[NZ] KONTYNUACJA: Afirmacja Krwi (6/9)

Afirmacja Życia części 1 - 3 (19/47)

Teksty poświęcone parze Harry/Draco.

Postprzez myluss84 » 27 maja 2017, o 08:03

Och Boszeee!
Poczatek o czyms... dalej cos innego. Z wielkim zaciekawieniem i jednoczesna irytacja czytalam tego fica. Kazdy rozdzial zaskakiwal, wydarzenia niby znajome ale inaczej. Momentami balam sie ze Tom calkiem przejmie wladanie nad Evanderem a taka jestem ciekawa kto byl jego ojcem ( moze sam Czarny Pan, tylko czy Evander nie ma do nie go jakis ciagotow sexualnych? Nastolatkowie kto ich zrozumie). W sumie to mialam nadzieje na smierc Pottera ale coz nie tym razem. Ciekawe ze Verlaine nie zostal ukarany za swoje wystepki w szkole. No i Epilog, bardzo mnie zaskoczyl i jednoczesnie zasmucil, chodz wiem ze bedzie kolejna czesc to czas oczekiwania jest nieznosny. Takze wzglednie podumowywujac uwazam, ze postac Evandera dobrze skomponowana, chlopak sie rozwija w calym opowiadaniu. Draco okazal sie byc soba samym( tak naprawde nie wiemy jacy byli slizgoni sami dla siebie ) w jakis sposob okazal sie byc opiekunczy. Na AO3 jest kilka parringow D/H D/OMCh TR/OMCh wiec drrary tu jednak bedzie? Ale taki pobiczny parring czy oczami ktoregos z nich. Powiedz mi Evander jest tym OMCh i zwiazesz go z Draco i Tomem jakias milosna relacja czy chodzi tylko o przyjazn, kontakty jakas symbioza( te opetanie)???
Przepraszam za taki nieuporzadkowany komentarz.
:seksi: Moja Droga dziekuje Ci bardzo za dokonczenie tego opowiadania i danie nadziei na kolejne, wiec trzymam kciuki, wysylam energie i usciski bys miala czas i sile na kontynuacje.
Serdecznie pozdrawiam twoja Lussy :seksi:
"Był ze mną podczas nieprzespanych nocy, w czasie okresów gniewu i rozpaczy. W trakcie jednego z napadów szału rzuciłem porcelanowym dzbankiem do herbaty ciotecznej babki, który o włos ominął jego głowę. Nie zostawił mnie, mimo moich nieustannych wysiłków, by go do tego zmusić. Poza tym, jest prawdziwym specjalistą w naprawianiu rozbitej porcelany.
Milie mówi, że to właśnie miłość. Myślę, że chyba ma rację".


Anatomia dusz
myluss84 Offline


 
Posty: 15
Dołączył(a): 12 sie 2011, o 21:10

Postprzez Agawa » 18 cze 2017, o 23:08

Rosein, przeczyłam Twoje opowiadanie jednym tchem. Właściwie z jego powodu założyłam konto na forum. Jestem w szoku, że dostałaś tak mało komentarzy. Z pewnością wiele osób czytało, ale żeby się wypowiedzieć to mało, kto. Sama postanowiłam wyjść z cienia i dodać coś od siebie. Mam nadzieję, że inni również się przyłączą do akcji dokarmiania weny autorów ;)
Nie spodziewałam się, że „Afirmacja mroku” będzie aż tak wciągająca i zajmująca. Czasami brakowało mi bardziej rozbudowanych opisów tego, co się dzieje wokół. Emocji, uczuć, trochę więcej psychologii postaci. Być może marudzę, bo skończyłam kawałek naprawdę dobrego opowiadania, a czuję już niedosyt i tęsknotę za kolejnymi przygodami bohaterów. Podoba mi się Twój pomysł i wykonanie też jest niczego sobie ;) Jedyne co mnie nieco irytowało to przepisywanie fragmentów z książki. Wiem, że czasami idealnie pasują i prawdopodobnie chciałaś nawiązywać do kanonu, ale jakoś mnie to razi. Nie podobają mi się również komentarze do tekstu zamieszczone w środku rozdziału. To wybija czytelnika z rytmu. Nagle trzeba się przestawić na jakąś inną dodatkową informację. Moim zdaniem to burzy klimat, który buduje autor. Takie uwagi do tekstu są mile widziane, ale na końcu rozdziału w przypisach.
Bardzo polubiłam Evandera, nawet jego imię mi się podoba. Widać, że przemyślałaś jego relacje w rodzinie, koligacje i świat czysto krwistych. Było by super gdybyś jeszcze bardziej przesączyła opowiadanie tym klimatem. Miło jest zanurzyć się w takim wiarygodnym magicznym świecie. Całkiem wyszło Ci budowanie charakteru Evandera oraz powoli następujące zmiany. Jak to dobrze, że nie jest geniuszem, który wszystko dostaje na już. Ciężka praca popłaca. Jestem nim zachwycona. Inni członkowie domu Slytherin w większości przypadli mi do gustu. Oprócz dziewczyn. Czuję, że zostały trochę pominięte. Postać Tracy no cóż zdecydowanie mnie irytuje. Czy dziewczyny z tego domu są tylko ćwierć inteligentne? Jakim cudem tak szybko zaczęła się zwierzać z tak delikatnej sprawy, jaką jest prawdopodobnie pierwsza miłość, komuś, z kim nie ma bliskiej relacji? Czy ona oszalała? Jest kompletną desperatką? Dziewczyną szukającą, czego? Zrozumienia? Porady? W dodatku u chłopaka, z którym ma nie wiele wspólnego? Zawiodła mnie kreacja ślizgonek. Brakuje mi takich dziewczyn z jajem. Z umysłem jak żyleta, ciętą ripostą. Przecież to właśnie kobiety wiodą prym w manipulacjach, intrygach, graniu na emocjach. Wiadomo, że główną postacią jest Evander, ale miło by było czytać też o dziewczynach, które nie są tylko irytującymi, wiecznie rumieniącymi się pannami.
Zastanawia mnie jak dalej poprowadzisz relację Evandera z Draco i Czarnym Panem. Jeszcze czeka nas tyle odkryć i tajemnic! Jestem bardzo ciekawa kontynuacji. Nie mogę się doczekać pojawienia się drugiej części. Mam wielką nadzieję, że nie zniechęci Cię mała liczba komentarzy i dalej będziesz pisała. Trzymam za Ciebie kciuki! Jeśli będziesz potrzebowała mentalnego wsparcia w procesie pisania lub motywowania to zgłaszam się na ochotnika ;)

Życzę Ci dużo wytrwałości i czasu na pisanie ;)

Pozdrawiam serdecznie

Agawa
Agawa Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1
Dołączył(a): 13 cze 2017, o 13:11

Postprzez rosein » 10 sie 2017, o 20:47

Tiara Przydziału
Afirmacja Życia #1 : Afirmacja Mroku, rozdział 10 i ¾





1 września 1991 r.

Evander spojrzał na Lairda Verlaine’a ze strachem w oczach. Nie chciał jechać do Hogwartu. Niestety, skończyły mu się pomysły na to, jak odwieść od tego swojego wuja. Próbował wielu rzeczy. Chował się w piwnicach dworu, zamykał w toalecie, trzymał kurczowo kolumny łóżka, płakał i prosił, a kiedy niemal doprowadził wuja do białej gorączki, błagał, żeby go nie wysyłano do szkoły.
Laird w końcu się poddał i zamiast zmuszać go, usiadł obok i obiecując, że nie wyciągnie go siłą z pokoju, kazał usiąść normalnie i z nim porozmawiać. Evander czuł jak panika powoli go opuszcza i poczuł się strasznie głupio. Zacisnął usta i wbił wzrok w dłonie.
– Dlaczego nie chcesz iść do szkoły? – zapytał w końcu wuj.
Sprawiał wrażenie spokojnego i wyrozumiałego. Evander przełknął ślinę, czując jak zasycha mu w gardle.
Jak miał to powiedzieć? Jak ubrać w słowa lęk, który nie dawał mu spać przez ostatnie tygodnie? Im bliżej było do wyjazdu, tym gorzej sypiał, ciągle śniąc ten sam koszmar.
Spiął się i otworzył usta, ale nic nie powiedział.
– Evander? – zachęcił go wuj.
Chłopak westchnął. Cokolwiek nie powie, wiedział, że będzie to brzmiało żałośnie.
Ale skoro tak, to co na tym tracił? A powiedzieć coś musiał. Czuł na sobie ostre spojrzenie.
– Boję się – zaczął. Kiedy przez dłuższą chwilę Evander znowu milczał, jego wuj znów go zachęcił.
– Czego?
– Żetiaraprzydzielimniedogryffindorujakmojąmatkę – wypluł z siebie jednym tchem.
Laird uniósł brwi.
– Możesz powtórzyć? – zapytał chłodno.
Evander spojrzał na niego ze wzrokiem mówiącym “Błagam, nie każ mi tego powtarzać”.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, że Tiara wie, co robi?
Evander milczał, nie rozumiejąc.
– Jeśli przydzieli cię do Gryffindoru, to znaczy, że jesteś Gryfonem i tam właśnie najlepiej się będziesz czuł.
– Nigdy nie będę się dobrze czuł w Gryffindorze! Nie chcę tam być!
– Myślę, że Tiara na pewno weźmie to pod uwagę.
Co…? Czy Tiara… pytała uczniów o zdanie?
– To niemożliwe - powiedział.
– Dlaczego nie?
– Próbujesz mnie przekonać, żebym wsiadł do tego pociągu. Nie zrobię tego.
– Więc jesteś tchórzem. W takim razie zostań. Kolejnego Gryfona jakoś byśmy znieśli, ale Verlaine w Hufflepuffie? To byłaby hańba.
Lodowaty głos wuja sprawił, że się wzdrygnął. Nie. Nie nie nie. Nie był Puchonem! Dobrze, niech będzie. Jakoś przeżyje w Gryffindorze. Ale nie jest tchórzem, nie będzie tchórzem!
– Dobrze – warknął po to tylko, żeby zobaczyć, że wuja już w pokoju nie było.
Zacisnął pięści, wziął kilka głębokich oddechów i zszedł na dół sztywno. Wuj, ubrany w płaszcz, stał obok jego kufra i czekał na niego. Wiedział, że przyjdzie. Evander zdusił w sobie chęć wykrzyczenia światu, jak źle się czuł.
Wyszli poza obręb posiadłości. Evander dostał polecenie, żeby złapać się mocno ramienia wuja i po chwili aportowali się w ciasnej i ciemnej uliczce. Przeraźliwy hałas, który w nich uderzył, wskazywał na to, że to musiał być Londyn.
Wuj wręczył mu kufer i ruszył ku wyjściu z zaułka, natychmiast wtapiając się w tłum przechodniów. Evander podreptał zaraz za nim i skręcił w prawo, stając naprzeciw budynku dworca. Westchnął ciężko, ale poszedł za wujem, który zdążył się już oddalić.

*


Zegar wskazywał dziesiątą trzydzieści osiem. Evander spojrzał na wuja.
– Może jednak… – Przerwał pod wpływem ostrego spojrzenia. – Pójdę już – mruknął w zamian.
– Do zobaczenia w święta, Evanderze – powiedział jego wuj i zniknął.
Evander został na peronie sam.
Odnalazł pusty przedział. Wpakował swój kufer na półkę i usiadł przy oknie, tyłem do kierunku jazdy, obserwując gęstniejący tłum. Uczniowie pojawiali się na stacji wraz ze swoimi opiekunami. Przyjaciele rzucali się sobie w ramiona, a dorośli uśmiechali się czule na ten widok.
Czas mijał, aż w końcu wskazówka zegara, wiszącego nad ich głowami, zaczęła się zbliżać do dwunastki, by wskazać pełną godzinę. Na przepełnionym peronie zawrzało, a Evander odwrócił wzrok, żeby nie musieć patrzeć na pospieszne pożegnania rodziców i ich dzieci. Poczuł uścisk w żołądku. Jego matka może i była Gryfonką (to słowo nawet w jego myślach brzmiało jak obelga), ale była jego matką i na pewno żegnałaby go tutaj, gdyby żyła.
– Hej. Pierwszoroczny? – usłyszał głos po tym jak drzwi do jego przedziału się rozsunęły.
Skinął głową, odwracając się.
– O, to ty! Cześć, Evander. Chodźcie, mamy miejsca! – chłopak wystawił głowę z przedziału i gestem przywołał kolegów.
– Cześć, Draco – odpowiedział, blednąc w jednej chwili.
Do przedziału wpakowało się dwóch potężnie, jak na jedenastolatków, zbudowanych dzieciaków, których prawie nie znał, bo wujostwo niezbyt często zabierali go do państwa Malfoy.
– Cześć, Vin, cześć, Greg – dodał, kiedy siadali.
– Nareszcie, nie mogłem się doczekać, co nie?
Całą drogę Draco mówił o Slytherinie, a Evander czuł, że robi się zielony na twarzy. Kiedy pojawił się wózek ze słodyczami, zawartość żołądka podeszła mu do gardła. Draco zapytał czy wszystko w porządku, a Evander zapewnił go, że w najlepszym. Chłopak nie naciskał.

*


Evander przeszedł przez próg sali, starając się nie zwracać uwagi na otaczających go uczniów. McGonagall nakazała im ustawienie się gęsiego i początkowo Evander ustawił się grzecznie w linii. Nie wytrzymał długo. W końcu miał zobaczyć, jak wyglądała słynna Wielka Sala, o której opowiadał kiedyś syn Flintów, więc przepchał się do przodu i uniósł w górę wzrok, omiatając sklepienie pomieszczenia. Niebo było tego dnia przejrzyste, specjalnie zwrócił na to uwagę, kiedy płynął łódką za półolbrzymem. Wielka Sala wiernie je odzwierciedlała, a kiedy Evander przyjrzał się bliżej zauważył, że jedyna konstelacja, jaką rozpoznawał, smok, również znajdowała się w poprawnej pozycji.
Westchnął lekko, zauroczony widokiem. Opuścił głowę i jego oczy rozbiegły się we wszystkich kierunkach, chłonąc obraz, który się przed nim rozpościerał. Był tak skupiony na suficie Wielkiej Sali, że zupełnie nie zwrócił uwagi na to, jaka była ogromna.
Pomieszczenie wypełniały setki świec, ale mimo to, nadal panował w nim półmrok. Sala nie była bardzo szeroka, ale za to długa. Mieściła w sobie cztery stoły, przy których siedzieli uczniowie, podzieleni kolorem szat. Dłużej przytrzymał spojrzenie na stole Slytherinu, a później Gryffindoru. Zacisnął usta w wąską linię i pomaszerował razem z resztą uczniów, zatrzymując się bliżej stojącego w poprzek sali stołu nauczycieli. Serce waliło mu jak szalone, kiedy McGonagall zaczęła odczytywać listę. W głowie nadal brzmiały mu słowa piosenki śpiewanej przez Tiarę Przydziału, kiedy siadał na stołek jako jeden z ostatnich.
Prawie nie zarejestrował faktu, że jest na roku z tym Potterem. Liczył. Dziesięciu Krukonów. Dziesięciu Puchonów. Dziewięciu Ślizgonów i siedmiu Gryfonów. Oprócz niego przy stole nauczycielskim stała jeszcze dwójka przyszłych uczniów. Jednym był Weasley, więc można liczyć, że Gryfonów było ośmiu. Ostatni miał wyjść Zabini, dziesiąty Ślizgon, pomyślał Evander. Nogi trzęsły mu się ze stresu, kiedy gorączkowo myślał o tym, jaką decyzję może podjąć Tiara. Jego matka była Gryfonką. Cholerną Gryfonką.
Evander nie chciał być Gryfonem. Nie mógł nim być. Spojrzał tęsknie na stół Ślizgonów, powoli unosząc Tiarę na głowę. Oddalał od siebie tę chwilę, jak tylko potrafił, ale nie mógł już dłużej zwlekać. Przy stole Slytherinu, Draco Malfoy i Theodor Nott ściskali już ręce starszych roczników, przyjmując gratulacje.
Kapelusz opadł mu na oczy, odcinając go od otoczenia.
Evander Verlaine, tak?
Chłopak przełknął ślinę. Właśnie, Verlaine - pomyślał. Jestem Verlaine. Nie mogę być Gryfonem.
Głos w jego głowie roześmiał się chrapliwie i beztrosko.
Nie możesz? Tak myślisz? Zadrwił z niego. Doprawdy, Evanderze. Chyba wiesz, kim była twoja matka, prawda?
Evander zadrżał. Jego przeklęta matka. Gryffindor.
Tak, Evanderze, twoja matka należała do domu Godryka.
Ale ja nie chcę tam trafić, błagał w myślach Evander. Nie chcę. Chcę do Slytherinu. Chcę do Slytherinu. Chcę do Slytherinu, powtarzał jak mantrę.
Chcesz do Slytherinu? Jesteś pewien?
Jak niczego innego w świecie. Proszę. Jestem Verlaine. Wychowano mnie na Verlaine’a. Muszę być w Slytherinie. CHCĘ być w Slytherinie.
Widzę, że podjąłeś decyzję. Taaaak, masz wystarczająco cech na Ślizgona, chociaż nie wszystkie są… w pełni przebudzone.
Chcę do Slytherinu. Chcę do Slytherinu. Chcę do Slytherinu.
Dobrze, Evanderze.
– SLYTHERIN! - wybrzmiał głos i Evander westchnął, wiotczejąc na stołku.
Nogi miał jak z galarety i z trudem dotarł do stołu Ślizgonów. Natychmiast usiadł obok Draco i Theo. Nawet nie słyszał ostatnich dwóch przydziałów. Czuł jakby zdjęto mu z piersi ogromny kamień i nagle znów mógł oddychać pełną piersią. Czuł się lekki. Był szczęśliwy.
Ledwie zauważył przemowę dyrektora i rzucił się z apetytem na półmiski, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, jaki był głodny. Od śniadania nic nie jadł, a i wtedy nie potrafił wiele przełknąć.

*


Weszli do Pokoju Wspólnego i Evander znów mało nie otworzył ust ze zdumienia. Pokój był cudowny. Zielono-srebrne fotele i kanapy, dywany i kotary. Tak różne od srebrno-szarych tkanin w jego pokoju w Dorchester. Okna przyozdobione były witrażami (czy nie byli czasem pod ziemią?). Szedł obok Draco, rozglądając się na wszystkie strony i mało nie wpadając na Gemmę Farley.
– Tu są pokoje chłopców, a tam dziewczyn. Wasze kufry już tam są.
Draco ruszył jako pierwszy i Evander podążył za nim. Korytarz dla chłopców był długi i miał siedem odnóg. Evander przyglądał się tabliczkom na odnogach, głoszącym: drugi rok, trzeci rok, czwarty rok… ostatnia, na samym końcu, miała napis “pierwszy rok”. Weszli w odnogę korytarza i ich oczom ukazały się trzy pary drzwi. Draco otworzył te po prawej, a Evander po lewej stronie. Pokój oświetlony był kilkunastoma świecami. Był przestronny. Pod ścianami stały trzy spore łóżka z zielonymi kotarami, obok każdy miał małe biurko i szafę, a na środku pokoju stały kufry. Evander rozpoznał jeden z nich jako swój. Jego strach zupełnie wyparował, więc czuł tylko podekscytowanie. Natychmiast zaciągnął kufer do jednego z łóżek. Szybka analiza rozkładu i wybrał to, które po otworzeniu drzwi niezbyt dobrze widać. Zadowolony opadł na materac. Zaraz za nim weszli Vincent i Blaise. Zabini od razu rozpoznał swój kufer, ale Vin stał skołowany, aż do pokoju nie weszli Theo i Draco.
– Vincent, twoje wyrko jest tam – powiedział Theodor i podszedł do swojego kufra.
Evander skupił jednak wzrok na Draco, który targał za sobą swój kufer.
– Zabini, robisz wypad. Ja śpię tutaj.
Blaise zmarszczył brwi.
– Nie wydaje mi się.
– A mnie nie obchodzi, co masz na ten temat do powiedzenia. Wynocha!
Blaise stanął w obronnej pozie.
– Nigdzie się stąd nie ruszam – powiedział groźnie, górując wzrostem nad blondynem.
Draco uśmiechnął się tylko.
– Wynocha – powiedział.
Evander ze zgrozą patrzył jak Blaise bierze zamach, ale w tej samej chwili zza Draco wyłonili się Vincent i Greg, a także Theo. Blaise zwątpił. Zacisnął pięści, wziął kufer i wyszedł bez słowa.
– Dzięki – Draco poklepał swoich kolegów po plecach i poczekał aż wyjdą.
Evander wpatrywał się w niego pytająco.
– Fajne z nich chłopaki, ale rozumem to oni nie grzeszą. Gdybym spędził z nimi w pokoju najbliższe siedem lat, obawiam się, że cofnąłbym się w rozwoju.
Evander nie zdołał powstrzymać parsknięcia.
– Poza tym – dodał Draco. – Nazwiska takie jak Nott i Verlaine są zdecydowanie odpowiedniejszym towarzystwem dla Malfoya.
Evanderowi zszedł uśmieszek z twarzy. Draco to zauważył, ale Evander nie zamierzał drążyć tematu.
Verlaine. Gdyby jego matka żyła, gdyby wiedzieli kim był jego ojciec… pewnie wcale nie nazywałby się Verlaine. Może byłby jakimś Smithem, Jonesem albo Williamsem?
Musiał mieć to wypisane na twarzy.
– Co jest, Evander?
Nott podszedł do niego, obserwując go badawczo.
– N-nic. – Teraz to już nie dadzą mu spokoju.
– Chyba nie chcesz powiedzieć, że nie jesteś Verlaine? Podszywasz się pod kogoś? Jakieś zaklęcie, eliksir? – dopytywał Theodor.
Evander potrząsnął głową. Nie uwierzyli. Po chwili stali nad nim z założonymi rękami.
– Z tego co wiem, jesteś synem Lairda Verlaine’a i jego żony, Isly, z domu Yaxley.
– Nie jestem – powiedział zrezygnowany.
– Wyjaśnij – zażądał Draco.
Evander westchnął. Przez moment był taki szczęśliwy. Dzień, w którym usłyszał, że Tiara przydziela go do Slytherinu, miał być najszczęśliwszym dniem w jego życiu.
– Laird to mój wuj. Jestem synem jego siostry, Arlie Verlaine. Ojca nie znam.
Przez moment wpatrywali się w niego zdziwieni.
– Tej zdrajczyni? – wypluł Theodor.
Evander natychmiast wstał.
– Nie obrażaj mojej matki, Nott – wychrypiał.
– On jej nie obraził, Verlaine. Tylko stwierdził fakt.
Evander natychmiast odnotował, że Draco powiedział mu po nazwisku. Cóż, może sobie zasłużył, nazywając tak Theodora, ale…
– Wiem, że była po złej stronie, ale to nadal moja matka – warknął.
Draco spojrzał na niego z góry.
– Pytanie pozostaje – zawiesił głos dla lepszego efektu, – z kim się puściła, że nie chciała się do tego przyznać.
Krew odpłynęła mu z twarzy, kiedy to usłyszał. Jego największe obawy zostały zwerbalizowane w tak okrutny sposób. Zacisnął usta, ale nie oderwał wzroku od twarzy Draco.
– Pewnie był mugolakiem. Albo, Merlinie. Mógł być mugolem. Mieszkam ze szlamą w pokoju - Nott odsunął się, wzdrygając.
Spoglądał na Evandera jak na kupę gówna. Draco również patrzył na niego z obrzydzeniem.
– Szlama w Slytherinie. Tego chyba jeszcze nie było…


_________________________

Halo halo~
Daję o sobie znać xD Żyję, piszę (no, powiedzmy. Ostatnio znów mam przerwę :sciana: ), a nawet jak nie piszę, to łatam dziury w planie na trzecią część xD albo piszę dodatki, chociaż wiem, że nie powinnam, ale zawsze to coś...
Dziękuję za komentarze, są cudowne! Sprawiają, że moje oczekiwania co do drugiej części przerastają już chyba moje możliwości... xD
Status drugiej części to 6/12 czyli równo w połowie... :D mam nadzieję podkręcić tempo, ale w życiu tyle obowiązków...
rosein Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 39
Dołączył(a): 29 lip 2016, o 16:52
Lokalizacja: nigdziebądź, czyli w stanie zawieszenia między remontem, a przeprowadzką

Postprzez rosein » 3 lis 2017, o 11:02

OK, SKOŃCZYŁAM PISAĆ DRUGĄ CZĘŚĆ (i zabieram się za trzecią). Jak zawsze z chęcią przyjmuję wszelkie uwagi.
Poprawiłam trochę przecinki (i przeraża mnie, że ich wcześniej nie robiłam!), ale mam wrażenie, że jeszcze jakieś mi umykają...
Miałam mieć betę, ale po (bardzo z resztą trafnym) skomentowaniu moich notatek, no, zamilkł mi kolega - nie wiem dlaczego :lol2: soł, dalej betowane tylko przeze mnie...

Zapraszam do czytania. O ile nic mi nie wypadnie - rozdział co tydzień w piątek



Afirmacja Krwi


Evander w końcu otwiera pamiętnik matki i dowiaduje się, kto jest jego ojcem. Tym samym rozwiewa niektóre wątpliwości, po to, by zastąpić je nowymi. Voldemort przymierza się do otwartej wojny i mobilizuje swoją armię, powoli uświadamiając czarodziejską społeczność o swoim nieuchronnym powrocie. Tymczasem w Hogwarcie, gdzie trafia Evander na swój ostatni rok, okazuje się, że Ślizgoni stają się drugą kategorią studentów, a Dumbledore planuje stworzyć Armię Światła.



01.

sierpień 1997

Evander siedział przy stole w jadalni, w jednej ręce trzymając kanapkę, a w drugiej gazetę. Czytał w ciszy nagłówki artykułów, a gdy coś go zainteresowało, przebiegał wzrokiem po tekście, wyławiając kluczowe informacje. Abby Steed, dojrzał nazwisko dziennikarki. Kobieta ostatnio zdawała się być zawsze we właściwym miejscu, o właściwym czasie.


NOWA INKWIZYCJA?
MUGOL ATAKUJE CZARODZIEJA

JOHN ROBERT WILLIAMSON, MUGOL Z LISBURN, ZAATAKOWAŁ DZIŚ W NOCY OBYWATELA SPOŁECZNOŚCI CZARODZIEJSKIEJ. OFIARĄ JEST TRZYDZIESTODWULETNI LAMBERT FLETCHER, PRZEBYWAJĄCY NA BEZROBOCIU MAGIZOOLOG. NAPAŚCI DOKONANO NA JEDNEJ Z ULIC W KENSINGTON W LONDYNIE, W POBLIŻU MIEJSCA ZAMIESZKANIA OFIARY. UDAŁO SIĘ NAM DOTRZEĆ NA MIEJSCE ZDARZENIA I POROZMAWIAĆ Z POSZKODOWANYM.
TO BYŁ CELOWY ATAK – POWIEDZIAŁ NAM PAN FLETCHER. – MĘŻCZYZNA NAPADŁ NA MNIE Z NOŻEM W RĘCE. STWIERDZIŁ, ŻE PO MNIE PRZYSZEDŁ. NAZWAŁ MNIE PARAJĄCYM SIĘ MAGIĄ DIABELSKIM PODMIOTEM – OPISYWAŁ ZDARZENIE WCIĄŻ ROZTRZĘSIONY MAGIZOOLOG. POKAZAŁ NAM DRAŚNIĘCIE NA RAMIENIU, PAMIĄTKĘ PO ATAKU. NA SZCZĘŚCIE TO JEDYNY URAZ, JAKIEGO DOZNAŁ MĘŻCZYZNA.
ALARMUJĄCY JEST FAKT, ŻE TO JUŻ DRUGI TAKI PRZYPADEK W TYM MIESIĄCU. BRYGADA UDERZENIOWA WSZCZĘŁA ŚLEDZTWO W SPRAWIE. SPRAWDZAMY, CZY NIE MA POWIĄZAŃ POMIĘDZY ZDARZENIAMI. NA PIERWSZY RZUT OKA, OBA ATAKI WYDAJĄ SIĘ BYĆ DO SIEBIE BARDZO PODOBNE – POINFORMOWAŁ PROROKA ISAAC PODMORE, ZASTĘPCA SZEFA BRYGADY UDERZENIOWEJ.


Lekturę przerwało mu mamrotanie, dochodzące z przeciwnej strony stołu. Odłożył gazetę na bok, nie kończąc artykułu i spoglądając krytycznie na młodszego ze swoich kuzynów. Mimo, że dorósł i trochę spoważniał, Alan Verlaine nie potrafił powstrzymać ekscytacji, jaka go ogarniała, kiedy przypominał sobie, że w tym roku po raz pierwszy miał jechać do Hogwartu. Problem, przynajmniej dla Evandera, który cenił sobie spokój, polegał na tym, że mały Alan przypominał to sobie dość często, żeby nie powiedzieć, że pamiętał o tym właściwie przez cały czas, odkąd jego brat i kuzyn wrócili na wakacje do domu. Teraz też wydawał się podrygiwać na krześle, jak co ranek licząc dni, które pozostały do wyjazdu.
– Dwadzieścia cztery – oznajmił radośnie, gdy skończył liczyć.
– Taaaak, nie musisz mi tego przypominać – burknął jego brat zrezygnowany. – Jakoś nie potrafię się cieszyć wiedząc, że w tym roku mam SUM-y.
Evander nie włączył się do rozmowy, uważając ją za bezcelową. Kończył kanapkę, zamierzając jak najszybciej ulotnić się z jadalni. W pokoju, na biurku, czekał na niego stosik podręczników i pozycji dodatkowych, które chciał przeczytać jeszcze przed wyjazdem. Wybierał się na ostatni rok nauki i nie zamierzał marnować w zamku ani chwili na to, co mógł zrobić wcześniej, w Dorchester.
Skończył jeść i, posyłając wujostwu uprzejmy uśmiech, odszedł od stołu. Laird, jak co dzień, odprowadził go wzrokiem do drzwi. Nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.
Wszedł do swojego pokoju, od razu siadając w fotelu. Sporo się tu zmieniło, od czasów jego dzieciństwa, głównie przez dostawienie kilku pojemnych regałów na książki. Evander dostawał niewielkie kieszonkowe jako dziecko, ale gdy tylko wuj dostrzegł, na co je wydaje, zaczął zwiększać tę kwotę wraz z wiekiem, pozwalając mu skompletować niemały zbiór. Jego pokój przemienił się w biblioteczkę po prawej stronie od okna, po lewej zostając szaro-zieloną sypialnią, z królującym pod ścianą łóżkiem.
Był w połowie piątego rozdziału Niezwykłych roślin wodnych Winogranda Seliny Sapworthy, kiedy skrzat pojawił się przed nim, informując o zbliżającym się przyjęciu. Westchnął, zamknął książkę i ruszył ku garderobie. Ku jego zdziwieniu, do pokoju ktoś zapukał. Machnął dłonią, otwierając drzwi. Laird Verlaine oparł się o framugę, krzyżując dłonie na piersi.
– Wiesz, co Czarny Pan zaplanował na dzisiaj? – zapytał.
Evander zatrzymał się w pół kroku i westchnął, po raz kolejny tego dnia. Przymknął oczy. Domyślał się przebiegu dzisiejszego bankietu. Skinął głową, na powrót spoglądając na wuja.
– To ostatnia okazja, przed wyjazdem do Hogwartu – odpowiedział.
– Jesteś pewien, że jesteś gotowy?
– Naprawdę o to pytasz? – zaśmiał się krótko. W odpowiedzi, Laird tylko się uśmiechnął.
– Nie było pytania. – Uniósł ręce w poddańczym geście i wycofał się, zostawiając go samego.
– A więc to prawda. – W jego miejsce pojawił się Aiden.
Uśmiech, który zagościł na jego twarzy, na widok reakcji wuja zniknął i Evander podszedł do drzwi, blokując przejście.
– Tak – odpowiedział oschle. Miał nadzieję, że to zniechęci kuzyna.
– W samą porę – skomentował Aiden, patrząc na niego protekcjonalnie.
Evander uniósł brwi znacząco, a chłopak tylko wzruszył ramionami i odszedł. Evander zamknął drzwi, kręcąc głową.

*


Cohen Nott, jego starsza córka Caelie i młodszy syn, Theodor, przywitali ich z fałszywymi uśmiechami na twarzach i gestem zaprosili do sali balowej. Laird i Isla odwzajemnili uśmiechy z równą gospodarzom szczerością i ruszyli przez parkiet, witając się ze wszystkimi, których mijali po drodze. Evander uczestniczył już w wielu takich przyjęciach, dlatego znał większość bywalców. Dotrzymywał towarzystwa wujostwu, stojąc u boku Aidena i wspólnie z nim pozdrawiając pozostałych gości, z paroma zamieniając kilka słów. W końcu oddzielił się od nich i ruszył ku, stojącym przy jednym ze stolików, kolegom z roku.
– Powitania odbębnione? – Draco mrugnął do niego porozumiewawczo. – Naprawdę współczuję Theo.
– Są rzeczy, które muszą być zrobione, bez względu na to czy je lubisz czy nie, Draco – odpowiedział Evander.
– Nie musiałeś tego mówić – wymamrotał blondyn w odpowiedzi. – Brzmisz jak mój ojciec.
– Ma rację – wzruszył ramionami, tylko go bardziej drażniąc.
Draco szturchnął go lekko, wydymając usta. Evander przewrócił oczami. Zabrał ze stołu kieliszek z winem i odwrócił się przodem do sali, obserwując zebranych.
– Słyszałem, że dziś może się pojawić Czarny Pan – rzucił w przestrzeń Blaise.
– Nie wiem jak się dowiedziałeś, ale… – zaczął Draco. – Pojawi się.
Blaise był zdziwiony, że Malfoy mu odpowiedział, ale rozbudziło to tylko jego ciekawość.
– Skąd to wiesz?
– Skąd co wie?
Przed nimi zmaterializował się Theodor.
Evander prześlizgnął się po nim wzrokiem, po czym powrócił do obserwacji gości na przyjęciu.
– Draco twierdzi, że Czarny Pan dziś będzie na przyjęciu.
– To prawda – odpowiedział mu Nott. – Ma coś do ogłoszenia. Ale raczej nie zrobi tego tutaj, więc nie licz na niusa z pierwszej ręki.
Blaise westchnął.
Evander skupił wzrok na Lucjuszu i Narcyzie Malfoy, ignorując Zabiniego, tak jak to miał w zwyczaju.
– Twoi rodzice wydają się bardzo to przeżywać, Draco – nie omieszkał zauważyć. – Wyglądają na zestresowanych.
Spojrzał na Draco i z rozbawieniem stwierdził, że ten też wydaje się być bledszy niż zwykle.
Nott zachichotał.
– Nie wydaje mi się – odciął się Draco.
– Och, zaufaj mi. Są bardzo zestresowani.
Blaise przenosił wzrok między stojącą przed nim trójką kolegów.
– Czemu mam wrażenie, że wiecie więcej, niż mówicie?
– Bo to prawda, Blaise – odpowiedział Evander, ostatecznie wykluczając go z tej wymiany zdań. – Za to twój ojciec, Nott, jest tak nadęty, że zaraz pęknie z dumy.
Theodor zacisnął zęby, ale tylko uśmiechnął się krzywo.
– W takim razie twój wuj wygląda, jakbyś go w ogóle nie obchodził – odgryzł się.
– Może tak jest, w końcu to tylko wuj – powiedział Evander i powoli przeniósł spojrzenie na Theodora, po czym przekrzywił lekko głowę i rozciągnął usta w jednym z tych uśmiechów, które budzą raczej niepokój niż radość, jeśli zestawione z zimnymi, obojętnymi oczami. – A może po prostu jest dobry w ukrywaniu prawdziwych emocji.
Theodor zmełł przekleństwo. Nie lubił, kiedy patrzył na niego w ten sposób i tylko dlatego Evander to zrobił, chcąc wytrącić go z równowagi właśnie dzisiaj.
Nott nigdy nie przekonał się do niego, tak jak Evander nigdy nie zaakceptował Notta. Tolerowali się na tyle, na ile było to możliwe, co nie przeszkadzało im toczyć nieustannej wymiany “uprzejmości” zawsze, gdy nadawała się ku temu okazja. Nott uważał to za swój obowiązek, by na każdym kroku podważać autorytet Evandera. Evander z kolei używał Notta, aby za jego przykładem zniechęcić innych do podobnych prób. Jakoś udawało im się funkcjonować w ten sposób przez ostatnie cztery lata, tak w Hogwarcie, jak i poza nim.
Blaise’a, w przeciwieństwie do Notta, przynajmniej potrafił jeszcze tolerować, chociaż dystans, który pojawił się między nimi lata temu, nigdy do końca nie zniknął.
Zabini z jakiegoś powodu go nie lubił i Evander nie sądził, by powodem było jego minięcie się z prawdą w kwestii dziedzica Slytherina. Owszem, Blaise był z tego tytułu obrażony na Evandera jeszcze przez kilka pierwszych miesięcy trzeciego roku, ale potem ich stosunki zaczęły wracać do poprzedniego stanu, by po krótkim czasie znów gwałtownie się oziębić.
– Ktoś mi w końcu powie coś więcej? – jęknął Blaise, zwracając się do Draco.
Evander powrócił do milczącej obserwacji przyjęcia. Tego typu nic nie wnoszące rozmowy nudziły go i gdy tylko nie musiał udawać zainteresowania, odpływał myślami ku ciekawszym tematom.
– Dowiesz się w swoim czasie – warknął Nott, zanim Draco zdążył cokolwiek wyjaśnić.
Malfoy westchnął tylko, pokręcił głową i oparł się o kant stołu obok Evandera, krzyżując ramiona na piersi i wodząc wzrokiem po bawiących się gościach.
Przyjęcia takie jak to, które zorganizowali Nottowie, trwały zwykle trzy, czasem pięć godzin. Goście siadali przy ustrojonych zgodnie z panującą modą i porą roku stołach, rozmawiając ze znajomymi i kosztując rozmaitych potraw, albo tańczyli w rytm muzyki granej przez sprowadzoną na bankiet kapelę. Cała śmietanka towarzyska społeczności czarodziejskiej spotykała się na takich wieczorkach, które organizowane były regularnie w posiadłościach zamożniejszych rodów. To tutaj uprawiano prawdziwą politykę, zawierano układy i łamano je, tworzono dekrety i decydowano o losach społeczności. Jeżeli czarodziej chciał się liczyć w towarzystwie, musiał uczęszczać na przyjęcia.
Evander znał wagę tych spotkań, tak jak każdy spadkobierca rodu, mimo, że sam nim nie był. Nie lubił ich, bo wymagały od niego pozorowania emocji, których nie potrafił w sobie obudzić. Z początku nie zamierzał w ogóle brać w nich udziału. To Laird zachęcił go, przedstawiając zalety (i wady) zawodu polityka. Od tamtej pory Evander angażował się w te spotkania, pomimo niechęci, zdobywając przydatne znajomości z kręgów politycznych Lairda Verlaine’a.
Przechadzał się, głównie w towarzystwie Draco, pozdrawiając takie osobistości jak szef Departamentu Magicznych Gier i Sportów, Ludovic Bagman, albo wiceszef Departamentu Substancji Odurzających, Evelyn Blomholm. Ta ostatnia wydawała się mieć do niego słabość, co skrzętnie wykorzystywał, wiedząc jak wielki wpływ miała na Bartemiusza Croucha Seniora, szefa Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Crouch Senior był do bólu Jasny, więc pozycja Evandera w szeregach Czarnego Pana mogłaby znacznie wzrosnąć, gdyby okazało się, że może, pośrednio, wpływać na jego polityczne decyzje.
Blaise często dotrzymywał im towarzystwa, chcąc ugrać coś na ich znanych nazwiskach. Teraz też był z nimi, kiedy zmęczeni rozmowami zmierzali ku stolikom z poczęstunkiem.
Przyjęcie zmierzało już ku końcowi, a przynajmniej oficjalna jego część. Co znamienitsze osobistości powoli opuszczały salę balową.
– Draco, chyba czas się zbierać – powiedział Evander, wyławiając z tłumu gości znaczące spojrzenia, jakie wymienili między sobą Laird i Lucjusz.
Malfoy odszukał wzrokiem swoich rodziców.
– Rozmawiają z Edgecombe’ami.
– Chodź – powiedział i posłał Zabiniemu znaczące spojrzenie, sugerując, że ma zostać.
Chwilę później Lucjusz Malfoy pożegnał się z Abnerem Edgecombe’em i wziął żonę pod rękę, powoli zdążając ku wyjściu. Spotkali się z nimi w połowie drogi, a chwilę później dołączyli do nich Laird i Isla Verlaine. Jego wuj rozejrzał się jeszcze za Aidenem i zawołał go skinieniem głowy. Evander kroczył w milczeniu obok nich.
– Stresujesz się? – zapytał Draco, kiedy szli korytarzem do położonej głębiej w willi, nieco mniejszej sali bankietowej.
– Czym tu się stresować? Przecież dzisiaj tylko to ogłoszą.
– Jak możesz być taki spokojny? – westchnął Draco.
Evander uśmiechnął się, na co blondyn odwrócił wzrok, mamrocząc coś pod nosem. Evander pokręcił głową, a kąciki ust uniosły mu się lekko w górę, kiedy usiłował stłumić uśmiech, wywołany narastającą paniką Draco.
W sali bankietowej panował półmrok. Atmosfera była zupełnie inna, od tej na oficjalnym przyjęciu. Wyczuwalne napięcie sprawiało, że goście automatycznie zniżali głosy do szeptu. Otoczony grupką zaufanych śmierciożerców, na środku pomieszczenia stał Czarny Pan.
Jako pierwszy podszedł do niego Lucjusz, prowadząc ze sobą bliskiego omdlenia syna. Laird szedł zaraz za nim. Przy sobie miał Aidena, ale Evander znajdował się tuż obok, z każdym krokiem czując coraz większe przyciąganie.
Jego aura była nie do pomylenia z żadnym innym czarodziejem. Po tylu latach, rysy Blacków niemal całkiem zanikły, oddając pola jego własnym, co przywoływało w Evanderze stare wspomnienia. Czarny Pan za bardzo przypominał teraz Toma Riddle’a. Do tej pory, dla Evandera szesnastoletni Tom i stojący przed nim Lord Voldemort, byli dwoma różnymi osobami.
Przyklęknął na chwilę dłużej niż wuj, zdając sobie sprawę ze swojej znikomej pozycji. Kiedy wstał i zaryzykował uniesienie wzroku, ostre, rubinowe spojrzenie przeszyło go na wylot.
Zadrżał pod tym spojrzeniem.
Razem z Draco wycofał się i stanął przy ciotce i Narcyzie, podczas gdy Lucjusz i Laird zasilili grono śmierciożerców otaczających Czarnego Pana. Czekali, aż wszyscy zgromadzą się w sali. Kiedy jako ostatni pojawili się gospodarze, Czarny Pan przemówił.
– Widzę, że jesteśmy w komplecie. Wspaniałe przyjęcie, Caelie.
Caelie Nott ukłoniła się w podziękowaniu. Czarny Pan zaśmiał się krótko, po czym gestem zaprosił wszystkich, by podeszli bliżej.
– Zebraliśmy się w tym gronie nie bez powodu, moi drodzy – zaczął.
Evander poczuł, jak krew zaczyna mu szybciej krążyć w żyłach. Czyjaś ręka zacisnęła się na skrawku jego szaty. Odwrócił się na sekundę. Obok niego stał blady jak ściana Draco. Nie zareagował, nie chcąc ściągać na nich uwagi.
– Pragnę ogłosić – Voldemort zawiesił głos, – że nasze szeregi powiększą się niedługo o trzech nowych śmierciożerców.
Wśród zgromadzonych podniósł się lekki szmer westchnięć i zduszonych wyrazów aprobaty.
– Tak, tak. Trzej potomkowie znamienitych rodów niedługo dostąpią tego zaszczytu. Chodźcie tutaj. – Nakazał gestem, żeby wyszli na środek. – Dziedzic naszego dzisiejszego gospodarza, Theodor Nott. Pierworodny syn jednego z moich najwierniejszych sług, Draco Malfoy. A także członek ogromnie zasłużonego w naszej sprawie rodu, Evander Verlaine.
Ciche szmery i pomrukiwania urosły do rozmów półgłosem. Evander walczył ze sobą, by nie okazać, że to przedstawienie w jakikolwiek sposób go ruszyło i stanął obok pierworodnych synów i dziedziców. Kiedy wszyscy znaleźli się przed Voldemortem, przyklęknęli, czekając aż Czarny Pan pozwoli im wstać.
– Inicjacja odbędzie się za tydzień, na zorganizowanym przez wspaniałą Narcyzę, specjalnie na tę okazję, bankiecie. Tylko obecne tu osoby, Narcyzo – poinstruował ją Voldemort. – Jestem pewien, że przyjęcie będzie równie wspaniałe.
– Oczywiście, Panie – Narcyza dygnęła z gracją.
– Wróćcie do swoich rodzin, chłopcy – powiedział Czarny Pan. – Nie będę was dzisiaj dłużej zatrzymywał. Rozejdźcie się do swoich domów i spędźcie miło wieczór. Jutro czeka nas ciężka praca – dokończył, uśmiechając się nieprzyjemnie.
Voldemort dał znak, że skończył mówić i w całej sali podniósł się gwar. Nieliczni zaczęli opuszczać salę, podczas gdy większość zbiła się w grupki i zaczęła dyskutować. Czarny Pan wyszedł pospiesznie. Nigdy nie przedłużał niepotrzebnie tego typu spotkań.
– Widziałeś to? – Evander usłyszał zza pleców. – Bękart Verlaine’ów ma dostać Mroczny Znak.
Spiął mięśnie, gestem uciszając Draco i nasłuchując.
– Że mu nie wstyd, tak się pchać między porządnych, czystokrwistych czarodziejów. Syn mugola i zdrajczyni krwi. Nie powinno go tu w ogóle być.
Evander zerknął kątem oka na rozmawiających. Evan Rosier i Thorfinn Rowle. Przeklął pod nosem.
Dawno już nie słyszał tych zarzutów pod swoim adresem – poza Nottem, który nadal nazywałby go szlamą, choćby okazało się, że pochodzi od hogwarckich założycieli w prostej linii z obu stron, byle nie przyznać się do błędu; zapomniał jak bardzo go to bolało. Zacisnął pięści. Dopiero widok zaniepokojonego Draco, zmusił go do opanowania nerwów.
– Lepiej przy nim uważać, na pewno też jest zdrajcą, jak jego matka – powiedział Rowle.
– Właśnie! Gdzie on jest? – zapytał Rosier i zaczął się rozglądać.
Evander, wiedziony instynktem przetrwania, zamiast zniknąć w tłumie i wycofać się, udając, że niczego nie słyszał, po prostu obrócił się na pięcie, stając twarzą w twarz z Rowle’em. Mężczyzna był wyższy od niego i lepiej zbudowany, ale i tak cofnął się trochę, widząc ostre spojrzenie chłopaka. Szybko jednak odzyskał rezon.
– Szlamowata krew – splunął i odszedł.
Evan Rosier podążył za nim, rzucając mu jeszcze pełne pogardy spojrzenie. Evander nie zareagował. Nie miał problemu z utrzymaniem nie wyrażającej emocji maski na twarzy.
Spostrzegł, że wiele ze znajdujących się na sali osób, wpatruje się w niego z tą samą niechęcią. Chociaż na zewnątrz wydawał się spokojny, w środku w nim wrzało na myśl, że mogą mieć rację.
– Evander – usłyszał głos swojego wuja.
Dołączył do niego i, nie zwracając na nikogo uwagi, wyszedł z sali. Laird tym razem nie czekał na Malfoyów. Wyprowadził ich z siedziby Notta i deportowali się do domu. Evander do samego końca utrzymywał beznamiętny wyraz twarzy, chociaż jego oczy sygnalizowały burzę, szalejącą w środku.
Laird nie odezwał się ani słowem, gestem nakazał też milczenie synowi. Evander, wściekły, że obchodzą się z nim jak ze smoczym jajkiem, przyśpieszył kroku i, nie oglądając się za siebie, zniknął w drzwiach frontowych.
Pognał na górę, wszedł do pokoju i machnięciem różdżki otworzył kufer. Zaczął wyrzucać z niego wszystko po kolei, aż opróżnił prawie cały. Dopiero wtedy znalazł to, czego szukał.
Średniej wielkości książeczka leżała, obłożona starą koszulą i zawiązana sznurkiem, pod podręcznikami z pierwszych lat nauki. Evander chwycił ją, opadł ciężko na fotel i przyjrzał się okładce. Rzadko kiedy odczuwał silne emocje inne niż gniew, irytacja czy zniecierpliwienie. Tym razem, uświadomił sobie, bał się tego, co mógł znaleźć w dzienniku matki. Strach, tym bardziej nienaturalny, z powodu absurdalności całej sytuacji, drażnił go.
Z irytacją natomiast radził sobie, na szczęście, o wiele lepiej, dlatego to na niej się skupił, zbierając siły, by unieść okładkę.
Przez te wszystkie lata nawet nie zajrzał do dziennika. Teraz też nie chciał tego robić, więc zaczął przerzucać strony w nadziei, że znajdzie nazwisko, nie musząc go czytać. Kiedy, po kwadransie bezmyślnego przewracania kartek, z jednej na drugą stronę, nadal niczego nie znalazł, westchnął ciężko i z niechęcią rozpoczął lekturę.

Ten pamiętnik należy do Arlie Verlaine, pierwszej Gryfonki w rodzinie, odkąd nasza gałąź tego rodu przeprowadziła się do Wielkiej Brytanii i zaczęła posyłać swoje dzieci do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
Urodziłam się 8 marca 1961 roku. Moi rodzice, to Edmund Verlaine i Pearl Verlaine, z domu Malfoy. Razem ze starszym bratem, Lairdem, należymy do piątej generacji brytyjskiej gałęzi rodu Verlaine’ów, mając za bezpośrednich przodków Edmunda, Logana, Jacquesa, Louisa, Antoine’a, a wreszcie Frederica Verlaine’a, który poślubił córkę starego francuskiego czarodziejskiego rodu Victoire Marie Burbon - Delacroix, wnuczkę samego króla Francji, Ludwika XV Burbona. A wszyscy wiemy, jak Burbonowie zdobyli i tak długo utrzymywali władzę – wyłącznie dzięki swoim, sięgającym średniowiecza, czarodziejskim korzeniom. Co za spuścizna!
I to jedyne, co łączy mnie teraz z moją rodziną. Szanowane w całej Europie nazwisko. I wspaniała tradycja prowadzenia dzienników, którą zdecydowałam się kontynuować, w nadziei, że moja postawa da przykład innym Verlaine’om, którzy przyjdą po mnie, a tak jak ja, nie będą uosabiać wierzeń, jakie przyjęli mój ojciec i brat.
Wszystko zaczęło się tego lata, którego po raz pierwszy usłyszeliśmy o Sam-Wiesz-Kim. O jego poglądach na czystość krwi, mugoli i prawo czarodziejskie. Do teraz zastanawiam się, dlaczego mój ojciec zdecydował się zrezygnować z neutralności, jakiej dzielnie bronił nasz dziadek podczas wojny z Grindelwaldem. Ale nie znam odpowiedzi i zapewne nigdy jej nie poznam. Rodzice nigdy oficjalnie nie wydziedziczyli mnie, ale mocno dają mi odczuć, jak bardzo niemile jestem widziana w Dorchester.


Już pierwsze zdanie sprawiło, że zrobiło mu się niedobrze. Arlie Verlaine była marionetką Dumbledore’a i dało się to odczuć w niemal każdym następnym wpisie. Odrzucała wszystkie wartości, w które on, przez całe swoje życie, wierzył i według których żył. Rodzina, lojalność, ambicja, niezależność. Nie potrafił identyfikować się z kobietą, która wydała go na świat.
Z uporem, choć niechętnie, czytał pamiętnik strona po stronie, odkrywając kolejne etapy z życia własnej matki. Chociaż dziennik wyraźnie pisany był z perspektywy lat, Arlie trzymała się osi czasu, nie zdradzając nadchodzących wydarzeń.
Poznałam tego roku wspaniałych ludzi, którym zawdzięczam wszystko to, w co teraz wierzę. Przyjaźń, równość, dobroć, współczucie. Poznałam kogoś takiego jak ja.
Syriusz Black od razu stał się moim przyjacielem.


Evander zamarł z dziennikiem na kolanach, zastanawiając się czy to może być to nazwisko. Syriusz Black. Starszy brat Regulusa Blacka, w którego ciele był teraz…
Ciarki przeszły mu po plecach na tę możliwość.

Syriusz Black od razu stał się moim przyjacielem. Rozumieliśmy się bez słów, byliśmy jak bratnie dusze. On, tak samo jak ja, pochodził z rodziny kultywującej czarną magię i, tak samo jak ja, sprzeciwiał się podążaniu drogą przodków.


Przez kolejnych kilkadziesiąt kartek nie napotkał jednak ani jednej wzmianki o tym, by Arlie Verlaine zakochała się w Syriuszu Blacku. Nie było też, przynajmniej do tej pory, żadnej wzmianki o tym, by urodziła syna. Mimo to czytał uważnie, linijka po linijce, nie chcąc przegapić choćby najmniejszej wskazówki.

Czasem zastanawiałam się czy Syriusz Black nie jest we mnie zakochany. Trwał przy mnie, kiedy rodzina się mnie wyparła i zaopiekował się mną, kiedy mu wyznałam, że jestem w ciąży. Nie zapytał z kim, nie zapytał dlaczego ojciec dziecka nie jest przy mnie. Dał mi klucz do kamienicy i pozwolił mi tam zostać. Zapisał ją na moje nienarodzone dziecko.
Nie zmienił swojej decyzji nawet wtedy, kiedy powiedziałam mu, że ojcem dziecka jest...


Dziennik wypadł mu z rąk i zsunął się na podłogę. Evander parsknął śmiechem. Po chwili śmiał się szaleńczo. Wstał z fotela, nie mogąc dłużej usiedzieć w bezruchu. Chodził po pokoju, zataczając koło między regałami a łóżkiem, czując jak całe jego ciało drży od kotłujących się w nim emocji. Nie potrafił jednoznacznie określić, co w tej chwili czuł.
Po części ulgę, po części - zagrożenie. Nie mógł łatwo pogodzić się z tym, co przeczytał. Chciałby współczuć kobiecie, która wydała go na świat, ale nie potrafił.
Kiedy pierwsza fala emocji przelała się przez jego umysł, wróciło logiczne myślenie. Ulga wzięła górę nad resztą uczuć. Nie mylił się, kiedy podjął decyzję o pozostawieniu dziennika w kufrze na cztery lata. Mając tę wiedzę, możliwe, że byłby innym człowiekiem.
Teraz nie było już odwrotu. Obrał swoją ścieżkę dawno temu i nie zamierzał z niej schodzić, bez względu na to, czego właśnie się dowiedział. Świadomość dobrze podjętej decyzji na dobre ugasiła pożar, szalejący w jego głowie.
Na powrót spokojny, podniósł dziennik i rzucił na blat biurka, wyszedł z pokoju, a potem przez frontowe drzwi dworu. Nie liczył na sen, więc zdecydował się na spacer i uporządkowanie myśli. Odpowiedź na pytanie, kim był jego ojciec, rozwiązywała jeden problem, ale stwarzała następny, o wiele poważniejszy. Miał tydzień na to, by się z tym uporać.

*


Jego wuj od dawna skupiał wokół siebie polityków, opowiadających się za rozpisaniem na nowo praw rządzących światem czarodziejów; uważających obowiązujące za przestarzałe i niedostosowane do współczesnych realiów, a w Dorchester często pojawiali się przedstawiciele różnych środowisk i opcji politycznych. Laird Verlaine był emisariuszem tych zmian w Wizengamocie. Evander, wiedząc, że na formalną protekcję nie miał co liczyć, sam zabiegał o nowe znajomości. Większość towarzyskich elit znała go i część z nich, z uwagi na jego dojrzałość, akceptowała, pomimo niepewnego pochodzenia.
Kiedy został ogłoszony kandydatem do przyjęcia Mrocznego Znaku, Evander dla jednych stał się poważnym partnerem do rozmów, dla innych źródłem nieuchronnej porażki politycznej Lairda. Ci dobrze poinformowani o jego pozycji w Hogwarcie, zaliczali się w dużej mierze do tych pierwszych.
Nic jednak nie mógł poradzić na to, że część politycznych sojuszników wuja ochłodziła relacje z nim. Sam Laird wydawał się go nie winić, jeśli wierzyć temu, co podsłyszał kilka dni wcześniej, podczas wizyty Corbana Yaxleya. Pomimo to Evander miał dodatkowy powód, by wykorzystać nadchodzącą szansę i zająć możliwie najlepszą pozycję.
W walecznym nastroju i z zamiarem sięgnięcia po to, co uważał, że mu się należy, wkroczył do okazałej sali, witając się u wejścia z gospodarzami. Mrugnął do bladego jak ściana Draco i skinął głową Lucjuszowi i Narcyzie.
Przyjęcia u Malfoyów, choć najprawdopodobniej najokazalsze, były dla Evandera jednocześnie najnudniejszymi. Na pozostałych zawsze miał do towarzystwa Draco, który tym razem zmuszony był pełnić rolę gospodarza. Nie próbował odszukać pozostałych kolegów z roku. Żaden nie potrafił mu dostarczyć wystarczającej rozrywki.
Skinął głową ku Evelyn Blomholm, która uśmiechnęła się do niego promieniście i gestem zachęciła, by podszedł.
– Evander Verlaine, uroczy chłopaku, poznałeś już panów Bartemiusza i Bartemiusza Crouchów? – zaszczebiotała, zasłaniając dłonią usta i chichocząc jak nastolatka.
Evander skinął głową na powitanie, unosząc kąciki ust w odpowiedzi na żart. Uniósł dłoń wiceszefowej Departamentu Substancji Odurzających i ucałował osłonięty aksamitną rękawiczką wierzch.
– Miałem okazję poznać pana Croucha Seniora – powiedział, skinąwszy starszemu mężczyźnie. – Odwiedził nas kilka razy w Dorchester. – Odwrócił się do młodszego z mężczyzn. Jemu też skinął głową na powitanie. – Pańska kancelaria ma siedzibę w kamienicy wuja, przy ulicy Żmijowej Chwały – zauważył. – Mimo to nigdy się nie spotkaliśmy. Wiele natomiast o panu słyszałem.
– Mam nadzieję, że same dobre rzeczy – odpowiedział z kurtuazją Bartemiusz Crouch Junior, kiwnąwszy w odpowiedzi.
Kiedy się odezwał, oczy Evandera zwęziły się na moment. Wydawało mu się, że znał ten głos, mimo, że miał pewność, że nigdy nie rozmawiał z kancelariuszem.
– Bardzo miło mi poznać – odparł po nieco zbyt długiej przerwie.
Młodszy Crouch uśmiechnął się w sposób, który zaintrygował Evandera.
– Mi również, Evanderze. Mów mi po imieniu, proszę. Wbrew temu, co możesz myśleć, jestem niewiele starszy od ciebie.
– Z przyjemnością, Bartemiuszu – odpowiedział Evander, zachowując dla siebie fakt, że znał datę urodzenia mężczyzny i szybko obliczył, że ten z powodzeniem mógłby być jego ojcem, gdyby się wystarczająco mocno postarał.
– Wystarczy Barty.
Pani Blomholm przerwała mierzącym się spojrzeniem mężczyznom, pytając o nadchodzące Mistrzostwa Świata w Quidditchu.
– Zamierzam pojawić się na finale. Mam nadzieję, Bartemiuszu, że poinformujesz mnie z wyprzedzeniem, o biletach?
Na dźwięk słowa Quidditch, Evander stracił zainteresowanie. Nie zamierzał uczestniczyć w rozmowach o sporcie. Zaczekał chwilę, dodał kilka słów od siebie, po czym wymówił się grzecznie, rzucając ostatnie spojrzenie w stronę młodszego mężczyzny. Nie mógł się opędzić od wrażenia, że już się kiedyś spotkali.
Krążył po sali, zamieniając po kilka zdań z przychylnymi sobie osobistościami, a kiedy się znudził, zajął miejsce na uboczu i czekał, aż ostatni spóźnialscy przejdą przez próg. Obserwował gości, prześlizgując wzrokiem pomiędzy tańczącymi, stojącymi w grupkach politykami, urzędnikami Ministerstwa czy plotkującymi kobietami. Osobno, nieco z boku, stali tegoroczni piątoklasiści. Czwórka chłopaków i dwie dziewczyny. Jego kuzyn wydawał się dobrze sobie radzić, będąc między córką Rowle’a i synami Avery’ego, Selwynów i bliźniakami Murtonów. W końcu drzwi się zamknęły, a muzyka stała się nieco głośniejsza. W następnej chwili, Evander stał tuż za młodym Malfoyem, zamierzając go wystraszyć. Zasyczał mu do ucha przeciągle.
Draco drgnął i odwracając się powoli, rozszerzył oczy w zdumieniu.
– Zwariowałeś? Chcesz, żebym dostał zawału? – szepnął wściekle, rozglądając się na boki.
– Na sali jest co najmniej trzech uzdrowicieli – zapewnił, uśmiechając się nieznacznie. – Chodź.
– Gdzie? – zdążył tylko powiedzieć Draco, zanim Evander dyskretnie szarpnął go za rękaw i poprowadził w stronę barku.
Minęli po drodze grupkę kilku politycznych sojuszników wuja. Evander uniósł brew, widząc ich nienawistne spojrzenia. Ośmielisz się? zdawały się w odpowiedzi mówić jego oczy.
Zamówił mały kieliszek ognistej i szkło natychmiast pojawiło się przed nim, napełniając się płynem. Wcisnął alkohol blondynowi.
– Pij.
– Mam stanąć przed nim pijany?
Evander spojrzał na niego zniecierpliwiony.
– Nie upijesz się od jednego, małego kieliszka whiskey – tłumaczył, jak dziecku. – A jeśli go nie wypijesz, obawiam się, że w ogóle przed nim nie staniesz. Prędzej zemdlejesz w połowie kroku – zadrwił.
Uwielbiał drażnić Draco. Chłopak przejawiał pełne spectrum emocji, nawet jeśli usilnie próbował tego po sobie nie okazywać. Evander lubił obserwować, jak pojawiają się na jego twarzy oznaki zawstydzenia, stresu czy radości.
Draco zbladł, ale nie skomentował i po prostu wypił alkohol jednym haustem.
– Lepiej?
Blondyn odetchnął ciężko i skinął głową.
– Przestań panikować – mruknął Evander, zdegustowany. – Widzisz te wszystkie spojrzenia? Zastanawiają się, dlaczego się ze mną zadajesz.
– Och, gdyby tylko wiedzieli… – zachichotał Draco, zerkając na niego z ukosa.
– Ale nie wiedzą – uciął Evander. – Nic nie wiedzą…
Draco przyglądał mu się jeszcze przez chwilę, podświadomie wyczuwając, że oboje mają co innego na myśli. Draco niewątpliwie mówił o jego wiedzy i umiejętnościach, podczas gdy Evander myślał raczej o swoim nowo odkrytym pochodzeniu.
Zignorował go i zapatrzył się w tańczące w rytm muzyki pary.
– Tu jesteście, moi drodzy – usłyszeli za sobą cichy, lekko chrapliwy głos. Natychmiast się odwrócili, pochylając głowy.
Voldemort rozciągnął usta w zadowoleniu.
– Gotowi? – zapytał.
– Oczywiście, Panie – odpowiedział Draco.
Czarny Pan poklepał go po policzku.
– Ale nie obyło się bez kieliszka dla kurażu, co Draco?
Kolor, który jego twarz odzyskała po odrobinie alkoholu, odpłynął w jednej chwili.
– Nie szkodzi, Draco. Nie szkodzi. Znajdź Theodora. Za chwileczkę zaczynamy. Evanderze, chodź ze mną.
Evander, nie okazując zaskoczenia, jakie poczuł, podążył za nim do przylegającego do sali pokoju dziennego. Drzwi zamknęły się za nim, odcinając ich od odgłosów przyjęcia.
Czarny Pan zatrzymał się na środku pomieszczenia. Evander zrobił to samo, w niewielkiej odległości od niego, wpatrując się w jego plecy. Cisza, która zapadła, była niepokojąca.
Voldemort się odwrócił i Evander z trudem oderwał od niego spojrzenie, nie chcąc wyjść na bezczelnego. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Musiał zapanować nad nerwami. Przebywanie sam na sam z Czarnym Panem sprawiało, że serce zaczynało mu łomotać w klatce piersiowej, a włosy na ciele stawały dęba.
Coś w tym czarnoksiężniku sprawiało, że nie można było go zlekceważyć. Nęcił ogromną mocą i skłaniał do uległości samym spojrzeniem. Evander czuł, jak coś w nim wyrywa się ku niemu.
Nie chciał teraz tego roztrząsać. Skupił myśli na otoczeniu. Stojące po obu stronach małego stoliczka kawowego fotele w intensywnym, ciemnoniebieskim kolorze zachęcały, by w nich usiąść. Nad nimi wisiał okazały obraz Emeraldy Spokojnej, znanej szkockiej malarki z siedemnastego wieku. Po drugiej stronie pokoju był mały kominek i kolejna para, tym razem turkusowych, foteli. Wszystko oprawione było w złoto, które błyszczało w świetle świec.
Kiedy oczyścił umysł, jego wzrok ponownie spoczął na Voldemorcie.
– Mam dla ciebie zadanie, Evanderze – powiedział Czarny Pan powoli.
Evander rozszerzył oczy w zdziwieniu, ale skinął głową, czekając na dalsze instrukcje. Voldemort obserwował go uważnie, a on robił wszystko, by przywrócić, a potem jeszcze utrzymać obojętną maskę na twarzy.
To, co zwykle było dla niego tak naturalne, że nie musiał w ogóle o tym myśleć, w jego obecności stawało się niemal niemożliwe.
Zganił się, przypominając sobie słowa Toma Riddle’a. Nic nie jest niemożliwe. Kąciki ust uniosły mu się ledwie zauważalnie. Voldemort zmrużył oczy, wwiercając w niego zimne jak lód spojrzenie, od którego nie potrafił się oderwać.
– Po pierwsze – zaczął. – Znajdziesz dla siebie następcę.
Wydawało mu się, że się przesłyszał.
Następcę?
Nie był przywódcą w Sytherinie.
– Potrzebujemy w Hogwarcie kogoś, kto w przyszłym roku zajmie pozycję, którą teraz dzielisz się z młodym Malfoyem. Daj spokój, Evanderze – powiedział nie pozwalając mu przerwać. – Dobrze wiem, że celowo trzymasz się w cieniu Draco – powiedział, wykrzywiając usta, jakby brzydziła go sama myśl zrezygnowania z możliwości sięgnięcia po władzę. – Wyjdziesz z tego cienia i zorganizujesz Ślizgonów, a pod koniec roku ogłosisz następcę, który będzie kontaktem między uczniami i nowym dyrektorem.
Evander potwierdził skinieniem głowy, że zrozumiał, chociaż nie wszystko było dla niego jasne. Co miał na myśli Czarny Pan, mówiąc o nowym dyrektorze?
– To, co teraz powiem, ma pozostać między nami, Evanderze.
– Oczywiście – odpowiedział, widząc, że tego po nim oczekiwano.
– Planuję przejęcie zamku – powiedział i Evander zamarł, wpatrując się w czerwone tęczówki, przewidując, że dalsza część mu się nie spodoba. – Znajdziesz sposób, by wprowadzić część moich śmierciożerców do środka, żeby mogli zaatakować od wewnątrz.
Znów skinął głową. Tym razem ruch był mniej energiczny, a sam Evander wydawał się pogrążony w myślach. Voldemort czekał, uważnie się mu przyglądając. Kiedy chłopak nawiązał kontakt wzrokowy, jego twarz znów była nieprzenikniona. A przynajmniej taką miał nadzieję.
Czarny Pan uśmiechnął się lekko. Evanderowi nie udało się zinterpretować tego uśmiechu.
– Trzeciego zadania zapewne się domyślasz – powiedział. – Chcę, żebyś podjął kolejną próbę zabicia Harry’ego Pottera.
Tym razem Evander nie dał po sobie poznać, że był zaskoczony. Powinien się tego spodziewać. Biorąc pod uwagę okoliczności, musiał się jednak mocno wysilić, by nie zdradzić się ze swoimi obawami.
– Powinienem z tym zaczekać do ataku na Hogwart? – zapytał rzeczowo.
Jeżeli miał przy tym zorganizować Ślizgonów i znaleźć przejścia prowadzące do zamku, nie sądził, by udało mu się wykonać te dwa zadania, jeśli wyrzucą go ze szkoły za morderstwo.
Czarny Pan milczał przez chwilę.
– Tak.
Evander skinął głową i odczekał, aż Voldemort wyjdzie. Kiedy poczuł, że znów może się ruszać, wrócił na salę i odszukał w tłumie Draco. Malfoy zdołał już przywołać na twarz swoją zwyczajową maskę.
– Czego chciał od ciebie Czarny Pan?
Evander pokiwał głową, dając mu znać, że nie zamierza nic powiedzieć. Rozejrzał się po sali. Znów widział wiele nieżyczliwych mu spojrzeń, ale tym razem miał inne sprawy na głowie, by się nimi przejmować.
– Gdzie Nott?
– Długo was nie było, odszedł na chwilę, powinien za moment wrócić.
Wypatrzył go w niewielkiej odległości od nich, kiwnął porozumiewawczo i chwilę później stali w wyznaczonym dla nich miejscu, otoczeni ciasnym pierścieniem zgromadzonych gości.
Voldemort przemawiał, obiecując lepsze czasy, które będą musieli najpierw okupić krwawą walką. Mówił w sposób, który mógł chwytać za serce, podnosić na duchu i wlewać nadzieję w zgorzkniałe umysły przedstawicieli starych, czystokrwistych rodów.
Evander nie odczuwał żadnego z tych efektów. Nie był też przedstawicielem czystokrwistego rodu, nie w tym sensie. Evander był tu nie dla wielkich idei. Stał w tej sali, czekając na Mroczny Znak, dla niego. Dla Lorda Voldemorta i jego fascynującej, niezgłębionej mocy. Dla Toma Riddle’a, szesnastoletniej wersji Czarnego Pana, który pokazał mu jak funkcjonować w świecie, który uważał za swój, a który chciał się go wyprzeć, pozbyć. Dla szansy, którą widział dla siebie, u boku jedynego czarodzieja, o którym wiedział, że może się od niego jeszcze wiele nauczyć.
Voldemort mówił długo, gestykulując zawzięcie, a zgromadzeni w sali balowej śmierciożercy słuchali uważnie, nie śmiejąc uronić choć słówka. Skrzacia orkiestra zniknęła i nic nie zagłuszało jego słów. Głos Voldemorta, dźwięczny i wysoki, odbijał się echem i, zwielokrotniony, spadał na słuchaczy jak grom z nieba, nieuchronny i nieprzejednany.
Kiedy przemowa dobiegła końca, Czarny Pan obwieścił początek ceremonii inicjacji i skinął na Notta, nakazując mu przyklęknąć. Chłopak bez wahania spełnił polecenie.
Voldemort mówił coś o przodkach, o czystości krwi, ale Evander nie potrafił skupić na tym myśli. Ekscytacja, jaka emanowała od Czarnego Pana, zmieszana z jego własnym niepokojem, który towarzyszył mu od opuszczenia tamtego saloniku, rozpraszały go zupełnie. Kątem oka przeskanował otoczenie. Zobaczył stojącego blisko Lairda, a zaraz za nim Lucjusza i Cohena, w pierwszym rzędzie obserwujących ceremonię.
Evander stał spokojnie, nie zdradzając się z żadną emocją. Powoli udzielało mu się jednak pobudzenie Czarnego Pana, zagłuszając wszelkie obawy.
Nott wyciągnął ramię na spotkanie z różdżką Voldemorta i wrzasnął przeraźliwie. Evander, chociaż niezmiernie ciekawy, jak dokładnie wygląda proces, nie poruszył się, czekając na własną kolej. Theodor Nott krzyczał przez dłuższą chwilę. Stojący obok niego Draco drgnął, ale poza tym nie okazał choćby cienia strachu. Tylko usta miał zaciśnięte w cienką linię, taką samą jak wtedy, kiedy kłamał.
Czarny Pan skończył z Nottem, ale nie odprawił go, więc chłopak pozostał, półklęcząc i jęcząc u jego stóp. Voldemort stanął przed Draco. Malfoy opuścił wzrok w wyrazie szacunku i przyklęknął, zanim jeszcze został o to poproszony. Czarny Pan znów powiedział coś o krwi i przodkach, co wydawało się być rytualnym zaklęciem.
Zadowolony, Voldemort naznaczył go mniej boleśnie. Chociaż Evander skłaniałby się ku teorii, że Draco był o wiele odporniejszy na ból i dlatego krzyknął tylko raz. Evander powstrzymał niestosowny w tym momencie uśmiech, który wynikał z zadowolenia poziomem wytrenowania Draco. Miał w tym zbyt duży udział, by nie czuć dumy z chłopaka.
Nawet się nie obejrzał, a Voldemort już stał przed nim. Evander również obniżył wzrok i miał zamiar uklęknąć, kiedy z tłumu ktoś wyrwał się z krzykiem.
– Nie zasługuje na to! – usłyszeli wszyscy.
W sali do tej pory panowała absolutna cisza, ale po nieroztropnym komentarzu podniósł się szmer.
Evander zacisnął pięści, walcząc ze sobą. Nienawidził łatki, którą mu przyczepiono, odkąd miał jedenaście lat. Całe swoje życie poświęcił, by nie czuć się gorszym od innych. Teraz, kiedy wstępował w świat, który opierał się w przytłaczającej większości na szacunku, jego przeszłość powracała do niego. Odczuł to, jak uderzenie obuchem w głowę.
Wirowało mu przed oczami, a krew gotowała się w żyłach, kiedy słuchał kolejnych obelg.
– Brudna krew – wkrótce dołączył kolejny głos. Magicznie zmieniony, wibrował echem. – Nie jest godzien Znaku!
Ekscytacja, która do tej pory emanowała z Voldemorta, na moment przygasła, ustępując miejsca chłodnej furii.
– Kto śmie kwestionować moje decyzje? – zagrzmiał. – Pokaż się, odważny czarodzieju. Pozwolę ci przemówić.
Evander nie ruszył się, przez cały ten czas skupiając wzrok na małym pyłku na szacie Voldemorta i nasłuchując. Był przekonany, że ten drugi głos należał do Rowle’a. Gdyby dostał taką możliwość, bez wahania ciskałby klątwami w mężczyznę, dając ujście kumulowanemu przez lata poczuciu niesprawiedliwości.
Sądząc po szeleście szat i stukocie obcasów o posadzkę, krnąbrny czarodziej wyszedł przed pierwszy szereg obserwujących inicjację i pokłonił się przed Czarnym Panem.
– Powtórzę to, co powiedziałem wcześniej, co uważa wielu z nas. Ten bękart zdrajczyni krwi nie jest godny bycia twoim sługą, Panie. Nie jest godny posiadania Znaku – powiedział i Evander już był pewien. To był Thorfinn.
– To poważne oskarżenie. Evanderze, masz coś na swoją obronę? – zadrwił Czarny Pan i Evander zaklął w myślach. Voldemort zrobił to specjalnie, bo według wszelkiej powszechnej wiedzy mógł być czarodziejem półkrwi, a już na pewno był synem zdrajczyni.
– Thorfinnowi Rowle może się to nie spodobać – zaczął bezbarwnym głosem, – ale moja krew jest tak czysta, jak prawdopodobnie nawet jego własna nie jest – powiedział wiedząc, że wywoła tym burzę.
Nie pomylił się, bo w całej sali balowej zawrzało po jego słowach. Evander pozostał niewzruszony.
– Zamierzasz to rozwinąć, chłopcze? – zapytał Czarny Pan.
Evander wstrzymał się z odpowiedzią.
– Zaspokajanie ciekawości pana Rowle’a nie jest moim priorytetem – zaryzykował.
To były źle dobrane słowa. Voldemort nie pojął, albo nie chciał pojąć jego aluzji.
– Ale zaspokajanie mojej ciekawości, powinno – warknął wściekle i skierował na niego różdżkę. Evander zacisnął zęby, ale nie udało mu się powstrzymać okrzyku, a ból, który poczuł, zwalił go z nóg. Przyklęknął w pozycji, w której powinien był teraz przyjmować Mroczny Znak, ale sekundę później opadł do przodu, w ostatniej chwili podpierając się dłońmi przed upadkiem.
Ból skończył się tak szybko, jak się zaczął. Jego mięśnie, przyzwyczajone do niemałych jego dawek, rozluźniały się już, niwelując efekty Crucio do znośnego minimum.
– Najwyraźniej wiesz więcej, niż my. Powiedz, chłopcze – usłyszał nad uchem. – Kim jest twój ojciec?
Evander wziął głęboki oddech i wypuścił powietrze ze świstem. Niechętnie przyznał sam przed sobą, że pomimo częstych treningów z Draco, nie był przygotowany na tak wielką dawkę bólu.
– Nie powinni wiedzieć – wyszeptał, z trudem łapiąc powietrze i spojrzał Voldemortowi prosto w oczy, “głośno myśląc” o dzienniku matki. – Jeszcze nie teraz.
Jeżeli Czarny Pan pamiętał wydarzenia sprzed kilku lat i to, co zobaczył wdzierając się wtedy do jego umysłu, będzie wiedział, co kryło się w tym pamiętniku.
Voldemort tym razem podążył za oferowaną mu przez Evandera sugestią i sięgnął po wspomnienie z nocy po poprzednim przyjęciu. Evander odczuł to wtargnięcie prawie tak boleśnie, jak wcześniejszą klątwę, ale udało mu się zdusić okrzyk do ledwie westchnięcia.

Powiedziałam mu, że ojcem mojego dziecka jest James Potter.


Voldemort odsunął się o kilka kroków, obserwując Evandera ostrożnie. Evander na powrót przywołał obojętną maskę, która łamała się co chwilę pod grymasem bólu i podniósł się do odpowiedniej pozycji, gotowy na przyjęcie Znaku. Spojrzał w rubinowe oczy Czarnego Pana, gotowy na kolejną inwazję na swój umysł, która jednak nie nadeszła.
– Wykonasz swoje zadanie? – zapytał Voldemort tak cicho, że słyszeli go tylko Evander i Draco. Theodora w to nie wliczał, bo Nott nadal jęczał, całkowicie skupiony na swoim bólu.
Spojrzenie, jakie mu posłał Voldemort, było twarde i zimne. Oczekiwał bezwarunkowego potwierdzenia. A Evander mógł mu je dać.
– To mi w niczym nie przeszkodzi, Panie – powiedział pewnie.
Czarny Pan ociągał się jeszcze, po czym zrobił krok do przodu.
– Wyciągnij rękę, Evanderze – powiedział miękko Voldemort.
Evander, słysząc swoje imię wypowiedziane w sposób, który przywoływał stare wspomnienia, wyciągnął dłoń i westchnął, kiedy różdżka dotknęła jego ciała. Pod skórą pojawiła się plama atramentowej czerni, która rosła i rosła, rozlewając się po przedramieniu i kształtując w znany symbol.
W imię przodków, w imię krwi, w imię zasad. Za dany nam dar, weź odpowiedzialność – wyrecytował Voldemort.
Biorę – odpowiedział na wydechu, wciąż walcząc z efektami zaklęcia torturującego.
Dopiero po tym, jak wyraził zgodę, znak wypalił się w jego skórze. Wniknął głęboko w jego ciało. Czuł, jak pieczenie rozchodzi się po żyłach, dociera do serca i tam wybucha nowym ogniskiem bólu. Mięsień zatrzymał się na chwilę, po czym wznowił pracę, tłocząc krew do pozostałych narządów w ciele. Mało brakowało, a straciłby równowagę i upadł. Udało mu się utrzymać w pozycji, w której się znajdował, klęcząc na jedno kolano. Ogień trawił jego żyły przez następnych kilka minut, ale po efektach o wiele boleśniejszego w skutkach Zaklęcia Cruciatus, Evander zauważył, że samo wypalenie Mrocznego Znaku ledwie go zapiekło.
rosein Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 39
Dołączył(a): 29 lip 2016, o 16:52
Lokalizacja: nigdziebądź, czyli w stanie zawieszenia między remontem, a przeprowadzką

Postprzez rosein » 10 lis 2017, o 10:28

02.

Stał w Wielkiej Sali, więc nie rozumiał, skąd wzięło się w nim to nieprzyjemne przeczucie. Rozejrzał się, mrugając zawzięcie. Stoły poszczególnych domów zapełnione były wpatrzonymi w jego kierunku uczniami. Za nim stał stół profesorów. Dyrektor przypatrywał mu się z uwagą. Jego oczy błyszczały z niezdrowej ciekawości. Gestem wskazał w kierunku stołka.
Wtedy Evander zrozumiał.
McGonagall popatrzyła na niego ponaglająco. W ręce trzymała starą Tiarę Przydziału. Evander nadal się nie ruszył, więc odczytała jego nazwisko ponownie.
– Verlaine, Evander – powiedziała z naganą w głosie.
Zrobił krok w jej stronę i prawie się potknął o własne nogi. To go otrzeźwiło. Nie miał jedenastu lat. Nie pojmował, dlaczego kazano mu ponownie przejść przez Ceremonię Przydziału, ale przestał się bać. Zmierzył kapelusz krytycznym spojrzeniem, wysunął podbródek i z gracją opadł na stołek, natychmiast prostując plecy.
Witaj, Evanderze Verlaine. Głos Tiary był skrzekliwy i lekko zachrypnięty, ale z nutką czegoś dziwnie znajomego, jakby kiedyś często go słyszał, ale nie pamiętał gdzie i u kogo. Hmm… Trudny wybór. Ale silna lojalność wobec rodziny, tak, powinieneś być w Gryffindorze.
Prychnął, natychmiast się orientując, że to zbędne.
Lojalność wobec krwi to raczej cecha Ślizgonów, głupia czapko, warknął w myślach.
To prawda, przyznała Tiara. Tylko, że twoja rodzina jest w Gryffindorze, Evanderze Verlaine. Tak, powinieneś być w tym samym domu, co twój brat.
Evander otworzył oczy, które nie wiedział kiedy zamknął.
Nie, nie mogła mu tego zrobić. Nie był Gryfonem. Poza tym, jego rodzina była w Slytherinie. Innej nie miał. Był Ślizgonem z krwi i kości.
Gryffindor!
Evander gwałtownym ruchem ściągnął kapelusz z głowy, wyrywając go z dłoni trzymającej go McGonagall. Wstał i rzucił tiarę na ziemię, odwracając się do nauczycieli.
– Jestem w Slytherinie – syknął, odchodząc w stronę swojego Domu.
Obudził się zlany potem. Nie miał tego koszmaru od lat. Spojrzał na stojący na szafce nocnej zegarek. Kwadrans do piątej rano.
Oparł się o zagłówek łóżka i przetarł oczy, usuwając resztki snu z powiek. Starał się o tym nie myśleć przez ostatnich kilka dni, ale nie mógł odsuwać tego w nieskończoność.
Harry Potter był jego przyrodnim bratem. Ten sam Potter, którego pomagał zabić na drugim roku. Ten sam Potter, którego z uporem ignorował przez kolejne lata nauki w Hogwarcie. Potter – Złoty Chłopiec Dumbledore’a.
Czy rzeczywiście miało to dla niego jakieś znaczenie? Czy tylko próbował sobie wmówić, że chłopak nic go nie obchodzi? A może coś zupełnie odwrotnego? Minęło zbyt mało czasu, żeby mógł odpowiedzieć na te pytania sam przed sobą. Upora się z tym jeszcze przed decydującą chwilą. Ostatecznie, i tak nie miał wyboru. Dawno już zdecydował, po której stronie konfliktu stoi. Dostał zadanie od Czarnego Pana i musiał je wykonać, albo słono za to zapłaci.
Złapał się za głowę, masując skronie. To nie jedyne, z czym będzie miał problemy. Jak miał wyjść z cienia i przejąć przywództwo w Domu Węża, skoro wiązała go Błękitna Przysięga, złożona Malfoyowi?
Mógł spróbować przekonać Draco, żeby zwolnił go z części przysięgi, w końcu lojalność wobec Czarnego Pana obowiązywała Draco tak samo, jak jego. Nie mógł mu jednak powiedzieć, dlaczego zamierzał przejąć władzę w Slytherinie. Voldemort zabronił mówić komukolwiek o zadaniu, które dostał.
Paradoksalnie, sprowadzenie śmierciożerców do zamku wydawało się więc najprostszym z zadań, które otrzymał. Wprawdzie nie znał jeszcze żadnego sposobu na przeprowadzenie ich przez bariery bez informowania o tym dyrektora, ale liczył na to, że wymyśli coś na miejscu.
Książki, które miał czytać, leżały nietknięte od dnia inicjacji. Evander wciąż i wciąż analizował wszelkie możliwości. Obmyślał plany i testował różne strategie. Jak dotąd, każda kończyła się fiaskiem, albo tak wielką ilością niemożliwych do przewidzenia czynników, że nie potrafił zdecydować się na żaden konkretny kierunek działania.
Czas mijał i powrót do Hogwartu zbliżał się nieuchronnie. Alan stał się do tego stopnia nieznośny, że wszyscy domownicy zaczęli go, mniej lub bardziej świadomie, unikać.
Wspólne posiłki okazywały się torturą. Laird znikał na całe dnie, a Isla karciła chłopaka, na krótko wymuszając na nim względny spokój. Na tydzień przed wyjazdem, Evander przyuważył Aidena, jak przygwoździł młodszego brata do ściany i zagroził mu czymś paskudnym, sądząc po reakcji dzieciaka, po czym mały Alan przez resztę wakacji tylko przygryzał wargę i zamykał się w pokoju ze swoją sową, zamęczając biednego ptaka swoją paplaniną.
Evander zabrał gazetę ze stołu i, korzystając z chwilowej ciszy, przejrzał nagłówki. Nic. Miał nadzieję, że dowie się, jaki był powód, dla którego jego wuj wrócił poprzedniego wieczoru w tak opłakanym stanie. Wyglądał, jakby brał udział w wielkiej bitwie i właściwie nie wykluczał, że tak właśnie było. Tymczasem Ministerstwo najwyraźniej tuszowało kolejne posunięcia Czarnego Pana. Jakikolwiek mieli powód, wyjście na jaw prawdy było kwestią czasu.
Chciał zapytać Lairda wprost, ale od czasu inicjacji nie zamienili ze sobą ani słowa. Evander podejrzewał, że sam był temu winny. Nie chciał zobaczyć w jego oczach, niewypowiedzianego na głos, oskarżenia. Uciekał przed konfrontacją.
Przez większość czasu siedział zamknięty w pokoju, albo włóczył się po przylegających do dworu ziemiach, zdala od wścibskich oczu rodziny. Czytał, albo rozmyślał nad zadaniem, które dostał. Nad tym, jak od tego roku znów wszystko w jego życiu zmieni się za sprawą pewnego mrocznego Lorda.
Od połowy tygodnia był już w większości spakowany. Kiedy nadszedł pierwszy września, Evander wrzucił do kufra tylko kilka rzeczy i przelewitował go do holu jeszcze przed śniadaniem. Nie bez pewnego rozbawienia spostrzegł, że kufer Alana jako pierwszy znalazł się przy drzwiach.
Przy stole atmosfera gęsta była od pełnego spektrum emocji. Evander widział lekki niepokój w oczach Lairda i rozdarcie w postawie Isli. Zazwyczaj chłodna kobieta, tym razem skakała wokół swojego najmłodszego syna, jednocześnie dumna i zmartwiona tym, że obie jej pociechy wyjeżdżają i zobaczy je dopiero na święta.
Aiden odczuwał wyraźną ulgę, czego nie omieszkał też skomentować.
– Nareszcie będę miał spokój – mruknął, smarując tosta dżemem. – Tak co znajdziesz sobie jakiegoś kumpla i nie będziesz zawracał mi głowy.
– Aiden – skarcił go Laird automatycznie. – Jeżeli Alan będzie potrzebował twojej pomocy, to oczywiście mu jej udzielisz – polecił.
Aiden spojrzał na ojca urażony.
– Oczywiście, że udzielę. Silniejsi razem. Tak, pamiętam. Co nie oznacza, że będę jego niańką.
– Nie potrzebuję niańki!
– Zawsze będziesz mógł przyjść do mnie – odezwał się Evander, uśmiechając łagodnie i puszczając młodszemu z kuzynów oczko. – Jeżeli twój brat nie będzie potrafił ci pomóc…
Aiden spojrzał na niego krzywo i złapał brata za nadgarstek, odwracając jego uwagę od Evandera. Jedenastolatek, zupełnie zaskoczony jego propozycją, dopiero po chwili zwrócił się w stronę chłopaka.
– Pomogę ci ze wszystkim, jasne? Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć – zadeklarował poważnym tonem.
Mały Alan skinął głową i wymamrotał podziękowania.
Evander zerknął na Lairda. Jego wuj pokręcił głową, odrobinę rozbawiony.

*


– Może moglibyśmy…
– Nie, skarbie – zaczął stanowczo Laird, ale zaraz dodał miękko. – Od teraz będzie gorąco. Nie chcę ryzykować. Chłopcy są wystarczająco dorośli, żeby zrozumieć, ale niemowlę w tych czasach… – zawiesił głos.
– Rozumiem.
Evander wycofał się i zaczekał w pewnej odległości, opierając się o ramę okna i wyglądając na ogród. Isla minęła go, nawet na niego nie spoglądając. Korzystając, że drzwi są uchylone, wszedł do gabinetu wuja. Laird stał przy oknie w takiej samej pozycji, w jakiej przed chwilą Evander.
Odchrząknął.
– Za chwilę ruszamy – powiedział Laird odwracając się. Był przygnębiony, Evander wyczuwał to, pomimo doskonale opanowanego wyrazu twarzy jego wuja.
– Chciałbym, żebyś odpowiedział mi na jedno pytanie – powiedział wprost.
Laird skinął głową i wskazał gestem fotel.
– Pytaj.
Evander nie ruszył się, więc Laird również nie podszedł do biurka. Spojrzał za to uważniej na Evandera.
– Ilu sojuszników straciłeś od ogłoszenia mojej inicjacji?
Chciał to wiedzieć. Chciał znać nazwiska. Nie był jeszcze pewny, co mógłby z tą wiedzą zrobić, ale po prostu chciał wiedzieć.
– Nie musisz się tym martwić – powiedział Laird.
Zaskoczył go tym pytaniem, bo mężczyzna zmarszczył brwi, przyglądając mu się jeszcze intensywniej.
– Nie martwię się. Nie mam na to wpływu. Na razie – dodał.
– Niewielu. Większość tylko dużo gada, ale mają oczy i widzą kto ma władzę w Wizengamocie. Dopóki mam przy sobie najważniejsze rody, reszta zostanie.
– Rowle...
– Rowle zrobi to, co mu rozkaże Czarny Pan. Tak samo jak reszta śmierciożerców.
Evander posłał mu podejrzliwe spojrzenie.
– Nie będzie krył niechęci. Pozostali to wyczują. Uznają, że sojusz się rozpada i uciekną, zanim statek zacznie nabierać wody.
– Nie pouczaj mnie jak prowadzić politykę, chłopcze – skarcił go spojrzeniem. – Wiem jak temu zaradzić. Kiedy mówię, że nie musisz się martwić, to właśnie mam na myśli – dodał.
Evander skinął głową wiedząc, że nic z niego nie wyciągnie. Już miał opuścić gabinet, kiedy Laird go zatrzymał.
– Wiem, że dostałeś od Czarnego Pana zadanie – powiedział.
– Zgadza się.
– Co to za zadanie?
Evander pokręcił głową.
– Gdybym mógł jakoś pomóc…
– Dziękuję – odpowiedział i, po sekundzie zawahania, wyszedł.
Był zaskoczony deklaracją pomocy. Nie wynikała ze zwykłej troski, bo Laird nigdy nie okazywał tego typu uczuć, a na pewno nie wobec niego. Do tej pory nawet nie przypuszczał, że Laird mógłby trzymać w sobie przez tyle lat wyrzuty sumienia po incydencie z dziennikiem. Nic innego jednak nie tłumaczyło jego propozycji. Oboje dobrze wiedzieli, że to nie była jego wina. Evander obwiniał go, owszem, przez pierwszych kilka tygodni, dopóki nie uspokoił się i nie nabrał dystansu do całej sytuacji. Później nawet poszedł do wuja i powiedział wprost, że się mylił, oskarżając go o złe intencje. Z czasem oboje puścili to w niepamięć. Tak przynajmniej sądził.
– Wszyscy są gotowi – usłyszał zza pleców. Aiden wszedł do gabinetu, żeby pośpieszyć swojego ojca. – Alan nie schodzi z kufra.
– Chodźmy więc – odpowiedział mu Laird.
Po tonie jego głosu Evander poznał, że mężczyzna lekko się uśmiechał. Kiedy się deportowali z holu, uśmiech nadal gościł na jego twarzy, ale lądując w punkcie aportacyjnym miał już nałożoną na twarz swą zwykłą, obojętną maskę.
Na peronie od razu spostrzegł grupkę witających się siódmorocznych Ślizgonów. Pożegnał się z wujem i ciotką, skinął Aidenowi i poczochrał włosy małego Alana, po czym podszedł do swoich kolegów z roku.
– Możemy wsiadać – oznajmił swoje przybycie.
– Spokojnie. – Pansy Parkinson przeczesała długie włosy dłonią, rozrzucając je wokół ramimon. – Jako siódmy rocznik możemy wykopać małolatów z dowolnego przedziału. Zrobię to z najwyższą przyjemnością.
Evander wywrócił oczami.
– Nie powinnaś czasem, jako prefekt, pilnować, żeby właśnie takie sytuacje nie miały miejsca? – powiedział przesłodzonym tonem, drażniąc się z dziewczyną.
– Chciałbyś mieć tę władzę, Evander – odpowiedziała z tą samą manierą. – Niestety, nie masz.
– Za to ja mam. Chodźcie – powiedział Draco.
Był lekko rozdrażniony. Evander podarował sobie komentarz, podążając za nim z lewitującym z prawej strony kufrem. Pociąg nie był jeszcze nawet w połowie pełny, ale Pansy uparła się, że jako prefekci, ona i Draco muszą siedzieć blisko lokomotywy, więc spełniła zachciankę i wyrzuciła z przedziału kilku Puchonów i Gryfonkę, których wiek Evander oceniał na trzynaście, może czternaście lat.
– Ten rok zapowiada się uroczo – powiedziała śpiewnie i z gracją opadła na siedzenie, zajmując miejsce w środku i sadzając po swojej lewej stronie Draco, a po prawej Blaise’a. Jej przyjaciółka, Tracey Davis, została przez nią zmuszona, by usiąść między Evanderem, a Theodorem. Evander skinął Pansy głową w podziękowaniu za przegrodę oddzielającą go od Notta. Parkinson, zadowolona, że docenił gest, posłała mu czarujący, w jej mniemaniu, uśmiech.
– To jak – zagadnął Blaise, kiedy opuścili przedmieścia Londynu. – Dowiem się, co miał do ogłoszenia Czarny Pan na przyjęciu u Theo?
Evander zerknął na Draco. Blondyn zrozumiał spojrzenie i posłał takie samo ostrzeżenie Nottowi, ale nie było całkowitej pewności, że ten posłucha.
– Nie jest to coś, o czym możemy mówić, a już na pewno nie w pociągu – powiedział Draco.
Blaise się obruszył.
– Obiecaliście. A pociąg nie jest problemem – powiedział i rzucił zaklęcie wyciszające.
– Daj spokój, Blaise. Takie zaklęcie złamie byle czternastolatek. Na drugim roku znałem silniejsze – odparł Draco. – Obiecaliśmy, że dowiesz się w swoim czasie. Ten czas jeszcze nie nadszedł. Nikt nic nie powie – powiedział sugestywnie, jednocześnie posyłając kolejny znak Theodorowi. Dopiero wtedy się rozluźnił, co oznaczało, że Nott zgodził się współpracować.
Evander, który przezornie rzucił własne zaklęcia jeszcze zanim Blaise skończył zadawać swoje pytanie, odezwał się.
– Przez twój nietakt, Blaise, mielibyśmy niemałe kłopoty.
Wstał, przeszedł przez przedział i gwałtownym ruchem otworzył drzwi, stając twarzą w twarz z Potterem.
– Ktoś podsłuchiwał? Kto to?
Evander zmrużył oczy, wpatrując się w Gryfona. Jedno z zaklęć, którymi obłożył drzwi sprawiało, że próbującemu podsłuchać podeszwy butów przyklejały się do podłogi. Niegroźne, a dezorientujące przeciwnika i, o ile delikwent nie zna przeciwzaklęcia, razem z Cave Inimicum, informującym o zbliżającym się wrogu, dawało doskonałe rezultaty.
Z przedziału dochodziły zaciekawione głosy. Evander zasłaniał ciałem wejście, więc póki co, nikt nie zauważył kim był podsłuchujący ich śmiałek. Potter wyzywająco wlepiał w niego, ukryte za okularami, szmaragdowe oczy. Evander wahał się, przyglądając Potterowi zachłannie, tuszując to wrednym uśmieszkiem.
– Jakiś piątoroczniak, Gryfon – powiedział. Machnął ręką, usuwając skutki zaklęcia i dodał bezgłośnie. – Spadaj.
Potterowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Odchodząc obejrzał się jeszcze, nie mogąc otrząsnąć się z szoku. Evander, sam zaskoczony tym, co właśnie zrobił, stał jeszcze przez chwilę w drzwiach, obserwując korytarz, w którym zniknął jego brat. Przyrodni brat, poprawił się, jakby to było w jakiś sposób istotne.
Otrząsnął się i przywołał obojętność na twarz.
– Puściłem go. Szukał kogoś innego.
Theodor skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
– Skąd możesz to wiedzieć?
Evander zamknął drzwi i usiadł na swoim miejscu.
– Gdybyś się przykładał do lekcji legilimencji, pewnie słyszałbyś jego myśli z miejsca, w którym siedzisz.
Blaise już chciał się sprzeciwić, twierdząc, że to “przecież nie jest możliwe”, ale wzrok Evandera go uciszył. Później nam to wyjaśnisz, obiecywało jego spojrzenie. Obaj wiedzieli, że Evander nie zamierzał niczego wyjaśniać.
Stukające w regularnym rytmie koła pociągu przez jakiś czas były jedynym, co było słychać w przedziale. Evander, wbrew swoim zwyczajom, nie wyciągnął książki, nadal mając wiele spraw do przemyślenia. Incydent sprzed chwili był kolejną pozycją na jego liście.
Dlaczego w ogóle to zrobił? Zawsze słuchał instynktu, a ten podpowiedział mu w tamtym momencie, żeby, wbrew logice, zataił przed nimi obecność Pottera. Gdyby to się wydało, miałby spore kłopoty. Mógł tylko mieć nadzieję, że ta decyzja przyniesie mu jeszcze w przyszłości korzyści.
Zaczęło się ściemniać. Evander spojrzał po współpasażerach. Tracey i Blaise ziewali na przemian, Nott, z zaciśniętymi w cienką linię ustami masował przedramię, na którym od niedawna był Mroczny Znak. Pansy spała, a głowa opadła jej na ramię Draco. Spojrzał na Malfoya, ale blondyn nie reagował. Wpatrzony w uciekający za oknem obraz zdawał się zmagać z niewygodnymi myślami. Był spięty, oddychał płytko i nieregularnie, co jakiś czas wzdychając bezgłośnie. Brwi marszczył, zapewne wtedy, kiedy jakaś nieprzyjemna myśl przechodziła mu przez głowę.
Znał go na wylot i miał pewność, że Draco martwi się czymś poważnym.
– Możesz przestać się na mnie gapić? To mnie rozprasza – mruknął.
Evander ze zdziwieniem stwierdził, że wpatrywał się w chłopaka od dłuższego czasu.
– Coś cię martwi – powiedział.
Draco oderwał wzrok od szyby i utkwił go w Evanderze.
– Tak jak ciebie. Nie biegasz po wszystkich, zwierzając się, więc nie oczekuj ode mnie tego samego.
Evander nie odpowiedział.
– Przestań się gapić – powtórzył Draco po dłuższej chwili.
Przeniósł spojrzenie na krajobraz za oknem. Byli blisko. Pociąg zaczął zwalniać. Wkrótce zatrzymał się zupełnie.
– Wyjdźcie – powiedział Evander, wracając spojrzeniem do Draco.
Malfoy westchnął, ale nie sprzeciwił się. Blaise i Nott chcieli zaprotestować, ale Draco gestem nakazał im opuścić przedział.
– Co się dzieje? – zapytał Evander w chwili, w której drzwi przedziału się zamknęły.
– Jakie zadanie dostałeś? – Draco odpowiedział pytaniem.
– Nie wolno mi tego powiedzieć.
Draco westchnął.
– Rezygnuję z quidditcha – powiedział. – Nie mam już do tego serca.
Evander milczał przez chwilę.
– Dostałeś własne zadanie – bardziej stwierdził, niż zapytał.
Draco odwrócił wzrok, nie potwierdzając, ani nie zaprzeczając. Dla Evandera to była wystarczająca odpowiedź.
Pozwolił mu na wcześniejszą zmianę tematu.
– Nie rezygnuj. Musimy zachować pozory. Jego powrót nie jest jeszcze dla wszystkich taki oczywisty.
Draco skinął głową, robiąc krok do tyłu. Evander zatrzymał go, zanim się obrócił. Szarpnął się, ale nie na tyle, żeby wyrwać z uścisku.
– Będę potrzebował twojej pomocy – powiedział.
– Jak mam ci pomóc, skoro nie mogę wiedzieć w czym?
– Jakoś wymyślę, jak to obejść – powiedział, puszczając mu oczko.
Draco zacisnął usta w cienką linię i skinął głową.
– Skoro tak mówisz.
Ukrywał coś. Więcej niż jedną rzecz. Podjął kolejną próbę wyjścia z przedziału i tym razem Evander go nie zatrzymywał.
Potrafił czytać z ludzi jak z książek, ale nie mógł w ten sposób wyczytać wszystkiego. W tym momencie bardzo chciał wiedzieć, co takiego ukrywał przed nim Draco.

*


Wyszli z peronu i skierowali się ku powozom. Evander szedł obok Draco, kiedy ten w pewnym momencie zatrzymał się, zmieszany.
– Co…?
– Nic – wtrącił mu w słowo Draco. – Nie widzisz ich jeszcze?
Evander przez moment nie wiedział o co mu chodzi.
– Testrale – podpowiedział blondyn.
Westchnął. Słyszał kiedyś, że to one ciągną powozy, ale nie dawał wiary plotkom.
– Są piękne – powiedział Draco z miną, która mówiła zupełnie co innego.
– Kto? – zapytał Evander ostrożnie.
Czuł lekkie ukłucie zazdrości. Nie z powodu bycia świadkiem czyjejś śmierci, a z powodu możliwości zobaczenia tych stworzeń.
Będziesz miał jeszcze okazję, by je zobaczyć. Po ataku na szkołę, przypomniał sam sobie.
– Ojciec – mruknął Draco. – Sprowadził mugola do lochów. Po torturach, kazał mi go zabić.
Draco spojrzał na niego pustym wzrokiem. Takie spojrzenie było częste u Evandera, nie u niego. Nie spodziewał się, że to Draco pierwszy będzie miał na sumieniu czyjeś życie.
W jego oczach cały czas był niewinnym chłopakiem. Evander drgnął w niejasnym odruchu, podczas gdy Malfoy w porę się otrząsnął i wszedł do powozu. Evanderowi pozostało tylko podążyć za nim.
Siedzieli już przy stołach, kiedy pierwszoroczniacy weszli do Sali i stanęli przed stołem nauczycielskim w szeregu. Evander spostrzegł wśród grupki nowych uczniów blond czuprynę Alana. Zamyślił się. Pomimo ostatniego nawrotu koszmaru, z sentymentem wspominał własny przydział. Ostatecznie trafił tam, gdzie pragnął. Minęło tyle czasu, że nie potrafił sobie przypomnieć, co właściwie czuł, kiedy po raz pierwszy pojawił się w Hogwarcie. Pierwszy rok był dla niego zasnuty mgłą. Wspomnienia z tego okresu były nieostre i zatarte, jakby należały do jakiegoś poprzedniego życia.
Tiara zaczęła śpiewać. Evander słuchał jej słów, wychwytując zawoalowane nawoływanie do zajęcia “właściwej strony”. Zerknął na towarzyszy, ale żaden z nich nie słuchał kapelusza. Ich ignorancja czasami przyprawiała go o ból głowy. Wrócił spojrzeniem do stołu nauczycieli. Grono pedagogiczne zwiększyło się tego roku o dwie nowe twarze. Trochę go to zaskoczyło. Poznawał Emmelinę Vance, przyjaciółkę jego matki, ze zdjęć z czasu wojny. Obok niej siedział Isaac Podmore. Evander nie potrafił skojarzyć z nim nic więcej ponad to, że był pracownikiem Ministerstwa Magii.
Widok nowych osób przy stole nauczycielskim nigdy nie był dla niego zaskoczeniem. Po sześciu latach w Hogwarcie każdy wiedział, że posada profesora obrony przed czarną magią najprawdopodobniej była przeklęta. Skąd jednak dwóch nowych nauczycieli, skoro miejsce było tylko jedno?
Wicedyrektorka zaczęła czytać nazwiska, kiedy Evander przyglądał się kadrze profesorskiej, ale zauważył, kiedy McGonagall zbliżała się do końca alfabetu, że Tiara przydzieliła do Slytherinu tylko trzy osoby. Zdziwiło go to, bo zawsze podział na domy rozkładał się względnie równo.
– Verlaine, Alan – zagrzmiał głos nauczycielki transmutacji i jego kuzyn wyszedł na środek, siadając na stołku z przerażoną miną.
– Slytherin! – wykrzyczała Tiara, jakby zrezygnowana.
Wzbudziło to niemały niepokój w Evanderze. Reszta stołu Ślizgonów, w przeważającej większości, nie zwracała na przydział uwagi, automatycznie klaszcząc, gdy rozbrzmiewało nazwisko Salazara Slytherina, ale zauważył kilkoro uczniów, uważnie rozglądających się wokół. Odnalazł wzrokiem Aidena. Ich spojrzenia spotkały się i to wystarczyło, żeby wiedział, że Aiden również zauważył nieprawidłowość.
Dyrektor wstał i uderzył łyżeczką o puchar, a w Wielkiej Sali natychmiast zrobiło się cicho.
– Witajcie, moi drodzy. Najmłodsi z was liczą ledwie jedenaście wiosen, najstarsi mają po siedemnaście lat. Wychowywaliście się w czasach pokoju, a wojnę znacie tylko z opowieści rodziców i dziadków. Niestety, błogi spokój, w którym żyjemy, dobiega końca. Wielu z was już zauważyło znaki. Mamy niemal pewność, że po szesnastu latach ukrywania się, czarnoksiężnik, którego znacie jako Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, Lord Voldemort, powrócił. Niedługo przyjdzie wam na nowo odnaleźć się w świecie, którego szczęśliwie nie było wam dane do tej pory poznać, przyjdzie wam wkroczyć w życie, do którego nie jesteście przygotowani.
– Hogwart od setek lat szczyci się mianem szkoły sposobiącej młodych czarodziejów do dorosłego życia. Nie inaczej jest i teraz. W obliczu nowego zagrożenia, wasza szkoła wychodzi wam na przeciw. Wspólnie z Radą Nadzorczą i Ministerstwem Magii ustaliliśmy, że wszystkim przydadzą się dodatkowe zajęcia. Razem z Ministerstwem sprowadziliśmy do Hogwartu najlepszych nauczycieli, którzy przygotują was do tego, co będzie na was czekać po opuszczeniu murów szkoły. Kochani, pragnę ogłosić, że w tym roku macie dodatkowy przedmiot obowiązkowy. Lekcje pojedynkowania! – Dyrektor oznajmił to w taki sposób, jakby ogłaszał nie dodatkową lekcję, a zwolnienie z kilku innych. W sali panowała bezwzględna cisza. – Nie będę dzisiaj męczył was szczegółami, te poznacie na pierwszej lekcji obrony przed czarną magią. Nadchodzą mroczne czasy. Odrzućcie uprzedzenia i zobaczcie drugiego człowieka takim, jakim jest. Niech te zajęcia będą dla was sposobnością, by nawiązać nowe znajomości między domami. Niech ich swobodna atmosfera prowadzi do nowych sojuszy. Niech wspólnie spędzony czas pozostanie w waszej pamięci, pośród przyjemnie spędzonych w tej szkole wspomnień.
– Oczywiście, nasz woźny, pan Filch przypomina…
Reszty nikt nie słuchał. Evander spojrzał po twarzach swoich sąsiadów. Każdy z nich miał zniesmaczoną minę. Zerknął na pozostałe stoły, zauważając pewną prawidłowość. Piąty i siódmy rocznik były tak przerażone, że mało nie parsknął śmiechem. Gryfoni patrzyli po sobie ze zrozumieniem.
Wrócił wzrokiem do Ślizgonów.
– Już widzę te wszystkie przyjemne wspomnienia z Gryfonami. Jak miażdżę ich w pojedynkach. To rzeczywiście będą przyjemne wspomnienia – podsumował wystąpienie dyrektora Draco.
Pozostali ochoczo przyznali mu rację.
Evander zapatrzył się w stół niewidzącym wzrokiem.
– On buduje armię… – mruknął.
– Co?
– Dumbledore. Buduje armię. Spójrzcie prawdzie w oczy, kto poza Ślizgonami popiera Czarnego Pana? Wyjątki. Dumbledore wie, że nadchodzi wojna. Wie, że będą potrzebować więcej walczących. Tworzy armię złożoną z dzieciaków. Kto będzie walczył z dziećmi? Ilu zwolenników przez to straci Czarny Pan?
Zamilkli. Cholera, nie o to mu chodziło. Zerknął na Draco. Zadanie zadaniem, ale obowiązywała go złożona Malfoyowi przysięga. Na ile mógł sobie pozwolić?
– Ilu Ślizgonów mamy na pierwszym roku? – zadał kolejne trudne pytanie.
Szybkie spojrzenia na koniec stołu zaowocowały zdezorientowaniem na ich twarzach. Na pierwszym roku w ich domu było czterech uczniów.
– Ten rok nie będzie dla nas łatwy – zawyrokował.
To, czego nie powiedział na głos, było oczywiste dla wszystkich tych, którzy go słyszeli. Ślizgoni zawsze trzymali się razem, ale teraz będzie chodziło o coś więcej.
Nieprzyjemną ciszę między nimi rozładowało dopiero pojawienie się kolacji. Napełnił puchar i wsłuchał się w gwar rozmów. Z sąsiedniego stołu dochodziła ostra wymiana zdań. Krukoni spierali się o ostatnie artykuły Proroka. Evander pokiwał głową do własnych myśli. Czekał ich ostatni rok nauki. Za dziesięć miesięcy będą dorośli, zasilą szeregi Czarnego Pana i staną do walki o lepsze jutro. Sam się do tego przygotowywał przez lata i wiedział, pomimo słów Dumbledore’a, że wielu innych uczniów odebrało podobne do niego wychowanie. Ich rodzice, nauczeni przez własne doświadczenia, nie zostawiali spraw losowi. Pierwsze zajęcia z pojedynkowania pokażą, jak wielu z nich miało w wakacje prywatne lekcje i przeczuwał, że będzie to przynajmniej jedna trzecia, jeśli nie nawet połowa uczniów z jego rocznika.
Znów spojrzał na stół Gryfonów. Harry Potter siedział w otoczeniu przyjaciół, poważny i skupiony, ale szczęśliwy. Evander przyglądał się mu przez dłuższą chwilę. Pewnie powinien czuć jakieś przywiązanie, może ciekawość. Nie czuł nic. Ani wtedy, w pociągu, ani teraz, kiedy bezkarnie wgapiał się w Wybrańca. Ucieszył się. Brak jakichkolwiek uczuć wobec chłopaka wiele ułatwiał.
Jeden z problemów rozwiązał się sam, co nie znaczyło, że do pozostałych również rozwiązanie znajdzie się samo. Włócząc się po posiadłości przez ostatni tydzień wakacji opracował strategię, która pozwoli mu przejąć kontrolę nad Slytherinem, ale nie miał pewności, że to zadziała. Nie miał też, na razie, żadnego planu awaryjnego. Ponieważ jednak nie mógł tego odkładać na później, zdecydował się wdrożyć swój jedyny plan w życie już w pierwszych dniach pobytu w Hogwarcie.
Pierwsza ku temu okazja trafiła się jeszcze tego wieczoru.
Evander wstał razem z pozostałymi, nie odrywając wzroku od stołu Gryffindoru. Potter poczuł w końcu na sobie jego spojrzenie, bo rozejrzał się, napotykając jego wzrok. Po chwili odwrócił głowę, ignorując przyglądającego mu się Ślizgona.
Evander minął grupkę Krukonów, którzy tak zawzięcie kłócili się podczas uczty.
– Pięć punktów dla panny Turpin, za poprawną dedukcję – wtrącił, stając za dziewczyną i spierającym się z nią Kevinem Entwhistle’em.
Oboje obrócili się ku niemu. Entwhistle przerwał w połowie wywodu, blednąc na jego widok. Evander, z drwiącym uśmieszkiem, wycofał się i wmieszał pomiędzy swoich. Kątem oka obserwował jak mugolak unosi dłoń do klatki piersiowej, powtarzając coś, co prawdopodobnie brzmiało jak “niemożliwe”.
Nic nie jest niemożliwe, pomyślał Evander, zastanawiając się, jak szybko informacja o tym, że Ślizgoni potwierdzają powrót Czarnego Pana, rozejdzie się po szkole.
Punkt pierwszy zaliczony.
To będzie ciężki rok. Musiał to bardzo dobrze rozegrać.
rosein Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 39
Dołączył(a): 29 lip 2016, o 16:52
Lokalizacja: nigdziebądź, czyli w stanie zawieszenia między remontem, a przeprowadzką

Postprzez rosein » 19 lis 2017, o 23:42

Rozdział miał być w piątek, wiem... Życie mnie dopadło^^" Od czwartku nie miałam chwili wytchnienia! Tak to jest, jak się zostawia betowanie na ostatnią chwilę...


03.

– Wstawaj, Malfoy!
Draco poderwał się z materaca, szeroko otwierając oczy. Kiedy zobaczył stojącego nad nim Evandera, natychmiast zamknął powieki.
– Zabiję cię, przysięgam.
– Nie składaj obietnic, których nie masz szans dotrzymać. Wstawaj. Jest cholernie późno.
Draco opadł z powrotem na poduszki i jęknął przeciągle. Evander sięgnął dłonią w jego kierunku. Enervate, w myślach wypowiedział zaklęcie.
W następnej chwili chłopak był już w pełni rozbudzony.
– Zamorduję.
– Tak… Ubieraj się – rzucił szorstko i wyszedł.
Gdyby czekał na Draco w sypialni, Malfoy zwlekłby się z łóżka na lunch. Tymczasem Evander miał już plany na ten dzień i nie zamierzał z nich rezygnować. Kiedy wszedł do pokoju wspólnego, rozmowy przycichły. Nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Pod tym względem, właściwie nic się nie zmieniło w porównaniu do poprzedniego roku. Jego ulubiony fotel stał pusty, więc usiadł w nim, oparł się wygodnie i przymrużył oczy, kierując wzrok na płonące w kominku polana. Czekał, aż pozostali Ślizgoni wznowią rozmowy i zaczął się im przysłuchiwać.
Tuż obok niego Pansy i Tracey rozmawiały na temat eliksiru wzmacniającego do włosów. Nic odbiegającego od normy. Nieco dalej, Theodor Nott podrywał Hestię Carrow. Jej siostra bliźniaczka posyłała jej ukradkiem pełne udawanego współczucia spojrzenia, ale przez większość czasu czytała Standardową księgę zaklęć, stopień szósty. Evander znał ją na tyle, by wiedzieć, że okładka jest podmieniona, a księga zapewne była jakimś tomem o czarnomagicznej tematyce, zabranym z domowej biblioteki Carrowów. Kilka metrów od niego, Amina Rowle zawzięcie, chociaż przyciszonym głosem, kłóciła się z jego kuzynem, Aidenem. Miała za sobą Nerissę Broody i Normana Stacey’a. Z Aidenem stali Adelaida Murton i synowie Selwyna i Avery’ego – Holden i Gillian.
Evander zerknął w stronę korytarza prowadzącego do sypialni chłopców, ale Draco nadal nie było w zasięgu wzroku. Posłał w kierunku grupki piątorocznych subtelne zaklęcie podsłuchujące.
– Nigdy. Więcej. Nie. Obrazisz. Mojego. Ojca – cedził właśnie Aiden.
– Sam się o to prosi – syknęła mu w odpowiedzi dziewczyna.
Evandera nie zaskoczyła ta wymiana zdań. Amina była córką Thorfinna, człowieka, który ośmielił się przerwać Voldemortowi ceremonię inicjacji, by zaprotestować przeciwko udzieleniu mu Mrocznego Znaku. Nic dziwnego, że przejęła poglądy ojca. Ciekawy był natomiast, jak jego kuzyn poradzi sobie z konfrontacją.
Aiden syknął coś, co umknęło Evanderowi, po czym błyskawicznym ruchem wyciągnął różdżkę, przykładając jej koniec do gardła dziewczyny. Evander pokiwał lekko głową, zawiedziony. Chłopak starał się przez ostatnie miesiące panować nad emocjami, ale nadal był zbyt porywczy.
– Cofnij to, Rowle – warknął.
– Idziemy – usłyszał tuż przy uchu Evander i wykrzywił twarz wskutek porażającego bólu. Zaklęcie podsłuchujące wzmocniło głos Draco, z czego blondyn, oczywiście, doskonale zdawał sobie sprawę, traktując to, jako zemstę za brutalną pobudkę.
Evander zaklął pod nosem, wstał z fotela i podążył za Malfoyem do wyjścia. Rzucił ostatnie spojrzenie w stronę kuzyna. Amina Rowle stała bezradna, zaciskając pięści, a Aiden pochylał się nad pierwszoroczniakiem, kompletnie ją ignorując.
Pierwszoroczniakiem był jego młodszy brat, Alan.
– Co cię tak cieszy? – zapytał go Draco.
Wzruszył ramionami.
– Co ciebie martwi?
Draco rzucił mu wściekłe spojrzenie i skopiował wzruszenie ramion. Evander się zatrzymał. Korytarz i tak był pusty.
– Dobrze wiesz, że prędzej czy później się dowiem – powiedział, podchodząc do blondyna. Draco się nie poruszył. W jego oczach widział oskarżenie. Powinien wiedzieć, powinien się domyślić.
Nie domyślał się.
– Chodźmy, Draco. Śniadanie za niedługo się skończy. – Złapał go za ramię i pchnął lekko w stronę prowadzących do sali wejściowej schodów.
Draco wetknął ręce w kieszenie, przyjmując rozluźnioną postawę i ruszył przodem. Gdyby go nie znał, Evander mógłby pomyśleć, że rzeczywiście był rozluźniony. Tyle, że Evander znał go, jak nikt inny i wiedział, kiedy Draco był spięty. Mająca to maskować poza, tylko potwierdzała jego przypuszczenia.
Zmartwienie Draco nie dawało mu spokoju.
Usiedli przy stole, zajmując swoje stałe miejsca.
– Ale macie skwaszone miny – skomentował ich przybycie Blaise, gdy tylko przełknął kęs tosta.
W ich kierunku zbliżał się już Severus Snape.
– Spóźnił się pan, panie Malfoy – powiedział, wciskając im w dłonie tegoroczne plany zajęć. – Takie zachowanie nie przystoi Prefektom. Proszę rozdać plany pozostałym uczniom. Nie mam zamiaru dłużej czekać na spóźnialskich.
Draco odebrał naręcze pergaminów, mrucząc niedbałe “oczywiście”, nawet nie zaszczycając nauczyciela spojrzeniem. Odczekał, aż Snape wyjdzie z Wielkiej Sali, przejrzał nazwiska umieszczone na rulonach i rozdzielił na dwa niezbyt równe stosy. Zagarnął ten mniejszy, składający się z trzech sztuk, a resztę przesunął w kierunku siadającej właśnie przy stole Pansy.
– Co to? – zapytała natychmiast.
– Plany lekcji żeńskiej części Slytherinu. Jesteś za nie odpowiedzialna – powiedział Draco i wrócił do jedzenia.
Pansy przewróciła oczami, ale zabrała stosik pergaminów, zanim zabrała się do jedzenia.
Chwilę później do sali wleciała, przez umieszczone pod sufitem okno, chmara sów. Przed Evanderem pojawił się bury puchacz z gazetą.
– Nareszcie – mruknął Evander, zanim jeszcze rozłożył Proroka. Gazeta została zwinięta w taki sposób, żeby nagłówek z pierwszej strony był doskonale widoczny. “ZEMSTA NA MUGOLACH” głosił napis. Pod nim zamieszczone zostało zdjęcie przedstawiające zgliszcza domu w Lisburn.
To była akcja, na której był Laird w noc przed jego wyjazdem do Hogwartu, domyślił się.

WCZORAJ, W LISBURN, W IRLANDII PÓŁNOCNEJ, DOKONANO BRUTALNEGO MORDU NA MUGOLACH. OFIARY TO JR WILLIAMSON, WŁAŚCICIEL DOMU (MĘŻCZYZNA, KTÓRY KILKA DNI TEMU, W LONDYNIE, DOKONAŁ NAPAŚCI Z NOŻEM W RĘKU NA CZARODZIEJA, PANA LAMBERTA FLETCHERA. OPISYWALIŚMY TO ZDARZENIE – PATRZ PROROK CODZIENNY, NUMER 97/244) – ORAZ JEGO ŻONA, DWÓJKA DZIECI (9 I 15 LAT) I PRZEBYWAJĄCY W DOMU GOŚCIE. W SUMIE CZTERNAŚCIE OSÓB.
NA MIEJSCE JAKO PIERWSI DOTARLI CZŁONKOWIE BRYGADY UDERZENIOWEJ, ALE SZYBKO OKAZAŁO SIĘ, ŻE POTRZEBNA BĘDZIE POMOC SPECJALISTÓW Z BIURA AURORÓW. JAK WYNIKA Z OŚWIADCZENIA BRYGADY, KTÓRE DOSTARCZYŁ NAM WICESZEF, PAN PODMORE, WSZYSTKO WSKAZUJE NA TO, ŻE KTOŚ ZROBIŁ TO Z ZEMSTY. WIADOMO JUŻ, ŻE SPRAWCÓW JEST KILKU. NA MIEJSCU ZABEZPIECZONO ŚLADY SYGNATUR TRZECH RÓŻNYCH RDZENI RÓŻDŻKOWYCH. RODZINA I GOŚCIE WILLIAMSONA MIELI BYĆ TORTUROWANI. PONADTO, DOWODY WSKAZUJĄ NA STYLE TORTUR ZNANE Z WOJNY Z TYM-KTÓREGO-IMIENIA-NIE-WOLNO-WYMAWIAĆ.WIEMY, ŻE SPRAWCY NAJPIERW ZAMORDOWALI PANIĄ WILLIAMSON I JEJ DZIECI, A DOPIERO PÓŹNIEJ ZABRALI SIĘ ZA JR WILLIAMSONA.
ZAPYTALIŚMY PRZEDSTAWICIELI MINISTERSTWA O EWENTUALNE POWIĄZANIA ZE ZLIKWIDOWANYM WIELE LAT TEMU UGRUPOWANIEM, ZNANYM JAKO ŚMIERCIOŻERCY.
NIE MA DOWODÓW NA TAKIE POWIĄZANIA. STYL TORTUR JEST TAKI SAM, JAK PRZY POPRZEDNIM ATAKU I NA TYM, NA RAZIE, SKUPIAJĄ SIĘ AURORZY ŚLEDCZY. ZAKŁADAMY, ŻE POWSTAŁA NIEWIELKA GRUPA TERRORYSTYCZNA, MAJĄCA NA CELU WYMIERZANIE SPRAWIEDLIWOŚCI NA WŁASNĄ RĘKĘ. NIE MOŻEMY PRZYMYKAĆ OCZU NA TAKĄ SAMOWOLKĘ. PROWADZIMY ŚLEDZTWO I WKRÓTCE UJMIEMY SPRAWCÓW – POWIEDZIAŁ NAM SZEF BIURA AURORÓW, RUFUS SCRIMGEOUR.
POMIMO JEGO GORĄCYCH ZAPEWNIEŃ, BIURO STARSZEGO PODSEKRETARZA MINISTRA MAGII MILCZY NA TEN TEMAT, A NASZ INFORMATOR TWIERDZI, ŻE SCRIMGEOUR TAK NAPRAWDĘ NIE MA POJĘCIA, KIM MOGĄ BYĆ SPRAWCY, ANI JAK ICH ZŁAPAĆ. MINISTER WEASLEY UNIKAŁ DZISIAJ REPORTERÓW...

– Ojciec mówił, że minęło dobrych kilka godzin, zanim wysłali Aurorów. Biuro od kilku miesięcy ma problemy z organizacją sił – skomentował Draco, kiedy skończył czytać artykuł.
– Według Ministerstwa, akcja poszła nadzwyczaj sprawnie.
– Tak, a liczba ofiar to wynik pomyłki w druku – zadrwił Draco.
Evander uśmiechnął się, przerzucając stronę.
– Ciekawe, kiedy w końcu Weasley to ogłosi? – rzucił w pełni świadomy, że słuchają ich młodsze roczniki. – Kiedyś będą musieli.
– Gdy to nastąpi, Weasley będzie musiał się podać do dymisji.
Evander zerknął na stół Gryffindoru. W Hogwarcie była jeszcze dwójka dzieci nieudolnego Ministra Magii. Oboje pochylali się nad czymś, siedząc po obu stronach Pottera.
– Widziałeś już plan lekcji? Jest genialny.
Draco, po raz pierwszy od czasu ich inicjacji, uśmiechał się inaczej niż drwiąco.
Ponieważ pierwsze zajęcia tego dnia mieli dopiero po lunchu, wolny czas spędzili w pokoju wspólnym. Usiedli na swoich zwykłych miejscach. Dziewczyny natychmiast pogrążyły się w rozmowie na własne tematy. Notta nigdzie nie było, Blaise wyłożył się w fotelu, a Draco wyciągnął z torby książkę. Evander zajrzał na okładkę. Zaklęcia Chadwicka Boota. Część VII – wydanie z komentarzem Mirandy Goshawk. Uniósł brwi w zdumieniu. Nie znał tej książki, ani nie kojarzył z niczym nazwiska Chadwicka, nie licząc Krukona z ich roku – Terry’ego.
– Jest tam coś ciekawego? – zapytał.
Draco spojrzał na Evandera nieprzytomnie, po czym sam zerknął na okładkę swojej książki.
– Ach, tak. Sporo praktycznych, przydatnych w codziennym życiu zaklęć. – Pokazał Evanderowi pierwszą stronę, tę z prawdziwym tytułem.
Evander przewrócił oczami i już miał wyciągnąć własny tomik, kiedy ciszę w pokoju wspólnym przerwał jakiś wzburzony okrzyk. Wyciągnął szyję, sprawdzając co się dzieje.
O tej godzinie większość uczniów powinna być już na lekcjach. Luźniejszy plan miały tylko ostatnie dwa roczniki. Tymczasem pod kamienną ścianą, stanowiącą wejście do pokoju, stała dwójka uczniów, celując w siebie różdżkami. Draco westchnął i odłożył książkę na stolik, wstając niechętnie. Evander, widząc, kto rozpętał zamieszanie, również wstał. Pozostali uczniowie zostali w swoich miejscach, przyglądając się im z bezpiecznej pozycji.
– Co się dzieje? – zapytał Draco poirytowanym głosem.
– Nic. Nie twoja sprawa. Poradzimy sobie sami – warknął Aiden.
Evander stał tuż za Draco.
– Malfoy – Amina Rowle włożyła w to nazwisko tyle jadu, że Draco aż westchnął, zaskoczony. – Przyszedłeś objąć patronatem kolejnego Verlaine’a? Od kiedy twoja rodzina trzyma z przegranymi?
Evander wyszedł zza Draco i zrobił kolejny krok do przodu.
– Draco – zaczął. – Nie przerywaj czytania. Zajmę się tym.
Mówił cichym, złowrogim półgłosem, wpatrując się w dziewczynę, jak drapieżnik w ofiarę.
– Nie potrzebuję twojej pomocy, Evander.
– Oczywiście, że nie potrzebujesz, kuzynie. – Posłał mu krótkie spojrzenie, a chłopak cofnął się o krok, po czym zamrugał zaskoczony, ale nie skomentował tego, co poczuł.
– Ale wygląda mi na to, że mała Amina ma problem nie z tobą, a ze mną. Prawda, Rowle?
– I co z tego? To prawda, że nie zasługujesz na to, co masz. Jesteś szlamą.
Evander roześmiał się, krótko i nieprzyjemnie. Grał i świetnie się przy tym bawił. Nachylił się i spojrzał jej prosto w oczy.
– Z chęcią usłyszałbym, co masz w tej kwestii do powiedzenia, mała Amino, ale obawiam się, że masz – zawiesił głos i wyciągnął dłoń, wyczarowując zegar. Stara sztuczka z bezróżdżkową i niewerbalną magią, która zbijała z tropu prawie wszystkich, tym razem również zdała egzamin. – Jakieś dwie minuty na dotarcie na zajęcia ze Snape’em. Musimy więc zostawić to na później.
Wiązka magii popłynęła w jej kierunku i Amina Rowle, kompletnie zdezorientowana, zaczęła się jąkać.
– A-ale…
– Żadnego ale, Rowle. Pójdziesz na zajęcia. Zostawisz Aidena w spokoju. A jeśli będziesz mieć coś do mnie, powiesz mi to prosto w twarz – zakończył ostrym, rozkazującym tonem.
Dziewczyna wzdrygnęła się i skinęła głową, zgadzając się, po czym odwróciła i bez słowa wyszła. Aiden obrzucił go wściekłym spojrzeniem i zniknął wkrótce po niej.
– Znów używasz magii kompulsywnej, Evander – usłyszał przyganę.
Obejrzał się. Draco stał w pewnej odległości, z rękami skrzyżowanymi na piersi i kiwając głową karcąco. Efekt psuł szeroki uśmiech, rozciągający jego usta.
– Przyznaję, nie mogę się powstrzymać – odpowiedział mu z uśmiechem. – Wolę to, niż posłać dziewczynę do szpitala – podsumował, na powrót sadowiąc się w fotelu.
– Wracajcie do swoich zajęć, przedstawienie skończone – warknął jeszcze Draco na szóstorocznych Ślizgonów, po czym opuścił wzrok na książkę.
Evander obserwował jeszcze obecnych w pokoju wspólnym uczniów. To prawda, że mieli posłuch w Slytherinie, ale każdy siódmy rok go miał. Różnica polegała na tym, że razem z Draco zmienili zasady.
Po ukończeniu szkoły przez Flinta, jego miejsce przejął Montaque, ale nie miał już takiej władzy, jak jego poprzednik. Draco i Evander, wówczas na piątym roku, obalili go i przejęli przywództwo nad Ślizgonami. Nie obyło się bez kilku nieuchronnych pojedynków, ale dzięki wspólnym, regularnym treningom, obaj z łatwością wywalczyli swoje pozycje.
Stworzyli niemały precedens. Nie dość, że byli ledwie piętnastolatkami, zrobili to w dwójkę, a do tego zmienili zasady gry. Pierwsze dwa lata były burzliwe. Próbowali ich skłócić, podpuszczać, proponowali sojusze i intrygi. Nie potrafili zrozumieć, że Evander, mimo posiadanych ku temu warunków, nie chciał być przywódcą, tak jak nie rozumieli, że Draco nie widział zagrożenia, w potężniejszym Evanderze. Kłócili się, owszem. Ale nigdy nie zwrócili się przeciw sobie, co uważano wręcz za nienaturalne. Nikt nie wiedział, że łączyła ich Błękitna Przysięga.
Evander miał w szkole młodszego kuzyna. Poza tym, wiele dzieciaków ważnych śmierciożerców, dopiero teraz zaczęło się pojawiać w Hogwarcie. Evander zdołał przekonać Draco, że pozycja, którą wywalczyli, nie może się wiązać z samymi przywilejami. Zaczęto zwracać większą uwagę na młodsze roczniki. Evander znał z imienia każdego Ślizgona w szkole. O każdym był w stanie coś powiedzieć. Kiedy pojawiał się problem, tak jak przed chwilą, wiedział co ma zrobić. Czy powinien się wtrącić, czy też obserwować z oddali rozwój wypadków.
Tym razem zdecydował się wkroczyć między tę dwójkę, bo wiedział, że kłótnia dotyczyła jego. Poza tym, otwarta konfrontacja zaraz na początku roku, przypomni wszystkim, dlaczego to on, a nie ktoś inny, siedział na drugim najważniejszym fotelu w tym pokoju. I ułatwi mu jedno z zadań, które dostał od Czarnego Pana.
– Obudźcie mnie, jak będziemy szli na eliksiry – mruknął Blaise, wyrywając Evandera z rozmyślań.
Zabini zamknął oczy i po chwili spał w najlepsze.

*


Evander chodził po pokoju, zbierając potrzebne przedmioty. Od początku tygodnia nie zdołał się jeszcze porządnie rozpakować, więc teraz jego rzeczy porozrzucane były we wszelkich możliwych miejscach. Spakował do torby książki, pergamin i pióro, zastanawiając się, co jeszcze mogło mu się przydać.
Była sobota i, sądząc po tym, jak wyglądało niebo w Wielkiej Sali, pogoda była idealna. Postanowił więc, że wykorzysta okazję i na świeżym powietrzu napisze esej, który dzień wcześniej zadała im profesor Babbling. Oprócz tego, zabrał jeszcze Tajemnice Najczarniejszej Magii od Owle Bullock, zakładając, że esej nie zajmie mu wiele czasu.
– Nie sądziłem, że kiedykolwiek zobaczę u ciebie taki bałagan – skomentował zza jego pleców Draco.
Evander westchnął ciężko, stając na środku pokoju i ogarniając wzrokiem chaos, jaki panował w jego części pokoju. Nie wątpił w to, że idealnie odzwierciedlał obecny stan jego umysłu.
Nie zamierzał się tłumaczyć. Zamiast tego odwrócił się i spojrzał na Draco z udawanym zdumieniem.
– Jednak idziesz na trening? – zapytał, taksując z góry na dół strój do quidditcha, w który już był ubrany.
– Nie wiem po co, ale tak. Idę.
Zarzucił torbę na ramię, po czym zrobił kilka kroków w stronę blondyna, sięgnął po opartą o ramę łóżka miotłę i wcisnął mu ją do rąk.
– Dobrze wiesz po co. Pozory, Draco. Musimy je zachować tak długo, jak się da.
Draco wzruszył tylko ramionami i schował różdżkę do bezpiecznego schowka w szatach.
– Rozumiem, że idziesz ze mną? – zagadał, kiedy Evander przepuszczał go w drzwiach.
– Właściwie, to miałem zamiar iść nad jezioro, ale przypuszczam, że teraz już nie mam na to szans – zaśmiał się.
Draco posłał mu szeroki uśmiech i ruszył przodem.
Evander nie pamiętał, kiedy ostatnio uśmiechał się szczerze. Zazwyczaj, w towarzystwie Draco, nie miał z tym większych problemów. Chłopak zawsze potrafił go rozśmieszyć. Tymczasem teraz czuł się przytłoczony. Pierwszy tydzień września zmierzał ku końcowi. Nie spodziewał się, że od razu zacznie robić postępy, ale wyrzucał sobie, że do tej pory nie zrobił nic w kierunku realizacji któregokolwiek z postawionych mu przez Czarnego Pana zadań.
Owszem, puścił trochę plotek. Oprócz sytuacji z Krukonami w dniu Uczty Powitalnej, rzucił jeszcze kilka dwuznacznych komentarzy wśród młodszych roczników różnych domów. Uczniowie noszący nazwiska, które nie były jednoznacznie kojarzone z Jasną Stroną podczas poprzedniej wojny, spoglądali w stronę Ślizgonów, uważnie obserwując ich zachowanie.
Największą przeszkodą w zbieraniu zwolenników, mogła się jednak okazać kadra nauczycielska. Do tej pory nie było to zbyt oczywiste, ale wszyscy w Slytherinie zdawali się wyczuwać, że, dotychczas neutralni, profesorowie odnoszą się do nich oschle i z dystansem.
Rozproszył negatywne myśli w chwili, w której Draco wzniósł się w powietrze. Przez moment zastanawiał się czy Malfoy mówił coś do niego, w drodze na boisko, ale nie umiał sobie niczego przypomnieć.
Draco zrobił kilka kółek i pętli w ramach rozgrzewki. Evander obserwował go przez dłuższą chwilę. Uwielbiał patrzeć, jak lata. Sam nie zbliżył się do miotły od lat. Lekkość, z jaką robił to Draco, łatwość w wykonywaniu skomplikowanych manewrów i wyraz błogiego spokoju, na jego twarzy sprawiały, że nie potrafił oderwać wzroku od blondyna. W meczach też sprawiał się o wiele lepiej, niż na początku.
Uśmiechnął się na wspomnienie nieudolnych prób pokonania Pottera w przeszłości. Dzięki regularnym treningom, zarówno na boisku, jak i potajemnym ćwiczeniom, które kontynuowali przez te wszystkie lata, dogonił Pottera i stał się mu równy. Na trzecim roku Draco znów przegrał, ale o milimetry. Na piątym sytuacja się odwróciła i to Draco złapał znicza, chociaż Gryffindor wygrał przewagą dziesięciu punktów. Pamiętał ten mecz bardzo dokładnie. Była wyjątkowo paskudna pogoda. Latali w deszczu przez dwie godziny, ścigający z obu zespołów grali punkt za punkt. Żadna z drużyn, ani na moment, nie prowadziła o więcej niż dwa gole. Przynajmniej do momentu, w którym tłuczek znokautował Bletchley’a, a jego miejsce musiał zająć Montague.
W poprzednim roku, Slytherin wygrał miażdżącą przewagą, a Draco podczas schwytania znicza wykonał manewr, który zagwarantował mu wzmiankę w sportowej sekcji Proroka. Po szkole rozniosło się, że Gryfon Creevey sprzedał redakcji zdjęcie, podobno za niemałą sumkę. Tegoroczny mecz miał dać ostateczną odpowiedź na pytanie, kto był lepszym szukającym, Potter czy Malfoy. Gdyby Draco zrezygnował z rozgrywek, rozczarowałby wielu kibicujących mu fanów.
– Nie miałeś przypadkiem pisać eseju na starożytne runy?
Zamrugał.
Draco pojawił się znikąd i zawisł w powietrzu, tuż przed jego twarzą, chichocząc pod nosem. Zmarszczył brwi, jakby nie wiedział, że tego typu spojrzenie, na Draco akurat, nie robi najmniejszego wrażenia.
Wstał, górując nad nim tylko przez moment, bo Draco natychmiast poderwał trzonek miotły, unosząc się wyżej. Evander posłał mu nieodgadniony uśmiech, po czym przeniósł wzrok na pozostałych członków drużyny, lądujących właśnie na boisku kilka metrów niżej.
– Jak się sprawują?
– Są beznadziejni, jak zawsze – odpowiedział Draco. – Co z twoim esejem?
– Nie ucieknie. – Odwrócił się do Draco i tym razem rzeczywiście się uśmiechnął. – Pomęcz ich jeszcze. Mam wrażenie, że się nawet nie spocili.
Draco wykrzywił usta w niezadowoleniu. Evander zdusił chęć roześmiania się na ten widok. Kiedy robił tę minę, Evander miał ochotę dać mu kuksańca żebra, albo zmierzwić te zawsze, dzięki zaklęciu, idealnie ułożone blond włosy. Oczywiście nigdy tego nie zrobił, co nie znaczyło, że nie chciał.
– Sugerujesz, że jestem dla nich za miękki? – żachnął się.
– Dokładnie tak, Draco – odpowiedział ze wzruszeniem ramion i usiadł, otwierając książkę, dając tym samym znak, że nie ma nic więcej do dodania.
Draco nie wydał z siebie żadnego dźwięku, co znaczyło, że dał upust irytacji poprzez wywrócenie oczami, albo wzruszenie ramion, czego skupiony na lekturze Evander nie mógł już zauważyć. Odczekał, aż odleci i wyciągnął pergamin i pióro, robiąc notatki.

*


Czarodziej wyłonił się zza drzwi, prowadzących do gabinetu nauczyciela obrony przed czarną magią.
– Witajcie, moi drodzy. Nazywam się Isaac Podmore. Wiceszef Brygady Uderzeniowej, czy, jak to się mówi, patrolu czarodziejskiej policji. Będę waszym nowym profesorem z tego przedmiotu.
Kilka osób jęknęło. “Kolejny pracownik z Ministerstwa?” mruknął ktoś z tyłu. Evander skinął głową, dopiero teraz skojarzył funkcjonariusza uderzeniówki z Departamentu Przestrzegania Prawa.
– Skoro Dumbledore zamierza szkolić armię, to dlaczego nie przysłał nam kogoś z Biura Aurorów?
Poczuł na karku ciepły oddech siedzącej za nim Pansy. Skrzywił się mimowolnie.
– Bo Aurorzy są zajęci atakami. – odpowiedział jej Draco, odwracając się i mierząc ją wzrokiem.
Dziewczyna odsunęła się i dopiero wtedy Evander się obrócił.
– Uderzeniówka też ma ręce pełne roboty, ale łatwiej jest poświęcić kogoś, kto jest bezużyteczny w walce – powiedział i wrócił do obserwacji nauczyciela.
– Przechodzą ten sam trening, ale to zbieranina nieudaczników, którzy nie zdali testu praktycznego – dokończył Blaise.
– Czyli wracamy do teorii… – Pansy westchnęła, niepocieszona.
Podmore znalazł się tuż przy ich ławkach.
– Panie Malfoy. Rozumiem, że pan nie potrzebuje zaklęć obronnych przed czarną magią?
Podmore zadał to pytanie w sposób, w jaki nauczyciele zazwyczaj próbują zawstydzić ucznia, którego przyłapali na braku uwagi. Biorąc pod uwagę okoliczności, wywołał tylko zduszone chichoty wszystkich tych, którzy nie zdołali się opanować.
Draco spojrzał profesorowi prosto w oczy.
– Cóż, mówiąc szczerze, to nie bardzo. Ale oczywiście ma pan rację, zwracając mi uwagę. Byłem lekko rozkojarzony. Więcej się to nie powtórzy, obiecuję – powiedział wyniośle.
Nawet Evanderowi trudno było opanować unoszące się w uśmiechu kąciki ust. Podmore, który dopiero po odpowiedzi Draco zrozumiał swój błąd, zmieszał się i wycofał do katedry. Ton jego głosu stał się sztucznie oschły. Widać było, że nie pasował do roli belfra.
– Jak rozumiem, niektórzy z was rzeczywiście uważają, że nie potrzebują nauk obrony przed czarną magią. Cóż, mylicie się – powiedział, będąc zupełnie przekonanym o tym, co właśnie mówił. – Nadchodzi wojna, a wy jesteście zbyt młodzi, by pamiętać poprzednią i rozumieć, co to słowo naprawdę oznacza. – Teatralnie zawiesił głos. Theodor Nott skrzyżował ręce na piersi i wysunął nogi, przyjmując ostentacyjnie lekceważącą pozycję na swoim krześle.
Evander nie zrobił nic. Nie zwracał na siebie uwagi, słuchając uważnie i analizując nowego nauczyciela, próbując dowiedzieć się, jakim był człowiekiem. Kątem oka widział, że Draco i Blaise robili to samo.
– Wojna – ciągnął Podmore – to zupełny, kompletny brak zaufania. Zdrada może nadejść z każdej strony.
Siedząca przed nim Millicenta Bulstrode wyciągnęła rękę w górę, przerywając profesorowi. Isaac Podmore niechętnie udzielił jej głosu.
– Profesorze, jest pan w klasie ze Ślizgonami. My nikomu nie ufamy i jesteśmy stale przygotowani na zdradę. Jeżeli tym jest wojna, to myślę, że jesteśmy na nią gotowi, jak nikt inny.
Jej ironiczna uwaga sprawiła, że Podmore znów się zmieszał. Zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie jej nazwisko.
– Bulstrode, proszę pana – podpowiedziała.
– Panno Bulstrode, z całym szacunkiem, nie sądzę, żeby była pani przygotowana na zdrady, które następują na wojnie – powiedział już wyraźnie poddenerwowany Podmore. – Ale skoro uważa pani, że wie lepiej, to proszę bardzo. Najbardziej zatwardziali zwolennicy Sami-Wiecie-Kogo opuszczali go, przechodząc na stronę Światła, tak samo niestety, jak najbardziej zaufani przyjaciele Jasnej Strony, dawali się skusić przejściu na stronę Mroku. Weźmy na przykład waszego profesora eliksirów.
Bulstrode już miała powiedzieć, że akurat Snape nadal jest po stronie Czarnego Pana, kiedy Evander kopnął pod stołem w nogę jej krzesła. Urwała w połowie słowa.
– Myślę, profesorze, że moim kolegom chodziło o to, że może pan pominąć podstawy. Nasze charaktery sprawiają, że jesteśmy naturalnie podejrzliwi i gotowi na atak z każdej strony. Szczególnie mieszkając razem przez siedem lat – przerwał, pozwalając, by przez klasę przetoczył się krótki śmiech. – Osobiście uważam, że nie powinien pan niczego pomijać. Nawet niektórym z nas przyda się ta lekcja – uśmiechnął się niewinnie do nauczyciela.
Draco zerknął na niego badawczo. Gdyby nie Błękitna Przysięga, nigdy by mu nie zaufał jako pierwszy i Evander doskonale o tym wiedział. Z jego strony wyglądało to dokładnie tak samo.
Reszta lekcji przebiegła spokojnie. Podmore kontynuował swoją opowieść o wojnie, pragnąc zwrócić ich uwagę na aspekty, które i tak znali od najmłodszych lat, powtarzane przez rodziców i opiekunów.
– Wiem, że chcecie już zacząć rzucać zaklęcia. Przejdziemy do tego zaraz na początku następnych zajęć – powiedział w końcu. – Tymczasem, mam wam jeszcze jedną rzecz do przekazania.
Z tyłu rozległy się jęki zniecierpliwienia, bez wątpienia pochodzące z gardła Vincenta, sądząc po głosie.
– Zajęcia, które ogłosił w trakcie Uczty Powitalnej dyrektor Dumbledore, odbywać się będą w poniedziałki i czwartki. Są to zajęcia dla całego siódmego rocznika i będą prowadzone w czterech oddzielnych salach, przez czterech prowadzących. Oprócz mnie oczywiście, będą to profesor Filius Flitwick, profesor Severus Snape oraz Emelina Vance, która zgodziła się uzupełnić grono pedagogiczne w tym roku.
Przez salę przeszedł szmer.
– Profesorze – odezwał się Blaise, tylko dla formalności podnosząc rękę. – Jak będą oceniane te zajęcia?
Podmore ucieszył się z tego pytania.
– Nie będą oceniane – powiedział radośnie. – To nadal są zajęcia dodatkowe. Jedyne co musisz na nich robić, to się starać, panie Zabini. Osoby, które nie będą aktywnie uczestniczyć w zajęciach, zostaną z nich wyproszone. I zanim zapyta pan, panie Zabini – uprzedził go. – Wystarczy, że będzie pan na jednych zajęciach tygodniowo. U dowolnego z prowadzących.
Zabini skinął głową, dziękując za odpowiedź.
– Ktoś jeszcze ma pytania?
Kiedy nikt się nie odezwał, Podmore wszedł na podest i stanął za katedrą.
– W takim razie liczę na to, że zobaczę część z was, na najbliższym, czwartkowym spotkaniu. Oto dokładna rozpiska. – Ku nim pofrunęły skrawki pergaminu.
Każdy zawierał tę samą informację: gdzie i kiedy miały miejsce zajęcia prowadzone przez poszczególnych nauczycieli.

*


Usiadł na łóżku, krzyżując nogi i przywołując na twarz łagodny uśmiech. Uniósł spojrzenie. Gdyby zbyt długo trzymał wzrok opuszczony, Draco nabrałby podejrzeń, więc skierował go prosto przed siebie, w szare tęczówki chłopaka.
Draco siedział w podobnej pozycji, na którą pozwalał sobie w jego towarzystwie, przed całą resztą grając swoją rolę przywódcy Slytherinu. Podniósł ręce do głowy i Evander przez chwilę myślał, że zamierza zakryć twarz w dłoniach, ale on tylko przeczesał włosy palcami w nerwowym geście.
– Wiesz już, jak obejść zakaz? – zapytał, doskonale rozpracowując powód, dla którego Evander go tu ściągnął.
– Nie – skłamał. – Ale tak się zastanawiam…
Dobrze wiedział co i jak powie, a wszelkie wahanie było tylko grą. Draco obserwował go uważnie. Wzrok blondyna ślizgał się po jego ciele, coś, czego z pewnością nauczył się od niego samego.
– Jesteśmy teraz siódmym rocznikiem, Draco. Ataki są coraz częstsze, niedługo dla wszystkich stanie się jasne, że Czarny Pan powrócił. Wszyscy będą nas obserwować. Musimy pokazać im, jak się zachować w nowej, nadchodzącej rzeczywistości.
– Musimy objąć rzeczywiste przywództwo.
– Nie chcę tworzyć armii – powiedział Evander, chociaż dobrze wiedział, że takie właśnie były intencje Voldemorta.
– Ale ją stworzysz, bo wiesz, że Czarny Pan przyjmie cię za to z otwartymi ramionami – powiedział kwaśno Draco.
– Ty ją stworzysz – poprawił go miękko Evander. Wstał i podszedł do łóżka blondyna. Położył mu dłonie na ramionach. – Wiąże mnie przysięga, przecież wiesz.
Draco nie dał się zwieść.
– Gdyby nie ona, nie miałbyś skrupułów – mruknął.
– Nie, nie miałbym. Na twoje szczęście, ona gdzieś tam jest i nadal nas obowiązuje – powiedział półżartem.
Draco westchnął ciężko, pogrążony w myślach, patrzył gdzieś w bok. Evander przekrzywił głowę w charakterystycznym dla niego geście, oznaczającym, że próbował zanalizować jego mowę ciała. Ostatnio coraz mniej go rozumiał. Kiedyś potrafił go rozgryźć w ciągu kilku sekund. W połowie zeszłego roku zauważył, że dzieje się między nimi coś dziwnego. Z jednej strony zaczęli sobie ufać, w sposób, który, Evander miał wrażenie, nie miał nic wspólnego z Błękitną Przysięgą; z drugiej zaś, co go zaczynało niepokoić, oddalali się od siebie, a Evander nie miał pojęcia dlaczego. Czasem miał ochotę po prostu go zmusić, by mu powiedział. Wyciągnąć z niego prawdę. Nie zrobił tego, bo…
Nie miał pojęcia, dlaczego jeszcze nie spróbował.
– Rozumiem, że mogę liczyć na twoją współpracę? – zapytał, odchodząc ku drzwiom.
– Przecież i tak tylko na tym skorzystam – prychnął Draco. – Gdzie idziesz?
– Do pokoju wspólnego. Ostatnio coś wisi w powietrzu i jeśli nie rozładujemy napięcia w ten weekend, następny tydzień będzie koszmarem.
Draco westchnął, ale wstał i odłożył na bok książkę, którą zamierzał czytać, zanim Evander nie zaczął rozmowy. Przepuścił Malfoya w drzwiach, nawyk nabyty przez lata, hołd złożonej przysiędze i zawartej w niej deklaracji lojalności.
Ledwie się wyłonili z korytarza prowadzącego do sypialni chłopców, a uderzyła w nich atmosfera nerwowości.
– O. Evander Verlaine. O gnomie mowa* – Głos Notta ociekał jadem.
Theodor stał na środku pokoju, a po prawej stronie miał Aminę Rowle. Nagle, coś w jego głowie kliknęło. Ostatnio prawie nie widywał Theodora, poza lekcjami. Znów knuł coś za jego plecami.
– Co jest, Nott. Kolejna bezcelowa próba pozbawienia mnie pozycji? – zapytał nonszalancko.
Warga Theodora uniosła się, pokazując zęby. Był wściekły, ale nie odpowiedział. Stojąca obok niego Amina, zrobiła krok do przodu.
– Sądzę, że dawno nikt tego nie próbował. A powinien.
Z jej oczu biła nienawiść tak wielka, że przez moment zastanawiał się, czy rzeczywiście nie zrobił jej czegoś, co mogłoby ją wywołać. Nie miał pojęcia, dlaczego ona i jej ojciec tak się na niego uwzięli. W końcu nie był jedynym czarodziejem w szeregach Czarnego Pana, o którym powszechnie było wiadomo, że nie jest czystej krwi, lub ma w rodzinie zdrajcę.
– Z powodu? – zachęcił ją.
– Masz szlamowatą krew – odpowiedziała, jakby to było oczywiste i całkowicie przesądzało sprawę.
– A ty masz nieaktualne informacje, dziewczyno.
– Ojciec mówił, że wcisnąłeś te kłamstwa... – przerwała, dostając kuksańca w bok od Theodora.
W pokoju byli niemal wszyscy. Na szczęście Nott zdawał sobie sprawę, że wspominanie o inicjacji trójki uczniów Hogwartu, nie było dobrym pomysłem i narażało ich, jako pełnoletnich, na wysłanie prosto do pokoju przesłuchań w Ministerstwie. Nawet wśród lojalnych Ślizgonów mógł znaleźć się taki, któremu coś się wymsknie w obecności kogoś, kto nie powinien tego słyszeć.
– Sugerujesz, że kłamię…
Evander nie usiadł. Stanął obok fotela Draco, opierając się o niego swobodnie. Dosadnie dawał do zrozumienia, że jego pozycja jest póki co niezachwiana, a poza tym miał z tego miejsca doskonały widok na cały pokój wspólny. W tłumie dojrzał obu kuzynów, przyglądających się scence z bezpiecznej odległości.
Kątem oka zobaczył, że Draco przechylił się ku niemu, opierając o podłokietnik i w milczeniu słuchając wymiany zdań.
– Daj nam dowód. Powiedz nam kim jest twój ojciec. Skąd u ciebie ta pewność?
– To, moja droga Amino, jest tajemnica między mną, a Czarnym Panem. On wie. I nie kwestionuje mojej lojalności. Dlaczego ty i twój ojciec nadal to robicie?
Po jego słowach zapadła cisza. Kilkoro młodszych uczniów gwałtownie wciągnęło powietrze w płuca. Tylko roczniki od piątego w górę nie zareagowały zaskoczeniem. Evander nie dał się sprowokować. Po prostu wykorzystał sytuację na swoją korzyść. Wypuszczenie plotki o posiadaniu Mrocznego Znaku było poniekąd niebezpieczne, ale spotkanie z Voldemortem, dla każdego z tych młodych czarodziejów, było czymś w rodzaju marzenia. Wypaczone przez opowieści z drugiej ręki i własne wyobrażenia, takie spotkanie było marzeniem niemal każdego z nich. W oczach większości dzieciaków, Evander urósł teraz do postaci bardzo ważnej w tej wojnie persony. Tyle, że jemu nie zależało tak na młodszych uczniach, jak na starszych. To nad nimi miał przejąć przywództwo.
– Skłamałeś – rzuciła oskarżenie Amina.
Evander, okazując na moment zniecierpliwienie na twarzy, zbliżył się do niej o kilka kroków. Dziewczyna przybrała obronną postawę.
– Nie dam się nabrać po raz drugi. Wiem, że ostatnio użyłeś na mnie jakiegoś zaklęcia. Nauczyłeś się przymuszać ludzi, żeby nikt nie kwestionował twojej pozycji. Ale z tym koniec. Wyzywam cię, Verlaine.
Evander zamrugał. Tak dawno już nie słyszał, by ktoś go wyzwał na pojedynek. Czy rzeczywiście wszyscy myśleli, że utrzymywał swoją pozycję, dzięki magii kompulsywnej?
– Naprawdę myślisz, że tylko dlatego tu jestem? – zapytał z czystej ciekawości.
– Tak – odpowiedziała z mocą.
W żaden sposób nie dał po sobie poznać, że Rowle się myli. Był opanowany, chociaż czuł pulsującą pod skórą magię. Chciał tego pojedynku i nie chciał jednocześnie. Wiedział, że dziewczyna nie będzie dość dobra, żeby dostarczyć mu rozrywki.
Brakowało mu sparingów z Draco, ale odkąd otrzymał Mroczny Znak, bał się trenować do utraty sił. Tymczasem nie używana, jego magia wystawiała na ciężką próbę jego opanowanie.
– Ponieważ zostałem wyzwany, to do mnie należy wybranie miejsca i czasu pojedynku – powiedział Evander.
Amina przytaknęła. Evander tylko na to czekał.
– Tu i teraz – powiedział i dopiero wtedy pozwolił sobie na pełen zadowolenia uśmiech.
Amina rozszerzyła oczy w zdziwieniu, ale natychmiast ustawiła się w pozycji. Jej różdżka, dotychczas schowana, znalazła się w jej dłoni.
Jej ojciec był doskonałym pojedynkowiczem. Niewątpił w to, że odebrała pełne szkolenie w tej kwestii. Evander wiedział, że nie powinien do końca ignorować dziewczyny, ale nie potrafił się oprzeć nonszalancji, z którą gestem zachęcił ją do rozpoczęcia ataku.
Amina Rowle okazała się wyjątkowo szybka. Błyskawicznie wykonała skomplikowany ruch różdżką i wypowiedziała inkantację na tyle cicho, żeby Evander jej nie dosłyszał.
Znał ten ruch. Znał zaklęcie. Bez trudu wykonał przeciwzaklęcie i oba promienie zniosły się w połowie drogi. Na oblicze dziewczyny wkradło się zdziwienie. Szybko wysłała w jego kierunku kolejne dwie zaawansowane klątwy.
To, jak były paskudne, można było poznać po tym, jak odbiły się od kamiennych ścian i, dużo słabsze, trafiły we wpatrujące się z boku Muriel Rothley i Hayley Quentin z szóstego rocznika. Muriel złapała się za ramię, w które trafiła klątwa i zaczęła krzyczeć. Hayley straciła przytomność, upadła, a jej ciało zaczęło drgać.
Draco wstał i zaczął mamrotać zaklęcia. Przyglądających się Ślizgonów przekryła świetlista kopuła. Kiedy skończył, dał znak i Amina z Evanderem kontynuowali pojedynek. Dziewczyna rzucała zaklęcia jedno za drugim. Evander odbijał każde, niektóre za pomocą zwykłego Protego, a na te których nie poznawał, albo znał i wiedział, że przebiją się przez tarczę, wyczarowywał silniejsze zaklęcia ochronne.
W końcu uznał, że zobaczył dość, żeby wyrobić sobie zdanie o umiejętnościach Rowle. Zebrał magię i zatrzymał ją w dłoniach. Kiedy walczył z kimś po raz pierwszy, miał na tę chwilę przygotowanych kilka specjalnych zaklęć. Klątwy były łatwe i szybkie w rzucaniu, nie potrzebowały skomplikowanych ruchów różdżką. Poza tym, Evander umiał je rzucać niewerbalnie i bezróżdżkowo.
Wyczuł odpowiedni moment, uniósł różdżkę i posłał trzy promienie światła, po czym opuścił ją, unosząc lewą dłoń i wypuścił kolejne. Rowle przerwała skomplikowane zaklęcie i naprędce postawiła przed sobą barierę z Protego.
Żadne z jego zaklęć nie przeszłoby przez tę tarczę samo w sobie. Tyle, że tarcza była rzucona niedbale, w przypływie paniki, a on cisnął w nią sześć różnych zaklęć. Błękitna poświata rozprysła się na kawałki przy ostatnim. Rowle patrzyła na niego wielkimi oczami, z drżącą dłonią, dzierżącą różdżkę i oddychała głęboko.
Evander czekał aż się pozbiera. Jego magia wyrywała się na zewnątrz. Chciał dać jej upust. Dziewczyna wyglądała, jakby chciała się wycofać.
– Co jest, Rowle – warknął. – Chcesz mojej pozycji? To weź ją sobie. Dalej, dziewczyno, walcz.
– Evander.
Obrócił się. Draco stał za nim. Pokręcił głową na boki i Evander od razu zrozumiał, co Draco miał na myśli. Tracił opanowanie. Podjudzał ją, zupełnie niepotrzebnie.
Rozszerzone oczy blondyna powiedziały mu, co nadchodziło. Wystawił lewą rękę i obrócił się w momencie, w którym klątwa zderzyła się z jego tarczą.
Rowle wpadła w amok, zaczęła ciskać w niego zaklęcie za zaklęciem. Odbijał je po kolei, podchodząc do niej powoli. Utworzył tarczę przy pomocy różdżki. Lewą ręką posłał w jej kierunku niewidoczny snop magii, nakłaniając ją do zaprzestania ataków.
– Nie sprawia mi to przyjemności – powiedział do niej. – Nie jesteś dla mnie wyzwaniem i tylko podrażniasz moją magię, która najchętniej zgniotła by cię w ułamku sekundy – warknął, nadal rozdrażniony, chociaż już w pełni się kontrolując. – To dlatego używam zaklęć przymusu.
Rozejrzał się. Nie miał wątpliwości, że przekonał ich tym drobnym pokazem siły, ale w oczach starszych Ślizgonów widział przede wszystkim ekscytację. Westchnął. Nie na taki efekt liczył.
Podszedł do Draco, który posyłał właśnie jakiegoś dzieciaka z Rothley i Quentin do skrzydła szpitalnego. Stanął w pół kroku za nim i wysłał falę magii, zaklęcie, którego niedawno się nauczył, a które sprawiało, że zgromadzone w pomieszczeniu osoby przejmowały emocję, którą wysyłał. Atmosfera w pokoju wspólnym uspokoiła się, a uczniowie wrócili na swoje miejsca, swobodnie rozmawiając o minionym pojedynku.
– Znam ten stan – powiedział Draco, kiedy wszyscy, łącznie z Nottem, który jeszcze przed chwilą zaciskał pięści z wściekłości, opadli na fotele rozluźnieni. – Potrzebujesz treningu. Chodź.
Złapał Evandera za nadgarstek i wyprowadził z pokoju.

* O gnomie mowa, a gnom tuż tuż. To nie tak, że czarodzieje nie znają wilków, ale modyfikowanie przysłów sprawia mi zbyt wielką radość, żebym mogła sobie odpuścić... :D
rosein Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 39
Dołączył(a): 29 lip 2016, o 16:52
Lokalizacja: nigdziebądź, czyli w stanie zawieszenia między remontem, a przeprowadzką

Postprzez rosein » 24 lis 2017, o 11:33

to jeden z tych rozdziałów, które dla mnie są oczywiste i konieczne, ale obawiam się, jak przyjmie je czytelnik... :whistle:


04.

Zniknęli w łazience Jęczącej Marty, kiedy mieli pewność, że nikt ich nie zobaczy. Draco przegonił ducha, podszedł do umywalki i wysyczał hasło otwierające portal. Po chwili już schodzili po stromych schodach, prowadzących do Komnaty Tajemnic.
Do teraz zastanawiał się, dlaczego Tom nauczył go słów otwierających i zamykających wejście. Nie narzekał oczywiście. Na początku bał się tu przychodzić, mając świadomość, że Potter zna wężomowę i wie, jak można przejść. Okazało się jednak, że Gryfon raczej nie miał najmniejszego zamiaru wracać w to miejsce.
Sam uprzątnął truchło bazyliszka i usunął wszelkie ślady walki. A później przyprowadził Draco.
Z początku trenowali w Komnacie rzadko, kiedy chcieli przetestować jakieś wyjątkowo paskudne zaklęcie i woleli nie ryzykować, że osłony powiadomią o tym dyrektora. Z czasem zaczęli schodzić do komnaty Slytherina już za każdym razem, gdy chcieli ćwiczyć. Evander często trenował, dochodząc do granicy możliwości, z każdym treningiem przesuwając ją dalej i dalej. Nie lubił uczucia braku kontroli, ale nie potrafił się powstrzymać. Za każdym razem, kiedy ćwiczył do utraty sił, miał wrażenie, że był przy nim.
Tom.
Wiedział, że to tylko urojenia wyczerpanego umysłu, ale nie umiał pozbyć się myśli, że wyczuwa go w swojej głowie, dokładnie tak, jak wtedy, kiedy pięć lat temu przejmował jego ciało i schodził do Komnaty Tajemnic po bazyliszka. Jakkolwiek nieracjonalnie to brzmiało w jego własnych uszach, brakowało mu go. Przez pierwszych kilka miesięcy, kiedy był zdany tylko na siebie, nie mając większych nadziei na ponowne spotkanie z Lordem Voldemortem, ratował się myślą, że Tom Riddle, jego idol i mentor, nadal jest gdzieś tam, w środku.
Kiedyś treningi, które prowadziły do zupełnego wyczerpania, dawały nadzieję i siłę. Teraz był pełnoletni, pewny siebie i w pełni samodzielny, a nadal ćwiczył w ten sposób. Powtarzał sobie, że robi to w celu zdobycia większej mocy. Jak bardzo okłamywał sam siebie? Osiągnął już więcej niż niejeden poważany w społeczeństwie czarodziej. Dalsze podążanie tą drogą, prowadziło go tylko w jednym kierunku.
Nie chciał zostać kolejnym Czarnym Panem. Nigdy nie miał tego typu ambicji. Po co w ogóle dalej ćwiczył?
Zdarzało się, że próbował przestać. Zawsze wracał do Komnaty. Nie zawsze z powodu nadmiaru magii, która szukała ujścia, jak miało to miejsce tym razem. Zwykle wracał tylko po to, by znów poczuć jego obecność z tyłu głowy. Świadomy swego uzależnienia od Toma Riddle’a, ulegał pokusie.
Komnata Tajemnic umożliwiała mu trenowanie bez skrępowania. Nie musiał się obawiać, że ściągnie na siebie uwagę starszych roczników czy nauczycieli. Draco nie miał takich dylematów jak Evander. Przychodził razem z nim tylko dla zyskania większej siły. Tak jak Evander, Draco też był o wiele potężniejszy od swoich kolegów. Gdyby któryś z nich uwolnił całą swoją magię na raz, w jednej z hogwarckich klas, zapewne natychmiast zaalarmowałby jakiegoś nauczyciela, albo samego dyrektora. Na zajęciach musieli się pilnować, by nie zdradzić się umiejętnościami, których nie powinni byli posiadać. Blondynowi zawsze przychodziło to z większym trudem. Draco był człowiekiem czynu, którego na siłę wciśnięto w sztywne zasady czystokrwistych elit.
Weszli między kolumny, Draco odwrócił się i cisnął w niego klątwą, bez słowa ostrzeżenia. Evander uśmiechnął się drapieżnie. Odbił ją i posłał własną. Draco nadal nie potrafił mu dorównać w pojedynkach, ale był najbliższy jego umiejętnościom. Trenowali razem od lat. Walka z nim sprawiała Evanderowi przyjemność.
Rzucali w siebie najmroczniejszymi klątwami. Na przemian posyłali zaklęcia, po czym wyczarowywali tarcze, które miały ich uchronić przed nadchodzącymi atakami. Uskakiwali, krążyli wokół siebie. W przerwach pomiędzy zaklęciami, rysowali różdżką skomplikowane wzory. Jego ciało mrowiło od przepływającej przez niego, pragnącej się wydostać na zewnątrz magii.
Trwało to nieco ponad godzinę, zanim Draco nie krzyknął, by się zatrzymał. Słabł już od jakiegoś czasu, więc Evander był na to przygotowany. Skierował w bok zaklęcie, które miał już na końcu różdżki i odetchnął ciężko. Był zmęczony, ale nie wykończony jak Draco. Wyczarował tuzin manekinów, nałożył zaklęcie, które przywraca je do poprzedniego stanu po każdej klątwie i wprawił w ruch. Zaczął ciskać zaklęcia w ich kierunku. Wiedział, że niewiele mu zostało do zupełnej utraty sił i nie zamierzał zmarnować okazji do kolejnego przesunięcia granicy.
Nie sądził, że wytrzyma tak długo. Od ostatniego treningu minęły jakieś trzy miesiące, jako że w Dorchester nie ćwiczył zbyt otwarcie. Pozytywnie zaskoczony, ostatkiem sił opadł obok Draco, wyciągając się na posadzce i zakładając ręce pod głowę. Wpatrywał się w świecące na szmaragdowo sklepienie. Uczucie czyjejś obecności, wytworzone przez zamroczony umysł, prześlizgnęło się pod granicę jego świadomości. Uśmiechnął się do siebie, kontemplując chwilę, póki trwała.
Błogą ciszę przerwał Draco. Usiadł i pochylił się odrobinę, wchodząc w pole widzenia Evandera.
Jego świadomość powoli wracała do rzeczywistości. Skupił rozbiegany wzrok na Malfoyu. Jego blada skóra zawsze wyglądała niezdrowo w tym świetle. Wrażenie pogłębiały błyszczące jak w gorączce oczy.
– W taki sposób nie zdobędziemy władzy – warknął.
Evander zmrużył powieki, zaskoczony. Pochylająca się nad nim twarz zmarszczyła się gniewnie.
– To tylko drobny pokaz siły – mruknął w odpowiedzi, orientując się, o czym mówił chłopak.
– Nie, Evander – powiedział stanowczo Draco. Jego mięśnie napięły się, a pięści zacisnęły, kiedy zmieniał pozycję. Pochylał się nad nim, zaciskając usta w cienką linię.
– Nie rozumiesz. Tworzysz sobie wrogów. Nie wszystko da się załatwić pojedynkiem. Nie każdy za tobą pójdzie tylko dlatego, że jesteś potężny. Nie jesteś Czarnym Panem, Evander.
Zamrugał zdziwiony. Podniósł się z wysiłkiem, zmuszając Draco do cofnięcia się.
– Nie chcę, żeby za mną szli. Mają iść za tobą.
– Daj spokój. Wiem jakie masz zadanie, Evander. Masz przygotować Ślizgonów do bitwy, a potem wyznaczyć następcę. Wiem, Evander. Wiem, bo z jakiegoś powodu Czarny Pan nie do końca ci ufa. Kazał mi obserwować cię i, w razie czego, wykonać zadanie za ciebie. To i przeprowadzenie części armii na teren Hogwartu.
– Co?!
Poderwał się na równe nogi i zachwiał z powodu wycieńczenia magicznego.
– Przykro mi, Evander. Dał mi to zadanie na dwa dni przed wyjazdem do Hogwartu. Chciałem ci powiedzieć wcześniej, ale nie było okazji.
Draco doskonale wybrał moment. Gdyby nie to, że był wykończony, byłby w trakcie ciskania klątwami na wszystkie strony.
Czarny Pan mu nie ufał.
Bo jesteś synem Jamesa Pottera, podpowiedział mu cichy głosik w tyle głowy. W jakiś totalnie pokrętny sposób znów udało mu się go poniżyć. I nawet nie miał możliwości, żeby odciąć się ripostą.
– Dlaczego mi o tym mówisz?
– Bo Theo dostał to samo zadanie. Obaj wiemy, że będzie próbował je wykonać, bez względu na to, jak dobrze będzie ci szło. A obowiązuje mnie Błękitna Przysięga, tak samo jak ciebie. Nie mogę pozwolić Theo na to, co zamierza. Tak samo jak ty nie możesz przejąć władzy w Slytherinie. Przysięga nie pozwoli nam działać wbrew warunkom, a to prowadzi nas do nielojalności wobec Czarnego Pana. Co Theo natychmiast mu zaraportuje. Albo wykorzysta na swoją korzyść. Musimy wypracować plan. Wspólnie.
Evander odwrócił się i odszedł na kilka kroków. Był wściekły. Na Czarnego Pana, bo swoim brakiem zaufania go upokorzył, na Theodora Notta, bo nie miał nad nim kontroli i wreszcie na Draco, bo trzymał to przed nim tak długo.
Zaklął. Nie chciał teraz widzieć jego twarzy, bał się, że coś mu zrobi. Prawie nie miał magii, ale to bardzo szybko się zmieni. Musiał się opanować. Wziął kilka głębokich wdechów. Spokój, nuda, opanowanie, przypomniał sobie starą mantrę. Jedno wspomnienie Toma Riddle’a zmroziło w nim wszelkie emocje.
Patrząc na to trzeźwo, Komnata Tajemnic była najlepszym miejscem na tego typu rozmowy. Zapewniała prywatność, której nie gwarantowało żadne inne pomieszczenie w szkole. Decyzja, o odwlekaniu tej rozmowy do teraz, okazała się całkiem rozsądna.
Odwrócił się, gotowy podjąć temat. Odetchnął z ulgą, czując, że w głowie mu się przejaśnia. Poradzi sobie i z tym. Wyciągnie korzyści z sytuacji, w której się znalazł.
– Wiesz, że znaleźliśmy się w położeniu bez wyjścia – zaczął, siadając znów naprzeciw niego. – Jesteś gotowy znieść swój warunek przysięgi?
Draco odwrócił głowę, przygryzł wargę, co mu się bardzo rzadko zdarzało, po czym na powrót spojrzał na Evandera.
– Właściwie, to zniosłem go w dniu, w którym usłyszałem od Czarnego Pana o twoim zadaniu.
Evander spoglądał na niego osłupiały.
Zaledwie kilka godzin wcześniej, przeprowadzali rozmowę na ten sam temat. Ba, chwilę temu znów wspomniał o obowiązującej ich przysiędze. Ani przez moment nie zdradził się, że…
Evander przypomniał sobie zaciśnięte w cienką linię usta. Nachylił się nad Draco i złapał go za szatę, przyciągając jeszcze bliżej siebie.
– Co jeszcze przede mną ukrywasz?
Draco milczał.
– Nic – odpowiedział, kiedy stało się jasne, że Evander oczekuje odpowiedzi, po czym znów, w ten sam sposób, zacisnął usta.
– A jednak jest coś jeszcze. Draco? – Do jego głosu wkradły się niebezpieczne nuty.
Draco wyrwał się z jego uchwytu.
– Nic więcej nie ma – warknął. – Zamierzam ci pomóc w wykonaniu zadania, które powierzył ci Czarny Pan. Tyle. Chcesz mnie oskarżać o coś, co nie istnieje?
Evander westchnął.
– To coś istnieje, zbyt dobrze cię znam, by ci uwierzyć w to oczywiste kłamstwo. Prędzej czy później dowiem się, o co chodzi. Ale dobrze – powiedział już spokojniej. – Zostawmy to na razie. Jak tylko odzyskam magię, cofnę swoją część przysięgi.
– Nie musisz – wymamrotał Draco.
Evander przymrużył oczy. To była dziwna odpowiedź, jak na Draco.
– Czas, żebyśmy nauczyli się sobie ufać – powiedział.
Mięśnie napięły mu się w oczekiwaniu na reakcję Draco, ale chłopak tylko wciągnął powietrze, po czym wypuścił je głośno, przewracając przy tym oczami.

*


Opuścili śniadanie, spędzając ranek w bibliotece i dopiero na lunch pojawili się w Wielkiej Sali. Ostatnio cała szkoła zdawała się nastawać na Ślizgonów. Ataki na mugoli zdarzały się teraz przynajmniej raz na tydzień i choćby nie wszyscy wierzyli w powrót Voldemorta, to większość i tak utożsamiała je ze ślizgońską pogardą dla niemagicznych ludzi. Nawet na lekcjach dało się odczuć ogólną niechęć wobec mieszkańców ich domu i lekcje eliksirów z Severusem Snape’em stanowiły małe wytchnienie, pośród ostrzału obelg rzucanych w ich stronę.
Evander wyszedł z biblioteki wcześniej i zajrzał jeszcze do Wielkiej Sali, porywając ze stołu kilka przekąsek i wypijając pół szklanki soku pomarańczowego. Dołączył do Millicenty i Daphne, schodząc do lochów na lekcję ze Snape’em.
Po wczorajszym sparingu z Draco, czuł się niemal zrelaksowany. Do listy rzeczy, z których był zadowolony, dodać mógł też dzisiejszy poranek. Spędził w bibliotece kilka dni i przeczytał prawdopodobnie każdą księgę, która traktowała o szkole, a kiedy po śniadaniu wrócił, by po raz trzeci wertować Dzieje Hogwartu Bagshot, wpadł na najlepszy, jak do tej pory, pomysł by przemycić Śmierciożerców.
Każda z ksiąg o Hogwarcie wspominała o ukrytych przejściach, skrótach i, co interesowało go najbardziej, o potajemnych wyjściach ze szkoły. Niestety, żaden z autorów nie podał lokalizacji żadnego ze wspomnianych przejść. Evander znał powód i, prawdę powiedziawszy, przyznawał im w duchu rację. Tajne przejście przestałoby być tajnym, jeśli można by o nim przeczytać w książce, którą miał w swoich rękach praktycznie każdy uczeń szkoły. To nie przeszkadzało mu teraz wściekać się na to, że nie znalazł nawet wskazówki, jak te przejścia znaleźć.
I właśnie wtedy, gdy o tym pomyślał, wpadł na pomysł. Skoro przejścia są tajne, to znaczyło, że są niewidoczne, ukryte, zamaskowane. A każda magia zostawiała ślad. Wystarczyło nauczyć się patrzeć.
Łatwo było to powiedzieć, trudniej wykonać. To był naprawdę zaawansowany poziom wrażliwości na magię. Ale czy nie dowiódł już, że potrafił więcej niż inni? Mógł się tego nauczyć i zamierzał to zrobić, nawet jeśli wydawało się, że na pierwszy rzut oka to niemożliwe. Nauczy się widzieć magię i zobaczy ukryte przejścia.
Nic nie jest niemożliwe. Już kiedyś to zrobił. Nauczył się łamać zaklęcia i, mając niespełna trzynaście lat, złamał zabezpieczenia rzucone przez dorosłą czarownicę, członka Zakonu Feniksa. Zrobi to jeszcze raz.
W końcu miał jakiś realny cel, na którym mógł się skupić. Szedł na eliksiry, będąc we wspaniałym humorze.

*


Severus Snape okręcił się w miejscu, a jego szata załopotała charakterystycznie. Spojrzał na garstkę uczniów, która zdecydowała się rok temu kontynuować lekcje prowadzonego przez niego przedmiotu. Kiedy jego wzrok prześlizgnął się po Harrym Potterze, skrzywił się i tylko Ślizgoni dopatrywali się w tej minie udręki i żalu za utraconą wizją spokoju.
– Panie Potter. Zamierza pan łaskawie zacząć przygotowania do lekcji czy może powinienem wystosować specjalne zaproszenie?
Potter wyprostował się, a na jego twarz wypłynął grymas nienawiści zmieszanej z poczuciem winy. Podręcznik do eliksirów osunął mu się na kolana i Gryfon wymamrotał przeprosiny. Tracąc cierpliwość, Snape machnął różdżką, a kociołek Pottera znalazł się na jego ławce w przyśpieszonym tempie.
Potter skinął nerwowo głową i napełnił go wodą, po czym zapalił pod naczyniem ogień. Evander pokiwał głową w zamyśleniu. Nie pojmował, jakim cudem chłopak nagle odnalazł w sobie żyłkę do eliksirów, ale trzeba mu było przyznać, że w zeszłym roku sporo się poprawił. W tym roku, mimo roztargnienia, nadal udawało mu się warzyć przyzwoite eliksiry. Części zasług Evander upatrywał w tym, że nie było obok niego Longbottoma i Weasleya, a Potter siedział w ławce z Granger.
Tym razem pracowali nad antidotum do Veritaserum i Evanderowi zależało na tym, by dobrze wykonać zadanie. Od jakiegoś czasu nosił ze sobą zapasowe fiolki i ukradkiem zlewał niektóre z wykonanych przez siebie wywarów, jeśli uważał, że mogły mu się w przyszłości przydać.
Lekcja przebiegała nadzwyczaj spokojnie. Snape poinformował ich o ocenach za eliksir sprzed tygodnia i nagrodził punktami te z wynikiem Wybitnym. Później przepytał kilkoro uczniów, odejmując punkty nie-ślizgonom, a przyznając je uczniom swojego Domu.
Ku jego zdziwieniu, Potter od kwadransa nie zrobił nic, co ściągnęłoby na niego gniew mistrza eliksirów, więc Snape po prostu usiadł za biurkiem i zaczął sprawdzać ułożone w pokaźny stos eseje uczniów. Evander ze skupieniem przyglądał się wypisanym na tablicy wskazówkom.
– Jeśli Potter znów dostanie Powyżej oczekiwań to przysięgam, że następnym razem wrzucę mu coś do kociołka – usłyszał stłumiony przez rękaw głos Pansy siedzącej za nim.
Uśmiechnął się do podręcznika. Cisza w klasie wydawała się być nienaturalna, ale wyjątkowo przyjemna.

*


– Panie Malfoy, proszę transmutować tę pinezkę w kota.
Draco skinął głową sztywno. Przez całą lekcję był spięty. Każdy z nich był. McGonagall, tak samo jak jeszcze przed chwilą Flitwick, pastwiła się nad nimi już od dwudziestu minut, testując ich umiejętności po tym, jak Gregory’emu nie udało się przemienić pergaminu w zegarek.
Slytherin stracił w przeciągu tych dwudziestu minut piętnaście punktów.
Draco skupił się i machnął różdżką. Nawet nie wypowiedział na głos zaklęcia. W każdej normalnej sytuacji, McGonagall nagrodziłaby go, z nawiązką oddając jego domowi utracone punkty. Tymczasem kobieta zacisnęła tylko usta w cienką linię i spojrzała najpierw na kota, a potem na Draco, wyraźnie niezadowolona.
– Dwa punkty dla Slytherinu – mruknęła.
Evander zacisnął zęby z wściekłości. Jego opanowanie wisiało na włosku, ale nawet nie drgnął, kiedy przechodziła obok niego. Nie mogąc się doczepić do kota, którego transmutował Draco, zmieniła obiekt zainteresowania, podeszła do Smitha i kazała mu wykonać to samo polecenie.
Kot Zachariasza Smitha był przeraźliwie chudy, miał jedną krótszą łapę i zdecydowanie wyglądające jak rybie oczy. McGonagall bez entuzjazmu pochwaliła Puchona i przyznała mu punkt za starania.
Evander złapał blondyna za nadgarstek, widząc jak ten drży, wzburzony. Spokój, który tak niedawno odzyskał Evander, wyparował z niego jeszcze wczoraj, na zielarstwie. Do tej pory mieli do czynienia z niechęcią, ale nie z otwartą wrogością. Nie było wątpliwości, że wszyscy profesorowie, nawet zawsze bezstronna nauczycielka transmutacji, zaczęli jawnie dyskryminować Ślizgonów.
Snape robił co mógł, ale nie był w stanie nadrobić punktów, które jego uczniowie zdołali stracić w przeciągu tygodnia. Wisząca w Sali Wejściowej klepsydra z punktami Slytherinu nigdy jeszcze nie była tak pusta. W całej szkole panowała napięta atmosfera, a na korytarzach na stałe pojawiły się patrole, w postaci zarówno prefektów, jak i nauczycieli.

*


Wszystko zaczęło się w ostatnią sobotę. Rozpoczynał się sezon Quidditcha i pierwszy mecz jak zwykle rozgrywali Ślizgoni i Gryfoni.
Evander nie był ślepy i wiedział, że jego drużyna nigdy nie grała zbyt czysto. Tyle, że nigdy wcześniej Hooch nie gwizdała na każde, najdrobniejsze przewinienie zielonych.
Draco miotał się nad boiskiem, a Evander prawie że modlił się o to, by utarł nosa cholernej sędzi, cholernej Krukonce, która komentowała mecz i każdemu cholernemu Gryfonowi, siedzącemu na trybunach, włączając w to dyrektora; i złapał tego cholernego znicza.
Wziął głęboki wdech i wypuścił powietrze powoli. Nie mógł uwierzyć, że zwykły mecz jest w stanie tak go zirytować, ale z drugiej strony wiedział, ile ta rozgrywka znaczyła dla Draco. Nie chciał wysłuchiwać lamentów blondyna, kiedy ten ostatecznie przegra z Potterem.
Gryfoni zdobywali punkt za punktem. Zielono-srebrna część trybun siedziała na swoich miejscach w absolutnym milczeniu, tworząc kontrast do pozostałych. Na twarzach uczniów widać było grozę, zacięcie i nienawiść. Tyle czasu Dumbledore wciskał im kłamstwa o konieczności zjednoczenia, a teraz, na każdym kroku pozwalał na to, by Ślizgoni mieli powód.
Fakt, zawsze był stronniczy. Wszyscy oni zawsze byli. Ale każdy Ślizgon znajdywał w Hogwarcie swoje miejsce i mógł się czuć w tym zamku jak w domu. Teraz zostali intruzami. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej był przekonany, że to było celowe.
– Siedemdziesiąt do zera! Brawo, Gryfoni! – rozległ się eteryczny głos Krukonki.
– Błagam, Draco, złap ten cholerny znicz. I to szybko – usłyszał.
Zerknął na siedzącego obok niego Blaise’a. Zabini wbijał wzrok w szukającego Slytherinu, jakby to miało Malfoyowi w jakiś sposób pomóc. Evander zignorował fakt, że Blaise zwerbalizował tylko jego własne myśli. Miał ochotę wyjść. Nie chciał patrzeć, jak w decydującym meczu Draco dostaje w dupę od Pottera.
Gdzieś w głębi niego tliła się jeszcze nadzieja. To nie był ten sam Draco, co kiedyś. Od prawie dwóch lat dowodził, że jest naprawdę dobry.
– Dziewięćdziesiąt do zera!
Złap tego znicza!
– Sto punktów dla Gryffindoru!
Malcolm Baddock rzucił kaflem z całej siły w kierunku obręczy. Piłka przeleciała przez pętlę, ale na zielonych trybunach nie podniósł się aplauz. Całkiem słusznie, bo zanim jeszcze apatyczna komentatorka poinformowała o golu, Hooch odgwizdała faul i anulowała punkty.
Evander oczyścił umysł, czując, że powoli przestaje nad sobą panować. W jednej chwili uspokoił tętno i od tej chwili obserwował mecz obojętnie, znajdując się w czymś w rodzaju transu. W końcu to nie było nic aż tak ważnego.
– Sto czterdzieści do dziesięciu!
Pritchard podał do Baddocka, a ten posłał kafla w kierunku obrońcy Gryffindoru. Weasley wykonał ze swoją miotłą piruet i złapał piłkę, natychmiast odrzucając ją do Robins. Spojrzał wyżej, w kierunku szukających. Potter latał swobodnie, a na jego ustach raz po raz pojawiał się uśmiech. Draco, spięty i skupiony, obserwował boisko. Był zbyt daleko, żeby Evander mógł cokolwiek wyczytać z jego twarzy.
W pole jego widzenia wleciał Peakes, pałkarz, ale Evander nawet nie drgnął, kiedy chłopak odbił tłuczka w stronę Ślizgona. Draco nie widział nadlatującej w morderczym tempie piłki, do ostatniej chwili.
– Och, Ślizgonom w końcu udało się zdobyć gola – zaintonowała w nieznanej, zapewne zmyślonej melodii Krukonka.
Tłuczek minął Draco o włos. Malfoy obniżył lot, unikając zderzenia z zawracającym ścigającym Gryffindoru i przeleciał nad rozgrywającą się pod nim walką o kafla. Hooch odgwizdała kolejnego faula.
Chwilę później komentatorka poinformowała o zmianie wyniku.
– Sto siedemdziesiąt do dwudziestu – powiedziała sennie. Mecz zaczynał ją najwyraźniej nudzić.
Wrócił spojrzeniem do Draco, kiedy ten zerwał się do lotu w kierunku własnych bramek. Potter natychmiast ruszył za nim.
Draco krzyczał na obrońcę. Samuel Melville najwyraźniej nie zrozumiał, bo odgrażał się, tracąc kolejną bramkę. Evander był pewny, że Draco planuje zrzucić go z miotły i zająć jego miejsce. Zmrużył oczy, obserwując dziwaczną sytuację. Potter, który na pewno słyszał wykrzykiwane przez Draco obelgi, najwyraźniej wywnioskował to samo i wyhamował.
– Sto osiemdziesiąt do dwudziestu!
Draco wszedł w ostry zakręt i wyminął obrońcę, nadal obniżając lot i wtedy Evander zrozumiał. Uśmiechnął się do siebie. Przeniósł wzrok na Pottera. Złoty Chłopiec był na tyle blisko, że Evander widział na jego twarzy zdumienie, które następnie przeobraziło się w złość.
Draco lądował, w uniesionej ręce trzymając znicza. Odwrócił się do zielonej części publiczności i skinął głową. Jego oczy napotkały spojrzenie Evandera. Trybuny Ślizgonów nadal milczały.
Evander wstał.
– Wracamy do dormitorium – powiedział niezbyt głośno, wiedząc, że większość i tak go usłyszy. – W ciszy – dodał i skierował się ku schodom.
Za jego plecami podniósł się cichy szmer półszeptów. Szedł przodem, wracając do zamku najkrótszą drogą. Najchętniej zostałby i zaczekał na Draco. Wiedział, że chłopak będzie potrzebował pocieszenia, ale miał obowiązki, które należało wypełnić.
Karność wśród członków jego Domu nigdy jeszcze nie była tak wysoka, jak podczas tego milczącego przemarszu przez błonia. Wszyscy zdawali się rozumieć powagę sytuacji. W podążającym za nim tłumie zauważył Rowle. Dziewczyna również szła w milczeniu.
Wysłani na koniec pochodu Pansy i Blaise mieli pilnować, żeby nikt nie wdał się w bójkę. Ślizgoni miotali pełnymi nienawiści spojrzeniami w stronę ciągnących za nimi uczniów pozostałych domów, ale żaden nie podniósł różdżki. Cisza była tak ciężka, że Puchoni, którzy jako pierwsi zaczęli wysypywać się ze znajdującego się kilkadziesiąt kroków dalej wyjścia, również zamilkli, przyglądając się im ze zdumieniem.
Evander zaczekał przy wejściu, aż wszyscy wejdą do zamku. Kiedy go mijali, patrzył w te twarze, pełne bólu i gniewu na niesprawiedliwość. Widział zaciskające się pięści, zaciśnięte usta i ściągnięte brwi. Widział zmrużone oczy i wypowiadane szeptem ordynarne przekleństwa i krwawe obietnice. Chciałby móc im pomóc.
Zdawał sobie sprawę, jak niebezpieczne to mogło być. Dlatego dopilnował, by wszyscy Ślizgoni skierowali swoje nerwowe kroki ku dormitorium Slytherinu.

*


– To gorzkie zwycięstwo – kontynuował przemówienie, kiedy ściana za nim się przesunęła.
Do pokoju wspólnego weszło siedmiu ostatnich Ślizgonów – ich drużyna Quidditcha. Niemal skrzywił się na myśl, że Draco miał usłyszeć akurat to, jak nawiązywał do jego prywatnego pojedynku z Potterem.
– Ale zwycięstwo. Nie powinniśmy o tym zapominać.
Draco stanął obok niego. Jego nienaganna postawa, lekko znudzony, pełen wyższości wzrok i przeciąganie głosek, kiedy przemówił, były tym, czego potrzebowali. Evander uśmiechnął się, widząc Malfoya tak dobrze odgrywającego swoją rolę.
– To od początku roku wisiało w powietrzu. Nie bądźcie tak zawiedzeni, jakbyście się tego nie spodziewali – zabarwił głos naganą. – Wygranie tego meczu było niemal niemożliwe. Oczywiście, że jestem lepszy od Pottera – zerknął na Evandera, jakby ten śmiał w to wątpić. – Ale to nie ma teraz znaczenia.
Zrobił pauzę. Evander, tak jak pozostali, czekał na dalsze słowa Malfoya. Sam był ciekawy, w jaki sposób zamierzał obrócić tę sytuację na swoją korzyść.
– Ten mecz to początek – powiedział w końcu. – Czarny Pan powrócił do walki o Wielką Brytanię. A oni obwiniają o to nas. Teraz już nie jest ważne, którą stronę wybierze każdy z osobna. Wszyscy jesteśmy po tej samej. Jesteśmy Ślizgonami, więc jesteśmy źli. Przypuszczam, że zrobicie wszystko, żeby nie dać im powodu, by myśleli inaczej.
Zaskoczył ich i rozbawił. Przez tłumek poniosły się wiwaty. Evander również zmarszczył brwi w zadumie.
– Nie złamią nas. Jesteśmy Ślizgonami. Możemy walczyć między sobą o władzę, – Powiedział, kiedy w pokoju ucichło. Uśmiechnął się złośliwie i Evander powielił ten uśmiech. – Ale potrafimy zjednoczyć się w obliczu zagrożenia z zewnątrz. Tego właśnie od was oczekuję – zakończył.
Draco skinął głową i rozchylił zaciśniętą pięść. Złota kuleczka rozwinęła skrzydła i uniosła się w powietrze, zaczynając fruwać nad głowami uczniów. Kiedy ci wpatrywali się w znicza, Draco zniknął w korytarzu prowadzącym do sypialni chłopców. Evander musiał mu to oddać, to było bardzo widowiskowe.
Kolejne spojrzenia odrywały się od piłeczki i zaczęły szukać swojego przywódcy. Evander uśmiechnął się złowieszczo.
– Gdyby ktoś miał sprawę, wie gdzie nas szukać – powiedział i poszedł za Draco.

*


Od meczu minął ponad tydzień. Usiadł na materacu, w pustej sypialni, zatrzymując się na chwilę w tym pędzie, w jakim żył przez ostatnie dni. Świat wydawał się stanąć na głowie. W Hogwarcie, wszystko to, co brali za pewnik, zniknęło, a poza szkołą świat zmieniał się na ich oczach. Lekcje stawały się coraz większą torturą. Nauczyciele, którzy, może poza Snape’em, nigdy nie byli stronniczy, wyraźnie dyskryminowali uczniów jego Domu. Evander był zaborczy. I czuł się za te dzieciaki do pewnego stopnia odpowiedzialny.
Coraz częściej był zatrzymywany przez zdesperowanych Ślizgonów z młodszych roczników. Do tej pory to Draco był tym, do którego przychodzili po pomoc. Nawet, jeśli kierowali się do niego, Evander zaszczepiał im myśl o pójściu do Malfoya. To był jeden z jego sposobów na wypełnianie przysięgi. Teraz przysięgi nie było. Draco zwolnił go ze swojej części. Nie musiał tego robić. Nie chciał tego robić. Chciał im pomagać.
Potrzebował Draco, nie wątpił w to ani przez chwilę. Potrzebował jego zaufania. Ociągał się z tą decyzją, bo nie potrafił puścić go wolno, chociaż czuł, że to się na nim, prędzej czy później, zemści. W końcu nie mógł dłużej zwlekać. I tak zbyt długo czekał. Draco nie zdradził się w żaden sposób, z tym czy zauważył, że Błękitna Przysięga nadal go obowiązuje.
– Ja, Evander Verlaine, odpuszczam mój warunek przysięgi, zawartej z Draco Malfoyem – wyszeptał w otaczającej go ciszy.
Błękitny łańcuch na jego dłoni, który pojawił się sekundę wcześniej, rozpadł się w nicość. Ogarnęła go nerwowość.
Siedział jeszcze przez kilka minut, próbując zrozumieć, co właściwie czuł, oprócz wszechogarniającej go niepewności. Spodziewał się, że to będzie dominujące uczucie, ale nie sądził, że będzie tak silne.
Po ponad czterech latach, Błękitna Przysięga po prostu przestała istnieć.
Co zamierzał teraz zrobić? Powinien nie oglądać się za siebie i wykonać rozkaz Voldemorta. Powinien przejąć przywództwo w Slytherinie. Powinien…
Zerwał się na nogi, pozwalając by wściekłość przyćmiła wszystkie inne emocje. Wyszedł, trzaskając drzwiami, przeszedł przez pokój wspólny, nie zauważając skierowanych ku niemu pojedynczych spojrzeń.
Wszedł do Wielkiej Sali, rozglądając się po zgromadzonych na obiedzie uczniach i profesorach. Gwar rozmów i wesoła atmosfera przyprawiały go o mdłości. Na drugim końcu sali wypatrzył idealnie gładkie, platynowe włosy. Ich właściciel uniósł wzrok i ich spojrzenia na moment się spotkały. Westchnął ciężko, przeszedł szybko do stołu Ślizgonów i usiadł na swoim zwykłym miejscu. Rozmowy wokół ucichły.
Od razu wyczulił wszystkie zmysły. Udając znudzenie rozejrzał się po twarzach siedzących przy stole osób, próbując wychwycić ślady spisków czy ukrytej nienawiści.
Już zaczynał panikować?
– Co się dzieje? – Draco nachylił się i szepnął mu do ucha.
Evander pokręcił tylko głową i nałożył sobie trochę sałatki.
Wziął kilka dyskretnych, głębokich wdechów, których miał nadzieję, że nikt inny nie zauważył i zaczął wyjadać z talerza ziarenka groszku.
– Evander – Draco znowu pochylił się nad nim, ze zniżonym do szeptu głosem. – Zdajesz sobie sprawę, że emitujesz negatywną energię?
Spojrzał na Malfoya beznamiętnie. Wzruszył ramionami i począł grzebać widelcem w sałatce. Do końca obiadu żaden z nich nie odezwał się ani słowem.
Jedyne zajęcia, jakie mieli tego dnia, to były pojedynki. Evander wstał od stołu, zostawiając na wpół niedojedzony posiłek i ruszył do wyjścia.
– Zamierzasz mi odpowiedzieć? – Draco zrównał z nim krok, kiedy wychodzili do sali wejściowej.
Evander uśmiechnął się krzywo. Wypatrzył Pottera w tłumie i skręcił na marmurowe schody.
– Gdzie idziesz? Evander, do cholery, co jest grane? – warknął blondyn.
– Idę na pojedynki z Podmore’em.
– Co? A Snape?
– Nie będzie tęsknił. Zamierzam podpatrzeć Pottera.
Draco zmierzył go wzrokiem. Evander wzruszył ramionami.
– Do tej pory nie było ku temu okazji. Taka wiedza może się nam przydać, nie sądzisz?
Draco wyglądał, jakby właśnie spróbował czegoś naprawdę obrzydliwego.
– Idę z tobą – zadeklarował niechętnie.
– Nie, Draco. Idź do Snape’a. Jeżeli nie będę miał pary, może trafi mi się ktoś ciekawy?
Draco prychnął.
– Akurat. Spróbuj z Podmore’em, może uda mu się wytrzymać kilka minut.
– Masz o mnie zbyt wysokie mniemanie, skarbie – zadrwił.
Draco wzdrygnął się teatralnie i zawrócił, zostawiając go samego.

*


– Machamy różdżką w ten sposób, o tak, wymawiając inkantację.
Obserwował nauczyciela obrony przed czarną magią, jak instruował swoich uczniów. Tego dnia zajęcia mieli on i Snape, więc był tutaj jedynym Ślizgonem. Z pozostałych Domów byli prawie wszyscy. Co chwilę ktoś posyłał mu nienawistne spojrzenie, którym Evander się nie przejmował. Powoli przestawał już reagować na niesprawiedliwości, jakich doświadczali tego roku wszyscy uczniowie ze Slytherinu.
– Panie Verlaine, jeżeli nie zamierza pan ćwiczyć, to proszę opuścić zajęcia.
Evander udał, że zostaje wyrwany z zamyślenia.
– Przepraszam, panie Podmore. – Posłał mu przepraszający uśmiech. – Akurat znam dobrze to zaklęcie.
– Proszę więc je zaprezentować, panie Verlaine.
Evander machnął różdżką w odpowiedni sposób, w ostatniej chwili przypominając sobie, żeby wypowiedzieć zaklęcie na głos.
Expulso.
Przez jego nieuwagę, moc zaklęcia została podwojona i manekin, który stał przed profesorem, uderzył w ścianę z taką siłą, że roztrzaskał się na kawałeczki.
– Ups – wyrwało mu się. Kolejne machnięcie różdżką i manekin poskładał się w całość. – Reparo. Przepraszam, panie Podmore.
Nauczyciel zatrzymał na dłużej wzrok na manekinie, po czym przeniósł go na klasę.
– Kto jeszcze zna to zaklęcie?
Kilka osób podniosło ręce.
– Wspaniale. Połączcie się w pary i ćwiczcie na przemian, na manekinach po drugiej stronie sali. Reszta niech ćwiczy ze mną.
Evander podszedł do pachołka, doskonale zdając sobie sprawę, że nikt nie będzie chciał być z nim w parze. Zaczął rzucać zaklęcia od niechcenia, by nie zostać znów przyłapanym przez profesora, na obijaniu się.
Do tej pory chodził tylko na zajęcia Snape’a, w piątki i Flitwicka, w poniedziałki. Snape, z oczywistych powodów – na jego lekcje chodzili tylko Ślizgoni, więc pozwalał sobie na nauczanie mroczniejszych zaklęć – miał zajęcia ciekawe i pouczające. Flitwick z kolei, mimo, że doskonały w pojedynkach, przemycał na części teoretycznej sporo magii leczniczej, co zawsze było słabą stroną Evandera. Nigdy nie był na zajęciach prowadzonych przez Vance, unikając wymiany niewygodnych spojrzeń z przyjaciółką nieżyjącej matki.
Zajęcia z Podmore’em były, jak do tej pory, najnudniejsze. Dlatego rzucał Expulso raz za razem, pogrążony w myślach, dopóki nie usłyszał słów, na które od początku czekał.
– Teraz czas na pojedynki – powiedział w końcu Isaac Podmore, a w sali zawrzało.
Uczniowie zaczęli ustawiać się w pary. Rudzielec Weasley poszedł do Zachariasza Smitha, Granger do Krukonki Patil, a Gryfońska bliźniaczka tej drugiej – do Susan Bones. Zmarszczył brwi na ten widok.
Odszukał Pottera. Stał na przeciwko Terry’ego Boota. Musiał się gapić w niedowierzaniu, bo Podmore wziął to za objaw zagubienia.
– Już znajdziemy panu odpowiednią parę, panie Verlaine. Panie Boot, zapraszam. Pan Potter poćwiczy dzisiaj ze mną.
Mało nie parsknął śmiechem. Nie liczył, że uda mu się zmierzyć z Potterem, na pewno nie pierwszego dnia, ale przesadna ochrona Wybrańca, tylko go rozśmieszyła.
– Cześć, Terry.
– Verlaine. – Chłopak skinął uprzejmie głową.
Evander puścił mimo uszu fakt, że zwrócił się do niego po nazwisku i uśmiechnął się, choć nie do końca szczerze. Aktywował wokół nich bariery wchłaniające zaklęcia.
– Jaki jest klucz? – zapytał.
– Poziom mocy – odpowiedział mu Krukon. – Czyli albo profesor Podmore ma o tobie tak dobre mniemanie, albo liczy na to, że cię upokorzę.
– Och, przypuszczam, że to drugie – odparł Evander.
Krukon uniósł głowę, spoglądając na niego z wyższością.
– Co nie znaczy, że ma rację – dodał i wyciągnął przed siebie różdżkę, z której natychmiast wystrzeliło czerwonawe światło.
Terry Boot odskoczył, nie mogąc zareagować na czas. Evander napierał na niego, zmuszając do ciągłej obrony, tylko czasami pozwalając mu na kontratak. Zwykle wtedy, gdy zerkał wokoło, lokalizując Pottera.
– Co jest, Terry? Rodzice poskąpili na nauczyciela pojedynków?
– Chcesz mnie rozproszyć, Verlaine. Nie uda ci się!
– To dobrze, bo wtedy już na pewno zanudziłbym się na śmierć.
Boot poczerwieniał ze złości i już miał coś odpowiedzieć, kiedy w ich pole widzenia wszedł Podmore.
– Stop, stop, stop, moi drodzy. Widzę, że źle dobrałem tę parę – stwierdził oczywistość.
Potter stał tuż za nim. Wzrok Evandera spoczął na nim i wpatrywali się w siebie przez chwilę.
– Profesorze, może powinienem spróbować z Potterem?
Pozostali po kolei przerywali swoje pojedynki, przysłuchując się rozmowie.
– Absolutnie wykluczone, panie Verlaine.
– Dlaczego? Bo jestem Ślizgonem? Boicie się, że uszkodzę waszego Wybawcę? – zadrwił.
Podmore zamrugał zaskoczony jego nieodpowiednim zachowaniem, tak różnym od tego, co zwykle prezentował na lekcji. Evander wzruszył ramionami i posłał wyzywające spojrzenie w kierunku Pottera. Chłopak połknął haczyk. Zaciskał dłoń na różdżce, wyraźnie wściekły.
– W porządku, profesorze. Dam sobie radę. W końcu przez cały czas pan tutaj będzie, prawda? – uspokoił Podmore’a.
Evander uniósł brew na to sprytne zagranie.
– Cóż, to prawda. Jeżeli zauważę, że używa pan jakichś niestosownych zaklęć, panie Verlaine…
– Proszę się o to nie obawiać, panie Podmore. – Wrócił do swojej roli grzecznego studenta.
Udobruchany, chociaż nadal nie do końca przekonany, Podmore odszedł, zabierając ze sobą Terry’ego Boota. Polecił pozostałym uczniom, żeby wrócili do swoich pojedynków.
Evander ustawił się na drugim końcu, przeznaczonego dla nich skrawka przestrzeni.
– Jesteś mi winien przysługę, Potter. Walcz ze mną – syknął mijając go.
Potter nie dał się zaskoczyć, tak jak Boot. Przed nim natychmiast zmaterializowała się tarcza ochronna. Evander ciskał w niego zaklęciami, Potter odbijał każde i nadążał jeszcze rzucać własne. Nie wszystkie były w stu procentach jasne, ale Evander nie ryzykował tej samej dwuznaczności. Zdecydowanie chciał poznać styl walki Pottera i ostatnią rzeczą, której pragnął, było przerwanie pojedynku przez nadopiekuńczego nauczyciela.
Evander ze zdziwieniem stwierdził, że chłopak dotrzymuje mu kroku prawie tak dobrze, jak Draco. Chociaż zdecydowanie brakowało mu tej finezji, którą miał Malfoy.
rosein Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 39
Dołączył(a): 29 lip 2016, o 16:52
Lokalizacja: nigdziebądź, czyli w stanie zawieszenia między remontem, a przeprowadzką

Postprzez rosein » 4 gru 2017, o 14:20

wybaczcie za poślizg, ale miałam szaloną końcówkę tygodnia :) na pocieszenie: następny rozdział już za 4 dni! :3


05.

Styl walki Pottera dał mu sporo do myślenia. Był skrajnie defensywny. Evander nie wiedział, co miał o tym myśleć. Wiedział też, że to nie będzie ostatni raz, gdy się z nim pojedynkował.
To nie było jedyne, nad czym rozmyślał przez ten weekend. W końcu postanowił, co zrobić z Draco i Theodorem i potrzebował tylko okazji, by z nimi porozmawiać, o którą z resztą było ostatnio dość trudno, skoro Nott co dzień wracał do sypialni po północy. Doszła też sprawa ze Ślizgonami i dyrektorem.
Dumbledore posłał po niego pierwszoroczniaka. Chłopak tak się bał do niego podejść, że ściągnął z dormitorium swojego współlokatora, Alana, zmuszając go, by poszedł z nim.
– Dyrektor prosił, żebym ci to przekazał – wyrzucił z siebie na wydechu.
Evander odebrał od Ślizgona kopertę, wyraźnie zaskoczony pismem, jakie znał z corocznych listów szkolnych.
– Cześć, Niles, Alan – skinął głową kuzynowi. – Kiedy to od niego dostałeś?
Niles Sykes poczerwieniał.
– Dzisiaj rano – wymamrotał.
Evander zmarszczył brwi.
– Dlaczego dajesz mi to dopiero teraz?
Nie chciał, żeby brzmiało to, jak nagana, ale nie był zadowolony z opieszałości chłopaka.
– Bał się – odpowiedział za niego Alan, szczerząc zęby.
Evander westchnął ciężko. Pochylił się nisko, aż jego twarz znalazła się na tym samym poziomie, co obu pierwszaków.
– Dlaczego miałbyś się mnie bać? – zwrócił się do Nilesa. Chłopak opuścił wzrok, przyglądając się czubkom swoich butów.
– N-nie wiem. Jesteś dużo starszy. Tacy zwykle nie chcą z nami gadać. No i jesteś potężnym czarodziejem.
Evander pokiwał głową, słysząc to szczere wyznanie z ust dzieciaka. Złapał go za podbródek, zmuszając, by na niego spojrzał.
– Następnym razem się nie bój, tylko podejdź. To mogło być coś pilnego. – Niles pobladł. – Jak tam Alex? – zagadał swobodnie, jednocześnie otwierając liścik.
W środku była notatka z prośbą o spotkanie.
– Brat wyjechał do Stanów. Pracuje w tamtejszym Ministerstwie.
– To fantastycznie – pogratulował, wracając spojrzeniem do chłopaka. – Idźcie już, chłopcy. A, Sykes – zawołał jeszcze.
Oddalający się Niles i Alan zatrzymali się i odwrócili w jego stronę. Evander kątem oka omiótł obie strony korytarza, ale wokół było pusto.
– Nie przejmuj się, nie było pilne – powiedział, puszczając mu oczko.

*


Do ostatniej chwili głowił się nad powodem, dla którego dyrektor mógłby chcieć go widzieć u siebie, ale nie wymyślił nic, co zadowoliłoby go choć w najmniejszym stopniu. Wszystkie teorie, które przychodziły mu do głowy, były zupełnie nieprawdopodobne lub zbyt skomplikowane, żeby być prawdziwe.
Pod posągiem stanął dokładnie dwie minuty przed siódmą. Wypowiedział hasło i wszedł na schody, a te poniosły go na górę, pod same drzwi gabinetu dyrektora.
Zachowywał się powściągliwie, podchodząc do biurka, kiwając uprzejmie głową na powitanie i siadając we wskazanym przez Dumbledore’a fotelu.
Aura starszego czarodzieja była obszerna i gęsta, a przez to przytłaczająca. Gabinet w dużej mierze wypełniały magiczne przedmioty, których magia tylko odbijała pochodzącą z zewnątrz poświatę, ale to nie od niej pochodziła mgła, jaką z każdą sekundą zaczynał dostrzegać coraz wyraźniej. Wokół postaci Dumbledore’a powietrze załamywało się, wibrowało i miało lekko mleczny kolor. Bez wątpienia, Albus Dumbledore był potężny, ale bez wątpienia również, był człowiekiem Jasnej Strony.
Starzec też przyglądał mu się badawczo przez dłuższą chwilę. W końcu zaczerpnął powietrza w płuca, a Evander zamarł w oczekiwaniu.
– Być może domyślasz się, po co cię tutaj ściągnąłem.
Evander się nie domyślał, więc nie odpowiedział, wyraźnie czekając na ciąg dalszy.
– Cóż, może zacznę od innej strony – powiedział dyrektor, a Evander odniósł wrażenie, że celowo przedłuża rozmowę. Mylił się, bo już w następnych słowach Dumbledore wyjaśnił swoje motywy. – Nic nie dzieje się bez powodu, Evanderze. Należy do tego zaliczyć również sytuację, w jakiej znaleźli się teraz twoi Ślizgoni.
Stężał. Jego umysł zaczął pracować na pełnych obrotach, analizując ochłap informacji, jaki mu rzucił dyrektor. W miarę jak formułował pierwsze, zapewne pochopne wnioski, krew zaczęła mu się gotować, a wściekłość przez chwilę zamazała mu widok przed oczami. Nie uszło to uwadze Dumbledore’a.
– Co ma pan przez to na myśli, dyrektorze? – zapytał, jako tako odzyskując panowanie nad emocjami.
Dumbledore uniósł dłoń w geście, który zapewne miał go uspokoić. Evander zmrużył oczy, siłą wymuszając na sobie opanowanie.
– Nauczyciele nie winią za nic uczniów twojego Domu. Na pewno nie winią dzieci, za błędy ich rodziców.
– Dlaczego więc zachowują się w ten sposób? – przerwał mu, nie mogąc się powstrzymać.
– Jak powiedziałem, nic nie dzieje się bez powodu, Evanderze. To ja namówiłem do tego profesorów. Miałem w tym pewien cel.
Kiedy milczenie przedłużało się, Evander, nadal niespokojny, postanowił zadać kolejne pytanie.
– Jaki cel?
– Mamy wojnę.
– Już? – wtrącił. – Myślałem, że to tylko niepokoje społeczne, związane z częstymi atakami terrorystów – niemal zacytował niedawną wypowiedź Ministra Weasleya.
Starał się tak modulować tonacją głosu, żeby nie zabrzmiało, jak dziecinny bunt wobec autorytetu. Nie wiedział czy rzeczywiście mu się udało, bo Dumbledore na wszystkich zawsze patrzył z góry.
– Marnujesz mój i swój czas, Evanderze Verlaine. Obaj dobrze wiemy, że to Voldemort stoi za atakami. To, co piszą w gazetach, to element gry politycznej, który aktualnie jest na rękę tak nam, jak i jemu.
– Powiedzmy, że na potrzeby tej konwersacji przyjmę, że ma pan rację. Co to ma do, jak sam pan powiedział, dzieci?
Podkreślił ostatnie słowo, odnotowując mały sukces, kiedy przez oblicze starca przebiegł cień zmęczenia.
– Dziedzic czystokrwistego rodu zaczyna się pojawiać na salonach w wieku piętnastu lat. To znaczy, że wielu twoich kolegów jest już obeznanych w kręgach i ma dojście do informacji, których nikt spoza towarzystwa nie jest w stanie zdobyć.
Evander tym razem nie przerywał. Skupił wzrok na punkcie przed sobą, małym, srebrnym urządzeniu na kształt żyroskopu, wirującym w nieregularnym tempie i emitującym pulsujące dawki magii.
– Nie jestem dziedzicem.
– Jesteś ich przywódcą. I zależy ci na nich – stwierdził Dumbledore. – Na Ślizgonach. Nie trać czasu na sprzeciwy. Wiem, że ci na nich zależy. Dlatego proponuję ci układ. W zamian za współpracę, przywrócimy naturalny stan rzeczy, a twoi mali Ślizgoni odzyskają spokój i sprawiedliwość.
– Nie spodziewałem się tego po panu, dyrektorze.
Evander poprawił się w krześle, wykorzystując ruch, by przełamać wściekłość i zastąpić ją swą zwykłą, beznamiętną maską, jaką przybierał podczas rozmów “w towarzystwie”.
– Twoja pozycja w Slytherinie – kontynuował Dumbledore – na pewno sprawia, że masz do dostęp do informacji. Jeżeli będziesz mi ich dostarczać, twoi Ślizgoni spędzą resztę roku w spokoju.
– Ta propozycja jest absurdalna.
– Przemyśl to, Evanderze. Wielu uczniów ci za to podziękuje.
– Nie, jeśli będą znać cenę.
– Nawet znając cenę. To Ślizgoni.
– Niewiele więc wie pan o Ślizgonach, dyrektorze Dumbledore.
– Próbujesz być, na swój sposób, szlachetny. To bardzo gryfońska cecha.
– Jestem lojalny. A to jest cecha Ślizgonów.
Dyrektor pokręcił głową z rezygnacją. Wyciągnął rękę do głębokiej miski i wyciągnął z niej małą, nieapetyczną kulkę. Nachylił się nad biurkiem, podając przekąskę feniksowi, który wleciał przez okno sekundę wcześniej i sadowił się teraz na swojej żerdzi.
– Wrócimy jeszcze do tematu – powiedział, dając znak, że może wyjść.
Evander wstał i w kilku krokach znalazł się przy drzwiach.
– Proszę nie tracić swojego i mojego czasu, dyrektorze Dumbledore. Nie ważne jak bardzo sterroryzuje pan uczniów, nie zgodzę się na pański układ.
Wyszedł.


*


Poprzedniego dnia wrócił do dormitorium późnym wieczorem i siedział w pokoju wspólnym jeszcze długo po północy, czytając Patrzeć, a widzieć. Garść cennych porad Florette Lavoie i próbując nie myśleć o rozmowie z dyrektorem. Gdyby poszedł spać, prawdopodobnie i tak wierciłby się w łóżku przez kilka następnych godzin.
Dowiedział się, jak rozróżniać poszczególne rodzaje magicznej aury, po jej kolorze, konsystencji i wielkości. Lektura wciągnęła go, pozwalając chociaż na chwilę zapomnieć o propozycji Dumbledore’a. Z pokoju wspólnego wyszedł jako ostatni. Mógł sobie na to pozwolić, bo w poniedziałki zajęcia zaczynali dopiero po lunchu. Dla Ślizgonów z siódmego roku, ten dzień był jak przedłużenie weekendu. Jedyne zajęcia, jakie mieli, to eliksiry i pojedynki – oba ze Snape’em.
Nawet się nie obejrzał, kiedy nastał czas tych drugich. Stał razem z pozostałymi Ślizgonami pod salą do pojedynków, czekając na profesora, który pojawił się punktualnie i gestem zaprosił wszystkich do sali. Manekiny już czekały w gotowości.
Snape nie tracił czasu na teorię. Pokazywał im nowe zaklęcie, jakiego mieli się tego dnia nauczyć i podczas zajęć podchodził do każdej z par, przerywając im na chwilę i ucząc tak długo, aż potrafili je rzucić.
Katapsyxi – powiedział Snape, wykonując zamaszysty ruch ramieniem.
Manekin przed nim skostniał w jednej chwili. Przez salę przeszła fala mroźnego powietrza i kilkoro uczniów zadrżało z zimna. Snape podszedł do pachołka i popchnął go lekko. Drewno uderzyło o posadzkę, rozpryskując się na tysiące kawałeczków. Kilka z nich poturlało się pod nogi Evandera. Podniósł jeden z nich.
– Lód – skomentował. – Zamarznięty na wskroś.
Rzucił kawałek Draco. Blondyn zadrżał, gdy tylko drewniany kawałek zetknął się z jego skórą. Odrzucił go dalej, do Pansy.
Evander powrócił wzrokiem do nauczyciela. Ten szedł już w ich stronę, wyczarowując między nimi manekina.
Nauka zaklęcia przebiegła bez większych problemów i Snape szedł już ku kolejnej parze. Evander odwrócił wzrok od rozdętych szat profesora i utkwił go w ustawiającym bariery Draco.
– Zamierzasz wypróbować je na mnie? – zapytał z przekorą.
– Oczywiście. Więc lepiej nie daj się trafić – odparował Draco.
– Niedoczekanie. Spróbuj je rzucić niewerbalnie – wyzwał go.
Draco uśmiechnął się i powtórzył zamaszysty gest, wysyłając zaklęcie prosto w stojącego między nimi manekina. Evander obserwował jak pokrywa się szronem. Wyciągnął do przodu lewą rękę i posłał delikatne Expulso w jego kierunku. Manekin przewrócił się i roztrzaskał tak jak poprzednio. Evander zaklaskał teatralnie.
– Brawo. A teraz powiedz mi – przerwał, żeby posłać klątwę w kierunku odbudowującego się pachołka. – Myślałeś już co zrobić w kwestii naszej… małej tajemnicy?
Przez bariery niewiele było słychać, ale nie tłumiła głosów zupełnie. Słyszał wykrzykiwane przez innych zaklęcia, dochodzące do nich jak przez szybę. Przed chwilą Snape zrugał kogoś serią epitetów.
Draco posłał klątwę, zaczynając ich pojedynek, po czym odbił rzuconą przez niego sekundę później. Obie zostały pochłonięte przez bariery.
– A co? – Klątwa. – Masz jakiś pomysł?
Tarcza, klątwa, dwie tarcze.
– Może i mam.
Draco spojrzał na niego zaskoczony, zatrzymując się i o mało nie stając się celem naprawdę paskudnego zaklęcia, które posłał w jego stronę.
– Jaki?
Evander rozciągnął usta w uśmiechu i przez dobrych kilka minut trzymał go w niepewności, przyśpieszając tempo. Gdyby przyrównać pojedynek do rozmowy, a zaklęcia do słów, to właśnie przeprowadzali gwałtowną kłótnię. Kątem oka, Evander zobaczył przyglądającego się im z drugiego końca sali Severusa Snape’a.
Chwilę później zaprzestali ciskania w siebie klątwami, krążąc wokół siebie jak dwaj drapieżcy, w każdej chwili gotowi na kolejny atak. Wtedy Evander znów go rozproszył.
– Zaprosimy Teodora do współpracy.

*


Złapał chłopaka za rękaw i pociągnął do siebie. Wolną dłonią zakrył usta i posłał w jego kierunku wiązkę magii. Theodor Nott zwiotczał w jego ramionach. Kolejne zaklęcie przelewitowało go głębiej w odnogę korytarza.
Draco podszedł do niego chwilę później.
– Nikt nie zauważył? – zapytał zupełnie niepotrzebnie.
Draco pokręcił głową i wycelował różdżką w kolegę.
Enervate.
Nott natychmiast oprzytomniał.
– Co do cholery…
– Cicho. Sprawę mamy. Nie chcemy, żeby nam ktoś przeszkadzał.
– Zwariowaliście? Dzielimy razem pokój. Po cholerę mnie porywać?
– Tak jest zabawniej. – Evander posłał mu drwiący uśmiech. – Proponuję układ.
– Nie masz nic, czego mógłbym od ciebie chcieć, Verlaine.
– Czyżby? A co powiesz na wdzięczność Czarnego Pana?
– O czym ty mówisz Verlaine?
Draco przyglądał się tej wymianie zdań z boku, na razie się nie wtrącając. Evander był mu za to wdzięczny.
– O tym, że wiem, że wiesz, Nott – powiedział enigmatycznie.
Nott zrobił zdziwioną minę.
– Skąd… Draco ci powiedział? Oczywiście, że on. Draco, jesteś szalony!
Przewrócił oczami, wyraźnie zniecierpliwiony.
– Prędzej czy później i tak bym się dowiedział. Nie kryjesz się ze swoimi próbami zebrania Ślizgonów pod swoim przywództwem. – Zauważył to dopiero po rozmowie z Draco, ale nikt nie musiał przecież o tym wiedzieć. – Problem w tym, że skończylibyśmy w najlepszym razie podzieleni na dwa obozy, w najgorszym – zawiesił głos.
– Nawet sobie nie wyobrażasz, jaki chaos mógłbyś wywołać. Przyglądaliby się nam, jak walczymy. Bo odkładanie walki skołowałoby ich tylko i raczej nie pomogłoby w wykonaniu zadania. Owszem, logicznym rozwiązaniem byłby pojedynek. – Przyznał rację sam sobie. Nie pozwolił mu dojść do słowa. – Z chęcią bym cię pokonał, Nott, ale obawiam się, że nie wyszedłbyś z tego cało. Ja miałbym problemy z Dumbledorem, a Czarny Pan z takiego obrotu wydarzeń też raczej nie byłby zadowolony.
– Jakby się nie potoczyły sprawy, podział nie służy naszemu Panu, a tylko to aktualnie mnie interesuje. I powinno interesować ciebie. Dlatego odłożysz na bok prywatne uprzedzenia, jak właśnie robię to ja i zaczniesz współpracować.
Nott patrzył na niego oniemiały. Albo nie rozumiał, co do niego mówił, albo był w tak ciężkim szoku.
– Czy ty… czy ty właśnie… proponujesz…
– Tak. Proponuję zawieszenie broni. Dla celu ważniejszego od ciebie czy mnie.
Nott nadal nie potrafił wykrztusić z siebie w pełni zbudowanego zdania.
– Powiedz czy się zgadzasz – odezwał się w końcu Draco.
Nott popatrzył na niego z wściekłością.
– Na jakich warunkach? – warknął.
– Niedługo święta. Namówię wuja, żeby zaprosił was na kolację. Wtedy omówimy szczegóły.
Nott powoli skinął głową.
– Do tego czasu wstrzymasz swoje plany – dodał Evander.
Widział jak Theodor zaciska pięści, ale po raz kolejny kiwa głową.
– W porządku. Możesz wracać.
– Och. Może mam ci za to jeszcze podziękować? – syknął i zniknął za rogiem, skręcając w stronę dormitorium.
– Nie będzie chętny do współpracy – zawyrokował Draco. Stał sztywno, zerkając na Evandera kątem oka. – Jesteś tego pewny?
– Nie jestem. Ale to jedyne co przychodzi mi do głowy. Przynajmniej kupi nam trochę czasu – westchnął.

*


Przeciągnął się i rozsunął kotary łóżka, ziewając. Odłożył na półkę książkę, z którą zasnął poprzedniego dnia. Podszedł do okna. W oddali było zupełnie biało, ale dziedziniec mienił się wielobarwnymi światełkami bożonarodzeniowych ozdób. Wokół podjazdu wyrosły małe choineczki, obwieszone ozdobami z lodu i emitującymi ciepłe, kolorowe światło girlandami. Na czubku każdej z choinek, zamiast gwiazdy, co chwilę wybuchał fajerwerk. Po przykrytym cienką warstwą puchu żwirze biegały skarlałe, ubrane w świąteczne ubranka, figurki skrzatów, rozsypując srebrny pył. Na rosnący na środku dziedzińca rozłożysty buk nałożona była mocna iluzja, zmieniając go w ogromny świerk biały, przyprószony śniegiem i ozdobiony w taki sam sposób, jak małe choineczki wokół niego. Na jego czubku również wybuchał fajerwerk, równo co pięć sekund nowy, za każdym razem inny, za każdym razem tak samo okazały.
To z jego powodu Evander zasłaniał na noc okno. Błyskające co chwilę światło nie pozwalało mu zasnąć, przez co chodził przez cały dzień rozdrażniony. Święta w Dorchester.
Był w domu od trzech dni. Większość czasu spędzał w jednym z licznych w posiadłości salonów, z dala od głośnych kuzynów i otoczony przez ciszę. Zdążył w tym czasie przeczytać kilka dodatkowych pozycji, które znalazł w rodzinnej biblioteczce. Zbliżał się czas na ćwiczenia praktyczne. Próbował już kilku, ale niewiele do tej pory mógł zdziałać. Od czasu ostatniej próby zdobył już jednak solidne podstawy teoretyczne i czuł, że jest gotów zacząć ćwiczenia.
Podszedł do kominka. Dołożył bierwiono do ognia, pozwalając, by płomienie otoczyły szczapę i przypatrywał się jej przez chwilę. Po jego ciele rozchodziło się przyjemne ciepło. Otrząsnął się z zamyślenia i sięgnął po stojące na obudowie kominka małe popiersie Claude’a Verlaine’a.
Wymamrotał przeprosiny do pra-pra-dziadka i przemienił rzeźbę w ozdobną pozytywkę, którą widział kiedyś u Malfoyów. Odszedł na kilka kroków. Przyglądał się transmutowanemu przedmiotowi z uwagą. Na pierwszy rzut oka nie było widać niczego niezwykłego. Wykonał rady Florette Lavoie. Oczyścił umysł i zamroził myśli w bezruchu. Wiele ćwiczeń było podobnych do tych, które przygotowywały do opanowania oklumencji, jeszcze więcej znał z nauki łamania zaklęć, dlatego przychodziły mu z łatwością. Zaczerpnął powietrze w płuca, po czym opróżnił je powoli i w skupieniu. Powietrze zamigotało przez chwilę, ale nie zdarzyło się nic więcej. Powtórzył ćwiczenie jeszcze kilka razy – zero efektu.
Westchnął ciężko. Gdzieś w głębi siebie, po cichu, miał nadzieję, że uda mu się już za pierwszym razem. Sytuacji z gabinetu dyrektora nawet nie liczył. Tam wszystko przesiąknięte było magią, wylewającą się z jednego z najpotężniejszych czarodziejów w kraju i tylko dlatego nie miał trudności z jej dostrzeżeniem. Magia pochodząca od czarodzieja była o wiele łatwiejsza do zobaczenia, niż ślad po zaklęciu czy dwóch.
Z trudem przełknął porażkę. Odczarował popiersie i odstawił je na miejsce. Przeszedł przez przylegający do salonu pokój muzyczny i dalej, do bawialni. Jego wuj czekał już na obiad, siedząc w fotelu i przeglądając gazetę.
Evander usadowił się obok, korzystając, że w pobliżu nie było jego kuzyna. Laird zerknął na siostrzeńca z zainteresowaniem.
– Czytałeś już Proroka? – zapytał, machając lekko dziennikiem.
Evander skinął głową.
– Tak – potwierdził. – Społeczeństwu podobają się zmiany, jakie miały miejsce w Biurze Niewłaściwego Użycia Czarów. Biuro działa sprawnie, w przeciwieństwie do reszty Ministerstwa.
– Ostatni artykuł kompletnie pogrążył Biuro Aurorów. Jeśli trend się utrzyma, następne miesiące przyniosą nam sporą przewagę.
– To zasługa dziennikarki. Abby Steed zawsze pisała wiarygodne artykuły. Ludzie jej wierzą.
– Zasługa idzie do Szefa NUC. Steed jest tylko kanałem kontrolowanego wycieku.
– Naszym? – zapytał, odwracając się do wuja z zaciekawieniem.
Laird uśmiechnął się tajemniczo.
– Obiad – doszło ich z jadalni wołanie ciotki Isli.
Evander wstał powoli. Czekał, aż wuj odłoży Proroka i pójdzie przodem.
– Wuju, mam prośbę – zaczął zanim jeszcze weszli do jadalni. – Chciałbym zaprosić Malfoyów i Nottów na obiad.
– Nottów? – Wuj przyjrzał mu się uważnie. – Dlaczego?
– Mamy do omówienia pewną sprawę – powiedział wymijająco.
Isla zatrzymała się w pół kroku. Aiden, który właśnie siadał do stołu, wzdrygnął się.
– Czy ty wiesz, co on mówi o naszej rodzinie za twoimi plecami? – odezwał się po dłuższej chwili, przełamując ciszę, która zapadła.
Evander zacisnął pięści. Nie podobało mu się to, co miał za chwilę powiedzieć.
– Wiem. Odpowie za to w swoim czasie. Póki co, potrzebuję go po swojej stronie.
– Jego? Po co?!
– Potrzebuję go i tyle – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Aiden patrzył na niego zdziwiony. Przeniósł wzrok na swoich rodziców. Laird spoglądał na swoją żonę, a widząc jej zrezygnowaną minę i zacięte spojrzenie siostrzeńca, westchnął.
– No cóż, to tylko obiad.

*


Siedział w ogrodzie zimowym, otoczony przez egzotyczne rośliny i mieniącą się za oknami, oślepiającą biel. Na kolanach miał pamiętnik matki. Nie wiedział do końca, dlaczego w ogóle do niego wrócił. Po kilku miesiącach, kiedy już oswoił się z faktami, które do tej pory poznał i stanął twarzą w twarz z jedynym krewnym ze strony ojca, swoim przyrodnim bratem; kiedy uporządkował swoje emocje, naturalną koleją rzeczy wydawało się poznanie reszty faktów z życia matki.
Czytał pamiętnik z przerwami. Nadal mdliło go na każde wspomnienie Dumbledore’a czy któregoś z czołowych członków Zakonu. Z trudem brnął też przez wszelkie opisy związane z ojcem. Nie rozumiał albo matki, albo samej idei miłości. Było jednak kilka fragmentów, które go ciekawiły. Przez cały dziennik przewijała się, podarowana przez Syriusza Blacka, a podobno zapisana na niego kamienica. Wypatrywał więc wskazówki, gdzie miał szukać tak mieszkania, jak i klucza do niego.
Kiedy dotarł do ostatniej strony, niemal cisnął dziennikiem w trzeszczący w kominku ogień. Był zawiedziony. Matka nie ufała bratu, więc Laird nie mógł przechowywać klucza. Gdzie zatem mogła go ukryć?
Przełknął gorycz rozczarowania i doczytał ostatni akapit pamiętnika.

Mam nadzieję, że znajdziesz w tej historii coś dla siebie. Nie liczę na to, że pójdziesz w moje ślady, Evanderze. Wierzę, że sam będziesz w stanie ocenić, co jest dobre, a co złe i gdy przyjdzie czas, dokonasz właściwego wyboru.

Arlie


Koniec. Skończył. Już miał zamknąć pamiętnik, kiedy pod spodem, na niewielkim, niezapisanym skrawku ostatniej strony, zaczęły się pojawiać litery, a spomiędzy kartek wysunęło się czarno-białe zdjęcie mężczyzny. Fotografia upadła mu na kolana. Podniósł ją, przyglądając się uważnie dobrze znanej twarzy Jamesa Pottera. Wielokrotnie widział zdjęcie jego i Lily Potter w gazetach. Znał te rysy doskonale, ale nigdy nie przyszło mu na myśl, że był do niego podobny.
Pozostał na miejscu, mimo że miał ochotę popędzić do łazienki i spojrzeć w lustro. Porównać swoją twarz z twarzą ojca.
Nadal ciężko mu było myśleć o nim, jak o ojcu. Nie przeszkadzało mu to, że jego ojciec to Potter. Potterowie od zawsze byli Jaśni, ale byli też potężną, powszechnie szanowaną, czystokrwistą rodziną. Mógł trafić gorzej. To, co najbardziej mu przeszkadzało w zaakceptowaniu prawdy, to Harry Potter będący jego bratem. Czy to coś zmieniało? Nadal nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie.
Potter był zaprzysiężony Światłu, a on kilka miesięcy temu przyjął Mroczny Znak. Evander dostał rozkaz zabicia go. Potrafił zabić własnego brata? Krew z jego krwi? Zarzucał brak lojalności wobec rodziny swojej własnej matce, a czy nie zamierzał właśnie postąpić tak samo? Gorzej nawet? Nie tyle wyrzec się krewnych, co zabić. Zawsze cenił wiedzę i starał się ją zdobywać, kosztem wielu wyrzeczeń, ale tym razem wolałby nie wiedzieć. Jeszcze pół roku temu, nie wahałby się. A może jednak? Sam już nie wiedział. Wydawało mu się, że nie miał podobnych wątpliwości. Wydawało mu się, że pustka w jego duszy jest niezmienna. Okazało się, że są tony w muzyce świata, które potrafią poruszyć jego zimne jak lód serce.
Wrócił wzrokiem do pamiętnika. Zauważył, że drżą mu dłonie, kiedy obserwował pochyłe pismo. Wyglądało tak samo jak reszta zapisków z dziennika i nie było wątpliwości, że to pismo jego matki. Ale nie potrafił odgonić starych wspomnień z Tomem Riddle’em.
Uniósł pamiętnik do oczu, biorąc się w garść i opanowując drżenie rąk. Zaczął czytać.

P.S. Cieszę się, że dotrwałeś do końca, mój synu. Adres kamienicy: ulica Żmijowej Chwały 11, klucz: Contra spem spero.


Ulica Żmijowej Chwały. Nie wierzył w to, co przeczytał. O tej ulicy opowiadano legendy. Czyżby odziedziczył pełen galeonów skarbiec? Kiedy miał pięć lat, zazdrościł Aidenowi, który miał dostać w spadku kamienicę Verlaine’ów, gdy dorośnie.
Żmijowa Chwała, Vipera Lauda, to nazwa, jaką nadało jej pięciu czystokrwistych czarodziei. Historia nie była stara, sięgała początku dwudziestego wieku, kiedy to kilku świeżo upieczonych absolwentów Hogwartu postanowiło, jak wówczas myślano, roztrwonić majątki rodziców. Za założycieli prestiżowej ulicy uważano Syriusza II Blacka, Jacquesa Verlaine’a, Likurgusa Yaxleya, Garetha Rosiera i Keirana Gaunta.
Początkowo ulica była małą odnóżką Pokątnej i składało się na nią pięć kamienic, należących do każdego z nich, hotel, pub Piwo z Kroplą Jadu, odwiedzany wówczas tylko przez mężczyzn, kawiarenka Salon Słodkości – dla pań, a także główne źródło dochodu – kasyno Góra Galeonów, w którym w piątkę mieli mieć, podobno, równy udział. Mężczyźni zainwestowali w przedsięwzięcie mnóstwo złota, niektórzy wszystkie swoje oszczędności (mówiło się, że Keiran Gaunt pożyczył w tym celu nieco ze spadku, należącego do starszego brata i ojciec zabronił mu pokazywać się w domu, dopóki tego nie odda), ale kasyno okazało się takim sukcesem, potwierdzając słuszność swej nazwy, że bardzo szybko zaczęli rozbudowywać uliczkę, która z biegiem lat rozrosła się tak, że pewnego dnia drugi jej koniec połączył się z ulicą Śmiertelnego Nokturnu.
Wokół ulicy Żmijowej Chwały krążyło wiele historii, jako że majątkiem zarządzały gobliny z Gringotta. Powszechnie sądzono, że los czterech części ogromnego zysku, jaki cały czas generowała ulica, był pewny, bo linie tych rodów były ciągłe. Nie wiadomo było jednak, komu swoje udziały przekazał Keiran Gaunt. Istniała też legenda, opowiadająca o losach ekskluzywnego Hotelu Numer 33. Niektórzy twierdzili, że pierwotnie była to szósta kamienica, należąca do szóstego założyciela. Tajemniczy mężczyzna miał mieć tak ścisłe powiązania z Ministerstwem Magii, że, nie mogąc się ujawnić, nigdy tam nie bywał, a należącą do niego kamienicę przebudowano na hotel. Ci, którzy wierzyli w tę historię, nazywali go Domem Niczyim.
Wyglądało na to, że właśnie odziedziczył kamienicę przy najbardziej elitarnej ulicy w Wielkiej Brytanii. Contra spem spero… Wierzę wbrew nadziei…

*


Siedział w fotelu, na ślepo wbijając widelczyk w deser i przyglądając się uważnie Cohenowi Nottowi. Mężczyzna siedział jak na igłach, rozglądając się z wyższością, właściwą podupadłym rodom czystej krwi, mimo że Nottowie wcale jeszcze nie najgorzej się trzymali. Theodor był nieco bardziej rozluźniony, siedząc między dwojgiem kolegów z roku i zarazem ponad sześcioletnich współlokatorów. Oboje z Draco wyraźnie marzyli, by opuścić salon i zejść dorosłym z oczu. Tymczasem Evander jadł deser niespiesznie, delektując się napiętą atmosferą bardziej, niż ciastkiem. Obserwował Lucjusza Malfoya, perfekcyjnie udającego ignorancję wobec słów, które przed chwilą padły.
Cohen Nott znów, niby mimochodem, napomknął o Nienaruszalnej Dwudziestce Ósemce. Laird nie dał się sprowokować. Uśmiechnął się uprzejmie, aczkolwiek sztucznie. Evander podziwiał jego opanowanie. Kiedy porównywał go z Lucjuszem okazywało się, że Malfoy tylko maskował uczucia wyniosłością, lekceważeniem lub irytacją. Twarz Lairda Verlaine’a przez większość czasu była prawdziwie bez wyrazu.
Theodor i Draco od kilku minut siedzieli z pustymi talerzykami na kolanach. Trzymanie ich tutaj dłużej byłoby wyjątkowym nietaktem, więc odłożył niedojedzone ciastko i wstał.
– Pójdziemy już. Mamy kilka spraw do przedyskutowania – powiedział i skinął głową na swoich rówieśników.
Nie zaprowadził ich do swojego pokoju, jak zwykł to robić, kiedy odwiedzał go sam Draco. Przeszli do saloniku obok i rozsiedli się w fotelach, zapadając między poduszkami. W niewielkim pomieszczeniu była dużo wyższa temperatura. Tutejszy kominek zdawał się dawać więcej ciepła, chociaż wrażenie potęgował też chłód, jaki zostawili za sobą, bijący od trójki mężczyzn.
Evander podszedł do stolika po dzbanek i trzy kufle. Rozdał po jednym każdemu z chłopaków i nalał kremowego piwa. Odwracając się tyłem do Notta, pokiwał głową na boki, kiedy napełniał naczynie w rękach Draco.
Upił łyk ze swojego kufla i wykrzywił usta w teatralny sposób. Trzymaj przyjaciół blisko, ale wrogów jeszcze bliżej. W myśl tej zasady, zamierzał właśnie ustalić plan działania z najbardziej znienawidzonym przez siebie człowiekiem pod słońcem.
– Żadne z nas nie ma ochoty siedzieć w tym towarzystwie, więc załatwmy to szybko – powiedział chłodno.

*


– Co by się nie działo, trzymamy się planu. Razem będziemy w stanie wykonać zadanie najlepiej.
Draco skinął głową. Przez całą rozmowę był wyraźnie przygnębiony.
– Idę do toalety – mruknął Theodor.
Evander spojrzał na Draco znacząco. Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, odezwał się.
– Co o tym myślisz?
– Powinno się udać. Pod warunkiem, że dopilnujemy Theo. Czemu nie chcesz go związać przysięgą?
Evander pokiwał głową.
– Nie mogę sobie pozwolić na żadne ustępstwa, a on na pewno by jakichś zażądał.
Draco skinął głową.
– Wpadnij do mnie jutro, z samego rana – zmienił temat. – Nie chciałem o tym pisać w listach. Mam pewną rzecz do załatwienia. Mógłbyś mi towarzyszyć.
Draco spojrzał na niego podejrzliwie, po czym zerknął na drzwi, za którymi zniknął Nott.
– Upiłeś go, żeby ze mną pogadać? – roześmiał się. – Ty przebiegły…
– Cii. Nie ma czasu. Pójdziesz?
– Pewnie, ale gdzie? Po co?
Evander milczał przez chwilę, przygryzając wargę.
– Nie mogę zdradzić szczegółów. Chcę odwiedzić Dolinę Godryka.
– Dolinę Godryka? Dlaczego chcesz tam iść? I dlaczego jutro z samego rana?
– Właśnie, dlaczego?
Evander drgnął, zaklął siarczyście i obrócił się powoli w stronę drzwi.
– Nie twój interes, Nott.
Theodor wzruszył ramionami, ale został w miejscu, w którym stał.
– Idę z wami – powiedział nonszalancko, nieudolnie maskując zdenerwowanie.
Evander podniósł się powoli, czując jak kumulowany latami gniew budzi się w nim, puszczając w ruch magię. Draco również wstał, położył mu dłoń na ramieniu i Evander wziął kilka głębokich wdechów. Nott skulił się w sobie w pierwszej chwili, ale widząc, że Evander zapanował nad sobą, odzyskał pewność siebie.
– Jest twoim gościem – przypomniał mu Draco. – Chronią go prawa.
Evander przełknął ślinę, jakby przełykał garść różanych kolców.
– Wiem. Jak zwykle znów mu się upiekło. Kiedyś to szczęście się skończy – powiedział, bardziej do siebie.
Nott, zauważając, że rozmawiają o nim, jakby go tam nie było, postanowił się przypomnieć.
– Idę z wami – powtórzył. – Albo nici ze wspólnych planów.
Miał ochotę przekląć sam siebie za brak cierpliwości. Powinien był poczekać na wizytę u dziadków i wtedy porozmawiać z Draco, ale chciał to załatwić jak najszybciej i teraz będzie się użerał z plączącym mu się pod nogami Nottem.
rosein Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 39
Dołączył(a): 29 lip 2016, o 16:52
Lokalizacja: nigdziebądź, czyli w stanie zawieszenia między remontem, a przeprowadzką

Postprzez rosein » 8 gru 2017, o 12:49

06.

Gdyby przyszło mu zabić Theodora Notta, zrobiłby to bez wahania. Prawdopodobnie nawet nie miałby okazji się nad tym zastanowić. Chłopak wyciągał z niego najgorsze emocje. Sam ściągnąłby na siebie taki los.
Skoro nie miał problemu z decyzją, by zabić, przynajmniej teoretyzując, to dlaczego miał problem z samym podjęciem decyzji, czy zabić Pottera?
Chłopak nigdy nie wywoływał w nim takiej agresji jak Theodor Nott. Teraz, kiedy miał świadomość, że są spokrewnieni, nie sądził, by wykrzesał z siebie nienawiść tego kalibru. Pozostało mu sprawić, by to Potter znienawidził go tak, jak on nie potrafiłby znienawidzić jego. Tak, by Evander musiał walczyć na śmierć i życie. Tak, by przetrwał.
Jak sprawić, by Wybraniec Światła nienawidził?
Nienawidził Draco, ale nigdy nie próbował go zabić. Nienawidził Czarnego Pana. Jego zapewne spróbuje zabić. Musiał więc sprawić, że Harry Potter znienawidzi go bardziej, niż mordercę swoich rodziców.
A gdyby dowiedział się, że jego rodzice nie są tylko jego rodzicami?
Ciąg myśli brutalnie przerwało mu pojawienie się w drzwiach Draco.
Evander wstał, uśmiechając się lekko do niego.
– Gdzie Nott?
– Na dole – odpowiedział, odwzajemniając uśmiech blondyn. – Dlaczego Dolina Godryka?
Evander westchnął ciężko.
Sentymentalne bzdury, musiałby odpowiedzieć, więc nie powiedział nic. Założył szalik i zabrał płaszcz z wieszaka przy drzwiach.
– Evander!
Zszedł po schodach, rzucił Nottowi krótkie “cześć” i wyszedł, zostawiając za sobą otwarte drzwi.
Jak miał sprawić, żeby Potter zaczął go nienawidzić? Ostatnio jego myśli krążyły wokół Harry’ego Pottera zdecydowanie zbyt często.
Zatrzymał się dopiero poza granicami zaklęć ochronnych dworu. Odwrócił się, obserwując zbliżających się Draco i Theodora. Wymieniali między sobą krótkie uwagi, zerkając w jego stronę. Evander zacisnął pięści w niejasnym odczuciu, podobnym irytacji.
– Szybciej – burknął.
Draco zmarszczył brwi, rzucając mu oburzone spojrzenie.
– Wcale nie musimy ci towarzyszyć – powiedział.
Evander znowu milczał. Jego twarde spojrzenie mówiło Draco, że jest czymś zdenerwowany, ale najwyraźniej blondyn nie uznał tego za wystarczający powód. Tymczasem Evander nie pamiętał, kiedy ostatni raz był tak spięty.
Wyciągnął rękę do teleportacji łącznej i moment później znajdowali się już na skraju głównej uliczki w wiosce. Theodor odskoczył od nich, oburzony.
– Nie zdałeś egzaminu, Verlaine.
Evander spojrzał na niego przelotnie.
– Bo dopiero co skończyłem siedemnaście lat. Podobnie jak ty. Co w związku z tym?
Nott nie odpowiedział. Evander uśmiechnął się pod nosem. Rozluźnił się na chwilę i poczuł krótkotrwałą ulgę. Trwającą tyle, ile czasu potrzebował jego wzrok, by spocząć na oddalonym od nich, o kilka jardów, domu Potterów.
Budynek najwyraźniej pozostał nietknięty od szesnastu lat. Brakowało fragmentu ściany na piętrze i części dachu. W miarę jak się przybliżali, dostrzegał kolejne szczegóły, jak osmalone belki, nadpalona boazeria i, roztrzaskane na pół, dziecięce łóżeczko.
Otworzył furtkę. Zazgrzytała głośno, zwracając na nich uwagę jednego z przechodniów. Mężczyzna pokiwał głową z dezaprobatą, ale zostawił ich w spokoju.
Evander widział kątem oka, jak Draco i Theodor popatrzyli po sobie, nic nie rozumiejąc. Nie chciał im tego tłumaczyć. Nie chciał, żeby Nott był przy tym obecny.
– Nott, obejdź dom i wejdź od drugiej strony. Wolałbym, żeby nikt nas nie zaskoczył.
– Idź – szepnął do niego Draco, zanim zdążył się sprzeciwić.
Kiedy zostali sami, Draco stanął przed nim, patrząc mu prosto w oczy.
– Wytłumaczysz mi, o co chodzi – powiedział stanowczo.
Jego postawa wyrażała coś zupełnie przeciwnego, ale Evander postanowił zatrzymać to dla siebie. To nie był dobry moment na przekomarzanki.
– To ci się nie spodoba.
Draco westchnął ciężko.
– Ostatnio niewiele rzeczy mi się podoba. Nic nowego.
– Trzecie zadanie – powiedział, a kiedy Draco uniósł brwi, wyjaśnił. – Mam trzecie zadanie. Zabić Pottera.
Draco wciągnął powietrze w płuca. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, po czym je zamknął.
– I to w tej kwestii Czarny Pan mi nie ufa.
– Dlaczego?
Draco prześwietlał go wzrokiem od góry do dołu, z głodem w oczach. Chciał wiedzieć dlaczego Voldemort postanowił zadbać o plan B? Lepiej, żeby się dowiedział od niego, zanim cała Anglia będzie o tym huczeć.
– Potter jest moim przyrodnim bratem – powiedział półgłosem, nie chcąc, by Nott znów ich podsłuchał.
Oczy Draco rozszerzyły się, spiął się, zagryzając wargę i milczał.
– Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? – wychrypiał w końcu.
– Wiem od niedawna. Sam musiałem się z tym uporać – mruknął, rozglądając się.
– To jest… To… Nie do pomyślenia…
– Wiem… Ja…
Przerwał im huk, dochodzący z piętra. Spojrzeli po sobie i natychmiast wbiegli do domu, szukając schodów na górę.
– Co tutaj robisz, Nott? – usłyszeli.
Evander dotarł pierwszy. Otworzył drzwi, a jego oczom ukazała się Złota Trójca Gryffindoru, z Potterem na czele, trzymającym Notta na końcu różdżki. Theodor, rozpłaszczony na ścianie, spoglądał na nich z desperacją w oczach. Jego różdżka znajdowała się w lewej dłoni Pottera.
Pokój, w którym się znaleźli, miał wielką wyrwę po drugiej stronie. Niebezpiecznie blisko krawędzi podłogi, stało małe, dziecięce łóżeczko. To był pokój małego Harry’ego Pottera. Jego starsza wersja właśnie przenosiła na niego różdżkę.
Evander wyciągnął swoją. Adrenalina krążyła mu już we krwi, sprawiając, że się uśmiechał. Stres odszedł w zapomnienie.
Accio, różdżka Notta. Cześć, Potter. Co słychać? Odwiedzasz rodziców?
Potter, zaskoczony jego pojawieniem się, nie zdążył zareagować inaczej, jak tylko soczystym przekleństwem, za które automatycznie zganiła go Granger.
– Co wy tu robicie? Wynoście się!
Evander zacmokał, kręcąc głową.
– Niestety, nie mogę. Mam tu coś do załatwienia.
– Niby co takiego? To mój dom!
– Czarny Pan polecił mi dowiedzieć się czegoś o tobie, żeby łatwiej mu było cię zabić – powiedział przekonująco, a gdy zobaczył ich miny, roześmiał się. – Prawdę powiedziawszy, przyszedłem pozwiedzać. No wiesz, miejsce, w którym roczny gówniarz pokonuje największego czarnoksiężnika naszych czasów… Pewnie trafia tu sporo wycieczek, nie sądzisz?
– Jak śmiesz drwić ze śmierci moich rodziców.
Nie tylko twoich, Potter. Jeszcze nie zdecydował, czy mu powie.
– Co to?
Przeniósł wzrok na Weasleya w momencie, w którym ten próbował schować za sobą jakiś duży, niezbyt poręczny przedmiot. Wszyscy od razu spojrzeli w tym samym kierunku. Evander, nie zważając na wyciągniętą już od jakiegoś czasu w jego stronę różdżkę Pottera, zrobił kilka kroków w stronę rudzielca.
– Co tam chowasz, Weasley?
– Nic, co mogłoby cię interesować – tym razem odezwała się Granger. – To Harry’ego.
Evander zrobił jeszcze dwa kroki, zanim pod jego stopami wybuchło zaklęcie.
– Nie zbliżaj się.
Rozejrzał się. Granger i Weasley trzymali się razem, chowając coś za plecami. Potter stał kilka kroków na prawo od nich. Evander miał za sobą Draco i Notta, do tej pory milczących, ale z różdżkami uniesionymi w gotowości do walki.
– Daj spokój, Potter. Wiem jak walczysz. Pokonałbym cię z łatwością. I sądzę, że moi koledzy z równą łatwością pokonaliby twoich przyjaciół. Więc po co zadawać sobie ten trud? Po prostu pokaż mi, co tam masz. Skoro tak tego bronicie, to znaczy, że to coś ważnego.
– Ta skrzynka należy do Harry’ego – powiedział Weasley.
– Ach, więc to skrzynka? Accio skrzynka – mruknął. Potter zareagował, ale zbyt późno. To było głupie, dać się tak wykiwać. Posłał Gryfonowi drwiący uśmieszek.
Chwilę później trzymał w rękach mały kuferek. Potter próbował go odebrać w taki sam sposób, ale jego zaklęcie przywołujące odbiło się kilka razy od tarczy Evandera, więc przestał próbować.
– I tak tego nie otworzysz. Potrzebne jest jakieś hasło.
Evander obracał kuferek w dłoniach. Na wieczku błyszczał złoty grawerunek.

Dla mojego pierworodnego, James.


– Potter, przypomnij mi, proszę. Kiedy masz urodziny?
Wszyscy, oprócz Draco, spojrzeli na niego, jak na wariata. Draco wlepiał wzrok w skrzynkę, nie mogąc uwierzyć w to, czego się właśnie domyślał. Evander uśmiechnął się do niego, kiedy ich oczy się na moment spotkały i powtórzył pytanie.
– Trzydziestego pierwszego lipca – odpowiedział w końcu Potter. – Po co ci to?
– Bo widzisz… Ja urodziłem się dwudziestego dziewiątego. Co oznacza, że ta skrzynka nie była dla ciebie. Była dla mnie. Evander Teàrlach Verlaine – wypowiedział swoje pełne nazwisko, a kiedy nie zadziałało, dodał – Potter.
Zatrzask szczęknął i wieko odskoczyło, wprawiając Pottera w osłupienie.
Nawet nie zajrzał do środka. Nie spuszczał wzroku z Pottera, dlatego był przygotowany, kiedy chłopak zamierzył się z zaklęciem. Evander odbił je, błyskawicznie zmniejszył szkatułę i schował do kieszeni, po czym sam wystrzelił z różdżki czerwonym promieniem. W pomieszczeniu się zakotłowało. Draco, mierzący do Granger, doszczętnie zniszczył łóżeczko, które stało za nią, a Nott, odpierając zaklęcie Weasleya, spalił na popiół wiszący w połowie drogi obraz.
– To niemożliwe – krzyknął Potter.
– Nic nie jest niemożliwe – odkrzyknął mu Evander, śmiejąc się ze znanego tylko sobie żartu i posyłając kolejną klątwę.
Zaklęcia latały mu nad głową. Wyciągnął Pottera na schody, powoli przenosząc pojedynek na parter. Ich walka, póki co, niewiele różniła się od pojedynków na lekcjach Podmore’a. Na górze rozległ się huk i usłyszeli, jak za ścianą coś upadło. Z gardła Granger, nadal znajdującej się w pokoju dziecięcym, wyrwało się głośne: Roooooon!
– Skup się, Potter – Evander usiłował zmusić go do obrony, ale wiedziony instynktem Potter, zdołał dotrzeć do drzwi wejściowych. Evander pobiegł za nim.
Weasley darł się wniebogłosy, leżąc na trawie ze złamaną nogą. Potter pochylał się nad nim, próbując go uleczyć przy pomocy jednego z zaklęć, których uczył ich ostatnio Flitwick. Granger odpierała ataki Draco i Notta na górze.
Evander skupił wzrok na Potterze. Pochylony nad Weasleyem, wydawał się być takim łatwym celem. Mógł go zabić w tej chwili.
Wyciągnął różdżkę w momencie, w którym trzask aportacji obwieścił pojawienie się nowych osób. Rozglądając się wokół, Evander zaklął głośno. Zakon Feniksa.
To był Bill Weasley, syn Ministra Magii. Kojarzył też Nimfadorę Tonks, Aurorkę. Obok nich stali młodsi bracia Billa, bliźniacy.
Jeden z nich spostrzegł młodszego brata i pognał w jego stronę. Bill wysłał Tonks do pomocy Granger, a sam zwrócił się w stronę Evandera, razem z drugim z bliźniaków.
– Evander, chłopcze, opuść różdżkę.
– Draco, zbieramy się – zawołał.
Oboje z Nottem musieli się wycofać w stronę schodów, bo Tonks na powrót aportowała się u boku Billa. Granger dołączyła do Pottera.
Po chwili Evander miał za sobą pozostałych Ślizgonów.
– Harry, co się stało?
Potter wpatrywał się w Evandera, tymi swoimi wielkimi, zielonymi oczami. Najwyraźniej nadal nie rozumiał. Nie chciał zrozumieć.
– Potter niezbyt dobrze przyjął wieści o tym, jak jego ojciec zdradził matkę, więc mnie zaatakował – pomógł mu wyjaśnić.
– Jak to zdradził?
– Złoty Chłopiec – odpowiedział spokojnie – jest moim młodszym braciszkiem.
– Nie jestem! To nie prawda!
Potter zaczął krzyczeć i ciskać zaklęciami. Bill Weasley i Tonks próbowali go powstrzymać, ale co chwilę wyszarpywał się z uścisku, chcąc się dalej pojedynkować. Evander odbijał zaklęcia, czując jak ogarnia go bitewne podniecenie. Ruszył w kierunku osłanianego przez bliźniaków i Aurorkę Pottera, oddając klątwę za klątwą. Powoli tracił hamulce, podczas gdy Tonks, która wyszła mu na przeciw, wyraźnie się wstrzymywała. Walczył z nią, jednocześnie odbijając zaklęcia, które zza jej pleców posyłał Potter. Jedno ominął.
Usłyszał krótki, urwany w połowie, krzyk Notta i wszystko wokół zamarło. Tonks opuściła różdżkę, a bliźniacy zwarli szyk, stając tuż za nią. Weasley nadal trzymał Pottera, mimo że Gryfon przestał się szarpać. Evander odwrócił się i spojrzał w rozszerzone w zdziwieniu oczy Draco. Na jego klatce piersiowej pojawiły się podłużne, czerwone plamy. Sekundę później blondyn upadł, krzycząc z bólu. Spod jego ciała w zastraszającym tempie zaczęła wypływać krew.
Nott krzyczał coś o tym, że nie umie się deportować. Evander, nie tracąc czujności, kątem oka zarejestrował ruch za Aurorką. Zadziałał instynktownie. Włożył w zaklęcie całą wściekłość, jaka ogarnęła go, na widok rannego Draco.
Flippendo – powiedział.
Zwykłe, stosunkowo niegroźne zaklęcie, uderzyło w nich z całą mocą. Deportując się z Doliny Godryka widział, jak kobieta przyjmuje na siebie największy impet.
– Draco, trzymaj się. Nott, biegnij po jego ojca. No już!
Evander zaczął powtarzać w kółko zaklęcia, których nauczył się na zajęciach z Flitwickiem. Draco był coraz słabszy. Zaklęcia nie pomagały, ale nie przestawał, dopóki obok niego nie pojawił się Lucjusz Malfoy, w towarzystwie Severusa Snape’a.
Obaj mężczyźni przykucnęli, ale ku zdziwieniu Evandera, to Snape zaczął jakiś śpiewny rytuał. Rany Draco powoli przestawały krwawić. Lucjusz spróbował ocucić syna, ale Snape warknął coś, czego Evander nie dosłyszał i mężczyzna odsunął się, pozwalając mu działać.
Nott stał kilka kroków dalej, trzęsąc się ledwo zauważalnie.
– Nott…
Theodor wzdrygnął się, a kiedy otworzył usta, wyszedł z nich zduszony okrzyk.
– Co to do cholery miało być?!
Evander nabrał powietrza w płuca, zerknął za siebie, zauważając, że Lucjusz zagląda w ich stronę, nie kryjąc się zbytnio z tym, że przysłuchiwał się ich rozmowie.
– To, co się tam stało, zostanie między nami, Nott. Wszystko – dodał z naciskiem.
Chłopak chciał się oburzyć, zaprotestować, ale Evander mu na to nie pozwolił. Posłał w jego kierunku wiązkę magii, uspokajając go. Odczekał, aż efekt minie i kiedy upewnił się, że Nott, sam z siebie, też już się uspokoił, zacisnął dłonie na jego przedramionach, celowo obejmując Mroczny Znak.
– Wspólny cel, Nott. Ani słowa.
Nott szarpnął się, a nie mogąc się wyrwać, westchnął, zrezygnowany.
– Dobra – warknął. – Ani słowa.
Evander poluźnił uchwyt.
– Na razie – dodał Theodor i obrócił się na pięcie.
Zrobił kilka kroków, po czym zaklął głośno i wrócił.
– Czy ktoś może mnie podrzucić do domu? – wydusił z niechęcią.
Evander spojrzał na odprawiającego rytuał Severusa, na próbującego ukryć zmartwienie Lucjusza i westchnął ciężko. Bez słowa sięgnął po ramię Notta i aportował się pod bramę jego dworku.
– Jeśli piśniesz choć słówko, to Czarnym Panem będziesz musiał się martwić. Ale nie powstrzyma mnie to od wymierzenia własnej zemsty, Nott.
– Nie musisz mi grozić. Nie miałbym żadnych wymiernych korzyści z rozgłaszania dzisiejszej rewelacji…
Zawiesił głos. Obaj wiedzieli, że to nie była prawda.
Evander obrócił się na pięcie i wrócił do Dworu Malfoyów.

*


Snape lewitował nieprzytomnego Draco. Drzwi wejściowe otworzyły się i ze środka wypadła Narcyza, wybiegając mu na przeciw.
Lucjusz usłyszał trzask, towarzyszący pojawieniu się Evandera i obrócił się, dopadając go w mgnieniu oka. Evander poczuł jak stalowe palce zaciskają się na jego ramionach.
– Co. Się. Stało?
Być może dla każdego innego, Lucjusz wyglądał jak oaza spokoju, ale Evander widział spięte mięśnie, wbite w niego wściekłe spojrzenie, widział lekko zaciśnięte usta i płytki, nieregularny oddech.
Lucjusz potrząsnął nim lekko, co wywołało w Evanderze reakcję obronną, w postaci zupełnej, całkowitej obojętności wypisanej na twarzy.
– Panie Malfoy, przekracza pan granicę.
Lucjusz musiał zacisnąć zęby, bo jego szczęka drgnęła, kiedy odsuwał się od niego.
– Co z Draco?
– Przeżyje, ale blizny zostaną. – Evander skinął głową, nie zdając sobie wcześniej sprawy, jak bardzo się martwił. Poczuł ulgę. – Kto mu to zrobił?
Evander zawahał się, próbując sobie przypomnieć sekwencję zdarzeń. Wiedział, że to nie była Tonks. Pojedynkował się z nią, był całkowicie pewien, że odbił wszystkie jej zaklęcia. Potter posyłał coś zza jej pleców, ale równie dobrze mógł to zrobić któryś z bliźniaków. Nienawidzili Draco tak samo, jak Złota Trójca. Zamknął oczy, przywołując z pamięci obraz tamtej sytuacji. Nie, to nie mogli być Weasleyowie. Gdzie była Granger?
– Harry Potter – odpowiedział w końcu. To musiał być on. Był wstrząśnięty, kiedy zobaczył efekt swojej klątwy. Evanderowi wydawało się, że widział na jego twarzy poczucie winy. – Chyba nie znał zaklęcia, które rzucał – dodał, widząc zaskoczenie na twarzy Malfoya.
Zaskoczenie szybko przeobraziło się w złość.
– Później mi to wyjaśnisz – mruknął, obracając się. – Wracaj do domu, Evander. Draco sam się do ciebie odezwie, jak się obudzi. O ile będzie sobie tego życzył – dodał odchodząc, ale Evander i tak usłyszał.

*


Delikatny materiał przelewał mu się przez palce, mieniąc się w świetle zachodzącego słońca feerią barw, głównie odcieni srebra, złota, fioletu i pomarańczu.
W szkatule nie było listu, jeśli nie liczyć starego, pustego pergaminu i przypiętej do niego małej karteczki ze słowami “Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego” na jednej oraz “Koniec psot” na drugiej stronie. Leżały w szufladzie biurka, obok pamiętnika matki. Jego uwagę całkowicie pochłaniała peleryna niewidka.
Fakt, że James Potter był w posiadaniu tak unikatowego artefaktu, nie był zbytnio zaskakujący. Każda z czystokrwistych rodzin miała cenne pamiątki, Potterowie nie byli w tym wypadku wyjątkiem. Zdziwiło go tylko, że postanowił przekazać ten cenny przedmiot swojemu bękarciemu potomkowi. To był precedens, który nie mieścił się w jego pojmowaniu zasad i tradycji rządzących światem.
Usłyszał pukanie, więc schował pelerynę do kufra, przykrywając ją ułożonymi w staranny stos księgami i podszedł do drzwi.
– Mogę?
Evander usunął się z przejścia i gestem zaprosił wuja do środka. Laird zamknął drzwi za sobą, rzucając niewerbalne zaklęcie wyciszające. Evander był zaskoczony, gdy je zobaczył.
– Coś się stało? – zapytał, kiedy mężczyzna rozsiadał się w jego fotelu. Evander zajął krzesło, stojące przy biurku.
– Lucjusz wpadnie za kwadrans. Chciałem z tobą najpierw porozmawiać.
Skinął głową i czekał na pierwsze pytanie. Laird przez jakiś czas przyglądał mu się w milczeniu. Kiedy się odezwał, jego głos pozbawiony był jakiegokolwiek zaniepokojenia. Evander spodziewał się tego po nim.
– Wiesz, że musimy to zgłosić Czarnemu Panu?
– Tak.
– Powinieneś mnie uprzedzić.
– To nie było planowane spotkanie.
– Poszliście do domu Potterów. Mogłeś przewidzieć, że coś takiego się stanie.
Evander wątpił, by Laird sam wierzył w to, co właśnie powiedział. Następne pytanie sprawiło jednak, że spuścił z tonu, odwracając wzrok.
– Co tam się właściwie wydarzyło?
– Nie muszę nic mówić – powiedział odrobinę buntowniczo.
Larid skarcił go wzrokiem i przez ułamek sekundy Evander czuł się, jakby znów miał jedenaście lat i stał na środku peronu, bojąc się wsiąść do ekspresu.
– Wolałbym wiedzieć coś więcej, niż to, że Draco oberwał klątwą od Pottera, kiedy będę składać raport Czarnemu Panu.
– Zabierz mnie ze sobą, opowiem mu osobiście – odparował Evander wyzywająco.
– Lucjusza odwiedziła szwagierka z wyraźnymi rozkazami. Czarny Pan chce widzieć Lucjusza, mnie i Cohena. Co mam mu powiedzieć?
– Jeśli ci powiem, Lucjusz Malfoy też się o tym dowie, prawda?
Laird zawahał się, ale skinął głową. Evander zacisnął zęby, powstrzymując się od komentarza. Nie chciał, żeby grono znających jego pochodzenie osób znów się powiększyło, ale najwyraźniej nie miał wyjścia.
– Skoro Lucjusz będzie tutaj, to wtedy opowiem. Nie będę się powtarzać.
– Evander…
– Tak będzie lepiej – uciął.
Lepiej dla kogo? Zadał sobie to pytanie, chociaż znał odpowiedź. Lepiej dla niego. Łatwiej.
Wstał, dając sygnał, że rozmowa skończona. Laird uszanował jego decyzję i wyszedł z pokoju. Evander zszedł na dół tuż po nim. Kiedy wchodził do salonu, Lucjusz właśnie otrzepywał się z popiołu, a przez kominek przechodził Draco.
Evander poczuł ukłucie wyrzutów sumienia. Przez całą dobę wyrzucał sobie, że nie zablokował tej klątwy. Skąd Potter w ogóle znał coś takiego?
Draco wyglądał źle. Był bledszy niż zwykle, co oznaczało, że skórę miał bielszą, niż włosy. Pod oczami przebijały się sińce, kiepsko kryte zbyt słabym zaklęciem maskującym. Wychodząc z kominka, potknął się, otrzymując od ojca potępiające spojrzenie.
Evander nie ruszył się ze swojego miejsca. Przyglądał się Draco, dopóki Laird nie odwrócił jego uwagi, prosząc, by opowiedział co się wydarzyło.
– Ile pan już wie, panie Malfoy?
Lucjusz zmrużył oczy, niezadowolony, że padło to pytanie.
– Draco nic mi nie powiedział. Odesłał mnie do ciebie. – Posłał kolejne, pełne dezaprobaty spojrzenie w kierunku syna.
– A Nott? Kontaktowaliście się z nim?
– Tak – z pomocą podirytowanemu Lucjuszowi, przyszedł Laird. – Theodor milczy, jak zaklęty.
Evander nie próbował powstrzymać satysfakcjonującego uśmieszku, który przemknął przez jego twarz, tylko pogarszając napiętą atmosferę, panującą w pomieszczeniu.
– Wybraliśmy się do Doliny Godryka, żeby obejrzeć dom Potterów.
– Tyle się domyśliliśmy – warknął Lucjusz.
Evander dostrzegł, że Draco uważnie mu się przygląda.
Miał do wyboru powiedzieć im, że chciał się przygotować do zadania, które zlecił mu Czarny Pan, ale to było praktycznie przyznanie się do tego, na czym ono polegało. Nie wolno mu było o tym mówić. Mógł rozporządzać tylko własnymi tajemnicami. Rzucił zaciekawionemu Draco ostatnie spojrzenie i po prostu to powiedział.
– Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o swoim ojcu.
Czas jakby stanął w miejscu, otaczając ich bańką zastygłego powietrza. Laird, który przed chwilą sięgnął po tumbler, zamarł ze szklanką w połowie drogi do ust. Tumbler wyślizgnął mu się spomiędzy palców i roztrzaskał na posadzce.
Głośne pyknięcie pojawiającego się między nimi skrzata, rozbiło tę bańkę. Laird wygonił stworzenie.
– James Potter – powiedział półgłosem, kiedy skrzat zniknął.
– Tak, James Potter – potwierdził stanowczo.
– Czy Czarny Pan…
– Wie.
– Merlinie…
Evander, z pewną dozą rozbawienia, przyglądał się ich zszokowanym twarzom.
– Kiedy otworzyłeś pamiętnik?
– W wakacje, między drugim a trzecim rokiem. – Uśmiechnął się.
– Wiesz od… od ponad czterech lat?!
Evander pokręcił głową.
– Otworzyłem go, ale nie przeczytałem.
– Od kiedy więc?
– Tuż przed inicjacją.
Laird westchnął. Spojrzał na Lucjusza i gestem wskazał mu fotel. Machnął różdżką i w rękach ich obu znalazły się szklaneczki z Ognistą.
Lucjusz wypił swoją porcję jednym haustem.
– Rozumiem, że Potter wybrał się tam w tym samym celu i przypadkiem na siebie wpadliście.
Skinął głową, potwierdzając słowa Lairda.
– Czy… Czy Potter wie?
To pytanie zadał Lucjusz. Evander przyjrzał mu się, zastanawiając się, do czego ta wiedza miała mu się przydać.
– Powiedzmy, że… mi się wymsknęło.
– Tylko dlaczego wyładował złość na moim synu?
– Bo ja byłem zajęty walką z Aurorką i Weasleyami – warknął. – Którzy jakimś cudem przybyli mu na pomoc.
– Zakon?
Evander skinął głową.
– Musieli nałożyć na Pottera jakiś dodatkowy namiar. Byli na miejscu w dwie minuty po tym, jak zaczęliśmy walczyć.
– Kto dokładnie się pojawił?
Evander wymienił nazwiska, a potem opowiedział resztę, mając nadzieję, że to oszczędzi mu kolejnych pytań. Kiedy doszedł do momentu, w którym walczył z Tonks, a Potter rzucał zza jej pleców zaklęciami, zamilkł.
– Umknęła mi – powiedział po chwili, bardziej do siebie niż do nich.
– Słucham?
– Umknęła mi – powtórzył. – Klątwa, która uderzyła w Draco. – Spojrzał na chłopaka. – Powinienem był ją odbić.
– To nie twoja wina – wymamrotał Draco. Głos miał słaby. Wyglądał, jakby lekki podmuch wiatru był w stanie zwalić go z nóg. – Oboje polegaliśmy na tym, że to zrobisz. Straciliśmy czujność.
I tak powinien był ją odbić.
– Potter wie. Zakon też. Pytanie czy to rozgłoszą dalej. Musimy założyć, że tak, ale zachowywać się, jakby nikt więcej nie wiedział. Nie planowałem, że to się tak szybko rozniesie. Jeszcze nie teraz – powiedział.
– Dostałem dziś rano notatkę z Munga, że Tonks dostała się do szpitala. Nie wiem jeszcze, na jakim oddziale leży, ale prawdopodobnie porządnie ją poturbowałeś – powiedział Lucjusz.
W jego głosie nie było słychać uznania, ale Evander znał go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że te słowa właśnie to znaczyły.
– Nie miałem czasu się nią zająć – warknął. – Ten idiota, Nott, nie potrafi się deportować.

*


Siedział w salonie, przy kominku, kiedy Aiden zmaterializował się przed nim z założonymi na piersi rękami i wyczekującym spojrzeniem.
Koniec psot, pomyślał.
Mapa, którą znalazł w szkatułce, razem z peleryną, zniknęła. W dłoni trzymał teraz pusty pergamin.
– Co to?
– Nie twój interes. Czego chcesz?
Aiden nieświadomie przestąpił z nogi na nogę. Rozejrzał się po pokoju.
– N-nic.
Wychodził, kiedy Evander go zawołał. Schował pergamin do wewnętrznej części szaty. Miał mnóstwo czasu, by ją przeszukać. Wyglądało na to, że część ze wspomnianych w Historii Hogwartu ukrytych wyjść z zamku, była na niej zaznaczona.
– Aiden.
Stanął tyłem do kominka, pozwalając, by płomienie przyjemnie grzały go w plecy. Był wyjątkowo zimny wieczór i na kilka stóp od ognia można było przetrwać jedynie posiłkując się zaklęciami rozgrzewającymi.
Aiden zawrócił i zatrzymał się na środku saloniku. Evander czekał cierpliwie, aż wyrzuci z siebie to, po co przyszedł.
– Pomyślałem, że… To ostatnia szansa. Jak skończysz szkołę, to będziesz zajęty…
– Aiden. Mamroczesz.
Chłopak obruszył się, prawdopodobnie dlatego, że brzmiał jak Laird. Nie mógł nic na to poradzić. Zachęcił go gestem, żeby mówił dalej.
– Mógłbyś mnie trochę pouczyć?
Evander zmarszczył brwi, w niezadowoleniu.
– Pouczyć czego? – zapytał nieco zbyt ostro.
– Pojedynków.
– Snape uczy was pojedynków. Uważasz, że umiem więcej od niego?
Aiden zawahał się, ale pokręcił głową przecząco. Evander prychnął.
– Jesteś tak samo głupi, jak reszta – powiedział, lekko zawiedziony. – To nie pojedynków powinieneś się uczyć.
– A czego?
W jego oczach zobaczył błysk ciekawości, maskowany protekcjonalnymi uśmieszkami i świętym oburzeniem na przemian. Ta głęboko chowana chęć pogłębienia wiedzy, była jedynym powodem, dla którego zdecydował się kontynuować.
– Kontroli – odpowiedział. – Kontroli nad swoją magią. I kontroli nad sobą.
Aiden walczył ze sobą, żeby nie odgryźć się, tak jak to miał w zwyczaju. Najwyraźniej rzeczywiście zależało mu na tym, by się czegoś nauczyć. Wiele kosztowało go, by w ogóle do niego podejść.
– Staram się – powiedział, po czym zacisnął usta, zły, że w ogóle się odezwał.
Evander podszedł do niego, rozbawiony.
– Nie staraj się. Po prostu to zrób. – Pochylił się, spoglądając mu w oczy. – Masz wszystko, co potrzeba. Więcej niż ja mógłbym chcieć.
Aiden spojrzał na niego niepewnie. Rozumiał w ogóle, o czym mówił Evander?
– Kontrola. Cała reszta przyjdzie z czasem – dodał.
Wyminął go i wyszedł. Z trudem powstrzymał się od nałożenia na siebie zaklęcia rozgrzewającego. Zatrzymał się jeszcze w kuchni, po gorące kakao. Objął kubek, grzejąc w ten sposób dłonie.
– Paniczu Evanderze, pan Laird czeka na panicza w gabinecie.
Evandera zdziwiło pojawienie się skrzata. Skinął głową i, nie zwlekając, wyszedł.
– Coś się stało? – zapytał, wchodząc.
Laird siedział przy biurku, ale nie był sam. Przy kominku stał Lucjusz Malfoy.
Evander spojrzał w dół, na trzymany w rękach kubek z kakao. Przeklął w myślach skrzata, za nie poinformowanie go o tym, że w gabinecie był gość.
– Panie Malfoy – skinął głową na powitanie.
Lucjusz miał rozciągnięte w uśmiechu usta. Gestem nakazał, żeby zamknął za sobą drzwi.
– Czarny Pan nie był zadowolony z tej niefortunnej sytuacji – powiedział.
Słowa Lucjusza nie pasowały do wyrazu jego twarzy. Evander czekał na dalszy ciąg.
– Ale podobał mu się sposób, w jaki poradziłeś sobie z Aurorką, Tonks.
Lucjusz bawił się tą chwilą, trzymając go jak najdłużej w niepewności. Evander pozwolił mu na to, jednocześnie nie dając satysfakcji i nie zdradzając zniecierpliwienia.
– Nimfadora Tonks była w ciąży. Lekarz z jej oddziału właśnie potwierdził, że poroniła w wyniku wypadku w Dolinie.
Ponieważ Evander nie wiedział, jak miałby się odnieść do tej informacji, jego postawa nadal nie zdradzała żadnej reakcji. Lucjusz pochylił się nieco do przodu.
– Czarny Pan cię pochwalił, Evanderze. W jego szeregach rozniosło się, że to twoja zasługa.
Evander musiał coś powiedzieć. Skinął głową.
– Czy inne informacje też się rozniosły? – zapytał.
Laird, który chwilę temu podszedł do okna, znalazł się teraz obok niego, uśmiechając się lekko. Położył mu dłoń na ramieniu.
– Twój sekret, póki co, jest bezpieczny. Czarny Pan jest zdania, że powinien nim pozostać tak długo, jak się da. Cohen Nott również został o tym poinformowany. Dostał polecenie, by nie naciskać na syna.
– Wspaniale – powiedział.
Skinął głową na pożegnanie i wyszedł.
rosein Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 39
Dołączył(a): 29 lip 2016, o 16:52
Lokalizacja: nigdziebądź, czyli w stanie zawieszenia między remontem, a przeprowadzką

Poprzednia strona

Powrót do Drarry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 1 gość

cron