[Z] [T] Słowik

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:14

[autor docelowy - Akame]

Zabieram się za ten komentarz od dwóch dni i zabrać się nie mogę, bo właściwie nie mam pojęcia co napisać.
Jestem zaskoczona... naprawdę sądziła, że Pottera dopadnie poczucie winy, że będzie sobie wyrzucał, że... no właśnie, że zrobi wszystko to, co na jego miejscu zrobiłby normalny człowiek. Jednak okazuje się, że tutaj nic nie jest normalne. Draco nie jest normalny, Potter nie jest normalny, to jakiś krąg szaleństwa. Mam wrażenie, że Harry, wpadł w jakieś utopijne bagno i tak mu w nim dobrze, że wszystko tłumaczy sobie na własną korzyść. Istna Arkadia szaleńca, który zatracił się w tym co robi. Żyje pośród choroby i ulega jej. Doszłam do wniosku, że Gryfonowi pomieszała się teraźniejszość z przeszłością. Dawny Draco i ten Draco, ciało dorosłego mężczyzny, reagujące, znane i kochane. Odrzuca to, co mało wygodne, nie zagłębia się w psychikę Malfoya. Draco wygląda tak jak jego kochanek i na siłę łączy go z osobą, którą był kiedyś.
Po wszystkim Draco drży i szlocha. Harry nie potrafi stwierdzić, dlaczego, i on sam pewnie tego nie wie, lecz mimo to przytula go i kołysze, dopóki nie wyschną wszystkie łzy.

Z każdym razem kiedy czytam to zdanie, staram się utrzymać szczękę przy sobie. To nie są myśli zdrowego człowieka. Dla Pottera w tym szaleństwie jest metoda. Podświadomie może i wie, że źle robi, jednak wszystko można sobie przecież przewartościować, prawda? Jak na razie wychodzi mu to idealnie. Strach się bać co będzie dalej.
Nie wierzę, że Draco wyzdrowieje, ten fick jest... ma w sobie coś takiego, że człowiek wie, iż tak naprawdę nic nie będzie dobrze. Nie wiem dlaczego, ale odnoszę wrażenie, że nic tak naprawdę się nie zmieni. Będą razem żyć, egzystować w tym chorym związku i chociaż dla nas jest to na granicy szaleństwa, myślę, że na swój sposób będzie im z tym dobrze. Zamknięci na świat zewnętrzny, we własnej utopii, pseudorealności.
Miałam napisać jeszcze o przeszłości, o ich walce, seksie i kontrastach jakie temu towarzyszyły, ale... jakoś sama zamknęłam się w tym co dzieje się obecnie i nie mogę z tego wybrnąć.
Pozdrawiam, dziękuję za kolejną część i... masz rację, lincz jak nie będzie następnej ;) jestem uzależniona od tej opowieści :)
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:14

[autor docelowy - Liberi]

Czy już pisałam, że mi niedobrze za każdym razem gdy czytam kolejny rozdział? Nie? No to piszę - niedobrze mi za każdym razem.

Potter racjonalizuje i próbuje przenieść odpowiedzialność za to co zrobił na Draco. Przekonuje sam siebie, że ofiara przecież sama tego chciała.
Ta opowieść zaczyna się przekształcać w studium narodzin najobrzydliwszej formy przemocy domowej.

Pięknie napisane, ale momentami nie mogę wytrzymać ciężaru tej historii.

Uciekam, muszę się zresetować.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:15

Bardzo dziękuję za komentarze.
Tym razem wyjątkowo betowała Donnie, której również bardzo, bardzo dziękuję. :)


CZĘŚĆ DZIESIĄTA


„Seks to uczucie wprawione w ruch.”
Mae West

— Tobie zawsze chodzi o seks, prawda? — zapytał Malfoy figlarnie, a jego wręcz zapraszające do pocałunku wargi (nie, nie zapraszające, po prostu wargi) wygięły się w krzywy uśmieszek. Harry zapragnął zetrzeć mu go z twarzy, najlepiej używając ust, języka i zębów.
(A potem wargi Malfoya byłyby wilgotne i czerwone niczym wiśnie, jego oddech stałby się ciężki, spomiędzy rozchylonych nieznacznie ust wydobyłby się jęk…)
— Widzisz? Założę się, że właśnie w tym momencie krążą ci po głowie nieczyste myśli o mnie i dżemie truskawkowym*. Masz to wypisane na twarzy. Gdzie się podział twój wstyd?
Harry stwierdził, że nie była to sprawiedliwa ocena. Z początku to zawsze Malfoy tego chciał, a on dawał za wygraną. To Ślizgon był kimś, kto wykuł z niego pewien kształt (oklepując i ostukując jak młotkiem nie było tu dobrą metaforą ani właściwym wyobrażeniem), zmieniając go w coś zupełnie innego.
Niesprawiedliwym był również fakt, że gdy tylko Malfoy napomknął o dżemie, Harry zaczął myśleć o nim niekoniecznie w kontekście śniadania.
— Do ciężkiej cholery, Malfoy… — warknął, starając się bronić, bo gdyby nie obrócił w gniew rosnącego w nim pożądania, nie wiedziałby, co zrobić. — Chcesz mi powiedzieć, że wyciągnąłeś mnie tu w środku nocy i mam nie oczekiwać seksu…
— Jakież to dla ciebie typowe, Potter. Zawsze wyciągasz pochopne wnioski — przerwał mu Ślizgon bezceremonialnie.
I on chciał się z nim pieprzyć? Och, proszę.
Oczywiście, że chciał, nawet bardzo! Pewna część jego ciała protestowała nader żarliwie.
Był tak zajęty sprzeczaniem się z tą właśnie częścią siebie, że nie zauważył, jak Malfoy zaczyna zbliżać się w jego stronę, dopóki nie stanął tak blisko, och, tak boleśnie blisko, że Harry mógł złapać go za szaty i jednym szarpnięciem zmniejszyć odległość pomiędzy nimi.
Harry sapnął, gdy poczuł, jak smukła dłoń łapie go za krocze.
— Posiadasz umiejętności słuchania ze zrozumieniem na poziomie głuchego słonia — stwierdził Malfoy. — Ale czy kiedykolwiek powiedziałem, że mi to przeszkadza?


***


”Jeśli walczysz z potworami, musisz uważać, by samemu się nim nie stać. To tak, jakbyś długo wpatrywał się w otchłań — ona również wpatruje się w ciebie.”
Friedrich Nietzche

Draco maluje. Miesza farby palcami, których oślizgły chłód przywiera do jego skóry i papieru. Tuż obok jego nosa widnieje pomarańczowo-niebieska plama i Harry musi oprzeć się pragnieniu, by napluć na serwetkę i zetrzeć ją. Jego obrazki są dziecinne, kanciaste, mimo to w jakiś sposób wyrafinowane w swym prymitywizmie, podobne do tych, które pozostawili po sobie ludzie na skalnych ścianach. Maluje narowiste hipogryfy, uzbrojone w kły, wielkie czarne psy, plamy czerni i szarości na błękitnym, papierowym niebie. Pewnego razu spod jego palców wyłoniło się płynne „S” z czerwonymi kropkami udającymi oczy.
— Zamieni cię w sk… ska… — przerywa z frustracją. — W kamień.
Harry wpatruje się w obrazek.
— Draco — zaczyna. — Pamiętasz? — Draco spogląda na niego chmurnym wzrokiem.** — Dlaczego malujesz to wszystko?
— Lubię potwory.
Potwory. Jakby to wszystko wyjaśniało.
Być może wyjaśnia.


***


„Człowiek wpatrujący się w gwiazdy pozostaje na łasce przydrożnych kałuż.”
Alexander Smith

Wieża Astronomiczna, druga w nocy. Miękki koc na podłodze.
Ich języki przylegały do siebie niczym jedna łuska do drugiej, identyczne, lśniące. Włosy Malfoya srebrzyły się pomiędzy jego wilgotnymi palcami. Oddychając ciężko, chwytał go za kosmyki, ramię, biodra, za wszystko, co ostre. Ślizgon pachniał dymem papierosowym, a smakował jak rzeczy, których nigdy nie powinno się wkładać się do ust. Cierpki smak gorzkniał szybko.
Mógłby stworzyć z niego klatkę, zbudować ją z cierni i jego zaostrzonych kości, lśniących białym światłem księżyca. Mógłby rozciągnąć na niej jego skórę lub zrobić z niej najdelikatniejsze rękawiczki.
Malfoy starał się kultywować swą rozpustę. Jako że seks i alkohol nie był wystarczająco niepokojący, dodał do tego również papierosy. Próbował wypuścić dym w taki sposób, jak robił to jego ojciec, ale zamiast tego tylko się pochorował. Harry uświadomił sobie, że lubi zapach papierosów, choć nieszczególnie pociągało go samo palenie, a za afront, jaki papierosy okazały Malfoyowi, ukarał je podpalając całą paczkę.
Pod księżycem i niebem upstrzonym gwiazdami wszystko zdawało się możliwe. Nie istniał czas, liczyło się tu i teraz. Liczyły się emocje. Księżyc nie osiągnął jeszcze pełni, był raczej nieco garbaty, niczym ulepiony z wosku, srebrny cień kuli. Harry preferował go właśnie w ten sposób. To znaczyło, że zawsze jest jakieś jutro.


***


„Miłość nie pozna swej głębi, póki nie nastanie godzina rozłąki.”
Kahlil Gibran

— Muszę iść do pracy — mówi Harry. Tak naprawdę nie ma zamiaru do niej wrócić, po prostu lubi obserwować reakcję Draco.
Lubi oglądać zawód w tych szarych, pociemniałych teraz oczach, obserwować, jak układa drżące wargi w grymas niezadowolenia.
— Musisz? — Lubi słuchać jego cichego, słabego jęku.
Mógłby zostać w domu na zawsze. Dla Draco wszystko jest odkrywaniem. Harry nagle mu zazdrości, patrzy, jak z niezwykłą ciekawością przygląda się roślinie doniczkowej, wyciąga jasne palce w jej stronę i głaszcze lśniące, ciemnozielone liście. Zazdrości mu także tego, że nic nie pamięta, że znów jest nieskalany.
Dotyka go ostrożnie, jego dłoń błąka się po gładkiej skórze. Tak bardzo za tym tęsknił, szczególnie zaraz po wojnie, gdy myślał, że nigdy już nie będzie mógł jej dotknąć. Że nigdy się nie pożegna. Pamięta, jak przeszukiwał pole bitwy, lustrując wzrokiem ciała. Jego żołądkiem wstrząsały mdłości za każdym razem, gdy napotykał blond włosy pokryte błotem. Pamięta tę przerażającą chwilę, zanim przekręcał ciało w swoją stronę i uważnie przyglądał się twarzy.
Nagle Draco krzyczy z bólu. Harry ściska go tak mocno, że pozostawa po sobie siniaki. Robi to o sekundę za długo, niemal tak, jakby chciał go za coś ukarać. Uświadamia to sobie i natychmiast go puszcza.
— Przepraszam — szepcze, pocierając zaczerwienione miejsce. Draco kwili cicho, ale wyciąga rękę, a Harry podnosi ją do ust i całuje, a potem całuje go w usta, obejmując dłońmi jego twarz.
Może sprawić, że wszystko się ułoży. Zawsze będzie potrafił to zrobić.
A krew na bladej skórze naprawdę nie powinna go tak rozpalać.
Draco poślizgnął się i zranił. Harry nie jest pewien, jak to się stało, ale Ron i Hermiona powiedzieli, że podobne rzeczy przytrafiały się Rose, gdy uczyła się chodzić. Wystarczy odwrócić się na chwilę, i proszę, mała leży na podłodze i płacze.
— Ciii, Draco — uspokaja go Harry. Już w szkole Draco zawsze narzekał na siniaki i draśnięcia, by zwrócić na siebie uwagę i pozyskać sympatię. W połowie przypadków Harry mu ustępował.
Zamiast wyleczyć zranienie Episkey, nakleja mu plaster. Nagle tęskni za tą czynnością, oznaką troski.
— Pozwól mi to pocałować.
Draco przygryza wargę i kiwa głową na zgodę. Jego piękne, szare oczy wypełniają łzy.
Harry całuje opatrunek, a potem Draco. Jego język wkrada się w wilgotne ciepło. Przytrzymuje jego twarz dłonią, by mieć większą kontrolę nad pocałunkiem. Pragnie przylgnąć do tego smukłego ciała.
Nie potrafi wyobrazić sobie większego pożądania. Draco leży pod nim spragniony, potrzebujący. Zawsze wie, gdzie jest jego miejsce, nie musi się już o to martwić. Nigdy więcej.
Harry kolejny dzień zostaje w domu.


***


„Prawda oślepia niczym światło. Fałsz to wspaniały zmierzch, który uwydatnia każdy szczegół.”
Albert Camus

Gdy nocą leżą w łóżku, przytuleni do siebie, z biodrami owiniętymi kołdrą, Harry głaszcze włosy Draco i opowiada mu o wszystkich rzeczach, o których powinien pamiętać.
— Nienawidziłeś swojego ojca — mówi cicho, muskając przy tym ustami miękką skórę na jego policzku. — Ale ocaliłem cię przed nim.
Draco krzywi się i marszczy czoło.
— Był zły?
— Był okropnym, okropnym człowiekiem… ale zawsze wiedziałem, że nie jesteś taki jak on.
Draco przytakuje, wzmacniając uścisk na jego talii.
— Dzi-dziękuję, Harry — odpowiada i wtula głowę w jego szyję. — Sz-szczęście, że mam ciebie.
Harry myśli, że też ma szczęście. Podnosi głowę Draco, by móc go pocałować.


***


„Zapewne nie ma bardziej odrażającego, nagłego oświecenia niż to, w którym odkrywasz, że twój ojciec jest tylko człowiekiem.”
Frank Herbert

— Przestań mówić o moim ojcu i zamknij gębę, albo sam ci ją zamknę — wysyczał Malfoy.
Któregoś dnia w jednym z egzemplarzy Proroka Codziennego pojawiła się wzmianka o przesłuchaniu Lucjusza Malfoya w sprawie powrotu Voldemorta. Oczywiście Ślizgon odmówił rozmowy, ale gdy tylko wiadomość się rozeszła, pojawił się sposób, by go do tego zmusić.
To nie Harry podjął pierwszy jego temat, ale też nie widział żadnego powodu, by nie pociągnąć tego dalej.
— On jest śmierciożercą, Malfoy…
— Jest moim tatą.
Odpowiedź zaskoczyła Harry’ego w sposób, jakiego nie przewidywał. Zawsze myślał o Draco Malfoyu jak o człowieku, który ma ojca, a nawet ojcowską postać, ale nigdy tatę. To był poziom intymności, nieformalności, której nie potrafił zrozumieć.
— Dokonał niewłaściwego wyboru — odpowiedział Harry, krzyżując ramiona i mrużąc ostrzegawczo oczy. Sądził, że po kilku miesiącach spędzonych ze Ślizgonem powinien go już rozumieć. Najwyraźniej się mylił.
— Zrozum, to nie jest tak cholernie proste. Dla ciebie wszystko jest jasne, och, jestem Harry Potter, Chłopiec Który Przeżył, istnieje dobro i zło, nic poza tym!
— To jest proste! — wypalił Harry. — Albo chcesz, żeby mugole i mugolaki byli martwi, albo nie. Albo chcesz, żeby psychopatyczny czarnoksiężnik zapanował nad światem, albo nie, albo chcesz… — Złapał za lewe ramię Ślizgona, zaciskając palce na znajomym ciele i wbijając je w nie. Chciał go naznaczyć. Przyciągnął Malfoya do siebie. — To, właśnie to znaczy, że nie jesteś jak oni, nie jesteś, nie będziesz idiotą i mordercą…
— Nie dotykaj mnie! Nie dotykaj mnie, do kurwy nędzy! — krzyknął Ślizgon i wyrwał gwałtownie rękę. Splunął na podłogę. — Mógłbym cię zabić, naprawdę, nawet nie wiesz, jak bardzo bym tego chciał. Nie zachowuj się tak, jakbyś mnie znał, Potter.
— Jesteś popieprzony, Malfoy — Harry pokręcił głową z obrzydzeniem.
— A ty jesteś cholernie naiwny — odpowiedział Ślizgon, a potem odszedł, ani razu nie oglądając się za siebie.


***

„Nie lubię tych wszystkich list, które on robi. To jakby sporządzać zbyt wiele notatek w szkole: czujesz, że urzeczywistniasz coś, czego nie masz.”
Dorothy Gladys Smith

Harry sporządza listy. Tę czynność popierają wszystkie grupy wsparcia, wszystkie książki Hermiony. Dobre myśli dnia. Powody do życia. Dlaczego Harry Potter nas ocalił i dlaczego jest to naprawdę dobry uczynek. Listy zakupów. Listy zadań.
Zasady są ważne. W szkole istniały tylko po to, by je łamać, ale teraz Draco potrzebuje organizacji.
Tym razem rozegrają to inaczej.

— Nie wychodź beze mnie na zewnątrz.
— Odrób lekcje.
— Nie oglądaj tych programów telewizyjnych, na które ci nie pozwalam.
— Zawsze postępuj tak, jak powiem, a nie, jak ja postępuję.
— Najważniejsze: zawsze mam rację.
— W razie, gdybym się mylił, patrz na powyższe.
— Zawsze wiem, co jest dla ciebie najlepsze.

Nie jest pewien, czy Draco potrafi je przeczytać, mimo to spisuje je, a potem czyta tak długo, dopóki nie będzie umiał ich powtórzyć, tak samo, jak kiedyś oni uczyli się na pamięć Dwunastu Zadań od Snape’a.
Hermiona parzy w kuchni herbatę. Brązowa ciecz paruje z jej kubka.
— Jest do ciebie bardzo przywiązany, prawda?
Harry przygryza wargę, by stłumić uśmiech i wpatruje się w swój własny kubek.
— Serio? — pyta. — Naprawdę tak myślisz?
— Tak — odpowiada przyjaciółka. — Nie odrywa od ciebie oczu. Jakbyś był jedyną osobą, która istnieje.
Jest tak samo jak w szkole, stwierdza. Podobnie patrzyli na siebie, siedząc przy stole w Wielkiej Sali, a w morzu głów i twarzy nie widzieli nikogo poza sobą.
— Co ty nie powiesz…
— To dobrze — stwierdza Hermiona stanowczo. Powoli nalewa mleka do kubka, wrzuca najpierw jedną, a potem dwie kostki cukru. — Tak, dobrze. To znaczy, jesteś jedyną osobą, którą ma, prawda? Potrzebuje kogoś, kto się o niego zatroszczy, kto o niego zadba.
— To prawda — zgadza się Harry.
— I dobrze, że masz kogoś, kim możesz się zaopiekować, kogoś, kto cię potrzebuje — ciągnie, mieszając herbatę metalową łyżeczką, która stuka o ceramiczny kubek. — Zdaję sobie sprawę, że odkąd urodziła się Rose, trochę się od siebie oddaliliśmy, ale… Harry, wiesz, że zawsze możesz przyjść do mnie i do Rona, by porozmawiać, jasne? Kiedy tylko chcesz.
— Wiem, Hermiono — odpowiada. Upija łyk swojej herbaty. Na kubku widnieją wyblakłe, kwiatowe wzory, a złoty pasek wokół krawędzi jest nieco wytarty. — Jesteś wspaniałą przyjaciółką — zapewnia ją. — Ty i Ron jesteście moimi najlepszymi przyjaciółmi.
— Tak… — odpowiada Hermiona. — I… wspieramy cię, Harry, wiesz o tym, i… cóż, chcemy po prostu, byś był szczęśliwy.
— Mhmm.
Przyjaciółka posyła w jego stronę lekki uśmiech, odrobinę wymuszony, odrobinę nerwowy. Bierze głęboki oddech i ponownie się uśmiecha. Podnosi do ust kubek z herbatą, w którym wciąż znajduje się łyżka, ale nie upija ani łyka.
— Harry… — odzywa się po chwili. — Chyba nie robisz z nim tego, co robiłeś dawniej, prawda? To jest, z Malfoyem.
— Co, czy się z nim biję? Hermiono, oszalałaś? Spójrz tylko na niego.
— Nie, Harry, nie to miałam… czy… czy ty z nim sypiasz? — pyta, starając się brzmieć zwyczajnie.
Harry marszczy czoło, ale chwilę potem przybiera wymijający wyraz twarzy.
— Oczywiście, że ze mną śpi. Boi się spać sam.
— Nie, nie o to mi chodzi i wiesz o tym. Czy ty i on…
— Co? — pyta Harry, kierując na nią swoje sławetne, uważne, przerażająco zielone spojrzenie.
— Nic. — Hermiona wzdycha i stawia kubek na stole. — Nieważne.
— Wiesz, on miewa koszmary.
— Nie dziwię się.


***


„Karykatura diabła: musimy pamiętać, że znamy tylko jeden punkt widzenia. To Bóg napisał wszystkie scenariusze.”
Samuel Butler

Pod koniec jesieni z drzew opadły już liście, z szelestem ocierając się o kamienie.
„Po treningu.”
Wiadomość, napisana odręcznym pismem, nie zawierała nic więcej. Niektóre z liter zlewały się ze sobą, jakby autor pisał w pośpiechu. Pergamin upstrzony był czarnymi smugami, co oznaczało, że rolka została zwinięta, gdy atrament wciąż jeszcze nie wysechł.
Harry mógł z łatwością zgnieść notkę w lekko wilgotnej dłoni niczym uschnięty, złoty liść.
Spotkał się z Malfoyem na boisku do quidditcha. Wciąż miał na sobie ochraniacze, a jego włosy były zmierzwione przez wiatr.
—Bierz swoją miotłę — powiedział Ślizgon, a Harry wiedział, że wszystko zostało mu wybaczone.
Nie powiedział nic głupiego w stylu „Przeprosiny przyjęte”, po całej tej męczarni, którą Malfoy zafundował mu kiedyś po jego własnych przeprosinach , wątpił, że powiedzenie czegoś takiego doprowadziłoby do czegokolwiek dobrego, mimo że byłoby wielce satysfakcjonujące. Tak czy siak, to nie było tego warte.
Po tym, jak przez całe godziny ścigali znicza, Harry pozwolił Ślizgonowi pobić się pięć do trzech i potwierdził tym samym, że mu wybaczył, poszli do szatni dla zawodników, gdzie wypełniona została kolejna tandetna Nadzwyczajnie Mokra i Szalenie Jakaśtam Fantazja.
Harry obserwował, jak po wszystkim Malfoy zakłada ubranie. Zawsze był tak drobiazgowy w tym względzie. To najbardziej niezręczna część ich spotkań, głównie dlatego, że z założenia ze sobą nie rozmawiali. Właściwie to w ogóle nie odzywali się do siebie zbyt wiele.
Prostując swój ślizgoński krawat, Malfoy powiedział:
— Gdy miałem sześć lat, ojciec kupił mi pierwszą miotłę. Nauczył mnie latać.
Nic nie odpowiedział. Nie był nawet pewien, czy chciał usłyszeć więcej. Ślizgon wzruszył ramionami i, zniechęcony ciszą, porzucił temat.
Harry przyciągnął go i pocałował mocno, przyciskając jego plecy do metalicznego chłodu szafek.
Hermiona pisała listy do Victora Kruma. Ron obściskiwał się z Lavender. Harry zastanawiał się, kiedy w końcu oboje przestaną ciągnąć tę grę i przyznają, że są w sobie szaleńczo zakochani i pragną być razem na wieki.
On sam utrzymywał, że nie jest w związku ani go nie planuje, i nie, nie zaczynał coraz bardziej szaleć na punkcie Draco Malfoya.
— Harry, tobie już nic nie pomoże — stwierdziła Hermiona.
I co to niby miało znaczyć? Ona nawet nie miała o niczym pojęcia.
Harry chciał już odpowiedzieć jej „Malfoy mówi…”, ale w porę się powstrzymał.


KONIEC CZĘŚCI DZIESIĄTEJ

* gra słów: “strawberry jam” to w języku slangowym praktyka seksualna, polegająca na analnej penetracji pięścią do pojawienia się krwi, a następnie rozsmarowaniu jej na pośladkach partnera, co z kolei przywodzi na myśl wspomniany dżem truskawkowy
** “Fingerpaiting” autorstwa Lilithium
.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:15

[autor docelowy - Miss_Black]

Uwielbiam zaczynać piątek od rozdziału "Słowika" i "Księcia". Weekend zapowiada się idealnie!
Zacznę od najbanalniejszej części - przypisów. Przeraziło mnie wytłumaczenie dżemu truskawkowego. Po przeczytaniu kołatało mi się w głowie jedno pytanie: Jak to?! I zapomniałam na chwilę, co dokładnie chciałam napisać.
W każdym razie Potter wykazał się niezłym opanowaniem przy rozmowie z Hermioną. Niby tak niewinny, że nawet nie wie o co jej chodzi. Cóż. Ciekawe jak się z tym poczuł. Co innego samemu sobie wyrzucać niemoralne zachowanie, a co innego usłyszeć to od przyjaciela. Z początku było mi go szkoda, ale im dalej w to brnie tym moje współczucie szybciej się kurczy. Ciekawa jestem co z tego wyniknie, ale już niedługo się przekonamy.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:16

[autor docelowy - Liberi]

? Draco ? zaczyna. ? Pamiętasz? ? Draco spogląda na niego chmurnym wzrokiem.** ? Dlaczego malujesz to wszystko?
? Lubię potwory.


Cóż, to zdaje się jest ten moment, w którym autorka pozycjonuje Pottera.
Tak, drogi Harry, tym właśnie jesteś - potworem. A to, że Draco lubi potwory nie sprawia, że bycie potworem przestaje być złe.

Z tym tekstem jest jak z życiem. Człowiek się przyzwyczaja do otaczającego go brudu. I choć wie, że brudno, to przestaje już tak bardzo razić.
Być może za chwilkę poszukam uzasadnienia, dlaczego brud może być korzystny? Znacie tę teorię o dobroczynnym wpływie bakterii na organizm? Teoria prawdziwa, jednak gdzie przebiega granica natężenia brudu?

Teraz już muszę sobie jasno i wyraźnie powtarzać - Potter, jesteś świnią. I choć ci współczuję, to dalej jesteś świnią i oprawcą, a Draco jest twoim pokarmem i ofiarą.
I myślę sobie, że gdyby Draco odzyskał teraz zmysły, na zawsze znienawidziłby Pottera - za zniewolenie dumnej osobowości, jaką był zdrowy Malfoy.

Im dłużej jestem wystawiona na obcowanie z Harrym z tego ficka, tym większą mam ochotę uciec, podłożyć bombę, lub odwrócić oczy. Najłatwiej oczywiście zrobić to ostatnie.

Jeszcze tylko dwa rozdziały i przekonamy się, czy wszystko zniknie w gigantycznej eksplozji, ukryje się za ciszą tych drzwi, które mijamy idąc do swojego mieszkania, czy też skończy się śmiercią jednego albo obu bohaterów dramatu.
Prawdę mówiąc, gdybym była w takim stanie emocjonalnym, jak Potter, to prawdopodobnie najbliższa byłaby mi opcja trzecia.

Lasair, czekam więc na te dwa ostatnie rozdziały i pozdrawiam gorąco.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:17

[autor docelowy - Donnie]

Tak się chyba dziwnie przyjęło, że bety rzadko odzywają się na temat tekstów (lub ich fragmentów, jak w tym przypadku), nad którymi pracowały. Ale może się mylę. A nawet jeśli nie, to Słowikowi nie popuszczę. Obrzucę go choćby najkrótszym komentarzem.
Co do ogólnego wrażenia, to podpisuję się pod Liberi. Dodając, że mnie najbardziej uderzyło to:

? Nienawidziłeś swojego ojca ? mówi cicho, muskając przy tym ustami miękką skórę na jego policzku. ? Ale ocaliłem cię przed nim.


Albo Harry zaczyna popadać w mitomanię, albo świadomie kłamie na temat rzeczy, ?o których Draco powinien pamiętać?, przedstawiając mu je w najbardziej wygodny dla siebie sposób. Po orwellowsku zmienia teraźniejszość, naginając przeszłość do własnych celów. Nie wątpię, że uważał Lucjusza za złego człowieka, ale doskonale wiedział, że Draco był w stosunku do niego lojalny i bardzo daleki od nienawiści. Przynajmniej za czasów szkolnych.

I na koniec ta jedna, gorzko-piękna rzecz, która połączona z rzeczowym podejściem do tego rozdziału od strony warsztatu, ocaliła mnie przed tradycyjną postsłowikową deprechą:

Jest tak samo jak w szkole, stwierdza. Podobnie patrzyli na siebie, siedząc przy stole w Wielkiej Sali, a w morzu głów i twarzy nie widzieli nikogo poza sobą.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:18

[autor docelowy - Akame]

Ja już nie wiem jak to komentować. Po prostu. Cały ten fick trąci jedną, wielką deprechą, a pomimo to go uwielbiam. Chyba jest tak jak napisała Liberi, człowiek przyzwyczaja się do brudu i powoli staje się na niego obojętny, aczkolwiek nie do końca. Przywyknąć, nie znaczy zaakceptować i pomimo tego, że to największe rozczarowanie Potterem powoli zmienia się w zniechęcenie i po prostu machnięcie ręką w stylu - On już i tak się nie zmieni - to jednak zasady moralne, które w każdym z nas są głęboko zakorzenione, nadal sprawiają, że ten brud lepi się do nas po każdym jednym rozdziale.
Chyba najbardziej przeraża to kim stał się bohater, wybawca. Człowiek, który kojarzy nam się z zasadami, sprawiedliwością, lojalnością, po prostu dobrem.
Nagle Draco krzyczy z bólu. Harry ściska go tak mocno, że pozostawa po sobie siniaki. Robi to o sekundę za długo, niemal tak, jakby chciał go za coś ukarać. Uświadamia to sobie i natychmiast go puszcza.
? Przepraszam ? szepcze, pocierając zaczerwienione miejsce. Draco kwili cicho, ale wyciąga rękę, a Harry podnosi ją do ust i całuje, a potem całuje go w usta, obejmując dłońmi jego twarz.
Może sprawić, że wszystko się ułoży. Zawsze będzie potrafił to zrobić.
A krew na bladej skórze naprawdę nie powinna go tak rozpalać.

Obłęd? Szaleństwo? Dla mnie to jakaś psychoza. Jakbym miała przed oczami psychopatę, który z jednej strony mówi, że wszystko będzie dobrze, by zaraz uderzyć i znowu przeprosić. To jak schizofrenia, jakby Harry był dwoma osobami na raz, kumulowały się w nim sprzeczne uczucia. Najgorsze jest to, że on zachowuje się jakby doskonale o tym wiedział. Jest świadomy tego, że cokolwiek by nie zrobił, jak bardzo nie zraniłby Draco, on do niego i tak będzie lgnął, zrobi wszystko co tylko będzie chciał, bo tak naprawdę jest jego jedyną ostoją, jedynym domem jaki posiada i cholera to przeraża najbardziej. Czasami mam ochotę wrzasnąć. Malfoy to takie dziecko z patologicznej rodziny, może być popychane, bite, a i tak będzie lgnęło do sadystycznych rodziców, bo są jego jedyną rodziną i wbrew logice, kocha ich i to właśnie u nich szuka bezpieczeństwa.
Kurde, znowu chwyciłam doła, nienawidzę tej obłąkańczej miłości Pottera i sama już nie wiem, kogo powinno się bardziej leczyć, Draco, czy właśnie jego.
Pozdrawiam ciepło i wbrew wszystkiemu, czekam na kolejną część.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:18

[autor docelowy - nessa]

Umm, po pierwsze przepraszam za tak długą przerwę w komentowaniu, już się poprawiam!
Nie zgadzam się z tym, że ten ff to jedna wielka deprecha. Cóż, może ze mną jest coś nie tak, może jestem równie pochrzaniona jak sami bohaterowie, ale chwilami (zwłaszcza na początku) odkrywałam tu duże pokłady czarnego humoru. Pokręcona logika myślenia Harry'ego, przekoloryzowane lamentowanie Draco i jego słynne "Potter jesteś kutasem" często mnie bawiło do łez. Ta odrobina humoru, czy czymkolwiek to było, idealnie uwydatniała nienormalność ich relacji, jak i stanowiło doskonały kontrast dla już całkiem przesiąkniętej bólem teraźniejszości. A właśnie, skoro mowa o czasie, odniosłam wrażenie, że natężenie anormalności zmieniło się. Na początku bardziej chora była relacja z przeszłości, gdy(poprzez łóżko ^^) zaczęła "zdrowieć", to z kolei ta teraźniejsza wręcz przeciwnie.
Swoją drogą, nie do końca zgadzam się z całym zbiorowym obrzydzeniem, mdłościami, oburzeniem i setką innych reakcji na seks chłopaków (rzecz jasna tego w trakcie trwania choroby Draco). Jasne, to nie jest normalne, jest wręcz złe, ale nie jest jakąś hm, najbardziej wstrząsającą rzeczą, która kiedykolwiek została napisana. A może moja psychika jest już zbyt skrzywiona i nie odczuwam normalnie.
Tak czy owak, kocham to ff każdą komórka mojego ciała. Wprowadza mnie w inny wymiar, pełen bólu, bezsilności i wpadania w dól bez dna, niżej i niżej.
Aż przypomniał mi się słynny cytat, świetnie tu pasujący "Obojętnie po której stronie będziesz : przegrasz." Z praw Murphy'iego.

Pozdrawiam!
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:19

[autor docelowy - Liberi]

Tak sobie myślę, że właściwie do każdego dylematu moralnego można podejść w ten sposób:

Naprawdę nie ma co lamentować, bo gdzieś, kiedyś, ktoś z pewnością zrobił coś paskudniejszego. Na przykład - szkoda łez nad gwałconą w małżeńskim łóżku kobietą, bo gdzieś ktoś właśnie teraz gwałci dziecko.

Moim zdaniem to nieporozumienie. Ofiara jest ofiarą i zasługuje na litość i współczucie, a także na wszelką dostępną pomoc, niezależnie od tego, jak nisko ktoś ocenia jej cierpienie w skali porównawczej, którą sobie ustanowił.

Odnośnie humoru w tym ficku - jest cudowny i jadłabym go łyżkami. Ale jego funkcją jest właśnie kontrast do naprawdę chorej i smutnej teraźniejszości. Dlatego czytanie o tym, jak było kiedyś mnie osobiście boli i dotyka, mimo że śmieszy i rozczula. Ale tak chyba właśnie miało być. Ma boleć.
Swoją drogą zastanawiające jest, jak silnych bodźców teraz potrzebujemy, żeby "poczuć". Czy nasza wrażliwość jako rzeczywistych ludzi naprawdę się stępiła? Czy może jednak to tylko przypadłość internetu, a po wyjściu z domu jednak jeszcze zauważamy, że coś jest nie halo?
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:20

[autor docelowy - Lasair]

(Grzecznie proszę o niezjedzenie mnie żywcem.)
Dzisiaj przypałętałam się tylko z informacją, że następna część pojawi się za tydzień, a nie planowo, czyli dzisiaj. Czasem trzeba zdecydować, którą ze spraw zawalić, żeby nie zawalić ważniejszej. (Nie, żeby Słowik zaliczał się do tych nieważnych.)
Mogę tylko obiecać, że wynagrodzę czekanie. Moja tłumaczeniowa wena posiada umiejętność kumulowania się, kiedy jej nie używam. ;)
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:23

[autor docelowy - Kaczalka]

PRZERWA TECHNICZNA
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:23

Bardzo dziękuję za komentarze i zapraszam na przedostatnią część.
W ramach rekompensaty za dłuższe czekanie na część jedenastą, część ostatnią wkleję za tydzień.
Beta: Kaczalka :*


CZĘŚĆ JEDENASTA


„K jest dla Kate, trafionej toporem,
L jest dla Leo, co kilka gwoździ połknął,
M jest dla Maud, poniesionej przez morze,
N jest dla Neville’a, co z powodu nudy zmarł.”

Edward Gorey, „The Gashlycrumb Tinies”

Harry nie może wiecznie uciekać od pracy. Kto niby nadał mu taki przywilej? Posiada mnóstwo pieniędzy, z których mógłby utrzymywać się jeszcze przez wiele lat, a nawet przez resztę życia. Jest bogaty, nie musi zarabiać. Poza tym, jego współpracownicy już dawno zrezygnowali. Przez jakiś czas zatracał się w papierkowej robocie, ale teraz tego nie potrzebuje. Niby po co?
Cóż, najwyraźniej nieustanne spędzanie czasu w mieszkaniu razem ze swoim byłym kochankiem, mającym teraz umysł dziecka oraz nieszukanie jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym nie jest oznaką stabilności sfery psychicznej znerwicowanego weterana wojennego.
— Oczywiście, w ten sposób brzmi to nieco przerażająco… — mówi Harry Hermionie. — I to nawet nie jest do końca prawdą. Mam kontakt ze światem zewnętrznym. Czasem. Kto inny przynosiłby nam zakupy?
Mimo tego powinien wychodzić. Warto robić to dla Draco, który wita go, gdy Harry wraca do domu, oplata go mocno ramionami i chowa twarz w zagłębieniu jego szyi.
Skrzat domowy nie jest wystarczającym towarzystwem dla małego chłopca-upośledzonego mężczyzny-małego chłopca.
Stworek dobrze się z Draco dogaduje, a Draco czuje się z nim jak w domu. Harry’ego uderza myśl, że właśnie w ten sposób spędził swoje dzieciństwo. Jedynie ze skrzatami.
Harry może mu zapewnić coś lepszego.
Być może Luna mogłaby się nim zająć. Od zakończenia wojny tu i tam szuka jakiejś dostatecznie dziwnej pracy. Gdy przychodzi mu na myśl, marszczy brwi. Lubi ją, w końcu jest jego przyjaciółką, a ona i Draco mogliby się dogadać — oboje mają ze sobą coś wspólnego. Nie ufa jednak Lunie na tyle, by powierzyć jej opiekę nad swoim kotem, a co dopiero nad Draco.
Prawdopodobnie w tym przypadku najlepszym rozwiązaniem będzie profesjonalista.
Zamieszcza więc ogłoszenie w gazecie.
Dobrą chwilę zabiera mu dobranie odpowiednich słów. „Niania” brzmi źle. „Opiekunka do dzieci” jeszcze gorzej. „Au pair” raczej niepoprawnie. W „umyśle dziecka” jest coś niepokojącego, a „guwernantka” (Draco kiedyś mógłby taką mieć, choć z drugiej strony niekoniecznie, kto wie, jak to jest w czarodziejskich rodzinach?) nie jest osobą, której szuka. Z kolei „pielęgniarka” brzmi już po prostu niedorzecznie.
W końcu ogłoszenie przybiera ostateczny wygląd:

„POSZUKIWANA: gosposia/niania do bardzo specyficznego przypadku. Pożądane doświadczenie pielęgniarskie (choć niekonieczne).”

Dopisuje wysokość wynagrodzenia, dni, w których kandydatka będzie przychodziła do pracy oraz numer kontaktowy. Nic poza tym. Ostatnią rzeczą, jakiej chce, jest stado ludzi, którzy daliby się zabić za pracę dla Harry’ego Pottera. Dla lepszego efektu zamieszcza ogłoszenie również w mugolskiej gazecie.
Zgłasza się do niego mugolska dziewczyna. Mówi, że jest domową pielęgniarką. Nie odstrasza jej fakt, że Draco, pomimo swoich dwudziestu czterech lat, zachowuje się jak pięciolatek. Harry sądzi, że odebranie należytego wychowania, bez nauki złych słów w stylu „szlamy”, miałoby na niego pozytywny wpływ.
Przez pierwsze kilka dni wszystko idzie jak po maśle. Draco ją lubi, ponieważ ładnie pachnie i mówi, że jest słodki. Mimo to, gdy Harry wraca do domu, nadgorliwie odsyła dziewczynę do domu, głównie dlatego, że chce nadrobić cały ten czas, kiedy przebywał z dala od Draco.
Wszystko wskazuje na to, że się ułoży, aż do dnia, w którym opiekunka napotyka na swojej drodze Stworka.
Mindy Miver jest obiecująca. Ma dziewiętnaście lat i związuje sznurkiem wszystkie małe zabawki, tworząc z nich łańcuch.
Dziewczyna sądzi, że Draco powinien nauczyć się gry w klasy, co jest w porządku do momentu, w którym ten decyduje się podpalić jej włosy. To nie wina Mindy. Skąd mogła wiedzieć, że Draco nienawidzi gry w klasy?
Mary Lee. Ma jasnopomarańczową czuprynę i uwielbia Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta. Nie pozwala ich jednak jeść Draco, z wyjątkiem tych najobrzydliwszych.
— Ta jest naprawdę pyszna, będzie ci smakować! — zapewnia go, po czym wręcza mu fasolkę o smaku wymiocin bądź woszczyny.
W przeciągu tygodnia Mary dopada tajemnicza choroba i prosi Harry’ego o urlop zdrowotny. Mówi, że to jakiś wirus żołądkowy. Nie może przestać wymiotować i biegać do toalety. Nigdy nie wraca.
Harry nie liczy już tych, z którymi rozmawiał i które odesłał, zanim jeszcze zobaczyły Draco. Zadaje im pytania o zaangażowanie w wojnę i o hipotetyczny stosunek do śmierciożerców. Obserwuje, jak wiercą się na krześle, a potem oznajmia im: „Dziękuję za poświęcony czas, zadzwonię do ciebie.”
Następna kandydatka pachnie śliwkowym sokiem. Jeszcze inna przypomina mu o pani Figg i mimo iż Harry osobiście nie ma nic przeciwko niej, nie posiada jednak o kobiecie miłych wspomnień, a chciałby, aby Draco miał kiedyś tylko dobre wspomnienia.
Młode dziewczęta zdają się wypadać lepiej niż inne kandydatki, a przynajmniej przez jakiś czas. Milutkie, pełne entuzjazmu opiekunki chcą pracować dwa razy ciężej, żeby mu zaimponować, ponieważ jest Harrym Potterem. Prawdopodobnie przyczynił się do tego również fakt, że Draco jest atrakcyjny oraz to, że raczej nie są na bieżąco z wiadomościami oraz polityką, więc dopóki Harry był w stanie sam opatrzyć drobne zranienia Draco, wszystko jest w porządku.
Angie Holt. Nie wierzy, że Draco nie pamięta podstawowych rzeczy. Przynosi dla niego książki do nauki. Podczas gdy Draco czyta, ona z zafascynowaniem wpatruje się w telewizor. Pewnego dnia potyka się o dywan w przedpokoju i rozbija głowę o ścianę. Trafia do Świętego Munga. Nie wraca do pracy.
Lynn Craig. Tajemnicza dziewczyna ubrana w czerń od stóp do głów posiada nieco zbyt entuzjastyczną opinię na temat śmierciożerców. Z drugiej strony, wydaje się miła i opiekuńcza, więc Harry decyduje, że dostanie szansę. Kończy poparzona przez kuchenkę. Nikt nie wie, co się wydarzyło.
— A… A jest dla A-amy, kt-która spadła ze schodów — recytuje Draco. — B j-jest dla B-bazyla, rozszarpanego przez n-niedźwiedzie…
Harry posyła w jego stronę spojrzenie, które w zamierzeniu miało być surowe.
— Przestanę czytać ci tę książkę, jeśli dalej masz zamiar czerpać z niej pomysły.
Draco wpatruje się w niego wzrokiem niewiniątka.
Dana Hayner wysyła mu swoje zgłoszenie przez sowę i robi na Harrym wrażenie. Posiada wykształcenie zarówno w mugolskim pielęgniarstwie, jak i magomedycynie. Była wolontariuszką na tym piętrze w Świętym Mungu, a wszyscy, którzy pracują na oddziale zjaw, muszą mieć dobrą duszę.
Kocha dzieci i małe zwierzątka. O co więcej mógłby prosić?
Harry nie ma wątpliwości, że Dana jest idealna. W końcu jednak okazuje się, że osoba, stojąca na jego wycieraczce przed domem, nie jest miłą kobietą z kokiem, a muskularnym, owłosionym mężczyzną z tatuażami.
— Jesteś pielęgniarzem?
— Masz z tym jakiś problem? — pyta gość burkliwym tonem, grubym od irlandzkiego akcentu.
— Cóż, panie Hayner… — zaczyna Harry.
— Mów mi Dana.
— W porządku, eee, Dana…
Draco z jakiegoś powodu zdaje się go lubić. Harry sądzi, że zawsze gustował w silnych, grubiańskich mężczyznach, którymi może rządzić. Myśli o Crabbie i Goyle’u, dwóch górach mięśni, po których nie ma teraz śladu.
Bezzwłocznie zatrudnia Danę.


***


„Gdy myślę o zimie, w moim sercu rodzi się ciepło
Wkładam dłonie w rękawiczki ojca
Uciekam w zaspy coraz głębsze
Śpiąca Królewna z surową miną podstawia mi nogę”

Tori Amos „Winter”

Trzy tygodnie przed Bożym Narodzeniem śnieg pokrył niemal wszystko. Harry zastanawiał się, czy w lochach Slytherinu zrobiło się zimno. Na pewno musiało tak być, z tymi wszystkimi kamieniami, umiejscowieniem pod zamarzniętym jeziorem… Chciał już zapytać Malfoya, czy założył dodatkowy sweter, ale uznał to za zbyt matczyne zachowanie.
Ślizgon przywoływał w nim obraz lodu i śniegu, oczywiście ze względu na jego bladą karnację. Mógłby nawet napisać o tym wiersz, gdyby tylko nie był w tym taki kiepski, a poza tym, jeśli wiersz nie posiada rymów, nie jest wierszem.
W desperackiej wędrówce wyobraźni fantazjował, że został uwięziony pod lodem, w samym środku zimy, niczym pływający w zamkniętym, szklanym słoju płód. (Jak w jakimś paskudnym sklepie ze składnikami eliksirów). Mógłby wtedy przez szkło przyłożyć rękę do ręki Malfoya. Dłonie przywarłyby do siebie, opuszki palców Ślizgona spoczęłyby na jego opuszkach, tak naprawdę nigdy się jednak nie dotykając.
Nie znosi wizji smakowania niczym lodowe kostki, które sprawiają, że usta drętwieją z zimna.
Pewnie skończyłoby się odmrożeniem.
„Lód jest taki zimny”, mógłby napisać, „że pali niczym ogień, choć możesz go dotknąć”. Stwierdził, że wers jest raczej słabej jakości. Żaden z niego poeta, takie sprawy były zbyt dziewczęce i nie wchodziły w rachubę, zakładając, że Draco Malfoy w ogóle chciałby dostać jakiś wiersz.
Boże Narodzenie nadeszło i minęło. Obaj pojechali odwiedzić bliskich — Harry Weasleyów, a Malfoy oczywiście swój rodzinny dwór.
Przed odjazdem pocałował Ślizgona dwa razy. Draco wrócił właśnie z zewnątrz i jego usta były zimne. Odwzajemnił się pocałunkiem lekkim i ulotnym niczym piórko, palącym i trwającym zaledwie sekundę, jak gdyby na ustach Harry’ego roztopił się płatek śniegu. Ślizgon odsunął się, ale Harry przyciągnął go do siebie i całował, dopóki jego wargi nie stały się ciepłe.
Święta u Weasleyów przepełniały ciepło i radość. Stoły uginały się pod jedzeniem i dużą ilością napojów. Harry, lekko podchmielony i odurzony, pocałował żartobliwie Ginny pod jemiołą, na co dziewczyna, mimo oczywistej urody i doświadczenia z chłopcami, pokryła się rumieńcem tak jaskrawym jak jej włosy.
Po powrocie do Hogwartu Draco stał się ponury, cichy i unikał go przez całe dnie. Harry wiedział, że w domu przywitało go tylko jedno z rodziców.
Gdy sowa w końcu przyleciała, Harry uświadomił sobie, jak długo Ślizgon przeciągał jej wysłanie. Od powrotu z ferii minął cały tydzień i był już dosłownie o krok od chodzenia po ścianach ze zniecierpliwienia. Mógłby się stać nowym typem bohatera, takiego, który nosi czerwono-niebieski kostium oraz maskę i potrafi zarzucić sieć.
I naprawdę potrzebował swojej własnej melodii przewodniej. (Choć nie umiałby skomponować jej sam.)
Ukryty pod peleryną niewidką spotkał się z Draco przed kwaterami Slytherinu, po czym udał się za nim do jego prywatnego pokoju. Wcześniej już raz postąpili podobnie, używając tej samej metody. Harry czuł się nieco zziębnięty, być może istniała szansa, że przekona Malfoya, aby zdobył dodatkowy koc? Przecież mógł sobie na takowy pozwolić.
Malfoy nie marnował ani chwili. Pchnął Harry’ego na łóżko i wspiął się na niego. Wargi Ślizgona od razu zaczęły szukać smaku jego skóry.
— Pieprz mnie — powiedział głosem równocześnie delikatnym i surowym. Harry przełknął ślinę.
— Jesteś pe…
Jego pytanie zostało przerwane przez napastliwy pocałunek.
Spostrzegł skrawek naprężonej skóry, który odsłonił podciągnięty do góry wełniany sweter. W jego wnętrzu zalęgło się pożądanie, które pociągało za struny w niższych partiach ciała.
Palce Harry’ego przebiegły po śnieżnobiałej powierzchni, a Malfoy… Draco… był tak rozpalony, że równie dobrze mógł być lodowaty.
Wstrzymał oddech i wszystko, co był w stanie zrobić, to przytaknąć.
Nieskazitelnie biała pościel i kołdra ze skrzydła szpitalnego w jakiś sposób przypominały śnieg. Harry nagle zapragnął znów zranić Ślizgona, naznaczyć krwawymi śladami, fioletem i purpurą, tak, by mógł położyć go na łóżku wyściełanym czystą bielą.
Nawet jego pot smakował niczym krople z topniejących sopli. W nocy mógłby z powrotem zamarznąć, czyniąc swoją powierzchnię jeszcze dłuższą, cieńszą, ostrzejszą.
Opuszki palców Harry’ego zacisnęły się na karku Draco, pozostawiały ślady na całym jego ciele.
Pierwszy raz. Dla nich obu.


***


„Miłość jest taka krótka. Zapominanie jest tak długie.”
Pablo Neruda

To takie niesprawiedliwe, że Draco nie pamięta. Harry budzi się z koszmaru i spogląda na jego ciało, uśpione i spokojne. Czasami on również miewa złe sny, ale gdy tylko się z nich otrząsa, widzi Harry’ego i zdaje się, że zaraz o nich zapomina.
Budzi go szorstkim pocałunkiem, dotykiem, wszystkim, ale bez żadnej delikatności.
Gryzie go, a Draco krzyczy zraniony, skrzywdzony. Harry nie przestaje.
Potem obejmuje go i szepcze: „Przepraszam, przepraszam…”
Mimo to, że Draco nadal pozostaje obolały, jego ciało naznaczone jest przez ręce i zęby, nie uskarża się, nie jęczy. Przecież doszedł, podobało mu się. Harry zawsze doskonale wie, jak dostarczyć mu tego, czego chce, pragnie i potrzebuje.
Draco przywiera do niego mocno i przyciska głowę do jego szyi. Harry nie ma koszmarów przez następny tydzień.
Potem Ron dzwoni do niego z telefonu, którego tak bardzo lubi używać.
— Cześć, Harry, to ja. Wiesz, Hermiona mówi, że… to znaczy, chciałem powiedzieć… Cieszę się, że jesteś szczęśliwy.
— Och — odpowiada Harry, a potem, szczerze i ciepło, dodaje: — Dzięki.
— Myślę, że jesteś dobry dla Malfoya — kontynuuje Ron. — Dobrze, że już nie jesteś sam.
— Racja.
Przyjaciele zawsze tak bardzo martwili się o to, że jest sam. Jak gdyby nie istniała różnica pomiędzy byciem samym a samotnością. — Mam na myśli… Wiesz, naprawdę chciałem, żeby tobie i Ginny się ułożyło, ale wiem, że czasem nie wszystko idzie tak, jak planujemy, prawda? To, co robisz, jest naprawdę dobre. Wiem, że ja nie byłbym w stanie temu podołać. Ale ty jesteś inny, Harry.
— Och. Dzięki, Ron. To dużo dla mnie znaczy.


***


„By napisać dobry list miłosny, powinieneś zacząć bez świadomości tego, co chcesz powiedzieć i skończyć bez świadomości tego, co napisałeś.”
Jean Jacques Rousseau

Na stole przed nim leżała dobra setka kartek z napisem „Zostaniesz moją walentynką?”. Rzeź samotności. Serca wyrwane zostały z podartych, białych kopert. Czerwień, biel i róż z cichą desperacją błagały o uwagę. Jego wielbiciele oddaliby wszystko za odrobinę uczucia, lśniącego, cienkiego i pomarszczonego niczym zmięte kawałki folii z pozostałymi w niej ciągle maleńkimi okruchami czekolady. Czerwień pojedynkowała się z różem.
Miłość to pole bitwy.
Polizał cukrowe serce, a napis „KOCHAM CIĘ” stał się smugą bladego karmazynu. Pozostała po nim tylko ciepła ślina, wypełniająca wyżłobione rowki.
(Przeważnie, przez większość czasu, brzydzisz się sobą.)
Śnieg padał niczym białe konfetti albo kawałeczki koronki, poodrywane od tych pięknych, papierowych serc. Tutaj nie ma miejsca dla czerwieni, ponieważ byłaby nienaturalna i niewłaściwa. Mimo to Harry widział ją, przebijającą się przez biel, pokrywającą ją niczym mgiełka, jasną, żywą. Była tą samą czerwienią, która pojawiała się, gdy uderzał pięścią w idealną twarz, sprawiając, że nos krwawił niczym przecięte płatki kwiatów z eksplodującego bukietu.
(Nie chcesz go nie chcesz go nie chcesz nie chcesz go a jednak chcesz.)
Zmiażdżył serce pomiędzy zębami.
Smak, które pozostawiło, był niczym pożądanie pokrywające jego język, nieco gorzkie i nieprzyjemne. Malfoy chciał pojedynkować się w tym, kto dostanie więcej listów miłosnych z okazji Walentynek.
Oczywiście odniósł spektakularne zwycięstwo.
— Nie możesz sam ich do siebie pisać! — zirytował się Harry.
— A dlaczego nie? — zapytał Ślizgon. — W tym dniu, w którym celebrujemy tak wspaniałe, przelotne uczucie jak miłość, pragnę uczcić osobę, którą kocham najbardziej na świecie.
Harry westchnął, a potem roześmiał się na przekór sobie. Dlaczego miałby pisać przysięgi pełne miłości i dozgonnego oddania? To przecież nic nie znaczyło. Jeśli o tym napiszesz, nie sprawisz, że stanie się to prawdą.


***


„Ta opera jest tak kiepska, jak i wspaniała.”
The Robot Devil „Futurama”

Ron dzwoni do niego w poniedziałek. Właściwie, Ron dzwoni do niego przez większość dni w tygodniu. Po dziewięciu latach opanował w końcu obsługę telefonu i jest z tego niezwykle dumny. Hermiona podarowała mu komórkę na urodziny, więc teraz wydzwania do Harry’ego przy każdej okazji.
(— Halo? Harry, to ja. Jesteś zajęty? Mógłbym wpaść?
— Halo? Harry, to ja. Zaraz wpadnę do ciebie przez Fiuu.
— Halo? Harry, to ja. Jestem w twoim salonie.
— Halo? Harry, to ja. Masz coś do picia?
— Ron — mówi wtedy Harry. — Czy naprawdę musisz dzwonić do mnie, kiedy już jesteś w mojej kuchni, a ja jestem w przedpokoju?)
— Halo? Harry, to ja — mówi przyjaciel, jakby istniała możliwość, że Harry pomyli go z kimś innym. — Znowu będą wystawiać w Londynie musical o tobie.
Jakiś rok po wojnie Harry otrzymał sowę z zapytaniem o pozwolenie użycia jego nazwiska i historii do wystawienia spektaklu.
Pismo to wywołało lawinę innych próśb o podobnej treści. Po wojnie wszyscy chcieli umieścić jego twarz na swoich produktach: pojemnikach na drugie śniadanie, tiarach, butach, koszulkach, bieliźnie. Firmy dzwoniły do niego, pytając, czy nie wypromuje ich produktów w zamian za zapłatę w gotówce bądź w darmowych próbkach. Reklamy często zawierały treści w stylu:
„Harry Potter potwierdza, że nasze zaklęcia czyszczące na zawsze usuną Pleśniomorty z twojego domu!!! Dzięki nim również twoje zęby staną się nieskazitelnie białe! (Do czyszczenia pryszniców, toalet i zębów)”
„Zniszcz Czarnego Pana naszym Rekinim Kordem!” (Nie, Harry również nie wie, co to jest.)
„Harry Potter rekomenduje nasz środek przeczyszczający! Uwolnij się od strachu przed Sam-Wiesz-Czym już teraz! Nasz bohater gwarantuje, że za dodatkową opłatą będziesz wolny od wszelkich nieczystości”.
„Zaburzenia erekcji? Bez obaw! Harry Potter mówi: Ten eliksir pokona dni spod znaku Dziś-Nie-Pieprzysz! Zrób to z jedną, zrób to z dwiema! Zdobądź względy dziewczyny, o którą zabiegasz! Może nawet zabrać go do Peru. Jeśli lubisz perwersje, zrób to w zoo. Wytrysk gwarantowany.”

To tylko kilka przykładów.
Paru ludzi chciało od niego pozwolenia na napisanie książki. Jeszcze inni chcieli otwierać muzea. Muzeum Wojenne Harry’ego Pottera. Prosili o ofiarowanie osobistych przedmiotów. („To może być cokolwiek, panie Potter. Szkolne szaty, notatniki, stare wypracowania, osobiste drobiazgi, bielizna…”)
Harry oficjalnie stał się dojną krową. Czerpał ze swego nazwiska wszelkie przywileje, ale tak naprawdę, niewiele miał w tej sprawie do powiedzenia.
W większości przypadków odmawiał propozycjom, nieważne, jak bardzo były intratne. (No bo co zrobiłby z tym całym zapasem zysków? To Hermiona była chorobliwą pedantyczką, nieprawdaż? I nie, nigdy nie miał zaburzeń erekcji, bardzo dziękuję.) Mimo to ludzie i tak umieszczali jego nazwisko na różnorakich przedmiotach. W jednym z muzeów wojennych wystawiono jego adidas, który najwidoczniej zsunął mu się z nogi podczas Ostatecznej Bitwy. („Jakież to typowe”, skwitowałby Malfoy, podsumowując to, że Harry zawsze był niedbały i nigdy nie zauważał rozwiązanych sznurówek.) But ten, ubrudzony błotem i rozchodzony, był o rozmiar za duży, a żółte ślady od potu nie pochodziły ze stopy Wybawcy. Nie, żeby to liczyło się dla kogoś, kto poszedł go zobaczyć. To samo tyczyło się innych przedmiotów, które odegrały rolę w szlachetnym poświęceniu Harry’ego Pottera w czasie wojny.
Musical była jednak czymś, na co się zgodził. Muzykę i tekst stworzył sławny kompozytor Stephanos Sondheim. Po wszystkim Harry nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego właściwie wyraził zgodę. Być może był w szczególnie wrażliwym, emocjonalnym nastroju (czytaj: narąbany w trzy dupy), gdy podpisywali kontrakt. To, że kiedyś pieprzył faceta (tylko jednego) nie znaczyło, że podsycał w sobie miłość do musicali.
Niespodziewanie, przedstawienie otrzymało entuzjastyczne recenzje w gazecie:
„HARRY POTTER RATUJE ŚWIAT ŚPIEWEM I TAŃCEM”
„HARRY POTTER ROZKOŁYSZE CZARODZIEJSKI ŚWIAT”
Cały spektakl był rozległą, epicką opowieścią o tragedii i triumfie. Hołdem oddanym jego heroizmowi. Historią jego życia skondensowaną w kostiumach i w trzygodzinnym, podzielonym na akty przedstawieniu.
Teraz, po tournee dookoła świata, najwyraźniej wrócił do Londynu.
— Hermiona stara się mnie przekonać, żeby na nie pójść. Sądzi, że to będzie wydarzenie kulturalne i takie tam pierdoły.
— Och — odpowiada Harry. — Naprawdę? A nie jest to po prostu dziwne? Spektakl opowiada również o was. Przysłali mi kopię scenariusza.
— Dali ci scenariusz? Ale teraz znasz wszystkie kluczowe momenty! Nic mi nie mów, Harry.
— Ron, ty już znasz wszystkie kluczowe momenty. Wiesz, jak wszystko się skończyło.
— No coż… Masz rację. Spojler: Harry Potter zabija Sam-Wiesz-Kogo.
— Snape zabija Dumbledore’a.
Ron śmieje się chwilę, a Harry stara się stwierdzić, czy w jego głosie nie pobrzmiewa przypadkiem skrępowanie.
— Umiera cała masa ludzi.
Harry odchrząkuje.
— Słuchaj, muszę iść sprawdzić, co robi Draco. Zostawiłem go na górze, mógł coś nabroić.
— Jasne. Eee… właściwie miałem zapytać…
— Co?
— Hermiona wykupiła nam miejsca w loży. Miałem zaprosić cię na kolację i jeśli chcesz zobaczyć spektakl…
— Naprawdę nie sądzę, żebym miał na to ochotę, Ron.
— Daj spokój, będzie zabawnie. Mam tu na myśli jakieś tortury…
— Nawet ty nie chcesz tego oglądać.
— Męki, towarzystwo, i tak dalej…
— Nie mogę zostawić Draco w domu.
— Więc weź go ze sobą! Malfoyowi mogłoby się spodobać. Może to jakoś na niego podziała. Nigdy nie wiadomo.
Harry wzdycha. Nie jest przychylny inwestycji w wątpliwą terapię czarodziejskich musicali, ale Ron może mieć rację. Być może.
— O której zaczyna się spektakl?
Właściwie nie jest pewien, czy Draco kiedykolwiek lubił musicale. Tak czy inaczej, miło jest mieć powód, by przebrać się i gdzieś wyjść. Zapina czarne szaty Draco i wygładza mu włosy. Wygląda niemal boleśnie dobrze, jak jego stara, dobra, nienaganna wersja. Również jak dawny Malfoy, jest idealny, dopóki nie zacznie mówić. Draco prostuje plecy, przez co jego sylwetka staje się znajoma, nieugięta. Na jego widok Ron robi zaniepokojony grymas, ale przynajmniej tym razem trzyma język za zębami. Hermiona uśmiecha się i mówi do Draco:
— Wyglądasz bardzo ładnie.
Draco, próżne stworzenie, uśmiecha się do niej szczerze. Przywiera do niego tylko raz, gdy wtapiają się w tłum, i Harry przyspiesza kroku. Wchodzą do teatru, gdy światła są już przyciemnione. Bileter posyła w ich stronę pełne dezaprobaty spojrzenie po tym, jak pytają go, czy mogą wejść na salę, gdy drzwi zostały już zamknięte, ale chwilę później spostrzega, że ma do czynienia z Harrym Potterem. Harry zgadza się złożyć autograf na jego koszulce.
Postać Voldemorta grana jest przez wysokiego, szczupłego, smukłego mężczyznę, który lubi zwiewne szaty i zdaje się aż nazbyt nimi wirować. Posiada wyjątkowo imponującą sylwetkę i fascynujący głos. Harry nie myślał nigdy o tym, że mógłby spotkać kogoś bardziej przerażającego od prawdziwego Voldemorta, ale sądzi, iż twórcy spektaklu dostarczyli precyzyjną interpretację portretu Sami-Wiecie-Kogo jako TAŃCZĄCEGO CZARNEGO PANA.
— Łaał… — mówi Ron, po czym milknie oszołomiony wspaniałością sceny.
— Taa… — odpowiada Harry.
W postać Harry’ego wciela się wysoki, ciemnowłosy, przystojny aktor. Wszystko to składa się na obraz idealnego Wybawcy. Mężczyzna jest wyższy, przystojniejszy i ma ciemniejsze włosy niż on sam, ale kto zechce to porównywać?
Wygląda podobnie do Supermana. Rzeźbione rysy twarzy, silne ciało, idealne, błyszczące włosy w artystycznym nieładzie. Okulary nie posiadają szkieł, by ukazać jego wspaniałe, zielone oczy. Śpiewa mocnym, czystym, heroicznym tenorem, a jego biały uśmiech jest olśniewający. Namalowana blizna lśni. Harry jest całkowicie pewien, że na czoło aktora nałożono środek nabłyszczający.
— Łał — kwituje ponownie Ron. — Wyglądasz jak frajer.
Harry, niestety, musi przyznać mu rację.
— Mogło być gorzej — odpowiada. — Mogli ubrać mnie w rajtuzy.
Ron i Hermiona są mniej niż zadowoleni z odgrywających ich postaci**.
— Moje włosy nigdy tak nie wyglądały! — krzyczy przyjaciółka.
Aktorka grająca Hermionę nosi wielką, krzaczastą perukę, która otacza jej głowę niczym aureola z włosów i sznurka. Wszystko to wygląda jak ul, który lada chwila eksploduje.
— O co chodzi z tymi wszystkimi dziwnymi kropkami na mojej twarzy? — pyta Ron. — Wyglądam jak nieumyty żebrak!
Niestety, najwyraźniej piegowaci śpiewający aktorzy nie istnieją. Żeby to zrekompensować, jego postać ma na twarzy duże, brązowe kropki, które wyglądają tak, jakby ktoś zamoczył palec w płynnej czekoladzie, po czym przyozdobił nią jego policzki i nos.
— Ty nie jesteś taki brzydki — informuje go uprzejmie Hermiona.
— Właściwie wygląda to bardziej na jakąś chorobę — dodaje Harry, na co Draco zaczyna się śmiać.
Draco Malfoy jest jedną z postaci dramatycznych. Harry wiedział to, ponieważ rzucił okiem na scenariusz, ale udał, że o tym zapomniał.
Fabuła jest zbyt różna od rzeczywistego przebiegu wydarzeń, by przywołać jakiekolwiek wspomnienia.
Draco, jako postać tragiczna, ofiara okoliczności i błędnych decyzji, umiera pod koniec spektaklu, wyśpiewując przed tym pełne dramatyzmu solo.
Po przedstawieniu Hermiona chce spotkać się z obsadą. Aktorzy pytają Harry’ego, co myśli o ich występie. Odpowiada kłamstwem. Stwierdza, że byli wspaniali i niezwykle wiarygodni.
— Naprawdę uważam, że ująłem cały pana fantastyczny heroizm — mówi aktor, który grał Harry’ego. Jego uśmiech jest olśniewający.
— Eee… tak, racja — odpowiada, zerkając na zęby mężczyzny. — Odwaliłeś kawał dobrej roboty.
Wymieniają się autografami, podpisują się na ubraniach. Hermiona kręci na palcu kosmyk włosów, patrząc krzywo na wcielającą się w nią aktorkę.
Po wszystkim Draco wpatruje się w Harry’ego z podziwem.
— N-naprawdę ocaliłeś świat? — pyta. — W t-ten s-sposób?
— Cóż, nie do końca. Ale tak. — Otacza go ramieniem. — Tylko nie śpiewałem przy tym zbyt wiele. I nie miałem na czole środka nabłyszczającego.
Przez całą drogę do domu Draco nuci piosenki. Może tak śpiewać całymi dniami, tak jak zwykle robi coś, co go bawi. Harry uśmiecha się do niego pobłażliwie, nie zauważając, że Ron i Hermiona odwracają od nich wzrok.
— Umarłeś. — Ron mówi radośnie do Draco. — Czy to nie wspaniałe?
— Ron! – Hermiona karci go surowo.
Draco śpiewa głośno dramatyczną, przedśmiertną solówkę, którą aktor grający jego postać wykonał, zanim dołączył do ofiar wojny. Harry’emu bardzo się to nie podoba, więc każe mu przestać.
Draco kontynuuje nucenie pod nosem.


***


„Gorliwe przyrzeczenia zawsze są podejrzane.”
Lara Chapman

Ostatniej nocy przed końcem roku szkolnego Harry wiedział, że gdy nadejdzie poranek, nie będą w stanie powiedzieć sobie „do widzenia”. Przez moment wyobrażał sobie, jakby to było, gdyby trzymali się razem w hogwarckim ekspresie i może na stacji w Londynie jak zwyczajni ludzie, ale potem przestraszył się, że w ogóle coś takiego rozważał i chwila przepadła.
— Wyślę ci sowę — obiecał Malfoyowi.
— No ja myślę.
Harry wbił wzrok w ziemię, a potem cofnął się i zdecydował… och, pieprzyć to.
— Będę tęsknić — wyburczał szybko, przez co brzmiało to bardziej jak „bdętsknić”.
Draco przewrócił oczami.
— Na miłość boską, Potter, rozstajemy się na kilka miesięcy, nie na zawsze. Sądzę, że jakoś zdołamy to przetrwać.


***


„Skrzydła uwolnią mnie
Wzniosą ku zapomnieniu
Oddalą od codzienności.”

P. Roy Brammell „Wings”

Draco zawsze pragnie tego wtedy, gdy Harry. Potrzebuje, by ktoś dotykał go, pokazał, że jest kochany.
— Pamiętasz to? — pyta Harry miękko, chcąc wywołać w nim reakcję. Nie potrzebuje odpowiedzi. Myśli Harry’go są niczym mysz, puszysta, mknąca w tę i z powrotem, drapiąca podłogę małymi, mysimi łapkami.
— Więcej — mówi Draco niemal nieśmiało. — Ch-chcę więcej, H-harry.
— Będziesz dla mnie dobry? — pyta Harry, głaszcząc dłonią miękką skórę.
Draco zamyka oczy i przytakuje, obiecuje wszystko, by tylko z nim być. Gdy Harry wchodzi w niego, ten jest ciasny, perfekcyjny i odpowiada na każdą pieszczotę. Po wszystkim czuje się wyczerpany, jakby ktoś rozpuścił mu kości, po czym zastąpił je galaretką.
Wpatruje się w kręty łuk jego pleców, wsłuchuje się w głęboki, regularny oddech. Muska palcami linię grzbietu i kręgi, widoczne tuż pod porcelanową skórą.
Odczytuje dłonią wypukłości i wklęsłości jego ciała niczym pismo Braille’a.
Draco, szczupły i idealnie wtulony w ciało Harry’ego, obejmuje mocno ramionami jego szyję, jakby bał się, że lada moment ktoś zjawi się i będzie próbował go zabrać.
Przy pięknej pogodzie Harry zabiera Draco na zewnątrz, by polatać na miotle, ponieważ jest to coś, co powinien pamiętać. Radość z wiatru muskającego twarz, zostający w dole świat.
Draco zaplata ręce na jego talii i przywiera do niego mocno. Jest radosny, wręcz zachwycony. Harry czuje ciepło jego ciała na plecach. Wnoszą się ku oceanie nieba. Nigdy nie było mu tak wspaniale. Nigdy nie był tak wyzwolony.
Dochodzi do wniosku, że Draco nie potrzebuje swojej własnej miotły. Jaki miałby z niej pożytek?


***


„W tej sytuacji zdrada jest najodpowiedniejszym słowem.”
Artur Miller

Wraz z nadejściem siódmego roku, Harry nie wrócił do Hogwartu.
Podobnie jak Malfoy.


KONIEC CZĘŚCI JEDENASTEJ


* “At the theatre” autorstwa Kasche.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:24

[autor docelowy - Miss_Black]

Aż mnie ręce świerzbią, by zabrać się za oryginał. Ale jestem dzielna i poczekam tydzień. Mam wielką nadzieję, że Draco wróci do siebie. Przecież to musi się jakoś skończyć! Nie wyobrażam sobie ostatniego odcinka w tonie podobnym do pozostałych. Tu aż prosi się o wielkie bum na zakończenie.
Lubię humor "Słowika". Jego specyficzność powoduje, że słowa pozostają w pamięci. Treść jest dramatyczna - powinna być więc smutna z zasady, ale tak nie jest. W to wszystko wpleciona jest bielizna Wybrańca w muzeum, szopa na głowie Hermiony i entuzjastycznie kiwający głową Ron na śmierć Draco w musicalu. Do tego dodajmy dziwne wypadki opiekunek Malfoya i śmiech połączony z dreszczem grozy na plecach gwarantowany. Jeszcze chyba tylko "Książę" ma tak oryginalną, własną atmosferę. To szaleństwo kojarzy mi się, nie wiedzieć czemu, z moim ulubionym trio filmowym. Trochę to wszystko w stylu Burtona z Heleną i Jonnym w rolach głównych. Obłęd w jednym słowie. Hmm, w tym tradycyjnym znaczeniu. Brrr.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:26

[autor docelowy - Liberi]

Niech mi ktoś powie, co jest nie tak z tym facetem?
Jego słodki Draco podpala ludziom włosy, sprawia, że chorują, poważnie się ranią, parzą (i nie chodzi o seks), a Harry przyjmuje to tak naturalnie, jakby machał ręką "och, on już tak czasem ma". Świat jego wartości skręcił w czarną dziurę totalnego skupienia na Malfoyu i nic, co go dotyczy, nie mogłoby chyba sprawić, że Potter uznałby to za niewłaściwe.

Sielanka w postaci "rodzinnego" wypadu na musical w atmosferze absolutnej aprobaty dla wszelkich posunięć bohatera czarodziejskiego świata (? Myślę, że jesteś dobry dla Malfoya ? kontynuuje Ron. ? Dobrze, że już nie jesteś sam. ) jest naprawdę świetnie opisana.
Oto przechodzimy od dewiacji do normalności. To, co wczoraj było złe, dziś jest już oswojone. Cudownie.
Co teraz?

Lasair...
*bije dziękczynne pokłony, czekając na ostatni rozdział*
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 16:27

[autor docelowy - Donnie]

A mnie tym razem uderzyło coś innego: nieśmiertelność merchadisingu. Harry Potter jako produkt, napęd sprzedaży, pożywka dla reklamy, nawet musical o nim zrobili (zakładam, że w 5%, by uczcić go jako bohatera, a w 95%, by zarobić na jego nazwisku). Jak widać, konsumpcjonizm nie omija również czarodziejskiego świata. Sprawiło to, że poczułam się nagle w tej szalonej rzeczywistości Słowika jak w domu. Co nie oznacza, że poczułam się normalnie.

Nie, nadal nie wierzę w dobre zakończenie. Po prostu nie ma na nie miejsca, nagły przewrót w akcji zburzyłby specyficzną dynamikę tego tekstu. Myślę, że Harry i Draco odnajdą swoje nowe status quo, ale nie wierzę, że jego podstawą będzie powrót Malfoya do zdrowia.

Za każdym razem wpadam w pułapkę pewnego chwytu literackiego, polegającego na ukryciu całej masy emocji i zdarzeń w kilku suchych słowach. To

Wraz z nadejściem siódmego roku, Harry nie wrócił do Hogwartu.
Podobnie jak Malfoy.


zaparło mi dech w piersi.

Lasair, Kaczalko, wielkie dzięki za Wasze starania nad tym niełatwym tekstem.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości