[Z] Anatomia dusz

femmequixotic

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Akame » 7 sty 2012, o 19:45

A miałam jakoś przedwczoraj zacząć jęczeć o kolejną część xD
Więc Lucjusz wiedział i Narcyza również. Zastanawiam się, czy to nie miało pośredniego wpływu na samobójstwo Lu. Tyle pomyłek, złych decyzji, którymi skrzywdził najbliższe sobie osoby. Stracił szacunek społeczeństwa, zhańbił nazwisko i na koniec, skazał własnego syna na pełnienie funkcji zabawki innego mężczyzny. Oczywiście nie zrobił tego specjalnie, ale to jego błędy zniszczyły coś więcej niż tylko ich reputację. Myślę, że nie potrafił sobie z tym poradzić.
Mam nadzieję, że Harry zupełnie oczyści dwór z negatywnej energii i czarnej magii. W tej posiadłości zaległo się zbyt wiele złego, aby można tam było spokojnie mieszkać. Mówi się, że mury domu pamiętają lepiej niż cokolwiek innego, a w Malfoy Manor jest o czym pamiętać i równie wiele rzeczy należałoby wymazać z tej pamięci.
Cieszę się, że Draco zaufał Potterowi. Myślę, że musi coś być w sposobie bycia Gryfona, może w tej energii, z którą ma do czynienia na co dzień, że Draco mu tak szybko zaufał. Opowieść miała zniesmaczyć i wstrząsnąć Harrym, a spotkała się z pełnym zrozumieniem. Zero litości, rozważań, niepotrzebnych pytań. Przyjął do wiadomości i odpowiednio zareagował. Myślę, że to najbardziej przekonało Draco.

Za krótkie! Ledwo zaczęłam i już po czytaniu. Nakręciłam się na więcej, a tutaj figa ;] Mam nadzieję, że niedługo wkleisz kolejną część.
Pozdrawiam tłumaczkę i jej bety i życzę weny :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez MargotX » 7 sty 2012, o 20:54

Zamierzałam rozpocząć mój komentarz od marudzenia, że rozdział jest taki krótki, cieszę się, że Akame też pomarudziła ;) , bo rzeczywiście jest. Nie zdążyłam się nawet rozgrzać czytaniem i już koniec...

Jak dobrze, że Harry zdążył już zdziałać w Malfoy Manor tyle, że nawet Draco zauważa zmianę aury, że jest w stanie z nieco większym spokojem tam przebywać. I rzeczywiście, chyba też sam czerpie coś pozytywnego, łagodzącego z siły Pottera, z jego własnej aury. To tak jakby Harry był w stanie oddziaływać również na niego samego, nie tylko na mury i wnętrze budynku. Sama rozmowa, już w zdecydowanie innej atmosferze, fakt, że Harry nie ocenia, nie osądza, że jest w stanie oddzielić osobę Draco od tego, co robił, do czego był zmuszany i nie ucieka wzrokiem, kiedy słucha o wszystkich tych okropnościach, jakie miały miejsce w życiu młodego chłopaka, to wszystko na pewno ma jakiś pozytywny wydźwięk i wpływ na nastrój Ślizgona i na ich wzajemne relacje. Pozwala również Draco zrobić pierwszy powolny krok do wyrzucenia z siebie całego tego shitu, z którym przez lata się zmaga.
Jak lepiej poniżyć Malfoyów niż zrobić z ich potomka coś gorszego od dziwki?
To jedno zdanie najlepiej obrazuje traumę, w której żył Ślizgon przez kilka lat, która dotknęła całą jego rodzinę. Fakt, ich wcześniejsze wybory mają tu niebagatelne znaczenie, jednak to, z czym zmagali się przez lata, co doprowadziło ostatecznie Lucjusza do śmierci z własnej ręki, jest niewyobrażalnym koszmarem.

Dziękuję za kolejną część i też mam nadzieję, że następna będzie niedługo, no i nie będzie tak krótka. Pozdrawiam :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Havoc » 8 sty 2012, o 14:12

Zgadzam się, że ten rozdział jest zdecydowanie za krótki. Ledwo zdążyłam się wciągnąć, a on się skończył.
Za to nie mogę z mojego skupienia. Czytałam to tak nieuważnie, że musiałam przeczytać "Nie wiedziałem, że grasz w obu drużynach" dwa razy, by zrozumieć, że wcale nie chodzi o quidditcha. :-? (Geez, a jeszcze kilka lektur przede mną). No nic, zaraz zbieram się w sobie, a tymczasem życzę Ci, by laptop powrócił do życia i już nigdy nie odmawiał współpracy, a Wena nie odlatywała gdzieś daleko.
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez Miss Black » 12 sty 2012, o 14:00

Rozdział piąty

Wciąż jestem oczarowana tym opowiadaniem. Lasair, nie wiem, na ile to zasługa autorki, na ile Twoja, ale język jakim jest to napisane stanowczo odbiega od normy. Może "wyszukany" to nie jest najwłaściwsze słowo, ale właśnie ono mi tu pasuje. Tym bardziej, że narracja prowadzona jest z punktu widzenia Draco, a jakby nie było, ten został wychowany na arystokratę.
A teraz już o samej treści. Czy Yaxley był aż tak wysoko postawiony w hierarchii sług Voldemorta, że Lucjusz nie mógł sobie pozwolić na przywołanie go do porządku? Delikatnie mówiąc. Wyraźnie powiedziane jest, że i ojciec Draco, i matka byli doskonale świadomi tego, co się dzieje. Och, a może to była kolejna strategia Czarnego Pana, mająca na celu doprowadzić Malfoya do ruiny? Mam na myśli faworyzowanie Yaxleya, dawanie mu przyzwolenia na działanie i przyglądanie się, jak Lucjusz załamuje się doszczętnie. W końcu pytanie "Jak możesz ze sobą żyć, Lucjuszu?" dość dobrze oddaje stosunek Voldemorta do swojej dawnej prawej ręki. Zdumiewające.
Z takich drobiazgów podobała mi się jeszcze sprawa z ciężarną skrzatką. O dziwno, nie widziałam tam stworzenia z HP, ale po prostu służącą kobietę, która została odesłana i jeszcze przypomniała mi się ta dziewczyna usługująca Marry w "Tajemniczym ogrodzie". Nie wiem, skąd to nawiązanie.

Dzięki za rozdział, a teraz idę czytać szóstkę. :)
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Miss Black » 12 sty 2012, o 14:36

Ojej, zaskoczył mnie ten rozdział. I to na ile sposobów! Ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewałam była tak rozbrajająca szczerość ze strony Draco. Nie mówię tu już o szczegółach tego, co się wydarzyło między nim a Yaxleyem, bo całkowicie trafia do mnie argument, że chciał tym zaszokować, przestraszyć i zniechęcić Pottera. Nie, mam tu na myśli to proste i krótkie: "Uspokajasz mnie". Całkowicie odsłaniające Draco. A co najdziwniejsze, chociaż zwykle nie kupiłabym podobnego wyznania z jego ust, i może właśnie dlatego, tu wydaje mi się pasować. I chyba jest to też dużym krokiem do przodu w jego relacji z Harry.
Drugą sprawą, która zbiła mnie mocno z pantykału był Czarny Pan rzucający Draco w prezencie. Spodziewałam się, że to zaszło zdecydowanie subtelniej. Wydawać by się mogło, że człowiek, który zamierza podbić świat ma nieco ważniejsze rzeczy na głowie, niż snucie planów poniżenia już służących mu ludzi. Myślałam, że to Yaxley wziął sprawy w swoje ręce, a Voldemort po prostu skorzystał z okazji, by ukarać i poniżyć Lucjusza. Gdzieś po drodze zapomniałam, że przecież Draco też zawalił i już samo wyznaczenie mu tego zadania było zaplanowaną zemstą na Lucjuszu. Cóż, czas powtórzyć kanon. To zdziecinnienie Czarnego Pana chyba było jego największą przeszkodą w realizacji jego własnych planów.

Dzięki za rozdział. :)
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Ranva » 12 sty 2012, o 23:05

Rozdział jak zawsze świetny :lol2:
A co do samej treści. to nic pisać nie będę bo szczerze "mówiąc" to opowiadanie tak bardzo mi się spodobało, ze już po drugim przetłumaczonym rozdziale przez ciebie przeczytałam całość po angielsku :whistle: (mimo iż jestem największym leniem :devil: i normalnie czekałam bym cierpliwie do końca to w tym przypadku nie wytrzymałam :oops: )
Fick według mnie po prostu genialny :serce:
Czekam teraz niecierpliwie na dalsze rozdziały po polsku, bo chce go na spokojnie przeczytać chyba już po raz 3 :P :mniam:
Tłumaczenie jest genialne, oddaje cały klimat opowiadania :brawo: :buzki:
Zycze weny i czasu :kwiatek:
Ranva Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 14
Dołączył(a): 1 sty 2012, o 23:18

Postprzez Evey » 13 sty 2012, o 20:24

Nie mieści mi się w głowie, jak Draco musi być skrzywdzony po doświadczeniach "oddania" mu śmierciożercy. Jak na razie, to najbardziej dla mnie przerażające i traumatyczne w tym tekście. A sam w sobie jest niezwykły, napisany w delikatny, płynny sposób, co świetnie przekazujesz, droga tłumaczko. Mało tu dla mnie Harry'ego, ale sposób, w jaki Draco jest tu przedstawiany i z jaką dokładnością robi to autorka, zapewne to wynagradza. Autentyczne są jego wspomnienia, uczucia, ból po stracie ojca czy sama wcześniejsza strata szacunku. Harry nie odstaje, choć niedużo tego, to jego charakter, słowa, kariera czy rozwód są bardzo prawdopodobne i razem z osobą Draco wprowadzają większą część do tej realności. Lubię, gdy kanon leży i kwiczy, ale nie spodziewałam się, że taki scenariusz również będzie mi odpowiadał.
I co w tym tekście jest takiego, że osoby uciekające od angstów nie mogą się mu oprzeć. To dla mnie dużo znaczyło, gdy zdecydowałam się na czytanie, bo sama do takich należę. Poszukałam, jak tylko nie znalazłam jakichś strasznych ostrzeżeń (typu śmierć Harry'ego/Draco - mam nadzieje, że poszukałam skutecznie!), już nie mogłam dłużej się opierać.
Nie żałuję. I dużo w tym Twojej zasługi, Lasair. :)
Dziękuję, pozdrawiam i dużo zapału do pracy życzę, czekam z niecierpliwością na kolejne części.
Nasza miłość na pewno wciąż trwała, ale po prostu była bezużyteczna, [...] bezwładna w nas, jałowa jak zbrodnia lub potępienie. Była tylko cierpliwością bez przyszłości i upartym czekaniem.
A. Camus, Dżuma
Evey Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 327
Dołączył(a): 2 lip 2011, o 11:39
Lokalizacja: Kraków

Postprzez Lasair » 17 sty 2012, o 11:24

Bardzo dziękuję za komentarze, jesteście niesamowite!
Na pocieszenie mogę tylko dodać, że następna część będzie nieco dłuższa. ;)
Beta: Donnie i Kaczalka :**


CZĘŚĆ SIÓDMA

Potter miał jednak nosa, wybierając sobie kryjówkę. Zajął pokoje ukryte w zapomnianym końcu korytarza na trzecim piętrze, należące niegdyś do mojego ciotecznego pradziadka Alfiego. Nie rozmawialiśmy o nim zbyt często. W ciągu pokoleń był w naszej rodzinie jedynym Gryfonem.
Wnętrza są duże i przestronne. Nie byłem tutaj od lat. Portret pradziadka wisi na ścianie salonu. Wchodząc do pomieszczenia, widzę, że podsypia, jednak budzi się, burcząc i parskając, kiedy zamykają się za nami drzwi.
— Co się dzieje? — odzywa się głośno Alfie, przecierając zaspane oczy, ale Potter szybko go ucisza.
— Wybacz — mamrocze w moją stronę. — James śpi po przeciwnej stronie holu, a niezła z niego burczymucha, jeśli obudzi się w środku nocy.
Ignoruję jego wyjaśnienia. Stoję jak zamurowany i wpatruję się w pudło w kącie pokoju, które pokazuje coś w rodzaju ruchomego obrazu.
— Co to, u diabła, jest? — pytam, zarzucając swój płaszcz i szalik na krzesło.
Potter czerwieni się.
— No tak. Przepraszam. W tym miesiącu są rozgrywki krykieta pomiędzy Anglią i Australią, i Dromeda powiedziała, że to żaden problem postawić tutaj telewizor. Zaczarowałem go tak, żeby korzystał z magii, a nie energii elektrycznej, ale...
— Mugolskie urządzenie? — Patrzę na niego przerażonym wzrokiem. — W mojej rezydencji? — Ojciec musi przewracać się w grobie. Ta myśl powoduje, że niemal wybucham śmiechem.
— Mogę go wyłączyć. — Potter wyciąga dłoń w kierunku pudła, ale powstrzymuję go.
— Nie trzeba.
Zerka na mnie z ciekawością.
— Od kiedy przestałeś mieć obiekcję w stosunku do mugolskiej technologii?
— A od kiedy ty używasz słowa „obiekcja”? — odparowuję i siadam na kanapie. Jak na ogromnego, wiktoriańskiego potwora, którego miękkie siedziska obite są aksamitem w kolorze jasnej czerwieni, okazuje się niezwykle wygodna.
— Racja. — Potter macha różdżką na pudło i przytłumiony dotychczas dźwięk cichnie jeszcze bardziej. Nie mogę przestać patrzeć na to dziwaczne urządzenie. Ubrany na biało mężczyzna przechadza się po zielonym polu, machając czymś, co niezaprzeczalnie wygląda jak...
— To są kije do quidditcha — mówię.
— Niezupełnie — odpowiada ze śmiechem. — Do krykieta.
— Co?
— Krykiet — powtarza. — Gra nieco podobna do quidditcha, ale bez mioteł i tłuczków.
Prycham wyniośle.
— Więc jaki to ma sens?
— Wielu mogłoby się z tobą zgodzić. — Siada na oparciu z boku kanapy. — Ale to właśnie z jego powodu zarywam dzisiaj noc. Anglia gra z Australią w Perth. Pierwsza noc trzeciego meczu testowego.
— Nie wiem, o czym mówisz — odpowiadam, jednak uważnie obserwuję pudło. Chętnie skorzystam ze środka na odegnanie myśli, nawet jeśli jest środkiem mugolskim. — Czyli nie ma znicza?
Potter szczerzy się w moją stronę.
— Nie ma.
Marszczę brwi.
— Więc za co, do diabła, przyznaje się punkty?
— Za uderzenie piłki i bieg — odpowiada Potter i śmieje się, kiedy wywracam oczami. — Momentami może być nudno, jeśli nie wiesz, na co zwracać uwagę. — Wstaje i podchodzi do kredensu. — Anglia spisuje się dziś bardzo dobrze — oświadcza przez ramię, pochylając się, by pogrzebać w szafce. Nie mogę nie zauważyć, jak dobrze leżą na nim dżinsy. Znowu czuję gorąco na twarzy. — To dopiero pierwsza runda, a Tremlett rozkłada odbijających jednego po drugim.
Mruczę coś wymijająco.
— To chyba dobrze — mówię, kiedy Potter wstaje.
— Nawet bardzo. — Wręcza mi butelkę jasnego piwa. — Wybacz. Obudziłbym skrzaty, ale...
— W porządku. — Machnięciem różdżki usuwam kapsel i podnoszę butelkę do ust. Potter obserwuje mnie, a moja brew od razu wędruje w górę. — Co?
— Nie wiem — przyznaje. — Dziwnie widzieć ciebie pijącego piwo. Zawsze myślałem, że wolisz wino. — Odkasłuje. — No wiesz. Kultura i takie tam.
— Jesteś idiotą.
— Być może. — Siada na kanapie obok mnie, otwiera swoją butelkę i upija łyk.
Zastanawiam się, co powiedzieć.
— Wolę cydr albo ciemne piwo — przyznaję, a Potter znowu się do mnie szczerzy. Odwzajemniam mu się groźnym spojrzeniem. — Ani słowa.
Siedzimy w ciszy przez długą chwilę, wpatrując się w mężczyzn w pudle. Potter próbuje wyjaśnić mi zasady gry, ale uciszam go z irytacją. Nie mogą być takie trudne, są mniej skomplikowane niż w quidditchu.
Poddaję się godzinę później.
— To nie ma absolutnie żadnego sensu — stwierdzam poirytowany, biorąc od Pottera trzecie piwo. Zdjąłem buty i rozłożyłem się na połowie kanapy. — Bramki, auty, serwy. Mam ochotę zdzielić ich wszystkich tłuczkiem. Jedynym atutem jest to, że zawodnicy są porządnie zbudowani. — Przerywam. — No, przynajmniej Anglicy. Australijczycy wyglądają, jakby ugodziły ich klątwy żądlące.
Potter dławi się piwem.
— Sądzę podobnie. — Przygląda mi się. — Pity Broady nie gra z powodu kontuzji. Jestem ciekaw, co byś o nim powiedział.
— Dlaczego? — Zaintrygowany unoszę butelkę do ust.
— Bez powodu. Po prostu uważam, że jest... — Waha się, a kącik jego ust unosi się do góry. — Interesujący.
Piwo przyjemnie szumi mi w głowie.
— Masz na myśli, że... — Wykonuję intymny gest ręką, na co Potter rumieni się, a ja odpowiadam śmiechem. — Ale z ciebie świętoszek.
— Pieprz się — mówi, wykrzywiając usta w rozbawieniu.
Niebo za oknem przybrało barwę szarości i znowu zaczął padać śnieg. Nie mieliśmy takiego grudnia, odkąd pamiętam. Drżę nieznacznie i oplatam ramiona wokół siebie, odchylając się w kąt kanapy i kładąc głowę na jej oparciu. Prawdopodobnie niedługo nadejdzie pora śniadania.
— Zmęczony? — pyta Potter. Podciąga nagie stopy z podłogi i spogląda na mnie z uwagą.
Potrząsam głową.
— Niezupełnie. — Jestem zaskoczony. Potter okazuje się dobrym towarzystwem. Jest w nim coś, co odpędza mój niepokój. Mogę szczerze przyznać, że w szkole działał na mnie odwrotnie. — Zmieniłeś się — stwierdzam, obserwując go.
— Jak to? — Upija kolejny łyk piwa.
— Nie wiem. — Przyglądam mu się przez dłuższą chwilę. — Ale nie chcę już przyłożyć ci pięścią w twarz.
— Właściwie mi ją zdeptałeś — odpowiada lekko. — Trochę bolało.
Przez moment marszczę czoło, a potem dociera do mnie, do czego nawiązuje.
— Ach. To. Jeśli dobrze sobie przypominam, byłem trochę zdenerwowany przez to, co stało się z moim ojcem.
Mruczy coś w odpowiedzi i unosi butelkę do ust. Milczymy. Przekładam swoje piwo z jednej dłoni do drugiej. Zabiłbym teraz za papierosa.
Zerkam na Pottera.
— Masz coś przeciwko, jeśli zapalę?
Wzrusza ramionami, więc stawiam butelkę na podłodze i wstaję. Podchodzę do płaszcza i grzebię w kieszeni, wyjmując wreszcie na pół pustą paczkę Cliodne. Przypalam jednego końcem różdżki i rzucam zaklęcie odpędzające dym. Potter mnie obserwuje.
— Gdzie się tego nauczyłeś? — pyta.
— W pokoju wspólnym Ślizgonów. — Wyciągam paczkę w jego stronę, ale odmawia gestem dłoni.
Siadam i zaciągam się papierosem. Uspokaja moje nerwy, jednak nie tak jak obecność Pottera.
— Przypuszczam — odzywam się w końcu — że powinienem przeprosić. — Zerkam na niego. — Za nadepnięcie ci na twarz.
Zbywa mnie machnięciem ręki.
— Było, minęło.
Przez moment milczę, w końcu wzdycham.
— Naprawdę byłem wtedy wkurzony z powodu sprawy z ojcem...
— Między innymi — mówi Potter, a ja rzucam mu gniewne spojrzenie. Dopija swoje piwo i odkłada butelkę na bok. — Wybacz.
— Wiesz, z ciebie też był niezły dupek.
— Wiem. — Wyciąga rękę. — Daj papierosa.
Podsuwam mu swojego, a on unosi go do ust i zaciąga się. Szary dym wylatuje mu powoli przez dziurki nosa.
— Chryste — odzywa się, wręczając mi papierosa z powrotem. — Nie paliłem, odkąd Ginny zaszła w ciążę z Jamesem.
— Straszne — odpowiadam beznamiętnie. Wyglądam przez okno na padający śnieg. — Jednak jestem na niego zły.
Potter waha się.
— Na ojca?
Kiwam głową.
— Ale nie wiem, dlaczego. — Ponownie zaciągam się papierosem i strzepuję popiół. Zanim dotyka podłogi, łapie go zaklęcie, a potem usuwa razem z dymem. — Myślę, że nie potrafię zdecydować, czy dlatego, że stchórzył i zostawił mnie i matkę czy... — Unoszę papierosa do ust i pozwalam zawisnąć w powietrzu niedokończonej myśli.
— Za to, że cię nie chronił. — Oczywiście na Pottera można liczyć, jeśli chce się usłyszeć to, co powinno pozostać niewypowiedziane.
Mogę jedynie wzruszyć ramionami. W tej chwili nie ufam swojemu głosowi.
Potter pochyla się, by dotknąć mojej kostki, ale zanim to robi, zmieniam pozycję.
— Powiedziałem ci już dużo o sobie. Myślę, że należy mi się coś w zamian.
— Na przykład co? — Opiera się o bok kanapy.
— Czemu wyjechałeś z Australii?
Przysuwa kolana do piersi. Znowu wyciąga rękę, a ja podaję mu papierosa.
— Ginny miała tylko pięcioletni kontrakt z Wojownikami. Zawsze wiedzieliśmy, że chcemy wrócić, kiedy się skończy. Potem zaoferowali jej angaż w Harpiach. Nie było powodu by zostać. Co jeszcze chcesz wiedzieć? — Wydmuchuje dym w moim kierunku. Drań.
— Granger mówiła, że się rozwodzisz. — Obserwuję go uważnie, ale nie wygląda na speszonego.
— Myślałem, że wszyscy to wiedzą. — Unosi brew. — Pisali o tym w gazetach.
Prycham i zabieram papierosa.
— Nie czytam gazet, które nie mają przynajmniej pięćdziesięciu lat.
— Mądrze.
— Wiem. — Pstrykam palcami i zaklęciem usuwam niedopałek. Sięgam po swoje piwo. — Odpowiedz na pytanie.
Zerka na mnie z rozbawieniem.
— Myślałem, że to było stwierdzenie — przerywa i odwraca wzrok w kierunku okna. — Uwierzysz mi, jeśli ci powiem, że się od siebie oddaliliśmy?
— Nie. — Dopijam ostatni łyk i odstawiam butelkę.
Potter posyła mi przygnębione spojrzenie.
— Ale to prawda. W większości. Ciężko mieć za żonę zawodniczkę quidditcha. Treningi, mecze, wyjazdy... — Wzdycha i zdjąwszy okulary, wyciera je brzegiem koszuli. Bez nich jego oczy są niemożliwie duże. I z pewnością nigdy nie rozważał modelowania brwi. — To trudne. Oddalaliśmy się od siebie od co najmniej roku. Może dłużej. A potem poznała kogoś innego, sześć miesięcy wcześniej, nim zdecydowaliśmy się na powrót do Anglii. Powiedziała mi, że chce wrócić sama. Wyprowadziła się z mieszkania, a resztę pobytu w Australii spędziliśmy na ustalaniu warunków opieki nad Jamesem. Przeważnie mam go przy sobie. Tak jest łatwiej, biorąc pod uwagę harmonogram jej zajęć. Kiedy jest w domu, zabiera go na weekend i wakacje. — Nakłada okulary i mruga. — To dziwne, jak cywilizowany może być rozpad małżeństwa.
Przez chwilę nie odpowiadam, a Potter odwraca wzrok. Wzdycham. Współczucie mu jest dla mnie co najmniej niepokojące.
— Musiałeś być wściekły.
Kiwa głową.
— Byłem. Ale przypuszczam, że to nie tylko jej wina. — Wierci się na kanapie, najwyraźniej zakłopotany w takim samym stopniu jak ja, co dziwnym sposobem sprawia, że czuję się swobodnie. Podoba mi się, że postawiłem go w sytuacji, w której musi się tłumaczyć. Nabiera głębokiego oddechu. — Pobraliśmy się zbyt szybko i oboje o tym wiedzieliśmy, ale kiedy na świat przyszedł James, chcieliśmy zostać razem dla niego… — przerywa. — Chcesz jeszcze jedno piwo?
Dobry Boże, myślałem, że nigdy nie zapyta.
— Tak. — Kiedy wstaje z kanapy, dodaję: — I nie bądź tak cholernie szlachetny.
— Że co? — Zerka na mnie przez ramię.
— Słyszałeś. — Znowu oglądam krykieta, krzywiąc się w kierunku pudła. — Bądź wściekły, na miłość boską. Twoja żona zostawiła cię dla innego mężczyzny...
Potter sięga do kredensu.
— Właściwie dla kobiety.
To mnie zaskakuje.
— Co?
Wyjmuje dwa piwa i wstaje.
— To nie było czymś nieoczekiwanym, przynajmniej nie dla mnie. Ginny i ja wiedzieliśmy, że oboje lubimy i kobiety, i mężczyzn. Kiedy byliśmy młodzi i głupi, mieliśmy różne przygody. Szliśmy do mugolskiego klubu, wybieraliśmy chłopaka albo dziewczynę, zabieraliśmy go lub ją do domu...
— Dobry Boże, Zbawca czarodziejskiego świata to perwersyjny drań? — Biorę od niego piwo.
— Coś w tym stylu. — Potter siada i otwiera obie butelki machnięciem różdżki. — Nie mów nikomu.
Krzywię się.
— Nie martw się. Ty też masz na mnie haka.
— Racja.
Zerkam na niego znad butelki.
— Nadal ją kochasz?
— Czasami. — Milknie na moment. — Jest matką Jamesa. Zawsze będę ją kochał, tak sądzę.
Pijemy piwo, nie patrząc na siebie.
— Nigdy nie byłem zakochany — wykrztuszam. Moje policzki płoną. Nie mam pieprzonego pojęcia, dlaczego to powiedziałem. Za dużo piwa, tak myślę. Albo kropelek księżycowej rosy w papierosach. Albo to po prostu fakt, że jestem ponurym idiotą, głupim na tyle, by szukać odrobiny spokoju w towarzystwie mężczyzny, którego nienawidziłem od jedenastego roku życia.
— Żadnej atrakcyjnej osoby wśród Ślizgonów?
— Było kilka takich — przyznaję — ale żadna mnie nie zainteresowała.
— Dlaczego? — Kiedy posyłam mu rozdrażnione spojrzenie, rumieni się. — Och. Serio?
— Nie jestem prawiczkiem...
— Z pewnością — odpowiada, a potem jeszcze bardziej się rumieni. — To znaczy...
Wywracam oczami i upijam łyk piwa.
— Wiem, co miałeś na myśli. Ja mam na myśli, że było kilka osób przedtem. — Patrzę na niego. — Obu płci.
— A teraz? — Zerka na mnie z zaciekawieniem.
Wzruszam ramionami.
— Nie interesuje mnie seks.
— Żartujesz. — Pochyla się ku mnie. — Wszystkich interesuje seks.
Zasługuje tym sobie na moje złowrogie spojrzenie.
— Nie miałem z nim zbyt dobrych doświadczeń, Potter. — Kończę piwo i odkładam butelkę na bok. Zastanawiam się, dlaczego mówię do niego w ten sposób, ale nic mnie to nie obchodzi. To pierwszy raz od lat, kiedy czuję, że mógłbym powiedzieć cokolwiek zechcę bez sprawiania, że rozmówca zmartwi się bądź zrobi posępną minę. — Można chyba stwierdzić, że wcześnie wzniosłem się na szczyt, a potem już tylko staczałem w dół.
Potter marszczy brwi.
— To nie jest śmieszne.
— Myślałem, że jest.
Bawi się butelką, nadrywając etykietę paznokciami.
— Masturbujesz się? — pyta po chwili.
Prostuję plecy.
— To już bezczelność.
Potter unosi butelkę do ust.
— Po prostu zżera mnie ciekawość.
Przez chwilę rozważam wstanie z kanapy i aportację, ale jestem zmęczony, a to wymagałoby więcej energii, niż jej aktualnie posiadam.
— Tak — odpowiadam z westchnieniem. — Jestem mężczyzną, więc się masturbuję. I myślę wtedy o mężczyznach, odpowiadając na twoje kolejne pytanie.
— Nie chciałem o to pytać — protestuje.
Unoszę brew bez przekonania.
— Ale o tym pomyślałeś.
Uśmiecha się lekko.
— Przestań czytać mi w myślach.
— To nie takie trudne — Jestem szczerze rozbawiony. Nie śmiałem się od śmierci ojca. — Powiedziałbym, że twój umysł to otwarta książka, ale nawet Martin Miggs, szalony mugol, miał więcej głębi od ciebie.
— Musisz czuć się lepiej.
Przenoszę wzrok na pudło. Mężczyźni w bieli wciąż są na zielonym boisku.
— Trochę. — Patrzę, jak jeden z nich uderza w czerwoną piłkę swoim kijem do quidditcha. Piłka skacze po trawie, a inny zawodnik za nią nurkuje. — Kiedy zacząłeś oglądać mugolski sport?
— Masz na myśli krykieta? — Potter również patrzy na pudło. — W Australii. Mój partner z oddziału aurorów był mugolakiem. Uparł się, że jeśli mamy ze sobą spędzać tak dużo czasu, muszę być przynajmniej w stanie prowadzić inteligentną rozmowę... — Przerywa, słysząc mój gwałtowny śmiech. — Och, pieprz się. W każdym razie, byłem tam, kiedy Anglia grała mecz z Australią w dwa tysiące piątym. Genialna seria. Całkowicie mnie pochłonęła. A niewiele później nasza drużyna złamała mi serce, przegrywając w kolejnym roku. — Krzywi się. — Dranie. Robinson nie pozwolił mi o tym zapomnieć.
— Jak dotąd Anglii idzie dość dobrze? — Kiwam głową w kierunku pudła. — Mam na myśli ten mecz.
Potter szczerzy się.
— Tak. Jak na razie prowadzi w serii spotkań, nie licząc pierwszej rundy w Brisbane. — Jego twarz przybiera tęskny wyraz — Żałuję, że nie jestem teraz w Oz, żeby wytknąć ten fakt Robinsonowi, ale to byłoby niemal okrutne.
— Aż tak źle?
— Owszem, dla Australii. — Potter przysuwa się do mnie, a ja się nie cofam. — Gość, który teraz wchodzi na boisko, Hussey, odwala robotę za całą drużynę.
— Tak? — Przyglądam się dokładniej ciemnowłosemu mugolowi, machającemu kijem. Twarz umazaną ma białą substancją, maścią cynkową, jak wyjaśnił mi Potter, kiedy zapytałem wcześniej, chroniącą skórę przed australijskim słońcem. Krzywię się na samą myśl o kremie i słońcu, chociaż nie miałbym nic przeciwko odrobinie ciepła. Jednak nie trzydziestu stopniom Celsjusza. — Nie wygląda na takiego.
— Może nie jest bardzo dobrze zbudowany — zgadza się Potter — ale dobry z niego odbijający.
Prycham.
— To nie takie trudne.
— O wiele trudniejsze niż myślisz.
Posyłam mu sceptyczne spojrzenie, na co reaguje śmiechem.
— Wypchaj się, Potter — odpowiadam, unosząc kąciki ust — i podaj tę narzutę. Jest cholernie zimno.
Rzuca mi grubo dziany koc i siedzimy tak razem w komfortowej ciszy, oglądając zawodników na boisku.

KONIEC CZĘŚCI SIÓDMEJ
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez MargotX » 17 sty 2012, o 20:50

Ten tekst ma dla mnie wydźwięk taki, jak by to określić, osobisty? Jakoś tak go odbieram, jako proces powolnego oczyszczania się przez Draco, pozbywania się toksyn, które cały czas atakują jego wnętrze.
Właśnie ten motyw ostatni, to posiedzenie przy piwie, przed telewizorem, niewymuszona, luźna rozmowa, niewiarygodny spokój emanujący od Harry'ego, który nawet w żaden sposób nie daje się sprowokować do słownych gierek, kiedy Draco momentami jest zaczepny. Wiadomo, że Draco ma wspaniałych przyjaciół, którzy wiele mu pomogli i robią to nadal, ale to właśnie teraz ma szansę wreszcie normalnie zacząć reagować na pewne rzeczy, czuć się swobodniej, oddychać po prostu.
Ot, choćby pytanie Harry'ego o masturbację ;) Aż dziw bierze, ale Draco odpowiada szczerze i to jest naprawdę niesamowite. Harry ma na niego naprawdę dobroczynny wpływ, na tyle, że nawet mugolskiego krykieta ogląda z nim w przyjacielskim milczeniu.

No, ale wspominki o bardzo niegrzecznych przygodach Złotej Pary :devil: to już smaczek, którego się tu absolutnie nie spodziewałam, bo kto by pomyślał, że nawet ruda ma biseksualne skłonności :shock: Całkiem niezły akcent humorystyczny jak na tekst, który ma w sumie raczej smutnawy i dramatyczny charakter.

Dziękuję, pozdrawiam i oczywiście czekam na kolejną część :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Akame » 18 sty 2012, o 17:40

Fantastyczne. Ten rozdział był taki... spokojny. Jakby nagle opadło napięcie, wszystko się wyciszyło, a Draco odnalazł wreszcie spokój. Ich rozmowa była tak zwyczajna, że aż się ciepło robiło czytając. W dodatku takie naturalne gesty, jak picie piwa, oglądanie krykieta, oraz palenie jednego papierosa na spółkę, a na koniec wspólny pled, dopełniły całości tej sielanki. Myślę, że Malfoy dawno nie był tak zrelaksowany xD
Draco nie lubi seksu, to logiczne po tym co przeżył lata wcześniej. Zastanawiam się, czy odkryje ponownie radość z brania i dawania z osobą, która wie. Bo Harry jest świadomy, jakie rany ma na psychice i wątpię aby go zranił. Myślę, że jeżeli doszłoby pomiędzy nimi do zbliżenia, Potter naprawdę miałby się na baczności, a przy tym był tak naturalny, jak teraz.
— Masz na myśli krykieta? — Potter również patrzy na pudło. — W Australii. Mój partner z oddziału aurorów był mugolakiem. Uparł się, że jeśli mamy ze sobą spędzać tak dużo czasu, muszę być przynajmniej w stanie prowadzić inteligentną rozmowę... — Przerywa, słysząc mój gwałtowny śmiech. — Och, pieprz się.

Szczerze, parsknęłam w tym samym momencie co Draco. Myślę, że z tym mugolem, Malfoy znalazłby wspólny temat do rozmowy ;)

Rozdział oczywiście krótki, niemniej naprawdę przyjemny i relaksujący. Ja bym chętnie dłużej poczytała o takiej sielance, niezobowiązującej wymianie zdań i dzieleniu się jednym papierosem :)

Pozdrawiam ciepło, dziękuję tłumaczce i jej betom i czekam na kolejny rozdział :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Miss Black » 21 sty 2012, o 14:04

Boże, fandom zmienia myślenie o świecie. Ostatnio czytałam artykuł o nacjonalizacji krykieta w Indiach i jedyne, o czym byłam w stanie myśleć, to Draco, który zrezygnował z gry w "Czarnej kawie, samotnej nocy". No, ale przynajmniej dzięki temu choć odrobinę orientowałam się, o co chodzi w tej grze i że naprawdę ktoś jeszcze uprawia ten sport. Choć wciąż ciężko mi to sobie wyobrazić. Dlatego tak abstrakcyjnym było czytanie o Draco i Harrym, którzy dla rozluźnienia oglądali mecz krykieta w samym Malfoy Manor. Was to trochę nie wytrąca z równowagi? Mnie trochę tak. Podobnie jak ton tej rozmowy. Obydwaj są cholernie szczerzy wobec siebie. Przecież Draco mówi mu rzeczy, których nie powiedział nikomu innemu! Ale dobrze, Harry jako jedyny człowiek na Ziemi go uspokaja: sam w sobie jest ewenementem, mogę to zrozumieć. Ale Potter? Jasne, alkohol robi swoje, ale Harry chlapie na prawo i lewo o rzeczach, których z pewnością wolałby nie upubliczniać. I stawiam butelkę Ognistej, że gdyby Draco wymsknęło się coś kiedyś o podbojach jego i Ginny, to Harry nie odwdzięczyłby się tym samym. No, ale i tak cieszy mnie, że poznają się bliżej :) Gdzieś tam umknęła dotychczasowa atmosfera, nie umiej jej określić, ale chodzi mi o to poczucie bezpiecznej otoczki Draco, a z drugiej strony to dobrze, bo w jego życiu pojawia się Harry i robi się tak... zwyczajnie. Zobaczymy, co z tego wyniknie i czy Harry nie namiesza. W końcu, Lasair, zakończenia tekstów, które tłumaczysz zawsze się nie całkiem szczęśliwe.

Czekam na kolejny rozdział i pozdrawiam.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Lasair » 10 lut 2012, o 14:54

Z powodu wyjazdu i pecha do hotelowego internetu trochę mi się posypały terminy, ale mam nadzieję, że wybaczycie mi po przeczytaniu poniższej części. :)
Uściski dla Bet Nieocenionych!



CZĘŚĆ ÓSMA

Kiedy się budzę, do moich uszu dobiega szelest i czyjś szybki oddech. Otwieram oczy i widzę wpatrującego się... nie, gapiącego się na mnie Jamesa. Siedzi po turecku na pikowanej otomanie i bardzo się nad czymś koncentruje.
Zamieram w bezruchu.
— O co chodzi?
— Podziałało? — pyta James.
— Co podziałało? — odpowiadam pytaniem na pytanie trochę bardziej szorstko, niż zamierzałem. Jestem zmęczony i z chęcią wypiłbym eliksir na kaca.
James sapie i przewraca oczami.
— Mój eksperyment. Słyszałeś, jak mówiłem, żebyś wstał?
Mrugam. Dziwny z niego dzieciak, ale jakimś cudem nie irytuje mnie tak bardzo jak inne. Być może dzieje się tak dlatego, choć niechętnie to przyznaję, że przypomina mi mnie samego w tym wieku. Samotnego i przedwcześnie dojrzałego, wałęsającego się po zbyt wielkim i pustym domu, mając skrzaty za jedynych towarzyszy.
— Nie sądzę — mówię. — Ale spałem, więc nie mogę być pewien.
Po jego piegowatej twarzy przebiega cień prawdziwego zawodu.
— Kurza stopa! A tak się starałem udoskonalić moją metodę.
Na dźwięk tego zmyślnego wyrażenia ogarnia mnie mimowolna wesołość — najwyraźniej James wpadł w kłopoty, używając prawdziwych przekleństw. Albo ma zdrową wyobraźnię i mało okazji, by dać jej upust.
— Nie martw się. — Robię wszystko, co w mojej mocy, by brzmieć uspokajająco, sprawdzając równocześnie policzki w poszukiwaniu zaschniętej śliny. Zasnąłem na kanapie, na miłość boską. Matka byłaby przerażona. Pomijając cały ten niekonwencjonalny barłóg, pierwszy raz od wielu dni czuję się wypoczęty. — Z tego, co słyszałem, twój tata też nie radził sobie z legilimencją.
James spogląda na mnie, mrużąc lekko oczy.
— Dlaczego tu jesteś?
— Zasnąłem — odpowiadam, siadając. Świat wiruje przez moment, by powrócić do normy chwilę potem. — Oglądałem mugolski sport. Na tym. — Macham dłonią w kierunku pudła. — Z Australii. — Na to wspomnienie w oczach Jamesa pojawia się ból. Nie mam jeszcze na tyle skamieniałego serca, by go nie zauważyć. — Tęsknisz za Australią? — pytam ostrożnie. Sześciolatki są niestabilne emocjonalnie i niekiedy wymagają delikatnego traktowania. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz chcę, jest zanoszące się płaczem dziecko w moich ramionach.
— Czasami — odpowiada stanowczo.
— Przepraszam — mówię. — Jest tam teraz bardzo ciepło, prawda?
Kiwa głową. Włosy wpadają mu do oczu, a mnie uderza jego podobieństwo do ojca.
— Anglia jest dziwna. Kiedy tu jest zima, w Australii jest lato. Mamusia, to znaczy moja mama, ostrzegała mnie przed tym.
Przytakuję.
— My mówimy zazwyczaj, że to w Australii pory roku są na odwrót, ale masz rację. Jest zupełnie inna.
James macha nogami.
— Tata kazał powiedzieć, że masz zejść na dół i coś zjeść.
Prostuję się i wyglądam przez okno. Po położeniu słońca na niebie stwierdzam, że jest prawie południe.
— Miło, że mi to przekazałeś — wypominam zirytowany. Powinienem wstać o wiele wcześniej. Pocieram dłonią twarz i wzdycham.
— Tak — odpowiada James, w ogóle nie rozumiejąc mojego sarkazmu. Wyciąga małą rączkę. — Czekają na nas w kuchni.
Pozwalam mu poprowadzić się w dół ukrytych, awaryjnych schodów, których stromość wyraźnie go cieszy. Pamiętam, że kiedy byłem mały, czerpałem równie wielką radość z tajnych, wąskich korytarzy. Docieramy na tyły kuchni. Potter siedzi przy niewielkim stoliku w kącie, a Bloddy podaje mu coś z talerza. Kiedy skrzatka w końcu mnie spostrzega, wygląda na zakłopotaną.
— Pan Draco nie powinien tutaj jeść — mówi, mnąc w długich palcach kuchenną ścierkę. — Ani pan Potter.
Potter wyszczerza zęby w uśmiechu.
— Lubię kuchnie. Są cieplejsze niż reszta domu. I weselsze.
Nie mogę się z nim nie zgodzić. Jako dziecko zawsze uwielbiałem przychodzić do skrzatów po smakołyki i siedzieć niezauważony w towarzystwie garnków, które syczały, bulgotały i brzęczały wokół mnie.
— W porządku, Bloddy. Pan Potter jest gościem, więc uszanujmy jego wolę.
Skrzatka spogląda na mnie wielkimi, niemal wyłupiastymi niebieskimi oczami.
— Jak pan sobie życzy, panie Draco — zgadza się, chociaż wciąż nie wygląda na zadowoloną.
Siedzimy i jemy skromny obiad, Potter i ja pieczonego kurczaka z pieczarkami, a James kanapkę z szynką, najwyraźniej jego ulubioną potrawę. Obserwuję, jak bierze ją do ręki i rozdziela skrupulatnie składniki, zeskrobuje musztardę z szynki, a tę odkleja od posmarowanego masłem chleba. Dzieli pieczywo na kawałki, wsadza je do ust po kolei, po czym zwija szynkę w rulon i również ją zjada.
Nie mogę się nadziwić, że Potter mu na to pozwala. W tym wieku karano mnie za wzięcie chleba do ręki, zanim skrzaty położyły mi go na talerzu, albo za to, że nie zapytałem o pozwolenie na więcej dżemu. Bardziej podoba mi się to, co widzę teraz.
Siedzimy w przyjemnej ciszy, każdy zaabsorbowany sobą, choć nie w nieuprzejmy sposób. Po porcji tarty z kremem waniliowym — moim ulubionym deserze jeszcze na długo przed Hogwartem — wstaję od stołu.
— Idę do biblioteki — oświadczam.
Potter przytakuje znad kubka z herbatą.
— Więc zostawimy cię w spokoju.
James podrywa spojrzenie do góry i marszczy brwi.
— Dlaczego?
— Bo pan Malfoy potrzebuje ciszy do pracy — wyjaśnia Potter.
— Och. — James kiwa głową i piętami tenisówek kopie szczebel pod krzesłem. — Dobra. — Powraca do jedzenia, rozdrabniając chleb przed każdym kęsem. Zastanawiam się, ile razy słyszał już od ojca ten sam pretekst, ale po chwili odrzucam tę myśl z poczuciem winy. Potter jest lepszym ojcem dla Jamesa niż mój był dla mnie, to oczywiste.
Oddalam się, nie czując aż takiego ciężaru z powodu towarzystwa, jak to się dzieje zazwyczaj. Obaj traktują prawo do ciszy jak coś oczywistego, a mnie zalewa fala dziwnego spokoju wywołanego ich niemym przyzwoleniem, bym został sam na sam ze sobą.
Biblioteka jest jasna, promienie słońca przedzierają się przez szaro-białe chmury i odbijają od połaci śniegu na zewnątrz. Jedynie zielony bukszpan odznacza się na tle białego puchu. Rzucam zaklęcie ocieplające i podążam wzdłuż półek z książkami, zatrzymując się przy sekcji z transmutacją. Po przeczytaniu prac Bagshot myślę o zagłębieniu się w Prawach Gampa.
Godzinę później do biblioteki wchodzi James. Słyszę cichy odgłos jego kroków.
— Nie miałeś przypadkiem trzymać się ode mnie z daleka? — pytam. Przede mną leżą rozłożone książki, poza tym znalazłem czystą rolkę pergaminu w kredensie w kącie. Omijam górną część zbiorów. Nie mam ochoty patrzeć teraz na portret ojca.
James pochyla się nad biurkiem, opierając podbródek na ramionach.
— Nudzi mi się — oświadcza z głębokim westchnieniem. Bawi się krawędzią książki. — Skrzaty sprzątają, a tata śpi na górze.
Przesuwam kałamarz poza jego zasięg. Ta mała istota jest dziwnie ruchliwa.
— I jak ja mam temu zaradzić?
— Nie wiem. — Wzrusza ramionami, a moment później posyła mi przebiegłe spojrzenie. — Tata nie wypuści mnie samego na dwór, bo mogę wpaść w kłopoty.
— Twój tata jednak czasem używa mózgu.
James marszczy czoło.
— Ale pada śnieg.
Wyglądam na zewnątrz. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że puszyste białe płatki znów dryfują ku ziemi.
— Jest za zimno...
— Mogę nałożyć płaszcz. — Patrzy na mnie błagalnie. — Proszę.
Przenoszę wzrok z książek na widok za oknem. James wierci się obok mnie ze zniecierpliwieniem, naciągając rękawy swetra i miętosząc je w pięściach. Pamiętam, jak to było czuć tę desperacką samotność w jego wieku, a śniegu na terenie rezydencji nie widziałem od lat.
— No dobrze — odpowiadam po chwili.
Twarz Jamesa rozjaśnia blask.

***

Razem zgłębiamy tajemnice mniejszego labiryntu.
Śnieg chrzęści nam pod butami, pokrywa płaszcze i czapki błyszczącym białym puszkiem. James biegnie przede mną z krzykiem, a czerwone rękawiczki z jednym palcem dyndają z zawieszonego na szyi sznureczka. Bierze zakręt, lekko się ślizgając, i stopą wyrzuca w powietrze łuk śniegu. Wygląda na mnie zza przyciętego bukszpanu.
— Ale z ciebie ślimak.
— Jestem trochę starszy niż ty — odpowiadam.
Nogawki dżinsów włożyłem do butów, ale i tak są już mokre. Nos mam zimny i, jestem niemal pewien, zaczerwieniony.
Nagie gałęzie drzew zwisają nad labiryntem, czarne na tle szarego nieba. Z jednej z nich obserwuje nas kruk. Jest cicho, każdy inny dźwięk zostaje stłumiony przez łagodny szmer spadającego śniegu.
Mijam zakręt i nagle wyrasta przede mną rezydencja. Jej ściany z kremowego kamienia i dach z szarych płyt łupkowych i odznaczającymi się na ich tle ciemnymi oknami. Góruje nad wysokim bukszpanem uformowanym w labirynt. Zadaszone wimpergi i spiczaste wieżyczki pokrywa śnieg.
— Ładna, prawda? — pyta James, wlepiając wzrok w smoczego gargulca, okalającego północną wieżę. Wyprostowane, nastroszone skrzydła oplatają dookoła jej czubek.
Przez chwilę widzę ją oczami dziecka, wielką, imponującą, emanującą baśniową aurą.
— Bardzo — odpowiadam, a James uśmiecha się i ujmuje moją dłoń.

***

Gdy w końcu wychodzimy z labiryntu, James ponownie rzuca we mnie śnieżkami, śmiejąc się i krzycząc, kiedy ja sam celuję w niego idealnie uformowanymi białymi kulami. Potter stoi na schodach przed domem. Ma na sobie granatowy wełniany płaszcz, a jego ciemna głowa pokryta jest śniegiem. Jego policzki są zarumienione od snu albo zimna, nie potrafię stwierdzić.
Gdy syn podbiega do niego, pochyla się nad nim i mierzwi mu włosy.
— Może wszedłbyś do środka? — sugeruje. — Zdaje się, że widziałem w kuchni tartaletki z dżemem.
— Malinowym?
Potter kiwa głową.
— Prosto z piekarnika.
Oczy Jamesa nagle robią się wielkie i chłopiec bez chwili wahania gna w kierunku drzwi, szamocze się z klamką, a potem przemyka przez szparę.
Wchodzę na schody. Rękawiczki mam mokre od śniegu, a lekki wietrzyk ociera kosmyki włosów o mój policzek. Z trudem oddycham.
Potter przygląda mi się w zamyśleniu.
— Lubi cię — stwierdza.
Kiwam głową, niepewny, co odpowiedzieć. Nie jestem przyzwyczajony do bycia lubianym przez dzieci.
— To dziwny chłopak.
— Zazwyczaj nie przepada za dorosłymi — wyjaśnia Potter. — I jest raczej powściągliwy w stosunku do rówieśników.
Uśmiecham się.
— Uważam go za mniej nużącego niż inne dzieci. — Przerywam. — Nie licząc mojej chrześniaczki, oczywiście. — Nawet Iris chwilami mnie denerwuje. Zdaje się być taka delikatna, ale ktoś, kto kiedykolwiek doświadczył jednego z jej napadów złości, już nigdy nie pomyśli, że nie będzie w stanie walczyć o swoje, kiedy podrośnie. Ma w sobie tyle z Pansy. Czasem myślę o tym, że mogłaby być moja, że życie potoczyłoby się innymi torami, ale to zbyt dziwaczne, by rozważać tę kwestię. Teraz jest inaczej. — Nie masz nic przeciwko? — pytam po chwili. — Byciu tutaj? — Potter z zamyśleniem zerka na dom za nami.
— Z początku miałem. Nie mogłem spać przez tydzień. Ciągle mi się wydawało, że gdy wejdę do pokoju, zobaczę Voldemorta. — Poprawia mankiety płaszcza. — James był u Ginny, dopóki nie zrobiłem tu ogólnych porządków.
— Przykro mi — mówię i naprawdę tak myślę. Pięć lat, które spędziłem tu po wojnie, wykończyło moją duszę. Byłem szczęśliwy, mogąc stąd uciec.
Potter wzrusza ramionami.
— Praca tutaj pomogła mi uporać się z moimi własnymi demonami — szepcze. — Dromeda miała rację.
Wokół nas pada śnieg. Zaciskam mocno poły płaszcza. Duży płatek ląduje na moim nosie, a Potter sięga dłonią i strzepuje go. Na skórze czuję jego szorstką wełnianą rękawiczkę.
— Śnieg ci pasuje — mamrocze. — Lodowaty i szary...
Przełykam ślinę. Policzki pieką mnie od zimna.
— Dajesz teraz upust fantazjom, Potter?
— Być może. — Patrzy na mnie niewyobrażalnie zielonymi, zaspanymi oczami. Widzę jego oddech, małe obłoczki w delikatnie opadającym śniegu. Świat zdaje się być tak żywy, miękki i całkiem nowy. Mimo opadów niebo jest osobliwie jasne i sprawia, że wszystko wokół nas niemal lśni. — Co nie zmienia faktów.
Robi krok w moją stronę. Odgarnia kosmyki włosów wystające mi spod czapki. Na palcach rękawiczek pozostają grudki śniegu. Jego wargi przybierają łagodny wyraz, a kiedy ujmuje w dłoń mój policzek, oddech zamiera mi w piersi.
Czuję iskrę czegoś, co jak myślałem, udało mi się ukryć już dawno temu.
— Potter — szepczę, zbliżając się do niego, a on nieruchomieje. Widzę jego różowe, lekko spierzchnięte usta i śnieg topniejący na szkłach okularów. Użył na nich zaklęcia ocieplającego. Jestem na tyle blisko, by wyczuć ciepło jego skóry i dostrzec złotawy kawałek szyi wystający spod grubego kołnierza płaszcza.
Pochylam się. Oddech Pottera pieści mi policzki. Moje rzęsy pokrywa śnieg i czuję dziwną, niemal przerażającą tęsknotę. Nasze wargi się przyciągają. Tak bardzo chcę go pocałować.
I wtedy się odsuwam. Nie mogę. Nie to. Nie tutaj. Nie.
— Muszę iść — mówię, nie patrząc na niego, po czym znikam w rezydencji.
Nie idzie za mną.

***

W domu jest bardzo ciepło, kiedy wracam do niego przez sieć Fiuu. Ktoś — najprawdopodobniej Blaise, delikatna istota — rzucił zaklęcia ogrzewające i, mimo że okna mamy nieszczelne, w moim pokoju panuje nieprzyjemna duchota.
Zdejmuję płaszcz i szalik, a potem wieszam je na haczyku w kącie. Chcę posiedzieć przy oknie i porozmyślać, ale przeszkadza mi gorąco. Muszę też coś zjeść i na dodatek znowu zaczynam odczuwać ból głowy.
Schodzę powoli na parter, zatrzymując się w korytarzu, by zabrać z szafki eliksir na kaca.
Blaise siedzi w kuchni przy masywnym, okrągłym stole z książką „Człowiek, który za bardzo kochał smoki” przed nosem. Dostrzega fiolkę w mojej dłoni.
— Jeśli mi powiesz, czy seks był dobry, zrobię ci omlet — rzuca beztrosko. Zawsze posiadał instynktowne wyczucie, jak dalece może się posunąć w podobnych sprawach, dziś jednak, wciąż dziwnie zaniepokojony swoją słabością akurat do Pottera, wcale nie mam na to nastroju.
Patrzę na niego ze złością.
— O czym ty, do cholery, mówisz?
Blaise wzrusza ramionami.
— Tylko cię sprawdzam. Od kiedy studiujesz, jeszcze nie widziałem, żebyś znikał na tak długo.
Wypijam eliksir jednym haustem i krzywię się. Smakuje naprawdę okropnie, ale ból głowy od razu zaczyna zanikać.
— Skąd wiesz, że nie było mnie na uczelni?
— Hermiona dzwoniła z pytaniem, czy jesteś chory. — Blaise przewraca kartkę i marszczy brwi. Kącik jego ust unosi się do góry. Przechyla książkę nieco w bok. — No nie, jestem niemal pewien, że to fizycznie niemożliwe. — Unosi wzrok na mnie. — Przegapiłeś świąteczny obiad w kolegium.
Wywracam oczami.
— I tak bym nie poszedł. — Mimo iż powinienem być zadowolony, że koledzy badacze i rywale znają mnie tak dobrze i że w ogóle ich obchodzę, wcale w tej chwili zadowolenia nie odczuwam. Nie, kiedy Blaise czeka na moje wyjaśnienia. — Chyba muszę zapytać, co robisz z tą książką? Jest coś, co chcesz z siebie wyrzucić?
— Mamy nowy przypadek na oddziale — odpowiada. — Ale nie chcesz znać szczegółów, zaufaj mi.
— Dobrze. — Siadam przy stole. — Pomińmy to.
Blaise przygląda mi się badawczo.
— To gdzie byłeś? Tak naprawdę.
Wzdycham. Kiedy Blaise jest czegoś ciekaw, nie ma sposobu, by odwieść go od tematu.
— W rezydencji, jeśli musisz wiedzieć. — Unosi brew, ale nie odpowiada. — Rzucałem śnieżkami, jak sugerowałeś. — Wciąż milczy, czekając, aż dokończę. — Z dzieciakiem Pottera.
— Ach tak? — Unosi brew jeszcze wyżej. — Nie przepadasz za dziećmi.
— James nie jest nieznośny. — Wpatruję się w ozdobne kafle nad kuchennym zlewem. Ich biało-czarna powierzchnia lśni czystością, Milicenta zawsze kładzie na to nacisk. — I samotny. Wiem, jak to jest w jego wieku.
— Z tego, co mi wiadomo, w dzieciństwie miałeś przyjaciół — odpowiada Blaise łobuzersko. — I jestem pewien, że dzieciak Pottera też ich ma. Merlin wie, że wokół kręci się dość potomków Weasleyów. Żona tego drania Percy’ego w zeszłym tygodniu znowu urodziła. Doprawdy, tak narzekał na poziom opieki w Świętym Mungu, że nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle go wpuścili...
Pogarda Blaise’a dla naszego Starszego Podsekretarza Magicznej Służby Zdrowia jest wręcz legendarna zarówno w szpitalu, jak i poza nim. Przerywam mu, zanim zdąży spędzić kolejne dwie godziny, wściekając się na interwencję ministerstwa.
— Nie wiesz, jak to jest przebywać samemu w tym domu. — Opieram brodę o pięść i wzdycham. — To może być przytłaczające.
Blaise przygląda mi się wzrokiem doświadczonego lekarza.
— Typowy przykład przeniesienia — stwierdza. — Fakt, że ty czułeś się w ten sposób jako dziecko, nie znaczy, że inne...
— Och, przymknij się, Blaise — rzucam poirytowany. — Znowu wałęsałeś się po oddziale neuromagicznym, prawda?
— Ich uzdrowicielki parzą najlepszą herbatę.
Prycham.
— Nie mów tego przy Milie.
— Czy ja wyglądam na kompletnego głupca? — Blaise odchyla się i buja na tylnych nogach krzesła. — Więc spędziłeś cały czas rzucając śnieżkami, tak?
— Oczywiście, że nie. — Kartkuję książkę, którą czytał, nieufnie spoglądając na rysunki. — Oglądałem mugolski sport w pudle z poruszającymi się obrazami. — Waham się. — Z Potterem.
— Naprawdę? — Blaise zdaje się wybierać, którym elementem mojej wypowiedzi jest najbardziej zaszokowany. Potter przegrywa. — W rezydencji jest mugolska telewizja?
— Tak — odpowiadam. — A wyobrażanie sobie przerażenia ojca sprawia mi wiele przyjemności, uwierz. Poza tym, obie drużyny były miłe dla oka: wysportowani mężczyźni, do tego wszyscy w bieli...
Blaise kiwa powoli głową.
— Czyli żadnego seksu — stwierdza zawiedzionym głosem.
— Nie — mówię, wywracając oczami. — Tylko krykiet. A teraz zrób mi omlet.
Prycha i odsuwa krzesło.
— Apodyktyczny dupek.
Nadal przeglądam książkę. Jedno zerknięcie na diagram, któremu przyglądał się Blaise, sprawia, że blednę.
— Więc go lubisz? — pyta, krzątając się przy kuchence marki Aga. Czeka z różdżką w pogotowiu, wpatrując się w wysłużoną patelnię, stojącą na płycie grzejnej.
— Pottera? — Zastanawiam się przez chwilę. — Nie, nie sądzę.
— A mimo to spędziłeś z nim cały dzień i nikt nie umarł. — Odwraca się i patrzy na mnie. — Och, Boże, powiedz mi, że jego ciało nie leży teraz w rezydencji...
— Odpieprz się — ucinam. Biorę pomarańczę z misy na stole i rzucam w niego. — Idiota bez serca.
Blaise łapie pomarańczę i szczerzy się w moją stronę.
— Dzięki. — Wypowiada kilka słów i omlet dryfuje z patelni, idealnie układając się na talerzu. Po kolejnym machnięciu różdżką posiłek ląduje przede mną. — Skoro go nie lubisz, to dlaczego zostałeś?
— Nie mam pojęcia — odpowiadam z pełnymi ustami. Nie zdawałem sobie sprawy, jaki jestem głodny. Marszczę brwi, wpatrując się w talerz, i zamyślam się na chwilę. — Wiem, że to szaleństwo, ale on ma w sobie coś, co sprawia, że czuję się... — Szukam słowa.
Blaise wyłącza kuchenkę.
— Jak?
— Bezpiecznie — dopowiadam.
Zerka na mnie, kiedy pochłaniam jedzenie, i zaczyna robić tosty. W rezultacie zjadam omleta, dwa tosty z masłem, dwie kiełbaski i resztki brownie, upieczonego przez Milie dwa dni temu.
— Nie karmili cię tam? — Blaise wygląda na rozbawionego, kiedy znowu siada naprzeciwko mnie.
Wycieram usta serwetką i dolewam sobie herbaty.
— Karmili. Byłem na obiedzie, ale przespałem śniadanie i nie jadłem nic po południu.
— Ach. A czy to spanie... to z Potterem? — Nie może powstrzymać się od pytania. Jest bardzo dobry w zadawaniu tych trudnych. Myślę, że szkolenie na uzdrowiciela powiększyło tylko jego wrodzoną bezczelność i wścibską naturę.
— Nie, Blaise. Spałem na kanapie.
— Dlaczego lubisz z nim przebywać?
— Nie umiem tego dokładnie wytłumaczyć. To jego wpływ na przestrzeń. — Zastanawiam się przez chwilę. Nie do końca wiem, jak wyrazić swoje myśli słowami. — Nie chodzi o to, że zmienia się wokół niego. On ją także kreuje.
— Co masz na myśli? — pyta Blaise. Z pewnością po doświadczeniach z Lovegood zyskał umiejętność, która pozwala mu zachować poważny wyraz twarzy podczas podobnych rozmów. Ja, z drugiej strony, nie mogę uwierzyć, że dyskutuję o oczyszczaniu przestrzeni i Harrym cholernym Potterze w mojej własnej kuchni. Przeczesuję włosy dłonią i odgarniam kosmyki z czoła. Zwariowałem. Naprawdę.
— Przypuszczam, że daje mi przestrzeń na moje własne reakcje. — Kiedy wymawiam te słowa i staram się wyjaśnić, zaczynam sobie uświadamiać wpływ, jaki ma na mnie Potter. — Nie jest taki jak wszyscy inni. Ty bardzo się o mnie martwisz, wiem, że to prawda, ale czasem... — Blaise słucha, marszcząc brwi. Przygryzam wargę. — Ciężko stanąć z boku w sytuacji, kiedy rzeczywiście ci na kimś zależy, prawda? Odstawić całą przeszłość i teraźniejszość i, cóż, wszystko, co jest z tym związane.
Rozważa to przez moment.
— My martwimy się o ciebie, ty martwisz się, że my się o ciebie martwimy i koło się zamyka.
— Coś w tym stylu. Wszyscy zawsze winią siebie, nawet jeśli tak nie myślą, bo mnie kochają i byli wtedy przy mnie. Potter jest pierwszą osobą, która nie odbiera mojej sytuacji osobiście. — Spoglądam na Blaise’a. — Nie naciska i niczego ode mnie nie żąda. Potter nie jest moim przyjacielem, więc nie musi spełniać obowiązku wyrażania troski. Pozwala mi przyjść do siebie, kiedy chcę, ale jeśli nie chcę, nie marudzi.
— A ty? — pyta Blaise. — Przychodzisz do niego?
— Eee. Czasem — koloryzuję.
Blaise kiwa głową.
Słyszymy głośny szum sieci Fiuu i Milie, wykrzykującą powitanie z przedpokoju. Po kilku chwilach pojawia się na progu kuchni, z policzkami czerwonymi od mrozu i błyszczącymi, ciemnymi oczami. W jednej dłoni trzyma kilka zakupowych toreb z Pokątnej.
— Ach, dezerter powrócił.
— Oglądałem krykieta — tłumaczę się szybko. — W rezydencji.
Milie stoi nieruchomo.
— Potter jest fanem krykieta?
Oczywiście chwyta wszystko w lot. Spotykanie się przez sześć miesięcy z mugolakiem Kevinem Entwhistle prawdopodobnie pomogło.
— Tak. Z powodu Australii i tak dalej.
— No jasne. — Macha wolną dłonią. — Oczywiście. — Podchodzi do kredensu i kładzie na nim torby z zakupami.
— Milie — zaczynam potulnie — może znasz kogoś takiego jak... — przerywam, próbując przypomnieć sobie nazwisko. — Broady?
Patrzy na mnie przez chwilę, a potem wybucha śmiechem.
— Och, nieprawdopodobne.
Co jest nieprawdopodobne? — pytam zrzędliwie.
Ku mojej irytacji Milie śmieje się jeszcze przez jakiś czas.
— Pozwól, że ci pokażę. — Podchodzi do pojemnika na makulaturę i wyjmuje egzemplarz „Telegraph”, którego co jakiś czas kupuje, kiedy zachodzi do mugolskiego sklepu na końcu ulicy. Utrzymuje, że to absurdalne nie być na bieżąco z wydarzeniami, kiedy mieszka się z dala od Hogsmeade czy Pokątnej. Blaise i ja zawsze ustępowaliśmy jej w tej kwestii. Entwhistle również się do tego przyczynił. — Proszę. — Wskazuje palcem zdjęcie. — To jest Stuart Broad.
Przeskakuję wzrokiem po tytule, mówiącym o kontuzji, po czym dostrzegam kogoś nadzwyczaj podobnego do mnie. Trudno określić po nieruchomym zdjęciu, ale wydaje się być wyższy niż ja, twarz ma bardziej podłużną, a oczy niebieskie, ale podobieństwo jest zadziwiające.
— Och — kwituję. — A więc jest raczej... znany.
Milie szczerzy się w moją stronę.
— Jestem zaskoczona, że nie zauważyłeś. Pamiętasz tych turystów z High Street, którzy zaczepili cię obok Covered Market i prosili o autograf?
Zaczynam pojmować.
— No tak. Faktycznie. Mówili „Broad”, jeśli dobrze sobie przypominam. Ale myślałem, że bełkoczą coś w jakimś dialekcie.
Blaise mruga.
— Ja nadal nie rozumiem.
Podaję mu gazetę i on również wybucha śmiechem.
— A to dobre. Więc Potter na ciebie leci, bo wyglądasz jak jeden z angielskich zawodników?
Milie zamiera w bezruchu.
— Potter na ciebie leci?
— Nie — stwierdzam dobitnie. — Zabini po prostu jest dupkiem.
Blaise wzrusza jedynie ramionami i wyszczerza zęby w uśmiechu.
— Pozwalał ci cały dzień wałęsać się po rezydencji...
— To mój dom — rzucam. — Na miłość boską. Potter na nic nie musi mi pozwalać. — Oboje wymieniają między sobą rozbawione spojrzenia. — Ale z was dranie. — Przywołuję na twarz arogancką minę i wstaję. — Mam sprawy do załatwienia, więc jeśli mi wybaczycie...
Mają na tyle przyzwoitości, żeby powstrzymać śmiech, dopóki nie zamkną się za mną drzwi.
Czasami naprawdę nie wiem, dlaczego są moimi przyjaciółmi. A Potter wcale na mnie nie leci. Jeśli by tak było, nie pozwoliłby mi odejść.
Dupek.
Tupię głośno, wchodząc po schodach na górę.

***

Następne dwa dni mijają spokojnie.
Milie nadrabia swoje faux pass, piekąc moje ulubione ciasto korzenne. Blaise przynosi rzekomo wyprzedane już bilety na styczniowy mecz Zjednoczonych z Puddlemere i Chluby Portree, nabyte od pewnego uzdrowiciela z Munga, który przypadkiem nie mógł się na nim pojawić. Ciekawi mnie, za jaką sumę ten człowiek dał się przekupić.
Próbuję nie myśleć o Potterze.
Ponoszę wierutną klęskę.

***

Nie mogę spać.
Za każdym razem, kiedy zamykam oczy, widzę Pottera stojącego przede mną. Jego włosy pokrywa warstewka śniegu, a oczy są pociemniałe, kiedy pochyla się w moją stronę. Czuję jego oddech przy ustach, muśnięcie palców na wierzchu mojej dłoni.
Odrzucam pościel. Jest mi gorąco, niemal duszno, a chłodne powietrze atakujące skórę wcale nie pomaga. Serce łomocze mi w piersi. Chryste.
Zegarek na szafce nocnej tyka głośno. Prawie trzecia w nocy. Za osiem godzin, tak jak obiecałem matce, mam zjawić się w kościele. Jest czwarta niedziela Adwentu i chce, bym zapalił świecę na wieńcu[1]. Przekręcam się na drugi bok, desperacko usiłując zmusić się do kilku godzin snu.
Nie potrafię.
Rzucając pod nosem ciche „kurwa”, wyślizguję się z łóżka i sięgam po spodnie.
Wiem, że Potter też nie śpi.

KONIEC CZĘŚCI ÓSMEJ

[1] z adwentowym wieńcem, między innymi w krajach anglosaskich, związana jest tradycja zapalania kolejno jednej z czterech świec w każdą niedzielę Adwentu; więcej na ten temat tutaj
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez uśmiech_zabity » 10 lut 2012, o 17:14

Dawno nie czytałam, dawno nie komentowałam. Mam nadzieję, że nie wyszłam całkowicie z wprawy.

Generalnie nie przepadam za opowiadaniami, w których jeden z chłopców posiada potomstwo. Jednak w Anatomii Dusz zupełnie mi to nie przeszkadza. James jest taki uroczy! Fragmenty, w których się pojawia są jednymi z moich ulubionych. Prócz fragmentów, w których rozwija się relacja pomiędzy Harrym i Draco, rzecz jasna. A w ostatnim rozdziale na szczęście ich nie zabrakło :).
Podoba mi się, że stosunki pomiędzy nimi rozwijają się stopniowo. Nie ma częstego w niektórych opowiadaniach przeskoku pomiędzy nienawiścią i chęcią wzajemnego zakatrupienia się, a miłością. Wszystko jest starannie wyważone. Draco ma dostatecznie dużo czasu, by wszystko sobie poukładać, pogrzebać przeszłość i zacząć budować życie na nowo.

Myślałam, że Stuart Broad jest postacią fikcyjną, wymyślona jedynie na potrzeby opowiadania (nie jestem fanką krykieta, więc nie orientuję się zbytnio.) Ale postanowiłam to sprawdzić i wpisać w google jego nazwisko. Z takim oto rezultatem: Obrazek
Już wiem dlaczego Harry stał się takim wielkim fanem mugolskiego sportu... :)

Odnośnie tłumaczenia - jak zwykle perfekcyjna robota. Każde zdanie oczarowuje. Każde zdanie wciąga, a koniec rozdziału nadchodzi zbyt szybko.

Podziękowania dla Tłumaczki i Bet,

Pozdrawiam,

Uśmiech
Obrazek
uśmiech_zabity Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 305
Dołączył(a): 13 lut 2011, o 21:27

Postprzez Akame » 10 lut 2012, o 21:56

Co zabawniejsze, Stuart Broad naprawdę ma przezwisko Malfoy. Pamiętam, jak oglądałam na jakiejś stronie recenzję z wyjścia Toma i Daniela na mecz krykieta. Zadano pytanie Feltonowi, co sądzi o tym, że koledzy z drużyny, wołają na Broada - Malfoy. Pamiętam, że jego odpowiedź była bardzo pozytywna, a Daniel stwierdził, że to fajnie, iż gracze krykieta oglądają Hp :)

A teraz rozdział :]
Oczywiście i jak zawsze, bardzo mi się podobał. Relacja pomiędzy Draco i Harrym, najwyraźniej się zacieśnia. Prawie się rozczuliłam, gdy okazało się, że tak dobrze dogaduje się z synem Harry'ego. James naprawdę jest bardzo spokojnym dzieckiem. Wydaje się być trochę zamknięty w sobie. Przez jeden moment miałam obawy, że Harry nie będzie zadowolony z tego, że Draco zabrał chłopca do labiryntu bez jego wiedzy, mógł go szukać. Na szczęście cała akcja zakończyła się prawie idealnie. Dlaczego "prawie", to chyba wiadomo ;)
Blaise i Milli są fantastyczni, zwłaszcza gdy w ręce wpadło im zdjecie gracza :D Wcale się nie dziwię, że wywołało ich śmiech xD

Wszystko wspaniale... poza zakończeniem. Po ostatnim zdaniu, miałam ochotę komuś przyłożyć. No jak można, w takim momencie!

Dziękuję i pozdrawiam ciepło :)

Edit:
"Mężczyzna, który za bardzo kochał smoki", czy tak książka pojawia się w oryginale? Szukałam odniesienia do niej w książkach HP, ale nie znalazłam, ani w domu, ani w internecie. Zastanawiam się, czy autorka zapożyczyła ją z "Światła pod wodą", czy naprawdę istnieje.
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Donnie » 10 lut 2012, o 22:34

Akame napisał(a):"Mężczyzna, który za bardzo kochał smoki", czy tak książka pojawia się w oryginale? Szukałam odniesienia do niej w książkach HP, ale nie znalazłam, ani w domu, ani w internecie. Zastanawiam się, czy autorka zapożyczyła ją z "Światła pod wodą", czy naprawdę istnieje.


Książka jest kanoniczna, pojawia się w czwartym tomie, kiedy Harry na potrzeby Turnieju Trójmagicznego próbuje znaleźć najlepszą metodę stawienia czoła swojemu pierwszemu wyzwaniu.
Polkowski lekko zmodyfikował tytuł oryginału, rezygnując z liczby mnogiej — dosłownie chodzi o Mężczyzn, którzy za bardzo kochają smoki. Ale daleko mi do rzucania kamieniami. Z przyczyn dość oczywistych :)

EDIT:
Zwracam (częściowy) honor Polkowskiemu: jego modyfikacja nie dotyczyła o tyle liczby mnogiej, ile zostawienia mężczyzn w spokoju: w kanonie mamy bowiem Ludzi, którzy za bardzo kochają smoki ;)
Nothing hard
Nothing wet
Nothing naked, well not yet
Donnie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 385
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:30
Lokalizacja: Berlin-Pankow

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości