[Z] [T] Słowik

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Lasair » 1 lis 2010, o 15:32

Oryginał: Nightingale
Autor: Michi Chu
Paring: Harry/Draco
Gatunek: angst
Raiting: NC-17
Beta: Kaczalka
Konsultacje językowe: Yami-no
Zgoda: jest
Kanon: w charakteryzacji postaci jak najbardziej, tam gdzie jest to możliwe
Ostrzeżenia: pomijając sprawy typowo raitingowe, tekst jest naprawdę przygnębiający, mimo przebłysków pozytywnych emocji, także jeśli macie ochotę na coś miłego i lekkiego, to odsyłam gdzie indziej



Fik pochodzi z drarrowej, trzeciej edycji Big Bang Challenge.
W oryginale nie posiada rozdziałów, za zgodą autorki jest podzielony przeze mnie na części.

Aktualizuję co dwa tygodnie. Chciałabym częściej, ale tekst jest dość trudny, więc lepiej trochę poczekać, niż otrzymać przekład gorszej jakości.



"Bóg pokochał ptaki i wymyślił drzewa.
Człowiek pokochał ptaki i wymyślił klatki."

Jacques Deval


SŁOWIK


CZĘŚĆ PIERWSZA


“W krainie bólu każdy jest pozostawiony samemu sobie.”


Za jego zamkniętymi oczami zawsze jest ktoś, kto płacze.
To pierwsza rzecz, którą Harry słyszy, gdy budzi się rano — cichnący płacz. Czasem jest to przejmujący, szarpiący za serce szloch, czasem zawodzenie, a jeszcze kiedy indziej ciche, samotne kwilenie.
Dziś to tylko zwykłe pociąganie nosem, jak gdyby tajemnicza postać nabawiła się paskudnej grypy. Dźwięki zlewają się z deszczem, stukającym o szybę niczym tysiące palców. W budziku z radiem emitują audycję UK Top 40, w tym właśnie momencie gra jeden z zespołów, którego wokalista brzmi jak dziewczyna i Harry przyłapuje się na myśli, że to piosenka z rodzaju tych, które nigdy się nie kończą.
— Doprawdy — mówi do siebie niemal surowo — życie nie byłoby tak dobre, gdybym nie żył.
Stwierdza, że to jego pierwsza Radosna Myśl Dnia, a potem zdaje sobie sprawę, iż mówi do siebie niczym szaleniec, a to jest już Niezbyt Radosna Myśl.
Próbuje się z niej otrząsnąć. Tego ranka czuje się szczególnie pusty. Nie pomaga fakt, że położył się do łóżka bez kolacji. Być może to dlatego, iż znowu miał jeden z tych snów, które wydają się być tak realne, próbują przekonać, że to twoja własna rzeczywistość, ta, do której należysz, nawet jeśli starasz się wmawiać sobie, że tylko śnisz. Ciągle czuje zapachy ze snu, a na skórze pozostaje wspomnienie dotyku. Dziś nie śnił o niczym niewiarygodnym ani perwersyjnym.
Tym razem był to dobry sen, z rodzaju tych, które wypełniają cię ciepłą przyjemnością i jest tak idealny, że aż rozrywa serce. Rozchodzi się po ciele jak gorąca herbata z cynamonem. Tuż po obudzeniu czuje się czegoś pozbawiony, ale lepiej starać się nie przypominać sobie niczego — dobre sny, takie jak ten, są absolutnie najgorszymi z możliwych.
Wie, że większość ludzi myśli, iż jego sny są mroczne, pełne pełzających pająków z długimi nogami, wężowych języków, zwłok i krwi. Niemalże oczekuje tego od nich, przynajmniej może przewidzieć ich pytania. (Cóż, w środy śnią mi się pająki, w czwartki o trzeciej nad ranem budzę się z krzykiem z powodu przebłysków wojennych, a każdej niedzieli śnię ten dziwny sen o wielkiej grzance, która przedtem jakimś sposobem wydostaje się z brytfanny.) Minęło już dużo czasu, od kiedy dzielił się tym z kimkolwiek. Zazwyczaj jego znajomi nie lubili tego słuchać, choć nigdy nie zebrali się na odwagę, żeby mu o tym powiedzieć, przybierali tylko zmartwiony wyraz twarzy. Spojrzenie Hermiony. To ona zasugerowała, że być może powinien się z kimś zobaczyć. ZSP, tak to nazwała. Zespół stresu pourazowego.
— Miewasz przebłyski z przeszłości? — zapytała. — Koszmary?
Wymieniła całą litanię pozostałych symptomów. Odrętwienie emocjonalne, zaniechanie aktywności, porzucenie zainteresowań. Drażliwość, trudności z zasypianiem i koncentracją, unikanie kontaktów z innymi ludźmi, zaburzenia uwagi.
(Mów o Hermionie co chcesz, ale przynajmniej nigdy nie straciła swojej pasji do wkuwania tekstów na pamięć.)
— Oczywiście, że nie — odpowiedział. — Skąd ci to przyszło do głowy?
Istnieje cała lista Zdecydowanie Nieprzyjemnych Myśli i znajdują się na niej pozycje, które psują Harry’emu nastrój.
Pod prysznicem odkręca gorącą wodę. Uwielbia niemal bolesne ukojenie, jakie ze sobą niesie. Obserwuje, jak skóra przybiera czerwoną barwę. Szybko myje włosy i przeklina, gdy szampon dostaje mu się do oczu. Jego ręce wędrują w dół umięśnionego torsu, powoli i leniwie dotyka porannej erekcji. Gdy dochodzi, stara się o niczym nie myśleć. Plama bieli na kafelkach wygląda jak jakieś zwierzę. Być może to koza albo pies, w każdym razie coś z uszami i czterema nogami. Nie jest pewien, czy to Radosna Myśl czy może znów ta Szalona?
Stworek przyrządził śniadanie: dwa perfekcyjnie wysmażone jajka z żółtkami jak złote oczy, tosty z marmoladą i nawet wędzone śledzie. Harry je, jakby zaraz miał umrzeć z głodu, dziabiąc widelcem jajka, z których wycieka żółta ciecz, zalewając cały talerz. Nie przywiązuje uwagi do tego, że może utyć. Spędził całe życie będąc głodnym, nie tylko w dosłownym znaczeniu tego słowa.
Przynajmniej on i Stworek dogadują się całkiem nieźle, a “całkiem nieźle” oznacza, iż Harry nie boi się, że skrzat zamorduje go we śnie, a potem przywdzieje jego skórę jak pelerynę superbohatera. Stworek przygotowuje mu smaczne posiłki, które zjada ufając, iż nie ma w nich żadnych „dodatkowych” składników. Wierzy w to na dziewięćdziesiąt dziewięć procent, a ten jeden pozostały to po prostu paranoja i folgowanie jego Nadzwyczaj Obrzydliwym Myślom.
Przeważnie, stwierdza.
Czasami podczas śniadania przegląda Proroka Codziennego. Jego nazwisko nie figuruje już na pierwszych stronach gazety. Oczywiście nie tęskni za tym ani trochę, teraz tylko od czasu do czasu, podczas spaceru ulicą, zdarza mu się usłyszeć prośbę o autograf. Raz podpisał się dziewczynie na piersi (na jednej, nie na dwóch), ale na tym poprzestał — nie miał pojęcia, że tak daleko może się to posunąć i zanim się obejrzy, ludzie będą wypinać w jego kierunku przeróżne części ciała.
Dziś zatrzymuje go mężczyzna w prochowcu i przysłaniającym oczy kapeluszu. Przez chwilę Harry myśli, że to jakiś ekshibicjonista i zaskakuje tym samego siebie, ale tylko trochę, bo wydaje mu się, że to właściwie Radosna Myśl. Nie żeby Harry był jakimś zboczeńcem, ale miło by było choć raz zostać zaskoczonym nie przez kogoś, kto chce go zabić, ale przez kogoś, kto chce zrobić coś tak niewinnego, jak pokazanie kawałka ciała. W końcu mogłoby to przełamać ponurą monotonię.
Mężczyzna niestety nie jest ekshibicjonistą, zamiast tego chce, aby Harry podpisał kolekcję zdjęć z nim w roli głównej, które mogłyby rywalizować z fotografiami robionymi przez Colina Creeveya.
— Komu mam je zadedykować?
— Nikomu — odpowiada szorstko mężczyzna. Harry nauczył się nie zadawać pytań na temat tego, co ludzie mają zamiar robić z jego zdjęciami.
Składa autograf dla nikogo. Myśląc o martwym, drobnym ciele Colina, Harry wciąż i wciąż bazgrze swoje imię na zdjęciu własnej twarzy, aż powstaje coś, co wygląda jak doprawione wąsy lub broda. Robi to, dopóki nie drętwieje mu ręka i nie może już dalej pisać.

O noszeniu kamuflującego przebrania przypomina sobie, gdy wychodzi na zewnątrz. Być może mógłby użyć okularów od Marksa Groucha, ale tylko wtedy, gdyby nie był to zaczarowany model, który przykleja się do twarzy. Fred i George sprzedawali coś takiego. Nie, wróć, wtedy byli jeszcze Fredem-i-George’em. Dziś sklep z dowcipami George’a podążał raczej w stronę niezdrowego humoru, jak na przykład czekoladowe trumny lub figurki Torturuj-Własnego-Czarnego-Pana (teraz z chwytami kung-fu). Dzieciaki je uwielbiają. Jak zapewne napisałby Prorok Codzienny, to znak naszych czasów, znak czasów, w których nie ma już Voldemorta.
Niedługo potem Harry dociera do, jak mogłoby się wydawać, opuszczonego domu towarowego, mija znak “Zamknięte do odwołania”, a potem wystawę, na której dziś umieszczono białą kurtkę z cekinami, akwarium ze złotą rybką i afrykańską perukę. Jest niemal pewien, że rybka jest martwa.
Przekraczając próg, wbija wzrok w podłogę — nie chce być rozpoznany i tak naprawdę nie zawraca sobie już głowy przyglądaniu się osobom z różnorakimi urazami, nieważne, jak absurdalnymi. Ciężko jest mu jednak unikać wpadania na ludzi od czasu do czasu i dziś zderza się z mężczyzną ze średniego rozmiaru rekinem, wystającym mu prosto z klatki piersiowej.
— Hej, uważaj, gdzie leziesz… czy to nie Harry Potter?
— P-pomylił mnie pan z kimś — jąka się pospiesznie, wymijając mężczyznę, zanim ten zdąży poprosić go o podpisanie się na rekinie.
Recepcjonistka na oddziale rumieni się, gdy go spostrzega. Ma na imię Anna, jest ładną, szarą myszką z brązowymi, delikatnymi włosami. Posyła mu uśmiech.
— Dzień dobry, panie Potter — mówi.
— Dobry — odpowiada.
— Przyszedł pan zobaczyć…
— Tak.
— A więc proszę wejść.
Drzwi otwierają się przed nim. Zanim przez nie przejdzie, zawsze, choć na chwilę, zamyka oczy i wstrzymuje oddech.
Gdy tylko wchodzi na oddział, zatrzymuje przechodzącą pielęgniarkę. Kobieta ma na sobie białe szaty, naznaczone gdzieniegdzie podejrzanie wyglądającymi plamami. Jej twarz otaczają loki, kilka pasm wydostaje się spod spinki. Widział ją już wcześniej, jest tu praktycznie za każdym razem, gdy przychodzi, ale mimo tego nie pamięta jej imienia.
— Pan Potter! — mówi. — Miło pana widzieć.
— Jak on się miewa? — pyta zamiast odpowiedzieć na powitanie, nie brzmi jednak nieuprzejmie, ponieważ zawsze są to pierwsze słowa, jakie wypowiada na oddziale. Wie, że nic się nie zmieniło, że nigdy nie ma najmniejszej poprawy, ale wydaje mu się, iż jeśli zniknie pytanie, zniknie także nadzieja.
— Tak samo, jak wtedy, gdy ostatni raz go pan odwiedził. Dlaczego nie pójdzie pan się przywitać? On tęskni za panem.
Pielęgniarka poklepuje go po plecach i odwraca się, by otworzyć drzwi. Ciemne włosy zaczesane są w ciasny kok i wyglądają, jakby na jej czaszce przysiadła spirala ciemności.
Harry wzdycha i wymija ją.
— Tak, tak zrobię.
Wchodząc do pomieszczenia, spostrzega samotną, siedzącą na krześle i wyglądającą przez okno sylwetkę. Mętne oczy o barwie żelaza niewzruszenie wpatrują się w małe drzewko na zewnątrz.
— Hej.
Harry czuje się, jakby uleciało z niego powietrze. Gdy patrzy na Draco, jego żołądek zaciska się niczym pięść, a to uczucie przypomina mu o rzeczach, o których wolałby zapomnieć. Niektóre są zbyt gorzkie, aby o nich pamiętać. Pozostałe są zbyt dobre.
— H-harry? — Mężczyzna ożywa na jego widok. Jąka się przy imieniu, ale jego oczy rozjaśnia blask.
Harry zmusza się do uśmiechu.
— Draco — mówi i podchodzi bliżej, a każdy krok zdaje się być brodzeniem w wodzie. To Malfoy jest tym, który zwraca się w jego kierunku niczym kwiat w stronę promieni słońca. — Jak się dzisiaj miewasz? — pyta, a jego głos jest z pozoru wesoły i delikatny. Jeśli Draco jest kwiatem — żywym, rosnącym w ziemi, to Harry jest tym sztucznym, na którym osiada kurz. Nie powinien być czyimkolwiek promieniem (albo marzeniem, od kiedy ma na sumieniu śmierć niewinnych ludzi, ale to jest kalambur, o którym nie chce mu się myśleć). W całym pokoju aż roi się od szklanych wazonów pełnych kolorowego, okropnego plastiku, udającego kwiaty.
— D-dobrze — odpowiada Draco i oplata ramiona wokół talii Harry’ego, przyciskając twarz do jego brzucha.
Harry głęboko wciąga powietrze. Jego palce głaszczą jasne włosy. Są matowe i wyblakłe, jak podstarzałe, jedwabne nici, a w promieniach słońca przybierające bladozłoty kolor. Stają się zbyt długie — tutaj nie wiedzą, jak o niego dbać, nie robią tego tak, jak na to zasługuje.
— D-dni Harry’ego są n-najlepsze* — przyznaje Draco i teraz Harry musi się uśmiechnąć, pomimo tego, że słowa bolą.
Krople deszczu uderzają o szyby. Od ciała Draco promieniuje ciepło. Światło w pokoju jest szare, a współlokator wciąż i wciąż puka w drzwi… od środka pokoju. Choć drzwi są szeroko otwarte.
Harry nie wie, jak długo jeszcze zdoła to znieść. To Zdecydowanie Nieprzyjemna Myśl. Stara się ją odepchnąć, ale mu się nie udaje. Jedyna rzecz, o której może teraz myśleć to ta, jak łatwo byłoby nasycić trucizną cukierki, które przynosi dla Draco przy każdej wizycie.
— Draco, poproszę Radosną Myśl.
— Koty — odpowiada Draco zdecydowanie, używając całej pewności siebie. Harry posyła w jego stronę pytające spojrzenie. — S-są miękkie — wyjaśnia powoli blondyn. Harry uśmiecha się wbrew sobie. — P-przebiegłe. I m-mają zielone oczy.
— Tak, to jest Radosna Myśl — chwali go, a Draco zamyka oczy i przytula się do niego, łaknąc dotyku. Wie, że to mniej arogancka forma odpowiedzi: „Oczywiście, że jest, przecież ja to powiedziałem, głuptasie.”
Harry stwierdza, że przegrał tę rundę. To jedna z gier, w której Draco jest lepszy od niego.
Gdyby dzień był pogodny, zabrałby go na spacer na zewnątrz, do ogrodu. Mógłby przynieść chleb, by nakarmić ptaki. Draco lubi patrzeć, jak walczą o okruchy i celować w ich plecy, tak, aby biedną ptaszynę zaatakował jej pobratymiec. To lepsze, niż rzucanie w nie kamieniami, więc Harry mu pobłaża — warto usłyszeć jego śmiech, nawet jeśli jest inny niż ten pogardliwy, który kiedyś słyszał. Draco łapie go za rękę, ich palce splatają się ze sobą. Nawet jego kości są drobne. Harry trzyma go, jakby bał się, że blondyn mógłby wymknąć mu się, spaść z urwiska albo zostać porwany przez rwącą wodę, jeśli tylko go puści. To wszystko tak łatwo Harry’emu przychodzi — łagodny, dodający otuchy dotyk, uścisk ręki, gładzenie jedwabistej skóry na policzku, wplatanie palców w długie pasma włosów na karku.
Dzisiaj nie mogą wyjść na zewnątrz. Pada deszcz, więc zostają w budynku. Harry wciąż go dotyka, każdy palec z osobna, ostrożnie i delikatnie, delektując się kontaktem ze skórą, tak miękką i prawdziwą.
— Deszczu, deszczu, odejdź, wróć innego dnia* — śpiewa Draco w kółko, dopóki Harry go nie ucisza.
Jego współlokator dalej puka w drzwi.
Nieważne, co mówi, Draco niemal zawsze uśmiecha się, gdy Harry jest w pobliżu. To sprawia, że drży i niemal pozwala nie czuć zapachu leków, którymi zdają się być przesiąknięte jego szpitalne szaty, woni ziołowych eliksirów, którymi poją go i które nie przynoszą żadnych efektów.
Niedługo potem musi wyjść — nigdy nie mógł znieść siedzenia tu zbyt długo, nie z tymi obcymi sylwetkami w korytarzu, płaczem i śmiechem, który słyszy od czasu do czasu. To już nie Draco, a przynajmniej nie ten, którego znał. Wyjście jest najtrudniejszą częścią wizyty, zaraz po samym wejściu. Draco oczywiście urządza awanturę, zachowuje się jak rozpuszczony dzieciak. To pocieszające wiedzieć, że pewne rzeczy nigdy się nie zmienią. Kiedy odchodzi, spieszy się jak może, starając się nie wpaść na nikogo, kto ma coś wystającego z ciała.

Gdy wieczorem Harry wraca do domu, pragnie tylko skulić się pod prysznicem. Nie robi tego. Zaparza dzbanek herbaty, ale jej nie pije. Kładzie się do łóżka wcześniej, niż zazwyczaj.


***


“Lubię spojrzenie pełne agonii, ponieważ wiem, że jest prawdziwe.”


Wszystko zaczęło się na szóstym roku. Oczywiście można by się spierać, że jednak o wiele wcześniej, na samym początku, w mrocznym sklepie z szatami, od rozmowy o półolbrzymie i quidditchu, a potem w pociągu — istnieją całe warstwy znaczeń i wniosków. Być może zaczęło się jeszcze przed tym — grzechami ojców albo tym podobnymi bzdurami.
Większość historii rozpoczyna się od słów "dawno, dawno temu..." albo "pewnego razu...", ale Harry nigdy nie myślał o tym w tych kategoriach. Ohyda.
Szesnaście lat to wiek pełen prób i zmartwień, nawet bez tego całego przedstawienia z ratowaniem świata. Wtedy nieznane emocje biorą górę, zmieniając oblicza ciał, które jak niezdarna poczwarka przeobrażają się w owada, pokonując kolejny etap na drodze ku dorosłości. Harry urósł w czasie lata, lecz mimo tego ciągle żałował, że nie jest jeszcze wyższy. Wydawało się, że jest skazany na bycie po tej „niższej” stronie, prawdopodobnie z powodu niedożywienia w dzieciństwie, nie wspominając już o przymusie przebywania w niezwykle małych pomieszczeniach. (To tak jak ze złotą rybką, prawda? Rośnie na tyle, na ile pozwala jej na to akwarium.) Tak czy inaczej, zmężniał, co było, jego zdaniem, powodem do dumy. To prawdopodobnie godne podziwu osiągnięcie, zważając na ten cały czas, który spędził leżąc na łóżku, patrząc w sufit i rozmyślając o Syriuszu. Większość jego codziennego treningu składała się ze spacerowania wokół pokoju, walenia pięścią w różne przedmioty i przenoszenia podręczników z miejsca na miejsce bez ich czytania. (I to nie tyle było sprzątaniem, co przerzucaniem rzeczy z kąta w kąt.) Gdyby był bardziej obrotną osobą, mógłby zrobić niezły interes sprzedając tę terapię naiwnym pierwszoroczniakom: „ĆWICZENIA DLA CHRONICZNIE ZDOŁOWANYCH - CIĄGŁY TRENING CZYNI CUDA!”
Fatum dopadło go, gdy wkroczył na peron 9 i ¾, wypatrując Weasleyów i Hermiony. Spędził to lato spocony od skwaru, w nienajlepszym humorze i z myślami pełnymi śmierci, więc jego nastrój już był podły. I wcale nie polepszył go fakt, że gdy tylko wsiadł do pociągu, natknął się na Draco Malfoya.
Ostatnim razem, kiedy go widział, Malfoy był ślimakiem. To dziwny obraz, o którym Harry lubił pamiętać — grube i ociekające śluzem ciało, zostawiające po sobie oślizgły ślad na podłodze hogwarckiego ekspresu. Oczywiście, gdy ostatnio wpadł na niego i jego matkę na Pokątnej, sprawa przedstawiała się nieco inaczej — Malfoy był od niego wyższy, co było totalnie niesprawiedliwe, choć rysy twarzy miał tak samo ostre, jak zawsze. Gdy powrócił do szkoły, jego sylwetka prezentowała się w szatach lepiej, a może to szaty lepiej na nim leżały, co Harry przypisał najwyższej klasy projektantowi, którego Ślizgon wybrał z matką zamiast Madame Malkin. Nie przypominał mu już ślimaka i co Harry później uznał za frustrujące, w zasadzie wyglądał niemal atrakcyjnie. Oczywiście on sam nie dał się temu zwieść, w przeciwieństwie do niektórych dziewczyn.
Malfoy to Malfoy i zawsze będzie odrażający. Teraz był nawet bardziej obrzydliwy i zwodniczy — tak samo, jak cała jego rodzina, jak coś, co nie wygląda groźnie, ale takie jest, jak ruchome piaski albo cienka tafla lodu na jeziorze, która mogła zawieść głupich pierwszoroczniaków do podwodnego grobowca, jeśli nie w paszczę Wielkiej Kałamarnicy. Gdy na niego patrzył, starał się przywołać obraz ślimaka w szatach, których ciemna tkanina przylegałaby ciasno do mokrego, lepkiego ciała, czyniąc ją jeszcze ciemniejszą z powodu cieknącego śluzu. Wgryzając się w kopiącą Czekoladową Żabę, uznał to za całkiem przyjemny obraz.
— W porządku, stary? — zapytał Ron z wyrazem zakłopotania na twarzy.
— Jasne — odpowiedział Harry z Czekoladową Żabą w ustach, której jedna noga wystawała mu spomiędzy warg i wciąż kopała.
Patrząc na Malfoya, ubranego w dopasowane, zapięte aż po samą szyję szaty, które wyglądały tak głupio i zarazem nieskazitelnie, Harry był przekonany, że Ślizgon jest śmierciożercą. Widział, jaką ochroną otaczał swoje przedramię, wyszarpując je z rąk Madame Malkin i wrzeszcząc, że wbija mu szpilki w skórę. A poza tym, to oczywiste, że był po prostu zwykłym dupkiem. Zastanawiał się, czy jego nowe zachowanie jest wynikiem codziennego przedstawienia pod tytułem „Mój tata jest w więzieniu”, ale potem zdecydował, że Malfoy jest zbyt nieczuły, by w ogóle się tym przejmować.
Tego dnia w pociągu Harry skończył ze złamanym nosem. To była brudna, podstępna, niedozwolona zagrywka, taka, jak sam Malfoy, który zdobył nad nim przewagę, rzucając Petrificus Totalus.

Nie mógł się poruszyć, nie mógł zrobić nic, gdy stopa Malfoya zderzyła się z jego twarzą. Ból przyszedł natychmiast, a kość i chrząstka złamały się z osobliwym trzaskiem.
Zemsta była nieunikniona.
Przy pierwszej okazji, jaka się nadarzy, gdy tylko wpadnie na Malfoya, mógłby zaatakować go z zaskoczenia. Złapać za szaty, potrząsnąć nim, uderzyć go, odpłacić za bycie, z braku lepszego słowa, złem wcielonym. Mógłby ukarać go za ucieczkę i przyłączenie się do śmierciożerców, za spiskowanie na jego życie, za noszenie szat zapiętych po szyję, gdy na zewnątrz wciąż jest ciepło, i po prostu za bycie małym, wkurzającym gnojkiem.
Pierwszego dnia zajęć dostał swoją szansę. Potrafił dostrzec tę platynową czuprynę z każdej odległości, a dziś zdawała się być wyjątkowo denerwująca, wyjątkowo jasna — niemal promieniująca blaskiem za sprawą odbijających się od niej promieni słonecznego światła. Głowa Malfoya pochylała się, gdy mówił do Pansy Parkinson, a jego dwóch goryli nie było widać w pobliżu. Pomalowane jaskrawą pomadką usta Ślizgonki musnęły jego ucho, gdy zbliżyła się do niego, a kiedy Malfoy się uśmiechnął, Harry’ego znów wypełnił gniew. Młodzi zabójcy na stażu nie powinni uśmiechać się i umawiać na randki tak, jak inni. Po prostu im nie wolno.
Harry spędził wakacje opłakując swojego ojca chrzestnego, uwięziony z rodziną, która go nie chciała i której tak naprawdę nigdy nie miał. On, który zawsze robił to, co dobre i właściwe, któremu przeznaczone było ocalić świat, nie potrafił nawet powstrzymać dziewczyny przed ubolewaniem nad śmiercią swojego chłopaka. Malfoy prawdopodobnie całe lato przesiedział w swojej wielkiej, przestronnej posiadłości, rozpieszczany przez matkę, uczestnicząc w szalonych przyjęciach i orgiach śmierciożerców i składając w ofierze kozły. I kto wie, co jeszcze. Nawet jeśli jego ojciec przebywał w więzieniu, on był tutaj, uśmiechając się, trzymając się za ręce z dziewczyną, która go podziwiała, która być może mówiła mu, że go kocha albo coś, co dla złych osób zalicza się do „miłości”.
(Coś, co zapewne kręciło się wokół płodzenia czystokrwistych dzieci, byciu bogatym i posiadania wielu innych rzeczy. Źli ludzie zawsze byli tak zatrważająco płytcy. Harry miał pewność, że Malfoy nigdy by się nie umówił z Parkinson, gdyby nic nie znaczyła, albo zerwałby z nią, gdyby tylko wyskoczyło jej zbyt wiele pryszczy.)
Zanim się zorientował, co robi, usłyszał głos Hermiony:
— Harry, co ty wyprawiasz?
Ale on już maszerował w kierunku Malfoya. Zanim blondyn zdążył wypowiedzieć “Potter”, Pansy Parkinson krzyczała już “cholerny morderca!” i nim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, pierwszy cios z satysfakcjonującym łomotem, tak, jak sobie przysiągł, wylądował na durnym łbie Malfoya. Ktoś mógłby powiedzieć, że to nieuczciwe, nawet jeśli Harry zawsze zachowywał się w walce w porządku. Kilka chwil później pociemniało mu w oczach, wstrząsnął nim ból, a potem poczuł zalewającą usta, miedzianą i ciepłą ciecz.
Tętno łomotało mu w uszach, a klatką piersiową wstrząsała adrenalina. Uderzył ponownie. Lekko różowa warga pękła tak, jak pęka kwiatowy płatek, a czerwona, gorąca krew pociekła po bladym podbródku, skapując na przód ciemnych szat, gdzie wsiąkła niezauważona.
Malfoy splunął, parsknął, a kilka zabłąkanych kropel czerwonej śliny wylądowało na skórze Harry’ego. Zachwiał się i dotknął dłońmi ust. A potem zaatakował.
Ból, który rozszedł się po jego ramieniu, był dobry, tak samo, jak zaciśnięta dłoń, która perfekcyjnie pasowała do wszystkich kości. Malfoy stanowił doskonały materiał do bicia i tylko do bicia — gdy ciało Ślizgona uginało się pod jego pięściami, dla Harry’ego było to połączenie idealne. Nikt nie przypuszczał, że Malfoy umiał walczyć, nie z tą drobną sylwetką i szczupłymi rękami. Słabe, dziewczęce, nieporadne ramiona, pomyślał Harry z radością, mimo tego, że te właśnie ramiona były niezłe w zadawaniu ciosów, co zmuszony był zauważyć, gdy w jego szczękę trafiła pięść i niemal nie przegryzł sobie języka na pół.
Prawdę mówiąc, ich pierwsza potyczka w tym roku szkolnym była gorsza niż jakakolwiek inna wcześniej. Przyciągnęli tłumy, a że Freda i George’a nie było już w szkole, to Ślizgoni przyjmowali zakłady.
Z początku trudno było ocenić, który z nich miał przewagę. Malfoy nie był tak silny, jak Harry, lecz za to podwójnie wściekły i uciekał się do wszystkiego, poza kolanem między nogami przeciwnika. Ale to Harry miał mocniejszą budowę i to Harry chciał skrzywdzić go bardziej, zadawać ciosy wciąż i wciąż, zrobić z niego miazgę, odwrócić do góry nogami i użyć jak mopa do podłogi, a gdy Hermiona zapyta, czy aby nie ma problemów z agresją, oczywiście zaprzeczyć.
— Harry! — krzyknęła przyjaciółka. — Przestań! On nie jest tego wart!
Wart? Nie, Malfoy nie jest wart nic a nic, ale tu nie chodziło o jego hipotetyczną wartość, albo co ta wartość miała znaczyć. Harry chciał dać mu to, na co sobie zasłużył.
— Tak, dawaj, Harry! — wiwatował Ron gdzieś z tyłu, okazując mu wsparcie, dopóki jego głos nie utonął w tłumie.
Harry witał z zadowoleniem każdy atak bólu i każdą kroplę krwi. Spędził początek swoich wakacji czując się odrętwiały, śledząc wzrokiem muchy krążące pod sufitem w jego małym pokoju na Privet Drive i myśląc o kimś, kto odszedł i kogo nikt w tej dzielnicy nawet nie znał. Dla sąsiadów równie dobrze mógł opłakiwać starego, wesołego sir Nicolasa, albo, co lepiej do nich pasuje, Boogeymana.
Chciał ukarać Malfoya nie tylko za incydent w pociągu czy za sprawę ze śmierciożercami. Nawet to całe czynienie-jego-życia-jeszcze-bardziej-żałosnym-przez-ostatnie-sześć-lat nie było powodem, który się za tym krył. Tutaj chodziło o coś innego. Malfoy był Malfoyem, a więc także własnym ojcem, swoją ciotką, jego kuzynem Syriuszem, a potem znów tylko Malfoyem, chuderlawym, kościstym blondynem.
Wszystko nie trwało tak długo, jak powinno, tak długo, jak chciałby tego Harry. Zawsze ktoś im przeszkadzał. Gdy leżał na Malfoyu, gotowy roztrzaskać tę głupią blond głowę o posadzkę, poczuł na sobie wielkie ręce o silnych, grubych, stalowych palcach, które odciągnęły go od Ślizgona. Oczywiście był to Crabbe lub Goyle, góry tłuszczu i mięśni, ochroniarze Malfoya, spieszący temu paskudnemu chłopakowi na ratunek. Wyglądało na to, że nigdy nie mógł sam dokończyć własnej bójki.
Gdy tylko Crabbe i Goyle wtrącili się do walki, Hermiona wyjęła różdżkę, a Ron i Seamus już pojawili się przed nimi. Nawet Neville zrobił krok do przodu i w przypływie odwagi i lojalności wyciągnął różdżkę niczym miecz. Dołączyli do nich inni Ślizgoni (Harry nie znał ich imion, ale był pewien, że podburzyła ich do tego Parkinson) i walka nie była już dłużej show z widzami, a przerodziła się w prawdziwą, grupową potyczkę.
Przez moment wyglądało to niczym kryzys polityczny w Meksyku, jak w westernach, które od czasu do czasu oglądał Dudley, każdy z różdżką w pogotowiu, stając ze sobą twarzą w twarz w napiętej, nerwowej atmosferze. Harry poczuł, jak kropla cieczy spływa po jego karku i nie był pewien, czy to pot, czy krew Malfoya. Wiedział, że jest posiniaczony i podrapany, a może nawet połamany.
A potem Malfoy wydał z siebie cichy dźwięk — pomruk albo jęk bólu. Nie, coś bardziej jak żałosne kwilenie, prawdopodobnie po to, by zwrócić na siebie uwagę. Zadziałało. Pansy zaraz pojawiła się u jego boku i nawet Hermiona wyglądała na zaniepokojoną. Harry nie chciał myśleć, co zrobił, ale oczywiście to uczynił — dziewczyny były za delikatne, a Malfoy świetnie potrafił robić z siebie ofiarę.
Tak więc uwaga wszystkich zwróciła się w jego kierunku, jednak gniewne spojrzenia pozostały.
— Może powinniście zabrać go do skrzydła szpitalnego — powiedziała Hermiona.
— Pilnuj swoich spraw, zanim spróbujesz udzielać mi porad — wysyczała Pansy.
To było absurdalne. Harry czuł się świetnie.
Dotknął swojego czoła. Jego palce pokryły się czerwoną mazią.
Tak, to tłumaczyło ból i lekkie zawroty głowy. Być może nabawił się tego, gdy Malfoy rzucił nim o ścianę.
— Harry, co to miało być? — Hermiona była zszokowana, jakby po każdej bójce widziała go pierwszy raz w życiu. Brązowe oczy miała szeroko otwarte, jej włosy były w zupełnym nieładzie, każdy kosmyk sterczał w inną stronę, niemal drżała z oburzenia i obowiązku przywołania go do porządku. — Co się znowu stało? Merlinie, spójrz na siebie.
Harry przełknął ślinę i nie odpowiedział. Czuł krew w ustach, gorącą, słoną, smakującą miedzią.
— Harry, to było naprawdę boskie! — krzyknął Ron. — Pokazałeś mu, kto tu rządzi! — Klepnął go po plecach.
— Ał! — Potter skrzywił się z bólu.
— Ron! — skarciła go Hermiona.
— Przepraszam — odpowiedział rudzielec, ciągle szczerząc się od ucha do ucha.
— Ron, nie możesz tego popierać! — kontynuowała, szturchając Weasleya. — Przemoc niczego nie rozwiązuje!
— Ał!
Hermiona zwróciła uwagę na Harry’ego.
— Musimy zaprowadzić cię do pani Pomfrey.
— Nic mi nie jest — zaoponował Harry, mrużąc oczy.
Przyjaciółka jednak nie słuchała i już ciągnęła go w stronę skrzydła szpitalnego.
— Ron, złap go za drugie ramię. Nie mam pojęcia, Harry, co podkusiło cię, by to zrobić, ale byłeś przerażający. Mogłeś go zabić!
Harry pomyślał, że była to okropna przesada, Malfoy sam upadł na ziemię (no, być może z niewielką pomocą) i na pewno miał w sobie dostatecznie dużo życia, aby splunąć w jego kierunku sporą ilością pociemniałej od krwi śliny.
Bolała go szczęka. Zachwiał się nieznacznie, ale Ron zdążył go podtrzymać.
— Niesamowite — skwitował przyjaciel, wciąż spoglądając na niego z nutką strachu. Wszyscy zerkali na niego podobnie — Ron, Seamus, Ginny, Neville, nawet Dean. Tylko Hermiona patrzyła kamiennym, oceniającym, matczynym wzrokiem.
— Można powiedzieć, że Harry wygrał, no nie? — wyszeptał Seamus do Deana. — Los mu sprzyjał, ale pieniądz to pieniądz, mam rację?
Hermiona popatrzyła na nich z dezaprobatą.
— I nawet nie będziemy rozmawiać o tym, jak zły jest hazard.
Dwie grupy skierowały się do skrzydła szpitalnego, usiłując sprawiać wrażenie, że w ogóle się nie znają, pomijając mordercze spojrzenia wysyłane przez Pansy Parkinson w stronę Gryfonów. Ślizgonka, wbrew temu, czego można by się spodziewać, nie trzymała ani nie pocieszała Malfoya, tylko rozkazywała Crabbe’owi i Goyle’owi.
— Ostrożnie! Nie popychaj go! — krzyczała. — Uważaj na jego bok! Czy starasz się uderzyć nim o ścianę?
Miejmy nadzieję — pomyślał Harry.
Na ich widok pani Pomfey była wniebowzięta. Harry nie widział jej zbyt często w poprzednim roku szkolnym i zapomniał już, jak jej oczy rozjaśniają się za każdym razem, gdy widzi kogoś chorego, zranionego bądź umierającego.
Nie mówiąc ani słowa, dwie grupki natychmiast obrały za swoje obozowiska przeciwne strony sali, jakby kierowało nimi naturalne, magnetyczne odpychanie.
— Trzymaj tego psychopatę z dala od nas! — wrzasnęła Pansy, wlepiając w nich pełen nieufności wzrok.
Ron od razu zaczął swoją ofensywę.
— Taaak, a Malfoy jest takim niewiniątkiem…
— Och tak, tym razem rzeczywiście to Draco zaczął! — odgryzła się. — To takie straszne, niemoralne wykroczenie, że zajmował się własnymi sprawami i właściwie — westchnęła — rozmawiał ze mną! Doprawdy, to naprawdę jest warte pobicia. Nie myślałam, że to możliwe, ale jesteś jeszcze głupszy, niż na to wyglądasz.
— Za to ty jesteś potwornie i nieprzyzwoicie złośliwa... — zaczął Ron.
Pani Pomfrey pojawiła się przy nich, nim rozpoczęła się runda druga: Ronald Weasley przeciwko Pansy Parkinson.
— Normalnie nie uderzyłbym dziewczyny — wymamrotał potem Ron do Harry’ego — ale dla takiej, jak ona, mógłbym zrobić wyjątek. — Harry nie potrafił go za to winić. — Poza tym — ciągnął dalej Weasley — to Ślizgonka, a więc nie jest prawdziwą dziewczyną. Jestem prawie pewien, że Millicenta Bulstrode ma lekki zarost.
Oczywiście Malfoy nadal był w gabinecie, udając, że cierpi bardziej, niż w rzeczywistości. Twarz ciągle miał pobrudzoną krwią, choć z pewnością wyglądał znacznie gorzej, niż się czuł. Pansy Parkinson zrobiła zamieszanie, nawet Crabbe i Goyle wyglądali na dość zaniepokojonych na swój własny, ograniczony sposób. Blaise Zabini krążył między Harrym i Malfoyem, spisując na pergaminie wszystkie uszkodzenia ich ciał.
— Podbite oko jest warte dziesięciu punktów — zawyrokował — ale zadrapanie to tylko jeden albo dwa.
— Jesteś przeciwko mnie? — Harry usłyszał, jak zabandażowany już Malfoy, tuląc do siebie zranione ramię niczym niemowlę, wysyczał w stronę Pansy po tym, jak zostali odprawieni.
— Oczywiście, że nie! — zaprzeczyła Pansy. — To tylko Blaise i Marcus, a ja jedynie pożyczyłam Blaise’owi kilka galeonów, ostatnio był spłukany…
— Płaciłaś Zabiniemu za szemrane interesy, podczas gdy ja walczyłem o własne życie? Ty dziwko! Jesteś podłą, perfidną kobietą!
— Draco, kochanie, przestań — uciszyła go Pansy łagodnie. — Jeszcze ci coś pęknie i znowu będziesz miał krwotok z nosa.
— Zdrajcy! — krzyknął Malfoy. — Niewdzięcznicy! Niewierni! — wykrztusił jeszcze, zanim Pansy troskliwie przytknęła mu chusteczkę do twarzy, autentycznie obawiając się o wyimaginowany krwotok, co wyglądało jak atak nadlatującej mewy.
Harry miał nadzieję, że mu pęknie — najlepiej tętnica w mózgu albo coś równie ważnego. Pansy głaskała go, aż się nie uspokoił i nie przestał upierać przy swoim zdaniu, dopóki nie wymusił na niej słownej deklaracji lojalności i publicznego oświadczenia, że był najlepiej wyglądającym chłopakiem, jakiego kiedykolwiek widziała, a bandaże stanowią tylko dodatek do jego męskości. Harry stwierdził, że przesadza. Było jasne, że Ślizgon jedynie zabiega o uwagę i dodał to do swojej listy Powodów, Dla Których Malfoy Zasługuje Na Cios Prosto W Twarz. Byłby bardziej niż zadowolony, mogąc dostarczyć tej szczególnej usługi, rozważał nawet możliwość stworzenie tego typu usług publicznych, przez co wyświadczyłby przysługę sobie i wszystkim pozostałym.

Tej nocy, gdy Harry zamknął oczy, przepełniał go gniew i zadowolenie. Zmęczone mięśnie opadły na posłanie. Jego sen był głęboki, zdrowy i nieprzerwany.


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ


* Obrazek „Harry Days” autorstwa Naadi: [url=http://bigbang.inkubation.net/forum/images/zoom/MITDVO/naadi_—_harrydaysarebest.jpg]KLIK[/url]
** "Rain, rain, go away, come again another day..." - popularna, dziecięca rymowanka.
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:33

[autor docelowy- Ka]

Przepraszam, będzie w telegraficznym skrócie, ale jestem nieżywa. Mimo to, nie mogłam oderwać się od tego tekstu. Nie czytałam oryginału, i nie zamierzam, tłumaczenie, na ile zdążyłam się zorientować, jest świetnie, i niesamowity jest wybór tekstu. Przede wszystkim jest szalenie klimatyczny, zwłaszcza pierwsza część, już po Hogwarcie - i w tym miejscu zastanawiałam się, czy dowiemy się, dlaczego tak a nie inaczej. Dowiemy się, i o ile pierwsza część jest przytłaczająca i niepokojąca, o tyle druga, hogwarcka, jest jeszcze w jakiś sposób groźna. Nie skomentuję dzisiaj fabuły. Powiem tylko, że widać w tym tekście pomysł i... gęstość. Jak pisałam, nie można się od niego oderwać. Wciąga - jak bagno.

Zapowiedź regularnych aktualizacji tylko zaostrza apetyt. Cieszę się, że zaczęłaś tłumaczyć ten tekst - po angielsku nawet gdybym kiedyś się na niego natknęła, nie przeczytałabym, bo po angielsku nie lubię angstów. Ten zapowiada się jednak bardzo dobrze.

Przy okazji, znalazłam literówkę, w zdaniu: Gdy patrz na Draco. Patrzy, jak sądzę. Drobiazg.

I... miałam nie pisać o fabule, ale o dwóch rzeczach po prostu muszę wspomnieć. Po pierwsze, nienawidzę takiego Draco. To znaczy, nie jako osoby, ale takiego przedstawienia postaci - zwłaszcza jeżeli to on, zawsze mimo wszystko idealny i wyidealizowany, a tutaj nie ma oczu stalowoszarych, ale mętne i o barwie żelaza, i jąka się. Zdecydowanie ma to silny wpływ na postać. Autorka wie, co robi. I nadal tego nienawidzę. I tego, że Draco jednocześnie jest tak bardzo nie sobą, ale jest też... ma skórę. I przytula się do brzucha Harry'ego. I fragment o kocie był cudowny.

Już wiem, że nie cierpię tego tekstu. Dziękuję za niego, mimo to. Życzę wszystkiego, czego zawsze życzę - egoistycznie, i pozdrawiam,

Ka
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:33

[autor docelowy - Kaczalka]

Oj, dlaczego prawie nikt nie komentuje tego opowiadania?
To może dam dobry przykład i naprodukuję się przynajmniej za dwóch.
Fika przeczytałam kilka miesięcy temu i pamiętam go ze szczegółami do dzisiaj, co już o czymś świadczy, bo większość szybko zapominam.
Zwrócił moją uwagę, bo po kilku pierwszych zdania nie byłam w stanie się od niego oderwać. Bardzo lubię, gdy autor potrafi porwać czytelnika od samego początku, umie napisać tak, że choć tekst wcale nie musi się podobać, to jednak intryguje i ciekawi.
Dokładnie tak było w tym przypadku, a potem już tylko lepiej.
Jak ostrzega tłumaczka, to opowiadanie z gatunku bardzo przygnębiających angstów, takich, jakie lubię najbardziej, to znaczy bez wyraźnej przemocy, bez tortur, gwałtów i śmierci, nawet bez ostrych scen erotycznych, a mimo to trąci takim smutkiem i beznadziejnością. Tak, są tu ciepłe elementy, jest ich nawet bardzo dużo, zdarzają się nawet scenki lekkie i wesołe, ale to chyba tylko potęguje atmosferę przygnębienia.
Według mnie, opowiadanie jako całość jest świetne i jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, czy czytać, to gorąco polecam.
W zasadzie to są dwa fiki w jednym. Ja na dysku mam na przykład skopiowane je w dwóch częściach: w jednej kawałki z teraźniejszości, w drugiej wspomnienia z czasów szkolnych. Obie tworzą świetnie zgrane całości, a umieszczane naprzemiennie, dają jeszcze lepszy efekt. Forma taka może nie jest szczególnie oryginalna, ale tutaj bardzo dobrze podana.
Co do kanoniczności głównych postaci, Lasair napisała że "tak, tam gdzie to możliwe", cóż, raczej nie będzie to możliwe często, co mnie osobiście wcale nie przeszkadza. Upośledzony Draco zachowuje się tak a nie inaczej z całkowicie uzasadnionych powodów, jest chory, a na co, to się później wyjaśni. Mimo to nie brak w jego zachowaniu kanonicznych akcentów. Z Harrym jest trudniej, ale mnie taki zgorzkniały, lekko zdziwaczały, zrezygnowany i emocjonalnie rozbity bardzo odpowiada. Też ma ku temu swoje powody. Ich wzajemne reakcje są... hmm... nie wiem jak to dosadnie określić, ale powiedziałabym, że w niezwykle delikatny sposób perwersyjne, choć z czasem będą... oj, zapędzam się.
Co do tłumaczenia, podziwiam i chwalę, bo naprawdę jest dobre, szczególnie biorąc pod uwagę trudność przekładu. Autorka napisała fika językiem bardzo specyficznym, suchym, oszczędny, a jednak pełnym podtekstów. Miesza też w czasach, co wcale nie ułatwia pracy. No ale, droga Lasair, już wcześniej udowodniłaś, że wyzwań się nie boisz, więc wierzę, że i tym razem się nie poddasz.
Ze swej strony postaram się pomagać i dopingować.
Pozdrawiam cieplutko, K
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:36

Betowała Kaczalka, z kłopotami natury językowej pomagała Yami. Stokrotne dzięki! :*



CZĘŚĆ DRUGA


„Czułam, szedł pogrzeb w moim mózgu
Żałobnicy, tu i tam krocząc
Stąpali ciężko, coraz ciężej
Aż rozum wyrywać się począł”

Emily Dickinson „I felt a Funeral, in my Brain”*

Szczotka przeczesuje długie blond kosmyki, wyblakłe niczym światło księżyca.
Draco zdaje się pomrukiwać, gdy Harry go dotyka, choć być może „gaworzenie” to słowo bardziej odpowiednie dla tych cichych, lekkich dźwięków, które z siebie wydaje. Jest tak spragniony, tak otwarty na kontakt i miłość, że Harry zastanawia się, czy zachowywał się tak jako małe dziecko, czy jego matka rozpieszczała go, jak jego własna z pewnością robiłaby to, gdyby żyła. Rozmyślał nad tym, czy jego ojciec, będąc tak zimnym i budzącym respekt człowiekiem, zabierał go do parku, uczył, jak łapać znicz albo podrzucał na kolanie. Nie potrafił wyobrazić sobie Lucjusza Malfoya zdolnego do okazywania czegoś choćby zbliżonego do czułości. On praktycznie poświęcił własnego syna, poprowadził go na rzeź jak żałosną namiastkę człowieka, prosto do kryjówki śmierciożerców.
(“Albowiem tak umiłował świat, że syna swego jednorodzonego dał…”)
Harry postanawia zapewnić Draco najlepszą opiekę, jaką ten kiedykolwiek otrzymał.

Wtorek jest Dniem Tuńczyka i na całym oddziale w powietrzu unosi się zapach ryby. Harry woli Dzień Kurczaka, choć nie decyduje o tym rodzaj mięsa, ponieważ pożywienie tutaj podawane jest w dwóch kolorach: zgniłobrązowym lub brudnoszarym.
Draco odpycha szczotkę, gdy ta zaczepia o splątany kołtun. Przez chwilę Harry zastanawia się, czy będzie próbował ją ugryźć — jak kociak. „Co ty wyprawiasz, Potter, zamierzasz pozbawić mnie włosów w najbardziej bolesny sposób?”, mógłby powiedzieć. „Nie żebym nie wyglądał atrakcyjnie z łysą głową. Przynajmniej moja ma idealnie okrągły kształt. Twoja za to jest pewnie wgnieciona przez Czarnego Pana, od którego dostałeś klątwą jako dziecko.”
Harry lekko szturcha Draco szczotką w nos.
— Bądź grzeczny — karci go i uśmiecha się, tylko trochę wydymając wargi.
— T-ty nie jesteś grzeczny — odpowiada mu Draco. Nie jest to obelga, ale Harry podejrzewa, że to wszystko, na co go teraz stać.
— Nie chcesz, żeby twoje włosy były ładne? — pyta Harry i kładzie dłoń na karku Draco, kciukiem gładząc ukrytą pod skórą kość. Ten Draco używa innych słów. Innego języka.
Teraz zdaje się uginać pod dotykiem Harry’ego, jak młody kot, a ruch ten jest niemal wystarczający, by zapomnieć o jego niezbyt udanym powrocie. Prawie.
— Oczywiście, że chcę. — Nieco pogardliwie pociąga nosem. Jego włosy przepływają przez palce Harry’ego jak woda, a skóra jest ciepła i miękka. Odpycha od siebie pragnienie, by wziąć go na kolana, bo nie wydaje mu się to odpowiednim zachowaniem dla odwiedzającego szpital.

Najlepsi uzdrowiciele w kraju odsyłali go z negatywną odpowiedzią. Jeden po drugim oznajmiali, iż „nie mogą nic dla niego zrobić” i mimo że kolor ich włosów i akcent się zmieniały, słowa pozostawały takie same. W pewnym momencie Harry był tak zdesperowany, że zdecydował się spróbować nowej, magicznej formy terapii, która wiązała się z modną i nie do końca sprawdzoną metodą leczenia. Nawet po zapłaceniu za godzinę, w ciągu której Draco wpatrywał się w ślady po jedzeniu na ścianie i rozpoznawał w nich różne gatunki zwierząt, Harry był skory do tego, by uwierzyć (utrzymanie odpowiedniej postawy to w końcu część kuracji, prawda?) że warto było zapłacić za dwa miesiące sesji. Nie przestał do czasu terapii balonowej, po której nawet i on musiał przyznać, że to zbyt wiele.
Oczywiście mugolscy psychiatrzy nie mogli tu nic zdziałać — nie mieli pojęcia, jak wyleczyć umysł czarodzieja, nie wspominając już o tym, że pewnie nie chcieliby doczekać momentu, w którym Harry oznajmi, że przyczyną traumy ich pacjenta była wężowa twarz Lorda Voldemorta.
— Nieuleczalne — mówili.
— Nie ma na to żadnego sposobu.
— Bardzo mi przykro, lecz obawiam się, że…
„Ale ja jestem Harry Potter!”, niemal upierał się żałośnie, choć już po chwili powstrzymywał się zawstydzony. Nic nie mogą dla niego zrobić, czy może nie starają się wystarczająco?
Mimo tego Hermiona wciąż wysyła mu książki o mugolskiej psychiatrii razem z artykułami o chorobach umysłowych.

— Myślałeś o operacji mózgu? — zapytał Ron pewnego dnia. — Słyszałem, że dzięki niej można zdziałać cuda. Po prostu otwierają ci czaszkę, grzebią w środku, coś dodają, coś odejmują i voila! Jesteś jak nowy! — Rudzielec uśmiechnął się z pewnością siebie kogoś, kto dokładnie wie, o czym mówi.
— Eee... nie sądzę, żeby operacja mózgu pomogła w tym przypadku… — odpowiedział Harry.
— No jasne, najlepiej nawet bez zastanowienia nastawiać się do wszystkiego negatywnie — odpowiedział Ron. — Myślę, że to dobry pomysł. Przecież nic innego nie zadziałało. Do tego — dodał — zgolą mu włosy. Wyobraź sobie jego reakcję, gdy znowu stanie się sobą!
Harry nie sądził, by była to dobra sugestia. Poza tym Ron nigdy nie lubił Draco i dla niego sytuacja jest nieco inna, niż dla Harry’ego.

Długie, cienkie pasma jedwabistych włosów, wplątane w czarne zęby szczotki, przypominają mu o nitkach pamięci, które wyciągał do swojej własnej myślodsiewni. Jak kiedyś powiedział Dumbledore — by oczyścić umysł. Przeszłość staje się przez to idealnie czysta, ale teraźniejszość w porównaniu z nią jest zbyt zamglona. Któregoś dnia spróbował wedrzeć się do umysłu Draco za pomocą legilimencji. Jego wspomnienia musiały przecież gdzieś tkwić, nieważne jak zagmatwane lub niedostępne by były.
Gdy pierwszy raz miał to zrobić, wyobraził sobie przebijanie się przez grubą, betonową ścianę. Nie istniało tam jednak nic takiego. Żadnych zamkniętych drzwi. Zamiast tego został zbombardowany bilionem wspomnień z osobami i miejscami, kolorami, wrażeniami, zapachami. Nie było w tym żadnej logiki. Myśli były chaotyczne. Pojawiały się w nich migawki twarzy, ale bez konkretnych spotkań, scen. Czasem nieodpowiedni ludzie pojawiali się w nieodpowiednich miejsca. Gdyby mógł przełożyć to na słowa, wyszłoby z tego coś w stylu:

Draco najbardziej lubi Dni Harry’ego. W inne dni gwiazdy nie wyglądają jak tęcza nie wyglądają tak dobrze. Ale w dni kiedy przychodzi Harry jest wszędzie ciepło na zewnątrz wewnątrz i znów na zewnątrz jak wielka szklanka pełna słonecznych promieni. Harry oznacza szeroki uśmiech i ciepłe słowa i przytulanie i czasem słodycze i to wszystko jest dobre, tak.
Oczy Harry’ego są zielone jak trawa i węże i jabłkowe lizaki. Draco lubi wszystkie te rzeczy a więc jest miło gdy Harry na niego patrzy nawet jeśli czasem jego oczy są mokre.


Oczywiście teraźniejszość może być poplątana, więc Harry cofa się bardziej, głębiej i głębiej, do czasów, gdy wszystko wciąż powinno posiadać jakiś sens.
Znajduje tam tylko zasłonę, całą w pajęczych sieciach, wężowych kłach i jakby tego było mało, pokrytą cierniami.

To jest Zły Człowiek i będzie zadawał ból a ból jest niedobry i Draco go nienawidzi.
— Nie, nie, nie, nie! — krzyczy.
Cierpienie cierpienie ból i czerń i jest ciepło i mokro i tu nie powinno być tak morko tu jest tak dużo czerwieni czerwone oczy mokro krzyki krzyki…


Wycofuje się z jego umysłu tak szybko, że upada. Czaszkę rozsadza mu ból, a Draco, nic nie pojmując, wpatruje się w niego szeroko otwartymi, szarymi oczami. Harry nie próbuje już więcej. Nic nie można zrobić. Nic, poza odwiedzaniem go, przynoszeniem mu słodyczy i przypominaniem sobie, że ostatnio cena arszeniku poszła w górę i nie jest warta tak długiej drogi do apteki.


***


„Pacyfizm jest nieskrywaną formą tchórzostwa.”
Adolf Hitler

Leżąc w dormitorium Gryfonów Harry śnił, że odwiedził umysł Malfoya.
Spod jego buta musiał wydobyć się zadowalający chrupot, mokry i obrzydliwy. Być może czuł, jak chrząstka, skóra i kość uginają się i rozgniatają pod nim na miazgę. Dźwięk podążył wzdłuż jego nogi, przez całe ciało, osiadając z chlupotem w kwasach żołądkowych. To było dobre w najgorszy możliwy sposób i zarazem okropne w ten najlepszy.
Rano całe swoje śniadanie pokrył grubą warstwą malinowego dżemu.
Ron odwrócił się w jego stronę i zaczął rozprawiać o tym, że podejrzewa skrzaty o podkradanie jego bielizny, bo ta znikała w jakiś dziwaczny sposób. Miał usta pełne chleba i pluł okruszkami, gdy mówił, a Hermiona wyglądała, jakby miała dostać mdłości, zarówno przez jego wstrętne maniery jak i z powodu nieodłącznej dyskryminacji skrzatów.
Babeczka tak naprawdę nie uderzyła prosto w niego, na co pewnie miał nadzieję rzucający, a raczej odbiła się tylko od jego głowy. Właściwie trochę bolało (co za skrzaty upiekły babeczki twarde jak cegły?) a we włosach pozostała mu smuga masła, żółta, tłusta i oślizgła, zlepiając kosmyki niczym jadalny żel. Atak z zaskoczenia! Ze wszystkich tych podstępnych, diabelskich sztuczek…
Okręcił się szybko dookoła, by wypatrzeć, kto mógłby to zrobić, ale…
Nie zauważył nikogo.
Mimo tego Harry’ego nie odstraszył brak potencjalnego winowajcy, bo istniała tylko jedna osoba, która była wystarczająco podła, by wszczynać bójki jedzeniem o tak wczesnej porze.
— Ach, Potter — odezwał się Malfoy, wyleczony już z obrażeń z ostatniego starcia. Pani Pomfrey wykonała naprawdę dobrą robotę. — Podoba mi się twoja nowa pomada.
Pansy parsknęła śmiechem, a Goyle wyszeptał głośno:
— Co to jest pomada?
— Dzięki — odparł Harry obojętnie, co sprawiło, że Malfoy zszokowany nie odpowiedział ani słowem. — Może ty też mógłbyś spróbować.
Masło naprawdę wyglądało o wiele lepiej na włosach Ślizgona, niż na jego własnych. Właściwie pokrywało też całą jego twarz, po tym, jak Harry je na niej rozsmarował. Maselniczka z brzękiem upadła na podłogę.
Malfoy nawet nie próbował go uderzyć. Rzucił się na niego z okrzykiem, który mógłby ogłuszyć samą szyszymorę i brutalnie próbował wydusić z niego resztki życia, przykładając się do tego całą masą swojego sześćdziesięciokilogramowego ciała.
Nie, żeby nie odwzajemniał się dokładnie tym samym, co otrzymywał.
Podejrzewał, że w innej szkole, w innym życiu, rzut babeczką w głowę mógłby oznaczać walkę na jedzenie. Ale to musiałaby być inna szkoła, inne życie i inni chłopcy, którzy prawdopodobnie nigdy nie zachowywali się tak okropnie, jak Malfoy, więc w tym momencie jego priorytetem było roztrzaskanie tej głupiej głowy o posadzkę.
Szło mu całkiem nieźle, a właściwie znakomicie, dopóki nie zostali dosłownie oderwani od siebie przez profesor McGonagall.
— Co jest z wami nie tak? — zażądała odpowiedzi.
Co takiego było z nimi nie tak? Cóż, Harry mógłby odpowiedzieć: „Jestem sierotą, byłem poniżany całe lata przez moje okropne wujostwo, a w wieku jedenastu lat stawiłem czoła najpotężniejszemu czarodziejowi naszych czasów. Od tej pory wiem, że prawdopodobnie będę musiał ocalić świat, a do tego właśnie straciłem ojca chrzestnego w sposób, który każe mi winić samego siebie.”
To mogłoby być wyjaśnieniem, co jest nie tak z Harrym.
A co z Malfoyem? Był po prostu wkurzającym gnojkiem. To pewnie genetyczne albo coś.
McGonagall kontynuowała swoje pouczenie:
— Spodziewałam się po was czegoś więcej. Doprawdy, Harry Potter! Draco Malfoy! Co za wstyd!
Harry powstrzymał się od wtrącenia “ale to on zaczął!”.
— Nie mam pojęcia, co się dzieje między wami — oznajmiła, a jej usta ułożyły się w cienką linię, najcieńszą, jaką Harry kiedykolwiek u niej widział. Całe łajanie było absurdalne, bo powinna wiedzieć, jak mają się sprawy pomiędzy nimi dwoma. Pomimo to w jednej kwestii musiał się z nią zgodzić: nigdy nie zaczynali niczego tak wcześnie rano. — Ale to musi się skończyć. Każdemu odejmuję po pięćdziesiąt punktów, a jeśli złapię was następnym razem, aż do odwołania obaj dostaniecie zakaz grania w quidditcha.
Harry spojrzał na nią zszokowany. Przecież nie mogła tego zrobić, nie, kiedy był kapitanem! Wiedział, że McGonagall potrzebuje go, by wygrać tegoroczne rozgrywki. Kobieta skinęła na nich z surowym spojrzeniem. Przynajmniej było wiadome, że Malfoy również zostanie zawieszony, co zada obu drużynom znaczący cios.
Być może tym razem puchar trafi w ręce Hufflepuffu.
Harry przytaknął, a potem jego oczy spoczęły na Malfoyu. Nienawidził każdej komórki jego ciała i upewniał się, że Ślizgon jest tego w pełni świadom. Malfoy, z drugiej strony, wyglądał na zamyślonego, a właściwie tak, jakby coś knuł. Nie był szczególnie subtelny, kiedy przyszło do spiskowania.
Spójrz na mnie, Harry niemal krzyknął, ale Malfoy tego nie zrobił.
Obaj dostali długie pouczenie na temat łamania szkolnego regulaminu i że naprawdę, w tym wieku, powinni o tym wiedzieć. McGonagall poniżyła ich publicznie najbardziej, jak mogła, wciąż wspominając o tym, jak się na nich zawiodła, ale mimo wszystko było to lepszą alternatywą niż Snape, który zapewne ukarałby tylko Harry’ego. Uczniowie powrócili do śniadania, zawiedzeni, że pojedynek pozostał nierozstrzygnięty. Jedynie Blaise Zabini określił wynik zakładu jako „walkę przerwaną przez autorytet”.
W końcu, całych umazanych masłem, odesłano ich do stołów, by rzucili na siebie Chłoszczyść i przygotowali się do zajęć.
Profesor McGonagall efektywnie położyła kres ich bójkom.
A przynajmniej tym publicznym.


***


“Cierpienie nie dotyka delikatnie. Zawsze pozostawia na tobie ślady swoich palców…”
Edwidge Danticat „The forming of bones”

Dziś na tablicy ogłoszeń, wiszącej na oddziale, pojawia się nowy plakat: mały, różowy pergamin, zapraszający na wiosenne przyjęcie. Potańcówka. Dla pacjentów, by i oni mieli szansę ubrać najlepsze szaty, zaprosić się nawzajem i użyć Ulizanny, żeby wygładzić swoje matowe, mysie włosy. Plakat zawiera kwiecisty tekst w kolorze fuksji oraz pokrywające całą powierzchnię postaci, szczęśliwe, że mogą tańczyć walca, dopóki noc się nie skończy. Harry wpatruje się w nie, dopóki oczy nie zachodzą mu łzami, a figury nie zamazują się w jedną całość, tak, że wyglądają, jakby robiły coś zakazanego i fizycznie niemożliwego.
Nie radzi sobie z tym. Ostatnimi czasy przychodzi do Draco coraz częściej (nie żeby miał coś lepszego do roboty, nawet zakonnica nie pozazdrościłaby mu sposobu spędzania piątkowych nocy), ale za każdym razem coraz gorzej znosi odwiedziny. Gdy tylko Draco znajduje się w jego ramionach, jak ciepły tobołek, wszystko jest w porządku. Ale przedtem… piekło musi wyglądać tak, jak moment „przed”.
Po drugiej stronie pielęgniarka przekręca klucz, podwójne drzwi do oddziału otwierają się szeroko. Harry wchodzi i przyłapuje się na myśli o tym, że unosi się tu zapach śmierci. Albo szaleństwa. Powietrze jest od tego gęste i mdłe.
To, co Harry czuje, to w rzeczywistości lunch, cały proces przygotowywania i gotowania posiłku, dryfująca fala, zlewająca się z zapachem cytrynowego mleczka do czyszczenia i antyseptyków, maskujących zapach moczu i odchodów — kliku pacjentów jest zbyt szalonych, by się nie zabrudzić. Właśnie, szaleni, myśli tak nawet, gdy nie wypowiada tego głośno, cały oddział taki jest. Dom wariatów.
Jest jak szpital sprzed kilku wieków, kiedy to chorych zamykano niczym więźniów i porażano prądem, pozwalano na szaleństwo i na pianę z ust, a ludzie odwiedzali ich raz w miesiącu, by przystrzyc im włosy, z których potem robili peruki. Włosy Draco byłyby do tego idealne, lecz teraz stały się zbyt matowe. Tu co prawda nie ma żadnych blokad, zamkniętych pomieszczeń, a już na pewno strażnika z wielkim pękiem kluczy. Atmosfera przygnębienia jest jednak taka sama a sens wszystkiego odpływa, błąka się i ginie.
Tak czy inaczej, jest lepiej niż w Azkabanie. Tu przynajmniej jest czysto, a pielęgniarki nie próbują wyssać ci duszy przez usta.
Cóż, w każdym razie przez większość czasu. Harry nie ufa nocnej zmianie.

To, czego najbardziej nie może znieść, to ich puste oczy. Draco jest wart więcej niż puste spojrzenia.
Nie chce stawać z nimi twarzą w twarz, nie chce myśleć o tym, co może się za nimi kryć, a tym bardziej nie chce, by patrzyły na to, co jest jego. Kiedyś nie przywiązywał do tego większej uwagi, ale teraz może myśleć tylko o tym. Nie potrafi tego wytłumaczyć, ale przypominają mu martwe osoby, które wpatrują się w jedyną żywą postać w pokoju o białych ścianach, wpatrują się tak, jak on lubi patrzeć na… nie chce patrzeć w podobny sposób. Nie chce patrzeć na Draco i czuć na sobie ich spojrzeń.
Jest tu pewien człowiek, który sam się podpalił, a teraz jego ciało pokrywają blizny i różowa, połyskująca, gładka skóra. Jest tu też Gilderoy Lockhart, obłąkany bardziej niż kiedykolwiek. Czasem pojawia się w pobliżu i stara się rozmawiać. Przynajmniej jest zadowolony, albo na takiego wygląda. Być może szczęśliwy.
Ta myśl sprawia, że Harry staje się niespokojny.
Na oddziale znajduje się również mężczyzna, który cały dzień płacze. Jego twarz jest mokra i naznaczona ścieżkami łez, a oczy piaskowobiałe i nieprzystępne. Jest też ktoś, kto ciągle się śmieje. Harry żałuje, że nie może nazwać tego zachowania radosnym — w tym ciągłym śmiechu tkwi coś, co jest bardziej przerażające niż nieustający płacz.
To nie jest raczej rodzaj towarzystwa, z którym Harry chciałby uczestniczyć w przyjęciu.
Oni są niczym zjawy, pojawiające się tu i tam, cienie ludzi, szybujące w swoich białych, wypranych z koloru, czasem jasnoniebieskich szatach, są ludźmi, których nigdy nie zobaczy w prawdziwym świecie, prawdziwym życiu. Duchy — jak Szara Dama, która zawsze była cicha i smutna, albo Prawie Bezgłowy Nick, spędzający resztę pozostałej mu wieczności z wiszącą jak na włosku głową. Draco nie jest taki jak oni, jest ciepły i żywy. Nie jest tym, którym był kiedyś, tylko kimś innym, zupełnie odmiennym, ale przynajmniej jest kimś, jest człowiekiem.

W korytarzu znowu na kogoś wpada.
— Och, przepraszam! — mówi pospiesznie, zanim spogląda w górę. Mężczyzna ma wypłowiałe, żółte włosy i żółto-brązowe oczy, w których tkwią zaschnięte, żółte kawałki ropy.
Kolejna zjawa.
Francuski film — wykrzykuje. — Francuski film, francuska ryba, świeża ryba, ketchup, ketchup…
Jego głos brzmi jak echo, a słowa wydają się być odpowiedzią na te, które słyszał kiedyś w Wielkiej Sali: „Głupol, mazgaj, śmieć, obsuw!”** Wzrusza ramionami, odchodzi szybko i ani się nie obejrzy, siedzi już z długopisem w dłoni i przesuwa nim po dokumentach, kreśląc „Harry James Potter”. Papiery przyjmuje dyrektor oddziału, mężczyzna w drucianych okularach z wielką, gumową pieczątką zanurzoną w czerwonym tuszu. Prawdopodobnie posiada pieczęcie ze słowami „ODRZUCONY”, „NIEPOCZYTALNY” albo „MARTWY” i nieważne, której z nich użyje, każda mogłaby zniszczyć Harry’ego po raz kolejny. Gdyby miał użyć melodramatycznego porównania, czerwony tusz wygląda jak krew.
(Ostatnimi dniami właśnie tak się czuje, melodramatycznie, co doskonale odzwierciedlają jego muzyczne preferencje.)
W końcu przychodzi pergamin z odpowiedzią: „ZWOLNIENIE ZAAKCEPTOWANE”.


***


“Przemoc jest ostatecznym, ludzkim upodleniem.”
William Ramsey Clark

Na małym zwitku pergaminu napisane było:

„Potter, ty głupi dupku. Trzecie piętro, obok posągu jednookiej wiedźmy. Jeśli masz odwagę.”

Harry pomyślał, że informacja zawierała ukryte przesłanie: “Nie przyjdziesz — jesteś tchórzem.”
Gdy tylko to zobaczył, rozpoznał wyzwanie, kiepskie, ale jednak, i był gotowy się z nim zmierzyć.
Zabrał pelerynę niewidkę na wypadek, gdyby wszystko okazało się być zasadzką, i zdjął ją za rogiem, za którym… stał Malfoy. Jego głupie włosy błyszczały w świetle księżyca. Wyglądał na trochę zagubionego, trochę niecierpliwego i, gdy Harry przyglądał mu się przez chwilę, chyba miał zamiar odejść. Ujawnił swą obecność, aby go powstrzymać.
— Czego, do diabła, ode mnie chcesz, Malfoy? — zapytał oczekując, że w każdej chwili mogą na niego skoczyć Crabbe i Goyle, nawet jeśli byli już za starzy na podobne gierki. Malfoy to Malfoy, a więc zachowuje się jak na Malfoya przystało, snując intrygi tylko po to, by obserwować, jak Harry sobie z nimi poradzi.
Chłopak spojrzał na niego lekko zszokowany i przez moment na jego twarzy Harry pochwycił przebłysk… no właśnie, czego? Ulgi? Strachu? Czegoś, co zniknęło tak szybko jak się pojawiło.
— Uderz mnie — powiedział Malfoy.
— Co?!
Harry zamrugał, zaskoczony. Że co? Mógłby poradzić sobie z łatwością ze wszystkim innym — groźbą śmierci, zamachem na życie, nawet ze wznowieniem Turnieju Trójmagicznego, gdzie Ron znów znalazłby się pod taflą jeziora z tymi wszystkimi obrzydliwymi trytonami i by go stamtąd wyciągnąć, musiałby zapłacić okup albo coś w tym rodzaju. Dałby radę wszystkim odpowiednio podstępnym rzeczom, które wymyśliłby Malfoy.
Tyle, że dla Malfoya prośba o to, by Harry go uderzył, to czysty masochizm. Takie zachowanie u chłopaka, który jęczał i szlochał jak mięczak (w ramionach Pansy)*** nad rozerwaną szatą i zadrapaniem przez hipogryfa, było nie do pomyślenia. Zupełnie do niego nie pasowało.
To musiała być pułapka.
Crabbe i Goyle zapewne czaili się tuż za rogiem, by zarejestrować, jak rzuca się na żałosnego, bezbronnego Malfoya i wypaplać wszystko McGonagall, co zaowocuje zawieszeniem Harry’ego w quidditchu. Diabelski plan Ślizgonów, by wygrać tegoroczne rozgrywki. Może nawet podwędzili małemu Colinowi aparat, żeby udokumentować całe zajście.
Malfoy westchnął w przeciągły, bolesny sposób, jakby Harry nie pojmował, że jeden dodać jeden równa się dwa albo niebo jest niebieskie. Czasami.
— W końcu tego dokonałem, tak? Zbyt wiele razy dostałeś w głowę i jesteś głuchy, czy może tylko do reszty zgłupiałeś? Powiedziałem: uderz mnie.
— Wiem, co powiedziałeś — odgryzł się Harry. — Ale dlaczego… jak… Jesteś szalony — stwierdził w końcu.
— A ty jesteś niewyobrażalnie żałosny, Potter.
— Nie uderzę cię… tak po prostu! — wypalił. To stwierdzenie nie było potrzebne, bo do tej pory Harry nie miał najmniejszego problemu z dołożeniem Malfoyowi. Ale nie w tym sęk.
— Nie, oczywiście, że nie — zgodził się Malfoy. — Przecież nie ma tu nikogo, kto mógłby cię obserwować. Nie jesteś taki odważny bez swojego fanklubu, który ci kibicuje, co?
— A o odwadze mówi ten, który nadeptuje ludziom na twarze, gdy są spetryfikowani.
Na twarzy Malfoya powoli zakwitał uśmiech, jak gdyby delektował się wspomnieniem, niemal zamruczał, jakby myśl posiadała smak, słodki niczym cukierek.
— Nigdy nie mówiłem, że jestem odważny — wzruszył ramionami. — A ty pewnie myślisz, że wpadanie w paszczę śmierci rok po roku jest odwagą. To nie odwaga, to zwyczajna głupota, wymieszana ze sporą ilością twoich tendencji do zwracania na siebie uwagi.
Harry najeżył się i nawet nie zauważył, gdy jego mózg podjął decyzję o zaciśnięciu dłoni w pięść.
— Więc mądrze jest prosić o lanie, tak?
Malfoy nie odpowiedział. Zamiast tego wykrzywił wargi w uśmiechu, jakby znał odpowiedź na wszystkie tajemnice świata, a Harry poczuł się tak samo jak wtedy, gdy Malfoy uwarzył idealny Eliksir Amortencji, oczywiście pochwalony przez Snape’a, podczas gdy jego własny posiadał uboczny efekt, obdarowujący ludzi kurzajkami we wrażliwych miejscach.
Nagle przestało liczyć się to, dlaczego Malfoy chce, by Harry go uderzył, czy może zastosował jakieś zaklęcie, które sprawi, że jego atak odbije się i wyceluje w niego z dziesięciokrotnie większą siłą, albo czy Rita Skeeter nie siedzi gdzieś na ścianie, przeobrażona w żuka, by potem napisać nowy elaborat pod tytułem „Harry Potter — ciemiężyciel blondynów i bezbronnych, gwałciciel dzieci”.
To, co się liczyło to to, że Malfoy wezwał go tu, by spełnił swoje masochistyczne, dziwaczne życzenie i, do diabła, Harry zamierzał dać mu, czego tylko zapragnie.
— To chcesz mnie uderzyć, czy nie? — zapytał Malfoy.
Tak.
— Nie!
Malfoy westchnął.
— Wiedziałem, że oczekuję od ciebie zbyt wiele, ty po prostu nie potrafisz tego zrobić.
A może to jedna z technik perswazji? Hermiona używała takich kiedyś na Ronie.
(— Być może nie chcę, żebyś odrobił swoją pracę domową z transmutacji.
— Czekaj, niby dlaczego nie chcesz, żebym odrobił swoją pracę domową z trasmutacji? Myślisz, że nie potrafię? Pokażę ci, kto potrafi, a kto nie!)
Oczywiście Malfoy nie mógł chcieć, żeby Harry go uderzył — to przecież tchórz, który wiecznie uciekał, próbując ratować własną skórę. Co oczywiście znaczyło, że Harry powinien dać mu to, o co praktycznie błaga na kolanach.
Gdyby to były techniki perswazji, to znaczyłoby, że Malfoy tak naprawdę nie chce, żeby Harry go uderzył (co mogło mieć jakiś sens) i nie chce dostać tego, o co prosi, a więc właściwie Harry mógłby mu to dać.
Och. Nic się jeszcze nie wydarzyło, a już bolała go głowa. To był naprawdę przebiegły plan.
— Masz nierówno pod sufitem, Malfoy — odpowiedział. Z jakiegoś powodu nie odwrócił się i nie odszedł. Rezygnacja z wyzwania prawdopodobnie nie figurowało na liście rzeczy, z którymi mógł się pogodzić. Nie był w stanie tego zrobić, tak samo, jak nie był w stanie tolerować Malfoya.
— Nie potrafisz wykonać niczego jak należy, prawda, Potter? — kontynuował Malfoy. — Wybacz, jeśli nie powierzę swego życia w twoje niekompetentne ręce.
— No jasne, wolisz powierzyć łapom Czarnego Pana — odgryzł się Harry. Jakaś jego część wiedziała, że nie powinien, ale… — To na pewno pomoże twojemu tatusiowi.
Szare oczy zalśniły i zwęziły się.
— Mój ojciec opuści więzienie w odpowiednim czasie, Potter, i to w jednym kawałku. Nie można powiedzieć tego samego o twoich rodzicach… albo o twoim małym piesku, prawda?
Harry nic nie mógł na to poradzić.
Uderzył go.
Przez moment stał w miejscu z zaciśniętą dłonią, gotowy odwrócić się i odejść, ale w następnej sekundzie jego pięść zderzyła się ze szczęką Malfoya.
Nie widział go już jako osoby, nie potrafił myśleć o słowach i obrazach, mógł tylko czuć czarne emocje połączenia i jasną czerwień bólu.
Prawdę powiedziawszy, gniew Harry’ego narastał przez kilka ostatnich dni, a odkąd zabroniono im bójek (a przynajmniej tam, gdzie mogą być na tym przyłapani), Malfoy zdawał się czerpać przyjemność z wchodzenia mu w drogę i dręczenia go wciąż i wciąż. Wpadał na niego na korytarzach, ale udawał, że go nie widzi. Ostre, kościste ramię szturchało jego własne niczym stępione ostrze i nie, Harry ani trochę nie chciał z nim walczyć i nie liczyło się wcale to, że gdy mijali się przez ostatni tydzień, ledwie odpierał pragnienie, by skoczyć na niego i zbić na kwaśne jabłko tam, gdzie stoi.
Hermiona martwiła się, jak zwykle zbyt przesadnie. Stwierdziła, że Harry jest zamknięty w sobie i nie mogła zrozumieć tego bezprecedensowego, nieuzasadnionego pokazu przemocy. Harry sam ledwie to pojmował i nie chciał wciąż być pouczany i odpowiadać „tak, w porządku!” gdy zapyta, czy dobrze się czuje. Wszystko zdawało się go irytować i nie wiedział, co Malfoy miał na myśli, zjadliwie nazywając go wybuchowym psychopatą, który w każdej chwili może stracić nad sobą panowanie. Nie chciał być nieuprzejmy dla Rona, gdy ten podkradł mu śniadanie z talerza, co zwykł robić, nie chciał też urazić Hermiony uwagą, że robi zbyt wiele notatek.
Harry nie sądził, że mógłby się tak czuć, naprawdę, dopóki Malfoy nie poprosił go, by go uderzył, a Harry nigdy, przenigdy nie chciał robić tego, o co Malfoy go poprosi. Nie był w nastroju — nie można ot tak sobie zaproponować komuś czegoś takiego.
Gdy tylko go uderzył, wszystko wydało mu się nagle niebywale łatwe — powalenie go na ziemię, unikanie pięści, celującej mu w głowę, uderzenie w jego brzuch, a także ból, rozchodzący się po przygniecionej do posadzki czaszce.
Bez żadnej publiczności wciąż było tak samo, choć teraz też miał w uszach krzyki tłumu. Wszystko, co się w tym momencie liczyło, to Malfoy, zaciskanie zębów i oddawanie ciosów.
Nie przestali, dopóki obaj, błyszczący od potu, nie dyszeli ciężko ze zmęczenia. Tym razem nie ponieśli większych obrażeń — a zresztą, czy mogliby sobie na nie pozwolić? W środku nocy, w pustym korytarzu, gdzie w każdej chwili mogła pojawić się Pani Norris?
Żaden z nich się nie poddał — Harry zdołał przekręcić Malfoya na plecy, ale ten podstawił mu nogę i przyszpilił do ziemi. W końcu wszystko to stało się nazbyt bolesne. Wymęczyli siebie nawzajem.
Gdy Harry był już wykończony (dudnienie w głowie, krew na wargach, spojrzenie skierowane w sufit) nie czuł wszechogarniającego gniewu, ale zabrakło mu słów. No bo co można powiedzieć po czymś takim? Dobra walka? Czy nie za bardzo cię zraniłem? Tak, starałem się ciebie zabić, ty dupku?
Malfoy zaoszczędził mu kłopotów. Gdy zdawało się, że doszli do cichego porozumienia, po prostu wstał i odszedł.

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ

* tłum. Ludmiła Marjańska
** słowa Albusa Dumbledore’a przytoczone z tomu „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”
*** gra słów: pansy = mięczak; Pansy = imię

Następna część z powodu kilku niesprzyjających okoliczności może ukazać się z kilkudniowym opóźnieniem.
.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:37

[autor docelowy - Ka]

Czy zostanie mi wybaczone, jeżeli napiszę jednolinijkowca? Bo nie mam pojęcia, co mogę napisać o tym tekście, poza tym, że jest świetnie napisany i przetłumaczony, i że za cholerę nie wiem, o co w nim chodzi. I - wspominałam już - że jest w nim coś, co boli. Znalazłam jeden błąd: "toon" zamiast "to on" (zaczął). Może to celowe, ale wątpię - wtedy pewnie byłoby bez kursywy, raczej "aletoon".

Czekam na więcej i dziękuję za każde słowo tego rozdziału, jakkolwiek bym go nie lubiła.

Ka
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:40

[autor docelowy - widzimisie]

Niesamowicie smutne.. Jak przeczytałam ten opis myśli Draco, myślałam że się poryczę. Mój wizerunek Draco, ciągle jest idealny i trudno mi będzie przyzwyczaić się do mojego ulubionego, niepełnosprawnego bohatera. Straszne jest to, że tak powiem suche życie Pottera, piękne są jego wspomnienia. Nie jestem specjalistką jeśli chodzi o Język angielski, więc nie biorę się za tłumaczenia, ale podziwiam tłumaczki *kłania się nisko* i dziękuje za to piękne, smutne opowiadanie *całuje stopy*. Ogólnie bardzo lubię żartobliwe fiki i z reguły to za nie się biorę, ale widzę, że tutaj też będę zaglądać i w miarę weny komentować. Twoje tłumaczenie właśnie zyskało fankę.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:40

Bardzo, bardzo dziękuję za komentarze, pomagają mi się zmobilizować. I wybaczcie poślizg, następnego nie przewiduję.
Betowała Kaczalka, pomagała Yami-no. :*


CZĘŚĆ TRZECIA


“Najpierw doktor oznajmił mi dobrą nowinę:
Będę miał chorobę nazwaną moim imieniem.”

Steve Martin

— Draco — powiedział Harry. — Nie będziesz musiał już dłużej tu przebywać.
Draco powinien nienawidzić szpitali, podobnie, jak Harry. I powinien chcieć zamieszkać z kimś, kto się nim zajmie i kto wie, czego potrzebuje.
A może… może Draco nie powinien chcieć niczego więcej ponad bycie szczęśliwym tylko dlatego, że Harry na niego patrzy, stale zachwyconym i nieustannie dawać się zadowalać w tak łatwy sposób?
Prawdziwy Draco oczywiście taki nie był, tamtemu przerażająco trudno było dogodzić. I dla tego prawdziwego ani Harry ani to miejsce nigdy nie byliby wystarczający. Tęskni za tym nawet, gdy tego nie zauważa, za tym, że Malfoy był praktycznie niemożliwy do zniesienia. Boże, tęskni nawet za tym, jaki był denerwujący. Ciągle jednak czuje przypływ przyjemności, gdy ten Draco uśmiecha się i przeobraża pod jego dotykiem.
— Ż-żadnych sz-szpitali? — pyta. Harry, nagle zirytowany, krzywi się na dźwięk jąkającego się głosu. Nie jest pewien, dlaczego, gdyż jego gniew jest jak niezlokalizowane swędzenie, wywołane obecnością w łóżku niewidzialnego pająka.
— Nigdy więcej — odpowiada szybko, niemal szorstko.
Nigdy więcej uzdrowicieli, niepotrafiących go uleczyć, nieskutecznych eliksirów i sztucznych kwiatów. Nigdy więcej taniej, wybielanej pościeli, szalonych współlokatorów i zjaw o pustych oczach, błąkających się dookoła.
I na pewno nigdy więcej Dnia Tuńczyka.
Nie powinno tak być. (Na pewno nic, dosłownie nic nie powinno być jak Dzień Tuńczyka — to okrutne i nienormalne.)
Nie tak i nie tu, gdzie każdy kolejny oddech przepełniony zostaje cytrynową wonią, neutralizującą zapach moczu, dochodzący od obsikującego się mężczyzny w holu. Nie tu, ze sztucznymi kwiatami, które kolekcjonowałyby kurz, gdyby nie fakt, że za pomocą jednego ruchu różdżki stają się perfekcyjnie czyste. Potrafią oczarować zapachem, a w dotyku są niczym prawdziwe, ale nigdy nie rosną, nie zmieniają się. Nie umierają. Przynajmniej jedna ściana w każdym pokoju pokryta jest kolorowymi plamami, wyglądających jak dziecięce rysunki, pełne zmieniających się kształtów: tu żyrafa, a tu zebra i uśmiechnięta, szczęśliwa buzia. Prawdopodobnie mają działać kojąco. Osobiście Harry uważa, że to chore. Na korytarzu umieszczone zostało akwarium, w którym znajduje się druzgotek o imieniu Maurycy. Szaty Draco są szare. Wygląda w nich obskurnie, a ich rękawy są zbyt luźne nawet przy nadgarstkach. Jak wielu chorych ludzi nosiło je przed nim i jak wielu będzie jeszcze nosić? Jak wielu z nich brudziło je jedzeniem lub czymś innym, tak, jak mężczyzna z pokoju 121B, który nie może przestać się masturbować, obserwując współlokatorów i odwiedzających? Harry podsłuchał, że pielęgniarki musiały nakładać mu maść na intymne miejsca. Uśmiecha się czasem z tego powodu w wyrazie solidarności — będąc przygnębionym, sam robił tak siedem razy dziennie i przestał dopiero, gdy nabawił się pęcherzy.
W powietrzu unosi się niemal przytłaczający aromat kawy, którą Harry kupił w modnej kawiarni za rogiem. Taką samą sprzedają za dwa sykle w barze na dole, ale Draco zawsze odwraca się od niej, rzucając „ohydna”, nieważne, ile cukru i śmietanki doda do niej Harry. Zakup kawy po zawyżonej cenie dziewięciu sykli powinien być ulgą, ale zamiast tego srebrne monety ciążą mu w dłoni.
Draco uśmiecha się do niego ostrożnie.

Do drzwi puka uzdrowiciel. To ten dupek, który mówi o stanie zdrowia pacjenta nie tak, jakby ten cierpiał na jakąś chorobę albo coś równie odrażającego, ale jak gdyby okropnie go to nudziło. Jakby poddał się, zanim spróbował coś zrobić. Jest młodym brunetem, na twarzy nosi okulary i nieodłączny uśmiech. Harry był kiedyś w jego gabinecie i widział zdjęcie rodzinne, stojące na biurku — szczęśliwa, młoda żona i ich małe, jajogłowe dziecko, uśmiechali się, przytulali i tańczyli w obrębie ramki. To ludzie, których ocalił, obronił przed złem, by ich bobas mógł wychowywać się w wolnym od Czarnego Pana świecie. Ten właśnie uzdrowiciel może iść do swojego cudownego, malutkiego domku, wziąć swoją cudowną, malutką żonkę na górę na cudowne, malutkie pieprzonko. Harry wybawił ich od zła, uchronił od niewolniczego życia dla czarnoksiężnika o gadziej twarzy. I jak mu dziękują? Tym swoim „Przykro mi, ale uraz jest nieodwracalny”? Czy nie mogą ocalić nawet jednej osoby? Draco Malfoya, który (nie zaprzeczaj, Draco, wiesz, że to prawda) nigdy nie był tak ważny, jak zawsze myślał, stanowił tylko nic nieznaczącą rzecz pośród tysięcy innych, niczym ziarenko piasku na plaży życia czy mrówka pośród traw na bożym boisku do quidditcha.
Nie mogli wyświadczyć mu nawet tak drobnej przysługi.
Harry delikatnie przesuwa krzesło, tak, by znajdować się pomiędzy mężczyzną i Draco.
— Witaj, Draco — mówi pogodnie uzdrowiciel. Mów do niego „panie Malfoy”, oburza się Harry, ale nie poprawia go.
Draco ani trochę nie jest nim zainteresowany. Nie widzi nikogo poza Harry’m. Czy to nie jest to, czego Harry zawsze chciał, całej uwagi Malfoya tylko dla siebie? Oczywiście, z jego stanem umysłu to teraz nieco kłopotliwe, ale nie liczy się aż tak bardzo.
— Wychodzimy dziś do domu, co? — ciągnie mężczyzna, jakby mówił do małego dziecka. Harry tego nie znosi, jego ręka zaciska się na nadgarstku Draco.
Draco przytakuje w odpowiedzi. Jego szare oczy obserwują Harry’ego. Harry z kolei bacznie przygląda się uzdrowicielowi, łagodnym rysom jego twarzy, zakłamanym, wesołym, niebieskim oczom, wielkiemu, ciemnemu pieprzykowi na podbródku. Ma nadzieję, że to rak.
— W porządku — kontynuuje, zwracając się do Harry’ego. — Jestem pewien, że został pan już poinformowany, o co musi zadbać, gdy Draco opuści szpital.
Harry przypuszcza, że uzdrowiciel jest tu, aby się pożegnać. Może chce wyrazić swoją ulgę, że nigdy już nie będzie musiał oglądać tego pacjenta, który żył tutaj i oddychał, zabierał miejsce i którym teoretycznie się zajmował, choć tak naprawdę nie robił nic.
Ale czy to się liczy? Draco nie dotknęła fizyczna dolegliwość. Żadna ilość Szkiele-Wzro nie naprawi tego, co zostało złamane. Nie ma specjalnych eliksirów, które musi brać, są tylko placebo, nie dla dobra samego pacjenta, ale Harry’ego, który zawsze nalega, by robić cokolwiek.
Nalewa sobie szklankę wody. Bierze łyk i odstawia naczynie na stół.
Zamierza zabrać Draco od tego wszystkiego, od wstrętnych eliksirów, które smakują jak olej, lecz na nic się nie zdają, od okropnych, duszących zapachów, od uzdrowicieli, którzy, zanim jeszcze się poddali, szturchali go i popychali. Harry wciąż może go uratować, nawet jeśli jego symboliczna peleryna bohatera wisiała na wieszaku przez ostatnie siedem lat.
Uzdrowiciel wymienia całą listę wskazań i zakazów. Harry słucha jednym uchem, pragnąc w duchu, by wyszedł albo żeby eksplodowała mu głowa, cokolwiek. Gdy mężczyzna kończy, posyła w stronę Harry’ego sztuczny uśmiech i wyciąga rękę, by dotknąć Draco, a może uścisnąć jego dłoń.
Co za palant.
Harry uprzedza ruch uzdrowiciela i ściska jego dłoń, zanim ta dotknie skóry Draco.
— Gratuluję, Draco — mówi mężczyzna, a słowa te wydają się być niezbyt odpowiednie na taką okazję. Jego pacjent nie dokonał przecież niczego wielkiego, lecz, być może, całe wydarzenie przypomina coś w stylu wielkich okazji jak ślub albo narodziny dziecka, kiedy można czegoś pogratulować. — Powodzenia i dbajcie o siebie.
— Dzięki — odpowiada Harry sztywno. — Będziemy.



“W sidłach przemocy zapominamy, kim jesteśmy.”
Mary McCarthy

Spanie w czasie, gdy całe ciało pokrywają siniaki, nieważne jak miękkie jest łóżko, nie zalicza się do specjalnie komfortowych. Harry mógłby rozważać porównanie go do leżenia w ogromnej beczce pełnej kamieni i byłoby niemożliwe, gdyby nie fakt, że czuł się błogo zmęczony. Spał jak kamień na kamieniach. Jakie szczęście, że one nie śnią.
Rano dalej był posiniaczony i do tego wrażliwy na dotyk niczym kawałek mięsa, zmiażdżony przez młotek. Unikał Rona i Hermiony (którzy spali jak zabici, to znaczy jeśli zabici mogą chrapać albo czytać notatki z lekcji numerologii), ale w zamian spotkał się z panią Pomfrey. Zapytała, co się stało, na co odpowiedział, iż uderzyły go otwierane przez kogoś drzwi. Było to najlepszym wytłumaczeniem, jakie mógł wymyślić na szybko.
— Drzwi — powtórzyła.
— Są raczej niebezpieczne — zasugerował z nutką nadziei w głosie.
Pewnie nawet Czarny Pan byłby przy nich bezradny, ale hej, takie rzeczy przecież się zdarzają. Najpierw śmiercionośne drzwi, a potem krzesła i stoły. Dudley myślał w ten sposób o lampach od czasu, gdy Harry roztrzaskał przed nim wszystkie sześć, blokując tym samym tłustemu kuzynowi drogę ucieczki.
Na szczęście pani Pomfrey nie podważała wiarygodności pomysłu z przesiąkniętymi złem przedmiotami. Cóż, zamiast tego była niezwykle zadowolona z pacjenta, którego nieszczęśliwy wypadek zaprowadził prosto w jej uzdolnione, leczące dłonie.
Jej oczy lśniły demonicznym, przywołującym na myśl samego Czarnego Pana światłem, gdy kazała Harry’emu pokazać obrażenia. Ściskała każdy siniak i drapała go, by zobaczyć, jak chłopak się krzywi. Musiał oceniać ból w skali od jednego do dziesięciu. Pielęgniarka posiadała nawet plakaty, ilustrujące każdy jego stopień w razie, gdyby badana osoba nie mogła mówić, bo ktoś rzucił na nią zaklęcie odbierające głos lub coś podobnego. Numer jeden przedstawiał niewyraźny uśmiech, a twarz na ilustracji numer dziesięć zalana była łzami.
Harry naprawdę nie widział potrzeby używania tych wszystkich ostrych, metalowych narzędzi. Chyba nie planowała się nimi posłużyć? Są na to jakieś magiczne sposoby, prawda?
Wiele bólu i bandaży później, Harry nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego Malfoy zbliża się do niego w ten sposób, szuka go tylko dla bójek. Nie wiedział też, dlaczego nie śni już o śmierci, Syriuszu ani czerwonookich Czarnych Panach i o tym, jak i kogo chcą zabić.


Przypisywanie ludzi do konkretnego miejsca zmusiło Harry’ego do ponownej oceny tych, którzy znajdują się wokół niego. Ron i Hermiona chcieli po prostu pomóc, i nie byłoby to takie złe, gdyby ciągle tego nie robili. Obserwował, jak Ron wpatruje się w Hermionę, która dotykała wargami pióra, zanim zaczęła zażarcie pisać swój esej. Ron podniósł wzrok, a wtedy jego oczy spotkały się z oczami Harry’ego. Uśmiechnął się nerwowo, klepnął go w plecy, a Harry jęknął cicho z powodu siniaków. Później Ron zaczął przekonywać go do wypróbowania nowego zestawu Ekspodującego Durnia i przez przypadek włosy Hermiony zajęły się ogniem.
— To nawet nie był ogień — wyjaśnił rudzielec, równocześnie ukrywając się przed Hermioną w szafie. — Ona jak zwykle robi z igły widły. Ledwie można było go zauważyć. Gdyby przekręciła głowę w inną stronę, nikt niczego by nie zobaczył!
Dobrze jest mieć przyjaciół. Ron to dobry człowiek, Hermiona zaś mądra, pilna i miła dziewczyna. Wszyscy Gryfoni byli dobrymi ludźmi. Nie zdenerwował się, gdy Neville poślizgnął się na jednym ze strąków na zielarstwie, obsypując go bananowymi pociskami. Nie pragnął już nawet rozerwać na strzępy swojej pracy domowej z eliksirów, gdy Snape dołożył mu kolejną. Usłyszał przypadkiem rozmowę Seamusa z Deanem, że niby Harry albo ostatecznie zażegnał PMS, albo w końcu się z kimś przespał.
Bicie Malfoya czyniło życie lepszym. Harry nie był tym specjalnie zaskoczony.

Być może od samego początku Malfoy był ukrytym masochistą. W końcu mieszkał w lochach. Zapewne coś takiego stanowiło część natury wszystkich Ślizgonów. Oczywiście jego zdradliwy umysł od razu musiał dostarczyć mu obrazów pełnych Snape’a, Millicenty Bulstrode, Crabbe’a i Goyle’a z biczami, łańcuchami, skórą i czymś jeszcze i zaczął rozumieć, dlaczego Malfoy tak się prosi, żeby dostać po łbie.
Co dziwne, Malfoy po ostatnim incydencie zaczął go unikać. Wraz z siniakami zniknęła też obecność Ślizgona w jego życiu. Harry zauważył, że na posiłkach siedzi trochę na uboczu i nie otaczają go (prawdopodobnie perwersyjni) współdomownicy.
Blondyn odmawiał kontaktu wzrokowego, jak gdyby nie potrafił spojrzeć Harry’emu w twarz, nie po tym, co się między nimi wydarzyło. Korytarze, Wielka Sala, klasy… W Malfoyu coś się zmieniło, ale znalezienie ukrytego za tym powodu było nie lada wyczynem.
Harry nigdy nie rozumiał Malfoya, ani trochę, ale zawsze wiedział, kiedy ten coś kombinował.
Rozwinął Mapę Huncwotów i obserwował go w ten sam sposób, w jaki robił to każdego roku. Gdy odnalazł Ślizgona przy stole w Wielkiej Sali, jego wzrok skupił się tylko i wyłącznie na czarnej, poruszającej się kropce, podpisanej „Draco Malfoy”.
Co robił? Gdzie? Dlaczego zachowywał się tak dziwnie?

Pewnego wieczora przyparł go do muru w lochach, by zadać mu tak ważne dla siebie pytania, ale Harry nigdy nie szczycił się taktownością ani elokwencją. Zamiast rozmowy skończyło się na kolejnej walce.
Tym razem do pielęgniarki trafili razem.
— Ał! AŁ, AŁ, AŁ! — Malfoy wrzeszczał jak opętany.
— Siedź nieruchomo — pouczyła go pani Pomfrey, po czym przytrzymała ramię, by móc rozprowadzić bulgoczącą substancję po ranie.
Harry, pomimo kłującego bólu w żebrach, nie mógł powstrzymać śmiechu.
— Próbuje mnie pani zabić? Auć! Co to jest? Co to ze mną robi? Czy to wypali mi skórę? O MERLINIE, CO TO, KWAS? TO KWAS, PRAWDA?! — krzyczał, urządzając przedstawienie. — MOJA SKÓRA SIĘ ROZPUSZCZA! POMOCY! POMOCY! — W tym momencie żebra Harry’ego naprawdę zaczęły boleć. — Niech mi tylko pani nie mówi, że trzeba będzie je amputować. Ma pani zamiar to zrobić, prawda? — Ślizgon wpatrywał się w swoje ramię, jakby stało się ciałem martwego zombie, którego nie rozpoznawał. Ciecz lecząca ranę pieniła się i bulgotała. — MA PANI ZAMIAR SPALIĆ MOJE CIAŁO DO KOŚCI W IMIĘ SWOICH ZAKRĘCONYCH, MEDYCZNYCH EKSPERYMENTÓW!

Pani Pomfrey odpowiedziała spokojnie:
— Nie bądź śmieszny. Już mam jeden szkielet, nazywa się Horacy.
Malfoy wlepił w nią spojrzenie.
— Mam nadzieję, że posiada pani dobrego prawnika. — Spojrzał na Harry’ego. — To samo dotyczy ciebie, Potter. Takie traktowanie jest okrutne i nienormalne.
— Nie możemy rzucić na niego Silencio? — zapytał Harry.
— Nie — odpowiedziała pielęgniarka, sięgając po następny eliksir.
Może Malfoy miał rację i kobieta naprawdę była złośliwa i bezlitosna.
— Poczekaj, aż dowie się o tym Prorok! — krzyknął Ślizgon, gdy pielęgniarka unieruchamiała i bandażowała mu ramię. — Niewinny uczeń zaatakowany przez Chłopca, Który Przeżył!
— Ale to ty zacząłeś!
Malfoy popatrzył na niego z całkowitą pogardą.
— Nikt ci nie mówił, że masz się przyłączyć.
Ktoś taki jest naprawdę nie do wytrzymania.

Bicie i krzywdzenie Malfoya niosło ze sobą wspaniałe uczucie. Harry celował kolanem w jego brzuch, tak, że Ślizgon zginał się wpół, potem łapał dłonią blond włosy, szarpał za głowę do tyłu i obserwował, jak zaciska zęby.
Gdy uderzył go pięścią w twarz, usłyszał obrzydliwy trzask łamanej kości — nie nosa, ale jednej z tych cholernych kości policzkowych, tak ostrych jak kawałek stłuczonej porcelany, mogący rozciąć skórę. To jednak Draco został zraniony, nie Harry.
Zawsze napadał na niego, gdy Ślizgon był sam, w wyludnionych korytarzach czy pustych za dnia salach lekcyjnych.
Następnym razem wszystko zaczęło się bez słowa. Harry nie lubił rozmawiać. Malfoy owszem, mówił zbyt dużo, z jego ust wylewał się jad i obraźliwe uwagi, za każdym razem ostre niczym żądło jakiegoś skrzydlatego stworzenia. Był osą, a nawet szerszeniem, denerwującym insektem, który potrafi żądlić bez końca.
Malfoy zasłużył sobie na takie traktowanie. Nikt inny nie mógł zapłacić za śmierć Syriusza. Podjął nieprawidłową decyzję, i mimo że mieli tyle samo lat, był złem wcielonym. Harry nie znał nawet połowy występków Ślizgona.
Siniaki Malfoya prezentowały się całkiem ładnie. Gdy zostawiał je nieleczone zbyt długo, przybierały odcień podobny do fioletu bakłażana.
Harry przyzwyczaił się do smaku krwi.

Pani Pomfrey, według Malfoya, była sadystyczną maniaczką. Harry powiedział mu, że on sam jest maniakiem, ale prawdą było, że zanim rzuciła na nich Episkey, szturchała i trącała rany i siniaki zbyt długo.
— Niepotrzebnie i nieznośnie długo — wtrącił Malfoy, gdy pielęgniarka opatrywała Harry’ego.
— Cykor — odpowiedział na to Harry — Aaaał!
Pani Pomfrey przywykła już do oczekiwania na ich wizyty. Z leczenia czerpała rodzaj brutalnej przyjemności, a im bardziej pokiereszowani, połamani i poobijani byli, tym milej ich witała.

Harry zaczynał wyglądać jak maltretowana gospodyni domowa.
— Ciągle walczysz z Malfoyem? — zapytała Hermiona.
Słodka Hermiona, taka poprawna, dbająca o innych, prefekt, który nie godził się na podobne zachowanie. Nie było nawet mowy, by cokolwiek zrozumiała.
— Co? — odpowiedział Harry. — Nie, nie, oczywiście, że nie.
— Ehem — odchrząknęła i trąciła palcem ledwie widoczny siniak pod jego okiem.
— Ał!
— A więc czego teraz “nie robisz”?
— Co, że niby to? — odtrącił jej dłoń. — Upadłem.
Posłała w jego stronę znaczące spojrzenie, ale Harry był niemal pewien, że to kupiła.
— Jestem bardzo niezdarny — dodał, by uwiarygodnić fakt. To był jeden z tych przymiotników, którymi Malfoy go opisywał, wraz z innymi: prostacki, głupi, kretyński, cholerny, popieprzony, przeklęty (ale tylko wtedy, gdy był szczególnie nikczemny) i ograniczony.
— Jesteś zmorą mojej egzystencji — stwierdził Ślizgon. — Gdyby twoja matka żyła, pewnie i tak by się zabiła, żeby uniknąć wstydu posiadania takiego dziecka, jak ty. Rzygać mi się chce od samego patrzenia na ciebie. Twoja twarz wygląda, jakby przeżuł ją twój własny kark, po czym zwrócił ją jako pokarm dla małych, młodych karczków, a do tego jest otoczona wielką, czarną szopą, masz syndrom bohatera, na bycie którym nie zasłużyłeś, jesteś idiotycznym szczęściarzem, zakałą magicznego społeczeństwa, nic dziwnego, że twoi mugole zamknęli cię w komórce na miotły, naprawdę mam nadzieję, że umrzesz, jesteś arogancki, a twój stosunek do regulaminu… — Nagle uciął w połowie swojej tyrady, posłał w stronę Harry’ego badawcze spojrzenie i dokończył: — Potter, jesteś kutasem.
Harry stwierdził, że była to niesprawiedliwa ocena. Jeśli ktokolwiek zasługiwał na miano elementu męskiej anatomii, to tylko Malfoy. W rzeczywistości nie był tylko ich częścią, był całymi genitaliami. Był kutasem razem z jajami, całym tym interesem, razem z łonem.
A jeśli już, był po prostu ogromnym, ogromnym penisem!
Cały wywód przywołał w umyśle Harry’ego dziwne obrazy, których natychmiast musiał się pozbyć. W uszach słyszał dźwięk ciała uderzającego o ciało.

Później, siedząc w klasie, Harry dotykał językiem luki po zębie, który pewnie pani Pomfrey będzie musiała odtworzyć, choć napawało go to przerażeniem. Wyczuł małą strużkę krwi z otwartego dziąsła. Połknął ją.




”W każdym z nas żyje tęsknota za domem, miejscem, do którego możemy pójść tacy, jacy jesteśmy, nie oczekując pytań.”
Maya Angelou

Podróż do domu jest żmudna. Minęło sporo czasu, od kiedy Draco był na zewnątrz, więc Harry pomaga mu przebrać się w mugolskie ubrania, które dla niego kupił. Robi to najszybciej, jak to możliwe, ledwie spoglądając na nagie ciało. Wybrał dla niego parę dżinsów i szary, miękki sweter (jak k-kociak), który sprawia, że oczy Draco wyglądają na niebieskie. Zamiast aportacji jadą metrem, a potem idą piechotą.

Sweter jest na niego trochę za duży — w szpitalu nie karmili go właściwie, okrutni dranie, a może to Draco odmawiał jedzenia? W końcu jest rozkapryszonym dzieciakiem, ale Harry lekceważy to. Pewnie powiedziałby coś w stylu: „Och, tak, dbam o figurę. Naprawdę, Potter, w tym roku modny jest wygląd a la niedożywiony więzień.”
Luźne ubranie eksponuje zbyt dużo obojczyka. „Nie patrz, Potter, wyglądam nieprzyzwoicie” wycedziłby tamten Draco, nawet jeśli specjalnie ułożył sweter pod odpowiednim kątem, by ukazać jeszcze więcej bladej skóry. Ten Draco nosi sweter swobodnie, nie zważając na to, że zbyt długie rękawy zakrywają nadgarstki i połowę dłoni.
W sklepie Harry prosi o pomoc sprzedawcę. Woli te mugolskie, bo tam ekspedienci nie płaszczą się przed nim i nie próbują dawać wybranych przez niego artykułów za darmo. Nie byłby w wstanie wybrać ubrań sam, a nawet jeśli, ma pewność, że Draco nigdy by ich nie założył. Nawet teraz, z umysłem dziecka, posiada zapewne wrodzony gust.
Teraz nie może trzymać ręki Harry’ego, a więc łapie kurczowo za własny rękaw.

Gdy docierają do stacji metra, Harry staje przed nim i odciąga go od krawędzi peronu, daleko od cienkiej, żółtej linii.
— Uważaj, bo spadniesz — ostrzega, być może niepotrzebnie, bo znak na stacji robił to za niego i właściwie byłoby go przestrzegać. Byłoby też miło, gdyby więcej rzeczy opatrzonych zostało ostrzegawczą naklejką.
Wchodzą do metra wmieszani w popołudniowy, spieszący do domu tłum. Harry cały czas trzyma rękę Draco, gotowy, by zganić go za spychanie ludzi z drogi. Jest to jednak niepotrzebne i zamiast tego tylko odchrząkuje.
Metro kołysze się lekko, przemierzając wyznaczoną trasę pod ulicami Londynu. Oczy Draco są wszędzie, obserwują, przyswajają, widzą to wszystko po raz pierwszy. Po jego twarzy przesuwają się prostokątne połacie światła zza szyb, gdy pojazd mknie we wnętrzu miasta niczym wielki, szybki, zamieszkujący jelito robak. Reklamy są jasne, ale nie poruszają się. Harry myśli, że prawdziwy Draco oglądałby takie pierwszy raz, ale jego reakcja prawdopodobnie byłaby podobna, jeśli nie taka sama, czyli zarazem prawdziwa.
Ludzie z pewnością się na nich patrzą. Mężczyzna w wygniecionym kapeluszu ma gęste brwi, które sięgają czoła. Przewraca gazetę, The Times, nie Proroka, i ukrywa za nią twarz. Czarnoskóra kobieta w stroju służbowym wlepia wzrok daleko za nich i na przemian krzyżuje i rozkrzyżowuje nogi. Być może jednak nikt nie zwraca na nich uwagi.

Mężczyzna na stacji pyta, czy chcą kupić kwiaty: żywe, świeżo ścięte, z łodyżek prawdopodobnie sączy się jeszcze zielonkawy sok. Draco zdaje się być bardziej zainteresowany balonami. Sprzedawca przebiega po nim wzrokiem, niemal dotyka nim płaszcza, który Harry mu kupił, zbyt długich, jasnych włosów, jego smukłej, drobnej figury (o wiele, wiele za szczupłej). Harry spogląda na bladą, odkrytą skórę na karku, gardło i kawałek obojczyka. Obserwuje sposób, w jaki jabłko Adama porusza się lekko, gdy Draco wydaje pełne zadowolenia dźwięki. Dziękuje sprzedawcy i odchodzi, by przy stoisku obok kupić szalik.
Harry dostarcza Draco do domu w jednym kawałku, co jest dla niego zarazem małym i wielkim zwycięstwem.



”Brak bólu oznacza śmierć uczuć; każda z naszych radości to pakt z diabłem.”

W ich bójkach nie było ani odrobiny finezji. Na większość z nich składało się po prostu chwytanie tego, co się nawinie, zaciskanie pięści na szatach przeciwnika i wykręcanie sobie nawzajem rąk. Gdy Harry zaciskał dłonie na gardle Malfoya, ten szarpał i wił się pod nim jak wielka, jasna, miękka ryba.
Ślizgon, oczywiście, walczył nieczysto za każdym razem, gdy miał taką możliwość.
On nawet gryzł.
Mały gnojek.
— Obserwuję cię — warknął Harry ze złością. — Zawsze mam na ciebie oko.
Przeważnie jedno, ponieważ przez ciągłe bijatyki któreś z nich ciągle było zamknięte z powodu opuchlizny.
Gdy tylko Malfoy spostrzegał, że oko zostało wyleczone, podbijał mu drugie. Dla równowagi, tak mówił, drań.
— Zawsze byłem zagorzałym fanem estetycznej symetrii. — Wykrzywił usta w uśmiechu.
Harry zazwyczaj zwracał mu przysługę ciosem w nos.

— Popatrzcie na siebie — zrugała ich pani Pomfrey. — Jak zdołaliście doprowadzić się do tak okropnego stanu?
— On to zrobił — odpowiedzieli obaj równocześnie, wskazując na siebie palcami. Harry nienawidził Malfoya za podkradanie jego kwestii.
— Nie możecie po prostu zostawić się w spokoju? — zapytała. — Naprawdę, następnym razem nie podam wam żadnego eliksiru uśmierzającego ból.
To była dodatkowa zaleta skrzydła szpitalnego — ulga w bólu. Ulubionym hobby pani Pomfrey było posługiwanie się bolesnymi formami leczenia i odmawianie eliksiru przeciwbólowego, dopóki obaj nie staną się „grzecznymi chłopcami”.
Merlinie, być może wszyscy w tej szkole byli wyuzdanymi maniakami seksualnymi.
Malfoy powtarzał, że jego ulubioną częścią pobytu w gabinecie są właśnie te eliksiry. Gdy podało się właściwie odmierzoną dawkę, całe ciało drętwiało i nie czuło się zupełnie nic. Harry wolał ból, to, jak wyostrzał wszystkie doznania, pozwalał mu czuć. Mógł pocić się, wciąż być tym potłuczonym i zranionym. W jakiś sposób to zdawało się być właściwe.
Malfoy, z drugiej strony, wypijał eliksiry (które, prawdę mówiąc, smakowały jak gorzka pleśń i miały konsystencję szlamu) niczym sok dyniowy. Jego twarz przybierała wtedy wyraz błogiego zadowolenia.
— Myślę, że masz problem — oświadczył Harry.
— Nie potrzebuję nowego problemu — odpowiedział Ślizgon. — Już go mam, nazywa się Harry Potter i jest naprawdę cholernie wkurzający.

Podczas prysznica Harry zauważył, że jego tors stanowi istną szachownicę siniaków: wściekle czerwonych, ciemnofioletowych, zielonych i podleczonych żółtych. Na myśl o tym, że klatka piersiowa Malfoya musi wyglądać tak samo, jeśli nie gorzej, w końcu anemiczna cera ma skłonność do bardziej widocznych urazów, wypełniło go zadowolenie. (Hermiona powiedziała, że tak niezdrowy, blady wygląd jest związany z endogamią.) Tak czy inaczej, czerwone i fioletowe siniaki wyglądają lepiej na jasnej skórze, niczym marmur poprzecinany kolorowymi żyłkami.
— Spójrz no na siebie — poleciła pani Pomfrey, stojąc nad nagim ciałem Harry’ego, głosem pełnym trwogi i zarazem ledwie stłumionej przyjemności. — Ciekawe, czy nie masz wewnętrznego krwotoku.
Wykonała ruch różdżką, za sprawą którego Harry skrzywił się i zacisnął z bólu swoje sławne, zielone oczy.
Prawdę powiedziawszy, to sprawiło, że poczuł się jak zwykły kawał mięsa.
— Cóż, mógłbym przeprosić — powiedział Malfoy — ale nie znoszę kłamać.
— To właśnie było kłamstwo — zripostował Harry.
— Masz rację — Ślizgon uśmiechnął się łobuzersko.

Satysfakcjonujący trzask, stłumiony jęk bólu. Obelgi wykrzykiwane wraz z kroplami krwi.
Mięczak, tak można było nazwać kogoś, kto jest szczególnie bezbronny i bez sprzeciwu przyjmuje ciosy. Ale Malfoy, sprawiający wrażenie delikatnego chłopca, nie był mięczakiem. Posiadał szczupłą, kościstą sylwetkę, ale gdy Harry celował pięścią w jego chude ciało, ten nie upadał, tylko oddawał ciosy mocniej, niż kiedykolwiek. Nie było w tym nic zaskakującego.
— Walczysz jak dziewczyna — rzucił Malfoy.
— Przynajmniej na nią nie wyglądam.
Racja, nawet Harry musiał przyznać, że wzajemne wyzwiska stawały się nieco prymitywne. Ale po chwili to się już nie liczyło, bo ręce Malfoya zacisnęły się na szyi Harry’ego, a tępe paznokcie wbiły w skórę. Jedyną istotną rzeczą było wyszarpnięcie się z uścisku Ślizgona, by móc go zranić.

Obaj zaczęli wymyślać przeróżne wymówki, którymi karmili panią Pomfrey.
— Szedłem po schodach — wyjaśnił Harry, a gdy spojrzała na niego sceptycznie, dodał: — I one… one się poruszyły…
Malfoy był zdecydowanie lepszy w te klocki. To pewnie przez to, że był czystokrwistym Ślizgonem i w związku z tym nauczył się kłamać przed tym, zanim zaczął mówić. Harry mógłby się założyć, że jego pierwsze słowa brzmiały: „To nie ja!”.
— Grałem w quidditcha — mówił Malfoy — i właśnie nurkowałem po znicz, kiedy ska… to znaczy ptak, a nie skała, wie pani, pojawił się w powietrzu i skierował lot w moją stronę, by zabrać mnie do domu i nakarmić mną młode. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jestem piękny, atrakcyjny i cudowny, więc istniała szansa, że mu się spodobam i być może zatrzyma mnie na zawsze. Wyminąłem ptaszysko i o włos uniknąłem szponów, ale w efekcie spadłem z miotły i oczywiście głupi Potter złapał znicz, wykorzystując to, że wpadłem w tarapaty i tym samym rozwiązując swój własny problem.
Albo:
— Najzwyczajniej w świecie załatwiałem swoje sprawy i nagle zostałem zmiażdżony przez tłum napalonych dziewczyn, opętanych szaleńczym pożądaniem. Zdarły ze mnie szaty i szarpały za włosy, chcąc zabrać choć kawałek mnie ze sobą. Molestowały mnie. Bardzo. Przez długi czas. Niektóre z nich próbowały mnie nawet zgwałcić, cóż, nie winię tych biednych istot, jak mógłbym złamać ich młode, romantyczne serca? Miałem szczęście, że zdołałem ocalić życie.
— Naprawdę? — zapytała pani Pomfey.
— Tak — odpowiedział Malfoy.
Co za cholerny drań, jego twarz cały czas wyrażała absolutną powagę.
Albo:
— Szedłem właśnie na opiekę nad magicznymi stworzeniami i nagle spostrzegłem, że stado dzikich lwów morskich zaatakowało nieszczęsnych pierwszorocznych. Ja, jako prefekt Slytherinu, miałem obowiązek ich obronić. Walczyłem dzielnie, rękami i zębami, narażając przy tym własne życie.
— Zaatakowany przez lwy morskie?! — zapytał Harry. To absurdalne, nawet dla Malfoya. — Te zwierzaki z wąsami i płetwami, które balansują czerwonymi piłeczkami na nosach?
Stado lwów morskich, no proszę. Wyobraził je sobie ubrane w spiczaste kołnierze (oczywiście czerwone, pasujące do piłek) i skórzane kurtki. A może nawet nawoskowały sobie wąsy, by podkręcić je do góry? Zdecydowanie zbyt dużo czasu spędzał z tym szaleńcem Malfoyem.
— To rodzaj magicznych stworzeń, ty żałosny głupku — wysyczał Ślizgon. — Sprawdź sobie.
— Lwy morskie, Harry? — zapytała Hermiona później. — Cóż, tak, to zwierzęta z przodem lwa, płetwiastymi przednimi łapami, płetwą na grzbiecie i rybim ogonem. Wiesz, to jedno ze stworzeń typowo herbowych.
— Cholera.
Teraz wisiał Malfoyowi pięć galeonów.
— A o co chodzi? Czy to… no wiesz… coś czarnomagicznego?
— Eee…
— Bajka* o rybach? — zapytał Ron, ratując go tym samym od odpowiedzi. — Masz na myśli tę o facecie, który został połknięty przez wieloryba?**
W czasie, gdy Hermiona dawała Ronowi wykład na temat występowania, diety i zwyczajów godowych lwów morskich, Harry z zadowoleniem wyobraził sobie Malfoya, napadniętego przez stado zwierząt, które wydając z siebie dzikie odgłosy, odbijały od jego głupiej blond głowy czerwone piłki.

Jakiś czas potem ogarnęło go zwalające z nóg uczucie, pięść uderzyła go w brzuch, a powietrze umknęło z niego jednym tchem.
Mała kałuża krwi na posadzce nagle wydała mu się przerażająca. W ciemnoczerwonej cieczy leżało coś białego i Harry zdał sobie sprawę, że to ząb. W tym momencie stwierdził, że wszystko to jest kompletnie absurdalne i naprawdę miał nadzieję, że magiczna dentystyka była na wyższym poziomie niż ta mugolska. Prawdopodobnie Hermiona miałaby coś do powiedzenia w tej sprawie.
— Mugolscy dentyści używają wierteł? — zapytała pani Pomfrey z niedowierzaniem. — Ja nigdy tego nie robię, toż to barbarzyństwo! — wyjęła piłę dentystyczną. — A teraz otwórz szeroko buzię.

— Wiesz, myślę, że ty i Malfoy powinniście przestać ze sobą walczyć — stwierdziła przyjaciółka.
— To śmieszne, Hermiono — odpowiedział. — Nie walczę z Malfoyem.
— Jasne… — zacisnęła wargi, ale Harry przytaknął.
Otworzyła usta, by coś powiedzieć — pewnie chciała zacząć się sprzeczać albo go pouczyć, ale w tej samej chwili podszedł do nich Ron, narzekając na pracę domową, której jeszcze nie skończył, a którą musiał wykonać na jutro. Harry pogratulował sobie umiejętności w taktyce robienia uników.
Ledwie widoczne siniaki nie wzięły się z nikąd, ale z kolei złość była naturalną częścią żałoby, więc nie drążyła sprawy dalej.

Bójki zaczęli wszczynać już po drodze do skrzydła szpitalnego, dla zwyczajnej wygody.
Gdy siedzieli w gabinecie pani Pomfrey, ta kręciła nad nimi głową, starając się przybrać zawiedzioną i ponurą minę. Zamiast tego wyglądała na podejrzanie zadowoloną.

Pewnego dnia w drodze do pielęgniarki blada twarz Malfoya przybrała odcień niezdrowej zieleni. Chwilę potem zwymiotował, a Harry nie wiedział, co robić.
Rzucił Chłoszczyść na cały bałagan (mieszankę obiadu i kolacji, a poza tym wydawało mu się, że dostrzegł sos żurawinowy i trochę ciasta). Malfoy odgarnął kosmyki włosów, opadające mu na twarz, która poczerwieniała od wysiłku. Harry nie miał pojęcia, jak twarz może być zarazem blada i zaczerwieniona, ale Ślizgon tak właśnie wyglądał. Rumieniec nie był ani trochę atrakcyjny — na jego skórze wykwitły purpurowe plamy, podobne do tych przy chorobie lub wysypce. Gdy wstał, potknął się i zachwiał, a Harry instynktownie podszedł, by mu pomóc, podtrzymać, gdyby upadał. Cienkie, okrutne usta ułożyły się w krzywy uśmiech i Malfoy z zaskakującą siłą odepchnął go od siebie.
— Zatrzymaj swoją litość dla kogoś, kto jej potrzebuje, Potter — rzucił. Na ubraniu wciąż miał pozostałości wymiocin.
Harry uważał za prawdziwy talent to, że ktoś chce, byś go zranić, mimo iż już jest zraniony i bezbronny. Nie łatwo było zbyć Malfoya, a nawet gdyby, ten pewnie i tak znalazłby sposób, by tego dokonać. Był wystarczająco przebiegły.
Całe zdarzenie sprawiło, że Harry poczuł się nieswojo. Jeszcze przed chwilą chciał go uderzyć, ale teraz pragnienie odeszło. Jego ciało przywykło do cierpienia i bólu, niemal wcale nie miewał już koszmarów.
Gdy spotkał się z Malfoyem następnym razem, chciał powiedzieć mu o tym wszystkim, ale Ślizgon zaczął bójkę. Bił go i bił bez końca, Harry oddawał ciosy i wszystko zaczęło się od początku.




”Nadzieja jest tym upierzonym
Stworzeniem na gałązce
Duszy”

Emily Dickinson “Hope is the thing with feathers”***

Harry zastanawia się, czy pobyt na Grimmauld Place 12 pobudzi pamięć Draco. To dość stary budynek, w którym mieszkał, odkąd Stworek doprowadził go do porządku. Portrety z pewnością nie będą krzyczały już „zdrajca krwi!”, nie, gdy w domu będzie Draco. Krew Malfoyów pozostaje czysta do samego końca, nawet gdy biegnie w żyłach jasna i czerwona. Oczywiście, zanim wprowadził się po wojnie, rozkazał Stworkowi zebrać i ukryć wszystkie dowody na istnienie rodziny Blacków (pomijając pokój Syriusza), a także rzeczy kojarzące mu się z wojną. Utrzymywał, że oszalałby, gdyby wrócił do domu, który wyglądał jak dawna kwatera Zakonu Feniksa. Domyślał się, że Storek będzie przeszczęśliwy, mogąc zabrać te wszystkie piękne skarby do swojego małego, skrzaciego gniazdka. Gdy wrócił do domu okazało się, że skrzat zrozumiał polecenie dosłownie — wszystkie meble były przykryte prześcieradłami, przeobrażające je w coś innego. Harry wyobrażał sobie, że żyje w miejscu pełnym zwierząt, koni, osłów, wielbłądów i słoni, przebranych na Halloween w identyczne kostiumy — duchy z okrągłymi, wyciętymi w materiale dziurami na oczy.
Przez jakiś czas mieszkał ze zwierzętami-zjawami, dopóki nie uświadomił sobie, że tęskni za znajomymi mapami i bezcennymi antykami. Zdjął prześcieradła i przez chwilę czuł się komfortowo, ale każdego ranka budził się, oczekując bitwy. Rozważał nawet zaaranżowanie „Domu nie do poznania: Grimmauld Place 12”****. Doszedł do kompromisu, spowodowanego strachem przed potokiem śliny swojego domowego skrzata, i zakupił kilka rzeczy. W mugolskim sklepie Swiss nabył stylowe krzesła i proste, eleganckie zestawy mebli. Kufry zamienił na szafki, które nie odgryzają palców, jeśli prawidłowo ich nie pogłaszcze. Poduszki imitujące kwiaty, haftowane i pasujące do czerwonych, aksamitnych kanap. Robione na drutach przez babcie pokrowce na kubki do herbaty z pocieszającym, babcinym zapachem. Ceramiczne solniczki w kształcie lwów. Rzeczy.
Napis „Witaj w domu!” był lekką przesadą, ale „Witaj w kwaterze!” brzmiało zdecydowanie lepiej, więc Harry pozwolił mu takim pozostać.
Gdy znaleźli się u progu drzwi Grimmauld Place 12, wszystko zdawało się ich witać — nawet rzeźbione w drewnie węże niemal uśmiechały się do nich, co było dość… niepokojące. Wyglądały jak małe robaki z zadowolonymi twarzami lub coś w tym rodzaju.
— Dom?... — pyta Draco. Jego głos drży lekko, jakby z młodzieńczą niepewnością.
— Tak, Draco. Dom.
Przez krótką chwilę Harry widzi prawdziwego Draco i to, co ten mógłby ujrzeć — jak bardzo wszystko było niedopasowane, jak tapicerka w kratę gryzie się z kwiecistymi zasłonami, które z kolei nie mają nic wspólnego z pasiastym obrusem. Harry może wyobrazić sobie wyraz pogardy, jeśli nie makabrycznego przerażenia, jaki pojawiłby się na jego twarzy. Potem zmarszczyłby nos, jakby zwęszył zapach zgnilizny, odchodów albo jednego i drugiego na raz. Niemal słyszy szyderczy głos: “Dobry Merlinie, Potter, mieszkasz tu? Co to ma być? Muzeum horroru? Nie mogę na to patrzeć, słabo mi.” Harry chce, by Draco polubił jego dom, chce, by docenił jego rzeczy. By był z nim szczęśliwy.
Czy to może jakiś eksperyment? Hołd dla złego smaku? Nienawidzisz mnie, prawda?
— J-jest ładny — oznajmia zadowolony Draco. — Dom.
Harry nie jest w stanie powstrzymać uśmiechu, który zakwita na jego twarzy.


KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ

* kalambur (podobne brzmienie, inna znaczenie): tail = ogon, tale = bajka
** nawiązanie do „Pinokia” autorstwa Carla Collodiego
*** tłum. Stanisław Barańczak
**** nawiązanie do popularnego programu “Extreme Makeover”, emitowanego przez stację ABC.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:41

[autor docelowy - Akame]

Kolejna część :) Naprawdę się cieszę.
Harry zabrał Draco do domu... Pierwsze co przyszło mi do głowy to - I bardzo dobrze! - ale nie dlatego, że w domu będzie miło, intymnie i będą mogli pozwolić sobie na więcej, a dlatego, że mam wrażenie, że szpital zamiast poprawiać stan Draco, utrzymywał go w czymś, co mogłabym porównać do schizofrenii katatonicznej, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Właściwie siedział w tym szpitalu i jak słusznie zauważył Harry, trzymano to tam bardziej dla zasady, niż dla efektów. Być może nowe otoczenie, wpłynie pozytywnie na niego. Niemniej obawy Harry'ego co do wystroju wnętrz...
Lasair napisał(a):Przez krótką chwilę Harry widzi prawdziwego Draco i to, co ten mógłby ujrzeć ? jak bardzo wszystko było niedopasowane, jak tapicerka w kratę gryzie się z kwiecistymi zasłonami, które z kolei nie mają nic wspólnego z pasiastym obrusem.

No cóż... chyba sama bym jęknęła, a na pewno nie mam aż tak wysublimowanego poczucia estetyki jak Malfoy ;)
Wspomnienia z czasów szkoły są dziwne, chociaż z drugiej strony wydają się być przejrzyste. Chłopcy biją się, bo tylko to potrafią. Nie umieją ze sobą rozmawiać, a przez to wszystko przebija się ogromna potrzeba bycia blisko siebie, dotyku, choćby brutalnego. Chociaż... może to mój spaczony mózg widzi co chce widzieć?
Lasair napisał(a):? Grałem w quidditcha ? mówił Malfoy ? i właśnie nurkowałem po znicz, kiedy ska? to znaczy ptak, a nie skała, wie pani, pojawił się w powietrzu i skierował lot w moją stronę, by zabrać mnie do domu i nakarmić mną młode. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jestem piękny, atrakcyjny i cudowny, więc istniała szansa, że mu się spodobam i być może zatrzyma mnie na zawsze. Wyminąłem ptaszysko i o włos uniknąłem szponów, ale w efekcie spadłem z miotły i oczywiście głupi Potter złapał znicz, wykorzystując to, że wpadłem w tarapaty i tym samym rozwiązując swój własny problem.
Albo:
? Najzwyczajniej w świecie załatwiałem swoje sprawy i nagle zostałem zmiażdżony przez tłum napalonych dziewczyn, opętanych szaleńczym pożądaniem. Zdarły ze mnie szaty i szarpały za włosy, chcąc zabrać choć kawałek mnie ze sobą. Molestowały mnie. Bardzo. Przez długi czas. Niektóre z nich próbowały mnie nawet zgwałcić, cóż, nie winię tych biednych istot, jak mógłbym złamać ich młode, romantyczne serca? Miałem szczęście, że zdołałem ocalić życie.

Przepraszam, ale nie mogłam powstrzymać śmiechu, chociaż to opowiadanie bynajmniej nie skłania do radosnego chichotu. Jednak tłumaczenia Draco są po prostu bezcenne :) W ogóle opis ich przeżyć u sadystycznej pani Pomfrey jest dziełem samym w sobie :D
Jak zwykle mi się bardzo podobało, pozdrawiam i życzę daleszej, niekończącej się weny :)

Akame
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:41

[autor docelowy - Ka]

Kufry zamienił na szafki, które nie odgryzają palców, jeśli prawidłowo ich nie pogłaszcze.

To brzmi, jakby szafki odgryzały palce, jeżeli się je pogłaszcze. Podczas gdy w oryginale jest:
Chests of drawers that wouldn't snap off his fingers if he forget to stroke them right.

Tak więc powinno być coś w stylu:
Szafki, które nie odgryzają palców, jeżeli zapomni się prawidłowo je pogłaskać.

Drobiazg, ale rzucił mi się w oczy.
Ten rozdział różnił się od poprzednich. Oczywiście, fragmenty z teraźniejszości aż swędzą gdzieś pod skórą, ale za to wstawki z przeszłości, o Harry'm i Draco tłukących się bez przerwy, o Harry'm zbywającym Hermionę, o pani Pomfrey - sadystycznej maniaczce... to było zabawne, może nie w całkiem luźny, komediowy sposób, ale też nie do końca poważny. Po takiej ilości opisów bójek, bo tylu idiotycznych wymówkach, czytelnik naprawdę zaczyna odnosić wrażenie, że Harry i Draco niedługo zostaną najlepszymi przyjaciółmi, będą tłuc się codziennie, a potem przemycać kremowe do Skrzydła Szpitalnego i przerzucać się wyzwiskami do wieczora. To prawie urocze, jeżeli pomyśleć o tym w ten sposób. Chociaż fragment kiedy Draco wymiotuje trochę psuje ten obraz. Swoją drogą, to takie typowe dla Harry'ego - póki on bije i rani, to dobrze, ale jeżeli Draco wymiotuje, to trzeba mu pomóc.

W porządku, wygłupiam się, ale ten rozdział naprawdę był lżejszy niż poprzednie. Obawiam się tylko, że kolejne nie będą już takie... No dobrze, nie obawiam się. Jestem pewna. I to dobrze, bo opowiadanie nadal trzyma bardzo wysoki poziom, i zapowiada się cholernie smutno, ale na znakomitą lekturę, i wszystko, co dotychczas przeczytałam, to wrażenie podtrzymuje. Dlatego czekam na więcej, i życzę Wena (i Wszystkiego Najlepszego, świątecznie). Pozostaję pełna podziwu dla prędkości wklejania odcinków.

Ka
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:42

Bardzo dziękuję za komentarze i zapraszam na następną część, a poza tym, w związku z dzisiejszą datą życzę czytelnikom wszystkiego, co najlepsze w Nowym Roku.
Za betę i wsparcie, świadome bądź nie, dziękuję Kaczalce. Yami tym razem miała wolne. :D


CZĘŚĆ CZWARTA


”To jest pętla, która się zacieśnia, zacieśnia, zacieśnia…”


Potem nadszedł dzień, w którym Harry usłyszał, że Malfoy wdał się w bójkę z Seamusem i Ronem. To sprawiło, że jego żołądek zaczął wić się i skręcać. Wieść niemal rozcięła go na pół, a jego wnętrzności przypominały zbiornik pełen węgorzy. Nie chodziło o to, że Malfoy sobie na to nie zasłużył, znając go, było pewnie wręcz przeciwnie. Zapewne rzucił jakąś obraźliwą uwagę na temat rodziny Rona albo zagroził im śmiercią. Tego Harry nie wiedział. Zdrajcy krwi, osobnicy półkrwi albo szlamy nie były już wystarczającym oszczerstwem. Na pewno nie chodziło o to. Po tym, jak Ron przechwalał się, jednym tchem z detalami opisując całe zdarzenie, Harry wywnioskował, że Malfoy musiał nieźle oberwać. Pewnie przypominał teraz pączka, którego całe nadzienie wypłynęło na wierzch.
Harry zapędził go do kąta, żądając wyjaśnień, co to wszystko miało znaczyć. Cóż, w zasadzie nie był to kąt, lecz ściana, ale na jedno wychodzi.
— Biłeś się z Seamusem i Ronem, tak?
— Co? — wyrzucił z siebie Malfoy, odpychając go. — Jesteś tu, by bronić honoru swojej drogiej Łasicy? Wiesz, oni wygrali, ale było ich dwóch na jednego i czuję, że tylko to zadziałało na ich korzyść.
— Ty… ty nie… och, pieprzyć to! — Harry warknął z frustracji. Nie o to mu chodziło, ale Malfoy najwyraźniej tego nie rozumiał. — Kto ci kazał się z nimi bić?
— Myślę, że może skłonili mnie do tego swoim „walcz z nami, Malfoy”, a może to było tak, że jeden z nich starał się mnie trzymać, kiedy drugi zamachnął się i sprawił mi lanie.
— Nie powinieneś się z nimi bić! Jeśli chcesz kogoś sprać, wybierz mnie! Trzymaj swoje łapy z daleka od innych!
— Co? — wycedził Malfoy, z wściekłości blednąc jeszcze bardziej. — Nie masz mnie na własność! Nie masz prawa mówić mi, z kim mogę walczyć, a z kim nie! Będę się bił z kimkolwiek zechcę!
Harry popchnął go i wycelował w jego szczękę. Zamiast tego pięść uderzyła w bok głowy Ślizgona, ale z dość dobrym efektem.
Malfoy zawył z bólu i odparł atak. Rzucił się na niego z dziką pasją, pięść uderzyła mocno w twarz przeciwnika. Czy aby Harry nie wydał swojego własnego, bitewnego okrzyku? Mogło tak być, naprawdę mógł krzyknąć, tak, jak ten głupi, zwariowany Malfoy, który był obłąkany i powinno się go nazywać Szalonym Malfoyem. Z drugiej strony, to mógł być tylko dźwięk, który rozbrzmiewał w jego uszach.
Tak czy siak, później obaj wylądowali w gabinecie pani Pomfrey.* Harry mrużył oczy na widok promieni słonecznych i jakiejkolwiek bieli. Jego nos był opuchnięty i złamany, na pewno też zmienił kształt, rozmiar oraz kolor i przypominał teraz bakłażana. Pielęgniarka nie mogła się nimi zająć — priorytetem dla niej byli teraz kontuzjowani zawodnicy quidditcha z drużyny Hufflepuffu, którzy mieli o wiele większe skłonności samobójcze, niż jej stali pacjenci.
— To faworyzowanie — oświadczył Malfoy. — Istna dyskryminacja. — Jedno oko miał zamknięte z powodu opuchlizny, a druga połowa jego twarzy wyglądała jak po użądleniu osy.
Gdy Harry trzymał kompres z lodem na pokaleczonym nosie, a cała twarz pulsowała mu bólem, zdał sobie sprawę, że czuje się o wiele lepiej.



“Cierpienie nie kocha już towarzystwa. Teraz się go domaga.”
Russel Baker


Klucz do lepszego samopoczucia tkwi w samodoskonaleniu.
Tak przynajmniej głosiła jedna z wielu książek Harry’ego z kolekcji „Otrząsnąć się z wojny”.
W jego domu piętrzą się półki przepełnione literaturą, niebieskie, czerwone i brązowe okładki z wytłoczonymi złotymi, lśniącymi tytułami oferują swą pomoc. Jedna z nich, „Pomocna książka o pomaganiu (sobie)” próbuje nawet wyciągnąć do niego rękę — dosłownie — za każdym razem, gdy po nią sięga. Niematerialna dłoń wynurza się wtedy spomiędzy stron i wszędzie za nim chodzi, starając się pomóc w pracach domowych. Stworek jej nie znosi.

Według Hermiony książki są odpowiedzią na wszystko. Na początku nie było zbyt wiele powojennej literatury, ale pojawiły się za to grupy wsparcia. Hermiona popierała organizacje dla weteranów. Co tydzień machała Harry’emu przed nosem nową, kolorową ulotką, która przypominała ogromnego, zagubionego motyla.
— Harry — mówiła. — Naprawdę myślę, że nie powinieneś tego odrzucać. Takie organizacje są częścią leczenia, to mogłaby być dla ciebie szansa.
Aby okazać mu wsparcie przyrzekła, że również pojawi się na spotkaniu. By owo wsparcie spotęgować, zmusiła Rona, by też na nie przyszedł.
— Dlaczego mam tam iść? — narzekał Weasley. — To nie ja jestem tutaj popieprzony! Eee, bez urazy, stary.
— Nie ma sprawy.
Hermiona szturchnęła rudzielca.
— To ważne, byśmy okazywali Harry’emu pomoc! — zbeształa go. — „Znajdź Swój System Wsparcia” — zacytowała. Harry niemal słyszał w jej głosie duże litery. — Pozwól bliskim osobom na wsparcie, pomoc, miłość. Teraz jest na to czas. Czy zabije cię to, jeśli będziesz odrobinę bardziej wrażliwy?
Ron pocierał ramię w miejscu, w które uderzyła go Hermiona.
Jestem wrażliwy, o, tutaj! Uderzyłaś mnie w ranę powojenną! A gdzie moje wsparcie, pomoc i miłość?
— Miłość boli — zauważył Harry.
To było jakiś czas przed tym, gdy Hermiona urodziła Rose, a Harry i dwójka jego przyjaciół wciąż mieszkali razem. Po narodzinach ich wieczorne wypady zmieniły się w przesiadywanie w domu, karmienie butelką i wczesne chodzenie do łóżka. Przekonywali Harry’ego, by powrócił do swojego zwariowanego, kawalerskiego życia (w które wliczały się tak samo zwariowane eskapady na spotkanie grupy wsparcia), ale Harry tylko uśmiechał się i potrząsał głową. Zamiast tego spędzał piątkowe wieczory bawiąc się z Rose lub pomagając Ronowi w naprawie ich odtwarzacza DVD (zepsuł się, ponieważ Ron umieścił w nim coś, czego się tam umieszczać nie powinno — „No co? Naleśniki i płyty DVD mają podobny kształt!”). Od czasu do czasu pytali go o Ginny.

Na spotkaniu grupy wsparcia Hermiona przytakiwała zapalczywie na wszystko, co mówił przewodniczący, podczas gdy Ron wypijał jedną filiżankę darmowej kawy za drugą, a jego mały, plastikowy talerzyk wypełniony został po brzegi nieco przeterminowanymi darmowymi wypiekami.
Harry bazgrał po marginesie swojej listy z wytycznymi. Pisało na niej „Bądź pozytywny!”**, a pod spodem widniał mały obrazek pszczółki z lekko obłąkanym, niepokojącym wyrazem twarzy. Miała szalone oczy — tak mógłby nazwać je Draco. Oczy pełne Szaleństwa.
Harry narysował jej zwariowany dom, a potem stwierdził, że pewnie jest samotna, więc dorysował jeszcze kilku zwariowanych przyjaciół. Z pewnością była pszczołą miodną, a w związku z tym musi produkować miód nawet, jeśli jest szalona, więc dodał jeszcze miód, skapujący z ula. To na pewno przyciągnęłoby złego niedźwiedzia (z błyszczącymi, czerwonymi oczami pełnymi nienawiści) i pszczoły znalazłyby się w niebezpieczeństwie, bo miś jest taki potężny, a zatem musiał opracować dla nich strategię obronną, potem zorganizować…
— Harry, słuchasz, co mówią? — zapytała Hermiona. — To ważne.
Racja. Ważne. Musi skupić się na dyskusji.
Stała czujność, jak mawiał jego stary, martwy od dawna nauczyciel.
Skupienie uwagi rzadko zmieniało coś w życiu Harry’ego. To nigdy nie odwróci czyjejś śmierci.
Na spotkaniu był George, jedna połówka dawnej całości. Harry słyszał, że Angelina Johnson straciła rękę, a Lavender Brown podpalono i teraz jest cała pokryta bliznami, które do końca życia będą szpecić jej piękną twarz. Oni stanowili rzekomo grupę szczęściarzy, bo wciąż znajdowali się wśród żywych.
Skupianie się na jakimś facecie w szatach w kratę, który mówił im, że „każdy dzień jest nowym dniem”, prawdopodobnie niewiele mogło im pomóc.
Harry’emu cała idea spotkań wydawała się bardziej smutna, niż wszystko inne. Przypuszczał, że organizacje, spotkania i zgromadzenia pomagały niektórym ludziom, tak, jak Lunie Lovegood, która dzięki Armii Dumbledore’a czuła się, jakby miała przyjaciół.
Istniało kilka grup wsparcia dla ludzi, którzy przetrwali wojnę. Powstawały one dla weteranów wojennych, rodzin weteranów wojennych, przyjaciół rodzin weteranów wojennych i zwierząt przyjaciół rodzin weteranów wojennych. Istniały również grupy dla byłych śmierciożerców. Harry wyobraził sobie ich dwunastostopniowy program.
Krok pierwszy: przyznaj, że miałeś problem, byłeś bezsilny wobec pragnienia, aby być zły.
Krok drugi: znajdź pomoc u potężniejszych od siebie, by pokonać pragnienie bycia złym.
Krok trzeci: podejmij decyzję, by zmienić swe życie i podążyć za ministerstwem.
Krok czwarty: sporządź listę wszystkich złych uczynków.
I tak dalej.
Chwilę potem podszedł do niego Amycus Carrow. Włosy, wyglądające na wyjątkowo czyste i lśniące, miał ulizane do tyłu.
— Przepraszam, panie Potter — powiedział. — Jestem na dziewiątym kroku w moim programie i muszę dokonać zadośćuczynienia wszystkim, których skrzywdziłem, pomijając te przypadki, w których ktoś mógłby z tego powodu ucierpieć na zdrowiu.
Oczywiście, Harry nie myślał nawet o tym, by kiedykolwiek miał zadawać pokutę, ale Carrow chodził za nim cały dzień, zarzekając się, że jest mu to dłużny i to jego kara za złe czyny. W końcu Harry wręczył mu listę zakupów i kazał biegać do sklepu i z powrotem przynajmniej dziesięć razy. Na koniec zadania posiadał szesnaście galonów mleka, czternaście tuzinów jajek, osiem funtów mąki, sześć funtów masła, siedem słoików dżemu, dziewięć funtów mięsa, trzy bożonarodzeniowe szynki i jednego solonego śledzia.
Miał nadzieję, że Carrow poczuł się potrzebny. Harry miał za duży problem starając się samemu tak poczuć, aby zajmować się innymi.
To, że Hermiona była tak wielką zwolenniczką stowarzyszeń, miało jakiś sens. Zawsze je popierała — kiedyś było to W.E.S.Z., potem AD, a teraz „Żołnierze zjednoczeni i zdrowi na umyśle”.
Przychodząc na spotkanie do zadbanego, jasnego pomieszczenia, udekorowanego ładnie, ale bez wyrazu, pachnącego ciastem i tanią kawą i patrząc na smutne, przygnębione twarze, Harry nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wszystko wygląda tu tak beznadziejnie, jak za czasów wojny.
Oczywiście wtedy było znacznie mniej kawy i darmowego ciasta.
Tak naprawdę tutaj głuchy tłumaczył niemowie, a w niektórych przypadkach ślepy prowadził ślepego. Albo, co jest bardziej trafne, ślepy prowadził pokrytego bliznami lub kogoś z amputowaną kończyną, ale nie nogą. Ci nigdzie się nie ruszą, dopóki nie wsiądą na wózek inwalidzki.
Dzielenie się doświadczeniami z gromadą nieznajomych powinno pełnić rolę terapeutyczną, uzdrawiającą (niektórzy z nich nie są nieznajomi***, a inni po prostu dziwni). Niektórzy stracili przyjaciół, inni kochanków, rodziny, ale też kończyny, kości, kawałki ciała i skóry.
Żaden z nich jednak nie stanął nigdy oko w oko z Czarnym Panem (i dodatkowo nie przeżył, by o tym opowiadać) i kiedy nadeszła jego kolej, w pokoju zaległa cisza i wszystkie pary oczu skierowały się w jego stronę, wpatrując się w żywą legendę. Jego cierpienia prawdopodobnie nie odzwierciedlały ich własnych, a już na pewno krew i ból płynęły w ich żyłach inaczej, niż w Wybawcy.
— Jak to jest stanąć twarzą w twarz z Sam-Wiesz -Kim?
— Czy bałeś się… nie, oczywiście, że się nie bałeś.
— Słyszałem, że wleciałeś na smoku i pokonałeś go zwykłym Expelliarmus, czy to prawda?
— Tak, tak, a gdy gazety pytały cię, co masz zamiar robić, skoro pokonałeś już Czarnego Pana, czy naprawdę pojechałeś do Disney Worldu?
Był ich bohaterem, odważnym i nieustraszonym, odpornym na cierpienia. Co on tutaj robił?
— Muszę iść do łazienki — wyszeptał Ron do Hermiony, po czym dodał głośniej: — To wszystko przez tę cholerną kawę.
Nazwa tej grupy brzmiała: Żyj Chwilą.
Inna, do której Hermiona chciała go zwerbować, nosiła nazwę SND: Sprzeciw Narastającej Depresji.
Żołnierze walczący z czasem, pomyślał Harry.
Grupa, która skupiała się na panowaniu nad gniewem, a która według Hermiony również byłaby dla niego przydatna, nazywała się Umiejętne Kontrolowanie Złości.
”Korzystaj z życia!”, mówili.
„Po wojnie też można żyć!”
”Wybierz życie!”
„Ulecz siebie!”
— Panie Potter, czy mógłbym porozmawiać z panem po sesji? — zapytał go przewodniczący.
Harry oczekiwał pytań. Być może wstrząsającego opisu o leżeniu w okopach i patrzeniu na ubłocone ciała z oczami otwartymi szeroko, wpatrującymi się w obojętne na wszystko niebo.
— Niezmiernie cieszę się z tego, że uraczył nas pan swoją obecnością — powiedział, potrząsając dłonią Harry’ego i spodziewając się, że jeśli będzie robił to wystarczająco mocno i długo, z jego ust lada chwila wytryśnie woda święcona. — Nie potrafię wyrazić, jak wielki to dla nas zaszczyt. To bardzo dużo znaczy dla członków grupy i mam nadzieję, że odwiedzi nas pan znowu. Och, i przy okazji… czy mogę dostać autograf?
Gdy później Hermiona zapytała go, czy przyjdzie ponownie na spotkanie, odmówił. Ron nie zgodził się iść bez Harry’ego, bo on był całkowicie normalny i pozytywnie nastawiony, poza tym do wyjaśnień dodał kawę, która mu zaszkodziła i nie mógł spać przez całą noc. Kiedy już w końcu zasnął, miał dziwne sny o ptaszkach i pszczółkach w jakimś koszyku.
Hermiona zmuszona była się poddać, ale to nie powstrzymało jej przed dostarczeniem Harry’emu najlepszej pomocnej literatury, jaką mogła znaleźć.

Gdy pierwszy raz dowiedziała się o Draco, była w szoku, z którego otrząsnęła się dopiero, gdy upuściła upieczone przez Rona ciasto. (Była marną kucharką, więc Ron zmuszony został nauczyć się kilku rzeczy od matki, i o ile początkowo był temu przeciwny, potem stwierdził, że noszenie różowego fartucha opłaca się, jeśli oznaczało to coś jadalnego na kolację.) Wyślizgnęło jej się z rąk, gdy trzymając Rose na ramieniu, dostrzegła sylwetkę Draco, który uczepił się ramienia Harry’ego i chował za jego plecami.
Mogło być gorzej, pomyślał Harry. Przynajmniej nie upuściła dziecka.
Wróciła w następnym tygodniu, z kolejnym ciastem i naręczem książek.
„Magiczne melodie od A do Z” autorstwa Melody Malady. „Urazy pozaklęciowe nie zawsze są urazami pozaklęciowymi” panny Destrukcji Dupree, magomedyczki. „Żyć z mzrazem uzgu”**** Gilderoya Lockharta. „Jak poradzić sobie, gdy twój były kochanek, na punkcie którego wciąż masz obsesję, cierpi na nieodwracalne uszkodzenia mózgu. Wersja dla opornych”. „Przewodnik dla kompletnych idiotów — jak zająć się pięciolatkiem, uwięzionym w ciele dorosłego czarodzieja”.
— „Mali chłopcy, wielcy czarodzieje”… zaraz, to nie jest poradnik. Hermiono!
Przyjaciółka zarumieniła się i gwałtownie wyrwała mu książkę z rąk.
— Eee... przepraszam, to nie dla ciebie. — Harry wpatrywał się w nią i nawet spojrzenie w oczy Czarnego Pana tak go nie zmieszało. — To... nie jest moje, to znaczy, nie jest dla mnie, dla przyjaciółki. — Wciąż się rumieniąc, schowała książkę. — Nie mów Ronowi.
— Nie powiem — obiecał.
Harry nie miał pojęcia, skąd, do diabła, bierze te wszystkie książki, ale to przecież Hermiona Granger, Mistrzyni Słowa Pisanego. Była niczym bat, za którego jednym trzaśnięciem książki posłusznie zjawiały się u jej stop, chętne wypełnić rozkaz.
Coś w ten deseń.

Istnieje jakaś droga, aby temu podołać, na pewno. Nawet, jeśli nie wie, jak zajmować się Draco, przynajmniej ma go w domu. Otwiera książkę, szukając informacji. Czyta głośno:
— “Nie możesz naklejać plastra na każdą ranę, niektóre z nich potrzebują czasu, aby się zagoić…”
Draco podnosi głowę, zmieszany.
— P-plaster? — powtarza. — R-rana? K-kto ma r-ranę? C-co to jest p-plaster?
Harry rzuca książką. Z cichym tąpnięciem ląduje na dywanie.
— Co chcesz na kolację? — pyta go, odgarniając jasne kosmyki z bladej twarzy. — Zaraz każę Stworkowi coś dla nas przyrządzić.
Pomoc, wsparcie, miłość. Nawet, jeśli boli.
Stawiaj tylko jeden krok na raz, mówili.



„Ufaj nie sobie, ale swoim wadom.
Rób użytek z każdego przyjaciela i każdego wroga.”

papież Aleksander


Pod koniec semestru w końcu zostali przyłapani.
Oczywiście bójki nie mogły trwać wiecznie. Prawdą było, że nie docenili wystarczająco profesora Snape’a i profesor McGonagall, ponieważ jakimś sposobem dowiedzieli się oni, że Harry i Malfoy podejrzanie często odwiedzają skrzydło szpitalne.
— Obaj jesteście głupcami, jeśli myśleliście, że coś takiego nie zostanie zauważone. — Snape wykrzywił usta w uśmiechu. — A tobą, Draco, jestem szczególnie zawiedziony. Takiego rodzaju lekkomyślności i głupoty można było oczekiwać od Pottera, ale od ciebie?
— To była samoobrona, profesorze — odpowiedział na to Malfoy, jak zwykle ochoczo wrabiając Harry’ego. — Potter jest niebezpiecznym szaleńcem. Nigdy nie zaczepiłbym go z własnej woli!
Harry prychnął.
— Ach — mruknął Snape w wyrazie nagłego zrozumienia. — Problemy z agresją, Potter? Tyranizujesz swoich kolegów? Biorąc pod uwagę zachowanie twojego ojca, można się było tego spodziewać. Bo przecież jaki ojciec, taki syn. Być może pomogłyby ci konsultacje psychologiczne. Jestem pewien, że możemy połączyć je z twoim szlabanem…
— Wstydźcie się, obaj — wtrąciła się McGonagall, zanim Harry zdążył odciąć się Snape’owi za uwagę o ojcu. Problemy z agresją? Ha! Coś podobnego.
— Severusie, wiesz tak samo dobrze jak ja, zważając na historię znajomości obu panów, że do tanga trzeba dwojga. — Malfoy skrzywił się. Nawet Harry musiał zgodzić się, że to były tylko puste słowa, a potem wściekł się sam na siebie, że ośmielił się zgodzić ze Ślizgonem.
McGonagall posłała w ich stronę surowe spojrzenie zza okularów. — Mówiąc w przenośni.
— Prawda — zgodził się Snape, co zaskoczyło Harry’ego. — Malfoy, odejmuję twojemu domowi pięćdziesiąt punktów za bójki na terenie szkoły. Potter, minus sto punktów za bójki i prowokowanie Malfoya.
Cóż, przynajmniej to nie było niespodzianką.
McGonagall zjeżyła się nieznacznie, a jej twarz przybrała surowy wyraz.
— Minus pięćdziesiąt punktów dla Malfoya za podburzanie Pottera.
Ślizgon wydał z siebie cichy dźwięk oburzenia. Oczy Snape’a zwęziły się.
— Minus pięćdziesiąt punktów dla Pottera i tygodniowy szlaban za wszczynanie bójki po ostrzeżeniu nauczyciela.
— Minus pięćdziesiąt punktów dla Malfoya i dwutygodniowy szlaban za wszczynanie bójki po ostrzeżeniu nauczyciela i za dawanie niewłaściwego przykładu jako prefekt Slytherinu — odcięła się McGonagall.
— Nie wierzę, że urządzają sobie przez nas konkurs “Kto kogo bardziej wkurzy”***** — ukradkiem wymamrotał Harry do Malfoya, który był jedyną osobą w jego zasięgu i z którą mógł ponarzekać na niedojrzałość dorosłych.
— Jeśli tak dalej pójdzie, dostaniemy szlaban do końca szkoły — odmamrotał Malfoy, podczas gdy dwójka profesorów kontynuowała sprzeczkę na temat niesprawiedliwych kar. — Nienawidzę cię, Potter. To wszystko twoja wina.
Moja wina? Ty zacząłeś! — wysyczał Harry.
— Cóż, może jeśli nie miałbyś tak ohydnej, bliznowatej, głupiej gęby… Ał! Profesorze, Potter mnie uderzył!
Snape odwrócił się, a jego szaty zawirowały stylowo.
— Kolejne pięćdziesiąt punktów, Potter. Widziałaś to, Minerwo.
— Skarżypyta — bąknął Harry.
— Malfoy na pewno go sprowokował — powiedziała McGonagall. Harry zawsze ją lubił. Była surowa, ale sprawiedliwa.
Profesorowie zaczęli całą kłótnię od nowa.
Potem na scenę niespodziewanie wkroczyła pani Pomfrey, którą przywołało głośne „Ał!”. Ten dźwięk zapewne rozbrzmiewał jej w uszach niczym złoty dzwoneczek (a komu bije dzwon?). Harry przypuszczał, że przez ostatnie dni zdołała ich niemal pokochać, na swój własny, chory sposób. Zawsze przychodzili do niej przecież tacy potłuczeni, krwawiący, połamani…
Musiała też być, co było przewidywalne, niechętna do rozstania się z nimi. Pełnili dla niej rolę szczurów doświadczalnych, na których wykonywała swoje pokręcone, sadystyczne eksperymenty.
Słowa Malfoya, oczywiście.
— Właściwie jesteś bardziej fretką niż szczurem — Harry przypomniał my przy okazji. Malfoy, przeklęta fretka, w odpowiedzi ugryzł go.
— Ał! Odgryzłeś mi kawałek skóry, ty debilu! Co, do diabła, jest z tobą nie tak?
Pani Pomfrey podeszła do nich z nową maścią na ugryzienia, która wnikała w ranne miejsca. Substancja zdawała się bardziej piec, niż leczyć.
Harry przypomniał sobie nagle, co było niepokojące, o eksperymentach Freda i George’a na pierwszym roku. Wyobraził sobie pielęgniarkę jako uczennicę Hogwartu, ścigającą młodszych uczniów i piszczącą: „Pozwól mi się uleczyć!”.
Teraz, jak na ironię losu (nieważne, jak bardzo tenże los był pokręcony), ich ciemiężyciel okazał się być wybawcą.
— Ból jest dla nich najlepszą karą — stwierdziła pani Pomfrey. Była istnym aniołem miłosierdzia, naprawdę. — Co ważniejsze, nie chodzi o zasady, ale o ich zdrowie. Chłopcy zawsze pozostaną chłopcami.
Było to stwierdzenie na tyle rozsądne, że zdołało sprowadzić dwoje profesorów na ziemię.
— Racja, racja. Ale jeśli jeszcze raz w tym roku skończą w skrzydle szpitalnym — zagroziła McGonagall — obaj zostaną bezterminowo zawieszeni w drużynach quidditcha.
— A na koniec zapewniam — dodał Snape, zawsze chętny, by mieć ostatnie słowo — że otrzymacie należyty szlaban.
Nie mogli bić się już nigdy więcej.
Nastąpił oficjalny koniec.

Gdy tylko Harry ujrzał Malfoya następnym razem, znów chciał się z nim bić, co stało się po części jego drugą naturą. Potrzebował zadawać ciosy i je otrzymywać, bić i być bitym, powodować ból, cierpieć, czuć i uwolnić z siebie własne cierpienie.
Starał się powstrzymać. Tylko Malfoy wiedział dokładnie, jak na niego spojrzeć, jak prawidłowo wykrzywić usta w uśmiechu, jak doprowadzić jego krew do wrzenia.
To tak, jakby Harry podarował mu wielki, lśniący, czerwony guzik i przestrzegł, aby ten go nie naciskał. Mała bójka naprawdę nie będzie boleć, tylko malutka, przysiągł sobie, maciupeńka.
Malfoy wpatrywał się w niego, wpatrywał i wpatrywał. To było przerażające. Ostre spojrzenie jasnych, szarych oczu rozrywało go i starało się przewiercić na wylot.
— Czego, do diabła, ode mnie chcesz? — warknął Harry.
— Jakbym kiedykolwiek czegoś od ciebie chciał. — Malfoy skrzywił się. Zamilkł na moment, a potem dodał: — Nienawidzę cię i śmierdzisz jak sfermentowane wymioty i wszyscy wokół ciebie umierają. Rodzice, psy...
Nie była to jego najlepsza obelga, ale wystarczyła, żeby rozzłościć Harry’ego. Uderzył go, mocno, potem znowu i znowu i gdy jego pięść znalazła się na tej bladej twarzy, usłyszał satysfakcjonujący trzask.
— Dubek! — krzyknął Malfoy, a chwilę potem był już na nim, przygniatając go do podłogi. Harry odepchnął go z trudem, ale poczuł, że na twarz pada mu krwawy deszcz.
— Dubek! Dubek! Dubek! — wrzeszczał Ślizgon z każdym, wymierzonym w Harry’ego ciosem. Gdy Malfoy podniósł go za szaty i uderzył o podłogę, tuż za jego gałkami ocznymi eksplodował jaskrawy ból. Potem, zamiast kontynuować, puścił go i wydał z siebie dźwięk pełen obrzydzenia, zostawiając ogłuszonego Harry’ego na zimnej posadzce.
— Bój noz!
— Co jest nie tak, do cholery? — zapytał, gdy zdołał podnieść się z ziemi. Znowu stracił zęba.
— Złamałeś mi noz, ty dubku! — odpowiedział Ślizgon z dłonią przyciśniętą do twarzy. Z pomiędzy palców ciekła mu strużka jasnoczerwonej krwi.
— No i co z tego? — Harry podtrzymywał ręką bolącą głowę. — Robiłem to już wcześniej.
— Ty idioto! — wrzasnął Ślizgon, uderzając go wolną ręką, podczas gdy drugą ciągle trzymał się za nos. — Tym razem nie możemy iźć do skrzydła szpitalnego, a jeźli ja nie mogę rzucić poprawnie Epizkey, to znaczy, że bój noz pozoztanie krzywy.
— Och — odpowiedział na to Harry, ale stwierdził, że nie bardzo go to interesuje, bo w końcu znów mógł poczuć, jak smakuje krew.
— Merlinie, to była częźć twojego tajnego blanu, brawda? Byłeź tak zazdrozny, że muziałeź bo mnie brzyjźć i uczynić mnie tak brzydkim, jak ty? — zawołał Ślizgon nosowym i zarazem wysokim głosem. Zdjął rękę z twarzy, a potem spojrzał na nią i jego szare oczy rozszerzyły się komicznie, gdy ujrzał, że jest cała czerwona. — Nienawidzę cię, tak bardzo cię nienawidzę! Nienawidzę cię, Harry Podderze!
Nie było dobrze. Nie, żeby Harry w ogóle przejmował się tym małym gnojkiem, ale jeśli Malfoy pokaże się klasie tak, jak wygląda teraz, obaj zostaną za to surowo ukarani.
— Posłuchaj… — zaczął. — Posłuchaj, uspokój się, wyleczę cię.
Ślizgon zaśmiał się, nieco histerycznie, a zza jego dłoni razem z krwią, która nadal wypływała spomiędzy palców, wydostał się bulgoczący, dziwny dźwięk. — Sgąd wierz, że ci zaufam?
— Cóż — odpowiedział Harry, a jego język wciąż uciekał w stronę zranionego od wewnątrz policzka. — Głównie dlatego, że nie jestem tobą.
— Możerz to zebsudź. Nie myźl, że cię nie znam. Mam taki ładny noz — lamentował Malfoy. — Żegnaj stylowy wyglądzie. Żegnaj piękna, azcetyczna zymetrio. Żegnaj brzyjemnoźci życia bez ohydnej zkazy.
Harry dotknął palcami swojej twarzy, delikatnie i sondująco, ostrożnie badając rany. Cholera, Malfoy zrobił z niego miazgę w stosunkowo krótkim czasie. Nagle poczuł się cały spuchnięty i potłuczony.
— Ja też potrzebuję wyleczenia — stwierdził. — Jesteś draniem, wiesz o tym, prawda?
— Okej — odpowiedział Malfoy. — Jazne, jezt tylko jeden zpozób, by temu zaradzić. — Milczał przez dramatyczną (drabatyczną) chwilę dla lepszego efektu. Harry czekał, aż ujawni przed nim swój błyskotliwy plan. — Odwródzimy się do ziebie plecami, odejdziemy trzy kroki, a botem odwrócimy się i uleczymy równoczeźnie.
— Zaraz, zaraz. Masz na myśli coś w rodzaju magicznego pojedynku?
— Odóż to.
Harry westchnął i zgodził się, więc odwrócili się do siebie plecami, policzyli do trzech, znów odwrócili i krzyknęli Episkey, a Harry modlił się, by Malfoy zamiast tego nie rzucił na niego Crucio.
Niestety, Episkey nie posiada mocy działania na daleki zasięg. Jak można było się spodziewać, obaj chybili. Zaklęcie Harry’ego uderzyło w okno za Malfoyem, a zaklęcie Ślizgona odbiło się od kamiennej ściany za Harrym.
— Och, pieprzyć to. To śmieszne. — Harry westchnął. — Powinniśmy po prostu wzajemnie się uleczyć, bo jeśli nie, obaj wpadniemy w tarapaty.
Malfoy wydał z siebie śmieszny, bełkoczący dźwięk.
— Nie pozwolę zbliżyć ci się do mojej twarzy! Nawet jeźli bym ci ufał, a nie ufam, pewnie zpartaczysz robodę i brzykleirz mi noz do ucha.
— Jak chcesz. Bądź sobie brzydki i zdeformowany przez resztę życia. Nic mnie to nie obchodzi.
Malfoy znów wydał z siebie gamę interesujących odgłosów, od mruczenia po warczenie i bełkotanie. Mała strużka krwi nadal spływała mu po twarzy.
— Piebrz się, Harry Podderze — powiedział w końcu, a Harry po raz kolejny westchnął.
— Pozwolę ci nawet wyleczyć najpierw mnie — powiedział, co było nieco wielkoduszne, zważając na sposób, w jaki szare oczy zaczęły emanować demonicznym blaskiem. — Ale jeśli rzucisz na mnie jakąś klątwę, nie oczekuj ode mnie pomocy.
Po długim, bolesnym westchnieniu Malfoy zgodził się, a chwilę potem w odległości kilku cali od twarzy Harry’ego pojawiła się różdżka.
Malfoy wyszczerzył zęby w złowieszczym uśmiechu, nie zważając na ból nosa.
Harry wstrzymał oddech.
— Sdój w miejscu — rozkazał Ślizgon.
Harry dalej wstrzymywał oddech.
Potem poczuł znajome ciepło zaklęcia i wraz z uczuciem mrowienia naczynka krwionośne powróciły na swoje miejsce, opuchlizna zeszła a siniaki zniknęły. Wypuścił wolno powietrze.
A gdy Harry skończył, wbrew całemu lamentowaniu Malfoya, nos Ślizgona wrócił do swojego (nie) wspaniałego wyglądu.
Od tamtej pory leczyli się sami.



„W życiu zdarzają się dwie tragedie:
Jedną z nich jest utrata pragnień serca. Druga to ich zyskanie.”

George Bernard Shaw


Pierwszego wieczora w domu Harry pracuje nad tym, by przyzwyczaić Draco do nowego miejsca.
Siadają razem do kolacji. Przy stole panuje niemal rodzinna atmosfera. Harry spogląda na niego poprzez swój boeuf Stroganoff, kluski i sos pieczeniowy, w którym zanurzony jest widelec. Myśli, że tak, to może zadziałać.
Draco bawi się jedzeniem. To naprawdę żaden kłopot podnieść z podłogi jego widelec i wymienić na nowy, usiąść obok niego i nakarmić, obserwować, jak łapie jedzenie tymi idealnymi, białymi zębami, wciąż idealnymi, chociaż wszystko inne wokół nich na razie nie jest tak perfekcyjne.
Później zastanowi się, jak przekazać wiadomość innym.

Po kolacji Harry przygotowuje kąpiel. Chce zmyć z Draco szaleństwo, oczyścić go z zapachu śmierci i obłąkania, piętna szpitala, którego czerwony, niewidzialny stempel niemal unosi się nad jego ciałem. Pomaga mu się rozebrać, najpierw z łatwością zdejmuje z niego sweter i jest zupełnie inaczej, niż w szpitalu, bo robi to we własnym domu, który nie jest sterylny, a w powietrzu nie unosi się zapach stęchlizny. Nagle czuje ukłucie czegoś, co rozgorzało w nim na widok tego znajomego ciała. Jest zawstydzony, ale nie potrafi zmusić się, by odwrócić wzrok.
Kiedy ostatni raz poczuł coś tak gwałtownego? Na pewno nie od ostatniego razu, a ten wydarzył się tak dawno i nie jest czymś, co chciałby pamiętać, choć jednocześnie nie mógłby pozwolić na to, by o nim zapomniał.
Jego oczy wędrują po gładkim, bladym ciele, wzrok zsuwa się na dół, potem znów wraca w górę i zatrzymuje się na poduszeczce delikatnych, nieco rozchylonych warg.
Chce… Chce go pocałować, trochę. Tylko trochę, nie mocno, jedynie nieśmiały, delikatny dotyk ust na jego własnych. Nigdy wcześniej nie całował Draco „tylko trochę”. Ale byłoby dobrze. Nawet jeśli byłoby to „trochę”, miałby przy sobie inne, ciepłe ciało, czułby bicie drugiego serca. Przecież może to zrobić, prawda? Tylko mały pocałunek. W całym swoim życiu nie robił nic “tylko trochę”, ale czuje, że mógłby spróbować.
Gdy wanna napełnia się wodą, dociera do niego, że to prawdopodobnie pierwszy z wielu złych pomysłów.
Draco stoi przed nim półnagi, a jego blond włosy potargane są od zdejmowania swetra, uniosły się na moment od naelektryzowanej wełny. Harry’emu przywodzi to na myśl dmuchawiec i uśmiechnąłby się na tę myśl, gdyby nie było denerwujące to, że Draco robi wokół tego takie zamieszanie. Na łazienkowym lustrze zaczyna osiadać para. Skóra Draco jest gładka i blada.
Jego ciało jest idealne, takie, jak je pamięta. Może trochę zbyt szczupłe, trochę bardziej pokryte bliznami, a Czarny Znak jest widoczny, zarysowany ostro na białej powierzchni, niczym atrament na pergaminie. Ale reszta jest taka sama — linia ramion, szczęki, subtelny zarys kręgosłupa, mięśni pod tą delikatną skórą. I oczy…
Jego oczy są szeroko otwarte, szczere i pełne zaufania, wypełnione czystą miłością, co niemal powoduje u Harry’ego śmiech. Wszystko w nich jest wielkim nieporozumieniem. Harry prawie dławi się na tę myśl.
Drżącymi dłońmi zdejmuje spodnie Draco i tym razem odwraca wzrok, nie chcąc ujrzeć obiektu swoich pragnień.
Namawia go do wejścia do wanny i gdy Draco pyta, czy się do niego przyłączy, wyjaśnia łagodnie, że wanna jest za mała dla nich obu. Tak naprawdę wcale nie jest za mała, ale to lepsze, niż alternatywa, bo ta może okazać się tak niebezpieczna, jak podłączenie lokówki do gniazdka blisko wypełnionej wodą wanny (nie, żeby kiedykolwiek coś takiego zagrażało ciotce Petunii i nie, żeby kiedykolwiek próbował).
Draco trochę chlapie, ale Harry nie myśli nawet o tym, by go upominać, zamiast tego sięga po myjkę i przesuwa miękkimi włóknami po skórze. Czuje ciepło bijące od wody i ciała, które delikatnie łaskocze jego palce. Pozwala im obrysować obojczyk i czuje, że to coś, co zawsze znał, a równocześnie odkrycie, iż jasna skóra rozpięta jest na kości ciasno niczym płótno.
— Muszę umyć ci szyję — mówi, a Draco uśmiecha się i przytakuje.
Ściskając myjkę obserwuje, jak woda jasnymi strumykami spływa w dół bladego ciała. Myje go delikatnie, wzdłuż płaskiej klatki piersiowej wyczuwa zarys żeber. Gdy Draco wykonuje wdech, zdaje się, że skóra niemal się do nich przykleja. Jego nadgarstki są pełne gracji, choć dziwnie szczupłe.
Harry marszczy czoło i próbuje sobie przypomnieć, jaka jest ulubiona potrawa Draco, jeśli w ogóle kiedykolwiek to wiedział. Lubił jeść dużo słodyczy, o tak, ze wszystkich tych starannych pakunków, które przysyłała mu matka. Tak dużo muszą się o sobie dowiedzieć, ale cóż, mają na to wiele czasu.
Teraz dotyka go całego, w miejscach, których Draco kiedyś nie pozwalał, a teraz wita go z zadowoleniem. „Wiem, że jestem cudowny i posiadam nieodparty urok”, mógłby powiedzieć, „Ale czy musisz to robić? To denerwujące. To jakby, fuj!, jakby coś po mnie pełzało. Zabierz te swoje pajęcze paluchy!” Ten Draco śmieje się tylko lekko, gdy czuje łaskotanie, chichocze prawie niepokojąco, a Harry jest w stanie przeoczyć sposób, w jaki to ciało odwzajemnia jego dotyk. Ten Draco nie stwierdziłby, że ma pajęcze palce i nigdy nie powiedziałby mu, by przestał.
Oczywiście ten jest też tym, który marudzi i narzeka, a potem popycha go na ścianę, choć pewnie nawet nie pamięta, jak to się robi, ale Harry przypuszcza, że pomiędzy tym i starym Draco nawiązał się jakiś kompromis.

Wszystko pogarsza dokuczliwa erekcja, która pojawia się, gdy kładzie się na łóżku obok niego, choć Draco nie daje po sobie poznać, że coś zauważa. Gdy Harry upewnia się, że ten zasnął, tak niewinny i ufny, idzie do łazienki i masturbuje się. Dwa, trzy razy nie są wystarczające. Jego drżące dłonie nie trafiają do kosza na śmieci, gdy stara się wrzucić do niego zużyte chusteczki. Wszystko zdaje mu się być zbyt kruche, by spróbować pozbierać to do kupy. Powtarza czynność jeszcze raz i zanim osiąga orgazm, mija cała wieczność, a kiedy dochodzi, z obtartego członka wydobywa się tylko cienka, żałosna strużka spermy. Zmęczony kładzie się z powrotem i stara się zasnąć.
To nie jest jedyne łóżko w domu, ale reszta nie była używana od lat, odkąd podczas wojny miejsce to pełniło funkcję schronu. Harry nie sądził, że znów będzie ich potrzebował, wiązało się z nimi zbyt wiele pełnych błota i zakrwawionej pościeli wspomnieć. Nie uważał, aby sprzyjały one dobrym snom. To tylko upewniło go, że Draco powinien spać razem z nim.
Draco jest tutaj, rzeczywisty, całkowicie szczęśliwy, pachnący jego mydłem i szamponem. Harry nawet nie myślał o tym, że mógłby mieć którąkolwiek z tych rzeczy, a przynajmniej nie w tym życiu.
Teraz wszystko to znajduje się po drugiej stronie łóżka, a Draco najwyraźniej lubi się przytulać, w przeciwieństwie do tego z czasów szkolnych. Gdy Harry wtulał się wtedy w niego, przyciskał twarz do zagłębienia w jego karku, myślał, że tylko to toleruje.
Ciało tego Draco dopasowuje się do jego dotyku w ten sam sposób, w jaki kiedyś uginało się pod ciosami.
Leżą razem i Harry obejmuje go, ciało blondyna zapada się w jego ramiona, przywiera do niego jak zawsze, ale Harry nie może go mieć. Miękkie blond włosy łaskoczą go w twarz, nos, policzek. Wszystko zdaje się palić i mrowić pod ich dotykiem.
Jego erekcja, która odnowiła się pomimo wyczerpania, szuka ciepłego ciała i przywiera do niego. Harry czuje to, ale zmusza się, by leżeć nieruchomo.
Spanie z nim jest torturą. Gorzej, bo to nie jest coś, co po prostu męczy ciało, a cierpieniem, które wysysa duszę. Prawdopodobnie mógłby zliczyć na palcach jednej ręki, ile razy spali w jednym łóżku. Teraz ma na to resztę życia. Żałuje, że brzmi to tak złowieszczo.
Mógłby go zgwałcić, a on by to przyjął. Mógłby go uderzyć, a on by to przyjął. Mógłby złapać go za włosy, roztrzaskać twarz, a on by to przyjął, nawet, gdyby Harry obserwował, jak jego skóra pokrywa się siniakami i pękają wargi. Mógłby dać mu cokolwiek, a Malfoy by to przyjął, Draco by to przyjął. Harry mógłby sprawić, że to przyjmie. Mógł nawet sprawić, by to polubił.
Draco leży w jego ramionach, ciepły i uległy. Podniecenie Harry’ego jest zbyt wielkie, dotyk to za dużo, a jednocześnie zbyt mało — nie jest tym, czego chce i pragnie.
Zamyka oczy i przytula go mocno do siebie, wdycha zapach jego skóry, przesuwa delikatnie dłonią po jego udzie, kreśli małe koła wokół biodra, wyobrażając sobie, że ręka wślizguje się pod piżamę i zsuwa się w dół, a palce pocierają skórę, w tę i z powrotem…
— H-hary — mówi Draco. — Łaskocze.
Zabiera rękę tak gwałtownie, jakby ktoś piętnował go rozpalonym żelazem, tak, jak kiedyś ciotka Petunia, która potraktowała go swoją lokówką, a jego twarz, uszy i wszystko inne paliły żywym ogniem.
Przez resztę nocy Harry leży absolutnie nieruchomo.


KONIEC CZĘŚCI CZWARTEJ


* obrazek „The hospital wing” autorstwa Glockgal — KLIK
** gra słówek – be = być, bee = pszczoła
*** gra słówek – strange = nieznajomy, obcy; strange = dziwny
**** błąd celowy – w oryginale autorka użyła określenia „drain bamage” zamiast „brain damage”
***** obrazek “Detention” autorstwa Yazenia — KLIK.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:44

[autor docelowy - Kaczalka]

Dobrze, że wkleiłaś nowy rozdział, bo mam straszną ochotę czymś się pozachwycać, a noworoczny kac raczej nastawia mnie do wszystkiego negatywnie. W przypadku tego opowiadania jednak, choćbym nie wiem, jak chciała, nie jestem w stanie narzekać.
Uwielbiam w nim niemal każde zdanie. A im bardziej groteskowe, tym lepiej. Ten fik jest unikatowy, próbuję przypomnieć sobie cokolwiek w podobnym stylu i nie mogę.
Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że głównym celem autorki było tutaj ukazanie KONTRASTU. Właśnie dlatego tak bardzo przejaskrawiła postaci chłopców z czasów szkolnych, a głównie Draco. Malfoy jako nastolatek i Malfoy chory psychicznie różnią się od siebie jak niebo i ziemia. I to właśnie jest tutaj cudowne. I jeszcze to, jak Harry się miota, jak tęskni za czymś, co tak naprawdę było patologią.
Uwielbiam porównania, jakich używa autorka. Do motyli, pająków, dziecięcych bazgrołów. Są absurdalne, a jednak tak idealnie trafne. Cały czas przypomina mi się nieszczęsne ?Ferdydurke?, mimo że w starych, dobrych czasach byłam w stanie przebrnąć tylko przez kilka pierwszych stron.
Przyjaciele Harry?ego także są wykreowani bardzo ciekawie. Hermiona jest wręcz przesadnie kanoniczna, a Ron mnie po prostu urzeka. Nie ma go tu wiele, ale jak już coś powie, to jest to tak bardzo w jego stylu, że wręcz nie można nie lubić jego prostolinijności i braku ogłady.

Jeszcze raz dziękuje, że zdecydowałaś się ten tekst tłumaczyć i zapewniam, że betowanie go jest dla mnie prawdziwą przyjemnością.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:45

[autor docelowy - Ka]

Nie spotkałam jeszcze podobnego tekstu. O takim zamyśle, ale też tak pisanego. Dziękuję Ci, że tłumaczysz, bo po angielsku czytam, jednak niestety nie dość biegle, żeby wychwycić specyficzny styl. Po polsku mogę poczuć każde zdanie, z całym jego znaczeniem i konstrukcją.

To jest zły, zły tekst, z dwoma Draco, tym jaskrawym, brutalnym, hogwarckim, i z tym uległym. Z dwiema chorymi sytuacjami. Bardziej niepokojąca jest teraźniejszość, bo przeszłość, z całym jej groteskowym opisywaniem, łatwiej źle zinterpretować, popatrzyć przez palce, poczuć rozbawienie czy pozwolić sobie na uśmiech, bo Harry jest zazdrosny o Draco bijącego się z kim innym, i bo ta niema umowa i szukanie optymalnych warunków do bójki są tak absurdalne, że można nie przyjmować ich na poważnie albo dowyobrazić sobie zakończenie rodem z "Chłopiec spotyka chłopca". Fragmentów z teraźniejszości nie można zignorować. Pozostawiają człowieka z gorzkim smakiem w ustach, i nie podejmę się napisać o nich czegokolwiek ponad to.

Pozdrawiam i czekam na dalszy ciąg - bo opowiadanie jest świetne, ciekawe, działające na emocje, a jednocześnie czyta się je z czystą przyjemnością od strony czysto technicznej: dzięki konstrukcji, porównaniom, doborowi słów, tematu, drobiazgów.

Ka
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:45

[autor docelowy - nessa]

Wszystko co jestem w stanie napisać to : Boże, dziękuje!
Dziękuje za to tłumaczenie.
Dziękuje, za to, że dzięki Tobie mogę to przeczytać.
Dziękuje, że wkleiłaś następny rozdział tak szybko (choć dla mnie zawsze będzie i tak za wolno, bo chcę więcej i więcej).
Byłam tak ciekawa co stanie się dalej, że nawet zaglądnęłam do oryginału (co w moim przypadku należy do rzeczy bezsensownych). To jest piękne, chore i fascynujące zarazem. Nienormalność ich relacji przecieka w każdym słowie, tłumaczysz tak żywo, wręcz soczyście, że aż trudno uwierzyć, że to przekład. Ten ff jest jedyny w swoim rodzaju, taki hm... prawdziwy. Myślę, iż gdyby u Rowling kiedyś mieli być "razem" właśnie od tego by się to zaczęło, od nasilenia agresji. Te wszystkie ciosy wydaja się być krwawą wymówką do położenia na sobie dłoni ;).
Będąc zbyt pochłonięta tekstem nie zauważyłam błędów, może dlatego, że ich nie ma, a może chwilowo oślepłam, w każdym razie następnym razem postaram się to nadrobić.

Czekam na więcej!
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:46

[autor docelowy - Donnie]

Po cieple i optymiźmie ?Londyńskiego pocałunku? to opowiadanie jest jak mocne uderzenie tyłkiem o twardą powierzchnię lodu, które zaliczyłam podczas jazdy na łyżwach w ferie noworoczne.

Niesamowicie klimatyczny, piękny smutek. We fragmentach toczących się w teraźniejszości przypomina mi nieco nastrój ?W słowach kłamców...? Ayass. Tam też jest Draco wymagający opieki Harry'ego; i tak jak w ?Słowiku? jest to raczej dwóch Malfoyów, ten stary i ten nowy, z tym, że w tym opowiadaniu na powrót tego dawnego szanse są raczej znikome. Mimo tego jest cały czas obecny, Harry za każdym razem wie, jaka byłaby jego reakcja na daną potrawę, na wystrój domu przy Grimmauld Place 12, na jego czułości; ten Draco ciągle siedzi gdzieś w głowie Pottera jak bliźniak tego obecnego, chorego.

W oczy rzuca się wszechobecny, gloryfikowany przez autorkę ból. Nieplanowana terapia bólem, którą aplikuje sobie Harry przy pomocy Malfoya po stracie Syriusza. Ból jako wyraźny do odczytania Ersatz bliskości i ?normalnego? bycia z kimś; zadawany sobie wzajemnie ból jako coś intymnego, zarezerwowanego tylko dla nich dwóch, o czym świadczy zazdrosna reakcja Harry'ego na wieść o bójce Malfoya z Seamusem i Ronem. Ból i jego ?leczenie? jako perwersyjna fascynacja, nasuwający na myśl zboczenie seksualne (ciekawe, co pani Pomfrey robi z Horacym, swoim szkieletem? ;-) ).

Hermiona książkolepna, Minerwa i Severus odbierający kolejno punkty domom, Ron jedzeniolubny: wszystko to małe, cudowne perełki.

Bardzo podoba mi się wybór motta do poszczególnych akapitów. Idealnie wpasowują się w nastrój i są same w sobie piękne, poetyczne, prawdziwe i nieoklepane.

W tym fiku jest tyle na pół ukrytych motywów, że można by je analizować godzinami. Choćby jedno zdanie o Lunie, że przystąpienie do AD dawało jej jedyną szansę na posiadanie przyjaciół. Na pewno nie wystarczy przeczytać tego tekstu jeden raz. To pewny kandydat do wydrukowania i wielokrotnego wzrokowego dopieszczania :-)

Wielkie podziękowania Lasair za trud i solidność tłumaczenia oraz jej betom za okazaną pomoc przy tworzeniu efektu, jaki dany jest nam czytać. Z wymuszoną cierpliwością czekam na dalsze części i tym razem NIE, nie zajrzę do oryginału. Zadam sobie ten masochistyczny ból, w końcu trzeba jakoś uczcić jeden z głównych motywów tekstu ;-)
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Postprzez Amanda » 1 lis 2010, o 15:46

Bardzo, bardzo dziękuję za komentarze i zapraszam na kolejny rozdział. Betowała oczywiście nieoceniona Kaczalka. :*


CZĘŚĆ PIĄTA


“Pospolite cierpienia są znacznie silniejsze niż pospolite radości.”
Alphonse de Lamartine

Snape to wszystko zainicjował, twierdził Malfoy, a cały plan był diabelnie genialny.
Tym razem Harry musiał przyznać mu rację.
Z tego, co powiedziała McGonagall wywnioskował, że będą mieli szlaban przez długi, długi czas.
Odtrzymali listę zadań:

1. Zebrać skrzydła komarów.
2. Rozgnieść żuki.
3. Zeskrobać brud ze słoików.
4. Skatalogować składniki do eliksirów.
5. Uporządkować magazynek ze składnikami.
6. Wyszorować kociołki.
7. Nawinąć na szpulkę pajęczą sieć.
8. Zmiażdżyć rogi byka na proszek.
9. Uporządkować alfabetycznie receptury eliksirów.
10. Rozplątać syrenie włosy.
11. Wypolerować oczy traszki.
12. Poporcjować żaby i kurczaki.

— To dwanaście prac Herkulesa — zrzędził Malfoy, podciągając jeden rękaw do łokcia, a drugi tylko do przedramienia. — Tyle, że te nie są niemożliwe do wykonania, jedynie niemożliwie irytujące. — Harry musiał się z nim całkowicie zgodzić. — Jesteś Gryfonem — dodał — więc możesz przebrać się za lwa.*
— Masz robotę do wykonania — odpowiedział Harry. — Naprawdę, pomóż mi. Dla własnego dobra.
Gdy wylewali z siebie siódme poty i powoli pokrywali się najróżniejszymi paskudztwami, Snape, siedząc przy biurku i sprawdzając stosy esejów, obserwował ich od czasu do czasu świdrującym, sokolim wzrokiem.
Nie mogli nawet powalczyć, by uprzyjemnić sobie czas.
Szlaban stał się interesujący dopiero wtedy, gdy Harry spróbował rozejrzeć się za czymś, czym mógłby skleić włosy Malfoya tak, by ten nie zauważył, wyobrażając sobie jego późniejszą reakcję. Niewielka smuga ślimaczego szlamu zlepiła razem blond pasma sprawiając, że cały wysiłek okazał się tego wart.
— Z czego tak chichoczesz, Potter? Merlinie, straciłeś rozum, prawda? Opary z eliksirów zniszczyły ten mały móżdżek, który posiadałeś.
Podczas czyszczenia kociołków ich łokcie zetknęły się ze sobą. Łokieć Malfoya był ostry, taki, jaki Harry znał, ponieważ wielokrotnie dźgał go nim w brzuch albo w bok.
— Uważaj, ty głupia niezdaro! — wysyczał Ślizgon, co oczywiście sprawiło, że Harry chciał zderzyć się z nim ponownie.
Malfoy odegrał się na nim, gdy znaleźli się na zapleczu z ingrediencjami. Popychał Harry’ego dalej i dalej, dopóki ten nie znalazł się pod zakurzoną ścianą, a jego skóra i szaty nie pokryły się brudem. Harry’ego kusiło, by wylać na Ślizgona cały słój z oczami traszek, choć powstrzymał go fakt, że później musiałby to posprzątać. Malfoy się jednak nie przejmował i cały czas próbował odbijać oczy od głowy Harry’ego (były naprawdę skoczne, jak te Superskoczne Piłki, którymi Dudley zachwycał się przez tydzień, gdy mieli po osiem lat).
Gdy tylko skończyli jedno zadanie, do listy dodawane było kolejne.
— Nienawidzę tej LISTY — stwierdził Malfoy stanowczo. Trzymał w dłoni nieszczelny słoik, a gdy go odłożył, znalazł na palcach śliską substancję. — Uhh… ohyda… nienawidzę tego tak samo, jak Granger nienawidzi produktów do włosów i jak Weasleyowie nienawidzą celibatu. Nienawidzę tego prawie tak samo, jak ciebie.
Mimo tego, że tak bardzo go nienawidził, nawet on musiał przyznać, że nos Harry’ego wygląda ostatnio całkiem nieźle.
Żaden z nich nie miał pozwolenia na trening quidditcha, ale Malfoy, co można było przewidzieć, wymknął się tego dnia ze szlabanu, przyrzekając Snape’owi, że odrobi go później, choć to „później” nigdy nie nadeszło. Harry nawet nie zawracał sobie głowy prośbami, nie chcąc ujrzeć podłego uśmieszku na twarzy profesora, gdy ten będzie omawiał mu raz za razem.
Zadziwiające było, gdy Ślizgon wspaniałomyślnie przekonał Snape’a, by ten pozwolił Harry’emu na jeden trening.
— Nie mów, że nigdy nic dla ciebie nie zrobiłem.
— Tak… łał… dzięki — odpowiedział Harry, szczerze wdzięczny. Zastanawiał się, co mogło wywołać ten przejaw dobrej woli.
— A w zamian możesz wykonywać za mnie wszystkie te obrzydliwe zadana przez najbliższe cztery dni — kontynuował Ślizgon. — Spójrz, zostawiłem dla ciebie brudne, paskudne kociołki.
Och, no tak, inspiracją mogło być właśnie coś takiego.
— Jakież to miłe — stwierdził Harry sucho.
— Widzisz, wcale mnie nie rozumiesz — odpowiedział Malfoy, wkładając w zdanie pełnię uczuć i umieszczając swoją czystą dłoń na sercu. — Oceniłeś mnie dość niesprawiedliwie. Ja nie jestem twoim wrogiem. Już raczej przyjacielem, który stara się ciebie zabić.
Były takie dni, kiedy Harry chciał pobić Malfoya jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Były też takie, w których jego knykcie mrowiły od pragnienia uderzenia czegoś bądź na namacalne wspomnienie otarcia się o łokieć Malfoya poprzedniego wieczora. Innym razem był zszokowany tym, jak dużo czasu spędzał w jego towarzystwie bez myśli o pobiciu go.
Kiedy tylko tego chciał, szukał go — posiadanie mapy Huncwotów było szczególnie przydatne. Malfoy przysyłał mu władcze sowy o niemal formalnym charakterze, pisząc w nich tylko lokację i czas:
„Boisko quidditcha o północy.”
„Drugie piętro w łazience prefektów. Za piętnaście dziesiąta.”
“Przed głównym wejściem, pierwsza w nocy.”
Za każdym razem Harry zastanawiał się, czy będzie tak, jak na pierwszym roku, kolejne ustawione spotkanie. Malfoy prawdopodobnie nie mógł być zadowolony z niewykorzystania wszystkich możliwości, aby go pogrążyć. Mimo to Draco pojawiał się o umówionej godzinie i czekał, aż Harry się pokaże.
Ślizgon miał okazję, żeby go poważnie zranić, gdy Harry stracił przytomność, ale nie zrobił tego. W zamian uleczył go i nawet zrobił to przyzwoicie. Cały dzień Harry rozmyślał nad wieloma rzeczami, jak i dlaczego, choć bardziej dlaczego, ale potem zdecydował, że Malfoy potrzebuje tych bójek tak bardzo, jak on sam.
Mimo wszystko, nie mógł tego robić z nikim innym.
Od tamtej pory wymykał się, by walczyć ze Ślizgonem. Jeśli Hermiona pytała, gdzie się wybiera, mówił jej, że idzie do biblioteki — to zawsze gwarantowało przychylną reakcję. Na tyle przychylną, iż czasami myślał, że przyjaciółka nie ma nic przeciwko byciu okłamywaną. Uczył się o czarnomagicznych rzeczach, choć naprawdę nie było to nic groźnego, a jeśli to jej nie zadowalało, dodawał, że spędza wolny czas na śledzeniu Malfoya, który z pewnością był śmierciożercą. Jeśli pytanie zadał Ron, mówił, że chce polatać samotnie, idzie nad jezioro lub gdzieś, gdzie może pomyśleć. Przyjaciel wyglądał na uspokojonego, ponieważ każda oznaka emocji przerażała go i w żaden sposób nie był w stanie poradzić sobie z rozpaczą Harry’ego po stracie Syriusza. Nie liczyło się dla niego to, skąd Harry otrzymuje pomoc, dopóki w ogóle ją otrzymywał.
Po bójce, gdy siedzieli obok siebie, wszystko było zazwyczaj bardzo niezręczne. Za każdym razem, gdy głogowa różdżka wymierzona została w jego twarz, Harry wstrzymywał oddech i składał swoje życie i zdrowie w ręce kogoś, kogo nawet nie lubił.
Koniec różdżki ocierał mu się o twarz, gdy palce Malfoya spoczywały na jego policzku, przytrzymując go. Ślizgon nigdy nie rzucił na niego klątwy.
Zaufanie to skomplikowana rzecz. Patrzył prosto w szare oczy, gdy zwracał przysługę, obserwując, jak purpurowe sińce z powrotem stawały się nieskazitelną, bladą skórą niczym kwiat, który kwitnie, tyle że proces był odwrotny. Malfoy wpatrywał się w niego bezczelnie, i nawet jeśli się bał, nie mógłby o tym powiedzieć.
Z drugiej strony nie był taką podstępną żmiją, jak Malfoy, a więc oczywiste było to, że Ślizgon bał się mniej.
— To wszystkie? — zapytał Malfoy, przeciągając głoski, gdy zniknął ostatni widoczny siniak.
— Tak — odpowiedział Harry. Często rozmyślał nad tymi wszystkimi sińcami i zranieniami, których nie widział. Czasem zachowywał je, głównie dlatego, że znajdowały się we wstydliwych miejscach bądź potrzebował ich jako dowodu na to, co się działo.
— Tak, a więc w porządku. — Potem Malfoy wstawał i wracał do ślizgońskich lochów. Jeśli miałby dobry humor, dodałby „na razie”, a gdyby zachowywał się szczególnie dziecinnie, powiedziałby „do powąchania, GłuPotter”.
Naprawdę niemądrze było myśleć, że mógłby za cokolwiek podziękować.
Harry zastanawiał się, dlaczego w ogóle oczekuje to usłyszeć.


***


“Gdy chodzi o sprawy sercowe, wiele jest do powiedzenia na temat złudzeń.”
Diane Frolov and Andrew Schneider “Northern Exposure”

Gdy budzi się rano, Draco wpatruje się z oczarowaniem w radio, które włączyło się samoczynnie, służąc tym Harry’emu za pobudkę do pracy, choć dziś się do niej nie wybiera. Patrzy z fascynacją na Draco, czuje jego obecność w swoim łóżku, jego ciepło i ciało.

”Rozmawiałem wczoraj ze śpiewającym ptakiem
Porwał mnie w nieodległą przeszłość
Jest niczym mały pirat w moim umyśle”
**

— Och — mówi Harry. — Podoba ci się?
Wyciąga rękę i podkręca dźwięk. Dotyka Draco, by upewnić się, że jest tutaj, prawdziwy, że nie jawi mu się tylko jako sen, jeden z tych, o którym jest się przekonanym, że to rzeczywistość, choć nadal pozostaje snem.
Prawdziwy Draco, myśli, mógłby pokochać mugolskie audycje radiowe, choć udawałby, że ich nienawidzi. Ten Draco nie ma powodów, by udawać, jest w pewien sposób bardziej szczery. Harry docenia szczerość i kiedy oplata dłońmi szczupłą talię blondyna, ten go nie odpycha.
Piosenka się kończy. Zaczyna się następna.

”Lepiej zatrać się w muzyce, w momencie,
Którego pragniesz, nie daj mu odejść
Masz tylko jeden strzał, nie przegap szansy
Taka możliwość pojawia się tylko raz w życiu”
***

Draco, co bardzo dziwi Harry’ego, zdaje się lubić Eminema.
Kolejny utwór nosi nazwę „Gorzki koniec”.

”Każdy nasz zsynchronizowany krok
Każda złamana kość
Przypomina mi o tamtym czasie
Kiedy przyprowadziłeś mnie do domu

Obsypujesz mnie kołysankami
Gdy odchodzisz
Przypominają mi, że to czas zabijania”
****

Ponownie sięga w kierunku radia i wyłącza je. Draco wydaje z siebie odgłos niezadowolenia.
— Posłuchamy jeszcze później — zapewnia go Harry.
Realność Draco w jego domu wstrząsa nim. To coś, co rozważał i wyobrażał sobie, choć tak naprawdę kilka miesięcy wcześniej nawet o tym nie myślał. Nie od ostatniego zerwania z Ginny. Przez minione lata konsekwentnie zrywali ze sobą i schodzili się ponownie. Tym razem jednak Harry ma wrażenie, że to prawdziwy koniec.
Draco pachnie jak mieszanka jego szamponu i mydła, zamyka jedno oko, gdy Harry głaszcze go dłonią po twarzy o znajomych rysach, lecz obcej mimice. Kciuk muska usta, na co Draco uśmiecha się i odwzajemnia gest, jakby był to jakiś rodzaj zabawy.
Z niewyraźnym uczuciem mdłości Harry odsuwa się i sugeruje śniadanie, na co Draco zgadza się radośnie. Z nim ma się o wiele lepiej, niż w szpitalu.
Harry wie, że podjął właściwą decyzję. Musi jedynie postarać się jak najlepiej, nie poddać się i nie dotknąć go, a przynajmniej nie w ten sposób.
Draco i Stworek dobrze się dogadują. Draco miał już styczność ze skrzatami, musi to pamiętać, przynajmniej z dzieciństwa, a Stworek przyzwyczajony jest do czystokrwistych z domu Blacków, w dodatku do tych obłąkanych. On w ogóle przywykł do szaleńców, jeśli by się nad tym zastanowić. Draco strąca różne rzeczy niby przypadkiem, a Stworek zaraz po nim sprząta. Wylewa każdą ciesz, jaką tylko znajdzie. Próbuje sprawić, aby skrzat ukarał samego siebie żelazkiem.
Harry nigdy nie widział tak szczęśliwego Stworka.
Draco lubi zarówno muzykę, jak i chwile, gdy Harry mu czyta, i emanuje wtedy takim szczęściem, że mógłby obdarować nim ich obu. Wysyła do Hermiony sowę z listem, pisząc, by zapomniała o przysyłaniu poradników i że jeśli mimo tego to zrobi, spali je i nagra ich wrzaski, by jej potem odtworzyć. Prosi jednak o trochę magicznej, dziecięcej literatury, ponieważ próbuje coś tu odbudować.

— Och — odpowiedziała Hermiona, gdy kiedyś, mimochodem, wspomniał o pomyśle zabrania Draco ze szpitala. Zrobił to tak, jakby rzucał do wody chleb dla obojętnych, tłustych kaczek. Siedzieli w kawiarni, którą wybrała Hermiona. Zaraz po tym, jak słowa opuściły jego usta, Harry ugryzł wielki kawałek kanapki. — To nie tak… nie tak, że uważam to za zły pomysł, to znaczy… Rozumiem, że masz dobre intencje, Harry, ale… naprawdę sądzisz, że właśnie teraz to najlepsza rzecz, jaką możesz dla siebie zrobić?
Na jej twarzy malowała się troska i zmartwienie.
Harry, z pełnymi ustami, przeżuwał kanapkę z taką wściekłością, jak tylko się dało bez konieczności stosowanie manewru Heimlicha*****.
— Mogłoby mi się udać — odwarknął niemal natychmiast, a potem nie wiedząc, dlaczego tak zareagował, wymamrotał jeszcze: — Poza tym, to tylko pomysł.
Rysy Hermiony złagodniały. Sięgnęła po jego dłoń i ścisnęła ją.
— Wiem, wiem. Jesteś dobrym człowiekiem, Harry.
Harry odwzajemnił jej uśmiech.
To właśnie było ważne, prawda? Był dobrym człowiekiem. To była… to jest pozytywna cecha.
Rona nie pytał o zdanie. Jeśli Hermiona wyraziłaby poparcie, pewnie on również by to zrobił, ewentualnie przyjaciółka mogłaby go przekonać. A nawet, jeśli nie… jaki jest sens w zadawaniu pytania, jeśli już teraz zna się na nie odpowiedź?

Słyszy dźwięk tłuczonego szkła i biegnie, by zobaczyć, co się stało. Wydaje mu się, że na zimnej posadzce, tuż przy kominku, leży rozbita na małe kawałeczki przesadnie ozdobna, niemal brzydka waza, której nienawidzi. Okazuje się jednak, że to nie waza, bo na podłodze jest popiół, który nie pochodził z kominka (Stworek sprawia, że jest czysty jak łza), a teraz skrzat zalewa się łzami i opłakuje swoją Panią Jakąśtam, rozsypaną po całej podłodze.
Draco chichocze z satysfakcją, gdy skrzat pędzi znaleźć inny pojemnik dla prochów jego stryjecznej babki, jakkolwiek się nazywała.
W domu rozbrzmiewa ostry i cienki śmiech Draco, ale nie jest on już szyderczy, taki, jakiego zwykł kiedyś używać. Harry sądzi, że to dobry dźwięk. W szpitalu nigdy tak naprawdę się nie śmiał, więc musi to być znak, że ma się lepiej.

Pamięta wyraźnie pewną wrześniową noc, kiedy leżał na zimnej, zmarzniętej ziemi, stłoczony pomiędzy dziesiątkami innych ciał, szukających ciepła. Spojrzał w górę na niebo, które równie dobrze mogło być wywrócone do góry nogami i nigdy nie będzie dane oglądać jego drugiej strony. Nie potrafił zasnąć, czuł kamienie wbijające mu się w plecy, a od ziemi oddzielało go tylko ubranie i dwa cienkie koce.
— Czuję się, jakbym miał kij w tyłku — wymamrotał, a Ron popatrzył na niego i roześmiał się. Hary dołączył do niego, śmiech ten był początkowo kruchy jak lód, ale potem stał się hałaśliwy i szczery w chłodnym powietrzu. Pomyślał, że może usłyszeć również śmiech Malfoya, być może razem z komentarz w stylu: „I to nie wszystko, co tam masz”, ale to była tylko jego wyobraźnia. Gdy śmiech obumarł, powietrze ponownie okazało się przerażająco ciche.
Nie myślał o tej nocy przez długi czas.

Patrząc na szczerą, uśmiechniętą twarz Draco, łatwo jest nie myśleć o czasach takich jak tamte. Patrząc na szczerą, uśmiechniętą twarz Draco, łatwo jest sięgnąć i dotknąć go, pogłaskać kojąco jego plecy, na co rozpromienia się i spogląda na Harry’ego w ten boleśnie znajomy sposób, podczas gdy Stworek zbiera pozostałości po jakiejś pra pra pra ciotce, szalonej czy jakiejkolwiek innej.
Dotyka go niewinnie w sposób, który jest bezpieczny i dopuszczalny. Harry może musnąć jego policzek i pogładzić po włosach, pomasować po plecach i przytrzymać, dotknąć jego ramion, nadgarstków, a nawet przerażającego tatuażu przedstawiającego czaszkę i węża, ale to denerwuje Draco, powoduje u niego dreszcze.
Harry stara się nie myśleć o wszystkich tych rzeczach, które robili, wszystkich, które mogliby robić teraz. Nie są ze sobą spokrewnieni, prawda? Przez cały ten czas, gdy odwiedzał go w szpitalu, podobne myśli nie przeszły mu nawet przez głowę, nie, gdy Draco był tak blady i pachniał medykamentami, nie ze swoimi własnymi pokręconymi myślami w swoim własnym pokręconym umyśle.
Dlaczego tutaj, w jego pustym domu z gabinetem, który przez te wszystkie lata wypełniony był dokumentami, a niektóre z nich zaczęły już żółknąć na krawędziach, miałoby być inaczej?
Wszystko jest absolutnie niewinne. Nie pozwala sobie nawet go pocałować, nie w usta, choć czasem przyciąga go do siebie, jego wargi muskają delikatny policzek, a nos zanurza się w blond włosach.
Rozważa stworzenie Listy Dotykania Dozwolonego i Listy Dotykania Niedozwolonego. Tylko kilka wskazówek, by można było zerknąć na nie od czasu do czasu.
Udo zalicza się do tych dozwolonych, ale wnętrze uda już nie.
Brzuch jest dozwolony, tak, jak pępek, ale cokolwiek poniżej? Zdecydowanie niedozwolone.
Delikatne głaskanie — dozwolone, pieszczoty — dozwolone, nawet łaskotanie i pewien rodzaj masowania. Pomijając niektóre obszary ciała, które nie są dozwolone.
Potrafi to zrobić. Potrafi temu podołać.
Z początku Harry sądził, że mieszkanie z nim byłoby dziwne, martwił się o niezręczność posiadania kogoś z pewnością chorego we własnym domu, obcość czegoś nieznajomego, ale Draco wszystko ułatwił. Jest kontaktowy, uśmiecha się i sprawia wrażenie szczęśliwego. Gdyby pozostał w szpitalu, z pewnością zwiędłby, usechł i pomarszczył się niczym obumarły kwiat. Potrzebuje tego, by Harry leżał z nim w łóżku, a pierwszą rzeczą co rano jest uśmiech posłany w jego stronę. Rozkwita dzięki tym doznaniom.
Ale prawdziwy Draco nie jest taki, więc od czasu do czasu Harry wymyśla zniewagi, które mógłby wypowiedzieć ten z czasów szkolnych, a jeśli są zbyt podłe, obecny Draco zawsze może je wyśmiać. Upewnia się, że z katalogów zamówił wszystkie kosztowne produkty, które dostarczane są prosto do domu: jedzenie dla smakoszy, kosmetyki do kąpieli, balsamy i nawet, jeśli nie widzi związku pomiędzy marką a jakością, to jest życie, które Draco kiedyś miał, a on jest w stanie mu je zapewnić.
Jedyną rzeczą, nad którą Harry musi popracować, jest jego mowa. Jąkanie dręczy go najbardziej. Zastanawia się, czy Draco jąkał się jako dziecko i czy wtedy Lucjusz kazał mu na okrągło ćwiczyć wymowę z kulkami w ustach******. Bo to przecież czynią dorośli, prawda? Uczą dzieci poprawnej dykcji.
Harry nigdy nie zrobił Draco czegoś podobnego. Jest dla niego znacznie lepszy, niż jego ojciec.
On nigdy nie wypełniłby umysłu dziecka fanatyzmami i nie prawiłby mu podejrzanych morałów. Dzieci są niewinne, a wszystko dzieje się z powodu wpojonych im nawyków. Jeśli Draco był w szkole takim dupkiem, właściwie nie jego należało za to winić. Ginny wspominała więcej niż raz, że Harry byłby wspaniałym ojcem, co zaliczył do komplementu najwyższego stopnia, zważając na to, że jedyną rzeczą, jakiej nauczył się od swojego ojca, było: nie umierać, jeśli jesteś komuś potrzebny.
Harry stara się nauczyć go tego, co mógłby powiedzieć Prawdziwy Draco, ale nic nie idzie po jego myśli. Tamten zwykł wypluwać wyraźnie każdą sylabę jego nazwiska, cała jego nienawiść kumulowała się w idealnym „P”, miękkim „T” w środku i twardym „R” na końcu.
Wysyła do Hermiony sowę z prośbą o książki traktujące o logopedii. To coś, co może naprawić, jest tego pewien, jeśli tylko poświęci temu wystarczająco dużo czasu.
Gdy Draco jęczy cicho we śnie, brzmi dokładnie, jak ten prawdziwy. Harry zawsze wtedy zamiera bez ruchu, przygryza wargi i stara się przywołać najbardziej Aseksualne Myśli. Ubrany w stringi Argus Filch z panią Norris, ubrany w stringi Argus Filch z panią Norris… Spędził szesnaście lat swojego życia bez dotykania Draco, a potem jeszcze kolejne sześć. Z pewnością temu podoła.
Poza tym, Draco go potrzebuje. Musi być jego Bohaterem i Wybawcą wtedy, gdy nikt inny nie może nim być. Z drugiej strony, Prawdziwy Draco nigdy tego od niego nie wymagał. Oczekiwał mniej, niż wszyscy: bycia głupkowatym, idiotycznym, naiwnym szczęściarzem. Oczekiwał, że będzie człowiekiem. Oczekiwał, że umrze.
W nocy Harry zamyka oczy i uspokaja się, zrównując swój oddech z oddechem Draco.
Są momenty, kiedy go potrzebuje. Stara się nie myśleć o niczym, gdy masturbuje się pod prysznicem, skupia się na dotyku własnej dłoni, zręcznej i ciasno oplecionej wokół członka. Lata praktyki nauczyły go, jak pieścić się w sposób, który najbardziej lubi, jest ekspertem w dostarczaniu sobie przyjemności przy równoczesnym oczyszczaniu umysłu.
Tak naprawdę nie myślał o Draco od lat, nie, dopóki… dopóki nie przyprowadził go do domu. Nie może pozwolić sobie na myśli o nim w ten szczególny sposób, już nie łączy ich to, co kiedyś. Stara się nawet wtedy, gdy zalewa go plaga kosmatych snów i budzi się ze skotłowaną, poplamioną pościelą, w brudnej piżamie i z Draco, leżącym niewinnie obok.
Dla własnego poczucia tożsamości stara się zachować czysty umysł.
Jednak z blondynem śpiącym tak spokojnie w jego sypialni, w jego łóżku, owiniętym w koce i pościel, która pachnie nim, gdy jego głowa spoczywa na poduszkach, na których potem leży Harry…
Obraz wypełnia go całego i nie może go już wyrzucić. Zazwyczaj, gdy dochodzi, zawsze staje się to za szybko, szybciej niż przez te wszystkie lata po wojnie. Znów czuje się jak nastolatek.
Przyciska czoło do kafelków prysznica i nie wychodzi jeszcze przez długi czas.
Ale jest dobrze, wszystko jest dobrze, dopóki Harry go nie dotknie. Nie może go zrujować, zbezcześcić, nie, kiedy on jest tak niewinny i czysty, bez śladu pamięci i grzechu.
Słucha z nim więc muzyki i czyta mu, kąpie go i czesze włosy, przytula go do siebie w łóżku, ale nie dotyka go w nieodpowiedni sposób. I tak, tak, mogą być razem szczęśliwi.


***


“Człowiek nie jest pomarańczą. Nie możesz zjeść owocu i wyrzucić skórki.”
Arthur Miller

We wspólnej pracy, w wyławianiu razem różnych paskudztw z pomarańczowej mazi, było coś wiążącego. A co najbardziej przerażające, Malfoy nie był już… (jesteście na to gotowi?) nie do zniesienia.
Harry nie wiedział, kiedy to się stało, ale pewnego dnia, gdy podczas posiłku Ron narzekał na to, jak niekorzystnie wyglądają noszone przez dziewczyny spódniczki i że pokazują zbyt mało ciała, a Hermiona gotowa była go uderzyć, Harry automatycznie pomyślał o tym, co w odpowiedzi na to wymyśliłby Malfoy.
Przeraził się sam siebie.
Pocieszające było jednak to, że Ślizgon przez większość czasu wciąż pozostawał dupkiem. Na lekcji eliksirów starał się wylać na niego jakiś kwas i stopić nim kawałek rękawa jego szaty. Później Harry zemścił się na nim, zabierając żabią wątrobę z rozczłonkowanego płaza i wrzucając mu ją za koszulę.
Pewnego wieczora, podczas jednego z ich regularnych spotkań, usłyszeli zbliżające się kroki.
— Cholera — powiedział Malfoy, rozglądając się po korytarzu.
— Cholera — powiedział równocześnie Harry i tak samo zdał sobie sprawę, że nie mieli gdzie się ukryć.
— Jeśli wpadniemy w kłopoty, Potter — warknął Draco, łapiąc go pięściami za szaty — uczynię cię tak martwym, że nawet twoja martwa matka cię nie pozna.
Harry pomyślał, że groźba ta w ogóle nie ma sensu i pewnie by to powiedział, gdyby tylko nie gonił ich czas. Myślał szybko — jego peleryna wydawała się oczywistym rozwiązaniem, ale wtedy Malfoy dowie się, że ją ma… Kroki były coraz bliżej. Harry podjął decyzję w ułamku sekundy.
— Peleryna niewidka! — zawołał Malfoy z podziwem (oczywiście cicho, by nie zostali zdemaskowani). — Zawsze wiedziałem!
— Skąd…
— Daj spokój, Potter — przerwał mu Ślizgon, wywracając oczami. — Proszę, oszczędź sobie oceniania wszystkich swoją miarą tylko dlatego, że sam jesteś głupi jak but.
— Och, zamknij się, Malfoy — wysyczał Harry. Wyciągnął pelerynę, popchnął go na ścianę, przywarł do niej jak najbliżej Ślizgona i okrył ich obu. — Nie… mów… ani… słowa… — Harry ułożył usta w bezgłośne wyrazy, gdy kroki słychać było już bardzo wyraźnie. Malfoy ponownie wywrócił oczami. Harry próbował się skrzywić, ale ich twarze były tak blisko, że mógłby dostać od tego zeza. Gdyby przysunął się do niego jeszcze trochę, dotknąłby twarzą jego skóry, a to byłoby po prostu dziwne.
Właścicielem kroków okazał się Argus Filch, odbywający swój nocny patrol. Współpracując z mapą Huncwotów, Harry był w stanie go unikać, ale tym razem obaj z Malfoyem mieli pecha.
Ciało Ślizgona było ciepłe. Pod peleryną zaczynało robić się gorąco, ich oddechy i ciepło ciała wypełniały niewielką przestrzeń. Harry czuł bicie serca blondyna na swojej własnej klatce piersiowej, tak samo jak jego kościste ciało, które poznał już tak dobrze. Włosy Malfoya łaskotały jego policzek i stłumił w sobie pragnienie, by je odgarnąć. Oddech pozostawiał drażniące uczucie na twarzy, i Harry musiał powstrzymać się od kazania mu, by przestał oddychać, bo to strasznie rozpraszające.
W międzyczasie Malfoy zaczął robić dziwne miny. Na przemian krzywił się i pocierał nos, który dygotał jak u jakiegoś małego, futrzastego zwierzątka, które wywęszyło trop. Fretki robiły podobnie, prawda? Nie był pewien. Zające owszem, ale Malfoy i zające jakoś do siebie nie pasowali, chyba że wmieszane były w to jakieś tortury, poza tym jego ojciec posiadał futrzastą czapkę i…
— Co z tobą nie tak? — zapytał Harry bezgłośnie. Filch prawdopodobnie znajdował się jakieś pięć stóp od nich, przyciśniętych do ściany.
— Swędzi — odpowiedział Malfoy, również nie wydając z siebie dźwięku.
Nie mogąc uwierzyć, że to robi, i czując się przy tym całkowicie absurdalnie, Harry wyciągnął w jego stronę dłoń, którą nie przytrzymywał peleryny, i podrapał ten przypuszczalnie drogocenny (ale nie ładny)******* nos. Wszystko było dobrze do momentu, w którym wydało mu się, że Malfoy zaraz kichnie.
Nie myśląc długo, Harry przycisnął dłoń do nosa i ust Ślizgona. Szare oczy rozszerzyły się komicznie z oburzenia i niedoboru tlenu.
Harry widział jego długie, popielate rzęsy pod dziwnym, niepokojącym kątem. Czuł jego miękką skórę na swojej dłoni.
Mijały sekundy i minuty, a Filch nie spieszył się z odejściem. Oddech Malfoya był gorący i w pewien sposób wilgotny… obrzydlistwo. Całe ciało Harry’ego zesztywniało i we wszystkich miejscach, gdzie się dotykali, czuł palące ciepło. Jego skóra zarumieniła się od duchoty panującej pod peleryną i od okropnie napiętej atmosfery. Ich serca rywalizowały w konkursie na najlepszy, urywany rytm. Okulary Harry’ego zaszły mgłą. Dostrzegł strużkę potu, która spływała nad brwią Malfoya, pojedyncza kropelka znaczyła wąską ścieżkę na jego twarzy.
W końcu kroki woźnego oddaliły się, a ich echo zamierało powoli w głębi korytarza. Z ust Harry’ego wydobyło się westchnienie ulgi. Malfoy spojrzał na niego, a potem polizał jego dłoń miękkim, ciepłym, mokrym, wstrętnym językiem, na co Harry odskoczył i wyrwał swoją rękę tak gwałtownie, że prawie uderzył się nią w twarz.
— Uhh! Jesteś obrzydliwy — wysyczał Harry, energicznie wycierając dłoń o udo.
— I kto to mówi? — odpowiedział Ślizgon, krztusząc się przesadnie i wycierając język o rękaw, mówiąc „ble!” za każdym potarciem. — Ble! Ble, ble, ble! — Pluł w powietrze, przypominając tym Harry’emu zdenerwowanego kota. — Uhh, okropieństwo. Smakujesz jak… jak… nawet nie potrafię tego określić. Nie ma słów na coś tak ohydnego. — Harry wciąż wyraźnie czuł ciepło emanujące z ciała Ślizgona. Przyglądał się Malfoyowi przez moment. — Myjesz ręce, prawda? — kontynuował Ślizgon, wciąż wycierając twarz. — Ble. Ohyda. Boże, proszę, powiedz, że tak. Jeśli zachoruję, bo ty nie potrafisz utrzymać prawidłowej higieny… — Chwilę potem Harry przyciągnął go do siebie, a palce zacisnęły się na szczupłym nadgarstku. Przycisnął rękę Ślizgona do ściany, przytrzymując ją nad jego głową. Malfoy wstrzymał oddech. — Co… co ty…
Harry podciągnął rękaw jego szaty i zaskoczyło go to, że przedramię Ślizgona było czyste i nienaznaczone. Po prostu biała, gładka skóra. Żadnego znaku. Była tak jasna i przejrzysta jak zwój papirusu.
W jakiś sposób to czyniło wszystko lepszym. Dobrym.
— Pieprzony dupek — wyrzucił z siebie Malfoy. Jego twarz zbladła, stała się niemal bezbarwna, gdy zdał sobie sprawę, czego szukał Harry. Wyrwał nadgarstek z uścisku i przycisnął do piersi, jakby został zraniony. — Spieprzaj ode mnie — odepchnął go gwałtownie. Harry zachwiał się i upadł z plaśnięciem na podłogę. Prawdopodobnie zostaną siniaki. Peleryna niewidka zaplątała mu się między nogami, więc widoczny był tylko od klatki piersiowej wzwyż, pomijając adidasy, które wystawały spod płaszcza.
Malfoy spojrzał na niego z góry, a jego twarz była nieprzystępna i chłodna. Potrząsnął głową i posłał w jego stronę spojrzenie pełne czystej pogardy i odrazy.
Bez słowa odwrócił się na pięcie i odszedł. Harry siedział na podłodze jeszcze przez kilka długich chwil, wpatrując się w przestrzeń, w której zaledwie przed chwilą stał Ślizgon.
Malfoy nawet nie starał się go uderzyć.


***


„Jesteśmy bezradni niczym ptaki złapane w sieć pragnień.”
Belva Plain

Gdy Draco po prostu stoi niedaleko, tak łatwo jest zawołać go po imieniu, wyobrazić sobie, jak odwraca się i wita Harry’ego znajomym, ironicznym uśmieszkiem zamiast tego szczerego i otwartego, którym teraz go obdarowuje. Gdy siedzą razem i Harry mu czyta, głowa Draco opada na jego policzek, może niemal poczuć, jak smukłe, blade palce sięgają w jego stronę i kreślą wzorki na wyeksponowanej skórze nadgarstka. Kiedy go karmi, obserwuje czasem jego usta, sposób, w jaki zamykają się wokół widelca, przygląda się, jak przeżuwa i połyka posiłek i jak różowy język przemyka po wargach. Tak łatwo wtedy pomyśleć, że wszystko jest romantycznym luksusem, a nie koniecznością.
To nie szaleństwo, prawda? On po prostu wspomina, choć przywołuje w pamięci wydarzenia, które tak naprawdę nigdy nie miały miejsca.
Harry nie porusza się w łóżku, stara się być nieruchomym niczym trup. Śpi coraz mniej, ale bezsenność warta jest czucia wspaniałego, ciepłego ciała, leżącego tuż obok.
Kiedy później przypomina sobie dotyk, pozwala umysłowi i odległym wspomnieniom dopowiedzieć resztę. Sposób, w jaki Draco dopasowywał się do jego dłoni, wyginał się pod nim i krzyczał, oplatał wokół niego, jak go całował, szorstko i niedbale, jakby wszystko to było atakiem.
Jego dłoń porusza się pospiesznie wokół członka, pocierając zdecydowanie i szybko, a kciuk rozsmarowuje jasne kropelki cieczy na główce.
Jest tak zaabsorbowany czynnością, że nie słyszy otwierających się powoli drzwi do łazienki.
Dryfuje gdzieś daleko, złapany pomiędzy pokusę i wspomnienia, w których zatraca się bez końca, czuje dotyk własnej dłoni owiniętej wokół siebie, zamyka oczy i wspomina, jak dobrze czuł się, zatopiony w Draco, w jego wnętrzu, ustach. Nie może myśleć o niczym innym, dopóki nie dochodzi, przygryzając wargi, by powstrzymać się od krzyku, i nie otwiera oczu, dopóki nie przestaje się trząść i drżeć, a jego ciało nie znajduje się ponownie pod kontrolą.
Obraz przed oczami jest zamazany, ale spostrzega Draco, który przygląda mu się nieco zdumiony.
— Draco! — mówi szybko. — Nie powinieneś tego widzieć.
Draco spogląda na niego z zaskoczeniem.
— Harry… ty…
„Potter”, słyszy. “Nie zostawiłeś niczego dla mnie?”
Widzi to wszystko zbyt jasno, subtelnie uniesione kąciki ust, szyderczy, lecz zarazem uwodzicielski wyraz twarzy. To, jak Draco popchnąłby go ponownie na toaletę, przesunął dłońmi po obu stronach żeber, a potem drażniłby go i drażnił, dopóki Harry znowu nie stałby się twardy i gotowy.
Błyskawicznie wraca do rzeczywistości i ten Draco zmierza w jego kierunku, w oczach błyszczy mu ciekawość, tak łatwo jest, tak bardzo, bardzo łatwo dotknąć go, więc…
Harry jest absolutnie przerażony.
— Draco, nie — mówi, wyciera poplamioną dłoń chusteczką i szybko naciąga spodnie.
Nie chce odpowiadać na niezręczne pytania dotyczące seksualności (Czy będzie musiał mu to wszystko ponownie wytłumaczyć? Jak dziecku? O ptaszkach i pszczółkach? Harry nie wie nawet, co to znaczy, Dursleyowie nie wygłaszali mu na ten temat pogadanek. Wzdryga się na myśl o wuju Vernonie, próbującym rozmawiać z nim o seksie). Nie chce nawet o tym myśleć. Zrobił coś okropnego, czuje, że coś zbezcześcił, zniszczył jakiś rodzaj zaufania. Pragnie tylko odwrócić się i zwymiotować prosto do toalety, na której siedział jeszcze przed chwilą.
— H-harry — zaczyna Draco. — C-co to było?
— Nic — odpowiada szybko. — Absolutnie nic.


KONIEC CZĘŚCI PIĄTEJ

* pierwszym zadaniem, jakie musiał wykonać mityczny Herkules, było zabicie lwa nemejskiego, którego skóra, gdy ją na siebie nałożył, chroniła od wszelkich zranień
** Oasis — Songbird (tłum. własne)
*** Eminem — Lose yourself (tłum. własne)
**** Placebo — Bitter end (tłum. własne)
***** polega na wywarciu nacisku na przeponę, w celu sprężenia powietrza znajdującego się w drogach oddechowych i „wypchnięcia” obiektu znajdującego się w tchawicy
****** jedna z form terapii jąkających się dzieci
******* gra słówek; autorka użyła słówka „cute”, czyli ładny, do określenia w nawiasie, i „precious”, które oznacza zarówno ładny jak i drogi, drogocenny.
Obrazek
Amanda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 564
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 13:37
Lokalizacja: laptop w pewnej wsi

Następna strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 7 gości