[NZ] Życie bardziej kolorowe (22 cz.1/60)

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez narumon » 17 lis 2014, o 20:13

Witam wszystkich, pozwólcie, że przedstawie Wam ŻaBKę. To taki okrutny twór, który piszę już od ponad 4 lat. I napisać nie mogę. Ale na moje usprawiedliwienie, bardzo chcę! Jakbym się jednak nie zmęczyła tym tekstem, zawsze do niego wracam i jestem zdeterminowana żeby go skończyć. Nie mogę jednak obiecać, że zajmie mi to mniej niż dekadę ;)
Postanowiłam wrzucać tutaj codziennie po jednym rozdziale, przez następne trzy tygodnie, w nadziei, że do tego czasu powstanie rozdział 22. Więc trzymajcie za mnie kciuki. Nie pogardzę też jednym czy dwoma słowami od czytających :)



Tytuł: Życie bardziej kolorowe
Autor: narumon
Beta: melania; madami; em i Izzie
Fandom: Harry Potter, pierwsze cztery tomy i początki piątego. Fabuła powstawała naprawdę dawno temu.
Paring: Harry Potter/ Draco Malfoy
Rating: na razie +13, ale w razie potrzeby będę znakować bezpośrednio przed rozdziałami
Długość: planowane 60 rozdziałów.


Rozdział pierwszy: Zakazany Las

Jeżeli coś denerwowało Harry’ego bardziej niż szlaban w sobotę wieczorem, to chyba tylko szlaban z Draco Malfoyem u boku.
Do tego chwilę wcześniej Hagrid zostawił ich samych i zawrócił do swojej chaty, twierdząc, że czegoś zapomniał. To naprawdę było niedorzeczne! Czekali już dłuższy czas i Harry zdążył doskonale zaznajomić się z późno październikową aurą, co w praktyce oznaczało, że cały trząsł się z zimna. Na domiar złego szlaban był w porze kolacji, a Harry nie jadł niczego od południa i teraz bardzo wyraźnie zdawał sobie sprawę z tego, jakim to było błędem. Jedyną zaletą tej sytuacji było to, że Malfoy wydawał się tak zaniepokojony, że przestał rzucać jadowitymi zaczepkami w jego kierunku.
Harry też nie czuł się zbyt pewnie. W ostatnich czasach Zakazany Las nie był najbezpieczniejszym miejscem. Nie żeby był nim kiedykolwiek wcześniej, ale…
Od półtorej roku — odkąd Voldemort powrócił — z Azkabanu uciekały coraz to większe grupy więźniów. Dlatego Ministerstwo zdecydowało się ponownie pozwolić dementorom na opuszczenie wyspy. W założeniu mieli oni pochwycić uciekinierów, ale, jak to z większością planów Ministra, coś poszło nie tak i teraz Anglia znajdowała się pod ciągłym ostrzałem zjaw, nad którymi nikt już nie miał władzy.
Dumbledore’owi udawało się trzymać ich poza terenem Hogwartu, ale od dawna było wiadomo, że Zakazany Las rządził się swoimi własnymi prawami. I, mimo że jeszcze żaden uczeń nie spotkał w nim dementora, Harry podejrzewał, że to tylko kwestia czasu.
— Zimno mi — burknął Malfoy.
Harry nie zareagował w żaden sposób. Spędzili w lesie już pół godziny i powoli przyzwyczajał się, że Ślizgon musi co chwilę wyrzucić z siebie jakąś skargę. Wcześniej już dwa razy narzekał na wilgoć w powietrzu, raz na ciemność, trzy razy na zimno i przynajmniej pięć razy na „niemożliwie obrzydliwe jeansy” Harry’ego. Harry nie przejął się żadną z tych wypowiedzi. Szczególnie tą odnośnie jego garderoby. Nosił stare spodnie Rona, które może nie były wielce szykowne, ale z całą pewnością prezentowały się lepiej niż lumpy po Dudleyu, za duże na niego o kilka rozmiarów. Ciuchy Rona były prawie dobre w pasie, a przydługie nogawki Hermiona skróciła jednym zaklęciem. Do tego były bardzo wygodne, więc Harry naprawdę, absolutnie nie zastanawiał się nad złośliwościami Malfoya. Wcale a wcale.
— Nie podoba mi się ten zapach. Jak w ubikacji — burknął Ślizgon.
— To świerk, Malfoy — odwarknął Harry.
Przez głowę mu przeszło, że takie warczenie mogłoby doprowadzić do przeprowadzenia prawie normalnej rozmowy, więc upomniał się, żeby już nie odpowiadać na burknięcia blondyna.
Nagle coś zaszemrało z prawej strony i Harry obrzucił zarośla uważnym wzrokiem. Malfoy również spojrzał w tamtym kierunku.
— Słyszałeś? — zapytał niepewnie.
Harry nie odpowiedział, ale wyciągnął różdżkę. Kątem oka dostrzegł, że Ślizgon z lekkim wahaniem zrobił to samo. Coś poruszyło się w krzakach kawałek dalej i Harry’emu momentalnie podskoczyło ciśnienie. Czymkolwiek było stworzenie, musiało być bardzo szybkie, bo dosłownie w sekundę później usłyszeli szelest z zarośli tuż przy drodze.
Harry wymierzył różdżkę i czekał.
Nagle intruz wyskoczył z krzaków i pomknął wprost na nich. Harry, z właściwą sobie szybkością, rzucił pierwsze zaklęcie, które przyszło mu do głowy — zaklęcie rozbrajające.
Stworzenie uchyliło się i klątwa minęła je tylko o milimetry.
Harry zamrugał zdziwiony, kiedy mała, brązowa wiewiórka przystanęła na sekundkę na ścieżce i wlepiła w niego swoje oczka.
Ona też wydawała się być zdziwiona.
Zanim Harry zdążył jakoś zareagować, wiewiórki już nie było, za to zza jego pleców dochodził złośliwy śmiech. Odwrócił się, żeby spotkać rozbawione oblicze Malfoya.
— Sądziłem, że jesteś całkiem zaprzyjaźniony z tym gatunkiem — zakpił blondyn. — Tylko raczej nie mów o tym Weasleyowi, bo może się poczuć dotknięty.
Harry nic nie odpowiedział, głównie dlatego, że w gruncie rzeczy uważał komentarz Ślizgona za zabawny. Poza tym nie chciałby być hipokrytą — sam twierdził, że Ron wygląda jak bardzo wyrośnięta wiewiórka.
Minęły długie minuty ciszy, a Hagrida nadal nie było. Potter był znudzony, zniecierpliwiony, zmarznięty i…
— Głodny jestem — burknął Malfoy.
Harry chrząknął. Twardo trzymał się wcześniejszego postanowienia o nieodwarkiwaniu, które mogłoby prowadzić do prawie-konwersacji.
— To nieodpowiedzialne, że ten… Hagrid zostawił nas tutaj samych na tak długo. Powinniśmy złożyć na niego skargę — powiedział blondyn i Harry zastanowił się, czy nie mógłby ewentualnie warknąć jakiegoś „aha”, bo sto razy lepiej było co jakiś czas otworzyć gębę, nawet do Malfoya, niż stać w zimnym lesie w zupełnym bezruchu.
— Nie wiem jak ty, Potter, ale ja mam zamiar wracać do zamku — oznajmił Ślizgon, jednak nawet nie ruszył się z miejsca.
Harry nadal stał do niego plecami, niepewny czy gdyby podjął temat nie zdradziłby swoich własnych zasad.
Z drugiej jednak strony, zostawanie zupełnie całkiem samemu w Zakazanym Lesie, bez żadnych narzekających i burczących głosów, było raczej ponurą wizją.
Zanim zdążył jednak zdecydować czy warto porzucać swoją milczącą pozycję, tracąc tym samym szacunek we własnych oczach, jego wróg-towarzysz odezwał się ponownie.
— No to… idę — burknął Ślizgon, odpychając się od całkiem pokaźnego kamienia, o którego opierał się do tej pory.
Zrobił krok do przodu, jednak zatrzymał się. Harry obrócił się do niego profilem, bardzo chcąc zobaczyć, czemu chłopak nie poszedł dalej, ale jednocześnie nie będąc przekonanym co do stawania z nim twarzą w twarz.
— Um… zastanawiałem się, Potter, czy nie wiesz przypadkiem, w którą stronę jest zamek — powiedział Ślizgon z prawie obojętną miną.
Harry zauważył, że blondyn czuje się bardzo niezręcznie z tym, że musi prosić o pomoc i, że nawet teraz nie zadał pytania bezpośrednio, co w jakiś pokręcony sposób mu się podobało. On sam też bardzo nie lubił być zależnym od innych.
Rozejrzał się po polance na której stali i z tylko lekko złośliwą miną wskazał odpowiedni kierunek.
— W tamtą — warknął.
— Dzięki — odburknął Malfoy i Harry był w pełni świadomy, że mimo wszystko jednak przeprowadzili prawie-konwersację.
Chrząknął, jakby miało to w jakikolwiek sposób zatuszować tę drobną wpadkę. Ponownie odwrócił się plecami do rozmówcy, mając nadzieję, że jeżeli wystarczająco długo będzie go ignorował, to będzie zupełnie tak, jakby nigdy w ogóle się do niego nie odezwał.
Tymczasem blondyn ruszył we wskazanym kierunku. Nim jednak zdążył całkiem zniknąć między drzewami, usłyszeli przerażający krzyk gdzieś na północ od nich.
Malfoy rzucił Harry’emu zaniepokojone spojrzenie. W mgnieniu oka z głowy bruneta wyleciały wszystkie nieistotne myśli o prawie-konwersacjach i zachowywaniu godności w tej sytuacji. Był świadomy tylko tego, że ktoś ma kłopoty.
— Potter, chyba nie masz zamiaru biec tam, sam, jeden, niczym jakiś zakichany bohater i wpakować się prosto w pułapkę, prawda?
— To chodź też! — zakrzyknął wojowniczo Harry. Może krzyknął trochę zbyt bojowo, ale był napędzony adrenaliną.
Nie czekając na odpowiedź wyciągnął różdżkę i pędem rzucił się przez las. Był pewien, że krzyk nie mógł dochodzić z daleka, kilkaset metrów najwyżej. Kiedy chwilę później wrzask się powtórzył, wiedział już, że się nie mylił.
Krzyk nagle się urwał i Gryfon przyspieszył, zdając sobie sprawę, że cokolwiek się działo, zostało już niewiele czasu.
Zdyszany wbiegł na małą polankę, zarośniętą z lewej strony, tak, że chaszcze połowicznie odcinały z niej wyjście.
Na ziemi leżał mały chłopiec, najpewniej pierwszak, a nad nim pochylało się trzech dementorów, z czego jeden miał już ściągnięty kaptur.
— Expecto Patronum! — krzyknął Harry i natychmiast posłał swojego patronusa w stronę malca.
Na polanie było jeszcze kilka zjaw, ale nie był w stanie zająć się nimi wszystkimi naraz. Jego patronus był silny, ale nie był dżinem z lampy…
Naraz na polanę wbiegł Malfoy, cały zdyszany i rozczochrany. Miał nawet zaróżowione policzki, co było u niego raczej rzadko spotykane.
Rozejrzał się dookoła i dostrzegając małe stadko dementorów od razu zbladł. Rzucił Gryfonowi spanikowane spojrzenie i Harry już wiedział.
Malfoy nie potrafił rzucić patronusa.
Pomyślał, że to naprawdę pechowy dzień. Jego patronus, który nie był dżinem, musiał teraz ochraniać trzy osoby zamiast dwóch. Chyba że pierwszak nagle powstanie i okaże się wybitnie uzdolniony, ale na to nawet Puchon by nie liczył.
Dementorzy niebezpiecznie się do nich zbliżyli. Co prawda jego czar odgonił już trójkę przy nieprzytomnym chłopcu, ale pozostała jeszcze piątka, która najwyraźniej upatrzyła sobie w nich obiad.
Harry czym prędzej pociągnął Malfoya w kierunku pierwszaka. Zawsze łatwiej było się bronić, kiedy wszyscy byli w jednym miejscu. Wysłał patronusa na najbliższe dwie zjawy i, nie chwaląc się, obie natychmiast odskoczyły. Jednakże w tym samym czasie pozostałe trzy stwory natarły z drugiej strony ich małego kręgu, prosto na Malfoya.
Chłopak zgiął się w pół i krzyknął przeraźliwie. Wszystko w Harry'm aż się ścisnęło od tego krzyku. Pozwolił sobie na moment nieuwagi, przez co jego patronus wyblakł i oddalił się na chwilę.
Gryfon z całych sił starał się odsunąć myślami od niepokoju i skupić się na ostatnich świętach z Syriuszem. Kolejny przerażony krzyk Ślizgona nie pomógł mu w tym zbytnio. Chłopak klęczał i podpierał się dłońmi o ziemię, a dementorzy otaczali go, prawie dotykali.
Całym sobą skupił się na swoim ojcu chrzestnym i jego domowych, świątecznych wypiekach. I Remusie, który cały zarumieniony próbował kłamać, że ciasteczka są pyszne, jednocześnie chyłkiem rzucając na nie zaklęcia zmiękczające.
W odróżnieniu od siebie samego z trzeciego roku, Harry nie musiał posługiwać się jakimiś mglistymi marzeniami. Teraz miał prawdziwą, chociaż bardzo nietypową rodzinę i mnóstwo wspaniałych, szczęśliwych wspomnień, po które mógł sięgnąć.
— Expecto Patronum! — krzyknął z mocą, czując spokój i miłość płynące coraz wyraźniejszym strumieniem z jego myśli.
Tym razem jego patronus był silniejszy i wręcz emanował światłem. Przecwałował dookoła i w ciągu kilku sekund posłał smugę energii w stronę ostatnich zjaw, odganiając je bez trudu.
Zostali tylko we trójkę na ciemnej polanie. Wszystko dookoła wydawało się być nienaturalnie ciche i Harry był pewien, że to tylko kwesta czasu kiedy przybędą kolejni dementorzy.
Pochylił się nad dzieciakiem, ale ten był nadal nieprzytomny.
Draco Malfoy, mimo iż świadomy, prezentował się tylko odrobinę lepiej. Wciąż klęczał na ziemi, brudząc sobie szatę. Jego włosy były potargane, a jego twarz…
Harry odwrócił się, żeby dać Malfoyowi chwilę na otarcie łez. Pamiętał, że kiedy jeszcze nie potrafił wyczarować patronusa reagował podobnie. Naprawdę wtedy nie chciał, żeby ktoś go oglądał.
Pominął to, że kiedy jednak Ślizgon go zobaczył, nie wykazał się nawet odrobiną takiego taktu.
— W porządku, Malfoy? — zapytał po krótkiej chwili, wciąż stojąc do niego plecami.
— Nie — burknął tamten, ale nie miało to nic wspólnego z jego wcześniejszymi burknięciami i to najbardziej zaniepokoiło Gryfona.
Z kieszeni szaty Harry wydobył jedną, bardzo połamaną czekoladową żabę. Co prawda to była jego ostatnia i miał na nią wielką ochotę, ale uznał, że w tak krytycznej sytuacji Malfoyowi przyda się ona bardziej.
— Trzymaj — warknął starym zwyczajem, starając się, żeby jego głos nie był zbyt miły, czy, nie daj Merlinie, współczujący.
Malfoy, wciąż siedząc na ziemi, przyjął prezent, a Harry w tym czasie pochylił się nad nieprzytomnym dzieckiem.
Był to pierwszoroczny Gryfon, którego Harry kojarzył z pokoju wspólnego. Nie pamiętał co prawda jego nazwiska, ale wiedział, że miał on bardzo piskliwy głosik, przez który ciągle obrywał od swoich współdomowników.
— Dzięki — burknął Ślizgon, co trochę uspokoiło Harry’ego.
Klepnął dzieciaka w policzek i potrząsnął jego ramieniem. Młody otworzył oczy, ale zamknął je natychmiast. Musiał być bardzo wyczerpany.
Harry nie był pewny, czy maluch nie dostał pocałunku. Wydawało mu się, że dementor jeszcze się do niego nie zbliżył, kiedy przybył, ale Potter mógł oczywiście przybiec już po fakcie.
Gdyby się spóźnił, nigdy by sobie tego nie wybaczył.
— Hej, mały — ponownie potrząsnął ramieniem Gryfona, ale ten pozostawał nieprzytomny. — Cholera — oznajmił gdzieś w przestrzeń.
— Odsuń się, Potter — burknął bardzo słabo Malfoy i na kolanach przysunął się do chłopca. — Enervate — szepnął i dzieciak natychmiast otworzył oczy.
Pierwszoroczny wyglądał trochę jak karykatura samego siebie — trząsł się cały, był biały jak kreda, a jego oczy wyrażały absolutne przerażenie.
— Ja przepraszam! — pisnął nagle zaskakując obu szóstoroczniaków. — Ja chciałem tylko przynieść pędy macierzanki, bo chłopaki mówili, że nie dam rady, bo jestem tchórzem, a ja nie jestem tchórzem i chciałem zaraz wrócić, ale nie mogłem znaleźć macierzanki, bo właściwie nawet nie wiem jak ona powinna wyglądać, bo widziałem tylko suszoną i się zgubiłem i… — Przerwał nagle pod bardzo złym spojrzeniem Draco Malfoya.
— Gryfon — warknął.
— Hej! — zaprotestował Harry, chociaż w głębi duszy się z nim zgadzał. Żaden inny uczeń nie dałby się namówić na taką głupotę… Po powrocie do Wieży będzie musiał przeprowadzić długą rozmowę z pierwszakami na temat odpowiedzialności i nienarażania innych na niebezpieczeństwo. I nocnych spacerach w celu udowodnienia domniemanej odwagi.
— Wracajmy do zamku — powiedział, nagle czując, że zaczyna boleć go głowa. — Malfoy, dasz radę iść, czy wyczarować ci nosze?
Wnioskując po oburzonym prychnięciu Ślizgona, wybrał on pierwszą opcję.
Nie czekając na oklaski Gryfon przerzucił sobie pierwszaka przez ramię i starając się nie oglądać nerwowo za siebie, ruszyli w stronę zamku.
Miał ogromną ochotę napić się piwa.
Ostatnio edytowano 19 gru 2014, o 23:16 przez narumon, łącznie edytowano 16 razy
narumon Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 185
Dołączył(a): 25 gru 2012, o 16:43

Postprzez Izzie » 18 lis 2014, o 01:42

Bardzo się cieszę, że zdecydowałaś się tu swoje opowiadanie opublikować, bo kiedy Lilyan wspomniała o świetnej drarrowej komedii, w dodatku polskiej, wiedziałam, że pewnie po nią sięgnę, chociaż mam awersję do tekstów niezakończonych. ;) Ile razy już leczyłam złamane serce, kiedy kolejny ukochany fik nagle przestawał być aktualizowany i znikał gdzieś w odmętach... Mam szczerą nadzieję, że swoją historię doprowadzisz do końca, choćby to miało zająć te dziesięć lat! Ja będę cierpliwie czekać, bo naprawdę mi się Twój styl pisania spodobał i czuję, że to będzie naprawdę udany ff, skoro już ten krótki wstęp sprawił, że na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech.
Skoro masz zamiar codziennie publikować tu po jednym rozdziale, powstrzymam się przed czytaniem kolejnych na YF, bo zdecydowanie wygodniej będzie mi konstruktywnie skomentować każdy rozdział z osobna, nie znając dalszej historii, niż całość naraz.
Siłą rzeczy czytając początek przed oczami stanęli mi drugoroczni Harry i Draco na innym pamiętnym szlabanie, już wtedy Draco był uroczy z tym swoim strachem, którego za wszelką cenę nie chciał okazać. Tutaj ta jego nieporadność, brak orientacji w terenie i utyskiwanie na czym świat stoi przyprawiło mnie o uśmiech, takiego właśnie Malfoya lubię w komediach - rozkapryszonego paniczyka. Harry też był zabawny z tymi swoimi dywagacjami co do prawie-konwersacji, Ron na pewno byłby z niego dumny, że tak się opiera brataniu z wrogiem. ;) A zaraz potem by się zapowietrzył, słysząc, że niedługo później Potter poczęstował go ostatnią czekoladową żabą...
Ogólnie ta sytuacja z dementorami trochę mnie zaskoczyła, tzn. po pierwszym rozdziale, zwłaszcza dość krótkim, spodziewałam się leniwego wprowadzenia w świat, a tu Harry ledwie zdążył pomyśleć o dementorach w Zakazanym Lesie i - puf! - wywołał wilka, nomen omen, z lasu. ;) Szybko zaczęłaś z wprowadzaniem jakiejś akcji.
A tak poza tym, najbardziej rozbroił mnie chyba końcowy fragment, gdzie Harry powziął decyzję, że musi przekonać małych Gryfonów do niewpadania w kłopoty - w końcu kto jak kto, ale on stoi w idealnej pozycji, by pouczać innych co do unikania niebezpieczeństw i przestrzegania przepisów, na pewno w tym względzie stanowi dla maluchów autorytet. ;)
W trakcie czytania rzuciła mi się jeszcze w oczy literówka: "kilkaset merów najwyżej".

Czuję się zachęcona do czytania dalszych części, będę czekać cierpliwie na rozdział drugi. :)
Perfect combinations are rare in an imperfect world.
ObrazekObrazekObrazek
Sometimes there are things you wouldn't think would be a good combination that turn out to be the perfect combination.

Obrazek
Izzie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 275
Dołączył(a): 1 lis 2014, o 03:18

Postprzez narumon » 18 lis 2014, o 18:54

Izzie, dziękuję za komentarz :) bardzo się cieszę, że zdecydowałaś się skrobnąć kilka motywujących zdań, bo zaczynałam się zastanawiać, czy się nie wygłupiam ;D
Nie obiecam, że nie złamię Ci serca, ale mogę Cię zapewnić, że ja się nigdy nigdy nie poddaję. Więc skończę żabkę. Eventually.




Rozdział drugi: Flirt

Harry chyba po raz pierwszy w życiu był wdzięczny pani Pomfrey za jej nadopiekuńcze skłonności. Gdyby nie wyrzuciła ciała pedagogicznego za drzwi, z całą pewnością dręczyliby go aż do wschodu słońca. Rozumiał oczywiście, że historia musiała zostać opowiedziana i opowiedział ją. Trzy razy. Z niewiadomych powodów grono pedagogiczne sądziło jednak, że to za mało.
Teraz mógł w spokoju zalec na wyznaczonym łóżku i rozkoszować się chwilą ciszy. Prawie.
— Dlaczego te szpitalne pościele muszą być takie sztywne? — burknęło coś z sąsiedniego posłania, a Harry wiele by oddał, żeby nie wiedzieć co to za „coś”.
— Śpij, Malfoy — warknął.
— I te piżamy, pomarańczowe groszki, doprawdy. Chyba nie ma na świecie człowieka, któremu byłoby do twarzy w pomarańczowych groszkach — zaburknęło owe coś ponownie, najprawdopodobniej w celach konwersacyjnych.
Harry wypuścił powietrze z jękiem. Zaczął się poważnie zastanawiać, czy słusznie zrobił pomagając Malfoyowi w lesie.
— Harry, ja naprawdę nie chciałem robić ci kłopotu. Gdybym wiedział, że tam są dementory… um… dementorowie… um demen… — piszczało coś z drugiego łóżka.
Za uratowanie Malcolma też sobie pluł w brodę.
— Do tego te gatki strasznie uwierają. Jakbym nosił płótno na gołą skórę — burczało dalej z prawej strony.
— O Boże — wyszeptał Harry i zamknął oczy. Co prawda nie był zbytnio wierzący i nie miał wielkiej wprawy w modlitwach, ale ponoć wszystko zależało od gorliwości. A Harry bardzo gorliwie prosił właśnie o utratę przytomności.
Zamiast tego na salę wkroczyła madame Pomfrey, z bardzo srogą miną i delikatnym, ledwie dostrzegalnym, ale zawsze czającym się gdzieś w jej oczach zaniepokojeniem.
— No chłopcy, jeżeli macie problemy z odczytywaniem godziny z zegara, to informuję, że jest po ciszy nocnej. Wszyscy spać, rano możecie wrócić do swoich dormitoriów.
— To niedorzeczne! — zaprotestował ponownie już tego wieczora Malfoy. Wcześniej Harry też protestował, ale po piątej próbie pani Pomfrey zagroziła mu zastosowaniem czopków, więc teraz wolał milczeć. Miał niepokojące wrażenie, że kobiecina nie żartowała. — To było tylko małe spotkanie z dementorami, jesteśmy cali, zdrowi, objedzeni czekoladą, po co mamy tu zostawać na noc?
— Młody człowieku, czyżbyś kwestionował moje decyzje? — zapytała twardo kobieta, posyłając całej trójce takie spojrzenie, że Harry nie był pewny czy nie wolałby czopka. — Spędziliście pół nocy w zimnym lesie, bez odpowiednich ubrań, do tego jesteście wyczerpani emocjonalnie. Chcę mieć was na oku. A teraz dobranoc.
Tym razem nawet Malfoy nie dyskutował i, mimo iż miał bardzo obrażoną minę, ułożył się do snu.
Światło zgasło, ale minęło dobrych pięć minut zanim Harry zaczął się odprężać. Pięć długich minut, pełnych napięcia w oczekiwaniu na kolejne głupie komentarze, burczenie, narzekanie i piszczące przeprosiny. I kiedy Harry zaczął już dziękować Bogu, w którego za bardzo nie wierzył, z sąsiedniego łóżka nadciągnęło burknięcie.
— To naprawdę niedorzeczne.
Najpierw Harry chciał chrząknąć, ale chwilę później uzmysłowił sobie, że może zupełnie nic nie odpowiadać i udawać, że śpi. Przecież Malfoy tego nie sprawdzi…
— Potter, wiem, że nie śpisz. Słyszę, jak wzdychasz — zganił go Ślizgon.
Harry z jękiem schował głowę pod kołdrę. Od razu wiedział, że ta modlitwa jest mocno przereklamowana.
Był zmęczony. Cały dzień gonił za własnym cieniem. Najpierw miał podwójne eliksiry i transmutację, po obiedzie pobił się z Malfoyem i chwilę później wysłuchał bardzo długiej przemowy Hermiony na temat odpowiedzialności, a potem jeszcze szlaban i ta cała bieganina po lesie. Ledwo przytomnie pomyślał, że w Hogwarcie powinny być zajęcia z w-­fu, bo jego kondycja pozostawiała wiele do życzenia…
Jego myśli błądziły coraz bardziej i nie zauważył nawet kiedy odpłynął w ramiona Morfeusza.
Obudził się zanim jeszcze wzeszło słońce. Nie czuł się wiele lepiej niż zanim się położył — jakby całą noc spinał wszystkie mięśnie.
Obrócił się na prawy bok i spojrzał prosto w uśpioną twarz Malfoya.
Ślizgon spał kurczowo obwinięty wokół rogu swojej kołdry. Jego rysy były rozluźnione, a ciało spokojne i Harry pomyślał, że blondyn wygląda jak mały chłopiec. Przyjrzał się uważnie jego twarzy i przez chwilę studiował usta Malfoya, ale w końcu sobie odpuścił i przewrócił się z powrotem na plecy. Nie wiedzieć czemu, spodziewał się, że wokół ust Ślizgona będzie widać ślady po jego złośliwych uśmiechach. Jego twarz jednak była wygładzona i żadna, najmniejsza nawet zmarszczka nie wskazywała, jak wredne potrafi przyjmować pozy.
Nagle Harry zdał sobie sprawę, że nigdy do tej pory nie spędził tyle czasu z Malfoyem. I co było dziwne, mimo iż był ogólnie zmęczony, to raczej nie z powodu Ślizgona.
Harry uśmiechnął się do siebie uzmysławiając sobie o czym właśnie rozmyśla. Nie było takiej możliwości, w żadnym ze wszechświatów, żeby Harry Potter mógł polubić, czy choćby tolerować Draco Malfoya.
Z tą myślą zasnął ponownie.
Pani Pomfrey obudziła ich o szóstej trzydzieści i bez większego ociągania wyrzuciła ich ze Skrzydła.
Harry ubrał wczorajszą szatę, z zadowoleniem odnotowując, że wcale nie pachniała jeszcze źle, chociaż i tak planował przebrać się jeszcze przed śniadaniem. Mimo że była niedziela, nie był to dzień wolny. Od zeszłego roku, dwa razy w miesiącu dyrektor organizował zajęcia w terenie, które miały przygotować uczniów do ewentualnego przetrwania na polu bitwy. Oczywiście nikt nie planował wrzucać dzieci w sam środek wojny, ale zarówno dyrektor, jak i większość rodziców sądzili, że lepiej, żeby były przygotowane na każdą możliwość.
Harry już po pierwszym spotkaniu zrozumiał, jak bardzo jest im to potrzebne. Sama wiedza teoretyczna i ćwiczenie zaklęć „na sucho” nie miałyby szans w starciu z Voldemortem i jego Śmierciożercami.
Harry, pogrążony w myślach, nie zauważył nawet jak został sam w Skrzydle Szpitalnym. Nie czekając na ponaglenia madame Pomfrey pozbierał swoje rzeczy i wyszedł z sali. Nie zdążył jeszcze dobrze zamknąć drzwi, kiedy czyjaś ręka pociągnęła go energicznie za szatę.
Harry przyjął minę osoby, której absolutnie nic nie przestraszyło na śmierć chwilę wcześniej i spojrzał prosto w niebieskie oczy Draco Malfoya.
— Potter, możesz na słówko? — zapytał Ślizgon takim tonem, że Harry nie miał wątpliwości, że może.
— Malfoy? — zapytał, jak mu się zdawało, uprzejmie.
Blondyn spojrzał na niego bojowniczo i Harry przez moment zastanawiał się, czy Ślizgon ćwiczył tę minę przed lustrem. Uznał, że prawdopodobnie tak.
— Jeżeli kiedykolwiek powiesz komukolwiek o moim małym problemie z dementorami, przysięgam, że zniszczę twoje życie na przynajmniej sto różnych sposobów. Zrozumiano?
Harry skrzywił się nieprzyjemnie. Był Gryfonem, a przecież wszyscy wiedzą, że żaden Gryfon nie reaguje dobrze na groźby.
— Pieprz się — warknął.
— Później — odburknął Malfoy i nagle Harry stracił cały rezon.
Zmierzył rozmówcę długim spojrzeniem. Zawsze wydawało mu się, że Malfoy jest trochę od niego niższy i teraz ze zdziwieniem odnotował, że są prawie tego samego wzrostu.
— Niby dlaczego miałbym nikomu nie mówić? — zapytał Harry mając nadzieję, że z chytrą miną, jednocześnie wiedząc, że kiepsko mu to wychodzi.
Twarz Malfoya stężała.
— Rób co chcesz — powiedział w końcu, obrócił się na pięcie i odszedł, pozostawiając w Harrym jakieś nieprzyjemne uczucie.
Dopiero po chwili Gryfon uzmysłowił sobie, że to był wstyd. Na szczęście miał doskonale dopracowany system wypierania niepotrzebnych myśli z umysłu.
Ruszył schodami w stronę Wieży, ale zatrzymał się na czwartym stopniu. Mgliście zdawał sobie sprawę, że musi się bardzo pospieszyć, jeżeli chce się umyć przed śniadaniem. Oczywiście Malfoy nie miał takiego problemu. Dzień wcześniej gnojek pierwszy władował się pod prysznic w niewielkiej łazience dla pacjentów i siedział tam tak długo, że zarówno Harry jak i Malcolm zrezygnowali ze swojej kolejki, postanawiając umyć się rano.
W takich chwilach naprawdę dziękował niebiosom, że był prefektem. W innym wypadku musiałby walczyć o łazienkę ze swoimi pozostałymi czterema współlokatorami.
Szybkim krokiem ruszył na trzecie piętro, postanawiając, że nie będzie już zawracał po ręcznik. Przecież zawsze mógł się wytrzeć koszulką, prawda? Energicznie skręcił w ostatni korytarz, który dzielił go od upragnionego azylu, kiedy wpadł prosto na Parvati Patil.
Pierwszą jego myślą było to, że bardzo niedobrze jest, gdy kobiety oglądają go w stanie wczorajszym. Drugą był lekki niepokój, gdyż Parvati była jedną z niewielu kobiet, które jakimś pokręconym sposobem się nim interesowały.
Mieli nawet jeden pocałunek na ich piątym roku, ale jakoś wszystko rozeszło się po kościach.
Harry przyjrzał się dziewczynie, która trajkotała przed nim jak katarynka, co właściwie nie bardzo go dziwiło. Parvati zawsze trajkotała i już dawno temu odkrył, że nie sposób tego zrozumieć, ale to nic nie szkodzi, bo zazwyczaj wystarczyło tylko potakiwać.
Parvati była raczej ładna, choć nie całkiem w jego typie. Miała ciemną cerę i oczy, nosiła czarny warkocz. Figurę też miała nienajgorszą. Mówiła ze śmiesznym akcentem, co nie było wielkim problemem dla kogoś, kto jej i tak nie słuchał.
— Więc Harry, co o tym myślisz? — zapytała nagle przerywając swój monolog.
— Um, tak? — zaryzykował Harry, a sądząc po zadowolonym uśmiechu dziewczyny była to prawidłowa odpowiedź.
— To świetnie, Harry! — zakrzyknęła jeszcze i tyle było ją widać.
Harry naprawdę nie rozumiał co mogło być takiego trudnego w rozmowach z dziewczynami.
Być może miał do tego po prostu wrodzony talent…
Ruszył w stronę łazienki i na szczęście tym razem dotarł do niej bez zakłóceń. Dzięki Merlinowi, bo dwoje intruzów w ciągu pięciominutowego marszu to był już prawdziwy maraton.
Łazienka była duża, wygodna i stanowczo zbyt barokowa dla kogoś kto cenił sobie nowoczesny minimalizm. A jako że Harry akurat cenił sobie nowoczesny minimalizm, nie zamierzał poświęcać ani sekundy cennego czasu na podziwianie pomieszczenia.
Mimo iż kąpiel z pachnącą pianą była bardzo kusząca dla jego obolałego ciała, Harry zdecydował się jedynie na szybki prysznic. Nie miał ze sobą swojego żelu, więc umył się truskawkowym płynem do kąpieli, jednocześnie mając ogromną nadzieję, że duszący aromat szybko się ulotni. Nie dlatego, że jakoś szczególnie mu przeszkadzał, ale dlatego, że obawiał się reakcji Rona na swoją nową nutę zapachową. Inna sprawa, że Ron twierdził, że mężczyzna musi pachnieć mężczyzną — co w jego rozumieniu znaczyło pot i brudne gatki.
Harry tak jak zamierzał, wytarł się koszulką, po czym założył na siebie tylko spodnie i szatę.
Jakkolwiek męski by nie był, lubił czuć komfort płynący z noszenia czystej bielizny, więc brudne bokserki upchnął do kieszeni.
Opuścił łazienkę z zadowoleniem człowieka, który intensywnie pachnie truskawką i zanim nawet pomyślał o ruszeniu w stronę Wieży, zderzył się z Draco Malfoyem.
Drugi raz tego dnia, pamiętając, że nie było jeszcze siódmej rano.
— Malfoy — warknął. Zauważył, że nie było to całkiem złośliwe warknięcie. Takie raczej… warknięcie na przywitanie.
— Potter — odburknął Malfoy uprzejmie.
— Co tutaj robisz? — zapytał Harry i nawet jeżeli dotarł do niego bezsens jego pytania to nie dał nic po sobie poznać.
— A jak sądzisz, Potter? — blondyn odpowiedział pytaniem na pytanie. — Idę wziąć prysznic.
— Przecież wczoraj brałeś — warknął Harry.
— Mam nadzieję, że żartujesz — odpowiedział Malfoy i zamarkował przestraszoną minę. — A teraz wybacz.
— Um… tak, pewnie — odrzekł Harry do zamykających się drzwi.
Harry zdążył jeszcze zauważyć, że to bardzo niegrzeczne nie poczekać z odchodzeniem przynajmniej do końca rozmowy, kiedy drzwi się nagle otworzyły i wyjrzał zza nich Malfoy z wyjątkowo wrednym uśmiechem.
— Ładnie pachniesz, Potter — rzucił i nie czekając na odpowiedź z powrotem zamknął drzwi.
Najpierw Harry się zdenerwował — pomyślał nawet o czymś tak głupim jak dobijanie się do łazienki wraz z bojowym okrzykiem, ale zrezygnował z tego, kiedy wyobraził sobie minę Hermiony, gdyby ta się dowiedziała. Ruszył więc w stronę Wieży, postanawiając, że potraktuje ostatnie słowa Ślizgona jako komplement. Bo może Malfoy faktycznie lubił zapach truskawki?
Pokonując kolejne kondygnacje schodów, Harry powrócił do rozmyślań o swojej kondycji. Oprócz quidditcha nie uprawiał żadnych sportów. I chociaż latanie na miotle było bardzo przyjemnym zajęciem niewiele miało wspólnego z ćwiczeniem forsującym. Podchody dyrektora z kolei wymagały raczej umiejętności strategicznych, niż fizycznych. Przez to wszystko Harry odnosił wrażenie, że w ogóle się nie rusza. Jedynym jego ćwiczeniem było chodzenie po nigdy niekończących się schodach.
Harry zastanawiał się jak Malfoy to robił, że był taki… szczupły. Byłoby to chyba najodpowiedniejszym słowem. Harry z natury był raczej kościsty. Malfoy tymczasem miał zgrabną, bardzo harmonijną sylwetkę. Niemożliwym było, żeby osiągnął ją naturalnie!
Rozmyślając nad niesprawiedliwością losu, Harry dotarł do pokoju wspólnego. Jego znajomych nie było nigdzie w pobliżu, ale to akurat nie było dziwne. Wszyscy chyba wiedzieli jaki Ron ma problem z wczesnym wstawaniem, Hermiona z kolei już zapewne była na śniadaniu.
Harry otworzył drzwi do dormitorium i uśmiechnął się do swoich myśli. Młody Weasley spał zagrzebany w pościeli, z otwartą buzią i rozpostartymi ramionami. Chrapał.
— Obudź się — szturchnął go Harry.
— Yhm — burknął w odpowiedzi, co Harry’emu od razu skojarzyło się z Malfoyem. Ponownie potrząsnął przyjacielem. — Ron, spóźnisz się na śniadanie.
Jak na komendę rudzielec otworzył oczy i usiadł prosto na łóżku.
— Śniadanie — powiedział półprzytomnie i spojrzał na Harry’ego. — Chodź, bo spóźnimy się na śniadanie.
Harry pokręcił głową i zaczął grzebać w kufrze w poszukiwaniu czystych ubrań. Co prawda miał swoją własną szafę, ale od początku roku szkolnego nie znalazł jeszcze czasu żeby się wypakować.
Ron ruszył krokiem zombie do łazienki, gdzie umył zęby. Harry mentalnie uderzył się w głowę. Prawie o tym zapomniał.
Kiedy on szorował zęby, Ron narzucił na siebie jakieś ciuchy i byli już gotowi do wyjścia.
— Słyszałem co się wczoraj stało — zagadnął Ron gdzieś w okolicy szóstego piętra. — Współczuję Ci, stary. Żeby ze szlabanu wylądować w Skrzydle Szpitalnym…
— Yhm — potwierdził Harry.
— No, ale opowiadaj co z Malfoyem! Chciałem się wczoraj do ciebie zakraść, ale Pomfrey mnie przyłapała. Słyszałem tylko, że Malfoy nie umie wyczarować Patronusa.
Ron zrobił tak złośliwą minę, przynajmniej jakby sam potrafił wyczarować coś więcej niż srebrną mgiełkę.
— Um, nic takiego — odpowiedział niepewnie Harry. — Właściwie to nawet nie wiem. Wiesz, byłem zajęty.
Weasley rzucił mu niedowierzające spojrzenie, więc Harry odwrócił głowę. Był raczej kiepski w kłamaniu.
— No, ale co z Malfoyem? Płakał? Krzyczał?
— Co?! Nie, skąd! Ron, ponosi cię wyobraźnia — odpowiedział Harry i zaśmiał się histerycznie.
Zdał sobie właśnie sprawę, że dla Malfoya okłamał najlepszego przyjaciela. I co gorsza — wcale nie czuł się z tym źle.
Ostatnio edytowano 19 lis 2014, o 22:49 przez narumon, łącznie edytowano 1 raz
narumon Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 185
Dołączył(a): 25 gru 2012, o 16:43

Postprzez verite » 18 lis 2014, o 19:49

Ojeeeeju, nie mam pojęcia, jak to skomentować. Ostatnio straszny zastój na tym forum jeśli chodzi o nowe teksty, ja mam nastrój tak wisielczy, że aż samej siebie mi szkoda, a tu proszę! Strasznie Ci dziękuję :D
Dla mnie cudo. Kocham tego burczącego Malfoya. Taki fik, jakie lubię, Hogwart, uczniaki, bez angstu (jak na razie przynajmniej), i można się uśmiechnąć czytając. Ciężko cokolwiek więcej powiedzieć, bo na razie tylko dwa fragmenty, jak widzę, publikujesz dzień po dniu - błagam Cię, rób tak dalej. Nienawidzę sytuacji, w której co miesiąc dodaje się rozdział fika, którego lubię, a zdążyłam zapomnieć nawet o jego istnieniu. Czekam na trzecią część i uwielbiam Cię, pozdrawiam :D
verite Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 82
Dołączył(a): 31 sie 2014, o 20:13

Postprzez Izzie » 19 lis 2014, o 00:54

W dalszym ciągu jestem zachwycona, toteż będę skrupulatnie karmić komentarzami Twojego wena, żeby dwudziesty drugi rozdział faktycznie w ciągu najbliższego miesiąca powstał, ku uciesze mnie i pozostałych czytelników. ;)
Bardzo podoba mi się humorystyczny sposób, w jaki opisujesz tło wydarzeń, te wszystkie burknięcia, warknięcia i różne refleksje Harry'ego na temat życia w szkole są naprawdę kwikogenne. Perełkami tego odcinka zostają dla mnie Harry pachnący truskawkami i Ron, dla którego "jedzenie" jest synonimem budzika. :D
Frapuje mnie też teraz kwestia tego, na co zgodził się Harry w rozmowie z Parvati - czy była to po prostu nic nieznacząca rozmówka, mająca jedynie na celu pokazać, że Harry potrafi stwarzać pozory inteligentnego rozmówcy, czy też wyniknie z tego jakaś zabawna akcja. Swoją drogą, Parvati naprawdę się nie szanuje, skoro po bożonarodzeniowym balu z czwartego roku nadal jest Harrym romantycznie zainteresowana, w dodatku pozwoliła mu się pocałować! ;) Ech, kobiety...
Podoba mi się też, że akcja jednak nie galopuje do przodu, bo po pierwszym rozdziale, który właściwie zaczął się z pompą, bałam się, że wydarzenia nagle polecą na łeb, na szyję i traumatyczne nocne wydarzenie (co nie ma brzmieć dwuznacznie) niebezpiecznie zbliży do siebie Pottera i Malfoya, co wyszłoby bardzo sztucznie - a niestety wiele autorek ma to do siebie, zwłaszcza w tekstach humorystycznych, że jak rasowe drarrystki błyskawicznie wrzucają chłopców do jednego łóżka/nieużywanej klasy/łazienki/itepe. Cieszę się, że w Twoim przypadku tak nie jest i zamiast tego mogę się nacieszyć uroczo złośliwymi przekomarzankami chłopaków
Poza tym nie mogę się dalej nacieszyć faktem, że mam znów okazję przeczytania lekkiego, wesołego poprawiacza humoru, w dodatku ukochanego drarry, w dodatku będę go mogła czytać jeszcze przez trzy tygodnie, z lubością dawkując sobie tę przyjemność, zamiast połknięcia wszystkich rozdziałów za jednym zamachem (na co i tak mam okropną ochotę, ale csii... :whistle: ).

Ach, i jeszcze dwa błędziki:
"Ruszył więc z stronę Wieży"
"Ponownie potrząsnął przyjacielem" - tu brakuje kropki na końcu
Perfect combinations are rare in an imperfect world.
ObrazekObrazekObrazek
Sometimes there are things you wouldn't think would be a good combination that turn out to be the perfect combination.

Obrazek
Izzie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 275
Dołączył(a): 1 lis 2014, o 03:18

Postprzez narumon » 19 lis 2014, o 21:50

verite, happy end mogę Ci obiecać, nie mogę tylko obiecać kiedy ;)
Izzie, obawiam się, że mam wprost proporcjonalnie odwrotne tendencje, co do wkładania bohaterów do łóżka. Lubię kazać im czekać ;D


Rozdział trzeci: Podchody
UWAGA! To nie jest cały rodział. Forum nie pozwala dodać mi całego rozdział u i nie ważne jak kombinuję, ciągle odpowiada mi "brak dostępu". Więc reszta rozdziału będzie jak dostąpię... :sciana: EDIT Pocięłam rozdział na małe kawałeczki i wiecie, co się okazało? Forum nie uznaje słowa po ker. Dlatego w drugiej części rozdziału pospacjowałam je tak dziwnie. Anyway, enjoy!



Uczniowie na błoniach rozproszyli się w czterech grupach. Każdy dom próbował wytyczyć sobie jakieś terytorium, możliwie najdalej od innych.
Harry trzymał się blisko Hermiony i innych prefektów, wiedząc już z wcześniejszych spotkań, że to im zostaną wydane pierwsze instrukcje.
Chociaż były to już trzecie podchody uczniowie mieli nie wiedzieć do ostatniej chwili co ich czeka. Dyrektor na każde spotkanie przygotowywał nowe atrakcje i zadania.
Harry rozejrzał się nerwowo po tłumie. Dostrzegł kawałek dalej rudą głowę Rona i pomachał do niego radośnie. Nawet z takiej odległości widział, że jego przyjaciel ma brudny nos.
Obok niego stała reszta jego kolegów z dormitorium, Dean i Seamus dyskutowali radośnie, a Neville przysłuchiwał się ich rozmowie, trochę z tyłu.
Harry poszukał wzrokiem Ginny i znalazł ją dopiero przy gromadce Krukonów, opowiadającą coś żywiołowo Lunie Lovegood. Harry uśmiechnął się na ten widok.
Młodsza siostra Rona przez długi czas podkochiwała się w Harrym, ale kiedy ten dał jej jasno do zrozumienia na piątym roku, że między nimi nigdy nic nie będzie, dziewczyna momentalnie zmieniła swoje zachowanie względem niego. Zamiast kokieteryjnych spojrzeń i figlarnych uśmiechów obdarowywała go teraz żartobliwymi kuksańcami, czy wywalonym językiem. Po jakimś czasie Harry odkrył nawet, że czasami z Ginny rozmawia mu się lepiej niż z Hermioną. Cenił jej inteligencję i cięty dowcip Weasleyów. Ale poza tym — Ginny nie była tak sztywna, jak panna Granger i potrafiła świetnie słuchać, co nie zawsze wychodziło jej bratu. Dlatego często to do niej szedł, kiedy miał jakiś poważny problem.
— Mogliby się pośpieszyć — burknął nagle Malfoy gdzieś w okolicach prawego ucha Harry’ego.
Harry, jako że w ogóle się tego nie spodziewał, momentalnie wyskoczył w górę. Na szczęście udało mu się nie krzyknąć.
— Malfoy — warknął.
— Potter — odburknął Ślizgon towarzysko. — Śledzisz mnie?
— Co?! — wrzasnął Harry, a kilka głów odwróciło się w ich kierunku. — To ty ciągle na mnie wpadasz! — dodał już ciszej, ale starając się jednak zawrzeć w swoim głosie taką samą dozę złości.
— Może wpadam, bo ty to planujesz?
Harry zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Była ledwo dziesiąta, musiał pamiętać o równomiernym rozkładaniu stresu na tle całego dnia. Hermiona mówiła, że tak jest zdrowiej.
— Malfoy, jestem Gryfonem, pamiętasz? My nie knujemy mrocznych planów.
— Racja. Dla was nawet plan zjedzenia owsianki musi być skomplikowany.
Przebywanie z Malfoyem naprawdę nadwyrężało wewnętrzne opanowanie Harry’ego. Inna sprawa, że Harry nie był żadnym pieprzonym Gandhim i jego pokłady spokoju były bardzo ograniczone…
— Ślizgoni z kolei są mistrzami planowania jak zwalić całą najgorszą robotę na innych, a wszystkie zasługi wziąć na siebie.
— Myślisz, że mi tym ubliżysz? Ja jestem z tego dumny.
Harry spojrzał na zadowoloną twarz Malfoya. Właściwie kiedy tak sobie dyskutowali blondyn wydawał się całkiem sympatyczny. Pomijając oczywiście tę jego całą — narcystyczne zaburzenie osobowości — sprawę.
Odchrząknął i szybko spojrzał w drugą stronę. Za nic w świecie Harry by się nie przyznał o czym właśnie myślał.
— Wstydu nie masz — orzekł krótko.
— Dzięki temu moje życie jest takie spełnione — odpowiedział Malfoy z promiennym uśmiechem.
Gnojek miał idealnie równe, białe zęby. Harry po kilku sekundach uzmysłowił sobie, że zanotował to tylko dlatego, że wręcz gapił się na usta Ślizgona. Czym prędzej przeniósł wzrok na własne buty.
Buty były bezpieczną przestrzenią. Mógł je podziwiać godzinami i był pewien, że nie oskarżą go one o śledzenie, albo co gorsza, nie uzna nagle, że mają urocze… sznurówki.
Wsunął dłonie w kieszenie szaty, starając się jakoś ukryć w niej cały.
— W końcu — zaburczał nagle Malfoy i Harry obejrzał się przez ramię. Z tłumu nauczycieli wyłonił się Dumbledore zmierzający w ich kierunku.
Harry czym prędzej obrócił się przodem do mężczyzny, w duchu ciesząc się, że znalazł logiczny pretekst, aby odwrócić się od Malfoya.
— Wspaniały dzień na nasze ćwiczenia, nieprawdaż? — zagadnął wesoło dyrektor.
Wśród ich małej grupy potoczył się szmer aprobaty, Harry również pokiwał głową.
Naraz poczuł jakiś ruch koło swojego policzka i ciche burknięcie Ślizgona:
— Cieplutko niczym w piekle.
Harry chrząknął, zrobił krok z lewo i ponownie skupił całą swoją uwagę na nauczycielu.
— Podzielimy się dzisiaj na trzy grupy — zaczął mężczyzna, nieco przyciszonym głosem. — Pierwszą będą najmłodsi, z klas pierwszych, drugich i trzecich. Reszta rozlosuje między siebie żetony. Żetony fioletowe zostają tutaj, a pomarańczowe zabierają dzieciaki do lasu.
— Pomarańczowy i fioletowy? — wyrwało się Hannie Abbott.
— Tak, panno Abbott — odparł radośnie dyrektor. — Obawiam się, że klasyczna czerń i biel mogłyby się źle skojarzyć.
— I tylko czystym przypadkiem są to ulubione kolory tego starego pierdziela — ponownie zamruczało coś do ucha Harry’ego.
Harry zrobił kolejny krok w lewo.
— Nie umiesz się bawić, Potter — burknął Malfoy, ponownie się zbliżając.
Harry przewrócił oczami, jednocześnie zdając sobie sprawę, że Ślizgon nie może tego zobaczyć. W zamian tupnął nogą, żeby podkreślić swoje stanowisko.
— Tak, Harry? — Najwidoczniej tupanie podziałało również na dyrektora.
Harry chrząknął. Przez kilka sekund szukał odpowiednich słów i prawie odetchnął z ulgą, kiedy je w końcu znalazł.
— Do lasu, dyrektorze? Zdaje się, że nie jest tam teraz bezpiecznie.
— Och, tym się nie martwcie. Wyznaczyliśmy specjalny kawałek terenu, który został uprzednio sprawdzony. Nie ma tam nic, oprócz naszych własnych pułapek. Ponadto, profesor Snape z przyjemnością będzie kontrolować poczynania uczniów w lesie, aby w razie prawdziwego niebezpieczeństwa natychmiast im pomóc.
Harry wypatrzył Snape’a w nielicznej grupie nauczycieli. Jego mina niezbyt wiele miała wspólnego z „przyjemnością”. Mężczyzna wyglądał raczej jak wampir wybierający się na wycieczkę przy wschodzie słońca.
Nagle Harry dostrzegł, że wśród grona pedagogicznego znajduje się również Remus Lupin. Natychmiast na twarz wypłynął mu niekontrolowany uśmiech. Remus był dla niego jak członek rodziny. Mieszkał razem z Syriuszem i razem z nim udawał się na wszystkie akcje dla Zakonu. Kiedy Harry spędzał wakacje u swojego chrzestnego, czuł zupełnie jakby miał dwóch ojców. I Harry musiał przyznać, że była to miła odmiana po całym życiu zupełnie bez żadnego ojca.
Remus również go zauważył i pomachał do niego.
Nagle Harry poczuł szturchnięcie w żebra i z wyrzutem spojrzał na Malfoya. Gnojek natychmiast przybrał niewinny wyraz twarzy.
— Fioletowi będą próbować odbić dzieci, ale pomarańczowi muszą zrobić wszystko, żeby nie wypuścić zakładników — kontynuował dyrektor, a Harry uświadomił sobie, że przegapił sporą część jego przemowy. Prawie jęknął z frustracji, kiedy uzmysłowił sobie, że będzie musiał poprosić Hermionę o streszczenie — dziewczyna bywała niewyobrażalnie protekcjonalna w takich sytuacjach.
— Czy to nie jest zbyt zachowawcze, żeby traktować młodszych uczniów tylko jako marionetki? — zapytała nagle Hermiona swoim wykładowym tonem. W ten sposób zwykle dawała nauczycielom do zrozumienia, że niezależnie od ich odpowiedzi i tak nie zmieni swojego zdania.
— Daj spokój, Granger — odezwał się Malfoy czystym głosem. Kiedy mówił w ten sposób wydawał się wyższy. — Przecież nikt nie zakazuje tym dzieciakom się bronić. Mają swoje różdżki i swoje rozumy.
— Ale ja uważam… — zaczęła Hermiona, jednakże przerwał jej dyrektor. Hermiona wyglądała na naburmuszoną i Harry upomniał się w duchu, żeby przez jakiś czas do niej nie podchodzić.
— Pan Malfoy ma rację. Dzieci mogą uciekać. Zadaniem pomarańczowych jest, żeby do tego nie dopuścić. Pamiętajcie, że na całych błoniach porozsiewane są różne pułapki. Musicie uważać, żeby w żadną nie wpaść. Wy, jako prefekci, musicie ustalić między sobą strategię działania. Na tę bitwę mianuję was generałami — zaśmiał się staruszek.
Dumbledore wyciągnął z kieszeni małą sakiewkę i podał ją Padmie Patil.
— Te żetony są dla was. Cztery pomarańczowe i cztery fioletowe, niech każdy z was wylosuje jeden.
— Jest nas tylko siódemka — natychmiast zaprotestował Terry Boot i Harry pomyślał, że w stereotypach o Krukonach jest jednak dużo prawdy.
Malfoy odchrząknął.
— Pansy jest chora — oznajmił tylko. Nawet jeżeli ktoś miałby jakieś dalsze pytania, blondyn nie wyglądał jakby miał zamiar udzielić odpowiedzi.
Przez głowę Harry’ego przeleciały dwie myśli. Pierwszą było, że Pansy na pewno nie była chora. Drugą natomiast — że gdyby tylko Parkinson zechciało się ruszyć tyłek na ćwiczenia, to on sam nie musiałby teraz słuchać zrzędzenia drugiego prefekta Ślizgonów.
Westchnął zrezygnowany i sięgnął do woreczka.
— Fioletowy — powiedział w powietrze i przybił piątkę z Hermioną.
— Fioletowy — oznajmił po chwili Malfoy, posyłając Harry’emu długie, pozowane spojrzenie. — Ten twój spisek działa, Potter.
— Masz na myśli plan nakarmienia cię owsianką? — zapytał Harry, sądząc, że z przekąsem.
— Nigdy dotąd nie sądziłem, że Gryfoni mają w sobie tyle perwersji — odparł luźno Ślizgon.
Padma, stojąca najbliżej Harry’ego, zaśmiała się perliście i Malfoy posłał jej miłe spojrzenie.
Harry ze zdziwieniem odnotował, że do tej pory nawet nie podejrzewał Ślizgona o posiadanie „miłego spojrzenia”.
— Pomarańczowy — powiedział Ernie MacMillan.
— Och, fioletowy — oznajmiła Hanna Abbott, patrząc tęsknie na drugiego Puchona.
— Och, mój Boże… — zajęczał Malfoy, stojąc ponownie, jak na gust Harry’ego, zbyt blisko jego ucha. — Dwóch Gryfonów i Puchon. Czemuś mnie tak pokarał?
— Zamknij się, Malfoy — burknął Harry, zdeterminowany, żeby się nie roześmiać na teatralne miny Ślizgona.
— Błagam was — kontynuował tymczasem blondyn — wymyślmy jakiś lepszy plan niż raz, dwa, biegiem! Nie mówiłem do ciebie, Abbott, ty możesz dalej doskonalić swoją sztukę kamuflażu.
— Zamknij się, Malfoy — odparowała tym razem Hermiona. Jednak w jej głosie nie było nawet śladu rozbawienia. — Od twojego gadania boli mnie głowa.
— A mnie boli głowa od patrzenia na twoją fryzurę.
Harry przymknął oczy.
Najważniejsze to równomiernie rozkładać stres…
— Tak — odezwał się nagle Dumbledore, przywołując Harry’ego na ziemię. Był pewien, że dyrektor już wrócił do reszty nauczycieli. Harry odnalazł w sobie tyle przyzwoitości żeby się zaczerwienić i spojrzał na mężczyznę. — Opiekunowie już zabrali najmłodszych na bok. Rozdajcie, proszę, resztę żetonów i za pięć minut rozpoczynamy zabawę!
Harry przyjął jeden z woreczków i ruszył w stronę reszty uczniów. Malfoy deptał mu po piętach. Dosłownie.
— Tylko Dumbledore nazywa latanie z różdżkami, po magicznym polu minowym, zabawą — burknął mu prosto do ucha, a Harry nawet nie podskoczył. Najwidoczniej jego system obronny zaczął przyzwyczajać się do Ślizgona. Dla Harry’ego było to nawet bardziej przerażające niż podejrzana, jakiś czas temu, gra wstępna Rona i Hermiony.
Potrząsnął głową, żeby odgonić niechciane myśli. Bardzo niechciane.
Panujący na błoniach harmider trochę go zdezorientował. Harry czuł, że gdyby zamiast rozmyślania nad swoimi koneksjami rodzinnymi z Remusem, skupił się na wykładzie Dumbledore’a, wiedziałby co teraz robić. Przystanął, próbując ustalić dalszy plan działania. Tylko po części, Harry przyznawał się przed samym sobą, że właściwie czeka na cud z nieba.
— Harry, na miłość boską, czy ty nigdy niczego nie słuchasz? — zbeształa go Hermiona, pojawiając się nagle nie wiadomo skąd. — Ty rozdajesz żetony chłopakom z Gryffindoru, ja dziewczynom. Przy każdym żetonie jest krótka instrukcja.
— O, my też mieliśmy jakieś informacje? — zagaił Harry, jednocześnie przeszukując kieszenie. Był pewien, że na jego żetonie nic nie było!
Hermiona westchnęła z frustracją.
— Nie, przecież Dumbledore nam wszystko powiedział. Jesteś nieodpowiedzialny, Harry, nie mam pojęcia jakim sposobem wybrano cię prefektem.
— Ja…
— Nie przerywaj mi. Gdybyś wkładał chociaż połowę energii, którą marnotrawisz na myślenie o niebieskich migdałach w swoje obowiązki, nie przegralibyśmy w starciu o Puchar Domów w tamtym roku!
Harry przewrócił oczami. Miał już całkowicie dość tego, że Hermiona wypominała mu tę wpadkę w każdej pogadance.
— Nie udawaj Greka, Harry.
— Och, skończ już tymi mugolskimi mądrościami, Granger — dobiegł ich nagle głos Malfoya. Hermiona spojrzała na niego ze złością.
— To nie twój interes, Malfoy.
— Przez twoje krzyki nie słyszę własnych myśli, kobieto.
— Więc niewiele tracisz — odparowała Hermiona.
Harry pomyślał, że Hermiona wyjątkowo źle reaguje na krytykę. Jednakże nie miał zamiaru jej o tym mówić.
— Och, tracę. Słuch od twoich pisków!
Harry zagryzł szczęki. Wszyscy w Gryffindorze wiedzieli, że pod żadnym pozorem Hermionie nie można zarzucać, że ma piskliwy głos.
— Ja piszczę? — zapiszczała. Harry z przerażeniem odnotował, że nawet nauczyciele, oddaleni o kilkaset metrów zwrócili głowy w jej kierunku. — Ja piszczę? Ty chyba…
— Silencio — wypowiedział ktoś z tłumu, tym samym skutecznie uciszając dziewczynę. Granger otworzyła usta jeszcze kilka razy, a potem z furią spojrzała na uczniów, szukając winnego.
— Hermiono, uspokój się, to rzucę na ciebie przeciwzaklęcie. — Hermiona przez chwilę wyglądała, jakby planowała jednoosobowe pospolite ruszenie, ale już po chwili wzięła głęboki oddech i kiwnęła głową.
— Finite Incantatem — mruknął Harry, jednocześnie przyglądając się przyjaciółce z niepokojem.
Hermiona uśmiechnęła się i odrzuciła włosy w twarzy. Harry pomyślał, że już nawet on ma większe zdolności aktorskie.
— Och, bierzmy się do roboty, Harry. Zaraz minie nasz czas — zaświergotała Hermiona jakby nigdy nic i ruszyła w stronę dziewcząt.
Harry mógł przysiąc, że usłyszał jeszcze wymamrotane pod nosem „piskliwy głos, niedorzeczność…” kiedy Gryfonka już odwróciła się do niego plecami.
Ostatnio edytowano 20 lis 2014, o 20:02 przez narumon, łącznie edytowano 3 razy
narumon Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 185
Dołączył(a): 25 gru 2012, o 16:43

Postprzez narumon » 20 lis 2014, o 13:21

Wzruszył ramionami i ruszył w kierunku swoich kolegów z klasy. Dean chichotał dziko, a Neville starał się patrzeć wszędzie, byle nie na Harry’ego. Tylko Seamus miał neutralny wyraz twarzy, ale on, jako Irlandczyk, po ker owe miny miał we krwi.
— Wyłaź, Ron — mruknął w kierunku nóg kolegów i po chwili faktycznie, rudzielec wstał z ziemi, gdzie wcześniej leżał zupełnie rozpłaszczony. Nie było łatwo ukrywać się, kiedy miało się prawie dwa metry wzrostu i płomiennie pomarańczowe włosy.
— Skąd wiedziałeś?
— Wydawało mi się, że widziałem rudą grzywkę, nurkującą w tłumie — wyjaśnił Harry spokojnie.
— Tylko jej nie mów, że to ja. Wiesz, że nie mogę znieść jej piszczenia.
— Jak my wszyscy — dodał Dean ze śmiechem.
— Właściwie zrobiłem to dla jej dobra — orzekł rudzielec, przyjmując pobożną minę. — Gdyby piszczała tak dalej, to ktoś by ją w końcu ogłuszył!
Dean ponownie wybuchnął śmiechem. Osobiście Harry sądził, że Thomas wygląda jak hiena.
— Och, dobra. Wylosujcie sobie po żetonie — powiedział, przypominając sobie o swoich obowiązkach.
Bo wbrew temu co mu zarzucała Hermiona, Harry sądził, że całkiem dobrze się z nich wywiązuje.
— Instrukcje są na odwrocie — dodał i żegnając się uśmiechem, ruszył w dalszą trasę.
W Gryffindorze nie było zbyt wielu uczniów płci męskiej, w klasach od cztery do siedem, może z dwudziestu chłopaków — dlatego skończył w ciągu kilku minut.
Rozejrzał się po polanie i odkrył, że inni prefekci też już wykonali swoje zadanie. Dołączył do Hermiony, Malfoya i Abbott, oczekując na resztę grupy fioletowych.
— Trzeba ustalić taktykę — podjęła Hermiona.
Harry pomachał do Ginny i Rona, którzy szli w stronę lasu. Oboje wylosowali pomarańczowe żetony.
Ich drużyna też już powoli się zbierała. Liczyła trochę ponad pięćdziesiąt osób i Harry wypatrzył w niej wiele znajomych twarzy.
— Dumbledore mówił, że uczniowie podzieleni są na łamaczy zaklęć, aurorów, transfiguratorów, wywiadowców i tropicieli. Musimy zebrać ich w odpowiednie grupy i ustalić priorytety. Naszym głównym celem jest odbicie dzieciaków, celem pobocznym przejęcie żetonów wroga.
— Tak, Granger. Wszyscy słyszeliśmy, co mówił dyrektor. Nie musisz nam odtwarzać jego przemowy. — Malfoy przewrócił oczami. Wyglądał jak ktoś, komu bardzo się nie podoba, że próbują nim rządzić.
— Ja właściwie nie słuchałem — wtrącił Harry, ale kiedy tylko Malfoy zmierzył go spojrzeniem, od razu pożałował, że się odezwał.
Malfoy umiał tak patrzeć, że Harry czuł się jak ostatni wsiowy głupek.
— To ja może porozdzielam ludzi na grupy — zaproponowała nieśmiało Hanna Abbott.
Mimo iż Hanna była prefektem już drugi rok, wciąż nie mogła się przyzwyczaić do odgrywania tak ważnej roli w grupie. Harry sądził, że to dlatego, że jest skromna, ale podejrzewał, że Malfoy nazwałby to inaczej.
— Świetny pomysł — odezwała się Hermiona widząc, że Ślizgon już otwiera usta, żeby wygłosić jakiś komentarz.
Hanna czym prędzej ruszyła w stronę innych Puchonów.
— Może i racja — zaczął Malfoy. — I tak by nie pomogła — Puchoni z reguły nie miewają błyskotliwych pomysłów.
Blondyn zmierzył wzrokiem Hermionę, a później Harry’ego, który akurat próbował przesunąć kamyszek w bucie, bez jednoczesnego zdejmowania go.
— Gryfoni też zresztą intelektem nie grzeszą.
— Dobrze, że chociaż Ślizgoni są tacy inteligentni — zakpiła Hermiona.
— Cieszę się, że się rozumiemy — odrzekł Malfoy z uśmiechem.
— Malfoy, jesteś ostatnim palantem, jeżeli sądzisz…
— Hej, to może wyślemy aurorów do lasu? — zakrzyknął Harry, wiedząc, że nie mówi zbyt mądrze, ale modląc się by dzięki temu Hermiona nie zaczęła piszczeć.
— Zgłupiałeś — zakrzyknął chór mieszany Granger-Malfoy.
— Ekhm, to może wywiadowców?
— Harry, najpierw musimy ustalić, kto jest w jakiej grupie, poznać ich możliwości, nie możemy…
— Rzucać się z piskiem w ręce wroga, idioto.
— Więc... Co proponujecie? — Harry doskonale sobie zdawał sprawę, że nie jest jakimś Napoleonem. Był dobry w zaklęciach i urokach, i miał świetny refleks. I jeżeli o niego chodziło — sądził, że to wystarczy, żeby wyjść cało z każdych tarapatów.
— Myślę…
— A to nowina, Granger. — burknął Malfoy i Harry z nutą satysfakcji zanotował, że na niego Malfoy burczał w inny sposób. Taki bardziej koleżeński.
— Masz coś do powiedzenia, Malfoy? — warknęła dziewczyna, na co Ślizgon prychnął oburzony.
— Gdybyś myślała, ty mugolska dziewczynko, to z pewnością nie chciałabyś omawiać taktyki na polu pełnym wrogów!
Harry rozejrzał się dookoła i odkrył, że faktycznie, na polanie było o wiele więcej osób niż sądzili.
— Może… chodźmy pod tamto drzewo — Harry wskazał oddaloną o kilkaset metrów wierzbę. — Tam raczej nie będą nam przeszkadzać.
— Świetnie — warknął Malfoy i ruszył we wskazanym kierunku. Zaraz za nim podążyła bardzo obrażona Hermiona.
Harry po raz kolejny tego dnia zdał sobie sprawę, że jego przyjaciółka naprawdę kiepsko reaguje na krytykę.
Harry obrócił się przez ramię i posłał Hannie przyjacielski uśmiech. Dziewczyna dzielnie wskazywała uczniom pomniejsze grupki, do których mieli dołączyć. Kiedy wykonywała jakieś zadanie, nie wymagające od niej działań decyzyjnych, wydawała się całkiem pewna siebie. Harry pomyślał, że to bardzo dobrze mieć w zespole również takie osoby — przy jeszcze jednym Ślizgonie najpewniej by zwariował.
Podszedł do dziewczyny.
— Hanno, Malfoy i Hermiona postanowili przenieść stanowisko dowódcze — powiedział pół żartem, pół serio.
— Och, ja chyba jeszcze tutaj zostanę — odpowiedziała, przywołując na twarz przepraszający uśmiech. Harry zauważył, że jest naprawdę ładna.
— Gdybyś nas szukała, będziemy pod tamtym drzewem. — Wskazał ręką i sam również spojrzał we wspomnianym kierunku. Momentalnie napiął mięśnie. Hermiona i Malfoy mierzyli w siebie różdżkami. Nawet z takiej odległości było widać, że się kłócili.
— Muszę… — powiedział w kierunku dziewczyny i nie kończąc zdania ruszył. W biegu wyciągnął różdżkę z rękawa szaty.
— Ty ślizgońśki gnoju, jeżeli sądzisz, że pozwolę się tak obrażać, to się grubo mylisz! — zakrzyknęła Hermiona, kiedy Harry był już całkiem blisko.
Harry zdał sobie sprawę, że naprawdę nie chce, żeby ta dwójka się kłóciła. Nigdy nie był ze Ślizgonami w dobrych stosunkach i nie uważał Malfoya za swojego kolegę, ale ostatni wieczór dał mu do myślenia. Harry sądził nawet, że mógłby się z blondynem jakoś dogadywać. Gdyby tylko nie jego…
— I co mi zrobisz, szlamo?
…rasistowskie poglądy.
Harry prawie zaśmiał się do swoich myśli. Sam nie wiedział, jak mógł pomyśleć, że Malfoy może być choć odrobinę inny niż sądził? Ślizgon pozostanie Ślizgonem i nic tego nie zmieni.
Malfoyowi nie wolno było ufać.
Przyspieszył jeszcze, żeby czym prędzej pokonać dzielący ich dystans i, mimo iż trzymał różdżkę w dłoni, kiedy tylko znalazł się wystarczająco blisko drugiego chłopaka rzucił się na niego z pięściami. Wyprowadził piękny prawy sierpowy, którym trafił Malfoya prosto w kość policzkową i tym samym odrzucił w bok. Ślizgon jednak pozbierał się w mgnieniu oka i rzucił się na Harry’ego z obiema dłońmi, próbując dosięgnąć jego szyi. Harry zablokował mu ręce w ramionach i wyprowadził cios kolanem, trafiając w podbrzusze. Malfoy krzyknął z bólu, ale zamiast się cofnąć, natarł na Harry’ego jeszcze mocniej, tak, że Harry poleciał na drzewo, z wciąż uczepionym siebie Ślizgonem. Harry zdążył poczuć jak szorstka kora drzewa drapie jego plecy, kiedy Malfoy popchnął go jeszcze mocniej i nagle Harry stracił oparcie. Poczuł, że leci do tyłu, więc zakleszczył dłonie na ramionach Malfoya. Spojrzał w przerażoną twarz swojego wroga i obaj zaczęli spadać.
Ostatnio edytowano 20 lis 2014, o 20:03 przez narumon, łącznie edytowano 2 razy
narumon Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 185
Dołączył(a): 25 gru 2012, o 16:43

Postprzez Japor » 20 lis 2014, o 13:29

Ciesze się niezmiernie że jednak nie porzuciłaś tego opowiadania i jest nadzieją, że doczekam się końca tej historii.
Czytałam to opowiadanie już jakiś czas temu i pamiętam że zrobiło na mnie wrażenie. Historia jest napisana ciekawie i zabawnie. Draco jest tu po prosu nie zastąpiony, stanowią z Harrym naprawdę zabawną parę "przyjaciół".

Pozdrawiam! Życzę ci weny i wytrwałości
Japor Offline


 
Posty: 70
Dołączył(a): 28 cze 2011, o 17:32

Postprzez Izzie » 20 lis 2014, o 17:26

Ach, dłuższy rozdział, jak cudownie! :D Bardzo mi się podoba pomysł z takimi rozgrywkami, zawsze to jakieś urozmaicenie życia szkolnego, a pod przykrywką takiej zabawy uczniowie faktycznie mogą nabyć umiejętności, które pomogą im przeżyć, kiedy już trafią na wojnę, co ich zapewne niestety czeka - prędzej czy później.
Początkowo czytając, nie mogłam wyjść z podziwu, że Malfoy jak gdyby nigdy nic stoi sobie blisko Harry'ego, gada do niego, a tu się w żadnej chwili nie pojawia Ron z odsieczą, niosąc pomoc przyjacielowi; dopiero chwilę potem pacnęłam się w głowie, że przecież dopiero co mijali się przy łazience prefektów, co z Malfoya też prefekta czyni (głupia ja, skoro ze wszystkich Gryfonów to Harry'ego mianowali prefektem, oczywistym było, że Draco tym bardziej) i dlatego to dziwne nie jest. Swoją drogą wyraźnie widać, że oprócz zwykłej rozgrywki szczególnie Draco czynił też własne podchody względem Harry'ego, jakkolwiek niefortunnie by się to nie skończyło. :oczy: Tym niemniej ja uwielbiam, kiedy oni ze sobą walczą, bo zawsze jest to pełne nieposkromionej pasji, bez żadnego rozważania, zastanawiania się, same czyste uczucia, więc sama czerpię z czytania o tym chorą przyjemność. Obrazek
Z innych scen, komiczne było to odsuwanie się Pottera na bok kroczek po kroczku, nie mogę się przestać śmiać, kiedy sobie wyobrażam, jak to musiało wyglądać. Zresztą już same ich rozmowy to zbiór perełek,
— Malfoy — warknął.
— Potter — odburknął Ślizgon towarzysko.

naprawdę uwielbiam ten moment, te ich przyjazne burknięcia to jeden z moich ulubionych stałych elementów tego ff'a, w końcu nikt nie potrafi burczeć do siebie na tyle sposobów, co oni!
— Ślizgoni z kolei są mistrzami planowania jak zwalić całą najgorszą robotę na innych, a wszystkie zasługi wziąć na siebie.
— Myślisz, że mi tym ubliżysz? Ja jestem z tego dumny.

W tym momencie też sobie pomyślałam, że Harry jest jakiś głupi, przecież to jest ewidentna zaleta... chyba jestem złą osobą. :mrgreen:

Nie wspomnę już nawet o piszczącej Hermionie, do której ta cecha idealnie pasuje i w końcu od dłuższego czasu mogę poczytać o niej nie tylko w samych superlatywach panny-potrafiącej-rozwiązać-każdy-problem-w-okamgnieniu, a również o wiążących się z tą jej wszechwiedzą wadami, z protekcjonalnością i przemądrzałością na czele. Swoją drogą, nie podejrzewałam jej o taką waleczność we wdawaniu się w utarczki słowne z Malfoyem, to chyba musi być wpływ Rona, bo to zawsze on i Harry byli pierwsi do takich gierek, a ona stała z boku, nie mając zamiaru brać w tym udziału. Tutaj jest z niej typowa lwica. ;)
Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, aż chłopcy w końcu sięgną ziemi, bo zdecydowanie zrobi się wtedy ciekawie. :whistle:

Ściskam Cię cieplutko i jak zawsze życzę mnóstwa weny i dobrego humoru, byś w tak dobrym stylu kontynuowała resztę opowiadania!
Perfect combinations are rare in an imperfect world.
ObrazekObrazekObrazek
Sometimes there are things you wouldn't think would be a good combination that turn out to be the perfect combination.

Obrazek
Izzie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 275
Dołączył(a): 1 lis 2014, o 03:18

Postprzez narumon » 20 lis 2014, o 21:45

Japor, cieszę się, że lubisz mojego Draco, bo on jest prawie taki jak ja (tylko nie takie ładny ; P), więc to prawie jak komplement :D
Izzie, nie cierpię płaskich postaci, tak więc każda, którą tworzę ma wiele wymiarów, również Hermiona. Na początku może wydawać się naprawdę irytująca, ale później pokaże się też z lepszej strony, ja nawet ją lubię. Więc głowa do góry :D



Rozdział czwarty: W zamknięciu

Harry upadł na plecy, a Malfoy upadł na Harry’ego. Gryfon poczuł to bardzo dotkliwie, ale nie na tyle, żeby na głos powiedzieć jak bardzo go boli. Otworzył oczy i spojrzał na twarz Malfoya. Gnojek wyglądał raczej na zdziwionego, niż obolałego. Zamrugał.
— Złaź ze mnie! — warknął. Bynajmniej nie warknięciem powitalnym.
— Już, już — odburknął Malfoy. — Ale jesteś pewien?
Zanim jednak Harry zdążył zademonstrować, jak bardzo był pewien, Ślizgon był już na nogach.
— Masz paskudną śliwę — oznajmił Harry.
Malfoy natychmiast złapał się za policzek. Harry pomyślał, że drugi chłopak wygląda jak przerażona pensjonarka.
— Rany są męskie — odparł blondyn bardzo niepewnym głosem. Dalej trzymał rękę przy policzku.
— To wszystko twoja wina, Malfoy — orzekł Harry ze swojego miejsca na ziemi.
— „Twoja wina” —przedrzeźnił go Ślizgon. — To ty się na mnie rzuciłeś!
— Bo obrażałeś Hermionę!
— Ona jakoś się na mnie nie rzucała…
Malfoy nie wyglądał jak ktoś, kto żałuje, że Hermiona się jednak na niego nie rzuciła i Harry pomyślał, że to dziwne. On sam zawsze doceniał spontaniczne kontakty cielesne z rozemocjonowanymi kobietami.
— Teraz jak nic przegramy te Podchody — powiedział jeszcze Ślizgon i Harry w duchu przyznał mu rację. Jeżeli nie uda im się wrócić, fioletowi nie będą mieli żadnych szans. Co jak co, ale dwie kobiety u steru nigdy nie dawały zbyt dużych nadziei.
— Cholera — charknął Harry. Powoli podniósł się do siadu i przyłożył ręce do klatki piersiowej. Ledwo mógł oddychać. — Chyba sobie obiłem płuca. Czy coś.
— To prędzej ten „czycoś” — odpowiedział Malfoy z roztargnieniem. Stał i rozglądał się po pomieszczeniu, w którym się znajdowali. Harry zauważył, że to bardzo dobry pomysł i nawet chciał zrobić to samo, ale, jako że aktualnie każdy ruch sprawiał, że ból rozrywał go od środka, postanowił odłożyć to na później.
— Ja nie żartuję, Malfoy.
Ślizgon w końcu na niego spojrzał. Ponieważ ciągle trzymał się za policzek, Harry wywnioskował, że jeszcze jest na niego zły. Kiedy więc blondyn sięgnął po różdżkę, przez głowę Harry’ego przemknęła myśl, żeby uciekać. Przełknął głośno ślinę, jednak nie ruszył się z miejsca. Nie żeby nagle zaczął ufać Malfoyowi, po prostu nie miał za bardzo siły się ruszyć…
— Znam kilka zaklęć leczniczych. Nie zamierzam cię torturować — wyjaśnił Malfoy, przyklękając przy Harrym. — Przynajmniej na razie — dodał z wrednym uśmiechem.
Harry wypuścił ze świstem powietrze i dopiero kiedy to zrobił, uzmysłowił sobie, że je wstrzymywał.
Malfoy delikatnie dotknął jego klatki piersiowej i przesunął po niej dłonią. Drugą rękę oparł o jego plecy.
— Możesz zakasłać? — zapytał miękko.
Harry kaszlnął dwa razy, a jego pierś skurczyła się z bólu.
— W porządku, tylko się poobijałeś. — Harry pomyślał, że jeżeli to dla Malfoya jest „w porządku” to nie chciał poznać jego definicji poważnego problemu. — Mogę rzucić zaklęcie znieczulające. Nie jest tak dobre jak eliksir i za jakąś godzinę będę musiał je powtórzyć, ale powinno podziałać. Najlepiej by było, gdybyś obwiązał czymś klatkę piersiową, tak na wszelki wypadek. Jeżeli któreś żebro jest złamane.
Harry kiwnął głową, a Malfoy wykonał skomplikowany gest różdżką.
— Skąd znasz takie zaklęcia? — zapytał zdziwiony.
Harry poczuł śmieszne mrowienie w całym ciele i już po chwili ból zaczął go opuszczać. Czuł się tylko trochę odrętwiały. Uśmiechnął się do Ślizgona i bez większych problemów wstał.
Malfoy w tym czasie transmutował swoją chustkę do nosa w bandaż elastyczny.
— Rozbierz się — polecił.
Harry nieczęsto słyszał w życiu takie komentarze od swoich rówieśników, więc w pierwszym odruchu miał ochotę na niezręczne umizgi. Przywołał się jednak szybko do porządku mentalnym kopniakiem w tyłek. Malfoy to Malfoy. Nie żadna ładna dziewczyna polująca na jego cnotę. Nawet nie żadna brzydka dziewczyna polująca na jego cnotę. Po prostu… Malfoy.
— Byłem bardzo… swawolnym dzieckiem — zaczął Ślizgon, kiedy Harry zdjął już koszulkę.
Powolnymi ruchami ciasno owijał bandaż wokół jego piersi i Harry odnotował, że blondyn ma bardzo delikatne dłonie. — Ojciec zabronił skrzatom mnie uzdrawiać. Uważał, że każdy mężczyzna musi umieć radzić sobie sam. Dlatego znam dużo zaklęć leczniczych.
— To dziwne — mruknął Harry. Czuł się naprawdę niezręcznie, kiedy inny facet dotykał go, opowiadając mu swoje intymne historie z dzieciństwa.
Malfoy wzruszył ramionami, nie puszczając opaski.
— Kiedy byłem mały, to faktycznie. Ale później naprawdę polubiłem magomedycynę.
Skończył owijać jego żebra i odsunął się na kilka kroków. Pomieszczenie, do którego wpadli nie dawało im dużej swobody ruchów.
— To ile miałeś lat? — zdziwił się Harry.
— Och, pięć. Może. Nie pamiętam dokładnie — odrzekł Malfoy neutralnym głosem.
— Pięć? Dzieci w tym wieku nie potrafią czarować!
Zapewne Harry nie był specjalistą od magicznego świata, ale mieszkał w nim na tyle długo, żeby mieć o nim jako takie pojęcie!
— To zależy, Potter — burknął Ślizgon, brzmiąc jakby zaczynał się irytować. — Ja zawsze byłem bardzo zdolny — dodał po chwili, już przyjemniejszym tonem.
Harry prychnął w odpowiedzi.
— Nawet gdybyś był Merlinem dwudziestego wieku, to i tak dzieciom nie wolno czarować poza szkołą.
Tym razem to Malfoy prychnął.
— Właśnie dlatego tak bardzo nienawidzę mugolaków. Żadnej konkretnej wiedzy. Żadnego przygotowania!
Ślizgon usiadł przy ścianie i rozejrzał się po pomieszczeniu. Harry również spojrzał.
Znajdowali się wewnątrz małej, drewnianej chaty, nie szerszej niż na pięć i nie dłuższej niż na dziesięć kroków. Nie było żadnego okna czy drzwi, a otwór, którym wlecieli, już dawno się zasklepił. Jedynym źródłem światła były trzy świece uwieszone, za sprawą magii, pod sufitem. Harry wyciągnął różdżkę, zdeterminowany, żeby utorować sobie jakieś wyjście.
— Nie kłopocz się, Potter. — Ślizgon nawet nie ruszył się ze swojego miejsca, za to Harry, w słabym świetle świec, dostrzegł jego podirytowany wyraz twarzy.
— Chyba żartujesz, Malfoy. Nie mam zamiaru tutaj gnić do końca życia.
Blondyn pokręcił głową, ale nie odezwał się już ani słowem. Harry’ego niezmiernie denerwowało takie zachowanie — skoro nie chciał pomóc, to mógł chociaż nie marudzić.
Descendo* — mruknął Harry, ale nic się nie stało.
Sezam Materio** — spróbował.
— Potter, tutaj nawet nie ma drzwi — burknął Malfoy, wciąż siedząc.
Harry wzruszył ramionami i celując w największą ścianę chatki krzyknął:
Bombarda***
Jednakże ściana nawet nie drgnęła.
— Potter, odpuść sobie — burknął Malfoy ponownie. Harry pomyślał, że Ślizgon jest coraz mniej zirytowany, a coraz bardziej rozbawiony.
Deprimo**** — mruknął sfrustrowany w kierunku podłogi, jednakże zaklęcie i tym razem nie zadziałało. — To koniec, nie mam więcej pomysłów!
— Muszę przyznać, że dwa ostatnie były całkiem dobre, Potter — oznajmił Malfoy, na co Harry prychnął zniechęcony. — Jednakże, skoro już zaspokoiłeś swoje gryfońskie żądze, to czy możesz usiąść? Kiedy stoisz mam wrażenie, że tu jest jeszcze mniej miejsca niż w rzeczywistości…
— Cholera, Malfoy! Ugrzęźliśmy tutaj! Czy do ciebie dociera w ogóle powaga sytuacji?! Stąd nie ma wyjścia!
— Ależ oczywiście, że jest — odparł spokojnie Ślizgon, co na chwilę uciszyło Harry’ego. — Tyle, że nie od wewnątrz.
— Skąd możesz to wiedzieć?
— Za twoimi plecami — blondyn wskazał brodą kierunek — jest bilecik od dyrektora.
Harry odwrócił się natychmiast i od razu spostrzegł świstek papieru. Zmierzył go złym wzrokiem, zanim w końcu po niego sięgnął.

Drogi nieostrożny uczestniku dzisiejszych podchodów,
zostałeś uwięziony w mojej pułapce. Poczekaj spokojnie, aż ktoś Cię uwolni albo skończy się gra.
Miłego dnia,
Albus Dumbledore


Harry poczuł jak przez jego ciało przechodzi zimny dreszcz. Był wściekły!
— Dlaczego mi nie powiedziałeś?! — krzyknął do drugiego chłopaka. Kiedy jednak zobaczył, że na Malfoyu nie robi to żadnego wrażenia, jego złość jakby uleciała. Harry zawsze uważał, że nie było sensu robić sceny, skoro nie było dla kogo…
— Przecież nie pytałeś, Potter — oznajmił blondyn gładko. Harry po trochu go podziwiał za opanowanie. Była to kolejna rzecz, której nie miał zamiaru nigdy powiedzieć głośno.
— Mogłeś… — przerwał na chwilę, sam nie wiedząc, o co właściwie ma pretensje. — To nie fair.
Ślizgon zaśmiał się teatralnie.
— Bo wy, Gryfoni, uważacie, że wszystko w życiu jest takie fair.
Harry usiadł na podłodze, naprzeciw blondyna. Pomieszczenie było tak małe, że stykali się butami.
Zapanowała nieprzyjemna cisza. Harry prawie histerycznie przerzucał w głowie tematy ewentualnej rozmowy. Miał wrażenie, że jeżeli czegoś nie wymyśli, spłonie od niezręczności.
— Wcześniej mówiłeś coś o czarowaniu poza szkołą?
— Tak — odparł Malfoy i Harry’emu przez głowę przeszło, że Ślizgon chyba nie ma takiej ochoty na zapełnienie ciszy, jak on sam.
— Więc można tak? Czarować poza szkołą, znaczy się?
— Och, oczywiście, że nie można — odrzekł Ślizgon takim tonem, że Harry jednak uznał, że jak najbardziej można. — Tyle tylko, że nie można tego w żaden sposób sprawdzić.
— Chyba żartujesz! — zakrzyknął oburzony Harry. — Ja już dwa razy dostałem powiadomienie od Ministerstwa o wykryciu użycia magii!
— Więc to prawda, co mówią? Mieszkasz z mugolami?
— Co…? — Harry zająknął się przez chwilę. Oczywiście wiedział, że kilka osób zdawało sobie sprawę z jego życia poza szkołą, ale absolutnie nie miał pojęcia, jak Malfoy mógł to wywnioskować z ich krótkiej rozmowy.
— Teraz już tylko przez pierwszy tydzień wakacji. — Postanowił w końcu powiedzieć prawdę. A przynajmniej część prawdy.
— Cóż. Magia jest łączona z miejscem, nie osobą. Ministerstwo dostaje zgłoszenia o każdym użyciu czarów — informacje przesyłane są Czakrami Ziemi. Nie ma jednak możliwości wykrycia w ten sposób poszczególnego czarodzieja. Chyba że dzieje się to w mugolskim domu — wyjaśnił Malfoy. Nawet jeżeli zauważył wcześniejsze wahanie Harry’ego, to postanowił to przemilczeć i Harry był mu za to bardzo wdzięczny.
— Czekaj, Malfoy — zagadnął nagle. Nie mógł się za bardzo skupić, bo dziwnie szumiało mu w głowie. Chociaż Harry tak naprawdę zawsze miał problemy ze skupieniem… — Ron też nie może używać magii w lecie!
— Weasleyowie mają chyba z piętnastkę dzieci. Dziwisz się im, że podtrzymują tę bajeczkę Ministerstwa? Przecież inaczej by nad nimi nie zapanowali.
— Siódemkę — wymruczał Harry.
Ślizgon przewrócił oczami i kontynuował swój wykład.
— Tyle oczywiście, że jeżeli magia zostanie użyta przez czarodzieja, który mieszka w niemagicznym domu, można delikwenta z łatwością namierzyć.
Kiedy Malfoy tłumaczył, jego oczy błyszczały, a twarz była skupiona. Wyglądał trochę jak Hermiona, kiedy mówiła o „Historii Hogwartu”.
— Ministerstwo musi w jakiś sposób panować nad bandą mugolaków, którym się wydaje, że jak mają w sobie trochę magii, to są panami świata — podsumował w końcu z taką pogardą w głosie, że Harry aż się skrzywił.
— Dlatego tak nie lubisz czarodziejów mugolskiego pochodzenia…? Wydaje ci się, że są niedoinformowani i stwarzają niebezpieczeństwo?
— Jest wiele powodów, Potter.
Malfoy zamilkł nagle, patrząc na świece nad ich głowami. Siedzieli przez chwilę w ciszy i kiedy Harry był już niemal pewny, że to koniec rozmowy, Ślizgon odezwał się ponownie.
— Wiesz, że tylko co dziesiąty mugolak zostaje w magicznym świecie?
Harry spojrzał na rozmówce zaciekawiony. Był pewien, że Hermionę zainteresowałyby te statystyki.
— To znaczy, że dziewięciu z nich wraca do mugolskiego świata, żeby szorować tam kible i robić karierę w jakichś marnych jadłodajniach. Bo raczej nie mogą się pochwalić magicznym wykształceniem. Żyją tam, przekreślając wszystko czego nauczyli się w Hogwarcie… a ci, którzy mimo wszystko chcą połączyć oba światy tylko niepotrzebnie nas narażają.
— Malfoy, to stereotypy. Nie wszyscy mugole są zagrożeniem! — zaprotestował natychmiast Harry. Mimo iż w swoim życiu nie spotkał zbyt wielu życzliwych okazów, był pewien, że zdarzają się oni tak samo często jak i w magicznym świecie.
— Nie bądź naiwny. Jesteśmy inni, lepsi, silniejsi. Każdy mugol boi się magii, to wpisane w ich bezmagiczne rdzenie. Nie uczyłeś się o średniowieczu, o polowaniu na czarownice? Wiesz co robili z czarodziejami, kiedy już udało im się ich złapać?
— Czytam podręczniki do historii, Malfoy. Nie uda ci się wmówić mi tych rasistowskich kłamstw. Mugole nie potrafią ranić czarodziejów!
— Nie? A czy przypadkiem przed chwilą nie obiłeś sobie żeber? Przecież nie użyłem do tego magii…
Harry zapatrzył się na Malfoya, kiedy sens jego słów do niego dotarł. Uzmysłowił sobie, że większość jego dotychczasowych wypadków miała jakieś fizyczne przyczyny. Wcale nie trzeba było magii, żeby bolało jak cholera…
— Ale… — Sam nie wiedział, co chce powiedzieć. — Sądziłem, że magiczni mają jakiś system, który chroni ich przed śmiercią…
— Nic o tym nie wiem — odparł Malfoy. — Chociaż słyszałem, że niektórzy samowolnie odbijają Avadę — dodał łobuzerskim tonem.
W Harrym zawrzało.
— Zamknij się — syknął ze złością. — Nic o tym nie wiesz!
Malfoy zmierzył go zaskoczonym spojrzeniem, ale nie odezwał się nawet słowem.
Wszystkie wspomnienia związane ze śmiercią rodziców powróciły do Harry’ego jak migawki. Pamiętał krzyk swojej matki i zielone światło. Pamiętał rozpacz… ich poświęcenie. „Odbicie Avady” miało większą cenę niż było warte. Harry wiele by oddał, żeby nigdy nie kopnął go taki zaszczyt.
Przyjrzał się jasnej twarzy Malfoya. Nawet w migoczącym, pomarańczowym świetle świec wydawał się chorobliwie blady. Jego białe włosy spływały mu na policzki. Od kilku lat nosił je luźno, odcinając się od tradycyjnego arystokratycznego uczesania. Ślizgon miał wystające kości policzkowe i wysunięty podbródek. Do tego jego nos był stanowczo zbyt szpiczasty. Harry po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że Malfoy nie jest przystojny. To aura, którą wokół siebie rozsiewał, niezwykła pewność siebie i pogarda dla świata sprawiały, że Malfoy wydawał się nieziemsko piękny. I nieziemsko niedostępny — o czym często szeptały dziewczęta w Pokoju Wspólnym.
— Poza tym — zaczął ponownie Malfoy, wyrywając Harry’ego z transu, w który wpadł na dłuższą chwilę — zdajesz sobie sprawę, ile osób uczy się teraz w Hogwarcie?
Harry zastanowił się chwilę, starając się szybko policzyć w myślach.
— Sto pięćdziesiąt? Dwieście?
— Sto osiemdziesiąt dwie — poprawił Ślizgon. — Na samym naszym roku dwadzieścia sześć. Z tego tylko czternaście osób z magicznych rodów.
Harry wzruszył ramionami. Trochę śmieszyły go te wszystkie liczby, które Ślizgon zdawał się mieć w małym palcu. Zupełnie jakby miał w głowie komputer z danymi.
— To trochę więcej niż połowa, ale nasz rocznik i tak jest wyjątkowy pod tym względem. Na pierwszym roku jest tylko sześciu czystokrwistych. Znaczy to, że już wkrótce wśród mugoli będzie więcej wykształconych magicznie niż w naszym świecie.
— Och, przecież to są tylko przypuszczenia — przerwał mu Harry. — To, że ktoś nie jest czystokrwisty nie znaczy od razu, że będzie mieszkał w świecie mugoli.
— Skup się, Potter — zbeształ go Malfoy. — Dziewięciu na dziesięciu mugolaków wróci do świata mugoli! Zdajesz sobie sprawę, że ponad połowa uczniów przyjmuje wykształcenie, z którego nigdy nie skorzysta? Przez to cierpi też reszta populacji, bo zobacz — gdyby w klasach było o połowę mniej uczniów, profesorowie mogliby nam poświęcić o połowę więcej czasu. Bylibyśmy lepiej przygotowani, mielibyśmy większą wiedzę — czy nie do tego powinniśmy dążyć?
— Malfoy, nie można się doskonalić kosztem innych! To nie jest metoda!
— Oczywiście, że jest!
Na chwilę obaj zamilkli. Harry zwalczał w sobie usilną chęć do nakrzyczenia na Ślizgona za jego arogancję. Bo chociaż niektóre z poglądów Malfoya były śmieszne i rasistowskie… nie można im było odmówić konsekwencji. Argumentacja blondyna wydała mu się w gruncie rzeczy logiczna i po części potrafił zrozumieć jego postawę. Ale Harry sądził też, że wszystkie przywary, które Malfoy przypisywał mugolakom, mogły powodować co najwyżej niechęć, nie nienawiść.
— Wyobrażałeś sobie kiedyś co by było, gdyby mugole się o nas dowiedzieli? — zapytał blondyn po kolejnej chwili ciszy.
Harry tylko pokręcił głową. Jego zdaniem było to raczej niemożliwe, w końcu Ministerstwo bardzo dobrze dbało o zacieranie śladów potwierdzających istnienie magii.
— Więc pomyśl teraz — nakazał Ślizgon. — Coraz więcej mugolaków dostaje listy, wie o nas coraz więcej ludzi — ich rodziny, przyjaciele. W pewnym momencie mugole się zorientują. Wiesz, co wtedy zrobią?
Harry ponownie pokręcił głową, skupiając się na wpatrywaniu w oczy rozmówcy. Malfoy miał naprawdę dziwne oczy. Czasem szare, czasem niebieskie, a czasem zupełnie srebrne. Harry pomyślał, że lubi je obserwować.
— Zrobią wojnę.
— Malfoy, to najczarniejszy scenariusz! Mamy dwudziesty wiek, ludzie nie zabijaliby za coś takiego!
— Nie? Mugole potrafią zabijać za mniejsze rzeczy — za religię, czy kolor skóry.
— Och, tak, bo magiczni są tacy święci! — zakrzyknął Harry. — A Voldemort zabija tylko w obronie własnej, prawda?
Malfoy zająknął się na chwilę i urwał kontakt wzrokowy.
— Nigdy nie mówiłem, że go popieram — szepnął w końcu, bardziej do swoich butów niż do Harry’ego.
— A popierasz?
— Ja… nie chcę o tym rozmawiać.
Harry również spojrzał na swoje buty i siedzieli w ciszy, pozwalając minutom się ciągnąć.
— Wiesz, co będzie najgorsze? — odezwał się znowu Malfoy, wybudzając Harry’ego z zamyślenia. — Te wszystkie mugolaki, których jest już tyle, co prawdziwych czarodziejów, staną po stronie swoich rodzin. Magiczny świat nie będzie miał szans przetrwać, jest nas o wiele mniej i mimo że jesteśmy silniejsi, nie damy im rady.
— Mylisz się, Malfoy — Harry odpowiedział dopiero po dłuższej chwili. — Gdyby doszło do wojny, magiczni by sobie poradzili. A wielu mugolaków stanęłoby po stronie czarodziejów.
— Kto? — zakpił Ślizgon. — Granger?
Harry sapnął zaskoczony.
— Myślę, że ona nie. Ona trzymałaby się z daleka i robiła plakietki przeciw przemocy — zaśmiał się Harry. — Ale ja tak. Ja bym został z czarodziejami.
Malfoy nie spojrzał na niego i Harry zdał sobie sprawę, że Ślizgon nie pomyślał wcześniej o tym, że Harry nie jest czystokrwisty. Sama idea wydała mu się zabawna, ale nie miał zamiaru dokuczać drugiemu chłopakowi na głos, w obawie, że zniszczy to dopiero co odkrytą nić porozumienia. Zamiast tego podśmiewywał się w swojej głowie.
— Dlaczego tak nie lubisz Hermiony? Nigdy nie widziałem, żebyś tak bardzo dręczył jakiegoś innego mugolaka. — "Oprócz mnie” pomyślał Harry, ale uspokoił te myśli natychmiast. W końcu dla Malfoya Harry nie był mugolakiem.
— Granger to zupełnie inna historia. Mam ze sto powodów, żeby jej nie cierpieć — orzekł Malfoy, ponownie odnajdując oczy Harry’ego — Sądzę, że gdyby nawet miała najczystszą krew na świecie i tak bym jej nie lubił.
— No ale musi być coś konkretnego? — zaczął Harry kpiarskim tonem. On sam Hermionę kochał, ale bywały dni, kiedy miał ochotę porządnie nią potrząsnąć. Dlatego Harry był ciekawy, co innych w niej irytuje.
— Granger zawsze wszystko wie. Nauczyciele sądzą, że to dlatego, że jest taka mądra, ale na dobrą sprawę to ona jest chodzącą biblioteką. Wykuła cały materiał chyba jeszcze przed pierwszym rokiem, a przez całą szkołę tylko go powtarza i powtarza.
— Mówisz tak, bo jesteś zazdrosny…
Malfoy przybrał śmieszną minę. Zmarszczył nos, a oczy dziwnie przymrużył.
— Ja nie bywam zazdrosny — oznajmił wyniośle, ale po chwili uśmiechnął się swawolnie.
Harry’emu tak rzadko zdarzało się go takim oglądać, że w nielicznych momentach, kiedy się jednak zdarzało, zawsze był zdziwiony.
— Chodzi mi o to, że Granger może i ma ogromną wiedzę, ale nie pokrywa się to z jej zdolnościami.
— Niby dlaczego? — zaprotestował od razu Harry. Co jak co, ale znał możliwości swojej przyjaciółki i wiedział, jak zdolna była!
— Byłem z nią w jednej grupie na ostatnim treningu. Ze trzy razy znaleźliśmy się w sytuacji, gdzie trzeba było walczyć i za każdym z tych trzech razów Granger zasłoniła się kimś innym. Stała z wyciągniętą różdżką i czekała, aż ktoś ją uratuje.
Kiedy Harry sięgnął wspomnieniami do jakiejkolwiek walki z udziałem Hermiony, przypominał sobie, że Hermiona faktycznie nie była zbyt dobra na froncie. Mimo iż znała wiele więcej przydatnych zaklęć niż on, bała się po jakieś sięgnąć.
— Nie możesz jej nie lubić tylko dlatego, że nie umie walczyć — orzekł Harry, przyznając się w duchu, że nie potrafi zakwestionować argumentu Ślizgona.
— Mogę.
— Nie możesz.
Mogę.
Zaśmiali się prawie w tej samej chwili, jednak Harry szybko się otrząsnął. Nie mógł dopuścić do sytuacji, w której Malfoy pomyśli, że Harry go lubi.
Bo nie lubił.
W ogóle.
— To nie tylko to, Potter. Jak już mówiłem — mam ze sto powodów.
— Co jeszcze?
— Granger to hipokrytka. Największa jaką znam. Mówi jedno, a robi drugie. Ciągle komuś rozkazuje, mówi co wypada, a co nie, a sama łamie wszystkie swoje reguły. Do tego ona w ogóle nie potrafi się bawić! Najchętniej dałaby szlaban każdemu, kto robi coś zabawnego.
— Tak zabawnego, jak dręczenie pierwszaków?
— Nie dręczenie, tylko wymuszanie słodyczy. To taki ślizgoński zwyczaj. Służy do nawiązywania więzi z pierwszakami…
— Kradzież słodyczy?
— Właściwie to uprzejme nakłanianie do przekazywania swoich słodyczy w imię przyjaźni międzydomowej.
Harry odchylił głowę do tyłu i zaśmiał się gardłowo. Sam przed sobą musiał przyznać, że Malfoy go bawi. Czasami i tylko trochę, ale jednak.
Siedzieli kolejną chwilę w ciszy, ale tym razem nie przeszkadzało to już Harry’emu. Liczył w myślach, ile czasu spędził z Malfoyem w ciągu ostatnich dni i powoli dochodził do wniosku, że jakieś trzykrotnie więcej niż w całym swoim życiu.
To było niepokojące.
— Zimno mi w tyłek — burknął niespodziewanie Malfoy.
— Mi też jest zimno — odparł Harry niezbyt przytomnie.
— A boli cię? — zainteresował się nagle Ślizgon i Harry uzmysłowił sobie, że faktycznie boli. Kiwnął więc głową.
Blondyn ponownie wyciągnął różdżkę i rzucił na Harry’ego czar leczniczy.
Harry pomyślał, że to bardzo miłe, że Malfoy tak o niego dba. Do tej pory tylko Hermiona o niego dbała, ale ona zawsze go przy tym pouczała, przez co Harry wolał już cierpieć w ciszy.
— Mówiłeś, że będzie działać godzinę — zamruczał z lekkim wyrzutem Harry. Znowu czuł się przyjemnie odrętwiały, ale wiedział już, że to za chwilę przejdzie.
— I działało — odparł Malfoy. — A nawet trochę dłużej. Myślę, że niedługo po nas przyjdą.
Kiedy do Harry’ego dotarł sens słów Ślizgona, poczuł się zaniepokojony. Przez chwilę sam nie wiedział dlaczego, a później nagle go olśniło. Harry bał się, że w realnym świecie, pozbawionym chatki bez drzwi i okien, nie będzie już mógł rozmawiać z Malfoyem. Nie żeby wychodziło im to jakoś nadzwyczaj dobrze — bo po prawdzie szło im raczej kiepsko… — ale nagle, po raz pierwszy w życiu, chciał lepiej poznać Draco Malfoya.
— To miłe, Potter — zakpił złośliwy głos.
Harry otworzył oczy zdziwiony.
— Powiedziałem to na głos?
— Tylko to o poznawaniu bliżej. Tak z ciekawości, czy wcześniejsze myśli zawierały coś o moich pięknych oczach, idealnej figurze i ujmującym poczuciu humoru?
— Jesteś chory — orzekł Harry, starając się brzmieć jakby był zniesmaczony.
— I to cię we mnie tak pociąga? — zagadnął Malfoy gawędziarskim tonem.
Harry przewrócił oczami. Był gotów cofnąć wszystko, co pomyślał o byciu rozśmieszanym przez Ślizgona.
— Nie musisz się tego wstydzić, Potter — ponownie odezwał się Malfoy i Harry miał wrażenie, że blondyn próbuje ukryć śmiech. — Ludzie kochają się we mnie z różnych powodów, a kim ja jestem, żeby je kwestionować, czy osądzać?
— Mówiąc ludzie masz na myśli gobliny? Słyszałem, że mają kiepski gust.
— Jeżeli sam jesteś goblinem, to pewnie.
Harry zaśmiał się, a Ślizgon mu zawtórował. I w takiej koleżeńskiej atmosferze, zaśmiewających się z jakiegoś kiepskiego żartu, siedzących na podłodze i stykających się stopami, zastał ich Remus Lupin. A za Remusem cała szkoła, gdyż Lupin sprawił, że zniknęła przednia ściana chatki.
Bynajmniej ani Harry, ani Malfoy nie przestali się śmiać — wprost przeciwnie, widok przerażonych twarzy ich szkolnych znajomych sam w sobie był tak komiczny, że obaj zaczęli śmiać się jeszcze głośniej.
Remus tymczasem przyglądał się im z uśmiechem. Harry klasyfikował tę minę jako dobroduszne politowanie i doskonale wiedział, że zazwyczaj była przeznaczona dla Syriusza, kiedy ten zrobił coś naprawdę, naprawdę głupiego. Powoli się uspokoił, ale posłał jeszcze jedno rozbawione spojrzenie do Malfoya.
Ślizgon wstał z drewnianej podłogi, otrzepał ubranie i wyciągnął rękę do Harry’ego.
Harry spojrzał na jego rękę, dziwnie świadomy tego, ile par oczu im się przygląda. Rzucił okiem na twarz Malfoya, nagle lekko spiętą. Cisza wydawała się gęstnieć. I wtedy Harry chwycił wyciągniętą do niego rękę, jednocześnie słysząc, jak prawie wszyscy zebrani wciągają ze świstem powietrze.
Harry postanowił, że później pomartwi się nad znaczeniem tego gestu.
— Um, dzięki.
— Pewnie — odparł Malfoy, trochę przytłumionym głosem i poprawił sobie szatę.
Dopiero rejestrując ten gest, Harry zdał sobie sprawę, że sam jest tylko w koszulce — szatę zdjął, kiedy Malfoy bandażował mu żebra.
Starając się zrobić to dyskretnie, Harry rozejrzał się po podłodze i sięgnął po rzuconą tam wcześniej odzież.
— Harry! — zapiszczało nagle coś z tłumu i rzuciło mu się prosto na szyję.
Po nieziemskiej ilości włosów, które znacznie przysłoniły mu pole widzenia, Harry wywnioskował, że była to Hermiona.
— Tak bardzo się martwiłam! Przepraszam, Harry! To wszystko moja wina! Nic ci nie jest?
— Och, w porządku, Hermiono — odparł lekko ogłuszony Harry, jednoczenie próbując trochę odsunąć od siebie dziewczynę.
Kochał ją jak siostrę i uwielbiał to jak się o niego martwiła — ale głos miała naprawdę wysoki…
— Yy, Draco — zadudnił kolejny głos, gdzieś z progu chatki. Goyle posłał drugiemu Ślizgonowi zmartwione spojrzenie, ale zanim zdążył powiedzieć coś więcej, zza jego ramienia prawie że wyskoczył Zabini, od razu podbiegając do Malfoya.
— Draco, cóż za nieszczęście cię kopnęło, półtorej godziny z tym gryfońskim nudziarzem. Mam nadzieję, że nie zakrzewił w tobie jakichś nieodpowiednich haseł, jak „ratujmy Puchonów” czy „ Hej, wszyscy! Przestańmy nagle myśleć!”.
Malfoy zaśmiał się dźwięcznie i Harry rzucił mu spojrzenie spomiędzy włosów Hermiony, spod których wciąż próbował się wykręcić.
— Och, nie, B., właściwie to bawiłem się całkiem dobrze — powiedział niskim głosem.
Harry odetchnął z ulgą, kiedy Hermiona w końcu go puściła i spojrzał prosto w skośne oczy Zabiniego. Ślizgon sondował go od góry do dołu i Harry nagle zdał sobie dokładnie sprawę ze swojego braku szaty, bardziej niż zwykle potarganych włosów i policzków aż czerwonych od podduszania przez Hermionę.
— Draco, ty bestio! Wykorzystałbyś każdą okazję! — zaśmiał się Ślizgon, odwracając do kolegi.
Zanim jednak do Harry’ego dotarł prawdziwy sens słów Zabiniego, odezwał się Lupin.
Harry zauważył, że Remus wygląda jak ktoś, kto bardzo stara się utrzymać powagę, ale za cholerę mu to nie wychodzi.
— Tak. Obawiam się, chłopcy, że musicie mi oddać swoje żetony. Skoro wpadliście w pułapkę, jesteście jeńcami pomarańczowych.
Harry poszukał w kieszeni swojej monety.
— To już koniec treningu, zaraz zostaną podliczone żetony, a wyniki dyrektor ogłosi po obiedzie. Wszyscy są już wolni.
Ludzie zaczęli się rozchodzić, plotkując głośno, a Harry domyślał się, że o nim. Spróbował wyszukać Malfoya w tłumie, ale nigdzie nie mógł dostrzec jego jasnych włosów.
Remus zbliżył się trochę do nich i uśmiechnął serdecznie.
— Zgadnij, kto czeka na ciebie w gabinecie dyrektora — zagadnął przyjacielsko, a na usta Harry’ego momentalnie wypłynął uśmiech. Syriusz!
— Och, pójdę poszukać Rona — oznajmiła Hermiona. Wydawała się być zakłopotana, ale jednocześnie szczęśliwa. — Zobaczymy się później, Harry. Do widzenia, profesorze!
Harry’ego trochę śmieszyło, że Hermiona, mimo iż spędzała z Remusem prawie tyle samo czasu, co on, nie potrafiła przestać go tytułować.
— Chodźmy —powiedział do Remusa.
Harry naprawdę go lubił. Był o wiele spokojniejszy niż Syriusz. Do tego udzielał świetnych rad. No i zawsze potrafił pomóc z wyjątkowo nieprzyjemną pracą domową.
W drodze do gabinetu rozmawiali o nadchodzących świętach — Harry tłumaczył, że przyjedzie dopiero dziewiętnastego grudnia, Remus opowiadał o nowym zacięciu Syriusza w dziedzinie cukiernictwa — jego ojciec chrzestny postanowił, że w tym roku przynajmniej jeden z jego wypieków będzie jadalny, więc ćwiczył w każdej wolnej chwili. Harry czuł się naprawdę szczęśliwy mając taką rodzinę.




*(łac. ''descendo, —ere'' —''zstępować'', ''schodzić'' ) zaklęcie otwierające ukryte przejścia.
** silniejsza wersja zaklęcia Wadiwashi, tyle, że zamiast otwierać, dematerializuje zamki. Do jego rzucenia przede wszystkim potrzebne są drzwi
***zaklęcie niszczy nawet duże obiekty, mieląc je na proch.
****(łac. ''deprimere'' —''przygniatać'', ''zgnieść'') zaklęcie może wyrwać dziurę w podłodze.
Wszystkie zaklęcia znalazłam na Wikipedii
Ostatnio edytowano 22 lis 2014, o 16:00 przez narumon, łącznie edytowano 1 raz
narumon Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 185
Dołączył(a): 25 gru 2012, o 16:43

Postprzez Izzie » 20 lis 2014, o 23:23

Naprawdę się zastanawiam gdzie ta kadra nauczycielska miała oczy, że zrobili z Pottera prefekta, przecież to jest magnez na kłopoty - jak mógł wpaść w jakąś pułapkę, to musiał to zrobić, ale przynajmniej kara za to była satysfakcjonująca. :mrgreen: W sumie jakby nie patrzeć stworzenie Malfoyowi i Potterowi warunków, by mogli się choć w najmniejszym stopniu poznać czy dłużej porozmawiać musi zakładać jakieś odosobnienie jak wspólny szlaban, zatrzaśnięcie w jakiejś klasie albo właśnie małe magiczne więzienie... Obrazek W końcu lepiej ten czas spożytkować na strzępienie języka niż dokładanie sobie kolejnych siniaków. Chyba że ta druga opcja zakładałaby kolejne sceny, w których Malfoy w taki sposób opatruje rannego Harry'ego, wtedy jestem jak najbardziej za! :D
Jeśli chodzi o akcję rozdział w oczywisty sposób zwolnił (co uważam za plus), ale był przy tym ciekawy, bo chłopcy podjęli interesujący temat z tym życiem mugolaków w magicznym świecie, przyznam, że przyjęłaś ciekawą perspektywę. Mnie się zawsze wydawało, że poznając magię i porównując swoje aktualne życie z tym sprzed jej używania nikt normalny by do świata czysto mugolskiego nie wrócił, ale może faktycznie coś w tym jest? W sumie będąc we własnej rodzinie jedynym czarodziejem trzeba liczyć się z faktem, że wybierając życie z magią trzeba właściwie swoich mugolskich bliskich porzucić, a przynajmniej w dużej mierze kontakt ograniczyć, bo inaczej demaskacja byłaby zbyt dużym zagrożeniem.
A tak poza tym to Harry dość szybko przeszedł do porządku dziennego jeśli chodzi o spokojne rozmowy z Draco, ale może uznał, że skoro przyprawił Ślizgona o śliwę to rachunki za "szlamę" zostały wyrównane i mógł bez wyrzutów sumienia podziwiać piękno jego oczu i rysów twarzy, wymieniając uśmiechy. :mrgreen: Poza tym rozmowa o dzieleniu się słodyczami każdego skłoniłaby do pokochania Malfoya, sposób, w jaki on postrzega pewne kwestie jest obłędny.
Strasznie też się cieszę, że na następny rozdział szykuje się rozmowa Harry'ego z Remusem i Syriuszem, uwielbiam tę dwójkę razem i cieszę się, że u Ciebie Łapa jest jak najbardziej żywy, mam nadzieję, że przewijają się przez ten ff w miarę regularnie, bo to jedne z moich ukochanych fandomowych postaci. :)
Buziaki!
Perfect combinations are rare in an imperfect world.
ObrazekObrazekObrazek
Sometimes there are things you wouldn't think would be a good combination that turn out to be the perfect combination.

Obrazek
Izzie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 275
Dołączył(a): 1 lis 2014, o 03:18

Postprzez narumon » 21 lis 2014, o 22:21

Izzie, wydaje mi się, że jak trzaśniesz odpowiednio mocno o ziemię, to wiele problemów rozwiązuje się samo :D
A co do filozofii Draco - pamiętam, że kiedy pisałam to opowiadanie też nie byłam przekonana, czy faktycznie tak łatwo można zrezygnować z magii. Ale teraz jestem już trochę starsza, skończyłam wspaniałe studia, gdzie poznałam wspaniałych ludzi, bez których naprawdę ciężko mi się żyje, ale jednak moja rodzina jest dla mnie ważniejsza... więc to jak najbardziej możliwe :)
I kurcze, lubisz Syriusza? ekhm, to chyba przestaniesz czytać po tym rozdziale... :whistle:

Anyway, mam dla was nie jeden, a dwa rozdziały. Dlatego, że żabka to nie tylko drarry i co jakiś czas zdarza się też coś innego, a nie chcę zakłócać tematyki forum. Uznajcie to więc za bonus :)



Rozdział piąty: Remus

Harry i Remus zatrzymali się pod pomnikiem chimery, gdzie Harry, śmiesznie marszcząc nos, orzekł, że nie ma zielonego pojęcia jakie jest nowe hasło. Remus uśmiechnął się uspokajająco.
— Ciągutki — powiedział i już po chwili obaj znaleźli się w gabinecie dyrektora.
Remus zawsze podziwiał zaznajomienie Albusa z mugolskim przemysłem cukierniczym. On sam nie był w stanie wymienić z pamięci więcej niż dziesięciu ulubionych smakołyków. Przy czym nie jadał słodyczy, a Albus przez całe swoje długie życie zdążył już trzy razy wymienić wszystkie zęby…
— Syriusz! — zakrzyknął Harry, kiedy tylko ujrzał swojego ojca chrzestnego.
Remus nie zakrzyknął, bo po pierwsze, widział Syriusza kilka godzin wcześniej, a po drugie, nie miał w zwyczaju pokrzykiwania.
Usiadł na jednym z foteli, oddalonym trochę od reszty — tak, żeby mógł objąć wzrokiem całe pomieszczenie.
— Remi — mruknął Black znad ramienia chrześniaka. — Uciekasz, bo boisz się, że cię ugryzę?
— Akurat w naszym przypadku to chyba powinno być na odwrót — zaśmiał się Remus.
— W takim razie siedzisz tak daleko, żeby nacieszyć swoje piękne oczy mną w pełniej krasie? — dociekał Syriusz, prawie pożerając Remusa wzrokiem.
Remus pokręcił głową z rozbawieniem — Syriusz był nieuleczalnym flirciarzem.
— Nacieszyłem się tobą w pełniej krasie już dość, przez całe moje życie. Teraz od ciebie odpoczywam.
Harry wybuchnął śmiechem, a Syriusz przybrał zbolałą minę. Remus sądził, że jego przyjaciel był naprawdę okropnym aktorem.
Albo przebywali ze sobą już tyle lat, że nic nie potrafili przed sobą ukryć.
— Och, Remi, Remi. Łamiesz mi serce.
— Nie nazywaj mnie „Remi”. To imię dobre dla szczeniaka, nie dla dużego wilka.
Syriusz wybuchnął tubalnym śmiechem, jak to Syriusz, a Harry chichotał w rękaw. Ogólnej wesołości nie przerwał nawet nagle wychodzący z kominka Albus.
— Oj, goście! — zauważył staruszek, lekko zdezorientowany. — No tak, goście, w końcu sam ich zaprosiłem — mruczał do siebie. — Może dropsa? — zapytał nagle wydobywając z szaty opakowanie cukierków i uśmiechnął się jowialnie. Właściwie Remus sądził, że Albus zawsze uśmiechał się jowialnie, nawet jak próbował inaczej. Zresztą powiedział to kiedyś dyrektorowi, ale on jedynie uśmiechnął się jowialnie…
Harry siedział najbliżej Syriusza, jak tylko było to możliwe, jakby znajdowanie się w pobliżu Blacka dodawało mu energii. Obaj dyskutowali żywiołowo o tym, jakie to niebezpieczne, a co za tym idzie — fajne, że Syriuszowi udało się dostać do Hogwartu.
Remus osobiście sądził raczej, że to naiwnie głupie, ale Łapa się uparł i nie dało rady go nakłonić do pozostania w domu.
Zresztą… Remus sądził też, że jego przyjaciel powinien spędzać jak najwięcej czasu ze swoim chrześniakiem. Obu im to bardzo dobrze robiło.
— …prawda, Remusie? — wyrwało go nagle z zamyślenia. Mrugnął, wracając do rzeczywistości.
— Przepraszam, możesz powtórzyć? — zapytał uprzejmie, bo Remus uważał, że uprzejmym należy być zawsze i wszędzie. Chyba że akurat była pełnia księżyca i akurat było się wilkołakiem, ale to były sytuacje wyjątkowe. Akurat.
— Syriusz mówił, że teraz będziecie się mogli częściej pojawiać w Hogwarcie, bo dyrektor dał ci jakieś specjalne zadanie — powtórzył usłużnie Harry.
— Ach, tak. Faktycznie, będę się teraz częściej pojawiał w szkole — będę opiekunem na Podchodach.
— Będziemy się pojawiać — podkreślił Black, z łobuzerskim uśmiechem, a Remus przez grzeczność nie zaprzeczył.
— To może herbatki? — zagadnął wesoło Albus. Remus poczuł się nawet trochę winny, że musi mu odmówić.
— Ja niestety muszę na chwilę wyjść, ale jestem pewny, że reszta się napije.
Dyrektor pokiwał domyślnie głową.
— Rozmawiałem z nim dzisiaj rano i zapewnił, że eliksir będzie na ciebie czekać.
Remus uśmiechnął się na poły dziękująco, a na poły przepraszająco, gdyż nie mógł się zdecydować i ruszył do wyjścia. Przy samych drzwiach odwrócił się jeszcze i przyjrzał się Harry’emu. Chłopiec podejrzanie trzymał się za żebra. Większość ludzi nie zwróciłaby na to uwagi, ale Remus zbyt długo przyjaźnił się z Huncwotami, żeby nie wiedzieć, że takie zachowanie zazwyczaj wiązało się z kłopotami…
— Harry, wszystko z tobą w porządku? — zapytał miękko.
— Jasne — odparł natychmiast Gryfon.
Syriusz spojrzał zdziwiony na chrześniaka i Remus był pewien, że on również dostrzegł coś niepokojącego.
— Nic cię nie boli? — inwigilował dalej Remus, przypatrując się twarzy rozmówcy. Potter trochę zbladł.
— Uch, trochę… troszeczkę się poobijałem… — przyznał w końcu Harry. — Ale to nic takiego! — zakrzyknął od razu, widząc miny dorosłych.
— Może… — zaczął Remus, ale Syriusz mu przerwał.
Remus z lekkim rozbawieniem zauważył, że jego przyjaciel zrobił twarz „zatroskanego opiekuna”. Co prawda Syriusz nie robił tego zbyt często i jeszcze nie do końca mu wychodziło, ale Remus był pewny, że na Harry’ego to działa.
— Wezmę go zaraz do skrzydła szpitalnego, Remi — orzekł w końcu. — No idź, idź — dodał, widząc, że Remus wciąż waha się, co robić.
Jednak po krótkiej chwili, widząc, że najwyraźniej dwaj panowie nie potrzebują jego interwencji, wzruszył ramionami.
— No to… idę. Znajdę was później.
Syriusz skinął tylko głową, ale nie powiedział już nic i Remus poczuł, że pora na niego.
Nie ma nic gorszego niż siedzieć na siłę w miejscu, kiedy się już pożegna, a wszyscy oczekują, że zaraz sobie pójdziesz.
Remus wyszedł po cichu z gabinetu, starając się nie robić niepotrzebnego hałasu i ruszył w dobrze sobie znanym kierunku. Kiedy trzy lata wcześniej zaczął uczyć w Hogwarcie, Severus Snape, raz w miesiącu, przygotowywał mu wywar tojadowy. Po zakończeniu roku szkolnego nic się nie zmieniło. Remus oczywiście wiedział, że Severus nie robił tego z własnej inwencji i zapewne niezbyt chętnie, ale i tak był mu wdzięczny z całego serca.
Kiedy tylko zszedł do lochów, od razu poczuł nieprzyjemny chłód i wilgoć. Wiedział, że pokoje Severusa były solidnie odrestaurowane i zabezpieczone, ale i tak przez lata nie mógł przestać się dziwić, że ktoś mógł chcieć mieszkać w takim miejscu z własnej woli. Jemu ciemne i mokre miejsca nie kojarzyły się najlepiej…
Kiedy był na pierwszym roku, a dyrektor nie wpadł jeszcze na zamykanie go podczas pełni we Wrzeszczącej Chacie, trzymano go w lochach na czas przemiany. Zakutego w łańcuchy.
Nie były to jego ulubione wspomnienia z dzieciństwa.
Pogrążony w myślach nawet nie zauważył jak przebył ostatni kawałek drogi dzielący go od komnat Mistrza Eliksirów. Załomotał ciężką kołatką — mimo iż był regularnym gościem, Severus nigdy nie podał mu hasła do swoich kwater.
Remus wolał nie rozważać tego w kwestii osobistego policzka.
Drzwi otworzyły się nagle i Remus spojrzał prosto w czarne oczy Severusa Snape’a.
Snape zmierzył go nieprzychylnym spojrzeniem, a Remus poczuł, że dreszcze przechodzą przez całe jego ciało. Spiął minimalnie mięśnie. Nigdy nie potrafił się rozluźnić w pobliżu tego faceta.
— Mogę wejść? — zapytał cicho, gdyż Severus zawsze działał na niego trochę wyciszająco… uspokajająco.
Snape odsunął się od drzwi i kpiarskim gestem zaprosił Remusa do środka.
Remus już dawno przyzwyczaił się do nieprzyjemnego zachowania mężczyzny. Potrafił już na przykład udawać, że nie widzi jego wykrzywionych ust, kiedy rozmawiali, czy odwracania wzroku, kiedy Remus był w pobliżu. Nauczył się nawet nie reagować na podłe słowa, chociaż czasami raniły tak mocno, że marzył tylko o ucieczce.
— Ja po eliksir — wyjaśnił i spróbował posłać gospodarzowi uprzejmy uśmiech, ale obawiał się, że wyszedł mu tylko przytłumiony grymas.
— Poczekaj tutaj, mam go w laboratorium.
Mężczyzna odwrócił się, łopocząc szatami, a Remus uśmiechnął się w myślach. Paranoja Severusa nigdy nie pozwoliłaby mu zaprosić kogoś do swojej prywatnej pracowni. Remus podejrzewał, że nawet innego Mistrza Eliksirów Severus by nie wpuścił.
A co dopiero brudnego wilkołaka…
Komnaty Severusa nie różniły się bardzo od komnat, które Remus zamieszkiwał, kiedy jeszcze uczył w Hogwarcie. Jasny salon, umeblowany tak jak większość pokoi nauczycieli, ładny kominek, żadnych osobistych akcentów, oprócz jednego zdjęcia na regale. Remus wiedział, że za zamkniętymi drzwiami kryje się sypialnia, ale nigdy nawet nie próbował tam zajrzeć. Severus bardzo bronił swojej prywatności. Drzwi po lewej prowadziły do gabinetu Snape’a, do którego można też było wejść od strony korytarza. Właściwie komnaty mogłoby należeć do każdego — nie było tam prawie nic, co wskazywałoby, że to właśnie Severus jest ich właścicielem.
Remus zrobił kilka kroków, żeby móc chwycić ramkę ze zdjęciem. Było ono mugolskie, czarno—białe i bardzo stare. Przedstawiało małego Severusa owiniętego rączkami wokół nóg wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny. Remus doskonale znał tę fotografię i wiedział, że była jedynym, co pozostało Snape’owi po jego ojcu — mugolu, który kiedy tylko dowiedział się kim, a raczej czym są jego żona i syn, natychmiast spakował się i odszedł.
Severus nie lubił o tym mówić, ale Remus wiedział, że mężczyzna, mimo wszystko, kochał swojego ojca. Nawet jeżeli twierdził, że nie chciałby już nigdy go spotkać.
Lupin uśmiechnął się z rozczuleniem, głaszcząc policzek dziecka ze zdjęcia.
— Co robisz, wilku? — warknął nagle bardzo zły głos, gdzieś zza pleców Remusa.
Remus odchrząknął i odłożył ramkę.
— Chciałem… oglądałem zdjęcie — wytłumaczył płasko. Przy Severusie zawsze czuł się nie na miejscu, zagubiony i ogólnie… nieodpowiedni. Spuścił wzrok, nie chcąc patrzeć w oczy Snape’a.
— Widzę — mruknął mężczyzna. Głos miał jeszcze niski od gniewu i Remusa przeszedł mimowolny dreszcz.
Nikt nie miał tak erotycznego głosu, jak Severus Snape — a szczególnie kiedy był zły, czy nabuzowany emocjami.
Remus spróbował przełknąć ślinę, żeby pozbyć się suchości w gardle.
— Jeżeli byłbyś łaskaw, nie dotykaj moich rzeczy. Nie lubię zbierać z nich później sierści.
I to by było na tyle jeśli chodzi o erotyzm. Nieważne jak Remus by się nie starał, dla Severusa był dawno skreślony. I nieważne jak bardzo Remus by nie chciał… nie miał już żadnych szans.
A Snape nie omieszkał mu o tym przypomnieć przy każdym spotkaniu.
Remus wzruszył ramionami.
— Przepraszam — powiedział słabo. Miał niepisaną zasadę, żeby nigdy nie myśleć o przeszłości w pobliżu Severusa, bo wtedy jego docinki wydawały się jeszcze bardziej bolesne.
— To już wszystko? Mam spotkanie — warknął Mistrz Eliksirów nawet nie patrząc na Remusa.
Remus pomyślał, że to nawet dobrze, że Severus na niego nie patrzył, bo inaczej najpewniej zobaczyłby skurcz przechodzący przez twarz Remusa na myśl, że mężczyzna się z kimś spotyka.
— Tak, ja… dziękuję — mruknął, już odwracając się i śpiesząc do drzwi. Jedyne, o czym teraz marzył, to żeby jak najprędzej znaleźć się poza zasięgiem tego mężczyzny.
Czyli jak zawsze po rozmowie w cztery oczy z Severusem Snape’em.
Nawet nie wiedział, jak pokonał powrotną drogę do gabinetu Dumbledore’a. Jeżeli miałby być szczery sam ze sobą, musiałby przyznać, że przez cały ten czas myślał o potencjalnej randce Snape’a. To nie tak, że nie spodziewał się, że Severus… w końcu był przystojnym facetem — oczywiście kiedy o siebie dbał… Remus nagle zatrzymał się, omal nie przypłacając tego upadkiem. Severus zawsze kiedy się z kimś umawiał, poświęcał więcej czasu swojemu wyglądowi — mył włosy, wybielał zęby, nosił na sobie mniej ubrań.
Robił tak odkąd skończył piętnaście lat i Remus był pewien, że Snape nie zmienił nagle przyzwyczajeń — a to oznaczało… że go okłamał. Miał na sobie chyba z pięciowarstwowy kaftan, a jego włosy były okropne — nie miał randki! Nie mógł mieć! W takim razie, po jaką cholerę, próbował oszukać Remusa?
— Ciągutki — wymruczał Lupin wciąż zamyślony, ale zanim zdążył wejść na schody, w przejściu pojawił się Albus.
— Remus, mój chłopcze. Wszystko w porządku?
Remus kiwnął głową i posłał Albusowi uspokajający uśmiech.
— Wszystko w porządku, dyrektorze. Mam mój eliksir.
Dumbledore zmarszczył brwi i obejmując Remusa ramieniem, pchnął go trochę do przodu.
— Syriusz i Harry poszli odwiedzić Hagrida… wiesz, te jego ostatnie problemy — zagadnął. Remus lubił gawędziarski styl bycia starszego czarodzieja — zawsze, na każdą okazję, dyrektor miał pod ręką jakąś ciekawą historię.
Ruszyli w stronę wyjścia z zamku.
— Ale mój chłopcze, obawiam się, że ty sam też masz teraz jakiś problem? — zapytał czarodziej, patrząc młodszemu w oczy, a Remus poczuł, że nie ma w sobie wystarczająco dużo siły, żeby zaprzeczyć.
— Um… trochę się posprzeczaliśmy z Severusem — mruknął, bo przez gardło by mu nie przeszło „mam złamane serce”.
— Och, Remusie, czasami jesteście jak dzieci. To już tyle lat, a wy się nadal nie możecie dogadać — skarcił delikatnie starszy czarodziej. — Gdyby nie to, że to Severus zaproponował przygotowywanie dla ciebie eliksiru, sądziłbym, że to jeszcze stare zatargi ze szkoły.
— Se… Severus? To był jego pomysł?
— Och, ależ tak! — ucieszył się dyrektor, zupełnie jakby w końcu dostał szansę na opowiedzenie swojej ulubionej historii. — Nie miałem nawet pojęcia, że jest taki zdolny! Wiesz, że bardzo niewielu czarodziejów na całym świecie umie uwarzyć ten eliksir. A Severus przyszedł do mnie, niedługo po tym jak dowiedział się, że będziesz z nami pracował i oznajmił, że nauczył się przygotowywać wywar tojadowy, i że może ci go dostarczać co miesiąc.
Remus sapnął zaskoczony. Nie miał pojęcia… Zatrzymał się nagle, tym samym zatrzymując również dyrektora. Starzec posłał mu zdziwione spojrzenie, jednakże Remus nawet tego nie zauważył.
Severus przygotowywał dla niego eliksir z własnej woli, ba, z własnej inicjatywy! I Severus okłamywał go, że ma randkę, zupełnie jakby chciał, żeby Remus był… zazdrosny?
Czy to wszystko znaczyło, że jednak miał jeszcze u niego jakieś szanse?
— Widzę, że potrzebujesz chwilki samotności. Wracam więc do zamku, ale odwiedźcie mnie jeszcze koniecznie przed waszym powrotem!
Remus mrugnął i nieprzytomnie pożegnał się z dyrektorem. Myślami był już zupełnie gdzie indziej. A właściwie nie gdzie, a kiedy…
Miał czternaście lat kiedy Severus po raz pierwszy się do niego odezwał. To znaczy, znali się już wcześniej — ale nigdy tak naprawdę nie rozmawiali. Severus był raczej samotnikiem. Remus, ze swoją ułomnością, też starał się trzymać z dala od innych, ale Gryfoni mu na to nie pozwalali. Remus kochał swoich przyjaciół — byli dla niego oparciem, dawali mu poczucie bezpieczeństwa i przynależności — ale wiedział też, że do nich nie pasuje. Był milczkiem, lubił książki, ciszę i spokój. Tak, jak Severus.
Wpadli na siebie w bibliotece, Remus wypożyczył właśnie jedyny egzemplarz książki, którą Severus również chciał przeczytać. Do dzisiaj Remus pamięta, że było to „Magia goblinów — wyższa cywilizacja?”. Remus uśmiechnął się wtedy przepraszająco i oznajmił, że podrzuci książkę Severusowi tak szybko jak przeczyta. Snape wzruszył ramionami, ale wydawał się być trochę podniesiony na duchu. Od słowa do słowa zaczęli rozmawiać, a dwa lata później byli już najlepszymi przyjaciółmi.
Był początek szóstego roku, obaj świetnie zdali SUMy i dostali się na zaawansowane lekcje z wybranych przedmiotów. Tych samych przedmiotów w gwoli ścisłości. Severus zaprosił Remusa na lody do Hogsmeade, żeby uczcić ich sukces i tam, na placu pełnym ludzi — pocałował go.
Remus sam nie wiedział co czuł do swojego przyjaciela. Wtedy był pewien, że jego serce jest już zajęte… ale usta Severusa były bardzo sugestywne i kiedy pocałunek dobiegł końca, Remus był już niemal przekonany.
Niemal. Jak się później okazało, na placu dookoła nich byli również Huncwoci, a wśród nich, oczywiście, Syriusz.
Remus uwielbiał Syriusza. Uważał go za swój ideał, marzył o nim po nocach, a Syriusz zdawał się lubić Remusa — przynajmniej sądząc po tym, jak z nim flirtował.
Remus wrócił wraz z Severusem do zamku, trzymając się za ręce i pożegnał się z nim kolejnym pocałunkiem. Wrócił do pokoju wspólnego Gryffindoru, a tego samego wieczora Syriusz wyznał mu miłość.
Do teraz Remus nie wiedział jakim sposobem Black tak namącił mu w głowie, ale udało mu się przekonać Remusa, że Severus nic do niego nie czuje, że dla niego to tylko zabawa — i że to on, Syriusz, kocha go naprawdę. Prosił go, żeby przestał się widywać ze Ślizgonem, tłumacząc, że był o niego zazdrosny i nie mógł patrzeć, jak drugi chłopak go podrywa.
W nocy Syriusz odebrał mu dziewictwo, a rano Remus złamał Severusowi serce.
Inna sprawa, że Black zdradził go niedługo potem, a ich związek rozpadł się w przeciągu tygodni.
Kontakty Huncwotów z nowym kolegą Remusa nigdy nie wyglądały dobrze — twierdzili, że Snape zabiera im przyjaciela, odsuwa od nich Remusa. Ale dopiero tamtego ranka, Severus wypowiedział im prawdziwą wojnę.
Wzajemne konflikty nasilały się i osiągnęły apogeum, kiedy Syriusz wysłał Snape’a do Wrzeszczącej Chaty w noc pełni.
Później Remus próbował wiele razy przepraszać, ale Severus nie chciał go słuchać. Za dużo było między nimi niedopowiedzeń, za dużo zdrady — Remus zawiódł go podwójnie, jako kochanek i jako przyjaciel — Snape nie umiał wybaczyć.
Remus miał nadzieję, że po latach Severus zapomni o dawnych kłótniach, ale kiedy tylko powrócił do szkoły, Snape dał mu jasno do zrozumienia, co sądzi o ich jakichkolwiek ewentualnych relacjach.
Dopiero teraz Remus zastanowił się, czy było możliwym, żeby przez te wszystkie lata Severus wciąż coś do niego czuł.
Pokręcił głową, zniechęcony. Jeżeli Snape faktycznie wciąż żywił do niego jakieś uczucia, wybrał bardzo dziwny sposób, aby to okazać.
Odgonił bolesne myśli i przywołał na twarz miły uśmiech. Znajdował się już u drzwi chaty Hagrida. Zapukał i po chwili otworzył mu Harry, z lekko przygnębioną miną.
— Remus, wchodź. Z Hagridem nie jest najlepiej — wyjaśnił, patrząc w kierunku półolbrzyma, który leżał na swoim ogromnym łóżku, w rogu izby, płacząc.
Remus podszedł trochę bliżej i natychmiast owiał go odór whisky. Hagrid nie najlepiej znosił chwilowe rozstanie ze swoją ukochaną — Madame Maxime.
— Jestem zupełnie… zupełnie… nikomu… niepotrzebny — chlipał mężczyzna, nawet nie zauważając przybycia nowego gościa. — Zostawiłem uczniów… samych w lesie! — wziął krótką przerwę, żeby hałaśliwie wysmarkać nos. — Powinni mnie zwolnić!
— Już, już, Hagridzie — powiedział uspokajająco Remus, klepiąc półolbrzyma po jego ogromnej stopie. — Wszystko będzie dobrze…
Jako że w żadnym stopniu nie uciszyło to lamentu mężczyzny, Remus postanowił dać mu chwilę spokoju i zaparzyć świeżej herbaty.
Podszedł do paleniska i rozpalił ogień, szukając czystych kubków. Nagle poczuł czyjąś obecność za plecami. Rozpoznał znajomą woń Syriusza, więc się uspokoił — lata walki bardzo wyostrzyły jego i tak już wyczulone, wilkołacze zmysły.
— Był chociaż miły? — zapytał Black przytłumionym głosem.
W tle słyszeli uspokajającą przemowę Harry’ego.
— … święta i znowu się zobaczycie. To już tylko dwa miesiące, a później ferie i Wielkanoc, i znowu wakacje. Nawet się nie obejrzysz…
Remus się nie odwrócił, spokojnie kończąc rozsypywanie liści herbaty do ogromnych kubków Hagrida.
— Tak jak zawsze — mruknął w końcu, na co Syriusz prychnął.
Dotknął ręką jego ramienia i przysunął się trochę bliżej. Remus dalej się nie ruszył, ani nie zrobił nic, żeby to Łapa się odsunął. Usłyszał jego głos tuż przy swoim uchu.
— Nie wiem, co ty w nim widzisz. Gdybyś…
— Co „gdybym”? Gdybym ci się dał znowu przelecieć? Mówiłem ci już, że nie szukam partnera.
— Nie szukasz, bo ciągle liczysz, że Snape…
— Syriusz! — Remus odwrócił się gwałtownie, z prędkością, z jaką nie mógłby się poruszać żaden człowiek. — Już o tym mówiliśmy — powiedział trochę podniesionym głosem, starając się jednak nie zwracać uwagi Harry’ego czy Hagrida. — Między nami nic nie ma i nie będzie, a moje życie uczuciowe to tylko i wyłącznie moja sprawa.
Syriusz zacisnął szczęki i zrobił krok do tyłu. Remus od razu poznał, że mężczyzna się obraził, ale chwilowo było mu to nawet na rękę — dość miał jego nieudolnych flirtów i prób zaciągnięcia go do łóżka. Wszystko było zabawne, dopóki było tylko żartem, ale ostatnimi czasy przy Syriuszu czuł się jak zwierzyna łowna na polowaniu — z taką regularnością Black próbował go uwieść.
— Hagridzie, napij się ciepłej herbaty — powiedział spokojnie, niosąc mężczyźnie napar.
Hagrid pochlipywał jeszcze, ale posłusznie przyjął kubek.
— Posłuchaj, jeżeli naprawdę czujesz, że bez Olimpii nie możesz funkcjonować, powinieneś złożyć wymówienie i do niej pojechać. Bez miłości trudno jest żyć — powiedział z uśmiechem.
I naprawdę w to wierzył — bez miłości trudno jest żyć, dlatego należy zrobić wszystko, żeby tylko ją znaleźć, a jak już się znajdzie — żeby zatrzymać.
— Kiedy, cholibka, ja nie mogę tak se zostawić dyra, w środku semestru. Co on beze mnie zrobi? — zapytał bezradnie Hagrid.
Remus spróbował go niezdarnie objąć, niestety zdając sobie sprawę, jak śmiesznie muszą wyglądać — on, trzykrotnie mniejszy od drugiego mężczyzny, starający się go pocieszać.
Wieczór powoli przechodził w noc, a oni siedzieli jeszcze trochę, dopóki Hagrid nie zasnął. Remus czuł, że to jeszcze nie koniec jego problemów, ale był dobrej myśli. Przed ciszą nocną Harry pożegnał się i wrócił do Wieży, natomiast Syriusz przemienił się w swoją animagiczną postać i ruszyli odmeldować się Dumbledore’owi, a później Świstoklikiem przenieśli się do domu.



Rozdział szósty: Na koniec dnia



Oczywiście Harry nie zdążył wrócić do Wieży przed ciszą nocną. Co prawda nie spóźnił się dużo, bo tylko kilka minut, ale to wystarczyło, żeby zmusić go do gry w chowanego ze Snape’em. Profesor wyglądał wyjątkowo źle tego wieczora i Harry modlił się w duchu, mimo iż dalej nie wierzył w zbawienne działanie modlitwy, żeby jednak przed nim uciec.
Kiedy jakiś hałas zza pleców Snape’a odwrócił uwagę mężczyzny, Harry puścił się biegiem w dół korytarza, próbując przy tym stąpać jak najciszej — Snape był w tak złym humorze, że gdyby tylko go zobaczył, na pewno goniłby go do samego dormitorium. A później zamieniłby jego życie w niekończące się pasmo udręk i dał tyle szlabanów, że Harry odrabiałby je jeszcze po trzydziestce.
Kiedy Harry pokonał już schody, zatrzymał się, żeby zaczerpnąć powietrza. Oczami wyobraźni widział siebie, zwalniającego się z pracy, bo musi coś załatwić, a później aportującego się w Hogwarcie, żeby pod czujnym okiem Snape’a wyczyścić mu kociołki. Zaśmiał się na swoją własną wizję i szybko zakrył usta rękawem. Gdzieś z tyłu usłyszał poruszenie i nie czekając już na towarzystwo, a tym samym najpewniej spełnienie swojej wizji, wystrzelił w dalszą drogę.
Nie to, żeby jakoś bardzo bał się Snape’a, tylko że akurat się go trochę bał. W końcu nikomu nie była miła wizja szlabanu w wieku średnim!
Pod Wieżę zabiegł w tempie natychmiastowym, tym samym pobijając tegoroczny rekord Colina Creevey’a, uciekającego przed Filchem, któremu zabrudził świeżo wypastowaną podłogę. Niestety rekordu bliźniaków Weasley nie udało mu się pobić, ale oni byli na dopalaczach. Dosłownie — dopalaczach — bo jeden z ich produktów powodował palenie się butów przy braku odpowiednio wysokiej prędkości… Niestety, zaraz po wypróbowaniu bliźniaki wyrzucili recepturę i produktu nigdy nie wprowadzono na rynek.
Harry pokręcił głową i nie kusząc dłużej losu podał hasło Grubej Damie.
Wybrańcy bogów.
Portret odsunął się posłusznie i Harry przeszedł przez dziurę w ścianie. Naraz doszedł do niego podirytowany głos Hermiony i przez chwilę był pewny, że to on jest obiektem jej reprymendy. Jednakże, kiedy tylko znalazł się w środku, od razu zrozumiał, że tym razem pechowcem był ktoś inny. Przed Hermioną siedziało stadko pierwszaków, a dziewczyna, groźnie wymachując palcem, wyrzucała z siebie kolejne zdania.
— I tak w ogóle, macierzanka kwitnie tylko od czerwca do września! I nie da się jej zbierać w październiku! Więc na przyszłość, gdybyście chcieli sobie wyznaczać jakieś durne zadania, czego oczywiście już nigdy nie zrobicie, zajrzyjcie do książek! O, Harry! — zauważyła go nagle dziewczyna, tym samym przerywając swój wywód.
Harry jęknął w duchu, jednocześnie licząc, że jemu Hermiona okaże więcej miłosierdzia niż maluchom. Po części czuł się winny za ten wykład, bo to on powiedział przyjaciółce o Malcolmie i jego znajomych.
— Harry, jak dobrze, że jesteś! — powiedziała Hermiona, odciągając Harry’ego trochę na bok. — Musimy porozmawiać.
— Yhm — mruknął Harry, nie bardzo mając pojęcie, co innego mógłby odpowiedzieć. Nigdy nie był dobry w konwersacjach.
— Chciałam cię przeprosić, Harry — zaczęła dziewczyna zbolałym głosem. — Byłam dzisiaj nieuprzejma i krzyczałam na ciebie przy ludziach bez powodu.
— Och, nie przejmuj się, Hermiono — odparł Harry płasko.
— Nie, naprawdę! Czasami tak strasznie mnie ponosi! A ty później stanąłeś w mojej obronie! Jestem okropną osobą, nie zasługuję na takiego przyjaciela, jak ty!
Taka już była Hermiona — w jednej chwili wredna baba, która jak nikt przestrzegała zasad i potrafiła zrobić awanturę o najmniejszą rzecz, a w drugiej słodka dziewczyna, oddana swoim przyjaciołom.
— To naprawdę nic — powiedział w końcu. — Ty zrobiłabyś dla mnie to samo…
Hermiona pokiwała głową, zupełnie jakby mówiła „oczywiście, dla ciebie rzuciłabym się na trolla”.
Harry już nie skomentował, tylko uśmiechnął się pokrzepiająco do dziewczyny.
— Pójdę do Rona — oznajmił trochę niepewny, wskazując przyjaciela brodą.
Rudzielec siedział na ich ulubionej kanapie przy kominku, rozgrywając partię szachów sam ze sobą. Harry usiadł po drugiej stronie planszy, uśmiechając się radośnie. Właściwie nie widział się ze swoim przyjacielem od śniadania i mimo całego zamieszania, i ciągłych atrakcji — trochę mu brakowało komentarzy Weasleya.
— Mogę się dołączyć? — zapytał przekornie, a Ron posłał mu uśmiech od ucha do ucha. Nikt nie miał takiego wyszczerzu jak on.
— Pewnie, siadaj. I udawaj, że jesteś bardzo zajęty, bo Hermionie może się w każdej chwili przypomnieć, że nie napisaliśmy jeszcze esejów na Historię Magii.
Harry pokręcił głową z rozbawieniem. Ron i Hermiona byli bardzo dziwną parą. Gdyby Harry nie znał ich tak dobrze, nigdy by nie powiedział, że są szczęśliwi — ciągle się kłócili, prawie nie mieli wspólnych zainteresowań, a do tego Gryfonka wciąż chciała rządzić. Ale Harry wiedział też, że mimo iż jego przyjaciele nie afiszują się ze swoim związkiem, są w sobie bardzo zakochani. I wiedział, że kiedy on szedł spać, oni jeszcze długo w nocy siedzieli przyciśnięci do siebie i rozmawiali o wszystkim i o niczym.
Harry nie był o nich zazdrosny — kochał ich oboje, ale absolutnie nie miłością romantyczną. Był szczęśliwy, że oni są szczęśliwi. Ich związek nie odbił się za bardzo na przyjaźni ich trójki — jedynie na początku Harry czuł się trochę odtrącony, ale po jakimś czasie wszystko się unormowało i teraz spędzali z nim prawie tyle czasu, co kiedyś. Poza tym, gdyby dwójka jego najbliższych przyjaciół się nie zeszła, nigdy nie otworzyłby się na innych ludzi, więc po części to właśnie dzięki temu poznał lepiej Ginny (i jej koleżankę — bardzo zakręconą Krukonkę — Lunę). Miał też lepszy kontakt z Neville'em i z resztą Gryfonów.
— Harry?
Harry ocknął się nagle ze swojego snu na jawie. Ron patrzył na niego pytająco.
— Um… tak — oznajmił, usilnie starając się wyglądać jak ktoś, kto wie, na jakie pytanie odpowiada. Ron się skrzywił. — Nie? — spróbował.
Weasley zaśmiał się głupkowato i zbił pionka Harry’ego.
— Pytałem, jak to się stało, że nie pozabijaliście się z Malfoyem w zamknięciu?
Harry wypuścił powietrze ze świstem. Przesunął swoją wieżę i z lekkim zdziwieniem zanotował, że Ron od razu ją zbił. Ruszył pionkiem.
Spodziewał się, że to pytanie czy później, ale szczerze miał nadzieję, że to jednak będzie później. Bardzo później.
— Ja… nie wiem, Ron — powiedział w końcu z prostotą. — On wydaje się być inny niż zawsze sądziliśmy.
— Harry… — skarcił przyjaciel. — To Malfoy, kłócimy się z nim od pierwszego dnia szkoły!
Harry przemilczał fakt, że kłócą się z nim głównie za sprawą Weasleya.
— To może już pora, żeby przestać?
Ron posłał mu komiczne spojrzenie.
— Zwariowałeś. Szach-mat. Jak nic, zwariowałeś — oznajmił, jednocześnie bijąc króla Harry’ego. Wciąż śmiesznie marszczył czoło. — On ci czegoś dosypał, rzucił na ciebie Imperiusa! O, już wiem! Ty nie jesteś Harry! — krzyknął oskarżycielsko, teatralnie mierząc palcem w Pottera.
Harry przewrócił oczami.
— Jestem.
— Nie jesteś!
— Jestem.
— To jak dostaliśmy się do szkoły, na naszym drugim roku?
— Fordem Anglią twojego taty…
— A… aaa… a jak poznaliśmy Hermionę?
— Jak rany, Ron. W pociągu.
Ron przewrócił oczami, ale wcale nie wydawał się być uspokojony, sądząc po tym, że nie opuścił palca.
— W które dni biorę kąpiel?
Harry wstał z kanapy, śmiejąc się pod nosem.
— W parzyste prysznic, w nieparzyste tylko zęby, a w soboty cała kąpiel — powiedział na tyle wyraźnie, żeby usłyszeli ich wszyscy w pokoju.
Mimo że Ron się zarumienił, nie zaprzestał inwigilacji.
— Jaka jest moja ulubiona fantazja erotyczna? — zakrzyknął, bo Harry był już przy schodach do dormitorium.
Hermiona czujnie podniosła głowę zza książki.
— Hermiona i bliźniaczki Patil — odkrzyknął Harry, śmiejąc się już na głos. Nikt nie potrafił tak pogrążyć Rona, jak sam Ron. — Idę spać, kumplu. Jestem zmęczony.
I nie czekając już na odpowiedź, Harry czmychnął w górę schodów. Nie chciałby być w skórze Rona, kiedy tylko do Hermiony dotrze sens jego ostatnich słów.
— Ronaldzie Weasley! — usłyszał jeszcze Gryfon, kiedy był niemal u drzwi.
— O, mamusiu — coś pisnęło żałośnie, ale Harry już był w swoim dormitorium.
Sypialnia była pusta, co nie było wcale takie dziwne, biorąc pod uwagę to, że nie było jeszcze dwudziestej trzeciej. Harry szybko skorzystał z łazienki, ubrał spodnie od piżamy i wsunął się do łóżka.
Wbrew temu, co powiedział przyjacielowi, wcale nie był śpiący. Był raczej nabuzowany emocjami i niepewny.
To był bardzo długi dzień, poczynając od nocy w skrzydle szpitalnym, przez poranne spotkania, śniadanie z Gryfonami, Podchody, kłótnię z Malfoyem, spotkanie z Syriuszem i Remusem, ponowną wizytę w skrzydle szpitalnym, wraz z reprymendą od pani Pomfrey, a później wizytę u Hagrida, na rozmowach z Hermioną i Ronem kończąc.
Czasem Harry zastanawiał się jak to możliwe, że w Hogwarcie tyle się działo w ciągu jednego dnia, podczas gdy na Privet Drive tygodniami nie zdarzało się nic ciekawego. Chyba że jako atrakcje liczyć wynoszenie śmieci w podartych workach, czy strzyżenie trawnika przed domem nożyczkami do paznokci.
Przypomniały mu się słowa Malfoya, że dziewięciu na dziesięciu mugolaków wracało do świata mugoli po ukończeniu szkoły. Harry nigdy by nie wrócił. Kochał magię, kochał życie czarodziejów i nie wyobrażał sobie nawet, jak mógłby z tego zrezygnować. Co prawda Harry nie miał jeszcze sprecyzowanych planów odnośnie przyszłości, ale już teraz widział siebie pracującego dla Ministerstwa Magii, czy dla jakiejś dużej, magicznej korporacji. Jeżeli oczywiście uda mu się przetrwać wojnę i Voldemorta — bo Harry nie był optymistą i wiedział, że i ta przyjemność go nie ominie. Odkąd Voldemort powrócił półtora roku wcześniej, społeczeństwo czarodziejów za pewnik przyjęło, że to Harry go pokona — bo kto, jeśli nie jedyna do tej pory osoba, której udało się z nim wygrać?
Harry sądził raczej, że jego limit szczęścia względem unikania śmierci już się wyczerpał, ale nie było to coś, o czym lubił myśleć. Założenie było takie, że uda mu się, jakimś tylko jemu znanym (choć szczerze mówiąc, na chwilę obecną absolutnie nieznanym) sposobem, pokonać Voldemorta.
Harry westchnął ciężko, przewracając się na drugi bok.
Malfoy dał mu do zrozumienia, że nie popiera Czarnego Pana. Ale Harry doskonale wiedział, że ojciec Ślizgona jest Śmierciożercą… jak więc wyglądało ich życie? Czy Malfoy junior też miał zostać naznaczony? I czy mogli mu to zrobić wbrew jego woli? Harry zawsze przeklinał swój los za to, że z góry zaplanowano mu taką odpowiedzialną rolę. Tylko że nigdy wcześniej nie zastanawiał się, jak to jest być po drugiej stronie. Gdyby jego rodzice żyli, to czy też wymagaliby od niego, żeby robił rzeczy zupełnie niezgodne z nim samym? To musiało być bardzo ciężkie…
Harry zastanawiał się też, co takiego mógł widzieć Draco Malfoy w swoim życiu, że w taki sposób reagował na dementorów. On sam również miał paskudne wspomnienia i mógł zrozumieć tak silną reakcję, ale był pewien, że nie jest to normalne. Ron, na przykład, jedynie się bał. Nie mdlał, nie płakał, był nawet w stanie logicznie myśleć. Ale Harry wiedział też, że Ron nigdy nie przeżył niczego naprawdę złego — miał wspaniałą, kochającą rodzinę, świetną dziewczynę, przyjaciół. I, co najważniejsze, nigdy nie widział niczyjej śmierci.
Przez głowę Harry’ego przeszło, że to może być to — Malfoy może widzieć śmierć. Albo wiele, wiele śmierci, biorąc pod uwagę to, w jakim towarzystwie obracała się jego rodzina.
Przez to wszystko Harry poczuł nagle przypływ współczucia dla Ślizgona. Nigdy nie dogadywali się zbyt dobrze, delikatnie mówiąc. Trzeci i czwarty rok były nieustanną kłótnią. Na piątym roku raczej się unikali — Harry przeżywał swój własny koszmar związany ze śmiercią Diggory’ego, a Malfoy, cokolwiek przeżywał, zostawił dawne waśnie za sobą. Tylko raz zdarzyło im się porządnie posprzeczać — Harry nazwał go wtedy „małym Śmierciożercą”, a blondyn w odwecie rzucił się na niego z pięściami. Po ostrej reprymendzie od McGonagall i dwutygodniowym szlabanie u Snape’a, Harry postanowił unikać blondyna do końca szkoły. Tyle że szósty rok był zupełnie inny — Ślizgon, owszem, dalej był irytujący, dalej doprowadzał go do szału, ale coś się zmieniło. Malfoy i Harry próbowali rozmawiać — a raczej Malfoy próbował rozmawiać, a Harry próbował te rozmowy ignorować. I Harry ze zdziwieniem musiał przyznać, że zaczynał lubić Draco Malfoya. Może nie jakoś szalenie. Tak trochę lubić. Albo jeszcze mniej niż trochę i gdyby Harry tylko znał jakieś jeszcze mniejsze słowo niż „trochę z trochę”, to najpewniej by go użył. Ale, jako że nie znał, sam sobie oznajmił, że trochę lubił Malfoya.
Otworzył oczy i usiadł gwałtownie. Harry naprawdę trochę lubił Malfoya, ze wszystkimi tego konsekwencjami — z całą tą chęcią przebywania i potrzebą rozmowy, i w ogóle. Zupełnie jakby zapomniał o ich długiej, pięcioletniej historii nienawiści. No, może… trochę nienawiści.
Położył się z powrotem, ale jego serce biło jak szalone. Jak to się mogło stać, że polubił tego nadętego, zadufanego w sobie gnojka, z przerostem ego? Przecież nawet specjalnie przestał na niego warczeć!
Westchnął zniecierpliwiony. Nie było sensu zastanawiać się, jak to się stało — faktem było, że Harry lubił Malfoya i chciał utrzymywać z nim kontakt.
I była jedna rzecz, którą Harry mógłby zrobić dla Ślizgona…
Ostatnio edytowano 23 lis 2014, o 23:06 przez narumon, łącznie edytowano 1 raz
narumon Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 185
Dołączył(a): 25 gru 2012, o 16:43

Postprzez Izzie » 21 lis 2014, o 23:19

Dwa rozdziały! *.* Będzie co komentować.

Rozdział 5
O matko, ale mi namieszałaś w głowie! ;) Wychodzi na to, że jestem fandomowo strasznie ograniczona, bo w ff'ach spotykałam Syriusza z Remusem bądź jako hetero-przyjaciół, bądź kochanków i w sumie nigdy ich z innymi postaciami nie łączyłam, bo jakoś mi się razem zgrywali (no, jako loversi może nie zawsze, zależy na ile niekanonicznie byli przedstawiani). Ale Remus z Severusem! O.O Nigdy mi taki pairing nawet do głowy nie przyszedł, a tu się okazuje, że ma nawet własną nazwę i najwyraźniej rzeszę fanów! Obrazek Zdecydowanie muszę się z tą myślą oswoić, bo w tym momencie nie potrafię ich sobie razem wyobrazić; Snape jest ogólnie dla mnie postacią aseksualną i najchętniej go widzę samego sobie, uważam, że kanonicznie jest zbyt wielkim dupkiem, żeby ktoś z nim na dłużej wytrzymał... Tym niemniej nie mówię tej parze nie, zobaczę, czy mnie jakoś do nich przekonasz, bo przynajmniej inwencji odmówić Ci nie można, ja się spodziewałam jednak klasycznego Remus/Syriusz, a tu proszę, jaki psikus. ;)
W sumie strasznie zakręcone te życie miłosne Remusa i je opisałaś w dość skondensowanej formie, strasznie dużo informacji do przetrawienia jak na jeden raz. ;) Swoją drogą, jakkolwiek lubię Syriusza, jakby nie patrzeć idealnie wpasowuje się w rolę hogwarckiego casanovy, więc czemu miałby kumpla potraktować inaczej, skoro osiągnął swój cel i udowodnił, że jest lepszy od Snape'a. To zdecydowanie nie jest monogamista, także z bólem serca zaakceptuję u Ciebie gorszą stronę jego charakteru. ;)
(W międzyczasie jak piszę ten komentarz cały czas staram się oswoić z myślą, że Remus z Severusem się nawet całowali, w dodatku z inicjatywy Ślizgona, ale to jest taaaakie dziwne!)
Natomiast sama wymiana zdań (chociaż to może nawet za dużo powiedziane) między Lupinem i Snape'em mi się podobała, zwłaszcza uwaga tego drugiego o sierści na prywatnych rzeczach; była taka bardzo jego. W sumie ciekawa jestem jak się ta ich dalsza znajomość rozwinie, chociaż podejrzewam, że w czasach młodości w towarzystwie Remusa Severus zachowywał się przyjaźnie i sympatycznie, a naprawdę nie potrafiłabym go chyba takim czytać. Ta jego zjadliwość i wszelkie okropności, jakie mówi i czyni za bardzo wniknęły w moich oczach w jego postać, żeby móc zobaczyć go innym.
Swoją drogą zapomniałam też zupełnie o Hagridzie! Czytając pierwszy rozdział zastanawiałam się właśnie, gdzie on, do licha ciężkiego, zniknął na tyle czasu i czy czekają go jakieś konsekwencje, ale potem mi ta myśl całkowicie uciekła z głowy. Fajnie, że do tego wątku wróciłaś.
Muszę też powiedzieć, że nawet gdybyś wrzuciła tylko ten rozdział byłabym usatysfakcjonowana, bo nawet bez drarry czytało mi się go ciekawie i w sumie nie zdążyłam za chłopakami zatęsknić. Zresztą zważywszy ile rozdziałów planujesz jeszcze napisać, moim zdaniem bardzo dobrze, że nakreślasz też świat i postacie poza chłopcami, poświęcając im więcej niż kilka linijek tekstu, wszystko wydaje się wtedy bardziej realistyczne. Inna sprawa, że ja kocham Remusa i mogłabym o nim czytać i czytać. :D

Rozdział 6
Ach, wracamy do kwikogennych wewnętrznych refleksji Harry'ego, uwielbiam tego chłopaka i to, w jakich dziwnych kierunkach płyną jego myśli. :D Wizja długoletniego szlabanu ze Snape'em (i w ogóle Starego Nietoperza biegającego - chociaż w jego przypadku raczej sunącego - za uczniem po hogwarckich korytarzach) rozłożyła mnie na łopatki, a Potter pewnie byłby zdolny czuć taki respekt przed Snape'em, by faktycznie ten szlaban przez większą część życia odpracowywać.
Miło też było w końcu poczytać o Harrym i Ronie razem, też mi właściwie brakowało tego rudzielca, bo jakkolwiek często mnie wkurza swoją zaściankowością, jako przyjaciel Harry'ego jest niezastąpiony. Z kolei na chłopaka Hermiony nigdy mi nie pasował i zawsze bojkotuję tę parę, nie znoszę ich razem, jeśli są sobą romantycznie zainteresowani. Dla mnie to zbyt różni ludzie, by do siebie pasowali i nawet powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają na mnie w tym wypadku nie robi wrażenia.
W sumie ciekawym cliffem zakończyłaś ten rozdział, bo co może Harry zrobić na Draco? Zważywszy na rozmyślania Pottera o Malfoyu i dementorach przychodzi mi jedynie na myśl, że może go nauczyć wyczarowywać Patronusa. No, jeszcze ewentualnie może zacząć modniej się ubierać... :whistle:
Ciekawa jestem czy się moja teoria w następnym rozdziale sprawdzi. :D
Perfect combinations are rare in an imperfect world.
ObrazekObrazekObrazek
Sometimes there are things you wouldn't think would be a good combination that turn out to be the perfect combination.

Obrazek
Izzie Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 275
Dołączył(a): 1 lis 2014, o 03:18

Postprzez banialuka » 22 lis 2014, o 11:13

Ostatnio rzadko cokolwiek komentuję, ale to takie miłe, że dodajesz rozdział codziennie, więc nie mogłam się powstrzymać :)

Początkowo brakowało mi tutaj Rona - tego dobrego, rudowłosego gumochłona, który zawsze przeszkadza Draco i Harry'emu dojść do porozumienia. Ron jednak się pojawił i, oczywiście, narzekał na nową zażyłość między nimi, był przy tym jednocześnie dosyć wyrozumiały. Nie lubię, kiedy robi się z niego największego awanturnika Hogwartu, więc taka postawa jest przeze mnie akceptowalna.

Syriusz na zawsze pozostanie dla mnie kobieciarzem i jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby rozkochiwał w sobie Remusa. Kilka razy spotkałam się z połączeniem Lupin/Snape, nawet kiedy Harry nie występował wtedy w parze z Draco, ale na przykład z Hermioną. Mimo wszystko uważam Severusa za aspołecznego człowieka, nie potrafiącego kochać nikogo oprócz Lily Evans. Nie rozumiem, jak można zrobić z niego przystojnego Księcia Półkrwi, który na dodatek myje włosy (!), no ale nie narzekam, zawsze to jeden skomplikowany miłosny wątek więcej :D

Warto także wspomnieć, że podoba mi się wolny rozwój relacji Harry/Draco, chociaż ten drugi zupełnie niespodziewanie zaczął miło odnosić się do Złotego Chłopca. Lubię opowiadania, w których ich zażyłość rośnie z rozdziału na rozdział, niespiesznie, od przyjaźni do głębszego uczucia. Sam Harry jest tutaj uroczy - pokochałam go od razu. Opiekuńczego Draco także, bo jakże można go nie kochać, kiedy tak dba o swojego byłego największego wroga? ;)

No i ten fragment, który absolutnie zajął moje serce:
Właściwie Remus sądził, że Albus zawsze uśmiechał się jowialnie, nawet jak próbował inaczej. Zresztą powiedział to kiedyś dyrektorowi, ale on jedynie uśmiechnął się jowialnie…

Lepiej bym tego nie ujęła :P

Życzę powodzenia w pisaniu! Na pewno zaglądnę tutaj jeszcze nie raz :)
banialuka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 40
Dołączył(a): 16 cze 2012, o 18:42

Postprzez narumon » 22 lis 2014, o 20:00

Izzie, snupin górą! znaczy... merytorycznie... Snape jest jak najbardziej do pokochania, miliony fanek nie mogą się mylić. A co do Twoich spekulowań co do tego rozdziału muszę Cię rozczarować, Harry nie będzie się ubierał modniej... ;D
banialuka, co do Snape'a dbającego o siebie, to ponownie na powierzchnię wychodzi tutaj moje rozdawanie cech własnych wszystkim moim bohaterom - kiedzy zaczynam się z kimś spotykać, zawsze przechodzę na dietę i zaczynam biegać. Oczywiście stan nie utrzymuje się zbyt długo, ale po tym łatwo rozpoznać, że jestem z kimś nowym :D Więc uznałam, że Snape może mieć tak samo - z higieną :D



Rozdział siódmy: Propozycja

Wraz z nadejściem ranka, Harry stracił cały entuzjazm co do swojego pomysłu. Tylko przez nocne zamroczenie mogło mu przyjść do głowy coś tak głupiego. Tak długo wyrzucał sobie od naiwnych kretynów, że w końcu zaczął śmiać się sam z siebie.
Po porannej toalecie w jego przypadku i przebraniu się z pidżamy w przypadku Rona, chłopcy ruszyli do Wielkiej Sali w poszukiwaniu jedzenia. Hermiona oczywiście nie poczekała na nich z zejściem na śniadanie, ale to nie było nic dziwnego — Gryfonka zawsze wstawała o wiele wcześniej od reszty mieszkańców Wieży. Harry osobiście sądził, że przez ilość przyswajanych przez Hermionę książek jej mózg się przegrzał i dlatego nie była w stanie spać w normalnych porach. Zamiast tego dziewczyna drzemała w ciągu dnia, najczęściej w fotelu i z lekturą w ręce.
Ron, kiedy był bardzo obrażony na swoją drugą połówkę, zwykł mawiać, że Hermiona przechodziła wcześniejsze klimakterium i stąd wszystkie jego problemy. Harry był wtedy zazwyczaj skłonny przemilczeć, że większość problemów Rona bierze się z jego lenistwa i podejrzanej higieny osobistej.
Śniadanie przebiegało spokojnie i bez żadnych rewelacji. Harry starał się wypić tyle czarnej kawy, ile mógł pomieścić jego żołądek, a Ron robił to samo z jajecznicą. Po drugiej stronie stołu Hermiona czytała Proroka Codziennego, co rusz marszcząc nos.
— Mają nałożyć nowe prawo monitoringu na centaury — rzucała co jakiś czas informacją, nie oczekując sprzężenia zwrotnego.
Hermiona miała swój własny gazetowy świat, w którym zamykała się każdego ranka i nie było rzeczy na niebie czy ziemi (ani tej magicznej, ani mugolskiej), które mogły wyrwać ją z transu.
Harry już dawno się do tego przyzwyczaił, tak jak i reszta Gryfonów. Grunt to akceptować dziwactwa innych.
Kiedy Harry był w połowie trzeciej filiżanki kawy, do sali weszła bardzo zaspana Ginny. Najwyraźniej umiłowanie snu było ogólną cechą Weasleyów. Na szczęście Ginny nie odziedziczyła po bracie jego nawyków sanitarnych.
— Cześć — przywitała się, siadając obok Hermiony i cmokając ją w policzek, z rozbawieniem odnotowując, że starsza Gryfonka nawet tego nie zauważyła.
Ron nie wyjrzał zza swojego talerza, za to Harry posłał przyjaciółce słoneczny uśmiech. Ginny nie była raczej rodzajem rannego ptaszka i Harry już dawno temu za punkt honoru obrał sobie poprawiać jej humor przy każdym śniadaniu, które razem jedli.
— Mama, przez pomyłkę, przysłała mi wczoraj paczkę do ciebie — zwróciła się do swojego brata. — To chyba czyste gatki.
— Zupełnie niepotrzebnie — odparł półprzytomnie Ron, jednocześnie próbując przełknąć trochę płatków. — Te, które mi wysłała ostatnim razem, jeszcze się nadają.
Ginny wykrzywiła usta w grymasie obrzydzenia, a Dean, siedzący najbliżej nich, parsknął śmiechem.
Harry usłużnie podsunął Ginny półmisek z surową marchewką, pamiętając, że w każdy poniedziałek jadała tylko surowe warzywa.
— Hagrid ma depresję — powiedział po jakimś czasie.
— Wielka mi nowość — podsumował Weasley, a jego siostra przytaknęła. — On ma tę depresję już od tygodni.
— Niby tak, ale teraz jeszcze ta cała sprawa z moim i Malfoya szlabanem…
— Och, och! — zakrzyknęła Ginny, prawie podskakując na miejscu. — Malfoy! Opowiedz mi coś o Malfoyu!
— Malfoy jest idiotą — orzekł Ron, ponownie zapełniając sobie talerz.
— Nie ty — burknęła Gryfonka i wskazała palcem na Harry’ego. — Ty mi opowiedz!
Harry pomyślał, że członkowie rodziny Weasleyów mają dziwną tendencję do mierzenia w ludzi palcami.
— Co mam mówić? Znasz go tak samo, jak i ja.
— No weź — mruknęła, przybierając markotną minę. — To nie ja spędziłam z nim cały dzień.
Harry westchnął poddańczo. Markotne miny Ginny zawsze na niego działały. Była stanowczo zbyt dobrą aktorką.
— Malfoy to…
— Idiota! — warknęła Hermiona, z rozmachem odkładając gazetę.
— Malfoy?
— Knot!
— Malfoy to knot? — zapytał Ron z buzią wypełnioną płatkami. Trochę jedzenia wypadło mu na talerz, ale rudzielec szybko zebrał je ręką i wepchnął z powrotem.
Hermiona posłała mu zdegustowane spojrzenie.
Były takie dni, że Harry nie mógł nadążyć za resztą Gryffindoru. Po prawdzie — rzadko bywały dni, kiedy ktokolwiek nadążał za resztą Gryffindoru.
— Co zrobił Knot? — zapytał Harry, w końcu uświadamiając sobie, że najwyższy czas się ruszyć i zamknąć buzię. Siedzenie z otwartą było zazwyczaj źle odbierane.
— Zniósł ograniczenia przewozu towarów przez granice! Teraz każdy może sobie przeaportować jakieś zakazane artefakty w plecaku!
— Jakby już wcześniej nie szmuglowali — stwierdziła Ginny znużonym głosem. Najwyraźniej była zła, że nie pozwolono jej wysłuchać obiecanej historii.
— Ale teraz będzie jeszcze prościej, bo zdjęto nawet międzygraniczne detektory czarnej magii…
Harry westchnął i wyłączył się z dyskusji. Posłał spojrzenie na drugi koniec sali, prosto na stół Slytherinu. Odkąd pamiętał, Draco Malfoy zawsze miał miejsce dokładnie vis-à-vis niego.
Wystarczyło podnieść oczy, żeby spojrzeć mu w twarz. Ale Harry nie miał zamiaru tego robić. Absolutnie. Ostatnimi czasy za dużo było Malfoya wszędzie dookoła Harry’ego — w lasach, w skrzydłach szpitalnych, w łazienkach, w pułapkach i w jego myślach. Potrząsnął głową ale jakoś nie poprawiło mu to percepcji. Mimo to sądził, że nie powinien oglądać Malfoya w poniedziałek rano. W końcu jaki poniedziałek, taki cały tydzień. Jednak po chwili walki z samym sobą Harry podniósł głowę i spojrzał prosto na… puste miejsce. Rozejrzał się energicznie po sali. Uważał za jawną niesprawiedliwość, że kiedy już się zdecydował, Malfoy odważył się nie siedzieć na swoim krześle!
Skanował tłum, czując narastającą irytację i absolutnie odmawiając, nawet przed samym sobą, odpowiedzenia na pytanie dlaczego właściwie ją czuł.
Kiedy już miał zły powrócić do picia kawy (bo, jak wiadomo, kawa uspokaja…), spostrzegł błysk białych włosów tuż przy samych drzwiach. Malfoy najwidoczniej był typem śpiocha.
Harry odłożył tę informację gdzieś w umyśle, próbując nie zastanawiać się do czego mogłaby mu się przydać.
Blondyn przepchnął się do swojego stołu i zajął miejsce. Idealnie naprzeciwko Harry’ego.
W Harrym narosło jakieś dziwne uczucie satysfakcji, ale zgasił je natychmiast. On wcale nie lubi Draco Malfoya.
Ginny chrupała kolejną marchewkę, siedząc po turecku na swoim krześle i jednocześnie przeglądała prasę Hermiony.
— Kto wygrywa? — zapytał Harry, doskonale wiedząc na jakiej stronie dziewczyna może mieć otwartą gazetę.
— Armaty weszły do półfinałów, Harpie zremisowały ze Zjednoczonymi, wisisz mi galeona, a Nietoperze z Ballycastle już ostatecznie stracili szansę na finał. A to się tata załamie…
Harry westchnął ze zrezygnowaniem. Odkąd rok wcześniej grupa dementorów wtargnęła na boisko do quidditcha i większość zawodników pospadała z mioteł, przypłacając to poważnymi kontuzjami, dyrektor odwołał szkolne rozgrywki. Teraz najwyżej raz na jakiś czas zdarzały się mecze towarzyskie, a ich najbliższym kontaktem z grą było przeglądanie rubryki sportowej…
— Spóźnimy się na Transmutację — oznajmił Ron, wstając i jednocześnie sięgając po ostatniego tosta. Harry nie miał pojęcia, jak jego przyjaciel mógł tyle w siebie zmieścić, nie tyjąc. Ale Ron miał idealną sylwetkę, nawet pomimo braku ćwiczeń, a Harry tymczasem był wychudzonym chłystkiem.
Obeszli stół i Ron zabrał od protestującej Hermiony jej torbę z książkami. To był ich mały rytuał — on zawsze sięgał po torbę, a ona zawsze protestowała i Harry zdawał sobie sprawę, że im obojgu to przekomarzanie sprawia radość.
Cmoknął Ginny w czubek głowy, a ona podała mu ostatnią marchewkę. Harry chrupnął ze smakiem.
— Później ci opowiem — szepnął przyjaciółce do ucha, a ta ponownie zaczęła podskakiwać w miejscu.
Harry odszedł od stołu z pobłażliwym uśmiechem. Dziewczyny dziwnie reagowały na Malfoya.
Na zajęcia zdążyli tuż przed samym dzwonkiem. Na szczęście, bo nic tak nie psuło dnia, jak odejmowanie punktów przez własnego Opiekuna.
Transmutacja nie była jego ulubioną lekcją, ale radził sobie na niej nienajgorzej. Harry był raczej przeciętnym uczniem, z przeciętnym zapałem do nauki i na większości przedmiotów, z małymi wyjątkami, jak (zawyżająca średnią) Obrona czy (zaniżające) Eliksiry, radził sobie dobrze.
Transmutacja była jedną z niewielu lekcji, która na poziomie owutemowym była prowadzona dla uczniów z każdego domu oddzielnie. Miało to swoje plusy, na przykład brak Malfoya, i minusy, jak to, że nauczyciel poświęcał każdemu z osobna o wiele więcej czasu, przez co każdy ich błąd mógł być z łatwością wyłapany.
Program szóstego roku bazował głównie na mutacjach ludzkich, co oznaczało, że studenci próbowali opanować przemianę za pomocą różdżki, z ludzi w zwierzęta i na odwrót. McGonagall już zapowiedziała, że dla najbardziej wytrwałych poprowadzi na siódmym roku seminarium z animagii, o czym Hermiona paplała prawie bez przerwy.
Harry też po cichu marzył o zostaniu animagiem, tak jak jego ojciec, ale jak do tej pory nie wykazał się żadnymi szczególnymi zdolnościami w tym kierunku.
Ćwiczyli właśnie w parach przemienianie partnera w żabę i Harry był bliski obłędu, gdy po raz kolejny udało mu się jedynie przyprawić Ronowi błonę między palcami. Kiedy jednak rozejrzał się po sali, zauważył, że jeszcze nikt nie doprowadził do pełniej transmutacji, chociaż najbliżej była Hermiona. Być może dlatego, że ćwiczyła na Seamusie, a każdy, kto posiadał oczy, mógł z łatwością spostrzec, że Irlandczyk wyglądał zupełnie jak gad...
Po podwójnej Transmutacji mieli godzinę przerwy, którą spędzili, o ironio, w bibliotece, potem obiad i Zielarstwo.
Zaawansowane Zielarstwo w niczym już nie przypominało ich pierwszych lekcji. Nie było żadnego przycinania czy podlewania. Wchodzenie do szklarni było teraz istnym igraniem z losem.
Na tych lekcjach prym wiódł Neville, ale zaraz za nim plasował się… Malfoy. Harry nigdy wcześniej nie miał tych zajęć ze Ślizgonami i nie zdawał sobie sprawy, że blondyn ma taką rękę do roślin. Tym większe było jego zdziwienie, kiedy już na pierwszej lekcji Malfoy zrzucił szatę, podwinął rękawy swojej idealnej koszuli i bez najmniejszych oporów zaczął się babrać w ziemi.
Harry sam nie wiedział czemu zapisał się na Zielarstwo. Ani nie był wyjątkowo dobry z tego przedmiotu, ani nie był mu on potrzebny w przyszłości, bo nie planował zostawać Mistrzem Eliksirów czy Magomedykiem. To Remus namówił go, żeby wziął chociaż jedne zajęcia niezwiązane bezpośrednio z zostaniem aurorem i mimo iż był dopiero początek roku, Harry był mu za to niezmiernie wdzięczny. Swoje owutemowe przedmioty wybierali zaraz po napisaniu SUMów, kiedy Harry sądził jeszcze, że ma sprecyzowane, co chce robić w przyszłości. Tymczasem, w przeciągu wakacji, Harry odkrył, że ma o wiele więcej możliwości niż sądził. W magicznym świecie było naprawdę wiele ciekawych zawodów, o których nikt nigdy Harry’emu nie opowiadał i właściwie dopiero Remus uzmysłowił mu, jak wielkie stoją przed nim szanse.
Tak więc Zielarstwo, mimo iż Harry nadal nie wiedział do czego mogłoby mu się przydać, zostało jednym z jego nadprogramowych przedmiotów. Razem z nim, z Gryfonów na zajęcia chodzili jeszcze tylko Neville i Lavender. Ten pierwszy z miłości do roślin, a ta druga z miłości do tego pierwszego.
Lavender i Neville byli najśmieszniejszym przypadkiem, jaki Wieża Gryffindoru kiedykolwiek widziała. Lavender zawsze była ładną, zadufaną w sobie dziewczyną, która spotykała się tylko ze starszymi chłopakami. Neville z kolei, mimo iż ciapowaty, miewał swoje mocne chwile — takie jak przeciwstawienie się sporej części męskiego Slytherinu w obronie honoru Lavender właśnie. Mimo to Longbottom nie wierzył w siebie i nie sądził, że mógłby się podobać jakiejkolwiek kobiecie — a szczególnie takiej jak panna Brown. Tymczasem Lavender wychodziła z siebie, żeby tylko dać do zrozumienia Neville’owi, że jest nim zainteresowana. Łącznie z przypadkowym wpadaniem na chłopaka w samym tylko szlafroku…
Na nic jednak nie zdawały się jej podchody — do chłopaka i tak nic nie docierało.
I tak oto Neville Longbottom stał się pierwszym i jedynym mężczyzną, którego Lavender Brown nie potrafiła poderwać. Ku uciesze wszystkich Gryfonów.
Tak właśnie rozmyślając, Harry dotarł pod szklarnię numer sześć. Na zajęcia rozszerzone nie zapisało się zbyt wielu uczniów — oprócz ich trójki jeszcze Justin Finch-Fletchley z Hufflepuffu, Michael Corner i Terry Boot z Ravenclawu oraz Dafne Greengrass ze Slytherinu. No i oczywiście Draco Malfoy.
Cała pozostała piątka już czekała i Gryfoni czym prędzej dołączyli do grupy. Mieli jeszcze kilka minut do końca przerwy.
Z lekką irytacją Harry zauważył, że obie panie zebrały się wokół Ślizgona, który to, najwyraźniej bardzo ukontentowany, je adorował. Harry prychnął niezadowolony. Malfoy wcale nie był aż tak ciekawy.
Blondyn nie miał na sobie wierzchniej szaty, co nie było jakąś wielką zbrodnią akurat podczas tych lekcji — szaty i tak zdejmowano zaraz po wejściu do szklarni, żeby nie ograniczały ruchów. Czasem szybki zwrot mógł być bardzo przydatny.
— Malfoy — warknął Harry na przywitanie.
— Potter — odburknął mu drugi chłopak, nie wkładając w to jednak serca. Harry mógłby przysiąc nawet, że usłyszał w tym marnym burknięciu nutkę rozbawienia. — Och, mój Boże! — zakrzyknął nagle Ślizgon, z przesadną emfazą. — Kiedy ostatni raz krytykowałem twoje spodnie, sądziłem, że to największa, do tej pory, popełniona zbrodnia na krawiectwie! Ale ty mnie zaskakujesz, Potter! Jak kiepski trzeba mieć wzrok, żeby założyć na siebie coś takiego?
Harry momentalnie poczuł, że policzki pokrywa mu rumieniec. Miał na sobie dres po Dudleyu. Może niezbyt szykowny i niezbyt w jego rozmiarze, ale na Zielarstwo był jak znalazł. W końcu po każdej lekcji uczniowie wychodzili cali upaprani błotem, a jeśli mieli pecha, to i kwasem. Cóż, gwoli ścisłości, wtedy nie wychodzili, a byli raczej wynoszeni...
Harry oczywiście miał inne rzeczy! Bardziej… użyć słowa „modne” w stosunku do jakiejkolwiek odzieży Harry’ego byłoby wielką przesadą, ale niektóre jego ubrania były… bardziej do przyjęcia.
Odchrząknął, żeby pozbyć się zakłopotania.
— Może i mam na sobie „zbrodnię na krawiectwie”, ale to nie ja będę żałować, że zniszczyłem swoje najlepsze wełniane spodnie — skwitował kwaśno.
Nagle twarz Malfoya pojaśniała, a w policzkach zrobiły mu się nawet dołeczki. Dafne Greengrass westchnęła głośno, wpatrzona w Ślizgona jak w obrazek.
— Prawda, że świetnie leżą? — zagadnął blondyn, okręcając się trochę, żeby lepiej wyeksponować spodnie. Harry usilnie odmawiał sobie zauważenia, że Malfoy próbuje zaprezentować mu właśnie swój tyłek. — Wczoraj przyszły z Paryża. Czekałem na nie prawie miesiąc i kosztowały więcej niż zarabiają wszyscy Weasleyowie razem wzięci, ale było warto!
— Jesteś palantem, Malfoy — warknął Harry, ponownie robiąc się zły.
Malfoy przestał się uśmiechać i spojrzał na Harry’ego gniewnym wzrokiem. Wydawał się być obrażony.
— To nie moja wina, że stać mnie na ładne rzeczy. — Nagle rozjaśnił się znowu, a przez głowę Harry’ego przeszło, że Malfoy jest jak słońce w niepogodny dzień. Co chwila zachodzi chmurami, aby po chwili się rozpromienić i bić po oczach swoim blaskiem. — Jeżeli będziesz dla mnie miły, to też kupię ci coś ładnego.
Harry wciągnął powietrze, sam nie wiedząc, czy bardziej jest zły, czy urażony.
— Jesteś nienormalny — powiedział tylko po chwili, zupełnie nie wiedząc, jak się zachować.
— Ale nie mam na to papierów. Hej, nie było cię wczoraj na obiedzie, więc nie wiem czy wiesz, ale nasza drużyna przegrała.
Harry nie wiedział. Zupełnie mu wyleciało z głowy, żeby kogoś zapytać. Ale było tak, jak podejrzewał. Z dwoma kobietami u steru, nie mieli wielkich szans.
— To twoja wina — warknął dla zasady.
— Wcale, że nie — odburknął Malfoy. — To ty się na mnie rzuciłeś.
— Ale ty mnie popchnąłeś! — odparł Harry z nowa werwą. Mógł ze spokojem przyjąć do wiadomości przegraną, ale nigdy nie pozwoliłby, żeby Ślizgon go przegadał!
— Ale to ty się na mnie rzuciłeś — skwitował Malfoy spokojnym głosem. — Przechodziliśmy przez to wczoraj, Potter.
Harry nie był do końca przekonany, czy to, że Malfoy próbuje złagodzić sytuację oznacza, że się poddaje, ale na użytek wszystkich wkoło postanowił przytaknąć. I tak to on miał rację…
W Malfoyu było coś takiego, że Harry nie mógł przestać na niego patrzeć — mierzyć go wzrokiem, rzucać mu wyzywających spojrzeń, przeszywać go oczami — zupełnie jakby chłopak wymagał na nim ten kontakt. Harry nigdy wcześniej na nikogo tyle nie spoglądał, co na Ślizgona. Nie dlatego, że lubił go obserwować — bo w gruncie rzeczy Harry nawet na niego nie patrzył — ale była między nimi jakaś dziwna potrzeba, napięcie, przez które ciągle i ciągle potrzebowali wiedzieć, gdzie jest drugi. Głównie żeby móc mu zrobić psikusa, zanim samemu padnie się ofiarą żartu. Albo żeby grozić. Harry miał nawet opanowane jedno specjalne spojrzenie dla Malfoya — ćwiczył je przed lustrem i jego zdaniem idealnie mroziło krew w żyłach i wyrażało pogardę. Inna sprawa, że na Malfoyu nie robiło ono wielkiego wrażenia, przynajmniej nie na tyle, żeby padł kiedyś trupem.
Harry uśmiechnął się do swoich myśli i zdążył wrócić do rzeczywistości akurat na czas, aby dostrzec profesor Sprout wynurzającą się ze szklarni numer sześć. Cała była w ubraniach ochronnych, łącznie z rękawicami ze smoczej skóry, a to mogło oznaczać tylko jedno — lekcje o jakichś toksykantach. Harry skrzywił się na samą myśl o Bufkach Plujkowych z ich wcześniejszych zajęć, po których jeszcze miał całkiem sporą bliznę na udzie. Nauczycielka nakazała im niezwłocznie przebrać się w stroje ochronne i zaprosiła ich do szklarni.
— Ahoj, przygodo — burknął Malfoy, pojawiając się znikąd w okolicy ucha Harry’ego. Nie brzmiał na zbytnio zadowolonego. Harry odchrząknął, żeby pozbyć się nagłej suchości w gardle. Nie cierpiał kiedy ktoś mówił mu prosto do ucha — zawsze wtedy przechodziły go ciarki.
— Teraz pewnie żałujesz, że nie masz na sobie starego dresu, co? — powiedział w końcu Potter, głównie po to, żeby powiedzieć cokolwiek.
Malfoy zatrzymał się nagle, jednoczenie zagradzając drogę Harry’emu i posłał mu tak zgorszone spojrzenie, jakby Harry właśnie próbował namówić go do zjedzenia szczeniaka.
— Bluźnierca — powiedział w końcu bardzo oburzonym głosem.
Harry zaśmiał się nerwowo.
— Chciałem tylko powiedzieć, że ubrania i tak się pewnie zniszczą, więc co za różnica, co na sobie mamy…
— Heretyk — burknął blondyn z jakby niedowierzeniem. — Potter, opamiętaj się, zanim zarazisz nas wszystkich swoim kiepskim gustem, inaczej czeka nas paskudna zagłada!
— Jesteś nienormalny — orzekł Harry i nagle uderzyło w niego, że mówi to już chyba po raz piąty w ciągu dwóch dni. Malfoy jednak nie brał sobie jego słów do serca.
— Niektórzy mówią, że to atrakcyjne — odparł szybko Ślizgon, nie dając się zbić z tropu. — Powinieneś absolutnie poprosić jedną z tych swoich gryfońskich wyznawczyń, żeby zabrała cię na zakupy. Tylko może nie Granger, bo ona ma grecką tragedię w trzech aktach na głowie. I raczej nie Weasley, bo ona zabrałaby cię na jakiś pchli targ. O, już wiem, zabierz Longbottoma!
— Malfoy — warknął Harry, jednakże nic to nie dało, bo Ślizgon był już kilka kroków dalej, tuż przy wejściu do szklarni.
Harry pokręcił głową z niedowierzaniem i sam wszedł do pomieszczenia. Widząc ponaglający wzrok profesor Sprout, czym prędzej przebrał szatę na specjalny kitel i założył jedną z rękawic ze smoczej skóry — drugiej dłoni się nie osłaniało, gdyż miała ona tylko zadanie asekuracyjne — trzymano w niej różdżkę. Ale, jako że praca z roślinami wymagała dużego wkładu fizycznego i czasem mocnego chwytu więcej niż jednej ręki — pracowali w parach. Harry zajął swoje stanowisko, tuż przy Justinie, który był jego partnerem od początku roku. Rzucił lekko rozkojarzone spojrzenie w kierunku Malfoya, który jak zawsze sparował się z Dafne Greengrass, jedyną jego domowniczką w ich grupie. Harry zauważył, że nie tylko on patrzy smętnie w ich kierunku. Prawie każdy chłopiec na sali spoglądał na Ślizgonów — dla Harry’ego było to nawet zrozumiałe, Dafne była naprawdę ładna. Jedynie Neville nie rzucał jej ukradkowych spojrzeń. Harry’emu przez głowę przeszło, że drugi Gryfon może być gejem, ale szybko odrzucił tę myśl — nawet gdyby tak było i tak patrzyłby w stronę Ślizgonów, tyle że na Malfoya.
Harry oblał się rumieńcem i odwrócił wzrok, nagle zdając sobie sprawę, że on też właściwie nie patrzył na Dafne. Szybko przeniósł wzrok na Lavender i ukradkiem spojrzał na jej biust. Powoli się uspokajał.
Justin chrząknął i Harry panicznie odwrócił się w jego kierunku, jednocześnie potrącając ceramiczną donicę, która spadła na podłogę i rozbiła się z trzaskiem. Wszyscy zwrócili na niego uwagę i Harry pomyślał o sobie, że jest jak jeden z tych zboczeńców w parku, hasający w samym prochowcu i przyłapany na gorącym uczynku. Spuścił wzrok, cały czerwony na twarzy, marząc, żeby ten dzień już się skończył.
— …a później zasadzimy sadzonki chondrodendronu na skraju lasu, ściółka leśna dobrze im zrobi. Za trzy tygodnie, kiedy będą już wystarczająco silne, będzie je można rozsadzić do donic. Czy ktoś może mi powiedzieć czym różni się kurara uzyskana z korzeni chondrodendronu, od kurary, powiedzmy, z łodyg bambusa?
Harry powrócił do rzeczywistości, uświadamiając sobie, że po raz kolejny dał się ponieść swoim myślom i nawet nie słuchał co jest tematem lekcji. Niebezpieczna przypadłość, zważywszy, że nawet chwila nieuwagi mogła go sporo kosztować.
Ku jego zdziwieniu i mimo wysoko uniesionej ręki Neville’a, to Malfoy zaczął odpowiadać na pytanie.
Chondrodendron tomentosum jedynie zwiotcza mięśnie, a wykonany z niej wywar nie jest trujący, podczas gdy kurara uzyskiwana z roślin z rodziny Strychonos zabija prawie natychmiastowo, nie zatruwając przy tym mięsa ofiary.
— Bardzo dobrze, panie Malfoy. Coś jeszcze?
Mimo iż Neville prawie zaczął podskakiwać z ręką wyciągniętą ku górze, Ślizgon nie dał mu dojść do głosu.
— Kurarę z korzeni chondrodendronu można spożywać, podczas gdy uzyskana w każdy inny sposób nadaje się tylko do zastosowania zewnętrznego.
— Świetnie, pięć punktów dla Slytherinu.
Neville opuścił w końcu rękę, z głośnym westchnięciem, a Harry poczuł niewytłumaczalny przypływ złości na drugiego Gryfona. Dlaczego nie mógł on po prostu powiedzieć tego, co miał do powiedzenia, nie czekając na pozwolenie? Malfoy w ogóle nie przejmował się takimi błahostkami, dzięki czemu zawsze dostawał to, czego chciał. Tymczasem Harry zawsze się ograniczał tym, co wypada, tym, co pomyślą inni… zawsze musiał robić to, co było od niego wymagane, jakby słuchanie czyichś rozkazów zastąpiło mu wolną wolę! Zamarł nagle, zdając sobie sprawę, że próbuje przelać swój żal na sytuację Neville’a. Odgonił niepokojące myśli.
Justin akurat rzucił na ich blat skrzynkę z sadzonkami i Harry posłał mu przepraszający uśmiech. Przez swoje zamyślenie ciągle zmuszał Puchona do wykonywania najczarniejszej roboty.
— Sorry, na chwilę się wyłączyłem — wytłumaczył.
— Jasne, ale bierzmy się już do pracy. Na samą myśl o wizycie w Zakazanym Lesie robi mi się słabo.
Harry wzruszył ramionami. Zakazany Las nigdy go szczególnie nie przerażał i nie za bardzo rozumiał lęk innych uczniów. Jednakże nie miał ochoty wdawać się w dyskusje.
— Powinienem coś wiedzieć o tym „chondododo” zanim zaczniemy?
Justin zaśmiał się i zmierzył Harry’ego niedowierzającym spojrzeniem. Obaj trzymali już ręce na skrzynce.
— Chondrodendron. Jeżeli za mocno szarpniesz za listki, wydziela trujący gaz. Zaśniesz w ciągu sekund. A korzenie wydzielają kwaśny sok, więc łatwo się poparzyć. Dotykaj ich tylko przez rękawice, ale musisz być bardzo ostrożny.
Harry kiwnął głową i zabrali się do pracy.
Rozsadzanie drobnych roślinek nie było zbyt męczącą pracą, ale było trudne, bo wymagało wiele precyzji i gracji. Harry myślał o sobie raczej jak o kimś z kaczym wdziękiem, przez co zadanie wydało mu się podwójnie trudne. Co jakiś czas rzucał okiem na Malfoya. Ślizgon wydawał się nie mieć najmniejszego problemu z pracą — delikatnie rozdzielał sadzonki, rozsupływał korzenie i przycinał maciupkie, chore listki. Wydawał się przy tym zupełnie nie trudzić, sądząc po tym, że przez cały czas prowadził lekką rozmowę ze swoją partnerką, co rusz posyłając jej uśmiechy i miłe spojrzenia. Zupełnie jakby rozsadzali sobie fiołki, a nie trujące i bardzo niebezpieczne toksykanty! Harry’emu szczęśliwie udało się nie uszkodzić żadnego listka, ale raz zahaczył ręką o korzeń. Na szczęście była to ręka w rękawicy i jedyną szkodą była mała, nadpalona dziurka na jej powierzchni.
Kiedy wszyscy przygotowali już swoje sadzonki, ruszyli, pod opieką profesor Sprout, wprost do Zakazanego Lasu. Nie mieli zamiaru wchodzić zbyt głęboko — roślinkom wystarczało minimalne zalesienie, a i trochę słońca by nie zaszkodziło. Dlatego zatrzymali się tuż za linią pierwszych drzew. Justin wyłożył sadzonki z palety, a Harry rozkopał ziemię. Cały czas musieli bardzo uważać, żeby ich nie podrażnić — już jeden chondrodendron starczyłby, żeby uśpić ich wszystkich, a drzemka w Zakazanym Lesie nie była raczej zbyt dobrym pomysłem.
— Tak jak ci mówiłem, Dafne, nie powinnaś się tym przejmować… — usłyszał nagle Harry i rozejrzał się dookoła.
Malfoy klęczał tuż obok Harry’ego, ale tym razem, dla odmiany, w ogóle nie zwracał na niego uwagi — zbyt był pogrążony w rozmowie ze swoją współdomowniczką. Harry skorzystał z okazji, aby w spokoju przyjrzeć się blondynowi. Z podwiniętymi rękawami, przybrudzoną już, białą koszulą i włosami w nieładzie nie wyglądał jak ktoś z arystokratycznego rodu. Jednak zdradzały go pewne drobiazgi… Harry najpierw pomyślał, że to przez to jak się ruszał — jakby każdy gest miał wyćwiczony. Później do głowy mu przyszło, że to wina sposobu, w jaki Malfoy mówi — trochę przyciszonym głosem, który jednak brzmiał mocno i był doskonale słyszalny, przeciągając głoski i akcentując każde „ja”, które wypowiadał. Oczywiście możliwym też było, że Harry’emu to się tylko uroiło. Malfoy był w jego życiu od tak dawna i od tak dawna wymuszał na Harrym myślenie o nim jako o arystokracie, że Harry mógł widzieć coś, czego tam nigdy nie było. Wystarczyło jednakże jeszcze jedno dodatkowe spojrzenie na Ślizgona, żeby Harry czym prędzej odgonił te myśli. Niezaprzeczalnie, Malfoy miał w sobie coś
Harry nadstawił ucha, żeby usłyszeć jeszcze jakiś fragment z rozmowy Ślizgonów, ale ich głosy przycichły. De facto, nagle zrobiło się bardzo cicho w całej ich grupie. Harry podniósł głowę i rozejrzał się niepewnie, tylko po to, żeby odkryć, że reszta osób robi to samo. Wszyscy wydawali się być zdezorientowani, jakby coś wytrąciło ich z równowagi i zasiało wśród nich niepokój. Harry zorientował się, co się dzieje jeszcze zanim dotarły do niego pierwsze wiązki strachu. Ze zmartwieniem spojrzał na Ślizgona i odkrył, że on też już wie, co się zbliżało. Jego twarz była blada, oczy przestraszone, ale mimo to Malfoy sięgnął po różdżkę.
Harry momentalnie zdał sobie sprawę, że jest jedyną osobą, która będzie mogła coś zrobić…
Sekundy zdawały się rozwlekać. Sądząc po minach większości uczniów, jeszcze nie wiedzieli co się działo. Profesor Sprout jednakowoż zdawała się mieć doskonałe pojęcie o nadchodzącym niebezpieczeństwie, bo z bladą twarzą i wyciągniętą różdżką zaczęła nawoływać młodzież do ucieczki. Nie zdążyli jednak zrobić więcej niż kilku kroków, kiedy pojawił się pierwszy dementor.
Odgłos masowego wciągnięcia powietrza wytrącił Harry'ego na chwilę z równowagi, jednak szybko był gotowy do rzucenia Patronusa. Jego jeleń wystrzelił z różdżki mżystą wstążką, a Harry usłyszał jeszcze dwa głosy wypowiadające zaklęcie. Pierwszy zdecydowanie należał do profesor Sprout, niestety jej Patronus nie miał cielesnej formy. Srebrna mgła, którą wyczarowała, wystarczyła jednak, żeby zjawa się do niej nie zbliżyła. Drugie zaklęcie miało jeszcze mierniejszy skutek, nie spowodowało nawet drgnięcia powietrza towarzyszącego skondensowaniu magii. Harry nie zdziwił się wcale — wiedział przecież, że Malfoy nie potrafił rzucić Patronusa.
Na szczęście dementorzy byli tylko trzej — jego jeleń doskonale dał sobie radę w pojedynkę. Jednakże kiedy Harry już odwołał zaklęcie, zza drzew, z prawej strony Pottera, wylazły jeszcze dwie zjawy — ruszając prosto na jego kolegów z klasy.
Expecto Patronum — ryknął ponownie, przywołując, nie wiedzieć czemu, wspomnienie niedzieli spędzonej w pułapce. Najbardziej zadziwiające w tym wszystkim było, że zaklęcie zadziałało. Harry sapnął zaskoczony, kiedy srebrny Patronus odgonił dwóch dementorów od najbliżej stojących Krukonów.
Nagłą ciszę przerywały tylko niespokojne oddechy. Profesor Sprout, z bardzo zdenerwowaną miną, próbowała przegonić wszystkich z powrotem na błonia. Harry przyjrzał się twarzom swoich kolegów i odkrył, że na wszystkich malował się taki sam niepokój. Tylko Malfoy stał tyłem do reszty, a jego ramiona… drżały.
Harry, nie myśląc wiele nad tym co robił, ani też nie próbując usprawiedliwić tego przed samym sobą, zrobił dwa kroki do przodu i zakrył sobą Ślizgona przed oczami innych. Byli mniej więcej podobnych postur, więc nie było to takie trudne. Ludzie czym prędzej zaczęli zbierać się z powrotem do zamku, bez żadnych niepotrzebnych słów, zupełnie jakby jeszcze byli w szoku. Profesor Zielarstwa zarządziła obowiązkową wizytę w skrzydle szpitalnym i już po chwili Harry został w lesie sam na sam z Malfoyem. Słyszał przyspieszony, urywany oddech drugiego chłopaka i doskonale wyczuwał poruszanie się ciała, tuż za plecami.
— Już… w porządku — spróbował go pocieszyć.
Harry nie miał pojęcia co powinno się mówić, żeby kogoś uspokoić. Nigdy nie był dobry w gadkach poprawiających humor, a już na pewno nie umiał sobie poradzić z rozhisteryzowanym Ślizgonem.
Jednakże Malfoy wybawił go z opresji, szybko odchrząkując i zrównując się z Harrym.
Potter starał się nie drążyć tematu i bez słowa dotrzymywał kroku drugiemu chłopakowi. Przeszli tak ponad połowę drogi, kiedy w końcu blondyn się odezwał.
— Ja… Potter, to… dzięki.
Harry przeczesał włosy ręką, żeby ukryć niezręczność.
— Pewnie, nie ma za co — warknął.
Bardziej wyczuł niż zobaczył, że Ślizgon się uśmiechnął. Spojrzał na niego kątem oka i dostrzegł, że chłopak faktycznie miał na twarzy niewyraźny uśmiech.
— Ja… naprawdę dziękuję. Za ten i za ostatni raz.
Harry wzruszył ramionami. W głębi duszy czuł się jednak naprawdę mile połechtany, że Ślizgon jednak docenił uratowanie mu tyłka. Dwa razy.
Byli już blisko zamku, a reszta ich grupy powoli znikała w jego czeluściach. Malfoy zatrzymał się i spojrzał Harry’emu w oczy.
— Potter, myślałem o tym i doszedłem do wniosku, że na naszym trzecim roku mogłem być dla ciebie troszeczkę milszy. Wtedy nie wiedziałem, że oni mogą działać tak… że można widzieć takie rzeczy.
Harry sapnął zaskoczony. Nigdy, w najśmielszych snach, nie spodziewałby się, że Malfoy przeprosi go za cokolwiek… jeżeli to oczywiście miały być przeprosiny. Widząc jednak po twarzy Malfoya, że żadnych dosadniejszych słów się nie doczeka, jedynie kiwnął głową. Aczkolwiek coś innego przykuło jego uwagę.
— Mówisz „takie rzeczy” i właściwie to zastanawiało mnie to już od soboty… co takiego może widzieć Draco Malfoy, żeby…
— Zapomnij — burknął nagle Malfoy i ruszył przed siebie.
Harry dogonił go w kilku krokach.
— Nie no, serio. To nie jest jakaś wielka rzecz…
— Taa, zapomnij. Musiałeś mocno upaść na głowę w dzieciństwie, żeby sądzić, że mógłbym ci powiedzieć coś takiego.
— Malfoy! — krzyknął Harry ze śmiechem w głosie. Malfoy miał tak obrażoną minę, jakby Harry chciał z niego wyciągnąć jego najskrytsze erotyczne fantazje!
Czego Harry oczywiście nie chciał, bo sama myśl o najskrytszych erotycznych fantazjach Malfoya przyprawiała go o szybsze… o niesmak. Stanowczo o niesmak.
— Słuchaj, może wy Gryfoni opowiadacie sobie przed snem o swoich przeżyciach, leżąc na podłodze w kółeczku i trzymając się za rączki, ale ja nie mam zamiaru.
— Nie robimy tak — warknął Harry z lekką urazą.
— Racja — potwierdził Malfoy, nagle przystając. — Tak robią Puchoni. Gryfoni kładą się w kółeczku i opowiadają, jaki piękny będzie świat, jak już pokonają to wszystko, czego Puchoni się boją.
— A co robią Ślizgoni? — zapytał Harry, nie kryjąc śmiechu. Ponownie zrównał się z blondynem i zauważył, że byli już przy samych schodach.
— Ślizgoni wymyślają czym jeszcze można przestraszyć Puchonów, oczywiście.
— Jesteś…
— … nienormalny, tak, wiem — burknął Malfoy, a Harry się zaśmiał.
— Niemożliwy, chciałem powiedzieć.
— Widzę, że zgłębiasz słownik? Dlaczego tak bardzo adorujesz literkę „n”?
— Nie adoruję literki „n”!
— Racja, „n” jest wyjątkowo nieciekawe. „D” to jest dobra litera. Taka finezyjna.
Harry aż przystanął, zastanawiając się czy Ślizgon mówi serio. Jego mina była jak najbardziej poważna.
— Ja lubię „f” — zaryzykował Harry, a Malfoy natychmiast się skrzywił.
— Gryfoni — skwitował krótko i zaśmiał się po chwili. Harry z ulgą do niego dołączył.
— Nie wiem jak ty, ale ja nie mam zamiaru iść do skrzydła szpitalnego. W sobotę wyrobiłem już sobie limit na cały tydzień.
Harry pokiwał głową, a nagle poważny Malfoy zrobił krok do tyłu. Harry też spróbował przybrać poważny wyraz twarzy, ale po paru sekundach wybuchnął śmiechem. Malfoy również się roześmiał, ale szybko ponownie przywołał na twarz powagę.
— Potter, ogarnij się. Gentelmani rozchodzą się z honorem.
Harry nagle poczuł, że wcale nie ma trudności z zachowaniem spokoju i usilnie próbował sobie wmówić, że nie ma to nic wspólnego z odchodzącym Malfoyem.
Spróbował się uśmiechnąć, ale sam poczuł, że wyszło mu to jakoś marnie. Malfoy pokonał już kilka stopni, kiedy Harry nagle zdał sobie sprawę, co powinien zrobić. Powróciły jego nocne rozważania i plany, i zdecydował w ciągu kilku sekund.
— Malfoy, czekaj!
Ślizgon zatrzymał się w połowie schodów i spojrzał przez ramię, dając Harry’emu chwilę na zrównanie z nim kroku. Harry dobiegł do niego szybko, prawie się potykając o własne nogi i przeskakując po dwa stopnie na raz. Kiedy już znalazł się obok, złapał Malfoya za ramię, dla równowagi, i spojrzał mu w oczy.
— Malfoy, mam pomysł. Nauczę cię zaklęcia Patronusa.
Twarz Ślizgona zdawała się przez chwilę pojaśnieć, zupełnie jakby rozbłysła nadzieją, ale już po chwili powróciła do wcześniejszego stanu. Harry, spodziewając się, że drugi chłopak odmówi, zaczął szybko tłumaczyć.
— Ja się tego nauczyłem, kiedy miałem trzynaście lat, tobie też się na pewno uda. Dementorzy raczej nie odejdą z lasu, a ty i ja reagujemy na nich mocniej niż inni. Musisz nauczyć się bronić.
— To byłoby świetne — burknął Malfoy. — Ale nie wiem czy fakt, że pozwolę się czegoś nauczyć Gryfonowi nie zmiażdży mojej reputacji. Mógłbym wtedy nie móc sobie patrzeć w twarz, a może nawet miałbym problemy z seksem…
Harry stał przez chwilę naprzeciwko Ślizgona, wciąż przytrzymując się jego ramienia, z otwartą buzią, nie mogąc uwierzyć, że można być takim dupkiem! Spojrzał na Malfoya ze złością i z zamiarem wygłoszenia mu naprawdę paskudnej mowy o byciu palantem, kiedy Ślizgon nagle wybuchnął głośnym śmiechem. Zanim Harry zdążył się zorientować, drugi chłopak pokonał resztę schodów i tyle było go widać.
Harry po chwili zamknął buzię i w końcu opuścił ramiona. Czuł tylko jeden, wielki mętlik. Nim jednak zrobił choćby krok ku górze, nagle jasna głowa Malfoya ponownie pojawiła się we wrotach Hogwartu.
— Jutro o dwudziestej, pod Wielką Salą! — zakrzyknął. — I nie spóźnij się, Potter!
Ostatnio edytowano 23 lis 2014, o 23:18 przez narumon, łącznie edytowano 1 raz
narumon Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 185
Dołączył(a): 25 gru 2012, o 16:43

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości