[NZ] W końcu Cię znalazłem (6 cz.2/20?)

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Dunia » 9 lis 2016, o 11:32

Cóż, czuję się trochę niezręcznie publikując coś, co sama piszę, ponieważ jest to mój pierwszy twór, który decyduję się przysłowiowo "przelać na papier", ale uznałam, że kiedyś trzeba zaryzykować. Dlatego będę bardzo wdzięczna za wszelkie (nawet te najbardziej brutalne) opinie, ponieważ dzięki temu będę w stanie rozeznać się w tym co robię, gdyż subiektywna ocena zawsze jest inna od tej obiektywnej :) Przewiduję około 20 części, ale tak naprawdę to wszystko może się jeszcze zmienić. Mam nadzieję, że tekst się spodoba i zapraszam do czytania.


Tytuł: W końcu Cię znalazłem
Autor: Nefrose/Dunia (w zależności gdzie zdecyduję się to publikować)
Beta: Laribett
Gatunek: akcja, romans, a reszta wyjdzie w praniu
Pairing: Harry Potter/Draco Malfoy
Rating: NC-17
Kanon: zachowany do 6 tomu




Prolog


Mała wioska położona w południowo-zachodniej Anglii zwana Doliną Godryka była skryta za milionem burzowych chmur. Dżdżyste dni coraz częściej nawiedzały tę okolicę, świadcząc o niechybnym nadejściu jesieni, a wszechobecny chłód straszył mieszkańców, doprowadzając do szczelnego pozamykania domostw w obronie przed niechcianym mrozem. Tylko w jednym z budynków można było dostrzec lekko uchylone okno, przez które zimne powietrze okrutnie wdzierało się do środka, powodując dreszcze na oliwkowej skórze pewnego bruneta. Młodzieniec nie wydawał się jednak zrażony tym faktem, a jedynie leżał w łóżku z szeroko rozwartymi oczami. Może chłód otrzeźwiał jego zmysły i pozwalał odróżnić jawę od rzeczywistości, które ostatnio niesamowicie często zlewały mu się w jedno, mącąc w jego głowie. Zagłębiając się bardziej w postać chłopaka można powiedzieć, że pogoda była jego najmniejszym zmartwieniem, natomiast kluczowym – codzienna bezsenność. Nie można jednak stwierdzić jednoznacznie, że spowodowały to koszmary, gdyż nawiedzające go sny stanowiły zlepek obrazów, głosów i zdarzeń, zamiast jednego klarownego przekazu. Nie można też jednak zaprzeczyć, że wywierały one na młodzieńcu tak wielkie wrażenie, że wolał on nie zmrużyć oka przez całą noc, niż wracać w wir tego nieprzerwanego szaleństwa.

Miecz, krew, wąż, śmiech, krzyk, płacz, skóra, palce, oczy... te oczy... ich pusty wyraz w zastygłej od śmierci twarzy... wysoka postać przywodząca na myśl najgorsze koszmary... czerwona, ociekająca wściekłością twarz rudzielca... błysk platyny... kobieta z burzą czekoladowych włosów... stalowoszare oczy pełne gromów... majestatyczny kary rumak poruszający kruczymi skrzydłami... uśmiech pełen wyższości... długa srebrzysta broda... i słowa, masa słów... jesteś zbawcą świata... Ty wredna szlamo... dobrze wiesz, że jesteś moją zabawką... liczymy na ciebie, Harry... Wracaj!... nie oszukasz mnie... Harry!... PRAGNĘ CIĘ!... no właśnie... pragnę cię... to ostatnie przywołuje na myśl milion fragmentów, które jeszcze bardziej przerażają młodzieńca swoją realnością – zgrzyt zębów uderzających o zęby; niski baryton szepczący Potter; pot, powolnie spływający po umięśnionym torsie; pocałunki pełne pasji i ciało, desperacko trące o ciało w namiętnym tańcu zmysłów.

Chłopak, po powrocie ze świata jawy, z początku ciężko dyszy w popłochu, a następnie wspomina ostatnie obrazy i zauważa dumnie prężącą się erekcję, ukrytą za cienkim materiałem bokserek. Sam nie potrafi stwierdzić, czemu reaguje w tak intensywny sposób na zaledwie marne strzępki obrazów, poprzedzonych niekiedy makabrycznymi wizjami. Trzeba jednak przyznać, że nauczył się on żyć z tą sytuacją i za dnia usilnie ignoruje swoje nocne mary, mimo podświadomości głośno do niego krzyczącej, iż są one czymś niezmiernie istotnym. Kruczowłosy leży w tym letargu każdego ranka, aż do momentu usłyszenia stłumionego głosu dochodzącego z dołu, należącego do jego rodzicielki, wołającej go na śniadanie. Gdy w dobiegającym dźwięku można dostrzec gniewne tony, świadczące o coraz większym zirytowaniu matki, podnosi swoje niezwykle chude ciało do pozycji siedzącej i unosi ręce wysoko nad głowę, w celu rozprostowania kości po czasie długiego bezruchu. Po pokoju roznosi się głuchy dźwięk przemieszczających się stawów. Powolnym krokiem przemierza odległość dzielącą jego pokój od łazienki i staje przed lustrem, uważnie przypatrując się swojemu odbiciu, oceniając je krytycznie. W normalnych okolicznościach uważałby się za człowieka względnie przystojnego, gdyby tylko mógł pominąć wiecznie rozczochrane włosy, grube denka okrągłych okularów i bliznę w kształcie błyskawicy zdobiącą sam środek jego czoła, której nabawił się jako dziecko, podczas wypadku samochodowego, z którego cudem uszedł z życiem. Rodzice nieraz mu opowiadali, że pewnego dnia, w czasie podróży do cioci Tunii, będącej ukochaną siostrą mamy, ojciec chłopca wpadł w gwałtowny poślizg. Wypadek był o tyle niefortunny, że samochód przekoziołkował na przeciwległy pas ruchu i został uderzony przez pojazd jadący z naprzeciwka. Cudem cała rodzina uszła z życiem. Niestety zielonooki nie może pochwalić się tak dobrą znajomością tego zdarzenia, co jego opiekunowie, gdyż był wtedy zaledwie niemowlęciem, chociaż... Chociaż tak naprawdę młodzieniec nie może pochwalić się również tym, że jest panem swojego życia już od dłuższego czasu, gdyż w wyniku tajemniczych okoliczności stracił większą część swej pamięci i jedyne czego jest świadom, to miniony rok. Rok pełen tych dziwnych i niejasnych snów, rok pełen ciągłych wątpliwości, a także rok pełen niewytłumaczalnego przeczucia, iż zostało mu odebrane coś niesamowicie cennego. W pewnej chwili głos matki nasila się na tyle, że chłopiec przemywa szybko twarz i zbiega czym prędzej po schodach, potykając się po drodze o dużego, czarnego psa i lądując w drzwiach jadalni prosto na twarzy. Opiekunowie patrzą na niego z pobłażaniem, które bardzo wyraźnie maluje się zarówno w zielonych, jak i brązowych oczach, i karcą go nieznacznie, następnie każąc zasiąść na krześle. Kruczowłosy posłusznie kieruje się do stołu i zajmuje swoje miejsce zaraz po prawej stronie ojca. James, jak zawsze w niedzielne poranki, wydaje się być niesamowicie rozluźniony i jedyne co robi, to czyta poranną gazetą, przegryzając ujrzane słowa tostem oraz przepijając je kawą. Piękna Lily krząta się w tym czasie powabnie przy kuchence, leciutko podśpiewując pod nosem i ustawiając przed synem talerz z naleśnikami i kubkiem kakao. W czasie śniadania cała rodzina wymienia luźne uwagi, dotyczące pracy dorosłych, jak i szkoły młodzieńca, a po skończonym posiłku udaje się do salonu, w celu spoczęcia na niesamowicie miękkiej kanapie, umieszczonej wprost przed telewizorem, i obejrzenia filmu, który, mimo swojej powtarzającej się, wieloletniej emisji oraz przeciętnej fabuły, bezustannie przyciąga ludzi przed ekrany odbiorników. Po spędzeniu kilku ładnych godzin w gronie rodzinnym, chłopak postanawia zabrać się za lekcje na poniedziałkowe zajęcia. Nauka chemii, matematyki, a także zawiłych praw fizyki, pochłania go w tak doszczętny sposób, że nim się orientuje, zmierzch zawitał za oknami. Młodzieniec, zauważając to zjawisko, marszczy brwi z niezadowolenia i decyduje się na wieczorny spacer w celu rozprostowania odrętwiałych mięśni i zastanych stawów. Wychodząc z domu, bierze smycz, leżącą w holu na komodzie i woła czworonoga, by ten wybrał się wraz z nim. Mimo chłodnego wiatru i lekkiego deszczu kruczowłosy dzielnie przemierza coraz to dalsze alejki miasteczka, zupełnie odłączając się od rzeczywistości. Uwielbia te momenty całkowitego oderwania od świata i wyciszenia, gdyż może w spokojny sposób zając się szczegółową analizą swoich, niesamowicie specyficznych, snów. Nie może jednak pochwalić się jakimś znamionowym sukcesem w tej sprawie, ponieważ za każdym razem jego rozważania zamiast kończyć się rozjaśnieniem czegokolwiek, pozostawiają po sobie jeszcze większy zamęt. Po ponad godzinie intensywnych rozmyślań chłopak słyszy ciche powarkiwanie czworonoga, co skutkuje jego powrotem do rzeczywistości. W akcie desperacji zaczyna gwałtownie rozglądać się wkoło i dopiero po kilku ładnych sekundach dociera do niego, iż nogi poniosły go w niezwykle odległe od domu miejsce. Rozumiejąc fakt znalezienia się na samych obrzeżach wioski, nieopodal ponurego cmentarza, przygryza wargę oraz marszczy delikatnie brwi, okazując tym swoje niezadowolenie. Nie wiedzieć czemu to miejsce wywołuje w nim wyjątkowo złe przeczucia. Powarkiwania psa nasilają się, płynnie przechodząc w groźny skowyt, a następnie pisk przerażenia i jedyne co słyszy po chwili, to głośnie dudnienie spowodowane jego ucieczką. Zielonooki nie mając pojęcia co się dzieje, zaczyna rozglądać się gorączkowo i lekko wycofywać w tył, chcąc pójść w ślady czworonoga i czym prędzej opuścić podejrzane miejsce. Ku jego zdziwieniu zaczyna czuć na policzkach chłodny, wilgotny wiatr, który przeszywa całe jego ciało i dopiero teraz dociera do niego, że burza wisząca nad miastem od samego poranka, w końcu zdecydowała się rozszaleć. Rozważania towarzyszące mu przez całą drogę pochłonęły go w tak intensywny sposób, że nie był w stanie dostrzec oczywistości. Pomału zaczyna odwracać się w celu powrotu, gdy niespodziewanie słyszy trzask łamanych gałęzi, a jego ciało reaguje automatycznie, kierując się w stronę dźwięku, co skutkuje stanięciem twarzą w twarz z nieznajomym. Deszcz i mrok utrudniające widoczność, pozwoliły mu dostrzec jedynie sam zarys smukłej postaci, stojącej zaledwie kilka metrów dalej. Zielonooki już zamierza krzyknąć, kim jest przybysz, lecz w tym momencie nieboskłon przeszywa niezwykle jasny błysk, oświetlający całą okolicę i młodzieniec rozpoznaje w nieznajomym platynowłosego chłopca o stalowych oczach i aroganckim wyrazie twarzy. Chłopca ze swoich snów... Chłopca, który otwiera usta i zaczyna nimi poruszać wydobywając z gardła mocny, zmysłowy baryton, układający się w słowa

     – Potter, w końcu cię znalazłem.



Rozdział I



Młodzieniec o niesamowicie kruczych włosach leżał w bezruchu na starym, poplamionym od soku, materacu, wyjątkowo twardego łóżka, znajdującego się w najmniejszym pokoju jednego z przeciętnie wyglądających domostw hrabstwa Surrey. Mimo późnej godziny, niebezpiecznie wręcz zbliżającej się do północy, i mroku panującego za oknami, chłopak nie pozwalał sobie zapaść w kojący sen. Działo się tak, gdyż jego myśli nieustannie powracały do wydarzeń sprzed niespełna dwóch miesięcy, które w jego głowie były tak świeżym obrazem, niczym dzisiejsza kłótnia z wujostwem podczas kolacji. Przed oczami widział on ciągle kamienne ściany hogwarckiej wieży astronomicznej, a na ciele czuł przeszywający chłód tamtego miejsca. Doskonale pamiętał paraliż wszechogarniający jego ciało i rozmowę dwóch, niesamowicie różnych od siebie, mężczyzn. Harry wręcz nie mógł uwierzyć w spokój odbijający się na licu starca, gdy ten, będąc całkowicie rozbrojonym, stał przed swym oprawcą z lekkim uśmiechem na twarzy. Jedynie jego bladość i widoczne opieranie się o kamienne mury wieży świadczyły o opłakanym stanie fizycznym, w jakim się wtedy znajdował. Przywoływał on na myśl feniksa, który nawet w obliczu własnej śmierci piorunuje swym majestatem. Zielonooki idealnie słyszał całą rozmowę, odbywającą się między mężczyznami, wliczając w to najmniejsze szepty, i nie mógł uwierzyć, że jasna strona znalazła się w tak wielkim potrzasku. Całe jego ciało zalewały fale wściekłości z powodu niemożności wcześniejszego rozszyfrowania knowań Malfoya, gdyż moment ujawnienia prawdy był dla nich stanowczo zbyt późny i zbyt opłakany w swoich skutkach. Ogarniała go również furia, gdy wspominał twarz jasnowłosego, która, mimo usilnych starań opanowania, po raz pierwszy w życiu ukazywała tak wielką feerię emocji skrytych w młodzieńcu. Harry dokładnie widział najmniejsze drżenie chłopaka, klatkę piersiową unoszącą się w szybszym niż zwykle tempie, kredowobiałe lico i gorzki grymas pojawiający się na ustach, zastępujący początkową ironię. Niestety te odruchy, mimo tak wielkiej odmienności od codziennego zachowania blondyna, nie były tymi, które wprawiły kruczowłosego w stan niesamowicie wielkiego osłupienia. Zaszczyt ten przypisały sobie oczy. Zwykle nieprzeniknione, stalowoszare tęczówki, pełne wzgardy i wyższości, odbijały w sobie jedynie czysty strach. Strach, tak bardzo niepożądany przez Malfoyów, a jednak nieunikniony w obliczu tej sytuacji, wywołujący w Harrym jeszcze większe obrzydzenie względem chłopaka, niż do tej pory. W końcu, jak wielkim tchórzem trzeba być, aby dążyć do czyjejś śmierci w ciągu całego roku, a w momencie możliwości wypełnienia tak usilnie pielęgnowanego zadania, nie być w stanie go wykonać. Nie oznacza to wcale, że kruczowłosy chciał, by Malfoy zabił Dumbledore'a. Nie rozumiał on jednak jego hipokryzji, a czarę nienawiści Harry'ego względem młodzieńca przechylił moment, w którym ujrzał on wahanie blondyna. Chwilę, podczas której wydawało się, że chłopiec ma zamiar opuścić różdżkę i przystać na słowa starego czarodzieja. Zachowanie to nie świadczyło wcale o chęci pomocy jasnej stronie w pokonaniu Voldemorta, a jedynie o ponownym uratowaniu swojej skóry przez tę rodzinę, co zarówno mogło być tak fałszywe, jak umowy słowne ze szmuglerami i tak absurdalne, jak fakt zresocjalizowania Bellatrix Lestrange na stronę dobra. Oczywiście kruczowłosy dopuszczał do siebie możliwość zmiany poglądów po pewnym czasie, nawet w kręgu śmierciożerców, jednak nie uważał tego za szczere odnośnie tej rodziny, szczególnie w takiej sytuacji. Trzeba jednak przyznać, że to nie Malfoy był osobą, która zburzyła cały światopogląd Harry'ego, a mężczyzna o wiecznie tłustych włosach i onyksowych tęczówkach, który miał być tym najbardziej zaufanym, a okazał się być tym najbardziej zakłamanym. W uszach chłopaka ciągle dźwięczały dwa, bardzo wyraźne słowa, będące inkantacją klątwy zabijającej. Avada Kedavra, niczym w zapętleniu, odbijało się o ścianki umysłu Pottera i nie chciało stamtąd odejść. W tamtym momencie zrozumiał on, że Dumbledore nie był wcale tak wielkim i nieomylnym czarodziejem, jak uważał cały świat, lecz okazał się być jedynie starym głupcem nie potrafiącym znaleźć węża we własnym gnieździe. Doprowadziło go to do wahania we wszelkie poczynania dyrektora, wliczając w to również decyzję o samotnym poszukiwaniu horkruksów, a także zrodziło w nim istotne pytanie, dotyczące tego, czy powinien kroczyć obraną przez siwowłosego ścieżką, która okazała się być usłana niczym innym, a samymi błędami. Trzeba przyznać, że śmierć tej, bardzo bliskiej Harry'emu, osoby, pozostawiła po sobie nie tylko wielki smutek i pustkę, ale także miliony zagadek oraz pytań, na które odpowiedzi nie były czymś trywialnym. Chłopak zastanawiał się również nad krokami poczynionymi przez Zakon, a także rozmyślał o ich dalszych planach i wręcz kipiał furią z powodu swojego odcięcia od jakichkolwiek informacji. Nienawidził tej niewiedzy i bezczynności, a utknięcie w domu wujostwa skutkowało właśnie takim stanem rzeczy. Rozumiał jednak, że po ostatnich wydarzeniach musiał tu trafić, aż do względnego opanowania sytuacji przez Zakon, gdyż właśnie to, tak bardzo znienawidzone przez niego miejsce, na tę chwilę, było jedyną fortecą niemożliwą do sforsowania przez Voldemorta. Z tegoż właśnie powodu Harry czekał cierpliwie, starając się nie popaść w żadną paranoję i analizując jak najwięcej szczegółów dotyczących przyszłości oraz usiłując znaleźć odpowiedź na najważniejsze pytanie, dotyczące przedsięwzięcia przez niego samotnej wyprawy w celu pokonania Czarnego Pana, czy może zdania się na pomoc innych. Im więcej czasu spędzał na rozważaniach, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że zgładzenie Voldemorta w pojedynkę z pewnością nie jest czymś realnym, a za przykład z całkowitą śmiałością mógł wziąć, już świętej pamięci, dyrektora Hogwartu. Myśli te zwykle pochłaniały świadomość kruczowłosego, aż do samego świtu, ale tym razem z tego letargu wyrwał go donośny huk dochodzący z dołu mieszkania. Harry nie zastanawiając się ani chwili, pochwycił swą różdżkę z szafki nocnej i w pośpiechu zbiegł po schodach w kierunku hałasu, krztusząc się po drodze pylastym powietrzem wywołanym przez wybuch. Dochodząc do miejsca zdarzenia z przekonaniem, że śmierciożercom udało się jednak znaleźć sposób na ominięcie magii krwi, usłyszał grupkę osób, sądząc po różnych odgłosach kaszlu, a po chwili niesamowicie zirytowany kobiecy głos, który sprawił, że całe napięcie w ciągu chwili opuściło jego ciało.

– Ronaldzie Weasley, czyś ty już do reszty zgłupiał stosując Bombardo na zwykłe, mugolskie drzwi?! – krzyczała w furii dziewczyna z burzą czekoladowych włosów na głowie i twarzą osmoloną od kurzu.

– Ale Mionka, sama widziałaś, że nic innego nie działało – tłumaczył się rudzielec, mimo zawstydzenia widocznego na jego policzkach.

– Jak mogło zadziałać, skoro...

– Hej, młodzieży, no już, nie kłóćcie się – wtrącił George w celu złagodzenia powstającego sporu. – Ten półgłówek po prostu użył pierwszego, lepszego zaklęcia, które wpadło mu do głowy, a że nie zna ich zbyt wiele, to z subtelnym Alohomora wygrało prostackie Bombardo.

– Idioto! – krzyknął w złości sprawca zamieszania. – Sam widziałeś, że Alohomora nie działało!

– Przy twoich nędznych umiejętnościach zdziwiłbym się, gdyby zadziałało, braciszku.

Na tę uwagę drugiego z bliźniaków Harry wybuchł gromkim śmiechem, czym spowodował, że cała uwaga młodzieży stojącej przy drzwiach, skupiła się na nim. W momencie gdy Hermiona dostrzegła chłopaka, rzuciła się biegiem ku niemu, po czym wylądowała w jego ramionach ściskając go mocno. Młodzieniec przez chwilę nie był w stanie niczego dostrzec z powodu burzy czekoladowych loków, w których znalazła się jego twarz, ale już po chwili został uwolniony z uścisku i odsunięty na odległość ramion dziewczyny w celu zlustrowania go wzrokiem. Grymas pojawiający się na jej twarzy stanowczo świadczył o niezadowoleniu brunetki.

– Och, Harry, czy mógłbyś w końcu zacząć o siebie dbać? Z roku na rok jesteś coraz chudszy.

– Wiesz, chciałbym, ale tak generalnie, to do końca nie jest ode mnie zależne – rzekł kruczowłosy z lekkim uśmiechem wykrzywiającym jego wargi, po czym skupił uwagę na ludziach stojących w drzwiach.

Oprócz młodzieży w przybyszach dostrzegł Artura Weasleya, którego twarz wydawała się być jeszcze bardziej poorana zmarszczkami, niż podczas ich ostatniego spotkania, Tonks o niesamowicie fiołkowych włosach i Szalonookiego Moddy'ego wpatrującego się w niego intensywnie zarówno zwykłym, jak i magicznym okiem. W normalnych okolicznościach poczułby się onieśmielony takim gronem powitalnym, oglądającym go w niczym innym, a jedynie bokserkach, ale tym razem był zbyt zaabsorbowany samym pojawieniem się gości, gdyż czuł, że w końcu wydarzy się coś istotnego.

– Co wy tu robicie? Czy coś się stało, że przybyliście tutaj tak raptownie, o tak późnej porze i w tak wielkim stylu? – wydusił z siebie Harry na jednym wydechu, przy ostatniej kwestii puszczając oczko w stronę Rona, który na tę aluzję ponownie pokrył się szkarłatem.

– Nie, nie drogi chłopcze... – zaczął pośpiesznie tłumaczyć najstarszy z Weasleyów, lecz nie dane było mu dokończyć z powodu donośnego krzyku Vernona Dursley'a, wbiegającego w szaleństwie do holu wraz z całą rodziną.

– Co tu się do cholery jasnej dzieje!? – krzyczał opiekun kruczowłosego, opluwając przy tym soczyście podłogę. – Czy was, dziwadeł, nie nauczono, że normalnych ludzi odwiedza się o normalnych godzinach, normalnie wchodząc drzwiami wejściowymi, a nie poprzez wysadzenie ich w powietrze?!

– Tak, ja rozumiem, i wiem, że takie zachowanie jest czymś karygodnym z naszej strony, ale... – starał się załagodzić sytuację pan Weasley, widząc wręcz purpurową twarz Vernona i Petunię niemogącą opanować wybuchu męża, poprzez spokojne słowa szeptane mu do ucha.

– Nie ma żadnego, ale! Wynocha z mojego domu wy wstrętne odmieńce! Wy potwory, wy...

Petrificus Totalus!

Potężne ciało Dursley'a opadło z głośnym hukiem na panele pomieszczenia, doprowadzając do wielkiego wybuchu krzyku ze strony ciotki, która natychmiast uklękła przy mężu, starając się go ocucić. Dudley natomiast oparł się o ścianę, z całych sił dążąc do stopienia się z nią, w nadziei bycia niezauważalnym. Oczy wszystkich czarodziejów zwróciły się z niedowierzaniem w stronę Szalonookiego, który powoli opuszczał swoją różdżkę.

– Alastorze! – krzyknęła Tonks. – Coś ty najlepszego zrobił?! Takie sprawy powinniśmy załatwiać rozmową, a nie zaklęciami! Tym bardziej w obecności mugoli! Zresztą, jako bardzo doświadczony auror, sam powinieneś zdawać sobie z tego sprawę! – w akcie zdenerwowania włosy Tonks przybrały odcień szkarłatu.

– Och, uspokój się, przynajmniej go uciszyłem.

– Tak, i przy okazji wyłoniłeś nam kolejnego wyjca, brawa dla ciebie profesorze Moody – rzekł zgryźliwie Fred.

– Niepożądana niedogodność, ją też zaraz uciszę – mówiąc to skierował różdżkę w stronę Petunii i zaczął szeptać inkantację.

– Nie! – donośny krzyk Harry'ego rozniósł się po całym pomieszczeniu, skutecznie zwracając na niego uwagę i odciągając Szalonookiego od planu sparaliżowania ciotki. – Naprawdę, sądzę, że już nikogo nie trzeba petryfikować, a ty, ciociu, z łaski swojej, ucisz się do jasnej cholery, nic mu nie będzie! – powiedział zirytowany Potter, czym, ku własnemu zdziwieniu, po raz pierwszy w życiu spowodował milczenie opiekunki.

– Wow, Harry, nie spodziewałem się, że potrafisz wydobyć z siebie taki dziewiczy krzyk – szepnął do niego George, powodując tym natychmiastowe wyparowanie złości z młodzieńca i pojawienie się lekkich rumieńców na jego twarzy.

– Dobrze, moi drodzy, skończmy już te dyskusje i przejdźmy do sedna, nie mamy czasu na takie drobnostki – rzekł Artur stanowczym tonem, powodując uspokojenie zebranych.

– Jakiego sedna? – spytał z zaciekawieniem zielonooki, przyglądając się uważnie zgromadzonym przed sobą osobom.

– Jedziesz z nami do Nory, Harry... – powiedziała cicho Hermiona, na co tęczówki kruczowłosego rozszerzyły się w niedowierzaniu.

– Dokładnie, stary – rzekł w tym czasie Ron. – chwilowo tam odbywają się wszystkie zebrania Zakonu i McGonagall uznała, że w końcu nadszedł czas, abyś do nas dołączył.

– Cóż, miło, że tak szybko – odparł ironicznie Potter z dosłyszalną goryczą w głosie.

– Dobrze wiesz, że jak najdłuższy pobyt tutaj był dla twojego dobra – wtrąciła szybko brunetka, w celu uspokojenia chłopaka. – Ale niedługo będą twoje urodziny i to miejsce nie jest już bezpieczne, znaleźliśmy inne...

– Może od razu powiedz mu o wszystkich planach Zakonu, Granger, w końcu jest to najodpowiedniejsze miejsce do takich dyskusji! – przerwał jej Moody, w złości sztyletując ją zdrowym okiem.

– A może ja chcę wiedzieć? – rzekł buńczucznie Harry, patrząc przy tym wyzywająco na aurora.

– Dowiesz się w swoim czasie, dzieciaku, a teraz ruszaj tyłek i pakuj rzeczy, wynosimy się z tego miejsca – tym stwierdzeniem Alastor zakończył wszelkie dyskusje i rozsiadł się wygodnie w fotelu znajdującym się w salonie, wzrokiem wyganiając Harry'ego z pomieszczenia.

Kruczowłosy pośpiesznie wbiegł po schodach do swojego małego pokoju i zaczął na oślep wrzucać rzeczy do kufra podróżnego. Z racji tego, że nie posiadał ich zbyt wiele, pakowanie nie zajęło mu więcej, niż dwie minuty. Koleją chwilę poświęcił na założenie byle jakiej koszulki i spodni, które wpadły mu w ręce, oraz na przeczesaniu dłonią swoich, i tak wiecznie rozczochranych, włosów, wprawiając je w stan jeszcze większego nieładu. Przed zamknięciem walizki, upewnił się jeszcze czy spakował Mapę Huncwotów oraz pelerynę niewidkę. Stojąc w drzwiach z jedną dłonią zajętą przez klatkę z Hedwigą, a drugą przez bagaż, rzucił ostatnie, kontrolne spojrzenie na pokój. Stwierdzając, że niczego nie zapomniał, zbiegł z powrotem na dół do zbiorowiska czarodziejów, po drodze mijając zdruzgotaną ciotkę, łkającą cicho nad sparaliżowanym ciałem Dursley'a oraz Dudley'a ciągle udającego ścianę. Wchodząc do salonu zauważył, że Szalonooki, wciąż siedząc na puchatym fotelu, szeptał o czymś bardzo intensywnie do Tonks, natomiast Ron i Hermiona byli zajęci odciąganiem bliźniaków od barku z alkoholem wuja Vernona, którzy tłumaczyli swoje nadmierne zainteresowanie trunkami prostą ciekawością poznania mugolskiego gustu w tej kwestii. Pan Wesley natomiast stał lekko oparty o parapet okna i w głębokim zamyśleniu kontemplował krajobraz znajdujący się za nim. Chłopak miał już odchrząknąć, w celu zwrócenia na siebie uwagi i oznajmienia, że jest już gotowy, gdy w tym momencie jego obecność zauważył, zajęty do tej pory rozmową, Moody.

– Strasznie się guzdrałeś Potter.

– Och. Daj już spokój Alastorze, zajęło mu to mniej niż kwadrans – zbyła go pobłażliwie Nimfadora.

– Powiedz śmierciożercą, żeby dali ci kwadrans na wystrojenie, to zobaczymy jak zareagują. Stała czujność, moja droga! – odwarknął auror.

– Tak, tak, jednak nie popadajmy w paranoję – rzuciła kąśliwie kobieta, po czym powędrowała w stronę Harry'ego, biorąc od niego klatkę z Hedwigą i gładząc ją delikatnie po śnieżnych piórach.

Szalonooki jedynie prychnął, patrząc pogardliwie na dziewczynę.

– Dobrze, Potter, skoro w końcu zaszczyciłeś nas swoją obecnością, to wyjaśnię ci, jaki jest plan dotyczący podróży – rzekł Moody, patrząc na Harry'ego jedynie zdrowym okiem, natomiast magicznym usilnie wpatrując się w ścianę w tym samym kierunku, co pan Weasley. – Przybyliśmy tutaj w tak licznym gronie, co już uważam za swoistą niedogodność, ale nie było innego wyjścia...

– Plan? – spytał Harry z lekkim opóźnieniem. – Nie możemy po prostu polecieć na miotle lub się aportować?

– Merlinie, Potter, czy ty myślisz czasami? – rzekł mężczyzna z odrazą. – Śmierciożercy tylko czekają na okazję, aż opuścisz to miejsce, więc mimo tego że mamy informacje, że dzisiejszy dzień jest jednym z najbezpieczniejszych na twoje przenosiny, to nie będziemy im niczego ułatwiać i zachowamy wszelkie możliwe środki ostrożności.

– Skąd wiecie, że dzisiaj jest najbezpieczniej? – podłapał szybko chłopak, wpatrując się uważnie w Szalonookiego.

– Voldemort jest zajęty – uciął krótko auror. – Więc przybyliśmy tutaj w tak licznym gronie...

– Czym jest zajęty? I skąd macie taką pewność? – kruczowłosy nie mógł powstrzymać kolejnych pytań, mimowolnie wypływających z jego ust.

– Potem, Potter, teraz nie mamy na to czasu – odpowiedział Moody, będąc coraz bardziej rozdrażnionym. – A więc, jak już powiedziałem, przybyliśmy tutaj w tak licznym gronie w celu zachowania największego, możliwego, poziomu bezpieczeństwa...

– No tak, w końcu moje bezpieczeństwo jest najważniejsze.

– Potter, kurwa, zamknij się w końcu i słuchaj!

Ryknął wściekle Alastor sprawiając, że w pomieszczeniu zaległa grobowa cisza, świadcząca o dobitnym zrozumieniu przekazu czarodzieja. Jednak auror zamiast kontynuować wypowiedź, skierował swoją twarz w stronę ściany, intensywnie skupiając na niej już nie tylko magiczne, ale także zdrowe oko.

– Arturze, lepiej idź przywitać naszego gościa, zaraz tu przybędzie – rzekł spokojnie Szlonooki, wciąż nie spuszczając wzroku z obranego przez siebie kierunku.

Pan Weasley jedynie skiną głową na tę uwagę i ruszył w stronę drzwi, po chwili znikając za nimi. Harry chciał już zapytać o to, kto przybył, ale powstrzymały go gwałtowne słowa Moody'ego.

– Nawet się nie waż! - powiedział natychmiast, prawie się przy tym opluwając. – A więc kontynuując, aby nasza podróż była jak najbardziej bezpieczna, zapewniliśmy Ci pewien środek transportu, na którym znajdziesz się wraz z Tonks. Ja i Artur jesteśmy tutaj w celu zabezpieczenia, gdyby pojawiły się teoretyczne komplikacje. Będziemy lecieć na miotłach w pewnej odległości od was, patrolując okolicę. Bliźniacy polecą natomiast przed nami i zajmą się rzucaniem zaklęć rozpraszających sygnaturę magiczną, a panna Granger kontrolą ich zasięgu oraz mocy, a także zadba o ich niewykrywalność. Pan Ronald natomiast... – w tym momencie Alastor zawahał się lekko w zmieszaniu i odchrząknął kilka razy, zanim powrócił do przerwanego przez siebie wątku. – Cóż... pan Ronald, w gruncie rzeczy, zajmie się pańskim bagażem – skończył szybko, powodując tym gromki śmiech wśród zebranych, w szczególności u bliźniaków, natomiast u samego Rona dorodnego rumieńca sięgającego, aż po uszy.

– Tak naprawdę, profesor Moody przedstawił ci delikatną wersję tego, że Roniaczek znalazł się tutaj na doczepkę, po usilnych naleganiach, byśmy go ze sobą wzięli – powiedział Fred w stronę Harry'ego pomiędzy salwami śmiechu.

– Nie opowiadaj bzdur! – krzyknął wściekły Ron, czerwieniejąc, o dziwno, jeszcze mocniej.

– Dobrze, moi drodzy, najwyższy czas wyruszać, nie powinniśmy marnować już ani chwili dłużej – powiedziała Tonks z ciągle błąkającym się uśmiechem na ustach.

Nimfadora wypuściła Hedwigę z klatki, a następnie zmniejszyła rzeczy Pottera i wręczyła je Ronowi. Skinęła głową w stronę Moody'ego i wyszła przed dom wraz z lecącą przy niej sową. Szalonooki podążył za nią, pośpieszając młodzież machnięciem ręki. Jedynie Harry stanął w pół kroku i zapatrzył się na miejsce przy schodach.

– Co z nimi? – spytał kruczowłosy lustrując ciągle spetryfikowanego wuja i płaczącą nad nim ciotkę.

– Zostawić, dojdą do siebie – rzekł krótko Moody i zniknął za drzwiami.

Harry jeszcze chwilę przyglądał się Dursleyom, lecz po kilku sekundach ruszył pośpiesznie za towarzyszami. Ledwo zdążył przekroczyć próg drzwi, a już został zatrzymany przez wpadnięcie na postać Hermiony, która intensywnie wpatrywała się w ludzi stojących kilka metrów przed nimi. Kruczowłosy oprócz aurorów będących u niego w domu dostrzegł jeszcze jedną postać, całkowicie skrytą za czarnym materiałem długiej szaty. Nie umiał powiedzieć czemu, ale w pozie osoby stojącej przed nimi było coś dziwnie znajomego.

– Kto to jest? – szepnął Harry wprost do ucha Hermiony.

– Nie mam pojęcia – odpowiedziała mu równie cicho dziewczyna. – Przypuszczam, że jest to ten nowy, tajemniczy, członek Zakonu.

– Nowy członek Zakonu?

– Tak, stary – dołączył się do rozmowy Ron – podobno to jakiś szpieg ciemnej strony, wiesz donosi nam o poczynaniach śmierciojadów. Super sprawa, nie? Będziemy o krok przed Sam-Wiesz-Kim – ciągnął rudzielec w podekscytowaniu. – Od niedawna pracuje dla nas, chyba od początku wakacji. Jego tożsamość jest ściśle tajna, McGonagall mówi, że dowiemy się w swoim czasie.

– Już mieliśmy jednego takiego szpiega w naszych szeregach i to nie było, aż takie super, Ron – powiedział oschle Harry, powodując tym natychmiastowe wyparowanie ekscytacji z przyjaciela.

Po chwili dostrzegli Artura oddalającego się od dyskutujących i kierującego w ich stronę. Harry jednak nie zwrócił większej uwagi na mężczyznę, a intensywnie przyglądał się osobie skrytej za ciemnym materiałem szaty. W pewnej chwili wydało mu się, iż ujrzał jakiś ruch pomiędzy postaciami, lecz uznał, że wzrok płata mu figle z powodu otaczającego go mroku. Nie mógł dłużej przyglądać się rozmówcom, gdyż pan Weasley zdążył pokonać odległość trawnika dzielącego ulicę od domu i mówił coś do nich, silnie przy tym gestykulując.

–...ej drogą. Rozumiecie? – kruczowłosy usłyszał końcówkę wypowiedzi nie będąc w stanie wyłapać wcześniejszej części. – No dobrze, lećcie już i nie marnujmy więcej czasu. Wyruszymy chwilę po was. Do zobaczenia w domu – rzekł mężczyzna kończąc swą wypowiedź.

W następnym momencie twarz zielonookiego ponownie została pochłonięta przez burzę loków, a na plecach poczuł silne klepnięcie. Gdy został uwolniony z uścisku, dostrzegł jeszcze uśmiechnięte twarze bliźniaków, a po niespełna kilku sekundach zobaczył plecy przyjaciół oddalających się od niego na miotłach. Nie miał nawet chwili na zastanowienie, gdy Artur skinął na niego i zaczął iść w stronę ulicy. Gdy zwrócił głowę w tamtym kierunku nie dostrzegł już wśród aurorów tajemniczej postaci, jednak z każdym krokiem zbliżającym go do nich, uwaga Harry'ego skupiała się na wielkim kształcie, ciemniejszym niż najczarniejszy mrok, znajdującym się przy Tonks.

– Merlinie, on jest piękny! – rzekł z zachwytem Harry wpatrując się wprost w onyksowe tęczówki karego rumaka o grzywie spływającej kaskadami po majestatycznie wygiętej szyi, ogonie długim, aż po same pęciny i wielkich, lśniących, kruczych skrzydłach. Zwierzę posiadało w sobie niesamowitą grację widoczną w jego każdym, nawet najmniejszym ruchu mięśni, co doszczętnie oszołomiło chłopaka.

– Z pewnością piękniejszy od właściciela – rzekł z przekąsem Moody. – Jednak charakterem nie odbiegają od siebie, aż tak bardzo, ten tylko wszystkich kopie, tamten rzuca avady po kątach.

– Słucham? – zapytał niemrawo Harry wciąż będąc pod wrażeniem rumaka, zauważając jednak, że zarówno Alastor, jak i pan Weasley stoją w dość sporej odległości od zwierzęcia, w przeciwieństwie do gładzącej go Tonks.

– Nieważne – odparł Szalonooki ucinając tym temat. – Cóż, Potter, jak zapewne zdążyłeś zauważyć nie jest to zwykły koń, nawet nie mogę rzec, iż jest to zwykły pegaz, wręcz przeciwnie. To, co przed sobą widzisz, jest cholernie rzadkim zwierzęciem, rzekłbym, że wręcz unikatowym, i jeszcze miesiąc temu byłem pewien, że żaden z jego gatunku nam się nie uchował – powiedział poważnie mężczyzna, przypatrując się podejrzliwie rumakowi.

– Zatem czym on jest? – spytał Potter wykazując ogromne zaciekawienie.

– Zmorą, ale Tonks wyjaśni ci to dokładnie podczas podróży, teraz nie mamy na to czasu – rzucił Moody, po czym spojrzał na Artura w nagłym rozdrażnieniu. – Jeżeli to bydle go nie zaakceptuje, będziemy mieli cholerny problem Weasley.

– Minerva stwierdziła, że nie będzie z tym problemów. On też ją zapewnił i przed chwilą to powtórzył – odpowiedział mu spokojnie mężczyzna.

– Tak, jakbym mu ufał – Szalonooki prychnął w złości.

– Też mu nie ufam, ale to jedyne wyjście. Harry... – rzekł łagodnie pan Weasley, zwracając twarz w stronę młodzieńca, jednak w jego tonie można było wyczuć lekkie nuty niepewności. – musisz zachować najwyższy poziom ostrożności, podczas kontaktu z tym zwierzęciem. Jeden zły ruch i możesz być martwy w ciągu sekundy, sami dokładnie nie znamy wszystkich jego zdolności, ale sądzimy, że powinien cię zaakceptować...

– Przed chwilą słyszałem coś innego – przerwał mu Potter z lekkim niepokojem w głosie.

– To były tylko nasze głośne myśli – rzekł uspokajająco auror, podejmując po chwili nieskończony temat. – Generalnie nie dopuszcza on do siebie obcych i nie sądzę, aby wcześniej ktokolwiek oprócz jego właściciela miał z nim styczność, bądź rodziny tego właściciela, ale to nawet gorzej – ostatnią kwestię wypowiedział w chwilowym zamyśleniu, lecz moment później powrócił do przerwanego wątku. – Tonks jest jedyną, której pozwolił się do siebie zbliżyć i dosiąść, ale to też tylko dlatego, iż można uznać, że w pewnym sensie wydaje mu się ona znajoma. Nie pytaj – rzekł natychmiast widząc zaintrygowane spojrzenie młodzieńca. – To zbyt skomplikowane, sam do końca tego nie rozumiem. Jednak uważamy, po usilnych zapewnieniach profesor McGonagall oraz jego właściciela, że ciebie również powinien do siebie dopuścić. Jedyne, co musisz zrobić, to wyciągnąć przed siebie lewą dłoń, uniesioną wnętrzem ku niemu i powiedzieć flaef. Gdy do ciebie podejdzie, oznacza, że cię zaakceptował.

– Co to znaczy flaef? – spytał od razu Potter.

– To jego imię – odparł pan Weasley z uspokajającym uśmiechem na ustach.

Harry stał przez chwilę wmurowany w ziemię, nie będąc w stanie wykonać żadnego ruchu. Czuł, że stworzenie jest niezwykłe, świadczyła o tym sama magia bijąca od niego, która była czymś wręcz namacalnym i to go trochę przytłoczyło, a zarazem onieśmieliło. Nigdy wcześniej nie miał do czynienia z takim majestatem emanującym od zwierzęcia, nawet Fawkes był niczym w porównaniu z tym rumakiem. Chłopak w końcu postanowił zebrać się w sobie i ponownie spojrzał w onyksowe tęczówki ogiera. Wpatrywał się prosto w niesamowicie inteligentne ślepia zwierzęcia, wyczuwając w nich ciekawość skierowaną w jego stronę i odnosząc wrażenie, że rumak cierpliwie czeka na jego ruch. Cały strach wyparował z Harry'ego momentalnie, powodując, że powoli wyciągnął on przed siebie lewą dłoń, szepcząc przy tym cicho, w obawie przed zniszczeniem tej magicznej chwili, jednak z niesamowitą pewnością w głosie, imię ogiera. Słowo "Flaef" wypłynęło z ust kruczowłosego niczym melodia, sprawiając, że karosz podniósł wyżej swój łeb. Wpatrywał się przez chwilę w chłopaka, a następnie machnął lekko swym pyskiem ku górze, prychając przy tym cicho, i powolnym, pełnym powabu krokiem podszedł do Harry'ego, zatrzymując się przed nim. Przez chwilę wydawało się, jakby rumak wpatrywał się w niego jeszcze intensywniej, tak jakby prześwietlał jego duszę, a następnie położył swe aksamitne chrapy na jego dłoni, powodując tym gestem gwałtowne zachłyśnięcie się powietrzem przez kruczowłosego. Chłopak wręcz nie wierzył w to, czego właśnie doświadczył. Czuł, jakby ich magia splatała się ze sobą, akceptując wzajemnie w tym niemym tańcu. Następnie, po chwili trwającej dla Pottera niczym wieczność, ogier odsunął się od niego lekko, jednak wciąż przy nim trwając. Harry z pewnością nie byłby w stanie wyjść z letargu, w którym się znalazł, jeszcze przez długi czas, gdyby nie szorstki głos Moody'ego dochodzący do niego z boku.

– No więc, skoro mamy zapoznanie z głowy, to możemy w końcu ruszać – rzekł czarodziej niby stanowczo, jednak w jego tonie można było wyczuć lekkie dźwięki pobrzmiewającej w nim ulgi.

Harry spojrzał po chwili na twarz Tonks oraz Artura i zauważył w nich tę samą ulgę, którą wyczuł w głosie Szalonookiego. Po chwili kobieta do niego podbiegła i sam nie wiedząc kiedy, znalazł się na grzbiecie rumaka wraz z siedzącą przed nim Dorą. Nie spodziewał się, że ogier tak łatwo pozwoli im się dosiąść, ale stwierdził, iż sprawa musiała wyglądać tak samo jak w przypadku Hardodzioba, najtrudniejsza była akceptacja, potem było już z górki. Przed wzbiciem w powietrze usłyszał jeszcze stłumiony głos Moody'ego mówiący, że mają trzymać się planu, a następnie dostrzegł falowanie kruczych skrzydeł i poczuł mrowienie przeszywające całe jego ciało w momencie oderwania się od ziemi. Nabieranie wysokości przez zwierzę nie było czymś przyjemnym. Harry czuł, jakby przebijał się przez jakąś dziwną gęstwinę barier, a nie zwykły opór powietrza, co początkowo mu odrobinę przeszkadzało, jednak w miarę ustabilizowania poziomu lotu efekt zdążył zupełnie zaniknąć. Mimo to uczucie, którego doświadczał w tym momencie, uważał za fenomenalne. Lot na miotle był w porównaniu z tym jedynie marną namiastką wolności i zdał sobie sprawę, że z powodu tej jednej chwili, jego Błyskawica już nigdy nie zapewni mu tylu emocji, co wcześniej. W pewnym momencie chłopak postanowił spojrzeć w dół, a widok rozpościerający się przed nim wprawił go w całkowity szok. Nie ujrzał pod sobą jedynie świateł mijanych miast czy wiosek, a całą feerię barw i nici splatających się wokół krajobrazu, tak jakby go tworzących, wręcz utrzymujących w całości.

– Co to jest? – rzekł w oszołomieniu do Nimfadory. – Gdzie my jesteśmy?

– Cóż... Niesamowite, co nie? – spytała kobieta śmiejąc się donośnie. – Jak już Alastor mówił, Flaef nie jest zwykłym zwierzęciem.

– Zdążyłem to zauważyć, jednak nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi?

– Najprościej mówiąc jest to trochę jak podróżowanie między światami...

– Słaby żart Dora? Wiem, że wychowałem się wśród mugoli i nie znam tak dobrze czarodziejskiego świata, jak na przykład Weasleyowie, ale wiem również, że akurat to jest czymś niemożliwym, nawet dla nas – wtrącił Potter z lekką irytacją w głosie.

– Praktycznie rzecz ujmując, to tak – odparła spokojnie kobieta ważąc słowa. – Od zarania dziejów przypuszczamy, że istnieje coś takiego jak granica, bądź bariera między światami, ale mimo usilnych prób żadnemu czarodziejowi nie udało się przez nią przedostać oraz tak do końca nie ma nawet namacalnych dowodów na jej istnienie – zrobiła przerwę w celu zebrania myśli i po chwili kontynuowała. – W gruncie rzeczy, dopóki nie ujrzeliśmy tego rumaka, większość z nas była pewna, że one nie istnieją, a także cała ta teoria związana z barierami to stek bzdur. Jednak to jest dowód, ponieważ magia Zmory jest czymś na tyle potężnym, iż sprawia, że zniknęliśmy z naszej rzeczywistości, ciągle jednak w niej będąc. Zapewne czułeś ten dziwny opór przy wzbijaniu, to właśnie był moment przebicia. To tak jakbyśmy byli teraz na pograniczu, zatem sam rozumiesz, dlaczego jest to najbezpieczniejszy środek transportu? – spytała, odwracając twarz w stronę Harry'ego i przypatrując mu się uważnie, nie czekając jednak na jego odpowiedź kontynuowała dalej. – W tym momencie jesteśmy przysłowiowo niewidzialni dla Voldemorta i jego popleczników, to tak jakbyśmy zniknęli z naszej rzeczywistości, a to, co nas otacza, jest magią w swojej pierwotnej postaci, możliwą do ujrzenia tylko z pogranicza. To fenomen! – zakończyła Tonks z zachwytem odbijającym się w jej oczach.

– Jak to zanika? – spytał kruczowłosy stłumionym głosem pełnym szoku.

– Hmm... szczerze, Harry, to sama nie umiem tego do końca wyjaśnić, jednak myślę, że jego właściciel lepiej to rozumie – rzekła Dora smutno, aczkolwiek z pewnym wahaniem na wzmiankę o posiadaczu rumaka.

– Poczekaj – rzekł Potter w pośpiechu i niedowierzaniu. – Jego właściciel wie o tym wszystkim, a nawet więcej, niż wy i udostępnił wam taki skarb?

– Nie bez obiekcji, narzekań i wielkich długów do spłaty. To nie jest bezinteresowny człowiek – odpowiedziała mu z gorzkim uśmiechem na ustach, po czym pogrążyła się w zamyśleniu.

Harry widząc spadek entuzjazmu w kobiecie, postanowił nie drążyć tematu postaci okrytej czarnym płaszczem, którą miał okazję spotkać dzisiejszej nocy. Zdążył zauważyć, że człowiek ten nie cieszył się zbyt dobrą opinią wśród sprzymierzeńców, co napawało go masą obaw. Odłożył jednak kwestię tajemniczego szpiega na bok, nie chcąc wprawiać Dory w zakłopotanie spowodowane okłamaniem go, bądź omijaniem przez nią tematu. Szanował ją za jej bezpośredniość, ale wiedział, że tylko w wyjątkowych sytuacjach jest w stanie jawnie sprzeciwić się ustalonym odgórnie poleceniom, a jego obecny kaprys zapewne do nich nie należał. Zresztą już jakiś czas temu postanowił, że inne osoby będą zmuszone tłumaczyć się przed nim gęsto, i ta, jak dla niego drobna kobieta, nie musi być ustawiona na pierwszej linii ostrzału. Słysząc jednak przedłużające się milczenie, postanowił zapytać o inną, nurtującą go kwestie, którą uznał za przysłowiowo bezpieczną.

– Tonks... – zaczął chłopak z wahaniem chcąc zwrócić na siebie uwagę kobiety.

– Tak, Harry? – spytała zamyślonym głosem, z ociąganiem wracając do rzeczywistości.

– Zastanawiam się, dlaczego, skoro podróż na Zmorze jest niewykrywalna, Zakon postarał się o tyle dodatkowych zabezpieczeń? Przecież to idiotyzm?

– Harry... – Nimfadora odwróciła twarz w jego stronę i kontynuowała z obawą i bólem w oczach. – W momencie, gdy chodzi o ciebie, nic nie jest dla nas idiotyzmem. Twoje bezpieczeństwo jest sprawą priorytetową. Nie unoś się – dodała szybko, gdy zauważyła jego gniew – Wiem, że nie jesteś z tego zadowolony, ale staramy się, jak możemy i uwierz mi, wojna naprawdę się zaczęła, a gdy znajdziemy się wśród naszych, nikt już nie będzie traktował cię jak dziecko. Żadnego z was. Dlatego pozwól na te przejawy nadmiernej troski, ponieważ niebawem prawdziwe piekło zawita w naszym życiu – zakończyła łagodnie, wprawiając Harry'ego w całkowite osłupienie.

Resztę drogi spędzili w ciszy przerywanej jedynie drobnymi świstami magii i odgłosem skrzydeł uderzających o przestrzeń. Po niespełna dwudziestu minutach kruczowłosy ponownie odczuł specyficzny rodzaj oporu, świadczący o zbliżającym się końcu podróży. W pewnym momencie nici spowijające krajobraz zanikły, ustępując miejsca coraz bardziej wyraźnym zarysom otoczenia, dzięki słońcu wychylającemu się zza horyzontu. Harry w pewnym momencie dostrzegł Norę i stojącą przed nią panią domu, a po chwili poczuł lekkie podbicie spowodowane uderzeniem kopyt rumaka o ziemię.

– Och, Harry, Tonks, jak dobrze, że już jesteście, tak się o was martwiłam. – powiedziała dobrodusznie kobieta i mocno przytuliła kruczowłosego, który zdążył zsiąść z ogiera i do niej podejść.

– Spokojnie kochana, generalnie podróż przebiegła bez żadnych komplikacji. Zaraz powinniśmy ujrzeć Artura wraz z Alastorem – powiedziała stojąca obok czarownica, w momencie gdy Molly odsunęła od siebie Harry'ego i oglądała go krytycznie.

– Tak właśnie myślałam. Reszta przybyła niecałe pół godziny przed wami i też nie zgłaszała żadnych zastrzeżeń. O, już dotarli – dodała pani Weasley, gdy zauważyła mężczyzn zbliżających się do nich, a z jej głosu wyparowało całe napięcie.

Pan Weasley podszedł spokojnym krokiem do żony i przytulił ją lekko, czule całując w policzek na przywitanie i uśmiechając się do reszty w pokrzepiający sposób.

– No, Harry, i jak wrażenia? Podobał się lot?

– Był obłędny – stwierdził natychmiast. – Ale nie rozumiem jednej rzeczy...

– Potter, kiedy w końcu zaczniesz coś rozumieć bez dodatkowych pytań? – wtrącił zirytowany Moody.

– Nie teraz , moi drodzy, już świta i zapewne wszyscy jesteście padnięci, to nie pora na dyskusje – wtrąciła gospodyni nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Przebyliście długą drogę, a jutro czeka nas pracowity dzień, dlatego bez żadnych ale, Harry idzie do łóżka, tak samo jak zrobiła to reszta naszych dzieci. Kanapki czekają na ciebie u Rona w pokoju, dlatego proszę cię, abyś zjadł je przed snem. Jesteś tak chudy, że wszystkie żebra można ci z pewnością policzyć.

– Nie jest, aż tak źle – powiedział chłopak z radosnym uśmiechem na twarzy.

– Oj, nie spieraj się ze mną w tej kwestii mój drogi – powiedziała do niego, groźnie machając palcem, na co Harry uśmiechnął się jeszcze szerzej, po czym pożegnał się z wszystkimi i skierował swe kroki w stronę domu.

Po przekroczeniu progu drzwi wejściowych, od razu poczuł ciepło buchające mu w twarz, roznoszące się od ognia radośnie strzelającego w kominku, i przyjemny zapach ziół wymieszany z przyprawami. Natychmiast gorąco rozlało się po całym jego ciele, zaczynając swą wędrówkę od serca napełnionego wielką radością. Opanowało go nieopisane szczęście, gdy uświadomił sobie, że w końcu znalazł się w miejscu, które było dla niego niczym prawdziwy dom. Stanął na środku pomieszczenia, rozglądając się wkoło uważnie w celu zarejestrowania wszelkich poczynionych zmian, jednak nie dostrzegając niczego takiego, uśmiechnął się usatysfakcjonowany. Świat mógł się walić, ale Nora była niezmienna. Powolnym krokiem ruszył w stronę schodów i zaczął wspinać się po nich wprost do sypialni przyjaciela. Od razu ujrzał w niej Rona, co prawda w pełni gotowego do snu, lecz wciąż siedzącego na łóżku w zniecierpliwieniu.

– No nareszcie, stary, dłużej się nie dało? – spytał od razu rudzielec, patrząc na niego z wyrzutem. – Mieliście wyruszyć chwilę po nas. Hermiona już zaczęła się martwić, że pomimo tego, że nie wyczuła naruszenia barier, coś poszło nie tak. Zresztą ja też zacząłem się martwić. Kufer masz w po lewej stronie drzwi – dodał jeszcze, widząc szukający wzrok Pottera.

– Chyba troszeczkę przedłużyło się nam tak zwane "zapoznanie" – odparł chłopak, kierując swe kroki we wskazane miejsce.

– Zauważyłem. I jak lot na Zmorze? Serio jest taki niesamowity? – zapytał Ron z ekscytacją.

– Wiedziałeś o tym?

– Noo... tak. Każdy znał plan, ale sam widziałeś, że nie bardzo było jak ci o tym powiedzieć wcześniej.

– Mogłeś chociaż napisać – odparł Harry z lekkim żalem w głosie, zakładając na siebie spodnie od piżamy.

– No właśnie nie mogłem – fuknął urażony Ron. – O całej akcji dowiedzieliśmy się dwa dni temu, a miała być ona ściśle tajna. Co gdyby ktoś przechwycił sowę?

– Tak, wiem, wybacz – powiedział kruczowłosy z rezygnacją w głosie.

Zamknął walizkę i w ciszy podążył w stronę łóżka, siadając koło przyjaciela. Między chłopcami zapadło niezręczne milczenie, które po chwili postanowił przerwać rudzielec niesamowicie stłumionym głosem.

– Tak naprawdę... to chciałem wysłać ci sowę, ale Hermiona mi zabroniła.

Harry spojrzał na niego z niedowierzaniem, a widząc coraz większe zmieszanie chłopaka, wybuchł gromkim śmiechem.

– Dzięki Ron, na Ciebie zawsze można liczyć – wysapał Potter po chwili, ciągle chichocząc.

– Nie ma sprawy, stary – odparł na to rudzielec z szerokim uśmiechem na twarzy spowodowanym rozbawieniem Harry'ego.

Zapewne chłopcy śmialiby się jeszcze ładną chwilę, gdyby nie delikatne skrzypnięcie drzwi i postać Hermiony szybko wchodząca do pokoju i siadająca między nimi na łóżku.

– Z czego tak się cieszycie? – spytała kobieta z zainteresowaniem widocznym w orzechowych oczach?

– Z tego, że mamy niesamowite szczęście mając ciebie, myślącą za nas obu – odparł Harry, posyłając jej rozbrajający uśmiech.

– Słucham?

– Oj, Herm, nieważne – dokończył radośnie Ron.

– Po zastanowieniu, chyba nawet nie chcę wnikać w szczegóły – powiedziała kobieta z lekką obawą w głosie i pokręciła głową z politowaniem.

– Tak w ogóle to, co tu robisz?

– Och, Harry, naprawdę sądzisz, że wytrzymałabym do rana? Poza tym wątpię, abyśmy jutro mieli czas na spokojną rozmowę przed naradą Zakonu.

– Jutro jest narada Zakonu? – zapytał pospiesznie zielonooki z rosnącym zainteresowaniem.

– Tak. Tata ci nie powiedział? – rzucił Ron w zdziwieniu.

– Najwyraźniej nie uznał tego za ważne, albo za kwestię, która powinna mnie dotyczyć. Jak zwykle zresztą. Pieprzony Zbawca Świata ponownie nie poinformowany o niczym – stwierdził chłopak z irytacją.

–Nie, nie, Harry, uspokój się. Jest wręcz przeciwnie – powiedziała pośpiesznie dziewczyna widząc minę przyjaciela. – My też mamy w nim uczestniczyć. Profesor McGonagall przyznała nam pełne członkostwo.

– Że co proszę? – spytał Harry w osłupieniu. – Żartujesz sobie teraz?

– Nie stary, Hermiona nie żartuje. Też byłem w szoku, ale doszliśmy do wniosku, że nie tylko ty masz żal do Dumbledore'a z powodu odsunięcia nas od wszystkiego.

– Dokładnie – poparła dziewczyna. – Wydaje mi się, że profesor McGonagall, jako przewodnicząca Zakonu, ma inne podejście do tego, tym bardziej po ostatnich wydarzeniach.

– Stało się coś istotnego?

– Ja wiem... – odparł rudzielec z wahaniem, spoglądając przy tym niepewnie na Hermionę. – Po prostu coraz gorzej się dzieje. Wiesz, widać to po samych rodzicach, tata co chwilę chodzi zmartwiony i coraz później wraca do domu, a mama nie śmieje się już tak często, jak kiedyś. Ostatnio co chwilę spogląda na zegar, gdy którekolwiek z nas opuszcza dom, a gdy wracamy, oddycha z niesamowitą ulgą. Jest to cholernie przytłaczające, rozumiesz? – powiedział Ron bardzo przygnębionym głosem.

Harry spojrzał na niego z namysłem, lecz nic nie odpowiedział na to wyznanie. W końcu mimo chęci, tak naprawdę nie wiedział, jak czuje się Ron, gdyż nigdy nie doświadczył matczynej troski. Faktycznie Weasleyowie byli dla niego, jak rodzina, ale z pewnością odczucia jego, jak i rudzielca, były inne w tej kwestii. Hermiona domyślając się toru na jaki zawędrowały myśli Harry'ego, i widząc ból w jego oczach, postanowiła zareagować, zmieniając temat.

– Harry?

– Tak, Hermiono?

– Co teraz planujesz? –spytała cicho dziewczyna z lekkim wahaniem w głosie.

– Och, Herm, sam nie wiem... – odparł chłopak zagubiony.

– Ale chyba nie zrobisz niczego głupiego? – dodała obawiając się odpowiedzi.

– Jeżeli pytasz o to, czy przypadkiem zaraz nie pobiegnę samotnie do Voldemorta, wyzywając go na śmiertelny pojedynek, bez żadnego przygotowania i dodatkowo w piżamie, jedynie z różdżką w ręku, to nie, z pewnością tego nie zrobię – odparł chłopak z rozbawieniem.

– Zgłupiałeś?! – wyrwał się natychmiast Ron. – Powinieneś iść! Z pewnością urzekną go te spodnie w króliczki. Całkowicie rozproszą jego uwagę. – zakończył, mrugając do niego i szczerząc się niezmiernie.

– Jesteście niemożliwi – powiedziała kobieta z lekkim grymasem na twarzy, jednak w jej oczach można było dostrzec wesołe ogniki. – Dobrze, nie będę was już męczyć, zrobiło się strasznie jasno za oknem, więc myślę, że to najwyższy czas, aby pójść spać – rzekła i skierowała się w stronę drzwi – Harry... – powiedziała jeszcze z ręką położoną na klamce, odwracając się do niego przez ramię.

– Tak?

– Zjedz kanapki przed snem, pani Weasley bardzo się starała – odparła z uśmiechem, kiwając w stronę talerza i zniknęła za drzwiami.

Kruczowłosy pokręcił jedynie głową w niedowierzaniu, lecz natychmiast zabrał się za posiłek, pochłaniając go szybko. W tym czasie Ron wgrzebał się pod kołdrę i w momencie dotknięcia puchatej poduszki, zapadł w głęboki sen, pochrapując przy tym lekko. Chłopak uśmiechnął się nieznacznie na ten widok, a po chwili sam znalazł się pod ciepłym nakryciem zwrócony plecami do przyjaciela. Poszedł za jego przykładem i zasnął natychmiast, po raz pierwszy, od około dwóch miesięcy, przesypiając spokojnie całą noc.

* * *


Następny dzień minął Harry'emu niezwykle szybko i nim zdążył się obejrzeć, zbliżała się godzina zebrania Zakonu. Hermiona miała rację twierdząc, że dzisiaj nie znaleźliby czasu na rozmowę. W całym domu panował niesamowity harmider spowodowany przygotowaniami, a pani Weasley, jako głównodowodząca całego zamieszania, nie dała nikomu spocząć nawet na pięć minut, każąc młodzieży ciągle coś transmutować i czyścić wszystko, co się da. Dopiero wieczorem, gdy salon został magicznie powiększony i uprzątnięty ze zbędnych przedmiotów, a na jego środku znalazł się wielki stół wraz z masą ustawionych obok niego krzeseł, a obszar przy drzwiach wejściowych zaopatrzony w pokaźnych rozmiarów szafę, zdolną do pomieszczenia butów oraz wierzchniego okrycia wszystkich gości, przygotowania uznano za zakończone.

– No, moi drodzy, świetnie się spisaliście – powiedziała gospodyni bardzo zadowolonym głosem. – A teraz siadajcie do stołu, dam wam trochę zupy cebulowej przed spotkaniem.

Widząc panią Weasley kierującą się do kuchni, Hermiona wraz z Ginny od razu krzyknęły, że jej pomogą, po czym w pośpiechu zniknęły za drzwiami.

– Merlinie – rzekł Ron z niedowierzaniem – jak one mogą mieć w sobie tyle energii. Przecież ta kobieta wykończyła nas dzisiaj, jestem padnięty!

– Myślę, że to nie jest kwestia energii, a kultury – odpowiedział mu Harry ze śmiechem.

– Wiesz Harry, myślę, że Roniaczek nie wie, co to jest kultura, co nie Fred?

– Myślę, że nawet gdyby Roniaczek wiedział, co to jest kultura, to i tak by tego nie przejawiał – odparł chłopak w stronę swojego sobowtóra.

– Zamknijcie się! – krzyknął gniewnie Ron, jednak nie kontynuował kłótni, zauważając ojca wchodzącego do domu.

– No proszę, widzę, że troszeczkę się tu zmieniło – rzekł pan Weasley z uznaniem, rozglądając się po pomieszczeniu. – Molly nieźle musiała was porozstawiać dzisiaj, co chłopcy?

– Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo – znowu zaczął narzekać niepocieszony Ron, czym dostał łyżką po głowie.

– Ałł! Czy ciebie już do reszty popie... – przerwał od razu, gdy zdał sobie sprawę, że ból wywołany w potylicy nie był spowodowany przez któregoś z braci, lecz jego rodzicielkę.

– Co mnie do reszty?! – zapytała rozzłoszczona pani domu.

– Popie... popiekło?

– Popiekło??

– No wiesz, nie poparzyłaś się przypadkiem w tej kuchni? – spytał Ron z głupim uśmiechem.

– Merlinie, spłodziłam idiotę – powiedziała jedynie matka, kręcąc w politowaniu głową i stawiając przed nim talerz z zupą, przy okazji groźnie patrząc na chichoczących bliźniaków.

Wszyscy domownicy zasiedli przy stole i, mimo napięcia spowodowanego zbliżającą się naradą, posiłek minął w całkiem wesołej atmosferze. Nastrój ten głównie zawdzięczano bliźniakom, którzy z całych sił starali się żartować na każdym kroku. W pewnym momencie po pomieszczeniu rozniósł się donośny odgłos pukania do drzwi, świadczący o dotarciu pierwszych członków Zakonu. Pan Weasley wstał od stołu i pośpiesznym krokiem poszedł w stronę dźwięku, pytając przybyłych, przed wpuszczeniem do środka, o ustalone wcześniej hasło. Po usłyszeniu poprawnej odpowiedzi witał się z gośćmi, po czym kierował ich w głąb mieszkania i sprawdzał następnych czarodziejów, którzy zaczęli się zjawiać jeden po drugim, niczym na pstryknięcie palcami. Pani Weasley widząc całe powstające zamieszanie szybkim machnięciem różdżki sprzątnęła talerze ze stołu, od razu zapraszając do niego sprzymierzeńców. Po niecałych dziesięciu minutach, gdy wszyscy zdążyli się już zjawić, a Harry usłyszał miliony pytań o jego samopoczucie i uwag odnośnie jego nagannego wyglądu, członkowie zakonu zasiedli do stołu. Potter dopiero w momencie gdy panujący wszędzie harmider został częściowo uspokojony, zorientował się, że McGonagall wraz z Shacklebolt'em i Moody'm usiedli naprzeciwko niego. Nie wiedział czy powodem tego był przypadek, czy może fakt, że największe wyjaśnienia będą należały się właśnie jego osobie. Jednak nie mógł stwierdzić, że narzekał z tego powodu, wręcz przeciwnie, przynajmniej nie unikną jego pytań, których miał całkiem sporo. Oprócz wyżej wymienionej trójki w spotkaniu uczestniczyli Tonks wraz z Lupinem, a także, ku jego wielkiemu zdziwieniu, Oliver Wood i Lee Jordan.

– No cóż, przedstawienie czas zacząć – szepnął mu do ucha, siedzący po jego prawej stronie, a znajdujący się na wprost Alastora, Ron.

– Taa... Od kiedy Wood i Jordan są w Zakonie? – spytał równie cicho Harry.

– W gruncie rzeczy to od niedawna, chyba od...

Niestety Ron nie miał możliwości dokończenia tej kwestii, gdyż profesor McGonagall, jako obecna przewodnicząca, odchrząknęła cicho, aczkolwiek bardzo pewnie, powodując natychmiastowe milczenie wśród zebranych, świadczące o gotowości obecnych do rozpoczęcia narad.

– Dobrze – powiedziała stanowczym głosem, roznoszącym się wyraźnie po całym pomieszczeniu. – Zatem, skoro jesteśmy już wszyscy, to myślę, że możemy zaczynać.

– Nie wszyscy, zapomniałaś o naszym nowym nabytku – wtrącił Moody z widocznym grymasem na twarzy.

– Alastorze, już o tym rozmawialiśmy – rzekła Minerva ze słyszalną rezygnacją w głosie.

– Również słyszałem pogłoski o tym "nowym nabytku" – stwierdził spokojnie Harry, uznając tę chwilę za najlepszą na zadanie jednego z nurtujących go pytań. – Kim on jest? I czy naprawdę uważacie za najbezpieczniejsze wyjście posiadanie kolejnego, bodajże zaufanego, szpiega wśród śmierciożerców?

– Cóż, widzę, że panna Granger i pan Weasley zdążyli już się z tobą podzielić niektórymi, poufnymi informacjami – kobieta spojrzała groźnie na wymienioną przez siebie dwójkę, podkreślając zauważalnie słowo poufnymi.

– Nie uważam tego za coś złego – odparł szorstko kruczowłosy.

– Wyjawianie nawet najbardziej, wydawałoby się, trywialnych kwestii, może prowadzić do opłakanych skutków, nigdy nie wiadomo, jak zostanie to wykorzystane, lepiej to zapamiętajcie.

– Mówimy teraz o mnie, Ronie i Hermionie, chyba nie sądzi pani, że zaraz pobiegniemy do Voldemorta? – zapytał chłopak z widoczną złością, rejestrując przy tym wzdrygnięcie niektórych członków na wypowiedziane przez niego imię czarnoksiężnika.

– Oczywiście, że nie, jednak wolałabym, abyście byli bardziej rozważni odnośnie tego co, kiedy i gdzie mówicie – odparła kobieta patrząc na całą trójkę nieznoszącym sprzeciwu wzrokiem, powodując u młodzieży lekkie skinienie głowami. – A wracając do naszego sprzymierzeńca poznacie go, gdy dotrzemy do Kwatery Głównej i wtedy omówimy szczegóły.

– Aż podskoczycie z radości – szepnął ironicznie Moody, jednak na tyle głośno, że dosłyszeli go wszyscy zebrani.

– Alastorze! – krzyknęła oburzona Tonks, a McGonagall posłała mu groźne spojrzenie.

– Co? Po prostu wyrażam swoje zdanie – rzekł niczym niezrażony auror.

– Zbyt intensywnie mój drogi, zbyt intensywnie – odparła Nimfadora, uspokajana przez Lupina, delikatnie gładzącego ją po plecach.

– Zatem, pomijając tę drobną dygresję, wróćmy do docelowego wątku – kontynuowała Minerva zmęczonym głosem. –Więc tak... chciałabym zacząć od wprowadzenia pana, panie Potter, do sytuacji w jakiej się obecnie znaleźliśmy.

– Dobrze pani profesor – natychmiast wtrącił Harry. – jednak zanim zaczniemy, chcę powiedzieć, że domagam się pełnego prawa do uczestnictwa w zebraniach, a także wiedzy o poczynaniach Zakonu – dokończył, sztyletując McGonagall wzrokiem w pełni gotowy do kłótni.

– Dobrze.

– Dobrze?

– Dobrze. A czego żeś się spodziewał Potter? – powiedziała, już lekko zirytowana, kobieta.

– No, nie wiem... – zawahał się kruczowłosy spoglądając niepewnie na Rona i Hermionę, chcąc znaleźć podpowiedź w ich oczach, jednak nie otrzymując pomocy od przyjaciół, samodzielnie kontynuował podjęty przez siebie temat. – Myślę, że spodziewałem się większych obiekcji? Wręcz kłótni? Krzyków, że w końcu jestem "Chłopcem, Który Przeżył", "Złotym Chłopcem", "Zbawcą świata", "Wybrańcem", "Gwiazdą Gryffindoru"...

– Nie zagalopowałeś się za bardzo? – spytała go Hermiona, przerywając jego wywód mocnym kopnięciem pod stołem, czym wywołała u Harry'ego rumieniec zawstydzenia, gdy zdał sobie sprawę z tego, co powiedział.

– Nie ma na to czasu Harry – rzekł do niego Shacklebolt, nieporadnie starając się ukryć uśmiech błąkający się na jego ustach, spowodowany ostatnią wypowiedzią Pottera. – Wojna naprawdę się rozpoczęła i nie możemy ograniczać was więcej, a teraz pozwól Minervie wyjaśnić ci wszystko.

Potter jedynie skinął głową, uznając sugestię Kingsley'a za słuszną, po czym skupił całą uwagę na przewodniczącej Zakonu.

– Po pierwsze, musimy wprowadzić cię w obecną sytuację. Jako jedyny z nas byłeś odcięty od wszelkich możliwych informacji i zakładam, że jesteś bardzo ciekawy tego, co działo się ostatnio – powiedziała kobieta, uśmiechając się przy tym lekko.

– Słuszna uwaga pani profesor.

– Trzeba przyznać, że Vol... – w tym miejscu rozmówczyni zawahała się nieznacznie, jednak po chwili wewnętrznej walki, kontynuowała pewnym głosem. – że działania Voldemort'a stają się coraz śmielsze, a jego agresja jest mocno zauważalna.

– Co to znaczy?

– Cóż, Potter, powiem krótko i myślę, że dobitnie – odrzekł mu na to Moody – Ataki na mugoli nie są już żadną nowością. Codziennie odnotowujemy średnio po trzy zgony i pięć przypadków śmiertelnych znalezionych na ulicach.

– Wy chyba sobie żartujecie?! – krzyknął w emocjach zielonooki i aż poderwał się z miejsca.

– Usiądź, Harry – powiedział spokojnie Lupin, przyglądając się mu intensywnie, dopóki ten go nie usłuchał. – Staramy się, jak możemy, jednak nie jesteśmy w stanie opanować wszystkiego. Samo przewidywanie większych posunięć śmierciożerców jest wystarczająco trudne. Nie jesteśmy w stanie ocalić każdego mugola, mimo tego że bardzo byśmy chcieli – zakończył wilkołak ze smutkiem.

– No dobrze, a co w takim razie z ministerstwem? Przecież macie wsparcie Scrimgeour'a. Nie ukrywam, że za nim nie przepadam, ale przynajmniej pomagał wam w łapaniu tego ścierwa.

– Harry! – krzyknęła Hermiona oburzona jego słownictwem, na co chłopak zbył ją machnięciem ręki i sztyletował wzrokiem zebranych.

Jednak po przedłużającej się niezręcznej chwili milczenia, kruczowłosy domyślił się, że w ostatnim czasie wydarzyło się coś poważnego, a zachowanie starszych członków Zakonu, którzy, jak na zawołanie stali się nagle niesamowicie przygnębieni, mówiło samo za siebie.

– Co jest grane? – zapytał z wahaniem w głosie, samemu nie wiedząc czy chce znać odpowiedź.

– Harry... – podjął temat, jak dotąd milczący, pan Weasley. – Powiedzmy, że ministerstwo znalazło się w dość trudnej sytuacji... – ostrożnie ważył każde słowo, zastanawiając się nad najdelikatniejszym sposobem przekazania wieści.

– To znaczy? – zapytał George, uprzedzając Harry'ego, czym sprawił, że kruczowłosy zrozumiał, iż nie tylko jego nie poinformowano o niczym w tym temacie, lecz całą młodzież należącą do Zakonu, która w tym momencie siedziała w napiętej ciszy i skupieniu, oczekując wyjaśnień.

– Myśleliśmy, że to tylko pogłoski, ewentualnie nieporozumienie... – uciął Artur, nie wiedząc w jaki sposób ubrać dalsze słowa.

– Panie Weasley, co dokładnie się stało? – spytała Hermiona rzucając szybkie spojrzenie Ronowi w nadziei, że może on cokolwiek wie, jednak ten odpowiedział jej tylko delikatnym wzruszeniem ramion i nic nierozumiejącym wzrokiem.

– Rufus Scrimgeour został schwytany około dwóch tygodni temu przez śmierciożerców. Nie mamy pojęcia, czy jeszcze żyje – odparł pewnie Skacklebolt, widząc przedłużające się milczenie Artura.

W tym momencie w pokoju powstała niesamowita wrzawa. Młoda część Zakonu Feniksa zaczęła przekrzykiwać się i wykłócać jeden przez drugiego, powodując wielkie zamieszanie. Jedynie Harry z Hermioną siedzieli cicho, w głębokim zamyśleniu.

– Wy chyba sobie żartujecie! – krzyknął oburzony Fred.

–Dokładnie! – zawtórował mu George – Jak długo mieliście zamiar to przed nami ukrywać!

– Nie planowaliśmy niczego ukrywać – rzekł spokojnie Lupin. – Nie chcieliśmy po prostu wzbudzać niepotrzebnego zamieszania. Nie mieliśmy całkowitej pewności.

– Więc, co niby dało wam taką pewność teraz! – dodał czerwony ze złości Ron. – I to jest niby, to traktowanie nas na równi! Znowu o niczym nie wiedzieliśmy!

– Mamy pewność Weasley, bo dostaliśmy autorską wiadomość od samego Voldemorta! – podniósł się z miejsca zirytowany Moody i pochylił niebezpiecznie blisko w stronę siedzącego przed nim chłopaka, wypluwając z ust kolejne słowa. – A bycie w Zakonie nie oznacza, gówniarzu, rozpowiadania niepewnych informacji na prawo i lewo! Dlatego dopiero teraz dowiadujecie się o tym! – zagrzmiał Alastor, po czym rozejrzał się groźnie po reszcie zgromadzenia i ponownie zasiadł na miejscu, zupełnie uciszając powstałą wrzawę.

– Jaką wiadomość? –spytała rezolutnie Hermiona, wybudzając tym z letargu zarówno siebie, jak i Harry'ego.

– Od momentu zniknięcia Rufusa w ministerstwie dzieją się dziwne rzeczy – odparł pan Weasley. – Już wcześniej podejrzewaliśmy, że śmierciożercy przeniknęli do wewnątrz, jednak bardziej się z tym kryli. Natomiast wczoraj Kingsley dostał dość jednoznaczną informację, pozostawioną na biurku w jego gabinecie, co rozwiało nasze wszelkie wątpliwości zarówno dotyczące ministra, jak i samych szpiegów.

– To... to znaczy? – kontynuowała kobieta, nie będąc jednak pewną czy chce poznać odpowiedź.

– Dostałem fiolkę ze wspomnieniem... – rzekł ponuro Skacklebolt. – Wspomnieniem tortur Rufusa – dokończył, powodując przytłaczającą ciszę wśród zebranych.

Po niespełna minucie pełnej napięcia milczenie postanowił przerwać Harry.

– Co obecnie dzieje się w ministerstwie? Kto teraz sprawuje władzę?

– Całe ministerstwo pogrążyło się w chaosie – odpowiedział mu Artur z goryczą w głosie. – Nie możemy nawet powołać tymczasowego Ministra Magii, którym zapewne stałby się Kingsley, ponieważ za każdym razem wynikają jakieś problemy. Jesteśmy pewni, że śmierciożercy mają w tym swój udział.

– Z pewnością chcą przejąć stołek ministra... – wyszeptała zamyślona Hermiona. – Na pewno dlatego uprowadzili Scrimgeour'a.

– Doszliśmy do tych samych wniosków panno Granger – odpowiedziała spokojnym głosem McGonagall.

– Nie możecie do tego dopuścić! – krzyknął zaaferowany Ron.

– Geniusz przemówił – parsknął Moody pogardliwie. – Myślisz Weasley, że co właśnie robimy? Gramy w wolnym czasie w Eksplodującego Durnia?

– Alastorze, uspokój się – rzekła Minerva. – wszyscy jesteśmy przejęci, ale ironia w niczym nam nie pomoże.

– Profesor McGonagall ma rację – poparł ją Harry. – To nie jest odpowiedni czas na kłótnie.

– I kto by pomyślał, że Potter to powie – powiedział Szalonooki, jednak skończył dodawać kąśliwe uwagi i rozpoczął inny temat. – Sprawa ministerstwa nie jest jednak tym, co najbardziej nas niepokoi. Cholerny Snape, co chwile organizuje jakieś eskapady poza tereny kraju. Ostatnio był w Rumunii , a jeszcze wcześniej zgubiliśmy jego trop w Egipcie, a dokładniej w północnej Nambii.

– Ale jaja, wyobrażacie sobie Snape'a w Egipcie? – parsknął George, czym wywołał groźne błyski w oczach matki, skierowane wprost na niego.

– Tak, panie Weasley, również uważamy to za komiczne – odparła McGoonagall z kamienną miną, po czym skupiła całą uwagę na Harrym. – Wiemy też o próbach Greybacka dotyczących przeciągnięcia wilkołaków na ciemną stronę. Na szczęście Remus usilnie sabotuje jego działania, także na razie nie mamy o co się martwić. Hagrid wraz z Olimpią starają się dotrzeć do olbrzymów, a Charles przekonać, jak największą ilość zagranicznych czarodziejów do udzielenia nam wsparcia.

– Charlie myśli też nad bezpiecznym sposobem wykorzystania smoków w czasie walki – dodał Ron poważnie.

– Serio? To w ogóle jest możliwe? – zapytał z niedowierzaniem kruczowłosy.

– Wszystko jest możliwe, Potter. Trzeba jedynie znaleźć odpowiedni sposób – rzekł Moody z przebiegłym uśmiechem na twarzy.

– No dobrze, to wszystko brzmi bardzo ładnie, ale coś mi chyba ciągle umyka – stwierdził Harry w zamyśleniu. – Rozumiem, że większość jest na razie zaangażowana w sprawy dotyczące ministerstwa i szukanie sojuszników, ale co z nami? Nie mam zamiaru siedzieć bezczynnie – dodał patrząc poważnie na McGonagall.

– I nie będziecie siedzieć bezczynnie – odpowiedział Lupin, posyłając mu pogodny uśmiech.

– Zakładam, że zapewne już słyszałeś pogłoski o naszej nowej kwaterze – rzekła Minerva, znacząco patrząc przy tym na Rona i Hermionę, którzy usilnie unikali jej wzroku.

– Faktycznie coś mi się obiło o uszy, jednak do końca nie rozumiem tego posunięcia – odparł Potter w pełnym skupieniu. – Nie sądzę, aby ktokolwiek, po ostatnich wydarzeniach, wrócił do Hogwartu w celu edukacji, a podejrzewam, że nie mówimy teraz o nim, jako o naszej siedzibie. Nie lepiej zatem, aby to właśnie tam się ulokować?

Po słowach Harry'ego w pomieszczeniu znowu zapanowała pełna napięcia cisza i zrozumiał on, że ponownie poruszył grząski temat. Jednak w przeciwieństwie do nowiny o śmierci ministra, odniósł wyraźne wrażenie, że w tej kwestii jest jedyną, niepoinformowaną osobą.

– Więc? – ponaglił rozmówców w zniecierpliwieniu, jednak widząc coraz większe przygnębienie na twarzach zebranych, spojrzał w błagalnie na Hermionę, chcąc, by chociaż ona mu to wyjaśniła.

– Hogwart został przejęty... – usłyszał cichy szept Ginny.

– Co proszę? – spytał chłopak w niedowierzaniu, obdarzając przewodniczącą nic nierozumiejącym wzrokiem.

– Ginerwa mówi prawdę – odparła po chwili McGonagall z ogromnym smutkiem w głosie. – Hogwart został przejęty przez Voldemorta.

W tym momencie żołądek niebezpiecznie podszedł Harry'emu do gardła, a w głowie zaczęło się kręcić. Nie wierzył w to, co usłyszał. Hogwart... Jego Hogwart... Jego jedyny dom został podbity. Jedyne miejsce, do którego czuł, że naprawdę przynależy. Jedyne miejsce tak silnie związane z Dumbledorem. A także jedyne miejsce, co do którego miał pewność, iż skrywa w sobie horkruksa.

– Nie... Ale.. Jak to? – zapytał słabym głosem.

– Severus wprowadził tam Voldemorta, omijając wszelkie zapory, a także nakładając na zamek nowe... – odparła zwykle opanowana kobieta, poprzez łzy widoczne w jej mądrych oczach. – Hogwart... Hogwart stał się główną siedzibą śmierciożerców i nie jesteśmy w stanie go odbić.

W tym momencie Potter poczuł się tak, jakby ktoś dosłownie wylał na niego kubeł zimnej wody. Uwaga o Snape'ie doszczętnie wytrąciła go z równowagi. Przez chwilę siedział zupełnie sparaliżowany, jednak po niespełna minucie najczystszy gniew opanował całe jego ciało.

– Zabiję skurwiela! – rzekł wściekle, wstając przy tym gwałtownie. – Niech go tylko spotkam, a śmieć nie przeżyje nawet pięciu minut! – krzyczał chłopak w furii.

Zauważając amok kruczowłosego Hermiona pośpiesznie złapała go za rękę i ścisnęła ją mocno. Harry natychmiast odwrócił twarz w jej stronę, w celu odtrącenia drobnej dłoni dziewczyny, jednak zawahał się, widząc gorzkie łzy bólu spływające strumieniami po jej rumianych policzkach. Opanował się po chwili, rozumiejąc, że w tym momencie nie jest jedynym cierpiącym. W końcu Hogwart był bardzo ważnym miejsce dla każdej osoby znajdującej się w tym pomieszczeniu. Wziął głęboki wdech i po kilku dodatkowych sekundach postanowił kontynuować ten nieprzyjemny temat.

– I co dalej...? Niby jakie miejsce jest bezpieczniejsze od Hogwartu? – zapytał Harry zdławionym głosem, ze wzrokiem utkwionym w znajdującym się przed nim stole.

– Albus, w swoim testamencie, pozostawił nam informacje dotyczące pewnego miejsca, które odkrył w czasie swoich podróży – odparła cicho Minerva, walcząc z bólem.

Słysząc ton przewodniczącej, chłopak uniósł powoli swój wzrok, natrafiając natychmiast na wpatrzone wprost w niego szkliste oczy kobiety, usilnie walczące ze łzami starającymi się z nich wydostać i potoczyć perliście po naznaczonych wiekiem policzkach. Zszokowany tym nieoczekiwanym przejawem uczuć w tej zwykle opanowanej osobie, skinął jedynie delikatnie głową w jej stronę, pokazując, że słucha uważnie wypowiadanych przez nią słów. Czarownica odpowiedziała mu tym samym gestem, kontynuując po chwili przerwany przez siebie wątek.

– Jest to nienanoszalny zamek, który zarówno można stwierdzić, że jest wszędzie i nigdzie. Została nałożona na niego niesamowicie potężna, pierwotna magia, przez największego czarodzieja wszechczasów.

– Przecież Albus Dumbledore był największym czarodziejem wszechczasów – odparł szorstko Harry.

– I tu się mylisz, mój drogi chłopcze – rzekła Minerva z delikatnym uśmiechem na twarzy, jednak przyćmionym poprzez wcześniejszym smutek. – Największym czarodziejem w dziejach magicznych jest sam Merlin.

– Mam dziwne wrażenie, że padłem ofiarą jakiegoś głupiego żartu, który w tym momencie stanowczo jest czymś nieodpowiednim... – rzekł kruczowłosy z groźnymi ognikami w oczach.

– To nie jest żart Harry – szepnęła Hermiona głosem stłumionym od wcześniejszych łez.

Kruczowłosy spojrzał w niedowierzaniu na przyjaciółkę, jednak widząc jej pewny wyraz twarzy i stanowczość we wciąż smutnych oczach, uwierzył w prawdziwość usłyszanych przed chwilą słów. Wiedział doskonale, że zaciętość przyjaciółki musiała być spowodowana w oparciu o niezbite dowody, dlatego gdy ponownie skierował swój wzrok na McGonagall, można było w nim ujrzeć jedynie zainteresowanie.

– Jak wiesz, a przynajmniej powinieneś wiedzieć z Historii Magii, Merlin uczył się w naszym Hogwarcie – rzekła spokojnie siedząca przed nim kobieta, celowo dodając w wypowiedzi słowo naszym przed nazwą szkoły.

– Bodajże był w Slytherinie – szepnął mu na ucho Ron.

– Dokładnie Ronaldzie, Merlin był w Slytherinie. Widzę, że chociaż Ty uważałeś na lekcjach – Minerva posłała rudzielcowi pobłażliwy uśmiech – Jednak jego dom nie jest tym, co obecnie najbardziej nas interesuje, a jest tym fakt, że to on był najznamienitszym magiem w całej czarodziejskiej historii. Jego potęga była bezkresna, a dowodem na to jest jak dotąd zaginiony zamek, zbudowany przez jego przyjaciela Artura, a umocniony jego magią, która stworzyła niewyobrażalnie silne bariery otaczające cały teren.

– Profesor Dumbledore od początku brał pod uwagę możliwość podbicia Hogwartu przez nieprzyjaciół – dodał Lupin. – Z tego powodu zostawił nam zabezpieczenie.

– Swoją drogą, piekielnie dobre zabezpieczenie – wtrącił do całej wypowiedzi Alastor.

– No dobrze, załóżmy, że tam pojedziemy – powiedział podejrzliwie Potter – I co dalej? Będziemy bawić się w szkołę?

– Nie, Harry – odparła McGonagall pewnym głosem – tamto miejsce stanie się naszą nową Kwaterą Główną i to tam będziemy podejmować wszystkie najważniejsze decyzje. Ponadto będzie to nasze nowe, tak zwane, centrum dowodzenia. To właśnie tam zbiorą się wszyscy czarodzieje gotowi udzielić nam swojej pomocy i tam odbędą się wszelkie szkolenia i zajęcia dotyczące pogłębiania swojej wiedzy magicznej przez taką młodzież, jak wy, która, nie oszukujmy się, powinna nauczyć się jeszcze wielu zaklęć przydatnych podczas bitwy. Stamtąd będziemy wyruszać na misje i tam będziemy spotykać się po nich. To właśnie tamto miejsce zapoczątkuje nasze wszelkie poważne kroki wojenne – zakończyła dumnie kobieta, powodując tym głęboki szok wśród zebranych i zadowolenie w oczach Pottera.
Ostatnio edytowano 20 lis 2018, o 20:00 przez Dunia, łącznie edytowano 12 razy
Dunia Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 wrz 2016, o 19:53

Postprzez Laribett » 9 lis 2016, o 19:39

Dunio, strasznie się ciesze, ze zdecydowałaś się wstawić swoje małe dzieło:) Nie wiem gdzie, ale na pewno już gdzieś czytałam prolog i trochę rozdziału pierwszego. Mirriel?
Czytało mi się dobrze, ale skończę wieczorem. Jednak chciałam wyrazić gratulacje, ze się zebrałaś i wklejasz coś nowego na nasze forum:) Modki się ucieszą, będzie kogo ganiać, haha.
Powiedz mi czy mamy się spodziewać angstu czy bardziej humoru?

Zedytuje post

EDIT:
Na Merlina, to opowiadanie jest znakomite :hura2:
Opisy i język bez zarzutów, płynne, barwne, nawet do ilosci kropek się nie przyczepię. Uwielbiam , kiedy wypowiedzi bohaterów sa cechowane np "szepnął" "wysyczał" "wycedził" a nie zwykłe powiedział. To dodaje prawdy i intensywności.
I choc całkiem nie wiem jak epilog łaczy sie z opowiadaniem, to piszę to na plus.
Trzymam bardzo kciuki za kontynuację, bo zapowiada sie epicki romans przygodowy.
Awwwww
And the bit sound of silence!
Laribett Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 39
Dołączył(a): 7 kwi 2016, o 17:06

Postprzez Ola » 10 lis 2016, o 00:41

Jestem zaskoczona tym tekstem, jeszcze nie wiem co mam o nim sądzić, więc zanim "oficjalnie się wypowiem" to najpierw poczekam na kolejne części. A chętnie do nich zajrzę, gdyż opowiadanie jest nietypowe, przynajmniej tak się zapowiada. Następne rozdziały nam pokarzą czy będzie to ciekawa historia czy tandetna, bo "niewidzialny" zamek Merlina i zwierzę podróżujące na granicy światów ( tak to zrozumiałam) zapowiadają tą drugą wersję, ale, ale, nic nie przesądzajmy, naprawdę chętnie przeczytam kolejne rozdziały, bo wierzę, że przedstawisz nam niesamowitą przygodę i tak naprawdę Flaef mnie zaintrygował.
Ostatnio edytowano 23 lis 2016, o 14:25 przez Ola, łącznie edytowano 1 raz
Ola Offline


 
Posty: 6
Dołączył(a): 21 lis 2013, o 17:30

Postprzez zosiula » 21 lis 2016, o 08:45

Bardzo, ale to bardzo podoba mi się ten początek, jeśli całe opowiadanie będzie tak dobre to będę Cię wielbić! Mam nadzieje, ze będziesz kontynuować. Już nie mogę się doczekać następnego rozdziału. Buziaki ;*
zosiula Offline


 
Posty: 4
Dołączył(a): 19 lut 2016, o 19:51

Postprzez Dunia » 2 gru 2016, o 16:38

Bardzo dziękuję wszystkim za miłe komentarze, nie spodziewałam się, że mogą one tak cieszyć i motywować do dalszej pracy. Z każdym kolejnym dostawałam nowy zastrzyk niesamowitej energii :) zdaję sobie sprawę z tego, że początek może być dość kontrowersyjny, jednak mam nadzieję, że nie zawiodę waszych oczekiwań i cała historia będzie sensowna i ciekawa, przynajmniej taki mam plan xd rozdział chciałam wrzucić już w ciągu tygodnia, ponieważ tak w 95% był skończony, jedynie czekał na kilka poprawek, jednak obowiązki tak mnie pochłonęły, że dopiero dzisiaj dałam radę wszystko dopracować. Zatem nie przedłużając, zapraszam do czytania :)




Rozdział II



PROROK CODZIENNY wydania czerwiec-lipiec


DUMBLEDORE WINNY APOKALIPSIE

Niespełna dwa tygodnie temu cały czarodziejski świat pogrążył się w głębokiej, dotkliwej rozpaczy, za sprawą straty jednego z najwybitniejszych ludzi wszechczasów – Albusa Dumbledore'a. Człowiek ten, mogący pochwalić się wieloma tytułami – Naczelny Mag Wizengamotu, Najwyższa Szycha Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, zdobywca Orderu Merlina Pierwszej Klasy – zmarł śmiercią dość trywialną, jak na tak niesamowitego czarodzieja. Nawet ten tytułowany "wielkim" człowiek, pozwolił sobie na chwilę braku czujności? nieuwagi? i nie dostrzegł spisków knutych pod jego nosem, skutkujących wtargnięciem na tereny teoretycznie bezpiecznego Hogwartu, grupy zwolenników Sami–Wiecie–Kogo. Doprowadziło to do jego zgonu, a także narażenia życia całej obecnej w zamku młodzieży. Prowadzi to nas zatem do pytania czy Albus Dumbledore z pewnością był tak mądry, jak głosi opinia powszechna? Czy może po prostu był on zbyt ekscentryczną i pewną siebie osobą? Cała sytuacja okazała się być opłakana w skutkach, gdyż była jedynie zapalnikiem do dalszych poczynań Ciemnej Strony, coraz bardziej przejawiającej swoją agresję. Pokonanie tego człowieka ośmieliło naszych przeciwników do jawnych ataków. Czy możemy zatem stwierdzić, że Dumbledore zapoczątkował Apokalipsę? W końcu z tak szerokim wachlarzem wiedzy, którym dysponował, nie powinien pozwolić podpuścić się w tak błahy sposób, a także...


HOGWART PODBITY

Hogwart – nieprzenikniona twierdza otoczona najsilniejszymi, istniejącymi, barierami; zamek stanowiący symbol potęgi i wolności; równoznacznik dorastania, dla każdego brytyjskiego czarodzieja – został podbity. Dzisiaj, w nocy z 14 na 15 lipca, śmierciożercy na czele z Sami–Wiecie–Kim przedostali się przez wszelkie zabezpieczenia terenu szkoły i ogłosili Hogwart swoją nową siedzibą. Spekulacje donoszą, że do ich sukcesu przyczyniła się postać jednego z jego najniebezpieczniejszych zwolenników, a zarazem zdrajcy Jasnej Strony i mordercy samego Albusa Dumbledore'a – Severusa Snape'a, który to...


ZNIKNIĘCIE RUFUSA SRCIMGEOUR'A

Cała społeczność czarodziejów zastanawia się nad nagłym i dość tajemniczym "urlopem" aktualnego Ministra Magii – Rufusa Scrimgeour'a. Jego nieobecność trwa już piąty dzień i nie byłoby w tym nic, aż tak dziwnego, gdyby nie fakt całkowitego zapadnięcia się pod ziemię jego osoby. Wszelkie informacje odnośnie jego zniknięcia są natychmiastowo tuszowane, a pytania zadawane przez opinię publiczną intensywnie uciszane. Członkowie ministerstwa usilnie zaprzeczają jakimkolwiek nieścisłością, lecz napięcie widoczne wśród pracowników stanowczo o czymś świadczy. Najbardziej aktywną osobą w tej sprawie jest auror Kingsley Shacklebolt, który tłumaczy nieobecność pana Rufusa "sprawami prywatnymi". Zatem my, zwykli, szarzy obywatele czarodziejskiego świata, pytamy się, czy w obliczu tych strasznych czasów, które nastały, jest jeszcze miejsce na coś takiego jak sprawy prywatne? Czy może jest to tylko specjalny przywilej samego Ministra Magii? A może pracownicy samego ministerstwa, w tym w szczególności szanowny pan Shacklebolt, po prostu nie chcą ujawnić prawdy związanej z faktem, że za tym tajemniczym incydentem w rzeczywistości kryje się coś o wiele poważniejszego, mającego związek z Ciemną Stroną? Bądź obecny stan rzeczy i coraz bardziej widoczny chaos tak naprawdę odpowiadają panu Kinsleyowi i są świetnym pretekstem do przejęcia przez niego posady ministra, o którą to...


ZAPAŚĆ FINANSOWA MINISTERSTWA

Wszystko wskazuje na to, że kłopoty Ministerstwa Magii z dnia na dzień pogłębiają się coraz bardziej, pisze specjalny korespondent, Andy Smudgley. Do tajemniczego zniknięcia ministra i wewnętrznych problemów tej placówki dochodzi dodatkowo kwestia coraz szczuplejszych zasobów pieniężnych, które już są niewystarczające, by zapewnić ludziom bezpieczeństwo i solidnie przygotować aurorów do zbliżającej się wojny. Najbardziej kosztowna okazuje się próba ochrony obywateli, która znacząco przekroczyła progi budżetowe naszego organu władzy, już na etapie samego przygotowania do docelowych działań...


GRANICE OBLĘRZONE

Ostatnimi czasy coraz bardziej zauważalne działania ze strony popleczników Sami–Wiecie–Kogo z frontu bezpośrednich ataków na przypadkowych mugoli przeniosły się na uważne patrolowanie granic kraju. Śmierciożercy za swój obecny cel obrali ludzi uciekających z Wielkiej Brytanii i to właśnie w tamtych miejscach odnotowano najsilniejsze ataki. Spowodowało to powszechną panikę w kraju, a także wielki problem z zapewnieniem bezpiecznego schronienia rodzinom czarodziejów mugolskiego pochodzenia, gdyż cała ta agresja została wymierzona w ich stronę. Podstawowym problemem, wynikającym z tej sytuacji, jest utknięcie na terenach kraju masy osób nieobdarzonych magiczną mocą (lecz powiązanych z nami), którym ministerstwo nie jest w stanie zapewnić bezpiecznego miejsca do przeczekania wojny z powodu oczywistych problemów finansowych. Dodatkowa ciągła nieobecność ministra skutkuje niezdolnością do podjęcia konkretnych decyzji w sprawie lokacji tych ludzi, gdyż wszelkie ustalenia nie mogą zostać formalnie zatwierdzone. Kingsley Shacklebot, człowiek pilnie udzielający się w tych kwestiach, twierdzi, że ministerstwo, mimo braku Rufusa Scrimgeour'a, usilnie pracuje nad rozwiązaniem tego problemu. Ponadto apeluje o spokój i niewzbudzanie nadmiernej paniki. Lecz czy w obecnej sytuacji prośba o zachowanie spokoju jest uzasadniona? Czy nieudolność aurorów nie przyczyni się w końcu do wielkiej katastrofy i...


CZY ZŁOTY CHŁOPIEC ZDRADZIŁ?

Działania popleczników Sami–Wiecie–Kogo od śmierci Albusa Dumblerode'a nasiliły się w znaczącym stopniu. Z tego powodu aurorzy w dość nieudolny, jednak widoczny sposób, starają się walczyć z nieprzyjaciółmi i powstrzymywać ich dalsze posunięcia. Jedyną osobą istotną w tym całym konflikcie, która milczy i zapadła się pod ziemię, niczym kamfora, i nikt, nic nie wie na jej temat, jest sam wielki Harry Potter – Chłopiec Który Przeżył. Od tragicznych wydarzeń mających miejsce w Hogwarcie wszelki słuch o naszym Wybrańcu zaginął, co prowadzi do wielu pytań i spekulacji. Połowa czarodziejskiego świata uważa, że Złoty Chłopiec przedsięwziął konkretne, ściśle tajne działania w celu pokonania Sami–Wiecie–Kogo, natomiast druga połowa twierdzi, że mamy do czynienia z przejawem czystego tchórzostwa i nasza nadzieja na lepsze jutro już dawno uciekła z kraju. Niestety nasz zaufany informator donosi, że ani jedna, ani druga teza nie jest w żadnym, nawet najmniejszym stopniu, prawdziwa, gdyż osoba uważana przez wszystkich za Wybrańca w ostatnim czasie została dostrzeżona w miejscu często odwiedzanym przez śmierciożerców. Czy zatem można stwierdzić, że Harry Potter przeszedł na drugą stronę barykady? Fakty te prowadzą do zwątpienia...


Harry, z soczystym przekleństwem cisnącym mu się na usta, rzucił czytane gazety na stolik znajdujący się przed nim i schował swą głowę w dłoniach w geście zmęczenia. Od spotkania z członkami zakonu minęły trzy, niezwykle długie dni, a jemu w tym czasie przypadła niewdzięczna rola zapoznania się z raportami z misji aurorów i przeanalizowania wydań tej jakże rzetelnej gazety, którą zwą Prorokiem Codziennym. Podróż do Kwatery Głównej została zaplanowana na równe dwa tygodnie od terminu narady, gdyż Artur i Kingsley nie byli w stanie zorganizować wcześniej odpowiednich świstoklików, mających przetransportować ich w jak najbliższe okolice zamku. Zatem czas, który pozostał im do zmiany lokalizacji, poświęcono na wykonywanie obowiązków oraz gorączkowe przygotowania do zbliżającej się podróży. I w taki oto sposób Harry, jako ten najbardziej niedoinformowany członek zakonu, tonął teraz w stertach pergaminów pokrytych niekiedy niesamowicie małym druczkiem, w celu nadrobienia wszelkich, możliwych informacji. Z powodu męczących go snów, zabrał się on dzisiaj bardzo wcześnie za to zadanie, gdyż promienie słońca dopiero walczyły z powoli ustępującym im mrokiem. Uznał jednak, że zajęcie myśli czytaniem nawet najbardziej absurdalnych artykułów Proroka jest lepszą opcją, niż bezczynne leżenie w łóżku i mimowolne powracanie do nawiedzających go koszmarów. Niestety po ostatnim, ujrzanym artykule, zwątpił natychmiast w swoje postanowienie. Wziął głęboki wdech w celu uspokojenia szalejących w nim nerwów i nawet nie zwrócił uwagi na przybysza, który usiadł koło niego, powodując tym znaczące ugięcie materaca znajdującej się pod nim kanapy.

– Myślę, że Alastor nie byłby zadowolony z twojej czujności, Harry – rzekł Lupin z lekkim pobłażaniem w głosie.

– Obejdzie się – odparł chłopak ponuro. – Akurat czujność w tym momencie jest moim najmniejszym zmartwieniem, profesorze.

– Zwracaj się do mnie po imieniu.

Harry oderwał twarz od podpierających ją dłoni i zlustrował Remusa uważnym spojrzeniem, po czym delikatnie pokiwał głową w akcie potwierdzenia.

– Co się stało?

Prorok... – warknął zirytowany, wskazując ręką wydanie dotyczące jego rzekomej zdrady, leżące na szczycie piętrzących się przed nim papierów.

– Harry... – zaczął delikatnie Lupin.

– Nie, Remusie – kruczowłosy przerwał mu stanowczo. – Nie wiem kto, gdzie i kiedy mnie widział, ale z chęcią przeprowadziłbym sobie z tą osobą małą i zapewne niezbyt miłą pogawędkę...

– Harry... – powtórzył Lupin, wzdychając przy tym lekko, po czym, gdy nie zauważył dalszych prób wtrąceń ze strony młodzieńca, kontynuował podjęty przez siebie temat. – Dobrze wiesz, że Prorok od zawsze wypisywał bzdury bądź mocno kolorował niektóre z faktów. Tym bardziej dzieje się tak teraz, gdy znaleźliśmy się w bardzo napiętej sytuacji. Ludzie panikują, a efektem paniki są spekulacje, domysły i niekiedy nawet najbardziej nieprawdopodobne kłamstwa.

– No dobrze, ale nie do przesady! – rzucił wściekle chłopak. – Jakim idiotą trzeba być, aby opowiadać, aż takie bzdury! Co innego gdybym w ostatnim czasie miał chociaż nikłą możliwość znaleźć się w jakimkolwiek innym miejscu, niż dom wujostwa!

– Wiesz... – mężczyzna zaciął się na chwilę, starając się dobrać odpowiednie słowa. – W obecnej chwili ludzie szukają kozła ofiarnego, a ty stałeś się idealnym celem do ostrzału. Śmierć Dumbledore'a była katalizatorem wszystkiego, ośmieliła Voldemorta do stanowczych posunięć, które z dnia na dzień stają się coraz bardziej zauważalne. Jego pewność siebie jest na tyle zastanawiająca, że jedynie podjudziła rzesze osób do spekulacji na temat tego, że musi on posiadać jakąś kartę atutową, która daje mu dodatkową pewność siebie. I tą kartą, według nich, możesz być właśnie ty.

– Dokładnie Remusie – wysyczał wściekle chłopak, zaciskając przy tym ręce w pięści. – Bardzo trafne myślenie, z lepszym w życiu się nie spotkałem. A tak przy okazji, jak już zeszliśmy na temat moich nowych przyjaźni, to dzisiaj jestem umówiony z Voldemortem na popołudniową herbatkę. Myślisz, że w dobrym tonie jest się lekko spóźnić?! – spytał Harry, sztyletując Lupina morderczym wzrokiem, na co ten odpowiedział mu lekkim uśmiechem na ustach.

– Myślę, że Voldemort nie należy do cierpliwych osób.

– Wielka szkoda... – westchnął z rezygnacją, widząc pobłażliwe spojrzenie rozmówcy. – Zmieniając temat, co tu robisz tak wcześnie? Ledwo świta.

– Muszę omówić kilka spraw z Arturem, zanim się przeniesiemy. Nic ważnego, rzekłbym, że same formalności – dodał, zauważając zaintrygowanie w oczach młodzieńca. – A ty? Czemu jesteś tak wcześnie na nogach? Założę się, że Ron śpi jeszcze w najlepsze.

– Zapewne dopiero przewraca się na drugi bok – rzekł Harry z lekkim uśmiechem na twarzy. – Po prostu nie mogłem zasnąć, więc uznałem, że zrobię coś pożytecznego, a że nie chciałem nikogo obudzić, to zszedłem właśnie tutaj.

– Faktycznie, o tej porze salon jest najlepszym miejscem na spokój i odosobnienie.

– Remusie... – zaczął Harry z wahaniem. – Możemy o czymś porozmawiać, czy bardzo ci się spieszy?

– W porządku – odparł wilkołak widząc prośbę w oczach młodzieńca. – I tak informację o moim przybyciu wysłałem Arturowi tuż przed samą aportacją, dlatego sądzę, że zejście do nas zajmie mu kilka minut.

Harry pokiwał głową w zrozumieniu, po czym zapatrzył się na lewitującą przed nim miotełkę do kurzu wykonaną z ciemnych strusich piór i zakończoną jasno - dębową rączką, która w równomiernym tempie poruszała się raz w lewą, a raz w prawą stronę, starając się oczyścić komin z osiadłego na nim pyłu. Po kilku sekundach, pozbierawszy dokładnie swe myśli, kruczowłosy oderwał wzrok od obiektu sprzątającego i skupił się na postaci Remusa.

– Jak duże są nasze problemy finansowe?

– Ekhm... Zauważalne... – odparł wymijająco Lupin, lecz widząc naglący wzrok Harry'ego, kontynuował z cichym westchnięciem. – Nie jesteśmy w stanie zapewnić wszystkim mugolom odpowiedniego bezpieczeństwa. Jeżeli spróbujemy to zrobić, to my, walczący, nie będziemy mieć środków wystarczających do przeżycia tej wojny. Na razie nie jest tak źle, jak twierdzą w Proroku, jednak musimy liczyć się z tym, że cała ta sytuacja może rozwijać się jeszcze przez długi czas i potrzebujemy zabezpieczenia na takie okoliczności.

– Przez stwierdzenie mugoli masz na myśli rodziny czarodziejów mugolskiego pochodzenia, tak? – uściślił zielonooki.

– Dokładnie.

Chłopak w odpowiedzi pokiwał głową rozumiejąc powstałe ryzyko, jednak po chwili jego oczy rozszerzyły się w niemym przerażeniu, a usta rozchyliły lekko. Po kilku sekundach oszołomienia i całkowitego bezruchu przełknął ciężko ślinę, zauważając coraz bardziej narastającą suchość na języku i zadał dręczące go pytanie.

– Co... – głos odmówił mu posłuszeństwa, załamując się zauważalnie, jednak wziął głęboki wdech i kontynuował, starając się powstrzymać szalejące w nim myśli. – Co zatem będzie z rodzicami Hermiony?

W obawie przed ujrzeniem niepokojących znaków na obliczu Lupina, Harry wbił swój wzrok w pasiasty chodniczek leżący pod znajdującym się przed nim stolikiem. Dłonie oparte o kolana odmówiły mu posłuszeństwa, drżąc niezauważalnie. Po chwili pełnej napięcia poczuł delikatny dotyk na swoim ramieniu w geście uspokojenia i usłyszał ciepłe słowa Remusa.

– Rodzice Hermiony są bezpieczni. Jako jedni z pierwszych zostali wysłani za granicę, a ich pamięć znacząco zmodyfikowano, tak, aby nie wiedzieli o niczym, co ma związek z naszym światem.

Słysząc te słowa wszelkie obawy opuściły Harry'ego tak szybko, jak powietrze uciekające z balonu przekłutego igłą. W jednej chwili poczuł zwiotczenie wszystkich mięśni, a także ból wywołany w okolicy ud. Spojrzał w tamtym kierunku i zdał sobie sprawę, że czekając na odpowiedź rozmówcy, z całych sił wbijał swe paznokcie w tę część ciała, aby choć trochę opanować nerwy.

– Wiesz, że nie musiałeś się tak stresować – powiedział Lupin ze zmartwieniem w oczach. – Nie pozwolilibyśmy ich skrzywdzić.

– Ja... to było silniejsze ode mnie – odparł kruczowłosy z nieśmiałym uśmiechem na ustach. – Wracając jednak do tematu, mówiąc wprost, chcę wam pomóc finansowo.

– Słucham? – spytał Remus z oszołomieniem widocznym na twarzy.

– To, co słyszałeś – odparł spokojnym, aczkolwiek stanowczym głosem. – Dobrze wiesz, że pieniędzy mam pod dostatkiem, sam nawet nie sądzę, abym kiedykolwiek był w stanie wydać je wszystkie. Co ja mówię! – poprawił się natychmiast w zdenerwowaniu. – Gdybym chociaż jedną czwartą tego majątku udało mi się spożytkować na cokolwiek konkretnego byłby to wielkim sukcesem. Dlatego część z nich chcę przekazać w twoje ręce. Nie interesuje mnie to, na co je dokładnie przeznaczysz, czy na pomoc mugolakom, czy na ekwipunek wojenny, sam wiesz czego najbardziej nam obecnie brakuje. Wiem, że mogę ci zaufać i że rozporządzisz nimi w najbardziej korzystny dla nas sposób. Dlatego chcę, żebyśmy przed wyjazdem stąd udali się do Gringotta – skończył, przeszywając go pewnym siebie wzrokiem.

– Harry, ty... jesteś tego pewien? – zapytał wciąż oszołomiony Lupin, jednak zmarszczki na jego czole wyraźnie świadczyły o poważnej analizie propozycji. – Dobrze wiesz, że nie musisz tego robić. Mimo wszystko rozwiązywanie takich problemów nie należy do ciebie i nie musisz czuć się do tego zobowiązany. I tak już zbyt wiele spoczywa na twoich barkach.

Ciepło widoczne w jego oczach dostatecznie zapewniło Harry'ego o szczerości tych słów i słuszności podjętej przez niego decyzji. Wiedział, że pomimo dość prostej kalkulacji, której wynikiem jest fakt, że oferowane pieniądze mogą być czymś zbawiennym dla jasnej strony, dla Remusa to właśnie jego dobro było najważniejsze.

– Uwierz mi, że jestem tego świadom, jednak chcę to zrobić. Sam doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że ich kurzenie się w banku nikomu nie przyniesie niczego dobrego – powiedział, posyłając w jego stronę zachęcający uśmiech.

– Echhh... Harry... – rzekł zmęczonym tonem, przyznając się tym do pełnej kapitulacji. – W normalnych okolicznościach nigdy bym się na to nie zgodził, jednak... jak sam zauważyłeś, w obecnych czasach każda pomoc jest wręcz na wagę złota, także... – przerwał biorąc głęboki wdech – także moja moralność nie pozwala mi odmówić. Mam nadzieję, że Lily i James mi to wybaczą.

– Myślę, że podjęliby taką samą decyzję – odparł chłopak z szerokim uśmiechem na twarzy.

Lupin zapatrzył się na niego, jednak lekka mgła goszcząca na jego źrenicach, świadczyła o tym, że myślami powędrował w zupełnie inne miejsce. Harry uznał, że musiał on chwilowo zatopić się we wspomnieniach dotyczących jego rodziców, dlatego nie przerywał tej subtelnej ciszy, jaka między nimi zapanowała. Gdy mężczyzna ocknął się z tego chwilowego letargu, spojrzenie, jakim obdarzył chłopaka, nabrało na delikatności.

– Byliby z ciebie niesamowicie dumni – powiedział z rozczuleniem w głosie. – Strasznie przypominasz swojego ojca i znając go, zapewne podjąłby taką samą decyzję. Wyrosłeś na wspaniałego mężczyznę – kończąc wypowiedź ponownie ścisnął ramię zielonookiego w geście otuchy.

Harry był zupełnie oszołomiony tym widocznym przejawem czułości z jego strony. Nie był przyzwyczajony do tak jawnego okazywania uczuć, dlatego, gdy tylko usłyszał pośpieszne kroki dochodzące od strony schodów, z całego serca podziękował panu Weasleyowi za świetne wyczucie czasu i wybawienie go z tej niekomfortowej sytuacji. Obaj zwrócili swe głowy w kierunku dźwięku i ujrzeli Artura, potykającego się o ulepszoną wersję uszów dalekiego zasięgu, leżącą na schodach, a ostatnio testowaną przez bliźniaków.

– Szlag by to trafił – zaklął soczyście dostrzegając przedmiot. – Wszędzie to porozrzucali... Wybacz Remusie, kolejny prototyp moich dzieci – rzekł nieśmiało, wskazując na zabawkę. – Mam nadzieję, że nie musiałeś zbyt długo na mnie czekać?

– Skądże Arturze, Harry zabawił mnie w tym czasie rozmową – mrugnął porozumiewawczo do chłopaka, zabierając w tym momencie rękę z jego ramienia.

– O, Harry – rzekł z zaskoczeniem pan Wesley, zauważając go dopiero teraz. – A co ty tutaj robisz? Nie powinieneś być w łóżku?

– No cóż, uznałem, że gazety same się nie przeczytają – odparł z grymasem na twarzy.

– Aa, to, no tak... faktycznie... trzeba nadrobić zaległości – uśmiechnął się do niego współczująco. – To co Remusie, idziemy?

– Jeżeli jesteś gotowy, to nie widzę żadnych przeciwwskazań.

–Dobrze, zatem chodźmy. A ty, Harry, nie zagłębiaj się w te bzdury, aż tak bardzo. Lepiej idź się przespać, z tego co mi się obiło o uszy, czeka was dzisiaj ciężki dzień. Ponoć będziecie wyrzucać gnomy z ogródka – mrugnął do niego i skierował swoje kroki w kierunku drzwi.

– No cóż, obowiązki wzywają – rzekł Lupin do Harry'ego – Odnośnie naszej małej wycieczki, wieczorem ustalimy wszystkie szczegóły – to rzekłszy dołączył do Artura, a o ich wyjściu świadczyło cisze skrzypnięcie zamykanych drzwi.

W pomieszczeniu zapanowała przytłaczająca cisza. Harry spojrzał na stertę papierów leżących na stoliku, jednak po chwili zrezygnował z pomysłu dalszego zagłębiania się w ich treść. Odchylił się do tyłu i delikatnie osunął w dół kanapy, w celu położenia swej potylicy na jej oparciu. Przymknął powieki i po raz kolejny pozwolił pochłonąć się swoim zawiłym myślom.


* * *



Spróbował otworzyć oczy, jednak oślepiający blask promieni słonecznych wpadających przez okno, zmusił go do ich natychmiastowego zamknięcia. Odczekał chwilę i ponowił próbę, tym razem pamiętając o stopniowym przyzwyczajeniu wzroku do jasności. Uchylił powoli powieki, starając się rozróżnić lekko rozmazane kształty. Nie potrafił stwierdzić, w którym momencie poczuł się na tyle zmęczony, że zapadł w sen, jednak uznał, że od rozmowy z Lupinem musiało minąć sporo czasu, gdyż słońce wcześniej ledwo przeganiające mrok, wisiało teraz dumnie w najwyższym punkcie nieba, oświetlając cały salon. Zamrugał kilka razy w zdziwieniu nie rozumiejąc, czemu nikt nie zdecydował się go obudzić i dlaczego zwykle zatłoczona o tej porze kuchnia zieje pustkami. Postanowił wstać, jednak zrezygnował z tego pomysłu, czując lekki ciężar goszczący na jego ramieniu. Odwrócił głowę w prawą stronę, przez co jego twarz natrafiła na burzę rudych włosów, a do jego nozdrzy wdarł się delikatny, lawendowy zapach. Rozszerzył swe oczy w zdumieniu rozumiejąc, że osobą drzemiącą na jego ramieniu był nie kto inny, jak najmłodsza Weasleyówna. Szok, w jakim się znalazł, sprawił, że nie wiedział co ma w tym momencie zrobić. Od pogrzebu Dumbledore'a nie miał czasu na spokojną rozmowę z dziewczyną. Nawet teraz, mimo tego że już kilka dni przebywał w Norze, to każdy z nich był tak zajęty swoimi sprawami, że ich jedyną interakcją były nieśmiałe uśmiechy w czasie mijania się na schodach lub wymiana kilka zdań podczas wspólnych posiłków. W gruncie rzeczy wcale nie narzekał z takiego obrotu spraw, bo mimo tego że Ginny była kimś niesamowicie ważnym w jego życiu, to sam nie wiedział o czym dokładnie mógłby z nią porozmawiać. Bardzo cenił sobie tę drobną dziewczynę, jednak nie sądził, aby był w stanie odwzajemnić jej uczucia w takim stopniu, jakim ona tego pragnie. Przynajmniej nie teraz i zapewne nie w najbliższym czasie. Nie wiedział nawet czy kiedykolwiek uda mu się to zrobić. Na jego barkach spoczywa zbyt wiele obowiązków i zbyt wiele ciemności czai się za jego plecami, aby mógł myśleć o czymś tak trywialnym jak miłość, czy związek. Nie sądził, że będzie w stanie poddać się tym uczuciom, dopóki wojna całkowicie nie dobiegnie końca. Zapatrzył się uważnie na drobną twarz dziewczyny, zauważając jej niesamowicie długie rzęsy, delikatne rumieńce na piegowatych policzkach, a także duże sińce pod oczami świadczące o kilkudniowym zmęczeniu. Mimo skrępowania uśmiechnął się lekko pod nosem i potrząsnął delikatnie ramieniem rudowłosej, w celu jej obudzenia. Dziewczyna zmarszczyła delikatnie nosek, a także mocniej zacisnęła powieki, po czym otworzyła je gwałtownie, wbijając w Harry'ego orzechowe tęczówki. Gdy zdała sobie sprawę z ich bliskości, rozszerzyła oczy w niemym zdumieniu i odsunęła się od niego tak gwałtownie, że prawie spadła ze znajdującej się pod nią kanapy.

– Harry... ja... to był przypadek... ja nie... – jąkała się w zawstydzeniu.

– Nic się nie stało – odparł kruczowłosy z lekkim uśmiechem, jednak jego napięta postawa świadczyła o równie silnym zdenerwowaniu.

– Ja... po prostu... wchodząc do domu zauważyłam ciebie. Myślałam, że nie śpisz, więc podeszłam i... to tak samo wyszło – starała się wyjaśnić zaistniałą sytuację, jednak coraz większy rumieniec zalewający jej policzki świadczył jedynie o połowicznej prawdzie.

– W porządku – rzekł Harry, starając się lekko rozluźnić. – Byłaś z Woodem i Jordanem?

Ginny rozszerzyła oczy w zdumieniu, źle interpretując słowa chłopaka.

– Ja... tak – odparła z wahaniem. – Harry, wiesz, że to nic nie znaczy, to jest moje zadanie, my nic...

– Nie o to mi chodzi – wtrącił natychmiast, rozumiejąc jej tok myślenia. – Po prostu chciałem się dowiedzieć, jak wam idzie. Dużo osób się do nas przyłączy?

–Ach, to.. jasne... – mina rudowłosej zrzedła lekko, jednak kontynuowała temat. – Wiesz, największy problem jest z rodzicami, którzy nie chcą walczyć. Boją się wysłać swoje dzieci na wojnę. Jednak pomoc zadeklarowali prawie wszyscy siódmoroczni, oprócz Ślizgonów, do nich nawet nie zaglądaliśmy. Tak samo w kwaterze pojawi się sporo roczników od czwartego wzwyż.

Harry pokiwał głową w zamyśleniu, jednak odpowiedź dziewczyny uznał za satysfakcjonującą. Po naradzie dowiedział się, że Wood i Jordan zajmują się drobniejszymi sprawami zakonu i w ostatnim czasie wraz z Ginny starają się zwerbować do nowej kwatery jak największą ilość ich znajomych ze szkoły, a także namówić ich rodziców do czynnej pomocy w działaniach wojennych, a przynajmniej deklaracji gotowości do walki w odpowiednim czasie.

– Chcesz może herbaty? – spytał zielonooki niespodziewanie, wstając z kanapy i kierując swe kroki w stronę kuchni.

– Słucham? – rzekła oszołomiona, jednak podążyła za Harrym.

– Jesteś wykończona, więc pomyślałem, że powinnaś napić się czegoś ciepłego i może coś zjeść. Widzę, że twoja mama zrobiła nam śniadanie – odparł, zauważając patelnię z jajecznicą, na którą zostało rzucone zaklęcie podgrzewające.

– Tak... z chęcią. Harry...

– Tak? – zapytał, nie odrywając jednak wzroku od czajnika, który napełniał wodą.

Usłyszał za sobą delikatny odgłos kroków zbliżających się do niego, a następnie poczuł drobną dłoń na swoim ramieniu. Odłożył czajnik na kuchenkę i powoli odwrócił się w stronę dziewczyny. Stanął z nią twarzą w twarz i zrozumiał, że w końcu nadszedł czas na tę usilnie unikaną rozmowę. Ich bliskość trochę go krępowała, jednak nie miał możliwości zrobienia choćby małego kroku w tył z powodu blatu znajdującego się tuż za nim, a nie chciał jej ranić, poprzez jawne odejście w inne miejsce. Czekał zatem cierpliwie, pozwalając jej pozbierać swoje myśli.

– Harry... – rzekła niepewnie, intensywnie się w niego wpatrując. – Ja... dużo myślałam o naszej ostatniej rozmowie. Wiesz, zaraz po pogrzebie dyrektora... tak się zastanawiam, czy... czy może... – urwała, nieśmiało spuszczając wzrok w dół. – bo wiesz, rozumiem twoją decyzję, jednak teraz, jak i tak będziesz w kwaterze... tak sobie myślę... wcześniej sądziłam, że wyruszysz wraz z Ronem i Hermioną w podróż, dlatego tak postanowiłeś, ale jak i tak zostajesz... – podniosła twarz do góry, wbijając w niego swoje orzechowe tęczówki pełne nadziei.

Żołądek Harry'ego ścisnął się nieprzyjemnie, widząc tę niemą prośbę w oczach dziewczyny. Nie chciał jej ranić, jednak nie chciał również niczego obiecywać. Położył rękę na jej rumianym policzku, uznając ten gest za najodpowiedniejszy i łudząc się, że chociaż trochę złagodzi on szorstkość słów, które zamierzał wypowiedzieć.

– Gin, posłuchaj, ja... – zaciął się, rozważając najdelikatniejszy sposób wypowiedzenia na głos swoich myśli. – Uwielbiam cię, jednak sądzę, że na tę chwilę to nie jest dobrym pomysłem. Będąc ze mną narazisz się na śmiertelne niebezpieczeństwo...

– Nie interesuje mnie to – wtrąciła pośpiesznie.

– Jednak mnie to interesuje – odparł z naganą w głosie. – Nie jestem w stanie ryzykować twoim życiem. Może, jak cała sytuacja się uspokoi, jak ta wojna się zakończy, to może wtedy my... – zaciął się, czując na języku gorycz kłamstwa, którego nie mógł wypowiedzieć.

– Rozumiem... – odparła cicho. – Jednak wiesz, Harry... mimo tego całego otaczającego nas... bałaganu, chociaż raz powinieneś pomyśleć o swoim szczęściu. Ale szanuję twoją decyzję i będę na ciebie czekać.

Pomimo głębokiego smutku bijącego z jej oczu, na jej twarzy zagościł lekki uśmiech. Ten widok i wypowiedziane przez nią słowa sprawiły, że poczucie winy już zaczęło zżerać Harry'ego od środka z powodu tego jawnego kłamstwa. Dziewczyna zrobiła mały krok w tył, jednak po chwili zmieniła zdanie i jeszcze bardziej zbliżyła się do niego, przyciskając swoje wargi do ust kruczowłosego.

– No proszę, proszę! Człowiek spuszcza was na chwilę z oczu, a wy już szalejecie.

Harry i Ginny słysząc głos najmłodszego z braci odskoczyli od siebie gwałtownie, pokrywając się szkarłatem. Kruczowłosy spojrzał w stronę schodów, na których ujrzał dwójkę swoich najlepszych przyjaciół. Na twarzy rudzielca gościł szeroki uśmiech połączony z satysfakcją widoczną w oczach. Widząc reakcję Rona, poczuł zażenowanie i złość na dziewczynę za ten infantylny gest. Nie chciał nikogo okłamywać, a w tym momencie już dwójka z Weasleyów miała zupełnie inne wyobrażenie na temat zaistniałej sytuacji, niż przedstawiała sobą rzeczywistość.

– Ron! – krzyknęła zirytowana Hermiona. – Mówiłam ci, żebyś teraz nie schodził! Jednak ty, oczywiście, musiałeś im przeszkodzić!

– Ojj Herm, daj spokój, w końcu będą mieli jeszcze dużo czasu na te swoje miłosne tete a tete.

– Widzisz braciszku, ciekawe, kiedy ty będziesz miał kogoś do swojego miłosnego tete a tete? – powiedział złośliwie Fred, pojawiając się znienacka w kuchni, jednak zauważając zmieszanie goszczące nie tylko na twarz Rona, lecz również Hermiony, zrobił zaskoczoną minę.

– Czy my o czymś nie wiemy? – spytał George konspiracyjnym szeptem.

– Z pewnością o wielu rzeczach, jednak myślę, że niektóre tematy mogą być dla was zbyt trudne do zrozumienia – odparła złośliwie Hermiona, czym wywołała szok wśród zebranych i lekki śmiech Rona.

Harry widząc przyjaciółkę zbliżającą się do kuchenki, szybko wziął talerz z posiłkiem i usunął się jej z drogi, zasiadając przy stole. Z zaciekawieniem obserwował zaistniałą sytuację, mając dziwne wrażenie, że w ostatnim czasie ominęło go coś więcej, niż tylko nieznajomość faktów wojennych, zresztą, oceniając po minach zebranych, nie tylko jego. W czasie gdy Hermiona szykowała herbatę, Fred w kilku dużych krokach przemierzył całe pomieszczenie, oparł się o blat szafki kuchennej, stając ramię w ramię z dziewczyną i wbił w nią podejrzliwy wzrok.

– Od kiedy stałaś się taka wredna, co, Granger? – zapytał, szturchając ją przy tym łokciem w bok.

– Od kiedy zaczęłam przebywać dłuższy czas w waszym towarzystwie. Wasz humor jest zaraźliwy – posłała w jego stronę słodki uśmiech.

– Patrz George, jesteśmy geniuszami! – rzekł z udawanym zachwytem, łapiąc się przy tym za serce.

– Nie Fred, wychowaliśmy potwora – odparł z autentycznym przerażeniem George. – Jej inteligencja jest zbyt duża, by świat wytrzymał jeszcze to, że zacznie posługiwać się ripostą. To będzie katastrofalnym połączeniem.

Hermiona przewróciła oczami i usiadła obok Harry'ego, który z całych sił starał się nie wybuchnąć śmiechem, jednak zauważając naganę w oczach przyjaciółki, zadał pierwsze, lepsze pytanie, które wpadło mu do głowy, a którego natychmiast pożałował.

– Dlaczego mnie nie obudziliście?

– Tak słodko spaliście, że aż szkoda było was budzić – rzekł Ron z szerokim uśmiechem na twarzy, wywołując dreszcze na skórze zielonookiego.

Potter poczuł wielką bryłę lodu spadającą wprost do jego żołądka. Spojrzał na Ginny, której cała twarz pokryła się czerwienią tak, jakby faktycznie robili coś nieprzyzwoitego. Jego ciało zalała złość na dziewczynę z powodu tej wyolbrzymionej reakcji, jednak opanował nerwy i pominął rozpoczęty wątek.

– Gdzie jest wasza mama? – zapytał kruczowłosy udając rozluźnionego. – Myślałem, że już z samego rana zagoni nas do sprzątania ogródka.

– Czemu mielibyśmy cokolwiek robić w ogródku? – spytał zaskoczony Ron.

– Podobno gnomy znowu zaczęły się w nim panoszyć – odparła cicho wciąż zawstydzona Ginny.

– Tata też nam o tym mówił – stwierdził George, mając na myśli siebie i Freda. – Chociaż akurat ty, siostrzyczko, nie masz na co narzekać, ciebie z pewnością ominie ta przyjemność, Hermionę zresztą też.

Dziewczyny nie skomentowały wypowiedzi chłopaka, rozumiejąc, że akurat w tej kwestii z pewnością ma on rację. Samo zajęcie faktycznie jest pracochłonne, jednak, co najważniejsze, wymaga sporego wysiłku fizycznego, stanowczo zbyt dużego, jak na te dwie, drobne kobiety. Nakazy Molly Weasley mogą być restrykcyjne, jednak kobieta sama dobrze wie gdzie jest granica, której nie należy przekraczać.

– Harry, jak ci idzie nadrabianie zaległości? – spytała Hermiona z autentycznym zainteresowaniem.

– Wolałbym tego nie komentować – odparł ponurym głosem.

– Widzę, że chyba już doszedłeś do tych bzdur o zdradzie – stwierdził Ron z kwaśną miną.

– O coś zahaczyłem wzrokiem – rzekł, bawiąc się jedzeniem na talerzu. – Jednak komentowanie tego nie ma sensu.

– I słusznie kochaneczku, nie powinieneś przejmować się takimi bzdurami.

Głowy wszystkich zwróciły się w stronę gospodyni powoli schodzącej po schodach. Stawiane przez nią kroki były tak ciche, że nikt nie zauważył jej przybycia.

– Co robiłaś tak długo? – spytał zdziwiony Ron.

– Och, nic takiego, ucięłam sobie małą pogawędkę z Tonks – odparła spokojnie.

– Małą pogawędkę trwającą pół dnia?!

– Coś ci w tym przeszkadza Ronaldzie? – rzekła z groźnymi błyskami w oczach.

– Ja... nie, jasne, że nie... w końcu to całkiem normalne...

Kobieta zgromiła najmłodszego syna wzrokiem, jednak po chwili zwróciła się do wszystkich.

– Myślę, że każdemu przydał się taki odpoczynek z samego rana. Dzisiaj...

– Tak, wiemy, czeka nas odgnamianie – wtrącił ponuro Ron.

– Co? Nie, nie, to już jest nieaktualne.

– Co? Ktoś cię skonfundował? – spytał zszokowany Fred.

– A może jesteś pod wpływem Imperiusa? – dodał równie przejęty George.

– Słucham? Co to za głupoty? – powiedziała zdziwiona gospodyni.

– To nie są żadne głupoty – rzekł podejrzliwie George. – Molly Weasley nigdy nie stwierdziłaby, że odpuści swoim biednym dzieciom porządki w ogrodzie. Co jak co, ale nie ogród!

– Wiem! To nie jest zaklęcie! – krzyknął poważnie Fred, wyciągając swą różdżkę i celując nią wprost między oczy kobiety. – Kim jesteś, że miałeś czelność wielosokować się w naszą matkę?! Mów, albo nie ręczę za siebie!

– Alfredzie Weasley! – wściekły głos gospodyni rozniósł się po całym pomieszczeniu. – Opuść natychmiast rękę, albo zaraz ja nie ręczę za siebie! Jeżeli jeszcze raz ośmielisz się podnieść na mnie różdżkę, to możesz być pewien, że twoje rzeczy w tempie natychmiastowym znajdą się za drzwiami! W tym domu nie tolerujemy takich zachowań! A ty, George, nie masz z czego się śmiać, wylecisz razem z nim!

– A jednak, to ona... – odparł Fred do zebranych, starając się utrzymać przy tym powagę na twarzy, jednak lekko drżące barki zdradzały jego rozbawienie.

– To nie jest na moje nerwy – odparła kobieta zmęczonym głosem, po czym zaczęła wspinać się po schodach na górę.

– A co z nami?! – krzyknął za nią Ron. – Myślałem, że chciałaś nam o czymś powiedzieć?!

– Nic, po prostu zajmijcie się dzisiaj sobą. Obiad będzie o szesnastej.

Tym stwierdzeniem zakończyła rozmowę, zostawiając w kuchni zszokowaną młodzież.


* * *


Czas spędzony w domu Weasleyów minął Harry'emu tak szybko, że do zmiany kwatery pozostał niespełna jeden dzień. Podróż zaplanowano na jutrzejszy ranek, jednak chłopak już dzisiaj chodził cały spięty. Działo się tak, ponieważ to właśnie na przeddzień podróży została ustalona wizyta w Gringocie. Niecierpliwość kruczowłosego była tak duża, że już dobry kwadrans kręcił bezcelowe kółka przed kominkiem.

– Harry, uspokój się, zaraz wydepczesz dziurę w podłodze – rzekła Hermiona, siedząca wraz z Ronem na kanapie.

– No właśnie, stary, mama nie będzie zadowolona – poparł ją rudzielec.

– Łatwo wam mówić, spóźnia się.

– Harry, umówiliście się o piętnastej – uściśliła pobłażliwie dziewczyna.

– No właśnie! – rzekł zmartwiony Potter – A jest już za trzy!

– Nie to, żeby coś, ale moja znajomość zegarka mówi mi, że Lupin ma jeszcze trzy minuty – odparł poważnie Ron, czym zapracował sobie na nienawistne spojrzenie przyjaciela.

Harry zdążył zrobić jeszcze kilka kółek przed kominkiem, po czym usłyszał skrzypnięcie drzwi, świadczące o przybyciu wilkołaka.

– Patrz, równo piętnasta, jednak Lupin też zna się na zegarku, nie to co ty – powiedział rozbawiony rudzielec.

Harry zignorował komentarz przyjaciela, uważnie śledząc Remusa, idącego w ich stronę spokojnym krokiem. Podkrążone oczy wyraźnie świadczyły o zmęczeniu mężczyzny, jednak jego twarz przyozdabiał delikatny uśmiech.

– Witajcie młodzieży – rzekł, lekko kiwając im głową. – Jak minął wam dzień?

– W porządku – odparła Hermiona, wyprzedzając tym Rona, który już otwierał usta, by powiedzieć coś zgryźliwego na temat zachowania Pottera. – A tobie?

– Również nie najgorzej. To jak, Harry, możemy się zbierać? – zapytał, kierując wzrok w stronę chłopaka.

– Jasne.

– Dobrze, zatem pójdę pierwszy i spotkamy się w Dziurawym Kotle.

Rzekłszy to, skierował się w stronę kominka, biorąc dużą garść proszku Fiuu z popielniczki umocowanej do jego ściany. Wchodząc do środka, schylił się lekko, by nie zahaczyć głową o twarde cegły konstrukcji, po czym odwrócił się do kruczowłosego i uśmiechnął pokrzepiająco.

– To do zobaczenia za chwilę, Harry. Na Pokątną!

Mężczyzna wypowiadając ostatnie słowa, wypuścił z rąk popielaty proszek, po czym zniknął pochłonięty przez szmaragdowe płomienie buchające z kominka. Gdy ostatnie iskry zgasły, kruczowłosy przełknął głośno ślinę i powędrował w jego ślady, kiwając przyjaciołom głową na odchodnym. Poczuł gigantyczną siłę wsysającą go do środka, obracającą nim w zawrotnym tempie, a jego uszy wypełnił głośny ryk. Zamknął powieki, by choć trochę zniwelować to nieprzyjemne uczucie i już po chwili wyszedł z kominka, ostrożnie przytrzymując ręką kamienne ściany i krztusząc się silnie pyłem naleciałym mu do płuc. Zdjął okulary z nosa, oceniając krytycznym wzrokiem szkła osmolone od sadzy, po czym wytarł je o krawędź swojej również niezbyt czystej koszulki. Otrzepał lekko włosy z kurzu, a następnie spojrzał na Lupina zażenowanym wzrokiem.

– Nienawidzę tego – rzekł, wykrzywiając usta w nieprzyjemnym grymasie, czym wywołał śmiech Remusa.

– Osobiście uważam, że aportacja jest gorsza.

– W sumie to możesz mieć rację. Nienawidzę obu – odparł chłopak, uśmiechając się lekko i podążył za Lupinem, kierującym się w stronę wyjścia.

Przekraczając próg Dziurawego Kotła do oczu Harry'ego wdarły się oślepiające promienie słoneczne, które znacząco utrudniły mu widoczność. Przymrużył lekko powieki, w celu odzyskania ostrości widzenia, a gdy ta chwila nastąpiła, stanął na środku ulicy w niemym szoku. Większość sklepów była otwarta i chociaż ich asortyment nie był, aż tak duży jak zazwyczaj, to nie można powiedzieć, że źle prosperowały. W niektórych z nich można było ujrzeć sporą liczbę osób, a sama ulica, mimo że nawet w jednej czwartej nie była tak zaludniona, jak przed hogwarckim szałem zakupów, to była wypełniona dość pokaźną liczbą czarodziejów.

– Coś się stało, Harry? – spytał zmartwiony Lupin, zauważając oszołomienie na twarzy chłopaka.

Głos mężczyzny przebił się przez szok Pottera, sprawiając, że ten zaczął rozglądać się wkoło w poszukiwaniu towarzysza. Dopiero po chwili dostrzegł go, stojącego z dobre trzy metry przed nim. W kilku pośpiesznych krokach dogonił Remusa, jednak wciąż z wielkim zainteresowaniem rozglądał się na boki.

– Nie, nic... po prostu... spodziewałem się czegoś innego.

– To znaczy? – rzekł Remus z autentycznym zainteresowaniem.

– Cóż... – zaśmiał się. – Myślałem, że będzie puściej.

– W porównaniu ze zwyczajowym ruchem, to i tak jest tutaj pusto – rzekł cicho Remus z zauważalnym przygnębieniem w głosie.

– Wiem, jednak nie tak, jak się tego spodziewałem.

– To zrozumiałe, ale znasz czarodziejów, mimo ciężkich czasów ci najodważniejsi, bądź najgłupsi, starają się żyć choć trochę normalnie.

– Tak, wiem – odparł kruczowłosy, milknąc w zamyśleniu.

Dalszą część drogi spędzili w ciszy, przerywanej jedynie głosami mijających osób. Po uważniejszym przyjrzeniu się otoczeniu, Harry dostrzegł, że mimo zauważalnego ożywienia twarze ludzi wyrażały strach i przygnębienie, natomiast same wystawy sklepowe prowadziły bardzo ostrożną kampanię, nienawiązującą w żaden otwarty sposób do strony, po której się opowiedziały, w obawie przed gniewem popleczników Czarnego Pana. Mimo wewnętrznej irytacji, kruczowłosy wiedział, że w obecnej chwili, aby te drobne sklepiki mogły funkcjonować, ich właściciele musieli pokazywać przysłowiową "dobrą minę do złej gry". W innym wypadku mogliby podzielić smutny los Floriana Fortescue'a, właściciela tutejszej lodziarni, który po dwóch dniach od jawnej krytyki Voldemorta został znaleziony martwy w swoim domu. Chłopaka ogarnął głęboki smutek, gdy przechodząc koło tego małego sklepiku, nie ujrzał przed ladą uśmiechniętego sprzedawcy, a jedynie zakurzone stoliki, poprzewracane krzesła i wybite szyby okienne. Odwrócił zraniony wzrok przed siebie i już z oddali dostrzegł śnieżnobiałą elewację monumentalnego banku Gringotta. Zbliżając się do budynku, coraz wyraźniej widział smukłe, marmurowe kolumny, podpierające niewielki balkonik, którego płyta była przyozdobiona dużymi, złotymi literami, układającymi się w nazwę obiektu. W momencie gdy Lupin znajdował się przy potężnych drzwiach wejściowych wykonanych z brązu, wzrok chłopaka powędrował nieco dalej, natrafiając na część wystawy Magicznej Menażerii. Harry, aż zachłysnął się powietrzem, dostrzegając w klatkach, ustawionych na drewnianych podwyższeniach, cztery sklątki tylnowybuchowe wielkości przeciętnego, mugolskiego doga niemieckiego. Stanął w miejscu i silnie mrugając powiekami, przyglądał się im oniemiały.

– Harry, idziesz? – spytał Remus, z ręką znajdującą się już na mosiężnej klamce.

– Ja... tak... – odpowiedział chłopak, nie ruszając się jednak z miejsca. – Sprzedaż sklątek jest tutaj dozwolona? To znaczy, to coś jest w ogóle na sprzedaż? Myślałem, że to było jedynie przerażającym hobby Hagrida? – stwierdził z autentycznym przestrachem w oczach.

– No cóż... – rzekł Remus z namysłem – Obecnie dość popularna stała się hodowla domowych zwierząt obronnych.

Harry słysząc słowa mężczyzny, spojrzał się na niego, jak na skończonego idiotę.

– Niby z której strony to coś przypomina ci zwierzątko domowe!?

– Z tym pytaniem powinieneś raczej udać się do Hagrida, z tego co pamiętam, miał na to całkiem dobre wytłumaczenie – odparł ze śmiechem i zniknął za drzwiami banku.

Kruczowłosy pokręcił głową w niedowierzaniu, po czym rzucił ostatnie, krytyczne spojrzenie w stronę stworzeń i podążył za Lupinem. Znalazł się we wnętrzu wielkiej, marmurowej sali, z obu stron otoczonej wysokimi kontuarami, przy których zasiadały gobliny, pilnie skrobiące w wielkich księgach rachunkowych. Mosiężne wagi odbijały od swych powierzchni światło, padające na nie z kulistych lamp oraz diamentowych żyrandoli, powodując tym lekki dyskomfort w widoczności chłopaka. Głuchy odgłos butów uderzających o posadzkę, towarzyszył im przez całą drogę do bankiera. Nim doszli do celu chłopak zorientował się, że nawet w samym banku znajduje się o połowę mniejsza ilość goblinów, niż zazwyczaj, co świadczyło o tym, że wojna również tutaj zdążyła odcisnąć swoje piętno. Lupin i Harry podeszli do kontuaru i zatrzymali się przed nim w niewielkiej odległości, czekając, aż zostaną zaszczyceni choć niewielką ilością uwagi. Goblin o spiczastej bródce i bardzo długich palcach z głośnym hukiem podbił kilka egzemplarzy dokumentów, po czym spojrzał na nich z chytrym uśmiechem.

– Witam – rzekło stworzenie skrzekliwym głosem. – W czym mogę panom pomóc?

– Chciałbym wypłacić część pieniędzy z krypty 687, a także przenieść połowę z nich do skarbca Remusa Lupina.

– Co? – wtrącił oszołomiony wilkołak. – Połowa to za dużo! Nawet nie myśl, że ci na to pozwolę!

– Ależ Remusie, rozmawialiśmy o tym i...

– Dokładnie, rozmawialiśmy, ale nie umawialiśmy się, że na ten cel roztrwonisz połowę swojego majątku. Stanowczo wystarczy nam jedynie drobne wsparcie – rzekł nieznoszącym sprzeciwu głosem.

Potter wahał się chwilę nad wszczęciem kłótni, jednak widząc zacięcie Lupina, skapitulował. Wiedział, że wzięcie od niego choćby knuta jest dla mężczyzny sprawą dość ciężką, dlatego nie chciał stawiać go w jeszcze bardziej niekomfortowej sytuacji. I tak dużym sukcesem jest sam fakt, że Remus przystał na propozycję wsparcia finansowego, bez większych sprzeciwów.

– Dobrze – powiedział Harry powoli. – Zatem ćwierć tego, co znajduje się u mnie. I nie! Nie będziemy więcej dyskutować na ten temat! Dobrze wiesz, że ich nie potrzebuję! – zakończył, wbijając ostry wzrok w towarzysza, czym pokazał mu, że tym razem nie odpuści tak łatwo.

– Czy panowie doszli już do porozumienia? – wtrącił goblin w zniecierpliwieniu.

– Tak – rzekł Lupin, wzdychając przy tym ciężko. – Proszę zastosować się do poleceń pana Pottera.

– Dobrze, zatem prosiłbym panów o okazanie różdżek.

Remus wyciągnął swoją cyprysową różdżkę i położył ją delikatnie na kontuarze znajdującym się przed stworzeniem. Goblin natychmiast pochwycił ją w ręce i zaczął obracać nią między palcami, obserwując przy tym uważnie. W akcie aprobaty pokiwał głową kilka razy, po czym zwrócił ją właścicielowi, a następnie spojrzał nagląco na kruczowłosego. Harry podał mu różdżkę z dużym ociąganiem. Nie chodziło o fakt domniemanego falsyfikatu, lecz o samo rozstanie się z tym małym kawałkiem drewienka. Akurat w tej kwestii słowa Moody'ego, dotyczące stałej czujności, trwale wyryły się w jego pamięci. Bez różdżki czuł się bezbronny. Nagi, niczym nowonarodzone dziecko. Odetchnął z ulgą, gdy goblin, po chwili trwającej dla niego niczym wieczność, oddał mu jego własność. Wyjął z kieszeni klucz do swojej krypty i podał go stworzeniu, które szybkim ruchem zeskoczyło z taboretu, na którym siedziało, i poczłapało kaczym krokiem w stronę małego wagoniku. Całą trójka wsiadła do wózka i popędziła przed siebie krętymi labiryntami. Grzechot kół uderzających o szyny ogłuszył Harry'ego, a pęd powietrza zmusił do przymknięcia już i tak załzawionych oczu. Podróż do krypty trwała około dziesięciu minut i zanim się zatrzymali, kruczowłosego zdążyło dość mocno zemdlić. Gdy stanęli w miejscu, chłopak wyszedł powoli z wagoniku, biorąc przy tym głębokie wdechy i starając się nie stracić równowagi, pomimo dygoczących kolan.

– Wszystko w porządku? –spytał zaniepokojony Remus, zauważając jego lekko zazielenioną twarz.

– Do Fiuu i aportacji dołączam jeszcze podróż wózkami. Stanowczo wolę miotły – rzekł niewyraźnie, czym wywołał śmiech mężczyzny.

– Zapamiętam na przyszłość.

Goblin, nie zwracając na nich większej uwagi, otworzył drzwi krypty, ukazując im widok na stosy złotych, srebrnych i brązowych monet. Harry odzyskując nieco panowanie nad ciałem, wszedł do wnętrza skarbca i zaczął napełniać trzy sakiewki – jedną dla siebie, a dwie dla Lupina, starając się wrzucać w woreczki przeznaczone dla mężczyzny same galeony. Gdy skończył, przekazał Remusowi dwa, pękate tobołki, uśmiechając się przy tym szeroko, w odpowiedzi na jego przygnębiony i lekko skrępowany wzrok. Mężczyzna odebrał od niego podarunek i pomniejszony schował do wewnętrznej kieszeni marynarki, kiwając do niego głową w ramach podziękowania. Kruczowłosy posłał w jego stronę jeszcze jeden, pokrzepiający uśmiech, po czym zwrócił się w kierunku goblina.

– Pamiętaj, aby przetransportować część z tych pieniędzy do krypty Remusa, tak, aby miał do nich swobodny dostęp w przyszłości – odezwał się poważnie. – To jest piekielnie istotne.

– Oczywiście.

– Zatem, jak już wszystko załatwiliśmy, możemy wracać – rzekł cicho Remus, kierując się w stronę wózka.

Podróż powrotna była dla Harry'ego równie nieprzyjemnym doświadczeniem, co ta pierwsza, dlatego podziękował w duchu Merlinowi, gdy dostrzegł jasne światło sali bankowej. Po kilku sekundach poczuł silne szarpnięcie zatrzymującego się wagoniku i wyszedł z niego, wykonując te same czynności co poprzednio. Gdy doszedł do siebie na tyle, aby zacząć rejestrować otoczenie, zauważył, że w pomieszczeniu panuje nienaturalna, jak na to miejsce, cisza, co wywołało w nim swoisty niepokój. Podniósł powoli głowę, rozglądając się uważnie wkoło, w celu rozeznania się w sytuacji. Po chwili jego oczy rozszerzyły się w niemym przestrachu, a po kręgosłupie przebiegły nieprzyjemne dreszcze. W marmurowych filarach podtrzymujących sklepienie widniały wyraźne, głębokie wyżłobienia, świadczące o sile uderzonych w nie zaklęć. Część z wysokich kontuarów została roztrzaskana, a przedmioty znajdujące się wcześniej na nich, porozrzucane po całym pomieszczeniu. Szkło potłuczonych lamp, szalki zepsutych wag i mahoniowe deski mebli, walały się w nieładzie na wcześniej nieskazitelnej posadzce. Jeden z wielkich, diamentowych żyrandoli leżał na samym środku pomieszczenia, otoczony tysiącami porozrzucanych pergaminów, piór i marmurowych głazików. Gdzieniegdzie można było dostrzec plamy szkarłatnej krwi i strzępki nadpalonych ubrań. Cała sala wyglądała na zdemolowaną, a co najważniejsze opustoszałą. Harry poczuł suchość w ustach i drobne kropelki potu, spływające po jego karku. Spojrzał w przestrachu na równie oszołomionego Lupina, który jedynie lekkim skinieniem głowy pokazał mu, aby się nie odzywał. Ostrożnie wyciągnęli przed siebie różdżki i w ciszy zaczęli poruszać się do przodu, po chwili jednak słysząc żałosny, pełen bólu krzyk.

– Nieee!!! – goblin stojący za nimi zaczął głośno zawodzić i biegać wkoło, powodując tym niesamowite zamieszanie.

Remus szybkim ruchem rzucił na stworzenie zaklęcie zamrażające, po czym zaczął rozglądać się w rozgorączkowaniu, oczekując najgorszego. Po niespełna minucie niczym nieprzerwanej ciszy, Harry postanowił odezwać się szeptem.

– Chyba nikogo tutaj nie ma.

– Najprawdopodobniej tak – rzekł nieco pewniejszym głosem, lecz równie cicho co chłopak. – Chodźmy.

Powoli i z jak największą ostrożnością zaczęli poruszać się w stronę wyjścia, trzymając jednak różdżki wysoko wyciągnięte przed sobą. Budynek faktycznie zionął pustkami. Gdy znajdowali się już nieopodal drzwi, przy jednym z kontuarów zauważyli małe ciało, leżące twarzą na niewielkich, szklanych odłamkach. Remus podszedł do goblina i odwrócił go ku sobie, kręcąc po chwili głową w zrezygnowaniu.

– Nie żyje – rzekł smutno do Harry'ego.

– Chodźmy stąd – odpowiedział mu krótko, po czym odszedł, nie chcąc dłużej oglądać leżącego truchła.

Kruczowłosy przekroczył ostrożnie drzwi banku i zaczął rozglądać się pośpiesznie w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. Nie dostrzegł jednak niczego niepokojącego, oprócz opustoszałej Pokątnej i wszechobecnego mroku.

– Chyba cofam to stwierdzenie odnośnie pustych ulic – powiedział cicho do Remusa, który zdążył do niego dołączyć.

Nie otrzymując odpowiedzi, spojrzał na mężczyznę, który stał w miejscu z głową wysoko zadartą do góry. Usta Lupina rozwarły się delikatnie, a miodowe oczy napełniły przerażeniem. Harry przełknął głośno ślinę, podejrzewając, co mogło wywołać taką rekcję u towarzysza. Przymknął na chwilę powieki, by choć trochę opanować nieprzyjemne uczucie guli w gardle, a po sekundzie zwrócił swoje tęczówki w tym samym kierunku, co Remus. Na ponurym, zachmurzonym niebie, brutalnie odcinały się kontury olbrzymiej czaszki, z której spomiędzy szczęk, niczym język wysuwał się wąż, subtelnie wijący się wkoło, w oczekiwaniu na swą zdobycz. Mroczny Znak wisiał tuż nad szklaną kopułą banku, rzucając delikatną, szmaragdową poświatę na okoliczne budynki, optycznie powiększając swój złowieszczy majestat. Powstały efekt był piorunująco – przerażający, co sprawiło, że Harry aż zachłysnął się wdychanym przez siebie powietrzem. Spojrzał w przestrachu na Lupina, który odwzajemnił jego spojrzenie.

– Musimy się stąd zbierać. Natychmiast! – szepnął blady Remus, nieudolnie starając się opanować drżenie głosu. – Szlag by to trafił! Powinniśmy o tym wiedzieć!

Przeklął siarczyście, po czym z wysoko uniesioną różdżką, zaczął schodzić z marmurowych schodów, kierując się w stronę Dziurawego Kotła. Kruczowłosy dołączył do niego pośpiesznie, jednak nie zdążyli przejść nawet kilku dobrych kroków, gdy z Śmiertelnego Nokturnu usłyszeli głośny rechot, a po chwili ujrzeli trójkę śmierciożerców stojących przed nimi, a przypadkowo zagradzających im dalszą drogę. Obie grupy stanęły przed sobą w niemym szoku, przyglądając się sobie uważnie. Harry rozpoznał we wrogach szpetne twarze Avery'ego i Bellatrix, jednak największe zdziwienie opanowało go, gdy wzrokiem natrafił na stalowoszare tęczówki, tak bardzo znienawidzonego przez siebie blondyna. Malfoy wpatrywał się w niego szeroko rozwartymi oczami pełnymi oszołomienia. W pewnej chwili delikatnie prześlizgnął się wzrokiem na Lupina, obdarzając go, mogłoby się wydawać nienawistnym spojrzeniem, po czym wrócił z powrotem do twarzy Harry'ego, jednak na jego licu gościła już perfekcyjna maska obojętności, a z oczu bił arktyczny chłód. Cała ta sytuacja trwała zaledwie sekundy i Harry sam nie wiedział, czy przypadkiem nie wymyślił sobie tego chwilowego odsłonięcia emocji chłopaka.

– No, no, patrzcie, kogo my tu mamy, wielki Harry Potter! Czarny Pan będzie zadowolony – krzyknęła Bellatrix z szaleństwem w oczach.

– Potter... – wysyczał blondyn przez prawie zaciśnięte wargi.

– Malfoy... – zawtórował mu chłopak głosem pełnym jadu.

– Jak zwykle nasza gwiazda znalazła się w centrum uwagi, cóż za niemiła przyjemność – rzekł, sztyletując go morderczym wzrokiem. – Matka nie mówiła ci, żebyś nie szlajał się gdzie popadnie? A nie, wybacz, zapomniałem, przecież ty nie masz matki...

Harry słysząc słowa Malfoya, zaczął spazmatycznie oddychać, z powodu ogarniającej go furii. Starał się opanować szalejącą w nim wściekłość, jednak widząc ironiczny wzrok chłopaka pełen samozadowolenia, nie wytrzymał i zapominając zupełnie o trzymanej w ręku różdżce, chciał natrzeć na niego z samymi pięściami. Już widział zmiażdżony od potężnego ciosu nos blondyna i krew spływającą strumieniami po jego bladej twarzy, gdy poczuł silne szarpnięcie w tył. Odwrócił głowę w bok i dostrzegł Lupina, mocno trzymającego go za ramię i zerkającego na niego w niedowierzaniu. Po chwili dotarła do niego cała absurdalność zaistniałej sytuacji i głupota tego, co chciał w tym momencie zrobić. Bójki na korytarzach Hogwartu z pewnością były zaliczane do zupełnie innej kategorii, tej względnie bezpiecznej, w porównaniu z bójką przed grupką śmierciożerców, w dodatku z wiszącym Mrocznym Znakiem nad głową. Kruczowłosy wziął głęboki oddech i kiwnął do mężczyzny, dając mu tym znak, że już się opanował. Remus zawiesił na nim niepewne spojrzenie, jednak po chwili zwolnił uchwyt.

– Co wy tu robicie? – zapytał ostrożnie wilkołak, spoglądając szybko na twarz każdego z nieprzyjaciół, zatrzymując jednak wzrok na Malfoyu.

– Nie twój interes kundlu – odparł blondyn ze złością.

– Draco – powiedziała Lestrange pełnym ekscytacji głosem. – Czarny Pan będzie niesamowicie zadowolony. Tylko to sobie wyobraź...

– Dobrze, że poszliśmy na ten patrol. Gdyby w końcu padło na Goyle'a, to ten skończony idiota i tak pewnie nie rozpoznałby Pottera, mając go przed samym nosem – wypluł pogardliwie Avery. – Co powiecie na krótką zabawę z Cruciatusem? Potter, przysięgam, że tobie też się to spodoba, będziesz celem – rzekł z maniakalnym uśmiechem na twarzy, kierując różdżkę w stronę kruczowłosego.

– Nawet się nie waż! – głośny syk Dracona przeciął powietrze, powodując tym wahanie u śmierciożecy. – Potter ma być nietknięty! Czarny Pan sam się nim zajmie – dokończył, obdarzając towarzysza chłodnym spojrzeniem.

Harry'ego zaskoczyła ta stanowczość w głosie Malfoya. Obecnym zachowaniem w niczym nie przypominał tego przestraszonego chłopca, którego pamiętał z wieży astronomicznej. Otaczała go teraz dziwna aura władzy i pewności siebie, co było dość niepokojące, jednak i tak, to nie zachęciło chłopaka do okazania względem niego innych emocji, niż obrzydzenie.

– No, no Malfoy, widzę, że pniesz się po szczeblach kariery. Tatuś musi być z ciebie dumny – rzekł kpiąco gryfon.

– Cholernie...

– Zapewne podobają mu się twoi nowi przyjaciele, co? – rzucił znaczące spojrzenie na pozostałą dwójkę śmierciożerców. – Gratuluję doboru towarzystwa.

– Akurat żałosny dobór przyjaciół jest twoją specjalnością, Potter. Nikt nie pobije w tej kwestii szlamy i wiewióra – wypluł, uśmiechając się przy tym ironicznie.

– Przynajmniej nikt z nas nie musi stawać się wywłoką Voldemorta, żeby mieć przyjaciół! – rzucił nienawistnie zielonooki, jednak nie doczekał się odpowiedzi blondyna z powodu nagłego oburzenia Avery'ego.

– Nie waż się wymawiać jego imienia! Nie jesteś tego wart! – krzyknął mężczyzna wściekle. – Pieprzyć to, poturbowany, nie znaczy martwy! – zrobił gwałtowny ruch różdżką i posłał w stronę Harry'ego czerwoną klątwę, przed którą tamten zdążył się uchylić.

– Idioto! – krzyknął Malfoy, jednak nie dane było mu powiedzieć nic więcej, gdyż sam musiał się obronić przed lecącą w jego stronę Sectumsemprą Pottera. – Cholera! Szlag by to trafił!

Rozpętała się gwałtowna walka złożona ze świstów zaklęć przecinających powietrze i lecących z nich iskier. Harry starał się trzymać w pobliżu Lupina, który miotał czarami w kierunku Avery'ego, jednak stanowiło to dość ciężkie zadanie, gdyż musiał odpierać zarówno ataki Bellatrix, jak i Malfoya. W pewnym momencie zaklęcie kruczowłosego śmignęło niesamowicie blisko kobiety, nadpalając jej tym rękaw hebanowego płaszcza. Lestrange rozszerzyła oczy w niemym zdziwieniu, a Harry skupiając się na jej osobie, spuścił na chwilę wzrok z Malfoya. Ta chwila nieuwagi wystarczyła, by blondyn skierował w jego stronę czerwoną klątwę, która przeleciała milimetry od jego głowy. Koło ucha usłyszał szelest chybionego zaklęcia, a po chwili za jego plecami rozniósł się donośny huk. W oczach śmierciożerców ujrzał cień wahania. Po niespełna sekundzie ulicę zalała fala ognistych pocisków, uderzających na oślep w każde możliwe miejsce. Odwrócił się szybko przez ramię i dostrzegł powyginane pręty stalowych klatek, stanowiących wystawę Magicznej Menażerii. Źle wymierzone zaklęcie Malfoya uderzyło wprost w więzienie sklątek tylnowybuchowych, uwalniając je tym niespodziewanie. W efekcie rozszalałe zwierzęta rozpełzły się po ulicy, miotając ogniem w każdym kierunku, powodując tym wszechobecny chaos. Z każdej strony można było ujrzeć jaskrawe płomienie i dym coraz bardziej gęstniejący, przesłaniający wszelką możliwą widoczność. Harry rozglądał się gorączkowo w poszukiwaniu Lupina, który zniknął mu z oczu w tym całym zamieszaniu. W pewnej chwili szara mgła dostała się do jego spojówek, powodując nieprzyjemne pieczenie i wprawiając go w stan jeszcze większej dezorientacji. Gdzieś przed sobą usłyszał głośny krzyk Avery'ego, świadczący o tym, że padł on ofiarą jednej z płomiennych kul. Kruczowłosy zrobił kilka niepewnych kroków w tył, po czym poczuł rwący ból w okolicy prawego boku. Spojrzał w tamtym kierunku i ujrzał mocno poparzoną skórę, prześwitującą przez dziurę wypalonego materiału.

– Cholera! – wysyczał słabo, czując pieczenie pochłaniające całe jego ciało.

Zachwiał się, prawie przy tym upadając, lecz od przykrego spotkania z ziemią uchroniły go silne ręce, podtrzymujące jego ramiona. Odwrócił się gwałtownie w stronę przybysza, chcąc go od siebie odepchnąć, jednak widząc zaniepokojone spojrzenie Lupina, odetchnął z zauważalną ulgą.

– Musimy stąd uciekać – rzekł poważnie wilkołak. – To nasza jedyna szansa.

Harry kiwnął głową w geście potwierdzenia.

– Dasz radę iść sam? – spytał zmartwiony Lupin.

– Tak, to tylko drobne oparzenie.

Na potwierdzenie swoich słów wyswobodził się zwinnie z uścisku Remusa i uśmiechnął do niego delikatnie. Mężczyzna zlustrował go powątpiewającym wzrokiem, jednak po chwili zwrócił się do niego plecami i ruszył przed siebie, niemal znikając w gęstym dymie. Harry podążył zanim pośpiesznym krokiem, trzymając się mocno za pulsujący bok i kuśtykając przy tym lekko. Z jego twarzy zniknął wymuszony uśmiech, a zagościł na niej widoczny grymas. W pewnym momencie do jego uszu dotarł wściekły głos Bellatrix, krzyczącej głośno z oddali.

– Łapać go! Nie pozwólcie mu uciec!

Harry rozejrzał się w popłochu, myśląc, że zostali zauważeni, jednak nie dostrzegając żadnych nieprzyjaciół, zrozumiał, że wydawane przez kobietę komendy były próbą opanowania tej dość nieprzyjemnej sytuacji.

– Musimy zablokować Dziurawy Kocioł! Na pewno tam pójdą! – odkrzyknął Malfoy, krztusząc się przy tym silnie.

Pozostałe wrzaski śmierciożerców zostały zagłuszone przez kolejną falę ognistych wystrzałów, będących jedynie rozmazanymi, karmazynowymi smugami ledwo przebijającymi się poprzez gęsty dym. Harry intensywnie wytężał słuch, chcąc rozróżnić słowa wrogów, jednak po pewnym czasie zdał sobie sprawę, że stały się one jedynie niewyraźnym bełkotem. Dopiero w tym momencie skupił się na otoczeniu i w zdziwieniu uświadomił sobie, że ślepe podążanie za Lupinem doprowadziło ich wprost w mroczne zaułki Świętego Nokturnu, dość spory kawałek od centrum wydarzeń.

– Gdzie my idziemy? – spytał zdezorientowany chłopak.

– Do Borgina i Burkesa. Znajduje się tam działający kominek, którego zapewne nie będą pilnować. Myślą, że idziemy do Dziurawego Kotła, słyszałeś Malfoya.

– Naprawdę myślisz, że posłuchają Malfoya? – rzekł powątpiewająco.

– Mam taką nadzieję. Wiele nam to ułatwi.

Harry spojrzał na Lupina w szoku i pokręcił jedynie głową w niedowierzaniu.

– Do czego to doszło, aby liczyć na to, że Malfoy będzie mieć rację.

Po tych słowach kruczowłosy zrobił kilka kroków w przód, wychodząc tym z otulającego ich cienia jednego z budynków, jednak natychmiast poczuł silne szarpnięcie w tył, zostając tym samym ponownie wciągniętym w ciemność. Spojrzał na Lupina nic nierozumiejącym wzrokiem, lecz po niespełna sekundzie dostrzegł dwójkę śmierciożerców, biegnących w stronę zamieszania. Na jego policzki wkradł się duży rumieniec zawstydzenia, gdy zauważył naganę w oczach wilkołaka.

– To, że prawdopodobnie będą szukać przy Dziurawym Kotle, wcale nie oznacza, że tutaj jesteśmy bezpieczni.

– Tak, wiem... wybacz – odparł zmieszany Harry.

Remus odetchnął z ulgą, rzucając mu przy tym ostatnie, ostrzegawcze spojrzenie i powoli wyszedł z zaułku, rozglądając się przy tym ostrożnie. Chłopak podążył za nim w ciszy, wytężając tym razem wszystkie swoje zmysły. Starał się utrzymać jego tempo, jednak ból silnie promieniujący z jego zranionego boku, dość mocno utrudniał mu to zadanie, powodując tym minimalne zwolnienie kroku towarzysza. Po dziesięciu minutach umiarkowanego marszu dotarli do celu i Harry lekko odetchnął z ulgą. Przynajmniej ten najtrudniejszy etap mieli już za sobą. Przed wejściem do sklepu spojrzeli uważnie przez jego witryny, w obawie przed ludźmi mogącymi przebywać w budynku. Nie dostrzegając jednak nikogo w środku, Lupin ostrożnie nacisnął na klamkę i powoli, z różdżką w pogotowiu, przekroczył próg drzwi. Nie słysząc żadnych podejrzanych dźwięków, Harry podążył za Remusem i z przekonaniem stwierdził, że pomieszczenie było puste. Właściciel zapewne bawił się w ochocze przeszukiwanie ulic wraz z resztą popleczników Voldemorta, nie sądząc, że uciekinierzy ośmielą się zagłębić w miejsce zazwyczaj oblężone śmierciożercami. Skierowali się stronę kominka i Lupin odnajdując przy nim proszek Fiuu, pośpiesznie wcisnął go Harry'emu w ręce.

– Idź pierwszy, będę zaraz za tobą – powiedział w napięciu.

Harry chciał zaprzeczyć, jednak uświadomił sobie, że nie powinni tracić nawet chwili na zbędne kłótnie, gdyż mogą to przypłacić życiem.

– Jak nie pojawisz się w ciągu minuty, to tutaj wrócę. Możesz być tego pewien – stwierdził z zauważalną zawziętością, powodując tym lekki uśmiech na twarzy Lupina.

– Idź już.

Kruczowłosy wziął dużą garść proszku, po czym wszedł do kominka i posłał w stronę Lupina ostatnie, uparte spojrzenie, świadczące o prawdziwości wypowiedzianych przez niego słów. Po chwili upuścił go jednak na ziemię, głośno wypowiadając cel podróży. Ponownie poczuł nieprzyjemne szarpnięcie, które jedynie spotęgowało już i tak silny ból w jego boku. W salonie Weasleyów znalazł się po niespełna sekundzie, jednak to wystarczyło, aby na swojej dłoni poczuł gęstą, lepką maź i łzy zaległe w kącikach oczu.

– Cholera! –zaklął szpetnie, po czym poczuł silne ręce prowadzące go w stronę kanapy.

– Harry! – usłyszał głośny pisk przerażenia, stojącej nad nim Hermiony – Co się stało?

Chłopak nie odpowiedział jej jednak, a jedynie usilnie wpatrywał się w kominek w oczekiwaniu na Lupina. Po niesamowicie długiej minucie, ujrzał mężczyznę wychodzącego z płomieni. Odetchnął z ulgą i dopiero teraz dostrzegł całą rodzinę Weasleyów, wpatrującą się w nich w oczekiwaniu.

– Kurwa, Harry, co się tam do diabła stało! – krzyknął Ron w zniecierpliwieniu.

– Malfoy... – wysyczał nienawistnie, sądząc, że to stwierdzenie wyjaśnia wszystko.

– Co? Jak to? – spytał Artur dziwnym głosem, wpatrując się przy tym intensywnie w Lupina, który w odpowiedzi kiwnął mu jedynie głową.

– Zabiję sukinsyna! – krzyknął wściekle Ron.

– Nie, Ron, nie zrobisz tego – rzekł Harry zmęczonym, aczkolwiek stanowczym głosem.

– Słucham? Ta rana z boku przeszła ci również na głowę, że go bronisz? – spytał przyjaciel w autentycznym osłupieniu.

– Wcale go nie bronię! Sam zamierzam go zabić... – wycedził chłopak niesamowicie mściwym głosem i z wściekłością bijącą z jego oczu, skierowaną w stronę Rona.

W pokoju zapanowała głęboka cisza świadcząca o szoku całej rodziny Weasleyów. Harry rzadko kiedy wypowiadał się z tak wielką nienawiścią, składając przy tym tak przerażające deklaracje. To niezręczne milczenie trwałoby jeszcze dobrą chwilę, gdyby nie gospodyni stwierdzająca, że rana kruczowłosego nie może już dłużej czekać na opatrzenie. Lupin wykorzystał ten moment, by streścić wszystkim każdy fragment ich wyprawy, natomiast Harry pogrążył się w swoich myślach, jedynie od czasu do czasu uzupełniając relację mężczyzny drobnymi stwierdzeniami.
Ostatnio edytowano 6 sty 2017, o 20:18 przez Dunia, łącznie edytowano 3 razy
Dunia Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 wrz 2016, o 19:53

Postprzez Laribett » 3 gru 2016, o 00:10

Wklejam komentarz z Mirriel, jednak personalizuję go nieco na tematykę Drarry;) I pozowle sobie popiszczeć jako darrystka.

Czytałam z napięciem te momenty opisujące myśli Harrego o Ginny i ich rozmowie oraz to jak Harry i Malfoy reagowali na siebie. Oh, juz mi się rączki prześcigaja z myślami o scenariusze jakie są powiązania i jakie będą miedzy Malfoyem i Potterem. Tyle schematów może sie powielić ale też i nowych sytuacji. Jaki nadasz charakter Draco? Zacznie się zakochiwać czy może już sie skrycie kocha w Harrym? Zacznie im obu zależeć, czy to może Harry będzie nieszczęśliwie pożądał Draco i się tego wstydził.
Cholera. Kocham to napięcie, jak jeszcze nie wiadomo jak sie panowie w tym odnajdą.
Tak, to było naprawdę takie prawdziwe.
I Ginny można nawet polubić tutaj.
Za to nie spodziewałam się już jakiś treli moreli w roli Rona i Hermiony. Czy ja coś też przegapiłam wraz z bliźniakami?
hehe.

Część świetna choć nie wyobrażam sobie, żeby wielkie sklątki wyglądające jak ślimaki mogły "rozbiec się". Raczej rozpełznąć .
Czy na Pokąntnej nie można się aportować?Bo tak się zastanawiałam czy poddana jest tym samym zabezpieczeniom jak tereny Hogwartu.
Już nie mogę się doczekać poznania prawdziwego oblicza Malfoya oraz jak będzie wyglądał zamek Merlina:)
Czekam z niecierpliwością na kolejne części:)
And the bit sound of silence!
Laribett Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 39
Dołączył(a): 7 kwi 2016, o 17:06

Postprzez Dunia » 6 sty 2017, o 11:26

Na wstępnie jedna dość ważna informacja - następny rozdział z pewnością pojawi się w większym odstępie czasowym niż miesięczny (który sobie narzuciłam, jako publikację) z powodu mojej zbliżającej się sesji i dużego natłoku obowiązków :( zatem proszę o wyrozumiałość i zapraszam do czytania :)


Rozdział III


Harry poczuł mocne szarpnięcie za ramię wyrywające go ze snu. Gwałtownie otworzył oczy, podnosząc się przy tym do pozycji siedzącej i gorączkowo rozglądając wkoło. Półmrok panujący w pomieszczeniu przyćmiewał jego ledwo obudzone zmysły, jednak promienie słońca przebijające się przez szczeliny w roletach okiennych, zasypujące pokój subtelną grą cieni, powiedziały mu o nadchodzącym świcie. Kruczowłosy zauważając przed sobą poruszającą się, niewyraźną plamę, sięgnął ręką w kierunku szafki nocnej i po omacku zaczął szukać swoich sponiewieranych okularów. Gdy udało mu się je odnaleźć, włożył grube denka na nos, wyostrzając tym swoją dość marną widoczność. W niewyraźnym kształcie rozpoznał postać Hermiony, która w pełni ubrana pochylała się nieznacznie nad łóżkiem Rona i starała się go obudzić poprzez silne szturchnięcia.

– Jeszcze pięć minut mamusiu, mam taki piękny sen – mamrotał niewyraźnie chłopak, odpychając ręce kobiety i odwracając się do niej plecami.

– Nie jestem twoją matką Ron – szepnęła pod nosem wyraźnie zirytowana. – Aquamenti!

Intensywny strumień lazurowej wody trafił w potylicę rudzielca, rozbudzając go tym natychmiast.

– Co do... – rzekł chłopak wściekłym głosem, jednak zauważając groźne spojrzenie kobiety wymierzone wprost w niego, powstrzymał się od dalszej wypowiedzi.

– Macie pięć minut, żeby zejść na śniadanie. Niedługo wyruszamy.

Nie zauważając sprzeciwu ze strony zdezorientowanych przyjaciół, wyszła z pokoju stanowczym krokiem, kierując się prosto do kuchni, o czym świadczyło ciche skrzypienie drewnianych schodów wywołane jej ciężarem.

– Ona już do reszty zwariowała?! – spytał rudzielec, patrząc wzburzony na Harry'ego. – Nie mogła mnie obudzić w normalny sposób?

– Zapewne tak by zrobiła, gdybyś zechciał z nią współpracować – rzekł Potter ze śmiechem w głosie, po czym wstał, nie zwracając uwagi na urażoną minę przyjaciela, i zaczął zbierać swoje ubrania z podłogi.

Po niespełna dziesięciu minutach chaotycznego szykowania się, chłopcy zeszli do kuchni, gdzie zastali jedynie żeńską część domowników.

– Och, w końcu jesteście, ileż można czekać! – rzekła gospodyni podniesionym głosem, w którym jednak nie dało się usłyszeć choćby grama złości. – Siadajcie, owsianka prawie wystygła.

Gdy zasiedli do stołu, natychmiast pojawiły się przed nimi dwa talerze wypełnione po same brzegi gęstą papką. Nieciekawy wygląd posiłku nie świadczył jednak o jego smaku, gdyż ten, jak zwykle zresztą, jeżeli chodzi o kulinarne zdolności pani Weasley, był bez żadnych zarzutów. Harry w ciszy spożywał śniadanie, przelotnie wyłapując poszczególne słowa z mało ważnej rozmowy o puszkach pigmejskich, w której pogrążyły się osoby zgromadzone w kuchni. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z braku reszty członków rodziny.

– Gdzie są Fred i George? – spytał, wtrącając się Ronowi w słowo, który to silnie gestykulując argumentował bezużyteczność takich zwierząt.

– Pomagają Arturowi pomniejszyć wasze bagaże, które Kingsley dostarczy bezpośredni do zamku. Powinni niebawem wrócić – rzekła Molly z ciepłym uśmiechem na twarzy.

Nasze bagaże? – zapytała Hermiona, trafnie zauważając drobną nieścisłość.

– No właśnie, nie jedziesz z nami? – dodał równie zaskoczony Ron, opluwając się przy tym spożywaną owsianką.

– Na razie nie – odparła gospodyni przyciszonym głosem. – Artur ma sporo spraw do załatwienia w Londynie, dlatego pobyt tutaj będzie dla nas wygodniejszy.

– Ty chyba jesteś niepoważna?! Zdajesz sobie sprawę, jakie to jest lekkomyślne?! – krzyknął zirytowany rudzielec, wstając gwałtownie od stołu i przewracając przy tym krzesło.

Głośny huk mebla rozniósł się po pomieszczeniu, jednak nie był w stanie zagłuszyć wrzeszczącego Rona.

– Chcesz zostać tutaj sama?! Przecież tata i tak ciągle będzie siedział w pracy! To istna głupota!

Pani Weasley spojrzała zdziwiona na syna, jednak po chwili jej oczy wypełniły się bezgranicznym ciepłem i troską. Podeszła do niego i zagarnęła go w silnym, niedźwiedzim uścisku, przekazującym o wiele więcej, niż wszelkie, możliwe słowa. Tęczówki Rona rozszerzyły się w szoku na ten niespodziewany przejaw czułości, jednak zreflektował się natychmiast i odwzajemnił gest, również otaczając ją ramionami. Po kilku niezwykle długich sekundach Molly odsunęła go od siebie na wyciągnięcie rąk, kładąc przy tym dłoń na jego policzku i uśmiechając się dobrodusznie.

– Dobrze wiesz, że nie zostawię waszego ojca samego, on też potrzebuje opieki. Niedługo do was dołączymy. A tutaj, w Norze, jesteśmy bezpieczni – głos kobiety, mimo silnych starań opanowania, załamał się nieznacznie, a oczy zaszkliły łzami.

Ron zlustrował uważnie pooraną zmarszczkami twarz matki, po czym pokiwał delikatnie głową i sam objął ją mocno. Wziął kilka głębokich wdechów i wyszeptał stanowczo jedyne słowa na jakie było go stać w tej chwili.

– Macie na siebie uważać. Nie chcę słyszeć żadnych złych wieści.

Pomieszczenie opanowana głucha cisza nieprzerwana żadnym, nawet najdrobniejszym, szmerem. Harry w zakłopotaniu spojrzał na Hermionę, która jakby wyczuwając jego intencje natychmiast oderwała wzrok od Weasleyów i uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco, mimo wielkich obaw odbijających się w jej czekoladowych tęczówkach. Kruczowłosy odwzajemnił gest, jednak po minie dziewczyny domyślił się, że na jego twarzy musiał zagościć dziwny grymas wyrażający jego cały niepokój. Zapewne ta dość niezręczna chwila milczenia trwałaby jeszcze kilka minut, gdyby nie poruszenie za drzwiami i donośne głosy dochodzące z zewnątrz, świadczące o przybyciu pozostałych członków rodziny. Gdy mężczyźni przekroczyli próg w towarzystwie głośnego skrzypnięcia zawiasów, zszokowani stanęli w miejscu, nie rozumiejąc zaistniałej sytuacji. Pierwszą osobą, która odzyskała swój zwyczajowy rezon był Fred.

– Rozumiem Roniaczku, że już tęsknisz za rodzicami? – zapytał ze złośliwym uśmiechem na twarzy.

– Spieprzaj Fred, to nie jest zabawne.

Rudzielec odsunął się od matki piorunując brata chłodnym spojrzeniem pełnym najszczerszego smutku. Chłopak widząc tę reakcję spuścił jedynie wzrok, szepcząc przy tym ciche 'wiem' i nie dodając więcej żadnego komentarza.

– Cóż... – zaczął skrępowany Artur, rozumiejąc zaistniałą sytuację – myślę, że powinniśmy ruszać. Wszystko jest już gotowe.

– No właśnie! – poparła żwawo gospodyni, usilnie maskując wcześniejszy smutek. – Minerva z pewnością nie może się was doczekać.

– Od kiedy to McGonagall jest taka chętna do spotkania z uczniami? – rzekł Ron, uśmiechając się przy tym lekko.

– Och, przestań już! – odparła pani Weasley zadowolona z rozluźnienia atmosfery, po czym podeszła do bliźniaków. – Jeżeli o was chodzi, to nie chcę słyszeć żadnych skarg na wasz temat, zrozumieliście?!

– Skargi? Na nas? – spytał Fred z udawanym szokiem.

– No właśnie, o co ty nas podejrzewasz, przecież jesteśmy samym wzorem cnót – odparł George uśmiechając się przy tym przebiegle.

Molly jedynie pokręciła głową w zrezygnowaniu, po czym utuliła każdego z nich mocno, całując przy tym w oba policzki. Pożegnała się w ten sposób ze wszystkimi domownikami i stanęła przed drzwiami, obserwując ich oddalające się postacie. Gdy po kilku minutach intensywnego marszu zboczyli z głównej drogi, zagłębiając się w gęstwinę otaczającego Norę lasu, kobieta zupełnie zniknęła im z oczu. Żwawy krok pana Weasleya przedzierającego się przez coraz większe krzaki sprawił, że cała grupa pogrążyła się w milczeniu, przerywanym jedynie odgłosem łamanych gałęzi, szumem liści czy głośnym sapaniem podróżników. Nikt nie chciał marnować energii na rozmowę w obawie przed straceniem z oczu przewodnika, który mimo swojego wieku, jako jedyny nie potykał się o wystające konary drzew, nie wpadał w niewidoczne pajęczyny bądź osłonięte trawą norki zwierząt. Harry podążał tuż za Arturem, jedną ręką w miarę możliwości odciągając większe z gałęzi, natomiast drugą osłaniając twarz przed srebrnymi niteczkami utkanymi przez pająki. Tym sposobem jeszcze bardziej ograniczył swoją, i tak już dość marną, widoczność, przez co wpadł wprost w plecy mężczyzny, gdy ten zatrzymał się gwałtownie przed spopielonym od piorunu drzewem.

– Dotarliśmy – rzekł szczęśliwy Artur z szerokim uśmiechem na twarzy.

– Serio? Gorszej drogi nie było? – spytał zirytowany Ron. – Zdążyłem nawet uwierzyć w to, że zaraz będziemy musieli zacząć się czołgać, aby się przedostać!

– Myślę, że to cię nie ominie – odpowiedział mu na to pobłażliwie, rozglądając się przy tym wkoło. – Gdzieś tutaj jest świstoklik, musimy go znaleźć.

– Co?! – pisnął zszokowany Ron. – Zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteśmy w środku jakiegoś buszu! Nawet swoich stóp nie widzę przez tę wielką trawę, w której właśnie stoję, a co dopiero świstoklik!

– To są jagody Ron – natychmiast poprawiła go Hermiona, na co rudzielec obdarzył ją niedowierzającym spojrzeniem.

– Tak, wiem, mało dogodne miejsce, jednak Kingsley miał drobne kłopoty z umiejscowieniem go gdzie indziej.

– To znaczy? – spytał zainteresowany Potter.

– Cóż... szpiedzy Harry, śledzą każdy nasz ruch – rzekł smutno, po czym odwrócił się od nich i zaczął przeszukiwać pobliską gęstwinę. – Najprawdopodobniej będzie to puszka po konserwach! – krzyknął jeszcze, z głową schowaną w liściach paproci.


* * *



– Mam go! – wrzasnął George po czterdziestu minutach przeszukiwania okolicy, w czasie których Ron zdążył wejść w trzy wielkie mrowiska, a Ginny znaleźć gniazdo zaskrońców, czym wywołała panikę składającą się z krzyków o jadowitych wężach. Samo opanowanie popłochu, który ogarnął dziewczyny, zajął im dobry kwadrans, spowalniając ich tym znacząco.

– Nareszcie – rzekł uradowany Ron – Mam po dziurki w nosie tego miejsca!

– Nie tylko ty – odparła Ginny, ciągle zniesmaczona niedawną sytuacją z gadami.

– Już dobrze, chodźcie tutaj – powiedział pan Weasley, który natychmiast znalazł się koło George'a kucającego w gęstych jagodach i odsłaniającego srebrną puszkę po potrawce z indyka.

– Świetnie George, dobra robota! – rzekł uradowany Artur. – Ustawcie się w koło – poinstruował ich stanowczo, przyglądając się każdemu uważnie. – Na trzy, rozumiemy się?

Nie widząc sprzeciwu z żadnej strony zaczął odliczanie. Gdy Harry usłyszał głośno wypowiedziane słowo 'trzy' natychmiast dotknął świstokliku i poczuł silne szarpnięcie w okolicach pępka. Jego stopy oderwały się od ziemi, a pęd chłostającego go powietrza utrudnił oddychanie. Otoczenie zlało sie w jedną, wielką mozaikę barw. Po kilku sekundach szaleńczej podróży mocno upadł na ziemię, znacząco obijając przy tym plecy. Ponownie odczuł ból w niedawno uleczonym boku, co przyprawiło go o lekkie mdłości.

– Ałł... – usłyszał koło swojego lewego ucha skowyt Rona. – Nie mogliśmy się aportować? – rzekł, patrząc z wyrzutem na ojca.

– To nie jest takie proste – odparł Artur, jako jedyny pewnie stojąc na nogach. – Bez dokładnej znajomości celu podróży, aportacja w to miejsce jest niemożliwa. I nie chodzi mi tutaj o zwykłą mapową lokalizację. Magia ochronna tego obszaru jest tak skonstruowana, że tylko osoba, która już tutaj była, może kogoś tu zabrać. Przynajmniej jeżeli chodzi o ten pierwszy raz. A na aportację z tak dużą liczbą osób jestem już po prostu za stary, wszyscy skończylibyśmy porozszczepiani – dokończył ze śmiechem w głosie.

– No dobrze – odparła podejrzliwie Hermiona, podnosząc się z ziemi i otrzepując szatę z brudu – mimo wszystko czegoś w tym nie rozumiem – mówiąc to przeszyła wzrokiem pana Weasleya. – Przecież mogło się zdarzyć tak, że ten świstoklik znalazłaby pierwsza, lepsza osoba. Wszyscy wiemy, że świstokliki są nakierowane na konkretny cel, nie osobę, zatem pojawia się pewna sprzeczność, ponieważ nieważne, kto by go nie dotknął i tak by się tu znalazł.

– Naprawdę sądzisz, że ktoś znalazłby go w tamtym miejscu? – spytał Fred patrząc się na nią, jak na idiotkę.

– Nie, ale nie o to mi teraz chodzi – odparła dziewczyna, nie zwracając na niego większej uwagi.

– No właśnie, co wtedy? – dodał Harry, pojmując tok rozumowania przyjaciółki.

– To proste, nie zadziałałby – odparł Artur, obdarzając Hermionę pewnym uśmiechem, jednak gdy zauważył jej nierozumiejący wzrok, rozpoczął dokładniejsze wyjaśnienia. – Magia tego miejsca jest na tyle silna, że zniwelowałaby konkretnie ukierunkowany świstoklik, gdyby żadna z osób podróżujących nie była tutaj wcześniej. Tylko dlatego, że dotknęliście go wraz ze mną, mogliście się tutaj przenieść.

– A co w takim razie z profesorem Dumbledorem? Przecież dowiedzieliście się o tym z jego testamentu, więc nie mógł nikogo tutaj zabrać? Prawda? – brunetka nie dawała za wygraną, marszcząc przy tym brwi w zamyśleniu.

– To jest dość skomplikowane – rzekł Artur, ostrożnie ważąc słowa. – Albus pozostawił nam wspomnienie podróży, którą odbył w to miejsce.

– I co, samo wspomnienie wystarczyło? – wtrącił Harry, patrząc na mężczyznę w niedowierzaniu.

– Nie do końca, jednak...

– Nie do końca?! – krzyknął zaaferowany George. –To jakim cudem się tutaj znaleźliśmy?

– Jak sami dobrze wiecie profesor Dumbledore był niesamowicie mądrym człowiekiem – odparł Artur po chwilowym namyśle. – Przewidział bardzo wiele możliwości, w tym taką, że kiedyś możemy potrzebować tego miejsca. Okazało się, że bardzo dawno temu przybył tutaj wraz z profesor McGonagall, po czym, dla bezpieczeństwa, część jej pamięci związana z tym obszarem została przez niego zablokowana na lata. Dopiero gdy ujrzała to wspomnienie, zaklęcia nałożone na jej umysł zostały zniwelowane, dzięki czemu mogliśmy się tu dostać.

Harry usłyszał głośny świst wciąganego przez Hermionę powietrza. Sam był w równie wielkim szoku, co dziewczyna, gdyż nie mógł uwierzyć w wypowiedziane chwilę temu słowa. Znowu czuł się niczym małe, oszukane dziecko, przed którym zatajono większość informacji. Jeszcze niedawno uważał się za kogoś ważnego dla Albusa Dumbledora, jednak ostatnio zrozumiał, że czarodziej jedynie pozwolił mu w to wierzyć, a w rzeczywistości zmanipulował go tak, że ten niczym bezwolna marionetka podążał za nim bez najmniejszego słowa sprzeciwu. Z każdą nową informacją szanował go bardziej za jego mądrość, jednak gorycz w jego sercu również rosła, naznaczając je coraz większą, niegojącą się raną. Nie rozumiał jedynie tego, jakim cudem człowiek, który tak bardzo potrafił wyprzedzić przyszłość i przeanalizować wszelkie, możliwe schematy zdarzeń, zmarł tak nagle i niespodziewanie, pozostawiając po sobie jedynie rozprzestrzeniający się chaos. Jak widać stwierdzenie, że uczucia zaślepiają zmysły, w tym przypadku jest najszczerszą prawdą, gdyż właśnie to było zgubą tego, niegdyś wielkiego, czarodzieja, który swoim zaufaniem obdarował niewłaściwą osobę.

– Emm... nie chcę wam przeszkadzać, ale jakbyście nie zauważyli, to stoimy w środku lasu...znowu... – rzekł Ron, zwracając na siebie uwagę wszystkich i wyrywając tym Harry'ego ze swoich rozmyślań. – I gdzie niby jest ten wspaniały zamek?

Kruczowłosy dopiero teraz rozejrzał się wkoło i stwierdził, że faktycznie ponownie znajdowali się w lesie, jednak o wiele rzadszym, niż ten, z którego przed chwilą przybyli. Stali na małej polance z każdej strony otoczonej wysokimi drzewami, których liście powabnie tańczyły na unoszącym je wietrze i połyskiwały delikatnie w świetle padających na nie promieni słonecznych. Maleńkie drobinki pyłków wirowały w subtelnym tańcu zmysłów w przebijających się przez trawiaste korony wiązkach światła. Runo stanowiły gęste, obsypane dzwonkowatymi kwiatami, różowoliliowe wrzosy i szmaragdowe dywany mchów, a w powietrzu roznosił się delikatny trel ptaków, latających pośród gałęzi drzew.

– Tutaj jest pięknie – szepnęła cicho Ginny.

– Poczekaj, aż dotrzemy do zamku – rzekł pan Weasley, mrugając przy tym wesoło do córki, po czym podniósł swoją różdżkę wysoko i wycelował w znajdującą się przed nim pustą przestrzeń. – Emuntiate!

Harry poczuł jak potężna magia zawładnęła całym miejscem, a po chwili ujrzał setki różnokolorowych nici, formujących się w materialny obiekt. Zrozumiał, że to, co w tym momencie widzi, musi być magią w tej samej postaci, którą zobaczył w czasie lotu na Zmorze. Po niesamowicie krótkiej sekundzie cała feeria barw znikła, zastąpiona potężnym, wysokim na czterdzieści stóp, kamiennym murem porośniętym delikatnym bluszczem. Tuż przed nim znajdowały się dwie, okrągłe kolumny, o niesamowicie wielkich średnicach, po których wił się dziwny owal pełny zarysowań, przypominający swym kształtem ciało węża. Wejście było umiejscowione pomiędzy filarami, jednak stanowiło ono pustą przestrzeń nieprzegrodzoną żadną bramą. Harry'ego zdziwiła prostota przejścia w porównaniu z masą zabezpieczeń, które dotyczyły samego dotarcia w to miejsce. Gdy dokładnie zbadał wszystkie elementy konstrukcji znajdujące się przed nim, powoli powędrował swym wzrokiem ku górze, a gdy dotarł na sam szczyt filarów, aż zachłysnął się wdychanym powietrzem, pojmując błąd w toku swojego rozumowania. Na każdej z kolumn siedział wielki, kamienny smok, który przyćmiewał swym majestatem całą konstrukcję i sprawiał, że podróżnik bał się choćby zbliżyć do wejścia. Harry natychmiast pojął, że ten dziwny owal otaczający każdy z filarów w rzeczywistości był ogonem zwierzęcia. Mimo tego iż smoki były jedynie rzeźbami, poruszały się niczym prawdziwe stworzenia, kręcąc swymi łbami osadzonymi na długich szyjach i poruszając wielkimi skrzydłami. Uważnie wpatrywały się w podróżnych, wyłapując ich każde, nawet najmniejsze poruszenie, jak gdyby w oczekiwaniu na jakikolwiek nieprawidłowy ruch. Kruczowłosy czuł potężną magię bijącą wprost od nich i był pewien, że fakt, iż były one jedynie magicznie zaczarowanymi posągami wcale nie świadczył o ich bezużyteczności, a tym bardziej o nieszkodliwości.

– I... i co teraz...? – spytał przerażony Ron.

– No jak to co? Idziemy – rzekł pan Weasley, kierując się w stronę wejścia.

– Do reszty zwariowałeś! – pisnął w odpowiedzi. – Przecież to nas zeżre!

– Nie martw się – odparł spokojnie Artur nie przerywając kroku. – Nie zaatakują nas.

– A skąd to możesz wiedzieć!? – krzyczał ciągle nieprzekonany.

– Już tędy przechodziłem, więc teraz też nie powinno być problemów.

– Nie powinno... nasz ojciec oszalał – wyszeptał w jeszcze większym przerażeniu.

Wszyscy zamarli obserwując uważnie Artura, który powolnym, w pełni rozluźnionym krokiem maszerował w stronę bramy. Niczym nieprzejęty przekroczył linię kolumn i znalazł się po drugiej stronie muru. Odwrócił się do nich z wesołym uśmiechem na twarzy i machnął ręką nagląco, po czym ruszył przed siebie. Jako pierwsza z tego chwilowego letargu ocknęła się Hermiona, która z głośnym świstem nabrała powietrza w płuca i skierowała się w stronę bramy. Widząc poruszenie przyjaciółki, Harry natychmiast złapał oniemiałego Rona za ramię i podbiegł do dziewczyny, zrównując z nią kroku. Tuż przed filarami, wymienili między sobą pokrzepiające uśmiechy i razem przekroczyli ich granicę. Potter był pewien, że jego dość krótki żywot za chwilę dobiegnie końca i oczami wyobraźni już widział te spektakularne nagłówki w Proroku Codziennym skandujące 'Harry Potter, niedoszły pogromca Voldemorta, zeżarty przez zaczarowane posągi'. Już czuł ten lodowaty dotyk śmierci, pochłaniający go w najgłębsze czeluści mroku, gdy nagle zdał sobie sprawę, że zupełnie nic się nie stało. Spojrzał do góry i jedyne co ujrzał to bacznie śledzące ich ślepia smoków. Same stworzenia, mimo ich wcześniejszych obiekcji, wciąż znajdowały się na potężnych filarach i w niczym nie przypominały bestii szykujących się do ataku. Cała trójka odetchnęła z ulgą.

– Nigdy więcej nie chcę tędy przechodzić – rzekł kredowobiały Ron.

– Myślę, że ta przyjemność nas nie ominie i będziemy musieli się do tego przyzwyczaić – stwierdził George, który zdążył przekroczyć przejście z idącymi za nim Fredem i Ginny.

– Lepiej się pospieszmy, tata coraz bardziej się oddala – dodała trafnie najmłodsza latorośl Weasleyów, po czym pośpiesznie zaczęła zmierzać w stronę ojca.

W kilku żwawych krokach dołączyli do pana Weasleya, który kierował się udeptaną, leśną ścieżką, otoczoną z każdej strony coraz gęstszymi drzewami.

– I co, nie było tak strasznie, nie? – rzekł Artur z wesołym uśmiechem na twarzy.

– Było gorzej niż strasznie – odparł cicho Ron.

– Na Merlina! – pełny szoku głos Hermiony przeciął powietrze – Czy to jest to, o czym myślę? – spytała niepewnie, wzrokiem biegając od twarzy pana Weasleya do drzew znajdujących się po ich prawej stronie.

– Czy Ciebie już do reszty pogięło? Przecież tam nic nie ma – rzekł zdezorientowany Ron, usilnie wpatrując się we wskazane przez dziewczynę miejsce.

– Nie, przyjrzyj się, o tam, na tej gałązce – stwierdziła, pokazując przy tym palcem o które miejsce jej chodzi. – Widzisz ten mały, wiszący kokon? Czy to jest Pikujące Licho? – dodała, patrząc na pana Weasleya z nadzieją, że się myli, jednak jego skrępowany wzrok był wystarczającą odpowiedzią.

– Radziłbym być ostrożny w czasie naszego spaceru, można tu spotkać sporo, dość specyficznych zwierząt – odparł lekko niepewnym głosem. – Jak dobrze się rozejrzycie, to z pewnością dostrzeżecie również Nieśmiałki i Żmijoptaki.

– Akurat jak na dzień dzisiejszy, to żmij nam wystarczy – rzekła zniesmaczona Ginny, przypominając sobie sytuację sprzed niespełna godziny.

– Myślę, że Pikujące Licho, oczywiście gdy się obudzi, jest gorsze niż Żmijoptak – stwierdziła brunetka, jednak z zaciekawieniem rozglądając się wkoło w poszukiwaniu nowych stworzeń.

– Nie mam pojęcia o czym wy teraz mówicie – wtrącił zdezorientowany Ron.

– Gdybyś chociaż trochę uważał na lekcjach Hagrida, to byś wiedział.

– Wybacz Herm, ale byłem zbyt zajęty ratowaniem swojego życia przed tymi wielkimi potworami, które nam co chwilę znosił – rzekł z urazą w głosie.

– Ron, w tym momencie brzmisz, jak mały, biedny, przestraszony Malfoy – rzucił Harry luźnym tonem.

– Spadaj – odparł rudzielec, patrząc nienawistnie na przyjaciela. – Akurat ta gnida wszystkiego się boi.

Kruczowłosy nie skomentował tej uwagi w żaden sposób, jednak posłał w jego stronę szeroki uśmiech, świadczący o tym, iż w pełni się z nim zgadza. Dalsza część drogi przebiegła wszystkim w bardzo miłej atmosferze złożonej z masy żartów i luźnych rozmów. W pewnym momencie Harry zauważył, że ścieżka, którą podążają, stała się bardziej stroma, natomiast jeszcze niedawno płaska, leśna przestrzeń znajdująca się po jego prawej stronie, zamieniała się w dość dużą skarpę porośniętą powyginanymi u podstawy pni drzewami, co świadczyło o nieprzychylnym dla roślin spełzywaniu gruntu. Chłopak dostrzegł również, że drastycznej zmianie uległo otoczenie po jego lewej stronie, które nie stanowiło już pojedynczych, wysokich brzózek czy buków, lecz gęstwinę wysokich krzaków przez które gdzieniegdzie prześwitywały fragmenty błękitnego nieba. Do jego nozdrzy dopiero teraz wdarło się rześkie powietrze, podpowiadające mu, że najprawdopodobniej zaczęli wspinać się pod jakąś górę bądź pagórek. W pewnym momencie usłyszał delikatny szum, przywodzący mu na myśl płynącą rzekę, który z każdym kolejnym krokiem stawał się coraz wyraźniejszy.

– No młodzieży, proszę mi teraz bardzo uważać, będziemy szli koło urwiska! – krzyknął pan Weasley bardzo wesołym głosem.

Harry całkowicie uwierzył w jego słowa, zauważając coraz większą stromiznę po stronie krzaków, w których widział coraz bardziej powiększające się plamy prześwitującego przez nie błękitu, a także słysząc natarczywy dźwięk płynącej skądś wody.

– Serio? Nie ma bezpieczniejszej drogi? – spytał lekko rozdrażniony Ron, również zauważając drastyczną zmianę otoczenia.

– Nie! – odkrzyknął niczym niezrażony Artur. – Ale to tylko kawałek, niebawem dotrzemy!

– Świetnie, szkoda tylko że najpierw zdążę się zabić, zanim tam dotrę – rzekł pod nosem nieprzekonany rudzielec.

Nie przeszli dziesięciu kroków, gdy gęstwina po ich lewej stronie przerzedziła się zupełnie w jednym miejscu, ukazując im zapierający dech w piersi widok. Harry stanął niczym zaklęty, otwierając delikatnie usta w niemym geście zdziwienia. Tuż przed nim, na wzniesieniu znajdującym się w samym środku rozległej doliny otoczonej wysokimi górami, pokrytymi trawiastą roślinnością i prześwitami skalnymi, znajdował się śnieżnobiały zamek, rozmiarami przypominającymi Hogwart. Jego konstrukcja była mniej strzelista, niż ta, gdzie niegdyś mieściła się szkoła dla czarodziejów, jednak taki efekt optyczny mogła powodować niezliczona ilość uskoków skalnych, z których było zbudowane wzniesienie, na którym został on posadowiony. Z tego względu cała konstrukcja składała się z różnej wysokości wież, wieżyczek, baszt czy arkad, przyozdobionych wieloma blendami. Wieże nie tylko były zróżnicowane pod względem wysokości, ale również kształtu. Część z nich była wzniesiona jako bryła kolista, natomiast część, jako kwadratowa. Cechą, która łączyła je wszystkie, było zwieńczenie będące szklaną kopułą, na której znajdowały się zdobne kwiatony. Samo przeszklenie budowli stanowiła masa smukłych okien, w których można było dostrzec przepiękne maswerki, natomiast tuż pod dachami znajdowały się ozdobne gzymsy. Zarówno po wschodniej, jak i zachodniej części budynku znajdowały się oddalone od całej konstrukcji wieże, połączone z całą budowlą kamiennymi mostami. Wzgórze, na którym stał zamek, porośnięte było szmaragdowymi krzewami i poprzecinane strumieniami lazurowej wody, tworzącej małe wodospady, które kaskadami spływały po ustępach skalnych i wpadały wprost do otaczającego wzniesienie z trzech stron jeziora. Harry'emu aż zaschło w gardle, gdy objął wzrokiem całe otoczenie.

– Słodki Merlinie – usłyszał po swojej lewej stronie głos Freda. – To jest ten zamek!?

–Dokładnie tak – rzekł dumnie Artur. – Za niespełna kwadrans powinniśmy dotrzeć. Widzicie tę przestrzeń po prawej stronie, tam, gdzie znajduje się jedna z tych odsuniętych wież? – spytał, jednak kontynuował nie czekając na odpowiedź. – Właśnie tam znajduje się obszar łączący zamek z resztą tych gór, nawet stąd to widać, jest dość pokaźnych rozmiarów i będzie stanowił plac treningowy.

– Plac treningowy? – spytała zaskoczona Hermiona, podążając za panem Weasleyem, który ponownie wznowił marsz.

– Tak, przewidujemy dość dużą ilość zajęć praktycznych. Przynajmniej Minerva stwierdziła, że dobrze będzie organizować próbne walki. Coś jak Klub Pojedynków za czasów Gilderoya Lockharta.

–Za taki klub pojedynków to ja chyba podziękuję – rzekł ironicznie Ron. – Za dużo to się wtedy nie nauczyłem.

– Tak wiem, jednak teraz najprawdopodobniej Remus będzie się tym zajmował – odparł Artur z przekonaniem.

– Serio? – spytał ożywiony Harry. – To Remus z nami zostaje?

– Nie do końca, będzie się wymieniał z Alastorem, zresztą co chwilę będą tu inni aurorzy, ale to dokładnie wyjaśni wam Minerva – dodał, widząc ich pełne zainteresowania twarze.

Po kilku minutach trywialnej rozmowy Harry zauważył przed sobą kawałek otwartej przestrzeni i zrozumiał, że dotarli do celu. Gdy wyszedł z cienia otaczających go drzew, dostrzegł przed sobą dość dużą polanę wraz ze znajdującym się przed nim monumentalnym zamkiem. Niektóre z krawędzi stanowiących ustępy skalne, a znajdujące się tuż koło konstrukcji, obsadzone były rumianymi drzewami, przy których gdzieniegdzie znajdowały się drewniane ławeczki z mosiężnymi wykończeniami. Po swojej prawej stronie dostrzegł wcześniej wspomniany obszar będący placem treningowym, który dla bezpieczeństwa został otoczony murem chroniącym przed spadnięciem z urwiska. Nieco dalej zauważył długi, przeszklony budynek, najprawdopodobniej będący szklarnią, o co najmniej połowę większych rozmiarach, niż ta w Hogwarcie. Gdy dokładnie zlustrował otoczenie wokół siebie, przeniósł swój wzrok na elementy znajdujące się przed samym zamkiem. Od razu zauważył wielką, piętrową fontannę umiejscowioną na wprost portalowych drzwi, stanowiących wejście do budynku, a posadowioną na wybrukowanej powierzchni dziedzińca. Jej szczyt zwieńczał magicznie zaczarowany, diamentowy pegaz, stojący jedynie na tylnich kończynach, który poruszając skrzydłami rozchlapywał wkoło maleńkie drobinki skrzącej w słońcu wody. Widok ten przypomniał mu o Zmorze, o którą nie miał możliwości zapytać wcześniej pana Weasleya z powodu wszechobecnego zabiegania.

– Co się stało z Flaefem? – wypalił natychmiast, zwracając na siebie uwagę wszystkich.

– Kim? – spytał zdezorientowany Ron, patrząc się na niego bezmyślnie.

– Ze Zmorą.

– To coś ma imię?

– Ron, twoja sowa też ma imię i nikt nie uważa tego za dziwne? – odparł Harry, spoglądając na niego, jak na skończonego idiotę.

– W sumie racja – rzekł cicho pod nosem, nie wtrącając się więcej.

– Zapewne wrócił do właściciela. Zaraz po naszym przybyciu do Nory gdzieś odleciał, a że jeszcze nie otrzymaliśmy żadnego wyjca ze skargami, to pewnie dotarł do niego bezpiecznie – stwierdził Artur, wspinając się po marmurowych schodach.

Gdy dotarł na sam szczyt, pociągnął mocno za mosiężną klamkę mahoniowych drzwi i zniknął wewnątrz budynku. Harry, niczym na zawołanie, wszedł zaraz za nim i przystanął na środku pomieszczenia, rozglądając się wkoło. Znajdował się w dwupiętrowej, obszernej sali wejściowej wykonanej z marmurów różnego rodzaju. Po obu jego stronach biegły podłużne szeregi popielatych, potężnych filarów, rozstawionych od siebie w dość dużej odległości, wygradzające część ciemnych korytarzy, niezaprzeczalnie stanowiących przejście do lochów. Zarówno posadzka na której stał, jak i schody znajdujące się przed nim były tej samej barwy co główne kolumny konstrukcyjne. Do połowy parteru stopnie schodów stanowiły jeden, szeroki ciąg, oparty na kwadratowej płycie, gdzie następnie rozdzielały się w dwie strony, zarówno będąc połączeniem prawej, jak i lewej części piętra. Z piętra natomiast stanowiły one kontynuację dwóch poprzednich biegów, które ponownie pięły się w górę do połowy następnej kondygnacji i łączyły ze sobą wspólnym spocznikiem, znajdującym się idealnie ponad tym pierwszym. Stamtąd docierały do drugiego piętra w ten sam, podzielony sposób, co poprzednie. Całe schody były elementem zabudowanym, przez co wydawały się wtapiać w ścianę, bądź stanowić jej integralną część. Na półpiętrze parteru, w małej wnęce wykonanej w murze, stała lśniąca, srebrzysta zbroja, przywodząca na myśl te znajdujące się w Hogwarcie. Ściany pomieszczenia, z wyłączeniem parteru, były ciągiem białych arkad przegrodzonych brunatnymi balustradami stanowiącymi również wykończenie schodów. Całą salę oświetlały płonące pochodnie, a stropy poszczególnych pięter ozdabiały różnorodne płaskorzeźby. Harry ponownie zastygł w niemym szoku, z którego wyrwała go postać McGonagall wychodząca z korytarzy drugiego piętra. Zauważając Artura, który kierował się do niej żwawym krokiem, przystanęła u zwieńczenia schodów.

– Witajcie w Camelot – rzekła spokojnie. – Mam nadzieję, że nie spotkały was żadne problemy po drodze?

– Nie – odparł pośpiesznie pan Weasley. – Na szczęście ominęły nas wszelkie niespodzianki.

Minerva skinęła jedynie głową , po czym zaczęła kierować się w stronę jednego z szerokich korytarzy.

– Zakładam, że przyzwyczajenie się do tego miejsca zajmie wam trochę czasu – rzekła do młodzieży idącej za nią. – Jednak myślę, że opanowanie lokalizacji najważniejszych pomieszczeń nie potrwa więcej, niż kilka dni. W tym momencie znajdujemy się w miejscu łączącym ze sobą wszystkie piętra – stwierdziła, gdy przeszli przez łukowaty portal będący końcem dość krótkiego korytarza, którym przed chwilą podążali.

Znaleźli się w bardzo wysokim pomieszczeniu, wypełnionym masą lewitujących stopni, otoczonych poręczami. Harry od razu zrozumiał, że te latające kafelki z pewnością były specyficznym rodzajem schodów. Ściany każdej kondygnacji ponownie stanowił ciąg śnieżnobiałych, przegrodzonych arkad, których filary przyozdabiały delikatne, kwiatowe wyżłobienia.

– Cały zamek ma siedem pięter plus część podziemną – mówiła McGonagall, stojąc pośrodku pomieszczenia i przyglądając się im uważnie. – Z sali wejściowej można dostać się do lochów, jak i pierwszych dwóch pięter, natomiast stąd do kolejnych pięciu. Oczywiście między drugim, a trzecim piętrem również istnieje inne połączenie, ale znajduje się ono w północnej części zamku, dość spory kawałek od nas. W tym momencie kierujemy się do waszych kwater, które leżą we wschodnim skrzydle szóstego piętra. Miejsce w którym obecnie jesteśmy, jako jedyne na całym obszarze Camelot podlega specjalnemu rodzajowi aportacji.

– To znaczy? – wtrąciła zdziwiona Hermiona.

– Dostanie się na którekolwiek piętro jest zarówno możliwe poprzez pokonanie tych wszystkich stopni, a także natychmiastową aportację. Wystarczy skupić się na piętrze docelowym, a automatycznie zostaniecie tam przeniesieni.

– Czy to z pewnością jest bezpieczne? – wtrącił George w zdziwieniu. – My jak my, mamy licencję, ale co z taką Ginny? Ona nie ma pojęcia o aportacji, zresztą Ron też zbyt dużo o niej nie wie – skończył, szczerząc się złośliwie do brata.

– Dobrze wiesz, że nie zdałem o głupią brew! Nawet nie całą tylko połowę! – warknął urażony chłopak.

– No już, nie kłóćcie się – rzekł pan Weasley, chcąc załagodzić powstały spór. – W tym szczególnym przypadku nie musicie posiadać wybitnej wiedzy w zawiłych kwestiach teleportacji.

– Nie musimy? – spytał zaskoczony Potter, którego ucieszyła usłyszana informacja.

– Dokładnie – potwierdziła McGonagall. – Aportacja w tym miejscu nie wymaga od was szczególnego zaangażowania, gdyż zaklęcia rzucone na to pomieszczenie są ściśle powiązane z magią nałożoną na proszek Fiuu. Zarówno w tamtym, jak i tym przypadku podróż jest nierozszczepialna. Wystarczy jedynie znać cel podróży, w tym przypadku konkretne piętro, a automatycznie zostaniecie tam przeniesieni.

– Przecież informacje dotyczące samego proszku są ściśle tajne – rzekła zainteresowana Hermiona. – Skąd pewność, że to się ze sobą łączy i skąd wiecie, że na sam proszek rzucone są jakiekolwiek zaklęcia?

– Oj Herm, czy to ważne? – spytał Ron, przewracając przy tym oczami. – Grunt, że nie musimy wchodzić tak wysoko, w Hogwarcie czasami mnie to wykańczało. Idę pierwszy! – krzyknął, szczerząc się przy tym szeroko, po czym zniknął.

– Ron! – pisnęła przerażona Hermiona, rozglądając się wkoło i zatrzymując zatroskane spojrzenie na Harrym, który jedynie wzruszył ramionami w akcie bezsilności.

Minęła chwila dość nieprzyjemnej ciszy, po czym usłyszeli donośny głos dobiegający z góry, a pochodzący od wychylającego się do nich rudzielca zza balustrad szóstego piętra.

– Idziecie?! Nie jest tak strasznie! – krzyczał podekscytowany, machając do nich energicznie.

– Lepiej się pospieszmy, ponieważ pan Ronald swoimi wrzaskami zaraz zbudzi nam wszystkie duchy z zamku – rzekła Minerva ze śmiechem w głosie. – Odnośnie informacji dotyczących proszku Fiuu później udostępnię ci odpowiednią książkę z tutejszej biblioteki – ostatnie słowa skierowała do Hermiony, po czym zniknęła.

Harry spojrzał bezradnie na brunetkę, która jedynie posłała mu pokrzepiający uśmiech i również się aportowała. Z piętra jeden po drugim kolejno zaczęli znikać Weasleyowie i nim chłopak się spostrzegł, został zupełnie sam. Gdy usłyszał naglące go głosy, echem dobiegające z wyższej kondygnacji, przełknął głośno ślinę, po czym zamknął oczy i pomyślał o docelowym piętrze. Usłyszał delikatny świst powietrza, a gdy ponownie otworzył powieki, w zdziwieniu zrozumiał, że znajduje się wśród przyjaciół. Sądził, że podróż będzie tak samo niemiłym doświadczeniem, co wszystkie inne odmiany teleportacji. Nie zdążył jednak skomentować tego żadnym słowem, gdyż grupa zaczęła podążać za McGonagall, która zniknęła za najbliższymi drzwiami. Szli dobrą minutę, zagłębiając się w coraz dalsze zakątki zamku, po czym stanęli w szerokim korytarzu, którego ściany były przyozdobione masą obrazów i płonących pochodni. Po obu stronach pomieszczenia znajdowały się łukowe przejścia, a przed nimi, na prostej między murami, stały cztery kolumny podpierające sklepienie, a wydzielające dalszą część korytarza.

– Po lewej stronie znajduje się salon, natomiast po prawej jest mała biblioteka – rzekła Minerva, wskazując dwa przejścia. – Biblioteka Główna leży na czwartym piętrze – dodała, widząc rodzące się ogniki w oczach Hermiony.

– A nasze sypialnie? –spytał niecierpliwie Ron.

– Są za kolumnami – odparła pobłażliwie, kierując kroki w tamtą stronę.

Znaleźli się w dwupiętrowym, sześciennym pomieszczeniu z czterema korytarzami, parami wydrążonymi w naprzeciwległych ścianach i schodami znajdującymi się przed nimi.

– Pokoje Freda i Georga znajdują się w drugim korytarzy po lewej stronie, natomiast twój Ginny również w drugim korytarzu, ale po prawej – rzekła McGonagall, wskazując przy tym dane obszary. – Pozostała trójka stacjonuje na górze. O godzinie dziewiętnastej widzę was wszystkich w Sali Obrad na naradzie. Do tego czasu macie wolne. Rozumiemy się?

Wszyscy zebrani kiwnęli głowami w przytakującym geście, czym zapracowali sobie na zadowolony uśmiech Minerwy. Kobieta wyciągnęła różdżkę, a następnie machnęła nią delikatnie, sprawiając, że w dłoni każdego z młodych członków Zakonu Feniksa zagościł skrawek pergaminu.

– Na tych karteczkach znajdują się hasła, jak i szczegółowe wytyczne dotyczące waszych kwater. W razie potrzeby mój gabinet znajdziecie za gobelinem na siódmym piętrze. A teraz was żegnam i życzę miłego dnia – dodała, po czym kiwnęła głową w stronę Artura, dając mu tym znak, by podążył za nią.

– No dzieciaki, do zobaczenia później – rzekł mężczyzna z uśmiechem na twarzy, wychodząc za kobietą.

W pokoju zapanowała krótka cisza, spowodowała lekkim zagubieniem zebranych.

– Chyba powinniśmy zobaczyć te pokoje, no nie? – spytał niepewnie Ron.

– No jasne! – krzyknął Fred. – Nie wiem, po co jeszcze tutaj stoimy. Trzeba zbadać ten teren, a do wieczora wcale nie zostało tak wiele czasu.

– W rzeczy samej – rzekł drugi z bliźniaków. – Zatem również żegnamy się z wami i widzimy potem. Jak znajdziemy coś ciekawego, to damy znać – mrugnął do nich zaczepnie, po czym podążył za bratem znikając w jednym z korytarzy.

– No dobra, to idziemy zobaczyć w czym przyjdzie nam mieszkać – stwierdził zaciekawiony Ron i zaczął wspinać się po schodach wraz z podążającą za nim Hermioną.

Widząc odchodzących przyjaciół, Harry pośpiesznie uśmiechnął się do Ginny i poszedł za nimi. Pokonując kolejne stopnie otworzył karteczkę, na której znalazł jedynie trzy, krótkie słowa – czarny rycerz i fortitudo. Nie myśląc nad tym zbyt długo, przekroczył arkadę oddaloną o dwa metry od schodów i stanął przed ścianą wypełnioną wysokimi obrazami.

– Yyy... I co teraz? – spytał zdezorientowany rudzielec.

–Och Ron, musimy znaleźć swoje wejście – odparła Hermiona, przewracając przy tym oczami, po czym podeszła do obrazu młodej pastereczki i wyszeptała jej coś na ucho.

Kobieta roześmiała się melodyjnie, rozganiając przy tym otaczające ją owce i otworzyła obraz, ukazując przejście do pokoju brunetki.

– Widzisz, nic trudnego – rzekła Hermiona, uśmiechając się przy tym pobłażliwie.

– Może dla ciebie. Ty nie masz czegoś, co nazywa się Ethelwulf. Skąd mam wiedzieć co to jest!?

– Wypraszam sobie tę bezczelność, młody człowieku! – krzyknęła postać oddalona o cztery obrazy od Hermiony. – Jestem najznamienitszym magiem ósmego wieku! Ma potęga była tak wielka, że stałem się królem Wesseksu, Esseksu, Susseksu i Kentu! Ma uroda tak znamienita, że posiadłem dwie żony – Judytę...

– Świetnie, za strażnika komnat mam skończonego narcyza – rzekł przerażony Ron, nie zważając na dalszy wywód portretu. – Herm, co ja mam teraz zrobić!?

– Pójdź do niego i powiedz hasło? – odparła dziewczyna pewnym głosem, przyglądając się gaworzącemu królowi.

Ron spojrzał na przyjaciółkę w niedowierzaniu, jednak widząc jej poważny wzrok, ruszył w kierunku obrazu.

– Ykhm...

– Zamilcz marny, nic nieznaczący poganie – krzyknął groźnie strażnik – gdybym tylko żył, twój kręgosłup już dawno zostałby pogruchotany na kawałeczki za tę jawną zniewagę, a kości porozrzucane po łysym polu. Smażyłbyś się w czeluściach piekielnych i dławił krwią bezbożnych...

– Harry... – odezwał się przerażony rudzielec, odwracając do przyjaciela – on mi grozi.

– Och, przestań – rzekła zirytowana brunetka, podchodząc gwałtownie do Rona i wyszarpując mu karteczkę z dłoni. – Virtute!

– Jeszcze nie skończyłem! – wrzasnął wściekły obraz. – Ty też...

– Ale ja tak. Virtute – warknęła zła dziewczyna.

– Do czego to doszło, żeby jakieś smarkate nierządnice mówiły mi co mam robić – rzekł oburzony, jednak ukazał przejście.

– Widzisz Ron, to tylko obraz

– Niezwykle agresywny – rzekł cicho pod nosem, po czym niepewnie przekroczył próg pokoju.

– Mam nadzieję, że z tobą nie będzie takich problemów? – spytała Hermiona z groźnymi błyskami w oczach.

W odpowiedzi Harry posłał jej jedynie delikatny uśmiech, po czym podszedł do obrazu rycerza i głośno wypowiedział swoje hasło. Portret przyjrzał mu się uważnie, nie mówiąc przy tym żadnego słowa, i odchylił swe ramy. Kruczowłosy wszedł do przestronnego pomieszczenia, w którym na samym środku naprzeciwległej ściany stało duże, podwójne łóżko zaściełane satynową pościelą. Po prawej stronie, tuż pod szerokim oknem, znajdowało się biurko, obok którego umiejscowiono drzwi stanowiące wejście do łazienki. Lewą stronę pomieszczenia zajmowała obszerna szafa oraz przeszklony barek z alkoholem. Cały pokój był wypełniony stonowanymi odcieniami brązu i beżu. Łazienka natomiast zachwycała wielką, śnieżnobiałą wanną z masą zapachowych olejków do kąpieli i długą komodą nad którą wisiało wysokie lustro. Harry'emu aż zabrakło tchu, gdy zrozumiał, że ten cały otaczający go luksus będzie jego domem w najbliższym czasie. Zapewne stałby w tym szoku jeszcze długi czas, gdyby nie głosy przyjaciół dochodzące do niego z pokoju.

– O kurcze – rzekł osłupiały Ron – Myślałem, że tylko mi przytrafił się pokój jak dla samego Ministra Magii, w geście wynagrodzenia irytującego przejścia.

– Nie bądź śmieszny – stwierdziła Hermiona – Każdy z nas taki dostał.

– Jak tu weszliście? – spytał zdezorientowany Potter.

– Następnym razem, jak będziesz wypowiadał hasło, rób to trochę ciszej – rzekła pobłażliwie dziewczyna. – Akurat ty nie musisz przekrzykiwać się ze swoim portretem – dokończyła ze śmiechem w głosie.

– To nie jest zabawne – warknął zirytowany Ron. – Przy wyjściu słyszałem tę samą wiązankę obelg, jak nie gorszą. Więc na chwilę obecną jedynym sposobem, aby dostać się do moich komnat jest krzyk, inaczej wspaniały król Ethelwulf tego nie usłyszy.

– Zapamiętałeś jego imię? – spytał zszokowany Potter.

– Też byś zapamiętał, gdybyś ostatnie kilka minut spędził na słuchaniu jego zrzędzenia, gdzie co chwilę padały słowa, 'Ja, wspaniały król Ethelwulf'. – rzekł patetycznie, naśladując głos portretu. – W pewnym momencie chciałem rzucić na niego Silencio. Myślicie, że to by przeszło? – spytał z autentycznym zaciekawieniem.

– Jeżeli chcesz jeszcze bardziej pogorszyć wasze relacje, to droga wolna – odparł wesoło kruczowłosy.

– Żeby między nami były jeszcze jakieś relacje – stwierdził naburmuszony – A zmieniając temat, jak niby mamy dostać się do tej całej Sali Obrad? Przecież McGonagall nie powiedziała nam, gdzie to jest.

– Na drugim piętrze zaraz koło posągu garbatej czarownicy – rzekła spokojnie Hermiona.

– A ty skąd to wiesz? – spytał zszokowany Ron, spoglądając się przy tym na Harry'ego, który jedynie wzruszył ramionami w akcie niewiedzy.

– Profesor McGonagall zostawiła mapę w moim pokoju. Wy nie macie swoich?

– Nie? Niby gdzie ją miałaś? – dociekał zaskoczony Ron.

– W górnej szufladzie biurka – odparła spokojnym głosem, jakby to było czymś oczywistym.

– Serio przejrzałaś już wszystkie szafki? – kontynuował rudzielec w niedowierzaniu.

– No co, spójrzcie do swoich.

Harry podszedł do mebla, po czym odsunął wskazaną przez Hermionę szufladę. Na jej dnie faktycznie spoczywał zwinięty w prostokąt, pożółkły kawałek pergaminu będący mapą obiektu. Wyciągnął ją i pomachał do Rona w geście potwierdzenia, na co ten pokręcił jedynie głową.

– I co? To jest taka wersja Mapy Huncwotów – spytał zainteresowany, podchodząc do rozkładającego papier Harry'ego.

– Raczej dość wybrakowana – odparł smutno kruczowłosy – to zwykła mapa.

– Szkoda – stwierdził zawiedziony rudzielec – Ale grunt, że dali nam cokolwiek. To jak, idziemy zwiedzać?

– Może najpierw rozpakujemy nasze rzeczy? – wtrąciła Hermiona, chcąc zgasić jego, coraz bardziej rosnący, zapał.

– Oj Herm, daj spokój, skrzaty zrobią to za nas – powiedziawszy to, wyszedł pośpiesznie chcąc uniknąć bezpośredniego gniewu dziewczyny.

– Ronaldzie Weasley, jak możesz tak wykorzystywać te biedne stworzenia! – krzyczała zdenerwowana kobieta, podążając za rudzielcem – Poza tym nie wiemy czy w tym zamku w ogóle są jakiekolwiek skrzaty!

– W każdym zamku muszą być skrzaty!

Harry słysząc coraz bardziej oddalające się głosy przyjaciół, pośpiesznie wyszedł z pokoju i podążył za nimi, śmiejąc się pod nosem z niegasnącej obsesji Hermiony odnośnie ochrony praw skrzatów domowych.


* * *



Złota Trójca w towarzystwie spotkanego w Sowiarni Neville'a, powoli przemierzała zamkowe korytarze, kierując się do Sali Obrad. Camelot było na tyle wielkim obiektem, że w ciągu całego popołudnia zdążyli jedynie zapoznać się z podstawowymi przejściami i pomieszczeniami, takimi jak: obszerna jadalnia z ukrytą obok niej kuchnią, Skrzydło Szpitalne, jedna z dwóch Sowiarń, kilka sal lekcyjnych, masa szykownych saloników, a także Biblioteka Główna, w której spędzili, co najmniej jedną trzecią całego czasu, z powodu Hermiony zachwycającej się każdą, większą książką. Z tego właśnie powodu , nim zdążyli się obejrzeć, słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, świadcząc o niechybnym nadejściu narady. Harry z przykrością stwierdził, że na chwilę obecną w zamku musi być jedynie garstka ludzi, gdyż w czasie podróży, nie spotkali nikogo, oprócz Longbottoma.

– A wy co tacy markotni ? – spytał Fred pojawiając się nagle z prawej strony Harry'ego.

– No właśnie, zamek jest fantastyczny, ileż on ma ukrytych przejść! – dodał szczęśliwy George, wychodząc zza ramienia Neville'a.

– A was to skąd przywiało? – rzekł zszokowany Ron.

– Nie pytaj – dodała Ginny, klepiąc brata po plecach.

– Ty też? Jeszcze chwilę temu mógłbym się założyć, że żadnego z was nie było za nami – stwierdził rudzielec, patrząc podejrzliwie po twarzach rodzeństwa.

– Sam wiesz, że Fred i George są mistrzami odnajdywania tego, co ukryte – odparła Weasleyówna zmęczonym głosem. – Tak w ogóle to cześć – dodała, spoglądając na Neville'a i uśmiechając się przy tym lekko – Kiedy przyjechałeś?

– Wczoraj wieczorem, chyba byłem tutaj pierwszym z przybyłych.

– To oprócz nas jest tutaj ktoś jeszcze? – spytała zdziwiona Hermiona.

– Na pewno – rzekł przekonany chłopak – McGonagall sama mi mówiła, że na zebraniu będzie sporo aurorów, a także kilkoro z naszych znajomych ze szkoły.

– Ciekawe, kto to może być – szepnęła brunetka pod nosem, marszcząc przy tym brwi w zamyśleniu.

– Myślę, że zaraz się dowiemy – odparł Harry, widząc przed sobą delikatne światło wpadające z pomieszczenia przed nimi.

Wraz z każdym kolejnym krokiem kruczowłosy coraz wyraźniej słyszał stłumione głosy osób znajdujących się nieopodal wylotu korytarza. Im bardziej zbliżał się do źródła dźwięku, tym w jego ustach powstawała większa suchość, a po kręgosłupie mocniej przebiegały nieprzyjemne dreszcze. Nie mogąc znieść tego specyficznego uczucia niepokoju, przepchnął się na przód i jako pierwszy wszedł do środka pomieszczenia, po czym stanął gwałtownie oniemiały. Do jego uszu z opóźnieniem dotarł ironiczny głos, przeciągający głoski w nieprzyjemny sposób.

– No proszę, przybyła nasza gwiazda – rzekł szarooki chłopak, nonszalancko oparty o jeden z najbliższych filarów – Cóż za zaszczyt, nieprawdaż Blaise? – rzucił lekceważąco do towarzysza stojącego obok.

Harry zamarł w miejscu niczym zaklęty. Otworzył usta w niemym geście zdumienia i począł energicznie mrugać powiekami, w celu odegnania nieprzyjemnej halucynacji.

– Co Potter? Aż tak bardzo olśnił cię mój widok, że nie wiesz co powiedzieć? – zapytał, posyłając mu przy tym nieprzyjemny uśmiech.

Wypowiedziane słowa zadziałały na Harry'ego niczym płachta na byka. Zacisnął wargi w wąską linię, a dłonie uformował w pięści. Jego ciało opanowała najczystsza furia, skierowana wprost na ujrzanego chłopaka. Nie rozumiał zaistniałej sytuacji, jednak wiedział jedno, tuż przed nim, w odległości zaledwie kilku kroków, stała największa gnida jaka miała czelność stąpać po tym świecie – Draco Malfoy.

– Zabiję skurwiela – wysyczał nienawistnie Potter.

– Nie możesz! – krzyknęła Hermiona, łapiąc go za ramię.

– Och, tak? Tylko patrz! – wypluł krótko, po czym wyrwał się z uścisku dziewczyny poprzez silne szarpniecie.

Harry rzucił się na chłopaka z prędkością pantery, łapiąc go za włosy i mocno uderzając jego głową w filar. Blondyn zachwiał się znacząco, jednak zreflektował się natychmiast, kolanem mierząc w brzuch Pottera. W ułamku sekundy wystrzelił pięścią w szczękę kruczowłosego, powodując tym upadek przeciwnika, który pociągnął go za sobą na twardą posadzkę. Kafelki podłogowe przez dłuższą chwilę stanowiły pole zażartej walki złożonej z ciosów, kopnięć, obelg i krzyków, dopóki silne ręce nie rozdzieliły od siebie wciąż szamocących się chłopaków. Harry, mimo powstałych utrudnień, walczył z siłą wściekłego lwa, szarpiąc się silnie w celu uwolnienia. Rozumiejąc jednak, że las ramion nie ma zamiaru go wyswobodzić ze swoich sideł, splunął jedynie śliną wymieszaną z dużą ilością krwi, wprost pod stopy Malfoya.

– Dosyć tego! – po pomieszczeniu rozległ się donośny głos Minervy. – To jest nasza kwatera, a nie pobojowisko!

– Nasza?! – wysyczał nienawistnie kruczowłosy. – Niech mi pani nie mówi, że to jest to, o czym myślę! – krzyknął w jeszcze większej furii.

– To jest dokładnie to, o czym myślisz Potter – odparła lodowato.

– Ty chyba sobie żartujesz! – wrzeszczał wściekle – Ta gnida! Ten śmieć! To nie może być prawda!

– O czym on myśli? – spytał cicho Ron stojącej obok niego Hermiony, wciąż nie mogąc uwierzyć w szał, jaki opanował przyjaciela.

– Malfoy jest szpiegiem – szepnęła, zatykając przy tym usta dłonią.

– Malfoy jest szpiegiem! – wykrzyczał wzburzony rudzielec, przybierając zszokowaną minę.

– Głośniej Weasley, bo z pewnością każdy w tym pomieszczeniu jest głuchy – rzekł lodowato szarooki, prostując się przy tym z wyższością i odtrącając od siebie dłonie trzymającego go Zabiniego.

– Masz tego swojego fenomenalnego szpiega Ron – Harry wypluł te słowa, koncentrując tym razem swoją wściekłość na przyjacielu.

– O, Weasley, jak miło, że w końcu pojąłeś jaki jestem niesamowity – rzekł blondyn, podnosząc przy tym jedną brew do góry, w wyrazie kpiny.

– Zamknij się Malfoy – wysyczał nienawistnie kruczowłosy.

– Nie Potter, to ty się zamknij! – rzekł ostrym tonem, patrząc przy tym na Harry'ego z wyższością. – Gdyby nie moja genialna dywersja z tymi potworami przy Gringocie, to twoja bohaterska dupa już dawno temu miałaby zapewniony darmowy peeling w piachu. A głębokość ośmiu stóp pod ziemią byłaby jedynie dodatkową atrakcją.

– Co ty pieprzysz...

– Zdziwiony Potter? – rzekł zadowolony – Ciesz się, że akurat ja tam byłem. Dzięki mnie twoja żałosna osoba miała wystarczająco dużo czasu na pieprzoną ucieczkę.

– Skończ z tymi bzdurami Malfoy – wysyczał, jednak w jego głosie można było usłyszeć małą nutkę niepewności.

– Chciałbyś, żeby to były bzdury – odparł pewnie. – Podziękowania zostaw na później, chociaż nie, obejdzie się, jeszcze przyprawią mnie o mdłości. Zresztą, jak nie wierzysz, to spytaj się swojego pieska – dodał, kiwając głową na postać stojącą za Harrym.

Dopiero w tym momencie kruczowłosy zorientował się, że jedną z trzymających go osób jest Lupin. Spojrzał na jego twarz, chcąc ujrzeć w niej chociaż cień potwierdzenia, że usłyszane słowa są niczym więcej, a stekiem bzdur. Zauważając jednak jego przygnębiony wzrok zrozumiał, że zaistniała sytuacja jest jak najbardziej prawdziwa. Jego ciało przeszły zimne dreszcze.

– Pan Malfoy nie kłamie – stwierdziła poważnie McGonagall, kierując te słowa do wszystkich, jednak głównie przyglądając się Harry'emu. – W ostatnim czasie udowodnił on swoją lojalność i chęć pomocy jasnej stronie.

– To jest jakaś kpina? – wyszeptał kruczowłosy w niedowierzaniu.

– Nie, a teraz będę wdzięczna, jeżeli skończymy tę całą szopkę i zaczniemy omawiać ważne sprawy – odparła spokojnie. – Chcecie czy nie, musicie ze sobą współpracować. Nie macie innego wyjścia.

Kończąc wypowiedź zawiesiła stanowczy wzrok na każdym z chłopców, po czym skinieniem ręki nakazała im, jako pierwszym wejść do pomieszczenia. Harry ruszył przed siebie, posyłając przewodniczącej ostatnie, wściekłe spojrzenie. Mijając Malfoya zatrzymał się, stając z chłopakiem twarzą w twarz.

– Nie myśl sobie, że to koniec Malfoy – wysyczał groźnie, po czym zniknął za drzwiami.

– Zawiódłbym się gdyby był – odparł cicho, podążając za Potterem.
Ostatnio edytowano 6 sty 2017, o 21:30 przez Dunia, łącznie edytowano 1 raz
Dunia Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 wrz 2016, o 19:53

Postprzez werro-lee » 6 sty 2017, o 16:34

Przeczytałam. Podobało mi się, oczywiście, że tak. Ale. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie miała ale. Język wypowiedzi w wielu miejscach wydawał mi się pełen patosu, na przykład słowo "nieboskłon" w narracji z punktu widzenia nastolatka. Troszkę mi to zgrzytało, podobnie jak kilka innych takich wstawek. Skoro już się czepiam, to wspomnę o wykrzyknikach; jeden lub trzy, nie dwa. I w wielu miejscach było "Wesley" zamiast "Weasley". Nie wspominając o "Harrego" czy "Harremu" zamiast "Harry'ego" i "Harry'emu". Wiem, wiem, nie ma bety, więc tak tylko wspominam. Poza tym, słowa takie jak pan, pani, tobie, ciebie z małych liter, proszę, nie z wielkich. I na koniec mojego narzekania: przekleństwa w ustach Harry'ego i reszty bohaterów jakoś mi nie pasują. Rozumiem, że miał tu być pokazany bunt, dorosłość i inne temu podobne rzeczy, ale jakoś tego nie kupuję w tym wydaniu. To tylko kwestia mojego gustu, być może innym się to podoba.
Skoro już ponarzekałam, to mogę teraz pochwalić. Jak wspomniałam, styl pisania mi się w gruncie rzeczy podoba. Jest przejrzysty, składny i dosyć jednolity, z wyjątkiem tych patetycznych kawałków, na które czasami się natykałam. Ponadto złośliwy Harry! O tak, proszę jak najwięcej. Ten cierpki, nieco sarkastyczny humor Harry'ego zawsze mi się podobał i tutaj go widać. Zresztą, nie tylko u Harry'ego. Minerwa, bliźniacy, a nawet Ron mają kilka naprawdę świetnych kwestii. Ale nikt nie przebije mistrza tych rozdziałów, mianowicie Moody'ego. Oooch, kilka razy parsknęła śmiechem przy jego wypowiedziach. Na przykład:
– Geniusz przemówił – parsknął Moody pogardliwie. – Myślisz Weasley, że co właśnie robimy? Gramy w wolnym czasie w Eksplodującego Durnia?

Lubię, gdy postacie mają jakiś charakter, coś co odróżnia ich od innych, coś własnego. I złośliwości Szalonookiego bardzo mi się tutaj podobały.
Na koniec podziękuję jeszcze za Pikujące licho, które jest pięknym ukłonem w stronę Fantastycznych Zwierząt i przypomina mi, że może czas ponownie ten film obejrzeć.
Podsumowując, było ładnie. Co do fabuły to dosyć nieufnie podchodzę do historii opowiadających o dziwnych, majestatycznych i nowych stworzeniach oraz potężnych i tajemniczych miejscach, które są idealne do szkoleń, ale zobaczymy co z tego wyniknie. Czekam na nowości i dziękuję.
something wicked this way comes
werro-lee Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2
Dołączył(a): 31 gru 2016, o 17:27

Postprzez Dunia » 18 mar 2017, o 00:19

Tak, wiem, strasznie długo nie było rozdziału, sama też nie przewidywałam, aż tak długiej przerwy, jednak miałam masę obowiązków na głowie i niestety nie sprzyjało to pisaniu. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone ;) odnośnie samego rozdziału to bardzo dziękuję kochanej Laribett, która sporo się namęczyła z betowaniem i gdyby nie ona to "wszyscy by syczeli w tym rozdziale" ;* no, ale nie przedłużając, zapraszam do czytania.



Rozdział IV


Sala Obrad była niewielkim pomieszczeniem o przytłumionych beżowo-brunatnych barwach. W porównaniu z innymi obszarami zamku zadziwiała ona swoją prostotą z powodu niemalże nagich ścian, jedynie gdzieniegdzie przyozdobionych pojedynczymi mapami, oraz obszernego stołu w kształcie pierścienia zajmującego praktycznie całą jej powierzchnię. Harry siedział na jednym z niesamowicie niewygodnych krzeseł i niczym zahipnotyzowany wpatrywał się w wielką, płomienną kulę, unoszącą się pośrodku pomieszczenia, która nie oślepiała swym blaskiem, lecz rzucała przyjemną łunę światła dostatecznie rozjaśniając komnatę. Narada trwała już od ponad godziny, w ciągu której poruszono kilka mało istotnych kwestii dotyczących samej organizacji życia w Camelot, takich jak godziny posiłków czy swobodnego dostępu do całego zbioru biblioteki. Obecnie jednak, gdzieś od dobrego kwadransu, salę opanowała zażarta dyskusja odnośnie nauczania młodzieży stacjonującej w zamku przez Moody’ego. Dyskusja zresztą jest zbyt lekkim słowem na określenie płomiennej kłótni pomiędzy McGonagall, Tonks i Alastorem. Kobiety bezskutecznie przekonywały mężczyznę do bycia mentorem, co za każdym razem kończyło się wrzaskiem Szalonookiego, który twierdził, że ma ważniejsze rzeczy na głowie, niż męczenie się z "bandą rozwrzeszczanych gumochłonów". Przy jednym z głośniejszych wybuchów, zwieńczonym silnym uderzeniem pięści aurora o stół, Harry, wyrwany z letargu, oderwał wzrok od świecącego obiektu i przesunął nim po twarzach zebranych. Zaobserwował zakłopotanie Lupina, Sprout i Flitwicka starających się załagodzić spór, a także znudzenie Hesti Jones czy Dedalusa Diggle'a. Reszta zgromadzonych, do których nie należeli jedynie jego towarzysze, lecz również Terry Boot, Angelina Jonhson, Lee Jordan i Oliver Wood, w skupieniu słuchała zażartej wymiany zdań. Jedynie ślizgoni, siedzący naprzeciwko Pottera, zdawali się być rozbawieni zaistniałą sytuacją. Świadczył o tym ironiczny uśmiech Malfoya, powiększający się z każdą mijającą minutą, i słabo skrywane parsknięcia Zabiniego, towarzyszące głośniejszym wybuchom Alastora. Harry czując rosnącą w nim irytację wywołaną zarówno reakcją ślizgonów, jak i niekończącą się, bezsensowną kłótnią, wstał gwałtownie od stołu, przypadkowo przewracając przy tym krzesło.

– Na Merlina, możecie się w końcu uspokoić!? – krzyknął, co wraz z hukiem upadającego mebla, zagłuszyło awanturników.

– Potter – Minerva spiorunowała go wzrokiem. – To ty racz uspokoić swoje wybuchy złości!

– Jak miałeś coś do dodania, trzeba było poczekać na swoją kolej! – wypluł Alastor.

– Trochę byś sobie poczekał – szepnął rozbawiony Ron, sądząc, że tylko przyjaciel go usłyszy, jednak zauważając wściekłe spojrzenie Moody'ego wbite wprost w niego, osunął się niżej na krześle cały czerwony.

– Harry ma rację – stwierdził Remus. – Nie możemy całego spotkania poświęcić na bezsensowne kłótnie.

– Ciekawe czy gdyby tobie wciskali takie głupoty, też byś uważał tę część za bezsensowną – warknął Szalonooki.

– Jakbyś jeszcze nie wiedział, ja też będę uczył – odparł spokojnie Lupin.

– Kolejny idiota do kolekcji. Szykujemy się na wojnę, a nie zabawę w magiczne przedszkole!

– Z tego co mi się wydaje, to nie ma czegoś takiego jak magiczne przedszkole – dodał Artur z zastanowieniem.

– Nie denerwuj mnie jeszcze bardziej, Weasley! – wysyczał Moody, opluwając się przy tym lekko.

– Spokój! – krzyknęła McGonagall, wodząc wzrokiem po zgromadzonych. – Zgadzam się, że ta dyskusja do niczego nas nie prowadzi, dlatego dokończymy ją później w moim gabinecie. Jakieś pytania? – rzekła, jednak ton jej głosu sugerował, że pytania wcale nie są mile widziane.

– Tak, ja mam – stwierdził niczym niezrażony Potter, sztyletując przy tym Malfoya wzrokiem. – Co on tutaj robi?

– Już od ponad miesiąca zadaję sobie dokładnie to samo pytanie – wtrącił zniesmaczony Moody.

– Pytania miały dotyczyć wcześniejszego tematu – stwierdziła Minerva przez zaciśnięte zęby, doszczętnie wyprowadzona z równowagi.

– Bardziej interesuje mnie sprawa tego śmiecia.

– Język... – kobieta nie zdołała jednak dokończyć, ponieważ przerwał jej sam obiekt sprzeczki.

– Widzę, że ostatnio nauczyłeś się wyszukanego słownictwa, Potter.

– Trenowałem specjalnie z myślą o tobie – wypluł kruczowłosy.

– Cóż, miło wiedzieć, że o mnie myślałeś – stwierdził kpiąco, podnosząc przy tym brew do góry.

– Pan Malfoy – wtrąciła chłodno McGonagall, przerywając tym kłótnię chłopców i skupiając wzrok na Potterze – w wystarczającym stopniu udowodnił swoją lojalność – dokończyła, wyraźnie akcentując trzy ostatnie słowa.

– Udowodnił? Niby czym? Prowadzaniem się za rękę ze ścierwem Voldemorta? – warknął wściekle.

– Harry – szepnęła Hermiona, łapiąc go przy tym za łokieć i wbijając w niego ostrzegawcze spojrzenie. – Przesadzasz.

– Właśnie, że nie przesadzam! On nie ma prawa być w tym miejscu! – krzyknął, wyrywając przy tym rękę z uścisku przyjaciółki. – No Malfoy, przyznaj, tak bardzo przeraziłeś się swojego pana, że postanowiłeś przybiec do nas z podkulonym ogonem, błagając o przebaczenie?!

– Nie twój zasrany interes, Potter – wycedził blondyn z mordem w oczach, zaciskając przy tym dłonie w pięści.

– Dosyć tego! – wrzasnęła rozjuszona przewodnicząca. – Jeżeli zaraz oboje się nie uspokoicie, to zarzekam się, opuścicie tę salę w tempie natychmiastowym! A teraz siadaj Potter! – oznajmiła do ciągle stojącego chłopaka.

Harry chciał powiedzieć coś jeszcze, jednak zrezygnował, widząc złowrogie spojrzenie kobiety utkwione wprost w jego postaci. Podniósł powoli krzesło z podłogi, starając się opanować drżenie rąk, i zasiadł na miejscu, wciąż wpatrzony w Minverę wzrokiem pełnym napięcia.

– A teraz, gdy doszliśmy do chociaż jednego porozumienia, to ponawiam pytanie. Czy macie coś jeszcze do dodania w temacie nauczania? Pomijam twoje dziecinne wrzaski Alastorze, że nie masz zamiaru tego robić. Ta kwestia dotarła do wszystkich tu obecnych – wtrąciła, zauważając poruszenie Moody'ego.

– Jeżeli macie tak duży problem z doborem kadry, to ja mam dobre rozwiązanie – stwierdził spokojnie Malfoy, opierając się wygodniej na krześle.

Harry słysząc słowa chłopaka, przewrócił oczami w geście niedowierzania, po czym posłał mu kpiące spojrzenie. Zdziwił się jednak, dostrzegając idealną maskę obojętności zdobiącą oblicze młodzieńca i skupiony wzrok wbity w przewodniczącą.

– Oświeć nas swoim geniuszem – parsknął ironicznie Szaloonoki.

Blondyn zignorował jednak wypowiedź aurora, spoglądając na McGonagall wyczekująco. Minerva przymknęła oczy, po czym potarła skronie dłonią. Po chwili wahania, odetchnęła głęboko i skinęła głową w stronę chłopaka, dając mu tym znak, by kontynuował.

– Uczmy się wzajemnie – oznajmił pewnym siebie głosem, powodując tym zdezorientowanie wśród zebranych. – Może i Potter jest idiotą, ale trzeba mu to przyznać, że coś tam umie z Obrony Przed Czarną Magią i zapewne sporo młodszych osób mogłoby skorzystać z jego wiedzy. To samo tyczy się Granger i Transmutacji oraz mnie i Eliksirów. Nawet taki Longbottom nadawałby się do Zielarstwa.

– W życiu nie sądziłem, że stwierdzisz, że Longbottom jest w czymś dobry – powiedział zszokowany Zabini, wywołując tym rumieńce na twarzy Neville'a. – Przez ciebie przegrałem zakład z Bootem!

– Nie powiedziałem, że jest dobry, tylko że by się nadawał, a to jest dość istotna różnica, Blaise – zaoponował nonszalancko Malfoy. – Zatem pilnuj swoich pieniędzy, bo jeszcze nie przegrałeś.

– Będę z tym polemizował – wtrącił krukon, patrząc na ślizgonów w rozbawieniu.

– Tak panowie, wiem, że jestem niesamowity, lecz nie sądzę, aby każdy z tu zebranych doceniał wasz świetny gust, także kwestię o co się zakładacie, a co dotyczy mojej osoby, omówicie później – rzekł, posyłając obu kpiące spojrzenie. – Wracając do tematu, nie twierdzę, że rozwiązanie jest idealne, jednakże na chwilę obecną jest ono najlepszym z możliwych – dokończył, wodząc wzrokiem po zgromadzonych.

Po słowach Malfoy'a w pomieszczeniu zapanowała głucha cisza. Każdy z zebranych analizował pomysł chłopaka, który nawet Harry'emu wydawał się nadzwyczaj trafny, czego sam przed sobą nie chciał przyznać. W pewnej chwili przedłużające się milczenie przerwał cichy szept Hermiony:

– On ma rację.

– Zgłupiałaś, po czyjej ty jesteś stronie?! – warknął Ron.

– Och, Ron, w tym momencie nie chodzi o nasze prywatne animozje – odparła spokojnie, zwracając się do przyjaciela. – To prawda, że wykwalifikowani aurorzy będą mieli wystarczająco problemów na głowie, zatem dlaczego nie możemy pomóc zarówno im i sobie, poprzez wzajemną naukę?

– To może się udać – poparła Tonks. – W szczególności bardzo ułatwi nam to sprawę z uczniami, którzy mają maja spore zaległości w podstawowym programie.

– Dzięki temu wszyscy zyskają większą swobodę odnośnie indywidualnych działań – dodał Remus, uśmiechając się przy tym do Nimfadory. – Zresztą, w wolnych chwilach i tak będziemy pomagać.

– Poza tym Harry ma już doświadczenie w uczeniu – stwierdziła Ginny z przekonaniem. – Jest w tym świetny.

Wywołany zawstydził się lekko, co nie umknęło uwadze Malfoya, który parsknął głośno, po czym spojrzał drwiąco na chłopaka unosząc przy tym brew do góry. Gdy już się upewnił, że skupił na sobie uwagę Wybrańca, odwrócił się do Zabiniego i szepnął do niego, jednak na tyle głośno, by Potter również mógł go usłyszeć, że zapewne nawet gdyby był beznadziejny, to Weasley'ówna i tak powiedziałaby wszystko, co tylko pomoże jej wpakować się gwieździe do łóżka. Harry już chciał przekląć chłopaka za tę obelgę, jednak opanował się w ostatniej chwili, pamiętając o niedawnej groźbie McGonagall, i jedynie zacisnął dłonie w pięści, mocno wbijając paznokcie w skórę.

– To nie ma sensu – rzekł gorzko Potter, starając się omijać wzrokiem blondyna. – Nieletni nie mogą używać magii poza szkołą, a z tego co zauważyłem, tego miejsca raczej nie można nazwać szkołą.

– O czym ty mówisz? – odezwał się zaskoczony Artur. – Przecież ministerstwo zniosło ten zakaz.

– Jak to zniosło? – spytał zdezorientowany Harry.

– Przecież ostatnio rozmawialiśmy o... – urwał w zastanowieniu, po czym posłał w stronę chłopaka nieśmiały uśmiech, świadczący o tym, że przypomniał sobie o czymś istotnym. – Wybacz, faktycznie, nie rozmawialiśmy.

Słysząc to, Moody spojrzał na Artura, jakby ten był skończonym idiotą, a następnie przewrócił oczami w oburzeniu i zaczął wyjaśniać zaistniałą sytuację:

– Kingsley sporo użerał się ze Scrimgeour'em, przynajmniej zanim zaopiekowali się nim śmierciożercy, w kwestii zniesienia tego ograniczenia. W obecnej sytuacji każdy może czarować.

– I ministerstwo się na to zgodziło? – niedowierzał Potter.

– W tamtej chwili ministerstwo godziło się na wszystko, co mogło skutkować szybkim zakończeniem wojny – odparła, jak dotąd milcząca, Hestia.

– Tak jakby wojny z założenia kończyły się szybko – parsknął Szalonooki bez cienia wesołości w głosie.

– Wracając do tematu – wtrącił Lupin, chcąc rozwiać krępującą ciszę, która zapadła po słowach aurora. – Myślę, że pomysł zaproponowany przez pana Malfoya wydaje się być rozsądny. A ty Minervo, co o tym sądzisz?

McGonagall przyjrzała się Remusowi, po czym przejechała wzrokiem po twarzach zgromadzonych, zatrzymując się na postaci Malfoy'a. Obdarzyła chłopaka poważnym spojrzeniem, jednak po chwili w jej oczach zagościły ledwo dostrzegalne błyski uznania.

– Zgadzam się z wami – odparła z lekkim uśmiechem na twarzy. – Na chwilę obecną, skoro nie mamy żadnych, innych chętnych – mówiąc to, zerknęła znacząco na Alastora – sądzę, że takie rozwiązanie faktycznie będzie najlepsze.

– Naprawdę chcecie słuchać Malfoya?! – spytał Ron z niedowierzaniem w głosie.

– Jeżeli masz jakiś lepszy pomysł Weasley, to się pochwal. Z chęcią posłuchamy – rzekł blondyn, patrząc na niego wyzywająco.

Słysząc zuchwałe słowa ślizgona, chłopak poczerwieniał cały na twarzy, otwierając przy tym i zamykając usta, w bezowocnej próbie wymyślenia jakiejkolwiek odpowiedzi. Po kilku podejściach zrezygnował z nieudanej riposty, marszcząc tylko brwi w niezadowoleniu.

– Skoro jesteś taki mądry, to czym według ciebie ja miałbym się zajmować?

– Ty? – odparł Malfoy z autentycznym zdziwieniem. – Nie bądź śmieszny Weasley. Nie potrzebujemy nikogo od Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Zresztą, nawet gdybyśmy potrzebowali, to wolałbym importować twojego brata wprost z Rumunii, niż powierzyć jakiekolwiek zadanie w twoje żałosne ręce. Nieważne czego się podejmiesz, na mile śmierdzi od tego porażką. – dokończył, patrząc na niego z wyższością.

– Pieprzony gnojek... – wysyczał Ron, podnosząc się przy tym z krzesła.

– Siadaj Weasley! – po pomieszczeniu rozniósł się stanowczy głos przewodniczącej. – A ty – dodała, zwracając się w stronę Malfoya i patrząc na niego karcąco – pohamuj swoje komentarze.

Ron spojrzał na kobietę z wyrzutem, jednak usłuchał jej polecenia i pokornie zajął swoje miejsce, ignorując przy tym uspokajającą go Hermionę. Ślizgon natomiast obdarzył Minervę ironicznym uśmiechem, po czym oparł się wygodniej o krzesło i w skupieniu czekał na dalszy ciąg dyskusji.

– Myślę, że pan Malfoy wymienił najistotniejsze przedmioty, w których wszyscy musicie się podszkolić – stwierdziła McGonagall, zwracając się do zgromadzonej młodzieży. – Ponadto sądzę, uwzględniając wasze dotychczasowe wyniki w nauce – mówiąc to spojrzała znacząco na Rona – że do prowadzenia poszczególnych zajęć, wytypował najodpowiedniejsze osoby. Pytanie brzmi, czy się na to zgadzacie?

Harry dostrzegając czujny wzrok przewodniczącej, wpatrzony wprost w niego, zrozumiał, że kobieta oczekuje natychmiastowej odpowiedzi. Z tego powodu lekko skinął głową na znak zgody, po czym zauważył, że pozostali, nawet zwykle przestraszony Neville, zrobili to samo. Widząc pozytywną reakcję wytypowanych, na twarzy Minervy zagościł zauważalny uśmiech ulgi.

– Świetnie – rzekła po chwili z zadowoleniem w głosie. – Zatem mamy ustaloną jedną z ważniejszych rzeczy. Oczywiście poza takimi lekcjami ciągle będą organizowane pojedynki prowadzone przez Remusa, które zostaną dokładniej omówione, gdy już się rozpoczną, czy inne zajęcia pod okiem aurorów, jednak myślę, że wasza pomoc będzie nieoceniona. – dodała, uśmiechając się pokrzepiająco do czwórki swoich byłych uczniów.

Kruczowłosy odwzajemnił jej gest, ciesząc się, że obrady w końcu zaowocowały czymś konkretnym. Przedłużająca się kłótnia dorosłych i błahość wcześniejszych tematów zrodziła w nim niemiłe przeczucie o bezproduktywnym końcu całego spotkania, jednak, ku jego uldze, narada zaczęła schodzić na właściwe tory.

– Oprócz tego chciałabym uściślić kwestię dotyczącą opuszczania przez was murów zamku – stwierdziła poważnie McGonagall, lustrując przy tym zgromadzoną młodzież. – W tym temacie, daję wam wolną rękę. Nie jesteście już dziećmi, także trzymanie was tutaj na siłę nie ma najmniejszego sensu. Jedynie proszę was o informowanie mnie o wszelakich wyjściach. Nie życzę sobie żadnych, niemiłych niespodzianek.

– Minervo – wtrąciła zaskoczona Sprout. – Nie chcę kwestionować twoich decyzji, ale naprawdę sądzisz, że pozwolenie im na taką swobodę jest dobrym rozwiązaniem? Mimo wszystko, nieważne jak na to nie spojrzymy, oni są jeszcze dziećmi. – wyraźnie podkreśliła ostatnie słowa.

– Wiekiem może i tak, jednak, aby przeżyć tę wojnę, muszą szybko dorosnąć. – uściśliła twardo kobieta.

– Myślę Pomono, że w obecnej chwili takie zakazy są bezsensowne – poparł przewodniczącą Remus. – Zbyt wiele obowiązków spoczywa na naszych barkach, żeby dokładać sobie problem pilnowania młodych. Poza tym Harry'ego i tak nie utrzymamy.

– Każdy wie, że w razie kłopotów Potter w miejscu jest jak miły ślizgon, każdy słyszał, nikt nie widział – parsknął Szalonooki.

– Ja to bym powiedział, że Harry reaguje na niebezpieczeństwo, jak pies na słowo aport – zawtórował Moody'emu zrezygnowany Ron. – I jak na złość zazwyczaj kończy się to pełną wrażeń randką z Sami-Wiecie-Kim.

– Coś jeszcze macie do dodania? – warknął zirytowany Potter, piorunując ich groźnym wzrokiem.

– Widzę, że nawet twoi wspaniali przyjaciele uważają cię za bezmyślnego idiotę, ładującego się tylko w największe gówno – stwierdził Malfoy, posyłając kruczowłosemu złośliwy uśmiech.

– Nikt nie powiedział, że uważamy go za idiotę – sprostowała natychmiast Hermona, obrzucając ślizgona karcącym spojrzeniem. – Harry jest czasami po prostu zbyt porywczy.

– Tak czy inaczej – wtrąciła McGonagall, kierując słowa do ciągle nieprzekonanej Sprout. – Uwzględniając temperament pana Pottera, takie rozwiązanie jest najsensowniejsze. Przynajmniej będziemy mogli liczyć na to, że w końcu wykaże się on rozsądkiem i poinformuje nas o swoich, często lekkomyślnych, działaniach.

Kruczowłosy w żaden sposób nie skomentował wypowiedzi przewodniczącej, jednak naburmuszona mina wyraźnie świadczyła o jego niezadowoleniu.

– Przechodząc do innego tematu, to, jak zapewne zauważyliście, wasze kwatery znajdują się w dość ogólnodostępnych miejscach – rzekła Minerva, wzrokiem wodząc po zgromadzonej młodzieży. – Musimy mieć ułatwiony dostęp do wszystkich pomieszczeń w zamku w celu swobodnych działań i bezproblemowego przepływu informacji. Także mimo tego, że obszary waszych noclegów zostały przydzielone na zasadzie hogwarckich domów, to lokalizacja pokojów wspólnych nie jest żadną tajemnicą i każdy z tu obecnych może do nich wejść.

– Rozumiem, że od tej pory możemy legalnie spędzać namiętne noce z cnotliwymi gryfonami? – parsknął rozbawiony Zabini.

– Czasami twoje żarty nawet mnie przyprawiają o mdłości, Blaise – rzekł zdegustowany Malfoy.

– Przypominam panu, że poszczególne sypialnie ciągle są zabezpieczone hasłami – odparła McGonagall, patrząc karcąco na Zabiniego.

– To nie stanowi problemu – stwierdził ślizgon, puszczając w jej stronę oczko, na co ta spiorunowała go wzrokiem.

Po chwili wzięła głęboki oddech i kontynuowała podjęty przez siebie temat, zupełnie ignorując postać Blaise'a.

– Mówię o tym, ponieważ, oprócz nas, w Camelot również będą stacjonować nasi sojusznicy z innych krajów, których kwatery prawdopodobnie znajdą się tam, gdzie wasze. Zatem każdy dom zostanie wymieszany z uczniami z innych szkół.

– O jakich sojusznikach pani mówi? – spytała zaskoczona Hermiona, uważnie przyglądając się Minervie. – Nie spodziewałam się, że tak szybko dostaniemy wsparcie z zagranicy.

– Faktycznie, na chwilę obecną nie mamy zbyt wielu takich sojuszników, jednak Madame Maxime była na tyle wspaniałomyślna, że przekonała paru wybitnych francuskich czarodziejów o wstąpieniu w nasze szeregi. Ponadto zawita do nas kilkoro uczniów zarówno z Beauxbatons, jak i z Durmstrangu.

– To jakiś żart! – krzyknął oburzony Ron. – Przecież Durmstrang to wylęgarnia śmierciożerców. Nie możemy ich tutaj wpuścić!

– Skoro Malfoy jakimś cudem się tutaj znalazł, to mnie już nic nie zdziwi – rzekł zdegustowany Harry ze słyszalną rezygnacją w głosie.

– Nie każdy z tej szkoły musi być zły – stwierdziła Angelina. – W końcu w czasie Turnieju Trójmagicznego dobrze się dogadywaliśmy.

– No jasne, ty i Poliakow dogadywaliście się aż za dobrze – zakpił George, posyłając dziewczynie złośliwy uśmiech.

– George! – krzyknęła Johnson, czerwieniejąc na twarzy.

– Angelina ma rację – odezwała się Hermiona, kręcąc z politowaniem głową w kierunku bliźniaków – to, że ktoś uczęszczał do Durmstrangu, nie oznacza zaraz, że jest śmierciożercą bądź domniemanym szpiegiem ciemnej strony.

– No jasne, taki Krum jest idealnym przykładem wszelkich cnót, w szczególności, gdy w labiryncie rozdawał Cruciatus'y na prawo i lewo – stwierdził Ron, patrząc wściekle na przyjaciółkę.

– Dobrze wiesz, że był pod działaniem Imperius'a – odparła zła dziewczyna, sztyletując go spojrzeniem.

– Może zgłosił się na ochotnika, by zaimponować ciemnej stronie!

– Czyś ty już do reszty zgłupiał Ronaldzie?! – wysyczała wyprowadzona z równowagi. – Kto normalny zgłasza się na ochotnika, żeby rzucić na niego niewybaczalne!

– Nikt nie powiedział, że Krum jest normalny – odpowiedział naburmuszony chłopak.

– Uspokójcie się! – stwierdziła ostro McGonagall. – Rozumiem wasze obawy, jednak każdy z przybyłych przeszedł próbę Veritaserum.

– To, że ją przeszli, wcale nie oznacza, że nie kłamią – rzekł blondyn, zaskakując tym zebranych.

– Rozumiem Malfoy, że wiesz to z doświadczenia? – wypluł Harry.

– Świetna droga dedukcji, Potter.

– Nie mamy innego wyjścia – przerwała Minerva zmęczonym głosem. – Chcąc otrzymać pomoc z zagranicy, nie możemy sortować ludzi i im odmawiać według własnego uznania. Jeżeli zaczniemy tak postępować, to w końcowym rozrachunku okaże się, że nikt jej nam nie udzieli.

– To prawda – poparła ją Nimfadora. – Lepiej, gdy wykażemy się zwiększoną czujnością, niż dokonamy zbyt pochopnego i, co najgorsze, błędnego osądu.

Minerva spojrzała na Tonks z wdzięcznością, po czym przymknęła powieki, analizując coś w skupieniu. W przyćmionym blasku świetlnej kuli Harry dostrzegł jeszcze większą sieć zmarszczek goszczącą na twarzy kobiety niż podczas ich ostatniego spotkania. Znacznie podkrążone oczy, a także drobne pasemka włosów wymykające się ze zwykle idealnego koka potęgowały tylko efekt jej wyczerpania. Kruczowłosy przemknął wzrokiem po reszcie zgromadzonych, zauważając na ich obliczach te same oznaki wycieńczenia, co u przewodniczącej. Sam również poczuł się niezwykle wykończony i dopiero teraz zrozumiał, że stracił jakąkolwiek rachubę czasu i nie miał pojęcia, jak długo już tutaj siedzą. Po kilku minutach Minerva wyrwała się z letargu i przemówiła do wszystkich spokojnym głosem.

– Sądzę, że udało nam się omówić najistotniejsze kwestie i dalsze przeciąganie tej dyskusji nie ma sensu. Zapewne i tak w ciągu kilku najbliższych dni wyjdą na jaw pewne niedomówienia, ale to już będziemy ustalać na bieżąco. Na tę chwilę każdemu z nas przyda się duża dawka snu. Dziękuję wszystkim i dobranoc.

Widząc aprobatę malująca się na twarzach zebranych, kobieta zaczęła podnosić się z krzesła, lecz po chwili gwałtownie się zatrzymała i wbiła niewidzące spojrzenie w Malfoy'a. Podniosła rękę do góry w celu uciszenia powstałego szumu i skierowała słowa w stronę blondyna.

–Ach, właśnie Draconie. Przed spotkaniem chciałeś omówić ze mną pewną kwestię organizacyjną. Jeżeli nie widzisz żadnych przeciwwskazań, co powiesz na to, żebyśmy od razu przedyskutowali ją tutaj?

Harry spojrzał w zdziwieniu na ślizgona, a gdy ujrzał na jego twarzy niemal niezauważalny grymas zakłopotania, aż zakrztusił się z wrażenia przełykaną śliną. Natychmiast poczuł silną dłoń Rona uderzająca miarowo o jego plecy w geście pomocy. Po kilku wymierzonych przez przyjaciela razach, złapał głęboki oddech, wyczuwając przy tym wilgoć zgromadzoną w kącikach oczu. Orientując się, że cała uwaga skupiła się na nim, skinął delikatnie głową zapewniając zebranych, że już doszedł do siebie, po czym spojrzał na blondyna, który wbijał w niego zdegustowane spojrzenie. Na bladej twarzy chłopaka ponownie zagościła nieprzenikniona maska, przez którą nie dało się dostrzec nawet cienia wcześniejszego wahania. Po kilku sekundach leniwie odwrócił wzrok od Harry'ego, zatrzymując go na Minervie.

– Wolałbym najpierw przedyskutować to z panią. Myślę, że jest to dość kontrowersyjną kwestią.

– No jasne, czym byłaby twoja egzystencja bez blasku fleszy – prychnął Ron zjadliwie.

– Zapewne marną imitacją ciebie, Weasley. A marną, bo trzeba się mocno postarać, żeby osiągnąć twój poziom biedy – odparował od niechcenia, nie zwracając przy tym większej uwagi na rozmówcę.

Po tym stwierdzeniu salę opanowała płomienna wrzawa, której wtórowały niekontrolowane wybuchy śmiechu Zabiniego. W kierunku blondyna leciała masa obelg ze strony młodych rudzielców w odwecie za tę jawną zniewagę ich rodziny. Nawet sam Artur, który nie uczestniczył w całym tym rozgardiaszu, oblał się szkarłatem we wściekłości i zażenowaniu. Malfoy natomiast siedział na krześle opanowany, nie wypowiadając przy tym najmniejszego słowa, lecz przyglądając się awanturnikom z zauważalną kpiną w oczach. W pewnym momencie po pomieszczeniu rozniósł się donośny huk uciszający wrzawę. Głowy wszystkich zwróciły się w stronę przewodniczącej, której lekko czerwona od uderzenia dłoń leżała na stole, a gniewny wzrok sztyletował ślizgona.

– Jeżeli jest to związane z poruszonymi dzisiaj tematami, to wolałabym, żebyś podzielił się tym teraz, a nie potem zawracał mi głowę – rzekła oschle.

Malfoy uniósł jedną brew do góry w zdziwieniu, jednak po chwili pokręcił głową zrezygnowany i przemówił stanowczym głosem:

– Powinniśmy uczyć się rzucać niewybaczalnych.

Pokój zalała niczym niezmącona cisza. Zgromadzeni wpatrywali się w chłopaka w niedowierzaniu, jakby ten okazał się być, jak dotąd wyimaginowanym, okazem Chrapaka Krętorogiego. Harry w szoku lekko otworzył usta i oniemiały przyglądał sie blondynowi, nie wiedząc, jak zareagować na usłyszane słowa. Zwyczajowy rezon, jako pierwszy odzyskał Moody.

– Dzieciak Malfoyów do reszty oszalał – wymamrotał Alastor. – Nie zapomniałeś przypadkiem, że mamy szkolić tak zwanych obrońców dobra, a nie szwadron młodych śmierciożerców?

– Ten idiota zapewne wolałby te drugą opcję – skomentował Ron, krzywiąc się nieprzyjemnie.

– Nie bądź śmieszny – prychnął nadzwyczaj opanowany ślizgon.

– Ja jestem śmieszny?! – rzekł rudzielec wręcz piskliwym od niedowierzania głosem. – Czy ty w ogóle siebie słyszysz?! Niewybaczalne?! I niby kto miałby ich uczyć?! Nie rozśmieszaj mnie, że ty!

– Dokładnie Weasley, sam to zaproponowałem, więc sam bym się tym zajął – odparł spokojnie.

– Założę się, że nawet nie wiesz jak różdżkę złapać, żeby coś takiego wyczarować, a co dopiero nauczyć tego kogokolwiek?! Jesteś zbyt wielkim tchórzem na takie zaklęcia! – prychnął Ron.

Ciało Malfoy'a momentalnie zesztywniało w odpowiedzi na usłyszane słowa, a w stalowoszarych oczach zagościł arktyczny chłód. Niczym jastrząb polujący na zwierzynę, skupił wzrok na Weasley'u w geście niewypowiedzianej groźby. Harry wpatrywał się w ślizgona zszokowany, dopiero teraz zauważając w nim niepokojącą zmianę. Siedzący przed nim młodzieniec w niczym nie przypominał tego tchórzliwego chłopca sprzed zaledwie kilku miesięcy, którego główną bronią były puste złośliwości i osoba Lucjusza. W obecnej chwili, z powodu emanującej od niego niewyobrażalnej aury lodu, bardziej przywodził na myśl bezwzględnego śmierciożercę, niż zapłakane dziecko. Potter z trudem oderwał wzrok od blondyna i kątem oka spojrzał na Rona. Widząc jego niepewną minę, zrozumiał, że przyjaciel również dostrzegł tę zmianę. W pewnym momencie Malfoy podniósł się z krzesła i wycelował różdżką w rudzielca, wydobywając przy tym z gardła nieprzyjemny szept:

– Zawsze możemy sie przekonać Weasley. Odważysz się być celem?

Ron, aż oniemiał z szoku, wpatrując się w chłopaka szeroko rozwartymi oczami. Harry dobrze wiedział, że gdyby ślizgon zareagował zwyczajową dla siebie wściekłością i masą bezsensownych obelg, jego przyjaciel zapewne od razu zerwałby się z miejsca gotowy do walki. Jednak w obecnej sytuacji siedział niczym spetryfikowany, przeczuwając, że po raz pierwszy w życiu, Malfoy nie rzuca słów na wiatr.

– Uspokój się, Draco – chłodny głos Minervy popłynął po sali.

Potter, wyłapując miękko wypowiedziane imię blondyna, odwrócił się pośpiesznie w stronę przewodniczącej, pragnąc, by to jedynie jego wyobraźnia płatała mu niesmaczne figle. Widząc jednak wyraźną troskę wymalowaną na twarzy McGonagall, zrozumiał, że nie doświadczył żadnych omamów słuchowych, a kobieta faktycznie martwi się o chłopaka. Malfoy w tym czasie oderwał wzrok od rudzielca i cała swoją uwagę skupił na kobiecie. Dostrzegając emocje goszczące na jej twarzy, skrzywił się nieznacznie w zirytowaniu, jednak pokornie zajął swoje miejsce. Harry nie miał pojęcia, jak powinien odnieść się do zaistniałej sytuacji. W jego głowie zagościł niesamowity mętlik, z którego zrodziła się masa pytań bez żadnego zalążka odpowiedzi. Dodatkowo opanowała go pewność, że w ostatnim czasie musiało wydarzyć się coś niesamowicie istotnego, skoro zwykle oschła McGonagall zareagowała w tak osobliwy dla siebie sposób.

– Nie będę zmuszała moich uczniów do nauki tych zaklęć – stwierdziła kobieta, powracając do kontrowersyjnego tematu, uważnie przy tym lustrując Malfoy'a..

– Nie musi pani nikogo zmuszać. Zorganizujemy to w formie zajęć dodatkowych, na które będą uczęszczali jedynie ochotnicy – odparł stanowczo chłopak, odwzajemniając jej spojrzenie. – Przestańcie się w końcu oszukiwać, że Czarny Pan będzie za nami biegał, na oślep wymachując Drętowatami. Przypominam, że śmierciożercy głównie używają najgorszego rodzaju zaklęć, zatem najrozsądniej będzie, gdy my również oswoimy się z ich własną bronią – zrobił krótką przerwę, przejeżdżając wzrokiem po zebranych. – Nauka ich wcale nie oznacza, że w końcowym rozrachunku ktoś będzie musiał z nich skorzystać, jednak lepiej opanować je teraz, niż w sytuacji kryzysowej żałować, że się żadnego nie umie.

Minerva wpatrywała się w ślizgona niepewnym wzrokiem. Na pierwszy rzut oka widać było, że toczy ze sobą wewnętrzną walkę pomiędzy tym, co słuszne, a tym, co dobre.

– Popieram pomysł Malfoy'a – niespodziewanie odezwał się Harry.

– O czym ty mówisz? – spytała zszokowana Hermiona, nie wierząc w usłyszane słowa.

Kruczowłosy odwrócił się w stronę przyjaciół, obdarzając ich jedynie uspokajającym uśmiechem. Następnie przyjrzał się Malfoy'owi, który pomimo lekko uniesionej brwi w akcie zdziwienia, wpatrywał się w niego nieodgadnionym wzrokiem. Reakcja ślizgona była na tyle niecodzienna, że zdezorientowany Potter nieznacznie rozchylił usta w szoku, jednak opamiętał się natychmiast, skupiając uwagę na czekającej na wyjaśnienia McGonagall.

– Tylko ja mogę rozprawić się z Voldemortem i nie sądzę, że tym razem uda mi się pokonać go marnym Expelliarmus'em. To, że każdy z nas wie, jak wygląda taka Avada, nie znaczy wcale, że umiemy ją wyczarować. W czasie ostatecznego starcia akurat to zaklęcie nie może mnie zawieść, dlatego w celu wygrania tej wojny jestem skłonny skorzystać z pomocy Malfoy'a. Założę się, że w końcowym rozrachunku, po spokojnym przemyśleniu tej kwestii, kilka osób również przyzna mi rację – mówiąc to rozejrzał się po zebranych, rejestrując skupienie goszczące na ich twarzach.

– Rozumiem wasze obawy – rzekła Minerwa, ostrożnie dobierając słowa. – Jednak, tak jak pan Malfoy stwierdził na początku, rzeczywiście jest to bardzo kontrowersyjny temat – mówiąc to spojrzała na blondyna zmęczonym wzrokiem, żałując, że kazała mu rozwijać swoją myśl na forum publicznym. – Zanim podejmę jakąkolwiek decyzję muszę się z tym na spokojnie przespać i przemyśleć wszelkie za i przeciw. Sądzę również, że dość duża dawka snu przyda się każdemu z was i przeciąganie dzisiejszej dyskusji naprawdę nie ma już najmniejszego sensu. O swojej decyzji niebawem was poinformuję. – dodała, po czym wstała z krzesła na znak, że dzisiejsze obrady faktycznie dobiegły końca.


***


Stał w centrum obszernej komnaty zbudowanej z nadzwyczaj ciemnego kamienia. Potężne, koliste filary, o gładkich trzonach i lekko zdobionych głowicach podtrzymywały średniowysokie, gwiaździste sklepienie. Każdą ze ścian przyozdabiały mosiężne pochodnie, w których płonął szmaragdowy płomień, roztaczający lekki blask w pomieszczeniu. Gra świateł sprawiała, że kolumny wspierające strop rzucały na podłogę długie, czarne cienie, a mury nieprzyjemnie połyskiwały wilgocią. W całym pomieszczeniu panował przeszywający chłód, a odgłos kropel wody subtelnie ściekających z sufitu i brutalnie uderzających o posadzkę, głuchym echem roznosił się po całej komnacie. Po kilku sekundach miarowy dźwięk kapania został zagłuszony przez głośne skrzypnięcie zawiasów starych, mahoniowych drzwi i stanowcze kroki postaci skrytej za hebanową szatą.

– Spóźniłeś się Severusie – z gardła Harry'ego wydobył się groźny syk, zaciskający żołądek chłopaka w mocny supeł.

– Wybacz, panie – rzekł mężczyzna pokornie, wychylając się z cienia i ukazując rozmówcy swą ziemistą twarz wykrzywioną irytacją. – Wystąpiły drobne komplikacje, które zostały już zażegnane.

– Skoro tak mówisz – odparł mało zainteresowanym głosem. – Jak przebiega nasz plan?

– Bez zastrzeżeń. Woda z rzeki Lete została dostarczona, możemy zacząć pierwszy etap.

– Dobrze, bardzo dobrze – wysyczał z wyraźnym zadowoleniem, gładząc przy tym delikatnie różdżkę. – Mam dla ciebie mały prezent Severusie – powiedział spokojnie, wskazując ręką odległy kąt pomieszczenia i rozjaśniając go nieznacznie magią.

Harry dopiero teraz zauważył leżącą na podłodze kupkę brudnych, zakrwawionych szmat. Z całych sił wytężył wzrok, chcąc przebić sie przez utrudniający widoczność półmrok i dostrzec coś więcej w niewyraźnych plamach. Nienaturalnie powykrzywiane kształty w pewnej chwili zaczęły przypominać mu drobne rączki i nóżki, natomiast delikatnie falujący cień, rzucany przez zawiniątko na ścianę, przywodził na myśl dogorywające zwierzę. Dostrzegając w strzępach tkanin cielistą, pomarszczoną kulę, zrozumiał, że znajdujący się przed nim obiekt w rzeczywistości jest ledwo żywym stworzeniem, a jego wzrok właśnie lustruje tył małej główki. Zamarł w szoku, jednak po chwili jego ciało zalała gorąca fala wściekłości wraz z towarzyszącym jej przerażeniem o los małej istoty. W pewnym momencie po komnacie rozniósł się głuchy odgłos butów uderzających o posadzkę. Harry kątem oka dostrzegł zbliżającego się Snape'a, jednak większą część uwagi skupił na lekko poruszającym się zawiniątku, które powoli odwracało twarz w stronę dźwięku. Serce Pottera zatrzymało się na niesamowicie długie sekundy w geście niemego przerażenia, gdy stworzonko wbiło w niego wielkie, wyłupiaste ślepia pełne najszczerszego bólu. Chłopak chciał krzyczeć, szarpać się wściekle, rzucać klątwami we wszystkie możliwe strony zabijając przy tym dwójkę oprawców, jednak najbardziej ze wszystkiego pragnął podbiec do leżącej na ziemi istoty i zabrać ją stąd czym prędzej w bezpieczne miejsce. Na nieszczęście nie mógł zrobić nic, oprócz tępego wpatrywania się w małą, szczurkowatą twarz, przyozdobioną wielkimi, nietoperzymi uszami. Twarz jedynego skrzata, którego z całą śmiałością mógł nazwać swoim przyjacielem. Twarz Zgredka.

– Czego potrzebujesz mój drogi sługo? – nieprzyjemny syk rozniósł sie po pomieszczeniu, powodując w Harrym mdłości i wielkie pragnienie, jak najszybszego zakończenia wizji.

– Palec, panie – odparł spokojnie Snape. – Wskazujący palec prawej ręki. Jest on najbardziej wypełniony magią.

– Zatem dobrze.

Kruczowłosy krzyczał w rozpaczy, gdy poczuł lekki ruch pozbawiający skrzata części dłoni. Płakał bezgłośnie, gdy widział lewitujący organ wprost do trzymanej przez Snape'a fiolki. Lecz dopiero w chwili, gdy z jego różdżki wystrzelił szmaragdowy strumień, uderzający w maleńkie ciało Zgredka, które jakby pod siłą zaklęcia skurczyło się jeszcze bardziej, wynurzył się z tej makabrycznej wizji. Cały spocony, z blizną przeszywającą go niesamowitym bólem i policzkami mokrymi od łez, szarpał się w silnym uścisku Rona.

– Harry! Uspokój się – krzyczał zdezorientowany rudzielec. – To tylko sen!

Słysząc słowa przyjaciela, kruczowłosy momentalnie zesztywniał, wpatrując się w chłopaka tępym wzrokiem.

– To nie był sen – stwierdził głosem wypranym z emocji. – On go zabił.

Oczy młodego Weasley'a rozszerzyły się znacząco, a usta rozchyliły w niemym przerażeniu. Rudzielec od razu pojął o kim Harry mówi i czego przed chwilą doświadczył. Z trudem otrząsnął się z szoku i niepewnie zadał wiszące nad nimi pytanie:

– K-kogo zabił?

Potter przyjrzał sie uważnie Ronowi, po czym schował twarz w dłoniach w akcie załamania. Wziął kilka głębokich wdechów i wylał z siebie potok bezsensownych słów.

– Ten zdrajca, on też tam był... nic nie mogłem zrobić... a on tam leżał, cały zakrwawiony w brudnych szmatach... chciałem mu pomóc... nie mogłem, to moja wina... a potem...

– Harry, uspokój się – przerwał stanowczo rudzielec, nie pojmując szeptanego bełkotu. – Powiedz mi, czyją śmierć widziałeś?

Kruczowłosy podniósł głowę i wbił w przyjaciela zdecydowane spojrzenie.

– To był Zgredek. On zabił Zgredka – rzekł pełnym bólu głosem.

Oczy Rona rozszerzyły się w lekkim szoku, a po chwili jego twarz przesłonił niepewny grymas.

– Stary... – zaczął z wahaniem, nie wiedząc jak wyrazić swoje myśli – jesteś pewien, że to przypadkiem nie był zwykły koszmar? – przerwał na chwilę, lecz dokończył natychmiast, widząc wściekłe spojrzenie Pottera. – Po co miałby zabawiać się w zabijanie skrzata?

– Cholera, Ron, byłem tam! – krzyknął w furii, odsuwając się gwałtownie od przyjaciela.

– Ja... nie przeczę... ale, no... – jąkał się rudzielec w obawie przed kolejnym wybuchem. – Nie uważasz tego za dziwne?

– Nie wymyśliłem sobie tego – odparł kruczowłosy lodowatym tonem. – Będę wdzięczny, jak zostawisz mnie na chwilę samego.

Weasley spojrzał zaskoczony na przyjaciela, jednak usłuchał jego polecenia i z widocznym ociąganiem skierował się w stronę wyjścia. Będąc o krok od portretu, dosłyszał jeszcze ciche pytanie Pottera.

– Jakim cudem znalazłeś się tutaj?

– Bo wiesz – zaczął chłopak z zakłopotaniem, czerwieniąc się przy tym lekko. – Tak jakoś wyszło, że obudziłem się w środku nocy i nie mogłem już zasnąć, więc pomyślałem sobie, że z chęcią poczytałbym "Quidditch'a przez wieki". Wiesz, tak, żeby zabić nudę. Ale niestety nie mam w pokoju żadnego egzemplarza, więc uznałem, że pożyczę ten twój, który ze sobą przywiozłeś. Dostanie się tutaj nie było większym problemem z powodu naszego porannego zamieszania z hasłami, a w planie miałem szybkie wejście, zabranie książki i wyjście. Także nie chciałem cię nawet budzić. Jednak gdy przyszedłem, rzucałeś się strasznie na łóżku i zrozumiałem, że coś jest nie tak. Dalszą część historii już znasz.

Harry wpatrywał się w przyjaciela zdezorientowanym wzrokiem. Gdy dotarł do niego sens wypowiedzi, początkowy szok zastąpił gniew, spowodowany tak jawnym naruszeniem jego prywatności. Ron, dostrzegając rosnącą irytację Pottera, wyszeptał kilka przepraszających słów, po czym zawstydzony zniknął za drzwiami. Kruczowłosy odetchnął głęboko w celu uspokojenia i położył się na plecach z silnym przekonaniem, że musi porozmawiać z McGonagall o zmianie hasła do swoich komnat. Wbił w sufit zagubione spojrzenie, chcąc uporządkować szalejące w nim myśli, jednak blizna pulsująca niewyobrażalnym bólem, utrudniała mu wszelkie procesy analizy. Opuścił łagodnie powieki, lecz gdy przed oczami zaczęły migać mu obrazy zakrwawionego skrzata, zerwał się gwałtownie z łóżka, biegnąc do toalety. Pochylił się nad muszlą w niekontrolowanych konwulsjach, czując przy tym łzy, mimowolnie spływające po jego policzkach. Gdy odruch wymiotny ustał, podszedł do umywalki nachylając się nad nią nieznacznie i zanurzając głowę w strumieniu zimnej wody. Po kilku minutach zakręcił kurek i przyjrzał się w lustrze swojemu odbiciu. Mocno zaczerwienione oczy w połączeniu z dużymi sińcami, lekko zapadniętymi policzkami i włosami stojącymi w każdym, możliwym kierunku tworzyły opłakany efekt. Wziął głęboki wdech, po czym odwrócił spojrzenie od tafli szkła i wymaszerował z łazienki chwiejnym krokiem. Po omacku odszukał różdżkę, okulary oraz pelerynę niewidkę i opuścił swoje komnaty. Słysząc stłumione szepty rozchodzące się od kolumny filarów, rzucił na siebie zaklęcie wyciszające, a na barki nałożył znikający płaszcz. Mijając mały salonik wspólny, aż przystanął w szoku, widząc cicho rozmawiającego Rona z Hermioną. Dziewczyna musiała zostać gwałtownie wyrwana ze snu, o czym świadczyły miarowe ziewnięcia, puchaty szlafrok i wełniane bambosze, które na sobie miała. Weasley natomiast, całkowicie rozbudzony, opowiadał jej o czymś z przejęciem, pochylając się do niej nieznacznie. W innych okolicznościach Harry uznałby taki obrazek przyjaciół za dość intymny widok, jednak wydarzenia sprzed kilkunastu minut jasno sugerowały mu powód ich spotkania. Zaciekawiony przystanął koło wejścia do pomieszczenia i począł przysłuchiwać się padającym słowom.

– Ron, nie powiesz mi, że sądzisz, że Harry to sobie wymyślił! – szepnęła brunetka ostrym tonem.

– Jasne, że nie! – zaprzeczył gwałtownie, patrząc na dziewczynę z wyrzutem.

– Powiedziałeś...

– Wiem co powiedziałem Herm – odparł natychmiast, nie dając jej dokończyć. – Stwierdziłem, że jest to nielogiczne, a nie, nieprawdziwe. Nawet mi nie mów, że się ze mną nie zgadzasz. Po co ON miałby zawracać sobie głowę zabijaniem skrzata? Człowieka tak, ale skrzata? – dokończył, wpatrując sie w nią z pytaniem widocznym w oczach.

– Najsłodszy Merlinie! – pisnęła gryfonka zrezygnowanym tonem. – Nie mam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Idę porozmawiać z Harrym!

– Nie bądź głupia, wiesz jak na mnie zareagował – szepnął natychmiast, łapiąc za rękę wstającą już z miejsca dziewczynę i pociągając ją z powrotem na kanapę.

– Wcale mu się nie dziwię – odparła, wpatrując się w chłopaka z naganą w oczach, nie wysuwając jednak dłoni z jego uścisku. – Też byłabym wściekła, gdybyś wparował w środku nocy do mojego pokoju po głupią książkę. I to w takim momencie!

– W tym momencie to ty chcesz mu wparować do pokoju. Sądzę, że tak samo jak piętnaście minut temu, teraz również nie pała chęcią na odwiedziny – zauważył, gasząc tym stwierdzeniem zapał towarzyszki.

– Harry nie mógł kłamać – szepnęła pewnym głosem.

– Wcale nie musiał kłamać – odparł spokojnie młody Weasley. – Może to był zwykły sen? To znaczy wiesz, bardzo realistyczny koszmar, albo wizja celowo podsunięta przez NIEGO?

– Po co V-Voldemort miałyby pokazywać mu takie rzeczy? – spytała Hermiona, wahając się delikatnie przy imieniu czarnoksiężnika. – Przecież sam stwierdziłeś, że zabicie Zgredka nie ma najmniejszego sensu, a co dopiero nieprawdziwa wizja o tym?

– Pamiętasz co było w przypadku Syriusza? – spytał rudzielec z wahaniem.

– Syriusz to zupełnie inna kwestia! – rzekła z oburzeniem wymalowanym na twarzy.

Harry nie chcąc słuchać dalszej dyskusji, z sercem o wiele cięższym niż kilka minut wcześniej, oddalił się od rozmawiających powolnym krokiem. Z niesamowitym mętlikiem w głowie zaczął przemierzać zamkowe korytarze. Był zarazem wściekły i smutny z powodu usłyszanych słów. Rozumiał obawy przyjaciół, jednak od śmierci Syriusza nauczył się rozróżniać widziane obrazy. W tym przypadku miał pewność o realności ujrzanej wizji, dlatego wzmianka o chrzestnym jeszcze bardziej go ukuła, przypominając mu o opłakanych skutkach jego lekkomyślności. Dzisiejsza sytuacja po raz kolejny uświadomiła mu, że mimo tego, iż okrzyknięto go chwalebnym mianem Wybrańca, to tak naprawdę jest jedynie żałosnym chłopcem, nie potrafiącym ocalić nawet najbliższych, nie mówiąc już o setkach nieznanych istnień. Ciężar spoczywającego na nim zadania, w połączeniu z coraz bardziej pulsującą blizną i masą kotłujących się, skrajnych emocji, ponownie wywołał w nim mdłości. Zachwiał się lekko, przydeptując przy tym skraj skrywającego go płaszcza, o mały włos unikając nieprzyjemnego spotkania z twardą posadzką. Jedną ręką przytrzymał się ściany korytarza, a drugą ściągnął z siebie pelerynę, niechlujnie rzucając ją pod nogi. Oparł czoło o zimne kamienie, pragnąc choć trochę złagodzić rozrywający go ból. Stał w takiej pozycji niesamowicie długie minuty, dopóki nie usłyszał cichego stukotu kroków, echem niosącego się po korytarzu. Łudził się, że zbliżająca się osoba nie zauważy jego postaci, bądź ominie go w milczeniu, jednak jego pragnienia szybko zostały rozwiane, gdy usłyszał niski baryton przeciągający słowa w specyficzny dla siebie sposób.

– Proszę, proszę, nasza mała gwiazda postanowiła urządzić sobie romantyczny spacer w blasku księżyca. Jednak nigdzie nie widzę Weasley'ówny. Czyżby Złoty Chłopiec został olany?

Potter powoli odwrócił głowę w stronę przybysza. W skupieniu przyglądał się pociągłej twarzy wykrzywionej w ironicznym uśmiechu, przyozdobionej platynowymi kosmykami włosów, delikatnie opadającymi na czoło, i tęczówkami skrzącymi niczym płynne srebro, w przygaszonym blasku pochodni. Gdy zrozumiał, że ze wszystkich osób przebywających w zamku, akurat Malfoy musiał ujrzeć go w tak opłakanym stanie, złość opanowała całe jego ciało, potęgując jedynie palący ból. Odsunął się ostrożnie od ściany, zadzierając przy tym głowę wysoko do góry i piorunując ślizgona gniewnym wzrokiem. Począł otwierać usta w ciętej ripoście, jednak mocne zawroty uniemożliwiły mu jakiekolwiek działanie i gdyby nie silne ramiona blondyna podtrzymujące go w nad wyraz łagodny sposób, już dawno leżałby na ziemi. Malfoy przesunął się wraz z trzymanym przez siebie chłopakiem w stronę ściany i oparł go ostrożnie o kamienne mury, zmuszając przy tym do siadu. Sam kucnął przed Harrym w niewielkiej odległości i wbił w niego zaintrygowany wzrok.

– Wyglądasz, jak gówno, Potter – stwierdził bez cienia kpiny w głosie.

– No dalej, wykorzystaj to – odparł kruczowłosy z zauważalnym zmęczeniem. – Z chęcią usłyszę kilka obelg na swój temat.

Malfoy spojrzał na Harry'ego w nieodgadniony sposób, nie dając się jednak sprowokować.

– Nie schlebiaj sobie, nie bawi mnie kopanie leżącego. Już nie – ostatnie zdanie dodał w chwilowym zamyśleniu, po czym zmienił temat. – Boli cię głowa?

Harry, zaskoczony usłyszanym pytaniem, wpatrywał się w chłopaka bezmyślnym wzrokiem.
Z wrednym Malfoy'em doskonale umiał sobie radzić, jednak miły, a przynajmniej chwilowo uprzejmy ślizgon był dla niego czymś zupełnie nowym.

– Nie twój interes – odparł z wyraźną rezerwą.

Malfoy uniósł jasną brew w akcie kpiny, po czym ignorując wypowiedź Pottera, wyciągnął przed siebie różdżkę. Kruczowłosy rozszerzył oczy w zaskoczeniu, jednak, zanim udało mu się wykonać jakikolwiek ruch, błękitny strumień światła uderzył w jego czoło. Poczuł przyjemne odrętwienie rozchodzące się po jego organizmie, skutecznie wyciszające uciążliwy ból. Przymknął oczy w ukojeniu, a gdy poczuł słabnącą moc zaklęcia, wbił spojrzenie w oddalające się już plecy chłopaka, który rzucił na odchodnym ciche słowa:

– Nie myśl sobie, że to cokolwiek między nami zmienia, Potter.

Harry, nie wierząc w zaistniałą sytuację , przez dobry kwadrans siedział oniemiały pod ścianą. Zastanawiał się czy jego wyobraźnia nie postanowiła zakpić sobie z niego w niezwykle nieprzyjemny sposób i, czy przypadkiem faktycznie nie jest ofiarą urojeń. Wyczuwając jednak delikatne odrętwienie ciała spowodowane rzuconym zaklęciem, zrozumiał, że sam nie byłby w stanie w tak szybki sposób uporać się ze skutkami wizji. Nie miał pojęcia, co kierowało Malfoy'em, lecz cieszył się, że czar chłopaka zadziałał. Głowa pękała mu od natłoku myśli, jednak ogarniające go zmęczenie zwyciężyło z chęcią poznania odpowiedzi na dręczące go pytania. Wstał ostrożnie z podłogi i spokojnym krokiem ruszył w kierunku swoich komnat, pragnąć zaznać chociaż odrobiny kojącego snu.


* * *


Kruczowłosy opierał się o balustradę drugiego piętra Sali Wejściowej, w skupieniu obserwując chaos panujący przy wysokich wrotach. Ostatnia noc na tyle mocno dała mu się we znaki, że przespał niemalże cały dzień, budząc się dopiero późnym popołudniem i dowiadując od bliźniaków o przybywających sojusznikach. Nie dostrzegając nigdzie Rona i Hermiony, w pośpiechu wypadł z komnat, prawie taranując przy tym zdezorientowanych Dean'a, uznając, że rozprawi się z nimi później. Koniecznie chciał wiedzieć, kto jeszcze, oprócz znanego mu już grona, pojawi się w zamku, w rezultacie czego w obecnej chwili niczym jastrząb uważnie śledził przybywające osoby. W stojącym w wejściu gronie ludzi oprócz kilku młodych twarzy, które jedynie z widzenia kojarzył z Hogwartu, rozpoznał Macmilliana, Finch-Fletchley'a, Cho Chang, a także bliźniaczki Patil wraz z Lavender Brown i żartującym do nich Finnaganem. W kącie pomieszczenia zauważył osamotnioną Lunę, którą bardziej ciekawiło wnętrze zamku niż jakiekolwiek rozmowy. Dziewczyna, dostrzegając kruczowłosego, posłała mu zamyślony uśmiech, lecz dopiero wyłapując z tłumu Neville'a, wróciła do rzeczywistości. Uścisnęła go mocno w geście przywitania, na co Longbottom zareagował dorodnym rumieńcem. Gdy chłopak opanował zawstydzenie, wymienił kilka zdań z towarzyszką, po czym zaczął wspinać się po schodach z kroczącą za nim, ponownie rozkojarzoną, krukonką. Harry śledził ich wzrokiem dopóki nie zniknęli w korytarzu prowadzącym do sali łączącej wszystkie piętra. Ponownie skupił spojrzenie na gromadzących się ludziach, dostrzegając kilka nadzwyczaj pięknych kobiet, a także mężczyzn o surowych rysach twarzy. Od razu domyślił się, że muszą być oni wsparciem przybyłym z zagranicy. Z uwagą przyglądał się nieznanym czarownicą i czarodziejom, chcąc zapamiętać, jak największą ilość szczegółów. Pomimo takiej różnorodności sojuszników w ciągle zjawiających się osobach, nie dostrzegł ani jednego ślizgona. Fakt ten rozczarował go minimalnie, jednak nie był dla niego zbyt dużym zaskoczeniem. Wbrew wszelkim plotkom wiedział, że nie każdy mieszkaniec Slytherinu popiera poglądy Voldemorta i w głębi duszy miał cichą nadzieję, że znajdzie się kilka osób, które jawnie przełamią krążące stereotypy i dołączą do jasnej strony. Chociaż z drugiej strony, biorąc pod uwagę Malfoy'a i Zabiniego, można rzec, że jego prośby, aż z nawiązką zostały spełnione i ślizgonów dostał w niesamowicie irytującym zapasie. Westchnął cicho w zrezygnowaniu i oparł czoło o drewnianą balustradę w akcie bezsilności. Zdarzenia z poprzedniego dnia echem odbijały się w jego głowie, pozostawiając po sobie plątaninę pytań. Nie pojmował decyzji McGonagall, dotyczącej włączenia w ich szeregi akurat tej dwójki ślizgonów. Nie rozumiał również dziwnego zachowania Malfoy'a, zarówno w czasie obrad, jak i podczas ich nocnego spotkania. Po raz pierwszy w życiu blondyn dezorientował go tak mocno, w tak niejasny sposób. Przeczuwał, że rozgryzienie knować chłopaka na ich szóstym roku było dziecinną igraszką, w porównaniu z tym, co czeka go w ciągu najbliższych miesięcy. Przynajmniej ostatnim razem ślizgon od samego początku wychwalał wspaniałość Voldemorta, zamiast zabawiać się w obrońcę dobra. Rozmyślania dotyczące Malfoy'a, pochłonęły go tak mocno, że dopiero ciche chrząknięcie dobiegające z prawej strony, wyrwało go z letargu w jakim się znalazł. Zdezorientowany podniósł głowę, od razu zauważając przyjaciół, mierzących go czujnym spojrzeniem.

– Wszystko w porządku? – spytała mocno zmartwiona Hermiona.

Harry przyjrzał się dziewczynie uważnie, jednak zauważając szczerą troskę goszczącą w jej oczach, złość, wywołana wcześniej podsłuchaną rozmową, momentalnie z niego wyparowała. Wiedział, że wątpliwości dotyczące ostatnich wizji nie są spowodowane brakiem zaufanie ze strony przyjaciół, lecz obawą przed ponownymi manipulacjami Voldemorta. Dochodząc do tych wniosków, posłał brunetce uspokajający uśmiech.

– Tak, Herm. Jestem tylko trochę zmęczony.

– Wyglądasz jak gówno – wtrącił odruchowo Ron, wywołując tym gniewne błyski w oczach dziewczyny i niekontrolowany chichot Pottera.

– Nie jesteś pierwszą osobą, która mi to dzisiaj mówi, chociaż zakładam, że wtedy wyglądałem gorzej – stwierdził rozbawiony Harry, w odpowiedzi na zdezorientowane spojrzenia przyjaciół. – Lepiej nie pytajcie.

Gryfonka przyjrzała się Potterowi w zaintrygowaniu, jednak postanowiła nie drążyć tematu. Po sekundzie wymieniała z Ronem porozumiewawcze spojrzenie i ściskając mocno drewnianą balustradę, zaczęła mówić pewnym głosem, skupiając wzrok na Harrym:

– Myślę, że powinniśmy porozmawiać.

– Tak? – kruczowłosy odparł lakonicznie, doskonale znając treść poruszanego tematu.

– Nie bądź zły na Rona, ale słyszałam o wydarzeniach z nocy – stwierdziła ostrożnie, uważnie lustrując przy tym reakcję chłopaka.

– Wiem – odparł, odwzajemniając spojrzenie przyjaciółki.

– Słucham? – spytała brunetka, wyraźnie zbita z tropu.

– Wiem, że Ron ci o tym powiedział – mówiąc to, Harry posłał rudzielcowi wymowne spojrzenie.

– Ale skąd ty o tym wiesz? – dodał Weasley w autentycznym zdziwieniu.

– Wolicie tę wersję, w której stwierdzam, że pójcie Rona po twoją radę – w tym momencie posłał Hermionie znaczące spojrzenie – jest oczywistością, czy tę, w której stwierdzam, że słyszałem waszą rozmowę? – kończąc wypowiedź, uśmiechnął się wyzywająco.

– Wcale nie pytam się o wszystko Hermiony! – krzyknął zbulwersowany rudzielec.

– Podsłuchiwałeś?! – zawtórowała mu zszokowana dziewczyna.

– Tylko tamtędy przechodziłem – stwierdził niczym niezrażony gryfon. – Jednak słysząc wzmiankę o Syriuszu, darowałem sobie ciąg dalszy – widząc skrępowane miny przyjaciół, odczuł minimalne zadowolenie.

– Harry – zaczął Ron, czerwieniejąc w zawstydzeniu. – To, co powiedziałem... ja nie miałem na myśli...

– W porządku – przerwał mu Potter, nie odczuwając potrzeby słuchania tłumaczeń rudzielca. – Rozumiem wasze obawy, jednak ta wizja była prawdziwa – rzekł z wyraźnie słyszalną pewnością w głosie. – Ja też nie mam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi i dlaczego akurat kolejną ofiarą był skrzat, jednak nie był to zwykły, domowy skrzat, a sam Zgredek. – kończąc, przyjrzał się uważnie towarzyszom.

Wyraźnie zagubiony Ron zawiesił na Harrym niepewne spojrzenie, natomiast Hermiona delikatnie zmarszczyła czoło w skupieniu, analizując coś intensywnie. Dochodząc do pewnych wniosków, co zajęło jej jedynie kilka sekund, zlustrowała Pottera wzrokiem pełnym determinacji.

– Opowiedz nam dokładnie o tej wizji.

– Nie teraz – odparł natychmiast, spodziewając się słów dziewczyny. – Opowiem wam o tym, jak znajdziemy się w bardziej ustronnym miejscu.

Hermiona pokiwała jedynie głową na znak zgody, po czym spojrzała zdziwiona na ciągnącego ją za rękaw bluzy Rona. Weasley przesunął po nich niepewnym spojrzeniem, po czym kiwnął głową w kierunku kolumn oddzielających lochy od Sali Wejściowej.

– Czy tylko ja uważam to za dziwne, że Malfoy stoi tam od dobrych dziesięciu minut? – spytał podejrzliwym tonem.

Harry natychmiast skierował spojrzenie w dół i od razu dostrzegł wspomnianego chłopaka. Z rękoma skrzyżowanymi na piersi, niedbale opierał się o jeden z filarów i rozmawiał o czymś ze stojącym koło niego Zabinim. W większości jednak jedynie uśmiechał się lekko na słowa Blaise'a, myślami będąc w zupełnie innym miejscu. Po kilku minutach złożonych głównie z monologu towarzysza, przesunął znudzonym spojrzeniem po pomieszczeniu, a gdy dotarł do drzwi wejściowych, minimalnie rozszerzył tęczówki w ledwie zauważalnym niedowierzaniu. Harry natychmiast odwrócił głowę w tamtą stronę i, aż zachłysnął się wdychanym powietrzem, dostrzegając niewysoką dziewczynę o brązowych włosach, niepewnie rozglądającą się po pomieszczeniu. Nowo przybyła zauważając blondyna, uśmiechnęła się szeroko i rzuciła biegiem w jego kierunku. Z niesamowitym impetem wpadła w jego ramiona, o mało go przy tym nie przewracając. Malfoy, widząc tak uczuciową reakcję zwykle powściągliwej Pansy Parkinson, uśmiechnął się delikatnie i odwzajemnił uścisk, ignorując zupełnie rzucane w ich kierunku, nieprzychylne spojrzenia. Potter obserwując rozgrywającą się przed nim scenę, po raz kolejny stwierdził, że zdecydowanie gubi się w tym, co się wokół niego dzieje.

– To wszystko coraz bardziej przestaje mi się podobać – wyszeptał jedynie, widząc równie zdezorientowanych przyjaciół.
Dunia Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 wrz 2016, o 19:53

Postprzez Dunia » 13 gru 2017, o 00:00

Niestety nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, jeżeli chodzi o tak długi odstęp między rozdziałami. Po prostu ostatnio byłam i jestem strasznie zabiegana, co odbiło się na opowiadaniu :( Rozdział, jak na razie betowany do połowy. A teraz zapraszam do czytania.



Rozdział V


Harry siedział w fotelu, tępo wpatrując się w Hermionę drepczącą w zdenerwowaniu po jego pokoju. Przyjaciółka już od dobrego kwadransu wyznaczała coraz to nowsze ścieżki na dywanie, intensywnie analizując fragmenty opowiedzianej wizji. Niekiedy zatrzymywała się, otwierając przy tym szeroko usta w akcie nagłego olśnienia, jednak po chwili kręciła lekko głową i ponownie wracała do przerwanych kółek.

– Na Merlina, Mionka, uspokój się, takie bezsensowne łażenie naprawdę w niczym nam nie pomaga, a jedynie przeszkadza – powiedział zrezygnowany Ron, leżąc na łóżku Harry’ego i wpatrując się bezmyślnie w beżowy sufit.

Dziewczyna posłała przyjacielowi zgorszone spojrzenie, jednak zatrzymała się w miejscu i przecierając skronie zadała pytanie:

– Harry, jeszcze raz, na spokojnie, byłeś w ciemnej komnacie, tak?

Chłopak jedynie kiwnął głową w odpowiedzi.

– No dobrze, a teraz zastanów się, czy pamiętasz coś jeszcze? Wiesz gdzie to było, może w tym miejscu znajdowało się coś szczególnego, coś, co zapadło ci w pamięć? – drążyła zdenerwowana.

– Herm, mówię ci to już po raz któryś, nie mam pojęcia, gdzie to mogło być. Uwierz mi. Sam chciałbym to wiedzieć.

– Och, Harry – sapnęła zirytowana, rzucając w jego stronę błagalne spojrzenie – wysil się, musisz coś jeszcze pamiętać.

Potter zmroził ją spojrzeniem coraz bardziej zdenerwowany, jednak posłusznie zamknął oczy, starając się przypomnieć sobie każdy szczegół niedawnej wizji. Obrazy i dźwięki natychmiast pojawiły się w jego podświadomości, przemykając przez nią w zawrotnym tempie. Ponownie ujrzał długie palce pewnie zaciśnięte na cisowej różdżce, niewielkie ciało skrzata zwijające się w kącie komnaty i oślepiający, szmaragdowy strumień światła celnie uderzający w ofiarę. Gwałtownie otworzył oczy, chcąc jak najszybciej pozbyć się z umysłu bolesnych obrazów. Mocno zacisnął drżące dłonie w pięści, wbijając przy tym paznokcie w skórę, i zwrócił twarz w stronę przyjaciółki. Dostrzegając pełen nadziei wzrok zawieszony na swojej osobie w niemym oczekiwaniu, oprzytomniał i wyszeptał pierwsze, lepsze słowa, jakie wpadły mu do głowy.

– Było wilgotno.

– No to cudnie stary, wskazówka stulecia – mruknął rozdrażniony Ron. – Jedyne, co musimy teraz zrobić, to sporządzić listę ciemnych, wilgotnych miejsc i po kłopocie. Myślicie, że ile takich może być, tysiące? Osobiście stawiam na miliony.

– Wybacz, że bardziej skupiłem się na avadzie lecącej w stronę Zgredka, niż podziwianiu cudów architektury, mój błąd – warknął doszczętnie wyprowadzony z równowagi.

Po słowach Harry’ego w pomieszczeniu zapadła nieprzyjemna cisza. Chłopak przez chwilę delektował się spokojem, gdyż rozmowa z przyjaciółmi coraz bardziej zaczynała go męczyć, skutkując powoli odnawiającym się bólem głowy. Minęło kilka minut, zanim ponownie wrócił do tematu.

– Sądzę, że bardziej martwiące jest stwierdzenie Snape’a odnośnie rozpoczęcia jakiegoś pierwszego etapu. Wiesz czym jest ta woda Late?

– Lete – Hermiona poprawiła go odruchowo – tak, wiem, i w tym jest problem, że to nie ma najmniejszego sensu.

– To znaczy? – dodał Ron, podnosząc się do pozycji siedzącej i uważnie wpatrując w dziewczynę. – Przecież na pewno można użyć jej do jakiegoś eliksiru.

– Można, ale nie o to chodzi – odparła, opierając przy tym kciuk na wargach w zamyśleniu. – Jedyny znany mi eliksir, w którym wykorzystuje się wodę z rzeki Lete, to eliksir zapomnienia, a o nim uczyliśmy się już w pierwszej klasie. Nie przypominam sobie, żeby miała ona jakieś inne zastosowania, nawet w czarnomagicznych praktykach.

– Z tego co mi się wydaje, to nie jesteś ekspertem od czarnej magii – stwierdził Harry, spoglądając na Hermionę z autentycznym niepokojem.

– Wiem. W takich momentach żałuję, że nie znam się na tym nieco lepiej – sapnęła, a na jej twarzy zagościł nieprzyjemny grymas.

Harry i Ron zerknęli na siebie z szeroko otwartymi oczami, po czym skierowali niedowierzające spojrzenia na przyjaciółkę.

– Mionka, nie to, żeby coś, ale ty w ogóle wiesz co powiedziałaś? – spytał młody Weasley, starając się nadać głosowi lekki ton.

Dziewczyna przejechała po nich smutnym wzrokiem, po czym oparła się o parapet okna i zapatrzona w krajobraz za szybą zaczęła cicho mówić:

– Wiem, Ron. Problem polega na tym, że w czasach, które obecnie nastały musimy zmierzyć się z czymś, co całkowicie wykracza poza nasze możliwości – szepnęła smutno. – Jeżeli Snape przygotowuje jakiś eliksir na bazie tej wody to… to naprawdę nie ma sensu. Stosuje się ją tylko w eliksirze zapomnienia. Przez całe sześć lat naszej nauki nie zauważyłam nawet najdrobniejszej wzmianki o niej gdziekolwiek indziej. Ma ona zbyt silne właściwości przez co niweluje każdy, inny składnik i sprawia, że jedyne zastosowanie ma właśnie w eliksirze zapomnienia. I mówię teraz o każdym eliksirze, nawet tych zakazanych.

– A może V-Voldemort chce, żeby Harry o czymś zapomniał? – spytał Weasley, jednak jego mina świadczyła o tym, że sam nie wierzy w swoje słowa.

– O czym? O tym, że jestem wybrańcem i mam go pokonać? – rzucił Potter, uśmiechając się bez cienia wesołości.

– To nie jest pora na takie żarty Harry – skarciła Hermiona, przenosząc na niego smutny wzrok. – Chodzi mi o to, że jeżeli gdybamy o możliwości zastosowania tej wody w jakimś eliksirze, to z pewnością musi to być najczarniejsza magia. Ta najczarniejsza z najczarniejszych.

Potter przyjrzał się uważnie zmartwionej dziewczynie. Zauważając goszczące na jej twarzy autentyczne zagubienie, znieruchomiał z wrażenia. Po raz pierwszy w życiu żałował, że przyjaciółka w pośpiechu nie wybiegła z pokoju krzycząc o natychmiastowej potrzebie sprawdzenia czegoś w bibliotece. Wyczuwając coraz większą suchość na języku, zadał nurtujące go pytanie:

– To dlatego żałujesz, że nie znasz się na czarnej magii. Sądzisz, że wtedy wiedziałabyś coś więcej?

– Nie wiem, może… – Granger obdarzyła go zmartwionym spojrzeniem, jednak po chwili kontynuowała, wracając przy tym do dreptanych kółek. – Problem polega na tym, że nawet nie wiem od czego mam zacząć.

– To może zejdziemy na temat Zgredka lub Snape’a? – wtrącił Ron z nadzieją w głosie – Może nietoperzowi wcale nie chodzi o eliksir?

– Na pewno chodzi o jakiś eliksir, w końcu to Snape – rzucił Harry.

– Na chwilę obecną Zgredek jest dla mnie jeszcze większą niewiadomą – dodała dziewczyna, coraz bardziej pogrążając się w swoich myślach. – Stanowczo musimy zająć się tą wodą… tylko od jakiej księgi zacząć…

– Proponuję zacząć od tej największej i najbardziej zakurzonej. W takich zawsze coś znajdujesz – stwierdził Ron, szczerząc się od ucha do ucha.

Harry zauważył, że Hermiona już chciała obdarzyć przyjaciela krytycznym komentarzem, jednak dostrzegając troskę bijącą z niebieskich oczu Weasley’a jej wzrok natychmiast złagodniał, a na twarzy pojawił się delikatny uśmiech.

– Masz rację, musimy zacząć od pójścia do biblioteki – mówiąc to, złapała go za rękę i zaczęła ciągnąć w stronę drzwi.

– Ej! Herm! – krzyczał zdezorientowany Ron. – Chodziło mi o to, że ty zaczniesz szukać!

– Ucisz się, dobrze wiesz, że sama nie zdołam przejrzeć tych wszystkich ksiąg.

– A co z Harrym?! Czemu jego nie zmuszasz, żeby poszedł z nami?!

– Harry musi odpocząć, po nieprzespanej nocy wygląda jak żywy trup.

– Ale Herm…

Potter nie zdążył usłyszeć dalszej wypowiedzi Rona, gdyż ramy portretu zamknęły się za jego przyjaciółmi. Chłopak odetchnął głęboko, dziękując w duchu za to, że Hermiona nie postanowiła wyciągnąć go z komnat. Czując coraz większe pulsowanie w skroniach i ogarniające go zmęczenie, położył się na łóżku, zanurzając twarz w chłodnej pościeli. Po kilku sekundach zapadł w głęboki, spokojny sen.

* * *


Dni w Camelot mijały nieubłaganie i nim Harry zorientował się, zrozumiał, że już od dwóch tygodni mieszka w zamku. Dwóch niezwykle spokojnych tygodni, w ciągu których, co bardzo go niepokoiło, nie miał ani jednej wizji. Ponadto zachowanie ślizgonów wprowadzało go w stan wiecznej irytacji, ponieważ było nad wyraz neutralne. Oczywiście sam wspaniały Draco Malfoy nie szczędził obelg posyłanych w jego stronę, jednak w stosunku do innych osób, można stwierdzić, że zachowywał się względnie uprzejmie. Co jeszcze bardziej złościło Harry’ego ludzie również przestali traktować go, jako wroga społecznego numer jeden. Na korytarzach nie raz mijał osoby swobodnie rozmawiające ze ślizgonem, jak gdyby całkowicie zapomniały o wyrządzonych przez niego krzywdach. Nawet Hermiona uznała, że skoro McGonagall mu ufa, to chłopak musi mieć jakieś niesamowicie dobre zabezpieczenie. Harry'emu nie wystarczały takie tłumaczenia, a częste nieobecności Malfoy'a na poszczególnych zajęciach oraz posiłkach wzbudzały w nim jeszcze większą podejrzliwość. W przeciwieństwie do przyjaciół nie potrafił wytłumaczyć tego prostym stwierdzeniem, że nikt nie ma odgórnego obowiązku chodzenia na wszystkie przedmioty.
Potter siedział przy stole pogrążony w swoich myślach, jednak gdy zauważył wchodzącego do jadalni Zabiniego jedynie z samą Parkinson u boku, zaklął pod nosem i mocno wbił widelec w posiłek. Niestety przedmiot trafił kilka milimetrów od jedzonego mięsa, wywołując tym donośny zgrzyt srebra uderzającego o porcelanę. Głowy siedzących koło niego Luny, Neville’a i Ginny zwróciły się w jego stronę z niemym pytaniem wymalowanym na twarzach. Chłopak widząc miny towarzyszy, oblał się rumieńcem zawstydzenia, po czym skinieniem głowy zapewnił, że wszystko jest w porządku. Ponownie rozejrzał się w poszukiwaniu nieprzyjaciół i dostrzegł ich siedzących koło Terry’ego Botta na drugim końcu pomieszczenia.

Sala Jadalna, ku niezadowoleniu Harry'ego, była dość skromną komnatą i oprócz długich stołów nie posiadała żadnych ozdobnych elementów, za którymi mógłby się skryć, aby podsłuchać rozmowę nieprzyjaciół. Wizualnie przypominała ona Wielką Salę z Hogwartu z tą różnicą, że sklepienia nie przyozdabiało rozgwieżdżone niebo i nie znajdował się tutaj poprzecznie ustawiony stół nauczycielski z wysuniętą przed niego mównicą. Wszystkie ławy mieściły się w pięciu długich rzędach i skupiały przy sobie osoby z różnych szkół i domów. Sami aurorzy i mentorzy, mimo tego, że panowała niepisana zasada, iż stół znajdujący się przy ścianie, po prawej stronie od wejścia, należy do nich, nie raz siadali wraz ze swoimi uczniami bądź młodszymi kolegami, zagłębiając się w różnego rodzaju pogawędkach.
Harry, aż podskoczył z wrażenia, gdy po jego prawej stronie z impetem usiadła niesamowicie zdenerwowana Hermiona. Gwałtownym ruchem złapała półmisek z pierwszą, lepszą sałatką i nałożyła na talerz pokaźnych rozmiarów kopiec. Zanim spożyła posiłek, zaczęła toczyć z warzywami sadystyczną grę wbicia widelca, jak największą ilość razy w jeden składnik. Potter zerknął zszokowany na Rona, który jedynie wzruszył ramionami i zajął miejsce naprzeciwko niego.

– Wszystko w porządku Hermiono? – zainteresowała się Luna, spoglądając na dziewczynę zamglonym wzrokiem – Wyglądasz na dość spiętą.

– Tak Luno, po prostu nie mogę znaleźć pewnej książki – rzuciła szybko, bardziej pochłonięta celowaniem w okrągłą oliwkę, która co chwilę uciekała na inny koniec talerza.

Krukonka pokiwała głową w zamyśleniu, po czym stwierdziła poważnym głosem:

– Przydałby ci się Nuchonur Wykrzywny.

– Co takiego? – spytał Ron, zerkając na młodą Lovegood powątpiewająco.

– Nuchonur Wykrzywny – odparła dziewczyna. – To mało znany gatunek magicznego stworzenia, daleki kuzyn chochlika. Pomaga znaleźć to, co ukryte.

– Mało znany gatunek chochlika – powtórzył nieprzekonany Weasley.

– Tata mówił, że widział go w czasie jednej z podróży do Puszczy Amazońskiej. Bardzo lubią wilgotne, leśne tereny o wysokich temperaturach. Zazwyczaj ukrywają się między koronami drzew, jednak przy odrobinie szczęścia można je spotkać.

– Masz rację Luno, z pewnością przydałby mi się taki Nuchonur – stwierdziła zamyślona Granger, na co Ron opluł się pitym w tym momencie sokiem dyniowym.

– Czyś ty już do reszty zgłupiała? Nuchocoś ma nam pomóc?

– To wcale nie brzmi tak źle – rzuciła od niechcenia. – Oddam wszystko za takiego Nuchonura, o ile tylko znajdzie mi odpowiednią książkę.

– Na Merlina, Hermiono, skończ już wygadywać te głupoty! – warknął zirytowany Weasley. – I zostaw w spokoju tę oliwkę. Zresztą ty nawet nie lubisz oliwek!

Dziewczyna westchnęła zrezygnowana, jednak posłuchała przyjaciela i posłusznie położyła widelec na stole. Przesunęła wzrokiem po pobojowisku goszczącym na talerzu, dostrzegając jedynie jedną oliwkę ocalałą po bezlitosnym ataku. Grymas zażenowania delikatnie wykrzywił jej usta.

– Myślę, że powinniśmy zbierać się na zajęcia z Lupinem – wymamrotała cicho, wstając od stołu i kierując się w stronę wyjścia z jadalni.

– Serio? – sarknął Ron, po czym podążył za oddalającą się Granger.

Ginny posłała Harry’emu zaniepokojone spojrzenie, które chłopak zbył lekkim skrzywieniem warg imitującym uśmiech. Westchnął głośno, lecz po chwili poszedł w ślady przyjaciół. Przeszedł kilka kroków i zatrzymał się, zauważając nieporuszenie ze strony Neville’a oraz Luny:

– Nie idziecie z nami?

– Niestety nie. Musimy wstąpić do profesor Sprout. Obiecaliśmy pomóc jej przy kilku roślinach – odparł Longbottom z ognikami w oczach, świadczącymi o większym zainteresowaniu przekopywaniem roślin, niż przygotowującymi do bitwy zajęciami terenowymi.

Potter skinął głową w odpowiedzi, po czym pośpieszył za wychodzącą z pomieszczenia Ginny. Gdy zrównał się z dziewczyną, od razu dostrzegł milczących przyjaciół czekających na nich przy wejściu do zamku. Po przekroczeniu progu wrót w twarz Harry'ego natychmiast uderzyło wilgotne powietrze. Chłopak spojrzał w niebo i dostrzegł ciemne chmury zbierające się nad dziedzińcem, zwiastujące nadejście deszczu. Grymas niezadowolenia wykrzywił jego wargi. Przyspieszył kroku, mijając fontannę i kierując się w stronę polany treningowej. Oddalając się wystarczająco od ciekawskich uszu, zadał nurtujące go pytanie:

– Jest, aż tak źle?

– Gorzej niż źle – szepnęła Hermiona. – Nie mamy nic. W ciągu dwóch tygodni poszukiwań nie natknęłam się nawet na najmniejszą wzmiankę dotyczącą tego składnika. To jest jak szukanie igły w stogu siana.

Harry przesunął zmartwionym wzrokiem po przyjaciółce, sam odczuwając lekką panikę. Zrozumiał, że przeglądanie ksiąg może trwać miesiącami, a w obecnej sytuacji każdy dzień był dla nich na wagę złota. W końcu nie mieli pojęcia, jak wiele czasu pozostało im, zanim Voldemort ukończy „poszczególne etapy”.

– Może mogłabym wam pomóc? – bardziej stwierdziła, niż spytała młoda Weasley’ówna.

– Myślę, że sami damy sobie radę – natychmiastowa odpowiedź wyrwała się z ust Pottera.

Ginny obdarzyła chłopaka zirytowanym spojrzeniem, po czym niezrażona kontynuowała temat:

– Widzę, że potrzebujecie pomocy. Nie oszukujcie się, że tak nie jest.

– Nie sądzę…

– Harry, ona ma rację – wtrącił Ron, nie pozwalając dokończyć przyjacielowi. – Biblioteka jest ogromna, sami nie damy sobie rady.

Młodzieniec chciał zakończyć temat krótkim „nie”, jednak zauważając pewność Weasleyów i rosnącą aprobatę w oczach Hermiony, postanowił użyć innych argumentów:

– Jak już to kiedyś wspominałem, nie chcę cię na nic narażać.

– Nie przesadzajmy, mówimy teraz o zwykłym przeszukiwaniu biblioteki, a nie polowaniu na śmierciożerców! – pisnęła rozzłoszczona Ginny.

– Poza tym pragnę ci przypomnieć, że nie znalazłam się tutaj, jako maskotka dopingująca, lecz jako pełnoprawny członek Zakonu Feniksa, który też ma zamiar walczyć!

– To wcale nie znaczy, że już teraz musisz zaczynać jakąkolwiek walkę!

– W tym momencie mówimy o siedzeniu w bibliotece! Na Merlina, Harry, co mi się może stać, napadnie na mnie krwiożercza książka?!

– To słodkie, jak bardzo martwisz się o moją siostrę – parsknął Ron, puszczając oczko w stronę Pottera.

– Ja nie…

Przerwał natychmiast, zastanawiając się, co dokładnie ma odpowiedzieć. Faktycznie, martwił się o Ginny, jednak troska nie była głównym powodem, dla którego wzbraniał się od jej pomocy.

– Ona ma rację, nikt jeszcze nie umarł od czytania – dodał przyjaciel, susząc zęby w szerokim uśmiechu.

– Nie byłbym tego taki pewien – mruknął Harry markotnie, jednak dostrzegając plac treningowy postanowił chwilowo skapitulować i nie pogrążać się jeszcze bardziej. – Później wrócimy do tego tematu.

Przy kamiennym murze otaczającym skarpę, zauważył nie tylko Remusa, ale także, co niezmiernie go zdziwiło, naburmuszonego Alastora. Sądził, że po ostatniej kłótni noga Moody’ego z pewnością tutaj nie postanie, jednak, jak widać, nie docenił Minervy McGonagall. W kilku pośpiesznych krokach dołączyli do zebranej przed mentorami sporej grupy ludzi. Gdy tylko Remus dostrzegł Harry’ego, uśmiechnął się do niego ciepło i zaczął przemawiać:

– Witam serdecznie wszystkich tu zebranych. Większość z was zapewne nas zna, jednak, aby formalności stało się zadość, ja nazywam się Remus Lupin, natomiast mój towarzysz to Alastor Moody. Szczerze mówiąc, jestem w szoku widząc, aż tak liczną grupę, jednak przyznaję, że bardzo mnie to cieszy. Po raz pierwszy będziemy prowadzić, tak specyficzny rodzaj zajęć, dlatego liczymy na waszą…

– Do rzeczy Lupin, to nie są poranne pogawędki przy kawie – warknął Alastor, lustrując przy tym twarze zebranych magicznym okiem.

Remus rzucił aurorowi pobłażliwe spojrzenie, jednak po chwili przeszedł do konkretów.

– Postaramy się tutaj w jak najlepszy sposób przygotować was do zbliżającej się bitwy. Na tych zajęciach zostaniecie poddani sytuacjom stresującym, po to, aby wydobyć ukryte w was umiejętności oraz udoskonalić te już odkryte. Postanowiliśmy odejść od pierwotnej konwencji stworzenia miejsca przeznaczonego do indywidualnych pojedynków. Wręcz przeciwnie, w obecnej chwili wszyscy musimy funkcjonować, jak jeden sprawny organizm, dlatego czeka was seria wyzwań, z którymi będziecie musieli poradzić sobie nie tylko pojedynczo, ale przede wszystkim grupowo – zrobił krótką pauzę sunąc przy tym wzrokiem po twarzach zgromadzonych, w celu podkreślenia wagi wypowiedzianych słów.

Wziął głęboki oddech, chcąc kontynuować wątek, jednak uniemożliwił mu to zniecierpliwiony głos Alastora:

– W dużym skrócie, na tych zajęciach mamy nauczyć was myśleć, co, nie oszukujmy się, jest niewykonalne, jeżeli jak dotąd nie wykształciliście w sobie tej umiejętności. Jednak McGonagall się uparła, także średnio mamy inne wyjście – ostatnie zdanie dodał zniesmaczonym tonem, przyglądając się zebranym krytycznie. – Także od dzisiaj, kończy się wasze bezsensowne wymachiwanie różdżkami.

– Trochę przypomina mi to Snape’a – szepnął do Harry’ego rozbawiony Ron.

– Zatem musisz być jeszcze większym idiotą, niż myślałem Weasley, skoro w jakikolwiek sposób przypominam ci Severusa – sarknął Alastor, prześwietlając Rona magicznym okiem.

– Nie pan, tylko…

– Nieważne – przerwał chłopakowi, wywołując tym wypieki złości na jego twarzy. – Dzisiaj zaczniemy od rozeznania się w waszych marnych umiejętnościach. Rzucimy na was po trzy zaklęcia, które radzę wam odeprzeć. Oberwanie którymkolwiek z nich nie będzie zaliczało się do kategorii przyjemnych przeżyć. Oczywiście ci odważniejsi również mogą nas zaatakować, jednak nie polecam. Mam nadzieję, że rozumiecie – mówiąc to przejechał po uczniach badawczym spojrzeniem. – Skoro nie ma żadnym niejasności, możemy zaczynać. Ustawcie się do nas w kolejkach i miejmy to za sobą. Na co czekacie? Ruszać się! – krzyknął, gdy nie dostrzegł najmniejszej reakcji ze strony młodzieży.

Wśród zgromadzonych powstało gwałtowne poruszenie. Po kilku sekundach wszyscy stanęli w idealnej kolejce. Tylko jednej. Prowadzącej wprost do Lupina. Widząc zaistniałą sytuację Alastor spojrzał z niesmakiem na rozbawioną twarz Remusa.

– Merlinie, trzymaj mnie mocno – prychnął zirytowany. – Banda tchórzy! Potter, do mnie! Może ośmielisz towarzystwo.

Harry westchnął głośno, rozumiejąc, że nie ma wyboru. Posłusznie skierował się w stronę naprzeciwległej do muru linii drzew i z wyciągniętą przed siebie różdżką, stanął w odległości trzydziestu stóp od aurora. W takich chwilach zastanawiał się, dlaczego to zawsze jemu przypada niewdzięczna rola bycia mięsem armatnim. Wziął dwa głębokie wdechy, po czym skinął w stronę Moody'ego dając mu znak gotowości. Alastor w zawrotnym tempie wystrzelił w jego kierunku złocisty pocisk, który chłopak ledwo odparował wyczarowanym przez siebie Protego. Nim się obejrzał ku niemu leciała kolejna klątwa. Natychmiast uskoczył za najbliższe drzewo, skrywając się przed groźnym zaklęciem. Usłyszał głośny trzask i ujrzał osmoloną wyrwę wydrążoną w grubym pniu rośliny, w miejscu, gdzie jego głowa znajdowała się niespełna sekundę temu.

– Chcesz go zabić?! – usłyszał z oddali wstrząśnięty krzyk Rona.

– Potter, wyłaź stamtąd i się broń! – wrzasnął Moody, ignorując obawy Weasley'a. – Masz odeprzeć te zaklęcia, a nie się przed nimi chować! Za karę zostały ci jeszcze dwa do zaliczenia!

Harry przymknął na chwilę oczy, czując wzbierającą w nim irytację. Nawet dla niego oczywistym było, że jego zaklęcia ochronne są bezużyteczne przeciw sile ataków aurora. Zrobił szybki rozrachunek w myślach i podjął jedyną, w miarę rozsądną w jego odczuciu decyzję. Z prędkością geparda wyskoczył zza drzew i posłał w stronę Moody'ego wyjątkowo udaną Rictusemprę. Zachowanie Pottera w żadnym stopniu nie zaskoczyło Alastora, który jedynie spojrzał na niego z politowaniem. W mgnieniu oka sparował atak chłopaka wysyczaną klątwą. Oba czary zderzyły się ze sobą z wielkim impetem, oślepiając zebranych i rozrzucając wkoło snop wielobarwnych iskier. Zanim Harry odzyskał ostrość widzenia, poczuł, jak w jego ciało uderza coś twardego. Spojrzał oszołomiony na przeciwnika, nie do końca rozumiejąc, co się stało.

Gdy uniósł różdżkę do góry, poczuł ostry ucisk w klatce piersiowej i towarzyszący mu silny kaszel. Chciał krzyknąć z bólu, jednak z jego ust wydobył się nieprzyjemny charkot, spowodowany trudnościami w złapaniu każdego, kolejnego oddechu. Oczy zaszły mu łzami, a kolana odmówiły posłuszeństwa, przez co ciężko opadł na wilgotną trawę. Kątem oka dostrzegł biegnącą w jego stronę spanikowaną Hermionę. Wił się w agonii przez kilka długich sekund, gdy w pewnej chwili udało mu się pochwycić wielki haust świeżego powietrza. Poczuł się, jak narkoman powracający do uzależniającego narkotyku, po nazbyt długiej przerwie. Niczym w amoku łapczywie łapał każdy kolejny oddech, rozkoszując się ciepłym powietrzem wypełniającym mu płuca. Ku jego zdziwieniu smakowało ono lepiej, niż najwspanialsza tarta ze złocistym syropem. Po raz pierwszy w życiu stwierdził, że powietrze może być tak odurzające.

– Harry, o matko, Harry! – dosłyszał stłumiony szloch i poczuł ramiona ciasno oplatające jego ciało.

Zamrugał kilka razy w otępieniu, starając się pozbyć sprzed oczu rozmazanej mgiełki i przywrócić zmysły do prawidłowego działania. Minęło kilka minut, nim całkowicie odzyskał świadomość.

– Nic mi nie jest – odparł zachrypniętym głosem. – Hermiono, dusisz mnie – dodał, czując coraz mocniejszy uścisk.

– Przepraszam! – pisnęła, odskakując od niego natychmiast.

Harry posłał w jej stronę delikatny uśmiech, po czym spojrzał na Alastora. Mina aurora świadczyła o jawnym niezadowoleniu.

– Potter, jesteś zbyt przewidywalny – stwierdził spokojnie. – Mówiłem, skupcie się na obronie, nie ataku.

– Kpisz sobie, czy co?! O mało go nie zabiłeś! – ryknął czerwony Ron.

– Nie bądź kretynem Weasley, nie zabiłbym cholernego Złotego Chłopca!

– Prawie to zrobiłeś!

– Uspokójcie się – wtrącił Remus stanowczo. – Zapewniam cię, że Harry'emu nie groziło nic złego.

Ron spojrzał na Lupina w taki sposób, jakby ten przed chwilą oznajmił mu, że jest mugolską baletnicą i właśnie zatańczył występ życia.

– Ty tak na poważnie? – rzucił, wpatrując się w wilkołaka powątpiewająco.

– Nie spotkaliśmy się tutaj, żeby was krzywdzić, lecz czegoś nauczyć – stwierdził, kucając przy Potterze i oglądając go uważnie z każdej strony. – Nie zmienia to jednak faktu, że te zajęcia nie będą standardowe i mogą zdarzyć się na nich drobne – zawiesił się na chwilę szukając w myślach odpowiedniego słowa – wypadki. To samo tyczy się rzucanych przez nas zaklęć. Większość z nich nie będzie wam znana, jednak z pewnością żadne nie spowoduje trwałych urazów.

Kończąc wypowiedź, złapał Harry'ego pod ramię i pomógł mu wstać. Dostrzegając jego blade oblicze, spytał z troską:

– Wszystko w porządku? Może chcesz iść do pani Pomfrey?

Potter zaprzeczył skinieniem głowy, uśmiechając się przy tym słabo.

– Dobrze – rzekł Remus z wymalowaną ulgą na twarzy. – W takim razie wracamy do zajęć! Niech kolejne osoby przygotują się do starcia!

Zanim jednak zajął się pozostałymi, odszedł z Harrym na bok i wcisnął mu małe zawiniątko do ręki.

– Zjedz, pomoże ci.

Chłopak widząc kawałek czekolady parsknął śmiechem, przypominając sobie swoje nieudane potyczki z dementorami, po których Lupin zawsze cucił go słodyczami.

– Dzięki – rzekł zadowolony, wpychając kostkę do ust. – Rozumiem, że czekolada jest lekiem na każde zło?

– Nie każde, ale z pewnością pomaga – mówiąc to puścił mu oczko, po czym oddalił się do czekających uczniów.

Harry stał samotnie zaledwie chwilę, zanim doskoczyli do niego przyjaciele, zasypując go gradem pytań. Z masy wrzasków wyłapał pojedyncze słowa, nie mające dla niego najmniejszego sensu. Otaczający go harmider otumanił go trochę, wywołując lekkie zawroty głowy. Natychmiast pochwycił kogoś za ramię, w obawie przed utratą pionu.

– Hej, stary, chyba musisz usiąść – stwierdził Ron, wpatrując się z niepokojem w zaciśniętą na jego ciele dłoń. – Nie wyglądasz najlepiej.

Potter jedynie kiwnął głową i pozwolił podprowadzić się pod kamienny mur, po którym osunął się ostrożnie, siadając na wilgotnej trawie. Granger od razu ukucnęła naprzeciwko niego i przyłożyła dłoń do jego czoła.

– Jesteś lodowaty – szepnęła zmartwiona – Na pewno wszystko w porządku? – dodała, uważnie lustrując wzrokiem jego bladą twarz i szybko unoszącą się klatkę piersiową.

– Tak, jestem jedynie trochę zmęczony – wyszeptał pomiędzy pośpiesznymi oddechami.

– Wyglądasz gorzej niż na zmęczonego – upierała się przyjaciółka.

Harry spojrzał na nią błagalnie, jednak widząc coraz większe zmartwienie malujące się w jej oczach, uśmiechnął się słabo.

– Hermiono, naprawdę jest w porządku. Po prostu ciężko jest wyglądać, jak okaz zdrowia, gdy nie mogło się oddychać przez dobrą minutę.

Czoło Granger przyozdobiła nieprzyjemna zmarszczka, pokazująca, że słowa Pottera w żadnym stopniu jej nie przekonały.

–Moody przesadził – wypluł Ron ze złością. – Jeszcze chwila, a byłbyś martwy.

– Nie byłbym – odparł natychmiast Harry – Alastor, jaki jest, taki jest, ale z pewnością nie można o nim powiedzieć, że jest głupi. Na pewno nic mi nie groziło, a przynajmniej nic poważnego.

– Też tak myślę – poparła cicho Ginny. – Wydaje mi się, że dzisiejsze zajęcia, mają na celu sprawienie nam bólu. Spójrzcie na Seamusa.
Głowy wszystkich od razu zwróciły się we wskazanym kierunku. Ich oczom ukazał się widok purpurowego, wrzeszczącego chłopaka, ze stojącym przed nim Lupinem z wysoko uniesioną różdżką.

– Co mu się stało? – szepnął zszokowany Ron.

– Remus uderzył w niego jakimś zaklęciem żądlącym. Seamus nie zdążył uskoczyć.

– W porównaniu z tym, czym oberwał Harry, zaklęcie żądlące wydaje się dość przyjemne – mruknął Ron. – Poza tym...

Chłopak nie zdążył dokończyć, ponieważ z tłumu rozległ się ostry głos Alastora.

– Wy tam, obrońcy Potter'a! – Wypluł, lustrując ich wzrokiem. – Wracać do zajęć! Chłopak szybciej dojdzie do siebie, jak nie będzie miał nad głową stada brzęczących trutniowców!

– Pomału zaczynam go nienawidzić – syknął zdenerwowany Ron, obrzucając aurora wściekłym spojrzeniem.

– Lepiej chodźmy – stwierdziła Hermiona, odsuwając się przy tym od siedzącego Harry'ego. – Jesteś pewny, że nie chcesz iść do pani Pomfrey? – ostatni raz zadała pytanie, jednak zauważając zirytowany wzrok przyjaciela, machnęła ręką w zrezygnowaniu i zaczęła odchodzić w stronę uczniów.

Ron posłał Potter’owi pokrzepiający uśmiech, po czym pobiegł w stronę Hermiony ciągnąc za sobą niezdecydowaną siostrę. Harry odetchnął z ulgą, rozkoszując się nastaną ciszą. Obawiał się, że jeśli przyjaciele zostaną z nim chwilę dłużej, to lekkie pulsowanie w skroniach przeobrazi się w ostry ból, czego chciał uniknąć. Zdecydowanie wystarczała mu suchość w gardle, utrudniająca niedawno odzyskaną zdolność oddychania. Ostrożnie odchylił głowę w tył i oparł potylicę o chłodny kamień muru. Zamknął oczy i czekał, aż pulsowanie całkowicie opuści jego ciało.

Ocknął się z letargu po dość długim czasie, o czym świadczyły zmniejszone kolejki do nauczycieli i kilkoro wyraźnie poobijanych i oszołomionych uczniów. Alastor i Remus stali w jednej linii, odsunięci od siebie o niecałe dwadzieścia stóp, i w porównaniu z dwojącymi się przed nimi osobami, wydawali się znudzeni całą sytuacją. Harry zauważył, że żadne z zaklęć rzuconych przez Moody'ego, nie było tak silne, jak to, którym on sam został potraktowany. Nie zmieniło to jednak faktu, że z potyczek w o wiele lepszym stanie wychodzili ludzie, którzy trafili na Lupina. Spośród ponad tuzina przetestowanych osób jedynie Hermionie i, ku jego wielkiemu niezadowoleniu, Zabiniemu udało się wyjść w miarę cało ze starcia z mentorami. Zdolności przyjaciółki nie były dla niego niczym nowym, jednak wiedza ślizgona dotycząca zaklęć ochronnych wprawiła go w duże zaskoczenie. Poza tym oczami wyobraźni już widział chełpiącego się Malfoy'a, przyrównującego go do ostatniej ofermy, gdy dotrze do niego streszczenie dzisiejszych zajęć.

Gwałtownie pomachał głową, starając się odegnać nieprzyjemne myśli i wbił wzrok w kolejną parę stojącą przed nauczycielami. Dostrzegł kredowobiałego Rona, który wyciągnął drżącą rękę z mocno ściśniętą w niej różdżką wprost w Alastora. Auror uśmiechnął się nieprzyjemnie, widząc strach goszczący na twarzy chłopaka, po czym posłał ku niemu błękitną klątwę. Weasley'owi z trudem udało się odeprzeć zaklęcie Moody'ego. W jednej chwili rozegrało się kilka szybkich zdarzeń. Powietrze przeciął głośny wrzask jakiegoś puchona walczącego z Lupinem, a magiczne oko Moody'ego od razu powędrowało w stronę krzyczącego chłopaka. Na twarzy aurora zagościł nieprzyjemny grymas niezadowolenia, gdy zrozumiał, że młodzieniec nie obronił sie przed prostym zaklęciem parzącym. Zirytowany cisnął w ciągle oszołomionego Rona klątwę, która odrzuciła Weasley'a daleko w tył. Wyciągnięta w bok ręka chłopaka uderzył w locie o napotkany po drodze pień drzewa, a po polanie rozniósł się donośny trzask łamanej kości, wraz z towarzyszącym mu wrzaskiem bólu zdezorientowanego Weasley'a.

Harry natychmiast podniósł się do pionu i podbiegł do zranionego przyjaciela, przepychając się przez zgromadzone już wokół niego pokaźne grono znajomych. Ukucnął przy klęczącej Hermionie i przyjrzał się złamanej ręce Rona. Powstrzymał odruch wymiotny, gdy dostrzegł dwie, zakrwawione kości sterczące z przebitej skóry. Zszokowany odwrócił wzrok na bladą twarz przyjaciela, który w panice szeptał w zapętleniu "złamał mi rękę".

– Odsunąć się! – krzyknął Moody, zjawiając się przy Ronie.

Chwycił chłopaka za przedramię, starając się nie uszkodzić ręki jeszcze bardziej, po czym przysunął różdżkę do złamanych kości.

Ferula – wypowiedział cicho, a na ręce Rona pojawił się śnieżnobiały bandaż, który w okamgnieniu zaczął przesiąkać szkarłatem krwi. – Musisz iść z tym do Pomony. Merlinie, jaką trzeba być kaleką, żeby złamać sobie rękę – dodał, gdy skończył usztywniać kości.

– Złamać sobie rękę? Że niby sam to sobie zrobiłem! – fuknął oburzony Ron, piorunując Alastora wzrokiem.

Moody nie przejął się złością chłopaka i nie komentując jego wypowiedzi, spojrzał uważnie na Harry'ego.

– Potter, zaprowadź go do Skrzydła Szpitalnego, ja muszę dokończyć zajęcia – mówiąc to wstał i krzyknął do zgromadzonych. – Ustawić się jak wcześniej! Koniec przedstawienia!

Młodzieniec jedynie skinął do spoglądającego na niego Alastora, po czym pomógł Ronowi wstać. Chciał odejść, jednak powstrzymał się zauważając rozdarcie widoczne na twarzy Hermiony.

– Harry, nie mogę z wami iść – szepnęła, patrząc na Weasley'a przepraszająco – zaraz mam transmutację, a przed nią muszę zamienić jeszcze kilka słów z Lupinem, odnośnie naszego problemu.

Potter domyślił się, że przyjaciółce głownie chodzi o prowadzone przez nią zajęcia, ponieważ Remusa może zaczepić w każdej chwili.
Rozumiejąc jednak dylemat dziewczyny, uśmiechnął się do niej pokrzepiająco i stwierdził:

– Sądzę, że nie zgubimy się w drodze do Skrzydła Szpitalnego.

– No właśnie Mionka, nie masz o co się martwić. Poza tym w przeciwieństwie do Harry'ego nie byłem o włos od śmierci, także oprócz złamania, mój stan jest stabilny – stwierdził Ron, uśmiechając się do niej szeroko.

– To nie jest zabawne – szepnęła karcąco. – Przyjdę do was zaraz po zajęciach.

Weasley wyszczerzył się do niej jeszcze bardziej, po czym ciągnąc Harry'ego za sobą, skierował się w stronę zamku. Gdy tylko odwrócił się do Hermiony plecami, na jego twarzy zagościł zbolały wyraz. Przeszedł kilka kroków i gdy miał pewność, że znajdują się wystarczająco daleko od dziewczyny sapnął zrozpaczony:

– Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo to boli.

* * *


Harry szybko przemierzał zamkowe korytarze, wracając ze Skrzydła Szpitalnego. Sterylne warunki izby leczniczej wywołały w nim lekkie mdłości, z którymi zmagał się od dobrych dwóch godzin. Umiłowany przez panią Pomfrey zapach mięty wymieszanej z ziołami stanowczo nie służył jego żołądkowi, o czym przekonywał się za każdym razem, gdy odwiedzał pielęgniarkę. Niestety, ku jego udręce, wrodzona w nim lojalność nie pozwalała mu uciec z terytorium Pomony, w rezultacie czego cierpliwie siedział u boku przyjaciela, aż do momentu pojawienia się Hermiony. Ze Skrzydła Szpitalnego ulotnił się zaraz po tym, jak zmartwiona Granger, niczym burza wpadła do izby, zasypując rannego gradem pytań. Wykorzystując chwilowe zamieszanie, Harry wyszeptał ciche „muszę lecieć” i w pośpiechu wyminął pokaźnych rozmiarów grono uczniów, którzy masowo zaczęli pojawiać się u pielęgniarki zaraz po zajęciach terenowych. Do swoich komnat wracał z silnym pragnieniem zanurzenia się w chłodnej pościeli, chcąc dać ukojenie zmęczonym nerwom. Z zadowoleniem wymalowanym na ustach zbliżał się do ostatniego zakrętu dzielącego go od Sali Aportacyjnej, gdy niespodziewanie usłyszał znajome głosy. Stanął w miejscu i wytężając słuch, zaczął wyłapać strzępy rozmowy.

– …kamy się… gdzie Blaise? – niski baryton rozniósł się po korytarzu, zagłuszany przez stukot butów, echem odbijający się od kamiennych murów.

– …Szpitalnym… z Bootem… – odparła towarzysząca mu dziewczyna.

– Co?

– …jęcia terenowe były… wiele… u Pomfrey.

– Co oni odstawili na tych zajęciach, że połowa osób wylądowała w Skrzydle? – kpiący głos głośno rozniósł się po korytarzu, otrzeźwiając zmysły Harry’ego.

Potter w popłochu rozejrzał się wkoło i wcisnął w najbliższą wnękę, w której stała jedna z wielu zbrój ozdobnych. Śliskimi od zdenerwowania dłońmi wyciągnął z kieszeni różdżkę i wyszeptał zaklęcie maskujące. Modląc się w duchu o pozostanie niezauważonym, kontynuował podsłuchiwanie cichej, jednak wyraźnej już rozmowy.

– Chłopaki ci to streszczą, Terry oberwał dziwnym zaklęciem.

– To znaczy?

– Moody trafił w niego klątwą powodującą twardnienie mazi stawowej i stwierdził, że Pomfrey go odczaruje. Nie może chodzić – szepnęła dziewczyna, wyraźnie zmartwionym głosem.

– Co za kretyn.

Po korytarzu rozniosło się zirytowane warknięcie, które zakończyło rozmowę. Harry przez chwilę słyszał jedynie miarowy odgłos kroków, po czym ujrzał wyłaniające się zza zakrętu sylwetki ślizgonów. Serce podskoczyło mu do gardła w obawie przed odkryciem, jednak natychmiast skarcił się w myślach i postarał uspokoić. Spojrzał na zbliżających się w jego stronę nieprzyjaciół i niezadowoleniem stwierdził, że twarz Malfoy’a, jak zwykle zdobiła idealna maska obojętności. Postawa chłopaka stanowiła zupełne przeciwieństwo do idącej obok niego Parkinson, która co chwile posyłała mu ostrożne, zmartwione spojrzenia.

– Możesz przestać? – warknął ślizgon.

– Nie mam pojęcia o co ci chodzi? –odparła nonszalancko, uśmiechając się przy tym bezczelnie.

– Dobrze wiesz – mówiąc to, rzucił Pansy wymowne spojrzenie. – O co chodzi?

Na twarzy dziewczyny ponownie zagościła niepewność. Minęło kilka sekund, zanim wyszeptała cicho:

– Strasznie długo cię nie było.

– Miałem kilka spraw do załatwienia – stwierdził wymijająco.

– Dla niego też? – Parkinson wyraźnie podkreśliła słowo „niego” i Harry miał dziwne wrażenie, że dobrze wie, o kogo chodzi.

Pytanie zawisło między ślizgonami, w momencie gdy przechodzili obok schowanego Pottera. Gryfon uważnie przyjrzał się profilowi Malfoy’a, dostrzegając niemalże niezauważalne skrzywienie warg chłopaka.

– Draco? – szept dziewczyny ostro przebił się przez przedłużającą się ciszę.

– Widziałem się z twoimi rodzicami – stwierdził młodzieniec, ignorując poprzedni temat. – Przesyłają uściski.

Harry zauważył kiwający się tył głowy Pansy i usłyszał głośne westchnięcie, świadczące o kapitulacji.

– Jak się trzymają? – spytała odrobinę weselej.

– Dobrze. Pytali o ciebie.

– I?

– Powiedziałem im, że mają niesamowicie silną córkę. – mówiąc to, zwrócił twarz w stronę dziewczyny, uważnie ją obserwując. – I irytującą, tego też nie omieszkałem pominąć.

– Palant.

Korytarz wypełnił delikatny śmiech chłopaka, wprawiający Harry’ego w osłupienie. Po raz pierwszy w życiu nie wyczuł w nim ani grama kpiny czy złośliwości. Brzmiał on bardzo normalnie i nawet przyjemnie, co doszczętnie zszokowało Pottera.

– Odwiedziłem też matkę – wyszeptał Malfoy, gdy opanował salwę śmiechu.

– Jak u niej? – spytała Pansy z troską w głosie.

– Jak zawsze.

Po słowach chłopaka nastąpiła długa cisza. Zanim ślizgoni powrócili do jakiegokolwiek tematu, oddalili się od Harry’ego na tyle, że ten nie był w stanie rozróżnić poszczególnych słów w echu odbijającego się od ścian stukotu butów. Gdy miał pewność, że nieprzyjaciele oddalili się od niego wystarczająco, wypełznął zza zbroi, zrzucając z siebie zaklęcie maskujące. Stał chwilę zdezorientowany, po czym puścił się pędem w stronę Sali Aportacyjnej, zupełnie zapominając o trawiącym go zmęczeniu. Pośpiesznie teleportował się na sam dół wysokiego pomieszczenia i wbiegł w jeden z najbliższych korytarzy. Minął kilka zakrętów drugiego piętra, taranując po drodze grupkę obcokrajowców, po czym dopadł do portretu ponurego gargulca. Niczym w amoku zaczął uderzać w ramy przejścia, a gdy uchyliły się one lekko, gwałtownie wszedł do pokoju nie czekając na zaproszenie. Stanął pośrodku niewielkiego gabinetu, wbijając zdesperowane spojrzenie w oniemiałego Lupina.

– Harry? Wszystko w porządku? – spytał mężczyzna z troską w głosie.

– Tak, nie, to znaczy tak – zaplątał się Potter. – Tak Remusie, w porządku.

– No dobrze – stwierdził wilkołak niepewnie. – W takim razie może usiądziesz i wyjaśnisz mi, co cię do mnie sprowadza? Wnioskuję, że coś ważnego – mówiąc to, posłał w stronę chłopaka delikatny uśmiech.

Nie czekając na odpowiedź Pottera, skierował się w stronę kominka, w którym przyjemnie trzeszczało dopalające się drewno. Szybkim ruchem zgarnął papiery walające się zarówno na kanapie, jak i niewielkim stoliku stojącym przed paleniskiem. Harry dopiero teraz zauważył, że w pokoju Lupina panował niezwykły, jak na jego osobę, nieporządek. Pomazane atramentem kartki przyozdabiały każdy fragment pomieszczenia, prezentując sobą artystyczny nieład. Jedynie kilka nielicznych dostąpiło zaszczytu zawiśnięcia na ścianie nad mahoniowym biurkiem, znajdującym się po lewej stronie naprzeciwległego do wejścia okna. Na twarzy Harry’ego wykwitł lekki rumieniec zawstydzenia, gdy zrozumiał, że jego wtargnięcie najprawdopodobniej mocno zakłóciło pracę Remusa.

– Jesteś pewny, że ci nie przeszkadzam? – wymamrotał, z zaciekawieniem przyglądając się swoim stopom.

– Teraz to i tak nie ma znaczenia, zresztą przyda mi się chwila przerwy.

Młodzieniec podniósł wzrok na Lupina i dostrzegł wyraźne cienie goszczące na jego twarzy, świadczące o wielodniowym zmęczeniu. Posłał wikołakowi przepraszający uśmiech, po czym skierował się w stronę kominka i usiadł obok niego.

– Co to jest? – spytał, wyciągając rękę po najbliższy pergamin i przyglądając się uważnie nieznanym symbolom.

– Starożytne runy, a przynajmniej ich pewna odmiana – odparł Remus markotnie. – Te tutaj są jeszcze starsze i bardziej skomplikowane od tych, których uczyliście się na zajęciach. Od wczoraj pracuję nad nimi razem z Hermioną.
Potter rzucił Lupinowi nierozumiejące spojrzenie.

– Nie chwaliła się? – spytał Remus autentycznie zdziwiony.

– Nie mieliśmy okazji, żeby spokojnie porozmawiać. Z samego rana pobiegła do biblioteki, a teraz jest u Rona w Skrzydle Szpitalnym.
Mężczyzna zawstydził się lekko na usłyszane słowa, jednak kontynuował rozmowę.

– Jak z Ronem?

– Nie najgorzej, sądzę, że rola poszkodowanego wychodzi mu na dobre. Przynajmniej nie wyglądał na zawiedzionego, gdy wpadła do niego zmartwiona Hermiona. Wydawał się być dość zadowolony z obrotu zdarzeń – parsknął Harry w rozbawieniu. – Pomfrey przetrzyma go do jutra, ponieważ chce obserwować zrastające się kości.

Lupin pokiwał głową w zrozumieniu i zapatrzył się na niewielkie iskry ognia podskakujące w kominku.

– A ty jak się czujesz? – spytał po chwili, taksując chłopaka badawczo.

– Z pewnością lepiej niż Ron.

Remus zaśmiał się cicho słysząc słowa Harry’ego, po czym obdarzył rozmówcę pobłażliwym spojrzeniem. Potter nie przejął się zbytnio delikatną naganą widoczną w jego oczach i wrócił do poprzedniego wątku.

– O co chodzi z tymi runami?

Entuzjazm wilkołaka przygasł w odpowiedzi na zadane pytanie, co jeszcze bardziej zaintrygowało Harry’ego.

– Śmierciożercy zaczęli z nich korzystać.

Młodzieniec z głośnym świstem wciągnął wdychane powietrze słysząc słowa rozmówcy. Od razu chciał wyrzucić z siebie masę pojawiających się w jego myślach pytań, jednak powstrzymał się i cierpliwie czekał, aż Lupin zdradzi mu coś więcej.

– Na pierwszą z nich natknęliśmy się około miesiąca temu w ministerstwie. Była to prosta runa podsłuchu, umieszczona w biurze Kingsley’a. Nic nadzwyczajnego, więc w nikim nie wywołała niepokoju.

– Nic nadzwyczajnego? – Harry nie zdołał powstrzymać ironicznego parsknięcia, które świadczyło o tym, że dla niego nawet najprostsza runa była czymś nadzwyczajnym.

– Kolejne dwie ujrzeliśmy w przeciągu ostatnich dwóch tygodni i to one przykuły naszą uwagę – kontynuował Lupin, ignorując wtrącenie Pottera. – Były o wiele bardziej skomplikowane i zaawansowane w skutkach, a ich główny cel stanowiło wzmocnienie już istniejących zaklęć. Osobiście pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. W żadnych stopniu nie przypominały one tych standardowych run, ponieważ wyglądały jak całe zdania, a nie pojedyncze słowa – mówiąc to, zaciął się na chwilę, zastanawiając nad dalszą częścią wypowiedzi. – Dwa dni temu skonsultowaliśmy to z profesor McGonagall, która powiedziała, że wywodzą się one ze starożytnej magii i stanowią część runicznego języka.

– Że czego? – sarknął zdezorientowany Potter, obdarzając Lupina spojrzeniem pełnym wątpliwości.

– Moja reakcja była taka sama – zaśmiał się Remus, widząc minę chłopaka. – Runiczny język, to język wykorzystywany u zarania dziejów samej magii. Stosowano go do sporządzania wszelkich zapisków, codziennej mowy, a także samego czarowania. Dawno temu nie było podziału na słowa magiczne i niemagiczne. Gdy ktoś posiadał moc, każde słowo mógł przekształcić w śmiercionośną klątwę, czy drogocenny dar. Z upływem stuleci to wszystko uległo zmianie i na chwilę obecną starożytne runy są widmem starożytnej magii, bądź jak kto woli pierwotnej, a powszechnie stosowane zaklęcia, cząstką wyciągniętą ze starożytnych run. Przynajmniej w taki sposób obrazuje to Minerva.

– I niby Voldemort nauczył się tego rodzaju magii? – spytał Harry pozornie lekkim tonem, jednak coraz większa suchość goszcząca w jego ustach, świadczyła o tym, że w rzeczywistości obawiał się odpowiedzi.

– Nie, na pewno nie. Na chwilę obecną żaden czarownik nie jest w stanie opanować magii w najczystszej postaci.

Młodzieniec już chciał rzucić, że jeszcze do niedawna o siedmiu horkruksach też się nikomu nie śniło, jednak w ostatniej chwili ugryzł się w język, nie wypowiadając w rezultacie żadnego słowa.

– Profesor McGonagall dała mi kilka ksiąg, które zostały całkowicie zapisane w starożytnym języku. Natomiast ten bałagan, który nas otacza, to próba rozszyfrowania czegokolwiek z ich zawartości. Swoją drogą, bardzo marna próba – dodał, krytycznie oceniając pomieszczenie.

– Gdzie znaleźliście te runy? – spytał Harry odległym głosem, częściowo pogrążony we własnych myślach.

– W miejscach, gdzie niewielki grupki śmierciożerców miały swoje tymczasowe kryjówki. Jedna z run dotyczyła ochrony, drugiej jeszcze nie rozszyfrowaliśmy.

– Voldemort też tam był?

– Nie wydaje mi się, dlaczego pytasz? – zainteresował się Lupin, zawieszając na chłopaku zaciejawione spojrzenie.

– Sądzę, że skoro jest to, aż tak potężny rodzaj magii, to Voldemort niechętnie podzieliłby się tą wiedzą z kimkolwiek innym. Chyba, że z kimś naprawdę zaufanym. – mówiąc to zamilkł, analizując coś intensywnie. – Był tam ktoś taki? – rzucił po chwili, wpatrując się w Lupina w oczekiwaniu.

– Nie wiem – odparł smuto mężczyzna. – Oba miejsca były opuszczone, gdy je znaleźliśmy.

– Niedobrze – wyszeptał Potter i zapatrzył się w swoje splecione dłonie.

– Niestety w tej kwestii musze się z tobą zgodzić, jednak na chwilę obecną i tak nie jesteśmy w stanie zrobić nic więcej oprócz próby rozszyfrowania tych znaków, także nie ma sensu, abyś nadmiernie zaprzątał sobie tym głowę – stwierdził, uśmiechając się do Harry’ego pokrzepiająco – Poza tym wydaje mi się, że przybiegłeś do mnie z równie ważnym tematem?

Młodzieniec dostrzegając oczekiwanie w oczach Remusa, ponownie zarumienił się w zawstydzeniu.

– Wiesz… – zaciął się na chwilę, szukając odpowiednich słów – w porównaniu z twoją opowieścią, mój problem nie wydaje się być, aż tak istotny.

– Harry?

Imię chłopaka rozniosło się po pomieszczeniu w niewypowiedzianym ponagleniu. Potter wahał się kilka chwil, po czym uznał, że skoro i tak wparował już tutaj niczym pieprzony król i władca świata, to nie wypada wyjść bez żadnych odpowiedzi.

– Potrzebuję jakiegoś zaklęcia śledzącego. Najlepiej niewykrywalnego i działającego na bardzo dalekie odległości – wymamrotał na jednym wydechu.

– Jak dalekie? – uściślił niepewnie Remus.

– Jak stąd do Anglii.

– Jesteśmy w Szkocji.

– Zatem sam widzisz, że bardzo dalekie.

Wilkołak obdarzył chłopaka niedowierzającym spojrzeniem.

– Ja nie żartuję – Harry dodał pośpiesznie, zauważając minę mężczyzny.

– Jestem tego śmiertelnie świadomy – mruknął Remus, ciągle nie mogąc pozbierać się z szoku. – Wyjaśnisz mi na co ci takie zaklęcie?

Potter wbił wzrok w swoje złączone dłonie i zaczął wyginać palce w zażenowaniu. Pomimo szczerych chęci, nie chciał wyjść przed Remusem na jeszcze większego kretyna, a stwierdzenie, że planuje śledzić Malfoya, stanowczo nie brzmiało dobrze.

– Wolałbym nie – szepnął cicho w stronę swoich kostek.

– Harry.

– Remusie naprawdę nie chcesz wiedzieć – westchnął markotnie. – Obiecuję, że to nie jest nic groźnego, po prostu musze coś sprawdzić.

– Harry.

Mężczyzna nie dawał za wygraną wpatrując się w Pottera twardym wzrokiem. Widząc postawę Lupina, chłopak rzucił mu błagalne spojrzenie, szepcząc przy tym:

– Remusie proszę.

Wilkołak przymknął oczy i zaczął masować skronie w zastanowieniu. Po kilku niezwykle długich sekundach westchnął głośno:

– Mam nadzieję, że nie będę tego żałować – mówiąc to wstał z kanapy i skierował się w stronę leżącego za plecami Harry’ego pokoju.

Wrócił do Pottera po kilku długich minutach, trzymając w ręku opasłą, lekko zakurzoną księgę. Chłopak natychmiast pochwycił przedmiot z wyciągniętych rąk Lupina i zaczął przyglądać się ciemnej okładce. W jego oczy rzucił się złoty napis głoszący „Zaklęcia mało znane i nieznane”. Uniósł pytający wzrok na Remusa i zapatrzył się w niego w oczekiwaniu.

– Nie mam nic więcej – mężczyzna wzruszył ramionami w przepraszającym geście. – Jednak sądzę, że ta książka może być dobrym początkiem. Rozdział trzeci w całości poświęcony jest czarom szukającym i nawigującym, także sądzę, że w jakimś stopniu powinna pomóc.

– Zawsze coś – szepnął Potter, w zaciekawieniu wodząc wzrokiem po woluminie. – W każdym razie, bardzo ci dziękuję. Przynajmniej mam od czego zacząć – mówiąc to, podniósł się z kanapy. – Przepraszam, że zająłem ci tyle czasu, już się zbieram.

– Ależ skąd, Harry, nawet tak nie myśl – wilkołak zaprzeczył szybko. – Cieszę się, że do mnie wpadłeś. Dobrze wiesz, że moje drzwi zawsze stoją dla ciebie otworem.

– Wiem – młodzieniec odparł cicho z zadowoleniem wymalowanym w oczach.

Powoli skierował się w stronę wyjścia, a gdy znajdował się kilka kroków od portretu usłyszał za sobą niepewne słowa:

– Obiecaj, że nie zrobisz nic głupiego

Harry w odpowiedzi obdarzył Lupina szerokim uśmiechem, po czym zniknął za drzwiami.

* * *


W pomieszczeniu panował półmrok, któremu przeciwstawiał się mały płomień dogasającej na talerzyku świecy. Wszechobecne, ciemne cienie groźnie sunęły po ścianach, nieudolnie starając się pochłonąć ostatnie strzępy jątrzącego się blasku. Niewielki język ognia walczył zawzięcie z natarczywym mrokiem, z desperacją rzucając delikatną łunę światła na twarz spoczywającego na łóżku bruneta. Chłopak od kilku godzin wertował kartki opasłej księgi, czytając właśnie ostatnie strony wskazanego przez Lupina rozdziału. Gdy dotarł do końcowych słów, z irytacją odrzucił lekturę w bok, zapadając przy tym głębiej w pościeli. Pożyczony przez Remusa egzemplarz faktycznie zawierał wiele, różnego rodzaju zaklęć śledzących, jednak te, które odpowiadały potrzebom Harry’ego, przedstawiono w postaci krótkiego odnośnika bądź porównania, do czarów zawartych w księdze. Na całe szczęście szanowny autor Samuel Thompredon zawarł adnotacje dotyczące pozycji, w których znajduje się dokładny opis wymienionych klątw.

Z ciężkim westchnieniem na ustach Potter podniósł się do pozycji siedzącej, i spojrzał na stary, ścienny zegar. Mosiężne wskazówki zbliżały się do godziny drugiej, co wprawiło młodzieńca w duże osłupienie. Wiedział, że jeżeli zaraz nie położy się spać, to w ciągu dnia będzie ledwie żywy, jednak adrenalina krążąca w jego żyłach, nie pozwalała zmrużyć mu oka. Ponadto był pewien, że jeżeli odwiedzi bibliotekę w towarzystwie przyjaciół, to Hermiona zasypie go masą niewygodnych pytań, których zdecydowanie wolał uniknąć. Wahał się zaledwie chwilę, po czym wstał gwałtownie, zakładając na siebie pierwsze, lepsze ubrania, i szybkim krokiem skierował się w stronę szafy po pelerynę-niewidkę, po drodze rzucając na siebie zaklęcie wyciszające. Z niewiarygodną prędkością przemierzył odległość dzielącą go od biblioteki, stając pośrodku ciemnej komnaty. Wyszeptał ciche „Lumos” i zamarł w wyraźnym zagubieniu.

Z obu stron otaczała go masa wysokich regałów po brzegi wypełnionych książkami, natomiast tuż przed nim unosiły się marmurowe schody prowadzące na wyższe piętro pomieszczenia. Główna, reprezentacyjna komnata stanowiła obszernych rozmiarów okrąg, do którego przylegał otaczający ją korytarz z przejściami do niewielkich pokoi, gdzie w spokoju można było pogrążyć się w czytanych pozycjach. Lektury nie tylko znajdowały się na wolnostojących regałach, lecz również opinały owalne ściany pomieszczenia, przytłaczając swoim ogromem.

Harry westchnął w zrezygnowaniu, po czym skierował się w stronę schodów. Ostatnie wielogodzinne przeszukiwania biblioteki podpowiedziały mu, że zaklęcia zaawansowane z pewnością znajdują się wyżej. Ponad pół godziny zajęło mu pobieżne przeskakiwanie po klasyfikacjach półek, zanim znalazł interesujący go dział. Pochwycił dwie szukane przez siebie pozycje i zamierzał skierować się w stronę wyjścia, gdy z jednego z pobliskich korytarzy dostrzegł subtelny strumień światła. Przyćmiony blask początkowo wziął za łunę własnego zaklęcia oświetlającego, jednak przyglądając się uważniej zrozumiał, że źródło jasności pochodzi z głębi któregoś z pokoi. Zaciekawiony skierował się w tamtą stronę, a gdy stanął w wąskim tunelu, z oddali dostrzegł szukane pomieszczenie. Ostrożnie przemierzył odległość dzielącą go od delikatnego blasku świecy, wahając się przed wejściem do środka. Po kilku chwilach przekroczył próg drzwiowy i zszokowany zamarł w miejscu.

Przed jego oczami znajdował się zgarbiony młodzieniec, siedzący przy niewielkim stoliku, pogrążony w czytanej przez siebie książce. Stalowoszare oczy chłopca szybko przebiegały po obszernym tekście, a na czoło subtelnie opadały kosmyki platynowych włosów. W blasku świecy na twarzy Malfoya odbijało się wyraźnie widoczne zmęczenie, zmieniając zwykle alabastrowy kolor skóry na chorobliwie ziemisty. Jedną ze swoich szczupłych dłoni podtrzymywał okładkę książki, której tytuł głosił „Zaawansowane zaklęcia pourazowe”.
Dunia Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 wrz 2016, o 19:53

Postprzez Dunia » 18 mar 2018, o 16:09

Rozdział, ze względu na sprawy prywatne, publikowany z dużym opóźnieniem, niestety niebetowany. Ze względu na długość dzielę go na dwie części, ponieważ uznałam, że nie chcę robić z niego dwóch oddzielnych rozdziałów. Nie przedłużając, zapraszam do czytania.



Rozdział VI cz.1



Pierwszego dnia Malfoy czytał księgi poświęcone medycznym zaklęciom pourazowym. Drugiego dnia pilnie przeglądał tomy eliksirów leczniczych. Trzeciego dnia zagłębiał się w ziołach uspokajająco-regenerujących, a na samym brzegu niewielkiego stolika, przy którym siedział, z dala od innych woluminów, leżała dość zaskakująca pozycja o wdzięcznej nazwie „Jak pozbyć się niechcianego gościa – uwolnij się od szkodników”. Harry, widząc tytuł, ledwo zdołał powstrzymać parsknięcie, gdy oczami wyobraźni ujrzał Malfoy’a, biegającego po swoich komnatach w pogoni za tłustym szczurem bądź opędzającego się od stada natrętnych moli. Potter był pewien, że jego szlachetność nie była przygotowana na takie niespodzianki.

Czwartego dnia, z zadowoleniem wymalowanym na ustach, Harry ponownie szedł szpiegować chłopaka. Dziecięca radość rozpierała go, gdy tylko pomyślał, jak łatwe okazało się obserwowanie ślizgona. Zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę jeszcze niczego nie dowiedział się o planach rywala, więc jego radość mogła być czymś pochopnym, jednak czuł, że rozgryzienie ich było jedynie kwestią czasu. Gdy tylko przekroczył próg niewielkiego pomieszczenia, zamarł w niedowierzaniu. Nie licząc przytłumionego blasku w połowie wypalonej świecy, pokój był pusty. Ostrożnie zlustrował otoczenie w obawie przed niemiłą niespodzianką, jednak nie dostrzegając żadnego zagrożenia, wszedł głębiej. Po obecności Malfoy’a nie było nawet najmniejszego śladu. Z niezadowoleniem wymalowanym na ustach przykucnął pod naprzeciwległą do wejścia ścianą i czekał w zniecierpliwieniu. Mijały długie minuty, w czasie których chłopak usilnie wpatrywał się w mrok korytarza, licząc na niespodziewane zjawienie się ślizgona. Po ponad dwugodzinnym czuwaniu, gdy jego powieki niebezpiecznie kleiły się do siebie, a ciało zaczynało ogarniać przyjemne odrętwienie, wywołane delikatnymi objęciami Morfeusza, wstał gwałtownie. Zaklął siarczyście, mierzwiąc przy tym potargane włosy, i skierował się w stronę swoich komnat.


* * *


Harry, w akcie irytacji, stukał końcówką pióra po pergaminowych stronach opasłej księgi. Wzrokiem przewiercał odległe wejście do korytarza, gdzie znajdował się niewielki pokój, w którym ostatnimi nocami znikał na długie godziny. Od samego poranka wmawiał sobie, że nieobecność Malfoy’a była czymś jednorazowym i dzisiaj znowu się zjawi. Usilnie odsuwał od siebie myśl, że wczorajsza wizyta ślizgona mogła być tą ostatnią. Te, jak to Harry ładnie przed sobą wybielał, „wieczorne spotkania”, były jego jedyną, w pełni bezpieczną możliwością obserwowania poczynań chłopaka. Ponadto świadomość, że żadne ze znalezionych przez niego zaklęć śledzących nie gwarantowały mu całkowitej niewykrywalności, martwił go jeszcze bardziej, dlatego wolał zostawić je na kryzysowe sytuacje.

– Harry! Coś ty najlepszego zrobił! – pisk Hermiony wdarł się do głowy młodzieńca, wyrywając go z zamyślenia.

Potter w rozkojarzeniu spojrzał na przerażoną twarz dziewczyny, po czym spuścił wzrok na swoje ręce, w które usilnie wpatrywała się przyjaciółka. Od razu pojął, co tak bardzo wystraszyło Granger. Ze stronic starej księgi, którą miał za zadanie dokładnie przewertować, ironicznie uśmiechała się do niego masa atramentowych kleksów. Natychmiast zrozumiał, że to on był twórcą tych małych potworności, które niemalże przyprawiły gryfonkę o zawał. Harry, widząc powstały bałagan, rzucił dziewczynie bezradne spojrzenie. Hermiona z prędkością rozwścieczonego Druzgotka wyrwała ciężki wolumin z jego rąk i pośpiesznie zaczęła szeptać nieznane mu zaklęcia czyszczące.

– No to żeś narozrabiał – szepnął do niego rozbawiony Ron.

– Nie zrobiłem tego specjalnie – odparł Potter, skrępowany zaistniałą sytuacją.

– Stary, ja ci wierzę, ale spróbuj jej to wyjaśnić.

– Harry – stanowczy głos Hermiony rozniósł się po bibliotece. – Co się z tobą do licha dzieje? Ostatnio ciągle jesteś nieobecny?

– Wiesz, Herm, mimo wszystko to tylko książka – wyszeptał nieśmiało, jednak widząc narastającą złość dziewczyny, natychmiast zamilkł.

– Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi – wysyczała, zaciskając wargi w wąską linię.

– Nic się nie dzieje, po prostu jestem trochę zmęczony.

– Czy to przez wizje? – spytała Ginny, wbijając w niego zatroskany wzrok.

– Dlaczego uważasz, że mam jakieś wizje?

– Zawsze jesteś po nich nieobecny – uściśliła najmłodsza Weasley’ówna z powagą malującą się w brązowych tęczówkach. – Poza tym Hermiona ma rację, od kilku dni w ogóle nie kontaktujesz. Nawet wspólne szukanie informacji kończy się na tym, że albo znikasz gdzieś myślami, albo zasypiasz na siedząco.

– Czasami nawet na stojąco – dorzucił pod nosem Ron.

Słysząc tę uwagę Harry spiorunował Weasley’a wzrokiem.

– No co?! – prychnął urażony przyjaciel. – Gdybym cię nie przytrzymał, to na ostatnich zajęciach zaliczyłbyś bliskie spotkanie z kamienną posadzką. Tuż przed Malfoy’em!

Potter zarumienił się lekko, przypominając sobie wczorajszą lekcję eliksirów u ślizgona. Mieli wykonać wywar zaciemniający umysł, który był tak silnie wonny, podczas warzenia, że dosłownie wywołał mroczki przed jego oczami. Gdyby nie szybka reakcja Rona, niewątpliwie z hukiem przywitałby podłogę. Właśnie tym skutkowały nocne wycieczki Harry’ego, co niezmiernie go dziwiło, ponieważ Malfoy wyglądał na rześkiego, podczas gdy on ledwie trzymał się na nogach.

– Naprawdę nic mi nie jest i nie, nie mam żadnych wizji – dodał szybko, widząc otwierające się usta Ginny. – Po prostu ostatnio wiele rozmyślam odnośnie tego, co się dzieje.

Hermiona przyglądała się chłopakowi kilka długich sekund, jednak dostrzegając nieugięcie wymalowane na twarzy Pottera, skapitulowała.

– Skoro tak twierdzisz – rzekła nieprzekonana. – Pamiętaj tylko, że zawsze możesz z nami porozmawiać. I proszę cię, nie zamykaj się na nas.

Harry’emu zrobiło się głupio, gdy dostrzegł ból w oczach Granger. Nie chciał oszukiwać przyjaciół, ale był pewien, że nie zrozumieją jego zachowania względem Malfoy’a, a tym bardziej jego późnowieczornych wyjść.

– Znaleźliście cokolwiek? – Hermiona zmieniła temat, opadając na najbliższe krzesło i od niechcenia przeglądając jedną z masy ksiąg leżących na stole.

– Dobrze wiesz, że nie – sapnął zrezygnowany Ron. – Gdyby było inaczej, to z pewnością nie wyglądalibyśmy tak nędznie.

– To nie ma sensu – szepnęła pod nosem Granger. – W tych księgach nie ma niczego użytecznego, aż nie chce mi się w to wierzyć.

– Może po prostu zabieramy się do tego od złej strony – stwierdziła Ginny, po chwilowym namyśle.

– To znaczy? – zaciekawił się Harry.

– Sami pomyślcie, w ostatnim czasie z góry założyliście…

– Sugerujesz, że może nie chodzić o eliksir? – przerwał siostrze Ron, który podniósł głowę znad ramion, na których ją opierał.

– Niemożliwe, Snape zbiera składniki, to pewne – wtrącił Potter z determinacją w głosie.

– Nie, nie o to mi chodzi – uściśliła Weasley’ówna – od dłuższego czasu szukacie czegoś w dość łatwo dostępnych miejscach…

– Naprawdę uważasz bibliotekę Camelot za łatwo dostępną? – parsknął Ron, obdarzając siostrę krytycznym spojrzeniem. – Słowa Camelot i łatwo dostępne do siebie nie pasują. Czy ktokolwiek wie, gdzie my w ogóle jesteśmy? W sensie na mapie, nie, że gdzieś na szkockim odludziu.

– Kochany braciszku – warknęła zirytowana Ginny – z łaski swojej, zamknij się i daj mi skończyć.

Ron poczerwieniał na twarzy niczym dorodna piwonia, jednak nie odezwał się ani słowem, zauważając Harry’ego powstrzymującego go gestem ręki.

– Chodzi mi o to, że jeżeli szukamy czegoś, aż tak groźnego, na co zdecydował się postawić sam przywódca Ciemnej Strony, to naiwnym jest myślenie, że znajdziemy to w łatwy sposób. Tutejsze księgi można porównać do tych z działu zakazanego. Eliksiry w nich są groźne i mało znane, ale nie niemożliwe do znalezienia. Sami dobrze wiecie, że przy odpowiedniej determinacji dostanie się do nich nie jest, aż tak skomplikowane.

– Sugerujesz, że sam fakt znajdowania się tych ksiąg tutaj, w Camelot, nie zapewnia nam tego, że Snape nie posiada czegoś jeszcze rzadszego? – spytała Hermiona, myślami będą już w zupełnie innym miejscu.

– Dokładnie – odparła zadowolona z siebie Ginny. – Więc skoro, jak na razie, jesteśmy w martwym punkcie, to może powinniśmy skupić się na czymś innym, czymś mniej oczywistym, niż szukanie pośród ogólnie dostępnych regałów.

– Chodzi ci o dział ksiąg zakazanych Camelotu? – uściślił nieprzekonany Ron.

– Dokładnie.

– Taki o którym zupełnie nikt nie wie?

– W rzeczy samej.

– Jest tylko jeden, drobny problem siostrzyczko. Skoro nikt o nim nie wie, to skąd my mamy pewność, że coś takiego w ogóle istnieje?! – wypluł z siebie zirytowany Weasley.

– Na pewno istnieje! – pisnęła rozjuszona dziewczyna. – To oczywiste, że musi istnieć! Znajdujemy się w legendarnej szkole, która z pewnością ma wiele ukrytych pomieszczeń!

– I niby w jaki sposób wyobrażasz sobie je znaleźć?! Będziemy podchodzić do poszczególnych ścian i stukać w każdą cegłę w nadziei, że wyrośnie przed nami magicznie ukryte przejście?!

– Przestańcie! – stanowczy głos Hermiony rozniósł się po pomieszczeniu, przerywając kłótnię rodzeństwa. – Ginny może mieć rację.

– Serio? Ty też chcesz stukać w cegły? – sapnął Ron, patrząc na Granger, niczym na skończoną idiotkę.

– Oczywiście, że nie – warknęła groźnie. – Po prostu sądzę, że Ginny może mieć rację i faktycznie szukamy w zbyt oczywistych miejscach.

Na temat wody Lete nie znaleźliśmy tutaj nawet najmniejszej wzmianki, to musi o czymś świadczyć.

– No dobrze Hermiono, co w takim razie dalej? – spytał Harry poważnie. – Jeżeli uznamy uwagę Ginny za słuszną, to faktycznie utknęliśmy w ślepym zaułku.

– Nie do końca – odparła zamyślona przyjaciółka. – Co wiemy o ostatnich poczynaniach Snape’a?

– Oprócz tego, że zachciało mu się zwiedzać świat, to nic – prychnął Potter.

– Otóż to, a po co?

– Po co zwiedza świat? – uściślił zaskoczony Harry.

– Dokładnie.

– Nie mam pojęcia, może znudziło mu się towarzystwo fanatycznych wariatów? – sarknął nieprzekonany.

Zauważając politowanie wymalowane w oczach Hermiony, domyślił się, że ona też uważa tę wersję za mało prawdopodobną.

– W poszukiwaniu składników? –wtrącił Ron niepewnie, skupiając na sobie uwagę Granger.

– No właśnie! – pisnęła podekscytowana, klaszcząc przy tym w dłonie. – Pamiętacie, gdzie on był dokładnie? W Egipcie i…

– Nambii.

Wszyscy spojrzeli zszokowani na Rona, który wypowiedział ostatnie słowo.

– Jakim cudem zapamiętałeś tę nazwę? – spytała autentycznie zaskoczona Ginny.

– Po prostu wyobrażenie Snape’a opalającego się na leżaku, trzymającego w ręku niebiesko-różowego drinka z palemką, uznałem za dość komiczne i, chcąc nie chcąc, oba miejsca utkwiły w mojej głowie – mówiąc to, poczerwieniał lekko na twarzy.

– Ty tak poważnie? – spytał Harry, krzywiąc się w niesmaku, gdy wymysł Rona wdarł się do jego głowy.

– Ron, jestem twoją siostrą, ale muszę przyznać, że czasami nawet mnie przerażasz – stwierdziła równie zdegustowana Ginny.

– Och, dajcie już spokój! – obruszył się chłopak. – Fred i George też uznali to za zabawne!

– Bo to Fred i George – podsumowała Hermiona z politowaniem wymalowanym w oczach. – Wróćmy jednak do tematu. Na chwilę obecną mamy pewność, że Snape przygotowuje jakiś eliksir, prawda? – zrobiła krótką pauzę, jednak kontynuowała, nie czekając na odpowiedź. – Oprócz tego znamy jeden z potrzebnych mu składników.

– Który, jak już ustaliliśmy, nic nam nie mówi – mruknął Harry posępnie.

Jak na razie nic nam nie mówi – podkreśliła Hermiona. – Oprócz tego wiemy, gdzie szukał innych, o ile dobrze zakładamy, że o to chodzi w tych niespodziewanych podróżach. Z pewnością są one czymś rzadkim skoro wybrał się po nie samodzielnie. Dodatkowo wiedza o tych dwóch miejscach daje nam możliwość sporządzenia listy składników, które występują tylko i wyłącznie w tamtych rejonach, bądź które można znaleźć gdzieś indziej na ziemi, ale ich właściwości są w jakiś sposób unikalne ze względu na występowanie w Nambii lub Egipcie.

– Mionka, nie wiem, czy wiesz, ale taka lista może być bardzo, ale to bardzo długa – stwierdził markotnie Ron.

– Niekoniecznie – odparła dziewczyna. – Potrzebujemy tylko tych wyjątkowych składników, a ich nie jest, aż tak wiele. Taka lista bardzo może nam się przydać, gdy już rozgryziemy jakie eliksiry współgrają z wodą Lete. Nie zdziwię się, że jak na złość będzie ich kilka. Gdy już do tego dojdziemy, to dzięki liście potencjalnych składników uda nam się znaleźć ten jeden, konkretny eliksir.

– Trzeba przyznać, że brzmi to całkiem sensownie – podsumowała Ginny, która w skupieniu analizowała słowa Granger.

Hermiona posłała w stronę Weasley’ówny promienny uśmiech, który zniknął po chwili, gdy ponownie popadła w zadumę. Analizowała coś przez kilka sekund, po czym wyszeptała stanowcze „Ron, chodź ze mną” i schowała się pomiędzy wysokimi regałami. Chłopak spojrzał na Harry’ego zaskoczony, jednak wstał natychmiast i pobiegł za Granger. Kilka minut później Potter dostrzegł przyjaciół wracających do stolika z naręczem opasłych książek.

– Sądzę, że znajdziecie tutaj wszystkie potrzebne informacje dotyczące występowania, jak i właściwości poszczególnych przedmiotów, które można zastosować w eliksirach – powiedziała, z głośnym trzaskiem upuszczając tomy na cienki blat stołu. – Przejrzyjcie jak najwięcej do zajęć z Malfoy’em. Ja w tym czasie postaram się złapać Lupina i dopytać o kilka spraw.

Spojrzała na przyjaciół, jednak nie widząc sprzeciwów, skierowała się w stronę schodów. Po odejściu Hermiony w pomieszczeniu zapanowała głucha cisza, wypełniona zszokowanymi zerknięciami w leżący na stole stos ksiąg.

– No dobra, powoli oswajam się z myślą, że utknąłem w tym zakurzonym miejscu do końca swoich dni – wyszeptał zrezygnowany Ron, wyciągając rękę po najbliższy tom.

Energicznie przerzucił kilka nadszarpniętych zębem czasu stron, zatrzymując się na obszernej mapie, gdzie milionem gwiazdek zaznaczano rejony występowania niektórych roślin.

– Na co czekacie? – spytał, nie dostrzegając żadnego poruszenia ze strony Harry’ego i Ginny. – Im szybciej to skończymy, tym szybciej Hermiona zasypie nas kolejnymi, rozwalającymi się starociami. Założę się, że też nie możecie się tego doczekać. Moje serce, aż podskoczyło z radości.

Harry parsknął śmiechem na usłyszane słowa i również sięgnął po pierwszą, lepszą księgę.

– Hermiona byłaby z ciebie dumna – dodał, zauważając kwaśną minę przyjaciela.

Ron, słysząc ironię w głosie Harry’ego, zamknął czytany tom i pacnął nim lekko Pottera po głowie. W odpowiedzi na atak drugi chłopiec już sięgał po różdżkę, aby odpłacić się Weasley’owi za tę jawną zniewagę, jednak powstrzymał go stanowczy głos Ginny:

– Panowie, naprawdę? Chyba nie powiecie mi, że z tego też Hermiona byłaby dumna.

– Ona zapewne nie, ale ja już tak – stwierdził Potter, szczerząc się do dziewczyny w radosnym uśmiechu. – Ale dobrze, będziemy grzeczni. A tak zmieniając temat, wyjaśnicie mi o jakie zajęcia chodziło Hermionie? Przecież Malfoy nie prowadzi dzisiaj eliksirów.

– Błagam cię, powiedz, że tylko sobie żartujesz? – sapnął Ron, wpatrując się w Harry’ego z niedowierzaniem.

Potter wzruszył ramionami, nie rozumiejąc poruszenia ze strony przyjaciela. Zerknął na Ginny, chcąc upewnić się, że młody Weasley znowu dramatyzuje. Delikatny dreszcz przebiegł po jego kręgosłupie, gdy zauważył niemal identyczną jak brata minę dziewczyny.

– No dobra, o co chodzi? – spytał skrępowany.

– Nic ci nie mówi wczorajszy tłum w Sali Wejściowej przy tablicy ogłoszeń? – odpowiedział pytaniem Ron.

Harry ponownie wzruszył ramionami. Faktycznie o ściany jego umysłu obijało się mgliste wspomnienie dość dużego poruszenia po wczorajszej kolacji, jednak w tamtej chwili znacznie bardziej pochłonęło go obserwowanie Malfoy’a, który wychodząc z jadali usilnie szeptał o czymś z Zabinim. Gdy tylko ślizgon zniknął mu z oczu, Potter od razu pobiegł do swoich komnat, chcąc zaczerpnąć chociaż odrobiny kojącego snu, przed kolejną zarwaną nocą. Natychmiast przypomniał sobie twarze zszokowanych przyjaciół, gdy przed odejściem uraczył ich kolejnym, marnym kłamstwem, zupełnie nie słuchając tego, co do niego mówili.

– McGonagall zgodziła się zorganizować zajęcia z niewybaczalnych. Pierwsze odbędą się za dwie godziny – wyjaśniła Ginny.

– Żartujesz?

– Nie Harry, to ty sobie żartujesz, będąc, aż tak odłączonym od rzeczywistości – stwierdził Ron, ponownie otwierając księgę i zagłębiając się w czytanych słowach.


* * *


– Jak myślicie, co będziemy robić? – spytał Ron z wyraźni wyczuwalną niepewnością w głosie.

– Uczyć się niewybaczalnych? – odparł George, spoglądając na brata krytycznie.

– Chodzi mi o to co dzisiaj będziemy robić. Nie jestem kretynem!

– Mógłbym się z tym kłócić – wtrącił rozbawiony Fred.

– Nieważne, czego byśmy nie robili, czuję, że i tak mi się to nie spodoba – bąknęła Hermiona przerywając złośliwości rodzeństwa.

– Wiesz Herm, jesteśmy w Camelot, Malfoy nie zrobi niczego głupiego – stwierdził Ron.

– To Malfoy – rzucił Harry beznamiętnie – po nim wszystkiego możemy się spodziewać.

Potter posłał przyjaciołom posępne spojrzenie, po czym zlustrował badawczo wąski korytarz czwartego piętra. Grupa około trzydziestu osób ciasno tłoczyła się pod kamiennymi ścianami holu, w napięciu oczekując przybycia Malfoy’a. Wśród zgromadzonych Harry rozpoznał nie tylko twarze ludzi z jego roku, jak: Boot’a, Chang, Thomas’a czy Finnigan’a; ale również sporo grono młodszych uczniów Hogwartu. Ponadto w kłębowisku postawnych mężczyzn i lgnących do nich powabnych sylwetek dziewcząt, wychwycił postać samego Wiktora Kruma. Zdziwił się odrobinę, jednak nie skomentował tego w żaden sposób, wzrokiem kontynuując przeszukiwanie pomieszczenia. Wykrzywił usta w lekkim grymasie, gdy rozumiał, że na próżno wodzi tęczówkami po ścianach. Mógł przewidzieć, że dla czystokrwistych ślizgonów tego rodzaju czary stanowią nieodłączną część nauki mówienia i już od najmłodszych lat wplatane są pomiędzy wyćwiczone „matko” czy „ojcze”. Westchnął żałośnie, powracając myślami do otaczających go przyjaciół. Zaskoczył się, gdy dostrzegł skrępowaną Lisę Turpin, która w ostatnim czasie dość mocno zżyła się z Ginny, nieudolnie starającą się nie przyglądać wręcz purpurowej twarzy Rona.

– Pewnie jesteś zadowolona – syknął przyjaciel, zaskakując tym Harry’ego.

– Dlaczego miałabym nie być zadowolona Ronaldzie? – warknęła Hermiona, posyłając chłopakowi chłodne spojrzenie. – Wiktor to świetny czarodziej. Z pewnością jego pomoc będzie nieoceniona.

– Nie wątpię. Nawet gdyby okazał się totalnie bezużyteczny, to i tak cieszyłby cię jego widok. Widzę, jak na niego patrzysz!

– Czyś ty już do reszty zgłupiał! – pisnęła dziewczyna, zwracając na siebie uwagę kilku stojących nieopodal nich osób.

Harry z przerażeniem stwierdził, że wśród zainteresowanych znalazł się nie kto inny, jak sam obiekt kłótni przyjaciół. Krum widząc wbite w siebie spojrzenia, skinął w ich stronę głową, po czym obdarzył Hermionę nieśmiałym uśmiechem. Dziewczyna, dostrzegając ten gest, spłonęła dorodnym rumieńcem zażenowania, doprowadzając tym Rona do białej gorączki. Przed wybuchem młodego Weasley’a uchroniło ich nic innego, jak długo wyczekiwane przybycie Malfoy’a wraz z towarzyszącą mu McGonagall.

Ściągnięta twarz profesor stanowiła zupełne przeciwieństwo w porównaniu do zrelaksowanej postawy młodzieńca. Ślizgon wydawał się być wręcz rozbawiony, gdy opowiadał o czymś kobiecie, która jedynie zerkała na niego przelotnie i odpowiadała krótko na usłyszane słowa. Harry ze zdziwieniem stwierdził, że pomimo widocznego na pierwszy rzut oka dystansu, panującego miedzy tą dwójką, w ich zachowaniu można było dostrzec dziwną poufałość. Zwykle nieprzystępna Minerva, spoglądając na chłopaka, skrywała w swoich oczach ledwo dostrzegalne płomyki ciepła. Potter, aż zachłysnął się z wrażenia, gdy uświadomił sobie, jak dobrze nauczył się odczytywać z pozoru nieistotne gesty, osób otaczających Malfoy’a.

Nowoprzybyli zamilkli, gdy znaleźli się w zasięgu słuchu innych osób, i pozostałą drogę, dzielącą ich od mahoniowych wrót, przeszli w ciszy. Malfoy, jako pierwszy podszedł do nadszarpniętych zębem czasu drzwi. Delikatnie dotknął ich opuszkami palców prawej dłoni, szepcząc przy tym trzy, nieznane Harry’emu słowa. Potter dopiero w chwili, gdy na drewnie zamajaczył szereg delikatnie skrzących, prawie niewidocznych, srebrzystych niteczek, zauważył, że wrota nie posiadają żadnego zamka. Harry, aż zachłysnął się z zaskoczenia, gdy usłyszał donośne skrzypnięcie, świadczące o poruszeniu się dawno nieoliwionych zawiasów.

Potter wszedł do długiego, prostokątnego pomieszczenia, które okazało się być przeciętnie wyglądającą salą lekcyjną. Po jego lewej stronie, zaraz za drzwiami, znajdowała się wysoka mównica, naprzeciwko której stały rzędy ławek pokryte delikatną pierzyną kurzu. Tuż za ostatnią linią krzeseł, aż do ściany, pod którą najprawdopodobniej stały kwadratowe szafy przesłonięte smolistym atłasem, rozciągała się pusta przestrzeń. Główną ozdobę pomieszczenia stanowiły żeliwne klatki i szklane terraria, ustawione na niewysokich stolikach przy pozostałych murach. Ze swoich malutkich więzień wysuwały się długie odnóża pająków i podwójne języki węży, natomiast niewielkie szczury oraz puchate króliki bądź fretki smutnymi oczami lustrowały pomieszczenie.

McGonagall wyminęła rozglądającego się po kątach Harry’ego i stanęła przed mównicą. W spokoju obserwowała gromadzących się uczniów, a gdy po kilku minutach każda osoba znalazła miejsce dla siebie, i w pomieszczeniu zapanował względny spokój, przemówiła:

– Zaskakująca frekwencja – przyznała niechętnie. – Myślę, że przedstawianie wam celu, jak i prowadzącego zajęcia jest zbędne. Każdy z was zdążył wyrazić swoje opinie na ten temat, zresztą niejednokrotnie – ostatnie słowa mruknęła pod nosem ze skwaszoną miną. – Pokładam, w szczególności w waszą dojrzałość, nad wyraz duże nadzieje i wierzę, że do tych zajęć podejdziecie z najwyższą ostrożnością. Nigdy nie sądziłam, że nadejdzie czas, w którym zezwolę na naukę tego rodzaju zaklęć. Niestety, jak zostało to zauważone, sytuacje nadzwyczajne wymagają nadzwyczajnych środków, dlatego…

Kobiecie przerwał donośny trzask drzwi. Twarze zgromadzonych natychmiast odwróciły się w kierunku dźwięku, zauważając lekko zdyszanego Flitwicka.

– Minervo – wysapał zmęczony – przepraszam za najście, ale mamy ważną sprawę do załatwienia. Hagrid czeka na rozmowę w kominku.

– Oczywiście – odparła natychmiast – Draco, proszę, wprowadź wszystkich. Niedługo wrócę.

Malfoy skinął posłusznie głową, odprowadzając wzrokiem drepczącą za Filiusem czarownicę. Westchnął cicho, po czym rozejrzał się po zebranych, zgarniając do tyłu kosmyki platynowych włosów, które opadły mu na czoło.

– W przeciwieństwie do McGonagall daruję sobie te puste frazesy na temat niebezpieczeństwa tych zajęć. W najlepszym…ykhm… – zatrzymał się, odchrząkując w udawanym przejęciu – to znaczy, miałem na myśli najgorszym, wypadku, ktoś dostanie Imperiusem i sam się przekona.

– Widzę, że taka ewentualność ani trochę cię nie martwi – nachmurzyła się Hermiona.

– On tylko na to czeka – dodał Ron.

– Dokładnie Weasley, w najgłębszych zakamarkach duszy liczę na to, że tobie lub Potterowi przydarzy się coś takiego w pierwszej kolejności. Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo umiliłoby to mój dzień – mówiąc to, ślizgon wykrzywił usta w nieprzyjemnym uśmiechu, jednak zmartwił się po chwili. – Niestety niewrażliwość Pottera na Imperiusa może zepsuć całą zabawę.

– Smucę się wraz z tobą – warknął Harry, obdarzając Malfoy’a lodowatym spojrzeniem, na które ten odpowiedział lekkim uniesieniem jednej ze swoich idealnych brwi.

– Wracając jednak do tematu – powiedział ślizgon, ignorując złość Pottera – chciałbym zacząć od najważniejszej sprawy, a mianowicie od pytania: kto z was nie potrafi wyczarować Patronusa? – Nie widząc poruszenia ze strony zebranych, dodał z irytacją w głosie. – Czy brak reakcji z waszej strony oznacza: „Tak Draco, jesteśmy tak cholernie utalentowani i wszyscy to umiemy”, czy może „Jesteśmy skończonymi kretynami i nie potrafimy udzielić odpowiedzi nawet na najprostsze pytanie”? Zatem ponawiam: Czy ktoś z was nie potrafi wyczarować Patronusa? Z łaski swojej podnieście ręce.

Po tym stwierdzeniu kilka osób z ociąganiem uniosło dłonie. Harry z dumą przyznał, że znajdowali się wśród nich jedynie uczniowie z Beauxbatons i Durmstrangu.

– Widzicie, a jednak potraficie – westchnął Malfoy. – Potter, kiedy zajmiesz się Patronusem na swoich zajęciach?

Gryfona zaskoczyła zarówno bezpośredniość pytania, jak i stalowe tęczówki przewiercające jego osobę w oczekiwaniu na odpowiedź. Zastanowił się chwilę, nie wiedząc, co rzec. W rzeczywistości nie myślał jeszcze nad tym zaklęciem, ponieważ miał sporo innych, w jego ocenie pilniejszych, zaległości do nadrobienia.

– Wydaje mi się, że za co najmniej kilka tygodni – odparł niepewnie. – Na chwilę obecną jesteśmy na etapie zaawansowanych Protego, a czeka nas jeszcze Reducto i Conjunctivitis, o czym zresztą sam byś wiedział, gdybyś raczył pojawić swój arystokratyczny tyłek na chociaż jednych moich zajęciach. Najlepiej tych organizacyjnych.

Malfoy, ponownie zaskakując Pottera, zignorował przytyk i kontynuował swoją myśl.

– Zmiana planów. Zaczniesz omawiać je na następnych spotkaniach, a osoby, które tego nie potrafią, w tempie natychmiastowym meldują się u tej miernoty.

– Czy ci już do reszty odbiło? – warknął Harry. – Naprawdę sądzisz, że zmienię rozkład tematów, bo ty tak powiedziałeś?

– Dokładnie tak uważam. Jeżeli ma to wpływ na to, co będzie działo się w tym pomieszczeniu, to nie widzę innej opcji. Z tego, co mi się wydaje, ty też chcesz, aby te zajęcia były jak najbardziej efektywne.

– Niby co może mieć wspólnego Patronus z niewybaczalnymi – wypluł Potter, dostrzegając zarozumiałe spojrzenie ślizgona.

– Emocje – odparł spokojnie Malfoy, rozglądając się przy tym po zgromadzonych. – Musicie zrozumieć, że zarówno Patronus, jak i niewybaczalne, żywią się nadzwyczaj intensywnymi emocjami. Różnica jest taka, że zaklęcie Patronusa wykorzystuje te pozytywne, jak euforia czy miłość, natomiast niewybaczalne, jak się można domyślić, te negatywne. Niepochamowana, wręcz można by rzec obsesyjna, wściekłość; rozpacz, rozdzierająca każdy kawałek ciała i duszy na coraz to mniejsze drobiny; nienawiść, popychająca do bezgranicznego pragnienia zemsty i krzywdzenia. Właśnie takich emocji doświadczycie. Będziecie musieli wydobyć je z siebie, oswoić się z nimi, wręcz okiełznać, a dopiero na samym końcu wykorzystać – powoli sunął wzrokiem po zebranych, chcąc wypalić w ich głowach wypowiedziane słowa, na końcu zatrzymując się na Harrym. – Osoby potrafiące wyczarować Patronusa doświadczyły jednej z tych dwóch skrajności, dlatego są w stanie określić w jakim kierunku ma dążyć intensywność odczucia. Ci, którzy tego nie umieją, mają utrudnione zadanie, więc albo przeżyli lub będą musieli przeżyć coś naprawdę traumatycznego, aby z marszu wiedzieć co wykorzystać, albo będą musieli szukać głębiej. Dlatego jak najszybsze opanowanie Patronusa ma im pomóc właśnie w szukaniu tych głębszych emocji. I uwierz mi Potter, założę się, że większość z tu zebranych ma więcej tych dobrych wspomnień i, o ile będą potrafili poradzić sobie z Patronusem, to nie każdemu uda się sięgnąć na tyle głęboko, aby być w stanie wyczarować chociażby średniego Cruciatusa.

Harry nie wiedząc, co odpowiedzieć, skinął głową w milczeniu. Zrozumiał, że Malfoy ma rację, jednak arogancja malująca się na twarzy chłopaka, niczego mu nie ułatwiała i zupełnie nie pomagała w skupieniu. Wręcz przeciwnie, jedyne o czym był w stanie myśleć, to o starciu tego ironicznego uśmiechu z ust młodzieńca, najlepiej pięścią, i to mocno. Fakt, że stał zaledwie kilka kroków od ślizgona, również działał na jego niekorzyść.

– Ale spokojnie – dodał chłopak, zauważając niepewne spojrzenia – naukę zaczniecie od małych zwierzątek ze znikomym systemem neurologicznym. Dzięki temu opanujecie samą istotę zaklęcia. Potem będziemy przechodzić do coraz bardziej wymagających celów, gdzie kluczowe będą emocje.

– To dlatego jest tutaj tyle klatek – szepnęła przerażona Hermiona. – Naprawdę mamy trenować na zwierzętach?!

– A czego żeś się spodziewała? – syknął autentycznie zdziwiony ślizgon.

– Ja... – zająknęła się niepewnie, po czym wyszeptała mocno – na pewno nie tego, że ucierpią na tym niewinne zwierzęta!

– Dorośnij Granger. Te zaklęcia stworzono po to, aby krzywdzić.

– Ale to wcale nie oznacza, że musimy to robić!

– Dokładnie. Po raz pierwszy, z niechęcią, muszę przyznać, że się z tobą zgadzam – stwierdził, zaskakując Hermionę. – Skoro nie chcesz tego robić, nikt cię nie będzie zmuszał. Doskonale wiesz, gdzie są drzwi. Nie zapomnij ich tylko za sobą zamknąć.

– Ty gnojku! – wtrącił czerwony Ron. – Uważasz się za takiego mądrego?! Zwykli ludzie nie traktują krzywdzenia innych, nawet zwierząt, za coś normalnego!

Malfoy obdarzył chłopaka chłodnym spojrzeniem, po czym odparł groźnie:

– Tak Weasley, uważam. Głupota gryfonów nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Dobrze wiedzieliście, po co tu przychodzicie, więc skończcie płakać. Dla waszej informacji te zajęcia nie będą miały niczego wspólnego z tak bardzo kochaną przez was szlachetnością. To, o czym teraz mówię, to tylko wstęp, ostrzegam, później będzie gorzej.

– Również z niechęcią to przyznaję, ale masz rację. Dobrze wiedzieliśmy w jakim celu tu przychodzimy – powiedziała rozwścieczona Hermiona. – Nie zmienia to jednak tego, że muszą istnieć inne możliwości ćwiczeń.

– Rzeczywiście Granger, możemy trenować w parach, co ty na to? Chociaż nie, poczekaj, mam lepszy pomysł.

Usta Malfoy’a zacisnęły się w okrutnym uśmiechu, a oczy przeszyły Hermionę. Harry doskonale znał ten wyraz twarzy rywala i spiął się w oczekiwaniu na nadchodzący atak.

– Co powiesz na to, żebyśmy wypróbowali je na ludziach twojego pokroju? Skoro tak bardzo tego pragniesz, to specjalnie na twoje życzenie, zorganizuję dwa błędne rycerze po brzegi wypełnione mugolami w celu naszej, jakże pasjonującej, edukacji. Poavadujemy sobie trochę na ludzkich marionetkach. Co ty na to?

– Ty pieprzony gnoju – równocześnie syknęli Harry z Ronem.

– To, że ty byłbyś w stanie skrzywdzić mugola, bez zmrużenia okiem, nie oznacza, że każdy tak ma – szepnęła Hermiona, z trudem powstrzymując drżenie głosu.

– Kwestia wychowania Granger.

– Ojciec pięknie cię wytresował Malfoy – warknął Potter, ledwo trzymając nerwy na wodzy. – Zapomniałem, że rodzina taka jak twoja do czegoś zobowiązuje.

– Co taka sierota, jak ty, może wiedzieć o rodzinie – wypluł pogardliwie ślizgon.

– Przegiąłeś!

Harry, nie zwracając uwagi na krzyki przyjaciół, doskoczył do chłopaka, łapiąc go za przód koszuli. Wbił w niego mordercze spojrzenie, ledwo opanowując drżenie dłoni, która wręcz pobielała od ściskania jedwabnego materiału. Młodzieńcy znaleźli się w niebezpiecznie bliskiej odległości od siebie, niemalże stykając się nosami. Potter wyczuł ciepły oddech rywala, delikatnie łaskoczący jego usta, przyprawiający go o zawroty głowy, które odczytał jako mdłości. Żaden z chłopców nie odsunął się jednak od tego drugiego i w całkowitym milczeniu toczyli zażartą bitwę na spojrzenia, dopóki nie rozdzielił ich lodowaty głos McGonagall:

– Potter! Malfoy! Za mną!

Zdezorientowani odwrócili się w stronę drzwi, w których stała wręcz kipiąca z wściekłości kobieta. Widząc uwagę skupioną na sobie, obróciła się na pięcie zamaszystym ruchem, po czym wyszła z pomieszczenia, nie oglądając się za siebie. Potter z ociąganiem puścił Malfoy’a i ruszył za oddalającą się przewodniczącą. W całkowitym milczeniu przemierzyli odległość dzielącą ich od jednej z nieużywanych sal, do której weszli. Nieumyślnie rozstawili się po obwodzie trójkąta, w którym chłopcy, stojący w jednej linii, stanowili dość mocno odsunięte od siebie ramiona, natomiast kobieta, ciągle zwrócona do nich plecami, była czubkiem figury. Tylko cud sprawił, że napięta niczym struna Minerva, nie wybuchła jeszcze ledwie hamowanym wrzaskiem.

– Zostawiam was na piętnaście minut. Piętnaście krótkich minut, a wy co w tym czasie robicie? Zaczynacie skakać sobie do gardeł! – wysyczała, odwracając się do nich z wściekłością wymalowaną w malachitowych tęczówkach.

Harry, nie mogąc znieść ciężkiego wzroku kobiety, zapatrzył się w swoje buty.

– Uważacie się za takich dorosłych, takich dojrzałych, a gdy tylko zostajecie sami, zachowujecie się jak pięcioletnie dzieci! Nawet gorzej niż pięcioletnie dzieci! One przynajmniej nie potrafią jeszcze realnie oceniać sytuacji! Mam dość wiecznego obawiania się tego, czy mogę zostawić was w jednym pomieszczeniu! – McGonagall złapała głęboki wdech, przygotowując się do kolejnej serii krzyków, jednak po chwili jej ciało zwiotczało, jakby niewidzialna szpilka przekuła balon, z którego uleciało całe powietrze. – Jestem już zmęczona waszymi nigdy niekończącymi się kłótniami – wyszeptała bezsilnie, pocierając skronie dłonią. – Proszę was, powiedzcie mi, co mam zrobić, żebyście w końcu się opamiętali? Tak ciężko jest wam zrozumieć, że w tej wojnie oboje jesteście nam potrzebni? Wręcz niezastąpieni? – Spytała, jednak nie widząc reakcji ze strony młodzieńców, kontynuowała. – Wierzcie bądź nie, ale mam już wystarczająco wiele problemów na głowie i to bez waszych dziecinnych bójek. Jeżeli jeszcze raz dojdzie do takiej sytuacji, to możecie być pewni, że nie skończy się to tylko na pustych słowach. Oboje znajdziecie się w najgłębszym lochu, zdani tylko na swoje towarzystwo i utkniecie tam, dopóki nie dojdziecie do jakiegokolwiek porozumienia. A jak na razie macie całkowity zakaz zbliżania się do siebie, odzywania się do siebie, a nawet patrzenia w swoim kierunku. Przynajmniej przez najbliższe dwa tygodnie chcę uwolnić się od waszych niedorzecznych kłótni.

– Akurat ten zakaz nie brzmi, aż tak źle – stwierdził Malfoy, jednak zamilkł, gdy kobieta zmroziła go wzrokiem.

– Nie może nas pani zamknąć w lochu – dodał Harry.

– Jesteś tego pewien Potter?

Chłopak nie odpowiedział, obawiając się, że McGonagall faktycznie urzeczywistni wypowiedzianą groźbę.

– A teraz rozejdźcie się do swoich pokoi – stwierdziła kobieta, nie spoglądając na żadnego z nich.

– Co z zajęciami? – spytał zaskoczony Harry, przypominając sobie o tłumie zgromadzonym w innej sali.

– Zajmę się tym bez was, a teraz idźcie, oddzielnie! – dodała, gdy zauważyła obu chłopców równocześnie zmierzających w stronę drzwi. – Wystarczy mi niespodzianek jak na jeden dzień. Potter, ty przodem.

Gryfon, z grymasem widocznym na ustach, opuścił pomieszczenie, posłusznie kierując się w stronę swoich komnat.


* * *


Harry, po raz kolejny, szybkim krokiem przemierzał zatopione w mroku korytarze Camelot, prowadzące do biblioteki. Pomimo krwi wrzącej w jego żyłach, przypominającej o nieprzyjemnym popołudniu, modlił się o spotkanie Malfoy’a. Nawet z trudem tłumiona wściekłość oraz jasno postawione zakazy McGonagall nie były w stanie powstrzymać jego ciekawości. Chłopak minął ostatni zakręt i uśmiechnął się, gdy w oddali dostrzegł długi, majaczący cień, wychylający się z małego pokoiku. Zazwyczaj o obecności ślizgona dowiadywał się tuż po przekroczeniu progu wejścia, jednak uznał, że Malfoy musiał zmienić albo pozycję siedzenia przy stoliku, albo położenie świecy, dzięki czemu ciemny ślad jego sylwetki zamiast padać na wysokie regały, uciekał na korytarz.

Harry w kilku szybkich krokach dotarł do łuku portalu, po czym zamarł w niedowierzaniu. W pomieszczeniu oprócz lekko zgarbionego nad stertą czytanych książek Malfoy’a, znajdowała się jeszcze jedna osoba. Potter wszedł głębiej do komnaty i zawiesił wzrok na zapatrzonym w ślizgona Zabinim, którego cień dostrzegł na korytarzu. Chłopak opierał się w milczeniu o wezgłowie drewnianego krzesła i niczym zahipnotyzowany śledził najmniejszy ruch czytającego towarzysza. W pewnym momencie zatopiony w księgach chłopak drgnął lekko, co jak zauważył Harry, nie umknęło uwadze żadnego z obserwatorów. Zabini, z ciepłem wymalowanym w oczach, podszedł do Malfoy’a i ścisnął mocno jego ramię. Pochylił się nad nim lekko, niemalże dotykając wargami jego ucha i szepnął:

– Draco, wystarczy na dzisiaj, wracajmy.

Harry, widząc ten gest, poczuł się dziwnie skrępowany, jednak nie oderwał wzroku od chłopców.

– Blaise, powinieneś już iść – odparł chłodno Malfoy, nie zwracając uwagi na wypowiedziane z troską słowa.

Harry zauważył, jak twarz Zabiniego natychmiast stężała. Chłopak wahał się chwilę, jednak wyprostował się z dumą i wyszedł z pomieszczenia, wypowiadając na odchodnym lakoniczne: „Jak chcesz”. Malfoy odczekał kilka minut, po czym oparł się na krześle zrezygnowany, bujając się na nim lekko. Odchylił głowę mocno w tył i zamknął oczy. Harry dostrzegł na jego cerze sine cienie, świadczące o wielodniowym zmęczeniu, które za dnia były zupełnie niewidoczne. Lekko spękane usta, a także potargane włosy, równie mocno odznaczały się na tej zwykle idealnej twarzy. Potter w skupieniu studiował wygląd Malfoy’a, dopóki nie usłyszał słów, które wręcz usunęły grunt spod jego stóp.

– Mógłbyś już skończyć te swoje dziwne gierki? – stanowczy głos rozniósł się po pomieszczeniu, nie powodując jednak zmiany w postawie, wydawałoby się, zrelaksowanego młodzieńca. – Wiem, że w blasku świec jestem jeszcze bardziej olśniewający, jednak twoje conocne przychodzenie tutaj, coraz bardziej mnie irytuje.

Harry niczym sparaliżowany wpatrywał się w młodzieńca, nie będąc w stanie wykonać nawet najmniejszego ruchu.

– Więc jak będzie? – spytał, głośno opadając przednimi nogami krzesła na ziemię i przeszywając tęczówkami miejsce, w którym znajdował się niewidzialny Harry.

Potter przełknął głośno ślinę, wyczuwając suchość na języku. Zrozumiał, że dalsze ukrywanie się nie ma najmniejszego sensu. Miał dwie opcje: mógł uciec, unikając poniżenia ze strony tej jakże znienawidzonej przez niego osoby lub mógł się ujawnić i liczyć na cud, że ich spotkanie nie zakończy się kolejną bójką. Pierwsza opcja była kusząca, jednak wiedział, że wraz z nią kończą się jego wieczorne wyprawy, ponieważ Malfoy już nigdy nie przekroczy progu tego, niezwykle przytulnego, pomieszczenia. Druga natomiast mogła dać mu odpowiedzi na kilka nurtujących go pytań, lub, w najgorszym przypadku, mogła skończyć się rozkwaszoną twarzą Malfoy’a. Harry szybko stwierdził, że oba warianty drugiej opcji są satysfakcjonujące i powolnym ruchem zsunął z siebie pelerynę. Zauważył, że oczy Malfoy’a mimowolnie rozszerzyły się w niemym zdumieniu.

– Potter – stwierdził, kręcąc przy tym głową. – Mogłem się domyślić.

– Niby czemu? – warknął zirytowany Harry.

– Tylko ty masz taką maniakalną obsesję na punkcie mojej osoby.

– Nie mam żadnej obsesji na punkcie twojej osoby! Tym bardziej maniakalnej! – obruszył się, sztyletując wzrokiem niczym niezrażonego rozmówcę, który wpatrywał się w niego kpiąco. – Skąd wiedziałeś, że ktoś cię obserwuje?

– Nie ktoś, tylko ty.

– Nie wiedziałeś, że to ja.

– Fakt, ale mogłem się domyślić. To było oczywiste, nikt nie jest na tyle głupi.

– Nie pogrywaj ze mną – wypluł Harry, coraz bardziej zirytowany rozluźnioną postawą ślizgona.

– Bo co? Znowu się na mnie rzucisz tak, jak po południu? W jaki sposób wyjaśnisz to McGonagall tym razem? Stwierdzisz, że chciałeś mnie powstrzymać przed zabiciem wszystkich ciężką książką?

Harry lekko rozchylił usta w zdumieniu. Nie chciał przyznać, ale Malfoy miał rację, brzmiało to absurdalnie. W zrezygnowaniu opadł na sąsiednie krzesło i zapatrzył się w skupieniu na ślizgona. Zadał pytanie, w głębi duszy licząc na jakąkolwiek, w miarę sensowną odpowiedź:

– Skąd wiedziałeś, że ktoś cię obserwuje?

– Ty tak na poważnie Potter? – chłopak wbił w Harry’ego zdziwione spojrzenie. – Gdyby rozdawali Ordery Niedyskretności, z pewnością zgarnąłbyś kilka. Ja rozumiem, że żyjemy w świecie magii, ale nawet tutaj książki same nie spadają z półek, a dywany same się nie podwijają. Chociaż przyznaję, akurat trzeciego dnia zacząłeś się pilnować i nic nie zrobiłeś. Myślałem, że może moja subtelna aluzja do ciebie dotrze i już się tutaj nie wprosisz, ale, jak widać, nic to nie dało – kończąc wypowiedź zlustrował gryfona w zainteresowaniu.

– Jaka aluzja? – spytał niechętnie, obawiając się odpowiedzi.

– Tylko mi nie mów, że pośród tych specyficznych ksiąg nie zauważyłeś innej, która takim dziwnym trafem leżała tuż na samym brzegu stołu.

Harry od razu przypomniał sobie pozycję o, wtedy wydawało mu się, że śmiesznym, tytule. Dostrzegając rozbawioną minę Malfoy’a mówiącą „chyba pamiętasz”, zrozumiał, że nie ma sensu udawać, iż nie wie, o jaką księgę może chodzić.

– Tam pisało od szkodników – wymamrotał Potter, myśląc, że uratuje się w jakikolwiek sposób.

– Nie uważasz, że idealnie pasuje?

Malfoy uśmiechnął się ironicznie, a Harry pogratulował sobie w myślach kretynizmu. Nie rozumiał, jak mógł być, aż takim idiotą, aby pomyśleć, że ślizgon może mieć przyziemne problemy ze szczurami. Według Malfoy’a powinien dostać Order Niedyskretności, według siebie samego zasługiwał na Order Głupoty.

– No dobrze – westchnął zrezygnowany – jednak to nie wyjaśnia tego, skąd wiedziałeś, że dzisiaj też tutaj jestem? I to od momentu, w którym wszedłem?

– To proste. Rzuciłem na swój pierścień zaklęcie wykrywające zmiany temperatury – mówiąc to wskazał na rodowy sygnet, delikatnie skrzący w blasku świecy. – Dzięki temu od razu wiem, kiedy ktoś tu wchodzi. Widzialny, czy niewidzialny, to nie ma znaczenia, pierścień wykrywa ciepło i się nagrzewa.

Harry bardzo żałował, że Malfoy się nie poparzył. Nie wypowiedział jednak tego na głos, tylko pokiwał głową w zamyśleniu tak, jakby kawałki niezwykle trudnej układanki nagle zaczęły wskakiwać na swoje miejsca. W rzeczywistości nie miał zielonego pojęcia, o jakim zaklęciu mówił chłopak, jednak za żadne skarby świata nie przyznałby się do tego. Postanowił, że z samego rana wypyta Hermionę o tego rodzaju czary. Potter zapatrzył się chwilę na chłopaka, który postanowił go zignorować i wrócić do przeglądanej książki.

– Czemu nie przychodzisz tutaj w dzień? – spytał, lustrując ślizgona uważnie.

Malfoy oderwał wzrok od czytanego zdania i odwzajemnił natarczywe spojrzenie Harry’ego.

– Czy to nie jest oczywiste? – zapytał, jednak nie widząc reakcji ze strony gryfona, westchnął i kontynuował. – Wolę darować sobie wścibskie spojrzenia Granger okupującej to miejsce w każdej wolnej chwili. Nawet głupiec z łatwością stwierdzi, że czegoś szukacie.

Malfoy, po wypowiedzianych słowach, uśmiechnął się do Pottera wyzywająco. Harry zignorował zaczepkę i zapatrzył się w przestrzeń wstrzymując oddech. Dopiero gdy ślizgon zsunął z niego wzrok, ponownie zagłębiając się w czytanej lekturze, odetchnął z ulgą. Musiał przyznać, że ta specyficzna rozmowa wywoływała w nim pokłady irytacji oraz zaciekawienia, a świdrujący wzrok młodzieńca, w niektórych momentach wprawiał go w dziwnego rodzaju zakłopotanie. Gryfon ponownie zapatrzył się w skupionego chłopaka, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. Po dziesięciu minutach ciszy, podczas której Malfoy zupełnie nie przejmował się wgapionym w niego Potterem, Harry skapitulował.

– Masz zamiar mnie ignorować?

Ślizgon przewrócił pożółkłą stronę księgi, po czym wbił w chłopaka stalowe tęczówki. Harry odwzajemnił spojrzenie i czekał na reakcję Malfoy’a.

– Sądzisz, że powinniśmy uciąć sobie przyjacielską pogawędkę? – spytał przebiegle. – Oświecę cię Potter, nie jesteśmy przyjaciółmi.

– Sądzę, że skoro od samego początku wiedziałeś o mojej obecności, to już dawno powinieneś mnie stąd wyrzucić, lub zmienić miejsce na bardziej dyskretne – odparł spokojnie Harry.

– Niestety z tego, co wiem, to w bibliotece nie panuje odgórny zakaz wejścia dla wspaniałego Harry’ego Pottera. Chyba, że coś mi umknęło.

– Miło wiedzieć, że jestem wspaniały – odciął się Harry, korzystając z żartów ślizgona. – Dobrze wiesz, o co mi chodzi.

– Wiem – westchnął Malfoy z zauważalnym zmęczeniem w głosie. – Dobrze wiesz, że to nie miałoby najmniejszego sensu. Jeżeli postanowiłbym tak zrobić, to tylko łaziłbyś za mną z jeszcze większymi podejrzeniami. Z tego powodu uznałem, że skoro, co tak swoją drogą zupełnie mnie nie dziwi, nie masz ciekawszych zajęć do robienia w nocy, to możesz tu sobie posterczeć. Poza tym, gdyby to były jakieś czarnomagiczne rytuały, to zdecydowanie odprawiałbym je w swoich komnatach, a nie publicznej bibliotece Camelotu – uśmiechnął się przebiegle, jednak bez zwyczajowej dla siebie ostrości.

Harry’ego zdziwił ten niemalże przyjazny gest.

– Co robisz? – odważył się zapytać.

– To już nie jest twoją sprawą Potter – mimo szorstkich słów, uśmiech nie zniknął z twarzy młodzieńca.

Harry wyciągnął dłoń po najbliższą księgę, jednak zanim zdążył jej dosięgnąć, usłyszał spokojny głos Malfoy’a.

– Nie przypominam sobie, abym pozwolił ci cokolwiek dotykać.

– Jak już ustaliliśmy wspaniałego Harry’ego Pottera nie obowiązuje żaden zakaz dotyczący wejścia tutaj, więc, tym bardziej, żaden zakaz nie został nałożony na czytanie tutejszych ksiąg, nawet tych wybranych przez ciebie.

Mówiąc to uśmiechnął się zadziornie i niezrażony uwagą ślizgona, zaczął przeglądać jeden z wielu tomów leczniczych.
Dunia Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 wrz 2016, o 19:53

Postprzez Dunia » 20 lis 2018, o 19:58

Rozdział VI cz.2



W powietrzu unosił się zapach rozkładu. Smolista czerń wdzierała się do jego płuc, obklejając rozgrzane tkanki lepkością swego dotyku; niebezpiecznie utrudniając oddychanie. Siedział wyprostowany; palcami lewej dłoni z czułością drapał gładką taflę oparcia, błądząc po wyraźnych wyżłobieniach twardej powierzchni. W prawej mocno zaciskał różdżkę. Chłód kamienia palił jego plecy, dochodząc do najdalszych nerwów w jego ciele, paraliżując go nieznacznie. Oczami uważnie badał zarys postaci klęczącej u jego stóp. Delikatne snopy światła jątrzyły się z nieszczelnych murów, łapiąc w swoje objęcia osobę znajdującą się przed nim. Spiczasty kaptur hebanowego płaszcza skutecznie osłaniał nisko pochyloną głowę przybysza. Śmierciożercy.

– Powstań mój sługo – pozornie spokojne dźwięki echem obiły się o masywne ściany pomieszczenia.

Poddany wyprostował się z zauważalną gracją, unosząc głowę wysoko do góry; nie odsłaniając jednak swojej twarzy. Pojedyncze, platynowe źdźbła włosów nieposłusznie uciekły z objęć skrywającego je materiału. Jego serce zacisnęło się w nieprzyjemnym skurczu rozpoznając młodzieńca, jednak z ust wydostały się słowa, nad którymi nie panował:

– Severus opowiadał mi o twoich postępach – wyszeptał gardłowo, głosem niczym papier ścierny. – Cieszę się, że w końcu pojąłeś, gdzie znajduje się twoje miejsce i przestałeś się wahać.

– Lekcja była pouczająca, mój panie – odparł chłopak bezbarwnie.

– Wiem mój drogi. Na tym polegają lekcje – wysyczał, oblizując wargi w wyraźnym zadowoleniu. – Dobrze wiesz, że zrobiłem to, co było konieczne. Mi też się to nie podobało, jednak nieposłuszeństwo należy karać.

– Oczywiście.

– Dobrze, że w końcu to zrozumiałeś – zamruczał niebezpiecznie. – Jednak nie zapominaj, że podobnie, jak w przypadku nieposłuszeństwa, posłuszeństwo, a w szczególności dobrze wykonane zadania, zasługują na nagrodę. Nie zawiedź mnie, a czeka cię wspaniała nagroda.

– Nagroda? – zdziwił się chłopak opanowując niemalże niezauważalne drżenie głosu. – Niestety nie rozumiem, co masz na myśli, mój panie.

– Dowiesz się w swoim czasie. Potraktuj to, jako gest mojej łaski okazany za twoją lojalność.

Dzikie spojrzenie świdrowało ciągle wyprostowanego młodzieńca. Pomimo okrywającego go płaszcza w sztywnej postawie chłopaka można było dostrzec spięcie, zapewne niezauważalne dla samego oprawcy.

Zsunął wzrok na wychudłą dłoń, która z nabożną czcią obejmowała różdżkę. Pod łokciem dostrzegł zarys oparcia; aż zemdliło go, gdy pojął, co takiego gładzą opuszki palców drugiej ręki czarodzieja. Długie, przybrudzone sczerniałą krwią kości, rozciągały się na odcinku całego podłokietnika, kończąc ironicznie uśmiechniętymi czaszkami ludzi, z których w brutalny sposób wydarto wolę życia.

Zamarł w odmętach szoku, przytłoczony ujrzanym obrazem. Chciał wstać, jednak jego bezwolne ciało nie zareagowało, a przynajmniej nie zareagowało w sposób, jaki oczekiwał. Zamiast uniesienia całego tułowia wyczuł poderwanie samego nadgarstka z podniszczonym kawałkiem drewienka. Coś kliknęło, a po pomieszczeniu rozniósł się głośny zgrzyt starych zawiasów. Z jego ust ponownie wypłynęły nieplanowane, szorstkie słowa:

– Możesz odejść. Bądź gotów na moje wezwanie.

Chłopak skłonił się lekko w niemym potwierdzeniu, po czym oddalił opanowanym krokiem, ginąc w otaczających go językach mroku. Ciemność zaczęła pochłaniać pomieszczenie, pożerając nie tylko niewyraźne kształty, lecz również najmniejsze słupy sączącego się światła.


* * *


Szeroko otworzył oczy, wynurzając się z wizji, jak spod lustra lodowatej wody. Jego klatka piersiowa unosiła się w spazmatycznych ruchach, łapiąc głębokie hausty świeżego powietrza. Pomimo przeszywającego chłodu czuł, że jego ciało jest rozpalone; drobne kropelki potu spływały po szybko bijącej tętnicy, gromadząc się w niewielkim zagłębieniu obojczyka. Jedną dłoń zacisnął w pięść chcąc powstrzymać jej mimowolne drżenie; drugą zatrzymał na spoconej twarzy, kciukiem i środkowym palcem masują pulsujące skronie. Żałował, że nie zna zaklęcia, którym ostatnio uraczył go Malfoy. Westchnął ciężko i zwinął się w kłębek, chowając głowę między ramiona.

Niezaprzeczalnie ślizgon był dla niego zagadką. Czuł, że chłopak na każdym kroku pogrywa sobie ze wszystkimi i bawi się w dziwną grę. Problem polegał na tym, że nieświadomie każdy, oprócz Harry’ego, zaczął odpowiadać na tę zabawę, wierząc w nawrócenie chłopaka. Z drugiej strony sam był świadkiem jego zmiany, świetnie odegranego przedstawienia, którego odbiorcą był dzisiejszej nocy. Doskonale pamiętał, jak tragicznie zakończyło się ich „prywatne” spotkanie zaledwie kilka miesięcy temu, dlatego tym bardziej dziwił go fakt, że zamiast szkarłatnych Cruciatusów w jego stronę poleciały zaledwie kąśliwe uwagi.

Malfoy ciągle był dupkiem, jednak Harry musiał przyznać, że zmienił się w opanowanego, myślącego dupka. Ślizgon nigdy nie przebierał w słowach lecz we wcześniejszych latach krytykował każdego, tylko po to, aby podbudować własne ego. Obecnie również nie szczędził obelg, ale zmienił znacząco grono odbiorców; skończyły się bezpodstawne wyzwiska i szyderstwa skierowane do każdego, mijającego go człowieka, a rozpoczęły docinki względem ludzi, którzy w jakimś stopniu go zirytowali, lub których uwagi uważał za nad wyraz głupie. Bądź, których nie lubił, tak jak wyglądało to w przypadku Harry’ego.

Potter przekręcił się na drugi bok, pragnąc wyciszyć kotłujące się myśli, niepotrzebnie wzmagające przeszywający ból blizny; bezskutecznie. Nieposłuszny umysł ciągle podsuwał mu nowe obrazy młodzieńca, jeżąc włoski na jego karku. Głęboko pod skórą małe igiełki niepokoju ryły krwawe ścieżki, potęgując w nim nawarstwiające się obawy. Harry dławił się strachem, przeczuwając, że niebawem wydarzy się coś złego.

* * *


W zamyśleniu opierał się o jedną z dużych kolumn, niby od niechcenia obserwując osoby wchodzące do Sali Jadalnej. Mijających go ludzi w większości witał skinieniem głowy, natomiast tych bardziej ciekawskich zbywał krótkim : „Czekam na Hermionę”. O dziwno, to wystarczało i nikt nie wdawał się z nim w niechcianą rozmowę. W rzeczywistości Harry śledził wzrokiem zbierający się tłum, analizując, kogo poprosić o drobną przysługę. Potrzebował osoby zaufanej, jednak takiej, która nie zasypie go masą zbędnych pytań, na które nie miał ochoty odpowiadać; z tego powodu od razu z tej listy wykreślił przyjaciół.

Wzrokiem sunął po znajomych twarzach ześlizgując się z nich od razu, lub zatrzymując w zastanowieniu. Dłuższą chwilę poświęcił Neville’owi, jednak w momencie gdy oderwał się od twardego marmuru i począł zbliżać w stronę chłopaka, na jego horyzoncie pojawili się bliźniacy. Zrobił kilkusekundowy rozrachunek w myślach, po czym nieznacznie zmienił obrany przez siebie kurs, kiwając jedynie Longbottom’owi głową.

Przywitały go szerokie uśmiechy i idealnie zsynchronizowane:

– Cześć Harry.

– Cześć, co słychać? – spytał, kierując się z nimi do jadalni.

Fred i George zaczęli przepychać się w opowieściach, które Potter komentował krótkimi uwagami. Przekraczając próg wejścia pośpiesznie zlustrował pomieszczenie wzrokiem, szukając wolnych miejsc. Z zadowoleniem wymalowanym na ustach zauważył, że na jadalnie musiało zostać rzucone to samo zaklęcie, co na Salę Obrad; niezależnie od ilości osób, nigdy nie panował tutaj ścisk, tak jakby pokój dopasowywał się do liczby znajdujących się w nim ludzi. Większość ze zgromadzonych siedziała w zwartych grupkach, dlatego Potter wybrał miejsce zarazem oddalone od zebranych, jak i na tyle bliskie tłumu, aby nikt nie uznał tego za dziwne.

Idąc w stronę stołu rzucał ukradkowe spojrzenia Malfoy’owi, a przynajmniej jego plecom. W postawie młodzieńca nie dostrzegł spięcia z porannej wizji, wręcz przeciwnie; lekko drżące plecy tym razem świadczyły o rozbawieniu chłopaka, a nie kłębiącym się w nim strachu. Widząc szeroki uśmiech Parkinson domyślił się, że Boot powiedział coś zabawnego. Nawet Zabini sprawiał wrażenie zadowolonego, tak jakby zupełnie zapomniał o oschłości, którą uraczył go Malfoy dzisiejszej nocy.

–… a gdy tej czarownicy wyrosły skrzydła i zaczęła strzelać językami ognia z trzeciej głowy…

– Że co? – zdziwił się Harry, gdy do jego myśli wślizgnęły się nieproszone słowa Freda.

– O, patrz Georg, w końcu zaczął nas słuchać.

Harry oblał się rumieńcem dostrzegając ironiczne uśmiechy bliźniaków.

– Przepraszam, faktycznie trochę się wyłączyłem.

– Trochę to mało powiedziane, właśnie zrozumiałem na co tak bardzo narzeka nasza mała siostrzyczka z niewiele od niej starszym braciszkiem – parsknął rozbawiony George.

– Ron i Ginny narzekają na mnie?

– Trochę tak, ciągle mówią, że chodzisz z głową w chmurach – odparł Fred. – W pewnym momencie Ginny zmartwiła się, że mogłeś się w kimś zakochać, jednak szybko wyprowadziliśmy ją z błędu zapewniając, że twoją jedyną miłością jest Lord Voldemort.

– Lub Draco Malfoy, na którego tak swoją drogą wgapiasz się już od dobrych kilku minut – dodał George, wpatrując się w Harry’ego sugestywnie.

– Taa... jasne – mruknął Potter zastanawiając się, czy proszenie bliźniaków o pomoc jest tak dobrym pomysłem, jak sądził jeszcze kilka minut temu.

Wahał się chwilę, jednak przed jego oczami ponownie pojawiła się postać skryta za ciemnym płaszczem; wspomnienie otrzeźwiło go, przypominając, że nie ma czasu na nadmierne zastanowienia.

– Mam prośbę – wypalił bez zbędnych ogródek.

– No i przechodzimy do konkretów, to mi się podoba – sapnął zainteresowany George.

Harry rozejrzał się dyskretnie, upewniając, że nikt ich nie podsłuchuje. Pochylił się nieznacznie do Weasley’ów, wyrzucając z siebie na jednym wydechu:

– Musicie wpaść na Malfoy’a, najlepiej przewracając go na ziemię, ale w taki sposób, aby wyglądało to na przypadek. I koniecznie musi upaść.

Fred i George zapatrzyli się w Harry’ego oniemiali, wybuchając po sekundzie niekontrolowanym śmiechem. Kilka osób w zainteresowaniu odwróciło się w ich stronę, jednak Potter zbył ich machnięciem ręki i skarcił towarzyszy zirytowanym spojrzeniem. Chwilę zajęło, zanim bliźniacy opanowali się i zdołali powrócić do tematu.

– Harry czy ty siebie słyszysz? – wysapał Fred, ocierając kciukiem załzawione oczy.

– Faktycznie, komiczna sprawa – burknął nachmurzony chłopak.

– Ty George, on tak na poważnie – zaskoczył się Fred, zerkając na równie zszokowanego brata.

– Zechcesz nam wyjaśnić o co w tym chodzi? Bo sądzę, że nie potrzebujesz nikogo, aby przyłożyć Malfoy’owi i wylądować z nim na podłodze. Z nas wszystkich akurat ty masz w tym największą wprawę – stwierdził zaciekawiony George.

Harry sapnął zażenowany, jednak widząc ciągle rozbawione twarze bliźniaków, zrozumiał, że musi podać im chociaż drobne wyjaśnienia. Ponownie ściszył głos i zaczął mówić:

– Chcę rzucić na Malfoy’a zaklęcie śledzące – zatrzymał się, jednak kontynuował, gdy nie dostrzegł żadnej reakcji ze strony rozmówców. – Zaklęcie, którego chcę użyć należy do tych zaawansowanych, które z założenia są niewykrywalne w czasie użytkowania.

– Ale? – dodał George, wciskając się w pauzę w wypowiedzi Harry’ego.

– Osoba, której dosięgnie to zaklęcie poczuje uderzenie, delikatny odrzut. W książce pisze, że jest to ledwo wyczuwalne, jednak wolę nie pozostawiać niczego przypadkowi i chcę mieć pewność, że Malfoy’owi nawet przez myśl nie przejdzie, że mógł dostać jakąś klątwą. Takim oto sposobem do tej historii wkraczacie wy – dokończył, zawieszając na bliźniakach skupione spojrzenie.

Cisza trwała zaledwie sekundę, jednak serce Harry’ego waliło niczym oszalałe, o mało nie wyskakując z jego piersi.

– Dobra – odezwał się Fred.

– Dobra? – zawtórował mu zaskoczony Harry.

– A czego żeś się spodziewał? – parsknął George, a na jego ustach ponownie zagościł wesoły uśmiech.

Widząc reakcję Weasley’ów Harry’ego opuściło całe napięcie. Odchylił się na oparcie krzesła, wypuszczając z płuc nagromadzone powietrze.

– Po waszej początkowej reakcji już sam nie wiedziałem, czego się spodziewać – przyznał nieśmiało.

– Wiesz Harry, samo stwierdzenie przewróćcie Malfoy’a brzmiało idiotycznie, nawet jak na ciebie – rzekł Fred, pokazując chłopakowi białe zęby.

Potter podrapał się po głowie w lekkim zakłopotaniu, jednak odwzajemnił wesoły uśmiech.

– To kiedy mamy to zrobić? – zaciekawił się George.

– Najlepiej teraz, świta Malfoy’a za chwilę będzie się zbierać – odparł Potter, dostrzegając puste talerze nieprzyjaciół, którzy pogrążeni byli w luźnej pogawędce.

Weasley’owie skinęli głowami i nim Harry zdążył się odezwać, oddalili się w stronę odległego stołu, przysiadając do rozmawiających nieopodal ślizgonów Angeliny i bliźniaczek Patil. Harry odczekał chwilę i również zmienił miejsce, znajdując się tuż za plecami Malfoy’a, zaledwie stolik dalej. Rękę z różdżką położył na śnieżnobiałym obrusie, bawiąc się nią niby od niechcenia. Obawiał się, że siedzący koło niego dość młody uczeń z Durmstrangu może zauważyć coś podejrzanego, jednak uznał, że tym problemem będzie martwił się później.

W napięciu kreślił wzrokiem ścieżkę prowadzącą od bliźniaków wprost do ślizgonów. Krew płynąca w jego ciele niemalże rozsadzała mu żyły, podsycana adrenaliną wymieszaną z rosnącym strachem. Serce podchodziło mu do gardła, wybijając głośne uderzenia, echem obijające się o ścianki otumanionego umysłu. W tym momencie nie liczyło się nic oprócz obserwowanych młodzieńców; oprócz inkantacji, którą miał zamiar wyszeptać; oprócz niewielkiego ruchu dłonią, który ćwiczył nocami; oprócz burzy czekoladowych włosów, która przesłoniła jego widok.

– Hermiona? – wykrztusił spanikowany.

– Harry? – odparła zirytowana dziewczyna. – Co ty robisz?

Potter rozejrzał się zdezorientowany po stole, łapiąc najbliższą szklankę.

– Piję sok? – odparł, pokazując do połowy pełne naczynie.

– To mój sok – usłyszał z boku ciężki akcent Bułgarczyka; przeklinając go w duchu.

– Tak, jasne, drobna pomyłka – wysyczał, mrożąc niewinnego chłopaka spojrzeniem.

Odstawił nie swoje naczynie na miejsce i pochwycił właściwe, upijając z niego duży łyk zwykle słodkiego napoju, który w obecnej chwili smakował jak trawa. Przesunął się lekko w lewą stronę, ponownie wlepiając w Malfoy’a napięte spojrzenie i ignorując siedzącą przed nim dziewczynę. Hermiona sztyletowała go nagląco, jednak Potter nie był w stanie wypowiedzieć ani słowa, gdy dostrzegł podnoszącego się rywala.

– Harry…

– Chwila – rzucił krótko, zaskakując tym Granger.

Od razu zrozumiał, że nie uniknie wyjaśnień, jednak w tej chwili cieszył się, że przyjaciółka zamilkła.

Usłyszał głos George’a głośno krzyczącego o jakimś zakładzie, który dotyczył sałatki z innego końca stołu i soku dyniowego. Zauważył Freda, skupiającego na sobie całą uwagę zebranych ludzi; jadąc tyłem na różowych wrotkach, z prawą nogą uniesioną wysoko ku górze i lewą ręką trzymającą niemalże pełną szklankę napoju, starał się nie ulać z naczynia ani kropelki soku. Utrudniał mu to George, strzelający w jego stronę wielobarwnymi snopami iskier, które nie znikały, lecz odbijały się po całym pomieszczeniu. Roześmiany chłopak kierował się wprost w wygładzającego swoja koszulę Malfoy’a, jak zwykle niezainteresowanego durnymi zabawami bliźniaków. Harry zamarł w zdumieniu, widząc powstały chaos. Opanował się po chwili i uśmiechnął nieznacznie, wielbiąc braci za ich absurdalnie genialną pomysłowość. W myślach zaczął odmierzać sekundy dzielące chłopców od zderzenia. Wraz ze spóźnionym krzykiem Parkinson wyszeptał zaklęcie.

Błękitna klątwa powędrowała w stronę Malfoy’a, pozornie ginąc w feerii otaczających ich błysków. Harry w zwolnionym tempie obserwował rzucone przez siebie zaklęcie, zupełnie nie dostrzegając innych, śmigających po całym pokoju. Liczyło się tylko to jedno, które uderzyło w ślizgona tuż przed tym, jak z impetem wpadł w niego rozpędzony Fred, wylewając całą zawartość szklanki na grafitową koszulę Malfoy’a. Po piersi chłopaka spływała żółto-pomarańczowa papka, która dziwnym trafem wylądowała również na jego idealnie ułożonych włosach. Oszołomiony ślizgon z niedowierzaniem wpatrywał się w plamę zdobiącą zapewne drogi materiał ubrania.

– Czy ciebie już do reszty powaliło Weasley! – wysyczał lodowatym tonem, otrząsając się z początkowego szoku. – I ty chcesz mi wmówić, że taki kretyn będzie użyteczny, podczas nadchodzących starć?! Chyba bitwa ze śmierciożercami pomyliła ci się ze szkolnymi potyczkami na jedzenie! Najszczersze kondolencje, zginiesz marnie.

Mówiąc to wstał, zrzucając przy tym z siebie udającego zakłopotanie Freda, i wymaszerował z pomieszczenia dumnym krokiem. W sali zapanowała chwilowa cisza, którą, ku zaskoczeniu Harry’ego, przerwał donośny śmiech Zabiniego. Parkinson, widząc niespodziewany wybuch towarzysza, mocno wbiła łokieć między jego żebra, po czym ruszyła śladem pomarańczowych plamek zdobiących podłogę, chcąc dogonić Malfoy’a. Potterowi nie umknął jednak fakt, że przez cały czas na twarzy dziewczyny błąkał się silnie tłumiony uśmiech. Zabini, w odpowiedzi na reakcję Parkinson, pokręcił jedynie głową w niedowierzaniu i wyszedł za przyjaciółmi, ocierając po drodze łzy nagromadzone w kącikach oczu.

Wraz ze zniknięciem ślizgonów w jadalni zapanowało głośne poruszenie. Każdy z zebranych chciał pogratulować lekko poobijanemu Fredowi, któremu pomagał wstać ciągle zszokowany Boot. Gdy sprawca zamieszania stanął już o własnych siłach, odwrócił się w stronę Harry’ego i wyszczerzył zęby w promiennym uśmiechu. Potter z zadowoleniem odwzajemnił gest. Radość gryfona nie trwała jednak długo, gdyż niemal od razu na jego horyzoncie pojawiło się chłodne spojrzenie Hermiony.

– Wychodzimy – cichy syk dziewczyny niczym brzytwa przedarł się do uszu Harry’ego, odgradzając go od panującego zgiełku.

Granger, nie czekając na reakcję przyjaciela, odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę drzwi. Potter westchnął głośno, po czym wstał, ruszając za nią powłóczystym krokiem. Szedł niczym na ścięcie; tuż za plecami gryfonki, z pokornie pochyloną głową, za towarzysza rozmowy mając jedynie głuchy stukot obcasów wybijających pośpieszny rytm. Dłuższą chwilę trwało, zanim do jego uszu dotarły ostre dźwięki:

– Nie podoba mi się to, co zrobiłeś!

– Nie mam pojęcia, o co ci chodzi – wykrztusił, przezwyciężając suchość na języku.

– Dobrze wiesz, o co mi chodzi! – wyrzuciła dziewczyna, gwałtownie odwracając się w stronę Pottera.

Harry zatrzymał się w ostatniej chwili, cudem unikając zderzenia z wściekłą Hermioną.

– Więc? – gryfonka nie dawała za wygraną.

– Sądzę, że jeżeli się nie pospieszymy, to ominie nas spora część spotkania – wymamrotał, łudząc się, że chociaż o godzinę przesunie nieprzyjemną rozmowę.

– Sądzę, że pięć minut nas nie zbawi.

– Sądzę, że McGonagall może być innego zdania.

– Od kiedy tak bardzo przejmujesz się zdaniem profesor McGonagall? – słusznie zauważyła przyjaciółka.

– Od kiedy jest na mnie wściekła niemalże każdego dnia – stwierdził Potter z lekkim zmieszaniem.

– Dziwisz się? Ty i Malfoy zachowujecie się jak dzieci, gdy tylko na siebie spojrzycie. Ciesz się, że nie wie o dzisiejszym incydencie!

– Chyba jej nie powiesz?! – spytał Harry natychmiast, z zauważalnym napięciem w głosie.

– Sama jeszcze nie wiem co zrobię, to zależy od tego, jakiego zaklęcia użyłeś.

– Niegroźnego.

– W to nie wątpię – rzuciła ironicznie. – Więc?

Harry zlustrował dziewczynę uważnie; mocno ściśnięte brwi z wyraźną bruzdą pomiędzy nimi, ciasto zaciśnięte usta uformowane w wąską linię i ręce, kurczowo skrzyżowane pod biustem, których pobielałe palce dłoni silnie wbijały się w drobne przedramiona. Postawa przyjaciółki jasno świadczyła o jej nieugięciu. Potter westchnął i podjął ostatnią, z góry skazaną na porażkę, próbę, odciągnięcia dziewczyny od tematu:

– Herm, ja naprawdę wiem, co robię – wyszeptał, błądząc wzrokiem po twarzy dziewczyny; szukając w niej chociaż cienia wahania.

– Pozwól, że sama to ocenię.

Chłodne słowa dotarły do uszu gryfona, rozwiewając resztki pozostałej w nim nadziei. Harry przestąpił z nogi na nogę, po czym powiedział z mocą w głosie:

– Muszę mieć pewność.

– Odnośnie czego?

– Intencji Malfoy’a. Nie ufam mu i nikt w tym zamku nie powinien mu ufać. Nie dopuszczę do kolejnej tragedii!

– Harry – delikatne dźwięki dotarły do uszu chłopaka – zeszłoroczny wypadek… to… to się nie powtórzy.

– Wypadek?! – uniósł się Potter, zauważając niepewną postawę Hermiony, którą wyraźnie ruszyły jego słowa. – Śmierć Dumbledore’a nazywasz wypadkiem?!

– Malfoy nie jest osobą, na którą powinieneś się wściekać – stwierdziła spokojnie. – Snape to zrobił.

– Ale to ta tleniona gnida ich wpuściła! – wypluł Harry, tracąc kontrolę nad kłębiącymi się w nim uczuciami. – Gdyby nie on, śmierciożercy nie przejęliby Hogwartu! Gdyby nie on, Dumbledore ciągle by żył! Nawet nie zaprzeczaj, nie było cię tam! – wykrzyczał, nie pozwalając dziewczynie dojść do słowa. – To on miał go zabić, ale okazał się być zbyt wielkim tchórzem! Dlatego Snape go wyręczył! Dlatego Dumbledore… – nie dokończył, czując łzy, powoli napływające do jego oczu.

Natychmiast wziął głęboki oddech, przymykając powieki na kilka sekund i masując skronie opuszkami palców. Wiedział, że musi się opanować, tłumiąc w sobie tę niepochamowaną gonitwę myśli, wywołującą niechciane odruchy. Milczał dłuższą chwilę, zanim ponownie skupił spojrzenie na obserwującej go, zatroskanej Hermione, która cierpliwie czekała na kolejne słowa.

– Rzuciłem na niego niegroźne zaklęcie śledzące – stwierdził sztywno. – Nikogo tym nie ranię, a sam będę o wiele spokojniejszy.

– Harry, tak nie można – wyszeptała dziewczyna – Malfoy ma prawo do prywatności.

– Nie, gdy na szali ważą się losy całego, czarodziejskiego świata. W tym momencie nie chodzi o naszą wzajemną niechęć wobec siebie.

Granger, słysząc słowa przyjaciela, otworzyła usta, chcąc wtrącić się w jego wypowiedź, jednak zanim z jej gardła zdążył wydobyć się jakikolwiek dźwięk, zamknęła je pośpiesznie. Przygryzła dolna wargę w konsternacji i po kilku minutach namysłu powiedziała spokojnie:

– Rozumiem twoje obawy, jednak dobrze wiesz, że McGonagall nie jest głupia. Wręcz przeciwnie, jest jedną z najmądrzejszych czarownic, jakie znam. Skoro ona mu ufa, to my też powinniśmy.

– Hermiono, ty ciągle nie rozumiesz! – Potter warknął zirytowany.

– Doskonale rozumiem – stwierdziła z naciskiem. – Nie mówię, że mamy ufać Malfoy’owi, zaufajmy McGonagall.

– Ale…

– Nie ma żadnego ale. Och Harry, skończ już z tym beznadziejnym przekonaniem, że Dumbledore tylko dla ciebie coś znaczył. On był ważny dla każdego z nas, w szczególności dla profesor McGonagall, która była jedną z najbliższych mu osób. Uwierz mi, o ile w zeszłym roku nikt nie traktował poważnie poczynań Malfoy’a tak w tym, po tym co się stało, już nikt go nie zlekceważy. Zrozum w końcu, że skoro McGonagall zachowuje się w taki sposób, to musi mieć do tego bardzo dobry powód.

Harry momentalnie zamilkł oniemiały bezpośredniością Hermiony. Musiał przyznać, że słowa przyjaciółki dość mocno go dotknęły, jednak w głębi serca wiedział, że dziewczyna ma rację. Od śmierci Dumbledore’a nieustannie wmawiał sobie, że znaczył dla czarodzieja więcej niż inni i, że tylko on ma prawo cierpieć z powodu czerwcowych zdarzeń. Granger idealnie przeniknęła przez zasłonę uszytą z jego udawanego spokoju, rozbijając na kawałki usilnie pielęgnowaną bańkę złudzeń. Słowa dziewczyny zabolały. Harry jednak wiedział, że w końcu musiało do tego dojść i mimo wszystko cieszył się, że to Hermiona była osobą, która wypowiedział jego myśli na głos.

– Powinniśmy już iść – wymamrotał cicho, tępo wpatrując się w punkt ponad ramieniem przyjaciółki.

Granger od razu dostrzegła mur, którym Harry odgrodził się od niej, jednak tym razem postanowiła nie naciskać. Zrozumiała, że chłopak potrzebuje czasu, za co ten był jej bardzo wdzięczny.

– Masz rację, już wystarczająco jesteśmy spóźnieni.

Potter, nie czekając za przyjaciółką, pośpiesznie wyminął ją, kierując się w stronę Sali Obrad. Nie zdążył ujść nawet pięciu kroków, nim usłyszał cichy szept:

– Ciągle nie zgadzam się z tym, co zrobiłeś, jednak przynajmniej przez kilka najbliższych dni nie zamierzam się w to wtrącać.

Harry skinął nieznacznie głową, czując przy tym ogromną wdzięczność do przyjaciółki. Poczekał chwilę, aż ta go dogoni, po czym w milczeniu przebyli pozostałą drogę dzielącą ich od pomieszczenia.

W okrągłej Sali, ku ich zdziwieniu, przebywało jedynie kilka osób; wszyscy zgromadzeni nad holograficznym planem Anglii, wyczarowanym nad pustą przestrzenią pierściennego stołu. Złocista kula, która ostatnim razem lewitowała niewiele wyżej od znajdującej się teraz w obrębie obręczy mapy, rozproszona była po całym pomieszczeniu w postaci niewielkich punktów świetlnych. Nad projekcją pochylał się Shacklebolt, który zaznaczał na czerwono poszczególne obszary zachodniej części Walii, tłumacząc coś energicznie Ronowi i jakiemuś mężczyźnie z Bułgarii. Koło nich stała McGonagall, Tonks oraz Sprout, częściowo zerkające na mapę, a częściowo pogrążone w rozmowie między sobą.

– Chyba nie spóźniliśmy się, aż tak bardzo – szepnął Harry do przyjaciółki, zdziwiony ilością zgromadzonych osób.

– Nie sądzę – odparła Hermiona maszerując w stronę stołu i witając się ze wszystkimi skinieniem głowy.

Harry’ego zaskoczyło, że Granger posłała w stronę postawnego Bułgarczyka przyjazny uśmiech, świadczący o tym, że tak samo jak Ron, miała okazję poznać go już wcześniej. Potter nie po raz pierwszy poczuł się pominięty, jednak nie skomentował tego żadnym słowem i zaczął przysłuchiwać się żarliwej dyskusji.

– Rozprzestrzeniają się od Carnedd Llewelyn i Tryfar. Na razie atakują przejezdne samochody i grupy mugolskich turystów, jednak to się zmieni, gdy tylko przekroczą tę linię – mówiąc to Kingsley wskazał obszar widocznie odcinający się od pasm górskich.

– Musimy je zatrzymać – stwierdził Ron, szybko przebiegając wzrokiem po wskazanych przez aurora terenach – dopóki są w górach mamy ułatwione zadanie. O wiele ciężej będzie opanować chaos, który powstanie, gdy dotrą do zamieszkałych terenów.

– Młody Weasley ma rację – stwierdził Bułgarczyk, który, co zdziwiło Harry’ego, nie zaciągał angielszczyzny narodowym akcentem – moi ludzie poinformowali mnie, że mamy około tygodnia, zanim olbrzymy przekroczą granicę gór.

– Olbrzymy? – wyrwało się Harry’emu, myślącemu, że się przesłyszał. – Przecież Hagrid miał z nimi rozmawiać. Coś się stało?

– Proszę, proszę, czyżby słynny Harry Potter? – spytał obcokrajowiec, stając tuż przed chłopakiem.

Harry spiął się, słysząc lekceważący ton i mocno zaakcentowane, wręcz wyplute, słowo „słynny”. Młodzieniec dopiero teraz skierował swój wzrok na nowopoznanego, przyglądając się mu uważnie. Mężczyzna był średniowysokim, rosłym brunetem. Jego dumna postawa, jak i wyraźnie widoczna krzepa sprawiały, że wydawał się wyższy niż był w rzeczywistości. Zamiast zwyczajowej szaty, czy codziennych ubrań, miał na sobie żołnierski mundur. Jednak to nie ubiór Bułgarczyka najbardziej zaskoczył Harry’ego, lecz blizna przebiegająca przez całą jego twarz; zaczynająca się od prawej skroni, wędrująca przez nos, niebezpiecznie blisko ocalałego oka, następnie przecinająca lewy kącik spierzchniętych ust i kończąca swój bieg na skraju kwadratowej szczęki.

Potter zassał powietrze do płuc w niedowierzaniu. Chwilę lustrował mężczyznę, po czym opanował się z trudem, karcąc się w myślach za swój nietakt.

– A pan to… – Harry celowo nie dokończył.

– Vincent Popow… auror z Bułgarii i przyjaciel Charliego.

– Przyjaciel Charliego? – zdziwił się gryfon.

– Pracowaliśmy razem w Rumunii, jednak od wydarzeń z Turnieju Trójmagicznego większą część moich obowiązków zajęło obserwowanie śmierciożerców.

– Obserwowanie śmierciożerców – parsknął chłopak – przecież nikt nie wierzył w to, że Voldermort powrócił.

– Cały świat nie opiera się tylko na waszym londyńskim Ministerstwie Magii – odparł mężczyzna, posyłając Harry’emu pobłażliwe spojrzenie. – W innych krajach podeszliśmy do tego tematu bardziej rozważnie i z większą uwagą zaczęliśmy śledzić sytuację panującą w Anglii.

Pottera zirytowała wyniosła postawa nieznajomego, jednak zdusił w sobie gniew i przytaknął usłyszanym słowom lekkim skinieniem głowy. Wyminął stojącego przed nim mężczyznę i skupił się na lewitującej mapie z uwagą obserwując podświetlone wzgórza.

– Rozumiem, że skoro jest pan ekspertem od śmiercieożerców to zjawił się tutaj, aby dopomóc nas swoją wiedzą i opinią? – młodzieniec rzucił w przestrzeń, ciągle skupiając swoją uwagę na planie złożonym z błękitnych kresek i trawiastych plam.

– Dokładnie – rzekł mężczyzna, stając obok Harry’ego; również nie zwracając na niego uwagi – właśnie rozmawialiśmy o rozwiązaniu problemu z olbrzymami, może nam pan Potter pomoże.

– Chętnie, jednak najpierw będę wdzięczny za wprowadzenie do tematu. Poza tym byłem pewien, że Hagrid kontroluję tę sprawę.

– Tak nam się zdawało – wtrąciła McGonagall. – Hagridowi udało się dowiedzieć, że od zabicia gurga Karsusa śmierciożercy rozpoczęli relokację olbrzymów na tereny Anglii. Okazało się, że średnio cztery-pięć razy w roku organizowali oni wyprawy do Europy Północnej i zabierali stamtąd kilka osobników z głównego stada, lokując ich w niewysokich górach Walii. Początkowo przenoszeni byli najwięksi zwolennicy gurga Golgomata, jednak ostatnio dołączył do nich sam Golgomat, rozpoczynając marsz w kierunku zamieszkałych wiosek. Nikt nie zauważył niczego dziwnego w okolicach pasma Uralu, ponieważ liczebność tego gatunku sukcesywnie zmniejszała się z powodu licznych walk wewnętrznych, poza tym od momentu gdy śmierciożercy porozumieli się z olbrzymami Ministerstwo miało ograniczone możliwości kontrolowania tamtych rejonów.

– Dwa tygodnie temu z Rosji zostały zabrane kolejne dwie sztuki – dodała Tonks. – Madame Maxime przypadkowo natrafiła na Macnair’a w towarzystwie olbrzymów. Wywiązała się między nimi walka, w czasie której Olimpii udało się rzucić zaklęcie lokalizujące na jedno z zabieranych stworzeń. Na szczęście nic poważnego się nie stało, jednak od razu zostaliśmy poinformowani o zaistniałym incydencie i ja wraz z Vincentem teleportowaliśmy się do Walii, gdzie przestało działać zaklęcie Madame Maxime.

Harry rozszerzył oczy w niemym zdumieniu, nie mogąc uwierzyć w usłyszane słowa. Myśl, że śmierciożercy już od dawna gromadzili siły w postaci olbrzymów zjeżyła włosy na jego karku. Mocno zacisnął lekko trzęsącą się dłoń i zadał nurtujące go pytanie:

– Ile ich jest?

– Około trzydziestu dorosłych osobników – stwierdził Popow, darując sobie kąśliwe uwagi; palcem wskazującym śledząc poszczególne tereny mapy. – Dwa dni temu zaczęli przemieszczać się w stronę wschodnich osad, a za około sześć dni dotrą do tej linii gór, skąd najprawdopodobniej skierują się bezpośrednio do najbliższego miasta Trefiw. Obecnie znajdują się w niewielkich grupach na długości od Carnedd Llewelyn do Tryfan. Przewidujemy, że będą chcieli połączyć swoje siły w okolicach jeziora Ffynnon Llugway.

– Właśnie zastanawiamy się nad najlepszym i najszybszym sposobem na ich zatrzymanie –wtrąciła Nimfadora – Wydaje mi się, że, chcąc nie chcąc, nie unikniemy wysłania w tamte rejony dość dużej grupy aurorów. Najprościej będzie rozwiązać ten problem w bezpośrednim starciu.

– Takie wyjście wiąże się ze zbyt dużymi stratami – powiedział Ron, w napięciu przygryzając kciuk prawej dłoni. – Naszym głównym problemem nie są olbrzymy, a śmierciożercy, którzy z nimi podróżują. Bezpośrednie starcie byłoby dobrym rozwiązaniem, gdybyśmy musieli zmierzyć się z samymi olbrzymami, które nie grzeszą inteligencją. W przypadku gdy dowodzą nimi jego zwolennicy, sytuacja kształtuje się inaczej. Z pewnością będą przygotowani na bezpośredni atak.

– Dodatkowo musimy zauważyć, że, w przeciwieństwie do nich, czeka nas walka na nieznanym terenie – dodał Shacklebolt; wzrokiem śledząc linię gór, graniczącą z pobliskimi wioskami.

Harry zauważył, że nie tylko Kingsley uważnie począł wpatrywać się w tamtą część mapy. Zarówno Ron, jak i Vincent również utkwili skupione spojrzenia w pogranicznych rejonach, tak jakby zastanawiali się nad podobnym rozwiązaniem.

– Jeżeli chcemy przesunąć szalę na naszą korzyść, musimy zwabić je w miejsce oddalone od zamieszkałych przez nie okolic – stwierdził Ron, wypowiadając na głos myśli dwójki aurorów.

– Młody Weasley ma rację – poparł Popow. – Najlepiej będzie, gdy zbliżą się do granicy gór, nie sądzę, żeby kiedykolwiek zapuścili się w tak odległe tereny. Dodatkowo na naszą korzyść wpłynie fakt, że w tamtych rejonach podłoże zaczyna mieć grząską strukturę, dzięki czemu tak ciężkie stworzenia mogą mieć problemy z poruszaniem się.

– Nie możemy pozwolić im dotrzeć tak blisko okolicznych wiosek – sprzeciwił się Harry. – W przypadku, gdy coś pójdzie nie tak, będą mieli otwartą drogę do miasta. Oprócz tego zbyt wielu mugoli może zauważyć toczące się tam walki.

– Szlag by to trafił! – zaklął Ron w irytacji, szokując tym zebranych – Harry ma rację, podprowadzenie ich tak blisko granicy gór wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem. Co tu zrobić…

Wraz z wybuchem przyjaciela Potter poczuł lekkie szturchniecie za brzeg rękawa wyciągniętego swetra. Gryfon spojrzał w dół; na wysokości wystających kostek dłoni, skrytych za wytartym, wełnianym materiałem, wczepione były drobne palce Hermiony. Harry prześlizgnął wzrok na twarz dziewczyny, i aż oniemiał z wrażenia, czując przy tym narastające zakłopotanie. Zwykle jasną cerę młodej Granger zdobiły teraz szkarłatne wypieki goszczące na jej policzkach; mocno odcinające się od zwyczajowej bladości. Natomiast duże, brązowe oczy, wypełnione były lśniącymi ognikami fascynacji, i w skupieniu śledziły postać przejętego Rona, rejestrując najmniejszy, wykonany przez chłopaka gest.

Harry przełknął głośno ślinę, szybko odwracając wzrok od wczepionej w niego przyjaciółki; chciał się odsunąć, jednak równocześnie nie chciał sprawić przykrości Hermionie. Z tego powodu stał niczym spetryfikowany, bezmyślnie wpatrując się w swoje stopy. Już od czwartego roku nauki w Hogwarcie domyślał się, że jego przyjaciół łączy zupełnie inna więź, niż ta, którą dzielą razem z nim. Jednak dopiero związek z Ginny i rozmowy z młodą Weasleyówną uświadomiły mu, jaki rodzaj relacji rozgrywa się między Ronem i Hermioną. I pomimo tego, że Harry bardzo cieszył się z takiego obrotu zdarzeń, to sama myśl o Hermionie, której miękną nogi, podczas płomiennych przemów Rona, wprawiała go w dziwnego rodzaju skrępowanie. Nie mówiąc już o rzeczywistości.

– Wiem! Możemy zwabić je tutaj – stwierdził Weasley, wyrywając Harry’ego z niechcianych rozmyślań; palcem wskazując podłużne jezioro, oddalone o jakieś pięć mil od teoretycznego miejsca połączenia się wszystkich grup olbrzymów. – Olbrzymy najprawdopodobniej będą chciały maszerować zachodnio-północną stroną tego jeziora, która jest bardziej górzysta, rozległa i bliższa terenom, w których przebywali w ostatnim czasie. Ta droga jest dla nich wygodniejsza, ponieważ będą znajdować się na dużym, otwartym obszarze – kontynuował z coraz większą ekscytacją w głosie. – Zmieńmy trochę tor ich podróży, zamiast zachodnim brzegiem, niech pójdą wschodnim. Dzięki temu znajdą się w wąskim przesmyku, który od strony wschodniej ograniczony jest wysokimi górami, przez które przedarcie się nie będzie tak proste, jak na otwartym polu, a od strony zachodniej ograniczony jest jeziorem. Dobrze wiemy, że olbrzymy nie potrafią pływać, dzięki czemu, będą mogły pójść tylko do przodu lub do tyłu, a drogę północną i południową my im odetniemy.

– No dobrze, faktycznie, możemy je odciąć w tym miejscu, jednak najpierw musimy je tam zwabić, jak chcesz tego dokonać ?– spytał Harry z wyraźnym powątpiewaniem. – Wysłanie listu ze współrzędnymi i prośbą o kierowanie się zgodnie z instrukcjami raczej odpada.

– Harry, nie musisz być niemiły – stwierdziła Hermiona, mimowolnie puszczając jego sweter, i splatając ręce na klatce piersiowej. – Poza tym olbrzymy nie znają się na mapach, w głównej mierze kierują się swoim instynktem. Dzięki wyostrzonym zmysłom są w stanie z dużych odległości określić klimat, jaki panuje w danym miejscu.

– Zatem sama widzisz, że z własnej woli nie pójdą drogą, która im nie odpowiada – dodał Potter, ciągle nie widząc rozwiązania i nie rozumiejąc powstałej ekscytacji.

– Nie możemy zaczarować tego miejsca, tak, aby wydawało się być inne niż w rzeczywistości? – zainteresował się Weasley.

– Chodzi ci o wyczarowanie rozległej fatamorgany? – uściśliła Hermiona.

– Fata… co? – spytał zdezorientowany Ron, wpatrując się nierozumiejąco w przyjaciółkę.

– Fatamorgana – powtórzyła Granger, mocno akcentując sylaby. – Jest to zjawisko wytworzenia się pozornego obrazu na skutek załamania światła. Często spotykane na Saharze, przykładowo na środku pustyni widzisz oazę, której w rzeczywistości tam nie ma.

– Dokładnie o to mi chodzi! – Krzyknął Ron, a na jego twarzy pojawiły się nieznaczne wypieki.

– Panie Weasley – poważny głos McGonagall rozniósł się po pomieszczeniu, studząc zapał chłopaka. – Niestety muszę wstrzymać twoje zapędy, ponieważ nierealnym jest wyczarowanie tak dużej iluzji optycznej w tak krótkim czasie.

– Minerva ma rację – poparł Vincent. – Musielibyśmy powołać bardzo liczną grupę aurorów o wręcz wybitnych zdolnościach w czarach optycznych. Zresztą nie tylko optycznych, taka magia musiałaby również wpływać na zmysły. Nie mamy czasu na takie posunięcia.

– Nie potrzebujemy tak wyspecjalizowanych aurorów do tego przedsięwzięcia – wtrąciła profesor Sprout, zaskakując zebranych nie tylko faktem, że się odezwała, ale również pewnością, z jaką wypowiedziała swoje słowa.

– Co masz na myśli Pomono? – spytała Kingsley, marszcząc przy tym brwi.

– Nie musimy rzucać tak silnych zaklęć, które, nie oszukujmy się, i tak zostałyby zauważone przez jego popleczników – odparła kobieta. – Możemy jednak lekko wpłynąć na ekosystem poprzez zasadzenie kilku roślin, charakterystycznych dla danych partii terenu, w innych miejscach. Na górzystych obszarach Walii występuje silnie wonna szarotka, to dzięki niej olbrzymy wiedzą, jak daleko oddalone są od typowo górzystych terenów. Z tego powodu po zachodniej części jeziora możemy posadzić kilka roślin ze wschodniej części i na odwrót. Chociaż, jak tak teraz myślę, samo rozrzucenie nasion poszczególnych gatunków w zupełności wystarczy. Dodatkowo możemy wzmocnić ich zapach czarami.

– A co ze śmierciożercami? – spytał zaskoczony Harry, jednak pomysł profesor Sprout wydał mu się całkiem sensowny; przynajmniej nie zamierzał otwarcie kłócić się z kobietą w kwestiach środowiskowych, o których nie miał pojęcia.

– Nie sądzę, żeby interesowały ich tajniki zielarstwa – odparła, uśmiechając się do Pottera przyjaźnie.

– A ja nie sądzę, żeby śmierciożercy wtrącali się w podróżnicze instynkty olbrzymów – zawtórował jej zadowolony Ron.

Harry przytaknął ostrożnie, ciągle zastanawiając się nad pewną kwestią, którą wypowiedziała na głos stojąca obok niego Hermiona.

– Nawet jeśli to zadziała i olbrzymy faktycznie obiorą inny kierunek podróży, to jak dokładnie uda nam się je zwabić do tego przesmyku? Zarówno mogą skierować się dalej, omijając jezioro.

– Postaramy się o to, aby nie miały możliwości ominięcia jeziora – stwierdził Vincent wymieniając porozumiewawcze spojrzenie z Ronem i Kingsley’em.

– Jak chcecie tego dokonać? – dodał Harry, spoglądając na rozmówców powątpiewająco.

– Pamiętasz, jak ostatnio mówiłem ci o możliwym wykorzystaniu smoków w bitwie? – spytał Ron, patrząc uważnie na przyjaciela.

Gryfon niepewnie skinął głową, nie rozumiejąc do czego chłopak zmierza.

– Wydaje mi się, że to jest właśnie ten moment, kiedy będziemy musieli spróbować je wykorzystać.

– Spróbować? – drążył Harry, coraz bardziej gubiąc się w słowach młodego Weasley’a

– Wraz z Charli'em wypracowałem metodę narzucenia smokom naszej woli, poprzez połączenie naszych umysłów – uściślił krótko Vincent, uznając takie wyjaśnienie za wystarczające; dostrzegając jednak rosnące wzburzenie Harry’ego kontynuował z westchnieniem. – Stworzyliśmy zaklęcie na bazie Imperiusa, oczywiście, uprzedzając twoje obawy Potter, faktycznie, jeszcze nie jest ono w pełni dopracowane, jednak na przelot nad stadem olbrzymów i zwabienie ich w obrane przez nas miejsce w zupełności wystarczy.

– Czy ty siebie słyszysz? Nie jest w pełni dopracowane? To jest smok, a nie pies, nie możecie powiedzieć mu biegnij i oczekiwać, że pobiegnie!

– W tym przypadku poleci.

Harry zgromił Rona spojrzeniem, po chwili ponownie skupiając swoją uwagę na Vincencie.

– Wyprowadzając cię z błędu Potter, możemy to zrobić – odparł pewnie Popow. – Na chwilę obecną jesteśmy w stanie kontrolować smoki przez około dwie do trzech godzin. Wszystko zależy od siły rzucającego zaklęcie i tego, jaka więź łączy go ze zwierzęciem. Do Anglii sprowadziliśmy już dwa okazy i, jak widać, w najbliższym czasie spróbujemy się nimi wspomóc podczas walki.

– Naprawdę chcecie na to pozwolić? – spytał gryfon, przesuwając wzrokiem po zgromadzonych; dostrzegając zacięte miny McGonagall i Kingsley’a zrozumiał, że pomysł już na samym początku został zaakceptowany.

Harry wciągnął powietrze boleśnie wypełniając gazem płuca, przygotowując się na kolejną falę protestów. Zanim jednak zdążył otworzyć usta, po pokoju rozniósł się trzask, a po chwili do jego uszu dotarł stukot butów szybko uderzających o posadzkę. Odwrócił się w stronę drzwi i ujrzał wchodzącego do pomieszczenia Remusa wraz z towarzyszącym mu Malfoy’em. Zdziwił się widząc ślizgona, który w niedbały sposób trzymał dłonie w kieszeniach marszcząc przy tym świeżą koszulę wolną od dyniowych plamek. Chłopak z wyraźnym zaangażowaniem wyjaśniał coś Lupinowi, który słuchał go w skupieniu.

– No proszę, widzę, że mamy dzisiaj dzień zbiorowych spóźnień – stwierdziła McGonagall dostrzegając nowo przybyłych.

– Nie wydaje mi się, żeby coś ważnego nas ominęło – stwierdził Malfoy, uśmiechając się do Minervy bez cienia skrępowania. – Sądząc po minie Pottera, przegapiliśmy jedynie kolejną kłótnię.

– Nikt nie powiedział, że się kłóciliśmy – wypalił Harry bez namysłu.

– Nikt nie musiał tego robić, ewidentnie świadczą o tym grymasy na twojej niewyjściowej gębie.

Harry chciał się odgryźć, jednak powstrzymały go niewielkie ogniki skrzące w oczach chłopaka, będące jawnym wyzwaniem ze strony ślizgona.

– Właśnie rozmawiałem z panem Malfoy’em na temat run, które ostatnio sprawiają nam sporo problemów – stwierdził Remus, pokazując symbol i fragment tekstu, nad którym pracował w ostatnim czasie z Hermioną.

Podczas gdy Lupin zatonął w wyjaśnieniach, Ron, Vincent i Kingsley, nie rozumiejąc zupełnie zawiłości runicznych omawianych przez wilkołaka, wrócili do przerwanego tematu. Harry starał się śledzić oba wątki, bardziej skupiając się na nadchodzącym starciu, jednak słysząc słowa Malfoy’a porzucił kwestię olbrzymów.

– Remus właśnie mi mówił, że macie problem z rozszyfrowaniem tych znaków. W tym wypadku najrozsądniej będzie pokazać je Bathsheda’ie Babbling, o ile uda nam się z nią skontaktować. Poza tym jestem całkiem niezły w runach, więc mogę pomóc.

– Ja też – wypalił Potter bez większego namysłu.

– Też jesteś niezły w runach?

– Też pomogę.

– A co ty wiesz o runach? – spytał Malfoy z wyraźną kpiną w głosie

– Niewiele, jednak zawsze się do czegoś przydam – odparł Harry, powstrzymując docinki tańczące na końcu jego języka.

Malfoy jedynie przewrócił oczami, jednak również odpuścił i kontynuował:

– Nie dziwię się, że wasze postępy są tak marne. Czarny Pan ma o wiele większe zaplecze ksiąg, które może wykorzystać. Dodatkowo po swojej stronie ma Severus’a, który już wcześniej miał z nimi styczność.

Potter zjeżył się słysząc imię czarodzieja i wypluł oschłe:

– Jak jesteś taki mądry to zabierz mu jakąś i tu przynieś. W końcu ma ich tak wiele.

– Nie bądź idiotą Potter, nie mam zamiaru, aż tak ryzykować. Poza tym osobiście nie mam do nich dostępu.

– Więc zacznij mieć – stwierdził niby od niechcenia; spojrzeniem jednak rzucając jawne wyzwanie Malfoy’owi – a jeżeli faktycznie przerasta to twoje możliwości, to nie marudź, że nasze zasoby są niewielkie.

– Wachlarz moich możliwości jest bardzo obszerny, tego możesz być pewien – stwierdził, uśmiechając się przebiegle; po karku Harry’ego przebiegły delikatne dreszcze wywołane nad wyraz dobrym humorem ślizgona, który drażnił się z nim z każdym wypowiedzianym słowem.

– W przeciwieństwie do ciebie nie jestem idiotą, i skoro mam inne, lepsze wyjście, to nie widzę powodu, aby z niego nie skorzystać. Tylko ciebie podnieca myśl o jak najszybszej utracie życia.

– No tak, zapomniałem, łatwe wyjścia to twoja specjalność.

– Nie powiedziałem łatwe, tylko lepsze. Sądziłem, że znasz angielski.

– W słowniku Malfoy’ów łatwe i lepsze to synonimy.

– Nie ma czegoś takiego, jak słownik Malfoy’ów…

– Przestańcie! – Ostry głos McGonagall rozniósł się po pomieszczeniu skutecznie uciszając młodzieńców.

Harry z niezadowoleniem zauważył, że ich spór jedynie rozbawił ślizgona, podczas gdy on sam zaczął odczuwać nieprzyjemne szarpnięcia rozbudzającej się irytacji. Kiełkujące w nim iskierki złości szybko zostały zdeptane przez nieugięty wzrok przewodniczącej ostrzegawczo zawieszony na nim i Malfoy’u. Długie sekundy chłopcy dławili się zalegającą w płucach ciszą, zanim Minerva nakazała rozwinąć ślizgonowi rzuconą uwagę.

– Z tego, co pamiętam, mojego ojca od zawsze interesowały rzeczy rzadkie – rzekł, ostrożnie dobierając słowa. – Im rzadsze one były, tym większą radość sprawiało mu ich posiadanie, a jeszcze większą ich opanowanie.

– Opanowanie? – wymknęło się Harry’emu zanim zdążył pomyśleć.

– Wiesz Potter, nie wystarczy mieć miotły, żeby umieć na niej latać – stwierdził ślizgon, uznając to za wystarczające wyjaśnienie. – To samo dotyczy starożytnych artefaktów, chodzi o to, aby być w stanie podporządkować je sobie. Nagiąć ich magię do naszej woli. Chcąc to zrobić należy zrozumieć istotę działania poszczególnych przedmiotów. – Chłopak zmrużył oczy, wpatrując się w nieistniejący punkt ponad ramieniem Pottera; zatracił się w znanych tylko sobie wspomnieniach, wyławiając z nich istotne fakty. – Każdy z nich miał pozostawioną na sobie pewną sygnaturę magiczną w mniej bądź bardziej widoczny sposób. Niektóre były ciągiem znaków wypalonych na drewnianych szkatułach, inne, te bardziej subtelne, niczym obłok mgły owijały się wokół srebrnych pierścieni. Były duże, małe, proste i skomplikowane. Każdy run był inny. Każdy tak samo groźny. Każdy tak samo stary.

– Panie Malfoy, chyba nie rozumiem do czego dążysz – wtrąciła McGonagall; niewielka bruzda na jej czole świadczyła jednak o tym, że kobieta nie chce rozumieć, niż faktycznie nie rozumie.

– Czyżbyś odczuł potrzebę podzielenia się z nami zakazanymi zainteresowaniami twojego ojca? Złe grono odbiorców – warknął Harry.

– Nie schlebiaj sobie, jesteś ostatnią osobą, z którą chciałbym się czymkolwiek dzielić, tym bardziej opowieściami – wyprana z emocji twarz ślizgona odwróciła się od chłopaka, wpatrując w napięciu w Minervę. – Mam na myśli to, że ojciec musiał zrozumieć tę magię, dokładniej mówiąc, musiał zrozumieć znaczenie symboli wyrytych na przedmiotach, żeby móc z nich korzystać bądź żeby wiedzieć, z których nie jest w stanie korzystać. Lucjusz Malfoy nie należy do osób, którym łatwo przychodzi porażka, a niepojęcie magii danego artefaktu traktował jako pewnego rodzaju porażkę. Pamiętam setki przedmiotów, którymi interesował się ojciec, setki nałożonych na nie run, z pozoru niemożliwych do rozwikłania, i setki ksiąg, które gładziły jego dłonie wraz z każdym nabytym drobiazgiem. Zainteresowany, Potter?

Wyzywający ton wyrwał Harry’ego z zamyślenia. Młodzieniec skrzywił się nieznacznie, nie chcąc przyznać, że słowa Malfoy’a coraz bardziej zaczęły go ciekawić.

– Może – odparł niby od niechcenia; ślizgon posłał mu krzywy uśmiech.

– Ta… fascynacja, spowodowała, że sam zacząłem uczęszczać na zajęcia Starożytnych Run. Sądziłem, że choć w małym stopniu pomoże mi to zrozumieć przedmioty i księgi, którymi interesował się ojciec. Po części tak było, po części nie. W Malfoy Manor posiadamy bardzo obszerną bibliotekę, z bardzo obszernym działem ksiąg poświęconych starożytnym runom, które bardzo różnią się od tego, co mogliśmy zobaczyć na zajęciach Bathshedy.

Hermiona z głośnym świstem wciągnęła powietrze do płuc. Minerva i Lupin wymienili zszokowane spojrzenia, nie wiedząc jak zareagować na usłyszane słowa. Harry stał nieporuszony, porządkując w głowie szarżujące myśli.

– Mogę po nie pójść, jeżeli ładnie poprosicie.

– Nie przeginaj – warknął Potter; pozbawiony zwyczajowego żaru głos świadczył o ciągłym zamyśleniu.

Malfoy przewrócił oczami wykrzywiając przy tym usta w triumfalnym uśmiechu, po czym zmienił treść wypowiedzi:

– Mogę po nie pójść, jeżeli powiecie mi czego dokładnie mam szukać.

– Sądzisz, że księgi znajdujące się w twojej posiadłości mogą być księgami spisanymi w starożytnym języku? – upewnił się Lupin.

– Część z nich z pewnością.

– Niewiarygodne – stwierdziłł Remus kiwając powoli głową; dłońmi oparł się o krawędź stołu, zawieszając tęczówki na nieporuszonej twarzy Malfoy’a. – Musisz je przynieść.

– Jakie konkretnie?

– Wszystkie – wyszeptała Hermiona. – Przynieś te, które znacząco wykraczają poza starożytne runy. Najlepiej takie których sam nie rozumiesz, mam dziwne wrażenie, że twoja wiedza w tym temacie znacznie przewyższa naszą, co wcale nie jest komplementem – rzuciła ostro zaskakując tym nie tylko Malfoy’a, ale również Harry’ego. – Musimy znaleźć wszystko co może pomóc nam w rozszyfrowaniu ostatnio znalezionych symboli. Skoro sam ich nie rozumiesz, oznacza to, że musimy szukać głębiej. Szukaj run mówiących o wzmocnieniu, opanowaniu, zamaskowaniu, kombinacji tych trzech… – w oczach Granger momentalnie zapłonęły wściekłe ogniki. – Musisz przynieść księgi z pogranicza.

– Z czego? – spytał niepewnie Malfoy; Harry z zadowoleniem zauważył, że fascynacja przyjaciółki zaniepokoiła ślizgona, który gubił się w jej galopujących myślach.

Oprócz wyraźnej satysfakcji Potter odczuł również odrobinę współczucia względem Malfoy’a. Cieszyło go, że chociaż Hermionie udało się skruszyć idealną maskę opanowania przyozdobioną zgryźliwym humorem, którą nałożył na siebie ślizgon przychodząc na spotkanie. Rozumiał jednak, jak bardzo męcząca może być nieudolna chęć nadążenia za przyjaciółką, gdy zębatki w jej mózgu kręcą się na pełnych obrotach.

– Naszym głównym problemem jest to, że nie mamy żadnych zapisków z okresu pomiędzy starożytnymi runami, a runami, o których uczyliśmy się w Hogwarcie – odparła powoli. – Analizując zaklęcia z Ministerstwa zaczęliśmy od razu od najstarszych ksiąg, dlatego nie jesteśmy w stanie zrozumieć z nich nawet niewielkiej części. Potrzebujemy wszystkiego co jest pomiędzy, żeby móc zrozumieć ewolucję run. Problemem jest to, że realnie nie mamy niczego z okresów tej ewolucji, jednak może w Malfoy Manor znajdzie się coś takiego.

– Niechętnie to przyznaję, ale masz rację Granger – stwierdził ślizgon spoglądając na Hermionę w zamyśleniu; gdyby Harry nie znał Malfoy’a pomyślałby, że na jego twarzy maluje się ledwo zauważalne uznanie, na szczęście go znał i wiedział, że jest to złudne wrażenie. – Każda runa ma swoje korzenie, żeby ruszyć naprzód, musimy dokopać się do nich.

– Dokładnie tak! – pisnęła podekscytowana dziewczyna, ciesząc się, że ktoś ją rozumie.

– Wydaje mi się – wtrąciła McGonagall, spoglądając nieodgadnionym wzrokiem na ślizgona – że najlepiej będzie, gdy wybierze się pan w towarzystwie panny Granger do Malfoy Manor. Wasza wspólna wiedza może nam przynieść nieoczekiwane korzyści.

Malfoy zjeżył się na usłyszane słowa, o czym świadczył nieznaczny grymas, który na sekundy wykrzywił jego usta. Opanował się natychmiast i rzucił lekceważące:

– Wolę pójść sam.

– Też wolę, żeby poszedł sam – Ron oderwał się od planów taktycznych zaskakując swoją uwagą rozmawiających.

Minerva posłała w jego stronę karcące spojrzenie, sugerując, że jego wypowiedź była zbędna.

– Nie wygłupiajcie się – dodał Remus wyraźnie rozbawiony sytuacją. – Przyda ci się pomoc – skończył, wpatrując się w Malfoy’a.

– Nie przyda – obstawiał przy swoim chłopak.

– Jeżeli to problem to zawsze mogę wypisać na pergaminie wskazówki…

– Pójdę z nimi – zaoferował się Harry, przerywając zakłopotanej Hermionie.

Młody Weasley posłał Potterowi wdzięczny uśmiech, sądząc, że przyjaciel specjalnie z jego powodu zaproponował swój udział w podróży. Harry odwzajemnił gest, słysząc po chwili ciche podszepty sumienia mówiące mu, że jest odrażającym kłamcą. W rzeczywistości samopoczucie Rona w porównaniu z wyraźną niechęcią Malfoy’a, związaną z wizytą w jego posiadłości, było czymś zupełnie nieistotnym. Zakładał, że jedynie Hermiona może domyślać się prawdziwych pobudek, które nim kierują.

– Nie sądzę, aby wysłanie was obu przyniosło nam jakiekolwiek korzyści, nie licząc oczywiście połamanych kończyn i wybitych zębów – stwierdziła Minerva z wyraźnym grymasem na twarzy; ciągle pamiętając o wczorajszej kłótni młodzieńców i własnych ostrzeżeniach.

– Nie pozabijamy się – stwierdził Harry z przekonaniem.

– To twoja wersja Potter, moje oczy widzą coś innego – zripostowała kobieta.

– Nawet go nie dotknę.

– Mów za siebie Potter, ja nie mam żadnych obiekcji, by cię trochę poobijać.

– Twoją obiekcją powinna być długa noc spędzona w lochu – warknęła McGonagall zupełnie wytrącona z równowagi.

– Przypilnuję ich pani profesor – wtrąciła Hermiona, chcąc załagodzić spór.

– Nie sądzę, abyś była w stanie panno Granger.

Minerva długo wahała się, taksując zmęczonym wzrokiem stojącą przed nią młodzież; wyraźnie zmartwiona zaproponowanym pomysłem. Wiedziała, że każda minuta, którą Harry i Draco zmuszeni będą spędzić w swoim towarzystwie może skutkować katastrofą. Kobieta zacisnęła mocno powieki, uwydatniając drobne pajęczynki rozchodzące się od zewnętrznych kącików oczu. Stała tak kilka długich sekund, a gdy uchyliła tęczówki, jarzył się w nich zauważalny blask zdecydowania.

– Zatem ustalone. Powinniście zbierać się, jak najszybciej. Nie życzę sobie żadnych niespodzianek.

– To jakaś kpina – wyrwało się z ust Malfoy’a.

Minerva posłała w stronę ślizgona miażdżące spojrzenie. Chłopak w ostatnim akcie protestu rozchylił wargi, jednak z jego ust wydobyło się jedynie bezkształtne prychnięcie. Wypluł pod nosem kilka niesłyszalnych obelg, po czym warknął głośne „dobra” i wymaszerował z pomieszczenia. Harry i Hermiona posłali w swoim kierunku zdumione spojrzenia, wychodząc po chwili za niezwracającym na nich uwagi Malfoy’em.

Szli szybko, starając się nadążyć za zirytowanym młodzieńcem, co stanowiło pewnego rodzaju wyzwanie. W zawrotnym tempie przemierzyli jeden z korytarzy drugiego piętra, lądując w Sali Wejściowej. Harry przeklął pod nosem i zwolnił, zmęczony gonieniem ślizgona. W pewnym momencie przystanął oniemiały, wiercąc dziurę w oddalających się plecach Malfoy’a, który zamiast pokonywać schody dzielące go od wyjścia z zamku, zmierzał do Sali Aportacyjnej.

– Nie pomyliły ci się kierunki? – syknął z przekąsem.

– Nie – ślizgon rzucił lakonicznie, nie oglądając się za siebie.

– Malfoy, do cholery, gdzie ty idziesz?

– Muszę coś załatwić.

– Kpisz sobie?!

– Spotkamy się za pół godziny przy bramie głównej.

Chłopak zniknął w mroku korytarza, zostawiając osłupiałego Harry’ego.

Potter spojrzał na równie zdziwioną Hermionę i warknął:

– Nienawidzę go.

* * *


Harry opierał głowę o chropowaty pień starego dębu. Czuł nieprzyjemne zesztywnienie karku i lekkie mrowienie w czaszce spowodowane zbyt długim bezruchem, jednak z uporem maniaka wpatrywał się w kamienne smoki siedzące na wysokich filarach. Stworzenia poruszały się nieznacznie, zupełnie ignorując dwie małe postaci znajdujące się pod nimi. Tak jakby on i Hermiona byli nic nieznaczącymi muchami. Potter zamknął oczy i ponownie sięgnął myślami do Malfoy’a, złudnie wierząc, że może tym razem zaklęcie lokalizujące ujawni mu swoje działanie. Po raz kolejny odpowiedziała mu pustka, na co chłopak westchnął głośno.

– Możemy już wracać? – spytał; z góry wiedział, jaką otrzyma odpowiedź.

– On zaraz przyjdzie.

– Zaraz to będzie obiad, jest już piętnasta.

– Wiem, i?

– Czekamy od trzynastej.

– Dotarliśmy tu kwadrans po trzynastej.

Harry posłał przyjaciółce niedowierzające spojrzenie.

Hermiona siedziała na chłodnej od jesiennego powietrza ziemi. Bursztynowe promienie otulały jej lekko zaróżowioną twarz, znakomicie wtapiając jej postać w brunatno-rdzawo-złoty krajobraz. Jedynie blade palce skubiące ostatnie źdźbła zielonej trawy wyraźnie odcinały się od otoczenia.

– Nie rozumiesz, że ten dupek nas olał?

– Nie mógłby. Oznaczałoby to jawne sprzeciwienie się profesor McGonagall. Nie sądzę, aby był w stanie to zrobić.

Harry westchnął zrezygnowany i ponownie zapatrzył się w magicznie zaczarowane rzeźby. Zimny wiatr otarł się o jego twarz, wywołując na jego skórze minimalne dreszcze. Przygryzł wargę, starając się powstrzymać niechciane drżenie.

W pewnej chwili dostrzegł załamanie. Pajęczyna magii osiadłej na murach zaiskrzyła, a kamienne bestie zwróciły swoje łby w błękit nieba. Czarny cień przeciął horyzont, wylatując zza korony drzew za nim, błyskawicznie oddalając się od Camelot. Przypominał dużego ptaka, który potężnymi skrzydłami rozcina magię tworzącą świat. Harry zmrużył oczy w obawie, śledząc coraz mniejszą, a wkrótce niewidoczną, plamę.

Gdy stworzenie zniknęło smoki uspokoiły się, układając łby na potężnych łapach. Harry przełknął ślinę, po czym ponownie pomyślał o Malfoy’u. Poczuł niewielkie szarpnięcie i aż podskoczył z wrażenia. Hermiona posłała w jego stronę pytające spojrzenie, które ten zbył kiwnięciem głowy. Po raz któryś sięgnął w stronę rywala i z zaskoczeniem przyznał, że coraz bardziej wyczuwa jego obecność. Po chwili Malfoy wyłonił się z zarośli, a Harry’ego opanowało dziwne skrępowanie, gdy zrozumiał, że faktycznie jest w stanie dotrzeć do ślizgona. Wrażenie było na tyle niekomfortowe, wręcz ocierające się o intymne, że zamiast zacząć wrzeszczeć na chłopaka, spuścił jedynie wzrok mamrocząc ciche „w końcu”, starając się ukryć swoje zażenowanie.

Zauważając gryfonów Malfoy stanął jak wryty.

– Co wy tu robicie?

– Czekamy na ciebie? – odparła kąśliwie Hermiona.

Ślizgon wlepił w Granger zszokowane spojrzenie, po czym zaśmiał się szczerze. Ciepłe dźwięki rozniosły się po otoczeniu, dezorientując Pottera jeszcze bardziej.

– Nie wierzę. Myślałem, że wystarczająco długo was zbywałem, żebyście dali sobie spokój. Gdybym wiedział, przyszedłbym nieco później.

– Skończ już – wymamrotał Harry, ciągle wpatrując się pod nogi. – Jak widać gryfońska głupota zaskakuje nie tylko ciebie. – Mówiąc to oderwał się od drzewa i skierował w stronę przejścia, nie zaszczycając przy tym ślizgona nawet najmniejszym spojrzeniem.

Stanął za filarami i czekał, aż Hermiona i Malfoy do niego dołączą. Usłyszał szelest rozdeptywanych liści. Chwilę zajęło zanim znalazła się przed nim zmartwiona przyjaciółka, która z nieodgadnioną miną badała jego twarz brązowymi tęczówkami. Kątem oka dostrzegł ślizgona, który również spoglądał na niego uważnie.

Harry poczuł się niczym mityczny okaz Chrapaka Krętorogiego, który miał być jedynie głupim wymysłem Luny Lovegood, a okazał się być najprawdziwszym stworzeniem. Przez jego twarz przemknął zauważalny grymas niezadowolenia. Przymknął powieki, szybko odganiając z głowy dekoncentrujące myśli, i spojrzał na ślizgona ze zwyczajowym dla siebie wyzwaniem.

– I co teraz?

– Teraz musisz mnie złapać – stwierdził chłopak z przebiegłym uśmiechem zdobiącym jego usta.

– Co? – wypalił, językiem gładząc suche podniebienie.

– Złap mnie za ramię.

Malfoy uniósł brew, rzucając Potterowi jawne wyzwanie; rozluźniona postawa młodzieńca pokazywała, że rozdrażnienie Harry’ego dostarcza mu niezwykłej rozrywki. Z tego powodu ślizgon zupełnie zignorował, a nawet nie zauważył, dłoni Hermiony nieśmiało dotykającej jego ramienia. Ożywionym wzrokiem intensywnie przewiercał niepewnego gryfona, który utknął w gonitwie myśli.

– Potter, długo mam czekać?

– Cierpliwość to cnota.

– Z takim podejściem już zawsze będziesz dziewicą.

– Pieprz się.

Z całej siły ścisnął ramię Malfoy’a; wgniatając miękką skórę, aż do samych kości. Z satysfakcją dostrzegał niewielki grymas bólu przemykający po twarzy chłopaka, który w odpowiedzi obdarzył go zniesmaczonym spojrzeniem.

Po kilku sekundach Harry poczuł mocne szarpnięcie towarzyszące teleportacji. Przymknął oczy chcąc powstrzymać zawroty głowy, a gdy je otworzył, osłupiał z wrażenia. Właśnie zrozumiał, że Malfoy’owie nie tylko są bogaci, lecz są obrzydliwie, nieprzyzwoicie, nadludzko bogaci. Przełknął głośnie ślinę, wpatrując się z otępieniem w wysoką bramę, za którą znajdował się ogromnych rozmiarów dwór, do którego prowadziła żwirowa aleja otoczona idealnie przyciętymi żywopłotami.

– Serio Malfoy, pawie? – sarknął, dostrzegając białe ptaki dumnie kroczące ogrodowymi alejkami.

– Ojciec zawsze lubił sobie dogadzać. – Wiatr rozniósł ciche, wyprane z emocji dźwięki.

Harry spojrzał na ślizgona dostrzegając swoją dłoń ciągle spoczywającą na ramieniu chłopaka. Pośpiesznie oderwał palce od ciepłego ciała, równocześnie nie zdejmując z niego zaciekawionego wzroku. Długie chwile lustrował oblicze młodzieńca: chorobliwie bladą twarz ściągniętą w zamyśleniu, oczy przesłonięte niewidzialną mgłą, szybko pulsującą tętnicę skrytą pod cienką warstwą skóry i mocno zaciśnięte pięści. Zdziwił się, będąc świadkiem chwilowego odsłonięcia rywala. Zresztą nie tylko on.

– Wszystko w porządku? – Wyszeptała Hermiona; nie słysząc odpowiedzi, dodała:

– Draco?

Chłopcy spojrzeli na nią jednocześnie, równie mocno zszokowani. Wypowiedziane imię zawisło nad nimi niczym nieznane, egzotyczne zaklęcie.

Pierwszy z letargu ocknął się Malfoy. Całkowicie ignorując otrzeźwiające słowo i wpatrującą się w niego niepewną Granger, ruszył w stronę dworu. Gdy dotarł do bramy nie wykonał nawet najmniejszego gestu, by ją otworzyć, lecz przeszedł przez nią, jakby ta była utkana z cienkich smug dymu, a nie kutego żelaza. Ani razu nie sprawdził, czy towarzysze podążają za nim.

Harry z wyraźnym pytaniem w oczach spojrzał na Hermionę, która jedynie lekko wzruszyła ramionami i podreptała za Malfoy’em. Nie chcąc, by dziewczyna jako pierwsza dotarła do bramy, Potter zerwał się z miejsca, znacznie wyprzedzając przyjaciółkę. Racjonalna część mózgu mówiła mu, że skoro McGonagall, bez najmniejszego cienia zawahania, wysłała ich poza mury zamku jedynie w towarzystwie Malfoy’a, to chłopak nie powinien stanowić zagrożenia, jednak lata wzajemnej nienawiści i wykształcona w nim podejrzliwość względem rywala szeptały mu, że to wciąż ślizgon. I to nie byle jaki ślizgon, lecz sam Draco Malfoy, krew Lucjusza Malfoy’a, który w swoich fanatycznych zapędach ośmielił się wprowadzić śmierciożerców do Hogwartu. W głębi duszy obawiał się, że zaraz po przekroczeniu granic posesji zjawią się przed nim zwolennicy Czarnego Pana, pragnący go pochwycić. Z tego powodu wolał zostawić przyjaciółkę w tyle, by ta mogła bezpiecznie uciec. A przynajmniej starał się wierzyć w to, że Granger faktycznie postanowi uciec.

Serce głośno waliło mu o żebra, gdy wyciągał dłoń w stronę grubych prętów; przed oczami przebiegały mu miliony najczarniejszych scenariuszy. Zanim zbliżył opuszki palów i zdążył wyczuć fakturę materiału, stal przemieniła się w rozwiany obłok. Przełknął ślinę i przeszedł przez bramę, mocno ściskając ukrytą pod bluzą różdżkę. Znajdując się na terenie Malfoy’ów stanął w gotowości, ostrożnie rozglądając wkoło, czekając na nadchodzące starcie.

Nic się nie stało.

– Dobrze się czujesz? – usłyszał głos Hermiony, która z niedowierzaniem wpatrywała się w jego uniesioną różdżkę.

Ostatni raz rozejrzał się po okolicy, jednak nie rejestrując niczego podejrzanego, schował do kieszeni kawałek drewienka. Zarumienił się lekko pod oceniającym wzrokiem Granger. Przyjaciółka od razu domyśliła się, co powstało w głowie Pottera.

– Chodźmy, Draco czeka.

Harry skrzywił się, ponownie słysząc imię ślizgona otulone głosem przyjaciółki. Miał dziwne wrażenie, że Hermiona robi to celowo; karząc go za jego nieufność, poprzez podkreślanie tych pięciu znienawidzonych przez niego liter. Potter westchnął i ruszył w stronę dworu, tym razem będąc o krok za dziewczyną.

Malfoy czekał na szczycie szerokich stopni. Gdy Harry i Hermiona do niego podeszli zawahał się nieznacznie, jednak po sekundzie pchnął drzwi prowadzące do wnętrza rezydencji. Potter stanął niczym spetryfikowany widząc pomieszczenie. Rozchylił usta w osłupieniu, jednocześnie wodząc tęczówkami po lśniących ścianach, kamiennej podłodze i długich, okazałych schodach. Zadrżał, tkwiąc w wejściu do ociekającego bogactwem holu będącego jedynie marnym wspomnieniem swojej dawnej świetności. Harry od razu pojął, dlaczego Malfoy tak bardzo wzbraniał się od towarzystwa.

Otaczała ich sterta roztrzaskanych obrazów. Poszarpane płótna walały się pomiędzy połamanymi drewnianymi ramami, potłuczonymi wazami i zniszczonymi meblami. Wyraźnie nadpalone krawędzie przedmiotów świadczyły o całującym pomieszczenie ogniu, prawdopodobnie pochodzącym od porozrzucanych pochodni. Pośrodku pokoju dumnie sterczał powyginany, żeliwny żyrandol, który siłą uderzenia rozkruszył marmurową posadzkę przyozdabiając ją siateczką pęknięć. W niektóre z drobnych wyżłobień wlała się stearyna wypalonych świec; w groteskowy sposób wypełniła uszkodzenia, pozornie naprawiając rozchodzący się kamień. Rozszalałe klątwy swoje piętno odcisnęły nie tylko na podłodze, lecz również na ścianach. Z niegdyś nieskazitelnych powierzchni szczerzyły się głębokie wyżłobienia, odzwierciedlające siłę wściekłych zaklęć, którym przesłoniły drogę. Nieliczne dziury ciągle wylewały z siebie marmurowe łzy, usypując na posadzce niewielkie kopce gruzu.

Harry’ego otaczały zgliszcza złożone z okruchów, drzazg i popiołu. I z plam zaschniętej brunatnej krwi; upiornym szlakiem wędrującej po kamiennych schodach w głąb rezydencji.

– Merlinie, co tu się stało? – wyszeptała Hermiona.

– Myślałem, ze Malfoy’owie wiedzą co to porządek – wymknęło się z ust Harry’ego.

Hermiona zmroziła przyjaciela wzrokiem, równocześnie zszokowana usłyszanymi słowami. Ślizgon również posłał w stronę młodzieńca zdziwione spojrzenie, co było jeszcze większym ciosem. Potter w myślach zdzielił się przez łeb, gratulując sobie nadzwyczajnego taktu. Najgorszym, co mógł w tej sytuacji zrobić, było szydzenie z Malfoy’a, jednak dźwięki przetoczyły się przez gardło bez udziału jego woli. Wieloletnie sprzeczki sprawiły, że w stosunku do chłopaka nie znal reakcji innej niż kpina.

Harry, pod naporem Hermiony, zebrał się w sobie i postanowił coś burknąć, żeby załagodzić szykujący się spór, jednak uprzedził go Malfoy:

– Najwyraźniej odkąd ukradłeś nam skrzata mamy problemy z porządkiem – stwierdził z lekkim wyzwaniem na twarzy, przebijającym się przez wyraźne zmęczenie.

Odpowiedź ślizgona całkowicie zszokowała Pottera. Harry nie spodziewał się, że, stojąc pośrodku zmasakrowanego domu, Malfoy będzie w stanie wykrzesać z siebie energię na docinki.

– Dalsza część przedstawienia przed wami – dodał, po czym zaczął zmierzać w stronę schodów, butami rozkopując stojące na jego drodze przedmioty.

Liczne stopnie doprowadziły ich do obszernego, kwadratowego pomieszczenia, które z trzech stron, naokoło klatki, otoczone było masywnymi wrotami prowadzącymi do różnych pokoi. Naprzeciwko spocznika, w odległości około czterdziestu stóp od nich, znajdowała się naga ściana, wzdłuż której rozchodził się szeroki korytarz niknący za załamaniami komnat, w dwóch przeciwnych kierunkach.

Malfoy skręcił w prawo, przecinając wąskie przejście oddzielające klatkę od części mieszkalnej i zniknął za otwartymi drzwiami jednego z pomieszczeń. Był to wielki salon: z marmurowym kominkiem, długim, mahoniowym stołem i kryształowymi żyrandolami; równie mocno zdewastowany co hol poniżej. Minęli go bez słowa, przechodząc dalej, do połączonej z pokojem kuchni. Akty terroru w postaci zniszczeń i zaschniętych karmazynowych plamek były ich stałym towarzyszem. Dopiero gdy znaleźli się w zaciemnionym korytarzu, w którym majaczyły niewyraźne cienie mające swoje źródło w ogniu dogasającej pochodni, Harry dostrzegł zmianę. Za nim znajdowała się nienaturalnie jasna, w porównaniu do otaczającego ich mroku, ocalała łazienka, a po jego lewej stronie uchylone drzwi odsłaniały kawałek minimalistycznie urządzonego pokoju. Przed nim natomiast rozciągał się długi, skryty w czerni korytarz, którego prawą ścianę przyozdabiała smuga posoki.

Harry przełknął suchość w gardle, patrząc z wahaniem na Malfoy’a.

– Jesteś pewien, że jest tu bezpiecznie?

– A co Potter, strach obleciał? – spytał ślizgon, unosząc brew do góry.

– Co tu się stało? – dodała Hermiona, ignorując szykującego się do odpowiedzi przyjaciela.

– Nie twoja sprawa Granger.

Mówiąc to ruszył przed siebie, nie zwracając uwagi na niepewnych gryfonów.

Zanim dotarli do miejsca, gdzie ciemny tunel skręcał w lewo, minęli trzy, niedostępne dla ich oczu pomieszczenia. Wstęga krwi mknęła z nimi równym krokiem, towarzysząc im, aż do załamania korytarza. Zniknęła za ostatnimi drzwiami, pozostawiając na nich rozmazane skazy, podczas gdy oni minęli je bez słowa, idąc śladem przygaszonej ścieżki. Dotarli do najdalszych wrót, które Malfoy pchnął pewnie.

Uderzył w nich jaskrawy, oślepiający blask. Harry przymknął oczy, przyzwyczajając wzrok do wypływającego światła. Gdy jego tęczówki oswoiły się z blaskiem, Pottera ponownie uderzyła groteskowość sytuacji.

Stał w wysokim na kilkadziesiąt stóp, idealnie nienaruszonym pomieszczeniu. Przed nim rozciągała się długa aleja wyłożona lśniącymi, żółtawymi deskami. Otaczały ją wysokie na kilkadziesiąt stóp, równomiernie rozstawione drewniane kolumny, które wspierały łuki wyłożonego panelami, ciemnobrunatnego sklepienia. Pomiędzy filarami, w prostopadłych do głównej ścieżki korytarzach, dumnie sterczały wysokie aż do samego sufitu regały, po brzegi wypełnione księgami.

– To miejsce coraz bardziej mnie zadziwia – warknął zdezorientowany Potter.

– Taki był zamysł ojca, jednak on wolał słowo zachwyca.

– Nie interesuje mnie, co wolał twój ojciec.

– Myślę, że był tego świadom – odparł rozbawiony Malfoy.

Niewielki uśmiech błąkający się na ustach chłopaka zdradzał, że opuszczenie zdewastowanej części dworu wyraźnie go odprężyło.

– Tu jest pięknie – wyszeptała Hermiona, rozbieganym wzrokiem chłonąc detale pomieszczenia.

– Chociaż ty to widzisz – stwierdził, rzucając Harry’emu kpiące spojrzenie.

Potter w odpowiedzi przewrócił oczami.

Ruszyli w głąb alei, mijając co jakiś czas kamienne popiersia stojące na niewysokich kolumnach i szklane gabloty wyrastające pośrodku ścieżki, za którymi skryto stare pergaminy. Szli dość długo, lecz gdy zaczęli zbliżać się do końca korytarza zwieńczonego mahoniowymi schodami wędrującymi w dół, Malfoy skręcił w bok, wchodząc pomiędzy zapełnione regały. Obrzucił wzrokiem grzbiety ksiąg i stwierdził:

– No Granger, czas wziąć się do pracy. Księgi z tego regału, gdzieś z dziesięciu może piętnastu pierwszych rzędów, zapisane są w tych najstarszych runach. Cała reszta to nowsze pozycje odnoszące się do znanych nam run bądź tych z pogranicza epok.

– Tylko tyle? – wyrwało się Harry’emu; jak na tak obfitą biblioteczkę, kilka półek było dla niego marnym osiągnięciem.

– Nie kpij Potter, to o wiele więcej niż macie – spomiędzy warg Malfoy’a wypełznął niedowierzający syk.

Ślizgon odwrócił się od Pottera, po czym palcami zaczął śledzić opasłe grzbiety wystających woluminów.


* * *


Minęła godzina, w czasie której Harry udawał, że jest równie zafascynowany przeglądaniem zakurzonych ksiąg, co Malfoy i Hermiona. Nierozumiejącym wzrokiem przejeżdżał po tajemniczych symbolach, zatrzymując się dłużej na ładnych okładkach. Gdy jakaś wydała mu się nadzwyczaj zjawiskowa, finezyjna bądź tajemnicza, bez większego skrępowania dorzucał ją do ciągle rosnącej sterty egzemplarzy przeznaczonych do zabrania. W rzeczywistości usilnie starał się ignorować zażarte dyskusje, jakie toczyli między sobą nie zwracający na niego uwagi towarzysze. Fakt, że ślizgon i przyjaciółka, co chwilę wymieniali między sobą jakieś spostrzeżenia, opinie i pytania niesamowicie irytował Harry’ego.

W pewnym momencie Potter westchnął zrezygnowany i odwrócił się do kompanów; plecami oparł się o niewygodny regał, zakładając w międzyczasie ręce na piersi. Zaczął obserwować wspiętą na palcach Hermionę, starającą się dosięgnąć zbyt wysokiej półki.

– A co z tą? – spytała Malfoy’a, opuszkami palców trącając rubinowe runy zdobiące złotą księgę.

Harry musiał przyznać, że egzemplarz był nadzwyczajnie ładny, i gdyby to on go znalazł, z pewnością dorzuciłby do zgromadzonej kupki. Ślizgon był innego zdania:

– Nieistotna – rzekł, uprzednio spoglądając na wzory niezrozumiałe dla Granger.

Stanął przy dziewczynie, która pomimo wyciągniętego ciała i tak była od niego niższa, i bez większego problemu wcisnął na miejsce na wpół wysuniętą księgę. Hermiona zmroziła go spojrzeniem, gdy w tak prosty sposób zniweczył efekt jej kilkuminutowych starań. Malfoy w odpowiedzi posłał gryfonce pobłażliwy uśmiech.

– Chyba na dzisiaj wystarczy, zresztą nasze książątko zdążyło się już znudzić – dodał, spoglądając na opierającego się Pottera.

– Wal się – Harry odparł krótko.

– Jak subtelnie.

Potter posłał w stronę rywala nieprzyjemny uśmiech, na co ten zareagował lekkim uniesieniem brwi. Postawa chłopaka wyraźnie rzucała mu niewypowiedziane „Naprawdę, Potter, nie stać cię na więcej?”.

Harry zignorował wyzwanie. Po chwili Malfoy również odpuścił.

– Zanim wrócimy do Camelot zajrzę jeszcze do gabinetu ojca, może znajdę tam coś ciekawego – stwierdził ślizgon, kierując swoje słowa do Hermiony. – Chwilę mi to zajmie, więc w tym czasie zapakujcie tę stertę – mówiąc to skinął głową na kopiec.

Odwrócił się do niech plecami, jednak zanim odszedł, rzucił do Hermiony przez ramię:

– Jak chcesz, Granger, to możesz wziąć ze sobą coś jeszcze, tylko nie przesadź z ilością.

W oczach dziewczyny zapłonęły bezgraniczne ogniki wdzięczności. Malfoy widząc reakcję gryfonki skrzywił się nieznacznie, jednak darował sobie kąśliwe uwagi przeskakujące po jego strunach. Odwrócił głowę i wszedł na główną aleję, kierując się w stronę jej końca. Harry w pośpiechu wychylił się zza regału, odprowadzając spojrzeniem schodzącego po schodach młodzieńca.

Potter zerknął na przyjaciółkę, która zamiast zająć się pakowaniem wybranych egzemplarzy tęczówkami wodziła po niezbadanych księgach. Harry zaśmiał się pod nosem. Podszedł do dziewczyny i zabrał z jej ręki torbę ulepszoną zaklęciem zmniejszająco-zwiększającym.

– Idź, wrzucę to za ciebie.

– Nie wrzucaj! Ułóż! – rozkazała Hermiona.

Potter pokręcił jedynie głową, po czym przytaknął. W odpowiedzi przyjaciółka obdarzyła go promiennym uśmiechem.

– Zaraz wrócę, dosłownie za chwilę.

– Na pewno – wyszeptał do oddalających się pleców.

Gdy spakował wszystkie woluminy, zgodnie z zaleceniami Hermiony układając je, a nie wrzucając, co w jego ocenie wyszło z marnym skutkiem, ponieważ nie mógł znaleźć dna tej piekielnej torby, stwierdził, że pojęcie chwili jest czymś bardzo względnym. Zarówno chwila w wykonaniu Malfoy’a, jak i Granger, była bardzo długa, w porównaniu z chwilą, jaką zajęło mu chowanie ksiąg.

Westchnął zrezygnowany, po czym zostawił torbę i postanowił znaleźć Hermionę. Szedł wzdłuż głównej alei rozglądając się na boki, sądząc, że w którymś z korytarzy dostrzeże zaczytaną przyjaciółkę. Zdziwił się, gdy dotarł do drewnianych drzwi, po drodze nie zauważając obecności gryfonki. Przygryzł wargę w zaniepokojeniu, jednak nie miał zamiaru panikować. Przez głowę przebiegła mu myśl, że prawdopodobnie Hermiona postanowiła skorzystać z mijanej przez nich łazienki. Z tym przekonaniem pchnął wrota, ponownie otulając się mrokiem korytarza. Przyzwyczaił oczy do ciemności i w kilku szybkich krokach przemierzył prosty odcinek, przystając na zakręcie. Wykręcił głowę w kierunku jaskrawego miejsca, a szeroko otwarte drzwi powiedziały mu, że pomieszczenie jest puste.

Drgnął delikatnie, chcąc zawrócić do biblioteki, jednak jego oczy zatrzymały się na zakrwawionym wejściu. Niczym zahipnotyzowany wpatrywał się w ciemne ślady szpecące niegdyś piękne deski. Wiedział, że powinien odejść, zignorować przerażające plamy, szanując w ten sposób wolę Malfoy’a.

Nie potrafił tego zrobić.

Wziął głęboki oddech, wyrzucając z głowy uciążliwe myśli, i złapał za klamkę. Pod dłonią wyczuł nieprzyjemną, chropowatą fakturę zaschniętej krwi, oblepiającej przedmiot. Przezwyciężył odruch wymiotny i pchnął ciężkie drzwi, które otworzyły się przed nim bezgłośnie. Zdezorientowanie przebiegło po jego twarzy.

Wszedł do niedużego, jak na Malfoy’ów, nienaruszonego pomieszczenia. Naprzeciwko niego znajdowało się okno, zajmujące co najmniej połowę ściany, po którego lewej stronie stało wysokie łóżko z przesłoniętym baldachimem. Kilka stóp od posłania mieściła się komoda, sięgająca Harry’emu do połowy uda, natomiast naprzeciwko niej, w drugiej części pokoju, sterczała duża szafa. Pomieszczenie, pomimo bogactwa mebli, było nagie. Ściany przyozdabiały dwa bezbarwne obrazy oraz niewielka ramka stojąca na blacie. I krew, zaschnięta na puchatym dywanie, kumulująca się przy łóżku w wyraźnej plamie.

Harry przełknął ślinę i zaczął zbliżać się do łóżka. W połowie drogi jego wzrok przyciągnęła poruszająca się fotografia. Zdjął ramkę z komody i przyjrzał się uchwyconej scenie. Na zdjęciu stała wysoka, dumnie wyprostowana kobieta. Jasne włosy częściowo spinał jej kok, a częściowo swobodnie opadały na smukłe ramiona, otulając łabędzią szyję. Delikatnym spojrzeniem co chwilę wędrowała w kierunku wiercącego się chłopca, na którego ramieniu zaciskała szczupłą dłoń. Młodzieniec, około pięcio-sześcio letni, uśmiechał się wesoło i z łobuzerskimi ognikami w oczach ciągnął matkę za długą suknię.

Harry zachłysnął się śliną rozumiejąc, że właśnie spogląda na młodą Narcyzę, a szczerze uśmiechnięty, niezdyscyplinowany chłopiec, to nie kto inny, a Draco Malfoy. Szybko odłożył fotografię chcąc wyrzucić z głowy intymny obraz, którego z pewnością nie powinien zobaczyć. Wszystkie atomy w jego ciele krzyczały, że zdecydowanie powinien stąd wyjść, jednak zaschnięta krew pod przesłoniętym łóżkiem boleśnie go ciekawiła. W kilku krokach podszedł do baldachimu i gwałtownie rozsunął aksamitny materiał. Stanął niczym osłupiały, rozumiejąc, że tego obrazu też prawdopodobnie nie powinien widzieć.

Przed nim znajdowała się długa, chabrowa suknia, trochę przypominająca tą ze zdjęcia. W wielu miejscach była rozdarta, przypalona i przede wszystkim zakrwawiona. Harry wyciągnął dłoń w jej stronę, chcąc przejechać opuszkami palców po materiale, jednak po sekundzie rozmyślił się i szybko cofnął rękę. Przymknął oczy i zrozumiał, że chce wyjść z pomieszczenia. Jak najszybciej. Dopóki nikt go nie przyłapał.

Odwrócił się i zamarł.

– Nie zgubiłeś się przypadkiem, Potter? – ostre dźwięki wypłynęły z ust stojącego w drzwiach Malfoy’a.

Harry zadrżał, po raz pierwszy widząc tak bardzo rozwścieczonego ślizgona.
Dunia Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 25
Dołączył(a): 16 wrz 2016, o 19:53


Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości

cron