[NZ] [T] Stąpając wąską ścieżką (20/55)

Sequel "Wiary"

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez monalo4 » 11 mar 2014, o 22:42

Autor: Dragongirl16
Tytuł oryginału/link: To Walk a Narrow Path
Tłumaczenie: monalo4
Beta: monalo4
Zgoda autora: brak
Klasyfikacja wiekowa: M


Zbieram się do wstawienia, zbieram, i zebrać się nie mogę... W końcu jednak się ogarnęłam i publikuję dla Was pierwszy rozdział kontynuacji "Wiary". Mam nadzieję, że się spodoba :)


Rozdział pierwszy

Pożegnania


- To się nie dzieje.

W hallu było zimno. Harry wpatrywał się w swoje dłonie i pocierał skórę, mając nadzieję, że je rozgrzeje. Podniósł wzrok i wyjrzał za drzwi; słońce przebijało się już przez cienką warstwę chmur, które pojawiły się w nocy. Prawie mógł zobaczyć jezioro, mętne w słabym świetle poranka. Wyglądało spokojnie.

- Syriuszu, proszę…
- Absolutnie nie! Harry miał wrócić do domu ze mną! Z nami!

Chaos zapanował w wejściu do zamku. Harry usiadł na swym kufrze, a jego ręce luźno zwisały z kolan. Jego oddech był urywany – choć nikt tego nie zauważył. I tego właśnie chciał. Oszalałby, gdyby spędził jeszcze choć trochę czasu w skrzydle szpitalnym.

- Syriuszu…
- Dyrektorze, jak pan mógł! Ufałem, że odda pan Harry'ego pod naszą opiekę.
- Odebrano mi kontrolę nad tym, Syriuszu. Minister…
- Pieprzyć Ministra!
- Bariery u Dursleyów będą chronić Harry'ego przed śmierciożercami.
- A bariery w Black Manor zrobią jeszcze więcej! Wiesz o tym, Albusie.

Dyrektor rozłożył ręce, wyglądając na nieszczęśliwego.

- Owszem, wiem o tym. Ale nie mogę nic z tym zrobić. Aurorzy wkrótce przybędą, by zabrać pana Pottera do domu jego krewnych. Tak zadecydował Minister, a sąd to poparł.
- On. Jest. Moim. Chrześniakiem. – Syriusz drżał z wściekłości. Jego włosy prawie stały dęba, a dłonie zaciskał w pięści.
- Jak również bratankiem Petunii Dursley; łączą ich więzy krwi. – Zmęczony głos dyrektora rozbrzmiał w hallu. – W takich sprawach krew zawsze będzie triumfować nad pragnieniami naszych serc.

Syriusz odwrócił się.

- To kompletny nonsens. – Podszedł do Harry'ego i kucnął przed nim. – Dzieciaku? Nie wolałbyś wrócić z nami do domu? – Wyciągnął rękę i dotknął dłoni Harry'ego. – Dzieciaku?

Zielone oczy otworzyły się błyskawicznie.

- Tak… wolałbym. – Przełknął ślinę, biorąc głęboki wdech. – Ale… Minister… robi to… bo może. – Zadrżał i napotkał spojrzenie swego ojca chrzestnego. – To jego zemsta.
- Harry? – Remus położył dłoń na ramieniu chłopaka. – Ktoś wezwie panią Pomfrey.
- Wszystko… w porządku.
- Masz zadyszkę! – Syriusz sięgnął w jego stronę, ale zawahał się w ostatniej chwili. Wstał i spojrzał w twarz Albusowi. – Widzisz? On nie może iść do Dursleyów w takim stanie!
- Czy jest coś, co mogę zrobić? – Lucjusz Malfoy stał obok swojego syna i obserwował zdenerwowanego animaga. Draco odszedł od ojca, by usiąść z Harrym, chwytając jedną z dłoni chłopaka we własną.
- Tak. Merlinie. Nie wiem. – Syriusz przeczesał dłonią włosy i patrzył, jak pielęgniarka klęka obok Harry'ego i podaje mu pomarańczowy eliksir. Harry przełknął go z trudnością, reagując skrzywieniem na jego smak.
- Syriuszu. – Albus położył dłoń na ramieniu czarodzieja. – Sam pójdę zakwestionować polecenie Ministra. Ale to trochę potrwa. Do tego czasu pan Potter uda się do domu swoich krewnych.
- Nie powinno tak być. – Syriusz pokręcił głową. Jego oczy były szkliste. – To mój chrześniak. Obiecałeś, Albusie. Powiedziałeś, że zabierzemy go do domu.
- Wiem i jest mi bardziej przykro, niż mogę to wyrazić. – Starszy czarodziej odwrócił wzrok. Dwóch Aurorów szło ścieżką do zamku.
- Napraw to, Albusie. – Oczy animaga błysnęły. Strząsnął dłoń dyrektora i wrócił do Harry'ego. – Hej, dzieciaku. – Zajął miejsce Pomfrey przed chłopakiem. – Wkrótce po ciebie przyjdziemy. Nie będziesz tam długo.

Harry uśmiechnął się do niego, a wyraz jego twarzy ścisnął Syriusza za serce.

- Wiem, Łapo. – Harry spojrzał w dal i wstał. Objął ojca chrzestnego za szyję i ścisnął. Mężczyzna trzymał go mocno. – Niedługo będę z tobą – wyszeptał Harry do jego ucha i odsunął się. Syriusz obserwował, jak chłopak się żegna, próbując pocieszyć płaczącą Ginny i wściekłego Dracona. Blondyn odciągnął mniejszego chłopaka na bok i szeptał mu do ucha. Syriusz patrzył, jak słaby rumieniec występuje na policzki chłopaka, a ten zaczyna kręcić głową. Draco powiedział coś jeszcze, co sprawiło, że Harry się zaśmiał i ponownie przytulił Dracona.

Aurorzy dotarli do niewielkiej grupy i patrzyli na Harry'ego. Syriusz warknął, a dźwięk wysączył się powoli z jego gardła. Aurorzy spojrzeli na niego i sięgnęli po różdżki.

Albus wszedł pomiędzy nich.

- Jesteście Aurorami wysłanymi po to, by zabrać młodego pana Pottera do domu jego krewnych?

Mężczyźni przenieśli spojrzenia na dyrektora.

- Tak – powiedział starszy z nich.
- Ufam, że poinformujecie ojca chrzestnego pana Pottera o bezpiecznym dostarczeniu go tam?

Auror oblizał wargi i przez chwilę błądził wzrokiem.

- Nasze rozkazy tego nie obejmowały…
- Zrobicie to. – Głos dyrektora był bezbarwny. Aurorzy spojrzeli na niego.
- Dobrze. – Młodszy z nich położył dłoń na ramieniu partnera i posłał mężczyźnie ostre spojrzenie. – Jeśli to wszystkich uszczęśliwi, zrobimy to.

Albus przyglądał się mężczyźnie.

- Bardzo uszczęśliwi.
- W takim razie wyślemy sowę, gdy tylko będziemy mogli. – Auror wystawił rękę. – John Rayne. To mój partner, Daniel Gest. Nie pozwolimy, by cokolwiek mu się stało.
- To nie o was się martwię. – Syriusz wstał, stając przed mężczyznami. – Upewnijcie się, że ci cholerni mugole go nie skrzywdzą, albo mnie popamiętacie.

Rayne otworzył szerzej oczy, ale skinął głową.

- Bezpieczeństwo pana Pottera jest naszym priorytetem. – Odwrócił wzrok od animaga i uśmiechnął się wymuszenie. – Jest pan gotów, panie Potter?

Harry przeniósł wzrok z Aurorów na Syriusza.

- Taaa. – Podniósł plecak i pozwolił Aurorom zmniejszyć i schować do kieszeni jego kufer.

Rayne wyciągnął wygięty kawałek plastiku i wyciągnął go w stronę chłopaka.

Twarz Harry'ego przybrała blady odcień zieleni.

- Myślałem, że złapiemy pociąg.
- Cóż, moglibyśmy, ale Minister wolałby, byśmy użyli świstoklika.

Syriusz posłał Albusowi spojrzenie.

- Pan Potter nie radzi sobie najlepiej z podróżami świstoklikiem, panowie. – Dyrektor wyciągnął różdżkę i wygięty kawałek plastiku wyleciał z dłoni Aurora. – Sądzę, że pociąg będzie o wiele lepszą opcją.
- Posłuchaj, starcze…
- Dan. – Uśmiech Rayne’a zniknął, a błysk gniewu sprawił, że jego oczy zalśniły. – Jeśli tak ma być, niech będzie. – Wzruszył ramionami i odwrócił się do Harry'ego. – Chodźmy.

Harry skinął głową i ruszył za mężczyznami. Obejrzał się raz i uniósł rękę. Syriusz powtórzył jego gest. Opuścił rękę, gdy tylko Harry odwrócił się z powrotem.

Spojrzał dyrektorowi w twarz.

- Sprowadź mojego chrześniaka z powrotem, Albusie. I zrób to szybko. – Odszedł szybko od zamkowego wejścia, podążając do swoich komnat. Za nim zapanowała cisza.


~~~~~~


Stwierdzenie, że Dursleyowie byli niezadowoleni z eskorty Harry'ego, było niedopowiedzeniem. Chłopak ledwie przekroczył próg, gdy Vernon zatrzasnął drzwi przed twarzami Aurorów. Odwrócił się do Harry'ego.

- Posłuchaj, ty niewdzięczny bachorze. Jak śmiesz przyprowadzać te dziwadła pod nasze drzwi? Wszyscy sąsiedzi będą mogli ich zobaczyć. Gdyby mieli pojęcie…

Gwałtowne uderzenie w drzwi przerwało tyradę Vernona. Uchylił je.

Stopa Rayne’a wsunęła się w szparę, a jego hebanowa różdżka zapoznała się z okrągłym brzuchem Vernona.

- Proszę otworzyć drzwi, panie Dursley. Jeszcze nie skończyliśmy.

Vernon wybełkotał coś i starał się zamknąć drzwi. Został odrzucony do tyłu, gdy ramię Aurora uderzyło w drewno. Harry usunął się z drogi.

- Mam dalsze informacje, dane mi przez samego Ministra Magii, dla pana i pańskiej rodziny. – Harry uniósł brwi, widząc spojrzenie, jakie starszy Auror posłał Rayne’owi. Musiał ukryć uśmiech za dłonią.
- Myślisz, że kim jesteś? To mój dom!
- Jestem John Rayne, a to jest Daniel Gest. Jesteśmy Aurorami i powierzono nam dbanie o bezpieczeństwo pana Pottera w czasie, gdy pozostaje pod pana opieką. Będziemy odwiedzać pana Pottera co trzy dni, by upewnić się, że nie krzywdzi go nikt z zewnątrz ani z tego domu. Czy wyraziłem się jasno, panie Dursley?

Twarz Vernona była ciemnoczerwona. Bełkotał coś, gdy Rayne odwrócił się do Harry'ego.

- Panie Potter, pokaże nam pan swój pokój? Chcę się upewnić, że jest zabezpieczony.
- Zabezpieczony? Z powrotem wstawiliśmy w jego okno te cholerne kraty! Ten diabeł nie opuści tak szybko tego domu. – Vernon stał u podstawy schodów, wołając za nimi. – Ten chłopak jest zagrożeniem dla innych! Założyliśmy nowe zamki w drzwiach! I wiem, że ten bachor nie może używać tych swoich dziwacznych mocy poza szkołą! On…

Głos Vernona zanikł do odległego szumu, gdy Harry wpuścił Aurora do drugiej sypialni Dudleya. Błyszczących srebrnych zamków było wiele, a klapka dla kota odcinała się na tle drzwi.

Harry odłożył plecak na zniszczone biurko i usiadł na swym nierównym łóżku. Obserwował, jak Auror przechadza się wokół pokoju, sprawdzając zaryglowane okna i zamki w drzwiach.

- Potter, będziesz tu bezpieczny?

Harry zamrugał. Nie rozmawiali podczas długiej podróży pociągiem do Londynu ani podczas jazdy taksówką do Dursleyów.

- Nic mi nie będzie. Zawsze wybuchają, gdy wracam do domu. Potem po prostu próbują o mnie zapomnieć.

Rayne odwrócił się do niego, jedną ręką opierając się o brzeg drzwi.

- Zrobili to już kiedyś?

Harry zamarł, po czym skinął głową.

- Kiedyś Ron i jego bracia zjawili się tu i uratowali mnie. – Uśmiechnął się smutno na wspomnienie o tym. – Wyrwali kraty z okna samochodem pana Weasleya. Ciotka i wuj byli wściekli.
- A co z twoją sową?
- Draco ją ma. – Oddanie Hedwigi było ciężkie, ale Harry chciał, by mogła polować i latać, gdy tylko będzie chciała, zamiast siedzieć przez całe lato w klatce.
- Więc nie masz żadnej możliwości, by wysyłać albo – Auror zerknął na okno – otrzymywać listy?
- Nie, proszę pana.

Rayne chwycił jedyne krzesło w pokoju i usiadł na nim. Oparł łokcie na kolanach i splótł palce.

- Mieliśmy tylko odstawić cię do drzwi – powiedział i pokręcił głową. – Ale ten mugol…
- Wuj Vernon zawsze lubi sobie pokrzyczeć. – Harry wzruszył ramionami. – Dzięki temu czuje się ważny.

Starszy czarodziej wypuścił powoli powietrze.

- Będę cię sprawdzał co trzy dni. Powiesz mi, gdy tylko dojdzie do czegoś więcej niż krzyku, rozumiesz?
- Tak, proszę pana.
- Dobrze. – Rayne wstał i raz jeszcze rozejrzał się po pokoju. – Przykro mi, Potter. Nie wiedzieliśmy, że twoja rodzina taka będzie.

Harry uśmiechnął się gorzko.

- Nikt nie wiedział. Ale dziękuję. – Wstał i wypuścił Aurora. Gest spojrzał na niego przenikliwie, a Harry w odpowiedzi nieznacznie skinął głową. Ramiona starszego czarodzieja rozluźniły się i obaj wyszli z domu.

Gdy Harry zamknął drzwi, zapadło złowieszcze milczenie. Odwrócił się, by zobaczyć, jak jego ciotka i wuj wpatrują się w niego z identycznymi wyrazami twarzy, które przedstawiały nienawiść pomieszaną ze strachem.

- Jesteś cholernym utrapieniem. – Vernon trząsł się z wściekłości. – Nie znajdziesz tu współczucia, chłopcze. Wiedz o tym. Jesteś mordercą, niebezpiecznym zwierzęciem, które powinno się uśpić. Powinni pozwolić ci umrzeć.

Harry zamrugał.

- Więc dyrektor wam napisał.

Vernon uśmiechnął się szyderczo.

- Nie myśl, że zastraszy nas dwóch pedałkowatych chłopców w sukienkach, którzy machają patykami, dziwolągu. Wynoś się do swojego pokoju. Nie chcę cię oglądać przez resztę wieczora.

Harry nie powiedział nic więcej, tylko odwrócił się, by wspiąć się po schodach do swego pokoju. Dudley pojawił się w drzwiach kuchni, podśmiewając się z niego. Zapowiada się długie lato. Pokręcił głową i zamknął za sobą drzwi. Sprawdził godzinę i wyciągnął eliksiry, które spakowała mu Pomfrey. Gorzkie płyny sprawiły, że się skrzywił, ale przełknął je. Mam nadzieję, że mylę się co do tego, ile to potrwa. Usiadł na brzegu łóżka i patrzył na pusty pokój i podłogę. Szybciej, dyrektorze. Proszę.


~~~~~~


Black Manor była* sporym miejscem. Miała trzy piętra wysokości i była zrobiona z ciemnoszarego kamienia. Liczne okna odbijały zachmurzone niebo jak ogromne srebrne oczy.

Ginny wpatrywała się w budowlę, czując, jak opada jej szczęka.

- Jest wielka!

Syriusz objął jej ramiona i wypiął pierś.

- To tylko jedna z wielu, Gin. Choć myślę, że jest największa. – Poprowadził ją w stronę drzwi. – Mamy willę we Włoszech, na Capri. Podobno jeden z naszych przodków był głównym magiem na dworze Kaliguli. Rzymski cesarz miał o nim tak wysokie mniemanie, że oddał naszemu przodkowi ogromną część wyspy. Była w rodzinie od wieków.
- Wow. – Dotarli do frontowych drzwi, gdzie czekali na nich Bill i Remus.
- Bill, proszę bardzo. – Syriusz podał mu ciężki, żelazny klucz.

Dziedzic Blacków wziął go z nieznacznym ukłonem i szerokim uśmiechem. Odwrócił się i otworzył drzwi z rozmachem.

Hall był ciemny, a jego ściany pokrywały niezadowolone portrety. Ginny przełknęła ślinę i spuściła wzrok na brukowaną podłogę.

- Witajcie, moi najdrożsi Blackowie i ty, Remusie, w rodzinnym domu najstarszego i szlachetnego rodu Blacków! – Syriusz obrócił się, szeroko rozkładając ramiona, a potem parsknął. – Myślę, że przyda nam się remont.

Jego słowa sprawiły, że portrety zaczęły mamrotać między sobą. Syriusz uśmiechnął się szeroko, ale tylko na chwilę.


Pokój Ginny znajdował się na drugim piętrze. Syriusz stanął z tyłu i pozwolił jej otworzyć go osobiście.

Drobna dziewczyna pokuśtykała na środek pokoju. Podłoga była wykonana z ciemnego, twardego drewna. Ściany miały kolor królewskiego błękitu i nie było na nich portretów. Szerokie okna z siedziskami ukazywały ogrody i fontannę. Łóżko miało cztery ogromne kolumny i ciemnoniebieskie zasłony. Na zagłówku widoczny był powtarzający się wzór z fleur-de-lis** w srebrze.

- Och, Syriuszu. – Słowo „tata” wciąż nie przychodziło jej z łatwością, ale miała nadzieję, że to się wkrótce zmieni. Odwróciła się, by stanąć przodem do niego, a on zobaczył łzy w jej oczach i podszedł do niej szybko.
- Gin, co się stało? Podoba ci się? Jest tu jeszcze jakieś dziesięć innych, gdybyś chciała wybrać pokój dla siebie.
- Nie! – Objęła go i przytuliła mocno. – Jest idealny! Po prostu… idealny! Uwielbiam go!

Syriusz objął ją i pochylił głowę.

- Dobrze. Dobrze.

Pokój miał osobną łazienkę i garderobę. Przed paleniskiem ogromnego kominka stały dwa pluszowe fotele. Na majestatycznej toaletce znajdowało się wiele kryształowych fiolek i zestaw srebrnych grzebieni.

Ginny odsunęła się i otarła twarz.

- Merlinie. Och, Merlinie. To jest po prostu… niesamowite. – Podeszła do łóżka i usiadła na nim. Materac był miękki, a ona opadła na plecy, wtulając się w satynową narzutę. Podskoczyła i wyszczerzyła się. – Wszyscy mamy pokoje na drugim piętrze?

Syriusz skinął głową i oparł się o jedną z kolumn łóżka.

- Zgadza się. Remus i ja mamy sypialnię na końcu. Ta Billa znajduje się trzy pokoje od ciebie. Sypialnia Harry'ego… – Animag zająknął się. Przełknął ciężko i kontynuował. – Sypialnia Harry'ego jest po drugiej stronie korytarza.
- Co jest na trzecim piętrze?

Na twarz Syriusza powrócił szeroki uśmiech.

- Wiesz, zapomniałem sprawdzić. Chodźmy się tego dowiedzieć. – Wyciągnął ku niej rękę. Razem pognali po schodach.


~~~~~~


- Ugh
- Co, na imię Merlina…
- Czy to są… gałki oczne?
- Gin, nie… podchodź tam.

Trzecie piętro nie było takie, jak oczekiwali. Remus i Bill dołączyli do ich poszukiwań. Dwa pokoje, które do tej pory zobaczyli, były wypełnione śmieciami i nieużywanymi meblami. Pozostałe były dziwacznym skrzyżowaniem laboratorium szalonego naukowca i pokoju dziecięcego.

- Czy to był dziecięcy… pokój zabaw?
- Mam nadzieję, że nie. – Syriusz przechylił słoik wypełniony szarym płynem. Pojawiła się macka i stuknęła w szkło. Odstawił go z powrotem na półkę. – Dom został przejęty przez Ministerstwo od moich dziadków. Zapomniałem dlaczego. Moja matka zawsze chciała, by rodzina go odzyskała. Ministerstwo przekształciło go w pułapkę dla turystów – nie dom, ale ogrody. Używali też boiska do zorganizowania kilku mistrzostw. – Jego uśmiech stał się szalony. – Nigdy więcej. – Jego oczy rozbłysły. – A Ministerstwo ma oddać nam procent ze wszystkich ostatnich zysków. Ze wszystkich. – Syriusz pochylił się i podniósł Ginny, obracając się z nią w niewielkim kręgu. – Co oznacza, moi drodzy, że możecie dostać wszystko, czego dusza zapragnie!

Ginny objęła go i zachichotała.

- Syriuszu!
- Czy tu jest poddasze? – Bill wyglądał tak, jakby miał mdłości, gdy przyglądał się słoikom ustawionym na półkach.

Syriusz odstawił Ginny i podrapał się po brodzie.

- Nic mi o tym nie wiadomo. Myślę, że są tu rozległe podziemia, ale to byłoby na tyle.
- Huh. – Bill wsadził ręce w kieszenie i przechylił głowę na bok.
- Czemu pytasz?
- Bez powodu. – Uśmiechnął się do animaga i ruszył w stronę drzwi. – Pójdę się rozpakować.
- Wspaniały pomysł. – Syriusz trącił ramieniem Remusa. – Co powiecie na to, byśmy później wyszli razem na wystawną kolację?
- Czemu nie zjemy tutaj?

Syriusz się skrzywił.

- Nie mamy skrzatów domowych i uwierzcie mi – nie chcielibyście jeść tego, co ja bym ugotował.

Wszyscy roześmiali się i wyszli za Billem.


~~~~~~


Ginny poruszyła się na krześle. Byli w drogiej mugolskiej restauracji w sercu Londynu. Próbowała ukryć swą laskę pod stołem.

- Oni nie gapią się na ciebie, Ginny. – Cichy głos Remusa sprawił, że podskoczyła.
- Gapili się, gdy wchodziliśmy.
- Myślę, że wpatrywali się w Syriusza. – Jego suchy ton splótł się ze śmiechem. – Nie wiem, co go opętało, że założył tę swoją kurtkę.

Obiektem licznych i pełnych dezaprobaty spojrzeń była sponiewierana motocyklowa kurtka, która widziała już lepsze czasy. Miejscami była szara od obtarć, a jej ramiona zdobiły jasne łaty z ubiegłej epoki. Kierownik sali zawahał się, sadzając ich, ale nazwisko Black i błysk pieniędzy zapewniły im stolik w rogu przy oknie. Wychodziło ono na ruchliwy plac i mugoli żwawo przemierzających chodniki.

- Byliście już kiedyś w Londynie?
- Nie, tylko na dworcu. – Ginny odwróciła się tak, by widzieć osoby, które były pod nimi. – P-pan i pani Weasley nigdy nie mieli dość pieniędzy, by nas gdziekolwiek zabrać.

Remus położył dłoń na jej własnej.

- Niedaleko mamy teatr i dzielnicę handlową. To dobre miejsce na włóczenie się przez cały dzień. – Oczy wilkołaka błysnęły smutno. – Lily zabrała nas tam, gdy tylko skończyliśmy szkołę. Powinnaś była zobaczyć Syriusza. Jak chłopiec w sklepie z zabawkami.

Pochyliła głowę, by ukryć uśmiech.

- To mogłoby być zabawne.

Poklepał jej dłoń i jego oczy ponownie się rozjaśniły.

- Deser, Ginny?

Podskoczyła i spojrzała na Syriusza.

- Mogę?

Kelnerka stała przy łokciu animaga i uśmiechała się do niej. W oczach dziewczyny było widać szczerą serdeczność.

- Mamy szeroki wybór. Wszelkiego rodzaju serniki, desery lodowe, trójwarstwowe ciasto czekoladowe i tiramisu.
- Czym jest tiramisu?

Dziewczyna mrugnęła.

- Najbardziej niebiańskim deserem na ziemi, bez wyjątku.

Ginny odpowiedziała kelnerce uśmiechem, ale z wahaniem.

- Ja… – Spojrzała na Syriusza, który skinął głową. – Spróbuję tego.
- Wspaniale! – Zanotowała to na bloczku. – A dla panów?
- Ciasto czekoladowe!

Kelnerka roześmiała się i zrobiła notatkę.

- Jedno tiramisu i trzy czekoladowe ciasta już się robią. – Mrugnęła do nich raz jeszcze i odeszła.

Desery pojawiły się kilka minut później, a oni rzucili się na nie. Ginny wpatrywała się w niewielkie kwadratowe ciasto, które było pokryte kremowym sosem i płatkami czegoś, co wyglądało na czekoladę. Podniosła widelec i wzięła mały kęs.

- Dobre, Gin?

Skinęła głową.

- Przekonajmy się. – Widelec Billa przesunął się w stronę jej talerza. Warknęła na niego i owinęła talerz ręką, chroniąc smakołyk. Syriusz i Remus zaczęli się śmiać.

Ginny wyszczerzyła się do brata, ale nie pozwoliła mu zbliżyć się do talerza. Syriusz oparł głowę na stole i zawył. Podskoczyła w fotelu i pokiwała nogami, ignorując spojrzenia, jakie zwróciły się w jej kierunku. To był dobry posiłek.


~~~~~~


Harry skrzywił się i odepchnął od siebie czerstwy chleb i budzącą wątpliwości szynkę. Szklanka wody była dobra dla jego wysuszonego gardła.

Usiadł na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, otoczony książkami. To były podręczniki z zeszłego roku ze wszystkich przedmiotów. Stos notatek leżał obok niego; wszystkie były spisane jego chwiejnym pismem.

Był zdenerwowany tym, jak wiele zapomniał. Lekcje grały drugie skrzypce przy jego sennych podróżach i teraz za to płacił. SUMy zostały zaplanowane na drugi tydzień semestru, ponieważ odwołano je z powodu ataku Voldemorta. Harry miał nadzieję, że przygotuje się do nich.

Dursleyowie pozwalali mu wychodzić tylko pod prysznic i do toalety. Był zamknięty w pokoju przez trzy dni i zaczynał się czuć tak, jakby ściany się do niego przybliżały.

Do jego uszu dotarły stłumione krzyki z okolic frontowych drzwi. Podniósł wzrok, gdy zamki w drzwiach otwierały się jeden po drugim.

Rayne przeszedł przez otwarte już drzwi. Młody Auror rzucił przez ramię gniewne spojrzenie.

- Proszę odejść, panie Dursley. Porozmawiam z Harrym na osobności. – Zatrzasnął drzwi przed nosem mugola.

Rayne odwrócił się przodem do Harry'ego.

- Witam, panie Potter.
- Aurorze Rayne.

Wpatrywali się w siebie przez dłuższą chwilę.

- Skrzywdzili cię?
- Nie, proszę pana.
- Karmią cię?
- Tak, proszę pana.***
- Dobrze się czujesz?
- Tak, proszę pana.

Rayne zmarszczył brwi i rozejrzał się po pokoju.

- Wypuszczają cię z tego pokoju?
- Nie, proszę pana.

Auror uniósł brwi i gniew zabłysnął w jego oczach.

- Przekonamy się o tym.

Auror szarpnięciem otworzył drzwi, denerwując tym Vernona i Petunię, którzy balansowali tuż przy nich.

- Podsłuchiwaliście?

Vernon wyprostował się.

- To jest mój dom. Będę w nim robił to, co chcę.

Grymas Rayne’a sprawił, że Vernon cofnął się o krok.

- Pan Potter potrzebuje świeżego powietrza i możliwości opuszczania tego pokoju. – Wyciągnął różdżkę i stuknął nią w drzwi. Zamki zniknęły. Harry skrzywił się.
- Dostanę…
- Ja się tym zajmę, Potter. – Rayne posłał mu ostre spojrzenie. Harry zamilkł. Auror odwrócił się do Dursleyów. – Zrozumieliście?

Vernon spurpurowiał, ale skinął głową. Harry powstrzymał westchnienie i zamknął podręcznik do transmutacji. Czuł listę obowiązków, które już piętrzyły się w głowie jego wuja.


~~~~~~


Ogród był w okropnym stanie. Harry klęczał z rękami pokrytymi błotem. Bolało go gardło, a plecy protestowały przy każdym ruchu.

Potarł oczy grzbietem dłoni i usiadł na piętach. Wypadł z łóżka, zbyt zamotany w swój koszmar, by się obudzić, dopóki jego plecy nie uderzyły w stos książek leżących na podłodze.

Miał rację w kwestii listy obowiązków, jakie mieli dla niego ciotka i wuj. Ponadto wracał też, by gotować dla rodziny, co w ogóle mu nie przeszkadzało. Przynajmniej dostaję więcej jedzenia, gdy gotuję. Ta myśl sprawiła, że niepewny uśmiech pojawił się na jego wargach.

Opryskliwe groźby jego wuja na temat milczenia przy wypełnianiu obowiązków nie powstrzymywały go w żadnym stopniu. To ciche, czujne uśmieszki jego kuzyna były tym, czego obawiał się Harry. Pod tym wstrętnym spojrzeniem czuł się znów jak pięciolatek, gdy Dudley na dobre upodobał sobie polowania na Harry'ego.

Tylnia brama otworzyła się, ukazując Dudleya i paczkę jego szkolnych kolegów. Harry zacisnął dłoń wokół kielni**** i obserwował chłopaków z sercem w gardle.

- Hej, Dudley! Czy to nie twój kuzyn-kryminalista?

Harry zacisnął wargi i zdusił prychnięcie.

- Taaa. – Złośliwy uśmiech zmarszczył spoconą skórę na twarzy Dudleya. – To tylko dziwak. – Postawny chłopak wyciągnął paczkę cienkich, białych papierosów i zapalił jednego, choć Harry wpatrywał się w niego.
- Ty palisz?
- Tak, dziwolągu. Co zamierzasz z tym zrobić?
- Powiem ciotce Petunii!
- Nigdy ci nie uwierzy. – Dudley podszedł – albo raczej próbował podejść – do miejsca, w którym jego kuzyn kucał na ziemi. Strzepnął popiół na Harry'ego i chwycił mocniej papierosa, przysuwając żarzącą się końcówkę do twarzy Harry'ego.
- Co tu się dzieje?

Dudley cofnął szybko ramię i upuścił papierosa. Zdeptał go i kopnął Harry'ego w tyłek. Obrócił się i wskazał pulchnym palcem na Harry'ego.

- On palił! Widzisz? Jest cały w popiele.

John Rayne oparł się o ogrodzenie i spojrzał na Harry'ego.

- To prawda?
- Nie, proszę pana.
- Też tak sądzę. – Auror pchnął furtkę i wszedł na podwórko. Przyjaciele Dudleya wypadli przez otwartą bramę. Dudley zacisnął ręce w pięści.
- Ty… nic nie możesz mi zrobić!
- Och? – Rayne uniósł brew. – Kto tak mówi?
- Wasz porąbany rząd. Harry nie może tu czarować, nikt nie może.

Uśmiech Rayne’a był pełen okrucieństwa.

- To prawo obowiązuje tylko nieletnich. Auror wyciągnął różdżkę. Machnął nią w kierunku Dudleya. – Wydaje mi się, że ktoś tu miał kiedyś ogon.

Dudley pisnął, klasnął dłońmi o swój tyłek i pobiegł do domu. Harry obserwował go z uśmiechem na twarzy.

- Zawsze taki był?
- Gruby jak wieloryb? Tak. – Harry rozluźnił palce zaciśnięte wokół ogrodowego narzędzia.
- Miałem na myśli…
- On jest dręczycielem. To wszystko. – Harry wytarł ręce o spodnie. – Dręczyciele zawsze uciekają przy pierwszych oznakach prawdziwej walki.

Rayne wpatrywał się w chłopaka, którego miał przed sobą. Było przyjemnie; wystarczająco ciepło, że Harry nie potrzebował swetra, ale nie na tyle, by ocierać pot ze skóry.

- Przychodzę z informacjami.

Harry oparł ręce na udach.

- Sąd odrzucił pierwszą apelację dyrektora.

Rayne wyglądał na zaskoczonego.

- Skąd wiedziałeś?

Harry odwrócił wzrok.

- Przeczucie. – Spojrzał na Aurora. Oczy mężczyzny miały dziwny, piwny odcień; były prawie złote. Miał brudne blond włosy i kwadratową szczękę. – Dlaczego mi pomagasz?

Rayne przykucnął obok chłopaka i podniósł grudkę ziemi. Roztarł ją między palcami.

- Z wielu powodów. Nie wszyscy jesteśmy dupkami bez serca. Tylko niektórzy z nas. – Parsknął śmiechem. – Dan próbuje nim być, ale nie udaje mu się to. – Pozwolił, by resztki grudki przeleciały mu między palcami, i wbił wzrok w swe paznokcie. – Wiesz, jestem mugolakiem. Był… taki dzieciak po drugiej stronie mojej ulicy, którego znałem. Przypominasz mi go.

Świat Harry'ego zadrżał, a on pozwolił swym włosom opaść do przodu, by zakryć twarz.

Zobaczył rząd niegdyś porządnych domów popadających w ruinę. Zobaczył grupę dzieci biegnących ulicą i wyśmiewających się z chudego blond chłopaka w okularach.

- Naprawiono twój wzrok? – Pytanie Harry'ego, które wypowiedział zdyszany, zaskoczyło Rayne’a.
- Skąd ty… – Cofnął się. – Czytałeś mi w myślach?

Ramiona Harry'ego zatrzęsły się od bezgłośnego śmiechu.

- Mogłem czytać w myślach tylko jednego człowieka i nie chcę nigdy więcej tego robić.
- Czarnego… Voldemorta?

Harry uniósł twarz i dotknął swego czoła. Blizna zniknęła, ale Harry'emu czasem wydawało się, że ją czuje, późno w nocy, ukrytą pod skórą.

- Ona nas łączyła. – Opuścił rękę. – W ten sposób zbierałem informacje dla Zakonu.
- Byłeś w umyśle Voldemorta? – Pełen przerażenia ton Rayne’a przyciągnął uwagę Harry'ego.
- Jak jeszcze moglibyśmy dowiedzieć się, co zrobi?
- Wiesz co? Ten cały Snape miał rację. – Rayne pokręcił głową. Zmarszczki pojawiły się wokół jego ust.
- Profesor Snape z tobą rozmawiał?

Linie na twarzy Rayne’a złagodniały, gdy ten się uśmiechnął.

- Można tak powiedzieć. – Wyciągnął z kieszeni niewielkie pudełko i powiększył je. – To dla ciebie, od Snape'a. Powiedział, żebyś brał je z pozostałymi eliksirami.

Harry przyjął pudełko i zajrzał do środka.

- Ale moje gardło ma się już lepiej. – Co było prawdą. Krewni wymagali od niego pracy, nie słów. Milczenie było mile widzianym wytchnieniem. Między buteleczkami ukryta była notka.

Panie Potter. Jestem pewien, że rozpoznaje pan Eliksir Bezsennego Snu, który dołączyłem. Proszę używać go z umiarem, jeśli łaska. Niebieskie fiolki zawierają eliksiry lecznicze, a zielone trzeba zażyć, gdyby bolało pana gardło. Kontaktuję się z Aurorem Rayne’em, który powiedział mi, że będzie odwiedzał dom Dursleyów co trzy dni. Proszę przekazać mu wiadomość, jeśli potrzebuje pan jeszcze czegoś.
S. S.


Harry dotknął zamaszystego podpisu i uśmiechnął się. Podniósł wzrok na Aurora.

- Dziękuję panu.

Rayne nie uśmiechnął się, ale jego spojrzenie ociepliło się.

- Zobaczymy się za kilka dni, Potter. – Wstał i odszedł.

Harry wcisnął notkę do kieszeni i zamknął pudełko. Ciężar na jego kolanach był kojący. Zacisnął brudne palce wokół delikatnego drewna, mając nadzieję, że nie będzie musiał ich użyć.


* Nie jestem pewna rodzaju przy angielskim słowie, więc przyjmuję rodzaj żeński od słowa „rezydencja”.
** Fleur de lis – z francuskiego „kwiat lilii”. Więcej, np. o symbolice i wyglądzie, można przeczytać tu: http://pl.wikipedia.org/wiki/Fleur-de-lis
*** No rzeczywiście, żeby się nie przejadł…
**** Kielnia – narzędzie do nakładania i rozprowadzania zaprawy murarskiej (tak gdyby ktoś nie wiedział :) )
Ostatnio edytowano 20 lis 2015, o 19:15 przez monalo4, łącznie edytowano 12 razy
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez Ślizgonka » 14 mar 2014, o 22:13

Wspaniały rozdział. "Wiarę" przeczytałam 3 razy :D I teraz jeszcze jest sequel? Nawet nie wiedziałam o tym *_* To wspaniale i już nie mogę się doczekać kolejnej notki.:)
Co tu więcej pisać ,, mhmn. Jestem wściekła na Ministra za to co zrobił Harry'emu. Harry ratuje im wszystkim dupska,a ten drań wysyła go do Dursley'ów?!! Grr.. mam ochotę rzucić na niego Imperiusa i dać mu porządną nauczkę. Mam nadzieję, że Drops coś wskóra. Biedny Harry, jest zmuszony do przebywania z tymi wstrętnymi mugolami!!
Mam nadzieję, że to się szybko skończy. Lucjusz ma spore wpływy, może Syriusz by coś dał radę zrobić?
Oby ten koszmar się dla Harry'ego szybko skończył i mógł wrócić do swojego prawdziwego domu, do rodziny.
Z niecierpliwością czekam na kolejną notkę.
Czy jest możliwość bycia informowaną o notkach? Jeśli tak mogłabym prosić info na maila: maru20@onet.eu ?
Pozdrawiam
~Maru~
Ślizgonka Offline


 
Posty: 2
Dołączył(a): 14 mar 2014, o 21:26

Postprzez monalo4 » 18 mar 2014, o 21:43

Nie informuję o rozdziałach, ale postaram się je wrzucać co wtorek, więc wystarczy zaglądać tu w środy/czwartki i wszystko będzie ok :)


Rozdział drugi

Ciemność rodzi się dwa razy


Ciało, które należało do Bellatrix Lestrange, przechadzało się chwiejnym krokiem po lesie, błądząc od drzewa do drzewa i pozostawiając na nich kawałki ciała. Leśne stworzenia umykały mu z drogi, trzymając nisko głowy i ogony. Ciężki i kwaśny odór moczu słabszych stworzeń wisiał w powietrzu.

To, co było Bellą, zatrzymało się na skraju polany. Zbliżał się świt, sprawiając, że jego skóra poruszyła się i zadrżała. Krew tryskała silnymi strumieniami z ran, które jej zadano; wkrótce będzie potrzebować nowego żywiciela.

Obłęd sprawił, że czarne oczy zalśniły, gdy spojrzało na rozjaśniające się niebo. Nadchodził świt. Więcej niż jeden. A ono uczyni go krwawym z bólu i strachu.*


~~~~~~


Harry obudził się, a pot spływał mu po oczach. Serce waliło mu w piersi, a płuca bolały tak, jakby przebywał za długo pod wodą. Przetarł dłonią oczy i skrzywił się, widząc plamę krwi, która stamtąd pochodziła.

Zaraz, co? Harry wyciągnął przed siebie dłoń. Jej grzbiet zdobiła miedziana plama. Poczuł ją na czole, ale bez bólu. Zamrugał i skrzywił się; zabolały go oczy. Pomacał się wokół nich, sycząc, gdy jego palce napotkały spuchnięte wybrzuszenia i dziwne, twarde guzki wokół kącików powiek.

Zerwał się z łóżka, kierując się w stronę przydymionego lustra, które wisiało nad jego komodą. Dudley użył go do jakiegoś mugolskiego eksperymentu naukowego i zażądał nowego, kiedy tego nie dało się doczyścić.

Harry spojrzał na odbicie, wpatrując się w swoją twarz szeroko otwartymi zielonymi oczami. Krew zakrzepła wokół jego rzęs, a jej wyschnięte już strumyki znaczyły jego skronie i policzki.

Odsunął do tyłu ciężki kosmyk włosów i zbadał miejsce, w którym znajdowała się blizna. Niczego tam nie było. Szturchnął je, ale ból się nie pojawił. Potarł dłonią usta, a jego wzrok powrócił na krew, którą miał wokół oczu.

- Nie jest dobrze. – Zamrugał kilka razy, zaciskając zęby z bólu przy kilku pierwszych próbach. Ból zniknął po tym, jak usunął kilka zaschniętych grudek. – Co tu się dzieje, na Merlina?
- Senny pisklaku?

Głos Morrigan sprawił, że Harry podskoczył. Obrócił się, chwytając się brzegu biurka.

Wyglądała tak samo jak ostatnim razem, gdy ją widział. Nieujarzmione, czarne włosy otaczały jej twarz, skrywając w cieniu jej oczy. Harry chciał znać godzinę, ale jego różdżka była zamknięta razem z kufrem w szopie.

Siedziała przy końcu jego łóżka, opierając łokcie na kolanach i patrząc na niego z przechyloną na bok głową.

- Ty krwawisz.
- Wiem. Yyy… Cóż, wiem, że krwawię, ale nie wiem dlaczego.

Wstała z łóżka i podeszła do niego. Jej stopy nie hałasowały na podłogowych deskach. Uniosła jedną rękę, zatrzymując palce tuż przy jego skórze. Cienka linia pojawiła się między jej brwiami.

- Boli cię głowa?
- Nie. Proszę pani.**

Uśmiech przemknął przez jej twarz. Przysunęła dłoń, a Harry zadrżał. Jej skóra była gorąca w dotyku.

- Twoje oczy krwawią.
- Tak.

Jej kciuk przesunął się po ciemnych cieniach pod jego oczami.

- Coś utrzymuje się w twojej krwi jak grube pająki czekające na swą ofiarę.

Harry wziął drżący wdech.

- Eliksir Wizji.

Przechyliła głowę na bok. Harry stał się świadom zapachu unoszącego się wokół nich.

- Czujesz to?

Jej druga ręka uniosła się, obejmując drugą stronę jego twarzy.

- To wojna i śmierć, dziecko. Nie martw się.

Było już wszędzie. Harry czuł gęsty odór w gardle.

- Możesz to powstrzymać?

Jej oczy błysnęły w osobliwym półmroku.

- Nie jest to moją powinnością. Jestem śmiercią i furią. Jestem zwycięskim strzałem i krzykiem ofiary. Ja jestem wojną, dziecko. Nie mogłabym tego powstrzymać, nawet gdybym wiedziała jak.

Harry próbował przełknąć. Wyglądało na to, że coś utknęło mu w gardle. Napotkał jej migotliwe spojrzenie, próbując się nie wzdrygnąć.

- Będzie więcej śmierci?

Jej nagły śmiech nie był tym, czego oczekiwał. Wzięła go w ramiona i przytuliła do swego ciała.

- Śmierć istnieje zawsze, dziecko. Jest jedyną rzeczą, której każdy człowiek może być pewien. Rodzą się, by umrzeć.
- Ale… – Harry próbował się odsunąć, ale silne ramiona trzymały go mocno. – To znaczy, czy będzie kolejna wojna?

Znieruchomiała.

- Nie wiem, dziecko. Ciemność naciska, zła przez to, że obudziliśmy się i znów tu jesteśmy. Być może to właśnie to wyczuwasz.
- Ale ja nie wyczuwam niczego.

Odsunęła się, patrząc mu w oczy.

- Jesteś bliżej Innego Świata niż śmiertelnicy byli przez tysiące lat. Będziesz przeczuwał niektóre rzeczy. Poznasz je. Tak musi być.

Harry zaczął się trząść. Chłód w pokoju zdawał się sączyć w jego kości nawet pomimo ciepła Morrigan.

- A co, jeśli ja nie chcę czuć niczego więcej? – Wiedział, że to zabrzmiało dziecinnie. Nawet żałośnie. Ale jestem taki zmęczony. Zdusił w sobie słowa, mając nadzieję, że bogini tak czy inaczej ich nie usłyszy. Chcę odpocząć! Chcę mieć rodzinę! Chcę po prostu wrócić do domu z Syriuszem, Ginny, Remusem i Billem. I, zarumienił się, chcę zobaczyć Dracona. Tylko raz. Więcej niż raz. Chcę tego wszystkiego. Wziął drżący wdech.

Jej spojrzenie złagodniało. Objęła jego ramiona i położyła go z powrotem na łóżku. Otulając go kołdrą, usiadła na brzegu materaca, jedną dłonią gładząc jego włosy.

- Dziecko. – Przesunęła dłonią wzdłuż jego policzka. – Są na tym świecie rzeczy, wiele rzeczy, których nie wiem. Rzeczy, których nigdy nie zrozumiem. Ale to… – Jej kciuk zmazał ślad krwi. – To rozumiem. Rodzimy się, by zostać tymi, którymi mamy być. To wszystko przekracza granice naszego zrozumienia. Nawet nas, bogów. – Uśmiechnęła się łagodnie. – Miej wiarę, dziecko. Dagda i Danu nas nie opuszczą. Być może to również kiedyś zniknie.
- Jesteś pewna?

Jej uśmiech zbladł i Harry wyczytał prawdę w jej oczach. Odwrócił głowę.

- Czy mogę z powrotem zasnąć?

Podniosła się z łóżka, szeleszcząc.

- Nie obawiaj się, dziecko.

Nadal wbijał wzrok w ścianę.

- Nie boję się.
- Więc nie rozpaczaj. – Jej głos zanikł, i gdy Harry się odwrócił, już jej nie było.

Zwrócił się twarzą do sufitu, zaciskając dłonie na pościeli.

- A jeśli już jestem zrozpaczony? – Obrócił się na bok, twarzą do ściany. Zakopując się pod kołdrą, wtulił się mocno w poduszkę. – Syriuszu? – wyszeptał w ciemność. – Chcę wrócić do domu. – Ukrył twarz w zatęchłej kołdrze i pozwolił łzom płynąć.


~~~~~~


- Ginny!

Ginny obudziła się z drgnieniem, a jej ręce powędrowały w stronę miejsca, gdzie stała oparta jej laska. Zamrugała, wpatrując się w niewyraźną sylwetkę Billa, który stał w nogach jej łóżka.

- Co
- Musisz to zobaczyć! – Podszedł bliżej i chwycił ją za rękę, wyciągając ją z ciepłego kokonu koców. Jej stopy stuknęły o zimne drewno i dziewczyna zadrżała.
- Co zobaczyć? – Potarła oczy dłońmi, gdy pociągnął ją do okna.
- Patrz!

Świt skradał się po trawnikach, a różowe i żółte pasma zasnuwały niebo. Bulgocząca fontanna była w tym świetle górą srebra. Ginny zagapiła się i przysunęła bliżej do szyby.

- Jak cudownie! – Szkło zaparowało od jej oddechu, więc przetarła je. – Och, Bill! To jest cudowne!

Odwrócił się do niej, a jego ukrytą w cieniu twarz przeciął uśmiech.

- Idziemy obudzić staruszków?

Wyszczerzyła się do niego i pokuśtykała do drzwi. Bill wcisnął jej laskę w rękę, a ona podziękowała mu mrugnięciem.

Razem zakradli się korytarzem, a słabe światło dawało mnóstwo cienia, w którym mogli się ukryć. Zbliżyli się do drzwi i oparli o nie ręce.

- Gotowa? – Bill przykucnął, by zrównać się z siostrą.
- Raz, dwa…
- Syriuszu!

Ginny oderwała dłonie od drzwi i poczuła na twarzy falę ciepła. Bill skulił się, jedną ręką tłumiąc chichot. Napłynęło do nich więcej dźwięków tłumionej namiętności, niepowstrzymanych grubymi drewnianymi drzwiami.

Ginny odsunęła się od drzwi, zakrywając dłonią oczy. Bill objął jej ramiona i razem odeszli od drzwi, a jego tłumiony śmiech odbijał się od ścian. Wpadli z powrotem do jej pokoju i osunęli się na łóżko.

- Myślę… – wysapała Ginny – Myślę, że powinniśmy odpuścić im poranki. – Zachichotała i ukryła twarz w poduszkach.
- Myślę, że masz rację, Gin. – Bill oparł brodę na dłoniach, choć jego ramiona trzęsły się od powstrzymywanego chichotu. – Ale gdybyśmy kiedykolwiek chcieli ich upokorzyć… – Mrugnął do niej, sprawiając, że zaśmiała się głośniej.
- Nie sądzę, by mój umysł był w stanie otrząsnąć się po tym widoku. – Zmarszczyła nos. Oni są… No wiesz. Starzy.

Bill ryknął śmiechem. Ginny przechyliła głowę na bok i wpatrywała się w niego.

- Co?

Zaśmiał się jeszcze głośniej.

- To dlatego, że są starzy?

Zsunął się z łóżka i zaczął turlać się po podłodze. Spojrzała na niego znad krawędzi?

- Wy, dorośli, jesteście czasem dziwni.

Bill usiadł i przesunął dłońmi po twarzy.

- Ginny… – Napotkał jej spojrzenie i pokręcił głową. – Nieważne. Zjedzmy coś, a potem pójdziemy pokręcić się po ogrodach. Co ty na to?
- Jasne. – Zsunęła się z łóżka i poczłapała do łazienki.


~~~~~~


Harry obudził się, gdy ciotka wykrzyknęła jego imię.

Sturlał się z łóżka, ale nogi ugięły się pod nim. Wpatrywał się w drżące stopy, próbując sprawić, by się poruszyły. Nie teraz. Wciągnął powietrze do płuc, usiłując nie płakać. Nie mówcie, że to się właśnie zaczyna.

Usiadł na podłodze i czekał, aż drgawki osłabną. Jego ręce, jak zauważył, miały się prawie dobrze, choć jeśli przytrzymał je przed sobą zbyt długo, zaczynały się trząść. Gdy tylko mógł ruszyć palcami u stóp, zerwał się na nogi i ruszył w dół po schodach.

- Gdzieś ty był?! – Petunia stała przy piekarniku, trzymając w powietrzu rondel, który syczał jak wąż szykujący się do ataku. – Czekaliśmy na ciebie przez piętnaście minut… – Obróciła się do niego i wrzasnęła cicho. Wskazała na jego twarz drżącym palcem. – Jesteś cały we krwi!

Harry uniósł rękę do twarzy i starł z niej kilka płatków zaschniętej, miedzianej krwi. Prawie zapomniał o nocnym spotkaniu i swoich oczach.

- Przepraszam, ciociu Petunio.
- Natychmiast wynoś się do swojego pokoju! Dudziaczek mógłby cię zobaczyć! Zmiataj! Natychmiast!

Harry westchnął i odwrócił się. Wędrówka po schodach w górę trwała dłużej niż zejście, ale był wdzięczny za to, że wrócił do pokoju. Położył się na łóżku i zakrył oczy ręką.

Wiedziałem, że się zacznie. Wypuścił powietrze. Po tym, jak Morrigan wyszła, a on zasnął, miał sen. Niebo pociemniało na zachodzie, od burzowych chmur albo czegoś innego – nie wiedział. Jego skóra była zimna, tak bardzo zimna. Spuścił wzrok na swe dłonie i zobaczył, że drżą, wątłe i białe. Spojrzał w górę i znalazł się przed olbrzymim szarym domem, który miał mnóstwo okien. Dom Syriusza.

Sen pogorszył się. Dom, którego pragnął, nie był jasny i ciepły. Wszedł do środka, opierając się ciężko na poręczach i szukając rodziny, którą chciał nazywać swoją. Ale nie mógł ich nigdzie znaleźć. A w domu było coś krzyczącego, ale on nie wiedział co.

Harry zdjął rękę z oczu i potarł twarz. Chciał wziąć prysznic, ale wiedział, że będzie musiał poczekać, aż jego krewni wyjdą. Zabierali Dudleya do jego ulubionego sklepu w Londynie, by kupić mu urodzinowy prezent. Co dawało Harry'emu możliwość spędzenia całego dnia samemu w domu.

Przewrócił się na bok i wyciągnął listy, które przekazał mu Rayne. Dostał jeden od Ginny i jeden od Syriusza. Była też cała ich garść od Dracona – z których kilka sprawiło, że zaczerwienił się i ukrył je pod materacem.

Wyjął ostatni list Dracona i wygładził go. Znajome pismo było pochyłe i lekko rozmazane. Został on napisany w drodze powrotnej do domu z jednego z przyjęć, w których Lucjusz nalegał, by Draco uczestniczył. Blondyn opisał je Harry'emu szczegółowo, pisząc – wielokrotnie – że chciałby, by Harry był tam z nim.

Harry uśmiechnął się i dotknął papierem ust. Listy od Dracona przychodziły za każdym razem, gdy pojawiał się Rayne. Były jedyną rzeczą, jakiej oczekiwał podczas tych długich, letnich dni. Chciał, by Syriusz i Ginny pisali częściej, ale odepchnął tę myśl od siebie tak szybko, jak się pojawiła. Są zajęci. Przełknął ślinę i złożył ostrożnie list. Uczą się, jak być rodziną. I… I może szukają sposobu, by wkrótce mnie stąd zabrać. Może. Na pewno szukają. Na pewno.

Poderwał się do siadu. Jego ręce były słabe, prawie wodniste. Potrząsnął nimi, ale uczucie nie minęło. Powinienem powiedzieć profesorowi Snape'owi. Przygryzł dolną wargę. Ale… zdenerwuje się. Albo będzie zrzędzić. Albo coś. Wypuścił powietrze i pokręcił głową. Najpierw się pouczy. A jeśli to uczucie będzie się utrzymywać, wtedy pomyśli o wysłaniu listu do Snape'a. Może.

Może.


~~~~~~


To, co było Bellą, wsadziło palce w oczy mężczyzny. Ciemna ciecz trysnęła na skórę, oblewając jego palce i mocząc twarz. Pchnął mocniej, czując kość i ścięgno, i w końcu, w końcu ciepłą miękkość.

Ciało Bellatrix Lestrange upadło na ziemię, a jego powłoka wyschła, gdy bóg opuścił jego granice. Ciemna, ciężka masa uniosła się w powietrze, choć karmiła się umysłem swej ofiary. Moc – nie za duża, ale wystarczająca, by zaspokoić jego apetyt – wypełniła jego istotę. Wraz z mocą nadeszły wspomnienia i czucie. Nadeszło jego imię.

Jestem Crom Cruach,*** zadrżało i zaśmiałoby się, gdyby miało gardło. Ciemność napęczniała, gdy ciało, z którego się pożywiała, zostało wysuszone. Unosząca się masa obróciła się i spojrzała na północ.**** Była tam niewielka czarodziejska osada, jak dowiedział się z nowoodkrytych wspomnień. Siedem rodzin mających małe sklepy, które służyły zarówno mugolom – mugolom? – jak i czarodziejom. Były też dzieci. Rodziny pełne dzieci.

Amorficzna postać mrocznego boga skurczyła się do rozmiarów cienia, wślizgując się w ciemność i poruszając się od drzewa do drzewa. Były tam domy, w których oknach paliło się światło, ale już nie długo. Wkrótce wszyscy się położą, zdmuchną świece i stare zabezpieczenia znikną.

A wtedy… pożywię się.


~~~~~~


Draco wyjrzał przez okno i starał się nie wzdychać. Wiedział, że jego ojciec patrzył na niego z niezadowoleniem, ale nie obchodziło go to. Chciał Harry'ego. A Harry'ego tam nie było.

Wiedział, że jego ojciec próbował wcisnąć go w sferę polityczną. Wszystkie te obiady, na których bywał, wywierały na nim tę presję. I choć doceniał to, co robił jego ojciec… Nadal chcę tu Harry'ego. Chcę, by Harry chodził ze mną na te cholernie nudne przyjęcia, by szeptał ze mną o tych idiotach, albo by nawet kłócił się ze mną o quidditcha. Cokolwiek.

Przetarł oczy i usiadł z książką. To była stara księga z tajemnego pokoju w prywatnej bibliotece. Jego ojciec stwierdził, że skoro Draco miał dość rozsądku, by obudzić starych bogów, miał go wystarczająco, by zacząć też o nich czytać. Skoro miał wakacje, na początek wyciągnął księgę z mitami.

„Irlandzkie mity i legendy”, głosił tytuł książki. Do tej pory była interesującą, choć trochę drętwą lekturą. Kimkolwiek byli autorzy, nie mieli poczucia humoru. Draco stłumił parsknięcie. Jego ojciec nie pochwaliłby takiego zachowania. Nawet gdyby zgodził się, że książka była równie soczysta co suszone jabłko.

- Ojcze? – Draco przesunął dłonią po płóciennej okładce książki.
- Tak, Draco? – Lucjusz nie podniósł wzroku znad swej gazety.
- Scrimgeour podtrzyma zakaz uprawiania czarnej magii, czy może uważasz, że rozpocznie dyskusję na ten temat?

Usłyszał, jak jego ojciec przerywa czytanie. Draco zadbał o to, by ukryć uśmiech zadowolenia. Nie często zdarzało się, że całkowicie zaskoczył Lucjusza.

- Dlaczego pytasz?

Draco obrócił się i pozwolił swym nogom swobodnie zwisać z parapetu.

- W ostatnim stuleciu zabroniono około stu konkretnych zaklęć. Zostały zakwalifikowane jako mroczne i usunięte z nowych podręczników. Ale od kiedy powróciło tak wielu dawnych bogów, listę zaklęć trzeba będzie ponownie przejrzeć, ponieważ Scrimgeour nie chce chyba zamykać ludzi w więzieniu za czczenie ich bogów.

Oczy Lucjusza rozbłysły.

- A co ty byś zrobił, gdybyś był Ministrem, Draco?

Blondyn pochylił się i zamyślił.

- Powołałbym radę, która przejrzałaby listy i zaklęcia związane z każdym bogiem lub boginią, którzy byli widziani. – Blisko setka bogów, dużych i małych, wywarła silny wpływ na czarodziejski świat. Stare rody przyjęły ich powrót z radością, ale Draco wiedział, że nie wszyscy w czarodziejskim świecie sądzili tak samo. – I upewniłbym się, że świątynia dla wszystkich bogów zostanie zbudowana na Alei Pokątnej.

Świątynia była kością niezgody w czarodziejskim świecie przez ostatni miesiąc. Przy uwzględnieniu tak wielu czarownic i czarodziejów mugolskiego pochodzenia, rozwój monoteizmu prawie wymazał dawnych bogów. Ale nacisk na posiadanie jednej świątyni poświęconej wszystkim bogom, nie tylko tym starym, zdawał się jeszcze bardziej napełniać goryczą wyznawców Jedynego Boga.*****

Lucjusz pochylił się w swym fotelu.

- I jak upewniłbyś się, że świątynia zostanie zbudowana?

Draco zmarszczył brwi.

- Poprosiłbym stare rody o datki.

Lucjusz uniósł brew.

- Doprawdy?
- Cóż… – Draco zastanowił się nad tym. – Nie… masz rację. To by nie zadziałało. Nastąpiłby podział klasowy. – Zamrugał i spojrzał na ojca. – A rząd nie może tak naprawdę na to naciskać, prawda? To wyglądałoby na politykę partyjną.

Lucjusz nagrodził swego syna uśmiechem.

- Dobrze, Draco.
- Więc… – Draco zabębnił palcami w okładkę książki. – Więc jedna rodzina powinna ją ufundować. A potem przekazać ją ludziom. – Spojrzał na ojca. – W ten sposób zdobyliby szacunek starych rodów i uwielbienie ludzi.

Lucjusz splótł palce nad gazetą i uśmiechnął się szerzej.

- I to jest dokładnie to, co zrobimy. – Ojciec i syn wymienili uśmiechy w ciepłym świetle poranka.

Draco po chwili odwrócił wzrok na swoje ręce. Część jego szczęścia uleciała, gdy pomyślał o Harrym. Chciałbym, żebyś tu był, pomyślał. Chciałbym, żebyś też mógł być tego częścią.



* Fragment może odrobinę nieskładny, ale ogólnie to wszędzie chodzi o to ciało (oprócz miejsca, gdzie jest „jej”, bo rany zadano jeszcze Belli, a nie temu czemuś).
** Normalnie Harry zwracał się do Morrigan na „ty” (choć wiem, że w języku angielskim jest do nie do rozróżnienia), ale tu wyraźnie było to zaznaczone. Reszta pozostaje bezpośrednia.
**** Crom Cruach to irlandzkie bóstwo czczone w czasach pogańskich. Według poematu z Księgi z Leinster, był to wielki szczerozłoty obiekt usytuowany na równinie Mag Sleact w Ulsterskim hrabstwie Cavan. Wczesna iryjska ludność miała składać krwawe ofiary z jednej trzeciej swoich dzieci podczas święta samhain (1 listopada), a w zamian mieli oni otrzymywać od bóstwa dobrą pogodę, a co za tym idzie urodzaj. Bóstwo miało zapewniać obfite plony i pomyślną hodowlę bydła. Według podań o św. Patryku, kres krwawemu kultowi, którego wyznawcy mieli nierzadko ginąć podczas praktyk rytualnych, położył sam święty Patryk. Według legendy, bożek zapadł się pod ziemię w następstwie rzuconej na niego przez św Patryka klątwy. Święty po zniszczeniu bożka miał wygłosić kazanie do miejscowej ludności potępiające palenie krów i mordowanie swego potomstwa podczas pogańskich obrzędów. Jego imię najprawdopodobniej oznacza "okrwawionego" lub "krwawą głowę" jak wspomina księga z Leinster z XII wieku.
**** Hmmm, nie ma ust, żeby się roześmiać, ale patrzeć to już ma czym…? Zaskakujące…
***** Pisownia z wielkich liter za oryginałem.
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez monalo4 » 27 mar 2014, o 23:39

Przepraszam za opóźnienie, ale miałam spory zapierdziel w tym tygodniu i po prostu nie miałam siły na poprawianie tego wszystkiego...


Rozdział trzeci

Urodzinowa zagadka


Neville siedział na werandzie w domku swojej babci, gdy przybył Blaise. Z początku nie zauważył chłopaka – roślina, którą się zajmował, była w najlepszym wypadku temperamentna, a w najgorszym podła i złośliwa. Potrzebował całej swej koncentracji, by upewnić się, że przyjęła pokarm i się uspokoiła.

Gdy podniósł wzrok, uśmiechnął się. Koszula Blaise'a z krótkim rękawem była czerwona jak burzowy świt. Ślizgon przysunął się do Neville'a, chowając ręce za plecami.

- Cześć. – Neville nie miał możliwości widzenia się z Blaise'em przez tydzień. Wyższego chłopaka rodzice – cała czwórka, z czego Neville nie potrafił się nie śmiać w myślach – zabrali na wakacje na wybrzeże.
- Cześć. – Blaise usiadł obok niego na wytartym kamieniu. – Mam coś dla ciebie.
- Naprawdę? – Neville miał ochotę się kopnąć za pełne drżenia zdziwienie w swoim głosie. Odkaszlnął i odwrócił wzrok. – Nie… nie musiałeś. A poza tym ja nie mam nic dla ciebie.
- Nonsens. To twoje urodziny. – Blaise wyciągnął ręce przed siebie i podał mu prezent owinięty w ciemnozielony papier. Pochylił się i wycisnął pocałunek na ustach Neville'a. – Mam nadzieję, że ci się spodoba.

Neville wiedział, że jego twarz pokrywa się delikatną czerwienią. Blaise nigdy wcześniej nie ośmielił się go pocałować, a przynajmniej nie na werandzie jego babci. Wiedział, że starsza pani była w środku, przygotowując urodzinowy obiad. Obrócił niewielkie pudełko w dłoniach i próbował przestać się rumienić.

Blaise dotknął jego policzka i zachichotał.

- Za bardzo cię zawstydziłem?
- Co? Nie! – Neville podniósł wzrok. – Ja… dziękuję. Nie powiedziałem tego, prawda? Przepraszam. Dziękuję.
- Za co? Za prezent czy pocałunek?

Neville poczuł, że palą go uszy. Zerknął w stronę domu, ale nigdzie nie widział babci.

- Za oba – powiedział cicho.

Wyraz oczu Blaise'a był dla Neville’a trudny do odczytania.

- Otwórz swój prezent.

Neville obrócił pudełko w dłoniach i wyczuł krawędzie. Wsunął kciuk pod wstążkę i próbował pociągnąć tak, by jej nie rozerwać.

- Co ty robisz?

Spojrzał na Blaise'a.

- Otwieram.
- Nie rozerwiesz papieru? Ja zawsze tak robię. Czasem doprowadzam matki do furii wszystkimi tymi skrawkami. Ale też to lubią. – Blaise szturchnął Neville'a ramieniem.
- Ja… – Dłonie Neville'a znieruchomiały na pudełku. – Ja, my…
- Och, na miłość boską, chłopcze, rozerwij to! – Dochodzący z kuchni głos babci sprawił, że obaj podskoczyli.

Neville wziął wdech, chwycił za brzeg zielonego papieru i rozdarł go, krzywiąc się. Pierwszy kawałek był najtrudniejszy do oderwania i najdłuższy. Gładkie, drewniane pudełko zostało odsłonięte po kilku ostrych szarpnięciach.

Nie mógł znaleźć brzegu pokrywki pudełka. Obrócił je dookoła, podnosząc na wysokość oczu.

- Gdzie jest otwarcie?
- Musisz je znaleźć.

Posłał Blaise'owi spojrzenie.

- Nie jestem dobry w łamigłówkach. Wiesz o tym.

Drugi chłopak tylko się uśmiechnął.

- Znajdziesz je. I jesteś dobry w łamigłówkach. Powinieneś mieć więcej wiary w siebie.

Neville zmarszczył brwi, ale powrócił do pudełka. Pogładził palcem wierzch i coś poczuł. Zrobił to ponownie, przyglądając się bacznie drewnu. Ledwie dostrzegał cienką linię łączenia. Pchnął drewno w prawo i wierzch ustąpił, przesuwając się z łatwością i odsłaniając nagrodę.

Pudełko było puste. Neville przechylił głowę na bok i zajrzał do płytkiego wnętrza.

- Więcej zagadek? – zapytał.

Blaise pokręcił głową i chwycił jego dłonie we własne, włącznie z pudełkiem.

- To… – Oblizał wargi. – To pudełko zrobiono w konkretnym celu. To jest… w pewnym sensie zagadka, ale nie jestem pewien, czy twoja rodzina przestrzega tradycji czy nie.

Neville spuścił wzrok na pudełko, które miał w dłoniach, i przyglądał się mu. Widział wcześniej coś takiego, ale… Zamrugał.

- Czy ty prosisz mnie o rękę?

Z kuchni rozległ się trzask. Czubki nosa i uszu Blaise'a zaczęły się czerwienić.

- Ja… – Odwrócił wzrok. – A więc wiesz, co to jest.
- Cóż, tak sądzę. To znaczy, moja mama miała w swoich rzeczach podobne pudełko, ale… – Neville zamrugał ponownie. – Robisz to! Prosisz mnie o rękę!

Blaise odsunął dłonie.

- Cóż, wiem, że jesteśmy młodzi. I to tak naprawdę jest bardziej obietnicą. W rodzaju… cóż, to znaczy… to nie jest jak zaręczynowa obietnica czy coś. Po prostu… rodzaj… cóż… przedzaręczynowej obietnicy? – Szarpał niespokojnie ubranie, odciągając kołnierzyk koszuli od gardła. Spojrzał na Neville'a.

Neville zerknął na pudełko. Nadal było puste.

- Gdzie jest broszka? A może to pierścionek? Ja… nie jestem pewien, jak to działa.
- To broszka. – Blaise złożył ręce. – Trochę jak szpilka. – Wpatrywał się teraz w ziemię, a jego rumieniec zanikał. – Ja… Jest w mojej kieszeni. Nie wiedziałem… – Westchnął przeciągle i wyciągnął małą, okrągłą broszkę. Wyglądała na srebrną, choć Neville wątpił, by tak było. Miała kształt plecionego węzła, a wzdłuż brzegów ciągnęły się litery, zbyt małe, by je odczytać.

Blaise zsunął broszkę na dłoń Neville'a i odwrócił wzrok. Metal był ciepły od ciepła ciała chłopaka. Neville wbił w nią wzrok.

- Jesteś szalony, wiesz? – Neville pokręcił głową, a Blaise podskoczył i obrócił się, by na niego spojrzeć. – Dlaczego miałbyś chcieć mnie? Masz rodowe nazwisko, potrzebujesz spadkobierców. – Zamknął pudełko, ale mocno trzymał broszkę w dłoni.

Blaise przesunął się tak, by klęczeć przed Neville’em.

- Nie obchodzą mnie spadkobiercy. Matka znowu jest w ciąży. Tym razem to bliźnięta, tak powiedzieli. One będą kontynuować linię, nie ja. – Przesunął dłońmi po kolanach Neville'a i spojrzał mu w oczy. – Jesteśmy młodzi, owszem. To właśnie po to ta szpilka. Broszka. Czymkolwiek chcesz, by to było. Ale… – Oczy Blaise'a błysnęły. – Ale ja wiem, że jesteś dla mnie wszystkim. I nie chcę się z tobą rozstawać. Nigdy.

Neville przełknął ślinę i wyciągnął ręce, by dotknąć twarzy Blaise'a.

- Jesteś szalony – powtórzył łamiącym się głosem. – Tak. Przyjmuję ją. Szpilkę, broszkę, galopujące hipogryfy. Nie dbam o to, co to jest.

Twarz Blaise'a przyozdobił uśmiech. Ujął w dłonie twarz Neville'a i pocałował go, przysuwając się bliżej. Neville objął ramiona chłopaka i zamknął oczy.

- Ekhem. – Głos babci sprawił, że odsunęli się od siebie. Starsza czarownica stała w drzwiach. Jej fartuch był ubrudzony mąką i plamami oleju, a ona ściskała w dłoni drewnianą łyżką. Ręce splotła na piersi. – A kiedy zamierzałeś poprosić o zgodę, młody człowieku?*

Blaise cofnął się i napotkał jej spojrzenie.

- Zgoda nie jest konieczna w przypadku obietnicy. Ale poproszę panią teraz o pozwolenie na poślubienie go, jeśli pani chce.

Wpatrywała się w niego, nie uśmiechając się.

- Masz rację. Jesteście młodzi. Za młodzi na małżeństwo, to z pewnością. Obaj macie dopiero szesnaście lat. Wiele może się zmienić, zanim skończycie dwadzieścia lat.
- Dwadzieścia? – Neville podniósł wzrok na babcię.
- To wiek, w którym czarodzieje tej samej płci mogą wziąć ślub.
- Ale… – Neville spojrzał na Blaise'a. – Pary ciągle biorą ślub tuż po siódmym roku.

Babcia skrzywiła się.

- To są tak zwane „normalne” pary, Neville. – Jej spojrzenie wciąż nie opuściło twarzy Blaise'a. – Wyrażę swą zgodę na to, chłopcze. Ale… – Wskazała na Blaise'a drewnianą łyżką. – Jeśli z premedytacją doprowadzisz go do łez, osobiście wyrwę ci serce. Czy to jasne?

Neville gapił się na babcię. Nie sądził, że naprawdę powie „tak”. Ale zrobiła to, zrobiła! Przeniosła wzrok na niego i uśmiechnęła się, ale w jej oczach widać było… smutek. Potem on zamrugał, a ona odeszła, znikając w kuchni. Jej głos unosił się za nią.

- A teraz obaj idźcie się umyć. Obiad jest prawie gotowy i wygląda na to, że mamy dziś więcej niż jedną okazję do świętowania.


~~~~~~


Chłopak znowu był w ogródku.

Rayne oparł się o drewniany płot, obserwując pracę Pottera. Chłopak poruszał się wolno, zbyt wolno jak na piętnastolatka. Ma prawie szesnaście lat, przypomniał sobie. Dojrzewanie zawsze miało wpływ na czarodziejów. Setki lat temu to szesnaście lat było wiekiem, gdy uczniowie kończyli Hogwart. Lepiej lub gorzej odnajdowali się w społeczeństwie, a najczęściej brali ślub. Zwłaszcza, Rayne zmarszczył nos, w czystokrwistych domach.

Rayne przypomniał sobie lato, podczas którego on sam skończył szesnaście lat. Był kapryśny, naładowany magią i nie patyczkował się z nikim. Wszystkie dzieci tak miały. Ale Harry… Westchnął i podniósł zasuwkę bramy. Chłopak wygląda już na starego.

- Potter? – Prawie stał już nad chłopakiem.

Harry obrócił się, mając ręce rozłożone na ziemi i bladą twarz. Podniósł wzrok na Aurora; jego oczy były szeroko otwarte i szkliste. On mnie nie widzi. Rayne poczuł chłodny dreszcz strachu przebiegający mu po plecach.

- Harry – powiedział, kucając tak, że ich głowy znalazły się na tym samym poziomie.

Oczy Harry'ego nawet nie drgnęły.

- Kruki krążą na niebie. Ale to nie są kruki. To zdechłe wrony. – Zamrugał, z drżeniem wciągając powietrze i wyciągając przed siebie rękę. – Nad morzem. Tam jest krew. Tak dużo krwi.

Rayne przełknął ślinę i chwycił dłoń chłopaka. Kontakt skóry ze skórą zdawał się wyrwać chłopaka z transu. Harry wzdrygnął się, jedną rękę podnosząc do oczu, a drugą próbując wyciągnąć z jego uścisku.

- Hej, Potter. Harry. To ja. Auror Rayne. – Przyciszył głos. – No dalej, chłopie. Skup się na mnie.

Harry nie odsunął ręki od oczu.

- Rayne. Auror Rayne. Privet Drive. Dursleyowie. – Rayne obserwował, jak przełyka i odsuwa się, tym razem wypuszczając jego małą dłoń. Chłopak otarł twarz i podniósł wzrok.
- Merlinie, Potter! – Chłopak miał na twarzy krew. Rayne sięgnął do kieszeni. – Wytrzymaj chwilę. Zabiorę nas do Św. Mungo.

Harry wyciągnął rękę, zaciskając wątłą dłoń wokół nadgarstka Rayne’a.

- Nie – powiedział. To mija. Nic mi nie jest.
- Oszalałeś? Krwawisz. Z. Oczu, Potter! To nie jest normalne!
- To… to jest od eliksiru, który biorę. – Zielone oczy z czerwonymi obwódkami napotkały jego spojrzenie, zbyt jasne i stare jak na tak młodego chłopaka. – Nie rób tego. To tylko zwiększy zamieszanie.
- Zamieszanie?
- Tak, zamieszanie, którego nie potrzebujemy. Jeśli w Św. Mungo dowiedzą się, co wziąłem… – Potter przełknął, a jego jabłko Adama drgnęło. – Wsadzą mnie do Azkabanu.

Rayne usiadł na piętach.

- Nie zrobią tego, Potter. Jesteś…
- Zbawicielem czarodziejskiego świata. Słyszałem to już wcześniej i widziałem cały ten nonsens, który się z tym wiąże. – Dłoń Pottera nadal zaciskała się wokół jego nadgarstka. – Proszę, nie.

To była prośba, która do niego przemówiła. Głos chłopaka załamał się w połowie słowa, przenosząc go lata wstecz, aż Rayne mógł zobaczyć bezbronne dziecko, które wiedziało, że pod łóżkiem naprawdę są potwory, a wszyscy, których zna, go nienawidzą.

Zamknął oczy i westchnął.

- Dobrze, Potter. Żadnego szpitala. – Otworzył oczy w samą porę, by zobaczyć, jak chłopak rozluźnia się z ulgą. – Ale… – powiedział, gdy jego nadgarstek został uwolniony. – Odchodzisz stąd.

Ciemne brwi zmarszczyły się.

- Ale pan nie może. To znaczy, zabrać mnie stąd. To nie jest bezpieczne.
- Potter, gdybyś wiedział, jak wiele barier jest nałożonych na Black Manor, nie mówiłbyś tak.

Chłopak odwrócił wzrok.

- Złożyli już wniosek?

Rayne zamrugał.

- Ach. Cóż, nie sądzę, by ktokolwiek im powiedział, by to zrobili, a co do dyrektora…

Ciemna głowa pochyliła się.

- W porządku. Są zajęci.

Jakaś iskra gniewu rozkwitła w piersi Rayne’a, gdy usłyszał tę cichą odpowiedź.

- Pieprzyć to. – Wstał, pociągając za sobą chłopaka. – Masz spakowane wszystkie rzeczy?
- Co?

Uspokajająco położył dłonie na wątłych ramionach.

- Powiedziałem…
- Co ty robisz, Rayne?

Głos jego partnera odciągnął go od szalonego planu, który powstał w jego głowie. Odwrócił się, by zobaczyć Daniela w furtce do ogrodu; jego oczy przepełniała wściekłość, a usta miał wykrzywione w grymasie.

- Spójrz na tego dzieciaka! – Przesunął się, by Gest miał lepszy widok. – Czy on według ciebie wygląda dobrze? Ględzenie Ministra to stek kłamstw! Musimy go stąd zabrać!
- Jeśli nie opuścisz podwórka i nie wrócisz na tę stronę ogrodzenia, Rayne, sam cię zabiorę. Wiesz, że nie powinniśmy przekraczać zabezpieczeń! Samo widzenie się z chłopakiem może kosztować nas pracę! A teraz ty… od czasu, gdy przeszedłeś przez bariery tydzień temu…
- Dan, zamknij się!
- Proszę. – Głoś Harry'ego umocnił się. Popchnął Aurora. – Proszę iść. Nie warto tracić przez to pracy. Nic mi nie jest. I nic mi nie będzie. Po prostu proszę iść.
- Potter. Harry…

Zielone oczy wpatrywały się w niego. Mógłby przysiąc, że jakiś rodzaj ciemności zawirował w źrenicach chłopaka, przysłaniając tęczówki.

- Wszystko zdarzy się w swoim czasie, Aurorze Rayne. Wrócę do Hogwartu w tym roku, tyle pokazują wszystkie wizje przyszłości. – Ciemność zniknęła i Harry zamrugał. Odsunął się, kręcąc głową. – Przepraszam – wymamrotał.
- Rayne! – Słyszał, że cierpliwość Daniela jest na wyczerpaniu.
- Twoje listy. – Wyciągnął z kieszeni pogniecione listy. Chłopak zabrał je, wciąż nie patrząc mu w oczy. Rayne odwrócił się i przeszedł przez bariery. Gest chwycił go za ramię i zaczął wykrzykiwać mu do ucha słowa tak znajome, że znał je już na pamięć.

Rayne, zamiast słuchać, przesunął wzrok na chłopaka, obserwując, jak dzieciak przegląda listy, przyglądając się imionom. Widział, jak wąskie ramiona opadły, a głowa pochyliła się.

Gniew Rayne’a zawrzał mu pod skórą. Zmrużył oczy i odwrócił się, pozwalając Gestowi zaciągnąć się z powrotem na Aleję Pokątną. Myślę… Zamrugał, gdy znikali. Myślę, że mam plan…


~~~~~~


Profesorze Snape

Zwróciłem uwagę na to, że młody pan Potter dziwnie reaguje na jeden z eliksirów, które zostały mu wysłane. Jako że z obowiązku oraz polecenia Ministerstwa nie wolno mi nigdy wrócić do domu Dursleyów, pomyślałem, że jeden z jego profesorów powinien być tego świadom. Oczywiście istnieją ograniczenia, nałożone przez samego Ministra na odwiedzających młodego pana Pottera…


~~~~~~


Black,

Natychmiast zabierz swego cholernego chrześniaka od Dursleyów, jeśli go kochasz.

~Rayne



~~~~~~


Gdy list dotarł do Black Manor, cała rodzina była niestety nieobecna.

Wybrali się na weekend na wybrzeże. Wielkie mugolskie miasto Brighton znajdowało się kilka kilometrów od miejsca ich noclegu. Na wybrzeżu mieszkała niewielka czarodziejska społeczność i wszyscy mieszkańcy przyjęli rodzinę Blacków z otwartymi ramionami.

Ginny uważała, że jej kostium kąpielowy jest głupi, ale była tam tylko ona jedna przeciw męskiej części rodziny, która go aprobowała. Strój miał krótkie, obcisłe spodenki i niewielkie rękawki, które zakrywały jej ramiona. Był bladofioletowy – to był jedyny kolor, który pasował na nią rozmiarem. Nie miała nic przeciwko odcieniowi, ale krój…

- Ta cholerna rzecz drapie. – Potarła swe biodro i przemyślała zadanie, jakie miała przed sobą. Miękki piasek czynił chodzenie z laską trudnym, jeśli nie niemożliwym.
- Gin? – Syriusz położył rękę na jej ramionach. – Potrzebujesz pomocy?

Posłała mu spojrzenie, które podpatrzyła u Remusa.

- Dam sobie radę – powiedziała, wyślizgując się spod jego reki. – Albo zginę, próbując – dodała pod nosem.

Pierwszy krok spowodował, że laska zapadła się w miękki grunt. Postawiła zdrową nogę i przesunęła się naprzód. Zauważyła, że Bill rusza w jej stronę, ale Remus go powstrzymał. Skinęła wilkołakowi głową i wróciła do zadania.

Dotarcie do ręczników i parasoli, które rozłożyła jej nowa rodzina, zajęło jej prawie pół godziny. Część nabrzeża, na której się znajdowali, została wyrzeźbiona przez czarodziejów tak, że surowa, skalista linia brzegowa ustąpiła na rzecz łagodnej, piaszczystej powierzchni. Gdy tylko zbliżyła się do twardszego piasku, chodzenie stało się dla niej łatwiejsze; pewniejszy grunt utrzymywał się pod jej laską, a jej stopy nie ślizgały się aż tak bardzo. Jednak…

- Możesz zanieść mnie z powrotem – poinformowała Billa, gdy tylko do nich doszła. Rzuciła laskę i opadła na duży ręcznik. – Nie zamierzam robić tego znowu.

Remus postawił dużego, spienionego drinka obok jej łokcia. Był różowy i pachniał truskawkami.

- Co to jest?
- Margarita dla młodej damy. – Remus trzepnął Syriusza, gdy animag otworzył usta.

Zauważyła to.

- Nie ma w sobie tych wstrętnych rzeczy, które mają te żółte, prawda?

Remus urwał, odstawił talerz z kanapkami, które przygotowały dla nich skrzaty domowe, i spojrzał na nią.

- A możesz mi wyjaśnić, skąd wiesz, co te żółte w sobie mają…?

Ginny zarumieniła się, spojrzała na Billa, a potem posłała wilkołakowi najbardziej promienny uśmiech.

- Doskonałe trafienie?

Wilkołak nie był rozbawiony.

Zmizerniała pod jego spojrzeniem.

- W bibliotece był mężczyzna, który mi jednego zaproponował.

Syriusz poderwał głowę, a jego oczy zmrużyły się do postaci szparek.

- Młoda damo, czy ty przyjęłaś alkohol od nieznajomego?
- Zaproponował mi jednego i wskazał barmana, który go przygotował!

Połączone spojrzenie mężczyzn pozbawiły ją odwagi.
- Powiedz mi, czy przyjęłaś tego drinka, Ginewro? – Głos Remusa był tak bliski warkotu, jak wtedy, gdy słyszała go latem.
- Oczywiście, że nie! – Przerzuciła włosy przez ramię i obrzuciła ich palącym spojrzeniem. – To coś okropnie śmierdziało. Rzuciłam w niego książką i nazwałam go dupkiem, żeby się odczepił!

Nastąpiła chwila ciszy, po której Syriusz zaczął wyć.

- Moja dziewczynka! To są w każdym calu geny Blacków! – Zaczął rechotać, opadając na piasek i trzymając się za brzuch.

Ginny pociągnęła nosem.

- Wy, dorośli, jesteście tacy niemądrzy. – Wzięła łyk spienionego drinka, uśmiechnęła się i przysunęła go bliżej. – Mogę poprosić o kanapkę? Tę z ogórkiem. Te lubię najbardziej.


~~~~~~


Harry przekopywał śmieci. Jego ciotka zaczęła sprawdzać zawartość lodówki, ku jego irytacji. Okruchy jedzenia, które udawało mu się podbierać podczas śniadania i obiadu, były wystarczające, ale często nie zaspokajały całkowicie głodu.

Jednak ciotka Petunia, jak stwierdził ku swemu zadowoleniu, nienawidziła gotowania jedzenia z puszek, które były wgniecione. Kazała Harry'emu wyrzucić je wszystkie pod koniec dnia, mamrocząc coś na temat tego, jak to jego dziwaczność doprowadziła do zepsucia się dobrego jedzenia, które kupiła dla swej rodziny. Jeśli nawet zauważyła, że jedynie puszki, których zawartość można było spożywać na zimno, były wgniecione, nie zrobiła mu z tego powodu awantury.
On jednak ucieszył się szczególnie, zgniatając sporą część zawartości spiżarni pewnego popołudnia, które spędził sam w domu. I nie potrzebował do tego żadnej magii.

Sędziwy otwieracz do konserw, który miał schowany pod bratkami, był wystarczająco czysty. Wymknął się, gdy jego rodzina poszła do salonu, by dać się pochłonąć swoim programom telewizyjnym. Wiedział, że nie zatęsknią za nim przez przynajmniej dwie godziny.

Wcisnął się pomiędzy stojak na węża ogrodowego a małą budkę z pompą ciepła.** To dawało mi widok na tył werandy, a jego ciotka nie widziała go tam z okna. Umieścił puszkę z tuńczykiem pomiędzy kolanami, podniósł zardzewiały otwieracz i rozpoczął długi proces podważania wieczka nagrody.

Sny stawały się coraz gorsze. Ręce trzęsły mu się prawie od momentu, w którym się budził, do chwili, w której zasypiał. Wiedział, że potrzebuje pomocy, ale nie wiedział, do kogo się po nią zgłosić. W końcu napisał do Syriusza, prosząc, błagając – zadrwiła z niego jego duma – by go stamtąd zabrał. Potrzebował Pomfrey. Potrzebował Snape'a, równie bardzo, jak bardzo bał się do tego przyznać. I pragnął swej rodziny, ciepłego łóżka i ramion, które by go objęły, gdy tego potrzebował. Ale minął tydzień od czasu, gdy widział Aurora Rayne’a, i list leżał na dnie jego kufra, niewysłany.

Pragnął również Dracona, w sposób, który sprawiał, że jego żołądek się skręcał, gdy o tym myślał. Tęsknił za blondynem. Tęsknił za jego ciepłem przy swoim boku; za obecnością, której doświadczał tak często, że nie wiedział, jak bardzo jej potrzebuje, dopóki nie zniknęła.

Znowu tu jesteś, odezwał się cichy głos na dnie jego umysłu. Taki samolubny. Jeszcze tego nie zakończyłeś? Nie dręczyłeś chłopaka do samego końca? Gdyby to nie było dla ciebie…

Uderzył ręką o ziemię. To przyciszyło głos do cichego mamrotania. Głos pochodził ze snów. Nie wiedział, czy mówiły to jego własne lęki, czy też może kogoś innego. Zaczynał słyszeć głosy, gdy się budził; czasem były to ciche westchnienia, a czasem szalejące wojenne wrzaski. Duchy przeszłości tak złożone, że ciężko mu było je od siebie odróżnić, gdy maszerował przez podwórze podczas prac w ogrodzie. Wiedział, że były duchami, mugolskimi duchami. Nigdy się do niego nie odzywały, choć niektóre obserwowały go przez cały dzień.

Teraz było ich kilka; patrzyły, jak je. Jeden wyglądał jak służąca z jednego z portretów w Hogwarcie. Podpełzła przez trawnik i zatrzymała się kilka stóp od niego, podparta na kolanach i dłoniach; jej oczy błyszczały w ciemności bladym błękitem.

- Nie dostaniesz tego. – Przyciągnął puszkę do piersi, używając palców, by zagarnąć mięso do ust. Duch obnażył zęby i rzucił się naprzód. – Nie przestraszysz mnie. Nawet nie możesz mówić. – Machnął noga w jej stronę, opryskując ją błotem. Otworzyła usta, pokazując zgniłe zęby. Obrócił głowę, czując pełznące jego ciałem zimno. Potem zniknęła. – Głupia. Widziałem straszniejsze duchy od ciebie. – Przesunął się, pocierając ramieniem o drewno, które leżało obok domu. – Krwawy Baron by się uśmiał. – Zasłonił usta grzbietem dłoni, tłumiąc śmiech, który chciał wydostać się na zewnątrz. Bolało go gardło, ale zepchnął ból na dno umysłu. Skończyły mu się eliksiry, które przesłał Snape.

Noc pulsowała wokół niego, a cienie się pogłębiały. Przerwał pochłanianie jedzenia, wpatrując się w poruszenie. Gdy pojawiła się Morrigan, zamrugał.

- Dziecię snów. – Smuga… czegoś zdobiła jej policzek. Stanęła nad nim, a jej sylwetka była czarna na tle nocnego nieba.

Wysunął puszkę w jej stronę.

- Tuńczyka?

Uklęknęła i skubnęła kawałek z puszki. Skrzywiła się i wypluła go.

- Tłusty.

Wzruszył ramionami.

- To jedyny rodzaj, jak lubi ciotka Petunia.

Morrigan wpatrywała się jego twarz. Wyciągnęła rękę i dotknęła bladego policzka.

- Nie jest z tobą dobrze.

Jej palce były gorące w porównaniu z jego skórą.

- Nic mi nie jest. Jestem tylko obolały.

Jej ciemne oczy nie mrugały.

- Potrzebujesz uzdrowiciela.
- Nie ma żadnego, który może tu przyjść.

Obróciła głowę i spojrzała w kierunku otwartych drzwi do domu.

- Czy ci ludzie cię krzywdzą?
- Nie. – I to była prawda. Vernon nie dotknął Harry'ego przez całe lato, a jego kuzyn był nieufny wobec Harry'ego od czasu epizodu z Aurorem Rayne’em.

Układ jej warg wyrażał niezadowolenie.

- Nie podoba mi się to, że tu jesteś, dziecko. Powinieneś być gdzie indziej. W ciepłym łóżku, z ciepłym jedzeniem. – Przysunęła się bliżej, ocierając się obok niego o ścianę domu. Objęła jego ramiona, a jej ciepło sączyło się w jego kości. Harry poczuł kulę w gardle i próbował ją przełknąć.
- Syriusz wkrótce przybędzie i mnie zabierze. Minister nie może wiecznie grać na zwłokę. Dyrektor również coś zrobi. Wiem, że tak będzie. – To stwierdzenie już mu się osłuchało – powtarzał je sobie każdego ranka i wieczora. Nie był pewien, czy w to wierzy.

Miękkie wargi dotknęły jego skroni.

- Gdybym tylko mogła cię stąd zabrać…

Zesztywniał i spojrzał na nią.

- Mogłabyś?

Jej ciemne spojrzenie napotkało jego.

- Nie. – Odwróciła wzrok. – Inny Świat… – Westchnęła i podniosła rękę, by pogładzić jego włosy. – Moje miejsce w Innym Świecie jest mroczne i pełne przemocy. Nie mam domu, tylko pola bitew i niebo nad nimi. To nie miejsce dla dziecka.

Opuściła go nadzieja.

- Brzmi ponuro. – W puszce została tylko odrobina tuńczyka. – Nie możesz wybudować sobie domu?

Roześmiała się, a jej ciepły chichot zatrząsł jego sylwetką.

- No, to jest myśl.
- Cóż, mogłabyś?

Przechyliła głowę na bok.

- Przypuszczam, że mogłabym. – Skupiła wzrok na czymś, co nie znajdowało się w zacienionym ogrodzie. – Choć sam ten pomysł spowodowałby u moich krewnych taki szok, jakiego nie wiedziałam od tysiącleci.
- W takim razie powinnaś to zrobić. – Harry skinął głową i odstawił puszkę na bok. Przyciągnął kolana bliżej do reszta ciała i owinął je rękami. Razem z nią zagapił się w ciemność. – Robienie tego, co ludzie sądzą, że powinieneś robić, jest nudne.

Poczuł jej westchnienie.

- Jesteś zły.

Oparł brodę na kolanach.

- Nie na ciebie.
- Ale na swoich krewnych. I tego swojego ojca chrzestnego.

Wciągnął powietrze, by się odciąć, a potem wypuścił je powoli.

- Nie powinienem być. – Zamrugał, by przegonić z oczu łzy. – Jestem pewien, że robi wszystko, co może. Jestem wściekły na Ministra. I wszystkich ludzi, którzy uważają, że muszę być zamknięty czy coś takiego. – Podrapał się w nos. – To znaczy, co oni zrobili, by powstrzymać Voldemorta? – Narastał w nim gniew, kłębiąc się pod jego skórą jak rój pszczół.

Morrigan zamarła u jego boku.

- Masz w sobie dużo gniewu. Niedobrze jest go tłumić.

Harry się skrzywił.

- Co w takim razie mam z nim zrobić? Nie mogę na nich nakrzyczeć, prawda? Nie mogę być podłym w stosunku do moich krewnych, bo oni będą podli dla mnie. Więc co mam zrobić? – Wzruszył ramionami. – Muszę go stłumić. Wiem, że to nie jest dobre, ale nie mam miejsca, w którym mogę dać upust tej złości. Zrobię to tutaj, a wuj Vernon z powrotem umieści mnie w komórce.
- Jesteś zbyt młody, by być tak mądrym. – Siedzieli w milczeniu przez długą chwilę. Letnia noc była ciepła, ale w powietrzu czuć było chłód. – Nadchodzi jesień.
- Wiem.
- Masz już szesnaście lat.
- Tak.
- Większość czarodziejów otrzymuje swe moce w wieku szesnastu lat.

Obrócił głowę, by na nią spojrzeć.

- Naprawdę? Nikt mi o tym nie powiedział.

Przeczesała dłonią jego włosy.

- Pamiętam, jak to było Wcześniej. Uroczystości, które wy, śmiertelnicy, urządzalibyście w te noce. Paliłyby się ogniska i trwałyby uczty. A dziecko wchodziłoby w posiadanie swych mocy w świetle księżyca.
- Ale w moje urodziny nie było księżyca.

Skinęła głową.

- Twoje urodziny były nocą ciemności. W dawnych czasach oznaczało to szczęście.

Harry poczuł, że jego brwi wędrują w górę.

- Naprawdę? – Podniósł się odrobinę. – Jakiego rodzaju szczęście?

Jej śmiech był tylko cichym sapnięciem w nocnym wietrze.

- To zależało od czarodzieja.
- Ale… – Harry poczuł ukłucie zainteresowania. – Ja nic nie czułem. No wiesz. Nie było żadnej przypadkowej magii w noc moich urodzin.
- Owszem, była, mój senny pisklaku. – Jej ciemne spojrzenie napotkało jego. – I dobrze o tym wiesz.

Przełknął nagły dreszcz.

- Masz na myśli moje sny? – Przytaknęła. – Ale… – Zamrugał i zastanowił się nad tym. – Myślę, że stają się coraz silniejsze.
- Ciemność utrzymuje się w twojej krwi. Nie sądzę, by kiedykolwiek miała zniknąć. – Przesunęła palcem wzdłuż jego twarzy. – To stało się częścią ciebie. Powinieneś się z tym pogodzić, a nie to odpychać.

Odwrócił twarz, by nie patrzeć jej w oczy.

- Ale… Wziąłem ten eliksir, by pomóc pokonać Voldemorta. To nigdy wcześniej nie było częścią mnie.
- Ależ skąd.
- Masz na myśli wizje, które miałem? Myślałem, że miały miejsce, ponieważ byłem połączony z Voldemortem.
- Być może. Być może nie. Czasem to magia wybiera dary, które ofiarowuje czarownicom i czarodziejom, a czasem decyduje o tym krew rodu. – Poruszyła się przy nim i ciepło jej płaszcza owinęło się wokół jego ramion. Zwinął się przy jej boku, a osobliwe zdumienie poruszyło się w jego piersi.
- Więc to magia zdecydowała o tym, że będę widział przyszłość?
- Możliwe, że jeszcze się to nie skończyło. – Owinęła materiałem jego kolana i usiadła z powrotem. – Dzika magia robi to, co chce, w swoim czasie. Nawet bogowie, Dagda ani Danu nie mogą tego zmienić.

Harry poczuł nadzieję kiełkującą w jego piersi.

- Więc może nie dostałem jeszcze wszystkich swoich mocy?
- Myślę, dziecko, że i tak jesteś ogromnie utalentowany. Powinieneś to uszanować.

Parsknął.

- Bardzo fajny dar. Nie mogę nawet opuścić domu.

Jej ciemne oczy zamigotały w ciemności nocy.

- Wszystko dzieje się w odpowiednim czasie. Wiesz o tym. – Przyciągnęła go bliżej. – A teraz posiedźmy sobie trochę. Umiesz nazwać te gwiazdy? Chciałabym się dowiedzieć, jak ludzie obecnie je nazywają.


~~~~~~


Severus Snape wpatrywał się w dyrektora, z rękami skrzyżowanymi na piersi i piorunującym spojrzeniem.

- Przeczytaj list, Albusie. Chłopak krwawi z cholernych oczu. – Stracił panowanie nad swym głosem i zaczął krzyczeć. Pochylił się nad biurkiem, opierając ręce na wytartym, gładkim drewnie. – Musimy go stamtąd zabrać!

Dumbledore westchnął i odłożył list.

- To niemożliwe, Severusie. Minister zarządził, że młody pan Potter zostanie ze swymi krewnymi przez całe lato. Dowiedziałem się, że Blackowie…
- O tak, teraz się odezwał ten zakuty łeb.

Dyrektor obdarzył go ostrym spojrzeniem.

- Syriusz wysłał oficjalny protest do Ministerstwa. Omówią sprawę, ale obawiam się, że nie będzie to miało sensu. Minister Knot nigdy nie był w stanie wyzbyć się urazów z przeszłości.
- Więc powinien zlecieć ze stołka!
- Przyjdzie na to czas, Severusie. Zbliżają się wybory. Korneliusz wykorzystuje Harry'ego, by pozyskać przychylność opinii publicznej. Jeśli zdobędzie jej sympatię, trzymając Harry'ego w ramionach kochającej rodziny, wtedy wygra wybory.
- Dursleyowie z pewnością nie są kochającą rodziną, na jaką kreuje ich Knot.

Dumbledore z westchnieniem przesunął się w tył na swoim miejscu.

- Wiem o tym, Severusie.
- Więc musimy go zabrać!

Srebrzyste brwi uniosły się.

- I co potem? Aurorzy zjawią się po nas w chwili, gdy przejdziemy przez bariery. Niewymowni zmienili ochronę, którą nałożyłem na dom; zostaną zaalarmowani w chwili, gdy zjawimy się na ulicy. Później zostaniemy zatrzymani albo zabrani na przesłuchanie do Ministerstwa, a co potem? – Rozłożył ręce. – Jak zabierzesz dziecko z tej istnej fortecy?
- Przez wezwanie bogów, oczywiście.

Nowy głos sprawił, że się odwrócili. Morrigan siedziała na niebieskiej kanapie; jej ręka spoczywała na oparciu, a nogi były skrzyżowane. Chłód zaczął wypełniać pokój. Nie uśmiechała się.

Dumbledore wstał.

- Morrigan.
- Dyrektorze Dumbledore. – Jej wzrok prześlizgnął się po jego sylwetce. – Sądziłam, że tak ceniona osoba jak pan będzie miała wpływ na całe społeczeństwo.
- Nie wiem, co masz na myśli.
- Ma na myśli to, że powinieneś myśleć jak Ślizgon, a nie jak Gryfon, Albusie. – Severus wsunął dłonie w rękawy. – Widziałaś chłopaka?

Jej spojrzenie przeskoczyło na Mistrza Eliksirów.

- Nie jest z nim dobrze. Jestem pewna, że wiecie, że minęły szesnaste urodziny chłopca.

Przytaknęli.

- Nie miał Przebudzenia jak większość pozostałych. – Przesunęła się na sofie. – Ale dzika magia silnie wokół niego krąży.

Dyrektor obszedł swoje biurko.

- Co masz na myśli?

Jej uśmiech był ostry jak brzytwa.

- Sny chłopca, śmiertelniku. – Jej spojrzenie musnęło list leżący na biurku. – I nie jest z nim dobrze. On jest mój. – Moc ogarnęła pomieszczenie. Severus zadrżał, gdy go minęła. – I nie będę patrzeć, jak moja własność cierpi.
- Więc co zrobimy? – Severus zrobił krok w jej stronę.

Wyciągnęła ku niemu rękę.

- Ufasz mi, Severusie Snape?

Przyjrzał się jej.

- Nie, nie ufam.
- Mądry chłopak. – Dłoń sięgnęła dalej, chwyciła za jego szaty i oboje zniknęli.



* I chlast go tą łyżką przez łeb… :D
** Pompa ciepła - maszyna cieplna wymuszająca przepływ ciepła z obszaru o niższej temperaturze do obszaru o temperaturze wyższej.
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez monalo4 » 2 kwi 2014, o 17:00

Przed Wami kolejny rozdział, komentarze mile widziane :) Chciałabym wiedzieć zwłaszcza to, co sądzicie o Syriuszu w tym opowiadaniu.


Rozdział czwarty

Dzika magia


Severus zachwiał się, prawie upadając na kolana, gdy się pojawili.

Dom wyglądał spokojnie w ciemności. Morrigan stała obok niego, krzyżując ręce na piersiach i wpatrując się w okno, w poprzek którego biegły grube, żelazne pręty.

- Co ty…
- Oni każą mu pracować, wiedziałeś o tym? – Jej głos był cichy, jedwabisty jak skóra węża i zimny jak lód. Sprawił, że zadrżał. – Przez cały dzień; od chwili, gdy świt dotyka nieba, aż do czasu, gdy chorzy, mali chłopcy dawno powinni już być w łóżkach.
- On nie jest małym chłopcem.

Zwróciła ku niemu ciemne oczy.

- On nigdy nim nie był. – Odwróciła wzrok, a jemu udało się odetchnąć. – Podoba ci się jego praca? Wie, jak sprawić, by ogród zakwitł.

Severus gwałtownie zamknął usta i posłał kobiecie miażdżące spojrzenie, ale spojrzał na ogród. Księżyc wyłonił się zza zasłony chmur, za którymi się chował. Srebrzyste światło prześlizgnęło się przez żywopłoty, podświetlając uśpione kwiaty.

Zamrugał, widząc długi rząd pąków.

- Myślałem, że Potter był jedynie przeciętny w zielarstwie.
- Zbyt wiele ukrywa.

Pochylił głowę.

- Być może.

Morrigan przeszła dalej, a jej wzrok zatrzymał się na ciemnym oknie z kratami.

- To jest jego pokój.

Spojrzenie Severusa podążyło za jej własnym i mężczyzna zmarszczył brwi.

- Czy oni mają go za kryminalistę?
- To i jeszcze więcej.

Poczuł, że zaczyna zgrzytać zębami.

- W takim razie najlepiej zrobimy, uwalniając go.
- Zgadzam się.

Zamknięta zasuwka przekręciła się pod ręką bogini. Severus wszedł za nią do domu, wyginając wargi na widok przeciętnej kuchni. Jego długi nos drgnął, czując zapach środka dezynfekującego, który wypełniał pomieszczenie. Przechodząc do korytarza, przystanął na chwilę, by popatrzeć na zapełniające ścianę fotografie, które się nie poruszały. Ich straszliwa cisza wywołała u niego ciarki.

- Mugole – wymamrotał, kręcąc głową. Przesunął wzrokiem od jednego zdjęcia do drugiego, a jego grymas się pogłębił. – Gdzie jest Potter?
- Na górze.
- Nie, na nich.

Morrigan odwróciła się i zmrużyła oczy.

- Nie znam tych rzeczy. – Wzruszyła ramionami i obróciła się z powrotem. – Musimy się pospieszyć.
- Czy mugole mogą nas usłyszeć?
- Nie. Śpią.
- To dobrze.

Razem weszli po schodach. Severus słyszał głośne chrapanie osób śpiących w swych pokojach. Morrigan zaprowadziła go do drzwi, które były pokryte srebrnymi zamkami. Czuł, jak podnosi mu się ciśnienie.

- Możesz…

Klikanie zamków zdawało się rozbrzmiewać głośno w korytarzu. Przysłuchiwał się śpiącym, ale nawet nie drgnęli. Kobieta otworzyła drzwi i wkroczyła do ciemnego pokoju. Ruszył za nią.

Widok chłopaka wyginającego się w łuk na łóżku, z ustami otwartymi w niemym krzyku, zmroził Severusowi krew w żyłach. Potter szarpał pościel, wbijając pięty w materac i miotając głową z boku na bok. Krew ciekła mu z oczu, pokrywając grubą warstwą włosy nad jego uszami.

Severus nawet się nie skrzywił, gdy jego kolana uderzyły o podłogę obok łóżka. Wcisnął rękę pod ramiona Pottera, przyciągając go do siebie.

- No już, Potter. Przestań. Obudź się. To tylko sen. Tylko sen. Obudź się. Potter, ty głupi dzieciaku, przysięgam, że jeśli natychmiast się nie obudzisz…

Chłopak pisnął cicho, wciągając powietrze, przez co Mistrz Eliksirów skrzywił się. Wtedy Potter wypuścił ze szlochem powietrze, a jego ciało zwiotczało.

Severus obrócił się, by spojrzeć na Morrigan.

- Co się dzieje?

Morrigan nie zwracała na niego uwagi. Jej spojrzenie utkwione było w ścianie, a między jej brwiami pojawiła się cienka linia.

- Muszę iść – powiedziała.
- Ale jak ja…

Pokręciła głową, a wokół niej spadł deszcz piór.

- To jest… tam jest... – Jej oczy pociemniały, a potem błysnęły złotem. – Prawie mogę to wyczuć.
- Wyczuć co? – Ale ona odeszła, a jej przyprawiająca o dreszcze moc zniknęła z pokoju.

Severus warknął w kierunku miejsca, w którym stała, po czym obrócił się do chłopaka, którego trzymał w ramionach. Uniósł go wyżej, przyciągając bezwładne ciało do piersi. Czuł, jak magia Ministra zaczyna napierać na jego skórę.

- Potter. Harry. Obudź się. – Potrząsnął chłopakiem.

Harry jęknął i obrócił głowę. Jego oczy otworzyły się i spojrzały na niego.

- Profesor?
- Gdzie są twoje rzeczy?
- Co?

Oparł się pokusie, by ponownie potrząsnąć chłopakiem.

- Twoje książki? Twój kufer? Twoja różdżka?

Harry wtulił twarz w klatkę piersiową Severusa. Mistrz Eliksirów wypchnął ze swego umysłu dziwny przebłysk emocji. Nie czuję instynktu rodzicielskiego. Nie czuję.

- No już, Potter. Zanim zabezpieczenia Ministra mnie stąd wypchną.
- Są w szopie. Wuj Vernon nie chciał, żebym jeszcze kiedyś czytał moje… książki… – Cichy głos chłopaka zanikł zupełnie, a jego ciało raz jeszcze zwiotczało.

Severus zacisnął zęby, ale przygarnął chłopaka bliżej i wyszedł z domu.

Musiał odłożyć chłopaka na ziemię, by otworzyć szopę. Kilka krótkich zaklęć później miał już rzeczy dzieciaka schowane w kieszeni. Gdy podniósł Harry'ego, usłyszał rozbrzmiewający alarm. Z racji braku świateł, które zapalałyby się w okolicznych domach, założył, że był on słyszalny tylko dla uszu czarodziejów.

- W jaki sposób ty zawsze pakujesz się w takie sytuacje, Potter? – Westchnął i zamknął oczy. Zniknęli z cichym pop, zanim pojawili się Aurorzy.


~~~~~~


Krzyki dzieci wypełniły powietrze. Crom Cruach unosił się nad ich ciałami, chłonąc ich rozpacz i ból. Moc ich śmierci wypełniła go, nadając mu kształt, nadając mu więcej niż jego imię, wspomnienia czy umysł.

Był Cromem Cruach.* Był bogiem śmierci, życia, całego świata. Pochlebstwo było jednym z jego imion, tak samo jak pożądanie i ból

Ciemność zadrżała i przyjęła postać człowieka, wysokiego na tle nocnego nieba. Ciemne włosy, ciemne oczy i śniada skóra… Rozłożył ręce i spróbował krzyknąć. Czarna magia zapulsowała i wyskoczyła z jego uścisku, a jego sylwetka rozprysła się ponownie do postaci cienia.

Nie! Przepełniony wściekłością wiatr cisnął batem szaleństwa. Nie! Nie będę odepchnięty! Sięgnął po więcej, po kolejne ciało, po kolejną duszę, by je przyjąć. Ale żadnych nie było. Niewielki rząd domów został zniszczony, a wszyscy, którzy w nich żyli, byli martwi.

Tak nie będzie. Drzewa wygięły się, a ich gałęzie odpadły w obliczu jego gniewu. Chaos cię wzywa, Tigernmasie!** Nie powinieneś umrzeć i zostawić mnie w takim stanie! Przyciągnął bliżej to, co zostało z rezerw jego magii, i zamachnął się, wołając w Ciemność. Masraige’owie,*** wzywam was do służby! Chodźcie, moi mroczni kapłani! Nakazuję wam się obudzić!

Wezwanie popłynęło w dal, niosąc się po niebie. Jego amorficzna postać wisiała bezwładnie w cieniu, wyczerpana. Zawirowała, zmieniając się w niewielki węzeł nienawiści i bólu. Obudźcie się dla mnie, moi mroczni kapłani. Moje mroczne bóstwa muszą odżyć. A potem… Kula zadrżała, unosząc się w powietrze, gdy krew zastygła na ziemi. Potem przyjmę postać i odżyję. A ten świat będzie mój tak jak kiedyś.


~~~~~~


Wołanie dotarło na drugą stronę wąskiego morza oddzielającego dwie wyspy. Przeleciało nad zieloną krainą, pozostawiając za sobą koszmary. W ciemności, w wilgotnej i zimnej ziemi miejsca, które było zapomniane przez dekady, z wyjątkiem czasopism naukowych, obudziło się ciało.

Sztywna, martwa skóra drgnęła. Pokryte skórą oczy otworzyły się, widząc glinę i robactwo. Rozpadające się szaty otrząsnęły się z kości i płatów suchej skóry. Ostatni z kapłanów Croma obudził się z długiego snu. Wzniósł ręce, zdrapując błoto, które go pokrywało.

Słyszę cię, mój mistrzu. Budzę się i służę.


~~~~~~


Syriusz skrzywił się, widząc nagłówki Proroka Codziennego. Voldemort żyje?, głosił nagłówek; falujące litery zajmujące górne trzy cale strony. Zdjęcie pod nimi pokazywało czarodziejską wioskę, która została zniszczona. Rozmazane kształty zdobiły scenę; ciała, jak zgadywał Syriusz.

- Jak źle jest?

Spojrzał nad brzegiem gazety na Remusa i skrzywił się.

- Wystarczająco źle. Ta przeklęta gazeta znowu to robi. Twierdzi, że Harry nigdy nie zabił Czarnego Pana, a potem mówi, że może to właśnie Harry zabił ich wszystkich, że może to były wilkołaki, że… – Westchnął z gniewem. – Widziałeś zdjęcie.

Wargi Remusa wykrzywiły się ze złości.

- Tak, widziałem.

Syriusz złożył gazetę i rzucił ją na stół.

- Nie mogę uwierzyć w te bzdury. To znaczy…

Pojawił się błysk i łupnięcie w kominku. Obaj mężczyźni zmarszczyli brwi i obrócili się, patrząc, jak wylatuje z niego gazeta. Syriusz wstał, wziął ze stojaka drugą gazetę i otworzył ją. Potem zbladł.

Potter zniknął! W Anglii powstaje kolejny Czarny Pan!

Syriusz odrzucił ją, jakby dotyk farby drukarskiej go palił. Remus odwrócił ją, by móc odczytać nagłówek. Wstał, przewracając przy tym krzesło. Ich spojrzenia spotkały się.

- Syriuszu…

Animag obrócił się, trzęsąc się z gniewu. Chwycił garść proszku Fiuu i cisnął go do kominka.

- Gabinet Albusa Dumbledore'a, Hogwart!

Zapłonął ogień, przybierając intensywny odcień zieleni. Mężczyzna wkroczył w niego i zniknął.


~~~~~~


Pojawił się w środku chaosu. Gabinet dyrektora był pełen ludzi, zarówno z Ministerstwa, jak i z Zakonu. Nie zauważyli, że przybył.

Odchylił głowę w tył i zawył. Zapadła cisza. Wszyscy zgromadzeni obrócili się, by na niego spojrzeć.

Syriusz wpatrywał się w dyrektora.

- Gdzie jest mój chrześniak, ty draniu?

Albus odpowiedział mu stanowczym spojrzeniem.

- Ja go nie mam, Syriuszu Black. I nie będę rozmawiał w ten sposób w moim własnym gabinecie.
- Ty żałosny skurwy…

Ogień zapłonął ponownie, a wokół niego owinęły się czyjeś ramiona. Rozpoznał Lunatyka tą stłumioną częścią swego mózgu, która jeszcze działała.
Dumbledore obrócił się do ludzi wpatrujących się w animaga.

- Będę zajmował się waszymi sprawami pojedynczo. Będę wdzięczny, jeśli wyniesiecie się z mojego gabinetu i zaczekacie na korytarzu. – Ton dyrektora nie pozostawiał miejsca na kłótnie. Magia jego stanowiska wyprowadziła ich stopy z pomieszczenia, w dół po schodach, a potem poza ukryte wejście do jego gabinetu.

Później mężczyzna spojrzał na Syriusza.

- Syriuszu Black. Akurat ty ze wszystkich ludzi powinieneś wiedzieć…
- Nie obchodzi mnie to! – Syriusz rzucił się w jego stronę, ale Remus go zatrzymał. – Gdzie jest Harry? Gdzie on jest? Do cholery, starcze. Mówiłem ci, że on powinien być ze mną! On…

Dłoń Albusa opadła na biurko, uciszając animaga. Syriusz zachwiał się na piętach. Gniew na twarzy dyrektora był czymś, czego nigdy wcześniej nie widział.
Albus pokiwał przed nim palcem.

- Proszę nigdy nie wątpić w to, że dbam o pańskiego chrześniaka, panie Black. – Niebieskie spojrzenie było lodowate. – Pański chrześniak jest bezpieczny. Został zabrany od swych krewnych dla jego własnego bezpieczeństwa.
- Co masz na myśli? – Syriusz naparł na rękę Remusa, ale wilkołak go nie puścił.
- Morrigan przyszła do nas zeszłej nocy. Z chłopcem jest gorzej, niż myślisz. Severus zabrał go…
- Ten oślizgły dupek go ma!****
- Dość! – Ryk sprawił, że obaj mężczyźni się wzdrygnęli. – Harry jest w kiepskim stanie. Severus nie mógł zabrać go do Św. Mungo ze strachu przed odwetem Ministerstwa. Wygląda na to, że dokonał trafnego wyboru. – Albus oparł ręce na biurku i westchnął.
- On jest moim chrześniakiem, Albusie.
- I tylko ty nigdy o niego nie walczyłeś! – Cięta riposta sprawiła, że animag poczuł się niezręcznie.
- Walczyłem!
- Walczyłeś tylko wtedy, gdy moje dojścia były dla mnie niedostępne. Niech cię Merlin, Syriuszu. Nie sądzisz, że przy obu naszych petycjach sprawy potoczyłyby się lepiej ku temu, by zabrać pana Pottera z tamtego domu?
- Ale… – Syriusz zamrugał, patrząc na mężczyznę. – Ale…

Albus usiadł, przesuwając dłonią po twarzy. Wyglądał starzej, niż Syriusz kiedykolwiek widział.

- Mój wpływ na Ministerstwo prawie zniknął, Syriuszu. Jestem starym człowiekiem. Nikt już nie słucha starych ludzi.

Niemile widziane ukąszenie strachu musnęło Syriusza po karku.

- Co się teraz stanie?

Albus zamknął oczy.

- Postaram się kontrolować sytuację. Miejsce pobytu Harry'ego zostanie na razie tajemnicą. Nawet dla ciebie. – Chłodne spojrzenie posłane w jego kierunku sprawiło, że Syriusz zamknął usta. – A co do oskarżeń Proroka Codziennego… – Syriusz po raz pierwszy zobaczył cień nieprzyjemnego uśmiechu na twarzy dyrektora. – Pozostawię to panu Malfoyowi.
- Ale Harry jest…
- Idź do domu, Syriuszu. – Albus wskazał palcem na kominek. – Idź. Mam zbyt wielu niespokojnych pracowników prasy i Ministerstwa krążących po zamkowych korytarzach. Poślę po ciebie później, gdy dowiem się czegoś więcej.

Syriusz nie ruszył się z miejsca.

Dziwny wyraz pojawił się w oczach starszego czarodzieja.

- Nie zmuszaj mnie, bym wyprowadził cię stąd siłą, Syriuszu. To złamałoby serce starego człowieka.

Animag zadrżał, słysząc tę groźbę.

- Wrócę – rzucił, próbując otrząsnąć się ze strachu. Wcześniej czuł wobec niego podziw, szacunek, miłość, a nawet nienawiść. Ale nigdy nie bał się Albusa, aż do tej chwili.
- Wiem, że wrócisz. – Niebieskie oczy ukryły się za okularami-połówkami. – Wiem o tym. – Zielone płomienie z kominka odbijały się w szkłach. Były ostatnią rzeczą, jaką zobaczył Syriusz, zanim wkroczył do kominka i zniknął.


~~~~~~


Drzwi do redakcji Proroka Codziennego roztrzaskały się od siły gniewu Lucjusza.

Dziennikarze umknęli mu z drogi. Blondyn ściskał swą laskę i nie było w świecie takiej potęgi, która utrzymałaby go z dala od gabinetu jego wydawcy.

- Rousse! – Jego ryk wypełnił budynek.

Drzwi otworzyły się i pojawiła się Nicole Rousse. Była blada, a skórę pod jej oczami znaczyły niewyraźne smugi. Spojrzała na niego, a jej ramiona opadły.

- Panie Malfoy.

Blondyn wziął głęboki wdech, a jego wściekłość sprawiała, że miał ochotę szarpać i kaleczyć. Rzucił jej do stóp drugie wydanie Proroka.

- Zechcesz wyjaśnić te… brednie?

Jej oczy otworzyły się szeroko. Sięgnęła po gazetę, otwierając ją gwałtownie. Dźwięk gniecionego papieru wypełnił przerażającą ciszę.

Opuściła gazetę i spojrzała na niego.

- Zabiję go – powiedziała.

Lucjusz zamrugał.

- Słucham?

Złożyła gazetę, a potem przedarła ją na pół, pozwalając resztkom upaść na podłogę. Jej wargi zacisnęły się w cienką linię.

- To… to coś nie pochodzi z prasy Proroka. Ja nigdy bym…

Lucjusz podniósł rękę, wciąż spokojny.

- Wyjaśnij. Teraz.

Przeczesała palcami potargane włosy.

- To ten mężczyzna o nazwisku Dangle. Pracował tu jako asystent wydawcy. – Wyciągnęła rękę i chwyciła z półki pierwsze wydanie gazety. – To była jego robota. Gdy się obudziłam i zobaczyłam nagłówek, zwolniłam go. Pomyślałam… – Zamknęła oczy i westchnęła. – Pomyślałam, że uda mi się poprawić nagłówek, gdy zjawię się w biurze. Ale gdy tu dotarłam, zobaczyłam, że zamówił całkiem inny nagłówek i kolejne wydanie. – Zgniotła gazetę w rękach i spojrzała na niego; błysk łez w jej oczach sprawił, że wyglądały na szkliste. – Proszę, panie Malfoy. Ja nigdy bym…

Lucjusz wiedział, że zgrzyta zębami, ale nie mógł się powstrzymać.

- Gdzie. On. Jest?
- Nie wiem. – Zakryła dłonią twarz i wzięła wdech. – Ale gdy już pan z nim skończy, chciałabym wdeptać jego szczątki w błoto. Jeśli mogę, proszę pana.

Uśmiech Lucjusza wyrażał wszystko prócz dobrego humoru.

- Możesz.

Odpowiedziała mu szerokim uśmiechem.

- Dziękuję panu.


~~~~~~


Uzdrowiciel Fabing ponownie odsunął ciemne włosy z czoła swego pacjenta i westchnął.

- Co z nim?

Odwrócił się, by spojrzeć na młodego blondyna siedzącego przy łóżku jego pacjenta.

- Nie będę kłamał, panie Malfoy. Stan pana Pottera nie jest dobry.

Wyraz oczu Dracona Malfoya był niemożliwy do odczytania w słabym świetle w pomieszczeniu.

- Wolałbym prawdę, uzdrowicielu.

Aaron odwrócił się od chłopaka i spojrzał na Harry'ego. Chłopak był osłabiony utratą krwi, gdy on pojawił się po raz pierwszy. To, że był nieprzytomny, ułatwiło transfuzję. Ale uszkodzenia, jakie wykazały badania…

- Jego nerwy się nie regenerują. – Nie ukrywał prawdy. – Jego ciało… jego magia spala się przez składniki odżywcze w jego organizmie. Jeśli nie odkryjemy, jak je kontrolować… – Rozłożył ręce i wzruszył ramionami. – On umrze. Jego magia pożre go od środka.

Blondyn opuścił głowę.

- Jak możemy je kontrolować?

Uzdrowiciel Fabing zamrugał i odwrócił wzrok.

- Nie wiem, panie Malfoy. – Wsunął dłonie w rękawy i zacisnął palce na przedramionach. – Choć chciałbym wiedzieć.

Blondyn nie odpowiedział.


~~~~~~


Harry uderzył w Drogę Snów z głuchym pomrukiem.

Podniósł się na drżących rękach. Był na Ścieżce, która pulsowała pod jego dotykiem. Magia przepływała przez jego dłonie, biegła rękami i zakręcała w klatce piersiowej.

- No cóż. To coś nowego.

Podniósł wzrok. Był w jaskini. Kamienne ściany były ciemne od sadzy i cieni. Nie był w stanie zobaczyć sklepienia. Naprzeciw niego stało krzesło wyrzeźbione z jarzącego się, białego kamienia. Siedziała na nim kobieta, wokół której leżały białe szaty. Szalejący ogień palił się w wielkich, złotych kotłach po obu jej stronach.

Draco mnie zabije. To była pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy.

Miała jasną skórę. Jej włosy miały kolor różowego złota, a zadarty nos zmarszczył się, gdy się zaśmiała.

Harry podciągnął się do pozycji siedzącej. Płomienie nie dawały ciepła, które mógłby poczuć, ale w środku… Zaczynało go palić w piersi. Mógł wyczuć magię, którą miał w sobie: pulsującą, napierającą, rozdzierającą, krzyczącą

Zachwiał się, podpierając się o ziemię, zanim ponownie zarył w nią twarzą. Pole jego widzenia było pełne czarnych i białych plam. Słyszał szelest, który rozbrzmiewał echem w jaskini. Błysk bieli pojawił się w kąciku jego oka, ale nie mógł obrócić głowy, by na niego spojrzeć. Świat zaczął wirować.

- Dziecko. – Chłodna dłoń dotknęła jego pleców, sprawiając, że zadrżał. Usłyszał jej cichy głos. – Och, Zeusie, ratuj nas.


~~~~~~


Uzdrowiciel Fabing starał się utrzymać chłopaka na łóżku. Harry krzyczał, a krew płynęła z jego oczu, ust i uszu… Ręce Aarona były nią pokryte, a ciemne smugi sięgały mu aż do łokci.

- Ma atak! – Młody Malfoy próbował mu pomóc go przytrzymać.
- Wiem to, chłopcze – rzucił Aaron. – Włóż mu do ust tę skórę, zanim odgryzie sobie język.
- Ale on nie będzie mógł oddychać!
- Lepsze niewielkie oddechy przez nos niż wykrwawienie się przez rozciętą tętnicę na języku! – Wepchnął chłopakowi w ręce pokryty skórą kołek. – Zrób to!

Draco spojrzał na niego, wyglądając na wstrząśniętego.

- Połamie sobie zęby.
- Je też możemy naprawić! A teraz to zrób.


~~~~~~


Harry zadrżał.

- Co się ze mną dzieje?

Kucała u jego boku. Jej ręce krążyły w powietrzu dookoła niego.

- Walczysz z tym. Przestań.
- Nie mogę przestać, jeśli najpierw się nie dowiem, co robię!

Przysunęła się do niego bliżej. Kosmyki włosów opadły jej na szyję.

- Nie chcesz tego, ale magia tak czy inaczej nadchodzi. Musisz ją zaakceptować. To jedyna droga.

Podniósł wzrok. Jej twarz stawała się mniej i bardziej wyraźna.

- Ale ja się boję.

Jej piwne oczy wyrażały szok, a potem smutek. Wyciągnęła rękę i dotknęła jego brody, unosząc jego głowę.

- Przykro mi, chłopcze.

Zamknął oczy.

- Mi też. – Pochylił głowę, a jego palce zagłębiły się w drobnym piasku, który miał pod sobą. Magia pomknęła przez jego ręce, pozbawiając go tchu. Nie mógł oddychać. Nie mógł nic zobaczyć. Wszystko było białe. Wszystko było czarne. Nie było niczego. Niczego…

Dziecię Snów. Szept był tak niewyraźny, że pomyślał, że go sobie wyobraził. To było głos Morrigan. Dziecię Snów, wyszeptał kolejny głos. Głos mężczyzny. Lugh, podpowiedział mu umysł. Dziecię Snów, Dziecię Snów, Dziecię Snów… Monotonny śpiew krążył wokół niego. Magia pulsowała. Napierała. Czuł się wypełniony po brzegi, jakby jego skóra miała pęknąć. Wbił palce w błoto, ale powietrze się nie pojawiło. Głosy stawały się coraz intensywniejsze. Inne głosy – mniej wyraźne, w językach, których nie rozpoznawał – przyłączyły się do śpiewu.

Dziecię Snów. Pokręcił głową. Był zmęczony. On tylko chciał domu. Dziecię Snów. Oczy bogów prześladowały jego wspomnienia. Dziecię Snów. Magia go chciała. Magia zabrałaby go. A potem… a potem…

Gorąca, parząca magia spłynęła mu po kręgosłupie. Jego plecy wygięły się, ale wciąż nie było tam powietrza. Zgubił kobietę, która przy nim klęczała, a jego pole widzenia przesłoniła czerń. Wydawało mu się, że widzi kobietę w czarnej szacie stojącą za nią. Widział cień jelenia na ścianie.

Dziecko. To był pojedynczy głos, wypierający wszystkie pozostałe. Głos jego matki, ale nie jej. Otworzył oczy, widząc odzianą w płaszcz kobietę stojącą za klęczącą kobietą w bieli. Jeleń wyszedł z cienia na ścianie. Kobieta w czerni zdjęła kaptur.

To nie czas na ciebie. Jej wargi nie poruszyły się, choć jej słowa znalazły się w jego głowie. Przeszła przez nieruchomą kobietę w bieli, jakby w ogóle jej tam nie było. Oczy Danu były czarne, usiane gwiazdami. Dotknęła jego czoła koniuszkiem stożkowatego palca.

Nie rozpaczaj, dziecko. Nie czas na to. Cofnęła rękę i uklęknęła, wyciskając chłodny pocałunek na skórze, której dopiero co dotykała. Zaakceptuj to, dziecko. Darów dzikiej magii nie należy odrzucać. Twarz jego matki była łagodna od smutku i miłości.

Harry zamknął oczy. Gorące, krwawe łzy płynęły mimo jego wysiłków, by je powstrzymać. Otworzył oczy i napotkał jej spojrzenie. Uśmiechała się miło.

Odpuścił.



* Jak przy niektórych imionach z „Wiary”, odmieniam tylko imię (bądź też pierwszy jego człon).
** Tigernmas (ir. Tighearnmas) – legendarny zwierzchni król Irlandii z dynastii Milezjan (linia Eremona) w latach 939-916 p.n.e. Syn Follacha, syna Eithriala, zwierzchniego króla Irlandii. Jego imię znaczy w języku staroirlandzkim: „Pan Śmierci“ lub „Piękny Pan“.
*** Masraige – nazwa plemienia Firbolgów („ludzi z bagien”, jedni z pierwszych bogów Irlandii, którzy zaatakowali Fomorian), zamieszkującego Magh Slécht w hrabstwie Cavan, w Irlandii. Nazwa ta może być tłumaczona jako „Panowie Śmierci” lub „Piękni Panowie”.
**** Co najmniej tak, jakby Harry był jakąś rzeczą…
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez monalo4 » 9 kwi 2014, o 20:08

Fajnie się patrzy, jak liczba odwiedzin tematu zwiększa się praktycznie z każdym dniem, tylko szkoda, że nie przekłada się to na najkrótszą nawet wypowiedź... Naprawdę chciałabym wiedzieć, co sądzicie na temat tej kontynuacji.
Dziś trochę zamieszania, a potem bardzo ludzki Severus, którego uwielbiam :)


Rozdział piąty

Pytia*


Eksplozja wzięła ich z zaskoczenia.

Dzika magia przedarła się przez pokój, rozbijając okna i łóżka, i sprawiając, że ogień wybuchnął w kominku. Draco poczuł, jak jego ciało podnosi się z łóżka, jak gdyby strząsnęła go z niego ogromna ręka.

Nie! Uderzył o ścianę, a świat zadrżał, gdy jego głowa odskoczyła w tył z głośnym trzaskiem. Osunął się na ziemię, bezradnie patrząc, jak błyskawica łukiem wyrzuciła chłopaka z łóżka, wybijając dziury w ścianach i suficie.

Harry… Chciał po niego sięgnąć, ale jego ręka go nie słuchała. Harry… Światło pulsowało po pokoju; niebieskie, zielone, czerwone, a potem białe. Nad ciałem chłopaka wzniosło się coś na kształt skrzydlatego węża. Kłapał swym wielkim dziobem, a jego ohydne szpony wyglądały tak, jakby szykowały się do ataku.

Magia wezbrała w Draconie. To się tak nie skończy. Usiłował wstać, ale jego nogi nie reagowały. Nie pozwolę ci go ode mnie zabrać! Wyszedł mu naprzeciw swym umysłem, swą magią, wszystkim w nim, co mogło uznawać Harry'ego za jego własność.

Ostatnie ślady Eliksiru Wizji w organizmie Dracona z rykiem powróciły do życia.


~~~~~~


Wizje przemknęły przez umysł Harry'ego. Przed nim unosiła się mroczna próżnia. Jej krawędź była delikatna i wsuwała się pod jego stopy. Ścieżka była wąska; tak wąska, że ledwie ją widział. Wiła się przez jaskinię, szara i kręta, zagubiona pośród przebłysków przyszłości, które miały nadejść, które nadchodziły, które mogły nadejść i które nigdy nie nadejdą.

Usiłował zaczerpnąć powietrza. Dzika magia ryknęła wokół niego, naciskając, naciskając i naciskając. Nie mógł zrobić nic innego, jak tylko wykonać krok, a potem następny i kolejny, aż znalazł się na ścieżce. Nie ośmielił się spojrzeć w dół.

Kobieta w bieli leżała w piasku za nim. Jej różowozłote włosy leżały w kałuży wokół jej głowy. Nie miał zamiaru jej skrzywdzić… Nie chcę nikogo krzywdzić! Zadrżał i spróbował się cofnąć. Dzika magia ryknęła, a on zamarł w miejscu.

Wtedy wokół niego pojawiły się ramiona. Ciepło naparło na jego plecy, a znajomy zapach wypełnił nozdrza.

- Trzymam cię, Harry. – Otoczył go cichy głos. Silne ramiona ustabilizowały go, trzymając go, gdy prawie upadł.
- Draco… – Uchwycił się obejmujących go rąk.
- Nie pozwolę ci upaść, Harry. Trzymam cię i nigdy nie wypuszczę. – Silne ramiona pociągnęły go w tył. Wąska ścieżka urosła pod ich stopami, aż w końcu była dość szeroka, by Harry odzyskał równowagę.

Obrócił się w ciasnym uścisku i ukrył twarz w zgięciu pomiędzy szyją a ramieniem Dracona.

- To nie koniec – powiedział.

Dłoń przebiegła po jego włosach i przyciągnęła go bliżej.

- Wiem – powiedział blondyn. – Ale ja tu będę. Pamiętasz? Powiedziałem ci, że nigdy nie odejdę. Nie pozwolę, byś przechodził przez to sam.

Harry zacisnął dłonie na koszuli drugiego chłopaka.

- To nadchodzi – udało mu się powiedzieć. Wtedy ogarnęła ich dzika magia i zabrakło powietrza dla słów.


~~~~~~


Lucjusz trzymał swego syna w ramionach. Liczył każdy oddech, który sprawiał, że wąska klatka piersiowa unosiła się i opadała. Magia jego syna sprawiała, że jego ręce prawie wibrowały.

Pokój wyglądał jak strefa wojny. Severus siedział na łóżku, trzymając Harry'ego na kolanach i kołysząc go w ramionach. Dwie ciemnowłose głowy były zbliżone do siebie, a włosy ukrywały ich twarze. Harry drgnął na kolanach Severusa, zaciskając i rozluźniając dłonie wokół czegoś, czego nie mogli zobaczyć.

Lucjusz poruszył Draconem. Mógł dostrzec, jak gałki oczne jego syna poruszają się bardzo szybko pod powiekami. Czterysta dwadzieścia osiem. Czterysta dwadzieścia dziewięć. Zamknął oczy i wsłuchiwał się w oddech syna. Czterysta trzydzieści jeden. Trzydzieści dwa.

Był w trakcie pościgu za mężczyzną zwanym Dangle, gdy bariery Malfoy Manor zniknęły. Nie przejmował się wyjaśnianiem czegokolwiek Rousse. Jego laska zrobiła ogromną wyrwę w nawierzchni Alei Pokątnej, gdy wyszedł, by udać się do rodzinnej posiadłości.

On i Severus przybyli w tym samy czasie. Dzika magia wciąż szalała w pokoju, ale skoncentrowała się na dwóch chłopakach. Draco był na podłodze, a jego ciałem szarpały drgawki. Lucjusz poczuł się tak, jakby czas stanął. Uzdrowiciel Fabing leżał nieprzytomny przy kominku.

Kilka sekund po tym, jak weszli do pokoju, dzika magia pojawiła się ponownie, unosząc się jak wąż, a potem zaatakowała, uderzając w obu chłopców. Lucjusz poczuł, jak jego serce drży, gdy szmaragdowa energia otoczyła jego syna, uniosła go, a potem cisnęła nim o podłogę, przez co jego skóra rozbłysła.

Pół godziny później blask nadal nie osłabł. Blada zieleń przebłyskiwała spod skóry Dracona, czyniąc ją przejrzystą. Chłopak poruszył się, mamrocząc w jego ramionach i sprawiając, że Lucjusz znieruchomiał. Otworzył oczy i spojrzał na swego syna.

Draco zmarszczył nos. Jasnoszare oczy otworzyły się i Lucjusz z całych sił powstrzymywał się, by nie przycisnąć sobie chłopaka do piersi.

- Ojcze? – Głos Dracona był słaby. A potem… – Harry! – Ręce naparły na jego klatkę piersiową, ale Lucjusz go nie wypuścił.
- On żyje, Draco. – Pochylił głowę i wzmocnił uścisk. – Obaj żyjecie.
- Ale Harry!

Lucjusz pomógł synowi podnieść się do siadu, ale trzymał go przy sobie, jedną rękę opierając na ramionach chłopaka. Zobaczył, że Severus podniósł wzrok.

- Żyje. Oddycha. – Mistrz Eliksirów opuścił nogi poza łóżko i zsunął się na podłogę, a jego kolana ugięły się, gdy wstał.

Draco podczołgał się w ich stronę, zmuszając Lucjusza, by ruszył za nim. Obaj spojrzeli na chłopaka, którego Severus trzymał w ramionach. Lucjusz poczuł, jak coś ściska go w gardle.

Krew posklejała jego ciemne włosy. Blada skóra Harry'ego teraz była mlecznobiała. To samo słabe światło pulsowało pod jego skórą. Lucjusz zbadał swego syna. Magia się ustabilizowała, a światło zbladło. Wypuścił powietrze.

- Co tu się stało, na Merlina? – Strach – najbardziej niepożądana emocja, jaką Lucjusz kiedykolwiek czuł – sprawił, że jego głos brzmiał szorstko.

Draco pokręcił głową i sięgnął po Harry'ego. Iskra energii trzasnęła pomiędzy nimi. Cofnął rękę.

- Miał napad. Nie umieliśmy go zatrzymać. Uzdrowiciel Fabing… – Od strony paleniska rozległ się jęk. Lucjusz podniósł wzrok i zobaczył, jak uzdrowiciel próbuje podnieść się do siadu. – Fabing powiedział, że magia Harry'ego zjada go od środka. A później on po prostu… eksplodował.
Lucjusz zadrżał i przysunął się bliżej do syna.
- I to właśnie wtedy pojawiła dzika magia. Podrzuciła mnie tak, jakbym był niczym. Uderzyłem głową… – Draco urwał i dotknął potylicy. – Nic nie mogłem zrobić. – Jego oczy rozbłysły. – Nie mogłem ruszyć rękami ani nogami. A potem pojawiło się to… coś unoszące się nad Harrym i nie mogłem… nie mogłem… – Pochylił głowę. – Wyglądało tak, jakby zamierzało go zabić. Więc odsunąłem się. a potem zniknąłem.
- Zniknąłeś? – Lucjusz próbował zwalczyć kulę lodu, która uformowała się w jego żołądku. – Co masz na myśli?
- Byłem w Innym Świecie. – Draco ponownie sięgnął po Harry'ego, a Severus wypuścił chłopaka. Niechętnie, zauważył Lucjusz, patrząc krzywo na kochanka. Severus nie spojrzał mu w oczy. – Byłem w tamtej jaskini. A na drugim jej końcu był Harry. Stał na ścieżce, która wyglądała jak kawałek sznurka. Prawie upadł. – Gdy tylko Harry znalazł się w objęciach Dracona, zadrżał i uspokoił się. – Złapałem go. – Draco podniósł wzrok na ojca, patrząc z zawziętością. – On jest mój. I nigdy nie pozwolę mu upaść.

Magia wezbrała pomiędzy chłopakami, sprawiając, że Lucjusz wciągnął powietrze. Zdawało mu się, że źrenice oczu jego syna powiększyły się i stały się wyraźniejsze, a potem błyskawicznie wróciły do normy.

Wyciągnął rękę i położył ją na ramieniu syna.

- Dobrze zrobiłeś – udało mu się powiedzieć. Uchwycił spojrzenie Severusa. Jego kochanek skinął głową, a niepokój wykrzywił jego twarz. – Co się potem stało?

Draco wziął głęboki wdech.

- Właśnie to. – Wzruszył ramionami, przesuwając spojrzenie z nich na ścianę. – To była dzika magia. Była wszędzie dookoła nas. Chciała Harry'ego. Nie mam pojęcia po co. Ale nie pozwoliłem jej go skrzywdzić. Nie mogła wyrwać mi go z rąk. – Powietrze pomiędzy chłopcami dziwnie zamigotało. – Coś mnie uderzyło i weszło we mnie. A jeszcze więcej w Harry'ego.
- Co to było?

Draco wzruszył ramionami.

- Magia. Wizje. – Zamrugał i spojrzał na Lucjusza. – Tak naprawdę ich nie widziałem. Myślę, że były wszystkim co mogło się wydarzyć. Może się wydarzyć. Już się wydarzyło. Nie wiem. To było jak patrzenie na mnóstwo gwiazd.
- Trafny opis.

Nowy głos sprawił, że wszyscy się obrócili. Lucjusz zobaczył, jak Draco mocniej przyciąga do siebie Harry'ego. Prawie dziki grymas, jaki widniał na twarzy jego syna, był niepokojący.

Kobieta w bieli stała pomiędzy nimi a uzdrowicielem Fabingiem. Jej szaty były brudne, a włosy opadały jej na ramiona. Uśmiechnęła się.

- Jestem Pytia – powiedziała.


~~~~~~


Kapłan Croma wlókł się przez bagno. Narastający odór tego, co kiedyś było jego ciałem, odstraszał wszelkie stworzenia. Używał rąk, by posuwać się naprzód – jego nogi nie nadawały się do użytku.

Jego bóg znajdował się po drugiej stronie wąskiego morza. Wciąż słyszał wezwanie; rozgrzewało jego zimne ciało i sprawiało, że coś brzęczało mu w umyśle. Jego bóg był żywy. Bogowie jasnej i ciemnej strony nie pokonali go całkowicie. A teraz on miał powstać – powstać i służyć.

Natknął się na twardą, czarną substancję. Rozciągała się na północ i południe tak daleko, jak był w stanie ją zobaczyć. Śmiertelna Ścieżka? Poklepał ciepłą substancję. Coś nadzwyczajnego.

Zobaczył światło zbliżające się do niego od północy. Podciągnął się w górę na rękach, wpatrując się w nie. Bóg? Jakie stworzenie świeci tak jasno? Było szybkie, tyle mógł stwierdzić. Słyszał z oddali stłumiony ryk. Smok?

Doczołgał się na środek drogi. Pokona tę nową bestię dla swojego boga. Nie będzie żadnej siły na całym świecie, która mogłaby go powstrzymać.

Samochód nie zauważył jego ciała do chwili, gdy było już za późno. Srebrzysta maskownica** uderzyła w jego twarz, miażdżąc kruchą istotę i posyłając resztki jej ciała w powietrze.***


~~~~~~~


Harry obudził się, słysząc rozmawiających ludzi. Jego głowę przepełniał jakiś brzęczący hałas. Czy to ciotka Petunia? To nie brzmi jak ona. Spróbował otworzyć oczy. Wydawały się być sklejone. Ciało bolało go tak, jak nigdy nie przypuszczałby, że jest to możliwe.

Wziął głęboki wdech, a potem wypuścił powietrze. Twarda i nierówna powierzchnia, na której leżał, poruszyła się.

- Harry? – odezwał się znajomy głos.

Harry poruszył wargami, ale nie wydobył się z nich dźwięk. Więcej niż jedna para rąk pomogła mu usiąść. Do jego ust przytknięto fiolkę. Wypił jej zawartość i skrzywił się, czując smak. Eliksir pieprzowy przepłynął przez jego ciało. Rozkleił powieki.

Draco wpatrywał się w niego z góry. Harry przez krótką chwilę pomyślał, że źrenice blondyna są rozszerzone i usiane gwiazdami. Potem zamrugał i wizja zniknęła. Spojrzał obok chłopaka, zauważając pozostałych dorosłych.

Z pomocą Dracona przeniósł się na krzesło. Lucjusz Malfoy posłał mu chłodne spojrzenie, które zostało zrujnowane odrobiną troski, która również się w nim znalazła. Jego nauczyciel eliksirów nie patrzył na niego. Harry poczuł, jak coś zaciska się w jego żołądku – profesor o czymś wiedział, ale Harry nie mógł sobie uzmysłowić, co to było.

Uśmiechnął się do uzdrowiciela Fabinga. Starszy mężczyzna wyglądał mizernie i przyciskał do potylicy lodowy okład. Uchwycił spojrzenie Harry'ego i odwzajemnił uśmiech, krzywiąc się, gdy na nowo otworzyło to rozcięcie na jego wardze. Harry zastanawiał się przez chwilę, dlaczego uzdrowiciel nie użył magii do zamknięcia rany.

Ostatnia postać w pokoju pojawiła się w polu widzenia Harry'ego. To była kobieta z jego wizji. Jej różowozłote włosy zwisały wokół jej ramion. Oparła ręce na biodrach.

- Ty, młody człowieku, jesteś w poważnych tarapatach.

Zamrugał, patrząc na nią.

- Nie zniszczyłem domu Dursleyów, prawda?

Zamrugała w odpowiedzi.

- Kim są Dursleyowie?

Harry spojrzał na profesora Snape'a.

- Proszę pana? Co… – Musiał przerwać. Poczuł się tak, jakby jego płuca były wypełnione płynem. Wychylił się nad poręczą krzesła i zakaszlał. Pojawiła się dłoń z chusteczką. Kaszlnął i splunął, składając serwetkę, zanim ktokolwiek zauważył czerwonobrązowy kolor śluzu.
- Harry?

Podniósł wzrok i zobaczył, że Draco klęczy obok niego.

- Co ja zrobiłem?

Kobieta westchnęła.

- Przyszłam na komedię, a dostałam dramat. – Dotknęła jego ramienia i odwróciła go przodem do siebie. – Dziecko, nie masz kłopotów. A przynajmniej nie
takich dużych.
- On nie ma żadnych kłopotów – odwarknął jej Draco.

Zmarszczyła nos, zerkając na blondyna.

- Możesz chcieć porozmawiać ze swym ojcem, zanim to powiesz.

To właśnie wtedy Harry zauważył zniszczenia. Spojrzał na starszego Malfoya.

- Ja to zrobiłem? – Machnął ręką, wskazując na spalona pościel i dziury w ścianach.
- Nie. – Profesor Snape odezwał się, zanim Lucjusz zdołał to zrobić. Mistrz Eliksirów wstał ze swojego krzesła i podszedł do Harry'ego. – Wygląda na to, że dzika magia zdecydowała, że nadszedł czas, by dać ci twoje prezenty z okazji dojrzewania.

Harry pozwolił swemu spojrzeniu błądzić, gdy się zastanawiał.

- Tak. – Zamrugał i spojrzał na kobietę. – Pamiętam. Byłem we śnie, ale nie spałem. Byłem w jaskini. Z tobą.

Kobieta skinęła głową i przysunęła sobie podnóżek, by na nim usiąść.

- Zgadza się, Harry. Mogę cię tak nazywać?

Pokiwał głową, oszołomiony.

- Dobrze. – Uśmiechnęła się do niego. – Mam na imię Pytia. Byłam główną wyrocznią w świątyni Apolla w Delfach. – Jej dłonie prześlizgnęły się po cienkiej, białej szacie, w którą byłą ubrana. Złote klamry na jej ramionach zamigotały w świetle. – Jestem wieszczką, Harry. – Pochyliła się do przodu. – Byłam tą, do której królowie i herosi przybywali w razie potrzeby. To potężny dar, którym dzika magia obdarzyła ciebie, Harry.
- Ale… – Harry oblizał wargi i spojrzał na Dracona. – Ja nie jestem jasnowidzem. Już ci to powiedziałem. Nie chcę tego.

Jej oczy wyrażały smutek.

- A ja ci powiedziałam, że magia znajdzie sposób. – Położyła dłoń na jego własnej. – Harry, wszystko będzie dobrze.

Pokręcił głową.

- Nie było dobrze, gdy przyjmowałem Eliksir Wizji. – Zobaczył, jak profesor Snape się odwraca, i kula lodu w jego żołądku urosła. – Nie wiedziałem, co robię. To prawie mnie zabiło. – Zamrugał, gdy się uśmiechnęła.
- To dlatego, że nie miałeś mnie. – Poklepała jego dłoń i odsunęła się. – Zrozum, Harry. Twoi przyjaciele opowiedzieli mi, co się stało pod koniec waszego roku szkolnego. Myślę, że ty i ten Slytherin dokonaliście więcej niż tylko przebudzenia bogów. – Jej oczy rozbłysły. – Myślę, że obudziliście też tych, którzy służyli bogom.

Harry spuścił wzrok na swe dłonie.

- Przykro mi?

Jej śmiech zabrzmiał w pokoju jak dzwoneczki. Podniósł wzrok.

- Niepotrzebnie. – Pokręciła głową. – Harry, Nie żyłam od prawie dwóch tysięcy lat. – Odsunęła kosmyk włosów z twarzy. – Wspaniale będzie znowu istnieć.
Harry'emu udało się uśmiechnąć do niej.
- Więc… – odezwał się po chwili. – Będziesz mnie uczyć, prawda? – Przełknął swój strach i usiadł prosto. – Jak kontrolować to, co dała mi dzika magia?
- Będę uczyć was obu. – Harry zobaczył, jak Draco unosi się i patrzy na kobietę.
- Obu? – zapytał blondyn. Lucjusz wyprostował się, mrużąc oczy.
- Tak, obu. – Pytia wstała i podeszła do ognia. – Wieszcz musi mieć przewodnika. Opiekuna. Siłę w chwilach, gdy świat przypuszczeń staje się wyraźniejszy niż świat rzeczywisty. – Jej oczy odbijały srebrne światło, gdy zapatrzyła się na płomienie. Odwróciła się, by spojrzeć na Harry'ego. – Twój Draco już zadeklarował się do bycia twym opiekunem. To oznacza, że musi rozumieć, przez co przechodzisz.
- Gdzie jest twój? – zapytał Harry.
- W jaskini; prawdopodobnie wariuje, próbując się wydostać. – Zmarszczyła nos. Jej sylwetka zaczęła blednąć. – Obawiam się, że będziesz musiał do mnie przyjść. Nie mam już takiej mocy, jaką miałam kiedyś, by z łatwością podróżować w tę i z powrotem pomiędzy Innym Światem a światem śmiertelników.
- Ale jak mam to zrobić?

Przeszła przez pokój i uklęknęła przy nim.

- By mnie odnaleźć, wyobraź sobie jaskinię, w której po raz pierwszy mnie zobaczyłeś. Pamiętasz ją?

Harry zamknął oczy i spróbował przypomnieć sobie jej obraz.

- Tak.
- Pamiętasz Ścieżkę, na której się pojawiłeś?
- Tak.
- Tylko wieszcze i ich opiekunowie mogą odnaleźć tę Ścieżkę i nią podążać, Harry.

Otworzył oczy, gdy dotknęła jego klatki piersiowej.

- Ale jak dostaniemy się tam od razu?

Jej dłoń wysłała ciepło w jego pierś.

- Ścieżka jest tutaj, Harry. – Jej oczy były pełne światła, którego Harry nie umiał nazwać. – By mnie odnaleźć, najpierw musisz zaufać sobie. Wtedy możemy zacząć. – Z tymi słowami odeszła, a jej sylwetka rozpłynęła się jak mgła w porannym słońcu.

Harry nakrył dłonią miejsce, którego dotknęła. Wciąż czuł ciepło jej skóry.

- Ale ja sobie ufam. – Spojrzał na Dracona. – Nie ufam? – Pokręcił głową.

Draco wstał i popatrzył na swego ojca.

- Chyba przydałoby się coś do jedzenia.
- W rzeczy samej. – Uzdrowiciel Fabing odezwał się po raz pierwszy. Jego spojrzenie skupiało się na Harrym. – Myślę, że wystarczy nam tajemniczych rozmów do obiadu. A ja – przerwał, by ściągnąć sobie zimny okład z karku – chciałbym odzyskać energię, którą straciłem.
- Czy pan… czy pana również skrzywdziłem? – Harry przygryzł dolną wargę.

Uzdrowiciel pokręcił głową.

- Nie, chłopcze. Powiedziałbym, że magia skrzywdziła mnie mocniej niż ty. – Oparł ręce na kolanach i wstał, krzywiąc się, gdy strzeliły mu stawy. – No dobra. – Objął ich wszystkich spojrzeniem. – Zaleceniem uzdrowiciela jest posiłek i odpoczynek dla wszystkich. A zwłaszcza dla ciebie – wskazał palcem na Harry'ego. – I nie obchodzi mnie, co powiedziała ta kobieta – nie postawisz stopy w Innym Świecie, dopóki ja tak nie powiem, czy to jasne?

Harry zaczerwienił się.

- Tak, proszę pana.

Uzdrowiciel mrugnął do niego.

- Dobrze. – Wyszedł z pokoju, utykając.

Lucjusz zerwał się na nogi i gestem przywołał syna.

- Chodź, Draco. Gospodarz nigdy nie powinien opuszczać swych gości.
- Ale…
- Natychmiast, Draco.

Młodszy blondyn wpatrywał się w swego ojca. Harry przegapił wszelkie emocje, jakie przemknęły przez twarz Lucjusza. Jego własne spojrzenie utkwione było w drugim chłopaku.

- Harry. – Blondyn odwrócił się i spojrzał na niego. – Zaraz wrócę. Potrzebujesz czegoś konkretnego?

Pokręcił głową.

Draco zmarszczył brwi, ale nie odezwał się. Ruszył za ojcem, oglądając się co drugi krok, jak gdyby chciał upewnić się, że Harry nie zniknął. Harry patrzył za nim, chcąc, by został, ale nienawidząc samego siebie za ten cichy, samolubny głosik, który odezwał się w jego umyśle.

- Panie Potter. – Głos Mistrza Eliksirów był szorstki od emocji, których Harry nie umiał określić. Mężczyzna wciąż był odwrócony do Harry'ego plecami, więc chłopak nie mógł odczytać wyrazu jego twarzy.
- Tak, proszę pana?

Profesor Snape odwrócił się. Jego oczy skryte były w cieniu włosów, które opadały mu na twarz.

- Mógłby mnie pan oświecić, dlaczego nic nie powiedział o tym, jak pana mugolscy krewni traktowali pana przez lato?

Harry skulił się na swym krześle.

- Nikt nie mógł nic z tym zrobić. Minister…
- Czarodziejski świat spaliłby Ministrowi ten jego stołek, gdyby dowiedział się, w jak opłakanych warunkach żyłeś!
- I to właśnie dlatego nie chcę, żeby wiedzieli! – Harry krzykiem odpowiedział mężczyźnie. Zbladł i zamknął szybko usta. – Przepraszam, profesorze.

Ciemne oczy zamigotały.

- Panie Potter. Jest pan irytującym chłopakiem.
- Wiem, proszę pana. – Spuścił wzrok na swe dłonie.
- Nigdy tam nie wrócisz.
- To samo powiedział Syriusz.
- Mam więcej rozumu niż ten kundel.

Harry skrzywił się.

- To mój ojciec chrzestny, proszę pana.

Snape lakonicznie machnął ręką i odwrócił się. Schował dłonie w rękawach i stanął przed ogniem.

- Gdybym załatwił to po swojemu… – Westchnął. – Potter, powinieneś był coś powiedzieć.
- Nie mogłem. Wtedy wszyscy by się dowiedzieli. I… – Chwycił dolną wargę pomiędzy zęby, a potem ją wypuścił. – I wtedy by… nie wiem. Litowali się nade mną, czy coś takiego. Nie chciałem tego.
- Litość? Myśli pan… – Wąskie ramiona przygarbiły się, gdy profesor Snape pochylił głowę. – Panie Potter. Chciałbym, by złożył pan przysięgę, że jeśli zdarzy się cokolwiek, cokolwiek, co będzie choć odrobinę śmierdziało nadużyciem, natychmiast przyjdzie pan do mnie.
- To nie było nadużycie! – Harry gwałtownie pochylił się do przodu. – Pewnie, Dursleyowie byli okropni, ale to nie było nadużycie. Nie było!

Nauczyciel odwrócił się, a jego powolny ruch sprawił, że Harry'emu ścierpła skóra.

- Naprawdę, Potter? Chcesz powiedzieć, że wszyscy mugole traktują swe dzieci tak, jakby były one domowymi skrzatami? Że każą im pracować od wschodu do zachodu słońca? Każą im gotować, sprzątać i spać w pomieszczeniu, które nie nadaje się dla zwierzęcia, a już na pewno nie dla dorastającego czarodzieja?

Harry pokręcił głową.

- To nie było tak. – Przełknął. – Oni… Dursleyowie mnie nie lubili, to prawda. Ale mnie nie skrzywdzili.

Gęsta cisza zawisła pomiędzy nimi.

- To się okaże, panie Potter. – Profesor Snape rozłożył ręce i podszedł do niego. – A teraz idziemy. Może pan chodzić?

Nagła zmiana tematu sprawiła, że Harry zamrugał.

- Ja… nie wiem. – Spojrzał na podłogę. Oparł ręce na podłokietnikach i odepchnął się. Przez chwilę nic się nie wydarzyło. A potem… – Cóż, to było głupie. – Harry poczuł, jak świat wiruje wokół niego.

Silna dłoń chwyciła go pod łokieć.

- Trzymam pana, panie Potter. Nie pozwolę panu upaść.
- Myślałem, że to zadanie Dracona.
- Młody pan Malfoy nie zawsze będzie mógł być przy pana boku, nieważne, jak bardzo by tego chciał. – Z pomocą profesora, Harry minął drzwi i ruszył korytarzem. – Musi pan zaakceptować to, że znajdą się inni, którzy będą chcieli panu pomóc, gdy tylko będzie pan tego potrzebował.

Kula lodu w żołądku Harry'ego stopniała.

- Dziękuję panu.
- Proszę mi nie dziękować, panie Potter. To tylko prawda.

Harry pochylił głowę, by ukryć uśmiech. Nie narzekał też, gdy starszy mężczyzna pomógł mu zejść po schodach, krok po kroku.



* Pytia – kapłanka w świątyni Apolla w Delfach. Pełniła rolę Wyroczni, piła wodę z źródła Kassotis i wpadała w trans. Kapłani układali ze słów wyroczni odpowiedź.
** Maskownica (potocznie „grill”) - element nadwozia samochodu, który osłania i chroni znajdującą się za nim chłodnicę przed uszkodzeniami mechanicznymi, a także pełni funkcję estetyczną i ozdobną.
*** Nazwijcie mnie nieczułą bestią, ale rozbawiło mnie to niesamowicie… :D
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez monalo4 » 9 kwi 2014, o 20:41

A co mi tam, trzymajcie jeszcze jeden :D Może im szybciej wyrównam numery rozdziałów ze stanem na chomiku, tym szybciej pojawią się tu jakieś komentarze :D


Rozdział szósty

Rozmowy


Syriusz chodził po jadalni. Stół był w drzazgach, krzesła zostały poprzewracane, a kredens w połowie wystawał przez jedno z ogromnych okien.

Remus obserwował swego kochanka, stojąc w drzwiach. Ręce miał skrzyżowane na piersi, by ukryć drżenie dłoni. Gniew Syriusza prawie przywołał wilka, który drzemał w jego krwi; za każdym razem, gdy animag roztrzaskiwał kolejny obiekt, wilk coraz bardziej zbliżał się do ujawnienia.

- To jest niemożliwe! – Syriusz przestał chodzić. Oparł ręce na ciężkiej dębinie i opuścił brodę na klatkę piersiową. – Harry… on… – Animag przełknął kilka oddechów. – To nie może się dziać.

Remus chciał się z tym zgodzić. Remus chciał rozbijać przedmioty wraz ze swoim kochankiem. Ale to nie tego w tej chwili potrzebował Syriusz.

- Dyrektor powiedział, że jest w bezpiecznym miejscu – zauważył.
- To jest bezpieczne miejsce – warknął Syriusz w odpowiedzi.

Remus skrzywił się.

- Wiem o tym.

Animag westchnął i uniósł ręce.

- Przepraszam, Lunatyku.

Remus zacisnął wargi i nie powiedział ani słowa.

- To po prostu… Za każdym razem, gdy myślę, że coś w kwestii Harry'ego się uda, coś wydziera mi go z uścisku. – Syriusz zakrył dłońmi twarz. – To jest jak jakiś chory żart. Postawić kogoś tak blisko, a potem ponownie go zabrać.
- Minister nie odpowiedział?
- Oczywiście, że tak. Ale listy nigdy nie mówią o niczym, co chciałbym usłyszeć. Oni badają zaginięcie. – Animag opuścił ręce i prychnął. – Oczywiście ostatni list, jaki dostałem, mówił, że Harry opuścił dom dobrowolnie.

Remus zamarł.

- Co?
- Nie czytałeś gazet?
- Nie. – Remus nie był w stanie patrzeć na gazety od wielu dni. Artykuły były zapalnikiem, który przyciągał wilka zbyt blisko powierzchni.

Syriusz wyprostował jedno z krzeseł i opadł na nie. Ukrył twarz w dłoniach.

- Minister stracił swą pozycję osoby dbającej o wartości rodzinne, od kiedy Harry zniknął oraz od tej masakry w Portsmouth. Zmienił nastawienie na to kierowane strachem. Chwali się tym, że jest Ministrem, który przeprowadził nas przez Drugą Wojnę i że będzie w stanie przeprowadzić nas przez ten „nowy mroczny czas”. – Gorycz aż ociekała z trzech ostatnich słów.
- Jaki nowy mroczny czas?
- Knot nie ma jaj, by przedstawić Harry'ego jako nowego Czarnego Pana, ale prasa robi to za niego. – Syriusz zaśmiał się, choć brzmiało to w połowie jak szloch. – Wszystkie gazety oprócz Proroka Codziennego dołączyły do gry w spekulacje. Potrzebujemy Harry'ego, Remusie. A potem konferencji prasowej i masy ludzi od public relations.*

Remus zrobił krok przez pokój.

- Z pewnością ludzie nie mogą być tacy głupi. – Zbliżył się do drugiego mężczyzny. – Harry umarł, by ocalić świat. Łaska boska przywróciła go do życia. Ludzie muszą o tym pamiętać. – Położył dłoń na ramieniu mężczyzny.

Syriusz obrócił się i objął Remusa w pasie, kryjąc twarz przy brzuchu wilkołaka.

- Powinni pamiętać, Lunatyku. Trzeba coś z tym zrobić.

Remus położył dłoń na ciemnych włosach. Wyglądał przez rozbite okno niewidzącym wzrokiem.

- Będą pamiętać, Łapo. Miej trochę wiary. Zobaczysz.


~~~~~~


Sasha przepchnęła się przez tłum. Jej kuzyn był gdzieś za nią; pulchny mężczyzna był zbyt bojaźliwy, by dźgać ludzi łokciami, stopami i dłońmi, by się przesunęli. Sasha nie miała takich skrupułów.

Mężczyzna na mównicy kontynuował.

- Przez dziesiątki lat czarodziejski świat był prześladowany przez kolejnych Czarnych Panów! To dlatego, że straciliśmy naszą wiarę w słowo boże! Musimy odzyskać tę wiarę! Nawet teraz, gdy ponownie powstają te fałszywe bóstwa, przywołujące czarną magię i mroczne pragnienia naszych serc, musimy być silni. Zobaczcie, jak bóg opuścił nas w godzinie zdrady! Odwróciliśmy się od jego słowa i tak oto powstał kolejny Czarny Pan…

Miała czyste pole do strzału. Wskazała na człowieka różdżką, którą zakupiła na Alei Nokturnowej.

- Sil…

Dłoń zacisnęła się na jej ustach. Walczyła z uściskiem, kopiąc w tył i drapiąc dłoń oraz twarz osoby, która ją trzymała. Została odciągnięta w boczną alejkę i wypuszczona. Obróciła się.

- Jak śmiesz…

Dłonie i policzki Seamusa zdobiły czerwone ślady.

- Cześć, Sasha – powiedział.

Zmrużyła oczy.

- Co ty wyprawiasz? Przerwałeś mi! Zamierzałam…
- Dać się zabić – wtrącił.
- On bredzi!
- On jest otoczony pięcioma rzędami ludzi, którzy wierzą, że mówi o jedynym bogu.
- Jak ty?

Wyglądał na urażonego i Sasha zamknęła oczy.

- Seamus…
- Ty, ze wszystkich ludzi, powinnaś wiedzieć lepiej.
- Przepraszam.
- Po tym wszystkim, co zrobiłem…
- Mógłbyś się zamknąć! – Sasha otworzyła oczy i spiorunowała go wzrokiem. – Powiedziałam, że przepraszam! – Zaciskała dłonie w pięści.

Zaskoczył ją, uśmiechając się.

- To jest Sasha, którą pamiętam.
- Gryfoni! – Słowo miało zabrzmieć jak przekleństwo.

Pochylił się.

Przerzuciła włosy przez ramię i obróciła się.

- Więc co ty tu robisz?
- Zamierzałem przekląć drania, dokładnie jak ty.
- Więc dlaczego mnie powstrzymałeś?

Podszedł bliżej i ujął ją za łokieć. Wskazał na koniec alejki.

- Jedna klątwa uczyni z niego męczennika. Ale spójrz tam. – Pokazał na budkę z lodami. Sasha rozpoznała grupę Krukonów i Puchonów; większość z nich była z nią na szóstym i siódmym roku. – Zobacz, co zamierzają zrobić.
- Skąd wiesz…

Uczniowie wstali jednocześnie, wyciągając różdżki i rzucając zaklęcia. Słowa na obronę Pottera wzbiły się w powietrze, a niektóre z nich urastały do miana przemów, gdy dorośli znajdujący się na ulicy zaczęli pomagać. Wkrótce wygłaszający tyradę mężczyzna został zagłuszony przez setki głosów, które pozostawiły go w pełnej irytacji ciszy.

Sasha zakołysała się na piętach.

- Cóż – wymamrotała. – Tak jest o wiele lepiej.
- Widzisz? Usunięcie go dało tym ludziom trochę wiary. – Seamus stał przy jej boku. – A jego tłum wyznawców rozdzieliłby nas. Nie mogli zaatakować pozostałych, bo było ich zbyt wielu.

Sasha zacisnęła wargi i skinęła głową.

- Masz rację. – Spojrzała na niego spod przymrużonych powiek. – Nie przyzwyczajaj się.
- Nawet bym o tym nie śnił.
- Sasha! – Głos jej kuzyna niknął w kakofonii, która ogarnęła ulicę. Wypuściła powietrze i odwróciła się do chłopaka.
- Muszę iść.

Dotknął jej twarzy, ujmując jej policzek wielką dłonią.

- Tęskniłem za tobą.

Przełknęła.

- Ja za tobą też.
- Zobaczę cię niedługo?
- Oczywiście.
- Sasha!

Pokręciła głową.

- Muszę iść.

Seamus pochylił się i pocałował ją. Zacisnęła dłonie na jego szacie, a głos jej kuzyna opuścił jej myśli. Seamus cofnął się, zaczerwieniony na twarzy.

- Powinnaś iść.
- Ja… – Jej dłonie jej nie słuchały.

Pomógł jej odsunąć je od swej szaty.

- Niedługo się zobaczymy. – Zrobił krok w tył, a rumieniec na jego twarzy zelżał. – Uważaj na siebie – powiedział.

Przełknęła ciężko i skinęła głową.

- Ty też – wyszeptała, po czym odwróciła się i pobiegła w miejsce, w którym czekał jej kuzyn. Nie obejrzała się za siebie.


~~~~~~


Nowy pokój Harry'ego znajdował się tuż obok tego Dracona; stary był zbyt zniszczony, by chłopak mógł w nim pozostać. Draco szybko umieścił Harry'ego w sypialni, do której miał najbliżej.

Dotychczas Harry nie widział zbyt dużej części posiadłości. Profesor Snape nalegał, by został w łóżku, jadł i odzyskiwał siły. Oraz pił wszystkie eliksiry, które mężczyzna przynosił mu do pokoju. Harry zrobił tak, jak mu przykazano, ale nie powiedział mężczyźnie, że jego mikstury nie działają.

Siedział w jednym z pluszowych foteli, gdy Snape wszedł do pokoju. Wiedział, że był to Mistrz Eliksirów, dzięki temu, że pukał dokładnie trzy razy; Draco ledwie w ogóle pukał, a starszy Malfoy nigdy nie odwiedzał Harry'ego w jego pokoju.

Harry odłożył książkę, którą czytał. Wpatrywali się w siebie przez dłuższą chwilę, a potem chłopak spuścił wzrok i przeniósł go na trzaskający w kominku ogień.

- Przyniosłem pańskie eliksiry, panie Potter – powiedział profesor Snape.
- Dziękuję panu.

Mężczyzna przeszedł przez pokój, ustawiając fiolki w rządku na stoliku przy łokciu Harry'ego. Wsunął dłonie w rękawy i spojrzał na Harry'ego.

- Co?
- Nie odzyskałeś kolorów.
- Cóż, byłem w domu.

Profesor Snape odwrócił wzrok.

- One nie działają, prawda. – To nie było pytanie.
- Nie, proszę pana – odparł Harry po chwili.

Snape odwrócił się i zajął drugi fotel.

- Na początku nie wierzyłem uzdrowicielowi Fabingowi. Te eliksiry powinny odbudować pańskie nerwy. Ale… – Mężczyzna urwał z krótkim westchnieniem. – Będziemy musieli spróbować czegoś innego.

Harry zamknął książę.

- Możliwe, że nigdy nie będzie lepiej. – Uzdrowiciel Fabing nie ukrywał przed nim prawdy.

Starzy mężczyzna pokręcił głową.

- Nie wierzę w to, panie Potter.

Harry odwrócił wzrok.

- Lepiej przygotować się na najgorsze.
- Ale to nie znaczy, że trzeba porzucić nadzieję.

Harry roześmiał się.

- Nie sądziłem, że jest pan optymistą.

Severus zmarszczył brwi.

- Nie musi pan być taki oficjalny, panie Potter.**

Harry wzruszył ramionami.

- Więc jak miałbym się do pana zwracać?

Mistrz Eliksirów nie odpowiedział. Zamiast tego zapatrzył się na ogień i złożył ręce na kolanach.

- Jest kilka zabiegów, o których czytałem, a które możemy wypróbować. – Przełknął. – Harry.

Chłopak zamrugał.

- Jakich zabiegów?
- Eksperymentalne eliksiry. Mam kilka kontaktów w świecie eliksirów. Wiele osób, które specjalizują się w uzdrawianiu. – Z gracją wzruszył ramionami. – Będą wiedzieć więcej niż ja.
- To… byłoby dobre.
- Myślałeś jeszcze o tym, o czym dyskutowaliśmy wczoraj?

Harry starał się utrzymać swój gniew w ryzach. Starszy mężczyzna nie zrezygnował ze swych dociekań.

- Nie znęcano się nade mną.
- Nadal jednak powinieneś porozmawiać z kimś o tym, czego doświadczyłeś.
- Nie wiem, czemu pan mnie tym prześladuje. – Harry poruszył się na swym miejscu. – Ma pan tylko przypuszczenia i to wbrew słowom moim i Dursleyów. To nie wystarczy.
- To nie przypuszczenia, Harry.
- Naprawdę? – Kontrola Harry'ego nad jego gniewem pękła. – Więc skąd pan wie?

Iskrzące spojrzenie Mistrza Eliksirów sprawiło, że Harry'emu ścierpła skóra.

- Pańskie wspomnienia, panie Potter. Są na przedzie pańskiego umysłu za każdym razem, gdy o tym rozmawiamy.
- Pan… – Harry zerwał się z siedzenia. Świat przechylał się do czasu, gdy złapały go silne dłonie. Wyrwał się im. – Co, czytał mi pan w myślach? To po to były te wszystkie eliksiry? – Próbował się odsunąć, ale musiał się chwycić za oparcie fotela. Severus go puścił. – Nie miał pan prawa węszyć wokół mojego umysłu!
- Panie Potter. Harry. – Severus zrobił krok w jego stronę. – Jestem legilimentą. To oznacza, że mogę widzieć twoje myśli, gdy do mnie mówisz. Może je odczytać każdy, kto ma do tego talent. Na przykład dyrektor. – Wargi mężczyzny wykrzywił grymas. – Wiedział, jak się czujesz. Wiedział, jak zareagujesz na pewną… zachętę. Bawił się twymi nadziejami, obawami i tą niedorzeczną ideą, że sam jeden musisz ocalić świat, którą w sobie nosisz.
- I tak nie miał pan prawa! – Harry odwrócił wzrok od ciemnych oczu. Od dłuższej chwili brakowało mu okularów. Czasami pomagały zachować barierę pomiędzy nim a światem.
- Harry…
- Nie. – Potykając się, odwrócił się i ruszył w stronę okna. Drżały mu nogi i czuł się słabo. – Jeśli może pan czytać mi w myślach, wie pan, że nigdy mnie nie uderzyli. Nie znęcano się więc nade mną i może się pan prostu zamknąć na ten temat. – Zszokowany, zamknął szybko usta, skulił się i czekał na wybuch mężczyzny.

Zamiast tego na jego ramionach wylądowały dwie ciepłe dłonie, prowadząc go z powrotem na fotel.

- Harry. – Severus uklęknął przed jego krzesłem,*** by ich oczy znalazły się na tym samym poziomie. – Na tym świecie jest wiele rodzajów znęcania się. Zaniedbanie jest tak samo szkodliwe jak pozostałe. Twoi krewni nie mieli prawa cię tak traktować.
- Wiedział pan od początku? – Harry przełknął kulę, którą miał w gardle.

Severus pokręcił głową.

- Nigdy nie czytałem w pańskich myślach, panie Potter. Nie chodzę sobie, grzebiąc w umysłach dzieci. Cierpię wystarczająco z powodu głupot, które wypowiadają na głos.

To wywołało niechętny śmiech chłopaka. Szybko otrzeźwiał.

- Proszę pana… – Westchnął. – Naprawdę nie było tak źle.

Ciemne oczy nie odwróciły się od jego własnych.

- Obaj wiemy, że to kłamstwo.

Harry poczuł, że gorący rumieniec rozprzestrzenia się po jego twarzy.

- Nie mogę… – Zacisnął wargi i odwrócił wzrok. – Nie powie pan Draconowi, prawda?
- Nie zdradziłbym pańskiego sekretu.
- Ale nadal chce pan, żebym z kimś porozmawiał?
- Tak.
- Ale nie z panem.
- Ja… nie byłbym do tego wymarzoną osobą.

Harry zacisnął dłonie w pięści na swych szatach.

- Pomyślą, że zwariowałem albo coś.
- Kto?

Wzruszył ramionami.

- Wszyscy.

Severus otworzył, a następnie zamknął usta. W jego oczach pojawiła się iskra.

- Zgodziłby się pan porozmawiać z uzdrowicielem Fabingiem? Lub może z Aurorem Rayne’em.
- Z nimi? Ale… – Harry zmarszczył brwi. – Uzdrowiciel Fabing jest zwykłym uzdrowicielem, prawda? A Auror Rayne ma już przeze mnie dość kłopotów.
- Aaron ma pewne doświadczenie w udzielaniu porad. A co do Aurora Rayne’a… – Severus wzruszył ramionami. – Wszyscy Aurorzy przechodzą szkolenie.

Harry poczuł, jak nadzieja rozkwita w jego piersi.

- To… – Chwycił dolną wargę pomiędzy zęby. – Mógłbym to zrobić.
- Którego by pan wolał?

Harry zawahał się.

- Aurora Rayne’a… jeśli się zgodzi – dodał.

Severus wstał.

- Doskonale. – Jego dłonie po raz kolejny zniknęły w rękawach. – A… jeśli z jakiegokolwiek powodu poczuje się pan niekomfortowo z którymś z tych mężczyzn, znajdziemy kogoś innego, kogo będzie pan chciał. Nawet mnie, choć już teraz powinienem ostrzec, że nie mam zbyt wiele doświadczenia. Ale tak czy inaczej się tym zajmiemy.
- Dziękuję panu. – Harry utkwił spojrzenie w swoich kolanach. Dłoń, która dotykała jego ramienia, ścisnęła je i zniknęła. Zanim Harry podniósł wzrok, starszego mężczyzny już nie było.


~~~~~~


Lucjusz miał na celowniku swą ofiarę.

Nicole stała u jego boku, mając ponury wyraz twarzy.

- Co teraz, panie Malfoy?

Lucjusz stuknął laską o podłogę.

- Chcę dywersji.

Zamrugała, zerkając na niego.

- Co?

Jasne brwi uniosły się.

- Proszę spróbować ruszyć głową, panno Rousse. Wiem, że wystarczy pani do tego rozumu. Chcę rozproszenia.

Zmrużyła oczy, spoglądając ponad tłumem. Nad nimi rozbrzmiewał zgiełk Alei Pokątnej.

- Prorok Codzienny od dawna nie urządzał loterii – zaryzykowała.
- Tysiąc galeonów. Zrób to szybko.

Skinęła głową i obróciła się na pięcie, wchodząc tylnymi drzwiami do biurowca Proroka. Lucjusz został w cieniu, a jego spojrzenie nie opuszczało mężczyzny, który wszczął raban, który utrzymywał jego plany w zawieszeniu.

Od czasu tego nieszczęsnego artykułu Dangle’a, próby Lucjusza w kwestii zakupienia gruntu na budowę świątyni były daremne. Opinia publiczna chwiała czarodziejskim światem, gdy Knot i Scrimgeour spierali się o stanowisko Ministra. Lucjusz nie był zadowolony.

Kiedy Dangle został zwolniony, zaczął wydawać własną gazetę zwaną Czarodziejską Prawdą. Treści, które Lucjusz czytał, były czystym wymysłem, o ile mógł to stwierdzić. Mężczyzna brał pieniądze od Knota – tak duże, że połakomiły się nie kontakty Lucjusza w Ministerstwie. Propaganda nienawiści i strachu, która wyzierała z gazety mężczyzny, zwiększała problemy wielu osób i ich interesów. Wezwanie do budowy świątyni dla wszystkich bogów było szczególnym celem, tak samo jak status osoby moralnej i zdrowej psychicznie dla pana Pottera.

Lucjusz zdecydował, że ma tego dość.

Nagły hałas dobiegający sprzed frontowych drzwi redakcji Proroka nie sprawił, że drgnął. Słuchał, jak rozentuzjazmowana Rousse używa Sonorusa, by zebrać ludzi przez obrazkiem przedstawiającym pieniądze. Dangle został na swym miejscu na tarasie kawiarni, a na jego twarzy błąkał się nieprzyjemny grymas.

Gdy tylko z ulicy zniknęli świadkowie, Lucjusz wykonał swój ruch. Rzucając zaklęcie odwracające uwagę na kawiarnię i taras, znalazł się na mężczyźnie, zanim ten zdążył zareagować.

Przyłożył swą laskę w poprzek pulchnej szyi mężczyzny, a kolano do jego krocza, przyszpilając go do ziemi. Dangle zabulgotał, jęknął i zbladł, przewracając oczami, gdy Lucjusz mocniej nacisnął na laskę.

- Panie Dangle – wymruczał Lucjusz. – Cieszę się niezmiernie, że pana złapałem. – Uśmiechnął się, a mężczyzna zemdlał.****


~~~~~~


Morrigan miała ręce oparte na biodrach i grymas na twarzy.

Zapach, który uchwyciła, zniknął. To był obrzydliwy zapach, jak zwłoki gnijące w słońcu. Zapach zaniepokoił ją, ale nie umiała powiedzieć dlaczego. Jej wspomnienia wciąż były pełne dziur, a ona wiedziała, że informacje, których potrzebuje, gdzieś tam są.

Morrigan?

Poderwała głowę, czując miękką, mentalną mackę. Jej dziecię snów ją wzywało; to był pierwszy raz, gdy dobrowolnie sięgnął w jej stronę. Odsunęła na bok niepokojące myśli, skupiając się na chłopcu i znikając.

Znalazła go zwiniętego w fotelu przed ogniem, który prawie się wypalił. Miał ciemne kręgi pod oczami i nieszczęśliwy wyraz twarzy.

- Dziecko? – W sekundę znalazła się przy nim.

Odwrócił się do niej, a ona zobaczyła w jego oczach łzy. Dotknęła ciemnych włosów.

- Co się stało? Nic ci nie jest? Czy…

Objął ją i ukrył twarz w zagłębieniu między ramieniem a szyją. Zszokowana, potrzebowała chwili, by zareagować. Trwało to na tyle długo, że chłopak spiął się i próbował się odsunąć. Objęła go i przyciągnęła do siebie bliżej.

- Harry. Och, dziecino. Co się stało? – Przesunęła dłonią po ciemnych, jedwabistych włosach.
- Ja nie… Ja tylko… – Chłopak wziął drżący wdech. – Nie wiedziałem, z kim jeszcze mogę porozmawiać, i… i…

Podniosła go z fotela.

- Opowiedz mi – powiedziała.
- Zgodziłem się porozmawiać z Aurorem Rayne’em.
- Tym blond mężczyzną, który obserwował twój dom.
- Tak.
- I?
- Profesor Snape… on… on wiedział…
- O tych twoich krewnych?
- Ty też wiedziałaś? – Żałosny ton w głosie chłopca sprawił, że westchnęła.
- Harry, jestem boginią. Widzę prawdę w duszach ludzkich. Wiedziałam o tym od chwili, gdy cię poznałam.

Wątłe ramiona zacisnęły się mocniej wokół jej szyi.

- Snape mnie zmusił… cóż, nie zmusił mnie. Ale chce, żebym z kimś porozmawiał, a ja powiedziałem, że to zrobię, ale teraz po prostu…

Morrigan oparła brodę o ciemne włosy.

- Teraz, gdy podjąłeś decyzję, wszystkie wspomnienia wracają?
- Taaa.
- I dlatego mnie wezwałeś.
- Przepraszam.

Odsunęła się, by zobaczyć jego twarz.

- Za co?

Próbował się odsunąć, ale mu nie pozwoliła.

- Ja… Prawdopodobnie jesteś zajęta. Po prostu nie wiedziałem…
- Nie, nie. – Przesunęła go lekko w bok. – Nie byłam ani trochę zajęta. – Iskra mocy sprawiła, że ogień zapłonął na nowo. – No już. Jesteś zażenowany?

Zamarł.

- Trochę.
- Z powodu tego, co ci się przydarzyło?

Bawił się rąbkiem swej koszuli.

- W pewnym sensie. To znaczy, nie było tak źle. Wielu ma dużo gorzej ode mnie. Nie powinienem… – Pokręcił głowa i urwał.
- Trauma pozostaje traumą. – Spojrzała w płomienie. – Tam nie ma rankingu. Jedno nie przebija drugiego.

Wziął długi, powolny wdech.

- Więc dlaczego czuję się taki głupi?
- Nie używaj tego słowa, dziecko. Wcale nie jesteś.
- Więc… – Chłopak zmarszczył brwi. – Więc co czuję? – Wzruszył ramionami. – To takie uczucie, jakbym nie powinien o tym mówić. Czuję się tak, jakby ludzie po prostu za bardzo tego chcieli. Czuję się… – Chłopak usiadł prosto. – Zawstydzony? – Zamrugał i spojrzał na nią. – Dlaczego czuję się zawstydzony?

Skinęła głową.

- To dobre pytanie. Mogę ci opowiedzieć historię?

Spojrzał na nią, ale przytaknął.

Odchyliła się w fotelu.

- W moich czasach takie rzeczy nie były powszechne. Niektórzy rodzice byli źli, owszem. A życie było o wiele trudniejsze, ale ludzie wiedzieli, że jeśli przekroczą granice przyzwoitości, zostaną ukarani. Dzieci również wtedy wiedziały, że zawsze będzie bóg, który odpowie na ich modlitwy i wstawi się za nimi.
- Naprawdę?
- Tak. – Wsunęła rękę za jego ramiona i poruszyła się. – Ale wtedy wiara ludzi wygasła, a bogowie zasnęli. I nie mogli dłużej odpowiadać na modlitwy ludzi, a zwłaszcza dzieci. I wtedy przybyli kapłani jedynego boga i wbili wszystkim do głowy myśl, że dzieci są własnością swoich rodziców, muszą ich szanować i słuchać się ich bez względu na wszystko.
- To okropne.
- Istotnie. Ich reguła ukształtowała świat. Tak bardzo, że idea dzieci karanych przez swych rodziców czy krewnych jest traktowana jako coś oczywistego, bez względu na to, jak dotkliwa jest ta kara.
- Ale…
- Nie skończyłam. – Odsunęła kosmyk jego włosów. – Pomysł, że dzieci zasługują na wszystko, co otrzymują od swoich starszych*****, zakorzenił się w świecie. Wysysasz go mlekiem matki. To niepisana zasada, która musi być zniesiona.
- Myślisz, że tak się stanie?
- Bogowie wrócili, Harry. Dzieci – wszystkie dzieci – mają kogoś, kogo mogą wezwać, nawet jeśli nie znają naszych imion. – Musnęła czubek jego głowy pocałunkiem. – Sprawiłeś, że tak się stało, dziecino. Trzymaj się tej myśli za każdym razem, gdy poczujesz się zawstydzony. To zdradliwa reakcja na postawę, która jest bardziej niż barbarzyńska. I nie ma znaczenia, jak małe ci się to wydaje – takie zachowania nigdy nie powinny mieć miejsca. Nigdy.

Poczuła, jak bierze wdech, a potem mocniej się w nią wtula.

- Dziękuję – powiedział cicho.

Oparła policzek o jego włosy.

- Nie dziękuj mi za prawdę, dziecko. – Uśmiechnęła się, patrząc, jak płomienie skręcają się w kominku. – Zawsze tu będę, gdy będziesz mnie potrzebował. Zawsze cię wysłucham.

Chłopak nie odpowiedział, siedząc tylko cicho u jej boku. Razem patrzyli, jak czerwono-złoty ogień płonie, a światło bijące od niego odbijało się od rozproszonych punkcików światła w ich oczach.



* Myślę, że wszyscy znają to określenie, że na wszelki wypadek wyjaśnię: kształtowanie wizerunku firmy, stosunki między przedsiębiorstwem a ogółem, kreowane przez rzecznika prasowego.
** Rodzi się tu mały problem z przetłumaczeniem. W oryginale Harry na końcu poprzedniej wypowiedzi użył słówka „sir”, którego generalnie nie używa się bezpośrednio, zamieniając je na „pan” (co zresztą robię). Reszta wypowiedzi pozostaje jednak niezmieniona, a w języku angielskim mówi się bezpośrednio (na „ty”) nawet do osób nieznajomych – u nas jednak funkcjonuje forma „na pan/pani”, którą pozostawiam. Czyli w sumie nic się nie zmienia w formie tłumaczenia, tak jakbym „olała” prośbę Snape'a.
*** Za dużo Snarry, naczytałam się zdecydowanie za dużo Snarry… :D
**** Ten to umie wywierać wrażenie na ludziach… :D
***** „Elders” – osoby starsze wiekiem, ale też doświadczeniem. Określenie może dotyczyć rodziny, ale nie tylko – również np. członków jakichś organizacji. Przykładem jest np. starszyzna plemienna u Indian.
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez QuestraGep » 2 maja 2014, o 13:25

Pierwsze o czym pomyślałam kończąc ten rozdział to ,,To już koniec?". Ale może zacznę od początku. Postaram się sklecić w miarę konstruktywny i długi komentarz, ponieważ wiem że te krótkie są obrazą dla autora/tłumacza. No więc. ,,Wiarę" dosłownie połknęłam. Ostatnie rozdziały czytałam ze smutkiem, tak mnie wciągnęła. Ale znalazłam sequel! Co do tłumaczenia. Bardzo dobrze, płynnie się je czyta, a rozdziały przelatują błyskawicznie (ku mojemu niezadowoleniu). Jedyne o co mogę prosić to tłumacz dalej!. Wiem, że tekstu jest naprawdę sporo (Aż 55 rozdziałów). Tym bardziej podziwiam Ciebie, że wzięłaś sobie na barki takie zadanie. Ten fick jest cudowny. A jeśli utkniesz kiedyś na jakimś fragmencie zawsze mogę pomóc. Życze dużo, dużo, dużo czasu na tłumaczenie. ;)

A teraz słówko o postaciach. Opiekuńczy Snape? Jak dla mnie jest całkiem znośny i (na moje szczęście?) nie czytałam za dużo Snarry. Tak więc akceptuję w pełni jego rolę tutaj. Natomiast o ile w ,,Wierze" znosiłam Syriusza tutaj zaczyna mnie powoli denerwować. Rozumiem, że ma nową rodzinę i chce z nią spędzać czas, ale nie powinien ignorować swojego chrześniaka! Aż miałam ochotę zgrzytnąć zębami gdy do domu Blacków dotarł list od aurora i nikogo nie było. Momentami mam wrażenie, że oni zapomnieli o Harrym. Cóż, okaże się.

Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Powodzenia w tłumaczeniu ;)
,, - Zaś wtedy, gdy pociąg dopłynie do portu...
- Chwila, pociąg?
- Oj, no to dojedzie."

LOVE YOURSELF: HER
QuestraGep Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 8
Dołączył(a): 16 kwi 2014, o 11:48
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez ios » 30 lip 2014, o 19:36

W zasadzie mam mocne postanowienie, że czytam, ale nie piszę (komentarzy na przykład posting.php?mode=reply&f=8&t=1279# ). Przeczytałam "Wiarę" i to, co jest już przetłumaczone ze "Ścieżki..." Uff... Tak bardzo mi się spodobało, że "aż" się zarejestrowałam posting.php?mode=reply&f=8&t=1279#
No, a teraz to, co sądzę na temat fika. PODOBA mi się. BARDZO mi się PODOBA. Tak bardzo, że kilka razy czytałam ten fik od początku, w miarę jak tłumaczenie było publikowane (czyli dużo razy...).
Pomysł uważam za arcyciekawy: Harry spostponowany, odepchnięty, prześladowany... niby nie nowy pomysł,ale jak poprowadzony! "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie" - prawdziwymi przyjaciółmi okazują się Ślizgoni. Ron, Hermiona, Gryfoni... zatwardziali w swojej wizji świata. Zaskakująco: uważany zawsze za "ciepłe kluchy" Nevill i inna niż "zawsze" Ginny mają odwagę cywilną i nie wahają się stanąć po stronie przyjaciela, ponosząc za to okrutną karę (Ginny, bo Nev wygrywa na loterii życia szczęśliwy los). Roniaczek tak bardzo mi się tu wydaje kanoniczny, że bardziej nie można - jego upór w tym, co uważa za słuszne nawet byłby powodem do dumy, gdyby nie złe założenia, na których jest oparty. Choć z kolejnej strony, zaufanie RODZINIE... A z kolejnej strony, Harry był jego PRZYJACIELEM! Hermiona niby przejrzała na oczy, niby "wróciła" do Harry'ego i pomagała Ślizgonom, ale dla mnie to było i mało wiarygodne, i denerwujące... szczególnie ciągłe utarczki z Wężami (kapitalnie rozegrane kłótnie z Saszą). Podoba mi się Seamus - jest taki prawdziwy w swoim lęku przed domownikami, a potem robi się z niego superszpieg i dzielny wojownik!
Myślę, że fik bardzo rzetelnie oddaje "psychologię tłumu" - nastroje histerii, pochopne działania, podjudzanie w prasie...
Uważam, że mimo iż to "tylko" fik, jest w nim COŚ głębszego.
Pary głównych bohaterów: Draco/Harry, Blaise/Nevill, Severus/Lucjusz, Syriusz/Remus są według mnie świetnie poprowadzone posting.php?mode=reply&f=8&t=1279# Lucjusz jako rycerz dobra w błyszczącej (a jakże!) zbroi - cymes!
Osobiście najmniej zainteresowana byłam wątkiem zapomnianych bogów - owszem, bardzo ciekawy, zgrabnie poprowadzony, umożliwiający kontynuowanie opowieści równie wciągającej, jak historia walki z Voldemortem.
No i dochodzimy do "Ścieżki..." - początek wygląda NADER obiecująco! Knot wysunął się na prowadzenie w rankingu "największy dupek sezonu" posting.php?mode=reply&f=8&t=1279# i sumiennie zatruwa/utrudnia życie naszym bohaterom.
Fik, jak wspomniałam, szalenie zajmujący - prawda. Ale wydaje mi się, ba! mam pewność, że nie byłby taki, gdyby nie wspaniałe tłumaczenie.
Jestem głęboko przekonana, że jesteś - Droga Tłumaczko - jedną z najlepszych w swoim"fachu". Hołd Ci! I mimo mojego nieśmiałego pytania "kiedy następny rozdział", nie uważaj tego za wazeliniarstwo, to moja szczera opinia.
Pozdrawiam serdecznie i życzę duuużo czasu chęci do dalszych tłumaczeń!
ios
ios Offline


 
Posty: 1
Dołączył(a): 30 lip 2014, o 18:38

Postprzez monalo4 » 25 paź 2014, o 21:37

Źle mi z tym, że tak długo nie dodawałam rozdziałów, więc postanawiam poprawę i od razu wstawiam dwa kolejne. Mam nadzieję, że mi wybaczycie i na nowo wciągniecie się w tę historię. Życzę miłej lektury i przepraszam za ewentualne, niewyłapane literówki :)


Rozdział siódmy

Ucząc się, jak chodzić


Wszystko było ciemne. Harry podsunął sobie ręce przed twarz, ale nie był w stanie ich zobaczyć. Przesunął się w przód. Jego stopy były nagie; ziemia była ciepła i piaszczysta pod jego palcami. Słyszał, jak jego ruchy odbijają się za nim echem, jakby był w ogromnej jaskini.

Po lewej stronie rozległ się dźwięk. A potem następny po prawej. Wkrótce wokół niego słychać było setki dźwięków. Obracał się raz za razem, próbując je zlokalizować. Wystawił ręce, jakby chciał ochronić się przed ciosem, ale nie wiedział skąd ani od kogo miałby on nadejść. Jeśli w ogóle by to zrobił.

Poczuł ucisk w żołądku. Uczucie wirowania nie ustało, gdy powiedział swym stopom, by przestały się poruszać. Osunął się na kolana, ale świat zdawał się poruszać na własną rękę. Było tak jak wtedy, gdy ciotka Petunia zabrała Dudleya i jego do parku, gdzie znajdowała się karuzela. Harry nienawidził na niej jeździć, ale Dudley chciał iść znowu i znowu, i znowu…

Rozległ się zgrzyt, jakby coś wielkiego i ciężkiego przesuwało się po piasku. Harry zapatrzył się w ciemność, nie widząc niczego. Dźwięk się zbliżał. Piasek pod jego stopami zaczął drżeć.

- Kto tam jest? – Głos Harry'ego zaginął w kakofonii dźwięków.

Obecność była blisko, wiedział o tym. Odsunął się w tył, próbując uciec, ale obecność była przed nim, za nim, obok niego… Zamachnął się na nią, ale jego pięść przeszła nieszkodliwie przez powietrze, nie dotykając niczego.

- Kto tam jest? – Jego krzyk sprawił, że harmider stał się jeszcze głośniejszy. – Przestań! Po prostu przestań! Kto tam jest? Cholera, odpowiedz mi! Odpowiedz! – Jego własny głos dzwonił mu w uszach, a żądania i pytanie zdawały się być coraz głośniejsze. Zakrył uszy dłońmi, ale to nie pomogło.

Podłoga rozpadła się pod nim.

W przepaści błysnęło światło. Harry uniósł dłoń do łzawiących oczu; tam były obrazy, niektóre czarno-białe, niektóre kolorowe, a niektóre tylko w czerwieni i zieleni. Przemknęły obok niego zbyt szybko, by je skatalogować.

Jednym z nich było jego ciało leżące na ziemi i połamane.

Draco, wygięty i krwawiący, przybity do wielkiego drewnianego słupa.

Snape z niebezpiecznym toporem w dłoniach i z grymasem szaleństwa wykrzywiającym mu twarz.

Syriusz krzyczący na niego w salonie, którego nie rozpoznawał.

Remus odwracający się od niego; gniew i litość walczyły o dominację na jego twarzy.

Harry pokręcił głową, wciągając gwałtownie powietrze. Odepchnął się rękami, chcąc odgonić od siebie obrazy. Ale w chwili, gdy jego dłonie ich dotknęły, został wciągnięty do środka.

- To bezcelowe, Harry! Nie zostanę tu ani chwili dłużej. Musisz wybrać. Twoje kłamstwa albo ja. – Twarz Syriusza wykrzywiła się okropnie. Harry pochylił głowę, zaciskając dłonie w pięści.
- Wybieram…


Scena zmieniła się, przedzierając się obok Harry'ego, zanim zdążył uchwycić resztę słów.

Draco stał nad ciałem Rona Weasleya.

- Zawdzięczasz Harry'emu Potterowi to, co zostało z twojego zdrowego rozsądku. Uwierz w to, Łasico, i ciesz się z tego. – Harry zauważył, że oczy blondyna błysnęły w półmroku. – Wiedz, że chętnie spopieliłbym cię na miejscu, gdybym nie robił tego dla niego. – Blondyn machnął różdżką nad Ronem i pająki zniknęły.


Harry zadrżał i spróbował przekręcić się na bok. Zamiast tego wpadł w inny obraz.

Wszędzie dookoła niego byli dorośli; uzdrowiciele w zielonych szatach, w żółtych szatach, w niebieskich, czarnych i czerwonych. Wszyscy zadawali mu pytania, krzycząc, a niektórzy wciskali mu w ręce fiolki. Dwóch odzianych w niebieskie szaty mężczyzn podeszło do niego i owinęło białymi pasami ręce Harry'ego i górną część ciała. Rozchylili jego powieki i wpuścili do środka gęste, białe krople. Jego świat się rozmazał i zaczął wirować, a on wiedział tylko, że nigdy, przenigdy go nie wypuszczą…

- Harry!


~~~~~~


Draco usiadł na skraju łóżka, gdy zielona błyskawica odbiła się łukiem od kolumienek łóżka, ścian i sufitu. Magia nawet nie dotknęła jego skóry. Ostrożnie chwycił ramię chłopaka, gdy Harry się budził; krwawe łzy uczyniły z jego twarzy okropną maskę z bladej skóry i rdzawych śladów rozpaczy.

- No dalej, Harry. – Próbował potrząsnąć chłopakiem. Próbował krzyczeć. Teraz próbował czekać, choć był gotowy, by zacząć rozdzierać własną skórę.

Zielone oczy drgnęły, otworzyły się, a potem nagle zamknęły.

Draco pochylił się.

- Widziałem to, Harry. Wiem, że się obudziłeś.

Ciemnowłosa głowa odwróciła się.

- Nie chciałem cię obudzić.

Blondyn poprawił się na łóżku.

- Już nie spałem – skłamał.
- To był tylko… koszmar.
- Kłamca.

Lekki uśmiech wygiął kąciki ust Harry'ego.

- Jestem Ślizgonem, pamiętasz? My nie kłamiemy, my ściemniamy.
- Powiedz mi. To była wizja, prawda?
- Nic tam nie było.

Draco wziął głęboki wdech, mówiąc sobie, by nie krzyczeć na chłopaka.

- Harry, nie mogę cię chronić, jeśli mi nie powiesz, co się stało.
- Nic się nie stało.

Iskra gniewu zamieniła się w burzę.

- Nie waż się kłamać przede mną, Harry Potterze. – Wyciągnął rękę i chwycił chłopaka za ramię. Nie potrząsnął nim ani nie pociągnął, ale pozwolił, by połączenie skóry ze skórą zszokowało drugiego chłopaka na tyle, by otworzył oczy. – Jestem tutaj, Harry. I nie zamierzam odchodzić, więc mnie nie odpychaj. Albo… albo… – Zmarszczył brwi, a jego twarz stała się bardziej ponura. – Albo sam uwarzę Eliksir Wizji i przyjmę cały za jednym razem. A wtedy będę w stanie podążać za tobą, nawet jeśli nie będziesz tego chciał.
- Nie! – Harry podniósł się do siadu. – Nie możesz!
- Nie mogę? – Szare oczy błysnęły. – Czemu nie?
- Bo nie!
- Bo co?
- Bo to cię zniszczy! – Harry wyglądał na zszokowanego, gdy słowa wyrwały się z jego ust. Zaczerwienił się i odwrócił głowę.
- Zniszczy, Harry? – Draco pozwolił, by jego twarz złagodniała. – Co masz przez to na myśli?
- Nie wiem.
- Kłamca.

Harry powoli wypuścił powietrze.

- Ja jestem… zniszczony w jakiś sposób, nie widzisz tego? – Zielone oczy spojrzały na Dracona. Blondyn wciągnął powietrze. Spojrzenie było czyste, ale prawie niewidzące przez światło w jego oczach. – Jesteś Malfoyem, Draco. Ty… – Blada twarz zarumieniła się. – Znaczysz dla mnie więcej, niż byłbym w stanie powiedzieć. Ale jestem dla ciebie bezużyteczny. Spójrz na mnie. – Wątła ręka poruszyła się nad zakrwawioną pościelą i drżącymi nogami. – Jesteś przeznaczony do większych rzeczy niż jakiś inwalida, o którego dbasz bardziej, niż powinieneś.

Draco poczuł, jak jego dłonie zaciskają się na kołdrze.

- Zamknij się – powiedział.

Harry zamrugał.

- Słucham?
- Powiem ci to tylko raz. – Wskazał na chłopaka palcem, a jego gniew, frustracja i strach sprawiły, że drżał. – Nie wiem, co się wydarzyło, gdy wróciłeś tego lata do domu, ale nigdy więcej się to nie stanie. Sam o to zadbam, Harry Potterze. Rzeczy, które dla siebie wybrałem, są rzeczami, których chciałem, i żadna z nich – nawet ty – nie będzie w stanie mnie od nich oderwać. Więc lepiej przyzwyczaj się do tego, że będę przy tobie przez bardzo długi czas, czy będziesz inwalidą, czy nie. Nie obchodzi mnie to.
- Ale obchodzi twojego ojca.
- Mój ojciec nie rozumie, co się dzieje, co sprawia, że staje się nieznośny. – Draco skrzywił się na wspomnienie tego, jak ojciec krzyczał na niego w bibliotece na dole. – Bardzo nieznośny. Ale to nie znaczy, że nie zmieni zdania.
- Zmieni zdanie w kwestii czego? – Harry napotkał jego spojrzenie. – Ledwie chodzę. Jak będę uczestniczył w lekcjach?
- Wymyślimy coś.
- A to? – Harry wyciągnął rękę z nieprzyjemnym uśmiechem. Kończyna drżała tak mocno, że miał problemy z trzymaniem ramienia Dracona. – Jak w tym stanie mam rzucać zaklęcia?
- Przestałeś się nad sobą użalać? – Draco w końcu eksplodował.
- Co?
- To jest… co? Szukasz współczucia albo starasz się mnie odstraszyć? Pierwszego nie dostaniesz, a drugie się nie zdarzy. Więc o co chodzi?
- Po prostu chcę zostać sam!

Obaj wyglądali na zszokowanych tym wybuchem. Draco rozluźnił się i oparł ponownie o zagłówek.

- Czemu?

Harry odwrócił wzrok.

- Po prostu… nieważne, Draco. Po prostu zostaw mnie samego.
- Nie.
- Idź.
- Nie mogę, Harry.
- Czemu nie?
- Bo nie.

Ciemnowłosy chłopak zaśmiał się ze świstem.

- Brzmimy jak pierwszoroczniacy.
- Wtedy mówiłeś z większym sensem.

Harry skrzywił się.

- Draco…

Blondyn wczołgał się na łóżko i popchnął Harry'ego na plecy. Usiadł na biodrach zaskoczonego chłopaka.

- Co. Ci. Chodzi. Po. Głowie?

Harry spuścił wzrok na kołdrę.

- Ja… widziałem coś – zaczął.
- Co widziałeś?
- Ciebie. – Zielone oczy pociemniały, spoglądając na Dracona. Blondynowi nie podobały się nowe cienie. – Byłeś przybity do słupa, Draco. Byłeś zakrwawiony, pobity i martwy. I to była wizja przyszłości. Jak mogę chcieć, by to się stało? Bo tak będzie, jeśli zostaniesz przy mnie. – Zamknął oczy i potarł swą głowę. – To wszystko się wydarzy. Nawet najdrobniejsza z tych rzeczy. – Słowa były stłumione i podszyte łzami.

Draco powoli wypuścił powietrze i przysunął się do chłopaka. Przyciągnął Harry'ego bliżej i wetknął ciemnowłosą głowę pod swą brodę.

- To się nie stanie, Harry. Nie stanie.
- Ale słyszałeś Pytię.
- Słyszałem, że możesz widzieć rzeczy, które mogą się wydarzyć. – Przesunął ich tak, by łokieć Harry'ego nie wbijał się w jego bok. – Musimy ją znaleźć, Harry. Ona może nam wyjaśnić, co to znaczy.
- Ale to było prawdziwe, jak rzeczy, które widziałem w umyśle Voldemorta.
- To były wspomnienia, Harry. Pamiętasz? Opowiadałeś mi o nich.

Chłopak sapnął z irytacją.

- To mnie przeraża – powiedział.

Draco zamknął usta i przyciągnął Harry'ego do siebie. Mnie też to przeraża, pomyślał i zamknął oczy. Nigdy cię nie opuszczę. Ciasno owinął swój gniew wokół tej obietnicy i wysłał ją w Ciemność. Proszę, nie pozwól mi go nigdy opuścić.


~~~~~~


Auror Rayne siedział przy swoim biurku ze stosem papierów. Miał wypełnić formularze – w trzech egzemplarzach – dla wszystkich „przestępstw”, jakie popełnił, rozmawiając z Harrym. Odepchnął od siebie stos, krzywiąc się. To jest niedorzeczne.

Dan siedział naprzeciw niego, zmagając się z mniejszym stosem. Wygląd jego koncentracji był zakłócony przez czubek języka wystający z kącika ust. Rayne przewrócił oczami i odwrócił wzrok.

Przy wejściu do ich biura zapanowało poruszenie. Rozpoznał haczykowaty nos, cienkie włosy i zdecydowany krok. Severus Snape wszedł do budynku.

Mistrz Eliksirów znalazł ich i ruszył w ich kierunku. Rayne zerwał się na nogi, szturchając biurko, by przyciągnąć uwagę swego partnera. Dan podniósł wzrok z grymasem, który pogłębił się, gdy mężczyzna zobaczył, kto się zbliża.

- Panie Snape – zaczął Dan.
- Profesorze Snape, dziękuję, Aurorze Gest. – Ponure spojrzenie przesunęło się po mężczyźnie, a potem zwróciło się w stronę Rayne’a. – Chciałbym poprosić o spotkanie z panem. W tej chwili.

Rayne zamrugał i zerknął na wściekłego partnera.

- Cóż, nie jestem pewien, czy będzie to możliwe.
- Och, jest.
- Słucham?
- Pańscy przełożeni uznają za bardzo korzystne, by pozwolić panu na ten nowy projekt.
- Jaki nowy projekt?

Uśmiech Snape'a był ostry jak brzytwa.

- Właśnie to chciałbym z panem przedyskutować, Aurorze Rayne.


~~~~~~


Syriusz stał na werandzie i rozglądał się po terenach rodzinnej posiadłości. Dzień był pochmurny, zimny i nędzny jak na koniec sierpnia. Dłonie miał wciśnięte pod pachy, chroniąc je przed chłodem.

Remus siedział za nim na jednym z drewnianych leżaków. Ręce wilkołaka zwisały pomiędzy jego nogami, a on obserwował rządek mrówek, które maszerowały w poprzek desek.

- Musimy go znaleźć.

Remus podniósł wzrok na drugiego mężczyznę.

- Jak, Syriuszu? Słyszałeś dyrektora. Harry jest w bezpiecznym miejscu.
- To jest bezpieczne miejsce. To jest miejsce, w którym powinien być bezpieczny. Nie obchodzi mnie, co mówi dyrektor. Harry przynależy tutaj.

Remus wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze.

- Cóż, zastanówmy się nad tym. Mógłby być w szkole.
- Zbyt wielu ludzie się tam kręci. I nie wyczułem go tam.
- Św. Mungo?

Animag pokręcił głową.

- Cóż… – Remus skrzywił się, patrząc na swoje ręce. – Posiadłość Malfoyów.

Syriusz odwrócił się do niego.

- Myślisz, że pozwoliliby mu tam być? Czemu?
- Cóż, jest dość przywiązany do Dracona.
- Ale to jest posiadłość Malfoyów, Remusie.
- A to jest posiadłość Blacków.*
- Ale… – Syriusz poruszył rękoma przy bokach. – To miejsce jest złe!
- Tak jak to było. Myślisz, że pozwoliliby, żeby coś stało się Harry'emu w czasie, gdy tam przebywa?
- Ale przypomnij sobie tamte kanapy! One gryzą!
- No i?
- Są złe!
- Tak jak pokój dziecięcy na trzecim piętrze.
- On nie jest zły. Tylko… dziwny.
- Nie, Łapo. To miejsce jest złe.

Animag skrzywił się, zerkając na niego.

- Nie przeszkadza ci to, że Harry jest u Malfoyów, a nie tutaj?
- Chcę, żeby Harry był z nami, jak powinien być. – Remus klepnął dłońmi o kolana i wstał. – Ale to, czego ja chcę, nie ma znaczenia. Ważne jest to, czego chce Harry.
- Czego chce Harry? – Ciemne oczy okryły cienie rzucane przez zmarszczone brwi. – Harry chce wrócić do domu. Tutaj. Tu, gdzie jest jego rodzina. To tego chce. – Syriusz skinął głową i odwrócił się w stronę krajobrazu. – Po prostu musimy tam iść i go zabrać.
- Iść i go zabrać? – Remus zaśmiał się. – Mówisz tak, jakby Malfoyowie mieli nam go tak po prostu oddać.
- Oczywiście, że to zrobią.
- Draco, Syriuszu. Nie sądzę, że chłopak będzie chciał wypuścić Harry'ego.
- I to jest kolejna sprawa. Harry nie jest czyjąś własnością. Jest osobą. Draco nie powinien być tak zaborczy w stosunku do niego.**
- Są sobie bardzo bliscy, Syriuszu. Myślę, że zaborczość działa w obie strony.
- Tak czy owak. – Animag zacisnął z uporem szczęki. – Harry przynależy tutaj. I musi wrócić do domu. W ten czy inny sposób.

Remus westchnął, ale milczał. Podążył wzrokiem za spojrzeniem drugiego mężczyzny. Zachodni horyzont przecinał gęsty las; według tego, co mógł przeczytać, był to nowy mugolski park. Było tam jezioro i – podobno – inne cuda natury. A za nim stała Malfoy Manor, otoczona swymi barierami, zabezpieczeniami i Merlin wie, czym jeszcze.

Remus westchnął cicho. To będzie długi dzień, po prostu to wiedział.


~~~~~~


- Harry?

Ciemnowłosy chłopak odwrócił się na ten dźwięk. Zobaczył Dracona stojącego w drzwiach, z głową przechyloną w jedną stronę.

- Co?
- Co robisz?

Harry spuścił wzrok na bałagan, jaki wokół niego panował.

- Uczę się chodzić – powiedział.

Draco wszedł do pokoju i zbliżył się do drugiego chłopaka.

- Nie rozumiem.
Harry powoli wypuścił powietrze. Po tym, jak Draco wyszedł, by się umyć i poprosić domowe skrzaty o przyniesienie jedzenia, miał trochę czasu na myślenie. Potrzebował Pytii. Musiał wiedzieć, czy to, co widział, było prawdziwe, albo czy były to rzeczy, które się nie wydarzą. Więc gdy blondyn wyszedł, on postanowił, że znajdzie Ścieżkę, która go do niej zaprowadzi.

Draco przykucnął na krawędzi kręgu.

- Czego użyłeś?
- Kredy.

Krąg wokół Harry'ego był niewielki, rozrysowany na drewnianej podłodze. Chłopak próbował przypomnieć sobie symbole, których użyli do ochrony szkoły, ale nie udało mu się.

- Mogę się przyłączyć?

Harry podniósł wzrok, słysząc formalny ton. Napotkał szare spojrzenie i skinął głową. Wyciągnął rękę i starł kawałek kręgu, a Draco wszedł do środka. Zamknął krąg i przycisnął do niego palec. Moc zamigotała we wnętrzu kręgu, tworząc lekki wietrzyk, który poruszył ich włosami.

Draco skrzywił się.

- Powinniśmy zostawić notatkę. Dla ojca i Severusa.
- Już to zrobiłem.
- Czy uwzględniłeś fakt, że będę z tobą?
- Tak. – Harry przesunął się ku wschodniej krawędzi kręgu. – Pamiętasz, jak to zrobiliśmy? Nie pamiętam symboli.
- Tutaj. – Blondyn wziął od niego kredę i pochylił się. To był mały krąg, więc przysunęli się do siebie bliżej. Harry poczuł, jak jego twarz staje się bardziej gorąca, i miał nadzieję, że blondyn tego nie zauważył.

Draco położył kredę na skraju kręgu. Linia zapłonęła na zielono i srebrno, a potem otaczający ich świat zniknął.

- Co zrobiłeś?
- Nic!

Wolna ręka Dracona owinęła się wokół talii Harry'ego. Mieli pod sobą podłogę i to wszystko. Harry zakrył oczy dłońmi. Za bardzo przypominało to Przepaść, którą widział w swych snach.

- Co się stało?
- To znowu się dzieje.
- Co?

Podłoga zniknęła spod nich. Tylko uścisk Dracona trzymał ich przy sobie.

Wylądowali na ścieżce ze srebrzystego piasku. Wokół nich nadal było całkowicie czarno. To była ta sama Ciemność, którą Harry widział podczas swych wędrówek po Innym Świecie. Ale tym razem nie wydawała się być nieprzyjazna. Tylko ciekawa.

- Gdzie my jesteśmy?

Harry wstał z pomocą blondyna.

- Myślę, że jesteśmy blisko.
- Skąd wiesz?
- Ścieżka. – Był boso, tak jak w swoim śnie. Przełknął ciężko falę strachu, który go ogarnął. Obecność Dracona u jego boku pomogła odepchnąć to uczucie.
- Ale jesteśmy w środku… Merlinie!

Harry spojrzał nad ramieniem blondyna, by zobaczyć, co go tak zaskoczyło. Z Ciemności wyłoniło się wejście do jaskini. Ścieżka prowadziła do niej i znikała w środku.

- Zgaduję, że mamy tam wejść. – Harry ruszył naprzód.
- Czekaj. – Draco chwycił go za rękę. – A co, jeśli to pułapka?
- Jeśli tak, nic nam nie będzie.
- Skąd możesz to wiedzieć?

Harry pokręcił głową.

- Nie wiem skąd, ale wiem. Nie umrzemy tutaj ani nie zostaniemy skrzywdzeni. Ale musimy iść.
- Czemu?
- Bo Ciemność się budzi.

Harry bardzo mocno starał się nie myśleć o tym, skąd wiedział takie rzeczy, a jednak wiedział, że wszystko, co wychodzi z jego ust, jest prawdą. Wiedza po prostu pojawiała się w jego głowie. Zadrżał i chwycił blondyna za rękę.

- Proszę, Draco. – Spojrzał w szare oczy. – Po prostu chodźmy. Wszystko będzie dobrze.

Drugi chłopak zmarszczył brwi, obserwując jego twarz.

- Twoje oczy znów są normalne – powiedział.
- Co?
- Wcześniej, w pokoju. Były pełne świateł i cieni. – Dłoń o długich palcach uniosła się i dotknęła jego policzka. – Teraz wróciły do normalności.

Harry zwalczył chęć, by odwrócić wzrok.

- Może to dlatego, że jesteśmy tutaj. – Pociągnął za rękę, którą trzymał. – Chodźmy. Każemy jej czekać.

Draco skrzywił się, ale skinął głową. Obrócił dłoń, którą trzymał Harry, by móc spleść ich palce razem.

- Ty i ja – powiedział. – Zrobimy to razem. Obiecaj mi.
- Obiecuję.

Odwrócili się i stanęli przodem do wejścia do jaskini. Żadne światło nie wydostawało się na zewnątrz. Przed nimi wisiała czarna zasłona, w której nic się nie odbijało. Przeszli przez nią razem.



* Riposta roku :D
** Ktoś jeszcze wyczuwa hipokryzję wielką jak stąd do słońca…?
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez monalo4 » 25 paź 2014, o 21:53

Rozdział ósmy

Próba wiary


Jaskinia była oświetlona dwoma trzaskającymi ogniskami. Ich światło migotało na ścianach, które były pokryte sadzą i popiołem. Harry trzymał mocno dłoń Dracona, nawet gdy jego własne zaczęły się pocić. Stali przed pustym krzesłem zrobionym z białego kamienia. Spod niego unosił się dym, owijając się wokół olbrzymiego siedziska, a potem znikając w ciemności ponad głowami.

- Gdzie ona jest? – Draco zrobił krok naprzód. Harry został w miejscu.
- Tutaj – rozległ się głos zza nich. Obaj podskoczyli, a Harry puścił dłoń Dracona. Pytia miała ręce skrzyżowane na piersi i niewielki uśmiech na twarzy.
- Gdzie jest wyjście? – Harry zmarszczył brwi.

Spojrzała za siebie i wzruszyła ramionami.

- Pojawia się i znika, gdy ma na to ochotę.
- Więc utknęliśmy tu?
- To zależy od punktu widzenia. – Jej oczy błysnęły w świetle ognia.
- Znalazłem drogę – powiedział Harry, występując naprzód.
- Więc zrobiłeś to.
- Miałem sen.
- Pierwszy z wielu.
- Nie podobał mi się.
- Obawiam się, że nie spodoba ci się wiele z nich.

Harry przełknął ślinę i zrobił jeszcze jeden krok.

- Jest jakiś sposób, bym mógł zmienić przyszłość?

Oblicze Pytii złagodniało.

- Chodźcie tędy, chłopcy. – Odwróciła się i ruszyła ku wielkiemu ognisku.
- Ale… – Draco chwycił Harry'ego za ramię. – Jak wrócimy do domu?
- Nauczycie się tego w swoim czasie – odpowiedziała Pytia przez ramię.
- Masz na myśli to, że tu utknęliśmy? – Oburzenie w głosie blondyna sprawiło, że się uśmiechnęła.
- Nie, dziecko. Czas nie płynie tu tak jak w świecie, w którym żyjecie.
- Więc będziemy tu do czasu, gdy powiesz, że możemy odejść?

Pytia uśmiechnęła się i opadła na wyściełane czymś krzesło stojące przy ognisku.

- Oczywiście, że nie. To nie jest metoda nauki.
- Więc co?

Podniosła dzbanek z paleniska przy pomocy pary długich szczypiec. Zapachniało herbatą, gdy napełniła nią trzy drewniane kubki.

- Zostaniecie tu, dopóki nie przyswoicie lekcji, którą dam wam za każdym razem, gdy mnie odwiedzicie.
- A jeśli jej nie przyswoimy?

Jej oczy błysnęły w świetle.

- Och, zrobicie to.

Draco przełknął ślinę i zamknął usta.


~~~~~~


Na drodze, na wyspie znanej z tajemniczych wydarzeń, ciało składało się z powrotem.

Roztrzaskane kawałki samochodu zaśmiecały drogę. Smród palonej benzyny i oleju unosił się w powietrzu. Nastawał świt, rozświetlając wschodni horyzont błękitem, który oszukiwał oczy, by sądziły, że jest czernią.

Przedramię połączyło się z łokciem. Wspólnymi siłami umieściły się na swoim miejscu. Długie, martwe ścięgna, twarde od wieków nieużywania, połączyły się ze sobą. Krew martwego mężczyzny, który siedział na przednim siedzeniu w plątaninie metalu i plastiku, wsączyła się w suchą skórę. Żyły zabarwiły się czerwienią krwi po raz pierwszy od wieków.

Dźwigając się na nogi, kapłan zamrugał, zwilżając oczy. Wiedza z krwi dźwięczała mu w mózgu. Świat przekształcał się po kawałku. Droga, na której się znajdował, nie była Ścieżką, ale drogą dojazdową do małego miasteczka, w którym mieszkało niewiele więcej niż sto osób. Były tam dzieci, owszem. Rodziny, rodzice, ciotki i wujkowie. Wiele ofiar dla zadowolenia jego Pana, choć mogło ich być za mało.

Odwracając się na zachód, kapłan zrzucił z siebie resztki butwiejących ubrań. Nagi, godzinę przed świtem, stanął w ciemności nocy i wzniósł ręce ku niebu. Wezwanie jego Boga wciąż było słabe, wciąż ze wschodu, ale on nie mógł za nim podążyć. Miasto na południu przyciągnęło jego uwagę. Otworzył oczy, spojrzał w dół na pustą drogę i ruszył naprzód.


~~~~~~


Neville obudził się z koszmaru, próbując złapać oddech. Ziemia wokół niego była przesiąknięta krwią. Ciało Blaise'a, rozerwane na kawałki, leżało tuż przed nim. Przeturlał się na brzeg łóżka, chwytając materac obiema dłońmi.

Letnia noc była ciepła. Zostawił otwarte okno w nadziei, że do jego pokoju wpadnie odrobina chłodnego powietrza. Zrzucając kołdrę, podszedł do poruszających się zasłon.

Światła z mugolskiego miasta tworzyły w oddali mglisty poblask. Zanieczyszczenia trzymały się z dala od ich ziemi dzięki zaklęciu nałożonemu przez jego babcię, ale Neville nadal czasami widział żółtobrązową chmurę, która wisiała nad rozległą metropolią niczym ogromny insekt, karmiąc się zbiornikami wodnymi i barwiąc je na brązowo.

Myśl o tym sprawiła, że zadrżał. Odsunął lekki materiał na bok. Powietrze było chłodniejsze, a on mógł zobaczyć, jak wschodnie niebo zaczyna się rozjaśniać, ale uczucie rozpaczy z jego koszmaru wisiało nad nim nawet wtedy, gdy gwiazdy zbladły, a ptaki zaczęły ćwierkać.

- Harry – wymamrotał, opierając głowę o szybę. – Gdzie jesteś? – Wysłał wiele listów, ale nie dostał żadnej odpowiedzi. Kusiło go trochę, by poprosić babcię, żeby zabrała go do Surrey, tylko po to, by przekonać się, czy uda mu się odnaleźć chłopaka na własną rękę.
- Neville?

Jak gdyby przywołały ją jego myśli, jego babcia stanęła w drzwiach jego pokoju.

- Tak? – Odwrócił się, nadal obejmując się rękami.
- Co się dzieje? Usłyszałam, jak się kręcisz.
- Nic. – Przesunął dłonią po czole. – To tylko koszmar.

W przytłumionym świetle w pokoju zobaczył, jak wyraz jej twarzy się zmienia. Podeszła do starego fotela na biegunach i usiadła; ciężki, dzianinowy szal otaczał jej ramiona.

- O tym, co się stało w szkole?

Usiadł na skraju łóżka.

- Tak – przyznał. Poczuł się głupio i nieswojo. Ostatnią rzeczą, jakiej chciał, było to, by jego rodzina uważała, że jest tchórzem, który boi się jakichś snów. Miał z nimi wystarczająco dużo problemów, gdy jeszcze trwały.

Jego babcia spuściła wzrok na swe wątłe ręce.

- Twój ojciec miał koszmary związane z pracą – zaczęła. – Zanim poślubił twoją matkę. Pierwsza wojna… – Jej oczy napotkały te Neville'a. – Pierwsza wojna prześladowała wielu ludzi, którzy o niej pamiętali. Obawiam się, że druga zostanie zapamiętana równie dobrze. I nie jestem taka pewna, czy powinna zostać zapomniana. Twój ojciec, zanim… zanim to się stało, powiedział mi, że chciał, byś dorastał, umiejąc odróżnić prawdę od kłamstwa. – Pokręciła głową. – Ale ja uważam, że zrobiłam ci krzywdę, młody człowieku, próbując w zamian uczynić cię silnym.

Neville przełknął ciężko, czując w gardle bijące mocno serce. Nigdy nie rozmawiali o tym, co było Wcześniej, jak lubili to nazywać pozostali członkowie rodziny. Wcześniej, zanim ujawnił swą magię. O czasie, gdy wszyscy myśleli, że jest charłakiem; bezużyteczną, słabą pozostałością po wspaniałym dziedzictwie, jakie zostawił po sobie jego ojciec.

- Nie było tak źle – powiedział Neville po długiej chwili milczenia.

Krótki wybuch śmiechu babci był słaby i pozbawiony humoru.

- Niemądry chłopak. – Urwała i westchnęła ponownie. – Jestem z ciebie dumna – powiedziała, przechwytując jego spojrzenie. – Czy jesteś w Gryffindorze, czy w Slytherinie, jestem z ciebie dumna. I ten chłopak, Blaise. – Zmarszczyła nos. – Czystokrwisty, delikatnie mówiąc, ale przyzwoity. Ten twój nowy dom dał ci pewność siebie, choć powinno być to zadanie rodziny. Ale jakkolwiek się to stało, jesteś dobrym chłopcem. Wspaniałym młodym człowiekiem. – Wzięła gwałtowny wdech. – Koszmary, Neville, są dobre dla duszy. Przeganiają przerażenie i gniew, zanim te zdążą zagnieździć się w umyśle i roztrzaskać dobro w twoim sercu. Nigdy nie bój się o nich rozmawiać ani iść do kogoś, gdy obudzą cię w nocy.

Neville musiał zamrugać kilka razy, zanim był w stanie się odezwać.

- Dziękuję, babciu.

Zbyła to machnięciem ręki.

- No już. Nie sądzę, by któreś z nas wróciło jeszcze do łóżka. Zrobię nam gorącej herbaty i zjemy śniadanie. Jestem pewna, że masz rośliny, które potrzebują podlewania.
- Tak, psze pani.
- Dobrze, dobrze. – Wstała i ruszyła ku wyjściu z pokoju. Zatrzymała się w drzwiach i odwróciła. – Mówię poważnie, Neville. Może nie jestem najbardziej wylewną czarownicą na świecie, ale jesteśmy z ciebie dumni. Kochamy cię. I czy przyjdzie piekło, powódź, czy sami mugole, rodzina będzie z tobą.*

Odeszła, zanim zdołał odzyskać głos, by odpowiedzieć.


~~~~~~


Ginny usiadła na parapecie, wpatrując się w światło poranka.

Jej sny były mroczne, ale nie mogła sobie przypomnieć, o czym były, gdy się obudziła. Dreszcz niepokoju przeszedł ją aż do szpiku kości. Została przy oknie przez jakiś czas, próbując rozwiać nieprzyjemne wrażenie.

- Ginny? – Bill trzymał jedną ręką za klamkę, drugą napierając na drewno.
- Bill? – Odwróciła się w miejscu.
- Nie odpowiadałaś, gdy pukałem.
- Zamyśliłam się. – Wzruszyła ramionami i odwróciła się ponownie do zaparowanej szyby.

Wszedł do pokoju, ale pozostawił za sobą otwarte drzwi.

- Wszystko w porządku?
- Nie wiem.
- Co się stało?

Potarła czoło.

- Myślę, że po prostu się martwię.
- O Harry'ego.
- A kto nie?
- Nic mu nie będzie, Gin. Zobaczysz.
- Syriusz… Tata. On jest tatą. – Wzięła głęboki wdech. – Jest tak bardzo przejęty Harrym. Tak skupiony. To jest prawie przerażające.
- On też po prostu się martwi, Gin.
- Wiem. – Przygryzła dolną wargę, gdy się zbliżył. Spojrzała na niego spod rzęs. – Czy to źle, być trochę zazdrosną?
- Zazdrosną? – Usiadł obok niej, podciągając stopy na cienkie obicie i naśladując jej pozycję.
- Ja… – Jej twarz zaczerwieniła się. – To głupie. Nieważne.
- Powiedz mi.
- Nie, serio. To nic.
- Gin.
- Co?
- Powiedz mi. To nie jest głupie.
- Ja… przyzwyczaiłam się do bycia jedyną osobą, o którą tata się martwi. Jedyną osobą, z której obecności tak się cieszył. To okropne, prawda? Jestem taka samolubna. Chciałam mieć go całego dla siebie, gdy Harry będzie daleko z tamtymi mugolami. To straszne. – Ku swemu zawstydzeniu, poczuła łzy zbierające się w oczach i spływające po policzkach.
- Och, Gin – zaczął Bill.
- Ginny. – Głos ich nowego ojca zaskoczył ich oboje. Zakryła twarz, starając się ukryć łzy.

Włosy Syriusza były potargane od snu. Podszedł do niej, podniósł ją i usiadł na jej miejscu, biorąc ją na kolana.

- Nie jesteś wcale samolubna, moja mała. Ani trochę.** Masz za sobą straszne chwile. Już w porządku. Wszystko będzie w porządku.
- Nie, nie będzie. Odciągałam twoją uwagę od Harry'ego i… i… i… – Musiała przełknąć, by zaczerpnąć powietrza.
- Ciii… – Wetknął jej głowę pod swoją brodę. – Przestań. Nic z tego nie jest twoją winą. Nic. Nie waż się obwiniać za rzeczy, nad którymi nie masz kontroli. Ty też, Bill – dodał, zerkając na niego przenikliwie. – Wkrótce odzyskamy Harry'ego. A wtedy wszyscy będziemy rodziną. Zobaczycie.
- Myślisz, że mnie znienawidzi?
- Harry? – Syriusz odsunął się, by spojrzeć jej w twarz. – Dlaczego niby miałby cię nienawidzić, Gin?
- Bo byłam tu pierwsza. – Jej szept ledwie dotarł do dwóch mężczyzn.
- Nigdy, Gin. Nigdy. Harry nie jest taki. – Syriusz przytulił ją mocno. – Harry jest dobry, wyrozumiały, uprzejmy, odważny, dokładnie tak jak jego rodzice. Jest spokojną duszą i wspaniałym chłopakiem. Będzie bardzo szczęśliwy, będąc w domu. Szczęśliwy, widząc nas wszystkich, zobaczysz.
- Tak myślisz?
- Ja to wiem. – Bill uśmiechnął się, widząc obrazek, jaki tworzyli we dwójkę, zwinięci w słabym świetle poranka.


~~~~~~


- Pieprzona, przeklęta, płonąca kula gówna!
- Niezła aliteracja, Harry.***
- Zamknij się, Draco!
- To nie jest moja wina.
- Oczywiście, że nie jest! To cholerna pułapka!
- Denerwowanie się nie pomoże.
- Pieprz się!

Draco skrzyżował ręce na piersi.

- Potter, jeśli mi udaje się panować nad sobą w tych okolicznościach, zapewniam cię, że i ty dasz radę.
- Idź do cholernego piekła!
- Myślisz, że piekło jest krwawe?****

Ta nielogiczna uwaga sprawiła, że mniejszy chłopak znieruchomiał.

- Cóż, mogłoby być, nie sądzisz? Wszystkie te kary, które powinny mieć tam miejsce? To miałoby sens.

Zostali uwięzieni w dwóch naprzeciwległych niszach w ścianie, między którymi było tylko kilka stóp przerwy, ale stanowiła ją przepaść. Powodująca echo ciemność, która ich otaczała, zniekształcała ich głosy.

- Tak przypuszczam – przyznał blondyn. – Ale to jest nieistotne.
- My jesteśmy nieistotni.
- To też jest prawda.

Spojrzeli po sobie.

- Więc, Draco. Jak chcesz nas stąd wyciągnąć? – Harry usiadł na niewielkim kamieniu, który miał do dyspozycji. Był zmęczony. Brudny. I bardziej niż trochę głodny.
- Cóż… – Blondyn podszedł bliżej do krawędzi i uklęknął. – Nie przypuszczam, że moglibyśmy krzyknąć, by przywołać Pytię, nie sądzisz?
- Powiedziała, że to zadanie wykonujemy na własną rękę.

Będąc w jaskini, stracili poczucie czasu. Pierwsze lekcje były łatwe – zbyt łatwe. Pytia zmrużyła oczy, gdy przeszli testy; dziwny blask pojawiał się w nich za każdym razem, gdy pokonywali przeszkodę, jaką przed nimi stworzyła.

Lekcje obejmowały szereg zagadnień, których nauczyli się podczas prób obudzenia Dawnych Bogów. Medytacja, oczyszczanie umysłu, zdolność koncentracji w całkowitym chaosie. Jednak najnowszy test, jaki stworzyła dla nich nauczycielka, w ciągu minuty uwięził ich w niszach z surowymi instrukcjami, które mieli zrozumieć sami.

Harry oparł łokieć na kolanie.

- Cóż, pomyślmy. Pytia powiedziała, że to próba… – Zmarszczył brwi. – Jeszcze raz – co ona powiedziała?
- Wiary. – Draco przyklęknął na jedno kolano, zerkając nad krawędzią.
- Powiedziała „wiary”?
- Tak.
- To dziwne. Jak to może być próbą wiary?

Draco podniósł wzrok. Włosy opadły mu na oczy, przecinając jego twarz bladymi pasmami.

- Wiara w nasze umiejętności? – zaproponował.
- Nie… Nie sądzę, by to było to. – Harry przygryzł dolną wargę i przesunął dłonią po oczach. – Jestem zmęczony.
- Ja też.
- Pytia powiedziała, że będziemy mogli wrócić do domu, gdy przyswoimy każdą lekcję. To już czwarta!
- Brzmisz ciut gryfońsko, Potter.
- Wypchaj się, Malfoy.

Od strony blondyna rozległ się urywany chichot.

- Ktoś tu chyba potrzebuje snu.

Harry prychnął.

- Myślę, że obaj potrzebujemy snu. Zaraz po tym, jak zjem konia.

Draco zmarszczył nos.

- Konina jest obrzydliwa.
- Naprawdę ją jadłeś?
- Oczywiście. Była przysmakiem na niektórych przyjęciach. Absolutnie paskudna.
- To, co powiedziałem, było figurą stylistyczną.
- Dziwną figurą.
- Mugolską, jak sądzę.
- Cóż, wszystko jasne.

Harry machnął ręką na blondyna.

- Dobra. Próba wiary. – Pochylił się naprzód. Między nimi było kilka stóp przestrzeni, ale nie było szans, by nisza pomieściła dwie osoby. Zmarszczył brwi i spojrzał w górę.
- Skąd pochodzi światło?
- Co?
- Światło, Draco. Widzimy siebie, ale nic innego. Skąd ono pochodzi?

Blondyn wstał i wyciągnął różdżkę.

- Lumos! – Zaklęcie rozświetliło czubek jego różdżki, ale poblask wokół niego nie stał się jaśniejszy. Ciemność wokół nich też nie.
- Cholera.

Draco potrząsnął różdżką.

- Lumos, ty przeklęty patyku! – Czubek rozjaśnił się, ale nic więcej się nie wydarzyło.
- Nie wkładaj jej w ogień.
- Nie jestem aż tak głupi.
- I kto jest teraz nieznośny?
- Zamknij się, Potter.
- Ty się zamknij.
- Nie, ty się zamknij!

Harry zaczął się śmiać, choć wyraz irytacji pozostał na twarzy Dracona.

- Naprawdę znów brzmimy jak pierwszoroczni.

Gniew skruszał i zniknął. Blondyn rozluźnił ramiona.

- Po prostu wymyślmy to i będziemy mogli wrócić do domu.
- Zgadzam się.

Obaj zaczęli badać przestrzeń wokół siebie. Harry czuł narastający strach za każdym razem, gdy zbliżał się do krawędzi. Im bliżej się znajdował, tym gorsze czuł dreszcze. To podsunęło mu pewną myśl.

- Draco?
- Tak?
- Ty też… dziwnie się czujesz, gdy zbliżasz się do krawędzi?

Draco zmarszczył brwi.

- Tak. Czuję lęk.

Harry ruszył w stronę głębokiej ciemności. Uczucie ogarnęło jego klatkę piersiową jak zimne palce badające jego serce. To sprawiło, że zadrżał. Ale narastająca potrzeba, by znaleźć się u boku blondyna, przełamała strach, który wywoływała otchłań.

- Mam pomysł, ale nie spodoba ci się on. – Wstał.
- Harry, co ty… nie! – Blondyn rzucił się za nim.

Palce u stóp Harry'ego znajdowały się na skraju skalnej półki. Przed nim zionęła przepaść; głęboka ciemność pochłaniająca każdy strzęp światła. Uniósł jedną nogę. Przesunął ją do przodu. Zrobił krok.

Błysnęło światło, gdy krzyk Dracona rozbrzmiał w jaskini. Znów byli na przedzie, naprzeciw białego krzesła. Pytia siedziała przed nimi, uśmiechając się.

- On mógł zginąć! – Draco odwrócił się do niej.
- Zważ na swe maniery. – Ostry, męski głos zaskoczył ich obu. Odwrócili się i zobaczyli mężczyznę stojącego naprzeciwko płomieni. Miał śniadą cerę, brązowe oczy i ciemne, kręcone włosy.
- Kim ty jesteś, na Merlina?
- Merlin? – Spojrzał na Pytię. – Oni są dziwni.
- Chłopcy – powiedziała, przyciągając ich uwagę. – To jest Homer.

Harry wytrzeszczył oczy.

- Ten Homer?

Draco zmarszczył brwi.

- Kto, Harry?
- Mężczyzna, który napisał „Odyseję”.

Pytia zmarszczyła nos.

- Mówisz, że te brednie wciąż istnieją?

Harry gapił się na nich.

- Oczywiście, że tak. Mój kuzyn musiał to czytać. Zmusił mnie do napisania streszczenia.
- Mugole. – Draco prychnął zniesmaczony.
- Nie, chłopcy. – W głowie Pytii słychać było rozbawienie. – Ten Homer nie jest… waszym Homerem. To mój Homer. – Uśmiechnęła się do mężczyzny. Ten przewrócił oczami i wrócił po dzbanek, który stał na ogniu. – Jest tym, kim Draco jest dla ciebie, Harry. Moją opoką, moją siłą, moim przewodnikiem, gdy wszystko inne zawiedzie.

Harry zmarszczył brwi.

- Nie rozumiem.

Pochyliła się naprzód, składając dłonie.

- Ostatni test był próbą wiary. Jesteś zmęczony. Jesteś głodny. Obaj byliście zdenerwowani i zgryźliwi. Co jeszcze czułeś, Harry?
- Że… – Zastanowił się nad tym. – Że muszę się dostać do Dracona. Nawet jeśli nie było szans, by nisza pomieściła nas obu.
- A gdy przyszło ci zmierzyć się z uczuciem, które wywoływała przepaść?
- Ja… Nie obchodziło mnie to. – Zamrugał. – To tylko przepaść. Widziałem ją wcześniej. Przechodziłem przez nią wcześniej. I wiedziałem, że jeśli zacznę spadać, Draco złapie mnie i ocali.

Skinęła głową i wyprostowała się.

- Proszę bardzo. Próba wiary. Spojrzeliście w otchłań i żaden z was nawet nie drgnął. – Wskazała ręką na coś za nimi. – Czas na was.
- To wszystko? – Harry zagapił się na nią.
- Nie kłóć się, Harry! Chodźmy! – Draco chwycił go za ramię.
- Na tę chwilę to wszystko. – Wstała i odprowadziła ich do drzwi. Zatrzymała ich, zanim wyszli, kładąc dłonie na ich ramionach. – Będzie więcej lekcji, ale ta… ta była tą, której potrzebowaliście jako pierwszej. Próbą wiary. Wiary w siebie. Wiary w siebie nawzajem. Przepaść może być przerażającym miejscem, ale sama w sobie nie jest przerażająca. To na to, co zawiera, musimy uważać.

Draco pociągnął Harry'ego w stronę drzwi.

- Więc co teraz? – zapytał.
- Ćwiczcie, oczywiście. – Wyciągnęła rękę i dotknęła twarzy Harry'ego zimnymi palcami. – By nauczyć się chodzić po widocznych ścieżkach, Harry, musisz najpierw je rozpoznawać.
- Masz na myśli dobrowolne pójście do Innego Świata?
- Tak.
- Nie spodoba im się to.
- Komu?
- Ojcu Dracona. Profesorowi Snape'owi. Uzdrowicielowi Fabingowi. Cholera, wszystkim. Syriusz dostanie szału, jeśli to zrobię, gdy wrócę do jego domu.
- A jak niby, młody Wieszczu, mają cię powstrzymać? – Uśmiechnęła się do niego.

Harry zamrugał.

- Ale oni oszaleją!

Westchnęła i odprawiła go, wzruszając ramionami.

- Nie nauczycie się, jeśli nie będziecie ćwiczyć. – Odwróciła się, odzywając się po raz ostatni przez ramię, a świat wokół nich zaczął zanikać. – I nie chcę was widzieć z powrotem, jeśli nie będziecie ćwiczyć. Ścieżka, którą tu dotarliście tym razem, będzie zamknięta. Musicie znaleźć inną drogę do mego królestwa, a żeby to zrobić, musicie poznać Ścieżki, którymi chcecie chodzić.
- A jeśli się zgubimy? – Harry próbował wrócić do jaskini.

Jej uśmiech błysnął jak perły.

- To próba wiary, Harry. Raz ją przeszliście, teraz zróbcie to ponownie. – Nagle ona i jaskinia zniknęły. Świat wokół nich drżał, migotał i wyostrzał się.

Stali w pokoju Harry'ego w Malfoy Manor, w kręgu z kredy. Niebo na zewnątrz dopiero zaczęło barwić się odcieniami świtu. Draco trzymał go mocno w talii.

Harry obrócił się w jego objęciach.

- Jak, do cholery, mamy ćwiczyć, skoro nikt nie spuszcza nas z oczu?

Draco wzruszył ramionami, ale chytry uśmieszek sprawił, że jego oczy zamigotały.

- Jesteśmy Ślizgonami, Harry. Pamiętasz? – Pochylił się, zbliżając usta do ucha Harry'ego. – Mamy więcej niż tylko wiarę. Mamy spryt. Mamy plany. Ale przede wszystkim… – przyciągnął mniejszego chłopaka bliżej – …mamy mój błyskotliwy umysł, który rozwiąże ten problem.

Śmiech Harry'ego słychać było w całym pokoju.


* “And come Hell, high water or muggles themselves”: “come hell or high water” –> “cokolwiek się stanie”, ale z uwagi na trzeci element wyliczanki, przetłumaczyłam zwrot dosłownie.
** On tak serio…? Niech Severus adoptuje Harry'ego, ja błagam…
*** Aliteracja – powtórzenie w celach ekspresywnych jednej lub kilku głosek na początku lub w akcentowanych pozycjach kolejnych wyrazów tworzących zdanie lub wers.
W oryginale wyglądało to tak: „Bloody, blasted, blazing ball of shite!”, więc starałam się, jak mogłam, ale i tak ostatniego nie udało mi się uchwycić. Mam jednak nadzieję, że jakoś wygląda.
**** Znienawidzę język angielski. „Bloody” – „cholerny”, ale też „krwawy, zakrwawiony”. Najczęściej używane w pierwszym przypadku, ale dalsza wypowiedź Harry'ego wskazuje na drugie znaczenie, stąd ten przeskok.
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez monalo4 » 25 lis 2014, o 23:13

Rozdział dziewiąty

Odór śmierci



Morrigan krążyła nad wielką Ciemnością, szybując w eterze. Ciemność była cicho od czasu, gdy umarł czarodziej zwany Voldemortem. Bezruch sprawił, że mrowiła ją skóra, a jej puls przyspieszył. Coś było nie w porządku. Coś, co powinna była zobaczyć. Coś, czego powinna była szukać, ale nie mogła sobie przypomnieć, co to było.

Straciła ten zapach prawie od razu, gdy go poczuła. Był w pokoju jej Sennego Dziecięcia; słaby zapach, który podrażnił nos, połaskotał pamięć, a potem zniknął. Wiedziała, że powinna go znać. Wiedziała, że było to coś, co spowodowałoby jej wściekłość i zamroczyło jej umysł chaosem, ale nie była w stanie tego nazwać. Nie mogła tego umiejscowić. I to doprowadzało ją do szaleństwa.

Spróbowała wyczuć coś poza granicami Ciemności. Nic nie znalazła. Nawet smrodu gnijącego mięsa martwych stworzeń, które wywalczyły swoje krótkie życia w dziczy Ciemności. Było tak, jakby coś strachem zapędziło te stworzenia do kryjówek; zaprowadziło je od Dzikiej Magii, której doświadczyły, do spokojnych miejsc, gdzie te stały się zaledwie koszmarami w snach dzieci na całym świecie.

Ale ona wiedziała, że ten zapach tam jest. Płonął z wściekłości w głębi jej gardła. To wypaliło swą krótką obecność w jej umyśle i pamięci. Znajdzie to. Wyciągnie to spod skał, pod którymi się chowa. Pokona to, zniszczy i będzie śmiać się na wietrze, gdy to nie będzie już niczym większym od pyłu.

Ale najpierw musiała znaleźć pierwszy ślad. Szukała więc w Ciemności, latając i latając, aż rozbolały ją kości, a w głowie dzwoniła jej tylko jedna myśl.

Znajdę cię. Znajdę cię. Znajdę cię.


~~~~~~


Miasto było ciche. Na spokojnych na godzinę przed świtem, sennych uliczkach nie było samochodów. Kapłan szedł aleją, mijając ciemne okna i śpiących ludzi. Nie było barier, by trzymać go z dala od ich domów. Nie było ochronnych amuletów, by trzymać go z dala od ich drzwi.

Uśmiechnął się i zatrzymał, odwracając się ku pierwszemu domowi, do którego dotarł. Nadszedł czas, by zacząć.


~~~~~~


Fala mrocznej magii dotarła do alarmów w biurze Aurorów. Scrimgeour, który przyszedł wcześniej, by przygotować swoje notatki, usłyszał je pierwszy.
Deszcz sów, które nadleciały z sowiarni, wystraszył gołębie siedzące w gniazdach pod okapem dachu Ministerstwa. Czekając, Scrimgeour przygotowywał swój ekwipunek, nerwy i umysł.

Śmierciożercy, był gotów się założyć. To muszą być oni. Nie złapali wszystkich zwolenników Voldemorta po bitwie w Hogwarcie. Na wolności pozostało ich wystarczająco wielu, by spowodować wszelkiego rodzaju problemy. To był jeden z powodów, dla których zdecydował się kandydować na Ministra. Nie możemy zostawić ich na wolności ani przymknąć oka na zło, które wciąż nawiedza nasz świat. To było dobre. Musi to sobie zapisać. Nadchodził czas jego przemówienia. Do wyborów nadal pozostały miesiące, ale potrzebował każdej pomocy, jaką mógł otrzymać.

Ale gdy grupy Aurorów przybyły do pogrążonej we śnie wioski w Irlandii, nie znalazły na niebie Mrocznego Znaku. Nie znalazły żadnych masek ani wyrytych diatryb* o Czarnym Panu oczekującym na zmartwychwstanie.

Wszyscy nowi stażyści zwrócili każdą odrobinę jedzenia, jakie mieli w żołądkach. Scrimgeour niemalże miał ochotę do nich dołączyć. Niewielki plac przed kościołem był przesiąknięty krwią. Pod jego butami chlupotały jelita i… inne części ludzkich ciał, gdy szedł po niegdyś zielonej trawie.

Jeden z Niewymownych stał przed czymś, co mogło być określone jedynie jako ołtarz. Mężczyzna był przeciętny; brązowe włosy, brązowe oczy, z gatunku tych osób, po których oko obserwatora prześlizgnie się, nawet go nie zauważając, i których nie wyłowi się z tłumu. Niewymowni zawsze wywoływali u niego dreszcz strachu.

- Co to zrobiło? – Wiedział, że jego głos był opryskliwy. Ale światło poranka szybko narastało i krajobraz wyglądał coraz gorzej w pastelowym świetle świtu niż w cieniu nocy.
- Nie wiem. – Rufus nie znał imienia Niewymownego. I nigdy go nie pozna. Tak właśnie działali; poruszali się po czarodziejskim świecie, a reszta populacji nie stawała się dzięki nim mądrzejsza.
- Czarodzieje? Śmierciożercy? Co?

Mężczyzna pokręcił głową.

- Została użyta magia, tego jestem pewien. – Wyciągnął rękę i dotknął śliskiego od krwi kamienia, który kiedyś był pomnikiem poległych w jednej z mugolskich wojen światowych. – Ale umyka mi jej rodzaj. Nie było tu żadnych różdżek. Żadnych Mrocznych Znaków. Ale ludzie ustawili się w kolejce i przyprowadzili swoje dzieci na rzeź, jedno po drugim. – Wskazał na trawę. Rufus potoczył wzrokiem po wydeptanych kręgu wokół ołtarza. – Dzieci zginęły pierwsze, rodzice później.
- Kto mógł to zrobić?

Mężczyzna poruszył ramionami.

- Ktoś mający wiedzę o starej magii. Ktoś, kto potrzebował magii krwi.
- Dawny bóg?
- Nie. Połączył to jakiegoś rodzaju śmiertelnik.
- Skąd to wiesz?

Niewymowny posłał mu spojrzenie spod przymkniętych powiek i wykrzywił wargi w odpowiedzi.

- Dobra – powiedział Rufus. Odchrząknął. – Masz jakichś podejrzanych?
- Och, wielu.
- Kogo?

Mężczyzna odwrócił się do niego.

- Kto, Aurorze Scrimgeour, o kim pan wie, miał liczne kontakty z dawnymi bogami i przeżył, by o tym opowiedzieć?

Rufus wpatrywał się w mężczyznę.

- Plotki o domu Slytherina…

Mężczyzna skinął głową.

- To możliwe.
- Ale to dzieci!
- Których rodzice czcili dawnych bogów przez stulecia.
- Nie zrobiliby tego? Walczyli za Hogwart.
- Być może – powiedział bezbarwnie mężczyzna. – Ale nie możemy wykluczyć ich z kręgu podejrzanych. Mają wiedzę. Mają środki.**
- Ale powiedziałeś, że nie użyto żadnych różdżek!
- A jak wiele starych rodów ma talenty, które mogą być wykorzystane bez użycia różdżek? Na przykład rodzina Potterów. – Oczy mężczyzny zalśniły. – W ich rodzinnych zapisach widnieje tylko jeden talent. To trochę dziwne jak na tak długą linię krwi.
- Zastanów się. – Rufus musiał przyciszyć głos. – Chłopak ledwo chodzi! Wszyscy widzieliśmy go podczas bitwy o Hogwart. Nigdy nie zrobiłby czegoś takiego.
- Być może. – Niewymowny pokręcił głową. Za późno. Rufus uświadomił sobie, jak wiele uszu słuchało ich konwersacji. – Muszę spisać raport.
- Nie możesz zrzucić tego jedynie na Ślizgonów.

Spojrzenie spod przymrużonych powiek powróciło.

- Więc kogo jeszcze, Aurorze Scrimgeour, chciałby pan zaproponować jako podejrzanego?
- Oczywiście śmierciożerców!

Wąska brew uniosła się.

- Interesująca sugestia. Wierzy pan, że nadal tam są?
- Tak.
- I skąd pan to wie?
- Łapanki! Było wiele rodzin, które zaginęły…
- Rodzin, które wcześniej były po ciemnej stronie.
- Cóż, tak.
- Czy w ogóle przyszło panu do głowy, że mogli ponownie zmienić strony?

Rufus mógł tylko pokręcić głową.

- Z determinacją twierdzisz, że to jakiś spisek Slytherinu.
- To możliwe.
- Chcę wszystkich tych możliwości w twoim raporcie.
- A jak – na jego usta wypłynął pełen zadowolenia z siebie uśmiech – zamierza się pan upewnić, że tam są?

Prawa ręka Rufusa zacisnęła się w pięść. Uśmiech niewymownego poszerzył się. Mężczyzna miał czelność mrugnąć do Rufusa, a potem się aportował. Szef wydziału Aurorów wpatrywał się w ołtarz pełen dziecięcych serc i oczu ich rodziców.

Minęło dużo czasu, zanim którykolwiek z nich wrócił tego dnia do domu.


~~~~~~


Z paniki, która ogarnęła biuro Aurorów, mała sowa wyleciała przez otwarte okno. Pomieszczenie, z którego została wypuszczona, było nieużywane, jeśli nie liczyć składowania starych biurek i innych mebli dłużej niepotrzebnych w biurze.

Sowa poleciała prosto do biura Czarodziejskiego Dziennika. Nie wróciła.


~~~~~~


Hermiona była otoczona podręcznikami. Ranek zbliżał się ku końcowi. Niedługo mama zawoła ją na lunch. Dźwięki jej mugolskiego domu były dla niej tak znajome jak bicie serca, a jednak czasem równie obce jak powierzchnia księżyca.

Zadzwoni telefon. Hermiona, będąc w Hogwarcie, prawie zapomniała, że w ogóle istnieją takie rzeczy jak telefony. Wtedy obok domu przejedzie samochód. Dzieci, z którymi chodziła do szkoły podstawowej, przemkną obok domu na rowerach, krzycząc przez ramię o najnowszym filmie, który oglądały. Czasami nie rozumiała pełnego skrótów języka nastolatków korzystających maksymalnie z życia – w mugolskim świecie, z mugolskimi problemami, które niewiele miały wspólnego z resztą wypełnionego magią życia Hermiony.

Miała otwartą na kolanach książkę, ale jej uwaga skupiona była na świetle słonecznym wpadającym przez okno. Chciała… Nie wiedziała, czego chce. Świat na zewnątrz wydawał się być jak sen. Nikt nie wiedział, patrząc na nią, że niecały miesiąc wcześniej brała udział w bitwie. Nikt w sąsiedztwie nie przejmował się tym, że wydawała się być bardziej wycofana, cicha i mniej skłonna do śmiechu i rozmów z przechodzącymi obok niej ludźmi.

W pewnym sensie było to frustrujące, widzieć, że świat idzie naprzód, jakby nic się nie stało. Dla nich nic się nie stało, poprawiła się. Dla nich magia nie jest prawdziwa. Nie jest użyteczna. Nie jest niczym więcej niż bajką. Mitem… Snem.

Zamknęła oczy i wzięła długi wdech przez nos. Zmiany, jakie zaszły w czarodziejskim świecie, nie były widoczne jedynie w nim. Bogów dostrzeżono w mugolskim świecie, choć w najnowszych reportażach wyśmiewano ich jako neopogańskie grupy, które robią sobie niezły dowcip. Hermiona śledziła te reportaże, czytała gazety i próbowała wyszukiwać informacje z każdego możliwego źródła. Nikt w mugolskiej prasie nie wierzył, że bogowie powrócili. Ona również czasem nie była tego pewna.

Bitwa o Hogwart zdawała się zanikać w jej umyśle. Morze krwi, jej pomoc pani Pomfrey w skrzydle szpitalnym… Wszystko to wydawało się blaknąć, aż było tylko czymś w rodzaju złego snu, jaki miała. Jej rodzice również robili wszystko, co mogli, by o tym zapomniała. Ich nagła wyprawa do Ameryki zajęła Hermionę na jakiś czas, ale gdy wrócili do domu, pojawiły się koszmary.

Teraz była w stanie utrzymać te sny w tajemnicy. Wiedziała, że było tylko kwestią czasu, zanim ktoś je odkryje. W swoich snach widziała, jak Hary umiera, wciąż i wciąż. Ale zamiast być przerażoną, jej senne „ja” było szczęśliwe, dumne, a nawet to usprawiedliwiało. Gdy się obudziła, było jej niedobrze z powodu tego, że Harry nie był źródłem ich problemów. Że nigdy nie był ich problemem. Było jej też niedobrze na myśl o tym, że kiedyś myślała, że mogłaby wszystko zrzucić na jego barki, oraz że miała nadzieję na jego szybką śmierć, która oznaczałaby koniec ich wszelkich problemów.

- Hermiono! Lunch jest gotowy!

Wzdrygnęła się na dźwięk głosu matki. Książka spadła jej z kolan, okładką w stronę przykrytej dywanem podłogi. Pozwoliła jej leżeć tam, gdzie upadła, zbyt zmęczona i otumaniona myślami, by ją podnieść.

Zeszła po schodach i przeszła przez wąskie drzwi prosto do nasłonecznionej kuchni.

- Jesteś wreszcie. – Matka uśmiechnęła się do niej. Sobotni lunch zawsze jadły razem, od kiedy Hermiona była mała. – Zrobiłam omlety. Jesteś głodna?

Hermiona skinęła głową i zajęła miejsce przy stole.

- Będą za minutkę. Nie sądziłam, że przyjdziesz od razu. Jest do ciebie poczta, skarbie.

Hermiona uśmiechnęła się i chwyciła stos listów, by je posegregować. Listy od współdomowników odłożyła na bok. Listy od Weasleyów… od George’a, jak zauważyła… miała ochotę od razu je wyrzucić. Ale Prorok Codzienny, Czarodziejski Dziennik i kilka innych publikacji trafiły na wierzch stosu. Trzycalowy nagłówek Czarodziejskiego Dziennika przyciągnął jej wzrok.

W kuchni rozległ się trzask. Pani Granger podskoczyła i obróciła się ze szpatułką w dłoni. Ale kuchnia była pusta, z wyjątkiem papierów zalegających na stole. Podeszła bliżej i przeczytała nagłówek. Szpatułka uderzyła o podłogę z plastikowym brzękiem.

- Hermiono? Hermiono, wracaj tu natychmiast! Hermiono!

Ale odpowiedź nie nadeszła.


~~~~~~


Sasha odrzuciła gazetę, prawie potrącając przy tym świecznik stojący na środku stołu.

- Uspokój się, moja droga. – Niepewny głos jej kuzyna odezwał się z drugiego końca stołu. – Paskudne wieści, rzeczywiście. Powinnaś zobaczyć inne gazety.
- Są pełne kłamstw – rzuciła.
- Tak sądzisz?
- Tak sądzę. Wszystkie twierdzą, że to przez Pottera tak się dzieje. – Prychnęła. – To kupa gówna.***
- Młode damy nie używają takiego języka.
- Młode damy nie prowadzą też takiego życia jak ja.

Jej kuzyn przesunął palcami przed twarzą, opierając łokcie na ciemnym, mahoniowym drewnie.

- To prawda. Może powinniśmy coś zrobić, by to naprawić.

Posłała mu miażdżące spojrzenie.

- Za kilka miesięcy skończę siedemnaście lat. Dawno już minął czas, gdy mogłam odbierać „właściwe” wychowanie.
- Być może. – Jego oczy zabłyszczały. – Ale raz jeszcze: właściwe wychowanie sprawiłoby, że zignorowałabyś tego Gryfona i nie zachęcałabyś go.

Filiżanka z herbatą, którą właśnie podnosiła do ust, wypadła z jej drżących z nerwów palców.

- Cholera! – Chwyciła serwetkę i poklepała nią przesiąknięty materiał swego swetra. Zamrugała, dłonią wciąż ogarniając bałagan. – Co ty właśnie powiedziałeś?

Herbert odchylił się na krześle, a uśmiech zadowolenia pojawił się na jego twarzy.

- Daj spokój. Jestem starym człowiekiem, ale nie jestem durniem. Ten młody człowiek, który odciągnął cię na bok, gdy byliśmy na Pokątnej. Tylko Gryfon byłby na tyle głupi, żeby zrobić coś takiego w świetle dziennym. Powinnaś wiedzieć.
- Ja… Ja… – Zamrugała kilkukrotnie. – Ty wiedziałeś?
- Oczywiście.
- I nic nie powiedziałeś?
- Oczywiście, że nie.
- Czemu nie?!
- Cóż, wyglądało na to, że dobrze się bawisz.

Jej usta otwierały się i zamykały kilka razy.

- Nie rozumiem.

Jego uśmiech zwęził się odrobinę.

- Wiem. Przepraszam.
- Co? – Była jeszcze bardziej zdezorientowana.
- Sasha, czego ty chcesz? – Pochylił się do przodu, opierając ręce na stole.
- Ja… co masz na myśli? Czego ja chcę?
- Tak. Czego chcesz?
- Chcę cofnąć pięć ostatnich minut, chcę kubka herbaty i suchego swetra!

Przewrócił oczami, machając różdżką i przywołując domowego skrzata.

- Proszę. Nie mogę cofnąć czasu bez podpisania wielu druczków w trzech egzemplarzach. A teraz przestań grać na zwłokę.
- Ale ja nie rozumiem.
- W życiu, Sasha. – Zatrzymał na niej wzrok, nawet gdy skrzat krzątał się wokół stołu, sprzątając naczynia.
- Co chcę zrobić ze swoim życiem?
- Tak.
- Cóż… Cóż, ja… – Odwróciła wzrok. – Nie wiem – przyznała.
- Chcesz pracować w jakimś zawodzie?
- Nie wiem.
- W sporcie?
- Nie. – Poparła to zmarszczeniem nosa.
- Więc co?
- Chcę… – Zapatrzyła się w przestrzeń. – Chcę się uczyć. Poznawać rzeczy. – Wzruszyła ramionami. – Mama i tata… – Zawahała się, ale ciągnęła dalej. – Mama i tata założyli, że wyjdę za mąż tuż po ukończeniu Hogwartu. Jestem czystej krwi. Mam długi rodowód. Jestem ostatnią z naszego rodu. – Słowa zamieniły się w szept. Odchrząknęła i usiadła prosto na krześle. – Przypuszczam, że mogłabym to zrobić, jeśli tego właśnie chcieli. – Ale jej twarz zaczynała płonąć czerwienią. Nie myślała o swych rodzicach od tygodni. Wiedziała, jaka byłaby ich odpowiedź w kwestii Seamusa. Spuściła spojrzenie na stół, próbując się nie wiercić.
- Sasha, proszę, spójrz na mnie.

Poderwała wzrok, a potem odwróciła go.

- Sasha.

Uniosła wzrok z westchnieniem. Poczuła się tak, jakby wzdrygnęła się wewnętrznie. Ale spojrzenie, jakie jej posyłał, było całkiem spokojne i… rozbawione. Poczuła, jak jej wnętrzności zaczynają się jeżyć.****

- Sasha, czy chcesz wziąć ślub tuż po szkole?

Otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale stwierdziła, że ma pustkę w głowie.

- Bądź szczera.
- …Nie. Nie chcę.
- Więc co chcesz robić?
- Uczyć się!
- Czego?
- Czegokolwiek! – Zmarszczyła brwi. – Wszystkiego. Chcę pojechać w mugolskie miejsca. Chcę czytać mugolskie książki. Nie obchodzi mnie to, że nie jest to czymś, co zwykle robią czystokrwiste dziewczyny. Ja tylko… – Wzruszyła ramionami. – Świat to coś więcej niż magia. Ale nie chcę z niej rezygnować. Kocham magię. Kocham to, że jestem zdolna do czarowania. Nie chcę zostać wygnana. – Objęła się rękami.

Skinął głową i ponownie odchylił się na krześle.

- Sasha, nasza rodzina jest jedną z tych inteligenckich. Jestem pewien, że o tym wiesz.

Skinęła głową.

- Byliśmy strażnikami wiedzy, strażnikami dokumentów, pisarzami i kronikarzami, z pokolenia na pokolenie. Ale to, jak sądzę, nie jest wymarzoną przez ciebie przyszłością.

Pokręciła głową, niezdolna do odezwania się.

Zacisnął wargi, mrużąc oczy i zerkając na nią.

- Czy jeśli ci powiem, że przez jakiś przypadek Oxford ma wydział, który łączy w sobie wiedzę mugolską i czarodziejską, byłabyś zainteresowana?

Poderwała głowę, otwierając szeroko oczy i gapiąc się na niego.

- Jest coś takiego?
- Cóż, ma być ufundowane, a żadne mugolskie przedsiębiorstwo nie zrobi czegoś takiego.
- Nie rozumiem.

Jego uśmiech wywołał zmarszczki wokół jego oczu.

- Przez stulecia, od pierwszej wielkiej wojny na kontynencie, grupa rodzin mobilizowała swoich najzdolniejszych i najlepszych na ścieżce nauki. Ścieżce, na której czarodzieje i mugole mogą żyć w harmonii. Razem. W pokoju.
- Ale… – Sasha mogła jedynie się gapić. – Minister zamknie cię za to w Azkabanie! To wbrew naszemu prawu!
- Owszem.
- To oburzające! Ryzykujemy odkryciem przez samo wspieranie tego!
- Tak.
- Kiedy mogę zacząć?
- Od razu po owutemach.
- Tak późno?
- Cóż…
- Co?
- Są pewne korespondencyjne kursy, które możesz być w stanie realizować.

Jej oczy rozbłysły. Pochyliła się naprzód.

- Mów – powiedziała z uśmiechem.


~~~~~~


Charlie siedział z głową ukrytą w dłoniach na ławce ustawionej przez pracowników Św. Mungo. Wokół niego pielęgniarki i uzdrowiciele krzątali się między pokojami, sprawdzając stan pacjentów z uśmiechami na twarzach, bez względu na to, jak wypadły oględziny rannych.

Ostatnie tygodnie były koszmarem dla rodziny Weasleyów.***** Bliźniacy byli posępni przez większość czasu, a spięci w pozostałych chwilach. Ich matka siedziała w swoim pokoju, płacząc. Ojciec próbował być silny, ale nawet Charlie mógł stwierdzić, że był bliski załamania się.

Ron był w pokoju po prawej stronie Charliego, który odwiedzał młodszego brata każdego dnia. Nie było wielkich zmian. Na początku mieli spore nadzieje. Ron zdawał się wracać do zdrowia. W pełni przywrócono mu wzrok w jednym oku. Drugie stracił, bo jad małych pająków był zbyt trujący i działał zbyt długo, by uzdrowiciele mogli coś z tym zrobić. Przez jakiś przypadek Ron był spetryfikowany z jednym okiem prawie całkowicie zamkniętym. To był szczęśliwy traf, który ocalił jego wzrok.

Ale jeśli chodzi o resztę… Pająki dostały się do uszu młodego mężczyzny i poprzekłuwały bębenki. Uzdrowiciele nie byli pewni, czy Ron kiedykolwiek będzie w stanie chodzić bez zawrotów głowy. W pozostałe ugryzienia, pozostawione samym sobie przez zbyt długi czas, wdała się infekcja. Spore kawałki skóry musiały zostać zdjęte, by zapobiec rozprzestrzenianiu się martwej tkanki. Ale w tej kwestii uzdrowiciele również byli pewni, że skóra zregeneruje się sama.

Ale mijały dni, a potem tygodnie, a oni doszli do wniosku, że choć ciało Rona może zostać uzdrowiona, jego umysł jest zupełnie inną sprawą.******

- Panie Weasley? – Cichy głos pielęgniarki sprawił, że Charlie obrócił głowę.
- Tak? – Nie znał tej kobiety. Była nowa na oddziale. Nie była piękna, według większości standardów. Jej nos był zbyt duży, a usta za szerokie. Miała jednak sympatyczne oczy, co uspokoiło Charliego.
- Pański brat się obudził. Chciałby pan go zobaczyć?

Charlie wziął wdech. Ron budził się od tygodni, ale nie było nadziei na porozumienie się z nim. Mógłby nawet krzyczeć i wściekać się albo po prostu zamknąć się w sobie, płacząc. Próbowali z nim rozmawiać. Próbowali go pocieszać. Ale nic nie działało.

- Nie wiem – zaczął.
- Każdy dzień to nowy początek – odparła. Jej uśmiech nie zniknął. – Dlaczego nie spróbuje pan ponownie? Nawet jeśli wydaje się, że pana nie słyszy, jestem pewna, że jest inaczej.

Charlie pochylił głowę.

- I może to właśnie jest problem.

Potarł oczy. Kochał swoją rodzinę. Chciał być z niej dumny. Ale inna część jego umysłu była na nią wściekła. Był wściekły na Rona. Był wściekły na pozostałych braci, matkę, ojca. Jego ramiona zdawały się załamywać pod ciężarem odpowiedzialności. Nie chciał niczego więcej jak tylko tygodnia snu.

- Oczywiście to pański wybór, panie Weasley. – Pielęgniarka cofnęła się.
- Kim pani jest? Nie widziałem pani wcześniej. – Uniósł głowę, by na nią spojrzeć.
- Jestem nowa. – Wzruszyła ramionami. – Muszę już iść. – Odeszła bez dalszych wyjaśnień.

Charlie zamknął oczy, a światło z korytarza prześwitało przez jego powieki czerwienią i czernią. Co chciał zrobić? Co powinien zrobić? Ból głowy zaczął mu pulsować u podstawy czaszki.

Przechylił głowę z boku na bok, próbując złagodzić napięcie. Otworzył oczy, wzdychając. Wiedział, co musiał zrobić. Ron był jego bratem, bez względu na idiotyzmy, które chłopak wyczyniał. Byli rodziną i Charlie nie zamierzał z nich rezygnować.

Podniósł się z jękiem, gdy krew ruszyła do jego stóp, powodując mrowienie i kłucie. Tupnął kilkukrotnie, zarabiając tym samym kilka dziwnych spojrzeń. Zignorował je i wszedł do pokoju.

Pielęgniarka pochylała się nad łóżkiem, smarując pachnącą czystością pastą ciągle czerwone rany.

- Co pani robi? – Charlie nigdy wcześniej nie widział tego leku.
- Coś nowego – odpowiedziała. Ostatni raz musnęła zainfekowane oczy i odsunęła się.

Charlie zmarszczył brwi.

- Pracuje tu pani, prawda?
- W pewnym sensie.

Włoski na jego karku zaczęły się podnosić.

- Myślę, że powinienem wezwać uzdrowiciela… – Ruszył w stronę drzwi.
- Był głupcem. – Kobieta trzymała substancję w dłoniach. – Wielkim głupcem, ale nawet głupcy zasługują na drugą szansę. Wszystko zależy od niego. – Jej spojrzenie zatrzymało Charliego w miejscu. – Wszystko zależy od niego – powtórzyła. – Niech zrobi to jak najlepiej.
- Jak najlepiej? Nie może nawet złożyć ze sobą dwóch słów!
- …głośno.

Charlie podskoczył na dźwięk mamrotania dochodzący z łóżka. Kobieta cofnęła się w cień panujący w części pokoju.

- Ron? Ron, słyszysz mnie? – Chwycił za dłoń, która była mniej pogryziona.
- …Charlie? – rozległ się szept, a Ron uchylił jedno oko. – Dlaczego wszystko jest rozmazane? Co się stało?

Charlie pochylił głowę; jego gardło było zbyt ściśnięte, by mógł mówić. Mrugając, by oczyścić sobie pole widzenia, odwrócił się, by znaleźć pielęgniarkę.

Nikogo więcej nie było w pokoju.


~~~~~~


Crom Cruach dryfował. Bez poczucia czasu ani przestrzeni, egzystował we wspomnieniach, które posiadał.

Otaczał go migoczący krąg jego nagich zwolenników. Pierwsze z jego tegorocznych ofiar jęczały w klatkach. Dźwięki te były zagłuszane przez rytmiczne pieśni mężczyzn i kobiet zgromadzonych wokół niego. Dzieci patrzyły z przerażeniem. Ogromnymi oczami wpatrywały się ze skupieniem w ostre narzędzia, które miały odebrać im życie. Ich rodzice, wszyscy wierni, byli gotowi, by wypełnić swe obietnice przez swym bogiem. Mieli wziąć swych pierworodnych, swą dumę, i złożyć ich na ołtarzu przed całym światem. Następnie rozpłatają szczupłe gardła, wypiją gorącą krew swych dzieci i upieką mięso na ogniskach, by wszyscy mogli ucztować.

To było jego najcenniejsze wspomnienie.

W innym przebłysku był potężny król, który czcił jego imię nad torfowiskami, ze strzaskanymi kośćmi. Tigernmus*******; był cudownym śmiertelnikiem, wysokim i umięśnionym, a w jego oczach błyszczały gniew i pewność siebie. Przybył znad morza, lądując na mrocznych bagnach w domu bożym, chory i bezwartościowy, prawie martwy. Bóg nie miał litości, ale coś w tych kościach i oczach zainteresowało go. Zachwyciło go.

Tigernmus przyprowadził wystarczająco wielką armię, by się jej bać. Grono wiernych zwolenników Crom Cruacha stopniowo rosło. Dzikie, jesienne noce. Modlitwy wiernych, wołanie o deszcz i uprawy. Crom Cruach nie dbał zbytnio o ich potrzeby. Inni bogowie zatroszczyliby się o deszcz czy zbiory. To on był bogiem potęgi, a nie jakiś pomniejszy bóg płodności bez pozycji. Świat był dla niego do wzięcia, do ukształtowania, do zawłaszczenia.

A potem wszystko się rozpadło. Tigernmus rzucił się w ogień, otumaniony z zachwytu. Wierni ruszyli za nim i przed nastaniem poranka jego niegdyś wielka świta prawie całkowicie wyginęła, obracając się w perzynę i myśląc, że bóg chciał ich śmierci w jakimś wspaniałym rytuale, który tylko Tigernmus znał.

Crom Cruach przeklinał dzień, w którym spotkał tego śmiertelnego drania.

Ale teraz coś szarpnęło jego zmysłami. Dźwięki krzyków. Odgłos płaczących rodziców. Odgłos dzieci błagających o litość, o pomoc, o zakończenie bólu.

Ogromny cień podniósł się z ziemi na zachodnim wybrzeżu Walii. Chmura spojrzała na zachód, unosząc się nad linią wody. Wołania były stare. Obudził się za późno. Ale niedola Zielonej Wyspy, którą kiedyś nazywał domem, była prawie wystarczająca, by jej dotknąć. Coś się stało. Coś, nie… ktoś wzywał jego imię, przebijając pierworodnego nożem.

Bóg przemknął nad żużlem na dole klifu, nucąc z oczekiwaniem. Nadchodził jego kapłan. Obudzili się. Byli posłuszni.

Bóg wycofał się w eter, ale jego zmysły nadal były dostrojone do królestwa śmiertelników. Wkrótce, wkrótce nadejdzie czas. A wtedy…

Wielkie stado ptaków poderwało się z krzykiem z wybrzeża. Wiele z nich, sparaliżowanych ze strachu, spadło z przestworzy. Utonęły w niewielkich falach, które docierały do podstawy klifu. Crom Cruach roześmiał się wewnątrz skalistej jaskini.



* Diatryba - gatunek filozoficzno-literacki ukształtowany w starożytnej Grecji. Miał formę dialogu, mowy, kazania lub wykładu o charakterze moralizatorskim.
** Proponuję od razu zamknąć wszystkich bogatych czarodziejów z długowiecznych rodów… Jak ja nie znoszę takiego pierdzielenia :/
*** Brzmi trochę jak masło maślane, ale mam tu na myśli kupę jako stertę, a poza tym tak najtrafniej chyba odwzorowuje się wypowiedź z oryginału.
**** Nie mam pojęcia, jak to jest możliwe, ale tak stoi w tekście… :p No chyba że kosmki jelitowe staną jej na baczność :D
*****Czy komuś jest ich żal? Nie…? Tak myślałam…
****** Tam to bym się cudów nie spodziewała, już wcześniej nie było najlepiej :/
******* Tigernmus (Tigernmas) – dawny król Irlandii; jego imię w staroirlandzkim oznacza „władczy”; po siedemdziesięciosiedmioletnim panowaniu, on i ¾ mężczyzn w Irlandii zmarło na równinie Magh Slécht podczas oddawania czci Crom Cruachowi.
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez monalo4 » 26 lis 2014, o 00:01

Z okazji długiej przerwy wstawiam 2 kolejne rozdziały (ten i poprzedni). Miłej lektury, komentarze mile widziane :)


Rozdział dziesiąty

Rozmowy z obcymi



Auror Rayne stał w bramie, która prowadziła do posiadłości Malfoyów. Gdy zaakceptował propozycję Snape'a, jego partner, Daniel Gest, był na niego wściekły.

- Oni wszyscy są bandą cholernych Ślizgonów! – krzyczał mężczyzna. – Na pewno zostaniesz zwolniony!
- Mam to gdzieś – odparł John. – Nie spędziłeś z Harrym tak wiele czasu. On jest taki rozbity, Dan. To będzie tego warte.
- Masz na myśli to, że zapłacą ci za to wystarczająco, by było tego warte.

W tym momencie John odszedł, nie chcąc kusić losu ani podbródka Dana swoją pięścią. Wolał raczej mieć dwie sprawne ręce, a był pewien, że złamałby coś sobie w starciu z twardą jak skała czaszką swego partnera.

A jednak stojąc w bramie i zaglądając do środka przez misternie rzeźbione, żelazne pręty, zaczął się powtórnie zastanawiać. Teren wyglądał na… martwy. Jałowy. Przygnębienie zawisło nad wejściem i zerwał się chłodny wiatr, wiejący miarowo z północy. Wpełzł pod jego ubrania, sprawiając, że przeszedł go dreszcz.

Ciche pyknięcie zapowiedziało przybycie domowego skrzata. Nieszczęsne stworzenie drżało, wpatrując się w niego.

- Czy gość ma zaproszenie? – Skrzat był ubrany w łachmany. Naciągnął je sobie na uszy, choć jego oczy spoglądały na wszystkie strony.

Podał je pomiędzy prętami. Skrzat wydarł mu je z ręki. Jego oczy rozbłysły.

- Tak, tak! Pan Auror Rayne! Proszę wejść! Proszę wejść! – Skrzat pstryknął palcami. Olbrzymia brama zaczęła się otwierać, czemu towarzyszył okropny zgrzyt.

Wziął głęboki wdech, poprawił szatę na ramionach i przekroczył granicę posiadłości. Dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa, powodując, że oddech zamarł mu w gardle. Przeszedł przez zabezpieczenia, kaszląc, a jego oczy zwilgotniały z zaskoczenia.

Zatrzymał się, by otrzeć twarz. Gdy podniósł wzrok, znalazł się w zupełnie innym miejscu niż sobie wyobrażał. Bariery. Pokręcił głową, z niesmakiem myśląc o swej własnej naiwności. Mają nałożony na bariery urok.

Prawdziwa rezydencja Malfoyów była zielona, tak samo jak tereny wokół niej. Otaczający ją park był usiany drzewami. Dwór wznosił się w oddali, przysłonięty mgłą unoszącą się nad ziemią. Po prawej stronie zauważył zaczątki ogrodów i czegoś, co nazwałby szklarnią.

Skrzat prowadził dalej, podskakując przed nim. Również chroniony urokiem, skrzat był wesoły, radosny i o wiele lepiej ubrany niż wcześniej. Pozory, jak widać, są dla Malfoyów wszystkim. Pokręcił głową, idąc dalej. Będzie musiał wyrzucić w głowy każdą myśl, jaką miał o tej wiekowej rodzinie, żeby to zadziałało. Nie mógł trzymać się uprzedzeń.

John zdobył mugolski dyplom z psychologii na lokalnym uniwersytecie, zanim przystąpił do programu Aurorów. Myślał, że na dobre skończył z czarodziejskim światem, ale wtedy jego uwagę przyciągnęło przestępstwo popełnione przez młodego czarodzieja. Chłopak, jak przeczytał, został wsadzony prosto do Azkabanu po jakiejś parodii procesu. Wystarczył dzień, by John Rayne wyprowadził się ze swego londyńskiego mieszkania i wrócił do czarodziejskiego świata, zdeterminowany do wprowadzenia zmian.

Napotkał jednak nieustępliwy system pełen niezbitych praw i jeszcze bardziej przewrotny ustrój sądowniczy. Gdy dołączył do Aurorów, chciał urzeczywistnić nowe idee, nowe taktyki, które pomogłyby winnym doświadczać sprawiedliwych procesów. Zdobył jednak jedynie sporą liczbę dyscyplinarnych wpisów w swych aktach i brak podwyżki przez lata.

Teraz jednak miał szansę, by przełożyć na praktykę umiejętności, które zdobył w szkole. Potter był czymś poruszony; jakąś częścią jego przerażającego, mugolskiego dzieciństwa, której jeszcze od siebie nie oddzielił. Chciał pomóc Harry'emu. Chciał być tym, który postawi chłopaka na nogi i przygotuje go do stawienia czoła światu.

Zwłaszcza teraz, pojawiła się ponura myśl. Z atakami w Irlandii, które rozprzestrzeniały się jak ogień po czarodziejskim świecie, każdej plotki trzymano się jak najświętszej prawdy. Poruszenia wśród starych rodów – zwłaszcza w Ministerstwie, gdy zbliżały się wybory nowego Ministra – mobilizowały do działania zwykłych ludzi tak, jak John jeszcze nigdy nie widział. Na ulicach przeprowadzano protesty. Na rogach Alei Pokątnej pojawiali się kaznodzieje. I wszędzie mieszano fakty i plotki, w których środku pojawiało się nazwisko Harry'ego Pottera.

Drzwi Manor wyrosły przed nim jak jakiś wielki strażnik. Drewno odbarwiło się już od wieku i Merlin wie czego jeszcze. Pozwolił skrzatowi otworzyć ogromne przejście, nie chcąc samemu siłować się z drzwiami.

Powitał go sam patriarcha rodu Malfoyów. Lucjusz Malfoy stał na środku hallu wejściowego; przed sobą miał oparta laskę, a grymas powoli pojawił się na jego twarzy.

- Panie Malfoy. – John skinął głową mężczyźnie.

Lucjusz nachmurzył się bardziej.

- Taka hołota jak pan nie będzie się tu włóczyć bez eskorty. To nie darmowa agencja nieruchomości, rozumie pan, Aurorze Rayne?

John zdusił w sobie gniew.

- Rozumiem. – Odpuścił sobie wszelkiego typu zwroty grzecznościowe.

Lucjusz zmrużył oczy.

- Jest pan niewychowanym gburem.
- Staram się.
- I mugolakiem, jak mniemam.
- Rany, dzięki.
- To godne pogardy, co robią ze społeczeństwem.
- I w czym niby jest to lepsze od godnego pożałowania kryzysu, który zmieli czystokrwistych na proch?

Mierzyli się wzrokiem. John czuł zimny pot, który pojawił się pod jego pachami i w dole pleców. Był w domu Malfoya, na jego własnym terenie. Nie miał żadnych szans na wygraną, gdyby starszy mężczyzna wybrał walkę.

Cień uśmiechu przemknął przez twarz Lucjusza.

- Wygląda na to, że jednak nie brak ci charakteru. – Srebrzyste spojrzenie omiotło go z góry do dołu. – Będzie ci potrzebny. – Obrócił się na pięcie i ruszył w górę po schodach. – Chodź za mną – powiedział, nie zwalniając. – Pan Potter jest obecnie zbyt słaby, by wyjść z łóżka. Zaprowadzimy cię więc do niego.

John pospieszył za mężczyzną, próbując ogarnąć to, co właśnie się stało. Nie nabrało to dla niego sensu do czasu, gdy Lucjusz zostawił go przy zamkniętych drzwiach znajdujących się blisko szczytu schodów. Obserwował z uniesioną brwią szerokie, oddalające się plecy. Malfoyowie, pomyślał z westchnieniem.

Obrócił się do drzwi i zapukał. Ze środka dobiegło mamrotanie. Wziął to za swoją odpowiedź.

Pokój oświetlały lampy i trzaskający ogień. John prawie zachwiał się, czując gorąco. Jego spojrzenie powędrowało w kierunku łóżka i chłopaka zwiniętego pod stosem koców.

Harry wyglądał o wiele gorzej niż wtedy, gdy John widział go po raz ostatni. Bladą skórę rozświetlał migoczący ogień. Pod zielonymi oczami widać było cienie. Szeroki uśmiech był jednak wystarczająco znajomy.

- Auror Rayne! – Harry gestem zaprosił go do środka. John wszedł do pokoju, myśląc o tym, by zostawić za sobą otwarte drzwi, ale jakieś zaklęcie zatrzasnęło je tuż po tym, jak je puścił, przez co poczuł się tam uwięziony. – Przepraszam za to. – Chłopak przewrócił oczami. – Myślę, że czasem próbują ugotować mnie żywcem. Draco mówi, że tak jest lepiej dla mojego gardła. Musi mieć rację, skoro mogę mówić coraz więcej. Ale czasami to wciąż przesada.
- Domyślam się. – John zbliżył się do łóżka. Chłopak wyglądał na zdenerwowanego, sądząc po sposobie, w jaki zielone spojrzenie omiatało pokój. Jego wesołość była tylko przykrywką, jak się domyślił. Dobrą, ale i tak przykrywką. – Mogę zdjąć wierzchnią szatę? – Poczekał na pozwolenie. Sesja w pokoju Harry'ego nie była czymś, czego chciał – wolałby raczej być na zewnątrz, na neutralnym gruncie. Patrząc jednak na to, jak chłopak wyglądał, było cudem, że w ogóle mógł mówić.
- Nie widzę problemu. – Harry wsparł się na kilku poduszkach. Istne morze fiolek z eliksirami stało na nocnej szafce. John obrzucił je spojrzeniem, a potem przysunął sobie wyściełane pluszem krzesło. – Jak się czujesz? – rzucił na wstępie.

Chłopak uniósł brew.

- Bywało lepiej – powiedział.
- Wyglądasz gorzej niż wtedy, gdy widziałem cię po raz ostatni. – John stwierdził, że bezceremonialna prawda lepiej zadziała na chłopaka.

Harry zamrugał kilkukrotnie zanim odpowiedział.

- Cóż, polepsza mi się.
- Jeszcze nie umarłeś?
- Czuję się tak, jakbym do tego zmierzał.

Wymienili uśmiechy.

Harry po chwili odwrócił wzrok i spoważniał.

- Czuję się trochę głupio. – Poruszył się na łóżku. – Nie wiem, o czym mówić.
- Cóż, od tego zaczniemy. – John odchylił się na krześle i zgiął jedną nogę, zaczepiając kostką o kolano drugiej. – Po prostu się poznamy. Potem możesz mówić. O czymkolwiek. O wszystkim. Oczywiście ludzie, którzy się o ciebie troszczą, chcieliby, żebyś mówił o tym, co się stało u Dursleyów. Ale nie będę cię do tego zmuszał.
- Nie?
- Harry, naciskanie na ciebie nie przyniesie niczego dobrego. To coś, do czego każdy musi dojść w swoim tempie i na swój sposób.

Czarne spojrzenie przesunęło się po twarzy chłopaka.

- Proszę to powiedzieć profesorowi Snape'owi.
- Profesor Snape wie, że potrzebujesz kogoś, z kim będziesz mógł porozmawiać. Kogoś, kto nie zna tak dobrze sytuacji, w jakiej się znajdujesz. – John pochylił się naprzód, patrząc na chłopaka. – A co zostanie powiedziane między nami, Harry, zostaje między nami. Nie ma na świecie wystarczająco wielu galopujących hipogryfów, by wyciągnąć ze mnie cokolwiek, rozumiesz?

Chłopak przełknął ślinę.

- Och. Okej. – Westchnął cicho i spuścił wzrok na koc. – To… dobrze. Bardzo dobrze.
- Więc może zacznijmy od nowa. Jak się czujesz?
- Zanudzony na śmierć.
- I?

Harry przełknął kilkukrotnie.

- Szczęśliwszy niż byłem od długiego czasu.
- I?
- Przygnębiony?
- Coś jeszcze?
- Chce pan listę?

John uśmiechnął się lekko.

- Właśnie tak będziemy pracować, Harry. Dobrze ci idzie.

Uśmiech był słaby, ale błysk nadziei w oczach chłopaka był zachęcający.


~~~~~~


- Jak poszło?

Harry podniósł wzrok znad książki, którą czytał. Draco stał w drzwiach, opierając się plecami o gładkie drewno.

- Czemu nie usłyszałem, jak tu wszedłeś?
- Stara sztuczka Malfoyów. – Blondyn uśmiechnął się z roztargnieniem. – Jak poszło?
- Mógłbyś coś dla mnie zrobić? – Harry zignorował pytanie.
- Wszystko.
- Następnym razem przykręć to cholerne ogrzewanie!
- Co?
- Tu jest jak w tropikach. – Odrzucił przykrycie drżącymi rękami. – Jestem prawie mokry od potu. To okropne. Zmniejsz ogień albo wybij okno. Cokolwiek!
- Harry…
- Nie, Draco! Robi mi się niedobrze. Nie mogę tego znieść.

Bezbarwne spojrzenie, które otrzymał w odpowiedzi, nie wzruszyło go.

- Dobra. – Blondyn podszedł do okna i otworzył je. Harry poczuł, jak lekki wietrzyk wpada do pokoju. Pomyślał, że mógłby zapłakać z ulgi. – Czy teraz powiesz mi, jak poszło?
- Nie mogę tego zrobić. – Harry potarł swój nos. – To poufne.

Dźwięk, jaki wydał z siebie Draco, bardziej przypominał duszonego kota niż dobrze wychowanego czarodzieja.

- Harry!
- Co?
- Zamierzasz mi powiedzieć o czymkolwiek?

Westchnął. Rozdrażnienie Dracona zniknęło.

- Przepraszam.
- Nie, nie. Usiądź. – Harry nawet nie mrugnął, gdy blondyn wsunął się na łóżko. – Słuchaj… to po prostu… To coś, co powiedział John… Auror Rayne. Powiedział, że mógłbym porozmawiać z osobą postronną. Takie spojrzenie z zewnątrz na moje problemy. To przeczyłoby celowi, gdybym rozmawiał z tobą o tym, o czym rozmawiałem z nim, rozumiesz?

Draco położył się w poprzek łóżka, opierając głowę na jednej ręce.

- Nie całkiem – powiedział. – Myślałem, że będziesz chciał porozmawiać ze mną, ojcem lub Severusem o rzeczach, o których rozmawiałeś z Rayne’em, skoro pomógł ci oczyścić umysł i zobaczyć to, co musisz zobaczyć.
- To, co muszę zobaczyć?

Blondyn machnął ręką na uszczypliwość słyszalną w słowach Harry'ego.

- To nie tak i dobrze o tym wiesz. On pomaga ci przejść obok ściany, którą masz przed twarzą, a jestem pewien, że czasami tymi problemami możemy być ja, ojciec albo Severus.

Harry zmrużył oczy.

- Kim jesteś i co zrobiłeś z Draconem Malfoyem?

Starszy chłopak zaśmiał się, przewracając się na plecy.

- Nie jestem aż tak egocentryczny. Czasem miewam chwile olśnienia.
- Od kiedy?
- Od teraz!
- Dupek.
- Bliznowaty.
- Musisz wiedzieć, że ta blizna została całkiem porządnie wyleczona. Fretka.

Draco otworzył usta, by odpowiedzieć, ale urwał i spojrzał bezmyślnie przed siebie.

- Cóż, idealna zniewaga uciekła przez okno. – Żachnął się do tego stopnia, że Harry był zmuszony rzucić w niego poduszką. Wynikająca z tego bitwa na poduszki toczyła się w zwolnionym tempie, gdyż Draco dawał Harry'emu wystarczająco dużo czasu, by ten zgromadził amunicję, a potem zaczęli obrzucać się wzajemnie niewielkimi poduszkami, które całymi dniami leżały na łóżku.

Skończyli rozciągnięci w poprzek łóżka, obaj zdyszani i z szerokimi uśmiechami na twarzach. Harry musiał wetknąć sobie pod plecy resztki pozostałe po ich wojnie, by lepiej oddychać.

- Dasz radę?
- Nie wiem. Ale było warto. – Harry uniósł rękę nad oczy. – Całymi dniami nie robiłem zbyt wiele i zaczynam wariować.
- Wielki Harry Potter nie jest fanem wylegiwania się. Cóż za niespodzianka. – Głos Dracona był bliżej niż Harry myślał. Chłopak odsunął rękę i zamrugał kilkukrotnie, próbując wyostrzyć sobie obraz. Nie pomogło.
- Harry?
- Sekundę. – Potarł oczy palcami, wciąż mając zamknięte oczy. Nacisk zabolał. Odpuścił i ponownie otworzył oczy. pokój był odrobinę bardziej wyraźny.
- Lepiej?
- Trochę.

Draco siedział obok niego ze skrzyżowanymi nogami.

- Potrzebujesz czegoś?
- Prawdopodobnie wstrętnego, zielonego eliksiru.

Draco podał mu go. Harry już dawno pozapominał nazwy. Używał własnego systemu rozróżniania ich po konsystencji, zapachu i smaku. Zielony był najmniej lubianym, ale działał najlepiej.

Jego wzrok potrzebował chwili na reakcję. Wiedział, że jego ciało było przesiąknięte eliksirem, a on będzie musiał go odstawić, zanim zacznie zatruwać swój organizm. Teraz jednak był najlepszym lekarstwem na uszkodzone nerwy, jakie miał, i zamierzał używać go tak długo, jak tylko będzie mógł.

Harry spojrzał na blondyna, który obserwował jego twarz.

- Co?
- Wyglądasz na szczęśliwszego.

Harry gwałtownie wciągnął powietrze.

- Jestem szczęśliwy. Jestem tutaj.
- To znaczy, od tego ranka. Wyglądasz… – Blondyn zmarszczył brwi. – Na mniej spiętego.

Wypuścił powietrze z długim świstem.

- To jest zauważalne?
- Prawdopodobnie tylko dla mnie.

Harry odchylił głowę w tył i wbił wzrok w baldachim.

- Dobrze było z nim porozmawiać.
- To dobrze.
- Zaczęliśmy od drobiazgów, no wiesz.
- Nie musisz mi mówić.

Przechylił głowę na bok, by spojrzeć na drugiego chłopaka.

- Ale przyszedłeś tu, by to ze mnie wyciągnąć.
- Zmieniłem zdanie.
- Cholerni Ślizgoni.
- Krytykując mnie, krytykujesz też siebie.
- Och, nie przypominaj mi.

Draco szturchnął jego nogę, choć nie było w tym siły.

- Chcesz poćwiczyć?

Zabawny wyraz przemknął przez twarz blondyna.

- Co? Powiedziałem coś nie tak?*

Draco potarł usta dłonią.

- Nie, nie. To nic takiego. Po prostu… – Dziwny uśmiech wykrzywił jego wargi. – Nieważne. Nie, nie chcę ćwiczyć chodzenia po Ścieżkach.
- Więc co?
- A co, jeśli chciałem tu przyjść tak po prostu?
- Tak po prostu?
- Po prostu dlatego, głupi, były Gryfonie, że cię lubię.
- Och. – Harry zamrugał i poczuł, że jego twarz płonie. – Och – przeciągnął słowo.
- Czasem się nad tobą zastanawiam, Potter. – Draco klapnął na łóżko.

Harry poczuł, jak jego rumieniec się pogłębia.

- Nie chodziło mi o to! – Blondyn zaczął się śmiać, widząc wyraz jego twarzy. – Cóż, może czasami. – Bezczelnie puszczone przez Dracona oczko sprawiło, że Harry ukrył twarz w dłoniach, choć czuł pojawiający się na jego ustach uśmiech.
- Draco…
- Czy to jest takie złe? – Śmiech starszego chłopaka ucichł. Jego głos rozlegał się z o wiele mniejszej odległości, niż Harry się tego spodziewał. Odsunął ręce od oczu i zobaczył Dracona tuż obok niego.
- Czy co jest takie złe?
- Zastanawianie się?

Harry przez chwilę myślał nad tym, czy jego rumieniec w ogóle zniknie tego dnia.

- Nie – powiedział, ale musiał odwrócić wzrok od srebrzystych oczu.
- Wprawiam cię w zakłopotanie?
- Tak. I nie.
- Więc mogę zostać?
- Tak.
- Chcesz, żebym wyszedł?
- Nie.
- To dobrze. I tak bym nigdzie nie poszedł.
- Oczywiście, że nie. Jesteś Malfoyem. – Harry przewrócił oczami. Ku jego uldze, rumieniec zdawał się zanikać.

Zapłonął ponownie, gdy Draco odwrócił się i położył głowę na kolanach Harry'ego. Harry zamarł, wpatrując się w niego i nie bardzo wiedząc, co zrobić.

- Ty. – Blondyn zaczął się wiercić. – Jesteś zbyt chudy dla własnego dobra.
- Mów mi jeszcze. – Ale ta odzywka była słaba.
- Przymknij się. Chcę się zdrzemnąć.
- A co ja mam niby robić, och, paniczu Malfoy? Leżeć tu jak dobra poduszka?
- To takie miłe, że służba w dzisiejszych dniach zna swoje miejsce.

Draco dostał poduszką prosto w nos. Harry roześmiał się, gramoląc się z łóżka, a żartobliwie rozdrażniony blondyn ruszył za nim w pościg.


~~~~~~


Erin McVir stała na szczycie murów obronnych i patrzyła na pola, które zapełniły się jej wrogami. Ich lśniące zbroje błyszczały w słońcu. Pieśni wojenne wypełniały powietrze. Jej bitewna zbroja była inkrustowana klejnotami. Jej spódnice były ciasne i rozcięte po bokach, by mogła jeździć okrakiem, a także bogato wyszywane złotą nicią. Podniosła ręce. Jej generałowie stanęli na baczność. Wzięła wdech, by wykrzyczeć rozkaz do szarży…

- Co robisz, dziecino?

Zakołysała się na beli siana, prawie spadając. Gwyn ap Nudd złapał ją, wziął w ramiona i zakręcił nią dookoła. Zaniosła się śmiechem, ściskając jego koszulę, by nie spaść – choć nie miała wątpliwości, że nie upuściłby jej.

Przeniósł ją na biodro.

- Bawisz się w udawanie? – zapytał.
- Tak. – Kiwnięcie głową spowodowało, że włosy otarły jej się o twarz. – Byłam wojowniczą królową, która ocaliła Anglię.
- Naprawdę?
- Tak.
- A twoi wrogowie?
- Bezwartościowi łajdacy, w większości.

Jego śmiech poniósł się ponad zamkiem.

- Jak zawsze. – Podrzucił ją na biodrze. – Masz ochotę na lunch?
- Tak, proszę!

Razem udali się do odnowionego głównego hallu. Zamek bardzo się zmienił od czasu, gdy Gwyn ap Nudd obudził się po raz pierwszy. Gdy zmieniła się pora roku i obudziło się wielu jego braci – wyglądało na to, że coraz więcej – przebudzili się też ich słudzy. Zamek uwolnił się od zachłannej ciemności, wyrywając swą dawną świetność z jej lepkich palców, gdy słońce zaczęło przebijać się przez zalegające mgły.

Najlepsze było jednak to, że Gwyn ap Nudd ponownie słyszał w swym domu głos dziecka. Wysoki, miękki głos, który wyśpiewywał na dziedzińcu dziecięce piosenki, rozbrzmiewał nad spacerowymi ścieżkami i namawiał go na opowiadanie bajek na dobranoc. Była jasną gwiazdą jego dni i rozpaczałby, gdyby zechciała odejść do świata śmiertelników, by się odrodzić. Ale była to myśl, którą wypychał ze swego umysłu, gdy tylko ośmielała się tam pojawić; cieszył się z tego, co dawało mu to dziecko, dopóki mógł. I będzie pielęgnować wspomnienia o niej całe tysiąclecia później.

- Posmutniał pan. – Dotknęła jego twarzy.
- Tak. Przepraszam. – Uniósł ją trochę wyżej.
- Czy to dlatego, że mamy klopsa?
- Co?
- Klopsa.
- Co to jest ten… klops?
- To mięso. Cóż, rolada mięsna. – Zmarszczyła brwi. – Moja ciotka Jane ją robiła. Uważałam, że jest okropna. Wuj Barry mówił, że to było tajemnicze mięso.** – Spojrzała na niego. – Czy jest zwierzę, które nazywa się „tajemnica”? I to jej mięso jest nazywane tajemniczym?

Gwyn ap Nudd roześmiał się tak bardzo, że musiał ją odstawić. Jej małe rączki powędrowały na biodra.

- Co? To nie jest takie śmieszne. Jest? Czy może naprawdę istnieje takie zwierzę? Proszę pana?

Usiadł na kamieniach i zawył, wciągając ją na swe kolana. Mijający ich służący ukrywali uśmiech za dłońmi. Śmiech powrócił do Dworu Annwn. To był pokrzepiający dźwięk.



* Harry Potter, żywa definicja niewinności… :D Draco ma naprawdę anielską cierpliwość :p
** „Mistery meat” – właściwie „mięso niewiadomego pochodzenia”, ale tylko tak byłam w stanie uchwycić sens dalszej wypowiedzi.
Ostatnio edytowano 28 sty 2015, o 00:08 przez monalo4, łącznie edytowano 1 raz
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Postprzez amina » 16 gru 2014, o 21:23

Pokochałam cię 11 marca, jak tylko zobaczyłam że będzie to część dalsza "Wiary" i od tamtego czasu wchodzę i patrzę ile już jest rozdziałów. O samym tekście nic napisać nie mogę jeszcze... Dziwne ze mnie stworzenie takie i zabiorę się za czytanie jak będzie już całość, ale wspieram cię całym moim serduszkiem! Dziękuje za publikowanie tego tekstu i życzę powodzenia z pozostałą częścią :)
amina Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2
Dołączył(a): 8 lis 2014, o 19:37

Postprzez monalo4 » 28 sty 2015, o 00:38

Dwa kolejne rozdziały dla Was :)


Rozdział jedenasty

Ćwiczenia


Hermiona miała mgliste wspomnienia z mugolskiego świata. Istniał w jej wyobraźni, gdy była w Hogwarcie; był jałową mrzonką na czas, gdy surowość czarodziejskiego świata stawała się zbyt duża. Ale wyjście na własną rękę, w mieście, które ledwie pamiętała, było całkiem inną historią.

Park był znajomy. Mama zabierała ją tam, gdy była mała. Huśtawki były opuszczone, gdy je znalazła. Dzień był cichy, nieco zachmurzony i pasował do jej gniewnego nastroju.

Hermiona zamknęła oczy. Widziała nagłówki tak, jakby gazety leżały tuż przed nią. Potter jest nowym Czarnym Panem!, głosił jeden. Rzeź w Irlandii, Ministerstwo podejrzewa śmierciożerców. Ten był z Proroka Codziennego. Pozostałe gazety miały własne spekulacje na temat Harry'ego i jego zniknięcia. A Hermiona… Dlaczego czuję się tak zdezorientowana?

Oparła się na huśtawce i odepchnęła się. Zgrzyt wiekowych zawiasów poniósł się głośno w cichym parku. Kilku biegaczy przemieszczało się po niewielkiej ścieżce biegnącej wzdłuż ogrodzenia. W małym stawie w rogu płynęły w równej linii kaczki, a ich młode podążały ich śladem. Było cicho, spokojnie i mugolsko, i Hermiona poczuła się całkowicie nie na miejscu.

Czy to się przytrafia wszystkim mugolakom? Odbiła się wyżej, ciesząc się z uczucia latania. Którego świata chcę być częścią? Mugolskiego czy czarodziejskiego? Zawsze myślałam, że dołączę do rodziny Rona. Pokonamy Czarnego Pana. Weźmiemy ślub. Będziemy mieć dzieci. Pokręciła głową, myśląc o błahych marzeniach z ostatnich lat. Gdy spojrzała wstecz, wydawały się bezsensowne, słabe, a nawet głupie. I nie było w nich Harry'ego, uświadomiła sobie z drgnięciem. Jej nogi przestały się poruszać, a huśtawka zaczęła zwalniać. Kiedy to się stało?

Pozwoliła, by jej stopy przeorały ziemię, i zatrzymała się. Kiedy Harry zniknął z wersji przyszłości, które planowałam? Wpatrywała się w dal, przeszukując wspomnienia. Na drugim roku podkochiwała się w Harrym przez kilka tygodni – choć nikomu nie pisnęła o tym ani słówka. Zauroczenie było krótkie, za co była wdzięczna. Nadal jednak, nawet w tym roku, pamiętała rozmyślanie o tym, że mogliby być razem na zawsze, w ten czy inny sposób.

Trzeci rok… Cofnęła się myślami w przeszłość. Na trzecim roku stanęli twarzą w twarz z nauczycielem, który był wilkołakiem. To był pierwszy raz, gdy znalazła się w bezpośrednim niebezpieczeństwie z powodu czegoś, co dotyczyło Harry'ego. Była jego przyjaciółką. Stała się więc przypadkowym celem. Nawet jeśli dzięki temu stali się świadkami przemiany Petera.

Być może to było lato pomiędzy trzecim i czwartym rokiem. Zamyśliła się. A jednak została po stronie Harry'ego w trakcie czwartego roku, nawet gdy Ron odwrócił się od chłopaka.

Nie, to musiał być turniej. Zmrużyła oczy. Wiedziała o tym, że czarodziejski świat był niebezpiecznym miejscem. Ale widok uczniów, jej przyjaciół i znajomych, narażonych na śmierć i oszpecenie, podczas gdy tłum krzyczał, sprawił, że uświadomiła sobie w jednej chwili, że świat, do którego wkroczyła, jest jej równie obcy jak powierzchnia Marsa.

A jednak stał się jej domem. Była przerażona, ale nie na długo. Zaakceptowała tajemnicze tradycje, przysięgła, że zmieni inne, ale dostosowała się do mentalności świata, do którego weszła w wieku jedenastu lat.

Rodzina Rona pomogła mi ruszyć naprzód. Ta myśl nie była aż tak gorzka, jak Hermiona chciałaby, żeby była. Mimo wszystkich wad Rona, lubiła jego mamę i tatę. Cała rodzina była pełna ciepła i akceptacji, i bardziej niż zadowolona, gdy dziewczyna przebywała z nimi. Była pewna, że Molly miała plany wobec niej i Rona prawie od początku wakacji pomiędzy czwartym i piątym rokiem. Błysk w oczach starszej kobiety był pełen zadowolenia, i choć zaalarmowało to Hermionę, było również… miłe.

A potem wszystko się rozpadło. Musiała przełknąć kilkukrotnie, by pozbyć się kuli, która pojawiła się w jej gardle. Szalone nocne spotkania z Percym. Nagła wrogość Molly w stosunku do Harry'ego. Ale miejsce Harry'ego w przyszłości Hermiony nagle stało się wolne, uświadomiła sobie z drgnięciem.

Ustawiła obie stopy na piasku. To była śmierć Cedrika, uderzyła ją nagła myśl. Wtedy się dowiedziałam. Harry nie miał drogi ucieczki z czarodziejskiego świata. Żadnej rodziny, do której mógłby się zwrócić, gdyby chciał. Utknął w miejscu, w którym wszyscy go lustrowali, wszyscy czegoś oczekiwali i wszyscy czekali, aż zawiedzie. To wtedy się dowiedziałam, że umrze pod koniec wojny, w ten czy inny sposób. To była tylko kwestia czasu.

Świadomość uderzyła ją w żołądek jak pięść. Oparła ręce na kolanach, próbując zaczerpnąć tchu. Straciłam wiarę w niego jeszcze przed tym, jak Percy zaczął opowiadać swoje kłamstwa. Zamknęła oczy, słysząc ten nieustępliwy głos. Już szukałam jakiegoś sposobu, by zdystansować się od niego. A Harry… Harry nie miał nikogo. Wszyscy się od niego odwróciliśmy. Odepchnęliśmy go i spaliliśmy mosty, i och, Harry…

Zsunęła się z plastikowego siedzenia huśtawki, uderzając o ziemię. Wbiła dłonie w piasek, który drobnymi ziarenkami wciskał się jej pod paznokcie. I co teraz? Wciągnęła z drżeniem powietrze. Odwrócę się od niego ponownie z powodu spekulacji i plotek? Rozbiję te kruche resztki, które udało mi się naprawić w zeszłym roku? Czy pozwolę, by czarodziejski świat rozdarł swojego bohatera na strzępki, nie mając pojęcia, z czego zrezygnował, by ocalić ich wszystkich?

- Nie. – Słowo samo wyrwało się z jej gardła. Uniosła głowę, wpatrując się w odległy staw. – Nie pozwolę im na to. Wiem, że mi nie ufają, ale nie zawiodę Harry'ego ponownie. Jest moim przyjacielem. Nigdy by nikogo nie skrzywdził. Jest kimś więcej, niż oni kiedykolwiek będą w stanie zrozumieć. – Mięsień jej szczęki drgnął. Zerwała się na nogi i otrzepała piasek, który pokrywał jej ubranie.

Ruszyła ulicą do domu. Miała przed sobą pakowanie oraz sprzeczkę z rodzicami. Musiała się dostać do czarodziejskiego świata. Musiała coś zrobić. I tym razem, uśmiechnęła się przebiegle, mam kogoś więcej niż Gryfonów, by razem to rozpracować.

Prawie pobiegła do domu.


~~~~~~


Blaise szedł błotnistą ścieżką, która prowadziła do domu Neville'a. Posiadłość była ograniczona szosą i żwirową drogą, a tuż za lasem znajdował się punkt aportacyjny. Ekran osłaniał pojawiających się w tym regionie podróżników. Ojcowie Blaise'a poinformowali go, że wielu czarodziejów i czarownic odwiedza te tereny mimo zanieczyszczeń z pobliskich dużych miast. To miało coś wspólnego z liniami geomantycznymi,* jak powiedziały jego matki.

Jego biologiczna matka była zajęta zbliżającym się porodem. Pokój dziecinny w ich domu został przygotowany w neutralnej, żółtej tonacji, choć jego ojcowie woleli niebieski. Zawsze praktyczna matka Blaise'a, Hannah, wzięła urlop na ostatni trymestr, aż dzieci się urodzą, a ich płeć będzie znana.

A co, jeśli jedno z nich będzie hermafrodytą? Przypadkowa myśl prawie sprawiła, że Blaise nie zauważył kamienia leżącego na środku drogi. Potknął się i prawie upadł, a kilka przekleństw później wygładził z powrotem włosy, sprawdził, czy nikt go nie obserwuje, i przywołał swój umysł do porządku.

Obiecał Neville'owi, że tego dnia wybiorą się na spacer. Były Gryfon chciał pokazać Blaise'owi miejsca, po których wędrował, od kiedy był dzieckiem. Blaise nie za bardzo lubił wędrówki po dziczy, ale jeśli było to coś, czego chciał Neville – zwłaszcza, gdy Neville zaproponował to z własnej woli – Blaise czuł się bardziej niż szczęśliwy, mogąc to zrobić.

Mam nadzieję, że wie, że trzeba spakować coś do jedzenia. Blaise zdołał zjeść spore śniadanie, ale jego żołądek już był pusty i domagał się więcej. Matka śmiała się z niego, mówiąc, że jego ojciec był taki sam w tym wieku. Wiecznie głodny, wiecznie jedzący i nigdy nie przybierający na wadze. Powiedziała, że to może zapowiadać kolejny skok wzrostu. Blaise'a niewiele to obchodziło. Po prostu chciał więcej jedzenia.

Miał ze sobą paczkę spłaszczonych kanapek, które dostał od ich skrzatów domowych, ale nie chciał jej jeszcze otwierać. Jednak na myśl o jedzeniu ponownie zaburczało mu w brzuchu. Z pewnością byłby w stanie zjeść jedną, a drugą dać Neville'owi. Po prostu opuści lunch. Albo być może Neville podzieli się z nim również…

- Blaise!

Podniósł wzrok i zobaczył Neville'a machającego z werandy. Odmachał mu i zmusił nogi do tego, by dalej spokojnie szły, a nie zaczęły biec. Już raz wprawił się w zakłopotanie na spacerze. Nie chciał zrobić tego ponownie.

Wspiął się po schodach, uświadamiając sobie, że gdy stanął na drugim stopniu od góry, był wyższy od Neville'a, który stał wyżej. Spojrzał na swe stopy, potem na Neville'a, a później zmarszczył brwi.

- Blaise?
- Chyba urosłem po drodze. – Zbadał wzrokiem swe spodnie. Rzeczywiście odsłaniały górę jego butów.

Neville spojrzał w tym samym kierunku.

- W porządku?
- Tak. To tylko coś, co powiedziała matka.
- Czy to normalne?
- Najwyraźniej.

Neville zmarszczył nos. Blaise wiedział, że to oznaczało, że chłopak rozmyśla nad czymś, czego Ślizgon by według niego nie docenił.

- Masz ochotę na drugie śniadanie? Babcia zrobiła też coś na zimno, bo nie wiedzieliśmy, czy już jadłeś.

Chwycił Neville'a za ramię i zrobił ostatni krok, zaganiając go w stronę drzwi.

- Neville, mój najwspanialszy i najdroższy przyjacielu, to byłoby cudowne.

Trochę zakręcili się przy siatkowych drzwiach. Blaise'owi udało się je otworzyć bez przeklinania, za co był sobie bardzo wdzięczny, gdy zobaczył babcię Neville'a stojącą w kuchni.

Zerknęła na niego i wskazała mu krzesło.

- Widziałam już to spojrzenie. Myślałam, że Neville wejdzie pierwszy. Śmiało. Będziemy mieć wspaniałe drugie śniadanie. Potem możesz go zabrać na zewnątrz.
- Tak jest. – Piaskowowłosy chłopak zarumienił się, ale zajął miejsce obok Blaise'a.
- Chcesz jeszcze, Neville?
- Nie, dziękuję. Poproszę tylko herbatę.
- Mądry chłopak.

Blaise patrzył na pracę kobiety głodnym wzrokiem.

- Przepraszam – powiedział, odwracając się. – To trwa już drugi tydzień. Wydaje mi się, że nie mogę przestać jeść.
- Tak to już jest z młodymi mężczyznami. – Babcia cmoknęła z dezaprobatą, a Neville zaczerwienił się i uśmiechnął. Postawiła talerz z babeczkami na stole. – Częstujcie się – Neville, ty możesz wziąć najwyżej dwie, słyszysz? Przygotuję nam naleśniki i jajka.
- Możemy dostać również kiełbaski? – zaskoczył Blaise'a Neville.
- Chcesz kiełbaski, chłopcze? Myślałam, że ich nienawidzisz.
- Bo tak jest.

Babcia spojrzała przez ramię, parsknęła i przewróciła oczami.

- Obaj jesteście straceni. Dobrze, będziemy mieć też kiełbaski. Neville, chodź mi pomóc.
- Dobrze, babciu. – Światło życia Blaise'a zsunęło się z krzesła, puszczając oczko. Gdyby straszliwa babcia nie stała zaledwie kilka stóp dalej, Blaise by go pocałował.

I nadal mógł, jeśli dostanie na to szansę, a ona będzie odwrócona tyłem.

Odchylił się na krześle i szybko rozprawił się z ciastkami. To był początek idealnego dnia.


~~~~~~


Śniadanie w Black Manor zawsze było głośnym przedsięwzięciem. Nastrój Syriusza poprawił się od czasu informacji, że Ministerstwo nie znalazło żadnego dowodu łączącego Harry'ego z morderstwami w Irlandii. Dostał nawet list od sekretarza Ministerstwa, który mówił, że w pospiechu pracują nad tym, by Harry mógł oficjalnie wrócić pod opiekę swego ojca chrzestnego. To napełniło Syriusza nadzieją.

Ginny również otrząsnęła się ze strachu. Najmłodsza pociecha Blacków zamierzała tego popołudnia nauczyć się jazdy konnej. Chcieli zaczekać na Harry'ego, ale jedno spojrzenie na twarz jego córki – mojej córki! – pogrzebało dobre intencje Syriusza. Wyjdą tego dnia, a z Harrym pojeżdżą później. Chłopak nie będzie miał nic przeciwko temu.

Remus był jedyną ponurą osobą, jeśli w ogóle można go było tak nazwać. Wilkołak wciąż dochodził do siebie po pełni. Ocieplane lochy w Black Manor nie były dla niego idealnym miejscem do przemiany, ale dopóki nie dostaną od Snape'a eliksiru tojadowego, to było ich jedyne wyjście.

Cholerny, oślizgły dupek. Syriusz wyrzucił z głowy myśl o mężczyźnie, by nic nie zepsuło mu nastroju.

- Możemy już iść? – Ginny w kilka minut skończyła śniadanie.

Syriusz zerknął na swój talerz, a potem do filiżanki z herbatą.

- Cóż, nie wiem… – Mógł jednak wyczuć, jak kącik jego ust wygina się w uśmiechu.
- Chodźmy! – Ginny podskoczyła na krześle, a jej laska stuknęła o podłogę. – No dalej! Ranek nie będzie trwał wiecznie! Proszę? Ładnie proszę? – Spojrzała na swego ojca wielkimi oczami. Syriusz poczuł, jak topnieje mu serce.**

Wypił resztkę herbaty.

- No dobrze, słyszeliście młodą damę. – Odsunął swoje krzesło. – Bill idzie z nami, prawda? – Ostrożne spojrzenie zostało zastąpione kiwnięciem w chwili, gdy Ginny spojrzała w jego stronę. – A ty, Remusie?
- Zostanę tutaj. – Wilkołak wciąż miał na sobie poranną szatę. Na starzejącej się skórze widniało kilka zadrapań, ale Syriuszowi przyszło do głowy, że tylko on je dostrzegał.
- Jesteś pewien, Lunatyku?

Odprawiły go wątłe palce.

- Idźcie, idźcie. Nadal się trzęsę. Myślę, że posiedzę i nacieszę się słońcem. – Uśmiechnął się łagodnie. – Konie i tak mnie nie lubią. Nie mam pojęcia dlaczego. – Jego mrugnięcie sprawiło, że wszyscy się roześmiali.

Syriusz pochylił się po pocałunek, podczas gdy Ginny i Bill udawali, że się dławią. Remus dotknął jego policzka, odsuwając się.

- Remusie? – Bursztynowe oczy wyglądały dziwnie.

Wrażenie zniknęło równie szybko, jak się pojawiło.

- Co?
- Chcesz, żebym został?

Garbaty nos zmarszczył się.

- Na niebiosa, nie. Znudziłbyś się w ciągu kilku minut, a potem zawracałbyś mi głowę. Idź. Baw się dobrze.

Prychnął*** w ogolony policzek i odsunął się, ale błysk emocji w oczach jego kochanka krążył mu po głowie przez cały poranek.


~~~~~~


- Więc jak zrobimy to ponownie?

Harry posłał blondynowi spojrzenie.

- Powiedziałem ci to już jakieś sześć razy.
- Cóż, powiedz jeszcze raz.

Harry'emu i Draconowi udało się umknąć spod uwagi dorosłych wcześnie rano. Harry chciał wyjść na zewnątrz; wszędzie, byleby tylko nie wracać do pokoju. Poczynił postępy, ku zadowoleniu uzdrowiciela Fabinga. Jego nerwy miały się dobrze, a ciało nie odrzucało eliksirów, którymi go pojono. Widział wszystko wyraźnie nawet przez cały dzień.

Ale teraz Harry chciał opuścić dom w najgorszy możliwy sposób. Nigdy wcześniej nie spędził tyle czasu w zamknięciu. Odkrył, że tego nienawidzi – a nawet bardziej.

- Musimy znaleźć drzwi. – Odmówił przyjęcia laski, którą chciał mu dać Draco. Blondyn spisywał się jednak równie dobrze jak przedmiot, więc Harry się tym nie przejął.
- Drzwi. W tym domu jest całe mnóstwo drzwi.

Szturchnął ramię, które go podtrzymywało.

- Nie bądź drobiazgowy, Draco.
- Nie jestem.
- Więc co się dzieje?

Blondyn zatrzymał ich powolną wędrówkę w stronę ogrodów.

- Zamęczysz się.
- Nonsens.

Blondyn uniósł brew.

- No co, naprawdę.
- Harry.
- Co?
- Możesz iść sam?
- Nie tutaj.
- Co masz na myśli?
- Zobaczysz.
- Harry.
- Co?

Blondyn chwycił go za ramiona i obrócił, patrząc na niego z niepokojem.

- Powiedz mi, co ci chodzi po głowie.

Harry powoli wypuścił powietrze.

- Słuchaj, mam przeczucie.
- Przeczucia.
- Tak.
- Ślizgoni nie kierują się przeczuciami, Harry.
- Cóż, byłem kiedyś Gryfonem. – Wzruszył ramionami. – Pewnie to we mnie zostało. – Wysunął się z uścisku blondyna, by mieć lepszy widok na dwa drzewa, które pochylały się ku sobie, tworząc łuk. – I oto jesteśmy.
- Co? – Draco odwrócił się, doszedł do niego w kilku krokach i chwycił go za łokieć. – Drzewa? – zapytał z niedowierzaniem.
- Nie zamierzasz bawić się teraz w sceptyka, prawda?

Draco przewrócił oczami.

- Chodź, Potter.

Harry ukrył uśmiech. Zbliżyli się do pochylonego łuku, zatrzymując się tak, że znajdowali się po jednej stronie otworu.

- Co teraz?
- Teraz wejdziemy.
- To są drzewa, Potter.
- Cóż za błyskotliwa dedukcja.
- Harry…
- Słuchaj, to faktycznie są drzewa, ale rzeczy w Innym Świecie nie działają tak jak tutaj. – Harry uwolnił ramię i uniósł rękę. Zignorował niewielkie dreszcze, które przez nią przebiegły. – Nie czujesz tego?

Draco otworzył usta, by odpowiedzieć, a potem zamknął je i pokręcił głową. Odwrócił się w stronę otworu i przyjrzał mu się. Nagle skrzywił się i podszedł bliżej.

- Merlinie – wydyszał. – Widzę!
- Mówiłem.
- Nie dobijaj mnie, Potter. To takie plebejskie.

Harry zachichotał i ruszył naprzód. Nie lubił tego, jak słaba była jego lewa noga. Nie wiedział, jak długo jeszcze będzie w stanie stać.

Razem weszli do środka. Dreszcz mocy przemknął po ich kręgosłupach. Świat wokół nich stał się ponury, szary, a potem wrócił do normalności. Przynajmniej na tyle, na ile zawsze wyglądał w Innym Świecie.

Pojawili się na peryferiach czegoś, co wyglądało jak niewielkie miasto. Dziewicze tereny wokół posiadłości Malfoyów zniknęły. Ciemność unosiła się za ich plecami, ale Harry wyczuł złowrogą obecność, zanim zniknęła. Teraz była zaledwie zaciekawiona, zdeterminowana i czujna.

- Merlinie. – Draco dotknął swetra Harry'ego. – Rzeczy, w które mnie wciągasz, Potter…
- Wolałbyś wrócić do domu?
- Jak?

Harry obrócił się, by spojrzeć za siebie, ale przejście zniknęło.

- Cholera.

Draco spojrzał na niego chłodno.

- Mówiłem ci, Potter.
- To nie była moja wina!
- Zgubiliście się, chłopcy? – Nowy głos przestraszył ich obu. Harry poczuł, jak oddech zamiera mu w piersi, ale coś jeszcze przyciągnęło jego uwagę. Jego noga nawet nie zabolała, gdy podskoczył. Czuł się dobrze. Silny. Stabilny. Spojrzał w dół i zgiął ją, a uśmiech zadowolenia pojawił się na jego twarzy.
- Moi drodzy?
- Harry?
- Moja noga znowu jest sprawna! – Podskoczył kilkukrotnie. Nawet się nie zasapał. – Czuję się świetnie!

Draco otworzył szerzej oczy.

- Chcesz powiedzieć…
- Chłopcy!

Odwrócili się do kobiety stojącej na Ścieżce naprzeciwko nich. Piorunowała ich wzrokiem.

- Przepraszamy, proszę pani – powiedział Harry.

Kobieta… a przynajmniej Harry uważał, że była kobietą, ponownie zmierzyła ich wzrokiem.

- Śmiertelnicy. – Pokręciła głową, a potem pochyliła się, by lepiej przyjrzeć się Harry'emu. – Cóż, jak nic zostanę spalona. Przecież ty jesteś Marzycielem!

Harry poczuł, że oblewa się rumieńcem.

- Uh, ja…
- Merle! Chodź tutaj i spójrz! To Marzyciel!

Harry cofnął się, napotykając za sobą postawną sylwetkę Dracona.

- Naprawdę nie wiem, o czym pani mówi – powiedział.
- Och, nonsens. Jesteś Marzycielem, który nas wszystkich obudził! – Kobieta była pulchna, a jej ciemne blond włosy były zwinięte w kok z tyłu głowy. Kosz, który niosła na ramieniu, był przykryty białym materiałem. Ubrania, które na sobie miała, były niemodne od wieków. Merle, który okazał się być porośniętym mchem mężczyzną większym od Hagrida, wyszedł z lasu, który pojawił się podczas ich rozmowy. – Chodźcie, chodźcie. – Kobieta uśmiechnęła się do nich. – Będziemy mieć wspaniały lunch. Tak wielu ludzi chce cię poznać!
- Po co?

Zaśmiała się.

- By ci podziękować, głuptasie. Kim jest twój gość?
- To jest Draco. – Harry poczuł, jak ciche napięcie blondyna wibruje przy jego plecach. – My właśnie… ćwiczyliśmy. – Poczuł się głupio, wyznając to kobiecie.
- Doskonały pomysł! – Machnęła ręką. – Chodźcie więc. Drzwi nie wrócą jeszcze przez jakiś czas. Miewają takie humorki.

Draco poruszył się, obejmując ręką Harry'ego.

- Humorki? – zapytał kobietę.
- Cóż, tak. Minęło dużo czasu, od kiedy były używane. Stają się nieznośne, gdy się im przeszkadza. – Wzruszyła ramionami. – Jestem Gwenn**** – powiedziała i uśmiechnęła się ciepło. – I bardzo miło mi was poznać. – Wskazała palcem na Merle’a. – Nie bądź nieuprzejmy, Merle. Przywitaj się.

Dźwięk, jaki wydał z siebie mężczyzna, wstrząsnął Harrym do szpiku kości. Draco przesunął go na drugą stronę swego większego ciała, z dala od Merle’a.

- Och, nie bójcie się. On w taki sposób mówi. Za chwilę się do tego przyzwyczaicie. – Wesoła kobieta prawie podskakiwała w drodze do małej wioski. – Jeszcze nie całkiem się ogarnęliśmy. Minęło tak wiele czasu od chwili, gdy byliśmy świadomi, że niektórzy z nas są jeszcze trochę nieprzytomni.
- Dawno się pani obudziła? – Draco uważnie obserwował stworzenie idące po lewej stronie Gwenn, ale był uprzejmy i brzmiał na zaciekawionego.
- Och, już jakiś czas temu. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek tak naprawdę poszła spać. – Gwenn zatrzymała się przed pokrytą strzechą chatką. – Wchodźcie, wchodźcie!

Draco poszedł przodem, choć Harry zobaczył niewielką zmarszczkę na jego nosie, gdy wchodził. Harry ruszył tuż za nim. Ku jego zaskoczeniu, chatka okazała się nie być chatką, gdy do niej weszli. Łukowate sklepienie wznosiło się wysoko nad ich głowami. Dwa trzaskające paleniska przedzielały na pół długi stół z ławkami po obu jego stronach. To przypominało Harry'emu Wielką Salę w Hogwarcie, ale na mniejszą skalę.

- Witajcie w moim domu – powiedziała ich gospodyni.
- Komu zawdzięczamy tę przyjemność? – Draco był pierwszym, któremu wrócił głos. Stali plecami do jednego z palenisk, czując promieniujące ciepło aż w kościach.

Kobieta odstawiła kosz na stół. Coś, co było w środku, zabulgotało i zaczęło poruszać przykryciem. Merle wszedł do pomieszczenia, trzymając w rękach drewno. Wcześniej go nie zauważyli.

- Jestem Gwenn Teir Bronn – powiedziała. Pochyliła się nad koszem i odsunęła przykrycie na bok. Noworodek zamachnął się na nią piąstką, a radosne gaworzenie wypchnęło pęcherzyki śliny z jego bladych ust.

Harry wymienił spojrzenia z Draconem.

- Przepraszam – powiedział – ale nie rozpoznaję twojego imienia.
- Och, nic dziwnego, chłopcze! – Podniosła dziecko z ciepłego posłania i przytuliła do swego ramienia. Materiał leżał tam, by przyjąć na siebie potężne beknięcie. Harry usłyszał, jak Draco wydaje z siebie dźwięk obrzydzenia, i szturchnął go w bok, by go uciszyć.
- Więc jesteś boginią… – Harry urwał pytanie.
- Hm? – Zamrugała, zerkając na nich. – Macierzyństwa, przepraszam.
- Jest twoim… najmłodszym?
- Ono? Och, nie. Jego matka go nie chciała. – Jej twarz na chwilę stała się ponura. – Niewdzięczna dziewucha zamierzała zostawić je na śmietniku. Na śmietniku! – Jej oburzone prychnięcie mogłoby przeciąć stal. – Ale znalazłam je w samą porę.
- Nic mu nie jest? – Nieoczekiwane pytanie Dracona wzbudziło ciekawość Harry'ego.
- Przy odrobinie pożywienia i ciepłym łóżku wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Prawda, kochanie? – Jej łagodne spojrzenie przesunęło się na dziecko. Potem rzuciła okiem na palenisko. Harry poczuł, jak Inny Świat zaczyna wokół niego wirować. Pojawiła się kołyska; wystarczająco blisko ciepła, by dziecku było przyjemnie, ale by go nie skrzywdziło. Gwenn ułożyła je pod miękkim kocem. – No dobrze. – Ściągnęła z ramienia kawałek tkaniny. Merle przesunął się w stronę kosza, który stał na drugim końcu pokoju. – Kto jest głodny? – Zmarszczki otoczyły jej oczy.

Harry wzruszył ramionami pod wpływem spojrzenia, które posłał mu Draco.

- Obaj jesteśmy, proszę pani. Dziękujemy.


~~~~~~


- Smakuje wam?

Siedzieli przy długim stole; Gwenn zajmowała miejsce naprzeciwko nich. Jedzenie było ciepłe, pożywne i lepsze od czegokolwiek, co Harry jadł w życiu.

- Tak, proszę pani – odpowiedział Harry po tym, jak wytarł usta. Nie potrzebował lekcji manier Dracona, który by mu o tym przypomniał.

Potrzeba było sporo namawiania i wielu zapewnień ze strony Harry'ego, by Draco zaczął jeść. Od kiedy blondyn również zażył Eliksir Wizji, jedzenie nie mogło wyrządzić mu krzywdy.

- Nie jestem pewna, czy jedzenie stąd mogłoby jeszcze w ogóle kogoś skrzywdzić – powiedziała Gwenn, marszcząc brwi. – Znów jesteśmy bardzo blisko świata śmiertelników. To mogłoby nie sprawić różnicy. – Ale to argument Harry'ego był tym, który wygrał dla blondyna.

Draco jadł ze starannością, jakiej – jak Harry przypuszczał – każda czystokrwista czarownica i czarodziej uczyli się od chwili narodzin. Jego apetytem nie zachwiał jednak gorący gulasz, chrupiący chleb ani ciepłe masło, które dał im stół Gwenn.

- Ma pani wspaniały stół – skomentował Draco, gdy już wytarł usta.

Zmarszczki wokół oczu Gwenn pogłębiły się.

- Cóż za uprzejmy, młody człowiek. – Westchnęła i obróciła się, by znaleźć Merle’a. Mężczyzna zniknął, gdy usiedli do posiłku. – Przepraszam za niego. Jest trochę nieśmiały.
- Jeśli wolno mi zapytać. – Draco pochylił się naprzód. – Czym dokładnie jest Merle?
- Och, jest jednym z moich. Ostatnim, którego znalazłam zanim… zapadłam w drzemkę. – Zmarszczyła nos. – Biedny chłopak był zagubiony beze mnie. Ostatnim razem, gdy go widziałam, w ogóle nie miał na sobie mchu. Teraz jest nim pokryty w całości.
- Owszem, ale czym on jest?
- Driadą i czymś jeszcze. – Wzruszyła ramionami. – Jego matka zmarła podczas porodu. Nigdy nie słyszałam o tym, dzięki czemu powstał. Ale mam swoje podejrzenia.
- A jednak przeżył?
- Z tego co mi powiedział, wiele razy prawie umarł. – Smutek sprawił, że wyglądała starzej. – Ale w ostatnich latach kilkukrotnie udało mu się znaleźć schronienie w niektórych parkach. Wygląda na to, że śmiertelnicy nie stracili jeszcze do końca zmysłów.
- Jest nadzieja – wycedził Draco.
- Jeśli mogę zapytać, proszę pani… Kto jeszcze jest w wiosce? – Harry miał mnóstwo pytań. – I jak pani stąd wychodzi? To znaczy, nie chcę być niegrzeczny, ale musimy… Cóż, ojciec Dracona będzie wściekły, jeśli tak długo nas nie będzie.

Gwenn zmrużyła oczy.

- A twoi rodzice, młody człowieku?
- Nie żyją.
- Severus będzie się martwił, jeśli znikniesz. Tak samo jak mój ojciec – uciął Draco, przyciągając uwagę Harry'ego. – No i jest jeszcze twój ojciec chrzestny.

Harry uśmiechnął się wymuszenie.

- Masz rację w kwestii Syriusza.
- I Severusa. I ojca.
- Draco… Myślę, że mnie tolerują, ale nie lubią.
- Nonsens. Severus świata poza tobą nie widzi.

Harry prychnął.

- Cóż, nie jest zbyt wylewny, Harry, ale nie poszedłby dla ciebie po Rayne’a, gdyby się nie troszczył. – Nagły grymas zmarszczył czoło Dracona. – A skoro o tym mowa, zastanawiam się, jak to zrobił.
- Jak zrobił co? – Harry zauważył, że Gwenn z zainteresowaniem śledzi ich konwersację.
- Severus musiałby iść do Głównego Aurora, by poprosić o obecność Rayne’a. – Draco widocznie się zamyślił. – Jestem pewien, że Scrimgeour był bardziej niż chętny, by tak się stało, od kiedy zakwestionował stanowisko Knota jako Ministra, ale wciąż…

Harry wytrzeszczył oczy.

- Poszedł dla mnie do Głównego Aurora?
- Mówiłem, że cię lubi. – Uwaga blondyna była jednak skupiona na tym, co chodziło mu po głowie. – Jeśli jednak poszedł do Scrimgeoura… – Draco wziął głęboki wdech. – Wyraz koncentracji zniknął z jego twarzy. – Cóż, przekonamy się.
- O czym?
- Nie martw się tym, Harry. To nic takiego.

Harry mógł tylko pokręcić głową.

- Co się stało z twoimi rodzicami, Marzycielu? – Pytanie Gwenn zwróciło ich uwagę na nią.
- Zginęli, walcząc z Czarnym Panem.

Usiadła z powrotem, a jej nagłe poruszenie sprawiło, że podskoczyli.

- Z kim?
- Z Voldemortem. Był złym czarownikiem. Uwięził…

Zbyła wyjaśnienia machnięciem ręką.

- Ach tak, śmiertelny czarodziej z ambicjami. On.
- A myślała pani, że o kim mówimy?
- O nikim, dziecko. – Pokręciła głową. – To złe wspomnienie z innych czasów.

Harry poczuł dreszcze przechodzący mu po plecach, ale nie wiedział dlaczego. Draco zdawał się nie poczuć niczego.

- Więc co pani zrobi z tym dzieckiem? – Blondyn był o wiele bardziej zainteresowany boginią.
- Z maleństwem? – Uniosła brew. – Cóż, znajdę mu rodzinę.
- Tutaj? – Harry rozejrzał się dookoła. – Jest śmiertelnikiem czy… kimś innym?
- Och, jest śmiertelnikiem, mój drogi. Nie mogę jeszcze wejść do świata śmiertelników, ale gdy tylko odzyskam siły, znów będę robić obchody.
- Obchody?
- By znaleźć dzieci, które porzucono. Te, których nikt nie chce. Wszystkie przychodzą do mnie. – Uniosła brodę. – Znajduję im rodziny, w których będą kochane i chciane. Przyjmowałam formę bociana, gdy je podrzucałam. Słyszałam, że istnieje teraz o mnie mugolskie powiedzenie. – W jej oczach pojawił się błysk. – Możliwe, że to dlatego byłam tak przytomna przez kilka ostatnich lat.

Draco zmarszczył brwi i spojrzał na Harry'ego. Mniejszy chłopak oparł się ochocie, by pacnąć się dłonią w czoło.

- Przyniósł cię bocian – wymamrotał.
- Co? – Zgorszony ton Dracona sprawił, że bogini się roześmiała.
- To coś, co ciotka Petunia mówiła do Dudleya. Że przyniósł go bocian. – Harry spojrzał uważnie na kobietę. – Nie było pani na zewnątrz przez ostatnie siedemnaście lat, prawda?
- Na niebiosa, nie. Spałam przez ostatnie lata.
- To dobrze. – Harry westchnął z ulgą.
- Bociany! – wciąż mamrotał Draco. – Nigdy nie zrozumiem mugoli, Harry. Nigdy.

Gwenn uśmiechnęła się z zadowoleniem.

- Jesteście tak uroczymi, młodymi ludźmi.

Harry'emu udało się nie zaczerwienić.

- Ale powinniście już iść. – Bogini wstała. Ruszyli za nią. – Drzwi powinny się już pojawić. Nigdy nie znikają na dłużej niż godzinę. Gdy przyzwyczają się już do tego, że ciągle przez nie przechodzimy, będą na miejscu przez cały czas.
- Proszę pani – zaczął Harry. – Dziękujemy, ale mam pytanie. Jeśli będziemy chcieli wrócić… jak mamy to zrobić?
- Chcesz powiedzieć, że was nie nauczono?
- Cóż, mam nauczycielkę, ale ona powiedziała, że musimy ćwiczyć na własną rękę, aż znajdziemy sposób.
- Założę się, że to Greczynka. – Oczy bogini zamigotały. – Oni zawsze głosili, że najlepiej uczyć się w trudnych warunkach. Większość z nich to głupcy.

Harry przełknął wybuch śmiechu.

- Tak, proszę pani. To Greczynka.

Gwenn przewróciła oczami.

- Chodźcie, pokażę wam. – Wyprowadziła ich na zewnątrz i ruszyła drogą. Harry wykręcał sobie szyję, by rozejrzeć się po pozostałej części wioski, ale nikogo nie zobaczył.
- Wkrótce się tu pojawią. – Gwenn odpowiedziała na niezadane pytanie. Szła szybko, więc musieli przyspieszyć, by za nią nadążyć. – Wszyscy śpią. Merle i ja pilnujemy ich do czasu, gdy będą w stanie o siebie zadbać.
- Jak wielu ich tu jest?
- Och, jakiś tuzin. To w większości mniejsze bóstwa. – Zbyła temat machnięciem ręką. Znajdowali się przy błyszczącym łuku, który wyrósł z Ciemności po jednej stronie Ścieżki. – Uważajcie teraz. – Odwróciła się do nich. – Każde Drzwi mają nazwę. – Posłała Harry'emu spojrzenie. – Jest ona zapisana w aurze dookoła nich. Marzyciel albo Wieszcz może otworzyć każde drzwi ze świata śmiertelników, jeśli zna ich nazwę. Rozumiecie?
- Tak. – Harry przyswoił sobie informację. – Dziękuję.
- Dobrze. To są Drzwi Cnoc an aon Chrainn.***** Zapamiętacie to?
- Tak, proszę pani. – Harry'emu ciężko wypowiadało się dziwne głoski. Zniekształcił wymowę, krzywiąc się.
- Nie musisz mówić tego na głos. Połowa sukcesu leży w tym, że wiesz, dokąd chcesz się udać.
- To jak aportacja. – Draco zakołysał się na piętach.
- Tego akurat nie wiem – powiedziała bogini z uśmiechem. – Ale teraz już idźcie, zanim Drzwi postanowią znowu zniknąć.
- Dziękujemy. – Harry wystąpił naprzód. – Mam nadzieję, że znajdzie pani dziecku dobry dom.

Uśmiechnęła się łagodnie i wyciągnęła rękę, dotykając jego policzka.

- Nie martw się, Marzycielu. Nic mu nie będzie. Tak jak i tobie.

Harry pochylił głowę, zanim zdołała spostrzec jego oczy.

- Dziękuję. – Draco podszedł do Harry'ego i położył dłoń na jego ramieniu. – Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. – Podprowadził Harry'ego do przejścia. Ciemnowłosy chłopak zerknął przez ramię na kobietę. Uśmiechnęła się, gdy w nie wkroczyli.
- Och, jeszcze mnie zobaczycie – powiedziała do zanikających drzwi. Jej uśmiech zniknął. – Jestem tego prawie pewna. – Pokręciła głową z westchnieniem i zawróciła w stronę domu.


* Linie geomantyczne – linie, które łączą tzw. punkty energetyczne Ziemi i które oplatają całą kulę ziemską, stanowiąc rodzaj niewidzialnego systemu energetycznego naszej planety.
** A ja, że zaraz zwrócę kolację…
*** To definitywnie nie było prychnięcie, ale tak najłatwiej było to określić bez wdawania się w szczegóły. Wysuńcie język pomiędzy wargami, a potem dmuchnijcie – właśnie to zrobił Remus :p Bardzo dojrzałe :D
**** Gwenn Teir Bronn – nie znalazłam zbyt wiele na jej temat, ale później sama trochę o sobie mówi. Jako ciekawostkę dodam, że jej imię z walijskiego oznacza osobę mającą trzy piersi (jest symbolem kobiecej płodności, więc był to dar od boga dla podkreślenia tego).
***** Jeśli dobrze rozumiem, oznacza to mniej więcej „Wzgórze Jednego Drzewa”.
"I don't believe in love, I believe in fucking. It's honest, it's efficient - you get in and out with a maximum of pleasure and a minimum of bullshit."

"Urodziliśmy się, by walczyć. Walczymy, aby zwyciężać."
monalo4 Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 45
Dołączył(a): 29 lip 2013, o 23:53
Lokalizacja: Szczecin

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości

cron