, które już znała, ponieważ bywały one wcześniej w Pokoju Życzeń. Członków Gwardii takich jak Goldstein, który życzył sobie upadku Harpera z wieży, Smitha, który pragnął śmierci Malfoya, małego chłopca bojącego się ciemności. Pritchard i jego kumple zamykali Petersona w Pokoju Życzeń już wcześniej, więc jego też znała. I nie miało znaczenia, na czym polegało życzenie. Myślę, że magia wsłuchiwała się w emocje i stojącą za nimi desperację. Słuchała tego, czego nauczyła się słyszeć podczas meczu. I jeszcze mapa! Hermiono, mapa! Pokój nigdy się na niej nie pojawiał, ponieważ był nienanoszalny, więc kiedy jego magia rozprzestrzeniła się po całym zamku, plan mapy zaczął zanikać. I Parvati! — Harry odwrócił się do Parvati, która z zaskoczenia lekko podskoczyła. — Harper aportował się po całym Hogwarcie, żeby być blisko ciebie, ponieważ ty tego pragnęłaś.
Dziewczyna potrząsnęła głową na znak protestu, ale Harry jej nie uwierzył.
— A Tommy Wright? — zapytała McGonagall. Harry bardzo się ucieszył, że się odezwała. — Fenrir Greyback?
— To ja oszołomiłem Tommy’ego — wyjaśnił z przygnębioną miną, przez co dyrektorka spojrzała na niego w szoku. — To znaczy poszedłem wtedy do zamku z przekonaniem, że Malfoy go przeklnie. — Harry nie odważył się nawet zerknąć na Draco. Wybacz, pomyślał. — Stałem przed pokojem i zastanawiałem się, jak bardzo żałuję powrotu do szkoły. Chciałem być gdzieś na zewnątrz, polować na mrocznych czarodziejów, robić coś wartościowego. Życzyłem sobie działania, tajemnic, wrażeń... niczego konkretnego. Więc pokój musiał improwizować i dał mi to, czego chciałem według niego, nawet pajęczyny...
— A dlaczego chciałeś pajęczyn? — zapytał Ron.
— To głupie, ale pokój wyglądał na tak martwy i pełen grozy. Pomyślałem, że z pajęczynami byłby bardziej normalny, nie taki przerażający. Więc i je wyczarował, ale nie w środku, tylko na Tommym. Myślę, że pokój to nadal najlepsze miejsce, by spełniać życzenia. Musiał mnie wysłuchać i dał mi w pakiecie wszystko, czego pragnąłem. Zrobił, co uznał za najlepsze. I musiał przesunąć schody, by mieć pewność, że znajdę swoją tajemnicę. A co do pająków, zauważyliście, jaki zamek jest teraz czysty? I że skrzaty sypiają? Chyba mają więcej czasu niż kiedykolwiek dotąd. Zapewne wszystkie razem zapragnęły porządku, bo to jest ich celem przez cały czas. No i Greyback... — Harry zawahał się.
— Moje życzenie — odezwała się Lavender cicho.
— I moje! — krzyknęła Parvati. — Nawet nie waż się myśleć, że ja również tego nie pragnęłam!
— Greyback przebywał w Hogsmeade z Carrowami — powiedział Harry. — O Carrowach wiedzieliśmy. Gwardia desperacko starała się upewnić, że nie przedostaną się do zamku. I nie przedostali się. Co innego Greyback, ale o nim nawet nie myśleliśmy. Poza Lavender, która chciała jego śmierci. Więc kiedy próbował dostać się do środka, magia wykorzystała swoją szansę. Znaleziono go na skraju Zakazanego Lasu, w pobliżu miejsca, gdzie kończą się bariery ochronne Hogwartu.
McGonagall milczała przez dłuższą chwilę.
— Jestem skłonna ci uwierzyć, Potter — powiedziała w końcu. — Chociaż o niczym takim wcześniej nie słyszałam. I jestem pewna, że ministerstwo i rada nadzorcza również nie. Będą chcieli zbadać twoją teorię, znaleźć na nią dowody. Nie dadzą się łatwo przekonać, bo jak sam mówiłeś, istnieją motywy. W gruncie rzeczy chcesz udowodnić, że wszyscy są niewinni, a prawdziwy sprawca to starożytna magia, która potrafi czuć i która uciekła z mało znanego ogółowi Pokoju Życzeń.
— Więc proszę o nich zapomnieć — odparł Harry z ponagleniem w głosie. — Nie widzi pani, jak niebezpieczne jest, żeby ktokolwiek został tutaj choć minutę dłużej? Jeszcze jedno życzenie i może umrzeć kolejna osoba. Mieliśmy tyle szczęścia. Ludzie bez przerwy pragną najbardziej szalonych rzeczy, ale magia wysłuchała akurat tych zrozpaczonych. Jednak wszystko narasta, nie ma dnia, żeby nie wydarzyło się coś strasznego. Ona się uczy, nabiera siły. Musimy opuścić zamek, pani profesor. Dziś wieczorem. Tak szybko, jak to możliwe. Tej magii nie możemy kontrolować. Jeśli ktoś chce ją badać, może to robić po naszym odejściu.
— Rana nadzorcza...
— Ich tu nie ma! Decyzja należy do pani.
McGonagall nie miała szansy, żeby odpowiedzieć. Drzwi nagle się otworzyły i weszła Luna z Zabinim, prowadząc rozespanego Petersona. Harry natychmiast podbiegł do chłopca, przyklęknął przed nim na jednym kolanie i złapał go za ramiona.
— Jamie, musisz mi opowiedzieć o nocy, kiedy spłonęło dormitorium. Musisz mi powiedzieć prawdę!
Peterson wyglądał na wystraszonego.
— Ja nic nie wiem. Już mówiłem.
— Naprawdę? Bo wydaje mi się, że jedną rzecz przed nami ukryłeś. Sądzę, że widziałeś świece. Widziałeś je i czułeś się bardzo szczęśliwy, że tam były.
Peterson otworzył szeroko oczy i potrząsnął głową.
McGonagall wstała i podeszła do nich.
— Panie Peterson, nie będzie pan miał żadnych kłopotów, ale proszę odpowiedzieć zgodnie z prawdą.
— Ogień nie był twoją winą — odezwała się Hermiona łagodnie. — Wiemy o tym. Nawet jeśli uważasz inaczej. Ale musisz nam wyznać, co widziałeś.
Peterson zawahał się i zerkał to na Harry’ego, to na McGonagall. Dyrektorka uśmiechnęła się do niego i chyba to dodało mu odwagi.
— Było strasznie ciemno — zaczął wreszcie. — Wcześniej tego wieczoru zamknęli mnie w tym strasznym pokoju. To Draco Malfoy mnie uwolnił.
Harry spojrzał na Malfoya. Stał na drugim końcu pomieszczenia, oparty o ścianę, z nieczytelnym wyrazem twarzy.
— Strasznie się bałem, kiedy zrobiło się ciemno — kontynuował Jamie, więc Harry znów na niego popatrzył. — A te stworzenia patrzyły na mnie zza okna. Chciałem tylko, żeby zrobiło się jasno. Jak w Wielkiej Sali. — Zrobił nieszczęśliwą minę. — A potem... potem pod sufitem pojawiły się świece. Nie miałem pojęcia, skąd się wzięły, ale poczułem taką ulgę. Bałem się, że inni je zauważą i zniszczą, jednak wszyscy mocno spali. Ja też usnąłem. A kiedy się obudziłem, wszędzie był ogień.
Uważaj, czego sobie życzysz, pomyślał Harry. Magia pomogła Petersonowi, ale kiedy pożar już wybuchnął, nie była w stanie nic zrobić. Nie, dopóki nie pojawiła się Lavender i inni, i nie ugasili ognia.
— A ostatni wieczór? — zapytał. — Kiedy znowu trafiłeś do tego pokoju. Co wtedy myślałeś?
Jamie zamrugał.
— Co myślałem? Bałem się.
— Wiem, ale musiałeś o czymś myśleć, czegoś chcieć. Chciałeś wysłać mi wiadomość?
— Oczywiście, tylko że oni zabrali mi galeona.
— Ale o tym myślałeś, prawda? Gdybyś miał galeona, co byś napisał? Gdzie byłeś? Jak byś nazwał to pomieszczenie? Strasznym Pokojem?
Peterson potrząsnął głową.
— Martwym Pokojem. On tak wyglądał.
— Tak, zgadza się. Otrzymałem twoją wiadomość.
— Ale ja żadnej nie...
— O czym jeszcze myślałeś?
Chłopcu najwyraźniej puściły nerwy.
— Nie wiem!
— Oczywiście, że wiesz. Trzech Ślizgonów znowu cię złapało. Na pewno o nich myślałeś. Pragnąłeś, żeby przestali, pamiętasz?
— No... tak. Racja. Oni byli wstrętni. Bardzo...
— Tak?
— Bardzo chciałem, żeby zostawili mnie w spokoju. Poszli sobie. Zniknęli.
McGonagall gwałtownie zaczerpnęła powietrza.
— I zniknęli.
Peterson z trudem przełknął ślinę.
— Ale ja tego tylko chciałem. Nic nie zrobiłem.
— Och, Jamie, zrobiłeś — powiedział Harry. — Ten pokój jest bardzo wyjątkowy. Daje ci to, czego sobie życzysz. — Uniósł wzrok na dyrektorkę. — Istnieje spora szansa, że Tommy i Goyle wyjdą z tego bez szwanku, kiedy tylko opuszczą teren Hogwartu. Tam nie dociera moc magii. Jednak Pritchard z kumplami... oni zniknęli.
— Odzyskamy ich. — McGonagall splotła dłonie i spojrzała na Petersona. — A ty musisz nam pomóc.
Mały Ślizgon gwałtownie potrząsnął głową.
— Nie potrafię. To zbyt trudne. Nie umiem wyczarować nawet szklanki z wodą.
— To było twoje życzenie, Peterson. Ty chciałeś, żeby zniknęli. Znasz ich, a pokój zna ciebie. Masz największe szanse, żeby sprowadzić ich z powrotem przy minimalnym ryzyku, że coś im się stanie. I wygląda na to... — McGonagall spojrzała na Harry’ego. — Liczy się tylko pragnienie. Po prostu musisz bardzo, bardzo chcieć, żeby wrócili.
Wyraz twarzy Petersona jasno pokazywał, że czegoś takiego z pewnością sobie nie życzy.
— Jeśli nie wrócą, to będzie tak, jakby umarli. Teraz i tak może być za późno. Sprawienie, że żywi ludzie znikają... Nie powinno się tego nawet próbować. Wyjmij różdżkę, pomoże ci się skoncentrować. Inkantacja brzmi...
APERIATIUM!
Zaklęcie z głośnym trzaskiem uderzyło w podłogę za McGonagall. Jego żółty błysk rozproszył się powoli, ukazując trzech chłopców leżących jeden na drugim. Któryś z nich uniósł się i jęknął.
Harry zobaczył, że Malfoy stoi z różdżką skierowaną na Ślizgonów. Schował ją powoli i spojrzał Harry’emu w oczy.
— Mnie pokój także zna, pamiętasz? I jestem niemal pewien, że w którejś chwili również pragnąłem, żeby zniknęli.
Harry uśmiechnął się do niego niepewnie. Malfoy wyglądał teraz na tak smutnego, tak nieszczęśliwego. Dlaczego on zawsze musi być taki przygnębiony?
Rozległ się kolejny jęk, więc Harry odwrócił wzrok od Draco. Ze Ślizgonami chyba wszystko było w porządku. Harry miał nadzieję, że to oznacza, że i Tommy wyjdzie z tego bez szwanku. Żałował, że nigdy w myślach nie zażyczył sobie, by Tommy odzyskał przytomność. Chciał, żeby przeżył, chciał złapać osobę, która go oszołomiła, ale ani razu tak naprawdę rozpaczliwie nie zapragnął, aby wrócił do zdrowia. A przynajmniej nie tak desperacko, jak pragnął tajemnic i przygód. McGonagall nie miała racji, kiedy powiedziała, że stara się udowodnić niewinność wszystkich. Każdy z nich zawinił, a Pokój Życzeń stanowił narzędzie w ich rękach.
Dyrektorka spojrzała na leżących chłopców i złapała się za serce. Harry podejrzewał, że tak naprawdę nie wierzyła, że uda się sprowadzić Ślizgonów z powrotem. Przesunęła spojrzeniem w bok, być może na portret Dumbledore’a, ale tego Harry nie był pewien. Wyglądała na bledszą i starszą niż kiedykolwiek do tej pory.
— Powiadomcie o wszystkim swoich kolegów — powiedziała. — Niech się spakują. Ostrzegę pozostałych nauczycieli i wezwę powozy. — Zacisnęła usta. — Opuszczamy zamek. W międzyczasie... uważajcie, czego sobie życzycie.


Koniec rozdziału ósmego



P.S.
Podyskutowałyśmy z Aev na temat kolejnego rozdziału i zdecydowałyśmy, że także nie będziemy go dzieliły, jak było w pierwotnych planach. Całość ukaże się około 5 lipca zamiast w połówkach 1 i 10.
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Assa » 16 cze 2012, o 02:52

Aaaaaaaaaa!!!! Nowy rozdział!!!!!!!(zedytuję rano, jest zbyt późno)
Assa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 98
Dołączył(a): 6 paź 2011, o 19:21
Lokalizacja: Łódź

Postprzez Japor » 16 cze 2012, o 20:13

Ta historia od początku jest niezwykle intrygująca: cała masa dziwnych zdarzeń, tajemnice, i oczywiście - to co tygrysy lubią najbardziej - romans. I jak tu nie pokochać tego opowiadania?
Przyznam się, nawet przez myśl mi nie przyszło, że to zamek może być przyczyną tych wszystkich zdarzeń, ja raczej stawiałam na Lavender (nie wiem czemu to właśnie ona była dla mnie najbardziej podejrzaną osobą). Teraz moją głowę zaprząta pytanie: czy Harry naprawdę zakochał się w Draco, czy może to tylko zamek spełnił pragnienia Malfoya i „podarował” mu to, że Potter zaczął się nim interesować.
Z niecierpliwością czekam na rozwiązanie tej historii i dziękuję Kaczalce, że wybiera do tłumaczenia takie ciekawe opowiadania.
Pozdrawiam !

Drobne sprostowanie: akurat tego fika wyszukała Aev, ja się dałam tylko namówić na współtłumaczenie ;)
K
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez Ter » 17 cze 2012, o 23:44

z
Ostatnio edytowano 31 maja 2015, o 23:09 przez Ter, łącznie edytowano 1 raz
Ter Offline


 
Posty: 645
Dołączył(a): 1 gru 2011, o 20:23

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości