[T] [Z] Na zawołanie

tłumaczenie wspólne Aevenien&Kaczalka

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Ferris » 9 kwi 2012, o 06:59

Biorąc pod uwagę, że ostatnie miesiące wykazywały się zupełnym brakiem zrozumienia i nie dawały mi czasu na nic, nie było mnie tutaj i co oczywiste przegapiłam pierwsze rozdziały. Jednak w przedświątecznej gorączce postanowiłam sobie wejśc i poszukac prezentu od zająca. No i proszę, znalazłam. Pięknie zapakowany w kolorowy papier i obwiązany czerwono zieloną wstążką. Nawet nie wiecie jaką miałam radośc rozpakowując i zaglądając do środka.
I chociaż bardzo mi się nie chce i nie lubię tego robic (bo piszę bez sensu i mało to wnosi do tego co już zostało powiedziane), to po prostu musiałam przyjśc i skomentowac. Po pierwsze dlatego, że to świetne drarry, po drugie świetne tłumaczki.
Wam kochane tłumaczki należy się hołd i Złoty Drarry, za wynajdowanie dobrych i ciekawych ficów, które gdzieś tam leżą w odmętach internetu i tylko czekają aż je znajdziecie. Do tego, tłumaczycie pięknie, tak, że czyta się lekko i przyjemnie i widząc gdziekolwiekwasz podpis pod tłumaczeniem wchodzę bez zastanowienia, bo wiem że w środku znajdę coś wysokiej jakości, co mi na pewno się spodoba.
Co do samego tekstu, niestety tym razem nie wytrzymałam, żeby czekac na całe tłumaczenie i pobiegłam przeczytac oryginał (ale obiecuję, że tłumaczenie będę czytac). Nie będę więc odnosic się do tych trzech rozdziałów, ale do całości. To co napisałyście na samym początku, że to drarry jest kanoniczne zgadza się w stu procentach. Serio, nawet się nie spodziewał, ale idąc coraz dalej w rozdziały nie można się było oprzec wrażeniu, że wszystko jest tak idealnie kanoniczne, że spokojnie mogłoby stac na półce w postaci kolejnego tomu. Nie wiele jest takich opowiadań, które zachowują taką kanonicznośc, pomimo wprowadzenia nowej historii. Pomimo tego, że opowiadań w tym stylu jest mnóstwo, to 'Na zawołanie' ma jakąś świerzośc, coś unikalnego co odróżnia je od innych drarry. Bohaterowie są idealni, zachowują się i mówią, tak jak powinni. Przez chwilę nie miałam wątpliwości, że Harry to Harry, Malfoy to Malfoy. Fabuła jest ciekawa i chociaż nie jest skomplikowana, to całośc jest tak pięknie skomponowana, że człowiek nie może się nasycic. Od początku trzyma w napięciu, rozwija się w odpowiednim tempie, co powoduje, że ciężko oderwac się od monitora. A kiedy już się oderwie na chwilę, to się zastanawia 'co dalej?'. I to świadczy najlepiej o opowiadaniu. Sprawia, że czytelnik zapamiętuje je na długo i wraca do nich czytając kolejny raz. Zdecydowanie jest to jedno z tych drarry, które trafia na moją półkę 'ulubionych i polecanych'.
Dzięki dziewczyny, za ten tekst i świetne tłumaczenie :)
"And if you go, I wanna go with you
and if you die, I wanna die with you
take your hand and walk away..."

Lonely day by System of a Down
Ferris Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 90
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 20:08

Postprzez Bang Bang » 9 kwi 2012, o 23:36

Akcja naprawdę nabrała rozpędu. Puchoński wampir. Gwardia Strażników Cnoty (muszę przyznać, że od kiedy pierwszy raz przeczytałam oryginał, byłam ciekawa, jak przetłumaczycie tę nazwę, bo ona po anielsku była genialna :lol2: , a przetłumaczona nadal pozostaje zgrabna). Zniknięcie Irytka. W sumie to ostatnie wydarzenie jest bardzo smutne, ponieważ przepadł kolejny nieodłączny element Hogwartu. Zniszczony Pokój Życzeń to jedno, z ciężkim sercem (bo przecież wiąże się z tym pomieszczeniem tyle wspomnień), ale jednak da się przeżyć, ale teraz... Kolejny symbol zniknął. Martwi mnie również popsucie Mapy Huncwotów, co jeśli nie da się już jej naprawić? To wszystko się tak gmatwa, a wydaje mi się, że rozwiązanie jest praktycznie na wyciągnięcie ręki, tylko ciągle gdzieś zbyt szybko umyka. I tak mnie to wszystko absorbuję, że praktycznie niezauważalna dla mnie była nieobecność Draco (W ogóle jest mi go szkoda, ponieważ wydaje się taki... Osamotniony?). Jednak w porę się zreflektowałam i przypomniałam sobie, że At Your Service może być jakimś zaginionym ósmy tomem, ale przede wszystkim jest to Drarry, na które czekam z niecierpliwością, gdyż nie ma to, jak czytać po polsku. Wow! Właśnie doszłam do wniosku, że w tym fanfiction lubię nawet Ginny, bo w sumie, dlaczego miałabym jej nie lubić? Z Harry'm już się rozstała i stara się z tym pogodzić, więc nie stanowi potencjalnego zagrożenia dla Drarry, a poza tym wydaje się fantastyczną przyjaciółką. I dzięki Wam- Siły Wyższe, że jest podobna do tej książkowej kreacji, a nie filmowej, bo tego bym nie przeżyła :oczy: . Na koniec, a jakże, garść cytatów:

— Uwielbiam wymianę przepisów — dodała Luna. — Chociaż nie miałabym nic przeciwko nauczeniu się, jak wbijać kołki w wampiry.


Luna jest obłędna! Właśnie mi się przypomniało, dlaczego była moją ulubioną żeńską bohaterką z całej serii.

— Draco Malfoy nie ma z tym nic wspólnego — powiedział Harry stanowczo. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebował, to żeby wszyscy zwrócili się przeciwko Malfoyowi i zaczęli go nękać. — Był razem ze mną, kiedy schody się przemieściły. Sam prawie zginął. Co mi przypomniało... — Harry zamierzał zmienić temat tak szybko jak to możliwe. — Musimy chronić również Ślizgonów. Chronić, nie szukać okazji do odebrania punktów.


Harry, jestem z ciebie taka dumna! :brawo: Dojrzałeś! *ociera łezkę*

Miłość wisi w powietrzu.


Cóż, bardzo trafne podsumowanie ;) .

Pozdrawiam i weny!
Combeferre sighed. "When was the last time you got a full night's sleep?"
"I'm a med student," said Joly, rubbing his eyes. "Sleep is surrender. Coffee is strength."
"Work is freedom," said Combeferre drily.
"Right." Joly nodded. "Sometimes, I forget you're a med student, too."

North London is red


Bractwo Bejsbola i Widła :pala:
Bang Bang Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2318
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 21:19
Lokalizacja: Emirates Stadium

Postprzez Aevenien » 10 kwi 2012, o 21:36

BARDZO dziękuję za betę zandzie, która poratowała mnie w ostatniej chwili :serce:. Kaczalko, jak zwykle dzięki śliczne za rady i motywację :*


ROZDZIAŁ IV

OSZAŁAMIAJĄCE ODKRYCIE



Smok był ogromny. Wyższy niż wszystkie inne, które Harry widział. Wyrastał z ziemi niczym zielona góra, a jego skrzydła rzucały cień, który spowijał zamek ciemnością. Smok ryknął i z jego paszczy buchnął ogień.
Wszyscy spłoniemy, pomyślał Harry. Muszę go zabić. Ale skąd miał wiedzieć, jak zabić smoka?
Irytek krążył nad Harrym.
— Och, Potter! Nie trzeba było go łaskotać — trajkotał.
Nie zrobiłem tego!, chciał krzyknąć Harry, ale jego gardło wyschło na wiór i nie był w stanie wykrztusić ani słowa. Nagle u jego boku pojawił się Malfoy, ciągnący go za rękaw.
— Drzwi, Potter — ponaglał Ślizgon. — Musimy się dostać do drzwi!
Harry wpatrywał się w bladą twarz Malfoya; jego szare oczy były niemal czarne, a płatki śniegu topiły się w jego włosach.
Nagle Gryfon odzyskał głos.
— Nie mogę. Nie mogę uciec. Muszę zabić smoka.
— To nie jest smok! — Malfoy stał tuż obok, ale jego głos zdawał się dobiegać z bardzo daleka. — Uciekaj, Potter!
A właśnie, że jest! Ale kiedy Harry się obrócił, smok zniknął. W jego miejscu pojawił się Voldemort.
— Nie. Ty nie żyjesz — powiedział Harry, sięgając jednocześnie po różdżkę. Nie mógł jej znaleźć. Przetrząsnął wszystkie kieszenie, ale nigdzie jej nie było. Zdał sobie sprawę, że trzęsą mu się ręce. Voldemort stał tuż obok. Zacisnął długie, blade palce na jego szyi. — Ty nie żyjesz! — wrzasnął Harry.
Oczy Voldemorta zapłonęły czerwienią.
— Powiedz mi, Harry Potterze — zaczął, wzmacniając uchwyt. Harry nie mógł oddychać. — Powiedz mi swoje ostatnie życzenie.
Muszę odpowiedzieć, pomyślał Harry, a obraz zaczął mu się zamazywać przed oczami. To ważne. Muszę. Czego pragnę?
— Harry!
Harry gwałtownie zaczerpnął powietrza i otworzył oczy. Był zaplątany w pościel, pot spływał mu po czole, a serce dziko waliło w piersi. Zaczął wyswobadzać się z prześcieradeł. Ron stał nad nim, a jego piegowata twarz lśniła blado w świetle księżyca. Musiał być środek nocy.
— Wszystko w porządku, stary?
— Nic mi nie jest. — Głos mu zadrżał i odchrząknął, siadając na łóżku. — Wszystko dobrze… to był tylko sen.
— Och. Spoko, ubieraj się.
Harry zauważył, że Ron wciąga na siebie szlafrok.
— Co?…
— Galeony, Harry. Mój i twój, zobacz!
Harry spojrzał na stół, gdzie leżała jego moneta, lekko się świecąc. Powinienem włożyć ją pod poduszkę. Sięgnął po nią, odrzucając kołdrę. Wiadomość brzmiała:
Lochy Slytherinu. Teraz.
Serce Harry’ego stanęło na jedno uderzenie. Kłopoty w lochach. Czy pojawili się śmierciożercy? Czy przyszyli po Malfoya? Jego sen wydawał mu się teraz jeszcze bardziej złowieszczy. Złapał szlafrok i znalazł kapcie. Może powinienem się ubrać? Nie mogę walczyć ze śmierciożercami w kapciach. Stwierdził jednak, że nie ma na to czasu.
— Obudzić resztę? — Ron spojrzał na lekko pochrapującego Neville’a.
— Nie, chodźmy już. — Im mniej osób tam się znajdzie, tym mniej będzie narażonych na niebezpieczeństwo. Wymknęli się z dormitorium i zbiegli po schodach, niemal zderzając się na ostatnim stopniu z Hermioną.
Miała na sobie pelerynę, a włosy związała na czubku głowy w coś na kształt potarganego koka. Nerwowo wykręcała ręce, z różdżką w pogotowiu.
— Właśnie po was szłam — szepnęła, choć jej głos i tak zabrzmiał zbyt głośno w pogrążonym w ciszy pokoju wspólnym. — Mój galeon zadziałał.
— Nasze też — powiedział Ron.
Za Hermioną stała trzęsąca się Parvati Patil. Światło z kominka oświetlało jej twarz i Harry zauważył jej zaczerwienione oczy.
— A twój? — zapytał.
Parvati potrząsnęła głową.
— Nie. Ale Lavender zniknęła!
— To prawda. Spała, gdy widziałam ją po raz ostatni — dodała Hermiona. — A teraz jej nie ma.
Harry skrzywił się. Stali na schodach, marnując cenny czas.
— Chodźmy — rzucił i ruszył w stronę portretu. — Zobaczymy, co się dzieje i znajdziemy Lavender.
Podążyli za nim w ciszy. Harry biegł pierwszy, przyśpieszając z każdym krokiem. Zamek był pusty, a dźwięk ich kroków tłumiły kapcie. Pędzili przez niezliczoną ilość schodów i korytarzy, aż w końcu dotarli do lochów. Nigdy wcześniej odległość nie wydawała się tak znaczna. Po drodze nikogo nie spotkali, chociaż kilka portretów rzuciło im znaczące spojrzenia, a jeden nawet krzyknął: "Szybciej!"
Kiedy znaleźli się w korytarzu prowadzącym do pokoju wspólnego Slytherinu, wszyscy z trudem oddychali. Z oddali widzieli światło i Harry zdał sobie sprawę, że przejście było otwarte. Pobiegł naprzód z różdżką w ręce.
Wpadł do słabo oświetlonego pokoju wspólnego, spodziewając się zobaczyć śmierciożerców. Ale zamiast tego pomieszczenie wypełniał dym; ciężki, szary dym, który wciskał się do nozdrzy i zaczynał drapać w gardle. Ktoś przeklął, ktoś inny krzyknął i nagle dym zniknął tak szybko, iż Harry pomyślał, że to mu się tylko przyśniło.
Hermiona stała tuż za nim, z różdżką skierowaną w sufit. Musiała usunąć dym.
Pokój wspólny — zielonymi lampami, skórzanymi fotelami i niskim sufitem — był pusty i tak samo zimny i ponury jak Harry pamiętał. Drzwi po lewej były otwarte i właśnie z nich wypadł Blaise Zabini, a za nim chmura dymu, unosząca się niczym mgła. Ślizgon kasłał i klął pod nosem, i wyglądało na to, że ma coś przerzucone przez ramię. Małego chłopca, z przerażeniem zdał sobie sprawę Harry. To był mały chłopiec.
Harry podbiegł do niego.
— Co się stało?
Blaise zmrużył oczy i skrzywił się.
— Och, nie wiem, Potter. Cały ten dym oznacza zapewne, że ktoś utonął — rzucił i minął ich, zmierzając w stronę wyjścia.
— Gdzie idziesz? — wrzasnął za nim Harry.
— Napić się piwa. — Blaise zniknął im z oczu. Jego zachowanie w jakiś dziwny sposób uspokoiło Harry’ego. Blaise ani nie panikował, ani nie śpieszył się zbytnio. To dobry znak. Chociaż nieprzytomny chłopiec już nim nie był.
— Ron, idź za nim — polecił Harry szybko.
— Po co? Pewnie niesie go do skrzydła szpitalnego.
— Wiem — odparł Harry. — Ale jest sam, a wygląda na to, że ktoś podpalił kwatery Ślizgonów.
Ron zawahał się na moment, po czym przeklinając pod nosem ruszył za Zabinim.
— Zabierzcie ich stąd! — rozległ się stłumiony krzyk, dobiegający gdzieś z głębi lochów.
Harry już miał wejść do wąskiego korytarza, który jak przypuszczał prowadził do dormitorium chłopców, ale Parvati przepchnęła się obok niego z krzykiem:
— Lavender!
Harry zorientował się, że miała rację. To był głos Lavender. Rzucił się za dziewczyną, a Hermiona deptała mu po piętach. Korytarz był bardzo wąski i pełen dymu, ale Hermiona już machała różdżką, mrucząc „Evanesco”, a po chwili Harry i Parvati przyłączyli się do niej, więc powoli zaczęło się przejaśniać.
Słyszeli różne głosy, dobiegające z czegoś, co wyglądało na niemożliwie poplątany labirynt korytarzy. Dotarli do sporej grupki Ślizgonów w różnym wieku, zgromadzonych pod drzwiami, zza których nieprzerwanie wydobywał się dym.
Parvati wpadła między gapiów, rozpychając ich brutalnie na boki. Harry musiał tylko podążyć oczyszczoną przez nią ścieżką. Jeśli któryś ze Ślizgonów uznał, że to dziwne widzieć Gryfonów w ich lochach, nikt nie dał tego po sobie poznać. Wyglądali na zbyt zszokowanych, żeby zadawać pytania.
Harry zamarł zaskoczony. Za nim Hermiona w dalszym ciągu pozbywała się dymu, powoli uwidaczniając stan dormitorium, w którym się znaleźli.
Jedwabne zielone zasłony walały się dookoła, większość z nich była spalona na popiół. Meble miały się nieco lepiej, podobnie jak łóżka, chociaż niektóre baldachimy były nadpalone, a jeden nawet się zerwał. W pokoju było pełno uczniów, Harry naliczył co najmniej dziewiątkę. Dwójka z nich właśnie wynosiła parę dzieciaków.
Harry i Hermiona szybko zeszli im z drogi, przepuszczając ich do wyjścia. Kolejny Ślizgon ruszył do drzwi, prowadząc kolegę, który był przytomny, ale lekko chwiał się na nogach. Hermiona spojrzała na Harry’ego szeroko otwartymi oczami.
— Lavender! — krzyknęła Parvati, wyrywając się do przodu, po czym się poślizgnęła i o mało nie przewróciła. Złapała w końcu równowagę i rzuciła się ku przyjaciółce. — Nic ci nie jest?
Lavender stała na środku pokoju z twarzą umazaną sadzą.
— Nic mi nie jest — powiedziała, chociaż wcale na to nie wyglądało. Głos jej drżał.
Kątem oka Harry zauważył wysoką, bladą postać. Siła, z jaką uderzyła go fala ulgi, sprawiła, że zakręciło mu się w głowie. Przedtem nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo się niepokoił. Malfoy stał pod szerokim, podwodnym oknem otoczonym zielonkawą poświatą, oświetlanym przez dwie małe lampy umieszczone przy jego dolnych rogach. Druzgotek rozpłaszczał nos na szybie, krzywiąc się do nich z zielonych głębin hogwarckiego jeziora.
Na łóżku przed Malfoyem, cicho łkając, leżał mały chłopiec. Draco patrzył na niego z przerażeniem wypisanym na twarzy.
Harry i Hermiona natychmiast ruszyli w ich stronę. Harry się poślizgnął i o mało nie wywrócił, tak samo jak wcześniej Parvati. Zdał sobie sprawę, że podłoga była pokryta czymś czarnym i oleistym. Zapamiętał sobie by później to zbadać i szybko podszedł do Malfoya.
Hermiona położyła rękę na ramieniu młodego Ślizgona.
— Chodź. Zaprowadzę cię do skrzydła szpitalnego.
— Ja to zrobię! — powiedział Malfoy tak ostro, że Hermiona cofnęła rękę, a chłopiec z zaskoczenia przestał płakać. Draco złapał go za górę od piżamy i pociągnął na nogi.
— Idziemy. — Trzymał mocno chłopaka, kierując go do drzwi. Ani razu nie spojrzał na Harry’ego. Harry zauważył jak kilku innych Ślizgonów, tych młodszych, pośpiesznie usuwa się Malfoyowi z drogi — tak, jakby się go obawiali — i odprowadza go do wyjścia zlęknionym wzrokiem.
Harry posłał Hermionie błagalne spojrzenie.
— Idź z nim.
— Ale… — Hermiona rozejrzała się po spalonym pokoju.
— Proszę, Hermiono. Nikt nie powinien włóczyć się sam w środku nocy. Szczególnie teraz. I szczególnie on.
Dziewczyna wciąż się wahała.
— A potem pójdź po McGonagall — dodał Harry, udając, że już zgodziła się iść z Malfoyem.
— Nie trzeba! — powiedziała Lavender, uwalniając się z uścisku Parvati i podchodząc bliżej. — Prefekci już po nią poszli. Malfoy chciał to zrobić, ale powiedziałam mu, że nie może, bo nie jest prefektem.
Harry żałował, że nie widział tej konfrontacji.
Widocznie wieść, że dorośli są już w drodze, uspokoiła Hermionę, bo odwróciła się i pobiegła za Malfoyem.
Lavender złapała Harry’ego za ramię i ścisnęła boleśnie.
— Och, Harry, to było straszne.
Parvati znowu znalazła się u jej boku.
— Co się stało?
— Pożar! — krzyknęła Lavender, tak jakby naprawdę wierzyła, że sami wcześniej na to nie wpadli.
— Tak — zgodziła się Parvati cierpliwie — ale co ty tu robisz?
— I kto wzniecił pożar? — spytał Harry. — Wiesz? Widziałaś coś?
Lavender potrząsnęła głową.
— Nie. Ja tylko znalazłam Harpera na czwartym piętrze i…
— Harpera? — pisnęła Parvati, ale Lavender ją zignorowała.
— Był tak samo zdezorientowany jak zawsze, więc odprowadziłam go tutaj. Ale kiedy ściana się odsunęła, poczułam dym. Weszłam więc do środka razem z nim i kiedy otworzyły się drzwi do dormitoriów i zobaczyłam więcej dymu, spanikowałam. Wtedy wyciągnęłam mojego galeona i pomyślałam o waszej trójce. — Machnęła ręką na drzwi, w których przed chwilą zniknęła Hermiona. — A potem, cóż, pomyślałam, że sprawdzę skąd to się wydobywa i… — Pociągnęła nosem. — Kiedy otworzyłam tamte drzwi, myślałam… Było tak gorąco i ściany się paliły. Wszystkie.
Harry spojrzał na resztki zasłon zwisające ze ścian. Pomyślał, że pewnie cały pokój był udekorowany zielonym jedwabiem. Słyszał, że właśnie tak wyglądały dormitoria Ślizgonów.
— I co zrobiłaś? — spytał.
— Cóż, zaczęłam krzyczeć. Głośno. I wrzeszczeć Aguamenti. I to podziałało. A potem pojawili się Ślizgoni i mi pomogli. Całkiem szybko udało nam się ugasić ogień.
— Aguamenti zadziałało? — zdziwił się Harry, a Lavender przytaknęła.
Harry spodziewał się czarnomagicznego ognia, nie zwykłego. Przypomniał sobie swój sen i smoka. Ale przecież to był tylko sen.
Ślizgoni ociągali się z wyjściem, a kilku z nich pozostało z nimi w dormitorium. Teodor Nott stał w drzwiach ze skrzyżowanymi ramionami. Wszyscy się w nich wpatrywali, słuchając.
— I nic nie słyszeliście, zanim pojawiła się Lavender? — rzucił Harry w tłum.
Nott mu odpowiedział:
— To lochy, Potter. Ściany są grube, a my spaliśmy.
— To nie było oskarżenie — powiedział Harry, ale nie wyglądało na to, jakby ktoś mu uwierzył. — Chciałem tylko wiedzieć, kiedy zaczął się pożar.
Na to nikt nie miał odpowiedzi. Harry spojrzał z powrotem na Lavender.
— Nie widziałaś nikogo innego? W korytarzach? W pokoju wspólnym?
Dziewczyna potrząsnęła głową.
— Przykro mi, Harry.
— Niepotrzebnie. — Harry nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu. — Byłaś świetna.
Lavender rozpromieniła się, a Teodor Nott odwrócił się i wyszedł z pokoju. Harry domyślał się, że nie był zadowolony z faktu, że Gryfoni wparowali im do pokoju wspólnego w środku nocy, żeby uratować uczniów, którzy spłonęliby żywcem, podczas gdy żaden ze Ślizgonów nic nie zauważył. I wyglądało na to, że Lavender już wcześniej rozstawiała ich po kątach.
Harry, czując dumę, posłał jej kolejny uśmiech.
— Nikt się nie poparzył, tak? Te łóżka są chyba w dobrym stanie.
— Kilka zasłon się zapaliło, ale ugasiliśmy je na czas. Wydaje mi się, że pierwszoroczni tylko nawdychali się dużo dymu.
— Tak samo jak ty — stwierdził Harry. — Powinnaś iść…
Parvati przerwała mu.
— Lavender, ale co robiłaś na czwartym piętrze w środku nocy? Do tego sama?
— To nie twoja sprawa. — Lavender wyrwała się z uścisku przyjaciółki. — W tej chwili liczy się to, że tam byłam.
Harry chciał wspomnieć, że cały sens patrolów Gwardii polegał na tym, żeby powstrzymać uczniów przed włóczeniem się po nocach, co oznaczało, że oni sami też nie mogą łamać tych zasad, ale Lavender miała rację. Kto wie, co by się stało, jeśli spałaby tak samo jak reszta? I ostatnią rzeczą, której teraz potrzebowała, było udzielenie reprymendy.
Poza tym Harry chyba wiedział, jak Harper ostatnio znalazł się w wieży Gryffindoru. Lavender mogła podać mu hasło. Możliwe też, że wcale nie spotkała go przypadkiem. Może byli tam umówieni. W końcu miłość wisi w powietrzu.
— Ale nie powinniśmy… — zaczęła Parvati, lecz Harry jej przerwał.
— Mogłabyś, proszę, zabrać Lavender do skrzydła szpitalnego?
Parvati zacisnęła usta, ale kiwnęła głową. Lavender wyglądała, jakby miała zaprotestować, jednak zamiast tego zaczęła mocno kasłać. Parvati pociągnęła ją w stronę wyjścia i dziewczyna dała się wyprowadzić ze zrezygnowanym wyrazem twarzy.
Chwilę później do pokoju wpadł Slughorn. Był spocony i dyszał ciężko, szlafmyca chwiała się niebezpiecznie na jego głowie, a aksamitny szlafrok łopotał jak szalony.
— O rany. O rany — powtarzał, jakby nie mógł przestać. Zauważył Harry’ego. — O rany! Harry, mój drogi chłopcze! — Poślizgnął się, wyciągnął ręce do Harry’ego i niemal przewrócił ich obu na ziemię. — O rany! — powiedział kolejny raz, poprawiając szlafmycę.
— Nie wydaje mi się, żeby ktoś był poważnie ranny — poinformował go Harry, mając nadzieję, że Slughorn się uspokoi. Kilku uczniów, którzy byli jeszcze w pokoju, zaczęło wyglądać na zdenerwowanych, jakby panika profesora była zaraźliwa.
Zszokowany Slughorn rozejrzał się dookoła.
— Jak to się stało? — Obdarzył Harry’ego łzawym spojrzeniem. — Och, co za szczęście, że mamy ciebie, Harry Potterze.
— Nic nie zrobiłem — powiedział zdekoncentrowany Harry. Przypomniał sobie właśnie, że chciał sprawdzić, czemu podłoga była taka śliska. — To Lavender Brown stłumiła ogień. Razem ze Ślizgonami.
Harry schylił się i dotknął podłogi różdżką, a w tym czasie Slughorn upierał się, że zawsze wiedział, że Oleander Brown była świetną czarownicą.
— Lavender — poprawił Harry. Przyklęknął na jedno kolano i za pomocą różdżki zebrał trochę dziwnej czarnej substancji klejącej się do podłogi. Była tłusta i lepiła się do jego palców.
McGonagall zastała go w tej pozycji. Jeśli pomyślała, że to niezwykłe, to nie dała tego po sobie poznać. Rozejrzała się po pokoju, opierając się ciężko na swojej lasce. Ron i Hermiona pojawili się zaraz po niej, a Harry zauważył jeszcze Malfoya i Blaise’a na korytarzu.
— Minerwa! O rany! — powiedział Slughorn, a Hermiona energicznie podeszła do Harry’ego.
— Harry, co to jest?
Harry podniósł się i zmarszczył brwi.
— Wydaje mi się, że wosk.
— Wosk ze świecy? — zapytała ostro McGonagall. Wyjęła różdżkę i szepnęła: — Lumos.
Wiązka światła przeszukiwała podłogę.
— Tutaj! — powiedziała Hermiona, wskazując na okno. — Zobaczcie!
McGonagall ruszyła dziarsko do przodu, najwyraźniej zapominając o utykaniu. Teraz za oknem czaiły się już trzy druzgotki pływające w jeziorze po zewnętrznej stronie szyby, przyglądając się im i szczerząc zęby. McGonagall postukała w szkło laską i stworzenia odpłynęły, zostawiając po sobie kaskady pęcherzyków powietrza unoszących się ku powierzchni.
Światło z jej różdżki oświetliło podłogę pod oknem.
— Świece — mruknęła.
Istotnie, na ziemi leżał stos do połowy wypalonych świec. Teraz, kiedy w pokoju było jaśniej, Harry zauważył, że stopiony wosk był praktycznie wszędzie.
— Dużo świec — stwierdził.
— Ale jak… — Slughorn wpatrywał się w kawałki świec. — To musiał być jakiś wypadek. Dzieci musiały wyczarować te świece…
— To pierwszoroczni, Horacy — przypomniała mu McGonagall.
— Ale to możliwe — nalegał Slughorn. — Ja przypadkowo wyczarowałem meduzę, gdy miałem dwanaście lat.
— Cóż, to nie jest meduza — rzuciła McGonagall szorstko. — Cały ten wosk… Ktoś musiał wyczarować setki świec.
Harry spojrzał na Hermionę.
— Czy pierwszoroczniacy coś wiedzą?
Dziewczyna potrząsnęła głową.
— Byli przytomni, kiedy opuszczaliśmy skrzydło szpitalne i żaden z nich nawet nie widział ognia. Wszyscy smacznie spali.
— Nie wiem, jak to możliwe — skomentował Ron. — Setki zapalonych świec. Musiało tu być bardzo jasno.
— Mogą kłamać. Albo szok sprawił, że zapomnieli. — Slughorn wykręcał ręce, wyglądając na niezadowolonego. — To musiał być wypadek.
Zamyślony Harry wzrokiem przeskanował pokój. Chłopców wyprowadzono, ale wszystkie ich rzeczy zostały w dormitorium.
— Cóż — stwierdził — można sprawdzić czy zostały wyczarowane. — Skoncentrował się i zawołał: — Accio różdżki!
Pięć różdżek nadleciało z różnych stron pokoju. Harry złapał trzy, ale dwie spadły na podłogę, a Ron i Hermiona schylili się, żeby je podnieść. Wyjęli swoje różdżki i niemal jednocześnie rzucili Priori Incantatem. Wkrótce trzy różdżki przestały odtwarzać rzucane przez uczniów zaklęcia i Harry wręczył przyjaciołom dwie kolejne, sprawdzając tę, która została mu w ręku.
Pojawiło się więcej srebrnych książek i piór, a nawet kilka poduszek wzleciało w kierunku sufitu. Żadnych świec.
McGonagall wpatrywała się w sufit, pod którym nieznacznie drgały srebrne kształty.
— Ćwiczyli zaklęcie lewitacji — stwierdziła, celując różdżką w górę i szepcząc: — Deletrius.
Srebrne kształty zniknęły.
Slughorn podążył za jej spojrzeniem, wyraźnie niepocieszony, jednak nie na tyle, żeby się poddać.
— Minerwo, wiem, że masz swoje teorie… — McGonagall spojrzała na niego chłodno i Slughorn dokończył szybko: — Ale te dzieci są małe. Może jedno z nich w dalszym ciągu nie kontroluje zbyt dobrze swojej magii i tak to się skończyło.
— Są zbyt duże na przypadkowe akty bezróżdżkowej magii takiego kalibru i zbyt małe, żeby rzucić zaklęcie wyczarowujące coś z powietrza.
— W rzeczy samej! — krzyknął Slughorn. — Ale… To jest nieprawdopodobne, zgadzam się, ale nie niemożliwe. Powiedzmy, że jedno z nich boi się ciemności albo tych przerażających druzgotków i widziało świece unoszące się w Wielkiej Sali. Możliwe też, że to dziecko praktycznie już spało, zaniepokojone, niepanujące nad sobą, i nieświadomie chciało się ochronić.
McGonagall zmierzyła wzrokiem uczniów stojących obok drzwi i na korytarzu.
— Czy ktoś z was coś widział?
Kilka osób potrząsnęło głowami.
— Peterson bał się ciemności — rzucił jeden ze Ślizgonów, wskazując na okno. Harry go nie znał, ale kojarzył jego twarz, więc pewnie chłopak był prefektem. — To jego łóżko. On boi się wszystkiego. — Grymasu, który pojawił się na twarzy chłopaka, nie powstydziłby się nawet Malfoy. Harry miał ochotę się roześmiać, słysząc przesadną pogardę w głosie Ślizgona, nie do końca wiedząc, skąd się wzięło to pragnienie. Może to jakiś dziwny rodzaj nostalgii? Spojrzał w stronę korytarza, z nadzieją, że zobaczy Malfoya, ale już go tam nie było.
McGonagall przyglądała się chłopakowi przez chwilę, a później powiedziała:
— Powinniście wrócić do swoich dormitoriów. Jest trzecia nad ranem.
Niektórzy natychmiast się odwrócili, inni zawahali na moment, a kilka osób zerkało z niechęcią na Harry’ego, Rona i Hermionę.
— Wasza trójka także — dodała dyrektorka, patrząc na Harry’ego.
Harry się tego spodziewał. Chciałby zostać, usłyszeć więcej teorii, dowiedzieć się, czy zamek — tak na wszelki wypadek — zostanie przeszukany. Nie miał pojęcia, czemu ktoś chciałby puścić z dymem dormitorium pierwszoroczniaków, ale nie oznaczało to, że powinno się zapomnieć o całej sprawie, jak chciał zrobić Slughorn. Harry miał ochotę zaproponować rzucenie Priori Incantatem na każdą różdżkę w zamku, ale zdawał sobie sprawę, że to już było absurdalne.
Nic więc nie powiedział, tylko kiwnął głową. Nieposłuchanie McGonagall na oczach grupki Ślizgonów nie było czymś, co chciałby zrobić.
Opuścili dormitorium i to chyba uspokoiło resztę uczniów. Rozeszli się, znikając w słabo oświetlonych przejściach, szepcząc coś do siebie nawzajem. Ktoś mruknął „Wybawiciel” i cichy śmiech poniósł się echem po korytarzu. Harry bezskutecznie rozglądał się za jasnymi włosami.
Ron zadrżał.
— Cholernie tu zimno. I ciemno. I przygnębiająco. Sam nie miałbym nic przeciwko wyczarowaniu kilku świec.
— McGonagall ma rację, wiecie? — rzuciła Hermiona. — To wysoce nieprawdopodobne, żeby pierwszoroczny dokonał czegoś tak potężnego przez przypadek… — Urwała, kiedy dotarli do ślizgońskiego pokoju wspólnego. Spojrzała ze zmarszczonymi brwiami w stronę kominka. Harry podążył za jej wzrokiem i zobaczył Malfoya siedzącego koło ognia na jednym z zielonych skórzanych foteli. Patrzył wprost na Harry’ego, w ciemnym świetle wyglądając bardziej wyniośle niż kiedykolwiek wcześniej.
Poza nimi w pokoju nie było nikogo. Harry zauważył jeszcze jedne drzwi, po przeciwnej stronie pomieszczenia, które musiały prowadzić do dormitorium dziewcząt. Były zamknięte, odcinając Ślizgonki od wszystkiego, co się wydarzyło.
— Idźcie — powiedział do Rona i Hermiony. — Zaraz was dogonię.
Jego przyjaciele spojrzeli na siebie marszcząc brwi, ale wyszli mimo jawnej niechęci. Harry był pewien, że będą czekać tuż przed wejściem, zapewne podsłuchując. Malfoy obserwował wszystko bez słowa. Kiedy Harry podszedł do niego, zauważył, że włosy Ślizgona były splątane i zmierzwione, co w jego przypadku było dość dziwne. Łagodziło to rysy Malfoya i sprawiało, że wyglądał młodziej. Chociaż w zielonkawym świetle lamp jego skóra sprawiała wrażenie ziemistej.
— Czy wszystko tutaj musi być zielone? — zapytał Harry.
Malfoy zignorował jego pytanie i wstał, wyglądając na wzburzonego.
— Powiem ci tylko jedną rzecz i możesz sobie iść — zaczął. — Nie chciałbym, żebyś jutro za mną łaził, próbując mnie przepytać, więc oto twoja odpowiedź: Nie podpaliłem dormitorium.
Harry zamrugał.
— Nawet nie pomyślałem, że to zrobiłeś — powiedział szczerze.
Malfoy prychnął.
— Jasne. Więc nie wysłałeś ze mną Granger po to, żeby upewnić się, że nie wykończę Petersona?
Wysłałem ją, żeby mogła cię chronić. Harry uznał jednak, że lepiej nie mówić tego na głos.
— Nawet nie przyszło mi przez myśl, że mogłeś to zrobić. Szczególnie… cóż, nie ogień. — Malfoy skrzywił się i odwrócił wzrok. — Chociaż… — Harry zmarszczył brwi. — Czemu miałbym pomyśleć, że chcesz skrzywdzić Petersona? Czemu akurat jemu?
Malfoy spojrzał na niego.
Jasne. Bo niby nie wiesz dlaczego. — Jego ton wskazywał, że najwyraźniej zakładał, że Harry wie o chłopaku więcej niż twierdził.
— Czy on też kopnął cię na oczach całej szkoły?
Malfoy wpatrywał się w niego bez słowa.
Merlinie. Ty nawet nie… — Przeczesał włosy palcami, przez co sterczały teraz na wszystkie strony. — Równie dobrze mogę ci powiedzieć — stwierdził gniewnie. Komentarz o Petersonie najwidoczniej musiał mu się wymknąć. — Petersonowie to stara, czystokrwista rodzina, ale ten mały chłopiec, Jamie... Jego ojciec jest charłakiem, a matka mugolką. On… jest praktycznie mugolakiem. — Malfoy wzruszył ramionami. — Nie zaaklimatyzował się zbyt dobrze. Nigdy nie powinien był trafić do Slytherinu.
Harry przypomniał sobie młodego prefekta, który wtedy, w dormitorium, uśmiechnął się szyderczo, mówiąc im, że Petrerson boi się wszystkiego. Nie zaaklimatyzował się zbyt dobrze...
Co w praktyce oznaczało, że niektórzy uczniowie musieli się nad nim znęcać. Kiedyś Harry z łatwością oskarżyłby o to Malfoya; kiedyś Malfoy mógłby uczestniczyć w czymś takim, ale ten chłopak, który teraz stał przed Harrym, wydawał się… zbyt zaabsorbowany czymś innym, żeby się tym przejmować.
Harry musiał milczeć zbyt długo, bo Malfoy zaczął tracić cierpliwość.
— Proszę, Potter. Motyw. Podany ci na srebrnej tacy. Domyślam się, że teraz uważasz, że naprawdę to zrobiłem. Cóż, powtórzę to jeszcze raz, bo jesteś raczej niekumaty i zlituję się nad tobą: nie zrobiłem tego.
Usta Harry’ego zadrżały w powstrzymanej próbie uśmiechu.
— Cóż, jeśli więc tego nie zrobiłeś, to oznacza — biorąc pod uwagę twoją potrzebę wytknięcia mi faktu, że miałeś motyw — że jesteś jeszcze bardziej stuknięty niż myślałem.
Malfoy był wyraźnie niezadowolony z komentarza Harry’ego.
— To nie moja wina, że jesteś kiepskim aurorem i muszę odwalać za ciebie całą robotę.
— Och? Więc chcesz pomóc? Bo mógłbyś. Powiedziałeś, że chłopak nie zaaklimatyzował się zbyt dobrze, więc przypuszczalnie oznacza to, że inni uczniowie… — Zastraszyli go, pomyślał Harry, ale nie powiedział tego głośno. To stwierdzenie mogło sprawić, że Malfoy zacznie bronić swojego domu i jego członków. Jak ująłby to Ślizgon? — Nie przejmują się nim zbytnio — dokończył. — Możesz mi powiedzieć kim oni są?
Malfoy i tak przyjął pozycję obronną.
— Skąd miałbym wiedzieć? Nie śledzę pierwszoroczniaków. Poza tym, jakie to ma znaczenie? W pokoju byli inni pierwszoroczni, wszyscy czystokrwiści. Jeśli ktoś chciałby zrobić coś Petersonowi, zrobiłby to z dala od innych. Nie naraziliby nikogo innego. Jednym z nich jest młodszy brat Zabiniego. Tylko idiota mógłby spróbować go skrzywdzić.
Harry był bardziej niż lekko zdziwiony. Chłopiec, którego wynosił Zabini, musiał być jego bratem. A przecież sprawiał wrażenie tak spokojnego. Zamiast normalnie odpowiadać rzucał nawet sarkastyczne komentarze! Jego zachowanie uspokoiło Harry’ego, a prawda jest taka, że wewnętrznie Zabini pewnie wariował ze strachu, bo do skrzydła szpitalnego pobiegł wcześniej niż cała reszta. Cholerni Ślizgoni. Czy chłód panujący w lochach zmroził ich krew i ciała, sprawiając, że nie byli w stanie zachowywać się jak normalni ludzie? Malfoya zawsze najłatwiej było sprowokować i rozzłościć, i awanturował się najgłośniej spośród swoich skrytych współdomowników.
— Być może powinieneś dać mi listę tych idiotów? — zasugerował Harry.
Malfoy zacisnął usta.
— Nie będę robił dla ciebie żadnych list.
Harry już się tego domyślił.
— Powiedz mi, Malfoy, jeśli myślisz, że to taki słaby motyw, czemu w ogóle o tym wspomniałeś?
— Bo jesteś irracjonalny i nie dotarłoby do ciebie, że nie ma żadnej logiki w założeniu, że ktoś przyszedł po Petersona, ryzykując jednocześnie życie innych uczniów.
— Och, nie jestem pewien. Znam parę osób, które tak bardzo chciały dostać to, czego pragnęły, że nie obchodziło ich, czy ktoś przy tym ucierpi.
Głęboki rumieniec pokrył policzki Draco. Jego głos był niski, kiedy się odezwał.
— Jeśli mówisz o mnie…
— Miałem na myśli Voldemorta — powiedział Harry. — To on twierdził, że bardzo troszczy się o czystość krwi i czystokrwistych, ale ośmielę się przypomnieć, że szybko o tym zapominał i chętnie poświęcał niektórych z nich, kiedy tylko przyszła mu na to ochota. Nie miał z tym najmniejszego problemu. — Harry zastanawiał się przez chwilę. — Chociaż, on był wariatem, zapewniam cię.
Malfoy znowu odwrócił wzrok. Wydawało się, że miał problem z dłuższym patrzeniem Harry’emu w oczy. To było interesujące. Malfoy nigdy wcześniej nie miewał skrupułów.
— Zapewniam cię — powiedział Malfoy — że nikt za… nim nie tęskni, jeśli chodzi o te kwestie.
Przez chwilę Harry był pewien, że Malfoy wypowie imię Voldemorta. Jego usta ułożyły się by wyartykułować „v”, ale w ostatniej sekundzie musiał zmienić zdanie. Ale już sam widok Malfoya próbującego wymówić to imię, chcącego to zrobić, bardzo go ucieszył, choć sam do końca nie wiedział dlaczego.
Zakasłał, żeby ukryć mimowolny uśmiech.
— Być może — zgodził się. — Ale czy możesz mnie zapewnić, że żaden z tych uczniów nie myśli, że Voldemort miał rację?
Nagle Malfoy zaczął sprawiać wrażenie zmęczonego.
— Nie wiem. Nie mogę ci pomóc, Potter. — Ponownie przejechał przez włosy palcami, tym razem rozczesując je i układając na miejscu.
— Możesz. — I zrobisz to. Harry już od jakiegoś czasu układał plan. Na razie dosyć mętny. Nie był pewien, jak tego dokonać, ale chodziło mu to po głowie od momentu reaktywowania Gwardii Dumbledore’a. Ale teraz nie był odpowiedni czas, żeby o tym dyskutować. — Tylko nie chcesz.
Malfoy nie zaprzeczył. Nic nie powiedział i Harry domyślił się, że to koniec rozmowy.
— Lepiej, żeby McGonagall cię tutaj nie znalazła. — Harry nie mógł powstrzymać się przed tym ostrzeżeniem i ruszył w stronę drzwi.
— Potter! — zawołał za nim Malfoy i Harry odwrócił się, unosząc brwi. Malfoy znowu patrzył się na niego z pochmurną miną. — Tak na marginesie — powiedział — cholernie nienawidzę zielonego.
Harry kiwnął głową skonsternowany, nie wiedząc czy to przytyk do koloru jego oczu, czy też Malfoy miał na myśli klątwę zabijającą.
— Będę o tym pamiętał przy wysyłaniu ci prezentu świątecznego — powiedział i wyszedł ze ślizgońskiego pokoju wspólnego.
Ron i Hermiona byli dokładnie tam, gdzie spodziewał się ich zastać, czyli tuż przed drzwiami.
— Więc uważasz, że jeden ze Ślizgonów próbował zabić małego Petersona? — spytała Hermiona, nawet nie próbując udawać, że nie podsłuchiwali jego rozmowy z Malfoyem.
— Myślę, że skończyły mi się już prawdopodobnie brzmiące teorie — odparł Harry ze smutkiem. Jeśli była jedna rzecz, której mógł być pewien, to był nią fakt, że w tym roku było w Hogwarcie zbyt wiele wypadków.

*

— Mam pewną teorię — powiedział Harry, kiedy następnego dnia szli na śniadanie.
— Czy jest prawdopodobna? — spytała Hermiona.
— I czy dotyczy Malfoya? — dodał Ron.
Nie i tak, pomyślał Harry, ale zdecydował się nie odpowiadać a zamiast tego przedstawił im swoją teorię.
— Przez siedem lat wszyscy spaliśmy w tych samych dormitoriach, tak? — Ron i Hermiona spojrzeli na niego bez zrozumienia. — To znaczy — Harry pośpieszył z wyjaśnieniami — kiedy przybyliśmy do Hogwartu przydzielono nam dormitoria i spaliśmy w nich przez siedem lat… cóż, sześć w naszym przypadku, i tylko tabliczka na drzwiach się zmieniała. Przypuszczam, że w innych domach jest tak samo.
— Eee, tak myślę… — zgodziła się Hermiona.
— A w tym roku skrzaty rzuciły zaklęcie poszerzające w wieży, żebyśmy się jakoś pomieścili. Nie śpimy już w naszych dawnych dormitoriach, bo dormitoria zgodnie z planem rotacji wróciły do obiegu i po siedmiu latach ponownie zostały przydzielone pierwszorocznym.
Hermiona popatrzyła na niego i jęknęła.
— Tu chodzi o Malfoya.
— Jak to? — zdziwił się Ron.
— Cóż — zaczął Harry. — Jeśli tak samo dzieje się w Slytherinie, to dormitorium, które spłonęło ostatniej nocy było pokojem, w którym Draco Malfoy spał przez ostatnie siedem lat.
— Więc… — Ron podrapał się po głowie — myślisz, że Malfoy był emocjonalnie przywiązany do tego pokoju. I w przypływie dzikiej furii zdecydował: Jeśli ja nie mogę tam spać, wy też nie! SPAL SIĘ. SPAL SIĘ! — krzyknął Ron i zaśmiał się głośno.
Harry spiorunował go wzrokiem, chociaż musiał przygryźć wargi, żeby się nie roześmiać.
Hermiona prychnęła.
— Nie, on myśli, że ktoś naprawdę próbował zamordować Malfoya. Prawda?
— Ale to ma sens, prawda? — zaprotestował Harry. — Na przykład Carrowowie wiedzą, gdzie jest dormitorium Draco i pewnie nie mają pojęcia o zaklęciach poszerzających. Więc jeśli chcieliby go zabić, założyliby, że to wciąż jego dormitorium.
— Nie, to nie ma sensu, Harry — powiedział Ron. — To znaczy, nie mówiąc nawet o tym, jak dostaliby się do lochów, czy w ogóle do zamku, ale powiedzmy, że im się udało. I dalej co? Wpadli do dormitorium, zignorowali fakt, że Malfoy i jego koledzy najwyraźniej się skurczyli i wyglądają jak maleńcy pierwszoroczni i zdecydowali się wyczarować masę świec, mając nadzieję, że dzięki temu spali się całe dormitorium, zamiast użyć Szatańskiej Pożogi, która od razu załatwiłaby całą sprawę?
— Ale mogli rzucić na kogoś Imperio! Na jednego z uczniów. Nie musieli robić tego osobiście.
— I powiedzieliby temu komuś: „spal trzecie dormitorium po prawej”, zamiast „zabij Draco Malfoya”? Śmierciożercy mogli nie wiedzieć, gdzie w tym roku sypia Malfoy, ale uczniowie wiedzą.
Harry przystanął.
— Masz rację. Ale to oznacza jedynie, że osoba pod wpływem Imperiusa, kimkolwiek jest, nie jest Ślizgonem.
— Albo że to nie jest uczeń ani ktokolwiek inny w zamku, ponieważ oni wszyscy wiedzą, że nie należy szukać Malfoya w jego starym dormitorium. Przed chwilą sam powiedziałeś, że drzwi są opisane.
— Ale w jaki sposób ten temat miałby w ogóle wypłynąć? Jeśli śmierciożercy myśleliby, że wiedzą, gdzie znaleźć Malfoya, wtedy daliby dokładne instrukcje osobie, na którą rzucili Imperiusa. Nie zapytaliby kogoś, kto w przeciwieństwie do nich, nigdy nie był w lochach, czy wie, gdzie śpi Malfoy.
Ron potrząsnął głową.
— Ale czemu w ogóle zawracać sobie głowę lochami? I ogniem? Jeśli rzuciliby na kogoś Imperiusa, to ta osoba mogłaby po prostu walnąć Malfoya klątwą zabijającą w byle jakim korytarzu.
— Może chcieli, żeby to wyglądało na wypadek. Albo chcieli tylko zastraszyć Malfoya. Ogień doskonale by się nadał.
— Ty o tym wiesz. Ale oni? Czy Malfoy kiedykolwiek powiedział komuś o tym, co stało się w Pokoju Życzeń?
— Mógł to zrobić. Lestrange dalej jest na wolności, a to praktycznie jego rodzina. Poza tym, ogień przestraszyłby każdego.
— Ale, Harry — wtrąciła się Hermiona — czemu mieliby sobie zawracać głowę Malfoyem? Jeśli Tommy Wright był ich celem a Malfoy coś widział i — tak jak mówisz — chcieli się go z tego powodu pozbyć, czemu tydzień później mieliby ryzykować ponownie, mimo że Malfoy nie puścił pary z ust?
— Cóż, to nie znaczy, że tego nie zrobi. Po co tak ryzykować?
— Wydaje mi się, że bardziej przejmują się, żeby nie zostać złapani, niż tym, by nie wypłynął przeciwko nim żaden dowód. W końcu i tak jest pełno dowodów przeciwko nim! Wizengamot ma na nich wystarczająco dużo, żeby za inne przestępstwa wsadzić ich na całe życie.
Harry nieco oklapł.
— To prawda — przyznał. — Ale jeśli wyda się, że przeklęto wnuka Aldertona, to bardziej prawdopodobne jest, że czarodzieje z brygady uderzeniowej zabiją ich na miejscu zaraz po tym, jak ich złapią.
— Ech. — Ron wzruszył ramionami. — Jakby nie mieli takich instrukcji od samego początku.
— Śmierciożercy nie mają wiele do stracenia — dodała Hermiona. — To znaczy, jeśli Malfoy widział coś, kiedy Tommy został trafiony klątwą, a oni w dalszym ciągu byliby w zamku i mieliby okazję, jasne, czemu nie mieliby się go pozbyć? Ale wracać tu tylko po to? Niby dlaczego?
Harry westchnął.
— Może patrzę na to wszystko ze złej perspektywy? Może Malfoy od początku był celem. Może wie coś albo zrobił coś… albo został zmuszony do zrobienia czegoś. Znowu.
— Albo ktokolwiek przeklął Tommy’ego już dawno zniknął i to, co zdarzyło się wczoraj, naprawdę było wypadkiem? — zapytał Ron z nadzieją.
— A co z Irytkiem? — spytał Harry. — W dalszym ciągu się nie pojawił, prawda?
— Ale jaki to może mieć związek?
— A czemu nie? W ciągu kilku tygodni uczeń został przeklęty, Malfoy i ja omal nie zginęliśmy na schodach, Irytek zniknął, a teraz pięcioro uczniów nieomal spłonęło na śmierć. Jeśli Lavender by się nie pojawiła, zostałaby z nich kupka popiołu. Sześcioro uczniów w trzy tygodnie! Ośmioro, jeśli liczyć mnie i Malfoya. Dziewięcioro, jeśli doliczymy poltergeista. Który, tak przy okazji, powinien być niezniszczalny. Ale myślę, że możemy zignorować Irytka, skoro i tak nigdy nie znajdziemy ciała. — Kilka osób minęło ich, patrząc dziwnie i Harry zdał sobie sprawę, że zaczął krzyczeć. Możliwe, że wyglądał na lekko rozhisteryzowanego. Ron i Hermiona sprawiali wrażenie, jakby też tak myśleli. Wymienili między sobą spojrzenia i stali spokojnie. — Nie wyobrażam sobie tego. — Harry uznał za konieczne to zaznaczyć. Nie wyobrażał sobie, prawda? Czy te wszystkie rzeczy mogły być ze sobą kompletnie niezwiązane? Z pewnością tak to wyglądało. Co jeśli wariował i doszukiwał się powiązań, których wcale tam nie było? I jeszcze wciągnął w to szaleństwo swoich przyjaciół, Malfoya, GD, a nawet McGonagall?
— Harry — powiedziała Hermiona łagodnie. — Zgadzam się, że to wszystko bardzo dziwne, ale może spodziewaliśmy się, że teraz wszystko potoczy się gładko, a wcale tak nie jest? Śmierciożercy dalej gdzieś tam są i może nawet udało im się dostać do zamku, ale tutaj też wciąż są uczniowie, którzy nienawidzą mugolaków. Sam mówiłeś, to jeszcze nie koniec. I dobrze, że zebraliśmy z powrotem Gwardię Dumbledore’a, bo uczniowie są zbyt nieostrożni, zachowując się, jakby teraz już nic złego nie mogło się im stać. A wczorajsza noc udowodniła, jak bardzo się myliliśmy, myśląc coś takiego. I nie potrafię wytłumaczyć zniknięcia Irytka. Próbowałam znaleźć coś w bibliotece, ale poltergeisty są rzadkie i nie było o nich książek, więc nie miałam w czym szukać. Masz rację, to bardzo dziwne, że zniknął, ale myślę, że po prostu… Myślę, że za mocno starasz się wszystko połączyć i oskarżyć o to jednego potężnego czarnoksiężnika. Takiego, którego mógłbyś złapać, zniszczyć i wszystko naprawić. A wydaje mi się, że nie o to w tym wypadku chodzi.
To zabolało. Głównie dlatego, że Hermiona miało sporo racji. Czemu to robił? Czy szukał tylko kolejnego Voldemorta? Naprawdę tkwię w przeszłości.
Ron wpatrywał się w swoje stopy i zdawało się, że to do nich mówi, kiedy się odezwał.
— I za bardzo skupiasz się na Malfoyu.
Harry musiał się skrzywić, bo Hermiona dodała szybko:
— Ale zgadzam się, że to dziwne, że Malfoy akurat był w zamku, kiedy przeklęto Tommy’ego. Jeśli coś wie, to pomogłoby Pomfrey go wyleczyć. Jeśli usłyszał inkantację albo zobaczył kolor klątwy, byłoby to bardzo pomocne.
Dla Harry’ego brzmiało to jak: „W porządku, Harry, możesz dalej dręczyć Malfoya, jeśli cię to uszczęśliwia. To pożyteczne i absolutnie nieszalone.”
— I powinniśmy zrobić coś w sprawie małego Petersona — dodał Ron.
— Tak! — zgodziła się Hermiona. — Jeśli się nad nim znęcają i prefekci biorą w tym udział, to jest straszne.
Widzisz, widzisz, mówili jego przyjaciele, widzisz jaki możesz być użyteczny? Nawet jeśli nie ma żadnego Voldemorta do pokonania. Możesz dalej mieć swoją małą armię i ratować ludzi.
Chcą dobrze
, powiedział sobie Harry, starając się powstrzymać irytację. A ty pewnie zwariowałeś.
— Dobrze, Harry? — Ron patrzył na niego, widocznie jego własne stopy przestały być już interesujące.
— Taa — przytaknął. — To jest problem. Powinniśmy się na tym skupić.
Plan, który Harry przygotował wczoraj w łóżku, spalił na panewce. Chciał zasugerować zaproszenie Malfoya do GD, ale teraz nie mógł tego zrobić. Nie był już pewien, czy kiedykolwiek zdobędzie się na zaproponowanie tego Malfoyowi. Mało prawdopodobne, żeby Ślizgon chciał być częścią grupy, której przewodził Harry i absolutnie absurdalne było to, że mógłby przyłączyć się do czegoś nazywającego się Gwardią Dumbledore’a. To było jak dziwaczny sen na jawie. Pomyślał, że może teraz przyłączyłby się do nich Zabini, skoro jego brat o mało nie spłonął żywcem.
To byłoby dobre dla nich, dla Ślizgonów, dla całej szkoły. Więcej wspólnych celów, mniej podziałów. I jeśli Harry okazałby Malfoyowi trochę zaufania, może Malfoy zrewanżowałby się tym samym i był bardziej skłonny do dzielenia się informacjami, które mógł ukrywać.
Ale, jeśli Harry miał być ze sobą szczery, musiał przyznać, że miałby pewnie więcej szczęścia w zmuszeniu Malfoya do wypicia eliksiru prawdy. Czego Harry ostatecznie jeszcze wcale nie wykluczył.
Przez resztę dnia dyskutowali jak najlepiej ochronić Petersona i zgodzili się, że poza wspomnieniem o całej sprawie McGonagall, jedno z nich mogłoby spróbować podejść do chłopca i dać mu galeona Gwardii, żeby mógł się z nimi skontaktować, kiedy ktoś będzie próbował zrobić mu krzywdę.
— Jeśli będzie w lochach, mógłby przesłać nam hasło — powiedziała Hermiona.
— Będziemy musieli zapytać McGonagall o pozwolenie. I Slughorna — zauważył Harry. Hasła do domów były bardzo delikatną sprawą. Nie można tak po prostu podać komuś hasła do swojego domu. Chyba, że ten ktoś był twoim chłopakiem bądź dziewczyną, ale nawet wtedy osoba ta była niezbyt mile widziana.
Hermiona uśmiechnęła się do niego.
— Jestem pewna, że McGonagall się zgodzi, jeśli ją poprosisz, Harry.
— Eee, co to ma znaczyć?
— No proszę cię, stary — wyszczerzył się Ron. — Oczywiście, że zgodzi się na wszystko, co zaproponujesz.
Harry był oburzony.
— To nieprawda!
— Po prostu bardzo cię lubi — stwierdziła Hermiona. — I ufa twojemu osądowi. Wiesz, większość ludzi ci ufa.
Harry nachmurzył się.
— Najwyraźniej poza waszą dwójką. Obalacie moje pieczołowicie skonstruowane teorie.
Ron prychnął.
— No cóż, większość ludzi cię nie zna, stary.
Harry nie mógł się nie roześmiać.
— Dupek.
Zatrzymali się w drzwiach Wielkiej Sali, zaskoczeni. Atmosfera w sali była raczej niespodziewana. Biorąc pod uwagę, że pożar był zeszłej nocy i uczniowie o mało nie umarli, a na dodatek McGonagall odwołała mecz Ravenclaw-Hufflepuff, uśmiechy i podekscytowanie wydawały się zupełnie nie na miejscu. Harry spodziewał się przygnębienia i niepokoju. Tylko stół Ślizgonów był przygaszony. Zdziwił się, kiedy zdał sobie sprawę, że czuje się urażony w ich imieniu.
Ale jego oburzenie zniknęło dosyć szybko. Ginny praktycznie do nich podleciała, zatrzymując ich, zanim w ogóle zdążyli przekroczyć próg Wielkiej Sali.
— Patrzcie! — Uśmiechała się jak szalona i podniosła "Proroka Codziennego" tak, żeby mogli zobaczyć pierwszą stronę.
Harry zamrugał zszokowany na widok artykułu. Usłyszał, jak Hermiona sapnęła.
— Cóż, dobrze, że wykreśliliśmy już wcześniej teorię „Śmierciożercy to zrobili” — wymamrotał Ron.
Nagłówek głosił: ŚMIERCIOŻERCY SIĘ PODDALI. Poniżej było zdjęcie Rudolfa Lestrange'a, Carrowów i kilku innych, których Harry nie rozpoznawał.
Hermiona wyrwała Ginny gazetę, szybko przelatując wzrokiem artykuł.
— Poddali się? — zapytał Harry z niedowierzaniem.
Ginny zaśmiała się.
— Nie, oczywiście, że nie. Zostali złapani, kiedy włamali się do ministerstwa zeszłej nocy. Tytuł to taki mały żart. Najwidoczniej chcieli odzyskać ciało Voldemorta z Departamentu Tajemnic.
Ron wyglądał na przerażonego.
— Ono naprawdę tam jest?
— Nie wiem. — Ginny wzruszyła ramionami, chociaż widać było, że coś kręci. — Oni chyba tak myśleli. Krąży plotka, że Niewymowni przeprowadzają na nim jakieś eksperymenty, ale ministerstwo zaprzecza. W każdym razie Lestrange i reszta miała wszystko porządnie zaplanowane. Wielosokowali się w pracowników ministerstwa i w ogóle, ale aurorzy ich złapali. Dokładnie każdego z nich — cieszyła się. — Jednej rzeczy nie wzięli pod uwagę.
— Czego? — spytał Harry.
— Cóż, ciebie.
— Eee, co?
Ron zmarszczył brwi.
— Co zrobił Harry?
Ginny rozejrzała się dookoła, jakby upewniając się, że nikt ich nie podsłuchuje i ściszyła głos.
— Cóż, to w sumie zasługa George’a. Tutaj… — Wyciągnęła z kieszeni list i podała go Harry’emu. — To od George’a. Sowa przyniosła go dziś rano, przed dostarczeniem gazet. Jest tam wiadomość dla ciebie, Harry.
Zakłopotany Harry otworzył kopertę i szybko przeleciał wzrokiem list. Z każdym przeczytanym słowem uśmiechał się coraz bardziej.
— Czemu George napisał do ciebie a nie do mnie? — narzekał Ron.
— Bo ja mu odpisuję — prychnęła Ginny. — Muszę iść — dodała. — Umieram z głodu.
— Ja też odpisuję — mruknął Ron, kiedy Ginny odeszła. — Czasami… Harry, mógłbyś mi w końcu powiedzieć, co napisał mój brat?
Hermiona również na niego spojrzała, a Harry uśmiechnął się do nich szeroko.
— George jest genialny — powiedział trochę za głośno. Niektórzy uczniowie już patrzyli się na nich podejrzliwie. Harry ściszył głos, a Hermiona pochyliła się, żeby lepiej słyszeć. — Wiecie, że George pomagał Kingsleyowi z ochroną, tak? Cóż, razem z Flitwickiem stworzyli mapę ministerstwa, taką samą jak Mapa Huncwotów i George wpadł na pomysł, żeby puścić plotkę, że ciało Voldemorta jest przechowywane w Departamencie Tajemnic. I Lestrange połknął haczyk. W ciągu zaledwie kilku dni. Oczywiście aurorzy przez cały czas śledzili mapę i w momencie kiedy śmierciożercy się na niej pojawili, od razu ich zobaczyli. Wpadli prosto w pułapkę.
— Kurczę — rzucił Ron. — To jest genialne. Nikomu nic się nie stało, nie? — zapytał, zapewne martwiąc się o swojego tatę i Percy’ego, którzy pracowali w ministerstwie.
— Właśnie o tym czytam — powiedziała Hermiona i ponownie uniosła gazetę do oczu. — Piszą, że niewymowny Jeremiasz Smith jest ciężko ranny i ucierpiało dwóch innych aurorów. Złapali wszystkich sześciu śmierciożerców, którzy weszli do ministerstwa.
To oznaczało, że — pomijając Greybacka — najlojalniejsi i najbardziej bezwzględni poplecznicy Voldemorta znaleźli się za kratkami. Z pewnością byli jeszcze inni, tacy, których aurorzy podejrzewali i tacy, w stosunku do których nie miano podejrzeń, ale Lestrange sprawiał najwięcej kłopotów.
Ron wziął list od Harry’ego i sam przeczytał go jeszcze raz.
— George mógł powiedzieć nam o tym wcześniej. I tak samo Flitwick, no naprawdę.
— To nie jest informacja, którą można się dzielić przez sowy, Ron — wytknęła Hermiona. — Albo ze zbyt dużą ilością ludzi. Jeśli śmierciożercy dowiedzieliby się o mapie albo podejrzewaliby, że plotka jest fałszywa to nigdy by się na to nie nabrali.
Niepocieszony Ron coś wyburczał.
Flitwick mógł im powiedzieć, Harry się z tym zgadzał, ale przecież profesor zaklęć obiecał nie pokazywać mapy nikomu oprócz George’a. Dlatego pewnie nie chciał dzielić się z nimi planem Weasleya, nie wiedząc, czy w ogóle zadziała. Harry poczuł ukłucie winny. On powinien o tym pomyśleć. Powinien zdać sobie sprawę, że taka mapa przydałaby się aurorom. Nastały inne czasy. Wcześniej nie wiedział, komu może ufać, ministerstwo wydawało się być tak samo niebezpieczne jak sami śmierciożercy, a mapa była bardzo potężnym przedmiotem, który dawał właścicielowi naprawdę dużą kontrolę. Harry już raz wcześniej popełnił błąd, oddając swoją mapę fałszywemu Szalonookiemu Moody’emu.
— Jeśli już mówimy o Flitwicku — zaczęła Hermiona. — Czy to znaczy, że wie, jak naprawić Mapę Huncwotów? Albo przynajmniej jak zrobić nową?
Harry potrząsnął głową i westchnął.
— Niestety nie. George pisze, że próbowali zrobić nową mapę, ale z jakiegoś powodu nie chce działać.
Hermiona wyglądała na zaskoczoną, ale tylko przez chwilę.
— Ważne, że złapano Lestrange’a. I Carrowów. Założę się, że ministerstwo dokładnie ich przesłucha. Jeśli jeden z nich był tutaj i rzucił klątwę na Tommy’ego, prawda na pewno wyjdzie na jaw.
— Pomijając to, że aurorzy nie uwierzyli McGonagall, kiedy powiedziała, że Tommy został przeklęty przez śmierciożerców? — przypomniał jej Ron.
— Oswald Adrenton jej uwierzył. — Harry miał nadzieję, że to oznaczało, że ktoś zapyta śmierciożerców o Tommy’ego.
— Czekaj! — Ron podniósł wzrok z nad listu. — Czy to znaczy, że rozwiązujemy GD? To jest, ci śmierciożercy byli głównym powodem, dla którego ją reaktywowaliśmy. I teraz, kiedy zostali złapani… nie ma większego sensu dalej tego ciągnąć, co? Nikt już od jakiegoś czasu nie widział puchońskiego wampira… — Ron uśmiechnął się szeroko. — W dalszym ciągu mamy prefektów. Niech oni martwią się o łamanie zasad.
— Ale… — Hermiona wyglądała na unieszczęśliwioną. — Uczniowie w końcu zaczynali respektować ciszę nocną. I tak naprawdę jest dużo bezpieczniej, obojętnie czy śmierciożercy są na wolności, czy nie.
— Ron ma jednak rację — zgodził się Harry. — Od tego są prefekci. Skoro Lestrange i Carrowowie zostali złapani, to dalsze pilnowanie uczniów nie ma większego sensu. — Harry najchętniej rozwiązałby Gwardię tak szybko, jak to tylko możliwe. Przede wszystkim, nigdy nie powinien jej reaktywować. Wciąż martwiło go wcześniejsze stwierdzenie Hermiony. Najwyraźniej inni ufali jego osądowi, włączając w to McGonagall. Atak śmierciożerców był sugestią dyrektorki, reaktywowanie GD Hermiony, ale Harry nie mógł pozbyć się wrażenia, że w jakiś sposób to on spowodował całą tę panikę. Tak jakby to, że on wziął wszystko na poważnie i twierdził, że Hogwart jest atakowany, stało się inspiracją dla innych. Wywołanie paniki ostatnimi czasy wcale nie było takie trudne.
— Może powinniśmy chociaż poczekać i przekonać się, czy jeden z nich w ogóle przeklął Tommy’ego — zaproponowała Hermiona.
— A kto inny mógłby to zrobić? — spytał Harry. — Greyback? Jeśli by tutaj był, to by go pogryzł, a nie rzucał klątwami.
Hermiona zadrżała lekko.
— To mógł być zupełnie ktoś inny. Ktoś, kogo nawet nie znamy. Voldemort miał wielu zwolenników i nie wszystkich ujawniono.
— Ale zawsze będzie ktoś, kto mógłby zaatakować szkołę. I tak wyjedziemy za dwa miesiące. I co wtedy? — Harry potrząsnął głową z uporem. — Zrobiliśmy już to, co do nas należało. Nie możemy ciągle odgrywać szkolnych obrońców.
Hermiona wyglądała, jakby chciała jeszcze o tym dyskutować, ale zamiast tego kiwnęła posępnie głową i stwierdziła:
— Cóż, w dalszym ciągu uważam, że powinniśmy dać galeona Petersonowi.
— Zgadzam się. Porozmawiam z McGonagall i zobaczymy, co ona o tym myśli.

Harry zrobił to zaraz po śniadaniu.
McGonagall wyglądała na zmęczoną i w jakiś dziwny sposób starszą, kiedy przywitała go w swoim gabinecie. Natychmiast zgodziła się, że Peterson powinien otrzymać galeona i zaaprobowała sugestię przesłania im hasła do Slytherinu, jeśli pojawiłyby się jakieś kłopoty. Była wściekła, kiedy Harry powiedział jej o przypuszczeniach, że inni uczniowie znęcali się nad Petersonem bo był mugolakiem, chociaż przyznała, że odkąd Tiara przydzieliła go do Slytherinu obawiała się, że coś takiego będzie miało miejsce.
Harry był zaskoczony, że nie sugerowała by Peterson, zamiast z nimi, skontaktował się bezpośrednio z nauczycielami. I jeszcze bardziej zdziwiło go, gdy dyrektorka nie zgodziła się na rozwiązanie Gwardii Dumbledore’a.
— Harry — powiedziała — pięcioro uczniów o mało nie spłonęło ostatniej nocy i to właśnie członek Gwardii ich uratował. Panna Brown znalazła się w lochach przez przypadek, ale to nic nie zmienia. Dajecie innym przykład, który uważam za bardzo potrzebny. Po tym wszystkim, co zdarzyło się w zeszłym roku, uczniowie muszą się nauczyć trzymać razem, żeby się bronić i chronić nawzajem. Nie chciałbym, żeby zbyt szybko zapomnieli o tej lekcji. Nie było cię tutaj w zeszłym roku, ale ja byłam. Byłam, kiedy Gwardia stawiała opór Carrowom. Widziałam, jak wciąż i wciąż walczą, tak samo jak widzieli to młodsi uczniowie. Zaskarbili sobie szacunek i zaufanie, inni brali z nich przykład. Ufali im bardziej niż prefektom a nawet nauczycielom. — McGonagall zawahała się. — Jeśli GD przestanie mieć się na baczności, tak samo zrobi cała reszta i obawiam się, że konsekwencje mogą okazać się katastrofalne. Szczególnie, że według mnie Lestrange i Carrowowie nie są odpowiedzialni za stan Tommy’ego Wrighta.
Harry był zaskoczony.
— Co? Ale… Zostali już przesłuchani? Zaprzeczają temu? To oczywiste, że mogą kłamać.
— Obawiam się, że nie wiem nic więcej o ich aresztowaniu niż to, co przeczytałam w gazecie. Uważam, że nie mają z tym żadnego związku, bo nie mogli być tutaj wczoraj, a osobiście wierzę, że stan pana Wrighta i pożar są ze sobą powiązane.
W głowie Harry’ego pojawiły się argumenty Rona i Hermiony przeciwko jego teorii. O mało nie zaczął ich przytaczać, bojąc się, że w jakiś sposób jego szaleństwo udzieliło się też McGonagall, ale dyrektorka sięgnęła do szuflady biurka i powiedziała:
— Muszę ci coś pokazać.
Wyjęła małe, drewniane pudełko, otworzyła je i pchnęła w kierunku Harry’ego. Musiał się pochylić, żeby zobaczyć, co jest w środku. Było wypełnione na wpół wypalonymi świecami.
— Czy to te same świece, które znaleźliśmy wczoraj w dormitorium?
McGonagall przytaknęła.
— Tak. Te świece są nieco… niezwykłe.
— Jak to niezwykłe? — Dla Harry’ego wyglądały jak zwykłe świece.
— Cóż, jestem pewna, że będziesz pamiętał to z lekcji — spojrzała na niego nieco uszczypliwie — ale pozwól mi przypomnieć, że jest różnica między zniknięciem przedmiotu a zniknięciem wyczarowanego przedmiotu. Na przykład jeśli moje pióro zniknie… — Wyjęła różdżkę i rzuciła zaklęcie. Czarne, eleganckie pióro, które leżało na pergaminie. natychmiast zniknęło. — Teraz to pióro odesłałam gdzieś w niebyt. Jeśli jednak chciałabym, chociaż zależy to od umiejętności i mojego pierwotnego zamiaru, mogę je odzyskać. O, tak. — Znowu machnęła różdżką i pióro pojawiło się z powrotem. — To jest to samo pióro. Ale jeśli wyczaruję pióro — tuż obok jej własnego pojawiło się identyczne pióro — a potem się go pozbędę — zrobiła to — to zniknie już na zawsze. Nie mogę go odzyskać. Mogę tylko wyczarować kolejne, jeśli będę chciała. Zniknięcie zniwelowało efekt wyczarowania przedmiotu. Powodem jest to, że wszystkie wyczarowane rzeczy są nietrwałe. Tylko bardzo uzdolniony i potężny czarodziej potrafi wyczarować jakąś rzecz i zachować ją przez dłuższy okres czasu. To bardzo zaawansowana magia. Trzeba rzucać dodatkowe czary. A nawet wtedy, gdy rzuci się zaklęcie znikające, ta rzecz przepadnie. Jednak te świece… — McGonagall kiwnęła w kierunku pudełka i świece zniknęły. A potem znowu machnęła różdżką i świece z powrotem znalazły się w pudełku. — Nie wyczarowałam ich, tylko je odzyskałam. To te same świece.
Harry próbował zrozumieć, dlaczego to pokazywała.
— Więc… eee, to znaczy, że tak naprawdę wcale nie były wyczarowane?
— Są sposoby, żeby ustalić, czy coś jest wyczarowane, czy odzyskane z niebytu. I te świece zostały wyczarowane, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości.
Harry już całkiem się pogubił.
— Więc co pani mówi? Świece łamią prawa magii?
McGonagall uśmiechnęła się pobłażliwie.
— Dobrze by było, gdyby prawa magii były tak oczywiste. Nazywamy je prawami, ale zdarzają się wyjątki i wielu z nich nie jesteśmy jeszcze świadomi. — Potrząsnęła głową. — Te świece wykazują poziom stabilności niespotykany dotąd wśród wyczarowanych przedmiotów. Ktokolwiek je wyczarował, musi być bardzo potężny.
Echo głosu Hermiony rozbrzmiało w głowie Harry’ego. Za mocno starasz się wszystko połączyć i oskarżyć o to jednego potężnego czarnoksiężnika. Takiego, którego mógłbyś złapać, zniszczyć i wszystko naprawić.
Harry przygryzł wargę, mając nadzieję, że McGonagall nie była jeszcze bardziej szalona niż on sam.
— Skoro świece są tak stabilne, czemu w ogóle się spaliły? Zostały zniszczone.
— To świece, Potter. Ich zadaniem jest palenie się. Są wyjątkowe i wyczarowane, ale to nadal świece.
— Och, racja. Ale jaki dokładnie to ma związek z Tommym?
— Dyskutowałam o tym z Poppy cały ranek. Wydaje nam się, że wiemy, co się stało panu Wrightowi. Wierzymy, że został oszołomiony.
— Oszołomiony?
— W rzeczy samej. Widzisz, najbardziej niedogodną cechą czarnej magii jest trudność odwrócenia jej skutków. Zaklęcia uleczające nie działają na ugryzienia wilkołaka. Jeśli na przykład jeden z palców został odcięty za pomocą czarnej magii, nie można magicznie spowodować wzrostu nowego. W tym przypadku podejrzenie zastosowania czarnej magii jest naturalne. Ale podejrzany jest fakt, że pan Wright nie ma żadnych widocznych ran i jego organy wewnętrzne są nietknięte. W jego organizmie nie było też żadnych eliksirów. Wygląda jakby spał. I teraz, gdy zobaczyłam te świece, wierzę, że on naprawdę tylko śpi. Oszołomiony mocą tak potężną, jak ta, która była potrzebna do wyczarowania tak niezwykłych świec. Dlatego odwrócenie zaklęcia będzie bardzo trudne.
— Mówi pani, że Tommy dalej pozostanie uśpiony? Na jak długo? Aż umrze?
— Mówię tylko, że wiemy dziś więcej, niż wiedzieliśmy wczoraj i to już coś. Ale nasze możliwości nadal są ograniczone. — Spojrzała na pudełko ze świecami. — Jeśli naprawdę chciałabym, żeby te świece zniknęły, zawołałabym innych nauczycieli i razem rzucilibyśmy Evanesco. Jeszcze tego nie zrobiłam, ale mam taki zamiar, bo wierzę, że to zadziała. Nie wiem, jak wiele zaklęć i osób będę do tego potrzebować, ale w końcu nam się uda.
— Więc, jeśli duża liczba osób rzuci Rennervate na Tommy’ego to się obudzi? Będzie wyleczony?
— Tak i nie. To nie jest takie proste. Jeśli pamiętasz, trafiono mnie kiedyś czterema oszałamiaczami. Jeszcze jeden i nie byłoby mnie dziś tutaj. Tommy jest młody i bardziej odporny, ale jego organizm już ucierpiał w wyniku jednego szoku, a próba obudzenia go w taki sposób będzie kolejnym. I to wielkim. Takim, którego mógłby nie przeżyć. Jeśli spróbujemy, możemy go zabić, a nie uratować. I to zakładając, że uda nam się znaleźć odpowiednią kombinację woli i mocy. Ilu zaklęć będziemy potrzebować? Czterech, dziesięciu? Jeśli będzie ich za mało, to się nie obudzi i będziemy musieli próbować jeszcze raz, a duża liczba zaklęć rzucana jednocześnie może być dla niego szkodliwa. Rzucimy ich za dużo i chłopiec jest martwy. Postanowiłam, że poeksperymentujemy ze świecami, starając się określić ilość potrzebnej mocy, ale nawet wtedy to będzie zabawa w zgadywanki. Uzdrawianie jest delikatną dziedziną magii. Oczekiwanie, aż zaklęcie przestanie działać, wydaje się mądrzejszym wyborem.
— Czekanie? Przez miesiące, lata? Naprawdę nie da się zrobić nic innego?
— Pani Pomfrey skonsultuje się z innymi uzdrowicielami. Mam nadzieję, że nie jest to jedyny taki przypadek. Ponadto znalezienie osoby odpowiedzialnej za to zaklęcie bardzo by pomogło. Odwracanie swojego własnego zaklęcia jest zwykle prostsze.
— A czy to też nie będzie szokiem dla jego organizmu?
— Tak, ale mniejszym. Kilka zaklęć oszałamiających rzuconych przez różnych czarodziejów o innych umiejętnościach, mocy i skupieniu jest o wiele bardziej ryzykowne niż jedno potężne zaklęcie z wyraźnym zamiarem. Dlatego właśnie wiemy, że zrobiła to jedna osoba. Jeśli byłoby ich więcej, Tommy ucierpiałby bardziej, prawdopodobnie tak bardzo, że nic nie dałoby się już zrobić. I właśnie z tego powodu mamy problem, żeby odnaleźć podobne przypadki; ofiary wielokrotnych oszałamiaczy albo obudziły się po jakimś czasie same, albo nie żyją. Tommy jest w dalszym ciągu nieprzytomny, bo osoba, która go oszołomiła, miała jasny, wyraźny zamiar i wystarczającą ilość mocy, żeby go zrealizować. Większa liczba rzucających oznacza większe obrażenia, ale niekoniecznie znaczy, że zaklęcie będzie bardziej efektywne. Skutki są zbyt trudne do przewidzenia.
— Więc ktoś chciał, żeby Tommy pozostał oszołomiony? Nie martwy, tylko stale nieprzytomny? I cóż, jeśli ktoś chciałby zamordować ślizgońskich pierwszorocznych, mógł to po prostu zrobić. Nie było żadnej potrzeby wyczarowania świec w nadziei, że spowodują pożar. I to wcale nie musiałyby być wyjątkowe świece. — Czy to oznaczało, że nie mają do czynienia z mordercą? Ktoś tak potężny z łatwością mógłby zabić, gdyby chciał, musiał więc tego nie chcieć.
— Dokładnie. Zgaduję, że mamy do czynienia z kimś bardzo potężnym, kto jest jednocześnie niezrównoważony. Ta magia robi wrażenie, ale zupełnie niepotrzebne, żeby osiągnąć takie rezultaty. Wyobrażam sobie, że zrobił to ktoś, kto jest przestraszony, zdezorientowany i zbyt mocno polega na swoich magicznych umiejętnościach. To wygląda jak impulsywna reakcja zdesperowanej jednostki. A jeśli chodzi o motywację… Nie próbuję nawet zgadywać.
— Czy to mógłby być uczeń? Nauczyciel? Skrzat? Albo ktoś inny, kto jest z nami w zamku? Jakaś magiczna istota?
— Cóż, na pewno ktoś z nich. — Rzuciła mu słaby uśmiech. — W przeszłości zasugerowałabym śmierciożercę. Wygląda na to, że się myliłam. Nie chciałabym raczej znowu zgadywać na ślepo. Zakładam, że jeśli ktoś w zamku dysponowałby taką mocą, zauważylibyśmy to.
— Czy ta osoba mogła także pozbyć się Irytka?
McGonagall zmarszczyła brwi.
— Ach! Irytek. Słyszałam, że zaginął. Poltergeistów nie można się pozbyć. Z lepszym skutkiem można by próbować sprawić, żeby cały zamek zniknął. Możliwe, że Irytek został uwięziony albo po prostu gdzieś się schował. Chciałabym, żeby to był mój największy kłopot, ale uczniowie są w niebezpieczeństwie i to jest większe zmartwienie.
— I najwyraźniej nie są już też bezpieczni w swoich dormitoriach. — Harry nie chciał tego mówić, ale taka była prawda. Jak mieli się chronić, skoro nawet nie wiedzieli przed czym?
— Porozmawiam o tym z radą nadzorczą, ale obawiam się, że popatrzą na mnie z jeszcze większym niezrozumieniem niż ty, kiedy zaczęłam paplać o wyczarowaniu świec. A teraz, kiedy Lestrange został złapany, już w ogóle nie będą chcieli mnie słuchać. W końcu rada nadzorcza miała chyba rację, twierdząc, że żaden śmierciożerca nie dostał się do zamku. Na pewno mi to wytkną. Co do reszty… — Popatrzyła na niego. — Trzymaj oczy szeroko otwarte i upewnij się, że twoi przyjaciele robią to samo. Na razie to wszystko, co możemy zrobić.
Chwilę później Harry opuścił gabinet dyrektorki. Prawie dotarł już do wieży Gryffindora, kiedy przypomniał sobie, że nie zapytał McGonagall o pajęczyny pokrywające ciało Tommy’ego.
Założył, że to była część klątwy, ale jeśli Tommy został tylko oszołomiony, pajęczyny nie miały żadnego sensu. Doszedł do wniosku, że McGonagall i tak nie potrafiłaby tego teraz wyjaśnić, w przeciwnym razie by o tym wspomniała. Sam nie miał żadnego pomysłu, jak to wytłumaczyć, chociaż im więcej o tym myślał, tym bardziej odnosił wrażenie, że z jakiegoś powodu powinien wiedzieć, skąd wzięły się te pajęczyny. Tak jakby odpowiedź czaiła się gdzieś na krawędzi jego umysłu, odmawiając wypłynięcia na powierzchnię.
Tej nocy śniły mu się pająki. Oplotły go siecią, kiedy leżał na swoim łóżku.
— Przestańcie — krzyczał na ich drepczące, małe, drobne ciała. — Nie możecie tego robić! Muszę iść! Muszę uratować zamek!
Ron i Hermiona też tam byli, patrząc na niego bez żadnego niepokoju.
— Och, Harry — powiedziała Hermiona. — Nie ma się czego bać. Mówiłam ci. Powinieneś się martwić dopiero wtedy, kiedy pająki zaczną uciekać.
Nie! Bazyliszek jest martwy! To nie ma z tym nic wspólnego!, chciał krzyknąć, ale pajęczyny zakryły mu usta.
— Nienawidzę pająków — rzucił Ron. — Mam nadzieję, że uciekną. I to szybko.
Nagle pojawił się też Malfoy. Spojrzał na Harry’ego, śmiejąc się jak obłąkany.
— Jeśli uciekną, wszyscy jesteśmy martwi, Potter. — Sprawiał wrażenie zachwyconego. — I to tylko dlatego, że nie słuchałeś.
Nie słuchałem czego?
Na twarzy Malfoya pojawiła się wściekłość. Pochylił się i wrzasnął:
— WYNOŚ SIĘ STĄD!
Harry obudził się gwałtownie. Była ciemna noc, a pokoju nie oświetlało nawet księżycowe światło. Sięgnął pod poduszkę, ściskając w dłoni galeon. Nie zasnął już tej nocy.


Koniec rozdziału czwartego
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Bang Bang » 10 kwi 2012, o 21:38

Nowy rozdział! :dance: A już myślałam, że się dzisiaj nie doczekam xD.

Komentarz będzie jutro ;) .

Jutro nadeszło, więc tym razem postanowiłam dotrzymać słowa i podjąć ten wysiłek intelektualny. Prawda jest taka, że już nie mogę doczekać się kolejnych rozdziałów, a najgorsze jest to, że chyba nie powinnam pisać dlaczego, bo to byłby spojler itp. itd. Cieszę się, że po chwilowej nieobecności pojawił się Draco, bo chociaż akcja jest wciągająca, wszystko coraz bardziej się gmatwa, a tajemnica... Cóż, powoli zaczynam się w niej gubić, ale ten tekst to Drarry, więc mimo wszystko najbardziej wyczekuję kolejnych konfrontacji między głównymi bohaterami, tutaj tym bardziej, gdyż dużo trudniej utworzyć ten paring na kanonicznym gruncie. Nie twierdzę, że to niemożliwe, wprost przeciwnie- byłbym hipokrytką twierdząc inaczej, ale jednak stopień trudności jest trochę wyższy. Znowu plotę od rzeczy 8-) . Ad rem! Naprawdę mam wrażenie, że cierpię na jakieś rozdwojenie jaźni- z jednej strony znam już zakończenie całej sprawy i jedynie uśmiecham się pod nosem, a z drugiej udaję, że go nie znam, żeby czerpać jeszcze większą przyjemność z czytania (która i tak jest ogromna, bo Wasze tłumaczenie jest po prostu niesamowite). Cóż, sny Harry'ego nawet w tej wersji językowej wydają mi się dość dziwaczne i pogmatwane, ale z drugiej strony takie jakby... prorocze. George był genialny, naprawdę bardzo się cieszę, że złapano śmierciożerców, no i nie było wśród nich Lucka, chociaż pewnie niektórym to nie wystarczy.

— Czemu George napisał do ciebie, a nie do mnie? — narzekał Ron.
— Bo ja mu odpisuję — prychnęła Ginny. — Muszę iść — dodała. — Umieram z głodu.
— Ja też odpisuję — mruknął Ron, kiedy Ginny odeszła. — Czasami…


Ron <3. Kocham go! Cudownie, że w tym tekście mogę to robić przez przeszkód i wyrzutów sumienia, bo Ron jest jedynie słodkim, niesubtelnym Roniaczkiem, który w żaden sposób nie sabotuje tutejszego Drarry (bo w sumie na razie nie ma czego sabotować ;) ).

— Mam pewną teorię — powiedział Harry, kiedy szli rano na śniadanie.
— Czy jest prawdopodobna? — spytała Hermiona.
— I czy dotyczy Malfoya? — dodał Ron.
Nie i tak, pomyślał Harry, ale zdecydował się nie odpowiadać a zamiast tego przedstawił im swoją teorię.
(...)
Hermiona popatrzyła na niego i jęknęła.
— Tu chodzi o Malfoya.


To chyba mój faworyt, jeśli chodzi o cytaty z tego rozdziału. Aktualnie postawy Rona i Hermiony względem (cóż, nazywajmy rzeczy po imieniu) kolejnej obsesji Harry'ego na punkcie Draco, sprawiają, że ja naprawdę wierzę iż w przyszłości nie będą oni zbytnio mieszać w ewentualnym Drarry, pewnie nie będą zachwyceni, co nie jest jakieś zaskakujące, ale może nie posuną się do jakiś intryg. Po pierwsze- to chyba nie wpasowuje się w ogólną fabułę, a po drugie po prostu nie sprawiają takiego wrażenia. Czy zabrzmiałam choć trochę wiarygodnie w roli wcale-nie-czytającej-tego-wcześnie czytelniczki? Mam nadzieję, naprawdę muszę nad tym popracować :sciana: .

Weny translatorskiej! I, Aev, ja naprawdę wierzę w Wasze dotrzymywanie terminów, serio, tak mi się tylko napisało ;) .
Ostatnio edytowano 11 kwi 2012, o 22:42 przez Bang Bang, łącznie edytowano 2 razy
Combeferre sighed. "When was the last time you got a full night's sleep?"
"I'm a med student," said Joly, rubbing his eyes. "Sleep is surrender. Coffee is strength."
"Work is freedom," said Combeferre drily.
"Right." Joly nodded. "Sometimes, I forget you're a med student, too."

North London is red


Bractwo Bejsbola i Widła :pala:
Bang Bang Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2318
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 21:19
Lokalizacja: Emirates Stadium

Postprzez Aevenien » 10 kwi 2012, o 21:42

No wiesz! Trochę więcej wiary :P
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez MargotX » 11 kwi 2012, o 18:54

Wow, no to się porobiło... Całkiem niezły kryminał się zrobił w tym rozdziale. Nie napiszę, że trup się ściele, bo, na szczęście, go nie ma, póki co, ale za to próby sabotażu są coraz bardziej intensywne i zagrażają coraz większej grupie osób. Do tego absolutnie nie sposób przewidzieć, co może się zdarzyć, jak temu zapobiec i gdzie tak naprawdę szukać sprawcy/ów. W podsumowaniu Minerwy McGonagall wcale nie brzmi to optymistycznie, bo jej zdaniem
mamy do czynienia z kimś bardzo potężnym, kto jest jednocześnie niezrównoważony
. Do tego, jest to
ktoś, kto jest przestraszony, zdezorientowany i zbyt mocno polega na swoich magicznych umiejętnościach. To wygląda jak impulsywna reakcja zdesperowanej jednostki.
Biorąc pod uwagę taką osobę/istotę, naprawdę nie wiadomo czego się spodziewać, jaki jest tak naprawdę motyw tych działań i do czego może dojść.

Jest coraz ciekawiej, ale też bardziej mrocznie, szczególnie, kiedy wziąć jeszcze pod uwagę dziwne i przerażające sny Harry'ego i te wstrętne pajęczyny, brrr. Aż chciałoby się polecieć sprawdzić w oryginale o co chodzi, ale dam sobie spokój, wytrzymam <zaciska pięści> i przeczytam w pięknej, dopracowanej wersji.

Jedyne, czego mi odrobinę brakuje na razie, to drarry 8-) , no, chyba żeby potraktować jako drarry znaną nam dobrze obsesję Harry'ego, tyle, że tym razem nie do końca w wersji "Malfoy coś knuje" ;) Ale zdecydowanie nie tracę nadziei, że się doczekamy czegoś więcej, w końcu to jest właściwa wersja zakończenia serii :D

Dziękuję, pozdrawiam i z ogromną niecierpliwością czekam na dalszy ciąg. :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez AvATar7SeVen » 11 kwi 2012, o 20:26

To jest ten rozdział, z którym miałem największe problemy, jeśli chodzi o zrozumienie treści i, jak się teraz okazuje, nie wszystko do mnie dotarło. :P
Dziwnie się to czyta teraz ponownie, kiedy już się wie, jak stoją sprawy z Malfoyem i całą tą tajemniczą serią wypadków. Ech. Chyba nie umiem być obiektywny.
Najbardziej pamiętliwe fragmenty to oczywiście ten, w którym dowiadujemy się, ile zaufania pokłada McGonagall w Harrym (a ja ją podejrzewałem przez pewien czas nawet!) i sprawa ze świeczkami.
Nie wiem co jeszcze napisać, żeby wyszło grzecznie, dlatego wspomnę, że tłumaczenie zgrabne i bardzo płynie się czyta.
My weapon is invisible.
Not for appreciating or envying.
It makes me can do everything.
Happy and free.
They are on my side..
have drawn a painting of me.

Obrazek
AvATar7SeVen Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 40
Dołączył(a): 22 lut 2011, o 20:33
Lokalizacja: Mazowsze

Postprzez Alisjaaa » 11 kwi 2012, o 21:53

Jak wspominały już osoby wcześniej wątek kryminalny rozwija się i zamiast nas trochę oświecić tylko się zapętla. Cudeńko! Mam nadzieję, że akcja jeszcze jakiś czas podtrzyma nas w niepewności. Tekst nieco zawiły dlatego zapewne gdy będę miała mniej nauki poświęcę mu trochę więcej czasu, żeby wszystko dokładniej przemyśleć. Cieszy mnie kanoniczność bohaterów nie wszystkich, ale i tak fabuła jest miłą odmianą. Zmęczyły mnie opowiadania gdzie kanon ucieka z wrzaskiem. Takie teksty mimo swojej śmieszności nie są wstanie czytelnika (przynajmniej mnie) zadowolić na dłuższą metę, dlatego tak bardzo ciesze się że tłumaczycie to opowiadanie.
Z niecierpliwością czekam na dalszą część:))
Pozdrawiam serdecznie!:)
"- Och nie! Nie przeszkadzaj mi, Syriuszu. To mój fotel, to moja książka, to moje wino i moja czekoladka! Snape, spieprzaj dziadu!" :D
Pokrewieństwo autorstwa Tristana
Alisjaaa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 6
Dołączył(a): 30 sty 2012, o 15:27

Postprzez Akame » 16 kwi 2012, o 09:28

Wiem, że nic nie wiem O.o Harry trochę kojarzy mi się z prorokiem. Śni o smoku - smok to ogień - i mamy pożar w lochach. To trochę niepokojące. W ogóle te jego sny zaczynają mnie w pewien sposób przerażać. Mam wrażenie, że od początku ma lekką paranoję, nie żeby to było coś nowego w jego przypadku ;] Odkąd wrócił do szkoły, zaczął doszukiwać się dziury w całym - Draco. No to ma teraz sprawę do rozwiązania ;) Co zabawne, teraz już nie podejrzewa o nią Malfoya, jak to się punkt widzenia zmienia :D
Najlepsze jest to, że od początku nie wierzyłam w śmierciożerców. Moment, gdy Harry czytał w gazecie, iż ich złapano (swoją droga fajna pułapka xD), był moją wielką chwilą i miałam ochotę powiedzieć - Ha! - i pokazać Potterowi język ;P Problem tylko w tym, że za nic nie mogę wpaść na to, kto za tym wszystkim stoi. Gdzieś nawet mi do głowy przyszło w pewnym momencie, że Lavender jest dziwna i podejrzana. Ma swoje humory (nic dziwnego po tym co przeszła), zamyka się w sobie i... co ona robi po nocach, że znalazła się w odpowiednim miejscu i o odpowiedniej porze? A tak swoją drogą, ona jest teraz wilkołakiem, prawda? Skoro przeżyła ugryzienie, to raczej nie ma innego wyjścia. Być może tutaj tkwi problem. Tylko, cholera, nie co noc jest pełnia księżyca, więc to nadal nic nie wyjaśnia!

Uff... podywagowałam sobie i wcale nie jestem mądrzejsza :wtf:

Pozdrawiam ciepło tłumaczki i bety :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez NinaX » 18 kwi 2012, o 00:08

Jestem! <zerka na Aev, sprawdzając, czy widzi i pamięta> ;>

A więc przede wszystkim słowa uznania dla tłumaczek. Czytanie Waszych przekładów to przyjemność. Ślicznie technicznie, nic nie przeszkadza, nic nie zgrzyta, błędów nie, styl jednolity... Możecie być przykładem tego, jak należy tłumaczyć teksty. Oczywiście duże ukłony należą się też wspaniałym betom, bo bez nich na pewno nie poszłoby tak sprawnie. Dziękuję więc bardzo, bo grzechem by było nie znać tego tekstu, a raczej po angielsku, bym nie przeczytała. Najpierw Bond, a teraz to. Jesteście wielkie dziewczyny! :)

Przede wszystkim podoba mi się w tym opowiadaniu fakt, że dzieje się w Hogwarcie. To jest mój ulubiony typ drarry. Hogwart bądź zaraz po Hogwarcie. Od razu mi się lepiej czyta, kiedy wszędzie pojawiają się znajome nazwiska, zaklęcia i pomieszczenia. Bardzo rowlingowski jest ten tekst i to jest w nim świetne! Tak dobrze czytać o starym, dobrym Hogwarcie. Poza tym uwielbiam wątek, kiedy Harry, Hermiona i Ron wracają do Hogwartu, by dokończyć naukę, więc cieszę się tym bardziej! Następna rzecz to kanon! Lubimy kanon! Oczywiście nie do przesady (;P), ale lubimy kanon. Kanon to dobra rzecz, a tu kanon jest piękny. Zanim powiem, coś o głównych bohaterach tekstu chcę powiedzieć, że strasznie podoba mi się fakt, że Hermiona i Ron są tacy kanoniczni! I Ginny! Neville, Luna. Hermiona dąsa się jak zwykle, gdy nie jest najlepsza, jak zwykle marszczy nos na quidditcha (prawie to widzę!), Ron jak zwykle jest zabawny i ma świetne komentarze. Poza tym związek Ron/Hermiona jest taki naturalny, nic na siłę, nikomu się go nie wpycha, nie wieje sztucznością. Neville jest uroczy, dokładnie jak w kanonie, a Luna! Cóż Luna jest luniasta. Inna Luna to niedobra Luna. Szkoda, że nie ma jej tu więcej, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Poza tym oczywiście McGonagall! <3 Jej podejście, jej troska, a jednocześnie srogość i majestat biją z tego fika, i chwała mu za to, nie lubię jak się McGonagall pasuje. Ona jest tak świetną postacią! Chwali się bardzo atmosferę Hogwartu, która bije z tego drarry... :) Brakuje mi Pottera, często wraca, a ten fik mógłby być ósmym tomem, co by nie było.

Wracając do głównych sprawców zamieszania. Harry jest takim cudownym sobą, że aż piszczę z radości! Ma te swoje rozkminy - jestem bohaterem, czemu nie mogę łapać śmierciożerców? Dodatkowo jest uroczy, jak Harry, czasem nadęty jak Harry i oczywiście ma obsesję na punkcie Draco, jak to Harry. Oczywiście więcej mówi niż myśli i oczywiście jest tak do bólu gryfoński, że to cudowne. Harry miał swoje wady oczywiście, ale bez tych wad nie jest sobą. Więc ja się bardzo cieszę, że w tym opowiadaniu jest prawdziwy, kanoniczny Harry i za to je uwielbiam od pierwszego zdania. Co więcej, jest tu obraz bardzo kanonicznego Draco. Draco, który jest zmęczony wojną, przegraną dla jego strony dodajmy, Draco który jest smutny, który jest zagubiony, to jest ten wspaniały Draco z Insygniów. Bardzo mi się podoba jego kreacja, bardzo podoba mi się ukazanie tej zmiany w nim. A przy tym nie stracił nic ze swojego sarkazmu, złośliwości i częściowego zarozumialstwa, które u niego jest do przyjęcia. Uwielbiam wszystkie konfrontacje Draco-Harry, od nich aż iskry lecą. Baaardzo jestem ciekawa jak między nimi się uczucie rozwinie, a już seks jakiś w szczególności (opowiadanie ma rating NC-17), ale poczekam cierpliwie. Skoro kanon jest tu świetny, to liczę, że uczucie/związek też będzie miało głębię prawdopodobieństwa.

No i oczywiście mamy podejrzanego Zbira i Tajemnicę. Oczywiście, że Harry jest w centrum zamieszania, bo przecież to Harry. Podejrzewam, że Draco coś wie i nie chce powiedzieć, bardzo jestem ciekawa, czy to prawda. Nie mam z kolie podejrzeń, co do atakującej osoby, ale wydaje mi się, że na jej celowniku jest bardziej Draco niż Harry, no i to ktoś kto włada potężną magią, więc robi się ciekawie. No i co się mogło stać z Irytkiem? Tajemnica wciągająca nie powiem. Podoba mi się działające GD, to jest takie fajne, tak się kojarzy z kanonem. Nie mam pojęcia dlaczego Mapa Huncwotów się popsuła i jak to możliwe. Dużo pytań, mało odpowiedzi. Ah, i jeszcze jedno - bardzo mi się podoba sposób wytłumaczenia dlaczego Harry i Ginny nie są razem, bez potrzeby jej uśmiercania i torturowania ;P Cenię to sobie. Lubię jak Ginny sobie egzystuje, jest wtedy znacznie ciekawiej. No i sny Pottera, mam wrażenie, że nie są przypadkowe, tylko coś znaczą. Może to przez bliznę? Hmm. Nie mam pojęcia, za dużo zagadek. Nie lubię tekstów NZ, lubię wszystko wiedzieć od razu :P Ale będę cierpliwa, będę.

Koczę ten już przydługi komentarz, bo łóżko czeka. Pisałam go trzy godziny, ale to nie moja wina, no. Muszę się jeszcze zebrać i coś do Bonda napisać. Jakieś podsumowanie, czy coś. W każdym razie dziękuję za lekturę ;)

Postaram się na bieżąco komentować, a jakbym zapomniała, Aev, możesz użyć Macek :D Macki działają, boimy się Macek.

Dużo czasu i cierpliwości!
Nina.
oswajanie słów
jest trudniejsze
niż oswajanie tygrysów

H. Poświatowska
NinaX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 12
Dołączył(a): 9 kwi 2011, o 10:00
Lokalizacja: Zamość

Postprzez Kaczalka » 18 kwi 2012, o 08:18

Całe dwa dni wcześniej, bo:
jestem szczęśliwa, że wreszcie wyszło słońce,
jestem nieszczęśliwa, bo zgubiłam stówę i muszę się pocieszyć,
w nagrodę, że tak pięknie komentujecie,
oraz w celach edukacyjnych, żeby Aev nauczyła się nie zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę
:devil:


Betowane przez Aevenien i Donnie :*


ROZDZIAŁ V cz. 1

CIĘŻKI LOS DRACO



Poniedziałkowy ranek wstał słoneczny i pogodny. Hogwarckie błonia błyszczały od topniejącego powoli śniegu, a do tego ku zadowoleniu wszystkich nauczyciel transmutacji, profesor Plunkett, przeziębił się paskudnie, więc odwołano popołudniowe zajęcia.
Zaraz po obiedzie Harry, Ron i Hermiona poszli do Hagrida, mając nadzieję, że zamiast kamiennych ciastek zaoferuje im herbatę i zabawną opowieść. Nie zaoferował niczego, lecz w zamian namówił ich, żeby pomogli mu nakarmić dwa ogromne abraksany. Najwyraźniej przysłała je w prezencie madame Maxime i konie nie były szczególnie zadowolone z Hogwartu i swojego nowego właściciela.
— Zawsze chciałem mieć parkę — powiedział Hagrid. — Ale one nie lubią zimna.
— I pewnie tęsknią za resztą stada — dodała Hermiona.
Konie były dzikie, więc żeby nie odleciały, ich tylne nogi przykuto do ziemi. Łańcuchy jednak miały taką długość, że pozwalały na unoszenie się w powietrzu i rozprostowanie skrzydeł. Niestety abraksany nie chciały jeść.
Hagrid poprosił ich, by latali na miotłach i rzucali zaklęcia żądlące, zmuszając tym konie do powrotu na ziemię, gdzie on już czekał z ogromnymi beczkami niemieszanej whisky.
W końcu im się udało, ale wcześniej kilka razy zostali strąceni z mioteł. Nie unosili się wysoko, do tego śnieg amortyzował upadki, jednak zarówno Harry, jak i Hermiona mieli nieszczęście wpaść do beczki, w wyniku czego oboje poczuli się lekko pijani.
Do zamku wracali zmęczeni, ale w dobrych nastrojach. Harry nie niepokoił się już tak bardzo, choć podejrzewał, że miało to coś wspólnego z alkoholem. Cieszył się też, że wczoraj członkowie Gwardii Dumbledore’a nie kwestionowali jego decyzji o kontynuowaniu nocnych patroli. Najprawdopodobniej po prostu uwielbiali rozkazywać innym uczniom, jednak póki robili, co trzeba, nie miał o to do nich pretensji. Przyjemnie też było opowiedzieć przyjaciołom o teoriach McGonagall. Hermiona co prawda zmarszczyła brwi, gdy je usłyszała, ale nie uraczyła ich kolejnym wykładem, a Ron on razu przyznał, że mieli rację i biorąc pod uwagę wszystkie argumenty, to nie Malfoy stanowił cel. Żadnemu z nich nie przyszło do głowy wiarygodne wyjaśnienie na temat tożsamości napastnika ani motywów jego działania. Na omawianiu różnych możliwości spędzili większość niedzieli, ale nie stali się przez to mądrzejsi.
— Słyszycie krzyki? — zapytała Hermiona. Jej różdżka emitowała strumień gorącego powietrza, topiąc śnieg na drodze ze skwierczącym dźwiękiem.
Zatrzymała działanie zaklęcia i dopiero wtedy od strony zamku do Harry’ego dobiegł wrzask.
— Brzmi jak... wiwaty — powiedział Ron.
Przyspieszyli kroku, by sprawdzić, co się dzieje. Minęli półotwarte główne wrota, weszli do holu i zobaczyli stojącą w kręgu i klaszczącą dużą grupę uczniów.
— Ktoś się bije! — rzuciła Hermiona z oburzeniem i ruszyła do przodu. — Seamus! — krzyknęła, przepychając się przez tłum. — Dlaczego tak stoisz?! Zatrzymaj ich!
— Po co?! — odkrzyknął Seamus. — Obaj to gnojki. Kim ja jestem, żeby im przerywać? Niech sobie skopią tyłki.
Malfoy! — sapnęła Hermiona nagle, na co Harry energicznie rzucił się przed siebie, a potem zamarł.
Malfoy siedział na kimś okrakiem, raz za razem bijąc go po twarzy. Harry bez zastanowienia podbiegł do niego i złapał za ramiona, starając się własnym ciałem zepchnąć go z drugiego chłopca, ale Ślizgon szarpnął się dziko i uwolnił.
— Malfoy! Przestań! — wrzasnął Harry i złapał go ponownie, tym razem oplatając od tyłu ramiona wokół jego torsu, by powstrzymać ciosy pięściami. Przypomniał sobie, że powinien użyć różdżki, ale teraz było już za późno na żale.
Słysząc jego krzyk, Malfoy znieruchomiał i obrócił głowę na bok tak gwałtownie, że ich nosy niemal się zderzyły. Miał pękniętą, krwawiącą wargę, a wokół jego lewego oka formował się fioletowy siniak. Patrzył na Harry’ego, jakby widział go po raz pierwszy w życiu i owiewał mu twarz gorącym oddechem.
Harry skorzystał z jego chwilowej nieuwagi, by podnieść go i odsunąć. Drugi uczeń, jak się okazało Zachariasz Smith, momentalnie zerwał się na równe nogi i rzucił na Malfoya, który szarpnął się gwałtownie, prawie wyrywając z uścisku.
— Ron! — zawołał Harry.
Jakoś udało mu się przesunąć nogę przed Malfoya i w ten sposób go zatrzymać. Obszedł go i stanął między nim a Smithem w chwili, kiedy pięść Smitha wystrzeliła do przodu, jednak dokładnie w tym momencie zjawił się Ron i odciągnął wściekłego Puchona.
— Uważaj, w kogo celujesz — powiedział i zaraz wykrzyknął: — Fuj!
Harry zauważył, że cała skóra Smitha pokryta była wrzodami, które pękały przy dotknięciu, wydzielając żółtą, lepką ropę.
Smith rzucił się do przodu, a Malfoy, jak przyciągany magnesem, usiłował przecisnąć się przed Harry’ego, aby się do niego dostać, ale Harry pchnął go na ścianę i trzymał przy niej ze wszystkich sił. Mimo to Smith nadal próbował atakować.
— Seamus, pomóż Ronowi! — krzyknął Harry.
Hermiona stanęła obok z różdżką w ręku, wyglądając na kogoś, kto nie wie, czy przekląć Seamusa, czy Smitha.
— Cholera — jęknął w końcu Finnigan, ale ruszył na pomoc i złapał Smitha za drugie ramię. Sekundę później wykrzywił twarz z obrzydzenia; najwidoczniej popękało kilka wrzodów pod szatą Puchona.
— Ohyda — skomentowała Hermiona. — Zabierz go do skrzydła szpitalnego — poleciła Ronowi. — A reszta — dodała znacznie głośniej — może się rozejść! Przedstawienie skończone!
Uczniowie wyglądali na rozczarowanych, ale Hermiona miała różdżkę w ręce, więc żaden nie okazał się na tyle głupi, aby jej nie posłuchać.
— Dorwę cię, Malfoy! — wrzasnął Smith, kiedy Ron i Seamus ciągnęli go w kierunku skrzydła szpitalnego.
— Złożę raport na was obu. I to zaraz! — krzyknęła za nim Hermiona. — Na ciebie też! — dodała, wskazując na Harry’ego i Malfoya. Przez sekundę Harry myślał, że chodzi jej o niego, ale zaraz przypomniał sobie, że była trochę pijana i nie za bardzo panowała nad swoją ręką. — I to zaraz! — powtórzyła.
— Ee, może... — zawahał się Harry. — Najpierw coś zjesz?
Hermiona skrzywiła się śmiesznie.
— Racja. Nie. Czuję się dobrze. — Schowała różdżkę. — Pójdę porozmawiać... — Najwidoczniej zabrakło jej słów.
— Z naczelnym prefektem dziewcząt! — zasugerował Harry szybko, zanim Hermiona zdecydowała zobaczyć się z McGonagall.
— Tak! — zgodziła się na szczęście i już miała odejść, ale spojrzała jeszcze na Malfoya. — Jego też zabierz do skrzydła szpitalnego. To wygląda paskudnie. Tylko poczekaj, aż się uspokoi — dodała i odeszła, rzucając im wcześniej jeszcze jedno krzywe spojrzenie.
Harry odwrócił się do Malfoya, który stał oparty o ścianę z głową odchyloną do tyłu, i aż zadrżał, widząc na jego obnażonym gardle brzydkie fioletowe siniaki. Pewnie do nich odnosiła się Hermiona, każąc zabrać Malfoya do pani Pomfrey.
— Co się stało? — zapytał, nadal unieruchamiając Malfoya i przyciskając jego ramiona do ściany. Malfoy pchnął go w pierś tak mocno, że Harry puścił go i zatoczył się do tyłu, lekko oszołomiony. Zapewne fakt, że wcześniej prawie utonął w whisky, nie pozostawał tu bez znaczenia. Malfoy na szczęście nie zamierzał biec za Smithem.
— Ten idiota rzucił na mnie zaklęcie duszące — powiedział. Jego głos był chrapliwy, najwidoczniej gardło musiało mu dokuczać. — Ja się tylko broniłem.
— A czemu Smith to zrobił?
— Jego zapytaj.
— Pytam ciebie.
Malfoy wyprostował się nagle.
— A ja ci mówię, żebyś się ode mnie odpieprzył i zostawił mnie w spokoju.
— Jeśli zostawię cię w spokoju, to go zabijesz. Chcesz tego?
— Ach, no tak — parsknął Malfoy. Jego twarz wykrzywił grymas, nie wiadomo czy bólu, czy drwiny. — Kolejny triumf wielkiego Harry’ego Pottera! Uratował życie biednego Puchona i jednocześnie duszę złego śmierciożercy. A teraz wybacz mi, ale muszę napisać wiersz o twoich bohaterskich wyczynach.
— Malfoy — warknął Harry i złapał go za szaty, zanim Ślizgon zdążył uciec.
— Przestań mnie dotykać, Potter! — Malfoy wyszarpnął się energicznie.
— Ee... — Harry nie był pewien, co myśleć o takiej reakcji. Stuknięty. Tak, Malfoy był zdecydowanie stuknięty.
Malfoy podszedł krok bliżej i zmarszczył nos.
— I do twojej wiadomości: śmierdzisz, Potter. Alkoholem. O tym również będę pamiętał w swoim wierszu.
Harry niemal się roześmiał, przez sekundę rozbawiony wizją, jak wyjaśnia Malfoyowi, że wpadł do beczki z whisky, a skrzydlate konie z niego drwiły. To z pewnością rozweseliłoby Ślizgona.
— Zanim napiszesz ten poemat — powiedział w zamian — powinieneś iść do pani Pomfrey.
— Już się z nią widziałem. Wcale mi się tam ponownie nie spieszy. I pójdę, gdzie zechcę — dodał, odwrócił się i ruszył korytarzem.
— Malfoy! — zawołał Harry, wpatrując się w jego plecy. — Jeśli mnie nie posłuchasz, to przysięgam, że cię tam zaciągnę.
Kiedy Malfoy nie zatrzymał się, a nawet nie obejrzał za siebie, Harry westchnął. Obiecałem. Jaki mam wybór? Wyciągnął różdżkę i wycelował ją w oddalającą się postać.
Petrificus Totalus! — krzyknął. Trafiony zaklęciem Malfoy przewrócił się, sztywny jak kłoda.
Harry podszedł do niego bez pośpiechu i spojrzał w dół. Malfoy gapił się w sufit. Nieruchomy, z otwartymi oczami, wyglądał jak martwy. Żołądek Harry’ego skręcił się w supeł. Przecież go uratowałem, nie mogę pozwolić mu umrzeć. Siniaki na szyi Malfoya ostro kontrastowały z jego bladą skórą. Czy zaklęcie duszące mogłoby go zabić?
— Uwolnię cię — powiedział Harry — ale jeśli nie pójdziesz do skrzydła szpitalnego, przeklnę ponownie i sam cię tam przelewituję.
Zrobił, jak obiecał i anulował działanie zaklęcia. Malfoy popatrzył na niego bez słowa, powoli podnosząc się z podłogi.
— W porządku — warknął ochrypłym, pozornie spokojnym głosem. A potem rzucił się do przodu i przygwoździł Harry’ego do ściany.
Ból eksplodował Harry’emu pod czaszką, gdy uderzył głową o twardą powierzchnię. Dłonie Malfoya przyciskały jego ramionami do muru, a jedna z nóg wsunęła się między uda, mocno napierając kolanem do góry. Doznanie z pewnością nie należało do przyjemnych.
Harry zamrugał, krzywiąc się z bólu. Twarz Malfoya, z oczami błyszczącymi wściekłością, znajdowała się tuż przed nim.
— Nie potrafię nawet opisać, jak bardzo cię nienawidzę, Potter — powiedział Malfoy niezwykle niskim głosem. Pchnął nogę jeszcze wyżej, a Harry poczuł, że zupełnie opadł z sił. Miał różdżkę w zasięgu ręki, ale nie potrafił jej dosięgnąć. To przez whisky. Wszystko przez głupią whisky. W głowie wciąż mu pulsowało.
Malfoy odsunął się tak nagle, że Harry prawie upadł. Musiał wziąć kilka głębokich oddechów, żeby odzyskać równowagę.
— Jesteś pijany — stwierdził Malfoy.
— Prawdopodobnie — odparł Harry i zerknął na twarz Ślizgona. Bladą skórę pokrywały rumieńce, a siniak wokół oka wyglądał jeszcze gorzej niż wcześniej.
— Dobrze. Niech będzie — odezwał się Malfoy ze znużeniem. — Pójdę do skrzydła szpitalnego. Możesz mnie śledzić, skoro tak to lubisz. — Odwrócił się, ale dodał jeszcze: — Oczywiście wspomnę Pomfrey o twoim stanie.
Harry pozostał na miejscu. Dokuczała mu głowa i krocze, i jakoś nieszczególnie miał ochotę znów patrzeć na Malfoya.
W drodze do gryfońskiej wieży starał się nawet o nim nie myśleć, ale jego obraz znowu wskoczył mu do głowy, kiedy spłukiwał z ciała napięcie całego dnia pod prysznicem. Nie mógł wyzbyć się żalu, że Draco Malfoy okazał się pierwszą osobą, która kiedykolwiek otarła się o jego pachwinę. Myśl była tym bardziej przygnębiająca, że wiązała się z utrzymującą się później erekcją.
Mimo to po prysznicu poczuł się lepiej. Postanowił, że nigdy już nie będzie pił, czy to celowo z własnej woli, czy przez przypadek, i stanowczo stwierdził, że musi poszukać sobie dziewczyny. Pewnego dnia. Jeszcze nie teraz. Na razie nie miał na to czasu.
Jednak na niemyślenie o Malfoyu nie mógł sobie pozwolić. Bójka Ślizgona ze Smithem stała się głównym tematem rozmów w pokoju wspólnym Gryfonów. Neville przyniósł nowe informacje, dlaczego w ogóle do niej doszło. Usłyszał je od Hanny Abbott, a ona z kolei dowiedziała się od Wayne’a Hopkinsa, który był z Zachariaszem Smithem, gdy ten otrzymał sowę od ojca.
Niewymowny Jeremiasz Smith, ciężko zraniony przez Rudolfa Lestrange’a poprzedniej nocy, był, jak się okazało, wujkiem Zachariasza. Z powodu odniesionych obrażeń zmarł dzisiejszego ranka. Ojciec Smitha, również pracujący w ministerstwie, zdradził synowi, że podczas gruntownego sobotniego przesłuchania śmierciożerców pod Veritaserum Rudolf zeznał, iż to Lucjusz Malfoy zorganizował napad. Wyznał aurorom, że to właśnie Lucjusz obmyślił cały plan i dostarczył nawet Eliksir Wielosokowy.
— Nie wierzę — oświadczył Harry pospiesznie. — Po co Malfoy miałby pomagać wykraść ciało Voldemorta? Żeby z nim zatańczyć?
— Och, nie wiem — skomentował Seamus. — Malfoyowie są zepsuci, każdy z nich.
Harry’ego ogarnęła nagła złość.
— To bez sensu. Gdyby ukradli paczki z butelkowaną sławą, to owszem, ale ciało Voldemorta? Oni wcale nie chcą, żeby wrócił.
— Tego nie możesz być pewien — upierał się Seamus.
Harry już zamierzał odpowiedzieć, ale zrezygnował, gdy Hermiona spojrzała na niego ostro.
— Czy Lucjusz Malfoy został aresztowany? — zwróciła się do Neville’a. — Aurorzy uważają, że naprawdę był w to zaangażowany?
Neville wzruszył ramionami.
— Nie sądzę, bo Smith narzekał właśnie na niesprawiedliwość. Mówiąc, że Lucjusz po raz kolejny przekupił ministerstwo i znowu wymigał się od kary. A potem poszedł wyładować się na Malfoyu.
— Bzdura — powiedziała Hermiona. — Kingsley Shacklebolt to człowiek przyzwoity i uczciwy. Malfoy go nie kupił. Jeśli go nie aresztowali, to znaczy, że Rudolf kłamie. Veritaserum bywa zawodne.
Kilka osób wymamrotało coś w proteście, jednak nikt bezpośrednio nie zakwestionował jej słów. Hermiona była już trzeźwa, ale nadal w paskudnym nastroju i Gryfoni nie mieli ochoty testować jej cierpliwości.
Poza Harrym, dużo później, kiedy tylko we troje siedzieli przy kominku.
— Czemu tak się na mnie popatrzyłaś? Seamus się myli. Powinnaś pozwolić mi...
— Harry, nie rozumiesz? — szepnęła Hermiona. — Gdyby Lucjusz Malfoy powiedział śmierciożercom o ciele Voldemorta i dał im Eliksir Wielosokowy, a potem nie został aresztowany, musiałoby to oznaczać, że cały czas pomagał aurorom. George mówił, że puścili plotkę. Może tak właśnie to zorganizowali. Kazali Lucjuszowi przekonać Rudolfa, by włamał się do ministerstwa. Lucjusz zrobiłby wszystko, żeby odzyskać swoją pozycję i szacunek. Taka była twoja teoria.
— Och. — To miało jakiś sens. — Ktoś powinien poinformować o wszystkim Smitha, zanim zamorduje Malfoya.
Hermiona potrząsnęła przecząco głową.
— To tylko domysły, a resztę informacji przekazano nam w zaufaniu. Być może ministerstwo ma nadzieję, że zwabi jeszcze kogoś innego do Departamentu Tajemnic.
Harry uważał, że to mało prawdopodobne, by ten sam plan zadziałał dwa razy, ale uznał milczenie za najostrożniejsze wyjście z sytuacji. Po prostu musi pilnować Smitha. Puchon był wyraźnie wściekły, zresztą całkiem słusznie z jego perspektywy. Żal mógł go popchnąć do zrobienia czegoś strasznego.
— Gdzie jest Smith? — zapytał.
— Nadal w skrzydle szpitalnym — odpowiedział Ron. — Pomfrey musiała go przytrzymać, kiedy Malfoy się tam pojawił. W końcu dała mu eliksir usypiający, żeby się uspokoił.
Harry ucieszył się, że Malfoy naprawdę zrobił to, co obiecał. Już miał zapytać Rona, czy z Malfoyem wszystko w porządku, ale szybko zrezygnował. Na samo wspomnienie własnych myśli, jakie naszły go pod prysznicem, czuł się tak, jakby ukrywał coś wstydliwego i jeśli będzie zbyt często wspominał Malfoya, to wszyscy się zorientują.
Tej nocy znowu przyśnił mu się Malfoy. Mniej więcej. Śnił o Mapie Huncwotów i punkciku z podpisem „Draco”. Kropka przemieszczała się z jednego końca pergaminu na drugi, jak gdyby nie wiedząc, co się z nią dzieje. Harry musiał rzucić Petrificus Totalus, żeby się uspokoiła. Jednak w chwili, gdy to zrobił, kropka zniknęła.
Zabiłem ją, pomyślał i zapłakał.

*

— Co ona tam jeszcze robi? — Ron spojrzał na zegarek. Czekali na Hermionę u podnóża schodów prowadzących do sypialni dziewcząt. — Spóźnimy się na śniadanie — dodał tonem kogoś, kto wieszczy zbliżającą się katastrofę.
— Upewnia się, czy poukładała książki w kolejności alfabetycznej? — zasugerował Harry. Sam był głodny, ale w tej chwili bardziej martwiła go perspektywa słuchania kłótni Rona i Hermiony przez całą drogę do Wielkiej Sali. Ron już był rozdrażniony.
— Świetnie. Będziemy tu stali wiecznie.
— Prawdopodobnie — odezwała się ponuro Parvati, zbiegając po dwa stopnie naraz.
— Dlaczego? Co się stało? — Ron wyglądał na gotowego stawić czoła podstępnym schodom, które wyglądały, jakby wygięły się w śliskie zbocze, kiedy wyczuły chłopców.
Parvati obrzuciła go wyrozumiałym spojrzeniem.
— Zapewne potrzebuje ratunku, ale nie od ciebie. Pomaga Lavender przy zaklęciach kosmetycznych.
— Och — mruknął Ron i cofnął się o krok jak gdyby w obawie, że Hermiona i Lavender jednak będą go potrzebowały.
— Hermiona jej pomaga? — zapytał Harry. — Ty nie... — urwał nagle, nie wiedząc, czy uwaga, że to Parvati a nie Hermiona zapewne jest lepszym ekspertem w takich zaklęciach, zostanie potraktowane jak komplement, czy jak zniewaga.
Jednak Parvati już mu odpowiadała:
— Wiem! — Zdawało się, że tylko czekała na okazję do wybuchu. — Ale czy ona mnie zapytała? Nie, nie! Po prostu kazała mi odejść!
— Myślałem, że się pogodziłyście.
— Ja też — warknęła Parvati.
— Ee... — zaczął Ron z wahaniem. — Lavender nie może sama nałożyć zaklęć kosmetycznych?
Parvati spiorunowała go wzrokiem.
— Ależ jesteś nieczuły — rzuciła i przepchnęła się obok nich.
— O co?... — Ron spojrzał na Harry’ego.
— Myślę, że ukrywanie blizn może być dla Lavender problemem — odpowiedział Harry.
— Och. — Ron wyglądał na zażenowanego. — Cholera. Przeklęty Greyback.
— Ginny! Wszystko w porządku?! — zawołała Parvati, przez co Harry i Ron spojrzeli na wejście do pokoju wspólnego. Ginny właśnie przeszła przez otwór w ścianie. Wyglądała okropnie. Podpierała się na miotle jak na lasce, a jej wilgotne włosy lepiły się czerwonymi strąkami do twarzy, wymykając się z końskiego ogona. Miała zarumienione policzki i przekrwione oczy.
Ron podbiegł do niej szybko z Harrym depczącym mu po piętach.
— Co się stało? — zapytał z niepokojem.
— Wszystko w porządku — odparła Ginny cicho. — Ja tylko... — Spojrzała na nich obu. — To był długi poranek. — Przez sekundę Harry’emu wydawało się, że Ginny zacznie płakać. — Muszę usiąść — odpowiedziała w zamian i opadła na jeden z foteli najbliżej kominka.
Ron i Harry wymienili spojrzenia i zgodnie do niej podeszli. Parvati podążyła zaraz za nimi i wetknęła do ręki Ginny szklankę wody. Ginny ją co prawda przyjęła, ale patrzyła na nią, jakby nie wiedziała, co to jest.
— Siostrzyczko, przerażasz mnie — powiedział Ron i uklęknął obok jej fotela. — Powiedz nam, co się stało.
Ginny owinęła dłonie wokół szklanki i potrząsnęła głową.
— To Malfoy.
— Co? — sapnął Harry. Obszedł stolik stojący naprzeciw Ginny i przysiadł na nim. — Co się z nim stało? Wszystko z nim w porządku? Czy on... — Harry’emu zdawało się, że jego serce przestało bić — ...zginął?
Ron zakaszlał.
— A może to on kogoś zamordował?
— Nie, nie, Ron, Malfoy nikogo nie zabił. Ktoś go zaatakował — powiedziała Ginny. — Ale czuje się dobrze. To znaczy będzie.
— O rany — roześmiał się Ron. — Sądząc po twoim wyglądzie, pomyślałem, że ktoś umarł. — Spojrzał na siostrę podejrzliwie. — Ale czemu ty tak się martwisz o Malfoya?
Harry wbijał wzrok w Ginny, w duchu poganiając ją, by mówiła szybciej.
— Zaatakowany? Przez kogo? I co masz na myśli mówiąc, że będzie czuł się dobrze? Co mu się stało?
— To Smith — warknęła Ginny. — I wiem, Ron, ale Malfoy czy nie Malfoy, to i tak było zbyt straszne.
— Smith? Ale... — Harry zaczerpnął powietrza i spróbował się uspokoić. — I o co chodzi z tym „zbyt straszne”?
Parvati przysiadła na podłokietniku fotela Ginny.
— Po prostu opowiedz wszystko od początku — poradziła.
— Racja. No dobrze. — Ginny wzięła głęboki oddech. — Wcześnie rano poszłam polatać. Często tak robię. Latałam nad boiskiem... i na początku nawet go nie zauważyłam.
— Kogo nie zauważyłaś? — zapytał Harry. Chciał dodać coś jeszcze, ale Parvati go uciszyła.
— Malfoya. Leżał na ziemi. Pomyślałam, że może przyszedł wcześniej i po prostu upadł. Jednak on wciąż leżał, więc poszłam sprawdzić, tak na wszelki wypadek. Ale kiedy go zobaczyłam... O, Merlinie! Jak on wyglądał. Musiał spaść z miotły. Cały był... połamany, ręce i nogi miał powyginane pod dziwnym kątem, wszędzie było pełno krwi, a jego twarz... Wydawał się martwy. Jak lalka, którą ktoś wyrzucił. Ale potem zdałam sobie sprawę, że jest przytomny. Pojękiwał i mrugał od czasu do czasu. — Ginny nagle przypomniała sobie, że trzyma w dłoniach szklankę z wodą i wzięła spory łyk. — Nie wiedziałam, co robić. Bałam się go ruszyć. Poszłam poszukać pani Hooch, bo wiedziałam, że czasem wstaje wcześnie, żeby pomóc profesor Sprout w szklarni. Na szczęście obie tam były. Sprout poszła po panią Pomfrey, a Hooch przyleciała ze mną na boisko. Nie wiedziałyśmy, jak pomóc Malfoyowi. Przykryłyśmy go płaszczem i czekałyśmy na panią Pomfrey. Hooch powiedziała, że przy tak dużej ilości uszkodzeń nie ma odwagi próbować go uzdrowić. Zauważyłyśmy, że jego zegarek rozbił się przy upadku. Wskazywał kilka minut po północy. Wyobrażacie sobie? Leżał tam do szóstej rano. I nie mógł mówić. Ale był w stanie jęczeć...
Harry złapał za krawędź stołu, na którym siedział, żeby powstrzymać się od wybiegnięcia z pokoju. Teraz nic nie mógł już zrobić, żeby pomóc Malfoyowi. Nie był w stanie cofnąć czasu.
— Jakim cudem przeżył? — zapytał Ron. — Powinien zamarznąć na śmierć.
— Och, był bardzo wychłodzony, ale ciepło z trybun pomogło go ogrzać — odpowiedziała Parvati.
Ron spojrzał na nią bez zrozumienia.
— Ciepło z trybun?
— Ławki są tak zaklęte, żeby pozostawały ciepłe, suche i wolne od śniegu. Boisko do quidditcha to zimowe niebo dla zakochanych.
Ginny przytaknęła.
— Gdyby nie upadł przy boisku, na pewno by zamarzł.
— Wspomniałaś Smitha. Co on zrobił? — przypomniał Harry. Nie mógł słuchać o urazach Malfoya. Czuł ból we własnych kończynach, a skóra paliła go na samą myśl o stanie Draco i samotnej nocy, jaką musiał przeżyć w chłodzie.
— Tak, on też tam był — wycedziła Ginny przez zaciśnięte wargi. — Prawie go przegapiliśmy. Upadł między ławkami, wciąż w piżamie i z różdżką w ręku. Pomfrey powiedziała, że wciąż spał z powodu eliksiru, który mu wcześniej dała.
— Więc Smith naprawdę próbował go zamordować? — Ron wyglądał na zaszokowanego. — Myślałem, że on tylko... Jesteś pewna, że Malfoy po prostu nie spadł z miotły?
— Tak, to zdecydowanie wina Smitha — odparła Ginny. — McGonagall przyszła do skrzydła szpitalnego i zbadała jego różdżkę. Rzucił na Malfoya zaklęcie Confundus, a potem złamał jego miotłę w połowie.
— Ginny — powiedział Harry. — Nie masz ze sobą galeona? Czemu mnie nie zawiadomiłaś?
Ginny spojrzała na niego ze zdziwieniem.
— To był nagły wypadek, Harry. Nie mogłeś w niczym pomóc.
W niczym nie mogłem pomóc. Prawdziwość tego prostego zdania wkręciła się w jego wnętrzności jak nóż. Jaki był sens istnienia Armii Dumbledore’a, jaki był sens jego pobytu tutaj, skoro w niczym nie mógł pomóc?
— No tak — mruknął Ron, wstając. — Ale chodziło o Malfoya.
— Co? — spytała Ginny, patrząc na brata.
— Zamknij się, Ron — warknął Harry.
Ale Ron nie zamierzał się zamknąć.
— Widzisz, Harry miał teorię, według której ktoś próbował zamordować Malfoya.
— Co? — powtórzyła Ginny, patrząc teraz na Harry’ego. — Czy... chodzi o przedwczoraj? Ale Smith nie miał wcześniej motywu.
Harry poczuł, jak narasta w nim irytacja. Dlaczego nic już nie miało sensu?
— Jak do tego doszło? — zapytał. — Czemu Malfoy był na zewnątrz tak późno? I skąd Smith o tym wiedział?
— Razem z Anthonym znaleźliśmy wczoraj sporo Ślizgonów po ciszy nocnej — powiedziała Parvati. — Łącznie z Harperem. Ale nie było wśród nich Malfoya. Chociaż mógł pójść polatać później.
— Wejścia do pokojów wspólnych miały być zabezpieczone zaklęciami. Prefekci Ślizgonów nawet nie spróbowali ich nałożyć — powiedział Harry z rezygnacją. Choć, oczywiście, nawet gdyby nałożyli, nie powstrzymałoby to Malfoya. Mógł wyjść, kiedy chciał. Opuszczenie zamku również nie stanowiło problemu.
Idiota. Czemu wyszedł na zewnątrz w środku nocy?
— Cóż — odezwała się Ginny. — Pomfrey naprawdę martwiła się, że Smith spróbuje uciec i dopaść Malfoya. Ciągle o tym gadał. Więc zamknęła go w skrzydle szpitalnym i nawet zabrała mu różdżkę i schowała w swoim gabinecie. Ale jakoś ją odzyskał i uciekł.
— To... — Ron podrapał się po głowie. — Robi wrażenie. Czegoś takiego nie spodziewałbym się po Smicie. Nigdy nie wyglądał mi na bystrego. Odzyskał różdżkę, anulował zaklęcia Pomfrey, odnalazł Malfoya, a potem przeklął go, kiedy Malfoy latał na miotle.
— Może szukał go od jakiegoś czasu? I zobaczył przez okno? — zasugerowała Parvati.
— Przez okno? — powtórzył Ron. — Malfoy może i ma włosy jaśniejsze niż elf, ale nie sądzę, żeby świecił w ciemnościach.
— Hmm, nie mam pojęcia, jak znalazł Malfoya — powiedziała Ginny. — Może ktoś mu pomógł? Tak czy inaczej, McGonagall była pod wrażeniem, że Smithowi udało się trafić Malfoya z ziemi. To znaczy Malfoy pewnie nie leciał zbyt wysoko, bo inaczej już by nie żył, ale mimo wszystko. To się nazywa mieć celne oko. Do tego Nimbus zawsze podkreślał, że jego miotły są bardzo bezpieczne i żadna klątwa tak łatwo ich nie złamie.
Harry poczuł, jak coś uciska go w żołądku.
— Czyli McGonagall powiedziała, że w grę wchodzi naprawdę potężna magia?
Ginny skinęła głową.
— I wezwała aurorów. Wygląda na to, że Smith podjął próbę morderstwa.
— Cudownie — jęknął Harry. — Teraz obwinią Smitha za przeklęcie Tommy’ego, schodów i pożar w dormitorium Ślizgonów.
— Ale on nie miał motywów — przypomniała Ginny.
— No właśnie! I wygląda, że Smith opanował jakąś niesamowitą magię i stał się idealnym kozłem ofiarnym. Przynajmniej dla aurorów i rady nadzorczej. Ale nie uważacie, że to trochę podejrzane? Że Smith był właśnie tam z różdżką w ręku, do tego wygodnie nieprzytomny? A różdżka nie jest najlepszym dowodem. Każdy mógł znokautować Smitha, przekląć nią Malfoya, a potem zwrócić ją Smithowi.
Ginny spojrzała na Harry’ego z niedowierzaniem.
— Myślisz, że Smith jest niewinny? Ale aurorzy już go zabrali!
— Nie wiem, co myśleć — przyznał Harry. — Ale co, jeśli tak jest w rzeczywistości i osoba, która przeklęła Malfoya, wciąż pozostaje na wolności? Smith coś powiedział?
— Nie, mówił, że nic nie pamięta. Stwierdził, że musiał lunatykować. Ale wyznał też, że żałuje, że Malfoy nie umarł.
Dobre posunięcie. Chociaż człowiek winny raczej by tego nie powiedział.
— Co mówił Malfoy?
— Ciągle śpi. Pomfrey tak go nafaszerowała eliksirami, że jeszcze długo się nie obudzi. Ale oberwał zaklęciem Confundus, więc...
— Mało prawdopodobne, żeby wiedział, co w niego uderzyło — dokończył Harry.
Może Smith naprawdę przeklął Malfoya. Harry pomyślał, że po prostu miał szczęście. Może dosłownie. Może miał w kieszeni fiolkę z eliksirem Felix Felicis. A może jego wuj, Niewymowny, nauczył go kilku sztuczek. Albo Smith był bardziej utalentowany, niż Harry zakładał.
Jednak w niedzielę, kiedy przeklęto Tommy’ego Wrighta, Malfoy przed kimś uciekał. I to nie był Smith. Harry bardzo chciał porozmawiać z Malfoyem i wycisnąć z niego kilka odpowiedzi. Malfoy po prostu musiał coś wiedzieć.
Niestety nie było sensu odwiedzać skrzydła szpitalnego, skoro Malfoy spał, niemniej Harry i tak starał się wymyślić pretekst, żeby tam pójść. Chciał się upewnić na własne oczy, że Malfoy żyje. Przypomniał sobie swój sen. Jak kropka z podpisem „Draco” zniknęła, a on płakał rozpaczliwie i miał nadzieję, że Malfoyowi nic się jednak nie stało.
Nic sprytnego nie wymyślił, ale właśnie wtedy Hermiona i Lavender wyszły z sypialni dziewcząt, żądając odpowiedzi, czym wszyscy tak się martwią. Ginny niemal im odpowiedziała, ale Ron przerwał jej, oświadczając, że dowiedzą się dopiero wtedy, gdy ruszą tyłki i pójdą na śniadanie.
Ron, Hermiona i Lavender wyszli, ale Harry zwlekał, twierdząc, że poczeka, aż Ginny zmieni swój przepocony strój do quidditcha. Tak naprawdę nie chciał znów słuchać opowieści o upadku Malfoya, a zwłaszcza części, jak przez sześć godzin straszliwie cierpiał, leżąc na ziemi.
Parvati również została, prawdopodobnie unikając Lavender. Wpatrywała się w otwór w ścianie, który zamknął się za Ronem.
— Jeśli cała trójka dojdzie żywa do Wielkiej Sali, będę pod wrażeniem — skomentowała.
Harry uświadomił sobie, że Ron właśnie wyszedł razem ze swoją byłą oraz obecną dziewczyną. Co mogłoby być zabawne, gdyby nie fakt, że sam został teraz w towarzystwie dwóch własnych byłych dziewczyn. Co prawda z Parvati poszedł tylko na bal, ale okazało się to taką katastrofą, że ciężko było o tym zapomnieć.
Ze wszystkich sił starał się wymyślić coś, co podtrzymałoby rozmowę.
— Cóż... — powiedział. — Dlaczego pokłóciłaś się z Lavender?
Dokładnie w chwili, w której zadał pytanie, zrozumiał, że nie powinien tego robić. Wyraz twarzy Parvati nagle sposępniał.
— Chciałabym wiedzieć! — poskarżyła się. — Ona jest taka inna od czasu... bitwy. Kapryśna, nerwowa i ciągle się na mnie wścieka! Nie mam pojęcia czemu. Przecież nie robię nic złego.
Harry bardzo się starał powiedzieć coś pocieszającego.
— Może po prostu potrzebuje czasu, żeby się przyzwyczaić?
Parvati zrobiła obrażoną minę.
— Z Hermioną nie ma problemu. A przecież Hermiona umawia się z jej byłym chłopakiem!
Harry nie wiedział, jak zareagować, więc zacisnął usta i czekał, aż Ginny znów się pojawi. Na szczęście tak się stało i we trójkę ruszyli na śniadanie. Ale zanim wyszli z pokoju wspólnego, Parvati zatrzymała go przy wyjściu.
— Harry, zapomniałeś zabrać swoją torbę.
— Dzięki. — Harry uśmiechnął się z wysiłkiem. Specjalnie położył torbę obok fotela, żeby mieć później pretekst, by po nią pójść i ukradkiem wymknąć się do skrzydła szpitalnego zobaczyć Malfoya.
Teraz będzie musiał wymyślić inną wymówkę.
Byli już przy schodach, kiedy Harry postanowił, że zaraz wymknie się, mówiąc, że musi iść do ubikacji. Ale zanim otworzył usta, ubiegła go Parvati:
— Powinniśmy poprosić Ślizgonów, żeby przyłączyli się do Gwardii Dumbledore’a. — Widząc jego zaskoczone spojrzenie, zawahała się. — To znaczy, jeśli w zamku jest ktoś, kto przeklina uczniów i wznieca pożary, Ślizgoni są najłatwiejszym celem. Nie przestrzegają ciszy nocnej i uciekają specjalnie, żeby zrobić nam na złość. Nawet ich rozumiem. Trzy domy połączyły się i chronią siebie nawzajem, ale Ślizgoni się do nich nie przyłączyli. Pewnie, mają swoich prefektów, ale to nie to samo. Poza tym ich prefekci nie są zbyt pomocni. Wygląda to tak, jakbyśmy sprawili, że oni stali się jeszcze bardziej złośliwi i nieostrożni.
— Świetny pomysł — powiedział Harry, mając nadzieję, że jego słowa zabrzmiały obojętnie. Od początku zamierzał zaprosić Ślizgonów, ale myślał, że żaden z członków Gwardii się na to nie zgodzi. A teraz wyszło, że nie ja to wymyśliłem.
— No ale czy oni zechcą być częścią czegoś, co się nazywa Gwardia Dumbledore’a? — zapytała Ginny.
— Na pewno znajdziemy jedną albo dwie osoby, które zechcą — odparła Parvati.
Może Malfoy?
— Może Zabini? — zaproponował Harry. — Jego brat prawie spłonął w pożarze. Mógłby być zainteresowany powstrzymaniem podpalacza, zanim skrzywdzi kogoś jeszcze.
Parvati zmarszczyła brwi.
— On akurat wygląda na kogoś, komu na nikim nie zależy, ale jasne, warto spróbować.
— Astoria Greengrass mogłaby się zgodzić — powiedziała Giny. — Przychodzi czasem rano na boisko i zawsze jest bardzo grzeczna i raczej przyjazna. Po pożarze wyglądała na porządnie zaniepokojoną. Ale ona jest w szóstej klasie.
— Och, jej siostra Daphne zawsze mi się wydawała w porządku — dodała Parvati.
— Świetnie! — ucieszył się Harry. — Zapytajmy je obie. — Dobra nasza. — I może jeszcze Malfoya — dorzucił.
Spojrzenia, jakie otrzymał w zamian, wcale go nie ucieszyły.
— Malfoy? Członkiem Gwardii Dumbledore’a? — Ginny zdawała się wręcz zszokowana.
Parvati również pokręciła przecząco głową.
— I dopiero mówiłeś, że ktoś próbuje go zamordować. Czy nie byłoby rozsądniej, gdyby siedział w dormitorium?
Harry uznał, że łatwiej mu będzie odeprzeć argument Parvati.
— Ale dormitoria też nie są bezpieczne. — Popatrzył na Ginny. — Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby Malfoy miał wczoraj przy sobie zaczarowanego galeona?
— Och, Harry, ale to by mu nie pomogło. On nie mógł się nawet ruszyć.
— Mimo wszystko — upierał się Harry, odpychając od siebie obraz Malfoya leżącego bezwładnie na ziemi. — Jeśli znów mu się coś przydarzy, to galeon może się przydać.
— No to po prostu dajmy mu monetę — zaproponowała Parvati logicznie. — Jak Petersonowi. Nie ma potrzeby, by od razu robić go członkiem Gwardii.
— Malfoy to nie Jamie Peterson. Nie weźmie jej, jeśli dowie się, że to tylko dla jego ochrony.
— Harry, myślę, że nie weźmie jej tak czy owak — powiedziała Ginny. — A pozostali członkowie Gwardii... może zaakceptują siostry Greengrass, ale Malfoya? On jest... był śmierciożercą!
— Dokładnie! — krzyknął Harry. — Sama mówiłaś, Parvati, że Ślizgoni czują się wykluczeni. I fakt, że stają się przez to złośliwi i beztroscy, wcale nie jest największym problemem. Jak powiedziała McGonagall: „Zeszłego roku uczniowie tej szkoły nauczyli się, że powinni trzymać się razem i zamiast opierać się na tym, cofnęliśmy się i sprawiliśmy, że Ślizgoni jeszcze bardziej nienawidzą wszystkiego, co symbolizował Dumbledore”. Jeśli akurat Malfoy do nas dołączy, czy nie będzie to z naszej strony najlepszym sygnałem? Założę się, że wielu młodszych Ślizgonów uważa jego Mroczny Znak za coś cudownego. Jestem pewien, że go podziwiają. — Pamiętał, jak dzieciaki patrzyły na Malfoya w spalonym dormitorium. Ze strachem i respektem. W jakiś dziwaczny sposób był ich bohaterem. — Dołączając do Gwardii Dumbledore’a, plunie w twarz Voldemorta. A Ślizgoni powinni zobaczyć, jak jeden z nich robi coś takiego.
— Po prostu uznają go za zdrajcę krwi — powiedziała Ginny.
— Niektórzy! Ale pieprzyć ich! Inni zrozumieją, że ich własna ochrona i współpraca z mugolakami nie wykluczają się nawzajem. Będą mogli zobaczyć, że Malfoy dostał niemal takie same prawa jak prefekt. Oni kochają ambicję, są nią zaintrygowani. Myślę, że to tak jak w przypadku Lucjusza Malfoya. Nie możemy zmienić jego sposobu myślenia, ale popatrzcie, jak on udaje! Czemu? Bo zdał sobie sprawę, że to mądre posunięcie. Gdybyśmy mogli namówić kilka osób, żeby zrobiły tak samo, przekonać je, że współpraca z mugolakami jest teraz w modzie... Co?
Ginny i Parvati zatrzymały się i patrzyły na niego.
— Masz na ten temat wyrobione zdanie, prawda? — skomentowała Ginny.
Harry’ego bolało gardło. Pewnie krzyczał.
— I nieco cyniczne — dodała Parvati.
One nie rozumieją. Żadna z nich. Dlaczego nie pojmują, że jeśli coś się nie zmieni, to wszystko pójdzie na marne? Że kolejny Czarny Pan mógł rosnąć właśnie teraz? Po tym, co Harry zrobił, ludzie nadal byli w niebezpieczeństwie, czarodziejów mugolskiego pochodzenia ciągle prześladowano, a przepaść między nimi a rodzinami czystej krwi wciąż była głęboka. Jeszcze jeden szaleniec wykorzystujący przewagę sytuacji i słaby most, jaki zbudowali, legnie w gruzach. A on walczyłby na darmo. Ludzie umarliby na darmo.
I Malfoy. Nawet Malfoy z niego drwił. Wciąż narażał swoje życie, jak gdyby fakt, że Harry go uratował, nie miał znaczenia. Jak gdyby w ogóle się tym nie przejmował.
Jeśli naprawdę istniał ktoś, kto chciał ich skrzywdzić, powinni być gotowi. Powinni postąpić inaczej. Walczyć wspólnymi siłami.
A oni się cofali. W kółko powtarzali stare błędy.
— Idę do skrzydła szpitalnego — oświadczył. — Sprawdzę, co z Malfoyem.
Minął obie dziewczyny i zbiegł po schodach, ale one poszły jego śladem.
— Harry! — krzyknęła Ginny, łapiąc go za ramię. — Nie ma potrzeby się na nas złościć.
— A już na pewno nie na mnie! — oburzyła się Parvati. — To przecież ja zasugerowałam współpracę ze Ślizgonami.
Wiem. Ale przypomniałaś mi też, co na to powiedzą inni. A ja nienawidzę samej myśli, że wszyscy zareagują identycznie jak w piątej klasie. Po obu stronach. Wiem, że Ślizgoni, a Malfoy w szczególności, będą się śmiali z naszej oferty. I nie mam pomysłu, jak temu zaradzić. Na nic nie mam pomysłu. — Cudownie. I jeszcze się użalał. Musiał przestać. — A teraz naprawdę chcę zobaczyć Malfoya, więc...
— Harry! — Ginny ponownie złapała go za ramię. — Czekaj.
— Ginny, mówiłem serio...
— Harry, jesteśmy na parterze.
— Och. — Skrzydło szpitalne było na pierwszym piętrze. Obrócił się, by ponownie wejść na schody.
— Czekaj! — powtórzyła Ginny. — Znajdziemy sposób, żeby wciągnąć Malfoya do Gwardii, skoro tak bardzo ci na tym zależy. Nic nie jest niemożliwe.
Harry spojrzał na nią nieufnie.
— Mówisz tak tylko dlatego, że znowu wyglądam jak zbity pies, co?
Jej usta drgnęły.
— Pamiętam, jak powiedziałeś, że nie ma znaczenia, co ludzie naprawdę myślą, dopóki udają.
— No tak, cóż. Chodziło mi o to... To znaczy wiem, że to trudne i nie spodziewam się, że nagle wszyscy się polubią, ale po prostu chcę, żeby coś się zmieniło. Przynajmniej trochę. A im więcej czasu tu spędzam, tym wyraźniej widzę, że tak się nie stało.
— Wiesz — odezwała się Parvati — jeśli chcesz namówić Malfoya do wstąpienia do Gwardii, to teraz jest idealny moment, żeby spróbować. Ginny, powinnaś wszystkim wokół rozpowiedzieć, jak znalazłaś go połamanego na boisku. Och! I upewnij się, że warga drży ci tak jak wcześniej.
Ginny wyglądała na oburzoną.
— Moja warga nie drżała! — Drżała. Ale Harry dobrze wiedział, że lepiej nie mówić tego głośno. — Chodzi o to, że Malfoy... — Ginny prychnęła z urazą. — Gnojek! Sprawił, że zrobiło mi się go żal.
— Dokładnie! — zawołała Parvati. — Mnie też. A wcale go nie lubię. Więc pewnie zdołasz z kilku osób wycisnąć łezkę lub dwie. Zacznij od Puchonów — poradziła.
Ginny nie wyglądała na przekonaną.
— Większość ludzi nie przepada zbytnio za Smithem, co działa na naszą korzyść — powiedziała jednak.
— Nie musisz tego robić, Ginny — oświadczył Harry w nadziei, że jednak zrobi. Parvati miała rację. Moment był odpowiedni. Jeśli ktoś jest tak poważnie ranny, inni chodzą wokół niego na palcach. Są milsi, by pokazać, jacy z nich dobrzy ludzie.
Ginny parsknęła.
— Och, wybacz, Harry, ale czy to twój brat bliźniak krzyczał na mnie wcześniej, kiedy to odważyłam się zasugerować, że zaproszenie Malfoya do Gwardii nie jest dobrym pomysłem?
— Teraz nie krzyczałem. Naprawdę.
Parvati roześmiała się głośno, ale pod spojrzeniem Harry’ego spoważniała.
— Cóż, dla mnie to brzmiało na krzyk — powiedziała.
Ginny westchnęła.
— Dumbledore również chciałby Malfoya po naszej stronie, więc mi to wystarczy, ale, Harry, dla jasności, mogę beczeć przed każdym członkiem Gwardii i przekonać niektórych, żeby zgodzili się przyjąć Malfoya, ale jak namówić jego samego? To należy do ciebie. — Przyjrzała mu się uważnie. — I założę się o galeona, prawdziwego, że pójdzie mi lepiej niż tobie.
— Zakładanie się nie jest stosowne...
— Tchórz.
— Podaj warunki.
Ginny uśmiechnęła się szeroko.
— Jest nas osiemnaścioro. Przekonam większość... powiedzmy, dziesięć osób do podpisania oficjalnego pergaminu, że zgadzają się go przyjąć, zanim tobie uda się go namówić.
— Pasuje. I stracisz galeona — oświadczył Harry z pewnością, której wcale nie miał. Wiedział, że Ginny wygra. Tak samo jak wiedział, że Malfoy może przyłożyć mu w twarz, gdy tylko poprosi go o przyłączenie się do Gwardii Dumbledore’a. Ale niezależnie od tego czuł się dużo lepiej niż kilka minut temu.
— Jeśli naprawdę chcesz odwiedzić Malfoya, musisz już iść — powiedziała Parvati. — Lekcje za chwilę się zaczną, przegapiliśmy śniadanie.
— Och, racja. Dzięki — rzucił Harry i wbiegł po schodach.
Nie śmiał spojrzeć za siebie, bojąc się, że dziewczyny odprowadzają go zdziwionymi spojrzeniami i zastanawiają się, czemu tak mu spieszno do Malfoya. Sam również chciał poznać odpowiedź na to pytanie.
Kilka minut później w skrzydle szpitalnym już żałował swojej decyzji. Widząc Malfoya zamiast lepiej, poczuł się dużo gorzej. Malfoy spał, przykryty kołdrą aż po brodę. Widać było tylko kosmyki jasnych włosów. Harry’ego swędziały palce, by odsunąć nakrycie chociaż odrobinę i upewnić się, że to naprawdę Malfoy.
Niespodziewanie zaczął się zastanawiać, czy kiedy Malfoy leżał na boisku, znalazł się ktoś, kto nie zapomniał pogłaskać go po tych włosach i zapewnić, że wszystko będzie w porządku. Ktoś powinien. Może Ginny, może Pomfrey. Mógłby zapytać.
Albo nie.
Spytał Pomfrey, kiedy Malfoy się obudzi, a pielęgniarka kazała mu wrócić wieczorem. Nie omieszkała też podzielić się swoim zdziwieniem, że Malfoy w ogóle przeżył.
— Ilość uszkodzeń... naprawdę nie rozumiem, jakim cudem on jeszcze żyje — powiedziała, choć zapewniła też, że teraz niebezpieczeństwo zostało już zażegnane.
Harry’ego kusiło, by zostać i sprawdzić prawdziwość jej słów. Na własne oczy zobaczyć, jak Malfoy się budzi oraz przekonać się, czy nikt nie będzie znów próbował go zamordować, ale Pomfrey wspomniała, że jego rodzice zostali o wszystkim poinformowani i są w drodze do Hogwartu. Po tej nowinie Harry czmychnął czym prędzej, nie mając ochoty na spotkanie z Lucjuszem. Uświadomił sobie, że rodzice Draco prawdopodobnie zabiorą go do domu i zabronią wracać do szkoły. Zapewne tak by było najlepiej, jednak myśl ta i tak go zdenerwowała. Szczególnie później, gdy zobaczył, jak Ginny szlocha na ramieniu Michaela Cornera, po czym podsuwa mu pergamin, żeby go podpisał.
Jeśli Malfoy odejdzie, nie wstąpi do Gwardii Dumbledore’a. A przecież mieli plan. Ron i Hermiona również podpisali pergamin Ginny, mimo że Ron był przerażony. Oszukać się jednak nie dał.
— Ty wciągnąłeś w to Ginny — oskarżył Harry’ego.
— Ja tylko...
Ron uniósł rękę.
— Harry, nie zapomniałem lotu przez szatański ogień, żeby uratować tego gnojka. Zraniłem się w palec, już nigdy nie będzie całkiem sprawny. Jeśli Malfoy ośmieli się teraz umrzeć, własnoręcznie go zamorduję. Więc dobrze, dajmy mu ten głupi galeon i przyjmijmy do Gwardii. Ale jeśli myślisz, że Malfoy się zgodzi, a reszcie Ślizgonów to zaimponuje... no cóż, nie masz racji.
— Chociaż twoje starania są godne podziwu — dodała Hermiona pocieszająco, mimo że wyraźnie zgadzała się z Ronem.
Harry także się z nimi zgadzał, ale wierzył, że jeśli nie wypowie swoich wątpliwości na głos, będzie miał szansę na sukces.
Po kolacji wyszedł polatać, ale kręcił się w pobliżu zamku, żeby mieć oko na główne wejście. Wcześniej Hanna Abbott musiała iść do pani Pomfrey po eliksir na ból żołądka. Czuła się źle od chwili, gdy dowiedziała się o nieszczęściu, jakie spotkało Malfoya. Harry’ego kusiło, by kazać Ginny przestać przerażać ludzi, ale Hanna należała do niewielkiej grupy osób, które zdawały się autentycznie zasmucone. Byli też tacy, co twierdzili, że Malfoy na to zasłużył. A większości uczniów w ogóle było to obojętne i z zapałem powtarzali całą historię, dodając krwawe szczegóły. „Słyszałem, że oczy wypadły mu z oczodołów, kiedy upadł”, powiedział Jimmy Peaks. „Podobno jedno wylądowało kilka metrów dalej, a drugie zeskrobywali ze słupka bramki. Malfoy będzie musiał nosić opaskę.”
Jakby nieracjonalne były te pogłoski, Harry i tak miał ochotę biec do skrzydła szpitalnego, aby się upewnić, że oczy Malfoya pozostały na swoim miejscu. Oczywiście mógł to zrobić, ale Hanna powiedziała, że rodzice Malfoya ciągle u niego są.
— Kłócili się, kiedy przyszłam — dodała. — Brzmiało to tak, jakby chcieli zabrać Malfoya ze szkoły, ale on się nie zgadzał.
Wtedy właśnie Harry przywołał miotłę i wyszedł z zamku. Malfoyowie pojawili się na kamiennych schodach przy wyjściu trochę po dwudziestej pierwszej. Tylko Lucjusz i Narcyza, bez Draco.
Harry nie był pewien, czy się z tego cieszyć. Może Malfoy byłby bezpieczniejszy w domu. A może nie. W każdym razie był pełnoletni i jeśli nie chciał opuszczać szkoły, nikt nie mógł go do tego zmusić. Harry sądził, że Malfoy będzie wolał dokończyć edukację we dworze, ale przecież gdyby to było prawdą, nie wracałby do Hogwartu w ogóle. Jego rodzice z pewnością zgadzali się na wszystko, czego chciał.
Z perspektywy Malfoyów uczeń, który zagrażał życiu ich syna, został już usunięty i problem przestał istnieć, choć nadal mogli chcieć mieć go blisko siebie po wszystkim, co przeszedł. Harry zastanawiał się, czy Draco myśli tak samo. Czy uważał, że jest bezpieczny? A gdyby sądził, że ktoś chce go zabić, pojechałby do domu z rodzicami?
Harry wrócił do zamku i włożył miotłę do schowka. Wkrótce będzie musiał udać się na patrol z resztą członków Gwardii, ale miał jeszcze trochę czasu na wizytę w skrzydle szpitalnym.
Na rozmowę z Draco czekał cały dzień i nie zamierzał poddać się bez walki.
Kilka minut stracił, stojąc już przed drzwiami do szpitala. Nie miał pojęcia, co powie, kiedy już zobaczy Malfoya. Może wypytywanie go po raz kolejny nie było dobrym pomysłem. A co, jeśli się mylił i nikt poza Smithem nie próbował go zabić? Harry nie czuł się gotowy, aby zrezygnować z obaw o jego życie, ale Malfoy był teraz prawdopodobnie w ciężkim stanie psychicznym i mówienie mu, że ktoś inny może mu zagrażać, zakrawałoby na okrucieństwo.
Chyba że Draco już wiedział. Ale w takim razie czemu nie odszedł z rodzicami?
Już prawie zrezygnował i wrócił do wieży, aby sprawdzić, czy nie brakuje któregoś z jego podopiecznych z szóstego lub siódmego roku, a potem razem z Luną udać się na patrol, ale jednak zdecydował się na otwarcie drzwi do skrzyła szpitalnego.
Wewnątrz było cicho. Jedno łóżko zajmował śpiący Tommy Wright, a drugie Draco Malfoy. Harry podszedł do niego na palcach, z niechęcią myśląc, że gdyby był mordercą, zabicie Malfoya nie stanowiłoby dla niego żadnego problemu. Szpital był fatalnie zabezpieczony.
Malfoy spał głęboko. Biorąc pod uwagę, ile czasu Harry spędził pod drzwiami martwiąc się, co powiedzieć, teraz powinno mu ulżyć, ale Pomfrey obiecała mu, że Malfoy nie będzie spał i teraz czuł się oszukany.
Na niewielkim stoliku obok łóżka leżała mała fiolka. Harry miał nadzieję, że to nie eliksir bezsennego snu. Ostrożnie podszedł bliżej i pchnął lekko fiolkę. Poturlała się i spadła na podłogę, rozbijając się z głośnym trzaskiem.
Draco poderwał się z miejsca i rozejrzał wokół, całkowicie przebudzony.
— Przepraszam — powiedział Harry i pospiesznie wyciągnął różdżkę. — Reparo! — Kiedy potłuczone kawałki złączyły się ze sobą ponownie, podniósł fiolkę i odłożył na stolik. — Rozbiłem ją. — Uznał za konieczne wytłumaczyć się, bo Malfoy wyglądał na raczej zdezorientowanego. Harry z radością zauważył, że miał dwoje zdrowych oczu.
Malfoy wyraźnie się rozluźnił i położył z powrotem.
— Co? Jesteś tu, żeby mnie pilnować? — zapytał. Jego głos był ochrypły od snu.
Teraz to Harry poczuł się zdezorientowany.
— Słucham? — Czy ktoś mu coś powiedział? Jak inaczej wiedziałby, że Harry martwi się, że ktoś ponownie spróbuje go zamordować?
Malfoy obrócił się i spojrzał mu w oczy.
— Doceń mnie choć trochę, Potter. Gdybym zamierzał go wykończyć, nie zrobiłbym tego tutaj, gdzie byłbym głównym podejrzanym.
Nagłe zrozumienie sprawiło, że Harry niemal się roześmiał. Tommy. Malfoy myślał, że jest tutaj, żeby chronić Tommy’ego.
— Ee, tak naprawdę przyszedłem, żeby z tobą porozmawiać — przyznał. Chociaż nie jestem pewien o czym. Ale tego nie powiedział.
— Tak? Zamierzasz mnie oskarżyć o próbę zamordowania kogoś jeszcze? — Malfoy komicznie szeroko otworzył oczy. — Och, czekaj! Nie sądzę, że tym razem to zadziała. Nawet ty nie jesteś taki głupi. A przynajmniej mam taką nadzieję. Chociaż proszę bardzo, możesz mnie zaskoczyć.
— Nigdy tak naprawdę nie obwiniałem cię o wzniecenie pożaru w lochach, Malfoy.
— Powinienem być wdzięczny?
— Nie! Nie o to mi chodzi. Ja tylko zwróciłem uwagę... — Niech to szlag. Nie przyszedł tu, by się kłócić. — Chciałem zapytać, czy czegoś nie widziałeś. — Malfoy zmarszczył brwi, więc Harry dodał: — To znaczy, zanim spadłeś. Albo wcześniej tego dnia.
Malfoy spojrzał na niego z uwagą.
— Jesteś... Co się z tobą dzieje? Czy coś widziałem? Na przykład co? Idiota, który mnie przeklął, został już zabrany przez aurorów. Prawdziwych aurorów. Sprawa zamknięta, Potter. A może jesteś niezadowolony, że biedny Puchon będzie gnił w Azkabanie za wyświadczenie światu przysługi? A może to moja wina. Może go wrobiłem.
Powinienem trzymać usta zamknięte. Mógł przypomnieć Malfoyowi, że ktoś prawdopodobnie próbował go zabić wcześniej na schodach i podkreślić, że to nie mógł być Smith, ale gdyby tak zrobił, szanse, że Malfoy przyjmie galeona, przyznając, że to dla jego ochrony, jeszcze by się zmniejszyły.
A może nie. Może zechciałby go wziąć.
Harry wpatrywał się w pełne nienawiści oczy Malfoya. Nie, on nie zaakceptuje jakiejkolwiek formy ochrony.
— Mam rację? — zapytał Malfoy. — Naprawdę tak pomyślałeś, prawda? — Wzrok Malfoya zabarwił się czymś, co mogło być... bólem. Chociaż wcale nie musiało.
— Nie, wcale nie — odparł Harry. — Chcę się tylko dowiedzieć, kto przeklął Tommy’ego i podpalił dormitorium. Sądziłem, że coś widziałeś.
— To miłe, Potter. Chętnie bym się dowiedział, czy to blizna uszkodziła twój mózg, czy może urodziłeś się już taki głupi. Ale przypuszczam, że nie zawsze dostajemy to, czego chcemy.
— Cóż, tak naprawdę... — Po prostu zapytaj. — Jest coś, czego ja chcę, a ty możesz mi w tym pomóc.
— Jeśli sądzisz, że spytam, o co ci chodzi, to jeszcze raz się zastanów. Spieprzaj, Potter. Jestem zmęczony.
Wziąłbyś pod uwagę dołączenie się do Gwardii Dumbledore’a? Słowa nie chciały wyjść z jego ust. Harry zastanawiał się, co Malfoy by odpowiedział, gdyby jednak wyszły. Byłby zaskoczony? Zdegustowany? Jedno i drugie? Malfoy chyba myślał, że Harry uważa go za człowieka najgorszego typu. Być może zaproszenie do współpracy by go uspokoiło. Zapytam, postanowił.
— Zastanawiam się — zaczął — czy byłbyś zainteresowany...
— Pani Pomfrey!!!
Harry aż podskoczył. Krzyk Malfoya musieli słyszeć w całym zamku.
— Malfoy, naprawdę...
— Wynoś się, Potter — warknął Malfoy.
— Nie sądzę, żeby Pomfrey cię słyszała — powiedział Harry, odczekując chwilę. — Może powinieneś spróbować jeszcze raz.
Malfoy aż poczerwieniał ze złości.
— Świetnie! — oświadczył, ale zamiast ponownie zawołać panią Pomfrey, zrzucił z siebie kołdrę. — Niech będzie, Potter. Zostań tu i bełkocz dalej. Mam to w dupie. Ja wychodzę.
To najbledsze nogi, jakie w życiu widziałem, pomyślał Harry, gdy Malfoy usiadł i próbował wsunąć stopy w pantofle.
— Nie trzeba, Malfoy. Już idę. Tylko się uspokój. — Wszystko potoczyło się nie tak jak trzeba. Malfoy najwyraźniej był zbyt zdenerwowany i emocjonalnie rozchwiany, aby rozsądnie myśleć. Harry w ogóle nie powinien był tu przychodzić.
— Nie! Zostań tak długo, jak masz ochotę. Gówno mnie to nie obchodzi.
Malfoy był chyba zbyt pochłonięty faktem, że nic go to nie obchodzi, bo miał problem z prawidłowym założeniem pantofli. W końcu albo zrezygnował, albo nie zauważył, że prawej stopy nie wsunął poprawnie. Zerwał się z łóżka, ale poślizgnął na wypolerowanej podłodze...
Harry wiedział, co się stanie, zanim cokolwiek się wydarzyło. Malfoy stracił równowagę i z pewnością upadłby, gdyby Harry nie skoczył do przodu i go nie złapał. Ale jedynym sposobem na to było objęcie go w pasie i przyciągnięcie do siebie. Malfoy chwycił go za ramiona, prawdopodobnie w instynktownym poszukiwaniu wsparcia, i noga Harry’ego znalazła się między jego udami.
Teraz mnie uderzy, pomyślał Harry i przygotował się na atak. Malfoy zapewne wścieknie się za niedoszły upadek i o wszystko go obwini. Mógł go odepchnąć i wściekać się na niego do końca świata za to, że ośmielił się znowu go uratować.
Minęło jedna sekunda, druga, trzecia. Malfoy go nie odepchnął. W ogóle się nie poruszył. Po prostu stał, trzymając Harry’ego za ramiona i gorącym oddechem owiewając mu ucho.
Może jest chory, zdezorientowany, ma zawroty głowy. Harry czuł bicie jego serca tuż przy swojej piersi. A może było to jego własne?
No więc stali tak, przytuleni, Harry zbyt zakłopotany, by się poruszyć. Odepchnij mnie. Czemu nie chcesz mnie odepchnąć?
Malfoy oddychał teraz spokojniej, głębiej. Wreszcie drgnął lekko, prawie niezauważalnie. Przechylił nieznacznie głowę, naparł mocniej na nogę Harry’ego i docisnął policzek do jego policzka. Z gardła wyrwał mu się dziwny dźwięk. Tak pełen desperackiej potrzeby, że serce Harry’ego aż podskoczyło. A potem niemal przestało bić, kiedy policzek Malfoy został zastąpiony przez coś miękkiego, ciepłego i wilgotnego...
Pchnięcie, na które Harry czekał wcześniej, nadeszło tak zupełnie niespodziewanie, że krzyknął z zaskoczenia. Zatoczył się do tyłu i upadł na nocną szafkę. Gdy walczył o utrzymanie równowagi, fiolka, którą dopiero co naprawił, sturlała się na podłogę i rozbiła ponownie.
Gorąco napierające na jego udo zniknęło. Wcześniej go nawet nie zauważył, ale teraz nie miał wątpliwości. Wciskał udo między nogi Malfoya i skóra wciąż go paliła na wspomnienie nacisku czegoś twardego.
Poprawił okulary i zerknął na Malfoya. Mina Ślizgona wyrażała kompletne zdziwienie.
To nie on mnie odepchnął, uświadomił sobie Harry.
— Harry Potter, sir, musisz przestać dusić Draco Malfoya, sir! — zapiszczał czyjś głosik.
Obaj z Malfoyem spojrzeli na stojącą nieopodal małą skrzatkę ubraną w fantazyjną czerwoną sukienkę.
— Mrużka? — zapytał Harry.
— Mrużce jest bardzo przykro, Harry Potter, sir. Mrużka nie chciała skrzywdzić przyjaciela Zgredka, ale Harry Potter nie może dusić Draco Malfoya, sir.
— Oczywiście. Ee, ja nie...
— Kto cię przysłał? — spytał Malfoy ostro.
— Mrużka cały czas tu jest. Mrużka obserwuje. Na rozkaz pani.
— McGonagall? — rzucił Harry.
Skrzatka skinęła głową.
— Proszę, Harry Potter, sir, musisz odejść. W szpitalu nie może się zdarzyć nic złego...
— Dobrze — zgodził się Harry pospiesznie. — Już wychodzę. — Skoro Mrużka go pilnowała, Malfoy z pewnością był tak bezpieczny jak to możliwe. Co oznaczało, że on mógł odejść. Uciec. Zwiać ile sił w nogach.
Z wciąż płonącymi policzkami szybko minął Malfoya, który stał w miejscu jak zamrożony. Nie patrzył na niego i nie odezwał się słowem.
Harry mruknął coś Mrużce na pożegnanie i wybiegł z sali.



Koniec części pierwszej rozdziału piątego
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Bang Bang » 18 kwi 2012, o 14:45

I wreszcie pojawia się Drarry, znaczy ono zawsze gdzieś tam było, chowało w ciemnym kącie, ale teraz powoli wychodzi z cienia. Tak, bardziej konstruktywny komentarz napiszę trochę później, bo na chwile obecną muszę wrócić do moich szkolnych obowiązków ;). Ale ogromnie się cieszę, że przyspieszyłaś, Kaczalko, publikację tej części :)>
Combeferre sighed. "When was the last time you got a full night's sleep?"
"I'm a med student," said Joly, rubbing his eyes. "Sleep is surrender. Coffee is strength."
"Work is freedom," said Combeferre drily.
"Right." Joly nodded. "Sometimes, I forget you're a med student, too."

North London is red


Bractwo Bejsbola i Widła :pala:
Bang Bang Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2318
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 21:19
Lokalizacja: Emirates Stadium

Postprzez Akame » 20 kwi 2012, o 09:35

Znowu się powtórzę, ale może niech Potter przestanie już śnić, co? Kolejny sen i kolejny dramat. Mam wrażenie, że albo te jego sny są prorocze, albo... qrde, albo to o czym śni po prostu się spełnia O.o Chciał smoka, no to miał pożar, śnił że Draco zniknął, to Malfoy prawie się zabił. Dobrze, że nie śni o tym, że chciałby, aby umarł, bo może by mu się i to ziściło. Naprawdę, co Potter się budzi ze snu, to ja widzę kolejne nieszczęście. Mam nadzieję, że się jednak mylę i po prostu Harry z tą jego obsesją na punkcie mrocznych sił i ratowania wszystkich po prostu w ten sposób w czasie snu wizualizuje sobie własne obawy.
Czyżby Draco coś miał do Pottera? ;> No bo skoro Harry poczuł, to co poczuł, to hmm... jest to raczej jednoznaczne i teraz wszystkie te uniki Draco, to jak nie patrzył Harry'emu w oczy, unikał go, wrzeszczał, aby ten go nie dotykał, nabierają sensu ;] Och drarry, jak miło, że wreszcie się pojawiło. Od razu mi się uśmiech poszerzył :D
Wypadek Draco... qrde, aż ciary miałam. Wcale się nie dziwię reakcji Ginny, zwłaszcza, że to ona znalazła Malfoya. Na samą myśl o tym, że leżał tam sam przez całą noc, w takim stanie, cierpiąc i nie mogąc zawołać o pomoc, zimno się robi. Niestety zgadzam się jednak z Potterem, że aurorzy wcale nie zabrali winnego ze sobą. Te ciągłe wzmianki o potężnej magii, są raczej alarmujące i wskazują na coś dużo poważniejszego, niż żądny zemsty dzieciak. Czuję, że rozwiązanie tej zagadki nas zaskoczy.
Jakoś tak czytając to opowiadanie, przypomniał i się inny fick, w którym McGonagall usunęła Slytherin, a Ślizgonów przydzieliła do innych domów. Nagle zaczęły się dziać dziwne rzeczy, zwłaszcza ze znikającym Draco i... no właśnie, ale tam od początku było wiadome o co chodzi i w czym tkwi problem. Mam podobne skojarzenia tutaj, ale mimo wszystko, to nie to samo, więc skojarzenia pozostają tylko skojarzeniami. Przynajmniej na razie.

Zastanawiam się ile razy już napisałam - Świetny rozdział - na pewno setki :D Nie będę się więc powtarzać, bo wiadomo o co chodzi ;)

Pozdrawiam serdecznie tłumaczki i ich bety i dziękuję za kolejną część :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez yamna » 20 kwi 2012, o 12:18

Dziewczyny udało Wam się. Po pierwsze spóźniłam się na fizjologię, ponieważ zauważyłam nowy rozdział i jakoś tak nie mogłam się oderwać. 9.55, a ja mam na 10? Ha, muszę doczytać! Po drugie bardzo dawno nie czytałam nic w języku angielskim. Moje słownictwo zarosło sobie kurzem, a ja stałam się leniwa jak cholera. Ale co Ola robiła wczoraj cały Boży dzień? Czytała Na zawołanie w oryginale. Od 4,5 do końca, bez epilogu. I co Ola pomyślała kiedy skończyła rozdział 9? TO JEST NIESAMOWITE!

Nie chciałabym spojlerować, ale pogratulować Wam wyboru zawszę mogę. I właściwie nawet muszę. Jestem zbyt podekscytowana, żeby wykrzesać z siebie coś innego niż zwykły bełkot, więc musicie mi wybaczyć. WRESZCIE zaczyna się dziać i będzie się dziać. Relacja Draco-Harry zaczęła wchodzić na odpowiednie tory. W dodatku poraża mnie kanoniczność tego opowiadania, o czym też wspomnę przy odpowiednim rozdziale i co kupiło mnie całkowicie. Nie żeby teraz postaci nie były kanoniczne i nie żeby miały nie być w trakcie. Powtórzę to jest cudowne.

A wasze tłumaczenie jak zwykle jest rewelacyjne. Nie mogę się doczekać, żeby przeczytać resztę po polsku. Aev, może też przyśpieszona niespodzianka, za tak (bez)ładny komentarz?

Pozdrawiam serdecznie
Yam
Z mackami się nie zadziera.
Mózg w trakcie rehabilitacji, przepraszam bardzo!
yamna Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 58
Dołączył(a): 16 mar 2011, o 00:55

Postprzez Miss Black » 20 kwi 2012, o 19:00

Komentarz do trójki.

To jest chyba najsensowniejsze opowiadanie ff, jakie kiedykolwiek przydarzyło mi się czytać. Nie dość, że zdumiewa kanonicznym klimatem, to autentycznie wciąga w intrygę, która jest istnym majstersztykiem. Kocham ten racjonalny sposób myślenia ich wszystkich, żarty o puchońskim wampirze, notabene świetnie przetłumaczony termin!, wszystkie te drobiazgi, które przypominają nam, że jesteśmy w czarodziejskim zamku, a nade wszystko uwielbiam tu Harry'ego, co jest prawdziwą rzadkością, i jego stosunek do Malfoya. Tę niesamowitą ilość uwagi, jaką mu poświęca i nawet jeszcze bardziej zniewalającą ilość podejrzeń i oskarżeń wobec Draco, którymi maskuje swoje zainteresowanie. To czyni sam kanon sensownym! Naprawdę sensownym. Daje cholernie dużo podstaw do autentycznego widzenia drarry w kanonie, a zwłaszcza w Księciu Półkrwi, co szczerze uwielbiam w tym fiku, bo dzieje się to tak naturalnie, że niemal niepostrzeżenie. Ach! I naprawdę lubię tu Ginny! Oczywiście zwaliła mnie z nóg metafora koca, która swoją drogą jest całkiem do rzeczy, ale też podoba mi się, że ona jest tu taka prawdziwa. Jest wściekła na Harry'ego, co jest absolutnie zrozumiałe, ale z drugiej strony chce jego przyjaźni, podobnie jak sam Harry. W końcu znają się całe życie i naprawdę swoje przeszli wspólnie, choćby cały piąty rok i jego zwieńczenie w Ministerstwie. Ach! I kocham to, że autorka wyciąga tu wszystko, co najlepsze z Zakonu Feniksa. Ta atmosfera konspiracji, wspólnego działania i zagrożenia, które jest tak nieokreślone, że aż strach się bać, skąd właściwie pochodzi.
Spoiler: pokaż
A co chyba najlepsze ze wszystkiego: drugie czytanie jest nawet bardziej przerażające niż pierwsze. Ba! Za pierwszym nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby rzeczywiście się czegoś obawiać. Teraz mam dreszcz na plecach. To opowiadanie z powodzeniem mogłoby nazywać się "Uważaj, czego pragniesz", gdyby nie oczywisty spoiler, który to powiedzenie zawiera. To musiała być prawdziwa frajda: wpaść na tak genialny w swej prostocie pomysł, a potem już płynąć z prądem. Wystarczyło uważnie pisać i pamiętać, o wszelkich szczegółach: jak Irytek, kwiat Neville'a, nagle czyste klasy itp. Jak mówiłam: majstersztyk!


Weny dziewczyny, bo odwalacie naprawdę kawał dobrej roboty!
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 8 gości