[M] Pajęczyna

Teskt z Gwiazdkowej Wymiany Fikowej na Mirriel

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez esomi » 14 sty 2015, o 16:44

Jestem zarejestrowana tu od kilku dobrych lat i choć nie odwiedzam forum zbyt często, pomyślałam, że jak już mam drarry, to może akurat komuś się spodoba. Napisane na Gwiazdkową Wymianę Fikową na Forum Mirriel.
Rating: PG13
Betowała Kasia - dziękuję!
Napisane na życzenie Arianrod: Fandom: Harry Potter, post-series, Harry/Draco
Wojna się skończyła, czarodziejski świat powoli wraca do normalności, a Harry Potter – do szkoły. To nie będzie dla niego łatwy rok; musi przemyśleć, co właściwie chce robić ze swoim życiem, zdać końcowe egzaminy, a także odkryć, co tym razem knuje podejrzanie cichy i spokojny Draco Malfoy.



Pajęczyna

1. Nemezis

20 grudnia

Uważaj na Boota na zaklęciach. Zaciśnij zęby na to, co mówi Smith, naprawdę nie jest wart twojej uwagi. Potter planuje spędzić znowu cały dzień w bibliotece, więc może lepiej tam nie idź, jeśli chcesz się skupić choć na chwilę.


***

Draco Malfoy był dosyć niezwykły. Harry wiedział, że nie tylko on tak uważał - Ślizgona wszyscy znali już przed wojną i to nie tylko ze względu na nazwisko i fortunę. Miał poczucie humoru, inteligencję i pewność siebie. Nie przeszkadzało mu to oczywiście dzierżyć zaszczytnego tytułu kompletnego dupka. Harry’emu dalej robiło się trochę gorąco ze złości na myśl o tym, jak Malfoy złamał mu nos w pociągu, napuścił na niego Filcha, nazwał Hermionę szlamą czy, och pomyślmy, wpuścił pieprzonych śmierciożerców do zamku. Ale to było wcześniej, przed wojną i przed tym jak Malfoy nagle stał się cichym nudziarzem. Od powrotu do szkoły Harry starał się nawiązać ze Ślizgonem jakiś kontakt, wymienić chociaż parę obelg, żeby przynajmniej jedna rzecz wróciła na miejsce. Żeby przynajmniej ta jedna stała, która towarzyszyła mu przez cały pobyt w Hogwarcie, się nie zmieniła. Malfoy oczywiście miał inne plany. Spędzał czas samotnie, nie dawał się nikomu prowokować, a Harry’ego omijał szerokim łukiem. Teraz na przykład, jak gdyby nigdy nic, siedział i jadł sobie pieczeń, ze wzrokiem wbitym w talerz, tylko co jakiś czas przytakując na coś co mówiła Parkinson. Dupek.
– Harry, czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Harry natychmiast skupił wzrok na siedzącej obok niego przy stole Hermionie. Patrzyła na niego wyczekująco z założonymi rękami.
– Yhm, przepraszam, Hermiono, trochę się wyłączyłem – spuścił wzrok, nerwowo trącając ziemniaka widelcem.
– Mówiłam o eliksirach. Wiem, że wiesz, że i tak przyjmą cię na trening aurorski, ale, Harry, to nie tylko ich widzimisię, że wymagają eliksirów. Czytałam raport o użyciu eliksirów w akcjach i nie uwierzysz, ile może czasami zależeć od dobrego rozpoznania przyczyny problemu. Wyobraź sobie, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat...
– Hermiono! – Harry szybko jej przerwał. Powinien powiedzieć jej to już dawno, ale spędziła wakacje w Australii z rodzicami, kończył się dopiero pierwszy tydzień szkoły a Harry zupełnie nie wiedział, od czego zacząć. Ani jak Hermiona to przyjmie. Liczył jedynie, że nie gorzej niż Ron.
Hermiona przerwała i szybko zamrugała, po czym zmarszczyła brwi na widok jego poważnej miny. Szybko przeniosła wzrok na Rona, który siedział dwa miejsca dalej.
– Tak, Harry? Nie powiedziałeś mi czegoś, prawda?
Nie miał pojęcia, jak ona to robi.
– Nie chcę zostawać aurorem.
Hermiona przez chwilę badała go wzrokiem w milczeniu, a Harry pod jej spojrzeniem coraz bardziej się denerwował. „Merlinie, proszę, żeby nie zareagowała gorzej niż Ron” – pomyślał.
– Och. To dobrze.
Harry wpatrywał się z nią z niedowierzaniem i lekko otwartymi ustami.
– To znaczy... – Hermiona zawahała się. – Nie zrozum mnie źle, Harry, byłbyś na pewno świetnym aurorem. Ale nie wiem, czy szczęśliwym.
Harry uśmiechnął się z wdzięcznością.
– Mam dokładnie takie same wątpliwości. Nigdy nawet o tym nie myślałem, wiesz, po prostu chciałem robić coś... godnego. I zrobić na złość Umbridge...
Hermiona uśmiechnęła się ciepło i ścisnęła jego dłoń.
– A Ron? Rozumiem, że to spięcie pomiędzy wami nie dotyczy tylko Ginny?
Harry potrząsnął głową.
– Powiedziałem mu w sierpniu. Ron uważa, że zniszczyłem wszystkie nasze wspólne marzenia. I wiesz, nie mamy już po czternaście lat, nie obraził się na mnie ani nic, ale jest coś takiego...
– Harry, Ron na pewno zrozumie.
Harry miał głęboką nadzieję, że Hermiona się nie myli.

***

Po śniadaniu Harry postanowił odszukać Malfoya. Nie do końca wiedział, co mu powie, ale miał przeczucie, że jakakolwiek rozmowa przerodzi się tak czy siak w kłótnię i przynajmniej będzie wiedział na czym stoi. Najpierw próbował złapać go przed zaklęciami. Malfoy w tym roku zawsze przychodził pierwszy do klasy, więc Harry pomyślał, że to świetna okazja. Wymyślił nawet początek rozmowy, w którym tłumaczył Malfoyowi, dlaczego nie może oddać mu różdżki. A potem może przepraszał za Sectumsemprę, bo nieważne jak długo starał się ten temat omijać, czuł, że już nigdy nie będzie mógł być uczciwie i szczerze wredny wobec Draco, dopóki nie przestaną zżerać go wyrzuty sumienia. Ale Malfoy wszedł do klasy równo z dzwonkiem i usiadł tak daleko od Harry’ego, jak się tylko dało.
Następną próbę Harry podjął godzinę później. On sam nie chodził już na wróżbiarstwo (McGonagall i Hermiona jego decyzję o porzuceniu przedmiotu określiły jako „młodzieńczy bunt”, ale żadna z nich nie wyglądała na naprawdę rozzłoszczoną), więc zaczaił się przy sali obrony przed czarną magią, po zajęciach ósmego i siódmego roku Ślizgonów. Po Malfoyu nie było ani śladu. Harry ciężko westchnął i udał się na kolację.
Gdy przyszedł, nie było ani Malfoya, ani Rona z Hermioną. Szybko nałożył na talerz porcję brokułów i nerwowo się rozglądając, wyciągnął z torby „Różdżkę dla Podejrzliwych”.
– Co tam, stary? Widzę, że zamiast walczyć z czarnoksiężnikami, postanowiłeś robić różdżki?
Ron usiadł na miejscu obok niego. Hermiona zajęła miejsce z drugiej strony stołu i żywo gestykulowała, rozmawiając z Ginny. Harry westchnął.
– Nie wiem, Ron, pomagałem Ollivanderowi i po prostu... To nie jest tak, że ja nie chcę pomóc i że chcę cię z tym zostawić samego...
Ron położył rękę na jego ramieniu.
– Harry. Rozmawiałem z Hermioną i może trochę mnie... uspokoiła. Nie podoba mi się to. Nie podoba mi się, że nie jesteś z moją siostrą i że ona tylko w ostatnim tygodniu miała dwie randki i to z dwoma różnymi Krukonami, a twoim głównym zainteresowaniem w tym roku dla odmiany został Malfoy...
– Hej, ja nie...
– ... ale to jest twoje życie i jeśli wolisz mieć pannę młodą ze spiczastym nosem i Czarnym Znakiem, to...
– Ron!
Ron zmierzył go krytycznym spojrzeniem.
– Żartuję, stary, ale twoje oburzenie odrobinę mnie niepokoi. W każdym razie, akceptuję to, że nie chcesz zostać aurorem. Ani moim szwagrem. – Skrzywił się. – Po prostu trudno mi się rozstać z tak pięknym marzeniem.
Harry uśmiechnął się i zamknął książkę. Spod niej wystawała rozwinięta i aktywna Mapa Huncwotów.
– Dzięki, Ron, wiesz, jak dużo dla mnie znaczy... – przerwał nagle, gdy jego wzrok padł na mapę. – Yhmm... Pogadamy później, okej? Muszę szybko coś załatwić!
Zanim Harry wrzucił wszystko do torby i praktycznie wybiegł z Wielkiej Sali, Ron zdążył zobaczyć samotną kropkę opisaną „Draco Malfoy” w jednym z pobliskich korytarzy.
– Mam wielką nadzieję, że niczego nie wykrakałem – mruknął Ron i nałożył sobie na talerz pokaźną porcję gulaszu.

***

– Malfoy znowu coś knuje – oświadczył Harry.
W pokoju wspólnym Gryffindoru panował półmrok i tylko gdzieniegdzie przy kominku i kilku oświetlonych licznymi świecami stolikach siedzieli jeszcze uczniowie. Kilkoro pierwszorocznych zbitych w grupkę słuchało z zapartym tchem opowieści jakichś trzecioklasistów o reżimie Carrowów. Ginny siedziała z Deanem na jednej z zacienionych kanap i Ron co kilka minut rzucał im badawcze spojrzenia spod zmarszczonych brwi.
– Stary, naprawdę ci to nie przeszkadza? – zapytał, nie spuszczając wzroku z pary w kącie.
– Nie przeszkadza?! Jasne, że mi przeszkadza! Wiem, że zeznawałem na jego korzyść przed Wizengamotem, ale nie sądziłem, że wróci do szkoły i natychmiast zacznie KNUĆ! – syknął Harry, uparcie patrząc w kominek.
Hermiona z ciężkim westchnieniem odłożyła swój esej z transmutacji i przyjrzała się uważnie swojemu chłopakowi i najlepszemu przyjacielowi, po czym z hukiem zatrzasnęła trzymane na kolanach ciężkie tomisko. Harry i Ron ze zdziwieniem zwrócili na nią wzrok.
– Ron, Harry'emu to nie przeszkadza, rozmawiał z twoją siostrą i żadne z nich nie czuje się z tym drugim komfortowo, a Ginny ma dodatkowo pretensje o to, że Harry zostawił ją w Hogwarcie. Rozmawiałeś o tym z Harrym, z Ginny i ze mną i myślę, że wszyscy, w szczególności Harry, jak tylko na chwilę przestanie myśleć o Malfoyu, będziemy ci bardzo wdzięczni, jeżeli przestaniesz wciągać ich dawny związek w twój problem z chłopakami Ginny. – Ron kilka razy w zdumieniu zamknął i otworzył usta i usiłował coś powiedzieć, ale Hermiona tylko powstrzymała go ręką i zwróciła się do Harry'ego: – A ty musisz przestać chodzić za Malfoyem. Wiesz, że jest pod obserwacją Ministerstwa i wiesz, że nikt go nie denerwuje tak jak ty. Jeżeli nie chcesz, żeby twoje zeznania poszły na marne, bo Malfoy nie wytrzyma twojego śledzenia i znowu spróbuje czymś w ciebie rzucić, to musisz mu dać spokój!
– Ale, Hermiono, jego właśnie nie da się śledzić, nie rozumiesz...
– Dość! Harry, przestań śledzić Malfoya. Ron, przestań swatać Ginny z Harrym. A teraz nie wiem jak wy, ale ja idę spać, zanim oszaleję przez wasze kompletnie absurdalne problemy albo co gorsza, obleję jutrzejszy test z transmutacji.
Za Hermioną słychać było tylko jej tupot na schodach i potem trzask drzwi do dormitorium. Harry i Ron wciąż wpatrywali się w miejsce, gdzie przed chwilą zniknęła.
– Czasami zapominam, jaka moja dziewczyna jest przerażająca – mruknął Ron.
Harry uśmiechnął się pod nosem.
– Zawsze taka była, Ron. Czuję się teraz, jakbym cofnął się w czasie do przygody z Puszkiem! – Ron głośno się roześmiał i poklepał Harry'ego po plecach.

***

Harry naprawdę nie miał czasu na takie pierdoły. Siedział w bibliotece w każdym wolnym momencie od początku „ósmego” roku, ale wcześniej robił przynajmniej coś potrzebnego. Czytał o robieniu różdżek i pisał o tym z Ollivanderem. W wolnym czasie czytał o tworzeniu zaklęć, co Ollivander uważał za śmiertelnie nudne i niepotrzebne, ale Harry uznał, że jemu się całkiem podoba. Ale ostatnie dwa tygodnie spędził niemal w całości nad książkami do numerologii. Harry bardzo szanował wiedzę i inteligencję Hermiony, ale wiedział, że nie jest nieomylna. Szczególnie po ostatnim razie, kiedy wszyscy oskarżali go o bezpodstawną obsesję na szóstym roku. Oczywiście, miał głęboką nadzieję, że tym razem efekty knucia Malfoya nie okażą się do tamtych podobne. Harry szczerze wierzył, że Ślizgon naprawdę wiele wycierpiał i chce wyjść na prostą. Nie zmieniało to faktu, że Harry nie mógł się okłamywać - Malfoy knuł. Nie podobało mu się to i naprawdę nie chciał go o to oskarżać, szczególnie, że planował go przeprosić. I może trochę się z nim posprzeczać, ale w całkowicie niezwiązany z wojną sposób. Właśnie wtedy ujawnił się pierwszy problem. Nieważne jak dokładnie obserwował mapę, jak starannie śledził Malfoya, nie dało się go złapać sam na sam. Przybiegał w miejsce, gdzie mapa pokazywała Malfoya i gdy sfrustrowany pustką korytarza sprawdzał, gdzie Malfoy może być, kropka z jego nazwiskiem na oczach Harry’ego przenosiła się na drugi koniec zamku.
Harry musiał sam przed sobą przyznać, że prawdopodobnie nigdy niczemu nie poświęcił tak dużo żmudnej i nużącej pracy intelektualnej, jak uczeniu się praktycznie od zera numerologii tylko po to, by zrozumieć w jaki sposób Malfoy mu ucieka. Nie dało się go zapytać, bo zawsze znikał, kiedy tylko Harry podjął decyzję, że w sumie może też z nim porozmawiać przy ludziach. Nie dało się go znaleźć sam na sam, bo jakoś cały czas oszukiwał i mapę i Harry’ego. Chcąc nie chcąc, Harry musiał czytać. Natknął się na tysiące informacji o naróżniejszych magicznych artefaktach - świstoklikach, zmieniaczach czasu czy pelerynach-niewidkach. Numerologia okazała się nie tylko bardzo przydatna, ale też niesamowicie interesująca (które to odkrycie wywołało mały atak paniki odnośnie jego planów na przyszłość i złość na system, który zmusza trzynastolatków bez magicznych opiekunów do decydowania o swojej edukacji) i już pod koniec października udało mu się znaleźć zaklęcia umożliwiające ukrycie się przed Mapą Huncwotów. Nie wyjaśniało to jednak dlaczego Malfoy ich używał, skoro nawet nie wiedział o istnieniu Mapy. Gryfon ciężko opuścił czoło na stół w bibliotece. Wokół niego nie było już prawie nikogo – powoli kończył się jeden z ostatnich ciepłych dni w roku, dlatego prawie wszyscy uczniowie wylegli na spacery po błoniach i nad jeziorem. Nawet Malfoy już poszedł, choć normalnie dzielił swoje dni wyłącznie pomiędzy lekcje, posiłki i czas spędzony w bibiliotece. Draco pozornie nie robił nic złego, ale ukrywanie się przed zwykłą rozmową w jakiś szalenie skomplikowany sposób, oszukując przy tym Mapę Huncwotów... To było podejrzane. I stanowiło wystarczający powód dla Harry’ego, żeby kolejny dzień wyszukiwać skomplikowane zaklęcia ukrywające i przesuwające sygnaturę magiczną. Dodatkowy problem stanowiło to, że Malfoy, gdy znajdował się w Wielkiej Sali czy na zajęciach, był dokładnie tam, gdzie jego kropka na mapie. Wyglądało to, jakby po prostu WIEDZIAŁ, kiedy Harry go szuka i ukrywał swoją sygnaturę magiczną tylko gdy nie otaczały go duże grupy ludzi.
Harry ciężko westchnął i spojrzał przez okno w bibliotece w stronę zachodzącego jesiennego słońca. Zbliżała się pora kolacji i pewnie zaraz znów korytarze zapełnią się uczniami. Harry odruchowo przeleciał wzrokiem po mapie w poszukiwaniu Malfoya i szybko znalazł go w sali wejściowej ze sporym tłumem ludzi wraz z dyrektor McGonagall. Już miał złożyć mapę i pójść w tamtą stronę, żeby zobaczyć, czy coś się stało, gdy jego wzrok przykuła mała kropka na skraju mapy. Kropka podpisana "Draco Malfoy".

***

Gdy wbiegł go sali wejściowej i przecisnął się przez tłum ludzi, z których każdy próbował zobaczyć, co Malfoy znowu przeskrobał i równocześnie zapewnić sąsiadów, że od początku wiedział, że nowe, miłe zachowanie Malfoya to zwykła maska skrywającą potwora, wyglądało na to, że Malfoy już chwilę dyskutował z McGonagall.
– Sama pani w to nie wierzy! – krzyczał Malfoy. – Zanim aurorzy chociaż ocenią, że śmierciożercy są warci interwencji, oboje będą martwi! Muszę się tam dostać, pani dyrektor. Wie pani, że nikt nie poleci w podskokach do rezydencji CZARNEGO PANA, ratować ŚMIERCIOŻERCÓW, ja muszę...
Czerwone światło zaklęcia oszałamiającego dyrektor McGonagall zakończyło tyradę Malfoya i Harry w oszołomieniu wpatrywał się w leżącego na ziemi blondyna.

***

Harry siedział zamknięty za kotarami swojego łóżka, raz po raz rzucając zaklęcia na mapę. Nie było mowy o żadnym błędzie. Dwie godziny temu zobaczył na mapie dwie kropki podpisane "Draco Malfoy" - jedną w sali wejściowej i drugą na obrzeżach mapy, w jednym z tajnych przejść, szybko zmierzającą w stronę Zakazanego Lasu. Harry czuł się jak odurzony i nie wiedział, czy to wina przerażenia, bo nie mógł wyrzucić z pamięci kropki "Barty Crouch", której rozszyfrowanie mogłoby powstrzymać całą drugą wojnę, czy może jakiegoś strasznego zawodu, że Malfoy najwyraźniej naprawdę coś knuje i to coś poważnego. Gdy wpadł do sali wejściowej, Malfoy był w absolutnej furii. Pierwszy raz od początku roku szkolnego robił coś chaotycznie, chyba nawet płakał. Harry wcześniej martwił się cichym Malfoyem, który odzywał się tylko, gdy sekundę przed katastrofą podpowiadał Neville'owi, że wrzuca zły składnik do eliksiru, albo uprzejmie proponował Accio Justinowi, który oskarżał go o kradzież podręcznika. Taki Malfoy wyglądał nienaturalnie i zupełnie sztucznie. Ale szalony ze złości i potrzeby działania, blady Malfoy, który dzisiaj krzyczał na profesor McGonagall... Ten Malfoy był żywy i charyzmatyczny, ale jeszcze bardziej niepokojący. Cała sprawa zakończyła się jednak nadzwyczaj szybko, bo McGonagall oszołomiła Malfoya i przelewitowała osobiście do skrzydła szpitalnego. Hermiona, jako prefekt naczelny, dowiedziała się, że Malfoy dostał Eliksir Bezsennego Snu mający wystarczyć na trzy godziny, bo wpadł w szał w drodze na kolację, w środku tłumu, gdy któryś z ochronnych artefaktów, który przy sobie nosił, zasygnalizował atak na dwór Malfoyów. Draco nie dał się przekonać, że aurorzy byli w drodze, a McGonagall nie chciała dopuścić, żeby opuścił Hogwart po pierwsze dlatego, że złamałoby to warunki jego okresu próbnego, po drugie mogłoby się okazać dla Draco śmiertlenie niebezpieczne. Hermiona zakończyła cichą relację dosadnym spojrzeniem skierowanym w stronę Harry'ego i dobitnym zakończeniem:
– Malfoy niczego nie knuje, bo śpi pod działaniem eliksirów.
Ale Harry wiedział, że jakimś cudem tak nie jest. Jakimś cudem, jakiś ten czy inny Draco Malfoy wymknął się ze szkoły, zanim ten pierwszy Draco Malfoy w ogóle został oszołomiony. Harry ze złością wpatrywał się w mapę, przygryzając w skupieniu wargi. To musiało mieć wytłumaczenie, może Malfoy w sali wejściowej był tylko jakimś magicznym wizerunkiem. Tylko skąd Malfoy wiedziałby wcześniej, żeby to zrobić? Byli świadkowie na to, jak instrument zaczął dawać o sobie znać! Czy to wszystko też była iluzja? Harry z rezygnacją zamknął oczy. Malfoy zdawał się wszystko wiedzieć wcześniej niż wszyscy, wcześniej niż mógł realnie wiedzieć. I nagle Harry szeroko otworzył oczy. Barty Crouch nie był jedyną osobą, która pojawiła się podwójnie na Mapie Huncwotów. Były jeszcze przynajmniej dwie takie osoby i to znacznie wcześniej. On sam i Hermiona znaleźli się przecież w dwóch miejscach równocześnie na trzecim roku, gdy ratowali Syriusza i Hardodzioba. Harry szybko wyskoczył z łóżka, naciągnął na siebie pelerynę i co sił w nogach pognał w stronę skrzydła szpitalnego.

2. Karty na stół

6 września

Potter cię szuka. Nie wiem czego chce, ale jeśli chcesz go uniknąć, nie możesz przyjść za wcześnie na zaklęcia, musisz urwać się z obrony przed czarną magią i podrobić swoją sygnaturę magiczną o 18:17. Poszukaj w „Podstawach numerologii dla aurorów”.


***

Draco był całkowicie obolały. Miał rozbity i wciąż mocno krwawiący łuk brwiowy po tym jak próbował schować się przed Avadą ojca Goyle'a, głęboką ciętą ranę po klątwie wuja Rabastana, która prawie obcięła mu rękę, zwichniętą nogę po tym, jak potknął się o leżącego już Macnaira, próbując uciec przed Cruciatusem Rudolfa. I to były tylko najważniejsze rany, nie liczył dziesiątek sińców i zadrapań. Draco znał parę zaklęć leczniczych, ale wiedział, że nie poradzi sobie ze wszystkim sam i, co najgorsze, musiał natychmiast wrócić do Skrzydła Szpitalnego i wyglądać jakby nigdzie nie poszedł. Pomimo wszystkich problemów nie mógł nie być z siebie dumny. Kiedy aportował się do domu, jego matka była nieprzytomna, ale oprócz tego cała, a ojciec usiłował bronić jej i siebie pierścieniem Malfoyów, który generował słabe pole ochronne. Trik polegał na tym, że ojciec nauczył się kumulować je na mocniejsze, ale wymagało to włączania go tylko wtedy, kiedy było niezbędne, czyli kiedy któryś z śmierciożerców rzucał w nich zaklęcie. Draco po raz setny przeklął ministerstwo, które, skazując ojca oprócz aresztu domowego również na związanie magii, skutecznie uniemożliwiło mu samoobronę. Różdżkę matki miał Draco - ta, którą zabrał mu Potter, nie mogła być używana ze względu na niepokojące powiązania z Czarną Różdżką, a żadne z nich nie mogło po prostu iść do Ollivandera, biorąc pod uwagę ich wspólną, wojenną historię. Zamówiona różdżka dla Narcyzy była kompletnie niedopasowana i każde zaklęcie wymagające większej siły natychmiast wyczerpywało zasoby magiczne jego matki. Nie miał wątpliwości, że jego obecność uratowała życie rodziców. Wziął śmierciożerców z zaskoczenia, wdał się w krótki pojedynek, a pomoc Lucjusza w postaci ogłuszenia Goyle'a dość cenną wazą i zrzucenia Rabastanowi na głowę popiersia dziadka Abraxasa, zapewniła Malfoyom dość szybkie zwycięstwo. Draco zbliżył się do drzwi Skrzydła Szpitalnego i ostrożnie zerknął przez szczelinę. Z ulgą zobaczył własną postać nerwowo wiążącą buty, po czym prostującą się i majstrującą przy łańcuszku. Gdy był pewien, że zniknął, szybko uchylił drzwi i ściągnął buty. Już miał wsunąć się pod pościel, gdy usłyszał nerwowe odchrząknięcie. Obrócił się na pięcie i prawie podskoczył na widok Pottera wyłaniającego się spod peleryny-niewidki. Przez chwilę otwierał i zamykał usta, niepewny jak się wytłumaczyć, ale Potter odezwał się pierwszy.
– Jak ci poszło?
– Co? – wykrztusił Draco. Potter był kompletnym wariatem.
– Atak na wasz dwór. Wyglądasz koszmarnie, ale nie jesteś załamany, więc zakładam, że się udało? – Harry uniósł brwi.
Draco przez chwilę patrzył się na niego w milczeniu. Sukinsyn musiał wiedzieć wszystko. Był tu pewnie dłużej niż on - dłużej niż ten on, który teraz tu był, więc wiedział już wszystko.
– Jesteś zadowolony, Potter? – wycedził Draco. – Złożysz teraz drugie zeznanie i pokażesz, jak nie dość, że jesteś łaskawy, bo dałeś mi szansę, to i sprawiedliwy, bo gdy ją spieprzyłem, sam mnie zgłosiłeś...
– Malfoy, nie... – Harry był wyraźnie zdziwiony, Draco tylko nie wiedział, czy Potter po prostu zapomniał, że Draco potrafi być niemiły czy nikt dawno mu się nie postawił.
– Powiedz mi, o jaśnie Potterze, czy jakbyś ty mógł uratować swoich rodziców to byś tego nie zrobił? Nie złamałbyś paru praw, nie poświęcił swojej wolności? Zawołaj aurorów, proszę bardzo, bo dla mnie najważniejsze jest, że żyją, że te pieprzone dupki ich nie dostały!
– Merlinie, Malfoy! – wykrzyknął Harry, próbując zatrzymać potok słów podniesionymi rękami. – Uspokój się. Jak ich uratowałeś, to świetnie, przecież nie polecę z tym do ministerstwa.
Draco przez chwilę wpatrywał się w niego ze zdziwieniem. Potter wyglądał na szczerego, ale dlaczego w takim razie by tu był? Może czekał na jakieś... oficjalne przyznanie się?
– Nie miałem na to pozwolenia ministerstwa – oświadczył zimno Draco.
– Malfoy, wiem. Naprawdę wyglądam ci na kogoś, kto przedkłada przepisy nad życie ludzi? – Harry uniósł brwi. – Poza tym też tak kiedyś kogoś uratowałem.
Draco prawie zakrztusił się własną śliną.
– Co? Też nielegalnie? Jak?
Na twarzy Pottera wykwitło coś jakby mieszanka zawstydzenia i nostalgii.
– Też zmieniaczem czasu. Syriusza. Jak złapali go na naszym trzecim roku w Hogwarcie.
– Na serio? – Draco wpatrywał się w Pottera ze zdziwieniem.
Harry tylko skinął głową.
– Słuchaj, Malfoy, widzę, że jesteś w kiepskim stanie, więc może pomogę ci trochę z przywróceniem cię do normalnego wyglądu, a ty w zamian porozmawiasz ze mną jak stąd wyjdziesz? Nie uciekając? - Harry wyglądał na pełnego nadziei.
– Jasne – mruknął Draco. – Dzięki – dodał po chwili namysłu.
Potter tylko skinął głową i przejechał różdżką nad raną ciętą na jego ręce, a ona powoli zamknęła się pod zaklęciem. Potter wyraźnie radził sobie z takimi zaklęciami lepiej niż Draco. Prawdopodobnie miało to związek z ukrywaniem się przez rok przed Czarnym Panem. Potter skierował różdżkę na jego zwichniętą kostkę i Draco poczuł straszliwy ból, który prawie zwalił go z nóg. W ostatniej chwili chwycił się poręczy łóżka.
– Potter! – wrzasnął. – Nie mogłeś mnie ostrzec, oszalałeś?
– Panie Potter! Co tu się dzieje?
Harry i Draco powoli obrócili się w stronę drzwi do kantorka pielęgniarki. Draco był skończony. Pomfrey patrzyła z rosnącym przerażeniem na jego wciąż krwawiącą twarz i siniaki na rękach i Draco był pewien, że zaraz wszystko wyjdzie na jaw.
– Przepraszam, pani Pomfrey, to moja wina. – Usłyszał nagle głos Pottera.
Draco z niedowierzaniem spojrzał w jego stronę, ale Potter był odwrócony do niego plecami i ze zwieszoną głową wpatrywał się w podłogę.
– Panie Potter? Chce pan powiedzieć, że pobił pan mojego pacjenta? – Pani Pomfrey wyglądała na naprawdę rozzłoszczoną.
Malfoy w kompletnym oszołomieniu obserwował, jak Potter skinął głową.
– Nie mogłem znieść, że tak po prostu chce odrzucić warunki zaproponowane mu przez ministerstwo, po tym ile dla niego zrobiliśmy...
– Panie Potter! Naprawdę jest mi za pana wstyd! Dwadzieścia punktów od Gryffindoru i proszę natychmiast wracać do dormitorium!
Draco w milczeniu patrzył, jak Potter wychodzi ze Skrzydła Szpitalnego, wciąż nie wierząc w to, co się stało. Pomfrey dała mu następny zestaw eliksirów i szybkim zaklęciem oczyściła mu twarz z krwi, a on odruchowo robił i pił wszystko co mu kazała. Nie mógł uwierzyć, że Harry Potter właśnie dla niego skłamał.

***

Kiedy obudził się następnego dnia, Pomfrey już krzątała się po sali Skrzydła Szpitalnego. Słońce świeciło jeszcze dość nieśmiało, a szybkie Tempus pozwoliło mu ocenić, że do śniadania zostało mu jeszcze sporo czasu.
– Panie Malfoy! – wykrzyknęła pielęgniarka. – Obudził się pan. Bardzo dobrze, widzę, że wszystko się zagoiło. Wciąż nie mogę uwierzyć, że pan Potter mógł pana tak skrzywdzić!
Twarz Draco oblała się rumieńcem i schylił się, by zawiązać buty, żeby Pomfrey tego nie zauważyła. Kłamstwo Pottera nie było nawet prawdopodobne. Gdyby ktokolwiek próbował to sprawdzić, z łatwością zobaczyliby, że rany nie są całkiem świeże. I czemu Potter miałby nie mieć też ran? Draco miałby tak się po prostu dać pobić?
– ... wiem oczywiście, że macie historię – mówiła dalej, zupełnie nie patrząc na Draco i wyciągając z szafek małe buteleczki. – Ale myślałam, że po wojnie dacie sobie spokój! Doprawdy, myślałam, że po tym jak Potter ostatnio pana prawie zabił, będzie miał jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Taki grzeczny i dobry chłopak, a w pana towarzystwie istny diabeł w niego wstępuje!
No, to podejście odrobinę wyjaśniało jej bezrefleksyjną wiarę w to, że Złoty Bohater jest sekretnym sadystą. Draco postanowił tylko kiwać głową i niczemu nie zaprzeczać. Jakby na to nie patrzeć, Potter sam się w to wkopał. Nie mówiąc już o tym, że po jego ataku na szóstym roku nadal miał blizny. Jak ktoś się bardzo uważnie przyjrzał. Pod światło.
Kiedy po piętnastu minutach wreszcie został wypuszczony ze Skrzydła Szpitalnego, ostatnie czego się spodziewał, to wpaść na kogoś niewidzialnego tuż przed drzwiami.
– Salaz... Potter?
– Cześć, Malfoy – odpowiedziała entuzjastycznie pustka.
– Potter, nie mogłeś poczekać aż się jakoś umówimy? Obiecałem ci rozmowę, nie musisz mnie napastować niewidzialny, jak jakiś... duch.
– Widzisz, Malfoy – odparła radośnie pustka. – Nie mogłem spać w nocy i dogłębnie przemyślałem sobie sprawę tego, dlaczego właściwie zacząłem cię śledzić.
– Dlaczego właściwie zacząłeś, Potter? – zdenerwował się Draco. – Co zrobiłem, powiedz mi, żeby wzbudzić podejrzenia zbawiciela czarodziejskiego...
– Malfoy, Malfoy, poczekaj. – Głos Pottera brzmiał teraz naprawdę blisko jego ucha i Draco poczuł dreszcz przechodzący mu wzdłuż kręgosłupa. Gdzie Potter właściwie był? I czemu tak blisko? – Chciałem po prostu pogadać. Wiesz, przeprosić za...
Potter odchrząknął z zakłopotaniem i jego głowa wyłoniła się spod peleryny.
– Przepraszam – powiedział. – Za to zaklęcie na szóstym roku. I za to, że zawsze byłem taki wredny.
– Potter, oszalałeś? – wykrztusił Draco, gdy w końcu udało mu się wydobyć głos. – Byliśmy dzieciakami i rywalami, a potem trwała pieprzona wojna i, nie wiem czy pamiętasz, ale to nie ja byłem po właściwej stronie. Nie powinieneś nigdy mnie za nic przepraszać. Salazarze, myślałem, że mnie śledzisz, żeby mnie uprzedzić, żebym nie czuł się zbyt bezpieczny, albo podać warunki, pod którymi nie zmienisz zeznań...
Harry patrzył się na niego w oszołomieniu.
– Dlatego uciekałeś? Wiedziałem, że jesteś kretynem... – mruknął.
– Wypraszam sobie, Potter... – oburzył się Draco.
– Chciałem cię przeprosić. Ale nie dało się ciebie znaleźć, bo zawsze wiedziałeś wcześniej, kiedy będę chciał pogadać. Dlatego postanowiłem złapać cię od razu po wyjściu ze skrzydła, z nadzieją, że nie odbierzesz przy Pomfrey żadnych informacji. W co się znowu wpakowałeś, Malfoy? – Harry miał założone ręce i wpatrywał się w niego twardo.
Draco poczuł, że się rumieni.
– Nie muszę ci nic mówić, Potter.
I nie musiał. Ale Potter dla niego skłamał i patrzył na niego takim zdecydowanym wzrokiem i miał usta ściśnięte w wąską linię i Draco wątpił czy uda mu się teraz Pottera przegadać.
– Malfoy, gadaj – warknął Harry.
– Potter, to nie jest łatwe. Nie wytłumaczę ci tego od tak tutaj, na korytarzu przed skrzydłem szpitalnym.
– Więc pozwól, że ci pomogę – odparł Harry. – Masz zmieniacz czasu. Przesyłasz sobie informacje odnośnie kompletnych pierdół typu wybuch kociołka Neville’a, kiedy będę chciał z tobą przeprowadzić rozmowę albo jak ci dogryzie akurat w ten dzień Smith. Moje pytanie brzmi: czy kompletnie oszalałeś?
Draco wpatrywał się w milczeniu w posadzkę. Na korytarzu nie było nikogo i tylko poranne słońce nieśmiało wlewało się przez okna. To nie było tak, że nie chciał Potterowi powiedzieć. Potter uczciwie rozgryzł większość całego spisku, problem polegał na tym, że nie rozgryzł jego najbardziej kompromitującej części. Cichy głosik w głowie Draco praktycznie błagał go, żeby wziął nogi za pas i uciekał jak najdalej od Pottera. Ale Malfoy nie był już dzieckiem i potrafił rozpoznać w tym głosie tego samego irytującego doradcę, który kazał mu znaleźć Pottera w czasie Bitwy, bo bał się zostać bez różdżki. Tego samego, który podpowiadał, że może kiedy odstraszy Pottera od quidditcha, przebierając się za dementora, nie będzie musiał bać się ciągłych porażek. Tego samego, który postanowił obrazić chłopca, który siedział z Potterem w przedziale, bo bał się, że przegra z nim walkę o przyjaźń Harry’ego. Draco był niewątpliwie uparty, ale nie uważał się za idiotę i wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej widział, że jego reakcja na panikę nigdy nie przyniosła mu żadnych korzyści. Wziął głęboki wdech.
– Potter, nikt nie może się o tym dowiedzieć.
Harry potrząsnął głową i bez słowa patrzył na niego wzrokiem, który zdawał się mówić „Powiedz mi coś, czego nie wiem”.
– Nie mogę przestać – mruknął Draco, nie patrząc Harry’emu w oczy. – To nie była... świadoma decyzja. Dostałem pewnego dnia ostrzeżenie i w poszukiwaniu osoby, która je przysłała, znalazłem zmieniacz czasu.
– Robisz sobie jaja, Malfoy? Masz jakiekolwiek pojęcie, jakie mogą być konsekwencje kontaktowania się z samym sobą? Możesz, nie wiem, zniszczyć świat! Czasoprzestrzeń! I ty uwierzyłeś bez żadnych dowodów, że dostałeś ostrzeżenie od samego siebie i postanowiłeś zaryzykować? – Harry wyraźnie starał się nie krzyczeć, ale wyszedł mu z tego złowrogi półgłos. Draco poczuł bolesne ukłucie zawodu na myśl, że najwyraźniej plany Pottera na przeprosiny nie zaprowadzą ich do żadnego rozejmu.
– Nie próbuj robić mi wykładów, Potter – syknął Draco, patrząc mu prosto w oczy i starając się w to spojrzenie włożyć jak najwięcej niechęci. – Wiem doskonale, jakie są konsekwencje i wiedziałem, jakie będą konsekwencje tego, że nie cofnę się i nie przekażę sobie wiadomości, choć to już się stało.
– Jesteś najwyraźniej kretynem Malfoy, skoro uznałeś, że to najlepsze rozwiązanie! Działa specjalna pieprzona komórka aurorów zajmująca się problemami z magicznymi wypadkami w czasie i nawet ja o niej wiem! Nie mogłeś zgłosić się do nich? – Potter wyglądał, jakby miał zaraz wybuchnąć i Draco miał nawet nadzieję, że zacznie krzyczeć, że ktoś ich usłyszy, przyjdzie i powstrzyma katastrofę, jaką była ta rozmowa.
– Jesteś naprawdę taki mądry, Potter. Wszystko jest takie proste we Wspaniałym Świecie Złotego Pottera, aurorzy jedzą ci z rąk, wszyscy są tacy pomocni... – Draco cedził teraz słowa z wściekłością. – Gdybym powiedział aurorom o tej wiadomości, mój ojciec dostałby pocałunek dementora. Wiadomość była o pewnym artefakcie, którego obecność w dworze zamieniłaby jego areszt w najgorsze co mogliby zrobić. Mój ojciec o nim kompletnie zapomniał, wszyscy zapomnieliśmy, to była własność Czarnego Pana, a my mieliśmy procesy i tysiąc innych rzeczy na głowie. Powiedz mi, Potter, czy ty wydałbyś własnego ojca na taki los? Gdybyś go oczywiście miał.
Draco poczuł, jak ściska mu się coś nieprzyjemnie w żołądku, gdy zobaczył, jak Potter wzdrygnął się na ostatni komentarz. Żaden z nich przez chwilę nic nie powiedział. Harry wyraźnie próbował się uspokoić.
– Malfoy, sam mówiłeś, że szukałeś autora tego ostrzeżenia. Nie mogłeś wiedzieć, że to ty. To nadal był kretynizm, znalezienie zmieniacza mogło być kompletnym przypadkiem!
Draco czuł, jak się znowu rumieni. Musiał wyglądać jak idiota, ciągle czerwony. Był też idiotą, przynajmniej według Pottera, więc nie robiło to pewnie żadnej różnicy.
– Wiadomość miała pewną... osobistą informację. Szukałem kogoś, kto mógłby to wiedzieć oprócz mnie. I nikogo nie znalazłem. Wiedziałem, że to jestem ja, Potter, nie żałuję i zrobiłbym to jeszcze raz, żeby uratować ojca.
Draco pomyślał, że to brzmiało nawet nieźle. Potter nie zapyta o szczegóły, bo przecież jedno kłamstwo dla Draco nie kupowało mu nagle wglądu do największych sekretów. Mieli za sobą równe siedem lat nienawiści, Potter musiał teraz dać mu spokój.
– Jaką informację?
„No tak. Potter. Na co ja liczę” – pomyślał ze złością Draco.
– Osobistą, Potter – warknął. – Poradzę sobie bez ciebie. Mogę ci obiecać, że jak tylko znajdę rozwiązanie, natychmiast przestanę używać zmieniacza.
Potter patrzył na niego ze zmarszczonymi brwiami.
– Malfoy, jesteś zaplątany jak... jak mucha w pajęczynie. I to własnej. Jak pająk w pajęczynie. Istnieje spora szansa, że ktoś cię wrobił, ktoś może chcieć wpakować cię do Azkabanu albo... szantażować cię, nie wiem. – Potter wyglądał, jakby chciał go uspokoić. Jakby mówił do dziecka. – Co to była za informacja?
Draco czuł jak wpada w panikę, a cichy głos w jego głowie stawał się coraz głośniejszy i wrzeszczał nieustannie „UCIEKAJ PÓKI MOŻESZ”.
– Potter, to nie ma znaczenia.
– Malfoy, nie bądź idiotą, jeśli masz jakiś sekret związany z wojną i ktoś go zna, mogą cię tym zniszczyć! – Harry wyglądał na tak samo sfrustrowanego, jak Draco się czuł. – Wiesz, że jeśli mi powiesz, Malfoy, ja ci naprawdę pomogę. Dopóki nie robisz czegoś... no... złego. – Potter na chwilę zamilkł, po czym spojrzał na Draco zawiedzionym wzrokiem. – Merlinie, ty naprawdę znowu knujesz coś złego! A ja byłem pewien, że...
– Potter! – syknął Draco. Był wściekły, przerażony, spanikowany i jedyne czego chciał, to żeby Potter już przestał. – To nie ma nic wspólnego z wojną! Chodzi o ciebie.
„O nie” – zabrzmiało w jego głowie jak alarm. Dlaczego w ogóle to powiedział? Należał do Slytherinu, umiał kłamać, kręcić, przeinaczać, wytrzymał wojnę, kłamał najwyższym rangą śmierciożercom, a na samą myśl o tym, że Harry poważnie zaczął myśleć, że jednak jest parszywym, złym poplecznikiem Czarnego Pana, za którego wszyscy go biorą, kompletnie stracił głowę.
– O mnie? – Potter wyglądał, jakby proces myślowy stwarzał mu fizyczny ból. – Nie możesz wiedzieć o mnie niczego, czego ja nie wiem, oprócz tego, co ty o mnie myślisz. Wszyscy wiedzą, co o mnie myślisz.
Draco usiłował niepostrzeżenie usunąć się do tyłu. Miał plan. Wystarczy, że zwiększy pomiędzy nimi dystans niepostrzeżenie, po czym bardzo szybko odbiegnie jak najdalej od Pottera. Co powinien zrobić od początku, jak się okazywało, bo Potter przesuwał się do przodu, z każdym krokiem, który Draco robił do tyłu. Potter przekręcił głowę w skupieniu i wciąż wpatrywał się w Draco. „Ucieczka jest niemożliwa” – myślał Ślizgon gorączkowo – „ale Potter na pewno nie dojdzie do żadnych zbyt daleko idących konkluzji. Ustalimy na przykład, że napisałem sobie, że uważam, że jest odważny czy coś, na pewno nie pomyśli, że...”. Draco nagle zobaczył, jak Potter zbliża się do niego bardziej niż wcześniej i zanim zdążył zrobić krok w tył lub chociaż pomyśleć „quidditch”, poczuł usta Pottera na swoich.
„Harry Potter mnie całuje” – pomyślał w szoku Draco. I tak było. Nie zdążył nawet pomyśleć co robi, a otworzył usta i poczuł, jak lekko spierzchnięte wargi Pottera bardziej gorączkowo przesuwają się na jego ustach. Potter smakował jak gorzka czekolada i Draco mimowolnie wydał dziwny, naglący dźwięk z głębi gardła. To zdawało się wyrwać go w szoku. Odsunął się i w szoku spojrzał na Pottera, który miał przekrzywione okulary, zarumienione policzki i wyglądał na nawet bardziej zdezorientowanego niż Draco się czuł.
Wykorzystując dekoncentrację Pottera, Draco obrócił się na pięcie i pobiegł ile sił w nogach.

3. Godzina zero

17 sierpnia

Pod podłogą w pokoju gościnnym, w zachodnim skrzydle dworu Czarny Pan schował coś specjalnego. Lucjusz Malfoy pomagał to zrobić i jego sygnatura magiczna jest na tym bardzo wyraźna. Masz dwie godziny do przyjazdu aurorów. Jak myślisz, czy Potter odwzajemni Twoje żałosne uczucia, jak oskarżą Twojego Ojca o kilka nowych rzeczy dzień po tym, jak zeznawał dla Ciebie przed Wizengamotem?


***

Harry Potter nigdy nie przeżył jakiejś spektakularnej zmiany w postrzeganiu samego siebie. Jasne, dowiedział się kiedyś, że jest czarodziejem, co trochę zmniejszyło jego obawy, że jest dziwakiem. Ale niedługo później zaczęły pojawiać się nowe informacje na jego temat - że jest sławny, wężousty, wybrańcem... I Harry bardzo szybko stwierdził, że może wuj Vernon miał trochę racji. Nawet po wojnie, kiedy rzucił wróżbiarstwo i zaczął wpadać w panikę na samą myśl o karierze aurora, nie była to jakaś przemyślana strategia zmiany swojego życia, a raczej bezpośrednia reakcja na jego uczucia.
Od pocałunku minęły tygodnie. Spadł już pierwszy śnieg i Harry jak we śnie usiłował ułożyć swoje życie czy chociaż złapać się czegoś znajomego. „Draco Malfoy jest dupkiem” – myślał za każdym razem, gdy w oddali mijała mu przed oczami charakterystyczna blond czupryna. Prawdopodobnie powtarzanie tego w myślach mu nie pomagało, bo za każdym razem zaczynał od razu myśleć o tym jakie usta Malfoya były ciepłe, włosy miękkie i jak, ogólnie rzecz biorąc, pocałował swojego rywala, jakby nigdy o niczym innym nie marzył. Merlinie. Ginny w tym miesiącu umawiała się z Blaise’em Zabinim, więc Ron nie poświęcał Harry’emu zbyt dużo uwagi, ale Hermiona zauważyła, że coś jest nie tak natychmiast po tym, jak trzy tygodnie temu wpadł do pokoju wspólnego zdyszany, zaczerwieniony i wcisnął Mapę Huncwotów na sam spód torby. Próbowała z nim oczywiście porozmawiać, ale Harry kategorycznie oświadczył, że nic się nie dzieje i czy mogłaby przejrzeć jego esej z eliksirów. Jakkolwiek uparcie starał się o tym nie myśleć, w głębi serca wiedział, że coś się zmieniło i wcześniej czy później będzie musiał się sam ze sobą zmierzyć. Na szczęście, przełom przyszedł dość szybko i zupełnie od niego niezależnie.
Zszedł na śniadanie jeszcze odrobinę zaspany i ciężko usiadł na swoim miejscu przy stole Gryffindoru. Nalał sobie kawy, nałożył bekonu i wziął pierwszy kęs. Przeżuwając, podniósł wzrok i pierwszy raz zauważył dziwne spojrzenia kierowane w jego stronę przez wszystkich na około. Harry spojrzał na siedzącą naprzeciwko niego Hermionę, która nerwowo obracała w rękach pióro i ciężko westchnął.
– Hermiono? Mam może coś na nosie?
– Na nosie? – wyjąkała Hermiona.
Harry wzruszył ramionami.
– Zawsze jak się to dzieje, mam nadzieję, że miałem po prostu coś na nosie. A potem okazuje się, że chodzi o jakiś kolejny debilny artykuł w Proroku.
Hermiona spojrzała na niego z nieukrywanym współczuciem i podała mu wyciągnięty spod stołu egzemplarz Proroka Codziennego. Harry z rezygnacją przebiegł wzrokiem pierwszą stronę. Największy nagłówek głosił „HARRY POTTER – BOHATER, KTÓRY ZAWIÓDŁ?”. Harry wziął głęboki oddech i zabrał się do czytania.

Bohater ostatniej wojny, osiemnastoletni Harry Potter jest uważany za najbardziej atrakcyjnego kawalera czarodziejskiego świata. Nasza reporterka, Rita Skeeter, odkrywa jednak kolejne jego sekrety, które wstrząsną sercami młodych czarownic. Te z nich, które liczyły na obecność naszego zbawcy w szrankach aurorów, mogą pożegnać się z tym marzeniem.
– Harry nie ma za grosz ambicji. Myślę, że wojna kompletnie go wypaliła – mówi Ginewra Weasley, była dziewczyna Pottera. – Nie zrozumcie mnie źle, lubię go i w ogóle, ale dni świetności Harry ma już na pewno za sobą.


Harry kompletnie zaskoczony podniósł wzrok w stronę miejsca, gdzie siedziała wyjątkowo czerwona Ginny. Obok niej siedział Ron i z wściekłością na twarzy szeptał jej coś do ucha. Sądząc po zawstydzonej minie Ginny, cytat nie był zmyślony.

Choć Ginewra już dawno pozostawiła związek za sobą, Potter wciąż pozostaje samotny. Źródła blisko Chłopca, Który Przeżył sugerują, że może to wynikać z jego ukrywanych skłonności homoseksualnych.

Harry poczuł nieprzyjemny ciężar w żołądku i pomyślał, że to dziwne, że bardziej zawiódł się na Malfoyu niż na Ginny. Spojrzał dyskretnie w stronę stołu Slytherinu, ale Malfoya nie było.
– Wiecie co? – Wstał i rzucił Proroka Hermionie. – Mam to w dupie.
– Harry! – krzyknęła oburzona Hermiona, a wszystkie głowy przy stole zwróciły się w jego stronę.
– Nie, serio, nie chce mi się nawet czytać tego gówna. – Powstrzymał gestem kolejny protest Hermiony. Odszedł parę kroków od stołu i jakby po namyśle zatrzymał się i obrócił w stronę rodzeństwa Weasley. – A, i Ginny? Naprawdę spodziewałem się po tobie więcej.
Harry wyszedł z Wielkiej Sali, nie oglądając się więcej za siebie. Serce biło mu wyjątkowo szybko i czuł niesamowity przypływ adrenaliny. Był naprawdę wściekły na Skeeter, na Ginny, a najbardziej na Malfoya. Nie mógł przestać myśleć, że to niesprawiedliwe, że ten dupek wykorzystywał coś w tak zaskakująco niespodziewany sposób dobrego, żeby pogrążyć Harry’ego. Harry wyszedł szybkim krokiem z Wielkiej Sali ale natychmiast za drzwiami poczuł, jak ktoś chwyta go za rękę i wciąga do wnęki za zbroją.
– Potter, to nie ja – oświadczył Malfoy. Byli ściśnięci razem w bardzo małej przestrzeni, Malfoy był zarumieniony i pachniał cynamonem i może czymś jeszcze i Harry poczuł, że kręci mu się w głowie.
– Nie ty? – zdziwił się, nie mogąc przez chwilę zrozumieć, o czym Malfoy mówi.
– Nie rozmawiałem ze Skeeter. Nikomu nie powiedziałem o... wiesz czym – mruknął Draco, patrząc w posadzkę.
Harry’ego trochę to otrzeźwiło. Nie rozmawiał z Malfoyem od trzech tygodni, nawet nie próbował nawiązać z nim kontaktu, a teraz Malfoy nagle wciągał go do zaułka, żeby upewnić się, że Harry nie ma do niego pretensji.
– Po co mi to mówisz, Malfoy? – zapytał i bardzo ostrożnie wyciągnął rękę i położył ją na ramieniu Draco.
Malfoy popatrzył na niego z paniką w oczach, a Harry uniósł jedną brew do góry. Nie minęły trzy sekundy, a Malfoya już nie było i słychać było tylko jego szybko oddalające się kroki. Harry westchnął. Zmarnował dużo czasu i miał masę rzeczy do zrobienia.

***

Harry miał plan. Plan zawierał oparcie się na podstawowych prawach podróży w czasie i zniszczenie zmieniacza Malfoya. W przeszłości. Jedynym mankamentem planu był brak współpracy Malfoya, objawiający się głównie tym, że nie dało się z nim w żaden sposób spotkać. Wrócili do punktu wyjścia i Draco uciekał przed Harrym.
Dobiegała pierwsza w nocy, a Harry wciąż siedział przy kominku w pokoju wspólnym i usiłował wymyślić sposób na dogonienie gdzieś Malfoya. Oczywistym rozwiązaniem było poprawienie zaklęć na mapie Huncwotów tak, żeby Malfoy nie mógł ich oszukać, ale pomimo zrobienia ogromnych postępów w numerologii, wciąż nie mógł sobie z tym poradzić. Harry przeciągnął się i ziewnął szeroko. Gdy otworzył oczy, tuż przed nim stała Hermiona.
– Merlinie, Hermiono! – Podskoczył na fotelu.
– Och, przepraszam. Nie chciałam cię wystraszyć. – Uśmiechnęła się i podniosła do góry pierwszą z brzegu książkę. – To są bardzo zaawansowane podręczniki, Harry.
Harry lekko się zarumienił.
– No, trochę o tym czytałem. Wiesz, taka bardziej praktyka niż teoria. Nic pod egzaminy.
– Mogłoby być pod egzaminy. Jeżeli rozumiesz materiał w książkach, które tu masz, to uzupełnienie podstawowym kompendium wystarczyłoby do owutemów. Egzamin z numerologii jest bardzo nastawiony na praktykę i rozwiązywanie problemów – powiedziała Hermiona, wciąż przeglądając książkę.
Harry popatrzył na nią ze zdziwieniem.
– Może? Nie wiem, może w przyszłym roku?
Hermiona podniosła wzrok, oddając mu książkę i uśmiechnęła się.
– Pomyśl o tym. Jeszcze możesz zadeklarować w tym roku. A dużo pracodawców patrzy też na liczbę owutemów i może wyprzedzić cię ktoś, kto nie rzucił w ostatniej chwili wróżbiarstwa.
– Ja... dzięki, Hermiono. Pomyślę o tym – odparł Harry, patrząc na nią z wdzięcznością.
Hermiona usiadła naprzeciwko niego i spojrzała w kominek. Była już w piżamie i Harry zaczął zastanawiać się, po co właściwie zeszła do pokoju wspólnego.
– Wiesz, Harry, że jakbyś miał jakieś inne problemy, to też mogę spróbować ci pomóc, prawda? – zapytała poważnie.
– Masz na myśli artykuł w Proroku? – zaśmiał się nieco sztucznie Harry. Jakby na to nie patrzeć, w artykule było trochę prawdy. Pojawiło się też od tego czasu jeszcze kilka innych tekstów w prasie, z czego większość skupiała się na jego „skłonnościach homoseksualnych” i „stresie pourazowym”.
– Jakby na to nie patrzeć, w artykule było trochę prawdy – odparła Hermiona, unosząc brwi i Harry kolejny raz zastanowił się, czy Hermiona nie uczy się sekretnie legilimencji. – Ale chodzi mi akurat o ten problem, który próbujesz rozwiązać o pierwszej w nocy numerologią.
Harry zmarszczył brwi i rozejrzał się po otaczających go tomach, Mapie Huncwotów, zapisanych rolkach pergaminu i całym bałaganie, który nie dawał mu żadnego rozwiązania.
– Powiedzmy, że... Zadam ci teoretyczne pytanie, dobrze? – zapytał ostrożnie.
Hermiona skinęła głową i popatrzyła wyczekująco. „Gdzie mam spotkać Malfoya, żeby on nie wiedział, że go szukam. Nie zapytam jej tak przecież” – pomyślał Harry gorączkowo.
– Wyobraź sobie, że jesteś Knotem – powiedział. – Jesteś Knotem, schwytałaś Syriusza, ale wiesz o tym, że cofniemy się w czasie i będziemy wiedzieli, gdzie jest przetrzymywany. Gdzie uwięzisz Syriusza, żebyśmy nie wiedzieli, gdzie to jest?
Hermiona patrzyła na niego w zdziwieniu.
– Harry, na miejscu Knota powstrzymałabym nas od cofnięcia się w czasie, a nie chowała przed nami Syriusza.
Harry przez chwilę wpatrywał się w milczeniu w Hermionę, bezgłośnie otwierając i zamykając usta. Czy mógł to zrobić? Odrzucił ten najprostszy pomysł dawno temu, bo za każdym razem przypominał sobie słowa Malfoya: „wiedziałem jakie będą konsekwencje tego, że nie cofnę się i nie przekażę sobie wiadomości, choć to już się stało”. Czytał o różnych teoriach podróży w czasie, ale nikt tak naprawdę nie wiedział, czy cofnięcie się w czasie powoduje powstanie pętli czy jakiejś nowej rzeczywistości. Harry’emu brzmiał w uszach świst topora Macnaira i płacz Hermiony nad losem Hardodzioba oraz ten sam świst i topór uderzający w pieniek, zamiast w szyję hipogryfa...
Harry uśmiechnął się szeroko do przyjaciółki.

***

Draco Malfoy obudził się w koszmarnym humorze. Nie było w tym nic wyjątkowego, bo od dwóch miesięcy cały czas spędzał w koszmarnym humorze. Pocieszał się faktem, że nie był to dużo gorszy humor od tego, jaki miał zanim Potter postanowił zrobić sobie z niego swój mały romantyczny eksperyment.
– Dracoooo, wstaaałeś? – Usłyszał wysoki i naprawdę irytujący głos Pansy, dobiegający zza drzwi dormitorium. Miał nadzieję, że jak go zignoruje, to zniknie. – Draaaacoooo!
– Wejdź, Pansy, Salazarze, tylko już nie skrzecz – warknął ze złością.
Parkinson natychmiast wparowała do dormitorium i radośnie podbiegła do okna, odsłaniając widok na zamarzniętą taflę jeziora w porannym słońcu. Z łóżka obok zaczęły dobiegać jęki i ziewanie Blaise’a.
– Draco, prezenty! – oświadczyła z radością Pansy, siadając w nogach jego łóżka i przepychając mały stos paczek w jego stronę. – Otwarłam już moje, nie wiem jak ci dziękować za SorcChanel, próbowałam je ostatnio dostać i są tylko w Paryżu, nie mam pojęcia jak to zrobiłeś, bo ty też nie możesz wyjeżdżać, ale dziękuję, dziękuję, dziękuję, Draco!
Draco uśmiechnął się słabo. Kupienie prezentu dla Pansy rzeczywiście nie było łatwe i wymagało od niego przekupienia jednego z hogwarckich skrzatów (przekupienia! Granger musiała zrobić im kompletne pranie mózgu!). Cieszył się, że Pansy przynajmniej to doceniła. Sam zaczął bez większego entuzjazmu przeglądać swoje prezenty. Od rodziców dostał jakieś standardowe książki z Esów i Floresów – niewiele można kupić, kiedy ma się areszt domowy. Pansy kupiła mu nowy kociołek, nic specjalnego, ale obecny już był podniszczony i ten na pewno się przyda. Dostał słodycze od Blaise’a, wyjca z klątwą, którą na szczęście szybko rozbroił, od Goyle’a (musiał, w przeciwieństwie do Wizengamotu, uwierzyć swojemu ojcu, że to Draco był odpowiedzialny za wysłanie seniora do Azkabanu) i jeszcze jedną, niepodpisaną paczkę. Pansy na chwilę dała mu spokój i skakała właśnie po łóżku Blaise’a niepomna na jego prośby i groźby. Draco ostrożnie obrócił prezent w rękach, rzucił na niego parę zaklęć w poszukiwaniu klątw i ostrożnie odsunął papier.
– Och, łał! – krzyknęła Pansy, pojawiając się nagle nad jego ramieniem. – Odkrywacz! Są koszmarnie drogie, kto ci mógł to kupić? – Draco spojrzał na nią z niechęcią. – No, Draco, wiesz, że teraz twoja rodzina nie ma już...
– Wiem – przerwał jej sucho Draco.
Wiedział też, od kogo prawdopodobnie go dostał. Odkrywacz był niezwykle cennym artefaktem, bo potrafił z jednej kropli krwi wyczytać wszystkie informacje na temat czarodzieja: formę animagiczną, patronusa, dodatkowe talenty, takie jak metamorfomagia, a także podstawowe rzeczy jak na przykład wiek z dokładnością do sekundy. Który w przypadku Draco, po prawie pół roku używania zmieniacza nie był oczywisty. Draco myślał właśnie, że Potter uważa się pewnie za bardzo dowcipnego, kiedy zobaczył kartkę dołączoną do prezentu, która głosiła: „Może też użyć twoja matka – będzie jej łatwiej dobrać różdżkę. HP”. Draco z trudem przełknął ślinę i próbując usilnie nie myśleć o Potterze, zaczął przygotowywać się do śniadania.
Zanim wyszedł z dormitorium, przyleciała jego sowa. Na zwitku pergaminu, który przyniosła, widniała informacja:
Drugi prysznic od prawej jest zepsuty. Smith będzie się na ciebie gapił na śniadaniu. Pottera nie będzie.

***

Śniadanie Bożonarodzeniowe przebiegało całkiem spokojnie. W Hogwarcie zostało wyjątkowo dużo Ślizgonów, bo większość na rozkaz ministerstwa nie mogła opuszczać zamku. Na liście zostających zapisał się też Potter, ale gdy wszyscy zasiedli przy stole w Wielkiej Sali, Gryfon był nadal nieobecny. Draco nie był zaskoczony. Wytrzymał pół godziny jedzenia i rzucania gapiącemu się na niego Smithowi pełnego pogardy spojrzenia, otwierania cukierków z Pansy i jakimiś pierwszoroczniakami oraz dyskusję z McGonagall o pogodzie i udało mu się ograniczyć ilość spojrzeń na puste krzesło, na którym powinien siedzieć Potter, do liczby dwucyfrowej. Kiedy już miał przeprosić i podać jakąś wymówkę, żeby iść z powrotem do lochów, do Wielkiej Sali wleciała jego sowa i rzuciła mu na kolana zwitek pergaminu. Draco lekko zbladł, bo zazwyczaj starał się nie wysyłać sobie wiadomości, kiedy był w miejscach publicznych. Wiadomość głosiła: Na błoniach przy Zakazanym Lesie o 15: biedny kuguchar i strasznie mu zimno. Na obiedzie skończy się pudding. Nie pij soku dyniowego.

***

„Co jest do pieprzonego diabła” – myślał wściekły Draco, szczękając zębami z zimna i mocniej przytulając do siebie miauczącego kuguchara. – „To było trochę żałosne, jak ostrzegałem się przed Longbottomem i jego eliksirami, ale ratowanie kugucharów to już gruba przesada.”. Był zły i naprawdę głodny, bo na obiedzie oczywiście skończył się pudding. Ponadto jako jedyny wyszedł z obiadu bez szwanku, bo jakiś dowcipniś dolał do soku dyniowego eliksiru rozweselającego. Ze złością wszedł do dormitorium, trzaskając za sobą drzwiami i położył kuguchara na krześle. Zwierzę popatrzyło na niego z politowaniem na pysku i natychmiast przeskoczyło na łóżko, ugniatając pościel i układając się w kocach w nogach łóżka. Tuż obok kolejnego zwitka pergaminu. Puchacz Draco z lekkim niepokojem zahukał na kuguchara. Draco westchnął i otworzył następną wiadomość.
Jesteś naprawdę przystojny, jak na takiego dupka. Pocałujesz dzisiaj Pottera.
– Potterrr.... – warknął na głos Draco i dla pewności machnął różdżką w stronę pergaminu.
Na jego oczach staranne, kaligraficzne pismo zamieniło się w koślawe bazgroły Pottera.

***

Draco zaczynał się denerwować. Dobiegała siódma trzydzieści, a on nigdzie nie mógł znaleźć Pottera. Pierwszą wiadomość dostał rano o ósmej. Zmieniacz pozwalał cofnąć się o dwanaście godzin, co oznaczało, że musiał znaleźć Pottera w ciągu pół godziny i wysłać go w przeszłość z jego debilnymi wskazówkami. Zrezygnowany zaczął tłuc w obraz, który według jednego ze schwytanych po drodze pierwszorocznych był wejściem do pokoju wspólnego Gryfonów.
– Halo, halo, kochanieńki, co tak brutalnie! – wrzasnęła dość obfita dama na obrazie. – Zero ogłady, doprawdy!
Draco lekko się zaczerwienił.
– Przepraszam. Ja... szukam Pottera. To bardzo pilne.
Kobieta uniosła brwi.
– Harry’ego tu nie ma.
– Nie ma? – zapytał lekko już spanikowany Draco. – To gdzie jest?
– Harry mówił, że będzie w Pokoju Życzeń. – Draco usłyszał za sobą melancholijny głos.
Odwrócił się i zobaczył Lunę Lovegood, z zaciekawieniem wpatrującą się w niego.
– Och, Luna – mruknął Draco, nie patrząc jej w oczy. Dalej nie rozumiał, jak mogła być taka dla niego miła po tym, jak była więziona w jego domu. – To... super. Dzięki.
– Leć. – Uśmiechnęła się.
Gdy Draco odwrócił się na pięcie i pobiegł w stronę Pokoju Życzeń, usłyszał tylko oddalający się głos Luny.
– Witaj, Gruba Damo, ja do Godryka.
Draco potrząsnął głową i pobiegł, nerwowo patrząc na zegarek.

***

Drzwi do Pokoju Życzeń były uchylone, jakby Potter na kogoś czekał. Draco wbiegł do środka i rozejrzał się za Potterem. Który najwyraźniej spał na kanapie. Zegarek wskazywał dziewiętnastą pięćdziesiąt osiem. Draco podbiegł do Gryfona i zaczął nim potrząsać, równocześnie zakładając mu na szyję zmieniacz czasu.
– Potter, Potter, szybko wstawaj ty skończony... – Urwał, gdy zobaczył jak Potter otwiera swoje intensywnie zielone oczy i patrzy na niego rozespanym wzrokiem. Szybko się otrząsnął. – Masz tu, wyślij mi te kartki moją sową, zacznij o ósmej rano, dwanaście obrotów, masz MINUTĘ, Potter!
Potter zdawał się rozbudzić całkiem i szeroko się uśmiechnął.
– Łał, Malfoy, dziękuję! – powiedział, szeroko szczerząc zęby i przyglądając się zmieniaczowi.
– Potter, szybko! – warknął Draco. – Masz trzydzieści sekund!
– Ale chyba nie mogę przyjąć aż takiego prezentu... – mruknął, jakby w zamyśleniu Harry, wciąż się uśmiechając.
– Potter, błagam! Dwanaście obrotów! – krzyknął Draco.
Potter popatrzył mu prosto w oczy i Draco zobaczył w nich coś niebezpiecznego i jakąś dziwną, pokrętną radość. Po czym Potter, z zadowoleniem na twarzy, zerwał z szyi łańcuszek i z trzaskiem przygniótł zmieniacz czasu butem.
Trzask przez chwilę brzmiał Draco w uszach. W przerażeniu wpatrywał się w Pottera, a potem rozejrzał się, jakby zdziwiony, że świat nie przestał istnieć, po czym zrezygnowany opadł na kanapę i zakrył oczy ręką.
– Jak? – zapytał cicho.
– Wziąłem chorobowe – oświadczył Potter, wzruszając ramionami – i wysyłałem ci w czasie rzeczywistym.
Draco opuścił rękę z twarzy i spojrzał na Gryfona.
– Prysznic w dormitoriów Ślizgonów? – zapytał. – Blaise pod niego poszedł i był zepsuty.
– Zepsułem. – Wzruszył ramionami Harry. Draco spojrzał na niego z niedowierzaniem. – No zakradłem się w nocy i zepsułem.
– Smith? Kazałeś mu?
– No co ty, nie współpracowałbym z tym trollem. Zawsze się na ciebie gapi – warknął Harry z wyraźnym niezadowoleniem.
– Pudding?
Harry machnął ręką w stronę najdalszego kąta, w którym Draco dostrzegł teraz stół cały zastawiony puddingiem. Mniej więcej jedna trzecia była zjedzona i Harry, kiedy spojrzał w tamtą stronę zrobił się trochę zielony na twarzy.
– A kuguchar? Podstawiłeś pieprzonego kuguchara na mróz?
– Hej, musiałem być na tyle przekonujący, żebyś nie cofnął się sam! Żebyś miał na tyle wątpliwości, żeby przynieść mi zmieniacz– mruknął Harry, lekko się rumieniąc.
Draco patrzył przez chwilę w milczeniu na Gryfona.
– Świetna robota, Potter – powiedział wreszcie. – Uratowałeś mnie, jak na zbawcę czarodziejskiego świata przystało. – W oczach Harry’ego na te słowa pojawiła się złość i Draco zobaczył jak odwraca głowę z miną pełną niesmaku. – Ale o czymś zapomniałeś.
Harry spojrzał z powrotem na niego i uniósł brew w ten sam sposób, który spłoszył go jakiś czas temu we wnęce za zbroją. Wtedy w jego głowie była tylko myśl, że jest już i tak w takim bagnie, że nigdy się nie wygrzebie, a dołożenie do tego wszystkiego Pottera z kryzysem egzystencjalnym... Ale Potter nie miał chyba żadnego kryzysu. Potter próbował mu pomóc od miesięcy, nie był dla niego zbyt złośliwy, uwierzył mu, gdy Draco powiedział, że to nie on doniósł Skeeter, dał mu prezent, który pomoże jego matce, miał takie zielone oczy i patrzył na niego z jakąś dziwną nadzieją. I prawdę mówiąc, zawsze mu się podobał. Poza tym sam mu napisał, że ma to zrobić.
Draco nachylił się i pocałował Pottera prosto w usta. Poczuł jak ręce Pottera mocno go obejmują i pomyślał, że może niespodziewane rzeczy nie są jednak takie złe.



.
esomi Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 3
Dołączył(a): 20 gru 2010, o 00:17

Postprzez daimon » 14 sty 2015, o 18:37

Kurczę, to było świetne! Dawno nie pisałam prawdziwego komentarza, w ogóle dawno nie żyłam w świecie fandomowym, więc z góry przepraszam. Wiem jednak, że jeśli teraz nie napiszę paru słów to już ich nigdy nie napiszę, a ten tekst naprawdę zasługuje na to, by go skomentować. Strasznie tęsknię ostatnio za drarry i ubolewam, że coraz mniej go powstaje. Zwłaszcza na dobrym poziomie. Tęsknię tak bardzo, że aż sama mam ochotę coś napisać. Tylko nic odpowiednio dobrego nie przychodzi mi do głowy. Bawiliśmy się ostatnio na forum w drarrofetę świąteczną i tak wyszło, że motywem przewodnim okazał się zmieniacz czasu. A że ja kończyłam całą zabawę, przyszło mi rozkminić temat zmieniacza i jak to właściwie jest. Pochłonęło to dużo mojego wysiłku (łącznie z czytaniem Więźnia Azkabanu), dlatego tutaj pozwoliłam sobie już przymknąć oko na dogłębną analizę logistyczno-kanoniczną. Zwłaszcza, że tekst jest po prostu bardzo dobry i nie chcę go sobie psuć szukaniem dziury w całym. Jedyne czego żałuję - że nie jest dłuższy. To, że Draco ratuje rodziców, a Harry nie chce być aurorem. Cała ta powojenna rzeczywistość. Ginny, Ron, Hermiona, nawet Rita Skeeter. Wszystko jest kanoniczne i logiczne. Cudne wstawki liścików Draco do siebie z kompletnymi pierdołami. I na sam koniec pomysł Harry'ego, marznący kugchar oraz wisienka na torcie:

Jesteś naprawdę przystojny, jak na takiego dupka. Pocałujesz dzisiaj Pottera.


Dziękuję za umilenie mi popołudnia,

dai
[Emmet,Micky&Ben watching Brian&Justin dancing]
Em:Am I seeing,what I think I'm seeing?
Ben:Yes you are seeing it.It's the most historic reunification since Germany.
Em:What happened to the fiddler?
Micky:He fell off the roof!
daimon Offline

Avatar użytkownika
Sunshine
 
Posty: 1162
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 17:35
Lokalizacja: Miasto Smoka

Postprzez Morrigan » 3 lut 2020, o 15:58

Droga esomi Twój tekst z pewnością ma duży potencjał. Stylistycznie jest napisany bardzo przyjemnie, dobrze się go czytać jednak brakuje mu głębszego wglądu w emocje bohaterów. W pewnym sensie rozumiem uczucia i cała kreację Dracona jednak postępowanie Harrego w pewnym momencie wydaje mi się całkowicie irracjonalne i niczym nie zmotywowane. Dlaczego Harry pocałował Draco po wyjściu ze szpitala, kto mógł jeszcze wiedzieć o skłonnościach Harrego, dlaczego Harry nagle zapalał uczuciem do Draco... tyle pytań bez odpowiedzi. Pomimo tego wszystkiego nie chce jednak byś się zniechęcała i dalej rozwijała bo twój tekst ma w sobie pewną lekkość i naturalność której innym brak. Pozdrawiam Morrigan.


"Poszedłem do lasu, wybrałem bowiem życie z umiarem. Chcę żyć pełnią życia, chcę wyssać wszystkie soki życia. Żeby zgromić wszystko to, co życiem nie jest. Żeby nie odkryć tuż przed śmiercią, że nie umiałem żyć."

Stowarzyszenie umarłych poetów
Morrigan Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 193
Dołączył(a): 7 maja 2012, o 21:46


Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 10 gości