[NZ] Okoliczności (nie)sprzyjające (5/?)

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez temperance » 27 gru 2014, o 03:42

Klasyfikacja wiekowa: R
Kanon: Prawie zachowany
Ostrzeżenia: Mój wen przychodzi i odchodzi. Ostatnio próbujemy się pogodzić, ale nie mogę obiecać regularności we wrzucaniu kolejnych części.


Okoliczności (nie)sprzyjające



Rozdział 1


     Draco Malfoy był człowiekiem poważnym.

     Nikt, kto miał z nim do czynienia, nie mógł zaprzeczyć prawdzie, płynącej z tego nad wyraz prostego opisu. Draco Malfoy bowiem cieszył się szacunkiem i poważaniem, zawsze stawiał się na umówione spotkania punktualnie i z rzadko spotykanym przygotowaniem, interesy prowadził w sposób logiczny i rzeczowy, a ponadto: wyjątkowo, jak na dzisiejsze czasy, uczciwie. Tylko z zaufaniem miewał problemy, i to, bynajmniej, nie swoim własnym, ale tym do jego osoby.

     Nazwisko "Malfoy" wciąż budziło wiele kontrowersji i nieufności- kojarzyło się w końcu tylko z tym, co złe: Voldemortem, wojną, Bitwą o Hogwart, śmiercią Albusa Dumbledore'a, Lucjuszem Malfoyem, śmierciożercami, morderstwami... naprawdę, ilość złych skojarzeń, sprzężonych z nazwiskiem Dracona, było pokaźna. Dla samego zainteresowanego jednak nie miała znaczenia przeszłość, a przynajmniej usilnie sobie to wmawiał. Był teraz "czysty"- Wizengamot uniewinnił go dokładnie siedem lat wcześniej, podczas ostatniego Procesu Wielkiej Wojny. Nigdy dokładnie nie dowiedział się, dlaczego akurat JEGO proces był ostatni, wiedział jednak, że stało się tak, bo zabiegał o to Potter.

     Potter . Gdy wypowiadał to nazwisko głośno, dało się usłyszeć mieszankę obelgi, niechętnej wdzięczności, ale i czegoś jeszcze, czegoś nieuchwytnego, niewiadomego nawet dla właściciela głosu. Zarówno imię, jak i nazwisko Chłopca, Który Przeżył, były bowiem przez Malfoya smakowane niczym najlepsze francuskie wino, i to zanim jeszcze zostały wypowiedziane. Sam Draco udawał, że w jego głosie słychać tylko i wyłącznie chłodną rezerwę, bo analizowanie emocji, które się w nim kłębiły, było zbyt...

     -Sprzedane osobie z numerem 126!

     Głos wyrwał go z rozmyślań. I całe szczęście, Malfoy niemal westchnął z ulgi. Postanowił skupić się na aukcji nieco bardziej. Coroczny bal charytatywny, upamiętniający dzień oficjalnego końca wojny, kończył się licytacją, a cały dochód z obu przedsięwzięć przeznaczany był na leczenie i rekompensaty dla kalekich weteranów wojennych i ich rodzin. Każdy szanujący się i "stojący po dobrej stronie" czarodziej, bogaty czy nie, powinien był w niej uczestniczyć, a więc robił to i Draco.

     -Następnym licytowanym dziś przedmiotem będzie...

     Reszta zdania umknęła Malfoyowi, gdyż znów pogrążył się w rozmyślaniach. Dla niego bowiem było to upamiętnienie czegoś innego, czegoś dużo... głębszego i skomplikowanego. Siedem lat i- zerknął mimochodem na zegarek- cztery godziny temu siadał na krześle przed Wizengamotem i setkami innych, obcych mu ludzi. Żołądek podchodził mu do gardła , a ręce pociły się tak bardzo, że kiedy łańcuchy oplotły mu nadgarstki, przyjął chłód metalu niemal z ulgą.

     -Rozpoczynam proces Dracona Lucjusza Abraxasa Malfoya- zaczął Kingsley Shacklebolt tonem osoby skrajnie zmęczonej. - Przedstawione mu zarzuty...

     Ślizgon nie słuchał. Czuł na sobie wzrok wszystkich zgromadzonych, zaczął więc patrzeć im w oczy. Kolejno. Lista przewinień, o które go osądzano, była całkiem długa, i znał ją na pamięć. Był wielokrotnie przesłuchiwany w związku z każdą sprawą z osobna. Był zmęczony, zarówno psychicznie, jak i fizycznie, całym tym... maglowaniem, jakiemu był poddawany. Wiedział też, że przynajmniej TO niedługo się skończy. Prawdę mówiąc, liczył na to, ze dziś zakończy się WSZYSTKO. Przecież jego proces był ostatnim, a proces jego ojca- jednym z pierwszych. Czy więc nie było właściwym, zgładzić choć jednego Malfoya, żeby zaspokoić żądzę krwi tłumów?

     Draco nie miał złudzeń. Nie miał, w przeciwieństwie do swojego ojca, żadnych tajnych informacji, którymi mógł się podzielić. Na początku wojny Ministerstwo poszukiwało danych, wiadomości, czegoś, co pozwoli im wytropić resztę sojuszników Voldemorta, dlatego wielu z "wykazujących szansę na poprawę" (i donoszących, o czym jednak nie mówiło się głośno) sojuszników Czarnego Pana otrzymało bardzo lekkie kary. Wtedy jednak po wojnie zostały już tylko puste skorupy ludzi pocałowanych przez dementorów, kaleki-weterani i mnóstwo nowych mieszkańców Azkabanu, mających tam spędzić najprzeróżniejszej długości kary.

     Nie, złudzenia dla Draco nie istniały. W niemal każdej twarzy, w którą zaglądał, widział nienawiść. Czasem udało mu sie wypatrzeć coś innego, jakby... współczucie? Jednak pod jego spojrzeniem szybko wszystkie emocje zostały wypierane i zastępowane- w najlepszym wypadku- obojętnością.

     Kiedy przyszła kolej na Veritaserum, Draco było już wszystko jedno. Odpowiadał na zadawane przez Radę pytania, nie musząc jednocześnie być obecnym duchem. Przecież całe jego życie było tylko próbami do tego, co właśnie robił. Aurorzy, od czasu jego "schwytania", aż do teraz, poddawali go próbie generalnej. Doskonale wiedział, co go czeka, i był na to gotów. Nie miał juz nikogo, na kim by mu zależało. Nie widział się z ojcem od ponad dwóch lat, nie wiedział nawet, ile dokładnie czasu będzie on jeszcze w Azkabanie... a podobno z Azkabanu nikt nie wracał taki, jakim był wcześniej. Matka oszalała niedługo po zniknięciu Lucjusza i trafiła do św. Munga, gdzie przebywała pod stałą kontrolą. Nie rozpoznawała nikogo, nikogo nie chciała widzieć. I, czego jak czego, ale przyjaciół Ślizgon również nie posiadał.

     -Draco Malfoy - zaczął dziwnie znajomy dla Węża głos pod koniec rozprawy. - nie jest i nigdy nie był zagrożeniem dla świata czarodziejów. Ma dziewiętnaście lat, był jedynie pionkiem w rękach o wiele potężniejszych ludzi od siebie. Szacunek do ojca i chęć wykonywania jego woli- to jedyne... zbrodnie, o jakie mogę go posądzić, jednak Draco zwyczajnie innego życia nie zaznał - Malfoy podniósł głowę, uświadamiając sobie, CZYJ głos słyszy.

     Harry-Cholerny-Potter. Chłopiec, który przeżył, choć powinien był umrzeć co najmniej kilka razy. Jest-W-Tobie-Dobro-Ja-Nigdy-Się-Nie-Mylę-Gryfon... jego obecność napełniła Draco irracjonalną złością. Dopiero po chwili uświadomił sobie, co właściwie Potter mówił. Zeznawał na jego korzyść... ale to niczego nie zmieniało. Nie rozstali się po wojnie w przyjaźni. Malfoy wiedział jedno: gdyby Potter dostał szansę, nie zabiłby go. Jego Gryfońska krew nie pozwoliłaby mu zabić kogoś nieuzbrojonego, a tylko tak Ślizgon mógłby stać się jego ofiarą. Teraz jednak Potter nie powinien był mieć skrupułów przed, przynajmniej, siedzeniem cicho. W końcu, po tylu latach, Harry dostałby swoją upragnioną zemstę. To dlaczego ma opory...?

     Przemowa Pottera była długa i przemyślana. Gryfon patrzył w oczy każdemu, kto tylko ośmielił sie podnieść zawstydzony wzrok- każdy nagle pożałował nienawiści, jaką okazywał Malfoyowi zaledwie kilkadziesiąt minut wcześniej. Kiedy więc Harry ukłonił sie lekko, dając znak, że skończył, Rada Wizengamotu miała dość niepewne miny. Shacklebolt ogłosił przerwę na narady i sędziowie wyszli, zostawiając Harry'ego stojącego obok Malfoya.

     -Wiesz - zaczął Potter, kucając obok przykutego do krzesła Draco. - Nigdy nie życzyłem Ci źle. Pomimo wszystko... dzięki wszystkiemu.

     Malfoy zaczerpnął tchu i spojrzał prosto w zielone oczy, które wpatrywały się w niego uważnie. Nie mógł zrewanżować sie podobnym wyznaniem, więc jedynie patrzył w tęczówki chłopaka, zatapiał się w nich. Jego los był przesądzony... niezależnie od tego, co powiedział Harry-Cholerny-Potter.

     -Jest powód - ciągnął, niezrażony milczeniem Draco. - dla którego Twój proces odbywa się akurat dzisiaj, akurat teraz, nie wcześniej. Pewnego...

     -Wiem - przerwał mu Malfoy, głosem ochrypłym od Veritaserum. - Wiem, że jest powód. Nie mam żadnych informacji, które mógłbym przekazać ministerstwu, a ludzie potrzebują krwi, żeby przeboleć to, co się stało. Nikogo nie zdziwi ani nie zasmuci śmierć jakiegoś Malfoya - głos, który wydobywał się z jego ust, był gorzki, tak gorzki, jak nigdy dotąd. Jeszcze nigdy nie wypowiedział tego na głos.

     -Pewnego dnia Ci to wyjaśnię... Draco.

     Potter skinął tylko głową i wstał z kucek, udając, że nie widział zszokowanego wyrazu twarzy Ślizgona po tym, jak zwrócił się do niego jego imieniem bezpośrednio. Pokrzepiające poklepanie po ramieniu na "odchodnym" tym bardziej nie sprzyjało psychice Malfoya, wciąż zbyt zdziwionej, żeby rejestrować to, co się działo. Trwał tak aż do czasu, gdy dwukrotnie wymówiono jego imię i polecono mu wstać. Nie zarejestrował nawet tego, że łańcuchy rozpięły się i pozwoliły mu przyjąć pozycję pionową.

     -...niewinny wszystkich...

     -CO? - głos Draco zabrzmiał tak, jak Ślizgon się czuł, jakby wyrwano go z bardzo głębokiego snu.

     -Niewinny wszystkich zarzucanych mu czynów - powtórzył Shacklebolt dobitnie, patrząc na chłopaka spod przymrużonych powiek. - Chyba, że się pan, panie Malfoy, nie zgadza z naszym osądem?

     -Nie, nie... to znaczy, nie, zgadzam się... przepraszam - Draco wziął głęboki oddech.

     A więc jego życie nie kończyło się. Ono się zaczynało .

     -Szefie?- Draco poczuł, że ktoś położył mu rękę na ramieniu, co przywróciło go do rzeczywistości.

     -Taak?- zapytał Malfoy i spojrzał na swoją sekretarkę, Annie Rooser.

     -Licytacja niedługo dobiegnie końca i....- zaczęła kobieta niepewnie.

     -Tak, tak, wiem - Ślizgon nacisnął nasadę nosa, przeklinając się za własną niemożność skupienia się. - Wiem. Zostaniesz tu, i wylicytujesz następną rzecz, cokolwiek by to nie było. Cena nie gra roli. Ja wychodzę.

     Annie spojrzała na niego ze zdziwieniem. Draco Malfoy był człowiekiem poważnym, nigdy nie opuszczał spotkań, nie wychodził w trakcie przyjęć... Nie zamierzała jednak się kłócić. Odgłosy zażartej licytacji o jakąś zabytkową myślodsiewnię rozbrzmiewały jej w uszach, skinęła więc tylko Ślizgonowi głową i postanowiła o nic nie pytać. Była tylko sekretarką, a Draco Malfoy zawsze był skryty- nie do niej należało przebijanie tego lodowego muru wokół niego.

     -Dziękuję - mruknął, wręczając jej tabliczkę z numerem. - Do zobaczenia w poniedziałek.

     Ślizgon zawsze zajmował miejsce bliżej końca sali, toteż jego wyjście (Dezercja, poprawił się w myślach) nie było zauważone przez wielu ludzi. Gdy był już przy drzwiach, usłyszał okrzyk "sprzedane!", ale nie odwrócił się. Wyszedł do sali balowej, przez którą przechodziło się do wyjścia, zamknął za sobą zdobione drzwi i zsunął się po ścianie, przykładając rozgrzane czoło do cudownie chłodnej ściany pomieszczenia. Nie radził sobie ostatnio z emocjami. Przez tych siedem lat nauczył się żyć po swojemu, jak odpowiedzialny i samowystarczalny człowiek. Miał nielicznych, lecz zaufanych przyjaciół, jego firma prosperowała lepiej niż "dobrze", koszmary opuściły go na dobre już kilka lat wcześniej... Dlaczego więc jedna prosta wiadomość sprawiała, że miotał się, niby smok w klatce?

     Malfoy ponownie zacisnął palce u nasady nosa, wiedząc, że w niczym mu to nie pomoże, a taki odruch jest jedynie oznaką słabości. Miał to gdzieś. Wstał i odepchnął się od ściany, patrząc bez zainteresowania na zgromadzonych w sali balowej ludzi. Do pomieszczenia, gdzie odbywały się licytacje, miały bowiem dostęp tylko osoby, które wykupiły sobie numer i dostały tabliczki. Cała reszta, ludzie niezainteresowani kupowaniem czegokolwiek, obserwatorzy, zostawali wtedy w ogromnej sali, gdzie odbywał się wcześniej bankiet, a na środku sali pojawiała się magiczna projekcja podestu, na którym stał prowadzący licytację. Draco widział to pierwszy raz- nigdy jeszcze nie wyszedł z licytacji podczas jej trwania, i prawie znów przeklął za to samego siebie. Kolejna oznaka słabości.

     -Numer 44, 25 galeonów... - Malfoy skupił się na wypowiadanych przez prowadzącego słowa, gdy usłyszał swój numer, i uśmiechnął się z zadowoleniem.

     Pośród wyjątkowo zajętych i bogatych czarodziejów tradycją było kupowanie numerka na swoje nazwisko, przekazanie pracownikowi odpowiednich dyspozycji i udawanie się gdziekolwiek, byle z dala od aukcji. Z tego powodu, niezależnie od tego, kto trzymał tabliczkę i podbijał ceny, daną licytację wygrywał zarejestrowany właściciel numerka i to jego nazwisko było wyczytywane po tym wielce irytującym "sprzedane!", które prowadzący- Andrew Bennet- miał w zwyczaju wykrzykiwać z wielką ekscytacją.

     Ślizgon zorientował się, że podszedł dość blisko projekcji dopiero wówczas, gdy został poczęstowany szampanem przez przechodzącego obok kelnera. Z wdzięcznością pochwycił jeden z kieliszków, dziękując gestem, po czym cała jego uwaga ponownie skupiła się na licytacji. W pewien sposób fascynowało go to, że jest teraz dalej od "centrum akcji" niż zazwyczaj, a jednak wydawał się być dużo bliżej i mógł dostrzec szczegóły tego, co działo się na scenie.

     -Och, jak chciałabym mieć tyle pieniędzy, żeby móc sobie na to pozwolić... - westchnęła jakaś czarownica obok Dracona.

     -Przepraszam, ale na co? - zapytał, zdezorientowany.

     -Och, pan Malfoy! - czarownica wyraźnie zaczerwieniła się, gdy podniosła wzrok, po chwili jednak wlepiła tęskne spojrzenie z powrotem w prowadzącego. - Ach, to nic takiego... Po prostu to spełnienie marzeń każdej czarownicy! Nie dziwię się, że czterdzieści cztery tak zawzięcie licytuje...

     -Przepraszam - zaczął Draco jeszcze raz. - Problem w tym, że nie wiem, co jest przedmiotem tej licytacji, pani... Mightwick - prowadził kiedyś interesy z jej mężem, a przynajmniej tak mu sie wydawało, miał więc nadzieję, że trafił z nazwiskiem.

     Na projekcji widoczny był prowadzący, trzymający w rękach jakąś białą kopertę. Wyglądała tak niepozornie, jak to tylko było możliwe, a jednak zaczarowana tablica stojąca za nim pokazywała cenę 120 galeonów. Malfoy nie przypominał sobie, żeby dzisiejszego dnia jakikolwiek przedmiot został sprzedany za więcej niż sto. No to się wkopałem, jęknął w duchu. Zbankrutuję, jeśli to będzie nadal rosło w takim tempie.

     -Nie słyszał pan? - kobieta wydawała się być zdziwiona i to do tego stopnia, że znów podniosła głowę i spojrzała na Dracona uważnie. - Randka z Harrym Potterem!

     A więc Gryfon upadł tak nisko, że postanowił na siłę szukać sobie partnerki? Ciekawe, co stało się z Wiewiórą. Chłopiec, który przeżył, żeby sprzedawać swoje towarzystwo... Draco zachichotał w myślach z własnego dowcipu, sącząc spokojnie szampana i przyglądając się projekcji bez specjalnego zainteresowania.

     -To w celu zdobycia pieniędzy na cel charytatywny! - oburzyła się czarownica, odwracając niemalże obrażony wzrok od Malfoya.

     
Cholera jasna, powiedziałem to na głos! uświadomił sobie, wzruszył jednak tylko ramionami. Ktoś, kto tak zawzięcie licytował spotkanie z Harrym Potterem musiał być głupi. Przecież w nim nie było nic interesującego. Wiecznie rozczochrane włosy, niezbyt inteligentne dyskusje i szczupłe, nieumięśnione ciało- jak można płacić za coś takiego?

     -150 galeonów, numer 44.... Po raz pierwszy...

     Nagle do Dracna dotarło, co się właściwie dzieje. Zakrztusił się szampanem i przez chwilę stał, oniemiały, aż kelner nie zapytał go, czy wszystko w porządku. Malfoy tylko wcisnął mu w ręce swój kieliszek i ruszył pędem w stronę drzwi, za którymi odbywała się licytacja. To się nie dzieje... Otworzył drzwi z rozmachem i ruszył w głąb pomieszczenia, nie zważając na zdziwione spojrzenia, które połowa sali na nim zawiesiła, słysząc hałas.

     -Sprzedane osobie z numerem 44! - Draco przystanął w pół kroku, mając nadzieję, że pojawi się obok niego jakaś zapadnia, dzięki której wyląduje kilka metrów pod ziemią.

     Nie był do końca pewny, jakim cudem wplątał się w to, co właśnie się działo. Przeklął swoje roztargnienie, przeklął Annie, przeklął nawet samego Harry'ego-Cholernego-Pottera i cały świat. Wpatrywał się przed siebie z miną człowieka skrajnie nieszczęśliwego.

     -Randkę z Harry'm Potterem wygrywa... - zawahanie w głosie Benneta było zauważalne, jednak prowadzący szybko się opanował. -... pan Draco Malfoy!
Ostatnio edytowano 29 mar 2015, o 18:16 przez temperance, łącznie edytowano 6 razy
Jarvis, sometimes you gotta run, before you can walk
temperance Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 36
Dołączył(a): 13 gru 2014, o 13:44
Lokalizacja: Poznań

Postprzez mellanie » 27 gru 2014, o 21:31

No, no, muszę przyznać, że bardzo pozytywnie się zaskoczyłam. Nie sądziłam bowiem, że jeszcze w tym roku zacznę czytać coś nowego na tym forum, albo raczej przeczytam wszystko co autor miał do powiedzenia. Tym bardziej cieszy mnie, że trafiłam na to małe cudeńko.

Biedny, biedny Draco, stracił mnóstwo pieniędzy by na głos wyczytano mu randkę ;> Wyobrażam sobie jego załamanie... Ale patrząc na jego plusy, może Potter wyjaśni mu dlaczego jego proces był ostatni, to mnie dość mocno intryguje.

No nic, kiedyś, w dalekiej przyszłości nauczę się poprawnie formułować komentarze, nie jestem dość spostrzegawcza co do błędów, więc wolę nie wypowiadać się na ten temat. Skupiam się na treści, a tutaj czuję się zaintrygowana dalszymi losami bohaterów. Czekam na dalszą część i pozdrawiam ;)
mellanie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 21
Dołączył(a): 10 lip 2013, o 11:06

Postprzez Felixia » 27 gru 2014, o 22:00

:evil: O, święty Melinie, skasowało mi komentarz :( Uhhh... Złośliwość rzeczy martwych! W każdym razie rezerwuję miejsce.

Dobra, ogarnęłam się trochę. Przebolałam. Pochlipałam w poduszkę i mi przeszło. Może to dobrze, bo teraz komentarz będzie zawierał mniej złośliwości. Jej! :P
Na początek pochwalę tekst jako całość. Ciekawa koncepcja, dająca wiele kierunków rozwoju akcji. Może sama fabuła nieco oklepana, no bo mamy Draco w sądzie i niespodziewanego obrońcę- Harry'ego. Zieew. Na szczęście tutaj jest to tylko w charakterze retrospekcji i rozumiem, że autorka chciała mieć jakiś punkt odniesienia do rozwinięcia akcji.
O takiej "aukcji Harrym" to jeszcze nie czytałam. Po co Harry miałby wystawić na licytację randkę z samym sobą? Nie wierzę, że jest aż tak zdesperowany. A może ktoś to zrobił a niego i on nic o tym nie wie? Jestem ciekawa, jak to się wyjaśni.

Wtedy jednak po wojnie zostały już tylko puste skorupy ludzi pocałowanych przez Dementorów, kaleki-weterani i mnóstwo nowych mieszkańców Azkabanu, mających tam spędzić najprzeróżniejszej długości kary.
Nie jestem pewna, czy "dementor" potrzebuje wielkiej litery.

-Wiesz - zaczął Potter, kucając obok przykutego do krzesła Draco. - Nigdy nie życzyłem Ci źle. Pomimo wszystko... dzięki wszystkiemu
Jakoś lubię ten fragment. Stanowi jakby esencję rozdziału.

-Randkę z Harry'm Potterem wygrywa... - zawahanie w głosie Benneta było zauważalne, jednak prowadzący szybko się opanował. -... pan Draco Malfoy!
*tamtamtam* dramatyczna muzyka i koniec odcinka, czyli to co wszyscy uwielbiamy :lol2: Lepiej nie dało się tego zakończyć.

W poprzednim komentarzu miałam wiele fragmentów, do których się doczepiłam, no ale trudno się mówi. Nie myślcie sobie że jestem jakaś be, bo tak nieładnie komentuję. Po prostu uważam, że konstruktywna krytyka buduje. Przynajmniej w moim mniemaniu. :P

Denerwowało mnie odrobinę nagromadzenie wielokropków w tym opowiadaniu. Wiem, że miało to sprawiać wrażenie przebijania się głosów do świadomości Draco ale jednak... Co za dużo, to niezdrowo.

I jeszcze jedna mała sprawa, mianowicie retrospekcje. Zauważyłam, że gdy przytaczasz jakiś wątek z przeszłości, zaznaczasz kursywą dialogi. Słusznie, bo ciężko byłoby się połapać bez tego. Jednak w moim odczuciu kursywą powinien być zaznaczony cały fragment, w którym opisujesz wspomnienia Draco. Tekst byłby wtedy bardziej przejrzysty. A może to ja jestem taka ułomna, że mi się wszystko miesza? Kit, to tylko taka mała sugestia, nie przejmuj się.
Możliwe też, że nie stosując jakiejś wyraźnej zmiany czcionki, chciałaś uzyskać efekt przenikania się wspomnienia z teraźniejszością. Zapewne tak właśnie było a ja się czepiam. Przepraszam, nie było tematu. :D

Mimo mojego zrzędzenia i tego całego rozlazłego komentarza, tekst mi się podobał. Będę śledzić wątek w oczekiwaniu na ciąg dalszy, bo zapowiada się naprawdę ciekawie. Tekst czyta się w miarę płynnie, a jeśli poprawisz się w kwestiach, o których wspominałam powyżej, będzie jeszcze lepiej. Oby tak dalej! Trzymam kciuki za kolejne rozdziały!
Ostatnio edytowano 28 gru 2014, o 00:09 przez Felixia, łącznie edytowano 1 raz
Pozdrawiam,
Felixia

"Nigdy więcej nie próbuj mnie ratować kosztem samego siebie! Jeżeli jeszcze raz zrobisz coś takiego, sam się zabiję. I to nie dlatego, że nie jesteś godzien się dla mnie poświęcać, ale dlatego, że jeżeli umrzesz za mnie, to ja nie będę miał po co żyć!"
~Red Hills

Felixia Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 11
Dołączył(a): 18 lip 2014, o 18:57
Lokalizacja: Wiltshire

Postprzez banialuka » 27 gru 2014, o 22:55

Pierwszym skojarzeniem ze słowem aukcja była w moim przypadku właśnie licytacja randki z Harrym, ale nie potrafiłabym tak zgrabnie zamieszać w akcji, żeby wyszło, iż to właśnie Draco wykupił sobie możliwość spędzenia czasu ze Złotym Chłopcem :) Do tego samo zagadnienie takiej loterii ma zadatki na komediową miniaturę, a Ty zbudowałaś na jego podstawie dłuższe opowiadanie (przynajmniej tak wywnioskowałam), więc jestem naprawdę zaciekawiona tym, co wydarzy się w następnych rozdziałach. Mam szczerą nadzieję, że powodem sądzenia Malfoya jako ostatniego nie było coś dosadnie banalnego, jak na przykład ukrywana przez lata miłość Pottera :)
Zarówno imię, jak i nazwisko Chłopca, Który Przeżył, były bowiem przez Malfoya smakowane niczym najlepsze francuskie wino, i to zanim jeszcze zostały wypowiedziane.

Coś zgrzyta mi w tym zdaniu, ale nie potrafię powiedzieć co. Imię chyba nie może być smakowane, nie jestem jednak pewna. Może lepiej brzmiałoby rozkoszować się imieniem? Choć szczerze powiedziawszy, im więcej razy je przeczytam, tym mniej mnie to zastanawia, więc mogę się mylić ;)

Chętnie będę śledziła dalsze losy bohaterów, bo opowiadanie ma naprawdę duży potencjał :) Bardzo dziękuję Ci za umieszczenie tutaj czegoś nowego jeszcze przed końcem tego roku i przede wszystkim życzę weny :D
banialuka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 40
Dołączył(a): 16 cze 2012, o 18:42

Postprzez temperance » 29 gru 2014, o 23:14

Dziękuję Wam bardzo za tak dobre przyjęcie :) Nie sądziłam, że aż tak dobre. Zwłaszcza dziękuję za krytykę, i to konstruktywną, nigdy jej dość. Komentarze do komentarzy w spoilerze, i życzę miłego czytania części drugiej (mam nadzieję, że będziecie mieć trochę inne zdanie na jego temat niż ja xD).
Spoiler: pokaż
Felixia napisał(a): Nie jestem pewna, czy "dementor" potrzebuje wielkiej litery.

Poprawione, masz rację, oczywiście. Złośliwość Worda :)

Felixia napisał(a):Denerwowało mnie odrobinę nagromadzenie wielokropków w tym opowiadaniu. Wiem, że miało to sprawiać wrażenie przebijania się głosów do świadomości Draco ale jednak... Co za dużo, to niezdrowo.

To takie moje zboczenie. Tu próbowałam ich unikać, ale ze względu na to, kto się wypowiada, nie mogłam ich uniknąć, wręcz pojawiło się ich jeszcze więcej. Przyjmę pomysł, jak się ich pozbyć, jeśli na jakiś wpadniesz :)

Felixia napisał(a):I jeszcze jedna mała sprawa, mianowicie retrospekcje....

Nie byłam pewna, w których miejscach wstawić kursywę, gdy chciałam dać całe retrospekcje właśnie w pochyleniu. Wspomniałaś o tym, przenikanie się teraźniejszości z przeszłością- nie tylko Draco się to zdarzyło, ale i mi, i pozostałam bezradna ^^" I, jako, że lepszego pomysłu nie mam, pozostanę przy tym systemie, i to chyba do końca :whistle:

banialuka napisał(a):Imię chyba nie może być smakowane, nie jestem jednak pewna. Może lepiej brzmiałoby rozkoszować się imieniem?

Rozważałam jeszcze opcję, że Draco "przeżuwał" to imię, na "rozkoszował się" nie wpadłam, choć brzmi chyba lepiej, racja :)

banialuka napisał(a):Do tego samo zagadnienie takiej loterii ma zadatki na komediową miniaturę, a Ty zbudowałaś na jego podstawie dłuższe opowiadanie (przynajmniej tak wywnioskowałam)

Dobre wnioskowanie ;) Niestety, przez to, że zamierzam to pociągnąć do jakichś 20-25 odcinków, potrzebuję "zapychaczy", wprowadzenia pewnych rzeczy, stąd Rozdział 2., który jest pod tym Już-Za-Długim-Komentarzem-Do-Komentarzy, będzie trochę... pozbawiony akcji. A przynajmniej mi się tak wydaje, nie wiem, może to tylko mój przerośnięty pesymistyczny obiektywizm. XD


Rozdział 2


     -Annie. NIE. JESTEM. ZŁY - powtórzył Malfoy po raz trzeci dzisiejszego ranka, choć wraz z każdym kolejnym pytaniem o jego samopoczucie lub próbami przeprosin, które notorycznie wychodziły z ust sekretarki, pulsowanie w jego głowie narastało.

     Kiedy tylko Draco udało się spławić Annie, wysyłając ją do miasta, żeby zajęła się sprawdzaniem każdej dostawy ingrediencji osobiście, Ślizgon rozparł się na krześle, zamknął oczy i ścisnął palcami nasadę nosa. Powoli wchodziło mu to w krew, w jakiś sposób działało uspokajająco na jego rozdygotane nerwy, choć było to nawyk iście zdradziecki- pokazywał chwile słabości Dracona. Przez całą niedzielę Malfoy unikał kontaktu z kimkolwiek; zablokował kominek, a Skrzatom nakazał magazynować całą korespondencję niezwiązaną z pracą gdzieś, gdzie się na nią przypadkiem nie natknie. W efekcie spędził nadzwyczaj miłe popołudnie, czytając wszystko, co wpadło mu w ręce, przy butelce Chateau Margaux (a przynajmniej zamierzał skończyć na butelce; rzeczywistość przerosła jego zamiary czterokrotnie).

     Za każdy moment szczęścia trzeba płacić kilkoma momentami cierpienia, a więc Draco męczył się od samego rana z narastającym bólem głowy- jedynym objawem kaca, na który nie zadziałał eliksir. To jednak nie ból był teraz największym zmartwieniem Malfoya. Oto pod jego nazwiskiem została zakupiona randka z Harrym Potterem. Randka! Spotkanie, na którym musiał się stawić, bo przecież był człowiekiem odważnym, który nie cofnie się przed niczym i nikim.

     -Za jakie grzechy? - jęknął.

     -Och, nie wiem... za własne?

     Malfoy aż poderwał sie w górę, słysząc głos, który dobiegał z progu jego gabinetu. Nie zauważył, że Annie zostawiła otwarte drzwi, co teraz przyprawiło go o ból uderzonej o biurko ręki. Żaden ze znajomych Malfoya ze szkoły nie był taki, jak w czasach nauki, jednak to Milicenta Bulstrode zmieniła się najbardziej- stała się postawną, młodą kobietą, której cały świat kładł się u stóp. Draco nie mógł pojąć fenomenu jej urody; znał oboje rodziców Milicenty i gotów był przysiąc, że po żadnym z nich Ślizgonka jej nie odziedziczyła.

     -Jeszcze niczego takiego nie zrobiłem, żeby zasłużyć sobie na los, jaki ma mnie spotkać - odparł, pocierając zaczerwieniony nadgarstek.

     -Randka z Potterem, co? - Milicenta aż cmoknęła z politowania. - I to zalicytowana na oczach całego świata... no, tej zainteresowanej części. Naprawdę jesteś aż tak głupi? Mogłeś mi powiedzieć, że tak Ci na tym zależy, spróbowałabym...

     -Mili, ta sprawa to jedno wielkie nieporozumienie! - jęknął przeciągle Draco, patrząc na przyjaciółkę z niemym błaganiem o litość nad jego umęczoną duszą. - Musiałem wyjść z sali, i kazałem Annie wylicytować następną licytowaną rzecz, niezależnie od tego, co to będzie.

     -I tylko ślepy traf chciał, że była to randka z Potterem? Draco, czy ja Ci wyglądam na idiotkę?

     Malfoy zmierzył Bulstrode wzrokiem, a ta podparła się pod boki, jakby chciała w tej udawanej inspekcji wypaść na groźną kobietę interesu, której nie da się zbyć byle czym. W końcu Ślizgon westchnął, a jego palce, wiedzione jakimś podłym odruchem, wylądowały na nasadzie jego nosa. Znowu.

     -Et tu, Brute, contra me?* - Draco spojrzał karcąco na przyjaciółkę. - Wiesz wszystko o moich sprawach sercowych. WSZYSTKO. Jestem otwartą księgą. Uwierz mi, gdyby było coś, cokolwiek, związanego z Potterem, czym musiałbym się z kimś podzielić, byłabyś pierwszą osobą, której bym powiedział.

     -Dobrze już, dobrze. Ale chcesz mi powiedzieć, że w ogóle się nie ekscytujesz? - drążyła, przysiadając na biurku i przyglądając się Malfoyowi badawczo. - Nie widzieliście się od czasów szkolnych. Zmieniłeś się, Draco. Nie zastanawia Cię, jakim on jest teraz człowiekiem? Może moglibyście się zaprzyjaźnić? - Milicenta zawiesiła głos, jakby chcąc się upewnić, że to pozornie niewinne pytanie zostanie odebrane w dwuznacznie właściwy sposób.

     -Oczywiście, że nie! Kobieto, o czym ty mówisz! To, że Potter postawił sobie za cel zrobienie z siebie dziwki, której czas można kupić, nie oznacza...

     -Zrobił to na cel charytatywny. Moim zdaniem pomysł był genialny. Pewnie podrzucił mu go ktoś inny - dodała Milicenta po chwili zastanowienia. - Tak czy siak, darłeś z nim koty odkąd się poznaliście. Niektórzy mogliby powiedzieć, że to był wasz sposób na wyładowanie frustracji seksualnej.

     -Jak nauczysz się, jak poprawnie przeliterować słowo FRUSTRACJA, Bulstrode, to znajdź mnie, a pokażę Ci o wiele lepsze sposoby na wyładowane jej niż... darcie z kimś kotów. A tymczasem, racz opuścić to pomieszczenie, zanim będę zmuszony teleportować siebie wraz z całym budynkiem gdzieś, gdzie TWOJA frustracja seksualna nie zatruwa powietrza.

     -Mów jeszcze więcej, może w końcu się zapowietrzysz i pękniesz, panie Zagadam-Cię-Na-Śmierć-I-Zrównam-Z-Ziemią-Bo-Masz-Cholerną-Rację-Malfoy. - Milicenta z godnością podniosła głowę i spojrzała na przyjaciela z góry. - I, jeśli łaska, zrób to raczej szybciej niż później. Twoja nieudolność w próbach bycia złośliwym powoli zaczyna działać mi na nerwy. Wiesz, gdzie mnie szukać, jak będziesz jeszcze potrzebował pozapierać się faktów.

     -To nie są... - zaczął Draco podniesionym tonem, ale Bulstrode zdążyła się deportować z poczuciem tryumfu na twarzy i głuchym trzaskiem. - ... nieudolne próby. I nie mam czego się zapierać. - mruknął w przestrzeń.


***


     -Harry? Haaarrrrryyyy?

     Głos. Tak irytujący, tak natarczywy, tak niepożądany. A jednak świdrował w jego głowie, gdzieś na granicy świadomości, niby bzyczenie muchy. Wyjątkowo natrętnej.

     -Wiem, że nas słyszysz, człowieku. Lepiej wstawaj, zanim Hermiona Cię znajdzie.

     To imię coś mu mówiło. Wzbudzało jakieś nie do końca zrozumiałe dla niego uczucia, jednak analizowanie ich wymagało zbyt wiele wysiłku od zamroczonego umysłu Pottera, aby choćby spróbował się tego podjąć. Z jego ust wydobył się nieokreślony pomruk.

     -Co?

     -Nie wiem, coś gada.

     -Weź mu ten koc, czy co to tam ma na sobie.

     Harry poczuł nagły podmuch zimna na ciele. Otworzył oczy, żeby poszukać jakiegoś zamiennika dla swojego nakrycia, i jęknął gwałtownie, bo do jego oczu dotarło światło. Mózg przeszyło mu milion igiełek bólu, zasłonił więc oczy ręką, ale to nie zmniejszyło jego cierpienia.

     -Zostaw mnie w spokojuuuuu... - udało mu się wyartykułować, co zdecydowanie świadczyło o jego stopniowym powrocie do siebie.

     -O, nie. Dość się juz ukrywałeś. Nie po to...

     -...Cię znaleźliśmy, żebyś spędził następne dwa tygodnie na...

     -...upijaniu się do nieprzytomności.

     Do Pottera dotarło w końcu, że słyszy dwa głosy, nie jeden. Fred i George? Nie przychodził mu na myśl nikt inny, postanowił więc zaufać swojemu udręczonemu umysłowi i przyjąć za fakt, że oto Weasleyowie stali nad nim i próbowali doprowadzić go do porządku.

     -Jak już trochę się ogarniesz, mamy dla Ciebie...

     -...parę eliksirów, powinny Ci pomóc. Ale nic nie obiecujemy. To prototypy.

     Dwadzieścia minut później Harry ocknął się, będąc pod prysznicem w samych bokserkach. Zimne strugi spływały po nim, sprawiając, że cały się trząsł, jednak nie czuł juz tego porażającego bólu głowy. Czuł się podle, ale bywało gorzej. Nie pamiętał, jak znalazł się pod prysznicem; tego, że kopnął Freda w kolano z taką siłą, że zwichnął mu staw kolanowy, też nie pamiętał. Teraz czuł jedynie ulgę, jaką dawała mu zimna woda.

     Gdy postanowił opuścić kabinę, odnalazł obok umywalki dwie fiolki z eliksirami i kubek wody. Posłusznie połknął wszystko po kolei, a gdy umył zęby, niemal udało mu sie wypłukać gorycz zalegającą w jego gardle. Zamierzał wyjść, gdy zauważył czyste ubrania wiszące na haku na drzwiach. Uśmiechnąłby się, gdyby nie to, że było mu niedobrze, poprzestał więc na jakimś nieokreślonym grymasie.

     Opuścił łazienkę suchy, ubrany, i z efektami kaca zredukowanymi do nudności i tępego pulsowania w głowie. Rozejrzał się po mieszkaniu, które wynajął jakiś czas temu- przypominało miejsce wybuchu bomby lub krajobraz po małym huraganie. Jęknął w duchu, wiedząc, że będzie musiał doprowadzić je do porządku, zanim odda klucze właścicielowi motelu.

     -A więc, znaleźliście mnie - westchnął, patrząc na bliźniaków, rozłożonych na jego łóżku i pijących jego piwo z butelek.

     -Tak. Trochę to trwało. Naprawdę nie lepiej...

     -...znaleźć nas i upić się z nami, zamiast ukrywać się w mieszkaniach wynajętych od mugoli i pić w samotności?

     -Chłopaki. Wiecie doskonale, że tu nie chodzi o Was, ja po prostu...

     -...lubię się nad sobą użalać, a w towarzystwie osób, które wiedzą, że nie jest tak źle, jak mi się wydaje...

     -...lub mogą mi pomóc, nie mogę robić tego aż tak długo. Tak, Harry. Zdajemy sobie z tego sprawę.

     Potter nie mógł zaprzeczyć temu, że bliźniacy uzupełnili jego wypowiedź zgodnie z prawdą, czyli tak, jak on nigdy by jej nie zakończył. Wywrócił tylko oczami, na co jego głowa zareagowała ukłuciem ostrzejszego bólu, i odruchowo otworzył znajdującą się w pokoju lodówkę.

     -Piwa nie ma, Harry. George teleportował resztę do nas. Chyba należy nam się coś...

     -...za nasze dobre serce i wybite kolano Freda.

     -Wybite kolano? - powtórzył gryfon bez zrozumienia, patrząc od jednego Weasleya do drugiego. - Co się...?

     -Ach, nic takiego, jak na Ciebie. Zwyczajny kopniak. - Fred uśmiechnął się, salutując mu butelką i pociągając łyk. - Ale spokojnie, George mnie poskładał.

     -Cholera. Przepraszam. - Harry przetarł twarz dłonią i usiadł w nogach łóżka. - Więc, jak długo...?

     -...użalasz się nad sobą? Dwa tygodnie.

     -Czy moglibyście, z łaski swojej pozwolić mi dokończyć choć jedno zdanie, które chcę wypowiedzieć? - warknął Potter, wyraźnie zirytowany.

     -Hm... nie. A teraz, mamy Ci coś ważnego...

     -...do powiedzenia. Pamiętasz nasza umowę? Tą dotyczącą aukcji?

     Harry musiał sie chwilę zastanowić, świat bowiem nie wrócił jeszcze na swoje miejsce po tych całych pijackich ekscesach. Powoli zaczynał sobie przypominać powody, dla których po raz kolejny wylądował w objęciach alkoholu, odgonił je jednak szybko.

     -A. Tak. Randka z Harrym Potterem, na którą przyjdzie któryś z was wwielosokowany we mnie. Pamiętam.

     -A więc, wyniknęła pewna sytuacja...

     -...w wyniku której zadecydowaliśmy, że to Ty...

     -...pójdziesz na tę randkę.

     -Och, na gacie Merlina. Nigdzie się nie wybieram. Zamierzam pić jeszcze jakiś tydzień, może dwa, jakiekolwiek spotkania odpadają. Zwłaszcza randki - Harry skrzywił się, bo znów do jego umysłu zaczęły docierać obrazy, których nie miał najmniejszej chęci oglądać. - Przecież od początku zgodziłem się na to, żebyście zalicytowali tę randkę tylko dlatego, że powiedzieliście, że nie będę musiał z nikim nigdzie wychodzić.

     -Chcesz nam powiedzieć, że nie jesteś w ogóle ciekawy...

     -...kto wylicytował spędzenie z Tobą czasu i za ile? - bliźniacy wydawali się być rozbawieni, a to nigdy nie wróżyło niczego dobrego.

     -Nie.

     Odpowiedź Pottera była krótka i nie podlegała dyskusji. Jeśli ostatnie dwa tygodnie pił bez opamiętania, dzień i noc, praktycznie nie ocierając się o stan trzeźwości, to dla każdego powinno być oczywistym, że Harry nie ma ochoty żyć- a co dopiero spotykać się z kimś nowym.

     Karl Limpley, partner Harry'ego od dobrych trzech lat, okazał się być skurwysynem jakich mało, a już na pewno największym wśród Puchonów. Nie dość, że Limpley sprzedawał przedmioty należące do Harry'ego, aby zarobić na jego sławie, to oparł prawie całą swoją karierę w ministerstwie na ich związku. Gdy tylko podawał nazwisko "Potter", rozstępowały się przed nim wszystkie drzwi. I nie tylko drzwi, rozkładał przed nim nogi każdy, kto normalnie nigdy by tego nie zrobił, od sekretarek po urzędników. Wszystko, oczywiście, było tak zatuszowane, że Harry nie miał o niczym pojęcia. Kiedy więc przyszedł do jego biura w porze lunchu, aby umówić się z Karlem na kolację (na której miał mu się oświadczyć, tak swoją drogą) i zastał go ze spodniami zsuniętymi na kostki i asystentem Ministra Magii pomiędzy nogami, zirytował się. I to bardzo.

     Jego irytacja urosła wręcz do rozmiarów małego wybuchu magii, który rozbił wszystkie szklane przedmioty w gabinecie, wliczając zaczarowane okna. Harry, niewiele myśląc, podniósł swojego niedoszłego narzeczonego za szyję i wyniósł z gabinetu, ku uciesze połowy ministerstwa- wybuch magii okazał się być bowiem trochę większy, niż się Potterowi wydawało, i rozbił nie tylko okna w gabinecie Limpleya, ale i na całym piętrze, co zwabiło urzędników na korytarz.

     -Patrzcie wszyscy! Tak wygląda pospolita ŚWINIA! - zawołał Harry groźnym, niskim głosem, od którego siniejącemu Karlowi zrobiło się słabo ze strachu. - Ciekaw jestem tylko, kto jeszcze mu obciągał? O ilu rzeczach nie wiedziałem?!

     Furia, jaka ogarnęła Pottera, gdy zobaczył, że prawie połowa urzędników szybko odwraca głowy, była nie do opisania. Rzucił Limpleyem przez cały korytarz, nie zauważając nawet, że zamiast użyć siły fizycznej, rzucił nim uderzeniem magii. Karl uderzył w zamknięte drzwi do archiwum, roztrzaskał je i wleciał do pomieszczenia, wrzeszcząc dziko, a Harry deportował się z Ministerstwa, jakby bariery teleportacyjne nigdy nie istniały.

     -A gdybyśmy Ci powiedzieli, że randkę wygrał ktoś...

     -...kogo zawsze chciałeś przelecieć? I że wydał na to...

     -... sto pięćdziesiąt galeonów?

     Harry zmarszczył brwi, słysząc cenę. Nie spodziewał się tego, zdecydowanie nie. To było więcej, niż wynosił miesięczny zarobek przeciętnego czarodzieja, nikt ot tak nie wyrzuca takich pieniędzy, aby udać się na randkę. Nawet na randkę z "wybawcą czarodziejskiego świata".

     -Nie istnieje nikt, kogo zawsze chciałem przelecieć, George. A już na pewno nie teraz - odparł, wyraźnie zmęczony całą tą rozmową. - A teraz, jeśli bylibyście łaskawi...

     Przerwał mu trzask towarzyszący aportacji. Harry podniósł głowę i otworzył oczy szerzej, tłumiąc wywołany przerażeniem odruch ucieczki. Oto stała przed nim Hermiona, z rozczochranymi, podciętymi do ramion włosami, a z jej oczu sypały się iskry. Powiedzieć, że to nie wróżyło niczego dobrego, byłoby niedopowiedzeniem- przed Potterem stał zwiastun wszystkich światowych klęsk żywiołowych, których moc była teraz nakierowana właśnie na niego.

     -Harry Jamesie Potterze! Co to ma, do kurwy nędzy, znaczyć?!

     Gryfon kątem oka zobaczył, jak Weasleyowie ostrożnie wstają z łóżka i odkładają butelki na podłogę. Wyraźnie zamierzali się ulotnić, za co Harry nie mógł ich winić. Też wolałby, żeby go tu nie było. Westchnął, nie spuszczając oka z przyjaciółki. Nie wiedział, co jej odpowiedzieć, wolał więc milczeć.

     -Hermiono, my będziemy się już zbierać...

     -...z dnia na dzień wyglądasz piękniej, kobieto - George skinął jej głową, po czym pojawił się w polu widzenia Harry'ego. - Musisz tam iść. Żaden z nas...

     -...nie pójdzie na randkę z Draconem Malfoyem. Domyśliłby się...

     -...a szkoda. To naprawdę dobry towar.- Fred uśmiechnął się z rozmarzeniem.

     Potter mruknął tylko w odpowiedzi, zbyt zaskoczony, żeby to w jakikolwiek sposób skomentować. Bliźniacy pomachali mi po raz ostatni i deportowali się z motelu, mrugając do niego na pożganie. Harry spojrzał na Hermionę bezradnie.

     -Malfoy? Naprawdę? Ale ja nie mogę! Nie chcę! Nie jestem w stanie! - jęknął żałośnie, mając nadzieję, że chociaż przyjaciółka go poprze.

     -O, nie, Harry. Pójdziesz tam. To idealne zwieńczenie Twojej terapii. - odparła tylko, a w jej oczach zapłonęły złośliwe ogniki.

     -Terapii? Jakiej znowu terapii?

     -Wielostopniowej, Harry. Po pierwsze, sprzątasz tutaj. Potem idziemy do Ciebie i wyrzucamy ślady bytności tego węża w borsuczej skórze. Pakujesz torbę i śpisz do końca tygodnia u mnie, żeby Ci znowu nie przyszło do głowy uciekać - Jak tylko dorwę tego małego gada, to się z nim policzę za to, co z Tobą zrobił, pomyślała Granger, patrząc na tą kupkę nieszczęścia, jaką stał się jej przyjaciel. - A, i jeszcze jedno. Wnosimy oskarżenie o wielokrotną kradzież, pismo już mam, podpiszesz je tylko. Zamierzam go pogrążyć.

     Harry nie protestował. Z jednej strony zdawał sobie sprawę z tego, że kłótnie z Hermioną nie miały najmniejszego sensu- kobieta jest kobietą i kobietą pozostanie, zawsze postawi na swoim. Z drugiej zwyczajnie nie miał siły. Westchnął tylko, wstając, po czym zabrał się za doprowadzanie pokoju do porządku.


*(łac.) I ty, Brutusie, przeciwko mnie? - Juliusz Cezar na łożu śmierci, do swojego przyjaciela, który okazał się zdrajcą
Jarvis, sometimes you gotta run, before you can walk
temperance Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 36
Dołączył(a): 13 gru 2014, o 13:44
Lokalizacja: Poznań

Postprzez MargotX » 30 gru 2014, o 12:03

Nie skomentowałam pierwszej części, bo jakoś tak się zagapiłam, zbierałam myśli i zastanawiałam się, co właściwie o niej napisać. Generalnie czytało się przyjemnie, raczej bez zgrzytów. Fajerwerków może nie było, ale ja również jestem ciekawa, co Harry Potter będzie miał do powiedzenia Draco na temat kolejności procesów, więc jakiś element zaskoczenia się pojawił.
Jedyne, co tak naprawdę odebrałam ze średnią satysfakcją, to motyw przewodni całego opowiadania, czyli licytowana randka z Harrym. Znając jego (Pottera) "pogoń za rozgłosem", nie wyobrażałam sobie, że mógłby się na to zgodzić tak całkiem z własnej woli, nawet w szlachetnym celu. Fakt, że palce we wszystkim maczali bliźniacy Weasley, rozjaśnia nam nieco sytuację. Swoją drogą, wyrazy współczucia dla każdego, kto brałby udział w randce z którymś z nich, nawet wielosokowanym w Harry'ego Pottera ;)
W kolejnej części na plus zdecydowanie Milicenta jako przyjaciółka Draco. Do Pansy w tej roli każdy jest przyzwyczajony i zwykle ją w niej uwielbiamy, Milicenta natomiast, jak dotychczas, chyba tylko w "Anatomii dusz" mnie ujęła jako współlokatorka i przyjaciółka Draco i Blaise'a. Poszłaś zatem w tej kwestii nieco mniej utartym szlakiem i mam nadzieję, że Twoja Milicenta również utrzyma poziom, a jej udział będzie z korzyścią dla Twojej komedii.

Zazgrzytał mi wulgaryzm w wypowiedzi Hermiony. Obojętnie jakby się nie zmieniła, panna Granger jakoś mi nie pasuje z wyrażeniem "do kurwy nędzy". Spokojnie przełykam z takim językiem wszystkich innych przyjaciół i wrogów Pottera, jednak w jej ustach "cholera", to maksymalny poziom przekleństwa ;>

Jedno, co mnie tak naprawdę odrzuca, to fakt, że nie uniknęłaś najgorszego z możliwych schematów, moim zdaniem rzecz jasna. Partner wykorzystujący Harry'ego Pottera jako przepustkę do kariery, niewierność itp. jestem w stanie normalnie przyjąć i zrozumieć, natomiast mam już niemal odruch wymiotny, kiedy czytam o zalewającym się w trupa, użalającym nad beznadziejnością swej egzystencji Potterze. Draco też to zrobił, a jakże, ale u niego przebiega to zawsze z jakimś większym wdziękiem, poza tym, zwykle traktujemy takie zachowanie w jego przypadku z lekkim przymrużeniem oka. Harry natomiast w takiej wersji jest zazwyczaj bardzo męczący, trudny do strawienia i budzi raczej niesmak niż współczucie.

Żeby jednak nie wyglądało na to, że minusy całkowicie przysłoniły plusy, chcę dodać, że wcale tak nie jest i naprawdę jestem zainteresowana, jak dalej poprowadzisz ten tekst, chętnie poczytam również momenty "bez akcji", bo one często są świetne i wnoszą ożywczy powiew do całości. Mam też nadzieję, że Twój Harry w dalszej części będzie mniej mamałygą i kandydatem na alkoholika (nie anonimowego tym razem), a bardziej dorosłym facetem, z odrobiną poczucia humoru i dystansu do siebie i do innych.

Pozdrawiam i życzę weny :)
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2064
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez temperance » 26 lut 2015, o 18:00

Bunt bety mam za sobą. Ach, akcje z serii "Daj. Znajdę chwilę to sprawdzę i oddam" *trzy tygodnie później* "Wiesz, jednak mi się nie chce" :? Mam nadzieję, że jeśli ktoś jeszcze tu zajrzy, to się nie zaiwedzie. Ave!


Rozdział 3


     -Hermiono. Mam już dość. Czuję się zdrowy. Żywy. Wyleczony. Eee, w pełni gotów pogrążyć tego skończonego idiotę. Tylko nie rób mi tego więcej!

     Granger zmierzyła przyjaciela wzrokiem. Jego błagalne spojrzenie i mimika twarzy godna kota ze Shreka w końcu przekonały ją, że chyba wystarczy tortur, a Potter jest gotów zmierzyć się z prawdziwym światem. Nikt jeszcze nie oparł się sesji terapeutycznej Hermiony. Całe godziny oglądania Titanica i jedzenia lodów czekoladowych potrafiły postawić na nogi każdego, bo nikt nie był w stanie wytrzymać tego psychicznie.

     -Dobrze. Chyba rzeczywiście już wystarczy. A teraz pora na podpisanie pozwu.

     -Wiesz, co najbardziej w Tobie kocham? To, że potrafisz chyba czytać mi w myślach.

     Hermiona zmierzyła Pottera wzrokiem, gdy ten wstał z kanapy i przeciągnął się. Uśmiechnęła się pod nosem. Do "randki" zostały dwa dni- dostatecznie dużo, żeby Harry zaczął myśleć nad najlepszym sposobem uwiedzenia Malfoya. Sympatia Granger nigdy nie obejmowała Ślizgonów, jednak nie przeszkodziło jej to w zauważeniu jednego prostego faktu – tego, że Draco szalał w towarzystwie Pottera i vice versa. A od miłości do nienawiści tylko jeden krok...

     -Aaa, Hermiono? - zagadnął Harry, kładąc jej rękę na ramieniu. - Mam jedną prośbę. Nie klnij więcej. To Ci jakoś... nie pasuje.

     Hermiona spojrzała na przyjaciela i uniosła brwi, po czym odpowiedziała, wyraźnie z siebie zadowolona.

     -Wiem. To nowy pomysł Luny... Bliźniaków pozbyłam sie od razu, prawda?


***


     -Dlaczego mi to robicie?

     Draco Malfoy siedział z nadąsaną miną w jakiejś spelunie na Nokturnie, nie za bardzo wiedząc, co tam robi. Został napadnięty i przywleczony tu wbrew swojej woli, a teraz rozkazano mu siedzieć i sączyć jakiś substytut wina- i to wyjątkowo marny, jak na gust Ślizgona. Wokół niego unosiły się kłęby dymu papierosowego, od którego dostawał nudności i duszności.

     -Bo jesteś spięty - odparła spokojnie Milicenta, popijając ze szklanki jakiś wściekle różowy płyn. - Nie narzekaj, bo zabiorę Cię do baru ze striptizem.

     -Moja noga więcej w tamtym miejscu nie postanie! - warknął dumnie Malfoy, przyglądając jej się spode łba. - Ostatnio jedna z tych kobiet usiadła mi na kolanach. Wybacz, wiem, że dla Ciebie tego typu rozrywka to czysta przyjemność, ale mnie stać na więcej.

     -I dlatego nie uprawiałeś seksu od kilkunastu miesięcy. Jeśli przez "stać mnie na więcej" rozumiesz "postanowiłem zostać mnichem, bo na świecie nie ma nikogo godnego Dracona Malfoya" to myślę, że trafiłeś w sedno - Teodor Nott z podłym uśmieszkiem uniósł kufel w stronę przyjaciela i napił się swojego piwa kremowego. - Jeszcze trochę i strach będzie wypuszczać owce z zagród...

     -Teo, bez takich. To niesmaczne - Milicenta skrzywiła się z obrzydzeniem i wyrzutem. - Jeszcze raz porównasz nasze preferencje do zoofilii, a trafi Cię takie zaklęcie, po którym nie usiądziesz przez tydzień. Kto wie, może potem rozsmakujesz się w tym uczuciu i zostaniesz zabaweczką naszego Draco?

     Malfoy w odpowiedzi jedynie uniósł oczy do nieba i pociągnął łyk ze swojego kieliszka, szybko jednak tego pożałował, gdy słodko-kwaśny smak dotarł do jego kubków smakowych.

     -Palcem bym go nie tknął, choćby zamienił się w owcę.

     Wywołało to salwę śmiechu, zakończoną zamówieniem Ognistej Whisky, pomimo głośnych protestów Malfoya. Kilkanaście kolejek trunków wszelkiej maści później, Draco pozostał jedyną zdolną logicznie myśleć osobą. Nie miał ochoty pić, a już zwłaszcza w takim miejscu i towarzystwie. Towarzystwo bowiem leżało pokotem na stole, sprawiając wrażenie zupełnie odciętego od świata zewnętrznego, ni to przytomne, ni to ścięte alkoholem. Ślizgon westchnął i postanowił odholować ich do domu.

     Aportacja przyjaciół do ich mieszkań była najlepszym pomysłem, na jaki Malfoy wpadł. Wiedział, że jego magiczna sygnatura zostanie rozpoznana przez zabezpieczenia antyaportacyjne. Na pierwszy rzut oka Nott wymagał więcej pomocy niż Milicenta- ona chociaż zdawała się dostrzegać świat dookoła. Malfoy wstał, postawił Teo na nogi (co nie było wcale prostym zadaniem, gdyż przyjaciel był sporo cięży od niego, a w dodatku kompletnie bezwładny) i teleportował się z nim prosto do mieszkania Notta.

     -Draco... - wyjęczał najwyraźniej lekko otrzeźwiony teleportacją Ślizgon. - Zrób światu przysługę i przeleć go. Straciłeś dowcip.

     Malfoy z niedowierzaniem pokręcił głową, gdy zaraz po tych słowach przyjaciel zawisł mu w ramionach, najwyraźniej znów tracąc przytomność. Nie kłopotał się zdejmowaniem z Teodora żadnych części garderoby- zwyczajnie pozwolił mu opaść na łóżko. W akcje miłosierdzia, Draco przykrył go narzutą, po czym aportował się od baru, żeby "odebrać" Milicentę.


***


     Głośny trzask oznajmił Hermionie, że właścicielka mieszkania w końcu się pojawiła. Kobieta przeciągnęła się jak kot i ziewnęła, po czym wstała, potrząsając głową. Czekała dostatecznie długo, żeby przysnąć, zmęczona ciągłym przebywaniem z Harrym. Chociaż kochała go jak brata, na dłuższą metę była samotniczką, więc jego obecność zaczynała przyprawiać ją o ból głowy- nawet, jeśli sama zaproponowała, żeby u niej został.

     -Milicenta! Myślałam, że się nie doczekam!

     Hermiona zajrzała do korytarza i zamarła. Oto Draco Malfoy stał, podtrzymując panią domu i holując ją w stronę drzwi do sypialni. Granger wywróciła oczyma i podeszła, chwytając Ślizgonkę z drugiej strony.

     -Mogłam się tego spodziewać. Witaj, Malfoy.

     -Cześć, Granger - Draco zmierzył ją podejrzliwym wzrokiem. - Co Ty tu robisz?

     -Tajemnica - Hermiona uśmiechnęła się do siebie, myśląc o przyczynie swojego przybycia i chwaląc samą siebie za przebiegłość.

     -Wy przypadkiem nie jesteście razem?

     -Chyba Cię koń za młodu w łeb kopnął! - oburzyła się Gryfonka, rzucając mu spojrzenie spode łba.

     -Co? - Draco spojrzał na nią, nic nie rozumiejąc.

     -Chyba oszalałeś.

     Podholowali bezwładną Milicentę do samego łóżka i pozwolili jej na nie opaść. Pomimo całej rywalizacji między domami, wzajemną niechęcią i zgrzytami, nawet jeszcze w Hogwarcie granice zacierały się, kiedy trzeba było zając się ludźmi zbyt pijanymi, żeby mogli się ruszać. Ani Hermiona, ani Draco nie czuli się na tyle pewnie, żeby przebrać Ślizgonkę w piżamę, ściągnęli jej więc buty, nakryli kocem i wyszli z pokoju, zamykając drzwi.

     -Malfoy, jedno pytanie. Dlaczego wykupiłeś tę randkę?

     Draco spojrzał wilkiem na Hermionę, która założyła ręce na piersiach i wyraźnie wyglądała na osobę, która nie da się zbyć odpowiedzią niedosłowną lub nieprawdziwą. Westchnął więc tylko i wzruszył ramionami.

     -Przez przypadek. Poleciłem asystentce, żeby zalicytowała następny przedmiot, cokolwiek by to nie było i za ile, po czym wyszedłem. Za późno się zorientowałem, że dzieje się, co się działo... I tak oto czeka mnie randka z Potterem - w głosie Malfoya brzmiała taka żałość, że Hermiona zdziwiła się lekko.

     -Dlaczego brzmisz, jakbyś mówił o końcu świata? Harry jest aż taki zły?

     -Nie o to chodzi - Draco przez chwilę zastanawiał się, jak ubrać swoje obawy w sposób, który nie uraziłby Gryfonki. - To nie moja sprawa, jeśli facet szuka sobie towarzystwa na siłę, bo mu nie wyszło z jakimś idiotą. Jasne, niech szuka, to wolny kraj. Tylko wolałbym nie być w to zaangażowany.

     -Mam dziwne wrażenie, że na chwilę obecną to Ty wyglądasz z was obu gorzej według opinii publicznej - Hermiona uśmiechnęła się złośliwie. - Poza tym, to nie był pomysł Harry'ego, i to nie on miał iść na tę randkę.

     -Co? Ale...

     -Wszystkie pytania kieruj do niego, jak już się spotkacie. Muszę porozmawiać z Milicentą, więc jeśli będziesz się z Nią widział przede mną, przekaż jej to, jeśli łaska - Hermiona uśmiechnęła się i deportowała, zostawiając Malfoya bez odpowiedzi.


***


     Draco obciągał właśnie klapy marynarki, kiedy sowa zastukała w okno. Jednocześnie uderzyło go podekscytowanie i niechęć- z jednej strony miał nadzieję, że Potter jednak zapomni, nie wywiąże się ze swojej części... A jednak. Ślizgon odwiązał kopertę od nóżki sowy i zważył ją w dłoni. Była cięższa, niż się spodziewał.

     Zwierzę zmierzyło go wzrokiem i natychmiast wyleciało przez okno. Draco poczuł się tak, jakby sowa go przed czymś ostrzegała, ale od razu złajał sam siebie za tą myśl. Przecież to tylko sowa. NIE wie co się dzieje , zapewnił sam siebie. Ostatnie spojrzenie w lustro utwierdziło go w przekonaniu, że wygląda tak, jak powinien. Czarny garnitur i zielona - a jakże- koszula idealnie kontrastowała z jego jasnymi, zaczesanymi do tyłu włosami. Wyglądał idealnie, jak zawsze.

     -Zbyt idealnie, idę na spotkanie z Gryfonem... - mruknął pod nosem, jednak wiedział, że nie zmieniłby w swoim wyglądzie nic, choćby spotkanie było z Weasleyem.

     Niepozorna koperta skrywała kawałek pergaminu i chustkę, w którą zawinięty był jakiś płaski przedmiot. Wiedziony przeczuciem, Malfoy chwycił najpierw kartkę.

     Draco,

     klucz w chustce to świstoklik. Uruchomi się dokładnie o ósmej. Na miejscu będziesz wiedział, co robić dalej.

     Harry

     Dwie minuty, które pozostały do uruchomienia świstoklika, Draco przesiedział jak na szpilkach. Klucz trzymał na kolanach, żeby nie przegapić umówionej godziny. W końcu to świadczyłoby o tym, że stchórzył, a do tego nie mógł dopuścić. Starał się ignorować fakt, że jakaś część jego osoby cieszyła się na to spotkanie, chciała zobaczyć Pottera i z nim porozmawiać- brakowało mu ich wspólnego mieszania się z błotem.

     Szarpnięcie w okolicy pępka pojawiło się nagle, Draco nie zdążył wstać ani zaczerpnąć powietrza.. Parę sekund później wylądował na kolanach w jakimś jasnym, ciasnym korytarzu, oświetlonym pochodniami. Ślizgon zaklął pod nosem, podnosząc się na nogi i otrzepując nogawki z niewidzialnego kurzu. Gdyby zorientował się chwilę wcześniej, że to już czas na teleportację, wylądowałby jak zwykle- z gracją, na nogach, a tak mógł jedynie dziękować Merlinowi, że nikt go nie widział.

     Klucz w ręku Malfoya zaczął go ciągnąć w kierunku bliższych mężczyzny drzwi. "Będziesz wiedział, co robić dalej" nabrało dla Draco nowego znaczenia. Zbliżył się do wejścia powoli, po czym wsadził klucz w zamek i przekręcił. Mechanizm kliknął, a klucz nagle zniknął. Ślizgon mimo woli pokiwał z uznaniem głową nad tak pomysłowym i praktycznym użyciem magii. Spojrzał na klamkę, po czym wziął głęboki oddech, aby być przygotowanym na wszystko, co może kryć się w środku i nacisnął ją.

     Tego, co zastał za drzwiami, nie był w stanie przewidzieć.
Jarvis, sometimes you gotta run, before you can walk
temperance Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 36
Dołączył(a): 13 gru 2014, o 13:44
Lokalizacja: Poznań

Postprzez MargotX » 26 lut 2015, o 21:59

-Aaa, Hermiono? - zagadnął Harry, kładąc jej rękę na ramieniu. - Mam jedną prośbę. Nie klnij więcej. To Ci jakoś... nie pasuje.

:lol2: Parsknęłam tak głośnym śmiechem, że męża z kuchni wywabiłam, bo myślał, że się zaksztusiłam. Moje osobiste podziękowanie, Autorko, za przezabawne nawiązanie do tego, co wcześniej napisalam na temat przeklinającej Hermiony.

Ogólnie zresztą ten rozdział jest zabawny, taki rzeczywiście komediowy. Jak sobie wyobraziłam Draco Malfoya taszczącego swoich zalanych przyjaciół w bezpieczne pielesze ich domów, to z jednej strony aż mnie to rozczuliło, że jest taki opiekuńczy, z drugiej zaś rozbawiło, że to właśnie on, choć najbardziej się nad sobą użalał, pozostał jedynym w miarę trzeźwym w tym twoarzystwie. Co za przewrotność losu. ;)

No, oczywiście nie mogło się to inaczej zakończyć, tylko, jak niemal u wszystkich autorów, bardzo wrednie w kluczowym momencie. Cóż takiego mógł zobaczyć nasz ulubiony Ślizgon, czekającego na niego za zamkniętymi drzwiami, co nawet jego mocno zaskoczyło? Nie ukrywam, że jestem ciekawa pomysłu Harry'ego (a może bliźniaków, bo kto to wie tak naprawdę?) Z jednej strony można pomyśleć, że Potter jakoś szczególnie atrakcyjnie zaaranżował okoliczności spotkania, z drugiej zaś - on też potrafi być bardzo ślizgoński i złośliwy, a jeśli w tej kwestii mieli cokolwiek do powiedzenia bliźniacy Weasley... Cóż, mam nadzieję, że niedługo się przekonamy o co chodziło.
Ach, no i zaintrygowało mnie, że Hermiona ma jakieś kontakty z Milicentą, ciekawe co też knują obie panie?

Życzę weny, rozwiązania problemów z betą lub jej brakiem i pozdrawiam.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2064
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez temperance » 1 mar 2015, o 14:05

     Zacznę od osobistej dygresji, a może ostrzeżenia. Na końcu rozdziału pojawia się dodatek o tytule "Dygresja: ... " . Takie dodatki będą się pojawiać, stanowią jakby tło, dzieją się dokładnie w tym samym czasie, co główna drarry'owa akcja. Z założenia, choć teraz tego nie widać, "Dygresje" będą przeplatać się z fabułą ściślej, a nie jestem w stanie spłycić tego wątku ani przedstawić go tak, jak resztę. Nie wiem, może to po prostu mój wewnętrzny bunt i poczucie beznadziejności własnego przypadku, bo nie potrafię pisać poważnie?

     banialuka stwierdziła, że sam temat ma zadatki na "komediową miniaturę", i zgadzam się w 100%. Moje założenie jednak było inne. Nic nie poradzę na to, że mam styl, jaki mam, nad czym jednak ubolewam. Wydaje mi się, że piszę zbyt lekko , i kiedy próbuję napisać coś dłuższego, poważniejszego niż jakieś tam komediowe opowiadanka, to zwyczajnie wychodzą mi komediowe opowiadanka: wersja tasiemiec :sciana:

     Tak więc, aby zaspokoić mojego wewnętrznego potworka domagającego się wprowadzenia tego wątku do tego właśnie świata, a nie osobnego (rozważałam zrobienie z tego miniaturki, ale to jest połączone fabularnie z "Okolicznościami...", nie umiem tego rozdzielić tak, żeby potem wprowadzić to, co chcę do fabuły "Okoliczności..."), a także drugiego potworka, który zarzuca mi zbyt luźny styl i brak umiejętności zachowania powagi w narracji, będę dorzucać "Dygresje" raz na jakiś czas, wraz z rozwojem akcji. Nie jestem jeszcze pewna, czy narracja w "Dygresjach" będzie się zmieniać czy nie, ale z pewnością będzie inna niż w głównym wątku (bo to w końcu drarry ma być, a nie nie wiadomo co :oczy: ).

     Mam nadzieję, że nikogo "Dygresjami" nie odstraszę, bo byłoby mi bardzo szkoda. Proszę natomiast o jedno: jeśli ktoś jednak poczuje dyskomfort z tymi wstawkami związany, to niech mi zamacha o tym fakcie przed twarzą, a ja postaram się zmienić dygresję z "Dygresji" w coś bardziej stylem narracji przypominającego resztę, oswoić Potworka Numer Dwa... jakoś.

     I jeszcze... MargotX ależ nie ma za co :lol2:





Rozdział 4



     7 kwietnia 1996

     Rozmawiałem dziś z Potterem.

     Tak, wiem, pisałem to wiele razy wcześniej. Dziś jednak było inaczej. Nie rzuciliśmy się sobie do gardeł, nie wyciągnęliśmy różdżek, nie było też wyzwisk, poniżania... nie było też naszych przybocznych.

     Jutro finałowy mecz Quidditcha, Slytherin-Gryffindor. Już chyba o tym wspominałem. Poszedłem więc potrenować. Przebrałem się, wziąłem miotłę, jednak gdy otworzyłem kufer z piłkami, brakowało znicza. No bo przecież, jakżeby inaczej. Jeśli coś ma pójść źle- pójdzie, nie ważne, jak bardzo skopany dzień mam za sobą. Wyszedłem na boisko dość zirytowany i zacząłem się wydzierać, że piłki nie są własnością osobistą żadnego z uczniów, kiedy na trawie wylądował nie kto inny jak Potter.

      Mecz Slytherin-Gryffindor. No niby kogo można się było spodziewać na boisku jak nie jego? A jednak byłem zaskoczony, zupełnie o Nim nie pomyślałem. Zaproponował wspólny trening, a ja, głupi, zgodziłem się.

     Dlaczego głupi? Cóż. Miałem czas, żeby na niego patrzeć i zdałem sobie sprawę, że jest NA CO patrzeć. Fajtłapa z niego jakich mało, a tu proszę, ta gracja, którą przejawia w powietrzu... Nie, nie zamierzam o tym myśleć przed snem!

     Wracając do ROZMOWY z Potterem. Kiedy już skończyliśmy na zmianę łapać znicza (taka była umowa- kto złapie znicza, ten go wypuszcza dla drugiego, wydawało nam się to fair), usiedliśmy na boisku i zaczęliśmy pogawędkę. Nie potrafię nawet powiedzieć, o czym rozmawialiśmy. Trochę o pogodzie, trochę o szkole, głównie jednak o Quidditchu. I tak oto Harry-Cholerny-Potter stał się pierwszą osobą, której powiedziałem, że w powietrzu czuję się lepiej, niż gdziekolwiek indziej. Że kiedy życie zaczyna się robić naprawdę do dupy, biorę miotłę i latam bez celu. Niektórzy biegają, inni pływają, część ludzi czyta... a ja i Potter odmrażamy sobie nosy w powietrzu.

     Ach, nie wspomniałem. Kiedy już mu powiedziałem, że to właśnie miotła jest moją ucieczką od świata, on spojrzał na mnie, jakby nigdy nie było między nami zgrzytów, nienawiści i tony obelg i stwierdził: "Mamy więcej wspólnego, niż Ci się wydaje, Malfoy".

     Podejrzewam, że to tylko chwilowe zawieszenie broni, że jutro wszystko będzie dokładnie tak samo, jak było wczoraj i przez poprzednich pięć lat. Nie przeszkadza mi to. To naturalna kolej rzeczy, krąg, który zamyka się sam w sobie. Gdyby ten nadęty Gryfon nagle zaczął zachowywać się przyjaźnie, coś byłoby nie na miejscu. Naprawdę i szczerze mogę to stwierdzić: brakowałoby mi Pottera i jego złośliwości w życiu.

     Na litość Merlina, ktoś dobija się do mojego pokoju. Ani chwili prywatności.

D.L.M.


***


     Harry wykręcał sobie nadgarstki ze zdenerwowania. Nie miało znaczenia, że nie miał już kilkunastu lat, że dorósł, przeżył naprawdę wiele związków, sytuacji - oto miał spotkać się z Draco Malfoyem i czuł się równie niepewnie, co w szkole. Potter parsknął śmiechem, żeby rozładować zdenerwowanie i przeczesał palcami włosy, po czym zaśmiał się znowu, tym razem z niemocy, bo uświadomił sobie, że fryzura, którą Hermiona układała mu przez pół wieczoru, poszła się kochać na trawiastych zboczach Glen Coe*. Trudno. I tak nie chciałem robić nic z włosami.

     Miał szczerą nadzieję, że Malfoy nie poczuje się urażony tym, co tu zastanie. W końcu to zdecydowanie nie było miejsce na randkę, ani jakikolwiek rodzaj oficjalnego spotkania, którego pewnie Ślizgon się spodziewał. Z drugiej jednak strony słowa Hermiony, zapewniającej go, że Malfoy nie zamierzał kupić tej randki, utwierdziły Harry'ego w przekonaniu, że robi dobrze. Że właśnie ten pomysł jest pomysłem właściwym, lepszym niż jakiekolwiek dyktowane mu przez Granger. Nie, żeby sam nie doceniał teatrów, oper czy wystawnych restauracji - wręcz przeciwnie, nie było lepszych miejsc do zrobienia wrażenia na większości facetów, z którymi Harry się spotykał.

     I właśnie dlatego stwierdził, że musi się postarać bardziej. Zaskoczyć go.

     Nie był pewien, dlaczego w ogóle chciał to robić. Od dawna nie żywił do Malfoya nienawiści, zniknęła też ta chorobliwa niemalże obsesja na jego punkcie. Wiedział dobrze, że to przez Narcyzę i wydarzenia, które wciąż były zbyt blisko jego świadomości, nie ważne, ile razy próbował spychać je na dalszy plan. Nie miał ochoty o tym rozmyślać, a już na pewno nie teraz, kiedy lada moment miał tu się pojawić Draco.

     Harry'emu nagle zaczęło przeszkadzać dosłownie wszystko. To, że nie założył garnituru... ale ten tylko by mu przeszkadzał. Jakkolwiek było to uzasadnione, to Malfoy, w całej swojej pyszałkowatej naturze, mógł poczytać to sobie za zniewagę. To, że jego fryzura zapewne wyglądała dużo gorzej, niż powinna. W końcu włosy naturalne to włosy naturalne, a włosy ułożone, które ktoś poczochrał ręką...

     Nagły trzask przywołał go do porządku. Potter wziął głęboki wdech, czekając, aż drzwi się otworzą. Od dawna nie widział Malfoya. Teoretycznie powinni się byli widywać na oficjalnych przyjęciach, na które obaj mieli zawsze zaproszenia, jednak Harry unikał ich jak ognia. Naprawdę nie lubił przebywania wśród ludzi, którzy nieustannie wytykali go palcami, prosili o autografy czy chcieli wspominać jakieś stare, przeterminowane wręcz spotkania, o których Harry nawet nie pamiętał. Co prawda zdarzały się pojedyncze imprezy, na których obecność Pottera, wybawcy czarodziejskiego świata była rzekomo niezbędna, i na tych bywał, ale z Malfoyem nie wymienił nigdy nic więcej niż zdawkowe powitanie czy skinięcie głową. Z daleka podziwiał, na jak wspaniałego mężczyznę jasnowłosy wyrastał.

     Drzwi otworzyły się po cholernie długiej chwili, a oczom Pottera ukazał się Draco Malfoy w całej swojej okazałości, tak samo doskonały, jak Harry zapamiętał z zeszłorocznego przyjęcia. Silnie zarysowana szczęka, wysunięty podbródek, wysokie kości policzkowe - Draco był wręcz stworzony do bycia podziwianym i zdawał sobie z tego sprawę. Zielona koszula była zapewne kwestią jawnego manifestu "jestem Ślizgonem i dobrze mi z tym", ale zawierała też ukryty przekaz, z którego Harry zdawał sobie sprawę, choć nie powinien: "a do tego zabójczo wyglądam w ciemnej zieleni".

     Potter uśmiechnął się na widok zaskoczenia malującego się na twarzy Malfoya i pozdrowił go skinieniem głowy. Pora odgonić niepewność i udawać, że doskonale wie, co robi i jak ma się zachować.


***


     Draco rozejrzał się wokół, jakby nie był pewien, czy to, co widzi, na pewno nie jest urojeniem. Stał bowiem na trawie. Zielonej, bujnej trawie. Nie w sali jadalnej żadnego dworu, nie w wytwornej restauracji ani w loży teatru. Zamiast tego stał w jakiejś dolinie na końcu świata, wokół niego rozciągały się urzekające wzgórza. Plamy drzew i kamieni na ich zboczach nadawały im figlarny wygląd, jakby chciały złamać kult wszechobecnej trawy. Soczysta zieleń roślinności i błękit nieba sprawiał, że cały krajobraz wyglądał jak ilustracja z bajki. Jakby tego było mało, nie dalej niż kilka metrów od niego, pod rozłożystym dębem, stał i Książę, jakby pochodził z dokładnie tej samej opowieści, tego samego obrazka. Niedbale zaczesane włosy sterczały na wszystkie strony, a oczy - oczy o ton ciemniejsze niż trawa - skrzyły się niebezpiecznie, kiedy Potter skinął głową.

     Malfoy wiedział, że nie wypada mu stać, jakby był gargulcem, zbliżył się więc do drzewa. Dopiero teraz zauważył, że obok Gryfona, zaledwie parę kroków dalej, leży koc, zapełniony najprzeróżniejszymi pojemnikami.

     -Witaj, Potter - pozdrowił go możliwie jak najbardziej przyjaznym tonem, choć był pogrążony w rozmyślaniach nad sensem tego, co widziały jego oczy.

     -Malfoy.

     Dracona przebiegł dreszcz, choć w sumie sam nie wiedział, dlaczego. Spojrzał na Pottera raz jeszcze, żeby się przekonać, czy ten wciąż na niego patrzy, i nie zawiódł się. Wzrok Harry'ego badał go, sprawdzał, oceniał. Malfoy przełknął ślinę, nagle uświadamiając sobie, że może przypadkiem popełnić niewybaczalny błąd, nagle świadomy tych wszystkich miesięcy, odkąd nikogo nie dotykał. Postanowił więc się odezwać.

     - Widzę, że wybrałeś wyjątkowo niezwyczajne miejsce na to spotkanie - przeklął sam siebie za swój lekko zachrypnięty głos.

     - Bo i Ty nie jesteś zwyczajny - uśmiech Harry'ego rozjaśnił jego twarz, jakby nagle nabrał pewności siebie - Mogliśmy mieć rezerwację w dowolnej restauracji czy klubie, a ja przywiodłem Cię tutaj. I mam wrażenie, że nam obu to miejsce przypadnie do gustu o wiele bardziej, nie sądzisz?

     Draco z niechęcią stwierdził, że oto Potter trafił w sedno. Osiągnął to, czego już dawno nikt nie uzyskał - element zaskoczenia, zupełnego i całkowitego. Ten wieczór zapowiadał się aprawdę... ciekawie.

     - Bo widzisz - Potter odepchnął się od drzewa, napinając mięśnie, które zarysowały się na moment wyraźnie pod jego czarną koszulą - mam dla Ciebie wyzwanie. Garnitur może się okazać dla Ciebie przeszkodą, jednak niewielką, mam nadzieję.

     Malfoy spojrzał na niego z mieszanką zaskoczenia i nieufności. Wyzwanie? Do którego garnitur jest ograniczeniem? Potter może i był zbyt pewny siebie, ale z całą pewnością nie był szaleńcem. Nawet on nie mógł pomyśleć, że on, Draco malfoy, rozłoży przed nim nogi ot tak, na zawołanie... Nawet jeśli sama myśl o tym sprawiła, że poczuł suchość w ustach. Przeklął sam siebie za to, że nie zajął się sobą przed spotkaniem, choćby dla świętego spokoju.

     - Co masz na myśli?

     - Małe zawody - z bliska uśmiech Harry'ego wydawał się być jeszcze szerszy, a błysk w jego oczach wyrażał rozbawienie, a nie, jak Draco myślał na początku, nadchodzące niebezpieczeństwo - Accio.

     Zza drzewa wyleciały dwie miotły wyścigowe. Stare, poczciwe błyskawice. Już od kilku lat istniały lepsze miotły, Malfoy musiał jednak przyznać, że z tym modelem ich obu łączył sentyment. Ślizgonowi została wręczona miotła posiadająca mniej znaków używania. Niewiele rzeczy na tym świecie potrafiło go uszczęśliwić i sprawić, że uśmiechał się tak po prostu, a możliwość lotu była jedną z nich. Miotła zakołysała się lekko, poznając jego magiczną sygnaturę, a on w odpowiedzi zważył ją w dłoni, choć wiedział, że będzie idealna. Tak dawno nie miał okazji polatać na świeżym powietrzu, tak po prostu odrywając się od przyziemnych zajęć i trosk...

     Przebiegły sukinsyn.

     - Kto wygrywa? - zapytał, a nieufność blondwłosego zastąpił nagły entuzjazm.

     - Ten, kto pierwszy złapie znicza.

     Potter sięgnął do kieszeni, pomachał Draco piłeczką przed nosem, po czym wyrzucił ją w powietrze, wciąż patrząc mu w oczy, a nie na nią. Malfoy w odpowiedzi zmrużył powieki w pozornie nienawistnym spojrzeniu, jednak nie wytrzymał i na jego usta znów wpełzł uśmiech.

     - A co jest nagrodą?

     - Ślizgon pełną gębą, co? - Potter pokręcił głową z udawaną dezaprobatą - Co proponujesz?

     Malfoy zastanowił się przez chwilę, po czym do jego głowy wpadł pomysł równie absurdalny, co szalony. To mogło się naprawdę źle skończyć, ale zaraz miał zobaczyć Pottera na miotle, więc pewnie obudzą się stare obsesje. Czemu by nie? pomyślał, unosząc brwi.

     - Wygrany ma prawo do jednego życzenia, dowolnego.

     Potter nie zastanawiał się długo, zanim przytaknął. Tak, jakby pomyślał dokładnie o tym samym. Przerzucił nogę przez swoją miotłę i spojrzał na Malfoya wyczekująco, czekając, aż ten zrobi to samo. Gryfon był przygotowany na lot, dlatego nie założył spodni od garnituru za kilka tysięcy, a czarne, eleganckie spodnie, dużo wygodniejsze od tych, które Draco miał na sobie, co Ślizgon zauważył z niejakim rozdrażnieniem. Do tego ta przeklęta marynarka...

     Brwi Pottera podjechały w górę, gdy Malfoy wprawnym ruchem pozbył się marynarki i rzucił ją w pobliże drzewa. Ten w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami, rozpinając trzy górne guziki koszuli. Poszłoby mu zapewne dużo szybciej, gdyby nie to, że był świadom wzroku czarnowłosego, który nie opuszczał jego palców nawet na centymetr. Po kręgosłupie Draco przebiegł dreszcz, więc szybko podniósł wzrok, chwycił miotłę rękoma i kiwnął głową na znak gotowości.

     Wystartowali razem, idealnie zsynchronizowani. Dwie czarne sylwetki na tle nieba, które lada moment miało rozkwitnąć barwami zachodzącego słońca. W sercach obu rosło coś wielkiego, pięknego, dzikiego... Radość. Czysta i nieokiełznana. Obie twarze, których właścicieli los okrutnie skrzywdził swego czasu, wypełnione były szczęściem. Jak na komendę ich oczy odnalazły się, śmiejąc się do siebie.

     Draco nigdy by nie podejrzewał, że coś ucieszy go tak, jak cieszył się lotem w tamtej chwili. Ostatni raz dosiadał miotły ponad dziesięć lat temu, później wojna i obowiązki zwyczajnie mu na to nie pozwoliły. Czasem miał ochotę wyrwać się, uciec, wziąć miotłę i okrążyć Malfoy Manor, nigdy jednak nie miał na to czasu. A tu proszę - ta nieszczęsna pomyłka, przez która się tu znalazł, okazała się być całkiem miłym prezentem od losu. Draco zapomniał, że ma szukać znicza, przepełniony poczuciem wolności. Zrobił beczkę i wybuchnął czystym śmiechem. Zapomniał nawet o obecności Pottera, toteż gdy ten odezwał się tuż przy nim, Draco omal nie spadł z miotły.

     - Jednak dobrze się bawisz. Już się bałem, że mnie wyśmiejesz...

     - Wyśmieję? Bo dałeś mi w końcu pretekst, żebym wsiadł na miotłę? - Malfoy zmrużył oczy i zrobił wokół Pottera zręczne kółko - Spodziewałem się nudnej kolacji, podczas której nie będziemy wiedzieli, co powiedzieć, i jak się nawzajem nie obrazić. Jestem BARDZO mile zaskoczony.

     Potter w odpowiedzi jedynie się uśmiechnął, po czym przypadł do miotły i wyprzedził Draco, gwałtownie nabierając prędkości. Malfoy obserwował grę jego mięśni w niemym zachwycie, przyglądając się mu wygłodniałym wzrokiem, za który skarcił samego siebie. Był zdeterminowany, żeby zduszać w zarodku wszystkie myśli o Potterze, które choćby zahaczały o fizyczne aspekty jego ciała. Ostatnie, czego potrzebował, to erekcja, a do tego taka w powietrzu, kiedy siedział okrakiem na miotle w tych cholernie niewygodnych spodniach. Poza tym, jak by to wytłumaczył? Co by powiedział? Nie, Harry nie był po prostu kolejnym bezimiennym osobnikiem, który zaprosił go na kolację, żeby otrzymać bezosobowy, choć czasem całkiem niezły seks w jakimś hotelowym pokoju. To spotkanie - jakkolwiek oficjalnie wciąż była to randka - trzeba było utrzymać na czysto platonicznej płaszczyźnie i nie doszukiwać się więcej, niż rzeczywiście istniało. To właśnie Draco sobie postanowił, gdy nagle coś błysnęło, tuż na granicy jego pola widzenia.

     Gwałtowny zwrot zaalarmował także Pottera, który dotychczas pędził przed siebie jak szalony, ciesząc się z wiatru chłoszczącego go po twarzy. Zauważył błysk, ten sam, za którym właśnie gonił Malfoy, i zaklął pod nosem. Był za daleko, o wiele za daleko, o połowę drogi do Znicza dalej, niż jego rywal. Postanowił jednak zawalczyć. W końcu nie mógł tak po prostu się poddać, byłoby to dla Dracona zniewagą, tak samo, jak dla niego samego zniewagą byłoby, gdyby Malfoy nigdy z nim nie walczył.

     Pędzili w stronę znicza, który jakby wyczuł, że musi uciekać. Obie czarne postaci rozmazały się, osiągając niewyobrażalną prędkość, a świat wokół przestał istnieć. Liczył się pościg, miotła między nogami, świadomość siebie nawzajem i znicza. Ten zastrzyk adrenaliny i podniecenia, kiedy złota piłka pojawiała się w zasięgu wzroku, a ich obu łączył jeden tylko cel, nie liczyło się nic innego... Draco musiał przyznać, że nie dało się tego porównać z meczem przeciwko jakiemukolwiek innemu szukającemu. To zawsze Potter był dla niego wyzwaniem, zagadką, obsesją, i to właśnie przeciwko niemu dawał z siebie podczas meczu wszystko.

     Znicz zrobił nagły zwrot, a Draco zawisł na nogach, aby go złapać. Zamknął go w dłoni z poczuciem tryumfu, uniósł rękę w górę i spojrzał za siebie, łapiąc się z powrotem miotły wolą ręką. Uśmiech na jego twarzy swoją szczerością wynagrodził Harry'emu lekkie poczucie porażki, jakie go dosięgło. Odpowiedział uniesieniem brwi, uśmiechnął się i zawisł w powietrzu, przyglądając się Draconowi.

     Malfoy był estetą całym swoim jestestwem, przez co nie był w stanie oderwać wzroku od tego obrazka. Oto Potter, z rozwianymi włosami, uśmiechnięty mimo porażki, na tle zachodzącego słońca, patrzący mu prosto w oczy. Wróciło uczucie, że to wszystko to tylko ilustracja z jakiejś książki, baśni, przepięknej opowieści. Złote refleksy otaczały całą jego czarną sylwetkę, jakby specjalnie po to zostały stworzone, żeby oświetlać go w jego chwale. Draco mrugnął, przekonany, że jeśli to zrobi, wrażenie ulotni się, zniknie.

     I rzeczywiście- zniknęło.




     Dygresja: Jad


     Nocą w Londynie można natknąć się na wszystko.

     Latarnie sprawiają wrażenie pijanych, poustawianych na chybił trafił wzdłuż brudnych uliczek. Koty ukradkiem przemykają przez jezdnię, sycząc, kiedy tylko jakiś człowiek pojawi się zbyt blisko, a tak się akurat składa, że ludzi takich, zaburzających naturalny porządek, jest całkiem sporo. Ponieważ w Londynie, nocą, natknąć się można na wszystkich. Studenci, wracający z imprez lub domów swoich kolegów, gdzie "uczyli się" rzeczy przydatnych, jak anatomia, idą roześmiani, pewni siebie i tego, że świat leży u ich stóp. Ulicznice eksponują swoje względy, a na zaczepki reagują wymuszonymi uśmiechami i wyuczonymi ruchami zbyt wyeksponowanych ciał. Z kolei bezdomni i żebracy przemykają przez ulice chyłkiem, wzdłuż murów, jakby chcieli zająć jak najmniej miejsca.

     Nocą w Londynie można się natknąć na wszystko i wszystkich. Nawet na rzeczy, na które nigdy nie ma się ochoty natknąć.

     Widzę Cię. Idziesz krokiem pewnym, szybkim i sprężystym. Wyglądasz na zadowolonego z siebie, jak zawsze. Nawet z tej odległości widzę w Twoich oczach blask, ten blask, który z pewnością ma coś wspólnego z przekrzywionym krawatem na Twojej szyi. Widziałam Cię wiele, wiele razy, potrafię rozpoznawać pewne... sygnały. Umiem słyszeć niewypowiedziane słowa i dokańczać niezaczęte przez Ciebie gesty. I wiem doskonale, że Ty jesteś w stanie zrobić to samo w moim przypadku. Tym bardziej nie rozumiem, umyka mojej percepcji powód, zew wszechrzeczy, który zaprowadził nas właśnie do tego miejsca w czasie i przestrzeni, do tego nieuchronnego "bum" na końcu torów. Do wykolejenia się pociągu, który swego czasu był jedyną pewną rzeczą we wszechświecie.

     Sprawiasz wrażenie, jakbyś usłyszał moje myśli - zatrzymujesz się, sięgasz ręką do węzła i poprawiasz krawat, upewniasz się, że wszystko jest równo i tak, jak być powinno. Dopiero wtedy otwierasz furtkę.

     To zabawne, że ludzie nigdy nie patrzą w górę. Ty też tego nie robisz, nigdy. Gdybym kiedykolwiek chciała ukryć się przed Tobą, zniknąć, zupełnie i niewykrywalnie rozpłynąć się w powietrzu, żebyś nie mógł mnie znaleźć, wystarczy, że schowam się na drzewie. Wiem o Tobie wszystko, nawet to, co chciałbyś ukryć przede mną, bo Londyn nocą nie ma litości i odkrywa nawet najgłębiej ukryte tajemnice.

     Nie sądziłam do niedawna, że masz aż tak zaniżone mniemanie o mojej inteligencji. O tym, że mnie nie szanujesz też nie wiedziałam. Moje życie było szczęśliwsze. Są rzeczy, na które zamykamy oczy instynktownie, czując, że nie chcemy ich widzieć. I dopóty, dopóki coś lub ktoś nie zamacha nam przed nosem wielkim czerwonym znakiem z napisem "Gówno prawda", możemy oszukiwać samych siebie.

     Dom skrzypi, gdy cicho zamykasz drzwi wejściowe. Drewniana boazeria sprawia upiorne wrażenie po ciemku, gdy światło nie rozbija się na powierzchni lakieru. Nie zapalasz jednak lampy, nie świecisz sobie zaklęciem. Pogrążony w ciemności ściągasz buty i rozpinasz płaszcz, wieszając go zapewne na jednym z wieszaków. Oddychasz z ulgą, widząc, że wszystkie światła są pogaszone i wchodzisz po schodach, które skrzypią jeszcze bardziej niż drzwi. Wiem, jak układać stopy na starych deskach, żeby nie wydawały dźwięku, tak samo jak ty, nie dziwi mnie więc, że jęki schodów nagle ucichły. Przystajesz, zanim naciśniesz klamkę, jak wiele razy wcześniej, jakby nasłuchując mojego oddechu, i dopiero wtedy wchodzisz do pokoju.

     Czym się ten dzień różnił od pozostałych, że to właśnie dzisiaj postanowiłam się skonfrontować z rzeczywistością? Że nie udawałam, że śpię, jak robiłam to kilka ostatnich miesięcy? Skąd wiedziałam, że akurat dzisiaj do niej pójdziesz...?

     Na wszystkie pytania odpowiedź jest tylko jedna: nie wiem. Widać moja intuicja postanowiła zakpić sobie ze mnie i kazać mi czekać akurat dziś, dać Ci ostatnią szansę. Wysłałam Teddy'ego do Nory, żeby nie musiał na nas patrzeć. Może to właśnie o niego chodzi? Za miesiąc będzie już w Hogwarcie, z dala od tego całego gnoju, który zaczął powstawać między nami. Gdybyś wrócił dziś do domu, nie do niej, wszystko byłoby normalnie.

     - Och.

     Twój głos rozcina ciszę, która zalęgła się w tym pokoju, niczym nóż. Pajęczyna niedomówień i kłamstw, którą plotłeś przez tyle czasu drży, kiedy patrzysz na mnie. Ciekawe, co myślisz, widząc, że Twoja żona siedzi na parapecie, patrząc w okno, śledząc Twoje odbicie. Pewnie dociera do Ciebie, że wiem, postanawiasz jednak dalej udawać, że jestem pierwszą z brzegu idiotką, a nie aurorem z przeszkoleniem, który na dodatek zna Cię na wylot.

     Wiesz, kiedyś Cię kochałam. Wojna, śmierć, to wszystko tak blisko nas... może nigdy nie łączyło nas nic więcej? Połączyły nas okoliczności, ślepy los. Problem w tym, że chyba w końcu sprawił sobie okulary i zobaczył, w końcu wyraźnie zobaczył, co dzieje się wokół niego.

     - Zamierzasz się wszystkiego wyprzeć czy potwierdzić?

     Mój głos zawisa w przestrzeni niczym mucha, natrętnie bzycząca przy Twoim uchu. Twoje oczy robią się szerokie ze zdziwienia. Nie przewidziałeś, że mogę chcieć się skonfrontować. Czy naprawdę stałam się jedną z tych kobiet? Tych, którymi kiedyś pogardzałam? Mam w sobie ogień, który najwyraźniej przygasł, dał się ugłaskać, skoro nawet Ty, najbliższa mi osoba, przestałeś o nim pamiętać i się nim przejmować.

     - Nie wiem, o czym...

     - Doskonale wiesz, o czym mówię! - uderzam ręką o parapet, cały czas nie patrząc na Ciebie bezpośrednio, jakbyś był bazyliszkiem, jakby oglądanie jedynie twojego odbicia mogło uczynić to łatwiejszym... a może mniej realnym? - Można zarzucić mi wiele, ale nie ślepotę!

     - Kochanie... wszystko mogę wytłumaczyć i...

     Podchodzisz do mnie z wyciągniętymi ramionami. Odwracam się do Ciebie z zimną furią trawiącą moje wnętrzności. Czuję, że moja twarz zmienia się, sama z siebie, jakby chciała Cię odstraszyć.

     - Niczego nie masz już tłumaczyć. Jesteś żałosny. Masz czas do poniedziałku na zebranie stąd swoich rzeczy. W poniedziałek w południe przyprowadzę Teddy'ego, pożegnasz się z nim.

     Na Twojej twarzy widzę szok i coś jeszcze, ale nie chcę tego widzieć. Odwracam twarz i czerwone kosmyki włosów wpadają mi do oczu. Czuję pustkę w sercu, kiedy zdaję sobie sprawę, że nie chcę Cię juz słuchać. Nie mam ochoty na wymówki, błagania, wyrzuty. Obojętność zalewa mi myśli, kiedy wstaję z parapetu.

     -Poniedziałek w południe.

     Aportuję się, nie myśląc o żadnym konkretnym miejscu. Chcę tylko uciec, wydostać się z tego ciężkiego od kwasu powietrza, którym już nie jestem w stanie oddychać. Nie myślę o konsekwencjach. Nawet rozszczepienie nie byłoby mnie teraz w stanie obudzić, rozerwać kokonu rozpaczy**, w którym zamknęłam swoją duszę. Wyssać jadu z serca. Po wylądowaniu patrzę tępo przed siebie, nie zastanawiam się wcale, gdzie jestem. Słyszę czyjeś słowa tuż blisko mnie.

     - Muszę się napić - mój głos brzmi obco nawet dla mnie samej, kiedy patrzę prosto w oczy Luny z niemą prośbą: tylko nie pytaj.

     - Chodźmy. Mam Ognistą.




     *Szkockie wzgórza, Takie.

     **och, jakże mnie korciło, żeby napisać "rozwinąć z burrito rozpaczy"...
Jarvis, sometimes you gotta run, before you can walk
temperance Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 36
Dołączył(a): 13 gru 2014, o 13:44
Lokalizacja: Poznań

Postprzez casandra.mc » 1 mar 2015, o 23:40

Zrobiło się poważnie przez tą dygresję.. Aż się pogubiłam. Ale jeszcze bardziej (choć wydawało mi się że bardziej nie można) rozbudziłaś moją chęć czytania dalej :)

Powodzenia Limetko! :*

P.S Serio. Dlaczego nie napisałaś że jest już coś nowego?! :shock:
casandra.mc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2
Dołączył(a): 27 lut 2015, o 15:28

Postprzez MargotX » 4 mar 2015, o 20:19

Uważam, że pomysł Harry'ego (aż nieprawdopodobne, że jego autorski) na nietypową, nieszablonową randkę z Draco Malfoyem jest absolutnie rewelacyjny. Widać, że chciało mu się zadbać o zorganizowanie czegoś niebanalnego i gwarantującego, że raczej obydwoje będą czerpać z tego spotkania przyjemność. I faktycznie, czerpali. Nawet jeśli to było ulotne uczucie, przypisane jedynie do tych kilku chwil rozgrywki o znicz, ale chyba było warto.

Dygresja... cóż, zaskakująca. Zimna, pełna złości i czegoś niewypowiedzianego. Ciekawe, dlaczego postanowiłaś wpleść akurat taki wątek do swojej opowieści. Czy wydarzenia lub osoby mają gdzieś wspólną płaszczyznę, czy te dygresyjne wątki będą miały znaczący wpływ na relacje dwójki głównych bohaterów? Zapewne jest w tym jakiś cel i kiedyś go poznamy. Nie wiem, czy ta dygresja mi się podoba, choć to raczej niewłaściwe słowo, bo jest gorzka i taka bardziej mroczna, ale zapewne nie pojawiła się bez sensu. Niewykluczone, że za którymś razem pomarudzę nad nią bardziej, na razie jednak poczekam na rozwój sytuacji.

Pozdrawiam.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2064
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez temperance » 29 mar 2015, o 18:15

Rozdział 5


     Łupanie w głowie uświadomiło mu, że coś jest zdecydowanie nie tak.

     Draco otworzył oczy i gwałtownie zamrugał, gdy dotarło do niego światło. Ból przeszył mu czaszkę, aż syknął. Nie był pewny, co się właściwie stało, czuł jednak, że jest poobijany, jakby...

     - Nie spadłem z miotły. Prawda? Powiedz, że z niej nie spadłem - wychrypiał w bliżej nieokreśloną przestrzeń.

     Rozległo się krótkie parsknięcie śmiechem, a zaraz po nim nad głową Malfoya pojawiła się rozczochrana czupryna Pottera. Wyglądał na zatroskanego i rozbawionego jednocześnie, jakby jedno walczyło nad drugim o dominację.

     - Nie, nie spadłeś.

     Potter zajrzał jasnowłosemu w oczy, a ten poczuł się co najmniej dziwnie. Oto Chłopiec, Który Przeżył, jego dawny zaprzysiężony wróg, wcielenie dobra i fajtłapowatości, pochylał się nad twarzą byłego śmierciożercy, zwieszając swój nos zaledwie kilkanaście centymetrów od niej. Draco zamrugał znowu, trochę speszony, a potem zaczął się zastanawiać, co by się stało, gdyby te usta pochyliły się niżej, i niżej, i może jeszcze trochę niżej. A potem...

     -To bardzo, bardzo dobrze. Nie musisz tak nade mną sterczeć, wszystko w porządku.

     Draco podniósł się do pozycji siedzącej i zaczął wstawać, jakby chciał potwierdzić prawdziwość własnych słów. Musiał w jakiś sposób przerwać swoje rozważania, zanim doszedł by (panuj nad sobą!) do jakichś wniosków. Potter bez słowa podał mu rękę, którą Ślizgon przyjął z wdzięcznością. Harry zmierzył go od stóp do głów spojrzeniem, a Draco zaczął modlić się do wszystkich znanych mu bogów, żeby tylko nie myśleć o tym, że wzrok Pottera wędruje po jego ciele.

     -W takim razie, dobrze. Nic nie powinno Ci być, chyba tylko nabiłeś sobie guza - I zwichnąłeś nadgarstek, który nastawiłem magicznie, więc nie będę Ci o tym wspominał - Nie wiem jak ty, ale ja jestem głodny.

     Malfoy był głodny, i to bardzo. Może nie do końca, w takim sensie, jaki musiał mieć na myśli Potter, ale to był tylko drobny, nic nie znaczący szczegół, toteż Ślizgon przytaknął ochoczo.


***


     - Możesz mi powiedzieć gdzie właściwie jesteśmy?

     Harry postukał łyżeczką w swój pucharek z tiramisu, po czym spojrzał na Draco spod przymrużonych powiek, jakby zastanawiał się, czy Malfoy jest godzien tej wiedzy. Ślizgon wzruszył tylko ramionami i odpowiedział równie długim spojrzeniem, jakby rzucał Harry'emu wyzwanie.

     - To aż taka wielka tajemnica, Potter, czy po prostu mi nie ufasz?

     - Nikt nigdy nie powiedział, że Ci nie ufam. Powiem wręcz, że sam fakt, że tu jesteś, świadczy o moim zaufaniu do Ciebie.

     Draco zmarszczył czoło. Oto siedział na kocu, gdzieś pośrodku wyjątkowo trawiastego nigdzie, z magicznym światłem nad głową, jedząc tiramisu z dziwnego mugolskiego pojemnika chłodzącego. Sposób, w jaki zaproszenie na łąkę miałoby być zaszczytem czy dowodem zaufania, był dla niego zupełnie niezrozumiały, co też Potterowi przedstawił, pukając we własny nos łyżeczką.

     - Widzisz, po wojnie minister magii postanowił... nagrodzić moje poświęcenie. Wiesz, odznaczenia, ordery, honory, ogólnie bardzo dużo rzeczy, których nigdy nie chciałem. Dostałem też sporo ziemi na jakimś zadupiu - Harry zamyślił się i pochłonął kolejną porcję deseru - Co wiesz o mnie? To znaczy, na temat tego, co robiłem po wojnie?

     - Niewiele - Draco zmarszczył czoło - starasz się chyba nie wzbudzać zainteresowania prasy, bo mówią o Tobie o wiele mniej, niż pewnie by chcieli. Zostałeś aurorem i pracujesz w grupie uderzeniowej czy czymś takim, tu nie mam pewności.

     - Nie do końca. Tu właśnie rozpoczyna się część, o której niewielu wie. Powiedz, kiedy zacznę Cię nudzić. Odszedłem ze służby niecały rok po zakończeniu wojny - Malfoy zamarł z łyżeczką w ustach - Chyba mi się udało cię zaskoczyć - Harry zaśmiał się, odkładając swój pusty pucharek po tiramisu i opierając się o drzewo.

     - Przecież... jak to się stało, że żadna gazeta tego nie wywęszyła? Mieli na to sześć lat. Ja nie mogę skinąć palcem bez wzmianki w gazecie, a Ty sobie tak po prostu, bez rozgłosu odszedłeś z pracy? - Draco oburzeniem starał się zatuszować wcześniejsze zaskoczenie. Nie lubił okazywać się tym niedoinformowanym.

     - To przez Ministerstwo. Postanowili to zatuszować za wszelką cenę. W końcu to ja, "zbawca czarodziejskiego świata", gotowy bohatersko zwalczać wszelką przestępczość. Zrobili ze mnie jakąś ikonę sprawiedliwości i prawa, a ja im mówię, że mam dość - Harry zachichotał mimo woli, przypominając sobie wyraz twarzy Kingsleya Shacklebolta w tamtym momencie - Nie mogli mnie powstrzymać. Miałem... małe spięcie z szefem biura aurorów. Postanowiłem zniknąć. Zająć się czymś, co nie miało żadnego związku z wojną, z przemocą. Zbudowałem dom na skraju ziemi, którą dostałem.

     - Dużo jej jest? - zapytał Draco, nie wytrzymawszy.

     -Nie wiem, nie zajmowałem się formalnościami. Kilka wzgórz, trzy doliny. Całkiem sporo - Harry zbył to machnięciem ręki i wyskrobał resztki tiramisu z pucharka, po czym z zadowoleniem wsadził sobie łyżeczkę do ust - Nie chcę Cię zanudzać, więc powiem tylko, że nie za bardzo wiedziałem, co ze sobą zrobić. Po raz pierwszy w życiu miałem wybór, ale tak naprawdę, a nie na pozór, jak w szkole. Mogłem robić cokolwiek, nie tylko to, czego ode mnie wymagano. Po jakimś czasie Charlie Weasley poprosił mnie o konsultację w sprawie jakichś czarnomagicznych artefaktów, które znaleźli w leżu Rogogona. Udałem się do Ruminii, ale okazało się, że nie było w sumie takiej potrzeby. Charlie uparł się, żebym został jakiś czas. Po pierwszym wieczorze poznałem chyba wszystkich poskramiaczy smoków, którzy byli w okolicy. Na takiej popijawie nie byłem od czasów szkolnych. W nocy stało się coś dziwnego.

     - Potter, jesteś pewien, że to jest przeznaczone dla moich uszu? - Draco rozparł sie wygodnie na kocu, udając znudzenie - Nie wiem, czy chcę słuchać o niespodziankach, które przytrafiają Ci się w nocy.

     - A zatem koniec opowieści... może wina, w takim razie?

     Harry wyciągnął z przenośnej lodówki butelkę czerwonego Marsala i otworzył je. Gdy opowiadał, obserwował uważnie Malfoya i był niemalże przekonany, że Ślizgon prędzej połknie swój pucharek po deserze, niż się przyzna, że opowiadanie Harry'ego go wciągnęło. Jeszcze jedna rzecz nie budziła jego wątpliwości- Draco był wspaniałym, młodym mężczyzną. Z jednej strony było to dla Pottera miłym zaskoczeniem, w końcu nie spodziewał się, że całe ich spotkanie przebiegnie w spokojnej, czy wręcz: przyjaznej atmosferze. Z drugiej jednak, stanowiło to dla Gryfona niemałe wyzwanie. Od zawsze lubił towarzystwo błyskotliwych i przystojnych mężczyzn, miał słabość do inteligencji i szeroko pojętego piękna, a oto miał przed sobą niemalże uosobienie tych cech. Nie. Nie z nim, nie dziś, nie tu.

     - Nie wiem, czy gustujesz w Sycylijskich winach, ale moim zdaniem nie ma nic lepszego do Tiramisu od Marsali - Harry nalał pół kieliszka i podał go Malfoyowi, którzy przyglądał mu się z dziwnym zafascynowaniem.

     - Nie wiedziałem, że znasz się na winach.

     - Bo w szkole się nie znałem, ani trochę. To zadziwiające, ile ogłady może człowiek nabrać w odpowiednim towarzystwie.

     Potter uśmiechnął się, odkładając butelkę do lodówki, gdy tylko nalał wina także i dla siebie. Gdyby miał wybór, wolałby rozsiąść się teraz ze szklaneczką ognistej whisky, wiedział jednak, że wino pomoże mu osiągnąć cel- uznanie w oczach Dracona Malfoya. Harry postanowił bowiem, że zrobi wszystko, żeby pokazać się Ślizgonowi od swojej najlepszej strony. Namówiła go do tego Hermiona, ale w końcu nie to było najważniejsze.

     - A więc... - Draco udał, że wznosi toast, po czym posmakował wina ze swojego kieliszka i przechylił głowę z uznaniem - skoro już przyznałem, że gustu na tym polu Ci nie brakuje, możesz kontynuować.

     - Kontynuować?

     - Tak. Wiesz, noc, Rumunia, coś musi Ci świtać.

     - A, rzeczywiście - Harry uśmiechnął się i przywiódł Draconowi na myśl bardzo zadowolonego kota - Obudziłem się w nocy, i słyszałem jakieś szepty. Trochę podobne do tych, które wydawał z siebie bazyliszek w drugiej kla... nie, nie ważne - Harry uniósł brwi, widząc zmieszane spojrzenie Malfoya - Po prostu niewyraźne, urywane szepty. Jak się okazało, usłyszałem smoka.

     Nie pytając Dracona o zdanie, Potter dolał im obu wina. Widać było, że Ślizgon przetrawia tę informację, a alkohol zazwyczaj ułatwiał otworzenie umysłu na niezrozumiałe treści.

     - Usłyszałeś, jak smok do Ciebie szepcze - powtórzył Malfoy, bez zastanowienia pociągając łyk wina z kieliszka.

     - Nie, on nie syczał do mnie, tylko do innych smoków. Czy to takie istotne? - Potter wzruszył ramionami - Tak czy owak, rozpoczęliśmy z Charliem badania nad moimi... możliwościami. Okazuje się, że mowa smoków znacznie różni się od mowy węży. Jedne porozumiewają się systemem syków, ryków i powarkiwań, drugie jedynie syczą, ale są między nimi różnice. Wiedziałeś, dla przykładu, że samica Krótkopyska Szwedzkiego jest w stanie dogadać się z każdym wężem, za to samiec już nie?

     Dracona wyraźnie zamurowało. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczał, że Potterowi zbierze się w przyszłości na badania naukowe! Było to tak absurdalnie śmieszne, że Malfoy aż parsknął, na co w normalnych warunkach nigdy by sobie nie pozwolił. To to wino. Było w deserze, piję je teraz, może mam halucynacje? Tak, to by wszystko wyjaśniało. Spojrzał na Pottera podejrzliwie, podsuwając mu swój kieliszek, a który Gryfon posłusznie napełnił. Czuł się zbyt trzeźwy w stosunku do absurdalności sytuacji.

     - Nie, zdecydowanie nie miałem o tym pojęcia.

     - Bo prawdopodobnie nikt tego wcześniej nie badał. Wężouści byli przez czarodziejów traktowani tak, jak czarownice w średniowieczu przez mugoli. Jak coś niebezpiecznego, niezrozumiałego, a przez to godnego jedynie zniszczenia. Jeśli prześledzić linię potomków Salazara Slytherina można się dowiedzieć, że bardzo wielu dziedziców umierało tragicznie i młodo, najczęściej bezpotomnie. Przez to w dwudziestym wieku jedyną żyjącą rodziną, w której żyłach płynęła krew Salazara, byli Gauntowie, z których wywodził się Voldemort - Harry wydawał się być zafascynowany tym, co mówił, jego odczucia przenosiły się powoli i na Malfoya, kończącego trzeci kieliszek wina.

     - Gdyby nie zostali wykończeni wcześniej, to mogę się założyć o moją różdżkę, że w czasie wojny wykończono by resztę rodu Salazara. Tak na wszelki wypadek.

     - Doszedłem do tego samego wniosku - Potter pokiwał głową z uznaniem, znów dolewając im wina - W każdym razie, kiedy Voldemort mnie zabił, myślałem, że straciłem umiejętność porozumiewania się z wężami. Okazało się to jednak krótkotrwałe, a...

     - Coś Ci się pomyliło. To Ty zabiłeś Voldemorta, nie odwrotnie, Potter - Malfoy nie tracił czasu i pochłaniał wino, słuchając opowieści Harry'ego.

     - Chodzi mi o drugą Avadę, która mnie dosięgnęła. Można powiedzieć, że część mnie wtedy umarła, narobiło mi się sporo zamieszania z mocami, sygnaturą i tego typu rzeczami, które ustabilizowały się dopiero po czasie. Chciałem, na przykład zrobić światełko - ruchem głowy wskazał na to, które oświetlało ich od góry łagodnym, przyćmionym światłem - a powstawała kula ognia. To było kłopotliwe, nawet bardzo. Nie wiem, czy moja moc wróciła do poziomu sprzed Drugiej Bitwy, czy też po prosu nauczyłem się korzystać z jej większej ilości.

     - No dobrze, wróćmy zatem do Krótkopyska. Zostałeś badaczem smoków, dobrze zrozumiałem? - wino przyjemnie otuliło umysł Dracona, wyostrzając zmysły. Usiadł po turecku, bo z takiej pozycji miał lepszy widok na Pottera.

     - Zasadniczo rzecz ujmując, tak. Interesował mnie ich język, ale z czasem zacząłem przykładać większą uwagę do ich zwyczajów czy usposobienia. Próbowałem się nauczyć interpretować resztę odgłosów, które z siebie wydawały, ale okazało się to zbyt trudne, przynajmniej na chwilę obecną. W ostateczności mam jeszcze kilkadziesiąt lat, żeby zamknąć się w jaskini i rozmawiać z tymi przerośniętymi jaszczurkami.

     Usta Harry'ego wykrzywiły się w uśmiechu, który sprawił, że w kącikach jego oczu pojawiły się prześliczne- zdaniem Draco- zmarszczki. Malfoy przełknął ślinę, poczuł, jak przechodzi go dreszcz, a jego mózg zaczął analizować sytuację. Ni z tego, ni z owego jego oczy rozszerzyły się, a Draco wyciągnął w stronę Pottera rękę i wskazał na niego oskarżycielsko.

     - Żartujesz, prawda? Twoja Gryfońska głowa wymyśliła to wszystko, a teraz mnie katujesz, podsuwając mi kompletnie abstrakcyjne twory, które mój mózg zawzięcie przetwarza, co uniemożliwia mi skupić się na innych bodźcach. To wszystko ma na celu upicie mnie i wykorzystanie. To takie... Ślizgońskie. Podoba mi się.

     Harry, który akurat kończył kieliszek, zakrztusił się winem. Nie mógł złapać przez chwilę oddechu, a próby odkaszlnięcia pozostawiły w jego oczach łzy. W końcu udało mu się nad sobą zapanować i przyjrzał się Malfoyowi uważnie. Może jednak uderzył się w głowę mocniej, niż myślałem.

     - Nie zamierzałem Cię upić i wykorzystać.

     - Nie? - twarz Draco przybrała na moment rozczarowany wyraz, jednak szybko zastąpił to obojętnością - Szkoda.

     - Nie zamierzałem - powtórzył Harry, patrząc na niego uważnie - ale zawsze mogę zmienić zamiary.

     Malfoy mrugnął i spojrzał na usta Pottera. Wypadkowa dużej ilości wina i pociągu, jaki odczuwał w stosunku do Pottera, okazała się być wystarczająca, żeby Draco przygryzł lekko dolną wargę, rozchylając usta. Więcej Harry nie potrzebował. Odłożył swój kieliszek na trawę i opadł na kolana, pokonując na nich dzielący go od Ślizgona dystans. Wprawnie wyjął z ręki Malfoya naczynie i je również odłożył, po czym spojrzał blondynowi prosto w oczy.

     - Czy...

     Draco nigdy nie dowiedział się, co Potter chciał powiedzieć, a sam Harry również szybko o tym zapomniał. Ślizgon bowiem przerwał mu, sięgając ustami do jego ust, tak, jak wyobrażał to sobie wielokrotnie w czasach szkolnych. Smakował jego wargi, podczas gdy ich języki toczyły ze sobą bój. Krew uderzyła im obu do głowy, sprawiając, że świat skurczył się do rozmiarów tej jednej czasoprzestrzeni, a poza nią nie było nikogo i niczego. Draco wplótł ręce w kruczoczarne włosy i domagał się więcej i więcej. Światełko nad ich głowami zamigotało, gdy Harry zaczynał tracić nad sobą kontrolę.
Nagle Potter stracił równowagę. Runął przed siebie, wyciągając ręce, żeby zamortyzować upadek, w efekcie czego wylądował na Draco. Siedzącemu po turecku Malfoyowi niewiele było trzeba, żeby wyprostować nogi i objąć nimi Pottera w pasie.

     Całowali się tak, jakby obaj byli znowu nastolatkami, którymi targały sprzeczne namiętności- z pasją i nieporadnością, która burzyła krew w żyłach ich obu. Zawsze cos stało między nimi. Barwy domu, przyjaciele, barykada, gdy stali po przeciwnych stronach, wzajemna nieufność. Było tam też jednak coś jeszcze, coś skrywanego pod płaszczem celnie wymierzanych ripost i nieskończonych spojrzeń, do których żaden z nich nie chciał się przyznać. To zawsze gdzieś tam było, tkwiło w nich, domagając się spełnienia. Żaden z chłopców, którymi wtedy byli, nie wiedział, że nie był jedynym, który stał w strugach wody spod prysznica i dochodził, jęcząc imię drugiego.

     Migocące wcześniej magiczne światło całkowicie zgasło, gdy Potter poczuł delikatne ugryzienie w język i dłonie Draco, wślizgujące się pod jego koszulę. Jęknął cicho, nie mogąc się powstrzymać. Malfoy otworzył oczy i gwałtownie wrócił do rzeczywistości. Poczuł się tak niewiarygodnie głupio, że nie zdążył nawet przypatrzeć się roziskrzonym oczom Pottera, lśniącym bardziej niż gwiazdy nad nimi. Wyplątał się z niego i odetchnął głęboko, chowając twarz w dłoniach. Wino, za dużo wina, przemknęło mu przez głowę.

     - Wszystko w porządku? - w głosie Pottera słychać było troskę, ale Draco odsunął się, czując dotyk na swoim ramieniu. Światełko nad ich głowami znów zaświeciło.

     - W najlepszym - Oczywiście, że nie, matole! - Było mi bardzo miło się z Toba spotkać, ale myślę, że to najwyższy czas, żeby się... pożegnać. Tak. I rozejść.

     Głos Malfoya był chłodny i, na pozór opanowany. Harry nie zdawał sobie sprawy, że Draco maskuje w ten sposób wewnętrzne rozbicie, więc ogarnęła go złość. To Ślizgon wszystko zainicjował, sprowokował go, pocałował, ale to o, Potter, ma się czuć jak ostatnia świnia? Niedoczekanie.

     - Dobrze, skoro tego chcesz. Mnie również było miło - ostatnie słowo ledwo chciało przejść Gryfonowi przez gardło, bo cała pasja, która obudziła się w nim chwilę wcześniej, zamieniła się w równie palący gniew - Możesz się stąd przeteleportować bezpośrednio do domu, ewentualnie zaprowadzę Cię do podłączonego do Fiuu kominka.

     - Rozumiem - Kominek w Twoim domu, niedoczekanie - myślę, że teleportacja będzie lepszą opcją. Dziękuję za wieczór.

     Draco bardzo uważał, żeby drżenie nie przedostało się do jego głosu. Czuł się jak ostatnia szmata. Oto pocałował kogoś, kogo nigdy nie powinien był tknąć. Kolana mu drżały jak po kilkugodzinnym maratonie, a serce tłukło się w piersiach, jakby miało uciec. I uciekło- wraz z właścicielem, zostawiając na kocu Pottera z całkowitym mętlikiem w głowie.
Jarvis, sometimes you gotta run, before you can walk
temperance Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 36
Dołączył(a): 13 gru 2014, o 13:44
Lokalizacja: Poznań

Postprzez MargotX » 3 kwi 2015, o 17:26

Pominę początek opowieści Harry'ego, fakt, że kilka lat jego życia umknęło uwagi prasy; pominę też szczodrość ministerstwa obdarowującego swojego bohatera ogromną posiadłością, bez najmniejszego rozgłosu, bez próby podwyższenia swoich notowań w czarodziejskim społeczeństwie. Harry nie odszedł z magicznego świata, zatem takie umiejętne unikanie jakiejkolwiek wzmianki prasowej wydaje się arcytrudne do osiągnięcia, ale to Twoja wersja opowieści, przyjmijmy zatem, że taki przebieg wydarzeń nosi jakieś znamiona prawdopodobieństwa i z dużą dozą tolerancji mógł zaistnieć.
Natomiast muszę powiedzieć, że odkrycie przez Harry'ego zdolności do odczytywania/rozumienia mowy smoków - tu już pojechałaś po całości. ;) Nie ukrywam, że wydaje mi się to dość naciągane i raczej schematyczne. Skoro Harry rozumie mowę węży, potrafi z nimi rozmawiać, czemu nie pójść na całość i nie uczynić go, hmm, smoczoustym? (to żart oczywiście, analogia do wężoustego). Jakiekolwiek wspólne elementy by nie łączyły smoków z wężami - typu sycząca mowa czy fakt, że smoki są "przerośniętymi jaszczurkami" - uważam tę ścieżkę kariery Pottera za nieco abstrakcyjną, choć nie da się ukryć, że podałaś nam to całkiem sympatycznie.

Za to ostatni fragment - jestem jednak na "nie". Tak bardzo, jak uwielbiam czułe sceny w wykonaniu Harry'ego i Draco, ich zauroczenie i pożądanie, tak nie bardzo przyswajam fakt, że Harry, który świeżo zaliczył etap zapijania rozpaczy po rozbitym związku i użalania się nad sobą, rzuca się ochoczo do całowania Draco Malfoya na wykupionej randce. Myślę, że wiarygodniej by to wyglądało, gdyby pozostało na etapie fascynacji, odkrywania wzajemnych atutów po latach, przynajmniej na tym pierwszym ze spotkań, bo nie wątpię, że kolejne nastąpią. Choć kto wie, skoro każdy z nich czuje się wyjątkowo niezręcznie i obydwaj to ukrywają...

Czytało się nieźle, tyle, że wyrazy typu: tiramisu, marsala czy wino sycylijskie, piszemy z małej litery. To nie nazwy własne, tylko określenia produktów.
Pozdrawiam.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2064
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13


Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości