[Z] Anatomia dusz

femmequixotic

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Akame » 10 lut 2012, o 23:33

O, dzięki Donnie za wyjaśnienie. Przyznam, że mnie to intrygowało, a trudno szukać jednego tytułu w siedmiu tomach, więc tylko przeglądnęłam pobieżnie i nie trafiłam, jak widać. Próbowałam też wrzucić tytuł w google, ale oczywiście wyrzuciło mi tylko Światło :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez MargotX » 12 lut 2012, o 18:39

Bardzo ciekawie wypadają relacje Draco z Jamesem. Młody Potter jest raczej zamkniętym w sobie, dość nieśmiałym dzieckiem, do tego pewnie czuje się samotnie, jedynie w towarzystwie ojca i skrzatów, w ogromnej rezydencji, oderwany od środowiska, w którym dotychczas żył. Draco też jest samotny i zamknięty w sobie, choć oczywiście z zupełnie innych powodów. O dziwo, nie odrzuca bezapelacyjnie dziecka, nie każe mu odejść i zająć się swoimi sprawami. Poświęca mu uwagę i okazuje się, że nienajgorzej się przy tym bawi.

Hi hi, reakcja Blaise’a i Millie, jak było do przewidzenia. :D Ta dwójka jest tu koncertowo poprowadzona, a ich komentarz dotyczący gracza krykieta – bezcenny. ;)

Czuję iskrę czegoś, co jak myślałem, udało mi się ukryć już dawno temu.

Bardzo subtelna scena przed domem pokazuje, że Harry ma naprawdę dobroczynny wpływ i chyba nie jedynie na mury :)
Też stwierdzam, że zakończenie w takim momencie jest niedopuszczalne!
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Lasair » 18 lut 2012, o 15:05

Na życzenie dziewczyn, Bon Appétit. :) (I proszę mnie nie zjeść za długość.)
Uściski dla bet!



CZĘŚĆ DZIEWIĄTA

Oczywiście, że nie śpi.
Kiedy pukam do jego pokoju, słyszę stłumione dźwięki dochodzące z pudła.
Potter otwiera z zaciśniętymi ustami, ale na mój widok wyraz jego twarzy łagodnieje.
— Myślałem, że to skrzat — mówi.
— Jestem trochę bardziej ludzki — odpowiadam. — Odrobinę. — Waham się. To niedorzeczne, że czuję się zdenerwowany. Przecież to mój dom, na miłość boską. A raczej prawie mój. — Dlaczego się złościsz? Zrobiły coś? — Zniżam głos, przechodząc przez próg po tym, jak Potter otwiera drzwi szerzej.
— Nie, nic nie zrobiły — zaprzecza. — Leci mecz testowy. I nic się nie stało. Ginny wzięła Jamesa na weekend.
— Och. — Tym razem nie zawracałem sobie głowy płaszczem, nie wydawało mi się to konieczne, skoro dostałem się do rezydencji przez sieć Fiuu. Zamiast tego założyłem gruby, kremowy arański sweter, który nieźle na mnie leży. Nieszczególnie chcę rozmyślać nad tym, czemu go wybrałem.
Potter zamyka za mną drzwi.
— Chcesz czegoś do picia? — W jego oddechu wyczuwam słaby zapach piwa.
Rozglądam się wokół. Obok kanapy na podłodze leżą już dwie puste butelki, a koło nich paczka mugolskich chipsów. Krewetkowych. Marszczę nos. Co za obrzydlistwo. W pudle znowu widzę mężczyznę w bieli. Wygląda posępnie.
— Przeszkadzam?
— Nie, nawet lepiej, że jesteś. — Przetrząsa kredens i wyciąga kolejne dwie butelki. Otwiera je i wręcza mi jedną. Tym razem to cydr. Unoszę wzrok na Pottera, a on wzrusza ramionami. — Powiedziałeś, że go wolisz.
— To prawda. — Obracam butelkę w dłoniach, zaskoczony, że pamiętał. — Nie mogłem zasnąć.
— Koszmary?
Przypominają mi się jego oczy, pociemniałe i wyraźne na tle śniegu.
— Niezupełnie. — Upijam łyk cydru. — Po prostu pomyślałem, że może nie śpisz. Ale jeśli jesteś zajęty...
— Malfoy. — Potter rozpiera się na kanapie, rozsuwając szeroko kolana, i spogląda na mnie. — Siadaj. — Dzisiaj ma na sobie inną piżamę, czarne spodnie z drobnymi szarymi paskami oraz gładki i rozciągnięty czerwony podkoszulek. Wygląda... Zatrzymuję tę myśl, zanim zdążę ją dokończyć, czując ciepło napływające mi na policzki. Siadam sztywno, tak daleko od niego, jak tylko mogę. Cioteczny pradziadek Alfie znowu chrapie na swoim obrazie. Ręce złożył na brzuchu okrytym tkaną w gruby wzór kamizelką.
— Czy on robi cokolwiek innego poza spaniem? — pytam, a Potter zerka na portret.
— Nie za często.
Obserwuję Alfiego.
— Nigdy go nie znałem. Rzadko ktoś o nim wspominał, a kiedy przyszedłem tu kilka razy, skrzaty natychmiast mnie wyganiały.
— To przyzwoity typ — stwierdza Potter. — Nie taki, jakiego spodziewałem się po Malfoyu.
Posyłam mu chłodne spojrzenie.
— Doprawdy.
Potter wzrusza ramionami i podnosi butelkę do ust.
— Ale ty, jak się okazuje, też taki nie jesteś.
— To oczywiste. — W moim głosie słychać gorzki ton. — Jestem porażką rodziny.
— Nie nazwałbym cię tak.
— Ale mój ojciec by mnie tak nazwał.
Potter pochyla się w moją stronę.
— Lucjusz Malfoy nie był godny nawet tego, by wyczyścić ci buty — mówi pewnym tonem, a jego bystre oczy łapią moje spojrzenie. — Ty przetrwałeś. On wybrał inną drogę. Automatycznie wygrywasz. — Nie mogę oderwać od niego wzroku. — To ty sprawiłeś, że jesteś, kim jesteś. — Głos Pottera przybiera na sile i słychać w nim upartą determinację, którą dostrzegłem dotychczas jedynie u Gryfonów. Nagle zdaję sobie sprawę, że wypił więcej, niż mi się zdawało. — Nie Czarny Pan. Ani Yaxley. Ani twój ojciec. Teraz jesteś naukowcem i to w Oksfordzie…
Prycham.
— Studiuję historię czarnej magii, Potter. Mnóstwo ludzi patrzy na to krzywym okiem, uwierz.
— Bzdura. — Znowu unosi butelkę. Ma starannie obcięte paznokcie, a jego palce są długie i szerokie na tle gładkiego, brązowego szkła. Chcę mieć je w sobie, myślę i jestem przerażony. Szybko odwracam wzrok. — Czytałem kilka twoich artykułów, które pokazała mi Hermiona. Studiujesz historię obrony przed czarną magią. To różnica.
— Niewielka. — Muszę przyznać, że jestem zaskoczony. — Nie sądziłem, że przeczytasz moje prace i to nie zasypiając z nudów. — Upijam łyk cydru. — Kto by pomyślał, że w ogóle umiesz czytać?
— Może nie jestem takim kujonem jak wy — mówi z urażoną godnością — ale posiadam nieco więcej rozumu, niż myślisz. Poza tym, sprawnie posługujesz się piórem. Czasami piszesz bardzo błyskotliwie, ku mojemu zaskoczeniu. A myślałem, że będziesz raczej oschły i nudny jak Binns. — Krzywi się. — Albo Hermiona, ale jeśli wypaplasz jej, że tak powiedziałem, zwyzywam cię od kłamliwych gnojków. — Nie mogę przestać się śmiać. Potter wygląda na zadowolonego. — I nawet podobało mi się to, co napisałeś o Chestertonie i Crowleyu.
— Ach. — Pocieram kciukiem szyjkę butelki. — Więc widziałeś moją pracę na temat angielskich magicznych pojedynków. Jest bardzo wczesna — przestrzegam.
— Zawsze byłeś dobry — mówi Potter z uśmiechem. — I mniej powstrzymywałeś w niej swój cięty język. — Patrzy na mnie z autentyczną szczerością. — Powinieneś spisać historię rezydencji Malfoyów. Niektóre portrety mają do opowiedzenia ciekawe historie.
— Nie mógłbym. — Odwracam wzrok. — To zbyt osobiste...
— I dlatego byłbyś do tego idealny — przerywa mi. — To twoja rodzina. Twoja historia. Nikt nie opowiedziałby jej lepiej.
Przyglądam się nalepce na butelce. Cydr został wyprodukowany w Somerset. Oczywiście przez mugoli. Muszę zapoznać Pottera z prawdziwym czarodziejskim cydrem. Jest o niebo lepszy.
— Nie tykam spraw wojny — mówię w końcu.
— Dlaczego?
Posyłam mu niedowierzające spojrzenie.
— Naprawdę musisz o to pytać? Nie widziałem, żebyś ty zabierał się do spisania wspomnień, o Zbawco Czarodziejskiego Świata. I nie mów, że Książki Obscurusa albo Wydawnictwo Świst nie ślini się na samą myśl o tym, żeby położyć swoje brudne łapska na prawie do wydania twojej autobiografii.
Potter wzrusza ramionami.
— Marny ze mnie pisarz. Powinieneś przeczytać moje raporty z pracy.
— Oczywiście, że marny. — Krzywię się. — Nie słyszałeś nigdy o autorach, którzy spisują biografie za innych? Granger byłaby uradowana, gdyby mogła to zrobić. — Zamyślam się na chwilę. — Albo Rita Skeeter.
— Ale z ciebie drań — mówi i wywraca oczami, przytykając butelkę do ust.
Przez moment siedzimy w milczeniu, wpatrując się w pudło, aż Potter z jękiem pochyla się do przodu i wyłącza je machnięciem różdżki. Jedyne światło rozjaśniające pomieszczenie pochodzi od ognia w kominku i małej ściennej lampki za jego plecami.
— Możesz oglądać, jeśli chcesz — odzywam się. W niewyjaśniony sposób jest to dla mnie uspokajające. Nienawidzę się za to, ale lubię przesiadywać tu z Potterem, oglądając jakąś niedorzeczną mugolską grę.
— Szkoda nerwów. Johnson właśnie usunął z gry Swanny’ego. Finny będzie następny, ale on jest lepszym rzucającym niż odbijającym. Przegramy za piętnaście minut. — Wygląda na przybitego. — Najwyżej.
— Mugole mają takie dziwne nazwiska — mamroczę, biorąc łyk cydru. — Więc Anglii nienajlepiej teraz idzie?
Potter śmieje się ze smutkiem.
— Jakiej drużynie quidditcha kibicujesz?
— Zjednoczonym z Puddlemere. — To była ulubiona drużyna mojego ojca, a przedtem dziadka.
— Cóż — mówi Potter — wyobraź sobie, że Zjednoczeni grają z Armatami... — Unosi dłoń, kiedy układam usta w grymas. — Nie, serio. Wyobraź sobie, że grają dość dobrze przez pierwszą część meczu, a potem zostają zmiażdżeni przez Armaty w takim stopniu, że nawet złapanie znicza by ich nie uratowało.
— Och. — Krzywię się.
Potter wzdycha.
— Taak. Anglia kiepsko dziś grała. W ogóle nie jest w formie. Pieprzyć Johnsona i Harrisa. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy w tej rundzie było za dużo fauli czy za mało.
Patrzę na niego z zaciekawieniem.
— Co to jest faul?
— Coś, co ja i ty robiliśmy podczas meczów quidditcha. — Ściąga usta.
— Och. — Rozmyślam przez chwilę. — Dawaliśmy sobie nieźle popalić?
— Tak, przynajmniej słownie. — Potter posyła mi pełne cierpliwości spojrzenie. — I na miłość boską, wiesz równie dobrze jak ja, że nigdy nie byłbyś w stanie mnie pokonać, ty cherlawy dupku.
Cherlawy? — Patrzę na niego gniewnie. — Jestem dobre kilka centymetrów wyższy od ciebie. I o ile sobie przypominam, to nie ja spadłem z miotły, bo bałem się jednego czy dwóch dementorów.
— Pieprzę cię. — Pokazuje mi środkowy palec.
— Chciałbyś. — Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałem. Na widok uśmieszku Pottera i jego uniesionej brwi moja twarz niemal staje w płomieniach. — Nie miałem na myśli... och, odwal się. — Dokańczam cydr i odstawiam butelkę.
Potter znowu się uśmiecha.
— Anglia musi tylko wyciągnąć rundę, żeby wygrać. W ogólnej klasyfikacji jest jeden do jednego, a teraz Brisbane prowadzi, ale wciąż zostają mecze w Melbourne i Sydney.
— Więc jest nadzieja.
— Zawsze jest nadzieja, Malfoy — mówi Potter, a jego oczy łapią moje spojrzenie.
Ledwie powstrzymuję dreszcz.
— To nie jest coś, z czym mam dużo doświadczenia — szepczę. Nie odwracam wzroku.
— Nauczysz się.
— Wątpię.
Kanapa wydaje skrzypiący dźwięk, kiedy Potter przysuwa się bliżej.
— Hej — mówi, gdy jego palce splatają się z moimi.
Dochodzę do wniosku, że świat staje się dziwacznym miejscem, skoro pozwalam Harry’emu Potterowi trzymać się za rękę.
— Chciałem cię pocałować — przyznaję, nie patrząc na niego. Czuję ciężar jego ciepłej dłoni. — W czwartek.
— W przeciwieństwie do pozostałych dni. — Ponownie na niego spoglądam. Uśmiecha się. — Mogłeś to zrobić.
Potrząsam głową.
— Nie wiedziałem, co się stanie potem. — Zabieram dłoń i w niepewności krzyżuję ramiona. — Nie znam się na tego typu sprawach — przyznaję.
W okularach Pottera tańczą płomienie z kominka. Jestem wdzięczny za otaczający nas półmrok. Dobrze ukrywa moje zakłopotanie.
— Całowałeś już kogoś — mówi. — Poza Yaxleyem.
Przytakuję.
— Pansy. Theo. Blaise’a po butelce wódki. Ale to, mogę cię zapewnić, było bardziej niż niepokojące.
— Więc dlaczego nie mnie? — pyta cicho.
Mija długi moment, zanim wykrztuszam z siebie odpowiedź. Zerkam na niego, ramiona mam spięte.
— Bo śmiertelnie mnie przerażasz, Potter.
Przygląda mi się z uwagą. Ogień trzaska i skacze w kominku, rzucając wijące się cienie na nas i ścianę. Nie odsuwam się, kiedy Potter wyciąga rękę. Jego palce dotykają mojej szczęki lekko niczym piórko. Przesuwa nimi po mojej twarzy, gładzi kość policzkową, zahacza o skroń, a potem zsuwa je w dół na szyję i zatrzymuje na słabo trzepoczącym pulsie.
— Jesteś piękny — mówi. — Bez względu na to, co sądzisz.
Nie mogę mówić.
Znowu ujmuje moją dłoń, oplata palce wokół nadgarstka i podnosi ją, po czym przyciska do swojej twarzy. Czuję kłujący zarost, kiedy przesuwa nią po brodzie. Ledwie oddycham.
Prowadzi moje palce i całuje je lekko, gdy zatrzymują się przy ustach. Muskam jego szyję i oddech od razu mi zamiera, kiedy pod ciepłą skórą wyczuwam tętno.
— To nie tak, że nie pozwalasz się dotknąć ludziom — szepcze. — Ty także ich nie dotykasz.
— Nie. — Mój głos się załamuje. Jednym z palców przesuwam po jego wystającym obojczyku.
Potter obserwuje mnie, jego zielone oczy są ciemniejsze niż zazwyczaj.
— Szkoda.
Nie wiem, co odpowiedzieć, ale kiedy się odsuwa, ogarnia mnie raptowna pustka. Powstrzymuję się, by po niego nie sięgnąć.
Nagle łapie za krawędź swojej koszulki i unosi ramiona do góry, odkrywając tym samym złotą skórę, na widok której całkowicie tracę oddech.
— Ja...
Zdejmuje koszulkę przez głowę i odrzuca na bok. Włosy sterczą mu do góry, a okulary są przekrzywione. Poprawiam je z zaschniętym gardłem.
— Możesz mnie dotknąć — mówi zachrypniętym głosem.
Potrząsam głową, odwracając wzrok.
— Nie potrzebuję twojej wielkoduszności, Potter.
— Draco — odzywa się i od razu unoszę głowę. Obserwuje mnie, ale w jego oczach nie dopatruję się litości. Ani nakazu. — Jeśli tego chcesz, proszę.
Chcę. Och, tak bardzo chcę.
Potter wstaje i wyciąga rękę w moją stronę. Przyjmuję ją z wahaniem, a on podnosi mnie z kanapy.
— Dotknij mnie — mruczy.
Kiedy kładę dłoń na jego piersi, oddech zamiera mi w gardle. Czuję równomierne uderzenia serca. Jego skóra jest ciepła i miękka, a mięśnie drgają lekko, gdy gładzę ich powierzchnię.
Dotykam różowobrązowego sutka, zachwycając się jego twardością. Drażnię go paznokciem i staje się idealnie wypukły. Potter wciąga gwałtownie powietrze. Odsuwam się.
— Nie musisz — mówi. Przełyka ślinę i oblizuje dolną wargę. — Chyba że wolisz…
— Nie — odpowiadam i dotykam drugiego sutka, kręcąc nim między palcami. Potter zdusza w sobie kolejny gwałtowny wdech. Wiem, że się czerwienię. Nie obchodzi mnie to. Nie dotykałem mężczyzny w ten sposób od osiemnastego roku życia. Znam mechanizm pożądania, ale jedną rzeczą jest odkrywać je na sobie, a zupełnie inną obserwować na innym ciele.
W pokoju panuje lekki chłód, zauważam gęsią skórkę na ramionach Pottera.
— Zimno ci.
— Trochę.
Mówimy do siebie urywanym szeptem.
Gładzę dłonią powierzchnię klatki. Włoski na niej są ciemne, rzadkie i szorskie, a mięśnie mocne. Jego ciało jest smukłe, giętkie i złociste od australijskiego słońca. Na piersi ma owalną, ledwie widoczną bliznę. Spoglądając mu w oczy, dotykam jej lekko, obrysowując granice.
— Z wojny — wyjaśnia ochryple. — Artefakt spalił mi skórę, zanim Hermiona zdążyła go zdjąć…
— Masz na myśli horkruksa. — Widziałem opisy podobnego działania w średniowiecznych tekstach.
Potter wygląda na nieco zaskoczonego.
— Tak.
— Jestem historykiem, Potter — mówię, prychając. — Nie musisz ukrywać przede mną ich istnienia. Jaką miał formę?
— Naszyjnika. — Obserwuje mnie. — Hermiona musiała użyć zaklęcia zrywającego.
Wzdrygam się.
— Bolesne.
— Nieznośnie.
— Przykro mi. — Dotykam środka blizny. Jest gładka.
— Oboje zostaliśmy przez niego naznaczeni — mówi, patrząc na mnie. — W inny sposób.
Kiwam głową z zaciśniętym gardłem. Waham się przez kilka chwil, niepewny, co zrobić. Potter stoi cierpliwie i nieustannie mi się przygląda. Czeka. W końcu decyduję się obejść go i zatrzymać za plecami. Kciukiem wyznaczam linię kręgosłupa, przesuwam nim po silnych mięśniach aż do płaskiej powierzchni nad krawędzią spodni od piżamy. Zauważam kolejną bliznę, długą i grubą. Znika pod miękką flanelą. Dotykam jej delikatnie.
— Kolejny horkruks?
Napina ramiona, a ja śledzę wzrokiem ruch jego mięśni pod skórą.
— Nie, mała sprzeczka z Opalookiem Antypodzkim kilka lat temu.
— Znowu zgrywałeś bohatera? — mamroczę, kiedy jeden z moich palców wsuwa się pod gumkę. Czuję, jak przez Pottera przebiega dreszcz.
— Raczej strugałem głupka — odpowiada. — Ale chyba tak.
Wślizguję się pod materiał spodni i palcami muskam wystające kości biodrowe. Drży, a ja mam świadomość swej władzy, możliwości sprawienia, by czuł się w ten sposób. Minęło dużo czasu, odkąd sprawowałem nad czymś — nad kimś — kontrolę, pomijając samego siebie. Pochylam się ostrożnie, by nie dotknąć jego pleców swoim torsem, i wydycham powietrze na jego kark, tuż pod ciemnymi pasmami włosów. Potter aż się zachłystuje.
Trwam bez ruchu kilka chwil, pieszcząc oddechem jego skórę. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.
Nie wykonuje najmniejszego ruchu. Ledwie oddycha.
Żałuję, że nie mogę zabrać sobie tej chwili i zamknąć jej w fiolce. Pożądanie jest tak czyste.
Drżąc, niespiesznie wyjmuję dłonie spod spodni. Dotykam karku, czując ciepło skóry Pottera i miękkość jego włosów. Palcami przesuwam po ramionach i znowu obchodzę go, by stanąć z nim twarzą w twarz, mając równocześnie świadomość, że mnie obserwuje. Jego miękkie usta są otwarte, twarz zarumieniona. Niemal dopatruję się trzepoczącego pulsu w zagłębieniu szyi.
Odnajduję sznurek od spodni. Ledwie na niego zerkam.
— Pozwolisz? — szepczę, a on kiwa głową.
Węzeł jest ciasny, ale udaje mi się go rozplątać i piżama ześlizguje mu się z bioder, zatrzymując na nabrzmiałym penisie. Jedno szarpnięcie Pottera i materiał opada na podłogę, odkrywając po drodze długie nogi. Wychodzi ze spodni i kopie je na bok.
Wzbiera we mnie panika. Od dwunastu lat nie wiedziałem erekcji innego mężczyzny. Robię mimowolny krok w tył, serce zaciska mi się i bije mocno.
— Nie mogę... — wykrztuszam, ale opuszki palców Pottera muskają mój policzek, ślizgają się po skórze.
— Tylko to, czego chcesz — szepcze. — Nic poza tym.
Nasze spojrzenia spotykają się. Kiwam głową. Wciąż wprawia mnie w zakłopotanie sposób, w jaki potrafi mnie uspokoić.
Dotykam jego biodra. Na nagim ciele toczy się gra światła i cienia. Potter stoi w milczeniu i obserwuje mnie, podczas gdy jego erekcja twardnieje, unosząc się przy napiętym brzuchu.
Klękam i palcami tropię mięśnie na udzie. Przełykam ślinę, oddech zamiera mi w piersi. Wdycham piżmowy, uderzający do głowy zapach jego pożądania. Część mnie chce uciec, umknąć temu, co tworzy się między nami. Ale zostaję. Z ręką spoczywającą na łydce odwracam głowę i patrzę na grubego penisa i nabrzmiałe jądra.
Drżą mi dłonie. Sunę palcem wzdłuż zgięcia uda. Zatrzymuję się, zanim dosięgam krawędzi jąder. Potter nabiera powietrza i zaciska mięśnie brzucha.
Pragnie mnie. Ta myśl jest oślepiająca. Niepokojąca. Moje ciało na to odpowiada, czuję wybrzuszenie w spodniach.
Żaden z nas się nie porusza. Główka penisa Pottera jest czerwona i wilgotna, lśni w świetle płomieni.
Tak łatwo byłoby go dotknąć.
A jednak nie mogę.
Wstaję, nogi ledwie utrzymują mnie w pozycji pionowej. Nie patrzę na niego. Boję się.
— Matka — mówię zachrypłym głosem. — Matka oczekuje mnie z rana.
Nabiera oddechu i kiwa głową.
— W porządku — odpowiada. Tylko to. Żadnego obwiniania. Żadnych błagań. Żadnych osądów.
Uciekam.

KONIEC CZĘŚCI DZIEWIĄTEJ
Ostatnio edytowano 21 lut 2012, o 15:56 przez Lasair, łącznie edytowano 1 raz
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez Miss Black » 18 lut 2012, o 16:06

No i Draco bał się marzyć odrobinę odważniej. Ale to nic :D
Nadrobię oba komentarze, gdy skończę tę przeklętą fetę. Obiecuję.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez MargotX » 18 lut 2012, o 16:27

To jest jedna z najbardziej erotycznych scen bez seksu, jakie zdarzyło mi się czytać. Napięcie aż pulsuje, końcówki nerwów wręcz bolą od nadmiaru emocji. Trzeba mieć niezwykły talent, wpierw aby opisać, następnie by tak niesamowicie przetłumaczyć coś tak ulotnego, opartego niemal wyłącznie na odczuwaniu, na subtelnym dotyku i na wrażeniach wzrokowych.

Tym razem Draco należą się "podziękowania" za ucieczkę w takim momencie :pala: aczkolwiek nie mogłabym powiedzieć, że go nie rozumiem. Biorąc pod uwagę wszystko co przeżył, jak żyje teraz, to jest naprawdę ogromny postęp, to jest wręcz coś, co jeszcze kilka tygodni wcześniej byłoby raczej niemożliwe. Ha, jak cudnie, że to Harry swoim spokojem i pozytywną energią oswoił dzikie przerażone zwierzę. Porównanie może niezbyt szczęśliwe, ale Draco momentami przypomina taką wyobcowaną istotę, przynajmniej emocjonalnie. I znów, nie jest to dziwne, w żadnym razie.

Powtarzam się do znudzenia, ale uwielbiam ten tekst. Każde słowo, każde zdanie. Zarówno wzmiankę o drzemiących portretach, jak rozmowy z przyjaciółmi czy te bardzo osobiste sceny z Harrym. Wszystko ma sens i tworzy świetną całość. Ale fakt, dawkowanie nam tak krótkich części, to działanie ze szczególnym okrucieństwem :whistle:

Dziękuję, pozdrawiam i czekam, jak zawsze, na ciąg dalszy :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Japor » 18 lut 2012, o 16:37

Och! jesteś sadystką :devil: , przerwać w takim momencie. To po prostu nie dopuszczalne!!!!!!!
Opowiadanie śledzę od pierwszego rozdziału i zawsze z wielką niecierpliwością wyglądam kolejnej aktualizacji. Podoba mi się, że relację Harrego i Draco to nie wybuch nagłej, gwałtowniej namiętności, ale spokojne poznawanie siebie na wzajem, a co za tym idzie zrozumienie i akceptacja drugiego człowieka. Potter i Malfoy to dorośli ludzie, którzy mają za sobą takie a nie inne doświadczenia życiowe, to już nie nastolatkowie którzy działają pod wpływem chwieli i emocji. Teraz ich działania, są bardziej przemyślane i można mieć nadzieję, że podjęta przez nich decyzja (a mam nadzieję, że taką decyzją będzie chęć pozostania razem) będzie czymś trwałym.

Czekam jak zwykle niecierpliwie na kolejny rozdziała i POZDRAWIAM!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez Evey » 19 lut 2012, o 09:47

Bardzo piękny rozdział. Krótki, ale konkretny. Gdybyś o tym nie napisała, na pewno bym tego nie odczuła. Uwielbiam te emocje, są tak delikatne a zarazem wyraźne i ujmujące.
Potter jest na prawdę wspaniałą postacią, tutaj, ucząc Dracona dotykać. A Malfoy, który się temu poddaje... chyba właśnie taki Harry był mu potrzebny, by się otworzyć. I końcówka wcale nie zostawia niedosytu, co jest wręcz zadziwiające. Fik ma klimat, lepiej, że skończyło się tylko na tym.
Podoba mi się styl autorki, a zarazem Twoje tłumaczenie. Nie jest on przezroczysty, ale to właśnie lepiej.
Pozdrawiam :)
Nasza miłość na pewno wciąż trwała, ale po prostu była bezużyteczna, [...] bezwładna w nas, jałowa jak zbrodnia lub potępienie. Była tylko cierpliwością bez przyszłości i upartym czekaniem.
A. Camus, Dżuma
Evey Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 327
Dołączył(a): 2 lip 2011, o 11:39
Lokalizacja: Kraków

Postprzez myluss84 » 20 lut 2012, o 10:28

OMG!!
Ostatnie dwa rozdziały są zwyczajnie zniewalające.
Najbardziej zaskakuje mnie Harry i jego delikatne podejście do całej sprawy związanej z Draconem. Spokojne i bardzo czytelne zachowanie, uspokajające i dające bezpieczne schronienie. Wybraniec jest naprawdę wspaniałym ojcem, daje synowi wszystko czego nigdy nie miał, oraz więcej by nie zabrakło mu niczego przy tej ciężkiej sytuacji w jakiej znaleźli się z Ginn.
Dracon w tym ficu jest dla mnie nie byle personą, podziwiam go za siłę i odwagę. Każdego dnia zmaga się z koszmarami i demonami przeszłości i nie wiadomo jaka przyszłością. Niebywale inteligentny, godny swego nazwiska, błyskotliwy oraz równie delikatny co Harry. Jego zabawa z Synem Złotej Zakały Czarodziejskiego Świata ukazał jego inną skrywaną "delikatniejszą" stronę.
Ten prawie pocałunek przyprawił mnie o zawał.
Dziewiąty rozdział od początku do końca przesiąknięty jest czystym erotyzmem, pożądanie w każdym geście słowie i oddechu. Nieskazitelne i silne.
Uciekł, ale krok jaki wspólnie uczynili był większy niż jakikolwiek przedtem.
Kocham to opowiadanie, jest takie właściwe, kreacja bohaterów jest taka jaką lubię najbardziej, nutka pożądania, tajemnice, arogancja i wyniosłość, profesjonalizm, tolerancja, zrozumienie, zainteresowanie...
Tekst wymaga pelnego skupienia podczas lektury, najlepiej przeczytać go kilka razy wtedy jest pełny obraz wszystkich wydarzeń. Przeważnie teksty pisane ze strony Draco są takie bardzo idealne jak jego gładkie arystokratyczne cztery litery. Natomiast tutaj wszystkie słowa, które wypływają z ust Blondyna są jak sekcja zwłok, rozbieraja go. Nieświadomy niczego nie zauważy, wprawny obserwator dostrzeże te ukryte emocje.
Tytuł jest jak najbardziej trafny, na początku zastanawiałam sie do czego go przypiąć, teraz jestem w pełni świadoma jego znaczenia(w oparciu o tekst).

Dziękuje za tłumaczenie i za tak prędkie wstawianie kolejnego rozdziału, chciałby się już zobaczyć i utrwalić kolejny rozdział ale niestety trzeba się uzbroić w cierpliwość. Dziękuje Autorce za wspaniały pomysł, Tłumaczce za dar tak pięknego przekazywania treści i Betom za pomoc przy doszlifowywaniu.

Pozdrawiam

Luss


P.S. Jeju było by bardzo niesmaczne gdybym poprosiła o niezbyt rozciągniętą w czasie kolejna publikację? Weny i czasu...
"Był ze mną podczas nieprzespanych nocy, w czasie okresów gniewu i rozpaczy. W trakcie jednego z napadów szału rzuciłem porcelanowym dzbankiem do herbaty ciotecznej babki, który o włos ominął jego głowę. Nie zostawił mnie, mimo moich nieustannych wysiłków, by go do tego zmusić. Poza tym, jest prawdziwym specjalistą w naprawianiu rozbitej porcelany.
Milie mówi, że to właśnie miłość. Myślę, że chyba ma rację".


Anatomia dusz
myluss84 Offline


 
Posty: 15
Dołączył(a): 12 sie 2011, o 21:10

Postprzez euphoria » 20 lut 2012, o 16:33

Przypełzłam i wiem, że powinnam się czołgać u twoich stóp, ale kręgosłup nie ten. Zresztą jestem zbyt rozedrgana, by zejść z kanapy.
Nie umiem się jakoś pozbierać i chyba to samo w sobie jest komplementem. Mogę pochwalić się tym, że zdarza mi się to raz w tygodniu, więc wybieram coraz lepsze teksty do czytania.
Jestem pełna emocji, których nie pojmuję do końca i nie potrafię określić. To trochę tak jakbyś mnie wyrwała z mojego miejsca i zamieściła w jednym z portetów, bym mogła obserwować wszystko z boku. Czuję się świadkiem. Czasami mam wrażenie, że gdybym wyciągnęła rękę mogłabym pchnąć jednego i drugiego, by zbliżyli się do siebie, ale jakoś podświadomie wiem, że to byłoby za wcześniej.
Pod względem oswajania ten tekst przypomina mi Czarne Zwierciadło. Jednak jest o wiele subtelniejszy. O wiele bardziej magiczny.
Tutaj faktycznie jesteśmy na zajęciach z Anatomii dusz, bo chyba nawet nasze własne rozkładane są na części pierwsze, gdy pozwalamy emocjom kształtować nasze tu i teraz. Wyobrażam sobie profesorów z grubymi szkłami okularów i mikroskopem jak wskazują drewnianym patykiem na obraz z rzutnika i mówią a tak wygląda cierpienie, jakby można było zdefiniować to za pomocą odpowiedniej substancji, z którą reaguje. Aż chcę krzyknąć jak romantycy, że nie mędrca szkiełko i oko będzie wyznaczać granice zrozumienia. Gdyby tak było Harry nie zbliżyłby się do Draco. Draco nigdy nie zaufałby Harry'emu. To sprawiła ta magia, o której nie jest powiedziane wprost. Która wypełnia przestrzeń pomiędzy nimi, pcha ich ku sobie, choć jest niewidoczna. Obaj są jak magnesy, które początkowo jednobiegunowe - odpychały się, a teraz, gdy wojna sprawiła, że ładunki odrobinę się przemieściły... Coś ciągnie ich ku sobie. Draco jednak zdaje się nie w pełni początkowo zauważać te zmiany. Tym bardziej cieszy, że w końcu poddaje się.

Jest coś, co naprawdę sprawia, że drżą mi ręce. To niedopowiedzenie i w tym niedopowiedzeniu - zrozumienie. Coś czego w realnym świecie jest jak na lekarstwo.

***

Potter bardzo podoba mi się w tym opowiadaniu. Lubię go jako dorosłego i opanowanego, a jednak wciąż dającego się od czasu do czasu ponieść emocjom - jak prawdziwy człowiek z krwi i kości. Drobne potknięcia nadają mu realizmu, którego często brak w opowiadaniach. Zresztą szczegóły, którymi raczy nas autorka sprawiają, że czasem zastanawiam się czy ta historia nie wydarzyła się tuż za ścianą.

Draco jest niesamowity. Nareszcie ktoś pokazał ile potrafi kryć milczenie, ściana z sarkazmu i cynizmu, którą w krew mieli wpisani Ślizgoni. Chyba jeszcze tak trójwymiarowej kreacji Malfoya na oczy nie widziałam.

Dziękuję za wspaniałe tłumaczenie. Chylę czoła jak zawsze i wszędzie.

Pozdrawiam
eu
euphoria Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 544
Dołączył(a): 8 lut 2011, o 21:56
Lokalizacja: z obsydianowych tęczówek najmroczniejszego z Czarnych Magów

Postprzez CrazyCry » 3 mar 2012, o 15:34

Yay, zdąrzyłam przeczytać całość przed publikowaniem ostatniej części :lol2:.
Muszę przyznać, że zabrałam się za to z braku czegoś innego do czytania, na dobre wciągnęło mnie dopiero przy piątej części i od tamtej pory nawet na moment nie oderwałam wzroku od ekranu. Zastanawiałam się, kto skrzywdził Draco. Lucjusz? Nie... Voldemort? Nieee o_O. Yaxley. Wszystko się wyjaśnia. Tylko...kto z jego bliskich o tym wie? Teraz już wszystko jasne.
Harry, będący powiewem energii i witalności z pewnością byłby lekiem dla zranionej duszy Draco.
Taki psychologiczny tekst pisany w pierwszej osobie, z perspektywy osoby, która przeszła przez coś takiego... To z pewnością powiew świeżości w paringu.
Uważam, że tytuł jest doskonale dobrany i przetłumaczony. Świetny fik.
Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na część dziesiątą :*.
PS: To wszystko rozwikła się w jednym rozdziale? :shock: Będzie chociaż jakiś sequel?
Aerobic -> aerobik
Fanfic -> fanfik
Nie fanfick x.x
Fanpage "Effeminate boys"
CrazyCry Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 361
Dołączył(a): 8 lis 2011, o 09:12
Lokalizacja: Wawa

Postprzez Lasair » 12 mar 2012, o 09:23

CZĘŚĆ DZIESIĄTA

Nie śpię przez resztę nocy. W momencie, kiedy spotykam się z matką w kościele św. Swithina, jestem zesztywniały i wyczerpany. Procesja wchodzi do pomieszczenia chwilę po tym, jak siadamy na ławce. Podejrzewam, że przy matce, ubranej w elegancką, nieskazitelną ciemnoniebieską szatę, wyglądam nędznie i tandetnie.
Wyndham-Ffoulkes wkracza na mównicę. Wszyscy zebrani wstają.
— Pan z wami — mówi, a w odpowiedzi słychać: „I z duchem twoim”. Stoję spięty, kiedy prowadzi nas przez wyznanie grzechów i kolektę. Nie chcę tu być. To wszystko zbyt wyraźnie przypomina mi pogrzeb ojca. Niemal dostrzegam jego trumnę z przodu głównej nawy. Nabieram gwałtownie powietrza. Matka marszczy brwi i klepie mnie lekko programem liturgii w sposób, jaki robiła to, kiedy byłem dzieckiem i źle zachowywałem się w kościele. Wzdycham i staram się przybrać uprzejmy wyraz twarzy, zanim udajemy się, by zapalić świecę na adwentowym wieńcu.
To będzie długie nabożeństwo.
Nie pamiętam niczego z kazania Wyndhama-Ffloulkesa, ale kiedy wychodzę po mszy, z wdzięcznością kiwam mu głową w geście podziękowania.
— Jak się miewasz, młody człowieku? — pyta mnie łagodnym głosem. Myślę, że naprawdę interesuje go odpowiedź.
Mimo to odsuwam się, napinając ramiona. Jestem przecież Malfoyem.
— Całkiem dobrze, dziękuję — odpowiadam.
Wiem, że mi nie wierzy, ale taktownie nie naciska.
Razem z matką jem obiad w restauracji Old Vicarage w Oksfordzie. W kominku obok nas trzaska ogień. Portrety przyglądają się nam ze ścian koloru głębokiej czerwieni, a zielona skóra na moim krześle skrzypi, kiedy się wiercę. Bawię się jedzeniem, podczas gdy głowę wypełnioną mam myślami, których raczej wolałbym uniknąć. Matka również nie rusza swojej porcji.
Sięga po kieliszek z winem.
— Dobrze jest zjeść porządny posiłek. Skrzaty Andromedy nie potrafią zbyt dobrze gotować.
Unoszę wzrok.
— Co?
— Nic, kochanie. — Przygląda się swojemu królikowi w musztardzie. — Jak twój pstrąg?
Właściwie nie mam pojęcia. Wzdycham.
— W porządku.
— Wyglądasz mizernie. — Jej czoło przecina zmarszczka. — Znowu pracowałeś do późna?
— Nie. — Wkładam do ust kęs ryby i żuję powoli. Ogarnia mnie niecodzienna potrzeba szczerości. — Dziś w nocy byłem w rezydencji.
Jej ręka z widelcem zatrzymuje się w drodze do jasnoczerwonych warg.
— Po co?
— Rozmawiałem z Potterem — przyznaję.
— Och, naprawdę? Jak tam jego… — macha wymijająco smukłą dłonią — cokolwiek robi we dworze?
— Cóż, myślę... — przerywam, przesuwając widelcem po boku pstrąga. Pytanie, które krążyło mi po głowie, nagle wylewa się z moich ust: — Czy nienawidzisz ojca?
Matka odkłada sztućce i spogląda na mnie.
— Nie. Nie nienawidzę. — Milknie na moment, łapiąc moje spojrzenie. — A ty?
— Czasami.
Waha się, a potem powoli nabiera powietrza.
— Uważam, że to dość powszechne pałać czasami nienawiścią do własnego ojca. Szczególnie po tym, jak zostawił nas tak nagle.
— Nie mów mi, że nie jesteś wściekła. — Patrzę na nią bardziej niż sceptycznie.
Przybiera na twarz maskę opanowania.
— Nie, Draco. Nie jestem. A nawet gdybym była, czy to robiłoby jakąś różnicę? Jego już nie ma.
Z impetem rzucam widelec na talerz, na co matka się wzdryga.
— Wybrał drogę tchórza.
— Draco. — Rozgląda się, by zobaczyć, czy ktoś zauważył mój wybuch, po czym syczy: — Proszę, nie odzywaj się tutaj w ten sposób.
— Ale to prawda — upieram się. — I dobrze o tym wiesz. A teraz siedzimy tu jak zawsze i udajemy, że wszystko jest w porządku, że nigdy nie było inaczej, i stanowimy cholernie szczęśliwą rodzinę, prawda? — Złość duszona przez lata wylewa się ze mnie i nie sądzę, bym mógł dłużej ją powstrzymywać.
Matka rzuca zaklęcie prywatności.
— Nie rozumiem, co się z tobą dzieje — mówi. — Staramy się zjeść obiad w przyjemnej atmosferze...
Nie chcę obiadu w przyjemnej atmosferze. — Dłonie drżą mi tak bardzo, że niemal upuszczam nóż. Kładę go obok widelca i sięgam po kieliszek z winem.
— A więc czego chcesz? — pyta matka ze spokojem.
Zaciskam palce na szkle.
— Nie wiem — odpowiadam po chwili. Nie patrzę na nią.
Wzdycha. Żadne z nas nic nie mówi.
Piję wino, gapiąc się na kominek. Obraz przedstawiający staw dla kaczek w parku uniwersyteckim Oksfordu wisi nad marmurowym gzymsem kominka. Matka naciska widelcem na niewielki pieczony ziemniak. Brązowawa skórka pęka i ukazuje maślane, białe wnętrze.
— Nic, co zrobię, nie przywróci mu życia — odzywa się w końcu. Jej głos jest łagodny. Odgarnia kosmyk włosów z twarzy. — Wściekanie się na niego w niczym nie pomoże.
— Nie obchodzi mnie to. — Stawiam kieliszek na stół i unoszę na nią wzrok. — Zostawił nas, żebyśmy radzili sobie ze wszystkim, z czym on nie potrafił. Myślę, że to upoważnia mnie do odrobiny goryczy.
Matka przygryza wargę.
— Nie rozumiesz...
— Czego nie rozumiem, mamo? — Pochylam się do przodu, kładąc łokcie na blacie. Pieprzyć etykietę. — Że nigdy nie otrząsnął się po wojnie? Że Czarny Pan pozostawił po sobie głębokie blizny? Myślisz, że tego nie wiem? — Szarpię za rękaw szaty i podciągam go do góry. Słaby zarys Mrocznego Znaku wciąż widać na mojej jasnej skórze. — A to jest jedyna, którą możesz zobaczyć. — Milczy. Czuję mdłości. Kiedy z powrotem zsuwam rękaw, moja dłoń drży. Sięgam po wino i wypijam je do końca. — Yaxley... — mówię cicho.
— Draco...
Przestań, mamo. — Jej blada twarz nie wyraża żadnych emocji. — Przecież to żaden sekret.
Wzdycha.
— To prawda.
Siedzimy, patrząc na siebie. Oczy matki są błyszczące i mokre.
— Jak mogłaś? — pytam, kiedy gniew zmienia się w znużenie. — Oddał mnie temu draniowi, a ty mu pozwoliłaś.
Nie może mówić. Odwraca wzrok, przyciskając knykcie do ust. Pojedyncza łza spada z jej rzęs i pozostawia długi ślad na policzku.
— Próbowałam — odzywa się w końcu. — Błagałam... — Głos grzęźnie jej w gardle. Łapie moje spojrzenie.
— Masz pojęcie, co mi zrobił? — pytam beznamiętnie. Palcem przesuwam po pozłacanej krawędzi talerza, starając się powstrzymać wspomnienia. — Co kazał mi robić? — Zerkam na nią. — Nie chcę ci nawet mówić, bo nie sądzę, że potrafiłabyś zrozumieć.
Matka kładzie dłoń na mojej.
— Potrafię — zapewnia i nagle w jej oczach dostrzegam prawdę. Nabieram gwałtownie powietrza.
— Ty... — przerywam.
— Niełatwo było być kobietą w domu pełnym mężczyzn. — Odwraca wzrok. — Szczególnie kiedy Jego Wysokość dopingował upokarzanie ojca. — Nie wiedziałem. Nie podejrzewałem. Być może powinienem. Za każdym razem, kiedy ją widywałem, jej twarz obrazowała czystą udrękę. — To nie wojna była tym, z czego ojciec się nie otrząsnął — dodaje po chwili. — Nigdy nie wybaczył sobie, że nas nie uchronił. — Spogląda mi w oczy, jej policzki są mokre od łez. — Dlatego nas opuścił, kochanie. Z poczuciem winy trudno jest wygrać.
Splatam palce z palcami matki, ściskając mocno jej dłoń.

***

W czwartek przychodzę do domu późnym popołudniem, znudzony wpatrywaniem się za okno mojego gabinetu i udawaniem przed sobą i wszystkimi, że pracuję. W ogóle nie pracuję. Prawdę powiedziawszy, w tym tygodniu zrobiłem mniej niż w każdym innym w ciągu ostatniego roku, a może nawet pięciu lat. Siedzę i składam żurawie z papieru, rozmyślając o Potterze, o jego złotawej skórze na brzuchu, gęsiej skórce na ramionach i o tym, jak bardzo chcę go znowu dotknąć. Zaraz potem rozważam opuszczenie kraju i przyjęcie posady badacza w Saskatoon. Albo w Ułan Bator.
W salonie napotykam Milie pakującą prezenty i przyczepiającą ostrokrzew do wstążek.
— Znowu przysłał sowę — mówi, nie unosząc wzroku. Rzuca zaklęcie mocujące na cały stos, który zgromadziła, i odwraca się do następnej sterty podarków.
Opieram się o futrynę drzwi i odchylam, by zobaczyć rolkę pergaminu leżącą na stoliku w korytarzu.
— Och.
— Jakiś konkretny powód, dla którego stara się z tobą skontaktować?
Wzdycham, podchodzę do wytartej kanapy i padam ciężko w jej nadzwyczaj miękkie i wygodne objęcia.
— Żaden, o którym wiem.
Milie rzuca mi sceptyczne spojrzenie.
— Rozumiem.
Przeczesuję dłonią włosy i w duchu przeklinam ich cofniętą linię, którą niemożliwym jest zignorować.
— Spędziłem z nim nagą niedzielę. A raczej sobotnią noc.
Milie z zacięciem owija prezent burgundową wstążką.
— Doprawdy.
— Tak — potwierdzam. — To znaczy, on był nagi, nie ja. Pozwolił mi się dotknąć.
Powoli kiwa głową. Nie patrzy w moją stronę.
— A potem?
— A potem nic. Uciekłem. — Przesuwam kciukiem po krawędzi tapicerowanego boku kanapy.
— I teraz unikasz jego sów. — Macha różdżką, rzucając zaklęcie pakujące na kolejną grupę paczek. Moim zdaniem zawsze była zbyt dobra dla swojej rodziny, ale obdarowywanie ich przynosi jej radość, więc nigdy o tym nie wspominam.
— Raczej nie mam nic do powiedzenia — bronię się.
Milie wzrusza ramionami.
— Cóż, w takim razie wszystko w porządku, prawda? — Prowokuje mnie do wyjaśnień i dobrze o tym wie.
Westchnąwszy, wstaję z kanapy i przysiadam na krawędzi krzesła.
— Nie mogę przestać o nim myśleć. I... o tym, że znowu chciałbym to zrobić.
Przekrzywia głowę i przypatruje mi się badawczo czekoladowobrązowymi oczami. Nasza Milie nie przepada za głupcami, a ja zdaję sobie sprawę, że ostatnio podpadam pod ową kategorię.
— Więc dlaczego nie zrobisz?
— Nie mogę — odpowiadam. — Wiesz. Nie mogę... nie chcę pozwolić, żeby mnie dotknął.
— Jesteś pewien? — pyta.
— Nie. — Zerkam na nią. — Ani trochę. Ale to zbyt skomplikowane. Nie potrafię tego wyjaśnić.
Marszczy brwi i odwraca się do pakunków.
— Myślę, że rozumiem.
— Naprawdę? Masz na myśli Blaise’a?
Jej głowa podrywa się raptownie, a w głosie słychać niepokój.
— Co z Blaise’em?
Zaskakuje mnie to, jak szybko zmienia się jej nastrój. Przeważnie to ona jest najspokojniejsza z naszej trójki.
— On za tobą szaleje. Od co najmniej roku.
— Wiem — przyznaje. Macha różdżką z irytacją i ostrokrzew się rozpada. Przeklina siarczyście.
— Przepraszam — mówię.
Milie przerywa na moment i nabiera głębokiego oddechu.
— Wiesz, że dostanę od niego w prezencie antyczną broszkę w kształcie ostrokrzewu? — Jej dłoń drży. Oboje zdajemy sobie sprawę, co ta roślina oznacza w tradycji czarodziejskiej, nawet jeśli Blaise udaje w tej sprawie całkowicie nieświadomego.
Dziewięć świętych liści razem zasupłanych,
Lada chwila wpadnie w nie ktoś ukochany.

— Nie — kłamię przez zęby. Blaise pokazał mi ją kilka tygodni temu. Delikatna, ozdobna, wykonana przez gobliny, naprawdę zapiera dech w piersiach. Jest idealna dla Milie.
— On nie ma pojęcia, że ja wiem, ale kiedy byłam oddać do naprawy zapięcie przy perłach mamy, Hecuba Pryce, która pracuje u jubilera, zapytała mnie, komu Blaise podaruje broszkę. Zawsze się w nim podkochiwała.
— Mogła być dla kogoś innego — zauważam, na co Milie obdarza mnie dobitnym spojrzeniem. — No dobrze, pewnie jest dla ciebie.
Kiwa głową.
— Nie czuję się na to gotowa. Kocham Blaise’a jak, cóż… bardziej niż brata. I tak, oczywiście, że jest zachwycający. Ale bądźmy szczerzy. Wszyscy wiemy, że ja nie dostaję zachwycających rzeczy. — Czekam, słuchając i mając świadomość, że potrzebuje powiedzieć więcej. — To znaczy... — zaczyna, wlepiając wzrok w prezent trzymany w dłoniach — w szkole nauczyłam się, że nie powinnam zbyt wiele oczekiwać. Nie, kiedy tak wyglądam. Miałam szczęście, że chciał mnie Greg i Kevin. Pansy upewniła się, żebym się dowiedziała. „Och, Milie kochana, z twoim wyglądem powinnaś być bardzo, bardzo zadowolona, że ci dwaj chłopcy zgodzili się cię przelecieć…”
— Pansy, kiedy chce, potrafi być niezłą suką.
Milie unosi na mnie wzrok.
— Nie dzieliłeś dormitorium z nią i z Daphne. Jestem świadoma swoich fizycznych braków. I wiem, że Blaise ma szczere intencje, ale nawet gdybym powiedziała „tak”, za naszymi plecami wszyscy szeptaliby: „Ona z nim?”
— Nie, uważam, że się mylisz. Nie doceniasz ani siebie, ani Blaise’a. — W tym momencie uświadamiam sobie, że uczyniłem to samo w stosunku do Pottera. — Nie będziemy mieli złamanego serca, jeśli nie zaryzykujemy, Bulstrode — mówię pocieszająco. — Później zawsze możemy postawić sobie drinka.
Uśmiecha się do mnie, z początku słabo, chwilę później bardziej pewnie. Odwzajemniam się.
— To przerażające.
— Tak.
Milie kładzie swoją dłoń na mojej.
— A więc Potter.
Odpowiadam jej półuśmiechem.
— To szaleństwo, prawda?
— Nie ma w tym żadnego sensu — potwierdza. — Odpiszesz mu?
Potrząsam głową.
— Sądzę, że nie, dopóki trwają święta.
Milie posyła mi spojrzenie pełne sympatii.
— Mówią, że pierwszy krok jest najtrudniejszy.
— Ci wszędobylscy oni zazwyczaj się mylą.
— Wiem. — Ściska moją dłoń. — Będzie dobrze.
Kiwam głową.
— Pomóc ci w pakowaniu?
Popycha w moją stronę jeden z prezentów.
— Nie odmówię.
Uśmiecham się.

***

Wigilijny świt jest promienny i mroźny.
Blaise i Milie odwiedzają dzisiaj swoich bliskich. Matka i ja zdecydowaliśmy się jutro spędzić spokojny dzień z ciotką Andromedą i Teddym. Zapewniła mnie, że Potter nie zostanie zaproszony, ma za to zabrać Teddy’ego do Nory w drugi dzień świąt. Nie mogę powstrzymać się przez rozmyślaniem, jak niezręczne to będzie, biorąc pod uwagę rozwód.
Milie wygląda zza drzwi, zastając mnie w sypialni otoczonego prezentami i stertą srebrnej wstążki. Przeklinam, kiedy moje zaklęcie pakujące zawodzi po raz kolejny. Blaise wpadł wcześniej, przed aktywacją świstoklika do domu babki w Neapolu. Wciąż nie wiedział, czy jego matka również się pojawi. Z westchnieniem unoszę wzrok na Milie. Bez wątpienia tworzę miły dla oka obraz, siedząc po turecku na łóżku, mając na sobie spodnie od piżamy i gruby sweter, i krzywiąc się na pocięty na kawałki papier wyściełający podłogę.
— Jesteś pewien, że nie chcesz ze mną iść? — pyta. — Mama nie będzie miała nic przeciwko kolejnej osobie przy stole. Whittie przyprowadzi ze sobą kogoś, kto, przynajmniej według mamy, pomoże mu nie zachowywać się jak totalny dupek.
Potrząsam głową. Jej brat i ja nigdy się nie dogadywaliśmy. Z drugiej strony, jedyna osoba, którą Whitlock Bulstrode jest zainteresowany, to on sam.
— Jakoś sobie poradzę.
Przygląda mi się badawczo.
— Nie powinieneś zostawać sam w Wigilię. Skończysz pijąc gin, który Blaise kupił na Nowy Rok, a...
— Nie skończę — protestuję.
— A w międzyczasie przemienisz się w kompletnego ponuraka — kończy. Opiera się o framugę drzwi, marszcząc brwi z pełną troski dezaprobatą. — No chodź. Nie musisz zostawać na noc. — Z westchnieniem podnoszę pałkę do quidditcha, którą kupiłem Teddy’emu, ponieważ stara niemal złamała się na pół. Chłopak ma tendencję do odbijania tłuczka zbyt mocno, nieważne ile razy próbowałem go tego oduczyć. Obracam ją w dłoniach, przesuwając palcami po wypolerowanej powierzchni. Przypomina mi o Potterze i jego mugolskim sporcie. Pewnie spędza Wigilię ze swoim synem. — Draco — prosi Milie.
— Wolałbym zostać tutaj — odpowiadam w końcu, spoglądając na nią. — Ale dziękuję.
Waha się, a po chwili kiwa głową.
— Wrócę do domu jutro. Wiesz, że możesz dołączyć do nas przez kominek...
Wiem, Milie. — Doceniam jej troskę, lecz po prostu chcę być sam.
Patrzy na mnie jeszcze przez chwilę.
— Wesołych świąt, mój drogi — mówi i kiedy drzwi w końcu się za nią zamykają, oddycham z ulgą.
Mija kolejne pół godziny, zanim kończę pakować prezenty. Układam je w zgrabny stos na ławce obok kominka na korytarzu. Większość z nich przeznaczona jest dla Teddy’ego. Zawsze rozpieszczam go w święta. Pałka przechyla się na bok i uderza o stolik, na którym zostawiamy pocztę. Blat pokryty jest bożonarodzeniowymi reklamami i kartkami, a także ostatnimi trzema egzemplarzami „Proroka”, których nawet nie tknęliśmy. Cała stera ze świstem upada na podłogę. Przeklinam.
Schyliwszy się, by podnieść papiery, dostrzegam małą buteleczkę leżącą obok nóżki stolika. Jej szkło jest ciemnoniebieskie i kiedy biorę ją w dłoń, wiem, jaka widnieje na niej data.
„15 listopada 2010”.
Siedzę na ławce i wpatruję się w fiolkę. Kręcę nią między palcami, obserwując przelewającą się wewnątrz błyszczącą ciecz. Zachodzące słońce rzuca złote promienie przez wąskie okno obok drzwi, a przechodzący na zewnątrz mugole wybuchają śmiechem, kiedy ślizgają się na oblodzonym chodniku.
Przesuwam kciukiem po woskowej pieczęci. Jej mała cząstka kruszy się i spada na podłogę. Fiolka musiała upaść po moim powrocie od prawnika miesiąc temu. Odwracam ją i zerkam na znak Wattle-Waugha po drugiej stronie uszczelki. Być może Blaise ma rację. Naprawdę potrzebujemy domowego skrzata.
Podejmuję decyzję i wstaję, zaciskając palce na szkle. Blaise pod zlewem w swojej łazience trzyma myślodsiewnię.
Z sercem podchodzącym do gardła wspinam się po schodach.

***

Światła w kościele świętego Swithina świecą w ciemności i sprawiają, że witrażowe okna lśnią blaskiem. Zieleń przyozdabia szary kamień nad łukowymi, drewnianymi drzwiami. Jest w pół do jedenastej i dźwięk kolęd rozpoczynających pasterkę zaczyna roznosić się po zaśnieżonym terenie parafialnego cmentarza. Niebo nade mną jest ciemne i nabrzmiałe od obietnicy jeszcze większej ilości białego puchu.
Podążam wzdłuż nagrobków w kierunku jednego, wyższego od pozostałych. Ojciec zaplanował to w testamencie, a matka nalegała, by spełnić jego życzenie. To prosty, granitowy krzyż, gładki i szary. Jego podstawę oplata wąż — zawsze na straży. Kiedy do niego podchodzę, unosi łeb i syczy cicho, ale uspokaja się, gdy rozpoznaje we mnie członka rodziny.
Widzę swój oddech w chłodnym powietrzu. Zatrzymuję się przy grobie z bukietem bożonarodzeniowych lilii w rękach. Cały wieczór zbierałem się na odwagę, by tutaj przyjść. Siedziałem na podłodze w łazience Blaise’a przez całą wieczność, przyciskając plecy do zimnych kafelków i wpatrując się przed siebie. Jedna mała fiolka roztrzaskała wszystkie moje wyobrażenia o ojcu. I o sobie, jak przypuszczam.
Ile tajemnic mieliśmy przed sobą, matka, ojciec i ja?
Kładę dłoń na lodowatym nagrobku, strzepuję śnieg z ramienia krzyża. Przylepia mi się do rękawiczek.
— Witaj — szepczę, a potem waham się. Przesuwam palcem po „L” w wyrytym imieniu, niepewny, co powiedzieć. Czuję, że ziemia, której powierzyłem prochy ojca, w jakiś sposób mnie przyciąga. — Jesteś draniem, wiesz? — odzywam się, w moim głosie nie słychać jednak niechęci. Łagodny wietrzyk mierzwi mi włosy i podrywa z gałęzi biały puch. Rozsypuje się po cmentarzu migoczącym łukiem. Podoba mi się myśl, że to ojciec mógłby być za to odpowiedzialny.
Kładę kwiaty na nagrobku i rzucam zaklęcie utrzymujące je w świeżości.
— Otworzyłem fiolkę.
W odpowiedzi otrzymuję ciszę.
— Żałuję… — zaczynam, przepełniony smutkiem — że nie powiedziałeś mi wcześniej… — Wzdycham. — Ale nie mogłeś, prawda? Nigdy nie pozwoliłbyś sobie dać nam do zrozumienia, że zawiodłeś. A jednak... — Oplatam się ramionami. Drżę. — Żałuję, że nie powiedziałeś mi, że się starałeś.
Słyszę trzepot skrzydeł i dostrzegam kruka, który usadawia się na pobliskiej gałęzi. Obserwuje mnie, przeskakując na jej kruchy koniec.
Nigdy nie zapomnę, co zobaczyłem w myślodsiewni Blaise’a. Mój ojciec, niegdyś tak dumny i władczy, klęczał przed Czarnym Panem, prosząc, by mnie oszczędził. Chciał przejąć moją karę. Chciał oddać się Yaxleyowi. Błagał. Dla mnie.
Voldemort zapytał go spokojnie, dlaczego miałby to zrobić, a ojciec odpowiedział: „Jest moim synem, Panie. Jaki mam wybór?”
Jego krzyk, gdy Czarny Pan rzucił zaklęcie Cruciatus, wciąż brzęczy mi w uszach.
Ze skurczonym gardłem uwalniam powietrze z płuc, zaciskając mocno powieki. Kiedy z powrotem je otwieram, kruk przygląda mi się tylko jednym czarnym, błyszczącym ślepiem. Przyciskam dłoń do wyrytego imienia ojca.
— Przebaczam ci — szepczę. Pieką mnie oczy.
Dławiący ciężar, który nosiłem w sobie przez lata, zaczyna powoli znikać, zmywany przez śnieg i nadchodzący rok.

***

Przypuszczam, że wiedziałem, iż mój dzień skończy się właśnie tutaj.
W rezydencji jest zimno i ciemno. Nie widzę śladu najmniejszego ruchu, żadnego skrzata, myszy ani Pottera. Spływa na mnie fala zawodu, pomijając fakt, iż zdawałem sobie sprawę, że prawdopodobieństwo znalezienia go tu w wigilijny wieczór równa się zeru.
W domu wyczuwa się jednak jego obecność.
Wędruję przez korytarze i rozpoznaję go w zaklęciach. Wrażenie podobne jest do tego pozostawionego przez Czarnego Pana, tyle że mroczne oddziaływanie dementorów zastępuje uspokajająca magia Pottera. Jeszcze niedawno byłbym zbulwersowany jego pobytem w rezydencji. Teraz za nim tęsknię.
Odmawiam zapytania samego siebie, co to może oznaczać.
Brutus chrapie, kiedy go mijam. Jego wieczny, pełen dezaprobaty wyraz twarzy we śnie wydaje się łagodnieć. Wszystkie postacie na portretach są przygaszone, mniej spięte.
Skręcam w korytarz prowadzący do mojego pokoju.
Kiedy otwieram drzwi, zamieram z zaskoczenia. Z wykuszowych okien migocze światło. Okala je girlanda z lampkami, a obok stoi małe drzewko udekorowane szklanymi ozdobami choinkowymi i jeszcze większą ilością światełek. Między gałęziami uwiązana jest srebrna wstążka, a na czubku widnieje gwiazda matki.
Zaciska mi się gardło. Tego roku w domu nie ma żadnych świątecznych dekoracji. Niespecjalnie mnie obchodziły, a Blaise i Milie nie zawracali sobie nimi głowy. Myślałem, że choinka w te święta nie będzie ważna.
Myliłem się i teraz uświadamiam sobie, że jestem zachwycony.
Zbliżam się do drzewka i obchodzę je dookoła. Światełka odbijają się w szybie, widzę w niej również siebie. Moja skóra lśni blaskiem. Na zewnątrz znowu pada śnieg.
Do głowy wdziera mi się kolęda zasłyszana na cmentarzu: W środku posępnej zimy mroźny wietrzyk szumi, ziemia twarda jak stal, woda niczym kamień...
Zdaję sobie sprawę, że wyśpiewałem ją głośno, gdy odpowiada mi Potter:
Spadł śnieg, dużo śniegu... — Wchodzi do pokoju. — W środku posępnej zimy, tak bardzo dawno temu...
Ma miły dla ucha głos.
— Ty to zrobiłeś — mówię, odwracając się w jego stronę. Palcami muskam wiecznie zieloną gałąź. Wciąż jest chłodna i świeża. Pokój wypełnia zapach jodły.
— Pomyślałem, że dzisiaj przyjdziesz — wyznaje. Jego oczy przysłania cień, a lampki odbijają się w szkłach okularów. — A właściwie miałem taką nadzieję.
Przyglądamy się sobie. Widzę jego niepewność. Ostrożność. Wiem, że cokolwiek się stanie, inicjatywa należy do mnie.
— Gdzie jest James?
— Ginny go zabrała — odpowiada. — Ale w drugi dzień świąt ma mecz w Ballycastle, więc wezmę go do Nory.
Odsuwam się od drzewka.
— Czyli też jesteś sam.
— Tak. — Obserwuje mnie, bawiąc się mankietem rękawa.
— Nie odpowiadałem na twoje sowy. — Robię krok do przodu. Dostrzegam trzepoczący puls na jego szyi.
Nie porusza się.
— Nie spodziewałem się, że odpiszesz, ale chciałem zostawić ci jakiś pretekst, żebyś mógł się ze mną skontaktować.
Włosy wpadają mu do oczu. Chcę je odgarnąć, pocałować tę przeklętą bliznę.
— Wszystkie przeczytałem.
— Wiem — przyznaje, a ja nie pytam, skąd. Dotykam jego policzka, palcami przesuwając lekko po zaroście.
Nadal się nie porusza, gdy kontynuuję wędrówkę po jego szczęce, wargach i wzdłuż szyi. Opuszczam dłoń i znowu wpatrujemy się w siebie w milczeniu.
— Wszyscy — zaczynam po chwili — traktują mnie tak, jakbym był z rozbitego szkła. Poza tobą.
— Nie jesteś szkłem. — Głos Pottera jest niski i ciepły. — Nie ma w tobie nic rozbitego.
Przełykam ślinę.
— Jest.
— Tylko jeśli tak myślisz. — Powoli wyciąga dłoń i zaplata mi ją na karku. Kciukiem zatacza koła we włosach. — Ja bym się z tym nie zgodził.
Jedynym dźwiękiem w pokoju są nasze oddechy.
— Mógłbym ci powiedzieć wszystko — szepczę. — I czułbym się z tym dobrze. — Potter kiwa głową. — Nigdy nie miałem kogoś takiego. — Pozwalam mu przyciągnąć się bliżej.
— Przykro mi. — Doskonale wiem, że mówi szczerze.
Kiedy dotykam jego warg swoimi, aż się zachłystuje i mocniej zaciska mi palce na karku. Pocałunek jest niespieszny, ostrożny i delikatny. Usta Pottera są ciepłe i spierzchnięte. Nie potrafię powstrzymać jęku. Pragnę go bardziej niż kogokolwiek w całym swoim życiu.
— Chcesz iść do mnie? — pyta zachrypniętym głosem.
— Nie — odpowiadam. — Chcę zostać tutaj.
Naprawdę. Chcę odzyskać ten pokój i wszystko, co należy do mnie.
Sunę dłonią w dół jego piersi i jego ciałem wstrząsa dreszcz. Uśmiecha się do mnie leniwie. Ośmielony szarpię za jego sweter, nakłaniając, by go zdjął. Zgadza się, a mnie nagle ogarnia zdenerwowanie. Przygryzam wargę. Minęło zbyt dużo czasu, od kiedy robiłem to z własnej woli. Potter dotyka mojego policzka i pochyla się ku mnie.
— Mogę? — szepcze, a ja przytakuję.
Jego miękkie pocałunki zapierają mi dech w piersiach. Palce zaciskam na jego ciemnozielonej koszuli, trzymając go mocno. Kiedy się odsuwa, wargi ma wilgotne i nabrzmiałe. Dotykam ich opuszkami, a on całuje je lekko.
Pospiesznie rozpinam mu guziki, zatrzymując się na chwilę, by pogładzić odsłoniętą skórę. Oddech Pottera staje się płytki, widzę, że próbuje utrzymać nad sobą kontrolę. Pozostaje nieruchomy, co uznaję za boleśnie erotyczne. Ma ciepłą skórę, a mięśnie tak silne, jak pamiętam. Śniłem o tym przez wiele nocy, o jego ciele reagującym na moje pieszczoty.
Wędruję dłonią po rzadkich, ciemnych włoskach na piersi. Zdejmuję z niego koszulę i spoglądam na niego zdumiony, że stoi przede mną prawdziwy, a nie tylko jako wytwór mojej rozgorączkowanej wyobraźni.
— Harry — wypowiadam jego imię po raz pierwszy, patrząc mu w oczy przez opadające mi na czoło włosy. Czuję się zakłopotany, ale równocześnie dziwnie spokojny. Jego uśmiech i kurze łapki działają na mnie uspokajająco. Ostrożnie odgarnia mi kosmyki z twarzy. Nie odsuwam się, prawdę mówiąc, bardzo mi się to podoba. — Harry. — Imię padające z moich ust brzmi dziwnie. Osobliwie. Przyjemnie. — Harry — powtarzam i śmieję się cicho. Całuję kącik jego warg. — Harry — szepczę, dźwięk uwalnia się razem z delikatnym oddechem na jego skórę, co przyprawia go o dreszcz.
— Czego pragniesz? — pyta niskim, zachrypniętym od pożądania głosem.
— Ciebie.
Z zakwitającym powoli, ospałym uśmiechem zdejmuje spodnie, ale ja i tak nie potrafię powstrzymać się od dotykania jego szerokich ramion, linii kręgosłupa, lekko wypukłej piersi. Oddycha z kontrolowanym wysiłkiem. Pragnę go całego, a on niczego mi nie zabrania. Błądzę dłońmi wszędzie, gdzie tylko zechcę.
Śledzę palcami krawędź bielizny. Nabiera głębokiego oddechu.
— Proszę — mówię szeptem, a on zdejmuje ją, biała tkanina opada na podłogę, odsłaniając nabrzmiały penis.
Tym razem nie odwracam spojrzenia. Uważam, że jest piękny, choć to być może dlatego, że stanowi część jego ciała, gładki, gruby i długi, ale nie ogromny. Klękam przed nim, śledząc palcem włoski u podstawy erekcji, a potem pochylam się, by pocałować jego biodro. Włosy wpadają mi do oczu, muskając wnętrze jego uda.
Jęczy i łapie za wysoki, czarny słupek łóżka.
Spoglądam w górę.
— Nie musisz — mówi, oddychając z trudem.
— Nie bądź idiotą, Potter — odpowiadam z uśmiechem. Ujmuję jego nadgarstek i przesuwam go po swoich wargach, policzku, włosach. Okręca kosmyki moich włosów wokół palców i pociąga za nie mocno. Z zaskoczonym westchnieniem ocieram twarz o jego udo.
— Chryste — szepcze. Kładę mu dłonie na biodrach, kciukami zataczam małe koła. Przyciskam wargi do skóry tuż obok kości. Zachłystuje się powietrzem i mocniej zaciska palce.
Kontynuuję pocałunki, sunąc ustami w dół uda. Przeszywa go dreszcz.
— Draco, ja... — przerywa, jęcząc.
Wiem, że jest blisko. Jego członek drży tuż przy brzuchu, a jądra są boleśnie przyciśnięte do ciała.
— W porządku — odpowiadam i z większą dozą odwagi całuję miejsce tuż przy włoskach, ocierając się policzkiem o gładkiego penisa.
Krzyczy i wiem, że dochodzi, drżąc, z dłonią zaciśniętą na słupku. Ciepła sperma ląduje na mojej skórze.
Wpatruję się w bezwstydnym zdumieniu, jak traci nad sobą kontrolę i nasycam się władzą, jaką nad nim posiadam. I jego odpowiedzią. Nie mogę uwierzyć, co we mnie wywołuje. Jak roznieca moje pragnienie. To, co przeżywałem kiedyś, jest niczym. Młodociane migdalenie się w łóżku Theo; ból, jaki zadawał Yaxley.
Wciąż ciężko oddycha. Wstaję i całuję go, zanurzając palce we włosach z tyłu głowy i z zapamiętaniem wczepiając się w jego zaczerwienione wargi.
Odsuwam się i patrzymy na siebie przez długą jak wieczność chwilę. Wyciąga ku mnie dłoń, dotyka spermy na policzku. Łapię go za nadgarstek i odwracam głowę.
— Draco — szepcze, kiedy powoli liżę jego palce, obserwując, jak wyraz na jego twarzy przeistacza się z pragnienia w prawdziwą potrzebę. Ma gorzki, lekko metaliczny, ale absolutnie wyborny smak.
Ostrożnie nabiera powietrza.
— Chcę… — wykrztusza, przyciągając mnie bliżej. Pasujemy do siebie. To mnie zaskakuje. — Chcę cię zobaczyć… — przerywa, patrząc na mnie z niepewnością.
— Wiem. — Wypycham biodra w jego stronę, przyciskając członek do jego uda, mocno i boleśnie. Czuję się niewiarygodnie dobrze.
Harry jęczy.
Wyciągam rękę po jego dłoń, prowadzę do łóżka i przystaję obok, by znowu go pocałować. Nasze wargi poruszają się razem, wilgotne i chętne. Wczepia palce w moje włosy.
Odsuwam się, oddychając ciężko. Zielone oczy Harry’ego są pociemniałe, a usta nabrzmiałe. Mógłbym go całować całą noc.
Zamiast tego robię krok do tyłu, pochłaniając widok zarumienionej skóry i odgłos ciężkiego oddechu. Gładzę jego pierś i popycham go na łóżko.
— Połóż się.
Opada na materac, rozkładając nogi. Stoję nieruchomo, obserwując go i czując, jak na policzki wstępuje mi rumieniec. Jest przepiękny, opalona skóra i ciemne włosy kontrastują z niebieską, wzorzystą kołdrą.
Pragnę go. Desperacko.
Obserwuje mnie z pytającym wyrazem twarzy.
Nabieram głębokiego oddechu i zdejmuję sweter. Ląduje na dywanie z ledwie słyszalnym odgłosem i wtedy coś wewnątrz mnie pęka. To, co między nami zaistniało, nie będzie proste, jestem tego świadomy, ale do lepszych rzeczy w życiu niemal zawsze prowadzi wyboista ścieżka.
Patrzę na niego.
— Nie będzie ze mną łatwo, Harry. Nigdy.
Unosi się na łokciu.
— Nie wymagam tego od ciebie. Lubię wyzwania.
— Jestem zgorzkniały i sarkastyczny, i od zawsze nienawidzę rudzielców. — Zaczynam rozpinać guziki koszuli. — Z pewnością mam na nie alergię.
Opada z powrotem na poduszki, nadal mnie obserwując.
— Są na to eliksiry.
Koszula zsuwa mi się z ramion.
— A rano jestem potworną bestią, póki nie dostanę herbaty.
— Kupię ekspres.
— Dupek. — Podoba mi się, w jaki sposób jego wzrok z uznaniem prześlizguje się po moim ciele. Nie wzdryga się na widok ledwo widocznych blizn przecinających pierś. — Jestem samolubny i irytujący, a kiedy ktoś przeszkodzi mi w pracy, rzucam klątwę bez mrugnięcia okiem.
Oblizuje usta i rozpina mi spodnie.
— Więc będę trzymał Jamesa z daleka.
Spodnie opadają na podłogę.
— I nie lubię dzieci.
— Bzdura — odpowiada. Ma zarumienione policzki.
Uśmiecham się i powoli zdejmuję bieliznę. Staję przed nim nagi i pozwalam mu na siebie patrzeć.
— Obróć się — mówi zachrypniętym głosem. To prośba, nie rozkaz, obracam się więc powoli, czując, jak jego spojrzenie oplata moje ciało. Kiedy znowu znajdujemy się twarzą w twarz, unoszę brew. — Jesteś piękny — mruczy.
Zamiast przerażenia odczuwam zadowolenie. Powoli opadam na łóżko, ale go nie dotykam. Wygląda niesamowicie, rozłożony obok mnie, jego skórę koloru miodu zdobi rumieniec od tego, co, mam nadzieję, jest jedynie rozpoczęciem wieczoru.
Całuję go, a on wyciąga rękę, by mnie dotknąć, jednak zaraz się zatrzymuje. Ujmuję go za nadgarstek i prowadzę do mojego ramienia. Palcem gładzi jedną z moich blizn.
— Ja ci to zrobiłem — mówi, marszcząc brwi w zamyśleniu.
— Było, minęło — szepczę. — Pamiętasz? — Uśmiecha się. Jego dotyk pozostawia ciepło na mojej skórze, a kiedy zsuwa mi dłoń na biodro, drżę.
Nikt mnie tak nie dotykał. Nigdy. Badawczo, namiętnie i jednocześnie delikatnie. Poddaję się jego dotykowi, pokazując, jak bardzo mi się to podoba.
Obserwuje moją twarz, kiedy jego dłoń ześlizguje się do mojego członka, śledząc palcami spodnią stronę.
— Ja...
Przerywam mu pocałunkiem i kładę się na nim, przyciskając go do materaca. Leżymy tak, całując się, ręką oplatam jego biodro. Odsuwam się i patrzę mu w oczy.
— Chcę cię pieprzyć — szepczę. — Proszę.
Jego jęk jest jedyną odpowiedzią, jakiej potrzebuję.
Gdzieś w oddali słychać dzwon. Są święta.

***

— Draco — mówi matka, pojawiając się u mego boku. — Myślę, że skrzaty są gotowe serwować pieczeń. Boddy właściwie zdaje się nalegać.
Przerywam rozmowę z ciotką Andromedą. W dłoni trzymam kieliszek wina.
— Zaprowadzę wszystkich do stołu.
Matka uśmiecha się i dotyka mojego policzka. Ostatni rok był trudny, ale przetrwaliśmy, ona i ja. Znowu są święta, bardziej wystawne niż poprzednie, choć tamte otwarły nam drogę ku dzisiejszym.
Rezydencja przystrojona jest zielenią i świątecznymi lampkami tak samo jak za czasów mojego dzieciństwa. Na gzymsie każdego kominka ustawiono świece, a w powietrzu unosi się zapach jodły, goździków i cynamonu. W jadalni skrzaty umieściły rodzinny kandelabr Blacków, ciężki i masywny, wykonany przez gobliny. Wszystkie jego pięć srebrnych odnóg wypolerowano na błysk, a na każdej z nich osadzono grube, białe świece. W salonie ogromne drzewko świąteczne ozdobione zostało bombkami, wstążkami w kolorze złota i srebra oraz większą ilością światełek, niż jego gałęzie są w stanie unieść. Za ten szczegół odpowiedzialny jest James.
Zerkam na niego z drugiego końca pokoju. Rozłożył się pod drzewkiem, otoczony pozostałościami po prezentowym papierze i kokardkami. Córka Granger, Rose, siedzi obok niego. Rude loczki wpadają jej do oczu. Obserwują Powtarzalnego Wisielca, który z posępną miną wspina się na spotkanie swojego losu. James pieje z zachwytu, kiedy zapadnia otwiera się, pozostawiając go wiszącego na sznurze.
Jest przerażająco żądny krwi. Raczej to aprobuję.
Pomieszczenie wypełniają przyjaciele i rodzina. Teddy siedzi z Granger, trzymającą na kolanach Hugona, i oboje pochylają głowy nad książką, którą przywiózł do domu z hogwarckiej biblioteki. Naprzeciwko nich na kanapie zajęli miejsca Blaise i Milie. Dłoń Blaise’a w ochronnym geście spoczywa na jej brzuchu. Ciąża dopiero co zaczęła być widoczna. W maju spodziewam się kolejnego chrześniaka. Mogę jedynie pałać nadzieją, że będzie to chłopak. Ostatnim razem, gdy powiedziałem to głośno przy Milie, dostałem poduszką w głowę.
Portret ojca został wyniesiony z biblioteki. Wisi teraz nad kominkiem. Jego postać omiata cały świąteczny zgiełk ponurym spojrzeniem. Dwukrotnie protestował przeciwko Weasleyom w jego rezydencji, więc musiałem mu przypomnieć, że dom należy teraz do mnie. Całkowicie.
Napotyka moje spojrzenie i kiwa głową, unosząc kieliszek wina. Jestem niemal pewien, że zwędził go Brutusowi. W odpowiedzi unoszę swój własny.
Harry stoi przy oknie, trzymając w dłoni dżin z tonikiem i śmiejąc się z czegoś, co powiedział Wiewiór. Gdy się odwraca, łapie mój wzrok i uśmiecha się, szeroko i szczerze. Na chwilę zapominam, jak się oddycha.
Mój Harry.
Był ze mną podczas nieprzespanych nocy, w czasie okresów gniewu i rozpaczy. W trakcie jednego z napadów szału rzuciłem porcelanowym dzbankiem do herbaty ciotecznej babki, który o włos ominął jego głowę. Nie zostawił mnie, mimo moich nieustannych wysiłków, by go do tego zmusić. Poza tym, jest prawdziwym specjalistą w naprawianiu rozbitej porcelany.
Milie mówi, że to właśnie miłość. Myślę, że chyba ma rację.
Klepnąwszy Weasleya po ramieniu, Harry oddala się od niego i idzie w moim kierunku.
— Hej — mówi. Ujmuje moją dłoń i splata nasze palce razem. — Szczęśliwych świąt, kochanie.
Całuję go lekko.
Tak, to naprawdę szczęśliwe święta.

KONIEC


Dziękuję Wam za komentarze, każdej z osobna. Pokłony należą się również moim niezastąpionym betom, Kaczalce i Donnie, bez których ten tekst bardzo straciłby na wartości; a także, po cichu, pewnemu Alexandrowi za inspirującą mnie muzyczną historię o pożądaniu oraz Takiej Jednej Rudej, która z całą pewnością nie wie, że gdyby nie jej obecność, nie ruszyłabym najmniejszym palcem, żeby fika skończyć.
Do {raczej nieprędkiego, acz pewnego} poczytania!
Ostatnio edytowano 13 mar 2012, o 18:15 przez Lasair, łącznie edytowano 5 razy
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez Japor » 12 mar 2012, o 11:21

Piękne, piękne, piękne! Na prawdę ciężko mi pożegnać się z tym opowiadanie (chociaż na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę), wielka szkoda, że to już ostatni rozdział :cry:
Dziękuję za wyszukanie takiej "perełki" i za znakomite tłumaczenie :D

Pozdrawiam!!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez MargotX » 12 mar 2012, o 20:30

Piękne zakończenie. Happy end wcale nie oznacza, że wszystkie problemy zniknęły, dusze zostały szczęśliwie uzdrowione i życie odtąd będzie bez kolców. Tyle, że to, co najgorsze, zostało w pewien sposób zamknięte. Draco zobaczył wspomnienie ojca, znalazł w sobie siłę, żeby mu przebaczyć. Duży wpływ miała tu rozmowa z Narcyzą, fakt, że dowiedział się o jej traumie, o tym, że w zasadzie mają tak samo koszmarne wspomnienia. Na szczęście, teraz mają również wokół siebie ludzi, którzy ich kochają, którym na nich zależy. No właśnie, a propos tych ludzi, to Harry w wydaniu, jakie miał szczęście spotkać po latach Draco, jest absolutnie niesamowity. To ktoś niezwykle silny, ale opanowany, emanujący ciepłem, spokojem. To mężczyzna, który też jest po przejściach, a zachował niespotykane pokłady empatii i zdolności do kochania drugiej osoby.
Był ze mną podczas nieprzespanych nocy, w czasie okresów gniewu i rozpaczy. W trakcie jednego z napadów szału rzuciłem porcelanowym dzbankiem do herbaty ciotecznej babki, który o włos ominął jego głowę. Nie zostawił mnie, mimo moich nieustannych wysiłków, by go do tego zmusić.

To właśnie jest miłość - Milie ma absolutną rację.
I kolejna piękna scena erotyczna. Delikatna, nie przeładowana, znów niesamowicie emocjonalna, po prostu wspaniała. To niesamowite, jak można podgrzać atmosferę, jedynie opisując dotykanie ciała drugiej osoby, patrzenie na nią w sposób, w jaki dotychczas nie spoglądało się na nikogo innego.

Jak dla mnie, ten tekst jest idealny. Nie jest lekki, łatwy i przyjemny. Mówi o cierpieniu, gniewie, nienawiści, ale też o przyjaźni, miłości, pragnieniach. Jest tu takie bogactwo emocji, nastrojów, a jednocześnie zachowana pewna harmonia i równowaga. Pozytywne zakończenie i, na szczęście, jedynie wzmianki o byłym małżeństwie Harry'ego, a co za tym idzie, brak plączących się pod nogami byłych niedoszłych, to zdecydowane atuty. Anatomia jest kolejną próbką talentu Femme z jednej i kunsztu tłumaczki i jej bet z drugiej strony. Jak dobrze, że jest kolejne coś, do czego można będzie powracać.

Dziękuję pięknie i pozdrawiam :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez CrazyCry » 13 mar 2012, o 17:41

Tak sobie uświadomiłam, że w zalążku fabuła przypomina trochę Srebrną tkaninę. Tam również Harry pracował w Malfoy Manor.
Wiem, że mi nie wierzy, ale dyskretnie nie naciska.

Powiedziałabym raczej 'taktownie', bo jak można dyskretnie czegoś NIE robić?
dźwięk kolęd rozpoczynających pasterkęzaczyna

A tutaj spacja uciekła.
Zgrabne zakończenie ładnej historii. Chylę tiary autorce, tłumaczce i betom :D.
Aerobic -> aerobik
Fanfic -> fanfik
Nie fanfick x.x
Fanpage "Effeminate boys"
CrazyCry Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 361
Dołączył(a): 8 lis 2011, o 09:12
Lokalizacja: Wawa

Postprzez debbieharry » 12 lut 2014, o 21:41

"Anatomia dusz" to jedno z moich ulubionych drarry. Ma dobrze zarysowaną fabułę i wyraziste postacie - te, które stoją na drugim planie nie są jedynie "zapchajdziurami". Aż ciepło mi się robiło na sercu, kiedy czytałam o relacji Blaise'a, Millie i Draco. Naprawdę można poczuć, że kochają się i troszczą o siebie nawzajem, nawet jeśli nie zawsze potrafią pomóc. Postać Harry'ego też jest świetnie zbudowana - lubię, gdy autor pozwala mu dojrzeć, a nie na siłę stara się zachować cechy z kanonu i robi z niego durnia, który nie potrafi się wysłowić. Przełknąć to można u nastolatka, a u trzydziestoletniego faceta już niekoniecznie.
Wspaniałe sceny pomiędzy Draco a Harrym, bardzo delikatne i subtelne. Ich zbliżenie jest dużo bardziej zmysłowe niż niejeden opis seksu, powietrze wydaje się być przesiąknięte erotyzmem.
No i zakończenie, które jest naprawdę dobre. Jest nadzieja na przyszłość, ale bez zbędnego lukru, bez pominięcia demonów, które wciąż siedzą w Malfoyu.

Bardzo, bardzo mi się podobało. Duża w tym zasługa tłumaczki i bet, bo wiadomo, nawet najlepszy tekst można zepsuć. Rzucił mi się w oczy tylko jeden błąd - w którymś rozdziale pojawiło się nienajlepiej.

Dziękuję za przetłumaczenie tego opowiadania. :)
debbieharry Offline


 
Posty: 11
Dołączył(a): 17 gru 2013, o 20:53

Poprzednia strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości