[M] [T] Nikt jeszcze nie umarł od złamanego serca

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez NewBroomstick » 25 lis 2011, o 01:20

Tytuł oryginału: Nobody’s Ever Died of a Broken Heart
Autor: Frayach ni Cuill
Tłumaczenie: NewBroomstick
Zgoda: jest
Pairing: Harry/Draco, Harry/OC
Gatunek: Angst, a konkretnie to, czego nie lubicie najbardziej. I coś w rodzaju otwartego happy endu.
Rating: Autorski — R. Zdaniem tłumaczki tekst przeznaczony wyłącznie dla dojrzałych czytelników. Nie chodzi tylko o sceny erotyczne czy „brzydkie słowa”.


Nikt jeszcze nie umarł od złamanego serca





Mówi się, że jest pięć etapów żałoby: zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja i akceptacja.



Oddychaj, mówi sobie. Po prostu oddychaj.

Harry przewraca się na plecy i patrzy w sufit. W kuchni buczy lodówka, na ulicy trzaskają drzwiczki samochodu. Leży, odkąd wrócił z pracy. Dzień się już skończył i reflektory przejeżdżających aut rzucają na ścianę smugi światła jak szperacze. Zapaliły się neony. Odbijają się kolorowo w kroplach deszczu na szybie.

Przewraca się z powrotem na brzuch i wstaje, odpychając się od materaca. W łazience otwiera szafkę i wyjmuje buteleczkę, potem drugą; trzecią nie. Nie dzisiaj. Trzykrotnie próbuje zdjąć nakrętkę pierwszej. Skupia się bardziej. Nie powinno to być takie trudne. Stymulanty to kapsułki w cielistym kolorze. Bierze cztery. Zażywał już więcej, ale dziś czuje się nieźle, jakby mógł odczekać jeszcze parę dni, zanim umrze. Bierze tylko dwa trankwilizery. Ma jutro robotę. Listy do napisania, zakupy, takie rzeczy.

Odkręca kurek i myjąc zęby, patrzy, jak woda wiruje w odpływie. Kiedy spluwa do umywalki, w pianie widać krew. Krwawią mu dziąsła. Podnosi wzrok. Jego twarz w lustrze jest bledsza niż zazwyczaj, a oczy wyglądają jak krople płynu przeciw zamarzaniu wylanego na śnieg. Światło jarzeniówki miga. Wszystko wydaje się mieć ostre krawędzie, nawet okrągłe szkła jego okularów. Ściana za nim jest pokryta białymi kafelkami z szarzejącą spoiną. Pociąga za sznurek wyłącznika i w łazience robi się ciemno. Przez chwilę jest zupełnie oślepiony i musi wyciągnąć rękę, by odnaleźć drzwi. Przywodzi mu to na myśl coś, co powiedziała prowadząca grupę dla osób w żałobie na wczorajszym spotkaniu. Nie pamięta dokładnego sformułowania. Coś o szukaniu po omacku. Albo macaniu w ciemności. A może to były słowa Martina, urywek któregoś z jego wierszy? Harry nie może sobie przypomnieć.

Na zewnątrz deszcz przeszedł w mżawkę. Harry odrzuca głowę i pozwala, by wilgotny oddech osadzał się na jego twarzy. Bryły budynków majaczą w górnej części pola widzenia jak góry. Kołyszą się lekko i Harry zamyka oczy. Nie przygotował się jeszcze na wywoływaną przez pigułki dezorientację. Nawierzchnia ulicy lśni. Śmigają samochody. Stawia kołnierz i rusza z miejsca. Gdzieś za nim rozlega się pisk opon i ktoś się na kogoś wydziera. Słychać klakson, potem śmiech. Z uchylonych drzwi restauracji, do której wchodzą z ulicy goście, otrząsając parasole, bucha zapach mięsa. Harry’emu burczy w brzuchu. Na stoisku z prasą kupuje marsa. Batonik jest za słodki, ale żuje go skwapliwie, zapijając irn bru1. Rzuca pustą puszkę do przepełnionego kosza.

Jak to się zdarza zbyt często, widział dziś Draco w autobusie. Włosy wymykały mu się spod bardzo-nie-w-jego-stylu wełnianej czapki. Siedział z głową opartą o szybę, słuchając muzyki z iPoda. Harry usiadł za nim ze ściśniętym gardłem. Draco nie może odwrócić głowy. Jemu nie wolno go zawołać. Za każdym razem, kiedy to robi, Draco ogląda się i nie jest już Draco. Jest kimś obcym z kilkoma rysami Draco. Czasem ma jego włosy, czasem profil, niekiedy ręce.

Bramkarz dał znak, żeby wszedł bez kolejki, i Harry wsuwa mu do ręki banknot dziesięciofuntowy. Zwykle daje dwie dychy, ale zapomniał w drodze do domu podejść do bankomatu. Powietrze w środku jest ciężkie i wilgotne od ubrań parujących w cieple lamp. Harry dostrzega Martina przy barze i przepycha się przez tłum. Martin jak zawsze ma na sobie czarne dżinsy i zieloną koszulę. Zdążył już się napić. Cmokają się na przywitanie i Harry czuje gin. Żaden z nich nie tańczy, więc znajdują stolik w rogu. Martin opowiada, jak minął mu dzień. Wykłada poezję młodocianym w więzieniu Feltham. To nowy program i Martin z entuzjazmem rozprawia o jego perspektywach. Żaden z nich nie wspomina o ostatnim odmownym liście z wydawnictwa. Harry mówi mu, że oblał się kawą i poparzył sobie jaja. Śmieją się i sączą drinki. Monotonia pracy Harry’ego to stały temat ich żartów.

Drzwi klubu zamykają się, głusząc protesty tych, którzy zostali w kolejce. Gasną górne światła i zapalają się te imprezowe. Martin zamawia im po jeszcze jednym drinku. Po paru łykach Harry czuje, że zamykają mu się oczy. Kończyny ma ciężkie, głowa opada mu na oparcie fotela. Martin uśmiecha się pod nosem i pyta, jakich prochów się najadł. Harry uśmiecha się enigmatycznie, ale tak naprawdę nie pamięta.

Draco nie pochwalałby pigułek. Harry wyobraża sobie jego grymas, mimo markowanej obojętności. „Jesteś wystarczająco popierdolony i bez tego”, powiedziałby. Ale kiedy później Harry szukałby pigułek, okazałoby się, że zniknęły. Draco radził sobie z jego powojennymi schizami, udając, że je ignoruje. Ale w tych chwilach nad ranem, kiedy chwytał go kolejny koszmar, czuł usta Draco na czole i palec przesuwający się po krawędzi jego szczęki. „Ciii”, mówił Draco. „Jesteś bezpieczny. Jestem tutaj. Już po wszystkim, Harry. Po wszystkim, kochany”.

Martin opiera but o brzeg siedzenia, między nogami Harry’ego, i odchyla się w tył, lustrując pomieszczenie.

— Skąd się biorą te zdziry? — pyta, wskazując brodą na grupkę ciotolubek2, każda z kieliszkiem niebieskiego martini z wisienką maraschino.

Harry podnosi głowę i gapi się na nie, aż przypomina sobie, co chciał powiedzieć.

— Są nieszkodliwe.

— Nie twierdziłem, że są szkodliwe. Zawsze patrzysz na wszystko, tak jakby miało skoczyć ci do gardła — mówi Martin. Gmera w kostkach lodu w swojej szklance brudnym widelcem, który leżał na stoliku, kiedy przy nim usiedli.

Nie ma pojęcia, jak Draco umarł. Harry mu nie powiedział.

Prycha i pozwala, by głowa ponownie mu opadła. Czuje się odprężony i łaskawie usposobiony do świata i postanawia trochę się tym ponapawać. Wie z doświadczenia, że taki stan nie potrwa długo. Rano, kiedy Martin, wychodząc, pocałuje go w policzek, będzie udawał, że śpi. Nie potrafi wytłumaczyć ani Martinowi, ani nikomu innemu w tym pozbawionym magii świecie, że żadna substancja nie jest obojętna, żadna granica — nieprzenikniona. Nawet dla człowieka takiego jak Martin, żyjący z poezji, fakt, że słowo może zabić — dosłownie, byłby nie do pomyślenia. Jeśli Harry patrzy na wszystko, tak jakby miało skoczyć mu do gardła, ma swoje powody.



Mówi się, że proces nie w każdym przypadku jest identyczny i etapy mogą następować „nie w tej” kolejności.



Praca Harry’ego jest nieźle płatna, ale nie odrywa go od jego myśli. Jego telefon rzadko dzwoni; kiedy nie ma akurat „zajęć z żałoby”, jak ochrzcił spotkania grupy, je lunch przy biurku. Z okna widać inny biurowiec. Często widzi przechodzących ludzi, to w jednym, to w drugim oknie. Przypominają mu postaci przemieszczające się skokowo w kadrach niemego filmu. Wystukuje na klawiaturze urzędowe pisemka z przeprosinami. Zawsze zaczynają się od słów: „Z żalem”. Potem idzie: „informujemy”, a potem: „że nie możemy…”. Raz dla urozmaicenia napisał: „Z żalem informujemy, że niczego nie żałujemy”.

Kiedy pada, okna zaparowują i czasem pisze na szybie imię, a potem ściera je rękawem. Pisze jeszcze raz. Ludzie po drugiej stronie mogą zobaczyć najwyżej jakieś nieczytelne słowo, może irlandzkie nazwisko. O’ coś tam.

Nigdy nie bierze pigułek w pracy. Nosi przytomność jak włosiennicę i patrzy na swoje palce unoszące się i opadające na klawiaturę. Zawsze przestawia „o” i „d” w słowie „ugoda” i musi cofać się, by je poprawić. Słowa na grzbiecie dłoni przypominają mu, że nie może zapomnieć, bo zapomnieć znaczyłoby skłamać. Na drugiej dłoni nie ma obrączki, ale na palcu pozostał jeszcze biały ślad i delikatne wgłębienie, które nie chce zniknąć. Za drzwiami biura chichoczą sekretarki i słychać gulgot dozownika wody. Przy szafie na akta wisi maskotka renifera z czujnikiem ruchu i wygrywa „Rudolfa”, ilekroć ktoś przejdzie obok.

O tej porze roku zmrok zapada szybko. Harry patrzy z ulgą, jak się ściemnia. Woli ciemność. Nie z powodu jakichś chorobliwych skłonności, ale dlatego, że czuje się anonimowy, wracając uliczkami i alejkami tam, gdzie mieszka. To stary budynek z sypiącymi się schodami i westybulem wciąż usiłującym imponować resztkami świetności. Jak stara burdelmama, mawia Martin. Wjeżdża windą na trzecie piętro i otwiera drzwi swojej zapuszczonej garsoniery. Nie ma nikogo. Czasem wciąż go to zaskakuje. Boi się dnia, kiedy przestanie.

Dziś wieczorem nie wychodzi. W kuchni nie zawraca sobie głowy zapalaniem górnego światła, pstryka jedynie to nad kuchenką. Zjada bez podgrzewania resztki z lodówki. Kran znowu cieknie i jego kap, kap, kap walczy o lepsze z tykaniem budzika przy łóżku. Zwariuje, jeśli czegoś z tym nie zrobi. Kładzie w zlewie złożoną ścierkę. Dziś weźmie pigułkę z trzeciej buteleczki. Z tej, która wciąż wibruje magią.

Zanim jeszcze pigułka zadziała w pełni, Harry czuje, jak materac obok niego ugina się pod ciężarem innego ciała. Wyczuwa mydło, pot i ciepło skóry. Serce bije mu szybciej i wyciąga rękę, ale ma jeszcze tyle trzeźwości, by przypomnieć sobie, że pigułki pozwalają mu widzieć, słyszeć i czuć, ale nie rozmawiać, nie dotykać. Nagle wszystko się wyostrza. Znowu słyszy pacnięcia kropli o mokrą szmatę w zlewie. Dolatuje go odgłos spłukiwanej piętro wyżej toalety i prośba o fajkę wypowiedziana przez kogoś na ulicy. Czuje woń kardamonu z hinduskiej restauracji dwie przecznice dalej. Widzi cienką rysę na suficie i światło z klatki schodowej sączące się przez dziurkę od klucza. Obok niego Draco ściąga krawat i rozpina koszulę. Budzik jarzy się niemal oślepiająco. Rzuca mdły odblask na skórę Draco i spinki u jego mankietów. Draco skupia się na guzikach i włosy opadają mu na twarz. Nie spieszy się. Nigdy się nie spieszył, jeśli nie musiał. Zwłaszcza gdy chodziło o jedzenie i o seks. Z obnażoną już piersią zsuwa koszulę z barków. Jak za życia, mięśnie jego ramion są wyraźnie zaznaczone, ale nie pękate. Nikt nie mógłby nazwać go wątłym, jak zdarzało się to, gdy był młodszy, ale z pewnością nie był jakimś jasnowłosym odpowiednikiem Goyle’a. Draco sięga do paska i z brzęknięciem sprzączki rozpina spodnie. Knykcie jego prawej dłoni są zasinione i odrapane. Czasami rany, z którymi się pojawia, są dużo gorsze. Harry nie wie, czy to defekt pigułek, czy Draco przychodzi do niego z grobu i musi odgrzebywać sobie drogę.

Na skórę Draco padają migotliwe cienie strug deszczu spływających po szybie. Draco opiera się o wezgłowie i przymyka oczy, przesuwając dłonią po piersi, po brzuchu, do majtek. Harry patrzy, jak Draco sobie dogadza, i z trudem przełyka napływającą do ust ślinę. Pamięta smak Draco i zapach włosów u nasady jego członka. Pamięta, jak Draco wił się i okładał go po głowie, kiedy wsadzał mu język do pępka. Pamięta wyraz lubieżnej koncentracji, z jakim Draco zaspokajał się, by wytrysnąć na jego twarz. Nic nie było zakazane. Nic nie było takim naruszeniem granic, by nie spróbować tego chociaż raz.

Pożera ciało Draco wzrokiem. Jest takie, jakie je pamięta. Zauważa, że Draco zdjął buty i skarpetki. Jego kostki są wystające, a palce za długie. Harry pamięta, jak przesuwał między nimi język, muskając czubkiem rzadko dotykaną skórę. Pamięta zgrubienia i nagniotki na piętach Draco. Wiecznie robiły mu się pęcherze, bo nie mógł znaleźć butów, które by go nie cisnęły, niezależnie od tego, ilu zaklęć przekształcających użył. Harry przegryzał te pęcherze. Delikatnie zaciskał zęby, aż pękały. Draco klął i starał się wyszarpnąć nogę, ale to sprawiało jedynie, że Harry trzymał mocniej.

Draco. Harry wypowiedziałby jego imię na głos, ale pigułki nie są dość silne, by na to pozwalały. Gdyby spróbował przemówić, zostałby rzucony z powrotem w rzeczywistość jak jeździec wysadzony z siodła. Wie, bo próbował.

Skórę na piersi Draco ogarnia rumień. Harry wie z pamięci, że jest gorąca, a pod nią alarmująco nierówno bije serce. Draco kiedyś powiedział mu, że jako dziecko chorował. Coś z zastawkami i komorami. Harry znał go, gdy byli młodzi. O swoim rywalu nie myślał nigdy inaczej niż jako o kimś niezmordowanie żywotnym, ale ręka na piersi kochanka mówiła mu co innego. Gdyby mógł, rozerwałby żebra Draco i całował jego bijące serce. Zamiast tego mógł jedynie wsunąć w niego natłuszczone przedramię, aż do okrężnicy, i starać się dosięgnąć palcami głębszego, mocniejszego pulsu niż ten wyczuwalny na jego szyi. Dłoń Harry’go mimowolnie zaciska się w pięść, a Draco obok dochodzi z cichym okrzykiem.

Harry zakrywa twarz dłońmi i ciągnie się za włosy, krzycząc.



Każdy czuje smutek. Odczuwanie smutku nie oznacza, że jesteś słaby. Bycie silnym nie oznacza, że musisz zapomnieć.



W markecie jest zbyt głośno i zbyt kolorowo. Harry wie, że wygląda jak palant, ale nie zdejmuje ciemnych okularów. Nigdy nie przepadał za tłumem, a z biegiem czasu awersja jedynie się pogłębiła. Opakowania w alejce ze zdrową żywnością są jaskrawe, owoce i warzywa podwiędłe i poobijane. Obchodzi szerokim łukiem ludzi stłoczonych przy stoisku mięsnym. Z głośników wydobywa się instrumentalna mutacja jakiegoś popu z lat osiemdziesiątych. Tutaj bardziej niż gdziekolwiek indziej wydaje mu się, że oszaleje.

Robienie zakupów w mugolskim sklepie samoobsługowym razem z Draco było koszmarem. Rozpychał się łokciami, uderzał wózkiem o wózki innych klientów albo przejeżdżał im po nogach. Harry podążał za nim, przepraszając i zbierając to, co Draco pozrzucał z półek. Przy kasach Draco odczytywał wszem wobec nagłówki brukowców i wygłaszał niestosowne komentarze. Z początku Harry myślał, że Draco zachowuje się w ten sposób dlatego, że market jest mugolski, ale któregoś dnia poszli do sklepu na południowym końcu Pokątnej i Draco robił dokładnie to samo, tyle że przy użyciu różdżki i bezsłownych zaklęć.

Harry nigdy nie porównuje produktów i cen. To wymagałoby więcej czasu, niż jest w stanie tu spędzić, pozostając przy zdrowych zmysłach. Pożywienie, które kupuje, rzadko wymaga większego nakładu czynności niż zalanie wrzątkiem albo mlekiem czy wstawienie do mikrofalówki. Już samo myślenie o czymś bardziej wyszukanym byłoby wyczerpujące. W pobliżu zanosi się płaczem małe dziecko, ciska na podłogę jakieś opakowanie. Jego matka wygląda, jakby tylko sekundy dzieliły ją od załamania nerwowego. Harry schyla się i wręcza jej pudełko. Kobieta okazuje więcej wdzięczności, niż jest to warte. Odgarnia z twarzy wiotkie włosy. Patrzy przyjaźnie. Harry się odwraca.

Na zewnątrz znowu pada. Kałuże połyskują od benzyny. Harry dobiega do autobusu i rzuca torby na siedzenie obok. Teraz, kiedy opuścił już sklep, może zdjąć okulary. Wsuwa je do kieszeni kurtki — założył ją pierwszy raz od śmierci Draco — i odkrywa tam poskładany świstek papieru. Wyciąga go i czyta. To paragon z tego samego sklepu, z którego właśnie wyszedł. Mleko, chleb, jajka, herbata, wędzony łosoś. Harry zwija papierek w kulkę, a kiedy autobus staje na jego przystanku, rzuca na podłogę i miażdży obcasem.

Szukając kluczy, omal nie upuszcza torby z jajkami. Martin czeka przy windzie. Oferuje się z pomocą, ale Harry odmawia. Windą jedzie jeszcze tylko przysadzista kobieta w chustce na głowie. Czuć ją wysiłkiem i kapustą. Mówi nagląco do telefonu w jakimś wschodnioeuropejskim języku. Harry kłania się jej, kiedy wysiadają, ale ona nie zauważa gestu.

Harry nic nie mówi i wie, że Martin będzie wiedział, co to znaczy. Są nadal razem, bo Martin potrafi wytrzymać milczenie. Klapnął na fotel pod oknem, a teraz strzepuje gazetę i zapala jeden ze swoich papierosów bez filtra. Palcami drugiej dłoni z roztargnieniem skubie rozdarcie na podłokietniku.

Harry rozpakowuje sprawunki. Lodówka jest czyściutka. Światło z niej pada na podłogę, która czyściutka nie jest. Działanie pigułek — tych drugich, tych, które stawiają go do pionu — nie utrzymało się na tyle długo, by starczyło mu energii na coś poza lodówką. Następnym razem weźmie się za łazienkę. Nie była sprzątana od bardzo dawna.

— Tylko posłuchaj — odzywa się Martin. — Facet otruł kolegę z pracy colą zaprawioną cyjankiem. Tamten przeżył, więc będzie odpowiadał tylko za usiłowanie morderstwa. Może chciał wiedzieć, kto podkradał mu lunch…

— Żeby tak coś podobnego zdarzyło się w moim biurze… — mówi Harry. — Może gościu skończy jako jeden z twoich podopiecznych.

— Ma czterdzieści pięć lat, a ja uczę dzieciaki, pamiętasz? Albo, jak wolisz ich nazywać, małych kryminalistów na stażu.

Harry prycha.

— Cóż, małymi kryminalistami na stażu, nawet jeśli skłonisz ich, by wpruli na pamięć Żonkile3.

— Nie uczę ich o Wordsworthie — odpowiada Martin i przenosi wzrok z powrotem na gazetę. — Ani o żadnym z tych półgłówków z Krainy Jezior.

Harry wpycha puste reklamówki do szafki pod zlewem. Może powinien sprawić sobie kota. Pyta Martina, czy nie jest uczulony. Nie jest. Draco był. Harry zdejmuje okulary i trze oczy kłębami dłoni. Martin nie ma dziś torby z rzeczami, którą przynosi, kiedy zamierza zostać na noc. Harry czuję ulgę. Dziś ma ochotę na odwiedziny Draco, a potem na pigułki, po których będzie spał czternaście godzin. Jutro jest sobota.

— Chcesz się rżnąć? — pyta Martin, przewracając stronę.

Harry zastanawia się przez chwilę. Chce?

— Może — odpowiada. — Mogę się zdecydować po kolacji?

— OK — mówi Martin nieobecnym głosem. — Co będzie na kolację?

— Sałatka — odpowiada Harry. — Ugotowałem trochę jajek parę tygodni temu.

— Parę tygodni? Jesteś pewien, że jeszcze się nadają?

Harry wzrusza ramionami.

— Nie wiem.

— Niech tam — odpowiada Martin. — To nawet zabawne, ta rosyjska ruletka z twoimi sałatkami. Ale jeśli dostanę sraczki, masz pecha w temacie rżnięcia.

Draco nie lubił sałatek. Twierdził, że nie będzie jadł czegoś, co jest zimne i oślizłe. Harry z nim nie dyskutował. Sam nie przepadał za sałatkami aż tak, by o nie wojować. I nie lubił ukochanego przez Draco wędzonego łososia z tego samego powodu: bo jest zimny i oślizły. Zerka na Martina i widzi, jak zapala następnego papierosa. Skrada się do garderoby koło łazienki, otwiera drzwi i klęka na podłodze. Za rzędem butów stoi kuferek. Otwiera go i sięga po pierwszą z wierzchu rzecz. Znoszony szkolny sweter, sfilcowany po bokach, tam gdzie ramiona właściciela ocierały się o tułów. Harry kryje w nim twarz i oddycha głęboko. Słyszy za sobą ciche kaszlnięcie.

— Czemu wciąż to sobie robisz? — pyta Martin.

Harry nie odpowiada.



Erupcję żalu mogą wywołać zupełnie nieoczekiwane bodźce: jakiś widok, dźwięk, zapach, wiadomość o śmierci kogoś znanego, nowa piosenka w radiu czy program telewizyjny.



W kręgosłupie Draco było dwadzieścia sześć kręgów. Harry wie, bo ucałował każdy z nich. Jego klatka piersiowa składała się z dwudziestu czterech żeber. Wie, bo wyśledził je wszystkie językiem. Kość udowa Draco był bielsza niż kostki zaciśniętej pięści. Harry wie, bo widział ją, kiedy przebiła mięśnie, skórę i ubranie.

Nie może spać. Obok niego powoli i równo oddycha Martin. Nad nimi jak co dzień pieprzy się młoda para. Ich łóżko jeździ po podłodze, zagłówek wali o ścianę. Na zewnątrz z zamykanych klubów wylewają się na ulice pijani bywalcy. Harry’emu zaschło w ustach, ale nie potrafi wykrzesać z siebie woli, by wstać i pójść po szklankę wody. Jutro jest poniedziałek. Jeśli nie uda mu się zasnąć, będzie cały dzień kiwał się nad biurkiem.

Oglądali z Martinem film o dwojgu Amerykanach w Japonii. On był mężczyzną koło pięćdziesiątki, ona młodą, może dwudziestoletnią kobietą. Akcja rozgrywała się w jej hotelowym pokoju na 43. piętrze Shinjuku Park Tower i w zielonym parku pośród kwitnących wiśni. To dlatego, że ona jest dziewicą, powiedział Martin. To się nazywa symbolizm. Harry uciszył go kopniakiem. Oczywiście, że chodziło o dziewictwo. Nie trzeba być profesorem Oksfordu, żeby na to wpaść.

Obaj byli prawiczkami. Ani on, ani Draco nie miał za sobą wiele więcej niż pocałunek z dziewczyną na szkolnym balu. Harry raz pomacał biust, ale tylko przelotnie. Obaj nie wiedzieli, co robić, i minęło sporo czasu, zanim ośmielili się na tyle, by zacząć dotykać się w okolicach bardziej zakazanych niż członek. Pieprzyli się pierwszy raz dopiero niemal rok po pierwszym pocałunku. Wcześniej było mnóstwo ocierania i obciąganie, ale nic bardziej awanturniczego. Harry bał się bólu. Draco bał się brudu. Kiedy w końcu to zrobili, nie było ani jednego, ani drugiego.

Harry rozkopuje pościel, żeby odkryć stopy, i niechcący uderza w nocny stolik z całym majdanem: budzikiem, opakowaniami po kondomach i lampką z przepaloną żarówką, która chwieje się i prawie spada. W mieszkaniu jest za gorąco. Uchyliłby okno, ale to obudziłoby Martina. Ma lekki sen, a Harry’emu nie chce się gadać. Ani pieprzyć. To drugie już zresztą zaliczyli. Światła samochodów, jednego po drugim, prześlizgują się po ścianie i pełzną po suficie. Interwały stają się coraz większe.

Wciąż nie śpi, kiedy włącza się budzik w komórce Martina. Słychać wymamrotane „kurwa”, potem następne. Po paru minutach Martin siada i trze rękoma twarz. Prawie na pewno użyje znów jego maszynki do golenia. Nie żeby Harry miał coś przeciwko, ale mógłby najpierw zapytać. Lubi Martina, ale jego rzeczy to jego rzeczy. Słyszy uruchomioną spłuczkę, a za chwilę prysznic. Zamyka oczy i nie unosi powiek, dopóki nie usłyszy, jak otwierają się i zatrzaskują wejściowe drzwi.

Draco nie znał żadnych granic. Rzeczy Harry’ego były jego rzeczami i vice versa. Harry często zakładał spodnie i znajdował rachunek z restauracji, w której byli, i kilka rozmiękłych mentosów. Czasami —próbującego wydostać się na wolność żuczka origami albo skrawki papieru z liścikami w stylu: „Wiem, że to czytasz, Potter. Kup po drodze merlota”. Kiedyś, gdy Draco nie było przez parę tygodni, znalazł prostą notkę: „Dziękuję. Za wszystko”.

Ranek nie jest dla Harry’ego najlepszą porą dnia. Nigdy nie był, nawet kiedy Draco próbował wywabiać go z łóżka kawą tak mocną, że powinna dostać honorowe miejsce w układzie okresowym pierwiastków. Potrzeba prawie godziny, by w końcu wyłączył budzik ponawiający alarm w trybie drzemki. Szczęśliwie potrafi wiązać krawat z zamkniętymi oczami — jedna z korzyści uczęszczania do prywatnej szkoły. W lodówce stoi tylko orange squash4. Harry jest pewien, że w piątek kupił butelkę ribeny5. Nic nie stawia go na nogi tak jak ribena i czarna kawa. Harry siada na sofie z miską płatków i włącza telewizor. Coś go uwiera. Sięga pod siebie i wyciąga opakowanie DVD. „Ona jest zagubiona, on znużony i przepełniony melancholią”, czyta opis. Nie rozpoznaje filmu. Co to za pudełko? „Oboje cierpią na jet lag, a japońska kultura i język jeszcze bardziej wytrącają ich z równowagi”. Rzuca pudełko na podłogę i sięga po pilota.

„Żałoba”, powiedziała prowadząca grupę w zeszły piątek, „stwarza swój własny świat. Uczycie się czytać jej mapy i mówić jej językiem. Ma własną anatomię. Przez długi czas jedyni ludzie, z którymi potraficie naprawdę rozmawiać, to tacy, którzy też cierpią. Ale w pewnym momencie to musi się skończyć. Musicie wrócić do krainy żywych. Musicie odnaleźć drogę do domu”.

„Zimno mi”, mówił Draco, otwierając drzwi ich mieszkania. „Chodź tu i ogrzej mnie”. To był ich rytuał, sposób na odsunięcie ich naturalnych barier. Zaklęcie otwierające drzwi ich serc, tak ściśle zamkniętych dla innych. Nos Draco był zawsze zimny, niezależnie od pory roku. Podobnie dłonie. Harry rozcierał je między swoimi i chuchał. Linie papilarne na wszystkich palcach Draco z wyjątkiem kciuków tworzyły pętle. W jego dłoniach było po dwadzieścia siedem kości. Harry wie, bo sprawdził w Wikipedii.



Nierzadko czuje się gniew. Nierzadko odtwarza się i przeżywa na nowo chwilę śmierci lub moment, w którym się o niej dowiedzieliśmy.



Testament przyszedł we wtorek. To była ostatnia przesyłka, którą Harry otrzymał sowią pocztą, zanim zniknął w mugolskim świecie. Nie pozostawiono mu niczego. Niczego też nie oczekiwał. Ostatnia wola Draco została sformułowana przez radcę prawnego Malfoyów, kiedy Draco był jeszcze chłopcem, i sygnowana przez jego rodziców. Draco nigdy nie zatroszczył się o spisanie własnej. W końcu trzydziestolatek, który przeżył wojnę, zwłaszcza będąc śmierciożercą szpiegującym dla Zakonu, z definicji musi być niezniszczalny. Język testamentu był zimny i niedwuznaczny. Nie pozostawiał pola do interpretacji. Harry nie trudził się, by wynająć adwokata, który by go podważył.

Harry wspiera się na krawędzi umywalki w łazience swojego biura i patrzy w lustro. W tamtej buteleczce zostało tylko jedenaście pigułek. Poprzedniej nocy wziął pięć. Ostatnio trzeba było ich coraz więcej, żeby osiągnąć ten sam efekt. Nie musi długo liczyć, by wiedzieć, że jeszcze dwie noce, a zostanie tylko jedna. Po dwóch latach zostanie mu jedna jedyna. Sam widzi, jak wymięty jest na twarzy. Zażywa te pigułki od śmierci Draco. Były jedynym magicznym przedmiotem, który ze sobą zabrał. Najpierw potrzebował tylko jednej, potem dwóch, i tak dalej. A prócz nich potrzebował innych. Zaczął brać stymulanty, żeby dawać sobie radę z codziennymi zadaniami, i trankwilizery, żeby móc spać w nocy. Łyka je teraz garściami.

— Wszystko w porządku, stary?

Harry podnosi wzrok i widzi w lustrze odbicie Lawrence’a, księgowego. Potakuje.

— Zabalowało się w nocy, co? — Lawrence rozpina rozporek. Odgłos sikania odbija się echem od kafelków. Harry obserwuje w lustrze jego plecy. Ma niedopasowaną marynarkę, za ciasną w ramionach. Wygląda, jakby trzeszczała w szwach. Harry puszcza wodę i trzyma dłonie pod gorącą wodą, aż różowieją. Nie zdecydował jeszcze, co zrobi, kiedy pigułki się skończą.

Lawrence otrząsa fiuta i wpycha go z powrotem do rozporka. Próbuje jeszcze raz:

— Zimno się zrobiło, no nie?

Harry kiwa głową.

— Myślałem rano, że odmrożę cycki.

Harry uśmiecha się blado i zakręca wodę. Lawrence odkręca. Stoją w niezręcznej ciszy. Wreszcie Lawrence wyciąga ręcznik z podajnika i wyciera dłonie. Odchrząkuje.

— Dobrego dnia, stary — mówi i wychodzi.

Po powrocie do pokoju Harry wpatruje się w zegar w prawym górnym rogu ekranu komputera. Na parapecie stoi papierowa torebka śniadaniowa z zawiniętym kilka razy brzegiem. Kiedy nie patrzy na zegar, patrzy na torebkę. Nie dzieje się z nią nic. Ani drgnie, nigdy. To tylko papierowa torebka.

W ubiegłym miesiącu prowadząca grupę powiedziała, żeby na następne spotkanie przynieśli jakiś pojemnik, pudełko albo butelkę. Harry zapomniał przynieść cokolwiek, więc dała mu papierową torebkę. „Otwórzcie pojemniki”, powiedziała. „I mówcie do nich to, co chcielibyście powiedzieć waszym najbliższym, którzy odeszli”. Harry czuł się głupio, a kiedy siedząca obok matrona zaczęła wykrzykiwać imię swojego syna w plastikowe pudełko Tupperware, ogarnęło go zakłopotanie. Usiłował wymyślić, co powiedzieć. Musi być coś, co chciałby powiedzieć. Poczuł się winny, że nie potrafi nic takiego znaleźć. Prowadząca zmarszczyła brwi, patrząc na niego przez cały pokój. Po co tu jest, skoro nie robi tego, co powiedziała — czegoś, co ma mu pomóc? Unosząc torebkę do ust, wyszeptał pierwsze słowa, jakie mu przyszły do głowy. Pierdol się. Był prawie pewien, że nie o to chodziło w tym ćwiczeniu, niemniej jednak powtórzył: pierdol się. PierdolsięPierdolsięPierdolsięPierdolsię. W końcu wypowiedział „pierdol się” tyle razy, że słowa straciły znaczenie i zaczęły brzmieć jak w obcym języku. Z włoska albo francuska. PierdolsięPierredeChienPierdolsięPierDolce. Gdy już zaczął, nie mógł przestać. Torebka zwilgotniała od jego oddechu, ale wciąż powtarzał: pierdol się. Teraz, gdy o tym myśli, chce mu się śmiać. Draco uznałby to za przezabawne.

Kawa w pokoju socjalnym jest lurowata. Harry potrafi ją przełknąć tylko z kilkoma łyżeczkami sztucznej śmietanki. Na blacie stoi talerz ze świątecznymi ciasteczkami i leży wyschnięta niedojedzona kanapka. Harry wyrzuca ją do kosza. Za nim zaczyna gotować się woda w czajniku. Wchodzi kobieta w czerwonej bluzce i w kolczykach w kształcie choinkowych bombek. Nalewa sobie wrzątku do kubka i kilkakrotnie zamacza w nim saszetkę herbaty, po czym odciska ją nad zlewem. Harry zastanawia się, jak można pić tak cienką herbatę. Zastanawia się, jak przeżyje święta.

Z okna pokoju socjalnego widać pomieszczenia innego budynku i ludzi siedzących przy biurkach. Harry opiera się o ścianę, sącząc kawę, i obserwuje ich. Wydają się tacy sami jak on. Ich monitory świecą w zapadającym zmierzchu. Harry patrzy na ich profile i zastanawia się, o czym myślą. Dokąd idą, gdy wychodzą z pracy. Jego wyobraźnia nie sięga tak daleko. Podejrzewa, że po prostu rozwiewają się jak para albo znikają w obłoczku dymu jak pomocnik magika w mugolskim pokazie. Boże, tak bardzo chciałby, żeby Draco odszedł w taki sposób, a nie tak, jak odszedł. Oddałby życie, gdyby mógł to zmienić. Tak jak i on, Draco nie cierpiał tłumu. Wszyscy wiedzieli, że miał na ramieniu Znak, niewielu — że był szpiegiem i Harry w dużej mierze zawdzięczał swoje zwycięstwo jego informacjom. Nienawidził tłumu, a umarł pośród hordy świątecznych zakupowiczów. Umierał tuż przed Harrym. W jego ustach bulgotała krew. Jego oczy wpatrywały się błagalnie w oczy Harry’ego. Jego dłonie próbowały wczepić się w jego koszulę. Jego czaszka pękła, gdy zaklęcie rzuciło nim o szybę wystawową. Harry widział jego mózg, jak przez okienko. Widok potworny i intymny nie do zniesienia. Byli tam tylko dlatego, że Harry namówił go, by poszli kupić prezent dla jego asystenta. Chociaż coś małego, nalegał. Jakieś śpiewające czekoladki albo samozawiązujący się szalik. Uzdrowiciele powiedzieli później, że żadne zaklęcie na świecie nie zdołałoby go ocalić.

Do pokoju wchodzi grupka ludzi. Śmieją się z filmiku znalezionego w internecie, z gościem podpalającym swoje bąki. Harry otwiera lodówkę, udając, że czegoś w niej szuka, że jest tu po coś. Piszczy jakiś czujnik. Harry zamyka drzwiczki. Przez dwa lata nie zaprzyjaźnił się z nikim z firmy. Jeden męski głos wybija się nad inne:

— A widzieliście ten, na którym osioł kopnął faceta w jaja?

Włącza się drugi:

— Kiedyś oglądałem jakiegoś nieszczęśnika, któremu tyłek utknął w desce klozetowej. Musieli go wyciągać sanitariusze.

— Bzdura — odzywa się kobieta. — To było sfingowane. Masa debili próbuje w ten sposób zdobyć uwagę.

— Tak czy inaczej kupa śmiechu — mówi ten, który opowiadał o bąkach.

Wyrzucają do kosza puste puszki po napojach i jedno po drugim wychodzą. Ostatni mężczyzna odwraca się i kiwa Harry’emu.

— Na razie — mówi. — Wesołych świąt.



Żałoba trwa tyle, ile trwa. Nie jest to może specjalnie pomocne stwierdzenie, ale prawdziwe. Każdy przeżywa ją inaczej. Ważne, byśmy zdawali sobie sprawę, że nawet gdy intensywność żalu będzie z czasem maleć, u większości z nas zastąpi go „słodki smutek” ogarniający człowieka w chwili wspomnienia — po prostu świadomość, że spotkała nas wielka strata.



Harry nawet nie zdejmuje palta. Trzęsącymi się dłońmi otwiera buteleczkę. Dwie pigułki wypadają mu i toczą się do odpływu umywalki. Klnie i odkręca sitko, żeby je wyjąć. Połyka pięć, nie popijając wodą. Osuwa się na podłogę i odrzuca głowę, opierając ją o ścianę. Pot perli mu się nad górną wargą i ścieka po obu stronach twarzy. Stara się oddychać powoli. Czuje się jak ćpun. Zamyka oczy, zaciskając powieki.

Widzi prawie przejrzystą sylwetkę samego siebie. Wchodzi do ich dawnego mieszkania. Draco podnosi wzrok znad książki. Wyraz twarzy ma taki, jakby czekał godzinami, ale jego włosy są wilgotne od deszczu, a buty pozostawiły mokre ślady na podłodze. Draco przechyla głowę i przygląda mu się, jakby nadal zastanawiał się, czy go zatrzymać czy wyrzucić na ulicę. Złoty krążek na jego palcu — jeszcze nowy — lśni w świetle lampki do czytania.

Harry kupił mu wiązankę róż od jamajskiego kwiaciarza przy wejściu do metra. Pąki są zamknięte i skłaniają się na łodyżki. Celofan szeleści, kiedy wręcza je Draco.

— Nie rozwiną się — mówi Draco, ale wstaje i idzie do kuchni po wazon. Harry zdejmuje płaszcz i strząsa z niego krople deszczu.

— Liczy się intencja.

Draco przewraca oczami, wchodząc do jadalni.

— Frazesy — mówi z niedbałą czułością w głosie, tak jak mówią do siebie ludzie w długotrwałym, komfortowym związku. Harry uśmiecha się i podchodzi za nim do okna. Widzi w szybie uśmiech Draco. Opasuje go ramionami i opiera brodę na jego ramieniu.

— A więc wróciłeś z mugolskiego piekła — odzywa się Draco. — Jak tam lunch z Granger i jej rodzicami?

— W porządku — odpowiada Harry. — Jak twoja książka?

— Nudna. Nie wiem, czemu nadal ją czytam.

Cedzi słowa tak znajomo, że „prawdziwego” Harry’ego rozdziera siła wspomnienia.

Powoli, jak gdyby Draco mógł go odtrącić, Harry wyciąga mu zza paska poły koszuli.

— To, że przyniosłeś kwiatki, nie oznacza, że możesz z miejsca dobierać mi się do spodni — mówi Draco bez specjalnego przekonania.

Harry całuje go w nasadę szyi i Draco wzdryga się.

— Masz zimne usta — szepcze, ale pochyla głowę, dając Harry’emu lepszy przystęp. Harry chucha w miękkie włoski na karku i Draco drży znowu. Harry wolno wsuwa dłonie w jego spodnie i sięga do pachwiny, tam gdzie członek napina materiał. Jest twardy.

— Co będzie na kolację? — pyta.

— Nie wiem, ale cokolwiek to jest, może poczekać — odpowiada Draco. — Przestań gadać, Potter.

Harry chwyta wargami płatek jego ucha i przygryza delikatnie. Rozpina jego pasek, potem guzik spodni, wreszcie rozporek. Draco głośno wciąga powietrze. Tuż pod gumką majtek widać plamkę wilgoci wielkości galeona. Harry osuwa się na kolana i obraca Draco ku sobie.

— Obciągnę ci — oznajmia, jakby nie było to oczywiste.

Draco opiera się dla równowagi o parapet, ściągając spodnie i majtki, które opadają do kostek. Harry trąca nosem jego jądra i oddycha głęboko, kiedy Draco przeczesuje palcami jego włosy.

„Prawdziwy” Harry rozpina dżinsy i zamyka drżącą dłoń na swojej erekcji, podczas gdy „widmowy” Harry odciąga wargami napletek i ssie ciemnoróżową główkę członka Draco. Draco odrzuca głowę, z głuchym stuknięciem uderzając potylicą w szybę. Wypycha biodra, bliżej twarzy Harry’ego, i z gardła wyrywa mu się jęk.

— O Boże — mówi do sufitu i przymyka oczy.

Po drugiej stronie szyby ściekają strumyczki deszczu.

„Prawdziwy” Harry odwraca wzrok od siebie samego zadowalającego Draco i patrzy na zaparowane szkło. Zwykł był doprowadzać Draco do orgazmu niespiesznie, przez jakieś pół godziny, pomału zwiększając napięcie. Ale on — „prawdziwy” on — dojdzie lada chwila, a doznanie wyrwie go z objęć pigułkowej rzeczywistości. Stara się powstrzymać, ale biodra Draco falują teraz szybciej. „Widmowy” Harry kontroluje ich ruchy, zaciskając palce na udach Draco. Widać na nich czerwone odciski. Draco znowu jęczy.

— Och ty — mówi łamiącym się głosem. — Ty.

Harry szczypie się we wrażliwą skórę przedramienia, ale w tym momencie nawet ból jest rozkoszą. Dochodząc z udręczonym skowytem, czepia się wizji, która zaczyna się rozwiewać. Draco coś mówi, ale Harry nie słyszy już jego głosu. Za parę sekund będzie po wszystkim. Szloch ściska go za gardło. Za szybko. Za szybko. Pigułki trzymały kiedyś prawie całą noc. Teraz zaledwie godzinę. Zaklęcie, które je stworzyło, osłabło z czasem albo to wspomnienia Harry’ego bledną. Oby tylko nie to drugie.

Poci się na posadzce łazienki. Widzi swoje zniekształcone odbicie w porcelanowej muszli. Okulary zsunęły mu się na sam czubek nosa. Gwałtownym ruchem zrzuca palto i rękawem ściera spermę z brzucha. Jest słaby. Niezdolny ani zapomnieć, ani pamiętać. Ta myśl go przeraża. Miesiąc temu jedna z kobiet z grupy z uśmiechem ulgi powiedziała, że już ich nie potrzebuje. Męka ustąpiła melancholii, z którą może żyć. Pozostali popatrzyli na nią bez wyrazu. Nikt, szczególnie Harry, nie wierzył, że to cierpienie może się skończyć. Ani że ktokolwiek z nich, szczególnie on, tego zechce.



Najcięższej żałoby doświadczają zwykle ci, którzy stracili ukochaną osobę. Pospolite jest poczucie pustki i odrętwienia. Poza doznaniem głębokiego smutku i żalu mogą wystąpić symptomy fizyczne: utrata pamięci krótko- lub długotrwałej, niemożność przyjmowania pokarmu, bezsenność. Mogą pojawiać się dziwne, niepokojące sny. Często stajemy się „nieprzytomni”, nieobecni duchem — w istocie rozpacz może prowadzić do poczucia „utraty zmysłów”. Takie uczucia i zachowania są normalne i kiedyś miną.



Została tylko jedna pigułka. Kiedy ją weźmie, będzie to ostatnie zmysłowe echo Draco, które zdoła wywołać z pamięci. Poza snami, ale w snach kochanie się potrafi w jednej chwili przejść w nieme wołanie o pomoc, a potem Harry i tak budzi się z zaschniętą spermą na pościeli. Kiedy się tak dzieje, wymiotuje w łazience, niepokojąc Martina.

Jedna pigułka nie starczy na długo. Może tylko na kilka minut. Rozważał długo, jakie wspomnienie przywołać. Parę minut to za mało na jeden z ich łóżkowych maratonów. Za mało nawet na porządny pocałunek. Myśli o przywołaniu chwili, gdy Draco pierwszy raz przyznał, że coś do niego czuje. To znaczy coś innego niż wzgardę. Wyrzucał z siebie słowa z wyciągniętą różdżką i zarumienionymi policzkami. Harry stał oszołomiony i Draco zinterpretował jego milczenie jako oznakę odrazy.

— Nieważne, Potter. Zapomnij — powiedział i odwrócił się na pięcie. Wszystko działo się tak szybko, że Harry ledwo zdołał go zatrzymać. Jego dłoń chybiła ramienia Draco, ale udało mu się złapać rękaw.

— Czekaj — powiedział. Zanim jednak zdążył pomyśleć, co powiedzieć w następnej kolejności, Draco odwrócił się, zrobił krok naprzód i pocałował go lekko w usta. Był to najbardziej nieśmiały pocałunek, jakiego Harry doświadczył. Nie był pewien, czy w ogóle go poczuł, ale Draco przybliżył się i pocałował go jeszcze raz, tym razem mocniej, pewniej. Wtedy w mózgu Harry’ego coś zaskoczyło, zamknął oczy i oddał pocałunek.

Martin odkłada widelec i patrzy na niego. To ich ulubiona restauracja, mimo że jest obskurna. Odwijające się pod ścianami linoleum lepi się od tłustego brudu. Oświetlenie jest zbyt jasne. O klimacie nie ma co mówić. Sztućce bywają dyskusyjnej czystości, ale żarcie jest niezrównane. Przynajmniej w promieniu siedmiu przecznic od mieszkania Harry’ego.

— Prawie nic nie zjadłeś — mówi Martin, bez oskarżenia w głosie. — Wydawało mi się, że mówiłeś, że jesteś głodny.

Harry daje sygnał kelnerowi i prosi o więcej wina. Na szkle przyniesionego kieliszka widnieją plamki po twardej wodzie i ślad szminki na samym brzeżku. Harry przeciera go serwetką. Pomija milczeniem słowa Martina i pyta, jak mu idzie pisanie.

— Nie bardzo — odpowiada Martin. — Brak mi cierpliwości, żeby skończyć to, co zacząłem.

Harry uśmiecha się. Martinowi zawsze brak cierpliwości, żeby skończyć cokolwiek.

— Pisanie już mnie nie cieszy — wzdycha. — Wszystkie moje wiersze brzmią tak samo.

Harry otwiera usta, by zaprzeczyć, ale tego nie robi. To prawda, że wszystkie wiersze Martina brzmią tak samo.

— Ty powinieneś spróbować pisać — mówi Martin. — Mam na myśli coś innego niż pisma oddalające roszczenia ubezpieczeniowe.

Harry uśmiecha się, ale tym razem ma świadomość, że uśmiech nie sięga jego oczu. Martin nie wie, że owszem, pisywał. Głupoty, których nie pokazywał nikomu poza Draco, a on nieodmiennie je obśmiewał, ale wszystko zachowywał. Harry znalazł schomikowany plik kartek, kiedy pakował rzeczy Draco, decydując, co oddać jego rodzicom, co zatrzymać, a co spalić. Widać było, że składano je i rozkładano wielokrotnie.

— Na górze róże, na dole fiołki — mówi.

Martin przewraca oczami.

— Zjedzże coś, głupku.

Martin nie wie o Draco nic poza tym, że był kochankiem Harry’ego, a potem jego mężem, i że zginął w „tragicznym wypadku”. Jednym z powodów, dla których Harry lubi Martina, jest to, że nigdy nie chciał wiedzieć więcej. Jego poprzednik dopytywał się wścibsko: jak Draco wyglądał? Skąd pochodził? Czy Harry znał go ze szkoły? Czy rżnął się lepiej niż on?

Kiedy Harry zaczął spotykać się z Martinem, powiedział o tym grupie. Wszyscy go dopingowali. Sprawiało to tylko, że miał ochotę zerwać się i dać każdemu z osobna po ryju. Uważali, że „robi krok naprzód”, „zamyka pewien etap”, „otwiera znów serce na miłość”. Wiedział, że nie robi żadnej z tych rzeczy, choć często chciałby, żeby tak było. Był po prostu samotny, a Martin był miły. Poza tym nie pozostawało mu już więcej przestrzeni na szaleństwo, a był pewien, że szaleństwo nie należy do pożądanych rezultatów przechodzenia przez proces żałoby.

— Chodźmy do ciebie — mówi Martin. — Poprosimy, żeby zapakowali to na wynos.

To jeszcze jedna rzecz, którą lubi w Martinie: mówiąc o mieszkaniu Harry’ego, nigdy nie używa słowa „dom”.

Na ulicy jest mokro, ale przez ten czas, gdy byli w restauracji, przestało padać. Idą w milczeniu aż do kamienicy Harry’ego. Na schodach siedzi dwóch chłopców, najwyżej piętnastoletnich. Pierzchają na ich widok. Jeden wygląda, jakby pilnie potrzebował podciągnąć spodnie — krok ma w kolanach.

— Nastolatki… — mówi Martin. — Jezu, ależ to głupio wygląda.

Popycha drzwi ramieniem i przytrzymuje je dla Harry’ego. Harry nigdy nie powiedział mu, że on i Draco byli jeszcze nastolatkami, kiedy zostali kochankami. Spogląda za siebie, na chłopców, którzy przebiegają właśnie ulicę, przy akompaniamencie trąbienia i złorzeczeń taksówkarza. Jest pewien, że mają to w nosie. Świat stoi przed nimi otworem i całe życie jest jeszcze przed nimi. Ledwo pamięta, kiedy sam tak się czuł.

W windzie Harry zaskakuje sam siebie, prosząc Martina, by powiedział mu jakiś wiersz. Martin rzuca mu sceptyczne spojrzenie. Harry zawsze twierdzi, że literatura go nie bierze.

— OK — mówi Martin. — Może mój ostatni?

Harry wzrusza ramionami i otwiera drzwi mieszkania.

— Dobra — mówi. — Co chcesz.

W środku wyjmuje z lodówki puszkę tennenta6.

— Chcesz też?

Martin kręci głową. Harry oczekuje, że jak zwykle klapnie na fotel, ale zamiast tego podchodzi do okna i opiera się o parapet, plecami do Harry’ego. Długo się nie odzywa, w końcu odchrząkuje. Harry otwiera piwo i siada na łóżku. Kiedy Martin zaczyna mówić, prawie go nie słyszy.

— Sprzeniewierzyłeś mi się — mówi — odchodząc bez reszty. Żadne twoje ultimatum nie ostrzegło mnie przed tak ostatecznym rozstaniem. Mijają lata. Wszystkie książki kłamią. Ich autorzy chcą dobrze, ale nie mogą wiedzieć, jak noc wtłacza się, a twój głos mówi do mnie przez rury, przez skrzypienie gałęzi ocierających się o moje okno, przez brzęczenie świetlówek. Jesteś wszędzie i nigdzie. Jak powietrze. Mówią, że nieszczęście kocha towarzystwo, ale nie mają racji. Nikt nie może do mnie dotrzeć, nieważne jak głośno by krzyczał. Nikt nie może mnie dotknąć. Jesteś duchem w przedsionku, fantomem prześlizgującym się pod ścianą w świetle księżyca. Zdradziłeś mnie, ale i ja mogę cię zdradzić. Nie dam ci odejść. Nie dam ci spocząć. Uczepię się twojej duszy, jak żałujący samobójca parapetu, z którego skoczył. Jesteś mój, a ja jestem twoim osobistym piekłem. Wzywa cię niebo. Słyszysz tchnienie jego pieśni. Ale zostaniesz tu ze mną. Zostaniesz tu ze mną, dopóki ci nie wybaczę. Wszyscy mówią, żebym odpuścił. Wszyscy mówią, żebym ruszył dalej. Wszyscy mówią, że nie umiera się od złamanego serca. Na Boga, mam nadzieję, że się mylą.

Milczą długo. Harry trzęsie się i nie może przestać. W końcu udaje mu się wydobyć głos.

— Wynoś się — mówi.

Martin odwraca się od okna i patrzy na niego. W końcu kiwa głową i bierze marynarkę z fotela.

— Dobranoc — mówi i zamyka za sobą drzwi.



Większość ludzi, którzy stracili ukochaną osobę, zastanawia się, czy mogli coś zrobić. Często zastanawiamy się, czy mogliśmy uratować naszych bliskich, nawet jeśli okoliczności jasno wskazują, że nie. Roztrząsanie tego utrudnia proces uzdrawiania i wzmaga prawdopodobieństwo, że na psychice pozostaną trwałe blizny.



Draco dopiero co wrócił z przebieżki. Z wysiłku zwilgotniały mu włosy. Nie widzi Harry’ego, który stoi pod ścianą kuchni ich dawnego mieszkania. Ściąga koszulkę. Twarz ma wciąż zaczerwienioną i zalatuje potem. Harry marszczy nos. Patrzy, jak Draco odkręca kran w kuchennym zlewie. Trzyma rękę pod strumieniem wody, dopóki się nie ogrzeje. Skłania ostro głowę, palcami sczesując włosy do przodu. Schyla się i wkłada głowę pod kran. Coś w tym widoku łamie Harry’emu serce. Jego naga szyja jest taka cienka, taka krucha. Nabiera w dłoń płynu do naczyń i trze głowę, aż cała pokrywa się pianą. Harry ledwo powstrzymuje śmiech. Draco Malfoy myjący włosy płynem do naczyń. Ciekawe, czy później będzie próbował wpierać, że to zapach jakiegoś drogiego szamponu. Kiedy ma dość, spłukuje włosy, teraz pociemniałe do blondu, rozgarniając je palcami. W końcu zakręca kran i odciska włosy. Stoi tyłem do Harry’ego. Strużki wody ściekają mu po barkach, Harry widzi jego twarz z profilu. Myśli, że jest sam. Myśli, że nikt na niego nie patrzy. Harry jest tak blisko, że widzi jego rzęsy. Są mokre i pozlepiane. Harry wyciąga rękę i dotyka jego ramienia, i ku jego zdumieniu Draco się odwraca. Przez moment patrzy Harry’emu prostu w oczy. Jego spojrzenie jest zaskoczone, ale pełne rozpoznania. Zanim znika, Harry zdąża wypowiedzieć jego imię. Ale tylko raz.

To już tydzień, odkąd pigułki się skończyły. Harry zatrzymał pustą buteleczkę. Apteka Carrowów, rodzinna tradycja od 1734 roku. Na spodzie adres: ul. Ostów, przecznica Nokturnu. Mężczyzna za kontuarem uśmiechnął się służalczo; nie wyrzekł ani słowa, kiedy Harry powiedział, czego chce, i wręczył mu fiolkę. Opłata była słona, ale Harry nie protestował. Nie miał siły ani chęci. Upłynęło zaledwie parę godzin. Żeby zaklęcia mogły zadziałać, krew i szpik musiały być świeże.

Mężczyzna zniknął za kotarą i powrócił w niecałe dwadzieścia minut później.

— Proszę bardzo — powiedział, jakby właśnie uwarzył porcję eliksiru pieprzowego, ale potem ściszył głos i oparł się na ladzie.

— Co za szkoda — powiedział. — Ostatni z rodu, i pomyśleć tylko, że ledwo odrósł od ziemi, kiedy Czarny Pan go naznaczył. Cholerni wigile7, mogli go oszczędzić. Zwłaszcza że pan zeznawał na jego korzyść, i tak dalej. Okropność.

Cmoknął z dezaprobatą jak babunia.

— Okropność — powtórzył. — Taka krwawa łaźnia z powodu jednej pieczątki.

Harry miał zbyt ściśnięte szczęki, by odpowiedzieć. Był nadal w szoku, w zawieszonym stanie pełnego grozy niedowierzania. Dźwięk szkła spadającego na chodnik zabrzmiał jak dzwoneczki sań. Zbyt wiele czasu potrzebował, by zorientować się, co się stało. Ktoś krzyknął, a nogi Harry’ego poruszały się, zanim jeszcze uświadomił sobie, że biegnie. Zerwał z szyi szalik. Nie wiedział, gdzie najpierw położyć ręce. Draco krwawił z tylu miejsc. Kiedy przycisnął dłoń do jego brzucha, poczuł śliskość wymykających się narządów. Obłąkańczo pomyślał o wszystkich innych razach, kiedy był w jego wnętrzu, wnikając w nie na każdy możliwy sposób, językiem, członkiem, palcami, pięścią. Rękawy Harry’ego nasiąkły krwią aż po łokcie, ale nikt do niego nie podbiegł. Nikt nawet nie wyciągnął różdżki. Wszyscy tylko wpatrywali się, stojąc z naręczami kolorowych pakunków. Do dziś Harry nie wie, czy stali tak, bo byli w szoku, czy raczej czuli ulgę, że oto ostatni śmierciożerca dostał, na co zasłużył. To bez znaczenia. Fakt jest taki, że pozwolili, by Draco umarł mu na rękach. Trwało to zbyt długo — na tyle długo, że Draco musiał wiedzieć, że umiera. Próbował wypowiedzieć jego imię, ale płuca miał zalane krwią. Ta chwila wciąż Harry’ego prześladuje. Nie może sobie przypomnieć, co mówił do Draco w tych ostatnich minutach. Ma nadzieję, że to było: „Trzymaj się, jestem przy tobie”. Ma nadzieję, że to było: „Bądź silny, damy radę”. Ma nadzieję, że to było: „Kocham cię”. Ale pamięta tylko, że krzyczał, raz po raz wzywając pomocy. Wy skurwiele! Pomóżcie mi! Po tym wszystkim, co dla was zrobiłem, na miłość boską, pomóżcie! Draco umarł z otwartymi oczami, z niewidzącym wzrokiem utkwionym w przestrzeni ponad jego ramieniem. Harry pamięta, jak rozsmarowywał sobie na twarzy jego krew, niczym wojownik przed bitwą. Pamięta, jak wyciągał odłamek szkła wbity we wrażliwe miejsce u podstawy jego szyi, miejsce, które tyle razy całował. Pamięta, jak zacisnął odłamek w garści i wzniósł do serca jak nóż, w geście prymitywnej, nieartykułowanej rozpaczy. Pamięta, że w tym właśnie momencie ludzie się ruszyli. To w tym momencie wyciągnięto różdżki i rzucono ochronne zaklęcia. Zbawca nie mógł umrzeć. Nie jak pies na ulicy. Nie jak śmierciożerca, w kałuży własnej krwi.



Choć trudno w to uwierzyć, pewnego dnia znów będziecie się śmiać. Pewnego dnia znów kogoś pokochacie. Nic nie trwa wiecznie. Nawet żałoba.



Harry leży na plecach. Wie, że powinien zadzwonić do Martina, ale nie potrafi. Po dwóch latach terapii wie, że w takich chwilach nie powinien być sam, ale nie może sobie przypomnieć, jak ruszać nogami, a co dopiero palcami. Wie teraz, że dopóki miał pigułki, był w stanie wmawiać sobie, że Draco nie odszedł naprawdę i nieodwołalnie. Buteleczka jest pusta prawie od miesiąca.

Na zewnątrz wyje syrena karetki i Harry wpatruje się w czerwony odblask tańczący na suficie. Czy naprawdę od śmierci Draco chodził do klubów? Naprawdę spakował ich rzeczy i wyprowadził się z ich mieszkania? Naprawdę znalazł mugolską pracę? Naprawdę przejmował się pogodą, troszczył się o rezerwację w restauracji, obchodziło go, że autobus jest zatłoczony i nie ma gdzie usiąść? Naprawdę robił zakupy i jadł chińskie zupki, oglądając w łóżku telewizję? Naprawdę spacerował po parku i chodził do kina? Naprawdę jeździł windą, posługiwał się kluczem i pisał tysiące listów odmawiających ludziom wypłaty odszkodowania? Naprawdę siedział w kółeczku w swojej „grupie wsparcia dla osób w żałobie” i opisywał „szczęśliwe wspomnienia”? Naprawdę bywał znudzony, ubawiony, napalony i zadowolony? Naprawdę spał i szczał, i kąpał się, i pierdolił, i drapał po jajach? Naprawdę wychodził z tego łóżka?

Naprawdę przeżył?

Wydaje się to niewybaczalną zdradą.

W okno bije grad. Z kranu znowu kapie. Zegar pokazuje kwadrans do piątej po południu. Na zewnątrz ktoś kopnął kosz i rozszczekał się pies. Słychać kroki na korytarzu i muzykę piętro niżej. Ktoś coś smaży. Klakson. Kobiecy śmiech. W mieszkaniu po drugiej stronie korytarza płacze dziecko. Grad bije w okno, a w zamku chrobocze klucz. Harry nie odwraca się w tamtą stronę.

— Hej — mówi Martin. — Przyniosłem ci coś do jedzenia.

— Nie przypominam sobie, kurwa, żebym dawał ci klucz — skrzeczy Harry.

— Nie dałeś — odpowiada Martin. — Dorobiłem sobie.

— Masz kurewski tupet — mówi Harry.

— Zarabiam na życie, wykładając skazańcom e.e. cummingsa. Muszę mieć w cholerę tupetu — odpowiada Martin. — Usiądziesz czy mam cię karmić na leżąco?

Ładuje na widelec kilka umaczanych w curry frytek i unosi go groźnie. Harry dźwiga się na posłaniu.

— Wakacje się skończyły?

Martin kiwa głową.

— Cuchniesz. Kiedy ostatni raz brałeś prysznic?

Harry wzrusza ramionami. Nie pamięta.

— No, otwórz dziobek — mówi Martin. — Mamusia nakarmi pisklaczka.

— Chuj ci w dupę — mówi Harry z ustami pełnymi rozmiękłych frytek i groszku.

— Może w przyszłym tygodniu — odpowiada Martin — jak już się zdecydujesz, czy zamierzasz żyć czy umrzeć.

Harry przestaje żuć i gapi się na niego.

— Oczywiście wolałbym, żebyś postanowił żyć — mówi Martin. — Nie czuję się nekrofilem.

Harry przełyka i gapi się dalej. Kręcone włosy Martina zrobiły się przydługie. Zaczyna wyglądać jak Shirley Temple8.

Gdzieś w brzuchu, głęboko za żebrami, Harry czuje łaskotanie, które w końcu identyfikuje jako rodzący się śmiech. Martin, drań jeden, ma łzy w oczach, chociaż stara się to zatuszować, udając, że zakrztusił się frytką. Harry rzuca mu gniewne spojrzenie.

— Gnojek — mówi.

Martin wzrusza ramionami.

— Lepsze to niż melodramatyczna heroina.

Harry naprawdę nie potrafi się zdecydować, czy dać mu w twarz czy nie.

— Dawaj to — odbiera Martinowi widelec z następną porcją jedzenia.

— Z przyjemnością — odpowiada Martin. — Przyniosłem film.

Harry blednie.

— O czym?

— O smokach — mówi — czarodziejach i szklanych kulach. Pomyślałem, że jeśli wezmę coś z fantasy, nie wdepnę na żadną minę.

Wbrew sobie Harry zaczyna się śmiać i gdzieś w jego sercu Draco śmieje się także. Arystokratycznym modulowanym śmiechem, ale z zabawnym parsknięciem na końcu. Draco nie cierpiał, kiedy mu się to zdarzało.

Serce Harry’ego ściska się w pięść, a śmiech przechodzi w szloch. Martin kładzie dłoń na jego ramieniu.

— To wszystko jest nie w porządku — mówi Harry.

— Oczywiście, że jest — odpowiada Martin. — O czym w przeciwnym razie my, poeci, mielibyśmy twoim zdaniem pisać?

— Żałuję, że też nie umarłem — mówi Harry. — Przykro mi, ale tak jest.

Martin tylko kiwa głową.

— Wcinaj.

Wręcza Harry’emu jakiś świstek.

— Masz, powieś sobie na lodówce. Kupiłem ci nawet magnesik. Spróbuj nie zwracać uwagi, że to „Hello Kitty”.

Harry rozprostowuje papierek.

— To mój najlepszy wiersz — mówi Martin. — Przyjemny i prosty. Żadnych kwiecistych ozdobników i metafor.

Harry ociera oczy rękawem i zakłada z powrotem okulary. Słowa są wypisane ołówkiem, pismo trochę się chwieje.

— Przepraszam, że na serwetce — mówi Martin. — Napisałem go w autobusie. Mam nadzieję, że da się odczytać.

Harry zaczyna czytać, ale pierwsze słowo to „oddychaj”. Zamyka oczy od dźgnięcia bólu. Przypomina sobie, jak mówił do Draco: „Oddychaj!” — po zaciętej rozgrywce w quidditcha, po tym, jak łaskotał go, aż Draco rzucał na niego zaklęcie galaretowatych nóg, po tym, jak sprawiał, że Draco szczytował tak gwałtownie, że zapominał, jak się nazywa. To właśnie powiedział, kiedy Draco pierwszy raz powiedział, że go kocha. To właśnie powiedział, kiedy jak dureń ukląkł przed Draco w śniegowej brei i ujął jego rękę. To właśnie mówił, kiedy przyciskał Draco do piersi, a jego krew moczyła mu dżinsy. „Szlag jasny, oddychaj! Nie waż się, kurwa, przestać, no dalej, oddychaj! Nawet o tym nie myśl, oddychaj, Draco, do kurwy nędzy, oddychaj!”

Tak łatwo byłoby teraz, tak łatwo, odpuścić sobie wszystko, położyć się i więcej nie wstać. Tak łatwo byłoby się poddać. Jest zmęczony bez Draco. Tak bardzo zmęczony. Czuje, jak Martin ściska jego ramię, i zmusza się do otwarcia oczu.



Oddychaj.



Jedz.

Pij.

Śpij.

Wstań.

Pracuj.

Baw się.

Śmiej się.

Płacz.

Myśl.

Marz.

Mów.

Milcz.

Miej nadzieję.

Wątp.

Zapomnij.

Wspomnij.



I od początku:



Oddychaj…




KONIEC






1 Irn Bru — popularny w Wielkiej Brytanii gazowany napój zawierający kofeinę.

2 Ang. hag fag — niepoprawne politycznie określenie kobiety lubiącej i obracającej się w towarzystwie homoseksualistów.

3 Ang. The Daffodils — znany wiersz Williama Wordswortha (1770–1850), jednego z „poetów jezior” — pierwszych angielskich romantyków.

4 Orange Squash — niegazowana oranżada.

5 Ribena — napój na bazie soku z czarnej porzeczki.

6 Tennent’s — szkockie piwo.

7 Wigile a. wigilowie (łac. cohortes vigilum, militia vigilum) — w starożytnym Rzymie formacja paramilitarna spełniająca rolę policji i straży pożarnej. Tu, jak sądzę, samozwańcza policja obywatelska, na własną rękę wymierzająca sprawiedliwość.

8 Shirley Temple — największa dziecięca gwiazda kina pierwszej połowy XX w., słynąca z charakterystycznych złotych loczków.


---

Ebook (mobi) do ściągnięcia
Obrazek
Ostatnio edytowano 1 lis 2014, o 23:13 przez NewBroomstick, łącznie edytowano 4 razy
This owl will self-destruct in five seconds
NewBroomstick Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 266
Dołączył(a): 6 sie 2011, o 16:33

Postprzez kleo_patra » 25 lis 2011, o 12:33

Na początku nie miałam zamiaru komentować tego fika w ogóle. Później jednak doszłam do wniosku, że nawet, jeśli nie potrafię w pełni oddać moich uczuć, wstyd byłoby zostawić taki tekst bez choćby paru słów.
Jest to mój pierwszy angst od... Boże, mam wrażenie, że od początku świata. Bo tak beznadziejnie smutnego testu nie czytałam chyba nigdy. "Beznadziejnie", bo w tracie czytania, na prawdę nie miałam żadnej nadziei na możliwość choć odrobiny optymizmu w zakończeniu. Chorobliwy ból Harry'ego, jego samotorturowanie się wspomnieniami, aplikowanie sobie namiastek Draco, pogrąża czytelnika w niemal tak strasznej depresji, jak u głównego bohatera. A przynajmniej ja miałam takie wrażenie. W zasadzie jedynie ten biedny, masochistyczny Martin, jest jakimś światełkiem w tunelu, które pozwala pozostać przy zdrowych zmysłach nie tylko Harry'emu, ale i mnie.
Duży szacun, za przetłumaczenie. Zwłaszcza wierszy, które nigdy łatwe do tłumaczenia nie są, a kiedy są tak smutne...
Komentarz jest chaotyczny, wiem, ale na prawdę trudno mi jest się skupić i właściwie podsumować ten angst. Mam nadzieję, że ktoś bardziej kompetentny zrobi to za mnie. Nie mniej dzięki za przetłumaczenie i umożliwienie przeczytania, nawet, jeśli teraz będę musiała zjeść całą tabliczkę czekolady na pocieszeniexD
Pozdrawiam i życzę weny do tłumaczenia (tym razem może czegoś weselszego i lżejszego^^)
kleo_patra
"Przez jedenaście lat mieszkałem w komórce pod schodami, a przez całe nastoletnie życie byłem prześladowany przez szaleńca i jego socjopatycznych zwolenników. Naprawdę uważam, że za tak ciężkie doświadczenia należy mi się w nagrodę obciąganie."
kleo_patra Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 40
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 20:23

Postprzez Mika26 » 25 lis 2011, o 17:37

Bardzo dobry tekst chociaż niesamowicie smutny . Jednak opowiada on o jednej z dróg radzenia sobie ze stratą ukochanej osoby . Opowiada o uczuciach Harrego ale też o tym że jest ktoś , kto zamierza zawalczyć o Harrego . Martin z jednaj strony nie zamierza Harremu pozwolić się zniszczyć z drugiej strony nie ciągnie go na siłę w swoim kierunku . jednak na tej serwetce mogło by by napisane jedno słowo "Żyj!!!!!!!!!!!" . To opowiadanie przypomina mi trochę opowiadanie "Wibrysa" ( ;) :D). Oba te opowiadania opowiadają przecież o przeżyciach osoby która nagle traci ukochaną osobę. I jeszcze na koniec:
Sprzeniewierzyłeś mi się — mówi — odchodząc bez reszty. Żadne twoje ultimatum nie ostrzegło mnie przed tak ostatecznym rozstaniem. Mijają lata. Wszystkie książki kłamią. Ich autorzy chcą dobrze, ale nie mogą wiedzieć, jak noc wtłacza się, a twój głos mówi do mnie przez rury, przez skrzypienie gałęzi ocierających się o moje okno, przez brzęczenie świetlówek. Jesteś wszędzie i nigdzie. Jak powietrze. Mówią, że nieszczęście kocha towarzystwo, ale nie mają racji. Nikt nie może do mnie dotrzeć, nieważne jak głośno by krzyczał. Nikt nie może mnie dotknąć. Jesteś duchem w przedsionku, fantomem prześlizgującym się pod ścianą w świetle księżyca. Zdradziłeś mnie, ale i ja mogę cię zdradzić. Nie dam ci odejść. Nie dam ci spocząć. Uczepię się twojej duszy, jak żałujący samobójca parapetu, z którego skoczył. Jesteś mój, a ja jestem twoim osobistym piekłem. Wzywa cię niebo. Słyszysz tchnienie jego pieśni. Ale zostaniesz tu ze mną. Zostaniesz tu ze mną, dopóki ci nie wybaczę. Wszyscy mówią, żebym odpuścił. Wszyscy mówią, żebym ruszył dalej. Wszyscy mówią, że nie umiera się od złamanego serca. Na Boga, mam nadzieję, że się mylą.

I ten wiersz zawiera w sobie wszystko.
Mika26 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 84
Dołączył(a): 3 gru 2010, o 23:44

Postprzez AngelsDream » 25 lis 2011, o 21:39

Trudno powiedzieć, czy naprawdę nikt nie umarł od złamanego serca. Być może Ci, którym serce zbyt gwałtownie pękło, po prostu nie mieli czasu, by powiedzieć o efektach komukolwiek? Przeczytałam cały tekst jeszcze rano, poleciłam na blogu, ale skomentować nie potrafiłam, bo coś we mnie pękło, jakaś struna... Słowa uciekły, uciekły myśli. Przyznam, że wyparłam to opowiadanie z pamięci, niejako na siłę. Głównie z powodu strachu, że usiądę, zacznę myśleć i już siebie nie znajdę. Teraz jednak uznałam, że jestem tłumaczce winna chociaż ślad swojej obecności.

Jest tu masa "momentów" wartych zacytowania. Wiele można skomentować, do wielu spraw i wątków można się odnieść. Tylko że oznacza to grzebanie w niezbyt fajnych zakątkach własnych emocji.

Poruszający tekst, genialne tłumaczenie, żywo zarysowani bohaterowie i... może to tylko ja załkałam na koniec, a może każdemu na chwilę zabrakło Draco?
AngelsDream Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 42
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:40

Postprzez Kaczalka » 25 lis 2011, o 21:51

Nie zamierzałam komentować, ale skoro to opowiadanie autorstwa Frayach, to się jednak nie powstrzymam.
Na początek mała refleksja. Nie wiem, jak inni, ale kiedy mnie się jakiś tekst spodoba, to zaraz sprawdzam autora w poszukiwaniu innych jego dzieł, ale też żeby się przekonać, czy moja teoria, że dobrze piszą tylko stare baby, znowu się potwierdzi. (Wszystkie młode baby proszę o wybaczenie.) Tu się potwierdziła.
Oczywiście sprawdziłam to już dużo wcześniej, bo z twórczością Frayach spotkałam się dobrych kilka miesięcy temu, przyznaję jednak, że tego konkretnego opowiadania nie tknęłam w oryginale. Skoro NB zaklepała, to postanowiłam poczekać.
Nie podoba mi się. Ani teraz, ani wtedy, gdy po przeczytaniu kilku pierwszych zdań odłożyłam fika „na (dużo) później”. Teksty tego typu chyba się podobać nie mogą. Za to można je docenić. Ja doceniam bardzo, choć może nie do końca rozumiem. Żeby opisać coś mądrze, głęboko, wiarygodnie, trzeba to samemu przeżyć, podobnie jak trzeba samemu przeżyć, żeby pojąć o co chodzi. Nie przeżyłam, nie pojęłam, osobiście miałam do czynienia tylko z namiastką, ale i ona pozwala mi, żebym tu odnalazła odrobinki życiowej prawdy.
Bardzo, bardzo się cieszę, że taki tekst przetłumaczyłaś właśnie Ty.
Jak zwykle trochę sobie pobełkotałam, bez ładu i składu, ale co tam, w końcu dla mnie ważna jest moja przyjemność, prawda? ;)
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 557
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Postprzez Malakambla » 25 lis 2011, o 23:27

I że niby ma do tego napisać konstruktywny komentarz? no bez żartów. I właśnie dlatego nie czytuję angstów, bo są smutne i dołujące. Ten jest smutny i "lekko" dołujący ( no ale tak bez Draco?! <- moja pierwsza reakcja, nie cierpię jak Draco umiera). Harry, który nie chce (nie może?) pozwolić Draco odejść, który próbuje zatrzymać go jeszcze przez chwilę. I to jego przechodzenie przez okres żałoby, to uczucie, że gdy się śmiejesz, bawisz, gdy jesteś zadowolony, gdy żyjesz to zdradzasz tą ukochaną osobę, że radosne uczucia są tu nie na miejscu, bo jak świat może być szczęśliwy skoro tego kogoś już na nim nie ma? To poczucie, że świat powinien być szary, smutny i płaczący deszczem. A ten jak na złość pokazuje swoje piękno, jest przepełniony radością, ciepły, jakby robił to z premedytacją. I jak na złość idzie dalej, nie pozwala nam się zatrzymać, każe podążać do przodu. A Harry dodatkowo wykazuje skłonności masochistyczne, nie chodzi o to, że nie chce zapomnieć, bo się nie da, on po prostu każdego dnia pamięta. Z tej miłości do Draco nie może (nie chce) iść do przodu, chciałby pozostać ciągle w tym samym miejscu, ale to także jest niemożliwe. I tak będzie pamiętał, czasami przypominał sobie bardziej, więcej myślał i płakał, lecz on za bardzo cierpi, żeby dojść do tego etapu, jeszcze nie teraz. Tylko Martin trochę pociesza, próbuje Harry'emu pomóc, ale nie nachalnie. Strasznie wkurzyli mnie ci ludzie, ta obojętność. Obronić Bohatera? Owszem, ale tylko przed fizycznym atakiem, jego psychikę jeszcze pomóżmy zniszczyć -.- Zdołowałam się, idę się naszpikować kawą, to odpręża :D Tak wiem, nie umiem pisać konstruktywnych komentarzy, a aktualnie mam włączony tryb bredzenia, a ten program wyłącza się sam, ja nie mam na niego wpływu. Tekst jest dobry, bardzo dobry, ale chyba już do niego nie wrócę :) Mam uczucia zdrady kogoś poprzez życie już po same uszy, więc chyba nie będę się jeszcze bardziej dołować
Mój mózg jest osobnym bytem i niestety rzadko zgadza się na współpracę :)
Malakambla Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 6
Dołączył(a): 8 maja 2011, o 18:13

Postprzez fankayaoi » 26 lis 2011, o 01:31

Przeczytałam. Myślę angst, ale co tam, dam radę i przeczytałam. Powoli, ze zrozumieniem, cofając się, aby jeszcze lepiej zrozumieć. I wszystko byłoby w miarę dobrze, ale przeczytałam to rano. I później było tylko gorzej. cały dzień miałam w głowie rozpacz Harrego, cały dzień widziałam umierającego Draco, masakra. Wiem, ostrzegałaś, ale ... nie spodziewałam się, że tak odbiorę to opowiadanie. Mam wrażenie, że autorka prawdopodobnie sama mogła być w żałobie po utracie ukochanej osoby. Dlatego doceniam Twój wysiłek w to rewelacyjne tłumaczenie i podziwiam za odwagę. Ja mam cały czas traume.
fankayaoi Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 18
Dołączył(a): 11 sty 2011, o 21:35

Postprzez Miris » 26 lis 2011, o 18:20

Uwielbiam twoje tłumaczenia. W nich, jako jednych z nielicznych, nie muszę się nawet zastanawiać nad tym, czy jest dobrze przetłumaczone, czy są błędy, bo ich po prostu nie ma.
Tekst jest wspaniały. Wali w miękkie. Współczuję temu Harry'emu, bo co innego można zrobić? Nie umiem mu powiedzieć "otrząśnij się, zacznij żyć". Po prostu nie umiem.
Dla mnie zakończenie jest otwarte, ale czy zawiera choćby minimalną dawkę optymizmu? No nie wiem... Ale chcę wierzyć, że kiedyś będzie lepiej. Podoba mi się ta klamra z oddychaniem. Na początku musi przypominać sobie jak się oddycha, na końcu okazuje się, że to pierwszy krok do tego, żeby zacząć normalnie żyć.
Bardzo przygnębiający tekst, włącznie z Harrym pracującym w takiej beznadziejnej pracy, deszczem, tabletkami i szukaniem Draco w autobusie (przy tym chciało mi się wyć). Podsumowując, zawiera to wszystko, co wielbicielki angstu lubią najbardziej, a ja się do nich zaliczam.

Dziękuję za przedstawienie tego tekstu szerszej publiczności.

Irka
Drarrytozuoaleitakjekocham.
Miris Offline


 
Posty: 323
Dołączył(a): 1 lis 2010, o 19:08
Lokalizacja: Dom

Postprzez Sette » 28 lis 2011, o 23:51

Przykry tekst. Przykry, bo dojmujący i - jak to ładnie mówią w języku oryginału - haunting, ale i przykry, bo ciemny, brudny, szary, naturalistyczny. To co w nim przykuwa jako literackie, to konstrukcja: przemyślana, niemal matematyczna w tych paralelizmach i klamrach. I naprawdę dużo treści zmieszczone w niedługiej miniaturze. Nie jestem przekonana, czy trzeba dysponować podobnym życiowym doświadczeniem, jak opisane, by móc coś takiego wykreować, wydaje mi się, ze taką akcje sprawny autor spokojnie może wysnuć czysto konceptualnie z poradnikowych sloganów (świetnie tu zresztą wykorzystanych), ale kupuję to jako całość. Prawdopodobnie dzięki językowi i operowaniu szczegółem, na zasadzie pars pro toto.
Nie jest to mój ulubiony typ historii, o nie, ale uważam to opowiadanie za niezłą literaturę.
Mała uwaga do tłumaczki: czy naprawdę trzeba robić przypisy do Wordswortha i Shirley Temple?
Sette Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 267
Dołączył(a): 28 wrz 2011, o 22:37
Lokalizacja: Na pulchnej różowej chmurce

Postprzez Maea » 4 gru 2011, o 11:38

Szczerze? Zazwyczaj byłam cichym czytelnikiem, który preferował łatwe w odbiorze i do tego lekkie teksty. Zwyczajnie te "trudniejsze" często w pewnych momentach były spartoczone przez autora - z takim czymś nigdy nie mogłam się pogodzić i najnormalniej w świecie zaoszczędzałam sobie zawodu czytania.
Cieszę się, że zdecydowałam się przeczytać tego ficka. Zmusiło mnie to do zarejestrowania się i podzielenia się swoimi "refleksjami".
Tekst jest... Bardzo abstrakcyjne będzie użycie słowa "piękny", ale muszę. Jest piękny. Taki prawdziwy, kompletnie odsłonięty, faktycznie mocno naturalistyczny. Ale piękny.
Nie będę analizować każdej linijki tekstu - nie o to w tym chodzi. Ale duży szacunek dla tłumaczki. :)
Maea Offline


 
Posty: 3
Dołączył(a): 4 gru 2011, o 10:46

Postprzez Kuma » 4 gru 2011, o 23:13

Sama nie wiem, co mam o tym mysleć. Mocno płakałam, niemalże szlochałam. To było smutne. Ale kocham to, kocham angsty właśnie z tego powodu i nigdy nie przestanę ich czytać, nawet, jak w moim życiu będzie zbyt wiele bólu, żeby jeszcze dobijać się bólem Draco i Harry'ego. Ale i tak uwielbiam to, jak któryś z nich umiera i jak cudownie ktoś potrafi opisać ból jednego lub drugiego.
Ten tekst był jakiś inny, dziwny. W pewnym sensie pasuje mi on do Ciebie bardziej, niż cokolwiek innego, jest naturalny, prawdziwy, brudny i dosadny - nie zrozum mnie źle, nie bierz tego do siebie, ale po prostu w takich tekstach Cię widzę, to jest prawdziwe i właśnie Ty, nie kto inny, powinien coś takiego tłumaczyć. Idealnie. W każdym razie... mimo wszystko, ten brud, to dosadne słownictwo, onieśmieliły mnie wręcz, naprawdę, mam tak często, kiedy czytam coś, co powinno być piękne, a zawiera w sobie takie słowa. Nie podoba mi się to, choć wiem, że to jest prawdziwsze dzięki temu, że wielki patos i piękne słowa nie są prawdziwe i że to świadczy tylko o tym, że żyję w jakiejś pieprzonej bajce, ale nie obchodzi mnie to, bo moja bajka jest piękna, a teksty o śmierci dobijające i piękne, a nie brudne. Nie, to w sumie nie jest nic złego, tak naprawdę, ale mnie to zawsze razi i w sumie nie wiem, po co to wszystko piszę, nieważne xd. Po prostu... to mi zgrzytało. Choć wiem, że inaczej być nie mogło. Bo ten tekst jest piękny - choć to może złe słowo; jest prawdziwy i taki dobijający, własnie przez to. Cóż, w każdym razie... nigdy nie podoba mi się wprowadzenie jakiegoś nowego bohatera, ale tutaj to pasowało, pasowało oczywiście idealnie, choć Martin niezmiernie mnie irytował. Nie będę się nad tym rozwodzić, po prostu... w pewnym momencie jednak, kiedy powiedział Harry'emu ten swój ostatni wiersz - nie ten końcowy, tylko ten wcześniejszy - niemalże go pokochałam! Wciąz go nienawidziłam (z racji, że przeciez Harry należy do Draco, a nie do jakiegoś Martina, kuźwa -.-), ale to było niesamowite, bo to było takie prawdziwe, takie... odpowiednie dla artystów, którzy dostrzegają wszystko wokół, nie mówią nic, tylko spisują wszystko na papier; a później, może ktoś przeczyta to i dowie się, jakie były ich myśli. To było cudowne. W każdym razie, moment, który najbardziej mnie wzruszył, to to, jak Harry wziął po raz pierwszy - w tym tekście - pigułki... czekaaaj...
Zanim jeszcze pigułka zadziała w pełni, Harry czuje, jak materac obok niego ugina się pod ciężarem innego ciała. Wyczuwa mydło, pot i ciepło skóry. Serce bije mu szybciej i wyciąga rękę, ale ma jeszcze tyle trzeźwości, by przypomnieć sobie, że pigułki pozwalają mu widzieć, słyszeć i czuć, ale nie rozmawiać, nie dotykać.

Głównie pierwsze zdanie. Nie wiem dlaczego. Ale... Boże, znowu się popłakałam. Ogarniasz to?! A czytalam to kilka godzin temu. Jezu,Kobieto, co Ty ze mną robisz : O to jest piękny moment. Brak mi słów. Jest straszny. Ale mogę sobie tak dobrze go wyobrazić. Widzę to wszystko przed oczami. Z góry, jakby z sufitu. Harry leży na plecach, nogi zwisają mu za tapczan, stopy prawie dotykają podłogi. Leży w koszuli albo bluzie, która jest rozluźniona, rozrzucona tapczanie. Ramiona luźno leżą przy głowie. Rozpostarte. Powoli odwraca głowę w swoją lewą stronę.. i wtedy wszystko jest "pokazane" z jego perspektywy. Z perrspektywy jego wzroku. Widzi, jak Draco powoli - w zwolnionym tempie - kładzie się na tapczanie. Tak jak... no nie wiem, w tych szystkich filmach, że pada na ten tapczan, a siła sprężystości sprawia, że jeszcze odbija się nad materacem, po czym przestaje się odbijać i leży obok Harry'ego, patrząc w sufit. Nie ruszając się. I znowu perspektywa z sufitu... Harry znowu powoli odwraca od niego głowę i patrzy z powrotem na sufit. Ale on leży sam. Nie ma tam nikogo innego. To straszne.

To jest mój komentarz. Chcę pisac takie angsty w przyszłości.
Gratuluję tłumaczenia.
Znowu płaczę , jezu no ; o

Chyba Cię kocham za te tłumaczenia <3
everytime you see rainbow, god is having gay sex.
Obrazek

PS.
Obrazek
Kuma Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 417
Dołączył(a): 6 gru 2010, o 11:45
Lokalizacja: Poznań

Postprzez CrazyCry » 29 gru 2011, o 06:36

Takie krótkie. Takie poruszające. Z początku gorzkie, surowe. Później coraz bardziej wzruszające.
Nie wiem, czy można nazwać mnie dojrzałym czytelnikiem. Ale podobało mi się. Z pewnością wrócę do tego tekstu. Najlepiej za kilka lat. Chciałabym wtedy przeżyć i zrozumieć go na nowo.
To chyba jedyny fik, w którym partner jednego z chłopaków wzbudził we mnie sympatię.
Bajeczne tłumaczenie. Autorka rewelacyjnie gra na emocjach czytelnika. Jestem niemal pewna, że zmarł jej ktoś bliski. Tytuł oddaje charakter utworu bardziej niż mogłabym to sobie wyobrazić.
Co mnie tak zachwyciło?
Cóż. Ta miłość była piękna. Ale obyło się bez przesadnego melodramatyzmu. Po prostu - Draco odszedł. Harry cierpi. Ale trzeba żyć dalej. Jakoś.
Odpowiednia dawka realizmu i refleksji.
Ta śmierć... taka tragiczna. Nieme przyzwolenie świadków. Bestialskie w swej obojętności.
Ocenili człowieka, którego nie znali. Skazali człowieka, którego nie znali.
To zdziwienie Harry'ego, że może się śmiać, martwić pogodą i brakiem miejsc w autobusie.
Ja... nie wiem co o tym myśleć. To opowiadanie jest wyjątkowe.
Łzy znów spływają mi po policzkach.
Sądzę, że najbardziej zapadną mi w pamięci fragmenty o:
- przegryzaniu pęcherzy na stopach
- "Gdyby mógł, rozerwałby żebra Draco i całował jego bijące serce."
- pytanie o rżnięcie, żart o sraczce. Takie wręcz prostackie. Kontrastujące z resztą tekstu.

I poraz kolejny zadziwia mnie rozległość ogólnopojętej drarrystyki. Od krótkich, dowcipnych
drabbli, po wielorozdziałowe piękne romanse, przez miniaturowe komedie czy kilkurozdziałowe,
doprowadzające do łez, niekiedy psychodeliczne angsty.
Pozdrawiam,
Nieudolnie Komentująca CC.
Ostatnio edytowano 19 gru 2013, o 09:47 przez CrazyCry, łącznie edytowano 1 raz
Aerobic -> aerobik
Fanfic -> fanfik
Nie fanfick x.x
Fanpage "Effeminate boys"
CrazyCry Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 361
Dołączył(a): 8 lis 2011, o 09:12
Lokalizacja: Wawa

Postprzez moaner » 25 lut 2012, o 18:48

Bo ja naprawdę ,,nie lubię" angstów! Czyż nie lepiej jest przeczytać coś ładnego, przyjemnego, wesołego i lekkiego? Oczywiście, że tak. Ale raz na jakiś czas warto pomęczyć duszę i serce, i przeczytać coś z angstów. Matko, rękę dam sobie uciąć, że kiedyś zaczynałam to czytać, bo doskonale pamiętam pierwsze zdanie! I nie wiem, czy to moja wrodzona głupota i ówczesna niechęć do tego gatunku spowodowała, że nie doczytałam do końca. Ok, będę Cię wychwalała pod niebiosa, bo tekst był trudny i ja mogę sobie tylko wyobrazić jak Ci się to musiało tłumaczyć. Bo ja tu sobie siedzę i czytam, i bardzo przeżywam, a przecież z samym tłumaczeniem musiało być wiele roboty. Przed oczami cały czas mam Harry'ego, który w autobusie widzi ,,Draco". I te kolejne sceny z Draconem.. NewBroomstick, dziękuję za podesłanie mi tego tekstu. Biję się w pierś, że wtedy, dawno temu, nie doczytałam tego do końca. Gratuluję pięknego tłumaczenia. I chociaż ciężko mi jest sobie wyobrazić śmierć któregoś z nich.. To przypuszczam, że tak pewnie zachowywałby się Harry po utracie Malfoya. Jest sobotni wieczór, a ja dobrowolnie rozszarpuję swoją duszę na kawałki, czytając angsty. Hell yeah.
Ps. Weny życzę!!!! :)
moaner Offline


 
Posty: 27
Dołączył(a): 3 lut 2012, o 15:26

Postprzez Alucha » 26 lut 2012, o 23:27

Dobry tekst, naprawdę świetny. Chociaż moja dusza rozrywana jest na kawałki każdym kolejnym słowem. Tak prawdziwie opisane emocje, sytuacje, ludzie. Harry pogrążony w otchłani depresji, żyjąc w świecie na pół realnym, niestety bądź stety w tej połowie ciągle jest świadomy, że Dracona już nie ma.
Po prostu brak mi słów, ten tekst wywiera na mnie za każdym razem tak samo mocne wrażenie, tak samo za każdym razem zostaje w moim umyśle i duszy. I ciągle do niego powracam czasami trzymając się go jak ostatniej deski ratunku, chociaż działa on lekko masochistycznie na mnie. Nic na to nie poradzę.
Naprawdę dobry tekst.
,,Wszyscy mówią, że nie umiera się od złamanego serca.
Na Boga, mam nadzieję, że się mylą"
Alucha Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 4
Dołączył(a): 23 sty 2012, o 22:10

Postprzez xBellax » 23 mar 2012, o 22:07

Zamarłam. Zbierałam się do przeczytania tego tekstu ze dwa miesiące. Raz nie miałam ochoty ,raz czasu. Aż nastąpił dzień dzisiejszy i zebrałam się w sobie. Po przeczytaniu musiałam jakiś czas ochłonąć. Ten tekst sprawia ,że czuję się jakbym to ja była na miejscu Harry'ego ,jakbym to ja straciła kogoś ważnego ,straciła Draco. Od dziś wieczór słowo "oddychaj" będzie automatycznie kojarzyło mi się z tym tekstem. Przez dłuższą chwilę czułam się tak zagubiona i zdezorientowana... Z resztą nadal tak się czuję co można stwierdzić po tej chaotycznej wypowiedzi. Brak mi słów. Pozostaje mi tylko podziękować za przetłumaczenie tego tekstu
xBellax Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 18
Dołączył(a): 5 gru 2011, o 21:10

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 9 gości