[Z] [T] Na zawsze twój

Nieodwracalne powraca w nowej odsłonie

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Miris » 22 lut 2012, o 23:21

Po raz pierwszy w życiu czytam tego fika i jestem absolutnie zauroczona. Ach, ten urok nowości... Nie mam zielonego pojęcia co Malfoy tak naprawdę uwarzył, kołacze mi się po głowie Amortencja, ale to wygląda na coś... silniejszego? Jeeeeeej, ten fik jest świetny! Moja koleżanka czytała go w pierwszej wersji, więc też na pewno się ucieszy, ja niestety nie zdążyłam nim zniknął.
Już lubię Harry'ego i Draco w tym fiku :D. Bardzo dobre dialogi i póki co trzymają się kupy. Też podoba mi się reakcja Harry'ego na pocałunek, taka... naturalna chyba? Ale wszystko w drarry jest obrzydliwe nim stanie się wspaniałe, prawda? :D
Ach, jak ja nie mam czasu na komentarze...
Gratuluję pomysłu utworzenia grupy, mam nadzieję, że dotrwacie do końca tego tłumaczenia i przetłumaczycie nam wiele wspaniałych fików :D. Może nawet sama kiedyś się zgłoszę... Jak się trochę podszkolę:) Ale współpraca ze mną to marna współpraca, ponieważ ja wszystkiego się czepiam :P.
Życzę powodzenia!

M.
Drarrytozuoaleitakjekocham.
Miris Offline


 
Posty: 323
Dołączył(a): 1 lis 2010, o 19:08
Lokalizacja: Dom

Postprzez TEAM DRARRY » 24 lut 2012, o 12:51

Ślicznie dziękuję za betę Kaczalce i Minamoto i zapraszam na lekturę drugiego rozdziału :)


Rozdział 2: Rozbity


Miłość rozbija nas na wiele kawałków.*


Następnego dnia Harry zaspał, co skutecznie powstrzymało go od wracania myślami do ostatniej nocy, kiedy biegł na śniadanie, a później na zajęcia. Dopiero gdy zszedł do lochów na podwójne eliksiry ze Ślizgonami i zobaczył Malfoya, wchodzącego cicho do pomieszczenia i kierującego się na ślizgońską część sali, wróciły wspomnienia.
Zmrużył oczy i zaczął go obserwować, ale jasna głowa ani razu nie zwróciła się w jego stronę. Wszystko było tak, jakby nic się nigdy nie stało, chociaż Harry instynktownie czuł, że coś się zmieniło: brakowało charakterystycznej wrogości i złośliwych docinków, które były już nieodłącznym elementem lekcji eliksirów.
Tak, coś się zdecydowanie zmieniło.
Pod koniec zajęć Ron szturchnął go, wykorzystując moment, kiedy Snape był do nich odwrócony plecami.
— Minęła prawie cała lekcja, a Malfoy ani nie próbował sabotować naszego eliksiru, ani wysadzić kociołka. — Ron rzucił Ślizgonowi podejrzliwe spojrzenie. — Co z nim nie tak?
Harry już prawie miał opowiedzieć, co się stało ostatniej nocy. Podejrzewał jednak, że jego przyjaciel może dostać ataku apopleksji, więc zdecydował to przemilczeć. Może później.
Wzruszył tylko nonszalancko ramionami i odparł zgodnie z prawdą:
— Nie mam pojęcia co z nim nie tak.
— Cóż, lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca — stwierdził Ron ponuro. — Lekcja jeszcze trwa.
Kilka minut później rozległ się dzwonek, który zakończył jedne z najdziwniejszych i najnudniejszych zajęć eliksirów, jakie Harry pamiętał. Jego myśli zaczęły błądzić w kierunku całującego go Malfoya, ale szybko przywołał się do porządku. Naprawdę, spokojnie mógłby żyć bez tego wspomnienia przez długi czas. Najlepiej aż do śmierci.
Tylko czemu jakoś nie mógł o tym zapomnieć?
Po drugiej stronie klasy Draco schował swoje książki i wyczyścił kociołek, cały czas nie unosząc wzroku. Czuł na sobie ciężar pytającego spojrzenia Pottera. Wiedział, że Gryfon patrzył na niego ukradkiem przez całe eliksiry, ale nie miał odwagi podnieść głowy. I nieważne, że było to tchórzostwem, po prostu nie wiedział, co zrobi, jeśli popatrzy Potterowi w oczy.
Zorientował się, że łatwiej mu odczytać emocje Harry’ego i zastanawiał się, czy to działanie eliksiru, czy po prostu wcześniej nie zauważał, jak otwarcie Harry je okazuje. Doskonale zdawał sobie sprawę z istniejącego między nimi napięcia i widział lekkie zaskoczenie we wzroku Harry’ego, który przynosił ze sobą dziwne ciepło, rozlewające się po całym jego ciele.
I kiedy Harry wyszedł z lochów w towarzystwie Weasleya i Granger, Draco znowu coś poczuł: tłumioną tęsknotę narastającą z każdą chwilą wraz z odległością powstającą między nim a Potterem, nieustannie szarpiącą go za serce…
Uderzył pięścią w stół z frustracji, przewracając butelkę z żółcią pancernika. Nie przejął się tym zupełnie i ukrył twarz w trzęsących się lekko dłoniach, pokrytych zimnym potem. To nadal w nim było, to… to uczucie.
Próbował się go pozbyć. Ostatniej nocy, w momencie, kiedy zorientował się, jaki eliksir naprawdę wypił, spędził niemal godzinę wymuszając wymioty, żeby usunąć jak najwięcej połkniętej mikstury.
Ale ona nadal w nim była. W jego krwi. Krążyła niczym srebrny lód w jego żyłach.
Złapał ze złością swoją torbę i wyszedł z klasy, ignorując wołanie Crabbe’a i Goyle’a, żeby na nich zaczekał.

***


Później tego dnia Draco w końcu zdołał złapać Pottera w drodze na wieczorny trening quidditcha. Podszedł do niego, kiedy Gryfon skręcił w stronę schowka na miotły.
Początkowe zdziwienie na twarzy Harry’ego szybko zmieniło się w ponury grymas.
— Czego chcesz, Malfoy?
Draco zignorował nagłe uderzenie krwi do głowy i skupił wzrok na Harrym.
— Muszę z tobą porozmawiać. — Obejrzał się z niepokojem przez ramię, słysząc w oddali jakieś głosy, i dodał: — Na osobności.
— Ta, żebyś znowu zrobił coś ohydnego? — spytał Harry chłodno i cofnął się, wpatrując się w Malfoya podejrzliwie.
Draco zacisnął pięści, czując, jak różowieją mu policzki.
— Podobało mi się to mniej więcej w takim samym stopniu co tobie, Potter — rzucił ze złością przez zęby.
— Naprawdę? Nie powiedziałbym tego. — Głos Harry’ego był zimny i spokojny.
— Zamknij się, Potter — warknął Draco i mocno przygryzł wargę, usiłując skupić myśli na gorącym pulsowaniu w głowie, podobnym do szumu fal rozbijających się o brzeg. — To była pieprzona pomyłka. — I naprawdę tak myślał. Straszna, straszna pomyłka.
Harry spojrzał na niego z ukosa.
— I przyszedłeś mnie przeprosić?
— Nie — odparł Draco odruchowo i zobaczył, jak oczy Harry’ego pociemniały.
— Cóż, cholernie należą mi się twoje przeprosiny. — Harry przysunął się bliżej. Był niemal tego samego wzrostu co Draco, ale jego narastająca irytacja sprawiła, że wydawał się wyższy. — Nie miałeś żadnego prawa, żeby to zrobić i…
— Och, wybacz mi — przerwał mu Draco kwaśno, gotując się ze złości. — Powinienem najpierw poprosić cię o pozwolenie. Cóż za okropne niedopatrzenie z mojej strony. Następnym razem będę o tym pamiętał.
— Nie będzie żadnego następnego razu! — Harry spojrzał na Draco z niedowierzaniem. — Co jest z tobą nie tak, Malfoy? Jeszcze wczoraj obaj się nienawidziliśmy i będę niezmiernie szczęśliwy, jeśli tak zostanie!
Wpatrywali się w siebie przez dłuższą chwilę, nic nie mówiąc. Harry z irytacją potupywał i w końcu nie wytrzymał.
— Więc?
Draco spiorunował go wzrokiem.
— Więc co?
— O co chodziło ostatniej nocy? Chciałeś mnie przestraszyć? Bo mgliście przypominam sobie, że to ty uciekałeś z podkulonym ogonem.
Draco zamknął oczy. Naprawdę nie potrzebował w tej chwili mentalnego obrazu czegokolwiek między jakimikolwiek nogami. Doprowadzające do szału brzęczenie w jego głowie nie tylko się nie zmniejszało, ale wręcz przybierało na sile, jak gdyby izolując ich od otoczenia i zamykając przestrzeń wokół nich dwóch. Powietrze zdawało się być naładowane elektrycznością, która drażniła nerwy i wysyłała przez jego ciało dziwaczne impulsy.
Nabrał powietrza.
— To długa historia.
— Wcale nie. Złapałeś mnie i pocałowałeś. Koniec historii i to niezbyt szczęśliwy, jeśli mogę dodać.
Draco otworzył oczy i natychmiast ujrzał wpatrujące się w niego szmaragdy ukryte za okularami. Na moment zaniemówił, a oddech uwiązł mu w gardle.
Po co w ogóle tu przyszedł? Żeby zwierzyć się ze wszystkiego i zrobić z siebie kompletnego idiotę? On i tak by nie zrozumiał. Czego się spodziewał po Potterze, skoro dobrze wiedział, że ani on ani nikt inny nie jest w stanie mu pomóc?
Czemu go szukał, czemu spędził prawie cały dzień na tym, żeby znaleźć chwilę, kiedy będą mogli być sami?
Nie wiedział. A właściwie wiedział i wiedział też, że musi stąd jak najprędzej uciec.
— Och, zapomnij o tym — wymamrotał, czując tańczące przed oczami mroczki bezsilnej frustracji. Odwrócił się, ale nagle silna dłoń złapała go za ramię i zatrzymała w miejscu. Stanął nie z powodu siły tego uchwytu, tylko zatrzymany przez ostry dreszcz, który przeszył całe jego ciało.
Odruchowo wyszarpnął się z uchwytu jak oparzony, a jego szare oczy na moment przybrały dziki wyraz.
Harry spojrzał na niego ze zdziwieniem, ale zaraz na jego twarzy zagościła determinacja. Obszedł Draco, blokując mu drogę ucieczki.
— Malfoy, nigdzie nie pójdziesz, dopóki nie powiesz mi, o co w tym wszystkim chodzi. — Głos Pottera był cichy, ale doskonale słychać w nim było zawoalowaną groźbę.
Draco popatrzył na niego wyzywająco, niemal perfekcyjnie maskując swoje wzburzenie.
— Bo co? — zadrwił, unosząc brew.
— Naprawdę chcesz wiedzieć?
— Tak, bo nie brzmi to nawet odrobinę groźnie.
— Albo pójdę prosto do Dumbledore’a z tym… — Harry sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej pustą fiolkę. — A ty będziesz miał okazję wytłumaczyć mu, co robiłeś ostatniej nocy.
Draco zacisnął usta w cienką linię, mrużąc oczy.
— Ale wtedy sam musiałbyś wyjaśnić, co tam robiłeś. — Uśmiechnął się z przymusem, pozwalając, by w jego słowach zabrzmiała odpowiednia dawka sarkazmu. — I nie sądzę, żeby nasz Złoty Chłopiec chciał popsuć sobie opinię przez coś takiego, prawda?
— W najgorszym wypadku dostanę szlaban i upomnienie za włóczenie się po nocy. — Oczy Harry’ego zalśniły determinacją, przypominając Draco, jak wyglądał, kiedy ścigał znicz: zdecydowany, uparty, niemal bezwzględny.
Samozadowolenie Draco nieco osłabło.
Harry rzucił mu ostre spojrzenie, jakby słysząc jego myśli.
— Za to ty… Ty będziesz miał szczęście, jeśli skończy się to tylko szlabanem. — Harry znowu uniósł do góry szklanką fiolkę. Ślady czerwonej substancji lśniły jak krople krwi w złotych promieniach słońca. — Nie wiem, co to jest, na pewno nie krew, bo ta już by ściemniała. Jestem przekonany, że Snape z ciekawością przeprowadzi kilka testów, chociaż jego entuzjazm pewnie osłabnie, gdy wyniki tych badań przysłużą się do obciążenia jego ulubionego ucznia.
Zobaczył na twarzy Draco prawdziwy cień strachu, błysk nieskrywanych emocji, które pojawiły się i zniknęły w czasie jednego uderzenia serca. Wiedział, że miał go w garści.
Draco szybko doszedł do siebie i jego rysy stały się lodowate jak zawsze. Uniósł z godnością brodę i prychnął.
— Proszę bardzo, Potter. Pokaż to Dumbledore’owi. Jeśli się nie boisz, że to resztki dżemu truskawkowego. Z chęcią zobaczę, jak robisz z siebie głupka.
— Zaryzykuję. — Harry odwzajemnił jego spojrzenie. — Jeśli pójdę na dno, upewnię się, że pociągnę cię za sobą. — Popatrzył Draco prosto w oczy, obserwując odbijającą się w nich grę sprzecznych uczuć. Rysy na fasadzie wymuszonego spokoju. — Twoja decyzja, Malfoy.
— Po prostu idź sobie, Potter — syknął Draco z desperacją w głosie. — Nie chcesz wiedzieć, uwierz mi.
— Nie ma mowy. — Harry zrobił krok w przód. Jego wzrok płonął czystym jadeitem i Draco przymknął oczy, odczuwając niemal fizyczny ból. — Sprawdź mnie.
— Spieprzaj, Potter — warknął Draco i zobaczył, jak Harry się napina. — Sam sobie z tym poradzę.
— Doskonale ci idzie, jak widzę. Biegasz w środku nocy półnagi i całujesz ludzi jak obłąkany lunatyk. Nie zrozum mnie źle, Malfoy, jeśli chcesz zostać psycholem, proszę bardzo, tylko mnie do tego nie mieszaj.
— To sam się nie mieszaj. — Draco wymówił każde słowo bardzo wyraźnie, choć uszy paliły go jakimś dziwnym ogniem. — Obróć się o sto osiemdziesiąt stopni, zacznij iść i nie zatrzymuj się, póki nie dojdziesz do Hogsmeade, albo nie wpadniesz do jeziora, obojętne. Po prostu sobie idź.
— Nie, póki nie powiesz mi, co się, do cholery, dzieje. — Harry nie ruszył się ani o milimetr.
Po chwili Draco odezwał się bardzo cicho.
— Nie chcesz wiedzieć.
Harry miał dość.
Nie będziesz mi mówił, co chcę wiedzieć, a czego nie! Nawet nie…
— Cóż, najwyraźniej sam nie jesteś w stanie zdecydować, prawda?
— Zrozum — powiedział Harry szorstko, przyciskając Draco do ściany. — Jeśli, powiedzmy, walnąłbyś mnie w ramię, albo pociągnął za rękaw, to mógłbym odpuścić. Ale kiedy połączyłeś swoje usta z moimi, wbrew mojej woli, to zupełnie inna sprawa.
— A co, nikt cię wcześniej nie pocałował, Potter? — Wargi Draco wygięły się w złośliwym uśmiechu, kiedy zobaczył, jak niemal niedostrzegalny cień przemknął przez twarz Pottera.
— W takim wypadku wyświadczyłem ci przysługę, nieprawdaż?
Harry wyglądał na lekko obrzydzonego.
— Jeśli uważasz całowanie mnie za przysługę, Malfoy, nie chcę, żebyś kiedykolwiek miał u mnie jakiś dług.
Draco zdobył się na przebiegły uśmiech i narastające między nimi napięcie szybko zniknęło.
— Jeśli miałbym u ciebie jakiś dług, Potter, uwierz mi, zrobiłbym o wiele więcej.
Harry wyglądał teraz na zniesmaczonego.
— Och, zamknij się i nie próbuj zmieniać tematu. Czekam.
Uśmiech Draco się poszerzył.
— Na co? Na kolejny…
— Na twoje wyjaśnienia — przerwał mu Harry szybko, robiąc krok w tył i patrząc na Draco z czymś więcej niż podejrzliwością. — Co z tobą nie tak? Czemu nagle jesteś taki skory do całowania?
Uśmiech Draco zbladł, wrogość między nimi znowu wróciła.
— Nie jestem skory do całowania — warknął cierpko.
— Dobra, w takim razie słowo „napalony” powinno pasować. — Harry uśmiechnął się z triumfem, widząc, jak oczy Draco pociemniały, i ciągnął dalej. — Więc, tak to robisz, Malfoy? Czaisz się półnagi i atakujesz niczego niespodziewające się ofiary?
— I to mówi ktoś, kto nigdy wcześniej się nie całował. — W oczach Draco błysnęła wściekłość. — A co z tobą, Potter? Co robiłeś w Zakazanym Lesie?
I właśnie wtedy Draco zdał sobie sprawę, że irytujące brzęczenie w jego głowie ucichło i nawet tego nie zauważył, bo tak pochłonęła go rozmowa. Jednak część jego umysłu powiedziała mu, że dźwięk zniknął właśnie dlatego, że rozmawiał z Harrym, stojąc nie dalej niż metr od niego przez ostatnie pięć minut.
— Nie o tym teraz dyskutujemy, prawda? — Oczy Harry’ego zalśniły jadeitowym blaskiem, kiedy obiło się w nich zachodzące słońce. — Wyduś to z siebie, Malfoy, chcę to usłyszeć.
Draco podniósł wzrok, wyglądając jednocześnie na zdesperowanego i zbuntowanego.
— To skomplikowane.
— Mówiłeś to już wcześniej i to naprawdę marna wymówka. Obrażasz moją inteligencję.
— Jakoś bardzo dużo czasu zajęło ci zrozumienie tego — odgryzł się Draco ze spokojem. — Co tylko potwierdza moją teorię.
Draco wiedział jednak, że jego determinacja słabnie. Cięte odpowiedzi traciły na ostrości, stawały się bardziej nijakie, gdy grał na zwłokę, próbując wymyślić sposób, w jaki mógłby to wszystko wyjaśnić. Ale nie było żadnego sposobu. I nagle poczuł ogarniające go zmęczenie, tak jakby próbował powstrzymać kichnięcie, które z całych sił chciało wyrwać się na wolność. Do oczu napływające mu łzy i miał już tego dość.
Na twarzy Harry’ego pojawiła się ponura determinacja.
— Rozmawianie z tobą jest jak walenie głową w mur. — Cofnął się, potrząsając ze złością głową. — Zapomnij o tym. Może Dumbledore odpowie mi na więcej pytań niż ty.
Harry zaczął się obracać, ale Draco złapał go za lewą rękę. Harry zamarł i spojrzał na niego zimno. Był całkowicie spokojny i nic nie powiedział, choć jego oczy zadawały nieme pytanie.
Draco poczuł trzepoczący puls w nadgarstku Harry’ego i zaczerpnął powietrza.
— Naprawdę chcesz wiedzieć?
— Tak, chcę.
— Kiedy mówiłem, że to długie i skomplikowane, naprawdę miałem to na myśli. — W głosie Draco zabrzmiała nutka niecierpliwości. Rozejrzał się dookoła z niepokojem, bojąc się, że pozostali Gryfoni zaczną szukać Harry’ego. Zastanawiał się, jak długo już tutaj stali, ale tak naprawdę nie miał pojęcia, ile czasu mogło upłynąć. Kiedy był z Harrym, minuty zdawały się płynąć niczym uderzenia serca, chociaż na koniec miał wrażenie, że minęły całe godziny.
Czyli czuł się dokładnie tak — przypomniał sobie z goryczą — jak czuli się ludzie, którzy byli… zakochani.
Jeszcze raz rozejrzał się ukradkiem dookoła i ściszył głos do szeptu.
— Spotkajmy się w Izbie Pamięci o północy. Wtedy wszystko ci wytłumaczę. — Podniósł głowę, patrząc Harry’emu prosto w oczy, a w jego własnych bladoszarych tęczówkach odbijała się niepewność. — I pomyśl sobie teraz o wszystkich rzeczach, których nie chcesz wiedzieć i nie mów potem, że cię nie ostrzegałem, Potter. Stawiam dziesięć galeonów, że będziesz tego żałował, więc jeśli możesz się teraz opamiętać, wyświadcz sobie przysługę i nie przychodź.
— Niezła próba, Malfoy. — Harry zrobił krok w tył, przyglądając się krytycznie minie Malfoya. — To bardzo straszne i w ogóle, oprócz tego, że to najstarszy podstęp świata i w twoim wypadku kompletnie mnie nie to nie przekonało. I odkąd obchodzi cię, co jest dla mnie dobre, a co nie? — Harry zaśmiał się z pogardą, a potem zupełnie bez ostrzeżenia uniósł różdżkę, wycelował w rękę Draco, która w dalszym ciągu zaciskała się na jego własnym nadgarstku, i wymamrotał zaklęcie:
Manicam inice.
Z różdżki Harry’ego wystrzelił ciemny, srebrny płomień. Draco krzyknął cicho z zaskoczenia i cofnął dłoń, oszołomiony. Spojrzał w dół i z przerażeniem zobaczył otaczającą jego nadgarstek obręcz. Wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. Pojedynczy cienki pasek metalu, z którego zwisało kilka ogniw łańcuszka, ściśle przylegał do jego ciała.
Harry wyglądał na zawiedzionego.
— Cholera, zadziałało tylko połowicznie.
— Co do… — Draco popatrzył na niego z niepokoje. — Co to, kurwa, jest? Zdejmij to ze mnie!
Harry posłał mu anielski uśmiech.
— Oczywiście. Jutro. To dodatkowe zabezpieczenie, żeby upewnić się, że się pojawisz. — Złapał Draco za nadgarstek, przyglądając się swojemu dziełu, a Draco był zbyt szokowany, żeby go powstrzymać. — Cóż, pojawiła się tylko jedna obręcz, ale chyba wystarczy. I ostrzegam cię, jakiekolwiek próby jej zdjęcia, magiczne czy nie, sprawią, że zaciśnie się mocniej.
— Myślisz, że będę chodził z tym po szkole? — Na twarzy Draco nadal malowało się zdziwienie. — Bardzo perwersyjne, Potter, nie wiedziałem, że lubisz takie zabawy.
Harry zignorował jego uwagę.
— Ciesz się, że druga nie jest przytwierdzona do, och, co by tu… słupa na boisku quidditcha na przykład. To zdecydowanie bardziej rzucałoby się w oczy.
— Pieprz się, Potter — warknął Draco, a jego zdziwienie zniknęło zastąpione przez gniew. — Jeszcze mi za to zapłacisz.
— Zakuty w kajdanki nie brzmisz szczególnie groźnie. — Harry odsunął się z łatwością, a na jego ustach malował się triumfalny uśmiech, co zdaniem Draco było nawet atrakcyjne. — I ty myślałeś, że Gryfoni nie mają dobrych pomysłów.
— Och, Ślizgonom także ich nie brakuje — powiedział Draco przez zaciśnięte zęby, ledwo kontrolując swój głos. — Są tylko bardziej brutalne i sprytniejsze, co zazwyczaj wiąże się z nożami, biczami, torturami i generalnie dużą ilością bólu. — Na jego twarzy pojawił się cyniczny i zupełnie pozbawiony humoru uśmiech. — Ale widzę, że ty wolisz technikę zakładającą upokorzenie ofiary, co jest równie skuteczne. Gratulacje.
Coś przemknęło po obliczu Harry’ego, stłumione zdziwienie zmieszane ze skruchą, i Draco pomyślał, że Gryfon wyglądał niemal na zawstydzonego.
— Nie robię tego, żeby cię upokorzyć, Malfoy. — Harry popatrzył mu prosto w oczy. Jego spojrzenie było czyste, niemal rozdzierająco szczere. — Po prostu upewniam się, że nie wycofasz się z naszej umowy.
— Myślałem, że to twoja obecność stanowi niewiadomą.
Oczy Harry’ego pociemniały i kryjące się w nich emocje zalśniły solidnym szmaragdowym blaskiem.
— Nie ufam ci, Malfoy. Nie myśl, że zapomniałem o tym, co chciałeś zrobić na pierwszym roku. Obu nam nie wystarczy palców u rąk i nóg, żeby policzyć ile razy od tego czasu próbowałeś wpakować nas w kłopoty. — Zaśmiał się ponuro, ale z wyraźnym samozadowoleniem. — I nigdy ci się to nie udało.
Draco zmarszczył brwi, przechylając lekko głowę, i otaksował Harry’ego uważnym spojrzeniem. Robił to podejrzanie często podczas tej rozmowy, tak jakby zauważał pewne rzeczy po raz pierwszy. Sposób w jaki Harry stał, prostując ramiona, z pewnością siebie kogoś, kto miał cały świat na swoje skinienie, kogoś kto nie mógł chcieć więcej niż już miał.
— I uważasz, że obręcz na moim nadgarstku zmusi mnie do przyjścia? — Draco udało się powiedzieć to spokojnym tonem, mimo że w środku czuł, jak rozpada się na kawałki. — Nie sądzę, Potter. Jedyna rzecz, która mogłaby to zagwarantować, to przykucie mnie do ciebie, a to raczej nie byłoby użyteczne podczas treningu quidditcha, prawda?
Ku zaskoczeniu Draco Harry ponownie się uśmiechnął.
— Przyjrzyj się bliżej swojej nowej bransoletce, kiedy będziesz miał wolną chwilę. — Kiwnął głową w kierunku obręczy, która wyglądała osobliwie na nadgarstku Draco, chociaż srebrny połysk doskonale komponował się z kolorem jego włosów. Zanim Draco zdążył dokładniej zbadać obręcz, Harry ciągnął dalej. — Nie sądzę, żeby to zmusiło cię do przyjścia. I nie wierzę także twojemu słowu. Ale — Harry pozwolił sobie na triumfalny uśmiech — może bransoletka z moim nazwiskiem sprawi, że zastanowisz się dwa razy, zanim zdecydujesz darować sobie nasze jutrzejsze spotkanie.
Serce Draco zamarło na moment. Utkwił spojrzenie w metalowej bransolecie i oczy rozszerzył mu się w absolutnym niedowierzaniu.
Co
Harry uśmiechnął się szerzej.
— Myślę, że nie chciałbyś paradować jutro po szkole oznakowany jako własność Harry’ego Pottera, co?
I w tym momencie w Draco coś pękło. Coś tak naturalnego i wrodzonego, że przebiło się przez całą gamę emocji, podstawa, która zadrżała i rozpadła się na kawałki pod wpływem słów Harry’ego. Cień bólu przemknął po jego twarzy, odbił się śladem nieutulonego żalu, zalśnił bezsilną desperacją, i zniknął w mgnieniu oka jak kręgi na piasku zmyte z drwiną przez bezlitosne morze.
Harry nie krył zaskoczenia, kiedy zobaczył, jak maska obojętności Draco załamuje się pod napływem nieujarzmionych emocji, zamrugał i spojrzał jeszcze raz, ale nic już nie zobaczył. To było jak samo zasklepiająca się rana, złudzenie, gra ukośnych złotych promieni przetkanych jedwabną nicią w jasnych włosach Draco.
Albo, pomyślał Harry, umysł płatał mu figle.
Kiedy Draco uniósł głowę, jego oczy wyglądały jak puste cienie złamanej szarości. Dłonie zacisnął w pięści tak mocno, że pobielały mu knykcie. Nie powiedział ani słowa, tylko patrzył na Harry’ego przez długą chwilę. Stopniowo chłodny płomień emocji znowu pojawił się w jego wzroku, rozpalając dawny lód i jednocześnie nieskrywane cierpienie.
— Jak chcesz, Potter — powiedział cicho, chociaż uraza w jego głosie przecięła powietrze niczym nóż, a w jego oczach lśniła nienawiść i gorycz przeszyta ostrym bólem.
Odwrócił się i odszedł.
Harry patrzył za nim przez chwilę, nadal pełen podejrzliwości i zupełnie zdezorientowany. Wyraz twarzy Draco wywołał w nim jakieś nieokreślone i nieprzyjemnie uczucia. Czyżby chodziło o coś, co powiedział?
Potrząsnął głową i porzucił te rozmyślania. Skierował się do schowka po swoją miotłę, co jak sobie przypomniał, było od początku jego celem. Dzięki Malfoyowi był przeraźliwie spóźniony na trening i właśnie to całkowicie pochłonęło jego myśli. Resztę pytań pozostawił sobie na wieczór.

***


Draco wślizgnął się do swojego dormitorium i rzucił się na łóżko, z trudem łapiąc powietrze. Chłód metalu na nadgarstku przenikał jego skórę, zatruwając krew jak rtęć, lód i żar rozdzielone niedoskonałością ciała.
Zupełnie jak pułapka, w której teraz tkwił. Na granicy, gdzie spotykały się miłość z nienawiścią, zatartej przez działanie eliksiru. Nie zostało nic poza uwięzionym w jego ciele napięciem i surowym pożądaniem, nad którymi w ogóle już nie panował, jakby emocje te nie należały do niego.
Obrócił obręcz, żeby obejrzeć ją dokładniej. Metal zalśnił tak jasno, że go na moment oślepił. Przybliżył nadgarstek, żeby lepiej się przyjrzeć i wtedy zobaczył magicznie wyrytą inskrypcję, wytworną kpinę na gładkim srebrze: H. J. Potter.
Znak własności. Napiętnowania. Posiadania.
Draco zamknął oczy, pogrążając się w niemym upokorzeniu.
Myślę, że nie chciałbyś paradować jutro po szkole oznakowany jako własność Harry’ego Pottera, co?
Słowa Harry’ego rozbrzmiewały w jego głowie, mieszając się z jego własnym zażenowaniem.
Nie robię tego, żeby cię upokorzyć, Malfoy.
Czując się absolutnie poniżony, Draco ukrył twarz w poduszce. Chłodna metalowa obręcz wrzynała się w skórę jego ręki razem ze strachem i oślepiającym przerażeniem. Krótkie przypomnienie tego, co było już niemal zbyt prawdziwe. Tego, co sam na siebie sprowadził, tego, co zrobił mu Harry. Tego, od czego być może nigdy się już nie uwolni.


Koniec rozdziału drugiego



* tłumaczenie (bardziej interpretacja cytatu) własne, a raczej Kaczalki ;)
Ostatnio edytowano 7 kwi 2012, o 10:32 przez TEAM DRARRY, łącznie edytowano 3 razy
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Japor » 24 lut 2012, o 15:26

Opowiadanie robi się coraz ciekawsze. Cała rozmowa między Darco i Harrym, ich zachowanie, wszystko to wydaję mi się bardzo kanoniczna. Co mnie niezwykle cieszy!. Podoba mi się ta historia i na pewno będę ją w dalszym ciągu śledzić.
Przepraszam za tak krótki komentarz ale brak mi czasu!

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez Evey » 24 lut 2012, o 18:58

Jestem zaskoczona, że rozdział jest krótki. Czytam, czytam, już myślę o tym spotkaniu, a tu koniec. Co nie znaczy, że nie jest treściwy. Wiele tu emocji Draco, zwłaszcza w końcówce. Nie dziwię się, że nie chce się przyznać Potterowi do przyrządzenia eliksiru i jego skutków, w końcu to Malfoy. A pomysłowy Potter zapowiada ciekawą postać, koniec z mdłym Harrym.
Bardzo podobał mi się także rozdział poprzedni, opis zdarzeń w Zakazanym Lesie był niezwykły. Niewidzialny Draco był takim wspaniałym marzycielem, był po prostu prawdziwy. Reakcje Pottera są za to normalne i to także wpływa na plus. Bo to oczywiste, że jest zaskoczony i obrzydzony, gdy całuje go jego największy wróg.
Nie czytałam tekstu w oryginale, dlatego jestem bardzo wdzięczna za Waszą pracę, służę gorącym dopingiem i życzę zapału do tłumaczenia każdej z Was :)
Nasza miłość na pewno wciąż trwała, ale po prostu była bezużyteczna, [...] bezwładna w nas, jałowa jak zbrodnia lub potępienie. Była tylko cierpliwością bez przyszłości i upartym czekaniem.
A. Camus, Dżuma
Evey Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 327
Dołączył(a): 2 lip 2011, o 11:39
Lokalizacja: Kraków

Postprzez Miss Black » 25 lut 2012, o 01:19

Mam wielką nadzieję, że gdzieś tam, później, jest moment, w którym Harry'emu już wystarczająco zależy na Draco i w którym uświadamia sobie jak cholernie symboliczna jest ta bransoletka, którą mu zafundował. Wrażliwością to on nigdy zbytnio nie grzeszył, prostak. Cóż, ale muszę przyznać, że dalej jestem pod wrażeniem. Sam styl jest wart czekania na każdy kolejny rozdział. Rozpłynęłam się całkowicie przy tym fragmencie:
"Coś tak naturalnego i wrodzonego, że przebiło się przez całą gamę emocji, podstawa, która zadrżała i rozpadła się na kawałki pod wpływem słów Harry’ego. Cień bólu przemknął po jego twarzy, odbił się śladem nieutulonego żalu, zalśnił bezsilną desperacją, i zniknął w mgnieniu oka jak kręgi na piasku zmyte z drwiną przez bezlitosne morze.".
Marzenie! Chyba tylko jeszcze "Jutro" tak silnie na mnie działało. Och, i jeszcze ta drobnostka na lekcji eliksirów, które nagle stały się nudne, gdy nie wypełniały ich już przytyki Draco i wieczna rywalizacja. Takie małe obserwacje, a ile dodają do klimatu opowieści!
Znów kawał dobrej roboty! Czekam na kolejny rozdział i pozdrawiam!
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez daimon » 26 lut 2012, o 15:31

Rozdział drugi zdecydowanie utwierdza mnie w przekonaniu, że warto czekać na ciąg dalszy. I zdecydowanie warto poświęcić nieco uwagi na dokładne przeczytanie IP. Co jednak na samym początku mnie zaskoczyło, to fakt, że nie znałam tego rozdziału. Wiem, że kiedyś tam kilka pierwszych rozdziałów zostało przetłumaczonych. Wydawało mi się, że wszystkie je przeczytałam, ale po prostu zaginęły w odmętach niepamięci. Jak jednak jedynka wydała mi się znajoma, tak dwójka od pierwszego do ostatniego zdania miała urok absolutnej nowości.

Co tutaj zatem mamy? Na pewno gęstą atmosferę i ciekawy język, zarazem dwa powody dla których nie przebrnęłam przez oryginał. Co prawda próbowałam się za niego wziąć dawno temu i niewykluczone, że teraz byłoby znaczniej lepiej, ale uraz pozostał i dlatego właśnie jestem tak wdzięczna za to cudne, polskie tłumaczenie.

Harry, zdeterminowany, by odkryć prawdę. Harry, który ma obsesję na punkcie tego, co knuje Malfoy. Czyż mogłoby być coś bardziej kanonicznego? Z drugiej strony Draco… płaci wysoką cenę za swoją ignorancję, pewność siebie i przekonanie, że jeśli czegoś chce, powinien to dostać. Żal mi go tutaj i choć upokarza go kanoniczny Harry, Harry którego na ogół lubię, tutaj mam ochotę trzepnąć Pottera w ucho i kazać mu się zastanowić. Wyczarowanie bransoletki jest takim szczegółem, który zawiązał mi żołądek na supeł. Niesamowicie symbolicznym i jakże w tym momencie trafnym, a zarazem ironicznym i oburzającym.

Czasem mam wrażenie, że opisy są dla mnie zbyt ciężkie, jak perfumy, a czasem rozpływają mnie bez reszty. Choćby to:

Kiedy Draco uniósł głowę, jego oczy wyglądały jak puste cienie złamanej szarości


Świetne tłumaczenie i bardzo miła drarrowa lektura na niedzielne popołudnie. Merci.


PS. Gdzieś tam zabrakło spacji i wkradł się znacznik. Pozwoliłam sobie poprawić.
[Emmet,Micky&Ben watching Brian&Justin dancing]
Em:Am I seeing,what I think I'm seeing?
Ben:Yes you are seeing it.It's the most historic reunification since Germany.
Em:What happened to the fiddler?
Micky:He fell off the roof!
daimon Offline

Avatar użytkownika
Sunshine
 
Posty: 1162
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 17:35
Lokalizacja: Miasto Smoka

Postprzez szalej » 1 mar 2012, o 18:27

Warto skomentować skoro się tak niecierpliwie na coś czeka.
Szczerze mówiąc, gdy na początku pojawił się ten fan fik przeczytałam pierwsze kilka zdań i myślę " ok, czytałam to kiedyś" potem przeczytałam podpis ( powraca w nowej odsłonie) ale pomyślałam sobie, eh, wiem jak to dalej leci, nie będę czytać. Ale jednak co drarry to drarry, wracam, zaczynam czytać, czytam oba odcinki jednym tchem i... nagle mi mało. Tak po części wiem co będzie dalej, ale nadal mi mało. I muszę się przyznać, że pierwszy raz od czasu... o jezu, nawet nie pamiętam tytułu, sięgnęłam do oryginału i zaczynam 8 odcinek, mimo że naprawdę kiepsko ze mną z językami, dlatego z niecierpliwością czekam na nowe odcinki ( mam nadzieje, że jak najprędzej). Ostatnio miałam tak na pewno z Melvin’s cafe 3, niestety wtedy języka już w ogóle nie znałam. Ale wracając, płynnie sie czytało, tłumaczenie wyśmienite, aż mi żal, że teraz kiedy czytam oryginał na pewno umyka mi wiele ciekawych rzeczy. Draco jest dla mnie tutaj tak nie kanoniczny, że momentami śmieszny. A Harry przynajmniej nie rzuca się na niego przy każdej okazji i to fajna odmiana, aż mi wręcz pewnie będzie głupio jak się w nim zakocha ( bo zakocha się, prawda?). No nic, czekam z niecierpliwością na dalsze części i życzę owocnej współpracy, mam nadzieje że wspólnymi siłami przetłumaczycie jeszcze nie jedno cenne drarry!
szalej Offline


 
Posty: 18
Dołączył(a): 11 lut 2011, o 12:37

Postprzez MargotX » 3 mar 2012, o 15:27

Przyznam, że aktualnie mam ochotę walnąć Pottera w ten durny czerep. Wyczarowanie bransoletki jest obrzydliwe i oburza mnie do głębi. O ile takie działanie Dracona, w przypadku gdyby sytuacja była odwrotna, byłoby bardziej zrozumiałe, do pewnego stopnia przewidywalne, o tyle taki gest zniewolenia i napiętnowania wykonany przez Harry'ego, jest wręcz pełną ironii kpiną z cech reprezentowanych przez kanonicznego Wybrańca.
No cóż, wyobraźnia autorek potrafi nam czasem płatać niezłe figle. Coraz bardziej współczuję za to Draco. Sytuacja zdecydowanie dla niego niekomfortowa, pogarsza się z każdą chwilą. Teraz już cierpi nie tylko z powodu nieprzemyślanego uwarzenia eliksiru, ale na dodatek zmaga się z upokorzeniem, które zadał mu Potter.
Nie żeby Ślizgon był niewiniątkiem. Ich historię znamy aż za dobrze, tyle, że ten postępek Pottera, postawił go na równi z tym, przeciw czemu zdecydowanie się buntuje. :zly:
Ufff, wylałam żółć, czekam na c.d. i mam nadzieję, że wszystkie wcześniejsze zachwyty nad IP są zwiastunem, że nie zawsze tak będzie, że te emocje będą miały szansę zmienić kierunek na zdecydowanie bardziej pozytywny.

Pozdrawiam serdecznie Team Drarry.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez TEAM DRARRY » 5 mar 2012, o 21:49

Beta: Aevenien i Minamoto
Dobrym słowem i pomysłem wspomagały: Kaczalka i Lasair

Dziękuję pięknie :D

Miłej lektury!



Rozdział 3: Bez żalu.


…w miłości samotny, niczym butelka w morze rzucona...*


Ku swojej wielkiej irytacji, Draco stwierdził, że odnalezienie odrobiny samotności w ślizgońskim pokoju wspólnym — a nawet we własnym dormitorium — jest równie możliwie jak to, że znajdzie sposób, by w trakcie mijającego wieczoru nie myśleć o Harrym. Do tego coraz trudniejsze robiło się ukrywanie przed innymi skutego nadgarstka. Ostatecznie więc zdecydował udać się do biblioteki, gdzie mógł odnaleźć trochę ciszy i spokoju.
Kiedy do niej wszedł, była niemal ósma wieczorem. Gdy tylko ogarnął wzrokiem cztery ściany zamykające się wokół niego, ogarnęło go jakieś nieprzyjazne uczucie, a jego klaustrofobia nagle wysunęła się na pierwszy plan. Uświadomił sobie, że czuje się zupełnie jak we dworze Malfoyów; niczym krab na grillu, zaczynający odczuwać smagnięcia żaru. Niczym schwytany w pułapkę.
Hogwarcka biblioteka, jakkolwiek niezwykła i nienagannie wyposażona, wciąż przypominała mu wyraźnie domową bibliotekę ojca: salon, wypełniony tylko i wyłącznie książkami, poukładanymi na półkach, które ustawiono jedna na drugiej, aż po sam sufit. Wszystkie pozycje, w ten czy inny sposób, traktowały o czarnej magii. To była część ich bytu, część bycia Malfoyem. Część niego samego.
Draco przebiegł dreszcz, gdy przypomniał sobie wyraźne ostrzeżenia ojca, wciąż uświadamiającego syna na temat rożnych sposobów okrywania nazwiska hańbą, a także złowieszcze przestrogi, by nigdy, jak długo oddycha, a krew Malfoyów płynie w jego żyłach, nie przyniósł najmniejszej ujmy swojemu rodowi. Bo pożałuje.
Bo pożałuje. To nie była nawet dyskretna aluzja, albo coś, co mogłoby być wzięte za godne litości urojenia. To był konkretny, z góry określony wyrok za popełnione wykroczenie. Bez możliwości negocjacji, bez możliwości ułaskawienia, bez szansy na przebaczenie.
Ale coś takiego? Draco uważał, że nawet ojciec mógłby mieć trudności z ocenieniem poziomu i wagi poniżenia, którego dopuścił się jego syn na ich cennym nazwisku. Miał szczerą nadzieję, że jeśli Lucjusz dowie się o tej sprawie, zanim uda mu się znaleźć sposób na odwrócenie skutków, to wykończy go szok, bo jeśli tak się nie stanie, to Draco będzie musiał wprowadzić w życie bardzo prosty plan B i honorowo popełnić samobójstwo.
Ta myśl otrzeźwiła go i zmobilizowała do działania. Zdecydowanym krokiem podszedł do półek po prawej, gdzie — zgodnie z jego wiedzą — znajdowały się książki dotyczące zaawansowanej magii. Domyślał się, że to, co mogło być przydatne w jego przypadku znajdowało się w Dziale Zakazanym, jednak gdy tylko zbliżył się do niego, ta irytująca kobieta, pani Pince, podeszła do niego i zażądała przedstawienia pisemnego pozwolenia na dostęp do tej sekcji. Draco oczywiście nie posiadał takiego upoważnienia, aczkolwiek w tym momencie byłby szczęśliwy wręczając jej własną, autorską notkę — bardzo adekwatną do sytuacji i wyjątkowo wulgarną.
Poddał się i opuścił bibliotekę. Książki nie pomogą — sam musiał wymyślić, jak wyjaśnić Harry’emu, co się wydarzyło, oraz opracować błyskotliwy sposób na wydostanie się z tego bałaganu.
A właściwie dlaczego w ogóle przejmował się wyjaśnianiem Harry’emu czegokolwiek? Przecież on nie zrozumie. Nie mógłby, nawet on, Chłopiec, Który Miał w Zwyczaju Udaremnianie Planów Voldemorta. To była zupełnie inna walka, pod wieloma względami dużo trudniejsza niż zmagania z Voldemortem. To pojedynek serca z umysłem, samodestrukcyjna bitwa przeciwko samemu sobie, która dla Draco skończy się źle, bez względu na to, która ze stron będzie wygrana.
Nie. Nie chce, nie potrzebuje pomocy Harry’ego. Wszystko czego chce, to żeby Harry trzymał się z daleka od niego. I nigdy więcej ustnych potyczek, żeby Draco mógł zrozumieć jak to naprawić, jak odwrócić zaklęcie, jak znów być sobą.

***


Myśl o spotkaniu z Malfoyem czaiła się ciągle gdzieś na skraju jego umysłu, więc Harry podświadomie ucieszył się z zakończenia treningu quidditcha. Odłożył miotłę do schowka, kątem oka zauważając oświetlony przez księżycowe światło kawałek wydeptanej trawy w miejscu ich wieczornej konfrontacji. Wrócił do Wieży Gryffindoru, wziął prysznic i przebrał się, po czym usiadł i czekał aż nadejdzie północ.
Zastanawiał się, czy Draco przypadkiem nie ma zamiaru go wystawić, jednak po chwili kąciki jego ust uniosły się w pewnym siebie uśmieszku, gdy przypomniał sobie małą, poręczną bransoletę, której Malfoy z pewnością chciałby się pozbyć przed nastaniem nowego dnia. To zdecydowanie zwiększało szanse, że się pojawi, dlatego Harry uznał, że jest wystarczająco bezpiecznie, by nie obawiać się, że zamiast Ślizgona, będzie na niego czekał Filch.
Dziesięć minut przed północą podniósł się cicho i założył szatę, ponownie boleśnie odczuwając brak peleryny-niewidki. Kierując się do drzwi, zawahał się: nawet nie przyszło mu do głowy zapytać Rona, czy będzie mu dziś towarzyszył, a to z bardzo prostej przyczyny — musiałby wytłumaczyć, co poprzedniej nocy zaszło między nim a Malfoyem. Tak konkretnie, to musiałby wyjaśnić kwestię nie-całkiem-przypadkowego zderzenia ich ust, a raczej nie kwapił się z opowiedzeniem komukolwiek o tym zajściu — przynajmniej nie na głos. Pomimo tego, że w ciągu dnia kilkukrotnie odtwarzał te scenę w wyobraźni, co samo w sobie, jak zauważył, było niepokojące.
Skierował bezgłośne kroki w stronę Izby Pamięci. Korzystając z ochrony dawanej przez cienie, pozostawał pod osłoną ciemności rozciągającej się w zamkowych korytarzach. W miarę zbliżania się do celu jego puls przyspieszał, a gdy położył rękę na klamce pomyślał ponuro: Jeśli Malfoya tam nie ma, to upewnię się, że...
Otworzył drzwi i ujrzał Draco siedzącego na krawędzi wielkiego, imponującego, dębowego stołu, który stał na środku pomieszczenia. Ślizgon oparł łokcie na kolanach, połączył palce obu dłoni i lekko pochylił głowę. Pokój rozświetlała błękitna poświata, promieniująca z wyczarowanego kominka umieszczonego w strategicznym miejscu tak, by rozświetlić całą powierzchnię Izby Pamięci. Światło było łagodne i kojące, więc oczy Harry’ego szybko dostosowały się do panującej wewnątrz, niemal surrealistycznej, atmosfery.
Gdy wszedł, Draco uniósł gwałtownie głowę. Jego ciało było napięte, i choć zmuszał się do robienia wrażenia zrelaksowanego, nie bardzo mu to wychodziło. Wyglądał niczym schwytana w klatkę pantera, a gdy patrzył jak Harry wślizguje się do Izby i zamyka za sobą drzwi, w jego wzroku czaiła się niepewność.
Harry nie był zaskoczony obecnością Draco, zaskoczyła go jednak rozpacz, widoczna przez chwilę na jego obliczu — jakby Malfoy był zawiedziony tym, że Harry jednak się pojawił. Pytanie co się dzieje?, stało się nagle jeszcze bardziej palące.
Harry przeszedł przez pokój i zatrzymał się przed Draco.
— Więc? — przywitał się krótko Harry, rzucając Draco nieufne spojrzenie. — Co to za wielka tajemnica?
— Myślałem, że nie przyjdziesz — odpowiedział cicho Draco, w jego głosie brakowało charakterystycznej dla niego pewności siebie.
— Za nic w świecie nie przegapiłbym tej rozmowy, Malfoy. — Harry nadal z rezerwą wpatrywał się w Draco. Skinął znacząco głową w kierunku lewego przedramienia Ślizgona. — W każdym razie nie sądzę, byś chciał jutro paradować po szkole z tą obręczą, prawda?
— Nie sądziłem, że będzie cię to obchodziło. — W świetle zaczarowanych niebieskich płomieni, wpatrzone w Harry’ego oczy Draco nabrały kobaltowej barwy. — Podejrzewałem, że nie przyjdziesz właśnie po to, żebym musiał jutro chodzić z tym paskudztwem po szkole.
Harry wyglądał na nieco obruszonego.
— Myślałeś, że celowo nie przyjdę i zostawię je na tobie, tylko po to, żeby cię zawstydzić? — Harry wyglądał jakby miał trudności z przyswojeniem tej sugestii. — Nie zrozum mnie źle, Malfoy, ale twoje ego jest zbyt wielkie w stosunku do tego, co naprawdę jesteś wart i ktoś powinien ci to w końcu uświadomić: pokora i upokorzenie to dwie różne rzeczy.
Draco przewrócił oczami.
— Nie traktuj mnie protekcjonalnie, Potter.
Harry spojrzał na niego ostro.
— Gdybyś był na moim miejscu, zostawiłbyś kajdanki, żeby mnie upokorzyć, prawda?
Draco nie odpowiedział, po prostu spuścił wzrok, a Harry wyglądał na zniesmaczonego.
— Niewiarygodne. — Harry ze złością potrząsnął głową. — To cały ty, Malfoy.
Draco, nadal milcząc, wyciągnął przed siebie rękę, na której pojedyncza obręcz zsunęła się na nadgarstek. Metal odbijał niebieskie refleksy, a Draco, z wyzywająco uniesionym podbródkiem, patrzył teraz na Harry’ego w niemym oczekiwaniu.
Harry nie ruszał się przez chwilę, patrząc na wyciągniętą ku niemu rękę. Później burknął coś gniewnie pod nosem, wyciągnął różdżkę, stuknął nią lekko w obręcz i wymruczał inkantację.
Clavis Finge. — Bransoleta schludnie otwarła się na niewidzialnym łączeniu i luźno zawisła na nadgarstku, przesunięta zaledwie kilka cali w dół przedramienia Malfoya.
Draco spojrzał na Gryfona, jego oczy błyskały niczym oksydowane klejnoty; potem bez słowa zsunął z ręki kajdanki i wsunął je do kieszeni. Wstał i odwrócił się, po czym zrobił kilka kroków i stanął pod ścianą, zwrócony twarzą w jej kierunku.
Harry był coraz bardziej przekonany, że tak naprawdę Draco był wściekły, zawahał się więc, nim zadał pytanie.
— Więc co chciałeś mi powiedzieć?
— Nie chciałem ci nic mówić. To ty chciałeś wiedzieć.
Harry poczuł, że jego cierpliwość się kończy — tak po prawdzie, to była już cała w strzępach.
— Wykrztuś to, Malfoy. Nie mam całej nocy.
— Dobrze. — Draco nadal był odwrócony i mówił w stronę ściany. — Chcesz wersję opisową, czy sam sens?
— Obojętne. Po prostu chcę to usłyszeć. Teraz.
Draco wziął głęboki wdech; to było trudne, trudniejsze niż się spodziewał. Dlaczego? Dlaczego czuł się niemalże zobowiązany powiedzieć o zaklęciu? Tylko dlatego, że Harry zapytał? Zazwyczaj przecież czerpał wiele przyjemności z odmawiania mu dostępu do informacji, których ten pragnął najbardziej.
Wiedział dlaczego. Po prostu nie sądził, by mógł dłużej wytrzymać sam na sam ze swoją tajemnicą. To zżerało go od środka; wiedza o tym, co zrobił i świadomość, że nie wie, jak to odkręcić. Po prostu musiał komuś powiedzieć.
— Cóż... — Rozpoczął powoli, czując, że brakuje mu słów. Nagle nie wiedział, od czego zacząć; nie chciał się odwracać do Harry’ego, nie chciał patrzeć na niego, gdy będzie mówił. — Zasadniczo, usiłowałem coś zrobić, ale po mistrzowsku to spaprałem i wyszło zupełnie coś innego, i...
— To raczej ogólne i niejednoznaczne — przerwał ostro Harry. — Mam sobie resztę dopowiedzieć?
Draco odwrócił się, a jego oczy rozbłysły gniewem i tłumionym bólem.
— Po prostu zamknij się i słuchaj, Potter — burknął pozbawionym humoru głosem.
Harry odwzajemnił spojrzenie.
— Więc przejdź do rzeczy.
— Dobra — wywarczał, jego samokontrola osłabła i słowa wypłynęły z jego ust, jakby zbyt długo cierpiał ze swoim sekretem. — Rzecz w tym, że jestem w tobie zakochany. I to w zasadzie wszystko, co musisz wiedzieć.
Stwierdzenie Draco wywołało długotrwałą, napiętą ciszę, w której niemal namacalnie można było wyczuć szok i niedowierzanie. Wydawało się, że wszystko nagle zamarło, że czas się zatrzymał. Słowa Draco były dla Harry’ego niczym kubeł zimnej wody — po prostu go zatkało. Syk płomieni był jedynym słyszalnym dźwiękiem, rozbrzmiewającym w ciszy niczym trzask bicza.
Gdy w końcu Harry przemówił, jego słaby głos nadal wyrażał niedowierzanie.
— Żartujesz. — To nawet nie było pytanie. Bardziej stwierdzenie, jak gdyby sama idea była zbyt nierealna, żeby brać ją pod uwagę.
Draco wyglądał jednocześnie na wściekłego i trochę zranionego.
— Czy żartowałbym z czegoś takiego?
Głos Draco brzmiał wyjątkowo szczerze i poważnie, co w odczuciu Harry’ego było tak absurdalne, że poczuł się jakby śnił na jawie — to było zupełnie niewiarygodne.
Gryfon wzruszył ramionami.
— Nie wiem. Masz wypaczone poczucie humoru.
— Cóż, tak. To znaczy dręczenie Longbottoma i wysadzanie jego kociołka to niezły ubaw i w ogóle — Draco zacisnął zęby starając się zachować spokój — ale bycie... bycie zakochanym w tobie nie jest w najmniejszym stopniu zabawne. Właściwie to sądzę, że jest to na tyle traumatyczne, by uczynić ze mnie w przyszłości wykwalifikowanego psychopatę. Jeśli tego dożyję.
— Ty... ty mnie kochasz? — powtórzył Harry pustym głosem, wyglądając przy tym jakby połknął coś wywołującego mdłości, coś jak na przykład karaluchowy blok.
— Nie, Potter, jestem w tobie zakochany. — Głos Draco był ostry niczym brzytwa. — Nie zakochałem się w tobie, bo to opcja mniej atrakcyjna niż upadek z klifu i z całą pewnością cię nie kocham. To zasadnicza różnica.
— Właściwie to jej nie widzę. — Głos Harry’ego ponownie zabrzmiał podejrzliwie. — Słuchaj, nie wierzę w to. To jakiś dowcip? Co dokładnie próbujesz mi powiedzieć?
— Czy ty mnie w ogóle słuchasz? — Draco był zniecierpliwiony. — Bo mam wrażenie, że echo odbijające się od ścian udziela inteligentniejszych odpowiedzi.
— Oczywiście, że cię słucham — odpowiedział poirytowany Harry. — Ale to, co mówisz brzmi jak jakiś bełkot. — Spojrzał na Ślizgona, jakby ten był tykającą bombą na chwilę przed eksplozją. — Jesteś pewny, że nie jesteś naćpany, Malfoy? Bo masz przyspieszony oddech i wytrzeszczasz oczy jak Hedwiga podczas biegunki.
— Dzięki za tak obrazowy opis. Wolałbym, żeby cała ta sprawa była wywołana kacem, ale niestety nie, nie jestem na prochach. — Draco umilkł, by po chwili kontynuować. — Chociaż nie odmówiłbym, jeśli masz coś pod ręką.
Harry dalej nie wyglądał na przekonanego i jego glos wciąż brzmiał sceptycznie.
— Ale... Przecież ty mnie nienawidzisz.
— Cóż za spostrzegawczość, Potter. Zawsze myślałem, że wcześniej byłem zbyt subtelny. Prawdziwy przebłysk inteligencji, dziesięć punków dla Gryffindoru za niespotykane użycie mózgu.
— Zamknij się, Malfoy. I żebyś wiedział, ja też cię nie znoszę.
— Ciszę się, że to sobie wyjaśniliśmy. — Draco lekko przechylił głowę. O dziwo, zwyczajowe znieważanie Harry’ego nieomal odwróciło jego uwagę od tego, że tak naprawdę chciał go. Ale pragnienie wciąż tam było, żyło pod jego skórą. — Wiesz, co jest w tym interesującego, Potter? Prawie uciekłeś z krzykiem, kiedy cię pocałowałem, ale jesteś zupełnie spokojny, gdy informuję cię, że prawdopodobnie jestem w tobie zakochany.
— Jestem ciągle w szoku i mogę obudzić cały Hogwart, kiedy dotrze do mnie groza sytuacji, więc lepiej się streszczaj, jeśli chcesz mi jeszcze coś powiedzieć.
— Nie ma nic więcej do powiedzenia. — Draco spojrzał na niego spode łba i wtedy poczuł, jakby przebiegł go prąd: to było niczym upojenie alkoholowe. Oparł się o krawędź stołu i powiedział uprzejmie: — Myślę, że powinieneś już iść.
— Nie ma nic więcej do powiedzenia? — W głosie Harry’ego zabrzmiało niedowierzanie. — Jak to nie, do cholery?! Zacznijmy od tego, że nie powiedziałeś mi jeszcze, dlaczego jesteś we mnie zakochany. — Harry zamyślił się na chwilę, a następnie kontynuował: — Zgaduję, że chodzi o jakiś eliksir miłosny albo coś takiego, bo jeśli nie, to miejsce na oddziale Świętego Munga masz praktycznie zagwarantowane.
Draco chciał odwdzięczyć się ciętą ripostą, i powiedzieć, że prawdopodobnie tylko pacjenci o wątpliwym zdrowiu psychicznym mogliby zakochać się w Harrym, jednak w porę zrozumiał, że aktualnie dotyczy to także jego samego. Poczuł się nagle tak zmęczony, jakby ta rozmowa pozbawiała go całej energii. A jego dotychczasowe doświadczenia wskazywały, że ten rodzaj znużenia był ściśle połączony z czymś zupełnie innym — mianowicie z pożądaniem.
Draco opuścił ramiona, poddając się.
— Masz rację — powiedział pokonany. — To eliksir miłosny.
— Eliksir miłosny? — powtórzył Harry, a jego głos był pełen szoku i ciekawości. — Czy one nie są nielegalne?
— Jeśli zamierzasz mi teraz zrobić wykład na temat przestrzegania czarodziejskiego prawa, to sobie daruj, bo i bez tego czuję się wystarczająco podle.
Harry nadal nie wyglądał na przekonanego.
— Co właściwie się stało? — Spojrzał krytycznie na Ślizgona. — Jeśli zmyślasz, to wiedz, że twoja historia jest bardzo mało prawdopodobna. A jeśli nie... Cóż, chyba należą mi się wyjaśnienia. Ale ostrzegam, Malfoy, jeśli robisz mnie w konia...
— Och, po prostu się zamknij i daj mi coś powiedzieć, dobra? — warknął Draco, gniewnie wpatrując się w Gryfona.
Ku jego zaskoczeniu Harry zamilkł i nastała między nimi cisza.
Malfoy westchnął. Nie było już odwrotu, ale prawda była taka, że chciał mu powiedzieć — w tym momencie ktokolwiek, kto chciałby go wysłuchać byłby satysfakcjonującą publicznością, nawet pani Norris. Czuł się jakby zbyt długo wstrzymywał powietrze, wszystko czego chciał, to znów odetchnąć pełną piersią i nie czuć w niej trzepotania oszalałego serca.
Jego oczy napotkały zniecierpliwione spojrzenie Pottera i wziął głęboki wdech. Coś mówiło mu, że będzie mu potrzebny cały tlen, jaki jest zdolny zgromadzić.
— Więc dobrze. Oto, co się wydarzyło.
Draco, choć z obawą, rozpoczął swoją opowieść od wczorajszych wydarzeń. Nie powiedział nawet połowy rzeczy, o których myślał — historia została zredukowana do wypowiadania urwanych myśli i strzępków monologów, które krążyły w jego umyśle, składających się na kolejne wydarzenia.
Krótko wspomniał o miksturze, subtelnie opuszczając szczegóły dotyczące momentu zażycia. Opowiedział o tym, jak okazało się, że to eliksir miłości, i jak — jeszcze zanim się zorientował — spojrzał na Harry’ego zaraz po jego przełknięciu.
Na szczęście Harry był dobrym słuchaczem. I choć wyraz jego twarzy nadal był sceptyczny, to siedział cicho, dopóki Draco mówił, uważnie słuchając i obserwując mowę ciała Ślizgona, by przekonać się, czy istnieje prawdopodobieństwo, że po raz pierwszy w życiu Draco Malfoy mówił mu prawdę.
Gdy Draco zrobił krótką przerwę na złapanie oddechu, Harry w końcu się odezwał.
— Jaki eliksir chciałeś faktycznie uwarzyć? — spytał, nie spuszczając wzroku z Draco. — Tylko mi nie mów, że to od początku miał być eliksir miłosny.
— Co znaczy dla ciebie wyrażenie „eliksir się nie udał”? — odparł poirytowany Draco. — Oczywiście, że nie zamierzałem zrobić eliksiru miłosnego, nie rób z siebie durnia, Potter — parsknął szyderczo.
— Zatem co chciałeś zrobić? — naciskał Harry.
— Eliksir Znikania — mruknął Draco tak niechętnie, jakby został zmuszony do ujawnienia jakiegoś wstydliwego sekretu. — Powoduje, że... no cóż, po prostu znikasz.
— Co? — Harry wlepił w niego niedowierzające spojrzenie, na jego twarzy było widać przerażenie. — Eliksir Znikania? Czego, Malfoy? Tego? — Dźgnął go palcem w skroń. — O czym ty w ogóle myślisz?
— Nie wiem! — wybuchnął Draco, a tłumione emocje aż promieniały z jego łamiącego się głosu. — Nie przyszło ci do głowy, że tego nie przemyślałem? Co sobie myślę? Cholera, od wczorajszego wieczoru nie robię nic innego, tylko myślę o tym, jak głupi byłem myląc przepisy na dwa eliksiry, i jak cholernego pecha trzeba mieć, żeby to były akurat te dwie mikstury, i jak do cholery mam się z tego wykaraskać!
Harry zamrugał zaskoczony nagłym wybuchem Draco; poczuł się niemal winny sprowokowania go. Trzeźwo rozważył sytuację: coś w sposobie zachowania i mówienia Draco się nie zgadzało: coś, co kazało mu dwukrotnie zastanowić się nad różnicą między tym, co Draco powiedział a tym, co zamierzał mu powiedzieć. Przyjrzał mu się, tym razem bardziej wnikliwie. Dostrzegł ból i udrękę skrywane przez delikatne rysy, co tylko potwierdziło, że sytuacja naprawdę jest poważna.
Zastanawiał się, dlaczego właściwie mu wierzy. Czy Malfoy kiedykolwiek powiedział mu prawdę? Co jeśli to jakaś misterna pułapka, która… Cóż, właściwie nie miał pojęcia, jakie intrygi mógł knuć Malfoy, ale był pewny, że nie byłoby to nic miłego. Dlaczego więc skłonny był mu uwierzyć?
Jego oczy. Harry popatrzył na Draco. Długim, przeciągłym spojrzeniem, jawnie oceniającym. Prosto w jego oczy.
Zauważył, że Draco Malfoy ma je bardzo ładne: wyraziste i pełne uczuć, choć zbyt często były zimne, aroganckie i pełne pogardy. Ale w rzadkich chwilach — takich jak ta — były niewinnie, szczere i lśniły głęboką szarością w niebieskim świetle z kominka.
Och przestań. To Malfoy. Przestań się na niego gapić.
— Więc… — Harry potrząsnął głową, żeby pozbyć się tych myśli. — Dlaczego mi o tym mówisz?
Draco zmrużył oczy, a jego usta uchyliły się w wyrazie oburzonego niedowierzania.
— Wyraźnie pamiętam, że sam o to pytałeś. Właściwie nawet nie pytałeś, tylko niestrudzenie wierciłeś mi dziurę w brzuchu, a nawet zakułeś mnie w kajdanki, żeby zmusić mnie do mówienia. A teraz pytasz, dlaczego ci to mówię?
Harry spiorunował go wzrokiem.
— Miałem na myśli raczej czego ode mnie oczekujesz?
— Niczego — odpowiedział zwięźle Draco, odwracając się i kierując wzrok, jednak nie uwagę, na kołyszące się bladoniebieskie płomienie. — Nic nie możesz zrobić.
— Istnieje jakieś przeciwzaklęcie? Można to odwrócić?
— Nie wiem.
— Czy to po jakimś czasie minie? Albo czy można uwarzyć antidotum czy coś takiego, żeby zneutralizować efekt?
Ślizgon wzruszył ramionami.
— Nie wiem.
Harry się zirytował.
— Malfoy, wydajesz się zupełnie niezainteresowany wydostaniem się z tego bagna. Ignorowanie problemu raczej nie pomoże. Myślisz, że jeśli nie będziesz się tym przejmował, to zaklęcie odpuści?
Spojrzenie Draco zwróciło się ponownie na Harry’ego, spalając żarem swej intensywności i niemalże łamiącą serce desperacją.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo chcę się z tego wyplątać, Potter. — Jego głos drżał, od tłumionych emocji. — Więc zamknij się i spadaj.
Harry’emu opadła szczęka, a jego szmaragdowe oczy pociemniały od narastającego gniewu. Było oczywiste, że nie spodziewał się tak nagłej wrogości.
— Staram się tylko pomóc, niewdzięczny dupku! W sumie to twój problem.
Spojrzenie Draco było zupełnie beznamiętne.
— Masz rację, Potter. To mój problem i nie potrzebuję pomocy. To nie twoja sprawa.
— To jest moja sprawa, Malfoy, bo to mnie wybrałeś na obiekt swoich uczuć. — Harry przysunął się bliżej z ponurą determinacją w oczach.
— Wybrałem cię, Potter? Wybrałem? — Draco wyglądał na zniesmaczonego. — Czy, przy odrobinie zdrowego rozsądku, wybrałbym ciebie, żeby się zakochać? Zrobiłbym coś takiego? — Zamknął oczy, opuścił ramiona i schował twarz w dłoniach. — To najgorsze wydarzenie w magicznym świecie! Po latach znajdzie się to w podręczniku pod pozycją ”jak nieudany eliksir może wywołać skutek gorszy od śmierci”, a sproszkowane szczątki mojej czaszki posłużą jako autentyczny eksponat!
Harry zagryzł wargę, usiłując powstrzymać się od śmiechu. Nawet w tej sytuacji czarny humor Malfoya był zabawny.
— To nie jest śmieszne, Potter — skomentował kąśliwie Draco. — Zetrzyj ten uśmieszek z twarzy, zanim w magiczny lub inny sposób sprawię, że zniknie na zawsze.
Uśmiech Harry’ego zbladł, a usta ściągnęły się w surową linię.
— Nie wiń mnie za to, co się stało, Malfoy. To w najmniejszym stopniu nie jest moja wina!
— Oczywiście, że to twoja wina! Gdyby nie było cię w pobliżu, nic by się nie wydarzyło!
— Jestem winny za samo istnienie? — Harry zamrugał. Jego rozdrażnienie wzrosło. — Jesteś po prostu nierozsądny, Malfoy, i bredzisz…
— Oczywiście, że bredzę! — uciął ostro Draco, jego oczy lśniły gniewem i frustracją. — Wystarczy powiedzieć, że się w tobie zakochałem! To zdecydowanie wbrew wszelkim regułom zdrowego rozsądku, za to zupełnie irracjonalne i idealnie wpasowujące mnie w poczet szaleńców — Draco wziął głęboki wdech. — I to wyłącznie twoja wina!
Harry szykował się do ciętej riposty, jednak Draco zrobił coś, co spowodowało, że słowa zamarły mu w ustach. Ślizgon rzucił okiem na Harry’ego, po czym odwrócił się, podszedł do ściany po drugiej stronie pomieszczenia, oparł się o nią ręką i ukrył głowę w zgięciu łokcia. Jego postawa nagle się zmieniła — spłynęła z niego cała arogancja. Właściwie w migoczącym świetle kominka robił wrażenie pokonanego.
Harry poczuł się niemal tak samo zaskoczony, jak gdyby Draco znów go pocałował. Przez chwilę po prostu stał, nie wiedząc, co zrobić. Zdał sobie sprawę, że rzeczywiście opierał się jego prowokacjom po to, by zmusić go do mówienia. Za te wszystkie sytuacje, gdy Draco okazywał się lepszy od niego, za każdorazowy brak satysfakcji, gdy przegrywał ich słowne potyczki — to była doskonała okazja do odwetu, właśnie teraz, gdy Ślizgon był tak odsłonięty.
Ale Harry nie potrafił zrobić czegoś takiego, nawet Malfoyowi. Nie mógł tego zrobić, kiedy pojedynkowali się na drugim roku, coś go wtedy powstrzymało przez przeklęciem Ślizgona, gdy ten upadł, choć Malfoy nie miał żadnych skrupułów i wykorzystał tamtą sytuację. A teraz nie mógł nawet zdobyć się na powiedzenie czegoś bolesnego czy chociażby uszczypliwego. Zmarszczył brwi i przygryzł wargę, nadal nie wiedząc, co mógłby powiedzieć lub zrobić, czując się wyjątkowo niezręcznie.
— Powinieneś już iść — powiedział w końcu Draco znużonym głosem. — Jest późno.
Harry zawahał się, patrząc na jego nagi nadgarstek.
— Mogę jeszcze chwilkę zostać.
— Nie chcę, żebyś został. — Głos Draco był przerażająco cichy. — Właściwie to chcę, żebyś trzymał się z daleka od tego i ode mnie, co chyba nie powinno być dla ciebie zbyt trudne? To wszystko, czego chcę.
— Myślisz, że to takie proste? — spytał Harry bez urazy w głosie.
— Trzymanie się z daleka ode mnie? Wykazywałeś w stosunku do mnie godną podziwu niechęć przez wiele lat, Potter. Jestem pewny, że dasz radę. — Draco był nadal zwrócony do ściany i jego głos był nieco przytłumiony.
— Nie, miałem na myśli to wszystko. Uważasz, że ignorowanie sprawy rozwiąże problem?
— To rozwiązanie dla ciebie. — Draco w końcu podniósł głowę i powoli odwrócił się, po czym oparł się o ścianę plecami, jakby był skrajnie wyczerpany. — I to wszystko, czym powinieneś być zainteresowany.
Harry wziął głęboki wdech.
— Musi być sposób, aby to odwrócić.
— A co jeśli nie ma? — wybuchnął Draco, a tłumione rozdrażnienie i ból przedostały się na powierzchnię, wypełniając złością jego oczy. — Nie na wszystko istnieją przeciwzaklęcia. A poza tym to jest coś innego, czar nie jest zewnętrzny, on jest we mnie, w mojej krwi. Nie czytałem o tym zbyt wiele, ale wiem, że większość tego rodzaju klątw jest nieodwracalna, no chyba że na skutek śmierci.
Jego ostatnie słowo zawisło złowieszczo w powietrzu, podkreślając dodatkowo powagę sytuacji. Przez moment obaj byli cicho, a bezgraniczna udręka Draco zawisła w powietrzu.
W końcu Harry odezwał się cicho.
— To klątwa?
Draco spojrzał na niego ostro.
— A jak inaczej byś to nazwał?
Harry zamyślił się na chwilę.
— Nie wiem. Po prostu nie sądzę, że należałoby to zaklasyfikować jako klątwę. Mam na myśli, że miłość i klątwy zwykle nie są powiązane.
— To nie miłość, Potter. To eliksir miłosny. Wywołuje nieodwzajemnione uczucie i doprowadza cię do szału, bo tęsknisz za czymś, choć dobrze wiesz, że tak naprawdę tego nie chcesz i nigdy tego nie dostaniesz. Pod wpływem tego eliksiru ludzie wariują. I jeśli to nie jest klątwa, to Avada Kedavra jest dziecięcą rymowanką.
Gryfon chciał powiedzieć, by Draco nie był tak melodramatyczny, ale coś podpowiadało mu, że to wszystko wcale nie jest przesadą.
— Więc co powinniśmy zrobić? — Westchnął.
— Już ci powiedziałem. My nic nie robimy. Ja to naprawię, a ty masz absolutnie nic nie robić. — Ból przemknął po twarzy Draco, pozostawiając na niej cień zmęczenia i złości. — Ile razy mam to powtarzać, Potter? Nie chcę twojej pomocy. To nie twój problem. Wiem, jak bardzo lubisz wściubiać wszędzie swój nos, ale ta sytuacja jest wystarczająco trudna bez twojego udziału.
— Myślisz, że możesz sobie z tym poradzić na własną rękę? — odezwał się Harry gniewnie. — Wystarczy spojrzeć na to, co udało ci się osiągnąć do tej pory. Zupełnie nic! Nie wiesz nawet, czy istnieje przeciwzaklęcie! — Obrzucił Ślizgona gniewnym spojrzeniem. — Możesz myśleć, że mnie to nie obchodzi, i może nawet tak jest, ale to jest poważna sprawa i nie zamierzam pozwolić ci na wpakowanie się w jeszcze gorsze tarapaty.
Oczy Draco nie zdradzały nic poza jakimś nienazwanym uczuciem, które lśniło w nich niczym płynne srebro. Kiedy odezwał się ponownie, jego głos był cichy.
— Naprawdę chcesz mi pomóc, Potter?
Harry wypuścił powietrze w niemej zgodzie, bo słowa jakoś nie chciały mu przejść przez gardło. Malfoy go wkurzał i Harry — by zachować spokój — musiał ciągle sobie powtarzać, że jego zachowanie wynika z chwilowego rozchwiania emocjonalnego. W odpowiedzi skinął więc lekko głową, patrząc wprost na Ślizgona.
Draco przez chwilę po prostu wpatrywał się w niego z lekko przechyloną głową, tak jakby rozważał ofertę Harry’ego. Na jego ustach pojawił się nikły uśmiech, gorzki i bardzo smutny. Wdzięcznie odepchnął się od ściany, zdecydowanym krokiem podszedł do drzwi i otworzył je, machnięciem ręki wskazując wyjście.
— Więc zacznij pomagać. — Wyzwanie błysnęło w jego wzroku, chwilowo tłumiąc cierpienie.
Zszokowany Harry wpatrywał się w niego przez chwilę, a później zawładnął nim gniew, niszcząc jakiekolwiek współczucie.
— Świetnie! — Jego złość osiągnęła apogeum i Harry już z nią nie walczył, miał w końcu, do cholery, swoją godność. Przeszedł tuż obok Draco wychodząc na ciemny korytarz, a potem odwrócił się do niego: — Jesteś sam, Malfoy. Rób, co chcesz, mnie to już nie obchodzi.
I odszedł, nie zaszczycając Ślizgona nawet spojrzeniem, pozostawiając go otulonego mrokiem, który doskonale odzwierciedlał stan jego ducha.


Koniec rozdziału trzeciego



* zupełnie niewłasna, aczkolwiek doskonała, interpretacja Love lives in sealed bottles of regret — Sean O’Faolain, "Saturday Evening Post", Aug. 13, 1966
Ostatnio edytowano 7 kwi 2012, o 10:44 przez TEAM DRARRY, łącznie edytowano 5 razy
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Postprzez Akame » 5 mar 2012, o 23:00

To po prostu cały Potter. Nie ważne, że Draco wkurza go niemiłosiernie i sam by go przeklął nie jeden raz, ale... w momencie, gdy ten wpada w tarapaty, od razu musi mu pomóc. Podder idealny - samozwańczy bohater - pomaga wrogom i przyjaciołom, wszystko gratis.
Okazuje się, że przez te dwa lata absolutnie wszystko zapomniałam. Nie żebym kiedykolwiek wyszła poza te pięć przetłumaczonych rozdziałów. Szczęście, bo teraz nie muszę się obawiać, że coś chlapnę.
Żal mi Draco, widać, że jest przerażony i zgadzam się, że ten eliksir to klątwa. Trafił na Pottera altruistę, ale co by się stało, gdyby to był ktoś zupełnie inny? Przekichane. Kochać kogoś bez wzajemności, pożądać, wiedząc, że to uczucie nigdy nie zostanie odwzajemnione - koszmar. Faktycznie można oszaleć. Zwłaszcza, gdy ma się świadomość, że samemu sprowadziło się to na siebie. Zastanawiam się, dlaczego Draco nie poprosi Harry'ego o fiolkę po eliksirze. Być może bazując na tym, udałoby się stworzyć antidotum. Ehh... sama nie wiem.
Jestem ciekawa co będzie dalej. Czy to uczucie jest od razu w pełni ukształtowane, czy z czasem będzie się pogłębiać. Jak powiedział Draco, eliksir krąży w jego żyłach.
— Oczywiście, że cię słucham — odpowiedział poirytowany Harry. — Ale to, co mówisz brzmi jak jakiś bełkot. — Spojrzał na Ślizgona, jakby ten był tykającą bombą na chwilę przed eksplozją. — Jesteś pewny, że nie jesteś naćpany, Malfoy? Bo masz przyspieszony oddech i wytrzeszczasz oczy jak Hedwiga podczas biegunki.

Czytam... pełna powaga, zachwyt i co tam chcecie. A potem moja herbata prawie zrobiła bufet z monitora, gdy parsknęłam śmiechem. Bardzo lubię takie wstawki, o ile moment jest odpowiedni. Powaga, wręcz cisza brzęczy w uszach i nagle bum!
No i koniec. Draco wyprosił Pottera, ciekawe jak długo sobie poradzi bez niego.

Dziękuję i pozdrawiam Team i jego bety :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez szalej » 5 mar 2012, o 23:26

Ja tylko nie omieszkam wspomnieć na początku, że jest to mój pierwszy fanfik przeczytany w oryginale - został mi ostatni rodział, ale nie chce go już dziś czytać, zostawie sobie tę przyjemność na jutro. Jestem całkowicie zakochana w tym opowiadaniu i nie wiem jak dam sobie rade jak skończe. Oh. Ale pocieszam się, że właśnie go tłumaczycie, więc te kawałki których mogłam nie zrozumieć pojawią się tutaj i będę miałą to cudowne opowiadanie w moim pięknym języku.

a teraz wracając do 3 części. Nie wierze, że Harry na początku odcinka jeszcze nic nie wie. Ten odcinek jest bardzo krótki, ale rozmowa Harrego z Draco... bardzo emocjonalna. Draco taki... bezbronny. Harry który narazie jest tak... tak... nawet brakuje mi słów. Ale zaskoczył mnie ten wielki stół zamiast jakiejś... no nie wiem... skrzyni :D
Dobra, gadam już bzdury, nie jestem w stanie skomentować teraz tego inteligentnie, w każdym razie jestem bardzo wdzięczna za to tłumaczenie i czekam na kolejne części.
szalej Offline


 
Posty: 18
Dołączył(a): 11 lut 2011, o 12:37

Postprzez karmelowa » 6 mar 2012, o 13:36

Nie mogę :D Fragment, gdzie Harry porównał Draco do Hedwigi... Mistrzostwo :D

Generalnie, fick jest naprawdę bardzo przyjemny. Mimo, że biedny Malfoy znalazł się w dramatycznej sytuacji, opowiadanie na pewno będzie lekkie i sympatyczne. Nie mogę się doczekać tego, co będzie dalej.

Na razie pozostaje mi życzyć weny (w tłumaczeniu też potrzebna) :)
karmelowa
karmelowa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 62
Dołączył(a): 29 sty 2012, o 22:48

Postprzez MargotX » 7 mar 2012, o 20:20

Przyznam szczerze, że, jak na razie, zdecydowanie kibicuję Draco i to jego tak naprawdę mi żal. Harry przeżywa jak pensjonarka, że został pocałowany przez faceta, do tego przez Malfoya akurat, ze wszystkich ludzi i oczywiście, w swój często irytujący, nachalny gryfoński sposób, usiłuje pomagać.
Na Merlina, wkurza mnie często ten upór ośli i parcie jak taran do przodu w wykonaniu Gryfonów, a Harry, jak wiemy, jest absolutnym liderem w tej kwestii.
— Wybrałem cię, Potter? Wybrałem? — Draco wyglądał na zniesmaczonego. — Czy, przy odrobinie zdrowego rozsądku, wybrałbym ciebie, żeby się zakochać? Zrobiłbym coś takiego? — Zamknął oczy, opuścił ramiona i schował twarz w dłoniach. — To najgorsze wydarzenie w magicznym świecie! Po latach znajdzie się to w podręczniku pod pozycją ”jak nieudany eliksir może wywołać skutek gorszy od śmierci”, a sproszkowane szczątki mojej czaszki posłużą jako autentyczny eksponat!

To zabawne, ale i najbardziej oddające groteskę całej sytuacji stwierdzenie Malfoya ;) Biedak, nie dość, że spaprał eliksir, to jeszcze wpakował się w sytuację, która go absolutnie przerasta, bo, jak sam powiedział, tęskni za czymś, czego tak naprawdę nie chce i nigdy nie dostanie. Smutne stwierdzenie, tak naprawdę, no, ale mam nadzieję, że jednak nie do końca okaże się prawdziwe. ;)

Dziękuję i pozdrawiam Team Drarry :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Alisjaaa » 15 mar 2012, o 00:06

Bardzo się cieszę że postanowiłyście tłumaczyć to opowiadanie;) Jest świetne. Może nie ma za dużo wspólnego z kanonem,ale dopóki będzie logiczne (lub w miarę logiczne) to z przyjemnością będę śledziła dalsze rozdziały. Pomysł na opowiadanie nie jest oryginalny, ale przedstawienie jak najbardziej. "Piękne" skutki kolosalnej pomyłki, biedny Draco ojciec gdyby się o tym dowiedział prawdopodobnie odarłby go ze skóry i zrobił mu z tyłka mielonkę. Nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów i nowych zabawnych sprzeczek. Teksty bohaterów są powalające!

Pozdrawiam;)
"- Och nie! Nie przeszkadzaj mi, Syriuszu. To mój fotel, to moja książka, to moje wino i moja czekoladka! Snape, spieprzaj dziadu!" :D
Pokrewieństwo autorstwa Tristana
Alisjaaa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 6
Dołączył(a): 30 sty 2012, o 15:27

Postprzez TEAM DRARRY » 16 mar 2012, o 00:03

Było nieco pod górkę, ale dałyśmy radę. Za spóźnienie pięknie przepraszam, za pomoc pięknie dziękuję :)
Miłej lektury!

Beta: Aevenien i Minamoto

A ja dodam, że w imieniu całego Teamu Drarry bardzo dziękujemy zandzie za ratunek z opresji, po tym jak Kira zniknęła, nie dając znaku życia, nie mówiąc już o przesłaniu przetłumaczonego rozdziału.
A.



Rozdział 4: Obojętność.


Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, a obojętność.*


Draco zyskał dla siebie nieco czasu w bibliotece, wysyłając Crabbe’a i Goyla do kuchni, gdzie mogli ukraść trochę jedzenia i terroryzować skrzaty. Zauważył, że ostatnio często tak robi — unika Ślizgonów, by spędzać czas w samotności, w której odnalazł jakąś smutną pociechę w obliczu niegasnącego, beznadziejnego poczucia niekompletności.
Nie pomagało też, że miał kłopoty ze snem — w ciągu ostatnich kilku dni nie przespał spokojnie żadnej nocy, szczególnie od tamtej nocy w Zakazanym Lesie. Albo leżał na łóżku po raz tysięczny zadając sobie pytanie, jak mógł tak kompletnie namieszać albo — całkowicie rozbudzony — myślał o Harrym. Obie opcje były wysoce szkodliwe dla jego zdrowia psychicznego.
Unieszczęśliwiony ślęczał nad grubą, rozpostartą przed nim księgą, a unoszący się stęchły zapach wiekowego pergaminu przyprawiał go o mdłości. Wszystkie księgi z zaklęciami miały ten charakterystyczny, ostry zapach starości, przywołujący wspomnienia spowitej w ponurej tajemnicy biblioteki jego ojca, która skusiła go o jeden raz za dużo.
Gdzie wszystko się zaczęło.
Przez całe życie Draco był uczony nieprzyjmowania do wiadomości swoich pomyłek.
Ale gdy pomyłka staje się udręką w każdej sekundzie snu, w każdej sekundzie na jawie, grożąc przechyleniem szali na rzecz niepoczytalności; i kiedy wszystko, co starannie tworzył wokół siebie zawaliło się, a on miał bolesną świadomość, że wszystko stało się z jego własnej winy — trudno jest nie przyznać się do błędu.
Minęły dwa dni, odkąd rozmawiał z Harrym. Dwa dni, odkąd powiedział mu, żeby trzymał się z daleka. Trzeba było Harry’emu przyznać — nawet nie podszedł do Draco, aczkolwiek fizyczna odległość nie okazała się skuteczna przy łagodzeniu uczucia mentalnej izolacji.
Dużą część ostatnich dni spędził myśląc o nim. Ale było to myślenie nie do końca zgodne z ogólnym znaczeniem tego słowa — raczej coś jak zupełnie pozbawiona uczucia, bezwarunkowa kontemplacja, będąca bardzo specyficznym rodzajem emocji. Było tak, jakby jego umysł wypełniały obrazy Harry’ego — jego postury, koloru oczu, kruczo-czarnych włosów, chłopięcego uśmiechu — jednak Draco nie był w stanie na tyle skupić świadomości na tych obrazach, by nadać im głębi i sprawić, by stały się rzeczywiste.
Ale oczywiście, jego niematerialne wyobrażenia błyskawicznie scaliły się i uformowały, gdy tylko Harry wszedł do biblioteki w towarzystwie Rona i Hermiony.
Draco zrobił gwałtowny wdech i zachłysnął się powietrzem. Wtedy Harry go zauważył i zamarł na chwilę myląc krok, co spowodowało, że Ron wpadł mu na plecy.
— Co jest, Harry? — spytał zaciekawiony Weasley zaskoczonym tonem.
Spojrzenie Harry’ego spoczęło na Malfoyu i czas jakby na moment się zatrzymał: napięcie między nimi skrystalizowało w lodowe sople, lśniące błękitem i srebrem ostatnich dni ich wrogiego rozejmu. Sekundę później ta chwila minęła, przeżyta i zapomniana, i Harry nie mógł dostrzec jak dłonie Draco pod stołem zacisnęły się w pięści. Odwrócił wzrok i przeniósł go na kolejny stół po drugiej stronie biblioteki, daleko od miejsca w którym siedział Ślizgon.
Odpowiadając na pytanie Rona, Potter potrząsnął głową:
— Nic — rzucił przez ramię. — Zapomniałem o czymś, to wszystko.
Harry w ciągu ostatnich dwóch dni był tak zaaferowany treningami quidditcha i stosami piętrzącej się pracy domowej, że niemal celowo wyparł z pamięci Malfoya i problem jego dziwacznego eliksiru miłosnego. Został on zepchnięty w czeluść podświadomości i manifestował się jedynie poprzez mimowolne unikanie Malfoya na korytarzach i podczas lekcji – nie, żeby Malfoy jakość szczególnie to utrudniał. Ponownie zastanowił się, czy Malfoy po prostu nie chciał go rozdrażnić. Jeśli to wszystko miało na celu jedynie zdenerwowanie go, to zamiar spełzł na niczym. Jednak błysk emocji w oczach Ślizgona, gdy ich spojrzenia się spotkały, był zbyt czysty, by być fałszywym i zbyt prawdziwy, by go zlekceważyć.
Harry odwrócił się, zerkając na stolik Malfoya, ale ten był już pusty. Draco zniknął.
Harry poczuł ukłucie winy. Czuł się odpowiedzialny za wyjście Draco — ale nagle przypomniał sobie jego słowa, świeżo wyryte w jego pamięci, pełne goryczy i nienawiści: Trzymaj się ode mnie z daleka. Nie chcę twojej pomocy.
Zatem w porządku. Powolnie narastająca w nim niechęć w końcu doszła do głosu i Harry stanowczo odepchnął od siebie wszystkie myśli o Malfoyu, jego śmiesznej miłosnej miksturze i ogólnie o całym tym szaleństwie. Niech działa na własną rękę. Nic mnie to nie obchodzi.
Harry zamknął oczy i wziął głęboki wdech. Naprawdę mnie to w ogóle nie obchodzi.

***


Draco siedział na łóżku, a na jego kolanach leżała otwarta, kompletnie zapomniana książka. Ledwo mógł się skupić na dłużej niż pięć minut, bo jego myśli co trochę kierowały się na mentalne przestrzenie zdominowane przez myśli o Harrym.
Potter ma całkiem przyjemną dla oka aparycję, pomyślał Draco z roztargnieniem, zapominając, że miał o nim nie myśleć. Jakiś rodzaj wrodzonego uroku, taki, który przyciągał wzrok przechodniów, każąc im spojrzeć na niego ponownie — nie, żeby był przystojny, ale z pewnością był atrakcyjny. Co tylko dodatkowo potwierdzało, że jego nienawiść do Gryfona była zwykłym przyzwyczajeniem.
Wsunął dłoń do kieszeni. Jego palce dotknęły zimnego metalu, wywołując jeszcze chłodniejsze wspomnienia. Powoli wyciągnął obręcz. Ostry metal skrzył się efektownie, odbijając płomień ze stojącej obok łóżka wyczarowanej lampki, w aż nazbyt znajomym, szmaragdowym kolorze.
Trzymając obręcz w świetle, po raz pierwszy dokładnie ją obejrzał. Gdy był skuty nigdy tak naprawdę tego nie zrobił — każde zerkniecie na nią groziło nawrotem maniakalnej histerii, której skutków nie można było przewidzieć.
Czuł ogromne zaskoczenie i ulgę, gdy Harry go rozkuł. Obawiał się, że Gryfon odmówi w ramach zemsty i złośliwości, albo tylko ze zwykłej perfidii. W końcu, gdyby sytuacja była odwrotna, Draco nie był przekonany, czy wywiązałby się z obietnicy tak łatwo jak Harry. Nie bez uprzedniego wyciągnięcia z sytuacji wszystkich możliwych korzyści...
Ale Harry był inny niż on. I w duchu Draco był za to wdzięczny.
Przesunął palcem wskazującym po wygrawerowanym nazwisku, wyrytym na metalowej bransolecie fantazyjnym, pochyłym pismem, umieszczonym nie w jej wnętrzu, a na wierzchu srebrnej, gładkiej powierzchni. Niemal szydercza, nieco przytłumiona, obrażająca godność, niekwestionowana oznaka posiadania.
H. J. Potter
Zacisnął palce na grawerowanej powierzchni tak mocno, że litery odbiły się na jego skórze, tworząc swoistą etykietę, swoiste widzialne piętno. Ukryte znaczenie tego gestu spowodowało, że krew zawrzała w jego ciele, brutalnie przypominając mu o rzeczywistości: o jego niewidzialnych kajdanach, tłoczących srebrną truciznę przez jego żyły, o niematerialnych więzach krępujących jego miłość — jedyną rzecz, która nie powinna być ograniczana.
Doprawdy, to była czysta kpina.
Stracił kontrolę. Odebrano mu możliwość najbardziej intymnego wyboru, jego los został przesądzony wskutek lekkomyślnego następstwa wypadków i było to równie nieplanowane, co przerażające. Niedowierzając, wciąż trzymał się okruchów nadziei, naiwnie ufając, że — być może — eliksir, który zażył, zawierał jakiś halucynogenny składnik i cała obsesja na punkcie Harry’ego była tylko najgorszym w jego życiu urojeniem.
Albo, być może, jego najgłębszym pragnieniem...
Nie widział już różnicy. Tak, jakby eliksir miłosny powoli zżerał go od środka, zacierając granicę między prawdą a ułudą, dopóki nie utworzyły one idealnej, niemożliwej do oddzielenia mieszanki, zalewającej go na przemian słabnącą i wzmagającą się nienawiścią.
Nienawidził Harry’ego i jednocześnie kochał go. Niewyobrażalne jarzmo — dwa skrajnie przeciwne uczucia skryte wewnątrz niego, niczym arktyczny lód we wnętrzu wulkanu. To było nie do zniesienia i groziło eksplozją przy najmniejszej prowokacji.
Draco przymknął oczy. Niemal słyszał odgłos pękającego lodu, brzmiący w jego umyśle niczym pękające w ciszy lustro.

***


— Jutro obrona przed czarną magią — jęknął Ron, wyjmując pióro i w połowie zapisaną rolkę pergaminu — a ja jeszcze nie skończyłem mojego eseju o Imperiusie.
— Ja też — odpowiedział Harry, przecierając oczy zmęczone od ślęczenia nad podręcznikiem z rozdziałem o klątwie Imperius. — Brakuje mi jeszcze coś koło siedmiu cali.
Ku ogólnemu zadowoleniu, Profesor Lupin wrócił na początku semestru, by uczyć siódmorocznych obrony przed czarną magią. Harry był szczególnie zadowolony — mógł uczyć się ulubionego przedmiotu od najlepszego nauczyciela, jakiego kiedykolwiek miał. Zwłaszcza, że to był ich ostatni rok w Hogwarcie i program obejmował walkę z bardziej zaawansowanymi formami czarnej magii.
Naturalnie, jednym z pierwszych tematów były klątwy niewybaczalne. Od czasu pamiętnego incydentu z fałszywym Szalonookim Moddy’m, który przerażonym czwartorocznym demonstrował działanie klątw, Dumbledore uznał, że ten temat znajdzie się jedynie w planie zajęć siódmego roku. Właściwie, należałoby zacząć od tego, że wtedy również nie upoważnił Moody’ego do takiego pokazu.
Zgodnie ze swoim wnikliwym i twórczym sposobem nauczania, profesor Lupin poprosił ich o napisanie wypracowania o Imperiusie. Zadanie nie było proste, bo oprócz historii i roli klątwy na przestrzeni wieków, należało także nakreślić własny punkt widzenia i dokonać wnikliwej analizy powodów, dla których klątwę Imperius uznawano za tak potwornie skuteczną.
— Zwalczanie ciemnych klątw to nie tylko zapamiętywanie przeciwzaklęć — powiedział mądrze Lupin. — Żeby skutecznie odeprzeć klątwę, należy najpierw zrozumieć, co jest źródłem jej siły i jaki jest jej cel. Nie możecie po prostu wiedzieć jak działa, ponieważ ważniejsze jest byście wiedzieli dlaczego działa.
— Dlaczego? Co, do cholery, miał na myśli mówiąc dlaczego? — mruknął Ron. Właśnie zakończył łatwiejszą część zadania, która mogła być po prostu przepisana z podręcznika. — Dlaczego działa? Bo zaklęcie cię trafia, nie możesz samodzielnie myśleć i po prostu robisz to, co każe ci osoba rzucająca czar, i tyle! Jak, do diaska, mam to jeszcze rozwlec — sprawdził długość pergaminu — na dziesięć cali?
— Możesz spróbować pisać dużymi literami — mało pomocnie zasugerował Harry, rozproszony własnym, niedokończonym esejem. Starał się przypomnieć sobie swoje doświadczenia z Imperiusem, by z własnych przeżyć zaczerpnąć wiedzy o tym, jak działa klątwa i jakie to uczucie, gdy walczy się z własną bezsilnością.
Palący chłód i zimne płomienie, uczucie oderwanego od rzeczywistości szczęścia i niebo na ziemi — tak odczuwał Imperiusa. To było najpiękniejsze uczucie pustki, jakie kiedykolwiek go ogarnęło, tak bogate w swojej pustocie, że mógł jednocześnie doświadczyć jej ulotności i wieczności. Niczym tonięcie w winie, równie odurzające co śmiertelne, gdy bystry nurt powoduje zamknięcie nad głową lustra cieczy, zacierając zarówno ból, jak i przyjemność...
Zwalczenie klątwy wymagało od niego użycia każdej najmniejszej cząstki silnej woli, której posiadania był świadomy. Absolutna koncentracja w połączeniu z wyjątkową determinacją by nie ulec napastnikowi, dawała możliwość oddzielenia prawdziwych pragnień od tych, których autorem był rzucający klątwę. Pozwalała nie posłuchać dręczącego głosu w jego głowie, dając żarliwe przeświadczenie, że nie chce mu ustąpić.
Harry w zamyśleniu gryzł końcówkę pióra, usiłując ubrać swoje myśli w słowa. Chodzi o kontrolę, zadecydował. To zdolność wpłynięcia na kogoś w taki sposób, by zrobił coś, wiedząc że tak naprawdę tego nie chce. Zdolność uczynienia kogoś tak bezsilnym, by pozwolił manipulować prawdą i kłamstwem tak, by zatarły się u niego świadome granice chęci i przymusu.
Usatysfakcjonowany swoimi mentalnymi rozważaniami, Harry przyłożył pióro do pergaminu i zaczął pisać.

***


Draco resztę wieczoru spędził w sposób zupełnie dla siebie niezwykły — pochłonięty swoją pracą domową. Nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej poświęcił tak wiele czasu i włożył tak wiele wysiłku w napisanie jednego wypracowania, i nie bardzo wiedział, czy jest to kwestią rzucenia się w wir pracy, by odwrócić uwagę od swoich problemów, czy może po prostu tak bardzo zaintrygował go temat. Prawdopodobnie jedno i drugie.
Odłożył pióro, wstawiając je do kałamarza stojącego na nocnym stoliku i zmierzył długość pergaminu, z zakończonym i gotowym do oddania wypracowaniem. Ku jego zdziwieniu, przekroczył minimalną długość eseju o dobre piętnaście cali. Poważna sprawa.
Kilka razy zgiął i wyprostował palce zdrętwiałe od pisania przez cały wieczór, ścierpnięte tym bardziej, że znajdował się na łóżku, w pozycji nie sprzyjającej wygodnemu pisaniu. Nie chciał jednak wracać do biblioteki, by nie natknąć się na Harry’ego przebywającego tam z przyjaciółmi, ani skorzystać z pokoju wspólnego Ślizgonów, bo tam, jak zwykle, rozkręcała się impreza.
Po schowaniu zwoju pergaminu, Draco — poddając się nagłemu impulsowi — ponownie sięgnął do kieszeni po kajdanki.
Wyjął bransoletę i przyjrzał się jej – srebrny blask metalu przyćmiewały nieco odciski jego własnych palców. Ta niemal instynktowna potrzeba posiadania tego cholernego przedmiotu blisko siebie była dla niego, delikatnie mówiąc, bardzo niepokojąca. Właściwie nie wiedział dlaczego — może dlatego że ten kawałek metalu był oznaczony nazwiskiem Harry’ego? A może dlatego, że mimo swojego ironicznego i gorzkiego przesłania, ten brzydki przedmiot był w istocie idealną metaforą sytuacji, w której się znalazł? Bo przecież, w pewnym niecielesnym sensie, gorszym niż każdy inny sposób zniewolenia, Draco należał do Harry’ego.
Pomyślał o zaklęciu, którego użył Gryfon do stworzenia obręczy. To był naprawdę niezły kawałek magii, nie wspominając o jego wysokim stopniu perwersyjności. Draco był zaskoczony tym, że sam nie poznał go wcześniej, biorąc pod uwagę, że jego chlubą była dobra znajomość mało znanych, mrocznych i nieco ekscentrycznych zaklęć. A jeszcze bardziej zaskoczyło go, że został uprzedzony przez Gryfona: Może jednak Gryfki mają więcej ikry niż zakładaliśmy?
W ciągu ostatnich kilku dni zaczytywał się intensywnie w każdej encyklopedii zaklęć i w każdym podręczniku, jakie wpadły w jego ręce, kilkukrotnie napotykając po drodze zaklęcie, którego użył Harry, by go skuć. Draco podniósł szczególnie imponująco wyglądający tom w skórzanej, czarnej oprawie i zaczął przerzucać kartki, by znaleźć odpowiednią stronę.
To było zaklęcie wiążące — prosty, sprytny czar, który pozwalał na wyczarowanie pary kajdanek, niemożliwy do złamania przez kogokolwiek innego niż osoba rzucająca urok, bez użycia bardzo zaawansowanej i skomplikowanej magii. „Moc niezbędna do zdjęcia kajdan jest przypisana do unikalnej sygnatury czarodzieja rzucającego zaklęcie, którego imię zostaje wyryte na bransoletach tak, by zapobiec ewentualnym pomyłkom przy określaniu własności”, tak było napisane w księdze.
Cóż za dogodne warunki upokorzenia, pomyślał Draco, przyglądając się szczegółom zaklęcia.
Najwyraźniej Harry błędnie zapamiętał inkantację — zamiast wyraźnie powiedzieć manicas inice, powiedział manicam inice, co spowodowało pojawienie się zaledwie jednej części kajdanek. Draco w myślach odwołał wszystko, co wcześniej powiedział o tym, że Gryfonów stać na więcej — nie trzeba było mieć zbyt imponującej wiedzy, by rzucić to zaklęcie, a mimo to Potter je schrzanił. Chociaż Draco zdał sobie sprawę, iż powinien być wdzięczny za to, że źle rzucony czar nie spowodował konieczności noszenia na nadgarstkach czegoś wielkości rzepy, albo czegoś innego, równie koszmarnego.
Nagle zalała go fala goryczy. JA akurat powinienem być ostatnią osobą, która komukolwiek wypomina schrzanienie zaklęcia.
Westchnął i zaczął uczyć się na pamięć czaru wiążącego. Miał przeczucie, że może mu się on kiedyś przydać. Manicas inice, mruknął do siebie. Nie „manicam”, to zła inkantacja, to ma być „manicas”. I kto to w ogóle wymyślił? Pewnie jakiś egoistyczny, osiemnastowieczny władca, który posiadał zbyt wielu niewolników i musiał ich znakować, żeby się nie pogubić.
— Draco? — doszedł go znajomy głos i jak najbardziej powiązana z nim głowa Goyla po chwili pojawiła się w drzwiach dormitorium. Na twarzy osiłka pojawił się szeroki, głupkowaty uśmiech. — No tutaj jesteś! Szukałem cię po całym zamku!
Poirytowany Draco westchnął.
— Doprawdy? Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności, że ci się udało! Wszakże ślizgońskie dormitorium jest ostatnim miejscem, w którym należałoby się mnie spodziewać. Nawet jeśli trzymam tutaj wszystkie swoje rzeczy i co noc tutaj sypiam. Ależ z ciebie detektyw, Goyle.
— Eee… tak. — Najwyraźniej Goyle nie zrozumiał sarkazmu. Przyczłapał bliżej i zaciekawiony spojrzał na Draco. — Co robisz?
Draco ukradkiem wsunął do kieszeni obręcz kajdanek.
— Pracę domową, oczywiście.
— Więc do kogo mówiłeś? Przecież tutaj nikogo nie ma. — Greg rozejrzał się pytająco po całym pustym dormitorium. — Mówisz sam do siebie, Draco?
— Tak, bo to ostatnio jedyny sposób na odbycie inteligentnej konwersacji — zauważył sucho Malfoy.
Goyle wyglądał na nieco przygaszonego.
— Och, daj spokój, Draco. Przez ostatnie kilka dni wciąż nas ignorujesz… Jesteś na nas zły? — Spojrzał na niego chytrze, po czym przysunął się i konspiracyjnie wyszeptał: — Nie złościsz się o te czekoladowe babeczki, prawda? Bo to wszystko wina Crabbe’a, nie moja.
Draco zmarszczył brwi.
— Co?
Greg robił wrażenie skruszonego.
— No, czekoladowe babeczki, które w zeszły weekend przysłała twoja matka.
— Myślałem, że moja sowa je zjadła.
Goyle zerknął przez ramię, jakby obawiając się, że ktoś może go podsłuchać.
— Nie — powiedział potrząsając głową, jego oczy błyszczały. — Crabbe je zjadł. Bał się, że będziesz wściekły, więc powiedział, że zrobiła to twoja sowa.
— No cóż, miał absolutną rację. Jestem wściekły. Na was obu. Więc spadaj. — Draco podniósł następną książkę i trzymał ją otworzoną przed swoją twarzą. — Nie masz nic do zrobienia? W kuchni skończyło się całe jedzenie? Możesz teraz zacząć zjadać skrzaty.
Początkowo Goyle wyglądał, jakby chciał się buntować, ale po chwili jakby rozważył słowa Draco.
— To znaczy, że one są jadalne?
— A skąd mam wiedzieć? — Draco przewrócił oczami. — Dlaczego nie pobiegniesz i sam się nie przekonasz? A kiedy już je zjesz, możesz dojeść sobie panią Norris na deser. Teraz idź sobie i daj mi spokój.
Goyle zrobił nieszczęśliwą minę.
— Prawie wcale nie spędzasz z nami czasu — narzekał płaczliwie. — Bez ciebie nie ma żadnej zabawy. Nawet Potter to zauważył. I to już zaczyna się robić nudne, bo nie ma cię w pobliżu, by pomóc nam ponabijać się z…
— Co? — Głowa Draco natychmiast się podniosła. — Co powiedziałeś? To o Potterze?
Goyle zamrugał i przez chwilę usiłował w duchu wrócić do wypowiedzianego zdania.
— Powiedziałem, że nawet Potter zauważył, że już się z nami nie spotykasz. Spytał: Gdzie jest Malfoy?, kiedy na niego wpadliśmy…
— I co mu odpowiedziałeś? — Ostro spytał Draco.
— Nie wiem.
— Nie wiesz, co mu odpowiedziałeś?
— Nie. Powiedziałem: Nie wiem. — Goyle ponownie zamrugał. — Wtedy zacząłem cię szukać po całym Hogwarcie i znalazłem cię tutaj.
— Tak, to bardzo miło z twojej strony. — Draco westchnął i wygodnie rozparł się na łóżku. — Cóż, jeśli Potter kiedyś zapyta cię o to ponownie, to powiedz mu, że to nie jego cholerny interes.
Twarz Grega się rozpogodziła.
— Czy mogę mu też pokazać, że to nie jego cholerny interes? — Zacisnął swoje ogromne pięści z niepokojącym entuzjazmem, usiłując wyglądać groźnie, co wyjątkowo dobrze mu wychodziło.
— Nie! — rzucił Draco bez zastanowienia. — Tknij go, a zabiję!
Draco był autentycznie wstrząśnięty słowami, które wyślizgnęły się z jego ust, podczas gdy Goyle wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.
Draco wziął głęboki wdech i zaczął wyjaśniać:
— Chodzi mi o to, że jeśli ktokolwiek może zrobić coś Porterowi, to będę to ja. — Jego starannie dobrane słowa celowo były niejednoznaczne. — I nie chcę, byś się do niego dobrał, nim sam będę miał na to szansę.
Goyle wydawał się usatysfakcjonowany wyjaśnieniem Draco, bo uśmiechając się szeroko i paskudnie powiedział:
— Jasne! Do boju, Malfoy! — Wymachiwał swoją masywną pięścią w powietrzu w nieco afektowanym geście. — Dobierz się do niego!
Draco nie odpowiedział, jedynie spuścił wzrok na rozmywający mu się przed oczami tekst. Poczekał aż Goyle zniknie za drzwiami i umilkną jego ciężkie kroki, po czym opuścił podręcznik i tępo wpatrzył się w przestrzeń.
— Tak — powiedział do siebie cicho. — Chciałbym.

***


O pierwszej nad ranem, cztery godziny później, Draco nadal nie spał, choć nie można było powiedzieć, żeby był w pełni przytomny.
Leżał na łóżku, a kilka centymetrów przed nim spoczywał egzemplarz Najsilniejszych Trujących Eliksirów, który wziął z biblioteki. Okładki książki zasłaniały mu całą twarz, ukrywając go przed ciekawskimi spojrzeniami. Przytłumione światło z różdżki zapewniało wystarczającą widoczność do czytania, ale jego oczy były już zmęczone i opuchnięte. Wcale nie pomagało też to, że w książce nie było nic, co choćby w najmniejszym stopniu mogłoby mu się jakoś przydać. Same legalne, tendencyjne eliksiry, a przecież mikstury miłosne były — jakby to powiedzieć — wyjęte spod prawa.
Draco westchnął i przymknął oczy, żeby odpocząć. Światło zamigotało i zniknęło, a różdżka bezgłośnie wysunęła się z jego palców i potoczyła się po prześcieradle, kiedy chłopak zaczął drzemać i w końcu pogrążył się we śnie.
Mrok i zamęt przepływały wokół niego niczym fale, a niesamowicie zimny wiatr smagał twarz lodowymi igiełkami. Wziął głęboki, niemal bolesny wdech i zaczął się gwałtownie rozglądać dokoła. Z każdą chwilą otoczenie stawało się coraz bardziej wyraźne, wynurzając się z głębokiego mroku osłaniającej go zewsząd nocy.
Znał to miejsce: był w samym sercu Zakazanego Lasu.
Drzewa i krzewy górowały nad nim złowróżbnie, tak gęste, że zdawały się więzić ciemność w niekończącym się czarnym żywopłocie, przetykanym nikłymi smugami bladego światła księżyca, przypominającego ślady srebrnej krwi jednorożca rozlane po atramentowo czarnym niebie.
Nogi miał jak z ołowiu i nie był w stanie zrobić kroku. Tępy ból przeszył jego ramiona, a przerażenie ścisnęło mu serce, kiedy zdał sobie sprawę, że nie może się ruszyć — był przywiązany do ogromnego drzewa, tak wysokiego, że jego konary ginęły w otaczającej je mgle.
Oczy rozszerzyły mu się ze strachu i niedowierzania. Jego kostki były skrępowane, a ciężkie łańcuchy otaczały go w pasie i przywiązywały do pnia. Gładkie, żelazne obręcze oplatały ciasno jego nadgarstki — przypominały mu kajdany, w które Rzymianie zakuwali swoich niewolników — a jego ramiona były przyszpilone po jego bokach. Czuł jak chropowata, nierówna kora ociera mu skórę na plecach. Nie był w stanie stwierdzić, czy w ogóle jest ubrany, a nawet jeśli by tak było, nie chroniło go to wystarczająco przed szorstkim drewnem i nie zapewniało żadnej ochrony przed gryzącym chłodem.
Spróbował się przekręcić, żeby lepiej przyjrzeć się przytrzymującym go więzom i w pewnym momencie zauważył po swojej lewej stronie drobny ruch. Otworzył usta ze zdziwienia, gdy w końcu rozpoznał zbliżającą się postać.
Harry nagle znalazł się tuż obok niego. Wydawał się zlewać z otaczającymi ich cieniami, które pojawiły się znikąd i wypełniały dokładnie każdy skrawek przestrzeni między nimi. Bez najmniejszego wahania Harry przysunął się bliżej, a jego oczy przywodziły Draco na myśl szmaragdowe księżyce w bezgwiezdną noc.
Draco wpatrywał się w niego, zapominając o łańcuchach i dziwnej pozycji, w jakiej się teraz znajdował. Jego palce kurczowo zacisnęły się na szorstkiej korze, jakby szukając chociaż najmniejszego wsparcia i nawet nie zauważył, że ostre kawałki drewna ranią jego dłonie do krwi.
Harry, nadal nie mówiąc ani słowa, powoli zbliżył się jeszcze bardziej, a jego ruchy emanowały subtelnym powabem, pełnym wdzięku niczym polarna zorza. Draco potrząsnął głową i przymknął powieki jeszcze raz, dalej nie mogąc w to uwierzyć. Ale kiedy ponownie otworzył oczy, Harry cały czas stał naprzeciwko niego, ich twarze dzieliły tylko centymetry, a światło w jego oczach hipnotyzowało Draco, jak pierwsze promienie wschodzącego słońca, rozświetlające ciemność i rozwiewające noc.
Czuł jak oddech więźnie mu w gardle, otworzył usta, by coś powiedzieć, ale nie padło z nich ani jedno słowo. Nagle rzeczywistość pognała do przodu, jakby pchnięta wybuchem rozpadającej się na drobne kawałki klepsydry czasu, a w następnej chwili usta Harry’ego nakryły jego własne w rozkosznie silnym pocałunku.
Poza jego bijącym szybko sercem wszystko zdawało się zwalniać swój bieg, tymczasem on zatracił się całkowicie i czuł jedynie usta spalające jego własne żarem namiętności, bez słów wyrażające czyste pożądanie. Zadrżał bezradnie, kiedy zawładnęła nim niebiańska rozkosz i próbował wyrwać się z łańcuchów, trzymających go z dala od miejsca, do którego należał…
Ręce Harry’ego ześlizgnęły się z jego ramion i znalazły się na szyi, by chwilę później przytrzymać jego twarz stanowczo choć jednocześnie czule. Pocałunek wydawał się trwać bez końca, jakby wieczność przestała się przejmować tą drobną niekonsekwencją. Ruchy Harry’ego były nieśpieszne i delikatne, tak jakby delektował się tą chwilą bolesnej przyjemności, ale całował go tak mocno, że to niemal bolało. Ból odczuwał jednak gdzieś w głębi serca.
Wygiął się mocno do przodu, jęcząc w usta Harry’ego. Nagle zdał sobie mgliście sprawę, że ciasno opinające jego ciało łańcuchy i zimne metalowe kajdany na jego nadgarstkach rozpłynęły się we mgle, a on był wolny.
Początkowe zdziwienie szybko zmieniło się w ekstazę, gdy zdał sobie sprawę, że — w tym eterycznym wymiarze, w którym czas biegł niczym piasek przesypujący się między palcami — był nareszcie wolny. Bez wahania, instynktownie rzucił się w stronę Harry’ego, ale nagle z powodującym mdłości szarpnięciem wszystko rozpłynęło się w nicość, a on sam zaczął spadać, zapadając się w ciemności, zapadając się w sobie...

Draco zerwał się gwałtownie, a jego szeroko otwarte oczy błyszczały jak w gorączce. Oddychał ciężko, cały pokryty zimnym potem. Wilgotne kosmyki grzywki przylepiły mu się do czoła. Drżącą ręką przeczesał włosy, odgarniając je z oczu, gdy w końcu, rozpoznając znajome otoczenie, stwierdził, że jest w swoim ślizgońskim dormitorium.
Nadal się trząsł, kiedy zasłonił oczy dłońmi, choć w ten sposób nie mógł się odciąć od obrazów wyrytych w pamięci, a realność snu rozlała się w jego żyłach niczym zatruta krew. Draco podciągnął kolana pod brodę i ukrył twarz w ramionach, desperacko starając się zebrać rozproszone myśli bezładnie wirujące w jego spanikowanym umyśle.
Harry.
Który go całował.
Całował tak, jak nigdy nie wyobrażał sobie, że ktoś może go całować. I prawdopodobnie właśnie tak było — to był tylko wytwór jego rozgorączkowanej wyobraźni. Ponieważ dzień, w którym Harry Potter odda mu pocałunek z własnej, nieprzymuszonej woli… Mógł czekać całą wieczność na taki dzień i nigdy go nie dożyć.
Nie pierwszy raz śnił już o Harrym w takiej scenerii i biorąc pod uwagę pozostałe sny, ten bez wątpienia się od nich nie różnił. Jednak, co robiło się teraz jeszcze bardziej niepokojące, jego sny powoli stawały się coraz bardziej erotyczne i zmysłowe, a ubrania praktycznie w ogóle się w nich już nie pojawiały. Prawdopodobnie w następnym śnie ujrzy siebie całkowicie nagiego, moczącego się z Harrym w szklanej wannie wypełnionej szampanem.
Draco potrząsnął mocno głową, starając się oczyścić umysł, kiedy tylko jego wyobraźnia zaczęła nieustannie odgrywać ten obraz w jego myślach. To zdecydowanie przepełniłoby miarę i pozbawiło Draco ostatków zdrowego rozsądku, o ile jeszcze takowe istniały.
Nie, absolutnie nie może sobie pozwolić na ponowne zaśnięcie — sny zaczynały być nie do zniesienia. Jak żywa tortura.
Draco podniósł wcześniej czytaną książkę, która leżała na wpół otwarta obok niego, sięgnął po swoją różdżkę i wyszeptał:
Lumos.
Rozejrzał się szybko dookoła, upewniając się, czy wszyscy w dormitorium śpią głęboko i czy głośne chrapanie Goyle’a dalej rozlega się w pogrążonym w ciszy pokoju.
Przewrócił kilka przypadkowych stron i zaczął czytać, trzymając różdżkę nad książką. Jednak niezrozumiałe słowa rozpływały się niczym atrament i węgiel na mokrym płótnie, tracąc zupełnie znaczenie, kiedy wspomnienie pocałunku Harry’ego powoli dominowało wszystkie jego myśli, wywołując przyjemne dreszcze wzdłuż kręgosłupa.
To był tylko sen, powtarzał to sobie w kółko jak żarliwą mantrę, choć nie był do końca pewien, czy przynosiło to ulgę czy smutek. Jego oddech stopniowo się uspokajał, mimo że myśli pędzące przez głowę nie wykazywały ku temu żadnych oznak. Tylko sen.
Ale gdzieś w głębi serca wiedział, że istotą tego snu były szczera tęsknota i strach, które nie miały żadnych szans w starciu z okrutną rzeczywistością.

***


Harry szedł korytarzem do klasy profesora Lupina, rozmyślając o Malfoyu. Udawało im się całkiem dobrze nie wchodzić sobie nawzajem w drogę i właściwie Harry nie zaobserwował żadnych objawów świadczących, że coś złego dzieje się ze Ślizgonem.
No, prawie żadnych. Brak zwyczajowych złośliwości — sam w sobie — był bardzo dziwny.
Harry, który siedząc obok Rona i Hermiony czekał na pojawienie się profesora Lupina, zdał sobie sprawę, że lekcje pozbawione malfoyowych przytyków były o wiele nudniejsze. Pamiętał, jak niezliczoną ilość razy stawali naprzeciw siebie, czy to w sali lekcyjnej, czy na korytarzu. Ich różdżki co chwila wystrzeliwały różnokolorowe iskry zaklęć, a reszta klasy z fascynacją połączoną z przerażeniem obserwowała ich pojedynki, będące spersonifikowaną rywalizacją Slytherinu i Gryffindoru. I bez znaczenia był fakt, że takie wyskoki często kończyły się szlabanem.
Harry przeszukał wzrokiem salę, wypatrując znajomej figury Malfoya między innymi Ślizgonami — chłopak był pogrążony w rozmowie z Pansy Parkinson, która zalotnie trzepotała rzęsami, mimo że Draco nie wykazywał najmniejszych oznak zainteresowania jej zabiegami. Aura obojętności otaczała każdy jego gest, pełen niewymuszonego wdzięku i gracji.
Czyżby znalazł sposób na przezwyciężenie działania eliksiru?, zastanawiał się Harry. Ale niewytłumaczalny brak wrogości między nimi nadal nie znikał. — Chciałbym wiedzieć czy on…
Mniejsza z tym, pomyślał nagle Harry, przypominając sobie niepokojący sen, jaki miał ostatniej nocy. Chyba jego szaleństwo przeniosło się teraz na mnie. Zeszłej nocy znów śnił, że był razem z Malfoyem w Zakazanym Lesie. Było cholernie ciemno, jednak najgorsze było to, że całował Malfoya. On go całował, nie na odwrót.
Uch. Co za koszmar. Czemu do diabła myślę o … A niech to, nie tylko myślę, ale nawet śnię o całowaniu go? Harry potrząsnął głową, zaniepokojony i zakłopotany. To musi być jakiś stres pourazowy.
Uczniowie szli po kolei na początek klasy, zostawiając swoje wypracowania na biurku Lupina, który właśnie się spóźniał. Harry wyjął swój zwój z torby, podczas gdy siedząca obok niego Hermiona w dalszym ciągu pisała coś zawzięcie, mimo że jej wypracowanie było już dwa razy dłuższe niż było to wymagane.
— Oddać też twoją pracę? — zapytał Ron. Trzymał już swój własny pergamin, który udało się w końcu zapełnić w wystarczającym stopniu za pomocą dużych liter i raczej obszernych przerw między akapitami.
— Tak, dzięki. — Harry poddał Ronowi swój esej i wstał, żeby podejść do Seamusa Finnigana i zapytać go o plany następnego meczu quidditcha. W tym roku to właśnie Seamus zajmował się organizowaniem i komentowaniem meczy.
Ron skierował się do biurka Lupina i, kiedy się do niego zbliżył, stanął twarzą w twarz z Draco Malfoyem.
Malfoy trzymał w ręce prawie tak samo gruby zwój jak Hermiona, który z pewnością był jego własnym wypracowaniem o Imperiusie. Ron spojrzał krytycznie na pergamin, a w jego oczach zalśniły czysta niechęć i pogarda.
— Co Malfoy, przechwalasz się tym, jak dużo wiesz o czarnej magii? — spytał kwaśno Ron, rzucając Malfoyowi spojrzenie pełne jadu. — Cóż, jestem przekonany, że wiesz tysiąc razy więcej niż chcesz się przyznać. Z takim ojcem jak twój łatwo w to uwierzyć.
Oczy Draco pociemniały, a na twarzy pojawił się wyraz zdegustowania, kiedy jego wzrok padł na zwój Rona.
— Jasne, Weasley. Widzę, że ty nie możesz pozwolić sobie na wystarczającą ilość pergaminu, żeby napisać przyzwoite wypracowanie — ale, z taką rodziną jak twoja, jest to całkowicie zrozumiałe.
Ron zrobił krok w kierunku Draco, nozdrza mu drgały, a oczy zalśniły gniewem.
— Pewnego dnia, Malfoy — wysyczał zapalczywie. — Pewnego dnia, mój ojciec znajdzie sposób, żeby dostać się do twojego domu i udowodni, kim naprawdę jest twoja rodzina. Mrocznymi Czarodziejami!
Oczy Draco zwęziły się, ale nie odwrócił wzroku i odpowiedział chłodno.
— Twój ojciec powinien chyba najpierw posprzątać swoją skrytkę u Gringotta. Myślę, że kurz, który tam zalega, dałoby się sprzedać za sporą sumkę.
Ta kropla przepełniła czarę.
Ron warknął kilka obraźliwych epitetów i rzucił się na Malfoya, chwytając go za kołnierz szaty. Draco wyrwał się z uchwytu, odpychając mocno ramię Rona i...
— Ron, przestań — rozkazał stanowczo Harry, pojawiając się obok nich i odciągając Rona od Draco.
Ślizgon zamrugał i popatrzył na Harry’ego ze zdumieniem, a ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę — na jedno uderzenie serca — po czym Draco odwrócił wzrok, by popatrzeć wrogo na Rona.
Zdumiony Ron spojrzał na Harry'ego, a ten w odpowiedzi zdecydowanie ujął go pod ramię i poprowadził z dala od Draco, na gryfońską stronę klasy.
— Co to, do cholery, miało znaczyć? — Ron wyglądał na oburzonego, a w jego głosie pobrzmiewała frustracja. — Czemu to zrobiłeś? Prawie go miałem! Chciałem…
— Ron, uspokój się. — Harry starał się go powstrzymać. — Nie możesz uderzyć Malfoya…
— Mam pełne prawo, żeby go uderzyć! Znieważył mnie!
— Ale to ty zacząłeś, prawda? — zauważył Harry. Obserwował wymianę zdań pomiędzy Ronem i Malfoyem, stojąc przy stoliku Seamusa, który znajdował się w pobliżu.
— No i? On zaczynał za każdym innym razem.
— Ron, nie bądź tym, który zaczyna walkę z Malfoyem — powiedział rozsądnie Harry, rzucając przyjacielowi surowe spojrzenie. — Choć raz on nie robi zamieszania, więc nie szukaj kłopotów, dobra?
— Dlaczego nie, do diabła? — upierał się Ron. — Ostatnio zachowuje się jakoś dziwnie, to idealny moment, żeby odpłacić mu się za te wszystkie razy, kiedy pakował nas w kłopoty.
— Nie pozwól, żeby opanowała cię chęć zemsty — ostrzegł Harry. — I jeśli wdasz się w bójkę z Malfoyem w klasie, postawisz Lupina w bardzo trudnej sytuacji. Będzie musiał dać ci szlaban albo odebrać Gryffindorowi punkty, a z pewnością nie chciałby zrobić ani jednego, ani drugiego.
— To niesprawiedliwe — powiedział Ron buntowniczo i kopnął ze złością w stołową nogę. — Dlaczego dla odmiany my nie możemy zadać pierwszego ciosu?
— Ponieważ to nie w porządku — wyjaśnił Harry. — Nie jesteśmy tacy jak on. I nie wszczynamy bójek dla sportu, nie bijemy nikogo, kiedy jest przygnębiony czy nieobecny duchem.
— Nie obchodzi mnie w jakim stanie jest teraz Malfoy! Dalej jest zadowolonym z siebie, małym draniem, któremu z radością rozkwasiłbym twarz za te wszystkie rzeczy, które nam zrobił. — Ron zacisnął pięści. — On mnie tak strasznie wkurza, że mam ochotę wypruć z niego flaki i użyć ich jako sznurka do skakanki!
— Ron! — Hermiona podeszła do nich, natychmiast zauważając niechlujny wygląd chłopaka. — Nie mów mi, że biłeś się z Malfoyem. — Rzuciła mu gniewne spojrzenie. — Znowu.
Harry musiał przyznać Hermionie, że zawsze była niezwykle opanowana — szczególnie jeśli chodziło o Rona. Nie dawała się wyprowadzić z równowagi nawet przez drwiny Ślizgonów, nie mściła się i nie krytykowała ich zachowania. Tylko raz zareagowała na prowokację; kiedy Malfoy obraził Hagrida, wtedy go po prostu spoliczkowała. Ale z reguły nie zwracała uwagi na ślizgońskie przytyki.
— Ron, przecież dobrze wiesz, że Malfoy mówi to wszystko, żeby cię sprowokować. — Hermiona spojrzała na niego z dezaprobatą, zwijając w końcu swoją ukończoną pracę domową. — Po prostu nie zwracaj na niego uwagi.
— Właśnie, wyluzuj, Ron — zgodził się Harry i dodał — Malfoy nie jest tego wart.
Rozejrzał się i nagle zobaczył wpatrującego się w niego Draco, który siedział po przeciwnej stronie klasy. Zamarł, sztywniejąc lekko, kiedy przeszyło go spokojne i przenikliwe spojrzenie szarych oczu.
Malfoy miał nieodgadniony wyraz twarzy, jakby ktoś starł z niej wszystkie emocje. Mierzył Harry’ego wzrokiem przepełnionym niejednoznacznością, którą można było odczytać co najmniej na kilka różnych sposobów. Narastające napięcie i gromadzące się burzowe chmury zalśniły w jego spojrzeniu, gdy ich oczy się spotkały, nim Draco nie spuścił głowy i nie odwrócił się.
Harry zmarszczył brwi. Czuł irytację na samego siebie, że pozwolił przyciągnąć się przez naturalny magnetyzm oczu Malfoya, a nawet cieszyć się z tej wymiany spojrzeń, w momencie, gdy dla dobra ich obu raczej powinien go raczej zmrozić wzrokiem.
Czuł się… zmieszany. Malfoy zachowywał się naprawdę bardzo dziwnie i Harry za nic w świecie nie potrafił odszyfrować sprzecznych sygnałów, które odbierał i które zdawały się wykluczać nawzajem. Widmo złośliwości i wyniosłości, nienawiść, obojętność i ból mieszały się razem, niezrozumiałe i wprawiające go w zakłopotanie.
Harry zmrużył oczy. Dalej obserwował Dracona, którego jasna głowa pochylała się nad książką. Nie wiedzieć czemu, Malfoy wydawał się być bardziej opanowany — rzucał nieśmiałe, a nie tylko ukradkowe spojrzenia i odwracał wzrok, kiedy tylko udało mu się zwrócić na siebie uwagę Harry’ego. Gryfon miał wrażenie, że Draco stara się go sprowokować, co raczej nie zgadzałoby się z tym, że Harry ma nad nim jakąkolwiek władzę — o ile oczywiście ta cała historia z eliksirem miłosnym była prawdziwa.
Co za ironia, że tę tak zwaną „miłosną historię” słowo „eliksir” sprowadzało do zwykłej farsy.
Mimo gorzkiej ironii losu, w całej tej sytuacji pobrzmiewała jakaś nuta pokręconego humoru.
Po drugiej stronie lochu Draco zaciskał pięści pod ławką, czując na sobie ciężar badawczego spojrzenia Harry’ego, gęstego niczym tchnienie burzy, mroczne i nieuchronne, niemal namacalne, czające się na skraju jego niespokojnych snów.
Dlaczego?, zastanawiał się Draco, a nieznane mu uczucie zakłopotania balansowało na krawędzi kontrolowanej paniki. Dlaczego powiedział Weasleyowi, żeby mnie zostawił? W co on, do cholery, pogrywa?
O to właśnie chodzi — odezwał się cichy głos gdzieś głęboko w jego umyśle. — Bawi się. Bawi się tobą. Zafascynowała go ta nowa władza, władza nad innym człowiekiem. To jest dla niego tylko gra, okrutna gra, której celem jest zwykła zemsta. Dałeś mu wspaniałą szansę, żeby mógł ci się odwdzięczyć za te wszystkie rzeczy, które mu zrobiłeś — może cię teraz torturować samą obecnością.
Draco przymknął oczy, a jego twarz wykrzywił grymas bólu. Ale przecież nie spodziewał się niczego innego. Władza absolutna jest straszną bronią, nawet w rękach świętego, znanego jako Harry Potter. To było zło zbyt doskonałe, by mogło istnieć, pokusa maszerująca wokoło z powiewającym, błyszczącym sztandarem i napisem: „Użyj sobie!"
I Draco wiedział już, że jedynym, co mu zostało i nad czym mógł rozmyślać, było to, jak długo jeszcze wytrzyma. Wszystkim, czym mógł się pocieszyć była malutka iskierka nadziei, że uda mu się znaleźć sposób na cofnięcie zaklęcia, zanim wyssie z niego wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, zanim będzie za późno.
Popatrzył na Harry’ego, który śmiał się radośnie z innymi Gryfonami i szybko odwrócił wzrok, a w jego oczach widać było narastającą desperację.
A może było już za późno?

Koniec rozdziału czwartego



* “The opposite of love is not hate, it's indifference.
The opposite of art is not ugliness, it's indifference.
The opposite of faith is not heresy, it's indifference.
And the opposite of life is not death, it's indifference.”
Eliezer Wiesel
Ostatnio edytowano 15 kwi 2012, o 20:58 przez TEAM DRARRY, łącznie edytowano 5 razy
When there is a will, there is a way, so don't hope for it. Make it so.
TEAM DRARRY Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 48
Dołączył(a): 14 lut 2012, o 21:08

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 9 gości