[T] [Z] Na zawołanie

tłumaczenie wspólne Aevenien&Kaczalka

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez zireael » 21 kwi 2012, o 14:49

Do niedawna byłam tylko anonimową czytelniczką tego forum, lecz ostatnio stwierdziłam, że wypadałoby wreszcie się zarejestrować i w pewien sposób ujawnić swoją obecność. Podziwiam waszą pracę, dziewczyny. Ten ff szczególnie mi się podoba, nie mogłam się doczekać sceny, w której wreszcie ukaże się "charakter" tego opowiadania. Z niecierpliwością czekam na więcej!
Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza - jednym jesteś Ty.
zireael Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 96
Dołączył(a): 20 kwi 2012, o 21:16

Postprzez hedonistka » 21 kwi 2012, o 20:23

Ale fajne :D
zdecydowaną zaletą tego ff jest kanoniczność. Sprawia, że czyta się go bardzo przyjemnie - tak jakbym czytała kolejną część siedmiokrągu - ale też nie bezmyślnie. I stąd właśnie mój pierwsza reakcja; autorce udaje się naprawdę dobrze odwzorować klimat i frajda jest taka sama jak przy 'oryginalnym' HP. Czasami widać, że nie może się powstrzymać, i dodaje cosik od siebie - a to Ginny taka bardziej wygadana, a to Harry ciut zbyt błyskotliwy. Ale to jej uchodzi płazem, bo całość jest bardzo dobrze skonstruowana.
Języka nie będę komentować, bo nic mi się nie rzuciło w oczy. Tłumaczenia też nie, bo jak zwykle bezbłędne :)
A jeżeli chodzi o fabułę, to nie mam zdania - trochę się boję, że w efekcie końcowym okaże się nie do końca spójna, bo poruszonych jest naprawdę wiele wątków i trudno je będzie zgrabnie rozwiązać. Jak na razie jest lepiej niż dobrze i mam gorącą nadzieję, że tak zostanie ;) Bo już się wczułam i teraz czuję się bezpośrednio zaangażowana w hogwarckie wydarzenia; usilnie staram się odgadnąć tożsamość wampira, domyśleć się do czego nawiązuje tytuł oraz czemu zniknął irytek, i nie mogę! jestem wręcz podirytowana, jako wierna czytelniczka Christie, bo zazwyczaj takie rozwiązania przychodziły mi dość łatwo, a tu coś mi się kołacze po głowie i to na tyle. wiem, że to wszystko jest jakimś logicznym ciągiem, ale nie mogę znaleźć początku ;)

edit:
chcę dopisać tylko, że scena ze skrzydła szpitalnego jest przeurocza. Wszystko jest takie subtelne, niepewne; jednocześnie też bardzo dojrzałe. W większości drarry rozgrywanych w czasach Hogwartu bohaterowie rzucają się na siebie na drugim, góra trzecim spotkaniu w cztery oczy, nie będąc w stanie zapanować nad własnymi penisami ;) ( nie żeby to było coś złego! :D) Tu ich znajomość poprowadzona jest inaczej i wynikiem tego jest istny majstersztyk - kanoniczne drarry! :)
hedonistka Offline


 
Posty: 5
Dołączył(a): 4 gru 2011, o 19:29

Postprzez szalej » 23 kwi 2012, o 17:47

Nie mogłam się powstrzymać, tak zachwycił mnie ten teks, że sięgnełam do oryginału. Zrobiłam to już po 3 części, ale jakoś stwierdziłam, że poczekam, ale już teraz nie mogłam! Jestem totalnie zakochana! Nie mogę się doczekać kiedy zostaną przetłumaczone następne odcinki bo to chyba najlepsze drarry jakie miałam przyjemność czytać. Nie sama relacja chłopaków ale cała opowieść.
Spoiler: pokaż
Musze się przyznać, że kiedy Harry rozmawiając z Lewander powiedział "Wish" już się domyśliłam co się stanie i aż mi zaparło dech w piersi. Ale też muszę powiedzieć, że odkąd Draco powiedział "Dowidzenia, Harry" byłam absolutnie przekonana że Draco... nie istnieje! Tymbardziej potwierdziłą moją teorie Hermiona kiedy sprawdziła zamek zaklęciem i stwierdziła, że nikogo nie ma. Byłam pewna, że Harry w jakiś pokrętny sposów wymarzył sobie Draco w Hogwardzie i miał Draco, ale jak wszyscy opuszczali Hogward to byłam pewna że Harry po niego wróci a on zniknie przy barierach... albo po tym wszystkim, kiedy ledwo się odratowali by się okazało że dalej Draco jest tylko życzeniem... ale nie wiedziałam gdzie byłby prawdziwy Draco <ups>



No nie ważne, taką miałam teorie spiskową :D Powtórze jeszcze raz, jestem absolutnie zakochana, ale może to po prostu fakt, że uwielbiam wybierane przez ciebie fiki. Mam nadzieje, że w kolejce czekają równie wspaniałe.
szalej Offline


 
Posty: 18
Dołączył(a): 11 lut 2011, o 12:37

Postprzez Havoc » 29 kwi 2012, o 20:35

Po raz pierwszy w życiu nie wytrzymałam i sięgnęłam do oryginału. A to wszystko wina Aev (!), bo przesłała mi dwa fanfiki z Incepcji, które nie miały polskich odpowiedników i musiałam jakoś przez nie przebrnąć. Najlepsze jest to, że At Your Service językowo to przy nich kaszka z mleczkiem. :? Nawet nie wiecie, jak dziwnie się czułam, rozumiejąc prawie 90% z tego, co czytałam.

W każdym razie podpisuję się pod tym, że to naprawdę świetny tekst. Na pewno kiedyś do niego wrócę - tym razem po polsku.
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez Aevenien » 29 kwi 2012, o 23:15

Jaki dziś cudowny dzień prawda? Akurat, żeby nacieszyć się nowym rozdziałem ;)
Za betę ślicznie dziękuję Kaczalce i Donnie :*


*

Dochodziło wpół do dziesiątej, kiedy Harry skończył patrol i dowlókł się do wieży Gryfonów. W pokoju wspólnym nie było praktycznie nikogo poza Ronem i Hermioną.
Ron skrobał wściekle piórem przy stole w pobliżu południowego okna, a Hermiona siedziała koło kominka, stukając różdżką w kawałek pergaminu ze zirytowanym wyrazem twarzy.
Uśmiechnęła się do Harry’ego, kiedy usiadł na fotelu obok niej.
— Jakieś problemy?
Harry potrząsnął głową. Nie znaleźli z Luną żadnych brakujących uczniów, chociaż słyszał, że reszta GD miała pracowity wieczór. Najwidoczniej połowa Ślizgonów włóczyła się po zamku.
Harry był zbyt rozkojarzony, żeby pamiętać o wszystkich potencjalnych kryjówkach, a Luna była rozkojarzona tak samo jak zwykle, więc stanowili raczej marną drużynę.
Hermiona westchnęła.
— Ślizgoni są wściekli na Malfoya. A kilku z nich próbowało przekląć Erniego i Justina.
— Mhm. — Harry miał nadzieję, że Hermiona nie wspomni o Malfoyu. On sam z całych sił starał się o nim nie myśleć.
— Och! Zanim zapomnę… — Hermiona ściszyła głos. — George znowu napisał do Ginny. I potwierdził wiele teorii na temat Lucjusza Malfoya. On naprawdę wysłał Lestrange’a i Carrowów do Departamentu Tajemnic na prośbę ministerstwa — obwieściła z uśmiechem, najwyraźniej z siebie zadowolona. — I okazało się, że Carrowowie przebywali wcześniej w Hogesmeade. Byli tam cały czas, ukrywając się w piwnicy Miodowego Królestwa. I trzymali pod Imperiusem starego Ambrosiusa Flume’a.
Harry zamrugał.
— Co?
— Chcieli się dostać do zamku. Żeby dopaść ciebie. Greyback też z nimi był, ale opuścił ich w jakimś momencie. Teraz nikt nie wie, gdzie jest.
Harry spojrzał na nią zaskoczony. Przekonał już samego siebie, że żaden śmierciożerca nawet nie zbliżył się do zamku, więc wiadomość, że jednak nie miał racji, nieźle go zaszokowała.
— Ale… czy oni przeklęli, eee, oszołomili Tommy’ego? Jeśli tu byli… — Może chcieli dopaść również Malfoya. Może było już po wszystkim.
— Och, nie! Powiedziałam, że chcieli się dostać do zamku, ale im się nie udało. Nawet nie dotarli na błonia. Próbowali z każdym ukrytym wejściem, o którym wiedzieli, ale nie mogli przedostać się przez bariery ochronne Hogwartu.
— Och. Cóż, to…
— Wspaniale! — ucieszyła się Hermiona. — Zamek jest lepiej chroniony, niż myśleliśmy.
— O tak — skomentował Harry. — Jesteśmy tu tak niesamowicie bezpieczni.
— Nie musisz być od razu sarkastyczny, Harry. Chciałam tylko zauważyć, że…
— Wiem — przerwał jej Harry szybko. — Przepraszam. — Naprawdę było mu przykro. To nie na nią był zły. O wiele bardziej wściekał się na samego siebie. Nieważne, jak mocno żałował, że poszedł wcześniej do skrzydła szpitalnego zobaczyć się z Malfoyem, nie mógł zmienić przeszłości. Jeśli tylko trzymałby się z daleka, nie czułby się teraz tak zagubiony.
— Jesteś pewien, że dobrze się czujesz? — Hermiona zmrużyła oczy. — Napisałeś swój esej z transmutacji? Ron jeszcze tego nie zrobił. — Rzuciła w stronę swojego chłopaka surowe spojrzenie, mimo że jednocześnie stuknęła w pergamin, usuwając kilka słów.
Harry rozpoznał pismo przyjaciela; Ron musiał dalej męczyć się nad wypracowaniem, a Hermiona poprawiała to, co już zdążył napisać.
Kiwnął głową, chociaż wcale nie był taki pewny, czy napisał ten esej, ciężko było mu teraz myśleć o pracy domowej.
— Dobrze. Profesor Plunket nie będzie wiecznie chory. Nie może być — dodała nieco histerycznie. — Stracilibyśmy za dużo lekcji.
— Hermiono, przepadły nam na razie tylko jedne zajęcia. Jestem pewien, że profesor wkrótce wyzdrowieje.
Pokiwała głową, nadal zaniepokojona.
— Rozmawiałeś z Malfoyem? — zapytała nagle. — Zaprosiłeś go już do GD? Odmówił, prawda?
— Nie… miałem jeszcze okazji. — Harry odwrócił wzrok, czując się winny, chociaż nie miał pojęcia, skąd to poczucie winy się brało. Poza tym, że — zupełnie irracjonalnie — bał się, że Hermiona jakimś cudem dowie się, co wydarzyło się w skrzydle szpitalnym po samym spojrzeniu na niego. Chociaż, jeśli potrafiłaby coś takiego, to mogłoby jakoś pomóc. Bo Harry nie był do końca pewien, czy on sam wiedział, co dokładnie się stało.
Hermiona położyła różdżkę na kolanach i westchnęła.
— Co się dzieje?
Nic, już chciał odpowiedzieć. Ale nie mógł jej tak zbyć. Musiał o tym z kimś porozmawiać. Ale z kim?
— Nic — usłyszał swój własny głos.
— Naprawdę, Harry, wyglądasz, jakbyś zobaczył poltergeista.
Harry skrzywił się lekko.
— Jak miło.
— Prawda? — Uśmiechnęła się do niego szeroko, ale po chwili spoważniała. — O co chodzi? — W jej brązowych oczach zalśnił niepokój.
Nie mogę z nią o tym rozmawiać. Mogę?
Harry pochylił się i wyszeptał:
Coś zdarzyło się w skrzydle szpitalnym.
— Czy ktoś znowu próbował zamordować Malfoya? — odszepnęła. Harry nie był w stanie stwierdzić, czy się z niego nabijała, czy nie.
Potrząsnął głową.
— Nie, nic w tym stylu. To… Malfoy poślizgnął się i o mało nie upadł, a ja go złapałem.
— Grawitacja chciała go zabić?
— Eee, może, ale to nie… Zobacz, to, co się stało… — Przestań paplać. — Myślę, że on… że on próbował mnie pocałować.
Wyraz twarzy Hermiony nie zmienił się ani o jotę. Wyglądała, jakby zastygła.
— Przepraszam, co?
Harry poczuł ból w dłoni i uświadomił sobie, że wykręcał sobie palce. Zmusił się, żeby przestać.
— Ja… cóż, tak jakby go trzymałem i on, eee, pocałował mnie w policzek. — Poczuł, jak się czerwieni, tak jakby chciał pomóc Hermionie, dostarczając jej rzeczywistych dowodów.
Oczy Hermiony rozszerzyły się.
— Pocałował cię w… — wyszeptała, a potem mocno potrząsnęła głową, tak jakby chciała wyrzucić ten obraz z myśli. — Och, Harry. To Malfoy. Wiesz, jaki on jest. Zawsze próbuje cię sprowokować. — Zmarszczyła brwi. — Przyznaję, że tym razem trochę przesadził, ale…
— To nie wszystko.
Hermiona czekała na dalszą część, wyglądając jak ktoś, kto spodziewa się uderzenia w nos.
— Staliśmy naprawdę bardzo blisko siebie i on… — Merlinie. Nie mógł jej tego powiedzieć. — On był… — Jakiego słowa mam użyć? — Podniecony.
Usta Hermiony ułożyły się w kształt literki „o” i tak już zostały.
Policzki Harry’ego paliły żywym ogniem, chociaż próbował sobie wmówić, że przecież nic nie zrobił i nie powinien się czuć zawstydzony.
— Tak sobie myślałem… — zaczął szybko, chcąc mieć tę rozmowę za sobą. — Malfoy zachowuje się naprawdę dziwnie w tym roku. To znaczy w mojej obecności. Ciągle na mnie patrzy i potem odwraca wzrok, i teraz… To nie żart, Hermiono. On był taki… — Harry pamiętał sapnięcie Malfoya, kiedy przycisnął go do siebie. Było takie pełne desperacji. Szczere. — To nie żart — powtórzył stanowczo.
Hermiona zamrugała i zamknęła usta, tak jakby stopniowo wracała do siebie.
— Cóż, przypuszczam, że on może… To znaczy, uratowałeś mu życie w maju. Najpierw ten ogień i potem, cóż, jestem pewna, że ulżyło mu, kiedy Voldemort zginął. Może jest wdzięczny i zdezorientowany. Nie wiem… jest pod wrażeniem? Musiał być przerażony i dzięki tobie żyje, i… — Na jej twarzy pojawił się zadumany wyraz. — Nigdy nie miał zbyt wielu dziewczyn, prawda?
— Eee, a co to ma z tym wszystkim wspólnego?
Hermiona przechyliła głowę.
— Cóż, miałam tylko na myśli… że on… woli chłopców.
— Och. Racja. — Chłopcy. Faceci. Malfoy wolał facetów. Harry tak naprawdę nie myślał o tym w ten sposób. Chociaż najwyraźniej powinien.
— Ale kto wie? — dodała Hermiona. — Jak już mówiłam, musi być tym wszystkim zdezorientowany. Bo tyle razy ratowałeś mu życie. Och! A potem zeznawałeś na jego korzyść na procesie. I pomogłeś uwolnić jego rodziców… — urwała, chociaż wyglądało, jakby miała jeszcze więcej do powiedzenia. Przygryzła wargę i przyjrzała się Harry’emu uważnie. — Więc, eee, co zrobiłeś?
— Co? Kiedy?
— Kiedy Malfoy…. no wiesz.
— Och. Ja… nic. Pojawiła się Mrużka i mnie przeklęła.
— Mrużka?
— Skrzatka.
— No tak.
— Powiedziała, że McGonagall wysłała ją do skrzydła szpitalnego. Jako ochronę, tak przypuszczam. Musiała tam być cały czas, ale jej nie zauważyłem. — W końcu cechą dobrego skrzata było właśnie to, żeby nikt go nie widział.
— Oberwałeś przy tym?
— Nie, tylko mnie odepchnęła. Wydaje mi się… Malfoy i ja staliśmy naprawdę bardzo blisko. —Przytulając się. — Przez jakiś czas. — Jak długo to trwało?. — I to musiało zbić ją z tropu. — Nie ją jedną.
— No tak — powtórzyła Hermiona.
— Wiesz — zaczął Harry — może cały czas nie miałem racji. Może Malfoy chciałby dołączyć do GD i może zaakceptowałby fakt, że potrzebuje ochrony. Może podchodziłem do tego ze złej strony. Może, jeśli… jeśli zastosowałbym inne podejście, Malfoy powiedziałby mi, co się stało tego dnia, kiedy przeklęto Tommy’ego.
Hermiona spojrzała na niego nieufnie.
— Inne podejście?
— No tak. No wiesz, delikatniejsze. — Harry przygryzł wargę, zastanawiając się. — Cały czas tylko na niego wrzeszczałem albo domagałem się, żeby powiedział mi wszystko, co wie. Dlatego przyjął pozycję obronną. I był złośliwy.
— Więc mówisz — zaczęła Hermiona wolno — że powinieneś wykorzystać fakt, że Malfoy wydaje się… być tobą zainteresowany? — Harry poczuł jak ,coś ścisnęło go w żołądku na tę myśl, ale nie miał czasu, żeby to przeanalizować, bo Hermiona mówiła dalej. — Żeby skłonić go do zrobienia tego, co chcesz?
— Wykorzystać nie jest najlepszym słowem — odparł Harry urażony. — Pomyślałem tylko, że jeśli będę bardziej, no wiesz, przyjacielski, to może posłucha moich argumentów.
— Um. — Hermiona zmarszczyła brwi. — Przyjacielski. Ale Harry, jeśli to zrobisz, on może odnieść wrażenie, że… odwzajemniasz jego uczucia. — Harry otworzył usta, żeby zaprotestować, ale Hermiona dodała szybko. — Nawet jeśli tak nie jest.
— Bo nie jest!
— Nawet jeśli. Mógłbyś wprowadzić go w błąd. A to wydaje się niesprawiedliwe. A nawet okrutne, nie sądzisz?
— Ale ja chcę tylko upewnić się, że nikt go nie zabije! To nazywasz okrutnym? Jak bycie przyjacielskim może być okrutne?
— Cii — powiedziała Hermiona.
Harry zdał sobie sprawę, że zaczął krzyczeć i rozejrzał się dokoła, żeby upewnić się, że nikt tego nie słyszał. Ron spojrzał w ich kierunku, marszcząc brwi, ale Harry tylko potrząsnął głową i posłał mu uśmiech. Z ulgą zobaczył, że Ron wrócił do swojego eseju.
— Harry — zaczęła Hermiona, wyraźnie sfrustrowana. — Jeśli Malfoy naprawdę… Czy nie byłoby lepiej, gdybyś zostawił go w spokoju? Może Mrużka mogłaby go pilnować. Mógłbyś poprosić o to McGonagall.
Harry zmrużył oczy.
— Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałaś. Jeśli ktoś naprawdę chce dopaść Malfoya, ktoś potężny, to Mrużka także znalazłaby się w niebezpieczeństwie.
— Ale mogłaby tylko powiadomić nas, kiedy ktoś próbowałby…
— GD. Galeon idealnie się do tego nadaje. Skrzat mógłby pilnować go w jego dormitorium, być może, ale nie jest w stanie łazić za nim wszędzie przez cały czas. Skrzaty domowe nie są ochroniarzami. I rozmawialiśmy już o tym wcześniej, Hermiono. Szkoła tylko by na tym zyskała, gdybyśmy mieli Ślizgona…
— Ślizgona, tak. Ale to nie musi być Malfoy.
— Jednak on jest najlepszy…
— Ale to nie musi być Malfoy — upierała się. — To znaczy, on już wystarczająco się nacierpiał, a teraz ty zamierzasz mu dać fałszywą nadzieję…
— Nadzieję? Nie, nie. Ja tylko myślałem, że będę…
— Przyjacielski, tak — syknęła Hermiona. — Harry, wiem, że chcesz dobrze. Naprawdę. Ale obawiam się, że tylko wszystko skomplikujesz…
— A czemu ty w ogóle tak się przejmujesz Malfoyem?
Hermiona przyjrzała mu się uważnie.
— Och, Harry, to nie o niego się martwię.
— A to co miało niby znaczyć?
— Skończyłem — krzyknął Ron, który nagle znalazł się tuż za nimi. Podał Hermionie długi arkusz pergaminu. — Eee, coś nie tak? — spytał, zauważając, że i Harry i Hermiona patrzą na niego z konsternacją.
— Nie — rzucił Harry szybko, a Hermiona zabrała od Rona esej, piorunując Harry’ego wzrokiem.
— Jasne. — Ron odwrócił się do Harry’ego.
— Jestem zmęczony, to wszystko.— Harry uśmiechnął się z przymusem. — Właśnie, powinienem pewnie… — urwał i ziewnął szeroko. — Nie siedźcie po nocy — powiedział i wyszedł z pokoju wspólnego, starając się z całych sił, żeby nie zacząć biec.
Nie myśl, nie myśl, nie myśl, powtarzał sobie w duchu jak mantrę, szykując się do łóżka. Myślenie o Malfoyu przyprawiało go o ból głowy. A Hermiona wcale mu w tym nie pomagała. Miał to wszystko zaplanowane. Już zdecydował, że znowu porozmawia z Malfoyem, że będzie uprzejmy i przyjacielski, i że przekona go, by przyjął galeon i przyłączył się do GD.
Jednak najwyraźniej takie zachowanie byłoby okrutne.
Ale czemu okrutne?, wściekał się, leżąc w łóżku. Kierując się tą logiką, zachował się okrutnie także w skrzydle szpitalnym, kiedy zamiast odepchnąć Malfoya i kazać mu się odwalić, przytrzymał go i czekał, aż Malfoy odepchnie go pierwszy. Malfoy spędził ostatnią noc samotnie, umierając z bólu, a Harry dobrze zdawał sobie sprawę, jak to jest i wiedział, jak bardzo może pomóc zwykłe przytulenie. Nigdy nie zapomniał, jak Molly Weasley przytuliła go lata temu, kiedy był świadkiem powrotu Voldemotra i śmierci Cedrika. W tamtym momencie ten uścisk znaczył dla niego wszystko.
I jasne, dzisiaj w skrzydle szpitalnym nie zdawał sobie sprawy z… uczuć Malfoya, ale jeśli by sobie zdawał, postąpiłby tak samo. Nawet jeżeli oznaczałoby to dawanie Malfoyowi fałszywej nadziei, jak to ujęła Hermiona. I próba ratowania życia Malfoya była tą samą rzeczą. Czy powinien się poddać i ignorować Ślizgona ze strachu, że tamten opacznie zrozumie jego intencje?
— Śpisz? — Głos Rona wyrwał go z zamyślenia.
Harry szybko zacisnął powieki. W dormitorium panowała cisza. Musiało być już późno.
Ron złapał go za ramię i potrząsnął.
— Mhm — jęknął Harry, próbując się obrócić na drugi bok.
— Palant — stwierdził Ron. — Widziałem, że miałeś otwarte oczy.
Cholera. Harry zerknął na Rona, który wrócił do swojego łóżka i właśnie ściągał koszulkę, szykując się do spania. Według budzika na stoliku przy łóżku Harry’ego było już dobrze po północy, Ron i Hermiona musieli siedzieć całkiem długo.
— Próbuję spać — powiedział Harry.
Ron mruknął coś niezrozumiałego i zaczął zdejmować trampki. Nie patrzył na Harry’ego.
— Tak się zastanawiałem… Rozmawiałeś już z Malfoyem? Zapytałeś go, czy przyłączy się do GD?
Cholera jasna.
— Hermiona wszystko ci powiedziała, prawda? — Powinien był poprosić ją, żeby nikomu tego nie mówiła. Hermiona i Ron rozmawiali właśnie przez dwie godziny, rozmawiali o nim. Harry żałował, że nie wpadł na to, by założyć pelerynę-niewidkę i podsłuchiwać.
Ron wzruszył ramionami.
— Ta. Powiedziała — rzucił, uśmiechając się nieznacznie.
Harry obserwował twarz przyjaciela, starając się odgadnąć jego myśli.
— Jesteś… zły? — spytał.
— Czemu miałbym być zły? — Sposób, w jaki to powiedział, wyraźnie świadczył o tym, że jest.
— Nie wiem. — Harry naprawdę nie wiedział, czemu Ron miałby być zły z tego powodu, ale wydawało mu się, że właśnie będzie. Bał się też, że Ron… wszystko zniszczy. Mógłby chcieć drażnić Malfoya. Nabijać się z niego. Na samą myśl Harry’emu zrobiło się niedobrze. A co, jeśli to on usłyszałby, że Malfoy interesowałby się… powiedzmy Neville’em? Czy Harry nabijałby się z niego? Mógłby. Jeśli o coś by się na niego wkurzył, jeśli chciałby mu dopiec… Ale ja nie chcę mu dopiec.
Ron jednak mógłby chcieć. Raz omal nie zginął przez Malfoya. Wspomnienie przyjaciela dławiącego się śmiertelnie w gabinecie Slughorna uderzyło Harry’ego prosto w twarz. I nagle poczuł się wręcz chory. Malfoy, ty idioto.
— Ja tylko pomyślałem… — zaczął. — Wiem, że uznasz, że zwariowałem, bo twierdzę, że ktoś próbuje zamordować Malfoya, a ja za bardzo się staram, żeby do tego nie dopuścić. I domyślam się, że uważasz, że jeśli on naprawdę… cóż, w takim razie, trzymanie się od niego z daleka byłoby najmądrzejsze.
— Byłoby — zgodził się Ron, w końcu patrząc mu w oczy. — I nie myślę, że zwariowałeś. Wiem, że ty tylko… to twoja rzecz, prawda? Ratowanie ludzi. Ale Malfoy jest tak popieprzony, Harry. Zdaję sobie sprawę, że dużo przeszedł, wciąż to powtarzasz, ale sposób, w jaki się ostatnio zachowujesz, i to wszystko z jego powodu… Po prostu mi się to nie podoba. Uważam, że powinieneś pozwolić McGonagall go ochraniać. I wiesz co? Zapytam jutro Zabiniego, czy nie chciałby przyłączyć się do GD. I może jeszcze Harpera. Nie robi nic poza włóczeniem się po zamku. Mógłby równie dobrze się na coś przydać.
Harry wpatrywał się w Rona ze zdziwieniem.
— Niby w jaki dziwny sposób się ostatnio zachowuję? — spytał, nie bez złości.
Ron przyglądał mu się uważnie. Harry nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem przyjaciel sprawiał wrażenie tak poważnego.
— Tak jakbyś nie wiedział, co robisz albo czego chcesz.
Harry zamrugał. Powiedz mi, Harry Potterze, powiedz mi swoje ostatnie życzenie, słowa Voldemorta rozbrzmiały w jego głowie. Czego sobie życzę? Pamiętał, jak pytał się o to we śnie, desperacko próbując znaleźć odpowiedź.
Potrząsnął głową, żeby oczyścić umysł, nie wiedząc, skąd naszła go ta myśl.
— Wiem, czego chcę — powiedział. — Chcę powstrzymać osobę, która przeklęła Tommy’ego i podpaliła lochy. Chcę upewnić się, że nikomu już nic się nie stanie. I nie, nie wiem, jak to zrobić, ale to nie znaczy, że powinienem siedzieć bezczynnie.
— To nie o to mi cho… — Ron nagle wypuścił powietrze. — Po prostu myślę, że powinieneś zrozumieć najpierw, czego chcesz, a potem coś z tym zrobić. — Skrzywił się. — Żadnego działania bez przemyślenia…
— Cytujesz Hermionę?
— Nie! Cóż, może. — Ron wyglądał na zażenowanego. — Ale zgadzam się z nią.
— Ale przecież właśnie powiedziałem ci, czego chcę…
— Argh! — jęknął Ron i machnął ręką, kładąc się i przykrywając się kołdrą. — Dobra. Zapomnij o tym. Rób, jak uważasz.
— Ron, gadasz zupełnie bez sensu.
Ron zaśmiał się, chociaż brzmiało to bardziej na frustrację niż rozbawienie.
— Ta. To kompletnie bez sensu, prawda? — Uniósł się na łokciu i dodał, znowu zupełnie poważnie. — Malfoy to dupek. Nie zapomnij o tym. Po prostu nie chcę, żebyś przypomniał sobie o tym, kiedy będzie już za późno.
Harry próbował zrozumieć, co mówi jego przyjaciel, ale nie był w stanie. Kto wie, o czym rozmawiali z Hermioną? Może Ronowi się coś pomieszało.
— Wiem, że jest dupkiem — powiedział więc. — Ale jest dupkiem w niebezpieczeństwie. I nie mam zamiaru zapominać o żadnej z tych rzeczy.
Ron kiwnął głową, chociaż wcale nie wyglądał na zadowolonego.
— W porządku. Dobra. W porządku. — I znowu się położył. — Będę szczęśliwy, kiedy go uratujemy, skończymy zajęcia i wyniesiemy się stąd, uwierz mi. Może w ogóle nie powinniśmy wracać do Hogwartu.
— Może — odparł Harry, choć nie był już taki pewien, czy to prawda. Może, ale i tak było już za późno, żeby tego żałować. Teraz mieli rzeczy do zrobienia, rzeczy, które Harry musiał zrobić. I taki miał zamiar. Ron i Hermiona mogli narzekać i marudzić, ile im się podobało, a on może posłucha ich, jak zaczną gadać z sensem.

*

Świeże powietrze i słońce nowego dnia nadały sprawom innej perspektywy, stwierdził Harry, kiedy wracał do zamku po długim lataniu nad błoniami. Nawet zdobył się na wybaczenie Ronowi i Hermionie ich wczorajszego zachowania. Chociaż, jak sobie uświadomił, nie było w nim nic dziwnego. Natomiast jego własne zachowanie… Co on sobie wyobrażał? Nie był w stanie pojąć, jak mógł wyjść ze skrzydła szpitalnego myśląc, że Malfoy coś do niego czuje, coś innego niż nienawiść i irytację. Winił za to listy. Te listy, które przychodziły tak często, przysyłane zarówno przez młode, jak i starsze dziewczyny, pełne słów słodszych niż czekolada, którą zresztą także nierzadko dostawał. Z części listów się śmiał, inne sprawiały, że potrząsał głową z niedowierzaniem, przez niektóre się czerwienił i na koniec wszystkie lądowały w koszu razem ze — zwykle wypełnioną eliksirami miłosnymi — czekoladą.
Było ich bardzo dużo, przynajmniej na początku. Harry nie zawracał sobie nimi głowy, ale uwierzył przez nie, choćby i podświadomie, że jedno dziwne spojrzenie może świadczyć o zainteresowaniu jego osobą.
Cóż, nie świadczyło. I Harry doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Najwidoczniej musiał się tylko porządnie wyspać i przypomnieć sobie coś, co już wiedział. Żeby pomyśleć, że Malfoy, który zawsze go nienawidził, mógłby kiedykolwiek… Harry powinien śmiać się z samego siebie.
Malfoy miał okropny dzień, ciągle był osłabiony, zdezorientowany i na pewno kręciło mu się w głowie. Pewnie nawet nie wiedział, co wczoraj robił. Nie był świadomy, że to Harry’ego tak ściskał. I kto wie? Może tuż przed tym, jak Harry się tam pojawił, Malfoy marzył sobie o Harpiach z Holyhead i Harry przeszkodził mu w nieodpowiednim momencie.
To były bardziej prawdopodobne wyjaśnienia i powinien był pomyśleć o nich już wczoraj, zamiast w ogóle dyskutować o tym z Ronem i Hermioną. Jego biednymi przyjaciółmi. Czego oni musieli się nasłuchać przez jego okazyjnie ujawniające się szaleństwo.
— Harry!
Zmrużył oczy i zobaczył zbiegającą po schodach Ginny. Gdyby Malfoy miał się w kimś zakochać, wybrałby kogoś takiego jak Ginny. To ona go wczoraj znalazła. I uratowała. A poza tym była piękna i miła. I była dziewczyną.
Harry’ego coś ścisnęło w żołądku. Co w sumie nie powinno go dziwić, skoro poszedł latać tuż po obiedzie. Może to nie był jego najlepszy pomysł.
Chwilę później Ginny znalazła się tuż przy nim. Gdyby nie jej ogniste włosy, nigdy by jej nie poznał. Owinęła się peleryną i kolorowym szalikiem, a na głowie miała jedną z czapek Hermiony, taką samą jaką nosił Harry. Nie mógł nie podziwiać wyrobów przyjaciółki, jej umiejętność dziergania poprawiła się do tego stopnia, że wszyscy nosili jej czapki i szaliki. I to nie dlatego, że czuli się zobligowani, ale że były ładne i ciepłe. Hermiona zrobiła nawet sweter dla pani Weasley z imionami wszystkich jej dzieci, na co wzruszona Molly płakała przez trzy dni i z uporem nosiła go w środku lata.
— Proszę — powiedziała Ginny. — Mam coś dla ciebie. — Wyjęła z kieszeni galeona i podała go mu, uśmiechając się szeroko.
— Eee. — Harry wpatrywał się w monetę zdezorientowany. — Nawet jeszcze nie spytałem o nic Malfoya. Nie mogłem wygrać zakładu.
Ginny zaśmiała się głośno.
— Oczywiście, że nie wygrałeś. To jest fałszywy galeon. Dałam Hermionie listę z podpisami — jedenastoma podpisami — nie licząc nas, więc nie tylko wygrałam, ale wytarłam tobą podłogę. Prawie udało mi się przekonać Erniego i Justina, ale banda Ślizgonów przeklęła ich wczoraj, więc raczej nie byli zbyt dobrze nastawieni. Anthony Goldstein też odmówił, Parvati nie jest z niego zadowolona. Nie pytałam jeszcze Seamusa i Padmy, ale Padma obiecała Parvati, że się podpisze.
— To wspaniale — powiedział Harry.
Ginny puściła do niego oczko.
— To dlaczego wyglądasz, jakbym właśnie powiedziała ci, że kuguchar nasikał do twojej owsianki? — Jej oczy rozszerzyły się nagle. — Och, Merlinie! Nie mów mi, że zmieniłeś zdanie. Nie po tym, jak biadoliłam Deanowi i Michaelowi. Wiesz, jaki to wstyd biadolić swojemu byłemu?
— Wiem — rzucił Harry sucho, a Ginny parsknęła. — I nie zmieniłem zdania — zapewnił ją. Zapytam go, a on odmówi. Ginny mnie przeklnie. Mogło być gorzej.
— To dobrze. — Wepchnęła mu fałszywą monetę do kieszeni. — Jest w bibliotece. Pani Pomfrey musiała go już wypuścić. Idź dać mu galeona. Po prostu powiedz, że McGonagall cię wysłała i tyle. Nie powinien wtedy odmówić.
Harry zamrugał. To nie był taki zły pomysł.
Ginny przygryzła dolną wargę.
— Chociaż… Wiesz, spytałam Astorię, czy się do nas przyłączy, a ona odmówiła, ale potem Parvati powiedziała Dafne, że Astoria się zgodziła i kiedy do niej wróciłam i poinformowałam ją, że Dafne się zgodziła, więc mamy teraz obie w GD. Ale Astoria powiedziała mi też coś innego. Wspomniałam jej, że chcemy porozmawiać z Malfoyem i Zabinim, i nie wyglądała na szczęśliwą z tego powodu. Stwierdziła, że zapraszanie Malfoya może nie być dobrym pomysłem.
— Naprawdę? Dlaczego?
— Cóż, najwyraźniej miała ostatnio problem ze spaniem i budziła się wcześnie albo przesiadywała do późna w pokoju wspólnym. I widziała, jak Malfoy wychodzi w środku nocy i to więcej niż raz. Wychodził i nie wracał przez całe godziny. Według niej robi tak, odkąd zaczęła się szkoła, a nawet częściej od czasu, kiedy przeklęto Tommy’ego Wrighta.
— Ale nikt go nie widział — zaprotestował Harry, chociaż był w szoku słysząc, jak ktoś inny sugeruje, że Malfoy może coś kombinować. Wymykanie się w środku nocy… żeby robić co? Iść gdzie?
— Cóż, powiedziała, że zawsze myślała, że to Malfoy jest puchońskim wampirem. Eee, to znaczy, tą zakapturzoną postacią przemykającą po korytarzach. Ona nie myśli tak naprawdę, że jest wampirem.
Ale puchoński wampir był widywany często w pobliżu kuchni. Więc o co chodziło?
Czy Malfoy wymykał się nocą po przekąski?
— Może ma dziewczynę w Hufflepuffie — zaśmiała się nagle Ginny, z rozbawieniem stukając Harry’ego w klatkę piersiową. — Wyobrażasz to sobie? Draco Malfoy z Puchonką? Byłby taki zawstydzony. To mogłoby wszystko tłumaczyć. Może Tommy Wright i kilku biednych Ślizgonów z pierwszego roku zobaczyło ich razem i Malfoy chciał pozbyć się świadków.
— To nie ma najmniejszego sensu. Nie zrobiłby…
Ginny przestała się śmiać.
— Harry, żartowałam.
— Och. Oczywiście. Wiem.
Dziewczyna potrząsnęła głową, przyglądając mu się.
— Naprawdę. Kiedy straciłeś poczucie humoru?
Mniej więcej wtedy, kiedy kompletnie zwariowałem.
— Wizja Malfoya z puchońską dziewczyną jest bardzo śmieszna — powiedział. Chociaż nie tak śmieszna, jak myślenie, że Malfoy chciał jego.
— Ta, jestem pewna, że w duchu umierasz ze śmiechu — westchnęła Ginny. — Muszę iść. Niektórzy z nas muszą chodzić na zajęcia — rzuciła z niechęcią. Odwróciła się i ruszyła w stronę zamku, ale dodała jeszcze na odchodnym: — Nie zapominaj, że wisisz mi galeona.
Harry też powinien iść teraz na lekcje, ale ich profesor od transmutacji nadal był chory. Co oznaczało, że nie miał w tym momencie nic lepszego do roboty. I wiedział, gdzie jest Malfoy. I trzymał w ręku galeona. Nie było żadnego powodu, dla którego nie miałby pójść do biblioteki i spytać Malfoya, czy przyłączy się do Gwardii Dumbledore’a. Mógł powiedzieć, że to polecenie McGonagall, jak zasugerowała Ginny.
Musiał tylko pamiętać, żeby nie spytać go, czemu włóczy się po nocach. To skończyłoby się kolejną kłótnią.
Po tym, jak skutecznie przekonał siebie, że powinien iść, i to teraz, wrócił do gryfońskiej wieży, żeby odłożyć miotłę, potem poszedł do łazienki, porozmawiał z Neville’em i Hanną na korytarzu, potem z Seamusem, później z Bezgłowym Nickiem i dopiero wtedy znalazł się przed wejściem do biblioteki.
Pewnie już go tam nie ma. Cóż, jeśli to prawda, Harry musiałby porozmawiać z nim innego dnia.
Biblioteka była cicha i prawie pusta, ale Malfoy siedział w kącie pomieszczenia, skrupulatnie skrobiąc piórem po pergaminie. Pewnie nadrabiał zajęcia, które opuścił poprzedniego dnia.
Przynajmniej tutaj nie może na mnie nawrzeszczeć. Albo spróbować mnie pocałować, dodał w myślach cierpko, mając ochotę pośmiać się z samego siebie.
Podszedł do stołu Malfoya, zdeterminowany, żeby załatwić to tak szybko, jak się tylko da. Dotknął galeona w swojej kieszeni.
Malfoy pisał teraz wolniej, ale nie podniósł głowy.
— Mogę z tobą porozmawiać? — spytał Harry i od razu miał ochotę walnąć głową w ścianę. Czemu sformułował to jako pytanie? Malfoy po prostu odmówi i Harry będzie musiał zaczynać od początku, z Malfoyem już zirytowanym, że jego odmowa została zignorowana. Powinien był powiedzieć: „Mam wiadomość od McGonagall” czy coś w tym stylu.
Pióro Malfoya dalej sunęło się po pergaminie. Nawet nie zaszczycił Harry’ego odpowiedzią. Harry niemal odwrócił się i odszedł. Ktoś inny mógł dać Malfoywoi galoena. To nie musiał być on.
Po prostu sobie pójdę, pomyślał, siadając na krześle obok Malfoya.
Palce Ślizgona zacisnęły się na piórze tak mocno, że Harry spodziewał się, że je złamią.
Już jest na mnie zły. Malfoy jednak w żaden sposób nie dał po sobie poznać, że go zauważa.
Harry westchnął w duchu, wyjął galeona i położył go na stole, a potem palcem wskazującym popchnął go lekko w stronę Malfoya.
Malfoy przestał pisać.
Właśnie dałem mu złoto. Musi to skomentować. Nie będzie mógł się oprzeć.
Malfoy zacisnął usta i go nie rozczarował.
— Cokolwiek chcesz, Potter, będzie cię to kosztowało znacznie więcej.
Harry wypuścił wstrzymywane powietrze.
— I tak jest fałszywy.
Malfoy spojrzał na niego z ukosa.
— Mała rada. Jeśli dajesz komuś fałszywe złoto, nie mów im wcześniej, że jest fałszywe.
— Postaram się to zapamiętać. — Harry kiwnął głową. — Ale chciałbym, żebyś zatrzymał tego galeona. Jest na niego nałożone zaklęcie Proteusza. Używamy tego w Gwardii Dumbledore’a, żeby się ze sobą porozumiewać. Jak sam dobrze wiesz, chciał dodać, ale uznał, że lepiej tego nie robić. Malfoy wykorzystał zaczarowane galeony na szóstym roku, żeby kontaktować się z Madam Rosmertą, którą trzymał pod Imperiusem.
— Rozumiem. — Malfoy przekrzywił głowę. — Aspirujesz do tytułu nowego Czarnego Pana, co? Wzywasz swoich małych sługasów, a oni przychodzą, czołgając się przed tobą.
— Raczej nie przesadzamy z czołganiem. To tylko zaklęcie, Malfoy. I to całkiem przydatne. Voldemort na to nie wpadł.
Malfoy skrzywił się niemal niedostrzegalnie.
— No proszę, jestem teraz pod wielkim wrażeniem. Sam je zaczarowałeś?
— Hermiona to zrobiła.
— Ach, oczywiście. Niemniej jednak cieszę się, że o tym porozmawialiśmy. A teraz, jeśli skończyłeś już te przechwałki… — Malfoy wrócił do swojego eseju, jasno dając do zrozumienia, że rozmowa jest skończona.
— Nie chcesz tego, tak? Nie chcesz się przyłączyć, pomóc nam w patrolowaniu?
Patrolowaniu? Zdaję sobie sprawę, że lubicie nazywać się gwardią, ale nie jesteście gwardią, rozumiesz to, prawda? Jesteście bandą dupków, którzy nie mają nic lepszego do roboty oprócz udawania, że są ważni.
W takim razie pasowałbyś do nas idealnie, pomyślał Harry, ale na głos powiedział:
— Och, no nie wiem. Gwardie toczą bitwy. Chyba przypominam sobie, że w jednej walczyliśmy.
— Czas przeszły — zadrwił Ślizgon. — Wojna jest skończona. Czas ruszyć naprzód. A wy tylko się teraz bawicie.
— I to byś powiedział Tommy’emu Wrightowi? Albo Ślizgonom z pierwszego roku? Albo samemu sobie? Jeśli jest już po wszystkim, jak to się stało, że o mało nie umarłeś wczoraj na boisku?
Malfoy spiorunował go wzrokiem.
— Jeśli masz gwardię, gdzie ona była, gdy o mało nie umarłem wczoraj na boisku?
Harry odebrał te słowa jak cios nożem w brzuch. Powinieneś zostać w swoim dormitorium, chciał powiedzieć, wtedy nic by ci się nie stało. Ale czy to w ogóle była prawda? Zachariasz Smith zrobił wszystko, żeby wydostać się ze skrzydła szpitalnego, znaleźć Malfoya i trafić go klątwą w powietrzu. Skąd Harry miał wiedzieć, czy nie udałoby mu się to, nawet jeśli Malfoy siedziałby w swoim pokoju? Dormitoria też nie były bezpieczne. I jeśli Smithowi ktoś pomógł albo jeżeli nawet był tylko czyjąś marionetką, to i tak nie miałoby znaczenia.
Kiedy czegoś chcesz, musisz dać coś w zamian, upomniał się.
— Masz rację — zgodził się. — Dlatego właśnie daję ci galeona. Nie mamy nikogo w Slytherinie. A przynajmniej nikogo, kogo by to obchodziło. Prefekci są do niczego. A część z was bardziej interesuje się sabotowaniem naszych działań niż pomaganiem.
— Racja. Bo większość z was nie interesuje się wcale odejmowaniem nam punktów. Och. Nie, wasze zamiary są o wiele bardziej szlachetne.
— Jedni odejmują punkty, inni nie — zgodził się Harry. — Ale ja chcę wiedzieć, czy wybuchnie nowy pożar w lochach? Czy macie zaklęcia wykrywające dym w każdym dormitorium? Nałożyliście alarmy na drzwiach, żeby wiedzieć czy ktoś wyszedł lub wszedł? Czy ktoś przejął inicjatywę i spróbował upewnić się, czy wszyscy uczniowie są policzeni?
Malfoy popatrzył na niego dziwnie.
— Nie sądzisz, że traktujesz to wszystko trochę za poważnie? Smith jest zamknięty, pożar był zapewne wypadkiem…
— Czy ty widziałeś swoją miotłę, Malfoy? Bo ja tak. To było czyste cięcie, dokładnie na środku. I zgodnie z różdżką Smitha, dokonał tego za pomocą zwykłego zaklęcia tnącego. Myślisz, że Smith jest w stanie zrobić coś takiego? Przeciąć tak dokładnie Nimbusa? Wielu utalentowanych czarodziejów uznałoby to za wyzwanie. I nie bronię Smitha, mówię tylko, że nie zrobił tego sam. Mrużka została oddelegowana, żeby cię chronić w skrzydle szpitalnym. Myślisz, że McGongall zrobiłaby coś takiego, gdyby uważała, że nie jest to konieczne?
— Mój ojciec musiał zagrozić jej…
— Twój ojciec dobrze wie, że lepiej nie grozić dyrektorce Hogwartu. Udowodnił to, kiedy oddał swojego szwagra w ręce ministerstwa.
Oczy Malfoya rozszerzyły się. Ale Harry nie mógł stwierdzić, czy dlatego, że o niczym nie miał pojęcia, czy był zdziwiony, że Harry wie.
— Malfoy, zagrożenie jest prawdziwe. A ty już dwa razy prawie umarłeś. To nie jest żadna zabawa.
Przez chwilę Malfoy wyglądał, jakby się wahał, nawet spojrzał na monetę, jak gdyby go kusiła, ale ta chwila szybko minęła i tylko prychnął.
— Cóż, w takim razie… wygląda na to, że mam swojego osobistego ochroniarza, Mrużkę, skrzata domowego. Może powinieneś porozmawiać o tym z kimś, kogo to obchodzi.
Harry chciał w tym momencie złapać Malfoya i mocno nim potrząsnąć. Ciebie to obchodzi. Lavender powiedziała mu, że Malfoy pierwszy zareagował na jej wołanie o pomoc w noc pożaru w lochach. Przybiegł do niej i pomógł. Dobra, skoro Malfoy tak często włóczył się po nocach, był pewnie jedyną osobą, która jeszcze nie spała i stąd jego szybka reakcja. Ale nie zmieniało to faktu, że zareagował, przyszedł, pomógł. A ogień musiał go przerazić.
Harry pamiętał, jak Ginny i Parvati przekonały siostry Greengrass. I Zabiniego. Przygryzł wargę.
— Oni wszyscy się zgodzili. — Zanotował w myślach, żeby znaleźć Zabiniego tak szybko jak to możliwe.
Malfoy napisał coś na pergaminie.
— No to wygląda na to, że masz już wszystko, czego potrzebujesz.
Musisz się zgodzić, rozkazy McGonagall, pomyślał Harry z żalem. Czemu nie trzymał się tego planu? Teraz już było oczywiście za późno. Nie miał zamiaru mówić Malfoyowi, że jego życie może być w niebezpieczeństwie, ale skończyło się na tym, że i tak to wypaplał. Czemu nie mogę panować nad językiem w obecności Malfoya?
Ślizgon znowu go ignorował, chociaż Harry zauważył, że jego wyraźne pismo nie jest już takie czytelne. A ostatnie zdanie, które napisał, nie miało żadnego sensu. Chociaż, mówiąc szczerze, w eseju z eliksirów brak sensu był niemal wymagany.
Czy nadszedł już czas na użycie rozpaczliwych środków? Ostatniej nocy Harry myślał, że powinien być bardziej przyjacielski. Dzisiaj nie miał już pewności, czy sprawiało to jakąkolwiek różnicę i naprawdę nie wiedział, jak tego dokonać. Czy nie zachował się dostatecznie przyjacielsko? To wymagało więcej niż powstrzymanie się od rzucania zaklęciami i uderzeniem kogoś. Kiedy chodziło o Malfoya, może by to wystarczyło, ale może jednak nie.
Może…
Harry złapał za oparcie krzesła Malfoya, pochylił się nad nim i szepnął mu do ucha:
— Proszę, zrobisz to?
Malfoy obrócił się tak gwałtownie, że jego włosy uderzyły Harry’ego w nos. Harry zmusił się, żeby pozostać nieruchomo i nie odsunąć się, mimo że twarz Ślizgona była tak blisko, że czuł jego oddech na swoich wargach.
To stało się tak szybko, że Harry niczego by nie zauważył, gdyby nie fakt, że przyglądał się Malfoyowi tak uważnie: oczy Ślizgona spojrzały w jego własne, a ułamek sekundy później wzrok Malfoya ześlizgnął się niżej, prosto na usta Harry’ego.
Czując się zupełnie absurdalnie, Harry pożałował nagle, że jego wargi były tak wyschnięte i spierzchnięte od zimna i wiatru, na jaki był narażony, kiedy latał.
Odepchnął od siebie tę myśl razem z dziwnym uczuciem, które zaczęło go męczyć, gdy pozwolił sobie zdecydować, że jego wczorajsze wnioski nie były tak szalone, jak myślał. Możliwość, że Malfoy rzeczywiście pałał do niego uczuciami tego typu, nie powinna sprawić, że czuł się szczęśliwy. Chociaż oznaczało to jednocześnie, że może uda mu się przekonać Ślizgona, żeby przyłączył się do GD, a radość z tego powodu była już jak najbardziej uzasadniona.
Malfoy także się nie odsuwał. Jego szare oczy — taki jasny odcień szarości, zauważył Harry, czy one w ogóle mogły wyglądać ciepło? — były w nim utkwione. Harry niemal zapytał, czy zieleń jego własnych oczu go razi, skoro najwidoczniej cholernie nienawidził zielonego. Opanował się, ale zaraz znowu omal nie powiedział proszę po raz kolejny, by przekonać się, czy może zszokować Malfoya jeszcze bardziej.
Cisza zaczynała się przeciągać i Harry nie mógł się już dłużej powstrzymywać.
— Proszę? — powtórzył. Malfoy rozchylił usta, a jego oczy pociemniały. To najbardziej fascynująca rzecz, jaką w życiu widziałem.
No cóż, może nie do końca, ale powtarzanie „proszę” było zbyt kuszące.
Malfoy zaniemówił, a Harry nie wiedział, co zrobić. Musi powiedzieć coś innego niż „proszę”, bo będą tak stali, patrząc się na siebie w nieskończoność. Ale co ma powiedzieć? Malfoy odwarknie coś i wcześniej czy później się wkurzy. Nie zmieni zdania tylko dlatego, że Harry go o to poprosił.
— Byłeś już wcześniej prefektem, teraz też możesz nim być — powiedział Harry. Spojrzenie Malfoya znowu ześlizgnęło się na jego usta i Harry z trudem zmusił się, żeby je otworzyć. — Wszystko, co musisz zrobić, to policzyć kilku uczniów, rzucić parę zaklęć i pospacerować. I będziesz miał przywileje prefektów. Autorytet, późniejszą godzinę ciszy nocnej, szacunek nauczycieli, dostęp do łazienki… tej cudownej łazienki prefektów.
Technicznie rzecz biorąc nie mogli używać łazienki prefektów, ale lista wątpliwych przywilejów wyglądała lepiej po dodaniu tej pozycji. Jeśli Malfoy przyjmie galeona, to z pewnością nie rzuci nim z powrotem w Harry’ego, gdy dowie się, że łazienki jednak brakuje w pakiecie.
— Brzmi nudno — Malfoy w końcu odzyskał głos, ale musiał go chyba znaleźć na dnie studni, tak bardzo był niski. — Dwie godziny z kim, z Zabinim? Biegając po zamku i łapiąc uczniów? Myślę, że wczoraj się lepiej bawiłem.
— Tak naprawdę… — Mózg Harry’ego pracował na najwyższych obrotach. Może… — Będziesz patrolował ze mną. Co będzie dużo gorsze pod wieloma względami, ale z pewnością nie nudne. — Czy ja się właśnie uśmiechnąłem? Czy ja z nim flirtuję? Nie, nie, po prostu był przyjacielski. Zachęcał. Czy to w ogóle miało jakieś znaczenie? Grunt, że wydawało się działać. Ale wtedy Malfoy zmrużył oczy.
— Rozumiem. Masz zamiar trzymać mnie na oku?
Harry zastanowił się błyskawicznie.
— Nowi członkowie są parowani ze starszymi. Przynajmniej na początku. — To brzmiało wiarygodnie. Harry miał nadzieję, że reszta GD się z nim zgodzi. — I chcesz wierzyć czy nie, nie było zbyt wielu chętnych na zostanie twoim partnerem. Ale znasz mnie. Zawsze jestem gotowy do poświęceń.
— Oczywiście. — To zabrzmiało niemal smutno. Czy nie powinien tego mówić? To miał być żart.
— Możemy zacząć od dzisiaj. Wpadnę po ciebie o dziewiątej. Po prostu zachowuj się, jakby już się zgodził. Możesz porozmawiać z prefektami naczelnymi, którzy wyjaśnią ci, czego dokładnie się od ciebie oczekuje.
Malfoy wahał się, było to doskonale widoczne na jego twarzy. A potem w jego spojrzeniu błysnęło wyrachowanie.
— Och, no nie wiem, Potter. Myślę, że musisz mnie jeszcze trochę pobłagać.
Harry nie zastanawiał się nawet sekundę.
— Proszę.
Malfoy spojrzał na niego dziwnie i odsunął się nagle. Mruknął: „Dobra”, a jego ręka powędrowała w stronę galeona.
Harry szybkim ruchem złapał monetę.
— Jest jeszcze tylko jedna mała sprawa.
Malfoy potrząsnął głową ze śmiechem. Wyglądał niemal, jakby mu ulżyło, mimo że jego śmiech brzmiał nieco gorzko.
— Oczywiście, że jest.
Harry zdawał sobie sprawę, że pewnie zaraz wszystko zniszczy, ale miał pomysł i to było ważne.
— Obowiązuje nas proces inicjacji. Bardzo sumiennie go przestrzegamy.
Malfoy znowu się zaśmiał.
— Och, Potter. Przez chwilę naprawdę myślałem, że mówisz poważnie. Dobre. Prawie mnie na…
— Mówiłem poważnie — przerwał mu Harrry. — Musisz coś powiedzieć i galeon jest twój.
Uśmiech Malfoya zastygł na twarzy, a oczy stały się zimniejsze niż kiedykolwiek.
— Potter, przysięgam, jeśli każesz mi powiedzieć „dziękuję”, to cię przeklnę.
— Nie, podziękowania nie są konieczne. Musisz tylko powiedzieć: — Harry zastanowił się przez ułamek sekundy — „Voldemort ma śmierdzące gacie”.
Brwi Malfoya uniosły się bardzo wysoko. Harry’emu wydawało się, że usta Ślizgona drgnęły. I nawet zapomniał skrzywić się, słysząc to imię, tak bardzo był zaskoczony. Wyglądało na to, że nawet nie wie, co odpowiedzieć.
— Jasne — rzucił w końcu. — Więc co? Rzuciłeś zaklęcie nagrywające i masz zamiar chodzić po całej szkole i to odtwarzać?
Harry udał, że wie, czym jest zaklęcie nagrywające.
— Nie — odparł, ale zdawał sobie sprawę, że Malfoya to nie przekona. Jeśli czegoś chcesz, musisz dać coś w zamian, przypomniał sobie. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął różdżkę. Malfoy przyglądał się uważnie każdemu jego ruchowi. Czując, jak coś ściska mu żołądek, podał różdżkę Malfoyowi. — Jeśli poczujesz się przez to lepiej, możesz ją trzymać, kiedy wymówisz te słowa. Będziesz miał pewność, że nie rzuciłem żadnych zaklęć.
Malfoy wyglądał na zafascynowanego. Natychmiast sięgnął po różdżkę i zacisnął na niej palce, przesuwając dłoń do miejsca, w którym trzymał ją Harry. Jego skóra jest taka zimna, pomyślał Harry i zadrżał na ten dotyk. Z ciężkim sercem rozluźnił uchwyt. Malfoy mógł go teraz przekląć. Albo mógł złamać jego różdżkę. Albo uciec i wyrzucić ją przez okno.
Ale Malfoy tylko wpatrywał się w nią i gładził ją kciukiem. Harry czuł się przez to dziwnie nieswojo. Nie oddawało się tak po prostu swojej różdżki drugiemu czarodziejowi. Co on sobie myślał? Malfoy musi teraz triumfować i planować…
— Voldemort ma śmierdzące gacie.
Nagła fala radości sprawiła, że Harry miał wielką ochotę ucałować Malfoya. Ale ten moment na szczęście szybko minął i Harry zadowolił się uśmiechem.
— Niech zgniją razem z nim — odparł uroczyście i wręczył Malfoyowi galeona.
Malfoy prychnął. Przyjął monetę i zwrócił Harry’emu różdżkę. Harry odebrał ją ostrożnie, nie chcąc znowu dotknąć skóry Malfoya, bo wywołało to jakieś dziwnie nieswoje uczucie.
— Tak na marginesie — powiedział Malfoy z uśmiechem, który wyglądał tak szczerze, że Harry musiał uśmiechnąć się w odpowiedzi — nigdy nie wybaczę ci tego, że zmusiłeś mnie do myślenia o gaciach… Voldemorta.
Przestań szczerzyć się jak idiota, upomniał się Harry i od razu złamał to postanowienie. Schował różdżkę do kieszeni szaty i podniósł się.
— Nie ma nic straszniejszego niż prawda — powiedział mądrym tonem i dodał:— Do zobaczenia o dziewiątej.
Ślizgon wzruszył ramionami, co Harry przyjął jako zgodę. Pośpiesznie wyszedł z biblioteki, bojąc się, że jeśli zostanie zbyt długo, Malfoy mógłby zmienić zdanie.
Kiedy otworzył drzwi, obejrzał się za siebie, żeby zobaczyć Malfoya wpatrującego się w galeona, tak jakby nigdy nie widział czegoś takiego.
Wiele godzin później Harry dalej nie mógł przestać się uśmiechać.


Koniec rozdziały piątego
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Elizabeth_Bathory » 29 kwi 2012, o 23:42

Iiiiiiiiiiiiiiiiii!!!!! (konstruktywny komentarz pojawi się w okolicach porannych jak ochłonę i się prześpię)

[EDIT] Co by mnie macki ( :mackigreen: ) (co prawda w dobrym humorze, ale zawsze :D) nie dosięgły za jedną linijkę pod tak wspaniałym tekstem wreszcie zdobyłam się na coś co można ogólnie nazwać komentarzem. Więc tak.
Ja już bym chciała w tym momencie slash. I to najlepiej bardzo konkretny. Ale pomijając moje pragnienia, to rozdział jak zwykle cuuuudny. Póki co jeszcze się bronię przed zajrzeniem do oryginału, ale długo to nie potrwa. Fabuła jest absolutnie cudowna. I podejrzewam, że duży wpływ na moje odczucia mają tłumaczki, bo tekst jest tłumaczony na naprawdę wysokim poziomie.

Droga Aev. Co prawda życzenia Ci już składałam, ale zrobię to jeszcze raz tu: Więcej Macek, Więcej Eamesa i Arthura. Tyle Cobba ile sobie wymarzysz. Drarry dożywotnio, wena na rządanie, Fontanny białej czekolady, blondynów dobijających się do Twych drzwi, pogody ducha i wszystkiego naj:*

Pozdrawiam

El :)
Ostatnio edytowano 30 kwi 2012, o 16:40 przez Elizabeth_Bathory, łącznie edytowano 2 razy
Well I was there on the day
They sold the cause for the queen,
And when the lights all went out
We watched our lives on the screen.
I hate the ending myself,
But it started with an alright scene.
Elizabeth_Bathory Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 841
Dołączył(a): 26 lip 2011, o 13:32
Lokalizacja: Toruń

Postprzez Andieee » 30 kwi 2012, o 16:23

Nie potrafię ani trochę komentować, ale stwierdziłam, że może jednak warto zostawić po sobie jakiś ślad pod tak cudownym rozdziałem!
Harry jest tutaj wspaniały i to jego "proszę" :seksi: Ja tam się wcale nie dziwię Draco, że nie potrafił mu odmówić , sama z miejsca bym się na wszystko zgodziła;) Voldemort ma śmierdzące gacie :D A ciekawe skąd Harry ma takie informacje :whistle:
Cała relacja między nimi zaczyna się powoli rozwijać co mnie bardzo cieszy :) Wspólne patrolowanie korytarzy zapowiada się naprawdę interesująco ;)
Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału i z trudem powstrzymuję się od przeczytania orginału, bo dobrze wiem, że tłumaczenie będzie o niebo lepsze z moimi zdolnościami językowymi ;)
Andieee Offline


 
Posty: 5
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 19:13

Postprzez Blackie » 1 maja 2012, o 22:08

Fascynujące jest to, że ten tekst rozwija się bardzo powoli, ale przez to napięcie narasta w bardzo dobry sposób. Zawsze wydawało mi się, że takie właśnie niepewne gry między Draco a Harrym są znacznie bardziej prawdopodobne i kanoniczne, niż gwałtowny wybuch namiętności. Jedyne, czego się obawiam, to faktu, że prędzej czy później Draco poczuje się oszukany i wykorzystany, a wtedy Harry'emu będzie trudno to odkręcić. Ta nuta niepewności sprawia, że Na zawołanie wciąga mnie jeszcze bardziej, nastrój jest tutaj jak w dreszczowcu, przynajmniej ja mam takie wrażenie, w trakcie czytania mam na plecach ciarki.
A tłumaczenie, oczywiście, jest fantastyczne, cudowne i zachwyca.
Blackie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 23
Dołączył(a): 27 lis 2011, o 13:48

Postprzez Macy » 4 maja 2012, o 17:34

No żesz w mordę...! O_O
Najchętniej na tym skończyłabym mój komentarz, ale w obawie przed karą rozwinę go trochę o jakieś bezsensowne paplanie, ponieważ nie jestem teraz w stanie myśleć konstruktywnie.
UWIELBIAM teksty z wątkiem kryminalno-sensacyjnym, choć kiedy zorientowałam się, że rzecz dzieje się w szkole, jęknęłam sobie żałośnie w duszy. Nie wiem czemu, ale jakoś tak... - no nie szaleję za nimi, o. Lubię, czytam z przyjemnością, ale - jak to mówi dzisiejsza młodzież (xD) - d*py nie urywa, staniki nie latają. Z czystym sumieniem jednak muszę przyznać, że z każdym kolejnym zdaniem wkręcałam się coraz bardziej, a Hogwarcka sceneria wydawała mi się bardziej i bardziej naturalna.
Nie będę rozpisywać się nad talentami i zdolnościami tłumaczek, ponieważ każdy wie - mam szczerą nadzieję, że tak jest - iż Panie są naprawdę zdolne i każdy ich tekst to małe (bądź też duże, w zależności od ilości rozdziałów) dzieło. To dzięki Waszemu niepowtarzalnie lekkiemu stylowi, opowiadania czyta się niesamowicie lekko i przyjemnie, nie zdając sobie sprawy z tego, jak dużo czasu minęło. Często, kiedy widzę, że zaczynacie tłumaczyć coś dłuższego, czekam aż opublikujecie jeśli nie całość, to przynajmniej większość, żeby rozsiąść się wygodnie w fotelu z czymś smacznym do picia i pochrupania i zaczytać się bez opamiętania. Ahhhh, to jest to! Swoją drogą strasznie żałuję, że tych opowiadań nie możne zdobyć w formie książki *_* Wyobrażacie to sobie? - usiąść z czymś tak wciągającym na przystanku czy w parku i po prostu czytać? Wspaniała wizja.
Wracając jednak do meritum. Pomysł niesamowicie ciekawy, za co należą się pochwały autorce. Cóż to za umysł wymyślił co tak złożonego, a jednocześnie nieskomplikowanego w swej prostocie? Mam tyle pomysłów w głowie na to, kto stoi za tymi dziwnymi wydarzeniami, że sama zaczynam się sobie aż dziwić, bo niektóre są - nawet jak na mnie i Potterowski fandom - nieprawdopodobne. Wspaniałe jest to, o czym wspomniała Blackie - akcja idzie wartko, ale nie na tyle szybko, żeby wszystko rozwiązało się za szybko. Tak bym powiedziała, że w sam raz - czytelnik jest zaintrygowany i nie może doczekać się kolejnych wydarzeń i poszlak, bo wszystko idzie na tyle wolno, żeby podtrzymywać zainteresowanie, ale jednocześnie nikt nie jest zanudzony na śmierć jakimiś bzdurnymi dywagacjami.
No i drarry! Coś, co tygryski lubią najbardziej - wszystko zaczyna się od wzajemnej nienawiści i chęci uszkodzenia drugiej strony w każdym możliwym aspekcie, a potem powoooli pojawia się przerażające i zbijające z tropu zrozumienie. Uwielbiam to, kiedy chłopcy ze sobą walczą, kiedy nie są pewni, czy "on coś tego" i czy w ogóle "oni sami coś tego". To takie zmieszanie, ta niepewność, poszukiwanie odpowiedzi przez szukanie kontaktu - zwłaszcza fizycznego! *kwik* - czasami podnieca nawet mnie!
Sytuacyjne poczucie humoru plus zachowania o delikatnym zabarwieniu erotycznym i jako bonus zagadka do rozwiązania (choć może powinnam napisać to w odwrotnej kolejności? ._o) sprawiają, że ręce mi się trzęsą, jak mam czekać na kolejny rozdział, dlatego kobitki, błagam ja Was! - poproszę bardzo szybko kolejną część!
Pozdrawiam Was barrrdzo serdecznie i życzę Weny i czasu na tłumaczenie,
Wasza wierna fanka,
M.

P.S.
Co miałam jeszcze napisać, a o czym zapomniałam to to, że strasznie zaintrygował mnie pomysł z łączeniem snów Pottera z nadchodzącymi wydarzeniami. Lubię, kiedy w snach pojawia się wiele symboli i do końca nie wiadomo, o co chodzi, a potem bach! - i wszystko wiadomo na tyle, na ile pozwala trzymanie czytelnika w niepewności. Ciekawa jestem, co z tego wyjdzie, bo chyba nie jest to taki o, sobie element?
Vita brevis, ars longa, occasio praeceps, experimentum periculosum, iudicium difficile.
Macy Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 9
Dołączył(a): 4 paź 2011, o 16:14
Lokalizacja: Szczecin/Koszalin

Postprzez Kaczalka » 8 maja 2012, o 08:00

Znowu dwa dni przed czasem, ale tym razem bez żadnego powodu ;)


ROZDZIAŁ VI

WŁÓCZĘGA



— Nie ma Augusta Derricka.
— Tam siedzi — powiedziała Hermiona, wskazując w stronę kominka, gdzie wspomniany szóstoklasista zajmował właśnie ulubiony fotel Harry’ego.
— Och. — Harry odchrząknął. Powinien go zauważyć. — W takim razie nikogo nie brakuje.
— Świetnie. — Hermiona uśmiechnęła się z przymusem. — Powodzenia.
— Pewnie będę go potrzebował. — Bardzo prawdopodobne. Malfoy może się w ogóle nie pokazać. Albo będzie bardziej przeszkadzał niż pomagał.
— Przeklnij go w razie potrzeby — doradził Ron z nutką nadziei w głosie.
Harry mruknął coś niezobowiązująco. Łudził się, że do niczego złego nie dojdzie.
Pożegnawszy się z przyjaciółmi, celowo ignorując ich dziwnie intensywne spojrzenia, wyszedł z pokoju wspólnego i skierował się do lochów. Wiedział, że Ron i Hermiona nie są z niego zadowoleni. Zakwestionowali jego sugestię o mieszaniu starych gwardzistów z nowymi. A dokładniej, o łączeniu w pary Ślizgonów i członków innych domów. Albo jeszcze dokładniej, jego z Malfoyem.
— Lepiej, żeby na patrole chodziły razem osoby z tego samego domu — upierał się Ron, ale Harry uświadomił mu, że na dłuższą metę tak się nie da. On sam wcześniej tworzył parę z Luną, bo Parvati wolała towarzyszyć swojemu chłopakowi z Ravenclawu. Neville z kolei chciał patrolować z własną dziewczyną, Puchonką, przez co musiał sporo namieszać w szeregach, aby wszystkich zadowolić.
Słysząc te argumenty, Ron wściekł się jeszcze bardziej.
— Tak, jasne, przynajmniej ich powody są zrozumiałe — powiedział, a pod nosem mruknął coś jeszcze, jakoby Harry przytaczał tendencyjne przykłady.
— Ale ja chcę po prostu mieć oko...
— Oczywiście! — krzyknął Ron, unosząc ręce do góry. — Rób, jak uważasz, Harry. W takim razie Luna będzie musiała patrolować z Zabinim. — Poweselał na samą tę myśl. — Bardzo chciałbym zobaczyć ich spotkanie.
Wbrew woli Harry pomyślał tak samo. O dołączenie do Gwardii poprosił Zabiniego krótko po rozmowie z Malfoyem. Blaise jedynie wzruszył ramionami, rzucił „Dobra” i wsunął galeona do kieszeni. Trudno było nie zastanawiać się, jak Ślizgon zareaguje na Lunę i jej skłonność do dziwactw. Luna nigdy nie zawodziła w kwestii prowokacyjnego zachowania.
Mimo to mogło im pójść lepiej niż jemu i Malfoyowi. Cokolwiek się stało, Harry miał nadzieję, że nie dojdzie do rękoczynów. Zawsze był przekonany, że Malfoy nie pałał do niego uczuciem innym niż absolutna nienawiść, ale po wydarzeniach w skrzydle szpitalnym i bibliotece musiał zmienić zdanie. Tak czy inaczej bardzo prawdopodobne, że dzisiejszy wieczór spędzą na niekończącej się kłótni.
Nie masz wyboru, przypomniał sam sobie, stając przed wejściem do pokoju wspólnego Ślizgonów. Musisz utrzymać go przy życiu i wyciągnąć z niego, co wie.
Draco Malfoy pojawił się dokładnie o dwudziestej pierwszej. Już rozgniewany.
— Dafne i Astoria patrolują razem — rzucił bez wstępu. — Czy to nie ciekawe? Powiedziano mi, że nowi członkowie tworzą pary z...
— Ale one nalegały — odparł Harry szybko.
— Ach, rozumiem. — Malfoy ściągnął usta. Często tak robi, pomyślał Harry. — Czyli ja też mogę zażądać do pary kogoś innego?
Harry wzruszył ramionami.
— A masz taki zamiar? Jasne, skoro chcesz.
— Dobrze wiedzieć — odparł Malfoy, ale nie powiedział nic więcej.
— Sprawdzimy czwarte piętro — zaproponował Harry, na co Draco przytaknął. — Brakuje któregoś ze Ślizgonów?
— Tylko Harpera.
Harry zatrzymał się i spojrzał na Malfoya ze złością.
— Słuchaj, jeśli nie masz nawet...
— Nie kłamię. Brakuje tylko Harpera! — Jeśli Malfoy udawał oburzenie, to wychodziło mu to idealnie.
— Dokładnie tak zawsze mówią wasi prefekci, a potem znajdujemy Ślizgonów w każdym zakamarku.
Oburzenie Malfoya momentalnie zmieniło się we wściekłość.
— Mam w dupie, co mówią prefekci. Liczyłem uczniów dwa razy i dodatkowo im pogroziłem. Wyjście z pokoju wspólnego jest zablokowane. Rzuciłem zaklęcie wykrywające dym i alarmujące, więc jeśli ktoś ucieknie albo zostanie ranny, to tylko dlatego, że wszystkie twoje cudowne sugestie i środki ostrożności są gówno warte. A jestem pewien, że są. Zrobiłem jednak dokładnie to, co kazałeś.
— Eee, czy to znaczy, że Zabini i siostry Greengrass ci nie pomagali?
— Skąd mam wiedzieć? — warknął Malfoy, ale zaraz zmarszczył brwi, a różowe plamy pokryły jego policzki. — To znaczy, oczywiście, że pomagali. Podzieliliśmy się pracą. Jak najbardziej. Czemu, do cholery, miałbym wszystko robić sam?
Harry przyjrzał mu się badawczo, nie wiedząc, co myśleć. Malfoy albo kłamał, albo się przechwalał, albo rzeczywiście podszedł do obowiązków na poważnie. Powiedział, że policzył uczniów dwa razy. To zajęłoby sporo czasu. Ale jeśli kłamał, dlaczego chwilę później zaprzeczył własnym słowom? Być może naprawdę wszystko zrobił sam, bo zwyczajnie lubił sobie porządzić.
A może zrobił to, bo prosiłem? Zaraz jednak z irytacją odrzucił ten pomysł.
— Hmm — mruknął. — Ostatnio mówiłeś, że masz to gdzieś. A stałeś się wyjątkowo obowiązkowy.
Różowe plamy na policzkach Malfoya przeszły w czerwień. Teraz uniesie podbródek i ściągnie usta, pomyślał Harry i sekundę później uśmiechnął się, bo jego przewidywania się spełniły.
— I wiesz, co się jeszcze okazało? — odezwał się Malfoy władczym tonem. — Że stałem się nie tylko wyjątkowo obowiązkowy, ale i wyjątkowo wkurzony. Na tyle, że nalegam na przydzielenie mi innego partnera. Teraz.
Nie ma mowy.
— Przepraszam, naprawdę — powiedział Harry tak skruszonym głosem, na jaki tylko potrafił się zdobyć. — Jestem mile zaskoczony, że bierzesz to wszystko na serio.
Malfoy ciągle wyglądał na obrażonego.
— Nie należy mylić poczucia odpowiedzialności z brakiem zdrowego rozsądku, Potter. Nadal uważam, że masz urojenia i w ogóle nie traktuję poważnie twojej teorii „ktoś chce nas wszystkich pozabijać”.
— Naprawdę? W ogóle? — zapytał Harry. Przypomniały mu się nocne wędrówki Malfoya. — Nie słyszałeś? Po zamku grasuje wampir.
Malfoy parsknął śmiechem.
— Prędzej zjem własną miotłę, niż to okaże się prawdą, Potter — zakpił, wyglądając na szczerze rozbawionego. Czyżby dlatego, że podobnie jak Harry nie wierzył w plotkę? A może dobrze wiedział, że wampir nie istnieje, bo to właśnie jego uczniowie widzieli, jak skrada się po nocach?
— Cóż, w takim wypadku czuję się wystarczająco zachęcony, żeby zapolować na wampira.
Malfoy wywrócił oczami, ale nie zaprotestował i nie poruszał już tematu zmiany partnera. Na czwarte piętro dotarli w milczeniu.
Harry uznał, że cisza jest niezręczna. Powinienem coś powiedzieć, pomyślał, ale nie miał pojęcia co. Wyglądało na to, że z Malfoyem potrafił się tylko kłócić.
Jeśli Malfoyowi milczenie przeszkadzało, niczym tego po sobie nie okazywał. Po drodze sprawdzili kilka sekretnych korytarzy i ukrytych pomieszczeń, jednak nikogo nie znaleźli. Gdyby ktoś się tu czaił, mieliby przynajmniej o czym rozmawiać, ale najwidoczniej dzisiejszego wieczoru Harry nie miał szczęścia.
Malfoy pewnie się znudzi i jutro zrezygnuje. Może jednak powinni się posprzeczać? Na przykład na temat szans Gryfonów i Ślizgonów na wygranie Pucharu Quidditcha?
— Jesteś takim idiotą!
Słysząc krzyk, rozejrzeli się wokoło.
— Schody — powiedział Malfoy, wskazując brodą kierunek.
— To Parvati. — Harry był pewien, że rozpoznał jej głos. — Chodźmy zobaczyć, co się dzieje.
Rzucili się biegiem i po chwili byli już na miejscu. Czego Harry momentalnie pożałował. Parvati rzeczywiście tu była. Ze swoim chłopakiem Anthonym Goldsteinem. Oboje mieli zaczerwienione twarze i patrzyli na siebie z wściekłością.
— A wiesz, kim nie jestem? — zapytał Anthony niskim głosem. — Ślepcem! Łazi za tobą krok w krok!
— Ee... — zająknął się Harry i pociągnął Malfoya za rękaw. — Chodźmy stąd...
Malfoy wyszarpnął się z jego uchwytu.
— Coś ty! To jest ciekawe.
— Naprawdę?! — wrzasnęła Parvati. — No to teraz ty wiesz, kim ja już nie jestem? Twoją dziewczyną! Zrywam z tobą, Tony! — Odwróciła się i musiała ich zobaczyć, bo krzyknęła: — Lepiej znajdź mi nowego partnera, Harry, bo z tym dupkiem już skończyłam!
Harry przytaknął bez słowa i Parvati odeszła, tupiąc głośno.
— A ja zrywam z tobą! — krzyknął za nią Anthony.
— No no, ale jej nagadałeś. Świetna riposta! — rzucił Malfoy z entuzjazmem, za co Harry miał ochotę mu przyłożyć.
Anthony obrócił się i zmrużył oczy.
— Ty mały gnojku. — Niespodziewanie w jego ręce znalazła się różdżka.
Harry wyciągnął swoją i stanął przed Malfoyem, wcześniej jednak złapał go za nadgarstek, żeby powstrzymać przed sięgnięciem po własną różdżkę.
— Myślę, że na dzisiaj wystarczy, Anthony — powiedział. — Wróć do pokoju wspólnego i ochłoń trochę.
— A ja myślę, że możesz się pieprzyć, Harry. Albo lepiej pieprz Malfoya. Pieprzenie Ślizgonów jest teraz w modzie.
Malfoy odepchnął Harry’ego na bok. W dłoni trzymał już różdżkę, a jego twarz wykrzywiał brzydki grymas.
— Och, a ja wolałbym pieprzyć ciebie. Najlepiej czymś ostrym.
Harry bardzo chciał, żeby przestali mówić o pieprzeniu. Kiedy Malfoy i Anthony jednocześnie unieśli ręce, skoczył do przodu i krzyknął:
Expelliarmus!
Malfoy coś warknął, a Anthony zaklął, gdy ich różdżki wzleciały w powietrze. Harry złapał je i spojrzał na obu chłopców ze złością.
— Anthony, wróć do pokoju wspólnego — polecił niskim głosem tak spokojnie, jak tylko potrafił. — Różdżkę oddam ci jutro.
Przez chwilę zdawało mu się, że Krukon zaatakuje go i spróbuje udusić. Niewątpliwie był do tego zdolny. Ale w zamian Anthony sięgnął do kieszeni szaty, wyciągnął coś złotego i rzucił na ziemię. Galeon wydał przy upadku głośny brzęk. Na ten widok Harry’emu zacisnął się żołądek.
— Nie chcę być częścią twojej Gwardii, Harry — powiedział Anthony. — To nie ma sensu. — Spojrzał na Malfoya. — Splamiłeś ją — dodał i odszedł. Malfoy śledził go wzrokiem z twarzą kompletnie czerwoną ze złości.
— Cóż — mruknął Harry, schylając się, by podnieść monetę, próbując nadać swoim słowom lekki ton. — Myślisz, że Nott się do nas przyłączy?
Pytanie wyraźnie zaskoczyło Malfoya i chyba zmusiło go, by zapomniał, że miał być zły i zażenowany.
— Eee... nie — wyjąkał.
— Parkinson?
— Żartujesz.
Tak, Harry żartował.
— Bulstrode?
Malfoy otworzył usta, a potem je zamknął.
— Może — odpowiedział po kilku sekundach.
— Cóż... — Harry rzucił mu galeona. — W takim razie powodzenia.
Trudno było powiedzieć, czy Malfoyowi się to spodobało czy nie, jednak schował zaraz monetę do kieszeni i popatrzył na Harry’ego znacząco.
— Nie zapomniałeś o czymś?
— A, racja.
Harry podszedł bliżej i oddał mu różdżkę. Widząc na powrót ściągnięte usta Malfoya, nie mógł powstrzymać uśmiechu. Czyżby taki właśnie był ich naturalny układ i wargi zwyczajnie wracały do swojej pozycji?
— Nie jesteś teraz jej panem? — zapytał Malfoy, studiując różdżkę uważnie.
— Ee, nie sądzę. A przynajmniej nie takie były moje intencje, nie planowałem jej zatrzymać.
Malfoy machnął ręką i wyczarował żółtego kanarka. Ptaszek wzleciał pod sufit, trzepocząc szaleńczo skrzydełkami i nie wyglądając na szczególnie radosnego. Malfoy najwidoczniej był zadowolony z efektu, bo schował różdżkę do szaty i spojrzał na Harry’ego z ukosa.
— Nie jesteś zmartwiony? Że ten gnojek odszedł? — zapytał.
Oczywiście Harry był, ale wzruszył obojętnie ramionami.
— Nigdy nie znałem go zbyt dobrze. — Gdyby Anthony nie odszedł, Parvati mogłaby to zrobić, żeby go unikać, a Harry nie miał wątpliwości, kogo z tej dwójki woli. Poza tym Hermiona i Ginny uważały, że to dupek, więc może dobrze, że tak wyszło.
Uśmiechnął się do Malfoya.
— Widzisz? Ani chwili nudy. Tak jak obiecywałem.
Malfoy odwzajemnił się uśmiechem, prawdziwym, bez śladu drwiny czy złośliwości. Nie odezwał się jednak ani słowem, jedynie pokręcił głową. A mimo to Harry poczuł się lepiej i dziwnie z siebie dumny.
Niestety jego duma nie trwała długo. Kiedy skończyli dyskutować o Parvati i Anthonym i wymieniać w miarę rozsądne komentarze na temat tego, co się wydarzyło, ich rozmowa przerodziła się w plotkowanie.
— Ale ona najwyraźniej spotyka się ze Ślizgonem, nie słyszałeś? — powiedział Malfoy.
— Albo Anthony to po prostu zazdrosny idiota i tylko coś sobie ubzdurał — sprzeciwił się Harry.
— A może zwyczajnie nie chcesz uwierzyć, że twojej drogiej Parvati spodobał się Ślizgon?
— Mojej drogiej Parvati?
— Poszedłeś z nią na bal.
— To było cztery lata temu! I okazało się kompletną katastrofą.
— Racja. Wszyscy widzieliśmy, jak tańczyłeś, Potter.
— I to mówi osoba, która ubrała się jak pastor.
— Jak kto? Co było nie tak z moją szatą? Powinieneś wiedzieć... Sprawdzamy tutaj? — Malfoy zatrzymał się i wskazał na lewo od nich.
Harry zamrugał ze zdziwienia.
— Ee... tu nic nie ma. Poza dwoma fałszywymi drzwiami.
Korytarz okazał się ślepy. Był dosyć długi, słabo oświetlony i zawsze pusty. Ścian nie pokrywały żadne gobeliny ani portrety.
Malfoy prychnął szyderczo.
— Myślałem, że Harry Potter zna wszystkie kryjówki w zamku. Czy to możliwe? Żeby Ślizgon odniósł sukces tam, gdzie Gryfon zawiódł?
— Nigdy nie twierdziłem, że znam wszystkie — rzucił Harry szorstko. — Jeśli takie wyciągnąłeś wnioski, mówi to więcej o tobie niż o mnie.
— Oczywiście, pokładałem zbyt wiele wiary w naszego Zbawiciela — odparł Malfoy i podszedł do pustej ściany.
Harry zastanawiał się przez chwilę nad jego słowami. Nie było w nich złośliwości, zabrzmiały wręcz dobrodusznie. Malfoy po prostu żartował. „Uratowałeś mu życie w maju... Może jest wdzięczny i zdezorientowany”, powiedziała Hermiona. I może oczekuje, że zawsze będę go ratował. A ja już raz go zawiodłem.
— Uderz w tę ścianę cztery razy, a wtedy...
Malfoy! — Harry rzucił się do przodu, złapał Malfoya za rękę i odetchnął z ulgą, gdy jego palce owinęły się wokół palców Ślizgona. — Jest zaczarowana. Zobacz. — Zaklęcie było ledwie wyczuwalne, ale jeśli spojrzało się pod kątem prostym, można było dostrzec parę unoszącą się nad gładką powierzchnią.
— Zaklęcie Flagrante? — zapytał Malfoy.
— Być może. — Harry wyciągnął różdżkę i skierował ją na ścianę. Finite Incantatem zlikwidowało parę. — Jest bardzo proste. Już się z nim spotkaliśmy kilka razy. Właściwie to specjalność Ślizgonów. Rzucali je na drzwi, żebyśmy się poparzyli, jeśli... co? — Malfoy patrzył na niego, niczego nie ukrywając. Jego twarz przybrała niezwykle osobliwy wyraz. Wyglądał tak jak w bibliotece, kiedy Harry po raz pierwszy użył słowa „proszę”. Jak na Malfoya było to czymś niezwykłym. Jego rysy, wcześniej napięte, teraz zmiękły, a chłodna mina złagodniała.
Delikatna i ciepła. Jak coś, co właśnie trzymam w ręce. Harry poczuł rosnące przerażenie, gdy prawda wreszcie do niego dotarła. Jego policzki rozpaliły się intensywniej niż wcześniej zaklęta ściana. Wcale by się nie zdziwił, gdyby i one zaczęły dymić.
Dłoń Malfoya, którą złapał, by uchronić przed oparzeniem, wciąż spoczywała w jego mocnym uścisku. A nawet gorzej, bo teraz tulił ją do piersi, jak gdyby obawiał się, że niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło.
Po prostu go puść.
— Przepraszam — powiedział. Złagodził uścisk, odsunął trochę dłoń Malfoya i poruszył palcami. Jego opuszki musnęły skórę. Gładka. Taka gładka.
Teraz Malfoy złapał go za rękę i odwrócił się w kierunku drzwi.
— Musimy sprawdzić... — zaczął, ale głos mu się załamał. Zastukał w drzwi cztery razy, popchnął je i ich oczom ukazało się ciemne pomieszczenie. — Pusto — dodał, patrząc przed siebie i wyraźnie unikając wzroku Harry’ego.
— Tak. — Trzymałem go za rękę. — Prawdopodobnie już poszli. — Tuliłem ją.
— Nie wiadomo, kiedy rzucili zaklęcie. Skoro nie sprawdzałeś tu przedtem...
— Tak. To znaczy nie... nie sprawdzałem. — Harry odchrząknął, ale nadal nie mógł prawidłowo przełknąć śliny. — Powinniśmy... — Niejasno wskazał na korytarz biegnący w przeciwnym kierunku. — Tam jest jeszcze jeden ukryty pokój.
— Och, jasne. — Malfoy zamknął drzwi.
Harry jeszcze raz spróbował oczyścić gardło.
— Kiedyś znaleźliśmy tam dwie pary. Cztery osoby w takim maleńkim pomieszczeniu! Co prawda chłopcy byli bliźniakami, ale jednak. Wariactwo, prawda? — Przestań gadać bez sensu. — Chodź, pokażę ci. — Co mu pokażesz?, zapytał głos w jego głowie. Dogodne miejsce do całowania? Harry odwrócił się, jednocześnie rozważając użycie różdżki, która pomogłaby mu utrzymać język za zębami. — To tam — powiedział, chcąc, by Malfoy zareagował i wreszcie się ruszył. Mogliby kontynuować patrol i udawać, że nic się nie wydarzyło. Bo przecież naprawdę nic się nie wydarzył, on tylko... — Harry obejrzał się i zmarszczył brwi. Malfoy nie patrzył na niego, ale w ciemność przed nimi. — Malfoy? — Zanim skończył mówić, już miał różdżkę w ręce.
— Coś tam jest — szepnął Malfoy. — Widziałem ruch.
Harry zrobił ostrożny krok do przodu.
— Może to tylko cień? — Blask świecy nie docierał zbyt daleko. Lewy kąt ślepego korytarza pogrążony był w mroku, jedynie jego brzegi muskało migoczące słabe światło. Wytężając wzrok, by coś zobaczyć, Harry zrobił kolejny krok, potem jeszcze jeden. Malfoy nie ruszył się z miejsca.
Wyjmij różdżkę, chciał powiedzieć Harry, ale nie zdążył.
Jedynym ostrzeżeniem, jakie dostali, był błysk bladej skóry, a potem jaskrawy czerwony promień poleciał prosto w stronę Malfoya.
PROTEGO! — wrzasnął Harry.
Zaklęcie uderzyło w jego tarczę, a kilka iskier trafiło w klatkę piersiową Malfoya. Patrząc, jak Malfoy osuwa się na podłogę, Harry stracił cenne sekundy. Posypały się na niego kolejne zaklęcia, jedno po drugim. Musiał nieźle się wysilić, żeby utrzymać tarczę, ale przynajmniej pozostał bezpieczny.
To oszałamiacze. Tylko oszałamiacze. Zalała go przytłaczająca fala ulgi. Malfoyowi nic nie będzie.
Tylko że Tommy Wright również został jedynie oszołomiony, a mimo to wciąż się nie obudził. Jednak zaklęcia, które uderzały w tarczę Harry’ego, nie mogły być zbyt silne, inaczej osłona by nie wytrzymała.
Atak nagle się zakończył, jednak Harry, oślepiony jaskrawym blaskiem, niczego nie widział. Ciemna plama przesunęła się i skoczyła do przodu.
DRĘTWOTA! — wrzasnął, lecz było już za późno. Napastnik okazał się szybki. Zaszarżował na niego jak byk i uderzył go w pierś, wypychając powietrze z płuc. Harry niemal upuścił różdżkę, potknął się, upadł na łokieć i krzyknął z bólu.
Drętwota!
Na dźwięk głosu Malfoya, serce Harry’ego aż podskoczyło. Czerwony błysk zaklęcia śmignął za oddalającą się postacią. Zdawało się, że oszałamiacz ją dopadnie, ale napastnik skręcił w stronę schodów i zniknął w wirze czarnych szat.
Słysząc jęk, Harry zapomniał o bólu w łokciu i zerwał się na równe nogi. Malfoy siedział oparty o ścianę, trzymając się za głowę, jak gdyby powstrzymując jej zawroty. Zaklęcie musiało go zdezorientować.
— Dobrze się czu... — zaczął, ale Malfoy nie pozwolił mu skończyć.
— Nic mi nie jest! Goń go, ty cholerny Zbawicielu! Już!
Harry wahał się jeszcze przez sekundę, zaraz jednak odwrócił się i ruszył w dół schodów. Postać w płaszczu miała przewagę, ale gdy spojrzał przez balustradę, zobaczył ją, jak zbiega po marmurowych stopniach i skręca, zbiega i skręca, aż w końcu znika na drugim piętrze, powiewając czarną tkaniną. Błyskawicznie przeanalizował sytuację. Na drugim piętrze znajdował się korytarz, który prowadził prosto na parter. Tam właśnie bez wątpienia pobiegła tajemnicza postać. Ale stąd, z trzeciego piętra, również można było dostać się w to samo miejsce. I to szybciej.
Już bez zastanowienia ruszył biegiem, skręcił w prawo i znalazł się w wąskim korytarzyku przed gobelinem ze śpiewającymi olbrzymami. Trącił różdżką jedną z ponuro wyglądających postaci.
— Śpiewaj! — rozkazał.
Kiedy olbrzym gruchnął niskim głosem, gobelin zaskrzypiał i razem ze ścianą osunął się do tyłu, tworząc stromą zjeżdżalnię. Harry zacisnął zęby i rzucił się w ciemny otwór. Na tyłku szybko ześliznął się krętym tunelem, tylko okazjonalnie rozjaśnionym iskierkami zbłąkanych elfów. Tunel miotał Harrym to na prawo, to na lewo, aż w końcu wyrzucił go na jaskrawo oświetlony korytarz.
Udało mu się co prawda wylądować na nogach, ale czuł takie zawroty głowy, że musiał oprzeć się o najbliższą ścianę, żeby nie upaść. Kiedy wzrok wreszcie mu się wyostrzył, zobaczył zamaskowaną postać wyłaniającą się z przejścia po jego lewej strony.
Na przeciwległej ścianie znajdowało się kolejne, wyjątkowo podstępne, ukryte przejście, które prowadziło do kuchni. Wpuszczało na raz tylko jedną osobę, ponieważ wewnątrz mieścił się jedynie pojedynczy stopień, na którym można było stanąć. Schodek szybko przemieszczał się na drugą stronę i kolejny chętny musiał poczekać, aż wróci.
Jeśli tam wejdzie, to go straciłem. Zanim stopień ponownie będzie nadawał się do użytku, albo nim Harry pokona długą okrężną drogę do kuchni, postać może dotrzeć na odległy koniec zamku.
— Stój! — krzyknął i skierował różdżkę prosto w pierś napastnika. Tajemnicza figura zamarła, jak gdyby zaszokowana jego obecnością.
Jest niższy ode mnie, uświadomił sobie Harry, ale obszerny czarny płaszcz uniemożliwił mu dokładniejsze zapoznanie się z budową nieznajomego.
— Nie ruszaj się — dodał, starając się brzmieć jak najsurowiej. Okulary przekrzywiły mu się na nosie, więc zapewne wyglądał bardziej komicznie niż groźnie.
Podszedł krok bliżej. Postać nadal stała bez ruchu, nie próbując sięgnąć po swoją różdżkę czy uciec. Miała kaptur nasunięty na twarz, jednak Harry widział wystającą spod niego wąską brodę i pełne usta, wszystko umazane krwią.
Na pewno się zranił.
— Czy możemy... — Harry zrobił kolejny krok. — Czy możemy porozmawiać o tym całym skradaniu się jak dwie cywilizowane... eee, istoty?
Postać milczała. W powietrzu rozlegał się tylko jej poszarpany, głęboki oddech. Czy on warczał?
— Harry? — zawołał ktoś z tyłu i Harry od razu rozpoznał głos Ginny.
A potem popełnił głupi, straszny błąd, instynktownie obracając lekko głowę. To wystarczyło. Ułamek sekundy później postać skoczyła w prawo i zniknęła za gobelinem.
— Nie! — krzyknął Harry i wysłał za nią Drętwotę, ale zaklęcie przecięło tylko powietrze. Przyskoczył do ściany i kopnął w gobelin. — Do cholery! Otwórz się! — Nic to jednak nie dało. Przejście pozostało zamknięte.
Ginny podbiegł do niego bez tchu. Różdżkę trzymała już w ręce.
— Kto to był?
Harry jeszcze raz kopnął w gobelin.
— Ten przeklęty wampir! — krzyknął. — Ale przez ciebie mi zwiał!
Ginny, wyraźnie zmieszana, wpatrywała się w ścianę ze zdziwieniem.
— Żartujesz. To niemożliwe.
— Cóż, teraz już się nie przekonamy — warknął Harry z urazą.
— No dobrze, przepraszam. — Oczy Ginny rozbłysły. — Ale skąd miałam wiedzieć, że rozmawiasz z wampirem?
Harry nagle uświadomił sobie, że zachowuje się bezsensownie.
— To nie mógł być wampir. To tylko... No bo pomyśl, naprawdę.
— Hmm, to coś miało kły?
— Nie, tylko zakrwawione usta. I krew ściekała mu po brodzie. I był... dość silny.
Ginny ponownie spojrzała na gobelin, a potem znów na Harry’ego.
— Żartujesz sobie ze mnie?
— Chciałbym.
— O rany! Czyli jednak ktoś włóczy się po Hogwarcie.
— A co? — Harry spojrzał na nią z uwagą. — Wcześniej mi nie wierzyłaś?
— Cóż, ja... — Ginny zakasłała.
Harry potrząsnął głową i westchnął.
— Nie mam jednak pewności, czy to coś jest niebezpieczne. Nie rzuciło w nas niczym poza zaklęciami oszałamiającymi. — Słowo „nas” natychmiast mu o czymś przypomniało. — Cholera, Malfoy. Zostawiłem go samego!
Harry bez wahania ruszył do przodu z zamiarem powrotu na czwarte piętro, ale Ginny złapała go za rękaw i zatrzymała.
— Harry — odezwała się z irytacją. — Czasem powinieneś zrobić użytek z galeona.
— Och... rzeczywiście. — Wyciągnął monetę z kieszeni i stuknął w nią różdżką, koncentrując się na Malfoyu. Na powierzchni galeona pojawił się napis: „W porządku?”, a zaraz potem Malfoy odpowiedział: „W jak najlepszym”. — Harry odetchnął z ulgą. Poczuł, jak jego usta drgają w uśmiechu. — Nic mu nie jest — poinformował Ginny.
— Domyśliłam się — odpowiedziała, patrząc na niego uważnie. Zrobiło mu się nieswojo. Wsunął monetę z powrotem do kieszeni, mimo że miał ochotę wysłać jeszcze jedną wiadomość: „Zostań tam”. Dłoni jednak nie wyjął. Zacisnął palce wokół kawałka złota, żeby poczuć ciepło, jeśli Malfoy ponownie się z nim skontaktuje.
— No to chodźmy — rzuciła Ginny niespodziewanie. — Znajdźmy Malfoya, zanim coś go zje. — Odwróciła się w stronę schodów. — Albo zanim skręci cię z nerwów.
— Wcale mnie nie skręca — zaprotestował Harry, ale posłusznie ruszył za Ginny. Gdyby zamaskowana postać chciała skrzywdzić Malfoya, zrobiłaby to już wcześniej, pocieszył się w myślach. — Poczekaj! — zawołał, coś sobie uświadamiając. — Czemu jesteś sama?
— Ja... — Ginny wyglądała na zakłopotaną. — Znalazłyśmy Harpera i Lavender poszła odprowadzić go do pokoju wspólnego.
— Ale powinniście chodzić parami, bo na tym to właśnie polegało.
Ginny aż się zjeżyła.
— I kto daje mi ten wykład? Osoba, która w pojedynkę chciała złapać wampira? A poza tym trójkąty naprawdę mnie nie interesują.
— Ee... co?
— Ona zawsze nalegała, żeby go odprowadzać. — Ginny uśmiechnęła się i zniżyła głos, jak gdyby Lavender mogła ją usłyszeć. — A potem na długo znikała. — Spojrzała na Harry’ego twardo. — Kim ja jestem, żeby ją krytykować? Jeżeli zamierzasz powiedzieć okaleczonej, zranionej dziewczynie, by przestała spotykać się sam na sam ze swoim chłopakiem, to proszę bardzo, mnie w to nie mieszaj. — Harry mruknął coś pod nosem. Oczywiście, że niczego takiego nie zamierzał robić, jednak Ginny i Lavender absolutnie nie powinny same wędrować po zamku. — Ale wiesz co? — Ginny spojrzała na niego niewinnym wzrokiem. — Ponieważ tobie, w przeciwieństwie do nas, wolno patrolować samotnie, może powinniśmy się zamienić? Ja będę w parze z Malfoyem, a ty z Lavender?
Harry stanął w miejscu jak wryty.
— Ee... ja... cóż, nie sądzę... — Ginny uniosła jedną brew, jak gdyby zachęcała go do kontynuowania. Harry zagryzł wargę. — Przepraszam. Nie powinienem cię pouczać. Jestem pewien, że doskonale sobie sama poradzisz, jeśli zajdzie taka potrzeba.
— Cieszę się, że to ustaliliśmy — odparła Ginny oschle.
— Uważam tylko, że Malfoy jest w niebezpieczeństwie. — Harry uznał, że musi to wyjaśnić. — W innym przypadku byłbym naprawdę szczęśliwy...
Galeon w jego dłoni rozgrzał się, więc szybko wyjął go z kieszeni. Ginny zrobiła to samo. Napis wytłoczony w złocie mówił: „Na zewnątrz. Pod WA. Szybko.”
— Wieża Astronomiczna? — szepnęła Ginny. — Ale...
— Chodźmy — rzucił, czując, jak skręca mu się żołądek. Odwrócił się i pobiegł w stronę holu wejściowego.
Jeden z uczniów wyszedł z zamku, to wszystko, wmawiał sam sobie. Jednak skoro oboje z Ginny otrzymali taką samą wiadomość, sprawa musiała być poważna.
— Harry! — krzyknął Dean, podbiegając do niego z przeciwnej strony holu. Seamus deptał mu po piętach. — Ktoś wypadł! Widzieliśmy przez okno!
Z sercem w gardle Harry otworzył główne drzwi zaklęciem i zimne nocne powietrze uderzyło go w twarz. Nagle tuż za nim pojawili się Ron i Hermiona.
— Co się stało?
— Ktoś wypadł — powtórzył Dean. — Z Wieży Astronomicznej.
Lumos! — Światło z różdżki Harry’ego rozświetliło mrok. Po chwili dołączyły do niego kolejne, kiedy wszyscy biegli wzdłuż zamkowych murów, krusząc stopami zmarznięty śnieg.
Płuca Harry’ego protestowały w kontakcie z lodowatym powietrzem. Uspokój się, nakazał sobie, ale potem dostrzegł leżącą sylwetkę. Niezbyt daleko od miejsca, gdzie rozbiło się ciało Dumbledore’a.
Tylko nie Draco, błagał w myślach i pobiegł jeszcze szybciej. Proszę, tylko nie Draco.
To nie był Draco Malfoy. Kiedy Harry dotarł do ciała, ujrzał parę brązowych oczu wpatrzonych obojętnie w niebo. Kałuża krwi zabarwiła czerwienią śnieg pod głową Harpera.
— Nie! — krzyknęła Ginny. — To niemożliwe! Gdzie jest...
Kolejne, pełne desperacji „Nie!” przecięło powietrze, gdy Lavender rzuciła się do przodu.
— Nie, nie, nie! — wrzeszczała, opadając obok Harpera na kolana. — Zostawiłam go! Przecież zostawiłam go w lochach! To niemożliwe! Niemożliwe!
Niemożliwe, ale się stało. Uczeń nie żyje, a ja zawiodłem. Harry poczuł mdłości.
Ktoś otarł się o jego ramię. Tuż obok mignęły jasne włosy. Malfoy stanął przy nim, wbijając wzrok w leżące ciało. Jego twarz była biała jak śnieg.
Accio Błyskawica, pomyślał Harry, podnosząc różdżkę. Z oddali dobiegł dźwięk rozbitej szyby i po chwili miotła przyleciała prosto do jego ręki. Ktoś krzyknął z zaskoczenia, ale Harry zignorował go, wskoczył na miotłę i uniósł uchwyt do góry. Wystrzelił w niebo i już sekundę później jego stopy dotknęły kamiennej podłogi Wieży Astronomicznej. Nie było tu nic poza wspomnieniami.
Kolejna miotła wzleciała nad wieżą. Harry wiedział, kogo się spodziewać.
— Harry — szepnęła Hermiona, podbiegając do niego szybko. Wydawało się, że nic więcej nie jest w stanie powiedzieć.
— Jak myślisz? — spytał Ron, stając tuż za nią. — Kto to zrobił?
— Nie wiem — odparł Harry z desperacją. — Ale wiem, co my powinniśmy zrobić.


Koniec rozdziału szóstego
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez zireael » 8 maja 2012, o 11:25

Na zawołanie to drarry, które nie daje na początku dużo po sobie poznać. Akcja między Harrym i Malfoyem rozgrywa się w sposób delikatny, a zarazem bardzo pociągający. Nie mogę się doczekać dalszego ciągu, w szczególności momentu, w którym Harry zda sobie sprawę ze swoich uczuć, bo póki co, jak zwykle się ich wypiera ;>
Podoba mi się bardzo ten tragizm zastosowany w małych dawkach. Śmierć ucznia, ataki na innych, rzekomy "wampir" - lekki element grozy, który dodaje temu tekstowi charakteru.
Wasze tłumaczenie jest świetne, czyta się je niesamowicie lekko. Z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały!
Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza - jednym jesteś Ty.
zireael Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 96
Dołączył(a): 20 kwi 2012, o 21:16

Postprzez Sienne » 8 maja 2012, o 11:38

Aaaaaa...moja dusza drarrystki jest przeszczęśliwa. Uwielbiam to kluczenie pomiędzy nienawiścią a miłością. Szczególnie słodka była ta sytuacja z ręką, ich zawstydzenie, niepewność. Harry kompletnie nie zdaje sobie sprawy, że i on coś zaczyna czuć do Ślizgona, okazując to poprzez gesty, słowa, mysli, zauważają to jednak jego przyjaciele. Mam nadzieję, że ich kolejne próby odizolowania go od Malfoya nie powiodą się.

Wątek tytułowego włóczęgi robi się coraz ciekawszy. Nie będę jednak wymyślała jakichś teorii spiskowych, bo znając moją bujną wyobraźnię będą one kompletnie pokręcone. Zamiast tego z (nie)cierpliwością poczekam na kolejny rozdział.
"Oto stał przed nim Draco Malfoy, całkowicie nagi, jeśli nie liczyć bielizny, skarpetek, spodni, koszuli i swetra."
meet-mad-hatters
Sienne Offline


 
Posty: 9
Dołączył(a): 5 maja 2012, o 13:10
Lokalizacja: wyjątkowo wygodny fotel

Postprzez bożo » 8 maja 2012, o 12:32

!!!!!!!!! - tyle jest w stanie wykrzesać mój mózg po przeczytaniu każdego, nowego rozdziału. Jednak ze skomentowaniem 'Na zawołanie' nosze się już bardzo długo, więc postaram się zmobilizować me szare komórki i napisać coś konstruktywnego.

Z reguły nie czytam opowiadań niezakończonych, ale w tym wypadku skusiłam się i na pewno nie żałuję. Już sama para tłumaczek zachęca do czytania, bo wiadomo, że tekst będzie dobrze i zgrabnie przetłumaczony i nie trzeba się będzie zastanawiać, co autor miał na myśli, a i sama treść na pewno będzie warta poświęconego jej czasu. Wciągnęłam się na tyle, że po zapoznaniu się z każdym nowym rozdziałem myślę o nim przynajmniej prze następne 24 h i zastanawiam się, jak mogłaby potoczyć się akcja, jeśli ktoś zachowałby się inaczej. Na początku nie była chyba zbytnio przekonana, bo nie przepadam za Potterem w roli głównego wybawiciela całego świata, wszystkiego i wszystkich, ale opiekuńczość względem Draco, która się tam gdzieś po drodze rozwinęła, niweluje to. Ich relacją i tym, jak ona się rozwija, jestem ogólnie zauroczona. Oczywiście z każda nową częścią przychodzi myśl 'tak, teraz już na pewno padną sobie w końcu w ramiona i będą szczęśliwi', ale jak się jednak dzieje wiadomo :) I finalnie okazuje się, że nie jestem rozczarowana brakiem tego konkretnego wątku, bo wszystko jest tak subtelne, ulotne i urocze, że na mojej twarzy pojawia się banan, a w głowie myśl, że tak jest jednak dobrze.

Cały kryminalny watek, jest fajnie wymyślony i zgrabnie umieszczony w opowiadaniu. Cały czas coś się dzieje, a w głowie odzywa się głosik, który cały czas przypomina, że wcale nie jest tak kolorowo, jakby się mogło wydawać.

Co mnie irytuje w tym fiku? Ron. Ja doprawdy nie rozumiem czemu on ma taki problem z tym, że Harry nie ma nic do Draco, i że chce go chronić. Przecież to oczywiste i tak po prostu powinno być. Koniec i kropka.

Tak więc nie pozostaje nic innego jak życzyć weny i pokornie czekać na kolejny rozdział.
Bożo w porzo
bożo Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 13
Dołączył(a): 21 lis 2011, o 20:59
Lokalizacja: Radom

Postprzez karmelowa » 8 maja 2012, o 14:35

To jest naprawdę super ^^ Drarry rozwija się powoli, choć w głowie Harry'ego właściwie już dłuższy czas. Ich relacje są właściwie całkiem prawdopodobne. A "wampir" raczej mnie bawi, jeśli mam być szczera xP

Nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów :)

Nie dopatrzyłam się błędów.

Pozdrawiam i czekam.
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez Miss Black » 13 maja 2012, o 22:11

Drarry. :? Drarry jest fajne. I zabawne. I wciąga. Ok. Najwyższy czas wrócić na stare śmieci i skrobnąć coś, bo umknie mi udział w obserwowaniu tego cuda. To naprawdę bardzo dobra rzecz i muszę powiedzieć, że lubię tutejszą Ginny prawie tak bardzo, jak tę z fety Ka. Jest w porządku. :D To jak rozpracowała Harry'ego, gdy zaczął ją pouczać było genialne. No, może nie genialne, ale aż się uśmiechnęłam. Ach, i Harry jest tu tak kanoniczny! Za każdym razem mnie to zaskakuje. Oczywiście powiewa mi też Światełkiem, ale komu nie?!

— Lepiej, żeby na patrole chodziły razem osoby z tego samego domu — upierał się Ron, ale Harry uświadomił mu, że na dłuższą metę tak się nie da. On sam wcześniej tworzył parę z Luną, bo Parvati wolała towarzyszyć swojemu chłopakowi z Ravenclawu. Neville z kolei chciał patrolować z własną dziewczyną, Puchonką, przez co musiał sporo namieszać w szeregach, aby wszystkich zadowolić.
Słysząc te argumenty, Ron wściekł się jeszcze bardziej.
— Tak, jasne, przynajmniej ich powody są zrozumiałe — powiedział.


Jego syndrom wyparcia jest tu uroczy, ale chyba jeszcze bardziej mnie cieszy to, że całe otoczenie jest świadome zainteresowania Harry'ego, poza nim oczywiście. Brakuje mi tylko greckiego chóru w głowie Hermiony. Ach! I niewerbalna magia Harry'ego! Czy on władał niewerbalną magią w książce? No i ten firmowy Expelliarmus, którym rozbroił chłopaków zaraz po tym, jak zasłonił Draco własnym ciałem. XD To się nazywa styl!

Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału :D Cudo!
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 6 gości