[Z] [T] Na zawsze twój

Nieodwracalne powraca w nowej odsłonie

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez MargotX » 16 kwi 2012, o 18:04

Akame napisała
Od razu przed oczami stanął mi kanon i wręcz widziałam, tę nieszczęsną minę Hermiony, która pomimo wątpliwości, przerażenia, że łamią reguły, nigdy nie zostawiła Harry'ego samemu sobie i cały czas podążała za nim. Przypomniało mi się, jak wielki nacisk położyła autorka właśnie na tę przyjaźń.
Dokładnie. Zgadzam się, ale to właśnie i jedynie Hermiona jest takim przyjacielem, jakiemu zawsze można ufać, to ona nigdy Harry'ego w tej przyjaźni nie zawiodła, nawet, kiedy rozpaczała po odejściu Rona w siódmym tomie, to została z Harrym, bo wiedziała, że jest mu potrzebna i że z własnej woli chciała wspierać go w wypełnieniu zadania pozostawionego przez Dumbledore'a. Mam nadzieję, że Malfoy nie zrobi nic dostatecznie głupiego i nie zrazi jej do siebie na tyle, że, nawet mimo motywacji, że robi to dla Harry'ego, rąbnie go jakimś zaklęciem albo kolejnym sierpowym i zostawi z całym problemem ;) Bo nie wątpię, że mózg Hermiony może im się naprawdę przydać.

Jedynie martwi mnie Ron, a raczej obawiam się go, jeśli jakimś cudem jednak dowie się o całej sytuacji. Nie tylko wściekłby się na Harry'ego i Hermionę, ale i zapewne mógłby zrobić wiele złego samemu Draconowi. Nienawiść go już coraz bardziej zaślepia i nie mówię, że Draco zasłużył sobie na jego sympatię, bo tak nie było, ale jednak ta zawziętość i ślepa furia jest bardzo niebezpieczna.

I cały czas naprawdę żal mi Draco, coraz bardziej. Wszystko go przerosło, jest przerażony i zdesperowany do tego stopnia, że w zasadzie liczy już jedynie na pomoc ze strony Harry'ego. Najbardziej żal mi go w momencie, kiedy dowiaduje się, że Harry powiedział o wszystkim Hermionie, i kiedy w głowie pojawia się dramatyczna myśl, że mógłby o tym wiedzieć również Ron. Jego reakcja mówi wszystko.
Harry zamrugał zaskoczony, bo po raz pierwszy usłyszał z ust Malfoya słowo „proszę”. Draco nie użył go nawet wtedy, gdy zwracał się o pomoc. Teraz jego twarz pokazywała całe spektrum bólu. Ponure zrozumienie, kruszącą się dumę i czystą rozpacz — ostateczne cierpienie. Obserwował walkę Malfoya o zachowanie spokoju dostatecznie często, by rozpoznać punkt kulminacyjny, i wiedział, że byłoby to ostatecznym, niemożliwym do zniesienia upokorzeniem, gdyby Ron, jego dużo bardziej zaciekły wróg niż Harry, kiedykolwiek dowiedział się o eliksirze.
Utrata kontroli nad sobą i swoim życiem, bezsilność, to nie jest coś, z czym Malfoy sobie dobrze radzi. Do tego tęsknota za Harrym, niespełnione pragnienia - całe to spektrum tragedii jak w greckim dramacie.

Pozdrawiam doskonały Team, dziękuję :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez TEAM DRARRY » 27 kwi 2012, o 13:34

Bardzo dziękuję Aubrey i Minamoto za betę i zapraszam na kolejny rozdział. :)


Rozdział 8: Upadek


Miłość jest najszlachetniejszą słabością ducha.*


Draco uniósł głowę, kiedy Hermiona, bez Harry’ego, weszła z powrotem do klasy i usiadła w ławce jak najdalej od niego. Wyglądała na rozkojarzoną i nie do końca opanowaną jak zazwyczaj — skrzyżowała ramiona i wpatrywała się w Draco nienawistnie. Zmrużyła oczy, obdarzając go wzrokiem naznaczonym lekkim obrzydzeniem.
— Nie mogę uwierzyć, że… — zaczęła.
— …że jestem na ciebie skazana przez całe popołudnie — dokończył Malfoy, perfekcyjnie naśladując jej urażony ton. Wywrócił oczami i kontynuował znudzonym tonem, przeciągając głoski: — Tak, wiem, Granger, czytasz mi w myślach. A teraz, co dalej na liście obelg? Ach tak, zaraz zaczniesz mówić mi, jakim to jestem snobistycznym, nikczemnym dupkiem.
Hermiona obdarzyła go gniewnym spojrzeniem.
— Mam do roboty ważniejsze rzeczy niż kłótnia z tobą, Malfoy — stwierdziła wyniosłym tonem. Zamaszyście podniosła książkę i zakryła nią twarz, odgradzając się od Draco. — A teraz zamknij się i czytaj.
— Mówisz do siebie? Idealny pomysł.
Hermiona rzuciła wolumin na stół i z impetem wstała z krzesła. Jej twarz zapłonęła wściekłym rumieńcem.
— Co z tobą, Malfoy? Dlaczego nie możesz się zamknąć i chociaż na chwilę przestać być nietolerancyjnym, aroganckim, wstrętnym egotystą, kiedy staramy się zrobić wszystko, by ci pomóc? — Jej policzki przybrały bardziej czerwony odcień. — Myślisz, że Harry’emu jest z tym łatwo? Czy nie wygląda tak, jakby miał już wystarczająco dużo na barkach, razem z treningami quidditcha, pracą domową i esejami okresowymi, i czy chciał wplątać się w rozwiązanie sprawy tego głupiego eliksiru miłosnego? Szczególnie jeśli chodzi o ciebie? Czy wiesz, jak bardzo się martwi i jak bardzo boli go ukrywanie tego całego bałaganu przed Ronem? Masz pojęcie, jak Ron wściekłby się, gdyby się dowiedział? Oświeć mnie, Malfoy, co jest takiego, co możesz mu dać, by było warte utraty najlepszego przyjaciela? — Draco osłupiał w odpowiedzi na tyradę Hermiony i nie zdążył poukładać myśli, by jej odpowiedzieć, kiedy zrobiła to za niego: — Nic! — rzuciła ostro. — Nie dałeś mu nic poza kłopotami, od kiedy zaczęliśmy szkołę. Pamiętasz, kiedy starałeś się nakryć nas ze smokiem Hagrida? Kiedy wyzwałeś Harry’ego na czarodziejski pojedynek tylko po to, by sypnąć go Filchowi? Jakim tchórzem trzeba być, by tak postąpić? I pomyśleć, że po tym wszystkim, co zrobiłeś, Harry wciąż zgadza się pomóc ci wyjść jakoś z tej całej sytuacji, w którą ty i tylko ty sam się wpakowałeś i w dodatku go w nią wciągnąłeś... — Hermiona przerwała i nabrała powietrza. — A teraz, kiedy ścigamy się z czasem, by znaleźć z tego jakieś wyjście przed jutrzejszym meczem, co jest zadaniem niemal niemożliwym, ty rzucasz tylko kąśliwe komentarze i doprowadzasz wszystkich do szału!
— Hej, ja... — zaczął protestować Draco, ale Hermiona szybko mu przerwała:
— Chcę, żebyś coś wiedział, Malfoy. Nie robię tego dla ciebie, a dla Harry’ego, bo sądzę, że ma teraz o wiele za dużo na głowie i chcę mu pomóc w jakikolwiek sposób. A jeśli masz jakiś genialny i okrutny plan, by go zranić, pozwól, że dam ci małą radę. Wybij to sobie z głowy. Nie myśl, że to jedynie pusta pogróżka, bo przysięgam, jeśli wbijesz mu nóż w plecy po tym, co dla ciebie zrobił, jedyną rzeczą, jaka pozostanie pusta będzie twoja czaszka.
Hermiona opadła z powrotem na krzesło, wyglądając na zdyszaną i wyczerpaną, a jej policzki wciąż pokrywał gniewny rumieniec. W pomieszczeniu natychmiast zaległa cisza, napięta i niekomfortowa, dopóki nie odezwał się Draco:
— Martwi się o mnie? — wyszeptał.
Hermiona zamrugała, zbita z tropu. Była przygotowana na ciętą uwagę, po której musiałaby trochę pomyśleć, by odpowiedzieć równie opryskliwie. Odkaszlnęła, gardło miała lekko zachrypnięte od krzyku.
— Nie — stwierdziła szczerze. — On martwi się dla ciebie, Malfoy, a nie o ciebie — dodała najeżona i niewątpliwie zdenerwowana. — Słyszałeś cokolwiek, co potem powiedziałam, czy straciłeś wątek po części z zamartwianiem się? Bo tak naprawdę jeszcze nie skończyłam.
— Słyszałem cię — odparł Draco cicho. — To był niezły występ, Granger. Niezwykle dramatyczny i, powiedziałbym, domagający się bisu, ale sądzę, że moje poczucie własnej wartości zostało już wystarczająco podeptane.
— Mówiłam szczerze każde słowo — poinformowała go oschle, obdarzając surowym spojrzeniem. — Nie mam pojęcia, co knujesz, ale wiedz, że mam względem ciebie podejrzenia. Z jakiegoś niewiadomego, dziwacznego powodu Harry jednak ci ufa, więc lepiej bądź grzeczny.
— Ufa mi? — W oczach Draco zalśniło szczere zaskoczenie. — Tak powiedział?
Hermiona skrzyżowała ramiona na piersi.
— A czy musiał to mówić? Wystarczy spojrzeć, co robi. Czy wygląda jak ktoś, kto poświęca swój czas i energię na coś, w co naprawdę nie wierzy? — przerwała i posłała mu wymowne spojrzenie. — Och, czekaj, przecież ty go w ogóle nie znasz. Bo gdybyś znał, nigdy nie zrobiłbyś mu tych okropnych rzeczy. Wiedziałbyś jak wyjątkową jest osobą, gdybyś tylko dał sobie szansę, by go poznać.
Dałem sobie szansę, pomyślał Draco, kiedy Hermiona wygładziła zagięcia na stronach wcześniej rzuconej na blat książki. Oczywiście, że widzę w nim kogoś wyjątkowego i dałem sobie szansę, by go poznać. Ale on mnie odrzucił. I od tej pory robi to bez przerwy.
Odrzucenie to bolesna, gorzka pigułka, którą trzeba przełknąć.
Draco odepchnął w głąb umysłu wspomnienie z pierwszego spotkania z Harrym w hogwarckim ekspresie — zimno jego w oczach, moment, w którym nie przyjął jego wyciągniętej dłoni, chłodny, zdystansowany ton głosu, kiedy powiedział: „Sam wybiorę, kto jest dobry, dzięki”, i pomyślał, że identyczne, znajome oddalenie nadal widzi czasem w zielonych oczach.
Myślenie o Harrym sprawiało, że jego uwaga ponownie się rozproszyła i rozpaliła natarczywy ból czający się na krańcach świadomości. Draco musiał oderwać od niego myśli, od tych odłamków szmaragdowego cierpienia, których krawędzie cięły głębiej niż ostrze noża. Nie był w stanie walczyć z ulotnymi myślami, nie wtedy, kiedy czuł się tak rozbity, nie kiedy szeptały mu one o rzeczach będących daleko poza jego zasięgiem. O marzeniach, które nigdy się nie urzeczywistnią. O niespełnionej tęsknocie, która trawiła jego duszę.
Dlatego zdecydował się porozmawiać z Hermioną, nawet jeśli taki sposób uwolnienia od stresu wydawał się całkowicie absurdalny. Spojrzał na Gryfonkę, głęboko pogrążoną w lekturze i w zamyśleniu przygryzającą końcówkę orlego pióra. Zmarszczyła brwi w wyrazie skupienia, wyglądając przy tym na całkowicie skoncentrowaną i zdyscyplinowaną. Na Draco spłynęła zabawna myśl. Uśmiechnął się.
Hermiona uniosła wzrok do góry i przyłapała go z łobuzerskim wyrazem twarzy.
— Co? — odezwała się kąśliwie.
Draco wykrzywił usta.
— Założę się, że Potter kazał ci przysiąc, żebyś się na mnie nie wściekała, prawda? — zapytał wszystkowiedzącym tonem. — A ty straciłaś nad sobą panowanie i na mnie nawrzeszczałaś. Ha.
— Och, zamknij się, Malfoy — rzuciła opryskliwie, choć spostrzegawczość Draco wytrąciła ją z równowagi. — Po tym, jak się zachowywałeś, sam prosiłeś się o kazanie.
— Och, tak, mój wewnętrzny masochista desperacko doprasza się porządnego lania.
— Ugh — wydusiła z siebie Hermiona, udając, że nie usłyszała jego ostatniej uwagi.
— Tak czy siak, gdzie nauczyłaś się tak grozić? — zapytał Draco, niechętnie przyznając jej uznanie. — To nawet efektywne i, eee, wyraziste.
Hermiona pozwoliła sobie na mały uśmiech.
— Kiedy dorastasz oglądając wystarczającą ilość mugolskich filmów gangsterskich, niektóre wyrażenia pozostają w twojej głowie i czasami okazują się użyteczne. — Zerknęła na książkę, którą zasłaniał się Draco i skinęła na nią głową. — Dlaczego czytasz o Imperiusie?
Draco przez kilka chwil trwał pogrążony w myślach, a potem ostrożnie odłożył książkę i spojrzał wprost na Gryfonkę.
— Pamiętasz esej, który napisałem na zajęcia Lupina? Na temat Imperiusa?
Hermiona kiwnęła głową.
— Pamiętam. Pisałeś, że eliksiry miłosne są z nim w jakiś sposób powiązane. Mimo to istnieją pewne charakterystyczne różnice, takie jak aspekt całkowitej i nieustannej kontroli, który występuje przy Imperiusie, ale nie w przypadku eliksirów.
— Ale jedną z głównych różnic pomiędzy nimi jest utrata świadomej kontroli, nawet jeśli występuje w różnych stopniach. — Przerwał. — Pamiętasz praktyczną część, kiedy tylko trzy osoby były w stanie odeprzeć klątwę Imperiusa, to jest ty, Potter i ja?
Hermiona ponownie pokiwała głową.
— Zdołałam go odeprzeć po kilku próbach, a Harry… Cóż, ma doświadczenie.
— A więc — kontynuował Draco poważnym głosem — ja, w przeciwieństwie do was, nie musiałem nawet się starać. Od kiedy jestem pod działaniem eliksiru miłosnego, posiadam odporność na wszystkie klątwy o podobnej naturze, włączając w to Imperiusa.
Hermiona wpatrywała się w niego przez chwilę, stopniowo zdając sobie sprawę z tego, co powiedział.
— Więc... — przerwała.
Draco spojrzał jej prosto w oczy, przybierając poważny wyraz twarzy.
— Nigdy wcześniej nie potrafiłem go odeprzeć. — Opuścił wzrok i zawahawszy się, przygryzł dolną wargę. — Ojciec kilkukrotnie uczył mnie jak to zrobić. Udawało mi się zwalczyć Imperiusa na pół minuty, ale nigdy w podobny sposób do tego na zajęciach Lupina.
Hermiona zesztywniała na wspomnienie o jego domowym „treningu” czarnej magii. Było to coś, co zawsze podejrzewała.
— A więc to jest powodem, dlaczego udało ci się zwalczyć klątwę podczas lekcji. — Przypomniała sobie podejrzenia Rona co do Malfoya i teraz wiedziała, że po części miał rację — wyczyn podczas zajęć nie wiązał się z jego magicznymi zdolnościami.
— Tak — potwierdził Draco szeptem, nadal odwracając wzrok.
— Dużo trenowałeś w domu? — zapytała Hermiona ponuro.
— Każdy uczy się czegoś w dzieciństwie — odpowiedział w ostrożny, niezobowiązujący sposób. — Ty zapamiętałaś użyteczne cytaty z filmów gangsterskich, ja użyteczne zaklęcia, które pomogą mi przeżyć. To samo.
— Wcale że nie to samo. Zaklęcia, którymi się interesujesz, są czarnomagiczne i bardzo niebezpieczne… I nawet nie każ mi mówić o eliksirze miłosnym, a także o tym, jak straszną rzecz zrobiłeś temu żukowi — skarciła go i wzdrygnęła się mimowolnie. — Nie rób tego więcej przy mnie.
— Nie zrobiłem mu nic strasznego — zaprotestował Draco.
— Owszem, zrobiłeś. Torturowałeś go. Szarpał się i drżał.
— To nazywasz torturą? — Draco prychnął drwiąco. — Wiesz, Granger, jeśli któregoś dnia wybuchnie wojna i zostaniesz schwytana przez wroga… Będziesz bardzo zaskoczona.
Hermiona otrzeźwiała i zaczęła rozważać implikacje dotyczące eliksiru, o których napomknął Ślizgon.
— Eliksir miłosny jest bardziej złożony niż myślałam. Daje odporność na działanie Imperiusa, posiada moc leczniczą...Coś jeszcze, o czym powinnam wiedzieć?
— Dam ci znać, kiedy z nastaniem północy zamienię się w białego, puchatego walentynkowego króliczka, co o tym sądzisz? — zapytał Draco przez zaciśnięte zęby, wyglądając na dotkniętego.
— To byłoby proste i dogodne rozwiązanie — skomentowała Hermiona obojętnie. Zabrała od niego książkę i zaczęła ją kartkować. — A poza tym, chcę pożyczyć twój esej, ten, który Lupin przeczytał w klasie. Podobieństwa, które wymieniłeś, mogą doprowadzić do interesujących konkluzji, więc powinniśmy od niego zacząć. Skoro Lupin przeczytał go głośno, musi być w nim coś wartościowego. — Było słychać w jej głosie urazę, ale nie wyrzut.
— Całowałaś kiedyś Pottera? — zapytał nieoczekiwanie Draco.
Hermiona zamrugała, zakłopotana, a potem zastanowiła się nad pytaniem.
— Tylko raz, w policzek — odpowiedziała, przypominając sobie pożegnalny pocałunek na peronie dziewięć i trzy czwarte więcej niż dwa lata temu. — I minęło już trochę czasu.
Draco niecierpliwie pokręcił głową.
— Mówię o prawdziwym pocałunku, Granger. W usta.
— Nie, nie całowałam.
— Dlaczego nie?
— A dlaczego tak? — Posłała mu gniewne spojrzenie. — Bo jest moim przyjacielem, dlatego.
— Przyjaciele się nie całują?
— Więc powinnam uwierzyć, że regularnie całujesz się z Crabbe'em i Goyle'em?
Draco parsknął i wykrzywił się.
— Nie bądź obrzydliwa, Granger.
— To pasuje do twojego głupiego rozumowania — rzuciła z poirytowaniem. — Ale słyszałam, że nie masz żadnych skrupułów co do całowania Harry’ego, mimo że nie jest twoim przyjacielem. — Przerwała, a potem przyjrzała mu się badawczo. — Tak naprawdę go nie lubisz, prawda?
— Oczywiście, że nie — odparował Draco zbyt szybko, wzburzony. — Co ci mówi wyrażenie „pod wpływem eliksiru miłosnego”? Oczywiście, że tak naprawdę go nie kocham. Nie bądź niepoważna.
Hermiona uniosła brew w zamyśleniu. Pytałam, czy go lubisz, nie wspominałam nic o kochaniu. Nie odezwała się jednak i pozwoliła odejść temu w zapomnienie jako przejęzyczenie, faux pas spowodowane wpływem eliksiru. Nawet jeśli sympatia i miłość stanowiły zupełnie odmienne uczucia.
— A więc lubisz Pansy Parkinson? — zapytała z niechętną ciekawością.
Draco posłał jej kolejne miażdżące spojrzenie.
— Wygląda jak stary pudel mojej prababki. Och, tak, niezaprzeczalnie pociągająca i urocza, na swój brzydki, zniedołężniały sposób.
— Zabrałeś ją na bal bożonarodzeniowy — zauważyła Hermiona.
Draco wzruszył ramionami.
— Nie miałem za bardzo wyboru, prawda? Jest Milicenta Bulstrode, ale raczej nie podoba mi się wizja, w której na parkiecie podczas tańca wyglądam, jakbym był przywiązany do kłody. — Na to Hermiona zdusiła w sobie chichot, Draco wyglądał za to na nieco zdenerwowanego. — I nie chciałem też iść sam z Crabbe'em i Goyle'em.
— I poszedłeś z Pansy — podsumowała, wywracając oczami. — Jakże szlachetnie z twojej strony.
— Tak — odpowiedział Draco beztrosko. — Pomyślałem sobie, że dlaczego nie, do diabła. To nic takiego, ona ma w sobie przecież tylko jeden mankamencik, ten pomiędzy uszami. Swoją twarz.
— Dlaczego nie zaprosiłeś kogoś z innego domu? — zapytała Hermiona. — Och, czekaj, nie mów mi, że chodzi o ślizgońską dumę.
— W pewnym sensie — przyznał Draco, znowu bezceremonialnie wzruszając ramionami. — Właściwie mój ojciec poinstruował mnie, że mam wziąć na bal tylko i wyłącznie czystokrwistego Ślizgona. Nie pozostała mi inna opcja. Mogłem też pójść z Blaisem Zabinim i może powinienem, jest dość przystojny i nieźle tańczy. I pewnie pozwoliłby mi prowadzić. — Draco przerwał i przekrzywił głowę. — Wiesz, Ślizgoni nie są aż tak pociągający jak sami siebie malują. — Posłał jej krzywy, wyniosły uśmiech. — Oczywiście ja jestem jedynym wyjątkiem.
Hermiona wymamrotała coś pod nosem na temat Ślizgonów, którzy są za to tak wypaczeni, jak siebie malują, potrząsnęła głową i wróciła do lektury.

* * *


Kiedy tego samego wieczoru za piętnaście szósta Harry przeszedł przez dziurę w portrecie, odczuł ogromną ulgę, odnajdując Hermionę siedzącą w milczeniu w kącie pokoju wspólnego Gryfonów i odrabiającą pracę domową. Podszedł do niej i zapytał:
— No i?
Hermiona uniosła na niego wzrok, kiedy siadał na krześle naprzeciwko.
— No i co?
— Jak było z Malfoyem? — dopowiedział Harry z niepokojem, przyglądając się jej badawczo. — Nie mogło być tak źle, prawda? To znaczy, twoja obecność tutaj oznacza, że oboje powstrzymaliście się od rozerwania siebie na strzępy.
Hermiona odpowiedziała na to zmęczonym uśmiechem i przeciągnęła się.
— Cóż, podsumujmy. Malfoy rzucił złośliwą uwagę, ja straciłam nad sobą panowanie, było trochę wrzasku, w większości mojego, ale ostatecznie wyszło całkiem nieźle. I tak był nieprzytomny przez resztę czasu. — Wybuchnęła śmiechem na jego zaniepokojone spojrzenie. — Żartowałam! Był nieco markotny. Właściwie zdołaliśmy trochę popracować i dowiedziałam się o nim kilku rzeczy. Wróciłam piętnaście minut temu.
— Dowiedziałaś się o nim kilku rzeczy? — powtórzył Harry, brzmiąc nieco sceptycznie. — Masz na myśli to, że oboje zachowywaliście się jak cywilizowani ludzie i rozmawialiście? Normalnie?
Hermiona wzruszyła ramionami.
— Jak już powiedziałam, nie był tak okropny jak zazwyczaj. I wymsknęło mu się kilka rzeczy, na przykład o rodzinie. — Jej twarz sposępniała. — Lucjusz Malfoy najwyraźniej zapoznawał go z zaklęciami czarnomagicznymi, rzucał je na Draco, by nauczyć go je zwalczać.
Nastąpiła znacząca cisza. Harry wyglądał na zmartwionego.
— Więc Ron miał rację. Malfoy wie dużo o czarnej magii — powiedział w końcu.
Hermiona pokiwała głową.
— To bardzo niepokojące i nie tylko dlatego, że Malfoy prawdopodobnie dorastał, recytując klątwy zamiast dziecięcych rymowanek. Martwi mnie teraz to, że ma dość sporą podstawową wiedzę na temat czarnej magii, ale nadal nie ma pojęcia, jak obejść się z eliksirem miłosnym. — Westchnęła. — Nie jestem zbyt optymistycznie nastawiona do odnalezienia jakiegokolwiek rozwiązania w najbliższej przyszłości, a już na pewno nie przed meczem.
Harry jęknął.
— Przypuszczam, że nie warto mieć nadziei, iż działanie eliksiru zniknie za jakiś czas?
— Pewnie. Za jakąś wieczność. — Hermiona westchnęła ciężko, uniosła książkę do eliksirów i zaczęła ją kartkować. Właśnie zaczynała pracować nad projektem dla Snape’a, a i tak była już spóźniona. — Zrozum, Harry, dotarliśmy do martwego punktu. Księga z zaklęciami Malfoya nie jest wystarczająco kompletna, by na jej podstawie coś wysnuwać. Łaciński cytat okazał się wycinkiem z poematu epickiego sprzed dwóch tysięcy lat, a grecki mit nic mi nie mówi. Przedarłam się przez każdą znaczącą książkę z dostępnych działów w bibliotece. Nie ma informacji, która byłaby dla nas użyteczna.
Harry zastanowił się.
— Myślisz, że moglibyśmy znaleźć coś przydatnego w Dziale Ksiąg Zakazanych?
Hermiona rozważała to przez chwilę.
— Moglibyśmy, ale nie postawię na to ani knuta. Polityką Hogwartu nie jest przetrzymywanie książek zawierających dokładne opisy jak uwarzyć zakazany eliksir. Nawet do celów badawczych. — Przerwała, rozmyślając nad jedyną opcją, którą mieli. — Ale myślę, że warto spróbować, sądzisz, że mógłbyś zdobyć zgodę? Albo poprosić Malfoya o zgodę od Snape’a, w końcu jest mistrzem eliksirów.
Harry przeczesał włosy dłonią i odgarnął grzywkę z oczu.
— Dam mu znać, kiedy tylko go zobaczę — odpowiedział ostrożnie. Uniósł zachmurzone frustracją oczy, by spojrzeć na Hermionę. — Nie wiem, Herm. Wszystko jest nie tak.
Przyjaciółka spojrzała na niego, zaskoczona zakłopotaniem i niepewnością słyszaną w jego głosie.
— Co masz na myśli?
— Mam na myśli to, że wszystko podąża w złym kierunku — powiedział Harry, z powrotem siadając na krześle. — Ta cała sprawa z Malfoyem... komplikuje też wiele innych rzeczy. Mecz quidditcha. Zamartwianie się o Rona, by się nie dowiedział. A teraz nie mamy nawet pojęcia, czy w ogóle jest na to jakieś lekarstwo. A Malfoy... — Harry przerwał w połowie zdania, jakby wybierał właściwe słowa, by wyrazić swoje uczucia.
— Co z nim? — zapytała Hermiona, obserwując go uważnie.
Harry zawahał się, po czym powiedział powoli:
— On już wydaje się pokonany. Zauważyłaś to? Jakby stracił nadzieję, mimo że nie wiemy jeszcze, jaki sprawy przybiorą obrót, na lepsze czy na gorsze.
Pokonany?, zastanowiła się Hermiona w myślach z lekkim niedowierzaniem. Draco Malfoy pokonany? To zdecydowanie nowość. Wygląda na to, że eliksir miłosny z pewnością powoduje dużo owych „nowości”. Starała się przypomnieć sobie jego niedawne zachowanie, nie był pokonany, a przynajmniej nie w jej oczach. Był za to bardziej posępny i przygnębiony. Pewnie przy Harrym zachowywał się inaczej, co nie było niespodzianką.
— Myślę, że ta cała sprawa mocno go dotknęła — odpowiedziała Hermiona z namysłem. — Przypuszczam, że zakochanie się w naturalny sposób jest dostatecznie trudne dla większości osób, ale on od samego początku został wrzucony w wir miłości i nagle przytłoczyły go nieznane uczucia, nad którymi nie posiada żadnej kontroli. — Wzdrygnęła się nieco. — Samo myślenie o tym jest wystarczająco przerażające. Nie mogę sobie wyobrazić, jak można z tym żyć. Może to jest powód, dla którego od czasu do czasu daję Malfoyowi trochę luzu.
Harry westchnął i ze znużeniem rozejrzał się po pokoju wspólnym, a w jego przepełnionych troską oczach odbijała się osobliwa mieszanka nienazwanych emocji.
— Wiesz — wyszeptał cicho, niemal do siebie — naprawdę nie wyczekuję jutrzejszego meczu.

* * *


Następnego ranka Draco obudził się z osobliwym uczuciem niepokoju, które skręcało mu żołądek niczym fantomowy ból, tak dotkliwie zakorzeniony, iż przeszywał każdą komórkę. Usiadł nagle, a pierwszą świadomą myślą, która przedarła się przez jego przymglony snem umysł było to, że dziś jest dzień meczu. Jęknął cicho i przetoczywszy się na bok, zamknął oczy, choć to i tak nie powstrzymało strachu.
Nie miał pojęcia, jak Ślizgoni zamierzają wygrać mecz. Na początek, przez cały tydzień nie był w stanie skoncentrować się na treningu, a kilka razy o włos uniknął niezwykle krępującej sytuacji zepchnięcia z miotły przez tłuczek odbity przez członków jego drużyny. Oczywiście nawrzeszczał na pałkarza za to, że jest ślepy i bezmyślny, choć w głębi duszy wiedział, że to on poświęcał grze zbyt mało uwagi.
Na dodatek dzisiaj musi grać akurat przeciwko Harry’emu. Nie wiedział, jak do diabła będzie w stanie grać na przynajmniej przyzwoitym poziomie, kiedy jedyne o czym będzie mógł myśleć na boisku, to jak czarująco wygląda Harry ze zmierzwionymi przez wiatr czarnymi włosami okalającymi charakterystyczne rysy twarzy i lekko zarumienionymi od ekscytacji z powodu dynamicznego lotu policzkami. Oraz oczywiście podziwiać jego płynne, pełne gracji ruchy na miotle, o których, nawet bez wpływu eliksiru miłosnego, sądził, że są oszałamiające.
Wstał z łóżka, porzucając myśl o powrocie w objęcia snu, skoro i tak nastał już świt. Apatycznym ruchem otworzył szafkę i wyciągnął zielone szaty do quidditcha. W tej samej chwili coś ciężkiego i metalowego, schowanego głęboko pomiędzy ubraniami, upadło i uderzyło o podłogę z ostrym, głuchym brzdękiem.
To była połowa kajdanek. Kajdanek Harry’ego, w całej swojej srebrzystej, okrutnej okazałości.
Draco powoli pochylił się, by je podnieść. W dotyku były lodowate i raczej ciężkie, jakby obarczone wszystkimi trudnymi wspomnieniami, które miały związek z ich powstaniem. Ich odległe echo dźwięczało cicho w jego głowie, kiedy zamknął oczy i pozwolił sobie na przypomnienie...
Nie robię tego, żeby cię upokorzyć, Malfoy.
Głos Harry’ego wciąż pozostawał wyraźny w jego pamięci, nawet ten lekko zaskoczony ton, który przeczył słowom. Wspomnienia tego wydarzenia były tak żywe, że Draco niemal czuł sposób, w jaki kajdanki wgryzały się w jego nadgarstek, zimne i kpiące. Pamiętał, że kiedy uniósł głowę, w oczach Gryfona ujrzał palącą szczerość, tak autentyczną i prawdziwą, że wspomnienie o tym pozostawało niezbrukane przez rozgoryczenie jątrzące się między nimi właśnie od tamtego momentu.
Patrząc wstecz, Draco wiedział, że Harry mówił prawdę, że naprawdę chciał mu pomóc, a nie upokorzyć. Oczywiście Harry nigdy nie kłamał. Po tym wyznaniu mimo wszystko jego szczerość uderzyła Draco niezwykle głęboko, przecinając warstwy urazy, bólu i nienawiści i uświadamiając mu, że być może Harry był tak szlachetny, cnotliwy i wyjątkowy jak o nim mówiono.
Za każdym razem jednak, kiedy pozwalał sobie roztkliwiać się nad tą myślą, inna irracjonalna część jego umysłu krzyczała: To przecież tylko eliksir miłosny! I nazywaj go Potter, na miłość boską! Wtedy ponownie popadał w zakłopotanie. Być może to eliksir siał spustoszenie w jego uczuciach i emocjach, a to ostrożne, acz płynące z głębi serca zafascynowanie Harrym było wywołane sentymentalnością. Nie mógł ufać temu, co podpowiada mu serce, przetaczające zatrutą krew z każdym trzepoczącym uderzeniem.
Wzdychając ciężko, Draco wstał i ostrożnie włożył połowę kajdanek do szuflady, ukrywając je pomiędzy stertą zimowych skarpet. Kiedy dotknął wygrawerowanego na zewnętrznej powierzchni metalu imienia Harry’ego, przez opuszki palców przeleciały mu drżące iskierki, a wzdłuż kręgosłupa przebiegły dreszcze emocji.
Kontrolowany. Posiadany. Przez Harry’ego.
Na próżno otrząsając się z porozsiewanych w głowie myśli, Draco poszedł wziąć prysznic z cichą, wrytą w umysł drwiną bycia naznaczoną własnością Harry’ego J. Pottera, która wciąż dźwięczała mu w uszach, zalewając powierzchnię jego świadomości i pogłębiając bezradną desperację.

* * *


Hermiona zatrzymała się przed szatnią zawodników, czekając na Harry’ego, aż ten zabierze swoją Błyskawicę ze schowka na miotły. Ponieważ mecz został przesunięty na środę i nie odbywał się jak zwykle w sobotę, z powodu odnawiania powierzchni boiska, uczniowie mieli wolne od zajęć, by móc obejrzeć grę. Była już za kwadrans jedenasta, za piętnaście minut miał się zacząć mecz, a Ron nadal siedział już w szatni, dyskutując z ożywieniem z resztą drużyny, kiedy ci przebierali się w szkarłatne szaty Gryffindoru. Hermiona chciała zamienić słówko z Harrym, zanim ten zacznie swoje przemówienie przed meczem.
Harry pojawił się przed nią, wyglądając na zdecydowanie bardziej spiętego niż zwykle, ale mimo to oparł miotłę na lewym ramieniu, a komplet szat zawiesił na prawym. Kiedy zauważył Hermionę, posłał jej krzywy uśmiech, ale ten szybko zamienił się w zgaszony, zakłopotany wyraz twarzy.
Hermiona uśmiechnęła się do niego zachęcająco.
— Dobrze się czujesz?
Harry wymusił kolejny uśmiech.
— W porządku, tak sądzę. Jestem trochę zdenerwowany. No wiesz.
— Harry, posłuchaj… — Hermiona spoważniała, a kiedy pochylała się do przodu, jej twarz przybrała ponury wyraz zmartwienia. — Nie wiem, jaki masz plan, ale sądzę, że powinieneś po prostu grać na tyle normalnie, na ile możesz. Zachowuj się, jakby pomiędzy tobą i Malfoyem nic się nie stało. Ten mecz dużo znaczy dla Gryffindoru, a dla Rona w szczególności. — Przyjrzała się uważnie Harry’emu. — Mam na myśli... Po prostu nie zepsuj go, dobrze?
— Dobrze — odparł Harry zdawkowo, a w jego tonie można było dosłyszeć lekkie wzburzenie. — Wiem, co robić, okej?
— Okej — Hermiona posłała mu zaniepokojone spojrzenie, ale z rozwagą zakończyła temat. Wyczuwała jego obawy i wątpliwości co do meczu, a nie mogła posunąć się tak daleko, by powiedzieć, że są całkowicie bezpodstawne. Posłała mu szeroki uśmiech, żeby ukryć swoje zmieszanie. — Będzie dobrze, Harry, nie martw się. To przecież tylko gra... — zniżyła głos — i eliksir miłosny nie powinien namącić, jeśli obaj będziecie koncentrować się na meczu. — Poklepała go po ramieniu. — Pokaż, na co cię stać, Harry.
Napięcie w Harrym lekko złagodniało, kiedy posłał przyjaciółce szybki, pełen wdzięczności uśmiech i pokiwał głową, a potem zniknął w szatni. Hermiona obserwowała, jak się oddala, a potem odwróciła się i odeszła w kierunku trybun, gdzie już zebrali się uczniowie. Minęła zakręt i nagle stanęła twarzą w twarz z Draco Malfoyem.
Zesztywniała, kiedy ujrzała Ślizgona. Powstrzymała pierwszy impuls, by kiwnąć mu uprzejmie głową i zamiast tego czekała, aż on zareaguje pierwszy, w końcu znajdowali się teraz w miejscu publicznym, gdzie widzieli ich inni ludzie. Zastanawiała się, czy Draco okaże się tak rozmowny jak dzień wcześniej, w pustej klasie zaklęć.
Draco przystanął i przez kilka chwil przyglądał się jej oceniająco. Nie przywitał jej, ale ledwie zauważalnie kiwając głową uznał jej obecność, a potem z gracją obszedł ją. Kiedy ją mijał, odwrócił się lekko w jej kierunku i Hermiona zauważyła jego lekko uniesione ku górze kąciki ust. Posłał jej szybkie, zagadkowe spojrzenie, a potem, jakby w ogóle się nie widzieli, odszedł w kierunku szatni, nie oglądając się za siebie.
Hermiona zmrużyła oczy w zamyśleniu, obserwując jego oddalającą się postać. Draco wydawał się spokojny i opanowany, a przynajmniej bardziej niż Harry. Wczorajszego wieczora zamartwiała się myślą, że Harry może dać Draco pewną swobodę podczas meczu jako rekompensatę za działanie eliksiru, a znając Malfoya, tak bardzo kompetentnego, ten mógłby być w stanie odseparować swoje uczucia od wymagającej rywalizacji pomiędzy nim i Harrym i zagrać normalnie i sprawiedliwie. Jeśli chodziło o Malfoya, słowo „sprawiedliwie” wciąż nie wykluczało dużej ilości podstępów i przebiegłych taktyk, nawet bez bycia otwarcie wrogim. W gruncie rzeczy ten prawdopodobny scenariusz znaczyłby, że Harry mógłby skończyć, psując na darmo dobry mecz.
Hermiona z ciężkim sercem udała się na wyższe rzędy trybun, by przyłączyć się do innych Gryfonów. Przynajmniej raz nie wiedziała, czego oczekiwać, a to wyraźnie ją niepokoiło. Nie była do końca pewna, czy Harry naprawdę chciał wygrać, czy może był zbyt rozkojarzony, by skoncentrować się na zwycięstwie. Hermiona westchnęła. Przypuszczała, że powinna czuć się zadowolona, że z Draco jest wszystko w porządku, ale to jedynie bardziej komplikowało prawdopodobne rezultaty tego nieprzewidywalnego meczu.
Ron zmaterializował się obok niej. Wyglądał na radosnego oraz pełnego entuzjazmu i szykował się już na śledzenie gry.
— Hej, Herm. Mecz zacznie się za kilka minut, Harry właśnie zamienia kilka słów z drużyną. Lada chwila powinni wychodzić na boisko.
Dotarli do najwyższego rzędu, gdzie w wyczekiwaniu siedzieli już Neville i Dean. Ron kontynuował czyszczenie swoich omniokularów, które Harry kupił mu na mistrzostwach świata w quidditchu, i zaczął dopasowywać ostrość. Hermiona rzuciła mu lekko rozbawione spojrzenie — Ron zdecydowanie przyszedł na mecz w pełnym rynsztunku.
Rudzielec rozejrzał się po trybunach, wypełnionych dyskutującymi uczniami, a ekscytacja z powodu decydującego starcia osiągała szczyt w miarę przybliżania się rozpoczęcia meczu. Zerknął przez omnikulary, dostosowując je, aż wyraźnie zobaczył boisko. Dostrzegł otwarte drzwi szatni i Harry’ego prowadzącego drużynę Gryffindoru.
— Wychodzą! — krzyknął do reszty, czując wzbierającą w nim falę oczekiwania. Z wyższych rzędów trudno było ujrzeć boisko, gdzie dwie drużyny już się pojawiły i szły w kierunku jego środka. Omnikulary jednak wszystko powiększały i ukazywały szczegóły, a uwaga Rona w końcu skupiła się na Harrym.
Ron zauważył zamyślony i zmartwiony wyraz jego twarzy. Odwrócił się do Hermiony i skomentował:
— Harry nie wygląda dziś na szczęśliwego. — Powrócił do omnikularów i ujrzał, jak Harry odwraca lekko głowę, by wpatrzeć się w odległy punkt, jakby coś w oddali trzymało jego uwagę zamiast meczu. — Coś go gryzie?
— Ostatnio był zestresowany — odpowiedziała Hermiona wymijająco, starając się brzmieć jak najbardziej zwyczajnie i spontanicznie. Zerknęła na Rona, zastanawiając się, czy podejrzewa cokolwiek nadzwyczajnego. — Sporo miał ostatnio na głowie, o wiele za dużo jak na tak małą ilość czasu.
— Hmm, racja — zgodził się Ron beznamiętnie, bo coś innego złapało jego uwagę. Przesunął lekko omniokulary i na widoku pojawił się Draco Malfoy, kroczący z dumą na przedzie zespołu Ślizgonów. Oczy Rona przybrały surowy wyraz, kiedy ujrzał Malfoya i dodał zniesmaczonym tonem: — Och, mam nadzieję, że zmiażdżymy dzisiaj Slytherin. Może coś nieprzyjemnego przydarzy się Malfoyowi i zetrze ten jego uśmieszek na bardzo długi czas.
— Ron — rzuciła Hermiona surowo. — Nie mów takich rzeczy. Poza tym, nie wiesz, że jeśli przeklniesz przed meczem członka przeciwnej drużyny, możesz sprowadzić nieszczęście na siebie?
— To tylko bajka — prychnął Ron, chociaż porzucił wyszczególnianie, co takiego niedobrego mogłoby przydarzyć się Draco. Śledził sylwetkę Ślizgona i obserwował go krytycznie. — Harry idzie na boisko... Och, spójrz, jak Malfoy się na niego gapi. Najwyraźniej knuje coś przeciwko niemu. — Hermiona zdusiła cichy dźwięk, który brzmiał jak coś pomiędzy prychnięciem i bulgotem. — Istnieją jakieś zaklęcia, które można rzucić, jedynie patrząc na osobę? — zapytał Ron, głuchy na odpowiedź Hermiony, zbyt zaabsorbowany tym, co może wydarzyć się na boisku. — Bo Malfoy patrzy na Harry’ego w naprawdę dziwny sposób... Pewnie usiłuje rzucić klątwę tak, by o tym nie wiedział. Drań! Harry! Harry! Odwróć się i spójrz na Malfoya! Ach, teraz Harry go zobaczył. To dobrze.
W dole na boisku Harry czuł ciężar spoczywającego na nim spojrzenia. Uwalniając się od własnych, sprzecznych myśli odwrócił się i zauważył, że Draco wpatruje się w niego z odległości pięćdziesięciu stóp, a jego srebrne oczy błyszczą od niepokoju nadciągającej burzy. Nawet z tak dużego dystansu Harry wyczuwał jego zmieszanie i cichą udrękę i, co dziwne, odzwierciedlało to jego własne rozdzierające uczucia na temat tego, co ma się między nimi wydarzyć podczas rozstrzygającego starcia.
Draco dostrzegł, że Harry mu się przygląda. Przez zdający się trwać wieczność moment ich oczy spotkały się i przez chwilę utrzymywały kontakt. Draco poczuł, że przyciągają go spokojne, szmaragdowe tęczówki, tak daleko, jednak niewyobrażalnie blisko. Były niczym jadeitowe lustra, nie pokazujące niczego, lecz odbijające wszystko, i w tych oczach Draco czuł swój własny lęk i niepewność, zatapiającą trwogę owiniętą we wznoszące się napięcie w jego wnętrzu, kiedy eliksir w jego żyłach zaczynał gwałtownie płynąć, rozdzierając zakończenia nerwowe uczuciem delikatnej agonii.
Potem Harry odwrócił wzrok i krucha perfekcja roztrzaskała się ponownie na kawałki.
Pani Hooch stała już na środku boiska, a krótki dźwięk jej gwizdka sygnalizował, że drużyny powinny być gotowe do gry. Przywołała kapitanów do wstępnych formalności. Draco powoli podszedł w jej kierunku, a wymierzane kroki zmniejszające dystans pomiędzy nim i Harrym odzwierciedlały jego własne obawy i milczący lęk.
— Kapitanowie, proszę uścisnąć sobie dłonie — poinstruowała pani Hooch, kiedy obaj przystanęli tuż obok niej.
Harry spojrzał na Draco i zdawał się wahać przez moment. Draco obserwował go, a w jego kierunku pognały niejednoznaczne emocje. Ich spojrzenia spotkały się i znowu utrzymały. Draco z wdziękiem wyciągnął powoli dłoń, a Harry złapał ją w swoją.
Odczucie było porażające. Draco czuł ciepło dłoni Harry’ego i zdecydowany nacisk wywierany przez szczupłe palce, zaciskające się na jego ręce, tak jakby jeden dotyk wydobywał każdą najmniejszą emocję, którą dzielili, a raczej te, które on czuł w stosunku do Harry’ego. Na powierzchnię znowu wypłynął niepokój, a hałas od strony niecierpliwych widzów na trybunach opadł do dźwięku słabego szumu gdzieś w tle, słyszane niczym niezrozumiałe okrzyki spod wody.
Potem Harry uwolnił jego dłoń, przerywając kontakt i Draco automatycznie odsunął się i zrobił krok do tyłu, starając się odepchnąć od myśli nierozważny chaos, choć ten wciąż pozostawał gdzieś na krańcach umysłu. Spojrzał na Hary’ego, którego twarz przybrała kamienny wyraz i zastanawiał się, czy Harry czuje przepływ emocji, które wisiały między nimi. Jeśli tak, z pewnością tego nie pokazywał. Niesamowite, jak potrafili utrzymać tę chłodną nonszalancję, nawet po kilku intymnych chwilach.
— Dosiądźcie mioteł — powiedziała pani Hooch. Draco instynktownie usiadł na miotle, obserwując równocześnie Harry’ego, dostrzegając sposób, w jaki przerzuca prawą nogę nad trzonkiem i w jego głowie zakwitły kruche obrazy. Nie.
NIE, powtarzał sobie niczym gorączkową mantrę, rozwścieczony z powodu braku swojej samokontroli. Przestań myśleć o Harrym. Skoncentruj się na cholernym meczu. Skoncentruj się.
Harry wygląda piekielnie dobrze. I to, jak dosiada miotły...
Skoncentruj się!

Rozbrzmiał przenikliwy dźwięk gwizdka i mecz się rozpoczął. Gryffindor szybko zdobył kafla gdy jeszcze obie strony badały grunt i starając się określić strategię przeciwnika oraz jego sposób ataku. W starciach Slytherin kontra Gryffindor nigdy nie było dużej różnicy punktowej, margines zwycięstwa zawsze był wąski, co jeszcze bardziej uwydatniało potrzebę zdobycia znicza najszybciej jak to możliwe.
Pogoda była jedyną rzeczą, z której można było się cieszyć — niebo było bezchmurne, a krystaliczna światłość przepełniała raczej blady zimowy poranek. Powietrze było orzeźwiające i chłodne i Harry czuł dotyk suchego wiatru, który łaskotał jego twarz, gdy z wdziękiem pokierował miotłę ku górze. Rozejrzał się wokół i niedaleko ujrzał Malfoya, który przeszukiwał otoczenie w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu trzepoczącego złota. Draco wydawał się całkowicie w porządku, skupiony i naturalny, choć Harry zauważył sposób, w jaki Ślizgon ściska trzonek miotły — bardzo, bardzo mocno, aż jego knykcie przypominały płatki śniegu, jakby od tego zależało jego życie.
Na dole Seamus Finnigan komentował:
— Gryffindor rozpoczyna grę w obronie tytułu, szukający Harry Potter wnosi się ku niebu na swojej Błyskawicy, podczas gdy jego ślizgoński odpowiednik Malfoy śledzi go na... Co to jest, tylko Nimbus? Żadnego porównania jeśli chodzi o miotły, a tym bardziej, jeśli chodzi o talent.
Komentarz Seamusa odparty został buczeniem ślizgońskiej części widzów, a profesor McGonagall ze złością pochyliła się ku niemu i ostrzegła:
— Finnigan, zatrzymaj dla siebie osobiste opinie!
(Lee Jordan byłby dumny ze swojego następcy.)
Draco zacisnął zęby, kiedy zataczał łuk nad boiskiem. Świszczący wiatr nie był na tyle silny, by zagłuszyć komentarz i słyszał mało subtelne docinki na swój temat. Nienawidził, kiedy przypominano mu o jego gorszej klasy miotle — ojciec stanowczo odmówił mu nowszego modelu, dopóki nie pokona Harry’ego Pottera, czego nie udało mu się jeszcze dokonać. Draco nie był do końca pewien, czy dzisiaj podniesie swoje szanse na otrzymanie Błyskawicy II, której termin wypuszczenia na rynek wyznaczono na początek następnego roku.
Przestał słuchać komentatora i skupił się na szukaniu znicza. Szukanie znicza. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, kiedy jego umysł zdawał się bardziej zainteresowany szukaniem Harry’ego. Draco ujrzał go wiszącego w powietrzu kilkaset stóp od niego, uważnie przeszukującego niebo, idealnie skoncentrowanego na zadaniu. Dla niego to proste. Tak bardzo proste.
Harry rzucił ukradkowe spojrzenie w kierunku Draco, który zatrzymał się niedaleko. Przyglądał się mu potajemnie przez większość meczu i z tego co widział, Draco stawał się coraz bardziej zdekoncentrowany, mniej opanowany, mniej skupiony na grze, a bardziej... na czymś innym. Dwukrotnie niemal zderzył się z innym zawodnikiem, zwyczajnie dlatego, że nie widział, gdzie leci. Dla Harry’ego wyglądało to, jakby Draco starał się tylko sprawiać wrażenie, że szuka znicza, a nie go złapać.
Harry’ego ogarnął niepokój. Przybieranie masek było emocjonalnie wyniszczające — wiedział to aż nazbyt dobrze. Pamiętał te wszystkie noce, kiedy siedział skulony w schowku pod schodami na Privet Drive, z twarzą wilgotną od cichych łez, z umysłem targanym tęsknymi marzeniami i wiedział, jak ciężko było wytrzeć oczy i udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy nadszedł poranek, żeby pozostali nie wiedzieli, że, nieszczęśliwy, nie spał całą noc.
Harry był bliski podlecenia do Draco, by zapytać, czy wszystko w porządku, kiedy nagle ujrzał, jak miotła Ślizgona gwałtownie przechyla się i szybko spada. Przez moment Harry myślał, że Draco stracił nad nią kontrolę albo zasłabł, ale zanim otrząsnął się ze swojego początkowego zaskoczenia, dostrzegł błysk srebrno-złotego przedmiotu latającego tuż przy ziemi obok bramek Slytherinu. Draco gnał w jego kierunku.
— Znicz! Znicz został zauważony! — krzyczał Seamus.
Harry otrząsnął się szybko z szoku i pognał za Malfoyem, lecąc na Błyskawicy tak szybko, jak było to możliwe. Malfoy miał już sporo przewagi, a serce Harry’ego zapadło się jeszcze bardziej, kiedy pochyli się do przodu, układając ciało równolegle do trzonka, by zredukować opór powietrza. Wiatr świszczał mu w uszach niczym trzeszczący ogień, kiedy pędził za Ślizgonem, systematycznie zniżając lot ku ziemi — znajdował się teraz kilka cali od ogona miotły Malfoya, ale to i tak nie wystarczało, ponieważ Draco już niemal złapał znicz...
Niespodziewanie niczym czarna pięść powietrze przeciął tłuczek. Ze znacznym pędem uderzył w koniec miotły Draco, zakłócając jej wyważoną równowagę i powodując, że stracił kontrolę nad lotem. Harry pospiesznie wykonał gwałtowny skręt, by uniknąć rykoszetu tłuczka i zderzenia z Malfoyem. Przez tę jedną sekundę przestał patrzeć na znicz, by wyrównać lot, a kiedy spojrzał w jego kierunku ponownie, ten już zniknął. Harry przeklął w duchu, mocno sfrustrowany.
Z drugiej strony Draco usiłował odzyskać równowagę, zaniepokojony, kiedy jego miotła zanurkowała niebezpiecznie — chwycił trzonek i uniósł ją gwałtownie, zmuszając do wygórowania lotu, by nie otrzeć się o ziemię i nie zakłócić lotu jeszcze bardziej. Zdołał wymanewrować się z pikowania w ziemię i powrócił na bezpieczną wysokość. Nimbus został lekko zadraśnięty przez uderzenie tłuczka. Draco odwrócił się w celu oszacowania szkód — nie były duże, chociaż odstawało kilka gałązek. Przeklął siarczyście, niezbyt świadomy fali ekscytacji rosnącej na widowni.
Prawdę powiedziawszy, Draco nie oczekiwał tak szybkiego odkrycia znicza. Nawet go nie szukał, a po prostu zauważył wiszącego nad ziemią obok bramek Ślizgonów, kiedy oceniał działania ich obrońcy, więc był to zwykły łut szczęścia. Mimo dekoncentracji Draco automatycznie zaczął go ścigać, bazując na czystym instynkcie każdego szukającego. Po części był zadowolony, naprawdę, nawet w trakcie pogoni za zniczem, ponieważ jeśli by go złapał, gra by się skończyła, a razem z nią zdradziecka męczarnia latania obok Harry’ego. W tej chwili pragnął jedynie tego i to nawet bardziej niż chwały po wygranej czy perspektywy nowej miotły od ojca w ramach nagrody. Pieprzyć ten cholerny tłuczek.
Na widowni Ron krzyczał i skakał, co Hermiona uznała za zdecydowanie rozpraszające, choć i tak była zbyt pochłonięta grą, by powiedzieć mu, by się uspokoił. Od strony widowni było słychać okrzyki wyczekiwania, kiedy Harry i Draco ścigali się po znicz, Draco na prowadzeniu, a Harry tuż za nim. Potem jednak pojawił się tłuczek, fachowo odbity przez gryfońskiego pałkarza, który rozproszył zarówno ich obu, jak i znicz. Hermiona poczuła, że dolna warga boli ją od przygryzania. Skrzywiła się.
Stwierdzenie, że Ron był podekscytowany stanowiłoby rażące niedomówienie — był absolutnie wściekły.
— Co, do diabła, dzieje się z Harrym? — wrzasnął w całkowitej desperacji. — Malfoy pierwszy zobaczył znicz, uwierzysz? Na miłość boską, niemal go złapał, widziałaś? Co Harry wyprawia?
— Może Harry go nie zauważył — odpowiedziała Hermiona nerwowo, nadal przygryzając wargę i obserwując obu szukających, którzy unieśli się ku niebu, gdzie mają dobry widok na rozwój akcji.
— Nie widział? — prychnął rudzielec z niedowierzaniem, gwałtownie machając omnikularami. — Harry zawsze zauważa go pierwszy, dlatego może go złapać i wygrać mecz! — Przeczesał palcami rude włosy, których kolor pasował teraz do odcienia jego rumieńców. — Co się dzieje z Harrym? Nie przywiązuje wystarczająco uwagi!
Hermiona zgodziła się z nim w duchu, chociaż miała lepsze pojęcie o tym, dlaczego Harry był taki zdekoncentrowany. Stało się tak, jak przewidziała i czego się obawiała — Harry, będąc sprawiedliwym i szlachetnym, skończy pilnując Malfoya bardziej niż znicza, tak by mógł przekonać się, że ze Ślizgonem naprawdę wszystko w porządku, a w międzyczasie przegrywa mecz. Sfrustrowana i bezradna, Hermiona mogła jedynie oglądać rozwój wypadków i mieć nadzieję, że Harry szybko pójdzie po rozum do głowy i zacznie grać tak, jak zawsze.
Kiedy znalazł się na przyzwoitej wysokości, Harry był na siebie wściekły. Dlatego, że był takim idiotą, żeby przenieść swoje osobiste sprawy ponad dobro drużyny i szansę Gryffindoru na zwycięstwo, i że był na tyle głupi, by martwić się, że z Malfoyem może być coś nie tak. Powinien wiedzieć — cholera, wiedział — jaką zażarty w rywalizacji jest Draco i powinien się domyślić, że eliksir miłosny nie wpłynie na to, jakim zagrożeniem Malfoy będzie na boisku.
Harry potrząsnął głową, wciąż czując do siebie odrazę, ale też będąc również po części wściekłym na Malfoya. Powinien był posłuchać Hermiony. Przywołał jej pełne zmartwienia słowa przed szatnią: „Zachowuj się, jakby pomiędzy tobą i Malfoyem nic się nie stało... nie zepsuj tego meczu.” Harry nie potrafił odeprzeć uczucia, że w jakiś sposób ją zawiódł.
Z tym jednak koniec. Harry ścisnął z determinacją trzonek miotły i zatoczył nieostrożnie koło w powietrzu, nurkując raptownie i z prędkością zapierającą dech w piersiach lecąc nad boiskiem, by dać upust frustracji. Teraz naprawdę będę grać. I wygram ten mecz.
Draco odruchowo odwrócił głowę w kierunku Harry’ego, kiedy nagle zanurkował, jakby dostrzegł znicz i instynktownie podążył za nim, choć raczej bez entuzjazmu. Uporczywy ból głowy sączył się do jego czaszki, przytępiając czujność. Draco nagle poczuł się wykończony, jakby wysiłek spowodowany lataniem zabrał mu ostatnie strzępy energii. Wiedział, że jego koncentracja słabnie, a kiedy pozostawał przy Harrym, wyczuwał coś jeszcze.
Harry był na niego wściekły. Wiedział to, emocje promieniowały z niego niczym gorące fale szkarłatu, trzeszcząc pomiędzy nimi niczym obłąkańczy ogień. Było to surowe, nieustępliwe doznanie, niezbyt intensywne, ale zdecydowanie wyczuwalne, niczym prąd płynący przez niewidzialne kable, które łączyły ich razem. Uczucie to powodowało gorące dreszcze wzdłuż jego kręgosłupa, było rozkosznie nieprzyjemne, jeśli coś takiego w ogóle istniało, jak motyle i igły, róże i kolce.
Oczywiście Draco wiedział, dlaczego Harry był zły. Dlatego, że Draco zaczął gonić znicz jako pierwszy. Miał świadomość, że ich niepewne, kłopotliwe położenie działało również na Harry’ego, bo w innej sytuacji Gryfon zdecydowanie ujrzałby go pierwszy, szczególnie w tak oczywistej lokalizacji. Teraz w gniewnej reakcji Harry naprawdę zaczął rywalizować z Draco, obracając się w powietrzu i wymijając innych zawodników, robiąc uniki pomiędzy tłuczkami z baczną precyzją, jakby lekkomyślnie starając się zbić z tropu Draco, szukając ponownie nieuchwytnego znicza. Draco widział, że Harry celowo go ignoruje.
Draco słyszał podekscytowany komentarz Seamusa:
— ... przez chwilę szukający Ślizgonów niemal miał znicz pomiędzy palcami, zanim zmyślnie rzucony przez gryfońskiego pałkarza tłuczek udaremnił tę zaskakującą próbę. Malfoy w tym czasie niemal spadł z miotły, cóż, poszczęści się następnym razem, przyjacielu. — Draco w głosie komentatora słyszał drwinę. — Kontynuujemy grę, gdzie wszyscy są bardziej niż wyprowadzeni z równowagi tak wczesnym zauważeniem znicza. Mecz trwa dopiero siedem minut.
Siedem minut? Draco ledwo wierzył własnym uszom. Zdawało mu się, że raczej siedem godzin. Z pewnością nie mogłoby to być siedem minut. Jęknął w duchu i podążył za Harrym, latającym zygzakiem niedaleko od niego, tknięty się raczej odruchem podświadomości niż jakąkolwiek intencją. Jak długo będzie jeszcze trwać ta tortura?
Najgorsze było to, że Draco nie miał pojęcia, ile mecz mógłby trwać. To był ten ekscytujący, nieznany nikomu element quidditcha: ustawiczne wyczekiwanie na to, jak mecz się rozwinie, czy skończy się w następnej sekundzie, czy jutro o północy. Obie opcje były równie prawdopodobne, mecz mógł trwać wieczność.
Jeśli chodzi o ten aspekt, Draco zdał sobie sprawę, że podobnie było z eliksirem miłosnym. W ciągu ostatnich kilku dni i nocy dręczyło go uczucie wiecznego przerażenia. To niczym bezradne wpatrywanie się w ciemną, bezdenną studnię, do której wrzucił naszyjnik. Niczym gęsty mrok, który rozciągał się przez wieczność, a błysk nadziei był słaby niczym światło odbijające się od czarnej wody. Złowrogie. Przerażające. Nieskończone.
Och, Boże, kiedy to się skończy?, pytał sam siebie desperacko i nie był do końca pewien, czy ma na myśli jedynie koniec meczu.
Harry rozejrzał się wokół, mając oko na Draco. Co nie było zaskoczeniem, zobaczył, że Malfoy leci ponownie w jego kierunku. Harry zauważył dzisiaj coś dziwnego, coś innego w jego locie — Ślizgon zdawał się niemal przerażony, co Harry poznał po tym, jak ten zbyt mocno ściska Nimbusa obiema rękami, przemykając pomiędzy zawodnikami w ostrożny, uważny sposób. Zdawało się, że Draco boi się, że spadnie z miotły.
— Gryffindor prowadzi pięćdziesiąt do czterdziestu — powiadomił Seamus, odrywając Harry’ego od dryfujących gdzieś myśli. — Slytherin dostaje więcej karnych niż może znieść, nie żeby wszyscy narzekali, ale obrońca Slytherinu zdaje się popełniać każdy możliwy faul. Gryffindor dostał jak na razie tylko trzy karne, obronione bez najmniejszego problemu i jest teraz w posiadaniu kafla...
Draco odwrócił się od łagodnie świecącego słońca i znowu przeniósł wzrok na Harry’ego. Tępy ból głowy narastał coraz bardziej, napędzany przez mroczne, gorące wibracje bijące od Gryfona, i zdawało się, że nie ma sposobu, by Draco mógł się od nich odizolować. Wzburzały ulotny eliksir płynący w jego żyłach niczym szkarłatny przypływ, pędzący do brzegów jego umysłu i wymazujący logiczne myśli. Draco momentalnie stracił kontrolę i to wystarczyło, by jego miotła nagle zawirowała w powietrzu ...
— A teraz obrońca Ślizgonów popełnił kolejny faul — zaanonsował drwiąco Seamus. — Teraz do listy fauli należy dodać „uderzył trzonkiem miotły ścigającego przeciwnej drużyny w brzuch”.
Podczas gdy większość zawodników na boisku zaangażowała się we wrzawę po ślizgońskiej stronie boiska, Harry wykorzystał tę okoliczność, by przeskanować teren w poszukiwaniu znicza, a kiedy go ujrzał, wisiał w powietrzu obok bramki Gryfonów niczym złoty płatek śniegu świecący w bladych promieniach słońca. Znicz.
Harry zamarł na chwilę, serce łomotało mu z ożywieniem, a potem zaskoczenie odpłynęło i pospieszył do przodu, nabierając spektakularnej prędkości, pędząc w kierunku znicza, przepięknego wyraźnego błysku na tle błękitnego nieba...
Zupełnie niespodziewanie, jakby spod ziemi, Draco pojawił się tuż obok niego, blokując mu drogę i zmuszając do ostrego zejścia z trasy, unikając czołowego zderzenia w ostatniej chwili.
— Odczep się, Malfoy! — krzyknął Harry wściekle, skręcając i zapobiegając kolizji w ostatniej chwili, czuł nawet krawędź szaty Draco ocierającą się o jego ramię, kiedy się mijali. Harry’emu zajęło chwilę wyrównanie lotu i powrót na trasę. Odwrócił głowę, by spojrzeć na Malfoya, ale to, co zobaczył sprawiło, że jego powieki rozszerzyły się we wzrastającym przerażeniu. — Malfoy?
Draco niczym przez mgłę był świadomy, że Harry do niego krzyczy, chociaż nie wiedział co dokładnie. Jego palce wypuściły trzonek miotły, poczucie równowagi zniknęło z przenikliwym dźwiękiem ciszy, a potem spadał.... Zdawało się, że spada tak przez całą wieczność, zawieszony w powietrzu niczym nic nie ważące piórko. Draco zamknął oczy i poddał się mrocznemu pulsowaniu, które trzepotało w jego żyłach, zanim zderzył się z ziemią z głuchym, powodującym mdłości tąpnięciem, po czym zanurzył się w otchłań pustej nicości.
Harry obserwował w nieskrywanym przerażeniu, jak Draco spada z miotły i opada na ziemię, jego bezwładne, wyglądające jak martwe ciało sprawiało wrażenie tak boleśnie delikatnego i kruchego. Odwrócił się z powrotem przez ramię, gdzie złoty znicz wciąż błyszczał i trzepotał pociągająco skrzydełkami tylko kilka cali nad nim, a potem przeniósł wzrok na Draco, przecinającym w zwolnionym tempie orzeźwiające powietrze i nie musiał zastanawiać się dwukrotnie.
Skierował miotłę na dół i popędził za opadającą postacią Draco — był to ten sam manewr, który wykonał na pierwszym roku, kiedy mierzył się z siłą grawitacji, ratując Przypominajkę Neville’a. To było dokładnie to samo świszczące ożywienie, kiedy przecinał się przez napięte powietrze, niebezpiecznie i lekkomyślnie. Draco uderzył jednak o ziemię, zanim Harry zdążył znaleźć się na tej samej wysokości i głuche uderzenie jego ciała wstrząsnęło nim równie mocno, niczym szarpnięcie rzeczywistości.

Draco wylądował w nienaturalnej pozycji, uderzając prosto w żywopłot na samym końcu boiska, naprzeciwko widowni. Kruche, ogołocone z liści gałęzie zaskrzypiały pod ciężarem jego nieprzytomnej postaci, ząbkowane końce brązowych gałązek przedarły jego szatę, wrzynając się głęboko w jego ciało.
Na widowni uczniowie podnieśli wrzawę, szczególnie ci, którzy widzieli zakakujące wydarzenie w powietrzu, niemal złapany znicz i późniejszy upadek Malfoya. Ron, którego uwaga przeniosła się gwałtownie z dyskusji na temat karnych Gryffindoru, widział wszystko przez omniokulary. Tak jak Hermiona.
— Hermiono! — krzyknął Ron, wpatrując się w magiczny przyrząd i równocześnie potrząsając jej ramieniem. — O mój Boże! Czy to był znicz? Harry i Malfoy właśnie się zderzyli, Malfoy spadł z miotły... Harry też idzie na dół, o nie...
Hermiona była zbyt zaskoczona, by zareagować, więc obserwowała rozwijające się wydarzenia jak w zwolnionym tempie, niczym w surrealistycznym koszmarze spełniającym jej największe obawy. Nieświadomie aż zachłysnęła się powietrzem i uniosła dłoń do ust, kiedy Malfoy spadał gwałtownie dwadzieścia stóp w dół i roztrzaskał się o żywopłot. Zerknęła desperacko na Harry’ego modląc się, by wszystko było z nim w porządku. Czy on i Malfoy zderzyli się w powietrzu? Czy może...
— Czy Harry jest ranny?! — wykrzyczał Ron, starając się wybić ponad zgiełk tłumu. Z obawą zerkał przez omniokulary, powiększając obraz tak bardzo, na ile to możliwe. — Upadł? Nie, chyba jest przytomny, wszystko w porządku, tak myślę... — Uniósł wzrok i przyjrzał się z niepokojem drugiemu końcowi boiska. — Czy inni wiedzą, że Harry i Malfoy się zderzyli? Och, Hooch właśnie zauważyła, idzie do nich... Mój Boże, Hermiono, widziałaś? Malfoy mógł zabić Harry’ego!
Harry wylądował na ziemi kilka sekund po Draco. Zatoczył się nieznacznie od nagłego lądowania i poczuł falę bólu, która uderzyła w jego prawą kostkę. Zignorował go, pospiesznie zsiadł z miotły i opadł na kolana obok Malfoya. Ślizgon leżał na boku, plecami do Harry’ego. Kiedy ten go odwrócił, wydał z siebie cichy okrzyk, a potem przeklął. Owszem, oczekiwał siniaków, ale nie tego.
Na czole Draco widniało głębokie rozcięcie, podłużne i biegnące wdłuż zgrabnie zakrzywionych brwi. W kierunku lewej skroni wąskimi szkarłatnymi strużkami wypływała z niej krew, pozostawiając ciemnokasztanowe plamy na zielonych szatach. Połacie czerwieni przylepiły się do koniuszków srebrnoblond włosów, okalających twarz Draco, a na lewym bladym policzku widoczne były obtarcia. Wyglądało to niczym wybryk natury — kwitnąca, świeża czerwień zmieszana z kremowo białą cerą, przecięta gnijącymi, brązowymi, martwymi gałązkami. To nie wyglądało dobrze, ani trochę.
Nagle coś wpadło mu do głowy. Nie zastanawiając się, instynktownie wyciągnął dłoń i położył ją płasko na krwawiącym czole Draco, bez wahania, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie i...
Nic się nie stało.
Harry wpatrywał się w Draco z niedowierzaniem. Nie ruszał dłoni z miejsca przez kilka długich chwil, ale spod jego palców nie zaczęło emanować żadne leczące drżenie, które czuł tej nocy, kiedy Draco rozciął nożem swoją własną pierś i położył na niej dłoń Harry’ego. Tym razem nic się nie stało, zupełnie nic.
Harry odsunął dłoń, oszołomiony. Była naznaczona krwią Draco, wilgotną i ciepłą, pulsującą życiem. Życiem Draco. Nagle ogarnął go lęk, wywołany widokiem intensywnej czerwieni pomiędzy rozpostartymi, drżącymi palcami, widokiem krwi na dłoniach. Krwi Draco. Dotarła do niego przerażająca myśl: co jeśli on nie żyje?
Harry ujął bezwładną dłoń Draco i przyciągnął ją do siebie: przesunął palcami po wrażliwym miejscu, gdzie można było wyczuć puls u wewnętrznej strony nadgarstka, usiłując gorączkowo wyczuć słabe drganie żył pod skórą...
Niespodziewanie Malfoy otworzył oczy. Harry zamarł w bezruchu z palcami nadal mocno ściskającymi jego nadgarstek.
— Malfoy? — Wzrok Draco był szklany i nieobecny, zmatowiałą szarość jego tęczówek zamgliło otępienie. Harry potrząsnął nim lekko, choć z pośpieszną i narastającą desperacją. — Draco, słyszysz mnie?
Przez chwilę wydawało mu się, że do jego oczu powracało skupienie, a potem na jego twarzy pojawił się podobny przebłysk świadomości, jednak po chwili z delikatnym znużeniem znowu zamknął oczy i już ich nie otworzył.
Harry jeszcze raz trącił Draco, tym razem mocniej, jednak nie spotkał się z żadną reakcją. Powieki Draco pozostały zamknięte i na nic nie odpowiadał. Harry rozejrzał się gwałtownie w dzikiej bezradności i wykrzyczał, ile sił w płucach:
— Tutaj! Pomocy! Malfoy spadł z miotły!
Odwrócił się z powrotem do Draco. Jego oczy łaskotały kosmyki włosów i Harry starał się odsunąć grzywkę od krwawiącej rany, rozcierając jeszcze więcej krwi na włosach, które teraz przypominały srebrny jedwab ufarbowany kroplami czerwonego atramentu. Starał się nie zastanawiać zbyt głęboko nad tym, jak nienaturalnie to wygląda, a mimo że czerwień i złotawy blond stanowią wyraźne dopełnienie, wciąż niezmiernie niepokoił go ich widok.
Szeleszczący dźwięk latających w pobliżu mioteł zawiadomił Harry’ego, że w końcu nadeszła pomoc. Uniósł głowę i zobaczył innych zawodników, którzy podbiegają do miejsca, gdzie znajdował się razem z Draco, prowadzeni przez podenerwowaną panią Hooch, która przywołała z kolei panią Pomfey, stacjonującą w pogotowiu na linii bocznej. Widząc ich Harry odczuł niewyobrażalną ulgę, bo nie miał pojęcia, co miałby zrobić, czy nawet jak powstrzymać krwawienie. Teraz przyciskał prawą dłoń do rozcięcia na czole Ślizgona, by zatrzymać upływ krwi.. Szkarłatny płyn sączył mu się pomiędzy palcami, ale przynajmniej Draco nie krwawił tak bardzo jak wcześniej.
— Potter! Wszystko w porządku? — Następną rzeczą, z jakiej Harry zdał sobie sprawę, to że pani Hooch pojawiła się u jego boku. Na jej twarzy pojawiło się zaniepokojenie, kiedy ujrzała ranę Draco, brzydką, broczącą krwią i oszpecającą. Szybko jednak otrząsnęła się z szoku i w profesjonalnym odruchu odsunęła Harry’ego od Draco dokładnie w chwili, kiedy pojawiła się pani Pomfrey.
— Potter, odsuń się teraz. Słyszysz mnie wyraźnie, Potter? Czy słyszysz, co mówię?
Harry zastanawiał się, czy pani Hooch ma nieco nierówno pod sufitem, bo to, co mówiła słyszał całkowicie wyraźnie i uważał, że powinna obejrzeć Draco, a nie jego. To, czego Harry nie wiedział, to że jego ramiona i twarz pokrywała świeża krew, a dłonie naznaczone były czerwonymi śladami, więc z jej perspektywy zdawało się, że Harry był tak samo poszkodowany jak Draco, choć z nim było nieco lepiej, ponieważ pozostawał przytomny.
— Ze mną wszystko w porządku, pani Hooch… Malfoy jest ranny… — próbował powiedzieć Harry, przedzierając się przez pytania zadawane przez nauczycielkę: czy mógł chodzić, czy bolą go stopy, czy ma odrętwiałe ręce.... W końcu porzucił próbę mówienia, bo i tak go nie słuchała, a raczej nie dawała mu szansy, by powiedzieć więcej niż monosylaby.
Harry czuł, że ktoś podnosi go na nogi, a za nim przy akompaniamencie grupy głosów najgłośniej ze wszystkich krzyczała pani Pomfrey: „Spokój! Odsunąć się!”. Harry skrzywił się, kiedy przeniósł ciężar ciała na nogę, którą wcześniej zranił przy lądowaniu. Pani Hooch zauważyła wyraz jego twarzy i pomogła mu, podpierając go po drodze. Harry starał się odwrócić, by zobaczyć, co stało się z Draco — widział wyraźnie wyczarowane nosze, ale potem oszołomił go zawrót głowy i musiał zamknąć oczy. Stopa bolała go teraz bardziej i niespodziewanie poczuł się wyczerpany, oczy zaczęły go piec, jakby ktoś wbijał w nie tysiące igieł... Był ledwie świadomy, że pani Hooch wyczarowała nosze i pomogła mu na nie wejść.
— Gra została nieoczekiwanie przerwana… — Harry słyszał rozbrzmiewający głośno ponad tłumem głos Seamusa, wzmocniony przez magiczny megafon. — Zdaje się, że Gryffindor i Slytherin stracili swoich szukających, którzy zderzyli się czołowo w kolizji powietrznej... Potter jest właśnie eskortowany z boiska, utyka, a Malfoy wydaje się nieprzytomny, zdecydowanie bardziej ucierpiał w wyniku wypadku...
To były ostatnie słowa, które usłyszał Harry, zanim został zniesiony z boiska w kierunku skrzydła szpitalnego. Wyczerpanie odgoniło ostatnie strzępy spójnych myśli, a Harry był zbyt mocno oszołomiony by odpowiedzieć na jedno pytanie, które wpadło mu do głowy:
Co się, u licha, przed chwilą stało?


Koniec rozdziału ósmego



*And love's the noblest frailty of the mind.
John Dryden
Ostatnio edytowano 7 maja 2012, o 20:19 przez TEAM DRARRY, łącznie edytowano 2 razy
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez enma » 27 kwi 2012, o 17:39

Jestem zaskoczona. Aż musiałam godzinę się zastanowić co napiszę i jak napiszę. Najpierw kilka uwag jeśli pozwolicie:

Zerknęła na Rona, zastanawiając się, czy podejrzewa cokolwieknadzwyczajnego


zabrakło spacji

Jej policzki przybrały jeszcze bardziej czerwony odcień


cos mi nie pasuje w tym zdaniu. 'jeszcze' i 'bardziej' w jednym zdaniu nie odpowiada tutaj, powinno być coś w stylu "Jej policzki przybrały bardziej czerwony odcień", albo cos w tym stylu.

co możesz mu dać, by było dostatecznie warte ryzykowania utraty najlepszego przyjaciela


to co wyżej. "co możesz mu dać, by było warte utraty najlepszego przyjaciela" - no, coś w ten deseń.
Znalazłam jeszcze jedno słówko bez spacji, ale je zgubiłam.

Co do tekstu:
Tłumaczenie jest wspaniałe, a wszystko, każde słowo wzbudza wielkie emocje. Nie spodziewałam się tego, bo tekst mimo wszystko nie jest jakiś wysokich lotów, ale zakochałam się. W ostatnim rozdziale pewien fragment urzekł mnie.

Głos Harry’ego wciąż pozostawał wyraźny w jego pamięci, nawet ten lekko zaskoczony ton, który przeczył słowom. Wspomnienia tego wydarzenia były tak żywe, że Draco niemal czuł sposób, w jaki kajdanki wgryzały się w jego nadgarstek, zimne i kpiące. Pamiętał, że kiedy uniósł głowę, w oczach Gryfona ujrzał palącą szczerość, tak autentyczną i prawdziwą, że wspomnienie o tym pozostawało niezbrukane przez rozgoryczenie jątrzące się między nimi właśnie od tamtego momentu.
Patrząc wstecz, Draco wiedział, że Harry mówił prawdę, że naprawdę chciał mu pomóc, a nie upokorzyć. Oczywiście Harry nigdy nie kłamał. Po tym wyznaniu mimo wszystko jego szczerość uderzyła Draco niezwykle głęboko, przecinając warstwy urazy, bólu i nienawiści i uświadamiając mu, że być może Harry był tak szlachetny, cnotliwy i wyjątkowy jak o nim mówiono.


to jest takie niesamowite, te wszystkie emocje, tlumione przez Draco, dosięgają także czytelnika. Nie wiem jak tak długo wytrzymał, kiedy ja już dawno bym oszalala, jeśli siedziałyby we mnie takie sprzeczne ze sobą uczucia...
Uwielbiam, tą Hermionę... jest taka prawdziwa, a jej zachowanie jest takie kanoniczne. Wszystko co robi, robi dla przyjaciela, za co ją podziwiam, bo nie wiem czy byłabym w stanie dojśc do porozumienia z moim wrogiem.
Harry jest taki naiwny, ale mimo wszystko kochany. Ten ułamek sekundy kiedy spojrzał na znicz, a potem ponownie na Draco, myślalam przez chwilę, że postanowi wygrać mecz za wszelką cenę, ale głupia jestem. Bo nasz Harry? Nieeee...
Moja wypowiedź jest trochę niespójna, ale mam nadzieję że coś zrozumiecie, bo piszę ten komentarz pod wplywem emocji.

Życzę powodzenia w tłumaczeniu,
Enma
'.... so thanks for making me a fighter'
enma Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 8
Dołączył(a): 7 kwi 2012, o 16:58

Postprzez karmelowa » 28 kwi 2012, o 23:39

Naprawdę podoba mi się to opowiadanie. Mimo, że Draco jest chyba najmniej kanoniczną postacią...

W tym rozdziale trochę zdenerwowały mnie komentarze Rona. Były jakieś takie nienaturalne. Ciężko mi się to czytało, mimo że nie było tego zbyt wiele.

Sam opis meczy był przekonujący. Końcówka jakoś trochę mi zgrzytała - sama nie wiem czemu - ale ogólnie było super. Nie mogę się już doczekać kolejnego rozdziału :)

Oby więcej takich fan ficków.

Pozdrawiam
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez TEAM DRARRY » 7 maja 2012, o 18:26

Na wstępie bardzo przepraszam za poślizg. Coś przy tym fiku same nieszczęścia mnie spotykały...

Za betę dziękuję Kaczalce, Ka i Kasi

Jeszcze jedna mała rzecz — na zakończenie rozdziału czeka Was mała niespodzianka w postaci alternatywnego zakończenia.

Smacznego i zapraszam do czytania.


Rozdział 9: W pogoni za rozumem


Dla miłości nadzieja tam, gdzie dla rozumu rozpacz.


Jak na ironię, to odgłos zamykanych drzwi przywołał umysł Draco do królestwa świadomości; promienie przytomności popłynęły jak srebrne światło pod jego przymkniętymi powiekami, rozpraszając ciemność. Tępe łupanie w skroniach było wszystkim, co pozostało po ostrym bólu, który pamiętał, zanim wszystko pochłonęła ciemność — i ciągle czuł to wspomnienie spadania, pogrążania się w nieskończoną przestrzeń, strachu…
Cichy szelest przywrócił go z mrożącego krew w żyłach wspomnienia do rzeczywistości. Ktoś był z nim w pokoju. Draco nie otworzył oczu, nawet nie drgnął, nastawiając uszu, kiedy usłyszał bliskie, przybliżające się; kroki odbijające się w cieple ciszy, wyważone z ostrożną pewnością, a jednak ciągle nieśmiało niezdecydowane, i całkowicie charakterystyczne.
Kroki Harry’ego, oczywiście.
Draco nie musiał otwierać oczu by wiedzieć, że Harry stał ledwie kilka kroków od niego. Mógł wyczuć jego obecność blisko siebie, mógł poczuć to ekscytujące napięcie, które splatało powietrze pomiędzy nimi. To było radośnie bolesne uczucie, które powodowało, że chciał sięgnąć i dotknąć Harry’ego; z drugiej strony sprawiało, że chciał po prostu z powrotem zapaść się w pustą nicość, z której dopiero co powrócił, żeby Harry zdążył odejść i żeby go nie było, kiedy obudzi się kolejny raz.
Nawet kiedy jego zdezorientowane otępienie przygasło, kruche wspomnienie wciąż trwało uczepione na marginesie jego umysłu w surrealistycznej wizji rzeczywistości. Draco nie mógł być pewny, że to nie było tylko wytworem jego majaczących przebłysków świadomości, na moment zanim stracił przytomność. Pamiętał, że otworzył oczy i pierwszą osobą, którą ujrzał był Harry. A Harry był pochylony na nim i trzymał jego dłoń; Draco widział, jak jego wargi poruszają się, szepcząc ciche słowa. Słowa, które brzmiały czule i prawdziwe, i tak pocieszająco. Słowa, które mówiły, że wszystko będzie w porządku.
Ale wiedział lepiej, pomyślał Draco gorzko. Nic nigdy nie będzie w porządku. To musiał być sen. Jeszcze jeden sen.
Ostatnie ślady bólu w jego ciele topniały; Draco zastanawiał się niejasno, jak daleko spadł, i jak bardzo był poturbowany. Bardzo chciałby usiąść i sprawdzić swój stan, gdyby nie fakt, że wydawał się być zamrożony w śpiączce na jawie — tylko dlatego, że Harry stał obok niego. Tak, Harry stał tuż obok niego, gdzieś po lewej stronie — mógł to wyczuć.
Wtedy drzwi otworzyły się ponownie i Draco usłyszał panią Pomfrey krzątającą się po pokoju. Towarzyszył jej metaliczny dźwięk tacy ustawianej na nocnym stoliku tacy, prawdopodobnie z przeznaczonymi dla niego lekami. Draco zdał sobie sprawę, że jest raczej głodny.
— Potter, powinieneś leżeć — Draco usłyszał jak pani Pomfrey napomina Harry’ego , potwierdzając to co wiedział od samego początku. — Dopiero co wyleczyłam twoją kostkę i nie powinieneś nigdzie chodzić…
— Wszystko z nim w porządku? — zabrzmiał cicho zabarwiony niepokojem głos Harry’ego. Serce Draco wykonało mały, zabawny podskok — w zasadzie, bardziej przypominało to piórko wciągnięte do odkurzacza. To było otępiająco-podniecające uczucie, które nie było dobre, ale jednocześnie sprawiało mu przyjemność.
— Będzie dobrze — odpowiedziała szorstko kobieta. — Żadnych złamanych kości czy popękanych żeber, tylko trochę poobijany. Szczerze mówiąc, upadek wyglądał na o wiele gorszy, niż był naprawdę.
— Ale był nieźle podrapany, po tym jak rozbił się w krzakach… — zauważył zaniepokojony Harry, wciąż pełen wątpliwości.
— Oczyściłam wszystkie jego rany, poza tym większość z nich była powierzchowna. — Pani Pomfrey zdawała się być zniecierpliwiona, kiedy odpowiedziała kolejny raz. — Wszystko będzie z nim w porządku, prawdę mówiąc powinien obudzić się w każdej chwili. Czar odżywczy ma łagodne działanie uspokajające, ale wkrótce powinien przestać działać. Nie ma się czym przejmować. Teraz chcę, żebyś poszedł do poczekalni i posiedział przez dobry kwadrans. Jeśli po tym czasie będziesz czuł się wystarczająco dobrze, możesz wrócić do swojego dormitorium. A teraz a kysz Potter, na zewnątrz.
— Dzięki — było ostatnim słowem Harry’ego, które usłyszał Draco, a potem drzwi się zamknęły i wiedział, że Harry wyszedł. Tylko on mógł być tak uprzejmy, nawet kiedy kazano mu odejść.
Draco nie otworzył oczu, dalej udając, że śpi, podczas gdy rozmyślał nad tym, co właśnie usłyszał. Rozmowa rzuciła trochę światła na wydarzenia. Najwyraźniej po tym jak spadł z miotły — co było ostatnią rzeczą którą pamiętał — rozbił się w krzakach i całkiem nieźle podrapał. A Harry przyszedł sprawdzić czy wszystko z nim w porządku.
Draco odchylił głowę do tyłu i przygryzł dolną wargę. Z jakiegoś powodu znaczyło to o wiele, wiele więcej niż wszystko inne, co usłyszał.

***


Pani Pomfrey odmówiła wstępu do skrzydła szpitalnego każdemu, kto nie był przesiąkniętym krwią szukającym, więc Harry był sam; siedział na kanapie w poczekalni na zewnątrz pokoju, w którym był Draco. Teoretycznie, pomyślał cierpko, on również nie kwalifikował się aby tam być, z racji tego, że był poplamiony krwią Draco a nie swoją własną.
Pani Pomfrey odczuła taką ulgę, że nie był ciężko ranny, że nawet nie zatrzymała się, aby spytać, jakim sposobem wyszedł bez szwanku z tej rzekomej „kolizji”, podczas gdy jego przeciwnik stracił przytomność. Harry podtrzymał spuchniętą kostkę — to była cała skala jego obrażeń po tym jak zmył smugi krwi Dracona z ramion i dłoni. Harry podejrzewał, że całkiem sporo krwi było także na jego szatach, tylko nie był w stanie jej dojrzeć, ponieważ były szkarłatne.
Przynajmniej wszystko z nim w porządku. Harry oparł się o poduszki, splatając dłonie za głową. Będzie dobrze. Przynajmniej dopóki stąd nie wyjdzie.
Harry wiedział, że Ron i Hermiona prawdopodobnie czekają na niego na zewnątrz, ale z jakiegoś powodu nie miał ochoty się teraz z nimi widzieć. Ani z resztą jego drużyny, jeśli miałby być szczery. Spirale ogłupienia okrążały w jego głowie zamglone, fragmentaryczne myśli, kiedy odtwarzał mecz quidditcha ponownie, po raz setny…
Draco prawie łapie znicz. Draco trafiony przez tłuczek. Draco lecący jakby był myślami gdzieś daleko, jego ruchy niewyraźne w mechanicznym zawahaniu. I w końcu, Draco spada, i to straszne echo kamiennej ciszy, kiedy uderza o ziemię…
— Harry.
Harry odwrócił się, przestraszony, powracając ze swojej ponurej zadumy, i zobaczył Hermionę zaglądającą do skrzydła szpitalnego z wyrazem szczerego zmartwienia na twarzy. Otworzyła drzwi tak cicho, że nawet nie zauważył. Napięcie w ciele Harry’ego opadło nieco, chociaż wciąż trwało w jego głosie.
— Cześć, Hermiono — powitał ją, otrząsając się ze wspomnień o quidditchu i pozostawiając je na później.
— Jesteś cały? — Było pierwszym pytaniem, które padło z jej ust.
— Tak, jestem — odpowiedział zmęczony, oferując jej mały, blady uśmiech. — Pomfrey wygoni cię, jak tylko wyjdzie z tego pokoju, ale do tego czasu dlaczego nie wejdziesz?
Hermiona ostrożnie przyjrzała się zamkniętym drzwiom, prowadzącym do pokoju, w którym leżał Draco, po czym wśliznęła się do poczekalni, zamykając za sobą drzwi. Usiadła obok Harry’ego, muskając ramieniem o jego ramię w geście cichego pocieszenia. Nie mówiła nic przez kilka chwil, ale w końcu przerwała milczenie, kiedy Harry również się nie odzywał.
— Co z Malfoyem? — zapytała cicho. W jej głosie brzmiała niechętna, choć niewątpliwie prawdziwa, troska.
— Nie wiem — odpowiedział bezbarwnie Harry. — Pani Pomfrey mówi, że przeżyje, więc wnioskuję, że tak będzie. Ale nie pytaj mnie, co się tam stało, bo nie mam zielonego pojęcia. Może Malfoy nas oświeci, kiedy się obudzi.
— Masz na myśli, że nie… — zaczęła Hermiona.
— Nie, nie wiem — odparł krótko Harry. — Nie mam cholernego pojęcia, co się tam właśnie stało, oprócz tego, że byłem przesiąknięty krwią Draco i że krew była wszędzie naokoło, a on nie przestawał krwawić. — Wzdrygnął się na samą myśl. — To było straszne.
— Wszyscy myślą, że się zderzyliście — poinformowała go Hermiona z ostrożną nutą wyczuwalną w głosie.
Harry westchnął.
— A co ty myślisz, Herm?
— Myślę, że chodzi o coś więcej, niż się wydaje na pierwszy rzut oka — odpowiedziała obojętnie, chociaż lekkie wzruszenie ramion zdradziło jej konsternację. — Widziałam to, co widzieli wszyscy inni na trybunach, Harry. Ale wiem trochę więcej na temat… tej sytuacji z tobą i Malfoyem, i wiem, że to robi różnicę.
— Więc również uważasz, że ta koszmarna mikstura ma coś z tym wspólnego. — Głos Harry’ego ciągle był bez wyrazu.
Hermiona oparła się o poduszki na kanapie.
— Próbowałam — powiedziała po prostu. — Starałam się sobie powiedzieć, że powinniśmy o tym myśleć dosłownie tak jak wyglądało, że to był tylko nieszczęśliwy wypadek jak uważają inni. Ron wziął drużynę na dół na słówko — jest wściekły, wierzy że Malfoy próbował cię strącić z miotły w połowie lotu, ale… ale ja nie mogę uwierzyć, że to prawda. Chcę najpierw zapytać ciebie, co się naprawdę stało.
Harry powoli potrząsnął głową.
— Nie mogę ci powiedzieć.
Hermiona przygryzła wargę i wzięła gwałtowny oddech na dźwięk głęboko wstrząśniętego głosu Harry’ego.
— Nie mogę ci powiedzieć, bo sam nie wiem — kontynuował Harry, patrząc na swoje dłonie; wyciągnął ręce przed siebie i odwrócił je. — Nie wiem jak to się stało i nie wiem dlaczego. Nie pamiętam zderzenia z miotłą Malfoya, ale może się mylę. Może ogony naszych mioteł się zetknęły i jakieś przedziwne aerodynamiczne zjawisko przechyliło jego miotłę na bok. Nie wiem. Ale to, co teraz wiem, to... — głos Harry’ego załamał się lekko — to że to nie działa.
— Co nie działa? — Tętno Hermiony przyspieszyło.
— Uzdrawianie — osunął się z zawiedzionym westchnieniem. — Pamiętasz, co ci powiedziałem o Malfoyu biorącym ten cholerny nóż i tnącym się wzdłuż piersi? I kiedy wziął moją dłoń, przyciskając ją do rany? Zagoiła się. Cóż, spróbowałem tego teraz, na boisku, kiedy tak strasznie krwawił. Myślałem, że się wykrwawi na śmierć, jeśli czegoś nie zrobię. Ale to nie działa. Nic się nie wydarzyło. Kompletnie nic.
— I co to oznacza? — zapytała powoli Hermiona.
— To naprawdę dobre pytanie — odpowiedział łagodnie Harry.

* * *


Tego wieczoru, atmosfera w pokoju wspólnym Gryffindoru była zróżnicowana; oficjalną decyzję pani Hooch ogłoszono podczas kolacji, a mówiła o tym, że mecz Slytherin-Gryffindor, który odbył się wcześniej tego dnia, zostanie zaklasyfikowany jako nierozegrany z powodu straty Szukających obu drużyn (co, teoretycznie, oznaczałoby, że mecz trwałby wiecznie, jeśli nie zostałby zatrzymany). Mecz zostanie rozegrany w późniejszym terminie, a data ogłoszona.
Ślizgoni, oczywiście, byli z tego bardzo zadowoleni; jednak Gryfoni nie bardzo, z racji tego, że przed wypadkiem prowadzili marginalnie. Jednakże wszyscy Gryfoni połączyli się w poparciu dla Harry’ego i ciągle powtarzali, że nie było jego winą iż mecz został przerwany w połowie. Każdy kto przyjrzałby się przygnębionemu Harry’emu, osuniętemu przed kominkiem, zrozumiałby dlaczego jego koledzy z drużyny starali się jak najbardziej go pocieszyć.
— To naprawdę nie była twoja wina, że ten dupek Malfoy wszystko rozwalił — powiedział nie wiadomo który już raz Ron, i Harry naprawdę by chciał, aby przestał to powtarzać.
Seamus przytaknął.
— Malfoy próbował odpłacić ci się za to co stało się wcześniej, kiedy prawie zrzuciliśmy go tym tłuczkiem, a było oczywistym, że właśnie miałeś złapać znicz, więc postawił wszystko na jedną kartę i zderzył się z tobą.
Hermiona zmarszczyła brwi.
— Faktycznie widziałeś kolizję, Seamusie?
Chłopak odwrócił się do niej zdziwiony.
— A co myślisz, że się stało? Obaj postanowili zsiąść z mioteł w powietrzu w tym samym czasie?
— Ale to Malfoy spadł pierwszy i… — zaczęła protestować, ale Harry stanowczo jej przerwał.
— To była kolizja, Herm — rzucił jej wymowne spojrzenie i kontynuował. — Nie sądzę, aby którykolwiek z nas miał zamiar się zderzyć, ale to zrobiliśmy. A szkoda. Zwłaszcza, że Gryffindor wygrywał.
— Spoko, Harry — powiedział Ron pewnie, posyłając Harry’emu promienny uśmiech. — Zmiażdżymy ich ponownie w kolejnym meczu. Spójrz na to z jasnej strony — skopiemy im tyłki dwa razy w jednym sezonie. I przy odrobinie szczęścia Malfoy będzie zbyt ranny aby grać w quidditcha przez, no nie wiem, wieczność.
— Ron — odezwała się ostro Hermiona, chociaż nadal przyglądała się Harry’emu.
— Czy ktoś wie co stało się z Malfoyem? — zapytał Harry od niechcenia, chociaż Hermiona zauważyła błysk w jego oku i szybkość, z jaką zareagował na wspomnienie imienia Draco.
— Słyszałem, że jest w śpiączce — poinformował z nadzieją w głosie Ron. — Nie byłeś z nim w skrzydle szpitalnym, Harry? Mogłeś podmienić mu leki, albo coś.
— Tak, szczególnie z tymi podrabianymi tabletkami od Freda i George’a — podrzucił Dean, głośno się śmiejąc. — Malfoy raczej nie będzie Śpiącą Królewną kiedy się obudzi.
— Tak, a pani Pomfrey będzie miała taki twardy orzech do zgryzienia i odgadnięcia kto za to odpowiada — powiedział sucho Harry.
Hermiona siedziała cicho i obserwowała jak chłopcy z ożywieniem omawiali grę dnia, zanim została zatrzymana i planowali strategię na mecz rewanżowy. Zauważyła, że Harry nie uczestniczył w dyskusji tak bardzo, jak powinien, co było dziwne, szczególnie że wrzała burza mózgów na jego ulubiony temat. Wyglądał na rozproszonego. Za wyjątkiem okazjonalnych przytaknięć i krótkich odpowiedzi, sprawiał wrażenie, jakby był myślami gdzieś daleko stąd…
A może jednak nie tak daleko — tylko w dół korytarzem, pierwsze kręte schody na prawo, dwa piętra niżej. W skrzydle szpitalnym.
Hermiona podniosła się i pozbierała swoje książki bez słowa, robiąc jak najmniej hałasu. Ale Harry, będąc spostrzegawczym jak zawsze, zauważył, że wychodzi, i pytająco uniósł brew.
Rzuciła mu znaczące spojrzenie i kiwnęła głową; przytrzymał jej wzrok przez kilka chwil i nawet jeśli nie rozumiał co chciała mu powiedzieć, jego oczy wciąż były wypełnione bezwarunkowym zaufaniem. Zaufaniem, że wie co robi, i nawet jeśli nie wiedział co jej się wylęgło w głowie, wiedział że zrobi to co najlepsze.
Hermiona właśnie przechodziła przez dziurę w portrecie, gdy zawołał ją Ron.
— Hej, gdzie idziesz?
— Do biblioteki — rzuciła przez ramię. — Muszę sprawdzić jedną książkę przed godziną zamknięcia.
Bez czekania na odpowiedź prześliznęła się przez dziurę w portrecie i zniknęła. Kiedy była już na zewnątrz, spojrzała na zegarek, aby sprawdzić godzinę — było ledwie po dwudziestej i przy odrobinie szczęścia większość studentów do tej pory wróciła już do swoich pokojów wspólnych. Przeszła korytarzem oświetlonym pochodniami, skręciła na pierwsze kręte schody po jej prawej stronie i udała do skrzydła szpitalnego.

* * *


Draco spuścił nogi poza brzeg łóżka i przeciągnął się, poruszając palcami u stóp i przyglądając się im, jakby kryły wszystkie tajemnice wszechświata. Odrętwienie w jego ciele prawie znikło, zastąpione przez nieznaczne uczucie niepokoju, jak drgania przed trzęsieniem ziemi zanim wszystko wydobędzie się na powierzchnię: gęste, mocne i niezwykle niepokojące.
Minęło zaledwie dziesięć godzin odkąd przybył do skrzydła szpitalnego, a już był znudzony do granic możliwości. Kilku z jego ślizgońskich przyjaciół odwiedziło go wcześniej — oczywiście Vincent i Gregory, jak i Blaise Zabini i Pansy Parkinson, która nadskakiwała mu i gruchała jakby był rannym pisklęciem.
Ale wszystko czym mógł się przejmować, to to, że Harry przyszedł go zobaczyć.
Wszystko z nim w porządku?
Głos Harry’ego był przepełniony tak prawdziwym zmartwieniem, że Draco mógłby przysiąc, że Harry, mimo wszystko, naprawdę się o niego troszczył. Prawie. Ale potem wyszedł i Draco nie widział go od tamtej pory. Czysty absurd, oczekiwać, że Harry wróci, aby się z nim zobaczyć, dlaczego miałby to robić?
Ponieważ był Harrym. I jeśli było coś, czego Draco nauczył się przez ostanie kilka tygodni (oprócz tego, jak wielką torturą była potrzeba opadnięcie na kolana za każdym razem kiedy Harry był w pobliżu), to to, że Harry posiadał pewną szlachetność, która była poza wszystkim, czego się spodziewał. Choćby nawet szlachetność była farsą, namiastką miłości, to i tak wciąż była czymś wyjątkowym. I jakaś jego irracjonalna część spędziła dzień, mając nadzieję za każdym razem kiedy otworzyły się drzwi, że wejdzie Harry, podejdzie i coś powie, cokolwiek, i sprawi że wszystko będzie dobrze, tylko przez tę krótką chwilę.
Ale Harry nie przyszedł.
— Ciągle masz dziesięć palców u stóp czy może brakuje paru?
Draco spojrzał w górę i zobaczył Hermionę stojącą w drzwiach z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Albo był tak zatopiony w myślach o Harrym, że nie słyszał jak otworzyły się drzwi, albo weszła tak cicho, że wyglądało to na jakąś nową, dziwaczną formę aportacji.
— Nie minęły już czasem godziny odwiedzin? — zapytał Draco z irytacją; postawił obie stopy pewnie na podłodze, chociaż nie wstał.
— Minęły. — Hermiona stanęła u stóp łóżka Draco, krzyżując ramiona. — Ale powiedziałam pani Pomfrey, że przyszłam ci dostarczyć wiadomość, więc pozwoliła mi wejść.
— Wiadomość? — Serce Draco podskoczyło i odbiło się małym, zabawnym rykoszetem w klatce piersiowej; mrok, który w nim był, zamienił się w przebłysk nadziei. — Od… od kogo?
— Od nikogo — odpowiedziała Hermiona nonszalancko. — Potrzebowałam wymówki, aby się tu dostać. To wszystko.
Ku zaskoczeniu Hermiony, Draco przez krótki moment wyglądał na zawiedzionego, zanim rozczarowanie szybko zamieniło się w obojętność. Ale zdążyła to zauważyć.
— Jak się czujesz? — spytała, chociaż trochę niechętnie.
— Po prostu rewelacyjnie — odpowiedział. — To takie orzeźwiające, raz na jakiś czas spaść z miotły z dwudziestu stóp nad ziemią. Następnym razem będę musiał spróbować spaść z urwiska.
— Zrobiłeś dzisiaj niezłe widowisko — zauważyła lakonicznie Hermiona. — Nietuzinkowe i w ogóle. Więc, co się naprawdę wydarzyło?
Draco prychnął.
— Teatralne, Granger? Gdybym chciał przedstawienia, przemknąłbym nago przez Wielką Salę albo zatańczył go—go na stole w sali eliksirów. Zamieniłbym Longbottoma w różowego flaminga i kazał mu tańczyć flamenco. Jednakże, nie rozbijałbym mojej miotły, prawie zabijając się przy okazji.
— Szkoda że „prawie” — usta Hermiony drżały od powstrzymywanego uśmiechu. — Masz coś do tańca, prawda?
— Nienawidzę tańczyć — skrzywił się. — Wszyscy to wiedzą.
— Cóż, to widać — przerwała. — W każdym razie nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Co się tam stało? Co zrobiłeś?
— Miałaś oczy wbite w książkę podczas meczu, Granger? — Draco rzucił Hermionie ostre spojrzenie, które by mogło kruszyć lód. — Spadłem z miotły i o mało nie złamałem karku, krwawiłem z wielu ran, a następnie szczęśliwie straciłem przytomność. Jednak słyszałem, że Potter również zleciał z hukiem, więc jestem pewien, że opowiedział ci klatka po klatce drastyczne szczegóły.
— Wszyscy myślą, że ty i Harry zderzyliście się w powietrzu. — Hermiona utkwiła spojrzenie w Draco — Czy tak właśnie było?
— Co mówi Harry? — zapytał natychmiast Draco.
Hermiona westchnęła.
— Nie jest pewny. Nie pamięta kolizji. Przypuszcza, że ogony waszych mioteł się zetknęły i że był to tylko dziwaczny wypadek. Jednakże, — dodała, — jest sporo takich którzy uważają, że celowo wpadłeś na Harry’ego, żeby mecz został zawieszony i rozegrany w późniejszym terminie.
Draco roześmiał się pogardliwie.
— Od kiedy, Granger, znasz mnie jako taką pełną poświęcenia osobę?
— Wiem, że zrobisz wszystko dla chwały — odpowiedziała bez śladu uśmiechu. — I że pokonanie Harry’ego w quidditchu jest czymś, czego chciałeś od dawna.
Draco zmrużył oczy.
— Więc też uważasz, że zderzyłem się z Harrym specjalnie.
— Nie — odpowiedziała dyplomatycznie. — Nie sądzę. Wiem co widziałam, Malfoy, i wiem także, że to, co się wydarzyło, sięga głębiej niż tylko złe wyczucie czasu. I chcę usłyszeć o tym, co się stało, bezpośrednio od ciebie, a co ważniejsze — dlaczego tak się stało.
Dlaczego się tak zdarzyło? — Draco uśmiechnął się gorzko. — Czy to nie dość oczywiste, czy może oberwałaś tłuczkiem w głowę?
— Wiem, że ma to coś wspólnego z napojem miłosnym — powiedziała niecierpliwie Hermiona. — Ale o ile wiem, napoje miłosne nie powodują napadów nagłego omdlenia lub powietrznych kolizji.
— Nic nie wiesz, Granger — odpowiedział spokojnie Draco. Jego szare oczy były twarde i pełne napięcia jak połyskująca perła. — Mogę ci powiedzieć, że pierwszą rzeczą, którą powinnaś wiedzieć o napojach miłosnych jest to, że zaburzają osąd. W każdym aspekcie twojego życia, za każdym razem, gdy ten ktoś jest w pobliżu.
— Wiem, że… — chciała coś powiedzieć Hermiona, ale jej przerwał.
— Kiedy go widzę, to czuję, jak w jednej chwili wszystko wokół mnie niszczeje i się odradza. Kiedy na niego patrzę, tło blednie i rozmywa się — Draco mówił w bezbarwnej monotonii, jakby opowiadał o odległym życiu, dalekim od jego własnego; słowa wydawały się opuszczać jego usta z własnej woli, jak stłumiona fala pędząca do brzegu.
Draco nie wiedział, dlaczego zwierzał się Hermionie Granger, ale był pewny, że jeśli nie powie o tym komuś, to może po prostu wybuchnąć.
— Wiesz, ile czasu spędziłem, przez te ostanie kilka tygodni, obserwując go? Pozwól, że ci powiem — dużo. Nie sądzę żebym przesadził mówiąc, że pod pewnymi względami znam Harry’ego lepiej, niż którekolwiek z was. Na przykład, wiesz której ręki używa, aby odgarnąć włosy z oczu?
— Um — odezwała się niepewnie, wyglądając na zaskoczoną — lewej?
— Zawsze prawej. A wiesz, że lubi chodzić z rękami w kieszeniach? Chyba że niesie książki, w takim przypadku zawsze trzyma je w lewej ręce, bo prawej używa do trzymania różdżki? Czy wiesz, co jest zawsze pierwszą rzeczą, jaką wyciąga ze swojej torby, kiedy siada przy ławce w klasie?
— Pergamin? — zasugerowała Hermiona, zdając sobie sprawę, że nie ma zielonego pojęcia. — Albo pióro?
— Nie. Buteleczkę czarnego atramentu. — Draco posłał jej łagodny, pełen samozadowolenia uśmiech. — Czy to nie zaskakujące, jak wiele tak naprawdę nie wiesz o kimś, o kim myślisz, że znasz go tak dobrze?
Hermiona, tym razem, nie mogła wymyślić niczego w odpowiedzi.
— Cóż — kontynuował Draco niskim, miarowym głosem. — Zgaduję, że zauważam tak dużo z zachowań Harry’ego, ponieważ eliksir sprawia, że jestem bardziej wyczulony na jego uczucia i jego reakcje na mnie. Jestem w stanie powiedzieć, kiedy Harry patrzy w moją stronę, nawet nie podnosząc wzroku. I wiesz, to… to destrukcyjne połączenie nie poprawia się z biegiem czasu. Jest tylko gorzej. Dlatego właśnie… podczas meczu… — Urwał.
— Co? — Hermiona brzmiała, jakby oddychała z trudem. — Co masz na myśli?
Draco przygryzł wargę i odwrócił wzrok.
— Cała atmosfera tego ranka była bardziej napięta niż zazwyczaj — emocje były spotęgowane przez radosne podniecenie wywołane nadchodzącym meczem quidditcha. Mogłem wyraźnie powiedzieć, kiedy Harry był zły, a jego wściekłość zakłóciła niepewną równowagę całej dynamiczności pomiędzy nami. To było — urwał, szukając słów, — to było jak tonięcie, gdzie wszystko co widzisz, kiedy twoja głowa znajdzie się na powierzchni wody, to szkarłatne niebo, a wszystko co widzisz, kiedy się zanurzysz, jest morzem ciemności. Myślę, że w tym momencie to było więcej, niż mogłem udźwignąć, i straciłem przytomność.
Hermiona wpatrywała się w niego z otwartymi ustami.
Harry sprawił, że spadłeś? Dlaczego… Dlaczego był na ciebie wściekły?
— Ponieważ prawie złapałem znicza — odpowiedział bez wahania. — Wiesz, nie byłem dzisiaj jedynym wściekle rywalizującym Szukającym na boisku. Zwłaszcza że Harry nigdy nie zaznał smaku czegoś przeciwnego do zwycięstwa. Grał, żeby wygrać, miłosny napój czy nie.
— Harry nie mógł być na ciebie aż tak zły — zaprotestowała Hermiona, aczkolwiek z trudem. — Uważał na ciebie przez całą grę. Był autentycznie zmartwiony, że poprzez komplikacje związane z eliksirem nie będziesz w stanie przetrwać całego meczu.
— I miał rację — stwierdził Draco głosem podszytym cynizmem. — Uwierz mi, Granger, był na mnie zły. Był wręcz wściekły. Mogłem to poczuć, nawet zbyt intensywnie, i nie mogłem tego odeprzeć albo wytrzymać tylu bolesnych emocji na raz, i dlatego straciłem przytomność.
Draco usiadł na łóżku, opierając się o wezgłowie i patrząc w przestrzeń, zatapiając się w gorącym wspomnieniu tego momentu które rozbijało go od środka i paliło jak nic innego, czegokolwiek wcześniej doświadczył. To była fala uderzającego szkarłatu, czystej czerwieni bez najmniejszego cienia czerni albo rozmytej bieli — kolor gniewu, kolor bólu, kolor namiętności, kolor miłości.
Miłości, która była sumą tego wszystkiego, i czegoś więcej.
Draco zmusił się żeby przestać rozwodzić się nad palącymi wspomnieniami; spojrzał na Hermionę.
— Więc teraz już wiesz dlaczego.
— Wiesz, Harry nie ma o tym najmniejszego pojęcia — powiedziała Hermiona, marszcząc brwi.
Draco wzruszył ramionami.
— Czasami łatwo jest nie zauważyć uczuć innych ludzi.
— Harry taki nie jest — zaprotestowała Hermiona, automatycznie stając w obronie przyjaciela.
Draco wytrzymał jej spojrzenie.
— Wiem.
Siedzieli w ciszy przez kilka chwil, dzieląc kłopotliwe milczenie. Wreszcie odezwała się Hermiona.
— Co teraz zrobimy? — Brzmiała na zaniepokojoną i nieszczęśliwą.
— Może nie ma nic więcej do zrobienia — odpowiedział cicho Draco. Niewypowiedziany ton przegranej w jego głosie był przytłaczający. Podniósł wzrok na Hermionę.
— Więc, czy Harry poprosił cię abyś tu przyszła?
Hermiona potrząsnęła głową.
— Nie. Sama chciałam przyjść i z tobą porozmawiać. Harry… cóż, ciągle jest raczej wstrząśnięty przez tę całą sprawę i pomyślałam, że najlepiej zostawić go w spokoju na jakiś czas, zanim pomyślimy, co robić dalej.
Draco odwrócił wzrok, pozwalając spojrzeniu opaść na białe kafelki, tak klinicznie czyste i dobrze wyszorowane.
— Przyszedł dzisiaj się ze mną zobaczyć.
Hermiona nie wyglądała na zaskoczoną.
— Martwił się o ciebie. Zastanawiał się czy wszystko z tobą w porządku. — Miała zamiar powiedzieć Draco o nieudanej próbie uzdrawiania na boisku, ale zrezygnowała w ostatnim momencie. — Był pierwszą osobą u twego boku zaraz po tym, jak spadłeś z miotły. W tej chwili jest tak skołowany tym co się tam stało — nie wie dlaczego ani jak, i zdecydowanie nie ma pojęcia, że był tego przyczyną.
— Masz zamiar mu powiedzieć? — W jego oczach zamigotało przyćmione światło, kiedy imię Harry’ego zostało wymienione po raz kolejny.
— Chcesz, żebym to zrobiła?
— Nie wiem — powiedział obojętnie, chociaż napięcie było widoczne w sposobie w jaki wzruszył ramionami. — Jak chcesz.
— Nie rób tego! — Hermiona wyglądała na zirytowaną i posłała mu surowe spojrzenie. — Zdecyduj czy chcesz, żebym mu powiedziała, czy nie. Nie zrzucaj tej decyzji na mnie.
— Myślisz, że poczuje się lepiej, wiedząc?
Hermiona zastanowiła się przez chwilę.
— Nie wiem — w końcu powiedziała szczerze.
— Więc rób, co uważasz za słuszne.
Draco nachylił się i nalał sobie szklankę wody z dzbanka stojącego przy łóżku, po czym uchylił jeden łyk. Patrzył w wodę jak promienie bursztynowego światła odbijały się w jej bezbarwności, łapiąc widmo tęczy, kiedy rozpraszały się w czystej przejrzystości wody i szkła. Obojętnie zawirował wodą , tworząc miniaturowy wir w szklance, który zniknął natychmiast, kiedy wstrzymał ruch.
— Jesteśmy obecnie tak cholernie ufni — powiedział Draco na głos. — Wszystko bierzemy za pewnik i nawet nie zastanawiamy się dwa razy, jak jeden, mały zwrot wydarzeń może zmienić całe nasze życie. Nie mówię, że nie dbamy o to, co się z nami dzieje — a raczej, że zbyt wiele bierzemy za pewnik, aby się tym przejmować. Weź na przykład tę szklankę wody. — Uniósł szklankę jakby w toaście. — Po prostu piję, kiedy jestem spragniony. Nie przyszło by mi do głowy podejrzewać, że może być zatruta i że może to być mój ostatni łyk, jaki w życiu wezmę.
Hermiona spojrzała na Draco lekko zdziwiona.
— Dlaczego woda miałaby być zatruta? Ponieważ pani Pomfrey uważa, że zerowy wskaźnik umieralności wśród jej pacjentów nie wygląda dobrze w jej życiorysie?
— Nie udawaj głupiej, Granger. To tylko analogia — Draco posłał jej mrożące spojrzenie, następnie wrócił do ponurego spoglądania w szklankę wspomnianej wody, z której upił kolejny łyk. — W każdym razie, nawet jeśli zatruta, to i tak nie może być to gorsze od staniu w jakim obecnie jestem; eliksir miłosny to magiczna trucizna, płynąca w każdej kropli mojej krwi. Nie zabije mnie — roześmiał się gorzko. — Przynajmniej jeszcze nie teraz. I na pewno nie szybko.
— Musi istnieć jakiś sposób na zneutralizowanie eliksiru — powiedziała stanowczo Hermiona, z wyczuwalną determinacją w głosie. — Nawet jeśli nie istnieje bezpośrednie przeciw zaklęcie, musi istnieć jakaś luka.
— Luka? — Draco spojrzał na nią z niedowierzaniem. — Myślisz, że co to jest, Hermiono? Zasada, którą próbujemy ominąć? Miłość nie gra zgodnie z zasadami, a to nie jest gra. To błąd, a niektóre błędy nigdy nie mogą być naprawione.
— Więc po prostu masz zamiar z tym żyć? — Hermiona wybałuszyła oczy w niedowierzaniu. — Zamierzasz to przyjąć jako pomyłkę, jakby to miało teraz w czymś pomóc? A co z Harrym?
— Harry, dla twojej informacji, nie jest tym, kto straci zdrowie psychiczne pod wpływem długotrwałego działania eliksiru — odpowiedział Draco przez zaciśnięte zęby. — Harry, nawiasem mówiąc, może po prostu żyć swoim życiem, nie niosąc brzemienia napoju. Może po prostu odejść i wrócić do bycia normalnym.
— Nie, nie może — zapewniła gorąco Hermiona, patrząc groźnie. — Jeśli ci się wydaje, że jesteś jedynym, na którego ma wpływ ten eliksir, to jesteś w błędzie. Od chwili, kiedy pokazałeś mu powagę działania napoju, tnąc się i będąc przez niego uleczonym, zamartwiał się całym tym bałaganem tak, że sobie nawet nie wyobrażasz. Ukrywa wszystko przed Ronem, tylko żeby chronić tę okropną tajemnicę. Urywa się z zajęć i zakrada, tylko po to żeby z tobą porozmawiać. I nigdy nie widziałam go grającego tak kiepsko w quidditcha, w całej jego siedmioletniej karierze. Więc przestań się zachowywać jak jakiś święty męczennik, wykorzystaj swój czas produktywniej i zastanów się nad rozwiązaniem tego problemu, bo wiem, że jest jakieś wyjście.
— Wiesz, brzmisz jak cholerna Mathilda Miggs, Matka Szalonego Mugola — Draco wyglądał na lekko zdegustowanego. — Posłuchaj sama siebie: Wiem, że jest jakieś wyjście! Proszę oszczędź mi radosnego idealizmu.
— Och, przestań być takim durniem, dobrze? — warknęła Hermiona.
— Posłuchaj. — Draco opadł do tyłu na swoją poduszkę. — Myślę, że powiedzenie, iż miałem ciężki dzień, jest wielkim niedopowiedzeniem. Więc może zrzucę to na kontuzję. Tak czy inaczej, nie jestem w najbardziej optymistycznym z nastrojów, a ta rozmowa nie sprawia, że czuję się dużo lepiej.
Draco zamknął oczy i przez jedną, dziwną chwilę Hermionę uderzyło to, jak bezbronnie i krucho wyglądał, otoczony atmosferą zmęczonej niewinności.
— Zastanawiałam się — powiedziała powoli, — czy Zaklęcie Pamięci może zadziałać. Sprawić, abyś całkowicie zapomniał, że jesteś pod wpływem napoju, a może nawet wymazać całe wspomnienie wypicia eliksiru.
Draco potrząsnął głową.
— Nie zadziała. Zaklęcia Pamięci, są słabsze od Imperiusa, a nawet on nie jest skuteczny, kiedy działa napój miłosny. Widzisz… — Wziął głęboki oddech, drżenie było wyczuwalne w jego głosie, — Zaklęcia Pamięci i Imperius robią zamęt w twoim umyśle. Eliksiry miłosne w twoim sercu.
Hermiona spojrzała na Draco i po raz pierwszy w życiu zobaczyła w jego oczach czystą bezradność i dezorientację, brutalnie prawdziwą. Zauważyła również, że pod płaszczykiem arogancji i apatii był naprawdę przerażony, ponieważ nie miał pojęcia, co dalej robić. Radzenie sobie z brakiem kontroli widocznie nie było tym, czego go nauczono, nie w domu Malfoyów.
Westchnęła głęboko.
— Naprawdę powinieneś trochę odpocząć. — Odwróciła się aby odejść.
— Muszę porozmawiać z Harrym — powiedział zduszonym głosem.
Hermiona spojrzała na niego.
— Kiedy? — spytała po prostu, czym zaskoczyła Draco; spodziewał się, że zapyta, o czym chciał rozmawiać z Harrym.
— Tak szybko jak to możliwe. Jutro wieczorem o dwudziestej pierwszej. To samo miejsce, wie gdzie.
Hermiona przewróciła oczami.
— Tak, schowek na piątym piętrze, Wieża Astronomiczna — przerwała. — Z pewnością wiesz, jak wybrać miejsce na spotkanie — jesteś świadomy tego, po co właściwie większość ludzi chodzi tam w nocy, prawda?
— Tak, o to chodzi, że będą zbyt zajęci, żeby zauważyć jak się zakradamy. — Udało mu się uśmiechnąć.
Hermiona odchrząknęła.
— Tak długo, jak wy dwaj nie zarazicie się od tych radośnie migdalących się par.
Draco roześmiał się nieszczerze.
— Nie martw się, Harry zadba, abyśmy trzymali się programu. — Patrzył, jak Hermiona sięgnęła klamki i dodał cicho. — Dzięki, że przyszłaś.
Hermiona zatrzymała się i spojrzała na niego z ukosa.
— Powiem mu, że mówisz „cześć”.
— Po prostu powiedz mu, żeby tam był jutro w nocy.

***


— I co, udało ci się porozmawiać wczoraj z Malfoyem? — Harry zapytał Hermionę na powitanie następnego dnia rano, kiedy opuścili pokój wspólny, zmierzając na śniadanie do Wielkiej Sali.
— Tak — rzuciła krótko. Prawdę mówiąc, nie wiedziała, co jeszcze mogłaby dodać.
— I? — ponaglił ja Harry niecierpliwie. — Co powiedział?
— Że chce się z tobą dzisiaj spotkać w schowku na piątym piętrze. — Hermiona rozejrzała się ukradkiem dookoła, upewniając się, że idący tuż obok Ron, który właśnie pytał Seamusa o terminy meczów innych domów i hipotetyczne pozycje w tabeli, niczego nie usłyszy.
— Dziś wieczorem? — Harry zmarszczył brwi. — Po co? O czym chce rozmawiać?
— Nie wiem — odpowiedziała Hermiona szczerze. — Ale wyglądał, jakby naprawdę chciał z tobą porozmawiać.
— Wie, co się wczoraj stało? — Harry nie ustępował. — Dlaczego spadł? Czemu nie mogłem go uleczyć?
— Nie powiedziałam mu, że próbowałeś go uleczyć. I tak wyglądał na wystarczająco zmartwionego. — Hermiona spojrzała na niego z ukosa. — A co z tym, co powiedziałeś wczoraj w pokoju wspólnym? Nagle sobie przypomniałeś, że mimo wszystko to była kolizja, czy może chciałeś wprowadzić w błąd Rona i resztę?
— Wszyscy myślą, że się zderzyliśmy i uważam, że najlepiej będzie trzymać się tej wersji — odpowiedział Harry powoli. — Więc co mówił Malfoy?
— Sądzi, że zostanie dzisiaj wypuszczony ze skrzydła szpitalnego i… — zaczęła Hermiona, ale Harry dotknął lekko jej ramienia i odciągnął ją na bok, zwalniając kroku.
— Hej. — Spojrzał wprost na nią ze szczerym niepokojem w oczach. — Słuchaj, Herm, widzę, że unikasz moich pytań. Czy jest coś, co powinienem wiedzieć o tym, co się wczoraj wydarzyło? Proszę, powiedz mi, co mówił Malfoy.
Hermiona przygryzła wargę.
— To nie takie proste, Harry.
Mina Harry’ego wyrażała troskę i niepokój.
— Czy Malfoy prosił cię o zachowanie tajemnicy?
— Nie — odpowiedziała Hermiona. Niewątpliwie była w rozterce . — Chodzi o to, że… och, Harry, to ty.
— Ja? — Harry zamrugał. — Co…?
— Ty, Harry — powtórzyła z powagą. — Ty się wczoraj wydarzyłeś. Malfoy spadł z twojej winy, bo się w tobie zakochał i… — przerwała i westchnęła ciężko.
Harry patrzył na nią totalnie oszołomiony.
— Spadł… z mojej winy? Więc… — Wyglądał na zupełnie zdezorientowanego. — Co to oznacza? Że rzeczywiście się zderzyliśmy?
Nie — odpowiedziała Hermiona ze wzburzeniem. — Malfoy powiedział, że byłeś na niego wściekły, ponieważ wcześniej prawie złapał znicza, i twoja złość została jakoś spotęgowana przez działanie eliksiru. Mógł poczuć twój gniew w swojej głowie, Harry, i to było dla niego zbyt wiele, dlatego stracił przytomność i spadł z miotły. — Harry milczał przez dłuższą chwilę, a Hermiona patrzyła na niego zatroskana.
— Posłuchaj, to, co się stało, nie jest twoją winą…
Dotarli do Wielkiej Sali, więc Hermiona musiała przerwać na czas, kiedy zajmowali swoje miejsca i zamienić kilka słów z kolegami z klasy. Harry usiadł koło przyjaciółki i milczał, podczas gdy na stole pojawiło się jedzenie.
Hermiona czuła się strasznie, widząc Harry’ego w takim stanie — prawie żałowała, że wyznała mu prawdę, ale zdawała sobie sprawę, iż Harry na nią zasługiwał. Przecież był w całą sprawę zaangażowany bardziej bezpośrednio niż ona. I właśnie z tego powodu się wahała. Bo wiedziała, jak bardzo poczuje się winny temu, co się stało Draco.
Żałowała, że siedzieli teraz przy śniadaniu, bo nie mogła nawet normalnie porozmawiać z Harrym. Zerkając na niego ponownie, przyłapała go, jak patrzy przez salę i poczuła tępy ból w brzuchu, kiedy zorientowała się, gdzie skierował oczy: na puste miejsce przy stole Slytherinu.
— Harry — zaczęła, próbując wymyślić coś pocieszającego, ale on tylko potrząsnął głową, sygnalizując, że nie zamierza rozmawiać o tym przy stole.
Niezadowolona z powodu ponurego początku dnia, Hermiona zaczęła smarować masłem grzankę. Skubiąc chleb, rozmyślała nad tym, co Draco powiedział jej ostatniej nocy — jego słowa, takie jak trucizna, krew i błędy niemożliwe do naprawienia, brzmiały poważnie i złowieszczo, jednak nadal była przekonana, że znajdą z tego wyjście. Jakoś.
I nagle, kiedy podniosła szklankę z sokiem dyniowym do ust, wpatrując się w srebrnego węża widniejącego na zielonym sztandarze wiszącym nad stołem Slytherinu, wpadła na pomysł.
Ukąszenia.
Trucizna.
We krwi.
Antidotum.
— O mój Boże! — wykrzyknęła i skoczyła na równe nogi. — Wiem!
Wszyscy, łącznie z oszołomionym Harrym, odwrócili się, aby na nią spojrzeć.
Hermiona chwyciła grzankę i wepchnęła ją sobie do ust, mamrocząc coś, z czego tylko słowo „biblioteka” dało się rozpoznać, i czmychnęła z Wielkiej Sali.
Seamus popatrzył za nią z rozbawieniem na twarzy.
— Tak więc, panie i panowie, była to nowsza wersja „Eureki!”. Jednakże dużo mniej szokująca.

***


Harry sprawdził godzinę po raz trzeci w ciągu ostatnich pięciu minut — był kwadrans przed dwudziestą pierwszą, a on siedział sam na swoim łóżku w dormitorium chłopców. Ron i inni przebywali w pokoju wspólnym, ale on wolał zostać tutaj w ciszy i spokoju. Wiedział, że Hermiona była w bibliotece, gdzie spędzała większość swojego czasu pomiędzy zajęciami, poszukując eliksirów, które działały tak samo jak antidota na truciznę zawartą w jadzie węża.
To był genialny pomysł, przyznał w duchu Harry; tylko Hermiona mogła wpaść na tak sprytny plan. Najwyraźniej coś, co powiedział Draco poprzedniego dnia, sprawiło, że zaczęła myśleć o eliksirze miłosnym w kategoriach trucizny we krwi, co oznaczało, że antidotum powinno oczyścić ją z mikstury. Cudownie proste i zdecydowanie warte wypróbowania — zamierzał poinformować Draco o tym pomyśle, kiedy spotkają się dziś wieczorem.
Gruba, zakurzona książka zatytułowana „ Magia Medyczna” leżała na jego łóżku — Hermiona dała mu ją do przeczytania, aby zaznajomił się z podstawową koncepcją jej planu.
Harry otworzył księgę na ostatnich stronach, gdzie znajdował się indeks pogrupowany tematycznie. Z łatwością odnalazł temat „eliksiry odtruwające”, po czym odszukał podaną stronę i zaczął czytać:

Eliksiry Odtruwające używane są do detoksykacji krwi pacjenta, który został poddany działaniu trucizny, toksycznych substancji chemicznych lub innych obcych substancji, które mogą prowadzić do śmierci lub spowodować problemy zdrowotne. Eliksiry te działają na wszystkie typy chemicznych substancji, zarówno zażytych doustnie jak i wprowadzonych dożylnie; w rezultacie wszystkie leki będą musiały być podane ponownie po tym, jak zostanie zażyty Eliksir Odtruwający. Najczęściej używany jest do niwelowania działania błędnie podanego leku; działa najefektywniej na substancje chemiczne natychmiast rozpoznawalne w krwiobiegu. Działanie eliksiru jest zauważalne niemal od razu, chociaż czasami na efekt trzeba poczekać do dwudziestu czterech godzin.

Harry przerwał czytanie i zamyślił się na chwilę. Odtrutka wydawała się być tak przez nich poszukiwanym, idealnym rozwiązaniem. Oczywiście ta książka, będąc tylko magicznym, farmaceutycznym źródłem, nie posiadała formuły na jej przygotowanie. Właśnie dlatego Hermiona tak ciężko pracowała w bibliotece.
Draco zawdzięczał Hermionie naprawdę dużo, pomyślał Harry, sprawdzając godzinę po raz kolejny. Było dziesięć minut przed dwudziesta pierwszą, czyli najwyższy czas, aby zszedł na dół.
Kiedy układał swoje czarne szkolne szaty na oparciu krzesła, aby się nie pogniotły, coś wyśliznęło się z kieszeni i spadło na podłogę. Pochylił się i podniósł kartkę, domyślając się, że jest to notatka, którą Draco napisał do niego mniej niż tydzień temu. Trudno było uwierzyć, że upłynęło tak mało czasu. Wydawało się, że minęły wieki, jakby każda chwila pomiędzy nimi została rozciągnięta i wypełniona po brzegi wyjątkowo sprzecznymi, dezorientującymi emocjami.
Harry potrząsnął głową, próbując pozbyć się z głowy wszechogarniających zmartwień. Schował notatkę i położył książkę na stoliku nocnym. Biorąc głęboki, uspokajający oddech, opuścił dormitorium i zszedł na dół, starając się wyglądać tak zwyczajnie, jak tylko mógł. Inni Gryfoni siedzieli w pokoju wspólnym, rozmawiając i odrabiając prace domowe. Harry usprawiedliwił się wizytą u McGonagall, związaną z projektem z transfiguracji, po czym szybko wymknął się na korytarz.
Jego nogi poruszały się niemal mechanicznie, pamiętając drogę do schowka na Wieży Astronomicznej, mimo że szedł tędy tylko raz. Niektóre rzeczy trudno było zapomnieć, zwłaszcza jeśli wspomnienia wiązały się z nożami, krwią, pierścieniami i Draco.
Na miejsce dotarł minutę przed dwudziestą pierwszą. Zastukał w drzwi dwa razy, zanim ostrożnie je otworzył. Draco znów przyszedł pierwszy. Tym razem siedział na pokrywie szerokiego, palisandrowego kufra, stojącego w dalekim końcu pomieszczenia. Harry nie pamiętał, aby widział go tu wcześniej. Może Filch przyniósł kufer niedawno, co niedobrze się składało, bo świadczyło, że magazyn nie było tak nieużywany, jak myśleli.
Harry cicho zamknął za sobą drzwi, podszedł bliżej miejsca, w którym siedział Draco i w końcu zatrzymał się nieopodal niego. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale zdał sobie sprawę, że nie bardzo wie co. Malfoy cały czas nie spuszczał z niego oczu.
— Jak twoja kostka? — odezwał się pierwszy.
— Skąd wiesz…?
— Słyszałem — rzucił Draco, powoli wstając. Zrobił jeden krok w stronę Harry’ego, cały czas na niego patrząc. — Niezły mecz był wczoraj, co?
— Wszystko z tobą w porządku? — zapytał Harry głosem podszytym niepokojem.
Jego spojrzenie prześliznęło się po ciele Draco — Malfoy ubrany był zwyczajnie, w dżinsy i podkoszulek Slytherinu, na którego froncie widniał chiński znak węża, wytłoczony grubym, czarnym drukiem. Na odsłoniętych częściach rąk nie było widać prawie żadnych śladów obrażeń otrzymanych poprzedniego dnia, za wyjątkiem jasnego, lekko różowego odcienia świeżo wyleczonej skóry. Harry popatrzył na czoło Draco, które znaczyła niewyraźna srebrna smuga w miejscu, gdzie nieskutecznie próbował go uleczyć.
Draco spojrzał na niego niezwykle spokojnie.
— Czy według ciebie wyglądam w porządku?
— Ee... — Harry zaczął szukać odpowiednich słów. — Cóż, wyglądasz dobrze, to znaczy twoje ciało dobrze wygląda… Czekaj, nie to miałem na myśli, tylko że wyglądasz lepiej fizycznie — przerwał. — Ale nie wiem, jak się naprawdę czujesz.
Draco nieznacznie przechylił głowę.
— Czy Hermiona coś ci powiedziała? — Harry przygryzł wargę i przytaknął milcząco.
Na ułamek sekundy na twarzy Draco pojawiła się trudna do określenia emocja.
— Więc wiesz — dodał i odwrócił wzrok.
Harry przytaknął ponownie.
— Wszystko? — zapytał Draco z lekkim drżeniem w głosie. — O tym… dlaczego to się stało?
— Tak — odpowiedział łagodnie Harry. — Powiedziała mi.
Zapanowała cisza, jednak nie niezręczna czy kłopotliwa, raczej pełna zadumy, niesiona na niewypowiedzianej fali bezsilnego smutku. Był to najbardziej intymny niefizyczny moment, jaki do tej pory dzielili; stali zaledwie kilka centymetrów od siebie i tylko jeden krok do przodu zniwelowałby dystans pomiędzy nimi. Jednak żaden z nich się nie poruszył.
— Posłuchaj.— W końcu przerwał ciszę Harry, ciężko wzdychając. — Hermiona myśli, że wie, jak to naprawić. Ma naprawdę dobry pomysł i może…
Draco nagle sapnął i kurczowo chwycił się za dżinsy w okolicach kieszeni.
— Cholera, moja różdżka wibruje.
Harry zrobił krok do tyłu, rzucając mu zaniepokojone spojrzenie.
— Naprawdę mam nadzieję, że mówisz o swojej prawdziwej różdżce…
— Ktoś nadchodzi! — wysyczał Draco i przeklął wymyślnie. Obrócił się i spojrzał na drzwi za nimi. — To chyba Filch. Cholera, musimy się ukryć!
Harry wpatrywał się w zamknięte drzwi zdezorientowany.
— Nic nie słyszę.
Draco rozejrzał się wściekle po małym pomieszczeniu, ruszył szybko w stronę palisandrowego kufra i podniósł wieko, ukazując dość wąskie wnętrze. Oczy mu zabłyszczały, gdy popatrzył na Harry’ego.
— Chodź, tu możemy się schować.
Harry spojrzał na kufer sceptycznie. Nienawidził zamkniętych przestrzeni, ponieważ przypominały mu nieprzyjemne zdarzenia z dzieciństwa, a to prostokątne pudło za bardzo kojarzyło się z trumną, aby bez obaw do niego wejść.
— Co z tobą nie tak, Malfoy? — Harry zmarszczył brwi. — Nie słyszę żadnych kroków. Myślę, że to tylko ludzie chodzący na górze.
Nie — odpowiedział Draco niecierpliwie. — Ktoś ma zamiar wejść przez te drzwi i jeśli się nie pospieszymy, będziemy mieli kłopoty. Zaufaj mi, dobrze?
Zaufaj mi. Z jakiegoś powodu te dwa proste słowa poruszyły strunę w Harrym, ponieważ wyrażały coś, co już robił cały ten czas — ufał Draco. Nie dlatego, że musiał, ale dlatego, że chciał.
— Och, no dobra — zgodził się niechętnie, podchodząc do otwartego kufra. Stojący przy nim Draco wyglądał na zadowolonego.
— Super. Pospiesz się i wskakuj do środka. Teraz.
— Zwariowałeś? — Harry odwrócił się do Draco z niedowierzaniem. — Mam ci pozwolić położyć się na mnie? Mowy nie ma.
— Och, świetnie! — warknął zirytowany. — W takim razie ja wejdę pierwszy.
Szybko wszedł do kufra i usiadł, prostując nogi, po czym położył się płasko na dnie. Wnętrze kufra okazało się bardziej przestrzenne, niż na to wyglądało, ponieważ Draco był w stanie się tam zmieścić beż żadnych trudności.
— Na co czekasz?! — syknął, wpatrując się w Harry’ego. — Właź! Ktoś zaraz tu wejdzie!
Harry wymamrotał pod nosem coś, co brzmiało jak „lepiej żebyś nie ściemniał, Malfoy, bo inaczej…”, ostrożnie wszedł do kufra i delikatnie ułożył się na Draco. Ich ciała były idealnie dopasowane od ramion do kostek. Zaraz potem Draco sięgnął do góry i pociągnął za wieko kufra, które zatrzasnęło się nad nimi z cichym, głuchym odgłosem, pogrążając ich w ciemności.
Harry zamrugał, próbując przyzwyczaić oczy do panującej w środku smolistej czerni. Nie był nawet pewny, czy jego oczy są otwarte czy zamknięte. W takich ciemnościach nie robiło to żadnej różnicy. Napiął nogi i ręce po obu stronach Malfoya, żeby faktycznie na nim nie leżeć, jednak nie minęła nawet minuta, a ramiona zaczęły mu drętwieć i w końcu pozwolił sobie oprzeć się na Draco. Mógł poczuć ciepło jego piersi, przyciśniętej do własnej, i bicie jego serca.
Następną rzeczą, jaką usłyszeli, był skrzypiący odgłos naciskanej klamki. Drzwi otworzyły się w towarzystwie znajomego szurania nogami — bez wątpienia Filch. Słyszeli jego sapanie i coś jak stłumiony dźwięk worka ciągniętego po deskach podłogi. Odgłosy zatrzymały się niebezpiecznie blisko kufra. Zarówno Harry jak i Draco wstrzymali oddechy, ale zaraz wlekące kroki znowu się oddaliły i ucichły po wyraźnie słyszalnym kliknięciu zamykanych drzwi.
— Poszedł? — zapytał Harry bardzo cicho. Było zbyt ciemno, aby zobaczyć cokolwiek, jednak niejasno zdawał sobie sprawę, że jego broda opiera się na lewym ramieniu Draco; czuł kilka kosmyków włosów łaskoczących go w nos.
— Czekaj — wyszeptał cicho Draco. Wnioskując z kierunku, z którego dobiegał jego głos, wyglądało na to, że jego twarz była odwrócona od Harry’ego. — Na wszelki wypadek, gdyby wrócił.
Czekali w ciszy kilka dodatkowych minut. Kiedy tak leżeli przyciśnięci jeden do drugiego w kompletnej ciemności, Harry zauważył, jak oddech Draco przyspieszył niepostrzeżenie. Wieko naciskało mu na plecy, więc poruszył się niewygodnie — ten kufer zdecydowanie nie był zaprojektowany dla dwóch osób. Kolano Draco trącało jego łydkę i Harry próbował znaleźć mniej kompromitującą pozycję, jednak z powodu braku miejsca zakończyło się to niepowodzeniem.
— Jestem zgnieciony — poskarżył się z irytacją, znów próbując zmienić pozycje. Jego lewa noga już drętwiała i jakimś sposobem udało mu się owinąć prawą rękę wokół talii Draco. Palce tej ręki drętwiały.
— Potter — wydusił Draco przez zaciśnięte zęby. — Możesz przestać się tak wiercić? — Brzmiał na lekko zdyszanego. — Tworzysz, um… niepotrzebne… tarcie.
— Co? Ach! — Harry natychmiast zatrzymał się w pół ruchu, w jeszcze bardziej niewygodnej pozycji niż wcześniej. — Przepraszam.
Minęło kilka chwil absolutnej, niezręcznej i kłopotliwej ciszy.
— Wiesz, nadal możesz oddychać — odezwał się w końcu Draco w słabej próbie żartu.
— Hmm? Och, jasne. — Nawet głos Harry’ego zabarwiony był zakłopotaniem. — Nic mi nie jest.
Draco zamknął oczy i spróbował pogrążyć się w czystej ciemności. Chciał odwrócić uwagę od tego, jak kusząco blisko był Harry, leżąc na nim, a jego ruchy przed chwilą doprowadziły do pocieranie na wszystkie niewłaściwe sposoby. Czuł ciepły oddech Harry’ego na szyi, powodujący ciepłe dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Wszystko, co musiał zrobić, to obrócić głowę i…
— Um, przygniatam cię? — zapytał Harry. Draco zadrżał, czując na małżowinie ucha muśnięcie jego ust.
— Tak, przygniatasz — odparł i skupił się na uspokojeniu mimowolnego drżenia, które zawładnęło całym jego ciałem. Bogowie, to się okazało bardziej upokarzające niż kiedykolwiek sobie wyobrażał. Harry mógł poczuć wszystko, każdy jego najmniejszy dreszcz, będący odpowiedzią na ich nieznośnie intymną bliskość… To było zawstydzające.
Harry przesunął się znowu nieznacznie i coś, co przypominało chłodny metal, wysunęło się spod jego koszuli, dotykając odsłoniętej skóry Draco. Z niewielkiej wielkości i wagi, Draco natychmiast wywnioskował, co to jest. Z łańcuszka zawieszonego na szyi Harry’ego zwisał pierścień.
Jego serce zatrzymało się na chwilę. Czy to możliwe…? Czyżby Harry nosił jego pierścień?
Opierając się na Draco, Harry nagle zdał sobie sprawę z czegoś sztywnego, trącającego jego udo. Czegoś pulsującego rytmicznie. Jego oczy otwarły się szeroko. Nie odważył się nawet zgadywać, co to było.
— O mój Boże, Malfoy — wyszeptał w szoku.
— Wyluzuj, Potter. To naprawdę jest moja różdżka — poinformował go Draco i Harry mógł usłyszeć skryty uśmiech w jego głosie. Poczuł palce nad swoim lewym nadgarstkiem. W tym prostym geście była taka niezwykła łagodność, że nawet nie pomyślał, aby się odsunąć. — Rzuciłem na ten pokój Zaklęcie Obserwujące — kontynuował Malfoy niskim tonem. — Gdy ktoś znajdzie się w określonej odległości, uruchomi alarm, co spowoduje, że moja właściwa różdżka zacznie wibrować, aby nas ostrzec. — Draco rozsunął nieznacznie nogi i kolano Harry’ego ześliznęło się po wewnętrznej stronie jego uda. — Właśnie dlatego wiedziałem, że Filch nadchodzi i nadal czai się w pobliżu, bo wibracje nie ustały, chociaż są coraz słabsze. Kiedy się skończą, możemy stąd wyjść.
— Och. — Harry uśmiechnął się z ulgą. — Przez chwilę myślałem…
— Nie, Potter, to nie dlatego, że na mnie leżysz.
— Racja.
— Wiesz co? — zapytał Draco cicho. Odwrócił się w stronę Harry’ego i poczuł, jak czubki ich nosów musnęły się lekko, powodując, że przez jego ciało przebiegło delikatne mrowienie. Jego palce ponownie odruchowo zacisnęły się na nadgarstku Harry’ego. Byli tak blisko i nie mógł nic na to poradzić, po prostu nie mógł…
Uniósł odrobinę głowę i pocałował Harry’ego, pozwalając opaść powiekom, kiedy ich usta się zetknęły. I nagle wirująca ciemność zamieniła się w doskonałą aksamitność, a pusta czerń stała się kolorem spełnienia. Puścił nadgarstek Harry’ego, by spleść palce z jego palcami. Wszystko inne rozpadło się jak sen i liczyło się tylko to, co miał w tej chwili, co trzymał w ręce i co smakował czubkiem języka, gdy napierał ustami na ciepłe wargi Harry’ego…
— Malfoy — wyszeptał Harry tuż przy ustach Draco. Nie odwrócił się, ale też nie oddał pocałunku.
Draco zmusił się do otwarcia oczu; ponura rzeczywistość rozlała się wokół ponownie. Pozwolił głowie opaść na dno kufra, przerywając delikatny pocałunek. Usłyszał, jak Harry wymawia jego nazwisko, jednak nie tak jak sobie to wyobrażał te niezliczone razy w marzeniach, gdzie Harry obejmował go i szeptał: Draco.
— Posłuchaj, Malfoy — odezwał się Harry ponownie. Jego głos brzmiał osobliwie i dziwnie pod kontrolą. — Weź się w garść.
Draco poczuł, jak rumieniec wypływa mu na policzki.
— Nie chciałem.
— Nieważne — powiedział Harry obojętnie.
Leżeli w ciszy przez całą wieczność. Draco cofnął dłoń, wyplątując swoje drżące palce z ręki Harry’ego.
W końcu, gdy drgania jego różdżki ustały, odezwał się wciąż drżącym głosem:
— Dobra, możesz podnieść wieko i zejść ze mnie.
Otworzyli kufer i wyszli z niego niezdarnie. Harry skrzywił się, kiedy rozciągnął zdrętwiałe mięśnie, po czym odwrócił się, aby pomóc Draco. Draco chwycił ją, po czym spędzili kilka chwil na masowaniu odrętwiałych kończyn, przywracając je do życia. Harry spojrzał na Draco z wyrzutem.
— Nigdy więcej nie wejdę z tobą do żadnego kufra. Cały zesztywniałem.
— Och, naprawdę? — Draco uniósł brew i roześmiał się głucho. — Ładnie, ładnie, Potter, nie wiedziałem, że tak bardzo ci zależało.
Gdy do Harry’ego dotarło, co powiedział Draco, zarumienił się i wyglądał na bardzo speszonego.
— Miałem na myśli ręce i nogi!
Draco uśmiechnął się i wygładził swoje potargane włosy.
— Cokolwiek. — Jego uśmiech zbladł, kiedy ostrożnie rzucił okiem w stronę drzwi. — Lepiej spadajmy. Wygląda na to, że Filch jest tutaj na jednej ze swoich rzadkich wizyt. Byłem tu wcześniej dziesiątki razy i mało kiedy widziałem, żeby przychodził w nocy coś podrzucić. Raz prawie na niego wpadłem i dlatego teraz rzucam zaklęcie ostrzegawcze.
— Jest bardzo sprytne. — Harry był pod wrażeniem. Draco spojrzał na niego z ukosa z mieszaniną rozbawienia i wyższości.
— To tylko jedno z tych, które dają ci przewagę. Było w książce razem z twoim kajdankowym zaklęciem.
Harry zarumienił się lekko, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć.
Draco postąpił kilka kroków w jego stronę, rzucając mu oceniające spojrzenie.
— Twoja koszula jest pognieciona na plecach. — Sięgnął i zręcznie wyprostował kołnierzyk koszuli Harry’ego. — Proszę — powiedział, ale się nie cofnął.
Harry odwrócił się do niego i po raz kolejny stali twarzą w twarz, będąc zbyt blisko, aby czuć się komfortowo. A jednak wydawało się to dziwnie na miejscu. Harry wrócił do rzeczywistości i spojrzał w burzowoszare oczy Draco, w których smutek mieszał się z nadzieją.
— Posłuchaj, Malfoy, ja... — zaczął, ale Draco położył palec na jego wargach, uciszając go.
Nie — powiedział udręczonym głosem, a jego oczy zalśniły w niewypowiedzianym uczuciu. — Nie mów, że ci przykro, Potter.
— Nie miałem zamiaru — odpowiedział Harry rozważnie, pocierając ustami o palec Draco. — Chciałem powiedzieć, że mam zamiar sprawdzić, jak posuwa się plan Hermiony. Potem dam ci znać.
Patrzyli na siebie przez chwilę, która wydawała się wiecznością, po czym Draco pozwolił opaść swojej ręce i cofnął się o krok z nieprzeniknionym spojrzeniem.
— Idź pierwszy — powiedział cicho. — Poczekam kilka minut, w razie gdyby Filch był na patrolu.
— W porządku — Harry przytaknął.
Draco nic nie powiedział, kiedy Harry cicho wyśliznął się na korytarz. Po prostu opuścił wzrok i patrzył w inną stronę do czasu, aż usłyszał odgłos zamykających się drzwi. Wtedy ukrył twarz w dłoniach i osunął się na podłogę, zupełnie wyczerpany — wyczerpany czekaniem na Harry’ego, zmuszaniem się, aby nic z tym nie zrobić i tym, że kolejny raz nie udało mu się powstrzymać przed pocałowaniem Harry’ego.
To była męczarnia. Prawdziwa męczarnia i palący, bezsilny żal.
Nie. Nie mów, że ci przykro, Potter.
Na zewnątrz Harry delikatnie zamknął drzwi, ale nie zabrał dłoni z klamki. Oparł się o futrynę, spowity przez cienie tkane migotliwym światłem pochodni.
— I przepraszam — wyszeptał w ciemność.


Koniec rozdziału dziewiątego



9+: Alternatywne zakończenie


Leżeli w ciszy bardzo długo. Draco cofnął dłoń, wyplątując swoje drżące palce z ręki Harry’ego.
W końcu, gdy drgania jego różdżki w kieszeni ustały, odezwał się wciąż roztrzęsionym głosem:
— Dobra, możesz już otworzyć kufer i zejść ze mnie.
— Nareszcie. — Harry westchnął z ulgą. Uniósł się trochę, próbując unieść wieko łokciem. Z jednej strony był zadowolony, że wychodzi z tego pełnego niezręczności pudła, nie wspominając o napięciu fizycznym, które stawało się trudne do zniesienia, ale jednocześnie… czekaj, czekaj, co z tym wiekiem jest…
— Możesz już ze mnie zejść — powtórzył Draco trochę zmęczonym głosem. — No dalej.
— Nie dam rady — rzucił Harry, lekko zaniepokojony. Spróbował mocniej pchnąć wieko, ale nawet nie drgnęło. — Cholera, zablokowało się!
— Och — odezwał się głucho Draco. — To niedobrze.
Bez entuzjazmu wyplątał nogę i kopnął nią w pokrywę kufra. Nagłe, mocne uderzenie powinno pomóc, ale nic się nie stało. Wieko pozostało zakleszczone.
Draco zaklął pod nosem.
— Dobra, wygląda na to, że utknęliśmy. Czyli mamy dwa wyjścia: możemy poczekać, aż zapas tlenu się wyczerpie, albo zacząć krzyczeć w nadziei, że ktoś przyjdzie i nas uratuje.
— I żeby nas tak znaleźli? — zapytał Harry z niedowierzaniem. — Zwariowałeś? Mowy nie ma — jęknął z rozpaczą. — Od samego początku wiedziałem, że wejście z tobą do kufra było złym pomysłem.
Z jego lekko zdesperowanego tonu Draco wywnioskował, że Harry musiał czuć się klaustrofobicznie.
— To może spróbujmy inaczej. Zsuń się trochę z mojego lewego ramienia, żebym mógł palcami podważyć pokrywę od środka.
— Nie zadziała — mruknął z irytacją Harry. — Czułem krawędzie wieka, nie ma tam żadnej luki. Po prostu się zablokowało, to wszystko. — Przerwał na chwilę, poszukując dla siebie wygodniejszej pozycji. — Nie, mam lepszy pomysł. To stara sztuczka.
— Na czym polega?
— Pchnij naprawdę mocno — odpowiedział Harry.
— Masz na myśli w górę… czy w dół? — zasugerował Draco z udawaną niewinnością, za co natychmiast oberwał w żebra. — Ał! To bolało.
Zamknij się, Malfoy — warknął Harry przez zaciśnięte zęby.
Położył ręce i kolana płasko na dnie kufra, żeby zwiększyć nacisk, i wziął głęboki oddech, aby zebrać siły. Nastąpiła bardzo długa cisza, wypełniona oczekującym milczeniem.
— Dobra, możesz zacząć pchać — ponaglił Draco, brzmiąc na zniecierpliwionego.
— Już to zrobiłem — chrząknął Harry. — Nawet nie drgnie.
— Och. — Draco zabrzmiał na lekko zadowolonego z siebie. — Cóż, to i tak był popisowy plan Gryfonów.
— I co to niby miało oznaczać? — zapytał gniewnie Harry. — Ja przynajmniej próbuję nas stąd wyciągnąć, podczas gdy wszystko, co robisz ty, to leżenie i rzucanie złośliwych uwag. Jakoś nie wydajesz się pojmować, że koniecznie musimy wydostać się z tego kufra i jak najszybciej wrócić do naszych dormitoriów. Jest prawie pora snu i ludzie będą się zastanawiać, gdzie jesteśmy, a wtedy przyjdą nas szukać, i kiedy znajdą nas tutaj w środku, zakładając, że ostatecznie to zrobią, to będzie…
— Potter. — Głos Draco był idealnie spokojny.
— Co? — warknął Harry. Próbował teraz otworzyć wieko, uderzając w nie piętami.
— Chciałem cię tylko poinformować, że jest to wyłącznie w naszym interesie, aby wydostać się z kufra — powiedział Draco uroczyście.
Harry zamrugał skonsternowany.
— O co…
Draco uniósł głowę i zakrył usta Harry’ego swoimi, nie pozwalając mu dokończyć zdania. Przesunął dłońmi wzdłuż jego pasa, a potem przez plecy aż do głowy, którą trzymał tak, żeby Harry nie mógł jej odwrócić. Zamknął oczy i pocałował Harry’ego głęboko, wyginając się w łuk i napierając na drugie ciało w doskonałym zestrojeniu.
Czuł, jak Harry na moment napiął mięśnie, po czym, jakby na próbę, jego wargi drgnęły, wyrażając niepewność, ale jednak odwzajemniając pocałunek. Draco przesunął dłońmi w dół pleców Harry’ego, zręcznie wyciągając ze spodni koszulkę i unosząc ją do góry. Delikatnie przebiegł palcami po nagiej skórze i wtedy mimowolny dreszcz przyjemności przebiegł przez jego ciało, kumulując się w…
Nagle i bez ostrzeżenia Draco wcisnął między nich prawą rękę, rozpiął zamek spodni Harry’ego i wsunął dłoń do środka.
Harry wydał z siebie zduszony okrzyk i odruchowo szarpnął się gwałtownie do tyłu. Uderzył plecami w wieko kufra z taką siłą, że odskoczyło, a ciemność rozproszyła się, kiedy srebrzyste światło księżyca wpadło przez zakurzone okno schowka.
Usiadł prosto, oddychając z trudem, z oczami szeroko otwartymi z niedowierzania, zarówno z powodu otwarcia się kufra, jak i faktu, że dłoń Draco ciągle pozostawała w jego spodniach. Patrzył na niego przez chwilę, zbyt oszołomiony, aby zareagować, w końcu jednak zdrowy rozsądek powrócił i Harry wyskoczył z kufra. Odsunął się kilka kroków, wyglądając na zranionego i przerażonego.
— Co ty, do diabła, wyprawiasz? — sapnął, speszony. Jego policzki pokrywał rumieniec.
— Uwalniam nas — odpowiedział spokojnie Draco, chociaż również był lekko zasapany. Wzruszył ramionami. — I tak przy okazji, udało mi się.
— Ale wsadziłeś rękę w moje… — wysyczał Harry, ciągle wściekle patrząc na Draco. — I pocałowałeś mnie, i…
— Cel uświęca środki, Potter. — Na ustach Draco wykwitł dziwny półuśmieszek. Wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie, kiedy z gracją wyszedł z kufra i otrzepał się z kurzu. — Najważniejsze, że się wydostaliśmy, prawda?
— Grasz nieczysto, Malfoy. — Harry posłał mu urażone spojrzenie.
— Kto chciałby grać czysto? — Draco nie mógł powstrzymać uśmiechu.
— O rany! — Harry schował twarz w dłoniach. — Wciąż nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś.
— Uwierz, Potter. Jeśli to było tak dobre, musiało być prawdziwe. — Draco uśmiechnął się złośliwie.
— Ale ty… — Harry wydawał się mieć problem z wyrzuceniem słów przez usta, ciągle ciepłych i mrowiących od pocałunku. — To znaczy ty… ty…
— Och, dlaczego po prostu nie powiesz tego głośno, Potter? — Draco przewrócił oczami. — Wsadziłem rękę w twoje spodnie i zareagowałeś nadzwyczaj pozytywnie. I tak na marginesie, masz ciągle otwarty rozporek.
Harry jęknął zażenowany i szybko zaczął zapinać dżinsy, ale w pośpiechu przyciął materiał i zamek zablokował się w połowie drogi.
Draco uniósł brew i przyglądał mu się z rozbawieniem.
— Potrzebujesz pomocy?
— Nie! — odpowiedział Harry, robiąc krok do tyłu. — Nie, dam sobie radę, dzięki.
— Tak, całkowicie się zgadzam, bardzo dobrze dajesz sobie radę. — Draco posłał Harry’emu zmysłowy uśmiech, celowo spoglądając na jego dżinsy i sugestywnie puszczając oczko.
— Ymm… — Harry’emu udało się w końcu zapiąć zamek. Podszedł do drzwi, wyglądając na bardzo skrępowanego. — Powinienem iść, zanim ktoś... ee, ktoś wejdzie. To znaczy nie! Mam na myśli, że wejdzie do schowka. Ach, nieważne. — Na jego twarz wypłynął nowy odcień czerwieni. — Naprawdę powinienem iść.
— Tak, Potter, wchodzisz i wychodzisz, to wszystko co robisz — zachichotał Draco.
— Szlag — mruknął Harry ze złością, kiedy szybko otworzył drzwi. — Do zobaczenia później.
Draco uśmiechnął się, kiedy Harry wyszedł lub raczej uciekł ze schowka. Naprawdę nie oczekiwał, że zareaguje tak spektakularnie na jego rękę w swoich spodniach, ani nie spodziewał się, że tak wytrącony z równowagi będzie później. Bardzo interesujące. Naprawdę.
Na zewnątrz Harry delikatnie zamknął drzwi, ale nie zabrał dłoni z klamki. Oparł się o futrynę, spowity przez cienie tkane migotliwym światłem pochodni.
— Cholera — wyszeptał cicho, przymykając oczy i biorąc powolny, głęboki oddech. — Teraz potrzebuję zimnego prysznica.


Koniec
Ostatnio edytowano 28 maja 2012, o 21:46 przez TEAM DRARRY, łącznie edytowano 3 razy
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez karmelowa » 7 maja 2012, o 20:50

Szczerz mówiąc... Jestem naprawdę, naprawdę zdziwiona, ale bardziej mi się podoba normalne zakończenie. Co prawda, to alternatywne również jest wyjątkowo... hmm... interesujące, ale prawdziwsze wydaje mi się to właściwe. Chciałabym może, żeby Harry delikatnie odwzajemnił pocałunek Malfoya, ale to wszystko na ten moment.

Jeśli chodzi o błędy, zauważyłam niemal na samym początku brak "na" przy "upadek wyglądał o wiele gorszy". Dziwnie również brzmi "powinien obudzić się w każdej chwili". Napisałabym "może obudzić się w każdej chwili" lub "powinien się niedługo obudzić". Myślę, że tak byłoby lepiej. Więcej błędów nie widziałam, bo albo ich nie było... Albo za bardzo się zaangażowałam w samą treść tekstu :)

Pozdrawiam i czekam na więcej. Oby szybko.
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez Sienne » 8 maja 2012, o 10:03

Pierwsze zakończenie jest według mnie lepsze. Nie chcę, by Harry już teraz w jakikolwiek sposób reagował na Draco. Wszystkie intymne gesty Ślizgona są dyktowane przez eliksir miłosny, natomiast Gryfon podejmuje decyzje bez ingerencji. Nie chcę, by po podaniu antidotum okazało się, że Malfoy będzie patrzył na Pottera z kpiną.

Według mnie "Eureko!" Hermiony jest nieco nietrafione. To było chyba oczywiste, że jeśli Draco wypił eliksir i osiągnął niepożądane skutki, to należy szukać antidotum.
"Najwyraźniej coś, co powiedział Draco poprzedniego dnia, sprawiło, że zaczęła myśleć o eliksirze miłosnym w kategoriach trucizny we krwi, co oznaczało, że antidotum powinno oczyścić ją z mikstury."
Nawet ten frament nie jest jak dla mnie wystarczającym usprawiedliwieniem dla błędnego toku myślenia Gryfonki.

Pomysł z kufrem wydaje mi sie nieco dziecinny. Oni są czarodziejami! Fakt, że zapewne jakiś szczególnych osiągnięć w dziedzinie zaklęć nie mają, jednak nadal mają różdżki z którymi mogą zrobić co chcą. To wszystko wydaje mi się takim nieudanym zabiegiem pisarskim, mającym na celu na siłę doprowadzić do określonej sytuacji.

Rozdział ten na pewno nie zaliczam do ulubionych. Niemniej jednak z niecierpliwością czekam na kontynuację i życzę weny translatorskiej.
"Oto stał przed nim Draco Malfoy, całkowicie nagi, jeśli nie liczyć bielizny, skarpetek, spodni, koszuli i swetra."
meet-mad-hatters
Sienne Offline


 
Posty: 9
Dołączył(a): 5 maja 2012, o 13:10
Lokalizacja: wyjątkowo wygodny fotel

Postprzez karmelowa » 8 maja 2012, o 11:08

A ja tam myślę, że kufer jest dość zabawny ^^ No i wcale nie tak mało prawdopodobny. O ile wiem, ani Potter, ani Draco nie potrafią rzucać jeszcze zaklęć maskujących. Gdyby było inaczej, biedny Harry nie musiałby ciągle ratować swojego tyłka peleryną niewidką. Po coś przecież ona istnieje, nie? A gdyby zablokowali drzwi (tak wiem, Filch jest charłakiem i nie mógłby ich otworzyć), to... Snape zaraz by się o tym dowiedział i wrzeszczałby we wszystkie strony "To na pewno Potter!".

Kufer wydaje mi się być prostym, lekkim i raczej prawdopodobnym rozwiązaniem, naprawdę. Zwłaszcza, że to Malfoy wpadł na ten pomysł. Może chciał podświadomie zbliżyć się do Harry'ego w ten sposób?

Jeśli chodzi o zakończenie, nadal jestem za pierwotną wersją, choć uważam, że Harry spokojnie może mieć momenty "oddawania pocałunków".

I mam takie małe, mroczne myślątko, że Draco to już nie jest pod działaniem eliksiru. Przecież Harry chciał go uleczyć i nic z tego nie wyszło, prawda?

Pozdrawiam :)
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez MargotX » 9 maja 2012, o 19:52

Mogłem wyraźnie powiedzieć, kiedy Harry był zły, a jego wściekłość zakłóciła niepewną równowagę całej dynamiczności pomiędzy nami. To było — urwał, szukając słów, — to było jak tonięcie, gdzie wszystko co widzisz, kiedy twoja głowa znajdzie się na powierzchni wody, to szkarłatne niebo, a wszystko co widzisz, kiedy się zanurzysz, jest morzem ciemności. Myślę, że w tym momencie to było więcej, niż mogłem udźwignąć, i straciłem przytomność.

Jak straszne jest pozbawienie nie tylko woli, ale jakiejkolwiek możliwości kontroli własnych uczuć, działań, zachowań. Gdyby negatywne emocje Harry’ego były jeszcze bardziej intensywne, Draco mógłby nie żyć…

Do tego ta koszmarna świadomość, że jest całkowicie bezsilny, odsłonięty, w żaden sposób nie jest w stanie zapanować nad wpływem trucizny na jego życie. Nawet Hermiona, szorstko, w zasadzie raczej wbrew swojej woli, ale zaczyna odczuwać niejakie współczucie, choć raczej tego nie okazuje. Biedny Draco, po raz kolejny cierpiący z powodu bliskości Harry’ego, której nie mógł wykorzystać w sposób, w jaki pragnąłby. Strasznie mi go żal, bo naprawdę nie ma kontroli nad swoimi emocjami, które coraz bardziej go niszczą.

Zdecydowanie wolę pierwsze zakończenie, bo jeśli ma coś między nimi być, tak naprawdę, to musi zaistnieć w pełni świadomie z obydwu stron, a nie pod działaniem trucizny z jednej a współczucia z drugiej strony.

Pozdrawiam i czekam na c.d. :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez TEAM DRARRY » 17 maja 2012, o 22:37

Beta: Aevenien i Minamoto
Dziękuję :*

Enjoy!



Rozdział 10: W zawieszeniu.


Miłość znaczy, że nigdy nie musisz mówić „przepraszam” *


Następnego ranka przy śniadaniu, Hermiona — wyglądająca na zmęczoną, ale usatysfakcjonowaną — wślizgnęła się na miejsce obok Harry’ego.
— Uważam, że Eliksir Odtruwający to najlepsze wyjście — wymruczała cicho, choć wystarczająco głośno, by Harry ją usłyszał, jednocześnie hojnie nakładając sobie na talerz fasolki w sosie pomidorowym. — Cóż, w zasadzie to jedyny plan, jaki mamy, ale jest na tyle obiecujący, że powinniśmy być zadowoleni.
— Z czego powinniśmy być zadowoleni? — przerwał Ron, który przysunął się do nich i usłyszał ostatnie słowa.
— E… — Hermiona przygryzła wargę usiłując szybko coś wymyślić, ale Harry ją ubiegł:
— Z tego, że czuję się wystarczająco dobrze, by wziąć udział w jutrzejszym treningu quidditcha — odpowiedział zdawkowo wzruszając ramionami. — Moja kostka przez te kilka dni wydobrzała i powinienem poćwiczyć przed powtórką meczu, bez względu na to, kiedy ma się odbyć.
Ron najpierw rozpromienił się, a później zmarszczył brwi i jęknął.
— O, nie! Jutro wieczorem mam szlaban u Snape’a! Cholera, nie będę mógł być na treningu.
— Cóż, nie zostałbyś ukarany, gdybyś nie insynuował, że Snape nie rozróżnia kolorów — zauważyła Hermiona, wywracając oczami.
Ron nie wyglądał na skruszonego.
— Ja jedynie zasugerowałem, żeby sprawdził swój wzrok. Znaczy, tak jak powiedziałem Snape’owi, kolor fioletoworóżowy może być dla każdego nieco inny, tak? Mój balsam muchomorowy był wyraźnie fioletoworóżowy, a on upierał się, że to „powodujący mdłości odcień fioletu”.
Harry wybuchnął śmiechem.
— Jestem pewny, że Snape byłby wzruszony waszą troską o jego zdrowie. — I naśladując niski, jadowity i ociekający sarkazmem głos Snape’a powiedział: — Tak, Weasley, fioletoworóżowy może być dla każdego nieco inny, ale tylko moja opinia się liczy.
— To naprawdę nie było warte szlabanu, wiesz? — Hermiona potrząsnęła głową, zwracając się do Rona. — I szczerze mówiąc, według mnie to było koloru liliowego.
— Dzięki za wsparcie, Herm. — W głosie Rona słuchać było urazę. Zwrócił się do Harry’ego: — Kiedy byłeś w skrzydle szpitalnym, rozmawiałem z resztą drużyny i aktualna strategia wszystkim odpowiada, więc może zastosujmy ją w następnym meczu?
Hermiona wyłączyła się z rozmowy, gdy Harry i Ron zaczęli omawiać sprawy dotyczące quidditcha, niecierpliwie czekając, by opowiedzieć Harry’emu o Eliksirze Odtruwającym. No i nieco zastanawiało ją, jak poszło wczorajsze spotkanie z Malfoyem. Była w bibliotece aż do jej zamknięcia, a gdy wróciła do pokoju wspólnego Gryfonów, Harry’ego nadal nie było.
Dyskusja o quidditchu zakończyła się, kiedy Harry spytał Rona, czy Seamus byłby w stanie nakłonić panią Hootch do zaplanowania powtórki meczu Slytherin-Gryffindor po nadchodzącej rozgrywce z Hufflepuffem, będącym ich następnym planowym przeciwnikiem. Seamus siedział przy drugim końcu stołu, więc Ron zabrał tosta i poszedł z nim porozmawiać.
— No, dobra — powiedziała Hermiona cicho zaraz po odejściu Rona. — Jak poszło wieczorem? Co Malfoy myśli o Eliksirze Odtruwającym? Czy uważa, że to warte ryzyka?
Harry zmarszczył brwi w bolesnej próbie nakłonienia swojego umysłu do przypomnienia sobie, co Draco powiedział o eliksirze i nagle uświadomił sobie, że przecież wcale nie powiedział Ślizgonowi o pomyśle Hermiony. Rozpraszało ich… coś innego.
— E… — Harry był zakłopotany. — Tak naprawdę to… jeszcze nie całkiem mu powiedziałem.
— Co? — Hermiona spojrzała na niego podejrzliwie. — Co masz na myśli mówiąc ”nie całkiem mu powiedziałem”? Spędziłeś z nim wczoraj mnóstwo czasu! Co robiliście? — Nagłe olśnienie odbiło się na jej twarzy i z niedowierzaniem spojrzała na Harry’ego. — Tylko mi nie mów, że znów zaczął cię całować!
— Nie — odpowiedział szybko. — Cóż, tak. Tak jakby. Nie wiem.
— Dziwi mnie jak można być tak nieprecyzyjnym — powiedziała oschle.
Harry próbował wszystko wytłumaczyć:
— Chodzi o to, że byliśmy razem zamknięci w kufrze i…
— Byliście gdzie?! — Spojrzała na niego zdumiona, a później westchnęła zrezygnowana. — Czekaj… niech zgadnę. Wieko kufra nie chciało się otworzyć i utknąłeś w jego wnętrzu z Malfoyem.
— Nie! Klapa kufra działała perfekcyjnie. — Policzki Harry’ego nabrały lekkich kolorów.
— Nieważne, nie jestem pewna, czy chcę to usłyszeć — przerwała Hermiona, posyłając mu uszczypliwe spojrzenie. — Wiesz, te wasze samotne spotkania zaczynają być złym pomysłem. Nie są zbyt produktywne — przerwała na chwilę. — A nawet przynoszą efekt przeciwny do zamierzonego.
— Do niczego nie doszło! — upierał się Harry. — Filch niespodziewanie przyszedł do składziku, ale Malfoy rzucił sprytne Zaklęcie Nadzoru, które nas ostrzegło chwilę wcześniej i musieliśmy się schować wewnątrz staromodnego kufra, by nie dać się złapać.
Hermiona posłała mu kose, badawcze spojrzenie. Nieprzewidziane wtargnięcie Filcha nie tłumaczyło, jak Malfoy skończył całując Harry’ego, ale wykalkulowała sobie, że z całą pewnością miał w tym udział zamknięty kufer. W każdym razie nadal nie była pewna, czy chce poznać intymne szczegóły.
— Mogę z nim dziś porozmawiać — zaproponował Harry, próbując zadośćuczynić swojemu zapomnieniu. — Może wieczorem, po treningu quidditcha?
Hermiona pokręciła głową.
— Dziś wieczorem powinien zażyć Eliksir Odtruwający.
— Dziś wieczorem? — Zaskoczony Harry zamrugał. — Tak szybko? To znaczy, że już dowiedziałaś się jak go przyrządzić?
Ton Hermiony podkreślał, że sytuacja jest nagląca.
— W tym rzecz. Znalazłam w książce instrukcje wskazujące, jak sporządzić taki eliksir. Okazuje się, że to naprawdę proste, potrzeba zaledwie sześciu różnych składników i wszystkie są łatwo dostępne w zasobach Snape’a.
Harry słuchał uważnie.
— To dobra wiadomość.
— Tak — kontynuowała: — Myślę, że mogę wszystkie dostać tego wieczoru. Po opiece nad magicznymi stworzeniami poszukam Snape’a, rzekomo by pobrać całą listę ingrediencji, potrzebnych mi do zajęć praktycznych z eliksirów, które robię za dodatkowe punkty. — Hermiona przyłapała Harry’ego na podśmiewaniu i zmrużyła oczy. — Och, zamknij się Harry. Twoje szczęście, że robię ten projekt, bo dzięki niemu będziesz miał składniki potrzebne do eliksiru.
— Szczęście Malfoya, nie moje — przerwał Harry. — Zawdzięcza ci tak wiele, Herm, może uda ci się go nakłonić, by nazwał twoim imieniem jakiś pawilon w Malfoy Manor?
— Bardzo śmieszne, ha ha. W rzeczywistości liczyłam na obietnicę, że nie będzie wyśmiewał się z Rona, ale wątpię czy to możliwe. W każdym razie, jak mówiłam, mogę łatwo umieścić składniki Eliksiru Odtruwającego na liście składników, które dostanę od Snape’a, ponieważ są powszechnie stosowane i nie wzbudzi to podejrzeń — przerwała na moment. — Ale jest jeden szkopuł…
Harry jęknął.
— Wiedziałem, że tak będzie. Co to?
— Jeden ze składników, sok rośliny Veronia, jest wyjątkowo niestabilny poza specjalnym pojemnikiem — wyjaśniała Hermiona — a jego jakość znacznie pogarsza się w miarę długości przechowywania. I jeśli zostanie dodany do mikstury już po „czasie przydatności”, to mieszanina eksploduje. Co oznacza, że jeśli dziś dostanę składniki od Snape’a, to eliksir trzeba przygotować jak najszybciej, nie później niż tego wieczora.
— Dobrze — powiedział wolno Harry, starając się przyswoić wszystkie nowo otrzymane informacje. — Więc musimy powiedzieć Malfoyowi o wieczornym spotkaniu, a następnie szybko, już w trakcie przygotowywania wywaru, opowiedzieć mu o pomyśle z Eliksirem Odtruwającym, bo wcześniej nie będzie szansy na prywatną rozmowę.
— Nie „my” — poprawiła Hermiona. — Ty. Ja wieczorem idę na zajęcia praktyczne z eliksirów. Nie kolekcjonuję tych wszystkich składników dla zabawy, wiesz? — Ukradkiem oszacowała go wzrokiem. — W każdym razie nie odczuwam potrzeby oglądania, jak Malfoy gapi się na ciebie przez całą noc. To dość irytujące.
— On się na mnie nie gapi — zaprotestował Harry.
— O, tak, robi to. Cały czas. — Hermiona przewróciła oczami. — Nawet Ron nie gapi się na Fleur tak, jak Malfoy wpatruje się w ciebie.
— A… jak on na mnie patrzy? — zapytał niezobowiązująco Harry, jego głos delikatnie zmiękł.
Hermiona zastanawiała się przez chwilę.
— Gdy spogląda na ciebie w jego oczach widać głębokie, intensywne uczucia i to jest tak… jedyne w swoim rodzaju. Tak jakby nie dostrzegał nic innego, prócz ciebie. I czasem zaciska powieki, jakby sam twój widok sprawiał mu ból, a jednak po chwili otwiera oczy i dalej się wpatruje. — Hermiona pozwoliła sobie na wyrozumiały uśmiech. — Właściwie to całkiem romantyczne, oczywiście pomijając fakt, że to Malfoy.
Harry wyszczerzył zęby w kpiącym uśmiechu.
— Doskonale powiedziane, Herm.
— O, i jest coś jeszcze — dodała Hermiona wracając do swojego skupionego, metodycznego nastroju. — Książka, w której znalazłam przepis na Eliksir Odtruwający, jest raczej… starodawna. Po raz pierwszy opublikowano ją na początku XVI wieku i chociaż kopia znajdująca się w bibliotece to przedruk, oryginał nie został od tamtej pory zmieniony. Dobrym pomysłem wydaje się więc uzyskanie notki z pozwoleniem na dostęp do Działu Zakazanego, by sprawdzić czy nie będzie tam bardziej aktualnych informacji o Eliksirze Odtruwającym, dzięki którym może zadziałać lepiej. Jeśli nie, zadowolimy się tym, co mamy.
— Od kogo możemy dostać notkę? — zastanawiał się Harry, w myślach przeglądając listę nauczycieli, wykreślając od razu Snape’a i Trelawney. — Czy Hagrid może udzielić pozwolenia?
— Nie — odpowiedziała smutno Hermiona. — Tylko profesorowie mogą udzielić dostępu do Działu Zakazanego. Hagrid nie może, nawet jeśli formalnie jest nauczycielem. I nie mogę poprosić Snape’a, bo obecnie jestem w posiadaniu wystarczającej liczby substancji chemicznych, by aresztowano mnie na każdej stacji świstoklików na całym świecie. — Przez chwilę rozważała sytuację. — Wiesz co? Uważam, że powinieneś poprosić Malfoya, żeby zdobył pozwolenie. To wszystko po to, by jemu pomóc, więc niech zrobi przynajmniej tyle.
Zanim Harry zdążył odpowiedzieć, wrócił Ron po zakończeniu narady z Seamusem.
— Dobra, wszystko ustalone — powiedział pogodnie Ron, posyłając Harry’emu i Hermionie szeroki uśmiech. — Seamus też uważa, że będzie lepiej dla nas, jeśli Ślizgoni obejrzą nasz mecz z Puchonami przed powtórką rozgrywki Slytherin-Gryffindor. Kiedy zobaczą nas na boisku w tym samym ustawieniu, które zastosowaliśmy w środowym meczu z nimi, pomyślą, że w kolejnym starciu też użyjemy tej strategii!
Harry pytająco uniósł brwi.
— A nie zrobimy tego?
— Hm… — Ron zastanawiał się kilka sekund. — Albo uznają, że celowo chcemy nakłonić ich do myślenia, że będziemy stosować tę samą taktykę we wszystkich spotkaniach, więc będą oczekiwać innego planu gry dla powtórnego spotkania, mimo że my zastosujemy ten sam. Albo w końcu nie zastosujemy. A może zastosujemy? — przerwał. — Czy to w ogóle ma jakiś sens?
— Nie — odpowiedział Hermiona, tłumiąc śmiech. Strząsnęła kilka okruszków ze spódnicy i wstała od stołu. — Zostawię was teraz samych, żebyście mogli do woli mieszać sobie w głowach. Muszę wrócić po książkę z biblioteki. — Posłała Harry’emu szybkie, znaczące spojrzenie. — Mam wiele do zrobienia, do zobaczenia później.
Ron pomachał jej na pożegnanie i odwrócił się z powrotem do Harry’ego.
— Więc co myślisz o rezultatach Ślizgonów przez te piętnaście minut zanim wstrzymano grę?
Harry zauważył, że Ron stara się nie przypisać jemu odwołania meczu. Wrażliwość na uczucia innych nie była cechą charakterystyczną Rona i Harry wiedział, że w ten sposób chłopak robi co w jego mocy, by wykazać się wsparciem i empatią, i Harry był za to wdzięczny.
— Cóż — Harry usiłował sformułować jakąś przyzwoicie brzmiącą opinię na temat drużyny Ślizgonów, choć dużo więcej miał do powiedzenia na temat gry Draco, bo większość czasu spędził mając na niego oko — myślę, że ich obrońca był często faulowany, co tłumaczy dlaczego mieliśmy tak wiele kar.
— Co myślisz o ich szyku obronnym? — naciskał Ron. — Zauważyłem, że jeśli nasz ścigający miał kafla, to ścigający Ślizgonów okrążali go z boku i otaczali tak, by ślizgoński pałkarz miał łatwiejszy cel. To może być potencjalnie szkodliwe dla naszych atakujących, nie sądzisz?
— E… — powiedział Harry, rozproszony wejściem Draco do Wielkiej Sali na późne śniadanie. Mgliście zastanawiał się, jak długo Ślizgon przebywał wczoraj w składziku po jego wyjściu. Może pojawił się Filch i go złapał? Draco mógł spędzić noc będąc przesłuchiwanym na okoliczność tego, co, do cholery, robił czając się w nieużywanym pomieszczeniu o tak późnej porze. Miał szczerą nadzieję, że tak się nie stało.
— Dobrze się czujesz, Harry? — Głos Rona dotarł do niego, wyrywając go z zamyślenia.
— Hm? — Harry odwrócił się do Rona. — A, tak, obrona Slytherinu.
Ron przyjrzał mu się z niepokojem.
— Jesteś pewny, że wszystko w porządku? — powtórzył, brzmiąc na autentycznie zmartwionego. — Wydajesz się dziś jakiś… nieobecny. Źle się czujesz, czy coś?
— Nie, nie — pospieszył z zapewnieniami Harry. — Miałem przez chwilę małe zawroty głowy, ale już w porządku, nie martw się o mnie.
— Zawroty głowy? Chcesz iść położyć się na trochę? — spytał Ron, z niepokojem marszcząc czoło. — Jeśli nie czujesz się zbyt dobrze, powinieneś wypocząć. Jesteś pewny, że możesz wziąć udział w jutrzejszym treningu?
— Mówiłem ci, Ron — powiedział Harry stanowczo. — Wszystko w porządku. — Obdarzył go nieco wymuszonym uśmiechem. — Być może to myśl o piętrzących się stosach prac domowych powoduje, że kręci mi się w głowie. Jak to wszystko pogodzić: quidditch i wszystkie inne rzeczy? Mam ogromne zaległości do nadrobienia.
— Możesz ukraść pracę domową Hermiony — zażartował Ron. — Kiedy odejdzie, możesz splądrować jej torbę, buchnąć jej pergaminy i zrobić kopię — przerwał i zmarszczył brwi. — Ostatnio spędza mnóstwo czasu w bibliotece robiąc badania do tych swoich wypracowań, dodatkowo punktowanych zadań i Bóg wie czego jeszcze. Jeśli nie będzie ostrożna, obciążą ją częścią bibliotecznych kosztów ogólnych, bo stale tam przesiaduje.
— Zgadza się, jest bardzo zajęta — odpowiedział wymijająco Harry. — Ale czy wszyscy nie jesteśmy? Wiesz, między quiddichem, pracami domowymi, klasami i wszystkimi innymi rzeczami. — Celowo był mało precyzyjny. — Myślę, że wszyscy mamy deficyt czasu.
Przez chwilę wydawało się, że Ron rozważał słowa Harry’ego, a później pochylił się z poważna miną.
— Słuchaj, Harry, nie chcę byś stresował się tym, co się stało podczas meczu. Mam na myśli to, że od środy byłeś bardzo zmartwiony. Wiem, że chciałeś wygrać, i rozumiem, że spadająca miotła nie jest najlepszym sposobem na zakończenie meczu, ale na pewno nie powinieneś czuć się temu winny, ani robić sobie wymówek za to, że ktoś spadł, bo to nie twoja wina. To wszystko wina Malfoya.
Harry westchnął.
— To był wypadek, Ron.
— Albo i nie! — powiedział zapalczywie Ron. — Wiesz, Malfoy ma niesamowitą zdolność robienia bałaganu i powodowania, że czujesz się wszystkiemu winny, nawet jeśli tak nie jest. Pamiętasz jak było z Hardodziobem? Malfoy zrobił ogromne zamieszanie wokół śmiertelnej rany i Hagrid czuł się odpowiedzialny za to co się stało, mimo że wszyscy wiedzieli, że Malfoy udaje. Rozumiesz, co mam na myśli?
— Cóż… — zaczął Harry.
— A ja nie zamierzam dać Malfoyowi satysfakcji widzenia cię zdenerwowanym — powiedział poważnie Ron. — Wiem, że prawdopodobnie wciąż jesteś wstrząśnięty tą kolizją, wypadkiem i wszystkim innym. I chcę byś się nieco zrelaksował, więc nie przepracowuj się i nie spalaj. Dobrze, Harry?
Harry zdołał się lekko uśmiechnąć i lekko dotknął ramienia Rona.
— Dzięki, Ron.
Ron dostrzegł, że napięcie Harry’ego nieco zmalało. Uśmiechnął się i serdecznie poklepał przyjaciela po ramieniu.
— W każdej chwili, stary.

***



Po obiedzie, na dziesięć minut przed opieką nad magicznymi stworzeniami, Harry stał przed pokojem nauczycielskim zastanawiając się: wejść czy nie. Powtórzył w myślach jeszcze raz swoją historyjkę, tak by brzmiała co najmniej przekonująco, wziął głęboki oddech i już miał zapukać, jednak zanim to zrobił drzwi się otwarły i z pomieszczenia wyszedł profesor Lupin.
— Eee… Dzień dobry, profesorze Lupin. Właśnie pana szukałem — wykrztusił zaskoczony Harry.
Lupin poprawił trzymany w rękach stos książek i uśmiechnął się do Harry’ego.
— Jak dla mnie idealny moment — powiedział uprzejmie. — Mogę ci w czymś pomóc?
— Cóż… — Harry starał się mówić jak najbardziej zwyczajnym tonem. — Interesuje mnie zrobienie kilku badań i zastanawiałem się, czy mógłby pan podpisać mi pozwolenie na przejrzenie kilku książek w bibliotece.
— Badania? — Lupin wyglądał na zainteresowanego. — A konkretnie jakie tematy cię zainteresowały?
Harry miał na to gotową odpowiedź.
— Chciałem poczytać więcej o zaawansowanych czarnomagicznych sposobach kontrolowania psychiki. — W rzeczywistości zaczerpnął ten cytat z notki wydawniczej, znajdującej się na okładce jednej z książek Hermiony.
Lupin się zadumał.
— Niektóre dodatkowe badania z tej dziedziny czarnej magii z pewnością byłyby użyteczne dla naszego aktualnego programu nauczania. Cieszę się, widząc, że interesuje cię poszerzanie wiedzy, bo nie ma czegoś takiego jak jej nadmiar w przypadku obrony przez czarną magią. — Pokiwał głową z aprobatą, a nadzieja Harry’ego wzrosła. — O jakich pozycjach myślałeś?
— Eee… — Harry zamarł. Tak naprawdę książka, której potrzebowała Hermiona, dotyczyła eliksirów, ale tego akurat nie mógł powiedzieć Lupinowi, bo ten skierowałby go do Snape’a. Więc musiał spróbować. — Czy mógłbym dostać ogólne pozwolenie? — Które umożliwiłoby mu dostęp do wszystkich książek w Zakazanym Dziale…. To było ryzykowne, ale Harry skrzyżował palce i miał żarliwą nadzieję, że okaże się na tyle godny zaufania, by Lupin dał mu notkę.
— Ogólne pozwolenie? — Lupin skrzywił się lekko. — Cóż, z przyczyn oczywistych pozwolenia ogólne są bardzo ściśle nadzorowane, a my, nauczyciele, często musimy uzasadniać ich przyznanie. Zazwyczaj wydawane są jedynie dla uczniów prowadzących projekty obowiązkowe, a nie dobrowolne badania… Dlaczego nie możesz mi dokładnie powiedzieć, co chcesz przeczytać i dlaczego to cię tak bardzo interesuje? Może będę mógł zrobić dla ciebie wyjątek.
Harry rozważył pytanie Lupina.
— Zafascynował mnie sposób, w który pewne formy czarnej magii mogą wpłynąć na ofiarę tak bardzo, by zmienić jej życie — odpowiedział szczerze. — Jakie straszne mogą być skutki, na przykład manipulacji myślami ofiary, jej uczuciami i przekonaniami. Zaklęcia Pamięci i klątwa Imperius, przez które myśli przybierają fałszywy kierunek i… eliksiry miłosne, oczywiście, które wywracają serce do góry nogami.
— Aha… — Na twarzy Lupina pojawiło się zrozumienie i mądrze pokiwał głową. — Czy to przypadkiem nie ma czegoś wspólnego z Draco Malfoyem?
Serce Harry’ego zamarło w pół uderzenia. Czuł się jakby go właśnie przejechał Hogwart Express, całkowicie pozbawiając tchu. Wpatrywał się w Lupina, zbyt wstrząśnięty, by się odezwać. Jak, do diabła, się dowiedział?
— Słucham, profesorze? —wydusił w końcu. Usiłował utrzymać nonszalancki ton, ale raczej z marnym skutkiem.
— Wypracowanie Draco Malfoya — powtórzył Lupin, dziwnie mu się przyglądając. — Pamiętam, że nakreślił relację uroków pamięci i eliksirów miłosnych w stosunku do klątwy Imperius, co było niezwykle trafną analizą — przerwał, z niepokojem wpatrując się w Harry’ego. — Czy stało się coś złego?
Dzięki ci, Merlinie. Pod Harrym, z ulgi, prawie ugięły się kolana, krew ponownie popłynęła w żyłach, a serce walczyło o powrót do normalnej aktywności. Przez jedną przerażającą chwilę myślał, że jego uczucia są tak oczywiste, że Lupin wszystkiego się domyślił… Ale to było tylko odniesienie do wypracowania Draco. Dzięki ci, Merlinie.
— Nie, nic złego — powiedział szybko, choć jego głos drżał. — Po prostu, em… Miałem wrażenie, że kichnę, ale już mi przeszło.
— Obawiam się, że nie mogę przychylić się do twojego wniosku, Harry — powiedział z żalem Lupin, stanowczo kręcąc głową i wysyłając emocje Harry’ego po raz drugi w przeciągu ostatnich minut na przejażdżkę kolejką górską. — Rzeczywiście jest trochę więcej do nauczenia o Imperiusie, niż zapisano w podręczniku, tak jak i o zaklęciach pamięci, o których będziemy się jeszcze uczyć w tym roku, więc może wtedy mógłbyś napisać coś o nich? Może wypracowanie? A dostęp do informacji dotyczących eliksirów miłosnych jest ściśle monitorowany przez ministerstwo z tej prostej przyczyny, że zaskakująco prosto je przygotować, mimo że należą do grupy najgroźniejszych i najsilniejszym eliksirów czarnomagicznych.
— Och. — Harry był zawiedziony, ale Lupin najwyraźniej uznał, że jego rozczarowanie wynika z odrzucenia prawdziwej chęci nauki.
— Jestem pod wrażeniem twojego zapału, Harry. — Lupin wyglądał na zadowolonego, mimo że jego dobre samopoczucie nie było tym, o co Harry’emu chodziło. — Co powiesz na to: za kilka tygodni będziemy mieć zajęcia o tym, jak używać zaklęć i klątw w czarodziejskich pojedynkach.
— Brzmi bardzo ciekawie, profesorze. — Bez większego entuzjazmu powiedział Harry.
— Tak, ta lekcja z pewnością zapowiada się na, co najmniej, obfitą w wydarzenia.

***



Udając się z Ronem do chatki Hagrida na opiekę nad magicznymi stworzeniami, Harry był w złym humorze. Czuł, że jego niezadowolenie było więcej niż uzasadnione — nie tylko nie dostał od Lupina pozwolenia, ale w jakiś sposób udało mu się skończyć z obowiązkiem napisania już drugiego wypracowania w ciągu dwóch tygodni. Obrona przed czarna magią była jego ulubionym przedmiotem, ale teraz po prostu nie miał ani czasu, ani ochoty na dodatkowe zadania.
— Nie dostałem pozwolenia — mruknął do Hermiony, gdy odsunął się od Rona i stanął obok niej. Oboje opierali się o płot przy chatce Hagrida, podobnie jak reszta Gryfonów i Krukonów, z którymi dzielili zajęcia.
Hermiona wyglądała na niepocieszoną ostatnim niepowodzeniem, ale i pełną współczucia.
— Już próbowałeś i nie zdołałeś go zdobyć?
— Tak — ponuro odpowiedział Harry. — Myślałem, że spośród wszystkich profesorów u Lupina najłatwiej załatwię pozwolenie, ale nawet on nie dał się nakłonić. Szczerze mówiąc można by pomyśleć, że prosiłem go o autoryzację przeniesienia miliona galeonów do mojej skrytki u Gringotta.
Hermiona zmarszczyła brwi.
— Czy przypadkiem nie miałeś poprosić Malfoya o zorganizowanie notki?
Harry wzruszył ramionami.
— Miałem po obiedzie wolną chwilę i pomyślałem, że spróbuję poprosić Lupina.
Dziewczyna prychnęła z irytacją.
— Nie powinieneś odwalać całej roboty, podczas gdy Malfoy siedzi i nic nie robi. Jeśli eliksir faktycznie wpływa na niego tak silnie jak myślisz, to powinien włożyć nieco wysiłku w znalezienie sposobu na jego neutralizację.
— Nie sądzę, by to było dla niego łatwe — stwierdził cicho Harry, nie patrząc na przyjaciółkę i tym samym przegapił zaskoczone spojrzenie, którym go obdarzyła. — Nie chodzi tylko o efekt, który wywiera na niego eliksir, ale, co jest bardziej niepokojące, o jego własną reakcję. Nigdy nie widziałem nikogo wyglądającego tak nieszczęśliwie, jak on wczoraj.
Harry wpatrywał się w trawiastą łąkę za płotem, gdzie jesień w pełni chwały zdołała nakłonić czerwono-złote liście, by opuściły drzewa nim ona zacznie przemijać w swoim własnym, nieśpiesznym tempie. Niebo niosło coś więcej niż drobną groźbę zbliżającego się deszczu i Harry cieszył się, że Gryfoni zamiast na dziś, zarezerwowali boisko na jutro. Mgliście zdał sobie sprawę, że od jakiegoś czasu nie słyszał o treningach Ślizgonów, ale stwierdzenie, że ich kapitan nie był w formie, było niedopowiedzeniem roku.
— Póki co, zapomnij o pozwoleniu — powiedziała roztropnie Hermiona, jak zawsze głos rozsądku. — Nie wpływa to na plan i wszystko ma przebiegać tak, jak ustaliliśmy wcześniej. Nie ma problemu z uzyskaniem niezbędnych składników, a wszystko co musisz zrobić, to zmieszać wszystko razem, wymamrotać inkantację i wcisnąć Malfoyowi eliksir do gardła. I gotowe.
Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu. Hermiona bywała czasami uroczo metodyczna, aczkolwiek osobiście miał wrażenie, że Draco wolałby, żeby Harry wcisnął mu do gardła coś zupełnie innego niż Eliksir Odtruwający. Tego przynajmniej dowodziły poprzednie spotkania.
Na dzisiejszej opiece nad magicznymi stworzeniami po raz kolejny oglądali jednorożce. Harry zdecydowanie wolał te oswojone, wytworne stworzenia od narowistych i często plujących jadem gatunków, które zwykle przyprowadzał Hagrid. Obecnie większość dziewcząt zebrała się w luźnych grupkach wokół któregoś z pięciu jednorożców, podczas gdy chłopcy stali z tyłu i obserwowali. Zaskoczony Harry nagle dostrzegł Draco, prowadzącego jednego z mniejszych jednorożców na bok, blisko miejsca, w którym stali z Hermioną, tyle że z przeciwnej strony płotu.
Harry postanowił skorzystać z okazji i krótko porozmawiać ze Ślizgonem; szturchnął Hermionę i półgębkiem spytał:
— Mogłabyś na trochę odwrócić uwagę Rona? Muszę powiedzieć Malfoyowi o wieczornym spotkaniu. To zajmie minutkę.
Kiedy Hermiona przesunęła się do Rona rozmawiającego z Hagridem, Harry ukradkiem ruszył przez pole, starając się wyglądać jak najbardziej naturalnie, mimo że celowo zbliżał się do miejsca, w którym stał Ślizgon. Nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi — wszyscy byli zajęci zabawą z jednorożcami.
Draco zerkał na zbliżającego się Harry’ego. W jego oczach przez chwilę zamigotało zaskoczenie, jednak szybko zostało przyćmione przez rezygnację. Nie odezwał się, ale jego wzrok, spokojny niczym cisza przed burzą, nawet na chwilę nie oderwał się od Gryfona.
Harry spojrzał na zwierzę stojące obok Draco — choć było mniejsze niż inne, promieniowało pewnym spokojem i dojrzałą godnością, które przyciągały do niego wzrok. Był źrebakiem, jego grzbiet pokrywała ciemnografitowa sierść poprzetykana pasmami świetlistego srebra. Na czole, pod lśniącym znakiem w kształcie gwiazdy, miał mały róg: nieskazitelny jak kość słoniowa, skrzący się niczym gwiezdne konstelacje.
Jednorożec podniósł lekko łeb i spojrzał podejrzliwie na Harry’ego, pomimo że to Draco otwartą dłonią gładził jego pysk. Harry’ego zaskoczyło, jak nieskrępowane było zwierzę w kontakcie ze Ślizgonem.
— Podoba mi się twój jednorożec — powiedział, pełen zachwytu nad smukłością zwierzęcia i jego jedwabistą srebrną grzywą. Mimo to nie próbował go dotknąć.
Draco przechylił głowę, a kąciki jego ust uniosły się w małym uśmiechu.
— Czy to nowy sposób na podryw?
Harry nie wiedział czy śmiać się, czy złościć. Uczucie niepewności w obecności Draco stało się czymś naturalnym. Chłopak nie dał mu powodów, by czuć się pewnym czegokolwiek — przy nim nawet światło mogło być skażone, a ciemność czysta. Postanowił więc pozwolić, by ta chwila po prostu minęła, a pytanie przebrzmiało.
— Coś wymyśliliśmy. Przyjdź znów o północy do składziku.
— Dzisiaj? — Draco uniósł brew. — Więc nasz wczorajszy mały „przerywnik” ucieszył cię jednak bardziej niż powinien? Może powtórka przedstawienia? — Jego oczy nie odzwierciedlały żartobliwego tonu, był w nich jedynie cień bólu.
Harry posłał mu spojrzenie, które położyło kres tej wypowiedzi.
— Nie. Hermiona ma pomysł, który może być poszukiwanym przez nas rozwiązaniem.
— Rozwiązaniem? — Głos Draco zabrzmiał dziwnie, jakby natężenie emocji było podkręcane przez lekką i delikatną, ale stałą, presję. — Nadal poszukujemy rozwiązania czy tylko sposobu na ucieczkę od tego?
— Malfoy — powiedział wyraźnie Harry, a jego głos był stanowczy, choć sam nie całkiem sobie wierzył. — Nie poddawaj się.
Draco odsunął się od jednorożca i zbliżył się do Harry’ego, aż zwierzę z niezadowolenia zaczęło uderzać o ziemię przednimi kopytami. Ślizgon zignorował jego zachowanie i utkwił wzrok w Harrym.
— Nie chodzi o to, że przestaję próbować znaleźć rozwiązanie — powiedział cicho Draco. I choć uważał, by jego głos był spokojny, nadal nie udało mu się ukryć znajdującego się głębiej bólu. — Po prostu ulegam przewadze argumentów.
Harry zamknął oczy, łamiąc nieubłaganie narastające między nimi napięcie, ale nim przymknął powieki, zdążył jeszcze dostrzec zmartwienie odbijające się w srebrze oczu Draco. Samo patrzenie niemal łamało mu serce, a teraz jeszcze mógł to poczuć. W jego głowie rozległ się alarm — to było dokładnie to, co przewidziała Hermiona: zostanie pochłonięty przez wir splątanych emocji, które nawet nie są jego. Nie mógł do tego dopuścić.
Otworzył ponownie oczy z silnym postanowieniem trzymania się logiki i zdrowego rozsądku, zarówno dla dobra swojego, jak i Draco.
— Zaufaj mi. Potrafisz to zrobić? — Harry usłyszał swój własny głos, a przed jego oczami pojawił się ciąg nieproszonych scen: jasne światło obijające się w ostrzu sztyletu, barwne klejnoty w pierścieniu z polerowanego srebra, chwilowy blask w pogrążonym w ciemności kufrze.
Promienie popołudniowego słońca przesączały się przez włosy Draco rozświetlając je złoto-białą poświatą. Jego blade rysy, skąpane w ciepłym blasku, muśnięte rumieńcem na bladych policzkach; rześki podmuch wiatru pojawił się i przeminął, ale chłopak nie odgarnął kosmyków wpadających mu do oczu. Po prostu wpatrywał się w Harry’ego, a jego wzrok był jednocześnie pytający i pełen zrozumienia. W końcu odezwał się:
— Oczywiście. — Jego słowa były doskonale przemyślane. — Przyjdę.
Harry pokiwał głową i cofnął się, po czym — usiłując wyglądać tak niepozornie jak to możliwe — odwrócił się i odszedł w stronę Rona i Hermiony, znajdujących się po drugiej stronie ogrodzenia.
— Hej! — powiedział Ron do zbliżającego się przyjaciela. Był lekko skrzywiony i Harry wiedział, że zauważył skąd wraca. — Co robiłeś z jednorożcem Malfoya?
Hermiona z całych sil usiłowała nie zachichotać i Harry zgromił ją wzrokiem, nim z niewinną miną zwrócił się do Rona:
— Och, ja tylko powiedziałem, żeby go nie monopolizował, znaczy, że to nie fair by miał jednego tylko dla siebie, prawda?
Ron z daleka popatrzył na zwierzę. Harry również spojrzał w jego stronę i ujrzał, że Draco właśnie karmił jednorożca jabłkiem, jednocześnie gładząc jego srebrna grzywę w zaskakująco łagodny sposób.
— Cóż, tak czy tak, niezłe chuchro — przesądził Ron, dochodząc do jawnie stronniczego wniosku, zgodnie z którym każdy magiczny stwór mający choć odrobinę sympatii dla Malfoya nie mógł być ani inteligentny, ani sympatyczny. — Wcale nie jest ładny i nie ma nawet koloru takiego, jak inne jednorożce.
— Ale ma ładny róg — palnął Harry bezmyślnie, a Hermiona zdusiła kolejny atak śmiechu, czego Ron nie zauważył.
— Serio? — spytał, wzruszając ramionami.— No cóż, w każdym razie zgadnij, co powiedział nam Hagrid? Norbert wygrał konkurs dla ziejących ogniem! Właśnie dostał sowę od Charlie’ego.
Hermiona oparła się o ogrodzenie przysłuchując się jak Ron entuzjastycznie powtarza Harry’emu to, co przekazał im Hagrid: że Norbert zwyciężył, ponieważ podpalił ogon przeciwnika, zmuszając rannego do wycofania się z konkurencji. Widziała, że Harry ledwo słucha, zamiast tego patrząc w dal, w stronę ogrodzenia na przeciwległym końcu pola.
I miała dziwne przeczucie, że tym w co Harry się wpatruje, nie jest jednorożec.

***



Mrok zalewał cieniste korytarze, pogrążając je w zupełnej ciemności, podczas gdy Harry obiecywał sobie, że już nigdy nie podejmie się przemycenia aż czterech buteleczek mikstur po ciszy nocnej. Szczególnie że nie mógł używać magii, by nie ryzykować naruszenia ich magicznych właściwości.
Najpierw, przepełzając przez otwór za portretem, niemal upuścił butelkę z sokiem Veronii. Później, po drodze, co najmniej trzy razy wpadał na filary, ponieważ nie wystarczyło mu rąk, żeby jeszcze oświetlić sobie drogę różdżką. Podczas prób jednoczesnego balansowania butelkami ze składnikami do eliksiru, radzenia sobie z bzdurnie umiejscowionymi filarami i uważaniem na grasującego Filcha, składzik nigdy nie wydawał się aż tak odległy.
Kiedy wreszcie dotarł do niezamkniętego pomieszczenia, Draco — jak zwykle — już tam był.
Harry zastanawiał się, o której zwykle przychodzi. Zwykła punktualność wynikała z przyzwoitości, ale konsekwentne przychodzenie wcześniej... To było zupełnie co innego.
Harry odstawił na stół wszystko, co przyniósł i westchnął głęboko, szybko spoglądając na zegarek. Właśnie wybiła północ, przysłowiowa magiczna chwila, gdzie rzeczy zmieniały się w mgnieniu oka.
I ze względu na Draco Harry miał nadzieję, że coś się zmieni na lepsze.
Północ oznaczała także, iż sok z rośliny Veronii, którą Hermiona dostała od Snape’a wczesnym wieczorem, był zamknięty w specjalnym pojemniku przez prawie pięć godzin. Jego jakość ulegała pogorszeniu i jeśli się nie pospieszą, to skuteczność Eliksiru Odtruwającego może być znacznie niższa lub — co gorsze — mikstura może im wybuchnąć w twarz podczas łączenia wszystkich składników.
Draco z zainteresowaniem wszystkiemu się przyglądał.
— Niech zgadnę. Rozpoczniemy naszą własną franczyzę eliksirami, robiąc konkurencję dla Snape’a, dzięki czemu zarobimy wystarczającą ilość pieniędzy, by uciec z kraju, nim ojciec dowie się o zamieszaniu z eliksirem miłosnym.
— Bardzo śmieszne. — Harry posłał Ślizgonowi miażdżące spojrzenie. — Po pierwsze, biorąc pod uwagę twoje umiejętności przyrządzania mikstur, nie zainwestowałbym sykla w żaden eliksirowy interes, którego byłbyś częścią. A po drugie, bez względu na okoliczności, nie mam zamiaru uciekać z tobą z kraju.
Draco spojrzał na niego wilkiem, ale kontynuował przyglądanie się jak Harry, wspomagając się trzymaną w dłoni pogniecioną listą, sprawdza etykiety na butelkach.
— Dobra, teraz zdejmuj szatę — polecił energicznie Gryfon, nie podnosząc wzroku znad rozłożonych na stole zabutelkowanych mikstur i innych, stałych składników, dzięki czemu przegapił zdziwioną minę Draco.
Draco zawahał się, patrząc na Harry’ego z niemałym zaskoczeniem.
— Co? — spytał, nie ruszając się z miejsca.
— Zdejmuj szatę — powtórzył Harry, machnięciem głowy wskazując pustą przestrzeń na środku składziku. — Rozłóż ją na podłodze i przyjdź tutaj. Ja zdejmę i rozłożę także swoją a wtedy możemy zabrać się do roboty.
Brwi Draco wystrzeliły w górę.
— I to jest ten błyskotliwy pomysł Granger?
— A co to miało znaczyć? — Harry spojrzał w górę, nie bardzo wiedząc o co Draco chodzi. — To doskonały pomysł, Malfoy. Powinniśmy to zrobić dawno temu, na przykład natychmiast po zażyciu eliksiru. Efekt byłby lepszy, gdybyśmy zrobili to wcześniej i żałuję, że na to nie wpadliśmy.
— No cóż, myślałem o zrobieniu tego wcześniej, ale… — Draco nadal był nieufny. — Jesteś pewny, Harry? Czy nie powinniśmy najpierw… hmm… porozmawiać?
— Nie ma czasu na dyskusje — rzucił Harry, niecierpliwie potrząsając głową. Wzruszeniem ramion zrzucił szatę na podłogę. — Musimy zrobić to tu i teraz. Myślę, że jeśli szybko się do tego nie zabierzemy, to coś eksploduje.
Draco wyglądał na zaniepokojonego.
— Cóż, dobrze, jeśli tak mówisz. Znaczy, jeśli naprawdę tego chcesz. — Rozpiął przód swojej szaty, pozwalając, by aksamit zsunął się z jego ramion, odsłaniając cienką, białą koszulę nocną. Zaczął odpinać jej guziki, na chwilę zamarł i spojrzał na Harry’ego. — Chcesz żebym zgasił światło?
— Co? — Kompletnie zaskoczony Harry wpatrywał się w Draco, gdy nagle uzmysłowił sobie, o co chodzi. — Och. [/i]Och![/I]
— Coś się stało? — Draco zauważył zaskoczenie Harry’ego i przygryzł wargi. — Chwila. Ty nie?…
— Nie! — Konsternacja wynikająca z uświadomienia sobie intencji Draco szybko ustąpiła irytacji i zażenowaniu. — NIE! — Harry podszedł do miejsca, w którym znajdował się Ślizgon i mocno uderzył go w ramię. — Malfoy, nie o to mi chodziło.
Policzki Draco pokryła purpura.
— Ale powiedziałeś...
— Powiedziałem “zdejmuj szatę i rozłóż ją na podłodze”, byśmy mieli miejsce na przygotowanie eliksiru bez obawy, że rozlejemy go na podłogę. — Harry przerwał, wyglądając na wzburzonego i speszonego, i spiorunował Ślizgona wzrokiem. — Z całą pewnością nie miałem na myśli tego, co ty! Na Merlina, Malfoy! Czy kiedykolwiek sugerowałem coś takiego?
— Hej, a skąd miałem wiedzieć, co masz na myśli? — Draco brzmiał na równie oburzonego, co upokorzonego, i obrażony zaczął zapinać guziki koszuli nocnej. — Zawsze wyskakujesz z dziwnymi pomysłami, więc starałem się być pomocny.
— Jasne. — Harry zamknął oczy i palcami pomasował skronie. Z niedowierzaniem potrząsnął głową, nie tyle z uwagi na fakt, że Draco doszedł do takiego wniosku, ale z powodu tego, iż tak łatwo na to przystał. — To znaczy, że myślałeś o tym wcześniej?! Skończ te brudne myśli, Malfoy!
— To nie moja wina! — Wygładzając przód koszuli Draco wyglądał, jakby ktoś go zranił i udzielił ostrej reprymendy. — Niepotrzebnie byłeś niejednoznaczny. Chodzi mi o to, że jesteśmy tutaj sami, a ty prosisz bym się rozebrał i do tego zaczynasz ściągać własne ubranie...
— I właśnie TO wywnioskowałeś? — wykrztusił Harry, czerwieniąc się.
— Cóż… to mogło również oznaczać, że chcesz porównać rozmiar...
— MALFOY!
— … naszych ubrań. To właśnie chciałem powiedzieć. — Draco uśmiechnął się ironicznie. — Wewnętrzna długość nogawki i rękawa, Potter. O czym ty myślisz?
By odzyskać nad sobą panowanie, Harry wziął głęboki wdech. Rozmowa o zrzucaniu ubrań, porównywaniu wielkości, z dużą ilością niedopowiedzeń, skutecznie odwróciła jego uwagę od Eliksiru Odtruwającego.
— Dobra, spróbujmy ponownie — powiedział powoli, wyraźnie artykułując każde słowo i surowo spoglądając na Draco. — I od teraz wszystko, co powiem przyjmij dosłownie, a swoje brudne mentalne przemyślenia zachowaj dla siebie.
Draco znów się obruszył, ale podszedł, by pomóc przenieść składniki ze stołu na oczyszczone miejsce na podłodze, gdzie rozłożyli swoje szaty. Ślizgon chciał nawet uświadomić Harry’emu, co zwykle robi dwójka osób na prowizorycznej kołdrze z szat ułożonej na podłodze, ale ostatecznie zmienił zdanie, biorąc pod uwagę, że Harry niezbyt dobrze zniósł poprzednie nieporozumienie. Zamiast tego zapytał:
— Zamierzasz mi powiedzieć, jaki eliksir przygotowujesz?
— To Eliksir Odtruwający — wyjaśnił Harry. — Hermiona uważa, że skoro eliksir miłosny jest niczym trucizna we krwi, to być może ta mikstura zneutralizuje jego działanie.
— I eliksir miłosny tak po prostu... zniknie? — spytał Draco marszcząc brwi. — Czar byłby, ot tak, odwrócony?
Harry wzruszył ramionami.
— Taka jest myśl przewodnia, więc tak. Dobrze — odpowiedział, siadając po turecku po stronie, gdzie leżała szata Draco — mamy wszystko, czego potrzebujemy, a wszystko co musimy zrobić, sprowadza się do wymieszania ze sobą składników.
— A później co? — spytał beznamiętnie Draco. — Powinienem to wypić? Bo to może stanowić problem, biorąc pod uwagę moje uzasadnione wątpliwości dotyczące picia własnoręcznie przyrządzonych mikstur.
— Cóż, tym razem jest inaczej. — Harry pomachał kartką papieru. — Mamy kompletną listę wskazówek. Nie brakuje żadnych istotnych informacji, jak było w twoim przypadku.
— Ale mój eliksir zadziałał, czyż nie?— powiedział Draco przez zaciśnięte zęby.
Harry już otwierał usta, ale zdał sobie sprawę, że nie ma nic do powiedzenia. Westchnął i znużony podniósł oczy na drugiego chłopaka.
— Słuchaj, chcesz to zrobić czy nie?
Draco spojrzał na niego, ciemny błysk desperacji zalśnił w srebrnych oczach. Pozwolił sobie przesunąć spojrzeniem od migoczących jak szmaragd oczu Harry’ego, przez lekko rozchylone, jakby w niemym pytaniu, wargi, by w końcu dotrzeć do smukłej szyi, otoczonej zwykłym kołnierzykiem jego białej koszulki.
Płynnym ruchem pochylił się i podpierając się na knykciach jednej ręki drugą sięgnął, by delikatnie dotknąć ramienia Harry’ego. Harry był zaskoczony nagłą bliskością i lekko się spiął, jednak się nie odsunął. Draco pozwolił by jego dłoń prześlizgnęła się delikatnie po łopatce, ostatecznie docierając do karku, gdzie zręczne palce zanurkowały pod cienką tkaninę koszulki Harry’ego i wyciągnęły srebrny łańcuszek, owinięty wokół jego szyi.
Na jego końcu wisiał srebrny pierścień Draco.
Harry nawet nie drgnął, gdy Draco przysunął się jeszcze bliżej i schylając się, odpiął łańcuszek. Znajdowali się tak blisko, że ich nosy się niemal stykały; to było jak ponowne intensywne przeżycie intymnych chwil spędzonych ostatniej nocy w kufrze.
Ametyst ma moc uzdrawiania, zapewnia też ochronę i jasność umysłu.
Draco nie stracił kontaktu wzrokowego z Harrym, nawet gdy zdejmował łańcuszek i zsuwał z niego pierścionek; przez chwilę zamknął krążek w silnym uścisku, wyczuwając chłodną, zwartą strukturę i znajomy kształt całej zewnętrznej, wysadzanej kamieniami, powierzchni.
Szmaragd odpycha zło i…
— Włóż go — wyszeptał łagodnie, a jego usta dzieliły od ucha Harry’ego zaledwie centymetry.
Sięgnął po dłoń Gryfona i po raz drugi wsunął pierścień na jego palec serdeczny. Klejnoty zamigotały krystalicznie czystym fioletem i klarowną zielenią, a srebro wydawało się lśnić swoim własnym blaskiem.
Harry bez słowa skinął głową. Powietrze drżało, wypełnione unikalną energią, która wielokrotnie potęgowała emocjonalną intensywność chwili. Draco nadal trzymał go za rękę, nawet po wsunięciu pierścienia. Harry mógł niemalże poczuć delikatny puls pod jego skórą i ciepło jego dłoni pod własnymi palcami. Czas zatrzymał się na mgnienie oka, by następnie pognać na skrzydłach drżącego oddechu i zniknąć, niczym budowle w gęstniejącej mgle, gdy Draco w końcu uwolnił jego dłoń i się wycofał.
— Więc zróbmy to — powiedział cicho i Harry dostrzegł w jego oczach błysk nowych emocji: pełną nadziei ufność połączoną z cieniem bezradnej klęski.
Z niewytłumaczalnym przypływem nowoodkrytej determinacji Harry podniósł listę instrukcji, którą dała mu Hermiona. Wyglądało na to, że Eliksir Odtruwający był najprostszą rzeczą, jaką kiedykolwiek przygotowywał. Hermiona odmierzyła właściwą ilość każdego składnika i wszystko, co musieli zrobić, to zmieszać ingrediencje i... gotowe.
Harry przyniósł ze sobą pustą szklankę. Ostrożnie przelał do niej zawartość buteleczek, upewniając się, że niczego nie rozlał. Draco po prostu siadł naprzeciw niego i przyglądał się, jak Harry pracuje, jednak jego wzrok nie skupiał się na przygotowywanej miksturze, a na ruchach wykonywanych przez Gryfona. Harry zawahał się nieco przy wlewaniu soku Veronii do mieszaniny, ale wybuch nie nastąpił.
Ostatecznie wszystkie składniki zostały połączone bez żadnych incydentów. Harry podniósł naczynie i zobaczył, że eliksir jest nieprzejrzysty, lekko musuje i ma piękny odcień błękitu. Draco przyglądał mu się z niemałą rezerwą, ale powstrzymał się od komentarza.
Harry uniósł mały pojemnik wypełniony czymś, co wyglądało na rozdrobnione płatki.
— To ostatni składnik eliksiru — powiedział. Wziął głęboki wdech, spojrzał ponownie na listę i odczytał nazwę: — Kwiaty Sansevieria trifasciata, czyli wężownicy. Mam wsypać je do naczynia w trakcie rzucania Discede toxicum, a następnie trzeba wypić całość jednym haustem. Ok?
Draco sprawiał wrażenie jakby zbierał się w sobie, gromadząc odpowiednią ilość determinacji.
— Za tobą, Potter.
Harry z powagą skinął głową; drżącymi dłońmi odkręcił pokrywkę pojemnika i wysypał rozdrobnione płatki do mikstury.
Discede toxicum — powiedział Harry, drżącym głosem wymawiając dokładnie każdą sylabę.
Eliksir natychmiast zapłonął jasnym szkarłatem, jakby we wnętrzu naczynia wybuchł pożar, po czym zrobił się zupełnie przejrzysty, mieniąc się niczym ciekły kryształ.
— Dobra. — Harry był zdenerwowany i brzmiał ponaglająco. Pchnął szklankę w stronę Draco: — Teraz wypij.
Jeśli Ślizgon miał jakieś obawy lub wątpliwości, to niczego nie okazał. Zdecydowanym ruchem wziął szklankę z ręki Harry’ego, uniósł w górę w krótkim geście toastu, a potem bezgłośnie wypił miksturę jednym szybkim haustem.
Niespokojny Harry wpatrywał się w niego, marszcząc brwi w oczekiwaniu. Odebrał z rąk Draco puste naczynie i czekał z zapartym tchem.
— Co czujesz?
Draco kilka razy zamrugał, starając się miarowo oddychać i ocenić efekt działania Eliksiru Odtruwającego, nie mógł jednak odróżnić obecnego uczucia palenia od tępego, drażniącego bólu, do którego zdążył już przywyknąć. Ognisty żar nasilał się i słabł, wzmagał się i ustępował, niczym niespokojna fala, i wewnętrznie Draco obawiał się, że wciąż znajduje się na samym dnie, gdzieś głęboko pod nią.
— I? — Głos Harry’ego przerwał jego myśli. — Działa?
Draco zamknął oczy i skoncentrował się na głębokich i regularnych oddechach. Żar nadal go palił, ale po chwili wydawał się nieco zduszony i przygasł, rozpalając słaby płomyk nadziei; chłopak z niecierpliwością, niemal desperacko czekał na jakiś dowód, że eliksir miłosny został zneutralizowany i uwolnił go ze swoich szponów.
Uczucie pieczenia słabło coraz bardziej, jak wypalający się w piecu żar, serce Draco trzepotało w nieśmiałej radości. Nagle poczuł się bardziej normalnie, co prawda nieznacznie, ale wystarczająco, żeby kurczowo się tego uczepić. Zawrót głowy niemal go powalił — zachwiał się lekko, odruchowo wyciągając dłoń, by się czegoś złapać i jak zza mgły dostrzegł, że Harry również sięgnął ku niemu. Kiedy karuzela w jego głowie się zatrzymała, otworzył oczy, a rozmyty świat na powrót zaczął nabierać ostrości.
Harry z zatroskanym wyrazem twarzy stał dosłownie kilkanaście centymetrów od niego, a wspierająca Ślizgona dłoń zacisnęła się na jego ramieniu.
— Wszystko w porządku? — zapytał Harry. Jego głos był zarówno niespokojny, jak i pełen nadziei. — Czy… Czy to działa?
— Tak, działa — odpowiedział zwięźle Draco i odrobinę przechylił głowę, by móc zobaczyć reakcję Harry’ego.
Na jego twarzy było widać… ulgę. Zmarszczki spowodowane napięciem wygładziły się, oddech wyrównał. Uśmiechnął się, gdy zauważył, że Draco na niego patrzy, nie całkiem ciepłym czy szczęśliwym uśmiechem, ale przynajmniej niewymuszonym.
— To dobrze. — To było wszystko, co odpowiedział, jednak odprężenie widoczne w jego postawie zdradzało, jak bardzo był wcześniej zdenerwowany. — Czy na powrót czujesz się… cóż, normalnie?
Draco wciąż odczuwał sporadyczne zawroty głowy.
— Zdefiniuj „normalnie”.
— No cóż… — Harry zastanawiał się przez chwilę. — Nie wiem... Tak jak zwykle czułeś się przez wypiciem eliksiru miłosnego?
— Nie pamiętam jak się wtedy czułem. — Ton Draco był pozbawiony jakichkolwiek emocji, a jego słowa brutalnie prawdziwe.
— Normalnie… eee… — spróbował ponownie Harry. — Po pierwsze, jak sądzę, powinieneś móc jasno myśleć i z pewnością nie chciałbyś mnie pocałować.
— W taki razie — wyszeptał Draco, a w jego głosie pobrzmiewała pełna uniesienia udręka — to nie działa. — Chwycił Gryfona, przyciągnął go do siebie i mocno pocałował.
Po raz kolejny Draco całkowicie zaskoczył Harry’ego: z jego ust zdołało wyrwać się jedynie zaskoczone „mmm”, nim opadły na nie wargi drugiego chłopaka. Harry dał krok do tyłu, potknął się i upadł, pociągając za sobą Draco, który ostatecznie wylądował na nim.
Wargi Draco były miękkie, ale jego zachowanie agresywne: przygwoździł Harry’ego do podłogi głęboko go całując, podczas gdy palce, wplątane w ciemne kosmyki, mocno przytrzymywały jego głowę. Chwyt na ramieniu, po którym z pewnością pozostaną siniaki, zdradzał siłę bólu, szarpiącego wnętrze Draco, które krwawiło tak samo, jak poorane paznokciami ciało.
Harry przerwał pocałunek, odwracając głowę i czując gorąco, niemalże żar, ciała Draco leżącego na jego własnym.
Oszołomiony Draco odsunął się, niejasno świadomy tego, że Harry go odpycha, bo skupiał się bardziej na doznaniu jakim było ponowne całowanie Gryfona i skoncentrował swoje myśli wokół powtórnie narastającego uczucia ucisku w żołądku.
— Myślałem, że to zadziałało? — Głos Harry’ego był ostrożny i wyważony.
— Najwyraźniej nie. — Draco nie mógł na niego spojrzeć i osunął się na podłogę.
Harry ostro na niego spojrzał.
— Więc dlaczego twierdziłeś, że jest inaczej?
Głos Draco był apatyczny, bezbarwny i brzmiał jakby należał do kogoś całkowicie pokonanego.
— Bo dopóki to trwało, było pięknym złudzeniem.
Harry również siadł na podłodze, wkładając z powrotem okulary i przeczesując z frustracją niesforne włosy.
— Kurwa.
— Dokładnie — powiedział głucho Draco. — Wyobraź sobie jak ja się czuję.
Harry spojrzał na niego i poczuł ukłucie winy.
— Może eliksir potrzebuje nieco czasu, żeby osiągnąć zamierzony efekt? Czytałem w książce, że niektóre mikstury potrzebują do dwudziestu czterech godzin, by uwidocznić rezultaty. Dajmy mu trochę czasu, a jestem pewny, że zadziała.
— To jest to co wszyscy mówią w czasie nocy poślubnej — wymamrotał opryskliwie Draco.
— Wiesz, Malfoy, negatywne nastawienie jest naprawdę pomocne w tym przygnębiającym miejscu — powiedział poirytowany Harry. — Nie możesz wymyślić nic konstruktywnego?
— Konstruktywnego? — Draco był tak sceptyczny, jakby bycie twórczym było czymś całkowicie nowym. Zamyślił się na chwilę, potem wstał i odwrócił się w stronę Harry’ego. — Dobra, w takim razie zatańczmy.
Harry, wbrew sobie, uśmiechnął się cierpko.
— Taniec. Chcesz tańczyć.
Draco wzruszył ramionami.
— To na chwilę odwróci nasza uwagę.
Harry się wahał.
— Nie jestem pewny, czy to dobry pomysł, Malfoy. To znaczy...
— Masz lepszy pomysł? — uciął beznamiętnie Draco. — Przypuszczam, że zawsze możemy pobawić się w chowanego. Tam jest nasz mały kufer, który może okazać się przydatny... znowu.
— Nie, nie, nie. Nie chcę robić nic wewnątrz kufra — powiedział pospiesznie Harry, niepewnie spoglądając na Draco. — Mówisz poważnie? Naprawdę chcesz zatańczyć tu i teraz?
— Nie, myślałem o zrobieniu tego jutro podczas śniadania w Wielkiej Sali. — Draco wywrócił oczami. — No rusz się, chyba że znów chcesz zrobić z siebie głupca na przyszłorocznym balu ostatnich klas.
Draco wyciągnął rękę, nieugięcie wpatrując się w Harry’ego. Ten wahał się jeszcze przez moment, w końcu westchnął i ujął oferowaną dłoń, pozwalając by Draco pociągnął go na nogi.
— Nie wierzę, że to robię — wymamrotał Harry. — Czuję się, jakbym występował w jakimś musicalu... Kiedy zaczynają się poważne kłopoty, aktorzy zaczynają śpiewać i tańczyć do utraty tchu.
— Wyjątkowo jak na ciebie trafne spostrzeżenie — powiedział łobuzersko Draco. — Biorąc pod uwagę, że jesteś beznadziejnym tancerzem.
— Nieprawda. — Gniewnie zaprotestował Gryfon.
— A właśnie, że prawda. Byłem tam, widziałem jak tańczysz. Podobnie jak wszyscy inni, bo miałeś wątpliwy zaszczyt otwarcia balu. — Draco wyglądał na zadowolonego z siebie. Uniósł jeden palec. — Lekcja pierwsza: dziewczyna nie prowadzi, robi to chłopak.
— Och, zamknij się. — Policzki Harry’ego nabrały lekkiego koloru. — To nie moja wina, że Parvati traktowała taniec znacznie bardziej entuzjastycznie niż ja.
— Cóż, wybacz jej, że chciała tańczyć na balu — odpowiedział Draco.
— Hej, łatwo powiedzieć — odparł Harry. — Nie musiałeś tańczyć przed całą szkołą. Wszystko, co musiałeś zrobić to stać z boku w swojej pięknej, czarnej, aksamitnej szacie i trzymać się na dystans.
Draco zamilkł na chwilę i przechylając głowę, popatrzył na Harry’ego.
— Naprawdę pamiętasz jakiego koloru szatę miałem na balu?
Harry się zmieszał.
— Tak. Znaczy... w twoim przypadku to zawsze jest czerń i srebro, prawda?
Draco się uśmiechnął.
— Czarny i srebrny to idealne połączenie, oba pochodzą ze świata żywiołów, a mimo to udaje im się zachować żywy kontrast.
Harry roześmiał się,
— Wyczytałeś to z broszury o modzie dla projektantów ciuchów dla czarodziei czy sam na to wpadłeś?
— Nie. — Draco dziwnie na niego spojrzał. — Po prostu tak myślę. Czarny i srebrny po prostu do siebie należą.
Złożyli puste butelki i pojemniki po ingrediencjach na rozłożonych szatach i przesunęli wszystko na bok, szykując sobie miejsce do tańca. Machnięciem różdżki Draco przyciemnił światła tak, że pochodnie, które umieszczono na przeciwległych krańcach pomieszczenia, jaśniały łagodnym, żółtym blaskiem.
Draco odwrócił się, jego zagadkowe spojrzenie łagodziły blade cienie i miękkie, migotliwe światło. Zbliżył się do Harry’ego. Ten nie poruszył się, obserwując go szeroko otwartymi oczami, przepełnionymi niewinnością i oczekiwaniem. Draco ujął jego lewą dłoń w swoją, jednocześnie umieszczając prawą rękę Gryfona na wysokości swojego pasa. Nie zrywając kontaktu wzrokowego zrobił mały krok do przodu tak, że ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Dreszcz nerwowego podniecenia przepłynął między nimi elektryzującym chłodem.
— Pozwolę ci prowadzić — powiedział cicho Draco, spokojnie patrząc Harry’emu w oczy.
Byli niemal równego wzrostu. Draco oparł lewą dłoń na ramieniu Gryfona, przyciągając ich jeszcze bliżej siebie. Na palcu Harry’ego czuł chłodny metal swojego pierścienia, dociśnięty do jego drugiej dłoni. Odruchowo zacisnął palce, jakby chciał złapać tę nieuchwytną chwilę, którą przyszło im dzielić.
Harry obserwował Draco uważnie i, nim rozwiały się niczym mgła, zobaczył całe spektrum emocji przewijających się przez jego twarz: i niekłamany ból, i głęboki smutek, i niszczący gniew, i bezradną klęskę, zlewające się w całym kalejdoskopie uczuć.
— Nie ma muzyki — powiedział w końcu bardzo cicho.
— To bez znaczenia — wyszeptał Draco. Zamknął oczy, delektując się niesamowitym i niezrównanym uczuciem bycia przyciśniętym do Harry’ego. Nie miało znaczenia, czy otaczają ich dźwięki muzyki, czy głucha cisza, czy tańczą na zakurzonej podłodze składziku, czy na łożu tortur usłanym różami. Nie liczyło się nic, oprócz tańca z Harrym.
Ramię Gryfona zacisnęło się wokół talii Draco, a dłoń oparła się na jego krzyżu. Draco spojrzał Harry’emu w oczy: nieskażona szmaragdowa zieleń lśniła doskonałymi emocjami — żadnego lęku, żadnej nieporadności, niczego, co nie płynęłoby prosto z serca — a to spowodowało, że było perfekcyjnie.
I zatańczyli.
Harry prowadził nad podziw dobrze. Po pierwszych chwilach zwątpienia i niepewnych krokach zrelaksował się i wpadł w rytm, perfekcyjnie dopasowując się do kroków Draco, i od tego momentu wszystko poszło gładko. Draco dostosował się do jego tempa i ich ciała zsynchronizowały się, wirując blisko siebie w ciasnym kręgu, znacząc swoje ścieżki na zakurzonej podłodze.
Harry nigdy w życiu nawet nie pomyślał, że będzie tańczył z Draco Malfoyem, sam na sam w składziku na piątym piętrze Wieży Astronomicznej, o wpół do czwartej nad ranem. A co dziwniejsze, nigdy nie pomyślałby, że będzie się czuł tak dobrze.
Podczas tańca Draco przyznał w duchu, że ogólnie Harry nie był złym tancerzem — albo jego pokaz podczas Balu Bożonarodzeniowego nie oddal sprawiedliwie jego talentu, albo od tego czasu jego umiejętności znacznie się poprawiły. A może, pomyślał Draco, działo się tak, ponieważ Harry tańczył z nim?
Draco zmusił się do oddzielenia myśli od uczuć, mimo że i jedne, i drugie, oplatane były w zasnuwające umysł mgłą oszołomienie, krzyczące „tańczysz z Harrym”. Albo, co bardziej niepokojące, „po prostu go pocałuj, tylko ten jeden raz”. Draco przygryzł wargę. Jeśli Eliksir Odtruwający miał wywrzeć jakiś efekt, najwyraźniej potrzebował jeszcze więcej czasu.
— Czujesz różnicę? — zapytał Harry. — Eliksir działa?
Pocałuj go.
— Tak sądzę — odpowiedział wymijająco Draco. — Czuję w brzuchu jakieś sensacje, oczywiście pod warunkiem, że moje jelita się właśnie nie rozpuszczają.
— Fuj... — Harry się skrzywił. — Nie sądzę. Czy teraz czujesz się lepiej? Mniej zawrotów głowy, na przykład?
Pocałuj go.
— Nieco mniej — powiedział Draco, podświadomie napierając na ciało Harry’ego.
— Więcej... kontroli? — dopytywał Gryfon.
Pocałuj go.
— Tak jakby — powiedział Draco, życząc sobie by brzmiał na bardziej przekonanego, niż się czuł.
— Coś jeszcze?
Pocałuj go.
— Tak — powiedział Draco i po prostu to zrobił.
Pochylił się i pocałował Harry’ego, tym razem bez zaciekłości charakteryzującej ich poprzednie pocałunki, za to z o wiele większą czułością. Puścił jego dłoń i przesuwając swoje ramiona zaplótł je na szyi Harry’ego, przyciągając go do siebie tak, że czuł przyśpieszone bicie jego serca na własnej piersi. Był mgliście świadomy ciężaru ręki oplatającej jego talię; nie wiedział, i nie chciał wiedzieć, czy jest to dziełem przypadku, czy nie. To nie miało znaczenia.
Draco rozchylił usta na wargach Harry’ego, które jednocześnie były ciepłe i niewzruszone, bo Gryfon albo był zbyt zmęczony, by się odsunąć, albo nie chciał tego zrobić. Nie odwzajemnił jednak pocałunku. Oślepiająca żądza wydostała się nagle z czeluści umysłu Ślizgona, wysyłając pobudzający impuls i Draco przejechał językiem po wargach Harry’ego, wyginając się, by być bliżej, tęskniąc za czymś więcej...
To popchnęło Harry’ego do działania — zaczął delikatnie się cofać, gwałtownie zrywając ich głęboki kontakt. Draco przygryzł wargi i podniósł wzrok, by spojrzeć na Harry’ego, niemal nie chcąc patrzeć, by nie dostrzec czającego się w tych zielonych oczach kolejnego cichego odrzucenia.
— No dobra — powiedział w końcu powoli Harry. — Może powinniśmy posiedzieć chwilę dłużej.
Zarumieniony Draco przytaknął.
— Dobry pomysł.
Harry poszedł usiąść pod ścianą, a Draco, zamiast do niego dołączyć, podszedł do szafki po drugiej stronie pomieszczenia, otworzył ją, i ku zdumieniu Harry’ego wyjął dwie butelki kremowego. Z tego, co Gryfon zauważył, wewnątrz zostało jeszcze co najmniej pół tuzina butelek.
— Oszalałeś? — spytał Ślizgona, wpatrując się w kremowe, gdy Draco wrócił z butelką w każdej ręce. — Filch znajdzie twoje małe zapasy i będziesz miał spore kłopoty.
— Spokojnie. — Nonszalancko rzucił Draco. — Rzuciłem na szafkę zaklęcie Ślepego Charłaka, to coś jak zaklęcia antymugolskie, tyle że działa na charłaki. Filch tu zagląda i zupełnie nic nie widzi, a nikt inny tu nie przychodzi.
— Czy chcę wiedzieć gdzie się tego wszystkiego nauczyłeś? — spytał Harry, choć przyjął oferowaną mu butelkę kremowego piwa.
— Letni obóz — odparł Draco poważnie — szkolący nikczemnych władców.
Harry nie mógł powstrzymać się od śmiechu, którego dźwięk pomógł oczyścić napiętą atmosferę. Kiedy otwierał butelkę, zauważył srebrny napis „alkoholowe” na normalnej etykiecie piwa kremowego i gdy wziął łyk, poczuł w gardle ogniste pieczenie, ale alkohol koił jego stargane nerwy. Draco popatrzył na niego i uśmiechnął się smutno.
Harry momentalnie wytrzeźwiał, gdy zauważył wyraz twarzy Draco, jego rozdarcie między skrytą a utraconą nadzieją. Ślizgon był niczym schwytany w pułapkę między położonymi na szali pragnieniem i rzeczywistością.
— Przykro mi — powiedział cicho Harry, patrząc prosto na Draco.
Draco na końcu języka miał ripostę „cholera, tak powinno być”, ale w ostatnim momencie się w niego ugryzł. Spojrzał na Harry’ego: zobaczył w jego oczach jedynie szczerość i gorzkie słowa rozpłynęły się, pozostawiając melancholijny smutek.
Draco przełknął z trudem i odwrócił twarz od Harry’ego.
— Mnie też.

Koniec rozdziału dziesiątego



* Love means never having to say you're sorry. — Love Story, Erich Segal 1970r.
Ostatnio edytowano 21 maja 2012, o 17:33 przez TEAM DRARRY, łącznie edytowano 1 raz
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez karmelowa » 18 maja 2012, o 11:32

Chyba jednak chcę, żeby Harry już mu na coś pozwolił... Tak strasznie żal mi Draco, że o boże...

A tak nawiasem mówiąc, młode jednorożce są złote :)

Pozdrawiam i czekam na kolejny rozdział (oby jak najszybciej)
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez Evey » 18 maja 2012, o 13:49

Cudowny rozdział. Opór Harry'ego topnieje lub po prostu zamienia się w powolną akceptację z odrobiną obrony przed seksualnymi napaściami Malfoya. Cały czas zadziwia mnie fakt, że Draco to wszystko wytrzymuje i udaje im się utrzymać to wszystko w sekrecie. A wstawki Rona o tej strategii wydają się już trochę irytujące, choć nie zaprzeczę, że kanoniczne.
Tekst faktycznie napisany jest barwnym językiem i wydaje mi się, że wszystkie tłumaczki to oddają. No i kwiecistości wystarczy na tyle, bym nie zabierała się za oryginał.
Pozdrawiam cały TD i życzę powodzenia w dalszej pracy :)
Nasza miłość na pewno wciąż trwała, ale po prostu była bezużyteczna, [...] bezwładna w nas, jałowa jak zbrodnia lub potępienie. Była tylko cierpliwością bez przyszłości i upartym czekaniem.
A. Camus, Dżuma
Evey Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 327
Dołączył(a): 2 lip 2011, o 11:39
Lokalizacja: Kraków

Postprzez Akame » 19 maja 2012, o 01:03

Jak Harry w końcu odpowie na pocałunek, to ja wyskoczę z wrażenia przez okno. Naprawdę, nie wiem, czy on tylko współczuje Draco i rozumie jego sytuację, czy może zaczyna coś czuć bo... bo cholera, każdy normalny człowiek, w którym budziłyby się uczucia, odpowiedziałby jakoś, nawet instynktownie. Mam nadzieję, że Potter po prostu trzyma się w ryzach, nie chcąc zachęcać Draco, a nie jest aż tak nieczuły ;P
Jeżeli spojrzeć na to opowiadanie od strony Draco, jest ono strasznie smutne. Facet, który został zmuszony pokochać wroga i chociaż tak bardzo nienawidzi tych uczuć. nie potrafi się ich wyprzeć. Dalej mamy Pottera... on chyba jest w równie trudnej sytuacji. Odpowie na pocałunek... cóż, w razie "powrotu Malfoya do normalności", zachowanie Draco miałoby wytłumaczenie, a entuzjastyczny Harry... on musiałby się już tłumaczyć, prawda? Nie odpowie, też źle. Tragedia. Ten eliksir miłosny to śmiertelna pułapka uczuć zarówno dla jednego, jak i dla drugiego.

Naprawdę nie mogę doczekać się rozwiązania tego problemu, bo nawet jeżeli Harry odpowiedziałby na uczucia Draco, to w tej sytuacji, ten związek po prostu nie ma racji bytu, jest nieszczery, wymuszony i... byłby jednostronny. Harry zakochany bo tak czuje, Draco zakochany bo tak mu każe mikstura. Jakkolwiek by na to nie patrzeć, chyba nikt nie chciałby trwać w takim czymś, brrr...

Już pisałam, że Ron i Hermiona są bardzo naturalni, więc powtarzać nie będę ;) Dziękuję za kolejne rozdziały i... czekam niecierpliwie na następne :) Pozdrawiam cały Team, jesteście cudowne :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez MargotX » 20 maja 2012, o 20:20

— Gdy spogląda na ciebie w jego oczach widać głębokie, intensywne uczucia i to jest tak… jedyne w swoim rodzaju. Tak jakby nie dostrzegał nic innego, prócz ciebie. I czasem zaciska powieki, jakby sam twój widok sprawiał mu ból, a jednak po chwili otwiera oczy i dalej się wpatruje. — Hermiona pozwoliła sobie na wyrozumiały uśmiech. — Właściwie to całkiem romantyczne, oczywiście pomijając fakt, że to Malfoy.

Ha, Hermiono, a ja myślę, że to całkiem romantyczne [i]dlatego[/i], że to Malfoy.
Ale tak bardziej poważnie patrząc na całość, to i żal mi, i odrobinę się cieszę, że wszystko wskazuje na niezbyt udaną próbę odtrucia. Wszystko się, co prawda, może jeszcze zdarzyć. Może eliksir potrzebuje dłuższego czasu, żeby zadziałał. Biedny Draco, też jest do pewnego stopnia rozdarty, bo na pewno chciałby się uwolnić od tej udręki nieodwzajemnionej miłości i spętania serca i umysłu, a z drugiej strony, to uczucie przepełnia go tak bardzo, że chciałby choć odrobinę wzajemności zobaczyć w oczach Harry'ego.

Harry'ego tak do końca nie mogę rozgryźć. Nie jestem pewna, czy zaczyna odczuwać cokolwiek więcej niż tylko swoje słynne współczucie i zrozumienie dla sytuacji Dracona. Może rzeczywiście jest tak ostrożny ze względu na to, że to Malfoy i w razie odmiany uczuć mógłby narazić się na ośmieszenie czy w inny sposób zostać skrzywdzony. Choć wątpię, czy tego Draco byłoby już stać na taki dokładny powrót do przeszłości. Jakoś tak bardziej wydaje mi się, że Harry nie chce pogrążać Draco jeszcze bardziej i poddaje się tym czułym gestom, sam niekoniecznie odczuwając coś więcej niż empatię i jakiś zalążek przyjaźni.

W każdym razie, nadal bardzo bardzo żal mi Draco i czekam na jakieś rzeczywiste światełko w tunelu dla niego, mając jednocześnie nadzieję, że to, co udało się im zbudować, będzie miało szansę rozwijać się już na bardziej normalnym, równoprawnym gruncie ;)

Dziękuję i pozdrawiam :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Blackie » 21 maja 2012, o 22:50

Bardzo dawno w czasie czytania nie miałam ściśniętego gardła. A ten tekst znęca się nade mną potwornie, bo najpierw czuję się jakbym była w euforii - zaczyna się robić pięknie i w ogóle, a potem jednak spada taka nagła fala gorzkości, która kopie po psychice dwa razy bardziej. Ciężko mi się ustosunkować do tego opowiadania, bo emocje buzują tutaj jak w dzikiej karuzeli, w górę i w dół, a przy tym robią to w melancholijny, spokojny i powolny sposób. Myślę, że warstwa emocjonalno-psychologiczna to bardzo mocna strona tego tekstu i jeśli czytelnik jest w stanie dokładnie się wczuć, to fick intensywnie wchodzi do głowy. Z niecierpliwością czekam na kontynuację.
Blackie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 23
Dołączył(a): 27 lis 2011, o 13:48

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości