[T] [NZ] Nikt mnie już nie znał w rodzinnych stronach (1/3)

Incepcja, Arthur/Eames

Postprzez Voldemortist » 22 sie 2012, o 18:24

Moja droga siostro. W prawdzie urodziny miałaś już jakiś ładny czas temu, ale wszystkie wiemy, kogo obwiniać za to, że nie dostałaś niniejszego prezentu już wtedy, tak więc... :P Ale w końcu udało się go wypieścić i oto jest. Przy okazji jego wstawienia chciałabym jeszcze raz życzyć Ci wszystkiego najlepszego, żeby udało Ci się jednak znaleźć w życiu jakąś fajną, przynoszącą duuużo pieniędzy pracę, żebyś nabyła niedługo super komputer, żeby Twój telefon postanowił jednak zmartwychwstać i, kończąc już, żeby udało nam się w najbliższym czasie kupić nasz wspaniały stół (krzesła do niego także, ale to już opcjonalnie). Do tego oczywiście mam nadzieję, że nigdy nie skończą Ci się genialne fiki do czytania, a nowych fandomów nie zabraknie. :Shamrock:


Link do oryginału: Nobody knew me at home anymore
Autor: linckia_blue
Zgoda: Jest. Autorka życzy jubilatce wszystkiego najlepszego.
Wybór tekstu: Miss Black
Rating: PG-13/R
Beta: To opowiadanie betowało mi chyba więcej osób, niż jest wszystkich moich poprzednich tłumaczeń. 8-) Zacznijmy więc wymienianie. Podziękowania idą do Ojca, Aev i Ka w szczególności, ale także do Michiru za okiełznanie niektórych przecinków oraz do samej Miss Black za wymyślenie tytułu, a także za pomoc w rozstrzyganiu kwestii spornych przy niektórych zdaniach. Wszystkim wam naprawdę bardzo dziękuję.


Nikt mnie już nie znał w rodzinnych stronach



Rodzina Eamesów wprowadza się do domu obok na początku sierpnia. Arthur właśnie czyta, siedząc na wejściowych schodach, kiedy podjeżdża ciężarówka do przeprowadzek. W domu jest nieznośnie gorąco (klimatyzacja znowu się zepsuła), ale gdy podwórko mija ciężarówka, czuć na nim podmuch wiatru.
Ciężarówka jest wielka i Arthur jest prawie pewny, że mały dom obok nie będzie w stanie pomieścić jej zawartości — ale Arthur ma tylko jedenaście lat i całe swoje życie mieszkał w tym samym miejscu, więc nie ma żadnych wcześniejszych doświadczeń w tym temacie. Kierowcy są ubrani w uniformy z logo firmy przeprowadzkowej. Jeden z nich proponuje, że przyjdą później, żeby odebrać ciężarówkę, po czym odchodzi ulicą razem z resztą.
O drugiej Arthur wchodzi do domu po szklankę wody, a kiedy wraca, uświadamia sobie, że właśnie ominęło go przybycie nowych właścicieli. Na podjeździe jest zaparkowany ich samochód. Bardzo dobry samochód. Arthur może to stwierdzić po tym, jak pan Gregory, listonosz, gwiżdże, przechodząc obok niego — nisko i słodko, jakby go do siebie przywoływał.
Tata Arthura wraca do domu o szóstej, przynosząc ze sobą obiad — tłuste kanapki ze stoiska niedaleko budowy, na której pracuje. Arthur trochę się martwi, że jego tata będzie zły za niedokładne odkurzenie salonu; zaczął sprzątać dopiero godzinę przed jego przyjściem, ponieważ siedział na podwórku z nadzieją, że uda mu się chociaż przelotnie zobaczyć nowych sąsiadów.
Na szczęście jego tata jest zbyt zmęczony. Pachnie papierosami, co znaczy, że zatrzymał się po drodze w barze. Arthur dochodzi do wniosku, że tata jest już właściwie pijany i że prawdopodobnie przez cały wieczór nie usłyszy od niego ani słowa.
Gdy zapada zmrok, tata Arthura leży już nieprzytomny na kanapie. Arthur siada w zaciemnionej części werandy, oddychając spokojnie. Lato jest wilgotne, więc dookoła lata parę świetlików. Arthur patrzy na nie przy akompaniamencie pracującej pralki — jej niskiego buczenia dolatującego przez otwarte okno. W domu obok są zapalone światła i czasem przez okno widać cień poruszających się osób. Nikt nie wychodzi na zewnątrz.
Rankiem ciężarówki już nie ma. Lekko skonsternowany Arthur patrzy na pustą ulicę. Kosz na śmieci nowych sąsiadów, wypełniony folią bąbelkową i papierem do pakowania, został wystawiony na ulicę. Rozpakowywanie się nocą wydaje mu się dziwne, ale Arthur nie należy do dzieci, które wydają opinie, nie znając wszystkich faktów.
Czyta na schodach do lunchu, a potem zmywa naczynia i robi pranie. Kiedy podlewa trawę na podwórku, w końcu szczęście się do niego uśmiecha — przez tylną bramę wychodzą kobieta i mężczyzna.
Kobieta jest niska, ma ciemne włosy i najpełniejsze usta, jakie Arthur kiedykolwiek widział. Uśmiecha się marzycielsko, kiwając głową mężczyźnie, który wychodzi za nią. Mężczyzna jest wysoki, uśmiecha się szeroko i odrobinę drwiąco. Żywo gestykuluje podczas mówienia, a w kącikach oczu robią mu się zmarszczki. Idą tak blisko siebie, że co parę kroków stykają się biodrami. Arthur jest pewien, że są małżeństwem.
Kiedy wsiadają do samochodu, kobieta podnosi wzrok i zauważa Arthura. Posyła mu uśmiech i lekko do niego macha. Arthur schyla głowę, zawstydzony, że przyłapano go na gapieniu się, ale i tak jej odmachuje, bo nie chce, żeby pomyśleli, że jest nie tylko zbyt ciekawski, ale do tego jeszcze niegrzeczny.
Kiedy już odjeżdżają, Arthur wzdycha, czując w brzuchu znajomy skręt lekkiego rozczarowania. Jest pewien, że oboje są bardzo mili i w ogóle, ale który jedenastolatek nie ma nadziei na coś bardziej interesującego niż uprzejme małżeństwo, kiedy znak „na sprzedaż” znika sprzed domu obok?
— Witaj — mruczy jakiś głos prosto w jego ucho. Arthurowi udaje się nie krzyknąć; nienawidzi wszelkich krzyków. Jednak nie jest w stanie powstrzymać się przed gwałtownym obrotem. A ponieważ wciąż trzyma w ręku ogrodowego węża, stojący za nim chłopak zostaje natychmiast oblany wodą, na co reaguje wrzaskiem.
— Jasna cholera — mówi, ale śmieje się przy tym histerycznie, więc Arthur za bardzo się tym nie martwi.
— Uch… przepraszam. — Arthur zwalnia blokadę na dyszy, żeby woda przestała lecieć. — Przepraszam. To było… niechcący.
Chłopak się uśmiecha, a Arthur zgaduje, że musi być dzieckiem pary z domu obok, bo ma taki sam szeroki uśmiech jak tamten mężczyzna, a jego usta są tak samo pełne i miękkie jak u tamtej kobiety. Woda spływa mu z włosów, kapiąc do oczu i chłopak potrząsa głową jak pies, rozchlapując małe kropelki na koszulce Arthura, który krzywi się, by także nie zacząć się śmiać.
— W porządku — rzuca chłopak. — I tak jest zbyt gorąco. — Bez skrępowania odgarnia sobie włosy z oczu, zostawiając je sterczące na czubku głowy. — Jestem Eliot, ale nikt mnie tak nie nazywa, bo to niedorzeczne imię. Możesz mówić do mnie Eames. Właśnie wprowadziłem się do domu obok. Jesteś moim sąsiadem, czy po prostu kręci cię podlewanie cudzych ogrodów?
— Nazywam się Arthur.
— Jesteś bardzo rozmowny, Arthurze.
— A ty bardzo angielski, Eamesie — odpowiada Arthur z perfekcyjnie kamienną miną.
Eames znów się śmieje i mówi:
— Jestem z Londynu.
— Londynu? — pyta z powątpiewaniem Arthur. — Przeprowadziłeś się z Londynu na południe Illinois?
Eames krzywi się, jakby próbował zdecydować, czy powinien być trochę smutny.
— Miałem niekonwencjonalne dzieciństwo — stwierdza w końcu. — Myślę, że moi rodzice starają mi się to wynagrodzić. Chyba jednak trochę z tym przesadzili.
— Och — mówi Arthur. — Chcesz lemoniady? Musielibyśmy zrobić ją z proszku.
— A wiesz chociaż jak? — Eames unosi brew. — Wyglądasz trochę za młodo na włóczenie się samemu, robienie lemoniady i podlewanie trawy bez „nadzoru osoby dorosłej”.
— Mam prawie dwanaście lat — odpowiada zirytowany Arthur. — Ile trzeba mieć lat, żeby wiedzieć, że nie powinno się wsadzać palców do kontaktu albo trzymać rękawa nad włączoną kuchenką?
Eames podnosi ręce w obronnym geście.
— Wybacz. Nie chciałem sugerować, że jesteś niekompetentny czy coś w tym stylu. Ruszaj więc. Zrób mi lemoniadę.
Arthur przewraca oczami, ale i tak idzie ją zrobić.

***

Z przyjaciółmi w małym miasteczku jest tak, że nie jest ci dane ich wybierać. W zamian otrzymujesz dokładnie kogoś, kogo potrzebujesz.
Tak właśnie dzieje się z Arthurem i Eamesem. Eames jest o rok starszy, do tego obaj są swoimi przeciwieństwami właściwie we wszystkich ważnych kwestiach, ale coś w dynamice między nimi po prostu zaskakuje.
Spędzają godziny, leżąc na trawie na podwórku Arthura i rozmawiając o niczym. Budują fort z koców w piwnicy Eamesa i oglądają stare filmy na projektorze, zajadając się słodyczami, aż jest im od nich niedobrze. Gustują w różnych książkach, ale lubią taką samą muzykę. Żaden nie chce być taki, jaki jest drugi, ale obaj chcą być dla siebie idealni.
Może to dlatego, że Arthur nie kupuje wszystkiego, co Eames mówi, bo wie, że jest on praktycznie patologicznym kłamcą i kleptomanem, no i przecież ktoś musi ignorować jego wielkie ego, zanim Eames zacznie wierzyć, że jest tak wspaniały, jak udaje, że jest. A może dlatego, że Eames naprawdę słucha, kiedy Arthur mówi, w jakiś sposób wiedząc, że nawet jeśli Arthur wypowiada się i zachowuje, jakby był dwadzieścia lat starszy, niż jest, to tak naprawdę jest tylko małym dzieciakiem pragnącym czyjejś uwagi.
A może to dlatego, że żaden z nich nie jest stworzony do małomiasteczkowego życia, więc zamiast dorastać do życia w swoim mieście, dorastają do życia ze sobą.

***


Kiedy Arthur ma trzynaście i pół roku, spędza najgorsze święta swojego życia. Nie może sobie wyobrazić, żeby po nich mogły nastąpić jeszcze jakieś lepsze; w zasadzie wydaje mu się, że są one początkiem wszystkiego, co okropne.
Arthur wie, że jego tata wypadłby raczej źle, gdyby porównać go z innymi ojcami. Rozumie, że nawet jeśli mógłby być odrobinę lepszy we wszystkim, co robi źle, jego tata i tak nie przestałby na niego krzyczeć i rzucać talerzami, które rozbijają się o ścianę centymetry od głowy Arthura. Jego tata właściwie nigdy nie skrzywdził go fizycznie, co Arthur uważa za pewną wygraną i pamięta, że mama Eamesa powiedziała mu, że jest niesamowity i przytuliła go mocno tylko za to, że naprawił zmywarkę. Jest w porządku — nie wspaniale, ale w porządku. Arthur i tak przez większość czasu nie wchodzi swojemu tacie w drogę.
Jednak na święta jego tata zazwyczaj się stara. Mają plastikową choinkę, którą stawiają w kącie salonu obok telewizora. Arthur wiesza dwie skarpety na ścianie nad sztucznym kominkiem.
Tata Arthura kupuje na Wigilię pieczonego kurczaka i robi ziemniaczane purée z torebki, a następnego ranka Arthur kładzie pod choinką prezent dla niego, kupiony za pieniądze, które dostaje za mycie samochodu pana Leonarda każdej niedzieli. Arthur otwiera swój prezent, który zazwyczaj jest czymś, czego tak naprawdę wcale nie chciał, jak kij do baseballa czy deskorolka, ale nie przejmuje się tym, bo rozumie znaczenie powiedzenia „liczą się intencje” lepiej niż większość ludzi.
Ale kiedy Arthur ma trzynaście lat, nic takiego się nie dzieje. Jego tata zapomina, albo może już go to po prostu nie obchodzi. Arthur nie jest pewien i tak naprawdę nie ma to znaczenia. W Wigilię wychodzi na podwórko, gdzie jego tata pali jednego papierosa za drugim i pyta go:
— Czy chcesz, żebym zrobił purée?
— Po co?
— Um… są święta? — podsuwa Arthur.
— Naprawdę chcesz się w to bawić? Święta są dla rodzin.
— A my czym jesteśmy? — pyta Arthur wiedząc, że niebezpiecznie zbliża się do granicy cierpliwości swojego ojca.
— Niczym. Idź do łóżka; nie mam dziś na ciebie siły.
— Jest dopiero wpół do piątej — mówi Arthur. Jego tata rzuca papierosa i wgniata go w cement. Jego palce drżą. Arthur przełyka ciężko ślinę.
— Powiedziałem idź do łóżka, Arthur.
Arthura przeraża to, jak łatwo jest mu przełknąć łzy i tylko wzruszyć ramionami, kiedy wchodzi z powrotem do domu. Tak naprawdę nie jest nawet zaskoczony. Przez zeszły rok ich relacje zmieniły się ze złych na jeszcze gorsze. Arthur nie jest nawet w stanie wskazać żadnej konkretnej rzeczy, która do tego doprowadziła.
Może to dlatego, że ojciec zaczął więcej pić, albo dlatego, że Arthur nie polega już na nim w kwestii utrzymania go przy życiu tak, jak robił to, kiedy był młodszy. Teraz są po prostu dwojgiem nieznajomych, zamieszkujących tę samą powierzchnię, borykających się z poważnym brakiem równowagi w kwestiach władzy i kontroli. Arthurowi woli nie doszukiwać się schematów. To bezowocne. Czyste okrucieństwo jest przypadkowe.
Arthur idzie na górę i czyta przez długi czas. Słyszy kolędy dochodzące z domu Eamesa, a także wysoki i słodki, przywodzący na myśl dzwonki, głos jego mamy, dołączający się do chóru z ich klasycznego gramofonu. Arthur zasypia, nie wyłączając świateł i śni o tym, że jest z Eamesem w jego domu w Londynie, o którym Eames czasem opowiada z lekką nutą tęsknoty w głosie. We śnie Arthura obaj są starsi, eleganccy i ubrani jak dżentelmeni, a Eames czyta na głos „Opowieść wigilijną” i daje mu w prezencie niebieski jedwabny krawat, który przypomina w dotyku wodę, pieniądze i wolność.
Następnego ranka Arthur wstaje wcześnie i czuje w piersiach iskierkę przerażającej nadziei. Nienawidzi mieć nadziei bardziej niż czegokolwiek innego, bo zawsze i tak się rozczarowuje. Mimo to nie może przestać myśleć, że może jednak jego ojciec nie miał na myśli tego, co powiedział, że na dole będzie choinka, a na śniadanie zjedzą naleśniki z kawałkami czekolady.
Zbiega po schodach, przeskakując po dwa stopnie na raz.
Oczywiście, nic się nie zmieniło.
Jego tata jeszcze nawet nie wstał; leży nieprzytomny na kanapie, trzymając w omdlałych palcach pustą butelkę po rozlanej na podłodze whisky. Arthur wychodzi na zewnątrz, żeby usiąść na ganku. Jest za zimno, żeby siedzieć na dworze, zwłaszcza w piżamie, ale czasem Arthur czuje w brzuchu coś takiego, co znaczy, że po prostu nie może zostać w środku ani chwili dłużej. Denerwuje się, a jego klatka piersiowa zaczyna wydawać się zbyt mała, żeby pomieścić jego oddech i musi posiedzieć na wietrze, dopóki to uczucie nie minie. Najbardziej pragnie odejść gdzieś bardzo, bardzo daleko — może do Chicago — albo do jakiegokolwiek innego miasta, gdzieś, gdzie jest więcej przestrzeni.
Gdy jego palce zaczynają robić się niebieskie, Arthur wchodzi do środka i zjada płatki z mlekiem. Ogląda telewizję, aż jego tata wstaje i każe mu pozmywać naczynia, a kiedy kończy, idzie do swojego pokoju, kładzie się na łóżku i myśli o tym, jak wielki jest świat. Pewnego dnia, myśli Arthur, będę gdzieś tam, a nie tutaj.
Gdy zapada zmrok, idzie pobiegać. Arthur kocha biegać w ciemności, bo nie widzi wyraźnie niczego oprócz obrazów z życia innych ludzi, które może podejrzeć przez ich okna. Lubi zbierać małe skrawki informacji o różnych osobach. Rodzina Brownów każdego wieczora je dokładnie to samo spaghetti bolognese. Roger Smith składa w swojej szopie stary samochód i nie chce, żeby jego żona się o tym dowiedziała.
Kiedy biegnie, jest wolny, w pełni korzysta ze swojego ciała. Jest najlepszy w szkole w bieganiu i zawsze wygrywa, kiedy konkurują z Saline County, mimo że jest o rok młodszy od pozostałych członków drużyny. Ludzie często myślą, że Arthur jest mały, ale to nieprawda. Jest po prostu szczupły i nie tak nieporadny, jak większość nastolatków. Wpada w idealne tempo; rytm. W bieganiu chodzi tak naprawdę o upadanie. O wychylanie się i łapanie równowagi, ale upadanie jest tą piękną częścią.
Gdy w końcu wraca do domu, obok jego schodów wejściowych ktoś wyleguje się na ścieżce.
— Eames? — pyta Arthur, oddychając ciężko.
— Arthur! — Eames wygląda, jakby był bardzo zirytowany i Arthur chce mu powiedzieć, żeby wrócił do domu, bo jest już w prawie dobrym humorze, ale może się załamać, jeśli nawet Eames zacznie na niego krzyczeć za Bóg wie co.
— Wesołych świąt — mówi Arthur, wchodząc po schodach i omijając wstającego Eamesa. Gdyby Arthur nie był świadomy tego, jak zdenerwowany jest Eames, przewróciłby go z powrotem na trawę z tą nieszkodliwą agresją, którą noszą w sobie wszyscy chłopcy w pewnym wieku. Leżeliby na podwórku i rozmawiali o tym, jakie książki Eames dostał na święta i zakładali o to, który z nich potrafi szybciej czytać. Wtedy Arthur mógłby pójść do łóżka szczęśliwy zamiast tylko nie-nieszczęśliwy.
— Przyszedłem dać ci prezent — oznajmia Eames. — No i zapukałem do drzwi i otworzył twój tata i zapytałem, czy mógłbym z tobą porozmawiać, a on powiedział, że nie wie, gdzie poszedłeś, bo od rana cię nie widział, więc spytałem, jak minęły wasze święta, a on powiedział, że „skończył już z odstawianiem tej pieprzonej szopki”, bo „chłopak nie jest już dzieckiem” i że nie obchodziliście świąt.
— Tak, cóż… — mówi Arthur. Nie potrafi zmusić się do bycia zawstydzonym tym, jak nieuprzejmy był dla Eamesa jego tata. Musi być na świecie przynajmniej jedna osoba, która zna Arthura i całe to gówno, z którym musi sobie radzić, i która lubi go pomimo to, i jak dotąd to Eames nią był.
— Żadnych świąt, Arthur?
— I co niby mam z tym zrobić? — Arthur opiera się o drzwi i przeczesuje dłonią włosy.
Światła w domu Arthura są zgaszone. Oczy Eamesa są jasne, podświetlone tylko z jednej strony przez poświatę bijącą od ulicznej latarni.
— Nie wiem, Arthur. Po prostu… jestem zwyczajnie… zły… na niego.
Arthur schyla głowę i uśmiecha się wbrew sobie.
— Boże, Eames. A co ty masz z tym zrobić?
— Nie wiem. Jeszcze tego nie rozpracowałem.
Arthur wzdycha, widząc znajomą minę spiskowca na twarzy Eamesa.
— Nie chcesz chyba…
— Nie mam zamiaru próbować rozmawiać z twoim tatą. Obaj wiemy, że w niczym by to nie pomogło. Nie, nie, o to się nie martw. Słuchaj, chciałbyś zostać u mnie na noc?
— Twoi rodzice nie będą mieli nic przeciwko?
Eames macha ręką.
— Zrobiliby z ciebie swojego syna, gdybyś tylko im na to pozwolił.
— Tak, cóż, ja już mam rodzica — mówi Arthur, uśmiechając się mimowolnie.
Eames nic nie odpowiada, bo tak naprawdę nigdy nie rozmawiają o tacie Arthura, ale Arthur widzi jego zmarszczone brwi i wie, że Eames myśli „to ty tak twierdzisz”. Arthur i tak zgadza się zostać u niego na noc, więc ciemna linia pomiędzy jego brwiami znika.
Arthur nie zawraca sobie głowy mówieniem tacie, dokąd idzie — i tak by się tym nie przejął. Arthur spędza tyle czasu w domu Eamesa, że trzyma u niego swoją szczoteczkę do zębów i trochę ubrań; stara się nie myśleć o tym, że mógłby policzyć na palcach jednaj ręki, ile razy Eames był u niego. Rodzice Eamesa siedzą na kanapie i oglądają czarno-biały film z napisami, kiedy Arthur i Eames przechodzą przez salon.
— Witajcie, skarby — woła matka Eamesa, kiedy ich zauważa.
— Możesz iść na górę, za chwilę do ciebie dołączę — mówi Eames, wracając do salonu.
Arthur wbiega po schodach, przeskakując po dwa stopnie na raz. Rozciąga się na łóżku Eamesa, skopując z nóg buty. Wyciąga spod pleców komiks, na którym niechcący się położył. To najnowszy numer, ale światło jest zbyt słabe, żeby czytać.
Łóżko pachnie jak Eames, bezpiecznie i trochę zatęchle w ten chłopięcy, najlepszo-przyjacielski sposób. Arthur zasypia z twarzą wciśniętą w poduszkę, przebudzając się lekko, kiedy Eames wczołguje się pod kołdrę, trącając go w bok.
— Dobranoc, Arthur — szepcze Eames.
— Branoc — mamrocze Arthur, ziewając zanim jeszcze kończy mówić.
Kiedy Arthur się budzi, Eamesa znów nie ma. Arthur potyka się, idąc korytarzem do łazienki, żeby umyć zęby i wziąć prysznic. W jednej z szuflad znajduje parę swoich dżinsów; nie może znaleźć żadnej koszulki, więc po prostu pożycza jedną od Eamesa. Eames jest wyższy od niego tylko o pięć centymetrów, ale jest szerszy w ramionach, więc rękawy sięgają Arthurowi aż do koniuszków palców, przez co musi cały czas podciągać je do łokci.
Schodzi po schodach i w drzwiach kuchni natrafia na mamę Eamesa.
— Wesołych świąt, Arthurze! — mówi ona, uśmiechając się marzycielsko. — Dwa naleśniki czy trzy?
Jej naleśnikom bliżej jest do crêpes niż do tych, do których Arthur jest przyzwyczajony, ale i tak są niesamowite.
— Trzy — odpowiada, uśmiechając się.
— Wesołych świąt, Arthur — woła Eames, wpadając przez kuchenne drzwi. We włosach ma taśmę i igły choinkowe i Arthur wyciąga rękę, żeby je strzepnąć, kiedy Eames siada koło niego. — Widzisz, zdecydowaliśmy się obchodzić święta drugi raz, bo jeden to zdecydowanie za mało dla wspaniałej rodziny Eamesów.
Arthur oczywiście wie, że robią to tylko dla niego i chce im powiedzieć, że nie powinni, albo że nie mogą, ponieważ prawdziwi ludzie nie są tak zapierająco dech w piersiach kochani. Ale nie jest w stanie tego zrobić, bo oni uśmiechają się, kiedy otwiera prezenty, które wzięli dla niego nie wiadomo skąd; prawdziwe prezenty, rzeczy, które naprawdę mu się podobają. Robi mu się ciepło w miejscu, którego tylko Eames może dosięgnąć.

***


Kiedy w styczniu wracają do szkoły, Eames bierze udział w przesłuchaniu do przedstawienia, a Arthur wstępuje do kółka języka francuskiego. Ten rok jest przygnębiający, bo Eames jest teraz w liceum, a Arthur dopiero w ostatniej klasie gimnazjum. Na szczęście Eames zawsze kończy lekcje dwadzieścia minut przed Arthurem, więc przechodzi koło głównej bramy jego szkoły, żeby spotkać się z nim w drodze do domu.
Arthur recytuje francuską przemowę, którą obiecał wygłosić, bo jego nauczycielka twierdzi, że jego akcent jest nieskazitelny, więc zawsze prosi właśnie jego o zrobienie prezentacji, mimo że tak naprawdę wszyscy w klubie powinni brać w tym udział. Eames obsesyjnie recytuje swoje kwestie do szkolnego przedstawienia. Pomimo bycia pierwszakiem dostał rolę Feste w „Wieczorze Trzech Króli” i tak się tym podekscytował, że niemal się trząsł, gdy mówił o tym Arthurowi.
Są przecznicę od domu Eamesa, gdy ten odwraca się nagle do Arthura i przestaje mamrotać pod nosem Shakespeare’a. Arthur też się zamyka, bo czuje się głupio mówiąc do siebie i nie mając obok kogoś robiącego to samo.
— Po walentynkach wyjeżdżam na miesiąc — mówi Eames. Arthur stara się nie wyglądać na zdruzgotanego, ale chyba mu się to nie udaje, bo Eames, któremu rzednie mina, zaraz klepie go po ramieniu. Rodzina Eamesa dużo podróżuje, ale zazwyczaj nie wyjeżdżają na dłużej niż tydzień, najwyżej dwa.
Ich nieobecność jest okropna — nie żeby Arthur kiedykolwiek powiedział to Eamesowi. Ma w szkole paru przyjaciół, ale… bez niego czuje się samotny.
Najgorsza jest świadomość, że nie ma dokąd pójść, jeśli jego tata się rozzłości. W domu jest tylko określona ilość talerzy i Arthur zawsze się zastanawia, na co przerzuci się jego tata, kiedy się skończą.
Zazwyczaj Arthur spędza dwa albo trzy dni w tygodniu u Eamesa; jest prawie pewny, że to za dużo, ale nie jest w stanie zmusić się do zostania w domu, kiedy jest ciemno i zimno, jego tata krzyczy, a on wie, że mama Eamesa nie będzie robić kłopotu, po prostu wyśle go na górę do łóżka, i Arthur naprawdę myśli, że rodzice Eamesa nie mają nic przeciwko. Jest pewien, że nie mają.
— Posłuchaj — mówi Eames. — Wiem, że zazwyczaj o tym nie rozmawiamy, ale nie chcę, żebyś był uwięziony w domu ze swoim tatą, więc daję ci klucze do nas i możesz przychodzić, kiedy tylko będziesz chciał.
— Eames — mówi Arthur, patrząc na niego w zdumieniu. — Nie możesz tego zrobić, to za dużo.
— Nie, naprawdę nie. Przysięgam na Boga, że gdybyś im pozwolił, moi rodzice nigdy nie wysłaliby cię do domu. Mówię całkiem serio. Jeśli chcesz, możesz podlewać kwiatki, kiedy nas nie będzie i nazywać to pilnowaniem domu, dobra?
— Ja… dzięki, Eames.
— Dobra, ale jest coś, co muszę ci powiedzieć, jeśli będziesz tam bez nas. To naprawdę duży sekret, Arthur — dużo większy niż cokolwiek, co sobie wcześniej powiedzieliśmy.
— Większy niż ten, że tak naprawdę nigdy nie pocałowałeś Alice Ford?
— Tak. — Eames kiwa głową.
Arthur rozgląda się dookoła i obniża głos do szeptu, mimo że ulica jest całkowicie pusta.
— Większy niż ten, kiedy powiedziałeś mi, że być może myślisz, że jesteś odrobinę gejem?
— … tak — mówi Eames.
— O co chodzi?
— Myślę, że najpierw powinniśmy wejść do środka.
— Jezu, Eames. — Arthur potrząsa głową i wchodzi za nim po schodach do domu. Eames zamyka za sobą drzwi wejściowe, o czym prawie zawsze zapomina. Zamiast pójść na górę do swojego pokoju, idzie korytarzem do biura.
— Dobra — mówi, kiedy Arthur wchodzi za nim do pokoju. Po czym opada na dłonie i kolana i odchyla dywan, wyciągając go z trudem spod biurka. Następnie zwija go i Arthur przez chwilę patrzy na zmianę to na Eamesa, to na odsłoniętą podłogę, zastanawiając się, dokąd to wszystko zmierza.
— Zasady domu brzmią tak — mówi Eames, jakby powtarzał coś, czego słuchał całe swoje życie. — Oszukuj, zawsze oszukuj, oszukuj nawet mówiąc prawdę.
— Co? — pyta skonsternowany Arthur. A potem Eames podnosi podłogę. Arthur musi się cofnąć, kiedy otwiera się ukryta klapa. Pod deskami podłogi są ściśnięte sterty ostrożnie zapakowanych rzeczy. Niektóre są cienkie i płaskie jak płótna, inne wyglądają, jakby mogły być misami, wazami albo dzbanami.
— Moi rodzice nie są sprzedawcami — mówi Eames. — Są złodziejami dzieł sztuki.
Arthur wpatruje się w Eamesa, który zaczyna się nerwowo zachowywać, ale nie tak, jak zazwyczaj, kiedy bawi się swoimi guzikami, albo rozgląda po pokoju, jakby chciał sprawdzić wszystkie możliwe drogi ucieczki, tylko naprawdę nerwowo — przygryza dolną wargę i spina niespokojnie ramiona. Arthur nie lubi, kiedy Eames tak wygląda, więc zmusza się do powiedzenia czegoś.
— Poważnie? — mówi Arthur. — Czy ty, kurwa, żartujesz?
— Poważnie — odpowiada Eames. Jego głos jest cichy. — I jeśli ktoś przyjdzie tutaj szukając ich, kiedy wyjedziemy, nie będzie tu z dobrego powodu. Jeśli będzie szukać czegoś, co ukradli moi rodzice, najpierw kłamiesz i mówisz mu, że zbiór jest w Vegas, jeśli ci nie uwierzy, mówisz mu, że jest w Paryżu; a jeśli wciąż nie będzie ci wierzył, pokazujesz mu to.
— Więc to jest zbiór?
— Jego część.
— A gdzie jest reszta?
— Nie wiem. Dla mojego bezpieczeństwa.
— Kurwa — mówi Arthur. Eames wydaje dźwięk, jakby miał się zacząć nerwowo śmiać.
Arthur zastanawia się przez parę minut. Myśli o nieskazitelnym kodeksie moralnym swojego taty, byłego żołnierza, o jego opiniach w sprawach kradzieży i o fakcie, że pomijając to wszystko, Eames i jego rodzina są o niebo lepszymi ludźmi, nawet biorąc pod uwagę to, że najwidoczniej są oszustami.
— W porządku — mówi w końcu. — Nie powiem o tym nikomu, ani nic w tym stylu.
Tym razem Eames śmieje się już normalnie, po czym zamyka klapę i odkłada dywan z powrotem na jego miejsce, a następnie opada na podłogę, pociągając za sobą Arthura. Siedzą, dotykając się kolanami i patrząc na miejsce, gdzie dywan jest odrobinę wypukły przez ukrytą pod nim klapę.
— Przepraszam, że to takie dziwne — mówi cicho Eames.
— Czasami wydaje mi się, że nie jesteś prawdziwą osobą, Eames — mówi Arthur, odgarniając włosy z twarzy. — Po prostu nie wiem, co odpowiedzieć na większość rzeczy, które mi mówisz.
— Chcesz powiedzieć, że zostawiam cię oniemiałym, Arthurze?
— Uch. — Arthur wzdycha z czułym rozdrażnieniem. — Jak chcesz. Jestem głodny.
— Tosta z serem? — pyta Eames.
— Tak, poproszę — mówi Arthur, pozwalając Eamesowi podciągnąć się na nogi.

***


W walentynki trzy różne dziewczyny wysyłają mu liściki dlatego, że naprawdę go lubią. Oczywiście, Arthur nie odwzajemnia tych uczuć. Arthur nie lubi nikogo, oprócz być może, zdecydowanie, Eamesa — chociaż stara się o tym nie myśleć. Jest też całkiem nieszczęśliwy, ponieważ Eames wyjeżdża następnego dnia. Do tego nie może przyjść po niego do szkoły po lekcjach, bo pakuje się w domu, więc Arthur nie widzi go aż do wieczora, kiedy to Eames macha na niego ze swojej werandy.
— Przyjdź do nas na pożegnalny obiad — mówi. Wygląda poważniej niż zazwyczaj. Arthur przechodzi przez trawnik, który u Eamesa jest wyższy niż dookoła jego domu. Eames siada na ganku, a Arthur robi to samo odrobinę niżej, opierając się łokciami na tym samym stopniu, na którym są stopy Eamesa. Eames pochyla się i opiera łokcie na kolanach. Wpatruje się w ulicę, myślami błądząc gdzieś daleko.
— Będziesz za mną tęsknił? — pyta Arthura, drocząc się z nim z roztargnieniem.
Arthur nie ma ochoty grać w ich zwyczajową grę — cały ten sarkazm i czułe przytyki — więc w zamian odpowiada po prostu:
— Tak. Wiesz, że będę.
— Miesiąc to nie tak długo — stwierdza Eames. Arthurowi wydaje się, że może czuje się winny, że wyjeżdża, co jest głupie, bo ma rację, miesiąc to wcale nie tak długo. Eames nie ma wobec niego żadnych zobowiązań. Są tylko przyjaciółmi, Arthur nie ma do niego żadnych praw.
— Proszę, mam coś dla ciebie — mówi Arthur po paru minutach przyjemnej ciszy. Arthur lubi czasem milczeć z Eamesem. Czuje, jakby ich myśli przepływały między nimi z taką łatwością, jak ich słowa.
— Już dałeś mi prezent urodzinowy.
— Wiem — mówi Arthur. — To właściwie nie jest nawet prezent. To praca domowa.
Eames rozrywa niedbale gazetę, w którą Arthur zapakował pudełko. Uśmiecha się, kiedy widzi, co w nim jest.
— Jednorazowy aparat?
— Cóż, skoro będziesz gdzieś tam, zwiedzając świat, przywieź mi jakąś jego część. Zawsze złodziej, nigdy turysta. Omija cię całe ukulturalnianie się.
Eames uśmiecha się szeroko. Arthur czuje, jak jego ręka wędruje mu po kręgosłupie. Przebiega go lekki dreszcz, ale się nie odsuwa.
— Myślę, że może nie powinienem tego robić — mówi po chwili Eames. Jego oczy wciąż mają ten odległy wyraz i wygląda na prawie zdenerwowanego.
— Czego? — pyta Arthur niemal pewny, że Eames nie mówi o dotykaniu jego pleców; takie rzeczy robi praktycznie cały czas. To strasznie żenujące, ale Arthur wie, że Eames myśli, że Arthurowi brakuje czyjegoś dotyku.
— Spójrz na mnie — szepcze Eames. Arthur odwraca się, tak, że widzi go w lekkim świetle padającym z okien salonu. Eames przymyka oczy, jego rzęsy rzucają mu długie cienie na policzki, a Arthur myśli O cholera, Eames zaraz mnie pocałuje. A potem Eames go całuje. Pochyla się do przodu i przywiera ustami do jego ust — delikatnie, zamkniętymi, suchymi wargami.
Arthur czuje, jak napinają mu się ramiona, jego oczy też się zamykają. Przechyla głowę, żeby ich nosy się nie zderzyły. Eames odsuwa się i uśmiecha szeroko.
— No i już — mówi, pocierając kciukiem policzek Arthura. — Przypomniałeś mi wcześniej, jak to nigdy tak naprawdę nie pocałowałem Alice Ford. Dla ciebie to nie problem, że masz trzynaście lat i nigdy się nie całowałeś, ale mi kończył się już czas, szczególnie, jeśli chcę pozostać na topie.
Arthur wpatruje się w ziemię, dotykając ust niemal trzęsącymi się palcami.
— Eames, jesteś okropny — stwierdza. Planował powiedzieć to lekkim tonem, ale wychodzi prawie poważnie. — Wiesz, niektórzy ludzie mogą nie chcieć, żeby ich najlepszy przyjaciel tak bezceremonialnie kradł ich pierwszy pocałunek.
— Cóż, miejmy nadzieję, że nie jesteś jednym z tych ludzi — mruczy Eames, uśmiechając się szeroko.
W tym momencie mama Eamesa woła ich na obiad. Szybko jedzą i idą na górę do pokoju Eamesa, który opowiada Arthurowi o dodatkowych zadaniach, które nakazał mu robić reżyser szkolnej sztuki, żeby nie został za bardzo w tyle z próbami, a Arthur mówi mu o nowym programie telewizyjnym, który oglądał. Eames zasypia chwilę po północy, z palcami wplecionymi we włosy Arthura.
Arthur wierci się, czując delikatny nacisk ręki Eamesa na swojej czaszce, a kiedy już zasypia, jeszcze raz przykłada do ust niemal drżącą dłoń, szukając w nich jakichś zmian, jakiegoś dowodu na to, że Eames go w ogóle pocałował. Dziś są walentynki, Eames myśli. Naprawdę zrobiłeś to w walentynki, idioto?
Arthur śpi w łóżku Eamesa przez wszystkie dwadzieścia osiem nocy jego nieobecności.

***


Jest trochę po północy, kiedy Arthur budzi się, czując, jak Eames opada na łóżko obok niego. Wszystkie sprężyny trzeszczą. Eames popadł w okropny nawyk rzucania się wściekle albo leniwie na materac, zamiast zwyczajnie na niego usiąść. Arthur jest prawie pewny, że to efekt uboczny zostania szesnastolatkiem i że powinien być tylko wdzięczny, że Eames nie ma także strasznego trądziku.
Arthur się zrywa. Eames pachnie suchym, przetworzonym powietrzem z samolotu. Zapach jest znajomy i przypomina mu okres sprzed niecałych dwóch lat, gdy po raz pierwszy został sam w domu Eamesa, każdej nocy rozpamiętując wbrew sobie jego głupi przyjacielski pocałunek; czekając, aż Eames wróci do domu i czując pod mostkiem kłujące pragnienie, którego trzynastolatek nie może do końca zrozumieć.
Niewiele się zmieniło, pomijając może fakt, że teraz, kiedy Arthur ma piętnaście lat, jego — kiedyś odległe i wolno rozwijające się — uczucia, są dla niego trochę bardziej oczywiste i trochę zbyt bliskie.
— Jak było w Rzymie? — pyta Arthur, pocierając oczy i ziewając. Nawet w otaczających ich ciemnościach widać, że Eames nie wygląda za dobrze. Jego skóra ma zdrowy odcień wskazujący na to, że spędził trochę czasu na słońcu, ale wydaje się zdecydowanie zbyt chudy, a pod oczami ma świadczące o braku snu ciemne cienie.
— Arthur, nie powinieneś nawet wiedzieć, gdzie byliśmy — mówi Eames. Jego głos brzmi jak niski pomruk, jakby był zbyt często używany, wyczerpany. Jego akcent jest trochę pomieszany, mówi z inną intonacją, co, jak Arthur wie, znaczy, że musiał odgrywać jakąś rolę. Eames skopuje swoje buty i rozciąga się na łóżku tak, że plecami może oprzeć się o górę poduszek Arthura.
— Zostawiłeś na biurku masę wydruków potwierdzeń rezerwacji. Znalazłem je, gdy szukałem ołówków. Jesteś beznadziejny w zacieraniu za sobą śladów.
— Dlaczego powinniśmy się martwić zacieraniem śladów, skoro ty tu jesteś i rozbijasz się po naszym domu jak zwykły włóczęga, odciągając uwagę?
Ja jestem zwykłym włóczęgą? — mówi drwiąco Arthur. Przesuwa się trochę na bok, żeby zrobić Eamesowi więcej miejsca.
Długą chwilę leżą bez ruchu. Arthur przypomina sobie, jak to jest, gdy Eames wypełnia swoją osobą całą przestrzeń w pokoju, a Eames uczy się z powrotem wzorów na suficie.
— W Rzymie było potwornie — mówi w końcu cicho, żeby Arthur wiedział, że to sekret. — Przespałem się z jednym facetem.
Arthur jest zdezorientowany nagłą, dławiącą falą zazdrości. Wciąga gwałtownie powietrze, modląc się, żeby zabrzmiało to jak zaskoczenie, a nie okropna, bezcelowa złość. Przez zaciśnięte zęby udaje mu się zadać ostrożnie neutralne pytanie:
— Jak miał na imię? — Jest pewien, że brzmi, jakby coś było z nim poważnie nie tak. Może mieć tylko nadzieję, że Eames zinterpretuje to jako troskę o niego.
— Nie wiem. To znaczy, przedstawił się jako Demas, ale to pewnie nie było jego prawdziwe imię — mówi Eames. Odwraca się odrobinę nerwowo w jego stronę, ale Arthur jest prawie pewien, że robi to nieświadomie — Pracował razem z nami i… — Odkasłuje i milknie, jakby nie był w stanie dokończyć zdania.
— Kurwa — mówi Arthur, oddychając płytko przez nos. — Kurwa.
Arthur wie, że jest na krawędzi wybuchu, więc odsuwa od siebie kipiące emocje; niewiele rzeczy jest w stanie pozbawić Eamesa słów i Arthura przeraża to, że czemuś się to teraz udało.
— Hej — mówi i w końcu udaje mu się zmusić swój głos, by brzmiał bardziej normalnie. — W porządku, Eames. Mnie możesz powiedzieć. On nie…
Eames uśmiecha się szeroko, ale jest w tym uśmiechu coś cierpkiego.
— Oczywiście, że nie. Nie. Nic z tych rzeczy. Tylko… Kurwa. Nawet go nie lubiłem, nie wiem, czemu pozwoliłem mu… czemu właściwie zaciągnąłem go do łóżka. To była taka pieprzona okropna pomyłka… i…
Znowu następuje chwila ciszy. Jest niezręczna, tak, jak zwykle cisza między nimi nie może być.
— Ale, Eames, dlaczego to zrobiłeś? — pyta Arthur.
Eames patrzy na niego, jakby był zupełnie zrozpaczony.
— Nie wiem… — szepcze. — Kiedy jesteśmy w pracy, wszystko jest inne. Ja jestem inny. Muszę być. Po prostu tęskniłem za… i zwyczajnie chciałem… i… wtedy…
— I wtedy co? — szepcze Arthur. To, co mówi Eames, zaczyna tracić sens, a Arthur nie może jasno myśleć i wszystko między nimi zaczyna się komplikować i Arthur tego nienawidzi.
— Wtedy nas wystawił. Trzymał moich rodziców na muszce, żądając pieniędzy i całej reszty. Nie zwracał na mnie uwagi. Musiałem do niego strzelić, żeby uratować mamę.
— Och. — Arthur czeka chwilę, żeby się przekonać, czy Eames coś jeszcze powie, po czym zadaje pytanie, które musi zadać, chociaż wcale tego nie chce.— Czy ty… czy on umarł?
— Nie — mówi Eames, a w jego głosie można dosłyszeć echo ulgi. — Nie, trafiłem go tylko w ramię. Ale mogłem… Ja… Wiesz, ja uprawiałem z tym facetem seks. Może tak naprawdę wcale mi na nim nie zależało, ale i tak; czułem jego puls pod moimi rękoma, pod moimi ustami i mogłem… go zabić. To by było tak cholernie proste.
— Ale tego nie zrobiłeś. — Arthur znów przełyka falę przyprawiającej o mdłości zazdrości i myśli jest mój, właśnie tu, właśnie teraz, i to nieważne, że nie jest mój we właściwy sposób, bo teraz i tak jest mój. Obejmuje Eamesa ramieniem, bo wolno mu to robić bez pytania. Eames lekko się trzęsie. W dotyku jest prawie kościsty i Arthurowi wcale się to nie podoba.
— Ale rzecz w tym, że mogłem — szepcze złamanym głosem w szyję Arthura. Arthur myśli o tym, jak Eames zawsze pokazuje rodzicom tylko swoją jasną, beztroską stronę — jak nigdy nie pozwoliłby im zobaczyć siebie tak nieszczęśliwego i uświadamia sobie, że jest jedyną osobą na całym świecie, która zna jego sekret. To nie jest sekret z rodzaju tych, że Eames tak naprawdę nie pocałował Alice Ford, albo że Eames zawsze płacze na końcówce „Titanica”. Ten jest znacznie większy, mroczniejszy i bezpieczny tylko u niego. Eames bezwiednie przyciska usta do obojczyka Arthura.
— To bez znaczenia. Liczy się tylko to, co się zdarzyło; reszta to domysły. Po prostu bądź tutaj. — Arthur ostrożnie kładzie rękę na ramieniu Eamesa. — Bądź tu, właśnie teraz…
Potrzebuje całej swojej siły woli, żeby nie dodać tam jeszcze „ze mną”.
— Nie wierzę, że musiałem postrzelić swojego pierwszego — odzywa się w końcu Eames, po długiej chwili milczenia.
Arthur nie ma zamiaru powiedzieć tego, co wymyka mu się następnie z ust:
— Cóż, przynajmniej to mnie przypadł twój pierwszy pocałunek, racja?
Czeka, strofując się w duchu, aż Eames zastygnie w bezruchu albo się od niego odsunie. Dzieje się jednak odwrotnie. Eames rozpływa się w ramionach Arthura, przylegając do niego, jakby był płynny i nie czuł się na siłach, żeby się odsunąć. Smutny, mokro-radosny śmiech owiewa ciepło szyję Arthura.
— Tak — mówi Eames. — Ty… Ty
Arthur czeka na resztę zdania, ale ta nigdy nie nadchodzi. Eames zasypia przytulony do niego.

***


Arthur jest w połowie drogi do domu ze szkoły. Liczy pęknięcia w chodniku, żeby mieć jakieś zajęcie, kiedy elegancki, czarny, sportowy samochód wpada na ulicę z zawrotną prędkością i z piskiem opon zatrzymuje się koło niego.
Przez ułamek sekundy Arthur zastanawia się, czy lepiej zacząć uciekać, czy krzyczeć, i właśnie ma zdecydować się na porzucenie książek i ucieczkę, kiedy Eames otwiera drzwi, wystawiając z ekscytacją głowę z samochodu. Silnik warczy komicznie głośno, jak szczególnie zirytowany dziki kot.
— Zdałem prawko! — oświadcza Eames, wyskakując z samochodu i zostawiając kluczyki w stacyjce, żeby poprowadzić Arthura do drzwi od strony pasażera i praktycznie wsadzić go do środka.
— Co, do cholery… — mamrocze Arthur, a Eames wskakuje z powrotem na fotel kierowcy, zatrzaskuje drzwi i rusza z ogromną prędkością.
Przez pierwsze pięć minut Arthur jest zajęty trzymaniem się deski rozdzielczej tak mocno, że aż bieleją mu knykcie, ale powoli dochodzi do niego, że Eames jest całkiem niezłym kierowcą, który niestety działa w warunkach kontrolowanego chaosu. Arthur podejrzewa, że mógł nauczyć się jeździć, uciekając kradzionymi samochodami z miejsc zbrodni.
— Ej, nie jedziemy do domu. Gdzie mnie zabierasz? — pyta Arthur, ufając Eamesowi na tyle, że w jego głosie nie słychać żadnego zdenerwowania.
— Do Harrisburga — mówi Eames, skręcając w Czterdziestą Piątą.
— Po co? — pyta Arthur. Otwiera schowek przed sobą i grzebie w nim, aż znajduje parę listków gumy. Kładzie jeden na wyciągniętej dłoni Eamesa bez podnoszenia wzroku.
— Chcę sobie zrobić tatuaż, ale nie mam zamiaru iść do Rovera, tego gościa, który zawsze pałęta się za szkołą przy śmietnikach, bo wywołuje u mnie gęsią skórkę. Idę do prawdziwego salonu tatuażu.
— Eames. — Do głosu Arthura wkrada się nuta dezaprobaty. — Nie powinieneś robić sobie tatuażu. To znak rozpoznawczy. Jeśli w coś się wplączesz, ludzie będą mogli cię dzięki niemu namierzyć.
— Wiesz, gdyby ktoś podsłuchał naszą konwersację, na pewno by się nie domyślił, że to ja jestem złodziejem.
Arthur uśmiecha się, postanawiając potraktować to jak komplement.
— W każdym razie — kontynuuje Eames. — Po to właśnie są koszulki.
— Ty i twoje koszulki nie zawsze się dobrze dogadujecie — kpi Arthur.
— Co niby insynuujesz?
Arthur musi się fizycznie powstrzymać przed pokazaniem mu języka.
— Jesteś kompletnym ekshibicjonistą, Eames. Nawet nie próbuj zaprzeczać.
Eames odwraca głowę tak, że Arthur nie może za dobrze dosłyszeć jego odpowiedzi. Brzmi trochę tak, jakby mamrotał „Może dla ciebie”.
— Obrzydliwe — mówi Arthur, wywracając oczami. Musi pamiętać, żeby nie doszukiwać się niczego w takich absurdalnych żartach.
Jadą bez żadnych postojów — miasto nie jest zbyt daleko. Arthur trochę się martwi, że plan Eamesa ogranicza się do przyjechania do miasta i wejścia do pierwszego nierozpadającego się salonu, ale na szczęście wygląda na to, że Eames nawet wie, co robi, bo gdy tylko docierają na obrzeża, zaczyna skręcać w konkretne ulice. Pewnie spytał o to jednego ze swoich przyjaciół.
— Co sobie robisz? — pyta Arthur, przyciszając radio, żeby mogli się słyszeć. I tak nie zwracał uwagi na to, co leciało. Nie może przestać myśleć o niezmywalnych liniach eleganckiej czerni kaligrafii na skórze Eamesa.
— Zobaczysz — odpowiada Eames, unosząc komicznie jedną brew.
— Och, daj spokój; muszę wiedzieć, żebym mógł cię powstrzymać od zrobienia sobie czegoś naprawdę, naprawdę wstrętnego. Może ci się wydawać, że dwa psy zjadające się nawzajem to ironiczny komentarz na temat społeczeństwa, ale za dwadzieścia lat będą tylko symbolem zwierzęcego okrucieństwa.
— Za kogo mnie uważasz? — pyta Eames z udawanym oburzeniem.
— Za dupka.
Eames uśmiecha się ironicznie.
— Czy twoja prababcia umarła i zostawiła ci w spadku zapas konserwatywnych wartości na całe życie?
Rzecz w tym, że nie musi odpowiadać, bo Eames zna już prawdę o Arthurze; o tym, że Arthur jest dorosłym uwięzionym w ciele nastolatka i że czuje się przerażająco wspaniale będąc tu z Eamesem i mogąc pokazać mu język jak dziecko.
W salonie tatuażu Arthur siada na krześle w poczekalni, bo Eames nalega, żeby z nim nie szedł.
— Jeśli to twój pierwszy raz, to przyda ci się trochę, wiesz, wsparcia, koleś — mówi artysta. Nie wygląda, jakby uważał to za niezmiernie ważne, ale trochę ich naciska w tym temacie. Arthur wie, że wyglądają jak dwójka zagubionych dzieciaków. Niezbyt się tym przejmuje. Arthura nie za bardzo obchodzi, co myślą o nim inni ludzie.
— Nic mi nie będzie — oświadcza Eames, uśmiechając się krzywo, co dla tych, którzy go znają, jest oznaką tego, że cała ta sytuacja wydaje mu się banalna i naprawdę wcale się nią nie przejmuje.
— To, że chcesz mieć tam kogoś ze sobą, nie znaczy, że jesteś słaby — mężczyzna próbuje jeszcze raz.
Arthur nie może w tym momencie nie prychnąć.
— Jeśli na świecie jest jedna rzecz, o którą Eames się nie martwi — mamrocze — to jest nią jego męskość. Jego pewności siebie prawdopodobnie przydałoby się parę ciosów.
Artysta podnosi ręce w obronnym geście.
— Jak chcecie — mówi i razem z Eamesem znikają na tyłach. Eames idzie swoim krokiem typu „jestem totalnie super”, co sprawia, że Arthur śmieje się cicho.
Po jakiejś godzinie Arthurowi nudzi się bezczynne siedzenie i czekanie, więc idzie drogą do stacji benzynowej; zostawia na swoim krześle płaszcz, żeby Eames wiedział — jeśli skończy, zanim Arthur wróci — że nie zniknął na długo. Arthur kupuje colę i gazetę, a po zastanowieniu także tabliczkę czekolady dla Eamesa. Myśli o tym, dlaczego Eames nie chciał, żeby Arthur widział, jak robią mu tatuaż. Albo naprawdę nie chce, żeby Arthur zobaczył go, gdy jest „słaby”, co wydaje się głupie, albo naprawdę chce, żeby to była dla niego niespodzianka.
Kiedy wraca, musi czekać kolejne czterdzieści pięć minut, zanim dziewczyna z idealnie prostymi, czarnymi jak atrament włosami do pasa wychodzi z zaplecza, żeby go do siebie przywołać.
— To ty jesteś przyjacielem brytyjskiego dzieciaka, tak? — pyta.
Arthur kiwa głową.
— Musimy go obandażować — mówi dziewczyna. — Chcesz najpierw zobaczyć?
— A czy Eames chce, żebym go zobaczył?
— Tak, prosił, żebym cię przyprowadziła.
— Okej — mówi Arthur. Idą w głąb korytarza wypełnionego odległymi dźwiękami wiercenia, jak u dentysty.
— Hej, jak masz na imię? — pyta, jakby chciała wiedzieć to z jakiegoś konkretnego powodu, a nie jakby tylko próbowała być uprzejma.
— Arthur — odpowiada. Dziewczyna uśmiecha się szeroko, jakby jej podejrzenia na jakiś temat się sprawdziły.
Arthur uświadamia sobie, o czym myślała, gdy widzi tatuaż Eamesa. Kiedy wchodzi, Eames wygląda, jakby lekko odpływał i Arthur myśli, że chyba będzie musiał ich odwieźć. To lepsze rozwiązanie, niż pozwolić, żeby Eames wywiózł ich gdzieś w krzaki, bo jest na jakimś spowodowanym tatuażem endorfinowym haju.
— I co sądzisz? — pyta Eames śpiącym, niskim głosem. Odwraca się tak, żeby Arthur mógł zobaczyć.
Tatuaż to litera A.
Arthur przełyka z trudem ślinę, gdy go dostrzega. Musi być jakieś inne wyjaśnienie niż jego imię, jego imię. Cholera.
Mówiąc szczerze, jest naprawdę piękny. Umieszczony pod łopatką Eamesa, jest wystarczająco nisko, żeby zakryć go koszulką i wystarczająco ciemny, by być widocznym przez cienką, białą bawełnę.
Skóra dookoła znaku jest czerwona i podrażniona, a czarny atrament zdaje się jaskrawy na jej tle, ale Arthur może sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał, gdy już się całkowicie zagoi. Litera wygląda, jakby po części składała się z dymu, a po części z cienkiej liściastej winorośli i Arthur wyobraża sobie, że pociera ją kciukiem myśląc „A jak Arthur”, nawet jeśli to nieprawda.
— Jest… Naprawdę mi się podoba, Eames. — Arthur wie, że jego głos brzmi odrobinę miękko i jakby był zdezorientowany, ale nic nie może na to poradzić. — Od czego to?
Eames odwraca się, żeby spojrzeć mu w oczy. Jego spojrzenie jest ostre, skupione.
— Od „Alice” — mówi. Jest coś w sposobie, w jaki patrzy na Arthura. Jakby mógł zobaczyć wszystkie straszne rzeczy, jakie Arthur kiedykolwiek zrobił i zrobi, i wciąż go lubił. Eames zniża głos; jego senność całkowicie znikła. Arthur pragnie takiego Eamesa, z tą niepohamowaną energią ukrytą za fasadą nonszalancji, jeszcze bardziej.— Żeby pamiętać mój pierwszy pocałunek.
Arthur gwałtownie wciąga powietrze. Po prostu… czasami, mimo że zna Eamesa tak dobrze, po prostu nie jest w stanie go zupełnie zrozumieć. Co to ma, do cholery, znaczyć?
Tylko że Arthur nie może go zapytać, co przez to rozumie. Jest przerażony, jak nigdy w całym swoim życiu, że wszystko zrozumiał zupełnie źle i że Eames po prostu zachowuje się tak, jak zawsze — jakby składał się ze zbyt luźno powiązanych ze sobą wielkich gestów. Jak niby Arthur ma zrozumieć, dlaczego Eames robi niektóre rzeczy, skoro on sam nie potrafi ich pojąć?
— Arthur — mówi Eames. — Przestań tyle myśleć. Po prostu… naprawdę ci się podoba?
I co innego może na to odpowiedzieć, pomijając jedyną prawdę, którą zna?
— Tak. Cholera, wydaje mi się, że naprawdę tak.
Eames się uśmiecha i intensywność tej chwili można aż poczuć w powietrzu. Artysta od tatuaży wraca — Arthur nawet nie zauważył, kiedy wyszedł. Obandażowuje Eamesa czymś, co wygląda jak przezroczysta folia, i obaj pomagają mu założyć z powrotem koszulkę bez zbytniego naciągania skóry.
Arthur zawozi ich do domu, ale Eames musi stale przypominać mu o patrzeniu w lusterka i sygnalizowaniu skrętów w odpowiednich momentach, ponieważ Arthur tylko mniej więcej wie, kiedy powinien to robić.
Po drodze nie rozmawiają o niczym ważnym — tylko o zwykłych, nic nieznaczących rzeczach, a potem są już w domu. Arthur nie ma żadnego sensownego powodu, by zostawać u Eamesa i wciąż ma pracę domową do odrobienia na jutro.
Kiedy w końcu jest w łóżku — swoim własnym łóżku, które czasem wydaje mu się obce, bo jest bardziej przyzwyczajony do tego u Eamesa — Arthur pozwala sobie wyobrazić, że to „A” znaczy wszystko, czego pragnie. Nie dlatego, że Eames stara się zatrzeć w pamięci swój pierwszy raz pamiątką innego pierwszego razu i nie dlatego, że Eames jest jego najlepszym przyjacielem, ale dlatego, że Eames pragnie Arthura pod swoją skórą, wpisanego w niego przy pomocy atramentu na zawsze.
Ostatnio edytowano 22 sie 2012, o 22:03 przez Voldemortist, łącznie edytowano 3 razy
"Krawiec, jeden z pierwszych krawców, Polak, wysilił się i prawdziwie zadziwiającym sposobem jestem zgrabny - ale te trzewiki, te mnie zabijają, a bez nich ani się pokazać."
~Juliusz Słowacki
Voldemortist Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 440
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:56
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Miss Black » 22 sie 2012, o 19:50

KGajdsglVbds fu jkdzZUIadfesvigeriklsdgvhjdx,fnv cxmvhvurtttuieyrsauwyghvncefdsydfwgtakuebhcfdxvzbhgurdigbkjdszbdvgudrgsru. *krztusi się słowami*
O. Mój. Boże i cały panteonie wszystkich religii tego świata. Słowa nie są w stanie opisać, jak bardzo kocham to opowiadanie. Perfekcja. Czysta perfekcja. Czy może być coś doskonalszego? Ta relacja pomiędzy nimi... Ja nawet nie wiem, od czego zacząć. Od tego jak autorka fantastycznie oddaje każdy charakterystyczny gest Eamesa i Toma zarazem, czy od tego jak trafnie udaje jej się uchwycić Jo w Arthurze, czy może od tego jak wiele ta dwójka u niej dla siebie znaczy? Już zapomniałam, że tam jest tyle... Sama nie wiem, nie chcę powiedzieć angstu, ale przykrych sytuacji. Zapomniałam jak dzielny jest tam Arthur, jak niesamowicie przenikliwy Eames i jak oni tam jednocześnie boją się siebie stracić, więc wszystko rozumieją na opak. Boże i jak ja kocham końcówkę. I tego rozdziału i całego opowiadania w ogóle. Aż mam łzy w oczach. Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Vol jesteś mistrzem, wiesz to, prawda? To że słowo czy dwa bym zmieniła nie znaczy, że nie doceniam ogromu pracy, jaki w to włożono. Cudo. Boże, ja to chcę JUŻ mieć oprawione i wydrukowane.
I ta cała sytuacja, gdy Eames wraca z Rzymu. Cudo. Biedny zazdrosny piętnastoletni Arthur i Eames, który chce i nie chce mu coś powiedzieć. :splywa: I rodzice Eamesa. Kocham jego mamę. Kocham jej pierwszy opis, bo nie sposób się nie uśmiechnąć przy "pełnych ustach", bo tak Eamsowe, tak charakterystyczne dla niego, że aż boli. I ten magazyn pod schodami. Boże, mam cały nowy sezon White Collara do obejrzenia. Ciekawe, czy gdyby nie Neal miałabym jakieś moralne obiekcje. Cóż, nie sądzę. Uwielbiam to jak światek literacki opisuje świat przestępczy. Zwłaszcza ten wyrafinowany. Nic nie poradzę.
Jeszcze raz dziękuję. Vol za to, że się zgodziła i ZROBIŁA to. :serce: I całej armii bet, bo chyba inaczej nie da się tego oddać. Boże, dziewczyny, to się dzieje. Sprowadzamy Incepcję na ziemię ojczystą. :D
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Michiru » 22 sie 2012, o 21:54

Uhhh... Zanim zaczęłam czytać, obiecałam sobie, że napiszę porządną, składną notkę. Cóż, chyba jednak nic z tego nie wyjdzie.

Nie miałam najmniejszego pojęcia, że ten tekst zostawi mnie pod takim wrażeniem. Tak, mówiłam ci już, Vol, że bardzo się cieszę, że wreszcie będę mogła przeczytać twoje tłumaczenie, bo zupełnie nie pamiętam oryginału. Jasne, wiem, że go czytałam, i nawet mam wrażenie, że gdzieś tam w pamięci obija mi się jedna scena z niego, choć tak naprawdę nie jestem pewna, czy to aby na pewno z tego tekstu. Choć sądząc po dziwnej, jakby zadymionej atmosferze tego obrazu, który mam w głowie, idealnie wkomponowałby się w ten fick, więc przypuszczam, że tak, to z Nobody...

Anyway, wracając do tekstu, kocham jego klimat. Jest tak okropnie... duszny, parny i ciężki. Nawet w momentach, kiedy Arthur i Eames są razem, śmieją się i żartują, mam wrażenie, że w powietrzu wisi coś niedobrego. A może nie niedobrego, ale... niezręcznego? Niepokojącego? Arghhh, nie mogę znaleźć słowa, no!!! W każdym razie coś w tym klimacie jest niesamowitego. Coś.
Poza tym uwielbiam tutejszego Arthura. I Eamesa też oczywiście. Ale najbardziej podoba mi się to, jak Arthur myśli, analizuje i w ogóle. Bo przecież ten Arthur ma 11, 12, 13 lat, a jest tak boleśnie dojrzały, że aż ciarki przechodzą, kiedy o tym myślę. Urzekło mnie to zdanie:

Voldemortist napisał(a):Eames jest o rok starszy, do tego obaj są swoimi przeciwieństwami właściwie we wszystkich ważnych kwestiach, ale coś w dynamice między nimi po prostu zaskakuje.

Dokładnie. Idealnie powiedziane. Coś zaskakuje. Fantastyczne.
Oczywiście to nie jest jedyne zdanie, które mnie urzekło. Było tego całe mnóstwo, ale nie będę cytować, bo bym musiała 3/4 tekstu tu wrzucić, a to się chyba trochę mija z celem :P

Generalnie konkluzja jest taka: Vol, jesteś najcudowniejszą kobietą pod słońcem, bo dzięki tobie odkryłam na nowo to opowiadanie i się w nim zakochałam. Tłumaczenie wyszło ci fantastycznie i wiesz, nie chcę czekać pół roku na kolejną część, o nie! :P Także hontou ni arigatou i oby tak dalej. Ja chcę więcej!
:serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce:
"Oh," he says, "oh, god, I missed you so much."
"Did you, now?" Eames asks, his eyebrows going up. Arthur gives him a look, relieved the tension has apparently passed.
"I was talking to the coffee," he sniffs. "You are interrupting our moment."
Michiru Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1018
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 20:07
Lokalizacja: BB

Postprzez Havoc » 20 gru 2012, o 23:14

Kiedy będą następne części? :(
Wiem, wiem, brzmię jak jakaś dwunastolatka komentująca pod opkiem na Onecie, ale naprawdę zrobiło mi się przykro, że to już koniec.
Biedny Arthur. Znowu jest mi niewiarygodnie smutno, gdy czytam o jego niewypowiedzianych uczuciach - tak jak w Pecie.

Dziękuję za tłumaczenie i przepraszam, że tak krótko.
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18

Postprzez Bang Bang » 30 gru 2012, o 23:00

Okryłam się totalną hańbą i wstydem! Jak mogłam nie skomentować jednego z najpiękniejszych i najlepszych tekstów, jakie miałam okazję czytać :( . I nawet nie mówię tu o fandomie Incepcji, w którym linckia blue jest dla mnie drugą autorką po bóstwie i pewnie, gdyby gyzym nie było (ale takich rzeczy wolę sobie nie wyobrażać, bo nie wiem, czy swego rodzaju fandomowy kanon byłby bez niej taki sam), to zostałaby moją absolutnie najukochańszą autorką, bo jej teksty są po prostu piękne, nie są takim dynamicznym balansowanie między angstem a komedią, ale mają w sobie tyle ciepła i kurcze, romantyzmu, że człowiek rozpływa się, jak po zjedzeniu dużej tabliczki czekolady, ale o wszystkich fanfiction, jakie zdarzyło mi się przeczytać. Nobody to tekst, który pokochałam od pierwszego przeczytania. I może jestem jakaś dziwna, ale bardziej urzekła mnie w nim ta przyjaźń Arthura i Eamesa niż miłość/związek/zakochanie się. Poszukiwałam później takiej relacji w wielu innych fandomach i znajdowałam jakieś substytuty, czasem naprawdę świetne, w których również się zakochiwałam, ale każdy z nich w bezpośrednim porównaniu z tym fanfiction przegrywał. Bo tutejszy Arthur i Eames to tak wspaniale wykreowani, że chociaż istnieją teksty, w których psychologia postaci jest dogłębniej opisana i przedstawiona w taki sposób, że czytelnika po prostu wmurowuje w podłogę (tak, możliwe, że w tym momencie mam na myśli Pet) to jednak ich wzajemne relacje- majstersztyk! Chociaż to złe słowo, nie oddaje w pełni całej tej niesamowitości ich przyjaźni, bo tego opisać się po prostu nie da. Gdy czytam tego fika to wyłączają się w moim mózgu wszelkie obszary analizatorskie, ja go po prostu odczuwam... i zachwycam się, czasem uśmiechnę, czasem pociągnę nosem, ale zazwyczaj robiłabym po prostu ciągłe: awwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwww! i tuliła monitor. U linckii nigdy nie mam problemu, którego z nich bardziej lubię lub który bardziej mnie wkurza- zarówno Arthur i Eames są perfekcyjnie niedoskonali, a te ich wady, złe decyzje czy głupie postępowania jedynie dodają im tego rysu realistyczności. I wiem, że ten komentarz to taka paplanina o niczym i chaos w jednym, ale stwierdziłam, że nie mogę zacząć nowego roku bez dania znać, że przeczytałam to tłumaczenie, bo ono jest niesamowite, chociaż częściowe przełożenie na polski jednego z najpiękniejszych Eamurów to naprawdę czyn, za który należą się kilkumiesięczne, nieprzerwane oklaski i wystawienie pięknego pomnika. I ja nadal gdzieś tam, cichutko wierzę w to, że kiedyś, Droga Vol, dokończysz to tłumaczenie, nawet jak aktualnie jesteś w sterekowo-merthurowo-00q szaleństwie :). A teraz po prostu muszę zacytować parę fragmentów:

Z przyjaciółmi w małym miasteczku jest tak, że nie jest ci dane ich wybierać. W zamian otrzymujesz dokładnie kogoś, kogo potrzebujesz.


Szczerze mówiąc to zdanie tak mnie urzekło dopiero w tłumaczeniu, w oryginale jakoś przeoczyłam tą perełkę.

A może to dlatego, że żaden z nich nie jest stworzony do małomiasteczkowego życia, więc zamiast dorastać do życia w swoim mieście, dorastają do życia ze sobą.


W tym jednym, krótkim fragmencie jest zawarta cała idea, tematyka całego tekstu :serce:.

Kiedy w końcu jest w łóżku — swoim własnym łóżku, które czasem wydaje mu się obce, bo jest bardziej przyzwyczajony do tego u Eamesa — Arthur pozwala sobie wyobrazić, że to „A” znaczy wszystko, czego pragnie. Nie dlatego, że Eames stara się zatrzeć w pamięci swój pierwszy raz pamiątką innego pierwszego razu i nie dlatego, że Eames jest jego najlepszym przyjacielem, ale dlatego, że Eames pragnie Arthura pod swoją skórą, wpisanego w niego przy pomocy atramentu na zawsze.


Kocham historię z pierwszym tatuażem, bo może oni jeszcze nie do końca wiedzieli, kim dla siebie są, ale coś tam przeczuwali... Od tego momentu ja po prostu wiedziałam, że to inaczej skończyć się po prostu nie może.

DZIĘKUJĘ! Za możliwość przeczytania tego małego cuda, chociaż fragmentarycznie, w ojczystym języku, za to, że na nowo mogłam się w tym fiku zakochać. Z pozdrowieniami i życzeniami Weny, spóźnionymi o kilka miesięcy.
Combeferre sighed. "When was the last time you got a full night's sleep?"
"I'm a med student," said Joly, rubbing his eyes. "Sleep is surrender. Coffee is strength."
"Work is freedom," said Combeferre drily.
"Right." Joly nodded. "Sometimes, I forget you're a med student, too."

North London is red


Bractwo Bejsbola i Widła :pala:
Bang Bang Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 2318
Dołączył(a): 3 paź 2011, o 21:19
Lokalizacja: Emirates Stadium

Postprzez B.Prus » 26 cze 2013, o 12:02

Wczoraj w nocy nie mogłam usnąć (to pewnie przez te głupie burze). I w końcu zrezygnowała z próbowania i sięgnęłam po telefon i po raz kolejny przeczytałam ten tekst. Najpierw Twój polski rozdział i potem dwa kolejne w oryginale. I tak nie spałam do 3:30 i okazało się, że uśnięcie o tej godzinie jest jeszcze trudniejsze, bo ptaki zaczynają tak ćwierkać, że naprawdę nie da się spać, ale przede wszystkim dlatego, że ten tekst za każdym razem wywołuje u mnie tak silne emocje, że aż mnie coś ściska. Uwielbiam tego Arthura, uwielbiam tego Eamesa. Uwielbiam tę przyjaźń. Uwielbiam tą niepewność swoich uczuć z pierwszego półtora rozdziału. Tą pewność z drugiego. Uwielbiam to ich absolutne znanie się nawzajem (jejku, jak ja bym chciała, by ktoś mnie tak znał i akceptował i kochał...Tak samo jak te dziewczyny na kanapie- tak bardzo im zazdroszczę) Kocham tę scenę, gdy Eames atakuje tego typka, bo na Arthura nie można krzyczeć - jakby ktoś zrobił coś takiego dla mnie, chyba bym się rozpuściła z uwielbienia, bo ja tak samo nienawidzę, jak ktoś podnosi na mnie głos...
Tak zdecydowanie uwielbiam tego fika, zresztą jak wszystko co pisze linckia_blue (to zdecydowanie moja ulubiona autorka Incecjowa - serio, wolę ją nawet od gyzym).
Coś czuję, że pewnie nie przetłumaczysz pozostałych części, ale i tak serdeczne podziękowania, za ten jeden wspaniały rozdział.
B.Prus Offline


 
Posty: 9
Dołączył(a): 9 lut 2013, o 16:39

Postprzez Darlica » 11 wrz 2014, o 09:44

Ponownie przeczytałam tłumaczenie. Bardzo się cieszę, że umożliwiłaś nam zapoznanie się z częścią tego opowiadania w ojczystym języku.
Opis dorastania, przyjaźni oraz rosnącego uczucia, w tym momencie zgadzam się z Bang Bang, człowiek czuje się po przeczytaniu tego tekstu jak po zjedzeniu tabliczki najlepszej czekolady.
Przepraszam, że tak nieskładnie, ale nie mam wprawy w komentowaniu :)
Mam nadzieję, że jeszcze dane będzie nam przeczytać dalszą część w języku polskim...
Darlica Offline


 
Posty: 124
Dołączył(a): 4 sty 2011, o 16:54


Powrót do Twórczość wszelaka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości