[Z] [T] Na zawsze twój

Nieodwracalne powraca w nowej odsłonie

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez ruffe » 16 mar 2012, o 09:43

Wow! Absolutnie mnie zmroziło! Wręcz idealny rozdział! Teraz będę odliczać sekundy do następnego:(
Najbardziej podobała mi się wymiana zdań między Ronem a Draco- czysty kanon i uczucia, które się rodzą między głównymi bohaterami. Powoli, powoli zmierzamy do tego o co nam chodzi^^
Wiem, że wyszło jakoś krótko, ale zwykle komentuję jak albo (1) mam zastrzeżenia albo (2) jestem absolutnie wstrząśnięta ideałem danego opowiadania. Teraz to drugie!
ruffe Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 12
Dołączył(a): 31 sty 2012, o 19:17

Postprzez MargotX » 17 mar 2012, o 14:01

I Draco wiedział już, że jedynym, co mu zostało i nad czym mógł rozmyślać, było to, jak długo jeszcze wytrzyma. Wszystkim, czym mógł się pocieszyć była malutka iskierka nadziei, że uda mu się znaleźć sposób na cofnięcie zaklęcia, zanim wyssie z niego wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, zanim będzie za późno.
Popatrzył na Harry’ego, który śmiał się radośnie z innymi Gryfonami i szybko odwrócił wzrok, a w jego oczach widać było narastającą desperację.
A może było już za późno?

To jest celne podsumowanie tego rozdziału, w którym Draco coraz bardziej miota się między swoimi prawdziwymi uczuciami i emocjami a tym, co każe mu myśleć i czuć eliksir. Biedny, trauma powoli staje się dla niego nie do zniesienia, co zresztą nie dziwi.
Nie dość, że został przewrócony do góry nogami cały jego świat, że wróg stał się obsesją, ale zgoła odmiennego rodzaju, że dochodzi do tego upokorzenie z obręczą czyli kolejna niechciana nić wiążąca go z Harrym jeszcze silniej, to jeszcze dodatkowo dręczą go sny. Coraz bardziej wyraziste, erotyczne, coraz trudniejsze do zignorowania. Tylko patrzeć, jak pojawi się niewielka iskierka, która spowoduje jakieś spektakularne bum.

No i Harry... Naprawdę go tu nie lubię, no może jedynym jaśniejszym momentem jest sytuacja, w której powstrzymuje Rona od wszczęcia bójki, nieważne z jakiego powodu, ale jednak. Ale tak na razie, działa mi na nerwy.
Rozumiałam początkowy gniew na Draco i oburzenie, że stał się niechcianym i mimowolnym adresatem jego trującej miłości. No właśnie, trującej, toksycznej, jakby nie nazwać, głównie dla Draco, bo, jak na razie, Ślizgon robi wszystko, żeby jak najmniej angażować go w swoje sprawy i mógłby to w zasadzie docenić, ba, postarać się choć na chwilę wczuć w jego sytuację.
Póki co, nie bardzo mu się to udaje. Z jednej strony, niby jest zadowolony, że Draco go nie nęka, ale z drugiej, ten brak uwagi, nawet kłótni i obelg - też jest dla niego swoistą obrazą :P tak ja to akurat odbieram.
I w tym momencie Harry naprawdę zachowuje się tak, jakby nie mógł żyć bez tego zainteresowania. Faktycznie, czasami robi wszystko, żeby nie być pominięty, żeby być w centrum zainteresowania. To takie gorsze cechy Pottera, które czasami gdzieś tam wyłażą i autorka tu je akurat pokazała. I znów, to jedynie moje odczucia i pewnie większość może się ze mną nie zgadzać, ale tak to już jest, że co osoba, to teoria ;)

Jak zawsze, odcinek dopracowany do perfekcji przez nasz wspaniały Team Drarry, za co serdecznie dziękuję i pozdrawiam. :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez TEAM DRARRY » 25 mar 2012, o 08:21

Bardzo dziękujemy Ka i Minamoto za zbetowanie rozdziału :*


Rozdział 5: Konsekwencje


Miłość to nie słowo; miłość to całe zdanie.*


Profesor Lupin położył eseje na stole i obrzucił klasę zadowolonym spojrzeniem.
— Tu mam wasze wypracowania zadane na ostatniej lekcji. Są już sprawdzone, ale zanim wam je oddam, chcę powiedzieć kilka słów. — Wskazał stertę pergaminów i dodał oschle: — Niektórzy z was potraktowali wymaganą długość bardzo dosłownie i z pewnością ucieszą się, że doceniłem ich rozpaczliwe starania.
Ron uśmiechnął się z zakłopotaniem i spojrzał na Harry’ego, który wyszczerzył się szeroko w odpowiedzi.
— Tym niemniej — iskierki zamigotały w oczach Lupina, kiedy kontynuował — praca poszła wam generalnie dobrze, a kilka esejów jest nawet wybitnych. — Poniósł gruby zwój i przytrzymał go w górze. — Hermiona wykonała niezwykle drobiazgowe badania historii klątwy Imperius, wychodząc poza materiał zawarty w podręczniku, dokładnie opisała jej pochodzenie oraz przedstawiła kolejne etapy rozwoju zaklęcia. Pięć punktów dla Gryffindoru, dobra robota.
Nikogo to specjalnie nie zdziwiło, chociaż wyglądająca na bardzo z siebie zadowoloną Hermiona lekko się zarumieniła. Ron uśmiechnął się ponownie i uniósł brwi, jak gdyby chciał powiedzieć: Też mi niespodzianka, ale prawdę mówiąc, wszyscy cieszyli się z dodatkowych punktów. Walka o pierwsze miejsce w rankingu domów pomiędzy Slytherinem i Gryffindorem stała się teraz naprawdę zaciekła. Harry pokazał Hermionie uniesiony kciuk.
— Następna znakomita praca — ogłosił Lupin — należy do pana Malfoya.
Harry szybko odwrócił głowę, a na jego twarzy odmalowało się szczere zdziwienie. Malfoy patrzył przed siebie, ani na chwilę nie odwracając wzroku. W klasie rozległy się szepty: rozczarowanych Gryfonów, którym nie podobało się, że praca Hermiony nie była jedyną wyróżnioną, oraz Ślizgonów, cieszących się, że pochwalono również jednego z nich.
— Pan Malfoy dokonał praktycznej analizy zaklęcia, co jest to w gruncie rzeczy dużo trudniejsze niż historyczne badania, gdyż wymaga osobistego komentarza. — Hermiona zmarszczyła brwi, niezadowolona, że musi dzielić blask sławy ze Ślizgonem. — Udało mu się przedstawić powody skuteczności Imperiusa w bardzo zwięzły i konkretny sposób — ciągnął Lupin — a jego esej jest jednym z najbardziej wnikliwych, jakie zdarzyło mi się czytać.
Harry spojrzał ponownie na Malfoya i po raz kolejny zaskoczył go wyraz przerażenia na jego twarzy, gdy Lupin podniósł i rozwinął zwój.
Imperius jest tak potężną klątwą, ponieważ daje rzucającemu zaklęcie absolutną kontrolę — ofiara jest zmuszona do całkowitego podporządkowania się jego woli, niezdolna do przeciwstawienia się, chyba że przeszła wcześniej odpowiedni trening lub posiada wyjątkowe magiczne zdolności — przeczytał Lupin głośno, a klasa słuchała go w ciszy. — Przez wieki Imperius był powszechnie używany z powodu bezpośredniego sposobu, w jaki działa na swoją ofiarę, przenikając jej umysł, ciało i duszę. Innymi odmianami klątwy Imperius mogą być zaklęcia manipulacji umysłem, uroki modyfikujące pamięć i eliksiry miłosne.
Harry zadrżał lekko, prostując się na krześle. Jeszcze raz spojrzał na Malfoya i poczuł dziwny ciężar w piersi, widząc, jak Ślizgon opuszcza głowę, zakrywa oczy dłońmi, a jego ramiona opadają. Ponownie skupił się na słowach Lupina.
Co więcej, ofiara jest zagubiona i nie wie, co jest prawdą a co kłamstwem. Nie potrafi odróżnić narzuconej myśli i własnych zamiarów. Skutkuje to konfliktem wewnętrznym — ofiara przestaje rozpoznawać, czego tak naprawdę sama chce, a co wymusza na niej zaklęcie — co prowadzi do złamania jej woli.
Lupin przerwał na chwilę, ominął kilka akapitów i przeszedł prosto do zakończenia.
Z czasem prawdopodobnie najbardziej destrukcyjnym efektem działania klątwy na człowieka znajdującego się pod jej wpływem jest stopniowe, świadome poddawanie się umysłu, dopóki całkowita uległość nie stanie się niemal dobrowolnym, nabytym przyzwyczajeniem. Zaklęcie odnosi całkowity sukces, kiedy dana osoba szczerze wierzy, że działa z własnej i nieprzymuszonej woli. Wtedy Imperius zdobywa ostatnią twierdzę ludzkiego charakteru — jego serce.
Profesor Lupin popatrzył z uśmiechem na swoich uczniów i zwinął pergamin. Malfoy w końcu uniósł głowę. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć, chociaż Harry nie mógł być tego do końca pewien, widząc tylko profil.
— Sam bym tego lepiej nie opisał — przyznał Lupin i skinął z aprobatą w stronę Draco, który ledwie to zarejestrował i tylko ponownie spuścił wzrok. — Doskonała praca. Dziesięć punktów dla Slytherinu.
Wśród Gryfonów rozległy się zdumione pomruki protestu — jak Malfoy mógł dostać więcej punktów niż Hermiona? Kilku z nich posłało Ślizgonom, a w szczególności Draconowi, jadowite spojrzenia, ale zadowolenie panującego po drugiej części klasy odebrało im pewność siebie.
— Co za ohydny drań — syknął dotknięty do żywego Ron. — Pewnie dlatego tyle wie o Imperiusie, bo sam próbował go rzucać! Dlaczego, do cholery, dostaje punkty za to, że zna czarną magię?
— Ciszej — ostrzegł Harry, bo głos przyjaciela stawał się z każdym słowem coraz głośniejszy, Ron jednak był zbyt wściekły, żeby słuchać.
— To skandal! — warknął z błyskiem w oczach. — Co się dzieje z Lupinem? Czy on nie widzi, że Malfoy wie dużo więcej o czarnej magii niż powinien? Ten esej jest doskonałym dowodem na to, że Malfoyowie nadal praktykują...
— Ron! — powtórzył Harry z naciskiem. — Uspokój się!
Tymczasem profesor zaczął rozdawać ocenione wypracowania i Hermiona poszła po prace całej trójki. Harry z roztargnieniem rozejrzał się po sali, szukając wzrokiem Malfoya, a wściekły Ron nadal mruczał coś pod nosem.
Draco podszedł do biurka nauczycielskiego, odebrał swój esej i wrócił na miejsce. Nawet nie patrząc na ocenę, schował pergamin do torby i usiadł. Zachowywał się jak w transie, a jego twarz, podobnie jak wtedy, gdy Lupin cytował jego pracę, nie wyrażała żadnych emocji.
Harry’emu zrobiło się nieswojo. Nie potrafił umiejscowić źródła swojego niepokoju,
choć doskonale zdawał sobie sprawę, że jest on powiązany z Malfoyem i że coś w jego wypracowaniu poruszyło go do głębi. Z eseju wynikało, że eliksiry miłosne były pewną odmianą klątwy Imperius — czy Draco opisywał swoje doznania wywołane miksturą? Czy to była prawda? Czy naprawdę czuł się tak strasznie?
Hermiona wróciła i wręczyła im ich pergaminy. Wyglądała na zmartwioną, że nie okazała się najlepsza, a nawet zdegustowaną faktem, iż ze wszystkich uczniów to właśnie Malfoy ją pokonał. Harry szturchnął ją lekko.
— Hej, rozchmurz się, Miona. Twoja praca też została uznana za wybitną.
— Dokładnie — zgodził się Ron i dodał ponurym tonem: — Dobrze wiesz, że Malfoy tyle umie tylko dlatego, że jego ojciec ukrywa w rezydencji całą kolekcję czarnomagicznych przedmiotów. Założę się, że nauczył się tych wszystkich rzeczy zanim jeszcze przyszedł do Hogwartu. — Potrząsnął głową z rozdrażnieniem. — Ale czemu Lupin jest taki ślepy, tego nie mogę pojąć.
Hermiona zamyśliła się na moment.
— Myślisz, że napisał to wszystko, opierając się na swoich własnych doświadczeniach z rzucaniem Imperiusa?
— Nie — odparł Harry bez zastanowienie w tej samej chwili, w której Ron oznajmił:
— Tak.
Przyjaciel zamrugał i poparzył na niego ze zdumieniem.
— Co?!
Harry czuł się trochę zawstydzony, ale kontynuował:
— Nie, nie sądzę, ponieważ Malfoy opisywał efekt działania Imperiusa... — zawahał się na sekundę — ...lub innych odmian tego zaklęcia, rzuconego na jakąś osobę. Nie odwrotnie.
Ron jednak nie miał zamiaru tak łatwo odpuścić.
— Tylko mi nie mów, że według ciebie Malfoy nigdy nie maczał palców w czarnej magii!
— Nie — odparł Harry. — Jestem… całkiem pewny, że to robił. — I nieźle namieszał, dodał w duchu. — Ale nie sądzę, żeby tak naprawdę próbował rzucać Niewybaczalne. Może jego ojciec, ale nie on.
— Co? Nie wierzę w to, co słyszę! — Ron był coraz bardziej wstrząśnięty. — To jest Malfoy, Harry. Co w tym niemożliwego? Przecież on podałby tonącemu dwa końce liny! I pewnie wie to wszystko o Imperiusie, bo widział wiele razy, jak Lucjusz rzucał to zaklęcie na innych.
— Cóż, ja też uważam, że Malfoy jest do tego zdolny — powiedziała Hermiona powoli. — Ale nie mogę z całą pewnością stwierdzić, że naprawdę robił to wcześniej. Wiecie, wcale nie tak łatwo nauczyć się Imperiusa. To nie jest proste machnięcie różdżką, wymaga zaawansowanego treningu.
Na twarzy Rona pojawiła się buntownicza mina.
— W dniu, w którym mój tata znajdzie dość dowodów, żeby dostać nakaz przeszukania rezydencji Malfoyów, w końcu pokażemy całemu światu jacy oni naprawdę są — oświadczył złowieszczo, uderzając pięścią w dłoń. — A wtedy Lucjusz Malfoy może poświęcić resztę galeonów na odnawianie swojej celi w Azkabanie.
Hermiona poklepała go pocieszająco po ramieniu.
— Spokojnie, Ron, nie musisz się tym tak przejmować.
Przestali rozmawiać, gdy Lupin zacząć mówić o regulacjach ministerstwa dotyczących zakazu stosowania Imperiusa. W klasie słychać było szelest pergaminów i skrobanie piór, kiedy wszyscy robili notatki. Myśli Harry’ego uciekły daleko od głosu Lupina…
Rzucił Malfoyowi ukradkowe spojrzenie. Ślizgon wpatrywał się w leżący przed nim arkusz, sprawiając wrażenie bardzo na nim skoncentrowanego. Trzymał pióro w dłoni, ale przez cały czas nie napisał ani słowa. Harry obserwował go, pogrążając się we własnych dylematach i rozważając powagę sytuacji.
W eseju Malfoya było coś szczególnego, jakieś specyficzne napięcie, które przypominało skrywaną prośbę i zawoalowaną potrzebę słyszalne w jego głosie w czasie ich ostatniej rozmowy. Ron miał rację, to brzmiało tak, jakby Draco pisał na podstawie swoich własnych doświadczeń, ale, jak Harry już wcześniej zauważył, analizował uczucia osoby znajdującej się pod wpływem zaklęcia. Poczuł lekkie ukłucie współczucia, nie do końca poczucie winy, ale jednak coś…
— Harry — usłyszał nagle syknięcie siedzącej obok niego Hermiony.
Otrząsnął się z zamyślenia i zamrugał. Kilka głów odwróciło się w jego kierunku, a Lupin patrzył na niego z wyczekującym wyrazem twarzy. Harry nie słuchał, o czym mówił profesor, i teraz nie miał pojęcia, o co chodzi.
— Spytał, kto był w stanie zwalczyć Imperiusa — przyszła mu z pomocą Hermiona, szepcząc bez otwierania ust, co doprowadziła do perfekcji pracując z Neville’a na eliksirach.
— Och, tak… Eee, ja? — wyjąkał Harry, uśmiechając się do Lupina przepraszająco. — Mnie się udało kilka razy.
Jeśli Lupin zauważył jego nieuwagę, a z pewnością tak było, nie dał tego po sobie poznać i powtórzył pytanie:
— Mógłbyś nam opisać swoje doznania i jak udało ci się zwalczyć klątwę?
Harry wstał i zastanowił się przez chwilę. Wbite w niego oczy uczniów nieco go krępowały.
— Cóż — zaczął wolno — czułem... Czułem, jakbym nic nie ważył i unosił się w powietrzu, a moja głowa była całkiem pusta i tylko pojedynczy głos mówił mi, co mam robić. Wszystko zdawało się takie jasne i łatwe, ale ja wiedziałem, że jest proste właśnie dlatego, że to tylko pustka… — przerwał i potrząsnął głową. — Naprawdę trudno to opisać.
Lupin przytaknął zachęcająco.
— Rozumiem, o co ci chodzi, Harry. Twój umysł stał się taki klarowny, bo zaklęcie stłumiło zdolność do samodzielnego myślenia i podejmowania własnych decyzji. Więc jak zdołałeś mu się oprzeć?
— Po prostu powiedziałem „nie” — odparł Harry zgodnie z prawdą. — Cały czas starałem się skupić na sobie i odmówiłem słuchania tego głosu, mimo że nic innego do mnie nie docierało. Odpychałem go od siebie i z każdą chwilą było mi łatwiej go blokować.
Draco słuchał uważnie, co mówił Harry, jednak na niego nie patrzył. Każde słowo rozbrzmiewało głośno w jego głowie, odbijając się w niej echem. Pojawił się promień nadziei, ale jednocześnie zalała go fala desperacji. Właśnie to muszę zrobić, żeby wytrzymać. Ale próbowałem i po prostu nie jestem w stanie. Nie mogę przestać myśleć. O nim.
— Dziękuję. — Lupin uśmiechnął się i gestem wskazał Harry’emu, żeby usiadł. — Harry właśnie opowiedział nam o swojej metodzie walki z Imperiusem — zwrócił się do reszty klasy. — Są na to oczywiście różne sposoby, dla każdego z nas inne, więc sami musicie odnaleźć ten właściwy. — Twarz profesora przybrała wyraz powagi. — Cruciatus pozbawia kontroli nad własnym ciałem i w żaden sposób nie można uniknąć bólu. Avada Kedavra nie ma żadnego przeciwzaklęcia i jest nieodwracalna. Imperius to najmniej niebezpieczne Niewybaczalne i jedyne, z którym jesteśmy w stanie walczyć, dlatego każdy powinien chociaż do pewnego stopnia się tego nauczyć.
Po tych słowach Neville Longbottom przełknął głośno ślinę i popatrzył ze strachem na Hermionę. Szaroniebieskie oczy Lupina prześlizgnęły się po słuchających go w skupieniu uczniach.
— Dyrektor poinformował mnie, że parę lat temu na tych zajęciach niektórzy z was zostali poddani działaniu Imperiusa. — Kilka osób przytaknęło. — Mam zamiar przeprowadzić dzisiaj małą prezentację tej klątwy, aby pokazać wam, co to znaczy być pod jej wpływem i żebyście w przyszłości potrafili skuteczniej z nią walczyć. — Lupin przerwał i podniósł do góry oficjalnie wyglądający pergamin. — To jest certyfikat ministerstwa zezwalający nam na rzucenie Imperiusa na dzisiejszych zajęciach. — Spojrzał na uczniów z troską. — Chcę, byście wiedzieli, że Imperius, którego doświadczycie podczas lekcji, nie zrani was w żaden sposób. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy z was mogą mieć nieprzyjemne wspomnienia, ale poprzednia demonstracja była absolutnie nielegalna i odbywała się bez uprzedniej zgody ministerstwa czy nawet dyrektora. Możecie być pewni, że profesor Dumbledore jest w pełni świadomy, co się tu dziś wydarzy, i ufa, że jesteście wystarczająco dojrzali, aby poradzić sobie z bardziej zaawansowaną magią.
Z powodu, którego Harry nie mógł pojąć, Hermiona wyglądała na podekscytowaną. On sam wierzył, że Lupin go nie skrzywdzi, ale myśl o Imperiusie raczej nie napawała go entuzjazmem. Wcześniejsze doświadczenia z Voldemortem wystarczą mu jeszcze na długi czas.
Wszyscy uczniowie przeszli na środek klasy, wykazując oznaki ostrożnego zaciekawienia. Wiedząc, że nic im się nie stanie, zdawali się chętni do eksperymentowania, widać jednak było, że trochę się obawiają. Profesor czekał cierpliwie i uśmiechał się zachęcająco, kiedy ustawiali się w kolejce.
— Skoncentruj się — mówił Lupin, dostosowując siłę zaklęcia do każdej osoby. — Zwróć uwagę na własne myśli, staraj się ich nie zgubić… Nie, nie, spróbuj zignorować mój głos w swojej głowie… Skup się…
Pod koniec zajęć okazało się, że jedyne osoby, które w pełni i bez większego wysiłku zwalczyły zaklęcie, to Harry… i Malfoy. Hermiona była naprawdę blisko, ale musiała spróbować pięć razy, zanim jej się udało.
Lupin uśmiechnął się do nich, a Malfoyowi skinął głową.
— Dobra robota, moi drodzy. A co do reszty, cieszę się, że naprawdę staraliście się jak najlepiej i muszę powiedzieć, że to świetny początek. Możecie być już tylko lepsi, potrzebujecie tylko więcej ćwiczeń i lepszej koncentracji, a w końcu wszystkim wam się powiedzie. — Popatrzył na uczniów z aprobatą. — Koniec lekcji na dzisiaj.
— Widziałeś to? — mruknął Ron triumfalnie do Harry’ego, kiedy wrócili do stolików, żeby spakować swoje rzeczy. — Malfoy potrafił oprzeć się zaklęciu! Teraz chyba nie powiesz, że wcześniej nie ćwiczył z Imperiusem!
Hermiona pojawiła się między nimi i usłyszała ostatnie słowa Rona.
— Cóż — zaczęła dyplomatycznie — udało mu się jak mnie i Harry’emu. A my nie trenowaliśmy czarnej magii.
Ron spojrzał na nią wzrokiem mówiącym: A może dla odmiany chociaż raz byś mnie poparła? i argumentował dalej:
— Ale to co innego! Harry urodził się naturalnie uodporniony na czarną magię. A ty jesteś mądra i masz talent do rzucania każdego czaru, klątwy czy przeciwzaklęcia, jakie wymyślono. — Hermiona zarumieniła się. — Ale Malfoy? Czy on kiedykolwiek dostał najlepszą ocenę na jakichkolwiek innych zajęciach z obrony przed czarną magią?
Harry uznał, że Ron ma rację — Malfoy nigdy wcześniej nie wyróżniał się na tych lekcjach. Spojrzał podejrzliwie na pakującego się właśnie Ślizgona. Może Malfoy rzeczywiście miał bezpośredni kontakt z czarną magią. Co tylko dodało kolejną pozycję do listy rzeczy, które muszą sobie wyjaśnić.
Zdecydował, że rozmowa ta powinna odbyć się jak najszybciej. Najlepiej natychmiast.
Został w klasie, gdy Ron i Hermiona już wychodzili, i zobaczył, że Malfoy wymyka się przez drzwi z drugiej strony prowadzące prosto do lochów.
— Hej! — zawołał do przyjaciół. — Muszę zapytać Lupina o coś w związku z moim esejem. Idźcie, zobaczymy się na obiedzie, dobrze?
Ron i Hermiona przytaknęli i opuścili salę. Harry dla pewności odczekał jeszcze chwilę, po czym ruszył za Malfoyem szybkim krokiem. Mimo że był środek dnia, całkiem ciemny korytarz okazał się pusty, gdyż korzystający z niego Ślizgoni zdążyli już odejść. Wił się i opadał w dół, a różnicę poziomów co jakiś czas niwelowały kamienne stopnie, co bardzo spowalniało Harry’ego, który musiał uważać, gdzie stawia stopy. Dwa razy prawie upadł i już zaczął się zastanawiać, jak, do cholery, Malfoyowi udało się tak bardzo go wyprzedzić, gdy nagle...
— Czego chcesz, Potter?
Harry zatrzymał się gwałtownie i odwrócił głowę w stronę, z której dochodził cichy, ostry głos. Dokładnie na prawo od niego znajdował się boczny korytarz, który w pośpiechu umknął jego uwadze. Wyglądał, jakby natura wyrzeźbiła go w skale. Tworzyły go wysokie, kamienne ściany, a strome stopnie nadal miały chropowatą powierzchnię, były matowe i pokryte pyłem. Panowała w nim ciemność, bo nie oświetlało go nic poza blaskiem dochodzącym z pochodni w głównym tunelu.
Draco Malfoy powoli wysunął się z cienia, sprawiając wrażenie, jakby pojawił się znikąd. Na jego twarzy malował się dziwny wyraz, jakiego Harry jeszcze nigdy u niego nie widział: beznamiętna maska, na której jednak teraz odbijało się coś, co przypominało mieszankę złości i rezygnacji. Gdy mierzył Harry’ego wzrokiem, w jego oczach migotały płomienie pochodni.
Harry szybko otrząsnął się z szoku wywołanego zaskoczeniem.
— Skąd wiedziałeś, że za tobą idę?
— Żaden problem. — Usta Malfoya wykrzywiły się szyderczo. — Tupiesz jak wściekły buchorożec, słyszeli cię pewnie nawet w Wielkiej Sali.
— Bardzo zabawne, Malfoy.
— Nie miałem zamiaru być zabawny, Potter. — Draco skrzyżował ręce na piersi. — Czego chcesz, do cholery? Po prostu spacerujesz, czy raczej, jak mówiłem, tupiesz po ślizgońskiej stronie zamku?
Harry zrobił kilka kroków do przodu, chowając się w ciasnym korytarzu. Z powodu otaczających ich ciemności obaj stali się praktycznie niewidoczni dla postronnych obserwatorów. Mimo to Harry nie miał problemu z dostrzeżeniem emocji przebiegających po bladej twarzy Malfoya. Stali wystarczająco blisko, żeby się dotknąć i wystarczająco daleko, żeby tego uniknąć. Napięcie między nimi zdawało się niemal pulsować.
— Musimy porozmawiać — oznajmił Harry stanowczo i bez wstępu. — To nie działa.
— Tak, jestem pewien, że bardzo ci ciężko. — Głos Malfoya ociekał sarkazm. — Takie nicnierobienie. Naprawdę rozumiem, że to musi być nie do zniesienia.
Harry zignorował go, zdecydowany nie dać się zwieść i uzyskać odpowiedzi, po które przyszedł.
— Naprawdę miałeś to na myśli? — zapytał. — To co napisałeś?
Obojętna mina starła z twarzy Draco wcześniejsze emocje.
— To był esej, Potter. Nie mój pamiętnik.
— Brzmiał wystarczająco realnie. Nawet Lupin był pod wrażeniem celności twoich spostrzeżeń.
Draco wzruszył nonszalancko ramionami.
— Może zależało mi na dobrej ocenie do średniej.
Harry nie dał się zbyć i naciskał dalej.
— Wspomniałeś o eliksirach miłosnych i ich związku z klątwą Imperius.
— Tak, wspomniałem. — Malfoy nadal mówił perfekcyjnie bezbarwnym głosem. Przechylił nieco głowę i popatrzył na Harry’ego z ukosa. — Ale wnioski musisz sobie wyciągnąć sam.
— Przestań kręcić i przejdźmy do rzeczy. — Harry czuł się coraz bardziej zirytowany.
— Do rzeczy, Potter? — Malfoy uniósł brew w udawanym rozbawieniu, którego jednak nie dało się dostrzec w jego oczach. — Myślałem, że nie jesteś zainteresowany.
Mimo narastającej złości Harry nie dał się sprowokować.
— Czyli mam rozumieć, że znalazłeś sposób na anulowanie działania eliksiru miłosnego? — zapytał chłodno. — Skoro uważasz, że sam sobie poradzisz?
— To nie twój interes — warknął Draco. — Co cię to obchodzi, Potter? Wróciłeś, żeby napawać się moją porażką?
— Więc jednak ci się nie udało. — Harry nie potrafił ukryć satysfakcji pobrzmiewającej w jego głosie.
— Tego nie powiedziałem. Mogłem… — Malfoyowi zabrakło pewności siebie. — W każdym razie to i tak nie twoja sprawa. I nie życzę sobie, żebyś za mną łaził.
Harry rozzłościł się już teraz na poważnie.
— Malfoy, przestaniesz w końcu być takim upartym osłem? — Ich rozgniewane spojrzenia spotkały się. — Co się z tobą dzieje? Myślisz, że możesz to sobie tak zostawić, jakby nic się nie stało?
Draco spuścił głowę, a jego głos załamał się niezauważalnie.
— Mogę. — Zapadła chwila wymownej ciszy. — A ty nie? Skoro to nic dla ciebie nie znaczy.
Tak proste pytanie uderzyło we właściwą strunę. Wyrażało dokładnie to, o co Harry podświadomie pytał samego siebie przez ostatnie kilka dni, za każdym razem, kiedy jego myśli wracały do Malfoya: Co cię to obchodzi?
— Tak, nic mnie to nie obchodzi — usłyszał swój własny głos odpowiadający na zadane w duchu pytanie. W oczach Malfoya coś zamigotało, a wyraz jego twarzy stwardniał. Harry wziął głęboki wdech i kontynuował: — Nic mnie to nie obchodzi i martwię się tylko z powodu wiążącego się z tym niebezpieczeństwa. To jest czarna magia, a ty w ogóle nie wiesz, jak ją zwalczyć czy kontrolować, nie mówiąc już o zlikwidowaniu jej działania. I im dłużej czekasz, tym bardziej się w tym pogrążasz, a ja nie mam pojęcia, jak poważne mogą być konsekwencje. Choć mogę cię zapewnić, że nie będzie to nic przyjemnego.
Draco otworzył usta ze zdumienia i popatrzył prosto w oczy Harry’ego, widząc w nich szczerość zmieszaną z irytacją. Coś w nim zaczęło się załamywać pod wpływem narastającej w nim presji. Spróbował coś powiedzieć, ale słowa nie przechodziły mu przez zbyt zaciśnięte gardło.
Harry widział emocje przepływające po twarzy Malfoya. Rezerwa została zastąpiona przez smutek, a pogarda przez bezsilność. Po raz kolejny ukłuło go coś na kształt współczucia. Gdy Malfoy się nie odezwał, skorzystał z okazji, by przyjrzeć mu się dokładniej. Podszedł o krok bliżej i spojrzał mu prosto w oczy.
— Chcę wiedzieć, co tak naprawdę się dzieje — powiedział cicho.
Draco zamknął oczy, czując się tak, jakby wokół niego eksplodowały wielobarwne fajerwerki. Ich intensywność stała się nie do zniesienia i już dłużej nie potrafił się powstrzymywać. Uniósł powieki, a odpowiedź na pytanie rozmyła się i zamieniła w niezrozumiały zlepek słów. Wbrew woli wyciągnął przed siebie ręce, złapał Harry’ego i przyciągnął go do siebie mocno. Następną rzeczą, jaka dotarła do niego przez zasnuty oszołomieniem umysł, był gorący dotyk ust na jego własnych wargach.
Harry zatoczył się pod wpływem niespodziewanego ataku, a jego okrzyk zaskoczenia został brutalnie stłumiony. Zamrugał ze zdziwienia, gdy drugi raz w życiu wbrew woli poczuł smak pocałunku swojego śmiertelnego wroga. Ręce Draco przesunęły się w górę jego ramion, przyciskając go do ściany wąskiego korytarza, zbliżając ich ciała aż za bardzo, ale jednak w dziwny sposób właściwie.
Co? Co, do diabła?!
Zdecydowanym ruchem położył dłonie na piersi Malfoya i odepchnął go, przerywając kontakt. Malfoy odsunął się gwałtownie, a przez szok i świadomość tego, co właśnie zrobił, zawirowało mu przed oczami. Cofnął się chwiejnym krokiem i zgarbił ramiona w geście całkowitej rezygnacji.
— To się właśnie dzieje — szepnął łamiącym się głosem.
Nastąpiła długa chwila pełnej napięcia ciszy, w której mieszanina zakłopotania, żalu i goryczy wydawała się niemal namacalnie wypełniać dzielącą ich przestrzeń.
Harry ciągle był lekko oszołomiony, nadal czuł na ustach dotyk miękkich warg i kilka minut zajęło mu zebranie myśli.
— Nic się nie zmieniło, prawda? — zapytał przyciszonym głosem.
— Nie — odparł Draco niemal niedosłyszalnie.
Wciąż stali o krok od siebie, ograniczeni szerokością korytarza, który zmuszał do nieznośnej bliskości. Harry mógł wyczuć ciepło ciała Draco, a ciemność pogłębiała tylko to doznanie. Obecność Malfoya zdawała się krążyć wokół niego, otaczając go odległym i nieuchwytnym ciepłem.
Draco przymknął oczy, drżąc nie tylko z powodu nagłego chłodu, który przeszył go na wskroś. Powściągliwa reakcja Harry’ego na pocałunek wytrąciła go z równowagi mocniej, niż się spodziewał. Była tak spokojna i jednocześnie intensywna, że swoim cichym ostrzem przebiła się przez panujące napięcie i sprawiła, iż poczuł się jeszcze bardziej zdezorientowany, zagubiony i bezsilny niż kiedykolwiek wcześniej.
Milczenie zaczęło ciążyć im obu.
— Malfoy... — zaczął Harry.
— Nie mogę — przerwał mu Draco, krótko i z ukrytym wyrzutem.
Harry podniósł wzrok, napotykając spojrzenie Malfoya, lekko zdziwiony wyraźnie słyszalną w jego głosie desperacją. O mało nie wyrwało mu się: „Czego nie możesz?”, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język, uświadamiając sobie, że takie pytanie z pewnością powstrzymałoby Malfoya od kontynuowania tych niepewnych próśb i w zamian wróciłaby natychmiast jego nieprzystępna postawa obronna.
Nie odezwał się więc ani słowem. Czekał.
Draco wziął głęboki oddech, a słowa same zaczęły płynąć, kiedy popatrzył w zdumiewająco zielone oczy.
— Nie mogę — powtórzył znowu łamiącym się głosem. — Nie mogę tego zrobić. Nie mogę zrobić... nic.
— To znaczy? — zapytał cicho Harry bez śladu wrogości.
— To znaczy, że nie mogę zrobić nic! — Malfoy przeczesał włosy palcami, odgarniając kilka kosmyków opadających mu na czoło. — Nie jestem w stanie normalnie myśleć i nie potrafię znaleźć żadnego sposobu na odwrócenie zaklęcia. Twoja obecność jest nie do zniesienia, ale kiedy ciebie nie ma, jest jeszcze gorzej.
Harry skrzywił się lekko, słysząc ostatnie słowa.
— To bardzo miłe z twojej strony.
Draco zignorował jego wypowiedź.
— Zrozum to, Potter. Już dłużej nie wytrzymam.
Harry spoważniał i przyjrzał mu się badawczo.
— To czego ode mnie oczekujesz? — Poczuł lekką złość i pod jej wpływem dodał: — Chyba że „trzymaj się ode mnie z daleka” nadal obowiązuje?
— Twoje żarty w tym momencie nie zostaną docenione, Potter. — Draco wyglądał na wzburzonego. — Nie masz do powiedzenia czegoś bardziej użytecznego?
— Użytecznego? — niemal warknął Harry, potrząsając głową. — Masz na myśli coś takiego jak pomoc? Bo bardzo wyraźnie przypominam sobie, jak oświadczyłeś bez ogródek, że jej ode mnie nie chcesz. Nigdy.
Draco zawahał się, niepewny, co powiedzieć. Na przemian zaciskał i rozluźniał dłonie w pięść, zdradzając tym swoje zdenerwowanie. Po raz pierwszy jego naturalny dar do wykrętnych ripost zawiódł go całkowicie, gdy mnóstwo sprzecznych myśli przebiegło przez jego umysł jak potężny elektryczny impuls.
— Ostatnio zaproponowałem ci pomoc — przypomniał Harry, skoro Malfoy milczał. — I odmówiłeś.
— No i? Oferta jest już nieaktualna? — W oczach Draco zalśniła na chwilę przekora, szybko stłumiona przez rosnącą desperację.
— Nie jestem twoim niewolnikiem — oświadczył Harry stanowczo. — Nie masz prawa mi rozkazywać, kiedy najdzie cię taki kaprys.
— Ale przyszedłeś tutaj, szukałeś mnie — stwierdził Draco podstępnie.
Harry znowu poczuł gniew i irytację.
— I to kompletnie nic nie znaczy! Mówiłem ci już wtedy i teraz mogę powtórzyć: nie przyszedłem tu dlatego, że się o ciebie troszczę. Nic mnie nie obchodzi, co robisz ze swoim życiem! Ale nie mogę pozostać obojętny, kiedy to dotyczy także i mnie. Prędzej umrę, niż tknę się czarnej magii, więc masz zdjąć to zaklęcie i… I zostawić mnie w spokoju!
Wybuch Harry’ego spotkał się z ogłuszającym milczeniem, które przetoczyło się przez korytarz echem wspólnych emocji, zbyt ze sobą związanych, aby odróżnić, która należy do kogo.
Wreszcie Malfoy odezwał się spokojnie:
— Więc odejdź, jeśli chcesz.
— Nie chcę odchodzić — oznajmił ostro Harry. — Chcę mieć pewność, że uda ci się to wszystko odkręcić, żebyśmy mogli wrócić do normalnego życia.
Draco z wysiłkiem wzruszył ramionami.
— Tego nie mogę ci zagwarantować.
— Ta odpowiedź mnie nie satysfakcjonuje, Malfoy — upierał się Harry.
— A czy cokolwiek cię satysfakcjonuje, Potter? — wybuchnął Draco. W jego oczach zabłysła złość. — Co chcesz, żebym ci powiedział? Będziesz szczęśliwszy, jeśli cię zapewnię, że wszystko zostało naprawione, więc możesz sobie pójść i udawać, że nic się nie stało? Pomyślałeś chociaż przez chwilę, jakie to trudne dla mnie? Czy po prostu boisz się, że twoja drogocenna, niewinna skóra zostanie skażona czarną magią?
— Właśnie tak! — odwarknął Harry, nieświadomie robiąc mały krok do przodu i zmniejszając tym samym dzielący ich dystans. — Nie miałeś prawa mieszać mnie w to wszystko tylko dlatego, że bawiło cię eksperymentowanie z groźnymi czarnomagicznymi eliksirami! I nie... — Harry zobaczył, jak Draco otwiera usta, żeby coś powiedzieć — nie próbuj mi nawet wmawiać, że to nie ma ze mną nic wspólnego! Mógłbyś się wynieść nawet na Alaskę, a i tak nie zmieniłoby to faktu, że jestem wmieszany w… w ten eliksir miłosny, i twoje zaprzeczenia w niczym nie pomogą!
— Myślisz, że nie próbowałem? — Głos Draco łamał się od tłumionych emocji, w jego wzroku widać było bezsilną frustrację. — Wciąż próbuję i próbuję, ale po prostu nie jestem w stanie. Masz cholerną rację, że to jest czarna magia, ona płynie w mojej krwi, Potter, krąży w moich żyłach z każdym oddechem jak trucizna. I nic nie mogę zrobić, oprócz wykrwawienia się na śmierć, co z każdą minutą staje się coraz bardziej kuszącą opcją.
— Nie bądź głupi, Malfoy — syknął Harry gwałtownie, a niepokój sprawił, że jego oczy pociemniały. Podszedł jeszcze o krok i złapał Draco za ramiona. Momentalnie poczuł napinające się mięśnie, ale trzymał mocno. — Usiłujesz wzbudzić we mnie poczucie winy, grożąc, że się zabijesz? Myślisz, że padnę na kolana i będę cię błagał o zachowanie zdrowego rozsądku? — Mało delikatnie odepchnął Malfoya i cofnął się, nie spuszczając z niego wzroku. — Zastanów się jeszcze raz. Świat nie kręci się tylko wokół ciebie.
— Nie — zgodził się Draco bezbarwnym tonem. — W tym momencie mój świat kręci się wokół ciebie.
— Och, powinienem czuć się zaszczycony?
— Nie — powtórzył Draco z goryczą. — Nienawidzę każdej minuty, w której to czuję.
Wyraz twarzy Harry’ego zmienił się z prawie przyjaznego do graniczącego z odrazą. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili rozmyślił się i tylko potrząsnął głową ze złością.
— Zapomnij o tym. Powinienem był wiedzieć, że nie mogę się spodziewać czegokolwiek poza twoją głupią dumą.
Harry odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę głównego korytarza, gdzie bursztynowe światło pochodni rozświetlało mrok. Żadnych deklaracji, żadnych obietnic jak ostatnim razem. Po prostu odszedł.
Draco zamknął oczy, przygryzając dolną wargę. Arogancja i desperacja toczyły w nim zaciekłą bitwę. Wiedział, że albo teraz albo nigdy…
— Potter, zaczekaj.
Harry zatrzymał się i obejrzał, kierowany bardziej odruchem niż własną wolą. Pochodnie rzucały na twarz Draco niewyraźny blask, podkreślając zmęczenie i kontrastując z zaróżowionymi policzkami, zapewne pozostałością po pocałunku.
— Tak — wyszeptał Malfoy głosem cichym i pełnym rezygnacji.
— Co tak?
— Tak, proszę cię.
Prawdziwe zaskoczenie rozświetliło zielone tęczówki. Draco wstrzymał oddech, czekając — i zastanawiając się, czy Potter wykorzysta ten moment triumfu, rozkoszując się jego poniżeniem. W głębi duszy doskonale wiedział, że właśnie tak postąpiłby na jego miejscu. Przygotował się na zjadliwe, sarkastyczne słowa, efekt tak ciężko zdobytego zwycięstwa.
Harry przyjrzał mu się uważnie, starając się rozszyfrować jego intencje. Ich oczy spotkały się i przez króciutką chwilę coś ich połączyło, coś podobnego do zrozumienia. Niespodziewanie na kilka ulotnych sekund zniknęła naturalna wrogość i wywołana eliksirem udręka, odsłaniając zwykłe zakłopotanie i nagą prawdę.
Draco zamrugał i odwrócił wzrok. Moment porozumienia zgasnął jak płomień zalany wodą. Jednak Harry’emu to wystarczyło. A przynajmniej na tyle, by uzasadnić drugą szansę. Chwila była bardziej przejmująca niż patrzenie w przeszłość czy nawet przyszłość, ponieważ żył w teraźniejszości i teraz miał powód, aby uwierzyć.
— Czego ode mnie oczekujesz? — odezwał się spokojnie, bez wyrzutów. I przez zadanie tego pytania właśnie pozwolił wymknąć się tej jedynej szansie na zemstę. Pragnienie jej zniknęło bez śladu zastąpione emocją o wiele silniejszą, czymś, co można by nazwać zalążkiem współczucia.
Draco wyglądał, jakby mu ulżyło. Oparł się wygodniej o ścianę, napięcie na jego twarzy odrobinę złagodniało, a usta zwinęły się w delikatnym uśmiechu. Niemal wdzięcznym, pomyślał Harry. Jednak Malfoy tylko mową ciała ujawnił targające nim emocje. Gdy się odezwał, jego głos był spokojny i opanowany, mimo że pozbawiony zwyczajowej arogancji.
Draco właśnie otworzył usta, żeby coś powiedzieć, gdy z głębi głównego korytarza dobiegły ich odległe głosy. Rozejrzał się szybko z niepokojem w oczach.
— Cholera, ktoś idzie — odezwał się napiętym głosem i spojrzał na Harry’ego. — Słuchaj, musze już iść, pogadamy później.
Harry przeklął w myślach tę przedwczesną przerwę. Jeszcze tylu rzeczy zamierzał się dowiedzieć.
— Malfoy, powiedz mi tylko...
— Później — powtórzył Draco, przerywając mu szorstko, chociaż jego mina wskazywała na rozdarcie między pragnieniem pozostania a potrzebą ucieczki. Emocje które pojawiły się na jego twarzy, wydawały się zmiękczać skuwający rysy, wewnętrzny ból..
Malfoy zrobił krok do przodu, pokonując tę niewielką odległość, jaka ich jeszcze dzieliła. Harry zesztywniał i cofnął się odruchowo, zastanawiając się, czy znowu zostanie pocałowany, ale Draco jedynie uniósł prawą rękę i musnął palcami jego policzek. Dotyk był lekki jak najlżejsze pióro feniksa, i tak krótki, że gdyby Harry mrugnął, mógłby go przegapić. Chociaż uczucia na skórze, zimna i gorąca na przemian, bynajmniej przegapić się nie dało.
Ze śladem zawstydzenia na twarzy Draco szybko opuścił dłoń, obrócił się i bez słowa zwinnie zniknął w gęstych cieniach głównego tunelu.
Już po chwili po Malfoyu nie pozostało nic poza migoczącym światłem pochodni. Harry stał w miejscu, nadal oparty o kamienną ścianę, nie mogąc przestać myśleć, w jaki sposób odbijało się ono w szarych, pochmurnych oczach. Wciąż czuł dotyk na twarzy, mimo że trwał on tylko ulotną sekundę, i drżał z powodu jego delikatności, zdającej się jednocześnie absurdalną i odpowiednią.
Gratulacje, powiedział sobie w duchu, potrząsając głową z ponurą konsternacją. Teraz oszalałeś już bez wątpienia. Pozwoliłeś, żeby Malfoy znowu cię pocałował! Co się, do diabła, stało?!
Ale on potrzebuje twojej pomocy, odezwał się kolejny głos, z pewnością nie głos rozsądku. Nie było to też skruszone sumienie, już bardziej coś jak... empatia? Nie, raczej nie, ale... ale nieważne, czym było i z jak głębokiego źródła w jego wnętrzu pochodziło, stanowczo dało mu do zrozumienia, że pozostawienie Malfoya samego z jego problemem nie wchodziło nawet w grę. To zwyczajnie nie byłoby w porządku, zwłaszcza teraz, kiedy Malfoy przemógł się i poprosił o pomoc.
Harry westchnął, odepchnął się od ściany i wrócił na główny korytarz. Tą samą drogą co poprzednio doszedł do pustej teraz klasy eliksirów, po czym skierował się do Wielkiej Sali, gdzie uczniowie już zaczęli obiad. Widocznie rozmowa z Malfoyem trwała dłużej niż przypuszczał.
— Hej! Gdzie byłeś?! — zapytał Ron między kęsami purée z ziemniaków, gdy Harry usiadł obok niego i spojrzał na jedzenie, wcale nie czując głodu.
Odruchowo spojrzał na stół Slytherinu. Ostentacyjnie pustego miejsca, które zwykle zajmował Malfoy, nie dało się nie zauważyć.
— Nigdzie, musiałem tylko coś wyjaśnić.
— Harry! — zawołał Seamus przez stół. — Wiesz, że mecz ze Ślizgonami zostawał przełożony o tydzień wcześniej? Potem mają coś robić z trawą na boisku. Mam nadzieję, że to nie problem?
Od czasu, gdy na piątym roku walka o Puchar Quidditcha została wznowiona po przerwie z powodu Turnieju Trójmagicznego, Harry był kapitanem i szukającym drużyny Gryffindoru. Doprowadził ją do zwycięstwa dwa lata z rzędu, kontynuując godną podziwu passę, którą zapoczątkował wstępując do zespołu w pierwszej klasie.
Zastanawiał się przez chwilę, po czym wzruszył ramionami.
— Powinno być w porządku. Przez ostatnie kilka tygodni ciężko trenowaliśmy.
— To świetnie — odparł Seamus. — Muszę jeszcze przekazać nowinę Malfoyowi.
Malfoy, przypomniał sobie Harry i zadrżał.
Malfoy był jego odpowiednikiem w drużynie Ślizgonów, kapitanem i szukającym. Te kilka razy, gdy ze sobą konkurowali, Harry’emu zawsze udawało się złapać znicz i wygrać mecz. Całkowicie wyleciało mu z głowy, że już wkrótce ponownie staną przeciwko sobie.
Perspektywa pokonania Ślizgonów zwykle napawała go radością, tym razem jednak w jego głowie pojawiły się wątpliwości. Wydawało mu się, że w ich obecnej sytuacji rywalizacja będzie wobec Malfoya nie w porządku. Ale przecież nic nie mógł zrobić. Nie miał żadnego wpływu na harmonogram meczów, a skoro pani Hooch już ustaliła datę spotkania, prawdopodobnie nawet Seamus nie mógł jej zmienić.
Oczywiście istniała szansa, że Malfoy anuluje działanie eliksiru do następnej środy rano i wtedy ich szanse na zwycięstwo znowu się wyrównają, ale nawet wtedy nie byłoby tak samo jak dawniej.
Podczas obiadu Harry był wyciszony, jednak inni, pogrążeni w ożywionej dyskusji na temat strategii gry, nie zauważyli jego niezwykłego spokoju. Prym w rozmowie, podgrzewanej perspektywą zbliżającego się spotkania, wiedli Ron i Seamus ze swoją teorią na temat ofensywnej strategii, którą zaczynała stosować drużyna Gryfonów, a w której pałkarze grali na jednej linii ze ścigającymi, pracując bardziej w ataku niż w obronie. Strategia była ryzykowna, gdyż przez większość czasu obrońca pozostawał sam na swoim stanowisku, ale Harry był przekonany, że niesie ze sobą więcej korzyści niż niebezpieczeństw.
Za pomocą fasolek wszystkim smaków obaj Gryfoni zaczęli pokazywać różne ustawienia, i lewitując zawodników ruchami różdżek, symulowali swój plan gry. Ron w tym roku został oficjalnym, konsultantem drużyny do spraw strategii, Seamus z kolei zastąpił na stanowisku komentatora Lee Jordana, który opuścił szkołę razem z bliźniakami Weasley, i obiecał, że będzie równie obiektywny jak jego poprzednik.
Harry nie wiedział, co zrobić, aby pomóc Malfoyowi. Nie miał bladego pojęcia, jak wykonano eliksir miłosny, eliksiry przecież nigdy nie były jego mocną stroną. I mimo że istniały wyraźne podobieństwa między działaniem mikstury a zaklęciem Imperius, zarozumiałością byłoby zakładać, że są identyczne w swej naturze i właściwościach. Być może Malfoy miał jednak rację i Harry nie na wiele mu się przyda.
Nie zwracał uwagi, gdy na koniec obiadu Ron i Seamus głośno wyrażając zadowolenie ze swojego pomysłu i wykrzykując w triumfalnym oczekiwaniu, zabrali się za zjadanie fasolek, przesadnie widowiskowo chrupiąc te, które wcześniej reprezentowały zawodników Slytherinu. Kiedy wszyscy już skończyli i ruszyli do pokoju wspólnego, Harry nadal nie otrząsnął się z ponurych myśli.
Przerażało go, jak mało w rzeczywistości wiedział o oszustwach związanych z zaklęciami i eliksirami miłosnymi, biorąc pod uwagę ich złą sławę nawet wśród mugoli. Nie poradzi sobie. Musiałby przeczytać zbyt wiele książek, na co z pewnością nie miał czasu z taką ilością zadań domowych i treningów.
Ewentualnie mógł się poradzić kogoś, kto znał się na tym lepiej i zaoferowałby jakieś przydatne porady. Ale kogo? Snape prędzej podzieliłby się tajnikami eliksirów miłosnych z Gilderoyem Lockhartem, niż odpowiedział na pytania Harry’ego, więc ta możliwość odpadała. A Lupin... Myśl o wyjaśnianiu całej sytuacji właśnie Lupinowi, gdy szansa na uzyskanie pomocy była prawdopodobnie niewielka, wcale nie napawała go radością.
Pozostawała tylko...
— Hermiono! — zawołał, przyspieszając kroku. — Mogę z tobą przez chwilę porozmawiać?

* * *


— Malfoy zrobił eliksir miłosny? I go wypił? — Oczy Hermiony były okrągłe jak spodki, a brwi ściągnięte, niedowierzanie na jej twarzy szybko jednak zmieniło się w sceptycyzm. — On cię nabiera, Harry. Takie eliksiry są nielegalne... zakazane przez ministerstwo!
— Hermiono, ale my tu mówimy o Malfoyu! Jego ojciec ma pewnie najlepiej zaopatrzoną w całej Anglii czarnomagiczną bibliotekę. A może nawet w całej Europie. Jeśli Malfoy chciał się dowiedzieć, jak uwarzyć taki eliksir, prawdopodobnie musiał tylko kiwnąć palcem.
Hermiona, wciąż nieufna, potrząsnęła głową.
— Powiedz, co to wszystko ma wspólnego z tobą.
— Chciałem… — Harry przerwał, czując, jak się rumieni. — Przez przypadek obaj znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, a potem okazało się...
— Harry! — Hermiona wyglądała na przerażoną. — Czy ty piłeś ten eliksir?!
— Nie! — zaprzeczył Harry energicznie. — Nie piłem. Jestem tylko jego... celem.
Hermiona otworzyła usta, kiedy prawda wreszcie do niej dotarła. Patrzyła na Harry’ego w całkowitym oszołomieniu, a kiedy się odezwała, jej głos był bezbarwny, jak gdyby nie wierzyła własnym słowom.
— Czyli Malfoy... Malfoy jest w tobie zakochany? — powiedziała powoli, patrząc na niego niepewnie. — Bo mam nadzieję, że źle usłyszałam.
— Też bym chciał. — Harry uśmiechnął się słabo.
Siedzieli obok siebie przy kominku w pokoju wspólnym Gryffindoru, opierając się o wielki stos miękkich poduszek. Mimo wczesnej pory, ogień już płonął, aby wygonić z pomieszczenia zimowy chłód.
Ron pospiesznie zabrał się za swoją już spóźnioną pracę z wróżbiarstwa, o której kompletnie zapomniał, dając im doskonałą okazję do tej trudnej rozmowy.
Hermiona, wciąż przestraszona, uspokoiła się na tyle, aby zadać kolejne pytanie:
— Opowiedz, co się dokładnie wydarzyło.
Harry westchnął i wyznał jej wszystko, co wydarzyło się od czasu owej ponurej nocy, w czasie której podjął decyzję o samotnym spacerze. Powiedział, jak spotkał Malfoya i jak później wydarzenia wymknęły się spod kontroli. Gdy skończył, przyjaciółka zmarszczyła nos, ale nie mógł się zorientować, czy robi to z rozbawienia, czy z odrazy.
— Malfoy cię pocałował?
Policzki Harry’ego ponownie pokryły się zdradliwym rumieńcem.
— Tak, ale tylko dwa razy.
Hermiona wywróciła oczami.
Tylko dwa razy? Nieszczęścia zawsze chodzą parami. — Wyraz jej twarzy spoważniał. — Naprawdę wierzysz w to, co powiedział?
Harry w zamyśleniu pokiwał głową.
— Musiałabyś go widzieć, Hermiono. Wiesz, jaki jest Malfoy... to kompletny gnojek, ale nigdy wcześniej tak się nie zachowywał. Był zarozumiały, ale nie arogancki ani snobistyczny. Brzmiał niemal na... zdesperowanego. Jakby to wszystko zdarzyło się naprawdę.
Hermiona nie wyglądała na przekonaną.
— Ale to Malfoy. Od kiedy wierzysz w cokolwiek, co on mówi? Nie przepuści żadnej okazji, żeby nas wpędzić w kłopoty. To bezwzględny oszust i kłamca. Zapomniałeś już o awanturze z Norbertem? I jak próbował sabotować mecz na trzecim roku, przebierając się za dementora? Mogłabym jeszcze sporo wymieniać, ale dobrze wiesz, o co mi chodzi.
— Tak, Hermiono, tylko... tylko że tym razem jest inaczej. Nie sądzę, żeby udawał. Sytuacja jest zbyt wiarygodna, by mogła być nieprawdziwa... jeśli to ma jakiś sens — dodał szybko, widząc pytające spojrzenie przyjaciółki. — Wiem, że to, co mówię, brzmi dziwacznie i niewiarygodnie, a dla Malfoya kłamanie jest tak naturalne jak dla innych oddychanie, jednak... w jakiś sposób mam pewność, że teraz jest szczery.
— Zgadzam się co do dziwacznego i nienaturalnego. — Hermiona spojrzała na niego z uwagą. — Co w ciebie wstąpiło, Harry? Nigdy nawet sobie nie wyobrażałam, że zapałasz do Malfoya... współczuciem. Nie po tym wszystkich, co nam zrobił! Skąd wiesz, że to nie tylko wyjątkowo ubarwiona historyjka, która ma na celu wpędzenie nas w ogromne kłopoty?
— Po prostu... czuję, że on tym razem nie kłamie.
— Nie możesz opierać się na przeczuciu! — upierała się Hermiona.
— Czasami mogę — odparł Harry cicho i spojrzał przyjaciółce w oczy. — Pamiętasz noc we Wrzeszczącej Chacie z Syriuszem i Glizdogonem? Sądziliśmy, że Syriusz to zimnokrwisty morderca, który zabił moich rodziców. Ale kiedy z nim rozmawiałem, miał w oczach coś, co mnie przekonało i pozwoliło mu uwierzyć. Wyobraź sobie, co by się stało, gdybym wtedy nie zaufał swoim przeczuciom. — Głos Harry’ego na moment się załamał. — Wykorzystałbym szansę i zabił niewinnego człowieka i najlepszego przyjaciela moich rodziców.
— To co innego, Harry — zaprzeczyła Hermiona niecierpliwie. — Syriusz nigdy nie próbował cię skrzywdzić, czego nie można powiedzieć o Malfoyu.
— Nie do końca co innego — odparł Harry rozsądnie. — Wcześniej uważaliśmy, że Syriusz chce mnie zabić, a Rona prawie pociął na kawałki, chociaż zrobił to przez przypadek.
— Odkąd go znamy, Malfoy nigdy nie zrobił niczego dobrego, wręcz przeciwnie, wielokrotnie próbował wpędzić nas w tarapaty — oświadczyła Hermiona stanowczo. — Z Syriuszem sytuacja przedstawiała się inaczej... Dzięki Glizdogonowi mógł udowodnić swoją niewinność. Sam fakt, że Pettigrew przez tyle czasu maskował się jako Parszywek, był wystarczająco obciążający. A co Malfoy ma na potwierdzenie swoich słów? Pokazał ci chociaż jakieś konkretne dowody, że ta cała sytuacja z eliksirem miłosnym nie jest efektem działania jakichś narkotyków?
Harry poważnie zastanowił się nad słowami przyjaciółki. Miała rację — Malfoy nigdy nie zaproponował mu żadnych konkretów, że jest... za wyjątkiem własnych słów oraz wyrazu oczu, który zdawał się być bardziej wymowny, niż Harry sobie wyobrażał u kogokolwiek.
— To prawda — przyznał. — Malfoy nigdy nie przedstawił żadnych dowodów poza... cóż, samym sobą. Ale czemu miałby... wiesz — zawahał się — pocałować mnie, i to nie raz a dwa razy, skoro zamierzał jedynie zastawić pułapkę? Nie boi się, że po szkole zaczną o nim krążyć plotki?
Hermiona potrząsnęła przecząco głową.
— Harry, to nie jest wystarczający argument. — Obróciła się, by widzieć jego twarz. — Posłuchaj. Nie mam pojęcia, co takiego, na Merlina, zobaczyłeś w Malfoyu, co pozwoliło ci choćby zacząć mu wierzyć, ale nadal uważam, że on jest za sprytny, abyś angażować się w to bez pewnych dowodów. Malfoy nie jest wart, by dla niego ryzykować.
Harry odwzajemnił spojrzenie przyjaciółki i zapytał wprost:
— Sądzisz, że kłamie?
— Nie ufam mu. I ty też nie powinieneś.
— Czyli radzisz, żebym sobie zwyczajnie odpuścił? — podsumował Harry spokojnie.
Hermiona odruchową odpowiedź: Tak, oczywiście, że tak! miała już na końcu języka, ale przygryzła go w ostatniej chwili. Spojrzała Harry’emu uważnie w oczy i ku swemu zdziwieniu zobaczyła w nich... nadzieję i dezorientację. Jak gdyby wręcz czekał, że ona ożywi w nim tę iskrę niepewności i potwierdzi niewytłumaczalne pragnienie dania Malfoyowi szansy.
Westchnęła z rezygnacją. Albo Malfoy zasługiwał na Oskara za swoje umiejętności aktorskie, albo Harry naprawdę się pogubił.
Jednak gdzieś w głębi duszy wiedziała, że jeśli ktoś posiadał intuicję na tyle dobrą, żeby postawić wszystko na jedną kartę, to właśnie Harry. Był spostrzegawczy, jak nikt inny, kogo znała, i potrafił widzieć głębiej, niż sięgała logika i podejście praktyczne.
W historię Malfoya nie wierzyła ani trochę. Ale z jakiegoś powodu zniszczenie tlącej się w Harrym iskry wiary zdawało się czymś zbyt brutalnym. To zaufanie było zbyt rzadkie, choć sprzeczne z zasadami rozsądku. A danie szansy nie zaszkodzi... Każdy na nią zasługiwał. Nawet ktoś tak wstrętny jak Malfoy.
— Każ mu pokazać sobie jakiś dowód — odpowiedziała w końcu, dokładnie rozważając każde słowo. Zastanawiała się, co powiedziałby Ron, gdyby dowiedział się, że nie tylko nie doradziła Harry’emu, żeby kazał Malfoyowi się odpieprzyć, ale wręcz namawiała go, by dowiedział się więcej.
Ale Harry wierzył Malfoyowi. Sama to widziała w jego oczach, słyszała między pokładami niepokoju w jego głosie. I ona nie miała prawa odbierać mu tej wiary.
— Będziesz z nim jeszcze rozmawiał?
— Chyba tak. — Harry wzruszył ramionami. — Ale nie wiem kiedy. Powiedział, że będziemy w kontakcie.
— O Merlinie! — Hermiona z rezygnacją wywróciła oczami. — Zaczynacie się zachowywać jak korespondencyjni przyjaciele. Ta sprawa zaczyna przekraczać wszelkie granice wyobraźni!
Harry uśmiechnął się z wysiłkiem.
— Uwierz mi, ja także nigdy sobie czegoś takiego nie wyobrażałem. Zwal to na totalnego pecha. Pokutę za każdy grzech, jaki popełniłem w przeszłości i jaki jeszcze popełnię.
Hermiona natychmiast spoważniała.
— Ja nie żartuję. Nie rób niczego głupiego, dopóki nie upewnisz się, że cała sprawa z eliksirem miłosnym nie jest gigantyczną mistyfikacją. — Przerwała na moment. — I nie czuj się zaskoczony, jeśli okażę się inaczej.
Harry uśmiechnął się niepewnie.
— No cóż, przecież mówimy o Malfoyu, prawda?
Jednak Hermiona usłyszała w jego głosie brak zdecydowania i lekką niepewność. Wzięła w dłonie jego rękę i uścisnęła ją.
— Nie zrozum mnie źle, Harry. Wiara w ludzi jest dobra, ale może też być bardzo niebezpieczna.
Harry odwzajemnił ucisk.
— Wiem. Nie martw się, nie zrobię niczego nieostrożnego ani głupiego. Malfoy nie zasłużył na moje zaufanie — przerwał. Przez jego twarz przebiegła mieszanina wielu emocji. — Nie uważasz, że to ironiczne, jak czasami nasze najlepsze cechy mogą obrócić się przeciwko nam? — powiedział w zamyśleniu. — Takie jak zaufanie, wiara i miłość? Są jak obosieczny miecz.
Hermiona spojrzała na niego z ukosa. Właśnie takie chwile jak ta, pełne melancholijnych rozmyślań i niemal uroczego idealizowania najdobitniej przypominały jej, dlaczego docenia Harry’ego, głębię jego charakteru i szlachetność, dzięki którym był kimś tak wyjątkowym.
— Nie rób nic, póki Malfoy nie dostarczy ci wiarygodnego dowodu. Wciąż mam co do niego poważne zastrzeżenia i opowiastka o eliksirze miłosnym nie wystarczy, żebym zmieniła zdanie. — Wstała i uśmiechnęła się zachęcająco. — Ufność w stosunku do ludzi to dar rzadki i cenny, ale uważaj, kogo nią obdarzasz.
Przypomniała sobie, że miała umówione spotkanie z McGonagall w sprawie dodatkowych prac z transmutacji, więc Harry został przy kominku sam ze swoimi myślami, pogrążony w melancholijnym nastroju. Hermiona miała rację, nie powinien był uwierzyć Malfoyowi tak łatwo. Przez to stał się zbyt wrażliwy. Tak, Malfoy naprawdę nie zrobił nic, aby być godnym jego zaufania.
Westchnął ze znużeniem.
I właśnie przez to wyjaśnienie powodu, dla którego to robię, jest jeszcze trudniejsze.

* * *


Draco zrezygnował z obiadu i spędził resztę dnia, leżąc w łóżku na wznak i ignorując burczenie w brzuchu. Ostatnio stracił na wadze, ale nie wiedział, czy powodem były jego żywieniowe nawyki, brak snu czy uboczny efekt działania eliksiru. Zapewne wszystko po trochu, doprawione dawką stresu.
Rozmyślał o rozmowie, jaką odbył w drodze do pokoju wspólnego Ślizgonów. Ciągle była żywa w jego umyśle: mrok, ponura atmosfera, obskurny korytarz — wszystko to okazało się dziwnie romantyczne i złowrogo kuszące, dokładnie jak Harry w tamtym momencie. Co było powodem, dla którego nie potrafił się powstrzymać i go pocałował.
Wspomnienie pocałunku wywołało w nim zarówno złość jak i przyjemność. Przyciskanie ust do warg Harry’ego było niczym niekończące się spełnienie. Jakby nagle przestało mieć znaczenie, czy wszystko wokół zniknie, a pocałunek sam w sobie wystarczy, aby go ocalić. Był tak strasznie gorzki, ale jednocześnie smakował jak niebo.
I właśnie dlatego Draco zrozumiał, że bez Harry’ego sobie nie poradzi. Wiedział o tym już wcześniej, gdzieś głęboko w duszy, ale ignorował to przekonanie i mu zaprzeczał. Dopiero pocałunek, jego intensywność, pozwoliła mu zrozumieć i zaakceptować prawdę.
Dlatego poprosił. Było mu strasznie trudno, ale strach i rozpacz okazały się silniejsze od niego i wycisnęły mu słowa z ust. I ku jego kompletnemu zaskoczeniu Harry się zgodził. Bez niepotrzebnego zamieszania i złośliwych uwag. Poruszyło go to tak bardzo jak jeszcze nic do tej pory.
Może od początku nie miał racji co do Pottera. Może on naprawdę chciał mu pomóc, choć zdawało się to nie do pojęcia, bo w sytuacji odwrotnej Draco nigdy by tak nie postąpił. Ale przecież Harry nie był taki jak on. To właśnie czyniło go kimś niepowtarzalnym: wrodzona życzliwość, zdająca się być jego cechą charakterystyczną. Aż do teraz Draco nie wyobrażał sobie, że ją doceni.
Usiadł na łóżku i sięgnął po kawałek pergaminu oraz pióro. Jego końcówka wciąż była mokra od atramentu dzięki pożytecznemu zaklęciu samonapełniania, na jakie natknął się w bibliotece. Przyłożył pióro do kremowo-białego papieru i zaczął pisać:
Spotkaj się ze mną w nieużywanym pomieszczeniu na piątym piętrze Wieży Astronomicznej po treningu quidditcha.
Z płomykiem nadziei w sercu złożył pergamin równiutko i schował go do kieszeni, aby później zanieść go do sowiarni. Obraz Harry’ego ponownie zmaterializował mu się w umyśle, a szczególnie jego zaskoczenie, kiedy Draco dotknął go przelotnie, i wspomnienie owo wystarczyło, by na moment to coś w jego wnętrzu ponownie zamigotało.
Istniała szansa, że Harry dostarczy mu odpowiedzi, których tak desperacko szukał, że z jego pomocą wszystko wróci do normy i ten straszny bałagan zniknie jak rosa w porannym słońcu.
Draco odchylił się do tyłu i oparł o poduszki. Gdy zamknął oczy, pod jego powiekami zamigotało słabe srebrne światło.
Być może mimo wszystko uda mu się znaleźć wyjście z tej sytuacji.
Być może...

Koniec rozdziału piątego



*„Love is not a word; it's a sentence” — tłumaczenie własne; autor nieznany
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Bazyliszkowa » 25 mar 2012, o 15:42

Podoba mi się!
Na pierwszy rzut oka nie w moim stylu, ale się rozkręca i podoba mi się zarysowanie kontrastu pomiędzy Harrym i Draco.
I reakcja Draco na przyjęcie eliksiru zdaje się być taka... prawdziwa, szczera.

— Jasne! Do boju, Malfoy! — Wymachiwał swoją masywną pięścią w powietrzu w nieco afektowanym geście. — Dobierz się do niego!
Draco nie odpowiedział, jedynie spuścił wzrok na rozmywający mu się przed oczami tekst. Poczekał aż Goyle zniknie za drzwiami i umilkną jego ciężkie kroki, po czym opuścił podręcznik i tępo wpatrzył się w przestrzeń.
— Tak — powiedział do siebie cicho. — Chciałbym.


:seksi: O mamusiu, tak, tak, tak! Z poprzedniego rozdziału, ale absolutnie to uwielbiam.
A w piątce moją perełką jest:
— Potter, zaczekaj.
Harry zatrzymał się i obejrzał, kierowany bardziej odruchem niż własną wolą. Pochodnie rzucały na twarz Draco niewyraźny blask, podkreślając zmęczenie i kontrastując z zaróżowionymi policzkami, zapewne pozostałością po pocałunku.
— Tak — wyszeptał Malfoy głosem cichym i pełnym rezygnacji.
— Co tak?
— Tak, proszę cię.


Malfoy jest tutaj taki ROZKOSZNY. Tak, właśnie - rozkoszny! On, prosi Pottera o pomoc.
Niech sobie gada co chce, że to desperacja, że liczy na to, że Harry'emu uda się to jakoś odkręcić... Ja tam i tak wiem swoje.
On po prostu chce być blisko Pottera i tyle :D

Będę niecierpliwie czekać na nowy rozdział, bo się nieźle wkręciłam :D
Pozdrowienia dla tłumaczek i bet!
___________________________________________________________________________________________________________________

"I need to have a bit more time to get over this stupid crush before I go up against Potter. Oooh... going up against Potter... There's a phrase which conjures up a thousand dirty images."
Bazyliszkowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 21
Dołączył(a): 3 mar 2012, o 23:27

Postprzez ruffe » 26 mar 2012, o 20:31

Zawsze jak widzę nowe drarry moje źrenice się rozszerzają a serce mi wali jak łom w rękach narkomana o kraty w oknach apteki.
Myślałam, ze nic nie przebiję mojego fav'a "na kolanach", ale muszę przyznać, że się udało. Wprost uwielbiam opis uczuć w tym drarry, autorka zna się na rzeczy; aż czuję jakbym była w tym miejscu, które opisuje. Zazwyczaj jak czytam, opuszczam nudne, zbyt długie opisy a tu czytam każde słowo chyba z 6 razy, żeby się delektować. Opowiadanie idealnie wpasowane w kanon i robota tłumaczek- no po prostu 15 punktów w skali od 1 do 10 ^^ Tak bardzo chcę żeby się już rozwinęło!!! Czekam niecierpliwie:3
ruffe Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 12
Dołączył(a): 31 sty 2012, o 19:17

Postprzez Akame » 29 mar 2012, o 14:13

No i nie skomentowałam przedostatniego rozdziału. Pomyliły mi się daty dodawania rozdziałów i oto efekt.

Serio żal mi Draco. Eliksiry miłosne, porównane do Imperiusa, jakoś tak sprawiły, że poczułam na plecach gęsią skórkę. Fikcja fikcją, ale jak sobie pomyślałam, że ktoś wymyśliłby np. narkotyk o takim działaniu... żadna radocha zakochać się w kimś, kogo się nie nienawidzi, bądź czuje do niego obrzydzenie. Draco miał szczęście trafić na Pottera, w tym przypadku to naprawdę szczęście.

Jakoś w tym wszystkim drażni mnie maksymalnie Ron. Ja wiem, że on jest pamiętliwy i wredny czasami, co w sumie wylazło z niego nie raz w kanonie, ale... jak kiedyś się dowie o Draco, a na pewno się jakoś dowie, to chyba nie chcę wiedzieć co będzie. Jakoś przy nim, Draco wydaje się mi takim nieszkodliwym typem (chyba Ron z Wiary tak mnie nastroił O.o).

Poprosił... wiele musiało go to kosztować i faktycznie musi sobie nie radzić, skoro zdecydował się przełamać i współpracować z Harrym. Z jednej strony dobrze, z drugiej, czy ta więź się nie zacieśni, gdy będą przebywali razem? Geez, i tutaj bym chętnie sięgnęła do oryginału, ale ten tekst po prostu przerasta moje mikro możliwości :/ W ogóle scena w korytarzu naprawdę świetnie opisana. Emocje, jakie rządzą w tej chwili Draco sprawiają, że ma się ochotę po prostu go przytulić i powiedzieć, że będzie ok, wszystko wróci do normy, on wróci do tatusia i śmierciożerców i w ogóle będzie git xD

Hermiona - kanon rządzi! I niech mu tak zostanie ;] Zachowanie bardzo w jej stylu. Oczywiście pomoże, ale jest nieufna, nie podchodzi do tego jak Harry, nie do końca ufa jego intuicji, chociaż docenia przeczucia Pottera, które na ogół się sprawdzają. Zastanawiam się nadal nad tą fiolką, którą Harry ciągle chyba ma. Naprawdę nie można czegoś tam wymuskać i pracować na bazie tego? Normalnie się stresuję xD

Dziękuję za kolejną część, pozdrawiam tłumaczki i ich bety, oraz bety ich bet :D
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Evey » 29 mar 2012, o 16:37

Tak mi wstyd, że tyle rozdziałów nie skomentowałam. Nawet maturą się tłumaczyć nie będę, bo to i tak nie wymówka! ;)
Uwielbiam sposób, w jaki fik jest napisany. Prawdziwy smaczek - świetne opisy, naprawdę dobre słownictwo. Nawet po polskiej wersji widać, że w oryginale musi być dopracowane. Cieszę się więc, że teraz na nic nie mam czasu, bo tak to na pewno pognałabym czytać w oryginale i zapewne dużo by mi umknęło, a tak - rozkoszuję się co jakiś czas świetnym tłumaczeniem.
Bo, właśnie, muszę przyznać, że wychodzi to niesamowicie płynnie. Nie powiem, że była początkowo pewna rezultatów, nie zastanawiałam się nad tym szczególnie, ale Team Drarry spisuje się naprawdę na medal. Wszystko współbrzmi ze sobą, a każda z tłumaczek i bet się spisuje, gładziutko się czyta, żadnych zgrzytów.
Treściowo, powiedziałabym, z każdym rozdziałem lepiej, a akcja się rozwija w bardzo ciekawym kierunku. Dostrzegalny kanon jest chwilowym oderwaniem od mnogości raczej niekanonicznych tekstów i wcale to nie jest takie złe. Najbardziej podoba mi się ukazanie prawdziwego Malfoya, który jest w położeniu, w jakim jest, potrzebuje pomocy Harry'ego, a jednak doskonale zdaje sobie sprawę, że gdyby role się odwróciły, pozostałby złośliwy, okrutny i bezwzględny. Co, jak widać, ostatecznie nie przeszkadza mu w poproszeniu o pomoc. To również bardzo ciekawy epizod, powiedziałabym, że bardzo ważny, bo sugeruje, jak silna więź jest i jak mocno wpływa na Dracona. Motyw z wypracowaniem na temat Imperiusa też jest ciekawym motywem, bo Malfoy mógł się "wyszaleć". I nie lubię tego Rona. Jak dla mnie, jeszcze gorszy niż w książkach.
Średnio podoba mi się zwierzanie Hermionie, chyba faktycznie odwykłam od kanonu. Ale tak zapewne postąpiłby "oryginalny" Harry, więc pozostaje mi tylko to zaakceptować.
I czekać na kolejne rozdziały oczywiście. Życzę całej drużynie pracującej przy tym tekście wiele zapału i weny. I nawet jeśli nie dam rady skomentować, to jestem wierną czytelniczką. :)
Nasza miłość na pewno wciąż trwała, ale po prostu była bezużyteczna, [...] bezwładna w nas, jałowa jak zbrodnia lub potępienie. Była tylko cierpliwością bez przyszłości i upartym czekaniem.
A. Camus, Dżuma
Evey Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 327
Dołączył(a): 2 lip 2011, o 11:39
Lokalizacja: Kraków

Postprzez Miris » 2 kwi 2012, o 12:33

W ogóle nie mam czasu na komentarz, więc napiszę krótko: bardzo mi się podoba :D. Odniosę się tylko do ostatniego rozdziału: cieszę się, że Potter chce Malfoyowi pomóc, ha, nareszcie! I Malfoy też się uradował, niestety, ta radość chyba krótko potrwa, bo na następnym spotkaniu Potter zażąda od niego dowodu... Którego właściwie nie potrzebuje. Nie noo, nie podejrzewałam Hermiony, że będzie aż taka nieufna. Zresztą, jak w ogóle można udawać skutki eliksiru miłosnego? I po diabła?
Harry chyba zaczyna się trochę łamać, hyhyhy :D.
Tłumaczenie świetne, nie mogę się do niczego przyczepić :).
Drarrytozuoaleitakjekocham.
Miris Offline


 
Posty: 323
Dołączył(a): 1 lis 2010, o 19:08
Lokalizacja: Dom

Postprzez TEAM DRARRY » 4 kwi 2012, o 21:36

Za betę ślicznie dziękujemy Aubrey i Minamoto :*


Rozdział 6: Brak spełnienia


Nie jesteś kompletny, dopóki nie kochasz; wtedy jesteś skończony.*


Harry podczas kolacji pokazał Hermionie pognieciony list od Malfoya, rozkładając pergamin pod stołem. Kiedy go dyskretnie przeczytała, szybko złożył kartkę z powrotem.
— Mam rozumieć, że pójdziesz się z nim spotkać? — zapytała z kamienną miną tak cicho, że tylko on mógł ją usłyszeć. Co wcale nie było potrzebne, gdyż wszędzie wokół trwały rozmowy na tyle głośne, że bez problemu zagłuszały jej szept.
Przytaknął krótko, wciskając list do kieszeni.
— Na wszelki wypadek wezmę różdżkę — powiedział.
Hermiona nie wydawała się zaskoczona. Tak naprawdę jakimś cudem wiedziała, co się stanie, jeszcze zanim zobaczyła wiadomość. Była przekonana, że gdyby Malfoy zechciał spotkać się ponownie na osobności, Harry się zgodzi. Co ją wciąż dziwiło, to fakt, iż Harry nadal zamierzał traktować całą sytuację poważnie, zamiast machnąć ręką na te wszystkie bzdury, jakich Malfoy mu naopowiadał. Zmarszczyła brwi, zaczynając się poważnie zastanawiać, czy przyjaciel nie padł ofiarą Imperiusa.
— Dobrze się czujesz? — W jej głosie było słychać troskę. — Zachowujesz się naprawdę dziwnie i zaczynam się o ciebie martwić. Na pewno to Malfoy jest ofiarą a nie odwrotnie?
— Oczywiście, że mnie nie zaczarował — zaprzeczył Harry. Nie licząc magii ust. — Poza tym potrafię oprzeć się Imperiusowi, a Malfoy nie ma dostatecznego doświadczenia, aby rzucić coś bardziej zaawansowanego. Wątpię, czy nawet z Imperiusem by sobie poradził... jeszcze nie.
— Wciąż mam złe przeczucia — oświadczyła Hermiona, wyrażając na głos swoje wątpliwości. — Nie powierzyłabym Malfoyowi nawet przycięcia pazurów Krzywołapa, a to zadanie, które chętnie oddałabym każdemu, kto chce zostać zadrapany na śmierć.
— Naprawdę będę ostrożny — obiecał Harry.
Hermiona spojrzała mu w oczy i zrozumiała, że wszelkie próby odwiedzenia go od tego pomysłu skazane są na niepowodzenie. Harry już podjął decyzję i prawdopodobnie nie miało znaczenia, jakich użyje argumentów. Pójdzie na spotkanie nawet wtedy, jeśli mu zagrozi, że o wszystkim powie Ronowi i Dumbledore’owi.
Aby stłumić niepokój, postanowiła upewnić się, że przyjaciel nie stał się ofiarą jakiegoś czarnomagicznego zaklęcia, które odebrało mu zdolność kontrolowania własnych działań. Znała bardzo użyteczny czar, wykrywający Czarną Magię, więc kiedy Harry pochylił się w stronę Seamusa, aby porozmawiać na temat zbliżającego się meczu ze Ślizgonami, wyjęła różdżkę i ukradkiem przesunęła nią wzdłuż całego ciała przyjaciela, szepcząc pod nosem formułę i uważnie obserwując, co się stanie.
Końcówka jej różdżki zaświeciła się na kolor perłowo-biały, który później zmienił się na matowo-zielony, co było dowodem, że wszystko jest w porządku. Oczywiście poczuła ulgę, ale jej obawy nie ustąpiły całkowicie. Pytanie, które wciąż nie dawało jej spokoju, brzmiało: „dlaczego”.
Przez chwilę zastanawiała się nad problemem, uznała jednak, że zwracanie się z nim do Harry’ego mija się teraz z celem. Po pierwsze wydawał się zdecydowany pójść na spotkanie, a po drugie wątpiła, czy sam zna odpowiedź.

***


Gdy późnopopołudniowe słońce zapłonęło na niebie w pełnej okazałości, co zdarzało się rzadko w te pochmurne i chłodne zimowe dni, Harry energicznie ruszył do dormitorium, aby zabrać rzeczy na wieczorny trening quidditcha. Harmonogram stał się teraz jeszcze bardziej napięty, skoro kluczowy mecz przesunięto na wcześniejszy termin. Mimo że jego drużyna była godnym przeciwnikiem dla Ślizgonów, potrzebowali jak największej ilości ćwiczeń.
Slytherin miał mocną obronę, pomyślał, wyciągając z szuflady czysty komplet szat. To był ich niewątpliwy atut i powód, żeby Gryfoni całkowicie skoncentrowali się na ataku. Niewątpliwie zwycięstwo w głównej mierze zależało od jego umiejętności złapania znicza jak najszybciej, ale Harry nigdy nie był kimś, kto gra w defensywie.
Biorąc pod uwagę ostatnie mecze, jego szanse były spore. Miał wręcz pewność, że złapie znicz, statystyki dobitnie o tym świadczyły. Od drugiej klasy stawał przeciwko Malfoyowi już cztery razy i zawsze okazywał się lepszy. Dobrze pamiętał odurzenie, jakie dawało zwycięstwo. Kiedy jego palce zaciskały się na złotej piłce. Kiedy widział twarz Malfoya wykrzywioną ze złości, żalu i oczywistej nienawiści.
Myśli Harry’ego powoli odpłynęły od strategii gry do techniki latania Malfoya. Mimo że sam był szybszy, i to znacznie, od Ślizgona, nie mógł nie przyznać, że Malfoy na miotle prezentował się nieźle. W głębi duszy uważał nawet, że Malfoy miał lepszy styl od niego. Kilka razy oglądał sam siebie w omnikularach czy na ruchomych zdjęciach i wyglądał wtedy, jak gdyby mknął po niebie z doskonałą precyzją: jego ciało było pochylone i idealnie dopasowane do miotły, przecinał powietrze niczym nóż miękkie masło.
Harry doskonale pamiętał, jak zobaczył Malfoya na miotle po raz pierwszy. Mieli wtedy tylko po jedenaście lat, byli niewinnymi dziećmi, patrzącymi na świat oczami szeroko otwartymi z zachwytu. Malfoy ukradł Neville’owi Przypominajkę od jego babci i wbrew zakazowi uciekł z nią na jednej ze szkolnych mioteł, a Harry, co naturalne, ruszył za nim. Ta chwila była paliwem wzmacniającym rywalizację, która nie osłabła nawet po sześciu latach.
Wciąż doskonale pamiętał, co czuł, goniąc Malfoya. Ślizgon nie kłamał, latał naprawdę dobrze. Z arogancją i niedbałym wdziękiem prowadził swoją miotłę, precyzyjny i elegancki jednocześnie. Może nie był w tym najlepszy na świecie, ale na pewno w powietrzu prezentował się pięknie.
Podobnie jak we wszystkich innych dziedzinach. Posiadał nieprzeciętne umiejętności do promieniowania pogardą i pewnością siebie zupełnie bez wysiłku, wraz z godnym pozazdroszczenia spokojem, wyrafinowaniem i klasą. Stanowiło to nieodłączne elementy jego osobowości.
Wszystkie te cechy jeszcze bardziej podkreślały krótkie błyski emocji w oczach Malfoya, burząc pozę opanowania, jaką zwykle Draco tak bezbłędnie manifestował. Okazywanie uczuć, zupełnie dla niego nietypowe, okazało się dla Harry’ego niepokojące, niemal przerażające.
Harry pogrzebał w szufladzie, szukając tabliczki czekolady z Miodowego Królestwa, która zastąpiłaby mu kolację, bo widział, że po treningu miał nikłe szanse na posiłek. Niespodziewanie jego palce zetknęły się z chłodnym i twardym szkłem, które brzęczało w kontakcie z resztą zawartości szuflady. Zacisnął dłoń na znajomym kształcie i wyciągnął fiolkę.
Przez chwilę przyglądał jej się, czując chłód szkła na skórze. Całkowicie o niej zapomniał, skupiony na efekcie działania eliksiru bardziej niż na jego źródle. Uniósł buteleczkę, aby obejrzeć ją dokładniej. Nikłe pozostałości jaskrawej czerwieni nadal barwiły wewnętrzną powierzchnię — szkarłatne świadectwo trucizny przenikającej głębiej niż krew.
A przynajmniej Malfoy tak twierdził, a Harry mu uwierzył.
W zamyśleniu zagryzł dolną wargę i wsunął fiolkę do kieszeni, zabrał resztę rzeczy i opuścił sypialnię. Sam nie był w stanie sprawdzić tajemniczej cieczy, ale ponieważ była namacalnym dowodem, Hermiona z pewnością będzie nią bardzo zainteresowana.

***


Krótko przed kolacją Draco opuścił pokój wspólny Ślizgonów, wyszedł z zamku i udał się w kierunku boiska do quidditcha. Płaski, rozległy teren z poziomu ziemi wyglądał zupełnie inaczej niż obserwowany z lotu ptaka.
Kiedy pędził wysoko w powietrzu, otoczenie płynęło wokół niego i rozmazywało się niczym farby na potrząśniętej palecie. Było jak naturalny, abstrakcyjny obraz lśniący jaskrawymi kolorami, gdy Draco wirował na swojej miotle. Bujna zieleń boiska poniżej przechodziła płynnie w błękit nieba, które raz miał nad głową, a za chwilę pod nogami. Tę właśnie prawie nieznośną różnorodność barw uważał za coś najpiękniejszego, ponieważ symbolizowała życie — nie zawierała wyraźnych linii czerni i bieli, tylko wiele odcieni szarości i każdego innego koloru tęczy.
Im bardziej zbliżał się do boiska, tym wyraźniej widział, jak bardzo różni się ono z tej perspektywy. Było takie... zwyczajne. Kawałek płaskiego gruntu wykutego przez grawitację a nie wyobraźnię. Co miało sens, bo stał przecież obiema nogami na ziemi, a boisko prezentowało się naprawdę smutno, niemal żałośnie. W niczym nie pomagało też, że ulewne zimowe deszcze wykuwały w glebie głębokie bruzdy. Tak, nawierzchnia zdecydowanie potrzebowała naprawy.
Oczywiście nie przyszedł tu, aby oceniać stan techniczny murawy, chociaż jej marny wygląd dodawał jeszcze ponurości jego nastrojowi. Prawdę mówiąc, w ogóle nie był pewien, po co skierował tu swoje kroki. No chyba że winę ponosił trening Harry’ego.
Wybrał zacienione miejsce, częściowo osłonięte przez gryfońską wieżę, i usiadł na trawie, opierając się o ciepłą betonową ścianę. Sam w miarę niewidoczny, mógł bez problemu obserwować boisko.
Cała drużyna Gryfonów, składająca się w większości z uczniów szóstej klasy, właśnie rozpoczynała trening. Draco widział, jak Harry do nich mówi, zapewne tłumaczy strategię gry na najbliższe spotkanie. Gestykulował i coś pokazywał, dając wskazówki każdemu z graczy osobno, a oni przytakiwali i czasami zadawali dodatkowe pytania. Niedługo później zawodnicy rozeszli się, wsiedli na miotły i unieśli się w górę.
Oglądanie lotu Pottera z innej perspektywy niż z powietrza okazało się całkiem interesujące. Rozmyślając, Draco wodził za Gryfonem oczami, gdy ten w błyskawicznym tempie przemierzał boisko z jednego końca na drugi, krążąc między obręczami w ramach rozgrzewki. Zazdrościł mu tej prędkości, przy jednoczesnym zachowaniu precyzji i refleksu.
Harry naprawdę umiał latać. Nie tylko utrzymać się na miotle i z trudem wchodzić w zakręty bez spadania, ale latać w pełnym znaczeniu tego słowa — jak gdyby potrafił oprzeć się grawitacji, jak gdyby niebo nie było granicą a bramą do poznania. Nawet w czasie meczów Draco nachodziło wrażenie, że Harry nie lata tylko po to, by z nim konkurować, ale raczej z czystej miłości. Wiatr łapał go i prowadził tam, gdzie wskazywał jego instynkt, jakby zdobycie znicza stanowiło tylko część przyjemności.
Oczywiście Draco nie miał z nim szans. Ciężar oczekiwań i ambicja podcinały mu skrzydła, pozwalając jedynie dryfować pod niebem. Nieważne, jak bardzo się starał, zawsze pozostawał o krok za Harrym.
Doskonale pamiętał, jak grali ze sobą po raz pierwszy w drugiej klasie i poniósł wtedy pierwszą z wielu porażek. Upokorzenie z powodu przegranej, mimo że posiadał najlepszą miotłę, wciąż jeszcze żyło w jego umyśle, zmieniając się w ogromne poczucie winy. Przypomniał sobie, jak Marcus Flint wtedy na niego nawrzeszczał: Miałeś znicz tuż nad głową i go nie widziałeś, do cholery! Nie potrafisz pokonać Pottera nawet na najszybszej przeklętej miotle na świecie!
Dokładnie w tym momencie iskra nienawiści, która rozpaliła się przy ich pierwszym spotkaniu w hogwarckim ekspresie, buchnęła z pełną siłą, wywołując gniew, żal i gorycz, których źródłem mógł być tylko Harry. Wstręt, jaki Draco czuł, oraz zazdrość wymieszana z pogardą były nasionkiem, z którego wyrastały nienawiść i podziw.
Ale przecież nigdy nie było inaczej. Czy kiedykolwiek okazał się lepszy od Pottera? Czy posiadał coś, czego tamten nie miał? Nie. I teraz jego największym pragnieniem był właśnie Harry, za którym tęsknota wypełniała każdą sekundę istnienia Draco.
Patrzył na Harry’ego, starając się przywołać w pamięci wszystko, co kiedyś wywoływało wstręt i nienawiść tak naturalnie, a teraz zdawało się czymś dziwnym, jedynie wspomnieniem, mglistym déjà vu, zbyt dalekim, by mogło być prawdziwe. Z powodu eliksiru widział Harry’ego takim, jakim był on naprawdę: jego szczery, dopingujący uśmiech, sposób, w jaki smukłe dłonie przesuwają się ostrożnie po trzonku Błyskawicy, jakby tylko i wyłącznie on sam kontrolował sytuację, jak jego gibkie ciało pochylało się, kiedy nurkował, przecinając powietrze bez oporu. Draco przyglądał się jak zahipnotyzowany...
— Co do?!... — Weasley pojawił się znikąd, wyskakując nagle zza rogu. Potknął się i prawie upadł przed Draco, ale jakoś udało mu się odzyskać równowagę. Niedowierzanie w jego oczach szybko zamieniło się w zwyczajową pogardę. — Co ty tu robisz, Malfoy? — warknął głosem przesyconym gniewem.
Draco momentalnie oprzytomniał i odwzajemnił się takim samym spojrzeniem.
— Siedzę tu i pilnuję swojego nosa. To chyba zgodne z przepisami?
Oczy Weasleya błysnęły niebezpiecznie.
— Nie wciskaj mi kitu! Wiem doskonale, po co tu przyszedłeś! — krzyknął i podszedł bliżej.
Draco podniósł się z ziemi i niedbale otrzepał szatę.
— Zadawanie mi pytań, na które już znasz odpowiedź, nie jest zbyt efektywne. Ale i tak nie wyjaśnia problemów z rozwojem umysłowym, prawda, Weasley?
Twarz Gryfona zaczerwieniła się z wściekłości, tak że jego piegi stały się jeszcze bardziej widoczne.
— Szpiegujesz naszą strategię! Ty skurwy…
— Mam w nosie twoją zakichaną strategię — przerwał mu Draco. Jego policzki również zarumieniły się z emocji. — Poza tym i tak nie ma czego szpiegować. Cała wasza strategia opiera się na tym, że Potter złapie znicz. I nie waż się obrażać mojej matki, ty...
— Wynoś się stąd, Malfoy. — Głos Weasleya brzmiał na bardzo zdecydowany. — Bo zaraz sam ci pomogę. Bez swoich dwóch goryli nie jesteś szczególnie groźny, co?
— Daruj sobie, Weasley — odparł Draco spokojnym i opanowanym tonem, cofając się o krok. — Mam lepsze rzeczy do zrobienia niż bić się z kimś, kto jest zbyt kiepski, żeby przyjęli go do drużyny. — Obrzucił Gryfona ironicznym spojrzeniem. — Ale trybuny to miejsce najodpowiedniejsze dla kogoś takiego jak ty.
Ron zacisnął pięści tak mocno, że pobielały mu knykcie. Z wściekłości cały się trząsł, nie potrafiąc wymyślić odpowiedniej riposty. Zadowolony uśmieszek Malfoya doprowadził go do stanu, który nie był już gniewem. Nienawiść, głęboka i intensywna, rozbłysła w jego oczach. Jednak kiedy znów się odezwał, głos miał spokojny, mimo że na granicy kontroli.
— Pewnego dnia, Malfoy — syknął nisko przez zaciśnięte zęby — dostaniesz dokładnie to, na co zasługujesz. A ja będę pierwszym, który to zobaczy.
— Cała przyjemność po mojej stronie, Weasley. — Słowa Draco ociekały sarkazmem. — Zrobię wszystko, żeby urozmaicić twoje nędzne życie. Poznaj moje dobre serce.
Patrzyli się na siebie przez długą chwilę z nienawiścią, po czym Draco odwrócił się i ruszył w kierunku szkoły, nie zerkając nawet za siebie. Poruszał się powoli i z wdziękiem, a wiatr odchylał jego aksamitne szaty, odsłaniając smukłą sylwetkę, aż zniknęła za zakrętem.
Ron stał przez kilka minut jak wrośnięty w ziemię. Pełne jadu słowa wciąż zatruwały powietrze. Nawet gdy odzyskał już spokojny oddech, wciąż słyszał drwiący głos Malfoya. Najbardziej bolał go fakt, że Ślizgon mówił prawdę. Prawdę w całej okazałości, nieważne, czy chodziło o drużynę quidditcha, wyniki w nauce czy sytuację finansową.
Z bezsilnej frustracji zagryzł wargę, zamknął oczy i potarł twarz dłońmi, gdy ogarnęła go fala żrącej i długo tłumionej nienawiści. Jakże zazdrościł Malfoyowi wszystkiego, czego sam nie miał. Gniew spływał do przepastnej ciemnej jamy mściwości, mieszkającej głęboko w jego duszy.
Pewnego dnia, przypomniał sobie własne słowa. Powoli odwrócił głowę w stronę boiska, rozpoznając sylwetki graczy przemykających na tle zachmurzonego nieba, zaraz jednak stracił zapał do analizowania strategii gry i zaczął ubolewać, że może tylko patrzeć na kolegów, zamiast razem z nimi unosić się w powietrzu.
Do tej pory przekonywał sam siebie, że cieszy się z roli doradcy, jaką Harry zaproponował mu prawdopodobnie bardziej z powodu przyjaźni niż z jakiejkolwiek innej przyczyny. Starał się nie myśleć, że pragnął nie tylko pomagać, ale też grać. Jednak Malfoy przejrzał fasadę pozornej akceptacji, obnażając mroczną tęsknotę, której nikt, nawet najbliższy przyjaciel, dotąd nie zauważył.
I właśnie za to Malfoya nienawidził.
Pewnego dnia odwdzięczę mu się za wszystko, obiecał Ron w duchu. I wtedy to on pożałuje.
Biegiem wrócił do pokoju wspólnego Gryfonów, zdenerwowany i rozdrażniony. Wewnątrz nie było nikogo poza Hermioną, która siedziała przy stole, zatopiona w leżącej przed nią grubej książce. Tuż obok, ustawione na stercie chusteczek jak coś cennego, znajdowało się małe szklane naczynie ze śladami czegoś czerwonego w środku. Ron nie zwrócił na nie szczególnej uwagi, opadając na krzesło obok przyjaciółki.
— Wiesz, kogo złapałem koło boiska, jak czaił się i szpiegował trening naszej drużyny? —zapytał ze złością, jak gdyby Hermiona była jedną z osób odpowiedzialnych za całą sytuację. — Malfoya! Ukrywał się i podglądał naszą strategię. Ten podstępny mały... — i tu Ron wyrzucił z siebie litanię wulgarnych wyzwisk.
— Ron — przerwała mu Hermiona ostrzegawczo, unosząc głowę znad książki. — Przestań. Czemu tak się wściekasz? Przecież nasza strategia nie jest żadną tajemnicą państwową, pewnie jak setki innych została już opisana w „Quidditchu przez wieki”...
— Ale nie o to chodzi! — rzucił Ron ze złością, wciąż mocno zaczerwieniony. — Malfoy na pewno planuje coś okropnego, co zniszczy nasze plany. Założę się, że posiada jakiś poradnik w stylu „Tysiąc i jeden sposobów sabotowania drużyny przeciwnika”. Pewnie z niej zaczerpnął pomysł na przebranie się za dementora.
— Uspokój się — powiedziała Hermiona z roztargnieniem, wciąż po części skupiona na czytaniu. — Jeśli chodzi o quidditcha, masz skłonność do przesadnie gwałtownych reakcji.
— Nieprawda! — zaprzeczył Ron ostro. — Ale nawiasem mówi, myślę, że przyłapanie naszego rywala na szpiegowaniu powinno pociągnąć za sobą odpowiednią reakcję. Najlepiej skierowaną na Malfoya. — Zacisnął pięści, a jego twarz przybrała mściwy wyraz.
Hermiona spojrzała w górę i zawahała się, po czym zapytała tak obojętnym tonem, na jaki tylko potrafiła się zdobyć:
— Czy Harry go widział?
Ron pokręcił głową.
— Na szczęście nie, bo pewnie nie byłby w stanie skoncentrować się na treningu.
Prawdopodobnie, pomyślała Hermiona, ukradkiem spuszczając wzrok na swoją książkę. Ale nie z powodów, o których myślisz. Nie mogła wyznać Ronowi prawdy, kiedy był taki wściekły, a poza tym wiedziała, że Harry by sobie tego nie życzył.
Podczas gdy Ron w dalszym ciągu żalił się na Malfoya, Hermiona ponownie skoncentrowała się na czytanym podręczniku. Opisano w nim wiele zaawansowanych eliksirów, miała więc nadzieję, że znajdzie przydatne informacje na temat substancji, która znajdowała się w fiolce od Harry’ego.
Niestety książka nie okazała się skarbnicą wiedzy na interesujący ją temat, a wiele testów wymagało dostępu do specjalistycznego laboratorium. Jednak drobne wzmianki tu i tam, takie jak „eliksir w kolorze krwi” czy „ma naturalne właściwości kwasowe, więc powinien być przechowywany w szklanym naczyniu w temperaturze pokojowej” potwierdzały, że mikstura w fiolce to rzeczywiście eliksir miłosny.
Ron w końcu zwrócił uwagę na buteleczkę i spojrzał na nią z ciekawością.
— Co to jest? O tym czytasz? — zapytał. — Tylko mi nie mów, że to jest eliksir semestralny dla Snape’a. Przecież mamy jeszcze dwa miesiące.
— Nie, nie jest, ale już zaczęłam robić projekt — odparła Hermiona nieco urażonym tonem. — Nie zapominaj, że ten wynik będzie stanowił jedną trzecią naszej końcowej oceny.
— Nienawidzę eliksirów — oświadczył Ron marudnym tonem, odbiegając od tematu. Wzmianka o pracy domowej z pewnością nie poprawiła mu humoru. — Jakie to ma znaczenie, czy wykonam go poprawnie? Snape mnie nie znosi, więc i tak znajdzie jakiś urojony błąd i obniży mi ocenę. — Ponownie spojrzał na fiolkę. — Więc co to jest? — powtórzył pytanie.
— Nic takiego, szukam tylko kilku dodatkowych informacji — odparła Hermiona tak mętnie, jak tylko mogła, machając lekceważąco ręką i przerzucając ukradkiem kilka stron do przodu, aby Ron nie zobaczył, że czyta o eliksirach miłosnych. Skinęła głową w stronę fiolki. — A to próbka specjalnej mikstury, którą dostałam od Snape’a. Jest na liście w podręczniku na stronie osiemset sześćdziesiątej siódmej — wyjaśniła, zakładając, że Ronowi nie będzie się chciało tego sprawdzać.
Ron jęknął.
— Ja ledwie przeczytałem to, co Snape zadał dwa tygodnie temu, nie wspominając już o czymś dodatkowym. — Spojrzał na przyjaciółkę z niedowierzaniem. — Nie rozumiem, skąd bierzesz tyle zapału do eliksirów, Herm. Żałuję, że na trzecim roku nie zamieniłem ich na numerologię. — Popatrzył na zegar na ścianie. Zbliżała się dwudziesta i na zewnątrz zrobiło się już zupełnie ciemno. — Harry powinien zaraz wrócić.
— Wspomniał mi, że po treningu musi się spotkać z profesor McGonagall w sprawie jakiejś zaległej pracy domowej — wtrąciła Hermiona szybko, przypominając sobie, co Harry rzeczywiście ma zamiar robić po treningu. Z pewnością spodziewał się, że będzie go kryła, i choć źle się czuła, okłamując Rona, wiedziała, że w obecnych okolicznościach tak jest najlepiej. — Raczej go szybko nie zobaczymy. Może zacznij swoje zadanie?
Słysząc to okropne słowo na „z”, Ron szybko wstał. Z własnej woli rzadko zabierał się za naukę, póki widmo egzaminów nie majaczyło na horyzoncie i nie miał innego wyboru. A teraz i tak był w kiepskim humorze i wcale nie potrzebował do szczęścia okropnego eseju z transmutacji.
— Hmm, chyba najpierw wezmę prysznic — rzucił wymijająco i szybkim krokiem ruszył do dormitorium chłopców po ubrania na zmianę. — Zobaczymy się później.
Hermiona uśmiechnęła się z satysfakcją. Ron zachowywał się tak przewidywalnie, wystarczyła sugestia o zadaniu domowym i już go nie było. Z czego bardzo się cieszyła, bo mogła spokojnie wrócić do swoich badań.
Intrygowało ją, czego do tej pory dowiedziała się o eliksirach miłosnych. Nie było tego dużo, szczególnie o sposobie ich przyrządzania, ponieważ dekretem ministerstwa informacje te bardzo ograniczono w szkolnych podręcznikach, ale przeczytała sporo o ich właściwościach i działaniu. Bez wątpienia posiadały wielką magiczną moc i były w mroczny sposób fascynujące, gdyż technicznie nie łamały żadnego z punktów zawartych w „Rejestrze Magii Zakazanej” z 1875 roku. Nie powodowały cierpienia fizycznego jak Cruciatus, nie odbierały też wolnej woli jak Imperius, choć działały podobnie. Ministerstwo dopiero kilka lat później stworzyło dla eliksirów miłosnych oddzielną listę i zabroniło ich używania, chociaż kary za złamanie zakazu nie były tak srogie jak w przypadku innych niedozwolonych zaklęć czy mikstur.
Bębniąc palcami o blat stołu, Hermiona uświadomiła sobie, że może Draco Malfoy rzeczywiście mówił prawdę. Mimo to głęboko w środku nadal miała wątpliwości co do dziwacznego, bezwarunkowego zaufania, jakim Harry go obdarzał. I fiolka z czymś, co wydawało się być eliksirem miłosnym, nie zmieniła jej zdania.
Przetarła oczy i westchnęła. Uważaj, Harry, pomyślała żarliwie. Nawet jej wewnętrzny głos przepełniony był troską. Jeśli Malfoy naprawdę znajduje się pod wpływem eliksiru miłosnego, sytuacja może skomplikować się bardziej, niż sobie wyobrażamy.

* * *


Zgrzany i zmęczony Harry zsiadł ze swojej Błyskawicy i zarzucił ją na ramię, kierując się w stronę schowka na miotły. Był sam — zwolnił resztę drużyny jakieś dziesięć minut wcześniej. Powiedział im, że chce jeszcze zrobić kilka okrążeń wokół boiska zanim zapadnie zmrok. Nie chciał, żeby widzieli, jak idzie później do Wieży Astronomicznej, mimo że miał już przygotowaną wymówkę, gdyby ktoś zapytał — musiał dokończyć swoją mapę gwiazd.
Kiedy dotarł do schowka, mimo woli wezbrały w nim pewne wspomnienia — przypomniał sobie, jak rozmawiał tutaj z Draco, dzień po ich pierwszym spotkaniu w Zakazanym Lesie i jak bardzo był zdziwiony widokiem tak zaniepokojonego i wytrąconego z równowagi Ślizgona. Od tamtego czasu niewzruszona, chłodna maska Draco nigdy do końca nie powróciła, ale charakterystyczna arogancja i lekceważenie pozostały i dawały o sobie znać dosyć często.
Mógł niemal usłyszeć głos Hermiony w swojej głowie: Nadal mam jakieś złe przeczucie, Harry. Zastanawiał się od niechcenia, czemu o dziwo on sam nie ma zbyt dużych wątpliwości, skoro nawet Hermiona, która zawsze starała się patrzeć na ludzi od ich najlepszej strony, była pełna dezaprobaty dla jego działań. Harry nie chciał myśleć o tym, jak zareagowałby na to Ron. Ron prawdopodobnie… Tak, naprawdę nie miał ochoty przewidywać jego reakcji, gdyby się o tym wszystkim dowiedział.
Możliwe, że miało to jakiś związek z tym, że Malfoy pocałował go już dwa razy, nie licząc nękających go snów — Harry nie miał najmniejszego zamiaru zagłębiać się w te wspomnienia. I nie dlatego, że było to nieprzyjemne, ale dlatego, że czuł odrazę do samego siebie, śniącego o całowaniu Ślizgona.
Rzucił okiem na zegarek i wskazówki jarzące się jak oczy Krzywołapa poinformowały go, że było dopiero w pół do dziewiątej. Draco nie sprecyzował godziny spotkania, Harry miał po prostu przyjść do schowka po skończonym treningu. Miał nadzieję, że Draco już tam będzie.
Sprawdzając ostrożnie, czy w pobliżu nie kręci się Pani Norris, prześlizgnął się ciemnym korytarzem na piątym piętrze do Wieży Astronomicznej, która była pusta i niesamowicie cicha. Jego kroki odbijały się echem w rytm bicia serca, brzmiąc jak wzmocnione kilkakrotnie trzepotanie skrzydełek złotego znicza.
Idąc, liczył drzwi, wiedząc, że schowek krył się za szóstymi drzwiami po prawej i zatrzymał się przed tymi, które wydawały mu się właściwe.
Zapukał cicho — odruchowo, jak za każdym razem przed otwarciem drzwi — i nacisnął klamkę, rozglądając się ostrożnie. Mały pokój był skąpany w ciepłym świetle magicznych świec, które nigdy nie wypalały się do końca. W migoczących grze światła i cieni, na powycieranym, skórzanym fotelu siedział Draco, turlając swoją różdżkę między palcami i czytając coś, co wydawało się bardzo poszarpaną książką.
Draco podniósł głowę, kiedy Harry wślizgnął się do pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.
— Spóźniłeś się — stwierdził obojętnie, głosem wypranym z emocji.
— Nie. — Harry podszedł bliżej do miejsca, w którym siedział Draco, zauważając, że temperatura w pokoju wyraźnie wzrosła — pewnie było to wynikiem jego treningu. Albo czegoś innego. — Powiedziałeś, żebym przyszedł po treningu.
— Trening skończył się o ósmej, prawda?
— Zrobiłem kilka dodatkowych okrążeń wokół boiska. — Harry popatrzył na Draco. — I od kiedy niby muszę ci się tłumaczyć, gdzie byłem?
Draco wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili tylko wzruszył ramionami i zamknął ostrożnie rozsypującą się książkę.
— W porządku, nieważne. Liczy się to, że w końcu tu przyszedłeś. — Draco wstał i stali teraz kilka metrów od siebie. — Muszę z tobą porozmawiać o paru rzeczach.
— Czekaj. — Harry zobaczył, jak Draco rzucił mu zaskoczone spojrzenie. Zebrał szybko myśli i wziął głęboki oddech. — Zanim się na cokolwiek zgodzę, Malfoy, chcę dokładnie wiedzieć, co się dzieje. Chcę jakiegoś dowodu, jeśli możesz mi go pokazać.
Wyraz oczu Draco stwardniał niepostrzeżenie i lśniły one teraz jak matowe srebro.
— Nadal mi nie wierzysz, prawda? — W jego głosie zabrzmiała nutka goryczy. — Nadal mi nie ufasz.
— Może to nie zabrzmi miło, Malfoy, ale od dnia, kiedy cię poznałem, nigdy nie dałeś mi powodu, żeby ci zaufać. — Głos Harry’ego był stanowczy, ale nie niegrzeczny. — A to, że czerpałeś niezdrową przyjemność z wpakowywania mnie w kłopoty jakoś musiało zachwiać moją ufnością.
— To było przedtem. — Tym razem głos Draco był niemal boleśnie delikatny, a on sam podniósł wzrok i popatrzył prosto na Harry’ego. — Nie myślę już o tobie tego, co wtedy — usta wykrzywiły mu się lekko na tę ironię — mówiąc dosyć oględnie.
Harry potrząsnął głową.
— Nie mówię, że ci nie wierzę, Malfoy, ale musisz mi dać jakiś solidny dowód na potwierdzenie twoich słów. Bo jeśli mam ci pomóc, muszę przynajmniej naprawdę wierzyć, że cała ta historia z eliksirem miłosnym jest prawdziwa.
— Jest prawdziwa? — powtórzył Draco z niedowierzaniem, a w jego oczach dało się zobaczyć tłumione emocje.
— Po tym wszystkim, co się stało, ty ciągle… — Draco przerwał w pół słowa i zamknął oczy, biorąc głęboki wdech; doskonale widać było, że ze wszystkich sił próbuje zachować spokój. Kiedy jego wzrok ponownie spoczął na Harrym, widać w nim było wymuszoną obojętność.
— Ty… widziałeś, jak na mnie działasz, Potter. I naprawdę myślisz, że cały czas udawałem?
— Nigdy tego nie powiedziałem. — Powściągany z takim wysiłkiem ból Draco był teraz dla Harry’ego tak jasny i wyraźny, że coś ścisnęło go za serce.
— Po prostu muszę wiedzieć dokładnie, o co mnie prosisz, Malfoy, a to dotyczy również jakiegoś zapewnienia, że ta cała sytuacja naprawdę się wydarzyła. Czy to za dużo? Mam ci po prostu uwierzyć na słowo?
Kiedy tylko to powiedział, od razu zaczął żałować, widząc skurcz bólu, który przebiegł przez twarz Draco, tak bladą i bezbronną w przyćmionym świetle, nawet jeśli jego oczy pociemniały i zamknęły się gwałtownie, przerywając tę niepewną więź między nimi, sprawiając, że wrócili do stanu wzajemnej nieufności.
Kiedy był z dala od niego, logika i rozsądek brały górę i ciężko było mu pamiętać, o tym jak bardzo Draco go porusza jak zapomniana inspiracja, wspomnienie, które nawet nie wydaje się do końca prawdziwe. Ale teraz, kiedy byli w jednym pokoju, czuł niemal namacalną falę rozpaczy i bezsilności i już wiedział, dlaczego w ogóle zgodził się mu pomóc, pamiętał tę samą desperację w jego oczach, kiedy stali tak blisko siebie w korytarzu w drodze do lochów Ślizgonów…
Draco odezwał się pierwszy, a na jego twarzy malowała się wykalkulowana, ostrożna maska, nie zdradzająca w żadnym stopniu targających nim emocji.
— Nie, nie musisz wierzyć mi na słowo. — Jego głos był matowy i nieobecny. — W sumie to poprosiłem, żebyś tu przyszedł, bo chciałem ci coś pokazać.
Draco podszedł do niego i wcisnął mu cienką książkę, którą trzymał przez cały czas. Harry opuścił wzrok na swoje dłonie, w sumie to nawet nie była książka, tylko zwitek luźno i niechlujnie poskładanych pergaminów, przewiązanych byle jak sznurkiem. Przypominało mu to kodeksy, używane w zamierzchłych czasach. Rozłożył ostrożnie papiery, badając je z uwagą. Na pierwszej stronie, która sprawiała wrażenie zakurzonej niczym powycierana skóra, nie było żadnego tytułu. Harry otworzył książkę, trzymając mocno za jej grzbiet, a kruche strony zaszeleściły. Zastanawiał się, czy okładka zaraz się nie rozsypie.
Draco nic nie powiedział, sięgając w stronę Harry’ego i przewracając strony, szybko znajdując tę, której szukał. Postukał w nią lekko palcem i kiwnął głową.
— To jest ta księga, z której korzystałem, a to są instrukcje, jak przygotować miłosny eliksir. — Wskazał z niechęcią na poprzednią stronę. — A to Eliksir Znikania, który chciałem uwarzyć. I jeśli powiesz teraz cokolwiek w stylu „a nie mówiłem”, Potter, przysięgam, że…
— Wcale nie chciałem tego powiedzieć — warknął Harry, chociaż bez złości. Studiował stronę w skupieniu. — Po prostu się zamknij i daj mi to przeczytać, dobra?
Ku jeszcze większemu zdziwieniu Harry’ego Draco posłuchał go i zamilkł.
W pomieszczeniu zapadła całkowita cisza, przerywana tylko wesołym trzaskiem magicznych płomieni. Harry uważnie przyjrzał się słowom napisanym na stronie, co sprawiało mu wiele trudności. Pismo było przesadnie fantazyjne, a niebieski atrament dawno już wyblakł i rozmazał się tak, jakby książka kilka razy została zalana, a potem wysuszona.
Harry przebrnął przez długą listę ingrediencji, przypuszczalnie będących składnikami potrzebnymi do eliksiru miłosnego. Na szczęście (albo i nieszczęście) lista ta była najbardziej czytelną częścią strony — poniżej widniało tylko jedno zdanie w języku, który jak Harry zakładał, był łaciną: Traicit et fati litora magnus amor.
Kawałeczek niżej było jeszcze coś napisane i Harry pochylił głowę, żeby przyjrzeć się temu z bliska.
Wyglądało to jak jakiś wiersz, albo poemat — akapit zapisany o cal od bocznego marginesu. Słowa były ledwo widoczne, chociaż kiedy Harry wpatrywał się w nie przez odpowiednio długi czas, był w stanie odczytać pierwsze dwie linijki, zanim tekst nie urywał się gwałtownie wraz z oderwanym końcem strony. Reszta, cokolwiek było tam napisane, musiała zaginąć już dawno temu.
Harry jęknął z irytacją.
— Na miłość boską, Malfoy, ta cholerna książka rozsypuje się w proch, a ty nadal byłeś na tyle szalony, żeby wykorzystać te zaklęcia? A co jeśli tylko połowa jest w książce, a drugiej brakuje? Miałeś szczęście, że się nie rozszczepiłeś!
— Tak, bo bycie w tobie zakochanym jest o niebo lepsze — zauważył Draco z sarkazmem, rzucając Harry’emu ostre spojrzenie. — Bo tak naprawdę mógłbym się przecież rozszczepić! A to byłoby sto razy gorsze, prawda?
— Och, zamknij się — odparł Harry ze złością, odwzajemniając spojrzenie — i powiedz mi, co jest napisane tu, na samym dole.
Draco wyciągnął szyję, a jego włosy delikatnie musnęły policzek Gryfona.
— To krótki wiersz, tak myślę. Mówi: — urwał i cofnął się lekko.
„Sztuczne uczucie pozornie prawdziwe; o mocy ranienia i uzdrawiania”.
— I? — niecierpliwił się Harry.
— I struktura powietrza składa się z pewnego procentu tlenu i innych niewidzialnych molekuł, które się nam raczej nie przydadzą.
— Co? — Harry zamrugał, pochylając się, żeby przyjrzeć się lepiej stronie, poprawiając okulary na nosie. — Naprawdę jest tam tak napisane?
— Oczywiście, że nie — warknął Draco, przewracając oczami. — Nie przeczytam czegoś, czego nie ma na stronie, prawda?
— Więc to wszystko? Czy jest coś więcej? — zapytał Harry. — I co to w ogóle ma znaczyć?
Draco wzruszył nonszalancko ramionami.
— Skąd mam, do cholery, wiedzieć, czy jest coś więcej? A nawet jeśli jest, to co za różnica, i tak zostało wyrwane. To mogły być tylko dwie linijki, skoro ten wiersz wygląda na dość zwarty, to znaczy te rymy i w ogóle. Pewnie napisał go jakiś minimalistyczny artysta od siedmiu boleści. — Popatrzył na Harry’ego, który wciąż oglądał książkę z dużym zainteresowaniem i powiedział znacząco: — Ale wydaje mi się, że mogę ci pokazać, co to znaczy.
Draco wyciągnął z wewnętrznej kieszeni wąski nóż i zrobił krok w przód. Zabrał książkę z rąk Harry’ego i upuścił ją na siedzenie fotela. Ostrożnie umieścił rękojeść sztyletu w dłoni Pottera, kierując ostrze w swoją stronę. Harry gapił się na to osłupiały, jak gdyby misternie wygrawerowane na rękojeści węże ożyły. Uniósł wzrok na Draco, zupełnie skonsternowany.
— Co to jest?
— To jest nóż, Potter. Czego ty używałeś wraz z widelcem przez te wszystkie lata?
Zanim Harry zdążył wymyślić jakąś ripostę, Draco nagle pociągnął kołnierz swojej czarnej szaty i szarpnął w dół lewy rękaw, częściowo odsłaniając pierś. Pod bladą, kremową skórą wyraźnie rysował się obojczyk, przechodzący w szczupłe, ale nie za chude, kształtne ramię, idealnie pasujące do sylwetki Draco.
Harry zamrugał i spojrzał na Draco nieufnie.
— Um, Malfoy…
Jego zakłopotany głos urwał się, kiedy Draco sięgnął i złapał mocno za przegub jego lewej dłoni, tej samej, w której trzymał nóż. Ostrze zalśniło niebezpiecznie, kiedy Draco ją uniósł, bliżej, niemal dotykając swojej odsłoniętej szyi, cały czas nie przerywając kontaktu wzrokowego.
Teraz Harry był naprawdę zdezorientowany i zaniepokojony. Zamrugał jeszcze raz, zdziwiony.
— Malfoy, co…
Draco bez ostrzeżenia ścisnął mocniej nadgarstek Harry’ego i pociągnął go w dół szybkim, zdecydowanym ruchem; ostrze przecięło odsłoniętą skórę, zostawiając głębokie ukośne cięcie przez lewą stronę jego klatki piersiowej.
Świeża krew trysnęła z rany, spływając w dół wąskim szkarłatnym strumieniem, plamiąc zieloną podszewkę czarnej szaty Draco.
— O mój Boże! — wrzasnął przerażony Harry, odruchowo wyrywając rękę z uścisku Draco, który puścił go w tym samym momencie. Zakrwawiony nóż upadł z brzdękiem na podłogę, pryskając dookoła kroplami krwi, a po głuchym metalicznym odgłosie nastąpiła jeszcze bardziej ogłuszająca cisza.
Harry zrobił kilka chwiejnych kroków w tył, zataczając się z szoku. Spojrzał na Draco, całkiem ogłuszony.
— Co… — wybełkotał. — Co ty wyprawiasz, Malfoy? — Jego oczy rozszerzyły się nienaturalnie. — O Boże!
Draco pozostał kompletnie niewzruszony, jakby nie zauważając tryskającej mu z głębokiego rozcięcia na piersi krwi. Zupełnie zignorował krwawienie, przybliżając się do Harry’ego, który zamarł w niedowierzaniu.
Draco uśmiechnął się, nawet jeśli był to bardzo chłodny, niemal sardoniczny uśmiech, odrobinę gorzki. Ponownie złapał rękę Harry'ego, którą teraz, sztywną i napiętą, Potter trzymał jak gdyby dla bezpieczeństwa za plecami. Harry próbował się opierać, ale Draco stanowczo pociągnął jego rękę do przodu, rozginając zaciśnięte palce. Wyczuwał nieregularny puls Harry’ego i przysunął się jeszcze bliżej, zmniejszając dzielącą ich odległość, dopóki nie zbliżył się tak bardzo, by móc poczuć ciepły, przyśpieszony oddech Gryfona.
I wtedy przycisnął rozpostartą dłoń Harry’ego płasko do krwawiącej rany na swojej piersi.
Harry wydał z siebie kolejny zduszony jęk i spróbował zabrać rękę, ale Draco mu nie pozwolił. Harry nagle poczuł jak jego dłoń przeszył lodowaty chłód zmieszany z żarem. I jak strugi energii zaczął promieniować z jego ciała przez dłoń, prosto w ranę Draco i to było bardzo osobliwe uczucie – żadnego bólu tylko mocne, intensywne pulsowanie, jak tysiąc połączonych uderzeń serca.
Dłoń Harry’ego stała się bezwładna w jego uścisku, a opór osłabnął. Draco przymknął oczy, czując palący chłód wnikający w jego ciało przez ranę na piersi, jak gdyby jego serce stało się otwarte i wystawione na ciosy. Lód w żyłach przyprawił go o dreszcze, skórę pokrył mu zimny pot i wypieki jednocześnie. Doznanie nie przypominało nic, czego doświadczył kiedykolwiek wcześniej. Zamiast pozbawiać go sił, dodawało ich, jak gdyby dolewało życia do krwi.
Harry nie mógł oderwać wzroku od swojej dłoni, na którą działała jakaś nieznana siła, utrzymując ją w bezruchu.
Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia, kiedy rana na piersi Draco drgnęła pod jego palcami. I wtedy zaczęło się dziać coś niebywałego — świeża szkarłatna krew nagle ściemniała, a krańce rany zaczęły się zasklepiać. Na jego oczach szkarłatne cięcie zdawało się wyparowywać jak woda na rozgrzanym metalu, blednąc z każdą chwilą, dopóki nie pozostał po nim upiorny ślad zaschniętej krwi otaczający lśniącą srebrną bliznę.
Draco powoli otworzył oczy, a jego maskę obojętności przeciął cień nieokreślonych emocji i linie jego twarzy złagodniały nieco, odkrywając znużenie.
Opuścił wzrok na swoją klatkę piersiową i zobaczył świeżą bliznę w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą widniała rana — teraz uzdrowiona pod drżącymi palcami Harry’ego, pokrytymi szybko schnącą krwią.
Widząc oszołomienie Gryfona, rzucił mu krzywy uśmieszek.
— Dokładnie tak, jak jest tam napisane, Potter — powiedział łagodnie, ze spokojem patrząc mu w oczy. — Moc ranienia…
— …. i moc uzdrawiania — dokończył Harry ochrypłym szeptem. Zdumienie dalej malowało się na jego twarzy. Wpatrywał się w miejsce, w którym jego ręka spoczywała na piersi Draco i cała gama emocji pojawiała się na jego twarzy. Wyglądał na wstrząśniętego i otępiałego, kiedy w końcu wycofał swoją dłoń, a tym razem Draco mu na to pozwolił.
Draco naciągnął rękaw i cofnął się, tworząc między nimi bezpieczny dystans.
— To jest magia, która związała nas razem, Potter. Możesz zadać mi śmiertelny cios i możesz uleczyć go zwykłym dotknięciem. Jeśli nic byś nie zrobił, wykrwawiłbym się na śmierć.
Harry zamknął oczy, wycierając ramieniem kropelki potu na skroniach.
— To jest… — Potrząsnął głową, nie wiedząc, co powiedzieć. — To jest niewyobrażalne.
— Jest? — Draco wydawał się speszony. — Czy to wszystko jest takie niewyobrażalne? Biorąc pod uwagę to, że w dziejach ludzkości do dnia dzisiejszego miliony ludzi poddało się tego rodzaju kontroli i to całkowicie dobrowolnie. Poświęciliby wszystko, co mieli, cierpieliby najgorsze tortury i umierali w męczarniach, a wszystko to w szlachetne imię miłości. Ten eliksir tylko odtwarza ten efekt, bo tak naprawdę miłość potrafi zabijać, a ten, kogo kochasz, może zranić cię najmocniej.
Harry dalej wyglądał na oszołomionego i lekko przestraszonego i wpatrywał się w swoją rękę jeszcze przez długi czas, a krew Draco szybko wysychała pod jego paznokciami. Spróbował wytrzeć rękę o szatę, ale udało mu się tylko nieznacznie usunąć plamy krwi.
Draco spojrzał na niego z ukosa — ostatni raz kiedy widział Harry’ego z tak przerażoną miną miał miejsce na ich czwartym roku, podczas Turnieju Trójmagicznego, kiedy Harry mignął mu prowadzony przez — jak się później okazało — fałszywego Szalonookiego Moody’ego.
— Dobrze się czujesz? — spytał cicho, wpatrując się w niego intensywnie.
Harry poderwał gwałtownie głowę, tak jakby wyrwał się ze swojego oszołomienia, kąciki jego ust uniosły się w zmęczonym uśmiechu.
— Czy to nie ja powinien o to pytać?
Draco opuścił wzrok na swoje szaty, na których ścieżka ciemnej krwi mieszała się z ciemną tkaniną i skrzywił się.
— Cholera, moje szaty są w fatalnym stanie. Ludzie pomyślą, że próbowałem popełnić samobójstwo czy coś.
Harry spojrzał na niego surowo.
— Tylko, że wykorzystałeś moją rękę do trzymania noża. Dosłownie.
Draco wzruszył ramionami, jakby taki krwawy sport był dla niego codziennością.
— Chciałeś dowodu, prawda? Więc ci go dałem, we własnej osobie. Także dosłownie.
Zapadła pełna zamyślenia cisza i stawało się to już niemal niezręczne, kiedy Harry w końcu się odezwał.
— Powinieneś iść i się umyć. — Wzrok Harry’ego powędrował na ramię Draco, gdzie jego szaty wisiały luźno, rozpięte od kołnierzyka. — Jesteś pewien, że potworna rana jest całkowicie uleczona? Nie chcę, żebyś broczył krwią całą drogę powrotną do swojego dormitorium.
— Racja, nie komponowałoby się to zbyt dobrze z wystrojem Hogwartu. — Draco przekrzywił lekko głowę, uśmiechając się nieznacznie. — Ale pasowałoby całkiem nieźle, gdybyśmy cofnęli się do średniowiecza, co? Plamy krwi były wtedy oznaką efektownej jatki. Ach, stare, dobre czasy.
— Przestań, Malfoy — Harry zatrząsł się lekko, obrócił się i ruszył w kierunku drzwi. — Takie komentarze wcale nie sprawiają, że czuję się lepiej, przebywając z tobą sam na sam w jednym pokoju, zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?
— Powiedz mi, czy kiedykolwiek czułeś się dobrze, przebywając ze mną w jednym pokoju?
— Cóż, czuję się odrobinę lepiej, jeśli nie bredzisz z entuzjazmem o cięciu ludzi na kawałki. Widziałem już dzisiaj wystarczająco dużo krwi. — Harry sięgnął do klamki, kiedy Draco zawołał cicho:
— Zaczekaj.
Harry odwrócił się, a Draco podszedł do niego. Na jego twarzy malował się wyraz tłumionej namiętności, jego oczy lśniły ciepło dalej zaskakującą, ale znajomą szczerością. Harry wytrzymał jego spojrzenie, zadając bezgłośne pytanie i poczuł gdzieś głęboko szarpnięcie niecierpliwości.
— Teraz już nie masz wątpliwości? — Głos Draco był spokojny, bez cienia wyrzutu — w sumie, Harry słyszał w nim nutkę rezygnacji.
Wziął głęboki oddech i kiwnął głową.
— Tak.
Tak naprawdę Harry czuł się okropnie, prawie winny, że zmusił Draco do tak drastycznej rzeczy, jak zranienie się tylko po to, żeby przekonać go, że to wszystko jest prawdą. I widząc jak Draco mu ufa, tę zuchwałą stanowczość, z którą Draco wcisnął mu nóż do ręki i przeciął własną pierś bez najmniejszego wahania — tak jakby Draco całkowicie wierzył, bez cienia wątpliwości, że Harry może go uzdrowić i zrobi to.
I pomyśleć, że on mnie nienawidził, zdziwił się Harry jakby z oddali. I ja go nienawidziłem. Jak wszystko może się zmienić.
Draco przygryzł wargę, patrząc prosto na Harry’ego. Zawahał się i chwilę później zaczął:
— A czy ty…
— Tak.
— …bierzesz mnie sobie za męża? — Draco uniósł brew z drwiącą miną, a chytry uśmieszek sprawił, że zmartwienie zniknęło z jego twarzy niczym mgła rozwiana promieniami słońca. Potrząsnął głową w udawanym zdziwieniu. — Łał, Potter, nie miałem pojęcia, że tak łatwo się zgodzisz.
Harry spojrzał na niego z niechęcią.
— Bardzo śmieszne, Malfoy.
W odpowiedzi Draco złapał rękę Harry’ego i odciągnął ją od klamki, a potem włożył mu pierścień na serdeczny palec. Następnie uśmiechnął się pogodnie i cofnął nieznacznie.
Harry gapił się na pierścień.
— Chyba nie mówisz poważnie.
Draco przytaknął z powagą.
— Najsłynniejszy wolny kawaler Gryffindoru jest już poza zasięgiem.
Harry dalej wpatrywał się w pierścień — był ozdobiony rządkiem malutkich, błyszczących się klejnotów, na przemian krystaliczny fiolet i głęboka zieleń, nieskazitelnie umieszczone w srebrnej obrączce, tak lśniącej, że niemal białej. To z pewnością wyglądało bardzo materialnie i kosztownie, a zapewne tak właśnie było.
— O co z tym chodzi, Malfoy?
— To dla ciebie — powiedział po prostu Draco. — Poza pokazaniem księgi z zaklęciami chciałem ci to dać.
— Dlaczego?
— Powiedziałeś „tak”, pamiętasz — powiedział Draco z powagą. — Cóż, szkoda tych wszystkich Gryfonek ze złamanymi sercami.
— Nie żartuj, Malfoy.
Uśmiech Dracona zbladł.
— Ten pierścień należał do mojej matki. Dała mi go, kiedy opuściłem dom, żeby uczyć się w Hogwarcie. Jest zrobiony z kryształków szmaragdu i ametystu — te kamienie mają za zadanie chronić przed złymi mocami i pomagają się skoncentrować. — Spotkał spojrzenie Harry’ego. — Ale teraz zupełnie mi niepotrzebny, skoro, jak sam widziałeś, masz możliwość zabicia mnie w bardzo łatwy sposób, jeśli tylko byś chciał.
Harry ciągle patrzył na pierścień powątpiewająco.
— I teraz chcesz, żebym to ja go nosił.
Draco nie odpowiedział, tylko ujął dłoń Harry’ego, ponownie przyciągając ją do siebie i przyglądając się pierścieniowi otaczającemu palec Harry’ego.
— Ametyst ma moc uzdrawiania, zapewnia też ochronę i jasność umysłu. Szmaragd odpycha zło i… — Draco spojrzał na Harry’ego, przechylając głową — cóż, podkreśla kolor twoich oczu.
Draco wypuścił rękę Harry’ego i cofnął się. Harry zamrugał i nie wiedział, co ma powiedzieć. Spojrzał wyczekująco na Draco, ale ten odwrócił już wzrok i patrzył gdzieś indziej.
Draco otworzył drzwi i przytrzymał je, aby Harry mógł wyjść pierwszy.
— Uważaj na ten pierścień, dobrze? Jest cholernie cenny i należy do mojej matki. I dlatego jest prawdopodobnie jedynym klejnotem, który mam i który nie ma nigdzie wygrawerowanego mojego nazwiska.
— A co to, „jeśli znajdziesz, zwróć właścicielowi”? — Harry przewrócił oczami, wychodząc z pokoju. — Bo jeśli nie będziesz miał wygrawerowanego nazwiska na każdym przedmiocie ludzie nie będą wiedzieli do kogo to należy i może wpadną na pomysł, żeby go sobie zabrać?
— Zamknij się, Potter — warknął Draco, bezszelestnie zamykając drzwi do schowka, sprawdzając wcześniej, czy wszystko wyglądało tak, jak powinno. — Jesteś po prostu zazdrosny, bo nie masz wystarczającej ilości biżuterii, aby wysłać ją do wygrawerowania.
— Ach, więc o to chodzi — wielka wyprzedaż.
— Skończ z tym, Potter, zanim zabiorę pierścień i nie będziesz miał żadnej ochrony przed złymi typami.
— Po prostu oddal się ode mnie jeszcze trochę i osiągnę ten sam efekt.
Dotarli do schodów i zaczęli schodzić w milczeniu. W połowie drogi Harry nagle przypomniał sobie o nadchodzącym meczu, który miał być już za pięć dni, skoro dzisiaj był piątkowy wieczór. Zwrócił się do Draco:
— Czy wiesz, że mecz między Gryffindorem i Slytherinem został przełożony na przyszłą środę?
Cienie otoczyły twarz Draco, która wydawała się zachmurzyć niepostrzeżenie.
— Wiem. Finnigan mi powiedział.
— Więc… — Harry zawiesił pytająco głos.
— Więc miejmy nadzieję, że uda nam się to naprawić przed meczem — odpowiedział Draco szorstko, ale jego głos nie brzmiał tak pewnie jak zwykle. — Spróbuję coś wymyślić.
— Masz już jakiś plan?
— Nie — Draco sprawiał wrażenie lekko poruszonego — ale coś wymyślę. — Brzmiało to jakby próbował przekonać bardziej samego siebie niż Harry’ego. — A… jeśli będziesz miał jakiś pomysły, daj mi znać.
Dla Harry’ego było to jawnym potwierdzeniem tego, że Draco nie ma pojęcia, co dalej robić. Draco Malfoy, którego znał, nigdy nie prosił o pomoc, chyba że już naprawdę miał nóż na gardle. Widział to już wczoraj, kiedy byli sami w korytarzu — fale cichej desperacji, doskonale widoczne w sposobie, w jaki odwracał wzrok, w jego napiętym głosie.
Opuścili Wieżę Astronomiczną i doszli do miejsca, gdzie ich drogi się rozdzielały. Harry kierował się do Wieży Gryffindoru, a Draco w stronę schodów prowadzących do lochów.
— Cóż, zobaczę, co mogę zrobić. — Harry odwrócił się do Draco i nagle zaczął się zastanawiać, jak cienie padające na twarz Draco podkreślają jego gładką cerę i jasne włosy. Był to złowieszczo piękny kontrast, którego nigdy wcześniej nie zauważył, prawdopodobnie dlatego, że nie miał w zwyczaju spacerować z Malfoyem po nocy.
Draco tylko pokiwał głową, choć w jego oczach widać było smutek.
— W porządku.
Obrócił się gwałtownie i oddalił, znikając w korytarzu.
Harry stał jeszcze chwilę, patrząc za nim, po czym odwrócił się w przeciwną stronę, i ruszył do swojej wieży, pogrążony w myślach o nożach, pierścieniach, krwi i Draco.


Koniec rozdziału szóstego



*You're incomplete until you're in love; then you're finished — tłumaczenie własne; źródła cytatu nie odnalazłam.
Ostatnio edytowano 16 kwi 2012, o 18:49 przez TEAM DRARRY, łącznie edytowano 2 razy
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez yamna » 4 kwi 2012, o 23:12

Praktykując ostatnio moją zasadę: muszę się uczyć, więc skomentuję, przybyłam i tutaj.

To jest pierwszy rozdział, który nie był tylko odświeżeniem tego, co czytałam wcześniej. I jest omójbożeomójbożeomójboże, zresztą tak samo jak reszta opowiadania, które tłumaczycie. Jestem nim zachwycona - fabułą, bohaterami, opisami; po prostu idealnie trafia w moje gusta. Co więcej, nie wiem czy tłumaczycie od początku, czy dajecie to co już było na mirriel, ale wydaję mi się, że zaczęłyście od zera. Mam wrażenie, że tłumaczenie jest lepsze, niż to co kiedyś czytałam; chociaż z drugiej strony nie pamiętam tego, aż tak dobrze. Cieszę się też z powodu tej cudownej częstotliwości dodawania nowych rozdziałów, chociaż właściwie tylko czyste lenistwo powstrzymuję mnie od czytania tego w oryginale.

Jeśli chodzi o zmianę tytułu, lubiłam "Nieodwracalne". Ale tak jak się przed chwilą przyznałam, nie znam całości, więc nie jestem pewna, który pasuje bardziej. "Na zawsze twój" jest trochę patetyczne.

Nie mogę się doczekać, żeby dowiedzieć się jak rozwinie się dalej akcja. Losy Harry'ego i Draco coraz bardziej się zaplątują, a ja mogę się tylko cieszyć, że jest jeszcze 9 rozdziałów, w których mogą zostać odplątane. Zapewne nie do końca;P, ale jednak.

Pozdrawiam serdecznie
Yam
Z mackami się nie zadziera.
Mózg w trakcie rehabilitacji, przepraszam bardzo!
yamna Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 58
Dołączył(a): 16 mar 2011, o 00:55

Postprzez MargotX » 5 kwi 2012, o 22:02

Przyznam, że przy czytaniu IP moje emocje są mocno rozbujane. Jedynie względem Draco, jak dotąd podtrzymuję całą moją sympatię i współczucie. Naprawdę mi go żal, good, szczególnie jak wypowiada do Harry'ego jakże prawdziwe i gorzkie słowa na temat miłości:
tak naprawdę miłość potrafi zabijać, a ten, kogo kochasz, może zranić cię najmocniej.
Co za ironia, że właśnie takim uczuciem został "obdarowany" wbrew sobie i swojej woli. Ale cóż, cena głupoty bywa wysoka...
Odrobinę ociepliłam swoje uczucia do Harry'ego, poprawił nieco swój wizerunek w moich oczach, kiedy wreszcie tak naprawdę uświadomił sobie przez co przechodzi Malfoy. Pytanie tylko, czy Hermiona nie zaszczepi mu po raz kolejny nieufności, nie podważy jego wiary w to, że Draco rzeczywiście przeżywa dramat, swoimi nieustannymi wątpliwościami. To zaufanie jest, póki co, bardzo kruche, tyle, że Harry często nas zaskakuje i chadza własnymi ścieżkami, liczę więc na jego empatię.

To niesamowite swoja drogą, jak czytając człowiek się angażuje. Raz się wścieka, raz śmieje, płacze lub ma ochotę gryźć palce.
Teraz moje uczucie złości przeniosło się już zdecydowanie na Weasleya. Nigdy do moich faworytów nie należał, ale kiedy tak bardzo uwypuklone są jego małostkowe odczucia zawiści, zazdrości, zaślepienia i ślepej nienawiści, to już naprawdę trudno go strawić. Naprawdę ciężko uporać się, nawet jeśli to tylko fikcja literacka, z ludźmi, dla których świat jest dwukolorowy. Dla Rona właśnie taki jest, biały lub czarny i jego zacietrzewienie w tych poglądach jest zdecydowanie męczące.

Fakt, że w sumie Trio naprawdę ma za sobą dość nieciekawe relacje z Draco i w sumie żadnej motywacji do zmiany swojej opinii o nim. Poza Harrym w sumie, przed którym Draco całkowicie się odsłonił, pokazał mu swoją bezsilność i desperację.

To wszystko jest naprawdę bardzo emocjonujące, sorry za mój wymęczony, pseudofilozoficzny komentarz ;) ale moja inteligencja jedzie ostatnio na oparach.
Dziękuję za kolejny rozdział i pozdrawiam Team Drarry :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Blackie » 5 kwi 2012, o 23:09

Mam wrażenie, że wszyscy, którzy siedzą w drarry odrobinę dłużej, wałkowali nie raz temat eliksirów miłosnych bądź zmuszenia do uczucia jednego z bohaterów. Więc teoretycznie czytając Na zawsze twój, dostajemy coś oklepanego i wyeksploatowanego; wykorzystanie takiego motywu wymaga wiele wdzięku i kreatywności. Z mieszanym nastawieniem podchodziłam zatem do tego tłumaczenia.
Na szczęście, zawiodłam się. Bardzo pozytywnie. Mogę z ręką na sercu przyznać, że od dawna żaden tekst mnie tak bardzo nie zaangażował emocjonalnie. Warstwa psychologiczna jest tutaj świetnie skonstruowana, na tyle dobrze, na ile może być stworzona w opowiadaniu o takim charakterze. Generalnie nie ma patosu, nie ma przekłamania w zachowaniu bohaterów, nawet ta dość szybka zmiana nastawienia Pottera nie dziwi, bo przecież w kanonie znany był z tego, że dawał szansę właściwie każdemu, ponadto, autorka nieraz zresztą pokazuje, że on nie do końca ufa Draco. Więc tutaj jestem zachwycona, bo naczytałam się w przeszłości tyle drewnianych i śmiesznych tekstów, które albo gloryfikowały potęgę miłości (who cares, że porównywalną do tego, co się ma po ośmiu kremowych) albo podążały w stronę skupiania się na prymitywnie ukazanym pragnieniu seksualnym, że Na zawsze twój stanowi satysfakcjonującą odmianę.
Oczywiście, przyjemność byłaby znacznie mniejsza, gdyby nie fantastyczna praca naszych niezastąpionych tłumaczek! Dziewczyny, odwaliłyście kawał świetnej roboty i w tym momencie dostajecie od cioci Black stos soczystych buziaków. Nie wyłapałam żadnego błędu (nawet, gdyby jakiś chochlik się wkradł, to przeoczyłabym go, pochłaniając historię w zawrotnym tempie), a tłumaczenie jest tak lekkie, płynne i dobrze brzmiące, że nie mogę się przestać zachwycać. Naprawdę, ten tekst i Wasza translacja tworzą wspólnie cudo.
Co mogę rzec, będę udawać, że się nie ekscytuję (osobie z moim stażem wszakże nie wypada!), i będę wysyłać mnóstwo pozytywnej energii Teamowi Drarry!
Blackie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 23
Dołączył(a): 27 lis 2011, o 13:48

Postprzez TEAM DRARRY » 14 kwi 2012, o 20:21

Za betę ślicznie dziękuję Donnie i Minamoto, i życzę przyjemnego czytania ;)


Rozdział 7: Niezawodne blizny


Gdy się zakochasz, wówczas poznasz boleść
Ran niewidzialnych, zadanych przez ostre
Strzały miłości.
*


W sobotę nie mieli zajęć, więc zaraz po obiedzie Harry skulił się w kącie przy kominku. Ze zmarszczonym czołem próbował skupić się na czytanej właśnie książce i jej ciągnących się w nieskończoność, nieskładnych zdaniach.
Od wczorajszego powrotu do dormitorium aż przez całe dzisiejsze śniadanie musiał słuchać, jak Ron ze złością opowiada o przyłapaniu Malfoya szpiegującego ich trening zeszłego wieczoru. Przyjaciel uparł się, żeby pójść na boisko quidditcha i odwzajemnić się Ślizgonom tym samym. Harry, chcąc w spokoju porozmawiać z Hermioną o spotkaniu z Malfoyem, wcale go nie odwodził od tego pomysłu.
I teraz właśnie Hermiona siedziała obok niego pogrążona w lekturze.
— To wszystko, co było w książce? — zapytała dokładnie w chwili, gdy Harry zrezygnował z czytania i tylko wpatrywał się w wyrażenie „eliksir miłosny”. — Łacińska fraza Traicit et fati litora magnus Amor?
— I jeszcze te dwa wersy — odparł Harry i wskazał na leżącą miedzy nimi kartkę, na której napisał, co pamiętał z książki Malfoya. — Było jeszcze coś, ale zostało urwane.
— Hmm — mruknęła Hermiona, delikatnie gryząc końcówkę swojego pióra. — Cóż, nie natknęłam się na ani jedno odniesienie do tej sentencji w żadnym z magicznych podręczników. Spędziłam ostatnią godzinę na przeszukiwaniu indeksów i skorowidzów, ale nic nie znalazłam.
— A co z wierszem?
Hermiona potrząsnęła głową.
— Jest zbyt ogólnikowy, aby potraktować go jako odsyłacz do czegokolwiek. Sztuczne uczucie pozornie prawdziwe; o mocy ranienia i uzdrawiania. A nawet gdyby się dało, uważam, że nic by to nie przyniosło. Ta książka wydaje się być jedynym miejscem, w którym pojawił się ten specyficzny odnośnik do eliksiru miłosnego. — Zamilkła na chwilę. — A przynajmniej jedynym legalnym miejscem. Biblioteka w dworze Malfoyów bez wątpienia oferuje nawet receptury na eliksiry miłosne w różnych smakach.
Usta Harry’ego wykrzywiły się w uśmiechu.
— Udało ci się sprawdzić, co zawiera fiolka?
— O ile mogę powiedzieć, to rzeczywiście był eliksir miłosny. — Wzruszyła ramionami. — Gdybym chciała mieć pewność, musiałabym zrobić testy w laboratorium, ale wtedy trzeba by wziąć pod uwagę Snape’a... No i przecież nie mogę sama przetestować mikstury, aby się przekonać, jak działa.
— Oczywiście, że nie — zgodził się z nią szybko Harry, z trudem wyobrażając sobie, co by zrobił, gdyby i Hermiona znalazła się pod wpływem eliksiru. — To nie będzie konieczne... Mam na myśli testy laboratoryjne. Jestem absolutnie przekonany, że Malfoy mówi prawdę.
Hermiona z nieskrywaną fascynacją wysłuchała historii o nożu i ranie. Kazała Harry’emu opowiedzieć wszystko trzy razy pod rząd, tak aby mogła na bieżąco dokładnie analizować, jak doszło do cudownego uzdrowienia. Mimo to wciąż nie potrafiła tego wytłumaczyć. Harry za to, z powodu wciąż żywych wspomnień, zbladł i wyglądał, jakby męczyły go mdłości.
Hermiona zamyśliła się głęboko.
— Leczniczy wpływ twojego dotyku to coś... wręcz niewiarygodne. Chodzi mi o moc, jaką nad nim miałeś. Nie przeraża cię tak wielka władza nad drugim człowiekiem?
— Według słów Malfoya wszystkie eliksiry miłosne idealnie imitują efekt prawdziwego uczucia... Tak, że zrobiłbyś wszystko dla osoby, którą kochasz, dokładnie jakby miała ona nad tobą pełną kontrolę. — Harry przerwał i zamyślił się na chwilę. — To naprawdę ma sens. Ale nie mylisz się, jest też przerażające. Prawie dostałem zawału, kiedy wbił w siebie nóż, który ja trzymałem w dłoni. — Zadrżał, przypominając sobie całe zajście.
Hermiona uśmiechnęła się i potrząsnęła głową.
— Ron pewnie oddałby wszystko, żeby znaleźć się na twoim miejscu, a biorąc pod uwagę, jaki jest teraz na niego wkurzony, Malfoy nie musiałby nawet prowadzić jego ręki..
Sam pomysł sprawił, że Harry’ego ogarnął paniczny strach.
— Hermiono... nie mówiłaś nic Ronowi, prawda?
Przyjaciółka spojrzała na niego ostro.
— A widziałeś, żeby ostatnio Ron rzucił się na ciebie z siekierą?
— Nie. — Usta Harry’ego drgnęły z ulgi. — Nie mów mu, dobrze?
Wyraz twarzy Hermiony spoważniał.
— Ale chyba nie zamierzasz ukrywać przed nim prawdy na zawsze?
— Na zawsze? — Teraz Harry naprawdę się przeraził. — Oczywiście, że nie. Przecież ten przeklęty eliksir kiedyś przestanie działać. Pamiętaj, że cały czas staramy się znaleźć na to sposób.
— Wiem. — Hermiona zabrzmiała na lekko urażoną. — Ale... ciągle czuję się źle, że trzymamy to przed Ronem w tajemnicy.
Harry westchnął, odłożył książkę i poprawił okulary.
— Sądzisz, że mnie z tym dobrze? Tak samo jak ty nie znoszę czegokolwiek przed nim ukrywać. On zawsze był przy mnie, kiedy go potrzebowałem. Czuję się okropnie, że mu nie powiedziałem, ale... — Harry z rezygnacją uniósł ręce. — Co innego mogłem zrobić? Jeśli Ron się dowie, posieka mnie na małe kawałki, a Malfoya zetrze na miazgę.
— I jesteś gotów wystawić na szwank swoją przyjaźń z Ronem, jeśli się wszystkiego dowie? Co wcale nie jest takie nieprawdopodobne. — Hermiona spojrzała na Harry’ego wzrokiem pełnym wątpliwości. — Dla Malfoya?
Harry wyglądał na szczerze zmartwionego.
— Czego ode mnie oczekujesz, Hermiono? — Z desperacją przeczesał palcami przez swoje potargane włosy. — Wczoraj wieczorem Malfoy zmusił mnie, żebym rozciął mu pierś. Wróciłem do dormitorium z jego krwią na rękach i Merlin wie, co by się stało, gdybym choć nie spróbował mu pomóc. Mógł implodować albo coś jeszcze okropniejszego. Z drugiej strony jest Ron, którego naprawdę nienawidzę oszukiwać, ale... — przerwał, nie potrafiąc pogodzić swoich sprzecznych myśli nawet w słowach.
— Myślisz, że istnieje chociaż nikła szansa, że Ron by to zrozumiał? — zapytała Hermiona, wiedząc doskonale, że prędzej bazyliszek zje z tobą obiad (nie zjadając ciebie przy okazji), niż Ron Weasley zechce pomóc Draco Malfoyowi, nieważne, czy sprawa dotyczyłaby najmniejszego drobiazgu, czy problemu z eliksirem miłosnym.
Harry zastanowił się nad odpowiedzią.
— Sytuacja przedstawia się następująco: Malfoy był dla Rona prawdziwym draniem od zawsze, nie ma co do tego wątpliwości. I gdyby Ron kiedykolwiek się o tym dowiedział, miałby doskonałą okazję, żeby się zemścić i odegrać na Malfoyu za... wszystkie krzywdy. A ja naprawdę nie sądzę, żeby Malfoy nadawał się teraz do walki. To nie byłoby w porządku... — Westchnął. — Oczywiście nie winię Rona. Taka jest po prostu ludzka natura... Nawet święty by tak zareagował.
— Ale nie ty — szepnęła Hermiona jak gdyby do siebie.
Harry zamrugał.
— Co masz na myśli?
Hermiona spojrzała mu prosto w oczy.
— Ty tak nie myślisz — powiedziała wprost. — Malfoy nie traktował cię lepiej niż Rona. Pakował cię w kłopoty niezliczoną ilość razy, często w sposób najbardziej złośliwy i okrutny. A teraz, kiedy masz idealną okazję, żeby mu się odpłacić, kiedy Ron mściłby się na nim na całego, ty postępujesz wręcz odwrotnie.
Harry po raz kolejny westchnął bezradnie.
— Sam nie bardzo wiem, czemu to robię — wyznał oschle, zamykając oczy w zamyśleniu. — Problem z eliksirem miłosnym, z tego co zdążyłem zobaczyć, to sprawa śmiertelnie poważna. Tu nie chodzi tylko o wyrównanie rachunków czy odpłacenie się komuś, kogo się nie lubi... Tu w grę wchodzą prawdziwe emocje, które zostały zniekształcone, i z którymi wiąże się ból i krew, i... życie i śmierć.
Hermiona zmarszczyła lekko nos.
— Fakt, że właśnie martwimy się akurat o Malfoya, w ogóle ci nie przeszkadza. — Jej głos przepełniony był niesmakiem.
Harry pokręcił głową.
— Malfoy nic mnie nie obchodzi... Pomagam mu, bo tej pomocy potrzebuje. Robię to bardziej z obowiązku niż z dobrej woli. A to różnica.
— Wyjątkowo niejasna — mruknęła Hermiona. — Harry, jesteś pewien, że tego chcesz? Nie masz pojęcia, jakie konsekwencje niesie ze sobą eliksir miłosny. To poważna czarna magia. Zastanów się dobrze, na co się porywasz i czy jesteś gotów konsekwentnie przejść przez to do końca. Bo uważam, że lepiej zrezygnować na początku, niż zostawić z tym Malfoya w połowie drogi.
Harry wyciągnął pierścień, który dostał od Draco i który teraz nosił na szyi pod szatą na cienkim srebrnym łańcuszku. Zdjął go przez głowę i trzymał w ręce, powoli przesuwając palcem po gładkim metalu, wyczuwając ostre krawędzie każdego kamienia. Po raz kolejny uderzyło go jego proste piękno i elegancja, które nie potrzebowały przesadnego wyrafinowania. Zieleń i fiolet na przemian zatopione w pastelu i tworzące krystaliczną, kontrastującą ze sobą mieszankę.
Kiedy pokazał wcześniej pierścień Hermionie, natychmiast zaczęła sprawdzać go na obecność klątw. Okazał się czysty, co jednak całkowicie jej nie uspokoiło.
— Malfoy nie należy do ludzi hojnych — powiedziała. — Nie pożyczyłby ci biżuterii bez powodu.
Harry obrócił pierścień i wtedy kryształki ametystu i szmaragdu błysnęły po kolei, łapiąc wpadające przez okno promienie słońca i filtrując z nich czyste kolory jak tęcza. Kamienie błyszczały teraz oślepiająco, jak gdyby emitowały własne światło.
Cicho i nieśmiało Harry powtórzył w myślach słowa Malfoya: Ametyst ma moc uzdrawiania, zapewnia też ochronę i jasność umysłu.
Poczuł się zakłopotany, niespokojny i bardzo niepewny, wpatrując się w języki ognia tańczące w kominku nawet podczas dnia. Zawsze tak było — kiedy patrzył na Malfoya, jego oczy błyszczące w niemym błaganiu, usta skrzywione w spokojnym, ale nieskrywanym bólu — wszystko wydawało się tak proste i oczywiste.
Szmaragd odpycha zło i… podkreśla kolor twoich oczu.
Gdy widział Malfoya właśnie takiego, zdesperowanego i złamanego na duchu, jego wrodzone poczucie dobra podpowiadało mu, że musi pomóc. Z żadnego innego powodu, ale dlatego, że to rzecz słuszna, a więc jedyna możliwa do zrobienia.
Jednak kiedy przebywał z dala od Malfoya, wszystko wyglądało inaczej. Rzeczywistość zatapiała kły w tę lepszą część jego duszy, wstrzykując jad obaw i wątpliwości, i już nic nie wydawało mu się tak kryształowo czyste. Mimo pewności, że cała sprawa z eliksirem to prawda, wciąż miał złe przeczucia.
— Nie masz motywacji, by naprawdę chcieć przez to przebrnąć — odezwała się Hermiona w zamyśleniu, wyrażając uczucia, których Harry sam nie potrafił do końca sformułować. — Ale wiesz, że musisz coś zrobić, w ten czy inny sposób, więc czemu nie zrobić tego jak najlepiej.
Harry zrezygnował z doprowadzenia swoich niespokojnych myśli do czegoś, co byłoby choć trochę sensowne, bo tak naprawdę stanowiły one jedynie mieszankę kontrastujących ze sobą, niemożliwych do rozdzielenia emocji.
— Chcę tylko, żeby ta sprawa zakończyła się jak najszybciej i byśmy wszyscy wrócili do normalnego życia — oświadczył powoli, starając się opleść wypowiadane słowa uczuciami, jakie go gnębiły, i sprawdzić, czy do siebie pasują. — Chcę, by wszystko wróciło do normy, kiedy nasze postępowanie miało dużo więcej sensu niż ma go teraz.
— I tego chcesz naprawdę. — Hermiona celowo zniżyła głos.
W zasadzie to nie było pytanie, ale i nie stwierdzenie. Harry cieszył się, że nie wymaga odpowiedzi, bo nie wiedział, czy potrafiłby takiej udzielić. Podjęcie decyzji nie było łatwe, zwłaszcza gdy w grę wchodziło czyjeś życie, a kiedy tym kimś był Draco Malfoy, sytuacja stawała się całkowicie pozbawiona równowagi. Po co doszukiwać się racjonalizmu tam, gdzie nie istniał cień szansy, że się go odnajdzie?
— Nie wiem — odparł wymijająco. Czas na zastanawianie się nad przyczynami przyjdzie później, jak zawsze w przypadku żalu. — Ale jestem przekonany, że nie mogę zrezygnować, nie teraz. Coś jak przeszkoda, strategicznie umieszczona na rozwidleniu dróg.
Zanim Hermiona zdążyła się odezwać, wejście do pokoju wspólnego otworzyło się i do środka wkroczył Ron, zgrzany i zaczerwieniony, jak gdyby całą drogę do wieży ścigali go wściekli Ślizgoni, którzy zorientowali się, że szpieguje ich trening.
— Ha! — wykrzyknął radośnie, podszedł szybko do miejsca przy kominku, gdzie siedział Harry z Hermioną i opadł na podłogę obok nich. Czerwień na jego policzkach nabrała jeszcze na intensywności, idealnie dopasowując się do ognistego koloru włosów i uwydatniając mocno piegi. — Udało mi się obejrzeć większość treningu Slytherinu i zrozumieć ich strategię. Jest idealna!
— Och, naprawdę? — parsknęła Hermiona oschle głosem pełnym dezaprobaty. — To samo mówiłeś o planie naszej drużyny.
Ron rzucił jej miażdżące spojrzenie.
— Miałem na myśli, że idealna dla nas. — Obrócił się w stronę Harry’ego i, gestykulując z ożywieniem, zaczął w powietrzu pokazywać niewidoczne ustawienie zawodników Slytherinu i szybko wyjaśniać, na czym polega ich tajny plan.
Harry’emu trudno było to sobie wyobrazić, więc skupił się na słuchaniu. Najwyraźniej Ślizgoni zdecydowali się na mocne flanki, co oznaczało, że środek pola będzie najbardziej odsłonięty. Sprzyjało to Gryfonom, gdyż ich ścigający spisywali się lepiej w tej części boiska.
— A najlepsze jest to, że Malfoy rzeczywiście wydawał się bez formy przez cały trening. — Ron uśmiechnął się triumfalnie. — Jeśli nie odzyska kondycji, w środę będziesz miał niezłą zabawę.
Hermiona zerknęła na Harry’ego i nie umknął jej błysk w jego oczach, gdy zapytał na siłę swobodnym tonem:
— Co dokładnie masz na myśli?
— Latał strasznie — wyjaśnił Ron radośnie, wciąż wyglądając na totalnie szczęśliwego. — Jak gdyby nie potrafił skoncentrować się na tym, co robi... Dwa razy tłuczek prawie zrzucił go z miotły. Jeśli tak samo poleci w czasie meczu, jedyne, o co będziesz się musiał martwić, to żeby nie śmiać się tak mocno, że zapomnisz o zniczu.
— Strasznie jesteś z siebie zadowolony, co? — zapytała Hermiona ostrym tonem. — Malfoy nie jest tak dobry jak Harry, ale z pewnością nie jest też kiepski. Inaczej nie zostałby kapitanem drużyny.
Oczy Rona pociemniały.
— Naprawę w to wierzysz? Z plecami, jakie ma Lucjusz Malfoy w radzie nadzorczej, załatwienie synowi funkcji kapitana to żaden problem.
Lucjusz hojnie finansował działalność Świętego Munga i innych instytucji opiekuńczych, co zapewniło mu poparcie kręgów ministerialnych i przywrócenie pozycji w radzie Hogwartu.
Ron spojrzał na Harry’ego i Hermionę z czymś w rodzaju pychy, czym bardzo przypominał Olivera Wooda.
— I czy we wszystkich meczach, jakie do tej pory graliśmy, chociaż raz udało mu się wygrać? Nie, nigdy nie złapał znicza. — Zwrócił się teraz bezpośrednio do Harry’ego. Jego niebieskie oczy płonęły intensywną agresją. — Musisz go pokonać! — oświadczył bez ogródek. — Pokaż mu, że talentu czy zwycięstwa nie da się kupić za żadne pieniądze. Że posiadanie wpływowego ojca nic nie znaczy i aby miał szansę na wygraną, to musi oszukiwać, a i to może mu nie pomóc. — Wziął głęboki, spazmatyczny oddech. — Za wszystko, co nam zrobił, muszę jeszcze raz zobaczyć jego porażkę.
Hermiona cały czas ukradkowo obserwowała reakcje Harry’ego. Obojgu nie umknęło, że Ron powiedział „nam”, ale tak naprawdę miał na myśli „mnie”. Dobrze widziała w jego wzroku pragnienie zemsty i przestraszyła się, jak głęboko zakorzenione i jak długo przechowywane są urazy między tymi rodzinami, skoro wywołują aż taki gniew i nienawiść. Spojrzała na Harry’ego i zobaczyła, że jego twarz krzywi się w zakłopotaniu.
— Oczywiście — powiedział Harry cicho, lekko kiwając głową, ale nie patrzył w oczy ani Ronowi, ani jej.
Och, nie, jęknęła w duchu, a jej żołądek skręcił się ze strachu w zapowiedzi czegoś nieprzyjemnego. Szykuje się prawdziwa katastrofa.

***


Po prysznicu Draco poczuł się odświeżony. Miał mokre i przygładzone włosy z koralikami wody na końcach. Potrząsnął głową, by odrzucić grzywkę wpadającą mu do oczu i poszedł do dormitorium odłożyć swoje rzeczy po treningu.
Oczywiście widział, jak Ron Weasley skrada się za żywopłotem otaczającym boisko. Rudy idiota ze wszystkich sił próbował być niewidoczny, ale pośród bezlistnych gałęzi jego głowa wyglądała jak ognisko w buszu. Kamuflaż z pewnością nie należał do udanych i Draco zachichotał sam do siebie, przypominając sobie, jak śmiesznie wyglądał czołgający się po ziemi Gryfon.
Niestety przypomniały mu się też gorzkie i pełne złości słowa, jakie usłyszał od Weasleya dzień wcześniej: Pewnego dnia dostaniesz dokładnie to, na co zasługujesz.
Zamknął oczy i ciężko usiadł na łóżku, przez krótką chwilę rozważając horror, jakim stałoby się jego życie, gdyby Weasley dowiedział się o jego problemie z eliksirem miłosnym. Sama myśl o takim upokorzeniu sprawiła, że zadrżał. Rywalizacja między nim a Potterem to jedno, ale nienawiść, jaką ich rodziny dzieliły od pokoleń, to już zupełnie inna sprawa. Jego duma i tak bardzo ucierpiała, gdy poprosił o pomoc Harry’ego, ale gdyby musiał zmagać się jeszcze z Weasleyem, to podejrzewał, że zwyczajnie by tego nie wytrzymał.
Nie, Harry nic nie powiedział Weasleyowi o eliksirze, zdecydował Draco w końcu. Gdyby było inaczej, Weasley z pewnością nie miałby na tyle przyzwoitości, by zachować takie rewelacje dla siebie. Bardzo szybko o wszystkim wiedziałby cały Hogwart, a ojciec... Draco przerwał myśl w połowie, bojąc się ją kontynuować. Nie, Harry nic by nie powiedział. Prawda?
Przypomniał sobie, jak po raz pierwszy wyzwał Harry’ego na magiczny pojedynek w pierwszej klasie, ale również jak doniósł Filchowi, że Gryfoni będą po ciszy nocnej w sali z trofeami. Doskonale zdawał sobie sprawę, dlaczego postępował tak tchórzliwie: bo panicznie bał się Pottera. Tego małego, czarnowłosego chłopca, który tak beznamiętnie odrzucił jego przyjaźń. A kiedy Harry niespodziewanie zgodził się walczyć z nim w pojedynku, Draco spanikował — skoro nie był pewien wygranej, wszystko, czego pragnął, to porażka Gryfonów. Chciał widzieć, jak Harry wpada w kłopoty i traci tę sławę, która tak łatwo mu przychodziła.
Dokładnie to, na co zasługujesz. Słowa Weasleya znów rozległy mu w głowie, pobrzmiewając złowrogo. Za wszystkie złe rzeczy, jakie kiedykolwiek zrobił Harry’emu, za każdy podły epitet, jaki do niego skierował... Być może ten jeden raz Weasley miał rację. Może właśnie na to zasłużył. I może właśnie eliksir miłosny był tego dowodem.
I ostatni wieczór. Wszystkie siły kosztowało go powstrzymanie się od zrobienia czegoś, przez co Harry uznałby go za wygłodniałego seksualnego maniaka. Oczywiście ze swej strony Harry nie wydawał się skłonny do jakichkolwiek pieszczot, ale Draco zrozumiał już, że pragnął całować Harry’ego nie tylko po to, by nawiązać z nim kontakt fizyczny. Pragnął, by Harry również go całował, a nie tylko zamierał w bezruchu z szoku lub odrazy. O tym, które z uczuć wchodziło w grę, Draco nie chciał się zastanawiać, choć pewnie była to kombinacja obu.
Eliksir miłosny nie wywoływał już w nim oszałamiającej ekscytacji, gdy tylko Harry znalazł się w pobliżu, w zamian objawiał się tępym, bolesnym pulsowaniem, na przemian zamrażając jego myśli i szarpiąc je w niekontrolowanym wirze. Teraz ból był dojrzały, niczym stan przewlekłego zapalenia, przesączającego się przez jego kości aż do szpiku. Ta podstępna faza działania trującego eliksiru przerażała go bardziej niż cokolwiek wcześniej, bo zaczynał zapominać, jak bardzo nienawidzi Pottera. Teraz wszystkim, o czym myślał w jego towarzystwie, były puste, pokrętne emocje, płonące w nim jak zimny ogień. Bezwartościowa miłość, nie będącą niczym innym niż odbiciem dymu w lustrze, ale wciąż, mimo wszystko, miłość.

***


— Do diabła, co ty wyprawiasz?
Harry spojrzał na Draco najpierw z zaskoczeniem, potem ze zrozumieniem, a wreszcie ze złością. Malfoy przyglądał mu się wzrokiem spokojnym, niemal rozbawionym, lekko wyginając kąciki ust w uśmiechu. W dłoniach trzymał zwinięty pergamin.
— Cholera, o co ci chodzi? — warknął Harry wściekle, wyrywając mu rulon z rąk. — Chcesz mnie wpędzić w kłopoty? Wracamy do starych czasów, kiedy to musiałem na każdym kroku pilnować się przed twoimi brudnymi zagrywkami, zamiast pomóc ci z eliksirem miłosnym? Tego chcesz?
— Nie — odparł Draco, lekko wstrząśnięty tym wybuchem. — Chciałem z tobą tylko porozmawiać, a trudno cię złapać samego.
— Och — rzucił Harry sarkastycznie. — Rozumiem. Kradniesz moje zadanie domowe i zmuszasz mnie, żebym opuścił lekcję i poszedł go szukać, ale wszystko jest w porządku, bo moja ocena na koniec semestru nic dla ciebie nie znaczy. No jasne, przecież jak zwykle chodzi o ciebie! Myślisz, że możesz tak po prostu wezwać mnie w każdej chwili, kiedy tylko przyjdzie ci ochota, żeby pogadać?
Draco zagryzł dolna wargę, lekko skruszony — lekcja transmutacji właśnie trwała. Gdy McGonagall odwróciła się plecami, ukradkiem przywołał pracę Harry’ego z jej biurka. Nie mogąc jej znaleźć, mimo zaprzeczeń Harry’ego, profesor kazała mu wrócić do dormitorium i jej poszukać. Speszony i zaskoczony tajemniczym zniknięciem pergaminu Harry wyszedł z klasy, a Draco, tłumacząc się koniecznością pójścia do toalety, pobiegł za nim, łapiąc go na korytarzu na trzecim piętrze przy posągu Jednookiej Wiedźmy.
— Nic ci nie ukradłem — zaprotestował Draco słabo, nie zapominając, ż Potter jest na niego naprawdę wściekły. — Miałem zamiar oddać pergamin.
— Wiesz, jak następnym razem przyjdzie ci ochota zrobić tak samo z czyimiś pieniędzmi, to daj mi znać z Azkabanu, czy zadowoliło ich takie wyjaśnienie — odparł Harry chłodnym tonem.
Draco dla uspokojenia wziął głęboki oddech, nie chcąc powiedzieć czegoś paskudnego i zdenerwować Pottera jeszcze bardziej.
— Słuchaj — zaczął powoli — mamy już poniedziałek. Mecz odbędzie się za dwa dni, a ja ciągle nie znalazłem niczego, co by mi pomogło. Chciałem tylko zapytać, czy masz jakiś pomysł... w ogóle.
Złość Harry’ego nieco opadła. Rozumiał desperację Malfoya, bo tak naprawdę czuł to samo. Właśnie dlatego regularnie sprawdzał, czy Hermiona zrobiła jakieś postępy w znalezieniu antidotum. Niestety jej badania posuwały się do przodu bardzo powoli, choć przyznała, że ma kilka potencjalnych tropów.
Westchnął i przebiegł palcami przez włosy, odgarniając grzywkę z czoła, a Draco zastanowił się, jakim cudem tak prosty gest mógł wydawać się chociaż trochę erotyczny. Ale był i to nie tylko trochę. Oczywiście tylko w wykonaniu Harry’ego. Każdy jego ruch kipiał mrocznym urokiem, naturalnym magnetyzmem, ożywiającym eliksir w jego krwi i sprawiającym ból niczym ukłucie niewidzialnego ostrza.
— Zdaje się, że nie istnieje antidotum na eliksir miłosny. A przynajmniej nie ma o nim wzmianki w żadnej z magicznych książek, do jakich mieliśmy dostęp. — Słysząc te słowa, Draco gwałtownie powrócił do rzeczywistości.
Mieliście? — rzucił znacząco, wbijając w Pottera ostre spojrzenie.
Harry zawahał się i zarumienił, jak gdyby zawstydzony, że ujawnił coś, czego nie zamierzał, ale gdy się odezwał, jego głos był spokojny i opanowany.
— Poprosiłem Hermionę o pomoc w badaniach.
Draco poczuł, jak jego serce uderzyło o żebra z przyprawiającym o mdłości odgłosem. Krew w jego żyłach na moment przestała krążyć niemal całkowicie, po czym ruszyła w oszałamiającym tempie.
Powiedziałeś jej?
Harry uniósł wyzywająco podbródek.
— Jeśli ktoś może pomóc, to tylko Hermiona. Wierzę, że dotrzyma tajemnicy, czego o tobie powiedzieć nie można.
Draco mgliście zastanowił się, czy to nawiązanie do sprawy ze smokiem Hagrida w pierwszej klasie. Teraz jednak był zbyt przerażony faktem, że nie tylko oni dwaj wiedzą o eliksirze. Z jakiegoś szalonego powodu ufał Harry’emu, a on powiedział o wszystkim Granger, która zapewne miała z tego powodu największy ubaw w swoim życiu.
Zaklął wściekle pod nosem i na dokładkę kopnął kamienną ścianę za sobą, ledwie mijając róg posągu.
— Nie mogę uwierzyć, że powiedziałeś Granger! Co ty sobie myślałeś, Potter? Przecież ci mówiłem, żebyś to zachował w absolutnej tajemnicy!
— Nieprawda — zaprzeczył Harry. Jego zielone oczy płonęły z irytacji i rozdrażnienia. — Za każdym razem, zanim dotarłeś do tego punku, rezygnowałeś z mówienia i zabierałeś się za całowanie.
— Pieprz się, Potter — syknął Draco, robiąc krok do przodu.
Gniew eksplodował w nim z pełną mocą i Harry popchnął Malfoya tak gwałtownie, że jego plecy uderzyły twardo o ścianę. Musiało zaboleć, ale Draco nie okazał żadnych oznak fizycznego cierpienia. Za to w jego oczach zamigotał ból zupełnie innego rodzaju.
— Jesteś niebezpiecznie blisko wkurzenia mnie jak nigdy dotąd — warknął Harry ze złością pomieszaną z obrzydzeniem. — Ale zawsze byłeś w tej kwestii rekordzistą, Malfoy, więc nie przeciągaj struny.
Draco miał wrażenie, że gniew rozsadzi mu klatkę piersiową.
— Nigdy się nie zastanawiałeś, dlaczego nawet nie spróbowałem poprosić o pomoc któregoś z profesorów? Choćby Snape’a, który zna się na eliksirach o niebo lepiej? Wiesz, co się stanie, jeśli to wyjdzie poza Hogwart? Jeżeli ktoś powiadomi o tym władze szkolne, podczas gdy mój ojciec zasiada w radzie nadzorczej? — Głos Draco brzmiał teraz niemal histerycznie. — Czy masz pojęcie, co się ze mną stanie, jeśli on się o wszystkim dowie?
— Hermiona nie zamierza o niczym mówić żadnemu z nauczycieli! — odparł Harry ze złością, naprawdę rozwścieczony. — Ona jest moją przyjaciółką. Ufam jej i wiem, że jeśli obiecała dochować tajemnicy, to tak będzie.
— A ja wcale nie jestem pewien — powiedział Draco głosem ociekającym gorzkim sarkazmem. Niespodziewanie stał się boleśnie świadomy wagi dłoni Pottera spoczywającej na jego piersi. Zadrżał. — Nie rozumiesz tego, do cholery? Ona mnie nienawidzi, a ty dałeś jej doskonałą możliwość, żeby mi się odpłacić.
— Dopadły cię grzechy z przeszłości, co? — Ton Harry’ego był lodowaty i obojętny. — Może następnym razem zastanowisz się, zanim nazwiesz ją szlamą albo będziesz kpił z rodziny Rona.
Kolejna przerażająca myśl zaatakowała Draco tak nagle, że wyparła cały gniew. Zrozpaczony i przerażony na śmierć osunął się po ścianie.
— Proszę, powiedz, że Weasley o niczym nie wie — odezwał się otępiałym, odległym i zupełnie pokonanym głosem.
Harry zamrugał zaskoczony, bo po raz pierwszy usłyszał z ust Malfoya słowo „proszę”. Draco nie użył go nawet wtedy, gdy zwracał się o pomoc. Teraz jego twarz pokazywała całe spektrum bólu. Ponure zrozumienie, kruszącą się dumę i czystą rozpacz — ostateczne cierpienie. Obserwował walkę Malfoya o zachowanie spokoju dostatecznie często, by rozpoznać punkt kulminacyjny, i wiedział, że byłoby to ostatecznym, niemożliwym do zniesienia upokorzeniem, gdyby Ron, jego dużo bardziej zaciekły wróg niż Harry, kiedykolwiek dowiedział się o eliksirze.
— Nie — powiedział Harry, zdziwiony łagodnością w swoim tonie. Dostrzegł błyski nadziei w oczach Malfoya i poczuł, jak jego własny gniew odpływa tak szybko, jak się pojawił. Trudno mu było złościć się w obliczu takiej rozpaczy. — Nic mu nie powiedziałem. I Hermiona też tego nie zrobiła.
Wbrew oczekiwaniom Harry’ego Malfoy nie okazał ulgi, jego szare oczy wciąż wyglądały jak zamglone szkło, więc nie dało się odczytać buzujących za nimi emocji. Mimo zapewnień Harry’ego, jego twarz nadal okazywała przygnębienie, jak gdyby chwila grozy, jaką Draco przeżył, kompletna i niszcząca, zraniła go tak głęboko, że nie był w stanie się pozbierać.
Sam Draco poczuł, jak słowa Pottera łagodzą jego histerię. Zamknął oczy, uświadamiając sobie własną wrażliwość, co z kolei przyniosło nową falę szaleńczej paniki. Przeraził się, jak bardzo ta sytuacja pozbawiła go kontroli nad sobą, jak łatwo inni mogli teraz na niego wpływać i sprawić, że zalewały go emocje, których nigdy nie odczuwał, a przynajmniej nie tak intensywnie: strach, przerażenie, tęsknota, pragnienie.
Zorientował się, że dłoń Harry’ego nadal spoczywa na jego piersi. Blizna po cięciu nożem — ten symbol ich związku — zareagowała na dotyk. Draco zadrżał mimowolnie. Doznanie, choć piekące, nie było bolesne, jednak podsyciło zamęt w jego głowie.
Widząc, jak Malfoy się trzęsie, Harry pospiesznie cofnął rękę.
— Zraniłem cię? — zmartwił się.
Cóż za ironiczne pytanie, pomyślał Draco beznamiętnie. Palce Harry’ego delikatnie musnęły jego szatę dokładnie w miejscu, gdzie kryła się blizna. Ranisz mnie w każdej chwili, w której jesteśmy razem, nawet jeśli o tym nie wiesz.
Harry powoli rozsunął na boki elegancką tkaninę, odsłaniając kawałek skóry. W sposób niemal kliniczny zbadał dokładnie ślad po nożu, który teraz wyblakł i wyglądał jak jasna, srebrna smuga. Pod wpływem dotyku Draco westchnął mimowolnie i poddał tej przypadkowej pieszczocie. Czuł się jak w niebie i...
Za jego opuszczonymi powiekami powrócił do życia znajomy sen, uwodzicielski nocny towarzysz, i wyrwał go ze słabych oków rzeczywistości, przenosząc w świat marzeń, gdzie...

Harry stał blisko, przesuwając dłońmi po jego barkach. Szeptał coś tuż przy jego ustach, odurzając go smakiem swoich warg jak winem. Palce Harry’ego drażniąco delikatnie zsunęły mu z ramion szatę, pozwalając jej opaść niedbale. Ciepło dłoni wprawiło go w drżenie. Harry dotknął jego piersi, a potem pocałował z taką czułością, że stopił skuwający jego wnętrze lód i wypełnił je cudownym ciepłem. Gdy język przebiegł po jego dolnej wardze, Draco westchnął cicho w odpowiedzi, bezradny wobec swej przyjemności. Jego własne ręce uniosły się i oplotły wokół szyi Harry’ego, aby przyciągnąć go bliżej, bo dopiero wtedy Draco będzie mógł poczuć się cały, kompletny...

Draco nagle otworzył oczy i zrobił krok do przodu, pokonując tę niewielką odległość, jaka ich jeszcze dzieliła. Harry zamrugał, zaskoczony, i opuścił ręce. Wziął głęboki oddech, by się uspokoić.
— Malfoy, co ty...
— Mam sny — oświadczył Draco niespodziewanie, przerywając mu stanowczo. — Śnię o tobie, a w tych snach... — Mimo że Malfoy mówił szeptem, jego głos wypełniał całą przestrzeń, a wyraz oczu zdawał się być odległy i nieskupiony.
— Malfoy — powiedział Harry cicho, ale nie odsunął się i nie odepchnął Draco od siebie. — Musimy iść na lekcję.
Oczywiście Harry nigdy nie będzie rozumiał naprawdę. Draco spojrzał mu głęboko w oczy, zielone jak szmaragd. Szmaragd, którego celem było odpychać zło, a który w zamian czynił go tylko słabym i pozbawionym kontroli. Draco czuł zapach, tak typowy dla Harry’ego. Oślepiony nagłym pragnieniem, pochylił się i dotknął jego ust, wciąż jeszcze rozchylonych od wcześniej wypowiadanych słów...
Ranisz mnie za każdym razem, gdy cię całuję.
Draco już wcześniej bywał natarczywy, ale nigdy tak jak teraz. Harry poczuł zaskoczenie, a nawet niepokój, gdy został popchnięty na ścianę. Draco szybko objął dłońmi jego twarz, przechylił głowę, przysunął usta...
— Przestań, Draco — powiedział Harry, tym razem głośniej. Obrócił się, przerywając kontakt. Malfoy zdawał się otrząsnąć z oszołomienia i cofnął się jak uderzony. Oczy miał szeroko otwarte i błyszczące, jak gdyby trawiła go gorączka.
Ranisz mnie za każdym razem, gdy mnie odpychasz.
Draco zrobił niepewny krok do tyłu, czując, jak jego twarz czerwieni się z zakłopotania i niespełnionego pragnienia. Jeszcze nie pożądania, ale potrzeby tak intensywnej, że chciał rzucić Harry’ego na ścianę i całować, aż tęsknota minie. Mimo iż wiedział, że nawet to nie stłumi mocy eliksiru.
Gdy wstrząs wywołany agresywnością Malfoya minął, Harry poczuł falę współczucia na widok nieszczęśliwego wyrazu jego twarzy i cierpienia z powodu snów, które nie mogły być zrealizowane w rzeczywistości. Dobrze wiedział, jak niepokojące jest, gdy senne marzenia oplatają cię niczym sieć i komplikują rzeczywistość. Zmieniają rzeczywistość, jak w przypadku Malfoya.
— Posłuchaj — powiedział, przyglądając się Draco uważnie. — Hermiona sporo czytała przez weekend i uważa, że znalazła kilka tropów, które mogą nam pomóc. Naprawdę uważam, że powinieneś sam z nią porozmawiać. I... osobiście cię uduszę, jeśli będziesz dla niej niemiły. Bardzo ciężko pracowała. Nie sadzę, żebym bez niej miał czas przejrzeć tyle magicznych książek, nie przy takiej ilości treningów. Dlatego masz u niej dług wdzięczności, Malfoy.
Draco, zapatrzony gdzieś w dal, wzruszył obojętnie ramionami.
— Cokolwiek sobie życzysz.
Dla Draco nie miało teraz znaczenia nic, nawet gdyby Harry pozwolił się pocałować ponownie. Pustka w jego duszy mogła zostać wypełniona tylko na ulotną chwilę, kiedy trzymał Harry’ego w ramionach, kiedy czuł jego bliskość, kiedy smakował oszałamiającą słodycz ust. Tak, wtedy ożywał. Ale gdy Harry go odepchnął po raz kolejny, intymność zniknęła i powróciła samotność.
Wszystko rozpadało się na kawałki.
Harry rozejrzał się ostrożnie wokół. Na szczęście uczniowie ciągle przebywali w klasach, więc ich obecne spotkanie prawdopodobnie pozostanie niezauważone. Za to Filch to już zupełnie inna kwestia... i McGonagall mogła zacząć się zastanawiać, czemu nie ma go tak długo.
Spojrzał na zegarek.
— Dzisiaj będę zajęty przez resztę dnia, więc może jutro po obiedzie? Mamy zarezerwowane boisko na popołudnie, ale wygospodaruję trochę czasu na spotkanie i przyprowadzę ze sobą Hermionę. — Uznał, że w tym czasie Ron będzie zbyt zajęty quidditchem, by zauważyć ich zniknięcie. — Mam nadzieję, że do jutra Hermiona odkryje jeszcze coś nowego.
— A jak nie? — zapytał Draco beznamiętnie. — A może nie ma czego odkrywać?
— Nie mów tak. To w niczym nie pomaga. Nie możesz wykazać trochę więcej entuzjazmu i pozytywnego nastawienia?
— Entuzjazmu? — powtórzył Draco posępnie. — Jestem zatruty eliksirem miłosnym i za każdym razem, gdy cię widzę, mam ochotę umrzeć. Jeśli entuzjazm jest zaraźliwy, Potter, to ja jestem na niego odporny.
— Po prostu... — Harry przerwał i westchnął ze znużeniem. — Miej trochę wiary, dobrze? Ja także staram się, jak mogę, by znaleźć wyjście z tej sytuacji.
— Wiem — odparł Draco cicho, zerkając na Harry’ego spod opuszczonych powiek, by ukryć emocje. Wyciągnął rękę i zabrał Harry’emu pergamin. — Wejdę pierwszy i odłożę twoją pracę na biurko, żeby wyglądało, że McGonagall wcześniej ją przegapiła.
Harry obserwował, jak Malfoy gwałtownie się obraca i odchodzi, miękkimi krokami maskując swoje przygnębienie. Szedł z godnym podziwu opanowaniem, mimo zamętu panującego w umyśle, z czego Harry doskonale zdawał sobie sprawę. To cud, że duma Draco wciąż pozostawała w stanie nienaruszonym, choć jego samokontrola została rozdarta na strzępy. Nadal wyglądał na opanowanego, ale Harry wiedział, że powoli rozpada się od wewnątrz. Wiedział też, że jego własna obecność tylko ten proces przyspiesza.
Jeśli szybko nie znajdę rozwiązania, pomyślał ponuro, sytuacja może nas przerosnąć, a wtedy ktoś zostanie zraniony. Bardzo.

***


— Cóż. — Harry odchrząknął, mając nadzieję, że napięta i pełna nieufności atmosfera oczyści się równie łatwo co jego struny głosowe. Spojrzał najpierw na Draco, a potem na Hermionę, siedzących naprzeciwko siebie w klasie zaklęć i zajętych wymianą wrogich, powściągliwych spojrzeń.
Było pochmurne wtorkowe popołudnie, dzień przed meczem między Gryffindorem a Slytherinem. Harry sam zaaranżował to prywatne spotkanie, ale na razie nie szło im najlepiej. Hermiona narzekała, że musi nieść tak daleko tyle książek, a Malfoy wyglądał na nadąsanego, odkąd wszedł tu dziesięć minut temu. Żadne z nich nie powiedziało do siebie ani słowa i Harry zaczynał się zastanawiać, czy to w ogóle był dobry pomysł.
— Cóż — powtórzył, zerkając błagalnie na Hermionę, która nadal nawet nie popatrzyła na Malfoya, w zamian kartkując jedną z książek.
— No i co, Potter? — warknął Draco ze złością. Siedział z rękami skrzyżowanymi na piersi i wyglądał na znudzonego i zniecierpliwionego. — Przyszliśmy tu na sesję jogi czy będziemy rozmawiać?
Hermiona odłożyła książkę i popatrzyła na niego z wyraźną niechęcią.
— Wiesz, jeśli nie masz do powiedzenia niczego godnego uwagi, to lepiej w ogóle się nie odzywaj.
— Och, nasza porządna panienka jednak umie mówić — prychnął Draco. — A już zaczynałem się zastanawiać, czy zamierzasz zasnąć na siedząco.
— Dosyć! — krzyknął Harry, patrząc na Malfoya ze złością. — Uspokój się i przestań denerwować Hermionę. Ona próbuje się czegoś dowiedzieć.
— „Próbuje” jest tutaj słowem kluczowym — zripostował Draco pogardliwie. W jego oczach zabłysła znajoma złośliwość.
Hermiona wyglądała na naprawdę rozgniewaną i już miała coś odpowiedzieć, ale Harry ją powstrzymał. Szeptem poprosił, by się opanowała, po czym chwycił Malfoya za rękę, szarpnięciem podniósł go z krzesła i wyciągnął z klasy.
Kiedy byli już na zewnątrz, pchnął go na ścianę z taką siłą, że Draco aż jęknął z zaskoczenia. Złapał go za kołnierzyk i potrząsnął nim, choć nie zrobił tego brutalnie. Oczy Harry’ego błyszczały od mieszaniny złości i irytacji, i Draco mógł poczuć jego emocje, przenikające go niczym prąd w miejscu, gdzie pięść dotykała jego piersi.
— Co to, do cholery, było, Malfoy? — warknął Harry, szarpnięciem głowy wskazując na klasę. — Ona naprawdę stara się pomóc, mimo że ma lepsze rzeczy do roboty niż przekopywanie się przez tony książek w poszukiwaniu wyjścia z tego bałaganu. Nie ma żadnego powodu, by się dla ciebie starać, biorąc pod uwagę, jaki okropny dla niej byłeś i ciągle jesteś.
— Chodzi o to, że jej nie ufam! — odparł Draco, pozwalając, by w jego głosie zabrzmiały targające nim emocje. — Tylko dlatego, że jest bystra i dobrze sobie radzi z książkami, mam powierzyć życie w jej ręce? Na Merlina, ja jej nawet nie znam!
— Tak, to prawda — zgodził się Harry. — Nie znasz jej. Bo gdybyś znał, to byś wiedział, że jest najlepszym, najbardziej skłonnym do poświęcenia przyjacielem, jakiego możesz sobie wyobrazić. Zawsze stanie po twojej stronie, nieważne, co robisz, nawet jeśli się temu stanowczo sprzeciwia. Przetrwa z tobą każde kłopoty, ponieważ tak postępują przyjaciele. — Harry przerwał i wziął głęboki oddech. Jego głos drżał z tłumionego gniewu. — Nie znasz Hermiony, Malfoy, ale winien jej jesteś więcej, niż sądzisz, począwszy od przeprosin. Najmniej, co możesz zrobić, to okazać szacunek, na jaki ona zasługuje.
Gdy wrócili do klasy, Draco rzeczywiście wyglądał na lekko przygaszonego. Unikał wzroku Hermiony, kiedy zajmował swoje miejsce, i nagle zaczął wykazywać ogromne zainteresowanie małym żuczkiem, czołgającym się na skraju biurka. Szturchnął go końcem różdżki i wymruczał pod nosem zaklęcie. Skrzydełka rozpostarły się, jak gdyby żuk chciał polecieć, ale nie był w stanie i mógł tylko drżeć i brzęczeć w bezruchu.
— Przestań! — pisnęła Hermiona, wpatrując się w owada ze strachem. Wspomnienia, jak fałszywy Moody torturował pająka, ciągle były zbyt żywe. — Wypuść go, Malfoy!
Draco uniósł różdżkę i zaklęcie przestało działać. Żuk zamachał słabo skrzydłami, jakby był ranny, po czym odpełznął na bezpieczną odległość. Draco bez emocji przyglądał się jego ucieczce, świadomy przerażonych spojrzeń Gryfonów. Odwzajemnił się obojętnym wzrokiem i nonszalancko wzruszył ramionami, jak gdyby w niemym pytaniu: I na co się, do diabła, gapicie?
Hermiona wyglądała na zdenerwowaną, więc Harry szepnął jej do ucha coś, co ją nieco uspokoiło. Draco poczuł się dziwne poirytowany, niemal zagniewany, widząc tak czuły i intymny gest, mimo że przyjaźń między Harrym i Hermioną była czysto platoniczna. Pragnienie obudziło się w nim znowu, przepływając przez żyły przy każdym uderzeniu serca i rozprowadzając krążącą mu we krwi truciznę do duszy.
Wreszcie Hermiona skupiła uwagę na małym kawałku pergaminu, starannie schowanym w jednej z książek.
— Znalazłam kilka nowych informacji, którymi muszę się z wami podzielić — powiedziała.
— Dobrych czy złych? — zapytał Draco głucho.
— Przypuszczam, że dobrych — odparła Hermiona tym samym tonem, mimo że zmierzyła Malfoya ostrym spojrzeniem. — Sam fakt, że to ma związek z tobą, już wyczerpuje wszelki limit zła.
— Co znalazłaś? — wtrącił się szybko Harry, aby Draco nie miał możliwości zrewanżować się jakąś ciętą ripostą.
Żałował, że w ogóle kiedykolwiek sobie wyobrażał, że Malfoy i Hermiona mogą spędzić ze sobą w jednym pomieszczeniu pięć minut bez groźby, że jedno z nich skończy pod sufitem, nadęte niczym balon. Był tu jedyną osobą zdolną do utrzymania jako takiego spokoju.
Hermiona podniosła kolejną książkę i otworzyła ją na zaznaczonej stronie.
— Udało mi się odszukać źródło tego łacińskiego cytatu. Wcześniej nie mogłam znaleźć żadnego nawiązania, bo pochodzi on z mugolskiego poematu, datowanego na pierwszy wiek przed naszą erą.
Mugolskiego? — przerwał jej Draco z oburzeniem. — Ale to przecież czystomagiczny eliksir. Co on ma wspólnego z mugolami?
Hermiona wydawała się wyraźnie zdenerwowana jego brakiem taktu.
— Myślę, że to celowe — odparła, patrzą na Malfoya znacząco. — Dowodzi po prostu, że zasięg eliksiru miłosnego jest nieograniczony. Nieważne, czy jesteś czarodziejem czy mugolem, nie dasz rady oprzeć się jego działaniu. Co ma sens, moim zdaniem.
Ku zaskoczeniu Hermiony, Draco nie zakwestionował jej słów, po prostu milczał. Nie umknęło jej też, że jego oczy wbite są w Harry’ego, który, niczego nieświadomy, ze skupieniem słuchał jej wyjaśnień. Lekko speszona tym spojrzeniem, kontynuowała:
— Z cytatem tym związany jest bardzo ciekawy mit.
— Co to za mit? — zapytał Harry.
— Cóż... — Zerknęła do zrobionego wcześniej streszczenia. — Legenda opowiada o Greczynce Laodamii, żonie Protesilaosa. Krótko po ślubie Protesilaos opuścił ją, by walczyć pod Troją, gdzie był jednym z dowodzących. Jednak według wyroczni pierwszy grecki żołnierz, który dotknie trojańskiej ziemi, miał być również pierwszą ofiarą wojny.
— Niech zgadnę. — Malfoy wywrócił oczami. — Facet, strasznie napalony, wyskakuje ze statku minutę po dotarciu na miejsce, albo jeszcze lepiej: źle zrozumiał proroctwo, więc wsiada do łodzi i płynie, myśląc, że wygra nagrodę, jeśli pierwszy znajdzie się na brzegu. Tak to szło?
— Mniej więcej — przyznała Hermiona niechętnie. — Chociaż wydarzenia nie przebiegały tak wesoło, jak je opisałeś. Według jednej z wersji, Grecy znali przepowiednię i nie byli chętni zejść na ląd, ale Protesilaos heroicznie poświęcił się, zabijając przy tym kilku Trojan. Inna wersja mówi, że nie znali proroctwa, a Protesilaosem kierowała brawura.
— Ha! Co za idiota — parsknął Draco triumfalnie.
— W każdym razie — ciągnęła Hermiona — proroctwo okazało się prawdziwe i Protesilaos wkrótce zginął. — W jej głosie zabrzmiał prawdziwy smutek. — Laodamia opłakiwała męża tak bardzo, że bóg Hades pozwolił Protesilaosowi wrócić na ziemię na trzy godziny, by małżonkowie mogli być razem po raz ostatni.
Harry skrzywił się lekko.
— A skąd w tym wszystkim łaciński cytat?
— Poeta Propercjusz opisuje dozgonną miłość między Laodamią a Protesilaosem w pierwszej księdze swoich elegii i właśnie tam umieszczony został ten łaciński cytat. — Hermiona spojrzała do notatek. — Traicit et fati litora magnus Amor. Co w tłumaczeniu oznacza: Wielka miłość pokona nawet przeznaczenie.
— Coś w tym stylu — mruknął Draco. Spojrzał na Hermionę z udawanym znudzeniem. — I co się stało? Zostali razem i żyli długo i szczęśliwie ze świadomością, że historia ich miłości będzie do znudzenia powtarzana w następnych pokoleniach?
— Nie. — Hermiona popatrzyła na niego groźnie. — Po trzech godzinach Protesilaos musiał ponownie odejść, a zrozpaczona Laodamia rzuciła się na jego stos pogrzebowy i umarła razem z nim.
Zapadła chwila ciszy.
— To rzeczywiście wesoła historia — zauważył wreszcie Draco ironicznie. — Z pewnością podniesie nas na duchu, bo przecież ostatnio nie możemy pochwalić się nadmiarem optymizmu.
— Malfoy — warknął Harry ostrzegawczo, na co Draco powiercił się na krześle, usilnie ignorując jego ostre spojrzenie. — Jak mylisz, jakie ten mit ma znaczenie? — zwrócił się do Hermiony.
— Może chodzi o to, żebyśmy przeszli małą rozgrzewkę — zasugerował Draco mało pomocnie. — Wiecie, jak chrzest bojowy. Siła symbolu i te sprawy.
— Och, proszę, nie przeszkadzaj sobie — prychnęła Hermiona, ledwie kontrolując głos. — Zrobimy dużo więcej, jeśli wyjdziesz i sam rozgrzejesz sobie głowę. Najlepiej do czerwoności.
Zanim Draco zdążył odpowiedzieć, Harry zerknął na zegarek i jęknął.
— Jestem spóźniony na trening. Naprawdę muszę już wyjść... — przerwał, widząc przerażoną minę Hermiony. — Co się stało?
— Odchodzisz? Teraz masz trening quidditcha? — Hermiona wydawała się naprawdę przerażona. — Tak po prostu sobie pójdziesz i nas porzucisz?
— Ee... — zaczął Harry z zażenowaniem. — W zasadzie to miałem na myśli mówiąc, że „wychodzę”, chociaż sama wolałaś nazwać to bardziej drastycznym „porzuceniem”.
— Harry — odezwała się Hermiona stanowczo — możemy chwilę porozmawiać... na osobności?
— Wyrzuty sumienia, Granger? — zapytał Draco zjadliwie, kiedy Harry i Hermiona wstali. — Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek miała skrupuły krytykować mnie prosto w twarz.
Hermiona zignorowała go, złapała Harry’ego pod ramię i wyprowadziła z klasy, trzaskając za sobą drzwiami. Na korytarzu stanęła z nim twarzą w twarz, nie ukrywając niedowierzania i irytacji.
— Nie pojmuję... że masz zamiar wyjść i zostawić mnie sam na sam z Malfoyem.
— Nic nie mogę na to poradzić — odparł Harry przepraszająco. Widząc jego błagalne spojrzenie, Hermiona złagodniała. — Muszę iść na trening, zanim Ron i reszta zaczną się zastanawiać, gdzie jestem i ogłoszą poszukiwania. — Przerwał na chwilę. — Nie pozwól, żeby Malfoy cię zdenerwował. Rozmawiałem z nim i nie sądzę, żeby zachował się naprawdę paskudnie.
— Taka wizja na spędzenie popołudnia naprawdę brzmi ciekawie. — Hermiona skrzyżowała ramiona na piersi i popatrzyła na Harry’ego wyzywająco. — Zrzekam się odpowiedzialności za wszelkie urazy fizyczne, jakich nabawi się Malfoy za bycie wstrętnym, nieznośnym gnojkiem. Już posiada wątpliwy zaszczyt bycia jedyną osobą, którą w życiu uderzyłam.
— Nie martw się, poradzisz sobie. — Harry uśmiechnął się z wysiłkiem. — Bardzo ci dziękuję — dodał cicho, gdy już odchodził, a kiedy Hermiona mruknęła coś w odpowiedzi, uśmiechnął się szybko raz jeszcze i zbiegł po schodach.
Hermiona stała w miejscu przez kilka minut. Jak ja się w to wpakowałam?, zapytała z goryczą w myślach. Najlepszą część wolnego popołudnia spędzę z Malfoyem. A raczej najgorszą. Gdyby nie Harry... Jej wewnętrzny głos umilkł. Zamknęła oczy, przekonując samą siebie, że postępuje słusznie. Robię to dla Harry’ego, nie Malfoya. Postanowiła często to sobie przypominać. Dla Harry’ego.
Westchnęła i ze smutną miną wróciła do klasy. Zanim zamknęła drzwi, wzięła kilka głębokich oddechów. Musiała się uspokoić, bo przeczucie mówiło jej, że będzie potrzebowała bardzo dużo cierpliwości.


***


*Then shall you know the wounds invisible
That love's keen arrows make.

William Szekspir, „Jak wam się podoba”, Akt III, Scena V — tłumaczenie Macieja Słomczyńskiego
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Niebieska Blue » 14 kwi 2012, o 22:34

Przyznam szczerze, że kiedy pierwszy raz zaczęłam czytać to tłumaczenie, zniechęciłam się po pierwszej scenie. Pomyślałam, że to jakiś fick z przerostem tego rodzaju humoru, za którym nie przepadam. Tym razem jednak postanowiłam zagłębić się nieco bardziej - głównie dzięki pozytywnym komentarzom pod pierwszym rozdziałem - i czekało na mnie wyjątkowo miłe zaskoczenie. Draco pod wpływem eliksiru miłosnego! Nic dodać, nic ująć! Aż chce się czytać dalej, zwłaszcza że nie jest to żadna parodia. Bardzo mi się podoba sposób, w jaki zostało ukazane działanie eliksiru miłosnego, że pokazuje, jakie to jest straszne. Porównania do Imperiusa są wg mnie bardzo, ale to bardzo adekwatne. Podoba mi się także, że mimo wszystko Draco pozostał w jakiś sposób sobą, że nie miłuje nagle wszystkiego i wszystkich, tylko raczej bliżej mu do totalnej paniki. Tych kilka pocałunków tylko dodaje smaku ;)
Jestem ciekawa zakończenia - nawet bardzo, bardzo ciekawa. Całe szczęście, że jest tylko 15 rozdziałów, a nie pięćdziesiąt kilka, bo inaczej tłumaczenie kończyłoby się za czasów mojej późnej starości. A tak, i to jeszcze w tym tempie dodawania kolejnych rozdziałów, jest szansa, że dość prędko dowiem się, jak ta afera się zakończy.
Życzę całej Drużynie tłumaczeniowego Wena, bo ja już czekam z niecierpliwością na ósmą część :D
Niebieska Blue Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 9
Dołączył(a): 5 paź 2011, o 16:11

Postprzez Akame » 16 kwi 2012, o 09:14

Dziś komentuję od razu, bo qrde, ja, największa męczydusza o ten fick, opierniczam się niesamowicie i zawsze mam czas :/

Podziwiam racjonalizm Hermiony, oraz to, jak podchodzi do całej sprawy. Trudno ją winić za to, że nie darzy Draco sympatią i najchętniej zostawiłaby go na pastwę losu, gdyby nie to, że problem ściśle łączy się z Harrym.
— Tak, to prawda — zgodził się Harry. — Nie znasz jej. Bo gdybyś znał, to byś wiedział, że jest najlepszym, najbardziej skłonnym do poświęcenia przyjacielem, jakiego możesz sobie wyobrazić. Zawsze stanie po twojej stronie, nieważne, co robisz, nawet jeśli się temu stanowczo sprzeciwia. Przetrwa z tobą każde kłopoty, ponieważ tak postępują przyjaciele. — Harry przerwał i wziął głęboki oddech. Jego głos drżał z tłumionego gniewu. — Nie znasz Hermiony, Malfoy, ale winien jej jesteś więcej, niż sądzisz, począwszy od przeprosin. Najmniej, co możesz zrobić, to okazać szacunek, na jaki ona zasługuje.

Bardzo mi się podoba ta przemowa Harry'ego, jest taka prawdziwa. Od razu przed oczami stanął mi kanon i wręcz widziałam, tę nieszczęsną minę Hermiony, która pomimo wątpliwości, przerażenia, że łamią reguły, nigdy nie zostawiła Harry'ego samemu sobie i cały czas podążała za nim. Przypomniało mi się, jak wielki nacisk położyła autorka właśnie na tę przyjaźń. To było coś, co było esencją książek - przyjaźń i poświęcenie. Po raz kolejny przekonuję się, dlaczego tak bardzo zależało mi na przeczytaniu tego ficka :)

Cały czas żal mi też Draco. Widać jak cierpi i nie może sobie poradzić z tym niechcianym uczuciem. Coraz bardziej się pogrąża, a autorka przedstawia to w sposób nader niepokojący. Czuć po prostu to szaleństwo, które mogłoby go ogarnąć za jakiś czas i desperację, oraz strach, jaki cały czas go nie opuszcza. Właściwie nie dziwi też jego przerażenie, gdy Harry powiedział mu, że Hermiona wie. Po raz, zakochał się w największym wrogu, którego wiecznie ranił. Po dwa, tajemnicę poznała też szlama, którą gardził i której nigdy nie oszczędzał. To ogromnie upokarzające. Zwłaszcza, że teraz musi polegać właśnie na nich. Żyć nie umierać. A gdyby jeszcze wiedział Ron... myślę, że czara goryczy by się przepełniła i coś by w Draco pękło. Niechciana miłość, pożądanie, wrogowie, którzy pomagają i wrogowie, którzy w przypadku Rona, chcą niszczyć i wbijać kij w ranę. To za dużo, jak na jednego, biednego arystokratę ;]

Widać też, jak zmienia się sam Harry. Na początku niechętny, unikający Draco. Teraz coraz bardziej się nim przejmujący. Tutaj już nie chodzi tylko o wyzwolenie go spod wpływu eliksiru, aby wreszcie mieć święty spokój. Harry zaczyna go chronić. Nie może przyjąć, że ktoś (znowu Ron), mógłby Draco skrzywdzić. Oczywiście nadal widzi złe strony Malfoya, ale jednocześnie wykazuje się ogromną empatią. To już nie jest zachowanie wroga, który chce się uwolnić od niemiłego towarzystwa.

Uff... siem rozpiałam ;] To tyle na dziś. Radio Wolna Europa się zamyka xD

Pozdrawiam serdecznie wszystkie tłumaczki ich bety i bety ich bet ;]
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości