[T] [NZ] Bezsenność w Nowym Jorku (2/4)

z wielkim spóźnieniem, ale cały czas urodzinowo dla Miss Black :*

Postprzez Aevenien » 2 sie 2012, o 19:48

Cóż, nie jestem najlepsza w wyrabianiu się na czas, ale lepiej później niż wcale? ;) W każdym razie niezmiennie życzę Ci, kochana Miss Black, wszystkiego najlepszego, rozjechania studiów i sesji, wygrania w totka i otworzenia najlepszej kawiarni w Warszawie, nowego, odpornego na pranie telefonu, komputera, którego nie zepsuje nawet Mareczka, niekończącego się optymizmu, Donny w nowym odcinku Suits i uśmiechu na każdy dzień :serce:

Tytuł oryginału: Late Night Phone Call
Autor: sparkledark
Beta: Lasair :*
Wsparcie językowe: Michiru :*
Zgoda: w drodze



BEZSENNOŚĆ W NOWYM JORKU



Czasami praca Arthura jest zadziwiająco łatwa.
Nie należy on do zbyt rozmownych ludzi. Cichy i nieśmiały, to słowa, którymi często go opisują, i tkwi w tym jakaś prawda, ale istotniejsze jest to, że Arthur uważa większość ludzi za beznadziejnie nudnych. A co gorsza skrycie obawia się, że to on jest beznadziejnie nudny, że nie ma nic nowego i interesującego do powiedzenia. Często zastanawia się, czy jeśli okoliczności zmuszają go do rozmowy z kimś dłużej niż dziesięć minut, to czy ta osoba w duchu nie rozważa popełnienia samobójstwa.
Rozmawianie z obcymi ludźmi przez telefon całą noc nie należy do jego wymarzonych zajęć i kiedy zaczął pracować na gorącej linii był, delikatnie mówiąc, dosyć sceptycznie nastawiony. Głównym powodem, dla którego przyjął tę posadę, były godziny pracy (nigdy nie był rannym ptaszkiem), obietnica, że kiedy nie będzie żadnych telefonów, może robić, co mu się żywnie podoba, i fakt, że właśnie miał zostać wyrzucony ze swojego mieszkania i szybko potrzebował pieniędzy. Nie spodziewał się, że zostanie tam na dłużej, a już z pewnością nie spodziewał się, że mu się to spodoba.
Pięć lat później dalej tam pracował.
Żaden z operatorów nie ma ani medycznego, ani psychologicznego przeszkolenia, więc Cobb sprawił, że pracę tę może wykonywać nawet idiota. Istnieje ustalona lista pytań i bardzo sprytny program na każdym komputerze, który służy do wpisywania odpowiedzi dzwoniącego i dostarczania możliwych rozwiązań. W większości przypadków sedno problemu ujawnia się w ciągu pierwszych pięciu minut rozmowy. Zazwyczaj jest to coś naprawdę banalnego — włączyć klimatyzację, kupić maszynę wydającą białe dźwięki, zakazać psu spania na swojej stopie — ale czasami zajmuje to trochę więcej czasu. Czasami trzeba słuchać rzeczy, których rozmówca nie mówi, i Arthur jest w tym naprawdę dobry. Ma doskonałe ucho do odgłosów w tle, do zmian w tonie głosu, do zauważania, kiedy ludzie czują się niezręcznie albo kiedy sobie zaprzeczają. Arthur zawsze otrzymuje pochwały za swoją dokładność i uwagę, jaką przywiązuje do szczegółów w profilach swoich rozmówców.
Kiedy wszystko inne zawodzi, Arthur prosi ich, żeby po prostu mówili. Pyta ich: „Powiedz mi, czemu uważasz, że masz problemy?” i zwykle powoduje to całą falę informacji, wirtualną kaskadę natręctw i do czasu, kiedy skończą i Arthur zasugeruje wizytę u lekarza albo w klinice snu, dana osoba wygada się do wyczerpania. W połowie przypadków ludzie zasypiają w trakcie rozmowy.
Nie jest to szczególnie wymagająca praca i przez większość nocy Arthur uważa, że dobrze na tym wychodzi. Podczas jednej zmiany dostaje średnio pięć albo sześć telefonów, mniej więcej po dziesięć minut każdy — godzina pracy, a płacą mu za całe osiem i nikogo nie obchodzi, czy spędzi resztę czasu pisząc, rysując, czy surfując po Internecie. Większość nocy jest bezbolesna, ale raz na jakiś czas Arthur myśli, że być może jego matka miała rację. Może licencjat z angielskiego naprawdę był stratą czasu. Może powinien zapisać się na kurs księgowości w lokalnej szkole albo zdać egzamin na urzędnika administracji państwowej. Czy to naprawdę wprowadziłoby go na jakąkolwiek pewną, pełną sukcesu ścieżkę zawodową?
Takiego rodzaju myśli nawiedzają go w noce, kiedy jest zbyt cicho, kiedy jest sam, nie odbiera żadnych telefonów, ma blokadę twórczą i może tylko siedzieć, rozmyślając nad bezużytecznością swojej egzystencji. Myśli te pojawiają się także, kiedy trafiają mu się problematyczni klienci. Ludzie, którzy powodują problemy, odbiegają od schematów, odmawiają odpowiedzi na pytania i sprawiają, że rozmowa całkowicie wymyka się Arthurowi spod kontroli.
Eames jest trudnym rozmówcą od samego początku, od pierwszej nocy.
— Nie mogę spać — warczy na Arthura, a w jego głosie słychać złość i mgliste oskarżenie.
— Dobrze — mówi Arthur. — Możesz powiedzieć, jak się nazywasz?
— Po co ci to?
— To nie musi być prawdziwe imię — zapewnia go Arthur. Masa ludzi przedstawiała się oczywistymi (i zwykle absurdalnymi) pseudonimami. Chyba że Mike Huckabee, Renee Russo i Bea Arthur naprawdę cierpią na bezsenność. I, w przypadku Bei, jednak jeszcze żyją. — Potrzebuję czegoś, żeby założyć twoją kartę.
— Zakładasz moją kartę?
— To jak najbardziej poufne, zapewniam cię.
— W takim razie niech będzie Eames — burczy. — Mów do mnie Eames.
Arthur otwiera nowy plik i w miejscu na notatki pisze: „Anglik, palacz, paranoik”.
— W porządku, Eames — mówi. — Mógłbyś, proszę, opisać otoczenie, w którym śpisz?
— Moje co? — pyta Eames. — To pieprzone łóżko, stary.
— Dobrze… — odpowiada Arthur i dodaje słowo „agresywny”. — Ale czy w twoim pokoju jest chłodno? Masz włączoną klimatyzację?
— Oczywiście, że mam włączoną klimatyzację. Na dworze jest tysiąc cholernych stopni.
— Tak, ale…
— Jest chłodno, ciemno i cicho — przerywa mu Eames. — Nie piłem nic z kofeiną i nie jestem kompletnym debilem. Nie mogę spać, bo nie piłem alkoholu od trzech tygodni. Potrzebuję jakichś tabletek czy coś.
— Myślę, że chyba wybrałeś zły numer — odpowiada Arthur i sprawdza rozwiązania dotyczące problemów z nałogami.
— Gorąca linia dla cierpiących na bezsenność, tak? — upewnia się Eames.
— Tak, ale ja nie jestem lekarzem. Nie mogę przepisać ci żadnych leków. I nawet jeśli bym mógł, nie wystawiłbym recepty na podstawie rozmowy telefonicznej — mówi Arthur. Podnosi na chwilę wzrok na ścianę swojego boksu i przewraca oczami do Ariadne, która posyła mu współczujące spojrzenie.
Eames prycha, tak jakby była to najbardziej niedorzeczna rzecz, o jakiej kiedykolwiek słyszał.
— Cóż, w takim razie po co tutaj jesteś?
— Em, żeby porozmawiać? Poradzić coś…
— Porozmawiać?
— Tak — mówi Arthur. — To czasami pomaga. I jest lepsze niż łykanie tabletek.
— Jesteś strasznie krytyczny jak na operatora infolinii, nie sądzisz?
— Słuchaj — wzdycha Arthur. — Czemu nie spróbujesz powiedzieć mi, co cię gnębi?
— To, że nie mogę spać — odpowiada Eames. — Czy to prawda, że umrę? To znaczy, ile by to zajęło?
— Nie umrzesz — mówi Arthur. Chyba, że sięgnę przez telefon i cię uduszę. — Jak długo nie spałeś?
— Trzy dni.
— Próbowałeś położyć się i zamknąć oczy?
— Nie, stałem przez cały czas na głowie — odpowiada Eames i Arthur dopisuje: „sarkastyczny, denerwujący” do pliku. — Wiem, jak to się robi.
— Dobrze, w takim razie prawdopodobnie trochę śpisz. Pewnie nie zdajesz sobie sprawy, że odpływasz na jakiś czas.
— Tak myślisz, hm? — pyta Eames. — A co, jeśli nie masz racji?
— I tak nie umrzesz — zapewnia go Arthur. — Słuchaj, wspominałeś coś o piciu. Masz problem z alkoholem?
Eames milczy przez chwilę. Arthur nie jest pewien, czy zastanawia się nad odpowiedzią, czy jest po prostu zły, że padło takie pytanie. W końcu mruczy:
— Przypuszczam, że można tak powiedzieć.
— Czy ty byś tak powiedział?
— Ludzie tak mówili — zwierza mu się Eames cicho, niemal szeptem.
— I próbujesz rzucić picie?
— To właśnie powiedziałem, czyż nie?
— Cóż, nie, nie do końca — mówi Arthur. — Nie chcę zakładać nic, co nie jest prawdą.
Eames nie odpowiada, więc Arthur ciągnie dalej:
— Może powinieneś rozważyć rozmowę z terapeutą od uzależnień — mówi. — Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś. Mam kilka rekomendacji, gdybyś…
— To cholerna strata czasu — mówi Eames i rozłącza się.
— Co jest, kurwa — klnie Arthur, rzucając zestaw słuchawkowy na biurko.
— Kto to był? — pyta Ariadne.
— Jakiś szalony Anglik — odpowiada Arthur. — Dupek.
Wychodzi na zasłużoną przerwę na papierosa i próbuje wymazać całe to zajście z pamięci. Nienawidzi, kiedy ktoś sprawia, że czuje się, jakby źle wykonywał swoją pracę, nienawidzi czuć się źle w czymkolwiek, ale to nie tak, jakby miało to jakieś znaczenie. To nie tak, jakby Eames miał jeszcze kiedykolwiek zadzwonić.

*

Następnej nocy już o tym zapomniał. W większości. Do momentu, gdy Eames, w niewytłumaczalny sposób, dzwoni znowu i chce rozmawiać z Arthurem.
Jest ta sama pora, co przy pierwszym telefonie, koło drugiej. Noc mija powoli, a na dworze pada deszcz. Arthur niemal zasypia przy swoim biurku, kiedy Ariadne dzwoni na jego linię.
— Wydaje mi się, że znowu mam twojego szalonego Anglika — informuje go. — Nie chce ze mną rozmawiać. Powiedział, że będzie rozmawiał tylko z Arthhurrem.
— Co? Jesteś pewna?
— Aha, mam mu powiedzieć, że umarłeś?
— Nie, nie, to… przełącz go.
Arthur bierze głęboki oddech i otwiera plik Eamesa.
— Gorąca linia dla cierpiących na bezsenność, Arthur przy tele…
— Muszę z tobą porozmawiać! — przerywa mu Eames, zanim ma szansę skończyć zdanie.
— Dobrze… — mówi Arthur ostrożnie. — Masz problemy ze spaniem?
— Tak, najwyraźniej — odpowiada Eames. — Cokolwiek zrobiłeś ostatniej nocy, zadziałało. Zrób to jeszcze raz.
— Nic nie zrobiłem. To ty się rozłączyłeś — przypomina mu Arthur.
— Musiałeś coś zrobić — upiera się Eames. — Przekaz podprogowy?
— Uch, nie. Może byłeś po prostu zmęczony.
— Albo to twój głos — stwierdza Eames. Co jest lekko schlebiające, ale wysoko nieprawdopodobne. — Chyba powinieneś do mnie mówić, Arthurze. Opowiedz mi… nie wiem, opowiedz mi o swoim dniu.
Arthur nie ma absolutnie nic do powiedzenia o swoim dniu. Obudził się o piętnastej, zjadł grillowaną kanapkę z serem, zadzwonił do matki i obejrzał odcinek Projektu Runway. Potem przyszedł do pracy. To mogło rzeczywiście kogoś uśpić, ale nie tak powinno to wyglądać.
— Czemu ty nie opowiesz mi o swoim dniu? — sugeruje.
— Mój dzień był okropny — mówi Eames ponuro. — Staram się o nim nie myśleć.
— Powiedz mi o jednej rzeczy, która cię zirytowała.
Eames wzdycha i Arthur słyszy nagle jakiś stukający dźwięk rozlegający się w tle, jak długopis albo kartonowe pudełko. To pierwszy odgłos, który zauważył, rozmawiając z Eamesem, i zastanawia się, co to może być.
— Jestem zablokowany — oświadcza w końcu Eames po minucie czy dwóch stukania i wzdychania.
— Zablokowany?
— Twórczo — dodaje i Arthur dopisuje słowo „artysta” do jego profilu. Nagle wszystko zaczyna nabierać sensu.
— Ach. To zupełnie jak ze snem, prawda? Im mocniej próbujesz, tym bardziej ci ucieka.
— Tak, tak, dokładnie! — mówi Eames podekscytowany, a Arthur czuje dziwne uczucie satysfakcji z tego, że w końcu, najwyraźniej, powiedział coś dobrze do tego faceta.— I obie te rzeczy przychodziły same, kiedy byłem pijany.
— Bo nie miałeś żadnych zahamowań — mówi Arthur. — Ale to było wywołane sztucznie. Teraz musisz nauczyć się funkcjonować bez wspomagaczy.
— Co jeśli nie potrafię? — pyta Eames. — Co jeśli nie mam prawdziwego talentu? Co jeśli jestem oszustem?
— Alkohol nie tworzy talentu — zapewnia go Arthur. Słyszy więcej westchnięć. I stukanie.
— Masz zeszyt? — pyta Arthur.
— Mam kilka.
— Zabierz jeden do słabo oświetlonego pokoju i spisz wszystko, co chodzi ci po głowie — sugeruje. To metoda, którą sam wypróbował, chociaż zwykle kończyło się to darciem na kawałki dowodów, kiedy tylko kończył. Ale metoda ta czyniła cuda, jeśli chodzi o odblokowywanie mózgu. Trawka także pomagała i kilka swoich najlepszych kawałków napisał, będąc na haju po różnych środkach, ale nie ma zamiaru proponować prochów alkoholikowi.
— Czym się zajmujesz, Arthurze? — pyta Eames, spokojniejszym, milszym głosem niż dotychczas.
— Tym — odpowiada.
— Nie, mam na myśli… mieszkasz w Nowym Jorku, prawda? Pracujesz na infolinii zaburzeń snu i masz zeszyty ze strumieniami świadomości. Musi w tym coś być.
— Ja nie…
— Czy to muzyka? Pisanie? Na pewno nie teatr…
— Co jest nie tak z teatrem?
— Nic, ale nie brzmisz mi na kogoś takiego — wyjaśnia Eames. — Twoja niechęć do odpowiedzi stanowi dla mnie wystarczający dowód.
Arthur uśmiecha się wbrew sobie. Tak naprawdę, co jest już wystarczająco dziwne, chciałby opowiedzieć Eamesowi o swoim pisaniu. Nie mówi o tym zbyt często, a szczególnie obcym ludziom, ale czuje, że to mogłoby poprawić ich stosunki. Dwóch zmagających się z niemocą twórczą artystów, wspólnie użalających się nad sobą w środku nocy…
Ale rzecz w tym, że nie wolno mu tego zrobić. Nie powinni dzielić się osobistymi informacjami z klientami, głównie z powodów bezpieczeństwa. To jedna z najważniejszych zasad Cobba.
— Co się dzieje, kiedy próbujesz tworzyć? — pyta zamiast tego.
— Nic się nie dzieje — mówi Eames. — Siedzę, patrzę w przestrzeń, kopię coś. Czasami zaczynam panikować. Co jeśli już nigdy mi się nie uda?
— No i co jeśli nigdy ci się nie uda? — dopytuje Arthur. — Umrzesz?
— To całkiem możliwe. — Arthur dodaje do notatek słowo „dramatyzuje”.
— Poeksperymentujmy z założeniem, że nie — sugeruje.
— Poeksperymentujmy, co?
— Mówię ci, że nie umrzesz — zapewnia Arthur. W tym momencie trochę improwizuje, ale zdaje się na instynkt.
— Dobrze, świetnie! — syczy Eames z sarkazmem. — Dzięki za podniesienie na duchu.
— Nie chodziło mi o podnoszenie na duchu — zaprzecza Arthur. — Mówię ci, że nigdy nic już nie stworzysz, więc się tym nie martw. Idź spać.
— To jest… dziwne — stwierdza Eames.
— Dobranoc, panie Eames — odpowiada na to Arthur i rozłącza się.

*

Jest lekko zaskoczony i — co dziwne — trochę rozczarowany, kiedy Eames nie dzwoni następnej nocy. To dobry znak, gdy ktoś przestaje dzwonić i zwykle Arthur odbiera to jako rodzaj potwierdzenia, że jest dobry w tym, co robi. Jednak tym razem, z jakiegoś powodu, Arthur chce to usłyszeć bezpośrednio od Eamesa. Chce wiedzieć, jak się ma, czy śpi normalnie, czy tworzy, czy jego mały eksperyment zadziałał, czy był kompletną klapą.
Przez większą część nocy jest mniej uważny w rozmowach z ludźmi i w głębi duszy zastanawia się cały czas, czy następny telefon będzie od Eamesa.
Arthur nigdy nie myśli o swoich rozmówcach, kiedy z nimi nie rozmawia. Poradzono mu, żeby tego nie robił. To była część jego szkolenia. „To nie są twoi pacjenci”, powiedział mu Cobb. „Nie jesteś odpowiedzialny za ich zdrowie. Nie zabieraj ich ze sobą do domu.” Nie powinni się osobiście angażować i Arthur nigdy tego nie robi. I nie ma zamiaru teraz zacząć. Jest tylko… ciekawy.
Następnej nocy dalej myśli o Eamesie, ale kiedy mija druga nad ranem, dochodzi do wniosku, że wystarczy. Już nigdy o nim nie usłyszy. Pakuje się do domu, kiedy nagle dzwoni telefon.
— Arthur! Dzięki Bogu, że tu jesteś — odzywa się Eames.
— Nie na długo — odpowiada Arthur. — Moja zmiana zaraz się kończy. Wiesz, już prawie świta…
— Tak, tak, zdaję sobie z tego sprawę. Porozmawiasz ze mną przez chwilę? Potrzebuję tylko kilku minut.
Brzmi na zdesperowanego, niemal wycieńczonego, a jego głos jest bardziej chrapliwy i słychać w nim nutkę histerii. Arthur słyszy w tle ten sam stukający dźwięk co wcześniej.
— Tylko kilka, co? — pyta Arthur. — Wiesz, że to nie jest zero siedemset. — Nie ma pojęcia, czemu w ogóle to powiedział. Czuje, że się rumieni, kiedy tylko kończy wypowiadać te słowa.
Eames nie zwraca na to uwagi.
— Napisałem dziś piosenkę — ogłasza. Arthur zaczął już wyłączać komputer i nie ma ochoty włączać go z powrotem, żeby otworzyć plik Eamesa, więc pisze „muzyk” na pustej stronie w swoim zeszycie.
— Wygląda na to, że twoje niegrzeczne i zniechęcające komentarze mnie zainspirowały — mówi Eames.
— Och, cóż, ja…
— Chciałbyś ją usłyszeć? — pyta.
— Um — wykrztusza Arthur.
— Nie ma jeszcze żadnych słów, to tylko sama melodia.
— Um — powtarza Arthur. Rzecz w tym, że ma ochotę to usłyszeć. Jest zmęczony, chce iść do domu, poza tym jest całkiem pewny, że to nie ma nic wspólnego z bezsennością i być może jest nawet niestosowne, ale i tak chce to usłyszeć. Tylko że już kiedyś przez to przechodził. Ma przyjaciół muzyków i jako że jest znany ze swojego braku taktu, takie rozmowy zawsze kończą się źle. Do tego stopnia, że czuje klaustrofobiczną panikę, kiedy ktokolwiek pojawi się na imprezie z futerałem na gitarę pod pachą.
— Boisz się, że będzie okropna, prawda? — zgaduje Eames. — Nic nie szkodzi, możesz mi powiedzieć, jeśli tak będzie.
— Nie nie o to cho… graj — mówi Arthur, przygotowując się na wysłuchanie czegoś okropnego.
Eames przełącza go na głośnik i nastrojowe stukanie nagle ustaje. Arthur uświadamia sobie, że to musiał być metronom. Przestarzały, mechaniczny metronom, oceniając po hałasie. Wiedział, że to jakiś znajomy dźwięk — irytujące wspomnienie jego lekcji gry na pianinie w dzieciństwie — i rzeczywiście tak jest. Chwilę później stukanie zastępują dźwięki muzyki. Arthur czuje taką ulgę, że Eames nie gra na pieprzonej gitarze, że dopiero po minucie udaje mu się skupić na tym, co słyszy.
Melodia jest dosyć melancholijna, Arthur mógłby nawet nazwać ją niepokojącą, ale jest czwarta trzydzieści nad ranem, na zewnątrz słychać pomruki burzy, a on jest sam w biurze, więc całkiem możliwe, że w tym momencie nawet piosenka z Ulicy Sezamkowej wydałaby mu się niepokojąca.
To raczej prosta melodia, ale z pewnością napisana z talentem. Jest dobra, zaskakująco dobra, ale kiedy Eames z powrotem bierze do ręki słuchawkę, Arthur nie może znaleźć słów, by powiedzieć, jak bardzo mu się podobała. Mimo bycia muzycznym snobem, nie potrafi dyskutować o muzyce. Chyba że jest do niczego.
— To było ładne — stwierdza.
— Ładne? — pyta Eames z absolutnym przerażeniem w głosie. Arthur krzywi się na własną głupotę. Jeśli ktoś nazwałby jego pisanie „ładnym”, pewnie dźgnąłby tę osobę prosto w oko.
— Jest dobra — mówi szybko. — Naprawdę dobra, podobała mi się.
— Cóż, na pewno będzie wyglądała inaczej, kiedy skończę — odpowiada Eames obronnym tonem. Arthur nie wie, jak przestać obrażać muzyczny talent Eamesa, więc próbuje zmienić temat na ten dotyczący powodów dzisiejszego telefonu.
— Spałeś zeszłej nocy? — pyta.
Eames wzdycha.
— Trochę.
— Jak się czułeś, kiedy się obudziłeś?
— Hmm, nie mogę ci tego powiedzieć — mówi Eames. — Skoro to nie jest zero siedemset.
Arthur znowu zaczyna się rumienić, usiłując odwieść swój umysł od przywoływania mentalnego obrazu tego, o czym prawdopodobnie mówi Eames. Nie żeby w ogóle wiedział, jak wygląda Eames… nie żeby chciał wiedzieć…
— Więc, uch, rozumiem, że dzisiaj nie mogłeś zasnąć — mówi. — Czujesz się teraz bardziej zrelaksowany, kiedy pograłeś na pianinie?
— Nie bardzo.
— Nie uspokoiło cię to ani trochę?
— Normalnie tak jest, ale… Wziąłem trochę kokainy.
— Trochę… Serio?
— Cóż, tak — potwierdza Eames i znowu rozlega się stukanie tego strasznego metronomu. Tik-tok, tik-tok, to wystarczy, żeby doprowadzić kogoś do szaleństwa i Arthur nie wie, co powinien w tym momencie powiedzieć. Nigdy wcześniej nie miał rozmówcy, który byłby na tyle głupi, żeby słuchać czegoś tak irytującego, kiedy próbuje zasnąć, nie mówiąc już o samodzielnym leczeniu głodu alkoholowego i bezsenności pieprzoną kokainą.
— Wie pan co, panie Eames, naprawdę nie wiem, czy jestem w stanie pomóc — wyznaje Arthur. — Nie jestem pewny, czy brak snu jest przyczyną twoich problemów. Powinieneś prawdopodobnie zobaczyć się z lekarzem.
— Byłem już u lekarza — mówi Eames. — Zrozum, nie robię tego zbyt często. Byłem na tej okropnej imprezie i widzisz, musiałem być towarzyski, dowcipny i interesujący.
— Musiałeś?
— Tak — upiera się Eames. — Słuchaj, nie proszę cię, żebyś był moim doradcą od uzależnień.
— A ja mówię, że myślę, że dokładnie kogoś takiego potrzebujesz! — Nie myśli tak, wie to. Sugerował to już za pierwszym razem. To więcej niż Arthur może znieść. Eames milczy przez chwilę i Arthur słyszy tylko okropne stukanie i wyobraża sobie go (wysoki, może ciemne włosy) wbijającego wzrok w wahadło niczym kot wpatrujący się w rybkę w akwarium.
W swoim zeszycie Arthur skrobie słowa: „pianista, metronom, brak odpowiednich mechanizmów radzenia sobie z rzeczywistością”.
— Chcesz, żebym przestał dzwonić? — pyta w końcu Eames.
Nie, myśli Arthur. Tak naprawdę wcale tego nie chcę.
— Chcę, żebyś poczuł się lepiej — mówi. — I nie jestem pewien, co mogę dla ciebie zrobić.
— Już robisz dużo — zapewnia go Eames. — Pomogłeś mi zasnąć i napisać piosenkę.
— Dobrze, ale…
— Potrzebuję kogoś, z kim mogę porozmawiać — mamrocze, a w jego głosie słychać smutek i wstyd. Arthur czuje się przez to jak największy dupek świata, chociaż wcale nie powinien się tak czuć, przecież nie próbuje się go pozbyć czy coś takiego. Eames nie powinien odbierać tego jako osobistej zniewagi. Arthur stara się mu pomóc.
Odchrząkuje i pyta:
— A co z psychiatrą?
— Chodziłem już do jednego — warczy Eames. — Potrzebuję rozmowy z kimś, kto mnie nie zna.
— Cóż… im więcej rozmawiamy, tym lepiej cię poznaję — mówi Arthur. — I co potem zrobisz?
Eames znowu nie odzywa się przez dłuższą chwilę, ale potem, ku zaskoczeniu Arthura, chichocze.
— To jest dobre pytanie, Arthurze — mówi. — Przypuszczam, że się dowiemy, prawda?
— Tak, przypuszczam, że tak — odpowiada Arthur i wzdycha, zmęczony kłótnią. — Myślisz, że teraz zaśniesz? — pyta. Rozmawiali już przez jakiś czas, z pewnością dłużej niż kilka minut, o które prosił Eames. Na zewnątrz widnieje, światło jest szare i mętne, ale wystarczająco jasne, żeby sygnalizować nadejście dnia, i Arthur już dawno powinien iść do domu. Nadal pada i pewnie jest już spóźniony na swój pociąg.
— Wątpię, ale warto spróbować — mówi Eames.
— Tylko spróbuj. Połóż się. I zatrzymaj ten pieprzony metronom.
— Jego dźwięk jest bardzo kojący — upiera się Eames. — Lubię pozwalać, by sam się zatrzymał.
— Zatrzymaj go — powtarza Arthur. — To najgorsza rzecz, jaka może być.
Rozłącza się, zanim Eames zdąży zaprotestować, i wychodzi na spotkanie z ponurym porankiem, czując dziwną radość.

*
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Ka » 2 sie 2012, o 20:31

:splywa:

Kocham tego fika. Serio, serio. Z łatwością wyobrażam sobie na wpół ciemne biuro, niebieskie światło z monitora, ciche głosy rozmów, słyszę metronom Eamesa... Cała atmosfera jest taka spokojna i nocna. A rozmowy Eamesa i Arthura wydają mi się całkiem realistyczne. Trochę obawiałam się, jak to wyjdzie w tłumaczeniu, ale naprawdę mi się podoba (widzę, że nawet wokalne potworki zostały wyedytowane ;) I tytuł, tytuł jest super!). Zwłaszcza Arthur jest świetny - Eames jest w porządku, ale to Arthur rządzi.
Arthur uważa większość ludzi za beznadziejnie nudnych. A co gorsza skrycie obawia się, że to on jest beznadziejnie nudny, że nie ma nic nowego i interesującego do powiedzenia.

To zdanie bardzo dobrze oddaje, jak często czuję się pośród ludzi. A ten fik jest fikiem, który czytam, kiedy w nocy nie mam pomysłu, do kogo zadzwonić. Taka moja mała gorąca linia.

Oczywiście podpisuję się pod życzeniami, a od siebie dodam jeszcze założenia naszego wydawnictwa i zawsze trafionych pomysłów na prezenty dla innych, bo czasami wymyślanie potrafi być męczarnią. ;) Wszystkiego najlepszego, Kochana!
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Aevenien » 2 sie 2012, o 20:36

No bo MB narzekała, że Arthur ją denerwuje, trzeba było coś z tym zrobić ;)
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Miss Black » 3 sie 2012, o 22:22

Miałam dzisiaj sen. Przerażający sen. Widzicie, obudziłam się śmiertelnie przekonana, że jestem w ciąży i nie mam bladego pojęcia, co się stało z ojcem dziecka. Ani kim u diabła jest. A żeby było śmieszniej, to już chyba piąty raz w ciągu ostatniego miesiąca. Ale są i plusy! Przynajmniej wreszcie wiem, jak wyglądałby mój bogin. Piszę o tym, bo cały dzień chodziłam ze swędzącym przekonaniem, że coś powinnam zrobić, ale nie miałam bladego pojęcia, co to może być. Najwyraźniej wyparłam z pamięci wszystko, co choć w najmniejszym stopniu powiązane jest ze snem. Nie ma innego wytłumaczenia. Koniec, kropka. No bo jak inaczej mogłabym zapomnieć o własnym prezencie? No jak?! :sciana: I wbrew pozorom, to nie jest spam. Tu za chwilę pojawi się komentarz. Pełen cytatów i zachwytów. Serio. *czytam fiki do Teen Wolfa* *uchyla się przed macką*

Edit:
Ok. To jest zajebiste. Nie tak zajebiste jak Batman, ale stoi w kolejce tuż, tuż za nim. Jak Ty właściwie to robisz? Nie rozważałaś kariery point mana? Pytam całkowicie poważnie. Po pierwsze, Eames mówi po polsku. Wow. Szok stulecia. Zgrzyt. A potem płyniemy. Wiatr w żaglach i fru. Cuuudo! Wyszło gładko. Naprawdę gładko, a sądzę, że proste to nie było. Nie mówiąc już o tym, że do czasu ich drugiej rozmowy zdążyłam poważnie zwątpić. Jakiś mi coś nie leżało. A potem Eames powiedział "to twój głos" i już byliśmy w domu! :splywa: To było tak Eamsowe, tak szalenie bezpardonowe, że do końca nie mogłam zetrzeć głupiego uśmiechu z twarzy. Co więcej, obawiam się, że kupiłam tego Eamesa już bezwarunkowo. Cudo! Chyba się powtarzam. Ale muszę przyznać, że straszny z niego głupek. Przecież każdy drugorzędny fan powie Ci, że to nie o głos Arthura chodzi, ale jego niezrównany i naturalny talent do wyprowadzania Eamsa z równowagi. To jest jego największe uzależnienie. Ale biedaczek jeszcze o tym nie wie. Kokaina. Tere-fere. Swoją drogą wielbię autorów, którzy nawiązują w fikach do wydarzeń z życia aktorów, którzy grają ich postaci. Kocham to w Sherlocku i kocham to tutaj. Tom jest taki słodki, nieśmiały i poważny, gdy mówi o tym okresie w swoim życiu. To był dobry ruch. Ach! I Arthur. Kurdę, Arthura też kupuję. Trochę się zniechęciłam tym, że pracuje w gorącej linii. No bo serio? Gorąca linia dla cierpiących na insomnię?! Ale zaraz przypomniałam sobie Nortona w Fight Clubie i oczywiście miałam wyszczerz na twarzy. No bo oczywiste było, że jeszcze parę akapitów i zaraz zadzwoni Eames. Poza tym, całkowicie przekonują mnie godziny pracy. Tu znajduję wspólny grunt z Arthurem. :D I nie bez znaczenia było pytanie Eamesa, o to czym Arthur się zajmuje. Kurdę, faktycznie. W Nowym Jorku nawet operator telefoniczny musi mieć jakiś ciekawy background. :lol2: Ale żeby było śmieszniej, tym właśnie mnie Arthur kupił. I nie jest NUDNY! Przyznaję to głośno. Całkiem go tu lubię. I chyba potrzebowałam przeczytać to po polsku, żeby docenić te wszystkie szczególiki, które czynią Arthura Arthurem. Cud, miód i orzeszki - trzema słowami. Czuję w kościach, że to będzie dobry fik. Błagam. Nie każ mi czekać do następnego roku na kolejny rozdział, bo mogę nie mieć tak silnej woli. Ok, ja nie mam tak silnej woli.
Ach, i jeszcze to: "Powiedział, że będzie rozmawiał tylko z Arthhurrem.". Kocham. :serce:

No i muszę jeszcze skomentować życzenia, nieprawdaż? 8-) Po pierwsze, dziękuję. Po drugie, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że zawsze trafiasz w sedno, składając mi życzenia. Totalny strzał dziesiątkę. Umierałam już przy telefonie odpornym na pranie *rzućmy zasłonę milczenia, na to, czemu ta kwestia w ogóle została poruszona :whistle:*, ale komputer stawiający się Marze dobił mnie zupełnie. Błagam. Niech wyprodukują coś takiego. Będę najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem.
Dzięki raz jeszcze! Cudo. Chcę więcej.

Edit2:
Ej, a ta muzyka Eamesa, to jest muzyka z Incepcji, prawda? Tak ją sobie właśnie wyobrażam i tak bym ją opisała. Ona jest cholernie niepokojąca, ale równocześnie bardzo prosta. Strasznie mi się spodobała ta myśl.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez Michiru » 4 sie 2012, o 20:27

Okej, wczoraj nie udało mi się skomentować, bo brat sprytnie zwinął mi Internet, kiedy nie patrzyłam, więc dzisiaj sama zaszyłam się w pokoju, żeby sytuacja się nie powtórzyła XD

Po pierwsze jeszcze raz oczywiście składam ci życzenia, MB. Rzeczywiście, Aev najwyraźniej idealnie trafiła, więc nie będę się powtarzać, ale jednak – wszystkiego naj naj najlepszego! A przede wszystkim przyjemności z czytania tego tekstu :)

Po drugie muszę powiedzieć, że ten fick jest fantastyczny. To się rozumie samo przez się, w końcu jest w nim Arthur i OMG-Eames :D Boszzz, jak ja kocham Eamesa. On jest tak cudownym facetem, że nie da się go nie uwielbiać. Ale do rzeczy, bo zaraz zejdę z tematu. Potrzebowałam dwóch podejść, żeby się przekonać, jak świetny jest ten tekst. Naprawdę nie wiem, jakim cudem za pierwszym razem przerwałam czytanie, a co ważniejsze, dlaczego tyle czasu zajęło mi wrócenie do niego. Także wielkie dzięki Aev, że mnie do tego zmotywowała.
Fabuła wydaje się być niby banalna i ktoś mógłby powiedzieć, że bez polotu (choć nie sądzę, żeby znalazł się ktoś taki), ale tak naprawdę to wszystko idealnie do siebie pasuje. I nieśmiały, nielubiący rozmawiać Arthur, mimo to pracujący w gorącej linii dla cierpiących na bezsenność, i kompletnie odjechany, paranoiczny Eames wydzwaniający jak szalony i proszący o Arthhurra (niech to, za każdym razem, jak sobie wyobrażam wymawiającego to imię Eamessa przypomina mi się Pet) i zaczynam się szczerzyć jak wariatka), i fakt, że obaj są kimś w rodzaju artystów outsiderów. Nawet Ariadna podśmiewająca się z „szalonego Anglika”. Fantastyczne, po prostu genialne.

Poza tym bardzo, ale to bardzo podobają mi się w tym tekście opisy. Są tak niesamowicie klimatyczne. Może to tylko moje wrażenie, ale wydaje mi się, że tak samo jak akcja dzieje się nocą, tak i te opisy są jak noc — troszkę tajemnicze, troszkę niepokojące, a czasami wręcz przeciwnie — napawające pewnością i spokojem. Mają fantastyczny wydźwięk i… hmm, nie jestem pewna, jak to opisać… coś w rodzaju harmonii? Nie wiem, ale właśnie to słowo przychodzi mi do głowy. Co w dodatku sprawia, że widzę interesujące połączenie między tym klimatem i moją wyimaginowaną melodią, którą napisał Eames. Wyobrażam sobie, że musiała być dokładnie taka, że komponowała się z atmosferą nocnych rozmów, z wiszącymi gdzieś w powietrzu oparami snu i wpasowującym się w to wszystko idealnie Arthurem. Cudo :D

Poza tym umarłam przy przekazie podprogowym i Eamesie stwierdzającym „to twój głos”. No i jak go nie kochać, jak? Z kolei przy metronomie sama zaczęłam niemalże słyszeć takie irytujące tykanie. Prawie się ucieszyłam, że to koniec odcinka, bo takie regularne cykanie w głowie jest baaardzo wkurzające XDDD Co nie znaczy, że nie czekam na kolejną część. I przyłączam się do prośby MB, poproszę o wklejenie go szybciej niż za rok.

Także na koniec gratuluję tłumaczenia, Aev. Wiem, że niełatwo jest przełożyć na polski jakiegokolwiek eamura, głównie z powodu tego naszego wyobrażenia o panującym w tych historiach klimacie, tych wszystkich brytyjskich akcentów i… no, wszystkiego. Mogłoby się wydawać, że eamury są nieprzetłumaczalne. A jednak się udało. Congrats!

PS1. Mam jakieś dziwne odruchy i za każdym razem, jak patrzę na ten tytuł, dostaję głupawki :P
PS2. Ups, się rozpisałam. Wybaczcie XD
"Oh," he says, "oh, god, I missed you so much."
"Did you, now?" Eames asks, his eyebrows going up. Arthur gives him a look, relieved the tension has apparently passed.
"I was talking to the coffee," he sniffs. "You are interrupting our moment."
Michiru Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 1018
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 20:07
Lokalizacja: BB

Postprzez Aevenien » 18 sie 2012, o 00:59

Za betę serdecznie dziękuję Lasair :*
MB, ponieważ niezmiennie życzę Ci wszystkiego najlepszego, dopisuję do poprzedniej listy Twój wymarzony stół z krzesłami ;)



*

Arthur ma małą grupę regularnych klientów, w większość starszych kobiet, które dzwonią raz lub dwa razy w miesiącu z powracającymi atakami bezsenności. Zwykle zdają Arthurowi relację z najnowszych wygłupów swoich wnuków, opowiadają o swoich wspomnieniach z dobrych czasów i w końcu przysypiają w trakcie rozmowy. Kobiety w pewnym wieku (tym wiekiem jest mniej więcej siedemdziesiątka) zdają się uważać, że Arthur ma przez telefon przyjemny i kojący głos. A może chodzi o to, że on po prostu pamięta ich imiona. Jakikolwiek jest powód, zawsze proszą o niego.
Ariadne nazywa je „staruszkami Arthura” i w miesiącach następujących po tej deszczowej nocy Eames dołącza do ich szeregów. Poza tym, że Eames nie dzwoni raz czy dwa razy w miesiącu, tylko dwa lub trzy razy na tydzień — czasami nawet częściej — i zamiast o wnukach i nostalgii mówi o muzyce, literaturze i kinie, a także o tym, jak bardzo nienawidzi wszystkich ludzi, których zna. Czasami gra coś Arthurowi na pianinie. Czasami rozmawiają przez kilka minut, a czasami Eames wisi na linii przez godzinę.
Arthur przestaje dopisywać informacje do jego profilu, zamiast tego prowadzi zeszyt z Eamesowymi obserwacjami. Eames przestaje bawić się tym głupim metronomem, więc Arthur myśli, że przynajmniej coś udało mu się osiągnąć. Po kilku tygodniach zaczyna się czuć jakby byli… nie przyjaciółmi, nie do końca, ale znajomymi. Zaczyna się czuć, jakby znał Eamesa, a to, czego nie wie, wypełnia swoją wyobraźnią. Kiedy rozmawiają, przywołuje na myśl obraz Eamesa w zagraconym mieszkaniu, w którym starcza miejsca dokładnie na łóżko, pianino i kilka regałów przy ścianie. Wyobraża sobie okropną pracę, o której Eames nigdy nie mówi, Starbucks albo Barnes & Noble i weekendowe fuchy w kawiarniach i barach. Zaczyna sobie wyobrażać jego życie i twarz. Taką z charakterem, w jakiś sposób naznaczoną zmartwieniem i dowodami na zbyt wiele nieprzespanych nocy, ale w dalszym ciągu atrakcyjną. Z takim głosem Arthur nie może wyobrazić sobie brzydkiej twarzy.
Eames zadaje masę pytań o życie Arthura, większość których Arthur ignoruje albo odbija, ale pewnej nocy, kiedy drzwi biura Cobba są zamknięte, a Ariadne słucha swojego iPoda, Eames mówi:
— Czy w końcu powiesz mi, czym się zajmujesz?
I Arthur decyduje, że tym razem odpowie.
— Jestem pisarzem — mówi. — Piszę… różne rzeczy. Prozę.
Wstrzymuje oddech i czeka na nieuchronne: „Czy już coś opublikowałeś?”. Arthur waha się między przygotowanymi odpowiedziami na to demoralizujące pytanie, w zależności od tego, kto go pyta. Ludziom takim jak jego matka czy ciotka powiedziałby: „Jeszcze nie, ale mam kilka kawałków”. Ludziom, z którymi ma nadzieję się przespać mówi: „chodzi mi o samą przyjemność pisania”. Przy ludziach, którym naprawdę ufa, schowałby po prostu twarz w dłoniach i jęknął żałośnie.
Nie jest pewien, w którą grupę wpasowuje się Eames. Nie ma ułożonej odpowiedzi dla wścibskich, cierpiących na bezsenność alkoholików, którzy grają na pianinie. Musi jednak przyznać, że ta niepewność jest lekko ekscytująca.
— Aha, wiedziałem. Nad czym pracujesz?
— Chodzi mi o samą… och, hmm — jąka się Arthur, zdając sobie sprawę, że Eames właśnie zapytał go o zupełnie coś innego. Coś niespodziewanego. — Pracuję obecnie nad powieścią. — Obecnie znaczy praktycznie: „przez ostatnie siedem lat”, ale Eames nie musi o tym wiedzieć.
— Powieść, naprawdę, to interesujące. O czym jest?
Arthur nienawidzi tego pytania prawie tak samo, jak tego o publikowaniu. Prawie.
— O problemach społecznych — mówi, mając nadzieję, że nie brzmi teraz jak pretensjonalny dupek, o bycie którym (często) siebie podejrzewa.
— Problemy… społeczne? — pyta Eames, a w jego głosie słuchać zdezorientowanie. — To nie brzmi jak proza.
— Cóż, to znaczy, taki jest główny motyw. Nierówność rasowa, na przykład.
— Ale o czym to jest? — Eames kładzie taki nacisk na słowo „o czym”, że Arthur zaczyna odczuwać coś na kształt niezręczności zmierzającej w stronę paniki. Co jeśli sam tak naprawdę nie wie, o czym jest? Co jeśli o niczym?
— Cóż, to… historia pewnej pary. Mieszanej pary żyjącej w latach sześćdziesiątych. To powieść historyczna. Ale próbuję odnieść to do obecnej…
— Więc piszesz o miłości — przerywa mu Eames. To nie jest pytanie.
— Cóż, nie. Nie do końca. To znaczy… to nie jest romans.
— Co jest nie tak z romansem?
— Nic, chyba. Tylko… to nie jest romans. Raczej nie jestem romantykiem.
— Nonsens — mówi Eames. — Każdy artysta jest romantykiem.
— To jest dopiero bardzo romantyczne stwierdzenie, panie Eames.
— Widzisz? To prawda. Albo jesteś tym beznadziejnie idealizującym, albo zgorzkniałym i rozczarowanym.
— Tak, rozumiem… — wzdycha Arthur. — A ty którym jesteś?
— Hm, chyba po trochę tym i tym, tak myślę.
Którym ja jestem?, zastanawia się Arthur. Nie żeby wierzył w tę absurdalną teorię, ale jest ciekawy, co powiedziałby Eames, gdyby go o to zapytał. To zaczyna zbliżać się niebezpiecznie do flirtowania, więc nie podejmuje tematu.
— Przeczytałbyś mi? — pyta Eames.
— Przeczy… co?
— Nie masz tego ze sobą?
— Nie rozumiem, chcesz, żebym poczytał ci moją powieść?
— No, nie całą. Jakąś scenę czy dwie.
Arthur ma ją ze sobą, oczywiście, że ma, ale myśl o czytaniu tego na głos — myśl o czytaniu na głos czegokolwiek, co napisał, komukolwiek — sprawia, że żołądek zaciska mu się w supeł. Ledwo udało mu się przez to przetrwać seminaria literackie na studiach.
— Nie powinienem — mówi.
— Czemu nie? To tylko ja, wariat, z którym rozmawiasz przez telefon…
— Nie po to tutaj jestem.
— Może pomoże mi to zasnąć? Jak bajka na dobranoc.
Arthur jest całkiem pewien, że jego pisanina jest na tyle nudna, żeby uśpić każdego, więc nie jest to taki zły pomysł. Uświadamia sobie w tym momencie, że to pierwszy raz w ciągu całej ich rozmowy, kiedy któryś z nich w ogóle wspomniał o spaniu. Patrzy przez ścianę swojego boksu i zauważa, że Ariadne nie słucha już muzyki. W sumie wygląda na to, że przysłuchuje się ich rozmowie.
— Jeżeli mówimy już o spaniu… — zaczyna Arthur, zsuwając się nieco niżej na swoim fotelu, żeby uciec przed ciekawskim spojrzeniem.
— Skończył się już mój czas?
— Cóż, nie, nie ma żadnego limitu.
— Tak, ale zawsze rozłączasz się po mniej więcej godzinie— mówi Eames z melodramatycznym, pełnym żałości westchnieniem.
— Mam też innych rozmówców — przypomina mu Arthur. — Nie mogę rozmawiać z tobą całą noc. Zwolniliby mnie.
Na ekranie komputera pojawia się wiadomość od Ariadne: „Szalony Anglik?”, a potem: „Seks na telefon?”.
— W takim razie dobranoc, Arthurze — mówi Eames, kiedy on odpisuje Ariadne: „NIE. Zajmij się swoim życiem”.
— Dobranoc, panie Eames — odpowiada cicho.
Później, kiedy pracuje nad swoją powieścią, myśli o Eamesie i próbuje napisać coś, czym nie wstydziłby się podzielić.

*

Halloween jest na ich gorącej linii jedną z najbardziej pracowitych nocy w roku. Konkurować z nim może tylko Wigilia Bożego Narodzenia i noce, w czasie których następuje zmiana czasu. Arthur ma na tyle wysoki status, że zwykle nie musi pracować w święta, ale podczas Halloween zawsze jakoś kończy w pracy. Cobb wydaje się myśleć, że Arthur szczególnie dobrze radzi sobie z rozmawianiem z ludźmi o ich irracjonalnych lękach przed duchami, goblinami czy ghulami.
Arthur nie jest niedowiarkiem. Bez problemu jest w stanie zaakceptować istnienie paranormalnych zjawisk na świecie. Są na to odpowiednie naukowe dowody i Arthur przeżył kilka rzeczy, których nie można było inaczej wytłumaczyć — uporczywy głuchy odgłos w szafie w domu jego dziadków na Long Island, drzwi, które same się otwierały i zamykały w jego pierwszym mieszkaniu na Brooklynie — ale nie ma zamiaru umierać ze strachu przed bezmyślną hollywoodzką produkcją czy innym sztucznym wytworem nastawionym na masowych odbiorców.
Halloween jest jak każda inna noc, w ciemności nie czai się nic, co zniknęłoby po zapaleniu światła i tak dalej. Jest dobry w przedstawianiu tych logicznych dowodów i zdrowego sceptycyzmu, a poza tym niełatwo go przestraszyć.
Zwykle nie ma większych problemów z uspokojeniem spanikowanych rozmówców, przekonanych, że w szafie siedzi jakieś straszydło.
Naturalnie, Eames okazuje się być wyjątkiem.
Arthur rozmawia przez telefon z młodą kobietą, która jest przerażona ostatnią częścią „Paranormal Actvity”, kiedy zaczyna się świecić przycisk sygnalizujący oczekujące połączenie. Arthur od razu domyśla się, że to Eames — większość ludzi nie chciałaby na niego czekać — a kiedy odbiera dziesięć minut później, słyszy w słuchawce ciche chrapanie i jest już tego pewien.
— Rozłączam się za pięć sekund — mówi.
Eames wydaje z siebie zmieszane chrząknięcie, tak jakby właśnie się obudził.
— Śpij dalej — mówi mu Arthur.
— Hm? Nie! Nie, czekaj! — mówi Eames gorączkowo. — Nie rozłączaj się, proszę!
— Nie wygląda na to, żeby potrzebował pan teraz moich usług, panie Eames.
— Pracowita noc, co? — pyta Eames.
— Tak, w rzeczy samej — odpowiada Arthur. — A skoro nie sprawiasz wrażenia, jakbyś miał jakieś problemy z zaśnięciem…
— Nie chcę zasnąć — przerywa mu Eames. — Potrzebuję cię, żeby nie zasnąć.
— Słucham?
— Zdaję sobie sprawę, że brzmi to nieco niekonwencjonalnie.
— To niedorzeczne — mówi Arthur beznamiętnie, pocierając oczy.
— Słuchaj, już prawie świta, prawda? Porozmawiaj ze mną, póki nie zrobi się całkiem jasno.
— Nie mogę… — Arthur urywa z westchnieniem. Jest wiele rzeczy, których nie może zrobić, ale mimo wszystko nie może się też zmusić do rozłączenia, więc tłumaczenie, czemu powinien to zrobić, nie ma żadnego sensu. Zamiast tego pyta: — Czemu nie chcesz spać?
— Moje sny — mówi Eames. — Mam koszmary.
Eames nigdy wcześniej nie wspominał o koszmarach, ale nie chciał też dzielić się z Arthurem żadnymi innymi szczegółami czy opisami. Arthur wyciąga poświęcony Eamesowi zeszyt na wszelki wypadek, gdyby tym razem miało być inaczej.
— O czym są? Jesteś gotowy, żeby mi o tym opowiedzieć?
— Wierzysz w duchy, Arthurze?
Arthur wzdycha. Jest już trochę zmęczony tym ciągłym zbaczaniem z tematu, za każdym razem, kiedy dotkną przyczyn jego trudności ze snem.
— Wierzę w to, że istnieją na świecie niewytłumaczalne zjawiska, które ludzie mogą odebrać jako duchy.
— Co to, do diabła, miało znaczyć?
— Czy boi się pan duchów, panie Eames?
Wydaje się to Arthurowi dziwnie osobliwe i nie pasuje do obrazu Eamesa, który stworzył w swojej głowie. Ale w końcu nigdy nic nie wiadomo.
— Mam jednego — oznajmia Eames tym samym obojętnym tonem, którego można by użyć do stwierdzenia, że ma się kota czy Hyundaia.
— Co masz na myśli? Twoje mieszkanie jest nawiedzone?
— Nie, nie moje mieszkanie — mówi Eames. — Ja jestem nawiedzony.
Cóż, może jednak dokądś teraz zmierzamy, myśli Arthur.
— Ty jesteś? — pyta Arthur. — Przez co?
— Przez ducha. Nie słuchasz, co mówię?
— Słucham, ale…
— To mój brat — mówi Eames i Arthura coś kłuje w sercu. Pisze w zeszycie „martwy brat”, ale brzmi to jakoś źle. Skreśla słowa i zaczyna bezmyślnie rysować.
— Ja… przykro mi — mówi. — Czy on…
— Był moim bliźniakiem. Identycznym. Umarł, kiedy mieliśmy szesnaście lat. — Eames w dalszym ciągu mówi obojętnym tonem, ale pod tą fasadą słychać napięcie. Arthur nic nie odpowiada, wszystko, co przychodzi mu na myśl, jest strasznie nieodpowiednie. — Wypadek samochodowy — ciągnie dalej Eames. — Dopiero co zrobił prawo jazdy. To było… to zdarzyło się w jednej chwili, wiesz. Bach. — Arthur nie wie. Nie ma zielonego pojęcia. Jest jedynakiem, więc nawet nie potrafi sobie wyobrazić tego… tej więzi miedzy bliźniakami i tego rodzaju straty. Jak coś takiego wpływa na drugą osobę?
— I ty… widziałeś jego ducha? — Głos Arthura jest zachrypnięty nawet w jego własnych uszach, tak jakby płakał albo krzyczał.
— Wiele razy. Chociaż nigdy bezpośrednio. Zawsze kątem oka, w oddali, czasami w odbiciu lustra.
Ostatnie słowa, szczerze mówiąc, przerażają Arthura na śmierć. Sama myśl o tym, że patrząc w lustro, mógłby zobaczyć kogoś jeszcze, upiorne oblicze czyhające tuż za nim, jest wystarczająco przerażające. Arthur nie potrafi nawet pomyśleć o historii Krwawej Mary bez oblewania się zimnym potem. Ale wyobrażenie sobie, że ta czyhająca postać jest twoim bliźniakiem, z taką samą twarzą…
— Jesteś pewien, że ci się to nie przewidziało? — pyta, być może trochę niedelikatnie. To możliwe, że on… bardziej niż możliwe, wręcz prawdopodobne. Eames nadużywał w przeszłości środków odurzających i ma zapewne poważne problemy emocjonalne.
Arthur naprawdę chciałby uwierzyć, że mu się to przewidziało.
— Widziałem go całkiem na trzeźwo.
— Dobrze, ale… cóż, rozmawiałeś z kimś o tym?
— Kto by mi uwierzył? — pyta Eames. Mi o tym mówisz, myśli Arthur. Dlaczego uważasz, że ja ci uwierzę?
— Miałem na myśli psychologiczny punkt widzenia — mówi Arthur. — To musi mieć podłoże emocjonalne.
— Emocjonalna halucynacja?
— Nie, chciałem powiedzieć, że musi ci być ciężko.
— Wiem, co powiedziałby mi psychiatra — prycha Eames. — Że to urojeniowa manifestacja mojego poczucia winy.
Arthur myśli, że brzmi to jak całkiem niezła diagnoza.
— I co o tym myślisz?
— Myślę, że to bzdura — odpowiada Eames dobitnie. — Tak, czuję się winny, ale nie jestem cholernym wariatem. On jest prawdziwy.
— Czy widujesz go także w swoich snach?
Jeśli Eames ma koszmary o swoim bracie, całkiem zrozumiałe byłoby, gdyby czasami myliłoby mu się to z rzeczywistością. Arthur sam dał się nabrać na kilka szczególnie realistycznych snów.
— Czasami tak, ale to coś innego.
— W jaki sposób?
— W moich snach on jest… zły.
— Zły na ciebie?
— Zły, że żyję życiem, które on powinien mieć.
— Tak właśnie myślisz?
Eames milczy przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad pytaniem. Arthur patrzy na swój zeszyt, w którym bazgrał coś bezmyślnie i uświadamia sobie, że rysował twarz. To dobry rysunek, lepszy niż zwykle, a przecież nawet nie zwracał uwagi na to, co robił. Przedstawia jakąś osobę, chociaż Arthur nigdy w życiu jej nie widział.
To Eames, myśli. Albo jego bliźniak.
Czuje, jak przebiega go dreszcz, wyrywa kartkę z zeszytu, zgniata i rzuca do kosza. Rozgląda się po dookoła, mając nadzieję, że znajome otoczenie go uspokoi, ale nagle wszystko wokół przybiera surrealistyczny, lekko przerażający wydźwięk koszmaru.
— On był tym dobrym — odzywa się w końcu Eames. — Wspaniały i utalentowany. On był wyjątkowy. Wszyscy go kochali.
Arthur wraca w myślach do ich pierwszej rozmowy, kiedy Eames martwił się, że jest jakimś oszustem, niezdolnym do funkcjonowania bez alkoholu. Teraz fakt, że Eames czuje, jakby nie zasłużył na żaden swój sukces, zaczyna nabierać sensu.
— Ty też jesteś dobry — przekonuje go. — W ogóle, co to, do diabła, ma znaczyć? To nie jest opera mydlana. Nie ma dobrego i złego bliźniaka. Jesteście tylko ludźmi.
— Tak, ale…
— Nie, żadnych ale — upiera się Arthur. Jeśli Eames nie zamordował swojego brata, poczucie winy i nienawiść do samego siebie są zupełnie bezpodstawne. — Słuchaj, jestem pewien, że twój brat chciałby, żebyś był szczęśliwy. Jeśli cię nawiedza, to pewnie dlatego, że ty go tutaj trzymasz.
— Co? Ja? Myślisz, że to możliwe?
Arthur rzeczywiście myśli, że to możliwe. Uważa, że duchy, jeśli istnieją, są mocno związane z żyjącymi ludźmi dookoła nich, którzy dostarczają im energii umożliwiającej im pozostanie na tym świecie. Są jednak dwa problemy w związku z tą teorią. Po pierwsze, robi ona z niego jakiegoś szaleńca. Po drugie, powinien pomagać Eamesowi radzić sobie z jego lękami, a nie je potęgować.
— Chciałem tylko powiedzieć, że prawdopodobnie nie powinieneś się go bać.
— Och, nie boję się go.
— Czyli to nie dlatego nie chciałeś zasnąć?
— Och, na litość boską, nie — chichocze Eames. — Przyzwyczaiłem się już do tego wszystkiego. Po prostu obejrzałem końcówkę „Koszmaru z ulicy wiązów” i to mnie przeraziło.
— Kurwa, żartujesz sobie ze mnie? — pyta Arthur. — Dlaczego… dlaczego właśnie powiedziałeś mi o tym wszystkim?
— Myślałem, że to pasuje do sytuacji.
— Freddy Krueger nie jest prawdziwy, panie Eames. Idź spać.

*

Po tej rozmowie Arthur uświadamia sobie kilka rzeczy. Po pierwsze, samo to, że dorosły mężczyzna mógłby przerazić się „Koszmaru z ulicy wiązów” jest kompletnie niedorzeczne. Wygląda na to, że Eames nie przestraszył się niczego w Halloween i nie miał też problemów z zaśnięciem (biorąc pod uwagę to, że chrapał, kiedy Arthur podniósł słuchawkę). Arthurowi wydaje się, że Eames prawdopodobnie zadzwonił, bo miał na to ochotę. Bo chciał porozmawiać z Arthurem, a zawłaszcza opowiedzieć mu tę historię. Tę wyjątkowo osobistą i bolesną historię.
Ale zamiast być zirytowanym tym faktem, tak jak czułby się, jeśli ktokolwiek inny marnowałby jego czas pracy, Arthur zdaje sobie sprawę, że w rzeczywistości go to cieszy. Ekscytuje go to w sposób, jakiego nie czuł od czasów liceum, kiedy — karmiąc się przez chwilę urojeniami —
pozwolił sobie wierzyć, że rozgrywający w szkolnej, znanej ze słabego poziomu drużyny futbolowej może być gejem i być może naprawdę odwzajemnia jego pożądliwe uczucia.
I chociaż oskarżano go o bycie egocentrycznym hipsterem i intelektualnym snobem praktycznie od dnia jego narodzin, to prawda, że jego seksualne preferencje czasami zbaczały nieco w stronę pierwotnych instynktów. W każdym razie tamten gracz nie był gejem i z pewnością nie podzielał jego zainteresowania, ale Arthur dobrze się bawił, udając przez te kilka miesięcy.
Eames nie jest rozgrywającym. Jest za to wrażliwym, zmagającym się z przeciwnościami artystą, a to z pewnością pociąga umysł Arthura, tę jego część, która aktywnie uczestniczy w całej tej dziwacznej sytuacji. Arthur wyrzucił swój przyprawiający o gęsią skórkę halloweenowy rysunek, ale nie zapomniał o nim, i teraz ma twarz (piękną twarz), którą może połączyć z głosem w swojej wyobraźni. Kto wie, czy w ogóle jest ona w jakimkolwiek stopniu podobna do prawdziwej twarzy Eamesa. Pewnie nie. Arthur niekoniecznie chce się o tym przekonywać.
Eames może myśleć, że Arthur jest skrytym romantykiem, ale nie ma racji. Arthur jest realistą i nie ma szans, żeby zmieniło się to w prawdziwy związek. To wbrew zasadom, to raz. Dwa, spotkanie twarzą w twarz praktycznie na pewno okazałoby się w jakimś stopniu rozczarowujące. Ale żadna z tych rzeczy nie powstrzymuje Arthura przed poczuciem malutkiego dreszczu ekscytacji następnym razem, kiedy słyszy jego głos, niski i znajomy, recytujący coś przypadkowego w zbyt śnieżną noc na początku listopada.
To słowa piosenki, dochodzi do wniosku Arthur, ale równie dobrze mogłaby to być poezja. Jest dosyć ponura, coś o duchach, snach i innych rzeczach, na których Arthur nie może się do końca skupić, bo tak bardzo pochłonęła go pasja i intensywność, z jaką recytuje Eames.
Eames kończy, czekając na reakcję Arthura.
— To jest, um, bardzo introspekcyjne. Czy to Emily Brontë?
— Emily… nie, to nie Emily Brontë. To ja. Eames.
— Przypomina mi się jej wiersz, jaki on miał tytuł…
— Koszmary Snu — odpowiada Eames, a w jego głosie słuchać niepokój. — Cholera. To zbyt podobne, prawda?
— Nie, nie, wcale nie — upiera się Arthur. — Po prostu nieco nawiązuje do... Co to za hałas? Zmywasz naczynia czy co?
— Biorę kąpiel — mówi Eames. I to przywołuje wiele obrazów, o których Arthur wcale nie powinien myśleć. Kto rozmawia przez telefon, siedząc w wannie?
— To dziwne — śmieje się Arthur. — Ale gorące kąpiele są na mojej liście.
— Jakiej liście? — pyta Eames.
— Um, liście sposobów walki z bezsennością.
— Och, tak. Więc uważasz, że było zbyt introspekcyjnie?
Zwykle Arthur uważa upraszanie się o komplementy za irytujące, ale w przypadku Eamesa czuje się niechętnie oczarowany. Właściwie, pisze nawet słowa „niechętnie oczarowany” w zeszycie w momencie, kiedy przychodzą mu one na myśl, bo idealnie podsumowują całą sytuację.
— Nie ma czegoś takiego jak „zbyt introspekcyjne” — odpowiada.
— Napisałem to wczoraj w nocy — informuje go Eames. — Po tym, jak się rozłączyłeś. Pomyślałem, że może cię to zainteresuje.
— Ja nie…
— Przy okazji, dzięki — mówi Eames szczerze.
— Za rozłączenie się z tobą?
— Nie, za słuchanie.
Arthur prawie mówi to moja praca, ale tak naprawdę nie chodzi tu o pracę i obaj o tym wiedzą. Zamiast tego odpowiada:
— Myślę, że stałeś się dla mnie czymś w rodzaju serialu, który ogląda się dla grzesznej przyjemności. Nie mogę przestać.
— Jestem tym dogłębnie wzruszony — mówi Eames i Arthur mu wierzy.
— Widziałeś go? — pyta Arthur.
— Nie, ostatnio nie. To nie zdarza się zbyt często.
— A jak sypiasz?
— Bardzo dobrze — odpowiada Eames jowialnie.
— Więc… czemu dzisiaj dzwonisz?
— Um, przypuszczam, że po to, by przeczytać ci słowa tej piosenki.
To jest moment, w którym Arthur powinien powiedzieć mu, żeby przestał. Eames nie może dzwonić i powstrzymywać Arthura od rozmawiania z ludźmi, którzy naprawdę potrzebują jego pomocy. Ktoś w końcu to zauważy, zacznie zadawać pytania i Arthur będzie musiał przekazać Eamesa do jednego z polecanych lekarzy albo do samego Cobba.
Zamiast tego Arthur mówi po prostu:
— Podobała mi się.
Pisze w swoim zeszycie „miałem rację” i uśmiecha się.

*
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Ka » 18 sie 2012, o 02:09

*wzdycha z ukontentowaniem* Uwielbiam uczucie, które wywołuje we mnie ten fik. Taki... spokój i zadowolenie. Jest idealny do czytania w nocy, ciepły i niebieski, i - naprawdę nie wiem, czy potrafię napisać coś, czego już wcześniej bym nie powiedziała. Czy wolno mi powtórzyć po raz milionowy, że kocham tego Eamesa, a jeszcze bardziej kocham tego Arthura, i że odczuwam z nim więź duchową?

Dodam jeszcze, że tłumaczenie naprawdę nie odbiera temu tekstowi ani części uroku.
"I don't approve of this," Arthur declares. "Who are these people and why are they writing haikus about my ankles?"

(It's only time.)
Ka Offline

Avatar użytkownika
Order Złotej Kałamarnicy
 
Posty: 1331
Dołączył(a): 30 paź 2010, o 16:49

Postprzez Aevenien » 18 sie 2012, o 02:13

Ka napisał(a):Dodam jeszcze, że tłumaczenie naprawdę nie odbiera temu tekstowi ani części uroku.

:serce: :serce: :serce:
Z Mackami nie ma żartów :mackigreen:


"Law school," Arthur says. "Law school gets everybody in the head. That's, you know. That's the whole point. Of law school."

Mostly, I exist in a state of denial about the denial. My head is a complex place, okay?
Aevenien Online

Avatar użytkownika
Macki Dalekiego Zasięgu
 
Posty: 6214
Dołączył(a): 27 paź 2010, o 19:39
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez Kuma » 18 sie 2012, o 10:24

Po pierwsze, Aev, tylko zmień liczbę rozdziałów w temacie, bo prawie nie zauważyłam, że jest coś nowego :))

Ogólnie wczoraj natknęłam się na ten tekst przypadkiem, bo rzadko odwiedzam ostatnio fora, a w nocy nagle naszła mnie na ochota na przeczytanie czegoś nie-drarrowego i tak oto, gdy tylko ujrzałam "Eames/Arthur", a ostatnio (przez Lasair głównie) mam fazę na Hardy'ego, od razu się na to rzuciłam. I był to pierwszy raz, kiedy przeczytałam CAŁY tekst oryginalny, po angielsku. Z moim angielskim wydawało mi się to niemożliwe, ale tekst jest świetnie napisany i jakoś dałam radę (co prawda teraz umieram, bo czytałam chyba do piątej, ale nieważne). Jak już napisałam, tekst ma świetny język w oryginale, lekki i prosty w zasadzie, ale jednocześnie ma w sobie to "coś", co daje tekstowi niesamowitą atmosferę. Ktoś gdzieś napisał, że czuje ten nocny klimat, że wyobraża sobie Arthura w tym swoim biurze, że wszystko jest takie namacalne. I Ty jak najbardziej to oddałaś! Naprawdę, w wersji polskiej tekst nie traci na wartości; w ogóle! I patrzyłam też na komentarze a propos "Eamesa mówiącego po polsku" i chciałam sprawdzić, jak to wygląda po angielsku i... Boże, w ogóle ta dziewczyna jest genialna, bo te całe dialogi są takie typowo jego no, naprawdę w pełni oddała jego charakter, a Tobie tak świetnie udało się to przerzucić na polski! Naprawdę, kiedy tylko dodało się twarz Hardy'ego (no dobra, nie tylko ^^), było idealnie i cudownie i wszystko.
W ogóle ten test jest trochę dziwny, tzn. ten pomysł wydał mi się od początku nieco naciągany, chociaż i tak to NIC w porównaniu z tą pieprzoną końcówką, która niesamowicie mnie zawiodła, ale to tylko mogę mieć wonty do autorki... Tzn. na początku to wszystko wydaje się takie dziwaczne i trochę nierealne, ale później wszystko zaczyna się rozwijać w taki powolny sposób, wszystko jest tak cudownie dozowane, opisywane, że ostatecznie czyta się i czyta i nie można się oderwać i nie ma się już żadnych wątpliwości, że to wszystko jest po prostu boskie. (OPRÓCZ ZAKOŃCZENIA -.-) Nie wiem, co mam jeszcze powiedzieć. Twoje tłumaczenie to kawał dobrej roboty, Lasair też świetnie zbetowała i w ogóle... Strasznie mi się podoba no. Naprawdę. Klimat i wszystko - oddałaś je w 100%. Gratuluję też wyboru tekstu tak przy okazji :) I czekam na kolejne rozdziały.

Pozdrawiam,
Kum

PS.
jeszcze tylko jedna rzecz... na samym początku, jak Eames pierwszy raz dzwoni i są jego pierwsze słowa, w oryginale było coś o tym, że brzmiał, jakby właśnie palił Marlboro Goldy czy Redsy nieważne, ale pamiętam, to mi utkwiło w... pamięci (yh, masło maślane), a tutaj tego nie mogłam znaleźć. Bo później jest to, że Arthur go opisuje w tym swoim notesie i jest "palacz, alkoholik" czy coś tam i właśnie nie wiadomo, skąd ten palacz się wziął...
everytime you see rainbow, god is having gay sex.
Obrazek

PS.
Obrazek
Kuma Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 417
Dołączył(a): 6 gru 2010, o 11:45
Lokalizacja: Poznań

Postprzez Miss Black » 19 sie 2012, o 15:07

To jest ciut okrutne, zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? Czytam i czytam i chcę więcej i wiem, że jest więcej, a tu bum cyk cyk - trzeba ćwiczyć cierpliwość. Niemniej warto, bo Arthur jest przeuroczy. Wcześniej zachwycałam się Eamesem, i wciąż zachwycam, ale Arthur jest tu tak autentyczny, tak normalny, tak ludzki, że ma się wrażenie, jakby faktycznie siedział właśnie w jakimś nowojorskim biurowcu i przeprowadzam rozmowę z nieco szurniętym Eamesem. Patrzę na zegarek i zastanawiam się, która jest w Nowym Jorku. Kocham sposób, w jaki on mówi, czy myśli, o swoim pisarstwie czy o sobie w ogóle. Poza tym ja zawsze miałam słabość do pisarzy, którzy wplatają własne doświadczenia literackie w fabułę. Chyba dlatego tak lubię Zafona. No i Eames, który jest zaskoczony tym, że Arthur mógł pomyśleć, że boi się swojego brata. Przecież pokazuje mu się od lat! Co za pomysł?! XD Uwielbiam go. Chociaż szczerze mówiąc, zastanawiałam się, czy ta historia w ogóle jest prawdziwa. Powoli mam wrażenie, że Eames naprawdę jest nieco szurnięty. I bardzo, bardzo cierpię, nie mogąc się dowiedzieć. Ach! I kocham sformułowanie "niechętnie oczarowany". Cudo.
CALM YOUR MIND MY FRIENDS AND DON'T BE AFRAID TO DREAM A LITTLE BIGGER!
Miss Black Offline

Avatar użytkownika
Pack Mom
 
Posty: 2722
Dołączył(a): 2 lis 2010, o 19:54
Lokalizacja: Pigfarts

Postprzez B.Prus » 19 lip 2013, o 19:36

Jejku jak ja uwielbiam ten tekst :)
Czytałam go już kilkanaście razy, bo jak nie można spać, to świetnie to się czyta do poduszki.
Przetłumaczysz resztę, prawda?
Raz mi się nawet śniło, że przetłumaczyłaś kolejny rozdział, więc miejmy nadzieję, że moje sny są prorocze i wkrótce pokaże się nowy rozdział.

Uwielbiam tego Artura, jest tu tak wspaniale prawdziwy z wszystkimi wadami i zaletami. Z kompleksami i pewnością siebie (uwielbiam ten moment z paskudnym trolem i "ja jestem całkiem przystojny").

A najbardziej w nim uwielbiam jego wątpliwości, co do wartości swojego życia, tego lęku, że to co pisze jest beznadziejne i do niczego się nie nadaje, obawy, że jest nudny i nikogo nie obchodzi to co ma do powiedzenia, to poczucie, że tak naprawdę nie ma nic do powiedzenia (słowem cały sposób jego myślenia). Uwielbiam w nim to wszystko, bo mam wrażenie, jakby autorka wyciągnęła te myśli z mojej głowy. Kocham Artur i Eamesa, bo jestem strasznie podobna do Artura (i zawsze marzyłam, że gdzieś tam pojawi się taki pewny siebie Eames, który będzie mnie kochał i nazywał skarbem i słonkiem) i w tym tekście jest to chyba najbardziej widoczne. Ten Artur jest najbardziej mój <3
B.Prus Offline


 
Posty: 9
Dołączył(a): 9 lut 2013, o 16:39


Powrót do Twórczość wszelaka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość