[M] Gryfoński czar

już drarry na całego, sequel Ślizgońskiego czaru

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez andrea_deer » 5 gru 2010, o 00:39

Motylek kolejny, z podziękowaniami dla Andy :*
A.


Sequel do opowiadania "Ślizgoński Czar". W celu przeczytania wszelakich ostrzeżeń i dedykacji, a także lepszego zrozumienia akcji, sugeruję zajrzenie do pierwszej części.


GRYFOŃSKI CZAR



~~~

Kiedy zawołasz do króliczej norki: "Hej, jest tam kto?", a głos z wnętrza odpowie: "Nie!", to znaczy chyba, że nie jesteś mile widziany.
~~~

Merlin jest tylko jeden, a czarodziejów i ich problemów tysiące, miliony tysięcy. Dlatego też coraz to różni magowie wzywali imion coraz to różnych sławnych wiedźm i czarodziejów, bo jak wiadomo — im mniej chętnych, tym większa szansa obsłużenia. W ten sposób niektórzy zaczęli wzywać imienia Albusa Dumbledore'a, inni jego brata Aberfortha (głównie pasterze), jeszcze inni Grunniona Alberyka (hodowcy mandragor), Grzegorza Przymilnego (zakochani), a nawet Herpona Podłego (głównie właściciele nielegalnych zwierzątek).
Czasami jednak niechęć do wzywania pomocy Merlina nie była spowodowana egoistyczną chęcią skrócenia sobie kolejki osób oczekujących. Czasami była to głęboko zakorzeniona, oparta na przynależności domowej duma. Bo tak, jak Ravenclav nie miał żadnych powodów, by bać się lub wstydzić wzywania swego współdomownika, Hufflepuff czerpał pomoc skąd mógł, a Gryffindor — spójrzmy prawdzie w oczy — w większości nie zdawał sobie sprawy, że Merlin był Krukonem, tak ze Slytherinem sprawa miała się już zupełnie inaczej.
Gniazdo węży — mówili — wylęgarnia morderców i demonów, źli od urodzenia. Slytherin bowiem był najmniej lubianym domem w całym Hogwarcie i dlatego od dziesięciu wieków ewolucji udało się wykształtować u Ślizgonów niezwykłe poczucie jedności. Nic tak bowiem ludzi nie jednoczy, jak wspólny wróg, a dla Ślizgonów wspólnym wrogiem był każdy, kto nie był Ślizgonem. Dom Węża nie pozwalał obcym mieszać się do ich spraw i zawsze sam rozwiązywał swoje problemy, a w kłótniach międzydomowych ZAWSZE stawał po stronie swoich [1]. Nie powinien więc dziwić fakt, że ich wewnętrzny opór przed proszeniem o pomoc Krukona zaowocował składaniem próśb do największego Ślizgona Hogwartu. Oczywiście stało się to zaraz po tym jak zakończyły się walki o prawo do tego tytułu pomiędzy wszystkimi zainteresowanymi.
Proszenie Ślizgona o pomoc miało jednak tę wadę, że rzadko kiedy spełniał on prośby. Trzeba hartować małe węże, prawda?

~~~

— Na litość Salazara, niech to wszystko okaże się złym snem — jęknął Draco Malfoy, wyjątkowo jak na niego niegodnie. — Czy jego już całkiem pogięło?
Młody blondyn opadł na kanapę w pokoju wspólnym, a jego rozkojarzone spojrzenie wbiło się w siedzącego obol Gregory'ego Goyle'a.
— Vinca? Tak!
— Co? — zapytał bezmyślnie Malfoy, a już po chwili zaczął się irytować. — Nie, nie Vincenta! Pottera!
— A co on znów zrobił? — spytał Vincent z drugiej strony Draco.
— Coś strasznego — rzekł Draco dziwnie cienkim głosem i zapadł się głębiej w kanapę. — Coś straszliwie i okrutnie niewyobrażalnego… Niech go Salazar potępi, tę skazę mego życia!
Vincent spojrzał na przyjaciela znad swojej szaty, nad którą się pochylał, usiłując umocować zaklęciem odrywającą się plakietkę z wężem.
— Draco, czy ty aby nie przesadzasz? — spytał spokojnie.
— Ta Weasley ma na ciebie zły wpływ — odparł ze złością blondyn. — Zawołaj Pansy, słabo mi.

~~~

Dom Godryka Gryffindora również borykał się z poważnymi problemami osobowościowymi jednego ze swoich mieszkańców. A właściwie, to — jak to często bywa — tak naprawdę ze wspomnianymi problemami borykała się tylko jedna osoba.
Była to jednak osoba idealna do tego typu zadań, albowiem Ronalda Weasley'a już nic nie było w stanie zaskoczyć — przeszedł zdecydowanie zbyt wiele. Miał pięciu starszych braci (w tym Freda i George'a), nadopiekuńczą matkę, siostrę, która spotykała się z ułomnym Ślizgonem i Chłopca—Który—Przeżył za najlepszego przyjaciela. A pomimo to stanął w sytuacji, która sprawiała, że czuł się co najmniej niezręcznie.
— Ummm… Harry? — spytał niepewnie, patrząc na puste łóżko swojego przyjaciela.
— Nie ma mnie — odparł stłumiony głos Pottera.
— Yyy... Nie ma cię? Ummm... A czemu "nie ma" cię pod łóżkiem?
— Bo mi tu dobrze — padła buntownicza odpowiedź.
— Eeee... A czemu? — dociekał Ronald.
— Bo palę się ze wstydu, a popioły lepiej się czują na ziemi!
Odgłos przesuwanego kufra świadczył niewątpliwie o tym, że Harry zaczyna się zadamawiać pod swoim łóżkiem i układa się nieco wygodniej, zważywszy na ograniczone możliwości komfortowe czyszczonej raz do roku kamiennej podłogi, oczywiście.
Ron postanowił szybko coś wymyślić, zanim jego najlepszy przyjaciel znajdzie sposób na branie udziału w lekcjach i meczach wciąż nie wychodząc spod łóżka.
— Mmm... Ja bym na twoim miejscu stamtąd wyszedł — powiedział powoli. — Jakiś tydzień czy dwa temu spadły mi tam brudne skarpetki.
Spod czterokolumienkowego łóżka dało się słyszeć głośne, cierpiętnicze westchnienie, a po chwili wyczołgał się stamtąd zaczerwieniony, zakurzony i potargany Złoty Chłopiec Gryffindoru.
— Zdawało mi się, że coś tam śmierdzi łajnem sklątek, ale myślałem, że to mój kufer — rzekł, siadając na podłodze i opierając się plecami o swoje łóżko. — Jak cię znam, tydzień czy dwa to ty te skarpetki nosiłeś, a leżą tam od co najmniej miesiąca.
— Ubrudziłeś się — zauważył Ron z uśmiechem ulgi, który przybladł nieco na widok wściekłego spojrzenia Harry'ego.
— Jestem okropnym debilem — oznajmił Harry i westchnął ciężko.
— Ummm… To dlatego McGonagall chce cię widzieć?
— A chce? — zdziwił się Potter.
Ron tylko pokiwał głową, tym samym wyznając, kto i po co go tu przysłał. Zaczynał żałować, że to akurat on wpadł na opiekunkę ich domu. Harry zachowywał się zdecydowanie zbyt dziwnie. Musiał naprawdę wpaść w poważne tarapaty — i to bez Rona!
— Co zrobiłeś? — spytał, gdy Harry wstał, najwyraźniej zamierzając iść do McGonagall.
— Straszną rzecz — odrzekł Potter ponuro.
— Zabiłeś kogoś?
— Nie, pocałowałem.
— ?!?! — zamilkł na chwilę Ron. Po chwili odezwał się raz jeszcze: — Powtórz drukowanym literami, bo chyba nie zrozumiałem — poprosił. Jego oczy gwałtownie poszerzyły się na skutek szoku.
— Pocałowałem. A jemu się to nie spodobało — westchnął znów zarumieniony Harry, po czym opuścił dormitorium, mijając swojego rudego przyjaciela, który nie wydawał się już tak odporny na szok. Wyraźnie zbladł pod piegami, a po chwili usiadł ciężko na najbliższym łóżku.
— Jemu? — jęknął.

~~~

Ślizgoni zawsze są żądni wiedzy, która jest w stanie dać im władzę. I dlatego właśnie nie ma bardziej plotkującego domu niż Dom Węża. Plotki i sekrety zawsze są w cenie, dlatego też członkowie innych domów, gdy chcieli za swoje informacje zdobyć jakąś zapłatę, kierowali się do Slytherinu. Czasem też niektórzy całkowicie bezinteresownie lubili dzielić się najświeższymi wieściami.
— VINCENT! — krzyknęła Ginewra Weasley, wpadając do pokoju wspólnego Slytherinu.
— Weasley, wynoś się — burknął Draco na sam dźwięk jej głosu.
Usiłował się zrelaksować w zdolnych dłoniach Pansy, która masowała mu skronie i wiedział, że Gryfonka w trudnym zadaniu rozluźniania się bynajmniej mu nie pomoże.
— Vincent! — zawołała raz jeszcze Ginny, siadając na poręczy kanapy, na której siedział jej chłopak i szybko cmoknęła go w policzek. — Nie uwierzysz! Draco całował się z Harrym! — powiedziała szybko, wyraźnie podekscytowana.
W pokoju wspólnym zaległa cisza, gdy wszyscy, którzy do tej pory udawali, że nie słyszą rudej dziewczyny, momentalnie zamienili się w słuch, a ich głowy powoli zwróciły się w stronę zarumienionego Malfoy'a. Draco rzucił krótkie spojrzenie na wszystkich zebranych w pokoju ludzi i zapadł się głębiej w kanapę, rumieniąc się jeszcze mocniej.
Dłonie Pansy przestały masować Malfoy'a, a po chwili odsunęła je ze wstrętem.
— Co robiłeś?
— Nic — burknął Draco.
— Całowałeś Pottera? — spytał Goyle, patrząc na swojego przyjaciela, jakby nagle zmienił się w... dajmy na to, fretkę.
— Nie! — krzyknął blondyn, zrywając się z kanapy i patrząc na wszystkich wściekle. — I nie chcę więcej o tym słyszeć! — rzucił i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi dormitorium.
Wszyscy patrzyli przez chwilę na zamknięte drzwi, ale ich spojrzenia szybko przemieściły się w stronę lepiej od nich poinformowanej Gryfonki.
— Opowiedz, Gin — poprosił Crabbe, trzymając ją za rękę.
— Nawet nie wyobrażasz sobie, jak słodko wyglądali, Vinc! — uśmiechnęła się wesoło Weasley.

~~~

Gabinet profesor McGonagall był urządzony skromnie, można wręcz powiedzieć, że surowo, ale mimo to Harry'emu zawsze wydawał się przytulniejszy od gabinetów niektórych innych nauczycieli, którzy preferowali bardziej wilgotne i kamieniste klimaty lochów. Właściwie nie wiedział, czy było to spowodowane ciemnoczerwonymi zasłonami, flagą Gryffindoru udrapowaną na ścianie, czy choćby kraciastym obiciem fotela surowej profesorki. W każdym razie, cokolwiek to było, dzisiaj nie działało kompletnie. Dzisiaj Potter czuł się w tym gabinecie bardziej jak na przesłuchaniu Świętej Inkwizycji niż na rozmowie z wychowawczynią. Tyle tylko, że Święta Inkwizycja nigdy nie była tak zawstydzona rozmowami o herezji, jak profesor McGonagall rozmową, którą właśnie miała przeprowadzić.
Patrzyła na wszystko w pomieszczeniu poza chłopcem siedzącym naprzeciwko na drewnianym, niewygodnym krześle. Ostatecznie zaczęła nawet przeglądać i układać różne papiery i dokumenty leżące na biurku. Na początku Harry'emu wcale to nie przeszkadzało — wykorzystywał dany mu czas na próbę ugładzenia włosów i oczyszczenia szaty z podłóżkowego kurzu — ale po kwadransie, który minął w krępującej ciszy, postanowił się w końcu odezwać.
— Umm... Pani profesor? Czy chciała pani o czymś ze mną porozmawiać?
— Tak, tak, panie Potter. Hmm... Jak pan zapewne się domyśla, dotyczy to dzisiejszego... umm... wypadku na korytarzu...
— Yyy... Chce mi pani wlepić szlaban za bicie się z Malfoy'em? — spytał z nadzieją, patrząc na zarumienioną profesorkę borykającą się z ułożeniem słów.
Niestety, rozbiegany wzrok zawstydzonej nauczycielki, który ostatecznie skupił się na jakimś sęku na biurku, powiedział Harry'emu, że to chyba jednak nie o to chodzi.
— Umm... Miałam... tak, jakby na myśli to, co... umm... zdarzyło się nieco później...
— Aaa... — mruknął Potter, czując jak policzki płoną mu ze wstydu. — To.
— Tak, panie Potter. "To". — powiedziała ostro McGonagall, której zawstydzenie ucznia najwyraźniej dodało odwagi. — Czy mógłby mi pan wyjaśnić, czym "to" zostało spowodowane?
— Yyyyy...
Harry spuścił wzrok a swoje dłonie, których palce nerwowo wyłamywał. Nie był pewien, co powinien powiedzieć swojej opiekunce. Trudno byłoby mu wyjaśnić, że gdy siedział okrakiem na Malfoy'u, usiłując potargać i powyrywać mu włosy, uznał nagle, że blondyn z roztrzepanymi włosami wygląda zdecydowanie zbyt słodko, żeby mogło mu to ujść na sucho.
Obawiał się, że na ponurej i surowej profesorce nie zrobi wrażenia opis przygryzionej i ciemnoróżowej dolnej wargi Ślizgona, od której tak wyraźnie odcinały się śnieżnobiałe zęby, albo choćby wciągające przedstawienie wyglądu tych delikatnych, miękkich i tak jasnych kosmyków przydługich włosów, wpadających do iskrzących uczuciami szarych oczu...

Profesor McGonagall z lekką złością obserwowała powoli rozmywające się, rozmarzone spojrzenie swojego ucznia i w końcu chrząknęła cicho, przerywając ciąg jego myśli. Z naukowym wręcz zaciekawieniem analizowała szybko przytomniejący wzrok i coraz ciemniejszy rumieniec wkradający się na policzki chłopaka.
— Czy mógłby mi pan wyjaśnić, czym "to" zostało spowodowane?
— Umm... Szczerze mówiąc, to nie jestem pewien, pani profesor.
Opiekunka Gryffindoru zmarszczyła brwi ze złością. Miała nadzieję, że jej uczeń wymyśli jednak jakieś usprawiedliwienie. Otumanienie oparami z lekcji eliksirów, nowy plan Voldemorta, ból blizny, Imperius, chwilowa niepoczytalność, czy choćby nagłe poczucie się dementorem.
— W takim razie zastanowi się pan nad tym podczas dzisiejszego szlabanu.
— Za co?! — zirytował się nagle chłopak. — Za całowanie?!
— Panie Potter! — krzyknęła McGonagall, rumieniąc się lekko.
— Tak? — zapytał niewinnie Harry.
— Za bójkę.
Gryfon tylko prychnął pod nosem, wstając i kierując się do drzwi. 'Zawsze znajdzie się jakiś powód' — pomyślał ze złością. 'Nawet na kolejne pocałowanie Dracona Malfoya' — dodał, sam zaskakując się tą myślą. Nie przestraszył się jej jednak tak bardzo, jak powinien. Wciąż pamiętał to przyjemne uczucie, jakie go opanowało, gdy całował Ślizgona.

~~~

Vincent Crabbe miał już za sobą trudne przyznanie się znajomym, że chodzi z osobą zdecydowanie nieodpowiednią. Wiedział, że dla Draco, który w dodatku musiałby się przyznać do odmiennej orientacji seksualnej, sytuacja przedstawiała się jeszcze gorzej. Vincent jednak mimo nieco przerażającego wyglądu był dobrym przyjacielem i dlatego nie mógł zostawić biednego blondyna samego.
Wszedł powoli do słabo oświetlonego pokoju i usiadł na fotelu przy leżącym na łóżku Malfoyu. Chłopak miał położoną na twarzy rękę i starał się najwyraźniej odseparować od wszelakich bodźców zewnętrznych.
— Draco…
— Milcz. A najlepiej wyjdź. Nie chcę nikogo słuchać.
— To zrozumiałe w twojej trudnej sytuacji — westchnął Vincent. — Ale ja jestem tutaj, żeby ci pomóc…
— Przyszedłeś pobawić się w psychologa?! — krzyknął Draco, zrywając się z wygodnej, leżącej pozycji i siadając na wprost przyjaciela. — Niedoczekanie twoje! NIE. JESTEM. GEJEM!
Crabbe westchnął ciężko i spojrzał raz jeszcze na zdenerwowanego blondyna.
— Draco, nie musisz się wstydzić… Sam jestem w związku nie najlepiej postrzeganym… Rozumiem…
— Gówno rozumiesz! JA nie jestem w żadnym związku! I nie jestem gejem!
— Oczywiście, Draco — mruknął Vincent.
— Nie jestem! Nie całowałem Pottera. A nawet gdyby, czego oczywiście nie robiłem, to nie znaczyłoby, że ten teoretyczny ja, który się z nim całował, od razu jest gejem! Ten teoretyczny ja, który w przeciwieństwie do mnie, mógł całować się z Potterem, a nawet mogłoby się mu to, nie daj Merlinie, spodobać, mógł tylko przeprowadzać młodzieńcze eksperymenty. To normalne nawet u postaci teoretycznych, jaką jestem ja, który całował się z Potterem, bo tak naprawdę, to tego nie robiłem, bo…
— Przestań już, mózg mi się przez ciebie lansuje — przerwał Crabbe z zagubionym wyrazem twarzy.
Tego Malfoy najwyraźniej nie wytrzymał już psychicznie i zerwał się z łóżka sycząc przez zęby kilka przekleństw.
— Ja cię zaraz cholero wylansuję na miss debilizmu! Powtarzam ci po raz setny — Nie. Jestem. Gejem!
— Całowałeś się z Potterem! — zirytował się Vincent.
— To on mnie całował!
— A ty z wrodzonej grzeczności w zamian wepchnąłeś mu język do gardła i polizałeś mu migdałki, tak? — sarknął chłopak.
Draco tylko wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze, najwyraźniej licząc bezgłośnie do dziesięciu. Po chwili przemówił wyjątkowo spokojnym głosem.
— Vinc. Ty idź do Gryfonów i wyliż migdałki tej swojej Weasley, obyś się nie zaraził czymś poza głupimi odzywkami. Nie mogę już na ciebie patrzeć.
— Idę. Przekazać coś od ciebie Harry'emu?
— WYNOŚ SIĘ!

~~~

Draco Malfoy był Ślizgonem z rodowodem i rodziną z tradycjami. Miał swoje zasady i naprawdę bardzo nie lubił, kiedy ktoś się z niego śmiał. To taki słaby punkt Malfoyów. Dlatego też Draco postanowił walczyć o swoją reputację niezwykle męskiego i heteroseksualnego samca, którą — jak twierdził — jeszcze dzień wcześniej posiadał. W tejże metaforycznej walce o godność pomóc mu miała walka całkiem zwyczajna i wręcz trywialna, pełna męskich ciosów, ugryzień, zadrapań i wyrwanych włosów.
Bitwa ta rozpoczęła się, gdy pchany żądzą mordu rywal zjawił się w swej pełnej gryfonowatości w lochach Slytherinu. Była to ewidentna zniewaga mająca na celu sprowokowanie ataku. Dracon nie mógł pozwolić podobnemu zjawisku tak sobie samoistnieć. Musiał zareagować. Brutalnie, zdecydowanie i jak najbardziej męsko.

~~~

Harry usłyszał satysfakcjonujący pisk, gdy wgryzł się Malfoyowi w rękę tuż nad nadgarstkiem. Szybko przesunął językiem po zranieniu, z radością wyczuwając słaby smak krwi na przetartej skórze. Ślizgon jęknął z wściekłości i gwałtownie szarpnął głową i usiłując nią uderzyć w głowę Pottera. Skulił się wokół Gryfona, otaczając jego głowę i usiłując wyrwać przygryzioną rękę. Nagle w zasięgu jego wzroku pojawił się kawałek ciemnooliwkowego ciała. Ucho Pottera.
Czarnowłosy chłopak wrzasnął głośno, wypuszczając tym samym z zębów zmaltretowaną rękę, gdy poczuł zęby silnie zaciskające się na jego uchu. Zdawało mu się, że czuje powoli sączącą się krew, ale mogła to być też ślina Malfoya. Harry wzdrygnął się mentalnie, jednocześnie dochodząc do wniosku, że należy uciec się do środków drastycznych. Wygiął swoją rękę pod dość dziwnym kątem, gdyż jedna z dłoni Ślizgona wciąż szarpała go za rękaw, ale ostatecznie udało mu się skierować własne palce za swoją głowę. W stronę włosów Malfoya.
Złapał mocno garść potarganych, miękkich blond włosów, a Draco sapnął z przerażenia, na ułamek sekundy uwalniając udręczone ucho Pottera. Ten ułamek sekundy wystarczył. Gryfon gwałtownie odsunął głowę, a po chwili przeturlał się na swojego przeciwnika, puszczając na chwilę włosy blondyna. Już po sekundzie jednak złapał je pełnymi garściami i pociągnął je gwałtownie, przygważdżając głowę Malfoya do zimnej posadzki i jednocześnie siadając na wrzeszczącym Ślizgonie okrakiem.
— Aaaaaaa… O?
Nagle walka ustała. Harry siedział na Draco uspokajając swój oddech i patrząc, jak oczy przyciśniętego do podłogi chłopaka rozszerzają się najpierw z zaskoczeniem, a potem przerażone wpatrują się w szkarłatny rumieniec Pottera.
— Ty… — zaczął Malfoy zduszonym głosem, ale zanim zdążył skończyć lub zanim Harry zdołał zerwać się i uciec na drugi koniec świata, przeszkodził im inny głos.
— Co tu się dzieje? Panie Potter, proszę natychmiast zejść z pana Malfoya! — wrzasnął Snape, jednocześnie pociągając Harry'ego za kołnierzyk.
Ślizgon zerwał się z podłogi całkowicie samodzielnie, wciąż w szoku zerkając na Pottera, który gwałtownie starał się opuścić swój sweter nieco niżej, żeby zakryć przód swoich spodni.
— Co tu się działo? Znów się biliście? Który zaczął?
— Malfoy, panie profesorze — rzucił szybko Potter. — Szedłem na szlaban, który miałem odrobić z Filchem w szóstym lochu, a on się na mnie rzucił!
— To nieprawda! — odparł szybko Malfoy, któremu wyraźnie nie podobało się używanie sformułowania "rzucił się" gdziekolwiek w pobliżu jakiegokolwiek określenia Pottera. — Zaatakował mnie, kiedy spacerowałem po lochach!
Harry tylko prychnął, ale zamilkł gwałtownie na widok uśmieszku na twarzy Snape'a.
— Cóż jestem pewien, że skoro zebrał się tu dość spory tłumek, to ktoś z nich na pewno potwierdzi słowa, któregoś z was.
Cichy jęk ze strony Pottera najwyraźniej poprawił Snape'owi humor jeszcze bardziej, ale trudno się było dziwić Gryfonowi. Wokół zebrała się grupa co najmniej kilkunastu Ślizgonów.
— To Potter zaczął, panie profesorze! — krzyknął Zabini.
— Rzucił się na niego!
— Obrażał honor Slytherinu!
— Groził mu bazyliszkiem!
— Potter!
— No cóż — rzucił spokojnie Mistrz Eliksirów, podnosząc dłoń by uciszyć rozentuzjazmowanych uczniów — najwyraźniej pana szlaban się przedłuży, panie Potter.

~~~

Hermiona siedziała na kanapie z twarzą wtuloną w ramię swojego chłopaka, który spokojnie bawił się kosmykami jej włosów. Niestety ten spokojny, sielankowy wręcz nastrój przerwał powracający ze szlabanu Harry. Romantycznemu nastrojowi nie służą jakoś umęczeni przyjaciele, ociekający jasnozielonym szlamem i śmierdzący zgniłą cebulą.
— Umm… Jak tam szlaban?
— Loch szósty to piekło na ziemi, a raczej piekielna wygódka. Mam dość! — oznajmił Harry, opadając na fotel. — A ten kretyn wydłużył mi szlaban do końca tygodnia! Tylko dla tego, że ta niedorobiona fretka się na mnie rzuciła!
— Uau! I jak było? Za co dostałeś szlaban? Za publiczne obnażanie?
— Miałem na myśli bójkę, Ginny. Zaatakował mnie, lepiej się czujesz z takim sformułowaniem? — rzucił sucho.
Podekscytowana Gryfonka, która przed chwilą przewiesiła się przez oparcie kanapy teraz skrzywiła się z niesmakiem.
— Wręcz przeciwnie — odparła, biorąc za rękę swojego chłopaka i przechodząc na drugą stronę mebla.
Vincent posłusznie usiadł na czerwono—złotym fotelu naprzeciwko Pottera, a Weasley usadowiła mu się na kolanach. Ron taktycznie starał się ignorować nasuwający się temat zażyłości tej pary.
— O co ci chodzi, Gin? Czego się go czepiasz?
— Bo lubię — odparła zdecydowanie. — Zresztą moja droga dedukcji nie była zbyt wyboista, najpierw się z Draco całował, a teraz twierdzi, że on się na niego rzucił. Dla mnie to proste, doprawdy.
— Całował? — rzucił Ron osłupiały, ignorując głuche warknięcie ze strony przyjaciela. — Jak powiedziałeś, że całowałeś jakiegoś faceta to ja się naprawdę powoli zacząłem przyzwyczajać, że jesteś… no ten…
— Gejem — podsunęła Ginny usłużnie.
— … ale żeby Malfoy? Harry, przecież to… Malfoy! On jest…
— Najprzystojniejszym chłopakiem w Hogwarcie, który nosi idealnie dopasowane, obcisłe dżinsy?
Ron najwyraźniej zadumał się na chwilę nad podpowiedzią Pottera, ignorując zduszony chichot Ginny i Hermiony.
— Myślałem bardziej w kategoriach: synem śmierciożercy, Ślizgonem, pupilkiem Snape'a, lalusiem, fretką… — wyznał w końcu.
— Aha — Hermiona parsknęła, a Ginny schowała twarz w ramieniu Crabbe'a.
— Nie możesz zacząć się spotykać z jakimś normalnym chłopakiem? — rzucił Ron.
— To ma być propozycja? — spytał Harry z uśmiechem.
Ginny nie wytrzymała i zawyła ze śmiechu, a Hermiona po szybkim spojrzeniu na twarz Harry'ego, które upewniło ją, że chłopak żartuje, zaczęła się dusić w rękaw szaty Ronalda. Kiedy Weasley wciąż nie był w stanie wydobyć z siebie słowa dołączył do nich basowy rechot Vincenta i niekontrolowane parsknięcie śmiechem Harry'ego.
— To nie tak! — krzyknął w końcu Ron, co tylko rozśmieszyło wszystkich jeszcze bardziej. — Miałem na myśli Colina albo kogoś! JA nie jestem zainteresowany!
— I dobrze, bo nie jesteś w moim typie — rzucił Harry. — Colin jest gejem?
— Tak! W dodatku po uszy w tobie zakochanym od pierwszego roku! — zauważył szybko Weasley.— Możesz chociaż z nim spróbować? Błagam cię, każdy tylko nie Malfoy!
Błagalny ton Rona wywołał kilka kolejnych niepohamowanych chichotów.
— A czy ty nie powinnaś rozpaczać? — rzucił Ron, patrząc ze złością na Ginny.
— Nie bardzo. Skoro jest gejem, to i tak nic na to nie poradzę. Poza tym mam Vincusia i jestem z nim bardzo, ale to bardzo szczęśliwa… No i… Nawet nie wiecie, jak on i Draco słodko wyglądają, jak się całują! Są tacy urokliwi!
— Jesteś straszna — orzekli wspólnym głosem Harry i Ron.

~~~

— Jesteś pewna, że to dobry pomysł? — rzucił niepewnie Vincent, patrząc na wystawę sklepu ze zwierzętami w Hogsmeade.
— Pewnie! Będzie dumny, zadufany w sobie i złośliwy jak Draco i uroczy, jak Draco z Harrym — oznajmiła Weasley, wchodząc do sklepu zdecydowanym krokiem.
Mały dzwoneczek oznajmił ich przybycie do ciepłego, nieco przyciemnionego wnętrza. Z kilku klatek dochodziły różnorakie piski, a gdzieś z dalszej części sklepu słychać było ciche bulgotanie, dochodzące zapewne z akwariów.
— W czym mogę służyć? — spytała miło uśmiechnięta kobieta w średnim wieku, stojąca za ladą.
— Chcielibyśmy zobaczyć kotki — oznajmiła Ginny.

~~~

Crabbe uznał, że właśnie odkrył, jak Draco Malfoy wyglądał w poprzednim wcieleniu. Nie mógł nie zgodzić się z Ginny, która najwyraźniej podekscytowana zakupem szczebiotała wesoło o niesamowitym podobieństwie między Słodkim Maluchem a Draconem.
— Mam nadzieję, że Draco zmieni mu imię — oznajmił w końcu Vincent, patrząc na kilkumiesięczne stworzenie, które właśnie lizało jasną sierść na swojej łapie i statecznie ignorowało nastolatków.
— Ja także. Nawet Salazar byłby lepszy — zgodziła się szybko Gryfonka. — Ale spójrz na niego! Nawet sierść mają podobną… To znaczy w wypadku Dracona włosy… O jeju, jak się na mnie spojrzał! — pisnęła dziewczyna. — Jakby chciał mnie zabić, ale uważał, że nie jestem tego godna! On jest taki malfoyowaty!
Sprzedawczyni wyszła z zaplecza z wiklinowym koszykiem i jakimś formularzem w drugiej ręce.
— Proszę to wypełnić, a Słodki Maluch na pewno trafi do odpowiedniej osoby — oznajmiła, szybko wkładając zdezorientowanego kociaka do koszyka.
Słodki Maluch podjął walkę nieco zbyt późno, żeby dać radę wprawionym dłoniom profesjonalistki, więc zdołał jedynie przyozdobić je jednym uroczym rozcięciem w ujmującym odcieniu czerwonego wina.
— Przeklęta bestia — syknęła sprzedawczyni pod nosem, a Weasley tylko uśmiechnęła się do siebie, pochylona nad formularzem.
— Szósty czerwca… — mruknęła do siebie. — Ummm… O której godzinie? Lepiej, żeby dostał go w dormitorium, czy w Wielkiej Sali?
— W Sali — odparł szybko Vincent. — Nie będzie mógł rzucić na niego czegoś niewybaczalnego…
— Może i racja — mruknęła Ginny, odwracając się, gdy usłyszała dzwoneczek nad drzwiami oznajmiający przybycie nowego klienta.
Zaczynała dochodzić do wniosku, że jej brat jest paskudnym, rozjechanym gumochłonem. W drzwiach stanęli dwaj roześmiani Gryfoni, Harry i Colin. A przynajmniej Creevey wyglądał na szczerze uśmiechniętego i prawie mdlejącego ze szczęścia. Wyraz twarzy Pottera bardziej przypominał szczękościsk.
— Hej — rzuciła Weasley, starając się grzecznie uśmiechnąć.
Nie bardzo jej to wychodziło, a i resztki jej wysiłków spełzły na niczym, gdy zauważyła, kto wszedł do sklepu zaraz za parą Gryfonów.
— Długo mam na was czekać? — rzucił ze złością Malfoy, przepychając się do przodu. — Mieliśmy się spotkać kwadrans temu, pod "Świńskim Łbem"! Vincent, jeśli ona uniemożliwia ci punktualne przybywanie na spotkania, to może powinieneś…
— Już idziemy, Dracusiu! Nie denerwuj się! — oznajmiła szybko Gin.
Złapała Vincenta za rękę i wyminęła szybko parę Gryfonów, ignorując błagalne spojrzenie Harry'ego. W ostatniej chwili odwróciła się jeszcze do nieco zaskoczonej tą nagłą ucieczką sprzedawczyni.
— Formularz prześlę wieczorem sową, dobrze? Do widzenia!
— Do widzenia — odparła mechanicznie kobieta i po chwili zwróciła się do nowych klientów.

~~~

Niektórzy naprawdę nigdy nie tracą nadziei — albo po prostu niektóre fakty docierają do nich z silnym opóźnieniem. U Dracona ten problem przybierał naprawę niepokojące rozmiary. Miał nawet trudności z przyswojeniem wiadomości, że jego przyjaciel, często małomówny niczym skała, potrafi być na tyle milczący, by nie wyjawić drobnej tajemnicy. Do tej pory mówił mu wszystko!
Malfoy nie wziął pod uwagę faktu, że drobna tajemnica staje się naprawdę poważną rzeczą, jeżeli wyjawi się ją wbrew woli ukochanej dziewczyny.
— Co dostanę? — krzyknął Draco, gdy tylko zobaczył, że Vincent wszedł do pokoju wspólnego.
— Prezent.
— Vincent. Nie denerwuj mnie. Pytam po raz ostatni — oznajmił złowrogim tonem, patrząc nad stolikiem na Crabbe'a, który usiadł naprzeciwko. — Co dostanę na urodziny?
— Koronkową bieliznę.
— Vinc. Co. Dostanę?!
— Nagiego Pottera obwiązanego czerwoną wstążką — oznajmił spokojnie Crabbe, a blondyn warknął tylko pod nosem.
— Nie przypominaj mi o tym zboczeńcu — oznajmił. — Obnosi się z tym Creeveyem, pedał jeden…
Vincent uśmiechnął się lekko, patrząc jak palce Malfoya zaciskają się na piórze, którego właśnie używał. Zaczynał się obawiać, że niewinne narzędzie do pisania długo nie wytrzyma takiego traktowania.
— Draco, nie złość się. Może znajdzie czas, żeby i z tobą potarzać się po podłodze — oznajmił spokojnie.
— C—co… TY! … To były bardzo męskie walki! Bez podtekstów! — oburzył się Draco.
— Taak... — westchnął cicho Crabbe, patrząc w dal w zamyśleniu. — Zważywszy moment, gdy on Ci targał włosy, a ty go gryzłeś.
— Kiedy ty to mówisz, to brzmi perwersyjnie.
— Taki dar. Ginny to lubi.
Uśmieszek Vincenta tylko się powiększył, gdy zobaczył zgorszony wyraz twarzy Malfoya. Blondyn wydawał się starać zacisnąć oczy wystarczająco mocno, żeby wymazać obrazy podsuwane mu przez wyobraźnię. Sądząc po ostrym skrzywieniu ust, nie do końca mu się to udawało.
— Ghrr... Nie mów mi o swoim życiu łóżkowym. Chcę nadal żyć w błogiej nieświadomości i wierzyć, że rozmnażasz się za pomocą wiatru.
— Dmuchając? — rzucił niewinnie chłopak.
— CRABBE!
Vincent z niezdrowym zafascynowaniem wpatrywał się w przełamane pióro ściśnięte w dłoni jego najlepszego przyjaciela. Właściwie drażnienie go zaczynało się robić zabawne. Teraz powinien chociaż zaczekać, aż weźmie nowe pióro i zacznie ponownie pisać...
— Ostatnio jak na tobie usiadł, to nawet Snape wydawał się coś podejrzewać…
Trzask!
Vincent Crabbe uśmiechnął się szeroko. Nowy rekord!

~~~

Czasami nawet najbardziej mroczne charaktery potrafią człowieka czymś zaskoczyć. Na przykład nagle zaczynając pałać niewysłowioną sympatią do małych, uroczych, jasnych, futrzanych, mruczących kuleczek, które drapały wszystkich, którzy wydawali się tego warci i wymuszały przynoszenie smakołyków na tych, którzy byli na to wystarczająco podatni... No dobrze, to nie było ogromnym zaskoczeniem. Słodki Malec sam w sobie był wystarczająco mroczny, żeby nie szokować, jako nowy przyjaciel Dracona.
— A co powiecie na "Zabij Pottera"? — spytał Malfoy, drapiąc pupila za uchem.
— Nie, Draco. To nie jest odpowiednie imię dla kota. Kot, a zwłaszcza taka podła bestia jak ta, która siedzi u ciebie na kolanach, musi mieć krótkie imię, żebyś nie plącząc się mógł wrzasnąć na niego, gdy akurat zrujnuje ci twoje potwornie drogie meble — oznajmiła Ginny z przekonaniem.
— Słodki Malec by tego nie zrobił, prawda? — spytał Malfoy wspomnianego kota, który teraz wpatrywał się w Goyle'a, najwyraźniej usiłując go zahipnotyzować i wymóc coś na nim. — A przynajmniej nie mi.
— Mhm — odparła Weasley bez przekonania.
— Ale może masz rację, że to nieodpowiednie imię. Za każdym razem wołając go, myślałbym o Potterze…
— A to by było bardzo nieprzyjemne — zapewnił Vincent z takim przekonaniem, że Ginny stłumiła chichot.
— Vincent ja cię ostrzegam… Goyle, gdzie ty do diaska idziesz? — spytał zirytowany blondyn.
Gregory stanął w połowie drogi do drzwi z wyraźnie zagubionym wyrazem twarzy.
— Umm... Do kuchni?
— A można wiedzieć po co? Dopiero co zjadłeś kolację!
— Ja… Umm… Poczułem nagle ochotę na mleko… I może jakąś małą makrelkę, czy coś takiego… — oznajmił nieco niepewnie Goyle.
Draco zmarszczył brwi, patrząc na swojego przyjaciela, a potem jego wzrok przesunął się na puszysty kształt na swoich kolanach, który z całą niewinnością, na jaką może się zdobyć kot, właśnie mył sobie łapę. Ślizgon uśmiechnął się do niego lekko z wyraźną dumą.
— No to idź, na co czekasz? — rzucił do Gregory'ego, który pospiesznie opuścił pokój. — A co powiecie na Manipulator?
— Za długie — oznajmił tym razem Vincent. — A poza tym…
— Draco — powiedział nieco niepewnym głosem Gregory, wchodząc ponownie do pokoju.
— Czego? Miałeś iść do kuchni, a nie przeszkadzać!
— Tak, ale... Umm… Ktoś do ciebie przyszedł…
— Co? — zdziwił się Malfoy. — Kto? I czego chce?
Gregory niepewnie spojrzał za wciąż otwarte drzwi, najwyraźniej starając się ocenić przybyłego gościa.
— Nie wiem, czego chce, ale mówi, że sobie nie pójdzie. Musi się z robą spotkać, bo…
— Bo chce porozmawiać — zakończył głos innego chłopaka, który przecisnął się obok Goyle'a i wszedł do pokoju.
Przez chwilę wydawało się, że wszystko będzie dobrze — Draco nie zareaguje drastycznie, wpuści do pokoju swojego gościa i zgodzi się na żądaną rozmowę. Wrażenie to mógł spowodować fakt, że Ślizgon nie zaczął protestować ani nawet krzyczeć. Niestety nie była to oznaka jego dobrej woli, a jedynie krótkotrwałego szoku.
— Potter! Co... Co ty tu robisz ty okropny, zboczony robalu? — Potter tylko zamrugał, słysząc te inwektywy.
— Z wiekiem masz coraz głupsze odzywki, wiesz?
— Ja? Ja?! JA tu jestem w stanie szoku, bo ty tu jesteś, a ty jesteś złym, złym Gryfonem! — krzyknął, patrząc w rozpaczy na swoich przyjaciół, którzy poganiani przez Weasley stali już przy wyjściu. — Wy zostajecie! To on wychodzi!
— Nigdzie nie pójdę, dopóki nie porozmawiamy! — oświadczył zdecydowanie Harry.
— Owszem, pójdziesz! — wrzasnął wściekły Malfoy.
Do czasu wymiany tych zdań już obaj chłopcy stali naprzeciw siebie, krzycząc sobie prosto w twarz i zaciskając pięści z wściekłości.
— Czy oni tak zawsze? — szepnęła Ginny.
— Tak, to taki etap w ich rytuałach godowych — odparł Vincent, nie krępując się faktem, że wszyscy go słyszą.
— Nie mam, nie miałem i mieć nie będę żadnych rytuałów godowych z tą poczwarą człowieka, niedorobionym Złotym Chłopcem Gryffindoru. Blizny mnie nie kręcą, Potter! I w przeciwieństwie do ciebie nie jestem ped…
Pierwszy cios padł niewinne i bardzo regulaminowo prosto w szczękę. Przy drugim Malfoy złapał Pottera za włosy i zaczęli się szarpać.
Po kilku minutach Harry zdobył pewną przewagę dzięki zwykłej, brutalnej sile i przygwoździł blondyna do podłogi, stojąc nad nim na czworaka. Opierał kolana na udach Malfoy'a uniemożliwiając m poruszanie nogami, a ręce starał się mu utrzymać po bokach ich ciał. Nagle Draco zamarł w pół ruchu, zdając sobie sprawę w jakiej znajdują się pozycji.
— Nic z tego, Potter. Nie będziesz na mnie siadał! Nie chcę, żebyś znowu coś mi się wbijało w brzuch, chory zboczeńcu! — krzyknął, ignorując gwizdy i śmiechy ze strony widowni, jaka zebrała się przy drzwiach.
— Nie chcesz? — spytał z groźnym uśmieszkiem Harry, po czym z premedytacją przesunął się do przodu i osunął się delikatnie dokładnie na rozporek w spodniach Malfoya.
Biodra blondyna szarpnęły się odruchowo, chcąc być bliżej słodkiego ciepła, jakie zapewniało drugie ciało, a Draco jęknął cicho, całkowicie zagłuszony przez suchy śmiech Pottera.
Harry osunął się nieco pewniej i pochylił nad swoją ofiarą, pozwalając by tamten jednak poczuł, jak delikatnie wbija mu się w brzuch. A potem pocałował go w lekko uchylone, różowe usta.
Widownia zebrana pod drzwiami zamarła widząc całkowity brak reakcji ze strony blondyna. Oklaski wybuchły dopiero, gdy szybko uwolniona blada i delikatna dłoń wsunęła się gwałtownie we włosy Pottera, przyciągając go do znacznie bardziej namiętnego pocałunku. Ginny wtulona w ramię swojego chłopaka wydała dźwięk niewątpliwie świadczący o tym, że w życiu nie widziała nic równie słodkiego.
Niestety nie wszyscy tak uważali.
— Aaa! — krzyk Pottera rozdarł ciszę wypełnioną ustnym kontaktowaniem się z Malfoyem.
— Co jest? — rzucił oszołomiony blondyn, po czym zaśmiał się widząc czemu Harry rzuca mordercze spojrzenia. — Malec, odczep się od jego nogi.
Kot zignorował polecenie swojego nowego pana, a gdy Harry starał się go przekonać do zmiany miejsca przebywania, ostentacyjnie wbił mu pazury w dłoń i pociągnął.
— Od jego ręki też się odczep — oznajmił ze śmiechem Draco. — Może mi się jeszcze przydać!
Ten komentarz najwyraźniej rozładował napięcie wszystkich zebranych, niepewnych, jak się ta sytuacja dalej rozegra. Ostatecznie doszli do wniosku, ze Draco chyba sobie poradzi z Potterem i może nawet sprawi mu to przyjemność. Jakaś Ślizgonka zabrała więc Słodkiego Malca i razem z innymi wyszła do Pokoju Wspólnego, licząc na to, że chłopcy wszystko sobie wyjaśnią i niezwłocznie do nich dołączą.
Cóż, każdy może się czasem przeliczyć. Zwłaszcza, że chłopcy robili się coraz lepsi w ustnych konfrontacjach.

~~~

Harry wrócił do Pokoju Wspólnego Gryffindoru w ostatniej minucie przed ciszą nocną. Niestety nie udało mu się tam zaznać spokoju. W krzywo zapiętej, założonej byle jak koszuli, rozwiązanym krawacie, z potarganymi włosami i śladami zębów i pazurów na skórze wzbudził dość duże zainteresowanie. Usiadł więc z rozmarzonym wyrazem twarzy na kanapie pomiędzy dwojgiem Weasleyów, pozwalając im się do woli napatrzeć.
— Harry, co ci się stało?— spytał zaniepokojony Ron, ignorując zduszony śmiech siostry. — Jesteś roztrzepany, rozchełstany, posiniaczony i... i podrapany...
— Kot Malfoya mnie podrapał — oświadczył Harry nadal z nieco odległym wyrazem twarzy.
— Malfoy ma kota? — spytał Ron, skupiając się na pierwszej pewnej informacji. — Myślałem, że wszyscy Ślizgoni mają węże…
— Męska część nawet całkiem pokaźne.
— GINNY! — wrzasnął Ron na siostrę, która była w wyraźnie zbyt dobrym humorze. — HARRY! — krzyknął po chwili, równie oburzony.
— Co?! — zdziwił się Potter. — Ja nic nie mówiłem!
— Ale twój rozmarzony uśmiech był wystarczająco wymowny — oznajmił wzburzony Weasley.
— Raz w życiu się z nim zgodzę — oświadczyła Ginny. — Merlinie, jestem taka szczęśliwa za was obu! — oznajmiła, uśmiechając się do Harry'ego.
— Dzięki, Ginny. Ja... Ja chyba też jestem szczęśliwy — odparł Potter, zapatrując się w ogień z zamyśloną miną i uśmiechem błąkającym się w kącikach ust.
Ron postanowił tego nie skomentować. Spojrzał tylko na niezaprzeczalnie szczęśliwą minę swojego najlepszego przyjaciela i z przykrością doszedł do wniosku, że po randkach z Colinem nigdy tak nie wyglądał. Rudzielec westchnął tylko ciężko i schował twarz w dłoniach, mamrocząc pod nosem.
— Merlinie, jeszcze jeden Ślizgon w tej rodzinie. Ja się załamię.
Uśmiech Harry'ego jeszcze nieco się poszerzył. Dobrze było wiedzieć, że wciąż jest w rodzinie Weasleyów. Przez chwilę bawił się wyobrażeniem Dracona, który dostaje swój pierwszy sweter na Gwiazdkę. Tak, musi z nim wytrzymać co najmniej do Gwiazdki.

~~~

Gregory Goyle ostentacyjnie wzgardził towarzystwem swoich przyjaciół i udał się z Milicientą Bulstrode na spacer po lochach. Jego przyjaciele wspaniałomyślnie go zignorowali, dochodząc do wniosku, że potrzebuje czasu na przystosowanie się. A przynajmniej Vincent doszedł do takiego wniosku, gdyż Malfoy siedział wpatrzony w ogień i zdawał się myśleć o czymś bardzo dalekim od Goyle'a.
— Jesteśmy zgranym duetem — oznajmił Crabbe, patrząc z uśmiechem na swojego najlepszego przyjaciela — jak krab i ukwiał…
— Że jak? — spytał Draco, ocknąwszy się z zamyślenia.
— Bo ukwiał jeździ na krabie… — tłumaczył Vincent, usiłując sobie przypomnieć lekcje podstaw biologii ze szkoły podstawowej.
— Nie będziesz na mnie jeździł! — odparł zdecydowanie Malfoy, choć w jego głosie dało się usłyszeć pewne rozbawienie.
— Nie… a ukwiał wyżera mu te… no…
— Wnętrzności… — podpowiedział usłużnie blondyn, otrzymując w zamian krótki śmiech przyjaciela.
— Robaki!
Draco wpatrywał się przez chwilę w drugiego Ślizgona, który najwyraźniej nie mógł pohamować cichego parskania śmiechem.
— W przeciwieństwie do twojej dziewczyny ja nie mam robali — oznajmił w końcu z godnością.
— A Potter?
— Wyjątek potwierdzający regułę. I z szacunkiem proszę o moim chłopaku.
— Sam mówiłeś, że to robal — zauważył Vincent z uśmiechem.
— Ale to MÓJ robal — odparł natychmiast Draco, ponownie zapatrując się w ogień i uśmiechając się delikatnie do samego siebie.
I jak dobrze pójdzie, to matka nie nakaże nakarmić nim ryb w stawie za domem. Lepiej będzie nieco zaczekać z przedstawieniem go rodzinie. Dla lepszego efektu, oczywiście.

~~~
Koniec.
~~~

[1] Dla przykładu, jeśli nielubiany Gryfon zostanie pobity przez Puchona za złe zachowanie, a nie przynależność domową, to Gryfoni przyznają rację Puchonowi (Krukoni i Puchoni również, a Ślizgoni będą się śmiać). Jeśli jednak nielubiany Ślizgon przegra walkę z Puchonem (choćby uwielbianym), to Slytherin w jedności i sile stłucze Puchona, a niewłaściwe zachowanie swojemu pobratymcowi sam wyjaśni (jeśli trzeba będzie, z użyciem środków przymusu bezpośredniego).
~~~
I'm not here, my BFF stole my personality.
andrea_deer Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 3
Dołączył(a): 5 gru 2010, o 00:18

Postprzez Madmoiselle » 24 cze 2013, o 23:16

Nie mam pojęcia czemu tu nie ma komentarzy! Przecież to opowiadanie jest genialne ! I w sumie, patrząc z perspektywy czasu wcale nie musiałam czytać części pierwszej aby zrozumieć " Gryfoński Czar " . Opowiadanie lekkie i przyjemne takie aby przeczytać je sobie przed snem. I zdecydowanie bardziej podoba mi sie, niż pierwsza część :)
Z całym szacunkiem,
Madmoiselle.

"Narcyza zawsze powtarzała, że złe wiadomości brzmią mniej boleśnie, kiedy wypowiada się je po francusku, i Draco postanowił jej w tym względzie zaufać. "
Madmoiselle Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 35
Dołączył(a): 14 cze 2013, o 21:31
Lokalizacja: Gdynia

Postprzez mellanie » 10 lip 2013, o 11:45

Przeczytałam i powiem : wow. i to wielkie. Świetny pomysł, świetne wykonanie. Naprawdę kawał dobrej roboty
mellanie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 21
Dołączył(a): 10 lip 2013, o 11:06

Postprzez CrazyCry » 4 lis 2013, o 06:24

Za mało komentarzy. Czytałam to ze dwa lata temu, ale szybciutko sobie przypomnę i naskrobię coś od siebie.

Już jestem! Mignęła mi literówka:
"wbiło się w siedzącego obol"
"Gdy siedział okrakiem na Malfoy'u, usiłując potargać i powyrywać mu włosy, uznał nagle, że blondyn z roztrzepanymi włosami wygląda zdecydowanie zbyt słodko, żeby mogło mu to ujść na sucho." Kocham to zdanie! <3
"Nie przypominaj mi o tym zboczeńcu" zjadłaś przecinek
"Vincent ja cię ostrzegam" to samo
Etap w rytuałach godowych XD
"zaśmiał się widząc czemu Harry rzuca mordercze spojrzenia" przecinek
"oświadczył Harry nadal z nieco odległym wyrazem twarzy" tu też
"Ale to MÓJ robal" !<3!
Cudowne! Chylę tiary.
Aerobic -> aerobik
Fanfic -> fanfik
Nie fanfick x.x
Fanpage "Effeminate boys"
CrazyCry Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 361
Dołączył(a): 8 lis 2011, o 09:12
Lokalizacja: Wawa

Postprzez Roxanna1989 » 4 lis 2013, o 09:27

Faktycznie sama jestem zdziwiona tym, że w pod tą częścią nie ma zbyt dużo komentarzy. Tym bardziej, że opowiadanie już jakiś ładny czas egzystuje sobie samodzielnie. Z tego co pamiętam zostało już dosyć dawno przeze mnie przeczytane na forum Mirriel, lecz niestety nie pamiętam, żebym je wtedy należycie skomentowała. O ile mnie pamięć nie zawodzi w pierwszej części pojawia się romans pomiędzy Ginny a którymś z goryli Dracona. Tutaj natomiast mamy lekkie, wesołe i przyjemne drarry.
Roxanna1989 Offline


 
Posty: 20
Dołączył(a): 19 sie 2011, o 16:32

Postprzez kolcia_riddle » 11 kwi 2019, o 22:05

Moje drarrowe serduszko o wiele lepiej przyjęło tą część :seksi: niż poprzednią, choć obie mi się podobały, naprawdę fajny, lekki i przede wszystkim zabawny tekst na poprawe humoru w zimny wieczór :D
Miłość? Jescze jeden nałóg młodości, ryzykowne gry, oszałamiające stany nieważkości.
kolcia_riddle Offline


 
Posty: 3
Dołączył(a): 12 sty 2019, o 14:41


Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości