[NZ][T] Piękny świat (6/11)

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez Lasair » 24 lut 2017, o 14:39

Tak, reszta rozdziałów zostanie przetłumaczona przez mnie. :)
- Nie masz apetytu, serdeńko?
- Nie, chcę czytać.

Draco is a minefield, and the sensible thing to do would be stay the hell away, but Harry doesn't think he can do that.

AO3
(fiki dodaję stopniowo, cierpliwości)
Lasair Offline

Avatar użytkownika
Naczelny Windykator Forum
 
Posty: 232
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 19:48

Postprzez Lucifar » 24 lut 2017, o 21:03

Chwalmy Drarrowego Pana, dziękuję :D
Lucifar Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 6
Dołączył(a): 24 sie 2015, o 14:07

Postprzez Kaczalka » 1 paź 2018, o 12:23

Nie wiem, czy to ma sens, bo na forum prawie martwa cisza, ale Lasair porzuciła oba opowiadania, które przejęła po poprzednich tłumaczkach, i wyraziła zgodę, żebym to ja je kontynuowała. A mnie się czasem jeszcze troszkę chce ;)
Co będzie z Tempus Fugit, na razie nie mam pojęcia, bo tekst jest wyjątkowo niewdzięczny i nie wiem, czy będzie mi się chciało z nim męczyć, ale Piękny świat skończę, przecież to klasyk i żal, żeby tak wisiał przełożony prawie w połowie.
Jednak nie gwarantuję żadnej regularności, a już na pewno szybkiego tempa.
Za betunek wielkie, wielkie dzięki Donnie.


Rozdział szósty

Po długim dniu kopania bolało go całe ciało, więc Draco, czując się dziwnie zadowolony, poszedł do łóżka zaraz po wieczornym prysznicu. Pracę w ogrodzie skończyli przed kolacją i Sprout przyszła, żeby sprawdzić, jak się spisali.
Uśmiechnęła się promiennie.
— Cudownie, po prostu cudownie.
— Posadzi tu pani zioła? — zapytał Harry, rozłożony na plecach na trawie.
Profesor Sprout ponownie uśmiechnęła się szeroko, wyjęła różdżkę i rzuciła kilka zaklęć, dzięki którym dziura wypełniła się ziemią.
— Nie, chcę założyć polny ogród zimowy.
— Polne kwiaty nie rosną zimą — poinformował ją Harry.
— I właśnie dlatego zamierzam go „założyć” a nie „posadzić”. Zabezpieczę ziemię tak, żeby nie zamarzła, a rośliny ochronię za pomocą magii. W tym projekcie pomogą mi uczniowie z pierwszej klasy — wyjaśniła. — Kwiaty zakwitną, zanim nadejdzie zima.
Twarz Harry’ego nagle przybrała smutny, niemal tęskny wyraz.
— Chcę to zobaczyć — oznajmił cicho.
Profesor Sprout pogodnie zaproponowała, żeby odwiedził to miejsce zimą.
— Przecież — przypomniała im — razem z panem Malfoyem włożyliście w tę pracę sporo czasu i wysiłku. Praktycznie ogród należy do was dwóch.
— Nie lubię polnych kwiatów — powiedział „subtelnie” Draco.
— Ja lubię — szepnął Harry, w zamyśleniu kopiąc trawę stopą.
Teraz, leżąc w swoim łóżku, wciąż nieco wilgotny po prysznicu, Draco uśmiechnął się nieco sennie. Był tak wyczerpany, że wątpił, by coś mu się dzisiaj przyśniło.
A jednak się mylił.
Oczywiście wcześniej miał już kilka erotycznych snów, ale nigdy dotąd tak mocno na niego nie podziałały, nigdy nie obudził się w innej pozycji, niż zasnął. Przez rozmowy, jakie inni chłopcy prowadzili czasem w szatni, zanim on sam tego doświadczył, niemal doszedł do wniosku, że to jakiś rytuał przejścia w dorosłość, i rankiem po przebudzeniu będzie odmieniony. Ale nigdy nie obudził się ani spocony, ani z ciężkim oddechem, ani głupio rozchichotany jak jego rówieśnicy. Teraz było inaczej.
Śnił o Harrym.
Najdziwniejsze jednak, że sen nie był tak naprawdę erotyczny, nie w jawnie seksualny sposób, a mimo to Draco zbudził się, oddychając szybko, z ciałem boleśnie pobudzonym.
We śnie była noc, a on spacerował w jakimś nieznanym miejscu. Nad głową miał czyste niebo, wiatr nie wiał, panowała cisza. Nagle znalazł się przy dużym, prostokątnym wgłębieniu: grządce pod ogród kwiatowy, który wczoraj przekopali. Harry leżał w nim z rękami nad głową i szeroko otwartymi oczami, i wpatrywał się w niebo. Na jednej z kości policzkowych miał smugę brudu.
— Tam są robaki — powiedział Draco.
— Nie boję się robaków.
— A czego się boisz?
Harry uśmiechnął się z oczami wciąż wpatrzonymi w niebo, jakby wcale nie zwracał na Draco uwagi.
— Chcesz o to walczyć? — zapytał.
— O co?
— O to, czego się boję. Może powalczymy, a ten, kto wygra, wybierze, czego się boję.
— A jeśli to ty wygrasz, co wybierzesz?
— Właśnie to. Wybiorę strach przed tym.
We śnie Draco wiedział, że Harry nie mówi o dziurze w ziemi, wyglądającej zaskakująco podobnie do grobu, czy o letniej nocy. Mówił o Draco i Harrym, i o ich dziwnej przyjaźni, która wcale nie była przyjaźnią, ale i tak wszystko to wydawało się całkowicie logiczne.
A potem sen się zmienił. Nocne niebo rozjaśniło się jak przed świtem. Po chwili Draco zorientował się, że w ogóle nie było już nieba, jedynie sufit, a na nim tańczące światło pochodni, które tylko przypominało wschodzące słońce. Byli w Hogwarcie, lecz Draco nawet nie zastanawiał się, jak znaleźli się tam tak szybko. Logiki snu się nie kwestionuje.
Mieli na sobie szkolne szaty, choć policzek Harry’ego wciąż pokrywała smuga brudu. Stanęli naprzeciw siebie z różdżkami w dłoniach.
Harry odchylił głowę nieco w bok i uśmiechnął się ironicznie.
— Nie zdołasz mnie dosięgnąć — zadrwił.
— Wcale nie chcę — odparł Draco, ponieważ takiej odpowiedzi od niego oczekiwano.
Uniósł różdżkę, ale Harry był szybszy. Klątwa pojawiła się jakby znikąd. Draco wiedział, choć nie miał pojęcia, skąd wie, że to zaklęcie uśmiercające, ale je odparł. Odpowiedział Rictusemprą, lecz jego zaklęcie ominęło cel i odbiło się od kamiennego muru, pozostawiając na nim czarny ślad przypalenia.
Odchylając głowę do tyłu i śmiejąc się beztrosko, Harry wysłał kolejną klątwę, a potem jeszcze jedną, bez trudu omijając zaklęcia, którymi Draco odpowiadał.
Klnąc pod nosem z powodu własnej nieskuteczności, Draco zaczął powolutku skradać się w stronę Harry’ego, po drodze uchylając się od jego zaklęć, aż w końcu zapędził go w zaułek bez wyjścia. Był to ślepy korytarz.
Ich różdżki wiły się w dłoniach jak węże, które nagle zamieniły się w miecze. Na klindze Harry’ego widniało wyryte słowo „Gryffindor”, jednak ostrze Draco pozostało dziwnie puste.
Pokręcił mieczem nad głową i wymierzył cios w dół z morderczą siłą, która powinna powalić przeciwnika, gdyby tylko Harry nie zareagował tak szybko. Draco syknął, ostrze ze świstem przecięło powietrze. Stal napotkała stal, a po korytarzu rozniósł się echem ostry dźwięk. A potem stęknięcie, kiedy Harry zablokował cios, zatrzymując go zaledwie kilka centymetrów od swojej twarzy. Nie śmiał się już, zaciskał zęby i mrużył oczy, starając się uniknąć ostrza.
— Nie zakocham się w tobie — wydyszał.
Tym razem to Draco wykrzywił ironicznie usta i szepnął:
— To brzmi jak groźba, Potter.
I nagle miecze znikły, podłoga się zapadła, a oni spadali, zdawałoby się że przez wieczność.
Gdy wylądowali, Harry leżał na plecach, a Draco na nim, przygważdżając go do ziemi. Harry uśmiechnął się lekko i figlarnie.
— Tym razem było zupełnie inaczej — powiedział.
A potem Draco się obudził.
Leżał na plecach, oddychając nierówno, jego ciało lepiło się od potu. Zamknął oczy i jęknął cicho, przypominając sobie szczegóły snu. Zadrżał, nagle ogarnięty przerażeniem.
To było nienormalne, niewłaściwe. Właśnie śnił o Harrym Potterze, a jego ciało zareagowało na sen tak jak nigdy wcześniej.
— O boże — wyszeptał, zakrywając twarz dłońmi. Wręcz mdliło go ze strachu. Nie, wcale mu się to nie przyśniło, absolutnie nie mogło mu się przyśnić.
Jednak wiedział, że się okłamuje, jego ciało było na to najlepszym dowodem. Teraz już rozumiał, co inni chłopcy mieli na myśli, gdy po przebudzeniu mówili, co czuli w stosunku do kogoś, o kim śnili. I tylko on uważał, że to bzdury. Ale żenada.
Bo oczywiście wcześniej nigdy nie zbudził się z takiego snu o Harrym Potterze.
— O mój boże — jęknął ponownie, wciskając twarz w poduszkę.

***

Spóźnił się do biblioteki, bo nie sądził, że mógłby po drodze tak po prostu wpaść na Harry’ego. Był przekonany, że ma wypisane na twarzy, co przyśniło mu się zeszłej nocy i Harry zaraz się wszystkiego domyśli. Była niedziela i uzgodnili, że się spotkają i przez cały dzień pouczą do egzaminów.
Dotarł do drzwi biblioteki i stchórzył nagle. Co najmniej trzykrotnie decydował się raz na odejście, raz na pozostanie, wreszcie odwrócił się i postanowił nigdy tu nie wracać. I właśnie wtedy niemal zderzył się z Harrym, który najwyraźniej również się spóźnił.
— Och. Draco — wybąkał Harry.
— Co?
— Po prostu mnie zaskoczyłeś. Myślałem, że jesteś już w środku.
Draco udawał, że się rozgląda wokół, przy okazji zerkając na Harry’ego, po czym szybko odwrócił wzrok, rzucił na niego kolejne niezdecydowane spojrzenie i odchrząknął.
— Hmm — mruknął. Mógł skomentować, jakie to dziwne, że Harry nazwał go po imieniu, ale dzielnie walczył ze swoim umysłem, choć walka zdawała się z góry skazana na porażkę, aby wygnać z głowy wspomnienia snu. Przecież głupi sen o pojedynku z Harrym Potterem nie powinien tak bardzo nim zawładnąć!
— Wszystko w porządku? — zapytał Harry. — Wyglądasz okropnie, chyba masz gorączkę — dodał z troską.
— Nic mi nie jest — wychrypiał Draco, odwrócił się i wbiegł do biblioteki.
Zanim Harry do niego dołączył, zdążył rzucić książki na stolik, otworzyć jedną z nich i ukryć za nią twarz, udając, że czyta. Słyszał, jak Harry siada naprzeciwko i kładzie własne książki, a potem zapada cisza. Przesunął się nieco, tak żeby książka całkowicie go zasłaniała, jednak własne trzęsące się ręce wprawiły go w niepokój.
Najwyraźniej wszystko to, co opętało go ostatniej nocy i zainspirowało ten straszny sen oraz poranny dyskomfort, wciąż w nim tkwiło. A przebywanie na tyle blisko Harry’ego, by słyszeć jego oddech, utrudniało skupienie się na czymkolwiek innym.
Gdy Harry dotknął jego ręki, Draco odrzucił książkę i wydał z siebie skrzeczący dźwięk. Spojrzał na niego z urazą.
— Co?
— Jesteś na coś zły? — zapytał Harry, przygryzając wargę.
Draco wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, w białe zęby wbite w różową skórę. Nagle zaczerwienił się i uciekł wzrokiem.
— Nie.
— No to co się stało?
Harry miał chyba dzisiaj dziwny nastrój, jakiś tęskny, zamyślony i smutny. Draco popatrzył na jego twarz i zaraz spuścił wzrok na stół.
— Zeszłej nocy miałem pokręcony sen i przez to jestem nerwowy — wymamrotał zgodnie z prawdą.
— Koszmar?
— Nie — odparł Draco z grymasem.
— Co było w tym śnie? — dociekał Harry, a jego oczy błyszczały tym odcieniem, który Draco tak uwielbiał.
Westchnął.
— Ty, leżałeś w dziurze wykopanej w ziemi.
— Martwy? — Harry wyglądał na tak szczerze strapionego, że Draco pospiesznie go uspokoił.
— Nie, tylko jakiś dziwny. Walczyliśmy na miecze, a potem spadaliśmy. To wszystko.
— Tylko tyle? To o co się tak denerwujesz? — Harry sceptycznie uniósł brwi.
— Wcale się nie denerwuję. Zapomnijmy o tym, dobrze? Muszę się uczyć.
Harry wyglądał na urażonego, ale posłusznie nie kontynuował tematu. Oparł podbródek na dłoni i niespokojnie wędrował wokół oczami. Draco z ulgą ponownie skupił się na książce, tym razem naprawdę próbując czytać, a nie tylko udawać. Było mu jednak trudno; nigdy nie był tak świadomy obecności innej osoby jak teraz Harry’ego Pottera. Za każdym razem gdy jego towarzysz westchnął, zmienił pozycję czy przeczesał palcami włosy, Draco unosił oczy znad czytanej kartki i obserwował go.
— Możesz się uczyć — warknął.
— Nie, wcale nie zamierzam. Obleję każdy egzamin.
— Celowo?
— Nie, chodzi o to, że nie widzę w tym sensu.
Draco wywrócił oczami i kontynuował lekturę. Chwilę później Harry wstał i zniknął gdzieś za półkami. Wzdychając głośno, Draco odłożył podręcznik. O ile obecność Harry’ego przy stoliku była rozpraszająca, to jego nieobecność wydawała się jeszcze gorsza.
Niecierpliwie odczekał, aż Harry wróci, niosąc w rękach ogromną księgę, po czym ponownie zajął się czytaniem. Udało mu się przebrnąć niemal przez całą stronę, nim ciekawość wzięła górę.
— To nie jest kolejna książka o śmierci, prawda, Potter? — zapytał.
Harry spojrzał na okładkę i przeczytał tytuł:
Starożytne ceremoniały pogrzebowe w kulturach z różnych stron świata.
— Ach, rozumiem. Nigdy bym nie pomyślał, że Chłopiec, Który Przeżył, jest takim maniakiem śmierci.
Harry wzruszył ramionami, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
— Nie jestem maniakiem. Chcę tylko wiedzieć.
— Ale po co? Kiedy przyjdzie twoja kolej, będziesz martwy i nie będzie cię to obchodziło.
Teraz Harry wyglądał na rozgniewanego, co bardzo Draco zaintrygowało.
— Zamknij się, Malfoy. Nie wiesz, o czym mówisz — warknął i wrócił do czytania.
Draco nie poszedł jego śladem. Zastanawiał się, czy Harry zdaje sobie sprawę, że gdy się koncentruje, wsuwa między wargi sam czubek języka, albo że dwoma palcami lewej dłoni stuka w górny róg książki. Oraz że trzykrotnie machnął głową, by odsunąć włosy z oczu, zanim zdenerwował się na tyle, by sięgnąć do nich prawą ręką i je odgarnąć. I jeszcze że bardzo często mrugał powiekami, gdy jego wzrok uciekał w przestrzeń, kiedy analizował to, co właśnie przeczytał.
Oczywiście każdy, kto zauważał takie rzeczy, a szczególnie chłopiec, który zauważał je u innego chłopca, musiał być szalony, uznał Draco, niechętnie odwracając spojrzenie. Jednak powrót do oschłego i nudnego podręcznika nie wydawał się tego wart po ekscytującym, badawczym przyglądaniu się Harry’emu. Z ust uciekło mu ciche westchnienie.
— Słyszałem o pogrzebie, gdzie ciało zmarłego układano na płaskodennej łodzi — odezwał się Harry niespodziewanie i uniósł głowę, by sprawdzić, czy jego towarzysz zwraca na niego uwagę.
Draco zwracał, a jakże.
— A potem wypycha się tę łódkę na rzekę, jezioro lub ocean i strzela do niej płonącymi strzałami, aż stanie w ogniu.
Draco zamrugał powoli, wpatrując się w usta Harry’ego. Jego słowa ledwie do niego docierały. Merlinie, co z nim było nie tak?
— Wiesz może, w jakim kraju tak robiono? — zapytał Harry po długiej chwili.
— Po co chcesz to wiedzieć? — Draco powiercił się niespokojnie.
— Bo kiedy umrę, właśnie takiego pogrzebu chcę. Tylko nie wiem, jaka to kultura.
Draco uśmiechnął się lekko.
— Założę się, że w przypadku takiego bohatera jak ty nie pozwolą na podobne traktowanie. Prawdopodobnie na jakiś czas wystawią twoje zwłoki na pokaz, a potem pochowają pod jakimś pomnikiem z gigantyczną tablicą, na której wypiszą wszystkie twoje dokonania.
Harry nagle zrobił się blady i Draco poczuł skruchę. Zanim jednak zdążył cokolwiek dodać, Harry szepnął:
— Naprawdę tak myślisz?
— A skąd, do diabła, mam wiedzieć, co z tobą zrobią? — odparł Draco nieco zawstydzony, że tak bardzo przeraził Harry’ego.
— A co, jeśli nie dokonałem aż tylu dobrych uczynków, żeby zapełnić całą tablicę? — spytał Harry, wciąż ziemisty na twarzy i przestraszony.
Draco prychnął.
— Czy wielki Harry Potter przed śmiercią nie ocali świata przynajmniej dwanaście razy? Cholera, Potter, nawet ja będę rozczarowany — powiedział, co w zamyśle miało być żartem, jednak oczy Harry’ego napełniły się czymś podejrzanie podobnym do łez i Draco poczuł się tak, jakby właśnie zabił mu ukochane zwierzątko. — Harry, nie mówiłem poważnie — dodał.
— W porządku, to nie ma znaczenia.
Draco westchnął z frustracji, wyciągnął rękę i dotknął lekko dłoni Harry’ego w geście pocieszenia.
— Przepraszam — wymamrotał.
Harry odwrócił dłoń tak, że teraz obie stykały się wewnętrzną stroną.
— Zapomnij o tym — powiedział swobodnie, lecz w jego oczach wciąż gościł mrok, którego Draco nie potrafił zapomnieć.

***

— Widziałam cię dzisiaj w bibliotece — powiedziała Hermiona, gdy Harry późnym wieczorem wszedł do pokoju wspólnego.
Harry zatrzymał się, zaskoczony.
— Tak? A ja cię nie widziałem.
Hermiona zacisnęła usta.
— Wcale mnie to nie dziwi — odparła wreszcie. Wydawała się czymś wyjątkowo zakłopotana i dlatego mówiła ostrożnie, łagodnie.
— O co ci chodzi?
— Byłeś tam z Malfoyem.
— Przecież ci wyjaśniłem, że Dumbledore kazał nam się uczyć razem.
— Ale Harry… — Hermiona odchrząknęła i rozejrzała się wokół, aby sprawdzić, czy nikt nie siedzi na tyle blisko, żeby ich podsłuchać. — Trzymałeś go za rękę.
Harry był tak zaskoczony, że niemal się zakrztusił.
— Co? To nieprawda! — wykrzyknął.
— Widziałam! — upierała się Hermiona.
Marszcząc brwi w dezorientacji, Hary nagle uświadomił sobie, że się śmieje. Przyjaciółka otwarła szeroko oczy i już rozchyliła usta, żeby coś powiedzieć, ale ją ubiegł.
— Nie trzymał mojej ręki. Sprawił mi przykrość i w ten sposób mnie przepraszał.
— Draco Malfoy nie przeprasza — stwierdziła Hermiona oschle.
— Nie, nie przeprasza — zgodził się z nią Harry potulnie. — I nie trzyma w bibliotece innych chłopców za rękę.
Hermiona uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.
— Masz rację. Jednak mimo to widok był dziwny.
— To znaczy? — spytał Harry, marszcząc brwi.
— Nie, nic. Nieważne. Prawdopodobnie nadal do mnie nie dociera, że spędzasz z nim tak dużo czasu. To nie wydaje się normalne, ale ja ostatnio byłam taka zajęta. Pewnie dlatego zmuszono cię, żebyś się z nim uczył. Ja i Ron przygotowywaliśmy się do egzaminów i zajmowaliśmy się tym przeklętym Klubem Broni.
Harry odwrócił wzrok, gdy nagle do niego dotarło, jak straszliwie źle przyjaciółka będzie się czuła po jego urodzinach. Tak naprawdę, chyba że Dumbledore dokona jakiegoś cudu, zapewne po następnym półtora tygodnia nigdy już nie zobaczy jej i Rona.
Na tę myśl jego żołądek niemal wywrócił się na drugą stronę. Oczywiście nie mógł im powiedzieć. Nie potrzebowali, by on i jego fatum Chłopca, Który Przeżył, po raz kolejny odciągali ich od normalnego życia.
— To nie wasza wina — zapewnił stanowczo, ale cicho. — Nic z tego, co się dzieje, nie jest waszą winą. Zapamiętaj to, dobrze? Nieważne, co się wydarzy.
Hermiona zaśmiała się nerwowo.
— Czemu czuję się tak, jakbyś się ze mną żegnał? — Zmrużyła oczy i spojrzała na niego, zagryzając wargę. — Mój boże, Harry, kiedy to się stało?
— Co się stało?
— Twoje spojrzenie. Jest o wiele mroczniejsze niż wcześniej.
Harry odsunął się gwałtownie i zaśmiał ponuro, przypominając sobie te dni, zanim dowiedział się, że umrze. Wściekał się, ponieważ nikt nie zauważył zmiany w jego oczach. A teraz zapragnął, by Hermiona patrzyła gdziekolwiek, byle nie na niego, ponieważ bał się, że mrok w jego duszy jest zbyt wielki i w jakiś sposób mógłby ją zatruć.
— To tylko światło — odparł lekceważąco.
I wtedy wszedł Ron, w ubraniu mocno poplamionym trawą, cały rozpromieniony i chętny, by opowiedzieć im o ostatnim spotkaniu klubu. Dzisiaj uczyli się o broni palnej.
Harry z bólem zrozumiał, że za nimi tęsknił, kiedy Hermiona sugerowała, że nauka do egzaminów byłaby lepszym sposobem na spożytkowanie wolnego czasu. I wiedział, że potem zatęskni za nimi jeszcze bardziej.
Nagle uczucie to stało się nie do zniesienia i Harry desperacko zapragnął, żeby Draco tu był, ponieważ znów ogarnęło go wrażenie, jakby wszystko wokół się rozpadało i nie było realne, a tylko obecność Draco mogła go rozproszyć i sprawić, aby świat rzeczywisty znów stał się prawdziwy. Teraz jednak nie mógł się z nim spotkać, nic nie było w stanie zmusić go, aby opuścił Hermionę i Rona, tak znajomych, bezpiecznych i doskonałych w swoich przekomarzaniach, kłótniach i przyjaźni.
Co oznaczało również, że nie mógł pociąć sobie ręki, więc na dobre wychodziło.
Niedługo później poszli razem na kolację. Po drodze Harry starał się bardzo nadążać za rozmową i po prostu cieszyć towarzystwem przyjaciół po raz pierwszy od wielu tygodni, nie analizując w myślach raz po raz błędów, jakie popełnił, ale pamiętając, dlaczego w ogóle się ze sobą zaprzyjaźnili i jak bardzo chciał, aby to się nie skończyło. Zignorował spojrzenie, które Hermiona posłała Ronowi nad jego głową, co nie było trudne, skoro był sporo od nich niższy. Najwyraźniej martwili się o niego, a Harry nawet nie chciał myśleć, że uważają go za lepszego od siebie. Bo nie był lepszy i raczej nigdy nie będzie. Chyba że Dumbledore odkryje jakieś cudowne zaklęcie, które sprawi, że pożyje wiecznie.
Roześmiał się z tego głośno, a Hermiona z niepokojem przygryzła wargę.
— Co się stało? — zapytała.
— Nic, nic — odparł Harry wesoło, czym ją chyba uspokoił.
Usiadł między przyjaciółmi przy stole i po raz pierwszy od tygodni przyjrzał się swoim współdomownikom. Ogarnęło go poczucie winy z powodu wszystkiego, z czego był gotów zrezygnować, zanim dowiedział się, że zostało mu to odebrane. Współlokatorzy, szkoła, profesorowie, jego życie. Poczuł się jak głupiec, że kiedykolwiek tego nie chciał.
I tak jak się spodziewał, Draco Malfoy wszedł do Wielkiej Sali i jego wzrok od razu padł na niego, a Harry, zanim to sobie uświadomił, uśmiechnął się do niego ciepło. Draco odpowiedział uśmiechem i zanim Harry zdążył się zorientować, już było po wszystkim.
Zerknął na Hermionę, która właśnie dyskutowała z Neville’em o czymś, czego nauczyli się na zielarstwie, i ucieszył się, że przyjaciółka nie zauważyła jego wymiany spojrzeń z Malfoyem. Wciąż dręczyła go myśl, że źle zinterpretowała ich dotyk w bibliotece.
Zbliżał się już koniec posiłku, gdy Harry uniósł wzrok i zauważył, jak Draco wpatruje się w niego z uwagą. Zakrztusił się kawałkiem ogórka, po czym nerwowo rozejrzał wokół. Z ulgą stwierdził, że nikt nie zwraca na niego uwagi, więc zmarszczył brwi i bezgłośnie zapytał:
— Co?
Draco uśmiechnął się i kiwnął głową w stronę drzwi, po czy obrócił się i powiedział coś siedzącemu obok Goyle’owi. Z wymownym spojrzeniem skierowanym na Harry’ego wstał od stołu i wyszedł z Wielkiej Sali.
— Eee, ja skończyłem — powiedział Harry nagle. — I właśnie mi się przypomniało, że muszę się trochę pouczyć. Później was złapię — dodał i pospiesznie opuścił salę.
Zniecierpliwiony Draco czekał na niego tuż za drzwiami.
— No wreszcie. Chodź — rzucił i ruszył w stronę wyjścia z zamku.
— Ale gdzie? — spytał zaskoczony Harry, jednak posłusznie za nim poszedł. — Gdzie idziemy?
— Na zewnątrz — odparł Draco, uśmiechając się przez ramię.
— Po co?
— Cóż, zdecydowałem, że poświęcę mój ograniczony czas, żeby ci pomóc. Mieć więcej przygód. Zobaczyć świat. Takie rzeczy — wyjaśnił Draco radosnym głosem.
Harry zmrużył oczy.
— Ograniczony czas?
— Tak. Tego lata umrę.
Jęcząc cicho, Harry potknął się i niemal upadł.
— Co? — spytał chrapliwie.
Draco odwrócił się i zmarszczył brwi.
— Wszystko w porządku?
— Co miałeś na myśli, mówiąc, że umrzesz tego lata?
— Chodzi o mojego ojca. W końcu nabrałem odwagi, żeby przeczytać list, który przysłał mi po tym, jak dowiedział się o szlabanach. Jest naprawdę wściekły. Oczywiście nie napisał tego wyraźnie, ale groźba tam była. On mnie zabije.
Harry zapragnął usiąść i się rozpłakać.
— Och — jęknął słabo.
— Wszystko w porządku? — spytał Draco ponownie.
— Tak.
— Wyglądasz niezbyt dobrze.
— Nic mi nie jest! — warknął Harry, odepchnął Draco i wyszedł przez frontowe drzwi.
Po chwili Draco podążył za nim.
— Nie musisz się tak denerwować, nie mówiłem poważnie.
— Wcale się nie denerwuję.
Draco się zaśmiał.
— A co, martwiłeś się o mnie? Że naprawdę umrę?
— Nie, wcale nie. — Harry’emu zakręciło się w głowie, czuł, że nadchodzi atak paniki. Nie miał ochoty na tę rozmowę.
— Hej, już dobrze. Przepraszam, uspokój się — powiedział Draco z niepokojem. — Co ci się dzieje?
— Mam mdłości — odparł w końcu Harry, zaciskając powieki. — I kręci mi się w głowie.
— Och. Hmm, podejdźmy kawałek, tam jest ławka. — Draco ujął dłoń Harry’ego i poprowadził go kilka kroków.
Hermiona pewnie uznałaby, że trzymamy się za ręce, pomyślał Harry nieco histerycznie. Wcale go nie obchodziło, jak wielkie okazał zaufanie, pozwalając prowadzić się niemal na oślep, ponieważ nie chciał otwierać oczu i przekonać się, że świat wokół nadal wiruje zbyt szybko, aby utrzymać równowagę.
— Siadaj — polecił Draco, a Harry posłuchał i opadł ciężko na ławkę.
Zaległa długa cisza i stopniowo atak paniki ustępował, zmieniając się w coś dziwniejszego. Draco wciąż go dotykał, tyle że jego ręka zsunęła się z ramienia Harry’ego i teraz spoczywała na dłoni.
Zdezorientowany Harry poruszył palcami, chcąc zwrócić na ten fakt uwagę, Draco jednak niczego nie zauważył, jedynie kciukiem pogładził jego nadgarstek. Harry otworzył oczy, spojrzał na niego nerwowo i spostrzegł, że Draco nie jest świadomy, co robi. Przygląda mu się tylko z niepokojem wypisanym na twarzy.
— Lepiej? — zapytał.
— Trochę — odparł Harry drżącym głosem, ponieważ wciąż czuł zawroty głowy, ale już nie z powodu ataku paniki, a przez kciuk Draco głaszczący jego skórę.
Ostrożnie odsunął rękę, na co Draco lekko zamrugał i spojrzał w dół, gdzie ich dłonie się stykały. Dopiero teraz zorientował się, rozszerzył oczy, a na jego policzkach pojawiły się dwie różowe plamy, jednak nie wypowiedział ani słowa komentarza.
Harry nie potrafił powstrzymać niewielkiego uśmiechu, który rozświetlił mu twarz. Rozejrzał się wokół.
— Znajdujemy się właśnie we francuskich ogrodach. Czyżby Draco Malfoy chciał spędzić ostatnie dni swojego życia w takim właśnie miejscu? — zapytał lekko droczącym tonem, zapominając o wszelkich powodach, dla których nie powinien żartować w ten sposób, ale zrobił to, zagubiony w dotknięciu Draco, rumieńcu na jego policzkach i przerażonym wyrazie oczu.
Draco rozejrzał się wokół i uśmiechnął, wyraźnie wdzięczny za zmianę tematu.
— Oczywiście — odparł wesołym tonem. — Francuskie ogrody to oaza sztuki. Powinieneś zobaczyć ogrody otaczające mój dom, są dużo piękniejsze.
— Naprawdę? — odparł Harry, starając się o zainteresowany ton. — W moim ogródku mamy tylko rabaty z petuniami. Ciotka sadzi je tylko dlatego, że… No cóż, dostała takie imię i uważa, że to właściwe. Nienawidzę petunii.
— U nas ich nie ma, matka takich nie lubi, mówi, że to wiejskie kwiaty.
— Wiejskie? — zaśmiał się Harry.
— Tak. Podobnie jak stokrotki, mlecze, goździki, słoneczniki i kilka gatunków lilii. Woli okazalsze kwiaty, takie jak irysy i smocze palmy. — Draco także się zaśmiał, ale jakoś inaczej niż zwykle. W zasadzie nie był to ani śmiech drwiący, ani złośliwy chichot, tylko coś dużo łagodniejszego. — No wiesz, stąd moje imię. Dracena czyli smocza palma to jej ulubiona roślina.
Harry nie mógł się powstrzymać i teraz wybuchnął głośnym śmiechem.
— A ja przez wszystkie te lata myślałem, że nazwali cię tak, bo jesteś potworem — wykrztusił. — Ponieważ byłeś okropny, zły i złośliwy, choć tylko trochę przypominałeś gada.
— Gada? — wybąkał Draco.
Widziałem cię nago, pamiętasz?
Przez długą chwilę Draco milczał, z wciąż otwartymi ustami, a kiedy wreszcie wydał głos, był to tylko dźwięk oburzenia.
— Smocza palma? — powtórzył Harry ze śmiechem. — A jak masz na drugie imię? Różyczka?
— Potter! — wywarczał Draco, popychając Harry’ego. — Nie prowokuj mnie, bo cię skrzywdzę.
Harry zerknął na niego kątem oka, aby sprawdzić, jak bardzo jest zdenerwowany, jednak wyraz oburzenia na jego twarzy sprawił, że ponownie dostał ataku wesołości.
— Przepraszam! — krzyknął obronnie, gdy Draco groźnie uniósł pięści. Ale naprawdę, smocza palma?
— Jeśli komuś powiesz, Potter…
— Nie powiem — zachichotał Harry. — Twoja tajemnica jest u mnie bezpieczna, Draco — zapewnił, choć musiał zmobilizować całą siłę woli, żeby nie nazwać go „Kwiatuszkiem” czy „Palemką”. Udało mu się i w efekcie jedynie wygiął w górę kąciki ust.
— Czemu miałbym ci zaufać? — zapytał Draco, opuszczając pięści i kładąc ręce na ławce.
Harry długo nie odpowiadał, a potem przesunął dłonią po gładkim drewnie i położył ją na dłoni Draco. Przez jakiś czas wpatrywał się w ich ręce, po czym uniósł wzrok na jego zdenerwowaną twarz. Nie wiedział, co robi, nie wiedział, jak Draco zareaguje, szepnął więc tylko:
— Z tego samego powodu, dla którego ja ufam tobie.
Obaj przez moment oddychali z trudem. Draco wpatrywał się w niego pociemniałymi, nieczytelnymi oczami, a potem przekręcił dłoń, tak że obie zetknęły się wewnętrzną stroną, dokładnie jak wtedy w bibliotece. Wsunął palce między palce Harry’ego, uśmiechnął się i tylko krótko skinął głową.
Harry zdziwił się, bo do tej pory widywał na jego twarzy jedynie wzburzenie albo chłodną pewność siebie, a teraz gościła na niej niemal nieśmiałość. Jednak tylko przez chwilę, bo zniknęła, gdy tylko się uśmiechnął. Draco odpowiedział tym samym i po dawnemu wywrócił oczami.

***

Tej nocy Harry długo leżał w łóżku, nie mogąc zasnąć, nie zaprzątał sobie jednak głowy tym co zwykle w podobnej sytuacji. Obserwował cienie na dachu i myślał o Draco. Był przerażony, bał się w ten nerwowy sposób, który sprawiał, że czuł motyle w brzuchu i miał ochotę cały czas się poruszać, aby udawać, że ich tam nie ma. Trząsł się z podekscytowania i bolał go żołądek, ale nie był w stanie przestać się uśmiechać.
— Co ja wyprawiam? — szepnął i obrócił się, chowając twarz w poduszce.
Już po chwili zrobiło mu się duszno, ale nie mógł się opanować i parsknął śmiechem. Przycisnął przedramię do ust, żeby stłumić dźwięk. Merlinie. To jakieś szaleństwo. Siedział dzisiaj w ogrodzie i trzymał za rękę Draco Malfoya!
Wspomnienie to sprawiło, że zaśmiał się jeszcze głośniej, wręcz desperacko, i żeby nie zbudzić swoich współdomowników, musiał wsadzić głowę pod poduszkę i dodatkowo narzucić na nią koc. Za nic nie potrafił się powstrzymać. Miał wrażenie, jakby zdenerwowane motyle z jego żołądka przeciskały mu się do gardła, a śmiech był odgłosem trzepotu ich skrzydeł. I to było miłe. Nie śmiał się tak już od wieków.
W końcu się uspokoił (motyle odleciały), ale wciąż leżał z głową pod kocem. Wróciły dawne sprawy, którymi musiał się martwić, powoli wkradając się do jego umysłu. Zamknął oczy i docisnął pięść do warg, żeby nie wydobył się spomiędzy nich jęk.
Nie lubił o tym myśleć: o swoich urodzinach, matce i życiu. Nie było prawdziwe, nie mogło być. Uniósł powieki, przesunął palcem po gojących się nacięciach na ramieniu i szepnął:
— Ale jest prawdziwe.
Przerażenie zmieszało się z jego myślami o Draco i nerwowe podniecenie natychmiast znikło. Co on robił? Przypomniał sobie, jak Draco nonszalancko oznajmił, że umrze tego lata, i dziwna tęsknota uderzyła w Harry’ego tak mocno, że w płucach zabrakło mu powietrza. Jeśli Draco faktycznie umrze, to może mogliby umrzeć razem?
A potem się rozpłakał. Z jego ust wydobył się bolesny, szorstki, raniący gardło szloch.

***

Draco się martwił. Nie spał zbyt wiele i teraz, siedząc naprzeciwko Harry’ego w bibliotece, wszystkie myśli, jakie nawiedzały go zeszłej nocy, plany zapomnienia tego, co wydarzyło się w ogrodzie i postanowienie, aby udawać, że wciąż są wrogami, a nie tym, co się Harry’emu wydaje, że są, nagle gdzieś odpłynęły. Harry był blady, oczy miał przekrwione, a wzrok ciemny i rozproszony. Wyglądał, jakby całą noc płakał.
— Potter — odezwał się wreszcie Draco po tym, jak Harry przez długi czas wgapiał się w okno. Nie doczekał się żadnej reakcji, więc dotknął jego dłoni.
Harry gwałtownie obrócił głowę, otworzył szeroko oczy, a jego dolna warga lekko zadrżała.
— Och — powiedział. Nawet jego głos był tak ochrypły, jakby płakał. — Wybacz. Co mówiłeś?
— Wszystko w porządku?
— Tak. — Harry zrobił ruch, jakby ponownie chciał spojrzeć w okno, więc Draco znów dotknął jego dłoni.
— Wyglądasz marnie.
— Nic mi nie jest.
Przygryzając nerwowo wargę, Draco odezwał się niepewnie:
— To nie przez to, co stało się w ogrodzie, prawda? Nie dlatego płakałeś?
Harry uśmiechnął się, mimo że w jego oczach iskrzyły się łzy. Choć uśmiech był bardzo słaby.
— Kto powiedział, że płakałem? Ja nigdy nie płaczę.
— Harry.
Wzdychając, Harry zamknął oczy i obrócił dłoń wewnętrzną stroną do góry. Znowu to robią.
— Nie — szepnął. — To nie tak. Przypomniałem sobie. Jak powiedziałeś, że umrzesz tego lata.
Draco zadrżał i nerwowo oblizał wargi. Potter płakał na myśl o jego śmierci?
— Och. Nic takiego się nie stanie — powiedział niezręcznie.
Harry kiwnął głową.
— Wiem. — Jego głos stał się miększy, a oczy skierowały się w stronę okna, jakby szukały ucieczki.
Zdezorientowany Draco przyglądał mu się przez chwilę.
— Zawsze byłeś lepszy w obronie przed czarną magią. Naucz mnie tego, bo nie rozumiem — powiedział i wskazał na otwartą stronę w podręczniku.
— O co chodzi? — Harry wreszcie się odwrócił i przyciągnął bliżej swoje krzesło.
— Zobacz tutaj. Bardzo mnie to frustruje. — Draco nie pamiętał nawet, czego próbował się uczyć, ale był to pretekst, aby Harry skupił się na czymś innym niż swoim smutku oraz znalazł się bliżej.
Co teoretycznie nie miało znaczenia, skoro Draco podczas nieprzespanej nocy zdecydował, że wciąż są wrogami. Ale osiągnął cel.

***

Następnego dnia po lekcjach Draco zwlekał z pójściem do biblioteki, jak długo mógł. Powód był prosty: czuł przerażenie. Leżąc bezsennie zeszłej nocy, wpatrywał się w sufit i analizował przebieg ostatnich dziwnych wydarzeń oraz cel, który sobie wyznaczył, i wpadł w panikę.
Nie chciał tego, nie planował, a już na pewno nie zamierzał popaść w szczeniackie zauroczenie Harrym Potterem. Zdecydował, że być może istnieją ku temu inne powody, ponieważ słowa „szczeniackie zauroczenie” i „Harry Potter” tak go przeraziły, że zaczął się trząść. Inne powody, przez które lubił patrzeć na Harry’ego, rozmawiać z Harrym, być dostatecznie blisko Harry’ego podczas nauki, aby ich ramiona się ze sobą stykały. Śnić o Harrym. Tysiące innych powodów, by wyjaśnić to dziwne zachowanie. Jakby był chory, oszalał albo znalazł się pod działaniem zaklęcia. Ponieważ nienawidził Harry’ego, chciał go zabić i gardził nim na wszelkie możliwe sposoby.
Kłamstwa, oczywiście. Twierdzenie o nienawiści było absurdalne, ponieważ Draco nienawidził już wcześniej i nigdy, przenigdy nienawiść nie łączyła się z trzepotaniem w żołądku za każdym razem, gdy przedmiot jego nienawiści unosił wzrok, odgarniał włosy z czoła, patrzył na niego czy się uśmiechał.
Czyli żadna nienawiść. Ale z pewnością nie zauroczenie.
Odwlekanie nieuchronnego spotkania z Harrym wydawało się najlepszą alternatywą dla sympatii i odrobiny czegoś więcej (Draco nie wierzył w miłość, nigdy jej do nikogo nie czuł, nie potrafił, a już na pewno nie do Harry’ego). To niemożliwe. Jedynym powodem, dla którego napisał głupi, histeryczny list do ojca o tym, jakoby zakochał się w chłopcu, było, że chodziło właśnie o Harry’ego Pottera i w jakiś sposób wydawało mu się to niebezpieczne. Draco nie potrafił tego wyjaśnić. Gdyby miał dziwne sny o Blaisie, Goyle’u czy profesorze Snapie, od razu wróciłby do domu i poprosił o wizytę w Świętym Mungu.
Ale chodziło o Harry’ego. Przez niego wszystko wydawało się inne i dziwnie uspokajało jego serce, jakby chodziło o coś nieuniknionego. Reszta umysłu, ta myśląca, oddychająca racjonalna część, która nie była podświadomością i nie miała kontroli nad snami — ta część została jednak uszkodzona.
Nie był aż tak zdenerwowany, by przez chwilę nie rozkoszować się myślą o wściekłości Dumbledore’a, gdyby pominął ich sesje, i przybierając zrozpaczoną minę, pchnął drzwi biblioteki, wpatrując się w pomieszczenie z zimną determinacją i nie przejmując się faktem, że zwyczajnie nie mógł doczekać się tego, co zobaczy.
Utrzymał obojętną minę, póki nie ujrzał Harry’ego, najwyraźniej drzemiącego na stercie wciąż zamkniętych książek z twarzą zwróconą w stronę okna.
Draco stanął przy stoliku, zamrugał powoli, a potem wywrócił oczami. Na jego ustach pojawił się niechętny, ale i niespodziewanie delikatny uśmiech. Słońce oświetliło twarz Harry’ego, puszczając zajączki po jego włosach, oraz rękę pod policzkiem, której najwyraźniej użył jako poduszki.
Wślizgując się na krzesło naprzeciw Harry’ego, Draco zastanowił się, co robić. Jakaś jego część podszeptywała, że przyjemnie będzie tak sobie tutaj posiedzieć przez całe popołudnie, a nawet całą noc, i przyglądać się jak Harry śpi. Ale trwało to tylko moment, po którym Draco zareagował jak użądlony przez osę. Z trzęsącymi się rękami zerwał się z krzesła i ruszył między półki z książkami, próbując się uspokoić i skupić na myśli, że ostatni sen wcale mu się nie spodobał. Nic a nic.
Znalazł się w alejce, którą często odwiedzał Harry, z książkami o starożytnych kulturach i tradycjach. Wzdychając, wyjął z górnej półki niewielką książkę i wrócił do stolika, już po drodze obserwując, czy Harry wciąż śpi.
Godzinę później Draco z zadowolonym uśmiechem odłożył na bok stronę z notatkami i ponownie spojrzał na Hary’ego, który nadal spał, oddychając głęboko. Jego powieki poruszały się, jakby o czymś śnił.
— Hej — powiedział z lekkim uśmiechem. — To się robi niedorzeczne. Obudź się.
Nie wywołało to żadnej reakcji, więc Draco pochylił się nad stołem i oparł podbródek na przedramieniu. Wyciągnął rękę, przesunął paznokciem wzdłuż nosa Harry’ego i z rozbawieniem przyglądał się, jak Harry marszczy go i się krzywi.
— No już, Potter — kontynuował ze śmiechem. — Czas wstawać.
Harry jęknął i odwrócił głowę, chowając twarz w zgięciu ramienia. Chichocząc cicho, Draco najpierw pociągnął za kosmyk jego ciemnych włosów, po czym zawinął go na palec. Na to Harry wreszcie uniósł głowę i zamrugał. Wyglądał na sennie rozczochranego i zdezorientowanego.
— Co? — spytał ochrypłym głosem i przejechał dłonią po czuprynie, żeby ją uporządkować.
Draco roześmiał się.
— Spałeś strasznie długo!
— W bibliotece? — Harry rozejrzał się wokół, marszcząc czoło w zamyśleniu.
— Nie, zakradłem się do twojego pokoju wspólnego, znalazłem cię śpiącego w fotelu i przyniosłem tutaj — odparł Draco z sarkazmem.
— Pamiętam — oświadczył Harry nagle oskarżycielskim tonem. Zmrużył oczy wciąż nieco szkliste od snu i popatrzył na Draco. — Spóźniłeś się.
— Nie zdawałem sobie sprawy, że bez mojego towarzystwa twoje życie jest tak nudne i bezsensowne, że nie pozostaje ci nic innego niż spać. — Takie wyjaśnienie z pewnością było lepsze niż podanie prawdziwego powodu spóźnienia.
— A ty się pewnie ucieszyłeś, że możesz uczyć się bez mojej rozpraszającej obecności — mruknął Harry, wciąż drażliwy po przebudzeniu.
— Myślisz, że skoro śpisz, to mnie nie rozpraszasz? — zapytał Draco i natychmiast się skrzywił. Słowa opuściły jego usta, zanim zdążył je rozważyć.
Harry zmarszczył brwi.
— O co ci chodzi? Przecież spałem, nie mogłem cię rozpraszać.
Zdesperowany Draco spróbował zmienić temat.
— Wydaje mi się, że to byli Wikingowie — rzucił szybko.
— To cię rozproszyło? — Harry wydawał się jeszcze bardziej senny i zdezorientowany, i tym razem w żołądku Draco wcale nie zatrzepotało w przyjemny sposób.
— Wikingowie. I ich łodzie pogrzebowe. No wiesz, łodzie z płonącymi ciałami. Nie mam pojęcia, czy zapalali je strzałami, ale wiele starożytnych kultur przez jakiś czas hołdowało takiej tradycji. Sasi, plemiona germańskie. Krąży nawet plotka, że w ten sposób odbył się pogrzeb króla Artura — wyjaśnił Draco praktycznym, bezbarwnym głosem, jakby recytował to z podręcznika. Nic poza cytowaniem suchych faktów na temat pogrzebów, żeby tylko jego żołądek się uspokoił. Niech to szlag. Zaraz oszaleje!
— Ty… ty o tym czytałeś?
Draco wzruszył ramionami. Nie chciał przyznać, że zaskoczenie i wdzięczność w oczach Harry’ego jednak miały dla niego znaczenie.
— Kilka dni temu miałem trochę wolnego czasu.
— Och, więc to byli Wikingowie — powiedział Harry cicho, wyginając kąciki ust w uśmiechu, choć miny nie miał szczęśliwej, raczej smutną. Kiwnął głową i szepnął: — Dziękuję.
Przesuwając pergamin z notatkami w jego stronę, Draco nagle poczuł się niezręcznie. Nie wiedział, że Harry zareaguje w ten sposób, inaczej zapewne nic by mu nie powiedział. Dla niego sam pomysł był niebezpieczny. Harry jako ktoś słodki? Nonsens.
— Taaa — odpowiedział zdawkowo.
Przez długą chwilę wpatrywali się w siebie nawzajem, a dziwne napięcie między nimi narastało. Aż w końcu osiągnęło taki poziom, że przypominało elektryczne wyładowania na skórze.
Kiedy Harry nagle odwrócił wzrok, Draco poczuł ulgę. Och, boże. Draco zamknął oczy i wziął głęboki oddech, samemu sobie udowadniając, że nie ma sposobu, by to zrobił, pomimo dowodów na coś wręcz przeciwnego.
Otworzył książkę i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem wciąż w to samo zadanie, nie rejestrując ani słowa. Kiedy Harry kopnął go pod stołem, Draco podskoczył i uniósł głowę. To było tak, jakby tylko czekał na wymówkę, żeby znów spojrzeć na Harry’ego, jednak sama ta myśl mu się nie podobała.
— Tak?
— Co czytasz? — zapytał Harry żartobliwym tonem. Sprawiał wrażenie, że nerwowy nastrój już mu minął, a zapiski na temat łodzi pogrzebowych zniknęły.
— Notatki z historii.
— Ale którą ich część? Bo od dziesięciu minut patrzysz na ten sam akapit — zauważył Harry złośliwie.
— Skoro to wiesz, musiałeś mnie przez ten czas obserwować, a to jest jeszcze smutniejsze, Potter. — Draco kopnął go pod stołem i uśmiechnął się. — A poza tym, to fascynujący fragment.
Zanim Draco zdążył zareagować, Harry wyrwał mu notatki i zaczął czytać na głos.
Zazwyczaj małżeństwo pomiędzy męskim i żeńskim przedstawicielem rasy goblinów trwało tylko do momentu jego skonsumowania, czego skutkiem było wygaśnięcie pożądania do siebie nawzajem. Hmm, faktycznie fascynujące.
— Racja. Udało mi się odkryć, że rytuały godowe goblinów są niesamowite — powiedział Draco i zręcznie odebrał swoje notatki, uśmiechając się wyzywająco.
Harry roześmiał się radośnie, czym sprawił, że mina Draco zrzedła.
— No co?
— Ty. Wczoraj byłeś zmartwiony, minutę temu złośliwy, a teraz się śmiejesz. Dlaczego?
Harry wzruszył ramionami i uciekł spojrzeniem w bok.
— Czasami nie lubię myśleć o tych wszystkich rzeczach, które powinny mnie niepokoić.
— Na przykład jakich? — Nastrój między nimi zmienił się gwałtownie, od zabawnego do dużo bardziej mrocznego. Draco miał wrażenie, jakby ostrożnie stąpał po lodzie, który pękał mu pod stopami.
— Wszystkich. Nie mogę ich dokładnie wymienić, prawda? Mówiłem, że zapomniałem.
Ton głosu Harry’ego był lekki, ale wzrok skupiony na blacie stołu, więc Draco postanowił nie naciskać. Trudno było prowadzić rozmowę, w trakcie której jedno niewłaściwe słowo bez wątpienia mogło wszystko zniszczyć, szczególnie że nie miał za bardzo pojęcia, o co chodzi.
— Jesteś najbardziej pokręconą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałem — powiedział wreszcie, uśmiechając się z żalem.
— To znaczy? — zaperzył się Harry. — Jestem bardzo prostym człowiekiem, dokładnie jak ty!
— Taa, i wydaje ci się, że mnie rozgryzłeś, co? — zapytał Draco niemal kokieteryjnie i gdy to sobie uświadomił, jego uśmieszek zbladł, a oczy otwarły się szeroko w panice.
Jednak nic strasznego się nie stało, bo Harry powędrował wzrokiem na jego twarz, wygiął wargi w nieśmiałym uśmiechu, uciekł spojrzeniem, a zaraz potem uniósł głowę, zaczerwienił się i wreszcie wymamrotał:
— No cóż, tak. I myślałem, że ty mnie też rozgryzłeś.
Draco prychnął, ale bez złości. Jednak łatwo było zapomnieć o strachu, kiedy Harry tak się do niego uśmiechał.

cdn
no podpis
Kaczalka Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 556
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 05:57

Poprzednia strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 1 gość