[M] Bożonarodzeniowe życzenie

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez tinuviel » 1 lis 2010, o 23:33

Miało zostać wklejone z życzeniami magicznych Świąt. Miało być gotowe w Wigilię, później w pierwszy dzień Świąt, a potem w drugi. Okazało się jednak, że ta historia zaczęła żyć własnym życiem. Tak naprawdę wyszło na to, że ona sama mi się opowiadała, ja tylko zapisywałam. Dlatego ostatecznie pojawia się dopiero dziś, pozwalając mi jedynie wyrazić nadzieję, że świąteczny czas wciąż trwa, a spóźnione prezenty również przynoszą radość… Miłego czytania!


(ach i przepraszam też, że przeszło tylko autobetę, która jest zupełnie niedoskonała, jak wiadomo, zwłaszcza przy tak długiej miniaturce, ale na więcej nie miałam czasu, bo właśnie skończyłam, a o świcie wyjeżdżam, chciałam zaś Wam to jeszcze oddać w okresie okołoświątecznym. A może później jakaś dobra dusza się znajdzie...)




~Bożonarodzeniowe życzenie~


24 XII 1985, Malfoy Manor

– Tato, tatusiu! – Do dużego salonu, urządzonego ze smakiem, a przystrojonego już świątecznie, wbiegł mały chłopiec i wdrapał się prosto na kolana swojego ojca.
– Ile razy ci mówiłem, żebyś nie biegał i nie krzyczał? – skarcił go mężczyzna.
– Nie przesadzaj, Lucjuszu, są święta – zwróciła się do męża jasnowłosa kobieta, czytająca książkę na staroświeckim szezlongu.
– Będą dopiero jutro – uściślił małżonek. – Poza tym nawet w święta nie należy rezygnować z zasad dobrego wychowania, Narcyzo. Kiedy, jeśli nie teraz, ma się nauczyć ogłady?
Chłopczyk wiercił się niecierpliwie na kolanach taty, czekając aż rodzice skończą nudną rozmowę.
– Tato? – zapytał ponownie, pociągając go za szatę.
– Nie przerywa się starszym – odparł mu surowo ojciec. Mama jednak uśmiechnęła się do niego promiennie.
– Właśnie skończyliśmy, Draco. O co chodzi?
– Podobno dziś w nocy przychodzi Mikołaj! – obwieścił chłopiec z ekscytacją w głosie.
– Kto? – Lucjusz uniósł jedną brew.
– Mikołaj – powtórzył radośnie Draco i klasnął w małe dłonie. – On przynosi prezenty.
– Bzdura! – mruknął mężczyzna.
– Kto ci powiedział coś takiego? – zapytała ostrożnie kobieta.
– Hillary.
– I wszystko jasne – rzekł Lucjusz, gwałtownie odstawiając synka na ziemię i wstając. – Ile razy ci mówiłem, Narcyzo, żeby Dracon nie bawił się z tymi mugolskimi bachorami?!
– To tylko dzieci, Lu! – Narcyza również podniosła się z szezlonga.
Draco zadarł jasnowłosą główkę i przypatrywał się rodzicom z niepokojem. Czy znowu zrobił coś złego?
– To mugole, powinnaś o tym pamiętać. To nie jest odpowiednie towarzystwo dla naszego syna. Chcesz być jak twoja siostra?!
– Hill jest fajny! – zawołał nieoczekiwanie Draco, który poczuł, że powinien się wtrącić, choć nie bardzo wiedział, o co dokładnie chodzi.
– Choć, Draco. – Kobieta wzięła chłopca za rączkę. Na jej bladych policzkach pojawiły się delikatne rumieńce, kiedy obdarzała swego męża surowym spojrzeniem. – Mama zaprowadzi cię teraz do łóżeczka.
– A opowiesz mi bajkę? – zapytał chłopiec.
– Opowiem – obiecała.
O fontannie szczęśliwego losu?*
– O fontannie – zgodziła się i wyszli z salonu. Kiedy jednak przekraczali próg usłyszała jeszcze, jak Lucjusz rzucił za nią z dezaprobatą:
– Rozpieszczasz go.
Uśmiechnęła się delikatnie pod nosem. Uwielbiała to robić!
– Mamusiu? – zapytał Draco, kiedy otuliła go już kołderką i ucałowała na dobranoc.
– Tak, synku?
– To Hillary mnie okłamał? – Głos chłopca był zmartwiony.
Narcyza pogłaskała go delikatnie po główce.
– Nie, kochanie. On po prostu opowiedział ci mugolską bajkę.
– To mugole też mają bajki?
– Oczywiście, Draco.
– To znaczy, że to wszystko nieprawda – podsumował chłopczyk.
– Na to wygląda – odparła łagodnie Narcyza.
– Szkoda… – westchnął Draco z rozczarowaniem. – Chciałbym, żeby Mikołaj naprawdę do mnie przyszedł.
– Nie zapominaj, że jutro pod choinką i tak będą na ciebie czekać prezenty – przypomniała mu mama.
Na te słowa twarz chłopca rozpromieniła się i chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Narcyza położyła palec na ustach.
– Cii, śpij. Jeśli szybko zaśniesz, zaraz będzie ranek.
Chłopiec posłusznie zamknął oczy i już po chwili jego oddech stał się spokojny i regularny, a Narcyza raz jeszcze ucałowała go w jasną główkę i cicho wyszła z pokoju.

*

Małemu Draconowi nie było jednak dane przespać nocy. Obudził się przestraszony i z niepokojącym wrażeniem, że ktoś obcy znajduje się w jego pokoju. Już chciał zawołać mamę, kiedy dziwna postać wyłoniła się z ciemności.
– Nie budź rodziców – poprosił nocny gość.
W zwykłych okolicznościach Draco darłby się już jak opętany, nie zważając na żadne prośby, ale nieznajomy wyglądał dokładnie tak, jak postać z bajki Hillary’ego.
– Kim jesteś? – zapytał ostrożnie chłopiec.
– A jak myślisz? – Uśmiechnął się gość. Miał długą siwą brodę, czerwoną szatę ozdobioną białym futerkiem i tiarę w takim samym stylu.
– Mikołajem – odparł zafascynowany Draco.
Niebieskie oczy staruszka błysnęły wesoło zza okularów.
– Hmm, można tak to ująć. W takim razie pewnie chciałbyś otrzymać jakiś prezent, prawda?
Draco z entuzjazmem skinął głową.
– Wydaje mi się, że mam coś dla ciebie.
– Naprawdę? – ucieszył się chłopiec.
– Naprawdę – potwierdził Mikołaj, wyciągając w jego stronę dłoń, na której coś błyszczało.
Draco zerwał się z łóżka i podbiegł do mężczyzny.
– To zwykła kulka – zawyrokował z rozczarowaniem po krótkich oględzinach.
– Nie, Draco. To zupełnie niezwykła kulka.
– Jest magiczna? – zaciekawił się chłopczyk.
– Bardzo – przytaknął Mikołaj.
– Co robi?
– Spełnia życzenia.
– Och! Spełni każde moje życzenie? – Szare oczy rozbłysły w ciemności.
– Spełni tylko jedno, za to dowolne marzenie – odparł mężczyzna z łagodnym uśmiechem.
– I jest dla mnie? – upewnił się chłopiec.
– Z całą pewnością. – Mikołaj położył mu szklaną kuleczkę na dłoni i zacisnął na niej drobne paluszki.
– Mam teraz pomyśleć życzenie? – zapytał Draco.
– Ona sama odgadnie twoje życzenie, ale dopiero w Boże Narodzenie.
– Rozumiem – odparł chłopiec z powagą.
– No, na mnie już pora. Dobranoc, Draco.
Chłopiec wdrapał się z powrotem do łóżka, przykrył się kołdrą i mocno zacisnął piąstkę.
– Dobranoc, Mikołaju – wyszeptał w ciemność, ale po tajemniczym gościu nie było już śladu.
Tylko firanka w oknie falowała leciutko jeszcze przez chwilę.

*

– Mamo, tato! – Do sypialni Lucjusza i Narcyzy wpadł mały Draco i wskoczył do ich ogromnego łoża, niczym niesforny psiak.
– Ile razy mam ci powtarzać, Draco, żebyś nie wchodził do nas bez pukania – skarcił go ojciec, odkładając na nocną szafkę gazetę.
– Lu, dziś już święta. – Narcyza popatrzyła na męża z wyrzutem, na co ten uniósł tylko oczy ku górze. – Chodź tu, maluchu. Rozpakowałeś już prezenty?
Chłopiec potrząsnął główką, sprawiając, że włosy opadły mu na oczy.
– Nie? – zdziwiła się Narcyza. – Więc na co jeszcze czekasz?
– Muszę wam coś powiedzieć! – Draco odgarnął piąstkami kosmyki z czoła i spojrzał na rodziców z przejęciem.
– Słuchamy – zachęcił go ojciec łaskawym tonem, na co Narcyza uśmiechnęła się ledwo zauważalnie.
– W nocy był u mnie Mikołaj!
Lucjusz prychnął pod nosem i pokręcił z niedowierzaniem głową. Narcyza wzięła męża za rękę, chcąc go uspokoić.
– Miałeś taki sen, tak synku?
– To nie był sen, mamuś! On naprawdę istnieje! Dostałem od niego prezent.
– A to już ciekawe – zainteresował się Lucjusz. – Czyżby ktoś włamał się do naszego domu?
– Co takiego dostałeś? – indagowała spokojnie Narcyza.
– Magiczną kulkę, która spełnia życzenia.
– Ale Draco, to tylko bajka. Mikołaj nie istnieje – spróbowała łagodnie wytłumaczyć Narcyza.
– Istnieje! Rozmawiałem z nim! Dostałem prezent! – zawołał Draco i zerwał się z łóżka rodziców. – Zaraz wam pokażę!
– Cissy, błagam, zabroń mu spotykania się z mugolskimi dzieciakami – jęknął Lucjusz, kiedy chłopiec wybiegał z pokoju, tupiąc bosymi stópkami o parkiet.
Po chwili Draco wrócił z płaczem.
– Nieeeeeeee maaaaaaaaaaaa! – obwieścił. – K-ktoś mi u-uuuuukradł!
– Ciiicho, synku. – Narcyza przytuliła go do siebie. – To był tylko sen.
– T-to nie był s-seeeeeeeen! – Malec wtulił głowę w jej piżamę i łkał żałośnie.
– Prawdziwy mężczyzna nie płacze – zauważył ponuro Lucjusz, nie mogąc znieść tego hałasu, na co Draco zaczął zawodzić jeszcze gwałtowniej.
– Lu! – zawołała z oburzeniem Narcyza.
– No co? – zapytał bezgłośnie mężczyzna. Żona zgromiła go spojrzeniem i Lucjusz westchnął przeciągle. – Chodź do mnie, synu.
Draco oderwał się od mamy i spojrzał niepewnie na ojca.
– Pójdziemy sprawdzić twoje prawdziwe prezenty.
Narcyza delikatnie popchnęła synka w stronę Lucjusza i Draco z wahaniem wyciągnął rączkę do taty.
– Ale one nie znikną? – zapytał.
– Te na pewno nie – odparł poważnie mężczyzna.


25 XII 1995, Hogwart

– Draco, chodź! – zawołała Pansy z pokoju wspólnego. Draco wciąż leżał na łóżku i kontemplował jego sklepienie. Miał zły humor i nie zamierzał się stąd ruszać. – Draaaaaacoooo!
Drzwi otworzyły się z hukiem i w progu pojawiła się jego przyjaciółka z wojowniczą miną i założonymi na piersi rękami. Za jej plecami stanęli Vincent i Gregory.
– Musisz się tak wydzierać? – burknął Draco.
– Też się nad tym zastanawiałam – odparła. – Najwyraźniej ogłuchłeś. To przykre. W takim wieku…
Najwyraźniej nie mam ochoty cię słyszeć – odciął się, znów wracając do kontemplacji sklepienia.
– Co jest, masz świąteczną depresję? – zapytał Greg.
– To na pewno przez to, że nic jeszcze nie zjadłeś – zawyrokował Vinc.
– I nie poszedłeś rano z nami polatać!
– Przez co nie mogłeś z nami obrzucić śnieżkami małych Puchonek. To na pewno poprawiłoby ci humor.
– Chłopcy… – Pansy odwróciła się do kolegów. – Zostawcie nas na chwilę samych.
Ślizgoni wycofali się bez słowa. Draco jęknął rozdzierająco.
– Nie wymigasz się, kolego – ostrzegła dziewczyna, kiedy tylko za chłopakami zamknęły się drzwi.
– Daj spokój, Pans. Nie możesz pozwolić mi tu po prostu poleżeć?
– Nie mogę, są święta – odparła kategorycznie.
– Nienawidzę świąt! – zawołał Draco, jakby rzucał wyzwanie jakimś tajemniczym siłom.
– Uwielbiasz święta – zaprotestowała stanowczo Pansy.
– Nieprawda!
– Chyba nie powiesz mi, że chcesz się upodobnić do Snape’a? – zapytała Pansy z chytrą miną. – Wiesz, ten jego charakterek… to może iść w parze włosami…
– Nie jestem do niego podobny! – zawołał Draco z oburzeniem.
– Wiesz, w całym Hogwarcie tylko on nie lubi świąt. – Dziewczyna uśmiechnęła się szelmowsko.
Draco odruchowo przeczesał palcami swoje jasne kosmyki.
– Święta są takie… gryfońskie! – jęknął, ale już zdecydowanie z mniejszym przekonaniem.
– Ach, więc znów chodzi o Pottera – zrozumiała Pansy.
– Wcależenie – wymamrotał.
– Nie bądź dzieckiem, Draco. Poza tym święta prędzej są puchońskie niż gryfońskie. Czy to brzmi dla ciebie lepiej?
– Trochę – odparł bez przekonania.
– Paranoja – skwitowała Pansy.
– No co?
– Wstaniesz wreszcie?
– Nie – doparł buntowniczo.
– Mam dla ciebie prezent.
– Akurat!
– Naprawdę. Małe wspomnienie z dzieciństwa. – Pansy wyciągnęła z szaty zawiniątko.
– Trzeba było tak od razu mówić! – zawołał Draco, zrywając się z łóżka.
– Choć raz mógłbyś być bezinteresowny… – Szturchnęła go ze śmiechem.
– Nigdy! Nie kalam honoru Ślizgonów!
– Wariat.
Draco wyszczerzył się w uśmiechu na ten wątpliwy komplement.
– Comasz, comasz?
– Zgadnij! – Pansy odsunęła się od łóżka, by przyjaciel nie mógł jej odebrać prezentu. – Znalazłam to u ciebie w pokoju w pewne Boże Narodzenie.
– Wiesz, że nie lubię zagadek.
– Więc nie dostaniesz! – Cofnęła się jeszcze bardziej.
– Daj! Daj, daj! – zaczął ją gonić po pokoju. Kiedy rozburzyli pościel na wszystkich łóżkach, w końcu ją złapał i zaczął łaskotać.
– Masz – wydyszała, poddając się i oddając mu zawiniątko. – Pamiętam, że miałam zamiar zaraz ci to oddać, ale mnie obraziłeś i, zamiast tego, zabrałam do domu i schowałam, nic ci o tym nie mówiąc. Dopiero w te wakacje znalazłam przez przypadek na strychu.
Draco pośpiesznie rozdarł opakowanie.
– Pansy, ale co to…


25 XII 1995 Nora

– …jest?! – zapytał, widząc, jak świat wiruje i pomyślał ze złością, że Parkinson oberwie za ten idiotyczny kawał. Żeby w takim wieku wciąż bawić się w świstokliki, to już jest przesada! Ciekawe, gdzie przeniesie go ta głupia kulka!
– Tu jesteś, stary! Wszędzie cię szukałem! – Ktoś klepnął go w plecy.
Draco zamarł.
Nie musiał nawet się rozglądać. Nie musiał rejestrować tej biedy piszczącej z kątów, tego plebejskiego wystroju, tego tandetnego zapachu świąt...
Znał ten głos. I z całych sił modlił się, żeby natychmiast się obudzić.
– Hej, Draco? Wszystko w porządku? – Ręka powędrowała teraz na jego ramię.
– Nie dotykaj mnie, Weasley, ty kupo ghula! – warknął w odpowiedzi Draco, odsuwając się.
Wiewiór zachichotał.
– Uwielbiam twoje poczucie humoru, Draco. Zwłaszcza jak jesteś nie w humorze.
– Co?! – Draco aż podskoczył. – ŻE CO?!
Czy Wieprzlej właśnie zwrócił się do niego po imieniu?!
– Idę po Harry’ego. Chciał z tobą pogadać – zakomunikował Weasley.
– Potter?! – wykrzyknął Draco. To jakiś koszmar! Przecież to chyba nie dzieje się naprawdę?!
– No już, chyba nie będziesz się na niego nadal gniewał, co?
Gniewał?!
– Ależ skąd… – zaczął Draco z ironią, chcąc dać upust swojej frustracji, ale Weasley, który najwyraźniej wcale nie miał zamiaru rozpłynąć się w powietrzu, czy okazać wyjątkowo niestrawnym snem, natychmiast mu przerwał.
– To świetnie, już go wołam!
– Nie zamierzam się na niego gniewać – dokończył jednak Draco, mimo że Wiewiór właśnie opuścił pokój. – Zamierzam go nienawidzić do końca jego dni. – Zastanowił się przez chwilę, po czym uśmiechnął się do siebie. – Ha, czyli możliwe, że to już całkiem niedługo.
Rozglądnął się z obawą. Nie do wiary, że znalazł się w takim miejscu. On! W Boże Narodzenie! Pansy słono mu za to zapłaci. Tylko jak się stąd wydostać?
– Ron, o co chodzi? – Usłyszał znajomy głos na schodach.
– Nie udawaj. Chyba nie zamierzasz być obrażonym przez całe święta? – odparł Potterowi jego przyjaciel.
W ogóle, co tu się dzieje? Chyba powinien coś zrobić, ale jak na razie wszystko działo się zbyt szybko, a on był zbyt oszołomiony.
– Ale obrażonym na kogo? – zapytał Potter nic nierozumiejącym głosem. To akurat pozostało niezmienne.
– Harry, zaraz będziemy jeść świąteczny obiad. Lepiej pogódźcie się do tego czasu, co? – poprosił Wiewiór, wpychając swojego przyjaciela do pokoju i przekręcając za nim klucz od zewnątrz. – Dam wam trochę czasu sam na sam. – Zawołał jeszcze przez drzwi.
Jeśli Draco miał wcześniej wrażenie, że przyśnił mu się jakiś koszmar, teraz doświadczył go z tysiąckrotną siłą. Nie dość, że znajdował się w miejscu, które umieściłby zaraz po Azkabanie na liście tych, w których nigdy w życiu nie chciałby się pojawić, to jeszcze jego towarzyszem na tym skazaniu miał być nie kto inny tylko Harry Potter. I jego kretyńscy przyjaciele, ale już mniejsza o to. Potter. Potter, Potter, Potter. Jak Draco go nie znosił! A teraz ten rozczochrany pseudobohater stał przed nim, mrugając tymi swoimi wielkimi, zielonymi ślepiami, niczym kretyn.
– Agrh! – Potter końcu wydał z siebie nieartykułowany dźwięk i odwrócił się w stronę drzwi, które zamknął za nim Wiewiór. Szarpnął za klamkę, usiłując się wydostać. Draco zamknął oczy i siłą powstrzymał się przed westchnieniem. Zaraz będą wrzaski i walenie w drzwi. Klasyka. – Ron, to wcale nie jest śmieszne! Ron! Słyszysz?!
Weasley, Draco był tego pewny, słyszał doskonale i tak też się przy tym bawił. Dopisał go więc do listy osób, które zapłacą mu za dzisiejszy dzień.
Do pokrzykiwania zdesperowanego Pottera dołączyło się, oczywiście, walenie w drzwi.
– Potter, miej litość, i zacznij zachowywać się jak czarodziej, a nie mugolski bachor. I przestań się wydzierać z łaski swojej, bo zaraz dostanę migreny.
Podziałało. Potter przestał wrzeszczeć i odwrócił się w jego stronę.
– George? – zapytał niepewnie.
– Słucham? – Draco spojrzał nieufnie na Złotego Chłopca. O co tym razem chodzi?
– A może Fred? – Potter uśmiechnął się jakoś dziwnie i zrobił dwa kroki w jego stronę.
Czy Potter uważa, że on jest jakimś Geogrem albo Fredem?! A kim oni, do diabła są?! Ręce Draco odruchowo powędrowały do jego włosów, chcąc natychmiast sprawdzić, czy do wszystkich obecnych nieszczęść dołączyła się jeszcze jedna katastrofa. Odetchnął głęboko z ulgą, kiedy poczuł, że kosmyki są w dotyku takie jak zawsze.
– Nabraliście mnie, teraz możesz się przyznać, skąd mieliście włos Malfoya.
– Jeśli nie potrafisz odróżnić oryginału od kopii, to znaczy, że jesteś jeszcze bardziej niedorozwinięty, niż dotąd sądziłem – odparł z pogardą Draco. Nie widzieć, że on jest prawdziwy! Też coś!
– Ej, koniec psot! – Roześmiał się Potter.
Psot?!
– A co to, jakieś sekretne hasło?! – Draco skrzywił się w ironicznym grymasie. Potter i jego wysublimowane słownictwo!
– Ciekawe skąd to wiesz, skoro jesteś Malfoyem, co? – zachichotał już na dobre rozbawiony Potter.
Draco przewrócił oczami. No proszę, odgadł jakieś gryfońskie hasło.
– Skoro jestem Malfoyem, należałoby przypuszczać, że jestem po prostu sprytny. I bardzo inteligentny. Bystry i…
Draco właśnie się rozkręcał, ale, niestety, przerwał mu wybuch śmiechu Pottera.
– Naprawdę nie wiem, który to z was, ale świetnie udaje Malfoya! – oświadczył rozczochrany idiota, krztusząc się od śmiechu.
Bossssz. To. Jest. Straszne. A Pansy jest już martwa, to pewne. Co jej u licha odbiło, żeby urządzić mu takie piekło?
– Jestem Draco Malfoy, bóg seksu. Rozumiesz, Potter, czy to dla ciebie zbyt skomplikowana prawda życiowa?! – warknął Draco.
– Świetny kawał, naprawdę, ale chyba już czas na obiad, co?
– NIE!
– Szkoda, robię się głodny. – Potter wciąż nie tracił humoru, co jeszcze bardziej wkurzało Draco. – Ale myślę, że działanie eliksiru wieloskokowego zaraz się skończy, więc jakoś to wytrzymam, a potem pójdziemy zjeść te wszystkie pyszności waszej mamy.
Moja matka nie robi żadnych pyszności, ponieważ od gotowania mamy wykwalifikowaną służbę. A jeśli wydaje ci się, że cokolwiek zjem w tym weasleyowskim chlewie, to grubo się mylisz. Nie mam zamiaru się otruć.
Po tej deklaracji klucz w zamku przekręcił się i do pokoju weszła Weasleyówna.
– Hej, chłopaki i jak tam? – zapytała z uśmiechem. – Już wszystko dobrze?
– Lepiej być nie może – odpowiedział z przekąsem Draco.
– Usłyszałam śmiech Harry’ego i pomyślałam, że już po wszystkim.
– Tak, po wszystkim – przyznał Potter. – Fred i George zrobili mi świetny kawał.
– Cieszę się w takim razie, że dzięki nim się pogodziliście – odparła dziewczyna.
– Pogodziliśmy? – powtórzył Gryfon znów kompletnie zbity z tropu i Draco zaczął odczuwać satysfakcję. Jakiekolwiek były okoliczności, Potter był w nie wrobiony nie mniej niż on. Nie zdążył jednak nacieszyć się swoim spostrzeżeniem, bo ręka dziewczyny powędrowała w kierunku jego dłoni i pociągnęła go za sobą.
– Chodź, Draco. Mama chce, żebyś jej pomógł przy świątecznych rogalikach. Mówi, że nikt nie robi tego lepiej od ciebie.
Pooooomocyyyyyyyy!
– Bliźniacy i rogaliki? – zdziwił się jeszcze Potter. – Od kiedy to pomagają w kuchni?
– No właśnie od kiedy? – Po schodach zszedł jakiś rudzielec. Draco go nie kojarzył, ale jego wygląd mówił sam za siebie: musiał być jednym z tej weasleyowskiej szarańczy. Bliźniacy wyłonili się zaraz za nim.
– Mamy pomóc w kuchni? – zapytał George.
– To chyba jakieś nieporozumienie… – zdziwił się Fred.
– Właśnie robimy małe doświadczenie – dokończył George.
– Właśnie widzę – wyszczerzył się do nich Potter. – Ale zaraz, skoro wy dwaj jesteście tutaj, to kto został zwielosokowany w Malfoya? Chyba nie spoiliście biednego ghula, co?
Fred i George popatrzyli na siebie dziwnie.
– Harry, masz gorączkę?
– To na pewno ze złości.
– A wiesz, że złość piękności szkodzi?
Draco zakrztusił się, myśląc, że to doprawdy pocieszne, iż ktokolwiek może uważać, że wyglądowi Pottera cokolwiek może jeszcze zaszkodzić.
– Nie jestem zwielosokowany, tylko prawdziwy! - oświadczył dobitnie.
– Chodź, Draco, może bliźniaki wybiją mu z głowy te głupoty. – Weasleyówna znów pociągnęła go za rękę, a on był zbyt szokowany, by protestować i dał się sprowadzić na dół po skrzypiących niemiłosiernie schodach.
– Draco, kochaneczku, dobrze, że jesteś! – zawołała na jego widok pani Weasley, a Draco wybałuszył na nią oczy. Czu ona właśnie nazwała go kochaneczkiem?! Zwykle zwracała się tak do Pottera. Nie żeby mu zazdrościł, albo coś. Przecież nieraz słyszał ten przesłodzony głos. Chociaż właściwie można by pomyśleć, że jest po prostu… ciepły?
– To jak, pomożesz mi? – zapytała.
Pan Weasley posłał mu przez pokój uśmiech.
– Dołączam się do prośby. Co to za święta bez twoich rogalików?
Z braku lepszego pomysłu na reakcję, Draco uśmiechnął się niewyraźnie, by zyskać na czasie. Na dodatek coś połaskotało go w żołądek.
Pewno mdłości, pomyślał. Żeby wylądować na święta w domu wariatów!
– No, lepiej jej pomóż – wtrącił kolejny rudzielec. Tego akurat Draco chyba kojarzył. Zdaje się, że przez jakiś czas sprawował funkcję bardzo denerwującego prefekta Gryffindoru. Nie żeby Gryfoni sami w sobie nie byli denerwujący, ale ten sprawiał wrażenie szczególnie przemądrzałego. – Francuska kuchnia jest dla mamy zbyt wyrafinowana.
Nie dziwię się, pomyślał z ironią Draco i już miał wygłosić jakiś kąśliwy komentarz, kiedy pomyślał, że ten… Percy? – Tak ten kretyn miał na imię Percival! – …jest strasznie niemiły.
– To jak, kochaneczku? – Molly Weasley uśmiechnęła się wyczekująco.
– Pewnie – odparł Draco i sam przeraził się uśmiechem, który mimowolnie wypełzł mu na usta w odpowiedzi. Na dodatek nie miał pojęcia, jak miałby pomóc. A przecież nie mógł się skompromitować!
I wtedy właśnie doznał olśnienia. Francuska kuchnia, oczywiście! Przypomniał sobie święta, kiedy był jeszcze bardzo mały i razem z rodzicami jeździli do prababci Jeanette, która mieszkała w Les Houches. Tam wszystkie dzieciaki pomagały przy świątecznych wypiekach i Draco naprawdę to uwielbiał. Nie trzeba było zachowywać się jak przystało młodemu czarodziejowi, jak zwykł mawiać tata. Można było upaprać się po łokcie w czekoladzie, obrzucać razem z kuzynami mąką, zajadać ciepłe ciasteczka prosto z pieca. A te typowo francuskie rogaliki były właśnie jego ulubionymi. Jak to możliwe, że w ogóle o tym zapomniał? Jeśli się postara, to może przypomni sobie nawet przepis!
Tymczasem pani Weasley przygotowywała właśnie miejsce pracy.
– Rozgość się. – Zrobiła zapraszający gest. – Zaraz do ciebie przyjdę.
Tym sposobem Draco został sam i gorączkowo zaczął się zastanawiać, co mu się tak właściwie przydarzyło. Przy okazji odruchowo wybierał składniki. W ciepłej, przytulnej kuchni Weasleyów, czuł się, jakby znów znalazł się w Les Houches. Jakby przyjechał do prababci na kolejne święta, a te kilkanaście lat jakie upłynęły od ostatniego razu, były jedynie krótką chwilą. Prawdę powiedziawszy miał wrażenie, jakby to było wczoraj. A jednak, coś tu było cholernie nie tak. Gdyby Pansy, w nagłej potrzebie zrobienia mu świątecznego kawału, wcisnęła mu do ręki zwykły świstoklik, raczej nikt nie przywitałby go tutaj z otwartymi ramionami. Wszystkiego, czego mógłby się spodziewać, to gradu klątw, a już na pewno nie rogalików według przepisu prababki.
– O co, do cholery, tu chodzi?! – Z zamyślenia wyrwał go niemiły głos Pottera.
– Z ust mi to wyjąłeś – warknął Draco.
– Póki co, nie przypominam sobie, żebym coś do Twoich ust wkładał – zauważył sucho Potter.
– Jeszcze tego by brakowało! – zawołał z obrzydzeniem Draco, któremu, nie wiedzieć czemu, stanął przed oczami bardzo jednoznaczny obrazek.
– To naprawdę ty, Malfoy? – zapytał Potter, przyglądając mu się wzrokiem, jakim obserwuje się tykającą bombę.
– Nie, Święty Mikołaj – odparował Draco.
– Cóż, to akurat byłoby całkiem na miejscu – zauważył Potter i Draco wydawało się, że Gryfon nieznacznie się uśmiechnął, ale zaraz doszedł do wniosku, że rzeczywiście tylko mu się wydawało.
– W przeciwieństwie do mnie, co? – mruknął Draco. Czy on się czuje urażony faktem, że Potter nie cieszy się z jego widoku?! Absurd! – A na kogo ci wyglądam, baranie?
– Na zarozumiałego dupka, który niezrozumiałym sposobem panoszy się w kuchni moich przyjaciół – warknął Potter. – Co tu robisz?!
– Już przecież sam sobie odpowiedziałeś na to pytanie – odparł Draco spokojnie, zabierając się za rozbijanie jajek. – Panoszę się.
– Skąd się tutaj wziąłeś? – Potter dalej indagował ostrym tonem.
– Z nieba. Jak przystało na porządnego Mikołaja.
– Malfoy!
Draco wzniósł oczy do góry, sięgając po mąkę.
– Dzięki ci, Salazarze. Przypomniał sobie moje nazwisko.
– Nikt na świecie nie potrafi mnie tak wkurzyć. To musisz być ty. – Potter przyjrzał mu się chmurnie.
– W ten zawoalowany sposób chciałeś wreszcie przyznać, że jestem niepowtarzalny. – Draco uśmiechnął się promiennie.
Zawoaco? – Potter zmarszczył brwi. – Nie ważne. Nie zmieniaj tematu! Skąd się tutaj wziąłeś, Malfoy?!
– Nie wrzeszcz. Sam chciałbym wiedzieć – burknął Draco.
– Jasne. Mnie nie oszukasz! Co im zrobiłeś?
– Komu? – Draco oderwał się od zagniatania ciasta, mgliście zdając sobie sprawę, że chyba zwariował, skoro niszczy swoje wypielęgnowane dłonie w taki sposób.
– Nie udawaj! Weasleyom.
– Ja? Im? – Szare oczy zrobiły się większe i przybrały niewinny wyraz.
– Przecież widzę. Wszyscy dosłownie ocipieli na twoim punkcie.
Uu, Potter zaczynał się złościć.
– Może wreszcie przejrzeli na oczy, nie sądzisz? – zapytał słodko Draco.
– Nie, nie sądzę – warknął Harry.
– W porządku, wiec wolisz utrzymywać, że zaplanowałem sobie tutaj małe wakacje? Nie uważasz, że nieco prostszym rozwiązaniem jest założenie, że to mnie ktoś w to wpakował, niż, że ja samodzielnie rzuciłem urok na dziesiątkę ludzi?
– Dziewiątkę – poprawił rzeczowo Potter.
– Tak czy inaczej, pochlebiasz mi. – Usta Draco wygięły się w półuśmieszku. – Jednakże mam lepsze pomysły na Święta, niż spędzanie ich w takiej norze.
– Licz się ze słowami!
– Powiedziałem coś nie tak? Wydawało mi się, że użyłem jedynie nazwy tej rezydencji!
– Wszystko jest cholernie nie tak, Malfoy.
– O, Harry, widzę, że też przyszedłeś pomóc Draco. To miło z twojej strony. – Do kuchni wróciła pani Weasley. – W takim razie ja zajmę się z Ginny indykami.
Potter odprowadził wzrokiem kobietę z wyrazem szoku na twarzy.
– No co jest, Potter? Podwijaj rękawy i do roboty – zakomenderował Draco ze złośliwym uśmiechem, kiedy znów zostali sami.
– Nie mam pojęcia, jak się robi jakieś pieprzone, francuskie rogaliki! – wrzasnął Harry.
– Spokojnie, będę ci mówić, co masz robić. – Draco uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Jeszcze czego! – prychnął Potter.
– Chyba nie chcesz popsuć Weasleyom świąt, co?
Potter przez chwilę stał i mierzył go złowrogim spojrzeniem.
– Robię to tylko dla nich – zdecydował w końcu. – Choć i tak wiem, że są pod działaniem jakiegoś uroku – zastrzegł.
– To oczywiste! – zgodził się Draco. – Są pod wpływem mojego uroku!
– Więc jednak!
Osobistego, baranie! – Draco pokręcił z dezaprobatą głową. Potter i jego lotny umysł.
– To ciekawe… – zaczął złowrogo Potter, zbliżając się do kuchennego blatu, na którym leżały składniki. – Myślisz, że jak obrzucę cię jajkami, czar pryśnie?
– Nie odważysz się! – Draco cofnął się nieznacznie.
– Jestem Gryfonem, zapomniałeś? – W oczach Pottera pojawiły się niebezpieczne błyski.
– Kuchnia zamieni się w jeden wielki chlew…
– Przecież sam mówiłeś, że to jest chlew – zauważył z ironią Potter.
Accio jajka! – zawołał z desperacją Draco i pudełko zniknęło z zasięgu ręki Pottera.
– Jestem też pomysłowy i umiem znajdywać substytuty. – To mówiąc, Harry nabrał pełne garście mąki. – Ty wstrętny, ulizany, Ślizgonie!
Biały pył poleciał w stronę Draco, dosięgając go bezbłędnie.
– Tylko nie… yhy, yhy – Ślizgon zakrztusił się mąką, która wpadła mu również do buzi. – Tylko nie ulizany!
I w tym momencie Draco postanowił wykorzystać trzymane w ręce jajka, jako broń. Po chwili obaj wyglądali już jak chodzący omlet. A właściwie rzucający się konwulsyjnie po podłodze, bo gdy składniki, przeznaczone na rogaliki się wyczerpały, chłopcy przeszli do rękoczynów, a wkrótce potem zaczęli się dziko tarzać po podłodze.
– Agresja jest przejawem seksualnej perwersji – obwieściła złowrogim tonem Granger, wchodząc do kuchni.
Draco i Harry odskoczyli od siebie jak oparzeni.
– Merlinie, jak tu wygląda?! – Dziewczyna załamała ręce. – Natychmiast coś z tym zróbcie. I ze sobą przy okazji. Byłoby też dobrze, gdybyście upiekli jakiekolwiek ciasteczka.
– Chyba skończyły nam się składniki – zauważył Draco.
– No to poćwiczycie transmutację. Przynajmniej część rozpierającej was energii zużyjecie pożytecznie.
– Miono, Molly wysłała cię, byś sprawdziła, jak nam idzie? – zaniepokoił się Potter.
Dziewczyna uśmiechnęła się szelmowsko.
– Właściwie to nie, choć na pewno wszyscy będą zawiedzeni, jeśli rogalików nie będzie. Ale rzeczywiście miałam sprawdzić, jak wam idzie.
– Czyli właściwie co? – zapytał podejrzliwie Draco.
– Bliźniacy się założyli.
– O co? – Teraz Potter zrobił zaniepokojoną minę.
Granger jednak nie miała najwyraźniej ochoty na udzielanie odpowiedzi, bo odwróciła się na pięcie i niechybnie opuściłaby kuchnię, gdyby nie wpadła prosto na bliźniaków.
– I co? I co?
– Kto wygrał?
– George – odparła krótko i chciała przejść, ale Fred ją zatrzymał.
– Widzisz, mówiłem ci, perwersie! – Ucieszył się George.
– Pff, to jeszcze nie rozstrzygnięte – oburzył się Fred. – Na czym dokładnie ich przyłapałaś, gdy tu weszłaś?
Draco i Harry przysłuchiwali się tej dyskusji w oniemieniu. Ociekali jajkami, a w powietrzu wciąż unosiła się mąka, niemniej dyskusja bliźniaków zaintrygowała ich obu.
– Fred, skoro przegrałeś, to musi oznaczać, że bili się w najlepsze, prawda? – zniecierpliwiła się Hermiona.
– Ha, a nie mówiłem?! – Znów ucieszył się George.
– A może odpowiedniejszym określeniem byłoby na przykład: tarzali się po podłodze – podsunął Fred, ignorując brata.
– Można i tak to ująć – zgodziła się Hermiona. – Nie rozumiem jednak…
– Mogłaś nieco źle ocenić sytuację i tak naprawdę tarzali się w nieco innych intencjach.
– Na przykład chcieliśmy wypolerować wam podłogę – wtrącił się Draco.
Hermiona zachichotała. Harry spojrzał na nią z niedowierzaniem, ale dziewczyna tylko puściła mu oczko.
– Fred, powinieneś nauczyć się przegrywać – oświadczył George. – Nie było żadnego seksu. A już na pewno na stole. – Harry zakrztusił się gwałtownie. – Tłukli się w czysto morderczych zamiarach.
– Właściwie tylko wymienialiśmy poglądy – sprostował Draco.
– Widzisz, George? Wymieniali poglądy… kto wie, co jeszcze?
– Idę pomóc Molly i Ginny przy indykach. A wy tu sobie wymieniajcie co chcecie – oświadczyła Hermiona i wymaszerowała z kuchni, po paru krokach odwracając się jednak jeszcze i dodając z błyskiem w oku: – A tak na przyszłość, naprawdę umiem rozpoznać, kiedy dwójka czarodziejów uprawia seks!
– No proszę, nasza bratowa się wyrabia – zachichotał Fred.
– Widać Roniaczek nie traci czasu – wyszczerzył się George. – Ale ty tu braciszku nie susz szczęki, tylko zmiataj na podwórko. Rąbiesz moją porcję drewna.
– Twoja wygrana wciąż pozostaje dyskusyjna – oświadczył buntowniczo Fred, ale George wypchnął go z kuchni.
– Wybraliśmy obiektywnego arbitra.
– Niemniej jednak to tylko dziewczyna. – Bliźniacy wciąż się kłócili, oddalając się.
– Masz rację, następnym razem poprosimy Percy’ego. On zna się na tych sprawach, jak nikt.
– Nie, nie, uważam, że Hermiona była świetna…
Głosy bliźniaków ucichły, a Draco znów został z Potterem sam. Scenka, która rozegrała się na ich oczach, wprawiła ich w osłupienie, jednak żaden nie odważył się tego skomentować. Wymienili tylko ponure spojrzenia i w milczeniu zabrali się za przygotowywanie ciasteczek. W przestrzeni między nimi zawisło pierwsze zdanie Hermiony, jakie wypowiedziała, wchodząc do kuchni i trzymało ich w bezpiecznej odległości od siebie. A przynajmniej Draco za nic w świecie nie miał zamiaru zdradzać oznak jakkolwiek pojętej agresji.

*

– Nieźle sobie radzisz w kuchni, jak na rozpieszczonego Ślizgona – zauważył pokojowo Potter, gdy skosztował rogalika z pierwszej porcji.
– Tobie też całkiem dobrze poszło, jak na Złotego Chłopca – przyznał Draco, walcząc z rozciągającym mu usta uśmiechem i starając się doprowadzić do ładu swoje dłonie.
–Draco, skończyłeś piec? Świetnie pachnie – Do kuchni wszedł Ron, wciągając głęboko zapach unoszący się w całej kuchni i wyciągnął rękę po ciasteczko.
Draco jęknął.
– Nie radzę, Wiewiór. Zatrułem je – ostrzegł.
Ron zachichotał.
– Wtedy Harry by ich nie jadł, prawda?
Draco przez chwilę rozważał możliwość poinformowania, że właściwie nie ma nic przeciwko zatruciu również Pottera, ale widząc rozanieloną minę Weasleya, szybko stwierdził, że byłoby to marnowanie czasu. I że Potter może być mu jeszcze potrzebny.
– Pst, Potter?
– Mmm? – zapytał Potter z pełnymi ustami.
– Co powiesz na rozejm?
– Rozejm?! – Potter przełknął, a jego zielone oczy zrobiły się jeszcze większe niż zwykle.
– Tak, rozejm – powtórzył z irytacją Draco. Dlaczego ten głąb nigdy niczego nie pojmował?
Potter wyglądał, jakby się zastanawiał.
– W sumie może to nie jest taki zły pomysł, wiesz? Na razie tylko ty jeden zachowujesz się normalnie.
– Może nie zauważyłeś, ale tylko ja jeden jestem w tym towarzystwie normalny. Namyśliłeś się?
– Rogaliki są lepsze niż kiedykolwiek – wtrącił Ron. – Nad czym się zastanawiasz, Harry?
– Nie zastanawiam się. Zgoda. – Potter wyciągnął rękę.
Draco kontemplując wyciągniętą w swoją stronę dłoń, zastanawiał się, czy to naprawdę on zaproponował podobną bzdurę. W końcu również wyciągnął rękę.
– Rozejm, w takim razie.
– Rozejm – potwierdził Potter.
– No nareszcie! – ucieszył się Ron i Draco wymienił z Potterem porozumiewawcze spojrzenie, po czym w jednym momencie ich wzrok padł na jeszcze złączone ze sobą dłonie, które pośpiesznie cofnęli. – Idę po dziewczyny i powiem im, że skończyliście. Jak zrobią indyka, będzie można siadać do stołu. Umieram z głodu!
Ron wybiegł z kuchni, ale zaraz jego głowa pojawiła się ponownie w drzwiach.
– Aha, możecie w tym czasie przynieść swoje paczki pod choinkę.
– Potter, o co chodzi? – Draco założył ręce na piersi.
– O prezenty – powtórzył Potter.
– Tyle i ja zrozumiałem – mruknął z przekąsem Draco.
– Mamy włożyć przygotowane przez nas paczki pod choinkę – wyjaśnił cierpliwie Potter.
– Paczki? Przygotowane p r z e z n a s?
– No wiesz, Malfoy, w święta na ogół ludzie dają sobie prezenty. – Potter uśmiechnął się z wyższością. – Słyszałeś o tym kiedyś?
– Obiło mi się o uszy. Ale on chyba nie sądzi, że ja… to znaczy… – Draco zastanowił się przez chwilę, ale wnioski wcale mu się nie spodobały. – Myślisz, że pod choinką jest również prezent dla mnie?
– To chyba najbardziej absurdalna rzecz, jaka przyszła mi do głowy, ale chyba tak – odparł z wahaniem Potter.
– Możemy to teraz sprawdzić? – zapytał nerwowo Draco.
– Nie wierzę! Nie możesz się już doczekać? – prychnął Potter.
– Chcę się przygotować, baranie – warknął Draco.
– Czyli co właściwie? Chyba nie chcesz powiedzieć, że…
Nie, Draco też w to nie wierzył.
– Pójdziesz zanieść swoje prezenty i zobaczysz – postanowił.
Potter niechętnie przystał na tę propozycję. Po chwili wrócił z niewyraźną miną.
– I co? – zapytał niecierpliwie Draco. Właściwie dlaczego tak bardzo go to obchodziło?
– Myliłem się – odparł Potter z dziwną miną.
Draco poczuł irytujące ukłucie. Rozczarowanie? A niby na co mu prezenty od Weasleyów?
– To znaczy, że kłopot z głowy – oświadczył chłodno.
– Wręcz przeciwnie. Pod choinką leży cała góra prezentów dla ciebie. Dostałeś coś chyba od każdego z rodziny!
Potter był tym wyraźnie zszokowany, Draco zaś musiał się wysilić, by nie pozwolić głupiemu uśmieszkowi wypełznąć na usta.
– Nie mam nic dla nikogo – stwierdził jednak obojętnie.
– Jakoś mnie to nie dziwi – odparł z przekąsem Potter.
– Mógłbyś się nie wymądrzać, tylko pomoc mi coś wymyśleć.
– Na przykład co?
– Na przykład – wycedził Draco – jak zdobyć prezenty dla całej tej bandy. Bo ciebie sobie daruję, oczywiście.
– Nie mówisz poważnie, prawda?
– Mówię całkiem poważnie. Ty nic ode mnie nie dostaniesz.
– Myślisz, że miałbym na to ochotę?! Nie potrzebuję tu ściągać sztabu aurorów do bezpiecznego otwierania świątecznych paczek.
– Potter, skup się, dobra? Skąd możemy wziąć jakieś cholerne prezenty?
– Ja mam swoje od dawna – odparł z zadowoleniem. Widać doskonale się bawił.
– To świetnie – warknął Draco. – Dla mnie też coś masz?
– Pewnie. W końcu przygotowywanie gwizdkowych prezentów specjalnie dla ciebie należy do stałych punktów świątecznego programu – sarknął Potter.
– Daruj sobie. Ironia nie jest tym, co wychodzi ci najlepiej – skrzywił się Draco.
– A co, według ciebie, wychodzi mi najlepiej – zainteresował się Potter.
Draco uśmiechnął się dwuznacznie.
– Mógłbym mieć na ten temat pewną teorię.
– Mam wrażenie, że nie chcę jej poznać. – Potter potrząsnął głową.
– Skoro tak twierdzisz. – Draco wzruszył ramionami. – Możesz mi pomóc?
– Ale… co… – zaczął Potter, po czym spojrzał na uniesioną brew Draco i dokończył: – Niech stracę. Jeśli teraz wyjdziemy, powinniśmy dotrzeć do pewnego sklepu.
– No to chodźmy.

*

– Daleko jeszcze? – Draco czuł się zmęczony, głodny i rozdrażniony. A może głodny, zmęczony i rozdrażniony?
– Przestałbyś wreszcie marudzić, Malfoy! – ofuknął go Potter.
– Chciałbym po prostu wiedzieć, czy wyrobimy się do Wielkanocy – mruknął. Chyba jednak rozdrażniony, zmęczony i głodny.
– Już prawie jesteśmy.
– Prawie to toniemy w śniegu. Czy tutaj nikt nie odśnieża? – Teraz był już pewien, że przede wszystkim czuł się przemoczony.
– Draco, śnieg pada na okrągło, a jest Boże Narodzenie – wyjaśnił zniecierpliwiony Potter.
– I co, nie wolno dziś używać magii?
– To mugolska wioska, baranie.
– Żartujesz sobie?
– W żadnym wypadku.
– I co chcesz kupić czarodziejom w mugolskich sklepach?
– Ja nic.
– Potter, nie drażnij się ze mną!
– Bo? – Potter w zabawny sposób uniósł brwi. Tak jakby chciał go… sprowokować?!
– Bo pożałujesz!
– Przypominam ci, że niepełnoletnim czarodziejom nie wolno używać czarów poza szkołą.
– Bynajmniej nie mówię o czarach. – Draco uśmiechnął się szelmowsko i schylił się, nabierając pełną garść śniegu.
– Hej, co robisz?! – zawołał z oburzeniem Potter, kiedy pierwsza kulka trafiła go w głowę.
– A jak myślisz? – roześmiał się Draco. Był z siebie całkiem zadowolony.
– Och, ty! Ja ci pomagam, a ty mi się tak od... Auu!
– Na razie przegoniłeś mnie, Merlin wie, ile mil po pas w śniegu, tylko po to, żeby doprowadzić do mugolskiej wioski. I ty to nazywasz pomocą?!
– A miałeś lepsze pomysły? – zapytał Potter i również rzucił kulką. Niestety celnie.
Po chwili tarzali się już w śniegu na przemian obrzucając się wyzwiskami lub chichocząc i Draco musiał przyznać, że to było naprawdę fajne. Nie pamiętał już, kiedy tak beztrosko bawił się w święta. Kiedy nie musiał zachowywać się, jak na czarodzieja przystało.
– Powiesz mi, skąd się tutaj wziąłeś? – zapytał Potter, kiedy w końcu wstali i usiłowali otrzepać się ze śniegu.
Draco wzruszył ramionami. Co właściwie miał odpowiedzieć?
– Nie wiem.
– Daj spokój, coś musisz wiedzieć, prawda? – Potter nie miał zamiaru dać tak łatwo za wygraną.
– Będziesz się śmiał.
– Przekonaj się – zaproponował Potter, a Draco zdał sobie sprawę, że naprawdę chce się tym z kimś podzielić.
– Dziś rano miałem kiepski humor.
– W świąteczny poranek? – zdziwił się Potter. No tak, przecież nie mógł wiedzieć, że Draco słyszał, jak Ron proponuje przyjacielowi zaproszenie Chang na Sylwestra do Nory. Nie żeby Draco jej zazdrościł, broń Salazarze! Tylko sama myśl, jak entuzjastycznie zareaguje Krukonka, sprawiła, że go zemdliło. Ta potteromania naprawdę działała mu na nerwy.
– Tak wyszło – mruknął. – Nie chciałem wyjść z dormitorium i Pansy postanowiła coś z tym zrobić. A jak ona się na coś uprze…
– Jest nawet gorsza od ciebie? – zapytał Potter z niedowierzaniem.
– Zdarza jej się – przyznał Draco, przypominając sobie niektóre pomysły przyjaciółki. – Tym razem, by wywabić mnie z łóżka, użyła podstępu i powiedziała, że ma dla mnie prezent.
– I nie miała?
– W tym problem, że miała. Małą, szklaną kuleczkę.
– Świstoklik – dopowiedział Potter.
– Niby dobrze kombinujesz, Potter – przyznał Draco. – Jednak oboje musimy się zgodzić, że o wiele więcej się w tej układance nie zgadza, niż tylko miejsce mojego pobytu.
– Weasleyowie – przyznał Potter.
– Właśnie.
– Rozumiem, że masz jakieś przypuszczenia.
– Przypuszczenia? – Draco spróbował udać zdziwionego.
– Nie wyszło ci. – Potter zmrużył oczy.
– Niby co? – zapytał niewinnie Draco.
– Udawanie zaskoczonego. Mów, co to za teoria.
– Będziesz się śmiał! – zaprotestował Draco.
– Jakbyś się tym przejmował. – Potter wzruszył ramionami. – Mam ci obiecać, że nie będę?
Draco jedynie prychnął w odpowiedzi.
– W porządku, obiecuję – westchnął Potter.
– Wiesz, gdzie ja mam twoje gryfońskie obietnice?!
– Właśnie: gryfońskie. Dobrze, że podkreśliłeś. To mówi samo za siebie. I nie próbuj już zmienić tematu tylko mów. Chyba obaj chcemy coś z tym zrobić, prawda?
Draco zaniepokoił fakt, że odpowiedź wcale nie wydała mu się oczywista.
– Prawda? – nalegał jednak Potter.
– Prawda, prawda – mruknął Draco. – Więc sęk w tym, że kiedyś zgubiłem bardzo podobną kulkę.
– Kiedyś?
– Kiedy byłem małym chłopcem.
– Okey – powiedział powoli Potter. – I co z tą kulką było nie tak?
– Dlaczego od razu musiało coś być nie tak? – obruszył się Draco.
– O ile rozumiem, podejrzewasz, że właśnie ta kulka wpakowała nas w to wszystko.
– No tak, racja. No więc… – Draco łypnął złowrogo na Pottera. – Potter, przysięgam, że jak będziesz się śmiał to cię zabiję.
Na to oświadczenie Potter roześmiał się głośno.
– Jesteś niemożliwy, wiesz?
– Miałeś na myśli niesamowity?
– Nie, miałem na myśli właśnie niemożliwy.
– Pff.
– Powiedz mi wreszcie, o co chodzi.
– Z czym?
– Z tą kulką!
Draco głęboko nabrał powietrza.
– Wiem, że będzie trudno ci w to uwierzyć, ale kiedy byłem mały, miałem mugolskiego przyjaciela.
– Serio? – zdziwił się Potter. – I twoi rodzice na to pozwalali?
– Nie do końca. Tata dostawał szału, ale mama uważała, że potrzebuję towarzystwa innych dzieci.
– Kto by pomyślał…
– Potter! – ostrzegł Draco, udając, że sięga po śnieg.
– Twoja mama miała rację – zapewnił pośpiesznie Potter, wywołując uśmiech na twarzy Draco. – Sądzę nawet, że potrzebowałeś towarzystwa bardziej niż inne dzieci. – Cóż, bardzo krótkotrwały uśmiech.
– Nazywał się Hillary – po chwili Draco podjął opowieść. – Miałem może z pięć lat, kiedy opowiedział mi bajkę o Świętym Mikołaju. To znaczy on uważał, że mówi prawdę. Kiedy jednak powtórzyłem to rodzicom, wyjaśnili mi, że to bzdury. Z trudem, bo z trudem, ale pogodziłem się z tym i po opowiedzeniu mi przez mamę innej bajki, zasnąłem. Czy Mikołaj istniał czy nie, rano miały pod choinką czekać na mnie prezenty. Nie udało mi się jednak przespać spokojnie nocy, bo coś mnie obudziło i stwierdziłem, że ktoś obcy jest w moim pokoju. Miałem właśnie zacząć krzyczeć, kiedy nieznajomy się ujawnił i poprosił mnie, żebym nie budził rodziców. Oczywiście nie posłuchałbym go w normalnych okolicznościach, gdyby nie to, że wyglądał jak…
– Święty Mikołaj?
– Właśnie. Wszystko zgadzało się z opisem Hillary'ego. Staruszek pogawędził ze mną chwilę, po czym podarował mi ową kulkę, mówiąc, że spełni moje dowolne marzenie, ale dopiero w dzień Bożego Narodzenia. I że sama je odgadnie.
– No dobrze, ale co to ma właściwie wspólnego z obecną sytuacją? – zniecierpliwił się Potter.
– Poczekaj, jeszcze nie skończyłem! – upomniał go Draco. – Zasnąłem uszczęśliwiony ze swoim prezentem zaciśniętym w dłoni. Rano jednak nigdzie nie odnalazłem szklanej kulki i po małej awanturze w sypialni rodziców dałem sobie wytłumaczyć, że to był tylko sen i o wszystkim zapomniałem. Zresztą tamtej gwiazdki dostałem od taty małą miotłę. To sprawiło, że szklana kulka odeszła definitywnie w niepamięć.
– Nadal nie rozumiem, do czego zmierzasz – zauważył Potter.
– Przez lata ani razu nie wróciłem myślami do tamtych wydarzeń – kontynuował niewzruszenie Draco. – Aż do dziś, kiedy Pansy oświadczyła, że ma dla mnie prezent. Małe wspomnienie z dzieciństwa, jak to określiła. Powiedziała też, że dawno temu znalazła to u mnie w domu i schowała, żeby zrobić mi kawał, a potem o tym zapomniała. Teraz odnalazła ją przypadkiem. Nic więcej się od niej nie dowiedziałem, bo gdy tylko wziąłem ją do ręki, znalazłem się tutaj. Koniec.
– Nie wiem, co powiedzieć – podsumował Potter.
– Uważasz, że to idiotyczne.
– Uważam, że to dziwne.
– Ja też.
– Musimy to jakoś rozpracować, ale na razie zróbmy zakupy. Jesteśmy na miejscu.
Draco rozglądnął się nieufnie dookoła.
– Wytłumacz mi, jak mam tu nabyć sensowne prezenty.
– Spokojnie. Pan Weasley uwielbia wszystko, co mugolskie. Ucieszy się z dowolnego eksponatu.
– I co mam mu kupić? Frytkownicę?
– Świetny pomysł! – zaaprobował ochoczo Potter, po czym zmarszczył brwi. – Skąd wiesz, co to jest frytkownica?
– Proszę, chyba nie uważasz, że jestem o g r a n i c z o n y?
– Ależ skąd, w życiu nie przyszłoby mi to do głowy! – zęby Pottera błysnęły w uśmiechu.
– Nie zaczynaj od nowa, Potter! – ostrzegł Draco. – Co z resztą Weasleyów?
– Ginny kupimy na przykład… apaszkę, Ronowi nieco słodyczy, Percy’emu… Nie wierzę, że to robimy!
– Ja też nie, Potter, ja też – mruknął Draco.
– A co do reszty, jest tu pewien sklepik, który nie jest zupełnie mugolski. Powinniśmy tam znaleźć coś dla pozostałych.
– Świetnie.
– Zatem chodźmy. – Potter ruszył w stronę wskazanego sklepu.
– Potter?
– Tak, Malfoy?
– Nie uważasz, że skoro zawarliśmy rozejm i robimy to, co właśnie robimy. I w ogóle te święta…
Potter zatrzymał się i zaczął się mu przypatrywać z dziwną miną.
– Czy ty się plątasz?
Cholerny Potter! Zawsze wszystko utrudniał.
– Nie, skąd. Chciałem tylko zapytać, czy nie sądzisz… – A jednak miał wyraźne problemy z wypowiedzeniem swojej propozycji. – Może tymczasowo mówilibyśmy sobie po imieniu? – wyrzucił w końcu.
Potter uniósł jedną brew i Draco znienawidziłby go za to, gdyby to oczywiście było jeszcze możliwe. Nienawidził go przecież całym sercem od długich pięciu lat. No dobra: czterech lat, czterech miesięcy i dwudziestu czterech dni.
– Po imieniu? My?
Draco machnął lekceważąco ręką.
– Zapomnij. – I ruszył przed siebie.
– Zaczekaj, Draco. Z przyjemnością! – zawołał za nim Potter i Draco zatrzymał się, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.

*

– Jak to: zgubiliśmy się? – powtórzył po raz setny Draco.
– Po prostu. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale nie wiem, w którą stronę powinniśmy iść.
– Salazarze, co mnie podkusiło, żeby wybrać się z tobą – jęknął Draco.
– Nie pomagasz – zauważył chmurnie Potter.
– Zimno mi – poskarżył się Draco.
– Mnie też – przyznał Potter.
– Może jednak użyjemy czarów? – zaproponował z nadzieją.
– Nie ma mowy – zaprotestował Potter. – Już raz przez to przechodziłem. Nie mam ochoty na powtórkę.
– A masz ochotę zamarznąć w Boże Narodzenie?
– Trzeba coś wymyślić.
– W przeciwieństwie do ciebie, ja się staram – prychnął Draco.
– Jasne, podsuwając nierealne rozwiązania. Spójrz, tam stoi jakaś szopa. Wejdźmy do niej chociaż na chwilę i się ogrzejemy.
– Myślisz, że ogrzejemy się w nędznej szopie?! – przeraził się Draco.
– Zawsze będzie cieplej niż tutaj, prawda?
– To zależy, czy mają tam siano… – Draco uśmiechnął się przekornie.
– Co masz na myśli?! – zawołał Potter.
– Widzę, że już na samą wzmiankę zrobiło ci się gorąco – zachichotał Draco.
– Malfoy!
– Mieliśmy mówić sobie po imieniu, Harry, pamiętasz?
– A tak, rzeczywiście – bąknął Potter, rumieniąc się.
– Rumienisz się?
– Wcależenie! – zaprotestował gwałtownie Harry.
– Chodź już lepiej do tej szopy, bo naprawdę zamarzam – oświadczył wesoło Draco.
Szopa okazała się bardzo dziwnym miejscem i trudno było ocenić, do czego służyła. Właściwie wyglądała, jakby była zamieszkana. Na środku płonął ogień, snopki siana ułożone były w sposób imitujący siedzenia, w kilku miejscach stały donice z kwitnącymi gwiazdami betlejemskimi, a w zielonych, drewnianych taczkach leżało nieco słodyczy.
– Chyba ktoś tu na nas czekał – zauważył ze śmiechem Draco.
– Nie uważasz, że to dziwne? – zapytał Harry, rozglądając się nieufnie dookoła.
– Może i tak, ale jestem zmarznięty i głodny i nie mam zamiaru udawać, że mi się to nie podoba – odparł Draco.
– A jeśli to jakaś pułapka?
– Pułapka?! W mugolskiej wiosce w pierwszy dzień świąt?! Harry, od tego ciągłego ratowania świata zupełnie pomieszało ci się w głowie!
– Może masz rację – Harry westchnął i usiadł blisko ognia.
Draco tymczasem szperał wśród słodyczy.
– Na co miałbyś ochotę? Laskę marcepana, a może tabliczkę czekolady?
– Weź czekoladę, jest pożywniejsza.
– Racja. To wezmę jedno i drugie – zdecydował Draco i usiadł na tym samym snopku siana, co Harry.
Potter spojrzał na niego nieco zdziwiony i Draco poczuł w obowiązku się wytłumaczyć.
– Jeśli będziemy siedzieć blisko siebie, stracimy mniej ciepła.
– Przecież nic nie mówię…
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, jedząc czekoladę i ciesząc się ciepłem ognia i swoim własnym.
– Ale dziwny dzień, prawda? – zagadnął w pewnej chwili Harry.
– Pewnie chciałbyś, żeby się już skończył, co? – zapytał Draco.
– Ja? Pewnie – odparł Potter, jakby zmieszany, a Draco poczuł, że nagle robi mu się bardzo, bardzo zimno.
Harry spojrzał na niego uważnie.
– A ty nie? – zapytał po chwili.
– Jasne, te wszystkie nieporozumienia, męczące szwendanie się i w ogóle – odparł Draco z kamiennym wyrazem twarzy.
– Wiesz co, Draco? Jak się tak nad tym głębiej zastanowić, to chyba nie jest tak źle, prawda?
– Tak myślisz? – zapytał Draco, bardzo się starając, by głos mu nie zadrżał.
– Właściwie jest całkiem dobrze – oświadczył Harry sennym głosem i oparł głowę na ramieniu Draco.
W pierwszym odruchu Draco zesztywniał, ale zaraz potem wziął głęboki oddech, uśmiechnął się i rozluźnił, opierając swój policzek na czarnych włosach.
– Tak, jest całkiem dobrze – westchnął, po czym dodał: – Chyba nie powinniśmy zasypiać.
– Dlaczego?
– To niebezpieczne w taki mróz.
– Przecież jest ciepło – zdziwił się Harry, ziewając.
– Teraz. Ale gdy oboje zaśniemy, a ogień zgaśnie, możemy zamarznąć.
– Jesteś strasznie mało romantyczny…
– Nie jestem mało romantyczny, tylko pragmatyczny. Chciałbyś zamienić się w lodową bryłę?
– Martwisz się o mnie? – zdziwił się Harry.
– Nie, martwię się o siebie, a przy okazji o ciebie – sprostował Draco.
– Cóż, to i tak postęp w naszym związku – stwierdził filozoficznie Harry.
– Związku? – powtórzył z niedowierzaniem Draco.
– Czy jak tam chciałbyś nazwać to skomplikowane coś, co nas łączy.
To skomplikowane coś co ich łączy. No właśnie, co tak naprawdę łączyło jego i Pottera? Zawsze był przekonany, że to czysta nienawiść, ale teraz wcale nie był tego pewien. Może to było coś zupełnie innego? Coś, co dzieli od nienawiści tylko bardzo cienka linia?
– Harry? Draco? To wy? – do szopki weszła dziewczyna i Draco stłumił jęk zawodu, zdając sobie sprawę, że mógłby tak siedzieć z Potterem w nieskończoność.
– Luna? – zdziwił się Harry.
O nie, tylko nie Pomyluna Lovegood!
– Cóż za niespodzianka! Co robicie w mojej stajence?
– Stajence? Twojej? – powtórzył zdezorientowany Harry, unosząc głowę i siadając prosto.
Draco miał ochotę zabić Krukonkę.
– Ale niespodzianka!
Rzeczywiście. Nieziemska.
– Zgubiliśmy się – przyznał Harry.
– To naprawdę niesamowite – stwierdziła Luna.
– Co jest w tym takiego niesamowitego? – nie wytrzymał Draco.
– Odkąd jestem małą dziewczynką przygotowuję na Boże Narodzenie tę stajenkę. To był pomysł mamy, żeby w naszej szopce urządzić coś takiego i zawsze robiłyśmy to razem. Na pamiątkę wydarzeń z Beltejem, przygotowywałyśmy zawsze to miejsce tak, by ewentualni zbłąkani wędrowcy mogli się ogrzać, posilić i zatrzymać na nocleg. Teraz sama się tym zajmuję.
– Wzruszające – mruknął Draco, a Potter wbił mu łokieć w żebra.
– Dosłownie uratowałaś nam życie, Luna!
– Właściwie co rok, ktoś z tego skorzystał, ale nigdy nie spodziewałabym się tu zastać kogoś znajomego! Mam nadzieję, że nie zmarzliście?
– Nie, skąd, było świetnie – zapewnił Harry.
Właśnie, było. Zanim ktoś im przeszkodził.
– Ale chyba Weasleyowie się już o was martwią – zauważyła. – Zaprowadzę was z powrotem do Nory.
– Będziemy ci wdzięczni.
Kto będzie ten będzie...
– Nie ma sprawy. I tak Molly mnie zapraszała.
Chłopcy wstali z pewnym ociąganiem i skierowali się w stronę dziewczyny, stojącej przy wejściu. Właśnie mieli przekroczyć próg, kiedy Luna powstrzymała ich ze śmiechem.
– Najpierw musicie się pocałować!
– CO?! – zawołali chórem.
Luna wyglądała na uszczęśliwioną.
– Jemioła. – Wskazała wiszącą w drzwiach gałązkę.
– Salazarze… – jęknął Draco, myśląc, że to upokarzające.
– Och, daj spokój, Draco, to tylko pocałunek – powiedział nieoczekiwanie Harry.
Pomyluna nadal uśmiechała się denerwująco.
– No tak, tylko pocałunek – powtórzył niepewnie Draco i zanim się zorientował Harry szybko cmoknął go w usta.
– Widzisz, nie było tak strasznie – oświadczył wesoło Harry i Draco uśmiechnął się niewyraźnie.
Zaraz jednak odzyskał rezon.
– Powiedziałbym ci, jak było, gdyby nie obecność kobiety. – Jego oczy błysnęły.
– To ja pobiegnę po lampion, a wy przygotujcie się do drogi – wtrąciła szybko Luna i zniknęła w ciemności.
– Malfoy, nie rób głupstw – upomniał go nerwowo Potter.
– A kto tu mówi o głupstwach, Harry?
– Nie chciałeś… to znaczy… – Harry zaplątał się i zarumienił potwornie.
– Chciałem ci podziękować za ten dzień – powiedział Draco całkiem szczerze.
– Podziękować? – zdziwił się Harry i Draco miał wrażenie, że zamiast oczekiwanej ulgi, zobaczył na twarzy chłopaka rozczarowanie.
– Właśnie. Mimo wszystko spędziłem bardzo miły dzień. Z tobą.
– Och! – Harry zdobył się tylko na taki komentarz i wyglądał przy tym tak uroczo, że Draco nie mógł się oprzeć i musnął wargami jego usta.
– Dziękuję – szepnął nim Harry zdążył cokolwiek jeszcze powiedzieć i ruszył w stronę machającej w ich kierunku Luny. Oszołomiony Harry stał jeszcze przez chwilę pod jemiołą, po czym potrząsnął lekko głową i dołączył do nich.

*

– Witaj, Luno, cieszę się, że wpadłaś! – Drzwi otworzyła Molly.
– Przyprowadziłam chłopaków – oświadczyła dziewczyna, wskazując na stojących za sobą Draco i Harry’ego. – Chyba trochę się zawieruszyli.
– Gdzie wyście się podziewali, chłopcy?! – Na ich widok Molly załamała ręce.
– Przepraszamy, mieliśmy pilną sprawę do załatwienia – wyjaśnił przepraszająco Harry.
– Pilną sprawę, akurat! – prychnął Ron ze środka.
– Nie daj się oszukać, mamuś! – zawołał ze śmiechem jeden z bliźniaków.
Draco i Harry wyszczerzyli się do siebie.
– Zdejmijcie buty, osuszcie się i siadajcie do stołu. Wszystko gotowe.
– Czekamy tylko na was!
Gdy weszli do środka, zostali przywitani ogólnym aplauzem. Chyba wszyscy byli już bardzo głodni.
– Ani kroku dalej! – pisnęła jednak Ginny, kiedy stanęli w progu pokoju.
– O co chodzi, Gin? – zapytał z niepokojem Ron, spoglądając łakomie na dymiącego indyka.
– JEMIOŁA! – odpowiedzieli chóralnie bliźniacy.
Draco i Harry jednocześnie spojrzeli w górę.
– Chyba zaraz wejdzie nam nawyk – mruknął Draco.
– Nie rób scen, Malfoy – odburknął z błyskiem w oku Harry.
W tym momencie Draco pomyślał, że to zdecydowanie jego najlepsze święta, a siedząc przy stole i słuchając rodzinnych opowieści i żartów uczucie to tylko się pogłębiło. Miał miejsce dokładnie naprzeciw Harry’ego i przez cały obiad wymieniali porozumiewawcze spojrzenia. Jedyną rzeczą, która zakłócała mu świąteczną radość, była świadomość, że wkrótce całe to przedstawienie się skończy i cokolwiek sprawiło, że Boże Narodzenie było takie wyjątkowe, po prostu przestanie działać. A tego, choć jeszcze parę godzin temu wydałoby się to nieprawdopodobne, Draco wcale nie chciał. Tylko, czy było coś, co mógłby na to poradzić?
– Myślę, że podam deser, a wy możecie się już zająć prezentami – zarządziła Molly, podnosząc się od stołu. – Dziewczynki, pomożecie mi?
Hermiona i Ginny również wstały.
– Oczywiście.
Tymczasem bliźniacy podeszli do choinki i rzucając żartami pod adresem każdego, kto właśnie miał otrzymać prezent, poprowadzili ceremonię rozdawania podarunków, co wychodziło im naprawdę świetnie. Draco właśnie rozpakował swój ostatni, dziewiąty prezent i zaczął przymierzać ciemnozielony sweter z srebrnym „D”, przypatrując się Harry’emu ukradkiem.
– O co chodzi, Draco? – zapytał Potter uprzejmie.
– O nic. Już nie mogę nawet na ciebie patrzeć? – Draco starał się przybrać obojętny wyraz twarzy, na co ten nieznośny Potter roześmiał się głośno.
– Myślisz, że nic dla ciebie nie mam?
– Nic nie szkodzi, przecież wiem, że się mnie tu nie spodziewałeś – odparł spokojnie.
– Oczywiście, że mam, głuptasie, ale musisz sam sobie to odebrać – oświadczył radośnie Potter z błyszczącymi oczami.
No, nie! Chyba się przesłyszał! Ale nie zawadzi sprawdzić w każdym razie.
– Chwila, chwila! – Harry odsunął się z prowokującym uśmieszkiem, kiedy Draco zbliżył się do niego. – Coś ty właściwe sobie pomyślał?
– Jak to? – Draco uniósł brew.
Kupiłem ci prezent, Draco – wyjaśnił Potter. – Stać mnie na to.
– Ale kiedy? Cały czas byłeś ze mną!
– Wtedy, kiedy zajmowałeś się podrywaniem jednej z ekspedientek.
– Też coś! – prychnął Draco. – Nie podrywałem jej, tylko negocjowałem lepszą cenę.
– Skoro tak twierdzisz....
– Tak właśnie twierdzę!
– W każdym razie byłeś tym wystarczająco zajęty, żeby nie zauważyć, jak kupuję to. – Harry podał mu małą paczuszkę.
Draco wyciągnął po nią rękę. Dostał od Pottera najprawdziwszy prezent
tinuviel Offline


 
Posty: 43
Dołączył(a): 1 lis 2010, o 17:54

Postprzez tinuviel » 1 lis 2010, o 23:34

– To nic specjalnego – zastrzegł Harry. – Powiedzmy, że zainspirowała mnie twoja historia.
Draco szybko rozdarł papier, jedynie pobieżnie rejestrując komentarz Pottera: „zero subtelności” i jego oczom ukazała się szklana kula, z postacią Mikołaja uwięzioną w środku i imitacją padającego śniegu.
– Będzie mi przypominać dzisiejszy dzień. – Draco uśmiechnął się do Harry’ego, po czym przybrał chytry wyraz twarzy i zwrócił się do niego ponownie. – Ale wiesz, wcale nie obraziłbym się, gdyby nie było cię stać na kupienie mi prezentu. Nie miałbym nic przeciwko twojej inwencji
– Zawsze mogę dorzucić coś gratis. – Harry mrugnął do niego.
– Na razie nie odpakowałeś wszystkich swoich prezentów – zauważył Draco.
– Wiem, został jeszcze jeden. Specjalnie zostawiłem go na koniec – odparł Harry i delikatnie rozwinął paczuszkę. Na jego rękę wytoczyła się niewielka, szklana kuleczka. Chłopak od razu podniósł wzrok na niego.
– Draco…
Draco wzruszył ramionami.
– Pomyślałem, że skoro spełnia tylko jedno jedyne marzenie, to mnie i tak już się nie przyda.
– Myślisz, że…
– Nie ma za co – przerwał mu Draco. – I, wiesz co, Potter? – dodał po chwili, przyciągając go za sweter. – Teraz już możesz dorzucić to coś gratis.


25 XII 1995 Hogwart

Ich pierwszy prawdziwy i długi pocałunek, przerwała burza oklasków. Pierwszą zaś myślą Draco, kiedy odrywał się od miękkich i smakujących cytryną ust Harry’ego było, że dziewiątka Weasleyów ma znacznie większy potencjał niż przypuszczał.
– Właśnie miałem powiedzieć, że święta to czas miłości i pojednania. Fantastyczne wyczucie chwili, panowie! – Głos Dumbledore’a wyprowadził go jednak z błędu.
– Co się stało? –szepnął Harry, wciąż trzymając Draco w objęciach.
– Mam wrażenie, że czas trwania mojego życzenia właśnie dobiegł końca i wróciliśmy do Hogwartu – odszepnął Draco.
– To okropne. Nie chcę, żeby to wszystko się skończyło.
– Wciąż masz kulkę ode mnie? – Draco spojrzał uważnie w zielone oczy. Harry skinął głową. – Nadal mamy Bożo Narodzenie, Harry.
Harry wyciągnął z kieszeni magiczną kulkę i położył ją sobie na dłoni, a Draco zacisnął mu na niej jego palce.
– Myślisz, że to naprawdę działa?
– Przekonajmy się. Nie mamy nic do stracenia.
Z bijącymi szybko serami, podchodzącymi im z nerwów niemal do gardła, rozglądnęli się po Wielkiej Sali. Wszyscy uczniowie i nauczyciele uśmiechali się do nich wesoło, jakby ciesząc się ich szczęściem. Draco i Harry w zwolnionym tempie oglądali reakcję swoich znajomych i przyjaciół. Bardzo powoli rejestrowali ich śmiech, radość i aprobatę. Z lekkim niedowierzaniem patrzyli jak Ron unosi w górę kciuk, Hermiona, Ginny i Luna przybijają piątki, a Pansy ściska Blaise’a i macha do nich wesoło. To było niesamowite! Ale jeśli tylko prawdziwe, to bardzo, bardzo szczęśliwe.
– Cóż, w takim układzie, nie pozostaje mi nic innego, jak wszystkim wam życzyć Wesołych Świąt! – zakończył radosnym głosem Albus Dumbledore świąteczną mowę, po czym poprawił swoją czerwoną tiarę z białym futerkiem i mrugnął wesoło do wciąż obejmujących się na środku Wielkiej Sali Draco i Harry’ego.


*Jedna z baśni barda Beedle'a:)

fin
tinuviel Offline


 
Posty: 43
Dołączył(a): 1 lis 2010, o 17:54

Postprzez Aevenien » 1 lis 2010, o 23:35

[autor docelowy - Seira]

...

Nie wiem, co napisać. Prezent Ci się udał, no nie pogadasz. A każdy wie, że te prezenty zostawione na koniec smakują najlepiej : D

<nie wie, co napisać, ale bierze się w garść>

Ciepłe. Słodkie, ale nie za bardzo, poprostu idealne. Pełne uczuć i napięcia. Piękne <nie umie napisać tego, co chce napisać, tak jest zauroczona>

Kupiłam tę historię, uwierzyłam w nią, koniec kropka, radujmy się!

Trafiłaś ze wszystkim. Mały Draco, który kojarzy mi się z serią którą tłumaczysz :wink: , kulka, rozmowy między Harrym a Draco, przy których kwiczałam ze śmiechu, Hermiona z tym swoim tekstem o seksie i agresji, bliźniacy, siano, rozczrowanie Draco jak przyszła Luna, sama Luna, bo kocham Lunę, a Lunę slashomankę - jeszcze bardziej, pocałunki, i wigilia Weasleyów. Wszystko, co lubię i wielbię.

Masz talent, moja droga! Marsz do pisania jeszcze czegoś (np. na sylwestra:P)
Ej, weźcie mi też podarujcie taką kulkę....

Wesołych PO świąt i drarrowego nowego roku!
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Kasia » 1 lis 2010, o 23:35

Tekst jakoś mi umknął w okresie świątecznym, ale i teraz był bardzo przyjemną lekturą. Z kanonem może i nie ma jakoś szczególnie wiele wspólnego, ale jest taki ciepły i świąteczny.

Miałaś naprawdę wspaniały pomysł - świąteczny prezent, który wraca do Draco po dziesięciu latach, wtedy, kiedy jest naprawdę potrzebny. Zamieszanie związane ze zrozumieniem sytuacji, wybrnięciem z niej, a na koniec zawieszenie broni i ciepłe uczucia. Świąteczny czar widoczny jest w każdym zdaniu.

Draco jest uroczy jak zawsze, Potter elokwentny i słodki zarazem. Cała rodzinka Weasleyów kombinująca jak ich pogodzić i nie zdająca sobie sprawy, że ich trzeba połączyć, a nie godzić. Ale efekt jest taki sam.

Podejrzewam, że komentarz jest mało składny. Ale liczę, że wyrazy uwielbienia są wystarczająco wyraźne. ;)

Pozdrawiam i dziękuję za ten tekst.
Kasia
"Harry się odprężył. Nie było się w ogóle o co martwić. W końcu Hagrid uwielbiał wredne bestie."

"Mała rada, Ted. Hermiona nie je mięsa, więc jeśli zabierzesz ją do jednej z tych knajp, w których podają steki tak słabo wysmażone, że jeszcze muczą, gdy zaczynasz je kroić, to kompletnie zniweczysz swe szanse dobrania się jej do majtek. "

"Potter, jak można się było spodziewać, okazał się zwolennikiem przytulania (co mogło zostać uznane za dość szczęśliwy zbieg okoliczności, bo Draco był raczej nogą w przytulaniu, za to doskonałą przytulanką)."
Kasia Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 201
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 00:17
Lokalizacja: warszawa

Postprzez Havoc » 1 lis 2010, o 23:36

- Choć, Draco.

- Cho, Draco. To nie jest zdanie typu: "Choć nigdy nie lubiłam szpinaku (...)", tylko odmiana czasownika "chodzić".
- Nie było żadnego seksu. A już na pewno na stole.

A już na pewno nie na stole.
- Draco, skończyłeś piec? Świetnie pachnie Do kuchni wszedł Ron, wciągając głęboko zapach unoszący się w całej kuchni i wyciągnął rękę po ciasteczko.

Brak spacji po pierwszym myślniku, brak kropki po "pachnie" i dwie kuchnie w jednym zdaniu.
W końcu przygotowywanie gwizdkowych prezentów (...)

- A co, według ciebie, wychodzi mi najlepiej - zainteresował się Potter.

Chyba lepiej brzmiałoby ze znakiem zapytania.
- Czy ty się plątasz?

A nie plączesz? Sama nie jestem pewna, ale dziwnie mi to zabrzmiało.
- Co się stało? - szepnął Harry, wciąż trzymając Draco w objęciach.

Znowu brak spacji.

I chciałam zauważyć, że raz Harry zwrócił się do Malfoya "Draco", a było to jeszcze przed tym, jak zaczęli mówić do siebie siebie po imieniu.
Generalnie przydałoby się, gdyby ten tekst sprawdziła nie tylko autobeta. :)

Tekst niemniej bardzo mi się podobał i cieszę się, że poświęciłam odrobinę czasu na jego przeczytanie. :D Takie klimatyczne, świąteczne i ciepłe... Naprawdę gratuluję.
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez Yami » 1 lis 2010, o 23:36

jakie to było urocze ;> Draco piekący rogaliki francuskie *_* zjadłabym jakiegoś xD jak zauważyła moja przedmówczyni było kilka błędów ale przy pierwszym czytaniu się ich nie zauważa.
Podoba mi się Twój pomysł, z tą magiczną kulką, życzeniami itd. taka kulka to musi być fajna sprawa ;>
jak napisałam na samym początku było to prze urocze, takie słodkie, lekkie. bez dramatów, poważnych rozmyślań... mimo że lubie opowiadania gdzie poruszane są ważne kwestie, gdzie co drugi rozdział to jakiś dramat, kłótnia to takie opowiadanko jak Twoje idealnie relaksuje i przyprawia człowieka o uśmiech ;)
dziękuje
Obrazek
Pottermore- I'm a wizard suck my dick! XD
Yami Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 127
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 07:32
Lokalizacja: W Klubie Obrońców Drarry

Postprzez CrazyCry » 11 lis 2011, o 19:43

Słodkie, świąteczne i bardzo nieprawdopodobne.
Kulka spełniająca życzenia... bardzo baśniowa.
Czytało się całkiem miło, ale raczej nie będę wracać do tego tekstu, ani nawet wspominać go z sentymentem.
Sentyment zarezerwowałam dla wieloodcinkowców z rozbudowaną psychologią postaci.
Lubię drarry prawie w każdej postaci. Od czasu do czasu fajnie przeczytać też coś lekkiego, przyjemnego i nieskomplikowanego :).
Byłabym zapomniała! Jeszcze błędy, które rzuciły mi się w oczy:
Z bijącymi szybko serami - literówka.
W tym momencie Draco pomyślał, że to zdecydowanie jego najlepsze święta, a siedząc przy stole i słuchając rodzinnych opowieści i żartów uczucie to tylko się pogłębiło. - Uczucie pogłębiało się siedząc przy stole ;D?
Aerobic -> aerobik
Fanfic -> fanfik
Nie fanfick x.x
Fanpage "Effeminate boys"
CrazyCry Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 361
Dołączył(a): 8 lis 2011, o 09:12
Lokalizacja: Wawa

Postprzez Hannah » 7 wrz 2012, o 09:16

Eee... To było... Hmm, cóż.. inne. Tak, to słowo najbardziej oddaje moje uczucia do tego one-shota. Ale podobało mi się, bardzo :D
Spodziewałam się kompletnie czegoś innego, ale jednak miło było się tym razem rozczarować ^^
Chrzanić rzeczywistość.

~*~


Aha... ahahahaha.... ahahahahahahaHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHHAHA no but seriously ):<

"Drzwi windy otwierają się na parterze. Christian lekko potrząsa głową, jakby chciał odsunąć od siebie myśli i w bardzo dżentelmeński sposób pokazuje, abym wyszła pierwsza. Kogo on oszukuje? Nie jest dżentelmenem. Ma moje majtki." 50 Shades of Grey, E L James
Hannah Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 6
Dołączył(a): 29 sie 2012, o 03:32
Lokalizacja: Polska...

Postprzez @si@ » 30 sty 2019, o 17:23

Cudny tekst. Bardzo świąteczny :)
Bardzo fajny pomysł z kulką spełniającą życzenia jako elementem spajającym fabułę.
Podoba mi się mały Draco - jego niewinność, dziecięca wiara, że wszystko co powiedział mu (mugolski!) kolega jest prawdą. Opis tych wspólnych świąt mnie rozwalił :hahaha: Kanoniczność Moly, bliźniaków i reszty zgrai zestawiona z totalnym nieprzystosowaniem naszej dwójki - genialny fragment.

Na pewno będę do tego tekstu wracać, nie tylko w czasie około świątecznym.
@si@ Offline


 
Posty: 15
Dołączył(a): 24 wrz 2018, o 09:37


Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości