Pomiędzy nimi

Incepcja. Ariadne obserwuje Arthura i Eamesa

Postprzez Nicomeda » 5 mar 2014, o 23:12

(Wkleiłam na mirriel, to czemu nie tutaj ;) ).
Można śmiało powiedzieć, że jest to wspólne tłumaczenie: ja + BolesławPrus, która je rozpoczęła, a później przekazała mi, sama zostając moją Betą. I całe szczęście, bo bez niej to tłumaczenie w ogóle by nie zaistniało, przynajmniej nie w takiej dobrej formie, jaką Wam dzisiaj przedstawiam (moje pierwsze tłumaczenie). BolesławPrus, bardzo Ci dziękuję za trwanie przy mnie przy tym tekście, za Twoją nieocenioną pomoc i świetną przygodę :serce:.

Jest to pierwsza część serii „That one time in Amsterdam”, którą mam zamiar przetłumaczyć całą, ale przyznaję się, niekoniecznie ekspresowo ani nawet szybko, niestety.



Autor: linckia_blue
Tytuł: In The Space Between Them
Fandom: Incepcja
Link do oryginału: http://archiveofourown.org/works/477782
Zgoda: entuzjastyczna!




Pomiędzy nimi



- Nie wydają ci się trochę… dziecinni?

- Co? – pyta Cobb.

Stoją na moście zbudowanym z gładkiego, białego kamienia. Pod nimi znajduje się woda, którą można by pomylić z morzem, gdyby nie to, że jest zupełnie nieruchoma i turkusowa, niczym na jednym ze zdjęć w wakacyjnych prospektach. Jej kolor nie komponuje się z krwistoczerwonym odcieniem nieba, jakie Ariadne widziała raz podczas pokazu sztucznych ogni, kiedy miała może dziesięć lat.

- Arthur i Eames – wyjaśnia Ariadne.– Nie sądzisz, że są trochę dziecinni? To nie przedszkole. Eames flirtował z Arthurem, kopiąc jego krzesło, na litość boską.

- Flirtował? – pyta zaskoczony Cobb.

Nie patrzy na nią, lecz na twarze projekcji zapełniających most. Ariadne go testuje - jest dumna ze swoich obserwacji – Cobb może to rozpoznać po jej głosie.

- Nie zaprzeczaj – mówi Ariadne, podnosząc lekko podbródek. – No, spójrz na nich tylko.

Wzrok Cobba opada, by zerknąć na kolejny poziom mostu, tuż pod nimi. Eames i Arthur mierzą ostrożnie jego wymiary, precyzyjnie wyznaczając na mapie każdy metr. Cobb wie, że to dopiero wstępna wersja mostu z pierwszego poziomu snu, który wykorzystają w incepcji. Upewnia się ostrożnie, że nie wie na ten temat nic więcej.

Arthur zapisuje coś w małym, czarnym notesie, a Eames odwraca się i obserwuje go przez chwilę. W momencie kiedy zamyka notes, Eames przybliża się o krok, naruszając jego przestrzeń osobistą. Cobb i Ariadne stoją wystarczająco blisko, aby widzieć, że rozmawiają, jednak zbyt daleko by zrozumieć sens wypowiadanych słów. Eames spogląda w górę, wyszczerza zęby w szerokim uśmiechu i macha do nich, a Ariadne śmieje się i robi to samo. Jego uśmiech staje się psotny - wyciąga dłoń i roztrzepuje palcami starannie wygładzoną fryzurę Arthura. Ten spina się momentalnie i odpycha jego ręce.

- Widzisz – przekonuje Ariadne. – Nie mógłby być bardziej oczywisty. Serio, przecież to ekwiwalent ciągnięcia za warkocz. Musiałeś to zauważyć.

Cobb przygląda się jej przez moment. Ariadne ma zdecydowaną, pewną siebie minę. Nie wydaje się zmartwiona czy choćby oburzona myślą, że Eames i Arthur mogą być dla siebie kimś więcej niż tylko kolegami. Wygląda jedynie na zaciekawioną i może odrobinę zaskoczoną.

- I nawet nie próbuj mi wmawiać, że Eames jest taki dla wszystkich, Cobb, bo naprawdę nie jest. Obserwowałam ich.

Patrzy na niego. Cobb przypuszcza, że czeka na jego reakcję. Jej usta znów się poruszają i raptem wygląda na nieśmiałą.

- Cobb? - pyta. – Ja po prostu to zauważyłam, to wszystko. Chcę tylko wiedzieć, czy to coś ważnego, coś co mogłoby wpłynąć na naszą pracę.

- Mogłoby – odpowiada matowym głosem.

- Co masz na myśli? – pyta Ariadne.

- Powiedziałaś, że to wszystko, co chcesz wiedzieć na ten temat… - Cobb zdaje sobie sprawę, że bywa trudny, ale czasami nic nie może na to poradzić. Ariadne jest bystra. On o tym wie. Ona o tym wie. Wszyscy o tym wiedzą. Aż nagle pojawia się coś, czego ona po prostu nie pojmuje.

- Ale… Ja… Jak to może wpłynąć na… - zaczyna Ariadne, wyglądając niemal nerwowo.

Cobb potrząsa głową i ponownie spogląda w dół na gładki kamień pod jego stopami. Uśmiecha się i skupia uwagę na jego barwie. Nagle paraliżuje go obraz, pojawiający się przed jego oczami – śnieg, śnieg, śnieg, ma całe ręce w śniegu, może poczuć jego wilgoć i chłód na rzęsach Mal i całuje ją, tutaj, teraz i…

Podnosi wzrok i mruga. Ariadne przygryza wargę.

- Flirtują? – pyta Cobb. – Martwisz się, że to może zrujnować incepcję?

- Ja…

Cobb wzdycha.

- Myślę, że prawdziwy problem tkwi w tym, że ty widzisz jedno, a prawda leży zupełnie gdzie indziej. Spójrz na nich jeszcze raz. Poszukaj czegoś innego. Chociażby tylko dla samej siebie. – Napotyka jej ostrożne spojrzenie. – Mnóstwo rzeczy może wpłynąć na pracę, Ariadne, ale z większością z nich nie jesteśmy w stanie nic zrobić.

---

Ariadne obserwuje ich, starając się dostrzec to, co wcześniej jej umknęło. Okazuje się, że to nie takie proste. To coś pomiędzy nimi jest tak nieuchwytne, że już sama nie wie, o co w tym chodzi. Obserwuje ich, kiedy odbierają bagaże z taśmy po skończonej robocie z Fischerem. Eames zagapia się i jego torba mija go, ale wtedy Arthur w ostatniej chwili ściąga ją zamiast niego. Eames nawet nie dziękuje, kiedy odbiera bagaż z jego rąk.

Obserwuje ich w restauracji kilka tygodni później. Cobb przyprowadza swoje dzieci, które są śliczne – z miękkimi włosami koloru kukurydzy i jasno zielonymi, jak groszek, oczami. Ariadne rysuje dla nich proste labirynty na odwrocie podkładki, zerkając kątem oka na Arthura i Eamesa. Piją wodę z tej samej szklanki. Eames wyjada wszystkie grzyby z risotto Arthura, który zdaje się nawet tego nie zauważać.

Obserwuje ich po kolacji, gdy stoją na ulicy przed restauracją. Jest późno, a niebo wydaje się czarne i gęste jak melasa. Wiatr początkowo łagodnie porusza wierzchołkami drzew, jednak już w kolejnym momencie zrywa się nagle, gwałtownie uginając gałęzie. Arthur ma na sobie schludnie wyprasowaną, lnianą marynarkę i Ariadne zauważa, jak wiatr z łatwością przez nią przewiewa. Arthur zerka krótko na Eamesa. Nie wymieniają ze sobą ani słowa, mimo to Eames zdejmuje swój ciemny, wełniany płaszcz i okrywa nim jego ramiona. Arthur piorunuje go spojrzeniem, jakby wcale o to nie prosił, pomimo tego, że jeszcze chwilę wcześniej kulił się na wietrze. Eames pstryka go w ucho.

Ariadne obserwuje ich w hangarze. Tym razem mają całkiem proste zlecenie do wykonania. Cobb im je załatwił, a on nie wybiera już niczego ryzykownego. Testują narkozę. Eames i Arthur schodzą w dół, aby upewnić się, że mieszanka działa prawidłowo we wspólnym śnie.

- O czym śnią? – pyta Ariadne. Ich twarze są łagodne i gładkie. Wyobraża sobie jak miękka w dotyku musi być ich skóra.

Yufus wzrusza ramionami.

- Nigdy mi nie mówią a ja nigdy nie pytam.

- Ale… Ale czy miejsce w jakim śnią nie jest ważne?

- Nie – mówi Yufus. – Obchodzi mnie jedynie, czy łatwo siebie znajdą. Ta dwójka najlepiej się nadaje do próbnych testów.

- Dlaczego?

- Zawsze siebie znajdują – odpowiada Yufus w taki sposób, jakby to było coś kompletnie nieinteresującego. Zerka na zegarek, po czym przewraca Eamesa, dając jej znać, żeby zrobiła to samo z Arthurem.

Budzą się gwałtownie, ale jeszcze przez te kilka chwil mają zamglone oczy i pierwsze co robią, to patrzą na siebie nawzajem, łapiąc i przytrzymując dłużej swój wzrok. Co to jest?, myśli Ariadne, Co znaczą te spojrzenia?

Problem polega na tym, że Ariadne nie wie, czego szuka.

We wtorkowe popołudnie idzie do Cobba na obiad. Cobb nie trzyma się już tak jak kiedyś. Wojskowo wyprostowane plecy zniknęły. Nie ma już w nim tych intensywnych emocji, od których kiedyś aż drżał. Ariadne prawie tęskni za jego surowym sposobem bycia z ich pierwszego spotkania. Ciężko jej na to patrzeć, ale z drugiej strony odnajduje w tym jakąś estetyczną przyjemność, jakby oglądała lekko prześwietloną fotografię – już nie taką jaka miała być, ale wciąż piękną.

Gawędzą przez jakiś czas, dopóki Ariadne nie zdaje sobie sprawy, że nie da się płynnie przejść do tematu, który chodzi jej po głowie. Więc mówi po prostu:

- Obserwowałam ich. Nie rozumiem… czego ja tak właściwie szukam? Czy oni są… może… Myślałam, że nie znali się wcześniej za dobrze, ale to nieprawda… Tak sądzę. Wydają się być starymi przyjaciółmi. Dużo ich łączy, prawda?

Cobb uśmiecha się szeroko.

- To, jak dużo ich łączy, to właśnie klucz do całej historii. Wiesz, że… Jestem pewny, że nigdy byś na to nie wpadła…

- Na co? – pyta Ariadne, starając się nie brzmieć zbyt gorliwie i myśląc, że mogłaby dosłownie poczuć smak jego odpowiedzi.

Ale Cobb kręci głową.

- Nie, chodzi o coś więcej – mówi. – Wiedziałaś, że to Eames przedstawił mnie Arthurowi? Zanim poznałem któregokolwiek z nich, oni znali się już od lat.

- Ale… Myślałam, że… Znaczy, on jest twoim zwiadowcą.

- Dla Eamesa Arthur jest kimś innym.

- I myślałam, że on nawet nie chciał Eamesa przy incepcji…

- Przypuszczam, że starają się nie pracować ze sobą zbyt często. Nigdy tego do końca nie rozumiałem. Myślę, że to jakiś rodzaj ich umowy.

- Arthur nie jest taki stary… W każdym razie, jeśli znają się od lat, to musieli wtedy mieć…

- Arthur miał osiemnaście, a Eames może dwadzieścia dwa lata. Próbował go nauczyć swojego fachu, ale Arthur jest beznadziejnym fałszerzem. Tworzyli dużo lepszą ekipę, kiedy zajął się detalami.

- Nadal nie rozumiem.

- Przyjrzyj się dokładniej, Ariadne. To przydatna umiejętność. Szukaj głębiej niż do tej pory.

Dziewczyna marszczy czoło - ostrożnie, żeby nie wyglądać przy tym na nadąsaną. To przestaje być zabawne. Chce odpowiedzi. Nie ma pojęcia, dlaczego tak bardzo ją to ciekawi. Zawładnęło nią to same uczucie co w windzie, we śnie Cobba, które sprawiło, że nacisnęła przycisk prowadzący w dół. To samo, które sprawiło, że wróciła do hangaru, nawet jeśli była pewna, że budowanie światów we śnie dla takich ludzi skończy się katastrofą.

---

Tym razem obserwuje ich w inny sposób. Zamiast szukać czegoś pomiędzy nimi, szuka w nich samych. Zauważa, jak oczy Eamesa zmieniają się w płynny brąz, niczym miód, gdy śledzi ruchy ramion Arthura, poprawiającego guziki kamizelki tuż po przebudzeniu się ze snu.
Obserwuje sposób w jaki postawa Arthura zmienia się nieznacznie, w zależności od tego czy Eames znajduje się w tym samym pomieszczeniu, czy już go tam nie ma. Przygląda się w jaki sposób palce Eamesa prześlizgują się po jego karku, kiedy zbliża się pora na lunch. To wygląda jej na kolejną drwinę, ale tym razem zauważa, że Arthur tak naprawdę wcale nie wzdryga się pod tym dotykiem i nie umyka jej chwila, w której ich spojrzenia się spotykają. W jakiś sposób, bez wymienienia ze sobą nawet słowa, Arthur wie, o co pyta Eames, bo wstaje od stołu, odwraca się i prowadzi ich na zewnątrz.

Obserwuje jak droczą się ze sobą albo flirtują i stara się zobaczyć w tym coś więcej. Regularnie pojawiające się uwagi Arthura są tak samo ostre dla wszystkich, ale być może jest w nich ziarno jakiejś innej emocji, kiedy kieruje je do Eamesa. I czy Eames patrzy w ten sposób, kiedy to ona popełnia błąd? Czy patrzy w taki sposób, kiedy to ona zrobi coś niesamowitego? No, nie sądzę, myśli Ariadne.

Z okazji jej dwudziestych pierwszych urodzin zabierają ją do klubu. Śmierdzi w nim dymem, potem i agresją, ale jest otoczona przez Arthura z lewej i Eamesa z prawej, więc czuje się bezpiecznie. Ludzie zdają się coś w nich wyczuwać, coś co sprawia, że nagle stają się świadomi swoich własnych słabości. Eames wykorzystuje to, kiedy mijający ich mężczyzna spogląda pożądliwie na Ariadne. Chwyta ją pod łokieć i uśmiecha się do niego groźnie, samym kącikiem warg, uśmiechem z rodzaju tych, które bez wątpienia zdają się mówić: Torturowałem ludzi w ich własnych snach.

Arthur po prostu patrzy. Patrzy na te obce twarze, wiedząc co się za nimi kryje. Ludzie początkowo marszczą brwi, zerkając na niego lekceważąco. Lecz po chwili spoglądają ponownie, jakby czuli tą małą, zimną rzecz osadzoną gdzieś głęboko w ich myślach, mówiącą: On zna twoje sekrety.

Eames zaciąga ją na parkiet i Ariadne śmieje się, kiedy wpadają na siebie, dotykając się niezręcznie. Myśli, że gdyby Eames tylko zechciał, mógłby być dobrym tancerzem. O niej z pewnością nigdy nie będzie można tego powiedzieć. Docenia to, że stara się ją rozśmieszać. Po paru minutach zbliża się piękna, szczupła blondynka i rozdziela ich swoimi zgrabnymi kształtami, dotykając uwodzicielsko smukłej powierzchni pleców Eamesa. Ale on tańczy z nią w taki sam sposób w jaki tańczył z Ariadne. Przyjaźnie, pół-żartem. Ariadne zastanawia się, dlaczego.

Dużo później znajduje drogę powrotną do ich stolika. Arthur nadal siedzi tam, gdzie go zostawili, kiedy poszli tańczyć. Opiera się plecami o ścianę, a cienki, wysoki kieliszek z wyblakłym żółtym alkoholem spoczywa delikatnie między jego palcami. Rozmawiają o pracy i o tym, jak Ariadne stresuje się egzaminami. Arthur raz patrzy na nią, raz na Eamesa, który tańczy ze wszystkimi na parkiecie.

Może z dwadzieścia minut później, Eames rzuca się na siedzenie obok Arthura i obraca, aby szepnąć mu coś do ucha.

Cokolwiek mówi, sprawia, że Arthur się odsuwa i przewraca oczami.

- Absolutnie nie – mówi stanowczo.

- Daj spokój, spodoba ci się, naprawdę.

Coś w tych słowach wypowiedzianych z jego akcentem sprawia, że brzmi to sprośnie i zanim Ariadne może się powstrzymać, pyta:

- Co od ciebie chciał?

- Zatańczyć – odpowiada Arthur przesłodzonym głosem. Ariadne wybucha śmiechem. Nie jest w stanie wyobrazić go sobie tańczącego. Nigdy, w całym swoim życiu, nie spotkała kogoś bardziej sztywnego i pozbawionego rytmu.

- Powinieneś się zgodzić. To będzie przezabawne.

Arthur piorunuje ją spojrzeniem.

- I ty przeciwko mnie!

Ariadne uśmiecha się.

- Proszę. Dziś są moje urodziny.

Eames woła: “TAK!”, kiedy Arthur powoli ściąga swoją marynarkę i pozwala pociągnąć się na parkiet. Ariadne śmieje się z jego napiętego wyrazu twarzy. Tymczasem piosenka zmienia się w coś wolniejszego. Ludzie zamiast bezmyślnie skakać w miejscu, przysuwają się do siebie a tłum tańczących się przerzedza.

Eames przyciąga do siebie Arthura, czochrając jego włosy chyba już trzeci raz tego dnia. Ariadne nie jest tego całkiem pewna, ale wydaje jej się, że widzi, jak Eames małymi szarpnięciami poprawia krawat Arthura. Ale ten odpycha jego ręce z kołnierza koszuli i kieruje je na swój pas. Ariadne jest zaskoczona.

Zaczynają się kołysać w rytm muzyki i dziewczyna spogląda z rozżaleniem na swoją szklankę. Gdyby wzięła kolejny łyk, z pewnością by się nim zakrztusiła – tak bardzo chce jej się śmiać. A jednak okazuje się, że to co widzi, gdy podnosi wzrok, wcale nie jest zabawne.

Arthur i Eames są naturalnie do siebie dopasowani. Uzupełniają się tak, że ramiona Arthura są przyciśnięte do jego piersi, a biodra opięte prążkowaną tkaniną spodni przylegają do czarnych jeansów Eamesa. Ariadne zastanawia się jak mogła choćby przez chwilę pomyśleć, że Arthur nie potrafi tańczyć. Ten sam rodzaj elegancji z jaką walczy w snach ujawnia się także tutaj, łącząc się z ruchami Eamesa. Splatają się ze sobą łagodnie i zmysłowo.

Ariadne czuje jak jej ręce zastygają na stole. Próbuje przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz widziała ludzi będących bliżej siebie i nie jest w stanie. Mężczyźni poruszają się w takt muzyki, ale także jeszcze w jakimś innym rytmie. W rytmie swoich własnych ciał, który słyszą jedynie oni, a przestrzeń między nimi wydaje się tak mała, że niemal nieistniejąca, ale mimo wszystko przecież musi tam być, by pomieścić materiały oddzielające skórę od skóry. Klatka piersiowa Arthura pospiesznie unosi się i opada. Jego wargi układają się w uśmiechu, którego Ariadne jeszcze nigdy nie widziała. Usta Eamesa wyglądają na mokre. Arthur opiera głowę o jego ramię w tym samym czasie, w którym Eames chowa nos w jego szyję i pociąga samym jego koniuszkiem wzdłuż szczęki Arthura. Tuż przy jego uchu Ariadne dostrzega poruszające się usta Eamesa. Szepczą jedno słowo: „Skarbie”.

Oddech grzęźnie jej w gardle. I może właśnie w tym momencie Ariadne zaczyna rozumieć, czego tak naprawdę szuka.

---

Upewnia się w tym trzy tygodnie później.

Wykonują kolejną ekstrakcję i w ramach odwrócenia uwagi Eames ma przeprowadzić rekonesans we śnie obiektu. To dla niego wyjątkowo ryzykowne zadanie, bo wymaga bezpośredniej interakcji z projekcjami obiektu, w które ma się później podszyć.

Oczywiście, są ostrożni w zorganizowaniu całej akcji. Ale ponieważ Ariadne potrafi ich już obserwować, nie umyka jej sposób, w jaki usta Artura zaciskają się nerwowo, gdy Eames macha im wesoło na pożegnanie, niosąc srebrną walizkę w drugiej ręce.

Dostają telefon od przypadkowo zatrudnionego kolesia, który ma wysłać Eamesa w dół, dać mu impuls i uśpić obiekt. Informuje ich, że ustawił akcję na dwadzieścia minut. Nie dostają jednak kolejnego telefonu, że zadanie dobiegło końca, a Eames jest w drodze powrotnej.

Minęły dwa dni, potem trzy. Cobb i Arthur dzień w dzień spędzają godziny dzwoniąc do swoich wtyczek, rewidując lokalne hangary w poszukiwaniu śladów ekstrakcji albo wrogów i wrzeszcząc na siebie nawzajem. Ariadne myśli, że jest jeszcze gorzej niż w czasie incepcji Fischera, bo teraz są dla siebie jak rodzina. A może się myli. Może zawsze byliby tak zaniepokojeni, niewyspani i podenerwowani, gdyby Eames zaginął.

Czwartego dnia Ariadne zostaje w hangarze sama. Klei ściany modelu niekończącej się piwniczki na wino do jednego z poziomów snu, gdy słyszy dźwięk tłukącego się szkła, a przez tylne okna wpada z hukiem Eames. Jego ubrania są zakrwawione i porwane na strzępy, a jego twarz jest zarośnięta i poobijana. Opada na kolana, ale na szczęście Ariadne jednym skokiem przecina pokój i łapie go, zanim uderza głową o podłogę.

- O boże, o boże… - mówi, zauważając poranioną skórę wokół jego nadgarstka i wyblakłe, szare kręgi pod oczami. - Co się stało? Gdzie byłeś…?

- Ariadne? – pyta, brzmiąc na zupełnie zagubionego. – Gdzie jest Arthur… potrzebuję go. Zabrali mój… Zgubiłem mój… - Jego spojrzenie raz po raz odzyskuje i traci ostrość. Uśmiecha się słabo czerwonymi zębami.

- Nie ma go tu – wydusza, czując zbliżającą się panikę. Szybkimi ruchami ściąga sweter i podkłada go pod głowę Eamesa. – Szuka cię.

- Potrzebuję Arthura – powtarza, znowu i znowu. Ariadne wyszarpuje komórkę z kieszeni i palcami nagle zupełnie sparaliżowanymi przez strach niezgrabnie przeskakuje listę kontaktów.

Arthur odbiera po drugim sygnale.

- Halo?

Brzmi na całkowicie opanowanego, ale Ariadne słyszy lekkie drżenie zaniepokojenia w jego głosie. A może tylko to sobie wyobraża. Nie chce już nic wiedzieć na temat Arthura i Eamesa. Już ją to nie obchodzi. Jedyne, co jest teraz ważne, to Eames rozwalony na podłodze, próbujący się podnieść, szepczący: Muszę znaleźć Arthura… Zgubiłem… Zgubiłem mój… zabrali go… - Wciąż i wciąż od początku.

- Jest tu. Eames tu jest – wyrzuca z siebie bez tchu. – Mówi, że cię potrzebuje i sama już nie wiem. Nie sądzę, żeby wiedział gdzie jest. Cały czas powtarza tylko zabrali to, zgubiłem to

- Daj go do telefonu. – Jego głos jest jak stal.

Oddaje komórkę bez słowa, a Eames bierze ją skwapliwie. Ariadne leży obok niego na zimnej cementowej podłodze. Wciąż może słyszeć Arthura - jego metaliczny głos po drugiej stronie słuchawki.

- Zaraz tam będę – mówi miękko. – Idę, dobrze? Musisz tylko chwilę poczekać. Ja jestem prawdziwy… Jestem prawdziwy… Jestem prawdziwy…

Jakieś dziesięć minut później, Arthur wpada przez drzwi i upuszcza niedbale komórkę, gdy tylko dostrzega Eamesa. Opada na kolana i podpiera jego plecy dopóki ten powoli nie siada. Eames chowa twarz w jego perfekcyjną, wykrochmaloną, białą koszulę i oddycha głęboko. Zostawia na materiale plamy krwi. Żaden z nich tego nie zauważa.

- Proszę – mówi Arthur, wyciągając srebrną zapalniczkę z tylnej kieszeni. To jedna z tych kwadratowych, które zapalają się automatycznie i przy otwarciu wydają przyjemny klik. Zaciska dłoń Eamesa wokół niej, a ten otwiera ją pstryknięciem, potrząsa, klika trzy czy cztery razy. Zapalniczka migota jaskrawo, ale ani razu się nie zapala. Ariadne obserwuje ich uważnie, niemal się gapi, aż nagle dociera do niej, że ten moment jest boleśnie intymny. To totem Eamesa, myśli, Arthur przechowuje dodatkowy totem dla Eamesa.

Odsuwa się, odwracając wzrok, gdy Cobb wbiega do pomieszczenia. Zatrzymuje się nagle, kiedy dostrzega Eamesa i Arthura obejmujących się na środku pokoju. Celowo odwraca od nich wzrok, napotykając spojrzenie Ariadne. Robi to tak, jakby chciał jej powiedzieć: „Zgadza się – to zupełnie nie twoja sprawa”.

Ariadne spogląda na nich jeszcze raz, bo po prostu nie może się powstrzymać – tylko jedno zerknięcie. Przesunęli się tak, że głowa Eamesa oparła się o podołek Arthura. Znowu dostrzega światło zapalniczki. Po jednej stronie jest coś wygrawerowane, ale Ariadne ma na tyle rozumu, żeby nawet nie próbować tego przeczytać.

Ale Arthur wie, co tam jest. Jej myśli krążą wokół tego przez resztę dnia.

Myśli o tym w nocy, kiedy leży w łóżku. Jej harmonogram snu jest teraz trochę dziwny – już nie chodzi wiecznie zmęczona i nie ma w tym nic niezwykłego, skoro w pracy przez większość dnia śpi. Obrazy przeskakują jej niekontrolowanie w myślach, zanim zaczyna się im dokładniej przyglądać. Oczy Arthura wpatrzone w oczy Eamesa, ręce Eamesa na biodrach Arthura, palce Arthura na pożyczonym wełnianym płaszczu Eamesa.

Flirt, myśli. Nie ma co się dziwić, że kiedy zasugerowała to kilka miesięcy temu, Cobb wyglądał na zaskoczonego. To było okropne niedopowiedzenie. Jeżeli Eames i Arthur tylko flirtują, to w takim razie ona kreuje poziomy snów, malując palcami.

Śni o dłoniach Arthura we włosach Eamesa, głaszczących i głaszczących, boleśnie delikatnie i o dźwięku pstrykania zapalniczki gdzieś w tle. To bardziej przypomina wspomnienie, ale to pierwszy naturalny sen, jaki ma od tygodni.

---

- Jak długo? – pyta Cobba następnego dnia. Przegląda raporty, które Eamesowi oczywiście udało się zdobyć. Ani on, ani Arthur nie pojawili się dziś w hangarze.

- Jak długo co?

- Ile lat Arthur i Eames są razem?

Cobb odkłada plik papierów i pochyla się nad biurkiem. Ariadne także odkłada swój ołówek do rysowania. Przez chwilę mierzą się wzrokiem.

- Arthur przechowuje dodatkowy totem dla Eamesa – mówi, jakby był to fakt, który pozwolił jej jedynie zrozumieć, a nie całkowita podstawa jej domysłów.

- Nie jestem pewien – odpowiada Cobb, wzruszając ramionami. – Dziesięć lat, może jedenaście… Zależy jak liczyć. To raczej nie mnie powinnaś o to pytać. Dlaczego nie porozmawiałaś z nimi?

Otwiera zdziwiona usta.

- Masz na myśli… że mogłam…

- Wiesz, to w zasadzie żaden sekret.

- Och – odpowiada bezbarwnie.

W ten sposób znalazła się w holu apartamentowca na środku Manhattanu oddalonego pięć minut spacerkiem od Central Parku. Jest jedenasta rano, sobota. Eames odnalazł się cztery dni temu. Arthur wrócił do pracy już następnego dnia, ale Eamesa zobaczyła dopiero wczoraj.

Wyglądał dobrze, chociaż był jeszcze trochę posiniaczony. Szukała w jego oczach jakiś oznak paniki albo dezorientacji, które widziała wcześniej, ale nic takiego tam nie znalazła. Zachowywał się nieznośnie jak zawsze. Ariadne właśnie to lubiła w nim najbardziej. Jedynym przejawem tego, co się wydarzyło, było okazjonalne klikanie zapalniczki, otwarta, zamknięta, otwarta, zamknięta, w trakcie ich pracy w hangarze. Nigdy wcześniej tego nie słyszała.

Klatka schodowa w budynku to kawał dobrej sztuki, stara i kręta z miedziano-zieloną poręczą. Styl secesyjny w najlepszym wydaniu, przypominający jej paryskie metro. Sprawdza adres, naskrobany pospiesznie na dłoni i zaczyna iść wzdłuż holu. Stukot obcasów na popękanej, kamiennej posadzce roznosi się echem i wraca do niej, odbijając się od wysokiego sufitu. Puka do drzwi z numerem piątym. Na podłodze przed drzwiami leży dywanik i to sprawia, że nagle czuje się zakłopotana. Sądziła, że wybiera się do jakiejś kryjówki, okupowanej przez Eamesa albo Arthura w czasie zlecenia. Obecność dywanika wcale nie świadczy o czymś podobnym.

Drzwi otwierają się z rozmachem. Eames uśmiecha się szeroko na jej widok, trzymając w ręce parujący kubek. Wzdłuż jego policzka rozciąga się odbity szew poduszki.

- Ariadne! – wykrzykuje. – Co cię sprowadza w nasze skromne progi?

- Mam pytanie odnośnie schodów. - Podnosi swoją czarną teczkę i szkicownik, jakby były biletem wstępu. – Cobb dał mi ten adres. Mówił, że powinnam zapytać o to Arthura.

Eames macha ręką, jakby chciał pokazać, że to nie ma znaczenia i otwiera drzwi szerzej, zapraszając ją do środka.

- Masz ochotę na herbatę? – pyta kurtuazyjnie.

Frontowe drzwi otwierają się i Ariadne wchodzi do holu. Na ścianach wiszą zdjęcia z Mombasy, Paryża i Tokio. Fotografie, które nie są może szczytem fotograficznych umiejętności, ale które i tak zatrzymują jej wzrok na dłużej. Arthur i Eames na plaży, oparci o siebie. Eames śmieje się otwarcie z odchyloną głową, a Arthur zerka na niego z ustami uniesionymi w prawie-uśmiechu. Jego nos jest spalony słońcem. Ariadne sama nie umie powiedzieć dlaczego, ale ten widok sprawia, że wytrzeszcza oczy. Jego nos jest spalony słońcem.

- Eames, kto przyszedł? – głos Arthura wydobywa się zza otwartych drzwi w głębi mieszkania i odbija echem w holu. Eames prowadzi ją w tamtym kierunku. Gdy skręcają za róg, przed jej oczami pojawia się Arthur - rozłożony na sofie w podartych jeansach i koszulce i nieuczesany, jakby dopiero co wstał z łóżka. Ariadne zamiera. Możliwe nawet, że opada jej szczęka.

- Ariadne – mówi, prostując się. Brzmi na łagodnie zaskoczonego. – Co u ciebie?

- Ja… - jąka się – Ja właśnie…

Obok niej Eames zaczyna trząść się z bezgłośnego śmiechu. Ariadne zerka na niego, a on przeskakuje wzrokiem pomiędzy nimi absolutnie oszołomiony.

- Odebrałeś jej mowę, najdroższy – komentuje radośnie.

- Pytałam Cobba – podejmuje Ariadne. – Pytałam go, czy nie uważa, że wasz flirt jest trochę dziecinny. I powiedział, że źle to odebrałam. Ale ja nie rozumiem. Nie rozumiem, co was tak naprawdę łączy.

Eames uśmiecha się z zadowoleniem.

- Nas, Ariadne, łączy bardzo wiele.

- To wasz dom? – pyta. – Mieszkacie razem?

- Czasami - odpowiada Arthur. – A czasami to zbyt niebezpieczne. W zasadzie, to jedno z wielu naszych mieszkań.

- Myślałam, że… Nie wiem, co ja sobie wcześniej myślałam - plącze się Ariadne. – Ale teraz mam wrażenie, jakbyście byli małżeństwem.

- To całkiem możliwe. – Zgadza się Arthur. – Pamiętasz Amsterdam, Eames?

- Jakby to było wczoraj – odpowiada, podając Ariadne herbatę. – A właśnie… O co chciałaś zapytać Arthura?

Ariadne przyjmuje kubek, rzuciwszy uprzednio teczkę na stolik. Drugą rękę opiera o podbródek. Arthur ma na sobie wełniane skarpetki i Ariadne zatrzymuje na nich wzrok.

Nie potrafi się powstrzymać przed wyobrażeniem sobie ich dzisiejszego wspólnego poranka. Albo każdego poranka. Wyobraża sobie mlecznobiałe światło wpadające przez okno ich sypialni i mrugające powieki Arthura, kiedy budzi się pierwszy i obserwuje, jak Eames dopiero otwiera oczy. Wyobraża sobie jak dzielą razem umywalkę, szczotkując zęby w tym samym czasie i jak Eames ściera kciukiem z policzka Arthura smugę kremu do golenia. Wyobraża sobie, jak Arthur przewraca oczami, kiedy Eames rzuca mu te absurdalne skarpetki i jak mimo wszystko je wkłada, w głębi duszy czerpiąc przyjemność z ich ciepła.

Oni muszą się naprawdę kochać, myśli zaskoczona. Jakim cudem komukolwiek może zająć tyle czasu uświadomienie sobie tak oczywistego faktu?

Ariadne się śmieje.

- Chodzi o schody – wyjaśnia, uśmiechając się szeroko. – Ale to może chwilę zaczekać. Jestem tylko trochę ciekawa… Jak się poznaliście?
You mustn't be afraid to dream a little bigger, darling.


I could die in those eyes,
I could die in those eyes...
Nicomeda Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 3
Dołączył(a): 7 lut 2011, o 04:09

Postprzez euphoria » 16 mar 2014, o 12:58

Powiem szczerze, że raczej nie spodziewałam się czegoś tak subtelnego i zarazem... nie wiem... oczywistego... nie wiem nawet teraz za bardzo jak to nazwać, ale ten fick ma w sobie niesamowity urok. Pierwszy raz chyba ogólnie czytam o cudzym związku widzianym tak dokładnie oczami osoby trzeciej i ubóstwiam autorkę za to jak w zasadzie to zrobiła. Arthur i Eames wydają się idealnie dopasowani, gdy przyjrzeć się bliżej, ale jak ogień i woda, gdy jednak nie zna się klucza do rozwiązania zagadki. Diabeł tkwi w szczegółach - bardzo często się to mówi, a jednak do końca chyba zrozumieć to można dopiero po przeczytaniu tej miniatury. To jak autorka zbudowała z detali cały ich związek jest niezwykłe i bardzo dziękuję za przetłumaczenie tego cudeńka.

Pozdrawiam
eu
euphoria Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 544
Dołączył(a): 8 lut 2011, o 21:56
Lokalizacja: z obsydianowych tęczówek najmroczniejszego z Czarnych Magów

Postprzez Havoc » 16 mar 2014, o 22:02

Ale ładny tekst... Bardzo, bardzo się cieszę, że podjęłaś się jego tłumaczenia. Z przyjemnością przeczytam następne.

(Przepraszam za tak paskudnego jednolinijkowca ;___;).
Obrazek
Havoc Offline

Avatar użytkownika
 
Posty: 308
Dołączył(a): 31 paź 2010, o 09:18


Powrót do Twórczość wszelaka

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron