[NZ][T] Piękny świat (7/11)

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Lasair » 14 lut 2014, o 16:41

Tytuł oryginalny: Beautiful World
Autor: Cinnamon
Tłumaczenie: aviska (rozdział 1-5), Lasair (rozdział 6-11)
Beta: Elfikowa (rozdziały 1-2), lemur (3-5), Kaczalka (6-11)
Rating: R
Zgoda: mam nadzieję, że w trakcie

[Tłumaczenie zostało przejęte przeze mnie od aviski, która, podkreślam dodatkowo jeszcze raz, przetłumaczyła rozdziały 1-5]


Piękny świat



[rozdział ponownie zbetowany przez Kaczalkę, dn.13.03.2017]

Rozdział pierwszy


Podczas snu Harry Potter postanowił umrzeć. To nie była świadoma decyzja. Nawet mały, zrezygnowany chłopiec, żyjący głęboko w nim, skulony z przemoczonym kocykiem i starym misiem, nie mógłby jej podjąć. Mieszkał tam, głęboko w duszy Harry’ego, od pierwszego dnia, kiedy jego wujek zamknął drzwi schowka przed jasną, chłopięcą twarzą, rzucając cień na błyszczące, zielone oczy. To nie był wymyślony przyjaciel czy nawet wyimaginowana część jego samego, ale te wszystkie ukryte marzenia i pragnienia dzieciństwa, do których Harry nigdy głośno się nie przyznał (Boże Narodzenie i wata cukrowa, i szczeniaczki, i kucyki, i rowery na czterech kółkach). W końcu gdzieś musiały pójść — i poszły, głęboko do środka, gdzie spłonęły razem z wiarą i nadzieją dziecka o niezłomnym duchu.
I nagle, podczas piątego roku bańka pękła, serce Harry’ego pękło, duch się złamał, a on postanowił umrzeć.
Obudził się tego ranka i na początku nie zauważył żadnej zmiany. Otworzył oczy i sufit wyglądał tak samo w zamglonym świetle przedświtu. Przewracając się, walczył z przykryciem, które zawinęło się wokół jego nóg, póki nie uderzył bosymi stopami w zimną ścianę, przez co zadrżał. Wstał pierwszy, jak zawsze, i mechanicznie zaczął krążyć po pokoju, zbierając swoje rzeczy. Zszedł do łazienki Gryfonów, wciąż ściskając w ręce okulary. Po co je zakładać, skoro nie było niczego, co trzeba zobaczyć, a drogę do łazienki znał nawet w ciemnościach. Rzucił ręcznik i ubrania na podłogę, włączył prysznic, zdjął piżamę i wszedł pod strumień gorącej wody.
To było dobre, jak zawsze. Łagodziło wszelkie bóle i wiotkość mięśni, wygładzało jego nieokiełznaną czuprynę, maskowało łzy, które mogły wydostawać się z zaspanych oczu.
Parę minut później wyszedł spod prysznica do zaparowanej łazienki, odgarniając wilgotne włosy z czoła i zawiązując ciasno ręcznik na biodrach. Nie przejmował się wycieraniem — rzadko to robił. Lubił uczucie spływającej po skórze wody, sposób, w jaki małe strumyki przesuwały się po jego ciele, mięśniach, skapując z włosów i z czubka nosa.
Okulary leżały przy zlewie. Założył je, parę przecierając szkła koniuszkami palców, patrząc w górę i zezując na lustro pokryte parą. Przetarł je pięścią i wtedy… Wtedy Harry jużwiedział, że coś się w nim zmieniło.
Patrzył przez długą chwilę w obcą twarz, która pusto wpatrywała się w niego. To wciąż był jego nos, jego usta, jego blizna. Wciąż jego zęby i jego uszy, i jego skóra. Ale jednocześnie było tak, jakby ktoś inny wpełznął do środka, przejął władzę nad językiem i mięśniami szczęki. Zdawały się ruszać bez jego udziału. Ale nie to go sparaliżowało.
To były oczy. Inne. Wciąż wielkie, wciąż obramowane okularami, wciąż zielone z jaśniejszymi plamkami przy tęczówkach. Ale były… matowe. Puste.
Coś w środku Harry’ego umarło. Jasne światło, które błyszczało, zaczęło gasnąć pod koniec czwartego roku. A teraz zgasło zupełnie.
Harry już nie był Harrym, Harry był ciałem Harry’ego, które kontrolował ktoś inny, podczas gdy Harry siedział z boku i obserwował to wszystko z czymś w rodzaju rozbawienia.
Rozległo się pukanie do drzwi. Harry podskoczył lekko i odwrócił się.
— Seamus? — zawołał.
Wiedział, że to on, bo Finnigan zawsze wstawał dwadzieścia minut po nim. To był rytuał pod tytułem „wszyscy musimy dzielić się prysznicem, więc można się przyzwyczaić”. O wiele mniej chaotyczny i okrutny niż u dziewczyn, które wciąż działały na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”.
— Harry? — odpowiedział drwiąco Seamus, znów pukając.
Dean będzie tu za dwadzieścia minut, a Seamus nie znosił, kiedy Harry tak się guzdrał.
Harry pozbierał rzeczy i otworzył, czekając, aż przyjaciel skomentuje jego oczy, ich zmianę. Finnigan wyszczerzył się sennie, wypychając go na korytarz w przyjacielskim zwyczaju i zatrzasnął za sobą drzwi.
— Nie, nie sądzę — wyszeptał w odpowiedzi na pytanie Seamusa. Nie, kompletnie nie był Harrym.
— Cześć, Harry, spóźniłeś się trochę dzisiaj — Hermiona powitała go w pokoju wspólnym, gdzie siedziała, kończąc zadanie z zaklęć. Wzięła prysznic wcześniej i teraz jej włosy schły, a Harry patrzył, jak światło bijące od ognia zmienia kolor kosmyków w ognisty odcień kasztanowego.
— Harry? Harry.
Zamrugał zaskoczony.
— Co?
— Wszystko w porządku? Gapiłeś się na mnie.
Nie na nią. Na kolory w jej włosach. Nieskończenie bardziej interesujące.
— Spóźniłem się trochę — powtórzył na dowód tego, że uważał. — Nigdy się nie spóźniam, poza lekcjami.
— Dokładnie — powiedziała, marszcząc brwi zdezorientowana. — Dobrze się czujesz?
— Jak zawsze — skłamał słabo. — I jestem w ręczniku. — Z tą wymówką poszedł do dormitorium.
Mijający dzień był jakby plamą. Tak naprawdę nie było w tym nic dziwnego, bo ostatnie dni zaczęły się Harry’emu mieszać. Obudzić się, zjeść śniadanie, iść na zajęcia, zjeść obiad, iść na trening quidditcha, zjeść kolację, odrobić zadanie, zasnąć, powtarzać w razie potrzeby.
Jedyną niezwyczajną rzeczą tego dnia był fakt, że Harry trzy razy prawie umarł. Pierwsza sytuacja miała miejsce w klasie transmutacji, gdzie próbowali zmienić myszy w papugi, a jemu w jakiś sposób udało się zrobić coś nie tak. Profesor McGonagall ledwo uratowała go przed zjedzeniem przez stworzenie, które wyczarował. Później, podczas opieki nad magicznymi stworzeniami, spadł z płotu, na którym mieli siedzieć, patrząc jak Hagrid uspokaja małe stado hefalumpów, które zaczęło panikować, nieomal go tratując. Trzeci wypadek nastąpił podczas treningu quidditcha, kiedy Harry jakimś cudem poleciał wprost na tłuczek. Tłuczek, który się nie ruszał.
Następnego dnia rano siniak na brzuchu wciąż go bolał, gdy leżał na łóżku, obudziwszy się nawet wcześniej niż zwykle, i nie widział powodu, żeby w ogóle wstawać.
Oczywiście wstał, bo nie mógł spóźnić się drugi dzień z rzędu. Wziął prysznic, chociaż tym razem unikał patrzenia w zaparowane lustro, i jak tylko Seamus zszedł po schodach, wyszedł z łazienki, ubrany i ogarnięty. Hermiona zerknęła na zegarek, kiedy wkroczył do pokoju wspólnego, i uśmiechnęła się. Jej włosy znowu schły. Harry przechylił głowę i odwzajemnił uśmiech, obserwując tańczące na jej głowie odblaski światła.
— Skończyłeś wczorajszą pracę domową? — spytała.
— Tak — odpowiedział po krótkiej przerwie. Ostatnio zawsze była przerwa między ich pytaniami a jego odpowiedzią.
— To dobrze. Podejrzewam, że Ron nie dokończył pracy z obrony przed czarną magią, no naprawdę, rzucał mi jakieś takie cwane spojrzenia, kiedy bazgrał ostatnie linijki eseju.
— Da sobie radę. Zawsze tak jest — odparł Harry w roztargnieniu, siadając przy stoliku szachowym przymocowanym do ściany.
Gra była rozłożona, figury spały na swoich polach. Obudziły się, gdy usiadł. Białe uśmiechnęły się do niego sennie, czarne spojrzały krzywo za przerwanie snu. Harry rozpoczął grę przeciwko samemu sobie.

***

Zapomniał zaklęcia, którym miał odeprzeć ogniste demony podczas obrony przed czarną magią (i prawie został upieczony żywcem), niemalże spadł z drabiny prowadzącej do sali wróżbiarstwa i udławił się w czasie obiadu.
— Jezu, Harry — powiedział Ron po incydencie przy posiłku, po tym jak Hermiona rzuciła antyudławieniowy czar, którego nauczyła się z „Początkujących magomedyków”. — Można pomyśleć, że wisi nad tobą jakaś klątwa czy coś.
— Czy coś — zgodził się cicho Harry, chociaż nawet nie usłyszał Rona. Wszyscy w Wielkiej Sali odwrócili się, żeby popatrzeć, jak zaczął się krztusić, a on nie potrafił wykrzesać z siebie choć tyle energii, żeby sprawiać wrażenie zakłopotanego. W sumie pasowałoby. Chłopiec, Który Przeżył, Zakrztusił się Marchewką i Umarł.
Następnego poranka Harry wstał wcześnie i poszedł do łazienki, tak jak zwykle, z tą różnicą, że w wieży było trochę zimniej niż zazwyczaj. Zamknął i zaryglował drzwi, zdjął piżamę i popatrzył w lustro, choć unikał spojrzenia własnego odbicia. Zamiast tego przejechał ręką po czole, nosie, ustach, obrysowując je paznokciem. Nigdy się nie całował i właściwie mu nie zależało. To wydawało się raczej pokręconą, bezsensowna przeszłością. Przesunął rękę niżej, do podbródka, a potem do góry, do policzka. Trochę drapał, musi się ogolić. Nie potrzebował robić tego codziennie, jak na przykład Seamus, ale i tak częściej niż Ron czy Neville i to mu wystarczało. W końcu to nie tak, że się spieszył się do dorastania.
Wziął prysznic w wodzie chłodniejszej niż normalnie. Gorącej prawie nie było, więc trwało to krótko. Drżał, kiedy przewiązywał sobie ręcznik na biodrach i ścierał parę z lustra. Założył okulary. Szybki błysk zieleni; zmusił się do przerwania kontaktu wzrokowego z odbiciem. Irytowało go to.
Golił się wystarczająco długo, żeby się tym nie denerwować ani nie czuć głupio. Gładkie pociągnięcia, zebranie mydła razem z zarostem, kojące, rytmiczne gładzenie ukołysało go, wprawiło w dziwny rodzaj odprężenia i Harry pozwolił opaść powiekom.
Rytm zmienił się bez ostrzeżenia, nastąpiło przesunięcie w powietrzu, zmiana w jego mięśniach, ruch ręką. Ostrze wbiło się głęboko w skórę jego szyi.
Zauważywszy to, zasyczał. Upuścił brzytwę i odkręcił zimną wodę, zmywając mydło z rozcięcia. Spojrzał w odbicie. Woda w dziwny sposób sprawiała, że krew wyglądała na sztuczną. Nie mieszały się od razu, jakby woda była odporna na krew, jakby ta druga była za gęsta, jak olej. Zamiast tego czerwona substancja zachowywała się jak szkarłatna wstążka, zwijając się i zakręcając, rozdzielając się na mniejsze. Wyglądało to tak, jakby sama krew krwawiła, biegnąc przez żyły, napędzana biciem serca, nawet kiedy już dawno wyciekła i spłynęła po mokrej skórze.
Zatrząsł się, złapał ręcznik i przycisnął go do rany. Czuł przez niego bijący puls, zaraz obok zranienia. Prawie podciął sobie gardło.
— Jezu — tylko tyle był w stanie wyszeptać, kiedy wziął różdżkę i wypowiedział proste zaklęcie leczące. Rana się zamknęła, a on wytarł krew, zanim dokończył golenie.
Kiedy wspinał się po schodach, Seamus otworzył drzwi łazienki i zawołał:
— Harry? Harry, w porządku? Na zlewie jest pełno krwi!
Nie odpowiedział.

***

Hermiona była po jednej stronie, Ron po drugiej i kłócili się nad głową Harry’ego o coś, czego zupełnie nie chciało mu się słuchać. Przez cały rok to robili — kłócili się nad nim. Ron zawsze był wyższy, a Hermiona sporo urosła przez lato. Teraz była wysoka, wciąż miała bujną fryzurę i bardzo szczupłą sylwetkę. Harry mało co urósł. Ciągle niski, drobny, blady, z nieokiełznanymi czarnymi włosami i wystarczającą ilością zarostu, żeby móc golić się raz w tygodniu. Nie obchodziło go to. Właściwie mało co go obchodziło.
Wliczając eliksiry, na które właśnie zmierzali, Harry o mało co nie umarł drugi raz tego dnia. Szli po latających schodach, które zaczęły się zmieniać, kołysząc się w lewo. Hermiona i Ron, którzy już zdążyli do tego przywyknąć, zatrzymali się i kontynuowali dyskusję, czekając cierpliwie, aż schody się uspokoją.
Harry niczego nie zauważył i prawie dotarł do końca.
— Harry! — wrzasnęła Hermiona, a on stanął w pół kroku i spojrzał przez ramię.
— Co?
— Uważaj! Schody się ruszają.
— Och. — Rozejrzał się, lekko zaskoczony. Potem zerknął w dół i zauważył, że jeden krok więcej wysłałby go poza krawędź.
— Nie zauważyłeś? — spytał Ron, marszcząc brwi, podczas gdy schody zatrzymały się, więc mogli ruszyć dalej.
— Prawie zginąłeś! — zawołała Hermiona.
— Umieranie przynajmniej byłoby prawdziwe — mruknął Harry, za cicho, żeby go usłyszała.
— Wszystko w porządku? — spytała zmartwiona, dotykając niepewnie jego ramienia.
— Jeszcze raz dzisiaj i będzie dobrze — wymamrotał.
— Jeszcze raz co? — zapytał Ron.
Harry nie odpowiedział. Jeszcze jedno zadarcie ze śmiercią, oczywiście. Zdążył zauważyć, że to zdarza się zawsze trzy razy dziennie. A to jest trzeci dzień. Może trzeci raz trzeciego dnia będzie w jakiś sposób doniosły, a może po prostu wreszcie umrze.
O dziwo, dzięki tej perspektywie uśmiechnął się dzisiaj po raz pierwszy.
W końcu do trzech razy sztuka.
— To — zaczął Snape chwilę później, stawiając na biurku duży słój pełen oliwkowozielonej zamarynowanej mazi — są mięsożerne ślimaki. Oczywiście martwe.
Po klasie przeszedł jęk obrzydzenia, nawet paru Ślizgonów pozieleniało na widok ślimaka wielkości mniej więcej jednego z trampków Harry’ego, nadętego, czarnego, z żółto-zielonym połyskiem. Od spodu naciskał na słoik, więc wszyscy mogli zobaczyć jego paszczę, idealnie okrągłą dziurę otoczoną trzema rzędami przypominających szpilki zębów, przeznaczonych do odrywania mięsa od kości.
— Dość paskudne, ale całkiem powszechne. Środek odstraszający trzyma je z daleka, ale jest bezużyteczny w pozbywaniu się ich, jeśli już się pojawiły. Dzisiaj nauczycie się przyrządzać truciznę na ślimaki.
Zawsze mówił to w ten sposób. Dzisiaj się nauczycie. Nie, że „dzisiaj was nauczę” czy „dzisiaj spróbujecie uwarzyć”. To zawsze jest „nauczycie”. Albo was ukarzę.
Snape wyjaśnił właściwości eliksiru (błyskawiczna śmierć każdego ślimaka, którego dosięgnie) i opisał własności każdego składnika, kończąc wywód na:
— Warzycie skondensowaną formę, jeśli eliksir będzie miał być wykorzystany, zostanie rozrobiony z wodą w proporcji jeden do czterech. Jest toksyczny, więc spróbujcie się powstrzymać od picia go. Każdy, kto zgubi strąk Peskera, straci sto punktów. Do pracy.
Hermiona przyniosła im składniki, podczas gdy Harry i Ron wstawili na ogień swoje kociołki. Musieli przygotowywać wywary sami, odkąd Snape przestał ustalać pary na początku piątego roku.
Chwilę później, kiedy Harry zaczął gotować pierwszych kilka składników, Ron i Hermiona znowu się kłócili. Harry nie słuchał. Cóż, nie był świadomy, że słucha. Ale ta niewielka jego część, która chciała umrzeć, musiała być.
— Sto punktów? — zadrwił Ron. — Za zgubienie strąka Pestera? — Pomachał nim dla podkreślenia zadanego pytania.
— To strąk Peskera — poprawiła go Hermiona. — I to sprawiedliwa kara. Są bardzo ważne i niezwykle wartościowe. Poza tym wszystkie trujące eliksiry go zawierają. Jeden taki strąk, jeśli użyje się go w bardziej zaawansowanej i śmiercionośnej miksturze, może zabić całą armię. Jeśli go zgubimy, ktoś może go znaleźć i użyć do czegoś znacznie gorszego niż zabijanie ślimaków.
— Łał, Hermiono, czy ty właśnie wyraziłaś zgodę na zabijanie niewinnych ślimaków?
— Zamknij się, Ron — mruknęła nadąsana.
Harry zamieszał ostrożnie swój eliksir, układając składniki w takiej kolejności, w jakiej trzeba je dodawać, żeby nie musieć więcej patrzeć na instrukcję. Uważnie obserwował płyn w kociołku. Za każdym razem, kiedy ten zmienił kolor, dodawał kolejny składnik, aż wykorzystał wszystkie. Eliksir zmienił kolor z czarnego na białawy.
— Pamiętajcie — powiedział Snape zza biurka — że końcowy rezultat powinien być nieprzejrzysty i wydzielać delikatną woń przypominającą czarną lukrecję.
Harry nalał trochę swojej mikstury do szklanej fiolki, którą przyłożył do nosa, ostrożnie wąchając. Zdecydowanie śmierdziało, chociaż obawiał się, że zapachowi bliżej było do benzyny niż lukrecji. Marszcząc brwi, podniósł fiolkę do światła i zezował na nią, sprawdzając, czy przebijają choćby jakieś przebłyski. Nieprzejrzysty znaczyło, że żadne światło nie może się przedrzeć przez mętny płyn.
Przechylając trochę głowę i trzymając fiolkę w najjaśniejszym miejscu, Harry poczuł na sobie czyjś wzrok. Ktoś na niego patrzył.
Nikt tak naprawdę ostatnio na niego nie patrzył. Włoski na jego karku podniosły się i zadrżał. Jego wzrok ześlizgnął się z wirującego płynu w stronę obserwujących go oczu.
Draco Malfoy. Trzymając dwa strąki Peskera i uśmiechając się jak zwykle tym zadowolonym z siebie uśmieszkiem, uniósł brwi, jakby rzucając wyzwanie, a jego szare oczy błyszczały.
Oczy Harry’ego już tak nie błyszczą.
Harry rozchylił usta, zwilżył je językiem, otworzył szerzej, jakby chciał coś powiedzieć.
Nigdy nie dowiedział się, co do cholery właściwie chciał powiedzieć, bo w tej samej chwili kociołek Neville’a wybuchł, posyłając jego właściciela na krzesło Harry’ego, który zatrząsnął się i przez siłę odrzutu cała buteleczka trucizny wleciała mu prosto do ust.
Zapiekło, zaczął się krztusić, a kiedy próbował to wypluć, buteleczka pękła.
Hermiona pierwsza zaczęła krzyczeć.
— Zatrułeś go! Jest zatruty! Harry umiera!
Po tym wrzaski stały się coraz głośniejsze, wściekłe, dzikie, a serce Harry’ego przyspieszyło, kiedy zaczął dyszeć z podekscytowaniem… Nie, z paniką. Na pewno z paniką. W końcu kto byłby podekscytowany perspektywą własnej śmierci przez trutkę na ślimaki?
Jego oddech przyspieszył. Nagle zakręciło mu się w głowie i upadł na podłogę, nie mogąc złapać tchu. Oczy mu się rozszerzyły, a na usta wypłynął lekki uśmiech.
Gryfoni stłoczyli się wokół w panice, a Snape krzyczał. Trzymał coś, co musiało być antidotum, ale rozhisteryzowany tłum nie dopuszczał go do Harry’ego.
— Umieram — stwierdził głośno otumaniony Harry. — Ja umieram.
— Nie, nie umierasz. — Chłodny głos, jeszcze chłodniejsze ręce dotykające jego dłoni. Zamrugał i zmusił się, żeby się skupić. Pochylał się nad nim Draco Malfoy.
W takim razie już umarł i znalazł się w piekle, bo przez chwilę miał wrażenie, że Draco zamierza go pocałować.
Ślizgon wyglądał na naprawdę wściekłego. Poirytowanego. I w jakiś sposób rozbawionego. Jednocześnie.
— Cholera, Potter, poczekaj z truciem się, dopóki nie uda mi się zasabotować twojego eliksiru, co?
I już go nie było, a do Harry’ego dotarło, że nie trzymał jego ręki tak po prostu. Wkładał coś do niej.
Ze świadomością, że zaraz umrze, było mu wszystko jedno, co właściwie Draco dał mu w ramach uczczenia jego śmierci. Ale rękę otwarł dłoń.
To był strąk Peskera. Ślizgon ukradł go, chcąc pozbawić Gryfonów stu punktów i przy okazji uratował mu życie.
Ironia całej sytuacji sprawiła, że Harry zaczął się śmiać.

***

Następny dzień zaczął się wyjątkowo słonecznie. Było idealnie, ale czuło się w dusznym powietrzu groźbę wiosennej burzy. Harry obudził się klejący od potu, zawinięty w piżamę, która się do niego lepiła.
Wziął lodowaty prysznic, spłukując pot ze skóry. Potem uczesał się i ubrał, ale wciąż nie patrzył w lustro. Wiedział, że jego oczy nadal są puste, twarz niemal jak z wosku, jakby mięśnie odpowiedzialne za mimikę kompletnie odpuściły i przestały go słuchać. A może po prostu przestał próbować ich używać.
Ron był już na nogach, bo Hermiona obiecała pomóc mu w zadaniu z obrony przed czarną magią. Patrząc na Harry’ego, kiedy Hermiona czytała swoją propozycję podsumowania wypracowania, spytał:
— Miałeś złe sny? Całą noc się wierciłeś.
Harry zmarszczył brwi.
— Nie miewam już snów.
— Zawsze miałeś. I zwykle się sprawdzały. Co się zmieniło? — zapytała dziewczyna.
— Ja — odparł.
Nie odpowiadał, kiedy dalej dopytywała i w sumie szybko odpuściła. Praca domowa ją rozpraszała. To zawsze był dla niej priorytet.
Wszyscy razem poszli na śniadanie. Harry podjął niemrawą próbę przyłączenia się do rozmowy, ale właściwie mu na tym nie zależało. Ani na niczym innym — do momentu, kiedy banda Ślizgonów wpadła z hałasem, spóźniona, z Draco na czele. Co prawda nawet wtedy jego zainteresowanie nie trwało długo, spojrzał tylko na drzwi i sekundę później odwrócił wzrok. Ale jeśli ktokolwiek zadałby sobie trud, żeby dobrze mu się przyjrzeć, zauważyłby, że przez ułamek sekundy oczy Harry’ego znowu błyszczały. Tylko trochę, ale jednak.
Pierwszą lekcją tego dnia było wróżbiarstwo i kiedy dotarli tam razem z Ronem, Harry był zagubiony. Nie fizycznie, nawet nie to, że odpłynął gdzieś myślami, po prostu zgubił się w odrętwiałej ciemności wewnątrz siebie. To zdarzało się już od paru dni, głównie kiedy spał. Gdyby był wystarczająco silny, spróbowałby się z tym zmierzyć. Gdyby chociaż był odważny. Ale nie był. To, czego ludzie nigdy nie zrozumieją, to fakt, że Harry nie chciał być bohaterem — został wybrany do tej roli. Ludzie, którzy muszą być odważni tylko dlatego, że wymaga tego sytuacja, wcale odważni nie są.
Ron coś tam paplał, ale Harry się wyłączył. Niewiele do niego docierało, chociaż w jakiś sposób był świadomy, że ktoś biegnie korytarzem zaraz za zakrętem. Nie obchodziło go to, więc nie ruszył się z miejsca ani na centymetr. Gdyby było inaczej, Draco, bo to on pędził przez hol, mógłby później stwierdzić, że nie uratował życia Potterowi — przypadkiem wystarczył odgłos jego kroków. Tyle że ten dźwięk niczego nie zmienił, bo Gryfon nie zareagował w żaden sposób, poza uniesieniem brwi.
Malfoy wyłonił się zza rogu dokładnie w momencie, kiedy coś boleśnie zaskrzypiało — zmęczony metal wreszcie pokonał swoje molekularne granice. Gwoździe, trzymające razem zbroję stojącą naprzeciw miejsca, gdzie stał Harry, ustąpiły z przeraźliwym zgrzytem.
Zbroja była wielka, co najmniej sześć razy cięższa od Harry’ego, i niewątpliwie zrobiłaby mu dużą krzywdę, jeśli nie zgniotła go całkowicie. Kiedy spadała, Harry nie czuł nic poza powiewem chłodnego powietrza. To jednak zostało szybko przyćmione przez szok, gdy Draco Malfoy uderzył w niego z rozpędu, posyłając na podłogę poza zasięg lecącej kupy złomu.
Siłą bezwładu Draco wylądował na posadzce kawałek dalej. Przez kilka długich minut Harry nie miał pojęcia, co się stało, potem dotarł do niego podekscytowany wrzask Rona.
— Boże, Harry! Ta zbroja prawie na ciebie spadła! Gdyby Malfoy na ciebie nie wpadł… — Nagle do jego głosu wkradła się podejrzliwość. — Co ty właściwie robiłeś, tak biegając po korytarzach, co, Malfoy? — spytał, oglądając zbroję, żeby ustalić, czemu się przewróciła.
Tak naprawdę nie było powodu, poza tym, że stare gwoździe wybrały akurat ten moment, żeby puścić.
Ale Malfoy tylko usiadł i wpatrywał się w Harry’ego, wyglądając raczej na przestraszonego. Nie siląc się na jakąś szczególną obronę, skrzywił się tylko i warknął:
— Jestem spóźniony na zajęcia, Weasley.
Ron postanowił nie drążyć tematu i nie doszukiwać się spisku. W końcu jak bardzo prawdopodobne było to, że Malfoy sprawił, że zbroja spadła, a potem dopadły go wyrzuty sumienia i ostatecznie ocalił Harry’ego? Gdyby jego przyjacielowi coś się stało, mógłby zrobić z Malfoya krwawą miazgę. Teraz jednak nie miał powodu, więc jęknął tylko:
— Rany, Harry! On ci uratował życie!
Zanim Harry wstał, Draco zdążył odejść, kuśtykając lekko i klnąc soczyście na fakt, że znowu przypadkiem uchronił Pottera przed pewną śmiercią.
Ale to jeszcze nie był koniec.
Harry dopisał w myślach incydent ze zbroją do listy zbiegów okoliczności, podczas których prawie zginął, i do obiadu właściwie zdążył o tym zapomnieć. Nic innego się nie wydarzyło, poza dziwnym momentem podczas opieki nad magicznymi stworzeniami, kiedy Millicenta Bulstrode podała mu coś, co okazało się być marnie zrymowanym wierszem miłosnym. Przeczytał go, przybrał nieodgadniony wyraz twarzy, po czym schował do kieszeni i więcej o nim nie myślał.
Ron żarliwie wprowadzał Hermionę w szczegóły historii ze zbroją, podczas gdy Harry dłubał widelcem w swoim jedzeniu. Nie był szczególnie głodny, więc przeprosił i podniósł się, by wstać od stołu.
— Och, Harry! — zawołała dziewczyna, brzmiąc niemal nieśmiało. — Nie możesz zostawić tego. — Wskazała babeczkę polukrowaną jaskrawymi barwami Gryffindoru, z zieloną posypką układającą się w napis „Harry”. — To prezent.
Harry uniósł babeczkę nieufnie.
— Ee, dzięki.
— Nie dziękuj, to nie ode mnie — powiedziała szybko. — To od dziewczyny, którą oboje znamy. — Ron zaczął się krztusić, na co Hermiona spiorunowała go spojrzeniem. — Nie od Ginny. Od kogoś innego.
— Och — odparł rozkojarzony Harry, próbując udawać, że go to obchodzi. — Dzięki. Serio.
Odwrócił się, żeby odejść, wciąż trzymając paskudną babeczkę. Kiedy jednak próbował prześlizgnąć się przez drzwi, akurat trafił na moment, kiedy grupa piątorocznych Ślizgonów z Draco na czele postanowiła wejść do Wielkiej Sali. Malfoy uśmiechnął się okrutnie.
— Śliczna babeczka, Potter — zadrwił.
Harry spojrzał na bladą twarz Malfoya, a potem znowu na swój prezent.
— Na pewno ładniejsza od ciebie — skłamał.
Draco przechylił głowę i udawał, że poczuł się dotknięty.
— Naprawdę? Nawet z tymi nierównymi literami i pstrokatymi kolorami? Łał, Potter, skoro bycie pieprzonym bohaterem przynosi takie profity, to gdzie mogę się zapisać?
— Gdyby bycie pieprzonym bohaterem było takie proste, Malfoy, wątpię, że wciąż byłbyś takim głupim, szyderczym tyranem. W końcu wszyscy wiedzą, że robisz to tylko dlatego, że jesteś zazdrosny.
— O ciebie i twoją babeczkę? No raczej nie.
Mimo to Draco wyglądał, jakby jego duma została urażona, przynajmniej trochę.
Harry wzruszył ramionami.
— Nie zależy mi. Weź ją, jeśli chcesz.
Wyciągnął ciastko w stronę Malfoya, który bezmyślnie je odebrał. Ich palce się dotknęły, ich wzrok się skrzyżował, a oczy Harry’ego zabłysły na sekundę jakimś dziwnym żywym blaskiem, którego jeszcze przed chwilą tam nie było.
— Draco! Draco, nie! Nie bierz tego, to Miłosne Ciastko!
Odwrócili się w tej samej chwili, patrząc na Millicentę Bulstrode, stojącą przy stole Slytherinu, wyraźnie spanikowaną. Sekundę później ich oczy znów się spotkały, wściekłe srebro i mdła zieleń, i obaj już rozumieli.
Miłosne Ciastko upieczone przez najmniej skuteczną wiedźmę Slytherinu raczej nie działało tak, jak powinno. A nawet jeśli, to w jakiś sposób śmierć byłaby lepsza, niż zakochanie się w niej. Znów przez przypadek Draco uratował Harry’emu życie.
Ślizgon przeklął soczyście, rzucił babeczką w Goyle’a i wyszedł.
Gdy tylko Hermiona skończyła błagać o wybaczenie i tłumaczyć, że Millicenta nie wspomniała ani słowem o tym całym zaklęciu miłosnym, Harry też opuścił salę. Był dziwnie zrezygnowany na myśl, że los pogrywa z nim w jakąś dziwną grę.
Zaczął czekać na chwilę, kiedy byłby o krok od śmierci, żeby tylko zostać uratowanym przez Draco. Przez cały dzień, na każdej lekcji, wypatrywał czekających na niego wypadków. To pozwalało zabić czas, chociaż uważanie na zajęciach miałoby więcej sensu, skoro zbliżały się egzaminy.
Pod koniec lekcji już przestało mu zależeć. W końcu generalnie nie obchodziło go nic ani nikt, więc Draco Malfoy na pewno nie zasługiwał na więcej, niż kilka godzin uwagi.
Późnym popołudniem Harry poszedł się przejść na błonia, rozkoszując się upalnym dniem. Obserwował Klub Broni, który akurat ćwiczył na boisku do quidditcha. Klub powstał po to, by każdy uczeń piątego lub wyższego roku mógł poznać sztuki walki i nauczyć się posługiwać bronią. Pomysł wziął się głównie stąd, że nowy nauczyciel obrony przed czarną magią był w tym mistrzem. Ron dołączył do klubu, zresztą jak większość chłopaków z ich roku, nawet kilka dziewczyn się zapisało, ale Harry nie był zainteresowany. Dorastał wśród mugoli, widział filmy pełne kusz czy sztyletów. Był tutaj, żeby uczyć się magii, a nie tego, jak strzelać z łuku. Mimo tego lubił czasem popatrzeć, a teraz był nawet bardziej niż zwykle zadowolony z tego, że nie należał do klubu. Było wystarczająco gorąco nawet bez trenowania, a strzelanie z łuku wyglądało na wymagające o wiele za dużo ruchu.
Położył się na plecach na trawie, zamknął oczy, a ciepłe powietrze muskało jego skórę niczym gorące opuszki palców. Nagle poczuł, jak niedaleko niego trawa ugina się pod czyimiś stopami. Otworzył oczy i sekundę później już siedział, wpatrując się w przybysza.
— Malfoy.
Ślizgon zatrzymał się nieopodal, zaskoczony. Szybko ukrył to pod drwiącym uśmieszkiem i zaszydził:
— Czaisz się na niewinnych uczniów, Potter?
— Jeśli cokolwiek o tobie wiem, Malfoy, to na pewno to, że nie jesteś niewinny.
— Więc nie wiesz zbyt wiele, co nie?
Draco odwrócił się, by odejść.
— Poczekaj.
Stanął i spojrzał przez ramię. Słońce odbijało się od jego włosów prosto w oczy Harry’ego, który rozpaczliwie próbował sobie przypomnieć, o co mu chodziło.
— No, Potter? Jak masz coś do powiedzenia, to jest właściwa chwila. Jest cholernie gorąco, więc chcę stąd iść.
Harry nie mógł niczego wymyślić. W zasadzie nie musiał, bo w tej właśnie chwili jeden z piątorocznych Puchonów przewrócił się, a jego łuk poderwał się, wypuszczając strzałę wysoko w górę. Żaden z chłopców nie zauważył, że leci w ich stronę, dopóki nie wbiła się w ramię Draco. Gdyby poleciała odrobinę niżej albo gdyby ramienia Malfoya tam nie było, trafiłaby Harry’ego prosto między oczy.
Później wszystko działo się zbyt szybko i następna rzecz, jaką Harry zarejestrował, był leżący na trawie Draco, którego krew wsiąkała w ziemię, ze strzałą wciąż wbitą w przedramię. Członkowie Klubu Broni pędzili w ich stronę, ale cały świat jakby zwolnił swój bieg. Harry klęczał przy Ślizgonie, zasłaniając słońce.
Po raz pierwszy od pamiętnego wspólnego szlabanu w Zakazanym Lesie na pierwszym roku przerażenie zmieniło kolor oczu Draco ze srebrnego w niemal czarny.
— Jak bardzo jest źle? — wyszeptał, wpatrując się w Harry’ego, który z kolei nie odrywał wzroku od strzały.
— Niezbyt.
— Czy ja umieram?
— Nie sądzę.
— To dobrze. Bo gdybym umarł, Potter, nawiedzałbym cię do końca życia.
Harry uśmiechnął się słabo.
— Nie wątpię. Chcesz, żebym ją wyciągnął?
— Strzałę?
— Tak.
— Zależy. Ile razy jeszcze będę dzisiaj ryzykował dla ciebie życie? Bo jak tak dalej pójdzie, to może taka śmierć będzie najmniej bolesna.
Harry przygryzł wargę, żeby ukryć coraz szerszy uśmiech.
— To już koniec na dzisiaj, tak myślę. Trzy razy, Malfoy.
Draco przymknął oczy i pokiwał głową.
— Zrób to, zanim zacznę płakać. Boli jak skurwysyn. I nie pozwól, żeby pieprzony Klub Broni zobaczył mnie w takim stanie, bo własnoręcznie cię zabiję.
Harry pokiwał głową.
— Są jeszcze daleko — powiedział uspokajająco, łapiąc strzałę. — Gotowy? Policzę do trzech.
— Gotowy — skłamał Draco.
— Raz… — Harry szarpnął strzałę, a Draco zawył.
Natychmiast się podniósł i zdrową ręką chwycił Pottera za gardło.
— Siedź spokojnie — mruknął Harry. — Wyleczę ci to i oczyszczę krew, a im powiemy, że strzała chybiła.
Zachowanie twarzy przed Klubem Broni było najwyraźniej ważniejsze niż zabicie Harry’ego, bo Draco opadł posłusznie na trawę i pozwolił mu zająć się swoją ręką. Poderwał się na nogi, kiedy tylko Potter skończył.
— Jeśli kiedykolwiek jeszcze raz mnie dotkniesz, zabiję cię.
Harry patrzył, jak Draco odchodzi, po czym zwrócił się do grupy uczniów, którzy właśnie do niego dotarli.
— Nie trafiła — powiedział, podając strzałę zmartwionemu Puchonowi. — Nic mu nie jest.
Tylko Ron zauważył krew na strzale i ręce Harry’ego, ale nic nie powiedział.

***

Upał zmienił się wieczorem w potężną burzę. Pierwszy piorun wyrwał Harry’ego z lekkiego, męczącego snu. Na początku nie był pewien, co właściwie go obudziło, więc tylko leżał i tępo wpatrywał się w sufit. Kiedy błyskawica rozjaśniła pokój, momentalnie się podniósł. Uwielbiał burze.
Chwycił okulary i rzucił się w stronę parapetu. Otworzył lekko usta w zachwycie. Po niebie szybko przepływały grube, ciężkie chmury we wszystkich odcieniach fioletu, z wijącymi się błyskawicami, przypominającymi rozgałęzione palce. Deszcz walił w szyby, wiatr wył, szarpiąc drzewami, łamiąc gałęzie i wyrzucając je w powietrze.
Było w tym coś nikczemnego, dzikiego i Harry uwielbiał każdą sekundę tego widowiska.
Świt ani trochę nie uspokoił burzy. Chmury były tak grube, że słońce ledwo się przez nie przebijało, ale to wystarczyło, żeby dać Harry’emu znać, że nadszedł czas przygotowania do lekcji. Był piątek, więc zbliżał się weekend, mający przynieść ukojenie zmęczonemu ciału i znużonemu umysłowi.
Pospiesznie wziął prysznic i poleciał do pokoju wspólnego, żeby móc aż do śniadania oglądać przez okno rozszalałą naturę.
Ron i Hermiona szli obok siebie, Harry zaś za nimi, nieco wolniej, bo zatrzymywał się przy każdym oknie. Zdążyli już przywyknąć do jego fascynacji burzą, więc nie czekali na niego i Harry szybko został sam, z półotwartymi ustami i szybko bijącym sercem.
— No do ciężkiej cholery…!
Odwrócił wzrok od okna i spojrzał przez ramię. Draco szedł właśnie w przeciwnym kierunku i zatrzymał się, gdy tylko go zobaczył.
— Malfoy — powitał go Harry lekko trzęsącym się głosem, wciąż rozkojarzony. Był tak pochłonięty przez burzę, że ledwo do niego docierała obecność Ślizgona.
Draco rozglądał się niepewnie, jakby szukając potencjalnego zagrożenia. Nie mógł się zdecydować, czy lepiej będzie iść dalej, czy może wrócić tam, którą przyszedł. W połowie drogi między nimi było rozbite okno, przez które wlatywała woda, ale wciąż wyglądało to bezpiecznie. Wziął głęboki oddech i zaczął ostrożnie iść przed siebie. W tej samej chwili Harry uznał, że stoi tu już wystarczająco długo, więc ruszył w stronę Wielkiej Sali. Niemal się uśmiechnął, kiedy Ślizgon ostentacyjnie wstrzymał oddech, gdy się mijali.
I wtedy, kiedy byli ramię w ramię naprzeciw rozbitego okna, Harry poślizgnął się na kałuży, która się tam utworzyła, wpadł na Malfoya i przewrócił go na podłogę, gdzie ślizgońskie szaty błyskawicznie przesiąkły wodą.
— Czemu mnie to wszystko spotyka?! — zawył wściekły Draco.
Harry tylko patrzył na niego rozbawiony. Gdyby ktoś zwrócił uwagę, zauważyłby, że tak wyraźne emocje na jego twarzy pojawiły się po raz pierwszy od miesięcy.
— Wszystko w porządku, Malfoy?
— Odsuń się! Jesteś jakiś przeklęty! Nie dotykaj mnie!
Harry roześmiał się tak bardzo, że nie mógł złapać oddechu. Jeśli to była klątwa, to w zasadzie ją lubił.

Koniec rozdziału pierwszego
Ostatnio edytowano 13 mar 2017, o 18:29 przez Lasair, łącznie edytowano 10 razy
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez CrazyCry » 14 lut 2014, o 23:50

Bez fajerwerków. Nie wiem, czy to za sprawą autorki, czy Twoją, ale styl wydaje się trochę niezgrabny, nieporadny. Dialogi są dziecinne, narracja pozbawiona wdzięku. Czekam na kolejny rozdział, bo po pierwszym ciężko ocenić fabułę. Dziwne te wszystkie wypadki, zobaczymy, co z tego wyniknie. Żadne błędy nie rzuciły mi się w oczy, za to masz u mnie plusa. Pozdrawiam.
Aerobic -> aerobik
Fanfic -> fanfik
Nie fanfick x.x
Fanpage "Effeminate boys"
CrazyCry Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 361
Dołączył(a): 8 lis 2011, o 09:12
Lokalizacja: Wawa

Postprzez gyniol » 15 lut 2014, o 02:20

A mi się podobało. Może to późna pora, walentynki albo The Smiths w głośnikach, ale naprawdę opowiadanie przypadło mi do gustu. Draco wydaje się bardzo realistyczny przez jego niechęć i cięte uwagi, a takiego go najbardziej lubię. Harry'ego trudno ocenić, bo jest jakby wyprany z emocji, ale mi to nie przeszkadza, tylko intryguje. Jeszcze nie czytałam czegoś podobnego, dlatego ciekawa jestem jak dalej rozwinie się historia :)
Mam nadzieję, że dalejsze rozdziały będą równie interesujące.
Błędów nie wyłapuję, bo nie od tego jestem i się na tym nie znam, ale nie zauważyłam, żeby gdzieś mi coś zgrzytało przy czytaniu ;)

Dzięki za wstawienie, będę wypatrywać dlaszych części i powodzenia. Postaram się zostawiać jakiś komentarz, ale u mnie z tym ciężko... Wiedz jednak, że śledzę! :)
" - Z miłością jest jak z kolką nerkową. Dopóki cię nie chwyci atak, nawet sobie nie wyobrażasz, co to takiego. A gdy ci o tym opowiadają, nie wierzysz
- Coś w tym jest - zgodził się wiedźmin
- Ale są i różnoce. Przed kolką nerkową rozsądek nie chroni. Ani jej nie leczy
- Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno.
- Głupota raczej"
"Pani Jeziora" A.Sapkowski
gyniol Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 20
Dołączył(a): 4 lis 2012, o 12:56

Postprzez MargotX » 16 lut 2014, o 00:49

Tekst jest , hmm, może to nie najszczęśliwsze określenie, ale dziwaczny. Tak przynajmniej odbieram ten pierwszy rozdział. Nie wiem, czy to za sprawą tłumaczenia, czy tekstu oryginalnego, ale mam wrażenie, że czytam coś w rodzaju listy zakupów. Tzn. chodzi o to, że opisywane są bądź co bądź negatywne emocje Harry'ego, a także przykre incydenty, przez które omal nie traci życia, a wszystko to brzmi tak beznamiętnie, obojętnie, że w zasadzie nie wywiera na czytelniku żadnego wrażenia. Mam uczucie, jakby wszystko działo się gdzieś za mgłą, na dodatek trudno wykrzesać z siebie jakieś emocje nawet na hasło:
I nagle, podczas piątego roku Harry’ego, bańka pękła, jego serce pękło, duch się złamał, a on postanowił umrzeć.

Dziwne, bo na mnie sprawia to wrażenie niemal parodii. Brzmi tak niewiarygodnie, że przechodzę obok tego całkowicie obojętnie. Nie mam pojęcia dlaczego akurat takie a nie inne odczucia mi towarzyszyły przy tej lekturze, wiem, że chyba jeszcze nigdy aż tak obojętnie nie czytałam o bólu i cierpieniach Pottera.

Ponieważ jestem ciekawa, jak odbierać będę dalsze części i jak one będą się prezentowały, zapewne skuszę się przynajmniej na kolejny rozdział. Czytało się płynnie, więc strona techniczna tłumaczenia nie kuleje, gramatyczna też nie. Kompletnie mi brak za to wydźwięku emocjonalnego i muszę przynajmniej spróbować zrozumieć, dlaczego tak się dzieje.

Życzę weny i pozdrawiam.
Gdy oczy zamknę, widzę ciebie wcześniej,
Bo w dzień na wszystko patrzę bez czułości;
Gdy śpię, me oczy widzą ciebie we śnie
I w ciemnym blasku są blaskiem ciemności.
MargotX Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2063
Dołączył(a): 17 gru 2010, o 19:13

Postprzez Herma » 16 lut 2014, o 14:04

A mi się wydaje, że to celowy zabieg - tak jak to ujęła Margotx, jakby działo się zza mgłą, szybą... Czy czasem nie ma to pokazywać tego, że Harry jest już zmęczony życiem, że już go nic nie obchodzi i zwyczajnie choć tę jedną decyzję chce podjąć sam - o własnej śmierci? Trochę światła rzuca na to jego słowa, że przynajmniej śmierć byłaby prawdziwa.
Z podobnym tonem wypowiedzi spotkałam się w relacjach osób żyjących w lagrach, łagrach, biorących udział w powstaniach, jak chociażby w "Zdążyć przed Panem Bogiem", w dodatku tytuł tej historii dziwnym trafem przypomina m ten z filmu o II wojnie światowej, "Życie jest piękne", ale możliwe, że to już nadinterpretacja.
Uczucia Harry'ego... Wielu aspektów trzeba się domyślać, jak choćby jego reakcji na włosy Hermiony, swoją drogą, niby drobny element, a jak ładnie buduje atmosferę! Właśnie te małe elementy, te drobiazgi tworzą świat Pottera w tym ff. Dlaczego postanowił umrzeć podczas snu? Ile w tym wszystkim sensu dosłownego, ile domysłów?
Nie czytałam daleko oryginału, jednak wydaje mi się, że tłumaczka zachowała dość dobrze klimat opowieści i jego formę. Czyta się płynnie, a to jest dość ważne. Mam nadzieję, że będziesz kontynuowała tłumaczenie. Swoją drogą, czy ktoś ma zamiar tłumaczyć inne dzieła tej autorki? Wydają się (przynajmniej z opisów) brzmieć ciekawie, więc miło byłoby zobaczyć jej prace na forum.
Weny!
Herma Offline


 
Posty: 1
Dołączył(a): 16 lut 2014, o 13:33

Postprzez Kajj » 16 lut 2014, o 20:07

Nie jest to tekst, który uznałabym za jeden z ulubionych. Nie wiem, czy to wina tłumaczenia, czy też oryginalnej wersji, jednak to wszystko wydaje się lekko niespójne i, tu zgodzę się z przedmówczynią - dziecinne. Oto kilka zdań, które najbardziej "uraziły" moje oczy:

To były oczy. Były inne. Wciąż wielkie, wciąż obramowane okularami, wciąż zielone z jaśniejszymi plamkami przy tęczówkach. Ale były… Płaskie. Puste.


Płaski to może być stół, ale oczy? Zupełnie mi to nie pasuje. Pozwoliłam sobie zerknąć do oryginału i jestem w 100% pewna, że autorka miała na myśli "matowe". (przymiotnik "flat" tłumaczy się również jako "matowy")

Harry już nie był Harrym, Harry był ciałem Harry’ego, które kontrolował ktoś inny, podczas gdy Harry siedział z boku i obserwował to wszystko z czymś w rodzaju rozbawienia.


To zdanie również wydaje mi się jakieś takie... dziwne? Język polski jest jednym z najbardziej zawiłych na świecie i czasem proste zdania tłumaczone z innych języków brzmią u nas tak, jakby im czegoś brakowało (zapewne przez miliony zasad gramatycznych, stylistycznych itd). Dla mnie to właśnie taki moment. Czegoś mi tu brakuje.

- Zrób to, zanim zacznę płakać. Nakurwia. I nie pozwól, żeby pieprzony Klub Walki zobaczył mnie w takim stanie, bo własnoręcznie cię zabiję.


Jestem czepialska, wiem, ale Draco i podobne słownictwo? Według mnie bardziej pasowałoby np: kurewsko boli czy boli jak skurwysyn (spolszczony przekaz zwrotu "hurts like a bitch"). "Nakurwia" jakoś do mnie nie przemawia.
No i "klub walki"... bardziej pasowałoby mi tu "stowarzyszenie broni" czy chociażby "klub broni" (weapons club).

Są to całkowicie subiektywne uwagi i proszę, abyś jako takie je traktowała. Ponadto przyznaję, że z tłumaczeniem tekstów nie mam zbyt wiele wspólnego, więc zdecydowanie nie jest to opinia eksperta.

Życzę wytrwałości w tłumaczeniu i możliwie największego z niego zadowolenia.

Pozdrawiam, Kajj
Where the fuck are my
COOKIES ???
Kajj Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 11
Dołączył(a): 12 gru 2013, o 19:28

Postprzez Lasair » 22 lut 2014, o 20:17

[rozdział ponownie zbetowany przez Kaczalkę, dn.13.03.2017]

Rozdział drugi

Draco Malfoy nigdy nie spotkał rycerza w lśniącej zbroi. Lubił myśleć, że gdyby kiedyś na takiego trafił, to nie zrobiłoby to na nim większego wrażenia. Serio, co jest fajnego w jakimś gnojku w metalowym wdzianku? Uważał, że dziewczęta, które marzą o takich bzdurach, są głupie i sentymentalne — powinny przenieść swoje fantazje na jakiś sensowniejszy obiekt. I właśnie dlatego, kiedy odkrył, że w jakiś sposób stał się Osobistym Rycerzem w Lśniącej Zbroi dla Harry’ego Pottera, nie robiło to na nim wrażenia. Wcale.
Nie można powiedzieć, że miał świetny tydzień. W zasadzie rzadko zdarzało się, żeby jego tydzień był całkiem dobry, bez nawet jednej złej rzeczy. Ale był Malfoyem, a Malfoy z założenia uważa, że złe jest dobre, dobre jest złe, białe jest czarne, czarne jest białe, a Voldemort pomaga tym, których ciągnie do szarości. Draco, wbrew powszechnej opinii, całkiem to lubił — czuł, że to pasuje mu do srebrnych oczu.
Tak naprawdę niewielu rzeczy się bał, jak sam twierdził. Och, mógł o tym opowiadać godzinami, ale nie chodziło wtedy o ilość, a o jakość. Lista była krótka, za to poziom strachu wysoki. Nie bał się ani ciemności, ani wysokości czy obrzydliwych robaków, a już na pewno nie węży. Nie bał się też śmierci, bólu ani potworów w ciemnościach. Bał się za to bezradności i samego strachu. Bał się, że w przyszłości będzie podobny do swojego ojca, że skończy jak on. A najbardziej ze wszystkiego bał się Voldemorta.
Martwił się wieloma sprawami. Starzeniem się, zawaleniem lekcji, wstydliwymi sytuacjami czy tym, że nigdy nie pokona Pottera w quidditchu. Zmartwienie nie było tym samym co strach, było trochę słabsze. Nie martwisz się tym, co mogłoby się zdarzyć. Draco nigdy nie będzie stary (nieśmiertelność jest iluzją młodości), nigdy nie obleje egzaminu, w końcu musi też pokonać Pottera. Ale bał się tego, co według niego na pewno kiedyś się zdarzy. Stanie się swoim ojcem, jego i Lucjusza czeka taka sama śmierć. Voldemort go dopadnie.
To jedyna możliwość, kiedy mógłby bać się ciemności — gdyby Voldemort tam był.
Generalnie nie miał problemów z ciemnością, zwłaszcza kiedy popychał w nią Pottera, który szedł zaraz przed nim (właśnie dlatego ta sytuacja była taka irytująca). Nie chciał mieć z Potterem nic do czynienia, chyba że dzięki temu Gryfon, do wyboru: umarłby w ciężkich bólach, przegrałby w quidditcha, zostałby publicznie upokorzony albo zamknięty w Azkabanie do końca życia. Ratowanie mu życia raz za razem było ciężkim sposobem na zadowolenie ojca czy Voldemorta, a on nie chciał przy okazji przywiązać się do Pottera. Tak więc dla wszystkich zainteresowanych sytuacja była nie za wesoła. Potter musiał przeżyć, a Draco wkurzał dwie osoby, które równie dobrze mogły go zabić.
Ślizgon nie był aż tak obyty, za jakiego uchodził. Nie miał pojęcia, jakie czarnomagiczne rzeczy jego ojciec ukrywał pod podłogą bawialni, nie chciał też śmierci tych wszystkich szlam. Chodziło mu tylko o to, żeby zabrać je gdzieś, gdzie nie musiałby chodzić z nimi do szkoły ani myśleć o tym, że niektórzy z nich są od niego mądrzejsi. Oczywiście nie wyglądali lepiej niż on. Szlamy wydawały się jakieś takie myszowate. Rzecz jasna czystokrwiści czarodzieje i czarownice musieli liczyć się z ryzykiem chowu wsobnego, niektórzy rodzili się zniekształceni i na tych wszyscy patrzyli raczej krzywo… Draco na szczęście ominęło to cierpienie.
I właśnie dlatego, kiedy jego dziewczyna, Lisa Turpin, z którą był od trzech miesięcy, rzuciła go, był zszokowany. I przerażony.
Według Draco najgorszą częścią bycia rzucanym jest udawanie, że ma się to gdzieś. Właściwie nie miał wcześniej dziewczyny. Próbował coś z Pansy rok wcześniej, ale skończyło się na pójściu razem na bożonarodzeniowy bal. To, co było między nim a Lisą… Draco pozwolił sobie uwierzyć, że się zakochał. Po długich przemyśleniach uznał, że piętnaście lat to najwyższy czas na Pierwszą Miłość. Najwyraźniej też nadeszła odpowiednia pora na pierwsze złamane serce, a to… To naprawdę go wkurzyło. Malfoyów się nie rzuca! Malfoyów się czci i wielbi.
I jeszcze zrobienie tego podczas najgorętszego popołudnia w historii? I rzucenie bransoletki, którą jej dał, tak po prostu w trawę? I odejście po wymamrotaniu przeprosin? Stać go na więcej, niż umawianie się z Krukonką! Brak klasy, kompletny brak klasy.
Do tego wszystkiego trzeba jeszcze wspomnieć o tym, że prawie potknął się o Pottera, kiedy wracał do zamku, a potem został postrzelony przypadkową strzałą.
To zdecydowanie nie zapowiadało jakoś szczególnie dobrego tygodnia. A już dodając tę dziwną sytuację na korytarzu, kiedy został upokorzony, lądując w kałuży… To był oficjalnie Najgorszy Tydzień Kiedykolwiek.
Ale, jak próbował się pocieszyć, wychodząc tego dnia z ostatniej lekcji, marne szanse, że może być gorzej!
Bycie Malfoyem i znajomość czarnej magii powinny wystarczyć, żeby dotarło do niego, że taka myśl była właściwie klątwą rzuconą na siebie samego.
Uważając na Pottera (bo straszne rzeczy zdarzały się jakoś częściej, kiedy on był w pobliżu), szedł akurat do biblioteki, żeby skończyć esej z zaklęć. W pewnej chwili zauważył coś w rodzaju pułapki umieszczonej nad drzwiami.
Z niewielkiej odległości dobiegło go parsknięcie. Odwrócił się. Irytek krążył w kącie i obserwował korytarz. Najwyraźniej ustawił tę pułapkę i tylko czekał, aż ktoś da się w nią złapać. Na krawędzi drzwi niebezpiecznie balansowało duże metalowe wiadro i z daleka dało się wyczuć wydobywający się z niego obrzydliwy zapach.
Draco zdecydowanie nie chciał sprawdzać, co jest w środku.
— Malfoy!
Odwrócił się, zaskoczony. Potter niepostrzeżenie znalazł się tuż za nim. Spojrzał znowu na pułapkę, potem na Irytka, a później ponownie na Pottera. Czyżby to była kolejna próba zamachu na życie Gryfona, którą on miałby przypadkiem udaremnić? Nie tym razem!
— Potter — rzucił drwiąco — wybierasz się do biblioteki?
Potter spojrzał na niego z zaskoczeniem, ale też z czymś w rodzaju niechętnego pogodzenia się z sytuacją. To było rozczarowujące — zwykle oczy Pottera płonęły zielonym ogniem, kiedy tylko Draco na niego patrzył, mówił czy nawet drwił z niego albo po prostu stał obok.
— Tak jakby — odpowiedział Harry, kiwając głową. — W końcu biblioteka jest dobrym miejscem do odrabiania zadania domowego.
— Zaiste, jest.
Draco szybko myślał. Może to jest spisek Pottera! Może on po prostu próbuje go zabić tak, żeby to wyglądało na wypadek! Nie da się ukryć, że Cedrik umarł tylko dlatego, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie właśnie z Potterem. Może Draco czeka to samo? No na pewno nie dzisiaj.
Harry wyglądał na oszołomionego.
— Czego oczekiwałeś? Generalnie po to są biblioteki.
— Cóż — wycedził Draco, wskazując z rozmachem na drzwi. — Panie przodem.
— Słucham?
Draco westchnął.
— Jeśli sądzisz, Potter, że po tym wszystkim przejdę przez te drzwi jako pierwszy i dam się uderzyć jakąś latającą miotłą albo pozwolę, żeby spadłna mnie stos książek i to tylko po to, żeby uratować twój żałosny tyłek, to jesteś w błędzie.
Harry wyglądał, jakby próbował powstrzymać uśmiech.
— Nie, no w porządku.
Przeszedł przez drzwi bez szwanku.
— Cholera — wymamrotał Draco, rzucając szybkie spojrzenie Irytkowi, zanim wbiegł do biblioteki.
Wiadro spadło, oblewając go od góry do dołu cuchnącą mazią. Przerażenie sięgnęło zenitu, kiedy dotarło do niego, że za ułamek sekundy oberwie ciężkim kubłem w głowę. Zaraz potem padł na ziemię nieprzytomny.
Zdecydowanie Najgorszy Tydzień Kiedykolwiek.
Ocknął się z potężnym bólem głowy. Leżał na zimnej, kamiennej posadzce, a Potter pochylał się nad nim, marszcząc brwi.
— O — rzucił Harry, gdy zauważył, że Draco otworzył oczy. — Malfoy. Więc nie jesteś martwy?
— Najwyraźniej nie — jęknął Draco, któremu wciąż przed oczami tańczyły gwiazdki. — Uderzyło mnie wiadro.
— Tak, wiem, widziałem. Irytek właśnie odleciał. Potrzebujesz wybrać się do skrzydła szpitalnego?
Draco prychnął.
— Nie, zwyczajnie boli mnie głowa, Potter. Nie wszyscy lecą do szpitala z byle powodu. Nic mi nie jest.
Usiadł i rozejrzał się, próbując nie skrzywić się z bólu.
— I wiesz, nie pachniesz za dobrze — zauważył delikatnie Harry.
— Czy wyglądam na kogoś, kogo interesuje twoja opinia na temat tego, jak pachnę? — rzucił Draco zjadliwie, zanim ruszył w stronę ślizgońskich komnat. Jego duma rozbiła się w drobny mak, ale starał się zachować chociaż jakieś jej kawałki. Z drugiej strony ciężko mówić o dumie, skoro został oblany eliksirem, dzięki któremu cuchnął jak zgniłe kwiaty.

***

Tego wieczoru Draco udało się zapomnieć o zdarzeniu przed biblioteką. Nie dlatego, że miał lepsze tematy do rozmyślań — chodziło o to, że podczas kolacji Lisa sprawiała wrażenie, jakby nie wiedziała o jego istnieniu. Właściwie miał nadzieję, że poszła po rozum do głowy i będzie go błagała, żeby do niej wrócił, ale najwyraźniej wciąż była lekko szalona.
Późną nocą w pełni poddał się chandrze. Chodził po sali w wieży astronomicznej, wygłaszając kwieciste przemowy, których i tak nikt nie słyszał.
To nie tak, że jakoś szczególnie lubił Lisę, czy że za nią tęsknił. Chodziło o to, że żaden Malfoy z definicji nie poświęcał czasu ani energii czemuś, co nie przynosiło rezultatów. Z trzymiesięcznego związku nie wyniósł nic. Nawet się nie bzykali. A „Malfoy” i „piętnastoletni prawiczek” nigdy, przenigdy nie występowało w jednym zdaniu.
Na zewnątrz nadal królowała burza. Draco oparł się o parapet i patrzył na deszcz i błyskawice szalejące za oknem. Wciąż miał tę bransoletkę, którą Lisa rzuciła mu pod nogi dzień wcześniej. Wyjął ją z kieszeni i zaczął uważnie oglądać w słabym świetle. Była ciężka i ciepła. Kupił ją w Hogsmeade za całkiem niezłą sumkę — miała w środku magiczną inskrypcję „Kocham cę, Liso”. Nienawidził faktu, że to był namacalny dowód jego upokorzenia.
Otworzył okno, mrużąc oczy przed deszczem i wiatrem. Miał dosyć miłości. Nic, co tak bardzo bolało, nie było warte cierpienia.
Niby to była tylko szczenięca miłość i tak naprawdę prawie wcale bolał ago nie zraniła, ale Draco nie był wystarczająco doświadczony, żeby dostrzec różnicę między złamanym sercem a zakłopotaniem. Właściwie zupełnie doświadczony nic nie wiedział, a to był pierwszy raz, kiedy został zraniony, więc oczywiście myślał, że to koniec świata. Dla niego upokorzenie było najgorszym rodzajem bólu i to, że nawet nie lubił Lisy, nie miało znaczenia. Skrzywdziła go, a on ją za to nienawidził. Przysiągł sobie, że już nigdy więcej się nie zakocha.
Wyrzucenie bransoletki za okno nie wystarczyło. Warknął, wyciągnął różdżkę i zaklęciem przytrzymał błyskotkę, chcąc wysłać ją daleko w oszalały żywioł.
Później wszystko działo się zbyt szybko. Do Draco dotarło to dopiero wtedy, kiedy było już po wszystkim.
Samotna postać na błoniach, skryta w cieniu drzew. Piorun, lecący prosto w tę osobę dokładnie w chwili, gdy wysłał w powietrze miedzianą bransoletkę. Ostatnia sekunda, zmiana trasy lotu błyskawicy, uderzenie w biżuterię, która zabłysła i rozerwała się, żeby zaraz spłonąć. Błyskawica znikła.
Harry Potter stał na błoniach, wystawiając twarz na niesłabnącą ulewę. Śmiał się i machał do niego.
— Ty głupi gnojku! — wrzasnął Draco, zagłuszany przez deszcz. Przypomniał sobie słowa Pottera. Trzy razy na dzień, to był trzeci. Przynajmniej skończył na dziś. — Mam dość! Jutro własnoręcznie cię zatłukę!
Ale Potter nie usłyszał ani słowa.

***

Następnego ranka Harry obudził się uśmiechnięty. Już samo to sprawiało, że ten dzień był dziwny, jako że zwykle tylko wpatrywał się w sufit i myślał niejasno coś w stylu: „Więc wciąż tutaj…”. Tym razem przez długi moment po obudzeniu nie mógł ustalić, co się zmieniło. Potem uświadomił sobie, że mięśnie jego twarzy wyraźnie układają się w uśmiech.
— No dobra — powiedział głośno, nieco wytrącony z równowagi. — Miałem miłe sny, jak sądzę.
Nie pamiętał ich, ale raptem kilka dni temu przyznał przecież, że już nie śni. Uznał, że chciałby sobie przypomnieć, co mu się śniło. Musiało to być coś dobrego, skoro wywołało radość. Na pewno nie uśmiechał się tylko dlatego, że się obudził. Generalnie wolał spać, bo przynajmniej kiedy spał i nie śnił, to miał wymówkę, że nic nie czuł. To było lepsze od normalnego życia, jak gdyby nigdy nic, jednocześnie zastanawiając się, dlaczego tak się czuje — nie mając siły, żeby cokolwiek zmienić.
Wstał, wziął prysznic, poszedł na lekcje z Ronem i Hermioną i próbował się skupić. Podczas obiadu nie udławił się niczym, nie zjadł nic zatrutego ani nasączonego eliksirem miłosnym. Był niemal zawiedziony i zastanawiał się, czy ta klątwa, czy cokolwiek to było, już skończyła przestała działać.
Panował upał, jeszcze gorszy niż dzień wcześniej. Dumbledore odwołał popołudniowe zajęcia z tego powodu, bo i tak nikt się nie uczył. W zamku było tak gorąco, że nie dało rady się skupić. Hermiona zawołała radośnie, że to dodatkowa okazja do nauki ii zniknęła w bibliotece. Dean z kolei zdecydował, że to najwyższy czas, żeby nauczyć Rona, Seamusa i Neville’a reguł gry w piłkę nożną. Harry też został zaproszony, ale odmówił. Przez upał był jeszcze bardziej poirytowany i aspołeczny niż zwykle.
Wczesne popołudnie zastało go ubranego po mugolsku, w dżinsy i starą koszulkę. Opuszczał rozgrzane mury Hogwartu, zamieniając je na skwar na dworze.
Jęknął cicho, kiedy uderzyła go fala gorąca, sprawiając, że momentalnie się spocił.
— To niedorzeczne — narzekał, idąc przez błonia. — Tu nigdy nie jest tak gorąco.
Przez chwilę rozważał, czy nie wybrać się do lasu, gdzie drzewa powinny wystarczająco osłaniać przed słońcem, żeby było chociaż o kilka stopni chłodniej. Uznał jednak, że przejście przez błonia przy tej temperaturze to zbyt wiele. Zresztą Zakazany Las z założenia był zakazany.
Zamiast tego poszedł na boisko do quidditcha, żeby z trybun obserwować, jak Dean ze śmiechem tłumaczy zasady piłki nożnej. Po chwili jego uczniowie załapali na tyle, żeby podzielić się na dwie drużyny. Wszyscy byli roześmiani, a Harry z pewną tęsknotą myślał o tym, że chciałby… chcieć do nich dołączyć. Ale nie czuł takiej potrzeby i tylko westchnął. Poszedł do szatni z nadzieją, że może tam będzie chłodniej.
Nic z tego. Ale było ciszej, więc opadł zmęczony na ławkę i zamknął oczy. Nie znosił takiego przesadnego gorąca. Chciało mu się pić, był spocony, poirytowany i desperacko próbował znaleźć coś, na czym mógłby się skupić.
Przeszedł na tyły szatni, do schowka na miotły, gdzie trzymano też wszelkiego rodzaju środki do czyszczenia. Miał zamiar zająć się starymi szkolnymi Zmiataczami. Pani Hooch na pewno mu później za to podziękuje.
Właśnie wybierał miotłę, kiedy drzwi do schowka zatrzasnęły się, zamykając go w gorącej, dusznej ciemności.
Przez długą chwilę nawet nie drgnął. Nienawidził ciemności. Była fałszywa, zdradliwa i miała w sobie tysiąc kłamstw, które przy świetle znikają. Zrobiło mu się zimno, także w środku. Zaczął trząść się ze strachu. Wolałby umrzeć przez coś, co może zobaczyć, niż żeby coś zabiło go tchórzliwie w ciemności.
— Boże — westchnął, a echo jego głosu rozniosło się po pomieszczeniu. To jedno drżące słowo dało mu chwilę wytchnienia od pustki.
Upuścił miotłę, którą trzymał, i odwrócił się w stronę drzwi. Łoskot, jaki tym wywołał, wręcz nim zatrząsł. Zaczął panicznie dyszeć, a po chwili już był na czworakach, próbując ominąć wiadra i skrzynki z piłkami do quidditcha.
— To gdzieś tutaj — przekonywał samego siebie. — Drzwi muszą gdzieś tu być.
Wreszcie trafił na zasuwkę i wypuścił z sykiem drżący, stłumiony oddech. Otworzył ją i pociągnął za uchwyt. Drzwi ani drgnęły. Zacięły się zupełnie.
W schowku było nieprawdopodobnie gorąco, a upał tylko powiększał jego panikę. Zostanie tu już na zawsze, nigdy stąd nie wyjdzie, nikt go nie znajdzie i tu umrze. Śmierć nie była zła, nawet po cichu na nią czekał, ale tylko na szybką, a nie śmierć w mroku, w upale, najgorętszego dnia roku. Nie śmierć w komórce na miotły. Nie śmierć w ciemności.
— Proszę — zaskomlał, szarpiąc drzwi raz jeszcze. Bez skutku.
Panikował.
Krzyczał, tłukł i kopał w drzwi. Zupełnie nie myślał logicznie. Różdżka tkwiła w jego kieszeni, całkiem zapomniana, chociaż i tak na niezbyt wiele by się zdała. Drzwi nie były zamknięte, żadna Alohomora by nie pomogła. Był uwięziony.
W końcu, kiedy walenie w drzwi nie pomogło, zaczął rzucać w nie różnymi rzeczami, krzycząc chrapliwie. Zaciął się na myśli, że jeśli zatrzyma cienie przerażone gdzieś w kącie, to nic się nie podkradnie i go nie dorwie. Kręcił się w kółko, wrzeszczał i rzucał miotłami w ciemność, skutecznie zagracając schowek. Wreszcie, gdy strużki gorącego potu spływały po całym jego ciele i tak kręciło mu się w głowie, że czuł się słabo, osunął się na podłogę, sapiąc. Było tak gorąco, że nie mógł oddychać ani myśleć. Klaustrofobia doprowadzała go do szaleństwa.
Znowu siedziałw komórce pod schodami. Był tam zamknięty, a wuj Vernon zabije go, gdy tylko wróci i usłyszy od ciotki Petunii, że przypadkowo zniszczył projekt naukowy Dudleya. Było gorąco, zbliżało się lato i wuj będzie trzymał go tu tygodniami, podając marne ilości jedzenia przez wywietrznik. Ściany były jakby coraz bliżej i Harry nie mógł oddychać…
Podczołgał się do drzwi i podniósł z trudem, ledwo trzymając się na nogach. Gardło go paliło, nie miał pojęcia, jak długo był tu uwięziony, ale miał wrażenie, jakby trwało to wieczność.
— Błagam, ktokolwiek… — zakwilił.
— Co za diabeł?
Podskoczył na dźwięk głosu. Ktoś był w szatni. Draco Malfoy.
Nagle perspektywa uwięzienia w gorącej komórce na miotły wydała mu się lepsza od znalezienia przez Malfoya i Harry wycofał się spod drzwi, rozglądając się nerwowo.
— Jak, do cholery, to spadło zaraz przed drzwi? — mówił Draco, coraz głośniej, w miarę jak się zbliżał. Dało się słyszeć cichy chrobot, a potem szczęk powoli otwieranych drzwi.
Potter?! — wykrzyknął Draco.
Harry przełknął ślinę.
— Co? — spytał, starając się brzmieć chłodno i z pewną dozą pogardy. W końcu to działało na Ślizgona wystarczająco często w tego typu sytuacjach. Wyminął go i wszedł do błogo jasnego pomieszczenia.
— Jak, do diabła… Jak ty… Ty byłeś… — Malfoy rozglądał się podejrzliwie po zdemolowanym schowku, potem przeniósł wzrok na bladą, spoconą twarz Harry’ego i znów na schowek. Oparł ręce na biodrach i nagle go olśniło. — Byłeś uwięziony w komórce na miotły.
— Wcale nie! — zaprotestował Harry.
— Umarłbyś tam, gdybym cię nie wypuścił. Wreszcie. Z głodu albo dostałbyś udaru czy coś. — Malfoy wydawał się dotkliwie rozczarowany.
— Wcale nie! Miałem wszystko pod kontrolą!
Draco zmrużył oczy i powiedział bardzo opanowanym tonem:
— Nie zawsze będę w pobliżu, Potter. Następnym razem pozwolę ci umrzeć.
Nie chcę, żebyś był w pobliżu! — parsknął Harry. — Wolałbym, żebyś naprawdę pozwolił mi umrzeć!
Nie planował mówienia tego, a już na pewno wolałby teraz to cofnąć. Do tej pory nie zdawał sobie nawet sprawy, że tak myśli.
Ślizgon zaśmiał się oschle.
— Och, Potter, gdybyś poważnie chciał umrzeć, to zamykanie się w schowku jest słabym pomysłem. — Wszedł do środka i sięgnął po butelkę płynu do czyszczenia, przez którą w ogóle się tu znalazł. — Żyletki są lepsze.
Niemal nieświadomie dotykając szyi, Harry przełknął głośno ślinę i nic nie powiedział.
— I bądź tak miły i się pośpiesz z tymi zapędami samobójczymi, nie mogę się doczekać, kiedy nie będę miał z tobą już nic do czynienia — skończył Malfoy.
— Nie wiedziałbyś, co ze sobą zrobić, gdybyś nie mógł się ciągle ze mną porównywać — rzucił Harry, przewracając oczami.
Draco wpatrywał się w niego chłodno dłuższą chwilę, wściekłość zmieniła jego oczy na niemal czarne. Potem odszedł bez słowa.

***

Jezioro nie było ulubionym miejscem Harry’ego, ale skoro las znajdował się poza zasięgiem, wybrał je jako najsensowniejsze miejsce do ukrycia się przed upałem. Powietrze powinno być tam chłodniejsze, podobno, więc niespokojnie ruszył w tamtą stronę. Wspiął się na skałę, dysząc. Wciąż trząsł się przez to uwięzienie w schowku.
Przepocony t-shirt kleił mu się do ciała, więc go zdjął i zdegustowany rzucił w trawę. Właściwie było to przeciwko szkolnym zasadom — pojawienie się gdziekolwiek poza dormitorium lub łazienką w niekompletnym stroju. Harry jednak uznał, że jest wystarczająco daleko od zamku, żeby móc pozbyć się koszulki. Poza tym, czy ktokolwiek się tym przejmuje? Mógł się założyć, że ci, którzy grali w piłkę, już dawno zrobili to samo.
Poruszył się niespokojnie przez obrazy, które pojawiły mu się w głowie. Zaczął obserwować słońce odbijające się od powierzchni jeziora. Nawet woda wydawała się jakby skurczona i apatyczna w tym upale. Był ciekawy, czy jest tak ciepła i bez życia, na jaką wygląda.
Niespodziewanie poczuł na włosach krótki, gorący podmuch wiatru, który przyniósł ze sobą odgłos śmiechu z boiska. Odgłos przywodzący na myśl stare wspomnienia, a przez to bolesny. Nagle uderzyło go ostre poczucie samotności, mimo tego, że odizolowanie było jego własnym pomysłem. To nie tak, że chciał mieć towarzystwo, chodziło raczej o to, że kiedy był sam, z całą mocą docierało do niego, jak bardzo jest samotny. Może i był wiecznie otoczony przyjaciółmi i nauczycielami, ale w jakiś sposób zawsze coś go od nich oddzielało. Nie wiedział, czy chodziło o bliznę, czy to dlatego, że czuł się inny. Wiedział tylko, że odsuwanie się od przyjaciół stawało się coraz łatwiejsze i wściekał się, że oni niczego nie zauważyli.
Tylko kiedy był sam, czuł, że jest szczery z ludźmi — a i to tylko dlatego, że ich zwyczajnie nie było. Nie wiedział, czy potrafiłby stać się tym bohaterem, za jakiego go uważali. Poważnie, nie był wcale taki odważny — był przerażony. Jaki bohater boi się wstania rano z łóżka? Jaki bohater po cichu liczy na to, że się nie obudzi, bo spanie przynajmniej było prawdziwe? Gdyby został zabity podczas snu, wiedziałby chociaż, że to nie jego wina. Bo niby jak mógłby się bronić, skoro był nieprzytomny? Nawet herosi muszą spać. Nawet herosi muszą umrzeć. I to szybszą i bardziej brutalną śmiercią niż zwykli ludzie.
I to go przerażało. Zresztą nie tylko to. Bał się bycia samemu. Dlatego to lubił — podobała mu się pewna dawka kontrolowanego strachu. Bycie samemu z wyboru oznaczało, że gdyby zmienił zdanie, to mógłby mieć towarzystwo. Bycie samemu wbrew jego woli było poza kontrolą, a on chełpił się trzymaniem nad tym kontroli, przynajmniej w jakimś stopniu.
Trochę egoistycznie chciał też zobaczyć, kto zauważy jego nieobecność i pójdzie go szukać, żeby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Sądził, że chodziło mu o zwrócenie na siebie uwagi. Ron pewnie tylko by prychnął i powiedział: „Jesteś cholernym Chłopcem, Który Przeżył, mało ci uwagi?”.
Ale nie o taką uwagę mu chodziło. Teraz było coś w stylu: „Och, z Harrym jest dobrze. Tyle razy już się zmierzył z Sam-Wiesz-Kim, że jest praktycznie niezniszczalny!”, a wolałby: „Harry, wszystko w porządku? Oddychasz? Boisz się? Nie bój się, Harry, będzie dobrze”. Wystarczyłoby nawet, żeby ktoś nim porządnie potrząsnął, żeby wrzasnął: „Ty durny gnojku, popatrz na to, co cię czeka! A ty chcesz to wszystko odpuścić, bo się boisz? Gdzie ta sławna gryfońska odwaga? Powinieneś być w Slytherinie, tak jak ja.
Zamrugał.
— Co? — zapytał głośno, rozglądając się z zaskoczeniem, jakby się zastanawiał, kto włożył tę zdradziecką myśl do jego głowy. Nikogo nie było w pobliżu.
Harry zauważał schematy. Nawet gdyby nie, to musiałby być kompletnym, bezmyślnym idiotą, żeby nie zwrócić uwagi, jak wszystko układa się w pewien wzór. Te ostatnie kilka dni, wszystkie te wypadki i za każdym razem Draco Malfoy pojawiający się znienacka, żeby uratować mu życie. Oczywiście nie każdy schemat miał sens. Był pewny, że kręgi w zbożu były bezcelowe, tak jak wzory na muszlach czy to, że słoje na pieńkach czasem przypominały twarze. Ale wzory mogły być przydatne, kiedy były zrozumiałe. Wtedy można było nimi manipulować. A akurat to Harry rozumiał. W jakiś sposób Draco Malfoy stał się czymś w rodzaju obrońcy. Jakby coś zadecydowało, że Harry powinien umrzeć, a coś innego, że Draco powinien się upewnić, żeby to się nie stało.
Czy jakoś tak.
Jedyne, co wiedział, to to, że Draco wykształcił zwyczaj pojawiania się we właściwym momencie, dokładnie wtedy, kiedy wszystko miało właśnie potoczyć się tysiąc razy gorzej. A on czuł się w tej chwili niesamowicie samotny. Nie chciał jednak towarzystwa ludzi, którzy pozwolą mu swobodnie nurzać się w tej depresji. Chciał kogoś, kto pozwoli mu zapomnieć, dzięki komu poczuje cokolwiek.
Dlatego właśnie postanowił stanąć na samym brzegu skały, pod którą woda była niemal czarna. Zdjął okulary i rzucił je w trawę. Uniósł ręce prostopadle do ciała, jak skrzydła, zamknął oczy, zwrócił twarz do słońca i po prostu wpadł do wody, bardziej się w nią rzucając, niż nurkując.
Wylądował na brzuchu, co zabolało. Nie obchodziło go to. Pozwolił sobie pójść na dno jak kamień, a kiedy powietrze w płucach zaczęło wypychać go do góry, pomyślał niejasno: „Mam nadzieję, że Wielkiej Kałamarnicy tu nigdzie nie ma”.
Po wynurzeniu na powierzchnię zaczął się rozglądać, licząc, że zauważy gdzieś znajomą sylwetkę Draco. Był zawiedziony, kiedy nigdzie nie zobaczył.
— Bez sensu — mruknął.
Przynajmniej było mu chłodniej. Woda, chociaż nie była całkiem zimna, na pewno miała kilka stopni mniej niż powietrze. Leniwie położył się na plecach, zamknął oczy i powoli wypuścił oddech. Czuł się zrelaksowany. Było przyjemnie cicho, a każdy dźwięk dobiegał do jego zanurzonych uszu stłumiony.
Dryfował dłuższą chwilę, wciąż trzymając oczy zamknięte. Delikatne fale popychały go w kierunku mulistego brzegu, kawałek dalej od skał. Odwrócił się, a grząskie błoto dotykające jego brzucha było w jakiś sposób kojące. Zanurzył twarz w spienionej wodzie i otworzył oczy. Zielona woda przypominała mu jego życie: zamglone, zacienione, mgliste.
Leżał tak, szorując brzuchem po mule, z włosami wokół głowy niczym z czarną aureolą i ramionami wyciągniętymi po obu stronach.
Zapomniał złapać powietrze. To zwyczajnie nie wydawało się warte psucia spokoju nieważkości.
Był całkowicie zaskoczony, kiedy z oddali usłyszał zaklęcie, dziko wykrzyczane bardzo znajomym głosem. Został brutalnie pociągnięty za ramiona i przewrócony na plecy.
— Potter. Potter! Lepiej, żebyś oddychał, bo przysięgam…
Zamrugał.
— Jasne, że oddycham — stwierdził tępo. — Oszalałeś, Malfoy?
Marszcząc brwi, z cieknącymi nogawkami spodni po bojowym wtargnięciu do wody po Harry’ego, Draco szybko się odsunął.
— Nie — odparł szorstko. — Po prostu nie spodziewałem się nikogo w jeziorze, a ty wyglądałeś… Cóż, na martwego. To było…
Harry zastanawiał się, jak skończy się to zdanie. Straszne, odrażające, cudowne, wolałbym, żebyś umarł, ty durny Gryfonie?
— To było szokujące, to wszystko.
Harry usiadł i potrząsnął głową, żeby pozbyć się mgły ze spojrzenia.
— Wyglądałem na martwego, tak? Nie chciałem cię przestraszyć, ja tylko…
Przestraszyć? No na pewno nie byłem przestraszony. Co najwyżej zaskoczony. Chociaż czemu zdziwił mnie pomysł, że Chłopiec, Którzy Przeżył, jest tak niestabilny, żeby się utopić, to nie wiem.
Harry wstał i wyszedł z jeziora, świadomy, że jest cały w błocie i cieknie z niego woda. Spodnie przylgnęły do niego w bardzo niekomfortowy sposób i nie miał koszulki. Żeby odciągnąć od tego uwagę Draco, powiedział:
— To, co mnie zadziwia, to fakt, że tym razem celowo mnie uratowałeś.
Malfoy otworzył usta, żeby rzucić opryskliwą ripostę, po czym powoli je zamknął. Miał w oczach jakiś nieodgadniony błysk. Nic nie powiedział, a Potter zmarszczył brwi.
— Co właściwie tu robisz? Myślałem, że polerujesz swoją miotłę.
— Co cię obchodzi, dokąd szedłem? — burknął Ślizgon, odwracając się, żeby pójść dalej.
Harry spanikował. Nagle bardzo nie chciał zostać sam i tym bardziej zaskoczyło go to, niż fakt, że zaprzestanie oddychania było takie proste.
— Malfoy! — zawołał.
Draco rzucił mu przez ramię piorunujące spojrzenie.
— Co?
— Dzi… dzięki. Za wszystko.
Przez długą chwilę myślał, że nie dostanie odpowiedzi. Ale dostał.
— Na pewno nie zrobiłem tego dla ciebie, Potter.
Po tych słowach Draco odszedł, obserwowany w ciszy przez Harry’ego.
Harry mógłby sądzić, że samotność wróci, skoro Ślizgon poszedł, ale tak się nie stało. W jakiś sposób czuł się lżej. Może chodziło o spokój przez to, że schemat nie do końca się powtórzył.
Albo może jednak chodziło o ulgę, że Draco tak świetnie sobie radził w pojawianiu się zawsze wtedy, kiedy był potrzebny.
Zaufanie Draco Malfoyowi, w jakimkolwiek sensie, nie powinno przynosić ulgi. Tyle że dziwnie przynosiło.
Harry uśmiechał się lekko, kiedy podnosił koszulkę oraz okulary, i ruszył w stronę zamku.

***

Zmierzchało, ale zachodzące słońce przyniosło tylko nieznaczne wytchnienie od upału. Harry był w lepszym nastroju, niż zwykle w ostatnim czasie. Nerwowo podszedł do boiska do quidditcha, gdzie wciąż toczyła się zacięta gra w piłkę.
— Mogę zagrać? — spytał cicho, niesłyszalny przez śmiechy i krzyki.
Ron zauważył go jako pierwszy.
— Harry! — zawołał. — Chodź do nas! Możesz być obrońcą u mnie, Neville jest do kitu!
— Ej! Wcale nie! — wrzasnął Longbottom.
— Bramkarzem! — krzyknął Dean.
— Nev, wybacz, stary — zaczął Seamus pojednawczo. — Ale chciałbyś też kopnąć piłkę, a nie tylko żeby piłka była kopana w ciebie, nie? To twoja szansa! Możesz być pałkarzem!
— Skrzydłowym — poprawił Dean rozdrażnionym tonem.
Jednocześnie szczerzył się od ucha do ucha i Harry poczuł się zrelaksowany prostotą tej całej zamiany. To było łatwe. Oczywiście znał zasady piłki nożnej, co sprawiało, że to wszystko było w jakiś sposób przewidywalne. Bezpieczne.
Zajął pozycję bramkarza i zatracił się w monotonnym zadaniu, ruszając się tylko wtedy, kiedy piłka leciała w jego stronę. Wciąż lepiej sprawdzał się jako szukający, ale i tak udało mu się obronić kilka goli.
Jednak jego gra znacznie się pogorszyła, kiedy zobaczył, że ktoś lata całkiem niedaleko. Draco Malfoy. Pierwszym odruchem było rozejrzenie się w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia, skoro łączył pojawienie się Ślizgona z sytuacjami, kiedy prawie umierał. Nic się jednak nie działo, był tylko łagodny wietrzyk i boisko do quidditcha z paroma osobami grającymi w nogę.
Zatem przypadek. To była jakaś nowość, a Harry przyłapał się na tym, że częściej zerka na latającego Draco niż na piłkę. Chłopak zataczał kółka raczej bez celu, jego świeżo wypolerowana miotła błyszczała w świetle zmierzchu. Pewnie latał z nudów albo liczył na orzeźwiający wiatr.
— Ej, Harry!
Odwrócił się w odpowiedniej chwili, żeby zauważyć lecącą w jego stronę piłkę, kopniętą przez Seamusa.
— Cholera — wymamrotał. Udało mu się ją złapać i podać do Neville’a, który zapiszczał, z czego skorzystał Puchon z przeciwnej drużyny, szybko ją przejmując. Ron rzucił się z wrzaskiem, wykopując ją daleko w boisko, a oczy Harry’ego znów powędrowały do Draco, który nadal zataczał leniwe kółka nad jeziorem.

***

Draco rzecz jasna słyszał o piłce nożnej. Raz, może dwa. Mimo to nie znał jej wystarczająco dobrze, żeby rozpoznać na pierwszy rzut oka, i to czysta ciekawość przywiodła go bliżej stadionu, gdzie grano w dziwną grę. Nie rozumiał; wyglądało na to, jakby grupa przypadkowych graczy biegała po boisku, goniąc za jedną piłką. Dziwne, z tą jedną piłką i w ogóle. To wyglądało na przeraźliwie proste, ale jednocześnie go przerastało.
Przygryzł wargę i podleciał bliżej. To nie miało sensu. Kto przy zdrowych zmysłach grałby w tak prostacką grę zamiast w quidditcha? Z drugiej strony wszystkiemu przewodził Dean, a on przecież był mugolakiem, nie? To znaczyło, że gra była mugolska, a mugole generalnie byli prostakami.
Obniżył lot, próbując dostrzec jakąś strategię czy schemat w grze. Longbottom kopnął piłkę właściwie losowo, posyłając ją w siatkę na jednym końcu boiska. To, co stało się później, wzbudziło w Draco niemalże odrazę, aż miał ochotę stamtąd odlecieć. Gryfon uniósł ręce, wrzasnął i się odwrócił. Wymachując ramionami, piał jak kogut.
To było tak rozpraszające, że prawie kosztowało Draco życie. Wpatrywał się w Longbottoma z przerażeniem, kiedy obrońca czy ktoś taki wypuścił piłkę i wykopał ją mocno. Piłka poleciała szybko w jego stronę, uderzyła go w głowę i zrzuciła z miotły.
To stało się tak szybko, że był ledwo świadomy tego, co się dzieje. Dziwne, nieznośne uczucie braku równowagi, odległy dźwięk czyjegoś wrzasku, a potem cały świat się obrócił.
„Och,” pomyślał niejasno, kiedy ziemia niebezpiecznie się do niego zbliżała, „więc to jest umieranie”.
Ale nie było, nie do końca. Umarłby, gdyby uderzył w ziemię, a to się nie stało. Nie miał pojęcia, że Harry w ogóle gra, ale dostrzegł błysk zaskoczonych, zielonych oczu i następne, co zarejestrował, to wstrząs, kiedy wylądował, wbijając Gryfona w boisko.Przez długi moment po prostu leżał, przyciskając go do ziemi, nie zwracając uwagi na nic poza bólem całego ciała i trudnością z oddychaniem. Potem, powoli, kiedy jego oddech się ustabilizował, zaczął być świadomy dwóch wielkich, błyszczących, zielonych oczu zaraz pod nim. Potem zaczęły do niego docierać inne rzeczy. Klatka piersiowa Harry’ego naciskająca na niego, bicie serca Harry’ego, będące echem jego własnego serca, ręka Harry’ego ściskająca jego przedramię, nogi Harry’ego pod jego własnymi.
— Było inaczej — powiedział Gryfon cicho, utkwiwszy w nim wyjątkowo ciemne spojrzenie.
— Co? — wydyszał Draco, wciąż zdezorientowany.
— Tym razem to ja uratowałem ciebie.
Zamrugał; to była prawda. Umarłby, gdyby Potter nie złagodził jego upadku, a to zmieniło sytuację w sposób, co do którego nie był pewny, czy mu odpowiada. Przez to teraz on czuł się zobowiązany wobec Harry’ego.
Miał zamiar sturlać się z niego, po czym wstać i wściekle odmaszerować, ale jego uwaga została rozproszona, kiedy Potter wciągnął powietrze i stwierdził niepewnym tonem:
— To dziwne. Myślałem, że będziesz zimny…
Nie był pewien, czy chce podtrzymać rozmowę, biorąc pod uwagę, że Harry wyglądał, jakby był zahipnotyzowany (czyżby uderzył się w głowę, kiedy Draco na nim wylądował? To by wiele wyjaśniało, plus, że wciąż na nim leżał.
Nie mógł się jednak powstrzymać.
— Zimny?
Hary zamrugał intensywnie i zamyślił się.
— Zimny. Jak wąż.
— A nie jestem?
Wiedział, że ludzie biegną w ich stronę, żeby sprawdzić, czy z Potterem wszystko w porządku. Nie był na tyle głupi, by sądzić, że zastanawiają się, czy on przeżył.
— Nie jesteś — potwierdził Harry. — Jesteś… Ciepły.
Nagle do Draco dotarło z całą mocą, że leży pod nim Harry. Nie chodziło o to, że dotykają się różnymi miejscami, ale o to, że dokładnie to poczuł. To subtelne ciepło, delikatniejsze od okrutnego gorąca, które otaczało Pottera. Oddech, omiatający jego policzek. Siłę w palcach wciąż ściskających jego ramię. Sposób, w jaki jedno z kolan Gryfona było lekko zgięte, przez co jego nogi właściwie nie leżały na nich, tylko pomiędzy nimi. To, jak trzymał dłonie obok głowy Harry’ego, przez co jego ciemne włosy łaskotały go w nadgarstki. Fakt, że gdyby opuścił głowę choć odrobinę, ich usta by się spotkały.
Gdyby. Jakby on, Draco, kiedykolwiek z własnej woli mógł to zrobić. Jakby lubił to, że ich ciała się dotykają. Jakby tego chciał!
Ale czegoś chciał, tylko że za nic nie mógł wymyślić czego.
Jednak w jego oczach musiało się w jakiś sposób odbić to, co nagle poczuł, bo Harry, którego źrenice wyglądały na bezdennie głębokie, szepnął:
— Boisz się?
Draco Malfoy miałby się bać? Harry’ego Pottera? No raczej nie. Otworzył usta, żeby rzucić jakąś ciętą ripostą, która zgasiłaby ten delikatny błysk w oczach Gryfona, która by go zraniła. W zamian opowiedział poważnie:
— Powinienem?
Moment, jakikolwiek by nie był, został zniszczony przez piłkarzy. Mimo że chłopcy czuli, jakby to trwało wieczność, tak naprawdę minęło raptem kilka sekund. Draco został brutalnie odrzucony i przeciągnięty kawałek dalej. Wpatrywał się w Harry’ego, kiedy kilku zatroskanych Puchonów sprawdzało, czy nic mu nie jest. Harry patrzył w bok, jego spojrzenie znowu było zupełnie puste i Draco przerażała ta pustka, choć nie potrafił wyjaśnić dlaczego.
Draco Malfoy przestraszony?
Najwyraźniej.
Bo Harry Potter chciał umrzeć. Draco nagle przypomniał sobie jego słowa, wypowiedziane wcześniej w szatni. „Nie wiedziałbyś, co ze sobą zrobić, gdybyś nie mógł się ciągle do mnie porównywać”.
Uderzyło go, jak prawdziwe było to stwierdzenie.

***

Traktowali go jak poległego bohatera. W jakiś niejasny sposób czuł się urażony, że kiedy Puchoni zajmowali się Malfoyem, on był pocieszany, jakby najgorszą częścią całego zajścia było wylądowanie pod Ślizgonem, a nie to, że mogło mu się coś stać. Zamiast szukać potencjalnych złamań, podawali mu rękę i podziwiali męstwo, dzięki któremu nie zabił Malfoya za to, że ten śmiał na niego spaść.
Gdyby Draco na niego nie spadł… Gdyby Harry nie złagodził jego upadku… Draco by umarł. Lekki szok i znokautowanie było niską ceną za pewność, że inny uczeń nie umrze, kiedy on będzie tylko bezradnie patrzył, tak jak stało się to z Cedrikiem. Nawet jeśli tym uczniem był Draco Malfoy.
Może zwłaszcza, jeśli chodziło o Draco Malfoya.
Krzywił się nawet wtedy, kiedy pozwolił Ronowi i Seamusowi podnieść się i zaprowadzić do Hogwartu, jakby był jakimś księciem poległym w walce. Nie był księciem. Nie był nawet ranny. Godził się jednak, żeby tak go traktowali, robił to całe życie. A przynajmniej odkąd skończył jedenaście lat.
Tej nocy śnił żywe sny, które pamiętał po przebudzeniu. Co samo w sobie sprawiało, że ta noc była inna, choć oczywiście jeszcze długo później będzie się zastanawiać, czemu akurat te sny wydały mu się bardziej kolorowe, niż wcześniejsze, i czemu nie było w nich żadnej wskazówki odnośnie tego, co miało nadejść.
Powinien się denerwować. W jakiś sposób powinien wiedzieć. Nie powinien w ogóle się obudzić następnego ranka.
Ale się obudził.
Kiedy zasnął wyczerpującym snem, śnił o tym, że płynie w górę płonącej rzeki. Tworzyły ją wielokolorowe strumienie: szkarłatne, złote, srebrne, zielone i żółte. Opływały go niczym jedwabne wstążki. Oplotły jego kostki i próbowały ściągnąć go w dół rzeki. Niebo było wyprane z kolorów i Harry wiedział, choć nie miał pojęcia skąd, że spadł z tego martwego nieba do rzeki wstążek i że jeśli da się porwać z prądem, to skończy z powrotem w niebie, zawieszony między czernią i bielą, w bezbarwnym zapomnieniu. Więc płynął w górę, walcząc z nurtem, w kierunku celu, który był poza zasięgiem jego wzroku. Niejasno go jednak słyszał — brzmiał jak ptaki wyśpiewujące o poranku dziką, niepohamowaną melodię.
Kiedy się obudził, pościel zaplątała mu się wokół kostek i przez długą chwilę miał wrażenie, jakby wciąż znajdował się w kolorowej rzece.
Słońce jeszcze nie wzeszło i pokój był jakby odlany w czerni i bieli. Nie przypominał barwnej rzeki, ale coś o wiele ciemniejszego. Harry poczuł ostre ukłucie rozpaczy, bo nic nie miało w sobie koloru, a sen obudził w nim tęsknotę za czymś głębokim i żywym, czego brakowało w jego życiu. Czymś, co błyszczało szkarłatem i srebrem.
Wstał i poszedł wziąć zwyczajowy prysznic. Jego oczy nie były aż tak matowe, ale w jakiś sposób ciemniejsze, jakby ktoś mu je podbił. Uśmiechnął się do siebie. To był zmęczony uśmiech, pełen tęsknoty, ale wciąż uśmiech. Woda była gorąca i para osnuła całą łazienkę, wirując, kiedy wyszedł spod prysznica ze spływającymi z niego strumykami. Kolejny raz starł parę pięścią z lustra i przyjrzał się swojej twarzy, szukając zmian.
— Wciąż dzieciak — wymamrotał, oglądając swoje odbicie. Dziecięcy uśmiech, dziecięce włosy, dziecięce ramiona. Jedyna część, która wyglądała dojrzalej, to oczy. Zielone, bezkresne i tak bardzo stare i zmęczone. Jakby widziały zbyt wiele. To było niepokojące i Harry odwrócił wzrok. Gdyby wiedział, że to ostatni raz, kiedy patrzy na swoją twarz przed zawaleniem się wszystkiego, ostatni raz, kiedy w ogóle wygląda jak mały chłopiec, obserwowałby dłużej. Może by się pożegnał przed odwróceniem się.
Ale tego nie zrobił. Przez kilka następnych poranków będzie się zastanawiał, jak mógł tak łatwo odpuścić ten niewinny błysk.
Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedział, co przyniesie dzień.

Koniec rozdziału drugiego
Ostatnio edytowano 13 mar 2017, o 18:11 przez Lasair, łącznie edytowano 2 razy
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez LasNoches » 25 lut 2014, o 15:29

Tak, jak przez pierwszy rozdział nie mogłam przebrnąć, to już w drugim poszło łatwiej. Jest lepiej. Ff zaciekawił mnie na tyle, że sięgnęłam po oryginał. Żeby nie spoiler'ować i psuć niespodziankę innym czytelnikom, powiem tylko tyle, że mimo iż ff na początku wydaje się średnich polotów, to z czasem - końcowe rozdziały - miały coś w sobie, że musiałam doczytać do końca ;] Rozpisałabym się, ale musiałabym wszystko zdradzić, więc zostawię to sobie, aż skończysz tłumaczenie. I może tylko ja mam takie odczucia, ale końcówka ff jest zaskakująca - chodzi o głownego bohatera - i wydaje mi się, że takowe ostrzeżenie powinno być. Chociaż - po 3 rozdziale - wszyscy domyślą się, o co będzie chodzić, to jednak w swoim odczuciu uważam, że powinno być. jednak.... mimo zakończenia, uważam, że ff jest dość... pozytywny?, jak na taką tematykę.
Pozdrawiam i życzę czasu do tłumaczenia :)
Malfoy uniósł ręce w udawanej obronie.

- Wyluzuj. Nigdy nie mówiłem nic o przemocy.

- Nie zgrywam się, Malfoy - ostrzegł Harry. - Twój łeb. Twoja d*pa.
LasNoches Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 12
Dołączył(a): 18 wrz 2012, o 18:17

Postprzez Lasair » 16 mar 2014, o 11:20

[rozdział zbetowany ponownie przez Lasair, dn. 19.03.2017]

Rozdział trzeci

Ron, Hermiona i Harry byli właśnie w drodze na śniadanie, kiedy podeszła do nich prefekt, Heather Murphy. Uśmiechała się przyjaźnie.
— Cześć, Hermiono — przywitała się serdecznie, zanim przeniosła wzrok na Harry’ego. — Ty jesteś Harry Potter, prawda?
Wszyscy wiedzieli, kim był, ale on wzruszył tylko ramionami i odparł:
— Tak.
— Dyrektor Dumbledore poprosił mnie, żebym cię znalazła. Chce, byś dołączył do niego w gabinecie podczas dzisiejszego śniadania.
Harry zmarszczył brwi.
— Czemu?
— To dziwne — stwierdziła Hermiona, krzywiąc się lekko. — Czy Harry ma kłopoty?
— Nie sądzę — odpowiedziała Heather, wzruszając ramionami. — W przeciwnym razie nie byłby zaproszony na śniadanie.
— Pewnie słyszał o tej całej akcji z Malfoyem — uznał Ron po namyśle. — O tych wszystkich przypadkach, kiedy próbował cię zabić i w ogóle.
Harry wywrócił oczami, ale nie odpowiedział, zamiast tego stwierdził:
— Dobra, myślę, że lepiej pójdę i zobaczę, czego chce.
Czuł się lekko zdenerwowany — albo może, kiedy później o tym myślał, powinien był być zdenerwowany, chociaż tak nie było. Nie miał pewności.
Był w gabinecie Dumbledore’a wystarczającą ilość razy, żeby znać drogę, ale pozwolił, żeby Heather go zaprowadziła. Zostawiła go na korytarzu i poszła do dyrektora go zapowiedzieć. Kiedy wyszła, zmarszczyła brwi i powiedziała do siebie zdumionym tonem:
— To dziwne, nie wiedziałam, że Dumbledore ma psa…
Kiedy zauważyła Harry’ego, przez chwilę wyglądała na zaskoczoną.
— Wybacz, Harry. Możesz wejść. Mam nadzieję, że nie boisz się psów, bo ten na górze jest naprawdę potężny.
Uśmiechnęła się i pośpieszyła na śniadanie. Gryfon nie zwrócił na to uwagi.
To musiał być Syriusz. Pognał do gabinetu, nie myśląc o dziwnej prośbie dyrektora, żeby zjadł z nim śniadanie, zapominając, że Syriusz może być w niebezpieczeństwie. Był tutaj, a Harry nie widział go od miesięcy.
— Syriusz! — zawołał i, ignorując dyrektora, opadł na kolana, a potem oplótł ręce wokół kudłatej psiej szyi i zanurzył twarz w grubym futrze. — Tęskniłem za tobą!
Dumbledore zaśmiał się cicho, kiedy Syriusz polizał chrześniaka po twarzy.
— No już, Syriuszu, przemień się. W moim gabinecie jest bezpiecznie, zapewniam.
Chwilę później pies zniknął, a na jego miejscu pojawił się Black, uśmiechając się lekko do Harry’ego, którego w innej sytuacji zaalarmowałby dziwny, poważny wyraz jego twarzy. Ale ten niczego nie zauważył, bo mężczyzna zaczął czochrać mu włosy, czego nikt wcześniej tak naprawdę nie robił.
— Witaj, Harry, usiądź, czekaliśmy na ciebie — powiedział spokojnie dyrektor.
— Co tu robisz? — spytał Harry Syriusza. Czuł się o wiele bardziej komfortowo, o wiele szczęśliwszy, niż był ostatnimi dniami.
Syriusz odwrócił wzrok.
— Dumbledore poprosił, żebym tu był, a ja się zgodziłem.
Harry zmarszczył brwi, w jego umyśle wreszcie zaczęło kiełkować podejrzenie.
— Czemu pan go wezwał, profesorze? — spytał Dumbledore’a, zajmując miejsce, które zostało mu zaproponowane. Syriusz usiadł obok.
Dyrektor wyglądał na bardziej wykończonego niż kiedykolwiek wcześniej. Mimo to zaproponował mu podpłomyki, babeczki i dzbanek soku dyniowego, które Harry uprzejmie wziął, chociaż nikt z pozostałych nic nie jadł. Zamiast tego Syriusz pytał go o oceny, quidditcha i inne, mało istotne rzeczy tak długo, aż chłopak wszystko przełknął. Potem niepewnie spojrzał na Dumbledore’a, a Harry podążył za jego wzrokiem.
Przełknął ślinę, nagle zdenerwowany.
— O co chodzi?
— Harry — zaczął ostrożnie dyrektor. — Jest coś, co muszę ci powiedzieć. Właściwie powinienem powiedzieć ci to lata temu, ale powstrzymywałem się, czekałem, aż będę pewny, aż… — urwał. To było tak do niego niepodobne, że nie mógł znaleźć słów, aby wyrazić to, co czuje. Harry wyprostował się na krześle i kompletnie zbladł. Dumbledore westchnął.
— Żywiłem nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie, że nigdy nie będziemy musieli odbywać tej rozmowy. Moją główną zasadą jest być zawsze szczerym z uczniami, którzy na tę szczerość zasługują, ale ty, Harry… Ty zasługujesz na o wiele więcej niż zwykła szczerość, ale to wszystko, co mogę ci dać. Chciałbym, aby było inaczej.
— O czym pan mówi? — szepnął chłopak.
Dyrektor zamknął oczy, ostrożnie dobierając słowa. Syriusz wpatrywał się w okno, jakby chciał rozbić je wzrokiem. Wyglądał na wściekłego.
— Twoja matka była odważną i zaradną kobietą, Harry — zaczął wreszcie starszy mężczyzna. — Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby nie była tak silna, tak dzielna, nie byłoby cię tu dzisiaj. Umarłbyś jako niemowlę. Starożytna magia, którą przywołała… Dotyczyła pewnej wymiany, mającej zapieczętować magię wokół ciebie, aby ochronić cię przed zaklęciem Voldemorta. Twoja matka nie miała wiele więcej prócz miłości i odwagi. Większość z tych, którzy decydują się na taką wymianę, ofiarowują swoje życie i duszę, ale jej życie i dusza przepadły jeszcze zanim układ został zawarty. Nie przywołała magii aż do tego ułamka sekundy między klątwą a jej śmiercią, więc nie miała co dać w zamian. Podczas tej chwili między śmiercią a próbą zabicia cię przez Voldemorta, kiedy jej dusza wciąż trwała zawieszona między światami, ona negocjowała ze starożytną magią i przelała w nią całe swe serce, całą miłość i odwagę w zamian za ochronę dla ciebie. Za szansę na dzieciństwo. Zazwyczaj, Harry… — tutaj głos Dumbledore’a stał się bardzo łagodny. — Zazwyczaj zaklęcie daje normalne życie. Ale twoja matka była martwa, kiedy zawierała układ, więc była w stanie zebrać w sobie wystarczająco dużo siły tylko na dzieciństwo.
Chłopak zamrugał szybko, marszcząc brwi. Logika nigdy nie była jego mocną stroną, zastanawiał się więc, do czego to wszystko zmierza. Kiedy Syriusz objął go ramieniem, spiął się, czując się coraz bardziej przerażony.
— Nie rozumiem — powiedział, przełykając nerwowo ślinę.
— Zaklęcie dało ci dzieciństwo, Harry.
Oczy Dumbledore’a były mocno skupione na jego twarzy. Rozważając to ostrożnie, Harry stwierdził:
— Dzieciństwo. No dobra. A kiedy to się kończy?
— Kiedy skończysz szesnaście lat — odparł dyrektor z nieskończoną troską w głosie.
— Więc zaklęcie więcej nie będzie mnie chronić?
Nastąpiła długa przerwa, podczas której Dumbledore kolejny raz uważnie szukał słów.
— Nie, Harry. Kiedy zaklęcie się skończy, stanie się to, co miało się stać piętnaście lat temu.
— To znaczy?
— Zaklęcie przywiązało cię do twojego ciała, powstrzymując śmierć. I kiedy ono się skończy… Kiedy wzejdzie słońce w dniu twoich szesnastych urodzin…
Oczy Harry’ego rozszerzyły się w nagłym zrozumieniu.
— Umrę — szepnął. Wstrzymał oddech na długą chwilę, czekając, aż ktoś zaprzeczy.
Nikt się nie odezwał.
Jedna sprawa, jeśli kompletnie zdrowy chłopak, myślący, że będzie żył wiecznie, nagle podczas snu nonszalancko zdecyduje, że ma dosyć życia i chce umrzeć. Ale co innego, jeśli tego samego chłopca postawi się przed faktem dokonanym i powie mu się: umrzesz.
— Ale moje urodziny są za dwa miesiące – stwierdził trzęsącym się głosem.
— Nie było nawet jednego dnia, żebym o tym nie myślał, żebym rozpaczliwie nie próbował znaleźć sposobu na zmianę stanu rzeczy, na wydłużenie zaklęcia twojej matki, Harry — powiedział cicho Dumbledore. — I wciąż są dwa miesiące. Masz moje słowo, że nie spocznę, póki nie znajdę odpowiedzi. Ale uznałem, że zasłużyłeś, by poznać prawdę.
— Prawdę? — Harry zaśmiał się chrapliwie. — Uważa pan, że na to zasłużyłem?
— Jesteś ostatnią osobą — stwierdził poważnie dyrektor — która na to zasłużyła.
— Pan… pan nie wie, jak to naprawić — myślał głośno Harry. — Pan, profesor Dumbledore, który zawsze znał wszystkie odpowiedzi, nie ma pan pojęcia, jak to naprawić! Niedługo… Niedługo umrę i nawet najpotężniejszy czarodziej wszechczasów nie wie, jak to odkręcić!
Ostatnie słowo zmieniło się w szloch i Syriusz sięgnął ku niemu, żeby go przytrzymać. Harry go odepchnął i zeskoczył z krzesła.
— Harry — zawołał Syriusz, którego oczy pociemniały i bił z nich bolesny smutek. — Harry, wciąż mamy czas! Możemy temu zaradzić.
— Dumbledore próbował to zwalczyć, odkąd byłem dzieckiem! — zawył Harry, któremu zakręciło się w głowie. — W jaki sposób dwa miesiące mają cokolwiek zmienić? — Przeniósł wzrok na dyrektora. — Skąd pan wie? Skąd pan wie, że zaklęcie wygaśnie?
— Chodzi o czas — odpowiedział cicho starszy mężczyzna. — Nie miała ani czasu, ani mocy na pełne zaklęcie, Harry. Siła Lily zawsze tkwiła w jej sercu, a nie w magicznych mocach.
Harry pokiwał głową.
— Racja. Racja. — To wciąż nie miało dla niego sensu. — Ja… Myślę, że powinienem już iść — szepnął.
— Harry… — zaczął Syriusz, ale Dumbledore pokręcił nieznacznie głową.
— Poprosiłem twojego ojca chrzestnego, żeby został w Hogwarcie przez kilka dni. Jeśli będziesz go potrzebował, będzie tu. Podejrzewam, że na razie wolałbyś zostać sam, ale nie zapominaj, że obaj jesteśmy w razie potrzeby do twojej dyspozycji. Wiem, że to trudne, ale nie trać jeszcze nadziei. Dwa miesiące to dużo czasu.
Harry zaśmiał się szorstko.
— Nie… Nie, jeśli właśnie się usłyszało, że na ich końcu czeka śmierć.
Żaden nie odpowiedział. Harry wypadł z gabinetu.
Nie miał zamiaru płakać. To było dziwne, ale płacz wydawał się zbyt prostą reakcją. Już nie wspominając, że płacząc, w jakiś sposób by się poddał. Straciłby nadzieję.
Ten mały chłopiec, który poddał się tamtej nocy, zamknął oczy i postanowił umrzeć… Teraz siedział prosto, z szeroko otwartymi oczami, błyszczącymi od łez. Harry naprawdę nie chciał umierać.
Nagle spanikował i prawie zapomniał, jak się oddycha. Dysząc i skomląc, oparł rękę o ścianę, walcząc z kompletnym rozsypaniem się. Miał wrażenie, jakby umierał już teraz. W sumie to by rozwiązało wszystkie problemy. Nie musiałby umierać w dniu szesnastych urodzin, gdyby umarł dzisiaj.
W innych okolicznościach ironia sytuacji nie uszłaby uwadze Harry’ego. Bo w momencie, kiedy zaczynał się dusić, zza rogu wyłonił się Draco Malfoy.

***

Prawie nie rozpoznał Harry’ego, co było dziwne. Draco zapamiętał rysy twarzy Pottera całe lata temu. Z zamkniętymi oczami potrafił przywołać z pamięci jego obraz, nawet jeśli akurat trwały wakacje i nie widzieli się od miesięcy. To było intensywne, jak obsesja i Draco zbyt się tego wstydził, żeby się nad tym zastanawiać.
Zawsze zaczynał przypominanie sobie jego twarzy od oczu. Najpierw w jego wyobraźni pojawiały się właśnie one i to dookoła nich układała się cała reszta. Może niektórzy kojarzą go głównie po bliźnie, a pozostałe szczegóły są tylko tłem. Kiedy Draco spotkał go po raz pierwszy, wtedy, w sklepie z szatami, praktycznie nie zwrócił uwagi na bliznę. Za to zawsze chciał, żeby jego oczy były tak zielone — to jego ulubiony kolor.
Jednakże teraz oczy Harry’ego nie były zielone i właśnie dlatego go nie rozpoznał. Były czarne. Nie był to kolor, który można znaleźć w puszcze z farbą ani taki, który widać w cieniach. To był taki rodzaj czerni, który właściwie nawet nie był odcieniem czy kolorem samym w sobie, ale tym, co zostaje po zabraniu wszystkich barw.
Znużone spojrzenie tych pustych oczu spotkało się z szarymi tęczówkami Draco. Harry zamknął powieki. Kiedy znowu je otworzył, wypełniała je okrutna zieleń. Wściekła.
— Potter — wyjąkał zaskoczony Malfoy. Jak mógł go nie rozpoznać?
Potter nie odezwał się ani nie poruszył. Do Draco dotarło, że ten nie mógł złapać tchu.
— Niech to szlag — jęknął Draco. — Nie umierasz kolejny raz, nie?
To złamało Harry’ego. Zaczął się śmiać. To był desperacki, dziki śmiech, brzmiący tak, jakby w każdej chwili miał zmienić się w płacz. Wbrew sobie, Malfoy był nieco przerażony.
Poprzedniej nocy, po akcji z lądowaniem na Potterze, postanowił, że będzie wobec niego chłodniejszy i bardziej okrutny niż kiedykolwiek wcześniej. To byłoby bezpieczniejsze i łatwiejsze niż to wszystko, o czym myślał na boisku do Quidditcha. Jednak teraz za nic nie potrafił sobie przypomnieć, jak być okrutnym.
— Jesteś ranny — stwierdził chwilę później Harry, jak tylko przestał się śmiać. Wpatrywał się w skroń Malfoya, na której widniał solidny guz po piłce.
— Taak. Puchoni chcieli to wyleczyć, ale biorąc pod uwagę ich zdolności w tym kierunku, uznałem, że wolę mieć guza, niż stracić głowę — odparł poszkodowany, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
Potter wyciągnął rękę i dotknął delikatnie zranienia. Draco niemal się przewrócił z szoku i… I strachu. Nikt wcześniej nie troszczył się o jego rany i niech go piekło pochłonie, jeśli pozwoli cholernemu Harry’emu Potterowi zrobić to jako pierwszemu.
— Boli?
— Tylko przy dotyku — warknął, czując ulgę, kiedy tamten zabrał rękę.
— Przepraszam.
„Przepraszam”? Draco skrzywił się mocno.
— W co ty grasz, Potter?
Chłopak odwrócił wzrok. Jego oczy znów pociemniały, a zieleń jakby się zmniejszyła.
— W nic. Nie wierzę już w żadne gry.
Nie, nie, nie. Nie. Nie pozwoli Harry’emu przestraszyć go pustym spojrzeniem i histerycznym śmiechem. Uśmiechnął się smutno i dotknął guza na głowie, stwierdzając nonszalanckim tonem:
— Ja też nie. A już na pewno nie w piłkę nożną.
Starał się nie myśleć, że właśnie próbował rozśmieszyć Pottera. Czy coś w tym stylu.
Potter zamrugał i z powrotem utkwił zdziwione spojrzenie w Draco.
— Powinieneś częściej to robić.
— Robić co? Dostawać piłką w głowę?
— Uśmiechać się.
— …Och. Hmm, Potter, wszystko z tobą w porządku?
Harry raz jeszcze mrugnął, a jego oczy znów pociemniały.
— Jasne — odpowiedział bezbarwnym tonem.
I znowu zrobiło się depresyjnie i przerażająco.
— Cóż, cieszy mnie to — stwierdził Draco zjadliwie. — Nie zniósłbym myśli, że zaczarowany świat cholernego Harry’ego Pottera nie jest pełen słonecznego blasku i stokrotek.
— Słonecznego blasku i stokrotek? — powtórzył Potter, marszcząc brwi.
— Tak, no wiesz. Światło słońca i te małe, białe kwiatki, które rosną w rowach? — Malfoy przewrócił oczami. — Serio, Potter, jesteś dzisiaj jeszcze bardziej ociężały umysłowo niż zwykle. Przygnębiająca jest świadomość, że nawet ten ograniczony poziom inteligencji, z którym muszę obcować, pojawia się i znika.
Na szczęście znów pojawiła się jasna zieleń. Mógł się zadawać z Harrym, kiedy jego oczy błyszczały taką zieloną wściekłością. Lepiej go rozwścieczać, niż patrzeć, jak jest smutny.
Co? Czemu to ma znaczenie, jakiego cholernego koloru są oczy Pottera?
Bo ulubionym kolorem Draco był zielony.
— Co, do diabła, wiesz o słońcu i stokrotkach? — warknął Potter. Furia w jego głosie poruszyła jakąś strunę głęboko w środku Malfoya. To było coś znajomego. Ten bezsilny rodzaj wściekłości, który może czuć zwierzę przekraczające granice własnego więzienia. Ten rodzaj wściekłości, który czuje chłopiec podczas zakładania najbardziej eleganckich szat wyjściowych, bo na obiedzie mają pojawić się śmierciożercy i jego tata chce, żeby sprawiał dobre wrażenie. Ten rodzaj wściekłości, który pojawia się, kiedy chłopiec musi siedzieć i słuchać długiego wykładu o tym, jak nie okazywać strachu przed Czarnym Panem. Kilkunastoletni chłopcy nie mogą czuć strachu.
— Wystarczająco wiele — odparł ostrożnie Draco, nie wiedząc, jak poradzić sobie z chłopakiem, który zmienił się nie do poznania. Stał się nieprzewidywalny, dziwny i było w nim coś innego. Nie był tą samą osobą, na której leżał Draco zaledwie noc wcześniej. — Wiem, że światło słoneczne potrafi być tak oślepiające, że potem wszystko inne wydaje się być zbyt białe i czyste, i boli mnie od tego głowa. Wiem, że stokrotki są chwastami pełnymi owadów. Wiem, że wolę deszczowe dni i diabelskie sidła.
Harry zamrugał.
— Przepraszam — powiedział niemal na bezdechu. — Nie czuję się dzisiaj za dobrze i nie mam ochoty się teraz z tobą użerać.
— Ooo, czyżby dzisiaj nie wszystko było idealnie piękne w świecie Harry’ego Pottera? — spytał Malfoy słodkim głosikiem, próbując utrzymać błysk złości w oczach towarzysza.
Nie był przygotowany na czystą furię, wzbierającą w chłopaku przez jego słowa.
— Nie masz pieprzonego pojęcia o czymkolwiek, Malfoy, więc przestań, kurwa, udawać, że jest inaczej!
Potem było już tylko gorzej, kiedy Harry zaczął trząść się na całym ciele i warczeć. Wściekłość eksplodowała. Uderzył pięścią w ścianę w wybuchu bezmyślnej złości. Ścianie nic się nie stało, bo była z kamienia, ale ręka Harry’ego już nie. Malfoy wzdrygnął się, słysząc tępy odgłos pękających kości. Gryfon sprawiał wrażenie, jakby tego nie czuł.
— Cholera jasna, Potter — rzucił Draco, biorąc ostrożnie jego dłoń. Nie miał pojęcia, czemu się tym przejmował. Może czuł się w jakiś sposób odpowiedzialny. W końcu celowo irytował chłopaka, nawet jeśli tylko dlatego, że to było łatwiejsze do zrozumienia niż alternatywa — ten dziwny spokój.
Delikatnie odgiął złamane palce, z popękanych kostek sączyła się krew. Harry nawet nie pisnął. Draco spojrzał na niego karcąco.
— I w czym ci to niby pomogło, Potter? Serio, ściana ma gdzieś fakt, że jesteś wkurzony. Boli?
— Tylko przy dotyku — odparł Harry pusto. Jego oczy się zaszkliły.
Grymas na twarzy Malfoya wyraźnie pokazywał, jak bardzo nie podoba mu się to, że jego własne słowa wykorzystywane są przeciwko niemu. Uważnie oglądając rozcięcia na palcach, wyjął różdżkę. Podtrzymywał rękę Pottera, a ich dłonie się dotykały.
— Może zapiec — ostrzegł, ale Harry wyglądał, jakby w ogóle nie zwracał uwagi ma ból promieniujący z palców, więc Draco wątpił, czy poczuje pieczenie zszywanej skóry i zrastających się kości.
Wypowiedział zaklęcie leczące, którego nauczył się tego lata. Przytrzymał rękę Harry’ego na czas gojenia. Machinalnie gładził kciukiem jego dłoń, jakby chciał go uspokoić, ale żaden z nich nie zwrócił na to uwagi.
— Już — powiedział, odsuwając się, kiedy leczenie się skończyło. — Mam nadzieję, że następnym razem nie będziesz na tyle głupi, żeby wyładowywać się na ścianie.
Oczy Harry’ego powoli się zamknęły, a on sam wyglądał na znużonego.
— Nie mam na czym.
— Potter, zawsze masz od tego mnie.
Zmęczone zielone oczy spotkały się ze srebrnymi. Potter uśmiechnął się gorzko.
— Czyżby? Niczego nie mam na zawsze, Malfoy. Nic nie trwa wiecznie. — Machnął ręką w roztargnieniu. — Dzięki. Za naprawienie ręki. Masz rację, to było głupie. Następnym razem zamiast tego dam ci w pysk.
Draco wyszczerzył się.
— A przynajmniej spróbujesz.
Potter odwdzięczył się niewielkim i raczej niechętnym uśmiechem, ale to było szczere, a Draco był zaskoczony. On i Gryfon uśmiechają się do siebie? Poważnie, dokąd zmierza ten świat?
— Tak. Spróbuję. — Harry pokiwał głową i posłał jeszcze jeden słaby uśmiech, po czym odwrócił się i odszedł, nie mając konkretnego celu. Draco pozwolił mu na to — w końcu kim niby był, żeby się przejmować, jakie ściany Harry Potter zamierza bić albo gdzie pójdzie, jeśli będzie chciał umrzeć? Nikim. Draco Malfoy był nikim.

***

Harry nie poszedł na lekcje. Bo niby po co? Co się stanie, jak nie zda piątego roku? Już nic nie miało znaczenia. O ironio — na myśl, że jeszcze kilka dni temu uznał, że życie jest zbyt trudne i że chce umrzeć, był wściekły. Boleśnie, ślepo wściekły. Jak ktokolwiek śmiał odebrać mu życie?! Jedyną rzecz, która była tak zupełnie, prawdziwie jego?! Cóż, najwyraźniej nie. Ono nigdy nie należało do niego, okazało się być jedynie pożyczką od matki.
Powinien był umrzeć wiele lat temu, ale skoro nie umarł, teraz był za to karany. Wolałby nie wiedzieć. Wolałby po prostu pójść spać w przeddzień szesnastych urodzin i się nie obudzić. Wtedy przynajmniej spędziłby ostatnie dwa miesiące tak samo odrętwiały, odurzony, jak przez ostatni tydzień, a nie spanikowany.
Z drugiej strony, może o to właśnie chodziło. Może coś, to samo coś, które wyznaczyło Draco Malfoya na jego strażnika, uznało, że Harry zasłużył, by wiedzieć, że umiera. Żeby nie spędzić ostatnich dwóch miesięcy w ten sposób. Żeby nie brał ich za pewnik. Żeby dotarło do niego, że i tak miał szczęście, bo dostał chociaż tyle czasu. Może nie tyle, co większość osób, ale i tak więcej, niż początkowo było mu przeznaczone.
Żeby wiedział, że mylił się, chcąc umrzeć. Życie nie było wcale tak trudne, jak myślał — to umieranie stanowiło tę trudną część. Życie, kiedy masz absolutną pewność, że to nie będzie trwało wiecznie — to było ciężkie. Wczorajszy dzień i wszystkie poprzednie? Bułka z masłem, w porównaniu do tego.
Ale Harry był za bardzo otumaniony i zły, żeby myśleć w ten sposób. Żeby zastanowić się, czy może nie sprowadził tego na siebie, chcąc umrzeć. Może to całe: „uważaj, czego sobie życzysz” dało mu to, na co zasłużył. Czego chciał.
Zamiast tego, jedyne, o czym myślał, to że umrze —dlatego, że jego matka była zbyt słaba, by go uratować.
Nie wiedział, jak znalazł się w pokoju wspólnym. Był sam. Ranek minął bezmyślnie i bezcelowo, a teraz siedział tu na podłodze i bawił się nożem. Głupie, chociaż w tamtej chwili wydawało się genialne. Zabrał nożyk, którego Dean używał do ostrzenia ołówków (twierdził, że to lepsze od każdej temperówki), wysunął ostrze i się nim bawił.
Umierał i był przerażony, i nie do końca pewny, czy kiedykolwiek tak naprawdę żył. Skoro miał umrzeć jako dziecko i przeżył tylko dzięki zaklęciu jego matki, to czy nie była to jakby magiczna forma podtrzymywania życia? Co jeśli w ogóle nie żył? Co jeśli jego ciało było torturowane zaklęciem Voldemorta, które walczyło z magią jego matki, aż jedyne, co zostało, to pokręcone ciało? A on w nim mieszkał, bo to właściwie nawet nie było życie, nie naprawdę. Bo jak może żyć, skoro życie niejako straciło datę ważności? Jak jogurt albo ser. Albo chleb. Łatwo się psuło. Miało ograniczony okres trwałości. Właściwie nigdy nie żył i na pewno to nie było prawdziwe.
W jaki sposób ta nagła śmiertelność miałaby być prawdziwa?
Nie była i udowodni to sobie.
Przeciął skórę, jedno cięcie na przedramieniu, ale nie na nadgarstku (w końcu już nie chciał umrzeć), tylko z drugiej strony.
Nie będzie krwawił. Nie był prawdziwy i to też nie było prawdziwe. Nie będzie krwawił.
Ale krew popłynęła.
To była ciepła i jasna czerwień. Popłynęła wzdłuż ręki jak jedwabna wstążka. Prawie jak w tamtym śnie. Dotknął jej i podniósł palec do ust; miała słony, miedziany posmak.
Więc to jednak było prawdziwe. On był prawdziwy, i życie też a to wszystko nie było tylko koszmarnym snem.
Rzucił nożem przez pokój, wkładając w to całą swoją złość. Z jego gardła wydobyło się coś pomiędzy rykiem a szlochem. Nóż uderzył w kamienną ścianę, przeciął gobelin i upadł na podłogę; był cały we krwi.
— Accio nóż — szepnął. Przedmiot prześlizgnął się po posadzce i wsunął w jego dłoń. Schował ostrze i włożył do kieszeni. Zaczął przyglądać się krwi spływającej z głębokiego rozcięcia.
W końcu czerwień wyschła, zmieniając się w brudny brąz. Przestał krwawić. Harry pozwolił, by rękaw jego szaty zakrył krew, nie trudząc się czyszczeniem. Chciał mieć możliwość spojrzenia na to następnym razem, gdy zwątpi w prawdziwość całej sytuacji. Bo to się działo. Było przynajmniej tak samo realne, jak wszystko inne, może nawet bardziej. Bo po raz pierwszy w życiu ktoś powiedział mu prawdę. Nie powinno go tu być i za dwa miesiące ten błąd zostanie naprawiony.
Okres przydatności do życia się skończy, a on przestanie istnieć, tak jak powinien piętnaście lat temu.

***

Od trzech dni żył ze świadomością, że umrze. Wciąż płonęła w nim wściekłość. Jeśli to możliwe, była coraz większa. Bo minęły tylko trzy dni, a Harry już czuł, że czas przecieka mu przez palce. Wciąż nie prowadził normalnego, prawdziwego życia. Wstawał, nie szedł na lekcje (odpuścił je sobie, kiedy dowiedział się, że nie dożyje szóstego roku, a potem nie chciał zostać zganiony za brak zadania domowego), jadł, szedł spać. Nic go nie wzruszało, nic nie miało znaczenia, a to przypominało mu, czemu wcześniej chciał umrzeć. Poza tym, że nie chciał już żyć. Po prostu nie chciał już egzystować w ten sposób.
Nie czuł, nie dbał o nic, nie mógł znaleźć żadnego punktu zaczepienia, czegoś, czego będzie mu brakowało — poza oddychaniem, prostotą wzięcia głębokiego oddechu. To było dziwnie uspokajające, choć nigdy wcześniej tego nie zauważył. Przez ostatnie trzy noce tylko leżał, wsłuchując się we własny oddech i zastanawiając się, jak to będzie przestać.
Teraz siedział nad jeziorem i ze złością wrzucał kamienie do wody. Ron był zajęty, a Hermiona się do niego nie odzywała — obraziła się, bo bojkotował zadania domowe. Oczywiście nie powiedział jej dlaczego. Nikomu nie powiedział, nie poszedł też ani do Syriusza, ani do Dumbledore’a. Nie potrzebował nikogo. Zresztą w czym ktokolwiek mógłby pomóc?
Za każdym razem, gdy znalazł płaski kamień, przesuwał palcami po wygładzonej wodą powierzchni i brał głęboki oddech przed rzuceniem go do wody, puszczeniem kaczki. To stało się sposobem odmierzania czasu, a ostatnimi dniami Harry nic innego nie robił. Każda mijająca sekunda była następną, której już nigdy nie odzyska. O krok bliżej do urodzin. Za każdym razem, kiedy kamień odbijał się od powierzchni, jego serce miało zabić coraz mniej razy. Raz, dwa, trzy, tonie.
Nie liczyło się nic poza puszczaniem kaczek i oddychaniem. Wdech, rzut, wydech, rzut, wdech, rzut, wydech. Proste.
Mijały godziny, słońce zaszło (kolejny zachód słońca, którego już nigdy więcej nie zobaczy) i stało się zbyt ciemno, żeby widzieć kamienie. Idąc w stronę zamku, zastanawiał się, co by się stało, gdyby tak po prostu odwrócił się i poszedł w drugą stronę. Uciekłby od tego wszystkiego, gdzieś do lasu, może do Hogsmeade. Zniknąłby. Kto by to zauważył?
— Najwięcej sensu miałoby pójście na wprost w las, potem trzy dni na południe, aż doszedłbyś do małej wioski po drugiej stronie. Nawet nie wiem, jak się nazywa, ale widziałem ją na mapie w bibliotece. W ten sposób, gdyby ktoś za tobą poszedł, uznałby, że poszedłeś do Hogsmeade i miałbyś większe szanse na ucieczkę, zanim zaciągnęliby cię z powrotem. — Słowa wypowiedziane były nieobecnym, znudzonym tonem i Harry był pewny, kto je wypowiedział, zanim zdążył się odwrócić. Tylko Draco mógł mówić w ten sposób i jednocześnie nie brzmieć jak kompletny dureń.
Chyba że brzmiał jak dureń, ale robił to na tyle dobrze i Harry był tak do tego przyzwyczajony, że to było w jakiś sposób powyżej zwykłego poziomu durnowatości.
Słońce już niemal zaszło i światła stały się mgliste. Gryfon odwrócił się powoli i zaczął w ciszy obserwować chłopaka. Tamten siedział na schodach prowadzących do zamku i patrzył wyzywająco. W końcu Harry powiedział:
— Dużo myślisz o tym, jak najłatwiej uciec?
Draco wzruszył ramionami.
— Zawsze tak robiłem. Wymyślałem, jak mógłbym się ewakuować z każdego miejsca, w którym zostaję dłużej niż godzinę. Niektórzy nazywają to paranoją. Ja — ostrożnością. W końcu nigdy nie wiesz, kiedy będziesz musiał uciekać.
Potter rozważał przez chwilę słowa Ślizgona, po czym też odpowiedział wzruszeniem ramion, opadając na stopień obok.
— Palisz? — spytał.
Draco wyglądał na zaskoczonego.
— Nie. A ty?
— Nie. Ale tak sobie myślę, że to dobry moment, żeby zacząć.
— Wiesz, palenie zabija — wytknął Malfoy z roztargnieniem.
— Niewystarczająco szybko.
— Chcesz szybko umrzeć?
— W ogóle nie chcę umierać — stwierdził nagle Gryfon, po czym zmienił temat. — Swoją drogą, co tu robisz?
Ślizgon milczał przez chwilę, a kiedy się odezwał, w jego głosie dało się wyczuć lekkie rozbawienie.
— Oczywiście, że cię szukam, Potter. Minęły całe dni, odkąd uratowałem cię przed spadającym kubłem albo przepoconym schowkiem. Już zaczynałem myśleć, że umarłeś. Całkiem logiczne założenie, biorąc pod uwagę fakt, że nie pojawiłeś się na lekcjach przez trzy dni.
— Naprawdę przyszedłeś mnie szukać? — Harry był jednocześnie zdziwiony i sceptyczny.
— Nie, idioto — odparł Draco, przewracając oczami. — Po prostu chciałem pobyć sam, potrzebowałem pomyśleć, a ciężko jest być samemu w pokoju wspólnym Ślizgonów, więc przyszedłem tutaj. Co ci do tego?
— Chciałeś pobyć sam? — Potter poczuł się dziwnie zraniony. — W takim razie już pójdę.
— Nie! Znaczy, nie. Zostań, jeśli chcesz. Jesteś tak bardzo niegodny mojej uwagi, że to i tak nie ma większego znaczenia, czy tu jesteś.
Harry uśmiechnął się lekko i odprężył. Schody były wciąż nagrzane od słońca, a między nimi trwała jakaś dziwna, jakby towarzyska cisza. To było niemalże to, co zbliżyło jego, Rona i Hermionę na pierwszym roku. Jak mogliby pokonać razem dorosłego górskiego trolla i nie stać się czymś w rodzaju przyjaciół? Oczywiście w przypadku Malfoy chodziło o inne rzeczy: serię dziwnych wypadków, tamten wieczór na boisku do Quidditcha i jego złamaną rękę.
— Czego się tak boisz? — spytał nagle Draco.
Napięcie powróciło.
— Słucham? — odparł chłodno Harry.
— Ostatnio zachowujesz się, jakbyś się bał własnego cienia. Nie, żeby mnie to obchodziło — dodał chłopak szybko. — To po prostu… Dziwne.
— Niczego się nie boję — skłamał Gryfon.
Malfoy zaśmiał się drwiąco.
— Daj spokój, Potter. Tylko ktoś, kto ma się czego bać, tak bardzo panikuje na widok dementora, tak jak ty na trzecim roku.
— Poważnie? — odpalił Harry. — Słyszałem, że prawie posikałeś się w gacie.
To zdecydowanie ucięło temat i po chwili Draco wymamrotał:
— Zapomnij.
Harry pokiwał głową z satysfakcją i zeskoczył ze schodów, ruszając w kierunku Hogsmeade.
— Oszalałeś? — zawołał Ślizgon. — Mówiłem ci, jeśli chcesz uciekać, to w drugą stronę!
— Nie uciekam — odpowiedział Potter, przewracając oczami.
— Więc co robisz?
— Idę do Hogsmeade po papierosy.
Był zaskoczony, kiedy Draco po krótkiej chwili wstał i poszedł razem z nim, ale nie powiedział już nic.

***

— Wiesz, jest późno — stwierdził Draco, wciskając ręce do kieszeni. — Będziemy mieli przez to niezłe kłopoty.
Harry wyglądał na zaskoczonego.
— Przejmujesz się tym?
Malfoy wzruszył ramionami.
— Raczej nie.
— Poza tym wcale nie musiałeś ze mną iść.
— I tak nie mam nic lepszego do roboty.
— Och.
Ślizgon patrzył na niego kątem oka, ale chłopak wydawał się go ignorować. To oczywiście było jak najbardziej w porządku, w końcu nie zdecydował się na tę wycieczkę, żeby czerpać przyjemność z jego towarzystwa. To była po prostu lepsza opcja na spędzenie wieczoru, niż siedzenie samemu i pogrążanie się w myślach o Lisie, która nie odezwała się do niego ani słowem, odkąd go rzuciła.
Zresztą było w tym coś ekscytującego. Łamanie zasad, jakby nie obchodziło go, że Dumbledore pewnie napisze o tym ojcu. Udawanie, że nie boi się wizji Lucjusza Malfoya, który dowiaduje się, że jego syn świadomie łamie szkolne zasady. Bo Malfoyowie nie łamią zasad, a przynajmniej nie pozwalają nikomu się o tym dowiedzieć. Malfoyowie są postrzegani jako praworządni i uczciwi. Malfoyowie nie dostają szlabanów.
Draco wciąż pamiętał karę, którą dostał za szlaban w pierwszej klasie. Był uziemiony przez dwa tygodnie i nawet nie mógł wyjść z sypialni!
Przed tamtymi wakacjami w sumie i tak rzadko wychodził z pokoju. To nie było warte zachodu. Po co opuszczać sypialnię, skoro poza nią i tak nie było nic do roboty? Jednak po dwóch tygodniach uwięzienia zaczął coraz więcej czasu spędzać na zewnątrz. Dwór otaczały kilometry francuskich ogrodów pełnych róż, kamiennych i wodnych kompozycji; był też obszar wypełniony niebezpiecznymi krzewami. Draco spędził wtedy resztę lata, a także każde następne, właśnie tam, łowiąc ryby w stawie, siedząc nad fontanną czy włócząc się bez celu. Niczego nie znosił bardziej od bycia w zamknięciu. Czuł się jak w więzieniu.
Spojrzał na Harry’ego z namysłem. Słyszał, że mugolscy krewni chłopaka zamykali go w komórce . Kazali mu tam spać. Zastanawiał się, czy obaj tam samo mocno pragnęli bycia na zewnątrz.
Oczywiście Draco lubił tylko francuskie ogrody. Nie przepadał za otwartymi przestrzeniami czy dzikimi lasami. Nie było w nich ani krzty symetrii, żadnych wzorów, a to go denerwowało.
Harry… Ślizgon mógłby się założyć, że Harry’ego ciągnęło tylko do dzikiej natury, takiej nieprzewidywalnej. Francuskie ogrody by go nudziły, tego był pewny.
I wtedy zaczął się zastanawiać, skąd wie. I właściwie dlaczego go to obchodzi.
Przełknął głośno ślinę, na co Gryfon spojrzał na niego pytająco.
— Co?
— Tak sobie tylko myślałem — odpowiedział Draco, wzruszając ramionami. — Już prawie jesteśmy.
— Wiem — odparł Harry.
Hogsmeade nocą było zupełnie inne niż to, które zapamiętali chłopcy. Sklepy z psikusami czy słodyczami były zamknięte, a światła wyłączone. Jedynymi oświetlonymi budynkami były te, na które nie zwracali uwagi podczas szkolnych wycieczek. Towarzyszący im opiekunowie prędzej by umarli, niż wpuścili ich do środka. Małe, obskurne puby, kluby ze striptizem, kasyna i tancbudy.
Draco się zawahał, rozglądając się z przerażeniem. Malfoyowie nigdy nie chodzili do takich miejsc, w grę wchodziły wyłącznie przyjęcia z klasą i ekskluzywne kluby.
Z kolei Harry się nie zatrzymał. Wszedł śmiało do miasteczka, ignorując kobiety wołające sprośne rzeczy z okna nad jednym z klubów, i poszedł prosto do sklepu usytuowanego na końcu ulicy, oświetlanego przez pokryte jakąś tłustą mazią latarnie. Ślizgon poszedł za nim, ale dopiero po tym, jak zauważyła go kobieta z okna i zaczęła wołać za nim: „śliczny chłopcze” i składać mu niestosowne propozycje. Za darmo.
Malfoyowie nigdy nie przyjmowali nic za darmo.
— Potter! — zawył, biegnąc za chłopakiem. — Czekaj!
Harry wyszczerzył się, gdy Draco go dogonił. Ten drugi z kolei zaczął się zastanawiać, od kiedy to Potter stał się tym bardziej dzikim, za którym się ciągle biega.
Weszli do sklepu i Ślizgon starał się trzymać jak najbliżej towarzysza, żałując, że się na to zdecydował — bardziej, niż czegokolwiek, co kiedykolwiek zrobił.
— Macie papierosy? — spytał Harry sprzedawcę zniżając głos, starając się brzmieć normalnie.
Mężczyzna za kontuarem taksował ich uważnym spojrzeniem, marszcząc brwi.
— Jakie konkretnie? — spytał po długiej przerwie.
Tym razem to Gryfon nie wiedział, co zrobić. W końcu nie palił, więc nie miał o markach bladego pojęcia.
— Eee… — zająknął się, zerkając błagalnie na Malfoya.
— Marlboro Light — rzucił szybko Ślizgon.
Sprzedawca zaśmiał się pod nosem.
— To babska marka.
— Są dla mojej matki — skłamał chłopak.
— Czyżby? A kim jest twoja matka?
— Narcyza Malfoy.
Pojawiła się pełna napięcia cisza. Draco drgnął niespokojnie. Wiedział, że jego matka bywała czasem w Hogsmeade u wybitnego krawca, ale nie miał pojęcia, czy kiedykolwiek tu zawitała i czy kupowała papierosy. Jeśli tak, sprzedawca by ją zapamiętał. Narcyza Malfoy była kobietą, której nie dało się zapomnieć.
W końcu mężczyzna rzucił paczkę na ladę. Harry szybko zapłacił, zabrał ją i wyszedł, Ślizgon zaraz za nim. Na zewnątrz uderzył Malfoya w ramię.
— Kupiłeś mi babską markę!
— Moja mama je pali! — zawołał Draco. — I miałeś szczęście, że tam byłem, bo bez mojej pomocy usłyszałbyś, że masz spieprzać. A teraz już chodź, nie lubię Hogsmeade w nocy.
— Ooo, Draco się boi?
— Nie, ale ty powinieneś.
— Ja? Niby dlaczego?
— Bo jak nie przestaniesz, to skopię ci tyłek!
Harry zaśmiał się.
— Chciałbym to zobaczyć, Malfoy!
Wciąż zanosząc się śmiechem, popędził w dół ulicy, którą przyszli.
— Do ciężkiej cholery — wymamrotał Ślizgon. — Mam kolejny raz lecieć za tym głupim gnojkiem?
Nie zwlekał jednak długo — pobiegł za Harrym.
Pędzili, aż gdzieś w połowie drogi do Hogwartu zabrakło im tchu.

Koniec rozdziału trzeciego
Ostatnio edytowano 19 mar 2017, o 18:24 przez Lasair, łącznie edytowano 3 razy
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez Lasair » 10 kwi 2014, o 18:05

[rozdział ponownie zbetowany przez Lasair, dn.13.03.2017]

Rozdział czwarty

— No chodź — powiedział Harry, kierując się w stronę jeziora, kiedy weszli z powrotem na szkolne błonia.
Draco zatrzymał się i zaczął wpatrywać w Pottera.
— Co? Gdzie idziesz? — spytał.
Tamten odwrócił się i, idąc chwilę rakiem, odpowiedział:
— Zapalić, to chyba jasne. Chodź.
Zaproszenie do zapalenia papierosa z Harrym Potterem było dla Malfoya czymś całkiem nowym i obcym. Przez naprawdę długą chwilę zastanawiał się, czy go nie wyśmiać i nie odejść.
Harry to zauważył, ale tylko wzruszył ramionami i poszedł dalej.
— Cholera — mruknął Draco do siebie. — Jak do tego doszło? Żebym łaził za Potterem cały cholerny dzień. — Potem, już głośniej, dodał: — Poczekaj na mnie!
Poszli na przystań, gdzie Hagrid cumował łódki, którymi przypływali pierwszoroczni. Zdjęli buty i usiedli na krawędzi pomostu. Na szczęście ich stopy wisiały kilka cali nad ciemną powierzchnią wody — Draco zdecydowanie nie chciał kusić kałamarnicy.
— Masz — powiedział Harry, wręczając mu papierosa i samemu biorąc jednego. Trzymali je niepewnie; żaden z nich nigdy nie palił.
— Jak je zapalimy? Nie mam zapalniczki.
— Czego? — spytał Draco, wywracając oczami. — To jakiś mugolski przyrząd? Doprawdy, Potter.
Użył różdżki, powtarzając zaklęcie, które usłyszał od matki, a z którego ona korzystała tysiące razy. Kilka sekund później wpatrywali się zdegustowani w zapalone papierosy, za wszelką cenę starając się nie spoglądać na siebie nawzajem. W końcu Draco absolutnie nie chciał, żeby Harry wiedział, że Malfoy nigdy wcześniej tego nie robił, a Harry nie chciał, żeby Draco wiedział, że nie ma pojęcia, co dalej. To Potter pierwszy zebrał się na odwagę, by włożyć papierosa do ust i się zaciągnąć. Przez długą chwilę Malfoy nerwowo patrzył na jego twarz, czekając na reakcję.
— Kurwa! — krzyknął Harry, kaszląc i krztusząc się. Oczy zaszły mu mgłą. — Kurwa mać! — Kiedy wreszcie przestał się dusić, spojrzał na towarzysza, który wciąż nie odrywał od niego wzroku.
— Teraz ty.
— Po tym?! — zawył chłopak.
— Boisz się?
Draco rzucił mu wyzywające spojrzenie, po czym uniósł papierosa do ust i wziął ostrożny wdech .
Omójboże — wydyszał jednym tchem, krzywiąc się. — To jest ohydne!
— W sumie mi smakuje —stwierdził Harry beztrosko i zaciągnął się jeszcze raz, tym razem dusząc się o połowę mniej. Noc była ciepła, gwiazdy odbijały się na gładkiej powierzchni wody, a jedyne dźwięki stanowiły szum wody i odległe cykanie świerszczy. Draco zerknął na Harry’ego, po czym również się zaciągnął. Od powstrzymywania kaszlu łzy napłynęły mu do oczu. Długą chwilę siedzieli w ciszy. Harry wypalił całego papierosa, Draco z kolei pozwolił swojemu się spopielić. Potem Potter westchnął.
— Powinniśmy wracać — powiedział, brzmiąc nagle na bardzo zmęczonego.
Było późno, a niezależnie od tego, czego chciał Potter, Malfoy miał szczery zamiar pójść następnego dnia na lekcje.
— Taa — odparł Draco, niechętny do powrotu do pokoju wspólnego. Tu było ciszej, a on ostatnio pragnął ciszy.
Mimo to wstał i odwrócił się z zamiarem powrotu do zamku.
Coś dużego i czarnego mignęło nieopodal. Draco wrzasnął.
— Co to jest?!
Harry obejrzał się przez ramię i przewrócił oczami.
— Odwal się! — zawołał. Stwór (Draco przyjrzał się wystarczająco dokładnie, żeby stwierdzić, że to ogromny czarny pies) zatrzymał się i w jakiś sposób wyglądał na zranionego. — Wracam, nie musisz mnie zmuszać.
— Potter — syknął Draco, starając się nie ruszać, żeby nie przyciągać uwagi monstrum. — Co to, do cholery, jest?
Pies spojrzał na niego, po czym przeniósł wzrok z powrotem na Harry’ego. Podszedł bliżej i zaczął skrobać łapą po ziemi. Gryfon westchnął.
— Jeśli zamierzasz dać mi wykład, Syriuszu, zrób to po angielsku. Możesz mu ufać.
— Ufać mnie ?! — zawołał urażony Draco. — Potter, nie możesz mi ufać! Jestem Malfoyem!
Chłopak spojrzał na niego krzywo.
— Faktycznie, jesteś. Zapomniałem.
Pies wydawał się uwierzyć Harry’emu na słowo i sekundę później już go nie było. Na jego miejscu stał mężczyzna, którego Draco niejasno rozpoznawał. Nagle zesztywniał.
— Potter — szepnął. — Musimy uciekać.
— Czemu? — spytał Harry, marszcząc brwi.
— To Syriusz Black! Morderca!
— To mój… Ojciec chrzestny.
Co?!
— Po prostu… Zaufaj mi, dobrze?
— Ja nikomu nie ufam. Jestem Malfoyem, tak mnie wychowano.
Harry rzucił mu tylko jeszcze jedno spojrzenie, po czym zwrócił się do Syriusza.
— Co? — spytał niegrzecznie, a Draco zaczął się zastanawiać, czy chłopak traktuje w ten sposób wszystkich krewnych. Nic dziwnego, że zamykali go pod schodami!
— Harry, — zaczął Syriusz znużonym tonem — wszędzie cię szukaliśmy. Nie masz prawa wymykać się w ten sposób.
— Nie mam prawa? Mam pełne prawo! — zawołał Potter.
Black zignorował jego wybuch.
— Pomimo wszystkiego, co ostatnio zaszło, Harry, nie możesz się tak zachowywać. Te przejawy buntu, nie chodzenie na lekcje… Co to da?
— A co mi da chodzenie na lekcje? Strata czasu.
Chłopak z ponurą miną skrzyżował ręce na piersi.
— Harry — warknął Syriusz ostrzegawczo. Skierował wzrok na Draco. — Skoro ta przyjaźń z tym Ślizgonem ma na ciebie taki zły wpływ, będziesz miał zakaz przebywania w jego pobliżu.
Przyjaźń?! — zadrwił Malfoy.
Zakaz?! — krzyknął Potter.
— Rozumiem, że poczułeś się zraniony i że się boisz! — zawołał Syriusz. — Uwierz mi, rozumiem!
— Niby jak, do cholery, możesz to rozumieć? — syknął Harry, a Draco przełknął ciężko ślinę, uświadamiając sobie nagle, że nie ma pojęcia, o czym oni mówią.
— Dziesięć lat Azkabanu każdemu wystarczy, żeby poznać ból i strach.
— Aha! — wykrzyknął z samozadowoleniem Malfoy. — Wiedziałem! Ty jesteś Syriuszem Blackiem!
Tamci spojrzeli na niego obojętnie.
— Eee, Malfoy, — rzucił w końcu Potter — wiemy. Nic się nie dzieje, zapomnij.
— Ale to morderca!
— Nie. Zapomnij. Po prostu… — Harry, poirytowany, machnął ręką i odwrócił się z powrotem do Syriusza. — Zamknij się na chwilę.
Słucham?! — krzyknął Draco, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Potter i Black znowu się kłócili i nikt nie widział furii Malfoya, wynikającej z tego, że ktoś mu powiedział, że ma się zamknąć. I to ze wszystkich ludzi akurat cholerny Harry Potter. To nie było w porządku!
— Dosyć — obwieścił Malfoy, ale i tym razem nikt tego nie usłyszał. — Idę. Przypomnij mi, żebym się nigdy więcej nie wlókł z tobą na jedną z twoich małych przygód, Potter.
W końcu spojrzał na niego Syriusz.
— Obawiam się, że nie, Malfoy. Dumbledore chce widzieć was obu w swoim gabinecie. Spodziewam się, że chce wam dać szlaban.
Oczy chłopaka rozszerzyły się, a on sam zaczął się lekko trząść.
— Szlaban? — szepnął, przypominając sobie nagle reakcję ojca na ostatnią taką wiadomość. Kolejne dwa tygodnie zamknięcia w pokoju? Nie, nie, nie.
— Wszystko w porządku? — spytał Harry, marszcząc brwi. — Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.
— Tak — odparł chłopak słabo, nagle żałując, że nie włożył wcześniej nóg do jeziora. Lepiej zostać posiłkiem kałamarnicy niż być na łasce ojca.

***

Harry spałby cały następny dzień, wykończony nocną wycieczką do Hogsmeade, gdyby nie Hermiona, która wkradła się do jego dormitorium, kiedy pozostali byli na śniadaniu, i szarpnęła kotary przy jego łóżku.
Była wściekła.
— Harry Potterze, natychmiast się obudź — syknęła, szarpiąc pościelą.
— Hermiona? — wymamrotał sennie Potter, mrugając. — Co… co się stało?
— To się stało, że wciąż jesteś w łóżku, spóźnisz się na zajęcia, a podczas śniadania słyszałam bardzo ciekawą plotkę! Najwyraźniej niejaki Harry Potter poszedł za Draco Malfoyem do Hogsmeade, i to w środku nocy!
— Poszedł? — mruknął chłopak z oburzeniem. — No na pewno za nim nie poszedłem! To on poszedł na mną!
— Nie w tym rzecz, Harry! — Usiadła na skraju łóżka i wpatrywała się w niego przez chwilę. — Co się z tobą dzieje? Czuję się, jakbym cię już nie znała. Nie odrabiasz zadań, nie chodzisz na zajęcia, włóczysz się po Hogsmeade. Swoją drogą, po co tam poszedłeś?
— Kupić papierosy — odparł nieobecnym tonem.
Co? Harry. Ty nie palisz.
— Wiem — zaśmiał się lekko. — Malfoy też nie.
— Ani trochę nie obchodzi mnie, co Malfoy robi ani czego nie robi! Poważnie, Harry, jeśli dowiem się, że to pod jego wpływem zacząłeś tak wariować, zabiję go.
— Czemu wszyscy myślą, że Draco Malfoy ma na mnie jakiś wpływ tylko dlatego, że polazł za mną do Hogsmeade? — zawołał, sięgając po okulary. — Bez przesady!
— Cóż, ostatnio zachowujesz się bardziej jak on, niż jak ty.
— Niby w jaki sposób?
— Nie chodzisz na lekcje.
— On zawsze chodzi na lekcje.
— Nie robisz zadań domowych.
— On ma zawsze odrobione zadania.
Dziewczyna wyglądała na poirytowaną.
— I to jest dowód! Zachowujesz się gorzej od niego! I to jego wina.
Harry opadł z powrotem na łóżko i jęknął.
— W jaki sposób wszystko, co robię, jest winą Malfoya?
Nastała długa chwila ciszy, po której Hermiona sapnęła z irytacją:
— Nie wiem. Ale jak tylko będę wiedziała, to go zabiję.
— Nic nie zrobił. On po prostu tam… był. — I to była prawda. Draco ostatnio niczego nie zrobił specjalnie. Ani przy wypadku ze zbroją, ani wtedy z błyskawicą, ani ze schowkiem, ani z niczym innym. On zwyczajnie… był.
Ron i Hermiona nie potrafili nawet tyle.
Ta myśl wywołała poczucie winy, które objawiło się lekkim rumieńcem.
— Hermiono, posłuchaj. Nic mi nie jest. Wszystko jest tak, jak było. — Kłamstwa. Nigdy nie był dobry w kłamaniu.
Hermiona o tym wiedziała.
— Martwię się, to wszystko — powiedziała miękko. — Zachowujesz się dziwnie. Jeśli potrzebujesz porozmawiać, jestem.
— Wszyscy są gotowi słuchać, jeśli będę potrzebował rozmowy — szepnął Harry nagle bardzo zmęczony. — A co jeśli ja nie chcę rozmawiać?
— W takim razie czego chcesz?
— Żyć wiecznie.
Przez chwilę milczała, po czym powiedziała:
— To o to chodzi? Boisz się, że Sam-Wiesz-Kto cię skrzywdzi?
Harry uśmiechnął się, ale był w tym pewien odcień goryczy.
— Od dawna nie myślałem o Voldemorcie.
Hermiona, wciąż zdumiona, spytała:
— Więc co? Mów do mnie, Harry. Jak mam ci pomóc, jeśli nie chcesz ze mną rozmawiać?
— Po prostu… bądź. To wystarczy. — Uśmiechnął się szeroko. Fałsz w tym uśmiechu Draco wykryłby od razu.
Dziewczyna wyglądała na przekonaną.
— Cóż, wiesz, że zawsze tu będę. A teraz się ubieraj, obiecałam Dumbledore’owi, że dopilnuję, żebyś poszedł na lekcje.
Czując się lekko zdradzony, Harry pozwolił wyrzucić się z łóżka i założył szaty. Nie chciał iść na zajęcia, to była strata czasu. Ale musiał, żeby powstrzymać jej pytania. To było lepsze od alternatywy, lepsze od powiedzenia jej wszystkiego. Bo wciąż nie powiedział tego na głos i instynktownie wiedział, że jeśli to zrobi, wszystko się rozpadnie, pęknie ten kruchy gniew, za którym się chował i już nic mu nie zostanie.

***

Przez następny tydzień padało. Harry pozwolił swojemu humorowi dopasować się do pogody. Był cichy i przygnębiony. W klasie częściej odpływał myślami, wpatrując się w okno, niż słuchał profesorów. Przynajmniej chodził na zajęcia — Hermiona i Syriusz wzbudzili w nim wystarczające poczucie winy. Ponadto Dumbledore zadecydował, w ramach kary za ucieczkę z Hogwartu i palenie na szkolnych błoniach, że obowiązkowo musi spędzać godzinę tygodniowo na rozmowie z Syriuszem.
To zabawne, że przed tym wszystkim spędzałby z Syriuszem każdą możliwą godzinę, ciesząc się najmniejszą chwilą.
Pozostała część kary obejmowała serię trzech szlabanów. Draco dostał to samo, z tą różnicą, że Dumbledore, zamiast zmusić go do rozmów z Syriuszem, wysłał list do jego ojca.
Przez chwilę po tym, jak Dumbledore ogłosił, że zamierza wysłać sowę do Lucjusza, Harry bał się, że Draco zaraz się rozpłacze albo zemdleje, albo coś w tym stylu. Ślizgon momentalnie zrobił się trupio blady. Mimo to jedyne, co wymamrotał, to ciche:
— Tak, profesorze. — Potem już prawie na Harry’ego nie patrzył.
To było dziwne: wpakował Draco Malfoya w kłopoty. Powinien uznać to za osiągnięcie, ale nie tym razem. Czuł się tylko desperacko samotny.
Pierwsza sesja z Syriuszem była, zdaniem Harry’ego, kompletną porażką. Siedział na fotelu w pokoju przemienionym w sypialnię specjalnie na potrzeby Blacka. Obaj bawili się luźnymi nitkami na podłokietnikach, unikali swojego wzroku i prowadzili jakąś nienaturalną rozmowę.
Harry wcześniej nie myślał, jakie to wszystko musi być dla Syriusza. Zawsze uważał, że Syriusz jest dla niego jak ojciec — a przynajmniej powinien być, ale nie wiedział, jak się w związku z tym zachowywać, bo nigdy ojca nie miał. Z kolei Syriusz nigdy nie miał syna i im dłużej Harry się nad tym zastanawiał, tym bardziej czuł, że nie rozumiał ani jego, ani tego, jakiego to dla niego trudne. Tamten nigdy nie był ojcem, Harry nigdy nie był synem, dla żadnego z nich nie było to łatwe.
A w tej chwili on zdecydowanie nie był w nastroju, żeby cokolwiek ułatwiać.
Godzina dobiegała już końca, kiedy Syriusz, chcąc zainteresować Harry’ego rozmową, desperacko spytał:
— Więc jak to się stało, że ty i Malfoy zostaliście przyjaciółmi?
— Och, nie jesteśmy przyjaciółmi — odparł chłopak, uśmiechając się głupio na samą myśl.
— Mam nadzieję. To syn Lucjusza Malfoya.
— A co to ma do rzeczy?
— Cóż, nic, po prostu…
— Tak czy inaczej,j nie przyjaźnimy się, więc zapomnij.
— Więc kim dla siebie jesteście?
— Śmiertelnymi wrogami — stwierdził oczywistość.
— Którzy w środku nocy palą razem na przystani?
— Dokładnie.
— Ach.
— Co?
— Nic.
Harry przez dłuższą chwilę przyglądał się podejrzliwie Syriuszowi , po czym zerknął na zegarek.
— Tak. I minęła godzina. Mogę już iść?
Syriusz pokiwał głową zrezygnowany.
— Jeśli będziesz potrzebował pogadać…
— Wiem. Będziesz. Ty i wszyscy inni. Nic, tylko czekacie, żeby ze mną pogadać. A ja nie chcę gadać.
— Więc czego chcesz, Harry?
O to samo spytała Hermiona. Harry pomyślał chwilę, zanim ostrożnie odpowiedział.
— Dam ci znać, jak sam będę wiedział.

***

Po tym, jak Dumbledore wysłał sowę do jego ojca z informacją, że Draco dostał trzy szlabany, bieżący tydzień okazał się dla niego nadzwyczaj napięty. Czekanie na odpowiedź było jednym z najgorszych doświadczeń w jego szesnastoletnim* życiu. Nie to, że spodziewał się wyjca. Jego ojciec nigdy nie uciekłby się do czegoś tak głupiego. Tak naprawdę wiedział, jak będzie wyglądać odpowiedź — krótka, nienaturalna, bardziej jako potwierdzenie i obietnica kary za trzy tygodnie, kiedy wróci do domu. Mógł sobie tylko wyobrażać, co to będzie. Może sześć tygodni w pokoju! To prawie wieczność!

Prawie tydzień po nocnym wypadzie do Hogsmeade, w piątkowy poranek, puchacz Draco wreszcie wrócił z dworu Malfoyów. Do nogi miał przymocowany pergamin.
Przyleciał podczas śniadania, razem z innymi sowami, i wylądował na ramieniu chłopaka, starając się nie uszczypnąć — tak, jak był szkolony.
Przez długą chwilę Draco tylko wpatrywał się w sowę, która spokojnie odwzajemniała spojrzenie. Sowy Malfoyów nie kłapały dziobem po przysmaki, to nie uchodziło. W końcu Draco westchnął, odwiązał pergamin, nakarmił ptaka kawałkiem chleba i pogłaskał po piórach. Zastanawiał się, czemu sowa wydaje się być tak sympatyczna. Może chodziło o to, że Draco teraz wręcz desperacko potrzebował sympatii.
Od pamiętnej nocy jego współdomownicy wciąż próbowali się dowiedzieć, co wtedy zaszło, ale on nie chciał o tym rozmawiać. Ani o wyprawie do Hogsmeade, ani o karze, ani o tym, co Harry miał z tym wspólnego. Teraz już odpuścili, bo gdy Draco jasno mówił, że nie chce, by mu przeszkadzano, spełniali jego życzenie.
Puchacz odleciał, a Draco schował pergamin do kieszeni, nawet na niego nie patrząc. Ma wystarczająco dużo czasu, żeby odłożyć poznanie swego losu na później.
Po śniadaniu wyszedł z Wielkiej Sali i wrócił do dormitorium po książki. Starając się nie myśleć o liście, tym mocniej skupiał się na lekcjach — poza transmutacją, która nigdy go nie interesowała. W klasie pozwolił myślom odpłynąć. Siedział w ostatnim rzędzie i McGonagall rzadko kiedy zwracała na niego uwagę. Oparł brodę na ręce i z zadowoleniem wpatrywał się w szary poranek za oknem i krople deszczu spływające po szybie.
— Zakładam — wycedziła McGonagall w pewnym momencie — że na cokolwiek pan patrzy, musi to być niezwykle interesujące, skoro odciąga pańską uwagę od mojej lekcji.
Draco poderwał głowę, pewny, że mówi do niego, ale okazało się, że nie. Mówiła do Harry’ego, który siedział z brodą opartą o dłoń i wpatrywał się w deszcz w niemal lustrzanym odbiciu Draco z przed chwili. O dziwo, to było bardziej niepokojące, niż gdyby upomniała jego, a nie Gryfona. To, że on i Potter dzielili ze sobą coś tak prostego jak obserwowanie spływających po szybie kropel deszczu, było w jakiś sposób bardziej intymne niż cokolwiek, co się kiedykolwiek między nimi wydarzyło. Włączając w to tamten dziwny incydent na boisku do quidditcha.
— Harry — syknęła Hermiona, szturchając go łokciem. Harry wyprostował się i zwrócił w stronę nauczycielki. Nie wyglądał, jakby było mu przykro, uśmiechnął się tylko w roztargnieniu i pokiwał głową, jakby dając jej przyzwolenie na kontynuowanie lekcji.
Po zajęciach, kiedy pozostali Ślizgoni udali się na historię magii, Draco poszedł w drugą stronę, aby wziąć z dormitorium podręcznik, o którym zapomniał. Kawałek szedł razem z Gryfonami, którzy akurat zmierzali na zielarstwo, po czym skręcił w korytarz prowadzący do lochów.
— Malfoy! Czekaj!
Spiął się i powoli odwrócił, wykrzywiając usta.
— Potter — zaczął chłodno, kiedy chłopak już go dogonił. — Czego, do cholery, chcesz?
Harry wyglądał na zranionego.
— Po prostu… Coś ci wypadło.
To był list od jego ojca — Draco całkiem o nim zapomniał. Wyrwał go z ręki Gryfona i odwrócił się, chcąc odejść.
— Poczekaj — zająknął się Potter.
— Co?
— Jesteś na mnie zły? Od tygodnia mnie unikasz.
Draco nigdy nie był tak zaskoczony i szczerze oszołomiony.
Unikam cię? Nigdy wcześniej cię nie szukałem, więc jak mógłbym cię unikać?
Mrugając, Harry odpowiedział wolno:
— Cóż, nigdy też mnie celowo nie unikałeś.
— Czemu to ma znaczenie?
— Jasne, że nie ma… Po prostu…
— Chyba nie pozwoliłeś swojemu cholernemu ojcu chrzestnego wmówić sobie, że jesteśmy przyjaciółmi, co? — zadrwił Malfoy.
Harry wyglądał na dotkniętego. Oczy Draco rozszerzyły się nieznacznie.
— Nie, oczywiście, że nie — odpowiedział cicho. — Chciałem tylko wiedzieć, czy zrobiłem coś, co cię rozzłościło.
Zrobiłeś coś?! Potter, sama twoja egzystencja wkurza mnie tak, że to się w głowie nie mieści! Jesteś jak magnes na wszystkie możliwie najbardziej parszywe rzeczy, jakie można sobie wyobrazić. I one wszystkie wydają się spotykać właśnie mnie, jak tylko znajdę się niedaleko ciebie! Jakiś pomysł, czemu mógłbym cię unikać?
— Cóż, ja… Ja nigdy… Ja… — urwał. — Magnes na najbardziej parszywe rzeczy? — W jakiś dziwny sposób wyglądał na rozbawionego, wręcz niezdrowo rozbawionego. — Nie masz pojęcia.
Mam pojęcie, właśnie o to chodzi. Nigdy nie miałem takiego pecha, jak przez ostatnie tygodnie, kiedy jesteś w pobliżu. Nic dziwnego, że cię unikam!
— Więc przyznajesz.
— Oczywiście, że przyznaję! — Rozdrażniony Draco, ze świadomością, że spóźni się na lekcję, ruszył w dół korytarza.
— Ale myślałem, że…
— Że co? Potter, poważnie, czego ode mnie oczekujesz? Czego chcesz?
— To zabawne — powiedział Gryfon przyciszonym głosem. — Jesteś trzecią osobą w tym tygodniu, która mnie o to pyta.
— Więc może zacznij się nad tym zastanawiać — warknął Malfoy.
— Ja tylko… Jestem… — Mocno zbladł, a jego oczy były wielkie i błyszczały, prawie tak, jakby miał się zaraz rozpłakać. — Jestem samotny. To wszystko.
Samotny? Od kiedy niby przejmuję się tym, że jesteś samotny? Czy przypadkiem wypiłem trochę eliksiru wielosokowego albo zostałem w jakiś sposób transmutowany w kogoś, kogo to obchodzi? Wyrosły mi rude włosy i piegi, kiedy spałem? Och, błagam, powiedz, że nie!
Harry cofnął się niepewnie o krok.
— Zapomnij — szepnął. — Już nie wiem, co robię.
Drżącą ręką przejechał po włosach, rękaw jego szaty opadł lekko i Draco zamrugał. To wyglądało tak, jakby jego ramię było całe we krwi…
Ale on opuścił rękę, zanim Draco się upewnił, zresztą to nie był jego obowiązek, żeby się przejmować.
— Racja — stwierdził Draco, próbując zdusić nagłe zdenerwowanie. Wolałby, żeby wszystko zostało bez zmian, tyle że w ciągu ostatnich tygodni sprawy się zmieniły. Było prościej, kiedy jedyne, czego chciał, to unieszczęśliwić Harry’ego. Teraz po prostu nie chciał go nigdy więcej widzieć. — Muszę iść.
— Tak. — Harry pokiwał głową, wyglądając nagle bardzo młodo i smutno. — Dzisiaj wieczorem mamy pierwszy szlaban, z Filchem.
Draco się skrzywił.
— Wiem.
— Także do zobaczenia.
Marszcząc brwi, Draco odparł skrępowany:
— Taa.
Odwrócił się i szybko odszedł.

***

Harry był niesamowicie zmęczony. Ale nie zmęczony w stylu: „muszę iść spać, oczy mi się same zamykają”, bardziej coś jak: „nie chcę już tu być, nie wydaje mi się, żebym potrafił utrzymać oczy otwarte bez łez”. Odkąd Hermiona zaczęła zmuszać go do chodzenia na lekcje i po pierwszej sesji z Syriuszem, cała jego wojowniczość wyparowała, teraz już tylko egzystował, był roztrzaskanym cieniem Harry’ego Pottera, Chłopca, Który Przeżył, Czy Jakoś Tak.
Kiedy wlókł się do Wielkiej Sali, gdzie miał spotkać się z Draco i Filchem na szlabanie, wpatrywał się w pęknięcia i rysy na kamiennej posadzce. Kolejny sposób na odmierzanie uderzeń serca. Mijane kamienie, krople deszczu, kroki.
Przydzielone im zadanie polegało na wyczyszczeniu fliz** w sali wejściowej. Harry, nie chcąc wdawać się w podobne dyskusje jak ta wcześniej, zaczął pracować w ciszy. Jedynym dźwiękiem było skrobanie gąbki o kamień. Dopiero po kilku minutach do Harry’ego dotarło, że tylko on to robi. Spojrzał na Draco.
— Co?
Chłopak wyglądał na przerażonego.
— Szorowanie? — spytał słabo. — Rękami? Na kolanach?
— Cóż, tak. Filch powiedział, że to właśnie mamy zrobić.
— Ale… Ja nigdy w życiu nie szorowałem podłogi!
— To nie takie trudne. — Harry przewrócił oczami.
— To plebejskie! Malfoyowie nie myją podłóg!
— A ja na pewno sam tego robić nie będę.
Draco prychnął i usiadł po drugiej stronie miejsca, który czyścił Harry.
— Czemu nie? To twoja wina.
— Nic nigdy nie jest twoją winą, nie? — warknął Potter, nagle wściekły. Poderwał się i rzucił gąbką w podłogę, opryskując Malfoya wodą.
Draco nawet tego nie zauważył. Wpatrywał się w ramię Harry’ego z czymś w rodzaju szoku.
— Potter — zaczął cicho, wstając. — Oszalałeś, prawda?
Harry zatrzymał się i zmrużył oczy.
— Co?
Nie przejmując się odpowiedzią, Draco sięgnął po rękę chłopaka. Zanim tamten zdążył go odepchnąć, podciągnął rękaw jego szaty, odsłaniając ramię. Było całe pokryte cięciami, ale nie takimi sugerującymi próbę samobójczą, a bardziej przypadkowymi, różnej długości i głębokości, jakby Harry malował nożem po skórze. Wciąż widniała na nich zaschnięta krew.
Gryfon wyszarpnął rękę i odwrócił się.
— Potter — warknął Malfoy. — Jaki ty masz problem, do cholery?
— Żadnego.
— Co, jak tylko przestałem być w pobliżu, żeby ratować twoje bezwartościowe życie, to zacząłeś coś tak głupiego? O to chodzi?
To nie ma z tobą nic wspólnego! — wrzasnął Harry, odwrócił się na pięcie i mocno odepchnął Malfoya. Chłopak zatoczył się do tyłu i nadepnął na gąbkę. Poślizgnął się i upadł, z głuchym trzaskiem uderzając głową o kamienną posadzkę.
Nastąpiła długa pauza, podczas której świat zdawał się zatrzymać. Harry zamarł, patrząc na Draco, który leżał na ziemi z otwartymi oczami, ani trochę się nie ruszając.
— O boże… — Głos Harry’ego trząsł się. Chłopak opadł na kolana obok Draco. — O boże, Malfoy, nie chciałem. Malfoy, nie bądź martwy. O boże.
Dotykał twarzy Draco, gładząc ją rozpaczliwie, prawie płacząc. Kiedy nagle Malfoy zamrugał, Potter przestał poruszać ręką i wstrzymał oddech. Wciąż go dotykał, jedną ręką podtrzymując jego głowę nad podłogą, drugą trzymając mu na policzku.
— Myślę… — zaczął Draco ostrożnie, krzywiąc się. — Że coś złamałem.
— Co? — przestraszył się Harry.
— Głowę?
Gryfon wygiął palce, szukając krwi, ale jej tam nie znalazł.
— Nie sądzę — stwierdził ostrożnie. — Mam wezwać panią Pomfrey? Nie chciałem, przysięgam, że nie…
— Potter — wymamrotał Malfoy, zamykając oczy. — Zamknij się na moment. I ani się waż wzywać Pomfrey. Nienawidzi mnie od trzeciego roku.
— Odkąd udawałeś, że zostałeś zraniony w rękę, żeby wymigać się od tamtego meczu quidditcha i doprowadzić do skazania hipogryfa, który należał do Hagrida? — rzucił Harry, właściwie stwierdzając oczywistość.
Oczy chłopaka rozszerzyły się i zabłyszczały z rozbawieniem.
— Taa.
Gryfon przygryzł wargę, mrugając szybko, żeby powstrzymać łzy.
— Przepraszam, Malfoy, nie chciałem cię przewrócić, myślałem już, że umarłeś.
— Nic mi nie jest — powiedział Draco, uśmiechając się lekko. — Słowo. Możesz przestać głaskać mnie po policzku. Serio, Potter…
Harry krzyknął i szybko zabrał obie ręce, przez co głowa Draco raz jeszcze uderzyła tępo w posadzkę.
— Cholera — jęknął, zaciskając mocno powieki.
Tym razem Harry też czuł się winny, ale tylko trochę.
— Pozwól mi pomóc ci usiąść — powiedział, podnosząc delikatnie Draco za ramiona. — W porządku?
— Daj mi różdżkę — powiedział Malfoy płaczliwym tonem. — Głowa mnie boli, wyleczę ją czarem.
Przeszukiwanie szat Malfoya było osobliwym doświadczeniem dla Harry’ego, który rumienił się, dopóki nie znalazł wspomnianej różdżki. Miał nadzieję, że Draco niczego nie zauważył.
— Proszę — wymamrotał, wtykając ją do ręki Malfoya.
Chwilę później ból głowy Draco zniknął, a on sam niepewnie stanął na nogach. Harry obserwował go ze zmartwieniem.
— Naprawdę mi przykro — powtórzył.
W oczach blondyna błysnęło coś w rodzaju kalkulacji.
— Jak bardzo przykro?
— Co… co masz na myśli?
— Wystarczająco, żeby samemu wyszorować podłogę?
Harry rozejrzał się po wielkiej sali wejściowej, wahając się. Ale że prawie zabił Draco…
— Tak sądzę.
— Cudownie! To ja poczekam na zewnątrz, przyjdź po mnie, jak skończysz.
— Na zewnątrz? Ale przecież leje!
— Co masz do deszczu? Widziałem cię podczas burzy, jak prawie trafiła w ciebie błyskawica — prychnął Malfoy.
— Lubię deszcz! Kocham. Po prostu myślałem, że to może cię obrazić. Wiesz, deszcz nie jest jakoś bardzo uporządkowany czy schludny. A ty wydajesz się lubić rzeczy uporządkowane i schludne.
— Bo lubię. Ale są wyjątki. — Wyszczerzył się. — Jak tak bardzo lubisz deszcz, to chodź ze mną.
— Ale podłoga…!
— Od kiedy Harry Potter przejmuje się zasadami? Ten cały wypad do Hogsmeade to był twój pomysł.
— A od kiedy Draco Malfoy się nimi nie przejmuje? — odparował Harry.
Malfoy wzruszył ramionami.
— Ojciec i tak mnie za to zabije. Co gorszego może mi zrobić?
Zabije cię?
— O ile ty nie zrobisz tego szybciej — powiedział Draco złośliwie.
Harry wpatrywał się w niego, niepewny jak się zachować, kiedy tamten wyraźnie z nim pogrywał.
— Jeśli nie wyszorujemy podłóg, będziemy mieć szlaban już na zawsze.
— To wtedy dorzucimy jeszcze ten. No chodź, nie zachowujesz się jak ktoś, kto ot tak idzie do Hogsmeade po papierosy.
— Chcesz, żebym był tamtym Harrym?
— Chcę. Bardziej go lubię.
Lubisz?
Draco szybko sprostował:
— Cóż, nie w taki przyjacielski sposób. Raczej coś jak: „hej, to całkiem imponujące, ten dzieciak jest całkiem fajny, gdyby tylko przez większość czasu nie był takim smarkatym, zadufanym gryfońskim idiotą”… Hej!
Harry, który właśnie lekko popchnął Draco, uśmiechnął się głupawo.
— Zasłużyłeś na to, Malfoy. — Rozejrzał się, zatrzymując wzrok na chwilę na gąbkach i wiadrze całym w mydlinach. — Pieprzyć to. Chodźmy.
Padało naprawdę mocno, chociaż nie było żadnych grzmotów ani błyskawic. Harry zeskoczył ze schodów, zwrócił twarz w stronę deszczu i uśmiechnął się szeroko. Draco zaśmiał się i poszedł za nim, nie przejmując się już tym, że wyszło na to, że to jednak on zawsze wlecze się za Gryfonem.

Koniec rozdziału czwartego


* w oryginale jest: „w jego piętnastoletnim życiu”. Zmieniłam, bo jeżeli Malfoy urodził się 5 czerwca, Potter 31 lipca, a cała akcja ma miejsce na dwa miesiące przed urodzinami tego drugiego, więc jesteśmy w okolicach urodzin Ślizgona. Szesnastych urodzin, według tego, co mówił Dumbledore w poprzednim rozdziale. Autorka się mota strasznie z ich wiekiem, więc czasem to zmieniam, żeby całość miała sens.
** fliza — płyta do wykładania ścian i podłóg, kamienna, ceramiczna (glazurowana i nieglazurowana), szklana, z tworzyw sztucznych i innych
Ostatnio edytowano 13 mar 2017, o 20:45 przez Lasair, łącznie edytowano 2 razy
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez Lasair » 21 kwi 2014, o 16:35

[rozdział ponownie zbetowany przez Lasair, dn.13.03.2017]

Rozdział piąty

— Chodź! — wrzasnął Harry, biegnąc przez błonia wprost w ciemność. Draco ledwo widział, jak Potter, nie zatrzymując się ani na chwilę, ściąga z siebie koszulkę i rzuca ją w trawę.
— Dokąd idziesz? — zawołał, wciąż podążając za nim i uśmiechając się szeroko. Już się nie przejmował, że kolejny raz idzie za Harrym Potterem, w środku nocy, chociaż już został za to dotkliwie ukarany. W końcu tym razem to był jego pomysł, więc w jakiś sposób był bardziej do przyjęcia.
Potter nie odpowiedział i do Malfoya dotarło, że tamten go pewnie nie usłyszał. W tej chwili już go nawet nie widział, ale i mimo wszystko wiedział, gdzie poszedł: nad jezioro.
Kiedy Draco dotarł na miejsce, Harry był już w wodzie. Nie przeszkadzało mu to. Ogarnęło go jednak przerażenie, kiedy wszedł na pomost.
Spodnie Harry’ego, jego buty, skarpetki, okulary i bokserki leżały porozrzucane, a jego samego nigdzie nie było widać.
— Harry?! — zawołał nerwowo Draco. Rozległ się plusk i wybuch śmiechu. — No wspaniale — wymamrotał.
— Chodź tu! — krzyknął Potter. Draco ledwo widział jego głowę, kołyszącą się na powierzchni jeziora.
— Nie wydaje mi się! — odparł stanowczo.
— Czemu?
— Ja nie pływam!
— Nie umiesz?
— Umiem, po prostu tego nie robię.
— Boisz się?
— No wiesz, w jeziorze jest wielka kałamarnica.
— Boisz się kałamarnicy. — To nie było pytanie. Harry śmiał się i kolejny raz brzmiało to jak beztroski chichot. Najbardziej rozpraszający. — W zeszłym roku przepłynąłem całe to jezioro i się mną nie interesowała. Jest w porządku.
— Nie sądzę. — Draco skrzyżował ręce na piersi i uśmiechnął się głupio. Nie było opcji, żeby wszedł do jeziora. Żadnej cholernej opcji.
Nastąpiła chwila ciszy, po której Potter wrzasnął:
— O boże! Kałamarnica! Złapała mnie za nogę! Aaa! — I dał nura pod wodę.
— Cholera. — Malfoy nie zatrzymał się, żeby pomyśleć, dlaczego właściwie obchodzi go, czy Harry’ego zje kałamarnica. Jedyne, co wiedział, to że sekundę później, wciąż w szacie, skoczył z pomostu, gotowy stoczyć z kałamarnicą walkę na śmierć i życie.
— Potter! — zawył po wynurzeniu i odgarnięciu włosów z twarzy. — Gdzie jesteś?
Ciężar mokrych szat ściągał go w dół, więc ledwo utrzymywał się na powierzchni.
Kilka stóp dalej Harry wychynął z wody.
Draco zaczął krzyczeć.
— Ty kompletny kretynie, mówiłem ci, że ta kałamarnica… — Nagle dotarło do niego, że Potter się śmieje. Poczuł się jak idiota. — Oszukałeś mnie.
Tamten nie przestawał się śmiać.
Draco skrzywił się i warknął:
— Pomóż mi wydostać się na brzeg.
— Myślałem, że umiesz pływać — parsknął Harry.
— Umiem! — ryknął Malfoy. — Ale moje szaty są mokre i ciężkie, i nie mogę… — Mówiąc to, wciąż walczył, żeby nie pójść pod wodę.
— Cholera jasna! — krzyknął Gryfon. — Wciąż masz na sobie pieprzone szaty? — Podpłynął bliżej, złamał rękę Draco i przyciągnął go do siebie, po czym zarzucił sobie jego ramię na szyję. — Trzymaj się, wyciągnę cię — rzucił, zupełnie nieświadomy faktu, że właśnie przyciskał Draco do swojego nagiego torsu. Nagiego torsu.
Malfoy jednakże zdawał sobie z tego sprawę. Osobliwość tej sytuacji wywołała u niego panikę, przez co zaczął się szarpać.
— Nie próbuję cię utopić! — warknął Harry. — Przestań, po prostu się trzymaj, wyciągnę cię na pomost.
Ślizgon potrząsnął głową, nie mogąc złapać tchu. Nie był w stanie znaleźć słów, żeby wyrazić, jak bardzo brzydził się tego, że jest przyciśnięty do nagiego, mokrego Harry’ego.
— Boże — jęknął słabo.
— Co? — spytał Gryfon, momentalnie zaalarmowany. — W porządku? Już prawie jesteśmy. Och, pieprzyć to… — Z tymi słowy zaczął szarpać guziki przy szacie Draco.
— Co ty wyprawiasz?! — wrzasnął chłopak.
— Jesteś za ciężki, nie dam rady cię wyciągnąć, ciągniesz mnie na dno! — odkrzyknął Harry. — Ściągaj szaty!
— Nie mam nic pod spodem.
Twarz Malfoya zmieniła kolor w szkarłatny, a on sam usilnie próbował nie patrzeć na Gryfona, co było dość ciężkie, biorąc pod uwagę fakt, że tamten wciąż mocno przyciskał go do siebie.
— I? Serio, w końcu to nie tak, że nie widziałem cię nago już wcześniej — stwierdził rozdrażniony Harry.
— Co?!
— Co? Och. — Oczy Pottera otworzyły się szeroko. — Emm. Ups. O mój boże, czy to olbrzymia kałamarnica?
— Gdzie?!
Panika dała mu wystarczająco dużo siły, żeby się odepchnąć i kręcić w kółko, szukając zwierzęcia. Nie było go tam, ale to i tak nie miało już znaczenia, bo ogromny ciężar szat pociągnął go pod wodę. Chłopak dyszał w przerażeniu, a do wciąż otwartych ust wlała się woda. Zaczął się krztusić, walcząc z wirującą ciemnością, nie mogąc złapać oddechu.
Harry wyciągnął go na powierzchnię.
— No naprawdę — rzucił karcąco Harry, przytrzymując Draco nad wodą, żeby tamten mógł wykaszleć całą wodę. — Ty się boisz absolutnie wszystkiego!
— Wcale nie! — zawył Draco, kiedy już złapał oddech. — Boję się tylko dwóch rzeczy: mojego ojca i Vold… Sam–Wiesz-Kogo.
Harry rzucił mu zdziwione spojrzenie, ale o nic nie zapytał. Zamiast tego dodał:
— I szlabanów.
— To się nie liczy. Nie boję się samych szlabanów, tylko reakcji ojca.
— I kałamarnicy.
— To cholerna wielka kałamarnica! Tylko szaleniec może się jej nie bać!
Nagle dotarło do niego, że kiedy mówił, Harry, który wciąż obejmował go za pierś, rozpinał jego szaty.
— I co niby, do ciężkiej cholery, masz na myśli, twierdząc, że widziałeś mnie nago? Chyba w snach, Potter — warknął, uderzając go po rękach, bo sam chciał pozbyć się własnego ubrania. W końcu niekoniecznie miał wybór. Zresztą tego akurat się nie bał.
— No raczej nie — parsknął Gryfon, pozwalając Draco skończyć, co zaczął. — Właściwie to było w tym roku. Eee… Widzisz, moja drużyna quidditcha wymyśliła zakład…
— Zakład dotyczący nagiego mnie? — spytał z oburzeniem Malfoy.
— Nie! — zaśmiał się Potter. — To był przypadek. Rozumiesz, przegrałem ten zakład, a układ był taki, że ten, kto przegra, ma zakraść się wentylacją nad waszą szatnię, żeby szpiegować strategię. Pewna śmierć, gdybym został złapany. Tyle że… Wasza szatnia jest odwrotnie niż nasza, więc zamiast znaleźć się nad przebieralnią, skończyłem nad, no… —przełknął cicho ślinę. — Nad prysznicami.
Draco, który zmagał się z rękawami szaty, zamarł.
— O mój boże — jęknął.
— Tylko ty tam byłeś.
— Zawsze czekam, aż wszyscy już pójdą, zanim wybiorę się pod prysznic. „Malfoyowie zawsze biorą prysznic sami” — wyrecytował, cytując swojego ojca.
— Tak, no cóż. Słowo, to był wypadek. I to nie tak, że siedziałem tam i się gapiłem, jak już dotarło do mnie, na co patrzę. W sensie, bez obrazy, ale obserwowanie, jak się kąpiesz, raczej nie należy do moich fantazji.
Draco aż płonął z upokorzenia. Zrzucił z siebie szaty i odpłynął szybko, nie pozwalając Potterowi patrzeć na swoje prawie nagie ciało. Wciąż miał na sobie bokserki i poprzysiągł sobie, że nie ma takiej siły, żeby Gryfon przekonał go do ich ściągnięcia.
Harry podpłynął do pomostu, wrzucił na niego szaty i odpłynął, ostrożnie utrzymując dystans. Uśmiechał się jak szaleniec.
— Więc jak, często to robisz? — spytał Malfoy, przebierając nogami w wodzie. — Pływasz nago na deszczu w środku nocy?
— Nie. Nigdy nie pływałem w tym jeziorze, nawet w dzień, poza Turniejem Trójmagicznym. Zawsze bałem się olbrzymiej kałamarnicy…
Draco wybałuszył oczy.
Co?Mówiłeś, że nie będzie nam przeszkadzać!
— Wcale nie! Po prostu nie boję się tego, że mogłaby.
— Czemu, do cholery, nie? — Z tym pytaniem zaczął rozpaczliwie płynąć w stronę pomostu.
— Szczerze mówiąc, nie widzę powodu, dla którego bym miał.
Draco zatrzymał się, odwrócił i zaczął obserwować Pottera na tyle, na ile dało się w ciemności.
— Nagle postanowiłeś zacząć palić i pływać z olbrzymią kałamarnicą w środku nocy, nie mając na sobie żadnych ubrań — stwierdził cicho, podpływając do chłopaka. Zanim Harry zdążył zorientować się, co się szykuje, Ślizgon złapał jego rękę i wyciągnął nad powierzchnię jeziora, żeby przyjrzeć się ranom. Krwi już nie było, zmyła je woda, ale nacięcia, głębokie i poszarpane, nie zniknęły. — Nie wspominając o okaleczeniu sobie ręki. Co się stało, że zmieniłeś się w ten sposób?
Potter wyglądał bardzo poważnie. Nie odpowiedział.
Draco przyglądał się ranom w ciszy, delikatnie wodząc po nich opuszkami palców. Po chwili szepnął:
— Co, do diabła, cię opętało? Żeby zrobić sobie coś takiego…?
— Chciałem dowodu, że jestem prawdziwy — odparł Gryfon niejasno.
Malfoy spojrzał na niego ostro, ale Harry wyglądał na tak szczerze nieszczęśliwego, że tylko westchnął.
— I co udowodniłeś? — spytał niemal delikatnie, nie zastanawiając się, czemu jest taki łagodny. Gdyby zaczął o tym myśleć, musiałby też skupić się na tym, że pływa w samych bokserkach z nagim Harrym Potterem, a potem by zwariował. O ile już nie był szalony.
Potter ostrożnie zabrał rękę, samemu przez moment przyglądając się nacięciom. Odpowiedział niewyraźnie:
— Że jestem. Przynajmniej na razie.
Draco uśmiechnął się słabo i pokiwał głową.
Ich oczy się spotkały. Harry powiedział:
— No dobra. Więc dlaczego syn pupilka Voldemorta boi się Czarnego Pana?
— Słucham?
— No co? Myślisz, że masz monopol na zadawanie trudnych pytań?
Malfoy spanikował. Potem jęknął i powiedział słabo:
— Moja głowa… Myślę, że ból wraca. Wiesz, ten na skutek trzaśnięcia moją głową o kamienną podłogę, po tym jak popchnąłeś mnie w niesprowokowanym ataku na moją osobę.
Harry zaśmiał się i chlapnął wodą prosto w twarz chłopaka.
— Taa. Zawsze byłeś królową dramatu, Malfoy.
Piszcząc z oburzenia, Draco oparł ręce na ramionach Harry’ego i wepchnął go pod wodę. Potem błyskawicznie zanurkował i odpłynął, zanim tamten zdążył się wynurzyć.
W deszczu, w środku nocy, rozpętała się regularna wodna bitwa. Chłopcy mieli szczęście, że coś takiego się nigdy wcześniej nie zdarzyło, bo wielka kałamarnica bała się nowych rzeczy. Pozostała na dnie jeziora, drżąc nerwowo przy każdym wybuchu śmiechu. Ulżyło jej dopiero po kilku godzinach, kiedy chłopcy popłynęli z powrotem na pomost, aż w końcu wyszli z wody.

***

Kiedy następnego ranka Harry szedł pod prysznic, uśmiechał się radośnie. Nucił sobie coś pod nosem podczas zmywania resztek szlamu z jeziora z całego ciała i włosów. Z zadowoleniem uznał, że nadszedł czas na ogolenie się, co też szybko zrobił, po czym przejechał ręką po włosach i zaczął przyglądać się swojemu odbiciu w lustrze.
Nie wyglądał na starszego. Wciąż młody chłopiec. Właściwie wyglądał na dziwnie młodszego. Uznał, że chodzi o oczy. Błyszczały w sposób, który ukrywał fakt, że pod całą tą przykrywką były starsze niż powinny być.
Kilka chwil później Hermiona zerknęła na niego znad pracy domowej. Upuściła pióro i zaczęła się w niego wpatrywać.
— Harry? Wszystko w porządku? — spytała niepewnie.
Chłopak zawahał się lekko.
— Czemu pytasz? Źle wyglądam?
— Nie, po prostu… Inaczej. — Zmarszczyła brwi w zamyśleniu I przechyliła głowę. Po chwili na jej twarzy pojawił się uśmiech. — Och. Śmiejesz się. Od kilku dni nie widziałam, żebyś to robił. Szlaban był udany?
— Eee… — Harry spojrzał na nią z zakłopotaniem. — Cóż. Tak myślę. Prawie zabiłem Malfoya.
Zaśmiała się.
— Naprawdę? Chciałabym to zobaczyć! — Znowu obserwując jego twarz, wyszczerzyła się. — Dobrze widzieć cię znowu radosnego, Harry. Zaczynałam myśleć, że już nigdy więcej się nie uśmiechniesz. Przestałeś, martwiłam się.
— Przecież się śmieję — zaoponował. Nagle uderzył go obraz tego, jak spędził ostatnie półtora miesiąca, we wściekłości i przygnębieniu. Poczuł mdłości. Oczywiście, że się śmiał. W końcu jaki był sens życia, jeśli nie miałby się śmiać?
— Kiedy? — spytała, unosząc brwi.
Kiedy jestem z Malfoyem. Och.
— Eee…
— Widzisz? Tak czy siak, ten uśmiech to dobry początek — znowu się zaśmiała, kiedy na dźwięk jej słów na jego twarzy znów pojawił się ten głupkowaty wyszczerz.
Portret Grubej Damy otworzył się nagle, po czym przed Harrym stanęła Heather, prefekt Gryffindoru. Wyglądała dość ponuro.
— Harry — zaczęła. — Dumbledore chce cię widzieć.
— Znowu? — spytała Hermiona, marszcząc brwi.
Potter przewrócił oczami.
— Nie martw się tym. Wiem, o co chodzi.
Ruszył do drzwi, ale dziewczyna złapała go za rękę.
— O co? To samo, co ostatnio? W końcu nie powiedziałeś nam, o co wtedy chodziło.
— Nie, o coś innego. Podejrzewam, że jest dość zirytowany, bo Malfoy i ja zwialiśmy zeszłej nocy ze szlabanu… Teraz dostaniemy szlaban do końca życia. — Brzmiał dość oschle. Starał się nie pamiętać, że tak naprawdę dla niego to nie tak długo.
— Harry! — zawołała. — Zwiałeś?
Uśmiechnął się do niej i wyszedł za Heather z pokoju wspólnego.
Draco już stał przed gabinetem Dumbledore’a i czekał na nich. Uśmiechnął się na widok Harry’ego, jednocześnie pochylając głowę w próbie ukrycia się przed Heather. Ta, patrząc coraz bardziej podejrzliwie, skrzywiła się. Wyszeptała hasło do gabinetu dyrektora.
— Oczekuje was — stwierdziła szorstko i odeszła.
Dumbledore wyglądał bardzo ponuro i Harry poczuł chęć, aby się roześmiać. Nie miał pojęcia, co w niego wstąpiło, ale całkiem mu się to podobało. To było lepsze od uderzania w kamienne ściany i nienawiści wobec wszystkiego, co miało trwać dłużej niż on.
— Słowa nie są w stanie wyrazić, jak bardzo jestem zawiedziony waszą dwójką — zaczął Dumbledore.
Harry przełknął ślinę, desperacko próbując powstrzymać chichot. Draco rzucił mu rozdrażnione spojrzenie, chociaż sam się uśmiechał, mimo że dość niechętnie. Obaj spuścili głowy, chcąc wyglądać na skruszonych.
— Czy coś was bawi? — spytał łagodnie dyrektor, unosząc brwi.
— Nie, panie profesorze — odparł szybko Ślizgon.
Wzrok Dumbledore’a przesuwał się od jednego chłopaka do drugiego. W końcu mężczyzna usiadł. Wyglądał na dość zdumionego i, co zauważył Harry, rzuciwszy na niego okiem, niemal rozbawionego.
— Harry — zaczął, skupiając na nim wzrok znad okularów-połówek. — Cieszę się, że twój ostatni wybryk zapewnił ci lepsze samopoczucie niż kiedy widziałem cię ostatnio. Niemniej jednak, nie mogę pozostawić tego bez konsekwencji. Pan Filch z pewnością prędzej zrezygnowałby z pracy niż nie upewnił się, że za wymykanie się ze szlabanu u niego czeka surowa kara.
— Zrezygnowałby? — spytał Malfoy, odzyskując animusz. — Tak pan myśli?
Na ustach Dumbledore’a mignął uśmiech.
— Co, oczywiście, byłoby niepowetowaną stratą dla szkoły. Zamierzałem dać wam więcej szlabanu, jednak w związku z egzaminami końcowymi, które odbędą się w przyszłym tygodniu, ingerowałoby to w waszą naukę. Zamiast tego odpracujecie dwa szlabany, które wam jeszcze zostały, w tę sobotę i w przyszłą. Dodatkowo będziecie spędzać na nauce godzinę w bibliotece, każdego dnia po lekcjach. Jeśli jednak popełnicie jeszcze jakieś wykroczenie, będę zmuszony rozważyć zawieszenie was obu w przyszłorocznych rozgrywkach quidditcha. Czy to jasne?
— Tak, panie profesorze — odpowiedział szybko Draco. Harry się nie odezwał.
— To wszystko. Harry, gdybyś zechciał zostać jeszcze na moment — powiedział Dumbledore łagodnie.
Draco wyszedł z gabinetu, patrząc na mężczyznę podejrzliwie.
— Chciałem tylko zapytać, jak sobie radzisz — stwierdził dyrektor o wiele łagodniejszym tonem. — Syriusz powiedział, że ostatnia sesja poszła bardzo dobrze.
Harry nie sprostował kłamstwa.
— Nic mi nie jest — odparł twardo.
— Mam nadzieję, że to złe zachowanie w ostatnim czasie nie ma nic wspólnego z tym, co powiedziałem ci w zeszłym tygodniu.
— Co ma pan na myśli? — Ton Harry’ego był teraz wyraźnie wyzywający. Nie miał ochoty o tym rozmawiać.
Dumbledore to zrozumiał. Westchnął.
— Wciąż nad tym pracujemy, Harry. Jeszcze nic nie jest przesądzone.
— Mhm — wymamrotał.
Starszy mężczyzna znów westchnął.
— Panie Potter, robimy, co w naszej mocy. Ale teraz lepiej idź już na lekcję. Poinformuję panią Pince, że powinna spodziewać się pana i pana Malfoya zaraz po lekcjach, żebyście zaczęli się razem uczyć. Miłego dnia.
Harry był w znacznie gorszym nastroju, kiedy wychodził z gabinetu, niż kiedy do niego wchodził.

***

Był piątek, a w piątkowe wieczory biblioteka była bardziej pusta niż w jakikolwiek inny dzień. Pani Pince skinęła głową, kiedy wszedł, wyraźnie się go spodziewając. Draco siedział już nad otwartymi książkami i bazgrał szybko, robiąc notatki. Nie podniósł wzroku, kiedy Harry pojawił się przy stoliku.
— Cześć — przywitał się. — Od czego powinniśmy zacząć?
— Najlepiej uczę się sam — odpowiedział Malfoy, wciąż nie patrząc na chłopaka.
— Ale Dumbledore powiedział…
— Że mamy się razem uczyć. Nie, że muszę ci pomóc. — W końcu spojrzał w górę i Harry dostrzegł, na jak zmartwionego wyglądał Draco. — Nie mam czasu, żeby ci pomagać, Harry.
— Nie potrzebuję pomocy — wymamrotał, poirytowany. Nie skomentował tego, że Draco nazwał go „Harrym”. To nie było warte zachodu.
Śmiejąc się oschle, Draco stwierdził:
— Och, uwierz, potrzebujesz więcej pomocy, niż kiedykolwiek mógłbym ci udzielić.
Harry wiedział, że nie chodzi o zadania domowe. Nie obchodziło go to. Odłożył książki, ruszył do upatrzonego regału i zaczął przeglądać tytuły. Już dawno chciał poszukać czegoś w książkach i teraz nadszedł dobry moment.
Kilka chwil później wrócił do stolika z dużą, zakurzoną księgą. Usiadł naprzeciwko Draco, przejrzał spis treści i otworzył na stronie sto pięćdziesiątej czwartej.
Przyglądał się dużym, starym fotografiom, wyblakłym, ale wciąż poruszającym się.
— Nie powinieneś się uczyć? – odezwał się Malfoy.
— Co dzieje się z czarodziejami po śmierci? — spytał Potter, unikając odpowiedzi.
— Pytasz, czy wierzę w niebo?
— Nie, chodzi mi o pogrzeb. Jak wygląda ten czarodziejski?
Draco zmarszczył brwi.
— Co ty, do diabła, czytasz?
— „Czarodziejskie rytuały przejścia”.
— Czemu?
— Nigdy nie byłem na pogrzebie czarodzieja i po prostu zastanawiałem się, jak to wygląda, to wszystko.
Zdjęcia wyglądały generalnie jak te z mugolskich pogrzebów. Trumny i ciała, nagrobki i ludzie płaczący nad otwartym grobem.
— Interesująca lektura — stwierdził Draco sarkastycznie, stając za plecami Gryfona i czytając mu przez ramię. — Co cię to obchodzi?
— Po prostu się zastanawiałem. — Harry zadrżał, czując na karku oddech Malfoya. Wytrąciło go to z równowagi.
— Dosyć to niepokojące.
— Nie sądzę, żebym chciał normalnego pogrzeb po śmierci. To zbyt dramatyczne — dumał głośno Harry. — W sensie, to tylko kwiaty i płaczący ludzie. Dość tandetnie, szczerze mówiąc.
Draco wrócił na swoje miejsce, wziął pióro i spytał:
— Cóż, czego się spodziewałeś? Żegnają się.
— Jest za cicho i za spokojnie.
— Śmierć jest cicha i spokojna.
— Nie sądzę, żeby taka była. Myślę, że śmierć jest czymś… Co się dużo rusza. Czymś ogromnym i skomplikowanym, o wiele bardziej skomplikowanym od tego. Czymś, co ma tysiące kawałków, które idealnie do siebie pasują, jak puzzle. Kiedy patrzysz na pojedynczy kawałek, to nie ma sensu, ale kiedy dopasujesz ostatnią część, nagle staje się oczywiste.
Malfoy roześmiał się.
— Raczej nie. Śmierć jest końcem dla ciała. Nie ma żadnych puzzli, żadnych rewelacji. Nie ma niczego.
Znowu drżąc, tym razem z paniki, Potter szepnął:
— Nie wierzysz w życie po śmierci? Nawet… nawet z tymi wszystkimi duchami?
— To co innego. To nie do końca jest śmierć. Taka śmierć występuje wtedy, kiedy tak bardzo nie chcesz umrzeć, że odmawiasz zrozumienia, że nie żyjesz. Och, może i wiesz, że nie żyjesz, ale odmawiasz bycia martwym. Wolałbym być martwy niż być duchem.
— Mylisz się — stwierdził Gryfon z cichym przekonaniem, z oczami pełnymi łez.
Draco je zauważył.
— W porządku, wierz, w co chcesz, Potter — odpowiedział zdezorientowany.
Harry odepchnął książkę i zaczął się uczyć, ignorując Draco przez resztę popołudnia.

***

Tej nocy Harry siedział na łóżku i wpatrywał się w sufit, nie mogąc pozbyć się z głowy wyblakłych obrazków z książki. Znowu czuł pod skórą to swędzenie. To, które prowadzi do ataku paniki, do przerażenia, do potrzeby udowodnienia sobie, że jest prawdziwy, uspokojenia samego siebie, że wciąż tu jest.
Nóż trzymał między materacami. Wsunął tam rękę i go wyciągnął. To już był nawyk — sięgał po nóż, żeby nie zwariować. Trochę się to zmieniło, już nie chodziło o udowodnienie, że jest prawdziwy i wciąż krwawi. Teraz to był sposób na pozbycie się z paniki z głowy i przeniesienie jej gdzie indziej, w rękę. Tak się tego pozbywał, usuwał. Udowadniał, że ona tam jest i, poprzez zmierzenie się z nią w ten sposób, niszczył ją.
Nie robił tego przed tamtą nocą nad jeziorem. Za to teraz ręka mu się zatrzęsła, kiedy przeciągał ostrzem po przedramieniu, rysując na skórze pokręconą linię. Krew popłynęła bardziej niż kiedykolwiek, jeszcze nigdy nie przeciął tak głęboko. Przez chwilę obserwował, jak krew spływa po ramieniu, po czym złapał kawałek materiału i przycisnął do przecięcia.
Zasnął, przytrzymując krwawiące ramię przy klatce piersiowej.

***

Była sobota. Draco generalnie uwielbiał soboty. Jednak tę, co przypomniało mu się, kiedy się obudził, miał spędzić na szlabanie. To z kolei znacznie zmniejszyło jego radość z tegoż dnia tygodnia. Jęknął cicho, otwierając oczy i marszcząc nos.
Założył jeansy i koszulkę, po czym wyszedł z lochów, zanim ktokolwiek zdążył się w ogóle obudzić. Dzisiejszy szlaban mieli spędzić z Hagridem, a kto wie, co ten wielki przygłup każe im zrobić. Spróbować pozbyć się z lasu wilkołaków albo czegoś, na pewno.
Harry czekał na niego w sali wejściowej. Wyglądał mizernie, blado i słabo, i miał ciemne kręgi pod oczami. Draco uśmiechnął się do niego w dziwnym przypływie sympatii. To było bezprecedensowe, taki uśmiech bez cienia sarkazmu czy drwiny.
— Cześć — wymamrotał sennie Gryfon. — Mamy się spotkać z Hagridem przy jego domu.
— Racja. — Ruszył na błonia, a Potter podążył za nim.
Hagrid, ciemny cień w świetle przedświtu, już na nich czekał. Przywitał ich głośno i radośnie, po czym poinformował, że profesor Sprout zażyczyła sobie przekopania ogrodu, więc będą kopać zaraz za szklarniami. Muszą usunąć ziemię, żeby ona mogła wypełnić powstałe wgłębienie własną mieszanką gleb.
— Przekopać ogród? — wyszeptał przerażony Draco. — Jakbym był jakimś służącym.
— Szlabany nie mają być przyjemne — stwierdził Harry bezbarwnym tonem. Malfoy spojrzał na niego ostro. Oczy Gryfona znowu były ciemne, prawie czarne, a Draco wcale się to nie podobało.
Hagrid zaprowadził ich do miejsca, gdzie mieli kopać. Działka oznaczona była słupkami. Półolbrzym wręczył im łopaty, obiecał, że ktoś przyniesie im lunch i odszedł, zostawiając ich samych.
Zapowiadał się upalny dzień, czego Draco już był pewny, chociaż słońce dopiero wschodziło. Upalny dzień kopania. Cudownie. Skrzywił się i zaczął obserwować Pottera, który niemal mechanicznie zabrał się za podważanie pasów trawiastej ziemi. To były schludne, niemal idealnie proste rzędy i Malfoy uśmiechnął się złośliwie.
— Jesteś ekspertem w przekopywaniu ogrodów, co?
— Robiłem to dla ciotki — odpowiedział nieobecnym tonem, wycierając ramieniem z czoła pot, który już zaczął się tam skraplać. Skrzywił się nieco.
— Pociągnij pasy do góry i je zwiń, dobrze? Ja zacznę kopać, to najtrudniejsze. Ziemia pod spodem będzie już bardziej miękka.
Draco prychnął.
— Nie wydaje mi się. Poważnie, to robota dla służby. Mój ojciec przewróciłby się w grobie, gdyby mnie teraz zobaczył.
— Twój ojciec żyje.
— Cóż, więc gdyby był martwy.
Harry spojrzał na niego i pokręcił głową z irytacją.
— Świetnie. Siedź tu i dostań poparzenia słonecznego, a ja sam to zrobię.
Draco głośno westchnął, przewrócił oczami i zaczął podważać torf. Zwijał go nieporadnie i sapał z wysiłku, kiedy przenosił go potem kawałek dalej. Długą chwilę pracowali w ciszy, aż nie było już żadnej trawy, a sama ziemia. Ślizgon sięgnął po łopatę i zaczęli przekopywać dużą, prostokątną działkę.
Mimowolnie Malfoy stwierdził, że właściwie mu się to podoba. To, jak bolały go mięśnie, jak jego ciało się pociło… Fizyczna praca była dla niego nowością. Nigdy nie robił niczego, co wymagałoby tyle wysiłku.
W międzyczasie minęła godzina i słońce całkiem wstało. Draco ściągnął koszulkę i odrzucił ją na bok, podczas gdy Harry nie zdejmował zapiętej pod szyję koszuli na długi rękaw.
Kolejną godzinę później koszula była już brudna i przepocona. Malfoy odwrócił się, żeby o to spytać. Jego klatka piersiowa ociekała potem i brudem, a on czuł się z tym całkiem pociągająco. Jak ci robotnicy, których widział w mugolskim Londynie, kiedy pewnego razu niania zabrała go do McDonalda bez wiedzy ojca.
— Czuję się taki seksowny. Jestem spocony i brudny. Jak robotnik, którego kiedyś widziałem w Londynie — powiedział z dziwnym uśmieszkiem.
Harry popatrzył na niego, po czym szybko się odwrócił, rumieniąc się nieco.
— Bardziej jak któryś z Village People.
— Kto? Taak, myślę, że w wioskach* mają jakichś robotników. Wszystko jedno. Wciąż seksowny.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, kiedy Harry pchnął szpadel w ziemię i nieco przekręcił ramię. Skrzywił się, ale ani pisnął. Draco zauważył, że rękaw jego koszuli jest pokryty krwią.
— Cholera jasna — warknął. Gryfon podniósł wzrok.
— Co? — wyglądał na zaskoczonego, jakby zapomniał, że Malfoy tu jest. Jego oczy przeniosły się na nagi, brudny tors chłopaka, a potem z powrotem na twarz. Policzki zaróżowiły mu się jeszcze bardziej niż przez skwar. — Gdzie twoja koszulka?
Ślizgon zignorował pytanie, odrzucił łopatę i podszedł bliżej. Złapał koszulę Harry’ego z przodu za kołnierzyk i pociągnął, przez co odskoczyły guziki. Potter zaczął protestować, ale Draco brutalnie wyszarpnął jego ręce z rękawów i odrzucił ubranie na ziemię.
— Co, do diabła, tym razem sobie zrobiłeś? — wymamrotał, sięgając po ramię chłopaka i przekręcając je.
Najświeższe rozcięcie było otwarte, pokryte brudem i sączyła się z niego krew.
— Głupi, głupi dzieciak — skarcił Harry’ego, brzmiąc jak matka. Nie jego matka, po prostu czyjaś. Słyszał, jak mówią takie rzeczy, znalazł też kiedyś w jakiejś książce zwrot „gdakać jak kwoka”. Z zaskoczeniem stwierdził, że brzmi bardzo podobnie do tego, jak, w jego opinii, brzmiałaby kwoka.
— Jest w porządku — powiedział cicho Harry. Zamilkł, kiedy Draco spojrzał na niego wściekłym szarym spojrzeniem. Wywracając oczami i patrząc gdzieś w bok, pozwolił chłopakowi opatrzyć ranę. Domowy skrzat chwilę wcześniej przyniósł wodę, więc Malgoy szybkim ruchem zwinął koszulę Pottera i zmoczył ją, delikatnie zmywając krew i brud z rany.
— Słowo daję, tyle razy, ile muszę cię ogarniać… — wymamrotał, przyglądając się rozcięciu. W sumie był zadowolony. Było głębokie, ale na zewnętrznej stronie i nie proste, co, jak podejrzewał, znaczyło, że to nie była próba samobójcza. Ale coś znaczyć musiało. Gdyby to była próba otwarcia żył, to nawet Harry wiedział, że żyły są na wewnętrznej stronie nadgarstka. Z kolei same nacięcia powinny wtedy być bardziej celowe, planowane. Nie wędrowałyby ot, tak.
Zostali zmuszeni do zostawienia różdżek u Hagrida, więc Draco nie mógł go uleczyć.
— Powinieneś był mi wcześniej powiedzieć, wyleczyłbym ci to w sali wejściowej! — zawołał.
— To bez znaczenia — odparł Harry.
Malfoy rzucił mu krótkie spojrzenie i rozdarł swoją koszulkę, która była o niebo czystsza od tej Pottera. Owinął jego rękę pasmem materiału jak bandażem, przekonany, że tamten by go zabił, gdyby pobiegł do zamku po opatrunki lub, co gorsza, po Pomfrey. — Masz. I nie zakładaj tej cholernej koszuli, jest na to za gorąco.
Jeszcze raz wzrok Harry’ego ześlizgnął się na tors Draco, przez co twarz chłopaka stała się bardziej czerwona.
— Dobrze — wychrypiał, odwracając wzrok.
Malfoy uśmiechnął się lekko i przewrócił oczami, nawet jeśli nie do końca to rozumiał, a na jego własnych policzkach też pojawił się rumieniec.
— Jeśli zaczęłoby znowu krwawić — powiedział — powiedz. Myślę, że to kopanie nie wychodzi temu na dobre.
Potter zaśmiał się krótko.
— Co, zmusisz mnie, żebym siedział i patrzył, jak kończysz pracę?
— Jeśli zajdzie taka potrzeba — odpowiedział zwyczajnie Draco, podnosząc łopatę. Harry nie ruszał się przez moment, po prostu wpatrywał się w chłopaka z pewnego rodzaju podziwem w oczach. Draco nie był gotowy, żeby się nad tym zastanowić.
Po chwili Gryfon sam sięgnął po łopatę i dalej pracowali w ciszy, z tą różnicą, że o ile wcześniej się ignorowali, tym razem byli bardziej siebie świadomi. Po tym dniu Harry nigdy nie będzie miał problemu z przypomnieniem sobie, w jaki sposób Malfoy ściera pot z czoła wierzchem dłoni. Draco z kolei już zawsze będzie pamiętał, jak drży gardło Pottera, kiedy ten odchyla lekko głowę i pije wodę prosto z dzbanka. Wspomnienia będą jednak zamglone, z pewnym żarem i nerwowością, i dziwnym podekscytowaniem, którego żaden z nich nie potrafił jeszcze rozpoznać.
Profesor Sprout zamierzała zasiać tam dzikie kwiaty. Kiedy Malfoy się o tym dowiedział, ironia sytuacji sprawiła, że się zaśmiał. Nigdy nie lubił dzikich ogrodów, a miał pewność, choć nie wiedział skąd, że Harry takie uwielbiał.

Koniec rozdziału piątego


* village — wioska, Village People — zespół
Ostatnio edytowano 13 mar 2017, o 18:13 przez Lasair, łącznie edytowano 5 razy
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez pindolino » 7 lut 2017, o 01:14

Oczywiście, nigdy nie biore się za fanficki, które nie zostały do końca przetłumaczone, bo mój angielski leży i kwiczy. Ale, że mój humor odwzorowuje Harry w pierwszych zdaniach, wręcz nie mogłam się powstrzymać. Kiedyś trzeba się przełamać, żeby zacząć czytać po angielsku i to miała być ta chwila, ale oczywiście mam pecha bo pod podanym adresem nie moge znaleźć tego fanfika. I teraz zwracam się z prośbą do tłumaczki, bety, Was wszystkich czy ktoś, ktokolwiek zna dalsze losy bohaterów? Może ktoś ma pdfa, albo cokolwiek co pozwoli mi przeczytać daną historię? Albo zna jakieś portale gdzie mogłabym napisać do autorki? Może ktoś zna nową stronę na której znajdę tą historię w JAKIMKOLWIEK języku? Jeżeli nie czy ktoś może mi zdradzić zakończenie? Czy Harry umiera? Czy Draco zaczyna żyć spokojnie, bez obawiania się ojca? Zakochują się w sobie? Ron i Hermiona w końcu są, a nie tylko czekają? Dowiadują się o wyznaczonej dacie śmierci Harry'ego? Bardzo proszę o pomoc i dziękuje za fantastyczne do tej pory 5 rozdziałów, od których nie mogłam się oderwać. Pozdrawiam serdecznie
pindolino Offline


 
Posty: 19
Dołączył(a): 18 mar 2016, o 21:14

Postprzez Lasair » 8 lut 2017, o 11:07

Dopiero zauważyłam, że ktoś wziął się za tłumaczenie Beautiful World. Nie sądziłam, że ktokolwiek chciałby się tego podjąć, biorąc pod uwagę tematykę, a skoro już się podjął, jest mi naprawdę strasznie przykro (i nie używam tego zwrotu, bo wypada go napisać), że nie skończył. Opowiadanie należy do absolutnych klasyków, tych z najwyższej półki. Wyższej już nie ma. Cinnamon jest wspaniałą autorką, choć nie wszystkim podoba się styl jej pisania. Wzbudza tak specyficzne emocje, jak żadna inna nie potrafi, może tylko Michi Chu i jej Słowik. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że w angielskim fandomie nie ma drarrystki, która nie zna tego tytułu. Osobiście do Cinnamon mam przeogromny sentyment, bo sama tłumaczyłam jednego z jej fików i właściwie miałam zamiar tłumaczyć i ten, a jej klimaty zdeterminowały wybór większości tytułów do moich tłumaczeń. Rozumiem, jeśli tłumacz nie kończy pracy nad fikiem, który nie należy do klasyków, a jest taką sobie głupotką, o której się zapomni za godzinę czy dwie. Ale nie rozumiem porzucania czegoś, co jest fundamentalne dla fandomu. To taki rodzaj społecznej odpowiedzialności. Jeśli nie ma się czasu czy chęci, oddaje się pałeczkę komuś innemu. Sama nie udzielałam się na forum przez kilka lat, ale obecnie kończę wraz z Kaczalką tłumaczenia osób, które fiki porzuciły (również klasyki). I w tym momencie proszę o pozwolenie na przejęcie i tego, bo zależy mi na tym, jak na niczym innym.

pindolino, zakończeniami ani żadnymi innymi wątkami spoilerować nie będę, a na pewno nie na forum. Niestety, fiki Cinnamon, umieszczone do tej pory tylko na stronie Schnoogle.com, odeszły wraz z nim. Właściwie nie mam pojęcia, czy całe Fictionalley.org wraz z podserwisami (w tym właśnie Schnoogle) nie działa z powodu kolejnej awarii serwera, czy po prostu nie będzie go w ogóle. Właśnie wysłałam do nich wiadomość i czekam na odpowiedź w tej sprawie, o czym pewnie napiszę na forum. I drugie niestety, fików Cinnamon nie zdążyłam sobie zapisać, więc dostępu do nich nie mam, ale popytam w angielskim fandomie, czy ktoś nie ma ich zapisanych.
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez stain » 10 lut 2017, o 15:49

Dziękuję Wam za przypomnienie mi o tym fiku! ;) Pamiętam jak z wielką ekscytacją czytałem te tłumaczone rozdziały, ale niestety później jakoś zupełnie o nim zapomniałem. Nie dziwię się sobie, bo jak widać tłumaczenie jest porzucone, a szkoda, bo wszyscy mówią, że to dzieło z którym trzeba się zapoznać.

Lasair, wydaje mi się że skoro w kwietniu miną trzy lata od ostatniej aktualizacji, to raczej o pozwolenie nie powinno być ciężko.

No cóż, skoro jakimś cudem fictionalley.org żyje na ten moment, to lecę zapisać sobie kopię oryginału, oraz resztę twórczości Cinnamon. Nie daruję sobie, jak tego nie zrobię, a tamte forum znowu zdechnie. ;/
Past the end of this cold winter
Until the spring comes again
Until the flowers bloom again
Stay there a little longer
Stay there
stain Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 18
Dołączył(a): 4 sty 2015, o 22:26
Lokalizacja: somewhere over the rainbow

Postprzez Lucifar » 17 lut 2017, o 22:06

Lasair , chyba popłaczę się ze szczęścia, gdy przejmiesz to tłumaczenie ;)

Fik jest przecudowny, a teraz, gdy temat został odkopany to znów wróciła chęć, aby poznać te opowiadanie na nowo, już w języku polskim. Po angielsku jest ciężko, przynajmniej dla mnie, gdy spora część tekstu potrafi sprawić mi problem, a ciężko domyślać się "z kontekstu". W każdym razie skoro serwery fictionalley.org powróciły chwilowo do żywych, to lecę zrobić kopię na lapka, by jutro nie płakać, że znów coś poznikało.
Lucifar Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 6
Dołączył(a): 24 sie 2015, o 14:07

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości