Stara Drarrofeta

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 01:55

kasiek

aaa!!
Miss Granger, odcineczek jest miodny, wspaniale napisany!
dostałam absolutnie kwikogennej głupawki, gdyż na brak wyobraźni nie narzekam, i jak tylko zobrazowałam sobie Harry'ego i Draco w roli indyków, i to "gęgnął", "kiwnął małą główką", czy "chude nóżki", "przycupnął pod krzaczkiem", i tak dalej... to wszystko mnie po prostu dobiło xD
pozytywnie, jak najbardziej pozytywnie:)

pomysł ze snem może nie specjalnie oryginalny, ale naprawdę cieszę się, że to zrobiłaś. wyratowałaś fetę z potencjalnego impasu i chwała Ci za to, zaiste.

poza tym: świetny Ron, genialny Dumbel, fajny cliff i w ogóle pomysł nań [na cliff] - aż ciekawa jestem, jak to rozwinie następna osoba:)
[potem być może jeszcze zedytuję posta i dodam perełki, gdyż były, oj, były!]

podsumowując - szczere gratulacje! i dzięki za miłą lekturę:)
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 01:56

Safana

Ale się wszystko pogmatwało.
Paru Dracusiów? Ja nie mam nic przeciwko jeśli Potteruś odda mi jednego.
Świetny indyczy odcinek tylko trochę szkoda ze to był sen (a może jednak nie?).
I w końcu pojawił się mój ukochany Sev! Jestem taka szczęśliwa. A te przeterminowane słodycze - miodzio ;).
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 01:57

Nef

Przepraszam, że tak szybko dodaję, ale w niedzielę i poniedziałek mogę mieć mało czasu, nawet baaaardzo mało, a nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdybym nie napisała tego odcinka, mając TAKIE warunki.

Kolejny odcinek Drarrofety Której Kryptonimu Jeszcze Nie Ustalono
A w nim Severus Snape składa wymówienie, które zostaje odrzucone. Tymczasem klony wydają sie być w całkiem dobrych stosunkach, wobec czego Draco i Harry zawierają rozejm, by powstrzymać to wszystko

* * *

Severus Snape wydał coś między kwikiem obrzydzenia i zaskoczenia, widząc tylu fałszywych Potterów. Jeden doprowadzał go do rozstroju psychicznego, nie mówiąc o dziesiątkach.
Wrzaski osiągnęły już punkt krytyczny i zaraz miały przebić barierę dźwiękową. Mistrz Eliksirów poczuł, że to dla niego za wiele. Że lata pracy, warzenia eliksirów, plucia jadem na prawo i lewo, pójdą na marne, bo on załamie się psychicznie.
Zdesperowany postukał niemniej zaskoczonego dyrektora w ramię i próbował przekrzyczeć chór oburzonych głosów.
— Dyrektorze! Albusie!
Prawdziwi Potter i Malfoy schowali się za żerdzią Fawkesa i ze zgrozą obserwowali przebieg wydarzeń.
— To efekt uboczny dropsów? — spytał Draco. — Bo jeśli tak, to mój ojciec dowie się o tym i każe pozamykać wszystkie mugolskie sklepy ze słodyczami! I… Merlinie! Czy moje włosy zawsze były AŻ TAK ulizane? Przecież wyglądam jak Snape w ładniejszej wersji!
Harry przewrócił oczami.
— Malfoy, w gabinecie znajdują się dziesiątki naszych klonów, a ty myślisz o włosach? — Zerknął na blondyna, który niezdarnie próbował poczochrać sobie włosy, ale tak, by nie roztrzepać ich zbytnio. — Ech, nieważne. Musimy coś zrobić — zadeklamował takim tonem, jakiego zwykle używał, gdy szedł Ratować Świat.
— Nie ma mowy — mruknął w roztargnieniu Draco, nadal próbując nadać sobie wygląd arystokratycznego bad boy’a. — Oni gotowi są zabić, żeby udowodnić, że są tymi prawdziwymi.
Tymczasem Severus Snape (który czuł, że zbliża się jeden z normalnych u niego wybuchów apopleksji), wyjął różdżkę i rzucił na wrzeszczące klony Silenco. Potem spojrzał na dyrektora z widocznym obłędem w oczach.
— Odchodzę — powiedział stanowczo. — Mam dość.
Od strony żerdzi doleciało ciche „tak!”. Severus zgromił wzrokiem Fawkesa, a ten zerknął na niego niewinnie. Dyrektor nie zmienił wyrazu twarzy. Nadal z zainteresowaniem wpatrywał się w klony, które patrzyły po sobie w niedowierzaniu. Otwierały usta, niczym ryby wyjęte z wody.
— Albusie. — Snape postukał nerwowo butem w kamienną podłogę. — Albusie, właśnie powiedziałem, że odchodzę.
— Severusie, po prostu weź głęboki wdech. Ja postaram się to wszystko wyjaśnić — odparł spokojnie dyrektor. Snape poczerwieniał na twarzy.
— Albusie, czy ciebie nie obchodzi fakt, iż w twoim gabinecie stoi prawie dwudziestu Malfoyów i Potterów?
— Faktycznie, to dosyć absorbujące…
— I dlatego właśnie mam zamiar odejść!
— Nie. — Dyrektor spojrzał na przełożonego surowo. — Zostaniesz tu i pomożesz nam z tym bałaganem. Czuję w tym czarną magię.

Harry wydał jęk zawodu i oparł się o komodę, całkiem zrezygnowany. Malfoy, z cichym „a chrzanić to”, porzucił próby poprawienia fryzury, uznając, że i tak jest najładniejszy z wszystkich klonów. Usiadł obok Harry’ego, ale w takiej odległości, by nie dotykać go nawet kawałkiem swojej wyprasowanej, wypranej i spryskanej perfumami szaty, która teraz była nieco sfatygowana. Ale nie narzekał. Pierwszy raz czuł, że robi coś… Coś fajnego. Bierze udział w nietypowej przygodzie. Zawsze zazdrościł Potterowi tego, że miał tyle przygód. A Malfoy, jak na Ślizgona przystało, takich doświadczeń się wystrzegał i żył komfortowo w swoim małym, bezpiecznym świecie.
— I co? — zaczął Harry, tonem, który nie wróżył, że będzie to neutralna konwersacja. — Czy twój ojciec dowie się i o tym?
Malfoy spojrzał na niego z ukosa, czego Potter nie dostrzegł, bo wpatrywał się z satysfakcją, jak jego klon nokautuje klona Malfoya.
— To, co się dzieje w gabinecie dyrektora, niech zostanie między nami — odparł Draco. — Zwłaszcza, że mam wrażenie, iż zaczynam wariować. To na pewno przez te dropsy.
— Teraz masz takie wrażenie? — sarkał Harry, jakby jad z Mistrza Eliksirów podstępnie spłynął na niego. — A nie miałeś takiego wrażenia, gdy ten szlaban się zaczynał? Gdy śniły ci się indyki? Gdy słyszałeś głosy i…
— Jakie głosy? — przerwał mu Malfoy, a w jego głosie słychać było jednocześnie strach i zainteresowanie. Harry machnął ręką.
— To nieważne.
— Potter, teraz WSZYSTKO jest ważne. — Draco zastanowił się. — Pamiętasz? Wspominałeś coś o rozejmie.
— Tak — burknął Harry. — A ty kazałeś mi spadać i… uczesać się.
— No, bo to by ci się przydało — zauważył Malfoy, taksując niechętnym wzrokiem jego fryzurę. — Ale nie o to mi chodzi. Żeby to przetrwać musimy… współpracować. — Niemal wypluł to słowo, jakby przyznawał się do czegoś okropnie wstydliwego.
Harry popatrzył na niego, zaskoczony, potem spojrzał na klony, westchnął, znowu popatrzył na Malfoya i skinął głową, po czym wyciągnął rękę. Draco zerknął na nią zdegustowany.
— Co ty robisz?
Harry wyszeptał pod nosem litanię o cierpliwość.
— Malfoy, w ten sposób normalni ludzie pieczętują umowę.
— Nie dotknę cię. A przynajmniej, nie twojej ręki. — Dodał, widząc, że żyła na szyi Harry’ego zaczyna niebezpiecznie pulsować. — Masz poobgryzane paznokcie, palce poplamione atramentem i… Sznyty? Tniesz się na grzbiecie ręki, Potter? No, i co tam masz napisane? „O, Weasley, kocham cię tak mocno, że to aż boli”?
— Zaraz ciebie coś zaboli — wywarczał Potter, mimowolnie chowając zaciśniętą rękę do kieszeni. Malfoy zachichotał, jednak potem wydał z siebie zduszony okrzyk i zbladł tak bardzo, że stał się niemal przezroczysty.
Harry odwrócił się i poczuł, że odbija mu się wczorajszym śniadaniem.

Klony, które jakoś pogodziły się z faktem, iż nie mogą mówić, siedziały teraz wciśnięte w kąt, obserwując dyrektora spode łba. Ale kilku z nich patrzyło sobie głęboko w oczy i uśmiechało się tak, jakby właśnie wygrali w mago lotka. Klon Malfoya zaczesał niesforny kosmyk klonowi Harry’ego, a ręce dwóch innych klonów stykały się opuszkami palców.
— Dyrektorze! — wrzasnął Malfoy, wynurzając się zza żerdzi. Fawkes zaskrzeczał głośno i spłonął ze strachu. Dumbledore oderwał wzrok od klonów i spojrzał na niego, lekko skonsternowany, jakby zastanawiał się czy ma do czynienia z prawdziwym Draco Malfoy’em.
— Panie Malfoy? To pan?
Draco sapnął z oburzeniem.
— Oczywiście, że ja! Razem z Potterem… — Spojrzał za siebie, jednak Harry’ego nie było. Siedział na podłodze i kurczowo obejmował kolana ramionami. — Och, wstawaj Potter! Jest w szoku — dodał szybko.
Severus z dziką satysfakcją, wymalowaną na twarzy, chciał zobaczyć, jak wygląda Potter w szoku, jednak powstrzymało go albusowe spojrzenie.
— Razem z Potterem — podjął Draco — postanowiliśmy zawrzeć rozejm, żeby zatrzymać to szaleństwo i…
Przerwał im odgłos dosyć nietypowy. Malfoy popatrzył w tamtą stronę, poirytowany, że ktoś mu przerywa, jednak widok, jaki ujrzał, dobił go ostatecznie.
Jego własny klon, jakaś mała cząstka Draco Malfoya, zbliżyła niebezpiecznie swoją cudowną twarz do twarzy Harry’ego Pottera!
— NIEEEEEE!
Wszystko odbyło się jakby w zwolnionym tempie. Draco rzucił się w tamtą stronę, odpychając na boki dwa inne, zapatrzone w siebie klony, i rozpaczliwie parł do przodu, starając się zapobiec nadchodzącej katastrofie.
Zarazki, zarazki, zarazki, krzyczał jeden głos w jego głowie.
To Potter, Potter, Potter, wtórował mu drugi.
Ojciec się dowie i zabije, dodał trzeci, co ostatecznie przekonało Draco, że musi temu zapobiec.
Zanim jednak dobiegł do owej bardzo zapatrzonej w siebie pary, coś pochwyciło go radośnie w ramiona.
— Smoczuś!
Draco zaczął dziko się wyrywać z objęć rozentuzjazmowanego klona Pottera, jednak ten trzymał go mocno i ani myślał puścić. Malfoy w akcie desperacji zawołał:
— Pooooteeeer! Ale ten prawdziwy, półgłówek ze sznytem na czole!
Harry otrząsnął się z letargu, mając w zamiarze dać Malfoyowi porządnie w pysk, jednak widząc go w objęciach swego klona, najpierw wytrzeszczył oczy, a potem parsknął śmiechem.
— Nie śmiej się, pinglarzu, tylko rób to, co wychodzi ci najlepiej i ratuj mnie! — zawył blondyn.
Harry jeszcze chwilę delektował się widokiem zrozpaczonego Malfoya, ale gdy jego klon spojrzał Draco czule w oczy i złożył usta do pocałunku, natychmiast przystąpił do akcji. Doskoczył do nich i odepchnął Harry’ego Numer Dwa, jak go nazwał w myślach.
Malfoy odetchnął głęboko.
— Szybciej się nie dało?! — wrzasnął, przyklepując nerwowo idealnie ulizane włosy.
— Nie ma za co — odburknął Harry i zwrócił się do dyrektora. — Panie profesorze, musimy coś zrobić, zanim to się rozprzestrzeni! To jest niesmaczne!
— Mamy czas świąt! — Albus rozłożył ręce. — Czas magii, miłości i przyjaźni! Czemu nie pozwolimy im spędzić Bożego Narodzenia tu, w Hogwarcie? — Dyrektor uśmiechnął się, zadowolony, że wpadł na tak genialny pomysł.
— Yyy, bo to nasze klony? — zasugerował Harry. — Na dodatek jakieś nieudane i lubieżne w inny sposób.
— Potter, nie używaj słów, których nie znasz — przerwał mu Draco. — Dyrektorze, pozbądźmy się klonów. Potter i ja, w ramach rozejmu, możemy nawet wspólnie rzucić zaklęcie.
Zanim dyrektor odpowiedział, w gabinecie wybuchło pandemonium. Klony rzuciły się do ucieczki, odpychając na bok wściekłego Snape’a. Próbowały ratować się przed zgubnym końcem ich krótkiej egzystencji.
Harry chciał własnym ciałem zabarykadować drzwi, jednak Malfoy w porę pociągnął go za szatę, a widząc pytający wzrok Pottera wyjaśnił, że robi to tylko w ramach rozejmu. Obydwaj zerknęli na dyrektora, w którego oczach płonęły te dziwne iskierki.
— I co teraz? — spytał Harry z bezradną miną.
Draco natomiast wyprostował się dumnie i rąbnął Harry’ego w plecy, po czym zadeklamował stanowczo:
— Zaprowadzimy tu porządek!

A w następnym odcinku...
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 01:57

Safana

Nadal uroczo.
Ten 'Smoczuś!' mnie powalił, a Potter ratujący swoją księżniczkę tzn. swojego księcia (czy tam smoka jak kto woli) też jest uroczy Wink.
Severuska nadal mało no ale chyba przeżyje.
Bardzo dobrze że w końcu zawarli rozum.
Mimo 'trudnej sytuacji' Draco jest wciąż Malfoyowy - to się chwali.
No i to tyle xD.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 01:58

Amanda

Kolejny odcinek...
… w, którym nasi bohaterowie próbując zapanować nad klonami lądują w Schowku Z Którego Trudno Wyjść, a w konsekwencji doprowadzają, do zajęcia Szkoły Magii i Czarodziejstwa przez wrogą armię.

Oblężenie, tak w skrócie można było opisać sytuację w jakiej w tej chwili znajdował się Hogwart. Klony dwójki najzacieklejszych wrogów, nie licząc konfliktu na linii Potter-Snape, hasało po szklonych korytarzach rozwieszając gdzie się tylko dało krzaki jemioły. Prawdziwi Potter i Malfoy przemykali się aktualnie pod ścianą jak James Bond z oszałamiająco piękną kobietą, ewentualnie nie mniej przystojnym partnerem, chociaż dla niewprawnego oka mogło to wyglądać na ucieczkę ale kto odważyłby się nazwać tę dwójkę tchórzami. Przemykali się więc jak para tajnych agentów. w związku czysto plutonicznym, starając się za wszelką cenę uniknąć kontaktu z porozwieszanymi na każdym kroku chabaziami. Nie należało to zapewne do zadań łatwych ponieważ ich przeciwnicy zadbali aby obwiesić wszystkie korytarze i wypełnić nimi każdą wolną przestrzeń. Przypominało to pole minowe, które w wielu mugolskich wojnach pochłaniało setki ofiar. Następując tutaj w niewłaściwym miejscu płaciło się czymś znacznie gorszym niż życiem czy kalectwem. Płaciło się pocałunkiem a sama myśl o tym napawała tak jednego jak i drugiego obrzydzeniem.
- Malfoy nie – warknął po raz nie wiadomo już który Harry ciągnąc towarzysza za ramię. Czasami zastanawiał się jak ten człowiek przeżył do tej pory, skoro przez całą długość korytarza nie zwracał uwagę na nic poza tym co było przed nim.
- Potter nie jestem psem a ty nie trzymasz mnie na smyczy żeby...
- Tak, tak wiem – przerwał mu. - Nie wiedziałem jednak, że tak ci śpieszno do całowania.
- A fe, nie bądź obrzydliwy, co?
- To popatrz w górę.
Spoglądając we wskazanym kierunku Draco zdał sobie sprawę, że omal nie wszedł pod jemiołę. Wzdrygnął się pokazowo.
- Pora by pokazać im, że z Draconem Malfoy'em się nie zadziera. Chcą wojny, będą ją mieć! - wykrzyknął buńczucznie. Jego towarzysz uniósł brwi.
- Jak to sobie wyobrażasz? - zapytał ruszając za pchanym rządzą zemsty chłopakiem, który już niemal biegł korytarzem. - Wparzymy tam, wyciągniemy różdżki i krzykniemy „Poddać się!”?
- Nie idioto. Krzykniemy „Avada Kedavra”. Oczywiście na twoje klony. Moje można przecież wychować i wytrenować.
- Ach, więc to niby moje demoralizują twoje, tak?
- A co myślałeś? Dusza Dracona Malfoy'a jest czysta i nieskalana.
Harry wyobraził sobie Ślizgona z aureolą nad głową i białymi anielskimi skrzydełkami. Uśmiechnął się pod nosem, bo szybciej przypiął by chłopakowi czarny ogonek, dorobił pokazowe różki a w dłoń włożył oręż w postaci lekko nadwęglonych widełek. Diabełek, wypisz wymaluj rezydent piekła. Wraz z tym obrazem jego, i tak wiele wytrzymująca psychika, dała sobie upust. Ryknął śmiechem, co okazało się najgorszym w dzisiejszym dniu posunięciem.

***

Wielka Sala przeżywała pandemonium. Klony zebrały cały Gryffindor i Slytherin gorliwie przekonując ich, że to oni, a nie tamci, są prawdziwi. Argumentowali to w sposób wieloraki, od podkreślania nienawiści, akcentowania uczuć przeciwników, bójki. Żadna z par nie przebierała w słowach czy czynach. Obrzucanie się wyzwiskami i krótki pojedynek na różdżki, który wykonała jedna z par był absolutnie wiarygodny jednak cały efekt popsuła inna, która nie wytrzymała i zaczęła się całować.
- Kłamiecie! - krzyknął Ron. - Harry by nigdy – wskazał dłonią na całującą się parę.
- Oczywiście, że nigdy to jest widome samo przez się – dodała Ginny. - Ma przecież mnie.
Jeden z klonów Malfoy'a roześmiał się.
- Nie pochlebiaj sobie, mój chłopak nie leci na rude ktosie bez osobowości.
- Dziewczyny są mało pociągające – dodał jeden z klonów Harry'ego.
- Może dla ciebie, ale nie dla naszego przyjaciela – prychnęła Ginny.
W tym samym momencie wszyscy usłyszeli głośny śmiech dochodzący zza zamkniętych drzwi. Jeden z tamtych spojrzał przez nie i krzyknął.
- Intruzi!
Draco i Harry zorientowali się, że zostali przyłapani. Odparli atak jednego ze swoich klonów zaklęciem i wbiegli do wielkiej sali prosto na członków swoich domów.
- Następni?! - jęknęła Pansy Parkinson.
- Może ci są prawdziwi – zasugerował Dean Thomas.
Większość ludzi uniosła brwi w niedowierzaniu. Ile już było tych domniemanie prawdziwych, którzy po dłuższym poznaniu zaczynali się albo całować albo obrzucać miłosnymi wyznaniami? Teraz każdy był sceptyczny co do prawdziwości któregokolwiek z Draconów i Harrych. Dwoje naszych szpiegów tymczasem zamiast wtapiać się w otoczenie by postępem podejść swoich przeciwników, kłóciła się co do tego kto zawalił wejście.
- Oczywiście, że ty. Gdybyś się się nie śmiał z nie wiadomo czego, to teraz my mielibyśmy przewagę a nie oni!
- Przyznaj się, nie chodzi ci o wejście! Zżera cię zazdrość, że nie byłeś w temacie. Pierwszy raz, ktoś pominął wielkiego Dracona Malfoy'a.
- Potter dobrze ci radzę, licz się ze słowami – syknął Ślizgon.
- Nie sycz na mnie, tak się składa, że tym językiem również władam całkiem biegle.
Sprzeczka tak ich pochłonęła, że nawet nie zauważyli kiedy zostali osaczeni przez własne kopie. Odkryli to kiedy zderzyli się plecami a wokoło siebie widzieli jedynie mnogą ilość swoich twarzy.
- Cudownie – sarknął Malfoy.
Harry nie zdążył nawet wyjąć różdżki kiedy jeden z pseudo Draconów rzucił się na niego. Gryfon niewiele myśląc zaczął okładać drugiego mężczyznę pięściami. Wywiązała się szamotanina, skutkiem, której po chwili tarzali się po podłodze. Wszystkie klony dopingowały swojego okrzykami „Jeszcze trochę i dobierzesz mu się do rozporka, ust, czy innej części ciała, względnie ubrania”, Malfoy za to marudził cały czas, że Potter jest za wolny, zbyt niedokładny, a sposób w jaki to robi jest mało humanitarny. Harry tymczasem odkrył, że jego przeciwnik jest tak jakby trudny do zniszczenia.
- To mnie przerasta. Nawet Voldemort jest łatwiejszy w obsłudze – warknął siedząc aktualnie na biodrach tamtego i przytrzymując go za włosy przy ziemi.
- Moje włosy – jęknął Malfoy.
- Nie twoje tylko jego – zauważył Harry.
Tę chwilową dekoncentrację wykorzystał przeciwnik chłopaka i zrzucił go z siebie przyciskając swoim ciałem do jego ciała. Na szczęście z pomocą naszemu bohaterowi przyszli jego przyjaciele. Walka rozgorzała na całego.

***

Masa ludzi jaka wydostała się z Wielkiej Sali siłą tłumu pchała ich na przód. Nie widzieli nic poza morzem głów i rąk. Wszyscy coś mówili przez co gwar był niesamowity. Wystraszona kotka siedziała na kociołku, elemencie dekoracji jakieś hogwarckiego posągu. Harry i Draco w kilku miejscach zlokalizowali powody całego tego zamieszania jednak były one zbyt daleko by zabrać się za ponowne wymierzanie sprawiedliwości i odegranie się za poprzednią porażkę. Harry oparł się o jakieś drzwi, które okazały się otwarte. Siła z jaką uczniowie parli do przodu wepchnęła go do środka. Zdążył jedynie pociągnąć swojego towarzysza niedoli za sobą. Czuł jak w ciasnym pomieszczeniu, które po zapachu zgnilizny i starego środka do czyszczenia okazało się być schowkiem, zaczynało brakować powietrza. Rozmyślał nad tym, że źle czuł się w małych pomieszczeniach, ale wiedział jednocześnie, że to dla nich szansa na przetrwanie kotłowaniny na zewnątrz.
- Potter będę niezmiernie wdzięczny jeśli przestaniesz dyszeć mi w szyję – warknął Draco patrząc się na niewyraźną postać przed nim.
- Nie dyszę, opanuj swoje urojenia, co?
- Sam sobie nie dyszę!
- Nienawidzę cię.
- Cieszę się, ja ciebie też, a skoro to już ustaliśmy możesz przestać dyszeć?!
- Nie dyszę!
Malfoy zmarszczył brwi i zaczął myśleć, ale wciąż dekoncentrował go oddech na jego szyi. Im bardziej starał się go ignorować tym bardziej go czuł. Apogeum osiągnął gdy doszło do tego kolano, które powoli wciskało się w jego krocze.
- Potter! - syknął.
- Co tym razem?
- Chcę mieć dzieci!
- A co ja mam do tego, nosić ich przecież nie będę. Nie jestem kobietą.
- Tego nie wiem, nie sprawdzałem, ale nie o to chodzi. Co twoje kolano do jasnej cholery robi tam gdzie go być na pewno nie powinno , co?
- Malfoy, nie wnikam w treści twoich marzeń erotycznych ale to na pewno nie moje kolano.
- Jeśli mój ojciec się dowie, to każe mnie wykastrować! Bierz więc to kolano.
- Ono nie jest moje!
Doprowadzony do ostateczności Harry wyjął swoją różdżkę i po chwili na jej czubku rozbłysło słabe, żółte światło. Okazało się, że to rzeczywiście nie on przyciskał kolano do najwrażliwszego punktu na ciele Malfoy'a. Był z nimi jeden z klonów, który patrzył na Ślizgona z lubieżnym uśmiechem. Draco krzyknął tak głośno, że Harry zaczął bać się o swoje bębenki i rzucił się do drzwi praktycznie wywarzając je z zawiasów. Pozostała dwójka pognała za nim.

***

W tej chwili dla Severusa Snape'a gabinet dyrektora Hogwaru był ostają spokoju. Klony Harry'ego Pottera doprowadzały go na skraj załamania emocjonalnego. Jego szpiega w szeregach samego Czarnego Pana pokonać miały magicznie wykreowane kopie małego Gryfona, które mało, że istniały sprowadzały młodego Malfoy'a na złą drogę. Jakby tego było mało dyrektor prawił mu właśnie herezję o tym jak można temu zaradzić.
- Albusie nie chcesz mi chyba powiedzieć, że jest tylko jeden sposób by to przerwać!
- Severusie, nigdy nie ma tak, że jest tylko jedno rozwiązanie. Poza tym, są święta.
- I co w związku z tym?
- Mugole mówią, że w święta nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem.
- Póki pan Malfoy nie zacznie mówić po gryfońsku nie będę się martwił.
- Oczywiście Severusie.
Oczy Albusa Dumbledore'a rozbłysły i uśmiechnęły się do Mistrza Eliksirów w sposób, który nie wróżył nic dobrego.

***

Nasi bohaterowie tymczasem siedzieli ukryci na najwyższej wieży łapiąc oddech po niedawnej ucieczce. Harry przeczesał dłonią włosy i westchnął. Ten dzień był zbyt długi i zdecydowanie zbyt nienormalny nawet jak na kolejny w życiorysie Chłopca Który Przeżył. Najpierw sam szlaban i dziwaczne zachowanie dyrektora (bo niby jaka integracja z Malfoy'em), potem indyki i przedziwaczny sen, który o dziwo również musiał przyśnić jak jednemu tak i drugiemu, wreszcie zakochane w sobie klony, które przyprawiały go o ciarki. O schowku wolał nie myśleć, a może o nim właśnie powinien? Zresztą, teraz miało go interesować wyłącznie odnalezienie drogi wyjścia z całego tego bałaganu, nawet jeśli to będzie mały kompromis, zgodzi się nawet na malutką ugodę, zawieszenie broni. Ostatecznie wyjdzie nawet z białą flagą i rozedrze koszulę, jeśli ma to podziałać. Zamiast tego jednak cała jego uwaga była skupiona na tym, że rzeczone klony dybały na coś gorszego niż jego życie, one chciały jego cnoty, a przynajmniej jakiejś jej części utraconej z samym Malfoy'em.
- Niedoczekanie – mruknął do siebie.
- Od zawsze wiedziałem, że jesteś stuknięty ale teraz zaczynam się bać – zauważył Malfoy zdmuchując z czoła zabłąkany kosmyk włosów.
Harry przewrócił oczami i poluzował krawat.
- Poza tym jaką mam pewność, że siedzę z prawdziwym Potterem?
- Jeszcze się na ciebie nie rzuciłem, to chyba wystarczający dowód .
- A jaką mam pewność, że teraz tego nie zrobisz?
- Żadnej Malfoy, absolutnie żadnej – mruknął Harry uśmiechając się do niego z błyskiem w oku.


A w następnym odcinku...
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 01:58

Safana

Kwikkkkk!!
Błysk w oku + moje skojarzenie = głośny kwik.
Cudowny odcinek, tylko szkoda że tak krótko byli w tym schowku i niestety nie sam na sam. Ciekawe jaką to herezje wymyślił Dumbledore...
Mam już na ten temat swój własny pomysł xD.
Severus jest taki słodki w tym odcinku.
A klony wykłócające się o to które są prawdziwe - miodzio Wink.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 01:58

Z góry Was przepraszam, że odcinek nie jest betowany, ale dosłownie przed paroma minutami skończyłam pisać. Ku mojemu przerażeniu cały piątek i prawie całą sobotę miałam zajętą, a gdy już wreszcie usiadłam, wen za Chiny nie chciał przyjść. Twierdził, że on ma już Święta i nie będzie pracował pod presją. Znalazł się, patrzcie go. Starałam się w miarę możliwości poprawić, ale na pewno nie wyłapałam wszystkiego… Mimo wszystko, miłego czytania!


Odcinek szósty,
W którym Draco odkrywa, że zgubił prawdziwego Harry’ego i nie jest z tego powodu zachwycony. Tymczasem Harry również popada w tarapaty.


Draco pod wpływem słów Gryfona cofnął się o dwa kroki.
— Rzeczywiście, bardzo śmieszne, Potter.
— Nie histeryzuj. Chyba umiesz rozpoznać swojego największego wroga, co? — Harry uśmiechnął się wyzywająco.
Ślizgon spojrzał na chłopaka nieufnie.
— Już niczego nie jestem pewien — mruknął.
— Ja za to jestem absolutnie przekonany, że ty jesteś prawdziwy.
— Bo jestem — odparł Draco, odruchowo poprawiając włosy. — Poza tym mnie się nie da skutecznie sklonować ani podrobić. Jestem absolutnie niepowtarzalny.
— Oczywiście — entuzjastycznie zgodził się Potter i Draco spojrzał na niego podejrzliwie. — Dlatego musimy coś zrobić, żeby pozbyć się naszych badziewnych podróbek — dodał szybko.
— Masz jakiś genialny plan w zanadrzu, specjalisto od ratowania świata? — Malfoy uniósł jedną brew i założył ręce na piersiach.
— Wydawało mi się, że to Ślizgoni są od genialnych planów — odparł niewinnym tonem Harry.
— To oczywiste. Tylko że my nie tracimy naszego cennego czasu na innych. Zajmujemy się tym, co w życiu najważniejsze, czyli sobą.
Harry ziewnął.
— Nie ziewaj, Potter, kiedy przemawiam, bo to niekulturalne — zdenerwował się Draco.
— Myślałem, że właśnie o to walczymy — odparł Gryfon.
— To znaczy, o co? O brak ogłady wśród uczniów Hogwartu? — Ślizgon popatrzył z niedowierzaniem na Pottera. — To jedna z tych rzeczy, o którą w tym domu wariatów akurat najłatwiej. Większość hołoty, którą Dumbledore tu przyjął, nie ma zielonego pojęcia o elementarnych zasadach savoir vivre’u.
— Miałem na myśli prawo do bycia dla siebie nawzajem niekulturalnym — wyjaśnił Potter.
— Jak zwykle nie nadążasz. Zawarliśmy rozejm, co oznacza tymczasowe zjednoczenie sił, w imię wyższego dobra. W tej chwili obowiązują zasady stanu wyjątkowego.
— To znaczy jesteśmy dla siebie mili i mówimy sobie po imieniu? — Zielone oczy błysnęły.
— Bez przesady — prychnął Draco.
— No, bo już się o ciebie martwiłem. Czyli możemy się zabierać do działania?
Czyli?
— Chodź, zaraz się przekonasz — odparł Potter i pociągnął Draco za rękę.
Kiedy tylko palce Gryfona, w przedziwny sposób splotły się z jego, Draco zrozumiał, że coś jest nie tak. A właściwie, że zupełnie wszystko jest nie tak. Po pierwsze dotyk ciepłej dłoni Harry’ego sprawił mu przyjemność, co wprawiło go w przerażenie. Kiedy zaś instynkt samozachowawczy kazał mu wyrwać się z niebezpiecznego uścisku, chłopak uniemożliwił mu to, wzmacniając chwyt. W tym momencie Ślizgon przestał w najmniejszym stopniu odczuwać przyjemność, ponieważ została ona wyparta z jego umysłu przez świadomość, że to coś, co ciągnie go za rękę, z pewnością Potterem nie jest! Choć cholernemu klonowi jak dotąd poszło całkiem nieźle, Draco był absolutnie pewny, że Harry Potter nigdy, przenigdy dobrowolnie nie wziąłby go za rękę. Szturchanie, popychanie i bijatyki to zupełnie inny rodzaj kontaktu fizycznego. Jednak coś takiego nie wchodziło w grę. Absolutnie. Ich pierwszy raz pod tym względem miał miejsce dokładnie wczoraj w gabinecie Dumbledore’a i zdecydowanie żaden z nich nie miał zamiaru tego powtarzać. No chyba że… Na Salazara, nad czym on się właściwe zastanawia?! Draco wzdrygnął się, przerażony tokiem własnych myśli i postanowił działać. Musiał pozbyć się klona i znaleźć prawdziwego Pottera! Natychmiast.

***

Tymczasem Harry wciąż od nowa analizował sytuację, w jakiej się znalazł. Szalone klony dybały na jego cnotę, a co za tym idzie na zdrowie psychiczne i życie. Na dodatek jednemu z nich, udało się go przechytrzyć i usunąć z drogi, jednocześnie rozdzielając go z prawdziwym Malfoyem. Gdyby jeszcze wczoraj ktoś powiedział mu, że będzie się z podobnego powodu martwił, wysłałby go expresem do Munga. Dziś jednak sytuacja uległa radykalnej zmianie i Harry niczego bardziej nie pragnął, jak ponownego spotkania z Draco. Cóż za ironia! Żeby jednak mogło do tego dojść, Ślizgon musiał najpierw zorientować się, że ma do czynienia z kolejnym klonem i zacząć szukać prawdziwego kolegi. Jak na razie Harry tkwił przywiązany do kolumny, w jednym z ciemnych zaułków korytarza, bez żadnych szans na dosięgnięcie swojej różdżki, którą podstępny klon wetknął mu za ucho. W pierwszym odruchu chciał krzyczeć, ale zaraz uświadomił sobie, w jakiej sytuacji by się znalazł, gdyby dopadła go dzika horda napalonych klonów. Wolał nie ryzykować. I liczył na to, że Malfoy wkrótce się zjawi.
Rzeczywiście po paru minutach usłyszał kroki i zza zakrętu wyłonił się Ślizgon, bez żadnego zbędnego towarzystwa. Harry’ emu ulżyło.
— Dobrze, że jesteś. Już myślałem, że zostanę tu na wieki.
— Nieźle się prezentujesz przywiązany do tej kolumny, wiesz, Potter?
— Daruj sobie — prychnął Harry. — Domyślam się, że dla ciebie to arcyzabawne.
— Powiedziałbym raczej: arcypodniecające.
— Malfoy, uspokój się, albo pomyślę, że jesteś kolejnym klonem. — Harry spojrzał na Malfoya z niepokojem. Jeśli to faktycznie klon, miał przerąbane. — Co z tamtym? — zapytał enigmatycznie, usiłując dociec, jak bardzo jego cnota jest aktualnie zagrożona.
— Spoko. Pozbyłem się go na wieży. Prawdziwego ciebie poznaję z kilometra, Potter. Nie tak łatwo mnie oszukać — zapewnił Ślizgon, zbliżając się do kolumny.
Harry poczuł mieszaninę ulgi i czegoś jeszcze. Nie potrafił wyjaśnić, skąd wzięło się to łaskoczące w żołądek ciepło. Chyba nie z zapewnienia, że Draco potrafi go rozpoznać? Albo, co gorsza, z tego utkwionego w nim, srebrnego spojrzenia. Co to za pomysł, w ogóle?!
Malfoy sięgnął po różdżkę Harry’ego i zachichotał.
— Widzę, że tamten Harry miał całkiem niezłe poczucie humoru — stwierdził.
— To był klon! Ja jestem jedynym Harrym w Hogwarcie — przypomniał Gryfon, spodziewając się usłyszeć jakiś docinek na temat przeświadczenia Wybrańca o swojej niepowtarzalności. Kiedy jednak nic podobnego nie nastąpiło, a Malfoy jedynie stał, wciąż wpatrując się w niego z niepokojącym uśmieszkiem, Gryfon poczuł jak tysiąc drobnych igiełek wbija mu się wzdłuż kręgosłupa. Nie było dobrze. — Malfoy, natychmiast mnie odwiąż! — zażądał.
— Nie jesteś zbyt miły, jak na sytuację w której się znajdujesz — zauważył Ślizgon i zrobił jeszcze jeden krok do przodu.
Puls Harry’ego przyśpieszył dramatycznie, a Malfoy wyciągnął rękę, w której trzymał różdżkę i za jej pomocą powoli odgarnął kosmyk włosów z czoła Harry’ego, odsłaniając bliznę.
— Malfoy, natychmiast przestań! — syknął Harry.
— Uwielbiam kolor twoich oczu, kiedy się złościsz — szepnął Malfoy, nachylając się nad uchem Harry’ego, który aż się wzdrygnął, czując ciepły oddech na swojej skórze.
— Co zrobiłeś z prawdziwym Draco?! — wrzasnął, próbując jednocześnie wyszarpnąć się z krępujących go więzów.
— Dlaczego uważasz, że nim nie jestem? — Chłopak przyjrzał mu się z zainteresowaniem.
— Bo nie jesteś — odparł twardo Harry. — Takie zachowanie nie jest w stylu Draco Malfoya.
— Czyżby? — Malfoy uniósł jedną brew. — Twój Malfoy nie lubi ci dokuczać? Nie robi czegoś, tylko dlatego, iż wie, że to cię denerwuje? A może nie sprawia mu przyjemności poczucie kontrolowania sytuacji i bycia górą?
Na chwilę zapadło milczenie.
— Wciąż uważasz, że zachowuję się inaczej niż zawsze?
Harry przełknął ślinę. Niby wszystko się zgadzało. Chłopak przed nim wyglądał dokładnie, jak Draco Malfoy. Jego zachowanie, patrząc na to wszystko pod tym kątem, również się zgadzało. A jednak… intuicja mówiła mu, że to nie on.

***

Pozbycie się klona Pottera było zdecydowanie najłatwiejszą częścią planu. Nie bez przyczyny Draco trafił do Slytherinu. Usuwanie z drogi przeszkód i niewygodnych towarzyszy nie stanowiło najmniejszego problemu. Nie miał jednak pojęcia, jak ślizgońskie doświadczenie ma mu pomóc w znalezieniu prawdziwego Gryfona w zgrai identycznych kopii. To zakrawało na absurd, że w ogóle musiał się tym przejmować. Właściwie powinien wymyślić jedynie sposób na pozbycie się własnych klonów i mieć święty spokój, ale coś w środku mówiło mu, że jedyną drogą do tego jest odnalezienie Harry’ego. Tylko razem mogą coś zdziałać. Na pewno nie miało to nic wspólnego z tym, że nagle poczuł się zagubiony i samotny, nie mając w zasięgu wzroku Pottera. Prawdziwego Pottera. Och, oczywiście, że nie miało, to niedorzeczne!
Usiadł na schodach i usiłował stworzyć jakiś prowizoryczny plan dalszego działania, ale zanim zdążył cokolwiek obmyślić, musiał salwować się ucieczką, bowiem banda sześciu napalonych Potterów rzuciła się na niego z piskiem.
— Smoczątko, chodź do Harry’ego! — nawoływał jeden z nich.
— Draco, najdroższy! — dołączył się drugi.
Draconowi zrobiło się tak niedobrze, że aż musiał się wesprzeć o ścianę w swoim schronieniu w małej niszy za zbroją. Pocieszył się za to stwierdzeniem, że w większości przypadków nie powinien mieć jednak problemów z odróżnieniem tych idiotów od prawdziwego Pottera. Nawet Złoty Chłopiec nie mógł być tak infantylny w okazywaniu miłości.
— Kochanie! — Głosy wyraźnie się oddalały i Draco właśnie miał zamiar głęboko odetchnąć, by pozbyć się mdłości, kiedy zobaczył, scenkę, która rozgrywała się po przeciwnej stronie korytarza.
Jeden z klonów Pottera był przywiązany do kolumny, a to co robił z nim jego własny klon… zdecydowanie przechodziło wytrzymałość Dracona! Zgiął się w pół i zwymiotował, po czym, czym prędzej opuścił przeklęte miejsce, w duchu dziękując Salazarowi, że przynajmniej nie słyszał, co się tam działo. Wystarczy mu, że ten obraz będzie go prześladował do końca jego dni.
— Pansy, muszę znaleźć Pansy — mruknął do siebie, usiłując się uspokoić po traumatycznym przeżyciu.
Odnalazł najkrótszą drogę do lochów i stanął przed wejściem.
Niecierpię dropsów! — wypowiedział hasło. Niestety kamień ani drgnął. — No jasne, zmienili je, spryciarze — warknął, uderzając pięścią w ścianę. I w tym właśnie momencie dostrzegł na niej coś obrzydliwego. Wielkimi literami w kolorach domowych Gryffindoru i Slytherinu ktoś starannie wykaligrafował krótki acz treściwy slogan: Harry & Draco forever i opatrzył go wianuszkiem serduszek.
— Ohyda! — podsumował z niesmakiem Draco, jednym ruchem różdżki czyszcząc ścianę.
Właśnie miał zawrócić i udać się do sowiarni, by napisać list do Pansy, gdy zjawił się jeden z ślizgońskich maluchów.
— Cześć — przywitał się z nim Draco, przybierając jeden z najmilszych swoich tonów.
— C—cześć — zająknął się chłopiec, przerażony widokiem starszego kolegi w złym humorze.
— Mam nadzieję, że pamiętasz hasło? — Draco uśmiechnął się z niebezpiecznym błyskiem w oku.
— T—tak. To znaczy nie — odparł malec, blednąc.
— To tak, czy nie? — zniecierpliwił się. Potrzebował jak najszybciej porozmawiać z Pansy.
— Nie wolno nam wpuszczać do domu żadnego Draco Malfoya, ani podawać mu hasła — wyrecytował szybko chłopczyk.
— Słuchaj… jak masz na imię?
— A—alan — wyjąkał mały z przerażeniem w oczach.
— Słuchaj, Alan. Zupełnie się z tobą zgadzam, nie możemy pozwolić, by nasz dom zalała powódź moich klonów. Ale ja jestem tym prawdziwym i bardzo potrzebuję wejść teraz do środka, rozumiesz?
— Pansy ostrzegała, że właśnie tak będziesz twierdził — odparł Alan, na którego twarzy pojawił się wyraz determinacji.
— I zapewne kazała ci mnie wpuścić do środka, prawda? — zapytał z coraz mniej kontrolowaną irytacją Draco.
Malec pokręcił głową.
— Zatem co kazała ci zrobić Pansy? — wycedził.
— Uciekać! — pisnął mały i już go nie było.
Draco właśnie miał za nim posłać grad przekleństw i jakieś wyjątkowo wredne zaklęcie, kiedy kamień niespodziewanie uskoczył, wypuszczając przekomarzającą się parę, która nawet nie zwróciła na niego uwagi i chłopak niewiele się zastanawiając szybko skorzystał z okazji.
— Witaj, Draco — przywitała go Pansy, która siedziała w fotelu przy kominku z książką i parującą filiżanką.
— Pansy, nawet nie wiesz, jak dobrze cię widzieć — westchnął Draco, opadając z wyrazem ulgi na kanapę.
— Och, nie wątpię. — Dziewczyna uśmiechnęła się z przekąsem.
— To naprawdę straszne! Trzeba jak najszybciej coś z tym zrobić — jęknął.
— Całkowicie się z tobą zgadzam — odpowiedziała.
Ton głosu przyjaciółki zaalarmował Draco. Zbyt dobrze ją znał, by nie wyczuć, że coś jest nie tak. Poza tym Greg i Vinc stanęli za dziewczyną niczym jej osobiści ochroniarze (skandal!), z dormitoriów zaczęli wychodzić inni Ślizgoni, a wszyscy gapili się na niego bezceremonialnie.
— Pansy, co jest? — zapytał.
— Ależ nic — odparła spokojnie, odstawiając filiżankę na stolik i prostując się w fotelu. — Po prostu jesteś pierwszym z Draco Malfoyów, który nas tu odwiedził, odkąd wszystko się zaczęło.
— Jestem jedynym Draco Malfoyem! — zawołał z wzburzeniem Draco.
— To, akurat, zaraz się okaże, mój drogi — odpowiedziała Pansy z błyskiem w oczach.

***

Sytuacja Harry’ego była naprawdę beznadziejna. Przywiązany do kolumny, pozbawiony różdżki, zdany jedynie na łaskę lubieżnego klona. Bezradny… Najbardziej jednak z wszystkiego przerażało go przeświadczenie, że cała sytuacja nie byłaby dla niego taka koszmarna, gdyby stał przed nim prawdziwy Draco Malfoy. Naprawdę chciał wyrzucić z głowy te przemyślenia, bo własne wnioski go przerażały, ale im bardziej się starał, tym natrętniej powracały. Tymczasem klon uwodzicielsko i delikatnie błądził różdżką po jego ciele.
— Nawet jeśli byłbym klonem, tak jak twierdzisz — rzekł cicho — to i tak byłbym odbiciem tego, kim jest prawdziwy Draco. Podzielałbym jego myśli, sądy i uczucia. Mogłoby zabraknąć mi czegoś, co on ma, ale nie miałbym niczego innego czy nowego.
Harry spojrzał w szare oczy z zainteresowaniem. To akurat było ciekawe.
— Z czasem, zależnie od okoliczności, mógłbym wykształcić własne cechy, na razie jednak jestem na to zbyt młody. Klony przecież czerpią wszystko od swoich wzorców, każdy to wie. A że są nieobyte w świecie, w którym egzystują jedynie od paru chwil, nie czują żadnych ograniczeń w wyrażaniu siebie. W przeciwieństwie do pierwowzorów.
Widać, pomyślał Harry z przekąsem.
— Tak byłoby, gdybym był klonem, ale ja osobiście czuję się zajebiście prawdziwy.
— Ale nie jesteś! — zawołał Harry, który mimo wszystko był tego absolutnie pewny. Draco Malfoy był kimś, kogo znał od kilku lat. Kimś, z kim, wbrew pozorom, spędzał bardzo dużo czasu. I komu poświęcał wiele uwagi. Chłopak, który stał przed nim, rzeczywiście na pozór wydawał się identyczny, ale w rzeczywistości był dla Harry’ego po prostu obcy.
— A jaki ty masz dowód, że jesteś prawdziwym Harrym Potterem? — Klon Malfoya zmrużył oczy, tak samo, jak zwykł to robić ten prawdziwy.
— Nie muszę mieć dowodów, po prostu nim jestem — odparł Harry.
— A ja mam takie samo przeświadczenie wobec siebie. I co ty na to Złoty Chłopcze?
— Wypuść mnie!
— O, nie — zaśmiał się krótko chłopak. — Nie sądzisz chyba, że odpuszczę sobie taką zabawę, prawda? Mam na ciebie wielką ochotę, lwiaczku.
— Ale ja nie mam ochoty na ciebie! — wrzasnął z desperacją Harry, odwracając gwałtownie głowę, w reakcji na zbliżającą się do niego twarz klona. — Jesteś tylko podróbką i brzydzę się tobą!
— A to ciekawe. — Klon cofnął się odrobinkę. — Przyznajesz więc, że w głębi duszy mnie pragniesz, ale potrzebujesz pewności, że jestem prawdziwy.
— C—co?! Nic takiego nie powiedziałem!

***

— Nie masz się czego obawiać — zapewniła Pansy, uśmiechając się uspokajająco. — Zrobimy tylko mały teścik.
Mały teścik? Już on jej pokaże, jak tylko to wszystko się skończy. Obłudny uśmiech wcale nie zbił go z tropu. Wystarczyło mu jedno spojrzenie na przyjaciółkę, by odgadnąć, jak świetnie się teraz bawi.
— Doskonale, zaczynajmy — warknął.
— Momencik. — Dziewczyna wstała i zgromiła wzrokiem młodszych Ślizgonów. — Dzieciaki! Do siebie! Ale już!
Przez krótką chwilę w pokoju wspólnym zapanował popłoch, ale po minucie zostali tylko nieliczni. Blaise i Daphne siedzieli na parapecie i rozmawiali o czyś przyciszonym głosem, Tracey pisała esej, ale zerkała na Draco od czasu do czasu, Theodore zaś czytał książkę i sprawiał wrażenie, że nie ma pojęcia o bożym świecie.
— Ulubiony napój? — zapytała Pansy.
— Ale…
— Zasady są proste: ja zadaję pytania, ty odpowiadasz — upomniała go. — Ulubiony napój?
— Likier z mandragory.
— Moje drugie imię?
— Hortensja — odparł Draco z uśmiechem satysfakcji.
Ze strony schodów do dormitorium najmłodszych Ślizgonek doleciał stłumiony chichot. Pansy ściągnęła groźnie brwi.
— Czy ja się nie wyraziłam dostatecznie jasno? — krzyknęła w tamtą stronę. — Lepiej sprawdźcie, czy nie ma was w łóżkach, albo naślę na was profesora Snape’a!
Na kilka sekund zapadła grobowa cisza, po czym dało się słyszeć tupanie bosych stóp na kamiennych schodach.
— Z kim potajemnie spotyka się w święta twoja mama?
— Z Andromedą.
— Twoje ulubione danie?
— Pudding bananowy.
— Dlaczego?
— Pansy…
— DLACZEGO?!
Draco westchnął dramatycznie.
— Bo to jedyna rzecz, jakiej nie tknie się Potter.
— Nazwa twojego żelu do włosów.
— Nie zdradzam sekretów swojej urody — prychnął Draco. — Przeginasz.
— Myślałby kto! — zachichotała Pansy, wyraźnie coraz lepiej się bawiąc. — Ulubiony przedmiot?
— Eliksiry.
— Dlaczego?
— Bo są ze Snapem.
— I?
— Mam najwięcej możliwości, żeby dogryźć Potterowi.
— Kto obecnie wygrywa w konkurencji „głupi dowcip”?
— Dwieście jeden do dwustu ośmiu dla mnie — odparł z dumą Draco. — W ostatnim tygodniu pomysłowość Pottera osiągnęła dno.
— Skąd mam wiedzieć, że ty to naprawdę ty?
— Bo jestem niepowtarzalny — oświadczył Draco, zaczynając tracić cierpliwość.
— Świetnie. — Pansy odetchnęła. — A teraz możemy się zająć odnalezieniem twojego Pottera.
Mojego?! Dlaczego mojego? — oburzył się Draco. — I co to w ogóle miało znaczyć? Myślisz, że możesz tak po prostu mnie sprawdzać?!
Pansy uśmiechnęła się olśniewająco.
— Oczywiście, że mogę. Powiem więcej: nie miałam wyboru. Chyba nie chciałbyś tu zastać hordy swoich klonów, prawda?
— Nie chciałbym, to fakt. Są obleśne. Dobrze, że się ubezpieczyłaś. A co z Potterem? Jak mamy go znaleźć?
— Oj, Draco, Draco… Co ty byś beze mnie zrobił?

***

— Nie dotykaj mnie! — wrzasnął Harry, teraz już nie na żarty przerażony swoim położeniem.
— Ależ, Harry, mam zamiar zrobić o wiele więcej niż tylko cię dotykać… — zaśmiał się cicho klon. — Coś, co nam obu sprawi przyjemność.
— Po moim trupie!
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 01:59

Safana
I ty mówisz ze twój wen nie chciał ci pomóc? Przecież to jest świetne ciekawe co by było gdyby ten wen pomógł... Ale wracając do odcinka, byłam przeciw temu żeby Potter z którym był Draco okazał się klonem no ale jakoś to przeżyłam. A to dzięki Potterowi przywiązanemu do kolumny, te klony są strasznie perwesyjne (jakkolwiek się to pisze) i to mi się w nich podoba xD.
Co jeszcze dodać, odcinek jest miodny.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 01:59

Z góry przepraszam za jakość odcinka i za spóźnienie, ale święta i przygotowania do świąt naprawdę nie sprzyjają pisaniu. Mam nadzieję, że nie będzie aż tak źle, a jeśli tak, to ja i moje macki bardzo przepraszamy.
I bardzo dziekuję Mal za inspirację :*

W każdym razie Drarry Christmas!



Kolejny odcinek Drarrofety, Której Kryptonimu Jeszcze Nie Ustalono
w którym Harry samodzielnie uwalnia się ze szponów lubieżnego klona, Malfoy oddaje się poszukiwaniom, a chaos panoszy się po zamku coraz bardziej.



***

Draco prychnął głośno urażony, ale powstrzymał się od komentarza.
Uśmiechnął się zamiast tego z wyższością i pozwolił dziewczynie mówić. Jednak kiedy doszli do tego punktu planu, który wymagał opuszczenia przytulnego pokoju wspólnego Ślizgonów, Draco zupełnie wbrew sobie nieco pobladł. W końcu hordy klonów, z wyraźnymi nimfomańskimi* zapędami i pozbawione całkowicie jakichkolwiek zahamowań, szalejące po całym zamku niekoniecznie odpowiadały jego definicji „bezpieczeństwa”, nie mówiąc już o jego rozumieniu słów „nietykalność osobista”.
Pansy jak się okazało, miała przygotowany plan, którego głównymi założeniami było odnalezienie prawdziwego Pottera i względnie humanitarne neutralizowanie napotkanych po drodze klonów.
Draco przełknął ślinę, przybrał na twarz maskę obojętności i kiwając głową Pansy i Zabiniemu, ruszył pierwszy do wyjścia.


***

Harry Potter, tak dobrze znany ze swej odwagi, bynajmniej nie przypominał w tym momencie swojego odważnego „ja”, które najwidoczniej zmęczone nieustanną eksploatacją, postanowiło porzucić swojego właściciela na pastwę lubieżnego klona. Dlatego też Harry zamiast odważnie i głupio stawać czoła grożącemu mu niebezpieczeństwu pod postacią klona Malfoya, bladł z każdą chwilą coraz bardziej i niemal zaczynał się trząść ze strachu. Mimo to, w jego oczach błyskała jeszcze od czasu do czasu determinacja. Jednak wykrzyczana przed chwilą deklaracja wcale nie zabrzmiała tak pewnie jakby chciał.
Nieprawdziwy Malfoy uśmiechał się natomiast bardzo jednoznacznie i widocznie napawał się chwilą swojego triumfu. Jednak jako klon nie miał wykształconych pewnego typu zachowań. Na przykład dobrze rozwiniętej podejrzliwości. I oczywiście nie posiadał bazy doświadczeń prawdziwego Dracona Malfoya, co działało na korzyść Gryfona.
Harry myślał gorączkowo, jak znaleźć wyjście z wydawałoby się beznadziejnej sytuacji. I jak zawsze jego ślepe szczęście o nim nie zapomniało. Może jego odważne „ja” miało go dość i uciekło w siną dal, ale szczęście było bardziej wyrozumiałe i zlitowało się nad bezbronnym Gryfonem. Harry doznał olśnienia.
Z prawdziwym Ślizgonem ten pomysł nigdy by nie przeszedł, ale klon powinien dać się nabrać, myślał Harry z nadzieją. Co prawda wzdrygał się wewnętrznie na samą myśl tego, co zaraz zrobi, ale nie widział innego wyjścia.


***


Tymczasem w zamku panował — w tej sytuacji całkiem zrozumiały — chaos. Wszędobylskie klony panoszyły się nieustannie, oddając się przy tym często niestosownym czynnościom, gorsząc grono nauczycielskie i strasząc uczniów. Severus Snape, kiedy ochłonął już po początkowym szoku, postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję i z dziką radością, choć nieco zielny na twarzy, odejmował punkty każdemu napotkanemu klonowi Harry’ego Pottera. Niestety jego zabawa szybko się skończyła, gdyż przyłapała go na tym McGongall i po ostrej reprymendzie, zwróciła wszystkie zabrane punkty i tylko mordercze spojrzenie Mistrza Eliksirów powstrzymało ją od odjęcia kilku punktów jego domowi. Inni nauczyciele reagowali na zaistniałą sytuację na różne sposoby. Przytłoczony ilością Potterów i Malfoyów Flictwick schował się w gabinecie i koił swoje nadwyrężone nerwy Ognistą. Hagrid zabarykadował się w swojej chatce z Kłem u boku, mając nadzieje, że klony nie zapuszczą się tak daleko, ale niektóre wykazały się niezdrową chęcią przebywania na łonie natury i zawędrowały nawet tam, zapewne spragnione romantycznej scenerii i blasku księżyca. Sybilla, która akurat wyjątkowo zeszła na kolację do Wielkiej Sali przeżyła załamanie nerwowe, była tak zszokowana, że na dłuższy czas zaniemówiła, a jej oczy stały się dwa razy większe, a okulary tylko potęgowały ten efekt. Kiedy w końcu odzyskała głos, zaczęła bełkotać coś o końcu świata, ale była tak wytracona z równowagi, że wróżby te wypadły niezwykle blado w porównaniu z jej wcześniejszymi przepowiedniami.
Dyrektor natomiast zachował spokój, nieśpiesznie zjadł kolację i udał się na przechadzkę po zamku. Uśmiechał się cały czas pod nosem, a w jego oczach migotały wesołe iskierki.
Jak oni słodko razem wyglądają, myślał rozrzewniony, spotykając coraz to nowe, bardzo zajęte sobą, klony.


***

Harry przełknął głośno ślinę i wziął głęboki oddech. Przedstawienie czas zacząć, pomyślał.
— Słuchaj, Draco — przerwał na chwilę, a klon popatrzył na niego z zaciekawieniem.
Harry ciągnął dalej — Wiesz, skoro tak nalegasz, to… w sumie… nie mam nic przeciwko.
Klon popatrzył na niego nieco podejrzliwie, ale szczery uśmiech na twarzy Harry’ego, spowodowany determinacją i pewnymi głęboko ukrytymi ślizgońskimi cechami, które najwidoczniej uaktywniały się w chwilach zagrożenia — pewnie dlatego Harry jeszcze żył, mimo swojej bezgranicznie gryfońskiej odwagi — sprawił, że klon rozpromienił się.
— Wiedziałem, że zmienisz zdanie! — wykrzyknął z entuzjazmem.
Harry uśmiechnął się szerzej i przystąpił do kluczowego punktu swojego planu.
— Tylko widzisz Draco, jestem przywiązany do tej cholernej kolumny, nie dość, że mi ręce zdrętwiały, to nie mogę cię nawet dotknąć…
— A gdzie chciałbyś mnie dotknąć? — wymruczał zmysłowo klon, oblizując usta.
Harry wzdrygnął się odruchowo. — Tu i ówdzie — wymamrotał. Najchętniej ówdzie, dodał w myślach.
Draco przysunął się do niego na niebezpiecznie bliską odległość. — Nie jesteś zbyt konkretny — stwierdził, unosząc brew. — Nie jestem pewien, czy mogę ci uwierzyć…
Ręka Ślizgona zaczęła błądzić po plecach Harry’ego, zataczając kręgi coraz niżej. Harry był pewien, że jeszcze chwila, a zacznie wrzeszczeć. Tylko, że cały jego plan ległby wtedy w gruzach. Bo jakoś nie wydawało mu się, żeby Malfoy uwierzył, że są to krzyki rozkoszy…
— To dlatego… — zaczął rozpaczliwie i wtedy spłynęło na niego olśnienie. — Dlatego, że jestem Gryfonem, wiesz niewinnym Złotym Chłopcem. Bardzo mnie pociągasz, ale…
— Ale? — Draco wydawał się być oburzony wahaniem Gryfona.
— Ja jeszcze nigdy… No wiesz…
Malfoy uśmiechnął się ze zrozumieniem i rzucił się do rozwiązywania więzów, z jeszcze większym entuzjazmem dotykając Harry’ego w miejscach, które bynajmniej nie stykały się bezpośrednio ze sznurami. Harry zacisnął zęby i czekał na właściwy moment. Kiedy był wolny, a ręce klona objęły go w pasie i już zaczęły przyciskać do siebie, uchylił się przed spragnionymi ustami i nie zastanawiając się dłużej, złapał Malfoya za włosy. Klon wrzasnął dziko z bólu i oburzenia. Harry wykręcił się z uścisku i odebrał mu różdżkę. Chwilę później obezwładniony klon leżał grzecznie pod ścianą, a na jego twarzy zastygł wyraz wielkiego rozczarowania. Harry otrząsnął się, usiłując wyrzucić z myśli, obraz tego, co się przed chwilą wydarzyło.


***


Trójka Ślizgonów, z zachowaniem odpowiednich środków bezpieczeństwa, udała się na poszukiwanie prawdziwego Pottera. I żaden z nich nie mógł do końca uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
— Draco, na Merlina, co oni tam robią! Lepiej na to nie patrz. Ale to chyba nie jest prawdziwy Potter, co? Zobacz… albo nie, nie patrz, to obrzydliwe! — Pansy skrzywiła się z niesmakiem i szybko pociągnęła swoich przyjaciół na schody.
Dwa bardzo zajęte sobą klony nawet tego nie zauważyły i w dalszym ciągu zajmowały się sobą z niezdrowym entuzjazmem.
Po dwóch godzinach dalej byli w punkcie wyjścia. Przeszukali większą część zamku i nic. W pewnym momencie Draconowi wydawało się, że zobaczył prawdziwego Gryfona, ale sytuacja, w jakiej tamten się znajdował, przeczyła temu całkowicie. Mimo to Draco poczuł się nieco inaczej, kiedy na nich patrzył. Inaczej niż na widok innych klonów. Było to wysoce zastanawiające i co gorsza niepokojące, ale na szczęście lub nieszczęście, Draco nie miał czasu tego przeanalizować.
Poza tym przeżywał głęboką traumę, bo Pansy, owszem, znalazła sposób na sprawdzanie, czy spotkany akurat Potter jest tym, którego szukają, ale choć było to skuteczne, w jednym przypadku, Draco niemal przypłacił to życiem. Może nie życiem w pełnym tego słowa znaczeniu, ale Ślizgom nie miał wątpliwości, że nigdy nie byłby już po tym całkiem normalny.
Sposób, banalny w swojej prostocie, wymagał od Dracona dużej determinacji. Zresztą na początku absolutnie nie miał zamiaru się zgodzić.
— Chyba zwariowałaś kobieto! Nie mam zamiaru robić z siebie idioty i narażać się na niebezpieczeństwo, zbliżając się do tych pomylonych, seksualnie nadpobudliwych klonów!
— Draco, ale to jedyny sposób! Inaczej nie będziemy mieli pewności.
— Dokładnie, stary — poparł Pansy Blaise, ale nie udało mu się ukryć złośliwego uśmieszku.
— Rzeczywiście, genialny plan. Mam się rzucać na szyję każdemu napotkanemu Potterowi, a on — jeśli będzie klonem — z dziką radością mnie napastuje, a jeśli będzie tym prawdziwym, dostanę klątwą. Już nie mogę się doczekać.
Pansy popatrzyła na niego z wyrzutem.
— Jeśli się boisz, zawsze możesz wrócić do pokoju wspólnego i czekać aż to Potter cię znajdzie. Proszę bardzo, droga wolna.
Draco skrzywił się i niechętnie przystał na jej pomysł. I tak jak przewidział, skutki były fatalne.
Pierwszy klon sprawiał dobre wrażenie, ale na tym się skończyło. Draco popchnięty przez Pansy, uśmiechnął się nieszczerze i zaczął rozmowę.
— Witaj, Potter, gdzieś ty był tyle czasu?!
— Draco — odkrzyknął z entuzjazmem tamten, a po chwili nieco się opanował i przestał uśmiechać się zbyt szeroko. — Trochę ciężko się teraz poruszać po zamku, te klony robią się coraz bardziej bezczelne, nie uwierzysz, co przed chwilą widziałem…
Czyżby prawdziwy Potter, pomyślał Draco, przyglądając mu się uważnie. No tak, z wyglądu był identyczny, a zachowanie… Cóż, zobaczymy, co będzie dalej, stwierdził Ślizgom. Jednak ten moment rozluźnienia i utarty czujności wystarczył. Klon rzucił się na niego, wsadził mu rękę pod koszulkę i usiłował pocałować. Draco wrzasnął i odskoczył, a Blaise zaśmiewając się do rozpuku oszołomił fałszywego Pottera. Za drugim i trzecim razem od razu zorientowali się, że mają do czynienia z klonami i obyło się bez ofiar. Trauma Draco pogłębiała się jednak systematycznie, a czwarty klon przyprawił go niemal o załamanie nerwowe. Po jakiś dziesięciu minutach klon dalej zachowywał się normalnie i nie reagował na prowokacje Ślizgona. I kiedy byli już praktycznie pewni, że znaleźli tego dobrego, fałszywy Gryfon przycisnął Malfoya do ściany i zaczął bardzo namiętnie całować. Draco nie mógł nawet krzyknąć, drastyczność sytuacji całkowicie go obezwładniła. Na szczęście Pansy szybo rzuciła mu się na ratunek i wyrwała go ze szponów lubieżnego klona. Po tym zdarzeniu Ślizgom musiał przez chwilę dochodzić do siebie. A przerażenie i obrzydzenie nie znikało z jego twarzy jeszcze przez pół godziny. Nawet Zabini przestał chichotać i zaczął współczuć przyjacielowi. Bo co innego zostać prawie napastowanym przez klona Pottera, a co innego zostać napastowanym w rzeczywistości.


***


Harry szybko oddalił się od kolumny, wiedząc, że do końca życia będzie miał złe wspomnienia związane z tym miejscem. Złe to nie było dobre słowo, stwierdził po chwili. Potworne, makabryczne i przeraźliwe – te przymiotniki pasowały o wiele lepiej, ale postanowił dłużej o tym nie myśleć. I tak pewnie będzie miał potem koszmary. Teraz musiał jednak znaleźć Hermionę i Rona, a potem zabrać się za poszukiwanie prawdziwego Malfoya. Jakoś nie wydawało mu się, żeby samemu udało mu się coś wykombinować. Po drodze natknął się oczywiście na kilka zajętych sobą par, ale przezornie nie przyglądał się im dłużej niż było to konieczne. Kiedy wędrował szybko do Wieży Gryffindoru nieustannie miał wrażenie, że ktoś go śledził. Jednak nie miał czasu się nad tym zastanawiać, musiał cały czas czujnie rozglądać się na boki i stwierdził, że to pewnie jakiś sprytniejszy klon. Jak bardzo się mylił…
Bo ktoś już dawno czekał na sprzyjającą okazję, żeby wprowadzić w życie swój plan. A chaos i biegające po całym zamku klony Potterów i Malfoyów doskonale się do tego nadawały. Niestety Gryfon był skupiony na swoich problemach i nie zauważył nic podejrzanego. Jak się okazało, później miał tego żałować.



A w następnym odcinku…



*neologizm zapewne, dzięki Ell :*
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 02:00

kasiek

bardzo ładnie i przyjemnie, Aev:)
podoba mi się, że odcineczek nie jest ubogi w coś, co bezsprzecznie jest Twoim stylem - a to zdaniami o nietykalności osobistej, czy "odważnym ja", które ucieka w siną dal.
boska jest wzmianka o Snape'ie, McGonagall i Dumblu. i biednych Flitwicku oraz Hagridzie:D
— A gdzie chciałbyś mnie dotknąć? — wymruczał zmysłowo klon, oblizując usta.
Harry wzdrygnął się odruchowo. — Tu i ówdzie — wymamrotał. Najchętniej ówdzie, dodał w myślach.

"tu i ówdzie" jest cudowne, naprawdę!
i sama nie wiem czemu, Draczowe "nie jesteś zbyt konkretny" tak mnie jakoś kwiknęło, że hej - strasznie mi się ten tekst spodobał.
"i ja jeszcze nigdy, no wiesz..." mru! brawa dla ynteligjencji Harry'ego!
i wspaniale sobie poradził - no bo którędy miałby się wydostać, jak nie poprzez włosy Malfoya?;)
podoba mi się, że klony robią się cwane - np. tacy Harruszkowie już dobrze wiedzą, jak dybać na Dracona.
a kończąc, ciekawy cliff - ciekawa jestem, co Sage wymyśli odnośnie Tajemniczego Ktosia...
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 02:00

sagerieta

W Wasze ręce oddaję ducha mego i inne historie.
Część lotów niezbyt wysokich, ale to nie były szczególnie dobre święta, więc moje kondycja intelektualna leży i kwiczy, ale bardziej leży, jako że kwiki należą do części bardziej przyjemnych.
Enjoy.
Jak coś - krzyczcie, odpokutuje skrzętnie.


PS Niebetowane, błędy poprawię w ciągu godziny i edytuję.

Kolejny odcinek Drarrofety, Której Kryptonimu Jeszcze Nie Ustalono,
w którym Harry i Draco dalej się mijają, tajemniczy ktoś przystępuje do akcji, a klony stają się coraz bardziej niebezpieczne. Na dodatek wszystko trafia do Proroka Codziennego, a w Hogwarcie pojawia się Rita Skeeter.

Poruszał się bezszelestnie, podczas gdy w jego jasnych włosach igrały promienie zachodzącego słońca. Świadomość bliskości celu zdawała się dodatkowo podsycać jego żądze, a krew, nerwowo pulsująca w żyłach, nigdy przedtem nie jawiła mu się równie podniecająco. To był ten moment. Chwila, której wyczekiwał z utęsknieniem, mimo że wcześnie nie potrafił zdefiniować jej realiów, ani jasno określić odgrywającego się w niej konceptu sytuacyjnego. Jednakże od dawna wiedział, iż kiedyś przyjdzie czas na odmianę jego egzystencji. Wyrównanie rachunków. Odpłacenie pięknym, za nadobne. Zdawał sobie sprawę, iż w odpowiednim momencie objawi się okazja, aby zrealizować zasady swego credo. Oko za oko, ząb za ząb. Na niebie rozlano plamę krwi. Nadszedł czas zemsty.

*

- Mam dość. - orzekł Draco, wycierając usta po kolejny siarczystym pocałunku, jakim obdarzył go jeden z klonów, po czym machnął krótko różdżką, transmutując stojącą nieopodal zbroję w krzesło, na które nota bene, opadł z niemym namaszczeniem.
Draco Malfoy należał do nielicznych osób, które mają wystarczająco wielki tupet, aby rozsiadać się na środku korytarza, jednocześnie sprawiając wrażenie w ogóle nie zażenowanych. Ot, jakby czynili do codziennie. Ale on faktycznie na co dzień zajmował się podobnymi rzeczami: łamaniem reguł, popisywaniem się bezkarnością i podkreślaniem własnej ważności.
- Draco? Czyżbyś zamierzał się poddać? - zapytała Pansy głosem niepozbawionym ironii. Widząc zachowanie przyjaciela, na jej usta wpłynął pobłażliwy uśmiech, a brew mimowolnie powędrowała w górę.
- Krew Malfoyów nie zna znaczenia tego słowa, Pansy. - dziedzic Malfoyów odbił piłeczkę, otrzepując niematerialne drobiny kurzu z rękawów swej szaty, po czym spojrzał na dziewczynę z wyższością i skierował swe kroki w stronę kolejnego domniemanego klona. Za sobą pozostawił dębowe krzesło, kilku oszołomionych Potterów i wiecznie obecną woń arystokracji.

*

Harry, mimo usilnych starań, nigdzie nie mógł znaleźć Rona i Hermiony. Szukał ich w Pokoju Wspólnym, w swoim dormitorium, w bibliotece, w kuchni. W przypływie desperacji był zdecydowany udać się do lochów, jednak w chwili, kiedy nieprzyjemne ssanie w żołądku nasiliło się, przyprawiając go o mroczki, postanowił, iż może to poczekać. W końcu nie jadł nic od rana. Wróć, nie miał w ustach ani grama jedzenia od poprzedniego wieczoru i nie bardzo mu się to podobało. Głodny Harry Potter, to Harry Potter nie zdolny do racjonalnego myślenia, ani ratowania świata. Z tą myślą pośpiesznie udał się na kolację. W przypływie emocji nie dostrzegł, że nagle powietrze stężało, a wokół roztaczał się nieprzyjemny odór strachu. Nie rozpoznał czegoś, z czym tak często miał do czynienia, spotykając Voldemorta. Niebezpieczeństwo. Instynkt Harry'ego zaspał, a reaktywność na bodźce spadła do minimum. Skutkowało to tym, że wkrótce napięcie wyczuwalne w atmosferze miało zostać zastąpione niemocą i bezbronnością.

*

Chłopiec Który Przeżył Tylko Po To By Obserwować Hordy Wszędobylskich i Amoralnych Klonów zmierzył swym nieprzytomnym spojrzeniem Wielką Salę. Pozornie wszystko zdawało się być w porządku. Nawet bardziej niż w porządku. Odwiecznego międzydomowe animozje zostały zażegnane, a drobne utarczki, które od czasu do czasu się pojawiały, zostawały zagłuszane przez kaskady śmiechów i żartów. Tylko nadzwyczajna ilość Potterów i Malfoyów utrzymujących dość zażyłe kontakty mogła wydać się niepokojąca, jednak gros uczniów uważało to za niezwykle zabawny i rozbrajający żart. Całemu zdarzeniu groteski dodawał panoszący się i absolutnie wszędobylski profesor Snape, który z fanatyzmem rozdzielał kolejne pary klonów pogrążonych w nieziemskim uniesieniu. Porażająca większość obserwatorów tych scen była szczerze ubawiona, a i sam Dumbledore musiał posiłkować się imitacją kaszlu, by zagłuszyć parsknięcie śmiechu.
Niektórzy z uporem głosili hipotezę, jako że Snape także zostały poddany rozszczepieniu, jednak zaniechali prób rozprzestrzeniania tego poglądu w chwili, kiedy rozwścieczony Mistrz Eliksirów zagroził im całorocznym szlabanem. Inni uważali, że całe klonowe zamieszanie jest jedynie chwytem reklamowym, mającym na celu nadanie dodatkowego rozgłosu i popularności dwójce zagorzałych przeciwników.
W normalnych warunkach Harry oburzyłby słysząc równie niedorzeczne konstatacje, jednak nikt nie postawił sobie za punkt honoru, poinformować go o owej tajemnicy poliszynela. Zdawało się to być jednak zrozumiałym, w związku z niezliczoną ilością jego kopii, harcujących wokoło.
Tak więc Harry, nieświadomy gwałtownego spadku własnej reputacji, przemknął koło stołu Slytherinu, uważnie rozglądając się w poszukiwaniu autentyku Malfoya. W pewnym momencie wydawało mu się, że takowy dostrzegł – Draco, a właściwie jeden z wielu Draconów obecnych w sali, z wyższością zbeształ Parkinson i w charakterystyczny dla siebie sposób, odwrócił się na pięcie. Potter w przypływie radości klasnął w dłonie i żwawym krokiem pomknął w kierunku niezaprzeczalnego oryginału swego szkolnego wroga. Jednak los w tym dniu nie był dla niego łaskawy i bynajmniej nie zamierzało się to zmienić. Harry był więc zmuszony porzucić własny entuzjazm, który niespodziewanie zgasł, pogrążając jego samego w niepomiernej ciemności.
A wszystko za sprawą Malfoya, który niespodziewanie zaczął się wić i jęczeć, pod wpływem wyimaginowanego dotyku, iluzji czy innego mirażu. Harry nie był pewny, co było przyczyną dziwnego zachowania Draco, ale sposób, w jaki tamten wyginał swe ciało w łuk, stanowczo mu się nie podobał. Było w nim za dużo chimeryzmu i... zmysłowości? Potter energicznie potrząsnął głową, próbując wyrzucić z głowy redundantne myśli. Malfoy i zmysłowość? Absurd.
Harry skrzywił się z niesmakiem, próbując ignorować irracjonalność tej sytuacji i pewnym krokiem udał się do stołu zajmowanego przez Gryfonów. Mijając Pansy rzucił, krótkie ostrzeżenie na temat oczywistej 'klonowatości' Malfoya, z którym się zadaje i oddalił się, zanim tamta zdążyła go zatrzymać.

*

Draco ziewnął przeciągle i odwrócił się w stronę Pansy z zamiarem wygłoszenia długiego wywodu na temat beznadziejności oraz nieskuteczności dyrektorskiego urzędu, kiedy to poczuł – pierwsze niewinne łaskotanie w okolicy obojczyka, potem czyjś dotyk napierający na jego szyję. Rozpaczliwym ruchem rozglądał się wokół, próbując zidentyfikować sprawcę, jednak nie zauważył niczego podejrzanego. Ku swemu niezadowoleniu dostrzegł inną rzecz – czyjaś, niewątpliwie nienaturalnie zimna dłoń wślizgnęła się pod jego szatę, gilgocząc go w sposób, który mimowolnie go rozpalał.
- Potter, to przestaje być śmieszne. - wychrypiał, zmienionym głosem, młócąc rękami powietrze. - Potter, ściągaj ten pieprzony płaszcz! - zawył, czując jak palce nieznanego recydywisty powoli przejeżdżają po jego kręgosłupie.

- Niektórzy nie potrzebują idiotycznych pelerynek, aby stać się niewidzialnymi. - irytując szept zdawał się dobiegać zewsząd. Był obecny w jego głowie, uparcie tkwił wymieszany z krwią w jego tętnicach, przesycał powietrze.

Głos ten nie należał do Pottera. Był zbyt zimny i nadto fanatyczny, jednak Draco nie miał zbyt wiele czasu, aby się nad tym zastanawiać. Po chwili wszystko ustało. Odium, jakim darzył tę sytuację, niespodziewanie wezbrało na sile.

*

Tymczasem w Pokoju Życzeń odbywało się pierwsze spotkanie Ligii Ochrony Klonów. Sobowtóry Pottera i Malfoya zostały podzielone na sztaby i oficjalnie opracowywały plan, mający na celu dowieść ich autentyzmu i niewinności. W rzeczywistości jednak każda z grup miała za zadanie przedstawić – jej zdaniem najlepszy – projekt, warunkujący zdobycie prawdziwego Malfoya i Pottera. Koordynacje nad pracą zespołów sprawował najbardziej rosły i inteligentny sobowtór Draco. Zdaje się jedyny, jaki otrzymał pełny komplet chromosomów i uwolnił się od mózgowych ubytków. Nikt z obecnych nie zdawał sobie jednak sprawy, że w ich towarzystwie znajdował się wielosokowany szpieg.

*

Harry nie czuł się pewnie wśród łypających na niego, wrogo nastawionych Gryfonów. Jego koledzy nie poczuwali się do odpowiedzialności, aby rozpoznać go, czy coś w tym rodzaju. Nie żeby Harry był niezadowolony – to dawało mu pewną swobodę działania i zapewniało bezpieczeństwo oraz neutralność. Z drugiej strony jednak, wyławianie kolejnej kulki serowej z soku dyniowego za którymś razem, zdawało się być nużące.
Właśnie w związku z tym, Potter postanowił szybko zakończyć konsumpcję kolacji i przystąpić do dalszych poszukiwań. Nie mając pojęcia, gdzie jeszcze mogliby pójść jego przyjaciele, powziął, że zacznie od miejsca absurdalnie oczywistego – chatki Hagrida.

*

Puchon przemierzał Salę Wyjściową, ze złośliwym uśmieszkiem wytrwale podążając za Potterem. Nie wiedział, dokąd chłopak może zmierzać, jednak niezaprzeczalnym było, że chęć opuszczenia zamku, była dla niego okolicznością korzystną. W końcu, kto będzie przejmować się brakiem jednego Pottera? Dumbledore. A kto będzie się przejmował brakiem Pottera, który sam odszedł? Nikt. Zapowiadał się intrygujący wieczór i nawet gwiazdy, zdawały się do niego uśmiechać.

*

W nozdrza Harry'ego uderzył mocny zapach dymu, a skóra zapiekła go ostro, pod wpływem mroźnego, zimowego powietrza, jednak chłopak zdawał się tym nie przejmować. Równym, stanowczym krokiem zmierzał w stronę domu gajowego, brodząc po kolana w śniegu. Właściwie powinien był zarzucić na siebie płaszcz czy choćby, w banalny sposób, utorować sobie drogę różdżką., aczkolwiek wymiar zimna czy nawet groźba późniejszej choroby, zdawała się być odległą i błahą. Jak na ironię, będzie jedynym przeziębionym Harrym Potterem w okolicy. Zaśmiał się okrutnie z idiotyczności przypadków losu, kiedy coś nagle zdzieliło go w głowę. Stracił przytomność, a śmiech zamarł mu na ustach.

*

Kiedy Harry otworzył oczy nie był pewny gdzie się znajduje. Wszystko wokół było zamazane, a dźwięki, dobiegające do jego uszu, zniekształcone. Pokój ten jednak nie przypominał Skrzydła Szpitalnego, było w nim zbyt ciemno, a i materace, na których zwykle się budził, wykonano z miękkiego materiału. Nie przebywał też we własnym dormitorium - brakowało łóżka z kolumienkami i wszechobecnego bałaganu.
Tak naprawdę, gdy obraz się wyostrzył i mógł dostrzec cokolwiek ponad zamglone kontury i niematerialne kształty, doszedł do wniosku, że nigdy nie widział podobnego pomieszczenia. Ewentualnie mogło ono odrobinę przypominać Komnatę Tajemnic – ściany wykonane były z mocno ciosanych kamieni, a w oddali widniały jakieś statuy węży. Właśnie owe monumenty nakierowały go na właściwy trop – Slytherin. Chata Hagrida. Śmiech. Lochy?
Zatem został porwany, ale... kto mógłby chcieć jego zniknięcia?
Jak na zawołanie nadeszła odpowiedź. Czyjaś dłoń, głaskała go delikatnie po włosach.
- Harry Potter. Chłopiec, Który Na Cholerę Zawsze Musi Przeżyć. Chłopiec, Który Umarłby, Gdyby Ktoś Strącił Go z Piedestału. - tajemniczy głos mruczał mu pogardliwe frazesy wprost do ucha. - Harry? Harry! Harry! Harry! - echo złudnie powtarzało słowa opryszka, który, słysząc to, roześmiał się głośno. - Jak się czujesz Harry? - spytał troskliwie, choć głos mężczyzny brzmiał niewątpliwie chłodno i złowrogo. - Jak się czujesz myśląc o tych, których zabiłeś? O swojej matce. O Diggorym. O... sobie? - pytał bezlitośnie, głaszcząc Harry'ego po policzku. - I jeszcze raz o Cedriku. O Cedriku, który był od ciebie lepszy. Który zasłużył na więcej. Który powinien leżeć tu teraz zamiast ciebie. O Cedriku, którego powinienem dotykać, bo miałem do tego prawo. - mówił jak w transie, głosem fanatyka, dokładnie artykulując poszczególne zdania. - Miałem! - krzyk potoczył się echem, po komnacie. - Miałem, dopóki mi go nie odebrałeś. - zanucił melodyjnie, wyciągając różdżkę.
- Zachariasz. Podnóżek Diggory'ego. Ty pluskwo. - rzucił Harry. Miał plan. Musiał jedynie zyskać siłę na jego realizację.

*

- Rozejrzę się tutaj, Dumbledore. - rzuciła Rita Skeeter bezpardonowo wchodząc do Wielkiej Sali i zamaszyście machając dyrektorowi przed nosem upoważnieniem ministra. Stukot szpilek rozbrzmiewał głośno, ponad gwarem rozmów. - Oczywiście, jeżeli nie masz nic przeciwko. - dodała prześmiewczo, wyciągając samonotujące pióro.

Na Hogwart w dniu 21 grudnia bieżącego roku nastąpił atak klonów w postaci sobowtórów Dracona Malfoya [16] i Harry'ego Pottera [16]. Ludzkie falsyfikaty rozprzestrzeniły się na wszystkie zakątki szkoły. Dotąd ani nie ustalono przyczyny nagłego rozmnożenia się wyżej wymienionych uczniów, ani ich nie odnaleziono. Klony, panoszące się po szkole, sieją zgorszenie i
propagują amoralne zachowania. Dyrekcja jest bezradna. Niewykluczone, że jest w tym coś z czarnej magii oraz, że inni uczniowie mogę być zagrożeni. Jednakże apelujemy o zachowanie spokoju, sytuacja powinna unormować się w ciągu kilku najbliższych dni.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 02:00

Po trudnościach, jakie sprawiło mi pisanie własnego odcinka, wiem i rozumiem, że napisanie tych kilku stron może nie być wcale takie łatwe, jakby się nam wydawało na początku. Ale są pewne granice. Ja rozumiem, że nie wszyscy umieją dobrze pisać, bo sama nie uważam, że potrafię. Ale ten odcinek jest z braku lepszego słowa – tragiczny.
Sztywny, sztuczny i najzwyczajniej w świecie po prostu nudny. Po dwóch akapitach straciłam całkiem ochotę do dalszego czytania. Tekst męczy, błędy są wszędzie – okay, może po poprawkach będzie lepiej, ale naprawdę, połowę tych błędów nawet Word poprawia – a kanoniczność uciekła daleko w las i ani myśli wracać.


Kilka cytatów…
Ale on faktycznie na co dzień zajmował się podobnymi rzeczami: łamaniem reguł, popisywaniem się bezkarnością i podkreślaniem własnej ważności.

A kanon dalej w lesie siedzi, tak? O ile się nie mylę, Draco raczej nie zajmował się takimi rzeczami…
Instynkt Harry'ego zaspał, a reaktywność na bodźce spadła do minimum.

Poczułam się, jakbym czytała podręcznik do biologii…
Chłopiec Który Przeżył Tylko Po To By Obserwować Hordy Wszędobylskich i Amoralnych Klonów

W większości przypadków takie nazwy mnie śmieszą, w tym załamują. Nie mówiąc już o brakujących przecinkach po „Chłopiec” i po „To”.
Tak więc Harry, nieświadomy gwałtownego spadku własnej reputacji,

Taaa, reputacja spadła, rozbiła się na kawałki i zmarła śmiercią tragiczną. A było to tuż po tym, jak ożyła i nabrała ludzkich cech. Na szczęście Harry tego nie zauważył, mógłby tego nie przeżyć, biedaczek…
autentyku Malfoya

Za przeproszeniem – WTF?!
Harry był więc zmuszony porzucić własny entuzjazm, który niespodziewanie zgasł, pogrążając jego samego w niepomiernej ciemności.

Wyjął go z kieszeni i wyrzucił za siebie, potem pogrążył się w ciemności, czyli, że bez entuzjazmu oślepł, tak? Trzeba było go nie wyrzucać…
Było w nim za dużo chimeryzmu i... zmysłowości? Potter energicznie potrząsnął głową, próbując wyrzucić z głowy redundantne myśli.

Może nie jestem nie wiadomo jak oczytana, ale szóstka z polskiego od kilku lat pewnie nie jest za nic. Ja tych słów nie rozumiem, a nawet jakbym rozumiała, to nie widzę sensu takiego udziwniania w humorystycznym tekście. Który, notabene, humorystyczny w żadnym wypadku nie jest…
Odium, jakim darzył tę sytuację, niespodziewanie wezbrało na sil
e.
Sprawdziłam sobie w słowniku, naprawdę super, że znasz takie słowa. Bardzo się cieszę…
Nie mając pojęcia, gdzie jeszcze mogliby pójść jego przyjaciele, powziął, że zacznie od miejsca absurdalnie oczywistego – chatki Hagrida

Tak, oczywiście, że chatka Hagrida. To najbardziej oczywiste miejsce!
- Zachariasz. Podnóżek Diggory'ego. Ty pluskwo. - rzucił Harry. Miał plan. Musiał jedynie zyskać siłę na jego realizację.

Bez komentarza….
Rozejrzę się tutaj, Dumbledore. - rzuciła Rita Skeeter bezpardonowo wchodząc do Wielkiej Sali i zamaszyście machając dyrektorowi przed nosem upoważnieniem ministra.

Rita była moim zdaniem największym potencjałem tego odcinka. Tak, była to dobre słowo. To nie jest Rita, jaką znamy. A jej artykuł już z pewnością do niej nie pasuje…

Nie mam siły dalej wymieniać. Przeczytanie całego odcinka wymagało ode mnie dużej determinacji, bo po kilku pierwszych zdaniach miałam dość. A dalej było już tylko gorzej. Stylowo, treściowo i całokształtowo.
I naprawdę szukałam jakiś pozytywnych cech, czegokolwiek. I nic nie znalazłam. Nawet opcje w ankiecie są dziwne. Puchon mszczący się na biednym Harrym, który z zimną krwią zamordował jego Cedrika? Jasne! To oczywiste! Bo Puchoni to tak naprawdę krwiożerczy i okrutni przestępcy. Ogólnie brak mi słów. I współczuję Kasi, która będzie miała nieprzyjemność napisać następny odcinek. Oby udało jej się uratować tę fetę!

Załamana Aev
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 02:00

Przepraszam, że trochę wcześniej, ale potem różnie to może być z czasem.
Szczęśliwego Drarrowego Roku!


Pierwsza (i do tego Świąteczna) Drarrofeta pod kryptonimem, którego w zasadzie Jeszcze Nie Ustalono (choć "Atak Klonów" byłby chyba wcale niezły).

Odcinek dziewiąty,
w którym Lucjusz Malfoy zaniepokojony artykułem z Proroka, przyjeżdża na inspekcje do Hogwartu, gdzie z profesorem Snapem knują coś bardzo, ale to bardzo niedobrego.


***

Severus Snape miał dość.
Groźby, złorzeczenia, daremne żale i próżny trud – nic nie zdawało się działać na rozbestwione hordy Potterów i Malfoyów.
Dopóki Severus mógł spokojnie rozdawać szlabany lub – różnorakimi zaklęciami – rozdzielać przyklejonych (choć „przyssanych” byłoby zapewne lepszym słowem) w i do siebie Harrych i Draconów, wszystko było dobrze (to znaczy tragicznie, co jednak jego umysł zdążył już zaakceptować, więc można było to przeżyć).
Niestety, niespodziewane odnalezienie jednej parki klonów – w jego ukochanym składziku składników na eliksiry! – w sytuacji jednoznacznie in flagranti – jego biedny, sprofanowany na wieki składzik! – to zdecydowanie było już za wiele nawet dla stalowych nerwów Mistrza Eliksirów.
Niezwłocznie zatrzasnął drzwi, spazmatycznie czerpiąc powietrze i wmawiając sobie, iż wcale nie widział tego, co widział, a – Salazarze – widział już w życiu niejedno.
- To koniec – wyszeptał z odpowiednią dawką tragizmu, chwytając się za serce i z rozpaczą osuwając na ścianę. – Nie ma dla nas ratunku. To koniec.
Snape chwilę jeszcze postał sobie pod ścianą i powyglądał dramatycznie, kontemplując upadek i zagładę świata. Następnie spłynęło na niego coś, co w wielu kręgach piekła zwie się Bardzo Złym Pomysłem, Severus jednak zwykł to nazywać olśnieniem.
- Ale przecież jest nadzieja – rzucił w przestrzeń, odrzucając na bok zwyczajowy sceptycyzm, gdyż był człowiekiem doprowadzonym do ostateczności.
Następnie zaś podjął się wyprawy do Sowiarni, skąd – na swoim ulubionym pergaminie z limitowanej serii ozdobionej kleksikami imitującymi kropelki krwi, tylko dwa sykle za rolkę! – wysłał krótką, acz treściwą wiadomość do swojego przyjaciela, Lucjusza Malfoya:
„RATUNKU!”.

*

Tymczasem Klony próbowały jakoś rozwijać swoją działalność w Lidze Ochrony Klonów – nie było to jednak łatwe zadanie.
Czas mijał, a leżące na stole, puste arkusze pergaminów, bądź też pióra – z gracją ssane kącikami ust (klony Dracona), lub maltretowane ubzdryngolonymi atramentem palcami (klony Harry’ego) w mniejszym lub większym stopniu poddawane były tej samej czynności – systematycznemu ich porzucaniu.
- Skarbie, nudzę się – wyszeptał zmysłowo w którymś kącie Pokoju Życzeń Dziewiąty Klon Harry’ego do ucha Dwudziestego Szóstego Klona Malfoya, jednocześnie kiwając się na krześle.
- Mmm – wymruczał aprobująco rzeczony Skarb. – Jakbyśmy nie mieli ciekawszych rzeczy do robienia... – dokończył z nutką pretensji, tarmosząc w bladej dłoni kosmyk zmierzwionych włosów Dziewiątego Klona Harry’ego.
- Kto to w ogóle wymyślił? – dobiegł ich gdzieś z pobliża rozdrażniony głos Któregośtam Klona Harry’ego, który to właśnie cisnął gniewnie o ziemię zwiniętą kulką pergaminu.
- Któryś spośród nas, to pewne, Harry – żachnął się jego partner, Siedemnasty Klon Malfoya, gładząc uspokajająco Któregośtam Klona Harry’ego w okolicy prawej łopatki, po czym składając na niej niespieszny pocałunek.
- Ale kto? – naciskał Któryśtam Klon Harry’ego znacznie już spokojniejszym głosem, pozwalając swym wargom wygiąć się w wyrazie ukontentowania. – I właściwie, to po co my to robimy?
- Sam chciałbym wiedzieć – wymamrotał cicho Siedemnasty Klon Malfoya, a na jego blade lico wkradła się kapinka różowego zawstydzenia, bo przecież Malfoyowie (i Ich Klony Też) Zawsze Wiedzą Wszystko Pierwsi; ale w końcu Siedemnasty Klon Malfoya był w towarzystwie wybranka swojego serca, mógł więc sobie pozwolić na odrobinę słabości.
- Założę się, że to był ten najbardziej rosły i inteligentny sobowtór Dracona, zdaje się jedyny, jaki otrzymał pełny komplet chromosomów i uwolnił się od mózgowych ubytków – powiedział z przekonaniem Któryśtam Klon Harry’ego. (Trzeci Klon Malfoya, który przypadkowo dosłyszał tę uwagę, spuścił wstydliwie wzrok, po czym rozejrzał z przestrachem, czy aby nikt z obecnych tego nie zauważył. Towarzyszący mu Piętnasty Klon Harry’ego natychmiast podarował mu pełen zrozumienia pocałunek.)
Siedemnasty Klon Malfoya obdarzył partnera zmieszanym spojrzeniem.
- Um, Harry... wiesz... – zaczął niepewnie.
Tego było już za wiele dla uszu wciąż przysłuchującego się ich rozmowie Dwudziestego Szóstego Klona Malfoya.
- Potter, ty idioto – wycedził do Któregośtam Klona Harry’ego – klony mają to do siebie, że są identyczne. A TY... – warknął, zwracając się z kolei do Siedemnastego Klona Malfoya – to, że jesteś uczuciowo zaangażowany, nie oznacza, że możesz przestać mu wytykać jego głupotę.
Siedemnasty Klon Malfoya szybko wstał z krzesła i zmierzył Dwudziestego Szóstego Klona Malfoya zimnym spojrzeniem.
- Nie waż się nazywać Harry’ego „Potterem”, Malfoy – syknął złowrogo.
Dwudziesty Szósty Klon Malfoya nie pozostał mu dłużny.
- Ze wszystkich Potterów w Hogwarcie ty musiałeś trafić akurat na największego kretyna – odparował kpiąco. – Porażka, Malfoy. Dodałbym „jak zwykle”, ale... ponieważ obaj jedziemy na tym samym Draconie... yy, to jest, wózku... niech tam, znaj łaskę pana – dokończył z godnością.
W międzyczasie, Któryśtam Klon Harry’ego wiernie stanął przy boku swego kochanka – Siedemnastego Klona Malfoya.
- Jeszcze jedno słowo, Malfoy... – zagroził, łypiąc spod oka na Dwudziestego Szóstego Klona Malfoya.
- Nie mieszaj się, Potter! – zawołał do niego natychmiast Dziewiąty Klon Harry’ego, włączając się do kłót... rozmowy.
Dwaj Malfoyowie wraz z dwoma Potterami nie zdawali sobie sprawy, iż rozbrzmiewające do tej pory w Pokoju Życzeń dźwięki, takie jak na przykład buntownicze: „na gacie Merlina, NIE CHCE MI SIĘ” (klony Harry’ego) czy znużone, urażone prychnięcia (klony Dracona) nagle ucichły.
Niezaangażowane w kłót... rozmowę klony z napięciem wpatrywały się w bohaterów sceny.
Któryśtam Klon Harry’ego gwałtownie zamrugał, z niedowierzaniem i szybko rosnącym gniewem przyswajając sobie buntowniczą uwagę Dziewiątego Klona Harry’ego.
- I TY, POTTERZE, PRZECIWKO MNIE?! – wybuchnął w końcu, a ponieważ tego było już za wiele, wziął także solidny rozmach i pozwolił swojej pięści wylądować na brzuchu zdrajcy.
Dziewiąty Klon Harry’ego jęknął z bólu i zgiął się w pół.
- Harry! – krzyknął z przestrachem Dwudziesty Szósty Klon Malfoya, obserwując cierpienie swojego kochanka.
- Potter! – zawołał z troską (i mimowolnie) Siedemnasty Klon Malfoya, zanim zdążył się powstrzymać (bo w końcu Potterów nigdy za wiele; przepadnie jeden, to znajdzie się drugi). – Potter! – dodał więc karcąco, kierując tę uwagę tym razem do Któregośtam Klona Harry’ego.
- Zrobiłem to dla naszego dobra, kochanie – wymamrotał wstydliwie Któryśtam Klon Harry’ego, uporczywie wpatrując się w swoje trampki. – I nie nazywaj mnie „Potter” – burknął nieszczęśliwie.
- Ja wiem, mój drogi, ale... – zaczął wyrozumiale Siedemnasty Klon Malfoya, nie dane mu było jednak skończyć – Dwudziesty Szósty Klon Malfoya z furią w oczach skierował końcówkę różdżki na Któregośtam Klona Harry’ego i, nie zwlekając, zawołał:
- Sam tego chciałeś, Potter! Giń! – Następnie dorzucił szybko: „Impedimento!”. Zaklęcie mocno odrzuciło do tyłu Któregośtam Klona Harry’ego – uderzył o ziemię z głuchym łoskotem.
I rozpętało się pandemonium.
Rzesze Malfoyów i Potterów rzuciły się na siebie, miotając wzajem zaklęciami lub uciekając do prostszych metod – czyli bicia i kopania. Pokój Życzeń zatrząsł się od natłoku wymieniających razy Harrych z Harrymi, Harrych z Draconami czy też – dla odmiany – Draconów z Draconami i Draconów z Harrymi.
Klony nie zauważały, że w miarę upływu czasu coraz mocniej bledły, stając się bardziej i bardziej przezroczyste. A kiedy w końcu pierwszy z nich – Któryśtam z Kolei Klon Dracona po kolejnym otrzymanym ciosie zrobił „pyk” i zniknął, i jego zrozpaczony kochanek – Czwarty Klon Harry’ego – z desperacji rzucił Avadę Kedavrę na sprawcę nieszczęścia, Dziesiątego Klona Harry’ego, wszystko nagle ustało.
Klony w jednej chwili zastygły, potem wrzasnęły głośno, a następnie zbiorowo pyknęły. I znikły.
Ogólnie rzecz ujmując – klony trafił szlag.
Na środku Pokoju pozostała tylko jedna, naburmuszona osoba – jeszcze przed chwilą mająca postać jednego z klonów Harry’ego.
- No, NIE – powiedział z żalem Albus Persiwal Wulfryk Brian Dumbledore. – A dałbym głowę, że gwizdnąłem włosa prawdziwemu Harry’emu.
Po czym, wzdychając, opuścił pomieszczenie, targając pod pachą nieodłączne „Migotliwe Światełko” i pergamin z czynionymi naprędce notatkami.

*

Lucjusz Malfoy, nie kłopocząc się uprzednim pukaniem, bez ceregieli wpadł do prywatnych kwater Severusa Snape’a, powiewając swą butelkowo zieloną peleryną w srebrne hafty oraz okiełznaną burzą włosów koloru jasny blond. W drżącej dłoni trzymał ostatni egzemplarz Proroka oraz przesłany przez przyjaciela świstek pergaminu.
- Severusie – powiedział cichym, lodowatym tonem, na razie powstrzymując szykującą się do werbalnej napaści na Mistrza Eliksirów zdecydowanie nie-cichą furię. – Czy możesz mi wyjaśnić...?
- Pssst! – przerwał mu Severus z obłędem w oczach, przykładając sobie palec do ust. – Oni wciąż gdzieś tu . Musimy być ostrożni! Os-troż-ni!
- Ale co... – usiłował dowiedzieć się Lucjusz, jednak Snape znów mu przerwał.
- Na dodatek, jak chyba wiesz, Skeeter przyjechała i węszy – wysyczał, nie przestawając rzucać dokoła niespokojnych spojrzeń. – A, zapewniam cię, w tej sytuacji wolałbyś uniknąć rozgłosu.
- Ja – uniknąć rozgłosu? – spytał z niedowierzaniem pan Malfoy, unosząc idealnie wyprofilowaną, jasną brew i chwytając się asekuracyjnie główki swojej laski. – Bredzisz, Severusie. Dlaczego miałbym... nie chcesz mi chyba powiedzieć, że to, co napisała ta... reporterka, to... przecież to jakaś jawna kpina...! – zaczął z anielską jak na niego cierpliwością, jednak w tej samej chwili jego uszu dobiegł chór dwojga zgodnie chichoczących głosów, zmuszając do przerwania wypowiedzi.
Snape zdołał zrobić przerażoną minę, jednak ruszyć się z miejsca i ostrzec Malfoya już nie zdołał.
- Och, zobacz, tu jest otwarte! – zawołał radośnie głos pierwszy. Lucjusz otworzył usta, by grzecznie zadać Severusowi kolejne pytanie, doprawdy, jego cierpliwość miała swoje granice – ale w tym momencie rozległ się też, niestety, głos drugi.
- I bardzo dobrze – wymruczał tenże, przeciągając samogłoski. – Bo wiesz... inaczej wziąłbym cię już tutaj. Na tym korytarzu. Teraz. Natychmiast.
Pierwszy głos zachichotał, a potem do gabinetu Severusa Snape’a wpadł Harry Potter, trzymając się za ręce z Draconem Malfoyem.
Lucjusz Malfoy zastygł, zdjęty grozą, z rozszerzonymi oczami wpatrując się w to, co widział, a czego nie chciał widzieć.
A potem zemdlał.

*

Harry Potter odzyskał przytomność.
Śniło mu się coś bardzo, bardzo dziwnego: Malfoy, niczym jakiś chory nimfoman-ekshibicjonista robiący jakieś dziwne wygibasy tuż przy wyjściu z Wielkiej Sali, potem nie do końca zrozumiała chęć pójścia do chatki Hagrida, a następnie Zachariasz Smith, syczący mu do ucha jakieś osobliwe rzeczy i on sam, nazywający – nie wiedzieć czemu – Smitha podnóżkiem Cedrika oraz pluskwą, doprawdy.
Niezaprzeczalnym faktem było jednak, niestety, iż Harry pamiętał, jak wstaje od stołu po kolacji, a potem pamiętał „łup”. Następnie była ciemność i ten dziwny sen.
Pulsujący ból z tyłu jego głowy wskazywał, że coś jednak mogło być na rzeczy.
Harry odchrząknął, otwierając szerzej oczy.
- Eee... hm. Jest tu... jest tu ktoś? – zapytał uprzejmie, z trudem (gdyż nie miał na nosie okularów) lustrując ciemne pomieszczenie. Ku jego zaniepokojeniu, niepokojąco przypominało to ze snu.
Potem było jeszcze gorzej.
- Potter – dobiegł skądś dobrze Harry’emu znany, pompatyczny głos.
- Zachariasz Smith? – spytał Harry z żałością. Och, czyżby więc to wszystko była prawda? Smith był pluskwą i zarazem podnóżkiem Cedrika, a on, Harry, naprawdę miał plan, musiał tylko zyskać siłę na jego realizację?
Harry nie miał planu. Harry nie miał siły, zwłaszcza na żadne realizacje (z naciskiem na te fizyczne).
Harry – co nie było zbytnią nowością – nie bardzo to wszystko rozumiał.
- Zachariasz? – spytał ponownie, z leciutką nutką zniecierpliwienia. Naprawdę chciał dowiedzieć się, co tu jest grane – obojętnie, co to było.
Nagle ktoś włożył mu na nos okulary i niewyraźna, jasna plama przed jego oczami rzeczywiście okazała się Zachariaszem Smithem.
- Och, nie – jęknął Harry. – A więc to prawda!
Smith rozciągnął usta w nieprzyjemnym uśmieszku.
- Wreszcie odzyskałeś przytomność, Potter? Czas najwyższy – zakpił. – Nie mam ochoty słuchać dłużej jakichś majaczeń o pluskwach, podnóżkach i planach. – Smith przerwał, zastanowił się chwilę, a potem spytał z dobrze udaną obojętnością: – Masz jakiś fetysz odnośnie słów zaczynających się na „p”?
- E... um? – zawahał się inteligentnie Harry. – Ale... dlaczego więc... – zaczął niepewnie, jednak Smith przerwał mu, zmieniając ton na niezdrowo podniecony:
- Mamy jeszcze jednego gościa! Zobacz, Potter.
Obolały Harry uniósł się na łokciach. Na drugim końcu twardego materaca siedział naburmuszony...
- Malfoy! – zawołał Harry z autentyczną radością. Jeszcze nigdy widok Malfoya tak bardzo go nie ucieszył. – To ty! Prawdziwy ty!
- Pięć punktów dla Gryffindoru, Potter – wymamrotał ponuro Draco.
- Co my tu robimy? – spytał go szybko Harry, mając nadzieję, że być może Ślizgon wie coś więcej.
Draco skrzywił się.
- Mnie nie pytaj – zaczął zniesmaczony – pamiętam tylko kolację. A potem „łup”. I taki dziwny sen, w którym... w którym nagle idę, a potem... potem maca mnie ktoś niewidzialny, i ja zaczynam się wić i... uch – wzdrygnął się, różowiejąc. – To było straszne. Mój ojciec się o tym dowie – dodał na wszelki wypadek.
Harry wyłowił z tej wypowiedzi interesującą informację.
- Malfoy! – rzucił, nachylając się konspiracyjnie do Dracona. – Znowu mieliśmy ten sam sen!
- O czym ty... – zaczął z przestrachem Draco, jednak przerwano im po raz kolejny.
- Och, oczywiście, że mieliście ten sam sen – przyznał z zadowoleniem Smith. – Znarkotyzowałem was. Jestem geniuszem zbrodni.
Harry i Draco spojrzeli na niego pytająco, zgodnie unosząc brwi.
- Dlaczego miałbyś to robić? – zdziwił się Harry.
- Geniuszem zbrodni? – powtórzył z politowaniem Draco. – Musisz się jeszcze wiele nauczyć, Smith.
Zachariasz machnął lekceważąco ręką.
- Widzicie – zaczął zapamiętale, drepcząc w miejscu i żywo gestykulując – dzięki temu cudownemu wydarzeniu, jakim był napływ waszych klonów do Hogwartu, zrozumiałem coś bardzo ważnego. Na początku wydało mi się to niesłuszne, więc poszedłem po poradę do profesora Dumbledore’a – Harry i Draco obrzucili się szybkimi, niespokojnymi spojrzeniami – i, na szczęście, rozmowa z nim pomogła mi wyzbyć się wszelkich wątpliwości. Poczęstował mnie swoimi dropsami – Gryfon i Ślizgon, tknięci jednakowym, złym przeczuciem, jednocześnie syknęli do siebie „dropsy!”, a Zachariasz wciąż mówił: – i powiedział, że to jest normalne, i że nie mam się czym przejmować. Po tym spotkaniu zrozumiałem coś jeszcze – Smith urwał, nagle zerkając na nich z wyczekiwaniem.
Draco chrząknął.
- Co takiego? – spytał grzecznie, zmuszając się do uśmiechu. Harry mruknął pod nosem coś podobnego do: „bo umieramy z ciekawości”.
- No więc – ciągnął Smith radośnie – przede wszystkim musicie wiedzieć, iż świadomość bliskości celu zdaje się dodatkowo podsycać moje żądze, a krew, nerwowo pulsująca w żyłach, nigdy przedtem nie jawiła mi się równie podniecająco. To jest, podnieca mnie. Pulsująca w żyłach krew. Gdy jestem blisko celu.
Harry zmarszczył czoło.
- Możesz powtórzyć? – poprosił.
Draco ukrył twarz w dłoniach.
- Potter, doprawdy – mruknął z rezygnacją.
- No co, no co?! Nie mów mi, że ty coś z tego bredzenia zrozu... – żachnął się oburzony Harry.
- Tak więc – kontynuował Smith niestrudzenie, ucinając ich dyskusję – chodzi o to, iż...
Harry i Draco wstrzymali oddech.
- ... lubię chłopców – wypalił Smith. – A wy dwoje strasznie mnie podniecacie. Nie mogę się zdecydować, który bardziej.
Harry i Draco z zadziwiającą zgodnością zaczęli przypominać Crabbe’a i Goyle’a usiłujących napisać wypracowanie z transmutacji.
- Eee... – skonkludował Potter.
- Yyy? – dorzucił Malfoy.
Zachariasz przyglądał się im z szerokim uśmiechem na twarzy, zaś Harry nagle o czymś sobie przypomniał.
- A Cedrik? – zapytał podejrzliwie, nim Draco zdążył spiorunować go wzrokiem.
Smith chwilę pokontemplował Harry’ego w milczeniu.
- Jaki znowu Cedrik? – spytał w końcu. – Cedrik nie żyje od ponad roku. Wybacz, Potter, chyba za mocno uderzyłem cię w głowę – skwitował współczująco. Harry prychnął, Draco zachichotał, a Zachariasz kontynuował: – Właśnie dlatego tu jesteście – ponieważ wszyscy wiedzą, iż oryginały są lepsze od kopii! Złapałem was, uwięziłem, a teraz wy zrobicie dla mnie – tylko dla mnie! – coś bardzo, bardzo niegrzecznego. Muahahhahaah!
Podczas gdy Zachariasz zajęty był zanoszeniem się bardzo demonicznym i mrocznym śmiechem, Harry i Draco niezwłocznie nachylili się do siebie, próbując ułożyć szybki plan.
- On jest... – Harry sugestywnie wykręcił młynka w okolicy czoła.
Draco wywrócił oczami.
- Brawo, Potter. Posłuchaj, wiem, co musimy zrobić – rzucił niecierpliwie.
- Wiesz? – spytał Harry z nadzieją.
- Wiem. To będzie jednak wymagało... pewnych poświęceń – przyznał Draco ponuro.
- „Pewnych poświęceń”? – Harry, całkiem słusznie, nabrał podejrzeń.
Draco westchnął, a potem wyjaśnił cierpliwie:
- Musimy go podniecić tak, że padnie. To jedyny sposób.
Harry spojrzał na niego ze zgrozą.
- Zwariowałeś – rzekł z przekonaniem. – Błagam, nie mów mi, że też jadłeś te cholerne dropsy! I ja rozumiem, rozejm to jedno, ale... Malfoy!
- Och, a masz jakiś lepszy pomysł?! – zirytował się Draco. – Oto, co zrobimy... – Nachylił się, by wyszeptać Harry’emu do ucha swój plan.
Harry słuchał z niechęcią.
A potem – o dziwo – zgodził się.
- Całkiem niegłupie – przyznał z mimowolnym uznaniem, gdy Malfoy skończył.
Draco napuszył się odpowiednio.
- Wiem – zauważył skromnie.
W tym czasie Zachariasz skończył odgrywanie bardzo złego i mrocznego geniusza zła.
- To jak, panowie, zaczynamy? – spytał, gorączkowo wodząc wzrokiem od jednego, do drugiego.
Draco uśmiechnął się kokieteryjnie, a potem powiedział głośno do Harry’ego:
- Myślę, że rzeczywiście zrobimy coś bardzo, bardzo niegrzecznego... taka zabawa dla prawdziwych mężczyzn. Co o tym sądzisz, Potter?
Harry przyjął wyzwanie.
- Proszę bardzo, Malfoy.
- Nic tak nie podkręca testosteronu jak... stara, dobra partyjka Szachów Czarodziejów! Prawda, Potter? – skonkludował Draco, uwodzicielsko mrużąc powieki.
Harry patrzył na niego z błyskiem w oku.
- Szachy to jeszcze nic, Malfoy – rzucił lekceważąco, a potem zmysłowo zniżył głos i dodał: – Słyszałeś kiedyś o... warcabach?

*

- Lucjuszu? – spytał z niepokojem Severus Snape, któremu w końcu udało się przywrócić światu Lucjusza Malfoya. – W porządku? Nie możemy tracić czasu, musimy ułożyć Bardzo, ale to Bardzo Niedobry Plan...
- Plan? Ja ci zaraz powiem plan, Severusie. Spodoba ci się. To niezwykle prosty i jednocześnie całkowicie niezawodny plan – wycedził złowieszczo Lucjusz, z gracją wstając z ziemi i otrzepując szatę z kurzu. Następnie zwęził oczy i dokończył bardzo cichym i bardzo zdecydowanym tonem: – Zabić.

*

A w następnym odcinku...
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 02:01

LiB

Odcinek 10, w którym Harry i Draco rozgrywają Bardzo Zmysłową Partię Warcabów, jednak pomysł zawodzi na całej linii – Smith pozostaje niewzruszony, a chłopcy wciąż uwięzieni. Severus i Lucjusz wyruszają na polowanie na niedobitki Klonów i dają kompletną plamę, jednak zamiast tego udaje im przypadkowo trafić na chłopców i pomóc im wydostać z nieprzyjemnej komnaty (los Smitha pozostaje w rękach autora następnego odcinka, tj.mnie). Rita wciąż działa w zamku, węszy, mylnie interpretuje fakty, a następnie ogłasza światu trójkąt Malfoy/Potter/Smith. Ujawniają się kolejne ofiary przeterminowanych dropsów i związane z tym konsekwencje.
*
Zachariasz Smith wpatrywał się w swoje ofiary z coraz większym zainteresowaniem, wywołanym ich nagłą uległością oraz inwencją twórczą. Zastanawiał się, w jaki sposób niewinna gra w warcaby ma podnieść jego, i tak już wysoki, poziom testosteronu, lecz po chwili stwierdził, że nie warto się nad tym głowić, ale od razu sprawdzić.
- Na co więc czekamy? - wymruczał zmysłowo w stronę Harry'ego oraz Draco, oblizując przy tym spierzchnięte usta.
- To proste – odparł Gryfon. - Nie mamy planszy ani pionków.
Puchon spojrzał na niego przeciągle, wycelował różdżkę w kierunku poduszki i mrucząc ciche zaklęcie, transmutował ją w zestaw do gry.
- Il voilà.
Czarnowłosy rzucił okiem na Draco, który lekko skinął głową, po czym wyczarował dwa, mahoniowe krzesła, a także okrągły stolik do kompletu. Harry pomógł mu ustawić je na środku komnaty. Po chwili obydwaj zasiedli do gry, rozkładając pionki, Gryfon - białe, Ślizgon - czarne.
- Ustalmy pewne dodatkowe zasady – powiedział z tajemniczym uśmiechem Wybraniec. - Każdy z nas za stracony pion musi ściągnąć część garderoby, zgadzasz się?
Rozłożony wygodnie na łóżku Zachariasz zagwizdał z aprobatą. Czuł, że ta mała partyjka nie zawiedzie jego nadziei na dobrą zabawę.
- Dobrze – odrzekł jedwabiście arystokrata. - Zaczynaj, białe mają pierwszeństwo - dodał, przeciągając sylaby.
Harry powabnymi ruchami przesunął figurę po skosie, patrząc przy tym Draco w oczy i “przypadkiem” muskając jego dłoń. Ten spojrzał na niego z dziwnym błyskiem w oku, wykonując swój ruch w grze oraz ściskając pod stołem kolano Gryfona. Ich “Geniusz Zła” wydawał się tym mało zaciekawiony, bowiem czekał na coś więcej, a jak zauważył chłopcy jeszcze się nie rozkręcili, tak więc postanowił (nie)cierpliwie przeczekać chwilę wstępów.
*
Tymczasem w lochach...
- Lucjuszu, rozumiem, że chcesz zabić Pottera, ale Draco... Przecież to twój syn. – Mistrz Eliksirów wpatrywał się badawczo w Lucjusza Malfoya.
- Na Merlina! Nie mam zamiaru pozbawiać życia mojego jedynego dziedzica. - sarknął zapytany. - Zajmę się nim potem. Myślę, że czyszczenie z kurzu rodowej biblioteki bez użycia czarów dobrze mu zrobi.
- Zapewne - mruknął Snape. - Powiedz mi teraz, mój drogi przyjacielu, w jaki sposób chcesz złapać i unicestwić te przebrzydłe klony? Ja sam myślałem, aby użyć zaklęcia tropiącego oraz podać im parę ciekawych eliksirów.
- Wiesz, Severusie, to niezły pomysł - szepnął podekscytowany Malfoy. - Poza tym przywiozłem ciekawą listę z przydatnymi zaklęciami typu doprawiania kurzajek długich jak macki czy też oślich uszu. Pamiętam, że często używałem ich w szkole... - Lucjusz szybko otarł łzę wzruszenia, która pojawiła się na wspomnienie tych pięknych czasów.
- Świetnie! - Naczelny Postrach Hogwartu aż klasnął w dłonie. - Chodź Lucjuszu, powinniśmy się przebrać w mniej rzucające się w oczy szaty.
Malfoy spojrzał na niego krytycznie i rzekł:
- Ależ, Sev, przecież ty ZAWSZE nosisz nierzucające się w oczy ubrania.
- Mówisz o tych? - Snape spojrzał na niego z dezaprobatą. - Te są z zeszłego sezonu, wczoraj dostałem nową dostawę od madame Malkin. Pochodzi z nowej linii “Bezdenna Czerń”. TO są dopiero odpowiednie szaty na takie okazje.
- Och, słyszałem o nich, mają mi je niedługo przysłać. - arystokrata spojrzał na Mistrza Eliksirów z podziwem. - Dobra, chodźmy, musimy je szybko ubrać i przygotować się do misji.

*

Rita Skeeter rozejrzała się czujnie po Wielkiej Sali, lustrując ją w poszukiwaniu odpowiedniej osoby, która podołałaby jej wymogom, tj.: dobrze znała Pottera bądź Malfoya, jej nazwisko było znane w czarodziejskim świecie oraz co najważniejsze, posiadała dużo ciekawych informacji. Spojrzała na stół Gryffindoru, lecz była pewna, że ci z pewnością nie wydadzą jej ich pseudoprzywódcy, Pottera. Poczuła jakiś ruch koło siebie i zobaczyła Cho Chang. Wiedziona instynktem reporterskim, zaczepiła dziewczynę, uśmiechając się przymilnie:
- Moja droga, może miałabyś ochotę na krótki wywiadzik do “Proroka”, dotyczący całej tej sprawy w Hogwarcie?
- Ummm, ja? - zapytała, lekko rumieniąc się, Krukonka.
- Tak ty, kochana - odpowiedziała z przesadną słodyczą w głosie Rita. - Mogłabyś podzielić się swoimi spostrzeżeniami oraz wiedzą na parę frapujących czytelników tematów. Oczywiście, zamieściłabym twoje imię oraz nazwisko, a temat umieściła na pierwszej stronie, ale nie chcę na ciebie naciskać, zrozumiem, jeśli mi odmówisz... .
- Ależ nie! - wykrzyknęła Cho, której oczy płonęły blaskiem. Od zawsze marzyła, aby zdobyć rozgłos. - Zgadzam się. Proszę tylko powiedzieć kiedy i gdzie mam przyjść.
Dziennikarka spojrzała na nią niczym kot na tłustego kanarka. Tak, znalazła to, czego szukała.

*

- Ha, znowu zbiłem twojego pionka, Malfoy! - wykrzyknął radośnie Harry. - Dalej, rozbieraj się... - dodał zmysłowym szeptem.
Draco spojrzał na niego z urazą. Nie sądził, że Potter aż tak dobrze gra w warcaby. W końcu pozbawił go już wierzchniej szaty, krawatu, koszuli, a teraz jeszcze spodni. Spojrzał na Smitha, który coraz żywiej przyglądał się ich grze. Ślizgon, tak jak uprzednio, powoli zdejmował ubranie, starając się robić to tak, jak ćwiczył przed lustrem, gdy był sam. Pech chciał, że tego dnia ubrał swoje ulubione świąteczne bokserki w choinki. Widząc to, Zachariasz oraz Harry parsknęli niepohamowanym śmiechem. Na twarz Draco wpłynął zdradziecki rumieniec. Po dłuższej chwili, odzyskawszy rezon, burknął na nich:
- Z czego się śmiejecie? To nie powód do żartów, każdy szanujący się czarodziej dba o utrzymywanie odpowiedniej świątecznej atmosfery, nawet jeśli robi to tylko dla siebie.
- Wiecie co, mam pomysł - powiedział niespodziewanie Zachariasz, w przerwach między śmianiem się. - Sam pokażę wam, jak bawią się niegrzeczni czarodzieje.
Chłopcy spojrzeli na siebie z przestrachem, myśląc o tym samym: Ich plan się nie powiódł, a teraz znajdują się sam na sam ze zwariowanym Puchonem, który ma “niegrzeczny pomysł”. Jak na komendę, równocześnie przełknęli głośno ślinę.

*

Severus Snape oraz Lucjusz Malfoy chyłkiem wyszli na korytarz w lochach. Obydwaj mieli na sobie najnowsze szaty Mistrza Eliksirów, dzięki którym stali się praktycznie niewidzialni. Poza tym arystokrata musiał jeszcze tylko zmienić kolor swoich włosów na praktycznie taki sam co Snape, z czego nie był zbytnio zadowolony, ale przecież trzeba poświęcać się dla dobra sprawy.
- Eliksiry? - wyszeptał.
- Są - odparł Snape.
- Zaklęcia?
- Mam.
- Różdżka?
- Jest.
- Gotowy do działania?
- Oczywiście, że tak.
- Wyśmienicie. W takim razie możemy zaczynać.
- Drarrum Quaero – powiedział Severus. Zaklęcie składało się ze zrostu części imion Harry'ego oraz Draco i miało na celu odszukanie wszystkich młodych Potterów i Malfoyów w zamku, włączając w to przede wszystkim klony. Różdżka zadrżała, obracając się w kierunku dormitorium Ślizgonów. Mężczyźni ruszyli w kompletnej ciszy w głąb lochów. Snape już chciał przystanąć przy wejściu do Pokoju Wspólnego Slytherinu, lecz magiczny przedmiot w jego ręku uparcie wskazywał dalszą drogę w zupełnie innym kierunku. Szli tak około dwudziestu minut, aż w końcu stanęli przed lekko odrapanymi, starymi drzwiami.
Spojrzeli po sobie, Lucjusz kiwnął głową i pchnęli wrota...

*

Harry i Draco zaczęli odczuwać coraz większą panikę, gdy Smith zmysłowymi ruchami stanął na środku sali, usuwając z niej już nieprzydatny zestaw do gry i machając krótko różdżką. Nagle rozbrzmiała muzyka, której źródła nie dało się dokładnie umiejscowić. Zadowolony z siebie Zachariasz sięgnął do górnych guzików swojej koszuli, uśmiechając się przy tym drapieżnie w stronę swoich blednących ofiar. Był w połowie rozpinania ubrania, gdy usłyszeli trzask otwieranych drzwi. Do komnaty wpadli... Lucjusz Malfoy oraz Severus Snape. Wyglądali na żądnych krwi i dzierżyli w rękach różdżki. Zdezorientowany Puchon chciał rzucić w ich kierunku Drętwotę, lecz Mistrz Eliksirów zgrabnym ruchem odbił zaklęcie, trafiając Smitha, który runął jak długi. Potter i Malfoy patrzyli ze zdumieniem na swoich wybawców.
- Severusie, spójrz tylko, oni chcieli urządzić orgię! - wykrzyknął zdumiony Lucjusz, kierując oskarżycielsko palec w kierunku chłopców. - Te klony są bezczelne.
- Ojcze, przecież to ja, Draco, a nie jakiś klon - odparł Ślizgon. - Poza tym nie urządzamy tutaj żadnej orgii, to ten szalony Smith nas złapał i przetrzymywał.
- Niby w jakim celu miałby to robić? - zapytał podejrzliwie Snape. - Poza tym jak mamy ci wierzyć, że jesteś autentycznym Draconem? - dodał po chwili.
- Twierdził, że olśniło go, jakoby ja i stojący obok mnie słup soli, zwany Potterem, pociągamy go i uwięził nas tutaj, bo nie mógł się zdecydować, którego woli bardziej - odparł blondyn. - Odpowiedź na twoje drugie pytanie jest prosta. Jak zdążyliście zauważyć nie pałam żądzą ani nie molestuje obecnego tu Gryfona i wzajemnie.
- Ummm, no tak - mruknął Lucjusz. - To wiele wyjaśnia. Może wyjdziemy już z tej komnaty. Czuję, że nie było tutaj Filcha od co najmniej ćwierćwiecza - zwrócił się do zebranych, wzdrygając się malowniczo.
- Klony załatwimy potem, Severusie - dodał konspiracyjnym szeptem do Snape'a.
Po chwili podążali w kierunku gabinetu Dumbledore'a. Malfoy Senior cofnął zaklęcie z Zachariasza, po czym oplótł go niewidzialnymi więzami i lewitował za sobą. Byli w połowie schodów, gdy natknęli się na Ritę Skeeter. Ta, widząc tak niezwykłe zjawisko, natychmiast zainteresowała się tym i zapytała:
- Profesorze Snape, czy coś się stało? Może mogłabym jakoś pomóc? - Jej głos ociekał fałszywą słodyczą.
- To nie pani sprawa, panno Skeeter - wywarczał w jej stronę Snape. - Poradzimy sobie sami. Proszę poszukać sobie sensacji gdzie indziej.
- Harry, Draco, spójrzcie tylko, co dla was mam... - wymruczał lubieżnie na wpół przytomny Smith.
Oczy reporterki rozbłysły niebezpiecznym blaskiem.
- A więc to tak - powiedziała triumfującym głosem. - Pan Potter, Malfoy oraz Smith utworzyli w Hogwarcie związek homoseksualny. Moi czytelnicy z pewnością okażą niezmierne zainteresowanie tym faktem.
-Nie waż się nawet publikować takich bzdur - powiedział złowrogim szeptem Mistrz Eliksirów. - I nie wściubiaj nosa w nie swoje sprawy.
- Chodźmy na chwilę do tej klasy, muszę coś wam powiedzieć - dodał.
Mężczyźni zostawili na korytarzu Skeeter, która niezrażona reakcją Snape'a postanowiła wysłać dodatkowe informację do jutrzejszego numeru “Proroka”. Była pewna, że wywiad z tą małą Krukonką, opis nowych przypadków dziwnych zachowań w Hogwarcie, a teraz jeszcze TO zapewnią jej wieczną popularność, o jakiej zawsze marzyła. Rita uśmiechnęła się z satysfakcją.
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Aevenien » 7 gru 2010, o 02:01

Znowu muszę być wredna i złośliwa. Przykro mi.

Po pierwsze brakuje spacji przed myślnikami, przez co tekst jest mniej czytelny i od razu przestaję mieć ochotę go czytać. Inni pewnie też. Interpunkcja szaleje, szczególnie w dialogach… Kanoniczności nie uświadczysz za grosz to jest knuta, ale o tym jeszcze dalej. Humoru też nie widziałam ani kawałeczka, moja Rita kolejny raz zmarnowana, a to przecież taki potencjał był!
Ogólnie odcinek wygląda jak taka zapchaj dziura, nic ciekawego się nie dzieje, postacie zachowują się co najmniej dziwnie, a całość wypada po prostu źle.
Poza tym ja tu nie widzę spełnienia pierwszego warunku tak do końca, a już na pewno nie kompletnej plamy w wykonaniu Lucjusza i Severusa nie ma, chyba że tą plamą jest ich beznadziejne zachowanie. A już na pewno nie widzę w tym odcinku ofiar przeterminowanych dropsów – chyba, że to znowu Severus i Lucjusz.

Trochę cytatów:
Każdy z nas za stracony pion

Jaki pion, moralny? Lepiej by brzmiało „figurę”
Harry powabnymi ruchami przesunął figurę po skosie,

Zawsze wiedziałam, że Harry jest zdolnym chłopcem, ale nie miałam pojęcia, że potrafi przesuwać figury po skosie powabnymi ruchami…
Ich “Geniusz Zła” wydawał się tym mało zaciekawiony, bowiem czekał na coś więcej, a jak zauważył chłopcy jeszcze się nie rozkręcili, tak więc postanowił (nie)cierpliwie przeczekać chwilę wstępów.

Pięknie zakręcone zdanie, brzmi w stu procentach po polsku.
-Lucjuszu, rozumiem, że chcesz zabić Pottera, ale Draco...przecież to twój syn

Właśnie Lu, jak mogłeś o tym zapomnieć? Całe szczęście, że był tam czujny Severus i mógł o tym nieistotnym fakcie przypomnieć.
Ja sam myślałem, aby użyć zaklęcia tropiącego oraz podać im parę ciekawych eliksirów.

Ach, Severus i pomysły rodem z pierwszej klasy mugolskiej podstawówki.
Snape spojrzał na niego z dezaprobatą. - Te są z zeszłego sezonu, wczoraj dostałem nową dostawę od madame Malkin. Pochodzi z nowej linii “Bezdenna Czerń”. TO są dopiero odpowiednie szaty na takie okazje.

Ała… biedny kanon siedzie w lesie i już nawet nie ma siły wyć, tylko płacze…
gdy Smith zmysłowymi ruchami stanął na środku sali,

Smith nie dość, że jest Geniuszem Zła i Puchonem w jednym, to jeszcze umie zmysłowymi ruchami stawać na środku Sali!
Nagle rozbrzmiała muzyka, której źródła nie dało się dokładnie umiejscowić.

Po prostu zwariowali, a muzyka rozbrzmiewała się w ich głowach, przykre.
-Ojcze, przecież to ja, Draco, a nie jakiś klon. - odparł Ślizgon.

Cóż za wspaniała i logiczna argumentacja!
-To nie pani sprawa, panno Skeeter. - wywarczał w jej stronę Snape. - Poradzimy sobie sami. Proszę poszukać sobie sensacji gdzie indziej.

Akurat Snape byłby taki miły. I wywarkiwał by takie rzeczy…
- Pan Potter, Malfoy oraz Smith utworzyli w Hogwarcie związek homoseksualny.

Uwaga! Sensacja, odkryto sposób na utworzenie związku homoseksualnego! Potrzebne składniki: Potter, Malfoy, Smith i Hogwart.
-Nie waż się nawet publikować takich bzdur - powiedział złowrogim szeptem Mistrz Eliksirów. - i nie wściubiaj nosa w nie swoje sprawy.

Nie wściubiaj nosa – tak, właśnie w taki sposób wyraża się Severus Snape. Brawo!

Ogólnie, może się czepiam i jestem złośliwa, ale kurczę, ja rozumiem, że interpunkcja nie jest łatwa i łatwo jest zrobić błąd, bo mnie też się to często zdarza. Ale to, co się dzieje w tym odcinku… Nie mówiąc już o tych spacjach…
A treść, bez komentarza. I zero humoru!
Mam tylko nadzieję, że Miss Granger po raz drugi uratuje nam fetę, trzymam kciuki!
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Offline

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Moderatornia

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość