[Z] Anatomia dusz

femmequixotic

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Lasair » 13 lis 2011, o 16:07

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze aka podkręcacze wena. :)
Beta: Kaczalka oraz Donnie. :*


CZĘŚĆ TRZECIA

— Wiesz, Milie ma rację — mówi Blaise, podając mi mleko do herbaty. Ziewa i smaruje tosta dżemem śliwkowym.
— Zwykle mam. — Milie kładzie przede mną talerz z kiełbaskami i jajkami. Z jakiegoś szalonego powodu lubi przygotowywać śniadanie dla naszej trójki w sobotnie poranki. Ani ja, ani Blaise nie narzekamy, bo robi to doskonale.
Dziobię jajko widelcem. Żółtko wylewa się na kiełbaski.
— Znowu mam koszmary. — Podnoszę wzrok na Milie. — Wiesz, że po nich nie mogę wchodzić do rezydencji przez całe tygodnie.
Milie siada przy stole, odgarniając włosy z oczu.
— Nie jesteś już zmęczony tym, że mają nad tobą kontrolę?
— Nie bądź niepoważna. — Gryzę umoczoną w żółtku kiełbaskę. Jadam w ten sposób od dziecka, co zawsze sprawia, że Blaise się krztusi. Z drugiej strony, on w ogóle nie tyka kiełbasek, utrzymuje, że tylko Bóg jeden wie, jakie świńskie części się w nich znajdują. Jak na samozwańczego hedonistę — to oświadczenie, które sprawia, że Milie i ja wywracamy oczami — jest niesamowicie wybredny, jeśli chodzi o jedzenie.
— Gdybyś chciał zasięgnąć mojej opinii — odzywa się Blaise z pełnymi ustami — sądzę, że najlepiej byłoby, gdybyś stopniowo zaczął chodzić do rezydencji, by nawiązać z nią nowe połączenie. Jeśli nie masz zamiaru jej porzucić, odkryć ją na nowo. — Podsumowuje słowa znaczącym spojrzeniem. — Powoli.
Odkładam widelec i sięgam po paczkę papierosów. Zapalam jednego.
— Proszę, powiedz mi, że nie czytałeś znowu książki Lovegood. — Wydmuchuję w jego kierunku chmurkę dymu.
— Zawarła w niej kilka prawidłowych wniosków. — Blaise upija łyk herbaty. — I nieźle poradziła sobie z pracą ze znerwicowanymi aurorami.
— Och, na miłość boską. — Jestem zniesmaczony. — To kompletna bzdura, nie wspominając nawet, że Lovegood to wariatka, o czym wszyscy wiemy, a ty z całą pewnością. Czy może mam ci przypomnieć o tych dwóch tygodniach, kiedy ją pieprzyłeś, a biedna Milie i ja byliśmy zmuszeni znosić śniadania, przy których możliwość zastosowania śpiewu świergotka jako metody terapeutycznej omawiana była z najdrobniejszymi szczegółami? Ktoś, kto posiada przynajmniej połowę mózgu, powie ci, że to idiotyczne, a może i prawnie zaskarżalne, i nawet nie zaczynaj pieprzyć o tych cholernych chrapakach krętonogich, które nigdy, ośmielę się zauważyć, nie były widziane w Szwecji.
— Draco ma rację — stwierdza Milie po namyśle.
— Dziękuję.
Blaise obrzuca mnie sfrustrowanym spojrzeniem.
— Idź do tej przeklętej rezydencji, Draco.
— Byłem, kiedy ojciec umarł — odpowiadam buntowniczo.
— Tak — odzywa się Milie, przenosząc jajko z swojego talerza na mój, zapewne z daremną nadzieją, że zjem więcej. — I to kwalifikuje się do miana ogromnie traumatycznego przeżycia.
Wbijam w nią rozgniewany wzrok, zaciągając się papierosem. Ona jedynie wzrusza ramionami.
Blaise ignoruje nas oboje. Opróżnia swoją filiżankę i wstaje, po czym stawia ją na kredensie. Ma już na sobie szaty magomedyka. Ja nie zawracałem sobie nawet głowy, żeby przebrać piżamę.
— Chodzi o to, żebyś tam poszedł i doświadczył czegoś drobnego, codziennego. Popatrz na kwiatki w ogrodzie...
— Jest zima — zauważa Milie i łapie ostatniego tosta z talerza, którego wręcza zaraz Blaise’owi. Blaise wywraca oczami i wkłada go do zlewu.
— Dobrze. — Kieruje wzrok na mnie. — Idź i porzucaj śnieżkami do drzew albo poprzyglądaj się czemuś, co zawsze lubiłeś, portretowi albo wazie, a potem wróć do domu.
Wbijam widelec w kiełbaskę, obserwując, jak wycieka z niej sok.
— Nie rzucam śnieżkami.
— Może lepiej byłoby, gdybyś rzucał — odparowuje Blaise szorstko. — Tak czy siak, mam ranną zmianę i jestem spóźniony dwadzieścia minut. Ale pomyśl o tym.
Kiwa głową i kieruje się w stronę kominka.
— Nie jestem tchórzem — mówię do Milie. Dym z papierosa owija mi się wokół głowy.
— Oczywiście, że nie — odpowiada łagodnie.
Wzdycham i ponownie napełniam filiżankę herbatą.

***

Czterdzieści minut później aportuję się na odgrodzoną żywopłotem ścieżkę do głównej bramy.
Rezydencja majaczy przede mną, kiedy idę w jej stronę. Śnieg skrzypi mi pod stopami. Jeden z pawi ojca wychyla się zza bukszpanu, jego białe pióra niemal stapiają się ze śniegiem. Od zawsze nienawidzę tych stworzeń. Ścigały mnie, kiedy byłem dzieckiem, dziobały w nogi. Przypuszczam, że teraz mogę się ich pozbyć, jeśli tylko bym chciał i gdybym miał odwagę, by cokolwiek zmienić.
Zatrzymuję się u stóp schodów i spoglądam w górę na trzy kondygnacje z wysokimi oknami i zwietrzałymi kamieniami. Jako dziecko śniłem o dniu, w którym rezydencja będzie moja. Ojciec oprowadzał mnie po pokojach, przedstawiając portretom naszych przodków i mówiąc, że pewnego dnia będę musiał się nimi zaopiekować. Byłem wtedy taki zadowolony i dumny.
W tej chwili nie chcę niczego bardziej niż uciec.
Biorąc głęboki oddech, otwieram drzwi. Kiedy stoję w przedpokoju, między łopatkami czuję słabe kłucie. Zaklęcia są teraz inne. Czystsze. Lżejsze. To niemal ulga, że nie kładą się już tak wyraźnie na skórze. Mroczny Znak zaledwie piecze. Pomieszczenie jest ciepłe i wypełnione światłem, masywne zasłony, które ojciec tak uwielbiał przez ostatnie lata, zostały teraz odsłonięte, ukazując błyszczące okna, a kinkiety zapalono, by odegnać ciężką szarość nieba.
Podłogi lśnią, w powietrzu wyczuwam zapach pszczelego wosku. Przez chwilę myślę, że matka wróciła do domu, ale wiem, że jeszcze bardziej niż ja nie ma ochoty postawić stopy w rezydencji.
Wspomnienie snu łomocze mi w głowie i muszę skupić się na tym, co jest tu i teraz, by zmusić się do przejścia do dalszych pokoi. Prostuję ramiona i mówię sobie, że jestem niepoważny. Czarnego Pana już tutaj nie ma. Nie było od lat. Tak jak i innych. Nikogo. Mimo to po wczorajszej nocy boję się ciszy i oczekuję cichego stukotu butów o pokrytą wykładziną podłogę.
Nieistniejący wiatr targa złote loki cherubinów, namalowanych na spodniej części spiralnych schodów i wzdłuż ścian. Obserwują mnie, kiedy pokonuję kolejne stopnie, a moje kroki tłumi wąski chodnik z Aubusson. Aniołki przyciskają twarze do otaczających je złoconych, rzeźbionych ram z wyraźnym zaciekawieniem. Nie mogę ich za to winić. Pomijając okres kilku dni przed pogrzebem ojca, minęły całe lata, odkąd wchodziłem po tych schodach. Półpiętro wyłożone jest biało-czarnymi włoskimi kaflami w kształcie rombów, umieszczonymi tu przez kamieniarza Jamesa Sayersa na zlecenie pradziadka mojego dziadka, a zabranymi z posadzki zniszczonej willi Borgiów na przedmieściach Rzymu. Od podłogi aż po sufit rozciągają się trzy olbrzymie okna wychodzące na pokryte teraz śniegiem ogrody.
Obok ornamentu namalowanego wzdłuż schodów napisano: „An revera habitabit Deus in terra ecce Cæli ipsi & Cæli cælorum non capiunt Te quanto minus Domus hæc quam ædificavi”[1]. To ozłacana pozostałość po nieudanej próbie pobożności Brutusa Malfoya z połowy szesnastego wieku. Sam Brutus patrzy na mnie surowo z portretu znajdującego się u szczytu schodów.
— W samą porę — rzuca ozięble, a kiedy go ignoruję, podąża za mną przez północną galerię, przechodząc od portretu do portretu i spychając z drogi innych przodków. — Wracaj tu, chłopcze! — krzyczy. — Masz pojęcie, co dzieje się w tym domu?
Nie interesuje mnie to jakoś szczególnie. Moim zdaniem Brutus zawsze należał do grona irytujących dupków, a ja nie mam zamiaru spędzać całej godziny, słuchając szczegółowych wyjaśnień, jak po raz kolejny skalałem nazwisko Malfoyów. Dość już otrzymałem wykładów w czasie wojny — był zbulwersowany moim tchórzostwem, kiedy nie udało mi się zabić Dumbledore’a.
Kiedyś powiedział mi, że zasługuję na każdą karę, jaką wymierzył mi cholerny Czarny Pan. Od tej pory go nienawidzę.
Biblioteka to wyczekiwane z radością miejsce ucieczki. Z westchnieniem zamykam za sobą drzwi. Zawsze była pomieszczeniem, w którym czułem się najszczęśliwszy, nawet w czasie tego ponurego roku. Większość wolnych od szkoły dni spędzałem na górnym poziomie zbiorów, siedząc na parapecie, schowany za ciężką, aksamitną kotarą, z kilkoma książkami na kolanach. Wspinam się po spiralnych schodach z kutego żelaza, moja dłoń ślizga się po palisandrowej poręczy. Półki przy ścianach wypełnione są woluminami i zwojami, niektóre z nich należą do naszej rodziny od sześciuset bądź siedmiuset lat.
Serce łomocze mi w piersi, ale wyrazisty, zbutwiały zapach książek zaczyna mnie uspokajać. Mijam zakręt i wtedy dopiero zdaję sobie sprawę, gdzie zaniosły mnie własne nogi. Przypuszczam, że nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę okoliczności.
Biurko ojca.
Ciężkie i ciemne, kontrastuje z wysokim oknem, a gdy się za nim siedzi, widać całą bibliotekę. Jako dziecko spędziłem tu całe godziny, bawiąc się pomiędzy rzeźbionymi nogami z afrykańskiego drewna.
To tutaj znalazła go matka.
Jestem niemal pewien, że nie jest to coś, co miał na myśli Blaise, kiedy mówił, żebym poprzyglądał się czemuś, co zawsze lubiłem, choć przez większość życia naprawdę lubiłem to miejsce.
Powoli okrążam biurko, przesuwając palcami po gładkim blacie. Podkladkę do pisania usunięto. Żołądek ściska mi się na myśl, że pozbyto się jej, ponieważ przesiąkła krwią ojca. Przyciskam dłoń do piersi. Wciąż mam własne blizny po Sectumsemprze, pozostałość po głupocie Pottera sprzed wielu lat. Tego dnia sam niemal umarłem, krew wyciekała ze mnie na łazienkowe kafelki, mieszając się z wodą zalewającą pomieszczenie ze zniszczonych zaklęciem umywalek. Severus znowu mnie ocalił, tak jak zawsze.
Ojciec nie dostał szansy na ocalenie.
Czuję każde z osobna uderzenie mojego serca. Kilka dni pomiędzy śmiercią ojca a jego pogrzebem unikałem tego pokoju. Ani matka, ani ja nie rozmawialiśmy na temat tego, co tutaj znalazła. O tym, co się wydarzyło, wiem z raportów aurorów oraz z sekcji zwłok. Początkowo podejrzewali morderstwo. Na tle rodzinnym, jak zasugerował auror, którego podpis widniał pod raportem. Idiota. Niemożliwe, by matka to zrobiła. Był całym jej światem. Wszystkim. Nigdy nie rozumiałem, dlaczego ktokolwiek mógłby nie wierzyć, że pobrali się z miłości, pomimo plotek rozgłaszanych po wojnie przez „Proroka”. Ojciec do niczego jej nie zmuszał, podążała za nim ślepo, z własnej woli, przekonana, że nie popełni żadnego błędu.
Miłość nawet z najmądrzejszego człowieka robi czasem głupca. Kolejny powód do tego, by ją przekląć, tak myślę.
Siedzę w fotelu ojca z zaciśniętym gardłem. Jak musiał się czuć tamtej nocy, pijany i nieszczęśliwy, wiedząc, co zamierza zrobić? Podczas sprawdzania jego różdżki aurorzy stwierdzili, że sam rzucił na siebie Sectumsemprę, przyciskając końcówkę do piersi, o czym świadczył rodzaj ran.
W Świętym Mungu pytali mnie, czy mam ochotę go zobaczyć. Odmówiłem. Nie chcę pamiętać ojca, kiedyś silnego i dumnego, leżącego na zimnym porcelanowym stole w kostnicy, zakrwawionego i poranionego.
Moje ręce drżą, kiedy kładę je na blacie biurka. Ledwo mogę myśleć. Wykończenie drewna lekko klei mi się do palców. Przeraża mnie, że kiedy je podniosę, na skórze zobaczę krew. Nabrawszy głębokiego oddechu, odsuwam dłonie i odwracam je wierzchem do góry.
Są czyste.
— Draco — odzywa się głos za mną, niski i ciepły.
Ojciec.
Czuję ucisk w okolicy serca i odwracam krzesło w kierunku ściany. Pomiędzy dwoma oknami wisi mały obraz, namalowany niemal dwadzieścia siedem lat temu. Mój ojciec był wtedy młodym mężczyzną, trochę młodszym niż ja w tej chwili. W jego jasnych włosach nie ma jeszcze srebra, pomiędzy brwiami nie widać zmarszczek, a ust nie wykrzywia bezustanny grymas niezadowolenia. Ja, niespełna trzyletni, opieram się o niego. Jestem pulchny i różowy, ubrany w nieskazitelną, niebieską szatę, w ustach trzymam kciuk. Ojciec odsuwa mi delikatnie dłoń i podnosi mnie, sadzając sobie na kolanach. Siedzimy w tym samym fotelu, on ma pod łokciem stertę książek, a na biurku za mną leży kolejna, otwarta, jakby właśnie odwrócił się, by porozmawiać z moją młodszą podobizną.
Teraz spogląda na mnie władczo ze swojej ramy.
— Spodziewałem się ciebie. Przyznaję, że wcześniej, bo od Brutusa wiem, że przyszedłeś po pogrzebie.
Czuję mdłości. Zapomniałem o tym portrecie, a przynajmniej tak sobie wmawiam. Nie jestem jednak pewien, czy wierzę we własne kłamstwo.
— Tylko przelotnie. — Waham się. — Ale nie tutaj. — Wstaję z krzesła. — Byłeś tu, kiedy... — Przerywam. Nie potrafię tego wypowiedzieć.
Przez odmłodzoną twarz ojca przebiega cień. Odgarnia włosy z mojego jeszcze dziecięcego czoła delikatnym gestem, którego nie pamiętam ze swojego dzieciństwa. On z pewnością musiał pamiętać. Portrety to cienie niegdyś rzeczywistych osób. Wzdycha i poprawia się na krześle, jego namalowane, czarne szaty ocierają się o wypolerowane czubki butów.
— Oczywiście, że tak — odpowiada po chwili. — Jakiż byłem głupi.
Nie pytam, czy miał na myśli portret, czy żyjącego siebie.
— Co on... — Odwracam wzrok, zaciskając palce na połach mojego płaszcza. W pomieszczeniu jest zimno. Wiatr wdziera się przez szpary w starych oknach. Jak powiedziała mi matka, rok temu ojciec pozwolił, aby zaklęcia wygasły. Zaklęcia nie mają tutaj większego znaczenia tylko podczas dwutygodniowego okresu upałów w sierpniu.
Ojciec patrzy na mnie zamglonym wzrokiem.
— Naprawdę chcesz wiedzieć? — pyta.
Kiwam głową. Szepcze coś do ucha mojej dziecięcej podobiźnie, a wtedy ona ześlizguje się z jego kolan, rzuca mi zaciekawione spojrzenie i znika z obrazu. Ojciec poprawia szaty, patrząc na młodszego mnie z delikatnym uśmiechem.
— Zawsze łatwo było odwrócić twoją uwagę — mówi, a potem zwraca się do mnie. — Walczył z tym. — Wygląda czegoś za moim ramieniem, twarz ma bladą i ściągniętą. — To nieco dziwne patrzeć na samego siebie, borykającego się z finalną decyzją.
Zasycha mi w gardle.
— Rozmawiałeś z nim?
— Tak — odpowiada szorstko. — Oczywiście. Powiedziałem mu, że jest idiotą, że ty będziesz zdruzgotany, a Narcyza... — Głos zamiera mu w gardle i odwraca wzrok. Pozbieranie się zajmuje mu dobrą chwilę. — To nie było sprawiedliwe w stosunku do niej.
— Nie, nie było — mamroczę pod nosem. Dotykam krawędzi ramy. — A on nie posłuchał.
Usta ojca układają się w cienką linię.
— Najwyraźniej nie. — Obaj milczymy przez chwilę, a potem on otrząsa się z westchnieniem. — Podjął decyzję.
— Dlaczego? — pytam, ale nie oczekuję odpowiedzi. Ona nie istnieje. Nie sądzę, by kiedykolwiek istniała.
Ojciec milczy, obserwując mnie.
Nabieram płytkiego oddechu.
— Czy to widziałem? — Zerkam za szereg książkowych półek. Moja dziecięca podobizna znajduje się teraz na obrazie pupilka ciotecznej babki Halcyony, leniwego, rozpieszczonego psidwaka, który większość czasu spędza, śpiąc na grubej, aksamitnej poduszce.
Ojciec potrząsa głową.
— Zakryłem ci oczy, kiedy zdałem sobie sprawę, że go nie powstrzymam — odpowiada cicho. — Żaden syn nie powinien doświadczyć czegoś takiego.
— Dziękuję. — Ledwie wypowiadam słowa.
Patrzymy na siebie.
— Nie chciał przysporzyć ci udręki — odzywa się w końcu ojciec.
— Ale przysporzył. — Pieką mnie oczy. Mrugam szybko, pragnąć odegnać łzy. Nie będę płakać. Nie przed nim. Nie dam mu tej satysfakcji.
Ojciec odwraca wzrok. Nigdy nie był w stanie zaakceptować mojego bólu. Nie byłem dla niego wystarczająco silny. Jednak po tym wszystkim nadal tu jestem. Nadal oddycham. Nadal żyję.
— Nienawidzę cię — szepczę.
Ojciec opuszcza obraz.

***

Żeby się uspokoić, potrzebuję działu z książkami historycznymi i połowy paczki Cliodne[2]. Siedzę na skórzanej kanapie w dolnej części biblioteki, w jednej ręce trzymając biografię Hespera Gampa autorstwa Bathildy Bagshot, a w drugiej papierosa, kiedy drzwi galerii[3] otwierają się z jękiem. Zatrzaskuję książkę.
— Kto tu jest? — pytam.
W wejściu pojawia się mała głowa, którą okalają kasztanowe włosy opadające na brązowe oczy.
— Nie powinieneś palić — mówi chłopiec, zerkając na papierosa.
Jestem zaskoczony, kiedy otwiera drzwi szerzej. Nie może mieć więcej niż sześć czy siedem lat. Stanowi interesującą kombinację długich kończyn i krótkiego, krzepkiego tułowia, przyodzianą w mugolskie dżinsy i nieco za mały czerwony sweter. Nie ma na sobie butów, a jego stopy ubrane w skarpety ślizgają się bezgłośnie po podłodze z ciemnego drewna.
— A ty nie powinieneś tu być — ripostuję.
Ignoruje mnie.
— Kim jesteś? — pyta. Ma dziwny akcent, głównie angielski, w dodatku z naleciałością z hrabstw południowo-wschodnich, ale zabarwiony nutką czegoś, co mi nie pasuje.
— Draco Malfoy. — Wstaję, przyglądajac mu się podejrzliwie. Odkładam papierosa do popielniczki, która unosi się w powietrzu obok mnie, a chwilę potem znika z trzaskiem. — I jestem niemal pewien, że w tym domu nie ma żadnych dzieci. — Mój głos nabiera ostrości. — Jak się tu dostałeś?
Chłopiec wzrusza ramionami.
— Po schodach. — Podciąga sobie spodnie zwisające mu na wąskich biodrach. — Nie mieszkasz tu.
— Ale mieszkałem.
Moją uwagę przykuwa domowy skrzat, Gobbo, jeśli dobrze pamiętam, który pojawia się w drzwiach.
— Paniczu James... — Gobbo przerywa i spogląda na mnie. Siwe włosy wyrastają mu z drgających nerwowo uszu — Och, pan Draco, nie wiedzieliśmy, że pan przyjdzie... pani Andromeda mówi...
Marszczę brwi.
— Andromeda tutaj jest?
Gobbo kiwa głową, mnąc w palcach ściereczkę do naczyń.
— Przysyła Gobbo po panicza Jamesa...
Na miłość boską, myślę. Dzieciak najwyraźniej jest jednym z tych, którymi ciotka zajmuje się charytatywnie. Powinna być jednak na tyle mądra, by nie pozwalać mu wałęsać się po rezydencji samopas. Z poirytowanym westchnieniem rzucam biografię Gampa na kanapę. Rwie mnie do kłótni, wiem o tym. Być może ona dobrze mi zrobi.
— Sprowadź tu Andromedę, do diabła. — Skrzaty denerwują mnie nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach. Powstrzymuję się przed rozkazaniem tej cholernej kreaturze, by przytrzasnęła sobie uszy drzwiami, czego zresztą sama może się domyślić. Gobbo wydaje z siebie pisk, kiwa głową i znika. Odwracam się w kierunku intruza.
— James.
Dzieciak siedzi na kanapie, przerzucając kartki czytanej przeze mnie książki.
— Tu nie ma obrazków — mówi, krzywiąc się.
— Oczywiście, że nie ma, to książka dla dorosłych. — Zabieram mu biografię.
Wiem. — James patrzy na mnie, jakbym był idiotą. — To książka o kimś i dlatego nie ma obrazków. Nuda.
Nie mogę powiedzieć, że się z nim nie zgadzam, co wywołuje we mnie niepokój.
— Ile masz lat?
Chłopiec podciąga nogi i krzyżuje je na kanapie. Skarpeta w zielono-niebieskie paski ma dziurę na pięcie.
— Sześć. — Przygląda mi się spod niebywale długich rzęs. — A ty ile masz?
— Więcej niż sześć.
Wciąż patrzymy na siebie podejrzliwie, kiedy do biblioteki wpada ciotka, a za nią nie kto inny jak Harry Potter.
— Tata! — woła James, a ja z zaskoczeniem zdaję sobie sprawę, że znajomo wyglądają nie tylko rzęsy dziecka, ale i cała jego twarz. To musi być syn Pottera i Weasleyówny.
— Co — mówię do Andromedy przez zaciśnięte usta, wskazując brodą w kierunku Pottera — on tu robi?
Potter patrzy na mnie dokładnie w ten sam sposób jak jego syn. Na ciemnych włosach osiadł mu kurz i pajęczyny. Mimo że pytanie adresowałem do ciotki, odpowiada mi ten impertynencki dureń.
— Pracuję.
— Harry oczyszcza dom z czarnej magii, kochanie — odzywa się Andromeda. — Prosiłeś, bym kogoś znalazła.
— Nie prosiłem, żebyś przyprowadzała tu jego! — Mój głos brzmi niemal jak pisk. Natychmiast milknę, wypuszczając powoli powietrze.
James patrzy na mnie z wyrazem zaciekawienia na twarzy.
— Jesteś czerwony — stwierdza. Opieram się pokusie, by go udusić. Czuję wściekłość, ale wolałbym nie skończyć w Azkabanie za zamordowanie bachora Pottera.
— Tak. No cóż. — Zgrzytam zębami. — Zrzućmy za to winę na twojego ojca, dobrze?
Potter przeczesuje włosy palcami, jego rozdrażnienie jest bardziej niż oczywiste. Wydaje się speszony, kiedy zdejmuje z głowy pajęczyny. Zbiera je i strzepuje z dłoni, a Gobbo łapie je, zanim dotkną ziemi.
— Zrozum, Malfoy, Dromeda powiedziała, że potrzebujesz pomocy w usuwaniu czarnomagicznych zaklęć. Jestem w tym całkiem niezły...
— Zabicie psychopatycznego Czarnego Pana nie czyni z ciebie eksperta, Potter. — Krzyżuję ramiona na piersi. Paznokcie wbijają mi się we wnętrze dłoni.
— Nie — zgadza się. — Ale pięć lat studiowania ze specjalistami od czarnej magii na Antypodach owszem. Byłbyś zaskoczony, ile tego typu badań prowadzi się w byłej kolonii karnej.
— Zdaję sobie sprawę — odpowiadam sztywno. — Dwa lata temu opublikowałem monografię ponownie omawiającą konsekwencje strzelaniny w Glenrowan, stawiając vis-à-vis mugolską interpretację wydarzeń.
Potter spogląda w moją stronę.
— Wiesz, nie sądziłem, że kiedykolwiek usłyszę, jak ktoś używa określenia „vis-à-vis” w zwyczajnej rozmowie.
Prycham.
— Łasica nie wyszła jeszcze poza chrząkanie? Jaka szkoda.
— Draco — odzywa się Andromeda, a ja mrużę oczy. Wykonuje subtelny gest w stronę Jamesa, który siedzi teraz na krześle z oparciem i wydaje się ogromnie uradowany z zamieszania.
— Nawet ze mną nie zaczynaj — odcinam się jej. — Cholernie dobrze wiedziałaś, co o tym sądzę.
Potter robi krok do przodu i zaciska pięści. Brwi ma zmarszczone.
— Nie odzywaj się do Dromedy jak...
Obracam się w jego stronę.
— Ty! — Posyłam mu wściekłe spojrzenie. — Nawet nie waż się mówić mi, jak powinienem odnosić się do swojej ciotki we własnym domu!
Andromeda zerka na nas i wyciąga smukłą dłoń.
— James, może pójdziesz ze mną do kuchni spróbować czekoladowych herbatników? — Chłopiec przystaje na propozycję, choć trochę opiera się przed wyjściem, obracając małą głowę w kierunku ojca i mnie, mierzących się wzajemnie nienawistnym wzrokiem. Andromeda popycha go lekko do przodu i zaraz potem drzwi zamykają się za nimi.
— Malfoy, to nie jest twój dom — mówi Potter. Kiedy mam już zaprotestować, kontynuuje: — Mógłby być, ale nie wziąłeś go w posiadanie.
Ma rację. Irytuje mnie to. Chcę rozerwać jego twarz na strzępy.
— Co ci w ogóle do tego?
— I nie powinieneś mówić do Dromedy w ten sposób bez względu na to, gdzie jesteś — dodaje, kompletnie ignorując moje pytanie. — To niegrzeczne.
Całkowicie tracę nad sobą kontrolę.
— Wynoś się. Nie obchodzi mnie, kto cię tu sprowadził. Nie chcę cię tutaj i żaden inny powód nie jest mi potrzebny.
— Z przyjemnością — odpowiada. — Na pewno sam poradzisz sobie z tym, co kryje się w lochach. — Kiedy się wzdrygam, dodaje: — Nie tylko ty masz złe wspomnienia z wojny, Malfoy. A tutaj nie masz nikogo po swojej stronie.
Wypada z biblioteki jak burza, a ja czuję na języku gorzki posmak strachu, kiedy ogarnia mnie panika.

KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ

[1] „Czyż naprawdę zamieszka Bóg na ziemi? Przecież niebo i najwyższe niebiosa nie mogą Cię objąć, a tym mniej ta świątynia, którą zbudowałem.”
[2] Cliodne — wspomniana w poprzednim rozdziale czarodziejska marka papierosów
[3] galeria — termin architektoniczny; to sala o wydłużonym kształcie, popularna w Wielkiej Brytanii za czasów Jakuba I oraz w epoce elżbietańskiej, często rozciągnięte na całą długość budynku służyły jako miejsce do zabawiania gości, spacerów w czasie deszczowej pogody oraz eksponowaniu kolekcji dzieł sztuki. Dla zobrazowania – KLIK.
Ostatnio edytowano 14 lis 2011, o 16:25 przez Lasair, łącznie edytowano 1 raz
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez Caligo » 13 lis 2011, o 19:50

ok, przyznaje, moja silna wola to jeden wielki oksymoron. bo czego szczerzę się jak głupia widząc kolejny rozdział, kiedy po przeczytaniu pierwszego (i zrozumienie z niejakim opóźnieniem czyj to naprawdę tekst) zapaliłam się jak lampka na choince i wsiąknęła w oryginał? ale nie mogę sobie odmówić przyjemności czytania tego w naszym ojczystym.
uwielbiam Draco, który jak zwykle ma jakiś odchył... tzn. ma słabość w tym przypadku do dosyć kontrowersyjnego sposobu jedzenia jajek i kiełbasek (po napisaniu tego dopiero później zdałam sobie z pospolitej dwuznaczności :oops:). a smaczku całemu jeszcze nienarodzonemu wątkowi drarry dodają szczególiki jak postać Luny piszącej książki naukowe czy sypiającej z Blaisem. pawie - ostatnio w pewnej książce spotkała się właśnie z opisem dworu po którego ogrodach błąkały się białe pawie i chyba nareszcie zrozumiałam jak bardzo podkreślają status ich właściciela. kolejna drobnostka w postaci podłogi z willi Borgiów, ehm zaleciało mi papierosami, polityką i dramione, ale opis Manory bardzo zgrabny. poruszający jest ten moment przy biurku. Draco jest tak cholernie wrażliwy w całym ficku, aż do granic absurdu, a jego ''łagodna'' strona mnie denerwuje, brakuje mu charyzmy, czegoś ostrego, jakichś silniejszych emocji i nawet to ''Nienawidzę cię'' do własnego ojca jest tylko szeptem, jest tylko cieniem prawdziwej nienawiści. dużo lepiej wypada w spotkaniu z Harrym, nareszcie pojawia się jakaś cięta riposta, taka która naprawdę może kogoś zranić. ech choć uwielbiam nie jest to tekst najbardziej wpasujący się w moje gusta, nie mam nic przeciwko zranionemu Draco, jednak nie przepadam gdy jest miękki i rozczula się nad sobą.
Caligo
a fighter is nothing without their navigator
Obrazek
Caligo Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 8
Dołączył(a): 28 sty 2011, o 21:37

Postprzez Akame » 16 lis 2011, o 21:51

Podoba mi się to ich śniadanie we trojkę. Milie robi kiełbaski, Draco lubi je z jajkiem, Blaise nie toleruje ich w ogóle, a pomiędzy tym, toczą się rozmowy. Oni serio dobrze funkcjonują we trójkę.

Pawie. Rezydencja Malfoyów zawsze kojarzyła mi się z pawiami. One są dla mnie wpisane w ich ogród i Draco nigdy ich nie trawi, a Lucjusz uważa je za rzecz niezbędną xD

Półpiętro wyłożone jest biało-czarnymi włoskimi kaflami w kształcie rombów, umieszczonymi tu przez kamieniarza Jamesa Sayersa na zlecenie pradziadka mojego dziadka, a zabranymi z posadzki zniszczonej willi Borgiów na przedmieściach Rzymu.

Mrau, uwielbiam takie szczególiki. Kafelki w kształcie rombów to pryszcz! Cały urok w tym, że pochodzą z willi Borgiów. Jakoś tak od razu robi się realnie, gdy autorka wplątuje w akcję postacie, które kiedyś naprawdę istniały.

Rozmowa z ojcem jest straszna. Draco jeszcze nie otrząsnął się po jego śmierci, a tutaj musi prowadzić z nim konwersacje i to na niezbyt przyjemny temat. Brr... ciarki mnie przeszły.
— Czy to widziałem? — Zerkam za szereg książkowych półek. Moja dziecięca podobizna znajduje się teraz na obrazie pupilka ciotecznej babki Halcyony, leniwego, rozpieszczonego psidwaka, który większość czasu spędza, śpiąc na grubej, aksamitnej poduszce.
Ojciec potrząsa głową.
— Zakryłem ci oczy, kiedy zdałem sobie sprawę, że go nie powstrzymam — odpowiada cicho. — Żaden syn nie powinien doświadczyć czegoś takiego.

...
To mnie chyba uderzyło niczym Draco. Jak inaczej rozumuje portret, który jednocześnie jest mężczyzną, który zrobił dokładnie to, przed czym jego malowidło chciało uchronić własnego syna. Popieprzone to na maksa :/ Współczuję Draco.

Boru, na wszystko bym wpadła, ale nie na to, że dzieciak jest młodym Potterem. Po przeczytaniu opisu jego wejścia, zaczęłam się zastanawiać, czy aby dwór nie jest nawiedzony. A tutaj taka niespodzianka. Sama rozmowa pomiędzy Draco, a Jamesem, urzekająca :D
Za to rozmowa z Harrym należy do tych standardowych. Wrzaski, krzyki i obrzucanie się błotem. Bardzo kanonicznie xD

Naprawdę, chciałabym wiedzieć, jak oni w końcu się zejdą, bo jak na razie, Draco jest zdecydowanie na nie.

Pozdrawiam ciepło i życzę weny. Niecierpliwe czekam na kolejną część :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez MargotX » 18 lis 2011, o 21:21

To wspólne śniadanie wprowadza odrobinę takiej normalnej codzienności, oddechu od przygniatającego nastroju. Nawet rozmowa o pójściu do rezydencji brzmi jak takie niemal zwykłe, nieco tylko gniewne, przekomarzanie się.

Samo zetknięcie z tym miejscem ma już też odrobinę inną wymowę, jak się później okazuje, na skutek oczyszczania go z czarnej magii przez Harry'ego. No właśnie... jedyną stałą wydaje się ich spotkanie. Niechęć, żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie, brak porozumienia, irytacja, to coś, z czym obydwoje mieli do czynienia przez lata we wzajemnych stosunkach. Czy to ma szansę się zmienić i czy Draco zechce tę szansę wykorzystać? Mam nadzieję, że może jednak tak, bo jak na razie, nic nie wskazuje na perspektywę ocieplenia ich wzajemnych stosunków. Oby Harry rzeczywiście nie odszedł z rezydencji na zawsze, zniechęcony postawą Malfoya.

Do tego jeszcze ta druzgocząca rozmowa z portretem Lucjusza, niesamowicie skonstruowana, to naprawdę kolejne traumatyczne przeżycie dla Draco. Nawet oglądanie czegoś takiego z boku jest straszne...

Naprawdę niesamowity tekst. Dziękuję za kolejny rozdział, pozdrawiam i życzę weny :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Miss Black » 20 lis 2011, o 00:31

Boże. Nie zauważyłam nowego rozdziału. I nie mam czasu go przeczytać. :sciana: Ale zaklepuję miejsce, bo w środę nadrobię.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Lasair » 27 lis 2011, o 13:12

Bardzo dziękuję za komentarze. :-)
Beta: Kaczalka i Donnie. :*


CZĘŚĆ CZWARTA

Obiad jem z matką w ponownie otwartej restauracji Savoy Grill.
Czeka już na mnie, kiedy docieram na miejsce zdyszany od biegu. Mój gniew na Pottera nadal nie ustąpił. Do restauracji dostaję się siecią Fiuu, przez kominek umiejscowiony dyskretnie w kącie za ścianą, tuż obok wind w hotelowym lobby, a potem spieszę się, mając nikłą nadzieję, że nadrobię spóźnienie. Odczekuję chwilę, by się uspokoić, po czym, przywołując na twarz uprzejmy uśmiech, podchodzę do stolika, przy którym siedzi matka.
— Pozwoliłam sobie zamówić butelkę wina, kochanie — mówi, podnosząc napełniony do połowy kieliszek. — Chapoutier Ermitage le Pavillon, rocznik dwa tysiące szósty.
Wślizguję się do półokrągłego, obitego aksamitem boksu.
— Chyba nieco dla ciebie za młode, nieprawdaż?
Preferowane przez matkę roczniki są zawsze starsze niż ona sama. Jak mawia ze śmiechem, nie pije żadnego wina wyprodukowanego po 1971 roku. A raczej mawiała.
Bierze łyk.
— Człowiek potrzebuje zmian, Draco. — Jej oczy są smutne, więc nie rozwijam tematu. Zamiast tego rozkładam sobie serwetkę na kolanach, a kelner napełnia mój kieliszek.
— Jak się miewasz? — pytam, kiedy ponownie zostajemy sami.
Matka wykonuje znaczący gest odzianym w kaszmir ramieniem. Włosy ma upięte w kok, a krótki sznur pereł połyskuje na tle czarnego swetra. Dostała je od dziadka Blacka na siedemnaste urodziny.
— Doskonale — odpowiada, zaraz jednak znowu podnosi kieliszek do ust. To mnie niepokoi. Zazwyczaj jedna porcja wystarczała jej na cały posiłek. Nigdy nie widziałem, żeby piła tak szybko.
Kelner stawia na stole talerze z foie gras[1] i pieczonymi przegrzebkami. Unoszę brew.
— Zamówiłam też przystawki — wyjaśnia matka niepotrzebnie.
— Widzę. — Sięgam po przegrzebka owiniętego porem smażonym na maśle. Przynajmniej wie, co lubię. Zawsze wiedziała, poczynając od pierwszego pudełka słodyczy, które przysłała mi do Hogwartu.
Matka nie dotyka żadnej z przystawek, a jedynie kiwa głową w kierunku kelnera, by ten ponownie napełnił jej kieliszek.
— Teraz nie jest tu jak kiedyś — stwierdza, rozglądając się po zmienionym wystroju wnętrza. Wokół nas lśnią lakierowane ściany, a z sufitu zwisają kryształowe żyrandole. Matka wzdycha i stawia kieliszek na stole. Marszczy nos. — Zbyt mugolsko. Twojemu ojcu by się nie spodobało.
— A potem poskarżyłby się Spebbingtonowi — dodaję, przeżuwając przegrzebka. Ojciec i naczelnik wydziału czarodziejskiego hotelu Savoy mieszkali za czasów Hogwartu w tym samym dormitorium. — Głośno.
Moje stwierdzenie wywołuje uśmiech na twarzy matki. Przebiega palcami po krawędzi kieliszka.
— Lucjusz zawsze miał własne zasady etykiety. — Oboje milczymy przez chwilę, zagubieni we wspomnieniach. — Nieważne — mówi w końcu i unosi wino. — Nad czym teraz pracujesz?
Wzruszam ramionami.
— Nad niczym szczególnym. Kończę artykuł i sprawozdanie z konferencji, zaczynam też badania nad następnym projektem. — Kłamię, a przynajmniej jeśli chodzi o to ostatnie. Po raz pierwszy w swej akademickiej karierze nie mam pojęcia, co będę dalej robił.
— Cudownie. — Nie pyta o szczegóły. Nigdy. — Rozmawiałam niedawno z Andromedą...
— Och, nawet nie wspominaj o mojej nieszczęsnej ciotce — rzucam, czując narastający ponownie gniew. — Wiesz, co zrobiła?
Matka spogląda na mnie znad kieliszka.
— Uspokój się, Draco.
Rozsmarowuję foie gras na toście.
— Zatrudniła cholernego Pottera, żeby oczyścił rezydencję.
— I?
Niemal dławię się tostem. Przełykam i kaszląc upijam łyk wina.
— Mamo. Potter. W moim domu. — Krzywię się, przypominając sobie jego słowa na temat posiadania rezydencji. — To jest mój dom i nie obchodzi mnie, co on sobie myśli. I kto, do diabła, pozwolił biegać samopas temu dziecku...
— Twój ojciec i ja pozwalaliśmy swego czasu na to samo. — Matka patrzy na mnie znacząco, sprawiając, że milknę. — Jak się domyślam, mówisz o młodym Jamesie. Andromeda lubi się nim opiekować, kiedy Teddy przebywa w Hogwarcie. Ciężko jest jej samej w pustym domu, a ja wolę, żeby nade mną nie wisiała, więc ją do tego zachęciłam. A co do Harry’ego, Andromeda pomyślała, że będzie doskonałym wyborem i na to również wyraziłam zgodę. Nie było łatwo go przekonać. Zdaje się, że odnośnie rezydencji ma uprzedzenia podobne do twoich.
— No i? — Wbijam rozwścieczony wzrok w wino. — Nie chcę, żeby to robił. — Patrzę na nią, zaciskając zęby. — Sam go wyrzucę. Prawie zrobiłem to ostatniego popołudnia.
Matka wzdycha.
— Draco, postaraj się pohamować. To tymczasowa umowa, a Harry jest całkiem dobry w tym, co robi. Andromeda sądzi, że usuwanie zaklęć Czarnego Pana mogłoby być dla niego swego rodzaju katharsis.
— Mam gdzieś, co jest dla niego...
— Draco. — Powstrzymuje mnie jej ostry jak brzytwa ton. — Wystarczy. — Milknę, a ona pochyla się, unosząc dłoń kilka centymetrów nad blatem stołu. Na jej nadgarstku zawinięty jest wysadzany diamentami wąż. Ojciec podarował go jej w poprzednie święta Bożego Narodzenia. Odwracam wzrok. Dotyka mojej ręki. — Niedługo skończy. Najpóźniej do Nowego Roku.
— Jest czwarty grudnia — protestuję, ale ponownie ucisza mnie znaczącym spojrzeniem. — To absurdalne.
Matka przywołuje gestem kelnera i opada na oparcie restauracyjnego boksu. Sięga po kieliszek z winem.
— Być może. A teraz zamówisz mi duszonego zająca. Myślę, że tobie posmakuje sarnina, co ty na to?
Wzdycham i zgadzam się. Jeśli matka popiera obecność Pottera, nie mam szans, by się go pozbyć.

***

Gdy w poniedziałek rano dowlekam się w końcu do kolegium, Granger siedzi na szczycie schodów, trzymając na kolanach gruby tom o prawie karolińskim autorstwa McKittericka.
— Clive znowu zmienił zaklęcia? — pytam, przekładając torbę z jednej ręki do drugiej i wspinając się po stromych stopniach. Bywają chwile, kiedy żałuję, że nikt nie zdjął tego przeklętego zakazu aportacji, chociaż z drugiej strony nie chciałbym skończyć z sylwetką Horacego Slughorna. — Przed chwilą rozmawiałem z Edmundem na portierni i nic mi o tym nie wspominał.
Granger zamyka książkę i układa dłonie na okładce. Blokuje mi drogę.
— Jesteś totalnym dupkiem — mówi spokojnie.
Zatrzymuję się w pół kroku.
— No tak. — Wzdycham. Nie jestem w nastroju na dyskusję. Wczoraj położyłem się wcześniej do łóżka z kubkiem herbaty rumiankowej i książką Bagshot, którą zabrałem z rezydencji. Mam gdzieś, że za swoich czasów ta kobieta była wybitnym czarodziejskim historykiem. Nie posiadała za grosz talentu do pisania przyzwoitych biografii. Połowę wieczoru spędziłem na podkreślaniu fragmentów, o których sądzę, że mogły zostać napisane lepiej. — Domyślam się, że znowu chodzi o Pottera.
— Oczywiście.
— Mógłbym chociaż wejść do swojego gabinetu, zanim zaczniesz prawić mi kazanie? — Pokonuję kolejny stopień, rzucając jej szorstkie spojrzenie.
Granger wstaje, wtyka książkę pod pachę i poprawia szaty. Wymijam ją, zirytowany. Ten dzień zaczął się naprawdę uroczo: źle nastawione zaklęcie budzące, spalony tost, pusta puszka na herbatę (dzięki Blaise’owi, który zużył ostatnią porcję i nie raczył uzupełnić zapasu), a teraz wściekła Granger. Opieram się o drzwi zbyt mocno, przez co otwierają się gwałtownie i sprawiają, że zdjęcie Grega, Vince’a i mnie z szóstego roku w Hogwarcie, które wisi na ścianie obok, kołysze się niebezpiecznie, posyłając nasze podobizny na białe pole wokół fotografii.
Staram się wyprostować rzeźbioną, ciemną ramę. Dłonie drżą mi zdecydowanie zbyt mocno. Vince podnosi się i patrzy na mnie z niezadowoleniem, pomagając mi wstać. Miesiąc temu skończyłby trzydzieści jeden lat. Greg wciąż nie pozbierał się po jego śmierci, jakby tamtego dnia razem z Vince’em umarła jakaś część jego samego. Tak przynajmniej sądzi Milie i prawdopodobnie ma rację.
Gdy się odwracam, Granger stoi za progiem, obserwując mnie z zagadkowym wyrazem twarzy.
— Co? — warczę.
Nie odzywa się przez chwilę, a potem podchodzi i poprawia lekko przekrzywione zdjęcie.
— Minęło dwanaście lat — szepcze.
— Dwanaście lat, siedem miesięcy i cztery dni — poprawiam ją. — Żeby być precyzyjnym. —Granger w odpowiedzi tylko na mnie patrzy. Wzruszam ramionami i siadam na krześle przy biurku. — Pamiętam ten dzień aż nazbyt dokładnie.
— Wszyscy pamiętamy. — Przysiada na sofie. Rozpuściła dzisiaj włosy, kręcone kosmyki opadają jej na ramiona. Wygląda zadziwiająco młodo. Na szaty zarzuciła biały kardigan poprzetykany plamkami czarnej wełny. Czarno-czerwony półkolisty wzorek Fair Isle[2] podkreśla bladość jej twarzy. Nie zawracała sobie głowy makijażem, ale wygląda, jeśli nie ładnie, to przynajmniej przyzwoicie. Tak przypuszczam. Rzadko zauważam takie szczegóły. Łatwiej tego nie robić. Bezpieczniej.
— Być może — odpowiadam wymijająco. Odchylam się na krześle, zakładając jedną nogę na drugą. — Czy to właśnie ten moment, w którym zaczynasz mnie pouczać?
Granger wsuwa kosmyk włosów za ucho. Jej obrączka błyszczy w zimnym świetle wpadającym przez pokryte płatkami śniegu szyby. Drżę. Kolegium Wszyskich Świętych posiada wiele rzeczy, ale przyzwoita ochrona przed chłodem do nich nie należy.
— Ja nie pouczam. — Zasługuje tym na moje prychnięcie. W odpowiedzi uśmiecha się lekko. — Wiesz, Harry nie potrzebuje pieniędzy, które mu płacisz — mówi sztywno.
— Nie płacę mu nawet pieprzonego knuta. — Stykam dłonie czubkami palców i wlepiam w nie wzrok. — Posiadłość należy do ojca.
Granger macha lekceważąco ręką.
— Wszystko jedno. Chodzi mi o to, że pracuje w twoim domu, bo Narcyza i Andromeda go o to poprosiły, a my wszyscy myśleliśmy… No, oczywiście oprócz Rona, ale on jest uprzedzony w takim samym stopniu jak ty… Tak czy siak, uznaliśmy, że to byłaby dla niego dobra okazja, jeśli pozwolisz, by się sprawdził, zanim po Nowym Roku obejmie stanowisko zastępcy szefa Biura Aurorów.
— Potter zastępcą szefa? — Prostuję się. — Czyście poszaleli?
— Kingsley od roku stara się go na to namówić — mówi Granger, marszcząc brwi z dezaprobatą. — Harry nie chciał się zgodzić, dopóki on i Ginny nie wrócą z Australii, ale to już nieaktualne. — Spogląda w moją stronę. — Zostawiła go.
Wyglądam przez okno. Widzę stąd czworokątny dziedziniec, z którego do tej pory nie uprzątnięto śniegu. Wydeptaną ścieżkę zaczyna pokrywać nowa warstwa białego puchu.
— Nie wiem, dlaczego miałoby mnie to interesować.
Granger sapie z rozdrażnieniem.
— Staram się powiedzieć, że przechodzi ostatnio trudny okres, a twój mały napad złości wcale mu nie pomógł.
Moja irytacja rośnie gwałtownie.
On ma trudny okres? Ach, rozumiem. — Wykrzywiam usta. — Jak strasznie mi przykro, Potter, bo to przecież nie tak, że ostatnio czyjś ojciec strzelił sobie Sectumsemprą w pierś...
— Nie o to mi chodzi, Draco. — Granger składa dłonie na kolanach. Wyglada, jakby czuła się naprawdę niezręcznie. — Nie bierzesz udziału w konkursie, czyje życie jest trudniejsze. Mówię tylko, że Harry ciężko to przeżywa. Dzieli z Ginny opiekę nad Jamesem i jest w trakcie rozwodu, a pobyt w twojej rezydencji też nie jest dla niego łatwy...
— To niech sobie, do diabła, daruje! — Unoszę głos, na co Granger się wzdryga. Odwracam wzrok. — Dwór jest mój.
— Niezupełnie. — Bawi się szatą. — Nie zgodziłeś się na jego posiadanie, a w świetle prawa czarodziejskiego dom pozostaje niczyj, jeśli nie ma pana. — Waha się. — Albo pani, w zależności od sytuacji.
Pocieram twarz dłonią.
— Boże, jeszcze i ty — mamroczę. Granger odpowiada spojrzeniem. — Dobrze — wzdycham. — Mam więc obchodzić się z Potterem jak z jajkiem, ponieważ Ginewra miała na tyle rozumu, by posłać go na drzewo? Nie zgadzam się. — Patrzę na nią ze złością. — I tak wszyscy jesteście dla niego nadopiekuńczy. Nie jest ze szkła.
— Cały czas nie chcesz mnie rozumieć. — Granger również wzdycha i wstaje. — Dosadnie mówiąc, uważam, że jesteś idiotą, ale... — ucina mój protest, podnosząc rękę — …ale to nie znaczy, że Harry nim nie był. Wy dwaj zachowujecie się czasem jak płyn z rogu buchorożca i Incendio. Po prostu powinieneś wiedzieć, że on sam znajduje się obecnie w raczej trudnej sytuacji i skłócanie ze sobą kogoś, kto przyszedł ci pomóc, może być, och, no wiesz, nieco krótkowzroczne.
Zaciskam usta.
— Zapamiętam. — Sięgam po pióro. — Skończyliśmy?
— Draco — odzywa się Granger niemal prosząco.
Spoglądam na nią z niewzruszonym wyrazem twarzy.
— Jeśli pozwolisz...
Drzwi zamykają się za nią z cichym kliknięciem. Ukrywam twarz w dłoniach i nie poruszam się przez długą chwilę.

***

Przez cały tydzień mam zły humor.
Nie żeby ktoś to zauważył. W ciągu dnia ukrywam się w swoim gabinecie w Kolegium Wszystkich Świętych, wchodząc i wychodząc z niego tak, by uniknąć punktualnego, ośmiogodzinnego grafiku Granger. Zostaję do późna, często do dziesiątej wieczorem, a kiedy wracam do domu, jem to, co moi współlokatorzy zostawili mi do odgrzania, a potem zakopuję się pod kołdrą, odrętwiały i zziębnięty. Jeśli Milie albo Blaise pukają cicho do drzwi, zaniepokojeni o mój nastrój, ignoruję ich udając, że śpię.
Śmiechu warte. Oczywiście nie zasypiam. Podciągam kołdrę aż po nos i wpatruję się w ośnieżony ogród przez okno obok łóżka, całkowicie niezdolny do odpędzenia myśli i zamknięcia oczu. Pozwalam, by umysł zdradził mnie z koszmarnymi wspomnieniami o domu, którego nienawidzę i ojcu, którego niegdyś uwielbiałem.
W piątek w końcu narzucone samemu sobie odosobnienie zostaje przerwane.
Powinienem być mądrzejszy i nie odpowiadać na pukanie kwadrans przed piątą, ale jest ono gwałtowniejsze niż to, którym zazwyczaj zapowiada się Granger, więc myślę, że może to Marwick wpadł, żeby przedyskutować artykuł o ożywianiu inferiusów, który chcieliśmy razem opublikować. Z westchnieniem wstaję z kanapy.
Kiedy otwieram drzwi, Blaise opiera sie o kamienną futrynę. Ramiona ma skrzyżowane, a na jego ustach majaczy krzywy uśmieszek.
— Ty — mówi, wyciagając w moją stronę swój długi, smukły palec — idziesz ze mną do Feniksa & Homunculusa.
— Nie...
Podnosi dłoń, przerywając mi.
— Obiecałem Milie, że wcisnę w ciebie odpowiednią ilość składników odżywczych. Nie obchodzi mnie, czy je zjesz, czy wypijesz, ale wyjdziesz z tych okropnych pomieszczeń na przynajmniej godzinę albo dwie. — Patrzy na mnie, mrużąc oczy. — Bez dyskusji.
Protest nie ma sensu. Pozwalam mu zaciągnąć się na ulicę St Giles i paplać bezmyślnie przez całą drogę o uzdrowicielce z jego oddziału, którą zamierza poderwać. Wygląda, jakby była warta jednej lub dwóch pojechanych w kosmos nocy, zanim mi się znudzi, zwierza się, a ja uznaję to za osobliwie uspokajające.
Czeka do momentu, kiedy stawia przede mną drugi kufel piwa, zanim wyjawia prawdziwy powód, dla którego mnie tu przyprowadził.
— Dlaczego, u diabła, cały tydzień zachowywałeś się jak dupek? — Siada naprzeciwko mnie. — Chodzi o coś więcej niż twój ojciec, mam rację? — Macham dłonią, starając się bezsłownie zobrazować cały mój Weltschmerz[3]. Zdaję sobie sprawę, że ogólnikowa wymówka pracą w ogóle go nie przekona. Zna mnie zbyt dobrze i wie, że najszczęśliwszy bywam, kiedy jestem zajęty. — Twoja wycieczka do rezydencji nie mogła być aż taka straszna — mówi w końcu, kiedy nie odpowiadam.
Marszczę czoło i upijam duży łyk piwa. Hebrydzkie Czarne IPA[4] jest w tym tygodniu wyjątkowo mocne, ale mam świadomość, że niedługo będę potrzebował więcej, biorąc pod uwagę tor, którym biegnie rozmowa.
— Przyjemna też nie była.
— Tak. — Blaise kładzie dłoń obok mojej, co jest gestem najbliższym dotykowi, na jaki może się zdobyć spontanicznie, o ile sam nie pozwolę mu na więcej. Czego nigdy nie robię. — Ale nie miałeś żadnych koszmarów... ani zbyt dużej ilości snu, o czym zaraz porozmawiamy. I zażyjesz porządny eliksir nasenny. — Posyła mi poważne spojrzenie. — Tak czy siak, przez cały tydzień byłeś totalnym dupkiem, a to zazwyczaj znaczy, że jesteś na coś zły. Albo na kogoś.
Odstawiam na stół pusty kufel.
— Matka ci powiedziała, prawda?
Blaise unosi brew i odchyla się na krześle.
— Dlaczego miałaby to zrobić? — Kiedy się krzywię, on przewraca oczami. — Nie. Nie chciałem, żeby się o ciebie martwiła. Ma już dość na głowie.
Bierze łyk piwa, a ja pragnę, co mi się zdarza od czasu do czasu, by nie był moim przyjacielem i żałuję, że nie potrafię się zainteresować kimkolwiek. To przepiękny mężczyzna. Och, przypuszczam, że powinienem też żałować, iż Blaise gustuje tylko i wyłącznie w płci przeciwnej. Mimo to patrzenie na niego sprawia mi ogromną przyjemmność, a to wszystko, a nawet więcej, niż potrzebuję. Czasem chcę też, aby był głupi. I niezbyt spostrzegawczy.
— Potrzebuję kolejnego — oświadczam, podnosząc kufel. Kiedy wstaję, moje krzesło skrzypi po drewnianej podłodze. Nie oglądam się na Blaise’a, gdy odchodzę w stronę baru. Każdy czarodziej i czarownica z Oxfordu zdaje się być dzisiaj właśnie w tym pubie.
Kiedy wracam z piwem i tłustymi frytkami w drugiej ręce, Blaise pochyla się z dłońmi owiniętymi wokół swojego kufla. Siadam i kładę talerz pomiędzy nami, a on sięga po frytkę, wkłada ją do ust i przeżuwa powoli.
— Słyszałem, że Potter jest w Wildshire — mówi w końcu, a ja go za to nienawidzę, naprawdę nienawidzę. Prawie wypluwam łyk piwa, który właśnie wziąłem.
— A co to ma z czymkolwiek wspólnego? — pytam, przybierając rozgniewany wyraz twarzy.
— Ty mi powiedz. — Blaise patrzy na lewo ode mnie, udając niezwykle zainteresowanego pojedynkiem na czarodziejskie rzutki. Jakaś grupa studentów robi z siebie idiotów i przeszkadza w grze stałym klientom. Stary Hordley prawdopodobnie zainterweniuje lada chwila. Co dziwne, wyczekuję tego.
— Blaise — rzucam ostrzegawczo. Nie jestem w nastroju, żeby to przerabiać i nie mam zielonego pojęcia, jak zdołał połączyć mój zły nastrój z Potterem.
— Twoja ciotka mi powiedziała. — mówi. — Byliśmy razem na odświętnym obiedzie dla ofiarodawców Świętego Munga.
Wyobrażam sobie Blaise’a pomiędzy sponsorami i niemal wybucham śmiechem. Jest ulubieńcem starszych osób, zarówno kobiet jak i mężczyzn, wszyscy kochają atrakcyjnego, młodego uzdrowiciela. To musi sprzyjać rozwojowi biznesu. Dyrekcja Świętego Munga zdaje się być zachwycona, że posiada go na wypadek takich właśnie okazji.
Posyłam mu zirytowane spojrzenie.
— Zdrajczyni.
Blaise śmieje się.
— Nieprawda. Andromeda to budząca szacunek, mądra kobieta, kropla w kroplę jak twoja matka.
— Nie flirtuj z moją ciotką — warczę. — I to ona go sprowadziła. Do rezydencji. Z jego bachorem.
Blaise patrzy na mnie poważnie.
— Masz na myśli, że zmusiła go, żeby przyszedł? Nie potrafię wyobrazić sobie, by Potter chciał wrócić do dworu, podobnie jak ty. — Przerywa na moment. — A szczególnie, jeśli nie ma tam żadnego pozytywnie nastawionego towarzystwa.
Prycham prosto w swoje piwo.
— Też nie potrafię sobie tego wyobrazić.
— Draco, przestań komplikować. — Z narastającą irytacją zauważam, że w tym przypadku Blaise nie bierze mojej strony. Odstawia kufel. — Chociaż zdaję sobie sprawę, że to tak samo, jakby poprosić słońce, żeby nie świeciło.
Nadal wpatruję się w niego naburmuszony.
— Nie staram się komplikować. Po prostu mi się to nie podoba. Wcale. Czemu przebywa w rezydencji akurat wtedy, kiedy ja też się tam wybieram? To daje mi kolejny idealny powód, by nie wracać do dworu.
— Tak, wiem. — Twarz Blaise’a łagodnieje. Mój przyjaciel przez chwilę wygląda niemal przyjaźnie, ale chwilę potem znów zaczyna wiercić mnie przenikliwym wzrokiem. — Ale ty szukasz wymówek. Nie potrzebujesz żadnych innych powodów. Przyznaj, że się boisz.
Prawie kończę swoje piwo i nagle pragnę znowu znaleźć się w domu, w łóżku, z naciągniętą na głowę kołdrą.
— Musisz przyznać, że Potter w rezydencji to poważny czynnik odstraszający.
Blaise potrząsa głową.
— Nie, szczerze powiedziawszy, sądzę, że wspaniale się złożyło. Daje ci to możliwość skupienia gniewu konkretnie na nim. Poza tym naprawdę nie możesz bać się jednego Gryfona.
Patrzę na niego z oburzeniem, czując, jak drgają mi skrzydełka nosa. Zmieniam się w matkę, wiedziałem, że kiedyś nadejdzie ten dzień.
Nie boję się go.
— Jak tam sobie uważasz. — Blaise wzrusza ramionami.
Wzdycham.
— Naprawdę.
— Więc dlaczego nie wróciłeś jeszcze do rezydencji? — pyta, przybierając postawę pełną rezerwy.
— Bo za żadną cholerę nie chcę tam wracać, ty pierdolony kretynie! — Kilka głów odwraca się w naszą stronę. Kiedy i Hordley na mnie zerka, zniżam głos do syku: — Tak trudno to zrozumieć?
Blaise wzdycha, ale uśmiecha się do obserwatorów. Ci rozluźniają się i na powrót dają nam spokój.
— Nie, nietrudno. Ale musisz to zrobić i dobrze o tym wiesz.
— Nie czuję się tam, jakbym był w domu — mówię z większym rozdrażnieniem, niż zamierzam.
— Racja, dopóki nie zaakceptujesz go jako swojej własności, nie jest twoim domem — zgadza sie Blaise.
Zaskakuje mnie znajome brzmienie słów, które właśnie wypowiedział.
— Wiesz, Potter stwierdził to samo. Powiedział coś o niebraniu domu w posiadanie.
— Coż, najwidoczniej od kiedy ostatni raz go widzieliśmy, zdołał wyhodować sobie mózg. — Blaise posyła mi uśmiech. Stara sie zawrzeć pokój. Pozwalam mu.
— Nie — odpowiadam. — Po prostu jest trochę starszy i lepiej zbudowany, niż pamiętam.
— Serio? — Blaise podnosi kufel do ust. — Jakie to przykre. Dlaczego wszyscy nasi wrogowie nie stali się grubi i brzydcy?
Czuję, że nieprzerwany dotychczas ucisk w piersi ustepuje odrobinę. Na razie.

KONIEC CZĘŚCI CZWARTEJ

[1] foie gras — inaczej pasztet strasburski; produkowany z kaczych bądź gęsich wątróbek, jedna z najbardziej tradycyjnych (i najdroższych, a także dość kontrowersyjnych) potraw kuchni francuskiej
[2] wzór Fair Isle — tradycyjny wzór alpejski KLIK
[3] Weltschmerz — „ból świata”; apatia, smutek, depresja, sentymentalny pesymizm wynikający z niedoskonałości świata; pojęcie stworzone przez niemieckiego preromantyka Johanna Paula Friedricha Richtera
[4] IPA — skrót od India Pale Ale, gatunku mocnego piwa o intensywnym smaku, produkowanego głównie w Wielkiej Brytanii oraz USA
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez Akame » 30 lis 2011, o 16:31

No proszę, Narcyza jest za tym, aby Harry pracował w rezydencji. Nóż w plecy Draco. Własna matka przeciwko niemu. Widać, że kobieta nie bardzo potrafi znaleźć swoje miejsce po śmierci męża, co jak Draco zauważa, przekłada się też na spożycie alkoholu.
Po spotkaniu z matką i wysłuchaniu pozytywów na temat Pottera, dostaje Granger i… słucha na temat Pottera. Niefortunne jest to, że Hermiona przy Draco mówi o trudnym okresie Harry’ego. Miałam ochotę ją łupnąć, bo czyż nie dotyczy to też Malfoya? Naprawdę, sądzę że Draco ma dosyć Pottera, w domu, na spotkaniu z matką, w pracy i…
Blaise, który też porusza sprawę Pottera. Na miejscu Draco, poczułabym się lekko osaczona ;]
— Obiecałem Milie, że wcisnę w ciebie odpowiednią ilość składników odżywczych. Nie obchodzi mnie, czy je zjesz, czy wypijesz, ale wyjdziesz z tych okropnych pomieszczeń na przynajmniej godzinę albo dwie. — Patrzy na mnie, mrużąc oczy. — Bez dyskusji.

Jest coś wzruszającego kiedy się czyta o takiej przyjaźni. Więzi pomiędzy ludźmi, którzy mogą powiedzieć wszystko i prosto w oczy, nie przejmując się tym, czy Draco się to spodoba, czy nie, grunt aby wyszło mu to na dobre. Bardzo lubię czytać o Mili i Zabinim, którzy troszczą się o niego nawet wtedy, kiedy on sam tego nie chce.
— Wiesz, Potter stwierdził to samo. Powiedział coś o niebraniu domu w posiadanie.
— Coż, najwidoczniej od kiedy ostatni raz go widzieliśmy, zdołał wyhodować sobie mózg. — Blaise posyła mi uśmiech. Stara sie zawrzeć pokój. Pozwalam mu.
— Nie — odpowiadam. — Po prostu jest trochę starszy i lepiej zbudowany, niż pamiętam.
— Serio? — Blaise podnosi kufel do ust. — Jakie to przykre. Dlaczego wszyscy nasi wrogowie nie stali się grubi i brzydcy?

No cóż, można być wściekłym, wyrzucać kogoś z domu, ale przy okazji nie przegapić, że ten ktoś zyskał na atrakcyjności ;) Odpowiedź Zabiniego jest taka prawdziwa i szczera, że najchętniej bym mu przyklasnęła.

Bardzo ciekawy rozdział. Przeczytałam z niekłamaną przyjemnością i przepraszam, że tak długo zbierałam się z komentarzem :)
Pozdrawiam gorąco tłumaczkę i jej bety :*
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez MargotX » 3 gru 2011, o 16:46

Też przyznam szczerze, iż uważam, że Hermiona pojechała po bandzie, nie kopie się leżącego. Wszyscy już chyba zauważyli, że Draco nie może się odnaleźć, że trudno mu się uporać z własną traumą, a co dopiero jeszcze z Harrym Potterem panoszącym się w jego domu. :P No, ale Granger to Granger, pewne rzeczy się nigdy nie zmieniają :oczy:
Uwielbiam, kiedy Draco i Blaise się przyjaźnią, tak naprawdę, blisko, szczerze. Kiedy Blaise nie waha się wygarnąć Draconowi czasami strasznie niewygodnej i niepożądanej prawdy, ale troszczy się o niego, dba i po prostu zwyczajnie kocha jako przyjaciela :)
Milie chyba jeszcze w żadnym ficku nie była tak blisko z Draco, ale tu też jest świetna. Opiekuńcza kwoka, która nawet Blaise'a mobilizuje do troski o Draco. Dobrze jest mieć takich przyjaciół.
Hi hi, podsumowanie Blaise'a dotyczące wrogów - bezcenne, taa, chyba każdy z nas miewa czasami takie pobożne życzenia ;)

Kolejny bardzo interesujący, dobry rozdział. Dziękuję i pozdrawiam :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Miss Black » 4 gru 2011, o 01:36

Lasair, przepraszam. Przeczytałam oba rozdziały. Bardzo mi się podoba, ale nie umiem w tej chwili powiedzieć nic więcej.
Dzięki za rozdział i sorry raz jeszcze.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Pa.she » 8 gru 2011, o 01:13

(Wcale nie zostałam zmackowana, żeby skomentować właśnie teraz)

Nie wiem czy będę w stanie napisać coś wartego choćby krótkiej uwagi Tłumaczki. W każdym razie podobało mi się niesamowicie - zacznę od tłumaczenia:
Oczywiście jak skończyłam te cztery części, poleciałam do oryginału i już nie było tak pięknie :P Części które wiszą na forum czytało się tak gładko (tak, wiem, że to też z racji języka), przyjemnie. Czy można poprawić, i tak już świetny, styl autorki tłumaczeniem? Chyba można, jak widać.

Jeśli chodzi o mnie, to jestem zagorzałą fanką Lucjusza i zazwyczaj zabijanie go w paru pierwszych akapitach mi się nie podoba :P Ale tutaj... to było potrzebne. Właściwie, to było do przewidzenia - nie wiem jak Malfoy mógłby się podnieść po całej tej porażce, jaką była wojna. I jeszcze ta sprawa z Draco... przerażające! Nie mogę się doczekać, kiedy Draco zerknie co było w fiolce (jakie wspomnienie zawiera).
Lubię angst, duże dawki patosu, ale oczywiście z umiarem. Tutaj wszystko zdaje się być idealnie wyważone. Atmosfera jest ciężka; nagromadzenie emocji Draco. A potem jeszcze Harry... Nie chcę napisać za dużo, bo miesza mi się treść tego co wisi, z tym co przeczytałam po angielsku. Ale z zapałem poczytam o rozwoju wiadomej relacji. Cieszy mnie też obecność małego Jamesa. Wracam do oryginału, z obietnicą, że będę śledziła tłumaczenie i jakiś jeszcze komentarz skrobnę.
Dziękuję Tłumaczce i Betom. Czytać Twoje tłumaczenia to prawdziwa przyjemność

Pozdrawiam i podziwiam,
Pa.

PS Blaise! <3
między mną a sobą nigdy nie dojdzie do zgody
Pa.she Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 78
Dołączył(a): 20 mar 2011, o 15:58
Lokalizacja: Krk

Postprzez Lasair » 8 gru 2011, o 20:53

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze i miłe słowa. :) Jako że w weekend będę nieobecna, wstawiam część wcześniej.
Na marginesie i dla wyjaśnienia: zmieniłam liczbę części (fik jest podzielony przeze mnie sztucznie) z dwunastu na jedenaście, ponieważ postanowiłam połączyć dwie z nich, inaczej wyszłyby jednak zbyt krótkie.
Nie przedłużając...


CZĘŚĆ PIĄTA

Do dworu wracam następnego dnia.
Blaise i Milie rozłożyli się w salonie pod kocami, dodatkowo ogrzewani zaklęciami ocieplającymi, by słuchać relacji z meczu quidditcha, rozgrywającego się w Marakeszu pomiędzy Anglią a Maroko. („Niech ich diabli”, rzuciła Milie gorzko, kiedy komentatorzy żartowali sobie na temat upału, a po chwili odświeżyła zaklęcie ocieplające wokół swoich stóp.)
Zatrzymuję się w progu, opatulony płaszczem i grubym, ciężkim szalikiem. Na głowę naciągam szarą, dzianinową czapkę.
— Powinienem zwrócić książkę Bagshot — mówię, a Blaise odgarnia koc na tyle, by spojrzeć na mnie z kanapy.
— Całkiem niezły pomysł — odpowiada.
Kiwam głową i odwracam wzrok, zarzucając torbę na ramię.
Wchodzę do kominka, zanim zdążę zmienić zdanie.
Kiedy chwilę później dosłownie wypadam z paleniska, korytarz rezydencji jest cichy i pogrążony w mroku. Wstaję i otrzepuję szaty. Nie znoszę sieci Fiuu, aportacja jest o wiele bardziej cywilizowanym środkiem transportu.
Wchodzę po schodach, omijając co drugi stopień, moja dłoń ślizga się po poręczy. Wiem, że ciotki Andromedy dziś tutaj nie będzie. Zastępuje matkę na przyjęciu charytatywnym, które wydaje klub wioślarski ojca. Biblioteka jest pusta, kiedy przekraczam jej próg. Kładę książkę Bagshot na stole obok drzwi, a ta momentalnie otwiera się, wszystkie strony przewracają się kolejno w zawrotnym tempie, po czym znowu zamyka się i unosi, z perfekcyjną precyzją lecąc w kierunku swojego miejsca w górnej części zbiorów. Zerkam na biurko ojca. Jego podobizna na obrazie śpi, złożone ręce spoczywają na kolanach. Palce mojej młodszej postaci wczepiają się w jego szatę. Powoli nabieram powietrza. Żałuję, że nie pamiętam ojca w taki sposób, ale mam jakieś przebłyski wspomnień. Siedzenie z wędkami w rękach na brzegu rzeki Nadder w lecie. Dłoń ojca na moim ramieniu, jego uśmiech, kiedy szliśmy przez Pokątną. Święta Bożego Narodzenia przepełnione światełkami, choinkami, ciepłem domu, śmiechem ojca i pocałunkami matki.
Wszystkie jednak odeszły w cień przy tych dwóch okropnych latach pod koniec nauki w Hogwarcie, kiedy moje życie zostało przysłonięte obecnością Czarnego Pana.
Nie sądzę, bym kiedykolwiek przestał odczuwać lęk.
Drżąc, zamykam za sobą drzwi biblioteki.
Galeria pogrążona jest w ciszy. Szare, zimowe światło sączy się przez wysokie okna, zlewając z długimi cieniami. Błękitno-biały dywan jest miękki, tłumi moje kroki, kiedy po nim przechodzę. Portrety przodków przyglądają mi się z pokrytych ciemnymi panelami ścian. Nie mówią do mnie przez większość czasu, a Brutus dąsa się gdzieś poza swoją ramą. Obok kominka znajduje się wnęka, w której jako dziecko leżałem na brzuchu przez całe godziny z rozłożonymi przede mną czarodziejskimi zabawkami, planując kolejną ofensywę na twierdzę aurorów, umieszczoną na parapecie nade mną.
Zatrzymuję się przy ciężkim kredensie z orzecha, wykonanym dla mojej praprababki. Za lepszych czasów stały na nim bożonarodzeniowe dekoracje: misa z ciętego szkła wypełniona słodyczami z Miodowego Królestwa, które podbierałem, a skrzaty dopełniały ubytek, małe drzewko z elfami, przezroczystymi szklanymi bombkami i srebrnymi gwiazdami, długimi białymi świecami, które paliły się całą noc. Teraz na błyszczącej powierzchni blatu nie stoi nic poza krzywiącym się popiersiem ciotecznego dziadka Antoniusa. Pocieram twarde kosmyki włosów na czubku jego głowy, a on odpowiada mi rozgniewanym spojrzeniem.
— Wystarczy, chłopcze — warczy, ale ja przekręcam już jego podobiznę tak, by otworzyły się ukryte drzwi, ukazując wąskie dębowe schody pokryte szarym dywanikiem.
Nie wiem, po co się po nich wspinam. Mam świadomość, dokąd mnie zaprowadzą, a to ostatnie miejsce w domu, w którym chciałbym się znaleźć. Mimo to jestem na szczycie i drżącymi dłońmi otwieram drzwi.
Sztandar Slytherinu wciąż wisi przechylony nad krzesłem w kącie obok obramowanego plakatu zawodnika Zjednoczonych z Puddlemere, Benjya Williamsa. Zasłony w oknach są odsłonięte, pyłki kurzu wirują widoczne w strumieniu światła padającego na podłogę i oświetlającego deski z ciemnego drewna.
Drzwi do przejścia zamykają się za mną z cichym kliknięciem. Używałem go ciągle, kiedy ten pokój służył mi za sypialnię. W przeciwnym kącie ukryte są kolejne drzwi, pokryte panelami z polerowanej wiśni i jasnoniebieskim adamaszkiem, prowadzące do kuchni. Podczas ferii późnymi nocami przemykałem się tam po przekąski i przemycałem poszewkę na poduszkę wypełnioną tartami, ciastami i butelkami dyniowego soku. Jeśli nie aprobowała tego matka, to przynajmniej robiły to skrzaty. Cudem jest, biorąc pod uwagę ilość jedzenia, jaką pochłaniałem, że nie skończyłem będąc dwa razy grubszym od Vince’a.
Przekraczam próg pokoju. Przy jednej ze ścian znajduje się regał na książki. Przechodzę obok niego, przesuwając po nim lekko palcami, dotykając grzbietów woluminów. Są tutaj wszystkie moje starannie ułożone hogwarckie podręczniki. Są też dziecięce książki, na których dorastałem — obdarte „Baśnie Barda Beedle’a”, które matka czytała mi pomimo obiekcji ojca; on wolał „Opowieści spod muchomora” autorstwa Beatrix Bloxam. Następna stoi „Dziecięca antologia potworów”, należąca wcześniej do dziadka Abraxasa, seria „Ned Newton, Niewymowny”, którą pochłaniałem podczas pierwszego i drugiego roku w szkole. W kącie znajduję swoją starą miotłę i zwisające z niej rękawiczki do quidditcha. Dotykam ich lekko. Skóra jest miękka, niemal ciepła. Nabieram drżącego oddechu i odwracam się.
Dywan wciąż tu jest. Okrągły i wielki, w biało-czarne zawijasy, rozciąga się od kominka aż po łóżko. Nie potrafię powstrzymać dygotu. Zamykam oczy, zaciskając pięści, a oddech zamiera mi w gardle. Wciąż czuję, jak narasta we mnie krzyk, pamiętam tę pierwszą noc, kiedy walczyłem cały czas, a on przygniatał mnie do podłogi, jego ręce na mojej szyi i szczęce. Im bardziej się wyrywałem, tym głośniej się śmiał. W jego oddechu wyczuwałem whisky.
Nie pijam whisky. Nigdy.
Kolejny krok i stoję na dywanie. Otacza mnie i wiem, jak to jest czuć go na nagiej skórze. Jak drapie, jak piecze.
Oplatam palcami wysoki, wąski słupek łóżka. Przywieram do niego, niemal nie mogąc oddychać i zaciskam dłoń tak mocno, że rzeźbione zdobienia wgryzają mi się w skórę. Nie byłem tutaj od zakończenia wojny. Przeniosłem swoje ubrania zaraz po tym, gdy aurorzy pozwolili nam wrócić, i zająłem sypialnię na drugim końcu korytarza. Powiedziałem rodzicom, że chcę prywatności. Wiedzieli, że kłamię. Wszyscy wiedzieliśmy, nigdy jednak nie poruszaliśmy tego tematu.
Słyszę w uchu jego szept. Taki dobry chłopiec. Wpatruję się w łóżko. Adamaszkowa kołdra leży na materacu. Pasuje do ścian, jasnych i pastelowych. Mam wrażenie, że jeśli tylko ją odgarnę, ślady krwi wciąż tam będą. Lubił, gdy krwawiłem, lubił mnie ranić.
Zaskakuje mnie cichy jęk, który sam wydaję. Opadam na podłogę, dłonie ześlizgują mi się po słupkach łóżka. Nie mogę oddychać. Nie mogę myśleć. Rzeczy, o których — co nagle do mnie dociera — zdołałem zapomnieć, przypominają mi się zbyt szybko i rozbijają o mnie. Jego zapach, dotyk, smak spermy na ustach, palce wczepiające się we włosy, szarpiące głowę do tyłu.
Ból. Jego śmiech, kiedy powiedział mi, że należę do niego. Sposób, w jaki przyciskał mnie do łóżka, moja twarz wgnieciona w poduszki, ramiona wyciągnięte nad głową.
Ostre ukłucie Diffindo wycelowane w ramiona, sunące wzdłuż pleców.
Wstrząsa mną dreszcz.
— Nie — wykrztuszam, wstając. — Nie. — Sięgam dłonią przed siebie, uderzam nią o lampę na szafce nocnej. Spada i roztrzaskuje się o podłogę. Odwracam się w oka mgnieniu, sięgając po różdżkę.
Moje zaklęcie uderza w ścianę i wyrywa z niej kawałek adamaszku.
Tęskniłeś za mną? Słyszę jego drwinę. Znowu się odwracam i kolejne zaklęcie trafia w półki na książki, sprawiając, że przelatują przez pokój falą papieru i skórzanych okładek.
— Drań. — Mój głos staje się dziki.
Jest tutaj, ze schludnie ułożonymi włosami, w garniturze bez skazy. Tęskniłeś?, pyta, a potem sięga po mnie. Zataczam się do tyłu, rzucając klątwami na oślep.
Łapią mnie ramiona, trzymają mocno, a ja krzyczę, kopię i wyrywam się. Różdżka wyślizguje mi się z palców, kiedy przyciskam dłonie do piersi.
— Malfoy. — Wbijam paznokcie w nadgarstek i drapię go zaciekle. — Malfoy! — Głos słyszę obok swojego ucha, głośny i władczy. Jestem pochylony do przodu, próbuję złapać oddech. — Cii — mówi głos, ale moje serce nadal łomocze jak oszalałe. — Już dobrze.
Wyrywam się w momencie, kiedy poluźnia się uścisk dłoni na moich ramionach. Przed oczami migają mi okulary, ciemne włosy i mały chłopiec, uczepiony framugi drzwi, ale jestem już w drodze do przejścia prowadzącego do kuchni, gdzie będę bezpieczny. Zawsze jestem bezpieczny ze skrzatami. Zawsze.
Zbiegam po schodach. Poły płaszcza trzepoczą mi wokół kostek, a torba zawieszona na ramieniu obija się o biodro. Dwa razy niemal upadam do przodu, ale podpieram się ścian. Nie mam odwagi spojrzeć do tyłu. Słyszę go za sobą, oddycha ciężko, woła, żebym się zatrzymał.
Nie słucham.
Kiedy wbiegam do kuchni, skrzaty odwracają się w moją stronę.
— Panie Draco — mówi jeden z nich, ale ja prę naprzód. Nie mogę czuć. Nie mogę oddychać. Nie mogę…
Zaciskam palce na pokrzywach, które leżą na desce do krojenia, świeżo ścięte i czekające na umycie. Ledwie czuję ukłucia. Zdesperowany, ściskam je mocniej.
Chcę po prostu, kurwa, czuć.
— Jezu. — Nagle obok mnie pojawia się Potter i łapie moje dłonie, próbując wyjąć mi pokrzywy z uścisku. — Ty idioto... — przerywa z sapnięciem. — Essy...
Skrzatka wręcza mu puszkę, nie czekając, aż skończy zdanie.
Potter popycha mnie delikatnie na krzesło, odwija mi szalik i zdejmuje pasek torby przez głowę. Kładzie ją i moją różdżkę na stole obok. Drżę. Moje dłonie są czerwone i pokłute. Zaciskam je i prostuję na zmianę, zmuszając ból, by wniknął głębiej. Potter otwiera puszkę i macza w niej palce, a potem ujmuje mnie za rękę. Wyrywam mu ją.
— Przestań — mówi łagodnie. Ponownie łapie mnie za nadgarstek, odgarniając rękaw płaszcza. Przesuwa kciukiem po moim pulsie, a ja powoli się uspokajam. — Potrzebujesz tego.
Ledwie udaje mi się utrzymać dłoń nieruchomo, kiedy wciera w nią maść. Pieczenie znika. Nienawidzę go za to. Odwracam wzrok i przygryzam wargi, kiedy zajmuje się drugą dłonią. Z trudem znoszę jego dotyk. Czuję, że nie panuję nad sytuacją. Nie jestem w pełni władzy. James stoi po drugiej stronie stołu, obserwując mnie ze zmarszczonym czołem. Potter zerka na syna.
— Essy — mówi cicho i puszcza mnie. Przez moje ciało przebiega fala skrępowania. — Proszę, zabierz Jamesa na górę.
Skrzatka kiwa głową, a potem bierze chłopca za rękę i wyprowadza go w milczeniu. Obserwują nas wszystkie skrzaty. Potter odchodzi, jego kroki odbijają się echem po wyłożonej kafelkami podłodze. Po chwili powraca z dwoma szklankami i butelką Ognistej Whisky.
— Nie — mówię. Mam zachrypnięty głos. — Tylko nie whisky. — Przełykam ślinę. — Ani brandy. Wszystko, tylko nie to.
Potter nie protestuje. Odwraca się, a obok niego już stoi skrzatka, trzymając w dłoniach butelkę wódki.
— Dla pana Draco — mówi z zaniepokojonym spojrzeniem rzuconym w moim kierunku.
Z niewyjaśnionych przyczyn dziwię się, że zna moje preferencje dotyczące alkoholu. Nie mam pojęcia, czemu jestem zaskoczony. Z pewnością wiedzą przecież, co lubię. To ich życiowa misja, prawda? Przypuszczam, że to ich zmartwienie bardziej mnie niepokoi. Nigdy nie traktowałem skrzatów w taki sposób, jak ojciec, obdarowujący je kopniakami w brzuch, kiedy był — aż nazbyt często — niezadowolony. Od pewnego wieku ignorowałem je przez większość czasu, niekiedy, w złości, pociągnąłem za ucho. Mimo to wiele z nich było w dzieciństwie moimi towarzyszami zabaw. Spoglądam na skrzatkę.
— Jak się nazywasz? — pytam.
Przekrzywia głowę i zerka na mnie kątem oka.
— Blodwen, proszę pana.
— Bloddy — szepczę, a wtedy na twarzy stworzenia zakwita uśmiech. Opiekowała się mną, kiedy byłem dzieckiem, ale potem zaszła w ciążę i matka odesłała ją do kuchni. Nikt przecież nie chce widzieć ciężarnego skrzata wałęsającego się po domu. — Dziękuję.
Przytakuje i prostuje ramiona.
— Nie ma za co, panie Draco. — Rzuca władcze spojrzenie reszcie skrzatów i robi krok do tyłu.
Potter nalewa alkohol i wręcza mi jeden kieliszek, a potem uderza o niego swoim.
— Zdrowie.
Wypijam wódkę jednym dużym łykiem. Jest lodowata. Kiedy wyciągam przed siebie kieliszek, Potter napełnia go bez słowa.
— Dlaczego nie whisky? — pyta.
— To właśnie pił. — Wpatruję się w kieliszek.
Potter odstawia swój na bok.
— Twój ojciec?
Potrząsam głową.
— Ojciec pił brandy. Zazwyczaj. — Nadal jestem otępiały i oszołomiony, a moje serce bije tylko odrobinę wolniej. — Yaxley. — Unoszę kieliszek do ust i wypijam zawartość.
Kiedy go opuszczam, dłonie drżą mi nieznacznie.
— Yaxley — powtarza Potter. Jego palce zaciskają się na butelce. — I to z nim walczyłeś na górze?
— Przypuszczam, że tak. — Trzymam kieliszek w obu dłoniach. Chłód na podrażnionych palcach jest przyjemnie bolesny. — Tak — dodaję po chwili.
Przez moment obaj milczymy, po czym Potter dotyka mojego ramienia. Odsuwam się, oddech grzęźnie mi w gardle.
— Nie. — Głos mam ostry, wysoki. Przez moje ciało przepływa irracjonalna fala strachu.
Potter odsuwa się i patrzy na mnie.
— Co on ci zrobił? — pyta.
— A jak myślisz? — Czuję się ospały. Letargiczny. Panika zmieniła się w wyczerpanie.
Potter nie odpowiada. Po prostu mnie obserwuje. W końcu przeczesuje dłonią włosy i bezwiednie stawia je do góry. Wygląda idiotycznie.
— Dlatego rezydencja tak cię niepokoi.
Zerkam na skrzaty, przygotowujące kolację. Przestały się nam przyglądać. Przypuszczam, że po przetrwaniu rządów Czarnego Pana we dworze jedno głupie załamanie nerwowe niezbyt je interesuje.
— Minęło trochę czasu, odkąd przebywałem w tamtym pokoju — odpowiadam w końcu. — To wszystko.
— Chcesz o tym pogadać? — pyta niepewnie.
Patrzę na niego z przerażeniem.
— Nie!
Potter wygląda, jakby odczuł wyraźną ulgę.
— Gdybyś jednak... — przerywa i upija łyk wódki.
— Cóż, nie chcę. — Wbijam w niego nieugięte spojrzenie. Odstawiam kieliszek. — I jeśli powiesz komuś o tym choć słowo, Potter, wyślę twoje jaja poza jakikolwiek obszar boskiej egzystencji, przysięgam na grób swojego ojca.
— Nie mam takiego zamiaru, Malfoy. — Obserwuje mnie, kiedy wstaję, podpierając się jedną ręką, by nie stracić równowagi. — Wszystko w porządku?
Prostuję ramiona.
— Tak.
Potter ponownie stawia kieliszek na stole.
— James się o ciebie martwił. Wysłał po mnie Gobbo, gdy... — Wzdycha. — Po prostu kiedy powiem mojemu dziecku, że naprawdę nic ci nie jest, chcę mieć pewność, że to prawda. Już i tak ma dość zmartwień przeze mnie i Gin...
— Powiedziałem, że wszystko w porządku. — Spoglądam na niego, zaciskając usta. Muszę się stąd wydostać. Nie mam ochoty się z nim spierać. Nie po tym... Ledwie tłumię dreszcz, ale Potter od razu mruży oczy. To mnie denerwuje. To przecież on, na litość Merlina. Nie powinien być spostrzegawczy.
— Nie wyglądasz, jakbyś…
Przerywam mu.
— Nie, nie będę pytał, po co twój dzieciak mnie śledził.
— Gobbo zajmuje się nim w galerii, kiedy pracuję — odpowiada Potter spokojnie. — Tam już zrobiłem porządek.
Zapinam płaszcz i oplatam szyję szalikiem. Skrzaty patrzą na mnie kątem oka, kiedy sięgam po torbę, choć wciąż zajęte są gotowaniem.
— Trzymaj go z daleka od mojego pokoju — rzucam. Naciągam czapkę na uszy. — I siebie też.
Zanim Potter ma możliwość odpowiedzieć, aportuję się z rezydencji.

***

Wracam do domu od strony rzeki Cherwell. Żeby się uspokoić, potrzebuję czasu spędzonego na zimnie i śniegu.
Blaise jest w kuchni, zaparza herbatę w dzbanku. Zerka na mnie, mrużąc oczy.
— Co się dzieje?
— Nic — odpowiadam, zdejmując szalik. Torbę rzucam obok stołu. — Potter. — Dłonie wciąż mi się trzęsą i nie patrzę w kierunku Blaise’a. Czasami jest zbyt spostrzegawczy. Przewieszam płaszcz przez oparcie krzesła i kiwam głową w kierunku dzbanka.
— Jaką parzysz?
— Darjeeling. — Blaise sięga po drugi kubek. — Jesteś pewien, że to tylko Potter?
— A co innego mogłoby być? — Na kracie ustawionej na kredensie stygną bułeczki z rodzynkami. Sięgam po jedną i wgryzam się w nią. Jest miękka, ciepła i słodka.
Blaise marszczy brwi.
— Kiedy Milie zapyta, gdzie się podziała jedna bułeczka, zwalę na ciebie. — Nalewa herbatę i wręcza mi kubek. — A co do twojego pytania: wiele rzeczy.
Ignoruję go, wyglądając przez kuchenne okno. Śnieg pokrył różany trejaż i rozrośniętą winorośl.
— Anglia wygrała?
— Przegrała — oznajmia Blaise ponuro. — O dwieście punktów. Precz od bułeczek. — Krzywię się, a on patrzy na mnie znacząco. — Lepiej nie rzucaj się Milie w oczy.
Tak zamierzam zrobić.
Kiedy tego samego wieczoru wychodzę spod prysznica, na moim łóżku leży fiolka z eliksirem bezsennego snu.
Zażywam go z wdzięcznością.

***

Za ołowiowymi oknami w moim biurze prószy śnieg. Mimo iż zarzekałem się przed Milie, że koniecznie muszę iść dzisiaj do pracy i spędzić czas nad kluczowym projektem, teraz odpoczywam w swoim gabinecie, ciesząc się spokojem i ciszą niemal pustych korytarzy. Przed nosem rozpostartą mam starą gazetę, a wcześniej rzuciłem zaklęcie ocieplające i zamieniłem buty na ulubione kapcie z owczej skóry. Zanurzam się całkowicie w cudownym stanie relaksu aż do momentu, w którym do moich uszu docierają głosy z zewnątrz.
Rozpoznawszy, że jeden z nich należy do Granger, pospiesznie wstaję i z powrotem wkładam buty. Szybko rzucone zaklęcie wiążące sznurówki działa dokładnie w odpowiednim momencie. Słyszę pukanie do drzwi i jestem pewien, że Granger chce wyciągnąć mnie z biura, bym zjadł obiad z naukowcami albo z innego, równie odstręczającego powodu. Myślę nad tym, czy by się nie ulotnić, ale bariery antyaportacyjne są silne, a ucieczka przez okna to raczej wyjście zbyt ostateczne.
Otwieram drzwi i przygotowana wymówka zamiera mi na ustach. Potter.
Krzepki, nienaturalnie opalony i dziwnie spokojny, opiera się o framugę, kiedy ja stoję i gapię się na niego z otwartymi ustami niczym ryba łaknąca wody. W jakiś niewytłumaczalny sposób korytarz nie jest już tak nagi i złowróżbny, kiedy on w nim stoi. Potter promieniuje witalnością.
To naprawdę mnie denerwuje.
— Cześć, Malfoy — mówi.
Zapominam o dobrym wychowaniu.
— Co tu, do diabła, robisz?
Najwyraźniej brak manier go nie obchodzi. Macha ręką w kierunku gabinetu Granger.
— Przyszedłem odwiedzić Hermionę.
Kiwam głową. Stoimy, patrząc na siebie. Zwyczajna uprzejmość wymaga ode mnie, bym zaprosił go do środka. Nie robię tego.
Ale tym również zdaje się nie przejmować. Wpatruje się we mnie spokojnym wzrokiem, bez cienia niecierpliwości czy irytacji. Nie czeka na nic, po prostu tutaj jest.
Łamię się pierwszy. Idiota ze mnie.
— Przypuszczam, że chciałbyś wejść.
Powiedz nie, myślę. Proszę.
— Jasne — mówi Potter i przekracza próg mojego biura.
Kiedy wchodzi do pomieszczenia, natychmiast zdaje się wypełniać je całkowicie. Nie potrafię tego wytłumaczyć, to tak, jakby do pokoju wtargnął powiew energii. Nagle wszystko wygląda nieco inaczej. Potter wchłania otoczenie, książki, dokumenty, manuskrypty, sterty najróżniejszych przedmiotów, moją magiczną lupę i aparaturę odszyfrowującą, szybkopiszące pióra, więcej artykułów piśmiennych, niż prawdopodobnie widział w ciągu całego życia.
— Łał. — Ogląda stos pergaminów, kopii oryginałów, które znajdują się gdzieś w głębinach Muzeum Brytyjskiego. Sterta grozi zawaleniem. — Lubisz papier.
— Bardziej niż ludzi — oświadczam znacząco.
Przyjmuje mój nastrój ze spokojem. Podchodzi do małej gablotki —kolekcjonerskiej perełki — wypełnionej zwyczajnymi odpadkami, które skupiają się głównie wokół historii. Siedemnastowieczny, przeklęty zamek drzwiowy z Brukseli, który miał za zadanie powodować impotencję u złodziei, ale wykonawca zaprojektował go tak, by klątwa nie dotknęła flamandzkiego dżentelmena, który go zamówił. Zatruty pierścień należący rzekomo do Lukrecji Borgii, ale bardziej prawdopodobne jest, iż jego właścicielką była Anna z Kleve. Pudełko wypełnione szesnastowiecznymi, arabskimi medykamentami sporządzonymi ze zmielonych mumii. Ostatnia fiolka eliksiru bezsennego snu, jaką podarował mi Severus, oznaczona datą jego śmierci.
— To ma za dużo energii. — Potter robi gest w kierunku zatrutego pierścienia, marszcząc czoło. — Nie jestem pewien, czy powinieneś trzymać tę rzecz w swoim biurze. Jest za małe.
Wpatruję się w niego beznamiętnie.
— O czym ty, na Merlina, mówisz?
Potter wzdycha.
— Malfoy, jestem specjalistą od energii pomieszczeń. Pracuję z mocą w stanie stagnacji oraz z przedmiotami, które zamknięto w czterech ścianach lub innych ograniczonych przestrzeniach. Dlatego Andromeda pomyślała, że mógłbym pomóc ci z rezydencją.
— Słyszałem, że twoją pracą jest doprowadzanie wszystkich do szaleństwa.
Potter unosi brew.
— To też — stwierdza po chwili.
— Shacklebolt nie pozwoliłby ci od razu zasiąść na stanowisku zastępcy szefa aurorów, co? — Nie potrafię powstrzymać sarkazmu.
Potter nie wygląda na zmieszanego. Wzrusza ramionami, schowawszy dłonie w kieszeniach.
— Chciałem trochę czasu dla siebie.
— Pracując w rezydencji. — Wiem, że brzmię sceptycznie. — Nie możesz znieść mojej rodziny...
— Czasem budynki muszą zostać oczyszczone — mówi cicho. — Bez względu na to, do kogo należą. — Spogląda na mnie poważnie. — To, co się w nich kryje, nie zawsze jest widoczne.
Obserwujemy siebie nawzajem. To ja pierwszy odwracam wzrok.
— Więc nie bardzo podoba ci się moje biuro — odzywam się.
Rozgląda się naokoło.
— Nie jest źle, ale można byłoby coś z tym zrobić.
— Cóż, to wiekowy budynek. Jestem pewien, że jest tutaj dużo pracy. — Przesuwam z kanapy na podłogę stos starych akademickich dzienników, które nadal muszę przeczytać.
— Byłbyś zaskoczony. To nie ma nic wspólnego z wiekiem budynku, a bardziej z historią ludzi, którzy z niego korzystali.
— Hmm, brzmi podejrzanie podobnie do mugolskiej psychoanalizy. — Przekrzywiam głowę w bok. Po wojnie, za poleceniem ciotki Andromedy, zdesperowana matka próbowała wysłać mnie raz do mugolskiego lekarza, który utrzymywał, że mówienie mogłoby pomóc mi przezwyciężyć (tu cytuję) „osobiste trudności”, ale powiedziałem jej, że nie będę szukać porady u kogoś, komu musiałbym kłamać o swojej przeszłości. Poza tym myśl, że ktokolwiek miałby analizować zawartość mojego mózgu, wywoływała we mnie mdłości. W końcu z jakiegoś powodu stałem się mistrzem oklumencji.
Potter wyszczerza zęby w uśmiechu.
— Ale nie jest z nią powiązane w najmniejszym stopniu. Oczyszczanie przestrzeni to znacznie starsza praktyka i działa, czy w nią wierzysz czy nie. To jak mycie okien. — Zerkam na ołowiowe szyby, które mogą zostać oczyszczone jedynie za pomocą magii, by pozostać w nienaruszonym stanie. — Tyle że to raczej porządki wewnętrzne niż zewnętrzne, by można było jasno myśleć.
Jestem ciekaw wbrew swojej woli.
— A co powiedziałbyś o mojej przestrzeni? — pytam.
Potter rozgląda się wokół swobodnie.
— Nie lubisz porzucać swoich projektów. Masz tu dużo papierów, których na razie nie potrzebujesz. A książki na podłodze przeszkadzają ci w zabraniu się za następne zadanie.
— Przecież to można odnieść do każdego naukowca, prawda? — ripostuję.
— No nie wiem — odpowiada. — Ale właśnie odwiedziłem biuro Hermiony i ona nie miała na podłodze tego rodzaju bloków energii.
Z westchnieniem siadam na krześle przy biurku, rozglądając się po pomieszczeniu.
— Ostatnio czułem lekki zastój. — Nie przyznaję, że ma rację co do porzucania projektów. Ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzę, to zachęcenie go do drążenia tematu.
— Mogę zmienić kilka rzeczy, jeśli chcesz — mówi. — To znaczy, najlepiej byłoby dla ciebie, gdybyś pozbył się stąd tych rupieci. Ale mogę przesunąć to i owo, żeby było łatwiej.
Ze zdziwieniem zdaję sobie sprawę, że ufam mu, jeśli chodzi o moją przestrzeń. Nie lubię, kiedy przebywają tu inni ludzie, ale teraz jestem gotowy pozwolić, by poprzestawiał moje rzeczy. Dziwne, wnioskuję w myślach.
— Jeśli przemieścisz tylko energię — odpowiadam, mrużąc oczy, ale on zdaje się brać sprawę na poważnie.
— Zgoda.
Potter przechadza się wokół pokoju, patrzy, a potem prosi o pozwolenie na wejście na zaplecze, gdzie mam sofę i kilka ulubionych bądź mniej potrzebnych książek. Zgadzam się po chwili wahania. Nie przejmuje władzy nad pomieszczeniem, gdy do niego wkracza. Ku mojemu zaskoczeniu jest pełen szacunku i chyba niczego nie przemieszcza. Nie ma nawet ochoty obejrzeć mojej kolekcji czarodziejskiej erotyki z epoki wiktoriańskiej czy skandalicznych biografii autorstwa Skeeter. Zamiast tego przygląda się półkom, zakamarkom, szczelinom i pustym miejscom. Wyciąga dłoń, by wyczuć coś w kącie.
Wreszcie otwiera okno i nagle czuję, jak to coś przez nie umyka. Nie jestem pewien, czym to jest, ale po chwili pokój wydaje się jaśniejszy.
Powtarza cały proces w moim biurze, a potem idzie do umywalki i myje ręce.
Kiedy kończy, czuję się dziwnie spokojny. Zdaje się, że to jego obecność działa na mnie w ten sposób, a cokolwiek zrobił, zatrzymał to uczucie w moim gabinecie. Nagle mam siłę, by wziąć się za szczególnie nieprzyjemny artykuł, który muszę napisać w wyszukanie grzecznym stylu.
— Dziękuję, Potter. — Nigdy nie myślałem, że słowa te wydobędą się kiedyś z moich ust.
Wyciąga dłoń, by się pożegnać i zanim zdaję sobie sprawę, przyjmuję ją tak, jak zrobiłaby to każda inna osoba. Fakt, że to dla mnie niezwykłe wydarzenie, przechodzi niezauważony, ale wewnątrz mój umysł śpiewa i czuję się tym niemal oszołomiony. Dotyk jest zakazany, jeśli chodzi o moją osobę, jednak pozwalam dotknąć mnie Potterowi. Tylko Milie i matka mają pozwolenie na kontakt fizyczny i to jedynie w szczególnych przypadkach.
— Do widzenia, Malfoy — mówi, a potem wraca do biura Granger. W odróżnieniu od naszego pierwszego spotkania, niechętnie patrzę, jak odchodzi.

KONIEC CZĘŚCI PIĄTEJ
Ostatnio edytowano 9 gru 2011, o 12:52 przez Lasair, łącznie edytowano 1 raz
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez Japor » 8 gru 2011, o 22:36

Opowiadanie, naprawdę niesamowicie mi się podoba, i na każdy kolejny rozdział czekam z wielką niecierpliwością.
Zdziwiła mnie w tym rozdziale postawa Draco, to że tak szybko przyznał się Potterowi, iż został zgwałcony przez niejakiego "Yaxley", no ale pewno można to tłumaczyć szokiem po odwiedzinach we własnym pokoju, bo raczej Malfoy nie wygląda na osobę, która chętnie zwierza się ze swoich problemów. A swoją drogą bardzo ciekawi mnie, kim był ten Yaxley i skąd się wziął w rezydencji Malfoy'ów, i jak to się stało, że rodzicie nie zauważyli co robił z ich synem, albo dla czego na to pozwalali (ze wspomnień Draco, nie wygląd, że była to tylko jednorazowa sprawa).

Pozdrawiam!
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez MargotX » 11 gru 2011, o 11:32

Przyznam szczerze, że Anatomia powoli staje się jednym z moich ulubionych drarry. Kiedy Draco opisuje sceny swojego pobytu czy też prób powrotu do Malfoy Manor, to aż boli, prawie tak jak jego samego. Jakie szczęście, że Harry był na miejscu i zainterweniował, bo Draco w takim stanie mógł wyrządzić krzywdę sobie i spowodować spore straty w samym dworze. Walka z demonami wydaje się straszniejsza niż z prawdziwym wrogiem.
Wspaniale, że kolejne spotkanie, w biurze Malfoya, przebiegło już w znacznie spokojniejszej atmosferze, że Harry miał szansę usunąć z jego miejsca pracy część złej energii. Każdy element mogący przyczynić się do poprawy nastroju Draco, do radzenia sobie z niechcianymi wspomnieniami i z cieniami przeszłości, jest ważny, daje szansę uporania się powoli z własną traumą.
I wydaje się, że Draco powoli oswaja się z pojawieniem się ponownie w jego życiu Harry'ego, a sam Harry jest naprawdę niesamowity z tym jego spokojem, energią, zdecydowaniem. To bardzo interesująca postać i jestem niezmiernie ciekawa, jak autorka prowadzi ją dalej.

Jak zwykle, z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy, dziękuję i pozdrawiam. :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Akame » 11 gru 2011, o 12:29

Naprawdę podoba mi się tutaj postać Pottera. Jest taki dojrzały, poważny, zrównoważony, jakby nic nie zostało z tego postrzelonego Gryfona jakim był. To naprawdę niesamowite, jak bardzo się zmienił. Stał się osobą, przy której można czuć się bezpiecznie, oraz ufać jej nawet wtedy, kiedy nie bardzo ma się na to ochotę.
Zaskakujące jest to, że tylko Harry wie o przeżyciach Draco. Oczywiście Malfoy zdradził mu sekret zupełnie nieświadomie, będąc jeszcze w szoku. Gdyby chociaż chwilę pomyślał nad tym co robi, nigdy by się aż tak nie odsłonił. W ogóle scena świetnie opisana, czuło się wręcz ten strach Draco, niechęć, obawę i przerażenie.
Biuro Draco zostało oczyszczone, sam opis robi wrażenie. Kiedy na końcu podawali sobie ręce, miałam wrażenie déjà vu, tylko że tym razem to Harry jako pierwszy wyciągnął rękę w stronę Malfoya i nie została ona odtrącona.
Szczerze, to jeden z lepszych ficków, z jakimi miałam przyjemność się zapoznać. Dziękuję bardzo.

Pozdrawiam i niecierpliwie czekam na kolejną część :)
"Żaden sąd by nas za to nie skazał. Ty jesteś sławny, a ja bogaty. Jesteśmy młodzi i lekkomyślni. Musimy popełniać zbrodnie i umykać przed konsekwencjami. To nasz społeczny obowiązek."
Akame Offline

Avatar użytkownika
White Ferret
 
Posty: 2231
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 22:47
Lokalizacja: Dracoland

Postprzez Lasair » 7 sty 2012, o 15:49

Dziękuję bardzo za komentarze. :)
A teraz korzystam z chwilowego zmartwychwstania lapka i zanim znowu zamilknie, zapraszam na kolejny rozdział.
Beta: Kaczalka i Donnie aka Niezastąpione :*


CZĘŚĆ SZÓSTA

Budzę się, oddychając ciężko, z sercem łomoczącym jak oszalałe.
Zjawy ze snu oddalają się ode mnie, pozostawiając w zamian chłód i pustkę. Wiem, że to był on. Musiał być. Wciąż czuję na skórze jego dotyk i przesiąknięty whisky oddech tuż przy uchu.
Do pokoju przez okno wpada niebiesko-białe dzięki płatkom śniegu światło księżyca. Odgarniam pościel i wstaję na drżących nogach. To tylko sen, mówię sobie, żałując, że nie przyjąłem propozycji Blaise’a, by zażyć kolejną dawkę eliksiru bezsennego snu.
Dzisiejszy koszmar różnił się od pozostałych.
Był w nim ojciec.
Księżyc, teraz między pierwszą kwadrą a pełnią, wisi na niebie tak blisko, iż myślę, że niemal mógłbym go pochwycić. Wpatruję się w bezchmurne niebo przez ołowiowe szyby.
Słyszę pukanie do drzwi.
— Wejdź, Blaise — mówię ze znużeniem.
Do sypialni wchodzi Milie, zawiązując pasek szlafroka. Ma nagie stopy, a jej włosy spływają po ramionach zwichrzoną falą loków.
— Aktywował zaklęcia, zanim poszedł na oddział.
— Wiesz, niedługo zacznie mnie tym denerwować — oświadczam. Milie staje za mną, widzę jej odbicie w oknie. Jest wysoka jak na kobietę, niemal mojego wzrostu. Zastanawiam się, czy zdaje sobie sprawę, jaka z niej niezwykła osoba. Nigdy nie będzie tak piękna jak matka czy Pansy, ale jest atrakcyjna, kompetentna i nie zadaje się z idiotami. Nic dziwnego, że łapię Blaise’a na tym, jak czasem jej się przygląda.
— Niedługo — przytakuje. — Zaczynam być zmęczona tym, że obaj mnie budzicie. Wstaję rano do pracy.
Zerkam na nią. Posyła mi lekki uśmiech.
— Przepraszam.
— Nie przepraszaj. — Delikatnie kładzie mi dłoń na ramieniu. Nie jestem pewien, dlaczego jej nie odrzucam. Być może trochę mniej się boję. A może dlatego, że to Milie, ciepła, bezpieczna i pewna siebie. — To znowu ten sen?
Kiwam głową. Stoimy w ciszy przez długą chwilę. Wzdycham.
— Muszę tam wrócić, wiesz?
Milie opiera czoło o moją skroń.
— Wiem. — Kiedy się odsuwam, nie jest urażona. — Pójdę z tobą.
Potrząsam głową.
— Nie możesz. — Nabieram głębokiego oddechu. — Muszę to zrobić sam.
Milie obserwuje mnie tylko oczami pełnymi smutku.
Odwracam się i sięgam po sweter.

***

Stoję przed bramą rezydencji przez kwadrans, walcząc z samym sobą.
— Och, na miłość boską — mówię w końcu, pełen odrazy do swojego tchórzostwa, i kładę dłoń na żelaznej bramie.
Zanim mogę się odsunąć, zostaję przez nią przeciągnięty w fali dymu i ciepła.

***

Potter zastaje mnie siedzącego po turecku na dywanie w mojej sypialni, trzymającego w dłoni małego znicza-zabawkę. Płaszcz i szalik położyłem na podłodze.
Kuca obok i dotyka lekko mojego ramienia.
— Malfoy.
Spoglądam na niego beznamiętnie. Nie wiem, jak długo tu siedzę. Chyba wystarczająco, by zdrętwiała mi noga.
— Och. To ty.
— Zaklęcia ochronne zostały naruszone — mówi. — Byłem na górze i zauważyłem... — Siada przede mną i też krzyżuje nogi, tak że nasze kolana niemal się dotykają. Ma na sobie podkoszulek i parę niebieskich spodni od piżamy w szkocką kratę. — Wszystko w porządku?
Kiwam głową. Myślę, że tak. Z niewyjaśnionych przyczyn.
— Coś tu zmieniłeś. Aura jest… — Waham się. — Inna. Trochę jak twoja.
— Może i zmieniłem — odpowiada Potter. Bawi się wystrzępioną krawędzią nogawki. Jego nagie stopy są długie i kościste, na piętach ma nagniotki, a paznokcie wymagają obcięcia. — Pomyślałem, że pewnie wrócisz. — Rozgląda się po pokoju. — Muszę powiedzieć, że raczej nie było tu zbyt przyjemnie. Nie mam pojęcia, jak przetrwałeś ostatni spędzony tu rok. Przez lata energia straciła na sile, ale wtedy musiało być sto razy gorzej.
— Przebywałem tutaj tylko w czasie wakacji. — Patrzę na zdjęcia przyczepione do ściany zaklęciem klejącym. Jesteśmy na nich wszyscy: ja, Vince, Greg, Pansy, Blaise. Milie i Theo pojawiają się na krawędziach kilku fotografii. Na połowie z nich Pansy owija się wokół mnie, przyciska twarz do mojej. To pierwsza dziewczyna, z którą spałem. Jedyna, właściwie. Był taki tydzień na szóstym roku, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy baliśmy się, że wpadliśmy w kłopoty, pomimo eliksirów antykoncepcyjnych. Niemal zdecydowaliśmy się — a przynajmniej ja — pójść do Severusa po środek poronny, jednak Pansy zaczęła krwawić. To jedyny raz, kiedy cieszyłem się, słysząc o cyklu menstruacyjnym.
Zerwaliśmy ze sobą, gdy w styczniu powróciliśmy do Hogwartu. Myśl o tym, że mogliśmy mieć razem dziecko, była ponad nasze siły.
Czasem zastanawiam się, czy właśnie to wydarzenie przywiodło mnie do łóżka Theo jeszcze w tym samym semestrze. Nie żałuję tego. Yaxley był wściekły, że nie byłem prawiczkiem. Przynajmniej to miałem przeciwko niemu.
— Ej. — Potter trąca mnie stopą. Zerkam na niego, mrugając powoli. Wciąż uznaję za niewytłumaczalny fakt, że jego dotyk nie wywołuje u mnie dreszczy. Powinien. Nienawidzę go, a raczej nienawidziłem. Irytuje mnie moja dezorientacja. — Odpłynąłeś na chwilę.
— Przepraszam. — Obaj wiemy, że nie mówię tego szczerze.
Dotyka znicza, którego nadal trzymam.
— Co to jest?
— A na co wygląda? — odpowiadam kąśliwie. Obracam zabawkę w palcach i wzdycham. — Pochodzi z zestawu do quidditcha, który podarował mi ojciec, kiedy miałem pięć lat. Albo cztery. Coś koło tego. — Spoglądam na znicz, gładki i chłodny w dotyku. — Jestem na niego wściekły.
— Taak — odpowiada Potter. Światło księżyca tańczy na jego okularach. Kosmyki włosów sterczą we wszystkich kierunkach.
— Wyglądasz jak straszydło — stwierdzam.
Nie komentuje. Wyjmuje mi z ręki znicz i przygląda mu się.
— Więc jesteś wściekły.
— Nie staraj się zmusić mnie do rozmowy, Potter. — Opieram głowę o słupek łóżka.
— Nie staram się. — Wręcza mi znicz. — To ty powiedziałeś, że jesteś zły na swojego zmarłego ojca.
Krzywię się.
— Twoje podejście do pacjenta jest straszne.
Potter wzrusza ramionami.
— Nie jestem uzdrowicielem.
— Nie przejmuj się — odpowiadam ponuro, myśląc o Blaisie. — Oni też są okropni, zaufaj mi.
Siedzimy w ciszy przez długą chwilę. Potter cały czas mnie obserwuje.
— Nie sądzę, żebym kiedykolwiek wcześniej widział cię w dżinsach — zauważa.
— Należą do Blaise’a.
— Ach. — To wszystko, na co się zdobywa. Łapię spojrzenie, które doskonale znam i wzdycham. Wszyscy prędzej czy później dochodzą do takich samych wniosków. Co za idiotyzm z ich strony. Blaise i ja jesteśmy ze sobą blisko, ale on pragnie tego drugiego współlokatora. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, nawet jeśli on sam jeszcze tego nie wie.
— Nie sypiam z nim.
Potter pociera kciukiem dywan.
— To nie byłaby moja sprawa, gdybyś sypiał.
— Nie. — Patrzę mu w oczy. — Nie byłaby.
Żaden z nas się nie odzywa. Po chwili Potter poprawia okulary i mruga.
— Więc... chcesz pogadać o tym, dlaczego tu jesteś?
— Niekoniecznie.
— Malfoy. — Jego głos jest łagodny, ale stanowczy. — Jeszcze nie rzuciłeś na mnie żadnej klątwy. To oczywiste, że potrzebujesz rozmowy.
Spoglądam na niego spode łba.
— Mówisz jak Blaise.
Potter pochyla się i opiera łokcie na kolanach.
— Może ma rację.
— A może obaj jesteście wszędzie wtrącającymi swoje pięć groszy draniami. — Podciągam kolana do piersi. — To nic takiego. Po prostu śniłem o nim dzisiaj. O ojcu. O Yaxleyu też.
— Koszmary?
— Nie, Potter — odpowiadam przepełnionym sarkazmem tonem. — Zbieraliśmy polne kwiatki na łące i wtykaliśmy je sobie we włosy. A jak ci się wydaje, ty tępy przygłupie? — Potter tylko patrzy na mnie i czeka. W powietrzu zalega cisza, długa i napięta. Odwracam wzrok, przełykając ślinę. — Nie wiesz, jak to było mieszkać z Czarnym Panem — odzywam się po chwili, wbijając wzrok w chorągiew Slytherinu na ścianie. — Rezydencja przestała być moim domem. Zostaliśmy ukarani za nasze porażki. — Przenoszę spojrzenie na Pottera. — Wiem, co o nas myślisz i nie mylisz się całkowicie. Miałem wystarczająco dużo czasu, żeby pogodzić się z wynikiem wojny. Więcej niż ojciec. — Gardło zaciska mi się, więc odkasłuję. — Nigdy nie mógł sobie wybaczyć.
— Czego? — pyta Potter.
Potrząsam głową.
— Wszystkiego. Upadku Czarnego Pana. Tego, że w niego wierzył. Tego, że mu zaufał. Tego, że naraził matkę na niebezpieczeństwo. — Moje ręce wiszą ciężko i bezwładnie między podciągniętymi kolanami. — Za bycie całkowitym durniem. — Potter milczy. Wypuszczam powietrze sapnięciem pełnym bólu. — Myślę — ponawiam — że przede wszystkim jestem wściekły, bo się poddał. Tamtego roku sięgnął po butelkę brandy i nigdy już jej nie puścił. — Zaciskam usta i przygryzam je. — Nawet dla mnie. — Wypuszczam znicz. Wzlatuje nad moją głową, brzęcząc małymi skrzydełkami. — Drań.
— A sen?
— Naprawdę chcesz wiedzieć? — pytam cicho. Nigdy o nich nie mówię ze szczegółami.
Potter waha się, a potem przysuwa w moją stronę. Postawny, bezpieczny. Czuję, jak przepływa przeze mnie jego energia.
— A chcesz, żebym wiedział?
Podnoszę na niego wzrok.
— Nie mam pojęcia.
— Nie musisz mi mówić — oświadcza. W jego oddechu wyczuwam kawę.
Obserwuję, jak znicz porusza się pomiędzy nami, a potem wzlatuje w kierunku słupka przy łóżku.
— Są jak wspomnienia — zaczynam powoli. — Tylko gorsze. Yaxley, który mnie dotyka. Goni mnie. — Zakładam kosmyk włosów za ucho i oplatam ramionami kolana. — Czasami mnie pieprzy. — Zerkam na Pottera. — Zazwyczaj staram się nie pozwolić mu zabrnąć tak daleko.
Potter napotyka moje spojrzenie. Czuję niepokój. Nikt nigdy nie patrzy na mnie, kiedy o tym mówię. Nawet Blaise i Milie. Ten temat wprawia ich w zbyt wielkie zakłopotanie.
— Masz je od jakiegoś czasu?
— Od końca wojny. — Bawię się rękawem swetra, palce wdzierają się pomiędzy sploty włóczki. — Zdarzały się coraz rzadziej, aż do... — przerywam, gestem rąk wskazując otaczający nas dwór.
Siedzimy w milczeniu.
— Jak długo to trwało? — pyta Potter. — Yaxley.
Wzruszam ramionami.
— Do końca wojny. — Znicz nurkuje w dół obok mojej głowy. Obserwuję jego trzepoczące skrzydełka, wolniejsze od profesjonalnego modelu, by dziecko mogło z łatwością go złapać. — Czarny Pan...
Voldemort — poprawia mnie Potter.
Posyłam mu rozgniewane spojrzenie.
Czarny Pan podarował mnie Yaxleyowi latem przed siódmym rokiem. — Wzdrygam się, przypominając sobie, jak Jego Wysokość szydził z porażek moich i ojca przed całym szeregiem śmierciożerców. Ciotka Bella uśmiechała się triumfalnie, a Severus nie potrafił spojrzeć mi w oczy. Nabieram oddechu. — To była moja kara. Kara mojej rodziny. — Wykrzywiam usta. — Jak lepiej poniżyć Malfoyów niż zrobić z ich potomka coś gorszego od dziwki?
— Zgwałcił cię.
Nabieram chrapliwego oddechu.
— Można to tak nazwać.
W pokoju zalega cisza, pomijając delikatne brzęczenie znicza. Drżąc, pocieram twarz dłońmi. Po raz pierwszy powiedziałem to głośno. Nawiązywałem do tego pośrednio tyle razy, że moi przyjaciele wywnioskowali, co się stało i byli wtedy ze mną. Słyszeli szepty w pokoju wspólnym Ślizgonów, które Severus gasił bezlitośnie w momencie, gdy przyłapał kogoś na plotkowaniu i rzucał go rodzeństwu Carrow na pożarcie.
Chronił mnie o wiele skuteczniej, niż kiedykolwiek robił to ojciec.
— Yaxley — mówię zachrypniętym głosem — mógł posłać po mnie do szkoły, kiedy tylko chciał. — Patrzę na Pottera. W świetle księżyca jego twarz jest przerażona i blada. Mam nieodpartą chęć go zniesmaczyć, sprawić, żeby odwrócił się ode mnie z odrazą. — Ani mnie, ani Severusowi nie wolno było mu odmówić. Jeśli naszedł go szczególnie mściwy nastrój, aranżował możliwość dzielenia się mną z innymi. Pius Thicknesse był jego ulubieńcem. Rzucał na niego Imperiusa, żeby pieprzył mnie w najbardziej odrażający sposób, o jakim mógł pomyśleć. I vice versa. Yaxleyowi raczej podobało się zmuszanie mnie, bym ja sam siłą pokonywał opór Piusa. — Moje serce przyspiesza, a ciało wzdryga na wspomnienie bólu, a krzyki Thicknesse’a wciąż dźwięczą mi w uszach. Zatykam usta knykciami, desperacko starając się utrzymać nad sobą kontrolę. Po chwili zaciskam zęby i usiłuję spojrzeć na Pottera chłodnym wzrokiem. — Byłbyś zdziwiony moim zepsuciem.
— Nie twoim — szepcze Potter. Wtedy zdaję sobie sprawę, że drży.
— Jesteś wściekły.
Kiwa głową. Włosy wpadają mu do oczu.
— Nie na ciebie.
Patrzę na niego, marszcząc brwi w zakłopotaniu. Dlaczego miałoby go to obchodzić? Nie zna mnie. Nie do końca.
— Ale mnie nienawidzisz. — Rozkładam ręce. — Właśnie dałem ci mnóstwo powodów, byś nadal...
— Nie bądź idiotą — ucina Potter szorstko. Przełyka ślinę, zaciskając szczękę. — I nie nienawidzę cię. Jezu. Myślę, że czasem jesteś niewiarygodnym dupkiem, ale to nie znaczy, że cię nienawidzę.
— Nie wiesz, co zrobiłem — mamroczę. Czuję gorąco na policzkach.
Potter odwzajemnia moje spojrzenie.
— Liczy się to, co on zrobił.
Odwracam wzrok.
Znicz przelatuje obok mnie. Wyciągam dłoń i łapię go, obserwując skrzydełka uderzające teraz delikatnie o moją skórę.
— Uspokajasz mnie. — Przesuwam palcem po złotym skrzydełku, a potem zerkam na Pottera. — Wierz mi, że uważam to za wysoce dezorientujące.
Potter uśmiecha się lekko.
— Jestem tego pewien. — Pociera dłońmi ramiona. — Zimno tutaj. — Zaklęcia ocieplające, które rzuciłem na pomieszczenie, kiedy wszedłem tu po raz pierwszy, zdążyły już wygasnąć. Potter wstaje i patrzy na mnie z góry. — Nie powinineś iść jeszcze do domu.
Potrząsam głową.
— Zapewne nie. — Składam znicz. — I tak bym nie zasnął.
— Cóż, ani ja. W pokoju mam piwo i chipsy... — przerywa, widząc mój ostry wzrok i przewraca oczami. — Nie, to nie jest propozycja.
— To dobrze. — Wykrzywiam usta. — I tak bym jej nie przyjął. — Mierzę go podejrzliwym wzrokiem. — Nie wiedziałem, że grasz w obu drużynach.
Potter śmieje się cicho.
— Teraz wiesz. — Kiedy trawię tę niespodziewaną informację, wyciąga dłoń w moją stronę. — Chodź. Załapiesz się na darmowe piwo, poza tym naprawdę nie jestem beznadziejnym towarzystwem. Bez względu na to, co twierdzi Hermiona.
Spoglądam na niego z wahaniem. Jego ciemne, rozczochrane włosy wpadają mu do oczu, wdzierając się za oprawę okularów. Podkoszulek przylega do szerokich ramion.
Ujmuję jego dłoń i splatam jego palce ze swoimi. Na twarzy Pottera zakwita uśmiech.

KONIEC CZĘŚCI SZÓSTEJ
Ostatnio edytowano 17 sty 2012, o 10:40 przez Lasair, łącznie edytowano 1 raz
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości